logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Obawa o europejską politykę nowego rządu

Leszek MILLER | 28 stycznia 2024
Fot. archiwum "Res Humana"

Jest szereg obszarów europejskiej integracji wymagających pilnych zmian. Na pierwszym miejscu stawiam politykę zagraniczną. Wciąż nierozwiązany pozostaje bowiem dylemat, który kiedyś sygnalizował Henry Kissinger – pytając o numer telefonu do „Europy”. Takiego numeru oczywiście nie ma i nie będzie go dopóty, dopóki nie dojdzie do pogłębionej integracji w tej sferze. Będziemy na tym tylko i wyłącznie tracić. Druga sprawa – to polityka obronna, trzecia – polityka energetyczna. Na końcu wymienię jednomyślność przy podejmowaniu decyzji. Jestem gorącym przeciwnikiem weta i nie dlatego, że przypomina mi ono o polskich  losach powiązanych z zastosowaniem liberum veto. Jeżeli możliwość zablokowania kluczowych decyzji przez jednego tylko członka UE nie zostanie wyeliminowana, to Unia Europejska na pewno będzie miała nowe kłopoty.

Przy okazji proszę spostrzec hipokryzję cechującą zwolenników szybkiego przyjęcia Ukrainy do UE, którzy jednocześnie pozostają zwolennikami weta. Z góry można założyć, że to narzędzie będzie regularnie stosowane na przykład przez Węgry, czy przez jakieś inne państwo niechętne takiemu rozszerzeniu, dla wywrócenia tego procesu.

Przypominam też, że w roku 2000 została przyjęta bardzo ambitna Strategia Lizbońska, w której zapisano, że w ciągu dekady Unia Europejska prześcignie USA w rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, najnowocześniejszych technologiach, badaniach naukowych. Otóż po 10 latach okazało się, że dystans między Unią a Stanami Zjednoczonymi nie tylko się nie zmniejszył, ale wręcz wzrósł. Dzisiaj jest on o wiele większy niż w przeszłości. Należy więc zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego tak się stało? Moim zdaniem dlatego, że Stany są jednolitym państwem (przy całej ich strukturze federalnej), a Unia Europejska nie jest. Tak długo, jak będziemy powstrzymywać się od istotnych kroków w kierunku głębszej integracji, zawsze będziemy przegrywać konkurencję. I to już nie tylko z Ameryką Północną, ale także z Chinami, Indiami i innymi rodzącymi się potęgami. To ostatni moment, ostatni dzwonek, żeby poważnie te kwestie przemyśleć i żeby podjąć niezbędne reformy. Przy obecnej strukturze instytucjonalnej Unia Europejska nie ma szans, by stać się jednym z globalnych mocarstw politycznych. Musimy budować głębsze powiązania, iść w kierunku pewnej formy federalizmu.

W tych rozważaniach chciałbym jednak skoncentrować się głównie na europejskiej polityce nowego rządu, rządu pana Donalda Tuska. Jak sądzę, wszyscy w pewnym napięciu czekaliśmy na pierwsze deklaracje intencji, planów i zamierzeń odnośnie do Unii Europejskiej. Byłem zaskoczony zarówno słowami prezesa Rady Ministrów z exposé, jak i tym, co przedstawiciele rządu mówią na ten temat w tej chwili. Przypomniałem sobie jednak, że równie zaskoczony byłem wiele lat temu, kiedy mieliśmy do czynienia z pierwszym rządem Donalda Tuska. Kilka razy rozmawiałem wtedy z ówczesnym premierem, zwracając mu uwagę, że stał przed wielką okazją, by popchnąć do przodu sprawy integracji; mimo to tamta koalicja nie zrobiła kilku kluczowych kroków.

Po pierwsze, nie zrobiła nic (oprócz paru niewiążących i finalnie niezrealizowanych deklaracji) w sprawie wejścia Polski do strefy euro. Warto pamiętać, że nad podpisami Włodzimierza Cimoszewicza i moim w traktacie akcesyjnym jest odpowiednie sformułowanie, w którym Polska zobowiązała się do przyjęcia wspólnej waluty; brakuje tam tylko i wyłącznie daty. Traktat akcesyjny był zaś zaakceptowany przez obywateli Rzeczypospolitej w ogólnonarodowym referendum. Jest notabene swego rodzaju paradoksem, że wśród polityków ostatnich dziewiętnastu lat najbardziej w sprawę realizacji tego zobowiązania angażowała się pani Zyta Gilowska – minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (który bynajmniej wtedy wcale jej nie karcił, nie przywołał do porządku). Niewątpliwie dużo czasu zostało stracone i teraz bardzo trudno będzie go nadrobić.

Po drugie, koalicja PO-PSL,nie odstąpiła od protokołu brytyjskiego, który de facto ograniczał funkcjonowanie Karty Praw Podstawowych UE w odniesieniu do obywateli RP. Dzisiaj wiemy, że nie ma on już praktycznego zastosowania; dlaczego więc Polska miałaby nie wycofać się z tego zupełnie niepotrzebnego aktu? Zwłaszcza po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nie widzę żadnych przeszkód, żeby ten protokół po prostu zlikwidować i nie stwarzać wrażenia, że w pewien sposób poważnie go traktujemy.

I wreszcie po trzecie, rząd nie przystąpił do dołączonej do Traktatu o Unii Europejskiej deklaracji numer 52 o symbolach Unii Europejskiej. Posługujemy się nimi – flagą, hymnem, dewizą „Zjednoczona w różnorodności” i uznaniem 9 maja za Dzień Europy – ale w zasadzie bez podstawy prawnej. Waga tego dokumentu jest nieporównywalnie wyższa niż np. regulaminów Sejmu i Senatu, które regulują kwestię używania symboli UE na terenie polskiego parlamentu. Warto, by obecna Rada Ministrów zastanowiła się nad przystąpieniem do tej deklaracji.

Dzisiejszy rząd wskazuje na pięć argumentów, które nie pozwalają mu jednoznacznie wypowiedzieć się na rzecz zmian traktatowych. Pierwszy punkt: te zmiany mogą osłabić jedność Unii Europejskiej. To się jednak może stać zawsze, niezależnie od tego, kiedy te zmiany będą przeprowadzane. Niemal dwadzieścia lat temu przegrane referenda we Francji i Holandii nie tylko osłabiły jedność europejską, ale wręcz zlikwidowały Traktat Konstytucyjny. To nie jest więc żaden warunek.

Po drugie: te zmiany mogą opóźnić przyjęcie Ukrainy. Ten argument sugeruje, że mogłoby ono nastąpić za dwa albo za trzy lata. Jednak wszystko wskazuje na to, że w trwającej dekadzie akcesja Ukrainy nie będzie miała miejsca. Niezasadne jest zasłanianie się Ukrainą, by powstrzymać się od energicznego działania.

Po trzecie: te zmiany nie odpowiadają realnym potrzebom Unii. Ależ właśnie, jak to powyżej uzasadniłem, odpowiadają!

Czwarty punkt: te zmiany przeszły w Parlamencie Europejskim niewielką większością głosów. Z tym się należy zgodzić, bo to jest prawda. Przeszły niewielką większością głosów – ale przeszły! Wiemy z historii, że w wielu przypadkach jeden głos decydował o skutkach o ogromnym znaczeniu. W pierwszym po wojnie głosowaniu w Bundestagu Konrad Adenauer jednym głosem został wybrany kanclerzem. I co z tego? Nikt nie załamywał rąk i nie mówił, że to stanowi problem. A potem Adenauer stał się przecież wielką postacią niemieckiego życia politycznego.

I wreszcie ostatni zarzut: te zmiany mogą być wykorzystane w antyunijnej narracji. Przez eurosceptyków zawsze będą tak wykorzystywane – dzisiaj czy za pięć lat, czy za dziesięć.

Jaki wniosek wyciągam z tych wypowiedzi? Że są one rozpaczliwą próbą ze strony rządu Donalda Tuska, by usprawiedliwić niechęć do bardziej energicznego działania na rzecz integracji europejskiej. Z jednej strony to musi dziwić, ale z drugiej strony – jeśli sobie przypomnimy dokonania tej samej ekipy, albo bardzo podobnej, z poprzedniego okresu sprawowania władzy, to wygląda na to, że to po prostu jest stała tendencja. Dlatego budzi moją największą obawę, że nie będziemy mieli w tym nowym rządzie sojusznika zdecydowanie popierającego kierunek pogłębienia integracji europejskiej.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności