logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński
Kronika wojny

Tytuł Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023 sugeruje opracowanie poświęcone analizie strategicznych i wojskowo-technicznych aspektów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zwłaszcza, że pracę Andrzej Małkiewicza i Piotra Szymańca opublikowano w serii Bitwy / Taktyka, jej objętość jest doprawdy solidna (ponad pięćset stron), a treść wzbogacona o mapy i szkice. Wszystko to zapowiada, że mamy do czynienia z analizą drobiazgową i pogłębioną.

W rzeczywistości książka dwóch naukowców ma charakter rozprawy politologicznej, dokumentującej. Opracowanie Małkiewicza i Szymańca jest pierwszą wydaną w Polsce publikacją książkową, która całościowo i w miarę szczegółowo opisuje nie tylko przebieg działań wojennych w pierwszym roku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zawiera także bardzo szeroką prezentację okoliczności politycznych sprzed 24 lutego 2022 roku (tj. przed napadem Rosji na Ukrainę) oraz uwarunkowań ekonomicznych, wojskowych i technicznych obu państw. Prezentuje też opis systemów politycznych Rosji i Ukrainy z przedstawieniem sylwetek czołowych aktorów scen politycznych włącznie. Natomiast opis sytuacji na froncie obejmuje chronologicznie okres od lutego 2022 roku do marca 2023 roku.

Główną zaletą opracowania jest właśnie kompleksowość tematyczna oraz bogata baza informacyjna. Dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo stosunkami międzynarodowymi, nie śledzi szczególnie uważnie i dociekliwie wydarzeń na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz nie zna politycznego podglebia konfliktu, książka może być bardzo cennym źródłem wiedzy o charakterze popularyzatorskim i informacyjnym.

To, co stanowi o zalecie opracowania, jest równocześnie jego największą wadą. Autorzy, powodowani ambitnym zamiarem opowiedzenia o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie możliwie jak najdokładniej, zgromadzili bowiem ogromną ilość informacji. I zetknęli się z trudno rozwiązywalnym problemem agregacji wszystkich danych, usystematyzowania ich w kolejności znaczenia w jednolitej matrycy według precyzyjnie określonych kryteriów oraz z konsekwentnym użyciem spójnej metodologii i jednorodnych narzędzi badawczych. Rzeczywiście, nieprostym zadaniem jest – stosując tę samą metodologię – opisać jednakowo skomplikowaną grę geopolityczną, a także przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w obu państwach, jak i dynamiczną sytuację wojenną.

Wydaje się, że koherencji metodologicznej posłużyłoby przynajmniej ujednolicenie terminologii oraz wprowadzenie bardziej rygorystycznej dyscypliny w zakresie stosowanych definicji. Stwierdzenie „wojna hybrydowa, czyli wojna asymetryczna” nie jest prawdziwe i wprowadza w błąd – są to dwa różne pojęcia na określenie dwóch różnych typów działań. We fragmentach próbujących zdefiniować charakter autorytarnych systemów politycznych na części obszaru byłego ZSRR Autorzy używają różnych określeń, zapominając o dobrze już ukorzenionym w nauce terminie „reżimy neopatrymonialne”. Takich luk i niespójności pojęciowych można znaleźć wiele. Autorzy często przywołują wydarzenia z najnowszej historii obszaru postsowieckiego. Jednakże charakterystyka i oceny niektórych z tych wydarzeń budzą niekiedy spore wątpliwości. Przykładowo, wojna między Armenią a Azerbejdżanem 1992–1994, w której armie obu państw bezpowrotnie straciły po ok. 25% liczebności swoich sił zbrojnych, a działania prowadzone były na szeroką skalę i z użyciem broni ciężkiej, została określona przez Autorów jako konflikt niskiej intensywności, co jest mocno mylące. Wydaje się także nie odpowiadać prawdzie charakterystyka wydarzeń w Kazachstanie w styczniu 2022 roku jako wystąpienia sił demokratycznych, zdławionego przez interwencję wojsk OUBZ. Podczas gdy w istocie mieliśmy tam do czynienia z zamachem stanu na tle spontanicznych protestów o charakterze ekonomicznym. Powyższe uwagi nie odnoszą się do głównego tematu opracowania. W moim przekonaniu, z wielu takich didaskaliów należałoby zrezygnować, co nie wpłynęłoby ujemnie na całość przekazu, zmniejszałoby natomiast ryzyko popełnienia błędów faktologicznych czy interpretacyjnych.

Cennym z kolei wzbogaceniem kontekstu historycznego i geopolitycznego, znakomicie pomagającym w zrozumieniu tła wydarzeń, byłoby umiejscowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej w sekwencji konfliktów na obszarze byłego ZSRR, które stanowiły nieodłączny element formatowania przestrzeni posowieckiej. Takie ujęcie pozwoliłoby także wydobyć nie tylko różnice (kulturowe, ekonomiczne, polityczne i każde inne) między Ukrainą i Rosją, co Autorzy – kierując się zapewne aktualną poprawnością polityczną – akcentują, lecz także ogromne podobieństwa, objaśniające wiele z przyczyn wojny i jej przebiegu.

Opisując przyczyny i okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej 2022 roku, Autorzy nie wyjaśniają czytelnikowi, według jakich kryteriów je dobrali i uporządkowali ani jaką rolę odegrał każdy z powodów, dla których doszło do konfliktu zbrojnego na bezprecedensową skalę. Wydaje się, że z ogromną korzyścią dla opracowania byłoby, gdy Autorzy poświęcili więcej uwagi i miejsca, jeśli nie analizie, to chociażby wnikliwemu opisowi sytuacji geopolitycznej Rosji i Ukrainy, ich doktrynom politycznym oraz grze dyplomatycznej poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny. O ile należy przyklasnąć opinii Autorów, że celem Putina nie jest odbudowa Związku Sowieckiego (a więc państwa federacyjnego, wewnętrznie mocno zróżnicowanego, opierającego się na ideologii ponadnarodowej), lecz mocarstwa wzorowanego na imperium Romanowych (scentralizowanego, autorytarnego, nacjonalistycznego), o tyle brak wyczerpującego opisu interesów dzisiejszej Rosji, jakimi postrzega je Putin i rządząca na Kremlu elita, jest poważnym błędem. Możemy nie zgadzać się ze współczesną rosyjską interpretacją tych interesów, lecz musimy mieć je na uwadze, ponieważ to one stoją za konkretnymi działaniami Federacji Rosyjskiej.

Opis działań i sytuacji wojennej na froncie jest wybiórczy i fragmentaryczny z oczywistych powodów: wojna wciąż trwa i Autorzy mogli objąć swoją uwagą tylko pierwszy rok wojny od lutego 2022 do marca 2023. Po wtóre, bazowali na otwartych źródłach informacji, które w warunkach wojny mają charakter tyleż informacyjny, co manipulacyjny. Ponieważ większość danych pochodzi z mediów i stron internetowych, a przestrzeń wirtualna (zwłaszcza gdy dostawcy informacji są stronami konfliktu) rządzi się swoimi regułami, nie ma praktycznie możliwości weryfikacji wiarygodności przekazywanych komunikatów. Może dlatego Autorzy w ogóle zrezygnowali z próby oceny swoich źródeł.

Dla mnie największym niedostatkiem opracowania jest brak pogłębionej analizy zarówno przyczyn konfliktu, jak i wniosków, wypływających z przebiegu wojny, w tym postępowania aktorów sceny międzynarodowej. Książka Andrzeja Małkiewicza i Piotra Szymańca jest pracą obszerną i cenną, ale wyłącznie deskrypcyjną. Opisuje, wylicza, nazywa – ale nie objaśnia. Unika roztrząsania znanych nam już gorzkich prawd, niekorzystnych zjawisk, niepokojących tendencji. To bardziej kronika wojny niż wynik badań naukowych. Praca potrzebna, lecz niesatysfakcjonująca.

 

Robert Smoleń, redaktor naczelny „Res Humana”: Spróbujmy zastanowić się, jak będzie wyglądał świat po wojennej zawierusze. I jak powinniśmy się do tego nowego świata przygotować. W tej chwili oczywiście nie wiemy, kiedy i czym skończy się rosyjska wojna w Ukrainie, i czy konflikt nie rozleje się na inne państwa i regiony. Żeby móc się do czegoś przygotować, trzeba jednak przyjąć jakieś założenia. W którymś momencie działania na froncie w końcu ustaną. Jeśli Zachód będzie konsekwentnie wspierać Ukrainę, to nie zwycięstwem wojsk Putina. Ale też nie spektakularną wiktorią Kijowa. Nie będzie to również porozumienie pokojowe w duchu Paryskiej Karty Nowej Europy KBWE z 1990 roku. Zapewne więc czeka nas okres ochłodzenia w stosunkach europejskich, koniec czasów dywidendy pokoju. Wyczerpana Rosja nie będzie mogła ani chciała atakować kolejnych krajów, a już zwłaszcza członków NATO. Będzie jednak próbowała odtwarzać swój potencjał. Trzeba nastawić się na politykę powstrzymywania i odstraszania.

Aby ją dobrze rozpocząć, należałoby, moim zdaniem: po pierwsze, na lipcowym szczycie w Waszyngtonie zaprosić Ukrainę do Sojuszu Atlantyckiego. Zaproszenie – to oczywiście jeszcze nie członkostwo. Po drugie, w szybkim tempie i z dobrą wolą, choć bez przymykania oczu i chodzenia na skróty, prowadzić negocjacje w sprawie akcesji Ukrainy (i Mołdawii) do Unii Europejskiej. Czy Moskwa jakoś zareagowałaby na te dwa gesty? Trzeba takie ryzyko rozważyć pod wszystkimi możliwymi kątami; dziś intuicyjnie obstawiłbym, że skończy się na odpowiedzi wyłącznie werbalnej. Po trzecie, kraje europejskie muszą głębiej sięgnąć do sakiewki i zwiększyć swoje wsparcie dla Kijowa. Zablokowanie przez republikanów z obozu Donalda Trumpa 61 miliardów dolarów na ten cel – i to na wiele miesięcy – pokazuje, że nie można polegać tu wyłącznie na strumieniach pieniężnych i sprzętowych z USA. To będzie kosztować, ale stać nas na to. Wspólnie stanowimy jeden z najbogatszych regionów świata. Po czwarte, po zakończeniu lub zamrożeniu walk trzeba będzie utrzymać reżim sankcyjny przede wszystkim odcinający rosyjskie firmy państwowe i prywatne od zachodnich technologii i kapitału. Na długo. To kluczowe, by nie dopuścić do odbudowy agresywnych zdolności Kremla. I w końcu – Unia Europejska powinna stworzyć swoją strategiczną autonomię, tożsamość obronną. Nawet jeśli w listopadzie wybory wygra Joe Biden, nie będziemy mieć gwarancji, że za kolejne cztery lata ktoś pokroju Trumpa nie zajmie Owalnego Gabinetu. Musimy więc zwiększyć wydatki na siły zbrojne (lepiej przez jakiś czas płacić na nie dwa, trzy czy cztery procent PKB, niż później – długo po dziesięć). Wyznaczyć jednostki we wszystkich państwach członkowskich, ukompletować je, doposażyć, wypracować wspólne procedury tzw. C3I (najlepiej po prostu przyjąć te natowskie) i je solidnie wyćwiczyć. Zlikwidować braki w systemie obronnym takie jak niezdolność do szybkiego przerzutu na dalekie odległości, niechęć do dzielenia się informacjami wywiadowczymi itp. Dobrze, że powstaje European Sky Shield, nasza „żelazna kopuła”. Trzeba także realnie skoordynować europejską produkcję zbrojeniową.

Skuteczność tego systemu będzie wymagać szybkiego podejmowania decyzji. Będzie musiała powstać prawdziwie unijna polityka zagraniczna. I w ogóle UE będzie musiała się zmienić – choćby po to, by móc przyjąć nowych członków, nie tylko demokratycznych wschodnich sąsiadów, ale i kraje Bałkanów Zachodnich.

Czy to wszystko jest, Panów zdaniem, trafne? I czy jest realne?

Prof. Roman Kuźniar, Uniwersytet Warszawski: Ja także ogłosiłem swój pięciopunktowy plan w artykule w „Rzeczpospolitej” pod koniec grudnia ubiegłego roku. Najpierw trzeba wygrać wojnę – taki jest jego pierwszy punkt. I on jest, można powiedzieć, bardzo defetystyczny. Od listopada 2022 roku mówiłem, że tu się nic nie zmieni. To, co się zaczęło jak II wojna światowa, zgoda, stało się I wojną światową, zgoda. I wiemy doskonale, że na froncie zachodnim przez trzy lata nic się nie zmieniło. Tu nawet mniej: Rosjanie w ostatnich miesiącach odzyskali powierzchnię wielkości mojego powiatu – krośnieńskiego. Rosjanie, chcemy czy nie, uważają, że mają obecnie inicjatywę strategiczną, że ją przejęli po nieszczęsnej, niepotrzebnej kontrofensywie ukraińskiej. Zawsze byłem jej przeciwnikiem, uważałem, że nie ma najmniejszych szans powodzenia. Nawiązując do metafory i doświadczenia leśników czy myśliwych – zwierzę złapane we wnyki odgryza łapę po to, żeby uratować wolność i życie. Ukraina w moim przekonaniu nie miała i nie ma w tej wojnie szans na odzyskanie terytorium, które utraciła w pierwszych miesiącach 2022 roku. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Jeszcze rok temu one mogły być korzystniejsze z punktu widzenia ułożenia spraw dla samej Ukrainy i dla tej części świata. W tamtym czasie można było, myślę, łatwiej uzyskać dobre warunki zamrożenia frontu. Wagon w Compiègne, żadnego Wersalu! Dlatego, że z bandytami na Kremlu nie da się zawrzeć żadnego traktatu pokojowego ani prowadzić negocjacji pokojowych. Nikt z nimi nie będzie poważnie rozmawiał, ponieważ wiemy, że to są szubrawcy, kłamcy – nie dotrzymują żadnego słowa. Natomiast wojskowi mogą się porozumieć. Tak było chociażby w konflikcie kosowskim.

W tej chwili Rosjanie nie będą skłonni ani do rozmów, ani do kompromisu, który satysfakcjonowałby Ukraińców oraz Zachód. W związku z tym rysuje się kontynuacja tej krwawej łaźni, jaka ma tam miejsce. Przebieg tej wojny teraz jest niedobry, ale zakładamy, że zdążymy Rosjan zatrzymać, żeby nie zajęli kolejnego obszaru wielkości powiatu. Potrzebny jest trwały rozejm i uszczelnienie granicy: Linia Maginota musi być po jej zachodniej stronie, nie po rosyjskiej. Czyli – najpierw zamrożenie, potem ubezpieczenie. W pewnej perspektywie Ukraina może stać się członkiem NATO, ale może być bezpieczna nawet bez tego, jeżeli zbudujemy tę Linię Maginota, osłonimy Ukrainę przed atakiem z nieba i jeżeli tam wejdziemy. Natomiast możemy wyobrazić sobie Ukrainę w Unii Europejskiej. Przecież Cypr jest w niej bez sporego kawałka swojego terytorium. Mołdawia, jeśli zostanie przyjęta, to bez Naddniestrza. Także Ukraina może wejść bez „Zadnieprza”.

Innym – szerszym – problemem jest to, jak świat będzie wyglądał po zakończeniu starć. Póki wojna trwa, tego nie wiem, ponieważ nie wiemy, czy jest ona wstępem do czegoś większego. Są tacy, którzy twierdzą (osobiście nie popieram tej tezy), że konflikt w Ukrainie rozpoczął wojnę światową, która już się toczy. Dzisiaj nie ma nikogo, kto byłby zainteresowany wielką wojną. Oddaliło się ryzyko chińskiej próby siłowego zajęcia Tajwanu. Dla Pekinu Ukraina jest okazją do symulacji ewentualnej reakcji Ameryki i całego Zachodu na taką próbę. I Rosjanie się nie sprawdzili. Xi Jinping nie zostawi Putina na lodzie, ale już wie, że nie może powtórzyć jego manewru. Moskwa zaś chce usankcjonowania planu minimum, jakim jest zajęcie pewnej części terytorium dawnego ZSRR, przywłaszczenie jej oraz wasalizacja Ukrainy.

Ale jak wiemy, na drzwiach MID-u [MSZ Rosji – przyp. red.] przybito dwie kartki. Dwa traktaty – nawet nie projekty; „Macie je podpisać” – zażądano. Oczywiście to były non-startery, jak to się mówi w języku dyplomatycznym. Tego nie można było podjąć. O co chodziło w tych traktatach? O co chodzi w myśli strategicznej Putina? Raz, zbieranie ziem ruskich; dwa, szara strefa tutaj, w Europie Środkowej; i trzy, większa zmiana porządku międzynarodowego – przejście od porządku liberalnego do brutalnej, nagiej, wielobiegunowej teraz power politics. To jest jego imaginarium.

Taki był jego zamiar. Po sposobie wyjścia Stanów Zjednoczonych z Afganistanu sądził, że ma do czynienia z cieniasami, ze Sleepy Joe’m. Uwierzył Trumpowi! To miało być coup de grace, ostatnie uderzenie w porządek liberalny – zabieracie się, teraz przechodzimy do porządku power politics, gdzie kto decyduje? Tacy jak my – bandyci na czele wielkich mocarstw. Miało to być przyspieszenie tego przejścia: nie bawimy się już w te wszystkie normy, wartości. Będzie tak, jak my chcemy. I sądzili, że to zostanie przyjęte także w Europie Zachodniej, bo przecież oni w daleko idącym stopniu skorumpowali Europę Zachodnią.

Ale gdy nagle niedźwiedź zaryczał i pokazał swoje straszne oblicze, to po stronie zachodniej doszło do otrzeźwienia. Biden się odwinął. Mamy do czynienia z interesującą konsolidacją Zachodu na każdym poziomie. Unia Europejska daje 50 miliardów euro. NATO – 100 miliardów dolarów, mówi Stoltenberg; ile będzie w tym środków amerykańskich, nie wiemy (chodzi o fundusz, który ma być zatwierdzony na lipcowym szczycie w Waszyngtonie). Nawet gdyby wrócił Trump, to byłoby tu takie założenie, że damy sobie radę, musimy się zbudować. „Jeśli zechcesz, to się dołącz, ale niczego nie narzucaj. Nie mów nam, że musimy szybko się podpisać pod jakimś kompromisem z Rosją”. Bo czyim kosztem odbyłoby się zakończenie wojny w 24 godziny, które zapowiada Trump? Najpierw Ukrainy, potem Europy. To nie wchodzi w grę. Europejczycy mężnieją. Wolno to trwa, ale jednak mężnieją. Mamy Napoleona w spódnicy w osobie Ursuli von der Leyen, Niemcy się ożywili, jest Tusk i Macron.

Adam Olechowski, nauczyciel akademicki, dziennikarz; oficer rez. WP: Przede wszystkim uważam, że na Ukrainę należy spojrzeć w kontekście szerszym, globalnym. A tu widzimy, że kształtuje się nowy ład międzynarodowy, w którym główną rolę mogą odgrywać Chiny. W pewnym alegorycznym sensie Chiny są bowiem bliżej, niż nam się wydaje. W 2009 roku w Chongqingu pokazano mi określony mianem „jedna rzeka, trzy oceany” projekt połączeń lądowych i morskich do różnych miejsc na świecie, między innymi do polskiego Szczecina. Obecnie projekt ten zyskał swoje ucieleśnienie w stanowiącej dla Chin priorytet ekonomicznej inicjatywie „Pasa i szlaku”. Ważnym punktem na tym szlaku jest właśnie Ukraina. Przykładem może być leżący koło Odessy terminal morski Piwdennyj. Może dlatego chiński konsulat w Odessie prezentuje się okazalej niż niejedna ambasada. Jego wygląd może być swego rodzaju dowodem chińskiego zainteresowania Ukrainą. Na pewno więc po zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej Pekin będzie chciał mieć tu coś do powiedzenia. Oczywiście nie można zapominać o stosunkach łączących Chiny i Rosję. To między innymi ważna także z militarnego punktu widzenia współpraca w zakresie nawigacji satelitarnej, a także rosnąca sprzedaż chińskich ciężarówek do Rosji. Samochody ciężarowe są przecież sprzętem podwójnego militarno-cywilnego zastosowania. Transport wojskowy, szczególnie w strefach przyfrontowych, oparty jest właśnie o samochody ciężarowe.

Mówiąc o Ukrainie, musimy też uwzględnić także wątek regionalny – turecki. W tejże Odessie prężnie działają tureckie firmy budowlane. Można powołać się także na porozumienie między carem a sułtanem, w którym była mowa, iż jeżeli Rosja nie będzie w stanie utrzymać Krymu to kontrolę nad nim przejmie Turcja.

Na przyszłość Ukrainy nie możemy patrzeć wyłącznie z perspektywy interesów Europy. Nie możemy zakładać, że Europa będzie odgrywała tam decydującą rolę. Musimy liczyć się także z tym, co powiedzą inni i co będą chcieli tam ugrać.

Co się tyczy tej wojny – jej porównanie do I wojny światowej nie jest tak do końca właściwe. Każda epoka ma swoje wojny. Pewną analogią wydawać się może pozycyjny charakter działań zbrojnych. Ale ta wojna toczy się przecież także na innych płaszczyznach. Przede wszystkim na płaszczyźnie informacyjnej. W tym kontekście mowa jest już o wojnie kognitywnej, której celem jest zamknięcie nas w wytworzonej przez przeciwnika bańce informacyjnej. Wojna ta toczy się także w cyberprzestrzeni. W pewnym sensie jest ona tajna – o wielu atakach cybernetycznych, także i na nasz kraj, nie wiemy, bo nie jesteśmy o nich informowani, chociażby dlatego, żeby nie wywoływać niepotrzebnej paniki. W dodatku ataki takie prowadzone były na długo przed lutym 2022 roku, m.in. na sieć energetyczną w Kijowie w 2015 i 2017 roku. Cechą obecnej wojny są także zmasowane ataki rakietowe na infrastrukturę krytyczną. Kolejną rzeczą odróżniającą obie wojny jest szerokie wykorzystanie dronów, zarówno tych latających, jak i pływających. Ciekawostką może być fakt, że pierwsze doświadczenia ze sterowanymi radiem samolotami prowadzone były właśnie w latach I wojny. W latach trzydziestych w ZSRR prowadzono także prace nad sterowanymi radiem czołgami, tzw. teletankami.

Inną specyfiką tej wojny jest obecność w szeregach walczących armii obcych najemników – zarówno po stronie Ukrainy (która nadaje im nawet czasowe obywatelstwo), jak i Rosji. W przypadku Rosji nie chodzi tylko o osławioną Grupę Wagnera, lecz także o walczącą po stronie Donieckiej Republiki Ludowej tzw. Interbrigadę (brygadę międzynarodową), w szeregach której znajdują się ochotnicy z Francji i Niemiec. Nawiązanie do walczących w hiszpańskiej wojnie domowej 1936 roku po stronie Republiki Hiszpańskiej brygad międzynarodowych nie jest przypadkowe. Sugeruje ono bowiem, iż – tak jak wtedy – przeciwnikiem międzynarodowych ochotników są faszyści.

Reasumując, trudno powiedzieć, jak potoczą się sprawy. Żartobliwie mówiąc, nie powiedziałby nam tego nawet wspomagany przez czarnego kota i wyposażony w szklaną kulę jasnowidz. Trzeba więc być przygotowanym na różne scenariusze rozwoju sytuacji. Nawet te najbardziej dla nas niekorzystne.

Zdzisław Jacaszek, wiceprezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Niepokoi mnie oddziaływanie tego, co się obecnie dzieje, na kondycję społeczeństwa. Jakimi narzędziami się posługiwać, żeby uniknąć, a przynajmniej złagodzić długofalowe negatywne tego efekty? Czy edukacja, która jest nie tylko naszą polską słabością, ale i europejską, jest zdolna łagodzić te skutki? Jak można modelować działania kultury, żeby można było nieagresywnie wchodzić w sferę mentalności, przeciwstawiając się narastaniu lęków i wywoływaniu złych emocji? Bo to, że agresja propagandy była (od czasów Greków), jest i będzie – tylko raz bardziej, raz mniej nasilona – jest oczywiste. Doktor Olechowski napomknął jednak o agresji w świadomość. Warto będzie na ten temat rozpocząć kiedyś nową rozmowę.

Zbigniew Wróbel, przedsiębiorca i menedżer (m.in. b. prezes PKN Orlen SA, wiceprezes PepsiCo na Europę Centralną i Wschodnią), autor artykułu Zjednoczone Stany Europy. Marzenie, fikcja czy cel? na reshumana.pl: Bardzo małą uwagę przywiązujemy do najważniejszego moim zdaniem tematu – zjednoczenia Europy. To, co teraz powiem może będzie trywialne, ale warto przypomnieć: świat liczy się tylko z silnymi. A my w Europie prowadzimy pozorną grę zjednoczeniową. Handlujemy wewnętrznie, troszeczkę sobie pomagamy, ale od dłuższego czasu proces integracji jakby się zatrzymał. Jasne, że siły środkowe będą ten proces hamować. Jasne, że daleko nam do ekumenizmu etnicznego. Jasne, że tożsamość, nacjonalizmy i obyczajowe ograniczenia… Wszystko to wiemy. Ale zjednoczenie to dzisiaj imperatyw naszego przetrwania. To warunek sine qua non zbilansowania ekonomiczno-militarnego świata z Europą – inaczej dokona się ono bez niej. My, jako Europa, musimy akcelerować procesy integracyjne w sposób bardziej zorganizowany, zdeterminowany, ale i formalny. To jest główny cel na dziś, a w szczególności na czas powojenny. I powtórzę za Konfucjuszem, nie będę tu nowatorski, że każda wielka podróż zaczyna się od pierwszego kroku. A my przestaliśmy iść. Zatrzymaliśmy się, akceptując status quo, podczas gdy rydwany „czarnych rycerzy” gnają do przodu…

Druga kwestia, którą chcę poruszyć: świat po wojnie będzie wymagał wykonania paru ruchów, które będą niezbędne, choć nam się nie podobają. Będziemy musieli poczynić jakieś ustępstwa wobec Chin, uznać ich odmienność także w postrzeganiu praw człowieka, bo dzisiaj to jest jeden z głównych graczy w globalnej polityce. Powinniśmy wykazać się większą aktywnością w docenianiu tego partnerstwa i szukaniu tego, co nas może łączyć – a nie karcić… Chiny mają oczywiście swoje problemy wewnętrzne, ale Xi Jinping zaczyna tworzyć cesarstwo w kierunku „Państwo Środka do środka”, jednocześnie zbrojąc się i zajmując ekonomicznie całe obszary południowego Pacyfiku i Afryki. Dlatego musimy być przygotowani na „coś”. Obserwując wojnę w Ukrainie Chińczycy trochę cofnęli się w sprawie Tajwanu – co wcale nie oznacza, że już nie chcą dokonać aneksji. Ja uważam, że oni to zrobią – tylko poczekają. Lepiej się przygotują, wyciągną wnioski… Jak to w Chinach.

Putin szuka sojuszników wśród podobnych sobie. My też to robimy. Ale powinniśmy też neutralizować tych, do których potencjalnie pójdzie Rosja. W tym Chiny, Koreę Północną. Zmniejszać presję i polaryzację w obliczu zagrożenia wojnami kontynentalnymi. Jak mawiają Amerykanie: dbaj o swego klienta, bo kto inny zadba…

Kolejną sprawą jest niezbędne dozbrojenie państw wschodniej flanki (czyli nas), żeby wyrównać, a nawet przewyższyć stan zabezpieczenia militarnego w porównaniu z pozostałymi krajami dojrzałej cywilizacji natowskiej. Bo to my, sąsiedzi Rosji, jesteśmy frontem! Tu przebiega linia frontu! I to u nas powinno być najwięcej, najsilniej i najnowocześniejszej, żeby trzymać tę granicę w ryzach, gdy przyjdzie taka potrzeba. Mówi się o tym, ale nic się nie robi; no, dobrze – teraz zaczyna się coś robić. Co w tej sprawie wykona główny rozgrywający w NATO, okaże się, jak Trump zostanie prezydentem. Obawiam się, że zostanie. Niedawno spędziłem miesiąc z Amerykanami z tak zwanej górnej półki, ludźmi rozsądnymi, odnoszącymi sukcesy w biznesie – i oni mówią, że Trump musi wygrać! Ponieważ niezbędne jest przywrócenie od nowa supremacji najważniejszych wartości (wiadomo jakich), które w Stanach Zjednoczonych zostały zagubione.

I ostatnia rzecz, którą musimy po wojnie osiągnąć, to wygrana w tak zwanym skoku technologicznym. W energetyce, AI, cyberprzestrzeni. Ostatnim obszarem w nauce i gospodarce, który nie rozwinął się w ciągu ostatnich stu lat, jest energetyka. Jak my chcemy lecieć na Marsa i zdobywać kosmos, skoro nie umiemy pozyskać i użyć energii w sposób radykalnie odmienny od tego, czym dzisiaj dysponujemy? Ale to się wydarzy! Podejrzewam, że my w tym gronie wszyscy coś wiemy – o wodorze, kosmicznej plazmie, kolejnych jądrowych eksperymentach. A gdzieś tam są ludzie, którzy wiedzą dużo więcej i nad tym pracują. To jest niezbędne dla ludzkości i jej uniwersalnej przyszłości.

Co musi się wydarzyć, żeby ta wojna się skończyła? Musi zostać osiągnięty kompromis, o którym wszyscy wiedzą, tylko wstydliwie o tym nie mówią. Powoli opinia publiczna na świecie dostrzega, że cel długoterminowego osłabienia Rosji jest niemal osiągnięty. Ale niezależność Ukrainy w jej niedawnym kształcie wydaje się tak bardzo zagrożona, że utrzymanie jej wschodnich regionów i Krymu może wkrótce przestać być warte traconych istnień ludzkich (nawet nie ponoszonych nakładów finansowych, chociaż one też nie są do pominięcia). Póki jeszcze można, zanim Trump się rozpanoszy, trzeba przyłączyć do Unii Europejskiej pozostałą część Ukrainy. I włączyć ją do tego procesu, o którym przed chwilą mówiłem – integracji Europy, i zakończyć tę wojnę. A potem się martwić, jak te utracone terytoria odzyskać. Bo za chwilę nawet to nie będzie nam dane. Powtórzę za klasykiem: w polityce najmniej trwałe są sojusze i granice. Jeśli powstałaby Zjednoczona Europa, granice przestałyby być problemem – i to jest problem Putina.

Władysław Sokołowski, Wydawnictwo „Poznanie”, b. ambasador RP w Kazachstanie: Ta wojna nie zaczęła się 22 lutego 2022 roku, nie zaczęła się w roku 2014, ani nawet w momencie, kiedy Ukraina ogłosiła niepodległość. Ta wojna być może trwała wcześniej, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego. Formułuję tę hipotezę na podstawie analiz, jakie przez wiele lat regularnie pisałem w Instytucie Studiów Wschodnich. Szukałem różnic, rozbieżności interesów, zderzeń między Rosją a Ukrainą i innymi krajami postradzieckimi. Powstała z tego dość duża mapa takich zjawisk i rozbieżności. Tylko że ta wojna trwała wtedy w innej postaci. W końcu 2013 roku te zmagania przyjęły obrót dobry dla Putina. Ówczesny prezydent Ukrainy Janukowycz wracał z Pekinu, od którego dostał 3 miliardy dolarów. W Soczi spotkał się z Putinem, który postawił mu warunki: wchodzimy w 26 projektów, tj. zajmujemy najważniejsze z punktu widzenia gospodarki obiekty. To był m.in. Dniepr (rakiety), Mikołajów (stocznia). Janukowycz się na to zgodził. Ale wkrótce potem był Majdan i te projekty upadły. Zmierzam do tego, że ta wojna się skończy w wymiarze militarnym, ale w istocie będzie trwała nadal. Podczas moich wielu wyjazdów, spotkań, rozmów widziałem, że ta wojna jest w umysłach części elit rosyjskich: „My musimy Ukrainę odzyskać”. I dzisiaj z kimkolwiek byśmy rozmawiali, nawet z przebywającymi za granicą przedstawicielami antyputinowskiej opozycji, usłyszymy: „Krym jest nasz”.

Zdzisław Raczyński, dyplomata, pisarz, redaktor „Res Humana”: Czy wojna w Ukrainie będzie momentem zwrotnym w budowie Unii Europejskiej, wymuszając takie zmiany w funkcjonowaniu UE, które przyniosą organizacji nową jakość? Wojna toczy się u granic Unii, ma bezprecedensowy co do skali charakter i już spowodowała niespotykane wcześniej decyzje i działania UE. Niemniej, oczekiwania, że wojna ukraińsko-rosyjska doprowadzi do wojskowo-technicznej, geopolitycznej i politycznej autonomii strategicznej Unii, nie wydają się uzasadnione.

Jeśli zdystansujemy się od europocentrystycznego oglądu świata, to wojna w Ukrainie wciąż ma regionalny charakter, jest jednym z konfliktów lokalnych. Jej destrukcyjny dla porządku światowego charakter wynika z tego, że agresorem jest Rosja, jedno z mocarstw jądrowych o globalnych ambicjach, a w konflikt pośrednio zaangażowane są USA i państwa UE. W tym znaczeniu jest to pełnoskalowa proxy war XXI wieku, która przywołuje podobieństwa do dwudziestoletniej wojny amerykańsko-wietnamskiej w poprzednim stuleciu.

Po dwóch latach od dnia rosyjskiej pełnowymiarowej agresji 24 lutego 2022 roku oczywiste staje się, że strony stawiają w wojnie cele – Rosja: całkowity podbój Ukrainy; Ukraina: pełne oswobodzenie Krymu i Donbasu – które są nierealistyczne do osiągnięcia. Zatem rozstrzygnięcie nastąpi najprawdopodobniej przy stole rozmów, gdy osiągnąwszy pewne zdobycze terytorialne Rosja napotka na ultymatywną czerwoną linię, wyznaczoną przez Zachód, który z kolei będzie skłonny uznać określone nabytki Rosjan. Wynika z powyższego, że jednym z wymiarów wojny – a z globalnego punktu widzenia, problemem kluczowym – jest przyszły status i wpływy Rosji, ponieważ samo istnienie niepodległej Ukrainy jako państwa sojuszniczego Zachodu nie może już być przekreślone.

Gdy rozwiały się iluzje krótkotrwałego pokoju światowego i ostatecznego triumfu demokracji, powstał problem, jak określić rozchybotany system stosunków międzynarodowych. Nie był to już system dwubiegunowy, ale też hegemonia Stanów Zjednoczonych nie była totalna i niekwestionowana, a kontury nowego porządku nawet nie majaczyły jeszcze we mgle. Wówczas to porządek światowy definiowano trochę jak Boga w teologii prawosławia – przez negację. Ład międzynarodowy określano jako nieprzewidywalny, niestabilny, niepewny, niebezpieczny. W następstwie agresji Rosji na Ukrainę niebezpieczeństwo i nieprzewidywalność porządku światowego się pogłębiły. Ale poprzez kurz wojny wyłaniają się zarysy nowego ładu.

Niezależnie od wyniku wojny i Rosja, i Ukraina pozostaną elementami ładu europejskiego. Zachód stanie wobec zadania, w jaki sposób wkomponować oba państwa w system europejski. Ponieważ Rosja, jako państwo jądrowe, nie może być pokonana, musi być osłabiona na tyle, aby ograniczyła, przynajmniej na kilka dziesięcioleci, swoją zdolność do ekspansji. Nie zamykajmy oczu na tę oczywistość, że dla Rosji (historycznie, od czasów powstania Rusi Moskiewskiej) posiadanie głębi strategicznej na trzech głównych kierunkach było zawsze niezmiennym aksjomatem jej polityki zagranicznej. Oczywiście nie należy utożsamiać pojęcia głębi strategicznej tak, jak pojmuje je rosyjska doktryna, z banalną szarą strefą bezpieczeństwa; to różne pojęcia. Osłabienie Rosji, a zapewne także względne osłabienie całej Europy, w tym UE, przesunie ciężar ciężkości na megakontynencie euroazjatyckim w stronę Chin. Światowy system stosunków międzynarodowych ponownie będzie ciążył w stronę bipolaryzmu, z USA i ChRL jako biegunami, gdyż doświadczenie historyczne uczy nas, że tak zorganizowany świat nie jest wprawdzie lepszy, ale bardziej stabilny i przewidywalny niż ryzyko polianarchii.

Mirosław Słowiński, pisarz, producent filmowy: Nie wiem, czy pytanie, które się w naszej dyskusji bardzo często przewija – jak się ta wojna skończy? – ma optymistyczną odpowiedź. Niedawno generał Andrzejczak, były szef Sztabu WP, publicznie stwierdził, że Rosjanie wyciągnęli wnioski ze swoich porażek i że uczą się szybciej od swoich przeciwników. Ukraina tę wojnę przegrywa. Nie tylko ona, ale również Europa i NATO są w tej chwili, mówiąc krótko, w głębokiej defensywie.

Pytaniem, które tutaj powinno się pojawić, jest: jakie są tego skutki dla nas? Martwimy się Europą, Ukrainą, Rosją, a trochę mało było tutaj wątku polskiego. Osobiście uważam, że absolutnie kluczowe jest pytanie, czy tak naprawdę mamy wiarygodnych sojuszników na wypadek, gdyby doszło do ekstremalnie trudnego konfliktu. Obserwując naszą politykę zagraniczną, miałbym pewne wątpliwości.

Proszę panów, większość ziemi ukraińskiej jest pod kontrolą wielkich oligarchicznych koncernów zachodnioukraińskich. Moja teza jest taka, że ich interes w wejściu do Unii Europejskiej jest co najmniej wątpliwy. Oni robią teraz biznes życia, ponieważ nie mają żadnych rygorów, które nałożyłaby na nich Unia.

Historia ma swoje brutalne prawa. A jakie my mamy gwarancje, że świetnie wyszkolona armia ukraińska, opanowana przez Rosję, nagle nie stanie się naszym przeciwnikiem? Nie wiemy, jak to będzie, ale wiemy, czego się w Ukrainie nie mówi. Prezydent nigdy nie zająknął się w sprawach poważnych rozliczeń polsko-ukraińskich. Te braki wypowiedzi powinny być w naszej polityce traktowane z dużą powagą. Dlaczego nie brać pod uwagę scenariuszy skrajnie niekorzystnych dla nas? Nawet jeśli by je traktować jako historyczne political fiction.

Prof. Andrzej Małkiewicz, Uniwersytet Zielonogórski, współautor książki pt. Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023[1]: Z tym głosem muszę popolemizować. Po pierwsze, choć – jak w każdym kraju – i w Ukrainie można znaleźć takich, którzy nie widzą interesu w członkostwie w UE, to nie ulega wątpliwości, że jej władze prowadzą intensywne rozmowy w tej sprawie i dokonały już pod tym kątem wiele zmian swoich przepisów wewnętrznych. Jej przywódcy zapewniają – a osoby z kierownictwa UE to potwierdzają, że w wielu miejscach Ukraina spełnia unijne wymagania. Choć oczywiście wojna w tym przeszkadza. Z pozostałymi tezami też nie do końca się zgadzam, ale żeby nie przedłużać odniosę się tylko do jednej: rozliczenie przeszłości. Z ich perspektywy zbrodnia wołyńska nie była wielkim problemem. Oni tego nie rozumieją. Jestem historykiem, a dodatkowo, ponieważ moja rodzina pochodzi z Wołynia, mam też pewne moralne prawo do tego, aby wyrazić pogląd, iż na świat nie należy patrzeć przez pryzmat dawnych dziejów ani poprzez wariatów, którzy nie rozumieją dnia dzisiejszego; patrzmy na interesy! Inaczej nie powinniśmy współpracować z Niemcami, Węgrami, Szwecją, Litwą… Interes Ukrainy polega na jak najlepszych stosunkach z Polską i z Unią Europejską, a interes polski polega na jak najlepszych stosunkach z Ukrainą. Patrzmy w przyszłość.

Robert Smoleń: Ja także muszę zareagować w tym punkcie. Za bezpodstawne uważam kwestionowanie wiarygodności naszych sojuszy. Co się tyczy aspiracji społeczeństwa ukraińskiego do przynależności do UE, to najlepszym ich dowodem był drugi Majdan, na którym ludzie za tę sprawę ginęli. Jeśli chodzi o pytanie, czy ukraińska armia – która po wojnie bez dwóch zdań będzie jedną z najlepszych armii w Europie – nie zwróci się przeciw nam, to najtwardszą tego gwarancją będzie włączenie Ukrainy do struktur euroatlantyckich. I powiem też, że moim zdaniem kiedyś bardzo będziemy się wstydzić, jako naród, jednostronnego wprowadzenia embarga na produkty ukraińskie (zresztą przy złamaniu podstawowych zasad funkcjonowania wspólnego rynku). Zamknęliśmy granicę, przeszkadzając w ten sposób zaprzyjaźnionemu państwu w przeciwstawianiu się brutalnej agresji. Jest mnóstwo mechanizmów, którymi można było skuteczniej wesprzeć rolników – w sumie nieliczną grupę – którzy finansowo tracili na zniesieniu ceł.

Piotr Szymaniec, profesor Akademii Nauk Stosowanych Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu, współautor książki pt. Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023: Mam pewną wątpliwość wobec określenia, jakie tu padło, że wojna w Ukrainie jest dla Chin wojną peryferyjną. Ten konflikt być może wpycha Rosję w objęcia Chin, do którego to wepchnięcia Rosja już wcześniej sama była przygotowana mentalnie, kierując się w ten obszar Eurazji. Bo rosyjska wizja bezpieczeństwa i jej polityka zagraniczna miała i ma wychylenie w kierunku południowego podbrzusza – Chin, Indii. Putin i jego reżim sam się pozycjonuje właśnie w tym rejonie geograficznym czy geopolitycznym świata. Więc być może w tej chwili Chiny zdobywają pozycję drugiego hegemona na świecie.

Józef Bryll, prezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Serdecznie dziękuję wszystkim panom. Swoimi głosami potwierdzili panowie przynależność do zdroworozsądkowej elity, zdolnej do korygowania pewnych rzeczy zachodzących w naszej Rzeczypospolitej. Gratuluję też autorom książki, która wywołała tę dyskusję. Gdy to będzie możliwe, chcielibyśmy odbyć drugi akt tego spotkania w takim gronie. Dziękuję.

[1] Zob. recenzję na str. 114–116.

 

Z Włodzimierzem CIMOSZEWICZEM rozmawia Robert SMOLEŃ

Robert Smoleń: Za nami pięć szczególnie burzliwych lat w historii Unii Europejskiej: była pandemia COVID-19, jest wojna tuż za granicą Wspólnoty, w wielu krajach w siłę rosły ugrupowania populistyczne i nacjonalistyczne. Ale odbyła się też Konferencja o przyszłości Europy, w ramach której przez okrągły rok obywatele dyskutowali o nowym kształcie Unii. Jaka była kończąca się właśnie kadencja z perspektywy posła do Parlamentu Europejskiego?

Włodzimierz Cimoszewicz: Wszystko zaczęło się jesienią 2019 roku od zaskakująco – przynajmniej dla mnie – dobrego exposé nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Była w nim mocna zapowiedź podjęcia wręcz historycznych zagadnień o ogromnym znaczeniu i ogromnej aktualności. Mam na myśli oczywiście Zielony Ład oraz Cyfrową Europę. W ciągu mniej więcej roku przyjęły one już postać dojrzałych programów.

Później te dwa główne wątki musiały być uzupełnione o to, co wynikało z konieczności sytuacyjnych. COVID w pierwszych tygodniach pandemii rozprzestrzeniał się błyskawicznie, a państwa były na to kompletnie nieprzygotowane. Służba zdrowia znalazła się w chaosie, brakowało wszystkiego, ludzie umierali tysiącami, a rządy podejmowały decyzje o gwałtownym zamykaniu granic – trochę jak w dotkniętej epidemią dżumy średniowiecznej Europie, gdy zatrzaskiwano bramy miast, licząc, że choroba przestanie się roznosić. To było naiwne i nieprofesjonalne, ale też dramatyczne, tragiczne: skazywano ludzi na śmierć. Komisja Europejska postanowiła działać. Pomagała w nawiązywaniu współpracy na poziomie ponadnarodowym w ograniczaniu pandemii, ratowaniu chorych. Z góry było wiadomo, że najważniejsze jest jak najszybsze opracowanie skutecznej szczepionki; w związku z tym Komisja wyłożyła duże pieniądze na badania nad jej stworzeniem i przeprowadziła negocjacje w sprawie jej zakupu.

Robert Smoleń: Czy powinno się z tego wyciągnąć wniosek, że polityka zdrowotna powinna zostać uwspólnotowiona? Wprowadzenie w całej UE jednolitego standardu, jednakowej jakości i dostępności usług medycznych byłoby odczuwalne przez obywateli, bardzo by Unię zintegrowało, zwiększyłoby mobilność jej mieszkańców.

Włodzimierz Cimoszewicz: Do tej pory Unia w zasadzie w ogóle nie miała kompetencji do działania w tym zakresie. W czasie pandemii Komisja Europejska musiała tworzyć precedensy. Osobiście jestem przekonany, że kompetencje w tej dziedzinie powinny zostać podzielone między Unię a państwa członkowskie. Gdy chodzi o politykę zdrowotną, reagowanie na zagrożenia o charakterze ponadgranicznym, decyzje powinny zapadać w Brukseli i Strasburgu. To na pewno leży w interesie krajów biedniejszych. Uwspólnotowienie standardów, upowszechnienie dobrych praktyk, kształcenie lekarzy (także np. z powszechną wymianą staży), badania i rozwój nad nowoczesnymi farmaceutykami i sprzętem, leczenie chorób rzadkich, ale także finansowanie opieki zdrowotnej na tym samym poziomie – z czasem powinno stać się codziennością.

Pojawiają się nowe zagrożenia dla zdrowia publicznego. Na przykład ostatnie ogólnoeuropejskie protesty rolników doprowadziły do wycofania się Komisji Europejskiej z decyzji o redukcji użycia pestycydów. W ten sposób bardzo niemądrze – w moim przekonaniu – postanowiono obniżyć standard ochrony zdrowia. Niestety, po powrocie Fransa Timmermansa do polityki holenderskiej nikt nie kontynuuje Zielonego Ładu z równym zaangażowaniem. Toczy się on siłą rozpędu, a kiedy pojawiają się przeszkody, stosuje się uniki – czasem kosztem kluczowych założeń. Tymczasem osiągnięcie neutralności klimatycznej jest absolutną koniecznością. Nie wolno tu czynić ustępstw.

Robert Smoleń: Innym zakłóceniem funkcjonowania Unii była konieczność reakcji na agresję Rosji wobec Ukrainy.

Włodzimierz Cimoszewicz: Tak, działania Unii musiały być skorygowane. Wkroczyliśmy na nowe pola. Unia udziela pomocy wojskowej, pomocy finansowej na cele wojenne. To działania niemające precedensu. Niedawno odbyliśmy bardzo trudne negocjacje międzyinstytucjonalne w sprawie wielkiego programu pomocy zwanego Ukraine facility. Parlament Europejski przedkładał szereg rozmaitych zapisów do wspólnego stanowiska, w tym moje postulaty dotyczące konfiskaty rosyjskiego majątku państwowego na rzecz pomocy dla zaatakowanego państwa. Rada Europejska stanowczo się temu przeciwstawiała. Finalnie zgodzono się na sformułowanie, że Rosja powinna zapłacić za wyrządzone szkody. Notabene Parlament przy okazji tych targów potrafił przeforsować inne elementy swojego stanowiska.

Tak więc zarówno z powodów związanych z ambitnym programem działania Komisji, jak i tych, które wynikały z niespodziewanych wydarzeń międzynarodowych, musieliśmy robić rzeczy, które na pewno nie były zaplanowane w chwili rozpoczęcia kadencji. Te pierwsze dawały dużą satysfakcję. W moim przekonaniu były trafnie zdefiniowane. Kwestie ekologiczno-klimatyczne w sposób oczywisty są życiowo ważne. Odniesienie się do dokonującej się rewolucji cyfrowej, w tym w zakresie sztucznej inteligencji (czym zajęliśmy się jako pierwsi regulatorzy na świecie), nagle stało się bardzo pilne. I w całkiem niezłym stopniu z tymi wyzwaniami sobie radziliśmy, w zgodnym współdziałaniu Komisji i Parlamentu Europejskiego. Nie jestem natomiast usatysfakcjonowany współpracą z Radą Europejską oraz składającą się z ministrów państw członkowskich Radą Unii Europejskiej. Rządy są najbardziej zachowawczym elementem całej konstrukcji europejskiej. Póki co ich większość jest niechętna zmianom, opiera im się, trzeba na nie wywierać duży nacisk.

Ze wspomnianą Konferencją o przyszłości Europy wiązałem bardzo dużą nadzieję, uważając, że autentyczne wysłuchanie głosów Europejczyków będzie sprzyjać wzmocnieniu integracji. Przeciętny dominujący pogląd wśród obywateli UE jest bowiem bardziej progresywny niż poglądy rządów. Niestety, Konferencja rozczarowała. Główną tego przyczyną była manipulatorska maniera doboru przedstawicieli społeczeństwa europejskiego. W debacie – żeby prowadziła ona do mądrych wniosków – muszą uczestniczyć ludzie mający więcej do powiedzenia. Widząc, że prace grupy zajmującej się polityką zagraniczną toczą się bez sensu, zaproponowałem uczestniczącym w nich innym europosłom (ze wszystkich frakcji) przygotowanie wspólnych propozycji. Tak zrobiliśmy. I… nic z tego zestawu nie zostało uwzględnione w ostatecznych wnioskach! Spisywali je wynajęci eksperci, niekoniecznie nawiązując do tego, co było przedmiotem debat.

Jednak generalnie, podsumowując, była to bardzo wartościowa kadencja. Jej doświadczenia nie są wyłącznie pozytywne, ale dorobek jest bardzo satysfakcjonujący – zwłaszcza jeśli realistycznie ocenimy, co było możliwe, a co nie.

Robert Smoleń: Czy Unia Europejska jest w lepszym stanie niż pięć lat temu? Na przykład uruchomiono instrument NextGenerationEU. A zawsze się mówiło, że uwspólnienie długów jest wielkim krokiem w stronę bardzo pogłębionej integracji, być może początkiem procesu federalizacyjnego.

Włodzimierz Cimoszewicz: Niewątpliwie w zderzeniu z tymi wszystkimi wyzwaniami Unia dowiodła swojej zdolności adaptacyjnej. A przecież mogła się potknąć o własne sznurowadła. Potrafiliśmy przełamać tabu dotyczące właśnie wspólnego długu. Tuż przed COVID-em, w pierwszym roku kadencji, jesienią 2019 r. w dyskusjach pojawiał się pomysł wyemitowania wspólnych obligacji UE na finansowanie rozmaitych programów. Wtedy było stanowcze „nie” ze strony niektórych państw. Parę miesięcy później ich wątpliwości straciły znaczenie. Z tego punktu widzenia powiedziałbym, że tak – Unia jest skuteczniejszym mechanizmem, niż to było kiedykolwiek w przeszłości. Ale czy wystarczająco skutecznym? To już zupełnie inne pytanie.

Robert Smoleń: Więc jak teraz powinniśmy ją zmieniać? Wiem, jakie są wyobrażenia większości (nawet jeśli niewielkiej) posłów do Parlamentu Europejskiego, bo dali temu wyraz w głosowaniu nad rezolucją w tej sprawie. Ale co jest w tej materii realne? Popatrzmy teraz pięć lat nie do tyłu, lecz do przodu. Z uwzględnieniem okoliczności, które mogą determinować globalną politykę: toczy się wojna tuż za granicą Unii Europejskiej, druga wojna w Strefie Gazy, napięcie wokół Tajwanu, Korea Północna, rosnące w siłę Chiny…

Włodzimierz Cimoszewicz: Wszystkie mające już miejsce konflikty oraz te prawdopodobne w nieodległej przyszłości są sygnałem tego, że świat wkroczył w epokę fundamentalnych zmian. Radykalnie się zmienia. W latach dziewięćdziesiątych, po upadku Związku Radzieckiego, stał się jednobiegunowy. Nawet przyjaciele Stanów Zjednoczonych obawiali się, że czeka nas długi, trwający być może dziesięciolecia, okres hegemonii amerykańskiej (pamiętam wystąpienie Aleksandra Kwaśniewskiego w Akademii Obrony USA, w którym powiedział: „Potrzebne nam jest wasze przywództwo, a nie wasza hegemonia”). Dzisiaj świat jest zupełnie inny. Jest zdecydowanie mniej stabilny, dlatego że pojawiło się wiele państw chcących zmienić układ sił. Mają one środki, żeby do takiej zmiany dążyć. A to oznacza mnożące się konflikty interesów i rosnące prawdopodobieństwo ich przeradzania się w otwarte konflikty, w tym także wojskowe.

Te wszystkie zdarzenia będą wywierały presję na Unię Europejską. Jeżeli dojdzie do jakichś poważnych konfliktów w Azji, w strefie Pacyfiku, sprawiających, że Stany Zjednoczone będę musiały zaangażować się w tamtej części świata znacznie bardziej niż do tej pory kosztem zaangażowania w stosunki euroatlantyckie, to oczywiście wymusi to na Unii działania równoważące. Jeżeli Rosja pokona Ukrainę, będziemy mieli do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem na granicy zewnętrznej UE. Jeżeli jej nie pokona i pozostanie dość daleko odsunięta na wschód, sytuacja będzie inna. I inne będą w związku z tym działania dotyczące na przykład rozszerzenia Unii Europejskiej. Jeżeli będziemy przyjmować nowe państwa, to będziemy musieli wiele zmieniać w politykach unijnych, bo to nie będą rozszerzenia łatwe do skonsumowania. Jeżeli nie będziemy przyjmowali, będziemy mogli zachowywać się bardziej konserwatywnie. Będzie mniejsza presja na zmiany.

Unia odgrywa rolę globalną w największym stopniu jako wspólnota ekonomiczna. Dodatkowo trzeba więc będzie jeszcze uwzględniać to, co będzie się działo w gospodarce światowej. Rewolucja cyfrowa i sztuczna inteligencja będą ją przewracały do góry nogami – nie tylko gdy chodzi o układ sił, ale też w odniesieniu do struktury gospodarki, struktury zatrudnienia. Zderzymy się z całkowicie nowymi problemami. W skali UE mogą pojawić się dziesiątki, jeśli nie setki milionów ludzi bez pracy, ze wszystkimi wyobrażalnymi konsekwencjami społecznymi i politycznymi. Trzeba będzie na to wszystko reagować.

W moim przekonaniu odpowiedź będzie polegała na jeszcze mocniejszej integracji, jeszcze lepszej, bardziej lojalnej, z myślą o wspólnym dobru, współpracy. A tym samym konieczna stanie się rewizja traktatów europejskich. Ci, którzy uważają inaczej, wydają się bagatelizować zachodzące w świecie procesy.

Robert Smoleń: Jaka Europa może realnie wyłonić się po zakończeniu lub – gorzej – zamrożeniu wojny wywołanej przez Putina? Kiedy (pewnie raczej niż „czy”) Ukraina zostanie przyjęta do UE i NATO? Czy Rosja będzie w stanie na to zareagować? Zapewne będzie to większe rozszerzenie, razem z Mołdawią i krajami Bałkanów Zachodnich; jak wtedy będzie musiała się zmienić Unia i jaki dokładnie status przyzna nowym członkom? Czy zdoła utrzymać surowy reżim sankcji nałożonych na Moskwę do czasu podporządkowania się przez nią normom prawa międzynarodowego? Czy stworzy własną, faktyczną tożsamość obronną, strategiczną autonomię i wspólną politykę zagraniczną? To wszystko wydaje się pilne, zwłaszcza w obliczu możliwego powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu.

Włodzimierz Cimoszewicz: Los tak chciał, że najważniejszą sprawą, jaką zajmowałem się w tej kadencji, była wojna w Ukrainie. Pracowałem w trzech komisjach Parlamentu – spraw zagranicznych, konstytucyjnej oraz badającej zewnętrzną ingerencję w funkcjonowanie demokracji w państwach członkowskich. Udało mi się m.in. wprowadzić do jednej z rezolucji PE pomysł na przeprowadzanie konsultacji ogólnoeuropejskich. W jakimś stopniu to była moja reakcja na wspomniane niepowodzenie Konferencji o przyszłości Europy. Uważam, że wzmocnieniu demokracji dobrze przysłużyłoby się, gdyby Europejczycy mieli na co dzień przekonanie, że są pytani i wysłuchiwani. Dzisiejsza technologia pozwala nam to robić bardzo sprawnie i przy bardzo niskich kosztach. Inną kwestią, której poświęciłem wiele czasu i energii, było przygotowanie gruntu do utworzenia tzw. Ethics Body, organu Unii do spraw „czystych rąk” – który ma przyglądać się, czy politycy i urzędnicy ze wszystkich instytucji UE zachowują się uczciwie i etycznie. To były trudne negocjacje i mam nadzieję, że na ostatnim posiedzeniu plenarnym, w ostatnim tygodniu kwietnia, Parlament ostatecznie zaakceptuje osiągnięte w tej materii porozumienie z Komisją Europejską.

Jednak bezsprzecznie najważniejsza była Ukraina i wojna. Gdy chodzi o negocjacje akcesyjne, także z Mołdawią, to nie są one najpoważniejszym problemem. Można, także przy zachowaniu wysokiego poziomu wymagań, przeprowadzać je sprawnie. Wystarczy rozmawiać nie co miesiąc, tylko co dwa tygodnie – i już dwukrotnie skraca się czas rokowań. Większym problemem będzie autentyczne, realne przygotowanie tych państw do członkostwa. Tutaj w moim przekonaniu żadnego przymykania oka być nie może. W odniesieniu do głównych unijnych zasad, w tym rządów prawa, demokratyzmu, nie można iść na żadne koncesje. I może się okazać, że nie jest łatwo. Dopóki wszystkie państwa członkowskie nie będą przekonane, że w sprawie korupcji Ukraina rzeczywiście jest już po drugiej stronie rzeki, dopóty nie zostanie ona przyjęta. Ukraińcy mogą liczyć na polityczne poparcie, na przyjazne uczucia i solidarność, ale nie na ustępstwa w odniesieniu do spraw podstawowych – bo to po prostu stanowiłoby zagrożenie dla samej Unii, dla jej funkcjonowania i istnienia. Niedawno bardzo otwarcie mówiłem to na spotkaniu z całym kierownictwem Rady Najwyższej w ramach tzw. Dialogów Jeana Monneta.

Nie wiemy, jak się to wszystko potoczy. Jeżeli wojna będzie trwała, Ukraińcom będzie znacznie trudniej spełnić warunki członkostwa. Gdy chodzi o NATO, to w mojej opinii nikt w Sojuszu nie zgodzi się na przyjęcie Ukrainy, która będzie w stanie wojny z innym państwem. Tutaj trzeba działać inaczej: udzielać Ukrainie skutecznej pomocy. Jeśli bowiem przegra, to w ogóle nie będzie mowy o rozszerzeniu. Jej porażka będzie polegała na zwasalizowaniu Ukrainy i nie będzie ona żadnym kandydatem do członkostwa.

Jeżeli uda się Ukrainie skutecznie pomóc, to wtedy – tak; wtedy będziemy o tym dyskutowali. W moim przekonaniu jej wejście do NATO byłoby ważne dla niej samej, ale też byłoby wielką wartością dla nas. Tym bardziej, że przegrana, poturbowana Rosja będzie państwem, w którym łatwo będzie wywoływać nastroje rewanżystowskie. Ludzie rządzący w Moskwie nie będą się chcieli pogodzić z porażką i w związku z tym będą szukali możliwości jakiegoś odwetu.

Państwa bałkańskie oczywiście nie mogą być potraktowane gorzej niż Ukraina. Jeżeli Kijów korzystałby z szybkiej ścieżki, to i one musiałyby się na niej znaleźć. Niektóre z nich powinny być przyjęte jeszcze przed Ukrainą, bo są zdecydowanie bardziej zaawansowane pod każdym względem. Ale są też takie, których przyszłość jest całkowicie niejasna.

Wyraźnie więc widać, że rośnie znaczenie wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej (polityka sąsiedztwa i otwarcia też jest jej elementem). Coraz ostrzej będzie się pojawiał problem efektywności procedur decyzyjnych w jej ramach. W moim przekonaniu konieczność odejścia od zasady jednomyślności jest oczywista. Ale trzeba byłoby je poprzedzić głębszą debatą wyjaśniającą ludziom w wielu krajach, dlaczego nie ma w tym nic niestosownego. Mówiąc o przyszłości Unii Europejskiej często odwołuję się do doświadczenia amerykańskiego. Gdy trzynaście kolonii ogłosiło niepodległość, stworzyły konfederację. Dopiero nieomal przegrana wojna (Ameryka cudem obroniła się przed Anglikami) doprowadziła do tego, że większość elit zrozumiała konieczność postępu, zmiany i przyjęto obecną konstytucję, która wprowadziła ustrój federalny. Więc być może jakiś kolejny kryzys czy zagrożenie bardzo poważnym kryzysem odciśnie się na świadomości społecznej.

Ale pamiętajmy, że dzisiaj świadomość polityczna poszczególnych społeczeństw jest kształtowana nie tylko przez dyskusje wewnętrzne, nie tylko przez opiniotwórcze środowiska polityczne, naukowe czy ze świata kultury, ale także przez zewnętrzne ingerencje, które są świadomymi, ukrytymi operacjami wpływu o ogromnym zasięgu i często ogromnej skuteczności. Sztuczna inteligencja, o której wspomniałem, będzie miała niestety także i ten skutek, że będzie ułatwiać złowrogie działania wymierzone przeciwko demokracji. Będziemy to odczuwać w naszych nastrojach i dyskusjach.

Robert Smoleń: Uda się stworzyć europejską tożsamość obronną? Nie w formie jednolitej armii, lecz na przykład wyznaczonych, ukompletowanych, wyposażonych i gotowych do użycia jednostek w państwach członkowskich, zdolnych do współdziałania w oparciu na wspólnych procedurach, najlepiej takich samych jak w NATO.

Włodzimierz Cimoszewicz: W bliskiej – kilkuletniej – perspektywie wszystko zależy od dwóch faktów: tego, jak zakończy się wywołana przez Rosję wojna i czy Donaldowi Trumpowi uda się powrót do władzy. Jeżeli Ukraina się obroni, a Trump nie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, to wydaje mi się, że wielkiego parcia na jakieś zasadnicze zmiany nie będzie. Doświadczenie ukraińskie powinno sugerować, że powinniśmy być lepiej przygotowani, ale w praktyce nadzwyczajnych zmian bym się nie spodziewał. W odwrotnym przypadku stanie się to dla Europy oczywistą koniecznością. Będziemy musieli doprowadzić wyszkolenie, organizację i współdziałanie wojsk do poziomu umożliwiającego bardzo szybką reakcję obronną, jeżeli któreś z naszych państw będzie zagrożone. Bo amerykańskiego wsparcia – zarówno ze względu na osobę przywódcy, ale także ze względu na ewentualną sytuację w Azji – nie będziemy pewni.

Robert Smoleń: Bardzo dziękuję.

Rozmowa odbyła się 4 kwietnia 2024 r.

Współczesny pisarz rosyjski Wiktor Pielewin w swojej powieści Transhumanism inc. przedstawił wizję społeczeństwa przyszłości, w którym ponadnarodowa korporacja Transhumanism Inc. steruje ludzkimi myślami, kreując zarówno w umysłach elit, jak i przeciętnych ludzi pożądany przez siebie obraz rzeczywistości. Niestety, dystopijna wizja Pielewina zdaje się bliska urzeczywistnienia. Przez strategów i teoretyków sztuki wojennej opracowywana jest bowiem koncepcja wojny kognitywnej lub inaczej świadomościowej. Pojawiają się jednak opinie, iż tego typu wojna jest już prowadzona w Ukrainie. Warto więc bliżej przyjrzeć się wojnie kognitywnej.

Najprościej rzecz ujmując, celem wojny kognitywnej jest zamknięcie zarówno pojedynczych ludzi, jak i całego zaatakowanego społeczeństwa w wykreowanej przez agresora bańce informacyjnej. Niektórzy teoretycy nauk wojennych uważają, iż wojna kognitywna różni się od wojny psychologicznej tylko szerokim wykorzystaniem techniki informatycznej i teleinformatycznej. Jest to jednak pogląd zbyt uproszczony. W wojnie kognitywnej, oprócz narzędzi cybernetycznych, szerokie zastosowanie znajdują inne metody oraz techniki manipulacji świadomością i ingerencji w procesy poznawcze człowieka – także te z zakresu neurologii. W opracowaniach NATO mowa jest jeszcze o narzędziach informacyjnych, psychologicznych i socjotechnicznych. Do tego dodać można środki psychoaktywne oraz narzędzia psychotroniczne.

Wspomniane narzędzia psychotroniczne to m.in. urządzenia pozwalające za pomocą fal elektromagnetycznych lub dźwiękowych przejąć kontrolę nad ludzkimi myślami i zachowaniami. Prace nad tego typu bronią prowadzone były m.in. w ZSRR, Rosji, Wielkiej Brytanii i USA. W ich wyniku opracowano (stosowane także przez polską policję) urządzenie dźwiękowe dalekiego zasięgu LRAD. Emituje ono fale dźwiękowe, które wywołują u odbiorców nieprzyjemne reakcje, np. lękowe, i tym samym wpływają na ich zachowanie. W ramach prac nad bronią psychotroniczną prowadzone były także badania nad stworzeniem połączeń mózg–mózg, czyli inaczej mówiąc nad telepatią. Dla racjonalistów zaskoczeniem może być fakt, iż tego typu badaniami zajmowały się w ramach rządowych programów poważne instytuty naukowe. Przykładem może być realizowany w latach 1978–1995 amerykański program badań nad zjawiskami paranormalnymi Stargate.

Nieco szerzej wojnę kognitywną postrzegają Rosjanie. Według ich definicji polega ona na zastosowaniu dezinformacji, środków politycznych, ekonomicznych, humanitarnych i innych niemilitarnych przedsięwzięć, m.in. oddziaływania informacyjno-psychologicznego, w celu kształtowania wewnętrznych procesów politycznych w kraju przeciwnika. W jej ramach Rosjanie będą generować lub podsycać w atakowanym państwie wewnętrzne konflikty oraz niezadowolenie jego obywateli z władz państwowych. Ciekawe, że podobne działania opisał w latach 70. XX w. rosyjski emigracyjny teoretyk sztuki wojennej Jewgienij Messner. Według niego sukces w tych działaniach można osiągnąć, zastępując uznawane w atakowanym państwie autorytety moralne tzw. autorytetami amoralnymi, tj. demagogami i hochsztaplerami różnego rodzaju, ubierającymi się w szaty dobroczyńców narodu.

Zarówno stratedzy z NATO, jak i Rosjanie zgodni są co do tego, iż większość operacji wojny kognitywnej prowadzonych będzie w cyberprzestrzeni. Szerokie zastosowanie znajdą zaś w nich media społecznościowe oraz algorytmy sztucznej inteligencji. Za pomocą mediów społecznościowych rozpowszechniane będą niesprawdzone, niepełne lub zupełnie nieprawdziwe wiadomości, tzw. fake newsy. Sztuczna inteligencja będzie natomiast nie tylko generowała i powielała te zafałszowane wiadomości, lecz również segregowała docierające do nas informacje. Tym samym zamykać nas będzie w przygotowanej przez agresora bańce informacyjnej.

Jak już wspomniano, głównym orężem w wojnie kognitywnej będą media społecznościowe. Ich znaczenie wynika nie tylko z rosnącej popularności, jaką cieszą się one we współczesnych społeczeństwach. Ważne jest to, że w czasie rzeczywistym dostarczają one informacji bezpośrednio z miejsca zdarzenia. Przykładem mogą być zamieszczane na różnych platformach internetowych krótkie filmiki z walk w Ukrainie i w Strefie Gazy. Filmiki te (oprócz przekazu informacyjno-propagandowego) niosą w sobie także pewien ładunek emocjonalny, który niejako ukierunkowuje myśl odbiorcy w pożądanym przez nadawcę kierunku. W dodatku odbiorca odnosi wrażenie, iż osobiście uczestniczy w danym wydarzeniu, tym samym otrzymując najświeższą informację z pierwszej ręki. Niestety, jest to wrażenie złudne. Wiele z tych filmików oraz innych materiałów rzekomo pochodzących od znajdującego się bezpośrednio „w ogniu wydarzeń” bezstronnego obserwatora lub ich uczestnika jest tak naprawdę dziełem wysokiej klasy specjalistów z zakresu komunikacji społecznej, którzy w swej pracy wspierani są przez algorytmy sztucznej inteligencji. To właśnie dzięki tym algorytmom można wygenerować chwytający za serce, ale daleki od prawdy filmik lub włożyć w usta polityka, dowódcy wojskowego czy uczestnika danego zdarzenia nigdy niewypowiedziane przez niego słowa.

O wykorzystaniu w wojnie kognitywnej mediów społecznościowych zadecydowały także pewne mechanizmy psychologiczne. Zgodnie z jednym z nich, z reguły szukamy towarzystwa osób podobnie do nas myślących. W internecie o ich dobór zatroszczą się śledzące nas i analizujące nasze zainteresowania algorytmy SI. Upodabniający się do nas zręczny manipulator może przy pomocy sugestii wpłynąć na nasze postawy, zachowania, a nawet wyznawane poglądy. W prowadzonej za pomocą mediów społecznościowych psychomanipulacji duże znaczenie ma także to, iż łatwiej ulegamy wpływom osób i grup, które są dla nas atrakcyjne. Potwierdzeniem tego może być duża popularność tzw. influencerów, którzy przeciętnemu odbiorcy imponują swym rzekomym bogactwem, wyrobieniem towarzyskim lub pseudowiedzą, np. z zakresu dietetyki lub medycyny naturalnej. Nie bez znaczenia jest także fakt, że wielu z nas jest konformistami i bezrefleksyjnie podporządkowuje się opinii większości. W internecie tą opiniotwórczą większością mogą być działające w oparciu o sztuczną inteligencję boty, które zasypią lajkami (polubieniami) pożądane przez nadawcę propagandowego komunikatu opinie.

Z przytoczonego opisu funkcjonowania mediów społecznościowych można wyciągnąć wniosek, iż poza spersonalizowaniem przekazu, wytworzeniem olbrzymiego, utrudniającego właściwą orientację w poruszanym problemie szumu informacyjnego oraz szerokim wykorzystaniem technik cyfrowych wojna kognitywna nie różni się praktycznie od swojej poprzedniczki – wojny psychologicznej. Jest to jednak, jak zaznaczono na wstępie, pogląd uproszczony. Bardziej adekwatne będzie stwierdzenie, iż wojna kognitywna wyewoluowała z wojny psychologicznej, stanowiąc obecnie jej wyższą formę. Ewolucja, jak wiadomo, zachodzi stosunkowo powoli i wyższa forma podlegającego ewolucji organizmu / systemu może na pierwszy rzut oka niewiele się różnić od jego pierwotnej wersji. Często rzecz jest bowiem w pozornie nieistotnych szczegółach. W przypadku wojny kognitywnej tym szczegółem jest wykorzystanie w jej prowadzeniu osiągnięć neurobiologii i neuropsychologii. Jak na razie ogranicza się to do neurolingwistyki oraz do wykorzystania środków psychoaktywnych i wspomnianych już broni psychotronicznych. Wizje planujących przyszłe wojny kognitywne strategów sięgają jednak o wiele dalej. Ważną rolę w tych wizjach odgrywa… transhumanizm. Uczynienie z umysłu ludzkiego pola walki związane jest bowiem, jak na ironię, z poprawą funkcjonowania ludzkiego mózgu.

Już dziś w wiodących państwach świata prowadzone są prace nad żołnierzem przyszłości. Testowane są, a w niektórych przypadkach nawet wdrażane, różnego rodzaju systemy elektroniczne oraz egzoszkielety ułatwiające żołnierzowi funkcjonowanie w złożonej rzeczywistości współczesnego pola walki. Stratedzy pragną jednak czegoś więcej. Tym czymś są wszczepione do żołnierskiego mózgu mikroczipy. Dzięki nim żołnierz przyszłości, a w zasadzie już cyborg, może uzyskać wiele potrzebnych na polu walki zdolności, np. możliwość widzenia w ciemności, lepszy słuch czy zdolność szybkiego skupienia uwagi na kilku wydarzeniach na raz i ich szybkiej analizy.

Jak to zwykle bywa z technologiami militarnymi, wcześniej lub później trafią one „do cywila”. Zainteresowanie ulepszeniem funkcjonowania ludzkiego mózgu za pomocą czipów może być wbrew pozorom bardzo duże. Wśród zainteresowanych podmiotów znajdą się nie tylko marzący o zostaniu supermanami ludzie, lecz firmy także pragnące wyeliminować konkurencję lub realizujące złożone zadania, wymagające specyficznych predyspozycji psychicznych. Oprócz tego czipowanie ludzkich mózgów może być przeprowadzane także ze względów medycznych jako jedna z procedur / metod leczenia schorzeń neurologicznych. Już dziś niektóre z nich, np. choroba Parkinsona, są leczone przy pomocy głębokiej stymulacji mózgu (deep brain stimulation – DBS). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, iż te – rodem ze spiskowych teorii – transhumanistyczne działania mogą stanowić poważne zagrożenie dla ludzkiego umysłu. Nawet najbardziej zabezpieczone przed niepożądanym dostępem czipy mogą bowiem przecież zostać zhakowane przez uzdolnionych hakerów przeciwnika. Pokusa kontroli myśli własnego społeczeństwa może pojawić się także i u demokratycznie wybranych władz. Trawestując Laokoona można rzec: strzeżcie się „transhumanistów”, szczególnie wtedy, gdy chcą ulepszyć ludzi! Ulepszenie to może bowiem skończyć się tym, iż nasze umysły zostaną zamknięte w bańce. Informacyjnej bańce, która zostanie przygotowana specjalnie dla nas. Miejmy jednak nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto zechce podać nam czerwoną tabletkę[1].

Wojna kognitywna jest już rzeczywistością. Jak na razie niewiele różni się ona od swojej poprzedniczki – wojny psychologicznej. Rozwój nauki i techniki niewątpliwie przyczyni się jednak do dalszego udoskonalania jej form i metod prowadzenia. Jeżeli w porę się nią nie zainteresujemy i nie podejmiemy stosownych działań na rzecz jej ograniczenia, możemy ocknąć się w Matriksie. Ziści się też opisywana przez Pielewina dystopia. Dlatego już dziś powinniśmy podjąć działania na rzecz ograniczenia niszczycielskiej mocy wojny kognitywnej. Destruktywny wpływ mediów społecznościowych możemy ograniczyć, ucząc dzieci już od najmłodszych lat korzystania z internetu i umiejętności odfiltrowywania z szumu informacyjnego pożytecznych informacji.

Trudniejszą sprawą jest transhumanistyczna ingerencja w funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Nie można bowiem zabronić tego typu badań, ponieważ służą one także leczeniu niektórych schorzeń neurologicznych, przywróceniu wzroku lub słuchu. W tym przypadku konieczne jest nałożenie na nie ograniczeń prawnych, uniemożliwiających wykorzystanie w celach wojennych (np. dla tworzenia superżołnierzy) oraz ograniczenie lub zakazanie badań związanych z manipulacją ludzką świadomością. Oczywiście same ograniczenia prawne nie wystarczą. Konieczny jest nadzór nad ich przestrzeganiem. Nadzór ze strony obywateli, świadomych zagrożeń, ale nieulegających przy tym teoriom spiskowym. Nie pozwólmy nikomu kontrolować naszych myśli i kształtować nam rzeczywistości!

Pocieszające może być to, iż pewne procesy zachodzą niezależne od woli nawet najbardziej wpływowych decydentów. Niemożliwe jest też, nawet w warunkach współczesnej wojny kognitywnej, narzucenie wszystkim tego, co mają myśleć.

[1] Nawiązanie do filmu Matrix (reż L.L. Wachowski), w którym główny bohater, Neo, budzi się z Matriksa do rzeczywistości po zażyciu podanej mu przez Morfeusza czerwonej tabletki.

Dr Adam Paweł Olechowski jest oficerem rezerwy Wojska Polskiego, nauczycielem akademickim specjalizującym się w naukach o bezpieczeństwie oraz dziennikarzem.

Artykuł ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Zob. także:
Wojna w przestrzeni informacyjnej
Sztuczna inteligencja w służbie Marsa

Zbliżają się wybory prezydenckie w USA. Radary polityczne skanują świat szybciej, szerzej i głębiej. Czytamy różne analizy, interpretacje i przepowiednie. Na naszym globie wiele się dzieje, napięcia są widoczne w każdej dziedzinie i we wszystkich regionach geograficznych. Mocują się ze sobą różne siły z różnym skutkiem, ale uważni obserwatorzy odnotowują już pęknięcia i rysy…

Odnoszę wrażenie, że po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych zachodzi sytuacja, w której każda z dominujących partii wolałaby nie musieć głosować… na swoich kandydatów. Jednak co się stało, już się nie odstanie. Donald Trump uzyska nominację Republikanów. Rodzi to szczególnie poważne implikacje w odniesieniu do wojny toczącej się na terytorium Ukrainy. Mimo iż widać, że Rosja wykrwawia się ekonomicznie i militarnie, to ten proces może trwać jeszcze długo. Polityczni podpowiadacze wierzą, że gospodarka Rosji na wiele lat skoroduje. Nie czują jednak tego tętna tak dobrze jak my – Słowianie; opierają się na zachodnich przesłankach i wiedzy o społeczeństwach… Tymczasem Rosjanie to lud twardy, od wieków przyzwyczajony do wyrzeczeń, a odzwyczajony od komfortu życia i wygód. Jak się nie ma nic, to niewiele można stracić.

Niestety, z obawy przed nuklearną konfrontacją nie wygrała doktryna śmiałego i zmasowanego uderzenia wojennego młota Ameryki. W tle pewnie pojawiła się także pokusa zużycia zapasów broni i wymiany sprzętu na nowocześniejszy, militarny lobbing oraz różne frakcyjne gry wewnętrzne i zewnętrzne. W konsekwencji Ukraina musi się liczyć z tym, że w przypadku zmiany gospodarza Białego Domu nowy przywódca uzna dotychczasowy wkład swego kraju za wystarczający i zagrozi ograniczeniem pomocy do humanitarnego minimum. Postawiłoby to Wołodymyra Zełenskiego w sytuacji przymusu pilnego szukania kompromisu i zamykania konfliktu. Wtedy Europie pozostanie jedynie szybko przyjąć do Unii państwo, które ocaleje z tego kompromisu, i przekonać NATO do analogicznej decyzji. To by oznaczało, ze w ciągu roku wojna ma szansę zakończyć swój wymiar militarny przechodząc do fazy lizania ran i ubolewania nad stratami.

Być może wówczas Trump sypnąłby groszem oczekując  stosownych przywilejów, lenn czy beneficjów dla amerykańskiego biznesu.  To samo musiałaby zrobić Europa, gdyż nie rysują się jakieś specjalne korzyści z przedłużania tej wojny.

Smutne to. My,  Polacy,  wszak dobrze znamy ten moment historyczny, kiedy świat interesuje się wyłącznie sobą, bo ma wiele problemów własnych do rozwiązania.

***

Stany Zjednoczone powstały z europejskiej biedy i afrykańskiej niewoli. Skąd więc niechęć ekspionierów–emigrantów do neoemigrantów?

Skala nierówności jest spektakularna. Połowa światowej populacji nie ma praktycznie nic (World Inequality Report 2022),  a jeden procent najbogatszych posiada 38 proc. światowego bogactwa. Ludzkość intuicyjnie wyczuwa, że coś jest nie tak i – jak pisał Tuwim – „nie sztymuje”.  Rozwój telekomów i digitalizacja pozwala  każdemu oglądać i śledzić współczesny świat na smartfonach. Nawet przedzierając się przez zarośla dżungli czy buszu…

Widzi się produkt gotowy; niestety bez zależności nauka-praca-wynagrodzenie-konsumpcja. Widać raj, gdzie wystarczy być, aby mieć! To bardzo niebezpieczny i szybko rosnący nurt, najgroźniejsza przyczyna ruchów migracyjnych. Dużo groźniejsza od nurtów politycznych, religijnych czy zarobkowych.

Czyngis-Chan zjednoczył plemiona mongolskie zdobywając Azję. Sięgając aż po Adriatyk w XII wieku pokazał, że moc i sprawczość może się pojawić tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Gdy Hitler dochodził do władzy, podśmiechiwano się z niego i jego ruchu, a nawet  pokpiwano z pobłażliwością. Gdy nabrzmiewały napięcia przed I wojną światową, generałowie po obu stronach zapewniali o kilkutygodniowym zamieszaniu militarnym. Podobnych przykładów historia zna wiele…

Dzisiaj na naszych oczach będący ostoją światowej demokracji Amerykanie mogą znów wybrać na swego prezydenta Donalda Trumpa. Raczej wiemy, czego się po jego ewentualnej prezydenturze spodziewać; inwokacja już była w postaci poprzedniej kadencji.  Czy wykona to, co głosi? Nie sądzę, że wszystko – jednak część na pewno. Amerykanie tego oczekują, inaczej skąd brałaby się popularność jego tezy o konfrontacji z Europą?

Cokolwiek by się działo w Stanach, ma i zawsze będzie miało  ogromne implikacje w świecie. Już dziś wiele politycznych ośrodków i różnorakich ruchów chce skorzystać na rozchwianiu sytuacji.

Putin, którego kunktatorskie podejście do polityki jest teraz jakże widoczne, rozgrywa swoją symultaniczną partię szachów na wielu szachownicach. Łatwo dostrzec rosyjski ślad w wybudzeniu Hamasu i Hezbollahu czy użyciu dawnych jemeńskich przyjaciół do podpowiedzenia Huti, jak znaleźć się w centrum uwagi. Za chwilę zauważymy narastające konflikty w innych częściach świata, gdzie Rosja wspierała ruchy komunistyczne i wyzwoleńcze – myślę tu o Ameryce Południowej i Afryce.

A propos – Nigeria liczy dziś 220 milionów ludności i ma przyrost naturalny półtora miliona! Ile lat potrzeba jej na podwojenie populacji? To jest jeden z krajów, który może wskazać kierunek Północ. I ruszą nie tysiące, lecz miliony po lepsze życie w europejskim raju, gdzie wszystko już jest gotowe i czeka tylko na gości… Drogi powiodą przez Gibraltar, Hiszpanię (także via Marbella!), przez Włochy i Maltę – i przez morze, które się nie rozstąpi, ale ustąpi pod naporem flot porwanych statków i łodzi. I wtedy nawet pacyfiści będą musieli stanąć do boju broniąc swych rodzin i domów, i kont…

Brzmi jak scenariusz dystopijnego filmu political fiction?  Oby!

Europa dziś debatuje o drobnych interesach krajów członkowskich, które prowadzą lobbing rolny, cukrowy, naftowo-gazowy, akcyzowy, telekomowy etc., podniecając się drobnymi przejawami codziennych rozbieżności. Nie dostrzegamy ogromu problemu migracyjnego. Wielkie migracje odbywały się na świecie zawsze w okresach rosnących lawinowo dysproporcji ekonomicznych i bytowych. Taką pożywką karmili się wielcy zdobywcy i wielcy rewolucjoniści, ale i satrapowie oraz autokraci!

***

Europa paradoksalnie powinna wykorzystać zagrożenie kreowane przez Trumpa i Putina, aby się zjednoczyć. To nasza szansa.

Czas na przyspieszenie procesów integracyjnych wewnątrz UE nadszedł, bo Hannibal ante portas!

Unia musi dostrzec zagrożenie zewnętrzne i zrozumieć, że w trwającej już zimnej wojnie, szybkie zwarcie szeregów niezbędne jest jak nigdy dotąd.

Proces integracji Stanów Zjednoczonych też trwał dłuższą chwilę i tak naprawdę do dziś jeszcze się nie skończył. Bierzmy przykład z naszych pobratymców, którzy stworzyli podwaliny tego zasobnego i bezpiecznego państwa.

Musimy przyłączyć kogo się da i iść na dalekie kompromisy w budowaniu siły. Potem będziemy rozwiązywać wewnętrzne konflikty i problemy, ale dziś musimy sobie podać ręce, zacieśnić krąg i wypchnąć poza nawias głównego nurtu antyunijne partie, ruchy i ludzi. To imperatyw!

Według mnie trzeba rozmawiać nawet z Recepem Tayyipem Erdoğanem, nie wspominając już o krajach europejskich jeszcze nie stowarzyszonych. Trzeba je przyjmować natychmiast.

Ameryka będzie teraz szanowała tylko bardzo silnego sojusznika, który na dodatek musi mieć coś istotnego do zaoferowania, a także dysponować tzw. narzędziami negocjacyjnymi.

Z drugiej strony widzimy pełzającą ekspansję Chin, które zawłaszczają region po regionie, wyspa po wyspie (vide Azja, Oceania, Polinezja). Wykorzystują do tego swoje największe atrybuty, tj. finanse i niezwykłą przedsiębiorczość swego narodu, a głównie jego zaradność, determinację i zdolność do przystosowania się  w każdych warunkach.

O ciekawym zjawisku opowiadał zaprzyjaźniony sinolog. Otóż obserwuje się na Syberii i w sąsiedztwie zjawisko naturalnej migracji zarobkowej i prorodzinnej, motywowanej obyczajowo. W Chińczykach płci męskiej dostrzega się atrakcyjność cech rzadszych niż u lokalnych mężczyzn, a mianowicie chęć bogacenia się, szacunek do pracy, etos przedsiębiorczości i rodziny. Żyjące tam rosyjskie kobiety odkrywają, że można nie nadużywać aż tak bardzo alkoholu, można nie bić członków rodziny, można zarabiać na lepsze życie. Można uwolnić się od braku wiary w jutro i słynnej rosyjskiej beznadziejności jutra i fatalizmu. Jako że etnicznie mieszkańcy obu brzegów Amuru są zbliżeni urodą i obyczajami, proces ten podobno przyspiesza i się popularyzuje. Za nim kroczy oczywiście wykup ziemi i nieruchomości oraz rozwój inwestycji, które wspiera państwo. Mówi się nawet o pewnych niejawnych subwencjach i pozapieniężnym  wsparciu. Natura nie znosi próżni.

W odróżnieniu do doktryny sprzed wieków o hermetyczności Państwa Środka, Chiny prowadzą dziś politykę pokojowej ekspansji ekonomicznej i populacyjnej. Trochę im tu zgrzyta kwestia Tajwanu, więc czekają na dogodny moment. Wyciągnęły na pewno wnioski z wojny w Ukrainie i gromadzą siły i środki, aby sprawę załatwić szybkim manewrem bez otwierania długoterminowego frontu (a to nie jest takie łatwe). Taki moment może nastąpić za rządów Trumpa, gdy wystarczająco mocno wybrzmi jego motto: Moses is Moses, but business is business

Rysuje się konflikt przy kształtowaniu nowego podziału świata w aspekcie z jednej strony militarnym (USA, Chiny, Rosja), a z drugiej – ekonomicznym (USA, Chiny, UE, lecz także aspirujący:  Rosja, Indie, kraje Zatoki Perskiej).

Tutaj nierozstrzygnięta jest głośna ostatnio kwestia  przyszłości i misji NATO. Europa – a właściwie niektóre jej kraje – uznała, że to amerykańska zabawka; więc niech o nią dbają Stany. Dziś już widać, że realne jest wystąpienie z NATO Stanów Zjednoczonych. Realne nie znaczy jednak nieuchronne. Myślę, że tak się nie stanie, bowiem – pomimo iż Trump też jest kunktatorem, jak Putin – to on  jedynie znaczy teren i zapala flary ostrzegające przed ignorowaniem przestrzegania zasad umowy tej i innych zawartych z nim (czyli z USA). I to się podoba Amerykanom. Nawet tym imigrantom, których odsądza od czci i wiary i każe budować mury graniczne.

To nowa jakość w polityce światowej. Trzeba się do niej przygotować, trzeba się uzbroić. Dlatego integracja Europy w kierunku powstania państwa Zjednoczone Stany Europy jest dziś tak ważna. To warunek sine qua non dla schłodzenia napięcia i wyrównania balansu sił. Silna Europa jest prawdopodobnie tym właśnie brakującym ciężarkiem na wieloramiennej wadze światowego pokoju.

It ain’t over till the fat lady sings – to współczesne amerykańskie powiedzenie jest często używane w sytuacjach zaciętej rywalizacji, wyniku której nie można przewidzieć i nie ma innego wyjścia, niż cierpliwie czekać na ostateczny rezultat. Domniemana geneza powiedzenia ma swój początek w odniesieniu do operowych sopranistek o charakterystycznie zaokrąglonych kształtach, które często śpiewały końcową, na ogół bardzo długą, arię opery. Jako typowy przykład podawana jest walkiria Brunhilda z opery Wagnera Pierścień Nibelunga, której kończąca spektakl aria trwa prawie 20 minut.

Wyrażenie to jest często używane w sporcie, zwłaszcza w baseballu i koszykówce, aby podkreślić, że gra może się zmienić w każdej chwili, a przegrywająca drużyna wciąż ma szansę na wygraną. Często spotkać je można także w komentarzach politycznych dotyczących skomplikowanych sytuacji, których rezultat jest praktycznie niemożliwy do przewidzenia aż do chwili ostatecznego zakończenia sporu, konfliktu czy wyścigu wyborczego. Polskim, znanym wszystkim dobrze odpowiednikiem jest słynne powiedzenie Kazimierza Górskiego, iż piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Dobrym przykładem obu powyższych powiedzonek wydaje się być trwająca już przecież kampania prezydencka w USA, do której zakończenia pozostało 10 miesięcy. Ośrodki sondażowe, polityczne think-tanki, niezależni analitycy i komentatorzy oraz media z każdej strony sceny politycznej prześcigają się w sondażach, analizach i przepowiedniach. Jednakże nadal „it ain’t over till the fat lady sings”, czyli do momentu, gdy policzone zostaną głosy elektorskie.

Jedno wydaje się pewne, że zarówno poprzedni, jak i obecny lokator Białego Domu są najbardziej prawdopodobnymi kandydatami swoich partii w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Potencjalni rywale Bidena nie zajmują znaczącego miejsca w sondażach, a Trump znacznie wyprzedza swoich rywali z GOP w prawie wszystkich sondażach w wyścigu o nominację.

Przy tej całej fascynacji ogólnokrajowymi sondażami i nieustannie publikowanymi wynikami z niezliczonych badań „ogólnoamerykańskich” nastrojów społecznych, nie należy zapominać o tym, że chociaż Joe Biden, podobnie jak Hillary Clinton, zdobył miliony głosów więcej w całym kraju niż Trump[1], to tak naprawdę Biden zapewnił sobie Biały Dom w 2020 roku nie dzięki ogólnej liczbie oddanych na niego głosów, lecz dzięki niewielkiemu marginesowi wygranej w pięciu stanach (Michigan, Wisconsin, Pensylwania, Arizona i Georgia). Stanach, w których Clinton przegrała z Trumpem w 2016 r.

Wygrana w tych stanach dała Bidenowi łącznie 73 głosy elektorskie, co pomogło mu zapewnić sobie prezydenturę z łączną liczbą 306 głosów przy 232 głosach, które otrzymał Trump. Gdyby Joe Biden nie „odzyskał” straconych przez Clinton stanów, wtedy Trump wygrałby 311 głosami przy 227 głosach Bidena. I nie miałoby żadnego znaczenia, że Biden wygrał w głosowaniu powszechnym. Podobnie jak nie miało to znaczenia w przypadku Hillary Clinton.

Zakładając, że Trump zapewni sobie nominację Republikanów (co w tej chwili wydaje się być całkiem prawdopodobne) i jeśli uda mu się „odbić” Georgię i Michigan wraz z sumą ich 32 połączonych głosów elektorskich, to będzie musiał wygrać na jeszcze tylko jednym z tzw. pól bitewnych, na których w roku 2020 zwyciężył Biden, czyli w Arizonie, Pensylwanii lub Wisconsin.

„… który ze stanów najważniejszy na świecie” – oczywiście nie ma stałej mozaiki stanów, która zapewnia wygraną w wyborach. Jedyne pewniki to stała liczba 538 głosów elektorskich oraz konieczność uzyskania sumy 270 głosów, które stanowią o pewnej wygranej w wyborach. Jednakże zarówno przeszłość, jak i obecny układ sił, czyli przypuszczalny rozkład tzw. „czerwonych” i „niebieskich” stanów zdaje się wskazywać na to, że główne pola walki w toczącej się kampanii to Pensylwania (20 głosów), Georgia (16), Michigan (16), Karolina Północna (15), Arizona (11) oraz Wisconsin (10 głosów).

Tych sześć stanów, które razem mają 88 głosów elektorskich, jest uważanych za tzw. swing states co oznacza, że w przeszłości głosowały na którąkolwiek z partii lub wykazywały oznaki zmiany swoich preferencji politycznych w ostatnim czasie. Kto wygra w tych stanach, może przesądzić o tym, kto zasiądzie w Białym Domu w roku 2024.

W roku 2016 Donald Trump z niewielką przewagą wygrał w tych sześciu stanach. To pomogło mu pokonać Hillary Clinton pomimo przegranej pod względem liczby tzw. popular votes. W roku 2020 Joe Biden „odbił” pięć z tych stanów (z wyjątkiem Karoliny Północnej) i to pomogło mu wygrać wybory z 306 głosami.

Nie należy jednak zapominać, że są także inne czynniki, takie jak zmieniający się stosunek do samych kandydatów, decyzje i problemy lokalne, jakość kampanii, frekwencja wyborcza i wydarzenia prowadzące do wyborów, które mogą i z pewnością będą wpływać na wybory i preferencje wyborców w tych i innych stanach.

Stan na teraz. Według sondażu CNN z 11 grudnia 2023 roku, Donald Trump ma przewagę nad prezydentem Joe Bidenem w dwóch kluczowych stanach (Michigan i Georgia). W Georgii, gdzie Biden wygrał z bardzo niewielką przewagą w roku 2020, obecni zarejestrowani wyborcy twierdzą, że w hipotetycznym dwukierunkowym pojedynku na prezydenta wolą Trumpa (49 procent) od Bidena (44 proc.). W Michigan, gdzie Biden wygrał z większą przewagą, Trump ma 50 proc. poparcia, a Biden 40, przy czym 10 procent twierdzi, że nie poparłoby żadnego z kandydatów, nawet po tym, gdy zapytano ich, w którą stronę się skłaniają.

Donald Trump – czyli powrót syna marnotrawnego. Dwukrotnie postawiony w stan oskarżenia. Oskarżony o próbę udaremnienia pokojowego przekazania władzy po przegranych wyborach prezydenckich w 2020 roku. Obarczony dziesiątkami zarzutów w wielu sprawach karnych. Oskarżany przez krytyków, że spiskuje, by rządzić jako autokrata. Czy Donald Trump naprawdę może wrócić do Białego Domu?

Pozornie odpowiedź „nie” nasuwa się sama. Jednakże, w sondażach opinii publicznej, Trump wciąż wyprzedza swoich rywali o prawie 50 punktów procentowych w walce o nominację prezydencką z ramienia Partii Republikańskiej, co jest wręcz nieprawdopodobnym wynikiem dla prezydenta jednej kadencji, który trzy lata temu wydawał się pokonany i upokorzony. Dlaczego zatem jego powrót do Białego Domu może być możliwy?

Konstytucja. Niektórzy konstytucjonaliści i eksperci twierdzą, że na mocy zapisu w sekcji trzeciej 14. poprawki do Konstytucji – każdy, kto złożył przysięgę na Konstytucję, a następnie zaangażował się w powstanie lub rebelię przeciwko rządowi lub udzielił pomocy nieprzyjacielowi USA, jest zdyskwalifikowany jako niezdolny do pełnienia funkcji publicznych. Argumentują oni, że działania i słowa Trumpa przed, w trakcie i po zamieszkach były równoznaczne z podżeganiem lub uczestnictwem w powstaniu przeciwko legalnej władzy, dlatego też powinien być zdyskwalifikowany jako kandydat do urzędu prezydenta.

Inni konstytucjonaliści i eksperci twierdzą, że sekcja trzecia 14. poprawki nie ma zastosowania do Trumpa, ponieważ osobiście nie angażował się on w przemoc ani nie przyłączył do uczestników zamieszek. Twierdzą również, że wykluczenie Trumpa z listy wyborczej byłoby niedemokratyczne, a Amerykanie powinni mieć prawo do głosowania na kandydatów według własnego wyboru. Ostatecznie o zastosowaniu sekcji trzeciej 14. poprawki musiałby zadecydować sąd najwyższy.

Tymczasem piłka pozostaje w grze. Dziewiętnastego grudnia 2023 roku, Sąd Najwyższy Kolorado, stosunkiem głosów 4–3, orzekł, że Trump naruszył sekcję trzecią 14. poprawki. Tym samym sąd orzekł, że były prezydent Donald Trump nie spełnia wymogów na kandydata w wyborach prezydenckich w roku 2024. Sąd zawiesił swoją decyzję do dnia 4 stycznia 2024 r. (dzień drukowania kart wyborczych) lub do czasu rozpoczęcia procedury apelacyjnej przez Sąd Najwyższy USA w tej sprawie – w zależności od tego, co nastąpi wcześniej.

21 grudnia 2023 r. Partia Republikańska Kolorado wniosła odwołanie do Sądu Najwyższego USA, domagając się uchylenia decyzji Sądu Najwyższego Kolorado. W uzasadnieniu stanowa Partia Republikańska argumentuje, że została ona nieodwracalnie poszkodowana przez decyzję Sądu Najwyższego Kolorado poprzez fakt, że „Sąd Najwyższy Kolorado usunął czołowego kandydata Republikanów z prawyborów i głosowania powszechnego, tym samym fundamentalnie zmieniając kurs amerykańskiej demokracji”. Skarżący uzasadniają dalej, że jeśli decyzja stanowego Sądu Najwyższego nie zostanie uchylona, „każdy wyborca będzie miał prawo do złożenia pozwu w celu zdyskwalifikowania dowolnego kandydata politycznego, w Kolorado lub w okręgu o jakiejkolwiek innej jurysdykcji, który pójdzie w jego ślady”.

28 grudnia 2023 roku sekretarz stanu Maine Shenna Bellows, której biuro nadzoruje wybory w tym stanie, powołując się na 14. poprawkę ogłosiła, że Trump nie kwalifikuje się do pełnienia najwyższego urzędu. W grze o wykluczenie Trumpa z kart wyborczych uczestniczą także Minnesota, Nowy Meksyk, Nowy Jork, Teksas i Wisconsin.

Jest jednak bardzo mało prawdopodobne, aby Sąd Najwyższy USA, który jest wyłącznie uprawniony do ponownego rozpatrzenia i uchylenia orzeczeń sądów niższej instancji, w którym większość mają konserwatywni sędziowie i w którym zasiada trzech sędziów nominowanych przez Trumpa, poparł plan wykluczenia czołowego kandydata GOP z przyszłorocznych wyborów.

Co więcej, jeśli decyzja Sądu Najwyższego Kolorado zostanie uchylona, to jest raczej niemożliwe, aby którekolwiek postępowanie w pozostałych stanach zakończyło się sukcesem. Potwierdzać to przypuszczenie zdaje się fakt, że w dniu wniesienia odwołania od decyzji Sądu Najwyższego Kolorado Sąd Najwyższy Michigan zadecydował, że Donald Trump może znaleźć się na kartach wyborczych w tym stanie, ale odmówił rozważenia, czy kwalifikuje się on do startu w wyborach powszechnych i ponownego pełnienia funkcji prezydenta.

Chodzi o ekonomię, głupcze… Niezależnie od perturbacji prawnych nie można zapominać o innych elementach, które będą istotnie wpływać na preferencje wyborców. Wprawdzie Biały Dom twierdzi, że gospodarka jest w dobrej kondycji, bezrobocie spadło do niemal historycznie niskiego poziomu 3,9 procent (z 6,3 proc., gdy Trump odchodził z urzędu), a inflacja spadła ze szczytu ponad 9 procent w czerwcu 2022 r. do 3,2 proc. w październiku ub.r., ale Biden mówi o gospodarce, używając zbyt wielkich słów, podczas gdy dla przeciętnego Amerykanina miarą efektywnej gospodarki nie są wskaźniki ekonomiczne, lecz prosta przystępność cenowa.

Rozczarowani wyborcy wskazują na to, że płace nie nadążają za kosztami podstawowych towarów i usług, takich jak artykuły spożywcze, samochody, domy, opieka nad dziećmi i osobami starszymi. Sondaże opinii publicznej pokazują, że wyborcy z dużą przewagą postrzegają Republikanów jako lepszych zarządców gospodarki, mimo że Trump przedstawił tylko niejasne propozycje.

Wyborcy są także zaniepokojeni z powodów, które wykraczają daleko poza gospodarkę. W sercach wielu Amerykanów drzemią strach i obawy przed nieustannymi zmianami w kraju, który staje się coraz bardziej zróżnicowany ekonomiczne, etnicznie i kulturowo, kraju, w którym dawne pojęcie rozszerzającej się klasy średniej jako silnika napędowego gospodarki i społecznego wyznacznika trendów, zwyczajów, kierunków rozwoju i ustalonej stratyfikacji społecznej już dawno przestało stanowić obowiązujący kanon społeczno-gospodarczy.

Paradoks sukcesu kurczenia się klasy średniej. Według badań Pew Research Center odsetek dorosłych osób należących do klasy średniej zmniejszył się z 61 procent w roku 1971 do 50 proc. w roku 2021. Działo się tak jednak głównie dlatego, że więcej osób wspinało się po drabinie dochodowej. Udział osób dorosłych w grupie o wyższych dochodach wzrósł
z 14 do 21 proc., podczas gdy udział osób o niższych dochodach wzrósł z 25 do
29 procent. Paradoksalnie, jak twierdzą niektórzy, klasa średnia skurczyła się w swym wymiarze, ponieważ więcej Amerykanów znalazło się w grupie ludzi bogatych.

Jednakże inni ekonomiści i komentatorzy twierdzą, że kurczenie się klasy średniej jest poważnym problemem, ponieważ odzwierciedla stale rosnące nierówności i polaryzację amerykańskiego społeczeństwa. Wskazują oni, że podczas gdy sytuacja ekonomiczna rodzin o wyższych dochodach pozwoliła im na wślizgnięcie się w dolne rejestry grupy „bogatych” to dochody gospodarstw domowych o średnich i niższych zarobkach stały w miejscu lub rosły znacznie wolniej, co przy wysokiej inflacji tworzyło coraz większą przepaść między bogatymi a ubogimi. Ci ekonomiści i eksperci twierdzą również, że kurczenie się i ubożenie klasy średniej, która od zawsze była kołem zamachowym gospodarki i mobilności społecznej, stanowi poważne zagrożenie dla stabilności amerykańskiej gospodarki, dobrostanu tej części społeczeństwa i demokracji, a jej upadek może mieć negatywne konsekwencje dla mobilności społecznej i zaangażowania obywatelskiego.

Głosujemy emocjami. Sondaże pokazują także, że wyborcy, zwłaszcza w stanach o gorszej kondycji gospodarczej, są coraz bardziej zaniepokojeni rosnącą przestępczością, napływem migrantów nielegalnie przekraczających granicę oraz przeciągającym się zaangażowaniem w wojnę w Ukrainie.

I tu wkracza Trump – ten medialny mistrz grania na lękach i emocjach, ktoś, kto najpierw wznieca niepokój i oznajmia, że kraj jest pogrążony w chaosie, a następnie oferuje się jako strażnik porządku i wybawca. Trump, który sprawnie odwołuje się do rosnącego poczucia utraty gruntu pod nogami, do obaw, że kamienie węgielne amerykańskiego życia – posiadanie domu, samochodu, przyzwoitej pracy i płacy, która pozwala na wykształcenie dzieci, odłożenie na godną emeryturę i która nadąża za inflacją – znajdują się coraz bardziej poza zasięgiem coraz większej liczby przedstawicieli dawnej klasy średniej. Trump, czyli ktoś, kto wciąż prezentuje się jako jeden z nas, jako ktoś spoza amerykańskiego systemu politycznego.

Trump – który ze swoim nieinterwencjonistycznym przesłaniem America First staje naprzeciw słabnącego w sondażach Bidena, obarczonego dwiema zagranicznymi wojnami, oraz coraz bardziej trudną sytuacją na Morzu Czerwonym – znajdzie setki tysięcy uszu chętnych do słuchania wśród wyborców obawiających się dalszego zaangażowania USA w Ukrainie lub w Izraelu, które jeszcze bardziej podzieliło Amerykanów. Co więcej, podczas gdy media, Demokraci oraz krytycy w jego własnej partii uważają go za niezdolnego do sprawowania urzędu, miliony wyborców nie zgadzają się z tym.

Wielu jego zwolenników nabrało przekonania, że Trump jest ofiarą politycznego polowania na czarownice. Co najmniej połowa Republikanów ankietowanych przez Reuters/Ipsos na początku tego roku stwierdziła, że nie miałaby problemu z głosowaniem na Trumpa, nawet gdyby został skazany za przestępstwo.

Trump może wreszcie argumentować, że pomimo obaw, że nie będzie w stanie rządzić, przez cztery lata jego kadencji machina rządowa w dużej mierze funkcjonowała, choć czasami chaotycznie, a najgorsze zarzuty pod jego adresem – takie jak jego zmowa z Rosją – nigdy nie zostały udowodnione.

Oczywiście przedstawione powyżej argumenty nie oznaczają, że Trump może być pewny zwycięstwa w wyborach. Obrazują jedynie warunki i zjawiska, które sprzyjają jego rosnącej popularności.

Druga strona lustra. Wszystko to nie zmienia faktu, że Trump pozostaje głęboko niepopularny w wielu częściach kraju i wśród wielu grup demograficznych. Jeśli otrzyma nominację GOP na jej kandydata, może to znacznie zwiększyć aktywność Demokratów w trakcie kampanii i ich frekwencję wyborczą. Rzucą wszystkie ręce na pokład, aby nie dopuścić do powrotu Trumpa do Białego Domu.

W swych publicznych wypowiedziach Trump obiecuje podjęcie konkretnych kroków, w tym „ściganie” prezydenta Joe Bidena i jego rodziny przy pomocy „specjalnego prokuratora”. Sugeruje również podjęcie odpowiednich kroków w stosunku do niesłusznie, jego zdaniem, oceniających go mediów.

Kash Patel, były urzędnik Departamentu Obrony w administracji Trumpa, w wywiadzie udzielonym byłemu doradcy Trumpa Steve’owi Bannonowi, powiedział, że w drugiej kadencji Trumpa „znajdziemy spiskowców, nie tylko w rządzie, ale także w mediach”.

„Tak, przyjdziemy ścigać ludzi w mediach, którzy kłamali na temat amerykańskich obywateli, którzy pomogli Joe Bidenowi sfałszować wybory prezydenckie – przyjdziemy po was. Niezależnie od tego, czy będzie to sprawa karna czy cywilna, ustalimy to”. Według Bannona „to nie jest tylko retoryka”. Ta agresywna narracja, w tym groźby zemsty na wrogach politycznych może obrócić się przeciw Trumpowi, zniechęcając bardziej umiarkowanych Republikanów i niezależnych wyborców, których będzie potrzebował, aby pokonać Bidena.

Ale w tej chwili, na 10 miesięcy przed wyborami, Trump otrzymał 137 głosów poparcia od członków Partii Republikańskiej, w tym 85 od przedstawicieli Izby Reprezentantów i 16 od senatorów, i ma większe szanse na powrót do Białego Domu niż kiedykolwiek od czasu odejścia z urzędu.

Syzyfowa Praca. Jeśli Biden ma pozostać w Białym Domu, to Demokraci mają ogromną pracę do wykonania. Ostatnie sondaże pokazują, że były prezydent Trump prowadzi w kluczowych battlestates – stanach, które prawdopodobnie zdecydują o wyborach w 2024 r. W hipotetycznych pojedynkach zarówno z ewentualnym udziałem poważnych kandydatów trzecich, jak i bez nich Trump ma przewagę na kartach do głosowania w stanach takich, jak Georgia, Michigan, Nevada, Arizona, Wisconsin i Pensylwania. Joe Biden wygrał w każdym z nich w 2020 r.

Sondaż Bloomberg News/Morning Consult opublikowany po 10 grudnia 2023 r., ponownie przyniósł niekorzystne wyniki dla prezydenta Bidena. Wykazał, że Biden przegrywa z Trumpem w kilku kluczowych battlestates, w tym o 11 punktów procentowych w Karolinie Północnej, o 7 – w Georgii, 6 – w Wisconsin, 5 – w Nevadzie, 4 – w Michigan i o 3 punkty w Arizonie. Wyniki sondażu wykazały również, że większość w Georgii (54 procent) oraz w Michigan (56 proc.), w których Biden wygrał w 2020 r., uważa, że polityka Bidena pogorszyła warunki gospodarcze. Co ciekawe, przewaga Trumpa w Georgii i Michigan zbudowana jest na ludziach, którzy nie zawsze biorą udział w procesie politycznym.

Nie sondaże, lecz wyborcy. „Sondaże nie głosują, ale wyborcy głosują” – powiedział rzecznik kampanii Bidena Kevin Munoz. Zwolennicy Bidena zwracają także uwagę na to, że były prezydent Barack Obama przezwyciężył marazm wyborców w 2012 r., a Demokraci osiągnęli lepsze wyniki w sondażach w wyborach śródokresowych w 2022 r., przegrywając tylko o włos w Izbie Reprezentantów i utrzymując kontrolę nad Senatem.

“It ain’t over…” Oczywiście to, czy obaj bohaterowie niniejszej analizy zapewnią sobie nominacje swoich partii i to, który z nich zasiądzie w Białym Domu, nadal pozostaje jedną wielką niewiadomą. Nie zmienia to faktu, że obecne sondaże oznaczają zarówno kłopoty dla Joe Bidena, jak i olbrzymi nakład pracy specjalistów od jego kampanii wyborczej. Miłośnicy piłki nożnej wiedzą, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie, podobnie jak miłośnicy opery wiedzą, że it ain’t over till the fat lady sings.

[1] Biden o 7 milionów głosów więcej niż Trump i Hillary Clinton 2,8 miliona więcej.

 

Wstęp

24 lutego 2022 r. był dużym zaskoczeniem nie tylko dla Ukraińców. Mało kto wierzył i w Europie, i poza nią, że Rosja rozpoczyna właśnie wojnę z Ukrainą. I choć to nie pierwsza i niejedyna wojna prowadzona po 1945 r. na świecie to jednak zdecydowana większość światowej społeczności zorientowanej w sprawach Europy, pomimo amerykańskich ostrzeżeń, że Władimir Putin zaatakuje Ukrainę, żyła w przekonaniu, że tak się nie stanie.

A jednak… Wojna trwa już dwa lata i na razie jej koniec, pomimo różnych deklaracji i spekulacji wciąż jest niewidoczny i trudny do przewidzenia. Walczące strony zapewniają, szczególnie własne narody o swoich licznych sukcesach. Przemilczają lub ukrywają porażki i zapowiadają, że wkrótce to właśnie ich państwo ogłosi wygraną.

Oprócz Rosji i Ukrainy w tej wojnie uczestniczy, wspierając walczących, około sześćdziesięciu państw, więc niedużo brakuje, by to, co obserwujemy, nazwać wojną światową, chociaż pod wieloma względami jest to inna wojna od tych, które znamy z historii.

Wojna w Ukrainie jest konfliktem zbrojnym, w którym strzelają do siebie obywatele różnych państw, ale ich część jest tej samej, rosyjskiej, narodowości. Wszyscy walczący znają biegle język rosyjski, gdyż był on przez większą część z nich traktowany jako narodowy. Ponadto zdecydowana większość uczestników tej wojny jest tego samego wyznania – prawosławnego. Przez siedemdziesiąt lat obydwa te kraje funkcjonowały razem w ramach jednego państwa.

O cóż jest więc ta wojna, skoro tak wiele w niej podobieństw po jednej i drugiej stronie? Czy można było jej uniknąć? Jakie płyną z niej wnioski zarówno dla Ukrainy, jak i innych państw świata?

1. Lekcja pierwsza. Wojna do uniknięcia

Wiele osób obserwując kolejne wydarzenia na wschodzie Ukrainy, setki tysięcy zabitych i rannych, zburzone miasta i wsie zastanawia się, czy można było tej wojny uniknąć? Najczęściej dość jednostronna retoryka debaty w świecie Zachodu wskazuje, że nie. A to oczywista nieprawda. Ukraina po odzyskaniu niepodległości po upadku Związku Radzieckiego długo funkcjonowała, szukając własnej drogi i od czasu do czasu rozważając pójście śladem postsowieckich krajów bałtyckich, które skorzystały z pierwszej nadarzającej się okazji i dołączyły do rodziny rozwiniętych państw zachodnich, wstępując do NATO i UE w 2004 r. Ukraińcy potrzebowali na to jeszcze kilku lat, aby jednoznacznie wybrać także prozachodni kurs.

Kiedy już się zdecydowali, nie dostrzegły ani elity w Kijowie, ani ważni decydenci na Zachodzie, że ta decyzja łączy się nie tylko z wewnętrznymi zmianami w samej Ukrainie, ale też wywoła przeświadczenie w Rosji, że zaraz po wejściu Ukrainy do NATO na jej terytorium powstaną bazy wojskowe Sojuszu Północnoatlantyckiego, przy czym powstanie amerykańskiej lub tureckiej bazy na Krymie może odciąć rosyjską marynarkę wojenną od Morza Czarnego, strategicznego miejsca zarówno ze względów militarnych, jak i gospodarczych. To już wtedy rozpoczęło się trwające do dzisiaj larum w Moskwie o okrążaniu ich państwa przez siły NATO. To wtedy dostrzeżono, że pomimo uzgodnień Rosja-NATO z 1997 r. Sojusz rozbudował swoje zdolności i umieścił instalacje wojskowe dalej na wschód, niż to uzgodniono.

Nie przeszkadzało to jednak Rosji w ekspansji na Zachód, rozmieszczaniu instalacji militarnych na terenie Białorusi i realizacji kolejnych kroków jednoczących zdolności zmierzających do utworzenia państwa związkowego Rosji i Białorusi ze wspólnym systemem militarnym w sąsiedztwie państw NATO.

Władze Federacji Rosyjskiej w pierwszej i drugiej dekadzie XXI w. wykazywały nie tylko zarzucaną im przez świat Zachodu agresję wobec innych państw, ale także obawy przed tym światem. Nieprzypadkowo w kolejnych doktrynach Rosji Sojusz Północnoatlantycki jawił się jako główny przeciwnik Moskwy. Nie USA, nie Europa Zachodnia a właśnie NATO.

W powszechnym przeświadczeniu Zachodu celem Rosji w wojnie w Ukrainie jest zbudowanie imperium, niektórzy nawet twierdzą, że stworzenie mocarstwa na wzór Związku Radzieckiego.

Otóż zdecydowanie twierdzę, że o wiele ważniejszym celem jest, niezależnie od tego, czy słusznym, czy nie, zatrzymanie zbliżania się NATO, w tym USA w stronę granic Rosji. W Moskwie liderzy tego państwa naprawdę wierzą w zagrożenie zachodnie.

Odpowiedzi na pytanie, czy można było uniknąć wojny w Ukrainie, należy więc szukać, nie tylko w rosyjskim pragnieniu zbudowania państwa o dużym potencjale, z Białorusią, Ukrainą, Gruzją, Mołdawią oraz państwami Azji Centralnej, ale także, a właściwie przede wszystkim w przekonaniu, że należy zatrzymać USA i NATO przed zdominowaniem Rosji w Europie.

Stratedzy zachodni, mający dostęp do informacji wywiadowczych, musieli mieć świadomość, rozbudzając przed 2008 r., najpierw w Gruzji, a potem w Ukrainie, prozachodnie dążenia, a nawet składając im obietnice, że Rosja nie będzie patrzeć spokojnie na działania tych państw zmierzające w kierunku NATO. Najgorsze jest jednak to, że Zachód rozbudzał nadzieje, składał wstępne deklaracje, a potem się z nich albo wycofywał, albo odkładał realizację kolejnych kroków zbliżających te państwa do Zachodu na niedającą się przewidzieć przyszłość.

Tak więc odpowiedź na pytanie, czy tej wojny w Ukrainie można było uniknąć, nie jest zupełnie oczywista i jednoznaczna. Niemniej jednak trzeba przyznać, że postawa Zachodu z jednej strony i nieprzygotowanie Ukrainy do obrony swojego państwa z drugiej, utwierdziły w przekonaniu Rosję, że konflikt z Ukrainą przyniesie jej realizację celów strategicznych i zwycięstwo.

2. Walka informacyjna jest dobra, a propaganda szkodliwa

Od zarania dziejów każdej wojnie towarzyszyły działania psychologiczne oraz wykorzystywanie informacji do wywierania wpływu – głównie na stronie przeciwnej, choć także miało to znaczenie dla podtrzymywania woli walki we własnych szeregach. Jednak w tej wojnie obydwie strony, zarówno Rosja, jak i Ukraina poszły tak daleko w zmaganiach psychologiczno-informacyjnych, że od samego początku trudno było na podstawie ich informacji mieć, chociażby przybliżony, wiarygodny obraz tej wojny. Nieprawdziwe informacje o przebiegu działań wojennych przeplatały się z częściowo prawdziwymi uzupełnianymi zupełnie fałszywą treścią, co uwiarygodniało ich treść. Podawane liczby zabitych i rannych oraz wyeliminowanego u przeciwnika uzbrojenia, zestrzelonych samolotów, śmigłowców, czołgów, transporterów w tak rażący sposób były wyolbrzymiane, że w konfrontacji z danymi dotyczącymi tych samych strat od czasu do czasu podawanymi przez Zachód (w oparciu o dane wywiadowcze) wywoływały zdumienie.

Obydwie strony wykorzystywały wszystkie możliwe chwyty propagandowe, by pomniejszyć obraz strat powodowanych u siebie przez przeciwnika i mnożyć swoje rzekome sukcesy i efekty powodowane we wrogich szeregach. Do pewnego stopnia służyło to pozytywnie podnoszeniu na duchu własnych żołnierzy, podtrzymywaniu woli walki i budowaniu przekonania, że wkrótce wojna skończy się pełnym sukcesem. Przyniosło to m.in. zwiększenie poparcia dla Władimira Putina przez Rosjan oraz wzrost poparcia dla prowadzenia wojny z Ukrainą, czego przykładem mogą być zachowania matek poległych żołnierzy rosyjskich, które nie bacząc na własną tragedię, popierały Putina w kontynuacji wojny przeciwko Ukrainie i namawiały młodych Rosjan do udziału w tej wojnie. Natomiast w Ukrainie skutkiem była ogromna zbiorowa wola walki społeczeństwa w pierwszym roku wojny, samorzutne powroty Ukraińców z pracy wykonywanej poza granicami, spontaniczne wspieranie w walkach armii, wielkie poparcie dla prezydenta Zełenskiego i całkowite przekonanie o możliwości zakończenia wojny sukcesem, włącznie z odzyskaniem Krymu.

Wydawać by się mogło, że ten model działań informacyjnych zawsze dobrze służy celom wojennym, że zasadne jest manipulowanie informacjami. Z całą pewnością częściowo to prawda. Jednak wraz z upływem czasu okazało się, że działania informacyjne pokazujące rażąco inny obraz wojny od realnego, mogą szkodzić ich realizatorom.

Nieinformowanie przez Ukrainę o liczbie swoich ofiar i strat, zawyżanie wszelkich danych o stratach Rosjan, wypaczanie obrazu wojny, manipulowanie informacjami już w drugim roku wojny spowodowało ogromny spadek woli walki u Ukraińców, zmniejszyło bardzo zaufanie do prezydenta państwa i elit władzy. Było coraz mniej chętnych do wojska, żeby wypełnić choćby minimalne potrzeby w pozyskiwaniu nowych rekrutów, trzeba było młodych ludzi ścigać na ulicach, zatrzymywać siłą i przymusowo wcielać do armii. Poborowi płacili tysiące dolarów łapówek, żeby uciekając przed wojskiem nielegalnie wydostać się za granicę Ukrainy.

Rosjanie, widząc, że do kraju wraca tysiące poległych na Ukrainie żołnierzy też, gdy ogłoszono mobilizację, tłumnie udali się na granicę, by wyjechać z kraju, a nie pójść na front. Kiedy niezadowolony z działań władz w Moskwie przywódca Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn zorganizował marsz do stolicy przeciwko władzy, spotkał się z szerokim wsparciem społeczeństwa, w tym także wojska.

Dodatkowym, zupełnie nieoczekiwanym rezultatem propagandy stosowanej w wojnie na Ukrainie jest postawa państw zachodnich. Otóż zachodnie media, które codziennie setki razy na dobę informowały o sytuacji na froncie, korzystały głównie ze źródeł ukraińskich, tych, które wyolbrzymiały i manipulowały informacjami w dużym stopniu. W efekcie udało im się przekonać swoje społeczeństwa do świetnego działania Ukrainy i co chwilę występującej kompromitacji wojennej Rosji. Finalnie, poza aplauzem skierowanym w stronę Ukrainy, spowodowało to przekonanie, że Ukraina sobie dobrze radzi i z łatwością pokona Rosję. Gdy okazało się w drugim roku wojny, że to Rosja ma przewagę, a Ukraina nie jest w stanie zrealizować celów prowadzonej kontrofensywy, Zachód był zaskoczony, zaczął analizować ukraińskie błędy, zupełnie bagatelizując własne spowodowane brakiem odpowiedniego wsparcia Ukrainy, wcześniej zadeklarowanego i przewidywanego do działań przez Ukraińców. Zaczęło obniżać się też poparcie dla dalszej pomocy Ukrainie.

Lekcja płynąca z działalności informacyjnej jest dość złożona. Informacja stanowi ważny element działań wojennych, który może bronić i razić równie skutecznie, jak działa i czołgi. Trzeba jednak pamiętać, że nadmierne zakłamywanie rzeczywistości, podawanie nieprawdziwych danych o skutkach wojennych działa obosiecznie i może obrócić się przeciwko tym, którzy wykorzystują informację jako narzędzie walki.

3. Lekcja trzecia. Militarna „wieża Babel”

Nie ma co ukrywać, że wojna w Ukrainie wywołała ogromny ruch solidarności międzynarodowej, który przyniósł długotrwałe wsparcie Ukraińców zarówno humanitarne, gospodarcze, jak i militarne. I choć większość lekcji płynących z tego wspierania to powód do uznania, szacunku i dumy z tego, co robiły społeczeństwa i władze państw zachodnich, to jest też w tym wspieraniu jeden istotny szczegół, który, choć bardzo istotny, to jednak stanowi duże wyzwanie dla Ukraińców i dla wielu państw. Chodzi o wsparcie militarne. Od początku wojny państwa zachodnie zdecydowały się na wspieranie uzbrojeniem, sprzętem i wyposażeniem walczących Ukraińców. Bez tego nie byłoby mowy o stawieniu czoła Rosji. Sama Ukraina, tylko ze swoimi zdolnościami militarnymi, mogłaby na tej wojnie przetrwać najwyżej kilka miesięcy. Ukraińcy otrzymywali od początku najpierw lekkie uzbrojenie i środki pola walki krótkiego zasięgu, a potem stopniowo coraz więcej i coraz bardziej zaawansowane technologicznie aż po czołgi, samoloty, drony, śmigłowce, działa, wyrzutnie, rakiety.

A więc były to amerykańskie systemy Patriot, NASAMS, HIMARS, Avenger, czołgi Abrams, drony Black Hornet i inne z jeszcze 20 państw, pociski Javelin i GLSBD, pociski plot Stinger, BWP Bradley, wozy opancerzone Stryker;

polskie – armatohaubice KRAB, przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Piorun;

francuskie – armatohaubice Caesar, ppk Milan 2, Bojowe Wozy Rozpoznawcze AMX-10RC, system plot. SAM P/T Mamba;

niemieckie – granatniki Panzerfaust, transportery opancerzone M 113, działa Gepard, wyrzutnie rakiet Mars, systemy obrony powietrznej IRIS-T SLM, czołgi Leopard, BWP Marder;

brytyjskie rakiety dalekiego zasięgu Storm Shadow, czołgi Challenger.

Tu można by wyliczać długo. Uzbrojenie, sprzęt i wyposażenie dostarczane Ukrainie to tysiące produktów i nazw, z czego co najmniej kilkaset to czołgi, samoloty, drony, wozy bojowe, lekkie i ciężkie uzbrojenie niezwykle skomplikowane technologicznie, wymagające długiego szkolenia i treningu obsługujących je żołnierzy. Instrukcje do obsługi tych urządzeń zostały wydane w kilkunastu językach świata, a mają je obsłużyć żołnierze ukraińscy, którzy dobrze znają, poza własnym językiem, tylko rosyjski. Krótkie szkolenie za granicą to za mało. Powstała swoista wojskowa wieża Babel, w której czasami trudno jest zrozumieć co, czym i w jaki sposób uruchomić, obsłużyć, wycelować, odpalić itd. A do tego dochodzi jeszcze serwisowanie. Przecież większość tego uzbrojenia i sprzętu w przypadku awarii, żeby go usprawnić, trzeba wieźć do kraju pochodzenia. Nie ma szans na serwisowanie i naprawę na miejscu, w Ukrainie. Efekt tej „militarnej wieży Babel” to dużo mniejsza efektywność wykorzystania środków pola walki a często wręcz marnowanie nowoczesnego uzbrojenia dostarczanego przez Zachód.

Z powyższego wynikają ważne wnioski na przyszłość, a mianowicie: trzeba dążyć do posiadania własnego, w miarę jednorodnego uzbrojenia oraz takiej współpracy z innymi państwami, by w razie wojny można było skutecznie wykorzystywać także ich zdolności militarne.

Zakończenie

Te trzy lekcje z wojny w Ukrainie to jedynie mała część doświadczeń, zdobytych w trakcie tego konfliktu zbrojnego. Warto przyglądać się działaniom wojennym, analizować je i wyciągać wnioski po to, by nie popełniać błędów własnych na ewentualnej wojnie z naszym udziałem. Mówi się, że państwa często przygotowują swoje armie do wojen minionych i choć to brzmi jak nonsens, to akurat ta wojna pokazała, że jednak takie działanie też ma sens. Dlatego warto analizować cały przebieg wojny, niczego z góry nie zakładać i opierać swoje wnioski i rekomendacje na podstawie prawdziwych faktów, zdarzeń, zjawisk i procesów, bez upiększania i wyolbrzymiania lub pomniejszania czegokolwiek. Warto i trzeba takie wnioski formułować na podstawie przeprowadzonych badań pochodzących z wojny, a nie tylko z gier komputerowych i z opowiadań wojennych.

Bogusław Pacek – profesor nauk społecznych, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, doctor honoris causa uniwersytetów Ukrainy: Obrony Narodowej w Kijowie i Sił Powietrznych w Charkowie. Generał dyw. w stanie spoczynku – były rektor Akademii Obrony Narodowej, Asystent Szefa Sztabu Generalnego WP ds. Wojsk Lądowych i Wojsk Specjalnych, Komendant Główny Żandarmerii Wojskowej, Zastępca Dowódcy Operacji Wojskowej UE w Czadzie i RŚA, doradca dwóch ministrów obrony narodowej, doradca NATO ds. reformy systemu edukacji wojskowej w Ukrainie.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń – luty 2024 r.

Przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji w sprawie niezbędnych refom instytucjonalnych UE (22 listopada 2023 r.) wywołało w Polsce gwałtowną dyskusję. Niestety, ma ona charakter powierzchowny, jest skrajnie upolityczniona, padają w niej argumenty niemające pokrycia w rzeczywistym tekście przyjętej rezolucji i niezgodne z intencjami Parlamentu.

Na zlecenie posła Włodzimierza CIMOSZEWICZA i zamówienie Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, redakcja „Res Humana” przygotowała i przeprowadziła 19 grudnia 2023 r. konferencję poświęconą zaprezentowaniu rzeczowych wyjaśnień i przedstawieniu argumentów na rzecz postulowanych przez Parlament zmian. Wzięło w niej udział trzech lewicowych ekspremierów oraz uznani eksperci zajmujący się różnymi aspektami integracji.

Wszyscy zgodzili się, że Unia – aby sprostać wyzwaniom współczesnego świata, w którym kolejne państwa aspirują do odgrywania globalnej roli, a postęp technologiczny na nowo definiuje rzeczywistość – nie tyle powinna dostosować swoje modus operandi, ile właściwie nie może tego nie zrobić. Tym bardziej, że rozbudziliśmy oczekiwania licznej grupy krajów na w miarę szybkie członkostwo. Te zmiany jednak będą korzystne także dla Rzeczypospolitej i jej obywateli. W najmniejszym stopniu nie niosą z sobą ryzyka anihilacji państwa polskiego i przekształcenia Polski w obszar zamieszkiwany przez Polaków, zarządzany z zewnątrz, czym straszy Jarosław Kaczyński.

Wniosek Parlamentu został – zgodnie z przewidzianą Traktatem procedurą –  skierowany do Rady UE, złożonej z ministrów wszystkich państw członkowskich, a potem przekazany przez nią Radzie Europejskiej (o dziwo, nowy polski rząd złożył zastrzeżenie wobec tego kroku). To premierzy i prezydenci podejmą ostateczną decyzję o ewentualnym zwołaniu Konwentu, a następnie konferencji międzyrządowej dla dalszego przedyskutowania propozycji.

Czytaj:

   Włodzimierz CIMOSZEWICZ: Parlament podszedł do sprawy z dobrymi intencjami
   Marek BELKA: Kluczowe jest zarządzanie makroekonomiczne 
   Leszek MILLER: Obawa o europejską politykę nowego rządu
   Jan BARCZ: W sprawie projektów rewizji unijnych Traktatów
   Jan TRUSZCZYŃSKI: Jednomyślność jako warunek zgody na akcesję do UE? 
   Renata MIEŃKOWSKA-NORKIENE: To straszne słowo na „f”

 

Nie ukrywam mojego osobistego głębokiego przekonania o potrzebie reformy Unii. Obecne regulacje korzeniami tkwią w relatywnie głębokiej – uwzględniając tempo zmian na świecie – przeszłości. Wersje traktatów: o Unii Europejskiej oraz o funkcjonowaniu Unii Europejskiej uzgodnione w Lizbonie są w bardzo dużym stopniu powtórzeniem treści Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy, który negocjowałem wspólnie z Leszkiem Millerem, a podpisywałem z Markiem Belką w Rzymie. Tamten tekst z kolei był pokłosiem Konwentu Europejskiego z początku wieku. Wszystko więc zaczęło się przed dwudziestu kilku laty. Trochę ponad dwie dekady temu Valéry Giscard d’Estaing przedstawił swój projekt, wieńczący tamte debaty, na szczycie w Salonikach.

Mówimy tutaj o zastąpieniu istniejącej kompleksowej regulacji albo traktatem zmieniającym szereg wybranych przepisów, albo nowym traktatem w ogóle. Jednocześnie w naszym kraju nie ma w tej chwili warunków do przeprowadzenia spokojnej, rozsądnej dyskusji publicznej na ten temat. Wszystko raptem ugrzęzło w histerycznych emocjach. Można byłoby od biedy je zrozumieć przed wyborami, ale po tym, jak obywatele dokonali już rozstrzygnięć, powinniśmy na rzecz spojrzeć z analitycznym dystansem.

Poświęcone temu zagadnieniu prace Komisji Spraw Konstytucyjnych PE, której jestem członkiem, były prowadzone z niezwykłą powagą. Trwały rok. W tym czasie nieustannie dyskutowaliśmy o różnych propozycjach usprawnienia UE, uczynienia jej jeszcze bardziej potrzebnej Europejczykom. Do podsumowania tych prac i spisania wniosków wyznaczono aż pięcioro oficjalnych sprawozdawców reprezentujących pięć najważniejszych grup politycznych. To jedyny znany mi taki przypadek. Zazwyczaj do tej czynności upoważnia się jednego posła; wyjątkowo, w kilku zaledwie przypadkach w tej kadencji, bywały to dwie osoby.

Dla każdej osoby rozumiejącej politykę i w szczególności znającej sposób pracy Parlamentu Europejskiego musi być jasne i oczywiste, że w sytuacji współautorstwa pięciu frakcji wśród kilkuset rozmaitych propozycji znalazło się wiele – czy też bardzo wiele – takich, które nie odpowiadały zarówno wszystkim sprawozdawcom, jak i wszystkim członkom Komisji Konstytucyjnej. Na sali plenarnej okazało się też, że nie każda zyskała poklask posłów biorących udział w debacie i głosowaniu. To zrozumiałe. Ale żeby raport w ogóle mógł powstać, wszyscy musieli wzajemnie zaakceptować nieco kontrowersyjnych propozycji (z którymi niekoniecznie w pełni się zgadzali). W przeciwnym razie już na tym poziomie prac wstępnych – zakończyłyby się one fiaskiem.

Bardzo wielu posłów, ze mną włącznie, przywiązywało wagę nie tyle do konkretnych propozycji ile do samego ruchu, samego impulsu. Najważniejsze jest to, że Parlament – upoważniony przez artykuł 48 Traktatu o Unii Europejskiej – mógł zainicjować rozmowę na ten temat. Dobrze wiemy, co się potem wydarzy: wszystkie propozycje PE będą stanowić pewien zasób, do którego być może przedstawiciele rządów i parlamentów państw członkowskich będą nawiązywali w trakcie Konwentu. A może nie będą? To jest bowiem proces polityczny. I to państwa członkowskie będą decydowały o treści ewentualnej zmiany traktatowej. Jeśli jednak żadnej rozmowy nie będzie – niekoniecznie o wszystkich sprawach zasugerowanych przez Parlament – to Unia utkwi w niemocy.

Główną intencją Parlamentu było zachęcenie do tego, żeby zacząć myśleć i rozmawiać o niezbędnych zmianach. Wszyscy w Brukseli i Strasburgu, w stolicach państw członkowskich, eksperci, prawnicy zdają sobie sprawę z tego, że to nie Parlament Europejski zmienia traktaty. Rozlegające się w Warszawie okrzyki o anihilacji państwa polskiego nie miały krzty sensu. Przynajmniej tym razem oskarżanie Leszka Millera, Marka Belki i mnie o to, że zdradziliśmy Polskę, nie było w pełni zasadne – jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę ironii.

Powstały w opisany wyżej sposób raport został zaprezentowany całemu Parlamentowi i szczegółowo przedyskutowany. Po wprowadzeniu pewnych korekt rezolucja inicjująca procedurę, która może doprowadzić do zmian w funkcjonowaniu Unii, w tym zmian traktatowych, została przyjęta. Następnie Rada UE (złożona z ministrów wszystkich państw członkowskich) „przekazała” ten wniosek do Rady Europejskiej. Jeśli szefowie państw lub rządów UE zgodzą się na dalsze prace w tej materii, zostanie zwołany grupujący unijnych i krajowych polityków oraz europejskie autorytety Konwent dla dalszych przemyśleń możliwych rozwiązań. Kolejnym krokiem byłaby konferencja międzyrządowa. Dopiero w efekcie jej prac zostałyby sformułowane nowe przepisy. Ostateczny tekst byłby podpisany przez premierów i ministrów spraw zagranicznych wszystkich państw członkowskich i finalnie ratyfikowany zgodnie z wymogami każdego państwa.

Z góry nie wiemy więc, czy nowe zmiany traktatowe – nawet jeśli zostaną wynegocjowane – wejdą w życie, bo nie ma pewności, że ratyfikują je wszystkie państwa członkowskie. To w pewnej mierze zależy od wewnętrznej sytuacji w niektórych z nich. Doświadczenie z Traktatem Konstytucyjnym jest negatywne, choć po usunięciu z tekstu terminów nadających wspólnotowym instytucjom atrybuty państwa federalnego przytłaczająca większość pozostałych kwestii uregulowanych w traktacie z 2004 roku została później przeniesiona do Traktatu z Lizbony.

Niedawne, często bolesne doświadczenia pokazały, że Unia potrzebuje więcej kompetencji w różnych nowych obszarach. Dodatkowa konieczność wynika z rysującej się perspektywy rozszerzenia Unii Europejskiej. Instytucjonalne oraz proceduralne dostosowania okażą się potrzebne; najprawdopodobniej także te w zakresie poszczególnych polityk. Biorąc pod uwagę to, jakie państwa miałyby dołączyć do UE i jakie będą konsekwencje tego faktu, przynajmniej z tego punktu widzenia potrzeba zmian powinna zostać uznana za oczywistą. Albo ktoś autentycznie opowiada się za przyjęciem nowych członków i wtedy musi zaakceptować potrzebę zmian w traktatach, albo ktoś przez sprzeciw wobec zmian traktatowych de facto chce blokować, albo opóźniać rozszerzenie.

Jestem nieco zaskoczony zachowaniem obecnego polskiego rządu w reakcji na przyjętą przez Parlament rezolucję. A zwłaszcza byliśmy zaskoczeni wtedy, gdy w przeddzień głosowania w tej sprawie okazało się, że polskie koleżanki i polscy koledzy z grupy Europejskiej Partii Ludowej (EPP), a więc z Koalicji Obywatelskiej i PSL, otrzymali polecenie głosowania przeciwko projektowi. Jak wiadomo, rezolucja została przyjęta dosyć niewielką większością, bo zaledwie 17 głosów.

Późniejsza wypowiedź Donalda Tuska, jak i komentarz w Sejmie ministra do spraw europejskich Adama Szłapki były nie mniej zaskakujące. Mam nadzieję, że jest to nie tyle sprzeciw wobec idei zmian w traktatach,  ile opinia o niedogodnym czasie na ich przeprowadzenie. W rządowych enuncjacjach stwierdzało się, że w obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych są priorytetowe sprawy, którymi trzeba się pilnie zająć, podniesienie zaś w tej chwili dyskusji traktatowej może dodatkowo podzielić Wspólnotę.

Mój pogląd na temat konieczności reformy instytucjonalnej UE wyraziłem jasno, głosując za rezolucją Parlamentu Europejskiego. Kluczem do wszystkiego tak naprawdę jest wybór: pozostawienie jednomyślności lub jej radykalne ograniczenie na rzecz głosowania większością kwalifikowaną (qualified majority voting).

Obecny sposób podejmowania decyzji w Unii nie sprawia, że jesteśmy w stanie reagować właściwie na kryzysy – a w ciągu najbliższych dekad będą one, niczym słynne czarne łabędzie, stadami fruwać nad naszymi głowami. Musimy więc mechanizm decyzyjny uelastycznić.

Sceptycyzm wobec zmian jest funkcją tego, na ile entuzjastycznie nastawiamy się do Unii Europejskiej i – szerzej –  do całego procesu integracji. W Polsce akurat mamy do czynienia ze swoistym rozdwojeniem politycznej jaźni; ludzie są euroentuzjastami (co prawda podejrzewam, że głównie ze względu na dotykalne profity pekuniarne), rządy zaś – poprzednie, ale myślę, że do pewnego stopnia to przechodzi i na obecny – są albo wręcz bardzo wrogie, albo ostrożne w odniesieniu do pogłębiania powiązań wewnątrz Wspólnoty.

Jednak najważniejsza moim zdaniem jest kwestia zarządzania makroekonomicznego. Politolodzy, dyplomaci zwracają uwagę na niedoskonałości polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa UE, często pomijając tematy zarządzania makroekonomicznego. Unia – a tak naprawdę strefa euro, bo ona jest w tej chwili głównym motorem integracji – działa bardzo nieoptymalnie ze względu na to, że w sposób jawny państwa sprzeciwiają się stworzeniu z UE unii fiskalnej.

Kryzysy wymagają działań niekonwencjonalnych. Stąd na przykład ten 750-miliardowy fundusz Next Generation EU, z którego pochodzą środki na nasz Krajowy Plan Odbudowy. Aby takiego rodzaju działania stały się rutynowe, były stałym elementem funkcjonowania instytucjonalnego Unii, potrzebne są jej znaczące zasoby własne, tak zwane own resources. Krótko mówiąc – podatki europejskie. W tej chwili mamy już niektóre takie podatki, na przykład od nierecyklingowanego plastiku. Dyskutujemy na temat instrumentu CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism), który byłby uruchamiany wobec krajów eksportujących na obszar Unii Europejskiej towary i usługi przyczyniające się do nadmiernej emisji gazów cieplarnianych; nie nazywamy tego podatkiem właśnie ze względu na zasadę jednomyślności. Jeśli będziemy się jej twardo trzymać, to tych zasobów własnych nie stworzymy. A wówczas przekształcenie Unii Europejskiej w elementy, czy – powiedzmy – pewien szkielet unii fiskalnej będzie bardzo trudne, jeżeli nie niemożliwe. I kolejny kryzys znów nas zaskoczy i znowu będziemy wymyślać jakieś rozwiązanie typu ad hoc.

Wśród propozycji, o których dyskutowaliśmy na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego, był m.in. postulat odejścia od zasady jednomyślności w sprawach podatkowych. Wydaje mi się, że tutaj propozycja poszła za daleko. Nie dookreślono, czy chodzi o podatki unijne, czy także krajowe.  Jeżeli mielibyśmy te ostatnie poddać procedurze jednomyślności, to byłoby to naprawdę bardzo trudne do zaakceptowania. Trzeba było powiedzieć wyraźnie, że chodzi tylko o te przyszłe podatki unijne, ogólnoeuropejskie.

Mówiąc inaczej, ta propozycja była niedoskonała, ale głosowałem za nią po prostu dlatego, że politycznie oznaczała ona uruchomienie procedury, a przynajmniej następny krok do poważnej dyskusji na temat niezbędnej zmiany traktatów.

Jest szereg obszarów europejskiej integracji wymagających pilnych zmian. Na pierwszym miejscu stawiam politykę zagraniczną. Wciąż nierozwiązany pozostaje bowiem dylemat, który kiedyś sygnalizował Henry Kissinger – pytając o numer telefonu do „Europy”. Takiego numeru oczywiście nie ma i nie będzie go dopóty, dopóki nie dojdzie do pogłębionej integracji w tej sferze. Będziemy na tym tylko i wyłącznie tracić. Druga sprawa – to polityka obronna, trzecia – polityka energetyczna. Na końcu wymienię jednomyślność przy podejmowaniu decyzji. Jestem gorącym przeciwnikiem weta i nie dlatego, że przypomina mi ono o polskich  losach powiązanych z zastosowaniem liberum veto. Jeżeli możliwość zablokowania kluczowych decyzji przez jednego tylko członka UE nie zostanie wyeliminowana, to Unia Europejska na pewno będzie miała nowe kłopoty.

Przy okazji proszę spostrzec hipokryzję cechującą zwolenników szybkiego przyjęcia Ukrainy do UE, którzy jednocześnie pozostają zwolennikami weta. Z góry można założyć, że to narzędzie będzie regularnie stosowane na przykład przez Węgry, czy przez jakieś inne państwo niechętne takiemu rozszerzeniu, dla wywrócenia tego procesu.

Przypominam też, że w roku 2000 została przyjęta bardzo ambitna Strategia Lizbońska, w której zapisano, że w ciągu dekady Unia Europejska prześcignie USA w rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, najnowocześniejszych technologiach, badaniach naukowych. Otóż po 10 latach okazało się, że dystans między Unią a Stanami Zjednoczonymi nie tylko się nie zmniejszył, ale wręcz wzrósł. Dzisiaj jest on o wiele większy niż w przeszłości. Należy więc zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego tak się stało? Moim zdaniem dlatego, że Stany są jednolitym państwem (przy całej ich strukturze federalnej), a Unia Europejska nie jest. Tak długo, jak będziemy powstrzymywać się od istotnych kroków w kierunku głębszej integracji, zawsze będziemy przegrywać konkurencję. I to już nie tylko z Ameryką Północną, ale także z Chinami, Indiami i innymi rodzącymi się potęgami. To ostatni moment, ostatni dzwonek, żeby poważnie te kwestie przemyśleć i żeby podjąć niezbędne reformy. Przy obecnej strukturze instytucjonalnej Unia Europejska nie ma szans, by stać się jednym z globalnych mocarstw politycznych. Musimy budować głębsze powiązania, iść w kierunku pewnej formy federalizmu.

W tych rozważaniach chciałbym jednak skoncentrować się głównie na europejskiej polityce nowego rządu, rządu pana Donalda Tuska. Jak sądzę, wszyscy w pewnym napięciu czekaliśmy na pierwsze deklaracje intencji, planów i zamierzeń odnośnie do Unii Europejskiej. Byłem zaskoczony zarówno słowami prezesa Rady Ministrów z exposé, jak i tym, co przedstawiciele rządu mówią na ten temat w tej chwili. Przypomniałem sobie jednak, że równie zaskoczony byłem wiele lat temu, kiedy mieliśmy do czynienia z pierwszym rządem Donalda Tuska. Kilka razy rozmawiałem wtedy z ówczesnym premierem, zwracając mu uwagę, że stał przed wielką okazją, by popchnąć do przodu sprawy integracji; mimo to tamta koalicja nie zrobiła kilku kluczowych kroków.

Po pierwsze, nie zrobiła nic (oprócz paru niewiążących i finalnie niezrealizowanych deklaracji) w sprawie wejścia Polski do strefy euro. Warto pamiętać, że nad podpisami Włodzimierza Cimoszewicza i moim w traktacie akcesyjnym jest odpowiednie sformułowanie, w którym Polska zobowiązała się do przyjęcia wspólnej waluty; brakuje tam tylko i wyłącznie daty. Traktat akcesyjny był zaś zaakceptowany przez obywateli Rzeczypospolitej w ogólnonarodowym referendum. Jest notabene swego rodzaju paradoksem, że wśród polityków ostatnich dziewiętnastu lat najbardziej w sprawę realizacji tego zobowiązania angażowała się pani Zyta Gilowska – minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (który bynajmniej wtedy wcale jej nie karcił, nie przywołał do porządku). Niewątpliwie dużo czasu zostało stracone i teraz bardzo trudno będzie go nadrobić.

Po drugie, koalicja PO-PSL,nie odstąpiła od protokołu brytyjskiego, który de facto ograniczał funkcjonowanie Karty Praw Podstawowych UE w odniesieniu do obywateli RP. Dzisiaj wiemy, że nie ma on już praktycznego zastosowania; dlaczego więc Polska miałaby nie wycofać się z tego zupełnie niepotrzebnego aktu? Zwłaszcza po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nie widzę żadnych przeszkód, żeby ten protokół po prostu zlikwidować i nie stwarzać wrażenia, że w pewien sposób poważnie go traktujemy.

I wreszcie po trzecie, rząd nie przystąpił do dołączonej do Traktatu o Unii Europejskiej deklaracji numer 52 o symbolach Unii Europejskiej. Posługujemy się nimi – flagą, hymnem, dewizą „Zjednoczona w różnorodności” i uznaniem 9 maja za Dzień Europy – ale w zasadzie bez podstawy prawnej. Waga tego dokumentu jest nieporównywalnie wyższa niż np. regulaminów Sejmu i Senatu, które regulują kwestię używania symboli UE na terenie polskiego parlamentu. Warto, by obecna Rada Ministrów zastanowiła się nad przystąpieniem do tej deklaracji.

Dzisiejszy rząd wskazuje na pięć argumentów, które nie pozwalają mu jednoznacznie wypowiedzieć się na rzecz zmian traktatowych. Pierwszy punkt: te zmiany mogą osłabić jedność Unii Europejskiej. To się jednak może stać zawsze, niezależnie od tego, kiedy te zmiany będą przeprowadzane. Niemal dwadzieścia lat temu przegrane referenda we Francji i Holandii nie tylko osłabiły jedność europejską, ale wręcz zlikwidowały Traktat Konstytucyjny. To nie jest więc żaden warunek.

Po drugie: te zmiany mogą opóźnić przyjęcie Ukrainy. Ten argument sugeruje, że mogłoby ono nastąpić za dwa albo za trzy lata. Jednak wszystko wskazuje na to, że w trwającej dekadzie akcesja Ukrainy nie będzie miała miejsca. Niezasadne jest zasłanianie się Ukrainą, by powstrzymać się od energicznego działania.

Po trzecie: te zmiany nie odpowiadają realnym potrzebom Unii. Ależ właśnie, jak to powyżej uzasadniłem, odpowiadają!

Czwarty punkt: te zmiany przeszły w Parlamencie Europejskim niewielką większością głosów. Z tym się należy zgodzić, bo to jest prawda. Przeszły niewielką większością głosów – ale przeszły! Wiemy z historii, że w wielu przypadkach jeden głos decydował o skutkach o ogromnym znaczeniu. W pierwszym po wojnie głosowaniu w Bundestagu Konrad Adenauer jednym głosem został wybrany kanclerzem. I co z tego? Nikt nie załamywał rąk i nie mówił, że to stanowi problem. A potem Adenauer stał się przecież wielką postacią niemieckiego życia politycznego.

I wreszcie ostatni zarzut: te zmiany mogą być wykorzystane w antyunijnej narracji. Przez eurosceptyków zawsze będą tak wykorzystywane – dzisiaj czy za pięć lat, czy za dziesięć.

Jaki wniosek wyciągam z tych wypowiedzi? Że są one rozpaczliwą próbą ze strony rządu Donalda Tuska, by usprawiedliwić niechęć do bardziej energicznego działania na rzecz integracji europejskiej. Z jednej strony to musi dziwić, ale z drugiej strony – jeśli sobie przypomnimy dokonania tej samej ekipy, albo bardzo podobnej, z poprzedniego okresu sprawowania władzy, to wygląda na to, że to po prostu jest stała tendencja. Dlatego budzi moją największą obawę, że nie będziemy mieli w tym nowym rządzie sojusznika zdecydowanie popierającego kierunek pogłębienia integracji europejskiej.

1. Wzmożoną dyskusję nad projektami rewizji Traktatów stanowiących podstawę UE (Traktatu o Unii Europejskiej – TUE i Traktatu o funkcjonowaniu UE – TFUE) wywołała uchwalona 22 listopada 2023 r. rezolucja Parlamentu Europejskiego w tej sprawie. Problem rewizji unijnych Traktatów stał się w ostatnich miesiącach również przedmiotem kilku poważnych studiów, w tym przede wszystkim grupy ekspertów powołanych przez rządy francuski i niemiecki (przedłożony 18 września 2023 r.). Rezolucja PE z 22 listopada 2023 r. zasługuje na szczególną uwagę z dwóch względów: po pierwsze – odwołuje się ona do propozycji przedłożonych na zakończenie Konferencji w sprawie przyszłości Europy, wielkiej debaty obywatelskiej, która trwała rok (między majem 2021 r. a majem 2022 r.); po drugie – od strony formalnej stanowi ona wniosek PE (ust. 2 art. 48 TUE) w sprawie uruchomienia procedury rewizji Traktatów. Decyzja co do przejścia do kolejnych etapów tej procedury (zwołania konwentu, a następnie konferencji międzyrządowej) jest w rękach państw członkowskich UE. Zachowują one obecnie dużą wstrzemięźliwość w tej sprawie. Obradująca 12 grudnia 2023 r. Rada do spraw Ogólnych nie zajmowała się propozycjami zawartymi w rezolucji PE. Odnotowano jedynie postęp w realizacji postulatów zgłoszonych przez Konferencję w sprawie przyszłości Europy oraz przedłożono sprecyzowaną tabelę takich propozycji.[1] Również Rada Europejska, obradująca 14–15 grudnia 2023 r., nie zajęła się bezpośrednio wnioskiem o wszczęcie procedury art. 48 TUE zawartym w rezolucji PE. W konkluzjach podkreślono jedynie, że Unia będzie musiała przeprowadzić „reformy wewnętrzne” w związku m.in. z planowanym rozszerzeniem oraz że zajmie się tą sprawą „do lata 2024 r.”[2]. Formalną decyzję o przekazaniu propozycji zawartych w rezolucji PE Radzie Europejskiej (ust. 2 art. 48 TUE) podjęła Rada (działająca w składzie ministrów środowiska) 18 grudnia 2023 r.[3] Podjęcie dalszych etapów procedury leży obecnie w ręku Rady Europejskiej (szefów państw lub rządów państw członkowskich), przy czym państwa zachowują w tej mierze – jak wspomniano – dużą wstrzemięźliwość.

Od strony substancjonalnej wspomniane na wstępie wzmożenie dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów spowodowane zostało przede wszystkim objęciem strategią rozszerzenia trzech nowych państw: Mołdawii, Gruzji, a przede wszystkim Ukrainy (stąd docelowo liczba państw członkowskich, jeśli uwzględnimy kandydujące państwa Bałkanów Zachodnich, może sięgnąć 36) oraz koniecznością umocnienia efektywności Unii w dziedzinie Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa (WPZiB) wobec trwającej wojny w Ukrainie.

2. Wstrzemięźliwemu nastawieniu większości państw członkowskich do podjęcia obecnie dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów towarzyszy krytyka z dwóch stron. Partie antyeuropejskie i populistyczne wykorzystały propozycje zawarte w rezolucji PE do frontalnego ataku na Unię. Zwłaszcza w Polsce Prawo i Sprawiedliwość, profilując się jako partia opozycyjna po przegraniu wyborów 15 października 2023 r., sięgnęła do wypróbowanych argumentów antyniemieckich i antyunijnych: w propozycjach zawartych w rezolucji PE ujrzała groźbę przekształcenia Polski w „land” zarządzany z Brukseli, a nawet groźbę anihilacji państwa polskiego. Są to zarzuty absurdalne (zob. miarodajne na ten temat: stanowisko Konferencji Ambasadorów RP z 27 listopada 2023 r. – Szarża PiS na unijne Traktaty. Anihilacja rozumu). Niemniej nie można ich lekceważyć, w przeszłości bowiem narracja populistyczna i antyunijna wyrządziła poważne szkody w toku dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów, m.in. doprowadziła do odrzucenia Traktatu konstytucyjnego. Z drugiej natomiast strony, zachowując odpowiednie proporcje co do gatunku zarzutów – argumentuje się, że obecnie jest „za wcześnie” na dyskusję o rewizji unijnych Traktatów. Zarzut taki musi również skłaniać do refleksji krytycznej. Wyraźnie bowiem mieszane są dwie kwestie: znalezienie właściwego momentu na podjęcie dyskusji i wszczęcie procedury rewizji Traktatów (w tym przypadku stanowisko większości państw jest jasne – nie są one jeszcze gotowe do podjęcia decyzji w sprawie wszczęcia procedury rewizji Traktatów, istotne argumenty przemawiają na rzecz takiego stanowiska) z podjęciem dyskusji nad propozycjami zmian w Traktatach (która notabene trwa już od lat). Nawet jeżeli ewentualny traktat rewizyjny będzie miał szanse na finalizację za kilka–kilkanaście lat, to możliwe opcje kształtują się już obecnie w toku debaty. Warto już na obecnym etapie dyskusji objaśniać poszczególne problemy, zapobiegając szerzeniu się fake-newsów faktów, warto również włączać się aktywnie do debaty, identyfikować interesy własnego kraju oraz precyzować propozycje i budować koalicje.

3. Powyższe rozważania udzielają nam ogólnej odpowiedzi na istotne pytanie – „kiedy” może dojść do finalizacji dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów? O tym, że perspektywa jest raczej odległa, świadczy również określona w art. 48 TUE procedura finalizacji negocjacji nad traktatem rewizyjnym: po podjęciu przez Radę Europejską decyzji o kontynuowaniu procedury zwoływany jest konwent, który w drodze konsensu przyjmuje zalecenia dla konferencji międzyrządowej, konferencja taka „za wspólnym porozumieniem” przyjmuje propozycje zmian w Traktatach; następnie traktat rewizyjny, aby wszedł w życie, musi być ratyfikowany przez wszystkie państwa członkowskie. Są to wszystko etapy długotrwałe (wieloletnie). Poza tym procedura zawarcia traktatu rewizyjnego wskazuje na to, że PiS – rozsiewając obawy o grożących Polsce niebezpieczeństwach w następstwie dyskutowanej rewizji unijnych Traktatów – strzela z Car-Puszki (której nigdy nie użyto w praktycznym działaniu). Traktat rewizyjny nie może bowiem wejść w życie bez zgody Polski. Żadne zmiany w unijnych Traktatach bez zgody Polski nie nastąpią. Uzyskując więc bardziej precyzyjną odpowiedź na pytanie „kiedy” ewentualna rewizja unijnych Traktatów mogłaby nastąpić, możemy zwrócić się ku pozostałym fundamentalnym pytaniom: jaki zakres przedmiotowy mają dyskutowane propozycje rewizji unijnych Traktatów oraz jakie procedury unijne wchodzą w grę, aby je zrealizować, zawarcie traktatu rewizyjnego nie jest bowiem jedyną możliwością.

4. Przejdźmy więc do zasadniczej kwestii – jakie propozycje leżą obecnie na stole negocjacyjnym? Nim przyjrzymy się bliżej tym propozycjom, warto odnotować, że dyskusja nad reformą ustroju UE trwa od wejścia w życie Traktatu z Lizbony (1 grudnia 2009 r.). Stymulowana ona była konsekwencjami kryzysu finansowego, kryzysu migracyjnego, pandemii oraz – ostatnio – agresją Rosji Putina na Ukrainę i planowanym rozszerzeniem Unii.

Reforma ustrojowa Unii jest też od lat konsekwentnie wcielana w życie na podstawie istniejących procedur i środków, w ramach koncepcji „kreatywnej elastyczności” (creative flexibility) – dotyczy to zwłaszcza konsolidacji strefy euro, wokół której koncentruje się reforma Unii. Rezolucja PE stanowi więc jedynie pewien etap trwającej od dłuższego czasu dyskusji i podejmowanych działań.

Skonsolidowane, po uwzględnieniu wyników Konferencji w sprawie przyszłości Unii, propozycje obejmują kilka głównych dziedzin, przy czym zacząć należy od propozycji nakierowanych na umocnienie mechanizmów czuwających nad przestrzeganiem przez państwa członkowskie praworządności. Nieprzypadkowo propozycje takie znajdują się na pierwszym miejscu wśród propozycji zawartych zarówno w rezolucji PE, jak i studium grupy ekspertów francusko-niemieckich. Zapędy autorytarne w rządzonej przez PiS Polsce oraz rządzonych przez Orbana Węgrzech wstrząsnęły bowiem spójnością Unii Europejskiej. Propozycje te nawiązują do prowadzonych już od dłuższego czasu dyskusji i koncentrują się na dwóch obszarach. Po pierwsze – na umocnieniu i rozbudowie mechanizmu warunkowości (na przykład wpisanie tego mechanizmu wyraźnie do procedury art. 7 TUE oraz budżetu Unii). Po drugie – na usprawnieniu procedury art. 7 TUE, która wykazała w ostatnich latach impotencję w obliczu naruszania praworządności w Polsce i na Węgrzech. Proponuje się uproszczenie procedury zawartej w art. 7 TUE, podejmowanie decyzji w ramach tej procedury przez Radę Europejską i Radę większością kwalifikowaną, a przede wszystkim decydowanie o wystąpieniu „poważnego i stałego” naruszenia przez państwo członkowskie wartości określonych w art. 2 TUE przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Są to propozycje wyważone, uwzględniające dotychczasowe rozważania.

Pozostałe, najważniejsze propozycje rewizji Traktatów można ująć w trzech grupach.

Pierwsza grupa propozycji obejmuje trzy powiązane ze sobą, szczególnie kontrowersyjne obszary – reformę podejmowania decyzji w Radzie większością kwalifikowaną, reformę Parlamentu Europejskiego i reformę Komisji Europejskiej. Zacznijmy od formuły podejmowania decyzji w Radzie większością kwalifikowaną. W pierwszym rzędzie chodzi o testy podejmowania decyzji w tym trybie (obecnie to co najmniej 55 procent liczby państw i co najmniej 65 procent potencjału demograficznego Unii). Ustalenie tych testów było bardzo kontrowersyjne i poprzedzone nawet zamrożeniem w grudniu 2003 r. konferencji międzyrządowej, która ustaliła treść Traktatu konstytucyjnego. Dobrze się więc stało, że w ostatecznej wersji rezolucji PE zrezygnowano z propozycji modyfikacji tych testów. Propozycje takiej modyfikacji zawarte są w ekspertyzie francusko-niemieckiej. Pobrzmiewają w niej koncepcje, które w przeszłości prowadziły do kontrowersji (obniżenie progów, co z reguły prowadzi do umocnienia pozycji państw dużych). Na razie więc sprawa została wycofana, niemniej w przyszłości z pewnością musi być przedmiotem szczególnej uwagi. Drugą kwestią związaną z podejmowaniem decyzji w Radzie większością kwalifikowaną jest określenie, w jakich obszarach regulowanych Traktatami procedura taka ma być stosowana. Kwestia ta wzbudzała jeszcze większe kontrowersje niż sprecyzowanie testów większości kwalifikowanej: na podstawie Traktatu z Nicei z ponad 70 dyskutowanych obszarów udało się wprowadzić procedurę większości kwalifikowanej w 29, na podstawie Traktatu z Lizbony spośród około 60 – w 23 (oraz w 20 nowych dziedzinach); w rezolucji PE proponuje się wprowadzenie procedury większości kwalifikowanej zamiast jednomyślności do 32 obszarów (oraz do 8 nowych obszarów, a w 2 dalszych przypadkach z pewnymi modyfikacjami). Zapewne wynik negocjacji będzie podobny do poprzednich traktatów rewizyjnych: w wielu przypadkach będzie możliwe osiągnięcie porozumienia, są też dziedziny, w których interesy państw są rozbieżne. Zamknąć powyższe, zwięzłe rozważania trzeba refleksją sumującą: zmiana w danej dziedzinie procedury podejmowania decyzji z jednomyślności na większość kwalifikowaną nie zagraża – jak tego chcą przedstawiciele środowisk populistycznych i antyunijnych – „suwerenności” państw członkowskich; decyzja w tej sprawie podejmowana jest przez wszystkie państwa członkowskie, celem podejmowania decyzji większością kwalifikowaną w Radzie jest wyważenie interesów wszystkich państw i znalezienie rozsądnego i akceptowalnego przez wszystkich kompromisu. Bez tego Unia skupiająca obecnie 27 państw, a w niedalekiej perspektywie 36, nie mogłaby sprawnie funkcjonować. Obecnie ponad 70 procent decyzji w UE podejmowanych jest w tym trybie, Unia działa sprawnie, a państwa nie widzą w tym zagrożenia dla swoich interesów – poza państwami z zapędami autorytarnymi, które nie znają kultury kompromisu i pod pojęciem weta częściej rozumieją posługiwanie się szantażem.

Drugim obszarem z tego tryptyku jest reforma Parlamentu Europejskiego. Proponowane reformy nakierowane są na radykalne umocnienie roli PE w Unii. Są to propozycje na ogół zasadne. Skupmy się natomiast na kwestii liczby deputowanych i alokacji miejsc w Parlamencie. Dobrym sygnałem jest to, że wysuwane propozycje jednoznacznie obstają przy zachowaniu obecnej liczby deputowanych (751), już w obecnym stanie wymogi efektywności zostały bowiem przekroczone. Sama alokacja miejsc między państwa członkowskie pozostawiona jest obecnie decyzji Rady Europejskiej, działającej na wniosek PE, nie wymaga więc ingerencji w tekst Traktatów. Charakterystyczne jest natomiast, że przedłożone propozycje nie odnoszą się do zmniejszenia maksymalnej liczby deputowanych, pochodzących z jednego państwa członkowskiego – 96. Dotyczy to obecnie jedynie Niemiec. Z pewnością natomiast liczba deputowanych z Niemiec będzie musiała być w związku z planowanym rozszerzeniem znacznie ograniczona. Natomiast kwestia alokacji miejsc w PE nabiera rosnącego znaczenia, ponieważ w obszarach, w których Rada decyduje większością kwalifikowaną, Parlament staje się zwykle współlegislatorem. Rośnie więc rola PE jako gwaranta legitymacji demokratycznej unijnego procesu decyzyjnego oraz interesów poszczególnych państw członkowskich.

Szereg istotnych propozycji dotyczy również reformy Komisji Europejskiej. Skupmy się jedynie na składzie kolegium Komisji, który – przy docelowej liczbie 36 państw członkowskich – będzie musiał zostać ograniczony. Obecnie Traktaty zakładają zmniejszenie liczby komisarzy do dwóch trzech liczby państw członkowskich, o ile Rada Europejska nie zadecyduje inaczej, ta natomiast trzyma się zasady „jedno państwo-jeden komisarz”. W ostatniej chwili zrezygnowano w rezolucji PE z propozycji ograniczenia liczby komisarzy do 15, tak więc pozostała możliwość zmniejszenia liczby kolegium Komisji przewidziana obecnie w Traktatach. Odstąpienie od powyższej propozycji objęło również wycofanie propozycji zróżnicowania statusu komisarzy. Dobrze się stało, lepiej trzymać się obecnie obowiązujących rozwiązań, które w przypadku zmniejszenia liczby komisarzy w stosunku do liczby państw członkowskich przewidują rotację egalitarną między państwami członkowskimi, tj. na równych zasadach. Duże państwa członkowskie, forsując zróżnicowanie statusu komisarzy, do tej pory zwykle obstawały za jakimiś preferencjami dla siebie.

Druga grupa obejmuje inne propozycje. Propozycji zawartych w rezolucji PE oraz w opublikowanych ekspertyzach jest szereg, wskażmy więc jedynie na ważniejsze z nich.

Trzecia grupa dotyczy horyzontalnego problemu, opisywanego jako zróżnicowanie integracji europejskiej. W grupie tej należy odróżnić dwa podstawowe zagadnienia. Pierwsze z nich dotyczy procesu rozszerzenia i obejmuje propozycje wprowadzenia jakiegoś rodzaju szczególnego statusu członkowskiego (np. członkostwa stowarzyszonego). Do tego rodzaju propozycji należy podchodzić z dużą rezerwą. Państwa ubiegające się o członkostwo w UE, w tym Ukraina, dążą do uzyskania normalnego członkostwa w Unii, a nie jakiejś protezy. Natomiast możliwe jest usprawnienie procedury akcesyjnej, na przykład pojawia się propozycja (również ze strony Komisji Europejskiej) stopniowania procedury akcesyjnej, tj. po osiągnięciu standardu unijnego w określonej dziedzinie mocniejsze włączenie państwa kandydującego w reżim unijnego rynku wewnętrznego czy innych polityk. Możliwe i zapewne konieczne będzie szersze wykorzystanie w stosunku do państw objętych obecną falą rozszerzenia mechanizmów regulowanych traktatem akcesyjnym (zwłaszcza okresów przejściowych i tzw. klauzul bezpieczeństwa). To samo dotyczy procedur elastyczności zawartych w unijnych Traktatach (dochodzenie do strefy Schengen, strefy euro, wzmocnionej współpracy itd.).

Drugie zagadnienie jest poważniejsze i dotyczy wewnętrznego zróżnicowania w UE statusu państw członkowskich (zwłaszcza ekspertyza grupy francusko-niemieckiej poświęca temu zagadnieniu dużo miejsca). Zróżnicowanie takie może – z jednej strony – wynikać ze stosowania procedur przewidzianych w Traktatach (wzmocniona współpraca, bliska współpraca, zróżnicowanie w ramach UGiW, czy związane ze strefą Schengen). Zróżnicowanie takie, opisywane terminem „integracji elastycznej” nie zagraża co do zasady spójności procesu integracji europejskiej. Występuje jednak również groźba faktycznego i formalnego zróżnicowania statusu państw członkowskich, zmarginalizowania części z nich w stosunku do „trzonu” Unii. Takie niebezpieczeństwo związane jest z konsolidacją strefy euro; zapobiegać ma mu przyjęta kilku lat temu strategia „wspólnej ścieżki”, tj. założenie, że stopniowo wszystkie państwa członkowskie UE znajdą się w strefie euro. Drugim kryterium, które może prowadzić do głębokiego zmarginalizowania państwa członkowskiego w Unii, jest nieprzestrzeganie praworządności. Wyniki wyborów 15 października 2023 r. zapobiegły dalszej marginalizacji Polski w Unii, natomiast pozostaje narastający problem Węgier rządzonych przez Orbana, które dodatkowo stają się w Unii jawnym agentem interesów Putina.

5. Przejdźmy do wniosków. Unia i jej państwa członkowskie konfrontowane są obecnie z fundamentalnymi wyzwaniami. Są to wyzwania dobrze zidentyfikowane w ramach priorytetów działania Unii (zmiany klimatyczne, migracja, następstwa pandemii COVID-19, transformacja cyfrowa Europy, zagwarantowanie wspólnych wartości, w tym praworządności), ale przede wszystkim jest to wojna w Ukrainie, będąca następstwem agresji Rosji Putina. Stąd też zasadniczym wyzwaniem dla Unii i jej państw członkowskich jest zagwarantowanie pomocy Ukrainie, efektywności sankcji nałożonych na Rosję i Białoruś oraz sprawne prowadzenie procesu akcesji Ukrainy. Członkostwo Ukrainy w UE przesądzi bowiem o jej przynależności do Europy i położy kres imperialnym zapędom Rosji. Dla realizacji tego celu nie jest niezbędna rewizja unijnych Traktatów, można z powodzeniem odwoływać się do „kreatywnej elastyczności”, tj. wykorzystać w pełni istniejące procedury (zwłaszcza, aby umocnić efektywność Unii w ramach WPZiB). Notabene zawarte w Traktatach tzw. procedury kładki umożliwiają również umocnienie efektywności unijnego procesu decyzyjnego (przejście od jednomyślności w Radzie do decydowania większością kwalifikowaną) bez konieczności zawarcia traktatu rewizyjnego.

Jak podkreślano, zawarcie takiego traktatu, który wprowadzałby kompleksową reformę Unii, jest raczej sprawą odległą. Nie można jednak całkowicie lekceważyć takiej możliwości. Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony były dwa przypadki zawarcia traktatów rewizyjnych – tzw. protokół hiszpański i protokół irlandzki. W obu przypadkach traktaty te obejmowały ściśle określony przedmiot, co do którego zgadzały się wszystkie państwa członkowskie. Nie można więc wykluczyć tego rodzaju „punktowego” traktatu rewizyjnego, który dotyczyłby wąskiej, ściśle określonej materii. Na przykład przedkładano już propozycje tego rodzaju traktatu rewizyjnego odnoszącego się do zmian koniecznych do finalizacji reformy strefy euro.

Ostrożnie natomiast należy podchodzić do pojawiających się propozycji, aby szersze zmiany w unijnych Traktatach wprowadzić na mocy traktatu akcesyjnego (co formalnie byłoby możliwe, traktat akcesyjny jest bowiem w istocie traktatem rewizyjnym). Nie bez racji traktaty akcesyjne ograniczają się do niezbędnych dostosowań „technicznych” związanych z akcesją danego państwa, czy grupy państw. Wprowadzenie bowiem przy tej okazji zbyt szerokich reform do ustroju Unii narażałoby taki traktat akcesyjny na dodatkowe problemy w toku ratyfikacji w państwach członkowskich.

Jak podkreślano na wstępie tego artykułu, nie można również lekceważyć populistycznych, antyunijnych pohukiwań. Z tego m.in. powodu celowe jest skonsolidowanie dyskusji nad przedłożonymi do negocjacji propozycjami zmian w Traktatach, aktywne włączenie się do tej debaty oraz podjęcie analizy polskich interesów i stanowiska w konkretnych dziedzinach.

Autor jest profesorem prawa międzynarodowego, członkiem Konferencji Ambasadorów RP oraz zespołu ekspertów Team Europe Direct.

[1] Zob. General Affairs Council, 12 grudnia 2023. Main results. https://www.consilium.europa.eu/pl/meetings/gac/2023/12/12/ (dostęp: 13.12.2023 r.).

[2] Rada Europejska. 14 grudnia 2023 r. Konkluzje Rady Europejskiej w sprawie Ukrainy, rozszerzenia i reform. https://www.consilium.europa.eu/pl/press/press-releases/2023/12/14/european-council-conclusions-on-ukraine-enlargement-and-reforms/ (dostęp: 15.12.2023 r.).

[3] Zob. T. Bielecki, Polska przeciw reformie traktatowej UE, Gazeta Wyborcza
z 19 grudnia 2023 r., s. 11.

 

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana” (styczeń-luty 2024 r.) oraz w specjalnym wydawnictwie z materiałami z konferencji 19 grudnia 2023 r. pt. „Reforma Unii Europejskiej jest potrzebna!”

Od zarania powojennej integracji europejskiej, zarówno we Wspólnotach Europejskich, jak i w późniejszej Unii Europejskiej, przyjęcie nowego państwa członkowskiego wymagało zgody wszystkich członków organizacji. Traktat Rzymski w Art. 237 stanowił: „Państwo, wnioskujące o członkostwo Wspólnoty, kieruje swój wniosek do Rady, która stanowi jednomyślnie po zasięgnięciu opinii Komisji”. W Traktacie o Unii Europejskiej od 2009 roku obowiązuje Art. 49, którego substancja powiela w istocie treść Traktatu Rzymskiego, uwzględniając jedynie dokonane od tamtej pory zmiany w kompetencjach instytucji UE: „Państwo ubiegające się o członkostwo kieruje swój wniosek do Rady, która stanowi jednomyślnie o zasięgnięciu opinii Komisji oraz po otrzymaniu zgody Parlamentu Europejskiego, udzielonej większością głosów jego członków”.

Traktaty mówią o decyzji wieńczącej proces akcesyjny i podejmowanej po zakończeniu negocjacji w sprawie członkostwa. Jak wyglądają jednak poprzedzające ten etap procedury decyzyjne, przyjęte przez państwa UE? W ukształtowanej już od lat 60. XX wieku praktyce jednomyślność przyjęto jako sztywny wymóg w trakcie całego procesu akcesyjnego, począwszy od udzielanej na najwyższym szczeblu politycznym zgody na otwarcie negocjacji.

Skutków tak rozumianej zasady jednomyślności doświadczyliśmy w ostatnich kilkunastu latach wielokrotnie. Świeżo w pamięci pozostają działania Węgier w grudniu 2023 r., gdy kraj ten – jako jedyny w gronie 27 państw członkowskich – groził, że sprzeciwi się projektowi decyzji Rady Europejskiej o otwarciu rokowań akcesyjnych z Ukrainą, posługując się demagogiczną argumentacją o niewystarczającym przygotowaniu Ukrainy oraz domagając się uprzedniej strategicznej dyskusji między państwami UE o wszystkich kluczowych aspektach i konsekwencjach ewentualnego członkostwa tego kraju. Decyzję ostatecznie udało się przyjąć tylko dlatego, że premier Węgier zgodził się wyjść na ten moment z sali obrad; jest to interpretowane jako nowatorskie posłużenie się ujętą w Art. 31 TUE opcją konstruktywnego wstrzymania się od głosu – pamiętać jednak należy, że zgodnie z ową opcją wstrzymujący się nie jest zobowiązany do wykonania decyzji, co skwapliwie już podkreślił minister spraw zagranicznych Węgier i inni przedstawiciele tego kraju. Trzeba się zatem liczyć z kolejnymi przejawami obstrukcji ze strony Węgier, w tym przede wszystkim z nadużywaniem wymogu jednomyślności.

Jak dużą przeszkodę stanowiła jednomyślność w poprzednich procesach akcesji do UE? Na pewno nie była barierą ani hamulcem dla Polski i innych dziewięciu kandydatów, którzy negocjowali warunki swojego członkostwa w latach 1998–2002. Owszem, mimo iż Grecja nigdy nie sformułowała publicznie swojego stanowiska, wszyscy unijni uczestnicy rokowań i wszyscy kandydaci dobrze wiedzieli, że ich procesy akcesyjne nie będą się mogły pomyślnie ani zacząć, ani zakończyć, jeśli równolegle nie dokona się taki sam proces ze wspieranym przez Grecję Cyprem. Owszem, zdarzało się lekkie wydłużenie rokowań w tym czy innym obszarze negocjacji, spowodowane koniecznością uprzedniego osiągnięcia konsensusu między państwami UE w sprawie parametrów rozwiązań przejściowych i pułapu transferów finansowych do nowych państw członkowskich. Nigdy jednak nie doszło do blokady ze strony któregokolwiek państwa UE, wymierzonej przeciwko konkretnemu kandydatowi.

Inaczej – gorzej – potoczyły się jednak sprawy po rozszerzeniowym Big Bangu w roku 2004. Zaczęło się od Turcji, z którą negocjacje akcesyjne zostały otwarte przez Unię w październiku 2005 r., jednakże już po roku Rada UE musiała podjąć decyzję o wstrzymaniu rokowań w aż ośmiu rozdziałach negocjacyjnych, ponieważ Turcja odmówiła rozciągnięcia na Cypr swoich związanych z rozszerzeniem UE zobowiązań, zawartych w protokole dodatkowym do ankarskiego układu o stowarzyszeniu Turcji z Unią. W takim kontekście nieuchronne i zrozumiałe było veto Cypru, uzasadnione było także poparcie innych państw członkowskich dla takiego stanowiska Nikozji.

W okresie 2008–2009 mieliśmy do czynienia z trwającym blisko rok zablokowaniem przez Słowenię łącznie aż 13 rozdziałów rokowań akcesyjnych z Chorwacją. Blokada związana była ze sporem o rozgraniczenie wód terytorialnych w Zatoce Pirańskiej i sposób dostępu Słowenii do morza otwartego. Słowenia domagała się m.in. wycofania przez Chorwację szeregu map i innych załączników do przedłożonych przez Zagrzeb stanowisk negocjacyjnych, używając jako środka nacisku swego statusu państwa członkowskiego UE i wymogu jednomyślności. Aczkolwiek przedmiot sporu nie miał nic wspólnego z warunkami członkostwa Unii, w pomoc mediacyjną zaangażowały się zarówno Komisja Europejska, jak i ówczesna prezydencja francuska w Radzie – jednakże bez efektu; odblokowanie negocjacji akcesyjnych nastąpiło dopiero dzięki kompromisowi między bezpośrednimi uczestnikami sporu, po zmianie rządu w Zagrzebiu.

Do zainfekowania na znacznie większą skalę procesu akcesyjnego niezwiązanymi z unijnym acquis sporami bilateralnymi doszło w relacjach między UE a Północną Macedonią. Choć Komisja Europejska już w 2009 r. pozytywnie oceniła zaawansowanie dostosowawcze tego kraju i zaleciła otwarcie negocjacji akcesyjnych, nie było możliwości uzyskania w tej sprawie jednomyślnej pozytywnej decyzji Rady, trwał bowiem spór polityczny między Atenami a Skopje o oficjalną nazwę północnego sąsiada Grecji. Mediacja prowadzona przez ONZ – wygodna dla UE ze względu na członkowski status Grecji w Unii – przez wiele lat nie dawała żadnych efektów. Dopiero w 2018 r., w wyniku korzystnego splotu czynników, na czele ze sprzyjającymi kompromisowi zmianami u steru rządów w Atenach i w Skopje oraz rosnącym międzynarodowym naciskiem na Grecję, doszło do bilateralnej ugody w sprawie nazwy kraju. Jednakże bezpośrednio po tym przełomie politycznym ze swoimi roszczeniami wystąpił kolejny unijny sąsiad Północnej Macedonii, Bułgaria. Kraj ten domagał się od Skopje akceptacji swojej interpretacji wspólnej historii na czele z narracją o historycznych korzeniach języka macedońskiego i narodowej tożsamości macedońskiej. Mimo ewidentnego braku jakiegokolwiek związku tych żądań z unijnymi acquis Bułgaria przez blisko dwa lata w okresie 2020–2022 skutecznie wstrzymywała decyzję Rady UE o otwarciu rokowań akcesyjnych z Północną Macedonią, wetując przyjęcie przez UE tzw. ram negocjacji (negotiation framework). Do finalnego odblokowania sprawy – tym razem pomyślnie – przyczyniła się prezydencja francuska w Radzie, wszakże kosztem włączenia do owych ram negocjacji głównych bilateralnych wymogów bułgarskich.

Powyższe, liczne już, przykłady unaoczniają szkodliwy wpływ interpretowania wymogu jednomyślności jako zasady bezwzględnie obowiązującej na każdym etapie procesu akcesyjnego i w każdej spornej sprawie, nawet jeśli chodzi o drobne kwestie, dające się łatwo rozstrzygnąć w negocjacjach. Większa jeszcze szkodliwość tego wymogu ma miejsce w sytuacjach, gdy państwo członkowskie UE, nadużywając swojego statusu, usiłuje wyegzekwować od kraju kandydującego ustępstwa natury czysto dwustronnej, niewymagane ani przez unijne prawo i unijną praktykę, ani przez żadnego innego członka Unii. Możliwości efektywnego przeciwdziałania takiej skrajnie transakcyjnej postawie przez inne państwa UE i przez instytucje europejskie były i pozostają nader ograniczone.

Czy możliwe jest uelastycznienie stosowania zasady jednomyślności? Świadomość, iż jest to wskazane, narasta w ostatnich latach w wielu państwach UE. W praktyce jednak nie doszło jeszcze do żadnych zmian. Wręcz przeciwnie, w związku ze stosowaniem od 2020 r. nowej metodologii akcesyjnej, zwłaszcza podziału materii dostosowań/rokowań na sześć tzw. klastrów tematycznych oraz nadania centralnego znaczenia klastrowi „Podstawy” (Fundamentals) z rozdziałami 23 (Sądownictwo i prawa podstawowe) i 24 (Sprawiedliwość, wolność i bezpieczeństwo), zasada jednomyślności uległa dodatkowemu wyeksponowaniu. Tak np. w powstałym w 2022 r. projekcie unijnych ram negocjacji z Północną Macedonią, w zakresie klastra „Podstawy”, Rada UE, po wniosku Komisji, ma expressis verbis jednomyślnie ustanawiać warunki otwarcia negocjacji (opening benchmarks) w tym klastrze oraz oceniać ich spełnienie przez kandydata; tak samo, jeśli idzie o ustanawianie i ocenę spełnienia warunków pośrednich (interim benchmarks) oraz, następnie, warunków finalnych (closing benchmarks) dla całego klastra; wreszcie, po uzyskaniu oceny Komisji, że owe warunki finalne zostały spełnione, Rada ma jednomyślnie decydować o tymczasowym zamknięciu negocjacji całości klastra „Podstawy”. Warto w tym kontekście może dodać, że np. dla negocjującej swoją akcesję już od 2012 r. Czarnogóry, Unia Europejska ustanowiła w tym klastrze łącznie nie mniej niż 72 warunki otwarcia, pośrednie i zamknięcia… to ukazuje aktualny poziom skomplikowania procedur akcesyjnych i wagi, jaką w tych procedurach wciąż odgrywa na każdym kroku zasada jednomyślności państw członkowskich.

Opublikowany we wrześniu 2023 r. raport francusko-niemieckiej grupy roboczej w sprawie reform instytucjonalnych UE zawiera szereg propozycji zdynamizowania procesu rozszerzenia Unii. Jedną z nich jest podejmowanie przez Radę UE większością kwalifikowaną decyzji o otwieraniu i tymczasowym zamykaniu poszczególnych rozdziałów negocjacji. Celem jest oczywiście eliminacja ryzyka blokowania negocjacji przez indywidualne państwa członkowskie posiłkujące się vetem, by przeforsować swój narodowy interes kosztem ustępstw ze strony kandydata do członkostwa. Rzecz jasna, finalna decyzja akceptująca wynik negocjacji akcesyjnych wymagałaby nadal, zgodnie z TUE, jednomyślnej zgody państw członkowskich potwierdzonej przez ratyfikację traktatu akcesyjnego w każdym z nich. Do takiego użycia większości kwalifikowanej zamiast jednomyślności nie jest konieczna zmiana traktatów założycielskich Unii, wystarczy całkowicie stosowna decyzja Rady jako element prawa pochodnego UE.

Powyższa rekomendacja raportu francusko-niemieckiego nie została jak dotąd podjęta w dialogu między państwami UE. Z Komisji Europejskiej dochodzą jednak nieformalnie odgłosy podjętej tam wewnętrznej debaty o praktycznych sposobach nadania większej dynamiki i efektywności procedurom akcesyjnym. Jedną z rozważanych jakoby spraw jest np. rozpoczęcie screeningu z Ukrainą i z Mołdową bez oczekiwania na formalną decyzję Rady UE o akceptacji ram negocjacji oraz o powołaniu konferencji międzyrządowej (IGC) dla przeprowadzenia tych negocjacji; jak słychać, zamierzano taki screening rozpocząć niezwłocznie po grudniowej aprobacie politycznej Rady Europejskiej dla podjęcia negocjacji akcesyjnych z tymi dwoma krajami, ze względu jednak na rozbieżne w tej sprawie opinie wewnątrz Komisji zamiar na razie odłożono do połowy stycznia 2024 r., a nie można wykluczać i kolejnych opóźnień. Komisja, przygotowując obecnie projekt ram negocjacji do nadchodzących rokowań akcesyjnych z Ukrainą i z Mołdową, ma także jakoby rozważać pomysły uproszczenia procedur, na czele z ewentualną propozycją, by wymóg jednomyślności państw członkowskich stosować tylko dla zgody na tymczasowe zamknięcie negocjacji w każdym z sześciu klastrów tematycznych. To oznaczałoby, że poszczególne państwa UE nie mogłyby już blokować postępu negocjacyjnego w rozdziałach, wchodzących w skład danego klastra. Rozwiązanie takie, gdyby faktycznie zostało przedłożone przez Komisję, byłoby niewątpliwie z pożytkiem dla całości rokowań. Trzeba wszakże pamiętać, że na początku procesu negocjacyjnego konieczna pozostaje, tak czy inaczej, jednomyślna zgoda państw UE, zarówno na decyzję Rady o zwołaniu IGC, jak i na towarzyszące tej decyzji ramy negocjacji; w przypadku Północnej Macedonii uzgadnianie owych ram zabrało państwom UE dwa lata…

Jakie w świetle powyższych wywodów powinno być stanowisko Polski? Naszemu państwu powinno strategicznie zależeć na sprawnym i efektywnym przygotowaniu Ukrainy (i Mołdowy) do wymogów członkostwa UE, na określeniu realistycznego, lecz ambitnego, horyzontu czasowego akcesji obu państw, na ograniczeniu ryzyka torpedowania lub spowalniania rokowań akcesyjnych przez nadużywające swojego weta poszczególne państwa UE. Koncepcje uelastyczniania wymogu jednomyślności Polska powinna zatem promować i popierać, a swoje interesy ochrony sektorów gospodarki krajowej doświadczających wzmożonej presji konkurencyjnej ze strony Ukrainy realizować drogą kreatywnego wdrażania szerokiej gamy instrumentów – w kraju, w stosunkach dwustronnych z Kijowem, na forum instytucji UE. Do instrumentów tych nigdy nie powinno jednak należeć negocjacyjne weto.

Ambasador Jan Truszczyński był m.in. polskim głównym negocjatorem w rozmowach na temat wstąpienia do Unii Europejskiej, wiceministrem spraw zagranicznych oraz jednym z dyrektorów generalnych w Komisji Europejskiej.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana” (styczeń-luty 2024 r.) oraz w specjalnym wydawnictwie z materiałami z konferencji 19 grudnia 2023 r. pt. „Reforma Unii Europejskiej jest potrzebna!”

Kiedy na początku grudnia 2023 roku znajoma sprzedawczyni w sklepie w maleńkiej miejscowości, w której mieszkają moi rodzice, zapytała mnie: „Pani Profesor, ta reforma Unii naprawdę oznacza koniec Polski? Bo wie Pani, przez tyle setek lat nie zniszczyli nas Niemcy, nie zniszczyli nas Ruscy, a teraz może sami się prosimy o nasz koniec”, najpierw pomyślałam, że to dobrze, że o reformie się w Polsce mówi, ale jednak wolałabym, żeby mówiło się o niej zupełnie innym językiem. Jako zagorzała euroentuzjastka, badaczka Unii Europejskiej, demokratka i liberałka zrozumiałam, że mogłam nie docenić zakresu dezinformacji i celowego kierowania dyskusji o reformie traktatowej na tory wyłącznie pytania o suwerenność i dominację Niemiec, ewentualnie Francji. A przecież Unia Europejska musi się zmieniać, bo zmienia się świat wokół niej, a coraz liczniejsze kryzysy tworzą dotychczas nieznane warunki wymuszające precedensowe reakcje polityczne i prawne instytucji i państw UE. I musi się coraz bardziej integrować, co jest zresztą jej traktatowym celem.

W dniu 22 listopada 2023 r. Parlament Europejski przegłosował rezolucję oraz raport opracowany przez grupę roboczą w Komisji Spraw Konstytucyjnych PE (AFCO), w których znalazło się wezwanie Komisji Europejskiej i Rady do poważnego zajęcia się przygotowaniem reformy traktatowej Unii Europejskiej. Ponieważ o zmianach planowanych przez Parlament Europejski, powołujący się także na rezultaty Konferencji w Sprawie Przyszłości Europy, mogą Państwo przeczytać w innych artykułach na tym portalu na ten temat, pozwolę sobie skoncentrować się w niniejszym tekście na tym, jakie szanse – ale też jakie wyzwania – planowana reforma stawia przed całą Unią i przed Polską. Bo że jest to kwestia bardzo istotna dla Polski (choć wcale nie ze względu na groźbę anihilacji państwa polskiego, gdyby reforma weszła w życie, co wieszczył Jarosław Kaczyński) nie trzeba Państwa zapewne szczególnie przekonywać, a świadczy o tym przecież także krótka historyjka z początku tego tekstu. Polska jest na piątym miejscu pod względem liczby ludności w UE, jest też szóstą gospodarką wspólnoty pod względem PKB. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż polskie społeczeństwo jest bardzo prounijne (wg badań Eurobarometru z jesieni 2023 r. we wszystkich aspektach poparcia dla Unii i integracji europejskiej, w tym dla zwiększenia kompetencji UE w przyszłości, polskie wyniki istotnie przewyższają średnią UE). A zatem jesteśmy liczącym się państwem Unii z pewnym moralnym kredytem zaufania jej zachodnich członków dzięki właściwemu oszacowaniu zagrożenia rosyjskiego, a także ogromnemu wsparciu dla ukraińskich uchodźców.

Skoro jednak w tytule obiecałam Państwu odniesienie się do kwestii federalizacji Unii Europejskiej, zaznaczę już tutaj, iż reforma traktatowa stanowi po prostu kolejny etap federalizacji UE – w pełni legitymizowany, a także bardzo, bardzo potrzebny, zwłaszcza w kontekście widocznych już dziś problemów z jednomyślnością państw członkowskich w kwestiach ogromnie istotnych dla bezpieczeństwa UE (choćby weto Węgier wobec wsparcia dla Ukrainy), czy też w obliczu planowanego rozszerzenia Wspólnoty, m. in. o Ukrainę. W obu przypadkach Polska ma żywotny interes w pogłębianiu integracji europejskiej, a zatem i federalizacji. Niezrozumiałym dla mnie pozostaje, dlaczego ci sami polscy politycy, którzy uważają Orbana za autokratę i krytykują go za wetowanie pomocy finansowej dla Ukrainy (do czego ma prawo przy zasadzie jednomyślności), nie mówią wyraźnie, że federalizacja UE jest sposobem na uniknięcie tego typu sytuacji i zdyscyplinowanie polityków pokroju węgierskiego premiera. Nie rozumiem także, dlaczego tak bardzo boją się słowa federalizacja.

Dokładnie siedem miesięcy przed głosowaniem w sprawie wspomnianej już rezolucji PE, Jarosław Kaczyński bez żadnego skrępowania mówił, iż jego ugrupowanie od 2015 r. zmienia ustrój Polski. Oczywiście bez zmiany Konstytucji żadna partia nie ma takiego prawa, a zatem lider Prawa i Sprawiedliwości przyznał się tym samym do łamania polskiej ustawy zasadniczej. Tak, to ten sam Jarosław Kaczyński, który przestrzega dzisiaj przed likwidacją Polski na skutek reformy traktatów, bazującej przecież na rezultatach ogólnoeuropejskich konsultacji obywatelskich w ramach Konferencji w sprawie Przyszłości Europy, a także rezolucji Parlamentu Europejskiego – ciała niewątpliwie reprezentującego bezpośrednio obywateli i będącego najlepiej przez nich legitymizowanym ciałem w UE. Oczywiście nie bez ironii powiem: cóż za niekonsekwencja i stosowanie podwójnych standardów w wydaniu prezesa PiS! A już zupełnie bez ironii dodam, że federalizacja Unii Europejskiej już postępuje w pełni w świetle prawa, jest procesem zupełnie naturalnym w kontekście natłoku kryzysów, z jakimi mierzy się UE od 2008 r., a także procesem akceptowalnym przez społeczeństwa państw członkowskich, nawet jeśli nie przez wszystkie ich rządy. Federalizowały Unię rozwiązania po kryzysie gospodarczym i finansowym z lat 2008-2012, federalizowały ją pomysły w kontekście kryzysu migracyjnego, istotnie federalizowały ją także wspólne zamówienia szczepień i utworzenie Funduszu Odbudowy po pandemii COVID-19, niewątpliwie federalizują ją wreszcie rozwiązania związane z uniezależnieniem się energetycznie od Rosji. A wszystko to przy akceptacji obywateli UE widocznej w badaniach Eurobarometru i krajowych ośrodków badawczych w poszczególnych państwach (do tego stopnia wyraźnej, że w badaniach Eurobarometru, realizowanych po każdym większym kryzysie UE, obywatele Unii uznają ją za bardziej efektywną w zarządzaniu kryzysami niż swoje własne państwa).

Reforma traktatowa w istocie zatem uczyni z federalizacji UE nie tylko efekt uboczny efektywnego radzenia sobie instytucji UE z licznymi kryzysami, ale proces pożądany, legitymizowany i realizujący traktatowe cele UE.

Dlaczego zatem czołowi politycy europejscy i narodowi, przychylni pogłębianiu integracji europejskiej, tak bardzo boją się słowa „federalizacja” w odniesieniu do UE (może poza Guyem Verhofstatem, który używa go odważnie)? I dlaczego polscy eurodeputowani Koalicji Obywatelskiej – ugrupowania niewątpliwie prounijnego – głosowali przeciwko wspomnianej rezolucji? Odpowiedzi jest co najmniej kilka, a wszystkie zmuszają mnie do wskazania pewnych wyzwań federalizacji UE zanim skoncentruję się na jej pozytywach (choć tych drugich jest znacząco więcej; więc proszę mi wybaczyć, jeśli przy każdym wyzwaniu w naturalny sposób wskażę od razu zalety federalizacji).

Odpowiedź pierwsza jest taka, że słowo „federacja” kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi czy Niemcami, a zatem państwami, których części składowe nie mają kompetencji prowadzenia polityki zagranicznej czy obronnej. Nie jest to jednak w pełni właściwe skojarzenie, ponieważ UE jest wspólnotą, w której istnieje zasada domniemania kompetencji państw członkowskich, UE nie prowadzi w imieniu państw polityki zagranicznej i obronnej, a Europejska Służba Działań Zewnętrznych jedynie wspiera realizację interesów państw członkowskich w krajach trzecich, więc nie ma zagrożenia pozbawienia państw członkowskich kompetencji w tym zakresie. Co więcej, uwidocznione po agresji Rosji na Ukrainę zróżnicowanie stopnia zależności od Rosji w różnych państwach wręcz woła o wzmocnienie jedności państw członkowskich w tym obszarze i przeniesienie na poziom europejski pewnych strategicznych aspektów bezpieczeństwa, w szczególności energetycznego. Szybkie decyzje na poziomie UE – zwłaszcza Komisji Europejskiej kierowanej przez Ursulę von der Leyen – mimo opieszałości Niemiec i Francji, którym pozbycie się złudzeń wobec Rosji zajęło dłużej niż instytucjom UE, umożliwiły nie tylko wysłanie Rosji sygnału o jedności europejskiej w kwestii oceny tego państwa, ale także doprowadziły do całkowitej zmiany paradygmatu energetycznego w UE. Stanowisko Węgier jest tu zresztą potwierdzeniem, iż więcej UE w UE w tym przypadku (czyli mniej możliwości pojedynczego weta pojedynczych państw) powinien leżeć w interesie całej UE, w szczególności Polski. Opisany przykład pokazuje, iż to nie Niemcy i Francja mogłyby stanowić zagrożenie dla państw Europy Środkowej i Wschodniej, gdyby nie było możliwości weta, a raczej te kraje, które niepoważnie traktują europejskie wartości wyrażone w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej. Co więcej, to Niemka kierująca pracami KE w pełni optuje za realizacją interesów bezpieczeństwa państw wskazujących na zagrożenie rosyjskie, obnażając krótkowzroczność dotychczasowej polityki Niemiec i Francji. Trudno zatem uznawać Komisję Europejską za ciało realizujące interesy inne niż europejskie, jeszcze trudniej uznać za takie ciało Parlament Europejski, a przecież to te ciała mają zyskać na reformie traktatowej i federalizacji. Coraz wyraźniej widać też zjawisko podobne do tego, z jakim wcześniej mieliśmy do czynienia w przypadku Rosji; mianowicie wiele państw europejskich uzależnia się coraz bardziej od Chin, a te zaczynają stanowić ogromne zagrożenie dla Europy i świata. I tu znów Komisja Europejska ustami von der Leyen (w jej ostatnim Orędziu o stanie Unii) wykazuje się stanowczą postawą wobec Państwa Środka i zaczyna walkę o wspólne europejskie stanowisko wobec chińskich wpływów w UE, obecnych i przyszłych.

Kolejna odpowiedź dotyczy strachu przed federalizacją jako tą, która zabierze kompetencje państwom członkowskim – rzekomo lepiej reprezentującym interesy własnych obywateli – przekazując je instytucjom niedemokratycznym, czyli brukselskiej biurokracji. Przykłady Polski pod rządami Zjednoczonej Prawicy czy Węgier pod rządami Viktora Orbána pokazują jednak, że rządy państw członkowskich nie zawsze chcą dobra własnych obywateli, a często działają głównie w interesie partii rządzącej. Reforma traktatów, zakładając wzmocnienie mechanizmów ochrony praworządności i demokracji na poziomie europejskim, może przyczynić się do ograniczenia zapędów autokratycznych w państwach rządzonych przez liderów pokroju Orbána czy Kaczyńskiego. Zwiększa to nie tylko bezpieczeństwo obywateli Unii, ale także przewidywalność tych państw jako partnerów w UE. Polacy powinni być zatem szczególnie zainteresowani wprowadzeniem tego typu rozwiązań i federalizowaniem Unii w tym obszarze. Koalicja Obywatelska w szczególności.

Po trzecie, w dyskursie publicznym pojawia się sporo głosów, że federalizacja Unii Europejskiej podkopie nie bez trudu budowane relacje transatlantyckie, w tym w ramach NATO. Szczególnie podkreślał to rząd Zjednoczonej Prawicy, który silnie orientował się na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi za czasów Trumpa (także z racji na pewną wspólnotę populistycznego podejścia do rządzenia). Agresja Rosji na Ukrainę już za rządów Joe Bidena w USA wzmocniła ogólne znaczenie USA i NATO dla Polski. Dylemat jest tu jednak tylko pozorny z dwóch powodów: pierwszy – w USA do władzy może wrócić Trump, który zniweczy zapewne sojusz transatlantycki i zmieni podejście do Rosji, godząc w interesy UE, w tym Polski; po drugie, federalizacja UE nie jest sprzeczna z dobrą współpracą z USA, a wręcz może ją dobrze dopełniać. Należy jednak podkreślić, iż wpływowy publicysta Andrew Michta z „Politico” w swym artykule z 21 listopada 2023 r. wskazał, iż sfederalizowana UE nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Jego założenie, iż wówczas Europie przewodzić będzie tandem francusko-niemiecki wydaje się zbyt daleko idące. Wyobrażają sobie Państwo np. tandem Marine Le Pen i Olafa Scholza? Ja z trudem. Nie chodzi bowiem o to, by się bać Francji i Niemiec (zwłaszcza nie USA), a raczej, by pilnować, by Le Pen nie zagrażała jedności UE.

Po czwarte, w interesie krajowych partii populistycznych, często finansowanych przez rozmaite fundamentalistyczne międzynarodówki albo państwa, którym zależy na destabilizacji UE (np. Rosję, Chiny, Iran), leży polaryzacja społeczeństw, by łatwiej było czerpać korzyści polityczne ze wspierania jednej ze stron. To doprowadziło do deprecjonowania przez populistów integracji europejskiej, demonizowania Francji czy Niemiec oraz ich roli w UE, a także nadawania pejoratywności wielu pojęciom, choćby federalizacji właśnie. Przykład Zjednoczonej Prawicy, wykorzystującej media publiczne dla podkreślania negatywnej roli Niemiec w UE jest w tym kontekście szczególnie wyrazisty. To wystraszyło środowiska politycznie umiarkowane, które starają się unikać kontrowersyjnych pojęć, realizując w ten sposób w istocie plan populistów i radykałów. Stąd zapewne tak niewiele politycznych głosów w Polsce mówiących o potrzebie federalizacji UE dla dobra Polski, a tak wiele podkreślających znaczenie środków z KPO. A przecież wzmocnienie Komisji, Parlamentu czy TSUE (choć reforma tej ostatniej instytucji formalnie nie została wskazana w rezolucji PE, co nie oznacza, że nie nastąpi), to wzmacnianie instytucji, w których Niemcy czy Francja nie odgrywają najistotniejszej roli. I tak, rozszerzenie obszarów, w których decyzje w Radzie będą podejmowane większością kwalifikowaną, oznaczałoby, iż z Francją i Niemcami zapewne w wielu kwestiach trzeba będzie budować większość, a do mniejszości blokującej przekonywać mniejsze państwa, ale to – paradoksalnie – daje takim krajom jak Polska ogromny potencjał negocjacyjny, dotyczący prawdziwej dyskusji o interesach i potrzebach, a nie o irytujących (też dla samych Polaków) tekstach o dominacji Niemiec, zależnościach kolonialnych itp. (notabene nie współgrających z intensywną współpracą gospodarczą z Niemcami i wieloma innymi państwami Europy Zachodniej).

Powodów niechęci do tego „strasznego słowa na „f”” jest naprawdę wiele, także tych tu niewymienionych z racji na ograniczenia publikacyjne. Powodów, by nie uważać go za straszne jest jednak znacznie więcej – tym bardziej dla nas, Polaków.

Związane z kształtowaniem się nowego ładu międzynarodowego turbulencje w stosunkach międzynarodowych sprawiły, iż w szerszym obiegu zaczęły się pojawiać pojęcia, które do tej pory używane były w wąskich gronach oficerów sztabowych oraz specjalistów z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Jednym z takich pojęć jest wojna informacyjna. Zaznaczyć należy, iż nie jest to pojęcie nowe. Po raz pierwszy pojawiło się ono już w latach siedemdziesiątych XX w. i to w dodatku nie w opracowaniu naukowym, lecz w związanej z zimną wojną publicystyce politycznej. W szerszym, naukowym i wojskowym obiegu zostało ono użyte jednak dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po I wojnie w Zatoce Perskiej. Wtedy też pojawiły się jego pierwsze definicje. Przede wszystkim określono, iż wojna informacyjna nie ogranicza się tylko do komputerów, sieci komputerowych i w ogóle cyberprzestrzeni, lecz obejmuje swoim zasięgiem całą, dostępną danemu podmiotowi, przestrzeń informacyjną.

Przestrzeń informacyjna obejmuje wszelkie dostępne danemu podmiotowi informacje, przechowywane nie tylko w pamięciach komputerów, lecz również w archiwach i bibliotekach. Oprócz informacji, przestrzeń informacyjną tworzą także tradycyjne media oraz infrastruktura informacyjna i informatyczna. Bardzo ważną jej częścią są także ludzie wraz z ich wiedzą. W niektórych publikacjach przestrzeń informacyjna bywa określana mianem środowiska informacyjnego lub ekosystemu informacyjnego. Wojnę informacyjną toczy się więc po to, aby przejąć kontrolę nad przestrzenią informacyjną przeciwnika i ochronić własną przed jego atakami.

Wbrew pozorom działania, które teraz określamy mianem wojny informacyjnej, nie są niczym nowym. Prowadzone były one niemalże od zarania dziejów ludzkości. Za jeden z pierwszych podręczników tego, co współcześnie nazywamy wojną informacyjną, uznać można napisany w VI w. p.n.e. przez chińskiego stratega, Sun Tzu, traktat „Sztuka wojny”. Mistrz Sun stwierdził w nim, iż wojna jest sztuką oszukiwania i mylenia, a zwycięstwo w niej można odnieść bez walki zbrojnej, umiejętnie manipulując poczynaniami przeciwnika. Mimo upływu prawie trzech tysięcy lat traktat Mistrza Sun nie stracił swojej aktualności. Podstawowym orężem wojny informacyjnej nadal jest dezinformacja, a celem – narzucenie swojej woli przeciwnikowi. Dezinformacji nie należy przy tym utożsamiać z kłamstwem. Polega ona bowiem na opartej o presupozycje i sugestie manipulacji informacją. Innymi słowy – chodzi o przekazanie przeciwnikowi mylnej informacji, w wyniku czego podejmie on błędną, czyli korzystną dla nas decyzję.

Bardzo ważnym i tradycyjnym działaniem (szpiegostwo jest wszak drugim najstarszym zawodem) w wojnie informacyjnej jest pozyskiwanie informacji. Bez niej nie można bowiem podjąć żadnej decyzji. Poza tym, jak pisał Mistrz Sun Tzu, „kto zna siebie i przeciwnika – wygra w każdej bitwie, kto zna tylko siebie lub tylko przeciwnika może wygrać lub przegrać, kto nie zna ani siebie ani przeciwnika – zawsze przegrywa”. Informacja jest więc podstawą każdych działań. Działania związane z pozyskiwaniem informacji określa się mianem wywiadu. W zależności od źródła pozyskiwanych informacji można mówić m.in. o wywiadzie osobowym lub inaczej agenturalnym, radiowywiadzie (pozyskiwanie informacji z wymiany korespondencji radiowej) czy tzw. białym wywiadzie. „Biały wywiad” nazywany jest też wywiadem jawnoźródłowym i polega na czerpaniu informacji z otwartych źródeł, tj. środków masowego przekazu, publikacji naukowych czy oficjalnie publikowanych dokumentów i raportów państwowych. Zaskoczeniem może być fakt, iż spora część zdobywanych przez wywiad informacji pochodzi właśnie z… jawnych źródeł. W pewnym sensie wszystkie źródła informacji uzupełniają się wzajemnie. Przygotowujący analizę wywiadowczą lub raport analityk może zweryfikować pochodzącą z jawnych źródeł wiadomość informacjami agenturalnymi, lub z radiowywiadu. Jednak nawet dokładna weryfikacja zdobytych informacji może okazać się zawodna w przypadku prowadzonej przez służby specjalne przeciwnika gry inspiracyjnej.

Grę inspiracyjną można nazwać walką umysłów. To właśnie w tej wielopłaszczyznowej grze szerokie zastosowanie znajduje dezinformacja. Gra ta bowiem polega na dostarczaniu przeciwnikowi odpowiednio spreparowanych informacji, na podstawie których podejmie on korzystną dla nas decyzję. Przykładem zakrojonej na szeroką skalę gry wywiadowczej może być poprzedzająca lądowanie w 1944 r. sił aliantów w Normandii operacja Fortitude. Innym przykładem może być dostarczenie w latach międzywojennych przez radziecki kontrwywiad polskiemu wywiadowi raportu o rozwoju radzieckiego przemysłu zbrojeniowego. Co ciekawe, raport ten był w znacznej części prawdziwy. Zafałszowane były w nim jedynie fragmenty dotyczące przemysłu lotniczego. Pojawiły się tam m.in. sugestie dotyczące rozpoczęcia przez ZSRR produkcji samolotów o napędzie rakietowym. Prace nad takimi samolotami były rzeczywiście prowadzone w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX w. z tym, że nie zakończyły się one sukcesem. Przykład ten potwierdza to, co już napisane było wcześniej, iż dezinformacja nie jest kłamstwem, lecz opiera się na sugestii i zręcznej manipulacji informacjami.

Pozostając przy tematyce wywiadowczej, w XXI w. można zaobserwować tendencję do prywatyzowania służb wywiadowczych. Z usług prywatnych agencji wywiadowczych korzystają już nie tylko firmy i olbrzymie transnarodowe korporacje, lecz również coraz częściej władze państwowe. Korzystanie przez władze państwowe z usług prywatnych firm wywiadowczych nie jest jednak niczym nowym. Podczas amerykańskiej wojny secesyjnej władze Unii korzystały z usług agencji detektywistycznej Pinkertona. Niestety, pomysł ten nie okazał się zbyt dobry. W trosce o swój zysk właściciel tej agencji Allan Pinkerton zasypywał swych mocodawców całą masą nie zawsze prawdziwych i rzetelnych, za to drogich informacji.

Nie mniej ważnym od pozyskiwania informacji o przeciwniku działaniem w wojnie informacyjnej jest ochrona własnych zasobów informacyjnych. Odpowiedzialność za to zadanie ponosi głównie służba kontrwywiadu. Realizując je, służba kontrwywiadu może podejmować zarówno działania ofensywne, jak i defensywne. Do działań o charakterze ofensywnym należą m.in. wspomniane gry inspiracyjne. Inną ich formą jest przeniknięcie do służb wywiadowczych przeciwnika, aby stamtąd pozyskiwać informacje o skierowanej przeciwko nam jego działalności wywiadowczej. Przykładem takiego działania może być pozyskanie przez KGB szefa kontrwywiadu Wydziału Radzieckiego i Wschodnioeuropejskiego CIA, Aldricha Amesa.

Kontrwywiad defensywny to m.in. kontrola dostępu do informacji niejawnych, a także ochrona elementów infrastruktury informacyjnej oraz ważnych dla bezpieczeństwa państwa osób. Funkcjonariusze służby kontrwywiadu weryfikują więc osoby mające dostęp do informacji niejawnych, a także kontrolują przestrzeganie procedur związanych z ochroną i obiegiem informacji. Zapewniają oni też ochronę kontrwywiadowczą różnych ważnych przedsięwzięć, takich jak m.in. wizyty głów państw czy duże transakcje gospodarcze. Do obowiązków funkcjonariuszy kontrwywiadu należy również prowadzenie szkoleń z zakresu ochrony informacji. W tym kontekście pojawia się kwestia informacji wrażliwej. Informacja wrażliwa nie jest ani tajna, ani nawet poufna. Znaczenie zyskuje ona dopiero w zestawieniu z innymi informacjami. Stanowi więc ona coś w rodzaju małego, pozornie nieistotnego puzzla, dzięki któremu układanka zyskuje sens, a naszym oczom ukazuje się kompletny obraz. Takie pozornie nieistotne informacje wrażliwe związane z podróżami niemieckich naukowców i zajmujących się przemysłem zbrojeniowym urzędników państwowych pozwoliły polskiemu wywiadowi w latach II wojny światowej ustalić położenie ośrodka doświadczalnego broni rakietowej w Peenemünde.

Wojna informacyjna, tak jak każda inna wojna, prowadzona jest w rzeczywistości przeciwko ludziom. Od „klasycznej” wojny odróżnia ją to, iż polem bitwy nie są w niej przestrzenie geograficzne, lecz ludzki umysł. Celem walki na tym specyficznym polu bitwy jest, oprócz wspomnianego już uzyskania prawdziwych informacji, narzucenie przeciwnikowi swojej woli. Dla osiągnięcia tego celu prowadzone są, zarówno w czasie pokoju, jak i wojny, specjalne operacje psychologiczne. Wbrew nazwie, z klasyczną psychologią kliniczną mają one niewiele wspólnego. Szerokie zastosowanie znajduje w nich za to psychologia społeczna i wykorzystujące jej mechanizmy socjotechniki. Z reguły stosuje się je po to, aby zmienić postawy i zachowania społeczeństwa przeciwnika na takie, które są dla nas korzystne. Podobnie jak w grach inspiracyjnych, tak i w operacjach psychologicznych szerokie zastosowanie znajduje dezinformacja. Do odbiorców dociera ona za pomocą plotek i pogłosek oraz propagandy.

Rozpowszechnianiem odpowiednio spreparowanych plotek i pogłosek zajmowali się specjalni agenci wpływu. Dziś w postaci fake newsów docierają one do nas głównie za pośrednictwem internetowych mediów społecznościowych. Rozpowszechniają je zaś nie tylko ludzie, tzw. trolle internetowe, lecz również działające w oparciu o sztuczną inteligencję boty. Niezmienny pozostaje ich cel – podważenie zaufania do władz i autorytetów społecznych, zasianie niepewności, rozbudzenie psychoz, np. szpiegomanii, oraz wywołanie paniki. W przypadku paniki nie chodzi tylko o ucieczkę z rzekomo niebezpiecznego miejsca, lecz także o wykupywanie różnych towarów, np. żywności lub paliwa.

Oprócz plotek i pogłosek szerokie zastosowanie w operacjach psychologicznych znajduje propaganda. Chociaż (tak jak plotki i pogłoski) jest ona nośnikiem dezinformacji, to jednak przypisywanie jej tylko tego jednego zadania byłoby dużym uproszczeniem. Propaganda odgrywa bowiem ważną rolę w komunikowaniu społecznym i kształtowaniu pożądanych postaw i opinii na ważne, związane np. z ochroną zdrowia lub środowiska naturalnego, problemy. Swoją złą sławę propaganda zawdzięcza dwóm totalitarnym państwom – III Rzeszy Niemieckiej i ZSRR, w których służyła do manipulacji emocjami wielkich mas społecznych. Dlatego też w wielu publikacjach, także o charakterze naukowym, dla określenia typowych dla niej działań używa się takich pojęć, jak np. kształtowanie opinii publicznej, public relations czy komunikacja strategiczna.

Ogólnie rzecz biorąc, propaganda kojarzy się ze środkami masowej komunikacji. Dociera ona do nas jednak także za pośrednictwem filmów fabularnych, literatury pięknej, a nawet i naukowej oraz… dzieł sztuki. Tak, jak już wspomniano, niekoniecznie musi ona zawierać dezinformację lub kłamstwa. Jednym z przyjętych naukowo kryteriów jej podziału jest nawet stopień zafałszowania treści. Zgodnie z nim, propagandę dzielimy na białą, której treść nie jest zafałszowana, a nadawca komunikatu znany; szarą, w której nie mamy zbytniej pewności co do prawdy, a i sam nadawca nie jest dokładnie określony; czarną, która może być zwykłą blagą, a jej autor nie tym, za kogo się podaje.

Tak jak w przypadku klasycznej lub inaczej „kinetycznej” wojny, tak i na wojnie informacyjnej różne typowe dla niej działania są od siebie zależne oraz wzajemnie się uzupełniają. Skuteczność działań psychologicznych zależy więc od… informacji o przeciwniku. Pozyskiwane dla potrzeb działań psychologicznych informacje dotyczą panujących w społeczeństwie przeciwnika nastrojów, stosunku ludności do władz państwowych, wewnętrznych konfliktów i spójności społecznej. Ważna dla planujących operacje psychologiczne specjalistów jest także wiedza o funkcjonujących w atakowanym społeczeństwie mitach i stereotypach. Nie bez znaczenia jest także znajomość języka. Nie chodzi przy tym o język literacki, lecz o różne gwary regionalne i żargony środowiskowe, a nawet wulgarny język ulicy. Znany radziecki spiker radiowy z lat II wojny światowej, Jurij Lewitan, szkoląc po wojnie spikerów dla rozgłośni radiowych republik radzieckich, zwracał szczególną uwagę na znajomość przez nich nie tylko miejscowego języka, lecz także lokalnych gwar i żargonów. Ciekawym przykładem zastosowania żargonu środowiskowego oraz typowej dla danego środowiska intonacji głosu w czarnej propagandzie wojennej były adresowane do Niemców audycje angielskiej rozgłośni dywersyjnej Gustav Siegfried Eins (GS 1). Audycje te miały sugerować istnienie antyhitlerowskiej opozycji w łonie najwyższego kierownictwa sił zbrojnych. Prowadzący te audycje uchodźca z Berlina, Peter Seckelmann, nie tylko świetnie posługiwał się żargonem wojskowym, lecz również doskonale naśladował sposób mówienia wyższych oficerów niemieckich. Znajomość zmieniającego się wszak w czasie żargonu wojskowego przebywający od 1938 r. w Wielkiej Brytanii Seckelmann uzyskał dzięki podsłuchom założonym w obozach dla jeńców.

Operacje psychologiczne to jednak nie tylko walka słowem. Zastosowanie znajdują w nich bowiem także socjotechniki siłowe. Do tych odrażających moralnie metod oddziaływania psychologicznego należą terror oraz gwałty. Chociaż są one zabronione przez prawo, także międzynarodowe, to jednak nadal znajdują się tacy, którzy nie wahają się ich używać. Pamiętać jednak należy, iż zabijać może także samo słowo. Nie chodzi jednak o zabójcze magiczne zaklęcia, lecz o tworzenie podziałów, sianie nienawiści i podżeganie do krwawych rozpraw z rzekomym wrogiem.

Inną i równie wątpliwą moralnie formą fizycznego prowadzenia wojny informacyjnej jest niszczenie infrastruktury informacyjnej przeciwnika. Z celowym niszczeniem stacji telewizyjnych mieliśmy do czynienia m.in. w 1999 r. podczas bombardowania przez NATO Federalnej Republiki Jugosławii. Atakiem na infrastrukturę informacyjną, w którym śmierć ponieśli niewinni ludzie, był dokonany w 2015 r. zamach terrorystyczny na redakcję francuskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”. Śmierć dziennikarzy „Charlie Hebdo” nie była przypadkiem. Priorytetowym celem fizycznych ataków w wojnie informacyjnej są bowiem dziennikarze, w tym przede wszystkim korespondenci wojenni. Oprócz nich mordowani lub zastraszani są także liderzy opinii publicznej oraz osoby cieszące się autorytetem społecznym.

Chociaż, jak już wspomniano, wojna informacyjna towarzyszy nam niemalże od zarania dziejów ludzkości, to jednak niektóre jej formy pojawiły się stosunkowo niedawno. Ich pojawienie się związane jest z rozwojem naukowo-technicznym. Do tych nowych form należą walka radioelektroniczna oraz, nazywane niekiedy wojną informatyczną lub cybernetyczną, działania w cyberprzestrzeni. Najstarszą z tych form jest walka radioelektroniczna (wre). Zaczęto ją bowiem prowadzić już na początku XX w. Jednym z pierwszych działań w ramach walki radioelektronicznej było pozyskiwanie informacji o przeciwniku, czyli inaczej radiowywiad. Początki radiowywiadu sięgają jeszcze czasów wojny rosyjsko-japońskiej, a za jego pioniera można uznać rosyjskiego admirała Stiepana Makarowa. Niewiele młodsza jest także inna forma prowadzenia walki radioelektronicznej – zakłócenia emisji radiowej. Pierwsze prymitywne działania tego typu na stosunkowo szeroką skalę prowadzono już podczas I wojny światowej. Do zakłócania korespondencji radiowej przeciwnika stosowano wówczas… samochody. Źródłem zakłóceń był pracujący silnik samochodu, w pobliżu którego ustawiano mikrofon transmitującej to zakłócenie radiostacji. Innym działaniem z zakresu walki radioelektronicznej jest wykrywanie i lokalizacja źródeł emisji radiowej, czyli radionamierzanie lub radiopelengacja.

Interesujący może być fakt, iż wśród państw pionierów walki elektronicznej znalazła się Polska. W działaniach tego typu Wojsko Polskie zadebiutowało już w latach 1919–20, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Ze znajdującej się wówczas na warszawskiej cytadeli radiostacji przechwytywano i zakłócano korespondencję radiową prącej na Warszawę Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

Najnowszą, bo zapoczątkowaną pod koniec XX w., formą wojny informacyjnej są działania w cyberprzestrzeni. Jeżeli dobrze się im przyjrzymy, to dostrzeżemy, iż praktycznie technika komputerowa służy atakującym do prowadzenia takich typowych działań wojny informacyjnej, jak: rozsiewanie dezinformacji, szpiegostwo oraz operacje psychologiczne. Niczym nowym nie jest także zakłócanie przepływu informacji. W przypadku wojny informacyjnej prowadzonej tradycyjnymi metodami temu celowi służy m.in. niszczenie infrastruktury informacyjnej. W walce radioelektronicznej odbywa się to za pomocą emisji zakłóceń radiowych. Natomiast w działaniach w cyberprzestrzeni celowi temu służą m.in. ataki DoS i DDoS. Przeprowadzający je haker blokuje atakowany serwer poprzez zasypanie go dużą liczbą fałszywych żądań. Atak DDoS różni się od ataku DoS tym, iż atakujący przeprowadza go nie ze swojego komputera, lecz z obcych komputerów, nad którymi skrycie przejął kontrolę. Tym samym utrudnione zostaje wykrycie rzeczywistego sprawcy ataku.

Atak na infrastrukturę i zasoby informacyjne przeciwnika można przeprowadzić także przy użyciu bomby logicznej. Z prawdziwą bombą praktycznie nie ma ona nic wspólnego, może tylko poza siłą zniszczenia, tyle że nie w wymiarze fizycznym, a informacyjnym. Bomba logiczna jest złośliwym oprogramowaniem, za pomocą którego można przejąć kontrolę nad zaatakowanym komputerem i skasować znajdujące się tam dane lub w ogóle uniemożliwić jego działanie.

W pewnym ogólnym sensie można więc uznać, iż technika komputerowa nie wprowadziła niczego nowego co do form wojny informacyjnej. Z całą pewnością wpłynęła za to na metody i jakość jej prowadzenia. Technika komputerowa (w tym sztuczna inteligencja) i systemy teleinformatyczne stały się wyjątkowo groźnym orężem w wojnie informacyjnej, czyniąc coraz bardziej prawdopodobnym zakładane przed wiekami przez mistrza Sun pokonanie przeciwnika bez użycia siły fizycznej. Przyczyną tego jest rosnące uzależnienie naszej cywilizacji od komputerów i systemów teleinformatycznych. Skutkiem tej zależności jest także to, iż praktycznie każdy z nas staje się, mimo woli, żołnierzem cyfrowego pola walki. Nie chodzi przy tym o to, żebyśmy jako tacy żołnierze dokonywali jakiś spektakularnych ataków. Chodzi przede wszystkim o działania stricte defensywne – ochronę własnej infosfery i przestrzeni informacyjnej instytucji, z którymi jesteśmy związani[1]. Pomocne nam w tym będą nasza wiedza i doświadczenie oraz zdolność do logicznego myślenia.

Rozwój systemów łączności oraz technik informatycznych sprawił, iż wojna informacyjna stała się w XXI w. swego rodzaju signum temporis. Doskonalone są jej formy i metody prowadzenia. Możemy przez to znaleźć się w stanie permanentnej informacyjnej wojny wszystkich ze wszystkimi. Wojny, która wepchnie nas w płynną nowoczesność i w orwellowską dystopię, w której wojna jest pokojem, wolność niewolą, a ignorancja siłą. Możemy się jednak przed tym wszystkim obronić, zdobywając wiedzę na temat wojny informacyjnej oraz ograniczając ją prawem międzynarodowym. Sama wiedza i ograniczenia prawne nie wystarczą. Konieczne jest także rozbudzenie szerszej świadomości zagrożeń oraz wspólne działanie, także metodami… wojny informacyjnej, ludzi pragnących żyć w normalnym, a nie dystopijnym świecie permanentnej wojny. Wojny, która prowadzona na płaszczyźnie informacyjnej, będzie nie mniej niszczycielska i krwawa, niż jej prowadzona przy użyciu przemocy zbrojnej odpowiedniczka.

[1] Pojęcie infosfery odnosi się do tych informacji, które są dostępne nam jako osobie; utrwalone w naszej pamięci lub zdobyte ze źródeł zewnętrznych.

Artykuł ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Zawsze był aktorem – znanym, cenionym i lubianym przez widzów. Wielu z nich zapewne pamięta do dziś jego role w filmach Sól ziemi czarnej, Brzezina, Perła w koronie czy Seksmisja. Teraz Olgierd Łukaszewicz bardzo intensywnie zajmuje się zupełnie czymś innym. Rozmawia o tym z Ewą Sośnicką-Wojciechowską.

Ewa Sośnicka-Wojciechowska: Kiedy zajął się Pan postacią i twórczością Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego?

Olgierd Łukaszewicz: W 2003 roku. Wpadła mi wtedy w ręce książka profesora Benona Dymka Wojciech Bogumił Jastrzębowski (1799–1882): botanik, wizjoner zjednoczonej Europy. Jej bohater, artylerzysta z Powstania Listopadowego, w 1831 r. pierwszego maja wręczył Sekretarzowi Królewskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk rękopis projektu Konstytucji dla Europy. Treść tego dzieła wprawiła mnie w zdumienie, a następnie zachwyt. Wiele punktów owej konstytucji okazało się bardzo aktualnych, bardzo zbliżonych do założeń obecnej Unii Europejskiej. Dlatego w roku 2017 założyłem Fundację im. W. Jastrzębowskiego „My Obywatele Unii Europejskiej”.

Co udało się Panu dokonać przez te prawie 20 lat propagowania idei Jastrzębowskiego?

Olgierd Łukaszewicz: Udało nam się nakłonić Senat do podjęcia uchwały 18 czerwca 2020 r. traktującej o znaczeniu edukacji proeuropejskiej i o tym, że postać Wojciecha Jastrzębowskiego powinna być patronem takiej edukacji w naszym kraju. Dzięki tej uchwale Sejmik województwa mazowieckiego z kolei uchwalił, że rok 2021 będzie (i był) rokiem W. B. Jastrzębowskiego. Udało się nam zainteresować tym tematem Radę Miasta Stołecznego Warszawy (stanowisko z 15 kwietnia 2021) i inne dzielnice związane z działalnością Jastrzębowskiego, ponieważ był on nie tylko prekursorem myśli o integracji europejskiej, ale naukowcem, wynalazcą, przyrodnikiem i pedagogiem z wielkim dorobkiem. Na Marymoncie wykładał w Instytucie Agronomiczno-Leśnym, a także zakładał ogród botaniczny. Zwróciliśmy się do samorządu Żoliborza i ten również podjął uchwałę, a tamtejszy Burmistrz zorganizował wystawę plenerową na kilkunastu tablicach w Galerii Przystanek przy parku Żeromskiego i przechodnie mogli przeczytać, jak zbieżne są pomysły Jastrzębowskiego z dzisiejszą Unią Europejską. Uchwały podjęli też radni dzielnicy Ursynów (mają tam ulicę imienia Jastrzębowskiego) czy Pragi Południe. Pozwolę sobie zacytować fragment tej ostatniej: „Oby przedstawione w dziele W. B. Jastrzębowskiego uniwersalne (…) wartości i idee, takie jak prawo do wolności, życia w pokoju oraz zachowania własnej tożsamości przyświecały nam, oraz przywódcom narodów europejskich”. We wszystkich tych uchwałach motywem przewodnim było stwierdzenie, że profetyczny projekt Jastrzębowskiego jest dowodem na to, iż marzenie Polaków o wspólnej Europie tkwiło w nas od dawna.

Nie mieliśmy jednak warunków geopolitycznych, ażeby w jakikolwiek sposób zrealizować te marzenia. Wydawały się utopijne…

Olgierd Łukaszewicz: Jesteśmy pierwszym pokoleniem od czasów Powstania Listopadowego, które tak szeroko i intensywnie zaczęło dyskutować o zjednoczonej Europie. Pałac Staszica powinien być wizytówką tej polskiej myśli nie tylko dlatego, że sam Staszic zajmował się myślą o zjednoczonej Europie i 28-letniego wówczas wynalazcę Jastrzębowskiego przyjął do Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a ten młody człowiek, po czterech latach, wręczył mu przez Sekretarza swój rękopis zatytułowany Niektóre myśli do prawa ustalającego wieczny pokój w Europie.

29 listopada zeszłego roku doprowadziłem do odsłonięcia tablicy poświęconej W. B. Jastrzębowskiemu na ścianie pałacu Staszica. Wykonaliśmy wszystkie potrzebne działania, aby ta tablica tam zawisła. Nakłoniliśmy Polską Akademię Nauk i 11 innych ważnych organizacji do złożenia wniosku, ustaliliśmy z nimi tekst, który na niej widnieje itp. Jestem wdzięczny PAN i Warszawskiemu Towarzystwu Naukowemu oraz innym organizacjom, ale jednocześnie wyrażam głęboki sprzeciw i rozczarowanie decyzją wojewódzkiego konserwatora zabytków, który zezwolił na eksponowanie tej tablicy tylko przez lat… siedem! Napisał w tej decyzji, że zezwala na zawieszenie tablicy „ze względu na obecną sytuację społeczną”.

Zaraz… co takiego?

Olgierd Łukaszewicz: Nie wiem, co mają wspólnego kompetencje konserwatora zabytków z sytuacją społeczną… Namawiam jednak wszystkich Czytelników, aby zadbali o przyszłość tej tablicy i stali się jej obrońcami za tych siedem lat, bo mnie już wtedy może nie być. To wynika z mojego peselu.

Na czym polegał wynalazek Jastrzębowskiego?

Olgierd Łukaszewicz: Wynalazł przyrząd umożliwiający wytyczenie zegara słonecznego nawet na nierównych powierzchniach. Jak pisze Alicja Wejner w książce Azymut wspólna Europa. Jastrzębowski, „kompas polski”, bo tak go nazwał wynalazca (i nie zgodził się na nadaną mu nazwę Kompasu Jastrzębowskiego), został zawieziony do Paryża i wzbudził tam ogromne zainteresowanie. Na skarpę nad Starą Oranżerią w Łazienkach Królewskich wtoczono głaz narzutowy i Jastrzębowski osobiście wykuł na nim zegar słoneczny. Umiejscowienie głazu było ściśle powiązane z bliskością budynku Obserwatorium Astronomicznego, które powstało w 1825 r. i stoi w Ogrodzie Botanicznym do dziś. Zegar też.

Mam nadzieję, że Pana bohater i jego projekt przestał być dla Polaków tylko ciekawostką historyczną?

Olgierd Łukaszewicz: Większość nadal o nim nie wie, mimo że dokładamy starań, aby ten stan rzeczy zmienić. Dzięki współpracy z Zarządem Województwa mazowieckiego i Muzeum Niepodległości uruchomiliśmy akcję „Mazowiecki Wędrowny Instytut Europejski”. Jeździmy do różnych miejsc, miasteczek, proponując wydarzenie sceniczne mojego pomysłu i reżyserii oraz spotkania z ludźmi, którzy przyczynili się do wprowadzenia nas do UE. Są to np. pierwsi nasi ambasadorzy w UE Jan Truszczyński, Marek Grela, poza tym marszałek Adam Struzik. Zorganizowaliśmy „Wielkie Czytanie” projektu Jastrzębowskiego, w którym wzięło udział 50 samorządowców i dwóch prezydentów RP – Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski. Film jest do obejrzenia na stronach Fundacji www.MyObywateleUE.org, www.KonstytucjaDlaEuropy.eu, Facebook.com/MyObywateleUE i na kanale You Tube Fundacji. Chcielibyśmy, aby dzieci już w szkołach podstawowych dowiadywały się, że są obywatelami UE. Jak na razie, 24 szkoły w całej Polsce przyjęły nazwę Jastrzębich Szkół.

A Pana największe osiągnięcie w tej materii?

Olgierd Łukaszewicz: Sądzę, że to, iż naszym staraniem nota o W. B. Jastrzębowskim weszła do podręcznika pod red. prof. Roberta Grzeszczaka Prawo Unii Europejskiej (str. 47) i studenci będą musieli teraz wiedzieć, kim był nasz bohater i czego dokonał.

Już sama nazwa Pana Fundacji świadczy o tym, że jest Pan wielkim orędownikiem poszerzania naszej świadomości o obywatelstwie w Unii. Co jeszcze można na tym polu zrobić?

Olgierd Łukaszewicz: W każdym województwie powinna istnieć (a nie ma takich) instytucja, której głównym zadaniem byłoby upowszechnianie idei zjednoczeniowej z UE. Również samorządy wojewódzkie, powiatowe i gminne powinny mieć wręcz zapisany w swoich strategiach rozwoju cel, jakim jest pogłębianie świadomości europejskiej. Przede wszystkim należy to dopisać do ustawy o samorządach. Niestety nie wszystkie samorządy są zainteresowane pracą na tym polu – z różnych powodów. Tymczasem dzieci urodzone już po naszym wstąpieniu do Unii bardzo niewiele o niej wiedzą. O tym, że są obywatelami UE, nie wiedzą również dorośli. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy odwiedzam małe miejscowości lub wsie, a żeby dyskutować o Unii, trzeba poznać jej elementarne zasady i podpisane przez Polskę traktaty. Patron naszej Fundacji zostawił nam testament:

„Jeżeli narody europejskie chcą używać trwałego pokoju i szczęścia, mają się wyrzec własnej wolności i zostać niewolnikami praw. Wszystkie narody europejskie winne są równą uległość prawom europejskim”.

Czy nie dziwi Pana, że w trwającej de facto od dawna kampanii przedwyborczej tematyka europejska jest właściwie nieobecna? Można zrozumieć, że ze względu na swój eurosceptycyzm, niepodzielany przez większość społeczeństwa, unika jej partia rządząca, ale może stronnictwa prointegracyjne powinny wykorzystać tę okazję do wzbudzenia refleksji Polaków na temat tego, czy nadal chcemy uczestniczyć w tym projekcie?

Olgierd Łukaszewicz: Moja działalność znajduje swoisty akumulator w irytacji spowodowanej przez zachowania strony demokratycznej, czyli zwolenników demokracji w naszym kraju, którzy tak rzadko sięgają do argumentacji europejskiej. Już podczas telewizyjnej debaty kandydatów na prezydenta ani p. Rafał Trzaskowski, ani p. Andrzej Duda nie zadali pytania: „Jaki jest Pana stosunek do Unii Europejskiej ?” Za to tuż przed zakończeniem emisji Krzysztof Bosak zdążył powiedzieć, że wyprowadzi Polskę z Unii. Zresztą do dziś przed stołecznym ratuszem nie ma flagi europejskiej. Wprawdzie budynek należy do wojewody z PIS-u, ale przecież rząd, premier, pokazują się na tle m.in. tej flagi. Czy prezydent Trzaskowski nie mógłby zawalczyć o wstawienie tam owej flagi? Również brakuje flagi europejskiej na Sądzie Najwyższym. Pani Gersdorf nie zadbała o to, ażeby uświadomić Polakom, że nasz system sądownictwa jest częścią sądownictwa unijnego. Brakuje też, o czym już wspominałem, w ustawie dotyczącej rozwoju poszczególnych szczebli urzędów państwa wpisu o pogłębianiu świadomości europejskiej. W ustawie o samorządzie wojewódzkim jest mowa o rozwijaniu świadomości narodowej, obywatelskiej i lokalnej. I, co mnie najbardziej frustruje, w punkcie dotyczącym środków na te cele można korzystać m.in. z funduszy UE! A więc nasz polonocentryzm może być pogłębiany dzięki tym środkom, a poszerzanie świadomości europejskiej już nie. Działalność mojej fundacji nie ma ustawowego wparcia. W czerwcu miała być omawiana w Senacie nowelizacja ustawy o samorządach, ale ze względu na końcówkę kadencji zrezygnowano z tego. Szkoda! Tymczasem politycy opozycji omijają tematykę Unii.

Skąd to się bierze, dlaczego unikają tak ważnego tematu?

Olgierd Łukaszewicz: Myślę, że obawiają się sporu wokół pojęcia „Europy ojczyzn”, a istoty sporu nie da się łatwo wytłumaczyć wyborcom. Dla mnie jest to jedyne wytłumaczenie. Rozmawiałem na ten temat z Jerzym Buzkiem i on widzi tę trudność. Ja nie widzę i dlatego działam, próbując pokazać, że wszystko, co stanowi o naszej tożsamości: język, historia, kultura, tradycje – znajduje poszanowanie w Unii i jest jej częścią, natomiast Europa zobowiązuje nas do postawy liberalnej. Chodzi o tolerancję wobec mniejszości, o prawo do wielości poglądów i o to, że większość nie może się stawiać ponad prawem, ponad Konstytucją dlatego, że wybrał ją suweren itd. Taką pozorną demokrację przeżyliśmy już w Polsce Ludowej, stosuje ją również Putin.

Co w ogóle jest najważniejsze w naszym członkostwie w UE? Pieniądze?

Olgierd Łukaszewicz: Jeśli chodzi o pieniądze, to porozmawiajmy o demoralizacji naszego społeczeństwa. Czytam właśnie książkę Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadury Społeczeństwo populistów. Z jej lektury wynika, że wyborcy PIS-u składają się częściowo z twardego elektoratu, a druga część to cyniczni wyborcy, którzy za cenę poprawy własnego bytu popierają PIS, choć doskonale wiedzą, że ta partia szkodzi Polsce. Nasze społeczeństwo i władza stała się cyniczna, niemoralna i wykorzystująca miejsca sakralne dla akceptacji fałszerstw, kłamstw, przemilczeń i szerzenia nienawiści. Kościół, którego jednym z głównych zadań jest nauka o moralności, o właściwych postawach, bierze udział w takim procederze. A mnie najbardziej boli, że Kościół również dyskutuje o UE. 13 maja 2018 r. w Świątyni Opatrzności Bożej i budynkach przyległych odbył się „Pierwszy Europejski Festiwal Schumana” pod hasłem „Idźmy przekształcać UE we wspólnotę narodów Europy. Wspólnota narodów Europy powinna mieć całkowitą swobodę w ustalaniu wewnętrznych reguł prawa”. A wracając do pytania – wszyscy wiedzą, jak bardzo się rozwinęliśmy przez ostatnie 20 lat, ale za mało zostało nagłośnione to, jak bardzo nam w tym pomogły środki z Unii. Więc jeśli nie można inaczej, to wyobraźmy sobie, że rolnicy przestaną otrzymywać pieniądze z Unii, nie budujemy już dróg i autostrad, nie dokonujemy renowacji zabytków itp.

Jak ważne w tym kontekście są wartości, zapisane w europejskich traktatach? Czy przynależność do UE stanowi zaporę przed ześlizgnięciem się w stronę autokracji, osłabienia lub nawet upadku Rzeczypospolitej – jak to się nam już w historii zdarzało?

Olgierd Łukaszewicz: Dla nas najważniejsze jest to, żebyśmy uwierzyli, że niczego nie tracimy z naszej niepodległości, należąc do UE. Historycznie byliśmy państwem, które najczęściej w Europie było zmuszone zmieniać swoje granice. Unia Europejska zmusza do współpracy dla pokoju. Nie ma polskiej niepodległości bez europejskiej jedności. Bez takiej instytucji kontrolnej, jaką jest TSUE, bez kontroli, czy demokracja nie jest pozorowana – może dojść do rozbicia status quo. A to jest dla naszego bytu narodowego najistotniejsze. Dlatego nasze credo powinno brzmieć: „Wierzę w Unię Europejską”. I tak właśnie brzmi moje. Bo tak już jest, że wartości są dla nas najcenniejsze wtedy, kiedy ich już nie ma. Poszanowanie praw, demokracja, mogą nam być odebrane i to wolą większości, która… nie ma dobrej woli. A odpowiadając na pytanie: myślę, że nie istnieje inny hamulec powstrzymujący upadek naszego państwa. A to może być również punktem zapalnym dla całej Europy.

Jakie poglądy na sprawy europejskie mają Pana koleżanki i koledzy – aktorzy, ludzie kultury, intelektualiści?

Olgierd Łukaszewicz: Aktorzy, ludzie kultury, często wymieniają poglądy, z których kiedyś szydziła peerelowska władza, nazywając je „poglądami kawiarnianymi”. Więc jeśli chodzi o bufet i kawiarnie – jesteśmy mocni w gębie. Natomiast jeśli idzie o zaświadczanie własnym wizerunkiem, który się zdobyło poprzez obecność w tym zawodzie, w sprawach obywatelskich – to jest tych osób niewiele. Wynika to z tego, że władza produkuje ok. 30 seriali i przy deklaracji swoich poglądów można stracić pracę. Takie przypadki już były. Zdarzają się jednak chętni do współpracy czy pomocy, choć nie ma ich tak dużo, jak za czasów Solidarności. Natomiast mam wokół siebie kilka osób z grona specjalistów, którzy mnie wspierają kompetencyjnie, gdy zabieram się za jakiś temat. Należy do nich prof. Jan Barcz, prof. Michał Jamiołkowski, niegdyś przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień czy były ambasador Marek Grela. Ale kompetencja to jedno, a romantyczna wiara w coś – to drugie. I ja, w przeciwieństwie do naukowców z dorobkiem, mogę sobie na to pozwolić.

Co na koniec chciałby Pan powiedzieć Czytelnikom?

Olgierd Łukaszewicz: Dla mnie kluczem do naprawy Rzeczypospolitej jest przyjęcie kryteriów liberalnej demokracji europejskiej. Postawiłem sobie zadanie edukacji obywateli i samorządowców dotyczącą tej demokracji. Moim zadaniem jest uświadamiać, że każdy obywatel mający dwa obywatelstwa – to narodowe i dzięki temu europejskie, powinien myśleć nieco szerszymi kategoriami i w najbliższych wyborach nie wybierać partii, które działają na szkodę Polski w Unii Europejskiej.

 

Rozmowa ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Dzisiejszy poranek; tak wiele pytań kłębi mi się w głowie i na żadne z nich nie wiem, jak odpowiedzieć. Od tej chwili zamilknę, gdyż nie mam już nic do powiedzenia […]. Jak mogło się tak zakończyć, dlaczego tak się stało, co się wydarzyło, nasze życie, moje życie, nadzieje, prawa, przyszłość

– tweet Fazıla Say’a – najbardziej uznanego na świecie współczesnego tureckiego pianisty i kompozytora, napisany 15 maja 2023 r. w reakcji na przegraną opozycji w wyborach parlamentarnych i w pierwszej turze wyborów prezydenckich (tłumaczenie autora).

Tureckiej opozycji nie udało się uzyskać większości parlamentarnej i przejąć urzędu prezydenta. Czy stawka dotyczyła pytania o zdolność demokratycznej ewolucji systemu politycznego, o możliwość powrotu Turcji na ścieżkę demokracji? A może wybory te były starciem między konserwatyzmem a postępem, czy między politycznym islamem a laickim kemalizmem? Co stanowiło o rzeczywistym znaczeniu tych wyborów?

Wymiar polityczny wyborów

Historyczna waga majowych wyborów odzwierciedla nastrój niepewności i przygotowań w oczekiwaniu na czasy, które będą skomplikowane dla całej globalnej gospodarki i bezpieczeństwa światowego, a także dla przyszłości dotychczasowych systemów politycznych. W obliczu globalnych wyzwań turecki pojedynek toczył się między dwiema wizjami Turcji, wkraczającej w tym roku w drugie stulecie jej istnienia. Dotyczył pytania, która z wizji obu kandydatów zapewni Turcji odpowiednią rolę, jej status i godność oraz projekcję siły jako ponadregionalnego gracza o unikatowej geostrategicznej lokalizacji i rosnącej autonomicznej pozycji w NATO oraz w przyszłym systemie bezpieczeństwa (lub jego braku). Społeczeństwo tureckie zostało skonfrontowane w majowych wyborach z mechanizmami demokracji zdegradowanymi na rzecz autorytaryzmu. Czy będzie to kontynuacja imperialnego mandatu prezydenta Erdoğana i dalsza ewolucja Turcji w kierunku petryfikacji państwa konserwatywnego, opartego na wartościach religijnych, awansującego jednocześnie z uprzemysłowioną gospodarką i silnym kompleksem przemysłu obronnego, z regionalnego na globalny poziom graczy światowych? Tym samym kontynuacja uznania sprawczości autorytarnej władzy, nacjonalizmu oraz islamu pozostają niezbędnym stabilizującym spoiwem społecznym. To był rzeczywisty dylemat, który w trakcie wyborów prezydent Recep Tayyip Erdoğan (RTE) zdyskontował na swoją korzyść. Nie składał konkretnych obietnic dotyczących przywrócenia lub rozszerzenia praw i wolności.

A może jednak wizja kandydata opozycji? W efekcie krytycznej samokonfrontacji z historią Republiki, jej rozwój powinien być oparty na demokratycznej partycypacji, gdzie interes publiczny stanowić będzie nadrzędne kryterium legitymizacji władzy. Niestety, realizacja tej wizji rzadko wskazywała, iż będzie ona wymagała ogromnego wysiłku i kolejnych wyrzeczeń całego społeczeństwa na rzecz – niepewnej co do rezultatów – przebudowy państwa. W państwo, odpowiadające na potrzeby społeczne w dobie poważnego kryzysu finansowo-ekonomicznego i nieprzewidywalnej ewolucji międzynarodowego otoczenia Turcji bezpośrednio oddziałującego na jej bezpieczeństwo. Opozycja liczyła na to, że na krytycznych wobec władzy postawach wyborców (kształtowanych od dwóch lat w dobie głębokiego kryzysu ekonomicznego) wygra wybory. Warto w tym kontekście wskazać, iż z 11 prowincji dotkniętych skutkami trzęsienia ziemi w lutym br., zamieszkałych przez ponad 10 mln, w 9 z nich wygrywa Erdoğan jako kandydat na prezydenta, a jego koalicja prezydencka – w walce o mandaty poselskie.

Wyborcza percepcja gospodarczego wymiaru osiągnięć nieliberalnej demokracji, skłania ku wnioskowi: przyzwolenie lub wręcz zgody na przewidywalność działań autorytarnej władzy, perspektywę stabilizacji gospodarczej. Już parokrotnie w przeszłości Erdoğan to udowodnił dzięki decyzyjności i sprawności kierowania państwem, a to spojrzenie przeważa nad polityczno-ideologicznymi aspektami autorytaryzmu. Stworzona przez Erdoğana tzw. klasa średnia (z ponad 10 procent w 2002 r. do ponad 40 procent tureckiego społeczeństwa w 2018 r.) zrzesza głównie elektorat konserwatywno-nacjonalistyczno-islamski. To ona stanowi jego zaplecze wyborcze, to ona jest twórcą i konsumentem rozwoju gospodarczego Turcji. Klientelizm uprzywilejowanych grup przemysłowych jest bardziej wiarygodnym narzędziem poparcia politycznego, niż transparentna gospodarka.

Pomimo zmęczenia społeczeństwa obecnym kryzysem gospodarczym, jego negatywne skutki nie przesłoniły w oczach większości tureckiego elektoratu osiągnięć ponad dwudziestoletnich rządów Erdoğana. Choć kryzys ten gnębi obecnie większość tureckich grup społecznych, sukcesem RTE jest ograniczenie związku między negatywnym procesem a jego wpływem na kształtowanie się postaw ideologicznych. Erdoğan przekształcił gospodarkę kraju w światowej klasy system przemysłowo-produkcyjny, zwiększył dywersyfikację dostaw oraz możliwości wydobycia własnych zasobów surowców energetycznych. Podstawą rozwoju jest postępująca autonomia energetyczna i żywnościowa oraz przemysłu obronnego (zbrojeniowego). Strategia sprawnego reagowania na globalne niedobory zasobów oraz na wyzwania w zakresie bezpieczeństwa zostały wzmocnione efektami rosyjskiej inwazji (choćby wizerunkowo-politycznym kosztem nieprzyłączenia się Turcji do embarga na Rosję).

Strategia budowy zaplecza wyborczego, zarówno po stronie RTE, jak i opozycji, częstokroć powielała podobne schematy. Jest to spuścizna kultury politycznej, w dużym stopniu istotna także dla obecnych nacjonalistów, wywodzących się z kręgów kemalistowskich. Inżynieria polityczna RTE z powodzeniem wykorzystała narzędzia z poprzedniej epoki kemalistowskiej. Urząd ds. wyznań, jako religijny organ sankcjonujący ultrajakobiński laicyzm z okresu kemalistowskich przewrotów wojskowych, za czasów Erdoğana został zinstrumentalizowany i sprowadzony do roli promotora agendy islamskiej. Wśród sprawdzonych narzędzi na pierwszy plan wysuwa się: populizm, np. wiara w sprawczość państwa opiekuńczego. Poza tym nacjonalizm – budowany m.in. wokół ok. 20-milionowej społeczności kurdyjskiej, przedstawianej jako zagrożenie dla integralności państwa czy w ostatnim dziesięcioleciu – wobec 3,5-milionowej rzeszy uchodźców syryjskich. Innym narzędziem była budowa tożsamości i godności narodowej w odniesieniu do islamu oraz – definiowanego w zależności od politycznych celów i potrzeb – pojęcia „tureckości”. A także syndrom „oblężonej twierdzy”, szczególnie widoczny po NATO-wskim embargu, nałożonym na „sojuszniczą Turcję” w związku z inwazją na Cypr w 1974 r., jako uzasadnienie budowy narodowego kompleksu przemysłu obronnego. Im bardziej Turcja odnotowuje postęp gospodarczy, im bardziej staje się samodzielna, tym bardziej w jej narracji wewnętrznej dominuje poszukiwanie wrogów zewnętrznych, tj. zagrożeń suwerenności. Jej bezpieczeństwo zagrożone jest jakoby zakusami imperialistycznego Zachodu czy niesprawiedliwie traktowanej przez brukselską Unię (stosującą wobec niej podwójne standardy) Ankary. W ten sposób antyamerykanizm elit politycznych został głęboko zakorzeniony w świadomości społecznej. A wsparcie USA dla oddziałów Kurdów syryjskich w walce przeciwko ISIS – obok zakupu przez Ankarę rosyjskiego systemu rakietowego S-400 – stanowi jedną z poważniejszych przyczyn tarć w kontaktach z Waszyngtonem i wiodącymi zachodnimi sojusznikami europejskimi.

Zmienność wewnętrznych sojuszy doprowadziła do transakcyjności i politycznej korupcji. Taka tendencja zawsze stanowiła część rzeczywistości tureckiej polityki, bez względu na lewą czy prawą stronę sceny. Przerywana była „działaniami naprawczymi” w postaci przewrotów wojskowych. Podczas kadencji rządów Erdoğana korupcja polityczna stała się wiodącym elementem władzy, prowadząc do częstej zmiany sojuszy. Dla przykładu: RTE zaczynał od pozyskania wyborczych głosów tureckich Kurdów (tzw. kurdyjskie otwarcie z lat 2011–2013), żeby potem przeprowadzić zbrojną z nimi rozprawę w 2015 r. Zaczynał od sojuszu z islamskim ruchem Gülena (2002–2013), uznawanym potem za „ruch terrorystyczny” w wyniku próby zamachu stanu w 2016 r. Równie przewrotnie zachował się lider opozycji podczas drugiej tury wyborów prezydenckich uciekając się do anty-uchodźczej retoryki wobec 3,5 milionowej rzeszy migrantów Syryjskich, na rzecz pozyskania poparcia ze strony tej części ultranacjonalistycznego elektoratu, która była przeciwna lub co najmniej krytyczna wobec Erdoğana ws. jego polityki wobec uchodźców z tego kraju.

Pozostaje więc postawić sobie retoryczne pytanie: czy są to dogodne warunki do rozwoju procesów demokratycznych?

Powrót na wyboistą drogę demokracji

Stawka sprowadzenia pytania o powrót demokracji w Turcji jedynie do wyniku wyborów, została nie tylko przelicytowana. Zafałszowano tym samym rzeczywisty obraz wewnętrznych procesów politycznych w tym kraju od czasów wkroczenia przez tureckie społeczeństwo na drogę okcydentalizmu (powstanie republiki w 1923 r.) oraz pluralizmu politycznego (1948 r). Określenie majowych elekcji jako „wyborów stulecia” w Turcji odwróciło uwagę od zasadniczych kwestii, dotyczących historii zmian (niekoniecznie to pojęcie jest tożsame z rozwojem) i zakresu ugruntowania się (lub nie) demokratycznych tradycji w tureckim życiu politycznym.

W dominującej większości oczekiwań (także zachodnich) wygrana opozycji miała być tożsama z powrotem Turcji na drogę demokracji. Samą zasadność sformułowania w ten sposób oczekiwań, można podważyć brakiem istnienia ugruntowanej demokracji w tym kraju: „[…] Niektórzy analitycy i komentatorzy, którzy twierdzili, że Turcja była demokracją przed AKP (tj. przed 2002 r., kiedy obecny prezydent i jego partia przejęli władzę), mogliby uznać takie zwycięstwo opozycji za powrót do demokracji”.Niestety, nie można powrócić na drogę, po której Turcja – przynajmniej pewnie i z determinacją – w rzeczywistości nigdy nie kroczyła, a negocjacje w sprawie członkostwa tego kraju w UE zarówno Bruksela, jak i Ankara, odłożyły (oby tylko), do przysłowiowego lamusa. Funkcjonalna i efektywna demokracja partycypacyjna nie ugruntowała się w tym kraju. Niemniej do tłumu uczestniczącego w laudacji Erdoğana pod jego stambulską rezydencją 29 maja br., zwrócił się on słowami: „[…] Dziękuję wam wszystkim za tak wspaniałe święto demokracji […]. To my, nasza partia, odnieśliśmy takie zwycięstwo, że żaden obywatel nie straci, a wszyscy obywatele zyskają – oto jest wielkość naszej demokracji”. W ślad za tą definicją demokracji prezydent tak zwrócił się do rozentuzjazmowanego tłumu: „A czy możecie potwierdzić, że LGBTQ to opozycja?”. Manifestanci odkrzyknęli jednym głosem: „TAAAKKK!”. Na kolejne pytanie: „A czy możecie potwierdzić, że żadne LGBTQ […] nie prześliźnie się do naszej partii?” Tłum jednogłośnie zapewnił: „Nie pozwolimy!” Nieuprawnionym byłoby na podstawie wyborczych manifestacji snuć daleko idące wnioski. Niemniej, podobnie jak Lederowska Rysa na tafli, słowa te wskazują na kierunek myślenia Erdoğana jeszcze z 2005 r.: kraj stanie się członkiem wspólnoty europejskiej, ale w oparciu o „ankarskie kryteria”, a nie te kopenhaskie, dyktowane z Brukseli. We współczesnej, tj. kemalistowskiej historii tego kraju (tj. od 1923 do 2002 r.), a szczególnie w opoce Erdoğanowskiej (od 2002 r.), demokratyczne procedury zostały zinstrumentalizowane i sprowadzone do pozycji narzędzi prowadzących do celu i wyników, ale niepowiązanych z liberalną demokracją. Na przykład pod pretekstem utrzymania standardów unijnych, w tym cywilnej kontroli nad wojskiem, RTE usnął generalicję kemalistowską, to ona właśnie zagrażała politycznemu islamowi. Projekt ten był realizowany przy pomocy islamskiego kaznodziei Gülena. Utożsamianie podczas kampanii wyborczej opozycji z „kurdyjskimi terrorystami” z delegalizowanej prokurdyjskiej partii HDP (obecnej w parlamencie), odbywa się pod świętym hasłem „obrony integralności i bezpieczeństwa państwa”.

A sama demokracja turecka? Pozostaje słaba i krucha, a w najlepszym przypadku nie posiada zdolności wywarcia istotnego wpływu na dominującą autorytarną kulturę polityczną. Słabość narracji opozycji, wobec wyzwań drugiej tury wyborów prezydenckich, oprócz podnoszenia wiodącego hasła „Erdoğan musi odejść!”, nie znalazła innego spoiwa dla pozyskania elektoratu, jak tylko nacjonalizm. Dokonując wręcz zwrotu w swojej „demokratycznej” narracji, opozycyjny sojusz wykorzystał rozłamy w rosnącej w Turcji liczebnie grupie nacjonalistycznego elektoratu. Ta dominująca po obu stronach wyborczej barykady grupa społeczeństwa tureckiego (niektórzy analitycy oceniają, że nastroje takie obejmują ok. 80 procent wyborców) identyfikuje się jednak w opozycji do problemu uchodźców syryjskich, kwestii kurdyjskiej i wartości zachodnich. Stąd nacjonaliści, a tym samym ubiegający się o ich głosy obaj kandydaci na prezydentów w drugiej turze wyborów, prześcigali się np. w hasłach jak pozbyć się uchodźców syryjskich. A inne wartości… zostały przykryte obrusem na stole zastawionym wysokimi podwyżkami uposażeń przyznanych tuż przed wyborami przez Erdoğana. Walka o utrzymanie wartości tureckiej liry, socjalne „kebaby wyborcze” itp. opustoszyły rezerwy banku centralnego, ale o tym za wyborcę pomyśli przecież „opiekuńcza partia RTE i jego władza” po wyborach…

Trend wzrostu nacjonalizmu stał się podstawowym kryterium poparcia, identyfikacji społecznej, kulturowej i ideologicznej. To z kolei prowadziło do spłaszczenia ideologicznej rywalizacji między opozycją, tj. częścią jej sił, która dąży do demokratyzacji systemu politycznego, na rzecz „demokracji wyborczej” w wersji Erdoğana. Czy w wydaniu tureckim demokracja deliberatywna kończy się przy urnach? Analitycy tureccy zwracają uwagę, że parlament po majowych wyborach stanowi jeden z najbardziej nasyconych nacjonalizmem. Partie o jednoznacznej orientacji nacjonalistycznej obejmują łącznie ponad 25 procent mandatów, a wraz z ugrupowaniami narodowo-islamskimi zajmują dominującą pozycję w medżlisie.

Zjednoczenie opozycji – to sześć partii – w jeden sojusz wyborczy, prezentujący niespotykanie szeroki przekrój ideologiczny tureckiego społeczeństwa (od partii islamskiej, poprzez nacjonalistyczną po socjaldemokrację, z zewnętrznym poparciem społeczności kurdyjskiej) jest nowym fenomenem. Po raz pierwszy w historii (w odróżnieniu od byłych synkretycznych rządów koalicyjnych), właśnie podczas kampanii wyborczej nastąpiło działanie centralizujące opozycję. Wiodąca, kemalistowska partia opozycyjna, pomimo szóstej z rzędu przegranej, tym razem odzyskała zdolność budowy sojuszy, potwierdziła rewitalizację jej znaczenia. Jednakże to okres powyborczy będzie dopiero rzeczywistym testem dla opozycji. Oby weryfikacja jej spójności w opozycji do władzy Erdoğana, jej efektywności i skuteczności prowadzenia oddolnych procesów obrony i budowy mechanizmów demokratycznych w swoim zapleczu wyborczym, stanowiła zaprzeczenie głównej tezy, postawionej w tytule tego eseju. Może właśnie do tej nadziei odwołuje się Fazıl Say w swoim kolejnym, powyborczym wpisie (z 29 maja, czyli po przegranej przez opozycyjnego kandydata walce o fotel prezydencki)?

Chwila z domu zeszłej nocy. Wyniki wyborów… Dzieląc się rozterkami przy whisky w rodzinnym gronie… Nie popadajmy w smutek i depresję, przyjaciele; korzystajmy z życia! Czyńmy dobro, wciąż czyńmy tylko dobro! Życie trwa, muzyka trwa, świat trwa, piękno powstaje i tworzy się nieustannie… A na moje pytania muszę znaleźć własne odpowiedzi…

 

Autor jest turkologiem oraz specjalistą w zakresie stosunków międzynarodowych i polityki bezpieczeństwa.

 

Artykuł ukazał się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Ponad trzydzieści lat temu zjednoczenie Niemiec i koniec zimnej wojny przyniosły czas optymizmu. Wiele osób w Niemczech żywiło nadzieję, że zwycięski marsz liberalnej demokracji będzie trwał bez końca. Po długiej i srogiej zimie nadeszła upragniona wiosna. Wybierając wojnę napastniczą przeciw Ukrainie, Władimir Putin naruszył fundamenty ładu pokojowego w Europie, pogwałcił prawo międzynarodowe i doprowadził do katastrofy humanitarnej. Trzy dni po rosyjskiej inwazji niemiecki kanclerz federalny w przemowie do posłów zasiadających w Bundestagu znalazł właściwe słowa na tę sytuację, ogłaszając Zeitenwende, punkt zwrotny. „Świat po tych wydarzeniach nie będzie taki sam, jak przedtem” – powiedział Olaf Scholz w wystąpieniu z 27 lutego 2022 roku. Wspólnie z partnerami i sojusznikami znaleźliśmy szybką i zdecydowaną odpowiedź na rosyjską agresję i z całych sił udzieliliśmy wsparcia Ukrainie. W tym czasie wyraźny stał się kształt nowej wspólnej polityki europejskiej wobec Rosji.

Spojrzenie w przeszłość

Zeitenwende to cezura, która otwiera możliwość krytycznej autorefleksji na temat naszej dotychczasowej polityki wobec Rosji. W SPD przechodzimy w tej chwili przez ten proces, czego dowody dał lider naszej partii Lars g: Klinbeil w wielokrotnie komentowanym wystąpieniu z października 2022 roku. Klingbeil po imieniu nazwał w nim „ślepe plamki” w naszych kontaktach z Rosją, a także przyznał, że niedostatecznie uwzględnialiśmy interesy i perspektywę naszych partnerów z Europy Środkowo-Wschodniej. Dziś jest dla mnie jasne, że powinniśmy uważniej wsłuchiwać się w ostrzeżenia naszych partnerów, na przykład w sprawie Nord Stream 2. Musimy teraz odbudować zaufanie. Musimy spojrzeć w przeszłość, uczciwie i bez pardonu, aby jasno wskazać popełnione błędy, ale także przypomnieć osiągnięcia. Jest to niezbędne, jeśli z przeszłości chcemy wyciągnąć właściwe wnioski dla naszych przyszłych relacji z Rosją. Od sformułowania nowej europejskiej Ostpolitik ważniejsze jest, aby stworzyć wspólną politykę europejską wobec Rosji. Z wyjątkiem Rosji i Białorusi, kraje Europy Środkowo-Wschodniej pod względem politycznym stały się wszak częścią Zachodu lub są na drodze do członkostwa w UE i NATO, powinny być zatem równoważnymi partnerami w procesie kształtowania naszych stosunków z Rosją.

Ruch suwaka – od dialogu do odstraszania

My, socjaldemokraci, możemy z dumą odwoływać się do osiągnięć Ostpolitik
Willy’ego Brandta, za którą otrzymał on Nagrodę Nobla. W exposé z 1969 roku nowo wybrany kanclerz federalny w kilku zwięzłych słowach podsumował zasady niemieckiej polityki zagranicznej:

Sojusz Północnoatlantycki, który […] przetrwał próbę czasu, będzie również gwarancją naszego przyszłego bezpieczeństwa. Jednolitość sojuszu stanowi warunek konieczny wspólnych wysiłków na rzecz odprężenia w Europie. Której dziedziny polityki bezpieczeństwa nie weźmiemy pod uwagę – czy są to poważne i trwałe zabiegi na rzecz równoczesnego i wzajemnego ograniczenia i kontroli zbrojeń, czy też gwarancja adekwatnej obrony Republiki Federalnej Niemiec – w obu przypadkach rząd federalny politykę bezpieczeństwa widzi jako politykę równowagi i dbałości o pokój. W ten sam sposób rząd rozumie również oba aspekty polityki zewnętrznej państwa jako funkcję sojuszu, do którego należymy, i wkład, który wnosimy do równowagi sił między Zachodem a Wschodem.

W przemówieniu tym odzwierciedlenie znajduje dwutorowe podejście „odstraszania i dialogu”, kształtujące politykę NATO od późnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dla Willy’ego Brandta i jego następców jasne było, że dialog oraz polityka odprężenia możliwe były tylko dzięki trwałej obecności Niemiec w zachodnich sojuszach (NATO i UE). Dlatego też niemiecką politykę opisać można jako umiejętność adaptacji oraz poruszania się w ramach polityki odstraszania i dialogu.

Niemcy bez wątpienia podkreślały wartość dialogu po zakończeniu zimnej wojny. Na wysiłek ten składały się trzy elementy. Pierwszym z nich było stworzenie paneuropejskiej architektury bezpieczeństwa opartej na wspólnych zasadach, takich jak nienaruszalność granic i poszanowanie praw człowieka. Początek dał temu proces helsiński, a apogeum przyniosło podpisanie Paryskiej Karty Nowej Europy w 1990 r. oraz powołanie Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) w 1995 r. Drugim była koncepcja „zmiany przez wymianę handlową”, w ramach której współpraca gospodarcza miała przetrzeć szlak dla współpracy na innych polach i pomóc w otwarciu byłych państw autorytarnych. Trzecim elementem była wymiana na poziomie społeczeństw obywatelskich, co miało wspierać wolność oraz demokrację.

Rozniecając wojnę w Gruzji w 2008 r., a tym bardziej doprowadzając do aneksji Krymu w 2014 roku, Rosja poważnie naruszyła pierwszy z kamieni węgielnych architektury bezpieczeństwa – OBWE i przyświecające jej zasady. Za sprawą rosyjskiego nacisku na ręcznie sterowaną przez rząd branżę energetyczną i odmowę jej dywersyfikacji, niewiele pozostało z drugiego z tych kamieni. Za sprawą nasilających się od lat 2011–2012 brutalnych represji wobec mediów, opozycji politycznej i organizacji społecznych, radykalnemu osłabieniu uległo społeczeństwo obywatelskie oraz możliwości współpracy. Dlatego też nawet przed wojną, którą Putin wytoczył Ukrainie, dialog z Rosją nie przynosił zamierzonego efektu. Zamiast „partnerstwa modernizacyjnego”, na porządku dziennym był wybiórczy dialog. NATO i UE zaczęły też stawiać coraz bardziej na narzędzia odstraszania (wzmocnioną wysuniętą obecność na wschodniej flance i sankcje). Z perspektywy czasu wiemy, że to wszystko było za mało.

Dziś stoi przed nami zadanie organizacji bezpieczeństwa europejskiego w obliczu rosyjskiego zagrożenia. To oznacza, że będziemy musieli utrzymywać „suwak” po stronie odstraszania dopóty, dopóki Rosja nie zrezygnuje całkowicie z agresywnego imperialistycznego kursu. Nie oznacza to, że musimy całkowicie porzucić dialog. W rozmowach z rosyjskimi przywódcami musimy jednak zawsze podkreślać w sposób jasny i pozbawiony niedomówień, że z obecnej konfrontacji istnieje tylko jedno wyjście: wycofanie wojsk rosyjskich z terytoriów okupowanych i bezwarunkowe uznanie ukraińskiej integralności terytorialnej.

Wsparcie dla Ukrainy i naciski na Rosję

Niemcy należały do państw najmocniej wspierających Ukrainę jeszcze przed rosyjską napaścią na ten kraj. Na przykład od 2014 do pierwszych miesięcy 2022 roku Niemcy zainwestowały około dwóch miliardów euro w stabilizację Ukrainy. Od dnia rosyjskiej inwazji stoimy niezłomnie po stronie Ukrainy i udzielamy jej pomocy finansowej, humanitarnej i wojskowej, dostarczając sprzęt i uzbrojenie. Dlatego też w odpowiedzi na rosyjską napaść rząd niemiecki odszedł od polityki zabraniającej dostarczania uzbrojenia do stref objętych wojną. Od tego czasu Ukraina otrzymała wiele różnych systemów uzbrojenia, dzięki którym może skutecznie się bronić, m.in. haubice samobieżne Panzerhaubitze 2000, samobieżne działa przeciwlotnicze Gepard, a także systemy obrony przeciwlotniczej IRIS-T SLM. UE zadbała również o to, aby Ukraińcy otrzymali niezbędne długoterminowe przeszkolenie wojskowe, a główną rolę w tej dziedzinie odgrywają Niemcy i Polska.

Wspólnie z innymi państwami członkowskimi UE na rosyjską inwazję zareagowaliśmy pakietem sankcji na niespotykaną wcześniej w historii skalę, w międzyczasie uszczelniając je i poszerzając. Wachlarz dotychczas przyjętych działań odwetowych, m.in. wykluczenie rosyjskich banków z systemu płatniczego SWIFT, a także zamrożenie rachunków bankowych należących do oligarchów, stanowią ogromny cios dla Rosji, jej gospodarki i wiernej Kremlowi elity. Istnieją jednak wciąż obszary, w których możemy bardziej docisnąć śrubę. Na przykład, nie udało nam się skutecznie nałożyć sankcji na rosyjską spółkę atomową Rosatom. Jest bezwzględnie konieczne, aby Rosatom takie sankcje dotknęły, zwłaszcza teraz, w obliczu bezprawnego przejęcia ukraińskiej elektrowni atomowej w Zaporożu.

Oprócz ogromnego wsparcia dla Ukrainy i kompleksowych działań odwetowych wymierzonych w Rosję utrzymujemy także silną presję dyplomatyczną na Putina. Listopadowy szczyt G20 na Bali przyniósł w tej kwestii ważne osiągnięcie. Przytłaczająca większość państw w oświadczeniu końcowym zdecydowanie potępiła rosyjską agresję. Zachodni przywódcy powinni też kontynuować bezpośrednie rozmowy z Putinem. W rozmowie telefonicznej z rosyjskim prezydentem w grudniu 2022 roku Olaf Scholz podkreślił, że niemiecki rząd jest zdeterminowany, aby wspierać Ukrainę i utrzymywać jej zdolność obrony przed rosyjską napaścią. Putin pomylił się, jeśli miał nadzieję, że wsparcie Zachodu dla Ukrainy wkrótce osłabnie. Każdego dnia rosną koszty wojny dla Rosji, cofając ten kraj w rozwoju gospodarczym i społecznym o lata, a może nawet dekady.

Naciski na Rosję poprzez sankcje i dyplomację, a także wsparcie dla Ukrainy – te trzy wierzchołki wyznaczają ramy naszej polityki w ostatnich miesiącach. Powinniśmy dziś kontynuować jej realizację w ścisłej koordynacji z naszymi partnerami i sojusznikami w UE, NATO i na całym świecie. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że agresywna Rosja pod rządami Putina będzie zagrożeniem dla bezpieczeństwa europejskiego w nieznanej nam przyszłości. Sprawy przybierają coraz bardziej bezwzględny i mrożący krew w żyłach obrót. Musimy się na to przygotować.

Silniejsze odstraszanie w ramach NATO

W odniesieniu do NATO należy zauważyć, że kanclerz Niemiec wielokrotnie podkreślał nadrzędną rolę naszego zobowiązania do zbiorowej obrony. Uczynił to m.in. w gościnnym artykule dla magazynu „Foreign Affairs” w grudniu 2022 roku: „Nasze przesłanie dla Moskwy jest jasne – jesteśmy zdecydowani bronić każdego skrawka terytorium NATO przed dowolną możliwą agresją. Dotrzymamy uroczystego przyrzeczenia NATO, które mówi, że zbrojna napaść na choćby jednego członka sojuszu będzie uznana za napaść na cały sojusz”.

Zdecydowana reakcja rządu Stanów Zjednoczonych na rosyjską inwazję miała kluczowe znaczenie dla NATO w odzyskaniu przez sojusz dawnej siły. Wszyscy jesteśmy wdzięczni, że w Białym Domu możemy liczyć na Joego Bidena, zagorzałego demokratę i zwolennika relacji transatlantyckich. Jest dla nas jasne, że NATO jest i pozostanie gwarantem naszego bezpieczeństwa. Europejską politykę wobec Rosji należy oprzeć na fundamentach sojuszu transatlantyckiego.

Zeitenwende pokazała, że musimy wzmocnić europejski filar NATO, do czego już wkrótce przyczynią się Szwecja i Finlandia jako nowe państwa członkowskie. Niezbędna do tego jest również nowoczesna i właściwie wyposażona Bundeswehra, dlatego też decyzja o powołaniu specjalnego funduszu obronnego w wysokości 100 miliardów euro stanowi krok we właściwym kierunku. To pozwoli nam uzupełnić luki w zdolnościach obronnych oraz sprawi, że Bundeswehra będzie mogła wywiązać się z jej kluczowych zadań: obrony kraju i obrony sojuszu. Wzmocniliśmy również Grupę Bojową NATO na Litwie, umacniając tym samym wschodnią flankę NATO. Jesteśmy w pełni zaangażowani w politykę NATO obejmującą udostępnianie broni jądrowej, w tym celu nabędziemy samoloty bojowe F-35. Forsujemy również inicjatywę europejskiej tarczy antyrakietowej, w ramach której piętnaście państw członkowskich NATO postanowiło zjednoczyć wysiłki na rzecz wzmocnienia wspólnej obrony powietrznej.

Od kiedy prezydent Obama ogłosił „zwrot ku Azji”, możemy zauważyć, że Stany Zjednoczone coraz bardziej orientują się na obszar Indii i Pacyfiku. Dlatego też zgodnie z transatlantyckim podziałem pracy Niemcy i Unia Europejska powinny przejąć odpowiedzialność za najbliższe sąsiedztwo Europy: Afrykę, Bliski Wschód i obszar poradziecki.

Wzmacniajmy suwerenność europejską

Pomimo różnic dzielących państwa członkowskie UE powinniśmy zawsze pamiętać o nadrzędnej roli Unii Europejskiej jako projektu stworzonego z myślą o pokoju, dobrobycie i demokracji dla nas wszystkich. Jako państwo członkowskie UE Niemcy należą do rodziny europejskiej, wspólnoty wartości, solidarności i wspólnego losu. Unia Europejska to coś znacznie większego niż wspólny bankomat. Dlatego też umacnianie demokracji i praworządności w krajach UE jest niezbędne dla dalszego powodzenia integracji europejskiej. Procedury, takie jak europejski mechanizm praworządności, należy w przyszłości stosować z jeszcze większą konsekwencją.

W czasach wielkich wstrząsów geopolitycznych, naszych interesów i wartości na arenie globalnej będziemy mogli bronić tylko wtedy, gdy postawimy na wspólne działanie w ramach Unii Europejskiej. Umacnianie suwerenności europejskiej, czyli poszerzanie zdolności UE do działań wewnętrznych i zewnętrznych, jest warunkiem niezbędnym dla wspólnej europejskiej polityki zagranicznej po Zeitenwende.

Kompleksowe sankcje wymierzone w Rosję, zniesienie barier biurokratycznych i otwarcie granic na miliony uchodźców oraz ogromne wsparcie dla Sił Zbrojnych Ukrainy udzielane za pomocą instrumentu na rzecz pokoju w Europie pokazują, że w sytuacjach kryzysowych Unia Europejska potrafi działać szybko i zdecydowanie. Jeśli chcemy rozwijać UE jako istotnego gracza na arenie geopolitycznej, należy teraz zadbać o jedność i determinację, którą zademonstrowaliśmy w obliczu rosyjskiej napaści. Aby Unia miała większą zdolność do działania, należy znieść zasadę jednomyślności w polityce zagranicznej. Oprócz zmian instytucjonalnych powinno również pojawić się więcej gestów solidarności pomiędzy państwami członkowskimi UE, czego przykładem może być propozycja niemieckiej minister obrony. Zaoferowała ona naszym przyjaciołom w Warszawie system obrony antyrakietowej Patriot po tym, gdy jeden z pocisków uderzył w polskie terytorium.

Unia Europejska będzie w stanie odpowiedzieć na nowe wyzwania na polu obronności, jeśli zadbamy o bliższą koordynację na poziomie europejskim, co wspierać może osobna Europejska Rada Ministrów Obrony. Pomysł ten podsunął Olaf Scholz w wystąpieniu na temat Europy wygłoszonym w Pradze w sierpniu 2022 roku. W Niemczech powinniśmy wykorzystać zbliżające się inwestycje w sprzęt wojskowy, aby umocnić europejską współpracę zbrojeniową. Przekładając to na konkrety, będziemy mogli kontynuować pracę nad projektami powietrznego systemu bojowego Future Combat Air System (FCAS) i nowej broni pancernej Main Ground Combat System (MGCS) oraz stworzyć europejskie zdolności, wspólnie rozwijając nowe rodzaje uzbrojenia, np. eurodrony.

Dialog z partnerami spoza UE i NATO

Solidaryzujemy się z krajami europejskimi dotkniętymi wywołaną przez Rosjan wojną. Na przykład, wykorzystujemy platformę wsparcia uruchomioną przez niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, aby pomagać Mołdawii, która przyjęła wielu uchodźców z Ukrainy i która zmaga się z wysokimi cenami energii. Nie tylko pomagamy tu i teraz, udzielając wsparcia w obliczu niezwykle dotkliwego kryzysu, ale również myślimy nad perspektywą długoterminową dla państw Europy Wschodniej. Rząd federalny dokłada wszelkich starań, aby doszło do rozszerzenia Unii Europejskiej o kraje Bałkanów Zachodnich, Ukrainy, Mołdawii, a w dalszej kolejności Gruzji. Europejska Wspólnota Polityczna, zainicjowana przez prezydenta Francji, służy jako pożądana platforma uzupełniająca na rzecz koordynacji partnerów europejskich w UE i poza UE z myślą o palących kwestiach, takich jak rosyjska wojna napastnicza i jej konsekwencje.

Ponadto będzie się utrzymywać potrzeba bliskiej współpracy między poszczególnymi państwami odgrywającymi wiodącą rolę w wybranych obszarach. Oprócz tandemu Niemiec i Francji niezbędna będzie współpraca w ramach Trójkąta Weimarskiego (Francji, Niemiec i Polski). Należy ją wykorzystać w większym zakresie niż dotychczas.

Będziemy w coraz większym stopniu opierać się na partnerstwach z państwami Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Nie powinniśmy więc tylko blisko współpracować z naszymi ważnymi partnerami wyznającymi te same wartości, m.in. Australią, Japonią, Nową Zelandią i Koreą Południową, ale również zadbać o większe zaangażowanie państw globalnego Południa. Niemiecka prezydencja wysłała istotny sygnał, zapraszając Indie, Senegal, Indonezję, Południową Afrykę i Argentynę do gościnnego udziału w szczycie G7 w Niemczech.

Ku europejskiej polityce dalekowschodniej

Rosja jest poważnym zagrożeniem militarnym, nie możemy jednak zapominać, że to Chiny są największym wyzwaniem w polityce zagranicznej. Dla porównania można powiedzieć, że Rosja wywołała regionalne trzęsienie ziemi, siejąc straszliwą pożogę i cierpienia w Ukrainie, burząc europejski ład pokojowy i wywołując globalne wstrząsy, takie jak wzrost cen energii i żywności. Kontynuując tę metaforę, Chiny mają ambicje i coraz więcej środków, aby wprawić w ruch płyty tektoniczne naszego świata, a tym samym zacząć kształtować porządek globalny na własnych zasadach. W przeciwieństwie do Rosji, a jak dotąd z większym powodzeniem niż Związek Radziecki, Chiny tak naprawdę oferują alternatywny ład polityczny, gospodarczy i społeczny jako wyzwanie dla wzorców demokratycznych w zakresie gospodarki, technologii i sprawowania rządów.

Potrzebujemy zatem nie tylko wspólnej polityki europejskiej wobec Rosji, ale również wspólnej polityki dalekowschodniej. Musimy wyciągnąć wnioski z naszych doświadczeń z Rosją, aby właściwie przemyśleć naszą politykę wobec Chin. Przez lata nasze spojrzenie na Daleki Wschód pozostawało pod dużym wpływem interesów gospodarczych i nadziei na to, że za otwarciem gospodarczym Chin pójdzie otwarcie społeczno-polityczne. Pogląd ten, przynajmniej na razie, nie zdał egzaminu. Dziś widzimy, jak w Chinach nasilają się represje wewnętrzne i rośnie agresja wobec sąsiadów.

W perspektywy UE na Chiny spoglądać należy jak na partnera, konkurenta i systemowego rywala, nawet jeśli dziś na pierwszy plan wysuwają się dwa ostatnie wymiary. Będziemy potrzebować współpracy z Chinami, aby sprostać największym wyzwaniom naszych czasów – ochronie klimatu i kontroli zbrojeń. Nie jest naszym celem, aby odciąć się od Chin. W zamian potrzebujemy inteligentnej dywersyfikacji partnerstw gospodarczych w rejonie Indii i Pacyfiku, w czym niezwykle pomogą nam kolejne umowy handlowe pomiędzy UE a krajami azjatyckimi.

Czas na dyplomację i spojrzenie w przyszłość

Otwarte kanały komunikacji należy zachowywać również w kontaktach z rządami autorytarnymi. Ta uwaga odnosi się zwłaszcza do stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. W indywidualnych kwestiach inicjatywy dyplomatyczne wobec Rosji mogą przynieść powodzenie, czego przykładem jest porozumienie zbożowe wynegocjowane przy wsparciu ONZ oraz Turcji. Wojny zazwyczaj nie rozstrzygają się wyłącznie na polu bitwy. Negocjacje należy prowadzić zgodnie z następującą zasadą: „nic bez Ukraińców, nic nad głowami Ukraińców”. W deklaracji z 11 października 2022 roku, przyjętej po konsultacjach z Ukrainą, państwa G7 przedstawiły warunki konieczne dla przyszłego porozumienia pokojowego. Najistotniejsze z nich to: ochrona suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w myśl Karty Narodów Zjednoczonych, zapewnienie przyszłych zdolności obronnych Ukrainy, odbudowa Ukrainy, możliwość wykorzystania funduszy pochodzących z Rosji na ten cel oraz rozliczenie rosyjskich zbrodni wojennych.

Dopóki Rosja prowadzi imperialistyczną politykę zagraniczną, dopóty niemożliwy jest paneuropejski ład pokojowy, którego częścią byłaby sama Rosja. Naszym celem długoterminowym powinien mimo wszystko być powrót Rosji do ładu określanego przez zasady OBWE. Rosja nie zniknie przecież z mapy i na zawsze pozostanie w naszym sąsiedztwie geograficznym. Nie możemy zatem popełnić błędu, raz na zawsze spisując Rosję na straty. W zamian powinniśmy wspierać siły, które w najtrudniejszych warunkach upominać się tam będą o wolność i demokrację. Upłynie wiele czasu, zanim znów nadejdzie odwilż. Nikt nie jest dziś w stanie przewidzieć, kiedy to się stanie, tak jak nikt na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie spodziewał się, że zaledwie kilka lat później przestanie istnieć Związek Radziecki, a w krajach bloku wschodniego zwyciężą wolność i demokracja.

Nils Schmid jest rzecznikiem frakcji SPD w Bundestagu do spraw polityki zagranicznej.

Powyższy tekst jest rozdziałem z książki Wstrząs w polityce wschodniej. Spojrzenie na Wschód z Warszawy i Berlina, wydanej przez warszawskie biuro socjaldemokratycznej Fundacji im. Friedricha Eberta (red.: J. Andrychowicz-Skrzeba, M. Brändle, kwiecień 2023). Publikacja była ważnym głosem w dyskusji wewnątrz SPD na temat szczegółów dokonującego się w tej partii zwrotu w polityce wobec Europy Wschodniej.

 

Artykuł ukazał się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Jeszcze nigdy tykot Zegara Zagłady nie budził takiej trwogi. Wskazówki symbolicznego Doomsday Clockna Uniwersytecie Chicagowskim, pokazujące czas do północy oznaczającej zagładę ludzkości, zbliżyły się na 90 sekund od tego punktu na cyferblacie. Nawet w najbardziej niebezpiecznych dla cywilizacji ludzi momentach, czyli testowania przez ZSRR i USA bomby wodorowej czy kryzysu karaibskiego, od Armagedonu dzielił nas większy dystans.

Zdesperowani fiaskiem błyskawicznej wojny w Ukrainie i przerażeni brakiem wyjścia z sytuacji, w jakiej się znaleźli, przywódcy Rosji grożą użyciem broni jądrowej. Przywódca innego mocarstwa atomowego, Xi Jinping, wzywa swoich generałów, dowodzących najliczniejszą armią świata, aby nie bali się walczyć. A przecież wojna rosyjsko-ukraińska – chociaż od ponad roku wstrząsa Europą, będąca głównym źródłem lęków i najpierwszym przedmiotem zabiegów polityków – nie usuwa na bok innych zagrożeń. Jeśli szczęśliwie po raz kolejny unikniemy Wielkiej Katastrofy, to – niezależnie od wyników wojny Rosji przeciwko Ukrainie – staniemy wobec tych samych problemów, które wojna przysłoniła: globalnego ocieplenia i zanieczyszczenia powietrza, głodu i braku wody, pogłębiających się nierówności socjalnych i między narodami, nędzy milionów mieszkańców Ziemi, niekończących się konfliktów politycznych i religijnych. Nawet jeśli ocalimy nasz świat, będzie to świat inny niż znaliśmy.

Kontury nowego świata

Jedynie dlatego, że żyjemy w epoce przemian tak szybkich i głębokich, jakich nie znała dotychczas historia naszego gatunku, nie zawsze jesteśmy w stanie dostrzec i należycie ocenić ich skali. Za życia jednego pokolenia powstała nowa rzeczywistość – wirtualna, która zrasta się z naszą codziennością tak integralnie i tak przemożny ma wpływ na nasz byt, że pora zapewne mówić o nowej erze. Zniszczyliśmy planetę, na której żyjemy w stopniu, który najprawdopodobniej oznacza nieodwracalność zmian środowiska naturalnego homo sapiens. Nie stworzyliśmy na razie innych form organizacji społeczeństw niż państwa narodowe, przestarzałe, zbyt nieudolne i słabe, aby stawić czoła rzeczywistym wyzwaniom współczesności. W takich właśnie warunkach – coraz uboższych zasobów, koncentracji bogactwa i postępu w jednych miejscach, nędzy i niedorozwoju w innych, informacyjnej i kulturowej globalizacji, roszczących sobie prawa do omnipotencji państw, konfliktów i wojen – wyłaniają się kontury nowego świata. Jeszcze przysłania je kurz wojny. Lecz jego kształtów możemy się domyślić, gdyż wszyscy byliśmy świadkami, jak powstawały zręby nowego porządku. Tylko w pośpiechu nie zwróciliśmy na nie uwagi.

Trzy dziesięciolecia temu, czyli w okresie w historii krótszym niż mrugnięcie okiem, rozpadało się kolejne imperium, Związek Radziecki. Spektakularnie – z podpisywaniem dokumentów, operetkowym zamachem stanu i opuszczaniem czerwonego sztandaru nad Kremlem. Niespodziewanie. Nawet dla udającej wszechwiedzącą CIA, jak przyznał jeden z jej dyrektorów, było to zaskoczeniem większym niż dla dinozaurów uderzenie meteorytu. Niektórzy na świecie nawet nie zauważyli upadku ZSRR, płynnie zastępując słowo Soviet starym Russia, zwłaszcza, że i wcześniej nazywali Sowietów Rosjanami. Imperia nie rozpadają się jednak bez wstrząsów. Ich pogrążanie się, niczym tonącego krążownika, wywołuje zaburzenia i wiry, które zasysają wszystko wokół. Agresja Rosji przeciwko Ukrainie, podobnie jak wcześniejsze mniejsze wojny na Południowym Kaukazie, w Azji Centralnej, w Mołdawii, jest odgłosem tego rozpadu. Spóźnioną i błędną reakcją załogi dowódcy tonącego krążownika na awarię źle skonstruowanego statku. Kapitanowi przeciekającego już wraku ciągle się wydawało, że dowodzi sprawnym, nowoczesnym okrętem wojennym. Głęboki kryzys strukturalny, w który wpadł ZSRR w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przerodził się w kryzys systemowy, a następnie doprowadził do rozpadu.

Rosja powtarza drogę Związku Radzieckiego. Niezależnie od rezultatów długiej i wyniszczającej wojny rosyjsko-ukraińskiej, historyczna katastrofa Rosji jest nieuchronna. Podobnie jak nieunikniona jest degradacja międzynarodowej roli państwa rosyjskiego. Czyż może być bardziej przekonujący i obrazowy dowód upadku, niż gasnące mocarstwo, które, aby prowadzić wojnę, zmuszone jest kupować rakiety i drony od Iranu, jeszcze niedawno nieco pogardliwie zaliczanego przez nie do krajów Trzeciego Świata?

Stany Zjednoczone same siebie ogłosiły zwycięzcą w zimnej wojnie przeciwko Sowietom i wpadły w euforię hegemona, przekonanego o własnej wszechmocy i niczym nieograniczanego (w tym również – prawem międzynarodowym). Według opinii jednych ekspertów, trzydzieści lat pax americana było najspokojniejszym i najbezpieczniejszym okresem w historii najnowszej. W ocenie innych, ponad trzydzieści wojen i konfliktów, które wydarzyły się w tym trzydziestoleciu, a z których część rozpętały USA, dowodzą, że Stany Zjednoczone nie sprostały ani roli światowego żandarma, ani światowego przywódcy. Hegemonię USA podważają nie tyle inni aktorzy usiłujący rozepchnąć się na scenie międzynarodowej, ile długa i rosnąca lista wyzwań, na które Stany Zjednoczone ani nie są w stanie odpowiedzieć samodzielnie (żadne państwo, nawet USA, nie ma wystarczającego ku temu potencjału), ani nie potrafią skonstruować koalicji chętnych, silnych i odpowiedzialnych.

Zasadne wydaje się więc pytanie, czy system stosunków międzynarodowych charakteryzujący się dominacją jednego państwa w ogóle może być funkcjonalny, bezpieczny i w miarę sprawiedliwy. Zwłaszcza, jeśli hegemon ma poważne problemy wewnętrzne (w tym takie, które związane są z funkcjonowaniem systemu politycznego). Problemy obniżające efektywność jego soft power, bez której obecnie nie jest możliwe sprawowanie przywództwa światowego. Czy znany nam z czasów zimnowojennej konfrontacji system dwubiegunowy nie jest bardziej bezpieczny i stabilny, nawet jeśli jego podstawą była „równowaga strachu”?

Coraz jawniej do roli drugiego bieguna systemu światowego pretenduje ChRL z jej największą gospodarką świata i najliczniejszą armią o dużym potencjale rozwoju technicznego. Zwrot amerykańskiej polityki w stronę Azji (pivot to Asia) ogłosił jeszcze
Barack Obama. Koncepcyjne prace naukowe, przewidujące ten zwrot, datują się latami 80. ubiegłego wieku. Nie powinna więc nas była zaskoczyć nowa rola Chin. A jednak, gdy po roku wojny rosyjsko-ukraińskiej coraz oczywistsze się staje, że tylko Pekin jest w stanie wywrzeć skuteczny wpływ na Moskwę, aby zakończyła agresję, z pewnym trudem przyjmujemy do wiadomości zmieniony układ sił. I zaskakuje nas widok przywódców z całego świata pielgrzymujących do Państwa Środka, podobnie jak czymś niezwyczajnym jest widok cesarza Xi z grzeczną pobłażliwością przyjmującego w Moskwie umizgi Putina.

Putin może jeszcze karmić siebie iluzjami, że Rosja będzie języczkiem u wagi w konfrontacji USA z Chinami. Bogaty ceremoniał, w jaki oprawiono przyjazd Xi Jinpinga do Moskwy w marcu br., nie mógł ukryć mizernych dla Rosji rezultatów wizyty chińskiego przywódcy. Xi Jinping nie zgodził się na udzielenie Rosji pomocy wojskowo-technicznej w wojnie przeciwko Ukrainie, zignorował rosyjską propozycję sojuszu antyzachodniego (chociaż niechęć do USA jest jednym z elementów spajających współpracę Moskwy i Pekinu), nie sfinalizował umowy na budowę wielkiego gazociągu z Rosji do Chin. Zaś czternaście podpisanych tam dokumentów miało znaczenie (w stylu wschodnim) bardziej dekoracyjne niż realne, gdyż wszystkie przyjęły charakter deklaracji i listów intencyjnych, a nieprawnie zobowiązujących umów międzypaństwowych. Wizyta Xi Jinpinga w Moskwie potwierdziła nową oczywistość: ChRL staje się drugim biegunem systemu międzynarodowego, w poszukiwaniu stabilności wydającego się powracać do stanu bipolarnego.

Prawdopodobny powrót do systemu dwubiegunowego nie oznacza ani odtworzenia wyraziście dwublokowej równowagi sił, ani nowej zimnej wojny, tym razem między ChRL a USA. Świat, nawet rozpadający się na wielkie regiony gospodarcze, pozostanie globalną wioską – informacyjnie i kulturowo. Mimo rywalizacji, relacje między USA a Chinami mają zupełnie inny charakter niż te z przeszłości między USA i ZSRR. Stany Zjednoczone i Chiny mają zbyt wiele do stracenia, aby zaryzykować konfrontację: są współzależne gospodarczo i finansowo i, przy całej sprzeczności interesów, oba państwa opowiadają się generalnie za utrzymaniem rynku globalnego. Nie dzieli je także nieprzejednana wrogość ideologiczna.

Wreszcie ani USA, ani Chiny nie będą w stanie w pełni zwasalizować dużych państw i ich organizacji, takich jak przykładowo: Indie, Brazylia, Indonezja czy Unia Europejska. Państwa te, związane z którąś ze stron ściślejszym bądź luźniejszym sojuszem, w którym będą miały status młodszego partnera, postarają się osłabić tę zależność, uniemożliwiając utworzenie dwóch bloków wojskowo-politycznych. Właściwszym więc byłoby nazwanie wyłaniającego się nowego ładu międzynarodowego „systemem dwa i pół”.

Zarówno ChRL, jak i Rosja wraz z pozostałymi krajami BRIC kontestują hegemonię USA, postulując i zapowiadając nadejście świata „wielobiegunowego”. Pod pojęciem tej multipolarności kryje się koncepcja koncertu mocarstw – współdziałania największych potęg w zarządzaniu systemem światowym. Nie ma żadnych podstaw, aby przypuszczać, że system taki, który dowiódł swojej nieefektywności w ramach istniejących instytucji (ONZ), miałby funkcjonować lepiej poza ramami ONZ. Chyba, że – jak chce Rosja – koncert mocarstw miałby polegać na podziale świata i wzajemnym uznaniu terytoriów kanonicznych. Trudno jednakże założyć, aby np. Chiny, których gospodarka opiera się na imporcie energii z zagranicy, uznała szczególne prawa Rosji w bogatej w węglowodory Azji Środkowej. Warto pamiętać, że gospodarka Chin jest sześciokrotnie (!) większa od rosyjskiej, a ChRL ma liczniejszą armię i przeznacza większe nakłady na siły zbrojne.

Militaryzacja stosunków międzynarodowych jest oczywistym następstwem destabilizacji systemu światowego, której kulminacją (miejmy nadzieję – bez eskalacji w wojnę globalną) jest rosyjsko-ukraiński konflikt zbrojny. Wojna w centrum Europy zmusza do zbrojeń nawet Unię Europejską, która opiera się na soft power, prawie i bogactwie, a nie na armii. Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem SIPRI, kraje UE wydały w ub. r. na zbrojenia 345 mld euro. Rekordowa kwota, jaką UE wydała na zbrojenia, jest i tak o 500 miliardów (!) euro niższa niż wydatki USA na obronę. Jakkolwiek Europa jest i pozostanie młodszym, słabszym partnerem (czy, jak chcą inni, wasalem) Stanów Zjednoczonych, to Stary Kontynent zbroi się. Przywódcy EU zdają sobie bowiem sprawę z tego, że Amerykanie nie zawsze będą trzymali nad Europą swój parasol wojskowy.

Jeśli, czy może lepiej kiedy Rosja przegra wojnę w Ukrainie i dozna długotrwałego, liczonego raczej w dziesięcioleciach niż latach, osłabienia czy (w wariancie nieprawdopodobnie optymistycznym) przekształci się w państwo demokratyczne i europejskie, Stany Zjednoczone najprawdopodobniej wycofają się z Europy – co było zamiarem zarówno demokraty Obamy, jak i republikanina Trumpa – aby skoncentrować siły w regionie Pacyfiku. Na tę chwilę, podobnie jak na wypadek nieprzewidzianych wydarzeń wewnętrznych w USA (które wyniosłyby do władzy izolacjonistę i anty-NATOwca pokroju Trumpa), Unia Europejska powinna być przygotowana, dysponując własnymi siłami zbrojnymi i swoją doktryną obronną. Kiedy więc prezydent Francji podczas kwietniowej wizyty w Pekinie mówił o „autonomii strategicznej” UE, antycypował wyzwania, wobec których Europa stanie wcześniej czy później.

Nie mają racji ci, którzy widzą w polityce Emmanuela Macrona kontynuację antyamerykańskiej gaullistowskiej polityki V Republiki. Charles de Gaulle urodził się w XIX w., przewodził Francji w zupełnie innych okolicznościach, dlatego był zwolennikiem silnych instytucji państwa narodowego, a Wspólnotę widział jako „Europę ojczyzn”. Macron jako polityk XXI w., postawiony wobec wojny w centrum Europy, jest entuzjastą federalizmu europejskiego. Jedność i wewnętrzna spójność Unii Europejskiej nie jest sprawą sprawności funkcjonowania organizacji międzynarodowej (do której należy też Polska), lecz żywotną kwestią bezpieczeństwa i rozwoju całej Unii oraz jej państw członkowskich.

Naiwną i karygodnie krótkowzroczną byłaby polityka, która przejściowe, tymczasowe momenty przyjmowałaby za fundamenty przyszłych konstrukcji. Prezydent Macron i przewodnicząca KE Ursula von der Leyen jeździli do Pekinu nie tylko po to, aby przekonać Xi Jinpinga do wywarcia wpływu na Rosję (chociaż akurat tych dwoje polityków najbardziej jest predystynowanych do takiej misji). Chiny prowadzą z Moskwą własną grę i chcą ostrożnie wykorzystać osłabienie Rosji do historycznego rewanżu. Macron i von der Leyen rozmawiali o konturach przyszłego porządku światowego, w którym Chiny i Unia Europejska będą musiały ułożyć własne, zgodne z ich interesami relacje. Tak, jak Wielka Trójka urządzała w Teheranie świat po wojnie, chociaż – co wiemy dzisiaj – do upadku III Rzeszy pozostawało jeszcze półtora roku.

Na Doomsday Clockdo godziny 0:00 pozostało półtorej minuty. Miejmy nadzieję, że północ oznaczać będzie tylko symboliczny koniec dotychczasowego świata i narodziny Nowego Ładu.

 

Artykuł ukazał się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Rozdział pióra byłego prezydenta RP z książki The Disruption of Eastern Policy. Looking East from Warsaw and Berlin1 (tytuł polski: Wstrząs w polityce wschodniej. Spojrzenie na Wschód z Warszawy i Berlina), wydanej przez warszawskie biuro Fundacji im. Friedricha Eberta. Nie była to zwykła monografia autorstwa polskich i niemieckich ekspertów od spraw międzynarodowych, lecz ważny element dokonującego się w SPD zwrotu, „przełomu czasów”, „przewrotu kopernikańskiego”, ogłoszonego w Bundestagu przez kanclerza Olafa Scholza. Analizy polskich doświadczeń, opinie polskich polityków i doradców miały zostać uwzględnione w nowym myśleniu liderów niemieckiej – rządzącej! – centrolewicy. Dość powiedzieć, że na prezentację książki do Warszawy przybył współprzewodniczący SPD Lars Klingbeil, a w towarzyszących temu wydarzeniu dyskusjach (poufnych oraz otwartej) brali udział także byli premierzy Szwecji i przewodniczący Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Magdalena Andersson i Stefan Löfven (obecny szef Partii Europejskich Socjalistów), a także przedstawiciele lewicowych partii z Europy Środkowej.

 

Tłumaczenie z języka angielskiego

Dwudziesty czwarty lutego 2022 roku z całą pewnością oznacza punkt zwrotny we współczesnej historii stosunków europejskich, a nawet światowych.

Przed rosyjską napaścią na Ukrainę Europejczycy żyli nadzieją, że ich wielki sąsiad na wschodzie może być partnerem zaufanym i niezawodnym. Nikt rzecz jasna nie zapomniał o tym, że Moskwa dokonała aneksji Krymu, wywołała wojnę w Donbasie, ingerowała w wybory i referenda w innych krajach, a syryjskie miasta zamieniła w zgliszcza. Przez osiem lat dialog polityczny znajdował się w stanie zamrożenia. Jednocześnie Europejczycy handlowali z rosyjskimi firmami państwowymi, robili interesy z oligarchami i poszukiwali możliwości współpracy z Kremlem, aby rozwiązać problemy w innych częściach świata. Nie było akceptacji dla zmian politycznej mapy siłą, ale można było wyczuć trochę naiwną wiarę, że w bliżej nieokreślonym czasie korekty dokonane na niej przez Rosję przestaną być przeszkodą dla bieżących przedsięwzięć.

Istniało też przekonanie, że wszyscy należymy do jednej kultury. Na Rosję spoglądano jako na kraj Dostojewskiego, Tołstoja, Czajkowskiego, Kandinsky’ego, Strawińskiego, Prokofiewa, Szostakowicza, Siergieja Korolowa i wielu innych, którzy wnieśli ogromny wkład w dziedzictwo ludzkości. Musiały dopiero pojawić się przerażające obrazy z Buczy, Irpinia i Mariupola, aby opinia publiczna na Zachodzie – zszokowana nieludzką brutalnością i skalą pogwałceń międzynarodowego prawa konfliktów zbrojnych – uznała, że w zachowaniu rosyjskich żołnierzy dostrzec można ślad zupełnie innego dziedzictwa, przywodzącego na myśl монголо-татарское иго (jarzmo mongolsko-tatarskie, okres dwustu lat w XIII i XIV wieku, gdy księstwa ruskie istniały jako państwa zależne, lennicy Złotej Ordy). Zbrodni wojennych dokonywano w ramach nikczemnej taktyki, najpewniej na rozkaz dowódców i przełożonych, jednak zgoda na uczestnictwo w tym teatrze okrucieństwa wymagała odrzucenia podstawowych zasad moralnych.

Wielu liderów świata zachodniego pamiętało próby zaprowadzenia demokracji w Rosji. Po zakończeniu zimnej wojny Zachód wyciągnął dłoń do Kremla w szczerym geście partnerstwa. Wiele udało się osiągnąć w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, w okresie wielkiego paneuropejskiego optymizmu. Tłumy demonstrantów doprowadziły do upadku muru berlińskiego. Środkowi Europejczycy wynegocjowali wycofanie się wojsk radzieckich z ich terytoriów oraz prawo do dokonywania własnych wyborów politycznych i w dziedzinie bezpieczeństwa. NATO i UE otworzyły się na nowe państwa członkowskie. Byłe republiki radzieckie odzyskały (lub wybiły się na) niepodległość. Rozpadł się dwubiegunowy świat.

Czy Zachód przeoczył zmianę w polityce Moskwy? Z dzisiejszej perspektywy rzeczywiście można odnieść wrażenie, że niektórzy potrzebowali zbyt wiele czasu, aby dostrzec, że Władimir Putin to nie Borys Jelcyn. Jako wspólnota nie potrafiliśmy przyznać, że nowy prezydent i nowe elity skłaniają się ku imperializmowi i – bardziej ogólnie – nie potrafiliśmy zrozumieć rosyjskich tęsknot za utraconą świetnością (które najwyraźniej wyparły pragnienie bogactwa, społeczeństwa otwartego i sprawnego państwa). Ignorowano coraz więcej dowodów – dwie wojny w Czeczenii, wojnę w Gruzji, liczne zamrożone konflikty na obszarach poradzieckich. Agresywne deklaracje traktowano jako przesadne (np. podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w 2007 roku). Niepokój, wyrażany przez sąsiadów Rosji, nie budził większego zainteresowania. Ostrzeżenia o nieuchronnych nadużyciach projektów Nord Stream, które miały upolitycznić rynek gazu i wzmocnić zdolność Rosji do wywierania nacisku na Europę Środkową i Zachodnią, są dobitnym przykładem tej błędnej oceny sytuacji.

Zachód od dawna zdawał sobie sprawę, że o sile gospodarczej Rosji stanowi w przeważającej mierze wydobycie i eksport surowców, ropy naftowej i gazu ziemnego, a nawet węgla. Od tej strony Rosja nie wydawała się groźna. Stany Zjednoczone przeniosły środek ciężkości uprawianej przez siebie polityki na Pacyfik, dostrzegając w Chinach rosnącą potęgę zdolną zakwestionować zastany porządek. Europa korzystała z dywidendy pokoju nawet wtedy, gdy Moskwa zaczęła informować o swoich rzekomych sukcesach na polu nowoczesnych zbrojeń. Nie można odmówić sensu koncepcji, w ramach której tanią energię wykorzystuje się do wzmocnienia gospodarki, ale jeśli już podążamy tą drogą, nie wolno przekroczyć punktu, w którym uzależnienie od dostaw jest większe niż przychód utracony przez partnera handlowego w chwili, gdy postanowi od takiej polityki odejść. Koncepcja Wandel durch Handel (zmiana przez wymianę handlową) okazała się ostatecznie zupełnie fałszywa, a odtrąbiony przez jej autorów sukces był zaledwie podstępem jednej strony, a naiwnością drugiej.

Dotychczasowa dynamika stosunków uległa wyczerpaniu. Trudno będzie w najbliższych dziesięcioleciach wyobrazić sobie zupełnie inną Rosję – odpowiadającą zachodniej wizji stosunków politycznych i gospodarczych na starym kontynencie oraz na całym świecie. NATO i Unia Europejska będą musiały więc wypracować nowe strategie, aby w optymalny sposób chronić interesy bezpieczeństwa państw członkowskich.

Konsekwencje wojny

Rosyjska napaść na Ukrainę trwa i nikt nie wie, jakie będzie rozstrzygnięcie tego konfliktu. Możemy jednak wyciągnąć pewne wnioski w oparciu o wydarzenia z ostatnich dziewięciu miesięcy.

Po pierwsze, Moskwa nie zdołała osiągnąć celów potwierdzających jej pozycję w regionie i na świecie. Rosja nie tylko nie była w stanie podporządkować sobie Ukrainy, ale wyraźnie podkopała własne przywództwo w przestrzeni poradzieckiej. Zamiast stać się wiodącym graczem światowym, czego niewątpliwie pragnął Władimir Putin, Rosja została zdegradowana do drugo- lub nawet trzeciorzędnej roli. Wojna przyspieszyła proces podziału świata, w politycznym sensie, na dwie części, potwierdzając zarazem pozycję Chin jako centrum świata antyzachodniego.

Pojawiły się nawet dyskusje na temat potrzeby pozbawienia stałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, jeśli kraj członkowski dokonuje napaści na inne państwo. Nawet jeśli system sankcji okaże się niespójny i dziurawy, to wypracowanie go przez prezydenta Bidena w koordynacji z Unią Europejską i innymi państwami demokratycznymi na świecie okazało się udanym testem na to, jak społeczność międzynarodowa może skutecznie obejść taki jednostkowy problem. Warto odnotować, że Rosja nie mogła liczyć na żadne wsparcie w Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie tylko dla samej operacji wojskowej, ale i związanych z nią działań, np. celowego ostrzału ukraińskiej sieci energetycznej u progu sezonu zimowego, wcześniejszej blokady eksportu zbóż, nielegalnych „referendów” w czterech ukraińskich obwodach oraz ukrytych – takich jak rozkaz prezydencki stawiający rosyjskie siły odstraszania nuklearnego w stan podwyższonej gotowości – i jawnych gróźb użycia taktycznej broni nuklearnej.

Szereg instytucji, m.in. Parlament Europejski i Zgromadzenie Parlamentarne NATO, wprost naznaczyły Rosję jako „państwo sponsorujące terroryzm” lub „państwo terrorystyczne”. Trudno wyobrazić sobie bardziej widowiskową utratę prestiżu przez wpływowy niegdyś kraj.

Po drugie, konsekwencje gospodarcze dla Rosji są i będą opłakane. Utraciła kraje Unii Europejskiej jako głównych nabywców ropy i gazu. Europa zdołała zabezpieczyć własne interesy w kryzysowej sytuacji i nieuchronnie przejdzie transformację ku zielonej energii z jeszcze większą determinacją i ostatecznym powodzeniem. Wiarygodność Gazpromu i rosyjskich spółek naftowych jest równa zeru. Jako dostawcom nierzetelnym, handlującym uwikłaną politycznie energią, będzie im niezmiernie trudno wybielić swój wizerunek. Rosji nie będzie łatwo zastąpić to źródło przychodu, kluczowe dla jej budżetu, eksportem do nabywców w Azji i w innych regionach, którzy nie są gotowi do tego, by zapłacić porównywalną cenę.

Jeśli sankcje utrzymają się na dłużej, rosyjska gospodarka utraci technologie oraz kapitał i na wiele lat pozostanie w XX wieku. Zwrot ku Chinom, co będzie jedynym wyjściem z tej sytuacji, jeszcze bardziej uzależni Rosję od rosnącego w siłę supermocarstwa.

Nie wspominając o tym, że koszty prowadzenia przeciągającej się wojny są niezwykle wysokie.

Po trzecie, rosyjska armia okazała się niewłaściwie wyszkolona, wyposażona i dowodzona. W chwili wybuchu wojny przywódcy polityczni i opinia publiczna na Zachodzie spodziewali się demonstracji siły, która zagrozić mogła również ich krajom. W konsekwencji kraje te pokazały gotowość zasadniczego zwielokrotnienia wydatków na obronę. Dziewięć miesięcy później jest jasne, że rosyjskim siłom zbrojnym daleko do współczesnych standardów prowadzenia wojny. Władimir Putin wytrącił z rąk swoich i swoich następców atut, który – nawet jeśli był tylko pozorny – traktowano śmiertelnie poważnie.

Wojna nie tylko zszargała renomę rosyjskiej armii, ale również wyczerpała jej możliwości materialne. Szacuje się, że wskutek sankcji odbudowa jej potencjału zajmie dziesięciolecia, a może nawet dłużej. Zachodnie środki zainwestowane w Ukrainę do czasu rozejmu, na który Kijów będzie gotów się zgodzić, odpowiadają oszczędnościom średnioterminowym w wydatkach na obronność. Istotne znaczenie ma oczywiście pytanie, czy wydatki na ten cel będą się równać dwu lub trzem procentom PKB (nieodpowiedzialnością byłoby utrzymywać je poniżej tego progu), czy będą musiały przekroczyć pięć procent.

Rosji nigdy nie wolno jednak lekceważyć. W historii najnowszej zdołała dwukrotnie podnieść się po porażkach militarnych, po raz pierwszy podczas wojny rosyjsko-japońskiej w 1904–1905 roku, a następnie po wojnie zimowej z Finlandią w 1939 roku. Zachód nie może popadać w zbytnią pewność siebie i z wygodnych pozycji hołdować przekonaniu o rosyjskiej słabości. Tak dziś wygląda sytuacja i najprawdopodobniej tak będzie wyglądać, gdy ustaną walki, musimy jednak podjąć działania, aby podtrzymać tę korzystną dychotomię. Warto dodać, że choć armia rosyjska być może nie jest tak silna, jak się spodziewano, ale nie jest jednak tak słaba, jak może nam się teraz wydawać. Wysiłki państw takich jak Polska, aby wzmocnić swój potencjał wojskowy, są zatem więcej niż uprawnione.

Trudno dziś przewidzieć, jaki wpływ będzie mieć wojna na sytuację wewnętrzną w Rosji. Setki tysięcy młodych, wysoko wykwalifikowanych Rosjan uciekły z kraju przed mobilizacją, ale zanim to nastąpiło, nie dało się zauważyć w rosyjskim społeczeństwie zbiorowego sprzeciwu wobec interwencji wojskowej. Logicznym następstwem mogą być pewne przetasowania polityczne na Kremlu, czy to wyłącznie oficjalne, czy też w sensie realnego oddziaływania na władzę, ponieważ interesy wielu wpływowych postaci ze świata polityki i biznesu znalazły się w niebezpieczeństwie. Ponieważ jednak scenariusz taki jest niepewny, a może nawet nieprawdopodobny, nie należy go przyjmować za fundament przyszłej polityki wobec Rosji.

W przeciwieństwie do Rosji, Ukraina zyskała szacunek, zaufanie i uznanie dla własnych interesów i aspiracji. Nieustępliwość prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, odwaga ukraińskich żołnierzy oraz wytrwałość ludności cywilnej, znoszącej trudy (a bywa, że i niewyobrażalne okropności wojny) we wspólnym wysiłku na rzecz obrony niepodległości kraju i demokracji, otworzyły nowe drogi do zapewnienia Ukrainie stabilnej przyszłości w ramach społeczności Zachodu. Dostawy nowoczesnego uzbrojenia, wsparcie w postaci danych wywiadowczych i przeszkolenia dla żołnierzy, a także pomoc humanitarną oraz ciepłe przyjęcie uchodźców należy postrzegać nie tylko jako dobre uczynki, ale również fundament bliskich stosunków po wojnie. To zaangażowanie ma wyraźny wymiar europejski i euroatlantycki, mimo że istotne decyzje podejmowano również w ramach G7 i formatu Ramstein.

Nowa architektura europejska

Porządek, który najprawdopodobniej wyłoni się po zakończeniu wojny w Ukrainie, cechować będą rywalizacja i rezerwa, nie zaś empatia i chęć porozumienia.

Rosja pozostanie winna wielokrotnego pogwałcenia prawa międzynarodowego, zbrodni wojennych oraz napaści zbrojnej i imperializmu. W koncepcji strategicznej z 2022 roku NATO opisuje ten kraj jako „najważniejsze i najbardziej bezpośrednie zagrożenie” dla pokoju i stabilności w obszarze euroatlantyckim. Unia Europejska i jej państwa członkowskie są dokładnie tego samego zdania. Sytuacja ta może ulec zmianie, jeśli w Rosji z całą mocą dojdzie do głosu demokratyczna i wolna od uprzedzeń opinia publiczna. Należy zatem założyć, że stosunki między Zachodem a Rosją utrzymywać się będą na niskim poziomie. Dominować będą raczej nieufność oraz polityka wzmacniania odporności własnej i powstrzymywania ekspansji przeciwnika.

Sankcje przeciwko Rosji należy utrzymywać dopóty, dopóki ta nie zakończy interwencji wojskowej w Ukrainie, nie wycofa sił zbrojnych i nie pogodzi się z przywróceniem granic państwowych z 1991 roku (po rozpadzie ZSRR), a także dopóki w pełni ich nie uszanuje. Dotyczy to zwłaszcza granic zatwierdzonych przez memorandum budapeszteńskie w 1994 roku, tym samym oznacza to uznanie Krymu za terytorium Ukrainy. Pełna (a nawet stopniowa) normalizacja stosunków powinna również zależeć od zgody Rosji na wydanie osób oskarżonych o popełnienie zbrodni wojennych w Ukrainie, zgody na reparacje za zniszczenia i straty wśród ludności cywilnej, a także od decyzji o zaniechaniu prób bezpośredniej lub pośredniej ingerencji w procesy i procedury demokratyczne w innych państwach. Zachód mógłby również zażądać wspólnie wypracowanego zestawu działań na rzecz zaufania i bezpieczeństwa, które dałyby wgląd w potencjał militarny Rosji oraz jej intencje.

To byłaby znakomita okazja, aby na zawsze zapobiec zagrożeniu ze strony Rosji dla europejskiego pokoju i stabilizacji. Mogłoby to również położyć kres starym obawom Zachodu o bezpieczeństwo. W zaistniałych okolicznościach jest kluczowe, aby utrzymać szczegółowe restrykcje ograniczające dostęp rosyjskich spółek z branży zbrojeniowej, wydobywczej i innych sektorów wrażliwych do zachodniego kapitału i technologii, w tym technologii podwójnego zastosowania.

Mimo wszystko, państwa członkowskie UE i NATO będą musiały podnieść swoje zdolności obronne do poziomu wystarczającego do tego, by stworzyć przeciwwagę dla rosyjskiego potencjału militarnego – bez względu na to, jak jest obecnie i jak pozostanie przestarzały. Pokłosiem tej wojny będą wprawdzie zwiększone wydatki na obronność, jednak w następnych latach korzyści z nich z nawiązką wynagrodzą poniesione koszty.

Kraje zachodnie będą musiały przygotować się na to, aby pokryć wydatki na odbudowę Ukrainy tuż po zakończeniu działań zbrojnych. Szacuje się, że potrzeby Ukrainy przekroczyły 350 miliardów euro w czerwcu i 600 miliardów euro w listopadzie 2022 roku – a zniszczeń wojennych przybywa. Mimo że proces odbudowy z pewnością można osiągnąć dzięki wspólnym wysiłkom partnerów na całym świecie, przedsięwzięcie to będzie miało w oczywisty sposób wymiar europejski. Co więcej, w nieunikniony sposób pojawi się oczekiwanie, aby Niemcy, wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi, odegrały w tym procesie wiodącą rolę. Jedną w możliwości byłoby powołanie specjalnego funduszu unijnego wzorowanego na instrumencie #NextGenerationEU. Działania takie muszą również uwzględniać wiedzę ekspercką w zakresie kwestii, jak odbudować ukraińską gospodarkę, promując zarazem innowacje i dochowując najnowocześniejszych standardów.

Proces zbliżenia Ukrainy z Unią Europejską, zainicjowany w czasie, gdy walki osiągnęły kulminację, należy bezwzględnie kontynuować i najszybciej, jak tylko to możliwe, zwieńczyć przyjęciem Ukrainy do UE. Musi się to jednak odbyć bez uszczerbku dla spójności Wspólnoty i jej zdolności działania. W razie zamrożonego konfliktu (w przypadku braku szybkiego końca) można zastosować model cypryjski.

Pomocy Ukrainie w umacnianiu demokracji, praworządności i gospodarki rynkowej, która pozwoli jej funkcjonować w systemie europejskim, musi równolegle towarzyszyć istotna zmiana wewnętrzna samej Unii. Ukraina przeciera szlak innym krajom zainteresowanym członkostwem w UE – państwom na Bałkanach Zachodnich, Mołdawii i Gruzji – których nie wolno pozostawić samym sobie. Organizacja zrzeszająca ponad 30 państw członkowskich musi mieć nowy modus operandi i postarać się o jeszcze bardziej zintegrowaną strukturę. Szkicując specjalny program pomocy nowym kandydatom, należy uwzględnić doświadczenia Partnerstwa Wschodniego.

Zmiany te są odpowiedzią na zagrożenie dla bezpieczeństwa, dlatego zdolność UE do działania w tym obszarze powinna stać się jedną z jej nowych cech charakterystycznych. W obliczu trwającego kryzysu, NATO okazało się partnerem wiarygodnym w dużej mierze dzięki zaangażowaniu prezydenta Joe Bidena. Europa jednak nie może dłużej stosować strategii uników – musi być gotowa do reakcji na możliwe zagrożenia. Te dwie organizacje muszą się oczywiście uzupełniać, nie zaś rywalizować ze sobą bądź się dublować.

Po zakończeniu wojny Ukraina powinna mieć prawo do członkostwa w NATO. Silna i zaprawiona w boju armia oraz położenie geograficzne sprawią, że kraj ten będzie wartościowym członkiem sojuszu. W praktyce może się to stać nawet przed poszerzeniem UE.

W obliczu pogłębiającego się podziału w Europie między Zachodem (Unią Europejską, Europejskim Obszarem Gospodarczym, NATO, ich państwami członkowskimi oraz krajami o podobnych wartościach) a Rosją i Białorusią, pomóc może ożywienie OBWE jako kanału komunikacji dla obu stron, mimo że od 1989 roku organizacja ta odgrywa niewielką rolę w zapobieganiu konfliktom i ich rozwiązywaniu.

Wspólna polityka to konieczność

Wszystko, o czym tu mowa, wymaga ciągłego umacniania wspólnoty euroatlantyckiej. Jej zdolność do utrzymania jednego kursu i do podejmowania wspólnych decyzji właściwie bez zawahania (z wyjątkiem Węgier) zaskoczyła Władimira Putina i była równie decydująca dla powstrzymania Rosjan na polu bitwy, co determinacja Ukraińców.

Okazało się, że zastane procedury i mechanizmy w UE i NATO łatwo można dostosować do nowych wymagań (np. finansowanie zakupów sprzętu wojskowego przekazanego Ukrainie za pomocą instrumentu na rzecz pokoju w Europie). Jedność euroatlantycką udało się głównie jednak osiągnąć za sprawą praktyki doraźnego dialogu, odbywającego się również kanałami nieoficjalnymi, a do pewnego stopnia również dzięki naciskom moralnym wywieranym przez europejską opinię publiczną. Proces decyzyjny w takich sytuacjach należy teraz usprawnić i zinstytucjonalizować.

Trzeba jasno zdefiniować cele nowej polityki bezpieczeństwa. Jednym z nich powinna być zrównoważona architektura europejska, która wyłoni się po wojnie. To, innymi słowy, oznacza, że Rosja nie będzie w stanie siać zamętu i destabilizacji w nowym układzie stosunków. Powinno to zabezpieczyć interesy europejskie i pozwolić państwom członkowskim NATO i UE, a także państwom kandydującym i partnerskim, na szybki powrót na ścieżkę rozwoju i dbania o dobrostan.

Spójność jest do tego warunkiem koniecznym. Dialog na temat bezpieczeństwa UE powinny cechować stałość i solidna struktura. Unia powinna porzucić wymóg jednomyślności w kwestii wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa po to, aby przyspieszyć podejmowanie decyzji i uelastycznić reagowanie na zmieniające się okoliczności. Wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, dziś niemal zupełnie pozbawiony władzy na mocy traktatu, powinien nabyć realne kompetencje. Europejską Służbę Działań Zewnętrznych należy przekształcić w pełnoprawny korpus dyplomatyczny. Państwa członkowskie powinny wyrazić zgodę na rzeczywiste dzielenie się informacjami (z uwzględnieniem również danych wrażliwych), pozyskanymi przez ich agencje wywiadowcze i kontrwywiadowcze.

Pomysły te są odpowiedzią na to, czego życzyli sobie obywatele UE i co zostało wyrażone podczas Konferencji w sprawie Przyszłości Europy.

Unia powinna rozwinąć też zdolności wojskowe, na które składać się będą narodowe „ciężkie” batalionowe grupy bojowe, w pełnym stanie osobowym i w pełni wyposażone, stacjonujące na terytoriach narodowych i gotowe do natychmiastowego rozmieszczenia, działające w myśl takich samych procedur jak procedury NATO. Dwadzieścia takich jednostek mogłoby wystarczyć do odstraszania Rosji po wojnie2.

Taki zestaw działań wielu uzna z pewnością za trudny i wymagający. Potrzebny będzie wysiłek, aby przekonać sojuszników i państwa członkowskie. Mógłby on przyjąć kształt polsko-niemieckiej inicjatywy dwustronnej (dwaj partnerzy o skomplikowanych doświadczeniach w relacjach z Rosją i o odmiennych na te relacje spojrzeniach) bądź inicjatywy trójstronnej – za pośrednictwem Trójkąta Weimarskiego – którą można by podjąć wtedy, gdy wszyscy partnerzy będą gotowi do przyjęcia tej perspektywy.

Demokratyczny Zachód staje przed szczególną szansą. Możemy znów, podobnie jak w latach 1989–1991, rozświetlić mrok, który przez dziesięciolecia spowijał stojące przed nami możliwości i rozmywał nasze decyzje polityczne. Możemy też w praktyce zjednoczyć niemal cały kontynent. Niekiedy, choć nieczęsto, z ponurych uwarunkowań mogą wyłonić się świetlane rezultaty. Będzie ogromną stratą, jeśli nie wykorzystamy tej szansy. Potrzebujemy dziś przywódców z wizją i odwagą!

Przypisy

1The Disruption of Eastern Policy. Looking East from Warsaw and Berlin, (red.) Joanna Andrychowicz-Skrzeba, Max Brändle, wyd. Fundacja im. Friedricha Eberta, Bonn, marzec 2023; wydanie polskie: Wstrząs w polityce wschodniej. Spojrzenie na Wschód z Warszawy i Berlina, Warszawa, kwiecień 2023.

2 Szczegółowe propozycje na ten temat przedstawiono w dwóch sprawozdaniach — wnioskach z Konferencji Ekspertów zorganizowanej przez Włodzimierza Cimoszewicza: Uwspólnotowienie polityki zagranicznej UE. Argumenty i postulaty, Warszawa 2021 oraz Przyszła uwspólnotowiona polityka bezpieczeństwa i obrony UE, Warszawa 2021.

 

 

Artykuł ukazał się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r. Przekład tekstu otrzymaliśmy od Wydawcy. Do tytułu redakcja „Res Humana” wprowadziła niewielką zmianę.

Pokój jest pięknym marzeniem intelektualistów. I w ogóle zdecydowanej większości cywilów, nawet jeśli na co dzień nie zaprzątają ich rozważania nad dychotomią zaszytą w tytule niniejszej rozprawki. Oczywiście ukrycie tego pragnienia w podświadomości nie dotyczy tych, którzy z wojennymi okropnościami mają akurat do czynienia, a także społeczeństw, które wciąż przekazują sobie międzygeneracyjną pamięć o cierpieniach i okrucieństwie. Z czasem to wspomnienie zanika. Dla mojego pokolenia wielka zawierucha, w której zginęło od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu milionów ludzi, w tym jedna szósta rodaków, była już jakąś abstrakcją, mimo że rodziliśmy się ledwie dwadzieścia lat po jej zakończeniu. Aida, przerażający film Jasmili Žbanić z 2020 roku, świadczy o tym, że narody dawnej Jugosławii wciąż niosą ze sobą rozdzierającą traumę po wydarzeniach z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Niepodsycana, i ona będzie nieuchronnie blaknąć, rozwiewać się, aż kiedyś stanie się tylko suchym zapisem na kartach podręczników do historii.

Ta względnie krótka pamięć jest, jak wiadomo, swoistym błogosławieństwem: pozwala ludzkości normalnie żyć i się rozwijać, koncentrować się na dbaniu o dobrostan i dobrobyt, tworzyć wynalazki, pisać wiersze jak spod piór Leśmiana i Szymborskiej, a nie tylko Gajcego i Baczyńskiego. Co prawda przy okazji prawdziwe obrazy z przeszłości ulegają pewnemu odkształceniu. Wielu Polaków na przykład, jak mi się wydaje, za wydumane lub naiwne uznaje stwierdzenie, iż Wspólnoty Europejskie powstały dla zapobieżenia wybuchowi kolejnej wojny na kontynencie, który wcześniej miał ją wpisaną w naturę relacji między ludami, narodami i państwami. Unię traktują utylitarnie pod względami ekonomicznymi, cywilizacyjnymi i kulturowymi, ale nie w kontekście bezpieczeństwa.

Również żołnierze i ich dowódcy wybierają swą służbę nie po to, by zabijać, lecz by bronić, odstraszać i – generalnie – służyć dobrym sprawom. Ktoś jednak te wojny wywołuje… Ponoć w całej historii powszechnej doszukano się tylko trzystu lat całkowitego pokoju, zaś po roku 1945 takie okresy liczy się w dniach (nie wiem, czy ktoś na bieżąco prowadzi tę statystykę, ale pięć lat temu przeczytałem, że takich dni było raptem 26).

Trudno mi sobie wyobrazić moralny ciężar spoczywający na barkach kogoś, kto podejmuje decyzję o zbrojnej napaści. Ma przecież – jest przywódcą, zna przeszłość, wysłuchał opinii doradców – świadomość tego, co zaraz, niechybnie, nastąpi. Ale już trzeba mieć całkowicie zaburzoną zdolność definiowania dobra i zła, być skrajnym cynikiem (jeśli nie degeneratem lub psychopatą), aby wydać rozkaz dokonania niczym niesprowokowanej agresji, posyłać słabo wyszkolonych rekrutów wprost pod grad kul, skazywać Bogu ducha winnych mieszkańców sąsiedniego kraju na ryzyko śmierci z głodu i wychłodzenia, masowo porywać małe dzieci; albo by oddawać salwy na ulicy do nieuzbrojonych rowerzystów, hurtem gwałcić kobiety i ich córki, wiązać drutem ręce mężczyzn, a potem zabijać ich strzałem w potylicę.

Kiedyś zdjęcia i filmy z Buczy, Irpienia, Mariupola stracą wyrazistość także dla Ukraińców. Dźwięk syren przestanie wywoływać paniczny lęk. Zapomni się o życiu w ciemności, w piwnicach, bez światła i wody, o gotowaniu byle jakich posiłków na ruszcie nad rozpalonym z byle czego ogniem. Kiedyś, ale nieprędko. Byli naocznymi świadkami zbyt strasznych rzeczy i nawet jeśli bardzo by chcieli o nich zapomnieć, długo będą to wszystko przechowywać w zakamarkach kory mózgowej oraz przekazywać, świadomie i nieświadomie, potomnym. Wraz z nienawiścią do tych, którzy im to wszystko zgotowali.

* * *

Sądzę, że te emocje wyrażał profesor Bogdan Galwas w zamieszczonych w poprzednim numerze Res Humana Uwagach o trudnej drodze do pokoju w Europie.

Wzywa w nich do „przemyślenia i pójścia drogą prowadzącą do utrwalonego porozumieniem pokoju”. „Za pokój warto zapłacić nawet dużą cenę” – twierdzi. Ubolewa, że „ogromna pomoc wojskowa wysyłana Ukrainie przez kraje NATO nie pomogła walczącym, wykrwawiającym się wzajemnie stronom w przerwaniu wojny. Cynicy mówią” – dodaje – „że ta pomoc podtrzymuje wojnę, która osłabia Rosję. To prawda, podtrzymuje i osłabia”. Zaznacza, iż potępia „każdą wojnę”, uważa, że „obowiązkiem wszystkich jest powstrzymanie walczących stron i pomoc w osiągnięciu pokojowego, akceptowalnego przez nie rozwiązania”. Proponuje zawarcie, po 77 latach od zakończenia II wojny światowej, traktatu pokojowego dla Europy, opartego o prawo narodów do samostanowienia. W takiej „strefie pokoju od Atlantyku po Ural” dwa największe słowiańskie państwa miałyby stać się dobrymi, współpracującymi ze sobą sąsiadami. Nasza część świata powinna być kontynentem pokoju, współpracy i wzajemnego zaufania.

Podobnie zareagowali (już po pokonaniu III Rzeszy) ówcześni luminarze nauki i kultury na serię agresywnych napaści Hitlera na sąsiadów, zbrodniczą okupację zajętych terenów, ludobójstwo (wtedy to Rafał Lemkin wymyślił i wprowadził do obrotu ten termin) i Holokaust. Zorganizowali wrocławski Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. W Hadze debatowali europejscy federaliści. Józef Rotblat i inni uczeni, w tym uczestniczący w badaniach prowadzących do stworzenia bomby atomowej, powołali Ruch Pugwash. Wcześniej, jeszcze w latach czterdziestych, Altiero Spinelli na bibułkach do skrętów napisał i przemycił swój Manifest z Ventotene, na której to wyspie internowali go faszyści. To był pierwszy zarys idei zintegrowania Europy w celu zdławienia nacjonalizmów i niedopuszczenia do powtórki wojennego kataklizmu.

W czasie Wielkiej Wojny, pod wpływem bitw pod Verdun i nad Sommą, stu tysięcy ofiar iperytu i fosgenu, poeta Tristan Tzara, pisarz Hugo Ball, rzeźbiarz Hans Arp i inni twórcy spod znaku Cabaret Voltaire zainicjowali dadaizm jako nurt piętnujący bezsens społeczeństw dopuszczających te okropieństwa. Atmosferę tamtych lat udanie odtworzył Szczepan Twardoch w powieści o Aloisie Pokorze. Ponieważ nowa ekranizacja Na Zachodzie bez zmian została obsypana nagrodami BAFTA i Europejskiej Akademii Filmowej oraz tegorocznymi Oscarami, wciąż bez nadmiernie skomplikowanych zabiegów możemy sobie zwizualizować przesłanie Ericha Marii Remarque’a. Trudno przy tym uniknąć skojarzeń z bitwą o Bachmut.

* * *

Wzmianka o Bachmucie musi nas sprowadzić na ziemię.

Co bowiem zrobić, jeśli wojnę wywołuje państwo o agresywnych zamiarach, dążące do odtworzenia swej niegdysiejszej imperialnej wielkości, świadomie łamiące wszelkie zasady organizacji stosunków międzynarodowych, jakie udało nam się ustalić w ciągu wielu ostatnich dekad? Uznać, że prawo ma obowiązywać tylko wtedy, gdy odpowiada to wybranemu członkowi globalnej społeczności – takiemu, który rości sobie przywilej samodzielnego decydowania o tym, które normy i w którym momencie można unieważniać lub zawieszać? Pogodzić się z tym, że ów agresor, odbudowując swą hegemonię, będzie nieuchronnie zagrażał kolejnym sąsiadom, którym udało się spod niej wyrwać? Niczym nie różniłoby się to od niesławnej polityki appeasementu.

Precyzyjnie dobieram tu słowa. Mówię o państwie, a nie tylko jego przywódcy. Władimir Putin jest osobiście odpowiedzialny za dokonanie agresji, ale nikt z kręgów władzy go nie powstrzymał. Prawie nikt z obywateli Federacji, jakkolwiek słaby to status, nie protestował. Kilkaset tysięcy Rosjan podlegających mobilizacji, zazwyczaj młodych, dobrze wykształconych, wykonujących sowicie opłacane prace, uciekło za granicę przed powołaniem – ale uczynili to wyłącznie we własnym interesie. Gdy wojsko, autoreklamujące się jako druga armia świata, skompromitowało się na polu walki, gdy okazało się, że blitzkriegu nie będzie, a „specjalna operacja wojskowa” potrwa miesiące – nikt nie zaoponował przeciw atakom na bezbronną ludność cywilną i infrastrukturę krytyczną. Prości żołnierze (pod okiem zwierzchników) tam na miejscu, w okupowanych miejscowościach, dokonywali rzeczy haniebnych i odrażających. To nie jest opowieść o złym carze i szlachetnym narodzie. Ostatnie 365 dni nie tylko udowodniło, że mamy do czynienia z bezwzględnym, kierującym się nihilizmem, wodzem; także rozwiało mit o przyjaznym, życzliwym i otwartym społeczeństwie, które wiele wniosło do skarbnicy kulturowego dziedzictwa ludzkości. Przyznajmy: Rosjanom podoba się imperialna spuścizna, pielęgnują w sobie wspomnienie mocarstwowości, które jest rdzeniem ich tożsamości.

Skoro tak, to nie można liczyć, że po odsunięciu lub ustąpieniu Putina wszystko zmieni się jak po machnięciu czarodziejską różdżką. Wątpliwe, by dokonała się przemiana, analogiczna do denazyfikacji umysłów powojennych Niemców. By Rosjanie wytworzyli w sobie kompleks winy, chcieli realnie pojednać się ze swymi ofiarami. Nie mówiąc już o tym, że w miejsce obecnego prezydenta nastałby prawdziwy demokrata i Europejczyk. Takie procesy musiałyby trwać wiele dekad.

* * *

Putin ma złe zamiary: generalnie chciałby w całości zająć Ukrainę, włączyć jej terytorium w obręb marzącego mu się zmartwychwstałego cesarstwa. Co prawda wie już, że brak mu na to sił; więc dąży do doprowadzenia zaatakowanego państwa do upadku, wyrwania go z „objęć Zachodu” – odciągnięcia jego mieszkańców od wiary w zasady demokratycznego ustroju i poszanowania praw człowieka. Tym samym zatrzymałby ich marsz ku członkostwu w Unii Europejskiej i NATO (który to marsz notabene agresją sprzed roku znacznie przyśpieszył).

Ukraińcy chcą wyprzeć siły rosyjskie i odzyskać kontrolę nad wszystkimi utraconymi terytoriami – w granicach z 1991 roku (jakkolwiek paradoksalnie brzmi to dzisiaj, Rosja jest jednym z gwarantów tych granic). Taka jest wola całego narodu, twarda i ugruntowana. Podpowiada to intuicja, potwierdzają sondaże. Niemal wszyscy są gotowi bronić ojczyzny za wszelką cenę. Mają do tego prawo. Wołodymyr Zełenski, nawet gdyby chciał zatrzymać się w pół kroku, pewnie nie byłby w stanie przekonać rodaków do zmiany oczekiwań.

Zmuszenie go do zaakceptowania innego rozstrzygnięcia, technicznie łatwe, byłoby zdradą wartości wolnego świata. Przez lata trawiliśmy rozczarowanie, że ktoś nie chciał umierać za Gdańsk. Czy chcielibyśmy teraz znaleźć się po drugiej stronie?

Na nasze szczęście nie musimy stawać z karabinem u nogi. Potomkowie Rusinów i kozaków dzielnie, nad wyraz skutecznie dają sobie radę. Dostarczane im w tym celu coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie, amunicja, części zamienne, informacje wywiadowcze, pomoc w szkoleniu żołnierzy kosztują, jednak ich cena jest nieporównywalna z przenośną ceną krwi przelanej na froncie.

Raz już Ukraińców zdradziliśmy – namawiając ich do podpisania niekorzystnych dla nich porozumień mińskich. Nic to nie dało. Uzgodnienia pozostały na papierze, nigdy niewykonane. Przez kolejne siedem lat dochodziło, z różną intensywnością, do starć w Donbasie. To, co wydawało się ścieżką wiodącą do pokoju, nawet jeśli wąską i krętą, w końcu okazało się ślepym zaułkiem.

Zachód nie może sobie pozwolić na uznanie żądań Putina, by przyznać mu specjalne prawa i przywileje w stosunkach europejskich. Także ze względów praktycznych. Wyhodowalibyśmy śmiertelne zagrożenie dla spokoju, rozwoju i dobrobytu. Jeśli pozwolimy teraz na odgryzienie palca, bądźmy pewni, że za jakiś czas – może osiem lat (jak po roku 2014), może szesnaście i pół (tyle upłynęło od rozpadu ZSRR do wojny w Gruzji) – zagrożona stanie się cała ręka. Dajmy Moskwie część Donbasu zajętą w latach 2014–2015 przez secesjonistów oraz Krym, zażąda lądowego korytarza do półwyspu. Zgódźmy się na to, zacznie domagać się Odessy. Oddajmy i ją, wysunie roszczenie dotyczące Naddniestrza. Albo stanie „w obronie” Rosjan na Łotwie i w Estonii. Chociaż państwa NATO, zwłaszcza po doświadczeniach znad Dniepru, nie zaatakuje.

Niechętnie przywołuję nadmiernie często cytowane słowa, ale słynna fraza Churchilla wygłoszona po zawarciu układu monachijskiego pasuje tutaj jak ulał. Gdybyśmy pod wpływem zmęczenia, zniechęcenia, znudzenia lub poczucia braku perspektywy zwycięstwa (bo dziś już nie pod wpływem strachu) zgodzili się na ustępstwa na szkodę Ukrainy, wybralibyśmy hańbę, ale i tak musielibyśmy liczyć się z ryzykiem wojny. Dotyczyłoby to zarówno uznania inkorporacji którychś z zajętych przez Rosję terenów, jak i zahibernowania konfliktu, co de facto utrwaliłoby zdobycze terytorialne. Nawet szlachetne – wydawałoby się – zawieszenie broni pozwoliłoby tylko najeźdźcy na przegrupowanie sił i zwiększenie jego potencjału, po czym wojna wybuchłaby na nowo ze zwielokrotnioną energią.

* * *

Właśnie dlatego, że interesy głównych stron są wzajemnie całkowicie sprzeczne i nie do pogodzenia, nie sposób naszkicować kształt rozwiązania, które szybko zakończyłoby działania zbrojne i na trwałe zaprowadziło ład w Europie. Rozmową i argumentacją nie da się zmusić Putina do zawarcia pokoju na warunkach, które zostałyby przyjęte przez Wołodymyra Zełenskiego i większość Ukraińców.

Agresywna polityka musi być zduszona do samego końca. Właśnie teraz, gdy jej eksponent jest znacząco osłabiony.

Nie chodzi, rzecz jasna, o naszą paradę zwycięstwa na Placu Czerwonym. To się nie stanie. Jednak wsparcie dla bliskiego nam partnera, który stał się obiektem ataku – wyrażane w pieniądzach, broni i wszystkim innym, co niezbędne – musi być niezachwiane i nieustające. Do czasu porzucenia imperialnych ambicji, także gdy umilkną już strzały, wobec Kremla powinny zostać utrzymane rygorystyczne sankcje uniemożliwiające mu odtworzenie potencjału militarnego. Bez zachodnich technologii i kapitału zajmie to długie dziesięciolecia, nawet przy jakimś wsparciu Chin. Od demokratycznego świata wymagałoby to wytrwałości i solidarności. Ale obyłoby się bez ogromnych wyrzeczeń: zielona gospodarka może się rozwijać bez Rosji. Ten scenariusz wymagałby trochę (zdecydowanie nie w tak wielkim stopniu, jak proponuje obóz obecnie rządzący Polską) zwiększonych wydatków państw europejskich na obronę i bezpieczeństwo. Jednak szybko przywyklibyśmy do nowych warunków i znów zaczęli zwiększać strumienie pieniędzy na rozwój gospodarczy i jakość usług publicznych. Zachowalibyśmy nasz europejski model społeczny. Alternatywą jest życie w stałym lęku, co summa summarum będzie o wiele bardziej kosztowne.

Nie można dopuścić do relatywizowania norm prawa międzynarodowego. Żadne państwo, nawet wielkie, nawet dysponujące potężnym arsenałem jądrowym, nie może zyskać zezwolenia na zabieranie kawałka terytorium sąsiada, a tym bardziej na najeżdżanie nań pancernymi zagonami. Inaczej nasz świat zachwiałby się w posadach. Wojnę wykluczyliśmy z katalogu dopuszczalnych zachowań w 1945 roku, w Karcie Narodów Zjednoczonych (w tym sensie powiedzenie von Clausewitza, iż jest ona „kontynuacją polityki innymi środkami” stała się nieaktualna). Organizacja stojąca na straży tego postanowienia nie sprawdziła się, nie po raz pierwszy zresztą, bo Rosja ma w niej prawo weta. Skuteczny za to okazał się system sankcyjny zorganizowany ad hoc przez Stany Zjednoczone, Unię Europejską, Grupę G7 i inne państwa podobnie myślące. Nie jesteśmy więc bezbronni.

Nie powinniśmy też zapominać, że ten konflikt ma podłoże w postaci zderzenia dwóch różnych systemów wartości. Świat współczesny, otwarty, tolerancyjny versus tradycjonalizm. Zaufanie kontra nieufność. Oświecenie, humanizm i racjonalizm przeciwko manifestacyjnej, nieszczerej religijności. Poszanowanie procedur i prymat prawa, a z drugiej strony – nadrzędne znaczenie woli człowieka u władzy. Demokracja i autorytaryzm. Wolność i dyktatura. Tę linię podziału dwukrotnie i sugestywnie nakreślił Joe Biden w swych warszawskich przemówieniach, w marcu 2022 i w lutym 2023 roku.

Sam ten fakt nie musi prowadzić do wystrzałów. Naszym zdaniem – nie powinien, nie może. Nie mamy natury krzyżowców. Wierzymy w słuszność i siłę naszych racji, zobrazowane zadowoleniem społeczeństw, życzliwością państwa do jego obywateli, sprawną gospodarką i stale rosnącym materialnym komfortem życia. Niczego nie chcemy wypalać ogniem i wycinać mieczem.

My – nie. Ale druga strona – najwyraźniej tak. Demokracje nie mogą stanąć bezradne wobec zagrożenia tego rodzaju, bo ma ono wymiar egzystencjalny. Ukraina, choć niekiedy z problemami, ze zwrotami akcji, od lat wytrwale podąża drogą osadzoną w naszej kulturze politycznej i cywilizacji prawnej. I także dlatego nie możemy jej zawieść.

 

Artykuł ukazał się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Dwadzieścia lat temu wracaliśmy z Kopenhagi z radosną nowiną – Polska będzie członkiem Unii Europejskiej! Wszystkie cele nakreślone w chwili, gdy rozpoczynaliśmy negocjacje, zostały osiągnięte. Nasz kontynent połączył wreszcie własną historię z własną geografią.

Ten sukces okupiony był olbrzymią pracą tysięcy ludzi. Trzeba było osiągnąć porozumienie z Brukselą w 31 zespołach negocjacyjnych oraz znowelizować lub uchwalić ponad 300 ustaw.

Był jeszcze jeden poważny problem. Znacząca część ówczesnych państw członkowskich, a także Komisji i Parlamentu Europejskiego preferowała scenariusz stopniowego rozszerzenia opartego każdorazowo na akcesji grupy kilku państw zaczynając od najmniejszych kandydatów. W tym scenariuszu Polski nie było rzecz jasna w pierwszej grupie. By uniknąć takiego biegu wydarzeń musieliśmy spełnić warunki przystąpienia do Unii równie szybko i w tym samym pełnym zakresie, jak inne dużo mniejsze państwa kandydackie, które były bardziej zaawansowane w negocjacjach.

Muszę też wspomnieć o walce politycznej, która towarzyszyła rokowaniom. Antyunijne fobie to nie jest wynalazek ostatnich lat. Już 14 grudnia 2001 roku – po dwóch miesiącach od utworzenia rządu – pojawił się wniosek o votum nieufności wobec ministra Cimoszewicza. Szef dyplomacji został oskarżony o szybki marsz do Brukseli na kolanach i podsycaną przez Niemców wyprzedaż ojczyzny. W ówczesnych sporach można było usłyszeć, że Unia Europejska to targowica i nowe zniewolenie. Polska na zawsze straci suwerenność, przestanie istnieć nasze rolnictwo, a satelity będą nadzorowały, czy posłusznie odłogujemy naszą ziemię. Niewiele zresztą miało jej zostać, bo ziemia miała zostać wykupiona przez Niemców. Ostrzegano, że wejście do Unii to utrata Ziem Zachodnich, legalizacja eutanazji, aborcji i klonowania ludzi. Można te brednie cytować bez końca.

Było jasne, że jeśli w Kopenhadze nie osiągniemy sukcesu i warunki akcesji nie będą najlepsze z możliwych to zostanie to obcesowo wykorzystane w ogólnopolskim referendum.

Brzmi to paradoksalnie, ale po 20 latach od negocjacyjnego sukcesu Unia Europejska jest dziś pod ostrzałem gwałtownej, prymitywnej, prostackiej, rządowej propagandy.

Z kraju, który był nadzieją wielkiego rozszerzenia w 2002 roku, staliśmy się krajem – problemem dla pozostałych członków Wspólnoty.

Zjednoczona Prawica kroczy drogą nie od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej, tylko odwrotnie – ciągnie nas na europejskie i pozaeuropejskie peryferie. Odwraca się od europejskich wartości, pogardza nimi nie bacząc, że to zdrada narodowego interesu, zdrada polskiej racji stanu.

Choć słyszymy fałszywe zapewnienia, że PiS nie ma zamiaru wyprowadzać Polski z Unii, to w praktyce krok po kroku tak czyni. Zachowuje się jak włamywacz do galerii handlowej – opróżnia kasy, zgarnia co się da i w nogi! Ten rzezimieszek na razie musi działać ostrożnie, bowiem 80 proc. społeczeństwa jest zadowolonych z naszego członkostwa w Unii i nie życzy sobie z niej wychodzenia. Niemniej, ciągła indoktrynacja obywateli i zwykłe szczucie ma na celu zmienić te proporcje.

Tymczasem, jeśli chcemy Polski nowoczesnej i suwerennej, nie możemy do Unii odwracać się plecami. Jeśli tak czynimy, to serce i duszę wystawiamy na wschód. Nie ma alternatywy dla tej oczywistości. Mniej Brukseli to znaczy więcej Moskwy. W Europie nie ma dziś trzeciej drogi.

Agresja Rosji na Ukrainę pokazała, że potrzebujemy więcej Unii i więcej od Unii. Polska słusznie apelowała o wsparcie finansowe dla milionów ukraińskich uchodźców, żądała solidarności energetycznej, zdecydowanych sankcji wobec Rosji. Jednocześnie rząd PiS-u okłamywał Komisję Europejską i zamiast realizować podjęte zobowiązania mówił: „Nie wtrącajcie się”.

Ta schizofrenia polityczna służy rozgrywkom w obozie władzy, na pewno jednak nie służy Polsce i Polakom. Interes Polski jest przeciwstawny interesowi PiS, który polega na tym, że rządy prawa zastępowane są przez rządy ludzi, a właściwie przez rządy jednego człowieka.

Triumfalne wypowiedzi polskiego premiera, że wywalczył wielkie pieniądze bez powiązania ich z praworządnością rodzą pytanie, a co takiego złego jest w rządach prawa? Dlaczego tak zajadle szef rządu z ramienia partii Prawo i Sprawiedliwość walczy z prawem i sprawiedliwością?

W PiS łudzą się, że Europa ma oczy szeroko zamknięte na wynaturzenia polskiego wymiaru sprawiedliwości. Albo, że jeżeli nawet otwiera oczy na jakiś czas, to nie jest zdolna do działania.

Mylą się. Jest zdolna do działania. Będziemy dzielić pieniądze, ale nie będziemy dzielić wartości.

Dobra przyszłość Polski to silniejsza i głębsza integracja europejska. To wzmocnienie współpracy europejskiej. Unia musi być bardziej decyzyjna, a to oznacza wzmocnienie trybu wspólnotowego, gdzie kluczowe decyzje podejmowane są przez instytucje europejskie. Wszak Unia ma być nie tylko silna, ale i wspólna.

Unijne źródła słabości są wielorakie, ale według mnie tkwią w niedokończonej i niepełnej integracji. Unia Europejska jest bowiem wspólnotą gospodarczą, ale nie wspólną gospodarką. Prowadzi współpracę socjalną, ale nie wspólną politykę socjalną. Sprzyja kooperacji wielu instytucji, ale nie buduje we właściwym tempie wspólnych instytucji.

Polska również nie dokonała pełnej integracji. Pierwszy krok zrobiliśmy wchodząc do Unii, drugi, kiedy weszliśmy do strefy Schengen. Trzecim krokiem pozostaje wejście do strefy euro.

W Polsce nie brakuje osób, którzy chcieliby jakoś z Europą bardziej się zjednoczyć, ale uważają pełny związek z Unią Europejską za cudzołóstwo, czyli niewierność wobec Ojczyzny.

Reprezentuję nurt myślenia który nie boi się, że jeśli będzie z Europą, to Polska się na nas obrazi. Kochamy Polskę, szanujemy Polaków i wiemy, że bycie Polakiem oznacza bycie Europejczykiem. Nie uważamy Polaków za prymitywów, którzy w zetknięciu z Zachodem tracą tożsamość, więc trzeba ich chronić przed demoralizacją. Uważamy europejskość za wyraz współczesnego, polskiego patriotyzmu. Wszak Polska jest naszą ojczyzną, a Europa naszym wspólnym i bezpiecznym domem.

Wprowadzenie Polski do rodziny europejskich wolnych, demokratycznych narodów, włączenie jej w struktury NATO wymagało od naszego pokolenia ogromnego wysiłku, pokonania tysięcznych barier, także tych tkwiących w nas samych.

Dziś ten obowiązek spoczywa na naszych następcach, na następnych pokoleniach polskich patriotów. Nie dajcie sobie wyrwać z rąk demokracji i wolności, które daje nam przynależność do Unii Europejskiej, brońcie Unii na każdym kroku, w każdej sytuacji, bo tym samym bronicie Polski.

***

Rząd, który pod moim przewodnictwem prowadził negocjacje i który w imieniu Polski zakończył je w Kopenhadze był rządem koalicyjnym. Składał się z trzech partii o różnym profilu ideowym: Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Unii Pracy i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Na rzecz gabinetu pracowało wielu bezpartyjnych. Lansowana dziś teza, że Polskę do Unii Europejskiej wprowadziła lewica jest tezą nieprawdziwą.

Korzystam z okazji, aby podziękować wszystkim uczestnikom tego procesu, wszystkim, którzy nie szczędzili wysiłku, aby europejskie marzenie Polaków stało się faktem. Wielkie narodowe zobowiązanie zostało wykonane.

Trudno oddać radość i atmosferę tamtych dni. Pragnę zacytować jedynie tekst Clausa Petersena, duńskiego dziennikarza i komentatora w telewizji DR 2: „Nigdy w swojej karierze nie przeżyłem takiej konferencji prasowej. Zrozumiałem tylko pięć czy sześć słów, nikt nie tłumaczył oświadczenia polskiego premiera, ale za to zrozumiałem coś innego. Tu, w Bella Center, na niewielkiej sali przeznaczonej dla Polaków, gdzie wepchnęło się z dziesięć razy więcej dziennikarzy niż powinno, to tu, tuż po zakończeniu negocjacji UE z krajami kandydującymi, skończyła się tak naprawdę druga wojna światowa.

To właśnie atmosfera, napięcie, tłok i bezgraniczna radość wszystkich zgromadzonych, powiedziała więcej niż niejedna polityczna mowa. Tu właśnie przybiegli wszyscy najlepsi dziennikarze – niemal z całego świata – i dzielili radość Polaków. Tutaj też ci, którzy wiedzieli, że Polska zdradzona w Jałcie zdradzana była dalej, mogli pozbyć się wieloletniego poczucia wstydu.

To, co w ostatniej chwili zaoferował Schroeder, traktuję jako gest przeproszenia Polaków. Myślę tylko, że nie musiał czekać aż tak długo”.

Tekst wystąpienia na konferencji w Senacie RP zorganizowanej przez premierów Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza oraz wicemarszałek Gabrielę Morawską-Stanecką w dniu 12 grudnia 2022 roku z okazji dwudziestolecia zakończenia negocjacji w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Tytuł, drobne skróty i zmiany redakcyjne – Res Humana.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2023 „Res Humana”, styczeń-luty 2023 r.

Znany i ceniony w Europie bułgarski komentator, Ivan Krastev, który niekiedy dla efektu poświęca zdrowy rozsądek, napisał wkrótce po agresji Rosji na Ukrainę, że „wszyscy żyjemy teraz w świecie Putina”. Chodziło oczywiście o różnorakie konsekwencje tej wojny dla reszty świata, zwłaszcza dla Zachodu. W moim przekonaniu dzieje się całkiem odwrotnie. To, co w zamierzeniu władcy z Kremla miało być „światem według Putina”, staje się światem bez Putina. Rosyjski przywódca chciał w ostatnich latach doprowadzić do takiej zmiany w porządku międzynarodowym, w którym Moskwa byłaby jedną z trzech lub czterech stolic mogących decydować o losach świata. Otóż, przebieg wywołanej przez Rosję wojny oraz reakcja Zachodu na nią może ją doprowadzić do upadłości jako mocarstwa i świat będzie musiał nauczyć się żyć bez mocarstwowej Rosji. Owszem, Rosja będzie, nawet jako mocarstwo nuklearne, bo przecież nie da się jej po tej wojnie – także jeśli jej nie wygra – zdemilitaryzować, ale będzie mocarstwem bez nawet regionalnych wpływów, mocarstwem, z którym nie trzeba się będzie liczyć. Tak, nadal będzie szczerzyć kły i straszyć, ale nikt się nie będzie tym przejmować. Problem Moskwy w tym, że ona nie ma dla nikogo żadnego pozytywnego programu, poza właśnie straszeniem. Lecz z tego nie wynika, że będzie mogła napaść na Turcję, Finlandię czy bodaj Kazachstan. Aby odgrywać jakąś rolę w świecie, trzeba mieć coś światu do zaoferowania, pewną soft power oraz jakieś wpływy; ktoś musi chcieć słuchać takiego mocarstwa. Patentowanego szkodnika w życiu międzynarodowym nikt nie zechce słuchać, nikt nie zechce z nim wiązać swoich potrzeb i aspiracji.

I

A miało być tak „pięknie”. Chodzi oczywiście o świat według Putina, jego soldateski oraz armii propagandystów i uczonych spin doktorów, którzy przez wiele ostatnich lat formułowali swoje roszczenia wobec otoczenia i świata, którzy niczym Chruszczow w ONZ, waląc butem o mównicę, uzasadniali specjalne prawa Rosji do strefy wpływów i współrządzenia światem. Rewizja istniejącego porządku międzynarodowego była stałym leitmotivem rosyjskiej narracji. Co Moskwie nie podobało w liberalnej wersji (tej, po 1989 roku) wersji porządku międzynarodowego? Przewrotnie można odpowiedzieć, że nie podobało się jej to, że Rosja coraz bardziej odstaje od tendencji rozwojowych świata. Rosja od Putina stawała się krajem coraz bardziej autorytarnym, a pod pewnymi względami wręcz totalitarnym, a coraz więcej krajów na świecie wybierało demokrację. Organizacje międzynarodowe, międzyrządowe i pozarządowe, zwracały na przestrzeganie standardów demokratycznych i poszanowanie praw człowieka coraz większą uwagę. Putina to uwierało. Od Putina Rosja przestawała być także krajem o otwartej gospodarce rynkowej. Stawała się krajem państwowego kapitalizmu, a „kapitaliści” czyli oligarchowie byli licencjonowani przez Kreml. Tego rodzaju kontrola hamowała modernizację gospodarczą Rosji, której gospodarka stawała się coraz mniej innowacyjna i w coraz większym stopniu zależała od importu bardziej zaawansowanych technologii z Zachodu. To także władcy Rosji się nie podobało. Ale najbardziej nie podobało mu się to, że „żandarmem” świata pozostawały w jego wyobraźni Stany Zjednoczone, od 1945 roku rywal Rosji. Jak wiemy, Putin był miłośnikiem ZSRR, a to właśnie rywalizacja z USA doprowadziła do upadku Związku Sowieckiego oraz pojawienia się liberalnego porządku międzynarodowego z przywódczą rolą USA. To było dla Putina nie do zniesienia. Nie szkodzi, że PKB Rosji było ponad dziesięciokrotnie niższe niż Stanów Zjednoczonych. Od chwili dojścia do władzy Putin zapowiadał zmianę tego stanu rzeczy. Chciał by Rosja, z poniżej 2% udziałem w światowym PKB (mniej niż Kanada czy Hiszpania), miała tyle samo do powiedzenia w polityce międzynarodowej co USA. Dotyczyło to w szczególności zdolności do posługiwania się siłą militarną. Putin wielokrotnie dawał do zrozumienia, że zazdrości amerykańskim prezydentom możliwości do interweniowania w innych krajach. Ze swoją tożsamością, której istotą było samodzierżawie (militarny autorytaryzm) oraz pragnienie ekspansji terytorialnej (według logiki geopolityki z pierwszej połowy XX w.) Rosja przestawała się mieścić w liberalnym porządku międzynarodowym. Stąd pragnienie jego rewizji.

Od mniej więcej połowy drugiej dekady XXI wieku rozwój sytuacji na świecie zdawał się sprzyjać dążeniom Putina. Po pierwsze, wraz z nastaniem ery Xi Jingpinga Chiny zaczęły otwarcie głosić aspiracje przywódcze, których realizacja mogła się odbyć tylko kosztem pozycji Zachodu. To się zbiegło z powrotem Putina na stanowisko prezydenta FR (lata 2010-13). Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że to był już inny Putin. Pierwsza prezydentura (podwójna kadencja), to próby układania się z Zachodem. Druga od początku stała pod znakiem konfrontacji z Zachodem. Rosnąca potęga także otwarcie antyzachodnich Chin „lewarowała” pozycję Rosji, ponieważ Moskwa i Pekin szybko się porozumiały co do wspólnego przymierza przeciwko liberalnemu porządkowi międzynarodowemu. Po drugie, naprzeciw Putinowi wyszedł Donald Trump, który okazał się nie tylko bardzo nieamerykańskim prezydentem (w sensie systemu wartości i wpisywania się w tradycję polityki USA), ale też bardzo antyzachodnim; podważał sens istnienia NATO, otwarcie życzył UE rozpadu, miał pozytywny stosunek do przywódców autorytarnych z różnych części świata, a w szczególności nie krył swojego uwielbienia dla Putina. To wydaje się nieprawdopodobne, ale tak właśnie było. Ponadto, wojna z Ukrainą i zabór części jej terytorium (2014) oraz rosyjska interwencja w Syrii od 2015 r. (pierwsza operacja „out of area” Moskwy po zimnej wojnie) nie spotkały się z jakimś wielkim potępieniem ze strony Zachodu, który nieporuszony tymi aktami kontynuował wobec Rosji politykę business as usual (podpisanie Nord Stream II w 2015 r.). Dało to Putinowi przekonanie, że może spróbować pójść dalej.

Wreszcie, od pewnego czasu były widoczne przejawy zmęczenia liberalnego porządku międzynarodowego samym sobą. Błędne interwencje generowały rozległe koszty (np. kryzys uchodźczo-migracyjny 2015, fala terroryzmu). Notabene, te nierozważne i tragiczne w skutkach interwencje dawały Putinowi argument do ręki: „wy możecie, dlaczego ja nie mógłbym”. W licznych krajach zachodnich pojawiły się poważne siły antyliberalne, w UE antyunijne (koalicja sił z udziałem dużych lub wręcz rządzących partii z Polski, Węgier, Francji, Włoch, Hiszpanii), czego emblematycznym przejawem było wystąpienie Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Putin miał wszelkie powody, aby uważać, że już nie musi się ograniczać, że ubezpieczany przez Pekin może rzucić otwarte wyzwanie Zachodowi. Wprawdzie Trump przegrał walkę o reelekcję, ale 76-letni zwycięzca nie robił na Putinie wrażenia „twardego faceta” (jak on sam, który wiedział o sobie że ma temperament chuligana z Leningradu).

I w tym momencie przydarzyły się Putinowi dwa błędy w percepcji (przypadek mispercepcji). Putin przelicytował, ponieważ nie docenił siły oporu Ukrainy. Jego skłonność do zaniżonej oceny ryzyka była znana już z czasów jego pracy w KGB. I drugi „błąd”, to nieoczekiwanie sam Joe Biden – „tough guy”, a nie „sleepy Joe” (to drugie określenie pochodziło od Trumpa). Dalszy ciąg znamy.

II

I pojawia się zasadne pytanie, co dalej. Jeśli nie będzie to „świat według Putina”, to jaki to będzie świat. Przypomnijmy, że chodzi o drugie mocarstwo nuklearne, stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, największy terytorialnie kraj świata, od 1815 roku uznane mocarstwo europejskie, od 1945 jedno z dwóch światowych supermocarstw. Także jako dziedzic ZSRR, Rosja po 1991 roku grała powyżej swej wagi i była ponad miarę respektowanym mocarstwem, traktowanym jako niezbędny stabilizator globalnego porządku międzynarodowego (zwłaszcza w wymiarze układu sił). Przypomnijmy, oprócz celów związanych z samą Ukrainą, Putin tą wojną chciał wywrócić europejską architekturę bezpieczeństwa (odzyskać dla Moskwy strefę wpływów w Europie Wschodniej) oraz zrobić ostatni krok w kierunku kilkubiegunowego układu sił (USA, Chiny, Rosja, może Indie). Chodziło o powrót do suflowanego od pewnego czasu przez moskiewskich spin doktorów koncertu mocarstw, w Europie i w skali globalnej. Czy z Rosją, która przeistoczyła się z chuligana w bandytę, a przy tym takiego, którego ostatnia jego akcja potężnie go osłabi i odbierze mu jakiekolwiek uznanie w środowisku międzynarodowym jest możliwe zrealizowanie zbliżonego scenariusza?

Wykluczone. Zacznijmy od tego, że Putin agresją na Ukrainę wypchnął ostatecznie Rosję z Europy, czego symbolicznym przejawem było wyjście Rosji z Rady Europy na moment przed jej wyrzuceniem. Ponieważ wojna Putina miała być sygnałem dla Europy i całego Zachodu, to w reakcji przyszła odpowiedź w postaci zerwania wszelkich związków UE i NATO z Rosją. W sensie geopolitycznym Rosja wróciła do sytuacji z czasów księstwa moskiewskiego i zaraz potem carstwa rosyjskiego z początku XVIII wieku (Białoruś nie może być łącznikiem Rosji z Europą). Piotr I Wielki postanowił zbliżyć Rosję do Europy i nawet w tym celu przeniósł stolicę do Petersburga (1712), co było początkiem wielkiej kariery Rosji jako europejskiego, a potem globalnego mocarstwa. Putin zrobił ruch odwrotny. I odwrotnie niż zamierzał – zwinął Rosję jako mocarstwo, zwłaszcza europejskie.

Czy bez Europy Rosja może być wielkim mocarstwem? Nie. Z Europy Rosja ciągnęła soki rozwojowe, modernizacyjne. Ale też jej ścisłe związki z Europą, wpływy i kontakty były ważnym atutem jej międzynarodowej pozycji (podobnie jest w przypadku związków USA z Europą). To się skończyło. Będzie się musiała zwrócić ku Chinom, już to zaczęła robić. Ale w tym tandemie, to Chiny będą ciągnąć soki z Rosji, a ściślej eksploatować Rosję i to na sposób neokolonialny. Relacja jaka czeka Moskwę w tym tandemie, to klientelizm. Moskwa nie chciała być partnerem Zachodu, będzie wasalem Chin. Dla Chin to bez wątpienia pożytek ekonomiczny, ale w planie globalnym – poważny problem. Z perspektywy Pekinu Rosja miała być ważnym sprzymierzeńcem w procesie usuwania Zachodu z centrum sceny stosunków międzynarodowych, w procesie eliminowania zasad i standardów liberalnego porządku międzynarodowego. W tej chwili, to jednak siły liberalnego porządku rzucają Rosję na kolana. Moskwa bandycka, bo z takim wizerunkiem pozostanie ona na lata, będzie dla Pekinu raczej obciążeniem niż atutem. Chiny jej nie porzucą, ale Rosja pozostanie dla nich państwem na wpół trędowatym. Niby mocarstwem, czy też raczej mocarstwem na niby, które trzeba będzie subsydiować politycznie, choć eksploatować ekonomicznie (surowce).

Brutalna agresja Rosji, a przy tym niesłychanie prymitywne i bezczelne, przede wszystkim skrajnie zakłamane uzasadnianie tej napaści pozbawia Moskwę jakiekolwiek wiarygodności. Rosja, która zerwała związki z Europą oraz zawiodła Chiny tworzy geopolityczne limbo o niewiadomych jeszcze konsekwencjach dla porządku światowego. Chodzi o jego przechodzenie od fazy liberalnego porządku ku power politics, bo tak to wyglądało od kilku lat. Wiele oczywiście zależy od tego, jak ta wojna się skończy i czym się skończy dla Rosji. Należałoby oczekiwać, że warunkiem powrotu Rosji do społeczności „narodów cywilizowanych” (zwrot z Paktu Ligi Narodów) powinna być zmiana przywództwa państwa, ukaranie zbrodniarzy wojennych oraz należyte reparacje dla Ukrainy. Tego się zapewne nie da wyegzekwować od Moskwy, ponieważ wymagałoby kapitulacji Rosji, do czego nie dojdzie. Nie będzie wewnętrznej odnowy Rosji. Ale to jedynie utrudni jej powrót do międzynarodowej gry. Konsolidacja Zachodu, jaka się dokonała przy tej okazji tchnie zapewne trochę witalnej energii w liberalny porządek międzynarodowy. Ale nie starczy tego na długo. Tendencje sekularne nie są sprzymierzeńcem Zachodu. Warto przy tym zauważyć, że wiele znaczących krajów, np. Indie czy Brazylia, oraz cały szereg mniejszych państw bynajmniej nie popierają Zachodu w jego wsparciu dla Ukrainy. A przecież Zachód broni zasad standardowego porządku międzynarodowego w interesie wszystkich państw świata. To pokazuje, że ze względu na przeszłe grzechy „elektorat” Zachodu się kurczy. Jednocześnie, strategiczna i wizerunkowa klęska Rosji (nawet jeśli przejściowo zatrzyma część zajętego terytorium Ukrainy) to ostrzeżenie dla autokratów w różnych częściach świata, to osłabienie ich legitymizacji i to punkt dla adwokatów liberalnego porządku.

Na koniec, musimy stale mieć na uwadze, że Putin, w którego osobowości widoczne jest połączenie zimnej racjonalności łotra z obsesyjną, wręcz paranoidalną nienawiścią do Ukrainy i Zachodu, może wywołać nuklearny kataklizm. Jego prawdopodobieństwo nie jest duże, ale jest stale obecne od początku tej wojny.

*

Na horyzoncie mamy zatem „świat bez Putina” (to znaczy bez Rosji w gronie kilku wielkich mocarstw), ale jest za wcześnie, aby mówić jaki to będzie świat. Bez wątpienia, pozimnowojenna ewolucja Rosji od próby budowania demokracji po powrót do twardej autokracji z wielkoruskim szowinizmem jako ideologią klasy politycznej i większości społeczeństwa można uznać za porażkę szkoły liberalnej. Przypomnijmy, że przedstawiciele tego sposobu myślenia stawiali na rozwój Rosji jako kraju demokratycznego i europejskiego, który awansem powinien być tak traktowany, aby umożliwić mu posuwanie się w tym kierunku. Stąd brały się liczne przywileje, którymi obdarzano Rosję, łącznie z członkostwem w Radzie Europy czy G-7, która do 2014 była Grupą Ośmiu. Te rachuby okazały się iluzją.

Równie spektakularną porażką, w tym przypadku także moralną, była interpretacja polityki Rosji w logice szkoły realistycznej, która roszczenia i agresywne kroki Moskwy usprawiedliwiała potrzebą bezpieczeństwa Rosji. Nic bardziej błędnego. Rosja jako mocarstwo nuklearne, stały członek Rady Bezpieczeństwa, z którym Sojusz Atlantycki chciał pozostawać w partnerskiej współpracy (liczne inicjatywy na bazie Aktu Stanowiącego z 1997 r.) posiadała wysoki, niezagrożony z zewnątrz standard bezpieczeństwa. Członkostwo Ukrainy w NATO nie stało na porządku na dnia, czego Moskwa była świadoma. Uznani przedstawiciele tej szkoły, w USA prof. John Mearsheimer, w Polsce m.in. prof. Stanisław Bieleń, w swoich ostatnich publikacjach uparcie usprawiedliwiali jej akty agresji i ekspansji terytorialnej oraz żądania wycofania się NATO z Europy Środkowej naruszonymi rzekomo przez Sojusz interesami bezpieczeństwa Rosji. Tymczasem to, czego chciała Rosja, to pozbawienie swego sąsiedztwa poczucia bezpieczeństwa wobec ekspansjonistycznej, wielkomocarstwowej polityki Moskwy. Żądała bezbronności swego otoczenia. „Realiści” zupełnie ignorowali ewolucję Rosji w kierunku faszyzmu oraz antyukraińską obsesję Putina, która nie miała żadnego związku z bezpieczeństwem, a była częścią ideologii „ruskiego miru” (rosyjskiego świata) rządzonego z Moskwy. Warto nadmienić, że polscy „realiści” są zarazem nierzadko neomarksistami i ich sympatia dla Rosji, niezależnie od tego, jaki jest jej ustrój i polityka jest pochodną ich „antyimperialistycznego”, a bardziej konkretnie antyamerykańskiego stanowiska. Całkowite odrzucanie pierwiastka moralnego w polityce (a przecież jego znaczenie doceniał twórca szkoły realistycznej H. Morgenthau) idzie tu w parze ze swoistym pojmowaniem lewicowości. W danym przypadku (okazywania zrozumienia dla agresora) można mówić raczej o patolewicy niż o lewicy. Porażki obu głównych szkół myślenia o polityce międzynarodowej podkreślają znacznie rzetelnej diagnozy, wolnej od ograniczeń teoretycznych czy ideologicznych. To także jedna z lekcji tej wojny.

Profesor Roman Kuźniar jest kierownikiem Katedry Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości był także dyplomatą, dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych oraz Akademii Dyplomatycznej i doradcą do spraw międzynarodowych prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Artykuł ukazał się w numerze 4/2022 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2022 r.

„Specjalna operacja wojskowa” – bo tak wojnę nazwał prezydent Rosji Putin – miała zakończyć się w kilkanaście dni przejęciem kontroli nad sąsiednią Ukrainą. Tymczasem druga potęga militarna świata, jak rosyjską armię postrzegał portal Global Firepower, została zatrzymana przez kraj klasyfikowany przez ten portal na miejscu dwudziestym piątym. Początkowe niedowierzanie polityków, ekspertów i specjalistów od bezpieczeństwa zostało zastąpione entuzjazmem, a następnie szeregiem wniosków, a nawet analiz przyczyny takiego stanu rzeczy. Przywoływano stan sił zbrojnych Ukrainy, mocno zmieniony od 2014 roku, niespotykaną wręcz determinację ukraińskiego społeczeństwa w obronie swojego kraju czy wreszcie niekwestionowane przywództwo prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Po stronie Rosji wskazywano na fatalne dowodzenie, prawdopodobny brak należytego rozpoznania potencjału wojska ukraińskiego i postawy społeczeństwa, niskie morale żołnierzy rosyjskich spowodowane długotrwałym pobytem na poligonach przed agresją 24 lutego, zaskakująco złą aprowizacją wojska. Kolejne tygodnie konfliktu przynosiły zwroty akcji, zgodnie uznano, że cel Kremla, którym było zniszczenie infrastruktury wojskowej i ustanowienie marionetkowego rządu zależnego od Moskwy, nie powiódł się. Rosja zaczęła redefiniować cel swojego działania – teraz zakładał on utrzymanie zajętych terenów, takich jak Krym, Donieck, Ługańsk, ustanowienie korytarza lądowego miedzy Krymem a Rosją wzdłuż wybrzeża Morza Azowskiego oraz niszczenie infrastruktury krytycznej na terenie całej Ukrainy.

Od początku wojny władze Ukrainy zwracały się do środowiska międzynarodowego o pomoc i wsparcie militarne, definiując precyzyjnie swoje potrzeby. Armii ukraińskiej potrzebne były środki przeciwlotnicze, przeciwpancerne, artyleria, lotnictwo, sprzęt opancerzony i ogromne ilości amunicji. Kiedy okazało się, że Ukraina nie zostanie pokonana, pojawiły się pierwsze deklaracje wsparcia dla obrońców, jednak politycy stali się zakładnikami pojęć „broń defensywna” i „ofensywna”; z punktu widzenia pragmatyki wojskowej jest to niedorzecznością, bo każdy system uzbrojenia może być użyty do obrony, a broniąc się trzeba kontratakować czy prowadzić działania ofensywne. Ta narracja było konsekwencją obawy, ze Rosja będzie mogła zyskać uzasadnienie, że musi się bronić przed zagrożeniem ze strony Sojuszu Północnoatlantyckiego i krajów Unii Europejskiej.

Brutalność armii rosyjskiej wobec ludności cywilnej, gwałty, rabunki, uderzenia lotnicze i artyleryjskie na szpitale, szkoły, osiedla przy pomocy zakazanej konwencjami broni kasetowej, fosforowej czy termobarycznej wywołały ogólnoświatowy sprzeciw społeczeństw. Protestując przeciwko ludobójstwu i barbarzyństwu Rosji wymuszały one na politykach decyzje o pomocy dla Ukrainy, która musiała mierzyć się z problemami humanitarnymi, gospodarczymi i nieustającym zagrożeniem militarnym ze strony Rosji. W kolejnych tygodniach pojawiały się deklaracje i realne wsparcie sprzętem wojskowym. Głównymi donatorami od początku były Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Polska, Kanada; do tej „rodziny” dołączały kolejne kraje, które na miarę swoich możliwości wspierały walczących. Oczy opinii publicznej zwrócone były na te kraje Europy Zachodniej, które zwlekały z podjęciem decyzji o pomocy militarnej dla Ukrainy, co wywoływało cierpkie komentarze nawet w przestrzeni dyskursu dyplomatycznego.

Wojna dalej trwa, już ponad cztery miesiące. Jej implikacje dotykają nie tylko Ukrainy, jej skutki odczuwają obywatele Europy, a prognoza kryzysu żywnościowego dotknie ludzi w wymiarze globalnym.

Każdy konflikt, każda wojna jest przyczynkiem do dyskusji, raportów i wniosków. Prowadzenie takich analiz jest w pełni uzasadnione, a rekomendacje mogą poprawić bezpieczeństwo. Stają się inspiracją do poszukiwania nowych rozwiązań systemowych, funkcjonalnych czy modernizacyjnych. Truizmem jest, że przygotowujemy się do wojen , które już były, ale niestety to typowa przypadłość „ekspertów”, wojskowych i polityków, którzy chcą wykazać swoją przydatność i bardzo szybko definiują rekomendacje i podejmują decyzje, nie czekając na porównanie swoich przemyśleń z uczestnikami procesów – w tym przypadku politykami, żołnierzami, funkcjonariuszami z Ukrainy. Szczególnie jaskrawo możemy zaobserwować to wśród polskich elit politycznych, które konflikt w Ukrainie postanowiły wykorzystać do uzasadnienia wcześniejszych działań i podejmowanych decyzji.

W początkowym okresie wojny w Ukrainie obserwowano i komentowano absolutny fenomen – postawę ukraińskiego społeczeństwa, które deklarowało obronę swojego kraju, uczestniczyło w przeszkoleniach z posługiwania się bronią, przygotowywania doraźnych środków do walki z najeźdźcą. Rozpoczęto formowanie jednostek Obrony Terytorialnej z deklarujących wolę obrony Ojczyzny i wspierania walczących jednostek armii Ukrainy. Na początku kwietnia publicznie wypowiedział się dowódca polskich Wojsk Obrony Terytorialnej (na platformie Proobronni24.pl): „Mieliśmy pełną świadomość rzeczywistych intencji Federacji Rosyjskiej. Od pewnego momentu nie zadawaliśmy sobie pytania czy Rosja zaatakuje, tylko kiedy. Stąd mające miejsce w ostatnich latach działania związane z przyspieszoną rozbudową sił zbrojnych, modernizacją, dużą intensywnością ćwiczeń, szkoleń w tym powołania do życia Wojsk Obrony Terytorialnej”. Ta wypowiedź zawiera kilka nieścisłości, bowiem Obrona Terytorialna istniała w Wojsku Polskim przed 2017 rokiem, powoływana „nowa” formacja nie odnosiła się do zagrożeń ze strony Rosji a największa ilość ćwiczeń i szkoleń prowadzonych w wymiarze krajowym, sojuszniczym i koalicyjnym przypadała na lata 2015 i 2016. Znaczenie żołnierzy wojsk OT podkreślił zwierzchnik SZ RP prezydent Andrzej Duda podczas posiedzenia Rady ds. Bezpieczeństwa i Obronności przy Prezydencie RP 8 marca 2022 roku wskazując, że „piechur” ze środkiem przeciwpancernym może wpłynąć przebieg konfliktu. Już 6 marca na portalu tech.wp.pl ukazał się artykuł „Ukraińska lekcja. Czołg – przeżytek czy przyszłość pola walki?”. Ze zrozumieniem należy przyjąć potrzebę komunikowania tak ważnego zdarzenia jakim jest konflikt zbrojny, który ma miejsce w sąsiedztwie naszego kraju. Powinny to jednak być relacje, można pokusić się o prognozy, ale z formułowaniem wniosków należy poczekać; co najważniejsze, na ich formułowanie można będzie sobie pozwolić, kiedy swoje wyobrażenia skonfrontujemy z żołnierzami, dowódcami i osobami odpowiedzialnymi za obronę Ukrainy. Po aneksji części terytoriów Ukrainy przez Rosję w 2014 roku, organizowano w Siłach Zbrojnych RP wiele seminariów, warsztatów, z udziałem ukraińskich dowódców różnych szczebli dowodzenia. Dzielili się oni swoim doświadczeniem, konfrontowaliśmy nasze oceny z ich wiedzą, a podsumowania były niejednokrotnie mocno zaskakujące. Dlatego z rezerwą należy traktować publiczne wystąpienia osób, które autorytarnie formułują wnioski z toczącej się wojny. Mocno dyskusyjne jest, gdy są podejmowane decyzje, które wpływać będą na przyszłe bezpieczeństwo, wyposażenie armii i jej wielkość.

Niepokojące zjawisko obserwuje się w resorcie Obrony Narodowej i wśród polityków odpowiadających za bezpieczeństwo: fakt toczącej się wojny został wykorzystany do kreowania „polityki” bezpieczeństwa. W trybie ekstraordynaryjnym przygotowano nową regulację prawną, która nie została poddana rzetelnej dyskusji eksperckiej i społecznej, a jej przyjęcie w parlamencie było poprzedzone wręcz szantażem politycznym. Kto podejmował próbę wskazywania niedoskonałości merytorycznych Ustawy o obronie Ojczyzny musiał liczyć się z krytyką, że nie zależy mu na bezpieczeństwie kraju w obliczu wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą. Tak powstała ustawa, która jest zlepkiem istniejących wcześniej regulacji różnych poziomów – ustaw i rozporządzeń. Cel wprowadzenia tej ustawy 3 marca w Sejmie RP przedstawił minister Mariusz Błaszczak: „To ustawa, dzięki której nie tylko zwiększymy liczebność Wojska Polskiego, ale również wydatki na Siły Zbrojne RP, odtworzymy system rezerw, zachęcimy żołnierzy do pozostania w służbie oraz wdrożymy koncepcję obrony powszechnej. To dobre przepisy na trudne czasy.” Paradoks polega na tym, że każdy z tych postulatów można było spełnić w oparciu o istniejące przepisy, ewentualnie nowelizując którąś z istniejących ustaw, jak na przykład Ustawę o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finasowaniu Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej, która określa wielkość odsetka PKB przeznaczanego z budżetu państwa na obronność. Nie było potrzeby likwidowania czternastu ustaw dla powstania jednej, która jest tak niedoskonała jak zapisy „Polskiego Ładu”, tylko jej skutki będziemy odczuwać w perspektywie lat, bowiem zakłada ona dominację ilości nad jakością.

Obecnie obserwujemy swoisty festiwal deklaracji i decyzji podejmowanych jednoosobowo przez ministra Obrony Narodowej. Kupimy dodatkowe elementy systemu obrony powietrznej WISŁA (faktycznie niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa kraju), staniemy się potęgą artyleryjską na skalę niespotykaną w świecie kupując 500 wyrzutni HIMARS, posiadać będziemy satelitarny system rozpoznania, będziemy krajem posiadającym pięć typów czołgów. Po ogłoszeniu przez polski przemysł obronny, że przygotowany został polski bojowy wóz piechoty BORSUK, minister ogłasza, że kupimy dodatkowo za granicą wozy bojowe. Utworzymy kolejne dwie dywizje (aktualnie formujemy czwartą poprzez kanibalizm kadrowy i sprzętowy istniejących jednostek wojskowych i dowództw). To są komunikaty, które w obliczu toczącej się w Ukrainie wojny są przyjmowane przez społeczeństwo bardzo pozytywnie i ze zrozumieniem. Jednak eksperci zadają pytanie ile to będzie kosztować i czy wytrzyma to i tak nadwątlony system logistyczny armii. Niepokojące jest to, jak instrumentalnie na potrzeby budowania wizerunku formacji rządzącej odchodzi się od procedur, zasad i standardów, w tym przypadku programowania rozwoju sił zbrojnych. W narracji publicznej zaczyna dominować siła przekazu oparta na ilości wojska, konkretnych jednostek sprzętu wojskowego czy dowództw i jednostek wojskowych: wszystkiego będziemy mieli więcej. Kierownictwo resortu zdaje się zapominać o rozwoju nowoczesnych technologii, robotyzacji wszechobecnego środowiska cyberprzestrzeni czy sztucznej inteligencji. Odnieść można wrażenie, że obecna sytuacja związana z wojną w Ukrainie jest wykorzystywana przez polityków do narracji wojennej, by odwrócić uwagę społeczeństwa od piętrzących się problemów związanych ze skutkami pandemii, narastającymi wyzwaniami egzystencjalnymi związanymi z rosnącymi cenami paliw, produktów spożywczych, opłat za energię czy w końcu galopującymi kosztami obsługi kredytów hipotecznych. Ta polityka informacyjna rządzących skutkuje tym, że nie są prowadzone analizy potrzeb jakie niesie przyszłe środowisko bezpieczeństwa, tylko „odpowiada” się na bieżącą sytuację, która działa na wyobraźnie ludzi.

Zachęcałbym, aby odejść od retoryki ilościowej na rzecz poruszania się w przestrzeni zdolności, jakim powinny odpowiadać przyszłe siły zbrojne; jak powinien być zaprojektowany system bezpieczeństwa (oczywiście przyglądając się również temu, co dzieje się za naszą wschodnią granicą). Za kluczowe należy przyjąć, że determinantą jest informacja, posiadanie wiedzy o zamiarach i działaniach potencjalnego agresora. Kolejnym czynnikiem będzie posiadanie zdolności do obrony przed środkami zagrożenia przenoszonymi drogą powietrzną, czyli samoloty, systemy rakietowe czy bezzałogowe. Za istotne przyjąć należy posiadanie zdolności do neutralizowania zagrożeń zanim zostaną one aktywowane przez agresora, nie dopuszczając, aby aktywne działania przeniosły się na nasze terytorium. Tę triadę czynników należy rozpatrywać nie tylko w wymiarze tradycyjnych działań, które obserwujemy w Ukrainie – pamiętajmy o konfliktach wywoływanych przez ekstremistów na Bliskim Wschodzie, o naszym zaangażowaniu w operacje w Iraku czy Afganistanie, a także o wszelkiej aktywności z wymiarem cyberprzestrzeni włącznie, mającej miejsce nie tylko w naszym sąsiedztwie, ale również w przestrzeni kosmicznej. Często pytany, jakie powinniśmy posiadać siły zbrojne odpowiadam, że „powinny być zdolne do identyfikowania i zwalczania zagrożeń jeszcze poza granicami kraju”.

Obserwacja obecnego środowiska bezpieczeństwa i wojny w Ukrainie utwierdza mnie w słuszności tej tezy. Każdemu planiście, politykowi, który zakłada prowadzenie działań obronnych na terenie kraju (jak na przykład Antoni Macierewicz, który twierdzi, że ochotnicy, którzy znajdą się w WOT „będą zdolni stawić czoło siłom tak skutecznym, o tak skutecznych możliwościach rażenia jak formacje specnazu” – takich słów użył podczas wystąpienia w Akademii Sztuki Wojennej 21 listopada 2016 roku) polecam zdjęcia z Charkowa, Irpienia, Mariupola czy Buczy, pokazujące do czego może doprowadzić nawet czasowe oddanie własnego terytorium agresorowi. Odnieść można wrażenie, że zapomina się o powinności, jaką nakłada Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej w artykule 5: „Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium…”. Dlatego uważam, że powinniśmy budować taki system rozpoznania, który pozwoli zbierać informacje we wszystkich możliwych przestrzeniach, gdzie komunikują się ludzie, w obecnych i przyszłych pasmach transmisji danych nie tylko radiowych, ale i cyfrowych, system zdolny do odczytywania informacji w spektrum widzialnym i niewidzialnym. Zdobyte i gromadzone informacje powinny być poddane analizie, a wnioski powinny być dostarczone do decydentów politycznych, jak i służb i formacji militarnych i niemilitarnych, które podejmować będą przeciwdziałania zagrożeniom. Przepływ informacji w takim systemie nie może być obarczony inercją, a zdobyte informacje powinny gwarantować niezbędny czas na podjęcie działań.

Wymiar przestrzeni powietrznej jako środowisko walki został dostrzeżony jeszcze przed I Wojną Światową przez włoskiego oficera Giulio Douheta w 1909 roku: „Niebo wkrótce stanie się nowym polem bitwy, równie ważnym jak pola bitew na lądzie i morzu…. Aby podbić powietrze, konieczne jest pozbawienie wroga wszelkich środków lotu w jego bazach operacyjnych lub w jego centrach produkcyjnych. Lepiej przywyknijmy do tego pomysłu i przygotujmy się na to”. Pierwsze operacyjne użycie samolotu miało miejsce w dniu 23 października 1911 na początku wojny włosko-tureckiej, kiedy kapitan Carlo Piazza wykonał pierwszy lot zwiadowczy w pobliżu Trypolisu, a jeszcze podczas tegoż konfliktu włoski pilot Giulio Gavotti po raz pierwszy zrzucił bombę w operacji wojennej. Dzisiaj działania lotnictwa uzupełnione przez systemy rakietowe są stałym elementem konfliktów zbrojnych, dlatego kluczowe jest posiadanie sił i środków, które stanowić będą skuteczną obronę powietrzną. Nie tylko dla wojsk biorących udział w konflikcie. Tak naprawdę chodzi o teren całego kraju, jego aglomeracje miejskie, ośrodki przemysłowe, węzły i ciągi komunikacyjne, infrastrukturę energetyczną i komunikacyjną, dobra kultury i dziedzictwa narodowego. System taki powinien chronić przez lotnictwem, rakietami o różnej trajektorii lotu, jak i systemami bezzałogowymi operującymi na różnych pułapach. Dzisiejsze zdolności przemieszczania się rakiet i samolotów z prędkościami przekraczającymi dźwięk, zasięgi ich oddziaływania liczone w tysiącach kilometrów każą budować wyobrażenie o tworzeniu systemu obrony powietrznej w ramach sojuszy i porozumień obejmujących grupę państw. Taką platformą może być Sojusz Północnoatlantycki lub Unia Europejska. Każdy kraj powinien budować potencjał zdolny do odstraszania potencjalnego agresora, potencjał, który pozwoliłby zadawać straty agresorowi jeszcze na jego terytorium, w jego przestrzeni. Środki odstraszania powinny posiadać zdolności oddziaływania na ośrodki decyzyjne agresora, jego zaplecze logistyczno-gospodarcze wspierające działania zbrojne, jak i systemy walki, które stanowić mogą zagrożenie dla naszej suwerenności i integralności. Takie systemy powinny posiadać zdolności operowania na lądzie, morzu, w powietrzu i cyberprzestrzeni, w dużej mierze powinny to być systemy bezzałogowe, których użycie minimalizować powinno straty żołnierzy prowadzących obronę własnego kraju.

Polska jest członkiem NATO, którego fundamentem jest Traktat Waszyngtoński. Jego zapisy dają gwarancje bezpieczeństwa, jak często przywoływany artykuł 5 o kolektywnej obronie, ale i stanowią zobowiązania do budowania i utrzymywania własnych zdolności do obrony przez państwa członkowskie Sojuszu. Traktuje o powyższym artykuł 3: „Dla skuteczniejszego osiągniecia celów niniejszego traktatu, Strony, każda z osobna i wszystkie razem, poprzez stałą i skuteczną samopomoc i pomoc wzajemną, będą utrzymywały i rozwijały swoją indywidualną i zbiorową zdolność do odparcia zbrojnej napaści”. Zdolności, o których wcześniej pisałem są projektem, którego realizacja może wykraczać poza możliwości pojedynczego kraju, nawet takiego jak Polska, który deklaruje przeznaczanie na obronność od 2023 roku 3% PKB; dlatego celowe jest budowanie zrozumienia dla wspólnych projektów obronnych. W NATO przyjmowane są ustalenia co do wielkości środków, jakie będą przeznaczane na obronność, ale trudno by porównywać możliwości finansowe i realną siłę nabywczą budżetu takich krajów jak Niemcy, Słowacja czy Czarnogóra. Warto więc spojrzeć w kierunku potencjału, jakim dysponuje Unia Europejska, tym bardziej, że blisko 65% krajów członkowskich Unii jest jednocześnie członkiem NATO. W Unii Europejskiej prowadzona jest dyskusja nad budowaniem zdolności obronnych Starego Kontynentu od lat.

Kluczową inicjatywą mającą na celu wspieranie z budżetu UE współpracy w zakresie badań i rozwoju zdolności obronnych jest ustanowiony 7 czerwca 2017 r. Europejski Fundusz Obronny (ang. European Defence Fund, EDF). Jest realizacją zapowiedzi działań, do których Komisja Europejska zobowiązała się, w ogłoszonym 30 listopada 2016 r., europejskim planie działań w sektorze obrony (ang. European Defence Action Plan, EDAP). Celem EDF jest wzrost efektywności wydatków państw członkowskich Unii Europejskiej w obszarze obronności za pomocą wsparcia inwestycji we wspólne projekty badawczo-rozwojowe. Fundusz jest platformą realizacji długofalowego planu stworzenia w Europie wspólnego rynku uzbrojenia i sprzętu wojskowego oraz dalszej konsolidacji przemysłów obronnych.

Z kolei 13 listopada 2017 r. ministrowie 23 państw członkowskich podpisali wspólną notyfikację w sprawie stałej współpracy strukturalnej (ang. Permanent Structured Cooperation, PESCO). Możliwość ustanowienia stałej współpracy strukturalnej w dziedzinie wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony jest zapisana w Traktacie z Lizbony. Przewidziano tam, że państwa członkowskie UE mogą ściślej współpracować w zakresie bezpieczeństwa i obrony. Stałe ramy współpracy pozwalają państwom członkowskim, które mają wolę i możliwości, na wspólny rozwój potencjału obronnego, inwestowanie w te same projekty lub zwiększenie udziału i gotowości operacyjnej sił zbrojnych. To są platformy, które należy wykorzystać do budowania wspólnych zdolności obronnych na miarę przyszłych zagrożeń. Cyklicznie odbywa się aktualizacja listy projektów do zrealizowania w ramach PESCO, ostatnia miała miejsce 16 listopada 2021 roku (Decyzja Rady (WPZiB) 2021/2008), a więc jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę, inwazji, która zweryfikowała wiele dotychczasowych wyobrażeń i środowisku bezpieczeństwa i porządku rzeczy nie tylko w Europie, ale i na świecie. Obecna lista projektów realizowanych w ramach PESCO obejmuje 60 pozycji, których audyt pozwoliłby skupić się na niezbędnie potrzebnych i wprowadzić takie, które pozwolą zbudować zdolności adekwatne do przyszłych zagrożeń.

Przygotowujmy się do wojen, które być mogą, nie do tych, które już były.

Gen. broni rez. dr Mirosław Różański, były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych RP, jest senatorem RP wybranym z listy KKW Trzecia Droga w ramach demokratycznego Paktu Senackiego, bezpartyjnym, ale z poparciem Polski 2050, oraz prezesem fundacji bezpieczeństwa i rozwoju STRATPOINTS

Artykuł ukazał się w numerze 4/2022 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2022 r.

Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności