logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Parlament Europejski podszedł do sprawy rzetelnie, z dobrymi intencjami

Włodzimierz CIMOSZEWICZ | 28 stycznia 2024
Fot. archiwum "Res Humana"

Nie ukrywam mojego osobistego głębokiego przekonania o potrzebie reformy Unii. Obecne regulacje korzeniami tkwią w relatywnie głębokiej – uwzględniając tempo zmian na świecie – przeszłości. Wersje traktatów: o Unii Europejskiej oraz o funkcjonowaniu Unii Europejskiej uzgodnione w Lizbonie są w bardzo dużym stopniu powtórzeniem treści Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy, który negocjowałem wspólnie z Leszkiem Millerem, a podpisywałem z Markiem Belką w Rzymie. Tamten tekst z kolei był pokłosiem Konwentu Europejskiego z początku wieku. Wszystko więc zaczęło się przed dwudziestu kilku laty. Trochę ponad dwie dekady temu Valéry Giscard d’Estaing przedstawił swój projekt, wieńczący tamte debaty, na szczycie w Salonikach.

Mówimy tutaj o zastąpieniu istniejącej kompleksowej regulacji albo traktatem zmieniającym szereg wybranych przepisów, albo nowym traktatem w ogóle. Jednocześnie w naszym kraju nie ma w tej chwili warunków do przeprowadzenia spokojnej, rozsądnej dyskusji publicznej na ten temat. Wszystko raptem ugrzęzło w histerycznych emocjach. Można byłoby od biedy je zrozumieć przed wyborami, ale po tym, jak obywatele dokonali już rozstrzygnięć, powinniśmy na rzecz spojrzeć z analitycznym dystansem.

Poświęcone temu zagadnieniu prace Komisji Spraw Konstytucyjnych PE, której jestem członkiem, były prowadzone z niezwykłą powagą. Trwały rok. W tym czasie nieustannie dyskutowaliśmy o różnych propozycjach usprawnienia UE, uczynienia jej jeszcze bardziej potrzebnej Europejczykom. Do podsumowania tych prac i spisania wniosków wyznaczono aż pięcioro oficjalnych sprawozdawców reprezentujących pięć najważniejszych grup politycznych. To jedyny znany mi taki przypadek. Zazwyczaj do tej czynności upoważnia się jednego posła; wyjątkowo, w kilku zaledwie przypadkach w tej kadencji, bywały to dwie osoby.

Dla każdej osoby rozumiejącej politykę i w szczególności znającej sposób pracy Parlamentu Europejskiego musi być jasne i oczywiste, że w sytuacji współautorstwa pięciu frakcji wśród kilkuset rozmaitych propozycji znalazło się wiele – czy też bardzo wiele – takich, które nie odpowiadały zarówno wszystkim sprawozdawcom, jak i wszystkim członkom Komisji Konstytucyjnej. Na sali plenarnej okazało się też, że nie każda zyskała poklask posłów biorących udział w debacie i głosowaniu. To zrozumiałe. Ale żeby raport w ogóle mógł powstać, wszyscy musieli wzajemnie zaakceptować nieco kontrowersyjnych propozycji (z którymi niekoniecznie w pełni się zgadzali). W przeciwnym razie już na tym poziomie prac wstępnych – zakończyłyby się one fiaskiem.

Bardzo wielu posłów, ze mną włącznie, przywiązywało wagę nie tyle do konkretnych propozycji ile do samego ruchu, samego impulsu. Najważniejsze jest to, że Parlament – upoważniony przez artykuł 48 Traktatu o Unii Europejskiej – mógł zainicjować rozmowę na ten temat. Dobrze wiemy, co się potem wydarzy: wszystkie propozycje PE będą stanowić pewien zasób, do którego być może przedstawiciele rządów i parlamentów państw członkowskich będą nawiązywali w trakcie Konwentu. A może nie będą? To jest bowiem proces polityczny. I to państwa członkowskie będą decydowały o treści ewentualnej zmiany traktatowej. Jeśli jednak żadnej rozmowy nie będzie – niekoniecznie o wszystkich sprawach zasugerowanych przez Parlament – to Unia utkwi w niemocy.

Główną intencją Parlamentu było zachęcenie do tego, żeby zacząć myśleć i rozmawiać o niezbędnych zmianach. Wszyscy w Brukseli i Strasburgu, w stolicach państw członkowskich, eksperci, prawnicy zdają sobie sprawę z tego, że to nie Parlament Europejski zmienia traktaty. Rozlegające się w Warszawie okrzyki o anihilacji państwa polskiego nie miały krzty sensu. Przynajmniej tym razem oskarżanie Leszka Millera, Marka Belki i mnie o to, że zdradziliśmy Polskę, nie było w pełni zasadne – jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę ironii.

Powstały w opisany wyżej sposób raport został zaprezentowany całemu Parlamentowi i szczegółowo przedyskutowany. Po wprowadzeniu pewnych korekt rezolucja inicjująca procedurę, która może doprowadzić do zmian w funkcjonowaniu Unii, w tym zmian traktatowych, została przyjęta. Następnie Rada UE (złożona z ministrów wszystkich państw członkowskich) „przekazała” ten wniosek do Rady Europejskiej. Jeśli szefowie państw lub rządów UE zgodzą się na dalsze prace w tej materii, zostanie zwołany grupujący unijnych i krajowych polityków oraz europejskie autorytety Konwent dla dalszych przemyśleń możliwych rozwiązań. Kolejnym krokiem byłaby konferencja międzyrządowa. Dopiero w efekcie jej prac zostałyby sformułowane nowe przepisy. Ostateczny tekst byłby podpisany przez premierów i ministrów spraw zagranicznych wszystkich państw członkowskich i finalnie ratyfikowany zgodnie z wymogami każdego państwa.

Z góry nie wiemy więc, czy nowe zmiany traktatowe – nawet jeśli zostaną wynegocjowane – wejdą w życie, bo nie ma pewności, że ratyfikują je wszystkie państwa członkowskie. To w pewnej mierze zależy od wewnętrznej sytuacji w niektórych z nich. Doświadczenie z Traktatem Konstytucyjnym jest negatywne, choć po usunięciu z tekstu terminów nadających wspólnotowym instytucjom atrybuty państwa federalnego przytłaczająca większość pozostałych kwestii uregulowanych w traktacie z 2004 roku została później przeniesiona do Traktatu z Lizbony.

Niedawne, często bolesne doświadczenia pokazały, że Unia potrzebuje więcej kompetencji w różnych nowych obszarach. Dodatkowa konieczność wynika z rysującej się perspektywy rozszerzenia Unii Europejskiej. Instytucjonalne oraz proceduralne dostosowania okażą się potrzebne; najprawdopodobniej także te w zakresie poszczególnych polityk. Biorąc pod uwagę to, jakie państwa miałyby dołączyć do UE i jakie będą konsekwencje tego faktu, przynajmniej z tego punktu widzenia potrzeba zmian powinna zostać uznana za oczywistą. Albo ktoś autentycznie opowiada się za przyjęciem nowych członków i wtedy musi zaakceptować potrzebę zmian w traktatach, albo ktoś przez sprzeciw wobec zmian traktatowych de facto chce blokować, albo opóźniać rozszerzenie.

Jestem nieco zaskoczony zachowaniem obecnego polskiego rządu w reakcji na przyjętą przez Parlament rezolucję. A zwłaszcza byliśmy zaskoczeni wtedy, gdy w przeddzień głosowania w tej sprawie okazało się, że polskie koleżanki i polscy koledzy z grupy Europejskiej Partii Ludowej (EPP), a więc z Koalicji Obywatelskiej i PSL, otrzymali polecenie głosowania przeciwko projektowi. Jak wiadomo, rezolucja została przyjęta dosyć niewielką większością, bo zaledwie 17 głosów.

Późniejsza wypowiedź Donalda Tuska, jak i komentarz w Sejmie ministra do spraw europejskich Adama Szłapki były nie mniej zaskakujące. Mam nadzieję, że jest to nie tyle sprzeciw wobec idei zmian w traktatach,  ile opinia o niedogodnym czasie na ich przeprowadzenie. W rządowych enuncjacjach stwierdzało się, że w obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych są priorytetowe sprawy, którymi trzeba się pilnie zająć, podniesienie zaś w tej chwili dyskusji traktatowej może dodatkowo podzielić Wspólnotę.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności