Od pierwszych godzin izraelsko-amerykańskich uderzeń na Iran w przestrzeni medialnej dominowało przekonanie, że likwidacja kluczowych postaci reżimu może doprowadzić do szybkiego zwycięstwa przeciwników władz w Teheranie. Eliminacja najwyższych eszelonów władzy – z ajatollahem Ali Chamenei na czele – miałaby wywołać efekt domina prowadzący do upadku republiki islamskiej.
Ali Chamenei zginął wraz z kilkoma kluczowymi decydentami. Nie musi to jednak oznaczać upadku ani erozji systemu. Irański system polityczny zaprojektowano tak, by zmiany personalne nie naruszały ciągłości instytucjonalnej i ideologicznej. Co więcej, nawet głęboka transformacja polityczna nie musi oznaczać zmiany strategicznych interesów państwa, którego trwanie wykracza poza ramy kilku dekad.
System obliczony na trwałość
Dla wielu obserwatorów irański system władzy wydaje się strukturą personalistyczną skupioną wokół najwyższego przywódcy. Stąd przekonanie, że tzw. dekapitacja – eliminacja przywództwa – doprowadzi do paraliżu państwa. To jednak uproszczenie. Urząd najwyższego przywódcy łączy religijną legitymizację, zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi oraz funkcję arbitra w sporach politycznych, lecz system jako całość opiera się na gęstej sieci instytucji.
Rozwiązania te są efektem doświadczeń historycznych. Irańska wyobraźnia polityczna naznaczona jest pamięcią rozpadu państwa po śmierci silnych władców – od upadku dynastii Safawidów po chaos po śmierci Nadir Szaha. Rewolucjoniści z 1979 roku uznali, że państwo nie może ponownie stać się zakładnikiem jednej osoby.
Po rewolucji ajatollah Ruhollah Chomeini stworzył system oparty na kilku wzajemnie kontrolujących się ośrodkach władzy. Zgromadzenie Ekspertów, Rada Strażników, Rada Nadzoru Interesu Państwa (tłumaczenia nazwy tego ciała są wariantowe) czy Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej tworzą rozbudowaną sieć instytucjonalną, której zadaniem jest nie tylko wspieranie Najwyższego Przywódcy, lecz także zapewnienie ciągłości funkcjonowania państwa.
Konstytucja republiki islamskiej przewiduje szczegółowe procedury sukcesji. W razie śmierci przywódcy władzę przejmuje tymczasowa rada złożona z prezydenta, szefa wymiaru sprawiedliwości oraz duchownego wskazanego przez Radę Nadzoru Interesu Państwa. Jej zadaniem jest utrzymanie stabilności systemu do czasu wyboru nowego przywódcy.
Mechanizm ten został skutecznie przetestowany. Po śmierci Chomeiniego w 1989 roku stosunkowo płynnie wyniesiono na stanowisko najwyższego przywódcy Alego Chameneiego – polityka, który, nota bene, nie był powszechnie uznanym autorytetem religijnym. Podobnie po katastrofie śmigłowca w 2024 roku, w której zginął prezydent Ebrahim Raisi, mechanizmy konstytucyjne zostały uruchomione niemal samoczynnie i natychmiast.
Pokusa „dekapitacji”
W zachodnim myśleniu o strategii wojskowej wobec Iranu często pojawia się koncepcja wyeliminowania kierownictwa państwa, co miałoby sparaliżować system dowodzenia i doprowadzić do jego załamania. Przykłady są mnożone – by skrócić ich długą listę, wystarczy wspomnieć ten najnowszy: Wenezueli i jej prezydenta Maduro. W przypadku Iranu ta logika nie musi jednak wcale zadziałać.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej i aparat bezpieczeństwa są rozbudowanymi, silnie zinstytucjonalizowanymi strukturami o wielopoziomowym systemie dowodzenia. Eliminacja pojedynczych liderów może wywołać turbulencje, lecz nie musi prowadzić do rozpadu państwa.
Historia również skłania do ostrożności. Wojny prowadzone głównie poprzez bombardowania rzadko kończą się zmianą reżimu. W XX wieku udane przypadki narzuconej siłą transformacji politycznej – w Niemcy, Włochy czy Japonia – wymagały długotrwałych wojen lądowych i okupacji. Same bomby państw nie obalają.
Zmiana władzy nie oznacza zmiany interesów
Nawet gdyby w Iranie doszło do głębokiej transformacji politycznej, nie musi to oznaczać zmiany strategicznych interesów państwa.
Program jądrowy jest dla wielu Irańczyków symbolem technologicznego rozwoju i suwerenności, a nie wyłącznie projektem militarnym. Równie ważna jest geografia: Iran pozostaje dużym państwem o ambicjach regionalnych, położonym między Zatoka Perska, Azja Centralna i Lewant.
Wreszcie działa pamięć historyczna. W irańskiej świadomości politycznej niezwykle silne pozostaje doświadczenie obalenia premiera Mohammada Mossadegha w 1953 roku po jego decyzji o nacjonalizacji przemysłu naftowego. Operacja Ajax – wspólne przedsięwzięcie CIA i MI6 – utorowała drogę autorytarnym rządom szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, a ostatecznie doprowadziła do rewolucji. Dla wielu Irańczyków wydarzenia te stanowią dowód, że nadmierna zależność od zewnętrznych mocarstw kończy się utratą suwerenności.
A jeśli nie chodziło o program nuklearny?
Wśród powodów działań wojennych Stany Zjednoczone i Izrael najczęściej wskazuje się powstrzymanie irańskiego programu nuklearnego. Jednak kilka godzin przed rozpoczęciem bombardowań omańskie MSZ – pośrednik w rozmowach – ogłosiło, że negocjacje zakończyły się sukcesem, a Iran zgodził się na tzw. opcję zerową w kwestii nuklearnej. Mimo to został zbombardowany. Oznacza to, że rzeczywisty cel operacji nie był związany wyłącznie z programem nuklearnym.
Informacja o zadaniach polskiej polityki zagranicznej, którą co roku przedstawia w Sejmie szef dyplomacji, powinna, w założeniu, być podstawą do głębokiej debaty parlamentarnej, w której różne racje ucierają się we wspólną rację stanu. Zgody głównych sił politycznych co do najbardziej podstawowych spraw odnoszących się do bezpieczeństwa kraju można było oczekiwać, wziąwszy pod uwagę ogrom wyzwań, wobec których stanęła Polska. Rozpad dotychczasowego ładu międzynarodowego, wojna tuż za wschodnią granicę z ryzykiem jej eskalacji, osłabienie więzi transatlantyckich … wymagałyby wyłączenia egzystencjalnie ważnych problemów ze świętej wojny plemiennej KO-PiS, dwóch przecież prawicowych ugrupowań.
Zwłaszcza, że exposé Radosława Sikorskiego nie odznaczało się szczególną napastliwością wobec opozycji, jeśli się pamięta polemiczne talenty ministra i jego usposobienie. Przeciwnie, przemówienie robiło wrażenie grzecznie przyczesanego pod potrzeby chwili. Dyplomatyczna łagodność sformułowań i szerokie zastosowanie sztuki dyplomatycznych uników dotyczyły przede wszystkim budzących emocje problemów międzynarodowych, a w szczególności kontrowersyjnej polityki obecnej administracji USA. Szef polskiej dyplomacji wykonywał piruety i szpagaty, aby nie urazić przysłuchującego się debacie ambasadora Rose’a i jego pryncypała w Waszyngtonie. Bez ogródek wskazał tego przyczyny – przekonanie o żywotnym znaczeniu dla Polski bycia sojusznikiem USA i pełna zależność obecnie Europy od USA w sferze obronności, bezpieczeństwa i najnowszych technologii. Nie byłby wszakże Sikorski sobą, aby nie przypomnieć Amerykanom, ile dziesiątków miliardów zarobili już w Polsce na sprzedaży uzbrojenia i gazu i podkreślić, że bycie wiernym sojusznikiem nie powinno oznaczać naiwnej łatwowierności.
Nawet prawie niedostrzegalna próba zniuansowania stosunku do Stanów Zjednoczonych w wykonaniu Sikorskiego, działanie niezbędne w kontekście pivotu USA, natychmiast spotkała się z krytyką nacjonalistycznej prawicy, która, wydaje się, na trwałe obsadziła siebie w roli polskiej sekcji trumpizmu.
Najobszerniej potraktował Sikorski temat dla Polski kluczowy – agresję Rosji przeciwko Ukrainie, co jest oczywiste; byłoby niezrozumiałe, jeśliby wojna osmalająca wschodnie granice Polski nie zajmowała naczelnej uwagi szefa dyplomacji. O ile i minister, i wszyscy przemawiający zgodnie potępiali Rosję (można nawet powiedzieć, że mieliśmy do czynienia ze swoistą licytacją, kto bardziej Rosji nie lubi i kto bardziej jej dokopał), o tyle w kwestii wspierania Ukrainy różnice rysowały się wyraźnie. W roznamiętnionym zgiełku zabrakło, jak wymagałyby tego powaga debaty i moment historyczny, głosów prawdziwie analitycznych, uwzględniających różne warianty rozwoju sytuacji na wschodzie i stosowne opcje działań Polski. Szkoda, bo minister Sikorski otworzył drogę do takiej dyskusji, stwierdzając, że wojna na Ukrainie zdecyduje o tym „który podmiot stanie się trzecim – obok Stanów Zjednoczonych i Chin – filarem nowego, globalnego układu sił. Czy będzie to Rosja czy Unia Europejska?”. To kluczowa, chociaż niebezsporna, myśl Sikorskiego: Nadrzędnym celem wojny jest walka o globalną podmiotowość Unii Europejskiej i niedopuszczenie do zdominowania zachodniej części kontynentu euroazjatyckiego przez Rosję. W świetle takiej interpretacji zrozumiała stawałaby się polityka USA, niechętna Unii Europejskiej i w wielu aspektach prorosyjska.
Obronie Unii Europejskiej, jej zasad, jej miejsca w świecie i jej przyszłości, poświęcił Sikorski szczególnie wiele uwagi, bezlitośnie miażdżąc wszelkie idee polexitu i ich nosicieli. Spotkało się to z krytyką prawicy nacjonalistycznej, która zarzucała ministrowi, że konstruuje nieistniejący problem, a potem z całą siłą go zwalcza. Oczywiście, jest w tym pomysł na uczynienie z kwestii europejskości tematu na przyszłe kampanie polityczne. Niemniej obawy Sikorskiego i sił proeuropejskich przed hasłem polexitu nie są bezzasadne: śmiertelną zarazę należy tłumić w zarodku. Nacjonaliści zapewniają, że „nikt o wyprowadzeniu Polski z Unii na razie nie myśli”. W tym samym duchu wypowiedział się prezydent Nawrocki, zapytany na konferencji bezpośrednio po exposé Sikorskiego. „Na razie”, „w tej chwili”…
Nawrocki rozmawiał z dziennikarzami na tle flag wyłącznie narodowych, uprzątnąwszy wcześniej flagi UE i NATO. Sikorski najpierw kazał ustawić flagi Unii i NATO obok biało-czerwonych, a potem stanął na ich tle.
(Na marginesie: Konferencja prasowa Nawrockiego była pociesznym i bardzo wymownym pokazem wszystkich kompleksów prezydenta. Młody, dopiero raczkujący i uczący się seplenić w polityce międzynarodowej, Nawrocki nadymał się, protekcjonalnie oszczędnie chwalił i pouczał Sikorskiego – wytrawnego, znanego w świecie, doświadczonego polityka i jednego z najdłużej urzędujących ministrów spraw zagranicznych w UE)
Na proeuropejskie deklaracje Sikorskiego politycy opozycji odpowiedzieli antyniemiecką szarżą. Hasło do ataku dał Zbigniew Rau, który w swoich tyradach posunął się do tego, że zażądał od Sikorskiego, aby ten zniszczył gazociąg Nord Stream będący dowodem niemiecko-rosyjskiego spisku przeciwko Polsce. Za antyniemieckim fixum dyrdum, jak je nazwał prof. P.Kowal, kryje się jednak coś więcej niż tylko antyniemieckie obsesje PiS. Niewybredne ataki są kierowane przeciwko Niemcom jako filarowi nośnemu Unii Europejskiej. Atakując Berlin, prawica nacjonalistyczna chce podmyć fundamenty tak znienawidzonej UE, której („na razie”, wobec proeuropejskich sympatii zdecydowanej większości Polaków) bezpośrednio atakować nie wypada. Sprzeciw wobec programu SAFE, pod pretekstem rzekomego uzależnienia wobec Niemiec, jest w istocie dyktowany obawami przed tym, że jest to pierwszy krok do uwspólnotowienia polityki zbrojeniowej, obronnej i w sferze bezpieczeństwa.
Debata, jako całość, była mierna, miałka i przyczynkowa. Niektóre z wystąpień, jak – przykładowo – w wykonaniu prezydenckiego ministra M.Przydacza w ogóle stanowiły kuriozum, dowodzące, że łatwiej urosnąć, niż wyrosnąć z krótkich spodenek. Trzeba przyznać, że samo exposé Sikorskiego też nie było wielkim przemówieniem; minister ma w swoim dorobku nieporównanie donioślejsze mowy. I to nie dlatego, że zabrakło w nim odniesienia do tych czy innych regionów.
(Przykładowo, marszałkowi K.Bosakowi zabrakło w exposé, nie wiadomo dlaczego, … Azji Centralnej. A dlaczego, wciąż przykładowo, nie Indonezji, gdzie mieszka dwukrotnie więcej ludzi niż w sześciu krajach Azji Centralnej łącznie i której PKB jest prawie trzykrotnie wyższy niż łączny PKB tych sześciu państw centralnoazjatyckich? Sikorski, zachowując powagę, odrzekł marszałkowi, że jego życzenie uwzględni za rok)
Exposé ministra Sikorskiego wiernie odzwierciedlało stan oraz dylematy polskiej polityki zagranicznej i Polski: Zaskoczeni przez tektoniczne zmiany geopolityczne, z ograniczonymi zasobami, niewielkimi zdolnościami adaptacyjnymi i innowacyjnymi, wystraszeni wojną tuż za naszą granicą, wewnętrznie skłóceni nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć adekwatnie na wyzwania ani sformułować alternatywnych interpretacji i wizji. My – jako społeczeństwo i nasze elity, rząd – jako emanacja tego społeczeństwa. Dramatycznie uwidacznia się to zwłaszcza, kiedy szef dyplomacji występuje w parlamencie. Występuje na tle, które przypomina już to sceny z „Wesela” Wyspiańskiego, już to teatr groteski dnia ostatniego. Wśród starych postrzępionych dekoracji brodzą aktorzy, one i oni, i mocno zaawansowani wiekiem, i ci młodsi pasją słów rekompensujący ubóstwo wieku i refleksji. Wszyscy coś mówią, deklamują, wygłaszają, powtarzając kwestie o dawno przebrzmiałych bitwach i czynach. Nikt nie słucha.
Włodzimierz Czarzasty coraz bardziej umacnia się na pozycji poważnego europejskiego polityka. Niedawno zwrócił na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej poprzez sprowokowanie amerykańskiego ambasadora w Warszawie Toma Rose’a do mało dyplomatycznej reakcji na odmowę podpisania pisma popierającego kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla. A ponieważ emocjonalne ambasadorskie wpisy w portalach społecznościowych zostały przez Polaków źle przyjęte, pokazał się też obywatelom RP jako stanowczy (acz uprzejmy) przywódca. Teraz w czwartą rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę pojawił się w Kijowie jako jeden z niewielu najwyższej rangi reprezentantów krajów przyjaznych napadniętemu i broniącemu się narodowi. Oprócz niego tego dnia nad Dnieprem pojawili się liderzy Unii Europejskiej (Antonio Costa i Ursula von der Leyen), jeden prezydent i sześciu premierów państw nordyckich, premier Chorwacji i wicepremier Radosław Sikorski. Ponadto z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim spotkała się – ale w formie wideokonferencji – Koalicja Chętnych (36 państw i organizacji), w tym premier Donald Tusk.
Czarzasty wygłosił dobre, świadczące o kunszcie dyplomatycznym, przemówienie na forum Rady Najwyższej. Bez wątpienia był jedną z najbardziej widocznych postaci tego dnia. Przy organizacji tej wizyty przydatne okazało się doświadczenie szefa Kancelarii Sejmu Marka Siwca, który sprawami ukraińskimi zajmuje się od trzech dekad – jeszcze od czasów szefowania BBN za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego (i nie raz podobne wyjazdy przygotowywał), a przez ostatnie dziesięć lat był dyrektorem Centrum Pamięci o Holokauście Babi Jar, niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w obrębie Kijowa. Widać, że ta nominacja miała nie tylko podtekst planów marszałka w polityce krajowej (Siwiec jest w tej materii niezwykle kreatywny), ale i zagranicznej.
Taka postawa przy okazji neutralizuje zakusy prezydenta Nawrockiego, aby podważyć wiarygodność Czarzastego, który wyrasta na jego głównego oponenta. Opinia publiczna dowiaduje się, że przewodniczący izby poselskiej potrafi Polskę godnie reprezentować, wypowiadać się z niezbędną precyzją, przekazując przemyślane politycznie komunikaty. Łatwo to zderzyć z nieporadnością na arenie międzynarodowej aktualnego Pierwszego Obywatela.
Włodzimierz Czarzasty ponownie stanął w obronie wartości, na których zbudowana została zachodnioeuropejska kultura polityczna. W czasach, kiedy termin „zakończenie wojny” może łatwo stać się synonimem zdrady, porzucenia, podpisania intratnych kontraktów i uzyskania sowitych korzyści dla grupy oligarchów; kiedy obawy przed reakcją i tak niechętnego elektoratu przekładają się na brak odwagi, oportunizm i konformizm – przypomnienie, kto wojnę zaczął, jak ją prowadził (i prowadzi) i jakich zasad musielibyśmy się wyrzec, by rzecz jak najszybciej zakończyć jest samo w sobie warte odnotowania.
W pogodzie mamy roztopy i przedwiośnie, co widać za oknem i czuć pod butami, a w polityce? Nietrudno zauważyć, że przybyło koalicji rządowej koalicjantów, choć liczbowo nic się nie zmieniło. Polska 2050 występuje teraz niejako w dwóch odsłonach: Polski 2050 właściwej – pod zwietrzałą marką Hołowni, z minister Pełczyńską-Nałęcz, i ugrupowania Centrum, z minister Hennig-Kloską. Z tym że na razie nie do końca wiadomo, kto będzie większym przegranym dokonanego rozłamu, jadu wylewa się jeszcze tu i ówdzie sporo, rozliczenia trwają i do normalności daleko. Obie lustrzane siły mają w Sejmie na razie po około 15 posłów, ale ostatnie wieści mówią, że to się może zmienić na niekorzyść obu. Mogą bowiem stracić na szykujących się transferach – nie tylko do KO czy PSL, co ostatecznie zbilansowałoby się koalicyjnie, ale również do partii opozycyjnych. Tak czy siak ciche wyławianie wahających się trwa, szczególnie aktywni są tu harcerze Morawieckiego.
No cóż, zamęt z tym wielki, sami członkowie obu sierot po Polsce 2050 nie wiedzą, jak się mają zachowywać, prócz może ogólnej dyrektywy, żeby nie wychodzić z koalicji. Z tym że u min. Pełczyńskiej-Nałęcz narracja jest taka, że nowo powstałe Centrum – nieważne zbiorowo czy indywidualnie – powędruje ostatecznie pod skrzydła KO, a w związku z tym partia cofnęła rekomendacje dla wszystkich wysokich urzędników z członkostwem dziś już ze stowarzyszenia Hennig-Kloski. Nie jest to gest przyjazny, dotyczy bowiem głównie liderki Centrum, które jest ministrem przecież z rekomendacji Polski 2050. I premier będzie musiał się wykazać tu nie lada sprytem, aby to jakoś przetrawić i ułożyć na przyszłość, zwykłe Tuskowe przeczekanie niestety nie wystarczy. Czy w związku z tym możliwe jest obdarowanie obu pań tytułami wicepremierek? To już premier wykluczył, nie można przecież z rządu robić pośmiewiska, choć poprzednicy Tuska nie mieliby zapewne aż takich skrupułów.
Pierwszym praktycznym testem będzie przegłosowanie w Sejmie w tym tygodniu paru spraw, czy choćby dyskusja o wotum nieufności dla ministra Stefana Krajewskiego z PSL, zawiadującego rolnictwem. Tu jednak szaleństw żadnych raczej nie będzie, Krajewski zostanie, więc może tym sposobem da się to jakoś scalić i pójść dalej? Bo jeśli wicemarszałkowi Hołowni i minister Pełczyńskiej-Nałęcz nie uda się utrzymać klubu (ludzie odejdą nie wytrzymując napięcia nerwowego i ciągłych wzajemnych pretensji), a Hennig-Klosce – przyciągnąć wolne sejmowe elektrony do Centrum, to raczej z koalicją będzie pozamiatane.
I tu ciekawsza jest sytuacja wewnętrzna w PiS, które jest także w rozkroku. Prezes, pokonawszy kłopoty zdrowotne, zaordynował partii przyszłego premiera, choć na razie w formule „wiem, ale nie powiem”. Co interpretowane jest jako wskazanie na europosła Tobiasza Bocheńskiego, w każdym razie na pewno nie na b. premiera Mateusza Morawieckiego. Jest to fakt doniosły, bo jednak zmiana pokoleniowa w PiS nie tylko została ogłoszona, ale jak widać postępuje, a Prezes, mimo głosów sceptyków, na serio liczy się z ze swoją abdykacją w związku z wysługą lat i zapewne stanem zdrowia. Co zresztą bardzo dobrze o nim świadczy, jako o polityku przewidującym. Choć wybór Bocheńskiego nie jest jakoś w dziesiątkę i w narodzie na razie szczególnego entuzjazmu nie wzbudził. No, ale jest to sprawa wewnętrzna PiS, wszystko może się zmienić, jakby co, to pytajcie Prezesa.
Natomiast Morawiecki może dziś czuć się już odrzucony i chyba nawet się z tym trochę pogodził, jeżdżąc po kraju oddzielnie do reszty liderów i jakby licząc szable swoich zwolenników. Nie jest to co prawda lider wymarzony do nowych przetasowań, ale premier Tusk nie może o nim powiedzieć, że go nie zna „z autopsji”. Jeśliby miało być tak, że liberalniejsza strona PiS zgromadzi się przy byłym premierze, ze wszystkimi jego zaszłościami i hipoteką, a narodowo-nacjonalistyczna przy nowym kandydacie na premiera, czystym na razie jak łza, to mamy już pogrzeb PiS, jakie dotąd znaliśmy. Ciekawe, jak zachowa się wobec tego obywatelski prezydent Nawrocki, któremu na razie te ruchy tektoniczne w partii dość sprzyjają, bo ma w zanadrzu swojego ministra Boguckiego, idealnie skrojonego na garnitur przyszłego premiera. Rzucanego ciągle do trudnych spraw i na kluczowe odcinki. Jego sejmowe wystąpienia nie należą do szczególnie nieprzemyślanych. Prezydencki minister ma szansę na tej tematyce jakoś przebić się w mediach, jako rzecznik wet i prezydenckich projektów ustaw, które to, co „napsuł rząd” mają naprawić. Bocheński natomiast uprawia raczej solowe występy, nie pokazując sprawności w rządzeniu, ale bardziej wizerunkowe swoje zalety. Prezes i tym razem okazał się mieć słabość do mężczyzn niczego sobie, co mają nie tylko wygląd zewnętrzny jak z żurnala mód, ale i gadane, nieraz do rzeczy.
A wracając do Morawieckiego, wcale nie wykluczałbym w jakiejś perspektywie jego odskoku od PiS, pytanie tylko, w jak licznym gronie i w którą stronę? Tego chyba nie wie dziś sam b. premier, stąd to liczenie szabel, a może po prostu pokazanie, że jest to możliwe i że w PiS nadal jestem kimś ważnym – i liczebnie, i jako postać. Doszłaby jeszcze jedna jego zaleta: ciut lepsza zdolność koalicyjna np. wobec KO, niż Bocheńskiego i jego akolitów, zorientowanych bardziej na ludzi Mentzena, a nawet Brauna. A tego nie życzy sobie Prezes, który braunowców postrzega jako agenturę, choć z innymi konfederatami chętnie by się dogadał, ale na swoich warunkach. Pytanie, czy starczy czasu, aby przed wyborami parlamentarnymi powstało z tego wszystkiego coś zupełnie nowego?
Koncentracja sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie jest największa od czasu interwencji w Iraku w 2003 roku. Zdjęcia satelitarne wskazują na systematyczne rozmieszczenie zasobów, których skala wykracza poza standardową rotację wojsk. Towarzyszy temu znajoma choreografia polityczna – komunikaty o „wszystkich opcjach na stole”, ostrzeżenia przed „znacznie poważniejszymi” uderzeniami niż te z ubiegłego lata. Brakuje natomiast jasnej odpowiedzi na pytanie: co właściwie użycie tej siły ma osiągnąć?
Déjà vu z początku stulecia
Nie jest to schemat nowy. Na przełomie 2002 i 2003 roku Stany Zjednoczone w podobny sposób koncentrowały swoje siły wokół Iraku. Już wówczas zdolności militarne rosły szybciej niż klarowność politycznych oświadczeń. Uzasadnienia inwazji zmieniały się – od walki z terroryzmem, przez broń masowego rażenia, po stabilizację regionu. Początkowa faza wojny była szybka i militarnie skuteczna. Porażka polegała jednak nie na braku siły, lecz na chybionej wizji tego, jak jej użycie ma ukształtować porządek polityczny po zakończeniu działań.
Minęły dwie dekady i nadal nie jest oczywiste, kto ostatecznie na tym wygrał. W przypadku Iranu kontekst jest znacząco inny, ale pewne podobieństwa są uderzające, choć – przyznać należy – z pewną różnicą: o ile w przypadku Iraku pomysły na odbudowę państwa okazały się kompletnie nietrafione, o tyle w przypadku Iranu w ogóle ich nie ma. Demonstracja siły ponownie wyprzedza odpowiedź na pytanie o jej polityczny sens.
Strategia zaczyna się od wyznaczenia celu
Strategia powinna rozróżniać cele natychmiastowe, pośrednie i strategiczne, a każdy wymaga innych narzędzi i poziomu eskalacji. W przypadku Iranu oznacza to rozróżnienie między zasadniczo odmiennymi wyzwaniami, jakie stwarza aktywność jego regionalnych sojuszników, program jądrowy, potencjał rakietowy oraz stabilność systemu władzy.
Tymczasem komunikaty płynące z Waszyngtonu koncentrują się głównie na wezwaniu Teheranu, by „wrócił do stołu negocjacyjnego”. W irańskiej stolicy takie wezwania muszą niezmiennie wywoływać reminiscencje na temat tego, kto w 2018 roku wywrócił stolik negocjacyjny z podpisanym na nim porozumieniem – JCPOA, ograniczającym irański program jądrowy oraz kto w trakcie niedawnej rundy negocjacyjnej, w czerwcu 2025 roku, zbombardował Iran – partnera w negocjacjach, do których teraz go przyzywa. Wezwaniom tym nie towarzyszy również wyjaśnienie, jakie konkretne działania ze strony Iranu miałyby doprowadzić do obniżenia napięcia, wstrzymania uderzeń czy złagodzenia sankcji – poza ogólnym postulatem „opcji zerowej” w niemal wszystkich kwestiach, które prezydent Trump uznaje za problematyczne, włącznie z samym istnieniem republiki islamskiej. W efekcie siła militarna ma wypełnić pustkę nieprecyzyjnej polityki.
Zmienna narracja, stała eskalacja
Prezydent Trump po czerwcowym bombardowaniu irańskich instalacji nuklearnych stwierdził w swoim przemówieniu, że kluczowe obiekty wzbogacania uranu zostały „całkowicie i kompletnie zrównane z ziemią” i nazwał operację „spektakularnym sukcesem wojskowym”. Jeśli tak, to na czym polega obecny problem? Nieco bardziej powściągliwie wypowiadają się amerykańskie służby wywiadowcze, według których irański program nuklearny pozostaje osłabiony i ograniczony. Nie ma też dowodów na bezpośredni „wyścig” po broń jądrową ani na wznowienie wzbogacania uranu do wysokiego poziomu. Również protesty społeczne, które przez pewien czas stanowiły ważny element retoryki Zachodu jako przesłanka do interwencji, zostały spacyfikowane.
Oznacza to brak zasadniczej zmiany stanu faktycznego na miejscu. Natomiast uzasadnienia dla uderzenia ewoluują. Początkowo akcentowano moralny obowiązek wsparcia protestujących. Liczba zabitych w przekazach medialnych rosła wykładniczo wraz ze skalą niechęci wobec reżimu, aż do momentu, gdy nawet kilka zdecydowanie antyreżimowych i proizraelskich ugrupowań uznało, że wiarygodność jest ważniejsza od popularności i zaczęło odcinać się od „niepodważalnych” dotąd źródeł. Następnie nacisk położono na program nuklearny. Później pojawił się wątek ograniczenia zdolności rakietowych oraz aktywności irańskich proxies. Wreszcie zasugerowano, że wystarczająca presja mogłaby doprowadzić do destabilizacji samego reżimu. Ewolucja narracji pokazuje, że brak jasno określonych celów politycznych prowadzi do arbitralnych zmian uzasadnień operacyjnych.
Gdy kara staje się polityką
Bez jednoznacznie określonych warunków działania, użycie siły staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do realizacji polityki strategicznej. Adwersarz musi wiedzieć, jakie działania zmniejszą presję i jakie konsekwencje przyniesie powściągliwość. Uderzenia nakładają koszty, ale same w sobie nie określają ścieżek wyjścia. Jeśli cele i warunki nie zostaną zdefiniowane, kara zaczyna zastępować politykę, siła przestaje być środkiem do osiągnięcia celu i staje się celem samym w sobie. A demonstracja wojskowa staje się substytutem strategii, zamiast być jej elementem.
Wśród krytyków tych zjawisk pojawia się pokusa, by odpowiedzialnością za taki obrót spraw obarczyć wyłącznie przywódców. Nie jest to jednak wyłącznie ich wina, lecz także konsekwencja przemian w społeczeństwach, które takich przywódców wybierają i tym samym legitymizują. W warunkach długotrwałego dobrobytu stabilność zaczyna być postrzegana jako stan naturalny, a nie efekt wymagający wysiłku i odpowiedzialności. Konsumpcja i niezakłócona ciągłość codziennego życia stają się miarą racjonalności politycznej. Stabilność ta bywa zarazem utożsamiana z samą istotą demokracji, co sprzyja samozadowoleniu, a niekiedy także poczuciu wyższości wobec społeczeństw funkcjonujących w odmiennych warunkach politycznych. W takim horyzoncie poznawczym odległe konflikty – dla przeciętnego człowieka Zachodu zwłaszcza te na Bliskim Wschodzie – ulegają uproszczeniu i odczłowieczeniu. Ich uczestnicy przestają być postrzegani jako społeczeństwa kierujące się własną logiką bezpieczeństwa, a zaczynają funkcjonować jako abstrakcyjni przeciwnicy, wobec których demonstracja siły wydaje się działaniem zarówno wystarczającym, jak i pozbawionym realnych kosztów.
Powstaje w ten sposób mechanizm sprzężenia zwrotnego. Szybkie, widoczne działania premiowane przez opinię publiczną wypierają strategiczną konsekwencję, co prowadzi do erozji planowania, kontroli i odpowiedzialności. Projekcja siły przestaje być narzędziem realizacji strategii, a staje się odpowiedzią na społeczne zapotrzebowanie na jej widzialne pozory – logiką szczególnie ryzykowną w relacji z państwem takim jak Iran, zdolnym nie tylko absorbować presję, lecz także aktywnie kształtować dynamikę eskalacji. Wystarczy spojrzeć na mapę regionu i odszukać potencjalne cele odwetowe choćby tylko w postaci baz amerykańskich.
Poważna decyzja wymaga poważnej debaty
Istotnym elementem układanki w kwestii ewentualnego ataku na Iran pozostaje również polityka wewnętrzna Izraela. Premier Benjamin Netanjahu stoi wobec licznych wyzwań politycznych i prawnych, a konflikt zewnętrzny – nie po raz pierwszy – może działać jako czynnik konsolidujący scenę polityczną, przesuwając uwagę opinii publicznej z problemów wewnętrznych na kwestie bezpieczeństwa. Warto to podkreślić gwoli świadomości, że choć nie implikuje to jednoznacznie działań militarnych to kontekst polityczny nie jest neutralny.
Nie można również wykluczyć scenariusza pośredniego – ograniczonej operacji militarnej, której celem byłoby osłabienie wybranych zdolności Iranu. Taka strategia to złudny kompromis między demonstracją siły a uniknięciem pełnoskalowej wojny, ponieważ – raz jeszcze – jej skutki pozostają poza percepcją najlepszych planistów.
Obecna sytuacja przypomina bardziej proces niż punkt zwrotny. Zbyt wiele zmiennych pozostaje nieznanych: skala ataku, wytrzymałość Iranu na uderzenia, reakcja społeczeństwa, podatność regionalnych aktorów na eskalację a nawet ich gotowość na nią, a przede wszystkim rzeczywiste intencje Waszyngtonu. Demonstracja siły może być zarówno preludium do konfliktu, jak i mało finezyjnym, ryzykownym i kontrowersyjnym narzędziem negocjacyjnym. Momenty największego napięcia nie muszą prowadzić do wojen, podobnie jak okresy względnego spokoju nie gwarantują jej uniknięcia. Obecna koncentracja sił może być zaczynem konfrontacji – ale równie dobrze może pozostać elementem strategii presji, obliczonej na wymuszenie ustępstw.
Przy tym kluczowym czynnikiem nie jest sama obecność amerykańskich wojsk i floty, lecz decyzje ich głównodowodzącego. A te, jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, pozostają nieodgadnione do ostatniej chwili i niemal zawsze są zaskoczeniem.
„Le monde va changer de base” (Świat zmieni się fundamentalnie) – brzmią ułożone przez francuskiego poetę Eugène’a Pottiera oryginalne słowa „L’Internationale” („Międzynarodówki”), która stała się hymnem Kominternu i kolejnych światowych federacji komunistycznych aż do ostatniej, trockistowskiej IV Międzynarodówki, użyczając im dodatkowo tytułu pieśni jako nazwy. Sowieci, którzy uczynili „Międzynarodówkę” oficjalnym hymnem swojego państwa w latach 1918-1944, przetłumaczyli wers, znamiennie go zamieniwszy na „My nasz, my nowy zbudujemy świat”, lecz wcześniej obiecując zburzyć stary świat doszczętnie.
Dzisiaj upuszczony sztandar fundamentalnej przebudowy świata podejmuje skrajna prawica. Wrogowie są ci sami – zgniły liberalizm, niewydolna demokracja, równość narodów i państw, poszanowanie prawa międzynarodowego, tolerancja, prawa osoby ludzkiej, słabi, wykluczeni, „inni” albo „obcy”, czyli ci wszyscy, którzy nie są „nasi”.
Gdy przed dwudziestoma latami Władimir Putin rzucił hasło „końca liberalnej Europy”, wykpiwając „brukselski kołchoz”, promując suwerenizm, „tradycyjne wartości” – cokolwiek by to nie oznaczało, „wstawanie z kolan” i praktyką realizując przekonanie, że „silnemu wolno więcej”, świat uprzejmie się zdziwił, ale nie zaniepokoił. Wiadomo, ci Rosjanie… Zawsze coś wymyślą…
Ćwierć wieku później hasła V Międzynarodówki (antyliberalnej i suwerenistycznej) wyznaczają rosnący w siłę mainstream, a w niektórych państwach stanowią ideologię niemalże rządową. Jak, przykładowo, w USA, gdzie ruch MAGA, nacjonalistyczny, antyliberalny, niekiedy rasistowski, wsteczny i tradycjonalistyczny, przejął prezydenturę i administrację amerykańską. Można zżymać się na polityczne wolty i piruety Donalda Trumpa, można wykpiwać jego karykaturalny narcyzm, ale ogromnym błędem byłoby niedocenianie międzynarodowych następstw krucjaty ideologicznych spadkobierców białych supremistów.
Siły polityczne w Europie, ideowo bliskie ruchowi MAGA, lgną do obozu trumpistów, licząc na wsparcie w walce o władzę i przeciwko znienawidzonej Komisji Europejskiej, która zmusza ich do poszanowania zasad demokracji i praw mniejszości, dbałości o środowisko oraz do innych bzdurnych zachowań. Administracja Trumpa odpowiada radośnie i pozytywnie: chwali ultranacjonalistyczne partie za opór przeciwko Brukseli i obiecuje, że USA zrobią wszystko, co możliwe, aby pomóc Europie „skorygować jej obecną trajektorię”. Pisząc inaczej: USA popierają takie siły polityczne jak Alternatywa dla Niemiec (AfD), polskie PiS, węgierski FIDESZ, francuskie Zjednoczenie Narodowe i Partię Reform w Wielkiej Brytanii, aby dążyć do zmiany reżimów w Europie. Ostatecznie, Stany Zjednoczone mają w tym wprawę – historycy amerykańscy policzyli, że w ciągu 250 lat swojego istnienia USA około 120 razy próbowały dokonać zmiany reżimów w innych państwach, z czego kilkadziesiąt razy skutecznie.
Marco Rubio odwiedził Bratysławę i Budapeszt nie tylko po to, aby przekonywać Słowację i Węgry do zrezygnowania z zakupów węglowodorów od Rosji. Sekretarz stanu USA udzielił wsparcia rządom ideologicznie bliskim Trumpowi i ruchowi MAGA. Doradca Trumpa Alex Brusewitz spotyka się z przywódcami AfD w Berlinie i głosi, że ruch MAGA w USA ma wspólną sprawę z niemiecką partią AfD. Lider brytyjskiej partii Reform Nigel Farage, czołowy przeciwnik UE na Wyspach, regularnie odwiedza Waszyngton. Posłowie PiS podskakują pociesznie w czerwonych czapeczkach na znak wielkiej szczęśliwości z powodu zwycięstwa Trumpa w wyborach i blokują projekt SAFE, rozszerzający integrację europejską na sferę obronności…
W świecie realnej polityki, w którym głównymi aktorami pozostają państwa, V Międzynarodówka, podobnie jak poprzednio Kominterny, działa w interesie państwa, będącego nosicielem i promotorem ideologii. Podległe Państwu-Centrali partie i kraje płacą trybut – składki, zakupy broni, lojalność, zjednywanie nowych zwolenników, zwalczanie wspólnych przeciwników. A wszystko pod wielkimi szlachetnie brzmiącymi hasłami, w imię których ruszają na krucjatę przeciwko zmruszałym siłom starej Europy.
Do zdobycia mają cały świat.
W żadnym ze spisów wybitnych pisarzy polskich XX wieku nie może zabraknąć osoby i dorobku literackiego urodzonego w 1903 i zmarłego w 1987 roku Igora Newerlego. Dziś taka opinia może, jak się wydaje, nieco dziwić mniej zorientowanego odbiorcę literatury, dla którego pisarz ten kojarzyć się może w najlepszym przypadku ze sztandarową dla lat 50. Pamiątką z Celulozy (1952), mniej zaś ze zbeletryzowanymi jego wspomnieniami z młodości spędzonej w objętej ruchami rewolucyjnymi i wojną domową Rosji dekady lat 1914–1924, opublikowanymi pt. Zostało z uczty bogów, najpierw w niskonakładowym miesięczniku „Meritum” (redagowanym przez Andrzeja Mencwela) w 1981 roku, a wydawanymi osobno w 1988 już w oficjalnym obiegu (i parokrotnie wznawianymi w latach 90.) przez wydawnictwo Czytelnik w masowym, sześćdziesięciotysięcznym nakładzie, z posłowiem wspomnianego wyżej krytyka: „Wraz z tym utworem – zauważa on trafnie – odnalezione zostało bowiem nie tylko biograficzne «brakujące ogniowo» w rysopisie twórczym Igora Newerlego, jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich i niewątpliwie pisarza socjalistycznego (jeśli w tym zestawieniu przymiotnik ów ma jeszcze intuicyjnie uchwytne znaczenie). Dzięki integralnej edycji książkowej tego utworu «brakujące ogniwo» odzyskać może również nasza literatura współczesna i świadomość kulturalna. Jak powietrze potrzebna jest nam ta umiejętność wnikania w międzyludzką tkankę historii, przyswojenie jej doświadczeń, mężne z nią zżycie. Dzieło Igora Newerlego jest ucieleśnieniem tego typu pisarstwa, który zdobywać musi sobie miejsce w literaturze polskiej, gdyż nie umościły mu drogi tradycja literacka i dominujące konwencje współczesne. Ale jest to pisarstwo konieczne – naszej samowiedzy historycznej, teraźniejszości i przyszłości”.
Prawda to niewątpliwa, ale zauważyć zarazem trzeba, że te wspomnienia – ze względu na swój niecenzuralny przedtem dla ówczesnych decydentów temat – zdominowały perspektywę widzenia utworów wcześniejszych tego pisarza, a także i z lat 80., jak znakomite pod każdym względem Wzgórze Błękitnego Snu, które również jakby z rozpędu i ignorancji nowych decydentów trafiły do wydawniczej zamrażarki i poszły w odstawkę. Wspomnienia Newerlego odczytywano wówczas, jak i często teraz, przede wszystkim jako sztandarowy przykład rzekomo ukrytego dotąd głęboko antykomunizmu pisarza, który z konieczności tylko kolaborował z peerelowskim reżimem – podobnie jak wielu jego kolegów po piórze, pisarzy powojennego okresu – do tego, niejako przymuszany przez zaistniałe okoliczności historyczno-politycznej i życiowej sytuacji!
Wspomnienia Zostało z uczty bogów pokazywały ponoć – jak się wtedy wielu prostodusznie prawicowym krytykom wydawało i nadal wydaje – zupełnie innego człowieka i pisarza, odmiennego od tego znanego z lat 50., a nawet lat późniejszych. A mianowicie zaklasyfikowanego pospiesznie najpierw jako, no, może trochę nietypowego, ale jednak jako jednego z głównych przedstawicieli socrealistów, który potem wraz z wielu innymi pisarzami znalazł sobie, po październikowym przełomie, pisarski azyl w odległych czasowo i geograficznie opisach barwnych i wzruszających patriotycznych przygód młodych Polaków rzuconych przez wydarzenia rewolucyjne gdzieś na odludne tereny Dalekiego Wschodu (Leśne morze) lub też szukał ucieczki od bieżącej rzeczywistości w nie mniej barwnych opisach swych przedwojennych jeszcze i okupacyjnych kajakowych wycieczek po polskich rzekach (Za Opiwardą, za siódmą rzeką). Niewiele w tym z prawdy, a już nic zgoła z tzw. rzetelności historycznoliterackiej.
Pisarz ten, ukształtowany w kręgu szeroko rozumianej dwudziestowiecznej myśli lewicowej (głównie tej wywodzącej się z kręgów bliskich Polskiej Partii Socjalistycznej, ruchu spółdzielczego i samopomocowego – patrz wspomnienia Newerlego z tomu Żywe wiązania), nigdy w swym pisarstwie (także tym niby socrealistycznym) nie był literackim koniunkturalistą. Owszem, wraz z większością wywodzących się z międzywojennej tradycji myśli lewicowej pisarzy polskich, poparł rodzącą się nową rzeczywistość polityczną i społeczną, wierzył w sens i program wszechstronnej przebudowy kraju, łącznie z powszechną oświatą mas, ale nigdy nie był biernym i posłusznym wykonawcą literackiego propagandowego zamówienia, na które wtedy było faktycznie wielkie zapotrzebowanie.
Wystarczy dziś poczytać – bez wstępnych uprzedzeń – pierwsze jego powojenne utwory, by się o tym przekonać. Newerly pozostawał w nich zawsze sobą. Pisarzem wiernym przede wszystkim swym ideałom i ogromnym doświadczeniom życiowym. Widać w nich także i to, jak bywał nieufny i krytyczny wobec kolejnych wcieleń aktualnej polityki i etapów dominacji rządów przedstawicieli „jedynie słusznej” doktryny, nawet wówczas, gdy pisał te swoje quasi-sztandarowe socrealistyczne utwory: Chłopca z salskich stepów, Archipelag ludzi odzyskanych czy Pamiątkę z Celulozy. Bo mimo daniny składanej tamtej epoce, zawsze – w istotnej tkance swoich dzieł – pozostawał oddany i wierny, i to wcale nie pod presją okoliczności, swym przyjętym i wyznawanym, socjalistyczno-lewicowym ideałom wyniesionym z obserwacji świata własnej młodości, w obrębie których mieściło się także okrutne i gorzkie doświadczenie zarówno z okresu przeżyć opisanych w Zostało z uczty bogów, jak i z okresu międzywojnia (Żywe wiązanie). Czasu zamkniętego między rewolucją lutową w Rosji, wojną domową, NEP-em, a wystąpieniem przyszłego pisarza z organizacji komsomolskiej, związaniem się z młodzieżówką mieńszewicką, aresztowaniem przez Czeka i powrotem do polskości owego wówczas dwudziestoparolatka, który z trudem wówczas używał języka polskiego, w którym po trudnych latach życia w międzywojennej Polsce (bezrobocie, potem współpraca z doktorem Januszem Korczakiem) i okrutnych doświadczeniach drugiej wojny światowej powstaną wszystkie jego znakomite utwory! Ba, rzec można nawet, że to właśnie mimo wszystkich dostrzeżonych wówczas i przeżytych empirycznie tak mocno na własnej skórze rewolucyjnych konwulsji i rozlicznych wynaturzeń, powstałych i popełnianych rzekomo tylko w imię rewolucji, praktycznej realizacji przebudowy starego świata (którego wady też zdążył przecież poznać doskonale), pozostawał on całe życie – w najszerszym tego słowa znaczeniu – człowiekiem lewicy. Bowiem nigdy nie zatracił tego, co było najcenniejszym kapitałem całego jego życiorysu i twórczości literackiej, czyli wrażliwości na istotne problemy życia społecznego: krzywdę ludzką, biedę, niedolę plebejskich mas, niesprawiedliwość społeczną, nierówność szans życiowego startu, zwłaszcza młodzieży. Czym zaraził się także, i to na zawsze, od swego wielkiego mistrza i przyjaciela Janusza Korczaka. I czemu też zawsze dawał wyraz w swych książkach, niezależnie od tego, kiedy powstawały. Bo też i zawsze był w nich sobą: pisarzem polskim, który wyrósł w warunkach puszczańsko-białowieskiego pogranicza, w czesko-rosyjskiej rodzinie, w nieuchronnym spotkaniu i starciu wielu zachodzących na siebie epok historycznych, na styku wielu kultur, wielu narodów, wielu idei…
Rozróżnić tu trzeba dwie sprawy: próby odczytywania pozaliterackich poglądów autora, narzucania wręcz ich interpretacji w duchu doktryny socrealistycznej, od niezależnej od nich, tak wówczas, jak i teraz, obiektywnej wymowy jego dzieła. Poglądy społeczne pisarza (nie można ich rzecz jasna mylić z poglądami politycznymi), autora Pamiątki z Celulozy i autora Zostało z uczy bogów pozostały – mimo odmienności czasu ich powstawania i użytych środków pisarskich – właściwie tożsame. I z takim właśnie procederem dopisywanie ex post interpretacji do wymowy jego dzieł mamy właśnie do czynienia w przypadku twórczości prozatorskiej Igora Newerlego. Całej jego twórczości – dodajmy – a nie tylko w przypadku tego czy innego z utworów.
Bowiem tak naprawdę pisał przez całe życie jedną właściwie książkę. Wieloimienną formalnie, znaczeniowo wielotematyczną, zawsze jednak całkowicie własną, wiarygodną, opartą niemal w całości na osobistym doświadczeniu, przeżyciu i doznaniu…
Utwory Newerlego zawsze nasycone materiałem czerpanym z autentycznych wydarzeń historycznych, niemal wyłącznie związane są z empirią, bezpośrednio osobistym stosunkiem do rzeczywistości, z pełną otwartością, ciekawością świata i złożoności ludzkich losów. Niejednokrotnie poświęcone są opisom egzotycznych środowisk i ludzi, a także świata przyrody i natury, na który był szczególnie mocno, jak mało który z polskich pisarzy współczesnych, uwrażliwiony. Ale i wówczas, gdy odwoływał się do rzeczywistości bezpośrednio sobie nieznanej z autopsji, również nie tworzył całkiem czystej beletrystycznej fikcji, bo zawsze wówczas czerpał z wiarygodnych przekazów dokumentalnych, pamiętnikarskich i innych relacji świadków opisywanych historii, a częstokroć ludzi znanych mu osobiście. Bohaterami prozy Newerlego, której podstawowym fundamentem jest owo empiryczne przeżywanie i doświadczenia własne autora, są zawsze ludzie o powikłanych drogach życiowych, mający rozliczne skomplikowane kłopoty ze swą identyfikacją narodową i językiem ojczystym, a z bezdomnych włóczęgów czy awanturników mimo woli (bo tak pokierowały ich osobistym losem wydarzenia historyczne, jak rewolucja rosyjska czy obie wojny światowe), wyrastają w jego utworach, także tych niby z założenia „socrealistycznych” (jak Chłopiec z Salskich stepów, Archipelag odzyskanego dzieciństwa czy Pamiątka z Celulozy) – niczym w klasycznej powieści wychowawczo-edukacyjnej (niem. Bildungsroman) – na ludzi życiowo dzielnych, zaangażowanych społecznie i wartościowych.
Chłopiec z Salskich stepów to powieść dla młodzieży, której tytułowy bohater, biedny chłopak z głuchej stepowej wsi rosyjskiej, przeżywający wiele trudnych, smutnych i dramatycznych chwil, po długich staraniach i walce z przeciwnościami losu, zdobywa zawód lekarza, a w czasie wojny dokonuje bohaterskich czynów. Opowieść o jego dzieciństwie, młodości i wieku dojrzałym jest, jak w większości książek tego pisarza, inspirowana wyraźną i mocną intencją pedagogiczną, bliską myśli Starego Doktora – Janusza Korczaka (czemu bezpośredni wyraz dał w Żywym wiązaniu, Rozmowie w sadzie piątego sierpnia i O chłopcu z bardzo starej fotografii). Wyraża się w niej autorski optymizm życiowy, pochwała aktywności i osobistej dzielności: wiara w naturalną dobroć człowieka, którego wypadki historyczne lub zdegenerowane środowisko społeczne mogą zepchnąć z obranej drogi, ale ma on zawsze możliwość powrotu, dzięki pomocy innych, ale i z wielkim udziałem własnej aktywności. Podobnie jak w Pamiątce z Celulozy, uznawanej za jedno z najlepszych, bo odległych od politycznego koniunkturalizmu, dzieł owego polskiego „socrealizmu” (patronują jej tradycje polskiej literatury społecznej od Bolesława Prusa do Stefana Żeromskiego). Pokazuje tu pisarz drogę życiową bezprizornego watażki wracającego znad Wołgi do Polski na początku międzywojnia, który przekształca się w świadomego klasowo robotnika (fabryka celulozy we Włocławku), ale który wcale przecież nie osiąga – w przeciwieństwie do propagandowych agitek „literackich” tamtego czasu – stanu bezkonfliktowej „ostatecznej szczęśliwości”. Utwór zekranizowany przez Jerzego Kawalerowicza (1953) w podobnym duchu.
Leśne morze to powieść o wątkach przygodowych i zarazem patriotycznych, integralnie wpisanych w ten utwór, którego akcja, inspirowana prozatorską twórczością Wacława Sieroszewskiego czy Stanisława Marii Salińskiego, toczy się w scenerii egzotycznej przyrody dalekowschodniej Mandżurii na początku XX wieku, a jej jednym z głównych bohaterów – obok rzuconego tu przez los osieroconego młodego polskiego patrioty Janusza Domaniewskiego – jest także puszczański… tygrys. „Całe ciepło Newerlego i jego sny o doskonałości i pięknie, odejście od codziennych przetargów czynią z tej książki coś zupełnie wyjątkowego” (Piotr Kuncewicz w: Agonia i nadzieja. Proza polska po 1956, t. 4, 1994). Wiele z tego „ciepła” odnaleźć można w jego pozornie tylko „turystycznych” opisach z tomu opowiadań, jakże nadal czytelniczo i poznawczo atrakcyjnych, pisanych już w latach osiemdziesiątych – Za Opiwardą, za siódmą rzeką. „Tym tomem opowieści – pisał autor – z czterdziestu lat moich wędrówek kajakowych chciałem godnie pożegnać czytelnika, bo tam dużo przygody i dużo przyrody, poza tym w tych wszystkich zasłyszanych, widzianych, przeżytych historiach przeglądają się jak w lustrze mijanej wody krajobrazy różnej Polski”. Bo istotnie, choć wiele tu nostalgii za bezpowrotnie minioną przeszłością z czasów międzywojennej Polski czy wspaniałych opisów kajakarskich „przygód” oraz zachwytów nad rodzimą przyrodą, to i tutaj naprawdę daleko od idylli i sielanki. W tych powstałych z wędrowniczej autopsji obrazkach, w większości mówiących o życiu ówczesnej polskiej prowincji, na wpół jeszcze feudalnej (np. podupadające poleskie dwory szlacheckie), biednej, zakompleksionej, cywilizacyjnie zapyziałej, podzielonej narodowościowo, społecznie rozwarstwionej wsi… jest bowiem przecież cały ten sam co zawsze Igor Newerly, pisarz humanista, człowiek czuły i po ludzku „ciepły”, ale i jakże przy tym, niby tylko tak jakby mimochodem, realistyczny i jak zawsze „przytomny” (nawet w znakomitym, już jako jeszcze okupacyjna próba rozmowy z Niemcem, w zamykającym ten zbiór nowelistyczny opowiadaniu Auf Wiedersehen, Mensch!).
Najbardziej znany utwór Newerlego z ostatniego okresu to powieść Wzgórze Błękitnego Snu. Powstała z inspiracji jego wizyty na warszawskim cmentarzu Powązkowskim jesienią 1981 i widoku kwater polskich zesłańców na Syberię, którzy doczekali się niepodległości w 1918 i po powrocie zostali pochowani już na rodzinnej ziemi. Losy jednego z nich są osnową fabularną tego utworu, gdzie elementy powagi, cierpienia i grozy przeplatają się z pełnymi humoru, często sensacyjnymi i przygodowymi wątkami. Bohater, Bronisław Najdarowski, członek organizacji bojowej PPS, schwytany po nieudanym zamachu na premiera carskiego rządu Stołypina (pierwsze lata XX w.), zostaje skazany na cztery lata katorgi, a następnie na „wieczne osiedlenie” na Syberii (zesłaniec jest wtedy wolny, ale bez prawa opuszczania miejsca pobytu). Ważny dla jego losów jest moment niesłusznego oskarżenia go o zdradę przez współtowarzyszy-bojowców. Powieść napisana wbrew tradycji romantyczno-szlacheckiej literatury, wzorca martyrologicznego, cierpiętniczego schematu. Bohater to patriotyczny Warszawiak proletariackiego pochodzenia, który radzi sobie całkiem dobrze na Syberii, dorabia się nawet sporej fortuny, jako znakomity myśliwy i poszukiwacz złota, co wcale nie stoi, wbrew tradycji, w sprzeczności z jego patriotyzmem. Przeżywa też na Syberii wielką miłość: żeni się z Rosjanką (co uchodziło wtedy za czyn niepatriotyczny), buduje dom, zakłada rodzinę, zdobywa poważanie miejscowej ludności – Buriatów (tytuł powieści pochodzi od nazwy miejsca ich kultu religijnego), obalając przy okazji mit o niezaradności życiowej Polaków. Pisarz tworzy wielostronny obraz życia polskich zesłańców, którzy nie tylko cierpieli, lecz także i żyli pełnią życia. Pokazuje, też niby mimochodem, a co jest ważnym elementem wymowy całego utworu, oddziaływanie na syberyjskich zesłańców idei socjalizmu polskiego, spod znaku myśli takich ludzi, jak Edward Abramowski, Stefan Okrzeja czy Stefania Sempołowska (np. zakładanie przez Polaków na Syberii autentycznych spółdzielni). Daje też liczne przykłady zgodnego współżycia zesłańców i ludzi różnych narodowości (Polaków, Rosjan, Żydów, Buriatów…). Najdarowski jest przedstawicielem nowej plebejskiej generacji zesłańców, którzy wolni są od tych pańsko-izolacjonistycznych gestów i zachowań, tak charakterystycznych dla znacznej części zesłańców popowstaniowych szlacheckiego pochodzenia (za co tak bardzo ponoć nie lubił ich w swych utworach i publicystyce Fiodor Dostojewski, sam przecież również syberyjski zesłaniec!). Utwór, jak zawsze u Newerlego, mocno naznaczony silnym piętnem osobowości i bogatego doświadczenia życiowego pisarza, stanowi interesującą próbę dotarcia do rozlicznych pokładów złożoności prawdy ludzkiego losu, ukazania jej przez konfrontację indywidualnych dziejów postaci i ogólnych procesów historyczno-społecznych, niepowtarzalnych realiów określonego czasu i miejsca.
Dopiero teraz – czytane w całości i z odpowiednio długim już dystansem historycznym – dzieło prozatorskie Igora Newerlego ukazuje w pełni nie tylko wszystkie swe autentyczne i trwałe walory czytelnicze oraz rozległość perspektyw poznawczych w widzeniu wszystkich barw tego nieludzkiego wieku dwudziestego, jak też i całą tę swoją tożsamość literacko-stylistyczną i znaczeniową. Ale też i to, że w tej swojej integralności artystycznej i poznawczej jest jednak również i dla naszej teraźniejszości, mimo iż nieco już zapominanym (mniej lub bardziej świadomie wypychanym przez nowe okoliczności obecnych preferencji wydawniczych na margines lektur współczesnych, co młodszych zwłaszcza pokoleń Polaków), nadal aktualnym i ważnym niezmiernie ogniwem humanistyczno-lewicowej polskiej tradycji literackiej.
Jesteśmy świadkami tragicznego quid pro quo: zamiast powrotu po prawie ośmiu dekadach do roosveltowskiej idei jednego świata, świata ludzi żyjących w dostatku materialnym i korzystających z pełni praw człowieka – mamy geopolitykę strachu. Mamy wściekły wyścig zbrojeń. Mamy budowę murów. Mamy wśród wrogów biedotę z byłych kolonii bogatego Zachodu. Dlaczego?
Co nam mówi zwykła ludzka, naturalna inteligencja? Najsprawniej się nią posługują krytyczni badacze stosunków międzynarodowych. Ale ich refleksje, jak np. Stanisława Bielenia, Piotra Kimli, Grzegorza Kołodki, Edwarda Karolczuka giną w słowotoku setek tysięcy analityków, strategów, geopolityków, pracowników wywiadów i think tanków. Najczęściej to byli wojskowi, którzy działają teraz na ideologicznym froncie w różnych fundacjach i ośrodkach, gdzie rodzą się lęki i zagrożenia. Tworzy się tzw. głębokie państwo. Główną wygraną jest hegemonia[1]. Rdzeniem ich refleksji jest państwo jako aparat przemocy i zapewniania bezpieczeństwa przed zagrożeniami militarnymi. Pomijają zaś służebne funkcje państwa wobec biznesu, wobec jego potrzeb zaopatrzenia w surowce, rynki zbytu, tanią pracę. Boją się wojen, ale nie chcą czy nie potrafią dostrzec ich społeczno-ekonomicznych źródeł.
Ale to nie wojna, strategia czy konflikt określają zbiorowy los mieszkańców planety. Jest coś bardziej podstawowego. To jest skutek wcześniejszej strukturalnej słabości życia pośród innych. Powstaje ona w sytuacji, kiedy ludzkość jest podzielona na cywilizacje, narody, sojusze, wspólnoty regionalne jak UE. Tym, co powoduje niepewność egzystencji członków takich wspólnot jest brak kontroli nad cudzymi arsenałami. Mamy kontrolę tylko nad własnym. A co z tym arsenałem, którym rozporządzają inni żyjący obok nas? W tej sytuacji decydenci, stratedzy, analitycy nigdy nie mogą mieć stuprocentowej pewności, co do intencji pozostałych uczestników żyjących bliżej lub dalej od granic państwa. Jak piszą brytyjscy badacze bezpieczeństwa Ken Booth i Nicholas Wheeler, ten stan nieprzezwyciężalnej niepewności tworzy istotę dylematu bezpieczeństwa[2]. Np. jakie jest ostateczne przeznaczenie tarcz antyrakietowych, jak tej w Radzikowie? Słowem, polityk odpowiadający za bezpieczeństwo ludności musi najpierw odczytać właściwe intencje kontrpartnera, przeciwnika, wroga. Tak powstaje dylemat interpretacji. Potem musi zdecydować, jak zareagować na tak czy inaczej postrzegane działania drugiej strony. To dylemat reakcji, wyzwanie strategiczne. Na każdym z tych poziomów analizy i decyzji może popełnić błędy. W tej sytuacji rozsądny polityk powinien przygotować armię na najgorszy scenariusz. Pozostali postępują podobnie. Ostatecznie nakręca się spirala wrogości, w następstwie zbrojeń – odległych od początkowych zamiarów. Na tym polega paradoks bezpieczeństwa. Dlatego w polityce między narodami to niepewność jest pewna. Tu rządzi lęk. A jak wiadomo ból, lęk, strach to wartości elementarne, warunkujące egzystencję jednostki[3].
Użyteczność takiej perspektywy oglądu stosunków między państwami staje się zrozumiała w sytuacji, kiedy destrukcji planety może w każdej chwili dokonać broń jądrowa. Według analiz symulacyjnych amerykańskiej uczelni technicznej Michigan Tech wystarczyłaby eksplozja zaledwie 100 głowic jądrowych, żeby planetę zamienić w kosmiczny pył. Może znów tylko sinice zaczęłyby odtwarzać życie na Ziemi. Tymczasem według aktualnego raport FAS (Federacji Amerykańskich Naukowców) arsenał w pięciu państwach wzrósł o ponad 700 głowic. Dwaj giganci posiadają ponad 10 tys. głowic: Rosja 5580, Stany Zjednoczone zaś 5044. Kolejne kraje robią co mogą, by siłę zniszczenia móc wzmóc: od 1986 roku Chiny zwiększyły swój arsenał z 224 do około 500, Wielka Brytania i Francja po około 200. Dalej idą: Pakistan – 170, Indie – 172, Izrael z 44 do 90, Korea Północna około 50. Ogółem mieszkańcy planety żyją między 12 121 tysiącami głowic jądrowych i środkami ich przenoszenia. Przy czym 2100 głowic amerykańskich, rosyjskich, brytyjskich i francuskich znajduje się w stanie wysokiej gotowości bojowej. Co gorsza, poszczególne kraje wznawiają testy jądrowe w tajnych podziemnych ośrodkach[4].
Początkowe działania, by podnieść poziom własnego bezpieczeństwa kończą się budową fortu Polanda. W sumie, kurczy się bezpieczeństwo wszystkich uczestników zbiorowości – społeczeństw rządzonych przez biurokracje swoich państw. Mają one dużą swobodę decyzji i działania, nawet wtedy, kiedy kierownictwo ma mandat od wyborców. To jedno z ograniczeń demokracji wyborczej. By wpływ społeczeństwa o zróżnicowanych interesach klasowych był większy, konieczne jest jej uzupełnienie o inne formy. Np. demokrację deliberatywną, która umożliwia bezpośrednią wymianę argumentów między decydentami a adresatami ich decyzji, albo może umożliwiać koprodukcję administracji i obywateli[5].
Paradoks bezpieczeństwa pozwala nam zrozumieć gorączkę zbrojeń europejskich marionetek biznesu – sektora zbrojeniowego, finansowego, samochodowego. Do kogo bowiem popłynie bezpośrednio te 800 mld euro planowanych wydatków na zbrojenia? Konta jakich korporacji zasilą wydatki na konwencjonalną i nowoczesną broń? I kto ma akcje czy udziały w tych korporacjach?
Skoro wyścig zbrojeń nie daje ostatecznego bezpieczeństwa, może warto szukać lepszej strategii niż zbrojenia. Te mogą co prawda, jak w USA, zwiększać innowacyjność gospodarki. Zwłaszcza jeśli się rozporządza pieniądzem światowym. Ale nie tylko w realiach europejskich – także całej ekumeny trzeba wyjść poza wojskowy aspekt polityki bezpieczeństwa. Bo zawsze pojawią się kolejne wyzwania: rywalizacja przeniesie się w kosmos, a na polu walki staną przeciwko sobie autonomiczne czołgi. „Sztuka polega na tym, aby równoważyć siły militarne – albo, jak kto woli, obronne – przy możliwe najniższym poziomie nakładów, a nie coraz wyższym”[6].
Państwa chroniące i wspierające największe gospodarki rywalizują w systemie globalnego kapitalizmu. To kapitalizm wzrostu gospodarczego, bo innego być nie może. Wyzwania, które stanowią pochodne panującego Systemu, mają charakter globalny, zarazem wspólnotowy: chaos ziemskiego klimatu, eschatologia mineralna prowadząca do rywalizacji o zasoby ropy i minerałów.
Ale gospodarka podporządkowana zyskom wielkich korporacji i sektorowi finansowemu rodzi jeszcze inne pozamilitarne zagrożenia. To dysproporcje rozwojowe między bogatą Północą a globalnym Południem. W następstwie podnoszą się fale masowych migracji. Przybywa konfliktów na tle etnicznym i rasowym w bogatych społeczeństwach. To zaś reanimuje skrajną prawicę, dodatkowo rozbrajając ideologicznie tych, którzy żyją z pracy własnych rąk i umysłów.
W obronie status quo. Każdy naród ma własną mitologię, tym bardziej, że pustosłowie nic nie kosztuje. Amerykanie otaczają kultem ideały wolności i równości (liberalnej), którą uosabiają ojcowie założyciele: Thomas Jefferson i George Washington. Lecz 20 procent ówczesnej populacji, ponad 600 tys., to zniewoleni Afrykanie. To dzięki ich pracy powstawało główne źródło dochodu – eksport bawełny i tytoniu. Podobnie zresztą jak źródło utrzymania dwóch wyżej wymienionych patronów niepodległości. Washington był drugim w kolejności krezusem swego pokolenia. I to podbój amerykańskiego kontynentu posłużył za wzór innym Europejczykom (później Japończykom) w opanowywaniu terra nullius dla osadnictwa białych ludzi: od Syberii na północy do Australii na południu. Tradycja zobowiązuje.
Obecnie Stany Zjednoczone starają się utrzymać pax americana, a więc światowy system kapitalizmu, w którym dominuje Triada: USA z Kanadą, UE, Japonia z Australią. Reprezentuje ona około 18 procent populacji. Utrzymanie tego ładu wymaga przeciwdziałania tendencjom, które go podważają. Hegemonia USA korzysta bowiem ze słabości UE, która nie jest państwem, nie ma wspólnej polityki fiskalnej, przemysłowej, obronnej itd. Nie ma też surowców energetycznych i minerałów. W ten sposób Unia dokonuje samookaleczenia za sprawą swoich domniemanych przywódców. Atlantyzm, połączony z wojskową kuratelą nad europejskim sojusznikiem ulokowanym w NATO, nie pozwala realizować europejskiego projektu. Jego istota polega na łączeniu efektywnej gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym klas pracowniczych, na dodatek we wspólnym państwie poddanym demokratycznej kontroli.
Groźny dla amerykańskiej hegemonii gospodarczej jest też rysujący się sojusz państw tworzących grono kontestujące obecny ład. Nie przypadkiem to Rosja i Chiny oplatane są łańcuchem 750 baz, pływających fortec, nowych nawróconych na demokrację sojuszników leżących blisko ich granic. To państwa BRICS, głównie Chiny, Rosja, Indie, Brazylia. Nawet Turcja i Arabia Saudyjska, nie wspominając o Iranie. Kraje te zmierzają do stworzenia wielocywilizacyjnej wspólnoty narodów i państw. Ponadto, stopniowo odchodzą od dolara jako waluty rozliczeniowej w handlu ropą. Chcą stworzenia koszyka walut. Kto wtedy sfinansuje deficyt handlowy i płatniczy słabnącego gospodarczo olbrzyma? Dodatkowo kraje te, zaopatrywane w tanie surowce energetyczne, mogą złamać zachodnią hegemonię gospodarczą; stają się konkurencyjne wobec przemysłu europejskiego. Tym samym mają szansę pełnić rolę kredytodawcy, zaopatrzeniowca, rzecznika interesów globalnego Południa. Tworzą więc efektywny, alternatywny biegun koncentracji gospodarczej i politycznej. W ten sposób powstaje faktycznie świat co najmniej dwubiegunowy.
Ale jest aspekt, o którym milczą wszyscy politycy płynący na fali zbrojeń. Koszty finansowe można oszacować. A co z kosztami ekologicznymi? Ponieważ zużycie energii i minerałów nie jest tu priorytetem, rozpocznie się orgia ich marnotrawstwa. Na dodatek kosztem „masła”, kosztem obniżenia poziomu usług publicznych, kosztem inwestycji w rozbudowę energetyki wiatrowej, solarnej, choćby tylko na potrzeby gospodarstw domowych. Wszystkie imperia rozbudowujące siły zbrojne były zależne od minerałów. Po kolei: złota i srebra, drewna potrzebnego na maszty, ale i działa. Potem był węgiel (drednoty), ropa i uran. Oba nuklearne mocarstwa wyprodukowały po 5 tys. strategicznych głowic jądrowych oraz 15 tys. w pociskach krótszego zasięgu. Według obliczeń Vaclava Smila, groźba wzajemnego zniszczenia obu mocarstw nuklearnych pochłonęła co najmniej 5 proc. komercyjnej energii, jaką skonsumowano w obu krajach w latach 1950–1990. Także obecnie konstrukcje nowoczesnej broni, wyposażanej w podstawowe napędy w postaci silników odrzutowych i rakietowych, wymagają paliw kopalnych i elektryczności; ogromna energia jest też potrzebna do uzyskania rozszczepialnego izotopu uranu. Potrzebne są też stopy wysokogatunkowej stali, aluminium i tytanu. 60-tonowy czołg Abrams, nowy nabytek ministra wojny, jest napędzany turbiną gazową. Spala od 400 do 800 litrów paliwa na 100 km. Podobnie paliwożerne są samoloty F-16. W czasie operacji Pustynna Burza nad Irakiem w latach 1990–91 1300 amerykańskich samolotów odbyło ponad 116 tys. lotów[7].
Obecnie to produkcja broni robotycznej, cyberbroni, wymaga kosztownych energetycznie metali ziem rzadkich. Bez nich nie byłoby półprzewodników, a w konsekwencji dronów. By je wydobyć, planeta jest penetrowana maszynerią napędzaną wielkimi silnikami dieslowskimi. Drogę do złoża torują im materiały wybuchowe. To wojna wydana planecie. Według szacunku Grzegorza Kołodki, ograniczenie zbrojeń o 1 proc. rocznie (z 2,35 proc. do 1,35 proc. światowego produktu brutto) pozwoli zaoszczędzić bilion dolarów rocznie. Lista najpilniejszych wydatków nie ma praktycznie końca[8].
Realny postulat to dążenie do ograniczenia wielkości armii do zadań o defensywnym charakterze, nielicznej i niedrogiej. To byłaby druga, po rooseveltowskim New Dealu, światowa wojna z korporacjami, ich udziałowcami, managementem, posiadaczami miliardowych pakietów akcji. Wówczas wygrana państwa polegała m.in. na rozdzieleniu bankowości komercyjnej i inwestycyjnej, na 90-procentowym podatku dochodowym czy regulacji stosunków pracy, łącznie z zasiłkiem dla bezrobotnych. Teraz soldateska wysyła nas na księżyc po minerały, próbuje otworzyć kosmos dla rywalizacji koncernów. To nowe pole rywalizacji żeglarzy naszych czasów: Muska, Bezosa, Bransona. Podobnie ich poprzednicy ścigali się przed wiekami z wiatrem o panowanie nad oceanem światowym.
Przed niewyrobionym widzem/słuchaczem/czytelnikiem ukryty jest ścisły związek między neoliberalną globalizacją a militaryzacją polityki międzynarodowej. Najbardziej widzimy słabość dziennikarskiego ujęcia w postrzeganiu globalizacji jako międzynarodowej współpracy, która ma przynosić wzrost gospodarczy, dobrobyt i świetlaną przyszłość. Tymczasem to była kłamliwa od początku narracja neoliberalnych ekonomistów. Bo chodziło o tanią pracę i tanie surowce najpierw globalnego Południa, a później byłych krajów demokracji ludowej. W tym samym czasie trwa inna wojna – haniebny atak na biednych ludzi z Globalnego Południa i klasy pracownicze Północy. Rośnie przepaść dochodów i warunków życia między 1 a 99 procentami ludzkości. Rosną szare szeregi funkcjonalnie wykluczonych, w następstwie fale migracyjne i tzw. populizm. Dlatego nawet geopolityka to o wiele za mało, by ukazać główne źródło obecnego kryzysu.
Mineralne imperia. Penetrowanie planety w poszukiwaniu potrzebnych surowców to stały punkt w dziejach świata. Dla społeczeństw rolniczych to była ziemia i tania siła robocza – efekt podbojów. Potem złoto i srebro, bez którego państwa nie mogły finansować wojen: srebro z Laurium w Grecji, Asturia i Leon dla Cesarstwa Rzymskiego. Dla imperiów handlowych (Wenecji, Genui, Portugalii, Hiszpanii, Holandii, Anglii) to było najpierw drewno. Mówiono wtedy „nie ma drewna, nie ma królestwa”. A także żelazo i brąz do wytwarzania dział. To bowiem w alfabecie dział galeonów głoszono wyższość wartości europejskich nad wartościami ludów nieznających Pana.
Żyjemy w dalszym ciągu w epoce imperiów kopalnych. To bowiem węglowodory nadal konieczne są do tego, by utrzymać produkcję i konsumpcję; by chronić drogi transportu towarów i surowców, teraz kontenerowców czy gazowców. Dlatego do funkcjonowania Systemu konieczne są różne wersje drednotów – napędzanych najpierw węglem, potem ropą w dieslowskich silnikach, a także samolotów zbudowanych ze stali, ze stopów różnych metali, z tworzyw sztucznych. Obecnie wydobycie metali ma szerokie zastosowanie militarne i cywilne, głównie w energetyce i w elektronice. Są one niezbędne do wywarzania elektroniki napędzającej roboty, jak i do cyberbroni. Mowa o metalach krytycznych, będących albo produktem ubocznym przy wytwarzaniu metali (gal, selen, tellur, german), albo występujących rzadko w litosferze. Dlatego są drogie (np. kg galu kosztuje 9 tys. razy więcej niż kg żelaza, a german 10 razy więcej niż gal). To m.in. kobalt, lit, tantal, cyrkon, wolfram, platynowce. Bez tych i wielu innych nie byłoby półprzewodników, a bez półprzewodników kapitalizmu platform, sieci, obróbki i przesyłania informacji – nowego źródła akumulacji kapitału i wylęgarni nowej oligarchii.
Trumpizm. Dlatego kalifornijskie big techy stanęły przed kolejnym wyzwaniem: jak zapewnić sobie zaopatrzenie w niezbędne metale i w niezbędną energię dla swoich platformianych biznesów? Nowe dziedziny produkcji i konsumpcji są konieczne, by kręciła się maszyneria akumulacji kapitału: będą inwestycje, będą zyski. Ich brak oznaczałby kres systemu podporządkowanego logice zysku. Od początku kapitalizm został zbudowany na taniej pracy ludów kolonialnych, później byłych chłopów zmuszonych, by przeżyć do pracy w fabrykach. Następnie taniej energii z węglowodorów, która napędzała nowe maszyny, a te ubogacały życie w coraz nowe sprzęty i gadżety – jedne ułatwiały życie (pralka, lodówka, samochód), drugie – czyniły je przyjemniejszym (radio, telewizja, smartfon). Trumpizm prowadzi, jak trafnie wskazuje historyk idei Andrzej Szahaj, do „połączenia totalnego kapitalizmu z zamordystycznymi rządami”[9]. Widzimy tego początki za Atlantykiem, a pilnym uczniem stała się polska prawica, antyszambrująca w Białym Domu.
Zbrojenia są gigantycznym marnotrawstwem zasobów. Nie dajmy się zwodzić soldatesce lokalnej i światowej. Wspierają ją telewizyjni samozwańczy eksperci. To podżegacze wojenni z think tanków, z akcentem na tanki. Żaden wyścig zbrojeń nie rozwiązał dylematu bezpieczeństwa, który wywołuje nieprzezwyciężalną niepewność co do cudzych motywów, intencji i możliwości działań ofensywnych. I właśnie ta niepewność jest pewna. Ale można ją redukować, budując środki zaufania i redukując arsenały. I wybrać nie armaty, tylko masło, zdrowie i życie.
[1] Zob. John J. Mearsheimer, Tragizm polityki mocarstw. Universitas, Kraków 2019, tłum. P. Nowakowski, J. Satkiewicz, rozdz. II. Anarchia i walka o potęgę.
[2] Zob. Ken Booth, Nicholas J. Wheeler, Wprowadzenie. Niepewność [w:] Studia bezpieczeństwa, red. Paul D. Wiliams, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012, tłum. P. Nowicki, s. 131–147. Oraz tychże, The Security Dilema: Fear, Cooperation and Trust in World Policy. Palgrave, Basingstoke 2008.
[3] Zob. np. Zdzisław Cackowski, Filozoficzne problemy człowieka i społeczeństwa, PWN, Warszawa 1990, rozdz. V. W tej perspektywie interpretuje relacje między państwami realizm jako kierunek badawczy. Zob. np. John J. Mearsheimer, op. cit.
[4] Zob. Artur Ciechanowicz, Raport: pięć państw po cichu zwiększa zapasy broni jądrowej. Są obawy przed III wojną światową. BIZNESALERT, 07.03.2025. https://biznesalert.pl/raport-piec-panstw-po-cichu-zwieksza-zapasy-broni-jadrowej-sa-obawy-przed-iii-wojna-swiatowa/#
[5] Zob. w tej sprawie, Dawid Sześciło, Samoobsługowe państwo dobrobytu. Czy obywatelska koprodukcja uratuje usługi publiczne? Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2015 oraz Mikołaj Ratajczak, Forma życia i dobro wspólne. Geneza i aktualność współczesnej włoskiej filozofii politycznej. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2020.
[6] Grzegorz Kołodko, Wojna i pokój. PWN, Warszawa 2022, s. 183/184.
[7] Vaclav Smil, Energia i cywilizacja. Editio, Gliwice 2022, s. 284–294.
[8] Grzegorz Kołodko, Wojna i pokój. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2022, ss. 181–186.
[9] Tegoż, esej Antydemokratyczny kapitalizm totalny, „Przegląd” 17–23.2025, a także Darwinizm społeczny, „Przegląd”, 12–18.05.2025.
Artykuł ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Konflikt marszałka Sejmu z ambasadorem USA w Warszawie ma wiele obliczy, którym warto się przyjrzeć, bo komentarze polityków różnych barw i odcieni są coraz bardziej zajadłe, a nad Sejmem wisi scenariusz opozycji, aby obalić koalicję i przejąć władzę. Daleki jestem od napisania, że od razu do spółki z Waszyngtonem, ale skoro wicepremier Sikorski chyba sprawdza i taką wersję, to trudno ją pominąć. Opozycja przecież może iść tu ręka w rękę z Ameryką Trumpa, która urządza świat po swojemu, tym bardziej że prezydent Nawrocki zaproszony do Rady Pokoju Donalda Trumpa stoi dokładanie na takim samym stanowisku. Bo jednak kryzys zaistniał, tak jak zapalenie korzonków nerwowych w całkiem zdrowym organizmie – można je zwalczyć farmakologicznie, można cierpieć i rozchodzić albo udać się do specjalisty po poradę.
I tak się złożyło w środku tego polsko-amerykańskiego nerwobólu, że na mieście uciąłem sobie całkiem prywatną pogawędkę z jednym z konstytucjonalistów, jak trzeba wśród starszych panów – przy kawie, koniaku i wuzetce. Nawet nie musiałem formułować pytań, bo niemal równocześnie powiedzieliśmy sobie, że reakcję marszałka na list w sprawie przyszłego Nobla dla prezydenta Trumpa, zupełnie słuszną w diagnozach, ocenie i wnioskach w normalnych czasach, tu cechował jednak zbytni pośpiech. Taki list jest dość nietypową formą wpływania na tok spraw mających się dopiero w Oslo wydarzyć, nie wspominając o tym, że Skandynawowie chyba nie bardzo lubią, żeby im się do przyznawania pokojowego Nobla mieszać. Ale problem okazuje się tu być niemal konstytucyjny i ustrojowy. Otóż korespondencja skierowana do marszałka jako organu i drugiej osoby w państwie w takiej sprawie to jednak ewenement, choć oficjalny, przynamniej ja do tej pory podobnej sytuacji nie pamiętam, wiec już to powinno dawać do myślenia. Marszałek ma bowiem bardzo dużo narzędzi, którymi może posłużyć się dla, jak mówią w Sejmie, „zbicia tego tematu z pantałyku” – np. opinie ekspertów. I tu mój rozmówca dał do zrozumienia, że jeśli by to do niego trafiło, to zbadanie sprawy musiałby rozłożyć co najmniej na kwartał rzetelnych badań. Czyli poczynić niezbędne odniesienia historyczne (od starożytności do współczesności), prawne, konstytucyjne, porównać to wszystko do przyjętej praktyki międzynarodowej – oczywiście o ile takowa gdzieś istnieje – wszystko to wymagałoby olbrzymiej kwerendy. Czyli huk roboty, trzy miesiące z okładem jak znalazł ! I tylko po to, żeby później dokonane badania skwitować odpowiednim dokumentem, który zalecałby marszałkowi, jak w takiej sytuacji postąpić. Może skierować list do odpowiedniej komisji sejmowej, a może postawić sprawę na prezydium Sejmu, oddać ją w formie propozycji stosownej uchwały Izby – np. o wysiłkach w sprawie pokoju? Pytań mój rozmówca mnożył bez liku, proceduralnych, ale i politycznych, a przede wszystkim wskazywał na skomplikowanie konstytucyjne i w związku z tym na przewlekłość procedury uzgodnienia odpowiedzi. Która byłaby w tym przypadku prawdziwym skarbem. Czyli marszałek mógłby ambasadorowi przyjaźnie objaśnić, że skierował sprawę do opiniowania u najlepszych specjalistów, procedury są żmudne, trwają, ale na pewno zostanie wypracowane stanowisko, które jak najlepiej posłuży stosunkom polsko- amerykańskim. Co po ludzku oznaczałoby, że spieszyć się nie ma specjalnie sensu, ale rozglądać w przepisach i wokoło jak najbardziej ma. Bo jeśli Niemcy, Francuzi, Włosi czy Brytyjczycy mają ten sam kłopot, to warto byłoby zobaczyć, jak oni sobie z nim poradzą. Zresztą, tak na chłopski rozum, może być i tak, że agresja Rosji na Ukrainę zakończy się zaraz wiosną przy walnym udziale prezydenta Trumpa, i jak takiemu nie dać wówczas Nobla? Więc w sumie były rzeczowe argumenty, żeby się nie spieszyć, tylko uruchomić żmudne procedury, które w państwie demokratycznym są rzeczą naturalną, a Amerykanie to zrozumieją.
Tymczasem marszałek wziął to trudne zagadnienia na klatę jednak dość szybko, dając odpowiedź polityczną, choć rzeczową i zgodną ze stanem faktycznym. Bez żadnych obelg czy poniżania, do czego przyczepił się ambasador, zdaje się dość nerwowy człowiek, po czesku – rychlik. Pytaniem ważkim jest, co to dało marszałkowi, bo przecież jest on politykiem długodystansowym i doskonale wie, jak można by postąpić, żeby sprawę odwlec. Moim zdaniem dwie rzeczy: pokazało marszałka jako polityka zupełnie innego formatu. Nie będzie chyba pomyłką, że nawet prezydenckiego, a przynajmniej aspirującego do wyrażenia przed narodem racji stanu, kiedy została ona wystawiona na szwank. Tak należy czytać obronę naszych weteranów, których Trump zbiorczo zakwalifikował w swojej niesamowicie przykrej wypowiedzi jako dekowników w odbytych już konfliktach. To na pewno był ważny, piękny i wyrazisty gest marszałka, łącznie ze spotkaniem z weteranami w Sejmie. Po drugie pokazał, że można prowadzić sojuszniczą politykę mając odmienne zdanie w sprawie wpisywania się w dość niespodziewane scenariusze. Indywidualnie wyszedł na tym dobrze. Niestety inne głosy z Lewicy, w tym o dojeżdżaniu Ameryki, były na tym tle mało rozumne.
Czy marszałek miał na to autoryzację koalicji, w tym jej lidera premiera Tuska? Może o tyle, że premier także napisał o wzajemnym szacunku w relacjach polsko-amerykańskich, które on i wicepremier Sikorski ciągną na co dzień, co by ostrożnie wskazywało na inne problemy. Podatek cyfrowy od big-techów? Epstein? Złe warunki umów zbrojeniowych? Krążących domysłów jest bardzo wiele. Nie musi to oczywiście zaraz wypływać na wierzch, ostatecznie jest normalką w interesach i wzajemnych stosunkach, ale być może jakiś reset by się tu przydał. Bo faktem jest, że to, co było za PiS znajduje odcinkowo kontynuację teraz – łącznie z klęczkami we wzajemnych stosunkach, z których jakoś nie umiemy się w niektórych sprawach podnieść. Inna sprawa, czy koalicja sobie poradzi np. z obroną marszałka, jakby nie było twarzy konfliktu, wobec którego opozycja i prezydent Nawrocki wyszykowali grubą ofensywę polityczną. A w niej, jak słychać, wszystkie chwyty będą dozwolone, w tym kwity i haki, ale również oferta tzw. premiera technicznego dla lidera PSL, pomysł szybszych wyborów, suflowanie zmiecenia obecnego układu i odwrócenia sojuszy. A kto wie, może również projektu uchwały autorstwa PiS czczącej Trumpa jako człowieka pokoju? Tu raczej sytuacja będzie się zagęszczać, sejmowe kryterium absmaku i obciachu chwilowo zostanie zawieszone, zapowiada się więc nam brzydki tydzień w polityce, bo jednak opozycja w drodze po władzę nie ma żadnych hamulców.
Ale w drugiej połowie lutego kroi się exposé sejmowe ministra Sikorskiego o polityce zagranicznej. Będzie więc świetna okazja, żeby zapalenie korzonków nerwowych w stosunkach polsko-amerykańskich nareszcie ustąpiło.
Na zdjęciu: marszałek Włodzimierz Czarzasty i ambasador Tom Rose podczas uroczystości zapalenia chanuki w Sejmie, 15.12.2025 r.
Tak właśnie chyba powinno się o Niej napisać w tej smutnej i trudnej chwili, bo przecież dla prawie każdego polskiego inteligenta była kimś swoim, z którym idąc przez życie śmiało można było się głównie w skrytości myśli porozumiewać. Jest to więc strata kogoś dla wielu naprawdę bardzo bliskiego, ale jednak różnego. Jedni wspominają Magdę Umer jako ciepłą, poetycko-liryczną piosenkarkę, inni podkreślą w niej autorkę świetnych spektakli i scenariuszy telewizyjnych oraz wielkich opolskich koncertów, dla wielu zaś na zawsze pozostanie niezrównaną telewizyjną gawędziarą – do spółki z Agnieszką Osiecką czy Jeremim Przyborą. Miała wiele fajnych obliczy, by nie spróbować się z którymś z nich kiedyś zidentyfikować – mnie się to raz po raz przytrafiało i niekiedy trzymało długie tygodnie. A obcując z Osiecką czy Przyborą, była Magda Umer w naszym niejako imieniu animatorem artystycznego Olimpu, do którego załatwiała publiczny dostęp, nieraz przełamując opory wymienionych. I za to jesteśmy dziś jej cholernie wdzięczni, a przynajmniej ja.
Zazwyczaj w takich nieodwoływalnych chwilach jak śmierć dokonuje się podsumowania tzw. całokształtu, wszystkich dzieł dokonanych, przeżytych i zamkniętych. Ale w Jej przypadku byłoby to jakąś chyba tylko częścią prawdy, gdyby sprowadzić to do podsumowania życia i twórczości zamkniętych już na amen w konkretnych datach.
Magda Umer była bowiem kimś zdecydowanie większym aniżeli scena, na której tak udanie przez dziesiątki lat działała, bo jednak – przyznajmy – często jest to tylko kwestia warsztatu, który mniej lub bardziej służy tylko temu, aby na chwilę zaistnieć. W przypadku Magdy Umer na pewno nie byłoby to adekwatne dla zrozumienia straty, jaką wszyscy ponieśliśmy. Bo jednak największym jej skarbem było to, co nazywamy osobowością, a co znajdowało tylko częściowo wokalny wyraz na estradzie. A przecież i tak było najlepszej miary, ale moim zdaniem w mniejszym zakresie wobec tego, co było Jej absolutnym osobistym diamentem, który nam ofiarowała. Osobowości polskiej dziewczyny, która nie wymagała jakichś specjalnych opisów ni obramowań jakimikolwiek artystycznymi konwenansami, może prócz dobrego wychowania w stylu Starszych Panów.
Jak dziś pamiętam, kiedy podczas swojego koncertu w Hybrydach przy okazji OPPA (lata 80. ubiegłego wieku…) po prostu zeszła ze sceny i usiadła na proscenium, jakby podkreślając, że jest zarazem po naszej, widzów i słuchaczy stronie, choć także była na scenie i wyłącznie dla nas śpiewała o świerszczach w kominie. To było niewyuczone, a kapitalne w swojej sile wyrazu, wręcz intuicyjne, że aż odruchowe… Spróbujcie dziś coś takiego gdziekolwiek zobaczyć, żeby scena stała się widownią, a widownia sceną, by coś ważnego sobie wzajemnie powiedzieć i przekazać?
Zaraz stanęło mi to przed zeszklonymi oczyma, kiedy doszła mnie informacja o śmierci Magdy Umer, niestety wbrew mojemu osobistemu przekonaniu, że to akurat Jej nie powinno się nigdy przytrafić. A przywołuję tu Hybrydy lat 80. nie bez przyczyny, bo Magda Umer była jurorem Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którą zaprosiłem na stałe, podobnie jak Jacka Janczarskiego, aby oceniali przesyłane na konkurs studenckie, a czasami licealne, wprawki i produkcje. Kultura studencka kojarzyła się wtedy z piosenką autorską, tacy artyści jak Piotr Bakal, Jacek Kaczmarski, Jan Wołek czy Wolna Grupa Bukowina zajmowali studentów nie mniej niż wykłady i kolokwia. Magda Umer robiła to zarówno z niekłamanym entuzjazmem dla zjawiska piosenki studenckiej, której sama była znakomitym przedstawicielem, jak i szczerą miłością dla przebijającej się często twórczej grafomanii, ale i niekiedy początków wielkiego talentu; Jacek Janczarski – chyba bardziej z upodobania do obserwacji zjawiska tremy i pierwszych kroków różnych ludzi na scenie. No cóż, różnie podczas OPPY bywało, ale Magda Umer zawsze była z notatkami na posterunku i do dyspozycji przeróżnych występujących w konkursie ludzi, którzy uważali, że mają światu coś ważnego do powiedzenia, choć w większości znikli następnie w mroku dziejów.
Nawet sam się nieraz dziwiłem, że jej się tak mocno chce, ale był w tym także pewien szerszy zamysł, o którym miałem niebawem się przekonać. Otóż niektóre jak ulał figury z tego (i zapewne innych…) przeglądu trafiały następnie do jej kapitalnych scenariuszy i telewizyjnych realizacji, jak ów zmięty trudami praktyk terenowych student wydziału geologii, który „daje publiczności coś od siebie” (świetnie imitował go, z gitarą, w jednym ze spektakli Umer aktor, dyrektor i tancerz Janusz Józefowicz…). Więc korzyści były obopólne, ale liczyła się też Jej i Jacka obecność i życzliwa krytyka, okresowo zasilana Wojciechem Młynarskim, Przemysławem Gintrowskim czy Agnieszką Osiecką, co czyniło Hybrydy na powrót tym, czym były u swego zarania.
No i zawsze można było liczyć na zaciszną rozmowę z Magdą Umer, z czego oczywiście (będąc wówczas na życiowo-miłosnym zakręcie) korzystałem w ramach osobistego kącika porad miłosno-sercowych. Choć mówiłem wyłącznie ja, a ona milczała, to była to bardzo ciekawa rozmowa…
Później była eksplozja sceniczno-telewizyjnej aktywności Magdy Umer, do bodaj dziesiątek spektakli przyłożyła swoją rękę i markę, kilka pamiętnych rzeczy pozostanie na zawsze w kanonie polskiego inteligenta, podobnie jej powiedzonek, anegdot i zdziwień.
Była i działalność radiowa, wspomniana już estradowa – nie tylko w charakterze wokalistki, ale równie udana w charakterze prowadzącej koncert lub spektakl, wreszcie wspomniane gawędziarstwo telewizyjne, głównie z Agnieszką Osiecką o życiu i miłości, czy ostatnio pierwszej klasy konferansjerka wraz z Andrzejem Poniedzielskim. Ale głównie z Osiecką przed kamerą o tym, co do tej pory jest udziałem milionów dziewczyn i kobiet, aby zwierzać się sobie w rytm zachodów słońca, mieć sekrety i tajemnice, rozwiązywać życiowe dylematy i wspominać swoich byłych, rozmawiając o zupełnie innych rzeczach. A przecież jest jeszcze ponadczasowa Biała bluzka grana przez Krystynę Jandę od samego początku, którą TVP będzie teraz przypominać, tylko chwilowo pod nieobecność Magdy Umer…
Polska ma bogatą tradycję wielkich marszałków Sejmu (Małachowski, Trąmpczyński, Rataj, Daszyński), ale w ostatnich latach ranga tego urzędu wyraźnie podupadła. Walnie przyczyniło się do tego ośmiolecie rządów Prawa i Sprawiedliwości, kiedy to funkcję przewodniczącego Izby sprawowały osoby bez właściwości, bezwolnie wykonujące polecenia z ulicy Nowogrodzkiej. Na ich tle pierwsza połowa obecnej kadencji wydawała się ożywczym powiewem, ale szybko zorientowaliśmy się, że lekki humor i cięte riposty Szymona Hołowni podczas prowadzenia obrad, a nawet potrzebne usprawnienie procesu legislacyjnego, nie wystarczą do dostosowania formalnej, wynikającej z dyplomatycznej precedencji, rangi drugiej osoby w państwie do realnej politycznej praktyki.
Mylili się ci, którzy w zamiarze objęcia tej posady przez Włodzimierza Czarzastego dostrzegali wyłącznie jego chęć ukoronowania działalności publicznej i zapisania się na kartach historii. Lider Nowej Lewicy czekał na dokonanie ustalonej w listopadzie 2023 roku rotacji cierpliwie i z zimną krwią, nie dając się sprowokować chaotycznym ruchom jego poprzednika tuż przed zbliżającą się zmianą na najważniejszym sejmowym fotelu. Wiadomo, „zwycięstwo należy do najbardziej wytrwałych”.
Po objęciu stanowiska nie osiadł na laurach. Już w pierwszych publicznych wystąpieniach – krótkiej konferencji prasowej, orędziu telewizyjnym – ustawił się jako kontrapunkt dla Karola Nawrockiego, od niedawna pełniącego funkcję prezydenta RP. Twardo ogłosił, że będzie stał na gruncie Konstytucji i chronił rząd oraz stojącą za nim większość przed atakami ze strony głowy państwa (lokator pałacu przy Krakowskim Przedmieściu 48/50 nie kryje, że jego celem jest doprowadzenie do upadku demokratycznie wyłonionej Rady Ministrów). Na zalew wet do uchwalonych przez parlament ustaw odpowiedział groźbą weta marszałkowskiego. I rzeczywiście, żadna z inicjatyw legislacyjnych Nawrockiego nie ruszyła z miejsca; wszystkie utknęły w trybach sejmowej maszyny. Właśnie mija pierwsze półrocze tej prezydentury i najtrafniej można je określić zwrotem „brak skuteczności”. Prawdopodobnie w znacznym stopniu przyczynia się on do lekkiego, acz stałego spadku ocen działalności prezydenta (od samego początku zresztą relatywnie niewysokich).
Każda akcja wywołuje reakcję. Zakładam, że Czarzasty – polityk już doświadczony – wkalkulował to w swoją strategię. Tym bardziej, że po drugiej stronie ma rywala o specyficznej konstrukcji mentalnej.
Uderzenie przyszło jednak z niespodziewanej strony: do porządku obrad Rady Bezpieczeństwa Narodowego, niezwoływanej od pięciu miesięcy, wpisany został punkt dotyczący artykułu prasowego w prawicowej gazecie o sprzedaży 13,5 tys. egzemplarzy, w którym marszałkowi zarzucono „towarzysko-biznesowe kontakty” ze współautorką dwóch książek opublikowanych w wydawnictwie Muza SA (jego dominującymi udziałowcami są małżonka przewodniczącego izby poselskiej, Małgorzata, i on sam); osoba ta, Rosjanka z polskim obywatelstwem, odkupiła od małżeństwa Czarzastych także pakiet akcji w innej spółce handlowej. Wszystko to odbywało się przy odsłoniętej kurtynie, bo obie firmy są spółkami publicznymi, a w przypadku druku książki w ogóle fakt współdziałania podany jest na okładce i stronie tytułowej dzieła (oczywiście, jeśli nie publikuje się pod głęboko ukrytym pseudonimem). Z przekąsem można by powiedzieć, że – skoro de iure RBN nie jest niczym więcej niż organem doradczym prezydenta RP – bardzo szlachetnym jest zasięganie rad zainteresowanego, jak postąpić w jego sprawie. Na poważnie można domniemywać, że Nawrockiemu i jego zausznikom raczej chodziło o wykreowanie atmosfery przypominającej „aferę Olina” sprzed 30 lat. Nie wzięli sobie jednak do serca słynnego spostrzeżenia Marksa o tym, że historia – jeśli się powtarza – to za drugim razem jako farsa. Omawianie „towarzyskich kontaktów” na posiedzeniu konstytucyjnego organu, który powinien zajmować się bezpieczeństwem, i to jeszcze w czasie trwającej tuż za granicą wojny i narastania zagrożeń, jest kpiną z państwa.
Stworzyło to też okazję do przypomnienia przez Czarzastego i szefa Kancelarii Sejmu Marka Siwca kompromitujących faktów z przeszłości samego Nawrockiego. Rekontra ze strony obu polityków lewicy zapewne przysporzy im uznania po stronie tej połowy obywateli, którzy wybór obecnej głowy państwa przyjęli z niesmakiem. A z pewnością wśród tych, którzy widzą w nim zagrożenie dla demokracji i obecności Polski w zachodnioeuropejskim kręgu cywilizacyjnym, w tym UE jako jego wyrazu instytucjonalnego.
Na jeszcze szersze wody marszałek wypłynął odrzucając wyrażone wprost żądanie poparcia kandydatury Donalda Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla. List tej treści (wraz z przygotowaną już odpowiedzią, do wydrukowania, podpisania i wysłania) wpłynął od przewodniczących Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych oraz izraelskiego Knesetu. W odróżnieniu od wielu innych europejskich polityków, w tym wszystkich w Polsce, którzy nawet jeśli Trumpa nie cenią i krytycznie oceniają jego działania na arenie międzynarodowej, gryzą się w język i owijają słowa w bawełnę, Czarzasty powiedział wprost: tej kandydatury nie poprze, bo kandydat na tę nagrodę nie zasługuje. Na dodatek racjonalnie swoje stanowisko umotywował.
Można oczywiście zrozumieć ostrożność, z jaką po tym kruchym lodzie porusza się polski rząd. Donald Tusk i Radosław Sikorski z Czarzastym się w pełni zgadzają – słychać to dość wyraźnie w ich wypowiedziach i widać w mowie ciała – ale biorą poprawkę na kapryśność Trumpa, stacjonujące na terytorium RP amerykańskie jednostki, zamówiony sprzęt i wojnę w Ukrainie. Marszałek Sejmu nie musi aż tak bardzo bawić się w dyplomację. Dobrze, że ktoś z Polski przypomniał o wartościach i zasadach, znaczeniu prawa międzynarodowego, chaosie wynikłym z nowej polityki USA i zagrożeniu płynącym z dążeń do stworzenia globalnego koncertu mocarstw opartego na nagiej sile. Obywatelom (którzy coraz szybciej odwracają się od lokowania wszystkich nadziei w sojuszniku za oceanem) taka twarda postawa powinna się spodobać.
Wrażenie to jeszcze bardziej spotęgował niezręczny, arogancki wpis na portalu X Trumpowego ambasadora Thomasa Rose’a, w którym jednostronnie wypowiedział stosunki dyplomatyczne z polskim Sejmem. Tak to jest, jak za sprawy zagraniczne biorą się amatorzy. Ale dzięki prowadzonej przez Rose’a polemice z polskimi władzami (także z Tuskiem, który stanął ramię w ramię z marszałkiem) sprawa zyskała rozgłos ogólnoświatowy. Czarzasty może teraz być stawiany w szeregu z Emmanuelem Macronem, premierami Wielkiej Brytanii i Kanady Keirem Starmerem i Markiem Carney’em, Dunką Mette Frederiksen i innymi Europejczykami, którzy przed Trumpem nie zginają karku – przynajmniej nie zanadto.
Wygląda więc na to, że Czarzasty nie wieńczy swojej politycznej kariery, ale ją dopiero zaczyna.
Jedną z funkcji, jaką przypisuje się niekiedy literaturze, a która stała się nawet tematem specjalistycznych badań literaturoznawczych, jest jej zdolność do identyfikowania procesów i zdarzeń jeszcze niezaistniałych, lecz które mogą stać się w przyszłości częścią naszego doświadczenia, i do wysyłania swoistych sygnałów ostrzegawczych. Jeśli tak, to fikcja o przyszłej wojnie, nowy podgatunek political fiction, niesie nam wręcz zatrważające komunikaty. Lecz o zupełnie innym charakterze, niż wynika to wprost z opublikowanych tekstów.
„będzie wojna / a w tej wojnie / runą miasta / i powieje grozą” – wieszczył w wierszu Żal Józef Czechowicz. Tomik Nic więcej, z którego pochodzi wiersz, ukazał się w 1932 roku, siedem lat przed śmiercią poety, który zginął w bombardowanym przez Niemców Lublinie.
W latach dwudziestych-trzydziestych ubiegłego wieku w poezji polskiej wyłonił się nurt katastrofizmu. Za jednego z najwybitniejszych twórców tego kierunku należałoby uznać, chociażby z racji późniejszej literackiej Nagrody Nobla, Czesława Miłosza. Filozoficzna ciemna refleksyjność, charakteryzująca poezję Miłosza czy wspomnianego wyżej Czechowicza, była też wyznacznikiem wierszy Jerzego Kamila Weintrauba czy Stanisława Witkiewicza. Wszyscy oni ostrzegali przed nadciągającą wojną, która w ich wizji przyniesie śmierć, zniszczenie, totalną destrukcję, upadek moralności i całej cywilizacji zachodniej. „Ciemność nadciąga i choć tak błękitnie / polegną najsamotniej waleczni młodzieńcy” – pisał w 1939 roku w Dwóch elegiach J. K. Weintraub. Apokaliptyczny profetyzm Weintrauba opowiadał o tym, co miało się zdarzyć kilka lat później, o plejadzie niezwykle utalentowanych poetów – Baczyńskim, Gajcym, Bojarskim, Trzebińskim, Stroińskim – dwudziestoletnich młodzieńcach, poległych w walce z najeźdźcą.
Przeczucie wielkiego nieszczęścia, totalnej zagłady nie było w przededniu drugiej wojny światowej zjawiskiem wyłącznie w polskiej poezji. W literaturach właściwie wszystkich krajów europejskich zaznaczył swoją obecność nurt analogiczny do polskiego katastrofizmu. „Wszystko płonie, wszystko umiera, a niebo ciemnieje” – pisał o swoich wizjach F. G. Lorca rok przed tym, nim został rozstrzelany przez faszystów. Wtórował mu w wierszu Hiszpania brytyjsko-amerykański poeta W. H. Auden: „Miasta płoną, ludzie szaleją, ziemia jest pełna furii”. Niemiecki poeta Gottfried Benn wygłaszał ciemne proroctwo dla swojego kraju i narodu: „Wszystko jest już martwe i zniszczone, a w ciemności czekamy na kolejne zagłady” (tom Gesammelte Gedichte).
Literackich źródeł katastrofizmu można doszukiwać się w ekspresjonizmie pierwszych dziesięcioleci XX wieku, z którym łączy go mroczna wizja rzeczywistości, przerysowana emocjonalność i środki wyrazu z gęstą, iście barokową mistyczną metaforyką. Apokaliptyczne obrazy najbliższej przyszłości w twórczości katastrofistów wypływają jednak nie tyle z doświadczeń literackich autorów, ile z ich subiektywnej percepcji społecznych i politycznych realiów otaczającego świata. Narastające napięcia i sprzeczności społeczne, rodzące się i nabierające siły reżimy autorytarne w Europie z agresywnym niemieckim i włoskim faszyzmem, echa wojny domowej w Hiszpanii, militaryzacja świadomości – tworzyły klimat niepokoju i zagrożenia, który w odbiorze wrażliwości poetyckiej owocował zapowiedzią nieuchronnej katastrofy, jaka miała się ziścić w epoce pieców krematoryjnych.
Niespełna stulecie później świat stał się nieporównanie szybszy, bardziej wrzaskliwy i ekshibicjonistyczny, poezja zniknęła z pierwszych stron gazet, a refleksyjność i potrzeba nadania głębszego sensu wypowiedzi przestają być wyróżnikami czytanej literatury. Rzeczywistość polityczna i społeczna zaś mrocznieje i niepokoi, mnożą się zagrożenia, politycy – w kraju i na świecie – mówią znów, że żyjemy w „epoce przedwojennej”. Internet, nowy fenomen technologiczny XXI wieku, stał się netversum, cyberwszechświatem, w którym dominuje krótki i mocny przekaz (najczęściej obraz z zafałszowanym lub zmanipulowanym przesłaniem), a literatura, o poezji już nawet nie wspominając, egzystuje gdzieś na zadworkach nowej noosfery.
W takiej rzeczywistości kulturowej zbliżającego się do półmetka XXI stulecia, określanej niekiedy końcem ery Gutenberga, posługujący się słowem twórcy usiłują odzwierciedlić obawy, lęki i niepokoje współczesności, dostosowując content i jego formę do poziomu percepcji potencjalnego odbiorcy, żyjącego w pospiesznym, zunifikowanym i powierzchownie odbieranym świecie. We współczesnej literaturze dominującym gatunkiem stała się powieść, która inkorporowała inne formy literackie i wyrosła w monstrum-gatunek, ścierając granice między powieścią w klasycznym rozumieniu a wszystkimi pozostałymi odmianami epickimi. Praktycznie nieograniczona otwartość powieści na najróżniejszego rodzaju formy narracyjne uczyniła z tego gatunku dogodny dla autorów wehikuł przekazywania treści i komunikatów. Dotyczy to także w szczególności fikcji, która stara się opisać przyszłość. Zwłaszcza, że literatura światowa ma długie tradycje futurologiczne, od staroegipskiej Przepowiedni Neferti poczynając, poprzez utopie More’a czy Campanelli aż do fenomenu powieści science fiction, przeżywającej szczyt rozkwitu w XX wieku. Zasadne wydaje się twierdzenie, że literatura zawsze przejawiała aspiracje prekognicyjne, co odpowiada badawczej naturze człowieka, z zainteresowaniem, ale przede wszystkim z niepokojem zerkającego za węgieł jutra.
W publicystyce, a i w opracowaniach pretendujących do miana naukowości, możemy odnaleźć setki i tysiące artykułów opisujących, jak fikcja literacka celnie przewidziała przyszłość. Profetyczne zdolności literatów dotyczyć miały głównie rozwiązań technicznych i naukowych (tutaj St. Lem i J. Verne dzierżą palmę rozpoznawalności), ale także organizacji państwa i społeczeństwa (w tym obszarze najczęściej odwołuje się do A. Huxley’a i G. Orwella, pomijając prekursora tego rodzaju dystopii Jewgienija Zamiatina). Nieporównanie mniej krytyków dokonuje zestawień nietrafionych lub zupełnie błędnych przewidywań, przedstawionych w powieściach futures fiction – o czym nasza selektywna pamięć zapomina.
Oczywiście, literatura nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Przyszłość jest nieprzewidywalna, a już zwłaszcza w obszarze relacji politycznych, społecznych i międzynarodowych. Jak podkreśla wybitny polski politolog Roman Kuźniar, jakiekolwiek pretensje do przepowiadania przyszłości są spekulacją i szarlatanerią.
Niemniej, należy przyznać, że literatura posiada tę właściwość, że działając na zasadzie soczewki skupiającej odbierane bodźce, ogniskuje je w sygnały ostrzegawcze, wskazując słabo zdefiniowane obszary napięć społecznych i uprzedzając przed zagrożeniami. Nie są to precyzyjne prognozy przyszłych wydarzeń, lecz ogólne, symboliczne lub metaforyczne, rozmyte kształty potencjalnie czających się w przyszłości nieszczęść.
Krytycy literaccy anglosaskiego obszaru kulturowego najczęściej przywołują na potwierdzenie tej tezy powieść Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha (2004), w której doszukują się proroczego ostrzeżenia przed nadejściem autorytarnego populizmu i polityków w rodzaju Donalda Trumpa. Wydaje się, że przypisywanie książce Rotha wyjątkowych cech profetycznych wynika bardziej z uprzywilejowanej pozycji literatury pisanej w języku angielskim niż z zalet samej powieści (w dodatku z gatunku nie future fiction, lecz historii alternatywnej), w sumie dość przeciętnej – zwłaszcza na tle literatury europejskiej. Wystarczy wspomnieć Kongres futurologiczny z 1971 roku, w której to powieści S. Lem z półwiecznym wyprzedzeniem anonsował manipulacje społeczeństwem przy użyciu różnych technik, masowe dezinformowanie i kreowanie fikcyjnej rzeczywistości przez rząd i media, czy powieść My (z 1921 r.) wspomnianego Jewgienija Zamiatina, który trzy dziesięciolecia przed Orwellem opisał oparty na totalnej inwigilacji cyfrowej mechanizm dyktatury, kult wodza i metody uniformizacji społeczeństwa. Lub też niepokojące wizje współczesnego chińskiego pisarza Cixin Liu w jego rewelacyjnej powieści Problem trzech ciał.
Jedną z najbardziej zauważalnych tendencji we współcześnie tworzonej fikcji o przyszłości jest jej dystopijny charakter. O ile w prozie tego gatunku powstającej we wcześniejszych epokach, a zwłaszcza science fiction z XIX i XX wieku, przeważał oświeceniowy optymizm, wiara w postęp naukowy i techniczny oraz szczęśliwą przyszłość ludzkości (Edward Bellamy, Jules Verne, Isaak Asimov, Arthur C. Clarke, Ursula Le Guin), future fiction XXI wieku przepełniają posępne wizje już to świata po apokalipsie (przykładowo: Droga Cormaca McCarthy’ego, Nakręcona dziewczyna Paolo Bacigalupi’ego, Przejście Justina Cronina), już to społeczeństwa zdegenerowanego, zuniformizowanego i zniewolonego (Odprawa Ling Ma, Jednostka Ninni Holmqvist, Tłuste lata Chan Koonchung). Punktem odniesienia dla współczesnych dystopii i wspólnym elementem ich fabuł pozostaje polityka – zarządzanie społeczeństwem, funkcjonowanie państwa, stosunki międzynarodowe – co upoważnia do postawienia tezy o syntezie podgatunków w future political fiction, fikcji o przyszłości politycznej.
Synkretyzm gatunkowy jawi się jako jeden z głównych wyróżników współczesnej powieści, znoszącej wszelkie granice między rodzajami prozy, a nawet – w pewnym sensie, jako przeciwieństwo powieści klasycznej, szablonowej, z liniową narracją – jako wyznacznik jakości literackiej utworu. Jeśli jedną stroną poszukiwania nowych form powieści jest łączenie gatunków, to drugą, będącą logicznym tego następstwem, jest powstawanie coraz to nowych podgatunków. Podejmowane przez teoretyków literatury próby klasyfikacji gatunków powieści raz, że pozbawione sensu i znaczenia (bo w każdym obszarze językowym występuje różna kategoryzacja), to można je co najwyżej nazwać publicystyką krytycznoliteracką, ponieważ każda powieść mająca pewne ambicje nowatorskie i literackie tworzy właściwie nowy podgatunek. Jak, przykładowo, zakwalifikować Atlas chmur Davida Mitchella, będącą jednocześnie powieścią historyczną, gotycką, epicką, science-fiction i metafikcją? Czy utwory Johna Le Carré to powieści szpiegowskie czy psychologiczne?
Z połączenia powieści historycznych, historii alternatywnej, thrillera, powieści faction (fact + fiction), powieści politycznej, reportażu i publicystyki zaczęły w ostatnich kilkunastu latach coraz liczniej powstawać w języku polskim powieści (już wcześniej bardzo popularne w świecie anglosaskim) fikcji o przyszłych wojnach, future-war fiction.
O ile fikcja wojenna (war fiction) jest znana w formie eposu – przykładowo, Mahabharata czy Iliada – od zarania literatury (gdyż konflikty zbrojne tworzą, niestety, nieodłączną składową naszej historii), a po ukształtowaniu się powieści jako gatunku przyniosła wiele światowych arcydzieł, to fikcja o przyszłych wojnach pojawiła się stosunkowo późno. Za pierwszą opowieść tej odmiany podgatunku można uznać nowelę George’a Chesneya Bitwa pod Dorking z 1871 r., której autor, wówczas pułkownik armii brytyjskiej, zaniepokojony rezultatami wojny prusko-francuskiej opisywał przyszłą inwazję Niemiec (ówczesna poprawność polityczna kazała Chesney’owi nazywać najeźdźców „Wrogiem” albo „Obcą potęgą”) na Wielką Brytanię. W noweli Bitwa pod Dorking Niemcy pokonują i okupują najpierw Francję, potem rozbijają flotę brytyjską, lądują na Wyspach i podbijają je, a Imperium Brytyjskie rozpada się.
W noweli Chesneya uwagę przyciąga nie tyle spora zbieżność fikcji z wydarzeniami, które nastąpiły siedem dziesięcioleci później (okupacja Francji przez Niemcy, próba inwazji niemieckiej na Wyspy, rozpad Imperium Brytyjskiego), ile dwie cechy, które odtąd będą charakteryzować tę odmianę literatury: dążenie autorów do uprzedzenia odbiorców o zagrożeniach (stąd niekiedy inne jej określenie: threat fiction) oraz, powodowany chęcią dotarcia do masowego odbiorcy, popularny, wciągający styl i, w efekcie, nieszczególnie wysoka jakość literacka. Z czasem, zwłaszcza w miarę rozwoju filmu, dla którego taka proza będzie stanowiła scenariusz wyjściowy, pojawi się trzecia cecha: komercyjność (a stąd: szablonowość).
Na początku XX wieku powieść o przyszłej wojnie wzbogaciła się o kolejną swoją odmianę – z dopełnieniem „technologiczna”, która okaże się w przyszłości bardzo wydajna. Spod pióra wybitnego fantasty i wizjonera Herberta Wellsa wyszły dwie powieści: Pancernik na lądzie (1903), a pięć lat później Wojna w przestworzach. Ta druga opisuje wojnę totalną, w której główną siłą jest lotnictwo i artyleria, a jej celem – doszczętne zniszczenie centrów przemysłowych i miast. Niespełna cztery dziesięciolecia później przerażające wizje H. G. Wellsa staną się realnością Europy. Od tego czasu podgatunek future war fiction wzbogaci się o tysiące publikacji i dziesiątki różnych odmian, którym krytycy nadają najróżniejsze określenia: speculative war fiction, near-future war thriller, near-future war novel, invasion fiction. future-war fiction, military fiction, war technothriller… Z powodów, o których wspomniałem wyżej (logika formalna, różnorodność metodologii w poszczególnych obszarach językowych i kulturowych, wątpliwości co do tego, czym jest teoria literatury), próby ujednolicenia topologicznego i terminologicznego skazane są na niepowodzenie. Najistotniejsze wydaje się uznanie, że do podgatunku fikcji o przyszłych wojnach włączamy te powieści, które traktują o przyszłych, wymyślonych wojnach, lecz które mocno bazują na realnych współczesnych procesach – politycznych, technologicznych, geopolitycznych i społecznych, co odróżnia je od różnych odmian science fiction, których akcja toczy się w kosmosie, w czasie niezwiązanym z teraźniejszością.
Polscy autorzy sięgnęli po future-war fiction jeszcze później. Powieści Jalu Kurka S.O.S. (1927) czy Antoniego Słonimskiego Dwa końce świata (1937), opisujące wizje zagłady, należy raczej zakwalifikować do nurtu katastrofizmu. Późniejsze, po II wojnie światowej, powieści A. Ziemięckiego (Schron na Placu Zamkowym, 1947), J. Zajdela (Paradyzja, 1984), M. Baranieckiego (Głowa Kasandry, 1985) także stanowią bardziej odmianę post-apo fiction (powieści postapokaliptycznych) niźli powieści o przyszłej wojnie. Dopiero w naszym stuleciu ukazują się powieści przedstawiające wizje przyszłej, nieodległej wojny, osadzone w politycznych i technicznych realiach współczesnej Polski. Bezsprzecznie miały na to wpływ wydarzenia w sąsiedztwie – okupacja Krymu i wojna w Donbasie 2014 roku, wcześniejsze wojny w Gruzji i Czeczenii.
Jedną z takich powieści jest Inwazja Wojtka Miłoszewskiego z 2017 r., opisującą agresję Rosji na Polskę, a dalsze tomy trylogii (Farba, 2018 i Kontra, 2019) – walkę z okupantem i skuteczne wyparcie wroga. Powieść, ewidentnie inspirowana Czerwonym sztormem Toma Clancy’ego z 1983 r. o ataku ZSRR na Zachodnią Europę, jakkolwiek nie wyjaśnia politycznych przyczyn i okoliczności agresji i nie wnosi też nic do wojskowo-technicznej wiedzy czytelnika, to jest napisana dość sprawnie i sugestywnie ukazuje dramat cywilów i żołnierzy przez pryzmat losów trojga głównych bohaterów – porucznika Gurskiego, historyka Barańskiego oraz Danuty Wojnarowicz, córki biznesmena.
Podobna co do fabuły, i tak samo pesymistycznie oceniająca szanse Wojska Polskiego w starciu z armią Rosji, jest powieść Marka M. Meissnera Czas straceńców, 2018, pisana z perspektywy żołnierza obrony terytorialnej, co – jak rozumiem, w zamierzeniu autora – miało służyć ukazaniu dramatu wojny oczami nie polityków i generałów, lecz „prostego ludu”. Mniej sprawny literacko niż Miłoszewski, M. M. Meissner jest równie nieporadny w kwestiach politycznych, wojskowości i techniki, chociaż stara się wyliczaniem sprzętu wojskowego dowieść dobrego researchu.
Dynamika zmian współczesnego pola walki i doskonalenia środków technicznych jest dzisiaj tak duża, co pokazuje przebieg wojny w Ukrainie, że nie tylko pisarze będący laikami w dziedzinie wojskowości mają problem z dotrzymaniem kroku rozwojowi techniki i taktyki. W 2016 roku brytyjski generał Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie, wydał książkę 2017. Wojna z Rosją, która jest powieścią, klasyczną future-war fiction, lecz realistycznie ukazuje dylematy Zachodu wobec ataku (jak w powieści) Rosji na kraje bałtyckie, gdyż Moskwa szantażem jądrowym powstrzymuje NATO przed przyjściem z pomocą napadniętym państwom. Powieść R. Shirreffa z głęboką znajomością rzeczy pokazuje polityczne i dyplomatyczne niuanse funkcjonowania NATO i w tym aspekcie jest to literatura fascynująca. Lecz nawet generał, jak się okazuje, zupełnie nie potrafił przewidzieć tego, co dzieje się na froncie ukraińskim: dominacja dronów, masowe użycie mądrej amunicji, ataki niewielkich, kilkuosobowych grup szturmowych jako podstawa taktyki itd.
Wśród polskich pisarzy fikcji o przyszłej wojnie wyróżnia się Marcin Ogdowski, któremu z racji przeszłości dziennikarza i korespondenta wojennego udało się uniknąć w swoich powieściach [(Dez)Informacja, 2018, Międzyrzecze. Cena przetrwania, 2019] poważniejszych błędów z dziedziny wojskowości, chociaż już nie naiwności (czy pewnej powierzchowności) politycznej. Zwłaszcza Międzyrzecze ma dobrze skonstruowaną, wartką fabułę i tak lubiane przez masowego czytelnika optymistyczne zakończenie.
Niektórzy pisarze wręcz wyspecjalizowali się w literaturze tej odmiany war fiction, jak przykładowo autor ukrywający się starannie za pseudonimem Vladimir Wolff. Stalowa kurtyna, wydana w 2010 r. o ataku sił białoruskich na Polskę, jest jedną z pierwszych tego rodzaju publikacji. Od tego czasu Wolff opublikował wiele książek, w których autor mniej dba o jakiekolwiek realia, bardziej o rozrywkę i tempo akcji. Pseudonim twórczy, co nietrudno się domyślić, autor cyklu Stalowa kurtyna zapożyczył od francuskiego pisarza powieści szpiegowskich Vladimira Volkoffa. Tyle, że zmarły przed 20 latami Vladimir Volkoff był absolwentem Sorbony, profesorem uniwersytetu w Liège, oficerem wywiadu francuskiego i, także jako etniczny Rosjanin, głębokim znawcą Rosji. Polski Wolff tych wszystkich kwalifikacji nie ma i to, niestety, w jego powieściach odczuwa się już na pierwszej stronie.
Lektura kilkudziesięciu polskich powieści podgatunku fikcji o przyszłej wojnie upoważnia do konkluzji, że – inaczej niż przykładowo w anglosaskiej tradycji literackiej – odmiana ta nie osiągnęła w naszym kraju ani porównywalnej popularności, ani jakości literackiej. O ile w Wielkiej Brytanii czy USA do pisania powieści future-war fiction zabierają się profesjonaliści – byli wyżsi oficerowie czy uznani eksperci (jak chociażby autorzy wysoko ocenianej, także za walory literackie, niedawno wydanej Ghost Fleet, Peter Singer i August Cole) lub przynajmniej teksty są starannie konsultowane przez ekspertów z dziedziny wojskowości, dyplomacji i polityki, powieści w Polsce są najczęściej dziełem dziennikarzy nieposiadających specjalistycznego wykształcenia lub amatorów przekonanych o swoim nietuzinkowym talencie. Stąd większość polskich powieści podgatunku, mimo że najczęściej odwołują się do realiów (prawdziwych wydarzeń, rzeczywistych nazwisk), nie wnosi wiedzy pozaartystycznej, a niekiedy wręcz dezinformuje, podczas gdy odmiana ta wymaga szczególnej znajomości realiów pomnożonych przez kreatywną wyobraźnię. Polskie powieści future-war fiction nie sposób uznać więc za predykatywne w zakresie techniki, wojskowości, taktyki czy generalnie – militariów. Pod względem literackim nie ma wśród nich jakości porównywalnej, przykładowo, z twórczością Jacka Dukaja, piszącego pokrewne odmiany powieści, czy autorami anglojęzycznymi. Literacki wytwór future-war fiction z Polski z reguły jest szablonowy, pisany płaską liniową narracją, dość ubogim językiem i, nierzadko, z błędami rzeczowymi i językowymi.
Poza wspomnianą Stalową kurtyną V. Wolffa, w której najeźdźcą była armia białoruska, wszystkie pozostałe powieści, po które sięgnąłem, opisują agresję Rosji. Różnica między poszczególnymi utworami polega na tym, że w jednych Rosjanie napadają bezpośrednio na Polskę, w innych najpierw atakują kraje bałtyckie, np. Litwę, a potem przesmyk suwalski w Polsce (autor nie wyjaśnia sensu ataku na przesmyk, skoro kontrola nad Litwą pozwala Federacji na dostęp do obwodu królewieckiego). Większość amerykańskich powieści o przyszłej wojnie (w tym wskazana wyżej Ghost Fleet) ostrzega raczej o konflikcie zbrojnym między USA a Chinami.
Często występującymi elementami polskich powieści podgatunku są, obok zawsze obecnego bohaterstwa żołnierzy Wojska Polskiego, niewiara we wsparcie sojuszników z NATO (z reguły z pomocą przychodzą tylko Amerykanie), słabość najnowszego uzbrojenia rodzimych sił zbrojnych, ostra krytyka klasy politycznej. Polska powieść o przyszłej wojnie zawiera w sobie więc nie tyle ostrzeżenie przed groźbą, zawsze jednoznacznie zidentyfikowaną, nie tyle ilustruje nastroje społeczne, ile odzwierciedla komunikaty polityków w mediach, szum social mediów i polityczne sympatie autorów. W takim ujęciu polska future-war fiction tak naprawdę nie pełni roli „wczesnego wykrywacza kryzysów”, lecz – zrodzona z fikcji medialno-politycznej – staje się elementem propagandy sterowanym pośrednio interesami polityków i algorytmami social mediów.
Całkiem niedawno, bo w początkach 2025 r. nakładem Wydawnictwa Agora ukazało się inspirujące studium Krzysztofa Iszkowskiego – socjologa, ekonomisty, marksologa i publicysty społecznego – poświęcone biografii Karola Marksa i recepcji jego wizerunku w życiu politycznym Europy. Napisałem inspirujące, gdyż przekonałem się o tym nie tylko jako uważny czytelnik tej książki, lecz też jako recenzent wydawniczy prac z dziedziny najnowszej myśli politycznej, których autorzy uznali jej użyteczność w podejmowanych przez nich analizach.
Studium Iszkowskiego również dobrze się czyta. Charakteryzuje go żywy styl i można rzec, iż gatunkowo plasuje się na granicy pracy naukowej, a niekiedy felietonu i reportażu. Ale jest ono przede wszystkim erudycyjną biografią Karola Marksa, opartą na obszernym materiale źródłowym i nader różnorodnych opracowaniach. Jest także w pewnym sensie historią odbioru twórczości i działalności Marksa i jego wiernego przyjaciela Fryderyka Engelsa, historią ich odkrywania w szerszym obiegu politycznym. Warto jest w tym miejscu przypomnieć, iż poważna część przyswajania dorobku obu autorów (w tym także odkrywanie młodego Marksa) dokonała się już po jego śmierci i wtedy właśnie weszła w obieg życia intelektualnego i politycznego Europy w XX wieku. Przykładem tego mogą być losy Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych pisanych ok. 1844 r.
Autor przypomina nam epizody z ich życia, charakter ich znajomości i ich dziejotwórcze znaczenie, a niekiedy szkicuje szerszy środowiskowo-polityczny kontekst ich funkcjonowania. Można powiedzieć, iż niezwykle rzadko spotkamy w życiu przyjaźnie ludzkie o tym natężeniu i tej trwałości!
Iszkowski, generalnie rzecz biorąc, nie jest sympatykiem osobowości Marksa, zaś obecne w tytule słowo „idol” ma po części z pewnością ironiczny wydźwięk; lecz opisując jego koleje życia, autor potrafił zachować obiektywizm. Ale z całą pewnością, zważywszy na skutki wprowadzenia komunizmu w życie i jego funkcjonowania, daleko mu do tego systemu. Jest mu z pewnością bliżej do socjalistycznego demokratyzmu i gradualizmu. Krytykując Marksa i bolszewizm za rewolucyjne próby naprawiania świata i ich skutki, opowiada się on za tymi orientacjami politycznymi, których nie cechuje maksymalizm, lecz ostrożność i powściągliwość.
*
Książkę Iszkowskiego można też określić mianem symptomatycznej, gdyż wskazuje ona na ogólniejsze, aktualne związki i przemiany dotyczące recepcji twórczości Marksa i form obecności marksizmu w życiu intelektualnym i politycznym Polski i świata. Jeszcze w całkiem nieodległych czasach, które symbolizuje koncepcja „końca historii” F. Fukuyamy (a więc nieuchronnego zwycięstwa w świecie demokracji i gospodarki rynkowej), można było mówić o odrzucaniu marksizmu w wielu krajach[1]. Zjawiska te (i procesy) miały wiele przyczyn. Na pierwsze miejsce wysuwał się jednak upadek „realnego socjalizmu” w ZSRR i jego krajach satelickich, gdzie stanowił on – w różnych, najczęściej prymitywnych postaciach – formę ideologii powszechnie obowiązującej we wszystkich dziedzinach (także w nauce), legitymizującej system państwowy[2].
Do przyczyn tego stanu zaliczymy uderzające błędy prognostycznej natury u Marksa, bowiem okazało się, że rewolucje wybuchały nie w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, lecz peryferyjnych (zacofanych) i nieprawdą jest, że współcześnie postępuje pauperyzacja klas pracujących. Nie zniknęła również alienacja i nie nastąpił wszechstronny rozwój człowieka na skutek rewolucji socjalistycznych[3].
Generalnie Marks (i w pewnym stopniu Engels) nie dostrzegał żywotności kapitalizmu i jego zdolności do reform, czego skutkiem było powstanie różnych form państwa opiekuńczego i skutecznego interwencjonizmu państwowego. A tym samym zdolności do dalszego trwania.
W odrzucaniu marksizmu i maskowania własnych biografii sprzyjał ludziom kultury (w tym uczonym) także realizm (by nie powiedzieć oportunizm i koniunkturalizm), szczególnie widoczny w okresie „jesieni ludów”. Niekiedy wygodniej jest zmienić przekonania, niż cierpieć z powodu konsekwencji światopoglądowej.
Nie wyczerpałem tu wszystkich przyczyn odchodzenia od marksizmu w nieodległych przecież czasach. Współcześnie – i to jest dla nas najważniejsze – obserwujemy wzrost zainteresowania marksizmem (w sensie uprawiania marksologii), lecz także uprawiania marksizmu[4]. Niekiedy mówi się wręcz o renesansie marksizmu w różnych jego odmianach[5].
W każdym razie marksizm zaczął być mocniej obecny w kulturze w różnych swych odmianach nawet w kierunkach, które nazywać można co najwyżej lewicowymi, np. teologia wyzwolenia, aktualna szkoła frankfurcka, pewne odmiany feminizmu, teorie zależności. Obecność marksizmu jest także widoczna w twórczości wybitnych socjologów, także u P. Bourdieu, A. Giddensa.
Okazuje się, iż mimo fałszywych prognoz i wielu jednostronności w ujęciu religii, narodu, sztuki[6], bez Marksa i jego kontynuatorów nie obejdzie się żaden podręcznik filozofii, socjologii, historii myśli politycznej i ekonomicznej, a zagadnienia tam obecne stanowią ważny składnik przy próbach budowania humanistycznych makroteorii. Wyrazem takich przewartościowań są m.in. wypowiedzi J.M. Bocheńskiego, którego trudno jest posądzać o marksizowanie czy kryptokomunizm, nazywającego Marksa wybitnym myślicielem[7], a także innych wybitnych uczonych[8].
Wielu praktyków życia ekonomicznego mówi o kryzysie kapitalizmu (zwłaszcza po 2008 r.). Można powiedzieć, że ma on strukturalne wady związane z wyzyskiem klasowym, alienacją pracy i nie musi sprzyjać rozwojowi człowieka. Zjawiska te zaostrzyła globalizacja i praktyki neoliberalizmu.
*
Reasumując powyższe wywody, powiem, iż polski czytelnik zainteresowany historią polityczną naszego kontynentu otrzymał ciekawą książkę, która może pogłębić jego wiedzę na temat kulisów wielkiej polityki. A wielu ludzi lubi dobrą literaturę i z pewnością nie spotka ich zawód w trakcie jej lektury. To całkiem niemało.
Ale książka K. Iszkowskiego nasunęła mi pewne uwagi krytyczne, którymi chciałem się podzielić z czytelnikami. Choć w zamierzeniu autora nosi ona przede wszystkim biograficzny charakter, przydałoby się książce więcej miejsca poświęconego analizie poglądów K. Marksa. Wszak był on prawdziwie interdyscyplinarnym uczonym humanistą, a więc historykiem, ekonomistą, filozofem w jednej osobie, co przyznają inni badacze od lewicy bardzo odlegli. Czyni to choćby wspomniany już wcześniej J.M. Bocheński.
Przydałyby się temu studium jakieś głębsze analizy poświęcone recepcji K. Marksa w początkach XXI wieku. Najogólniej chodzi mi o formy obecności Marksa i marksizmu w kulturze współczesnej. Problematyka ta z pewnością na badanie zasługuje. Być może autor Idola o tym myśli, lecz nie znamy jego planów. Nie mam wątpliwości, iż – zważywszy na jego kompetencje i erudycję – byłoby to zajęcie przezeń wykonalne. Zachęcam do działań w tym kierunku.
[1] L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, tom III, Paryż 1978.
[2] E. Hobsbawn, Wiek skrajności, Warszawa 1999 (I wyd. 1994), tłum. J. Kalinowska-Król, M. Król; rozdziały 13 i 16.
[3] M. Król, Karol Marks [w] M. Król, Krótka historia myśli politycznej, Warszawa 2019, s. 111–117; R. Panasiuk, Marksizm i socjologia, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4.
[4] M. Kozłowski, Marksizm współczesny [w] M. Gdula, L. M. Nijakowski (red.), Oprogramowanie rzeczywistości społecznej, Warszawa 2014.
[5] J.J. Wiatr, Spor o aktualność marksizmu. Refleksje osobiste [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.), Marksizm. Nadzieje i rozczarowania, Warszawa 2017; J. J. Wiatr, Co lektura Marksa może dać ludziom XXI stulecia?, „Przegląd Filozoficzny. Nowa Seria” 2018/2.
[6] T. Snyder, Kazimierz Kelles-Krauz (1872–1905): Pionier badań nad nowoczesnym nacjonalizmem, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4; J. Szacki, Kelles-Krauz Kazimierz, Encyklopedia Socjologii. Suplement, Warszawa 2005.
[7] J.M. Bocheński, Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów: „Marksizm”, s. 64 i n.
[8] J. Szacki, Marksizm po bardzo wielu latach w Warszawska Szkoła historii idei. Tożsamość, tradycja, obecność, (red. P. Grad), Warszawa 2024, wyd. IFiS PAN.; A. Walicki, Moje sprawy z Marksem i marksizmem (rozm. J. Dobieszewski, P. Kozłowski) [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.) cyt. wyd.
Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
W formie rozmowy dwóch przyjaciół Andrzej Żor prezentuje swoją niekonwencjonalną biografię, napisaną z okazji 85. rocznicy urodzin i obejmującą lata 1940–2025.
AŻ: Podczas jednego z jego pobytów w Warszawie rozmawialiśmy z Messnerem – jak zwykle – u mnie w domu. Opowiedział o swojej rozmowie z Jaruzelskim, który zaproponował mu objęcie stanowiska wicepremiera i koordynatora ds. gospodarki, które miało być wstępem do fotelu premiera w przyszłości. Uważał, że czas na rozdzielenie ról: I sekretarza, premiera i ministra obrony narodowej. Proces ten powinien postępować powoli, zresztą przyszły premier i tak musi przygotować się do nowych obowiązków i poznać skomplikowane układy polityczne w Warszawie.
Arnold Zeth: Jaruzelski nie zauważył, że świat władzy i świat opozycji jest znacznie bardziej skomplikowany, niż wynikałoby to z prostego podziału: my i oni. A może zauważył, lecz nie chciał wdawać się w meandry polityki, uwarunkowania historyczne, genezę frakcji i walk frakcyjnych po obu stronach, bo „Solidarność”, prezentująca się na zewnątrz jako opozycja zjednoczona ideą sprzeciwu wobec tzw. realnego socjalizmu, naprawdę prezentowała zestaw idei, poglądów i zachowań bardziej pogmatwany niż miało to miejsce w zróżnicowanym aparacie władzy, bo te poglądy były zakorzenione w ukształtowanej przez historię świadomości zbiorowej Polaków[1]. A ty, uszczęśliwiony, z radością przyjąłeś ofertę.
– Znasz kogoś, kto by nie przyjął? A zresztą? Messner był moim przyjacielem, starszy o 11 lat, trochę zastępował mi ojca, którego straciłem tak wcześnie. Zdawałem sobie sprawę, co bierze na barki. On uważał zresztą, że od tej chwili ma swoiste zobowiązanie wobec Generała, że musi odpłacić za kredyt zaufania, jaki otrzymał. A ja podejmowałem takie zobowiązanie wobec niego. To nie tylko prywatna sprawa: dwaj kumple uzgadniają, kto jaki stołek zajmie. Nie pytałem ani o stołek, ani o pensję. Też podejmowałem zobowiązanie i słowa – jak sądzę – dotrzymałem. O poranku (bo już wtedy budziłem się monstrualnie wcześnie) uświadomiłem sobie zabawną konfigurację; w całej Polsce żyje 4 facetów, którzy wiedzą o tym, jak potoczy się historia państwa.
– Trzej to Jaruzelski, Messner i Żor. A czwarty?
– Przypuszczam, że Michał Janiszewski – generał, szef URM. Nawet osobnik tak zamknięty w sobie jak Jaruzelski musiał z kimś podzielić się tym pomysłem, poznać jego opinię, nie mógł zawierzyć wyłącznie sobie. Ale chyba nikt więcej. Bo nikt inny nie mrugnął nawet okiem.
– Musiałeś z wysoka spoglądać na swoich kolegów, także tych, którzy do niedawna, a nawet wciąż spoglądali z wyższością na ciebie.
– Ja naprawdę nie mogłem pozbyć się kompleksu ubogiego prowincjusza. Niepewności co do słuszności swoich opinii i poglądów. Towarzyszy mi dotąd. Kiedy zostałem generalnym w MNSzWiT, dostałem pismo z URM o organizowaniu wczasów świątecznych w Arłamowie lub Łańsku. Wybrałem Arłamów, blisko moje ukochane Bieszczady. Wkrótce zadzwonił do mnie Włodek Gajda – dyrektor biura administracyjnego w URM, z pytaniem, czy nie pojechałbym do Łańska, bo gdybym został przy Arłamowie, musiałby stawiać na nogi cały ośrodek (moje zgłoszenie było jedynym), a to nonsens. Zgodziłem się, oczywiście, w ogóle nie przyszło mi do głowy, że mógłbym się upierać. Włodek (z którym później się kolegowałem, był wspaniałym wędkarzem) zrewanżował się pięknym apartamentem w „Puszczy” (główny obiekt w Łańsku), a ja nie zagadywałem do nikogo, grono partyjnych i ministerialnych dostojników onieśmielało mnie, wydawało mi się, że mam niewiele do powiedzenia. Ktoś inny nadęty z powodu nominacji opieprzyłby Gajdę za podobne sugestie. Podczas spaceru (Asia zjeżdżała na sankach) spotkaliśmy Jaruzelskiego, otoczonego ochroną. Towarzyszył mu komendant Łańska Jagielski i sześciu ochroniarzy. Taka świta – pomyślałem – w wojskowym, ściśle strzeżonym ośrodku, Niewiarygodne!
– Miśkiewicz zorganizował ci fetę pożegnalną. Przemówienia, pisma dziękczynne. Zapytał o kandydata na swoje miejsce.
– Zgłosiłem dwóch: Henryka Kurowskiego (dyrektora departamentu studiów i badań rolniczych) i Gienka Pietrasika (dyrektora departamentu wychowania i spraw młodzieży, późniejszego vice-szefa komitetu kultury fizycznej i turystyki, zmarłego nagle na serce podczas Olimpiady w Atlancie). Wybrał Kurowskiego. A wracając do rozstania z Ministerstwem, miało ono wzruszający przebieg. W trzech jego organizacyjnych wcieleniach spędziłem równo 20 lat: 1 grudnia 1963 – 1 grudnia 1983. Dobrze wspominam tę pracę. Wykorzystuję pozyskane wówczas wiadomości także dziś przy pracach nad systemem edukacji. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i nauczyłem się meandrów sztuki rządzenia. Trochę tylko, o czym wkrótce miałem okazję się przekonać.
– Twój pierwszy dzień w URM?
– Nic specjalnego. Nominację na dyrektora generalnego w URM (jak widzisz, nie awansowałem), podpisaną przez Jaruzelskiego, wręczył mi Messner. Zdzisław Drozd – wiceminister w URM ds. administracyjnych, z którym szczerze się przyjaźniłem i którego do dziś wspominam najlepiej, jak umiem, zadbał o mnie: pokój, sekretarka, samochód itp.[2]. Messner przywiózł ze sobą dwóch młodych chłopaków z katowickiego KW: Ryśka Wojtkowskiego (został dyrektorem gabinetu) i Marka Kossowskiego (jego zastępcę). Mnie powierzono zadanie skompletowania zespołu doradców/ekspertów, którzy mieli wspomagać wicepremiera w kształtowaniu względnie spójnej i racjonalnej polityki gospodarczej i nadzorowanie gabinetu. Wojtkowski nie bardzo chciał pogodzić się z rolą podporządkowanego, koncentrującego się w dużej części na sprawach kancelaryjnych. Chyba inaczej sobie to wyobrażał lub Messner nie wyraził się dość precyzyjnie. Ryśkowi ta sytuacja dokuczała, ale nie na tym musieliśmy skupiać uwagę. Poszedłem na pierwsze posiedzenie Rady Ministrów, które prowadził jeszcze Jaruzelski i zbaraniałem. Sala świetlikowa pełna. Kilkudziesięciu uczestników. Prezydium Rządu to drużyna piłkarska, 11 zawodników: premier + 9 wicepremierów (Messner od koordynacji gospodarki, Szałajda od przemysłu, Gorywoda od Komisji Planowania, Obodowski od zadań specjalnych, Malinowski – prezes ZSL, podlegało mu rolnictwo, Kowalczyk – prezes SD od drobnej wytwórczości, Rakowski od kultury i propagandy, Komender od PAX, Ozdowski od pozapaxowskiej inteligencji katolickiej), i Władysław Baka – pełnomocnik Rządu ds. reformy gospodarczej. Sześciu facetów od gospodarki, których biedny Messner miał koordynować, a którzy żadną miara nie dali się skoordynować, bo wszak Malinowski i Kowalczyk to prezesi bratnich partii (rząd jest niby-koalicyjny), a Gorywoda to szef Komisji Planowania, która stanowiła osobne „państwo w państwie”. Baka – reformator to istota sama w sobie. Rozbudowane ministerstwa (gospodarcze ukształtowane według struktury branżowej), sterta dopowiadaczy. I zupełne curiosum – Stanisław Ciosek, który łączył funkcję ministra pracy i płac, a więc człowieka, który miał kontrolować wypływ pieniądza na zdewastowany rynek, i ministra ds. związków zawodowych, a więc rzecznika wszystkich roszczeniowych lobbies. To jak wkładanie spodni przez głowę. Ciosek chodził stale w jednym, mocno wymiętym garniturze i Messner zadrwił raz na posiedzeniu, ogłaszając zbiórkę na jego anzug. Być może, ten drobny incydent zaważył na ich późniejszych relacjach. Nie znałem go w roli prezesa ZSP, poznałem, kiedy kierował partią w Jeleniej Górze. Zawiozłem tam wicepremiera radzieckiego i przewodniczącego KNiT Kirilina. Strugi wazeliny, jakie wylewały się z ust Cioska na temat miłości do ZSRR i socjalizmu przekraczały nawet moją odporność, a byłem przecież przyzwyczajony do pustych, ideologicznych deklaracji. Po kilku miesiącach stał się eksponentem związkowych interesów w Rządzie. Organizacyjnie prowadził te posiedzenia mój pierwszy Szef – Zygmunt Rybicki, który z fotela Rektora UW przeszedł do administracji rządowej; był specjalistą od prawa administracyjnego, pasował jak ulał. Robił to dobrze, ale lubił udowadniać swoje racje i czasami nadziewał się na skuteczne kontry ze strony prawników sejmowych lub prawniczej profesury. Posiedzenie otworzył premier Jaruzelski. Mówił około 40 minut o sytuacji politycznej w kraju.
– Co zrozumiałeś, a czego nie zrozumiałeś z tej lekcji?
– Zrozumiałem, że nic się nie składa. Rada trwała około 10 godzin, właściwie bez konkluzji. Na koniec Jaruzelski wygłosił kolejną tyradę mobilizującą. Jest trudno, będzie lepiej, albo nie. Znajdował zawsze kilka tematów i kilku nieszczęśników, których zganił albo za błędne decyzje, albo za zbyt wolne tempo. Zadeklarował nieustające poparcie dla reformy gospodarczej. Nie zrozumiałem – i to mój największy błąd – że rzeczywistość AD 1983 tworzy w coraz większej mierze propaganda. Media, dla Generała najważniejsza była telewizja, ale też prasa i biuletyny informacyjne. A ja w ogóle nie przywiązywałem wagi do tego aspektu działalności. Mądra decyzja powinna obronić się sama. Profesor (będę tak czasem nazywać Messnera, by nie operować zbyt często nazwiskiem) myślał tak samo, ale to ja powinienem korygować jego podejście. Cóż, kiedy moja współpraca z dziennikarzami w Ministerstwie sprowadzała się do udzielania sfingowanych wywiadów, w których to ja stawiałem pytania i ja udzielałem na nie odpowiedzi. Dziennikarze dostawali gotowy tekst i brali wierszówkę. Nie stworzyliśmy więc własnego zaplecza dziennikarskiego, własnej tuby propagandowej. Przegraliśmy w efekcie w zderzeniu „księgowych z kuglarzami”[3], choć to nie jedyna przyczyna porażki. Nie zauważyłem również bodaj największej słabości Generała – skłonności do kreowania rzeczywistości i wiary w tę wykreowaną rzeczywistość. A także budowania własnego wizerunku za pomocą aparatu propagandy. Dlatego tak wielki wpływ miał na niego Urban, może jeszcze Górnicki, Palimąka z KC, kilku dziennikarzy.
– Nie rozpędzaj się tak. Na ocenę przyczyn porażki masz całe 5 lat.
– Ta pierwsza Rada Ministrów, w której brałem udział, uświadomiła mi, że mamy nikłe pole manewru. Po pewnym czasie i kilku rozmowach uznałem, że jedynym rozwiązaniem jest powołanie kilku zespołów tematycznych od tzw. palących zagadnień, jak hamowanie wzrostu cen, czy kierunki polityki inwestycyjnej, zaopatrzenie rynku itp. W jednym z nich (zdaje się tym od inflacji i cen) znalazł się Grzegorz Kołodko – późniejszy wicepremier i minister finansów. Przygotował elaborat, ale starzy wyjadacze go wykpili, choć być może miał rację. On wiedział, że ja o tym wiem, a miał rozbudowane ego; myślę, że to zdarzenie wpłynęło na nasze późniejsze relacje.
Jakieś dwa dni po Radzie zaprosił mnie Szałajda na spotkanie z nadzorowanymi przez niego ministrami. Prowadził je w stylu roboczej odprawy dyrektora przedsiębiorstwa z kierownikami wydziałów. Ile, na kiedy, odpowiadasz głową. Nogi z dupy powyrywam i tak dalej. Na wzmiankę o reformie zareagował machnięciem ręki. Nie ma żarcia, benzyny ani papieru klozetowego, to nie czas na pustą gadaninę.
– W przemówieniach Generała reforma była naszą największą nadzieją.
– W niedługim czasie obejrzałem posiedzenie Komisji ds. Reformy Gospodarczej. Powtórka z Rady Ministrów. Długie, pełne ozdobników wprowadzenie Generała. Dyskusja od Sasa do Lasa. Komisja skupiała bowiem najbardziej zagorzałych adwersarzy od Aleksandra Kopcia (były wicepremier) po prof. Cezarego Józefiaka – czołowego ekonomistę opozycji[4]. Każdy gadał, co chciał. Podsumowanie Jaruzelskiego w tym samym stylu. Życie gospodarcze kraju toczyło się wedle dwóch trajektorii: ręcznego sterowania (uzasadnionego w sporej mierze potrzebami przedsiębiorstw i obywateli), z drugiej strony – werbalnych zapewnień, przygotowywania przepisów, których nikt w praktyce nie respektował i medialnych akcji (np. konkursy na temat wiedzy o reformie), co miało ponoć przekształcić oporną rzeczywistość.
– Dość szybko wpuściłbyś Messnera w maliny, przygotowując jego wystąpienie na kolejnej naradzie na szczeblu centralnym, na której miał wygłosić swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. Gdyby wygłosił przygotowany przez ciebie tekst, wyszedłby przed szereg. Naraziłby się nie tylko Pryncypałowi, ale i kolegom z Rządu, bo wydawałby dyspozycje, a to nie należało do jednego z dziesięciu, ale do tego, kto na piedestale. Uratował rzecz Szałajda.
– A Messner opisał tę historię w Księgowych i kuglarzach. Wydawało mi się, a nie powinno, że nowy wicepremier, obdarzony ksywą „koordynatora”, ma obowiązek zaprezentowania swojego programu, powiedzenia, co chce zrobić i jak. Nie rozumiałem, a powinienem, że może świecić jedynie światłem odbitym. I że zyskał już wiele, bo wygłasza cudzą mowę swoimi ustami. Z mojej pierwotnej wersji niewiele zostało, bo w konsultacyjnym dreptaniu powtarzaliśmy slogany dobrze znane i równie nieskuteczne. Spiesz się powoli. Festina lente.
– A Jaruzelski czytał każde wystąpienie Messnera i stosownie je korygował.
– Był jeszcze dwa lata premierem. Miał więc formalny tytuł ingerowania w każdy tekst, bo Profesor wygłaszał je w imieniu Rządu. Ale Messner i tak by je pokazywał, co zresztą robił już po nominacji. Generał był recenzentem i współautorem wszystkich jego wystąpień. Wszystkich z wyjątkiem ostatniego.
– We wtorki odbywały się posiedzenia Biura Politycznego. Ich większość poświęcano ocenie pracy Rządu, akceptacji lub odrzucaniu jego propozycji, jakby ten potrzebował partyjnego imprimatur dla każdego ze swoich poczynań. Dla członków Rządu i dopraszanych osób to był sądny dzień. Uzbrojeni w moc ferowania wyroków członkowie Biura i sekretarze KC mieli dwa obiekty swoich ocen i połajanek: organy Rządu oraz opozycję polityczną – tę wyraźnie zdefiniowaną, i tę – mniej wyraźną, ale dokuczliwą: dziennikarzy, ludzi kultury, członków różnych organizacji i stowarzyszeń. Członków BP było kilkunastu, potem nawet ponad dwudziestu. Jaruzelski, który I sekretarzem został po detronizacji Stanisława Kani w październiku 1981 r., dbał, by skład był „reprezentatywny”, stąd obecność w kierownictwie Partii Albina Siwaka (murarza), Kazimierza Romanika (górnika), czy Zofii Grzyb (włókniarki) albo (gdyby wybrać kryterium terytorialne) Tadeusza Porębskiego z Wrocławia, Messnera z Katowic, czy Bejgiera z Gdańska. Połowa „nominatów” nie miała żadnego przygotowania do oceniania materiałów, na które składała się praca wielu grup specjalistów zatrudnionych w urzędach centralnych oraz dopraszanych dorywczo ekspertów.
– Oprócz Messnera członkami Biura byli też inni ministrowie. A on nie kierował żadnym resortem, jak taki współczesny Jan bez Ziemi. Wszystkich, z którymi później współpracowałem – oficjalnie lub prywatnie – ostrzegałem przed powtórzeniem takiej konfiguracji. Gdy posiedzeniom RM przewodniczył Jaruzelski, a miało to miejsce coraz rzadziej, stawiali się wszyscy. Gdy przewodniczył Messner jako wicepremier, któremu powierzono to zadanie, albo później, gdy był Premierem, kilku członków Biura demonstracyjnie nie brało w nim udziału. Ministra spraw zagranicznych (Olszowskiego, potem Orzechowskiego nie widziałem nigdy na sali świetlikowej) zastępował wiceminister Jaroszek (nudny przeraźliwie), czasem Wiejacz, Kiszczaka (MSW) – najpierw Straszewski, potem w większości Zbigniew Pudysz, a Siwickiego (MON) najczęściej generał Antoni Jasiński. Na posiedzeniach Rządu bez Jaruzelskiego rzadko zjawiał się Rakowski, a jeśli już przychodził, pisał swoje dzienniki. Szkoda, bo większość posiedzeń i tematów poświęcano sprawom gospodarczym, co nie było jego mocną stroną. Mógłby się czegoś nauczyć, ale nie chciał.
– Rakowski wrzucił wtedy do obiegu publicznego tezę, że Generał odpowiada za całość, Messner za gospodarkę, a on za nadbudowę. Profesor pisał w cytowanej książce, że popijali wówczas w trójkę z Rakowskim i Porębskim (co czasami się rzeczywiście zdarzało, a na co Rakowski szczególnie nalegał) i że plotkę o triumwiracie upowszechniał Urban. Stworzenie wrażenia przejrzystego podziału zadań – to był jego cel. Wtedy jednak nikt nie myślał, że Jaruzelski chce zrezygnować z premierowania. Dla was ważnym wydarzeniem była poznańska narada aktywu gospodarczego partii i państwa, która odbyła się w Poznaniu późną wiosną 1985 r. i została poświęcona ocenie reformy gospodarczej i zadeklarowaniu, co dalej. Głównym referentem był Baka, ale Komisja Planowania (Gorywoda i jego pierwszy zastępca Franek Kubiczek) i Messner też przygotowywali się do wystąpień.
– To było dla mnie jedno z najtrudniejszych zadań przez cały okres pracy w Rządzie. Wiedziałem, że dalsza jazda dwoma torami nie jest możliwa. Odpowiedzialność za wdrażanie mechanizmów reformy, o ile ma się zakończyć powodzeniem, musi przejąć Rząd i jego organy. Komisja ds. reformy spełniła (i chwała jej za to) rolę inicjatora zmian, przygotowała odpowiednie ustawy o samorządności i samofinansowaniu przedsiębiorstw, ale nie miała żadnej mocy sprawczej, by je wdrożyć. Gdyby zadanie to miał kontynuować Baka i Biuro ds. Reformy, musiałby zostać wyposażony w instrumenty nadzoru, co spotkałoby się z oporem ministrów branżowych, nadzorujących ich wicepremierów i większości politycznego aparatu władzy, który z założeń reformy rozumiał tyle, że ma nas ocalić. Do przejęcia odpowiedzialności paliła się Komisja Planowania i Messner przychylił się do takiego rozwiązania. Innego organu „ogarniającego” całokształt procesu reformowania nie było. Paradoksalnie, choć to rozwiązanie ratowało reformę przed unicestwieniem, wzbudziło oburzenie wszystkich zaangażowanych w ten proces, w tym młodych, bardzo zdolnych ekonomistów i prawników z Biura ds. Reformy, którzy po latach obejmą ważne stanowiska w gospodarce, finansach, bankowości itd. Messner się gryzł, bo wiedział, że okrzykną go grabarzem reformy, ale z układania kostek domina, nic innego nam nie wychodziło, tylko takie rozwiązanie. I jeszcze do tego Komisja Planowania ze swoją złą, post-wrzaszczykową sławą. Wziął decyzję na swój grzbiet. Merytorycznie w porządku, propagandowo fatalnie.
– Ważnym czynnikiem było także stanowisko radzieckich. Baka cieszył się u nich złą opinią, na słowa o reformie gospodarczej reagowali, jak hierarchowie kościoła na odstępstwa od katechizmu…
– Tak. Messner jechał z pierwszą wizytą do Moskwy. Tuż przed wylotem zadzwonił Barcikowski, który uczestniczył w naradzie sekretarzy ekonomicznych państw socjalistycznych. Nikołaj Ryżkow (wówczas sekretarz ds. ekonomicznych w KPZR) zadeklarował: żadnych mechanizmów rynkowych nie będzie. Centralne planowanie jest dogmatem. Dobrze, że ostrzegł nas, inaczej Messner mógłby wdepnąć w g… Podczas tej wizyty poznałem kilku radzieckich dostojników, zajmujących się gospodarką: Bajbakowa – przewodniczącego Gospłanu, Tałyzina od przemysłu i Ryżkowa – późniejszego premiera. Rozpoznawcze rozmowy. Stało się jednak jasne, że zbytnich skłonności do reformowania nie można było ujawniać.
– Naradę poznańską poprzedziło jeszcze jedno wydarzenie, które o mały włos nie zmieniłoby waszych losów. Samochód, którym Profesor wracał z Katowic do Warszawy, wpadł w poślizg, a wypadek omal nie skończył się tragicznie.
– Messner miał złamany kręgosłup, a złamanie groziło paraliżem. Wypadek miał miejsce koło Rawy Mazowieckiej. Okrutna ślizgawica. Operował go prof. Tylman, którego też znałem, bo on – podobnie jak Puzewicz – był przyjacielem prof. Tadeusza Orłowskiego. Na następny dzień zwołano naradę wojewodów. Messner miał przemawiać, tekst jego wystąpienia przekazałem Rakowskiemu, na którego spadł ten obowiązek. Wygłosił coś od siebie, a potem wiernie przeczytał to, co dostał. Messnera wsadzono w gorset, a wszyscy z niepokojem czekaliśmy na pooperacyjny wyrok. Podczas tej narady minister zdrowia Tadeusz Szelachowski podał mi kartkę: wysikał się. Chmurne, jak zwykle, oblicze Generała wypogodziło się. Profesor miał miesiąc przerwy i wrócił do obowiązków; najtrudniejsze okazały się narady i posiedzenia, bo gipsowy gorset obejmował całe ciało od kości ogonowej po szyję. Trwał jednak na posterunku, a Generał polecił, by przeprowadził się do Warszawy. Wyfasowano mu willę na Nowym Mieście, skonfiskowaną Kuklińskiemu po ucieczce do USA. Byłem w tym domu wielokrotnie przed adaptacją dla potrzeb nowego właściciela i przeprowadzką, a potem wielokrotnie, gdy mieszkali tam Messnerowie. Proszę więc nie przekonywać mnie, że pensja pułkownika LWP pozwoliłaby Kuklińskiemu na wybudowanie czterokondygnacyjnego domu i zakup całkiem luksusowego jachtu. I że ucieczka z kraju przy pomocy Ambasady USA była aktem spontanicznym, zrodzonym z troski o polskie sprawy, jak to przedstawiono w filmie „Jack Strong”. Wg informacji z bezpieki, Kuklińskiego zwerbowano podczas pobytu w misji wojskowej w Wietnamie, ale nie dam głowy za jej prawdziwość. Czasem, a trochę przecież wiedziałem o pracy wywiadów, myślałem tylko, w jaki sposób jego majątek, podróże i zajęcia uszły uwadze radzieckich służb specjalnych. No i naszych. Pracował na dwie strony? Jak Bażanow? Siła nieczysta? Tego się jednak nigdy nie dowiem.
– Dopóki Jaruzelski był premierem, ataki na Rząd nie przybierały jeszcze ostrej postaci. Nikt nie chciał narażać się Szefowi Szefów (tak nazywał go Janiszewski) sprawującemu władzę jak Bóg Ojciec w trzech osobach: I sekretarza KC, premiera i ministra obrony. Gorzkie żale płynęły tylko ze strony zawiedzionych pracowników Biura ds. Reformy. Baka przesiadł się na fotel prezesa NBP, całkiem wygodny. Zabrał kilku swoich współpracowników, między innymi Jurka Kochańskiego[5]. Reszta znalazła wcześniej lub później swoje miejsce.
– A Generał do końca trzymał w tajemnicy swoją rezygnację i posadowienie Profesora na fotelu premiera. Nominacja w listopadzie 1985 r. była więc zaskoczeniem dla publiczności, choć tu i ówdzie pojawiły się przecieki. Rząd pracował na jałowym biegu, jedne wskaźniki poprawiały się, inne spadały. W mediach ukazywały się comiesięczne informacje o sytuacji gospodarczej[6]. Podawano prawdziwe dane, ale ich interpretacja bywała czasem naciągana. KC i Komisja Planowania miały skłonność do bardziej optymistycznego widzenia rzeczywistości niż GUS. Wydaje mi się, że pewien wpływ na nominację Messnera miała także obawa Generała przed reakcją radzieckich w przypadku wyboru którejś z osób uznawanych za „reformatorów”. Nie pozbył się jeszcze kilku prominentów uznawanych za zwolenników zaostrzenia kursu wobec opozycji i mających „chody” w Moskwie. W tym generałów Molczyka, Chochy, Sawczuka.
– Zmieniłeś partnerów politycznych. To już nie Wydziały Nauki i Oświaty oraz Zagraniczny obijały cię jak worek treningowy. Tę rolę pełnił teraz Wydział Ekonomiczny KC PZPR.
– Nastąpiła jednak wyraźna zmiana. Może inni ludzie, a może inne czasy, jechaliśmy zresztą na tym samym wózku. Za sprawy ekonomiczne w Biurze Politycznym odpowiadał Kazimierz Barcikowski, rozumiejący bodaj najlepiej sytuację w kraju i – po swoich szczecińskich doświadczeniach – bardzo obawiający się rozlewu krwi. Wydziałem Ekonomicznym kierował Stanisław Gębala, z którym mieliśmy koleżeńskie relacje, gdy został ministrem pracy. Rodzina została w Tarnowie, skąd pochodził, więc jako słomiany wdowiec, zapraszał mnie i Zdzisława Drozda na kielicha i pogawędkę. Kierujący poprzednio wydziałem i mającym spory wpływ na Generała Manfred Gorywoda został już w 1983 r. przewodniczącym Komisji Planowania, jego pierwszym zastępcą – Franciszek Kubiczek też z wydziałowym rodowodem. Franka poznałem wcześniej, był kolegą Edka Wojtulewicza (Jontka), o którym wcześniej opowiadałem. Pijaliśmy trochę, choć Franek niewiele, on miał i ma nadal ascetyczne usposobienie. Ci, którzy kierowali Wydziałem: Marek Hołdakowski (przyszły kierownik), Edek Kuczera, Krzysiek Chinowski i ich współpracownicy to młodzi chłopcy, którzy nie nabyli jeszcze dygnitarskich nawyków, od początku byliśmy na „ty”, porozumiewaliśmy się przed posiedzeniami BP, bo powiedzenie „nagrody i kije spadają zawsze na niewinnych” w równym stopniu stosowało się do nich i do nas. Uzgodnienie opinii przychodziło łatwiej niż w moim poprzednim wcieleniu. Oceny ze strony Biura rzadko bywały pochlebne. Równo dostawaliśmy w kość, żeby nie powiedzieć inaczej.
– Może już czas, byś opowiedział o swoich refleksjach na temat Generała. Tyle krąży kontrowersyjnych, przeciwstawnych ocen.
– Kilka lat po przesileniu ustrojowym spotkaliśmy się u Kazimierza Barcikowskiego w jego domu, wąskie grono, zdaje się, że to spotkanie miało związek z wydaniem jego biograficznej książki, niesłusznie zapomnianej[7]. Siedzieliśmy obok siebie, a rozmowa krążyła – jak często – wokół osoby Generała. Barcikowski półgłosem powiedział do mnie: Jaruzelski, tak, to smutna sprawa. Zgadzam się z tym.
– To znaczy…
– Gdyby brać pod uwagę efekty polityczne, bez wątpienia miał rację. Obie decyzje oceniam bardzo wysoko…
– I tę o stanie wojennym też?
– Patrzę na nią z perspektywy historycznej, bo historią się dziś zajmuję. Na terenie zaboru rosyjskiego powstania wymierzone przeciw Rosji wybuchały ze zdumiewającą regularnością, plus minus co trzydzieści kilka lat. O innych zaborach nie ma co wspominać, wszelkie próby insurekcji wypadały tam dość rachitycznie. A w rosyjskim: 1794 – kościuszkowskie, 1830 – listopadowe, 1863 – styczniowe, 1905 – w Rosji rewolucja społeczna, ale w Polsce także narodowa[8]. Pierwsza wojna światowa i wojna bolszewicka zakłóciły nieco tę regularność, ale powstanie warszawskie wybuchło po dwudziestu kilku latach od „cudu nad Wisłą”. Choć militarnie wywołane przeciw Niemcom, politycznie wymierzone było w Sowietów[9]. A w 1981 r. – wypisz, wymaluj trzydzieści lat z okładem od powstańczej tragedii Warszawy. Toczono wtedy spór z gatunku „być albo nie być”. Wejdą Ruscy czy nie wejdą? Dziś przeważa pogląd, że jednak nie, ale wtedy… A gdyby weszli, to co?
– Chcesz pogrzebać w historii. Przypomnisz zapewne, bo często to opowiadasz, zebranie „białych” pod przywództwem Kronenberga w grudniu 1862. Deliberowali, co zrobić, by je zatrzymać i co zrobić – jak wybuchnie. Wtedy Jakub Gieysztor – przywódca „białych” na Litwie (a „biali” nie chcieli walki zbrojnej) powiedział: „Jestem tak przeciwny powstaniu, że wolałbym zginąć tu, pod sztyletem zapaleńców, jak zdrajca okryty hańbą, byle tylko nie dopuścić do wybuchu. Ale – gdy powstanie wybuchnie – będę z narodem. […] nie oszukujcie samych siebie. Nie tylko ja, ale każdy z was to samo zrobi”[10]. Powiesz, bo wielokrotnie to mówiłeś, że zachowania Polaków zdominował imperatyw kategoryczny, każący im wzniecać walkę wbrew logice, polityce, statystyce i czemuś tam jeszcze. Wszystkie powstania narodowe zostały okupione ofiarami dalece niewspółmiernymi do osiągniętych efektów. Choćby w powstaniu warszawskim – 1,5 tysiąca zabitych Niemców, 18 tysięcy zabitych powstańców i około 180 tys. (albo i więcej) ludności cywilnej. Kwiat inteligencji polskiej. Kupa gruzów ze stolicy.
– Inteligencja polska w znacznej części jest – niestety – przekonana, że to opłacalna ofiara złożona za podtrzymanie polskiego ducha[11]. Dla Wojciecha Jaruzelskiego ta decyzja nie miała jednak tylko teoretycznego charakteru. Co zrobić, gdy rebelia wybuchnie 17 grudnia, a Ruscy wkroczą? Stanąć na jej czele i wziąć odpowiedzialność za setki tysięcy ofiar, być z narodem? Czy zostać napiętnowany jako zdrajca, po wsze czasy, gorszy niż inni zdrajcy, których w historii Polski nie brakowało? Polska świadomość zbiorowa taki wyrok z pewnością by wydała[12]. Czy Jaruzelski zdawał sobie sprawę z historycznych uwikłań podejmowanej decyzji, tego nie wiem. Ale w grudniu 1981 roku przerwany został wieloletni, dramatyczny łańcuch cyklicznych powstań narodowych, prowadzący do coraz większego zniewolenia i coraz liczniejszych ofiar. Od czasów saskich po raz pierwszy rozwiązaliśmy ten dylemat sami, nie zrobił tego za nas obcy ciemiężyciel. Niektórzy sądzą, że wewnętrzny konflikt zakończony prawie bezkrwawo jest gorszy niż okupiona hektolitrami krwi klęska w walce z zewnętrznym wrogiem. I trauma na dwa stulecia. Daj im, Boże, zdrowie…
– Druga decyzja, ta o oddaniu władzy „Solidarności”, nie budzi już twoich wątpliwości?
– Sama decyzja nie. Większość Polaków tak sądzi. Dobrze się stało, mimo różnych skutków tych przekształceń. To jednak nie obciąża już Jaruzelskiego.
[1] W ostatnio wydanej książce Marszałka Sejmu Szymona Hołowni natrafiłem na zdanie: „To jest nasz polski fenomen, że u nas nie żrą się dwa różne światy: byli komuniści i była Solidarność. U nas, w dużym uproszczeniu, żre się jedna Solidarność z drugą Solidarnością” (Szymon Hołownia, Nie dajmy się podzielić, Rozmowa z Michałem Kolanko, Znak, Kraków 2024, s. 195). Ciekawe tylko, gdzie Hołownia znalazłby byłych komunistów.
[2] Zmarł – niestety – tuż po moim powrocie z Malezji – w 1992 roku.
[3] Pod tytułem Księgowi i kuglarze ukazała się w 1993 r. książka Zbigniewa Messnera, charakteryzująca okres jego pracy w Rządzie (1983–1988), o której będzie jeszcze sporo.
[4] Spotkałem go tuż przed śmiercią w szpitalu na Szaserów, gdzie leżał po ciężkim udarze lub wylewie. Poruszał się sprawnie, ale nie mówił. Zmarł po kilku dniach od naszej rozmowy na migi.
[5] Mieszka teraz wraz z żoną, Basią, w Orłowie, blisko dawnego domu Stiebalów. Kiedy tam jesteśmy wspominamy dawne czasy przy piwie i smażonych rybkach.
[6] Przewodniczyłem zespołowi, który zatwierdzał te sprawozdania. Brał w nich udział dr Andrzej Ochocki, specjalista z zakresu statystyki i demografii, potem profesor w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, z którym do dziś łączy mnie autentyczna przyjaźń i wspólne wspomnienia. Jeszcze o tym będzie.
[7] Kazimierz Barcikowski (1927–2007), Z mazowieckiej wsi na szczyty władzy, Wyd. Projekt, Warszawa 1998.
[8] W Weselu Wyspiańskiego, Gospodarz po spotkaniu z Wernyhorą posyła Jaśka na wojnę nie z austriackim cesarzem, lecz z rosyjskim samodzierżcą. Popatrz, oni w Galicji, żeby usprawiedliwić lojalizm wobec Najjaśniejszego Pana, wysyłali tych z Kongresówki na wojnę z Moskalem! (Stanisław Wyspiański, Wesele, [w:] Dramaty wybrane t. 1, Wyd. Literackie, Kraków 1972, s. 276).
[9] Por. m.in. Hanns von Krannhals, Powstanie warszawskie 1944, Bellona Warszawa 2017.
[10] Cytuję za Stefanem Kieniewiczem Powstanie styczniowe [w:] Trzy powstania narodowe, KiW, Warszawa 2006, s. 342–343.
[11] To m.in. pogląd prawicowego historyka Andrzeja Nowaka, prezentowany w wielu jego książkach i w publicystyce. Z utęsknieniem czekam na kolejny tom Dziejów Polski obejmujący powstanie warszawskie i początki władzy ludowej. Podobne przekonania podzielał Jarosław Marek Rymkiewicz, choćby w Kinderszenen, Wyd. Sic! Warszawa 2008.
[12] Wykorzystałem fragmenty własnego artykułu „Jaruzelski – smok wawelski”, [w:] Andrzej Żor, O historii, kobietach i kotach, Biblioteka „Res Humana”, Warszawa 2022, s. 41–45.
Przedruk fragentu autobiografii wydanej w serii „Biblioteka RES HUMANA” na łamach dwumiesięcznika ukazał się w jego numerze 1/2026, styczeń-luty 20206 r.
Dwie ostatnie dekady są świadkiem przejścia od optymizmu globalizacji do pesymizmu brutalnej rywalizacji. Postzimnowojenny ład światowy zmienia się z jednobiegunowego, zdominowanego przez hegemona USA, przez dobiegającą właśnie końca fazę świata wielobiegunowego, w kierunku systemu bipolarnego, który wszakże zachowuje wiele z cech wielobiegunowości, gdzie główna oś rywalizacji USA-Chiny współistnieje z innymi ośrodkami siły (UE, Rosja, Indie…) oraz podmiotami pozapaństwowymi, jak, przykładowo, wielkie korporacje cyfrowe.
Stałym lejtmotywem wszystkich debat ostatnich lat były konstatacje o erozji dotychczasowego ładu międzynarodowego i o nieprzewidywalnym charakterze jego następującej transmutacji. Polskie ośrodki badawcze dość nieśmiało uczestniczyły w tej debacie, nie generując żadnej oryginalnej syntezy, a klasa polityczna funkcjonowała w ramach skostniałych wyobrażeń o porządku światowym i miejscu, jakie zajmuje w nim Polska. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że punktem odniesienia dla praktyków polityki (a za nimi i dla opinii publicznej) pozostawał stan rzeczy z końca XX wieku: stabilny, wręcz zastygły, zachodniocentryczny pax americana.
Podobnie jak w opowieści o strategii rozwoju wewnętrznego Polski dominował przekaz minimalistyczny, dostosowawczy (pamiętne słowa szefa polskiego rządu, który raz odsyłał do lekarzy ludzi posiadających wizję, innym razem nakazywał satysfakcję z posiadania ciepłej wody w kranie), reaktywność i minimalizm cechowały zachowanie Polski na scenie międzynarodowej. Elity polityczne kraju nie wykreowały porywającej społeczeństwo narracji o wielkich wyzwaniach, które posiadałyby moc mobilizującą i innowacyjną. Nie wskazały także ambitnego, a jednocześnie realistycznego miejsca i funkcji, jakie Polska mogłaby zająć w systemie stosunków międzynarodowych. Chociaż takie koncepcje (Polska jako inteligentny dialogotwórca, Polska jako siła napędowa ścisłej integracji europejskiej, Polska jako złącze między Wschodem a Zachodem…) się pojawiały. Polskę początku XXI stulecia nie tylko nie stać było na oryginalną inicjatywę na miarę planu Rapackiego, lecz dodatkowo zredukowaliśmy naszą obecność i nasze zdolności rozpoznawcze w świecie, przykładowo w świecie arabskim. Tymczasem Polski, usytuowanej na skrzyżowaniu europejskich osi północ-południe i wschód-zachód, między dwoma najpotężniejszymi państwami Europy, w czasie, gdy rozpada się ład światowy, nie stać na luksus dostosowawczego minimalizmu, inercję i wtórność. Właściwie jedyną polską inicjatywą był pomysł Partnerstwa Wschodniego, lecz jego pierwotne założenia zostały zwulgaryzowane i wypaczone do przeciwskutecznego w ówczesnych realiach wymiaru geopolitycznego.
Siła tradycjonalizmu, zanik poważnej debaty publicznej na tematy międzynarodowe i tłumienie alternatywnych (wobec głównego nurtu) interpretacji i ośrodków myśli, skutkowały postrzeganiem złożonej rzeczywistości międzynarodowej przez, co najwyżej, pryzmat regionalny[1].
Agresja Rosji na Ukrainę dodatkowo zawęziła ogląd rzeczywistości międzynarodowej: dla polityków, mediów, opinii publicznej jest ona nie tylko egzystencjalnym zagrożeniem, lecz też źródłem i wyjaśnieniem wszystkiego, co dzieje się na świecie. Z polskiego punktu widzenia niezrozumiałe jest stanowisko większości państw pozaeuropejskich, które postrzegają konflikt w Ukrainie jako regionalną wojnę by proxy i widzą w niej nie praprzyczynę wzrostu napięcia międzynarodowego, lecz następstwo, rezultat wcześniejszych działań wielkich państw, nie tylko Rosji, lecz przede wszystkim USA i, generalnie, zbiorowego Zachodu.
Regionalne myślenie utrudnia nakreślenie nowej siatki współrzędnych, w których osadzony jest nasz kraj.
Przesunięcie gospodarczego i strategicznego centrum do Azji z kluczową rolą Chin, opisywane już w latach 80., zostało przyjęte do wiadomości przez polskich polityków w XXI wieku, wraz z próbami praktycznej realizacji (poparcie dla Inicjatywy Pasa i Szlaku, przystąpienie do AIIB). Jednak głębsze konsekwencje tej zmiany oraz inne fundamentalne przemiany globalne wciąż z trudem docierają do świadomości polskiej klasy politycznej.
Od 2008 roku następuje stagnacja i jakościowa zmiana globalizacji. Słabną przepływy globalne, rośnie protekcjonizm i nacjonalizm ekonomiczny, tworzą się regionalne bloki. Część procesów przenosi się do sfery cyfrowej, co oznacza nową, bardziej złożoną fazę globalizmu, o niezbadanych jeszcze konsekwencjach dla Polski.
Wraz z tworzeniem się nowych ośrodków siły i wzrostem znaczenia Globalnego Południa postępuje proces określany przez K. Mahbubaniego jako Wielka Konwergencja.
Nową rzeczywistością stało się netwersum – cyfrowy wszechświat będący równocześnie areną współpracy i ostrej rywalizacji o cyberprzestrzeń, dominację w AI i kontrolę nad danymi. Konkurują w nim nie tylko państwa, ale także korporacje technologiczne, funkcjonujące jako podmioty geopolityczne.
Osłabł system organizacji międzynarodowych (ONZ, OBWE, RE), porozumień (Helsiński Akt Końcowy, Karta Paryska, Rada NATO-Rosja) oraz zasad (nienaruszalność granic, nieużywanie siły, poszanowanie suwerenności, idea wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa).
Świat stał się mniej odporny na wyzwania globalne, takie jak zmiana klimatu i jego skutki (ocieplenie, susze, migracje, katastrofy naturalne, pandemie).
Rozpadły się lub zostały nadwyrężone kluczowe mechanizmy bezpieczeństwa.
Nastąpiła erozja liberalnego ładu światowego, a wojna i dyktat siły powracają jako metody rozwiązywania sporów i uprawiania polityki.
Gwałtowna redystrybucja globalnego potencjału gospodarczego, technologicznego i militarnego wymusza adaptację nawet na największych mocarstwach. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA nie jest wyłącznie ideologicznym zwrotem za prezydentury D. Trumpa, który nadał jej antyeuropejski wydźwięk. Stanowi ona odpowiedź na względne osłabienie Stanów Zjednoczonych w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
Wskaźniki są wymowne: udział USA w globalnym PKB spadł z 21 proc. w 2000 r. do 14,7 proc. w 2024 r. W tym samym czasie Chiny zwiększyły swój udział w PKB z 8 proc. do 19,6 proc.[2] i stały się groźnym konkurentem w najnowszych technologiach oraz potencjale przemysłu zbrojeniowego.
W efekcie USA porzuciły koncepcję globalnej hegemonii, uznając ją za niemożliwą do utrzymania. Nie dopuszczą jednak, by jakiekolwiek państwo zdominowało ich kluczowe interesy, zwłaszcza na półkuli zachodniej i kluczowych szlakach morskich. Oznacza to powrót do doktryny Monroe w nowym wydaniu: koncentrację na obronie terytorium narodowego, elastyczne i transakcyjne traktowanie sojuszników oraz wycofanie wojsk z niektórych regionów.
Dla Europy przekłada się to na fundamentalną zmianę. USA zamierzają przesunąć ciężar relacji transatlantyckich ze współpracy wojskowej na gospodarczą i technologiczną, przerzucając na Europę koszty jej bezpieczeństwa, przy jednoczesnym dążeniu do utrzymania kontroli. Instrumentami tej kontroli mają być: technologie cyfrowe i korporacje je wytwarzające, polityka handlowa, eksport uzbrojenia oraz ideologia „realizmu suwerenistycznego”, promująca interesy narodowe ponad wartościami i instytucjami ponadnarodowymi. Scenariusz ten zakłada delegitymizację UE i wspieranie suwerenności poszczególnych państw europejskich.
Ta nieuchronna redefinicja sojuszu stanowi nowe, zasadnicze wyzwanie dla Unii Europejskiej i dla Polski, której bezpieczeństwo opiera na dwóch filarach: członkostwie w UE i w NATO[3].
Mimo dokonanego w ostatnim półwieczu skoku rozwojowego, który przyniósł przede wszystkim wzrost jakości życia (awans o dziesięć miejsc w rankingu HDI) oraz większą otwartość (podwojenie udziału w eksporcie światowym w latach 1975–2025), zasadniczo miejsce Polski w świecie nie zmieniło się, jeśli chodzi o jej udział w gospodarce światowej, siłę militarną i – w następstwie – jej autonomiczną wagę polityczną. Z takim samym jak pół wieku temu udziałem ok. 0,8 proc. w globalnym PKB Polska sytuuje się dzisiaj, podobnie jak w 1975 r., na 21.–23. miejscu w świecie[4]. Pod względem siły militarnej zajmuje obecnie 21. miejsce w świecie przy 15.-18. miejscu w 1975 roku[5]. Zmieniło się natomiast fundamentalnie usytuowanie polityczne Polski – jednostronna wasalna zależność od ZSRR została zastąpiona ścisłą integracją z blokiem transatlantyckim, w którym żaden z jego komponentów europejskich nie ma pozycji hegemonistycznych.
Polska jest dzisiaj dość wysoko rozwiniętym krajem, z dynamicznie rozwijającą się gospodarką, niemniej pozostaje państwem o średnim potencjale, z dużymi problemami utrzymania stabilności finansowej i alarmująco rosnącą presją luki demograficznej, zależnym gospodarczo i pod względem dostaw energii, napływu kapitału oraz technologii od sprawnego funkcjonowania wspólnoty europejskiej. W obszarach kluczowych dla rozwoju – zdolność do długofalowej konkurencji, innowacyjna gospodarka, modernizacja kapitału ludzkiego i społecznego – wykazuje niskie zdolności adaptacyjne. Ograniczony potencjał i niewielka zdolność do podjęcia wyzwań związanych z megatrendami przy rosnącej presji ze strony Rosji stawia Polskę przed wyborem jednej z opcji: 1. Fort Trumpa, 2. Samotna twierdza Polska. 3. Federacja Europejska.
Wrogość D. Trumpa wobec UE znajduje oddźwięk w eurosceptycyzmie suwerenistycznych populistów w Europie. Nieprzypadkowo wezwał on nacjonalistów z Węgier, Austrii, Polski i Włoch do „obrony suwerenności”, co w praktyce oznacza dążenie do rozbicia Unii. Polska radykalna prawica upatruje w Trumpie sojusznika w uwolnieniu się od liberalnych norm UE. Redukcja amerykańskiego zaangażowania w NATO osłabia Sojusz. Zwolennicy opcji America First dostrzegający zagrożenie ze strony Rosji, uważają, że lukę tę wypełnić może szczególny sojusz z USA, a Polska stałaby się ich przyczółkiem w Europie – nawet za cenę osłabienia więzi z UE. Przekształcenie Polski w centrum amerykańskiej projekcji siły, pełniące jednocześnie rolę „konia trojańskiego” Trumpa w UE, wiązałoby się z akceptacją statusu wasala w zamian za potencjalnie iluzoryczne bezpieczeństwo. Połączenie tego z napiętymi relacjami (lub wręcz wrogością) zarówno z UE, jak i z Rosją stanowi strategię o skrajnie wysokim ryzyku i katastrofalnych potencjalnych skutkach dla Polski.
Siły polityczne wrogie projektowi europejskiemu, nieufne zarówno wobec zachodnich sąsiadów, jak i USA, kwestionują wiarygodność gwarancji NATO i solidarność sojuszników w razie agresji. Głosząc tezę o strategicznej samotności Polski, postulują szybkie zbudowanie zdolności odstraszania na wzór Izraela poprzez przyspieszoną militaryzację: rozbudowę rezerw, przywrócenie powszechnej służby wojskowej, powszechną obronę terytorialną oraz dozbrojenie, łącznie z rakietami dalekiego zasięgu czy nawet bronią jądrową.
W tej wizji Polska stałaby się regionalną potęgą militarną, zdolną samodzielnie odstraszać Rosję i chronić sojuszników. Realizacja takiego scenariusza wymagałaby jednak nakładów na obronność rzędu 8–10 proc. PKB, co oznaczałoby militaryzację gospodarki i załamanie systemów socjalnych. Co więcej, nawet po takiej mobilizacji Polska wciąż nie zyskałaby zdolności do samodzielnego i skutecznego odparcia agresji ze strony Rosji.
Istotne ograniczenie lub wycofanie stałej amerykańskiej obecności wojskowej w Europie wymusza na Polsce przyjęcie roli kluczowego filaru bezpieczeństwa UE. Unia, budując autonomiczną unię obronną z własnym dowództwem, finansowaniem i zdolnościami logistycznymi, musiałaby stać się głównym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Ściśle związana sojuszem wojskowym z Niemcami i Francją, Polska stałaby się motorem napędowym federacyjnej transformacji UE. Jednocześnie budowałaby uzupełniającą sieć sojuszy regionalnych, niealternatywną wobec unijnej struktury obronnej. W tej roli Polska wyrastałaby na regionalnego lidera militarnego, stając się także pierwszą linią obrony Europy – państwem frontowym.
Maksymalna federalizacja i scentralizowana obrona UE to już nie opcja, lecz konieczność. Rozdrobniona Europa, z 27 odrębnymi armiami i politykami przemysłowymi, jest strategicznie nieistotna i niezdolna do samodzielnej obrony. Jedyną drogą do stworzenia podmiotu zdolnego odstraszyć Rosję bez pomocy USA jest suwerenna federacja europejska – z gospodarką 18 bilionów euro, jednolitą armią (nawet 2-milionową) i scentralizowanym dowództwem.
Federalizacja wiąże się jednak z kosztami i ryzykiem dla Polski. W zamian za głębię strategiczną i zwiększone bezpieczeństwo, Polska utraciłaby formalną suwerenność w obszarach obrony, polityki zagranicznej, migracji i finansów, prawdopodobnie uznając przy tym hegemonię francusko-niemiecką.
Praktyczna polityka będzie stanowić kombinację wszystkich trzech opcji, przy czym żadna z nich nie zaistnieje w czystej postaci. Nieprzewidywalne wydarzenia mogą zachwiać dotychczasową logiką. Wycofanie USA z Europy nie będzie całkowite – przynajmniej obecność wywiadowcza i logistyczna zostanie zachowana. W największych państwach Europy władzę mogą przejąć siły nacjonalistyczne. Nie jest też przesądzone utrzymanie stabilności politycznej w Rosji ani kontynuacja jej dotychczasowej polityki.
W konsekwencji to, który komponent zyska przewagę, zależeć będzie zarówno od zmian na arenie międzynarodowej, jak i od politycznych wyborów samych Polaków, gdyż różne wiodące siły polityczne w kraju opowiadają się za odmiennymi rozwiązaniami.
[1] Koncepcje pozaeuropejskich myślicieli i teoretyków stosunków międzynarodowych, jak, przykładowo, Paraga Khanny (vide: Connectography: Mapping the Future of Global Civilization) czy Kishore’a Mahbubuniego (vide: Has the West Lost It? A Provocation), są praktycznie nieznane polskim politykom
[2] Liczone według parytetu siły nabywczej. Zgodnie z danymi opartymi na nominalnym PKB, gospodarka USA wciąż jest największa (25,8 proc.), zaś chińska – trzecia (16,7). PKB Unii Europejskiej według tej metody wynosi 18,2 proc. Zob. raport MFW World Economic Outlook opublikowany w październiku 2025 roku. Alternatywne szacunki uwzględniające jakość danych i gospodarkę nieformalną podaje World Economics Ltd., np. https://www.worldeconomics.com/Share-of-Global-GDP/United%20States.aspx
[3] Ze strony polskiej wygłasza się niekiedy tezy o trzecim filarze, jakim ma być specjalne partnerstwo strategiczne z USA. Polskie pretensje do partnerstwa z supermocarstwem należy uznać za pseudopatriotyczną fanfaronadę; natomiast rozmieszczenie pododdziałów amerykańskich (ok. 10 tys. żołnierzy) na terytorium Polski stanowi ważny element umocnienia bezpieczeństwa kraju, nie tyle nawet z uwagi na militarny, ile polityczny i psychologiczny wymiar tej obecności.
[4] Dane za: https://countryeconomy.com/gdp/poland?
[5] Wyliczenia na podstawie zintegrowanych porównań rekonstrukcyjnych CINC/GFP.
Analiza ukazała sie w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Nie wiem, jak Państwo w sytuacjach oficjalnych reagują, ale ja mam tak, że jak przychodzi do czegoś naprawdę podniosłego i ważnego, to wszystkie swe myśli i uwagę koncentruję niestety na osobach, które mają nas jako ogół społeczeństwa reprezentować. Mianowicie, jak są ubrane, czy nie zapomniały np. chusteczki do nosa, odpowiednio dobrały niedziurawe skarpetki do muchy bądź długość spodni do właściwego do okoliczności obuwia. Jakoś ze starych czasów została mi troska o te dziś jakże drugorzędne sprawy, a jest jeszcze gorzej – w swej trosce idę o krok dalej, martwiąc się o to, co i jak powiedzą i czy generalnie wszystko pójdzie gładko. Wynika to z tego, że sam napisałem w życiu parę przemówień i wiem, jaka to katorżnicza praca i stres, bo to, co napisane trzeba jeszcze publicznie wypowiedzieć. Wtedy jednak pisało się jeszcze przemówienia na maszynie do pisania, następnie żmudnie konsultowało z potencjalnym wygłaszającym, o słowniku poprawnej polszczyzny prof. Doroszewskiego czy rocznikach statystycznych GUS nie wspominając. Ambicją było być w zgodzie zarówno z poprawną polszczyzną, jak i stanem faktycznym, np. gospodarki. Stare dobre czasy… Dziś zaś, kiedy prezydent Donald Trump wprowadził zupełnie nowy styl i u nas zaczyna być chyba odmiennie, pisane przemówienia odchodzą niestety w niepamięć. Elita mówi po prostu z głowy, mój promotor ze studiów uniwersyteckich dodałby zapewne „czyli z niczego”, ale to już czas tak przeszły i dokonany, że aluzja właściwie jest nieczytelna. Mamy więc w elicie władzy uzus wypowiedzi od siebie, dzielenia się po trosze swoimi przeżyciami i przemyśleniami i to w stylu kumplowsko-kaznodziejskim bardziej niż profesorskim. Śmiało weszło to w obieg jako swoiste zaprzeczenie drętwej mowy, choć niekiedy to ona mogłaby się bardziej przydać, aniżeli luz i bezpretensjonalność.
Taką oto okolicznością było dla mnie uroczyste zakończenie XIX Konkursu Chopinowskiego w postaci gali w Operze Narodowej, na której stawili się wszyscy, żeby fetować zwycięzców, dziękować jurorom i powiedzieć coś od siebie. Jeśli chodzi o ubiór, to generalnie nie można mieć zastrzeżeń, zarówno prezydent, jak i marszałek odkurzyli swoje smokingi, inni zaś poczuli się do ubrania co najmniej kościółkowego, co w Polsce oznacza ubranie odświętne, trzymane w szafie na niedzielną mszę. Co prawda pewien popłoch mogła wzbudzić dość rozbudowana kreacja pani minister kultury, ale ostatecznie opanowała materię, zasiadając na przygotowanym fotelu. Dziwne (a dla niektórych oburzające!) natomiast było to, że jedna ze wspaniałych naszych oficjalnych małżonek, będąc oficerem WP, nie stawiła się w galowym mundurze, ale wybrała inną kreację. Cóż, można tylko żałować, bo np. przed wojną byłoby to nie do pomyślenia – gala prezydencka zobowiązywała nie tylko do odpowiednich mundurów, sznurów, szarf i lampasów, ale także kompletu orderów.
Natomiast to, co poszczególni mówcy mieli do powiedzenia, zasługuje jednak na bliższą uwagę, a nawet analizę. Dyskusję, najpierw pomiędzy moimi domownikami, a później znajomymi, wzbudziło np. uznanie Chopina za wirtuoza, co przejawiało się szczególnie w przemówieniu p. prezydenta Nawrockiego. Ja stałem (i nadal stoję…) na konserwatywnym stanowisku, że słowo „wirtuoz” odnosi się raczej do wykonawstwa i śmiało można takiego określenia używać wobec Ignacego Paderewskiego, Krystiana Zimermana czy Artura Rubinsteina. Inni zdecydowanie zaoponowali, twierdząc, że także do kompozytora nokturnów, rond, walców, polonezów i mazurków, który (jak przekaz historyczny głosi) był niezapomnianym wirtuozem swoich utworów, czego najlepiej dowodzi rola Eryka Kulma w filmie Chopin, Chopin!
Nie rozstrzygnęliśmy jeszcze tego sporu, a tu naprawdę pięknie przemówił niezawodny marszałek Hołownia, który poinformował zebranych w Operze Narodowej, jak Sejm w te dni czcił Chopina, a nawet jak Fryderyk uczynił posłów lepszymi. Mnie szczególnie zelektryzowały dwie informacje: o tym, że konkurs był na bieżąco komentowany w prezydium Izby i nawet wicemarszałek Niedziela wygłosiła pogląd na temat poziomu wykonawczego tegorocznego konkursu i znaczenia muzyki Chopina, oraz że dyr. Zakroczymski jest zapalonym pianistą, co było znane jedynie nielicznym wtajemniczonym. A zważywszy na to, że sygnał z uroczystej gali rozpościerał się dosłownie po całym świecie, jest to znakomity dowód na medialne wyczucie marszałka, który skorzystał z okazji, jak mógł najlepiej i obznajomił miliardy ludzi, jak właściwie chopinowskie sprawy na Wiejskiej stoją. Malezyjczycy, a przede wszystkim mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni będą mu za te informacje dozgonnie wdzięczni, podobnie jak zgromadzeni w Operze Narodowej jurorzy i laureaci. Inna sprawa, że marszałek uczynił wiele, aby muzyka Chopina wyparła w tych dniach z Izby inne utwory, preferowane niestety tylko w godzinach nocnych przez posła Mejzę i jego kolegów. To naprawdę trzeba docenić, co niniejszym czynię, a samo przemówienie proponuję wnieść do annałów naszego parlamentaryzmu.
Pani minister Cienkowska natomiast zabrała głos jako uczestniczka zmagań filharmonijnych, czyli z pozycji obserwacji uczestniczącej, co niejako usprawiedliwiało familiarny niemal ton wypowiedzi. Coś w tym jest, żeby w sumie mówić o sobie jako uczestniczce większej zbiorowości, a przecież całkiem niedawno p. minister otwierała Warszawski Festiwal Filmowy i napomknęła, że jako studentka stała w długiej kolejce po karnet festiwalowy. W sumie więc zrównanie siebie do poziomu zwykłego odbiorcy sztuki i kultury wysokiej można uznać za zabieg właściwy, a nawet ujmujący i na swój sposób chwytający za serce.
Nagrody rozdano, laureaci wystąpili, choreografii wspólnego zdjęcia na zakończenie konkursu nie będę komentować, bo wszyscy zobaczyli na własne oczy, kto z kim unikał sąsiedztwa. Mam jednak nieodparte wrażenie, oparte na lekturze wspomnień niezapomnianego Antoniego Słonimskiego, że przed wojną by to jednak trochę inaczej wyglądało.
Strategia Narodowego Bezpieczeństwa 2025 prezydenta Trumpa nie jest rewolucyjna, chociaż tak ją widzą elity rządzące w Europie. Jest przede wszystkim odwrotem od ideologicznej koncepcji amerykańskich i europejskich liberałów. A te zmiany były widoczne od początku rządów obecnej ekipy.
Jej istotą jest nacisk na strategiczną stabilność, która jest wypadkową rywalizacji i porozumień głównych aktorów na scenie światowej. Wraca z całą mocą fundamentalna zasada realistów: równowaga sił (balance of power). W międzynarodowej grze żaden z aktorów nie jest klasyfikowany jako stałe zagrożenie ani jako wieczny sojusznik. Wersja trumpowska równowagi sił jest bezwzględna, surowa, ponieważ lekceważy multilateralizm oraz inne narzędzia cywilizujące i mitygujące nagą siłę państw. W takim układzie każde państwo, zwłaszcza najsilniejsi gracze, maksymalizuje swoje korzyści kosztem pozostałych. Triumfują państwa, które nie oglądając się na innych, pomagają sobie samym. W terminologii stosunków międzynarodowych nazywa się to self-help.
Nowa Strategia Bezpieczeństwa jest dobrym odzwierciedleniem światopoglądu prezydenta Trumpa i jego najbliższego otoczenia. Jest to odpowiedź na wyzwania ze strony „świata, jaki jest”, cechująca się pragmatyzmem. Autorzy dokumentu inspirowali się w znacznym stopniu myśleniem szkoły realistycznej w stosunkach międzynarodowych. W świetle tego podejścia nieprzydatne są takie kategorie analityczne, jak odwieczna oscylacja strategii amerykańskiej między izolacjonizmem a interwencjonizmem.
Zasadnicza innowacja Strategii, szokująca wiernych aliantów Stanów Zjednoczonych w Europie, polega na reformie zarządzania obecnością Ameryki w świecie. Stanów Zjednoczonych nie stać już na utrzymywanie stabilnego świata na barkach amerykańskiego Atlasa. Zreformowana strategia odzwierciedlająca zmianę układu sił na świecie na niekorzyść Ameryki zakłada utrzymywanie stabilności w regionach w myśl koncepcji „off-shore balancing” amerykańskich realistów (John Mearsheimer). Stany Zjednoczone stawiają na wzmocnienie swojej potęgi wewnętrznej (bezwzględna dominacja na półkuli zachodniej), a bezpośrednie powstrzymywanie rywali w regionach i pilnowanie regionalnej stabilności przekazują aliantom: Japonii, Korei, Australii w Azji i europejskim członkom NATO w naszym regionie. Amerykanie są dyrygentem tego systemu, ale schodzą z pierwszej linii i wycofują się z roli mocarstwa utrzymującego swoją dominującą obecność militarną w odległych regionach.
Dostrzegam cztery główne zalety doktryny Trumpa:
– pogodzenie się Stanów Zjednoczonych, do niedawna hegemona w polityce światowej, z rzeczywistością, co oznacza rezygnację ze strategii światowej dominacji, selektywne respektowanie interesów innych aktorów i gotowość do podzielenia się wpływami;
– odejście od czarno-białego obrazu świata podzielonego na oś dobra/demokracje i oś zła/autokracje. Odrzucenie tego schematu, mistyfikującego skomplikowaną rzeczywistość stosunków międzynarodowych, zwiększa szansę na uniknięcie kolejnej zimnej wojny w rezultacie podziału świata na sztywne bloki;
– powiew świeżości w związku z wyzbyciem się pozorów i zdjęcie grubej warstwy hipokryzji z uzasadnienia dla amerykańskiej polityki, która była w rzeczywistości nakierowana na uzyskanie partykularnych korzyści;
– najważniejszy aspekt nowej doktryny dotyczy wiszącej obecnie w powietrzu groźby wybuchu trzeciej wojny światowej. Z zapisów dokumentu wynika dążenie do uniknięcia totalnego starcia gigantów na wszystkich potencjalnych frontach (także z Chinami). To bardzo ważna rewizja poglądów w stosunku do Strategii Trumpa pierwszej kadencji.
Inne zasadnicze elementy, wynikające z doktryny Trumpa (wykraczam poza dosłowne stwierdzenia zawarte w samym dokumencie i sięgam do praktyki administracji), to:
– porzucenie dorobku organizacji międzynarodowych (zwłaszcza ONZ), osłabienie stabilizującej funkcji prawa międzynarodowego, traktatów;
– zwiększenie ryzyka militarnych rozwiązań konfliktów regionalnych i wojen lokalnych wskutek zwiększonej skłonności do interwencji zbrojnej (przy wykorzystaniu najnowszych technologii);
– powrót do nieograniczonego wyścigu zbrojeń konwencjonalnych i nuklearnych;
– brutalizacja języka i deprecjacja dyplomacji;
– militaryzacja polityki zagranicznej, czyli nieograniczone użycie siły w każdym wymiarze, nie tylko militarnym, w celu forsowania amerykańskich interesów.
Zatem doktrynę Trumpa, wyrażoną w Strategii, cechuje ambiwalencja, sprzeczności i brak spójności. Znamienny jest nacisk położony na unikanie wiążących zobowiązań, odrzucenie odpowiedzialności za dobro wspólne. Odejście od polityki interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw, od nation-building, od narzucania norm i reguł, nie jest konsekwentne. Na miejsce ideologii demokratyzacji wciska się bowiem katalog postulatów o charakterze wyraźnie tradycjonalistycznym i prawicowym, a nawet skrajnie prawicowym. W odniesieniu do migracji przewijają się wątki rasistowskie.
Na odrębną analizę zasługuje nadzwyczaj krytyczne, a właściwie pogardliwe potraktowanie Europy, a zwłaszcza europejskiego federalistycznego eksperymentu. Stany Zjednoczone nie widzą zalet powtórzenia amerykańskiej drogi na Starym Kontynencie. Przyszłość widzą wyłącznie w kategoriach ścierających się ze sobą państw narodowych.
Strategia poddaje krytyce elity europejskie za ich nastawienie na kontynuację wojny w Ukrainie i brak refleksji o tym, jak ułożyć w przyszłości stosunki z Rosją. Ironią losu jest rzecz jasna to, że wojna rosyjsko-ukraiń-
ska była pierwotnie wojną amerykańską by proxy. Stany Zjednoczone od dłuższego czasu widziały w Rosji bezpośrednie zagrożenie i starały się ją osłabić. Jednak prezydent Trump nie czuje się odpowiedzialny za destrukcyjną w wielu obszarach politykę poprzedników i wyklucza kajanie się za błędy przeszłości.
Strategia całkowicie pomija kwestię nierówności na świecie, biedy, wszelkie kwestie humanitarne, pomoc rozwojową, nie mówiąc już o międzynarodowych dobrach publicznych.
Wydawało się znawcom, że reanimacja takiego porządku światowego w epoce globalizacji byłaby zgoła niemożliwa. Trump, mimo znanych ograniczeń, dokonuje niemożliwego. Jednak nawet zasada równowagi sił powraca nie w wersji oświeconej, znanej z Kongresu Wiedeńskiego, ale w radykalnej, drapieżnej postaci.
Nie ulega kwestii, że dla prezydenta Trumpa, oprócz zaanonsowania światu nowych zmienionych reguł gry, najistotniejszy jest pivot amerykański czyli odnowienie doktryny Monroe, jako punkt wyjścia do zmiany polityki interwencjonizmu i generalnie przesunięcia punktu ciężkości polityki Stanów Zjednoczonych na sprawy „domowe” (w kraju i w obu Amerykach).
W tej analizie na gorąco pomijam aspekty regionalne doktryny Trumpa, w tym fragment omawiający politykę na Bliskim Wschodzie, który pomija związki Stanów Zjednoczonych z Izraelem i ludobójstwo w Gazie, czy wizję przyszłości narodu palestyńskiego.
Zajmuję się Kirstem już od ponad 50 lat. Napisałem o nim książkę pt. Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta (wyd. Atut, Wrocław 2003). Przełożyłem też kilka jego opowieści, a przede wszystkim wsparłem Wydawnictwo Interart w wydaniu w latach
1998–2005 Dzieł zebranych H.H. Kirsta, dokonując wyboru ich tytułów. Ten niezwykły i popularny na całym świecie autor wielu poczytnych książek w dalszym ciągu pozostaje w centrum mojego zainteresowania. Wciąż intryguje mnie pytanie, skąd np. wiedział o sprawach ściśle tajnych, o których pisał, kiedy archiwa nazistowskie zaraz po wojnie nie były dostępne?!
Dla mnie Kirst jest autorem, który jako jedyny z niemieckich powojennych pisarzy przyznawał się do swojej nazistowskiej przeszłości i osobliwej fascynacji Hitlerem (gdy ten sprawował władzę). I napisał chyba wszystko o jego zbrodniach i hitlerowskich Niemczech. W tym także o tym, jak rodziła się w III Rzeszy przemoc i zbrodnia, jak naziści dochodzili i umacniali swoją władzę, chcąc zawładnąć światem.
Opisał zbrodnie dokonane także na własnym narodzie, ukazując mechanizm bezwzględnego dławienia wszelkich oznak niezadowolenia i oporu. Jednak przede wszystkim opisał zbrodnie, jakich dokonano na narodzie żydowskim, polskim, rosyjskim i na każdym innym, który stawał nazistom na drodze w osiągnięciu celu, jakim miała być 1000-letnia Rzesza.
Kirst też jako jedyny pisarz niemiecki pokazał (m.in. w powieści Mane, tekel ’39) szczególną nienawiść nazistowskich Niemców do Polaków i… Polski jako państwa. Opisał wydarzenia, które dały początek drugiej wojnie światowej, przynosząc Polsce okupacyjną gehennę, a w konsekwencji kolejną utratę niepodległości. Według nazistów Polski już nigdy miało nie być na mapach Europy, a z Warszawy (po zdławieniu powstania warszawskiego) miała pozostać tylko Kupa kamieni. Przy okazji Kirst ukazał, jak nazistowskie Niemcy zamordowały w Warszawie Getto, a potem zaciekle, mimo że wojna była już dla nich przegrana, zwalczali Powstanie Warszawskie (dzięki temu uświadomił wielu Niemcom, że w Warszawie były dwa powstania).
Mimo początkowych perturbacji z cenzurą, Kirst już od lat pięćdziesiątych XX wieku doczekał się w Polsce wielu edycji – przede wszystkim wydania (i to w dużym nakładzie) wspomnianych wyżej Dzieł zebranych, ale też innych wydawców, jak m.in. Świat książki/Libros, Bellona (dawny MON) czy Instytut Wydawniczy Erica.
Powieści Kirsta w moim tłumaczeniu to: 08/15 w partii, 08/15 dzisiaj, które – razem z 08/15 W koszarach, Na wojnie i Walczy do końca – tworzą jego słynny pięcioksiąg o drugiej wojnie światowej pt. 08/15!
Przełożyłem też Noc długich noży, Noc generałów, Rok 1945 (podzielony przeze mnie na 2 części: Chaos upadku i Ratuj się kto może) oraz – choć to typowy kryminał (których zresztą napisał kilkanaście) Rozwiedzeni przez śmierć, jak i jego opowieść autobiograficzną (notabene bardzo ciekawą i godną przeczytania) pt. Pies i jego Pan. Warto też sięgnąć po jego książki z tzw. cyklu mazurskiego, jak m.in. Kamraci, Życie toczy się dalej, Bóg śpi na Mazurach.
Ale szczególnie z dzieł zebranych Kirsta polecam: Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Rok 1945 – koniec i jego – wspomnianą już – wojnę z Polską, która ma tytuł: Mane, tekel ’39, a z cyklu 08/15, przede wszystkim jego I część – 08/15 w partii.
A propos 08/15, zapytano mnie kiedyś, co oznacza ta liczba? Nic nie oznacza, choć weszła do potocznego słownictwa języka niemieckiego. Może symbolizować wymyślony przez autora numer nieistniejącej jednostki wojskowej, numer broni, w każdym razie nic szczególnego.
Dlaczego w ogóle zająłem się tym pisarzem? Zainteresowała mnie przede wszystkim jego faszystowsko-nazistowsko-wojenna (a tak naprawdę antynazistowska i antywojenna) treść wielu jego powieści, ale też zagadnienie: jak w Niemczech doszło do wszechwładnego panowania i poparcia tej strasznej ideologii, jaką okazał się niemiecki nazizm?
Zaciekawił mnie również sposób przedstawienia przez niego II wojny światowej (wywołanej – co autor jednoznacznie potwierdził – przez III Rzeszę napadem na Polskę w 1939 roku), ale też sposób prezentowana przez tego autora tematyki społeczno-politycznej lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku – aż do okresu powojennego, czyli lat 1945–1948 (np. w książkach: 08/15 dzisiaj i Rozwiedzeni przez śmierć), czyli do powstania po wojnie dwu państw niemieckich: NRF (Niemieckiej Republiki Federalnej) i NRD (Niemieckiej Republiki Demokratycznej).
Oceniając twórczość tego pisarza, warto podkreślić to, że większość swoich powieści oparł na faktach i dokumentach, które wsparł własnymi spostrzeżeniami i przeżyciami. Bowiem brał udział w kampanii wrześniowej Wehrmachtu przeciwko Polsce, był na froncie rosyjskim, a wcześniej na froncie zachodnim, m.in. we Francji. Pisarz awansował od szeregowego do pułkownika Wehrmachtu, kierując pod koniec wojny Wojskową Szkołą Obrony Przeciwlotniczej. Znał się więc, jak mało kto (bo z autopsji), na wojsku i stosunkach panujących we władzach III Rzeszy. Jego źródłem wiedzy jest… Mein Kampf Hitlera (którego bardzo często cytuje w swoich powieściach), szczególnie w powieści Noc długich noży i I części cyklu 08/15 w partii, podając nawet stronę i inne dane bibliograficzne dotyczące wydania tej straszliwej książki.
Kirst był jednocześnie świetnym stylistą i doskonałym narratorem, choć narracja jego dotyczy rzeczy strasznych, śmierci ludzi w obozach, nędzy i najokrutniejszych zbrodni dokonywanych przez nazistów.
Kirst urodził się 5 grudnia 1914 r. (jeśli wierzyć jego oficjalnym dokumentom), a zmarł 23 lutego 1989 r. w Bremie. Na świat przyszedł w dzisiejszej Ostródzie (Osterode); choć nigdy nie spotkałem ludzi pamiętających go osobiście, ani nikogo z jego rodziny. Zaczął pisać mając już ponad 30 lat, czyli jako dojrzały człowiek (i co ważne)… po osobistych przeżyciach wojennych, ale mimo światowej popularności Kirst w Niemczech nie jest pisarzem szczególnie znanym (ani upowszechnianym, można się tylko domyślać, dlaczego). A do tego charakteryzowany jest w encyklopediach i leksykonach niemieckich jako pisarz zaliczany do gatunku literatury rozrywkowej, który pisał książki sensacyjne o wojnie. A w wielu encyklopediach niemieckich w ogóle nie ma o nim żadnej informacji! Tymczasem, jest to pisarz, który rozebrał Niemców do naga, ukazując swoim czytelnikom, na czym polegają rządy i skutki totalitarnej władzy, jak doszło do rozpętania wojny światowej i zbrodni dokonywanych w imię mitycznych zamierzeń, jakimi było dążenie nazistów do tysiącletniej Rzeszy, a nawet… wyhodowania w tym celu rasy germańskich panów.
Jego proza przestrzega, aby wszystko to, co było, już nigdy więcej się nie powtórzyło.
Kirst nie usprawiedliwia siebie, ale jego twórczość ukazuje Niemcom (i nie tylko Niemcom), jak w wyniku megalomańskich zapędów doszło do katastrofy, która zakończyła się bezwarunkową kapitulacją jego narodu. I można by dodać – niewiele się pod tym względem zmieniło. Mam na myśli wojnę w Ukrainie czy krwawe wydarzenia na Bliskim Wschodzie; podobnych przykładów nie będę mnożył, a więc nie wszystko zakończyło się z chwilą wykonania wyroków po procesie norymberskim.
Po wojnie w 1945 r. Kirst przez ponad rok przebywał w amerykańskim obozie jenieckim (ponieważ był oficerem Wehrmachtu). W końcu jednak Amerykanie go wypuścili (niczego mu nie udowodniono), ale on – chyba dopiero wtedy zrozumiał, już po przesłuchaniach w obozie (opisanych potem w Nocy długich noży), co się stało – postanowił swoje przeżycia nazistowsko-wojenne opisać. Jak naród niemiecki (oczywiście z wyjątkami) dał się omamić Hitlerowi! Jak naziści, wywołując II wojnę światową, chcieli sobie podporządkować świat!
Kiedy wyszedł z obozu, przez wiele miesięcy nie mógł dostać pracy; sprzątał ulice, zatrudnił się jako ogrodnik, aż wreszcie został podrzędnym urzędnikiem w gminie. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo spotkał kolegę z lat szkolnych, dzięki któremu trafił do jednej z popołudniowych gazet w Monachium i… zaczął pisać. Początkowo były to relacje z wypadków, potem recenzje filmowe. Aż pewnego dnia zgłasza swoje 08/15 w koszarach do konkursu literackiego i… odnosi sukces! Jest drukowany w odcinkach, choć pierwszą jego książką jest powieść pt. Nazywaliśmy go Galgenstrick, która ukazuje się na początku lat pięćdziesiątych XX wieku, ale wtedy została prawie niezauważona.
08/15 w koszarach zostaje sfilmowane, potem także inne powieści (m.in. Noc generałów), które z humorem opowiadają o Wehrmachcie, o jego „dobrym” obliczu (w porównaniu z oddziałami SS), o opozycji i zamachu na Hitlera. Ale gdy Kirst zauważa, że jego popularność idzie w fałszywym kierunku, dopisuje do pierwotnych swoich „szwejkowskich” powieści 08/15 (w koszarach, na wojnie i walczy do końca) dwie najbardziej istotne dla całej jego twórczości książki: 08/15 w partii i 08/15 dzisiaj. Po nich pisze dalsze fantastyczne antynazistowskie i antywojenne pozycje, jak m.in. Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Godzinę grabarzy, Przeznaczenie, Niesamowity sługa boży i Rok 1945 – koniec.
Łącznie Kirst napisał i wydał ponad 50 książek. Pisał też sztuki teatralne i pozostawił po sobie bardzo bogatą publicystykę. Filmów, nakręconych na podstawie jego powieści, nie akceptował. Prawdę mówiąc są szmirowate, gloryfikujące wojnę, trochę przypominające amerykańskie filmy o kowbojach i dzikim zachodzie. Lecz prawdziwy Kirst – powtórzę – jest zaprzeczeniem takiego rozumienia jego twórczości! On pisze świadomie (co potwierdza w kilku swoich wywiadach, choć nie miał ich wiele, zwłaszcza w Niemczech), aby to co było – nigdy się nie powtórzyło!
Zatem szkoda, że Kirst jest w Niemczech znany tylko pobieżnie. Ile razy chciałem kupić jakąś jego książkę, zawsze w odpowiedzi słyszałem: vergriffen (nakład) wyczerpany.
I już ostatnie zdanie, którym zakończę swój artykuł pisany m.in. dlatego, że ostatnio bardzo wiele się o Niemczech mówi w polskiej polityce: dzisiejsza RFN potrafiła oderwać się od przeszłości i wydaje się być wzorową demokracją, która wszelkimi dostępnymi środkami szuka porozumienia z Polską, pojednania i przebaczenia win; więc naszym obowiązkiem jest tym dążeniom nowych pokoleń Niemców wychodzić naprzeciw. Ale w tym dochodzeniu – jak ja je nazywam: „dążeniu do normalności” – nie wolno dorobku Kirsta wykreślać. Gdyż przyszłość polsko-niemiecka musi być budowana na prawdzie, a więc i na znajomości twórczości takich pisarzy, jak Hans Hellmut Kirst.
Karol Czejarek – autor książek, tłumacz literatury niemieckiej, członek Związku Literatów Polskich, b. prof. nadzw. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora i kierownik Zakładu Kultury Stosowanej w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW
Coraz mniej przekładów z rosyjskiego, sztuk w teatrach, wymiana kulturalna zamarła. A przecież nie tak dawno Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa należała do najchętniej czytanych przez Polaków powieści XX wieku. Agresja Rosji na Ukrainę, wojna której nie widać końca i solidarność z ofiarą sprawiają, że deprecjonowanie kultury agresora, niekiedy ostentacyjne odwrócenie się od niej, poczytujemy za pożądaną manifestację.
Tymczasem właśnie teraz jest czas na ponowną lekturę rosyjskiej klasyki: Puszkina, Turgieniewa, Dostojewskiego, Rozanowa, Riemizowa, Achmatowej, Pilniaka, Mandelsztama, Płatonowa, Pasternaka, Szołochowa, Sołżenicyna czy Brodskiego – by wymienić tylko kilku. Lekturowe doświadczenia (to, co Roman Ingarden nazywał konkretyzacją) związane są z czasem i miejscem. Dziś czytam Połtawę Puszkina inaczej niż przed 2022, inaczej czytam wiersze Josifa Brodskiego. Inaczej czytam pisarzy, którzy świadomi polskiego pochodzenia wybrali literaturę rosyjską i zajęli w niej znaczące miejsce: Władysława Chodasiewicza, Jurija Oleszę czy Zygmunta Krzyżanowskiego.
Nowym doświadczeniem dzisiejszych lektur jest wrażenie zaniku barier i różnic pomiędzy literaturą rosyjskiej emigracji i powstającej w kraju. Duma i przekonanie o wyjątkowości kultury wymykającej się formatom, formułom patosu (jakby powiedział Aby Warburg) kształtującym się w Europie od średniowiecza przez renesans, barok i oświecenie, ujawnia się ponad podziałami ideowymi i politycznymi. Ta duma graniczy z chełpliwością, że można się bez tej ciągłości obyć. Film Andrieja Tarkowskiego Rublow to najbardziej wyraźna deklaracja takiej postawy.
Stanisław Brzozowski był daleki od podważania wartości literatury rosyjskiej, ale uważał, że jej wpływ na polską mentalność obciążony jest zainfekowaniem pokusą zerwania doświadczenia ciągłości dziejów. Pisał (w 1909 roku, w eseju Kryzys literatury rosyjskiej), że w literaturze rosyjskiej „życie pojmowane jest jako coś gotowego, coś co może być gotowym, danym, a świat rzeczywisty jest tylko jakąś krzywdą temu życiu wyrządzanym (podkr. AK), inteligencja rosyjska myśli i czuje w kategoriach tego demoralizującego, rozkładającego wolę poczucia krzywdy”.
Dla Brzozowskiego nie imperialne zauroczenie (o którym tyle się pisze), ale właśnie wyimaginowane poczucie krzywdy jest źródłowym fundamentem rosyjskości. Emblematycznym jest wiersz Puszkina Oszczercom Rosji. Poczucie krzywdy nieobce jest Polakom. Jest jednak różnica. Gdy przyjrzymy się naszym dzisiejszym dywagacjom, apelom o wstawanie z kolan, sprzeciwom wobec tzw. pedagogice wstydu, widzimy, że domniemana krzywda dotyczy ludzi, którzy uważają się za Polaków. Natomiast w paradygmacie puszkinowskim krzywda dotyczy jakiegoś bytu idealnego – czyli Rosji. Skrzywdzonymi nie są Rosjanie, ale Rosja. Skrzywdzonej Rosji wolno więcej. Dlatego Puszkin mógł i napisał: „Nie cenię zbytnio praw głoszonych w gromkim słowie…”. Wyimaginowana krzywda Rosji zwalnia Rosjan z zobowiązań prawa międzynarodowego.
W przywołanym eseju Brzozowski napisał: „Polacy muszą znać Rosjan lepiej aniżeli oni sami”. Aby tak było, musimy ich czytać. Dziś uważniej niż przed agresją na Ukrainę. Między innymi dlatego, by nie zainfekować woli celebrowaniem krzywd.
Nie wiadomo na razie, na ile okaże się to prawdą, ale rządy marszałka Czarzastego i ministra Siwca na Wiejskiej 4/6/8 mogą przejść do historii zdecydowanie szerszym otwarciem na kulturę i sztukę. Oto bowiem, dosłownie krok w krok za pamiętnym otwarciem Izby na Chopina, przez niezapomnianego marszałka Hołownię, a to z okazji tegorocznej edycji Konkursu, pokazano wystawę prac artystycznych posła Marka Suskiego – znanego powszechnie lidera PiS, a przy tym człowieka niewątpliwie eleganckiego, dumnego ze swych ziemiańskich korzeni i noszącego na co dzień kapelusz. Choć przejawiającego swoją aktywność nienachalnie i raczej z tylnej lub bocznej ławki, acz systematycznie i konsekwentnie, teraz chwilowo w charakterze polityka opozycji. Mówi się, że odpowiada w klubie PiS za dyscyplinę i już dawno zdobył sobie na tym polu szczere uznanie, szczególnie Prezesa. Którego na bieżąco informował o sprawach, trzymając ryzy dyscypliny, głoszonych poglądów i głosowań. Miał też wiele niezapomnianych występów solowych, z ubiegłokadencyjnym Lex TVN na czele; w pewnych aspektach był niezaprzeczalnie mózgiem PiS-u, choć z umiarkowanymi sukcesami.
Obecnie kieruje sejmową komisją energii, czyniąc to dobrze, by nie powiedzieć wzorowo, czego ostatnim przejawem było okiełznanie prac nad ustawą górniczą, z licznym udziałem związków zawodowych i wszystkich posłów ze Śląska (to największy okręg wyborczy w Polsce…). A że obrady toczyły się pod presją czasu (ustawa miała wejść w życie od 1.01.2026 roku, i w przeddzień Barbórki, to nawet poseł Monika Rosa miała coś w sprawie górnictwa do powiedzenia, choć na co dzień niezwykle aktywnie zajmuje się sprawami dzieci i młodzieży. Przewodniczący Suski, mając kluczową dla braci górniczej ustawę do przygotowania, całym swoim jestestwem oddziaływał na tok niekończącej się debaty, aby ją ukrócić i jego niemal aktorskie zabiegi przyniosły zbawienny skutek. Był to więc sukces osiągnięty trochę wbrew sobie, bo któremu z opozycyjnych przewodniczących komisji sejmowych przychodzi poskramiać mówców z koalicji, żeby przyspieszyć prace nad rządowym projektem ustawy?
Ale wracając na grunt kultury i sztuki, to oczywiście my – stare sejmowe wygi – wiedzieliśmy, że poseł Suski w cywilu wykonuje piękny artystyczny zawód technika, charakteryzatora i perukarza teatralnego, a także zasiada czasami do fortepianu, by np. akompaniować posłance Piekarskiej w solowym popisie, co utrwaliła nawet TVP jako przykład oddania się posłów kulturze wysokiej „mimo naturalnych różnic politycznych”. No ale w tym akurat przypadku mamy do czynienia z twórczością plastyczną posła, co znakomicie ilustruje potencjał drzemiący w tym polityku, nie pomijając pewnej refleksji teoretycznej. „Sztuka to jest czynienie dobra w sposób piękny. To jest takie moje credo. Staram się, żeby to, co robię, przynajmniej było estetyczne” – powiedział poseł Suski na otwarciu swojej ekspozycji i warto byłoby to gdzieś ku potomności odnotować. Ta jakże głęboka definicja jak ulał zresztą pasuje do prezentowanych prac: rzeczywiście są piękne, zarówno w portretach koni, jak i ludzi. Jedynie pewna szydera i przerysowanie występuje w pracach satyrycznych posła wymierzonych generalnie w obecny reżim Tuska, no ale tak przecież nakazuje konwencja.
Wystawa, choć skupiająca ledwie kilkanaście prac, została ulokowana w takim miejscu, że nie sposób jej pominąć – w ciągu komunikacyjnym wiodącym do najważniejszych gabinetów sejmowych, gdzie zresztą odbywają się też inne, mniej interesujące wystawy. Pan Marszałek i jego minister mieli więc okazję przechodzić koło niej i zerkać wielokrotnie, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że przez niektórych posłów czy gości Izby odwiedzana była także dobrowolnie. Co czyni posła Suskiego awangardą artystyczną Wiejskiej 4/6/8, nie bójmy się tego tak odważnie skwitować! Odwiedzając sejmową ekspozycję Suskiego starannie unikając tłumów, starałem się dociec, jaki był jej leitmotiv i doszedłem do wniosku, że przekrojowy. Mamy więc ekspozycję portretów, na których poseł umieścił głównie swoją rodzinę, rysowanych kreską odważną, by nie powiedzieć zamaszystą; mamy konie, które jakie są, każdy widzi (i tu raczej widziałbym inspiracje Kossakiem aniżeli Michałowskim), mamy wreszcie pozostałe techniki, także posłowi nieobce. Marek Suski jest bowiem autorem fresków, co ilustrują odpowiednie zdjęcia, oraz ilustratorem książki o swojej rodzinie. Trzeba uczciwie przyznać, że jest to kapitalna paleta możliwości i artystycznego wyżywania się posła w czasie wolnym od sprawowania mandatu!
Ale nie byłoby to pełne przedstawienie tego wydarzenia na artystycznej mapie Wiejskiej 4/6/8, gdyby nie kluczowy dla tej ekspozycji fakt, że nawiedził ją sam Prezes Jarosław Kaczyński we własnej osobie. A towarzyszyli mu i przewodniczący Błaszczak, i nawet minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta oraz b. europoseł Richard Henry Czarnecki, dawno na Wiejskiej niewidziany. Niestety, można to było oglądać tylko z pewnego oddalenia, bo choć dziennikarzy dopuszczono, tylko niektórych mediów. To przez chwilę uczyniło sztukę Suskiego na swój sposób elitarną, wydawałoby się skierowaną wyłącznie do członków i sympatyków PiS, ale szybko okazało się, że był to pogląd wredny, oczywiście głoszony przez określone nieżyczliwe sztuce Suskiego siły i ośrodki. Sztuka ta bowiem, już po opuszczeniu ekspozycji przez Prezesa wraz z otoczeniem, została szeroko wystawiona na widok publiczny i trwała w tym samym miejscu jeszcze jakiś czas, dodając punktów koalicji, że otwiera się na opozycję i jej artystyczne pasje. No a przede wszystkim poseł Marek Suski utrwali się nam po wsze czasy jako człowiek wielu talentów, esteta, zarówno polityk, jak i artysta, malarz koni i ziemianin chodzący na co dzień w kapeluszu.
1
Trochę ponad dwa lata po powołaniu rządu zwycięskiej koalicji i trochę mniej niż dwa lata przed kolejnymi wyborami to dobry czas, by zastanowić się nad tym, w jakim punkcie się znaleźliśmy i co z tego wynika przynajmniej dla bliższej przyszłości. Jesteśmy bowiem świadkami bardzo dynamicznych zmian w zewnętrznym otoczeniu – mocno wpływających na sprawy krajowe – oraz reorientacji postaw polskiego społeczeństwa przekładającej się, co oczywiste, na kształt sceny wewnętrznej.
Wiemy już (my i wszystkie społeczeństwa naszego kontynentu wyznające podobne wartości, państwa zbudowane na podobnych zasadach – czyli Unia Europejska), że trzeba się zabezpieczyć przed wojną, jakiej jeszcze cztery lata temu nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić, dopuścić do świadomości. Stany Zjednoczone – jeszcze rok temu opoka współczesnej demokracji – stały się światowym rozsadnikiem chaosu, niepokojów i destabilizacji. Za nic mają prawo międzynarodowe (ostatnio: Wenezuela, groźby wobec Grenlandii), na którym zbudowany był dotychczasowy porządek i które chroni słabszych przed silniejszymi. Przywódca supermocarstwa stanął na czele globalnej ideologicznej, ultrakonserwatywnej kontrrewolucji, prowadzi politykę ładnie nazywaną transakcyjną (w gruncie rzeczy chodzi w niej o partykularne korzyści, w dużej mierze jego własne) i faktycznie unieważnił dotychczasowe sojusze. W reakcji na to UE się skonsolidowała, pokazując swą siłę także polityczną: już trzykrotnie (w lutym/marcu, sierpniu i obecnie) zapobiegła porozumieniu Trump-Putin ponad głowami Ukrainy i Europy, o katastrofalnych skutkach dla naszej części świata. Jednak w licznych krajach Wspólnoty rośnie poparcie dla ruchów radykalnie prawicowych i antyintegracyjnych.
W Polsce także wahadło przesunęło się – i przesuwa się nadal – w stronę skrajnej prawicy, nacjonalizmu, autorytaryzmu twardszego niż pisowski, jakiejś odmiany faszyzmu. Według aktualnych sondaży opinii publicznej, najbardziej prawdopodobny powyborczy układ rządzący składałby się z Prawa i Sprawiedliwości oraz dwóch Konfederacji (Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz tej Grzegorza Brauna) i byłby stworzony pod kuratelą Karola Nawrockiego. Proszę przeczytać uważnie jeszcze raz te nazwiska, naturalnie dodając do tej listy Jarosława Kaczyńskiego, żeby uświadomić sobie, przed jaką perspektywą wkrótce może stanąć Polska. Nie jest to jeszcze scenariusz nieuchronny, ale realny i prawdopodobny.
Długo nie wierzyłem w podział Polaków na dwa równe plemiona. Uważałem, że liczba rodaków gotowych do finalnego opowiedzenia się za postępem – versus tradycjonalizmowi – jest z grubsza równa liczbie osób pozytywnie oceniających członkostwo w UE. Proporcje te wyglądałyby więc mniej więcej jak 85:15, albo i jeszcze lepiej. Ta relacja nie znajdowała odzwierciedlenia w wynikach kolejnych wyborów przez skuteczną narrację Prawa i Sprawiedliwości, zamazującą istotę tej dychotomii. Sięgnąłem jednak do wyników głosowań z minionego dziesięciolecia, analizując je przez pryzmat dwóch wielkich, choć niesformalizowanych, bloków: demokratycznego i proeuropejskiego oraz neokonserwatywnego – przez który rozumiem zarówno siły populistyczne (PiS), jak i radykalnie prawicowe. Okazało się, że w 2019 roku nastąpiło ich względne zrównoważenie: w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego różnica wynosiła jeszcze ponad milion głosów na korzyść prawicy, ale już w jesiennej elekcji Sejmu było to zaledwie 400 tysięcy, 2,6 procent. Ten stan balansu utrzymuje się do dziś – z wyjątkiem 15 października 2023 r. (ponad 2 miliony głosów przewagi obozu demokratycznego).
Najważniejsze w zwycięstwie Nawrockiego 1 czerwca 2025 r. jest moim zdaniem przesunięcie się znacznej części wyborców umiarkowanie prawicowych do grupy radykałów (bo różnica między reprezentantami dwóch wielkich bloków wyniosła znów 370 tys.). Ułatwił to Kaczyński, wskazując jako kandydata PiS osobę o poglądach bliższych ekstremum. W ten sposób został uruchomiony proces, którego Prawu i Sprawiedliwości nie udaje się zatrzymać. Poglądy do tej pory nietolerowane zostały dopuszczone do głównego obiegu.
2
Trudno wskazać bardziej jaskrawy przykład różnic politycznych między obozem Nawrockiego a Koalicją 15 Października (K15P) niż wizje zakończenia wojny w Ukrainie. Ten pierwszy zapisał się do tworzącej się (nieformalnej) międzynarodówki MAGA, postawił wszystkie żetony na parasol bezpieczeństwa Trumpa, J.D. Vance’a i Pete’a Hegsetha, dąży do dezintegracji UE. Rząd stawia na Unię i nie za bardzo wierzy w gwarancje obecnej waszyngtońskiej administracji. Poprzez swoją brukselską aktywność w lutym i pierwszej połowie marca ubiegłego roku Tusk stał się jednym z demiurgów rodzącego się nowego wcielenia Wspólnoty, z silnym komponentem w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony. Nie mam wątpliwości, że to K15P wybrała trafną drogę.
Paradoksalnie jednak europejską politykę rządu generalnie uważam za niezbyt udaną. Rok przed wyborami 2023 roku wydałem esej w formie książkowej[1] poświęcony decyzjom, które musiałyby zostać podjęte, żeby po zwycięstwie obozu demokratycznego odbudować demokrację i przy okazji usprawnić państwo. Wracaniu do Unii poświęciłem cały rozdział – z sześcioma postulatami: opowiedzenia się Polski za stworzeniem pokaźnych własnych źródeł budżetowych UE; zaproponowania ostrzejszego i skuteczniejszego brzmienia art. 7 traktatu o Unii Europejskiej (w 2023 roku mieliśmy do tego mocny tytuł); rozpoczęcia dyskusji i przygotowań do przyjęcia euro; przejścia na zieloną stronę mocy; poparcia uwspólnotowienia polityki zagranicznej UE i tworzenia jej zdolności obronnych; wnioskowania o uzupełnienie Karty Praw Podstawowych o doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza. Z wyjątkiem zabiegów na rzecz budowy tożsamości obronnej i bezpieczeństwa, rząd tych spraw nie podjął. W Brukseli entuzjazm sprzed dwóch lat na kanwie polskiego zwycięstwa demokracji nad umacniającym się autorytaryzmem szybko wyparował. Stanowiska w takich kwestiach jak Zielony Ład, umowa z Mercosur, koalicja chętnych, wypisywały Polskę z klubu najbardziej zaufanych i przekonanych Europejczyków. Może dlatego tak łatwo było nas wypchnąć z wąskiego grona decydującego o kluczowej materii, jaką jest sposób zakończenia wojny w Ukrainie? Może to, że demokratyczna władza gładko weszła w buty jej poprzedników w wielu aspektach europejskiej polityki, przyczyniło się do utraty przez polskie społeczeństwo miana najbardziej euroentuzjastycznego? Nagle stało się ono jednym z dwóch najbardziej eurosceptycznych.
Przy ocenie dotychczasowych rządów K15P zazwyczaj zwraca się uwagę na jej niezdolność do liberalizacji przepisów antyaborcyjnych i wprowadzenia związków partnerskich – czyli realizacji dwóch obietnic wyborczych, które były tak istotne dla półtora miliona osób, że przyciągnęły je do lokali wyborczych. Jednak całościowy bilans dokonań, jeśli się dobrze nad nimi zastanowić, wcale nie wypada źle. Parlament stał się miejscem poważnych debat i stanowienia dobrego prawa, odradza się etos posła i senatora. Z szyi samorządu zdjęto pętlę centralizacji (uprawnień i finansów). Z rąk PiS szybko odebrano prokuraturę, służby specjalne i media publiczne; choć te ostatnie bez ustawy gwarantującej niepowtórzenie manewru z grudnia 2023 roku – w razie wyborczej wygranej populistów, narodowców i faszystów moim zdaniem mielibyśmy to pewne jak w banku. Wicepremier Sikorski zdołał odtworzyć profesjonalny korpus służby zagranicznej, niespecjalnie przejmując się blokadą z Pałacu Prezydenckiego (za granicą generalnie mamy chargés d’affaires zamiast ambasadorów). Nieźle działa administracja wyborcza i nawet PKW, mimo jej chwiejnego zachowania w sprawie protestów wyborczych po ostatniej elekcji prezydenta. Nieudolnych „menedżerów” PiS w spółkach Skarbu Państwa zastąpiono osobami bardziej fachowymi, nawet jeśli nie każdy w tym gronie jest Cezarym Stypułkowskim. Policja zdaje się odbudowywać autorytet, po latach 2015–2023 bardzo mocno nadszarpnięty.
Za to działania Straży Granicznej nie uległy zmianie, w najlepsze trwają pushbacki i przemoc wobec uchodźców. CBA nie uległo likwidacji. Dowódców wojskowych nie dało się wymienić ze względu na udział prezydentów Dudy i Nawrockiego w stosownych procedurach. Z tego samego powodu nie ma możliwości szybkiej i eleganckiej (de lege artis) restauracji praworządności – w sensie strukturalnym i formalnym. Dobrze choć, że rozpędu nabiera proces rozliczeń za przestępstwa poprzedniej ekipy; to ważne dla wyeliminowania podobnych praktyk w przyszłości. Z oporami idzie reformowanie oświaty – po części przez naciski polityczne i ideologiczne. Temat usprawnienia systemu opieki zdrowotnej dopiero teraz trafia na agendę.
Te zmiany trzeba było wdrażać równolegle. Priorytetowe było przywrócenie praworządności, ale zaminowane przez poprzednią ekipę prawo oraz blokada z Pałacu Prezydenckiego okazały się nie do przeskoczenia, jeśli nie chciało się restytuować demokracji łamiąc przy tym jej podstawy.
Dobrze było spojrzeć, co o tym wszystkim pisałem we wspomnianej książce. Wiele rzeczy zostało ruszonych, nawet jeśli mało która jest doprowadzona do końca. Ważne jest jednak także to, o czym w debacie publicznej w ogóle się nie mówi (i nic się nie robi), np. konieczność odrodzenia fachowego i apolitycznego korpusu urzędniczego, bez którego dobrze zorganizowane państwo nie może sprawnie funkcjonować.
3
Na plus obecnej koalicji na pewno trzeba zapisać potwierdzenie sojuszy (przede wszystkim UE, ale także NATO, zacieśnienie powiązań z Europą nordycką), jak też inwestycje w krajowy przemysł obronny, przez dekady niedoceniany i niedofinansowany. Gorzej sprawa wygląda z zakupami prosto z półki, chaotycznie dokonywanymi przez poprzednią ekipę. Są zastrzeżenia wobec części asortymentu, zamówionych ilości, braku offsetu, czy dostępu do technologii i kodów źródłowych oprogramowania.
Na dziś K15P czerpie z tych działań polityczne korzyści. Obywatele mają prawo czuć się bezpieczniej (biorąc oczywiście poprawkę na okoliczności). Z pewnością przyczynia się to do wzrostu poparcia dla Koalicji Obywatelskiej.
Co dziwne, nie widać na razie poprawy notowań Nowej Lewicy. Spodziewałem się, że taki efekt spowoduje mocne wejście Włodzimierza Czarzastego jako marszałka Sejmu i ustawienie się przez niego w roli głównego oponenta Karola Nawrockiego. Prowadzona bowiem przez tego ostatniego polityka antyeuropejska, bogoojczyźniana, trumpowsko-ultrakonserwatywna, nietolerancyjna, deprecjonująca dorobek drugiej połowy XX wieku, musi być dla wyborców progresywnych nie do zniesienia. Tymczasem niektóre badania wskazują nawet na spadek poniżej pięcioprocentowego progu. Być może efekt twardego przeciwstawienia się obecnemu prezydentowi uwidoczni się w kolejnych sondażach. Intuicyjnie spodziewałbym się wyborczego wyniku w granicach dobrych kilkunastu procent (tym bardziej, że akurat lewica zrealizowała sporą część swych zapowiedzi). Jeśli KO uzyskałaby wynik na poziomie ok. 35 procent, a ktoś – np. Nowa Polska Wadima Tyszkiewicza i Zygmunta Frankiewicza – zagospodarowałby elektorat liberalny, przedsiębiorców, i także dostał się do Sejmu, mogłoby to wystarczyć do utrzymania władzy przez ugrupowania demokratyczne i proeuropejskie. Taki wynik sam jednak nie przyjdzie. Nie ma co liczyć na frakcyjne walki w PiS – na nich mogą zyskać skrajne odłamy polskiej prawicy. Nie można pokładać całej nadziei w realnym czy wyimaginowanym efekcie flagi.
Nie wolno zlekceważyć 1,5 miliona głosów raz już oddanych w 2023 roku (wspominam o nich już po raz trzeci, bo wydaje mi się, że to jest klucz do ewentualnej wygranej). To ważniejsi wyborcy niż część rolników protestująca a to przeciw umowie z Mercosur, a to przeciw Zielonemu Ładowi, a to – uwolnieniu psów z łańcuchów, a to przeciw Ukrainie. Im bardziej mruga się okiem do elektoratu przeciwnika, tym bardziej traci się własny. Przekonał się już o tym Rafał Trzaskowski, gdy próbował się przedzierzgnąć w kogoś innego niż postać, jaką jawił się stronnikom nowoczesnej Polski.
[1] Jak naprawić Polskę? Przewodnik po podróży od miękkiego autorytaryzmu do demokracji, Biblioteka „Res Humana”, Warszawa 2022.
Analiza ukazała się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty2026 r.
Niemal każdy dzień przynosi wydarzenia zwiększające napięcie polityczne w Polsce. Niektóre z nich bulwersują opinię publiczną krótko, jak obecność południowoafrykańskiego przestępcy Janusza Walusia na stadionie warszawskiej Legii w towarzystwie europosła Grzegorza Brauna. Ich wspólna fotografia wzmaga co najwyżej odruchy abominacyjne. Inne stwarzają poczucie trwałego zagrożenia, jak działalność rosnących w siłę ugrupowań nacjonalistycznych. Wspierają ten niepokój decyzje i poglądy prezydenta Nawrockiego, bo zbliżają się wyraźnie do programu tych ugrupowań.
Tym większą uwagę należałoby poświęcić jego przemówieniu na uroczystości 107. rocznicy odzyskania niepodległości, kończonej – jak co roku – marszem narodowców, w którym prezydent wziął udział. Wypada przytoczyć krótkie fragmenty tego wystąpienia: „Pytam […] gdzie są nasze wartości chrześcijańskie, które budowały fundamenty Rzeczypospolitej, i czemu musimy być świadkami i odpierać presję protezy wartości chrześcijańskich, jaką miały być obce nam ideologie w polskich szkołach i polskim systemie edukacji. To nie nasze, bo nie polskie, prezydent Rzeczypospolitej nie pozwoli, abyśmy znów stali się pawiem i papugą narodów […]. Co chcemy dziś powiedzieć tym, którzy krwią, wysiłkiem i pracą przynieśli nam niepodległość […], gdy widzimy, że część polskich polityków gotowa jest do tego, aby po kawałku oddawać polską wolność, niepodległość i suwerenność obcym agendom, Unii Europejskiej […]. Polska nie jest już kolonią”. I potem: „Jak będziemy dewastować finanse publiczne, tworzyć szopki polityczne, zamiast zająć się realną pracą dla Rzeczypospolitej, to może wolności i suwerenności nie będzie”. Z ostatnim zdaniem wypada się w pełni zgodzić, tyle że pod tymi słowami kryje się całkiem odmienne rozumienie powodów owego zagrożenia. Polacy – mówił prezydent – mają obowiązki polskie. Epoką, w której najlepiej spełniano te „obowiązki”, była II Rzeczpospolita. „To dzięki II Rzeczypospolitej w roku 1939, po roku 1939, po roku 1945 te pokolenia Drugiej Rzeczypospolitej nigdy nie oddały wolności i niepodległości – i dzięki nim możemy żyć w wolnej i niepodległej Polsce”. W ten sposób do pokoleń, którym zawdzięczamy wolność i niepodległość, prezydent zaliczył środowiska narodowe, które nie złożyły broni po 1945, walcząc z Armią Czerwoną i walcząc z tymi, którym odmówiono i którym dziś także odmawia się polskości, a którzy zaakceptowali lub pogodzili się z powojenną rzeczywistością, czyli z radziecką dominacją. To, że prezydent od dawna tak uważa, wiemy już, obserwując jego działalność w Instytucie Pamięci Narodowej (nazwa nieprzypadkowa). Przemówienie i udział w marszu potwierdziły to przekonanie. Oprócz wartości chrześcijańskich najczęściej powtarzanymi w przemówieniu motywami były: gotowość do walki insurekcyjnej, którą Polacy wyrażali przez cały okres zaborów, a która miała swą kulminację w dniach odparcia „bolszewickiej nawały” (1920); następnie skłonność do marzeń, zwłaszcza marzeń o Wielkiej Polsce (nie przestaliśmy marzyć, że Polska będzie wielka); w końcu wśród „obowiązków polskich” na czoło wysunęło się modne dziś słowo suwerenność. Przez kilka wieków – mówił prezydent – tylko 31 lat w XX wieku byliśmy wolni. Wielokrotnie demonstrowaliśmy natomiast „gotowość insurekcyjną”, ale – co wypada przypomnieć – wszystkie powstania narodowe (konfederacja barska, powstania: kościuszkowskie, listopadowe i styczniowe, wreszcie powstanie warszawskie) zakończyły się klęskami, po których pogorszyły się warunki egzystencji Polaków i zwiększyło ich zniewolenie. Na dobrą sprawę od odsieczy wiedeńskiej po „cud nad Wisłą” nie zakończyliśmy zwycięsko żadnego konfliktu zbrojnego. Lata uzależnienia od „obcych” to nie tylko czas zaborów, to także cały wiek XVIII, w tym rządy dwóch Sasów i konfederacja targowicka. Trudno obarczyć za to winą wyłącznie sąsiadów, bo „suwerenność” zaprzepaściliśmy sami. Przed wybuchem II wojny prężyliśmy muskuły, ale militarny sen o potędze rozwiał się w ciągu miesiąca. Prawdziwą kompromitacją była ucieczka do Rumunii władz cywilnych i wojskowych na czele z Naczelnym Wodzem już w trzecim tygodniu zmagań militarnych (18 września), gdy wojsko jeszcze walczyło. To wydarzenie nieco zakłóca wizerunek pokoleń realizujących „obowiązki polskie”, ale tego faktu lepiej nie przypominać, bo wstydliwy. Ocena dwudziestolecia nie jest i nie może być jednoznaczna. Nad europejską i polską polityką zawisł bowiem niesatysfakcjonujący dla części jej uczestników (Rosja, Niemcy, Włochy) bilans I wojny i wystarczyło zaledwie kilkunaście lat, by przegrani na powrót stanęli na nogi, zażądali rekompensat i zaczęli zagrażać swym europejskim sąsiadom. Polska miała (wśród rzekomych beneficjentów) wyjątkowo niekorzystną pozycję geopolityczną (między Niemcami a Rosją – oba o imperialnych ambicjach). Została przez nie określona mianem „bękarta traktatu wersalskiego”. Mogła przyłączyć się (sojuszami) do jednego z nich, co przypominało wybór między dżumą a cholerą. Żadne traktaty nie stanowiły wówczas wystarczających gwarancji. Teoretycznie pozostawała trzecia droga – próba budowania sojuszu państw Europy Środkowej (tzw. Międzymorza, co było zmodyfikowaną kalką nieudanego pomysłu niemieckiej Mitteleuropy z 1915 r.), ale nikt z potencjalnych partnerów nie miał na to ochoty; taki sojusz byłby zresztą za słaby, by przeciwstawić się obu silnym przeciwnikom.
W poszukiwaniu sojuszników przeszkodziliśmy sobie sami, widząc się w roli hegemona, którym nie byliśmy i którego nie chciano. Ta imperialna mentalność (niepoparta rzeczywistą pozycją gospodarczą i militarną Polski) stała na przekór pozyskiwaniu sojuszników; państwa zachodniej Europy (zwłaszcza Wielka Brytania) chętnie posługiwały się w negocjacjach międzynarodowych straszakiem polskiego imperializmu, a ze słabszymi sąsiadami (Litwa, Czechosłowacja) pogorszyliśmy relacje do maksimum. Naraziliśmy się na śmieszność, lansując swoje kolonialne ambicje (Liga Morska i Kolonialna). Sojusze z Francją i Anglią zawarte tuż przed wojną nie przyniosły realnego efektu, nie tylko Polsce. Los Czechosłowacji po Monachium był tego niezaprzeczalnym dowodem. W sytuacji geopolitycznej z międzywojnia osamotniona (działająca z pojedynkę) Polska nie miała szans utrzymania suwerenności oraz wyboru rozwiązania politycznego dającego szanse nie tyle sukcesu, co przetrwania. Niestety, megalomania narodowa przesłoniła nam realną ocenę rzeczywistości politycznej („nie oddamy guzika”).
Dalekie od realizmu marzenia o wielkiej Polsce i wiara we własną potęgę militarną utrudniły jeszcze poszukiwania możliwości poradzenia sobie z obiektywnie trudną sytuacją. Szansa (jaką Polska zyskała obecnie, a nie miała jej w międzywojniu) wymaga utrzymania jedności i mocnej pozycji układu wielostronnego (Unii Europejskiej). Po raz pierwszy od dawna nie jesteśmy sami. Unia Europejska nie jest zagrożeniem dla polskiej suwerenności. Co więcej, umocnienie sojuszu państw połączonych wspólnymi rozwiązaniami prawnymi, wspólnymi instytucjami, wspólną polityką zagraniczną, gospodarczą i wojskową (wspólnymi siłami zbrojnymi) będzie tej suwerenności najlepszą gwarancją. Polska nie miała takich atutów w latach 1918–39[1]. Tylko zintegrowana Europa może zresztą sprostać globalnej rywalizacji i stać się konkurencyjnym partnerem dla Chin, USA i wyłaniających się nowych potęg ekonomicznych. Nie mają tej zdolności państwa narodowe w pojedynkę; najsilniejsze Niemcy uczestniczą w światowym PKB w około 4,5 proc., Polska (choć szczycimy się pozycją dwudziestej gospodarki świata) ma jednoprocentowy w niej udział.
Szansę, jaką stwarzają zintegrowane bloki polityczno-ekonomiczne, zdają się rozumieć państwa BRICS, które dążą do poszerzenia zakresu współpracy. Nasz kontynent jest – niestety – narażony na rozpad wspólnoty euroatlantyckiej, będącej jak dotąd najlepszą gwarancją stabilizacji stosunków międzynarodowych, a także suwerenności Polski. Taki rozpad stał się realny po uzyskaniu prezydentury przez Donalda Trumpa i po zmianie wektorów polityki amerykańskiej. Co na to prezydent RP uważający się za przyjaciela swego amerykańskiego odpowiednika? Bezspornym osiągnięciem Polski w dwudziestoleciu było scalenie (prawne, administracyjne, po części ekonomiczne) terytorialnej spuścizny po trzech zaborcach. Największe różnice między nimi występowały w kwestiach gospodarczych i w edukacji. Tu korzystnie wyglądały regiony wchodzące w skład dawnego zaboru niemieckiego. Najgorzej prezentowały się Kresy. W 1921 r. 31 proc. osób, które ukończyły 10 lat, było w odrodzonej Polsce analfabetami, po blisko 20 latach poprawiliśmy się na około 23 proc. Ale na wymarzonych przez Piłsudskiego Kresach wskaźnik analfabetyzmu w początkach lat dwudziestych wynosił blisko 65 proc. Nie mogliśmy stać się potęgą, mając tak licho wykształcone społeczeństwo. Dla porównania w Szwecji niepiśmiennych w ogóle nie było, w Czechosłowacji stanowili zaledwie około 4 proc., we Francji 5 proc., nawet w Estonii 8 proc. Gorzej było tylko w Grecji, Bułgarii (39,7 proc.) i Rumunii (45,5 proc.), ale to z Rumunami byliśmy najbliżej zawarcia traktatów sojuszniczych. Sojusz trochę humorystyczny. Lwów i Wilno były silnymi, spolonizowanymi centrami gospodarczymi, naukowymi i kulturalnymi, ale Kresy jako całość sprawiały najwięcej kłopotów (waśnie narodowościowe, rachityczny przemysł, niski poziom cywilizacyjny). Upór, z jakim tzw. obóz narodowy utożsamiał potencjał państwa z wielkością jego terytorium i liczbą ludności także w latach II wojny i w sporach o przyszły kształt powojennej Polski, wymaga co najmniej głębszej refleksji co do zasadności tej argumentacji. Nie chcemy Wrocławia i Szczecina – wołał emigracyjny premier Tomasz Arciszewski. Oddajcie nam Kresy!
W strukturze gospodarki dominowało rolnictwo (60 proc.). Mocno anachroniczne. Z ogromnym trudem uchwalono ustawę o reformie rolnej, ale jej implementacja napotykała na przeszkody. Dopiero w wyniku przymusowej industrializacji w drugiej połowie lat 40. (już za „komuny”) odwrócono te proporcje. Budowa COP nie została zakończona. W całym dwudziestoleciu dochód narodowy wzrósł o 40 proc.; dla porównania po wejściu do Unii Europejskiej (2004–2024) polski PKB podwoił się. Dwukrotnie dosięgnął Polaków kataklizm gospodarczy w postaci hiperinflacji (1922–1923) i kryzysu lat 1929–32/33. Za 1 dolara płacono w apogeum inflacji 9,5 miliona marek polskich. Reforma Grabskiego (w wielu aspektach ideowych przypominająca plan Balcerowicza, od którego wielu polityków stara się odżegnać; podobno wiedzą lepiej) wyprowadziła kraj z gospodarczej ruiny. Z kryzysu lat 30. wydobywaliśmy się z mozołem, zapłaciliśmy za to katastrofalnym bezrobociem. Zabrakło czasu, by ocenić, czy przezwyciężenie kryzysu miało charakter trwały. W lata własnej państwowości Polska wkraczała w atmosferze konfliktu dwóch obozów politycznych: endecji i piłsudczyków. U progu I wojny endecja postawiła na Ententę, a więc m.in. na Rosję, Piłsudczycy na państwa centralne. Zmianie optyki przez Dmowskiego przyszła w sukurs rewolucja bolszewicka, z powodów ideologicznych łatwiej można było zrzucić balast sojuszu z Rosją. Po odzyskaniu niepodległości odnotowano sporo pozytywów. Przyjęto stosunkowo nowoczesną i demokratyczną konstytucję (1921), uchwalono też szereg przepisów, które wystawiają dobre świadectwo ich twórcom (prawa kobiet, równy status wyborczy, obiecano reformę rolną). W obliczu radzieckiego, a zarazem komunistycznego zagrożenia, zaprzestano walk wewnętrznych na tyle, by wygrać wojnę z bolszewikami i zapobiec utracie niepodległości. Ukształtowany jako pochodna przepisów konstytucyjnych Sejm był jednak mało skutecznym zlepkiem różnych partii politycznych. Partyjniactwo zdominowało scenę polityczną. Na obrazie tamtych lat zaciążyło zamordowanie pierwszego prezydenta RP Gabriela Narutowicza pod hasłami do złudzenia przypominającymi współczesne poglądy środowisk narodowych. W ciągu ponad 7 lat (1918–1926) zmieniło się w Polsce 14 rządów, co dało Piłsudskiemu pretekst do przewrotu majowego. Wprowadzone pod hasłami skutecznych rządów silnej ręki i oczyszczenia życia publicznego władze tzw. sanacji rozpoczęły realizację etatystycznego programu inwestycyjnego, głównie w przemyśle zbrojeniowym. Środki na militaria pozostawały w wyłącznej gestii Marszałka, uważanego przez jednych za męża opatrznościowego Polaków i znienawidzonego przez równie znaczną część społeczeństwa (poszukiwania analogii ze współczesnymi laty prowadzi do ryzykownego, ale nie pozbawionego racji twierdzenia o transkrypcji rozwiązań z dwudziestolecia do obecnej polskiej rzeczywistości, całkiem już innej). Sanacja usiłowała też zdławić opozycję za pomocą represji (proces brzeski, wojsko w Sejmie, Bereza Kartuska). Zamach majowy wywrócił również postrzeganie polityki w świadomości zbiorowej. Zwolennicy Piłsudskiego, wcześniej poważani i wspierani przez lewicę (PPS), za sprawą lansowanych rządów dyktatorskich i zacieśniania relacji rządzących z arystokracją ziemiańską (Marszałek w Nieświeżu u Radziwiłłów) oraz bogatymi przemysłowcami, utożsamili się z opcją prawicową, na której to pozycji mocno osadzeni byli endecy, co zmieniło istotę sporu, choć konflikt piłsudczyków i ND nadal trwał.
Kilka lat po śmierci Piłsudskiego rozpoczęto rozmowy na rzecz stworzenia Obozu Zjednoczenia Narodowego, co wydawało się logiczną konsekwencją tej zmiany. Wówczas zaczęły pojawiać się ugrupowania faszyzujące (ONR, Falanga). Przegrana wojna, kompromitacja polityczna i moralna spowodowała, że piłsudczycy zeszli ze sceny (Sikorski, personalnie skonfliktowany od dawna z Piłsudskim i jego obozem politycznym, starannie o to zadbał). ONR – jednoznacznie nacjonalistyczny – sympatyzował z włoskim faszyzmem i narodowym socjalizmem w Niemczech; „w krajach, w których umocniły się rządy narodowe, we Włoszech i w Niemczech, wieje ożywczy prąd”[2]. A jeszcze bardziej radykalny w swych poglądach działacz ONR Jan Mosdorf dodawał kilka dni później: „We Włoszech parlamentaryzm skończył się z chwilą, gdy przed krajem stanęło zagadnienie: komunizm czy duch narodowy. Nie kartka wyborcza, lecz kula rewolwerowa decydowała o zwycięstwie i wielu poległych z tego okresu liczą w swych szeregach faszyści. Aż wreszcie zwyciężyli i narzucili wrogom swoją wolę… Dziś Włochy zjednoczone są duchowo, jednoczą się duchowo Niemcy hitlerowskie…A jak u nas? W nas w Polsce toczy się walka o najważniejsze zagadnienia, wprost o sprawy narodowego bytu. Takich rzeczy nie rozstrzygnie głosowanie… ruch narodowo-radykalny, zbierając nieustannie na sile w walce o Wielką Polskę, doprowadzi z żelazną konsekwencją do zwycięstwa. A wówczas nowy zaprowadzim ład!”[3]. A propos suwerenności: kończący swoją misję rząd wysunął kandydaturę Wieniawy Długoszowskiego na prezydenta RP na uchodźstwie. Sprzeciw Francji (o co zabiegał Sikorski) spowodował, że kandydaturę tę odrzucono, a prezydentem został Władysław Raczkiewicz. Wtedy jeszcze wierzono w potęgę Francji i jej wpływ na przebieg wojny. Jak widać z tego krótkiego przeglądu, dwudziestolecie miało swoje blaski i cienie. Spoglądając z perspektywy finału, cieni było więcej, a COP i Gdynia w połączeniu z urokiem Wieniawy i popularnością Skamandrytów oraz paradami wojskowymi, nie przesłoniły zatargów politycznych i niepowodzeń gospodarczych oraz niskiego poziomu życia większości obywateli.
W lata wojny i okupacji weszliśmy, podtrzymując układ polityczny z końca dwudziestolecia. „Po nastaniu okupacji, kiedy znikły władze państwowe i wojskowe, decyzja w sprawie stosunku ludności cywilnej do władz okupacyjnych przeszła do rąk poszczególnych organizacji i grup społecznych, a także do poszczególnych osób, które spontanicznie i bez żadnej koordynacji zdecydowały, iż walka z okupantem niemieckim ma trwać nadal. W decyzji tej, obok rewanżu za klęskę wrześniową, duże znaczenie miała chęć udziału we władzy w okresie powojennym”. I dalej „Ze względu na brak odpowiedniego przygotowania, ruchy podziemne tworzone były metodą improwizacji. Stosowało się to również do jedynego ruchu, który miał piętno legalności, a mianowicie do organizacji Służba Zwycięstwu Polski, która później przyjęła nazwę Związek Walki Zbrojnej, a potem Armia Krajowa, uważanej przez niektóre ośrodki – między innymi przez obóz narodowy – za organizację pozostającą pod wpływem sanacji”[4]. Choć czasami pojawiały się głosy, że powinnością, wręcz obowiązkiem sił politycznych jest przetrwanie substancji narodowej, to presja na podjęcie walki zbrojnej, na podtrzymanie w ten sposób narodowego ducha okazała się silniejsza. Obok ZWZ/AK każda z partii powołała własne organizacje wojskowe: Stronnictwo Narodowe – Narodową Organizację Wojskową, SL – Bataliony Chłopskie, PPS – Milicję PPS, Stronnictwo Pracy – Unię, Stronnictwo Demokratyczne – Związek Obrony Rzeczypospolitej, Obóz Narodowo-Radykalny – Związek Jaszczurczy, Falanga – Konfederację Narodu, a mało znane Ugrupowanie Stojanowskiego – Narodowo-Ludową Organizację Wojskową. Z inicjatywy niektórych nieznanych bliżej dowódców wojskowych pojawiały się również efemeryczne grupy zbrojne walczące z okupantem. Z czasem, po zaatakowaniu ZSRR przez Niemcy, do rywalizacji włączyły się te siły polityczne, które deklarowały sojusz z władzą radziecką (de facto całkowite podporządkowanie jej interesom) (Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa). Następował też proces scaleniowy, w wyniku którego ukształtowały się cztery silne organizacje wojskowe (AK, AL, BCh i NSZ). Najsilniejsza była bez wątpienia Armia Krajowa – 350 000 osób. Bataliony Chłopskie liczyły 170 tys. członków, NSZ (utworzone w 1942 r. w wyniku połączenia Narodowej Organizacji Wojskowej, Związku Jaszczurczego i innych mniejszych organizacji podziemnych) skupiały około 75 tysięcy[5], zaś Armia Ludowa – około 60 tys. ludzi. Kierownictwa polityczne tych ugrupowań nie były skłonne do działania razem. Jedynie AK i NSZ podjęły finalnie nieudaną próbę zjednoczenia. NSZ „w czasie okupacji walczyły z Niemcami i zwalczały polskie formacje komunistyczne: Gwardię Ludową, Armię Ludową oraz partyzantkę radziecką i bandy rabunkowe”[6]. NSZ były oskarżane o współpracę z Niemcami w końcówce wojny (Brygada Świętokrzyska, szpiegowska organizacja „Toma”). Na jeszcze większe przeszkody natrafiało jednoczenie polityczne; rząd londyński (uznawany przez zachodnich sojuszników organ państwa) był wielopartyjny. Podlegała mu (choć nie zawsze skutecznie) Delegatura Rządu na Kraj. Rząd Londyński i jego Delegaturę łączyło przekonanie, że jest jedynym prawowitym reprezentantem narodu polskiego, a tym samym negowanie udziału w wojnie sojuszniczego z Armią Czerwoną wojska polskiego i lewicowego krajowego ruchu oporu. Prawicowe (nazywam je tak dla uproszczenia, zdając sobie sprawę ze sporych różnic wewnętrznych) siły polityczne nie zauważały, że zmienia się układ sił w świecie, że tworzy nowy porządek europejski, w którym (choć większości Polaków się to nie podobało) Związek Radziecki będzie mocarstwem współdecydującym o kształcie światowej sceny politycznej. I że mocarstwa zachodnie uznały znaczenie i siłę ZSRR – zwycięskiej strony w wojnie. Że bez udziału radzieckiego (niezależnie od sympatii i antypatii politycznych) nie wygra się z Hitlerem albo cena, jaką przyjdzie zapłacić za to zwycięstwo, będzie zbyt wysoka.
Niedostrzeganie zmiany układu sił, zakleszczenie w złudnym przeświadczeniu, że polityka światowa powróci do układu z międzywojnia (zmodyfikowanego porządku wersalskiego) i że Polska odegra w procesie petryfikacji tego porządku znaczącą rolę, okazało się tragicznym w skutkach złudzeniem. Śmierć blisko 200 tys. powstańców i mieszkańców Stolicy, zniszczenie pokoleń inteligencji, całkowita ruina miasta, tragiczne losy niedobitków oddziałów partyzanckich łudzonych mirażem III wojny, Andersem na białym koniu, a w konsekwencji pogłębienie trwającego po dziś dzień narodowego rozłamu i zakorzeniona niezdolność do jego przezwyciężenia były ceną, jaką zapłaciliśmy za gotowość insurekcyjną.
Na ziemiach polskich stacjonowało w połowie 1944 roku – i to tylko po prawej stronie Wisły – blisko 2 miliony żołnierzy radzieckich plus ich polscy sojusznicy. „Na kilometr kwadratowy przypadało 35 żołnierzy”[7]. Historyk powinien znać te dane. W marcu 1944 doszło do scalenia Armii Krajowej z koncyliacyjnie nastawioną częścią NSZ. Pozostała część ugrupowania była zdecydowana kontynuować walkę, uznała przy tym, że to Związek Radziecki i jego komunistyczna agentura w Polsce (opanowana przez „żydokomunę”) jest wrogiem nr 1. Nasiliły się wewnętrzne i bratobójcze walki. Najbardziej agresywna grupa „jastrzębi” (o nazwach NSZ Związek Jaszczurczy lub NSZ ONR) planowała przejęcie władzy w kraju przez skrajnych nacjonalistów („z rozwiązaniami ustrojowymi bliskimi modelowi faszystowskiemu”[8]) w drodze zbrojnego powstania. Musieli mieć bujną wyobraźnię. Jeszcze w czasie działań wojennych Brygada Świętokrzyska zdecydowała się dołączyć do armii niemieckiej i wraz z nią opuścić tereny polskie.
Konflikty wewnętrzne w polskim ruchu oporu pogłębiały się i komplikowały. Ich opisanie, a zwłaszcza względnie obiektywna ocena, wykracza poza ramy artykułu, jeśli jest w ogóle możliwa. Można jednak stwierdzić, że do rzeczywistości powojennej został przeniesiony konflikt polityczny z lat międzywojnia, którego dziedzictwem jest nie tylko COP i Gdynia czy ujednolicenie prawa i poradzenie sobie z kryzysem ekonomicznym, ale także negatywne strony dwudziestolecia: zabójstwo Narutowicza, proces brzeski i Bereza Kartuska, akcje pogromowe, umacnianie faszyzmu i antysemityzmu w końcówce lat 30. Rodzi się natomiast pytanie: czy i jak głęboko konflikt ten został zakorzeniony w zbiorowej świadomości kulturowej Polaków? I w jakim stopniu stał się elementem składowym polskiej rzeczywistości pod koniec XX i w XXI wieku? Przemówienie prezydenta zdaje się potwierdzać trwałą obecność i żywotność tego konfliktu, co zagraża rozpadem wspólnoty ze wszystkimi tego – znanymi z historii – konsekwencjami.
[1] Dziwić się tylko wypada, że historyk zdaje się nie dostrzegać słabości Polski w międzywojniu i szuka w tamtym okresie wzorców do naśladowania.
[2] Sztafeta nr 12/18 z 15 kwietnia 1934 r. za: Zbigniew S. Siemaszko. Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 13
[3] Sztafeta nr 19/25 z 19 kwietnia 1934 roku za: Siemaszko ibidem.
[4] Zbigniew S. Siemaszko, Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 11.
[5] Dokładna liczba żołnierzy NSZ nie jest znana, badacze podają skrajnie odmienne dane. Wg E. Duraczyńskiego liczyły one 15–18 tys. Krystyny Kersten – 35 tys., zaś przywódcy NSZ operowali liczbami od 72 do 100 tys. ludzi. Autorzy Wikipedii, znając te różnice, podają liczbę 75 tys.
[6] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
[7] Krystyna Kersten, Narodziny systemu władzy, wyd. Textura, Warszawa 2018, s. 124.
[8] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
Esaej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń – luty 2026 r.
Adwokat Ludwik Cohn to postać już niewiele niestety mówiąca współczesnym pokoleniom, zapamiętana właściwie tylko w dość wąskich kręgach historyków, publicystów i adwokatów, a szkoda, bo mogłaby stać się ponadczasową legendą i inspiracją dla postępowego aktywizmu oraz pięknym przykładem obowiązywania zasad etyki niezależnej. Odszedł z tego świata dzień po ogłoszeniu w grudniową noc 1981 roku stanu wojennego, a przeszedł przez swoje niezwykłe życie z podniesionym czołem i zawsze po właściwej stronie – jako żołnierz, działacz socjalistyczny, adwokat i działacz samorządu adwokackiego, więzień i opozycjonista.
Mimo to jest postacią niezwykle dzisiaj frapującą, klasycznie podręcznikową dla pewnego typu inteligenta polskiego, choć swym niezwykłym życiem mógł spokojnie wystawiać Ojczyźnie obfite rachunki do wyrównania – zarówno przed-, jak i powojennych krzywd i cierpień. To, że nigdy, również pośmiertnie, nie było nawet o tym mowy, ustawia go na nieistniejącym piedestale cichych bohaterów narodowych, którym spiżu i brązu nadal się w Polsce skąpi, choć niesprawiedliwe wyroki po latach anuluje, a postać przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznacza. Był osobą spajającą w sobie najlepsze cechy przedwojennej socjalistycznej inteligencji, w której etosie dziś już niewielu odnajduje wzorce do naśladowania, wraz z odchodzeniem do przeszłości znaczenia inteligencji jako warstwy społecznej nadającej niegdyś dynamikę życiu społecznemu; w czasach PRL-u – postępowego etosu inteligenckiego jednak najsilniej obowiązującego po opozycyjnej stronie tamtego świata, która siły napędowe i życiodajne soki czerpała m.in. z niepodległościowego, demokratycznego socjalizmu. Poświęcenia bez reszty sprawom innych, bez zbędnych słów i gestów, w codziennej pracy, np. adwokata broniącego ludzi pokrzywdzonych przez system. A mimo to mieniącego się w pełni mianem socjalisty, z czym nijak nie mogła sobie poradzić głupia peerelowska propaganda ani tym bardziej z gruntu moczarowska policja polityczna.
Warto tę postać ze wszech miar teraz upamiętnić, mimo przecież istotnych wysiłków, aby nie pozostała po niej zupełna pustka, szczególnie dojrzałego już biografa i publicysty Przemysława Prekiela; z pozycji zaangażowanego socjalisty zapamiętale walczy on wszędzie, gdzie tylko może o tę pamięć, co należy tu podkreślić. Jej najpełniejszym wyrazem jest biografia Ludwik Cohn – od PPS po KOR, jeszcze z 2019 roku, ale nadal do kupienia np. w warszawskiej księgarni im. Bolesława Prusa przy Krakowskim Przedmieściu. I choć czyta się ją czasami z trudem – pewna, miejmy nadzieję miniona już nieporadność autora jako biografa daje tu o sobie trochę znać – to Prekielowi należą się podziękowania, że swego bohatera umieszcza w szerokim kontekście historycznym, ukazując jego pracę i rzetelnie opisując życiorys. Począwszy od charakterystycznej w wielu polskich rodzinach przełomu XIX i XX wieku genealogii żydowsko-polskiej, poprzez wychowanie w dość zamożnym domu maklera i sędziego, młodość harcerską w drużynie im. płk. Berka Joselewicza, gdzie jako Polak żydowskiego pochodzenia w pełni i na zawsze utożsamił się z polską kulturą, historią i obyczajem, po to, co zaprowadziło młodego Ludwika na barykady rodzącej się polskiej niepodległości. Już jako socjalista i żołnierz walczył z potopem bolszewickim w 1920 roku, zapisując piękną kartę walki z bronią w ręku w obronie niedawno powstałego niepodległego państwa. I to najmocniej ukształtowało kręgosłup polityczny i moralny przyszłego adwokata – zdecydowane opowiedzenie się po stronie demokratycznego socjalizmu i zarazem niepodległości, czego po 1945 roku inni socjaliści, o bardziej elastycznych kręgosłupach ideowych i moralnych, wybaczyć i zapomnieć mu nie mogli. A także wejście w szeregi ruchu wolnomularskiego w latach 70. XX wieku i budowanie wokół tego zaangażowania pomostu pomiędzy starymi a nowymi czasami. Nawet wtedy, kiedy obiektywnie młoda lewica PPS zbliżała się swoimi radykalnymi postulatami i działaniami do przedwojennego ruchu komunistycznego, ten aksjomat nie pozwalał przekraczać niewidzialnej granicy wystąpienia pod jednym wspólnym czerwonym sztandarem. Jak też podstępne zabiegi komunistów, aby rozbić młody ruch socjalistyczny i wyłowić stamtąd postaci, które można byłoby urobić na komunistyczno-kremlowską modłę.
Kończąc studia prawnicze na UW, jednocześnie rozpoczął fascynującą karierę polityczną, najpierw w – jak byśmy dziś powiedzieli – młodzieżówkach polskiego socjalizmu, następnie na forum międzynarodowym i w dorosłej już PPS, która przed wojną, co warto zapamiętać, swoimi wpływami nie przekraczała liczby ledwie 20 tys. członków partii. Prekiel jest tego rzetelnym kronikarzem, powołując się m.in. na dokumenty partyjne, szczegółowo referując walki wyborcze w kraju czy ówczesne wysiłki młodego Cohna, aby możliwie szeroko awansować młodzieżowy ruch socjalistyczny do struktur międzynarodowych. Przyniosło to znakomite rezultaty, czyniąc z Cohna jeszcze przed wojną jednego z liderów całej PPS z jej TUR-owskiego skrzydła (Dubois, Garlicki). Już tylko to mogłoby stać się świetną pożywką dla dzisiejszych działaczy lewicy, jakże mocno zatroskanych pochodem nacjonalizmu i wszelkich innych prawicowych izmów, bo przecież ta fala równie mocno wzmagała się i wychodziła z brzegów przed wojną, choć dziś ma niestety nieporównanie mocniejszych patronów i protektorów. Cohn przedwojenny stawiał temu aktywnie czoła, organizując nie tylko manifestacje i w konsekwencji uliczne starcia, ale najważniejsze dla każdej młodości formy zycia zbiorowego. Biblioteka, teatr, wycieczka, kurs, koncert, sport… Warto wziąć jego ówczesną działalność na dzisiejsze sztandary przeciwko obecnemu zalewowi przez stadionową czerń współczesnego polskiego życia. Świadomość potrzeby budowania tego typu alternatyw dla nędzy, wykluczenia, bezrobocia i braku perspektyw była wielką zasługą tamtego pokolenia polskich socjalistów.
Inną tego mocną stroną były wspomniane kontakty międzynarodowe, szczególnie wśród niemieckiej, szwedzkiej i austriackiej socjaldemokracji, które zaprocentowały (choć nie bez pewnych rozczarowań) bardziej po 1945 roku, a przed wojną miały silnie antytotalitarne i antyfaszystowskie zabarwienie. Były to naprawdę żywe treści ówczesnego życia partyjnego i wypada żałować tylko braku współczesnej ich kontynuacji… Ale i w życiu zawodowym przedwojenny Cohn wielce awansował, przystępując do ówczesnej palestry, choć atmosfera rządów sanacyjnych czyniła Polskę krajem wyjątkowo źle traktującym demokrację i jej przedstawicieli, krajem pogłębiających się tylko konfliktów i nierówności.
Cohn staje się czołowym obrońcą w ówczesnych procesach politycznych, co w omawianej książce dość detalicznie się dokumentuje, odczarowując wyidealizowany obraz dwudziestolecia. Niestety, bardziej w tonie sprawozdawczym, aniżeli np. wspomnieniowym, co znakomicie przyczyniłoby się do ożywienia tej jakże potrzebnej współczesnym biografii. Być może wynikało to z przyczyn obiektywnych, np. braku dostępu do archiwaliów, a może z pewnej jeszcze wtedy występującej słabości warsztatu, jest to jednak ostatecznie defekt do nadrobienia. Podobnie jak niedoróbki redakcyjne czy zbyt szeroko rozbudowane tło opisywanych wydarzeń, gdzie losy głównego bohatera niepotrzebnie gubią się wśród przytaczanych en masse szczegółów, jak w opisie września 1939 roku.
Cohn do wojny poszedł, będąc oficerem rezerwy i walcząc na warszawskiej Pradze, za co został po trzykroć odznaczony Krzyżem Walecznych. A całą niemal wojnę spędził za drutami Oflagu IIC Woldenberg, w części przeznaczonej dla oficerów pochodzenia żydowskiego, z którymi pozostali polscy oficerowie w niemieckiej niewoli na ogół się utożsamiali i w oflagowej codzienności wspomagali. Ale dało to możliwość z jako taką godnością przejścia przez zawieruchę wojenną, a nawet wzmocnienia się pod kątem socjalistycznej wiedzy i umiejętności (w istniejącym w oflagu kółku socjologicznym, czyli obozowej tajnej placówce PPS). Tym bardziej, że na horyzoncie zmian politycznych w Europie świtała coraz bardziej nowa Polska przesunięta granicami na zachód, ale oddana rządom Moskwy, choć początkowo w formule przejściowej, ze spontanicznie odżywającym życiem politycznym, w nurt którego od razu włączył się uwolniony z oflagu Cohn.
O ile PPS przedwojenna miała dość ograniczone wpływy i członkostwo, to zasięg powojennej wzrósł o rząd wielkości – w 1946 roku notowano ponad 200 tys. członków i sympatyków partii, mimo przecież powojennego rozłamu i trudnych wyborów, jakie się przed ocalałymi z wojny działaczami otwierały. Cohn jest w te spory i działania zaangażowany po stronie PPS-WRN, nie wyrzeka się demokratycznego i niepodległościowego socjalizmu i nie ma zamiaru zgłaszać akcesu do kolejnych socjalistycznych pasów transmisyjnych, obmyślanych i konstruowanych naprędce w kraju, a często wręcz na Kremlu. Nawet jeśli nowa PPS, z ocalałym z Auschwitz Józefem Cyrankiewiczem na czele, była jakąś formą przetrwania, a dla wielu ludzi stała się ostatecznym życiowym wyborem, to Cohn konsekwentnie spotyka się z takimi działaczami prawdziwej PPS, jak Pużak, Zaremba czy Żuławski, a nawet podejmuje działania w sprawie udziału resztówki partii w wyborach z list mikołajczykowskiego PSL-u… To oczywiście musi zaprowadzić go do stalinowskiego aresztu i skazania w stalinowskim procesie, nowa władza nie ma zamiaru tolerować partii, która zagraża ekipie osadzonej już przez Kreml; jak również aktywności działaczy socjalistycznych z krwi i kości. Aczkolwiek wtedy ludzkie wybory nie były zero-jedynkowe, biograf to w swej książce porządnie przedstawia, ale faktem jest, że przesłuchania stalinowskich prokuratorów doprowadzają Cohna torturowanego straszliwymi warunkami więzienia na skraj życia i śmierci, zmuszając w obliczu skazania na 5 lat więzienia do podjęcia czynów skrajnych.
Wybawieniem okazuje się amnestia, narastająca odwilż październikowa i to, co czyniło jakieś nadzieje na normalność. Znakomicie się w tym odnalazł Ludwik Cohn jako adwokat i słusznie krajowa palestra uważa go dziś za postać ważną dla swojej odnowy po październiku 1956 roku. Rozpoczyna się nowy rozdział, naprawdę piękna karta, w życiu bohatera tego eseju, jako opoki opozycji w PRL. Etapami są uczestnictwo mec. Cohna jako obrońcy w głośnych procesach politycznych epoki Gomułki i Gierka, w Klubie Krzywego Koła, a już w latach 70. animowanie KOR czy prace na rzecz robotników szykanowanych w Ursusie i Radomiu oraz dokumentowanie łamania praw człowieka w Polsce.
Jeśli dziś wymieniamy mec. Ludwika Cohna obok adwokatów Anieli Steinsbergowej, Jana Olszewskiego czy Władysława Siły-Nowickiego, to myślimy właśnie o korowsko-radomskim etapie ich działalności, która przecież toczyła się na salach sądowych poniekąd w ramach peerelowskiej „praworządności”. Adwokaci byli niezwykle trudnym jej sądowym przeciwnikiem, co usłużnych dyrektywom bezpieki sędziów doprowadzało do prawdziwej rozpaczy. Ale i ta droga była wykorzystywana, sala sądowa stanowiła bowiem forum, na którym opozycja mogła się skutecznie i głośno wypowiedzieć, nieraz… broniąc konstytucji PRL i obywateli przed funkcjonariuszami komunistycznej władzy. To wykorzystywanie na sali sądowej przepisów ówczesnego prawa – w imię praworządności – dziś wydaje się zabiegiem karkołomnym, ale wtedy było często ostatnią redutą skutecznej obrony.
Przemysław Prekiel wskazuje także na inny ważny aspekt – powstrzymywania niektórych zapędów opozycji, aby nie wkroczyć w obszar, który ułatwi życie propagandzie i policji politycznej. Tu doświadczenie adwokackie i zbudowany przez lata autorytet były bezcenne; mec. Cohn od razu uznany został za opokę tego coraz bardziej podzielonego środowiska i pełnił rolę swoistej starszyzny, która tonowała często zbyt daleko idące zapędy. Warto przypomnieć, że w tym środowisku odnaleźli się natychmiast ludzie dawnego PPS, jak Pajdak czy Lipiński, a z Londynu małżeństwo Ciołkoszów, którzy dla doświadczonych Marcem 1968 roku młodych lewicowych działaczy stali się od razu swoistym zbiorowym spolegliwym opiekunem. Co nie hamowało działań policji politycznej, aby śledzić, podsłuchiwać, szczuć, nachodzić i napuszczać jednych na drugich… To także jest w biografii przedstawione, nie rozstrzygając ówczesnych sporów i racji. Tu jednak działał niestrudzony Jan Józef Lipski, spajający na ile to było możliwe to środowisko, no i obowiązywały wypracowane na bazie starych doświadczeń ścisłe reguły zachowania, które szykanowani opozycjoniści konsekwentnie wobec organów stosowali. Wystarczy sięgnąć po grube wspomnienia Jacka Kuronia, który był mistrzem wyprowadzania tego typu zabiegów bezpieki w pole i gier z nachodzącą go nieustannie policją polityczną.
Oczywiście podpisy Cohna widnieją pod ważnymi dokumentami epoki, mającymi wówczas formę listów ogłaszanych opinii publicznej, a dziś traktowanymi jako kamienie milowe polskiej drogi do niepodległości. I swoistym symbolem jest, że jego odejście nastąpiło dzień po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego, kiedy nadzieje na inne państwo i społeczeństwo zgasły, ale finał nowej epoki, którą stan wojenny przecież zapoczątkował, okazał się per saldo całkiem szczęśliwy, do czego walnie rękę przyłożyli ludzie dawnego KOR-u i całej opozycji demokratycznej.
Tekst ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Na zdjęciu: Ludwik Cohn (z lewej) podczas przerwy w rozprawie przeciw Adamowi Pragierowi, Sąd Okręgowy mieszczący się w pałacu Paca przy ulicy Miodowej 15 w Warszawie, rok 1931/1932 – proces brzeski.
W historiografii wydaje się dominować przekonanie, że kołem napędowym historii są wojny. Inaczej mówiąc, wojny określają kierunek rozwoju cywilizacji, co oddaje także język potoczny, w którym indywidualne doświadczenia są dzielone wedle prostego kryterium: przed wojną lub po wojnie. Zmiany takie dokonują się również w nauce, nie wyłączając filozofii.
Burze dziejowe mają zawsze to do siebie, że jednych strącają z piedestału, a innych wynoszą niekiedy na szczyty. W punkcie wyjścia należy zatem postawić sobie pytanie, czy Adam Schaff został przypadkowym beneficjentem wojennej burzy historycznej, czy może raczej jej ofiarą. Na rzecz pierwszego stanowiska przemawia jego powojenne uprzywilejowane usytuowanie w strukturach polskiej polityki oraz nauki krajowej i światowej. Na rzecz drugiej – tragedia związana z eksterminacją jego rodziny i perturbacje w trakcie wspinania się po drabinie awansu społecznego. Wszak to jego wyróżniona pozycja w polskiej polityce i nauce została brutalnie podważona i zakwestionowana przez wydarzenia Marca ‘68. Przyjęcie którejkolwiek z tych perspektyw nie zmienia faktu, że Adam Schaff przez ostatnie dziesięciolecia XX wieku zajmował tak wyróżnioną pozycję w nauce, że jest przywoływany praktycznie w każdej publikacji dotyczącej tego okresu w historii Polski. Nie znaczy to w żadnym wypadku, że opinie na jego temat są zgodne. Chyba żaden z polskich filozofów nie zyskuje tak ambiwalentnych ocen dotyczących swych dokonań, co Adam Schaff. Na całym świecie powstają bowiem liczne dysertacje doktorskie oraz opracowania poświęcone jego dorobkowi w zakresie nauk społecznych i politycznych. Jest to związane z tym, że z początkiem lat sześćdziesiątych objął prestiżowe stanowisko dyrektora Centrum Dokumentacji i Koordynacji Nauk Społecznych (the European Coordination Centre for Research and Documentation in the Social Sciences) w Wiedniu. Na to stanowisko został zgodnie rekomendowany przez instytucje naukowe i polityczne z ówczesnych państw socjalistycznych i kapitalistycznych. Jest to zapewne najwyższe stanowisko w światowej nauce, które piastował polski naukowiec, co już samo przez się powinno mu gwarantować miejsce w panteonie polskiej nauki. Tymczasem tak się nie stało i już wiemy, że na pewno się nie stanie. Wypada się zatem zastanowić nad przyczynami takiego stanu rzeczy.
Wśród polskich historyków nauki ukształtowały się na temat Schaffa dwie narracje, z których pierwsza – zdaje się, że dominująca – odmawia mu wręcz prawa do miana naukowca, bo eksponuje w zasadzie tylko jego ideologiczne uwikłanie przy wprowadzaniu komunistycznych porządków w powojennej Polsce. Druga narracja zaś z trudem się przebija przez ten gąszcz uprzedzeń i antypatii, eksponując jego dorobek stricte naukowy. A po prawdzie jest on imponujący. Taka ambiwalencja prezentacji jego osoby powoduje, że w wielu opracowaniach po prostu pomija się jego biogramy i naukowe dokonania, tak jakby można było je pominąć bez szkody dla realizowanego opracowania. Dziś, w dwadzieścia lat po śmierci Schaffa, nadal dominuje pierwsza narracja, która traktuje go jako produkt obcy polskiej nauce i kulturze, narzucony mechanizmami podporządkowania interesom ZSRR. Przy takim ujęciu Schaff jawi się tylko jako „szkodnik” w polskiej kulturze i nauce. Druga legenda zaś ma charakter czysto naukowy, przez co najczęściej zupełnie pomija jego ideologiczne uwikłanie. Obie te legendy są sprzeczne ze sobą tak mocno, że nie istnieje możliwość ich pogodzenia. Warto jednak pamiętać, że sam Adam Schaff podejmował starania, aby istniejący rozdźwięk pomiędzy tymi narracjami zniwelować. Nie przesądzając o nadrzędności którejś z tych narracji, warto przeanalizować drogę, którą zmierzał Adam Schaff pragnąc, aby pamięć o nim przetrwała we wdzięcznej formie.
Droga życiowa Adama Schaffa była pełna zwrotów i powrotów, zarówno jeśli chodziło o lokalizację terytorialną, jak i prezentowane poglądy polityczne i naukowe. Pomimo wszechstronnego wykształcenia zdobytego na Uniwersytecie Lwowskim i zarysowujących się możliwości zrobienia tradycyjnej kariery zawodowej, jeszcze jako młodzieniec zdecydował się na działalność, która taką karierę definitywnie przekreślała. Można byłoby to uznać za młodzieńczą przekorę, czyli naturalną skłonność do bycia w opozycji wobec głównego nurtu wydarzeń, gdyby nie fakt, że w życiu dojrzałym takich skłonności już nie przejawiał. W swoich wspomnieniach rysuje własny portret ideowego komunisty bezkrytycznie podporządkowanego linii programowej partii. Jak pisał o sobie, był oddanym „żołnierzem” partii posłusznie realizującym wszystko, co mu nakazano. Wypada jednak wątpić w szczerość tych deklaracji, gdyż tak doskonale wykształcony człowiek był bardziej potrzebny partii niż on sam jej potrzebował. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zatem założyć, że w opozycyjnej i nieomal konspiracyjnej partii dostrzegał możliwość szybkiego zrobienia kariery politycznej. Jeśli dowierzać jego wspomnieniom, to nie był przywiązany do jakiejś konkretnej partii, bo deklarował swoją przynależność najpierw do Komunistycznej Partii Polski, potem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, a później nawet także do Polskiej Partii Socjalistycznej. Najwyraźniej usilnie szukał swego miejsca na arenie politycznej i taka możliwość otwarła się przed nim w momencie, gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona wkroczyła do Lwowa, tym samym zawłaszczając miasto i włączając cały region w skład ZSRR.
Jak pokazuje jego historia, szansy tej nie zmarnował. Później, już w realiach powojennej Polski szybko się zorientował, że nadmierne eksponowanie linii programowej partii rządzącej wcale nie przynosi mu splendoru. W 1951 r. w czasopiśmie „Myśl Filozoficzna” ukazał się artykuł autorstwa Henryka Hollanda pt. Legenda o Kazimierzu Twardowskim, który powszechnie uznaje się za początek walki marksistów ze szkołą lwowsko-warszawską o wiodącą rolę w polskiej nauce. Henryk Holland był wówczas aspirantem (doktorantem) w utworzonym dopiero co Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych, kuźni marksistowskich kadr w nauce wzorowanym na moskiewskim Instytucie Czerwonej Profesury. Dyrektorem IKKN był właśnie Adam Schaff, który artykuł młodego doktoranta natychmiast opublikował w kierowanym przez siebie czasopiśmie. Niewątpliwie był on nie tylko inspiratorem owego artykułu, który powstał przede wszystkim w celu zdezawuowania grona uczniów Twardowskiego. Zamiar ten ostatecznie spełzł na niczym, a legenda Twardowskiego w niczym nie ucierpiała, ale od tego momentu zaczęła się formować negatywna legenda Adama Schaffa, jako zadeklarowanego stalinisty o mentalności wręcz prymitywnego czekisty. Sam Schaff przez lata zdawał się nie dostrzegać, że wydarzenia te miały wielki wpływ na to, że był traktowany bardziej jako szarlatan i manipulator, niż prawdziwy naukowiec. Nawet jego współpracownicy i podwładni z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN postrzegali zazwyczaj tylko jego możliwości pomagania ludziom i załatwiania różnych spraw, jego zdolności organizacyjne, a prawie nigdy nie wspominali o osiągnięciach naukowych. Niemniej jednak była to cena, którą zapłacił, aby zająć miejsce jednego z decydentów w polskiej nauce.
Dopiero wydarzenia Marca ‘68, które go pozbawiły wszystkich stanowisk, i późniejsza banicja naukowa z kraju uświadomiły mu gorzki smak tej ceny. Banicja bowiem trwała aż do wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r., gdy pojawiła się szansa na powrót do krajowego obiegu naukowego. Okazało się jednak, że Schaff wówczas postawił na złą kartę i zamiast włączenia do obiegu naukowego, spotkał go jeszcze większy ostracyzm, który ostatecznie spowodował nawet usunięcie go z PZPR. Sprawa jego wykluczenia z partii stała się wówczas elementem toczących się w jej łonie walk frakcyjnych pomiędzy skrzydłem reformatorskim a skrzydłem zachowawczym. Bez wątpienia pretekstem do usunięcia z partii była jego książka Polen heute wydana w języku niemieckim. Najważniejszą jej częścią był cykl trzech artykułów pod wspólnym tytułem Die polnische Lektion, opublikowanych w latach 1982 i 1983 na łamach „Europäische Rundschau”. Najwyraźniej był wówczas przekonany, że realny socjalizm w Europie Wschodniej definitywnie się rozpadnie, przez co lokował swoje nadzieje na nastanie nowego socjalizmu samorzutnie ukształtowanego na bazie zrywu Solidarności. Swoje nadzieje w tym względzie opierał na autorytecie Marksa, który przecież swego czasu przewidywał nieuchronność właśnie takiego rozwiązania. Oznaczało to zarazem uznanie, że dotychczas w Polsce nie było żadnego socjalizmu tylko jakaś forma totalitaryzmu, którą później nazwał socjalfaszyzmem. Nadzieje te szybko zostały rozwiane, a sam Schaff dokonał wolty intelektualnej, bo poparł wówczas niespodziewanie samego autora stanu wojennego, który nagle stał się dla niego uosobieniem przywódcy broniącego sprawiedliwego porządku społecznego, co zaowocowało wysunięciem gen. Jaruzelskiego do europejskiej nagrody pokojowej, której utworzenie postulował. Nie zauważył nawet, że ten projekt jeszcze bardziej wzmocnił jego negatywny wizerunek.
Pierwszą próbę zmiany negatywnego obrazu swej osoby Schaff podjął jeszcze w 1983 r. obszernym wywiadem Myślę, że zachowałem twarz, opublikowanym w 1983 r. w numerze 4 krakowskiego „Zdania”. Próba ta zakończyła się w zasadzie niepowodzeniem, bo wywiad w ówczesnej gorącej sytuacji politycznej przeszedł bez echa. W tym wywiadzie znalazło się usprawiedliwienie ataku przeprowadzonego przez Schaffa i jego uczniów z IKKN na szkołę lwowsko-warszawską. Stwierdził wówczas: „To był okres, kiedyśmy w myśli filozoficznej przeprowadzali rozrachunek z neopozytywizmem jako głównym przeciwnikiem. I nawet na Zachodzie przeciwnicy czy zwolennicy szkoły lwowsko-warszawskiej nie mają do mnie za to większych pretensji. Więcej, mówią, że sami by coś takiego powiedzieli i napisali np. pod adresem bardzo fantazyjnych teorii Ajdukiewicza, z których on się po wojnie rakiem wycofywał”.
Zaliczenie szkoły założonej przez Twardowskiego do nurtu pozytywistycznego z pewnością źle zostało odebrane przez polskie środowisko filozoficzne, które zgodnie sytuowało całą szkołę w obrębie nurtu analitycznego. Ponadto Schaff zbagatelizował kontekst polityczny, który towarzyszył jego atakowi na Ajdukiewicza, bo kulminacja ataku miała miejsce na zamknięcie obrad I Kongresu Nauki Polskiej (29.06–2.07.1951), gdy Schaff osobiście rozprowadził wśród uczestników zredagowane przez siebie rzekome podsumowanie obrad Podsekcji Filozofii i Nauk Społecznych. Podsekcji tej przewodniczył właśnie Ajdukiewicz. Nie trzeba dodawać, że wszystko odbyło się poza plecami przewodniczącego, a paszkwilanckie ujęcie konkurencyjnych wobec marksizmu kierunków filozoficznych zostało włączone do materiałów Kongresu jako jego oficjalny dokument. Niemniej jednak ostatecznie Schaff wyniósł z walki z uczniami Twardowskiego istotną korzyść, gdyż zyskał niemałe kompetencje w zakresie filozofii języka i metodologii, dzięki czemu polski marksizm pozytywnie wyróżniał się na tle filozofii uprawianej wówczas w pozostałych państwach bloku socjalistycznego. Sam Schaff napisał dzięki temu kilka prac z zakresu semantyki i filozofii języka, które na ogół spotykały się z przychylnym przyjęciem także poza granicami kraju.
W dziesięć lat później Schaff opublikował książkę, której tytuł Pora na spowiedź sugerował próbę rozliczenia z własną przeszłością. Tymczasem czytelnik otrzymał do ręki zbiór rozproszonych wiadomości na temat własnych kolei życiowych samego Schaffa, który stanowi punkt wyjścia do zaprezentowania siebie w zasadzie jako zbawcy ludzkości potrafiącego samodzielnie sformułować postulowaną drogę prowadzącą do świetlanej przyszłości. Tytuł książki zatem świadomie wprowadzał w błąd czytelnika zapewne w nadziei, że w ten sposób przemyci do szerszej publiczności własne poglądy na temat kondycji współczesnej cywilizacji i nieomylnej drogi wiodącej do jej uzdrowienia. Można odnieść wrażenie, że liczne dygresje z historii własnego życia służą tylko temu, aby wykazać, że te poglądy wynikają wprost z doświadczenia życiowego autora i znajdują potwierdzenie zarówno w historii, jak i w wydarzeniach współczesnych. Schaff wedle własnej narracji przedstawia się jako obywatel świata, stały bywalec salonów gromadzących elitę światowej nauki, kultury i polityki. Ten powiew wielkiego świata był zapewne wprowadzony po to, aby uwiarygodnić przekaz autora. Rzecz jasna publiczność w Polsce oczekiwała nie takiego przekazu, ale przede wszystkim racjonalnej rekonstrukcji wydarzeń z nieodległej przeszłości. Społeczeństwo wówczas oczekiwało tego typu przekazów, do czego przyzwyczaili politycy z dawnego obozu władzy, publikując swoje wspomnienia bądź tzw. wywiady-rzeki ze znanymi dziennikarzami. Książka Schaffa okazała się przez to wielkim zawodem wydawniczym, co spowodowało, że zarówno jej przekaz, jak i informacje w niej zawarte zostały zignorowane przez polskich intelektualistów. Wyjątkowa okazja pozytywnego zaistnienia w polskiej przestrzeni publicznej została więc przez Schaffa po prostu zmarnowana.
Powrót Adama Schaffa do kraju po transformacji ustrojowej boleśnie skonfrontował negatywną legendę z postrzeganiem samego siebie jako autorytetu światowego dyskursu naukowego. Podjął wówczas wręcz heroiczny wysiłek zmiany swego wizerunku przez włączenie się do dyskusji społecznych i naukowych na temat kierunku przeobrażeń politycznych i intelektualnych we współczesnej Europie. Zaczął występować wręcz w roli Kasandry, snując wizje przemian, dla których teoretyczną podstawą miały być głoszone przez niego poglądy. Rzecz jednak była w tym, że Schaff ciągle zachowywał przekonanie, iż polskie społeczeństwo z gruntu jest prosocjalistyczne i nie tylko zaakceptuje jego postulaty, ale podejmie ryzyko ich wdrożenia do praktyki społecznej. Zasadnicze znaczenie miały jednak jego próby zakwestionowania negatywnej legendy o sobie i swoich dokonaniach, która ciągle dominowała w polskiej historiografii.
Ogólnie rzecz ujmując, pierwsze próby skorygowania swego dotychczasowego postrzegania jako stalinisty i dogmatycznego komunisty okazały się nieudane, bo były głównie promocją własnej osoby. Tego błędu Schaff nie powtórzył już w swej książce Perspektiven des modernen Sozialismus, wydanej w Wiedniu w 1988 r. nakładem wydawnictwa Europaverlag. W rozszerzonej wersji książka ukazała się w 1990 r. również w Polsce dzięki dołączeniu do jej treści szeregu wątków autobiograficznych. Zostały one rozproszone i wplecione w treści tej książki bez jakiegoś czytelnego schematu, co znacznie utrudnia lekturę tej książki. Najciekawsze są wątki dotyczące przeżyć wojennych Schaffa związanych z jego exodusem ze Lwowa poprzez Samarkandę aż do Moskwy. Ogólne wrażenie z tej chaotycznej mozaiki wspomnieniowej jest jednak pozytywne, gdyż przedstawia Schaffa jako człowieka miotanego w różne egzotyczne miejsca przez wojenną burzę, zesłańca przeżywającego skrajny niedostatek, ale zarazem nietracącego hartu ducha, dzięki czemu mimo wielu przeciwności losu wspiął się na naukowe wyżyny.
Już po powrocie z Wiednia do kraju Schaff podjął radykalną próbę zmiany opinii o sobie, publikując kontrowersyjną książkę Moje spotkania z nauką polską, w której przedstawił bardzo subiektywny obraz jego własnych dokonań naukowych. Można się zgodzić bez zastrzeżeń jedynie z tym, że osiągnął swoją pozycję w nauce krajowej także własną ciężką pracą i dbałością o poprawne relacje ze wszystkimi ośrodkami naukowymi w Polsce. Książka ta w wielu miejscach jest jego wręcz narcystyczną wizją rozwoju nauki w powojennej Polsce. Nazwanie w niej Kotarbińskiego kolaborantem komunistycznej władzy jest wyrazem porażającej niewdzięczności zważywszy na fakt, że to właśnie twórca etyki niezależnej napisał pozytywną ocenę dorobku naukowego, która stała się podstawą przyznania Schaffowi tytułu profesora. Bez Kotarbińskiego nie byłoby przecież także przypisywanej tylko własnej inicjatywie („Myślałem, myślałem i wymyśliłem”) Biblioteki Klasyków Filozofii. Między wierszami tej książki można odczytać jednak to, że przez wiele lat Schaff był jednym z decydentów w powojennej nauce, a zatem jej negatywna ocena bezpośrednio go obciąża. Zauważalna jest także próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności za restrykcyjne działania wobec niepokornych naukowców oraz wydawnictw. Z lektury książki wynika natomiast, że to wszystko działo się jakby poza Schaffem, a on sam był tylko biernym obserwatorem tego, co się wówczas działo. Wiedzą tajemną pozostały niestety mechanizmy, za pomocą których instancje polityczne i ideologiczne wpływały na ówczesną polską naukę. Schaff zaś był niewątpliwie jedną z niewielu osób w kraju, który jako członek KC PZPR był jednocześnie działaczem politycznym, ideologicznym oraz aktywnie uczestniczył w działalności naukowej. Ta książka zatem mogła, a nawet powinna stać się prawdziwym kompendium wiedzy o mechanizmach rządzących ówczesną nauką polską, a fakt, że tak się nie stało był najwyraźniej świadomym wyborem jej autora. W efekcie wszystkie osoby występujące w tej książce są przedstawione na ogół w ciemnych barwach, a wyróżnia się tylko postać Schaffa jako jedynego rozsądnego i sprawiedliwego. Nic dziwnego, że publikacja tej książki siłą rzeczy przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego, bo zamiast ocieplić wizerunek Schaffa jeszcze bardziej utrwaliła przekonanie, że w gruncie rzeczy pozostał niereformowalnym stalinistą.
Niepowodzenie tego projektu spowodowało podjęcie próby wyeksponowania pozytywnej strony własnej biografii przez skoncentrowanie się wyłącznie na swoich osiągnięciach naukowych. W 2000 r. na łamach „Ruchu Filozoficznego” ukazał się jego autobiogram, w którym pominął całkowicie swoje polityczne i ideologiczne dokonania, wpisując się w poczet polskich filozofów, którzy zdobyli uznanie i popularność na forum nauki światowej. Autobiogram ten jednak został zignorowany przez środowisko krajowe, które nie zapominało o jego stalinowskiej przeszłości. Brak pozytywnej reakcji na dotychczasowe zabiegi o korektę jego wizerunku wyraźnie wpłynął na kolejny projekt tego rodzaju, tym razem realizowany przy wsparciu swego dawnego ucznia Bohdana Chwedeńczuka. Książka zatytułowana Dialogi z Adamem Schaffem ukazała się w 2001 r., wbrew swemu tytułowi okazała się monologiem autora, który jakby nie dopuszczał w ogóle do głosu Schaffa, sam odpowiadając na stawiane przez siebie pytania. Taka sytuacja mogła być spowodowana być może słabszą kondycją intelektualną samego Schaffa, który miał wówczas blisko 90 lat, ale możliwe też, iż był to świadomy jego zabieg: z ostrożności nie wypowiadał się na tematy kontrowersyjne, jakby licząc, że były uczeń z własnej inicjatywy ociepli jego wizerunek. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca, choć przyjęta konwencja wywiadu-rzeki stwarzała do tego znakomitą okazję.
Paradoksalnym jest, że najlepsze rozliczenie z własną przeszłością zawiera Książka dla mojej żony, która ukazała się w tym samym roku. Nie zawiera ona żadnych rewelacji, jedynie uporządkowane informacje o własnej przeszłości, które dotąd były rozproszone po wcześniejszych publikacjach.
Jaka zatem powinna być opowieść biograficzna o Adamie Schaffie? Czy można pozytywnie sytuować go w polskiej kulturze i nauce, czy raczej należałoby go skazać na wieczną banicję? Odpowiedź nie jest prosta. Bez wątpienia był „dzieckiem z przystanku Wojna”, którego losy są pochodną przebiegu samej wojny. Początkowo przecież tworzył teoretyczne podstawy pod kształtujący się po wojnie porządek społeczny. To wówczas był przekonany, iż moralne jest tylko to, co służy interesom klasy robotniczej. Upublicznienie treści referatu Chruszczowa wygłoszonego na XX Zjeździe KPZR wstrząsnęło Schaffem, ale zrobiły to nie same mechanizmy przemocy w nim odsłonięte, co ich skala. Bezmiar stalinowskiego okrucieństwa w żaden sposób nie dawał się bowiem usprawiedliwić. Od tego czasu Schaff przestał być wiernym jedynie słusznej linii i zaczął poszukiwać alternatywnych rozwiązań.
Nie odważył się jednak na otwarte wystąpienie przeciwko istniejącemu porządkowi społeczno-politycznemu. Jego działania w kierunku zbliżenia z emigracyjnymi środowiskami na Zachodzie, a także z amerykańskimi filozofami i politologami były realizowane w tajemnicy. Zasłona milczenia zaciągnięta była tak szczelnie, że dziś zachowały się ślady tylko w korespondencji pomiędzy zainteresowanymi osobami. Wiemy dziś, że Schaffowi – pomimo niechlubnych działań z przeszłości – udało się nawet zadzierzgnąć przyjacielskie kontakty z wieloma przedstawicielami szkoły lwowsko-warszawskiej, dzięki czemu sprawnie kontynuowano wydawanie zainicjowanej jeszcze we Lwowie Biblioteki Klasyków Filozofii. Nawiązał także osobiste kontakty z emigracyjnymi intelektualistami, nie wyłączając Jerzego Giedroycia i Zbigniewa Jordana. To także Schaff torował drogę dla uczestniczenia przedstawicieli polskiej nauki w programie stypendialnym Fundacji Forda. On też utorował drogę powrotu powojennej polskiej nauki na światowe salony. O tym jednak historia polskiej nauki milczy nie z tego powodu, że potępia wszystko, co robił Schaff, ale dlatego, że były to działania podejmowane skrycie w obawie przed cenzurą i partyjnymi ortodoksami. To wszystko powoduje, że żadna z opinii o Adamie Schaffie nie ma szansy na utrwalenie się w historii polskiej nauki, bo żadna nie jest w stanie uwzględnić materiałów, które zapewne do dziś jeszcze leżą w zastrzeżonych zbiorach archiwalnych przeróżnych instytucji rozsianych po całym świecie.
Ladislau Dowbor wyraźnie siebie przedstawia: „Nie jestem bezinteresowny” – stwierdza krótko na początku książki*. Rozwija to wyznanie: „Zawsze oburzały mnie niesprawiedliwość, okrucieństwo, które widzimy na świecie, niekompetencje, z jaką rządy lub korporacje zarządzają naszymi zasobami”. Sens i wagę tym słowom nadają czyny wypełniające jego życie. On o nich nie wspomina, ale my je znamy. W tym zdaniu Dowbor określa stanowisko etyczne i wymienia wartości, które w swoim światopoglądzie traktuje jako fundamentalne. Zarazem wymienia cechę techniczną czy raczej merytokratyczną, jaką jest niekompetencja. To zarzut nie mniejszej wagi niż wcześniej wymienione oskarżenia moralne. Autor formułuje mocne zarzuty i je uzasadnia.
Umiejętności i znawstwa bowiem można się nauczyć, a trzeba je mieć, by cokolwiek z pożytkiem robić. Zwłaszcza, jeśli to nie ma być śpiew umilający samotne budowanie w wannie łodzi podwodnej. Kompetencje, przeciwnie niż zdolności, nie są wrodzone, lecz nabyte. Abstrahuje od tego ktoś o „silnie naprężonych ambicjach”, jak kiedyś taki typ człowieka określił Władysław Tatarkiewicz i zarazem dodał, że to jeden z najgroźniejszych przymiotów (jeśli nie towarzyszą mu inne, równoważące) występujących dzisiaj. Niekompetentne kierownictwo świadczy nie tylko o nieokiełznanej ambicji i ekspansji ego, ale przede wszystkim o kręgu społecznym, który ignorancką i chciwą władzę (dużą i małą, polityczną i gospodarczą) wypromował i jej obecność akceptuje. Taki stan rzeczy jest oburzający i zadziwiający. Dla autora i innych podobnie do niego sądzących.
Ladislau Dowbor jest intelektualistą zaangażowanym, bliskim intelektualistom francuskim z trzeciego ćwierćwiecza XX wieku. Pracę umysłową i krzewienie idei łączy z aktywnością społeczną i wyborami politycznymi. Prowadzone przez niego badania świata służą jego przekształcaniu, wiążą się z niezgodą na status quo i odrzuceniem etosu oportunistycznej adaptacji. Reguły, instytucje i rozstrzygnięcia są zawsze osadzone w procesach społecznych – nic zatem w przestrzeni ludzkiej aktywności nie jest dane na zawsze ani nie istnieje ostatecznie. Wszystko podlega odwołaniu i zmianie, a także, na co intelektualiści tej formacji są wyczuleni, wiąże się z odpowiedzialnością. Autor Społeczeństwa na krawędzi przełomów nie jest Francuzem, ale Polakiem i Brazylijczykiem, a to co dla potomków Flauberta i Delacroix było przedmiotem rozmów po lewej stronie Sekwany, dla niego jest częścią fizycznie obecnego najbliższego świata. Wiąże go z nimi nie tylko krytycyzm i oburzenie czy przekonanie o przemijającym, etapowym statusie współczesności, lecz również historyczny optymizm. Rozumiany raczej nie tyle jako pewność, co możliwość postępu, asymptotyczne zbliżanie się do suwerenności i podmiotowości, perspektywa dostatniego życia wszystkich, powszechnego dostępu do wiedzy i chęci z niej korzystania, kształtowania swojego miejsca w życiu, twórczej ciekawości i satysfakcji czerpanej z uczestnictwa w kulturze (a nie z mnożenia swoich dochodów o kolejny miliony). Wspólna dla Dowbora i Francuzów jest również wiara w siłę rozwoju społecznego jako kokona egzystencji jednostki. Zarówno we wstępie do książki, jak i w zamykającej ją konkluzji autor wyraził swoje populistyczno-demokratyczne przeświadczenie: „Warto pamiętać – podkreślił – że przy obecnym tempie piętrzenia się katastrof planetarnych nadejdzie moment, w którym wystarczająca masa podmiotów społecznych uświadomi sobie, że cele te są możliwe do osiągnięcia”.
Perspektywa poznawcza Dowbora nawiązuje do dorobku Marksa i jego bliskich następców, ale go przekracza. Jest szersza, bo dotyczy nowego, dzisiejszego kształtu gospodarki i współczesnej postaci społeczeństwa. Łączy wartości moralne z teczniczno-efektywnościowymi. Wszak fundamentalny zarzut Marksa skierowany do kapitalizmu dotyczył marnotrawienia zasobów i zaprzepaszczania możliwości. Dlatego ta formacja koniec końców przejdzie do przeszłości, stanie się kolejnym i zarazem ostatnim etapem dotychczasowej historii. Zawali się pod swoimi immanentnymi ograniczeniami. Ten system gospodarczo-społeczny stanowi, co prawda, postęp w stosunku do feudalizmu, lecz zarazem jest permanentnie, i to w rosnącym nasileniu, kryzysogenny. Ekspansja kapitalizmu ma limity efektywnościowe, które postęp produkcyjny, by mógł nadal przebiegać, musi przekroczyć, eo ipso wyjść poza system kapitalistyczny. Stanie się tak również dlatego, że jego istnieniu towarzyszą globalne dysproporcje materialne i napięcia społeczne niemożliwe do trwałej niwelacji w ramach rynkowo-kapitalistycznych.
Marks i bezpośredni kontynuatorzy jego dzieła nie mówili nic o barierze największej, ekologicznej, która wtedy była prawie niewidoczna, a dzisiaj ma charakter egzystencjalny. Barierze, której nie sposób pokonać, a nawet zapobiec jej ogromnieniu dotychczasowymi, napędzanymi przez konkurowanie i wszechutowarowienie środkami. Narastający katastrofalny kryzys klimatyczny wywołuje wiele sporów, przynajmniej w jednym przypadku panuje jednak powszechna zgoda: ocalenie nie wiedzie drogą maksymalizowania zysku i kompulsywnej konsumpcji, która owładnęła najbogatszą część ludzkości.
Dowbor analizuje współczesną, wywodzącą się z kapitalizmu organizację wytwarzania i dzielenia dóbr. Bada jej motywy i efekty działania. Interesuje się światem rozwiniętym i zaniedbanym, a zwłaszcza Brazylią –krajem będącym jego ojczyzną, którą jako ekonomista starał się podźwignąć i uczynić lepszą dla wszystkich. Wskazuje na dysfunkcjonalność i, towarzyszącą kumulującemu się bogactwu na kontach nielicznych, niesprawność organizacji zarówno wytwarzania, jak i dystrybucji, opanowującej poszczególne państwa i całą planetę. Formułuje główne kryterium oceny: „Systemowa produktywność gospodarki zasadniczo zależy od racjonalnej alokacji zasobów. To z kolei oznacza zbieżność między przeznaczeniem zasobów a interesami społeczeństwa”. Odpowiednie, dotyczące tej problematyki, badania prowadzi właśnie ekonomia, która zawsze jawnie lub skrycie ma charakter polityczny, tak jak gospodarka – charakter społeczny.
Marks zarówno przedstawiał wyjątkową produktywność kapitalizmu, jak i eksponował jego nieracjonalność oraz, co najlepiej syntetyzuje jego myśli, towarzyszący tym zjawiskom proces samowzbogacającej się alienacji. Cenę płaconą przez ludzi za rosnącą ilość dóbr materialnych, którą jest utrata samostanowienia. Co prawda (Dowbor podąża za konstatacją Keynesa sprzed kilkudziesięciu lat) „wytwarzamy dziś wystarczająco dużo, aby całe społeczeństwo mogło żyć w godny i wygodny sposób”, a właściwie by tak egzystowała cała ludzkość, lecz realny świat nie przystaje do potencjalnego i szanse ulegają zaprzepaszczeniu. Dla wielu mających otwarte oczy ekonomistów i im pokrewnych naukowców ów proces niespełnienia jest moralnie odrażający, choć intelektualnie, niczym dla zoologów istnienie żyrafy, frapujący.
Autor Społeczeństwa cyfrowego, jak wielu innych, podkreśla swoistość naszego czasu. Stare oznaczenia do niego nie pasują, dotychczas używana siatka pojęciowa okazuje się anachroniczna i bardziej zaciemnia niż rozjaśnia obraz całości. Obecnie „mamy do czynienia ze znacznie bardziej perwersyjnym systemem niż kapitalizm przemysłowy”. Dowbor do jego nazwania używa od dawna obecnego określenia: kapitalizm rentierski. Podkreśla, że dzisiaj produktywność została zastąpiona przez pogoń za rentą, a inwestycje i wytwarzanie – przez finansowe spekulacje. Wielu krytycznych analityków, takich jak Yanis Varoufakis, wskazuje na te cechy współczesności ostrzej, ale wszyscy dochodzą do podobnych wniosków.
Żyjemy w świecie pod wieloma względami bardziej przypominającym feudalizm niż klasyczny kapitalizm, w takim, w którym renta i lenno są ważniejsze niż zysk i towarzyszące mu ryzyko obejmujące stawiających na nowości niegdysiejszych producentów. Realną rzeczywistość kamufluje obowiązujący leksykon obecnej nowomowy, którego słownictwo obficie stosuje transpozycję znaczeń: inwestorami nazywa spekulantów, rynkami – obszary działalności określonych osób i instytucji, zyskami – rentę otrzymywaną z tytułu zdobytej własności, indywidualnością – konsumenckie i pracownicze zglajszachtowanie, świętością – historycznie zmienne prawo posiadania itd. „Aparat pojęciowy, za pomocą którego analizujemy naszą rzeczywistość, jest po prostu archaiczny”, a także, co nie mniej ważne, służy ideologicznemu usankcjonowaniu status quo.
Realną rzeczywistość kamufluje obowiązujący leksykon obecnej nowomowy, którego słownictwo obficie stosuje transpozycję znaczeń: inwestorami nazywa spekulantów, rynkami – obszary działalności określonych osób i instytucji, zyskami – rentę otrzymywaną z tytułu zdobytej własności, indywidualnością – konsumenckie i pracownicze zglajszachtowanie, świętością – historycznie zmienne prawo posiadania itd.
Dopiero zdjęcie maskujących siatek pozwala zbliżyć się do prawdziwego świata i uznać, że „uległo zmianie zbyt wiele mechanizmów strukturalnych, abyśmy mogli nazywać nadal tę nową rzeczywistość kapitalizmem. (…) Podstawa technologiczna, formy zawłaszczania nadwyżek, wymiar kontroli politycznej, stosunki pracy, narracje i formy manipulacji ludźmi, zasięg terytorialny globalnych platform – wszystko to stanowi nowy, spójny system lub przynajmniej system, który się tworzy”. Można go zdekonstruować i inaczej powiązać jego składniki, część wyeliminować, powołać nowe i ożywić teraz marginalizowane. Celem takich pożądanych transformacji lub rewolucji jest zawsze, przypomnijmy, interes społeczny, czyli dobro powszechne, a nie ugruntowywanie pozycji finansowych elit. Chodzi o zmianę dużą, nieograniczającą się do cząstkowych usprawnień. Na przykład będącą reakcją na jedno z opracowań ONZ (z 2023 roku), w którym stwierdzono: „obecne skrajne nierówności, zniszczenie środowiska i podatność na kryzysy nie są wadą systemu, ale jego cechą charakterystyczną”. O ich narastaniu od dawna wiadomo, nie spadają teraz niespodziewanie niczym grom z jasnego nieba.
Dowbor do określenia pożądanego systemu używa nazwy „społeczeństwo wiedzy” lub „społeczeństwo cyfrowe” – pierwszy termin wskazuje na meritum, drugi odnosi się przede wszystkim do technologicznej formy. Wyodrębnieniu takiego typu społeczeństwa towarzyszą cztery fundamentalne ustalenia. Po pierwsze, ośrodkiem napędzającym dzisiejszy świat jest teraz wiedza, której kondensację i zarazem aparat wytwórczy tworzy nauka. Autor, jak klasyczny, wywodzący się z oświecenia progresista, wierzy zarazem (choć nie wyraża tego explicite), że to właśnie nauka jest głównym remedium mogącym przeciwdziałać katastrofie klimatycznej. Jakby człowiek i ludzkość byli organizmami kierującymi się wyłącznie, a w każdym razie głównie racjonalnością.
Po drugie, „wiedza mnoży się lepiej dzięki procesom współpracy”. Co jest tym bardziej godne uwagi, że w naszych współczesnych, formowanych przez neoliberalizm zbiorowościach zachwiana została równowaga między tym, co wspólne, a tym co prywatne, między zrzeszaniem się i współdziałaniem a rywalizowaniem i egoizmem. Rosnący zasięg wojen handlowych stanowi tego jeden z wyrazów – przegrywają w nich wszyscy uczestnicy, choć co prawda nie w tym samym stopniu.
Po trzecie, rozpowszechnianie wiedzy nie wymaga dodatkowych kosztów. Zwrócił na to uwagę jakiś czas temu Jeremy Rifkin i w tym właśnie lokował swój optymizm i nadzieje dotyczące najbliższej przyszłości. Na razie jednak dochody czerpane z kolportowania wiedzy ograniczają jej zasięg i siłę oddziaływania.
Po czwarte, wiedza ma korzenie w zasobach publicznych. Prywatyzacja wiedzy jest jedną z form zawłaszczania – zniekształca i znacznie zmniejsza jej dobroczynne skutki, a charakterystyczny dla kapitalizmu „zysk z produkcji przekształcił się w rentę z pośrednictwa”. Tym większy, im bardziej zasięg wiedzy podlega limitowaniu, a ona sama staje się dobrem reglamentowanym i deficytowym. Rzadkim, pożądanym i drogim. Internet powinien być, zgodnie z pierwotnymi oczekiwaniami, otwartym i powszechnie dostępnym dobrem publicznym, patenty obowiązywać znacznie krócej niż dzisiejsza norma dwudziestu lat, a copyrights nie mieć mocy trwającej przez siedemdziesiąt lub jeszcze więcej lat.
Postulowane i potencjalne, przynajmniej jak dotychczas, społeczeństwo wiedzy tkwi w gnieździe świata cyfrowego i nowych technologii. Cyfrowa komunikacja i Internet zostały jednak poszatkowane wewnętrznymi murami i mają specjalnie strzeżone wejścia. W ten sposób niektórzy zbierają myta za korzystanie z dróg, których nie wybudowali. Miały być dla wszystkich, niczym krajobrazy, morza, jeziora, miasta i biblioteki. Zamiast tworzyć otwartą i pożyteczną bazę witalnego społeczeństwa zbudowały „kapitalizm poboru opłat”. Wywołały także „nowy ruch grodzeniowy”, który w przeciwieństwie do starego, historycznego nie prowadzi do kapitalizmu, ale formuje z niego wyjście. Stymuluje ewakuację z produktywności i etosu pracy na rzecz rentierstwa i etosu spekulacji często nazywanego samozaradnością lub inwestowaniem. Wielkie potencje zawarte w wiedzy są marnotrawione i nie rozbudowują pożytecznych więzi, lecz dodatkowo wzmacniają krytyczne napięcia dzielące ludzkość. „Kolejne przemiany technologiczne radykalnie zwiększyły nasze możliwości zapewnienia wszystkim dobrobytu w sposób zrównoważony dla środowiska, ale my podążamy w przeciwnym kierunku, pogłębiając katastrofy społeczne i środowiskowe”.
Dzieje się tak za sprawą niedopasowania struktury instytucjonalnej do realnej gospodarki i rzeczywistego życia społecznego. Dzisiaj państwa są co najmniej równie niezbędne jak kiedyś, ale ich moc regulatorska, dystrybucyjna, chroniąca słabnie. Autor w związku z tym wprowadza ostry trafny termin: „bezsilność instytucjonalna”, którego zakres obejmuje zarówno poszczególne państwa, jak i wchodzące w jego skład organizacje wraz z mającymi je łączyć międzynarodowymi związkami. Bezsilność ta może oznaczać, wbrew zamiarom, niemożność działania lub funkcjonalny, wbudowany w system imposybilizm, który swoją pozorną i nieskuteczną aktywnością celowo zostawia przestrzeń dla ekspansji partykularnych gospodarczych ośrodków władzy. Będących w istocie korporacjami, które zajmują się finansami, surowcami, komunikacją, zdrowiem itp., dbającymi przede wszystkim o zyski swoich akcjonariuszy. Instytucje publiczne powstałe lub odrodzone po II wojnie światowej od końca XX wieku schną niczym dzisiejsze europejskie rzeki. Świat się chwieje, „obecna nierównowaga jest wynikiem dysfunkcji odziedziczonych po poprzednich epokach”. A przecież infrastruktura instytucjonalna pełni nie mniej istotną rolę niż komunikacyjna czy energetyczna. Instytucjonaliści twierdzą, że pierwszorzędną.
Potrzebna jest naprawa, tym bardziej że zmiany, które następują w ostatnim półwieczu, prowadzą w inną stronę niż chcieli członkowie elit przywódczych z bliskiego Dowborowi kręgu ideowego. Postęp technologiczny istnieje, ale wszystko co nie ma bezpośredniego z nim związku ma charakter regresywny. Niewykorzystane możliwości są coraz większe.
Autor wskazuje drogi prowadzące do progresywnych przekształceń. Wśród nich szczególnie ważna jest decentralizacja i rozluźnienie układu organizacyjnego krępującego społeczeństwa, „przywrócenie inicjatyw na poziomie, na którym mieszkają ludzie i gdzie przejawiają się ich potrzeby”. Należy ich traktować w sposób podmiotowy, a nie jako „zasób ludzki” będący przedmiotem zarządzania. Tą myślą wpisuje się w polskie tużpowojenne (wcześniej były mniej intensywne) kontrowersje skupione wokół pytania o ośrodek życia społecznego. Socjaliści uważali, że powinien to być terytorium zamieszkania, a bliżsi PPR wskazywali miejsce pracy. Powstałe zaraz po wojnie (i przed jej wybuchem) wspólnotowo-spółdzielcze osiedla WSM na Żoliborzu i na Rakowcu są przykładem pierwszego stanowiska, a przestrzeń wokół niegdysiejszej Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu drugiego. Dodajmy, że w XXI wieku, w neoliberalnej rzeczywistości, zwycięża napędzany pieniędzmi chaos, w którym znajduje się rzeczywisty Mordor wypełniony urzędnikami, kierowanymi przez procedury oraz zbiorowiska dużych bloków zamieszkałe przez ludzi zniewolonych wieloletnimi kredytami. Autor w „prywatnych ojczyznach” (jak nazywał je Stanisław Ossowski, socjolog ideowo i życiowo związany z żoliborskim WSMem) widzi szansę odrodzenia.
Ladislau Dowbor włącza się nie tylko w nurt diagnozujący współczesność, ale również w intelektualny dialog prowadzony przez wiele pokoleń. Krytycyzm jest w nim związany z programem pozytywnych działań.
*Ladislau Dowbor, Rewolucja cyfrowa. Społeczeństwo na krawędzi przełomów. Instytut Wydawniczy Książka i Prasa. Warszawa 2025.
Esej, opublikowany w numerze 1/2026 „Res Humana” (styczeń-luty 2026 r.), jest przedrukiem z numeru 4/2025 kwartalnika „Zdanie”.
Ta chwila musiała nadejść. Alinka (wnuczka) śpiewała (śpiewa dobrze) dziecięcą piosenkę i coś w tej piosence trąciło siarką. Po krótkiej wymianie zdań pyta: jak to nie ma boga? Jej wyraz twarzy uświadamiał dobitnie, że wpadłem, że jest kłopot. Potem rozmowa z synem. W jego dwóch domach, w tym który stworzył i tym, z którego wyszedł, kwestię religii traktowano „pragmatycznie”: ani z nią, ani o nią nikt nie walczył. Syn wyjaśnia, że Alinka przechodzi fazę pytania o śmierć i jakoś trzeba jej pomóc. Pomaga więc proboszcz, a mnie przychodzi na myśl ten, który namawiał swojego kandydata, żeby wobec mojego kandydata użył bokserskiej kompetencji. Ja wiem, on żartował. Ale po żartach ich poznacie, a najzdolniejszy pośród nich żartuje ze swojego kantoru w Toruniu. Jednak oni mają dla Alinki odpowiedź, a ja – nie. „Res Humana”! Mam problem.
Ich odpowiedź brzmi – NIEBO. Ja czerpię mądrość z dzieł George’a Friedricha Hegla, a ten jasno mówi, że lęk przed śmiercią jest niegodny człowieka rozumnego. Panie Jerzy, niech pan to powie Alince. Pocieszenie małej to imperatyw nakazujący kompromis ze światopoglądem, ale brak mi konceptu. NIEBO to w sumie dobra odpowiedź, tyle że Alinka zaraz o to niebo zapyta: jak tam jest, co tam jest, tymczasem jedno co o NIEBIE wiem na pewno to to, że tam się ciągle śpiewa. Skąd wiem? To wiedza powszechna i ta powszechna wiedza budziła też zdziwienie Marka Twaina, którego literacki porte parole – Szatan– tak rzecz relacjonował w jednym z listów z ziemi: „W niebie stworzonym przez człowieka wszyscy śpiewają! Człowiek, który nie śpiewał na ziemi, tam śpiewa (…) Te powszechne śpiewy nie są dorywcze ani przypadkowe, ani nie przerywają ich chwile ciszy; ciągną się przez cały dzień, każdego dnia (…) Śpiewa się tylko hymny. Ba, śpiewa się tylko jeden hymn. Słowa są zawsze te same, jest ich około tuzina, nie ma w tym rytmu, nie ma poezji: «Hosanna, hosanna, hosanna…» (…) Równocześnie wszyscy grają na harfach – te miliony ludzi!”. I co ważne, „w ludzkim niebie nie ma żadnych praktyk umysłowych” (s. 25, 28).
Listy z Ziemi pisze Szatan do swoich kolegów świętego Michała i świętego Gabriela. Znalazł się tu wygnany przez Stwórcę na „jeden dzień niebiański” w karze za notoryczne krytykowanie dzieła stworzenia, o czym „jacyś zwyczajni aniołowie donieśli do Kwatery Głównej”. Początek korespondencji oddaje ducha wszystkich 11 listów: „To jest dziwne, niezwykłe i interesujące miejsce. Nic tutaj nie przypomina tego, co jest u nas. Wszyscy ludzie są obłąkani, inne zwierzęta też są obłąkane, ziemia jest obłąkana, sama natura jest obłąkana. Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czymś w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi, w swoich najgorszych upadkach – czymś niewyrażalnym i niewyobrażalnym. A przecież otwarcie i zupełnie szczerze nazywa siebie najszlachetniejszym dziełem boga. Naprawdę. (…) Wierzy w to i w całym jego rodzie nie znalazł się nikt, kto by się z tego wyśmiał” (s.22). Szatan z niemałą satysfakcją opisuje schrzaniony projekt Stwórcy, schrzaniony do tego stopnia, że konieczny był reset, w związku z czym Noe otrzymał polecenie zbudowania statku, co zresztą uczynił niechlujnie.
Pierwsza refleksja z lektury skłania mnie do spojrzenia na problem z pewnego dystansu. Wojna wypowiedziana Religii przez Rozum zepchnęła religię do defensywy. Ale początkowy optymizm co do szybkiego i całkowitego triumfu Rozumu zniuansował się. Swoje pełne szyderstwa i irytacji antyreligijne teksty Twain pisał jednak do szuflady, a i spadkobiercy mieli wątpliwości, czy je publikować. Opublikowane zostały ponad 50 lat po jego śmierci (1962). Tak było w Stanach Zjednoczonych, gdzie religia nie była zinstytucjonalizowana w jednolitej strukturze, ale pętała jednostkę powszechnym przekonaniem, że jedynym źródłem moralności jest religia, a sąsiedzkie oko strzegło moralności (w numerze 4/2024 „Res Humana” omawiam książkę[1], której autorka opowiada, jak powoli i od niedawna rozluźnia się w Stanach ten gorset środowiskowej presji uczestnictwa w Kościele).
U nas sprawa wydaje się prostsza. Kościół Katolicki niemal otwarcie utrudnia racjonalizację życia społecznego poprzez niechęć do demokracji wyrażającą się poparciem dla ruchów populistycznych, niechęcią do Unii Europejskiej, cenzurowaniem edukacji… To czyni w Polsce konflikt między Rozumem i Religią czytelnym. Jednak i w Polsce mamy do czynienia z głębszym planem, podobnym do tego amerykańskiego. Przytoczę dwa epizody tłumaczące o co chodzi.
W 2012 roku sąd ukarał grzywną 5000 zł panią Dorotę Rabczewską za obrazę uczuć religijnych, jakiej dopuściła się, mówiąc: „ciężko wierzyć w coś, co spisał ktoś napruty winem i palący jakieś zioła”, a mówiła o Biblii. Sąd drugiej instancji utrzymał decyzję w mocy. Decyzję sądów wsparł w 2015 roku Trybunał Konstytucyjny, który uznał, że artykuł 196 Kodeksu karnego („obraza uczuć religijnych”) nie ogranicza wolności słowa i odrzucił tym samym skargę pozwanej. Pani Rabczewska wniosła o rozstrzygnięcie sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w 2022 roku orzekł, że Polska naruszyła Jej prawo do wolności wypowiedzi i przyznał zadośćuczynienie w wysokości 10 000 €.
Oto, co o Biblii przeczytamy w Listach z Ziemi: „Jest to księga bardzo interesująca. Zawiera wiele szlachetnej poezji, trochę pomysłowych baśni, trochę ociekających krwią historii, trochę pożytecznych morałów, mnóstwo nieprzyzwoitości i ponad tysiąc kłamstw” (s.28). Ten sam Rycerz, który pozwał panią Rabczewską (a przecież wiadomo kto to), powinien pozwać Wydawcę Listów z Ziemi. Gdzieś ty?! Dorota Rabczewska została skazana wyrokiem nie Kościoła Katolickiego w Polsce, ale wyrokiem polskich świeckich sądów włącznie z tym najważniejszym. Na tym właśnie polega głęboka penetracja życia społecznego przez religię, nawet gdy ta nie występuje na pierwszym planie.
Drugi epizod jest bardziej drastyczny. Doktor Gizela Jagielska przeprowadziła w szpitalu w Oleśnicy zabieg aborcji ratujący pacjentce życie zagrożone decyzjami lekarzy innej placówki, sparaliżowanych czy też przekonanych przez „obrońców życia”. Tym razem nie wymiar sprawiedliwości, ale „koledzy” wydali wyrok: straciła stanowisko i pracę. To wydaje się bardziej bolesne niż fizyczna agresja, jakiej dopuścił się wobec doktor Jagielskiej europoseł Braun.
Te poruszające przypadki religijnej aberracji wzięte z „teraz” mówią coś ważnego, coś co pozostaje w polemice z Listami z Ziemi. Dziś inaczej rozłożone są akcenty polemiki Rozumu z Religią (to przecież założycielski problem „Res Humana”). Wiemy, że poza polem oczywistej niezgodności między Rozumem a Religią, na którym stawką sporu jest uwolnienie życia społecznego od szantażu religijnych absurdów, rozciąga się psychologiczna przestrzeń metafizycznej potrzeby. Twierdzenie, że matką religijności jest ignorancja, jest dzisiaj zbyt proste.
Redaktor polskiego wydania Listów z Ziemi i tłumacz części zawartych w tomie tekstów, Robert Kurpios, we wstępie do książki zacytował wartą zapamiętania myśl Twaina: „Wiara to wierzenie w to, o czym wiesz, że nie istnieje”. Moja druga refleksja z lektury krąży wokół tego zdania, ale nie mam pewności, czy Mark Twain podpisałby się pod nią, sądzę, że raczej nie. „Potrzeba sensu” to potrzeba gatunkowa, ale tworzy pustą przestrzeń, co pozwala wypełniać ją dowolną treścią. Ta przestrzeń jest konsekwencją rozumności, tyle że „rozum praktyczny” dający nam siłę w zmaganiu z naturą, przestrzeni sensu nie może wypełnić, więc znalazł tu pole „rozum niepraktyczny” i snuł swoje opowieści, tworząc fikcje spojone swobodną logiką, bo nie tą matematyczną, choć mogą gościć w niej i matematycy. To przestrzeń adowodoliwa i adialogiczna. Im bardziej poszerza się ludzki horyzont wiedzy, tym trudniej o „sens”: tu bije źródło paniki przed Rozumem i w tym kontekście ta panika jest uzasadniona, tyle że przerażają jej koryfeusze. Pokonanie religii nie unieważnia „pytania o sens”. Stawia je na nowo i może budzić gniew z lęku, bo nie stawia drogowskazów. Być może dlatego, choć w Listach… drwi bezlitośnie ze swoich protestanckich pobratymców wierzących w biblijny obraz świata i człowieka, Twain tekstu nie publikuje. Może bał się losu, jaki spotkał Thomasa Paina, autora wydanej w styczniu 1776 roku (w nakładzie 100 000 dla dwuipółmilionowej populacji) broszury Common Sense, iskry, która w lipcu zdetonowała amerykańską rewolucję republikańską. Ten bohater rewolucji kilka lat później (1807) opublikował dzieło w duchu Oświecenia pod tytułem Wiek Rozumu, pochwałę rozumu skierowaną przeciwko religii objawionej i Biblii. Uznano go za bluźniercę, który uderzył w religijne uczucia narodu. Jego pogrzeb w 1809 roku zgromadził ledwie kilka osób.
Może więc z uczuciami narodu trzeba jak z uczuciami Alinki? Panie Marku, przecież Pan umie rozmawiać z dziećmi, pisał pan dla nich i one to chłonęły. Co Pan powiedziałby Alince?
PS. Ukazanie się Listów z Ziemi jest ważnym wydarzeniem literackim ze względu na recepcję twórczości Marka Twaina w Polsce, pozwalającym ujrzeć Go w innym świetle, niż dotychczas miało to miejsce. Na fakt ograniczonej znajomości u nas dzieła tego pisarza zwracał już uwagę Juliusz Kydryński, tłumacz Listów…, w przedmowie do ich wydania z 1966 roku. Obecny zbiór obejmuje również teksty dotąd nieobecne w tłumaczeniach. Ten mniej znany Mark Twain to głęboki sceptyk patrzący na człowieka z niewiarą, raczej sarkastycznie niż z humorem: człowiek to istota z istoty ułomna. Jego krytyka religii to bardziej krytyka człowieka jako takiego, aniżeli samej religii. Blisko mu do Schopenhauera. Ale to już temat bardziej na seminarium niż na esej.
[1] Piotr Stefaniuk, Wierzący i niewierzący. Dialog i tożsamość. Nie u nas – w Ameryce. Wspomniana książka to: Katherine Ozment, Dusza bez Boga. W poszukiwaniu sensu, celu i wspólnoty w świeckim życiu (tłum. Piotr W. Cholewa). Wydawnictwo Stapis, Katowice 2021.
Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
No i proszę, mimo krakania i obstawiania kolejnego kolapsu z technologią, mamy nareszcie nową przewodniczącą Polski 2050. Materia techniczna nieszczęsnego głosowania została ogarnięta i wyłoniono p. Pełczyńską- Nałęcz, która właśnie teraz obejmuje władzę, a koalicja może chwilowo odetchnąć z ulgą. Zawsze jest tak, że nowe rządy w partiach politycznych stoją przed dylematem, co zrobić z oponentami, którzy się uprzednio ujawnili. Rutynowo mówi się nawet w takich sytuacjach o zasypywaniu podziałów, o wspólnej pracy dla dobra Polski, o pójściu dalej, ale praktyka niestety jest bardziej paskudna niż deklaracje. A szczególnie w takiej masie spadkowej, jaką na własne życzenie stała się Polska 2050. Bo gdyby przewrócić wstecz tylko jedną kartę tej (definitywnie zakończonej?..) telenoweli, ukazałoby się nam prawdziwe kłębowisko żmij i węży, zajadle przy tym się kąsających i podgryzających. Nie tłumaczy tego bynajmniej wyborcze wzmożenie.
Czy można z tego poskładać cokolwiek, co miałoby szanse na wyjście z kryzysu? I czy nowa przewodnicząca będzie do tego skłonna, skoro podobnie jak wszyscy dopuszczała się wyżej opisanych metod – a przynajmniej była o to posądzana? Cóż, jedynym sensownym wyjściem byłoby zabranie się do pracy, Sejm aż huczy od okazji do wykazania się, ale kto by tam teraz w Polsce 2050 o tym myślał. Od weekendu w Polsce 2050 liczy się za to szable, czyli polska klęska pod Cecorą jako analogia historyczna ma tu niestety swoje współczesne zastosowanie, kiedy obóz naszych wojsk został jako tako obroniony, a klęska nadeszła podczas chaotycznego odwrotu. Wiemy już, kto objął dowodzenie, tylko jak z tej opresji złych emocji i wzajemnych oskarżeń się wykaraskać? Przecież jeszcze niedawno mówiło się o wymarszu z Polski 2050 aż 15 posłów- czy ta groźba została definitywnie zażegnana? A może teraz dla odmiany mowa będzie o innej piętnastce, niezadowolonej z obrotu rzeczy z p. Pełczyńską-Nałęcz na czele?
Niestety, na pokerowym stoliku naszej wewnętrznej polityki Polska 2050 to nadal karta bita, chyba że premier przełknie jakoś tę zmianę i uczyni z przewodniczącej i minister zarazem kogoś znacznie wyższego. Wicepremier dla Polski 2050 to byłby gest, który być może powstrzymałby poczucie klęski i zdołowania, jakie w tym ugrupowaniu panuje. A Pełczyńskiej-Nałęcz dałby narzędzie do puszczenia w niepamięć przykrych słów, jakimi opluwali się do niedawna ludzie zasiadający bądź co bądź w tym samym ugrupowaniu. To by mogło się nawet powieść, gdyby premier był przekonany o tym, że z nadejściem nowej przewodniczącej rozpadu nie będzie, a koalicja przetrwa. Ale czy jest? Nic na to nie wskazuje, a jaka była ochota premiera do przyznania Polsce 2050 fotelu wicepremiera (gdy można było jeszcze temu wszystkiemu zapobiec), każdy widział… No i p. Pełczyńska-Nałęcz może to potraktować jako rewanż, co jak mówią posłowie z tego ugrupowania, jest całkiem możliwe. A premier Tusk nie lubi takich sytuacji, woli przeczekać, aniżeli sypać gratyfikacjami na lewo i prawo czy być obiektem rewanżu, a może nawet szantażu? Zawsze przecież może za 4 tygodnie zauważyć, że waga spraw, za które odpowiada w rządzie minister Pełczyńska-Nałęcz jest tego typu, iż musi być kolejny wicepremier i pakiet odpowiedzialności. Innymi słowy, wyznaczyć nowe tory i zadania, ubrać to w pragmatykę rządzenia. Ale nic na siłę i w nagrodę. Z drugiej strony coś jednak trzeba zrobić także w Radzie Ministrów, aby koalicję dowieść do wyborów i zapewnić sobie bieżącą większość. Bo równie dobrze można wyobrazić sobie scenariusz dalszego rozpadu, który był całkiem realny jeszcze dwa tygodnie temu. Teraz zaś tę sytuację mamy zamrożoną jak widok z okna, a na odwilż trzeba będzie cierpliwie poczekać.
Co ciekawe, p. Pełczyńskiej-Nałęcz przyświecała do niedawna wizja jakiej takiej samodzielności upadłego na razie ugrupowania, które ma 1,3 proc. poparcia w elektoracie. To na dzisiaj byłoby oczywiście tylko takie prężenie cherlawego w sytuacji ewidentnej zapaści, ale kto wie, czy po zapowiadanej odbudowie ugrupowania nie byłoby nowym kierunkiem? Tym bardziej, że z odbytych rozmów u prezydenta Nawrockiego wyłania się mgliście coś nowego, choć jeszcze nie wiadomo co. Bo gdyby spojrzeć na to, kto poszedł do prezydenta na Krakowskie Przedmieście, a kto nie, to pewność mamy tylko co do jednego- zarówno marszałek Czarzasty, jak i premier Tusk stoją twardo na koalicyjnym gruncie, podczas gdy Władysław Kosiniak-Kamysz chciał zmiękczyć prezydenta w sprawie spodziewanych wet do niektórych projektów ustaw. A reszta – mowa tu o obu Konfederacjach i Polsce 2050 – o PiS nie wspominając? Chciałoby się i tu mieć jedność z Polską 2050, ale to jak widać marzenie ściętej głowy. Czy premier o to nie zapyta nowej przewodniczącej?
No i wreszcie trzeba jakoś puścić w niepamięć to, co ludzie Polski 2050 sobie wzajemnie mówili i wyrzucali, a tu nawet Jezus Chrystus byłby zapewne bezradny. Nie wchodząc zaraz na aż tak wysoki, bo boski diapazon, wystarczyłoby po prostu powiedzieć sobie „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Na to się na razie w poselskich dołach nie zanosi, choć mamy do czynienia z całkiem pojednawczymi gestami przegranej. Nie ma tu zresztą żadnych wzorców. Pewną podpowiedzią byłoby przyznanie się do niepotrzebnych emocji, przeproszenie za nie – dla jednych wystarczające, dla innych zupełnie nie… Być może wszystko to trzeba wewnętrznie tak w Polsce 2050 przepracować, aby na zawsze uodpornić się na kryzysy i na dobre wyjść ze strefy spadkowej tej naszej pokerowej ligi politycznej. Ale na pewno karty w Polsce 2050 rozdaje Pełczyńska-Nałęcz.
***
czy wpuściłbyś pod swój dach
uchodźcę z Ukrainy? –
pyta internetowy portal
Andrija Bondara i Sofijkę
nawet z dzieckiem
i z teściami
tak
ale czy także
z dwoma psami
tego nie wiem
Bojczenków
całą trójkę
Hałynę Kruk
nawet z nowym facetem
Katię Babkinę
nawet starszą o dwadzieścia lat
Dmytra Pawłyczkę
nawet osiemdziesięciopięcioletniego
Lubow Jakymczuk
nawet w ciąży
Dzwinkę Matijasz nawet z siostrą Bohdaną
i Bohdanę Matijasz nawet z siostrą Dzwinką
Saszkę Irwancia z Oksaną
Natałkę Biłocerkiweć z Mykołą
Mykołę Riabczuka z Natałką
Pawła Szczyrycię nawet z wrzodami
na żołądku
Wierę Meniok i małą Wierkę
z Drohobycza
i Lonię Goldberga również stamtąd
choć niech nie liczy że mu potwierdzę
na Linkedinie że jestem
jego znajomym
Serhija Żadana
choć jest z Charkowa
Saszkę Kabanowa
choć pisze rymowane wiersze
i robi to po rosyjsku
Andrija Lubkę
bez zastanowienia
i Neboraka Kijanowską Beleja
Strongowskiego i Sływynskiego
Semenczuka i Wynnyczuka
Łyszehę i Danę Pinczewską
i kobietę która się ukrywa pod
nickiem verandabalkonova
i w księgarni E
w 2010 dostałem od niej
liścik
Maryjkę Martysiewicz Igora Biełowa Wasyla Machnę
no nie Maryjka to Białorusinka Igor to Rosjanin
a Machno od czternastu lat
mieszka nie w Tarnopolu a w Nowym Jorku
więc najpierw niech Amerykanie
zniosą dla Polaków wizy
***
z lewej strony ekranu napis:
na żywo: krwawe starcia w Kijowie
wchodzę na espreso.tv
a właściwie jego retransmisję
strzały
barykady
płonące opony
morze głów
z hotelem Ukraina w tle
przemówienia
od czasu do czasu
zagłuszane
przez reklamy pasty do zębów
w hotelu Ukraina
późną ciepłą jesienią
2012 przez dwa dni
mieszkałem na piątym piętrze
z widokiem na Majdan
późnym wieczorem
wracałem z Arsenału
ulicą Instytucką
w barku przy recepcji
piłem z kimś koniak zakarpacki
kto to był może Leś Belej
nie pamiętam
ale z lotniska odbierała mnie
i odwoziła do Boryspola
Ola Bratczuk
i ją też bym wpuścił
pod swój dach
oglądam zdjęcia w internecie
ten hol na dole
gdzie wtedy prócz recepcjonistki
nas dwóch i jakiejś kobiety
gotowej zająć się
czyjąś samotnością
nie było nikogo
zamieniony
na polowy szpital
i kostnicę
***
w puławskim mieszkaniu
dobiegają mnie głosy z podwórka
harmider krzyki jakieś śpiewy trzaski
podchodzę do okna
wychodzę na balkon
na trawniku pod oknami dwóch
sąsiednich klatek
schodowych
tłum
kilkadziesiąt osób
to uchodźcy z Ukrainy
domagają się by ich wpuszczono
do mieszkań
są agresywni
krzyczą
sława Ukraini herojam sława
nikt do nich nie wychodzi
nikt im nie otwiera
dziwi mnie
że wybrali tylko
dwie pierwsze klatki
zupełnie nie zainteresowani
tą w której mieszkam
budzę się w warszawskim mieszkaniu
słyszę te same głosy co we śnie
na ekranie telewizora
prjama translacja z Majdanu
***
wstyd mi kochani
że tym bardziej
jestem z wami
im bardziej nie słyszę
waszych przywódców
i wszystkich
którzy mówią
do was ze sceny
również po polsku
Jesteśmy w Polsce w sytuacji analogicznej do całej Europy. Szarpanina, rozbieżność interesów, krótkowzroczność elit partyjnych zagrażają bezpieczeństwu regionalnemu i krajowemu w kontekście pełnoskalowej wojny na terenie Ukrainy, która może się rozlać na cały region.
Na szczęście co bardziej przytomni i aspiracyjni politycy – jak Macron, Tusk, Merz, von der Leyen – podejmują działania scalające Unię wokół idei pomocy i wsparcia Ukrainy, rozumiejąc konieczność przeciwstawienia się Putinowi. Ten proces niejako w naturalny sposób przechodzić musi w jednoczenie Unii, jako takiej.
Znaleźliśmy się w klasycznym pacie politycznym. Warto tu przypomnieć, co odróżnia efekt Hamiltona[1] od dialektyki Hegla. Filozofia Hegla opisuje proces, w którym konflikt między tezą a antytezą nie zostaje rozstrzygnięty siłą, lecz przekształca się w syntetycznie w nową jakość, która zachowuje istotne elementy stron, ale eliminuje ich sprzeczności. Taki proces nie jest chwilowym kompromisem, lecz prawdziwą transformacją strukturalną.
W polityce często jednak obserwujemy nie rozwiązywanie tylko zamrażanie sprzeczności, kreujące tymczasowe chwiejne koalicje funkcjonalne. To właśnie nazwałbym umownie efektem Hamiltona – zgodą wynikającą nie ze wspólnej wizji, lecz z istnienia wspólnego zagrożenia.
Karol Nawrocki, wspierany ciągle jeszcze przez Prawo i Sprawiedliwość, reprezentuje stanowisko nacjonalistyczne, sceptyczne wobec integracji UE i czasami ambiwalentne wobec polityki wojennej wobec Rosji. Jest to swoistym curiosum, jeśli weźmie się pod uwagę fotel, który zajmuje. Formalnie podtrzymuje wsparcie dla Ukrainy, ale jego retoryka często koncentruje się na obawach społecznych związanych z uchodźcami. To z kolei osłabia jednoznacznie proukraińską narrację, którą Polska prowadziła wcześniej, także za rządów jego akolitów.
Rząd Donalda Tuska jest w większości centrowy i proeuropejski, opowiadając się za silną rolą UE i NATO w obronie Ukrainy oraz za liberalnym porządkiem prawa. To stanowisko jednak napotyka w kraju rosnące zmęczenie społeczeństwa kosztami wojny i wewnętrznymi napięciami, co ogranicza zdolność do jednoznacznej mobilizacji na rzecz Ukrainy.
Konfederacja, jako ruch skrajnie prawicowy i wolnorynkowy, jest znana z krytyki UE i z silnych akcentów na suwerenność. Część jej postulatów może być postrzegana jako prorosyjskie; jest ona albo sceptyczna, albo otwarcie sprzeciwia się polityce wspierania Ukrainy na zasadach kształtowanych przez Zachód. Meandrowanie Mentzena w trzech kierunkach swobody faktograficznej, emocjonalnej i narracyjnej świadomie zamazuje obraz, tworząc przestrzeń dla kreatywnych sojuszników z obrzeży tez i dowodów.
Czy zatem w tej sytuacji porozumienie i odrzucenie sprzeczności są do osiągnięcia?
Wydaje się, że aktualnie łatwiejsze będzie zamrożenie sprzeczności niż ich duchowe przezwyciężenie. Do tego ostatnio coraz głośniej nawołuje premier Tusk, ale i nowy marszałek Włodzimierz Czarzasty:
To zdecydowanie nie jest proces heglowski – tutaj strony nie znajdują wspólnej jakości, lecz trzeba by je zachęcić do odłożenia rozwiązania konfliktów na później, właśnie w oparciu o uzgodnienie wspólnego wroga, może nawet na razie bez trwałego projektu politycznego, który miałby to połączyć.
Europa i Polska, jak wspomniałem, stoją w obliczu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Konflikt, który skupia uwagę całego świata, wymaga strategicznej współpracy instytucji i państw. Unia uzgodniła właśnie znaczące wsparcie finansowe dla Ukrainy (90 mld euro), co pokazuje, że solidarność europejska na szczęście wciąż działa, pomimo napięć wewnętrznych.
Trzeba też zauważyć, że działania ważnego, choć oddalonego w każdym wymiarze Donalda Trumpa wprowadzają nieprzewidywalność w polityce USA wobec Europy i Ukrainy. Trump sygnalizował chęć zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i krytykę dotychczasowej strategii wobec rosyjskiej agresji, co może podważać transatlantycki konsens, jeśli nie zostanie zaadresowane politycznie. Trump chce szybko zakończyć wojnę (pod sprytnym humanitarnym hasłem: „skończmy z tym zabijaniem”), bo chce przywrócić współpracę handlową z Rosją. Na horyzoncie są wielkie pieniądze, a w ich obliczu rośnie uległość prezydenta USA wobec Rosji. Staje się on skłonny oddawać, co się da; zwłaszcza, że to wszak nie swoje by oddawał… Ciągle nie udaje mu się osiągnąć taniego dolara mimo szalonych z pozoru ruchów, więc szuka sposobu, aby swój sklep jakoś zatowarować po konkurencyjnych cenach. Ten schemat myślenia jest mu akurat bliski, bo zna się na handlowaniu…
Aby Polska i Europa mogły skutecznie stawić czoła nie tylko Rosji, ale i presji geopolitycznej USA Trumpa, konieczna jest nowa jakość polityki narodowej i europejskiej, która łączy różne wrażliwości w realny projekt bezpieczeństwa, integracji i stabilności.
Skoro sprzeczności nie są przezwyciężane automatycznie, potrzebna jest polityczna i społeczna praca nad wspólną narracją bezpieczeństwa. Zamiast sporu o UE czy imigrantów, należałoby skoncentrować debatę na tym, co realnie może łączyć:
Takie przesunięcie tematyki zmniejszałoby napięcia i nawigowało główny konflikt ku uświadamianiu zagrożenia zewnętrznego. Wydaje się, że konieczne są instytucjonalne mechanizmy:
To nawiązuje do przywoływanej tu heglowskiej syntezy – nie likwiduje różnic, ale tworzy nową wspólną przestrzeń działania. Aby ruszyć z miejsca, potrzebna jest mobilizacja społeczna. Dzisiejsze podziały w Polsce odzwierciedlają różnorakie lęki społeczne: ekonomiczne, kulturowe, bezpieczeństwa. Społeczeństwo jest znudzone brakiem efektów w realizacji obietnic wyborczych, pomimo iż ostatnio bardzo się ten proces rozkręca. Budowanie poczucia wspólnoty poprzez politykę społeczną, zdrowotną i edukacyjną może zmniejszyć skrajne sprzeczności i sprawić, że żądanie jedności nie będzie tylko elitarne.
Bardzo aktywna jest ostatnio postawa marszałka Czarzastego, który silnie zmienia wizerunek swój i Lewicy. To polityk zdroworozsądkowy, koncyliacyjny, ceniący lojalność i dane słowo, rozumiejący prostego człowieka, bez aury machiawelizmu tak mocno ostatnio manieryzującej politykę. Idzie nową drogą i buduje silną pozycję drugiej osoby w państwie, co bardzo jest oczekiwane po wprawdzie wygadanym (nawet ciętym, ale jednak zwykle pustosłowiem) poprzedniku na tej funkcji. To otrzaskany w politycznym boju wojownik, ale i doświadczony przywódca, którego stabilizująca rola w koalicji jest nie do przecenienia. Wzajemny szacunek Tusk-Czarzasty także robi swoje. Oby wrócił czas, gdy słowo było warte pieniędzy, a podpis zastępował uścisk dłoni. Znakomity ruch z nominacją Marka Siwca i Jerzego Woźniaka do Kancelarii Sejmu wzmocni skuteczność tego urzędu i drożność decyzyjną całego aparatu, co wobec rozchwianej sytuacji politycznej może się okazać jednym z kluczowych elementów usprawnienia parlamentu i wskazówką dla innych, że można.
Nadchodzi czas lewicy. Aleksander Kwaśniewski odchodząc z urzędu w 2005 roku powiedział, podsumowując ówczesną sytuację: „Lewica 25 lat nie dojdzie do władzy, ale jeśli chce wrócić, to już od dziś musi walczyć o zachowanie struktur i materii”. Właśnie proroctwo się spełnia. Dziś potrzebna jest nowa interpretacja lewicy, jej misji i definicji celów. Z zadowoleniem zauważam, że aktualni politycy lewicy trafiają do społecznego przekonania. Są rozumiani i słuchani.
W swoim czasie Czarzasty był krytykowany za autokratyzm w partii, porządkowanie priorytetów według własnych kryteriów, czasem nawet drastyczne windowanie zbyt młodych, zasysanie zewnętrznych intelektualistów czy sprawnych w osiąganiu celów lokalnych i środowiskowych liderów. Gdy spojrzymy na te wydarzenia z lotu ptaka, dostrzegamy wykonanie ogromnej pracy u Augiasza.
Znam Włodka 40 lat. Tak, byłem przy tym, jak czepiała się go bezpieka w latach 80., gdy go nakryto z tzw. bibułą – bo duchem był niepokornym. Pamiętam jego pełne emocji wystąpienia i debaty w środowisku kultury akademickiej, z teatrami, kabaretami i dysydenckimi twórcami, gdy przejmował pałeczkę w ZSP po Aleksandrze Kwaśniewskim i Marianie Redwanie. Szczerze walczył o wolność i niezależność ruchu studenckiego. Jeździł po kraju i pracował na podstawowych szczeblach. Pamiętam jego fryzurę afro i ukuty przez kolegów z Politechniki Warszawskiej przydomek „Czapieżasty” oddający także jego charakter i to, jak był postrzegany w środowisku. Był urodzonym liderem drugiego szeregu. Był tam, gdzie trzeba było pracować, rozmawiać, przekonywać, negocjować, zawierać sojusze i szukać kompromisów – nawet tam, gdzie ich nie było widać na horyzoncie. W pewnym momencie, po oczyszczeniu pola, okazało się, że sam musi sięgnąć po prymat i laur. Idę o zakład, że nie to było wtedy jego celem.
Najpierw porządkując partię wewnętrznie i skupiając zwolenników wokół głównych celów, a potem syntezując idee, instrumenty i zasoby ludzkie, zwiększył dobrostan. Podjął niepopularne decyzje, przyjmując odium krytyki. Choćby oczyszczając pole z wiszących kandelabrów z dawno wypalonymi świecami. Odeszła wówczas z władz, a nawet całkiem z partii, samodzielnie lub pod presją, spora grupa weteranów. Trudno – koszty. Pojawiają się w mediach lub na platformach społecznościowych spełniając raczej rolę wentyla lub satyryka politycznego. Inni, jak premier Cimoszewicz, profesorowie Rosati, Kołodko, usadowili się w niszy sumienia narodu i od czasu do czasu nadają ważny komunikat. Są czymś na kształt klejnotów w koronie, które stanowią o prestiżu i bogactwie intelektualnym. W tym kontekście trudno mi zrozumieć Joasię Senyszyn, której wypowiedzi (tchnące nieco zazdrością chyba), że Czarzasty nie będzie dobrym marszałkiem, wydają się trochę małostkowe. (Za korale dziękujemy!)
Dziś mamy do czynienia z odradzającym się stronnictwem politycznym, ale i ruchem społecznym. Nowa Lewica ze swymi 25 tysiącami zarejestrowanych członków to poważna gwardia.
Każda formacja wyczerpuje swój model. Na naszych oczach tak stało się z silną AWS, którą rozsadziły siły odśrodkowe, z ZSL, SD, to samo – jak dobrze wszak pamiętamy – spotkało SLD. Teraz ten proces dotyka PiS, ale i smuży się także mgielny dym po partyjnych zaułkach KO… Pęka stary ład i ludzie poszukują nowych autorytetów. Duopol kiśnie i eroduje. Nadchodzi poważne przegrupowanie polityczne. Sondaże straszą przywódców i zachęcają do zmian. Idzie nowe!
Lewico, stawaj do boju o dusze potrzebne do odbudowy silnej koalicji dla poobijanej Polski, bądź spoiwem tej tak potrzebnej syntezy mocy i dobra! Mamy siłę, zasoby i wolę.
[1] Alexander Hamilton, 1757–1804, jeden z ojców-założycieli USA.
Artykuł ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Jaka jest sytuacja w Polsce 2050 każdy widzi, już nawet zwycięstwo wicemarszałka Hołowni w swoim ugrupowaniu nie jest pewne, nie wspominając o innych kandydaturach – czających się w połowie wyborczej drogi. Każde rozstrzygniecie personalne oznacza podział i nieuchronny krach, który tli się zresztą od wielu miesięcy, co zredukuje to ugrupowanie do roli masy spadkowej. Żeby choć była możliwość zasilenia tą 31-osobową in corpore masą np. klubu PSL?
Ale na to się nie zanosi. Dziwne, ale posłowie Polski 2050 nadal mają muchy w nosie i winią za klęskę wszystkich dookoła, a proza życia brutalnie odsłoniła prawdę. Zawiodła prosta umiejętność dodawania i odejmowania liczb naturalnych i dlatego pierwotne głosowanie stało się tak pięknie widowiskową klapą, jak u Greka Zorby. No i przy okazji dowiedzieliśmy się, że niecały tysiąc osób to cała Polska 2050, a liczba 20 tys. głosujących (kto by nie chciał mieć takiej partii w Polsce!) musi aż spowodować reakcję służb, czy aby nie doszło do ataku? Warto odnotować ten paradoks, że dwudziestotysięczne poparcie wywróciło wybory, bo komuś nie chciało się odnowić prawidłowo subskrypcji.
Z przekazów nieoficjalnych zanosi się na to, że rozkurz w tym ugrupowaniu będzie straszliwy i chaotyczny. Czyli, że nie ma nawet planu na kontrolowaną upadłość, bo czymże jest decyzja wicemarszałka Hołowni o wylogowaniu się z piątkowych obrad kierowniczego gremium swojej partii, jak nie powiedzeniem „róbcie co chcecie, mam was w nosie, idę spać”. Różnie w różnych ugrupowaniach w przeszłości bywało, ale żeby po paru godzinach lider tak wymiękał? Innymi słowy mamy koalicyjny pokład, która szybko nabiera wody. Niestety, odkładanie ratunku na ostatnią chwilę nie jest dobre, bo nawet orkiestra przestała grać. To oczywiście oznacza kolosalny kłopot dla samej koalicji, w której zresztą od wielu miesięcy utrzymuje się przekonanie, że Polska 2050 jest jej trwale chorym elementem. Byłoby więc wskazane, żeby zarówno z KO, jak i PSL poszły odważniejsze zachęty do przenosin na pewniejsze pokłady, póki nie jest jeszcze za późno, bo to że PiS i Konfederacja chcą zgarnąć niektórych posłów, jest niestety równie pewne. Tych ostatnich nie winiłbym za to, że właśnie w ten sposób się ratują – instynkt nakazuje, aby poszukiwać bezpiecznej przystani, a czy jest nią nadal koalicja?
Trzeci wariant przewidywałby zrobienie czegoś pomiędzy koalicją a opozycją i wystawanie każdorazowo rachunków za poparcie, czyli siedzenie okrakiem na barykadzie. Bądź trwanie w szpagacie – bo jednak ambitne kobiety Polski 2050 także należy uwzględniać. Nie jest to, jak wiadomo, wygodna pozycja do robienia polityki, ale parę osób twierdzi, że w tej sytuacji jedyna możliwa. W takim stanie rzeczy Polska 2050 byłaby poza koalicją, ale też poza opozycją; oczywiście, o ile dałoby się utrzymać jakoś spójność tej masy spadkowej i do minimum ograniczyć ucieczki. Co ciekawe wicemarszałek Hołownia byłby dowódcą takiego chocimskiego manewru, no ale w takim razie co z ludźmi zasiadającymi zarówno w Alejach Ujazdowskich jak i poszczególnych ministerstwach? Premier by ich zatrzymał, jako gest dobrej woli, przy przyjęciu takich reguł gry? Nie wierzę, to po prostu nie może się ziścić, Donald Tusk zależny od Hołowni w każdej właściwie politycznej sprawie?
Czyli zostaje na stole wariant inkorporacyjny, co nie byłoby obarczone jakimś szczególnym wstydem i nawet mogłoby być uzasadnione tzw. losem demokracji, pytanie czy solo (pojedynczy politycy), a może grupowo – jeszcze pod flagą Polski 2050? I takie właśnie pytanie powinno paść na poniedziałkowym etapie dyskusji gremium kierowniczego Polski 2050 o godz. 18.00, bo już nie ma chyba sensu rozważanie kolejnej tury wyborów, co może przyspieszyć tylko rozpad. A bardziej zastanowienie się, co dalej i czy jest jakaś mapa drogowa, pod którą podpiszą się wszyscy, żeby sztandar wyprowadzić i rozpocząć nowe życie, na uzgodnionych warunkach.
Najdalej od tego wszystkiego znalazł się Włodzimierz Czarzasty, który realizuje, nie bez sukcesów, swoją agendę, stając się drugim po Tusku liderem koalicji. Ruszył się marszałek pociągiem po Europie, a na Wiejskiej otworzył Salę Kolumnową, ślicznie wykonaną i bardzo multimedialną, czego mu osobiście gratulowałem jako doskonałego przykładu ciągłości władzy. To, co postanowiła swego czasu prawicowa marszałek Witek, realizował wykonawczo centrowy marszałek Hołownia, otworzył lewicowy marszałek Czarzasty, który to zresztą słusznie podkreślił i wszystkim podziękował. Będzie więc odnowione miejsce obrad komisji, wynik wyżej wymienionej sztafety, której efekt naprawdę cieszy oczy.
W początkach grudnia 2025 roku prezydent Trump ogłosił nową amerykańską Strategię Narodowego Bezpieczeństwa. Przedmiotem tej krótkiej analizy jest przebieg jej realizacji.
I . Polityka Stanów Zjednoczonych w Amerykach:
– implementację Doktryny Monroe w nowej zrewidowanej postaci Doktryny Donroe charakteryzuje nadzwyczajne tempo i determinacja;
– działania militarne na Karaibach, działania zbrojne wobec Wenezueli, zapowiedzi możliwych dalszych działań w Kolumbii, Meksyku, w Panamie, a dalej na Kubie mieszczą się w szeroko rozumianych ramach Doktryny Trumpa;
– Stany Zjednoczone dążą do wyeliminowania wpływów ekonomicznych i politycznych innych wielkich mocarstw w Amerykach, co jest zgodne z Doktryną;
– Stany Zjednoczone przejmują zasoby, bogactwa mineralne i kontrolę polityczną w niektórych państwach Ameryki Południowej bez angażowania wojsk lądowych i stałej okupacji, co jest zgodne z Doktryną.
Niespotykana jest szybkość, z jaką prezydent Trump „poprawia” Doktrynę Monroe, ale treść jego działań w regionie jest kontynuacją tradycyjnej amerykańskiej polityki interwencji i kolonializmu. Działania administracji nie są podyktowane względami bezpieczeństwa. Na pierwszym miejscu jest zysk: przejęcie naturalnych bogactw i inne korzyści ekonomiczne, a na dalszym walka z narko-handlem. W polityce Trumpa chodzi o dominację polityczną zapewniającą przejęcie kontroli nad surowcami energetycznymi i rzadkimi minerałami.
II. Testowanie granic zasięgu amerykańskiej sfery wpływów:
Przypadkiem granicznym jest Grenlandia, która w sensie geopolitycznym nie należy do Półkuli Zachodniej, lecz leży na przecięciu wielkich szlaków atlantyckiego i arktycznego. Prezydent Trump zapowiedział rychłe zaanektowanie wyspy, przejęcie jej na własność, nie wykluczając operacji militarnej przeciw sojusznikowi z NATO.
Ekspansja terytorialna była motywem przewodnim amerykańskiej historii w wieku XIX. Granica Ameryki znowu jest ruchoma (Moving Frontier), tak jak zdefiniował ją klasyk amerykańskiej historiografii Frederick Jackson Turner (1893). Kolosalną zmianą w skali globalnej byłaby aneksja Kanady, której wcześniej groził prezydent Trump.
III. Efekt Wenezueli : dokończenie „kodyfikacji” reguł gry między państwami – prawo międzynarodowe i instytucje międzynarodowe:
Po militarnej akcji w Wenezueli zaostrzyła się amerykańska krytyka prawa międzynarodowego. Według niej Stany Zjednoczone same stanowią dla siebie reguły gry bez względu na zasady prawa międzynarodowego i zobowiązania traktatowe. Tak doprecyzowane credo jest efektem łatwego sukcesu militarnej akcji w Wenezueli.. Jedynym regulatorem stosunków między suwerennymi państwami jest siła. Prawo międzynarodowe to „niuansy” („international niceties”), jak powiedział S. Miller, zastępca szefa sztabu Białego Domu. Stany Zjednoczone jako mocarstwo dysponują takim zasobem siły, który unieważnia bariery wynikające z międzynarodowych norm. W wywiadzie dla New York Times’a prezydent Trump (8. 01. 2026) orzekł, że jedynym ograniczeniem jest jego umysł i jego moralność.
W trakcie drugiej prezydentury Trumpa Stany Zjednoczone przyczyniły się do erozji istniejących od czasu I Wojny Światowej i udoskonalonych po II Wojnie zabezpieczeń i norm dotyczących użycia siły. Lekceważenie tych norm przez najsilniejsze militarnie mocarstwo na świecie, tak wyraźne w ostatnich tygodniach, pogarsza stan międzynarodowego bezpieczeństwa.
Wykładnikiem skrajnie krytycznego nastawienia Stanów Zjednoczonych do ośrodków i zasad ograniczenia użycia siły czyli do idei multilateralizmu i organizacji międzynarodowych była ich styczniowa decyzja wycofania się z 66 instytucji ONZ i spoza systemu. Według zapowiedzi jest to początek, a nie koniec procesu rezygnacji Stanów Zjednoczonych z partycypacji w globalnym systemie zarządzania sprawami planety.
IV. Ocena sposobu praktycznej realizacji Strategii Narodowego Bezpieczeństwa
Wydaje się, że prezydent Trump w ciągu tych zaledwie kilku tygodni wprowadzał w życie swoją doktrynę w sposób pospieszny, bezpośredni i zdecydowany z wykorzystaniem repertuaru hard power oraz nacisku politycznego i ekonomicznego, nie licząc się z prawem międzynarodowym, z „międzynarodową opinią publiczną” i z aliantami. Zgodnie z linią Dokumentu nie odwoływał się do soft power wykorzystywanej w przeszłości przez Stany Zjednoczone.
Stany Zjednoczone przy realizacji swojej jednostronnej wizji nie napotkały dotąd na silny opór. Koszt poniesiony przez Stany w operacjach na Zachodniej Półkuli był minimalny. Jest on natomiast bolesny dla celów tych działań, nie tylko dla rządów ale destabilizuje życie milionów ludzi.
V. Grenlandia albo NATO
Wiele wskazuje, w tym zwłaszcza wypowiedzi prezydenta Trumpa już po ogłoszeniu Strategii, że jego priorytetem jest pozyskanie Grenlandii a nie spójność Sojuszu Atlantyckiego. Dla Trumpa NATO jest narzędziem, którym skutecznie dyscyplinuje i podporządkowuje europejskich sojuszników wiedząc dobrze, że Europa nie chce za żadną cenę zrezygnować z amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Cząstkowe koncesje takie jak militarne inwestycje Danii i NATO na Grenlandii nie są niczym więcej jak kupowaniem czasu przez Europę przed nieuchronnym przejęciem wyspy przez Stany Zjednoczone. Pakt Północnoatlantycki przetrwa, ale nie jako ścisła wspólnota bezpieczeństwa (według teorii Karla Deutscha), tylko jako jej luźniejsza forma. Przetrwa bo nadal będzie dla Stanów Zjednoczonych cennym instrumentem zarządzania Europą i bazą do operacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce, a Europa nie potrafi i nie ma odwagi dostrzec alternatywy dla NATO.
VI. Mnożą się pytania, na które nie można dzisiaj odpowiedzieć:
Czy prezydent Trump testuje granice swojej własnej doktryny? Czy aktywizm prezydenta nie napotka na barierę ograniczonych zasobów materialnych i intelektualnych aparatu państwa (już teraz widać tendencję do działań ad hoc w miejsce przemyślanej długofalowej strategii).
Czy łatwe zwycięstwa prezydenta Trumpa nie są sukcesami na krótką metę i czy nie są zapowiedzią ugrzęźnięcia Stanów Zjednoczonych w długofalowych konfliktach (por. Wietnam, Irak, Afganistan), z których nie potrafią wyjść bez strat?
Czy jesteśmy świadkami stopniowego przesuwania się prezydenta Trumpa od polityki rewizjonizmu i ograniczonej ekspansji zaprogramowanej w Dokumencie do ekspansjonizmu bez granic?
Jak długo prezydent Trump i jego administracja może rozszerzać pojęcie mocarstwowego interesu kosztem innych suwerennych państw, międzynarodowych norm i instytucji, bez napotkania na rzeczywiste przeciwdziałanie i konsekwencji dla strategicznej stabilności i globalnej równowagi sił?
Czy w rezultacie uprawiania polityki opartej na sile, zwłaszcza na sile militarnej i na metodach siłowego nacisku także wewnątrz państwa, Stany Zjednoczone nie staną się państwem garnizonowym?
Co powiedzą amerykańscy wyborcy w nadchodzących wyborach do Kongresu na redefinicję amerykańskiej misji, tak całkowicie wypraną z innych idei, prócz dążenia do przejmowania cudzych zasobów i terytoriów oraz na praktykę nieustannych interwencji?
Warszawa, 10 I 2026
(przemyslawgrudzinski@yahoo.com)
Kontekst: co się stało w Wenezueli?
W wyniku operacji „Absolute Resolve” siły specjalne USA aresztowały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro oraz jego żonę, a następnie przetransportowały ich poza granice kraju. Prezydent Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone „będą zarządzać Wenezuelą” do czasu jej „bezpiecznej i odpowiedniej przemiany”.
Pierwsze decyzje administracji amerykańskiej wskazują, że Waszyngton skłania się raczej ku utrzymaniu dotychczasowych struktur administracyjnych państwa pod pewną formą amerykańskiej kurateli. Oznacza to rezygnację z „wariantu irackiego”, czyli całkowitego odsunięciu dotychczasowych elit i struktur władzy, co w Iraku zakończyło się w zasadzie rozpadem państwowości i długotrwałym chaosem.
Reakcja międzynarodowa była wyraźnie spolaryzowana. Rosja, Chiny, Iran oraz większość państw Ameryki Łacińskiej potępiły działania USA jako „agresję zbrojną” i naruszenie suwerenności. UE i NATO nie zdecydowały się na jednoznaczne potępienie operacji, ograniczając się do ogólnych wezwań do przestrzegania prawa międzynarodowego. Wielu ekspertów określiło tę postawę jako reakcję „przytłumioną”.
Największym pewnikiem pozostaje to, że wszelkie zawirowania wokół Wenezueli – dysponenta największych na świecie rozpoznanych zasobów ropy naftowej – mogą wpływać na globalne ceny ropy oraz logistykę dostaw.
Na ile realne jest „zarządzanie Wenezuelą” przez USA?
Zapowiedź prezydenta Trumpa, że USA „będą zarządzać Wenezuelą” do czasu „przemyślanej przemiany”, w praktyce może oznaczać ustanowienie amerykańskiej administracji tymczasowej lub administracyjną kontrolę nad kluczowymi instytucjami i zasobami państwa, w szczególności sektorem naftowym. Otwierałoby to możliwość sprzedaży wenezuelskiej ropy na preferencyjnych warunkach na rzecz USA i ich sojuszników, a tym samym używania jej jako narzędzia politycznego i ekonomicznego.
Jednocześnie liczni eksperci podkreślają, że długotrwałe „zarządzanie” Wenezuelą przez USA byłoby przedsięwzięciem niezwykle kosztownym i ryzykownym. Stany Zjednoczone mogłyby napotkać zarówno silny opór wewnętrzny, jak i presję międzynarodową – ze strony ONZ, państw Ameryki Łacińskiej, a także Rosji i Chin. Bardziej realistycznym scenariuszem wydaje się więc krótkookresowe zarządzanie (kilka miesięcy do roku), po którym nastąpiłoby przekazanie władzy rządowi przejściowemu, prawdopodobnie silnie zależnemu od USA.
W tym kontekście warto przywołać opinię uznanego amerykańskiego politologa i komentatora Fareeda Zakarii, który wskazuje, że dla prezydenta Trumpa kluczowa była szybka, zdecydowana akcja i demonstracja siły. W tej perspektywie – w jego opinii – pytanie o to, kto będzie rządził w Caracas za kilka miesięcy, będzie miało znaczenie drugorzędne.
Pogląd ten dobrze współbrzmi z dominującym przekazem medialnym. Deklaracja „będziemy zarządzać Wenezuelą” ma przede wszystkim silny wydźwięk propagandowy – ma pokazać globalną sprawczość USA i wywołać „efekt mrożący” wobec innych państw uznawanych przez administrację Trumpa za wrogie.
Możliwe pozytywne konsekwencje dla Polski
– Potencjalne obniżenie cen ropy
Wenezuela dysponuje ogromnymi zasobami ropy, jednak jej produkcja była przez lata ograniczana przez sankcje i głęboki kryzys wewnętrzny. Sektor naftowy wymaga znacznych inwestycji oraz sprawnego zarządzania. Jeśli kraj – zapewne przy znaczącym udziale USA – relatywnie szybko odbuduje produkcję i eksport, może to zwiększyć globalną podaż ropy, sprzyjając stabilizacji, a nawet obniżeniu jej cen.
Taki scenariusz mógłby złagodzić presję na ceny paliw w UE, pozytywnie wpływając na inflację i koszty energii w Polsce. Należy jednak podkreślić, że jest to wariant jednoznacznie korzystny, lecz silnie uzależniony od czynników politycznych oraz gry interesów państw OPEC i największych gospodarek świata, w tym Chin i Indii.
– Wzmocnienie roli USA jako sojusznika
Polska od lat opiera swoją strategię bezpieczeństwa na ścisłym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza w kontekście agresywnej polityki Rosji, wojny w Ukrainie oraz rosyjskich działań hybrydowych wobec UE. Operacja w Wenezueli pokazuje gotowość USA do użycia siły wobec reżimów uznawanych za wrogie – a Wenezuela była istotnym partnerem Rosji. Z perspektywy Kremla jest to wyraźny sygnał, że USA dążą do utrzymania dominacji w Ameryce Łacińskiej i będą ograniczać wpływy Rosji (oraz Chin) w tym regionie.
Dla Polski można powyższe ostroznie uznać za dodatkowy czynnik wzmacniający realne i domniemane gwarancje bezpieczeństwa wobec Rosji. Jednocześnie jednak oznacza to pojawienie się nowych obszarów ryzyka, które wymagają chłodnej, realistycznej oceny.
– Presja na UE i przestrzeń dla Polski
Reakcja UE na operację w Wenezueli była bardzo ostrożna, co – jak wskazują m.in. analitycy Chatham House – obnaża jej słabość jako aktora globalnego i zależność od USA. Waszyngton coraz częściej traktuje UE jako partnera, którego można pomijać, jeśli nie wpisuje się w amerykańską strategię.
Narastające napięcia wokół Grenlandii – w tym sugestie rozmów o jej stowarzyszeniu z USA kierowane bezpośrednio do Nuuk, z pominięciem Kopenhagi – są tego wyraźnym przykładem. Dla Polski sytuacja ta nie jest komfortowa, gdyż w skrajnym przypadku może oznaczać konieczność podejmowania strategicznych decyzji w warunkach rosnącej presji i niepewności.
Jednocześnie obecna sytuacja stwarza przestrzeń do aktywnego wspierania przez Polskę idei wzmocnienia autonomii strategicznej UE w obszarze bezpieczeństwa. Nie musi to oznaczać osłabienia relacji z USA – przeciwnie, można argumentować, że większa samodzielność Europy wpisuje się w wielokrotnie artykułowane amerykańskie postulaty.
Negatywne konsekwencje dla Polski
– Zagrożenie dla porządku opartego na prawie
Operacja w Wenezueli, przeprowadzona bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, jest przez wielu ekspertów postrzegana jako naruszenie zasady suwerenności i zakazu użycia siły. Stanowi to niebezpieczny precedens, który mogą wykorzystywać inne państwa – z polskiej perspektywy przede wszystkim Rosja. Przykład Wenezueli może posłużyć Moskwie do uzasadniania dalszych działań w regionie, np. wobec Mołdawii, kontynuacji wojny w Ukrainie ale też mniej lub bardziej otwartych gróźb i nacisków na Bałtów. Zagrożeniem nie jest wyłącznie samo łamanie prawa międzynarodowego – wielokrotnie przez Rosję już złamanego – lecz erozja dotychczasowego konsensusu co do tego, jak prawo to powinno być interpretowane i respektowane.
Dla Polski, która od 1989 roku konsekwentnie deklaruje przywiązanie do porządku międzynarodowego opartego na prawie i swobodzie wyboru sojuszy, jest to precedens szczególnie niebezpieczny.
– Zwiększone ryzyko dla NATO i UE
W ostatnich deklaracjach amerykańskich – od wystąpienia J.D. Vance’a w Monachium po zapisy w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – coraz częściej pojawia się teza o wewnętrznych problemach Europy, podważających jej wiarygodność jako sojusznika. Niepokojące są sugestie, że USA powinny „wspierać państwa dążące do suwerenności i tradycyjnego stylu życia”, wskazując m.in. Polskę, Węgry, Austrię czy Włochy jako kraje, które należałoby „odciągnąć od UE”. Jest to, niestety, instrumentalizacja wewnątrzunijnych problemów i gra na rozbicie unijnej jedności.
Dodatkowo w amerykańskiej narracji po raz kolejny pojawiły się wypowiedzi dotyczące Grenlandii – autonomicznej części Danii, członka NATO – sugerujące, że USA „będą musiały nią zarządzać” ze względów bezpieczeństwa. Pokazuje to gotowość USA do naruszania suwerenności nawet sojuszników, jeśli uznają to za zgodne ze swoimi interesami strategicznymi.
Operacja w Wenezueli, przeprowadzona prawdopodobnie bez konsultacji z sojusznikami, wzmacnia niepewność w NATO i grozi pogłębianiem podziałów – co w obliczu zagrożeń ze strony Rosji jest szczególnie niebezpieczne. Dla Polski oznacza to ryzyko bycia traktowaną przez USA bardziej jako partner dwustronny niż jako integralna część UE. Już dziś prowadzi to do polaryzacji polskiej klasy politycznej, co samo w sobie stanowi poważne zagrożenie. Otwarte wsparcie USA dla sił eurosceptycznych i narodowo-konserwatywnych może te podziały pogłębiać.
– Kontekst wojny Rosji przeciw Ukrainie
Operacja w Wenezueli może zwiększyć presję na Rosję, pokazując, że USA są gotowe działać bez zgody ONZ, jeśli uznają, że służy to ich celom strategicznym. Musi to być zatem przesłanką do refleksji, że Waszyngton nie zawaha się podejmować działań uderzających w pozycję Rosji również w kontekście ukraińskim, jeśli uzna to za zgodne z własną kalkulacją geopolityczną. Jednocześnie, jeśli Stany Zjednoczone zaangażują się głęboko w stabilizację Wenezueli, może to ograniczyć ich zdolność do dalszego wsparcia Ukrainy – finansowego i wojskowego.
Dla Polski oznacza to konieczność dalszego wzmacniania własnych zdolności obronnych oraz konsekwentnego wsparcia Ukrainy, niezależnie od skali zaangażowania USA. Istnieje bowiem ryzyko, że Ukraina będzie coraz częściej traktowana w Waszyngtonie jako „jeden z wielu kryzysów”, a nie absolutny priorytet.
– Wzrost napięć USA–Chiny i ryzyka globalne
Operację w Wenezueli można także postrzegać jako element szerszej strategii ograniczania wpływów Chin w Ameryce Łacińskiej. Dla Polski oznacza to wzrost napięć na linii USA–Chiny, co może prowadzić do kolejnych kryzysów, napięć i zerwania łańcuchów dostaw, sankcji oraz wzrostu cen energii. Możliwa jest również presja na Polskę, by ograniczała współpracę z Chinami w obszarach infrastruktury i technologii, co wiązałoby się z konkretnymi kosztami gospodarczymi.
– Ryzyko wzrostu cen ropy i inflacji
Choć w długim okresie Wenezuela może stać się istotnym źródłem ropy, w krótkiej perspektywie stagnacja lub destabilizacja kraju może ograniczyć jej produkcję i eksport. Rynki mogą reagować wzrostem cen, obawiając się niedoborów ciężkiej ropy, kluczowej dla wielu europejskich rafinerii.
Dla Polski, nadal w dużym stopniu zależnej od importu surowców energetycznych, długotrwały wzrost cen ropy oznacza wyższą inflację, większe koszty energii dla gospodarki i gospodarstw domowych oraz ograniczenie przestrzeni fiskalnej państwa.
Wnioski dla Polski
Wydarzenia w Wenezueli są geograficznie odległe i nie mają bezpośredniego wpływu na bieżące sprawy Polski. Niezależnie od tego stanowią jednak istotny punkt odniesienia do refleksji nad zmiennością paradygmatów światowego porządku, rolą prawa międzynarodowego oraz trwałością i sprawczością sojuszy, w których stabilność chcielibyśmy wierzyć. Dlatego żaden z poniższych wniosków nie ma charakteru odkrywczego; są one raczej uporządkowanym przypomnieniem kwestii fundamentalnych dla polskiego bezpieczeństwa i przyszłości.
Na pierwszym miejscu w hierarchii polskich priorytetów pozostaje bezpieczeństwo, a w tym kontekście kluczowe znaczenie ma członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Polska powinna konsekwentnie wspierać spójność Sojuszu, jednocześnie aktywnie działając na rzecz wzmocnienia europejskiej zdolności obronnej oraz strategicznej samodzielności. Równoległym celem musi być unikanie roli państwa wykorzystywanego do wewnętrznego osłabiania UE i struktur sojuszniczych – nie tylko przez Rosję, niezależnie od tego, kto i z jakich powodów takie działania podejmuje.
Drugim bezwzględnym priorytetem pozostaje bezpieczeństwo energetyczne, warunkujące stabilność i wydajność gospodarki. Dalsza dywersyfikacja dostaw surowców, a także inwestycje w odnawialne źródła energii i poprawę efektywności energetycznej są w tym zakresie koniecznością. Polska nie powinna opierać swojej strategii energetycznej na nadziei szybkiego napływu taniej ropy z jakiegokolwiek kierunku – również z Wenezueli.
Wsparcie dla porządku międzynarodowego opartego na prawie pozostaje fundamentem polskiego bezpieczeństwa. Jednocześnie należy realistycznie przyjąć, że Stany Zjednoczone mogą działać bez konsultacji z sojusznikami, co po raz kolejny unaocznia potrzebę wzmacniania europejskiej zdolności do samodzielnego podejmowania decyzji i działania w sytuacjach kryzysowych.
Kluczowym czynnikiem odporności państwa pozostaje także spójność wewnętrzna. Polska powinna unikać głębokiej polaryzacji politycznej i społecznej, która może być instrumentalizowana przez państwa trzecie dla realizacji ich własnych celów. W tym kontekście Rosja pozostaje najbardziej oczywistym i konsekwentnym źródłem zagrożeń.
Nikt tego niestety nie wie, bo jak widać, wszystko może się wydarzyć – nawet Trumpowa aneksja Grenlandii czy inne przypadki, jak choćby to, że porwanie Maduro było już dawno przesądzone, obecnie siedzi w amerykańskiej pace, ale jego reżim w Caracas jak najbardziej pozostał. Naprawdę skóra cierpnie, jesteśmy w kropce, szarpiemy się z myślami, zamiast używać prawie trzytygodniowej zimowy – kiedy okoliczności, takie jak śnieg i mróz, sprzyjają!
W takim stanie rzeczy pewną pociechą może być własne boisko, czyli Wiejska 4/6/8, ale zaczynając od generaliów, i tu nic nie jest jasne i wszystko dosłownie może się wydarzyć. Nie jestem optymistą co do rozwoju sytuacji – mimo solo rosnących słupków sondażowych KO, która nie ma żadnych widoków na odnowienie czy wzmocnienie obecnej koalicji. Polska 2050 wybiera swoje nowe kierownictwo, i muszę powiedzieć, że jest to spektakl mało na razie udany, bo aktorzy tacy sobie, a scenariusz już ograny. W PRL była zupa-nic, teraz jest partia-nic, a z tego i Salomon nie naleje. I gdyby nie parę postaci wartych dalszego trwania w polityce polskiej, podzieliłaby dawno los Kukiza. Pamiętacie tego lidera i jego ogromne ówczesne zasięgi? I widzicie, co z niego i jego ludzi dziś zostało? Czy to samo czeka Polskę 2050 – skoro istotna część jej elektoratu przeszła do cichego popierania partii Mentzena i Bosaka, a jedyną treścią suflowaną publiczności jest, kto zostanie liderem i przeciw komu zawierane są aktualnie taktyczne sojusze. Czyni to wrażenie polskiego kotła w piekle, którego Lucyfer na ma potrzeby doglądać. Kukizowy uwiąd Polski 2050 nie jest wykluczony, mówi się że transfery niektórych posłów wiszą na włosku, i to do różnych ugrupowań. Fajnie by było, żeby do PSL, ale chyba to jest kierunek niestety mało popularny…
Co prawda koalicja formalnie trwa, wynik wyborczy z 2023 roku nadal obowiązuje, choć prezydent Nawrocki niweluje go, gdzie tylko może, ale jej trójpartyjna baza jest dziś niewiadomą. Polska 2050 stała się chyba partią bez bazy, choć w różnych telewizjach oglądamy jakichś ludzi, którzy prawdopodobnie ją tworzą. Zazwyczaj zajmują jeden nieduży pokój, albo wręcz stół prezydialny – raczej do partii brydża – a nie budowania partii masowej…I nawet p. Pełczyńska-Nałęcz, mająca jakie takie pojęcie o polityce, tego już raczej nie odczaruje.
Chyba, że wyskoczy nam Ryszard Petru, znany ze swoich wcześniejszych wiekopomnych dokonań, ale w tej kadencji zachowujący się bardzo dojrzale, szefujący komisji, mający dobry przegląd sytuacji w gospodarce. Gdyby zyskał poparcie rywalek na ostatniej prostej, źle by nie było, no ale stoją temu na przeszkodzie szalone ich ambicje. Mógłby nadać trochę nowej dynamiki, o ile wcześniej się nie znudzi albo nie zakocha.
Czyli, jak by nie patrzeć, Polska 2050 to karta bita, bardziej masa spadkowa, która może się komuś nawinąć. Tu generalnie kierunki są dwa. KO, która chętnie wyimpasuje najlepsze figury, i Mentzen, który mógłby złożyć ofertę wahającym się via swoje skrzydło liberalne. To by odpowiadało ruchowi bazy, byłoby logiczne i przez taki transfer nadawałoby Konfederacji oblicza liberalnego bardziej niż teraz. Czy jest to możliwe? Owszem, pod warunkiem że taki krok będzie postrzegany jako podbudowa pod nowe rozdanie, w którym rola Lewicy czy PSL będzie już raczej schyłkowa. Innymi słowy KO mogłoby dostrzec w Konfederacji po takim wzmocnieniu liberalny potencjał, a w PiS przekonano by się, że odważne ruchy są opłacalne i warto się na nie zdecydować, przy gasnącym w oczach Prezesie. I mielibyśmy nową centroprawicę na kolejne lata. To jest scenariusz dość wydumany ale możliwy, spekuluje się, że premier nie ma już siły i cierpliwości do Polski 2050, partii będącej w rozsypce i nic do koalicji, prócz pretensji, nie wnoszącej. Jedyne, co mówi, także między wierszami, to pomysł stworzenia jednolitego frontu demokratycznego i jednej listy, z PSL i Lewicą, bo ludzie Hołowni się na to nie piszą. Lewica zresztą też niezbyt chętnie, mając marszałka Czarzastego na pierwszej linii frontu walki z prezydentem i opozycją.
Czy Lewica ma potencjał na 13-15 proc., jak hurraoptymistycznie pod koniec ubiegłego roku mówiono? Na pewno to co ma, to pomiędzy 6 a 9 procent, to jest prawdziwa amplituda, obecnie bliżej sześciu, ale marszałek Czarzasty rozwija dopiero skrzydła. I nawet jeśli w najbliższych miesiącach będzie wykręcać wynik sondażowy w okolicach 10 proc., to grubość spraw, z jakimi się będzie mierzyć wcale zdobywania terenu nie ułatwia. Weźmy np. ustawę stanowiącą przepisy uzupełniające do unijnego rozporządzenia o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA), którą chce zawetować prezydent. Dotyka ona wolności internetu i mimo że na finale prac na Wiejskiej nie przypominała swojego betonowego pierwowzoru, to nadal jest kwestionowana przez młodych (bo młodych dotyczy). No i tu trzeba mieć naprawdę szósty zmysł, żeby nawet w drugim okrążeniu – o ile się wydarzy po wecie prezydenta – powrócić do jakże potrzebnych rozwiązań, a nie wkurzyć ludzi zbytnią kontrolą czy nadopiekuńczością. Dla ułatwienia dodam, że w Ministerstwie Cyfryzacji jest wiceminister Dariusz Standerski z Lewicy, który to do tej pory sprytnie w Sejmie ogarniał, a ustawie w obecnym kształcie naprawdę niewiele można zarzucić. Jeśli przejedzie się po niej walec prezydenckiego weta, będziemy mieć naprawdę problem, i nie pomoże nawet apel ekspertów do Pani Prezydentowej, żeby szepnęła mężowi to i owo. Co swoją drogą pokazuje także nowe drogi docierania do wiadomego ucha, ale tu akurat rzecz naprawdę jest warta każdego wysiłku.
Bab al-Mandeb – punkt styku Bliskiego Wschodu i Afryki oraz jego znaczenie
Arabska legenda głosi, że Półwysep Arabski i Róg Afryki były niegdyś ze sobą połączone. Do ich rozdzielenia miało dojść w wyniku potężnego trzęsienia ziemi, a wdzierające się w nowo powstałe przewężenie wody morskie zabrały życie tysiącom ludzi. Stąd wywodzi się arabska nazwa cieśniny Bab al-Mandeb – Wrota Rozpaczy lub Brama Łez. Żeglarze tłumaczą ją bardziej przyziemnie, sprowadzając etymologię do trudów żeglugi na ciasnym szlaku wodnym, pełnym raf, płycizn, zdradliwych prądów oraz niemożliwych do przewidzenia porywistych wiatrów.
Wystarczy rzut oka na mapę, by zrozumieć geopolityczne i gospodarcze znaczenie tego przesmyku. Bab al-Mandeb to wąskie gardło globalnych szlaków transportowych; jego kontrola oznacza wgląd w ruch morski prowadzący do Kanału Sueskiego i dalej ku Morzu Śródziemnemu, ale także w stronę Zatoki Adeńskiej i Oceanu Indyjskiego. Cieśnina wyznacza warunki funkcjonowania gospodarek oraz architekturę bezpieczeństwa państw basenu Morza Czerwonego i Morza Arabskiego. Ostatnie wydarzenia pokazują, że stawka ta przestała być wyłącznie regionalna – stała się elementem szerszej układanki politycznej, obejmującej zarówno Bliski Wschód, jak i Afrykę Wschodnią.
Somaliland w regionalnej rywalizacji i polityce Izraela
Uznanie Republiki Somalilandu przez Izrael za państwo niepodległe i suwerenne należy postrzegać nie jako gest czysto dyplomatyczny, lecz jako kolejny ruch w wielowarstwowej rywalizacji o wpływy na obszarze od Gazy po Zatokę Perską oraz od Syrii po Jemen. Jest to zarazem wypadkowa procesów destabilizujących region: wojny w Gazie, erozji syryjskiego państwa, konfliktu jemeńskiego oraz narastających napięć pomiędzy Arabią Saudyjską a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które do tej pory działały ręka w rękę. Ambicje ZEA wykraczają dziś daleko poza dotychczasowe obszary współpracy i nie ograniczają się do najbliższego sąsiedztwa obu krajów, co wyraźnie koliduje z interesami Rijadu. Decyzja Izraela nie pozostaje w tym układzie bez znaczenia.
Ruch Tel Awiwu wpisuje się w szerszy kontekst relacji pomiędzy Izraelem, Iranem i jego sojusznikami – rebeliantami Houthi w Jemenie oraz Hezbollahem w Libanie – a także władzami w Damaszku i państwami Półwyspu Arabskiego. Dla Izraela kluczowym celem pozostaje osłabienie Teheranu i rozproszenie jego zdolności projekcji siły. Temu służyły zarówno ataki na cele w Syrii, jak i presja wywierana na Hezbollah w Libanie. W ten ciąg wpisuje się także niedawna tzw. wojna 12-dniowa przeciwko Iranowi oraz izraelski nalot na Dohę. Rosnące zainteresowanie przestrzenią Morza Czerwonego i Zatoki Adeńskiej jest elementem tej samej logiki: odsuwania zagrożeń jak najdalej od własnych granic, osłabiania wroga oraz – w szerszym planie – rozbijania arabskiej i muzułmańskiej solidarności.
Znaczenie portów w konflikcie jemeńskim i ich miejsce w sieci wpływów
Położenie Somalilandu i Jemenu po przeciwnych stronach Zatoki Adeńskiej sprawia, że kontrola portów takich jak Berbera, Aden czy Mukalla bezpośrednio przekłada się zarówno na bezpieczeństwo żeglugi, jak i na zaplecze logistyczne rebelii Houthi. Warto przyjrzeć się tym miejscom nieco wnikliwiej.
Somalijski rząd federalny formalnie utrzymuje, że sprawuje suwerenność nad Berberą, i w tym duchu zaproponował Stanom Zjednoczonym „kontrolę operacyjną” nad portem, co wygląda raczej na próbę podkreślenia przysługujących mu prawa niż pełnoprawną ofertę suwerena. W praktyce Berbera od lat znajduje się poza zasięgiem Mogadiszu; zarządzają nią lokalne struktury Somalilandu we współpracy z firmami logistycznymi z ZEA. To u władz Somalilandu, a nie w stolicy Somalii, Emiraty wyjednały zgodę na wybudowanie bazy swojej marynarki wojennej.
Po przeciwległej stronie Zatoki leży Aden – port oficjalnie należący do Jemenu, lecz faktycznie kontrolowany przez podmioty podporządkowane Separatystycznej Radzie Południa (Southern Transitional Council; STC), wspieranej politycznie i militarnie przez ZEA. Jeszcze dalej na północny wschód znajduje się Mukalla, która od 2016 roku pozostaje w rękach lokalnych milicji. Choć nie są one formalnie częścią jemeńskiego rządu, funkcjonują jako siły de facto sojusznicze, szkolone i wspierane przez Emiraty. W tym układzie Somaliland – obok ZEA – staje się dla Izraela pożądanym punktem oparcia dla działań pośrednio wymierzonych w Iran i jego jemeńskich sojuszników.
Arabia Saudyjska i ZEA w optyce izraelskiej
Jednocześnie Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie – mimo deklaratywnej wspólnoty interesów wobec Iranu – coraz wyraźniej rywalizują o wpływy w Jemenie oraz w basenie Morza Czerwonego. Rijad dąży do wyjścia z zakleszczenia w kosztownym konflikcie, stąd jego celem jest przynajmniej względna stabilizacja Jemenu. ZEA natomiast konsekwentnie budują własną, autonomiczną sieć wpływów. Izrael umiejętnie wykorzystuje tę rywalizację: wobec Saudów – jako narzędzie nacisku w sprawie normalizacji stosunków, której probierzem miałoby być saudyjskie przystąpienie do tzw. Porozumień Abrahamowych, a wobec Emiratów – jako element pogłębiania współpracy, która z tych Porozumień już wynika. Trudno o bardziej czytelny dowód instrumentalnego charakteru Porozumień Abrahamowych i jednoznaczne wskazanie ich faktycznego beneficjenta.
Tureckie interesy w Rogu Afryki
W tej układance istotną, choć często niedoszacowaną rolę, odgrywa Turcja. Od ponad dekady Ankara traktuje Somalię jako jeden z filarów swojej polityki afrykańskiej, inwestując w infrastrukturę, administrację i sektor bezpieczeństwa oraz utrzymując w Mogadiszu największą ze swoich zagranicznych baz wojskowych. Turecka strategia zakłada zachowanie integralności terytorialnej Somalii i przeciwdziałanie dalszej fragmentacji Rogu Afryki. Z tej perspektywy izraelskie awanse wobec Somalilandu postrzegane są jako czynnik destabilizujący, grożący powtórzeniem scenariusza znanego z Sudanu: secesji, eskalacji wewnętrznych tarć i rywalizacji zewnętrznych patronów.
Dodatkowo dostęp Izraela – bezpośredni lub pośredni – do portu Berbera oznaczałby wzmocnienie jego obecności przy wejściu do Morza Czerwonego i dalsze zagęszczenie układu sił w przestrzeni, którą Ankara uznaje za strategicznie kluczową. Turcja obawia się nie tyle pojedynczych gestów dyplomatycznych, ile ich kumulatywnego efektu: stopniowego „opasania” regionu przez konkurencyjną oś wpływów Izraela, realizowaną kosztem projektów stabilizacyjnych promowanych przez Ankarę.
USA wobec secesyjnych precedensów
W tle tych procesów pozostają Stany Zjednoczone. Waszyngton co do zasady wspiera Arabię Saudyjską i ZEA przede wszystkim w tych aspektach, które wpisują się w nurt amerykańskiej polityki wobec Iranu. Jednocześnie USA nie chcą tworzyć precedensu, który mógłby zachęcić inne regiony separatystyczne – od Sudanu po Kurdystan – do analogicznych działań. Dlatego izraelskie sygnały wobec Somalilandu obserwowane są w Ameryce z wyraźnym dystansem. Waszyngton oświadczył, że polityka USA w tej kwestii pozostaje niezmieniona i amerykańskiego uznania Somalilandu jako państwa nie będzie. Bezpośrednim, choć nie jedynym, powodem tej wstrzemięźliwości jest obawa, że taki krok mógłby wzmocnić ugrupowanie Al-Szabab – organizację wpisaną w USA na listę terrorystyczną – którego skrajny, anarchizujący islamizm destabilizuje region i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich interesów w Rogu Afryki.
Logika ta w pełni pokrywa się ze stanowiskiem Unii Afrykańskiej oraz regionalnej Międzyrządowej Organizacji ds. Rozwoju (Intergovernmental Authority on Development; IGAD), które konsekwentnie blokują precedensy secesyjne. Jednocześnie przedstawiciel USA przy ONZ bronił prawa Izraela do samodzielnego podejmowania decyzji w sprawie uznawania państw. Jest to – w najlepszym wypadku – przykład pragmatyzmu i sojuszniczej kurtuazji, a w gorszym – świadectwo politycznej dychotomii w Białym Domu.
Izrael i jego sojusz z USA
Politycy obu krajów często podkreślają z emfazą, że sojusz Waszyngtonu i Tel Awiwu stanowi ironclad alliance. Jego trwałość rzeczywiście skłania do refleksji, zwłaszcza w świetle różnic tyleż zauważalnych, co niekiedy trudnych do wytłumaczenia. Pierwszym tego przejawem było zbombardowanie irańskich cinstalacji nuklearnych przez Izrael – operacja, do której Waszyngton dołączył mimo wcześniejszych zapewnień, że nie zamierza tego robić. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, na ile deklaracje te były jedynie dyplomatyczną grą maskującą faktyczne ustalenia, nie popadając przy tym w teorie spiskowe. Drugi przykład – izraelski nalot na Dohę, o którym Stany Zjednoczone miały zostać uprzedzone wyjątkowo późno – również wpisuje się, jeśli odrzucić hipotezę przypadkowości, w trudny do jednoznacznego odczytania wzorzec działania. Trzeci przypadek, dotyczący uznania Somalilandu, pozostaje w oczywistej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu. Trudno więc uznać, by działania Tel Awiwu wpisywały się w nową strategię bezpieczeństwa USA, nawet przy uwzględnieniu izolacjonistycznego tonu tego dokumentu.
Sekwencja kolejnych, jednostronnych, a przy tym skutecznych ruchów bywa interpretowana jako dowód rosnącej samodzielności Izraela, a nawet potwierdzenie jego statusu regionalnego supermocarstwa. Interpretacja ta jest jednak myląca. Owszem, Izrael dysponuje wyraźną przewagą militarną i wywiadowczą w regionie, lecz atuty te w dużej mierze są rezultatem bezpośredniego wsparcia Stanów Zjednoczonych. Również zdolność Izraela do długotrwałej projekcji siły poza bezpośrednim sąsiedztwem pozostaje ograniczona i tym bardziej zależna od amerykańskiej asysty, co potwierdziła ostatnia wojna z Iranem. Nawet w samym Izraelu część analityków i ekspertów ds. bezpieczeństwa wskazuje, że obecna strategia państwa ma charakter nadmiernie reaktywny i punktowy, zamiast długofalowego i systemowego. W ich ocenie realna siła mocarstwa nie polega na nieustannym reagowaniu na kryzysy, lecz na zdolności do działań strukturalnych, które zagrożenia redukują, a nie multiplikują. Ponadto współczesna ranga mocarstwa nie wynika wyłącznie z liczebności armii czy tonażu zrzucanych bomb, lecz – być może przede wszystkim – z soft power, rozumianej jako atrakcyjność modelu politycznego i społecznego. Mocarstwowość wymaga zatem nie tylko siły, ale także politycznej akceptacji otoczenia i legitymizacji.
Uznanie Somalilandu nie zmienia tej strukturalnej przypadłości Izraela ani istoty jego relacji z USA. Nie wzmacnia „żelaznego tandemu”, lecz raczej ujawnia jego rzeczywistą naturę: sojuszu trwałego, lecz asymetrycznego, w którym demonstracje autonomii bywają albo formą nacisku – niekoniecznie odzwierciedlającą zbieżność strategii – albo przejawem tego, co w praktyce pozostaje niejawnie uzgodnione między sojusznikami i przybiera postać politycznego harcownictwa.
Somaliland i narracje o przesiedleniach z Gazy
W tym kontekście pojawiają się wizje i sugestie, które muszą budzić poważne obawy. Do takich spekulacji należy pomysł, by Somaliland mógł stać się jednym z kierunków przesiedleń ludności z Gazy organizowanych przez Izrael. Scenariusze takie miały być omawiane w poufnych rozmowach izraelsko-amerykańskich z co najmniej trzema krajami Afryki Wschodniej – Sudanem, Somalią i Somalilandem – jednak już na etapie wstępnych konsultacji spotkały się z wyraźną niechęcią strony afrykańskiej. Sam rząd Somalilandu dystansuje się od takiej roli, jego MSZ wydał oficjalne dementi w sprawie, a lokalni politycy i aktywiści ostrzegają, że przyjęcie Palestyńczyków pod dyktando Izraela mogłoby doprowadzić do wewnętrznej destabilizacji i międzynarodowej infamii. Nawet jeśli dziś są to jedynie luźne, teoretyczne rozważania, pamięć o podobnych, realizowanych w przeszłości projektach budzi raczej grozę niż konsternację.
Podmiotowość de facto bez legitymizacji de iure
Izraelskie uznanie nie przekreśla perspektyw odbudowy integralności Somalii, którą UA, UE i USA wciąż traktują jako istotny warunek przeciwdziałania chaosowi podsycanemu przez islamistów z al-Szabab. Nie gwarantuje też, że państwowość Somalilandu realnie okrzepnie – z dość prozaicznych powodów. Wciąż jest to byt pozbawiony podmiotowości de iure w oczach większości społeczności międzynarodowej, a bez uznania kluczowych aktorów globalnych – Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Chin czy Indii – jego suwerenność i międzynarodowa sprawczość są w dużej mierze iluzoryczne, a aspiracje łatwe do instrumentalizacji przez silniejszych graczy. Wewnętrzne ograniczenia Somalilandu – napięcia klanowe, niedobór zasobów oraz zależność od ZEA – dodatkowo zawężają pole manewru. Gest Izraela może wręcz pogłębić napięcia wewnętrzne, jeśli zostanie odebrany jako element gry prowadzonej przez aktorów zewnętrznych. Mocną przesłanką dla tej tezy jest już silny sprzeciw wewnętrzny wobec pomysłu przesiedleń.
Granice manewrów
Bab al-Mandeb – Brama Łez – pozostaje trafną metaforą sytuacji całego regionu. Każdy, kto próbuje przez nią przejść, liczy na łut szczęścia i sprzyjające wiatry, lecz wszelki ruch, nawet symboliczny, nabiera tu ciężaru manewru wykonywanego w wąskim gardle, przy minimalnym marginesie błędu. Próby forsowania jednostronnych rozwiązań przeradzają się w grę prowadzoną w przestrzeni o wyjątkowym zagęszczeniu interesów i powiązań, a przez to są nieprzewidywalne dla kruchej równowagi politycznej regionu.
© Juliusz Gojło dla Res Humana
02.01.2026
W obecnym chaosie post-liberalnego świata, w okresie – określenie utarte i powtarzane jak mantra – tektonicznych zmian w globalnym układzie sił oraz gospodarki światowej, przeważa pytanie o wynik tych zmian. Problem w dominującej logice rozważań, ocen, prób ekstrapolacji, stanowi posługiwanie się utartymi definicjami, miarami wypracowanymi i uznawanymi w byłym już liberalnym świecie za obiektywne. Okazało się, że miały one jedynie za zadanie tworzyć uspokajające wrażenie (sic!) właściwego opisu rzeczywistości i jej wartościowania. Sens obecnych zjawisk globalnych (poza zmianami klimatycznymi) sprowadza się do redukcji wielopoziomowych, złożonych równań relacji międzynarodowych, wskazując nie tylko na ich zbyteczność i dysfunkcjonalność czy niedostosowanie do obecnie rozumianych wymogów np. bezpieczeństwa na poziomie państwa lub wręcz obwiniania ich za hamującą rolę w prowadzeniu polityki międzynarodowej z pozycji państwa. W wyniku takiego sanacyjnego czy utylizacyjnego zabiegu niekoniecznie pojawiało się zjawisko katharsis, natomiast Europa obudziła się z groźbą zimnego, nieogrzewanego mieszkania zbudowanego w wysokim standardzie, strachem iż „parasol” może być w każdej chwili zwinięty, a minerałów ziem rzadkich nie będzie w stanie pozyskać do produkcji chipów wysokich technologii. Lista strachów jest o wiele dłuższa… a na ich czele kroczy coraz bardziej poobijana demokracja, której szatami okrywa się rzeczywistość „podwójnego państwa” Ernsta Fraenkela i słabości lub koniunkturalizmu elit.
Próba ustrukturyzowania zachodzącego przełomu w oparciu w nieprzystające do toczących się – najczęściej chaotycznych procesów – definicje i normatywy, normy ma się podobnie jak narzucenie konieczności korzystania z mechanizmu e-recepty dla osób nie posługujących się komórką. Choć w tym ostatnim przypadku seniora może wesprzeć rodzina, woluntariat, życzliwi sąsiedzi, by nie wspomnieć o społecznej roli opiekuńczego wobec starszych osób państwa itd. Natomiast w rzeczywistości stosunków międzynarodowych wkracza na arenę ofensywny realizm, gdzie środowisko międzynarodowe traktowane jest jako anarchia, a w związku z tym paradygmat stanowi konieczność walki o interesy państwa bezpośrednio powiązany z zasadą maksymalizacji siły danego państwa w celu uzyskania przewagi nad innymi tj. kosztem bezpieczeństwa czy siły gospodarczej „reszty”. Państwo jest więc narzędziem maksymalizacji władzy Pozostałe teorie interpretacji relacji międzynarodowych (by wspomnieć główne: realizm klasyczny, neorealizm strukturalny; bankrutujący liberalizm z neoliberalnym instytucjonalizmem /UE?, ONZ?, OBWE? a i NATO?/; konstruktywizm z ideą partnerstwa; czy marksizm z klasowo wyzyskiwanymi peryferiami i bogatym centrum) od czasu rozpadu ZSRR, poprzez walące się World Trade Center 9/11, Konferencję Monachijską 2007 r. z wystąpieniem Putina, a i tą z 2025 r. z głosem wiceprezydenta J.D. Vance’a, po pierwszą i drugą prezydenturę D. Trumpa) są stopniowo odkładane do lamusa cywilizacyjnego dorobku zachodniej hemisfery. Oby tylko pieczołowicie, jak bombki i inne kruche ozdoby z choinek, zostały przechowane, aby przetrwały nadchodzące czasy niepewności. Jak na razie choinka staje się naga, bez imponderabiliów, które tworzyły w Europie zafałszowane imaginarium „końca historii” i „ciepłej wody w kranach”.
Determinizm efektów siłowego postrzegania świata, to jest posiadania „kart w ręku” o walorach globalnych, sprowadza się do triady:
a) narodowe zdolności budowy i rozbudowy oręża ofensywno-obronnego;
b) siła narodowej gospodarki danego państwa z zapewnieniem możliwości jej rozwoju;
c) efektywność, sprawność i ciągłość zarządzania państwem przez elitę
Triada ta w rzeczywistości ofensywnego realizmu, dokonuje na naszych oczach przewrotu: to nie instytucje i regulujące je mechanizmy zależności strukturalnych, a lider stojący na czele państwa, bez skrupułów bezwzględnie się nimi posługujący. Nie na zdolnościach wolnej jednostki w liberalnym kolektywie byłych, międzynarodowych norm i podzielanych wartości instytucjonalnych, a osobowość lidera i jego zdolność koncentracji władzy stanowią przedmiot podziwu, oddania i przekonania co do jego sprawczości. W innych środowiskach międzynarodowych charyzma lidera wywołuje jeśli nie panikę, to trwogę i gorączkowe próby odwoływania się do utraconej cnoty lub – w ramach mechanizmu obrony dobrego samopoczucia – ironię i lekceważenie.
Na ile słuszne to poglądy i osądy – wykażą to już najbliższe lata, stąd w życzeniach na Nowy 2026 Rok postawić można retoryczne pytanie, które ze średnich państw np. grupy G-20 dokonana rekalkulacji myślenia w oparciu o kategorie ofensywnego realizmu, czyli w wymiarze G-Ego (globalne egoizmy).
Globalny świat G-Ego – odpowiedź na brak współdzielonego przywództwa globalnego.
Można argumentować, że wysiłki zmierzające do podzielenia się globalnym przywództwem w ramach G7 (a zapewne ponownie wkrótce z Rosją w G8) i G20 były wczesną akceptacją przez USA ich malejącej zdolności do hegemonii przewodzenia w odpowiedzi na globalizację, coraz bardziej komplikujący się świat wzajemnych powiązań oraz niezwykle kosztowne kwestie, takie jak globalny kryzys finansowy (o kataklizmach zmian klimatycznych jak na razie zaczyna się zapominać) wojny, migracje itd. Można argumentować, że były to wysiłki Stanów Zjednoczonych, by być bardziej demokratycznymi, globalnie dzieląc się częścią swojego ciężaru odpowiedzialności, ale nie kosztami. Prezydent D. Trump jednoznacznie zakwestionował to ostatnie twierdzenie, dzięki czemu wygrał po raz kolejny wybory. Alternatywy, takie jak BRICS – stworzone, by rywalizować ze strukturami zdominowanymi przez USA – znacznie przyspieszyły procesy wypełnienia pustki po odchodzącej hegemonii USA, czyli próżni określonej umownie jako G-zero (globalna pustka). Czy taki stan rzeczy oznacza, iż Ameryka czasów Trumpa uznaje, iż jej światowa hegemonia stanowi zbyt kosztowne obciążenie i zamierza w kierunku budowy Koncertu Wielkich?
Niemniej w tym miejscu należy wskazać, że prezentowana w tym eseju ocena, może być wynikiem znacznego uproszczenia podejścia, co wynika z zawężenia jej do wcześniej wskazanej triady. Pogłębioną analizę zaprezentował wybitny amerykanista, były wiceminister spraw zagranicznych Przemysław Grudziński, który w komentarzu do nowej Doktryny bezpieczeństwa narodowego USA (https://reshumana.pl/doktryna-trumpa/ ) stawia bardziej wyważone, a trafne oceny.
Z tego powodu dalsze rozważania pytań typu: czy państwa skupione w G-20 a szczególnie G-7 (G-8 ponownie z Rosją) będą w stanie w obecnych formatach wykazywać się wolą polityczną wychodzącą poza ich wąsko, wręcz mentalnościowo autarkiczność interesów, na rzecz podejmowania uzgodnień wobec ochrony i rozwoju „dobra globalnego” czy tylko ograniczać się będzie do np. uzgodnionej redystrybucji ich sfer wpływów na wzór Kongresu Wiedeńskiego 1815 r.? Ewolucja w tym ostatnim kierunku oznaczać będzie wyparcie globalnych problemów na rzecz G-Ego w formie ofensywnego realizmu. By posłużyć się przewrotnie sparafrazowanym określeniem zaczerpniętym o A. Appelbaum o „koncernie autokracji”: to „Koncern G-Ego” stanie się osią niewiadomych co do wyników rywalizacji poszczególnych narodowych egoizmów, boć chyba trudno będzie doszukiwać się rzeczywistej między nimi współpracy.
Rok 2025 nakreślił możliwą skalę egoizmu „wielkich” i prawdopodobne formy przymusu jeśli nie lekceważenia praw tych spoza kręgu „prawa siły i silniejszego”. Najbardziej bolesną i tragiczną areną tego zjawiska w naszym europejskim środowisku i sąsiedztwie jest od czterech lat Ukraina. Ale nie tylko ona. Nastroje społeczne w Europie coraz groźniej pogłębiają i tak istniejące podziały, których zasypywanie odbywać się będzie nie w oparciu do mechanizmy demokracji konsensualnej, partycypacyjnej chroniącej prawa słabszych, ograniczających rolę państwa na poziomie krajowym. Jednakże – jak w fraenkelowskim „podwójnym państwie” – obecne będą pozory normatywnego instytucjonalizmu (np. wybory), lecz już tylko na rzecz legitymizacji prawa siły. W stosunkach międzynarodowych, rozrastające się vacuum prawnie wiążących dotychczas regulacji i zobowiązań traktatowych oraz odejście od dyplomacji i instytucjonalnych praktyk na rzecz personalnej transakcyjności liderów i ich osobistych często ambicji, nie zapowiada wprowadzenia warunków przewidywalnej, długotrwałej stabilności i przewidywalności. Czy teoretycy ofensywnego realizmu zgodzą się z takim opisem rzeczywistości ?
Nasuwa się – choć nieuprawniona analogia – z XVI-wiecznymi umowami kapitulacyjnymi Imperium Osmańskiego (ograniczanie suwerenności zwierzchnictwa) z europejskimi monarchami. Ich czas obowiązywania opierał się na woli królów, sułtanów tj. władców absolutnych. Choć ich trwałość określana była w preambułach „po wieczne czasy”, ograniczała się w rzeczywistości abdykacją, czy zakończeniem żywota jednego z umawiających się. Przedłużenie traktatów kapitulacyjnych miało miejsce jedynie w przypadku dziedziczenia tronu czy ostałego się przy życiu syna sułtana Wielkiej Porty. Nie mnie wymieniać stany rodzinne współcześnie panujących…
Od początku 2026 roku w galerii Stalowa (mieszczącej się na warszawskiej Pradze, którą warto i trzeba odwiedzać), można będzie obejrzeć kolejną wystawę indywidualną jego prac (jej komisarzem jest Piotr Szarzyński). A w planie na tenże rok są jeszcze i dalsze, m.in. w Malmö oraz w Lublinie. O artyście powstało także kilka bardzo ciekawych filmów, które są łatwe do odnalezienia na YouTube.
Stosunkowo niedawno Andrzej Fogtt założył (wraz z Katarzyną Szydłowską, również znaną i cenioną malarką, a prywatnie jego żoną) Fundację A.M. FOGTT, mającą na celu ochronę spuścizny artystycznej i prezentację twórczości w Polsce i zagranicą.
Andrzeja poznałem, gdy Krzysztof Kostyrko (były redaktor naczelny czasopisma „Sztuka”) poprosił mnie, a kierowałem wówczas Departamentem Plastyki Ministerstwa Kultury i Sztuki, abyśmy poszli na wystawę młodego artysty w Zapiecku na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Tym młodym artystą-malarzem był Andrzej Fogtt. Było to w maju 1980 r.
Od tego czasu przyjaźnię się z Andrzejem i ta zażyłość trwa do dziś. Nadal imponuje mi nieustannym rozwojem swego przewspaniałego talentu. W roku 1980 został wyróżniony (wraz z Tadeuszem Dominikiem) na VIII Festiwalu Sztuki w Warszawskiej Zachęcie. W 1984 r. otrzymał Grand Prix Festiwalu Współczesnego Malarstwa Polskiego w Szczecinie. Wcześniej – bo już w 1976 r. – został uhonorowany bardzo prestiżowym wyróżnieniem na XI Ogólnopolskiej Wystawie Młodych w Sopocie.
Po tych sukcesach reprezentował Polskę (z Jerzym Dudą-Graczem, Bożenną Biskupską, Danutą Leszczyńską-Kluzą i Stefanem Wierzbickim, pod wodzą kuratora, którym był wybitny znawca i krytyk sztuki Jerzy Madeyski) w słynnym i cenionym na całym świecie Biennale Sztuki w Wenecji. Odremontowany w tym czasie z tej okazji pawilon polski pękał w szwach od zwiedzających, którzy z najwyższym uznaniem odnosili się do wystawionych dzieł polskich artystów. A tak na marginesie: wielka szkoda, że zbiory tych uznanych dzieł nie są gromadzone i pokazywane w jakiejś wybranej placówce muzealno-wystawienniczej czy np. w odrestaurowanym zabytku (jak to było niedługo po Wenecji w odniesieniu do dzieł Fogtta w pięknym Zamku w Reszlu).
Wielkim echem odbiły się także indywidulane wystawy artysty, m.in. w Instytucie Polskim w Paryżu (1987), w galeriach: pod wieżą telewizyjną w Berlinie (1989), Simultan International we Frankfurcie nad Menem, Dagart Arras w Lille, Fabrik der Künste w Hamburgu w 2018 r. Jego prace można było podziwiać niemal w całym kraju: w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Opolu, Lublinie, Rzeszowie, Przemyślu, Tarnobrzegu, Częstochowie, Reszlu, Zamościu, Bielsku-Białej, Jeleniej Górze, Zakopanem, Gorzowie Wielkopolskim i Szczyrku. Wszędzie z ogromnym powodzeniem.
I naprawdę chyba już czas na podsumowanie jego kreatywności i artystycznego dorobku – w Zachęcie lub w Centrum Sztuki Współczesnej. Mam nadzieję, że te nasze narodowe instytucje złożą artyście w tej sprawie stosowne zaproszenie! Tym bardziej, że niedawno obchodził 75-lecie swoich urodzin, jest więc szczególna okazja, aby ten jubileusz godnie uczcić.
Urodził się 9 października 1950 r. w Poznaniu, gdzie studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, w pracowniach Magdaleny Abakanowicz i Zdzisława Kępińskiego, którzy na trwałe zapisali się w panteonie polskiej sztuki współczesnej.
Podkreślę też fakt, że Fogtt był swego czasu działaczem społecznym, oddanym sprawom rozwoju i upowszechniania sztuki w Polsce, współorganizatorem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików – wspólnie m.in. z Mieczysławem Wejmannem, Henrykiem Stażewskim, Władysławem Hasiorem, Władysławem Jackiewiczem, Stanisławem Dawskim, Leonem Michalskim, Eugeniuszem Geno Małkowskim, Andrzejem Gieragą, Leszkiem Rózgą, Zbigniewem Bednarowiczem i wieloma innymi artystami z najwyższej półki.
Był też inicjatorem i doprowadził (wraz z Mieczysławem Wejmannem i Janem Karczewskim) do powstania Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim. Zabiegał w Polsce o adekwatność instytucjonalną w zakresie sztuki w stosunku do państw zachodnioeuropejskich. A w tym zakresie wciąż jest wiele do zrobienia, zwłaszcza jeżeli chodzi o rozwój mecenatu prywatnego. Konieczna jest zmiana ustawy regulującej sprawę odpisów podatkowych dla przedsiębiorców, ponieważ taki odpis jest obecnie możliwy tylko na rzecz Kościoła i przy budowie wodociągów na wsi.
Kultura i sztuka wymaga takiej samej troski jak gospodarka, a może nawet większej! Prawdą jest, że na przestrzeni ostatnich 30 lat zaszły pozytywne zmiany, ale jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, szczególnie w obszarze rozwoju sztuki i jej istnienia w przestrzeni i prywatnej, i publicznej. Polska kultura i sztuka skupia zbyt mało uwagi świata zachodniego. Rodzynkiem jest Konkurs Chopinowski i Biennale Plakatu. Tylko tyle!
A nowy budynek Muzeum Sztuki Współczesnej jest jak dotąd niedostatecznie wykorzystany! Mamy wielu wspaniałych polskich artystów, których dzieła – szczególnie w tym Muzeum – powinny być eksponowane. Już czas, aby polska sztuka współczesna nie była na kolanach wobec sztuki zachodnioeuropejskiej.
Patrząc z perspektywy lat na dzieła Fogtta (choćby tylko na te, które redakcja zamieściła w obecnym numerze swego pisma – II i III strony okładki), można je niezmiennie podziwiać. Artysta ma własny język na każdym etapie swojej twórczości. Wszystkie obrazy – poprzez oryginalną formę – interpretują otaczającą nas rzeczywistość i naturę (nie tylko przyrodę!). Fogtt jest wyjątkowym kolorystą i ma niezwykłe wyczucie barwy, formy i stylu.
Jego sztuka – to przede wszystkim bogactwo poszukiwań języka wypowiedzi, co u oglądającego wyzwala energię i wrażliwość na piękno. Jest umiłowaniem wolności! We wszystkich dotąd prezentowanych cyklach twórczości (udokumentowanych w wielu wspaniale wydanych katalogach, towarzyszących niemal wszystkim dotychczasowym wystawom) pokazuje niebywały rozmach i kreatywność artysty. Fogtt nie jest obojętny na otaczający świat i wyraża to poprzez całą swoją twórczość.
Początkiem jego wirtuozerii, przejawiającej się mistrzowskim opanowaniem techniki malarskiej, były niezapomniane Żywioły (które powstały z początkowych rzeźb artysty, m.in. Ręka stara jak świat, 1973). Stały się one przedmiotem szczególnego uznania zwiedzających wystawę w Zapiecku; również moim, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy. Z Żywiołów wyrósł cykl Żywiołem Opętanie, którym artysta reprezentował Polskę na 41. Biennale Sztuki w Wenecji w 1984 roku. Wystawiał na nim obrazy bardzo dużego formatu (400 x 1650 cm); obecnie znajdują się one w kolekcji Sylwii i Piotra Krupy we Wrocławiu.
W 1992 r. Andrzej zwierzył mi się, że… miał sen: „…aby do techniki malowania obrazów zastosować pole magnetyczne”. I tak powstał nowy cykl pod nazwą Przestrzeń Energetyczna. Najogólniej rzecz ujmując, artysta malując obrazy dodaje do farby stalowy pył F804, by nastąpiła reakcja w polu magnetycznym. Powstałe w ten sposób obrazy mają wówczas niezwykłe, organiczne wykwity, które tworzą unikalną, jakby kosmiczną formę. Są niezwykle oryginalne, awangardowe, nie tylko w skali polskiej sztuki. Ten cykl zostanie zaprezentowany w Galerii Wirydarz w Lublinie.
Pierwsze z tego cyklu obrazy to: Zwiastowanie (taki tytuł nadał Władysław Hasior, gdy odwiedził Andrzeja w pracowni przy ul. Lwowskiej), a dalsze, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę, to: Tramwaj gwiezdny, Anioł oraz Postać.
Kolejny etap twórczości Fogtta jest poświęcony Wieży – niezwykłemu projektowi architektonicznemu, który w zamyśle Artysty mógł się stać symbolem współczesnej Warszawy, a nawet… Zjednoczonej Europy. Tak się niestety nie stało (o czym będzie jeszcze mowa w dalszej części tego artykułu), za to… pojawił się w tym czasie (w roku mniej więcej 1997) kolejny cykl: Homotroturus (po polsku nazwany: Homobydlakus). Nieco dziwna jest jego nazwa, ale akurat wtedy artysta wyjątkowo przeżywał upokarzający widok wielu żebraków, którzy pojawili się na warszawskich ulicach. Fotografował ich, rysował, a nawet pisał na ten temat utwory poetyckie, w swej wymowie szorstkie, posępne, emocjonalne, często dramatyczne. Ale i tymi obrazami – z tego dosyć wizjonerskiego, aczkolwiek tragicznego cyklu – niewątpliwie skierował uwagę wrażliwych odbiorców na sytuację ludzi skrzywdzonych przez życie.
Na szczęście ten okres twórczości nie trwał długo. Swego rodzaju objawieniem okazała się piękna wieś na Podlasiu – Kuraszewo. Poznając jej piękno, artysta zachwycił się kulturą tego regionu, szczególnie prawosławia; wtedy powstał cudowny w swoim wyrazie cykl zatytułowany Kuraszewo. Setki charakterystycznych kropek są niezwykłą i oryginalną formą ilustrowania przez artystę Wszechświata. Najpiękniejsze obrazy z tego cyklu mają tytuły: Pole Wiery, Wschód a słońce w południe, Drzewa prawosławne, Cerkiew w Kuraszewie, Jabłoń prawosławna, Cerkiew w Tyniewiczach, Ogród nocą.
I tak – Szanowni Czytelnicy – doszliśmy do roku 2009, od którego rozpoczyna się niebiański (zdaniem nie tylko piszącego te słowa) cykl Brda. Można powiedzieć, że jest powrotem Fogtta do energii żywiołów. Jednak charakteryzuje się nieco innym widzeniem pejzażu i postaci. Zapytałem: jakim? „Malowanym w kształcie pierwotnym i w symbiozie z kosmosem” – usłyszałem w odpowiedzi.
Brda jest jednak kontynuacją Żywiołów, które były źródłem wszystkich kolejnych cykli. Choć artysta swego czasu tłumaczył, że powstanie akurat tego cyklu nastąpiło zupełnie przypadkiem… „Zamazałem rękawem swetra jeden ze swych obrazów z cyklu Żywioły i … nastąpiło we mnie coś w rodzaju olśnienia: na zamazany rysunek nałożyłem czarną gęstą farbę i nagle zauważyłem pojawienie się na płótnie nowego wymiaru przestrzeni!”. Dodam, że ten cykl mieni się obłędnie przepięknymi kolorami (a przecież woda Brdy jest – jak woda w każdej rzece – bezbarwna. Ale nie na jego obrazach!).
Fogtt do materii w tym cyklu podchodzi strukturalnie. Woda jest lustrem, które odbija otoczenie. Jest pierwszym obrazem rzeczywistości, poprzez ruch i odbicie światła transformuje otoczenie. To już pierwszy krok do tego zjawiskowego malarstwa, rysunku prosto z natury, gestu szpachli i grubej materii farby.
Kreśląc sylwetkę Andrzeja Fogtta, nie sposób pominąć jego znakomitego cyklu gobelinów pt. Bitwa pod Cedynią, zrealizowanego w roku 1982 dla Muzeum w Świdnicy.
I jeszcze słowo o jednym, dotąd niewspomnianym cyklu (niezwykle jednak wymownym, wstrząsającym, tragicznym) – będącym wyrazem protestu artysty wobec wojny w Ukrainie! Cykl ten jest konsekwencją obrazów Homotrotuarus. Artysta przewidział agresję Rosji. Treści Buczy nie będę komentował, gdyż wszyscy wiemy, co tam się wydarzyło. Ludobójstwo – inaczej tego nazwać nie można. „Napaść Rosji na Ukrainę nigdy nie powinna mieć miejsca!” – powiedział na otwarciu tej wystawy. Nic dodać, nic ująć – cały Fogtt! Czuły, wrażliwy, humanista w każdym wymiarze i calu (i takie jest o nim moje zdanie). Poznałem go pod tym względem dobrze, przez lata obserwując rozwój jego wielkiego, nie do określenia słowami talentu (Marian Turski w swoim tekście do Buczy w Muzeum POLIN postawił Fogtta w jednym szeregu z Goyą i Picassem).
Na każdym etapie swej twórczości Fogtt malował też Portrety. Powstało ich do tej pory ponad 3000 (niebywale dużo, co każdy musi przyznać). Są one wykonane zarówno na płótnie, jak i na papierze. I jak wiem – powstają dalej. Na ich bazie stworzył też cykl interpretacji portretów Witkacego i Rembrandta.
Artysta brał udział w wielu konkursach architektonicznych, m.in. na salę widowiskową dla Zespołu „Mazowsze” (uzyskując II nagrodę), Wieżę Pamięci w Nowym Jorku, wielofunkcyjny most w Warszawie oraz na modernizację Wałów Chrobrego w Szczecinie. Również na Teatr nad Wisłą. Wykonał też oryginalny projekt ołtarza dla Kościoła w Rzeszowie, w kształcie biblioteki, do której każdy mógłby przynieść swoją książkę! W roku 2024 zrealizował swój projekt oświetlenia zjawiskowymi żyrandolami podwórza w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 118.
Żałuję, że nie udało mu się zrealizować jednego z największych jego projektów architektonicznych – wybudowania w Warszawie Wieży Jedności. Miała być symbolem łączącym kraje UE w walce o prawa człowieka pod hasłem „Nigdy więcej wojny!”. Również świadectwem, że naród polski (w tym i Warszawa) nigdy nie poddał się hitlerowskim Niemcom, a po II wojnie światowej niespotykanym wysiłkiem odbudował kraj i zniszczoną w ponad 80 procentach stolicę. Wieża przypominałaby Europie i światu bohaterskie Powstanie Warszawskie i wcześniejsze w Getcie Warszawskim. Jak również przemiany, które dokonały się w Polsce po roku 1990.
Był (i jest) to projekt na miarę Wieży Eiffla, Centrum Pompidou w Paryżu czy Lincolna w Nowym Jorku, albo Kennedy’ego w Waszyngtonie, Franka Gherego w Bilbao lub Opery w Sydney[1]. Ale ucieszyła mnie informacja od artysty, że pewna firma z Dubaju podpisała niedawno z nim umowę o prawa do tego projektu. Zapłaciła nawet zaliczkę, za którą Fogtt aktualnie buduje w Jabłonnie (gdzie obecnie mieszka z rodziną) pracownię, gdyż – jak poskarżył mi się ostatnio – miasto Warszawa wysiedla mieszkańców, ponieważ będzie remontować budynek przy ul. Inżynierskiej, w którym artysta ma pracownię. W związku z tym grozi mu w przyszłym roku eksmisja; co zostawiam bez komentarza. Budowana w Jabłonnie pracownia (na razie powstają jej fundamenty) ma być szeroko dostępna dla zainteresowanych i chcących go w niej odwiedzić. Podobnie, jak to miało miejsce w poprzednich: na ul. Lwowskiej, Podskarbińskiej i Inżynierskiej. Na terenie ją okalającym będą stały rzeźby.
Artysta nie może narzekać na brak rozpoznawalności. A wszystko, co dotąd stworzył – to wynik jego tytanicznej pracy, jaką w swoim życiu wykonał i wykonuje! Sam talent w osiąganiu sukcesów – jak wielokrotnie w rozmowach ze mną podkreślał – nie wystarcza. Masz rację, Andrzeju: nie wystarcza! Lecz praca, którą wykonałeś, przyniosła Ci uznanie, popularność i sławę.
Kończąc artykuł, życzę Artyście, z okazji 75-lecia urodzin, diamentowego zdrowia! Andrzeju, Mistrzu, pracuj tak intensywnie dalej. Polska (ba, Europa i świat) potrzebuje Twojej sztuki. Wszak bez niej jakże ubogie byłoby nasze życie!
Andrzej MAŁKIEWICZ
Majowe starcia obu armii trwały tym razem krótko i nie pociągnęły za sobą wiele ofiar. Według informacji indyjskich zginęło 6 indyjskich żołnierzy i 21 cywilów. Według Pakistanu zginęło 40 pakistańskich cywilów i 11 wojskowych. Tych liczb nie sposób zweryfikować. Wojna przebiegała nietypowo – wojska lądowe nie przekroczyły granicy, prowadzono tylko wzajemny ostrzał artyleryjski, walki lotnicze i bombardowania. Masowo użyto dronów.
Dwieście lat temu Carl von Clausewitz ostrzegał: „Wiele wiadomości otrzymywanych na wojnie jest sprzecznych, jeszcze więcej jest fałszywych, a najwięcej – niepewnych”[1]. Dziś skala przekłamań jest nieporównanie większa niż w jego czasach, a łatwy dostęp do informacji, zwłaszcza za pośrednictwem internetu, bywa zwodniczy. Jednakże spróbujmy odtworzyć prawdopodobny przebieg zdarzeń.
Przesłanki konfliktu są głęboko osadzone w przeszłości. Kolejne wojny Indii z Pakistanem trwały od chwili uzyskania przez oba państwa niepodległości w 1947 r., a nawet dłużej, bo walki między społeczeństwami zaczęły się jeszcze przed powstaniem obu państw.
Brytyjczycy arbitralnie wyznaczyli dzielącą je granicę, linia ta przetrwała do dziś, z niewielkimi tylko zmianami, oba państwa ją kwestionują. Największy jest problem w Kaszmirze, prowincji obejmującej Himalaje i ich przedpole. Mieszkańcy w większości są muzułmanami, zatem Pakistan uważa, że cały powinien do niego należeć, natomiast w wyniku wcześniejszych walk w przybliżeniu dwie trzecie jest pod władzą Indii, jedna trzecia – Pakistanu. Niewielkie fragmenty opanowały też Chiny, po starciach z armią indyjską, a przy cichej zgodzie Pakistanu.
Obok walk regularnych armii wielokrotnie dochodziło w przeszłości do ataków grup terrorystów muzułmańskich w Indiach. Władze tego państwa nieodmiennie oskarżały Pakistan o ich inspirowanie, czemu ten konsekwentnie zaprzeczał.
Indie od początku niepodległości współpracowały ze Związkiem Radzieckim, a potem z Rosją, ostatnio udzielały jej znaczącego wsparcia ekonomicznego w wojnie przeciw Ukrainie. Duża część indyjskiego uzbrojenia pochodzi z Rosji lub jest produkowana w Indiach na rosyjskiej licencji. Kupują też broń w innych krajach, najwięcej we Francji i w Izraelu, także w Niemczech, a nawet – w skromnych ilościach – w Polsce.
Pakistan związał się ze Stanami Zjednoczonymi, wspierał je w wojnach w Iraku i Afganistanie, a od kilkunastu lat współpracuje też z Chinami. Są one dziś jego głównym dostawcą broni.
W obliczu poważnych sporów amerykańsko-chińskich stawia to Pakistan w dość dziwnej sytuacji, niemniej oba państwa zabiegają o pozyskanie go, zwłaszcza Chiny wiele tu inwestują. Dla Stanów Zjednoczonych jest ważny, bo jest poważnie skonfliktowany z Iranem i Afganistanem, co sprzyja sojuszowi amerykańsko-pakistańskiemu.
Potencjał obu państw jest zdecydowanie nierówny – Indie są najludniejszym krajem na Ziemi, społeczeństwo Pakistanu jest dziesięciokrotnie mniej liczne, podobnie dochód narodowy, natomiast armia Indii liczyła w okresie konfliktu 1 455,5 tys. żołnierzy, zaś Pakistanu – 654 tys. żołnierzy. Przytoczone porównania należy traktować ostrożnie. Gdy w 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę, wydawało się, że w licznych wymiarach ma wielokrotną przewagę – przebieg działań zbrojnych wykazał, że takie zestawienia są zawodne.
Istotne jest, że oba państwa dysponują bronią jądrową i rakietami międzykontynentalnymi do jej przenoszenia, choć nigdy jeszcze broni tej nie użyły. Uczestniczą w eksploracji Kosmosu. Indyjskie pojazdy dotarły już na Księżyc i orbitę Marsa.
Odmienne są systemy polityczne. W Indiach istnieje demokracja, choć z licznymi ułomnościami. W Pakistanie, poza krótkimi okresami względnej demokracji, panowała dyktatura wojskowa. Piotr Kłodkowski użył metafory zaczerpniętej od Woltera piszącego o Prusach: „Inne państwa posiadają armie, a pakistańska armia posiada państwo”[2]. I co najważniejsze – różni je religia, w Indiach dominuje hinduizm, Pakistan opiera się na fundamencie sunnickiego islamu.
Pretekstem do najnowszej wojny była akcja w Kaszmirze przeprowadzona przez muzułmańskich terrorystów z organizacji Front Oporu, walczącej o wolność Kaszmiru od Indii, nie określając jednoznacznie, czy chce jego niepodległości, czy wcielenia do Pakistanu. 22 kwietnia 2025 r. zabili 26 i ranili 17 turystów w kurorcie Pahalgam w indyjskiej części Kaszmiru. Ofiary śmiertelne to mężczyźni z Indii i jeden z Nepalu. Według indyjskich organów bezpieczeństwa jest to ruch inspirowany przez rząd Pakistanu. Władze Pakistanu zaprzeczają, twierdząc że atak na Pahalgam był indyjską „operacją fałszywej flagi”.
Po tym ataku wzdłuż spornej granicy kilkakrotnie doszło do wymiany ognia. Armia Pakistanu zestrzeliła 29 kwietnia indyjskiego drona, który szpiegował w pakistańskiej części Kaszmiru. Politycy wielu państw wzywali oba kraje do deeskalacji napięcia, bez skutku.
Przebieg walk znamy w wielu aspektach tylko z indyjskiego i pakistańskiego przekazu. Wersje stron są radykalnie sprzeczne i trudno je zweryfikować.
Starcia zaczęły się od zbombardowania w nocy z 6 na 7 maja przez indyjskie lotnictwo dziewięciu celów w Pakistanie i w pakistańskiej części Kaszmiru, w operacji nazwanej Sindoor. Ta nazwa ma ważny wydźwięk propagandowy. Tak nazywa się czerwony proszek, którym hinduskie kobiety posypują przedziałek po środku głowy, na znak, że są zamężne. Teraz miało to symbolizować obronę wdów po zabitych. Zarazem przypominało ważny dla świadomości historycznej Hindusów dramat z 1947 r., gdy Pakistańczycy zgwałcili dziesiątki tysięcy kobiet hinduskich, traktując je jak przedmioty symbolizujące honor religii i narodu.
Pakistan nazwał konflikt Operacja Bunyan um Marsoos. Jest to termin oznaczający „ścianę z ołowiu”, a pochodzi z Koranu, który mówi: „Zaprawdę, Allah kocha tych, którzy walczą na Jego sposób, jakby byli murem z ołowiu”.
Według strony indyjskiej naloty skierowane były w infrastrukturę terrorystów: meczety i szkoły koraniczne – miejsca ich organizowania się i szkolenia. Według Pakistanu uderzyły w obiekty cywilne i spowodowały liczne ofiary.
8 maja armia Pakistanu zaatakowała liczne cele na terytorium Indii, w tym – przy użyciu dronów – lotnisko w 600-tysięcznym mieście Dżammu w Kaszmirze oraz indyjskie instalacje wojskowe w pobliskich miejscowościach.
W nocy z 9 na 10 maja lotnictwo indyjskie przeprowadziło naloty na kilka pakistańskich instalacji wojskowych. Wysłano m.in. izraelskie drony Harop i polskie drony rozpoznawcze Warmate 5.0., produkowane przez firmę Flytronic w Ożarowie Mazowieckim. Służyły sondowaniu i ocenie parametrów reakcji pakistańskich systemów rozpoznania oraz neutralizacji radarów przeciwlotniczych.
Indie użyły m.in. bomb Hammer zaopatrzonych w silnik rakietowy, zaprojektowanych we Francji, które okazały się niedawno jednym z najskuteczniejszych środków ukraińskiego rażenia w walce z Rosją. Już na początku 2025 r. ujawniono, że francuski koncern Safran oraz indyjski Bharat Electronics wspólnie produkują je w Indiach. Użyto też pocisków manewrujących BrahMos, produkowanych w Indiach na rosyjskiej licencji. Są unowocześnioną wersją rosyjskiej rakiety Onyks.
A przede wszystkim toczono walki w powietrzu. Ochronę przestrzeni powietrznej Indii zapewniały rosyjskie systemy S-400, pakistańskiej – chińskie rakiety HQ-9. Myśliwce produkcji chińskiej Chengdu zestrzeliły – zdaniem Pakistanu – pięć samolotów indyjskich, w tym trzy kupione we Francji Rafale. Zarówno Indie, jak i Francja temu zaprzeczyły. Strona indyjska twierdziła, że zestrzelono jeden samolot Chengdu. Pakistan zaprzeczył, przyznał jedynie, że jeden z jego samolotów doznał niewielkich uszkodzeń. Odnosząc się do doniesień o własnych stratach samolotów, Indyjskie Siły Powietrzne stwierdziły, że „straty są częścią walki”, nie podając szczegółów, a zapewniając, że wszyscy piloci wrócili do domu.
O eskalacji konfliktu świadczyło wypłynięcie indyjskiej floty wojennej, która 8 maja wyruszyła ku wybrzeżu Pakistanu. Do walk na morzu jednak nie doszło.
10 maja załagodzeniem konfliktu zajął się prezydent USA Donald Trump. Jak sam stwierdził, amerykańskiej dyplomacji udało się wynegocjować natychmiastowe wstrzymanie wszelkich działań zbrojnych. W konsekwencji po 96 godzinach walk oba państwa zgodziły się na zawieszenie broni, a potem oba ogłosiły swoje zwycięstwo. 21 czerwca rząd Pakistanu nominował prezydenta Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla za zasługi w powstrzymaniu wojny.
Zarówno szef Sztabu Obrony Indii, generał Anil Chauhan, jak i przewodniczący Komitetu Połączonych Szefów Sztabów Pakistanu, generał Sahir Shamshad Mirza, zapewnili, że w żadnym momencie konfliktu żadne z państw nie rozważało użycia broni jądrowej.
Walki przerwano, ale konflikt trwa – podobnie jak w przypadku wcześniejszych starć indyjsko-pakistańskich. Obie strony intensywnie przygotowują się do przyszłych zmagań.
Czy z użycia chińskich i rosyjskich systemów po przeciwnych stronach walki wynika, że była to „wojna zastępcza” (proxy war) Chin z Rosją, zapowiadająca zmierzch ich sojuszu? Raczej nie. Na razie Moskwa i Pekin ściśle współdziałają. Ale prawdopodobnie był to swoisty test skuteczności broni i technik jej użycia. Udział w realnej walce to najlepszy sposób ich testowania – być może właśnie mieliśmy z czymś takim do czynienia. To oczywiście jedynie hipoteza, dziś niemożliwa do weryfikacji. Gdyby jednak była prawdziwa, to rodzi się pytanie, dlaczego Indie i Pakistan dały się użyć w takiej roli? I znowu, odpowiedź może być jedynie hipotetyczna. Mimo wszystko warto spróbować, z zastrzeżeniem, że to tylko przypuszczenia.
W obu państwach konflikt z sąsiadem był wygodny dla rządzących sił politycznych ze względu na potrzeby polityki wewnętrznej. Rządząca Indiami Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party, BJP) wykorzystała emocje dla przeprowadzenia spektakularnej propagandy. Zorganizowano w wielu miastach wiece poparcia dla sił zbrojnych. Akcentowano zwłaszcza udział kobiet, w tym na stanowiskach dowódczych armii indyjskiej. Na przyszły rok zaplanowane są wybory lokalne i do parlamentu ogólnokrajowego. BJP ma charakter konserwatywny i religijny, miała dotychczas niewielkie poparcie kobiet. Operacja Sindoor być może je powiększy. Zdaniem pakistańskich dziennikarzy, „opieranie się na antypakistańskiej retoryce zyskuje na znaczeniu, ponieważ sondaże wskazują na spadek poparcia” dla partii rządzącej Indiami. „W tym kontekście takie narracje stanowią sposób na zwiększenie poparcia i odwrócenie uwagi od pilnych wyzwań stojących przed krajem”[3].
Również dla armii Pakistanu konflikt mógł być wygodny. Były indyjski ambasador w Pakistanie Shivshankar Menon ocenił, że „armia ta ma interes w podtrzymywaniu określonego poziomu konfliktu z Indiami, by zagwarantować sobie dalszy wpływ na pakistańską politykę, na kształt państwowego budżetu oraz na swój popularny obraz jako strażnika Pakistanu”[4]. I rzeczywiście, po konflikcie Pakistan podwoił przewidziane w budżecie na 2025 r. wydatki na obronność do równowartości 9 mld dolarów. W czerwcu 2025 r. poinformowano o zamiarze kupienia 40 chińskich myśliwców Shenyang. Mają być dostarczone w ciągu dwóch lat. Już w lipcu 2025 r. zaczęto szkolenie pilotów w Chinach.
Nie zaniedbano relacji z Rosją. 2 września premier Pakistanu Shehbaz Shafir spotkał się w Moskwie z Władimirem Putinem, zapewnił, że bardzo zależy mu na wzmocnieniu współpracy. A 3 września Shafir był w Pekinie na uroczystościach związanych z rocznicą kapitulacji Japonii. To kolejny symptom zbliżenia obu państw.
Z kolei Indie, oceniając dużą skuteczność systemów S-400, po zakończeniu operacji Sindoor zwróciły się do Rosji o sprzedanie następnych zestawów, dostarczanych bezpośrednio z Rosji albo wspólnie produkowanych w Indiach. Postawiło to Moskwę przed trudnym dylematem – systemy są jej potrzebne w wojnie przeciw Ukrainie, już wcześniej Iran pod koniec 2024 roku chciał je kupić, a Rosja odmówiła sprzedaży. Z Indiami rozmowy na razie trwają.
Konflikt wywołał spore zainteresowanie w krajach muzułmańskich, ale Pakistan nie uzyskał ich jednoznacznego poparcia. Zwłaszcza kraje znad Zatoki Perskiej mają ścisłe powiązania gospodarcze z Indiami, zatem wolały zachować dystans. Czołowa arabska telewizja Al-Jazeera szczegółowo relacjonowała zdarzenia, nie preferując żadnej strony. Pozwoliła sobie nawet później na smutny żart: porównanie „zwycięstwa” Indii w walce zbrojnej do sukcesu ich drużyny krykieta nad reprezentacją Pakistanu podczas Mistrzostw Azji w Dubaju 28 września 2025 r.[5].
[1] Carl von Clausewitz, O wojnie, tł. Augustyn Cichowicz, Leon Koc, Kraków 2006, s. 64.
[2] Piotr Kłodkowski, Azjatycka wielka gra. Indie i Azja Południowa w sporze o regionalną i globalną dominację w XX i XXI wieku, Kraków 2024, s. 481.
[3] Zahra Niazi, India’s militaristic turn, https://www.thenews.com.pk/latest/
/1353622-india-s-militaristic-turn, dostęp 27.10.2025.
[4] Shivshankar Menon, Indie i geopolityka Azji. Historia i teraźniejszość, tł. Eliza Litak, Warszawa 2024, s. 428.
[5] Abid Hussain, ‘Operation Sindoor’: How cricket became latest India-Pakistan
weapon of war, https://www.aljazeera.com/news/2025/9/30/operation-sindoor-how-
-cricket-became-latest-india-pakistan-weapon-of-war, dostęp 1.10.2025.
Nauki humanistyczne mają problem z interpretowaniem aktywności człowieka zarazem jako wolnej jednostki i jako integralnego elementu społeczeństwa (istoty społecznej). W etyce wyraża się to w dwóch odrębnych ujęciach człowieka jako autonomicznej jednostki oraz jako istoty społecznie zdeterminowanej. W efekcie w etyce istnieje etyka indywidualistyczna oraz etyka społeczna, co samo w sobie jest absurdalne, bo każda z nich stanowi niezależne od siebie standardy i regulacje etyczne. W postaci skrajnej może to powodować, że ktoś może być uznawany za wartościowego społecznie i zarazem, jako jednostka, może być zdemoralizowanym. Ten dylemat został przeniesiony także do struktury etyki, bo mamy psychologię moralności zajmującą się kondycją moralną jednostek oraz socjologię moralności, która stara się sprowadzić kondycję miliardów jednostek do wspólnego mianownika. Systemy etyczne mają zatem duże problemy z ujęciem w karby teorii tego dualizmu ludzkiej egzystencji.
Nie znaczy to jednak, że filozofowie nie próbowali tego zrobić. Udawało im się to ze zmiennym powodzeniem. Ogólnie rzecz biorąc, taką możliwość dostrzegali w naturalnym ludzkim dążeniu do szczęścia, którego przecież nie da się osiągnąć będąc wyobcowanym ze społeczeństwa. Szczęście jest bowiem zawsze uczuciem współdzielonym z innymi, bo nawet jeśli odczuwamy je tylko sami, to osiągamy ten stan ze względu na kogoś lub dzięki komuś. Oczywiście z powodu innych możemy stać się także głęboko nieszczęśliwymi. Wychodząc z takiego założenia, żyjący w XVII wieku filozof Benedykt Spinoza uważał nawet społeczeństwo za źródło zagrożeń dla moralnej kondycji człowieka, bo jego zdaniem kontekst społeczny wzbudza w człowieku naturalną chęć rywalizacji, porównywania, wzbudza namiętności, potrzebę władzy itp. Zarazem jednak zakładał on, że dzięki posiadanemu rozumowi człowiek wyzwoli się spod tego wpływu, doskonaląc swój rozum, a więc poświęcając się poznaniu, w domyśle filozofii. Jego etyka była zatem skrajnie indywidualistyczna, gdyż szczęście i radość człowiek osiąga, tak jak u starożytnych stoików, tylko dzięki poznawaniu istoty bytu. Z tej racji społeczeństwo przeszkadza w realizacji naturalnej potrzeby bycia szczęśliwym. Sprowadza się to ostatecznie do stanowiska, że do szczęścia człowiekowi nikt nie jest potrzebny, bo inny może tylko w tym przeszkadzać. Nic zatem dziwnego, że takie teorie etyczne, choć ubrane w kunsztowne struktury słowne, mogące nawet zachwycać głębią przemyśleń, nie zyskały popularności poza światem samej filozofii.
Przeciwwagą dla tych teorii stały się koncepcje, które mieszczą się w nurcie utylitarystycznym, bo szczęście jest tym bardziej wartościowe, im więcej ludzi może je doznawać. Hasło „jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi” posiada jednak także ograniczenia konceptualne, gdyż teoretycznie dopuszcza możliwość złożenia ofiary z niewinnych ludzi tylko po to, aby pozostali mogli być dalej szczęśliwi. Problem kozła ofiarnego nie jest jedynym paradoksem, który wynika z dosłownego interpretowania utylitarystycznej koncepcji szczęścia. Nie przypadkiem to właśnie w utylitaryzmie sformułowano dylemat wagonika, który wręcz zachęca do składania w ofierze mniejszości dla dobra większości. Potęgę takiego rozumowania znamy choćby z niedawnej pandemii. Nie zmienia to jednak faktu, że tego typu problemy stanowią pochodną przeciwstawiania interesu jednostki interesowi społecznemu, stąd główne zadanie etyki sprowadza się do tego, aby takiego przeciwstawienia w ogóle nie było.
Rodzi to pytanie o to, czy jest to w ogóle możliwe. Pozostawienie jednostki samej sobie jest bowiem społecznie nieakceptowalne, podobnie jak całkowite jej podporządkowanie interesom społeczeństwa. W filozofii dzięki Emmanuelowi Mounier te dwie skrajności znane są jako alienacja Narcyza oraz alienacja Herkulesa i obie uznaje się za stojące w sprzeczności z dyspozycjami natury ludzkiej. Nie zmienia to faktu, że człowiek w każdej sytuacji jest zarazem istotą aspołeczną, jak i niepowtarzalnym indywiduum. Burzliwe wydarzenia ostatnich wieków, które dotknęły większość światowych społeczeństw, uświadomiły etykom, że palącą staje się potrzeba sformułowania etyki integralnej ujmującej człowieka całościowo, a najbardziej obiecującą próbą jej zbudowania okazała się koncepcja zwana etyką niezależną. W tym dziele niepośledni wkład wnieśli także przedstawiciele polskiej filozofii.
2
Nasuwa się stąd niekiedy pytanie, po co w ogóle etyka jest potrzebna ludzkości. Z jednej strony jej regulacje nakładają określone obowiązki na jednostki, a więc ograniczają ich wolność, a z drugiej nakazują jej maksymalnie korzystać ze swej wolności, co zwolennicy etyki zależnej odbierają jako przymus. Jest to jednak tylko pozorny paradoks, bo etyka, zresztą jak wszystkie inne wytwory człowieka, ma za zadanie chronić ludzkość. Polski filozof Karol Frenkel jako pierwszy zauważył i podkreślił fundamentalne znaczenie tego zadania etyki. Osiemdziesiąt lat później tę samą tezę powtórzył Hans Jonas w swej Zasadzie odpowiedzialności, nadając jej formę imperatywu kategorycznego: „Ludzkość musi przetrwać”. Znaczna część środowisk naukowych rozbija taką zasadę na dwa kierunki działania: na instynkt samozachowawczy oraz instynkt zachowania gatunku. Tymczasem nie ma żadnych podstaw do tego, aby je rozdzielać od siebie, bo trwanie jednostek jest konieczne dla zachowania gatunku. Innymi słowy to sama natura czyni nas moralnymi, bo dalsze istnienie człowieka na Ziemi jest jakby wpisane w logikę funkcjonowania biosfery. Bez naszego gatunku byłaby ona zupełnie inna, co znaczy, że nagłe zniknięcie naszego gatunku spowodowałoby destrukcję całego ziemskiego ekosystemu. Ludzkość jest więc gatunkiem kluczowym dla dalszego trwania życia na Ziemi.
Świadomość takiego stanu rzeczy była już udziałem przedstawicieli szkockiej filozofii zdrowego rozsądku. To już Francis Hutcheson (1694–1746) stwierdził, że moralność nie wynika z tego, jakie rzeczy są, a więc także nie z racji rozumu, ale należy do sfery poczuć (afektywnej). Ludzie w jego przekonaniu odróżniają to, co moralne od tego, co niemoralne, tak samo jak odróżniają rzeczy słodkie od gorzkich czy ciepłe od zimnych. Poprzez Davida Hume’a pogląd Hutchesona trafił także do Polski. A stało się to za sprawą Tadeusza Kotarbińskiego, który nawiązał do tego poglądu w swym fundamentalnym dziele „Elementy teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk” (1929), a stąd pogląd ten stał się fundamentem jego koncepcji etyki niezależnej. Rzecz jednak w tym, że etyka niezależna istniała już przed Kotarbińskim, bo jej początków należy doszukiwać się jeszcze w pozytywizmie, który wystąpił z radykalną krytyką całej tradycji, w tym także tradycji naukowej, którą obarczał winą za cywilizacyjne zacofanie Polski.
Pozytywiści największego przeciwnika mieli wśród kleru wszystkich wyznań, który reklamował siebie wówczas jako ostoję tradycji. W tej walce z pozytywistycznym powiewem nowoczesności wykorzystywano wówczas cały arsenał pomówień, za pomocą których starano się stygmatyzować wszystkich pozytywistów włącznie z zarzucaniem im, że walcząc z tradycją sprzeniewierzają się sprawie niepodległościowej. A przecież jedynym grzechem pozytywistów było dążenie do zmiany zacofanych cywilizacyjnie ziem polskich w nowoczesne państwo. Ofiarami tej stygmatyzacji stały się pierwsze polskie próby sformułowania etyki niezależnej autorstwa Aleksandra Świętochowskiego i Juliana Ochorowicza. W taki właśnie sposób od samego zarania etyka niezależna w Polsce stała się czymś podejrzanym, co wymagało nie lada odwagi od tych, którzy nie bali się głosić jej założeń. Pozytywistom polska etyka niezależna zawdzięcza przede wszystkim uświadomienie tego, że środowisko społeczne, w którym jednostka egzystuje, determinuje jej moralność (Świętochowski), a zatem jeśli chcemy, aby ludzie byli moralni, jesteśmy zobowiązani do stałej obecności w obiegu społecznym regulacji moralnych, które w tym środowisku powstały (Ochorowicz). Nie mogą one mieć źródła zewnętrznego, co znaczy nie tylko odrzucenie wszelkich koncepcji zakładających ich transcendentny charakter, ale także wszelkich prób przeniesienia już istniejących w sąsiednich kulturach, w tym zwłaszcza z państw zaborców.
Niemniej jednak dojrzała postać etyki niezależnej zrodziła się dopiero w obrębie szkoły lwowsko-warszawskiej. To Kazimierz Twardowski podjął studia nad koncepcją Hutchesona, którą poznał pośrednio poprzez studia nad etyką Hume’a oraz prowadząc równolegle dwa przewody doktorskie: Tadeusza Kotarbińskiego oraz Karola Frenkla. Pierwszy doktorant omawiał etykę Milla i Spencera, a drugi porównywał ze sobą dwa wielkie systemy etyczne – Hume’a i Schopenhauera. Przy tej okazji powstała znana praca Twardowskiego Etyka wobec teorii ewolucji. Twardowski nie wypromował już więcej doktorów z etyki, a jego studia nad tym problemem zostały niebawem zarzucone.
Po nagłej śmierci Frenkla i przejściu Twardowskiego na emeryturę zajęcia z etyki przejął po nim Kazimierz Ajdukiewicz, któremu zawdzięczamy wskazanie sposobu transmisji międzypokoleniowej regulacji etycznych. Otóż wedle niego dzieje się tak za pomocą praktyki językowej. Język jest medium, którym posługują się wszyscy i to właśnie poprzez niego przekazywane są owe „poczucia moralne”, o których pisał Hutcheson. Wynika to z samej istoty języka, bo istnieje zbiór słów oznaczających przedmioty podlegające ocenom moralnym i każdy go przejmuje w całości przez sam fakt życia w społeczeństwie. Ajdukiewicz nazwał to uzusem, a więc pewnym zwyczajem językowym, ale ów zwyczaj stanowi o trwałości i ciągłości istnienia danej kultury, bo jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Przedmioty podlegające ocenie moralnej nie zmieniają się historycznie. Mogą zmieniać się oceny, ale nie same przedmioty. To właśnie w szkole lwowsko-warszawskiej doszło do połączenia pozytywistycznego przekonania o społecznych źródłach moralności z naukowymi świadectwami o istnieniu także biologicznych jej determinant.
Wskazywanie na Frenkla czy Kotarbińskiego jako wyłącznych twórców polskiej koncepcji etyki niezależnej jest zatem nietrafne, bo nie powstałaby ona bez badań pozytywistów Świętochowskiego, Ochorowicza, a także Adama Mahrburga oraz kontynuatorów kierunku ich myślenia ze szkoły lwowsko-warszawskiej. Tadeusz Kotarbiński personalnie łączył warszawskich pozytywistów ze szkołą Twardowskiego, bo przecież był uczniem pozytywisty Adama Mahrburga, a później także samego Twardowskiego. Choć nie specjalizował się w etyce, to jednak uogólnił tylko wyniki ich badań w ramach jednej koncepcji. Co istotne, moment publikacji jego koncepcji nie został wybrany przypadkowo, ale dokładnie w momencie, w którym zmęczone wojną i reżimem stalinowskim polskie społeczeństwo było gotowe na jej przyjęcie. Kotarbiński, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, posiadał zatem dobre rozeznanie w nastrojach i oczekiwaniach społeczeństwa i dlatego jego koncepcja natychmiast spotkała się z tak wielkim zainteresowaniem. Została wyrażona prostym językiem, bo nie miała wskazywać ludziom tego, co jest moralne, a co niemoralne, ale tylko utwierdzać ich w słuszności już obranej drogi postępowania. Kotarbiński postulował zrozumiałym dla wszystkich językiem „nie bądź gałganem”, a więc kimś, kto zasługuje na potępienie, a każdy posługujący się polskim językiem był w stanie ten postulat zrealizować w swoim życiu.
3
Nie wszyscy zdają sobie sprawę ze źródeł, z których wypływa ich wewnętrzne przekonanie o tym, że w takiej a takiej sytuacji należy postąpić tak, a nie inaczej. Na dodatek jednocześnie uważamy, że każdy inny, kto znalazłby się w identycznej sytuacji, postąpiłby tak samo jak my sami. Ale każdy, kto zaczyna się nad tym zastanawiać, musi dostrzec, że w zasadzie istnieją tylko dwa możliwe wyjaśnienia. Pierwsze z nich zakłada, że wszyscy ludzie mają wrodzony instynkt moralny pozwalający im nieomylnie odróżniać dobro od zła, a drugie, że zostali obdarzeni taką zdolnością przez jakiś czynnik zewnętrzny. To pierwsze rozwiązanie nie może być uznane za zadawalające, gdyż ludzie znacznie różnią się w swym postępowaniu, przyjmowanych postawach, jak też wygłaszanych ocenach. Nie znaczy to jednak, że należy je z góry odrzucać, gdyż wiele faktów świadczy o tym, że jednak przynajmniej niektóre nasze przekonania mają naturalne źródła. Typowym przykładem tego jest spontaniczne pomaganie słabszym oraz znajdującym się w sytuacjach zagrożenia życia. Niemniej jednak zdecydowanie więcej faktów świadczy o przejmowaniu drogowskazów życiowych od innych. Nie można w tym przypadku mówić o mechanicznym przekazywaniu, kopiowaniu cudzych wartości i norm, bo sensowniej jest mówić o przejmowaniu uwzględniającym ograniczenia własnych dyspozycji fizycznych i psychicznych.
Nie można zatem oczekiwać, że osoby z dysfunkcjami będą pod względem moralnym identyczne z osobnikami w pełni zdrowymi, co oznacza, że pełnosprawne jednostki czują się w obowiązku wspomagać takie osoby, aby istniejące różnice maksymalnie niwelować. Ale to, jak to będą starały się zrobić, zależy już wyłącznie od nich samych. To wszystko czyni nas wszystkich uczestnikami wspólnoty moralnej składającej się z jednostek wolnych i wrażliwych na wszelkie niezawinione nierówności pomiędzy ludźmi. Karol Frenkel twierdził, że wspólnota moralna powstaje w wyniku tego, że podstawą moralności jest wspólny dla wszystkich ideał moralny, który samoczynnie staje się integralną częścią osobowości jednostki. Sama nazwa wskazuje, że jest to coś, co dopiero ma zostać urzeczywistnione, a nawet domaga się urzeczywistnienia. Nie oznacza on w żadnym przypadku, że składa się z elementów osiągalnych tu i teraz, bo nawet jeśli uczynimy coś zgodnego z nim, to co najwyżej go wzbogacimy o jakiś element. Nawet chwilowe niepowodzenia nie osłabiają naturalnego podążania w kierunku takiego ideału. Rodzi się zatem pytanie, czym muszą charakteryzować się takie działania, aby zostały uznane za właściwe, a więc słuszne. Wedle Frenkla decydują o tym dwa elementy: włożony wysiłek (wkład własnej pracy) oraz bezinteresowność motywów. To właśnie one pozwalają nam oceniać dowolne postanowienie jako moralne bądź nie. Każdy człowiek więc jest w stanie bez potrzeby przechodzenia długotrwałej edukacji moralnej ocenić dowolne postanowienie człowieka jako moralne. Co istotne, samo działanie może zakończyć się niepowodzeniem, ale motyw jego podjęcia automatycznie powoduje, że uznaje się je za moralne.
Charakterystycznym rysem przedstawionego rozumowania jest to, że aby wyjaśnić dlaczego ludzie starają się być moralni, nie potrzeba uciekać się do doszukiwania się ingerencji zewnętrznej – a tym bardziej czynników nadprzyrodzonych. Co więcej, każdy, kto taki czynnik wprowadza do interpretowania zjawisk moralnych, powoduje, że nie da się tego wyjaśnić na gruncie nauki. Niezależność etyki oznacza zatem zarazem, że musi ona mieć charakter naukowy. Rodzi to problem związany z tym, czy może istnieć etyka nienaukowa. Rzecz jest w tym, że nie może, bo albo etyka jest nauką, albo nie, a jeśli nauką jest, to wszystko co głosi podlegać musi weryfikacji naukowej, a jej twierdzenia muszą mieć odzwierciedlenie w faktach.
Każda nowa koncepcja etyki od wieków budziła też nadzieję, że oto wreszcie wynaleziono lekarstwo na wszelkie ułomności duszy ludzkiej. Zapewne zarówno ich autorom, jak i odbiorcom udzielało się przekonanie, że oto uczestniczą w wielkim zadaniu podnoszenia na wyższy poziom kondycji moralnej całej ludzkości. Dla pozytywistów było czymś oczywistym, że aby cokolwiek poprawić, trzeba to wpierw dogłębnie poznać, stąd podejmowali próby poznania źródeł moralności. Pisali oczywiście na ten temat uczone traktaty przeznaczone dla zawodowych filozofów, ale za najważniejsze zadanie uznawali doskonalenie moralne społeczeństwa. Ochorowicz ukuł dla tego zadania specjalną nazwę „etoplastia”, która poprzez eksponowanie negatywnych zjawisk moralnych rozpowszechnionych w społeczeństwie miała zarazem wskazywać proste drogi ich uniknięcia lub wyzwolenia się z ich okowów. Zadanie to nie miało przekraczać możliwości przeciętnego człowieka, a więc ludzie własnymi siłami mieli się wyzwolić z nałogów i złych nawyków. Niepotrzebna do tego jest znajomość uczonych traktatów etycznych ani znajomość systemów etycznych. W konsekwencji etycy niezależni często głosili swoje koncepcje tak, jakby tradycja etyczna w ogóle nie istniała, a tylko ich stanowisko było godne rozpropagowania. Prawdą jest zatem, że to nie pozytywiści walczyli z religią, ale zwolennicy etyki religijnej zwalczali ich poglądy na wszelkie sposoby. Niemniej jednak zdołali ukształtować przekonanie, że celem pozytywistów jest walka z religią, skrzętnie unikając nazywania ich rzecznikami postępu społecznego, bo wówczas sami zostaliby uznani za rzeczników zacofania i ciemnoty, wrogów postępu, którymi przecież byli w istocie.
4
Koncepcja etyki niezależnej sformułowana przez Kotarbińskiego była już tematem tak wielu publikacji, że autor czuje się zwolniony z obowiązku jej bliższego omawiania. Jej urok polegał przede wszystkim na tym, że stanowiła odpowiedź na zapotrzebowanie płynące ze strony społeczeństwa. Wystąpienie Kotarbińskiego z koncepcją etyki niezależnej dotyczyło bowiem wielce zaniedbanej płaszczyzny życia społecznego, co dostrzegali nawet najzagorzalsi przeciwnicy. Z jednej strony pochwalali jego starania, a z drugiej zachowywali głęboką rezerwę wobec tej propozycji, co związane było z obawami o zbyt szerokie jej rozpowszechnienie się w społeczeństwie. Ta rezerwa dotyczyła zarówno osób związanych z obozem władzy, jak i z religią, gdyż oba te ośrodki dokładały wielu starań, aby samemu zmonopolizować całą działalność w tej sferze.
Trudno wytłumaczalnym pozostaje fakt, że etyka niezależna była w Polsce popularna tylko do momentu upadku realnego socjalizmu. Warto więc zastanawiać się, czy jego propozycja przestała być atrakcyjna dla współczesnych. Wbrew zarzutom wielu krytyków etyka ta miała solidne podstawy w filozofii, a jej założenia tym tylko różniły się od koncepcji konkurencyjnych, że ich akceptacja nie przekraczała możliwości poznawczych przeciętnego człowieka. W świetle przeprowadzonych rozważań wypada przyznać rację współczesnym interpretatorom dokonań autora Spraw sumienia stojącym na stanowisku, że „system etyczny Kotarbińskiego jest uważany w Polsce za jeden z najoryginalniejszych systemów XX wieku”. Aby docenić wartość tej propozycji, trzeba ją jednak przeanalizować w kontekście zarówno historycznym, jak i kulturowym. W polskich warunkach zachowuje ona swoją aktualność, jest w pewnym sensie ponadczasowa. Etyka niezależna to nie jest moralizatorstwo, bo jej zadaniem jest przywracanie zachwianej równowagi pomiędzy gatunkową a społeczną naturą człowieka. W momencie, gdy Kotarbiński wystąpił ze swoim projektem, polskie społeczeństwo było pod względem moralnym zdezorientowane, na co złożyły się najpierw mroczne lata okupacji hitlerowskiej, a następnie zaraz po wojnie – totalitarne stalinowskie porządki. Powiew wolności na fali popaździernikowych przemian przywrócił jednak społeczeństwu nadzieję, że można żyć normalnie, a więc szczęśliwie, nie obawiając się każdego dnia o swój los i los najbliższych. Etyka niezależna tą nadzieję urzeczywistniała. Stąd wzięła się jej ogromna popularność, bo jej przesłanie powodowało, że każdy mógł samodzielnie uczestniczyć w dziele naprawy świata. Tu już nie działały wyłącznie bezosobowe siły władające światem, ale każdy mógł to czynić zgodnie z własnymi chęciami i możliwościami. Kotarbiński przecież nie widział przeszkód w tym, aby każdy, kto dostrzegał potrzebę podnoszenia kondycji moralnej Polaków, mógł stać się opiekunem spolegliwym i naprawiać świat tak, jak mu serce i rozum podpowiadały. Taki człowiek nie potrzebuje zewnętrznych doradców, bo w nim społeczna i jednostkowa natura stanowiły jedność. Mógł oczywiście popełniać błędy, ale zasadniczy kierunek wyznaczał mu ideał etyczny, którego istnienia był świadomy.
W tym też kierunku podążają inni interpretatorzy koncepcji Kotarbińskiego, wychodząc z oceny istniejącej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej. Niemniej jednak pojawia się pytanie, dlaczego system etyczny odwołujący się do tak prostych zasad nie utrwalił się w społeczeństwie. Być może odpowiedzią na takie pytanie byłoby odwołanie się do prawidłowości rozwoju społeczeństwa, które przecież – jak to już dostrzegali pozytywiści – jest dynamiczne i ciągle doskonali swoje struktury. Postęp w rozwoju społecznym jest faktem, czemu jednak nie towarzyszy adekwatny progres w poziomie moralnym. Etyk może bowiem na podstawie oceny stanu istniejącego formułować potencjalnie skuteczne reguły sprzyjające korygowaniu już istniejących nieprawidłowości; może też jednak – śledząc kształtowanie się postaw moralnych w przeszłości – próbować doszukiwać się ponadczasowych prawidłowości w ich kształtowaniu się. Jedno i drugie rozwiązanie wymaga prowadzenia obserwacji stanu istniejącego oraz wyciągania wniosków dotyczących pożądanych korekt. Przyjęcie pierwszego stanowiska jednak skazuje etyka na los naukowca wiecznie utyskującego na upadek obyczajów i upadek moralności, bo to, co odkryje i zaproponuje, ma już tylko wartość historyczną. Przyjęcie drugiego stanowiska wymaga dokonywania porównań po to, aby uchwycić przyczyny nieskuteczności działań podejmowanych w przeszłości na rzecz poprawy kondycji moralnej społeczeństwa. Jest to zatem ciągła próba doskonalenia już istniejących mechanizmów, co wydaje się zadaniem rozsądniejszym, zwłaszcza gdy się nie ma pewności co do rzeczywistych motywacji jednostek.
Można zaryzykować stwierdzenie, że dopóki zwolennicy etyki niezależnej stali na drugim stanowisku, to osiągali sukcesy, zyskiwali coraz to nowych zwolenników. Niestety, okazywało się, że spontaniczne działania prędzej czy później instytucjonalizowały się, a w efekcie zaczynało przeważać stanowisko pierwsze. Nie można bowiem nie zauważyć, że wszelkie kongresy, zjazdy, zebrania itp. mają głównie charakter retrospektywny, nie tyle formułują nowe idee, co rozliczają z wykonywanych zadań. Przestają przyciągać ludzi, których żywiołem jest działanie wśród ludzi, udzielanie pomocy w razie potrzeby, a nie dlatego, że komuś coś się należy. Dopóki Tadeusz Kotarbiński żył, współdziałał ze społecznością nauczycielską i ludźmi dobrej woli, to etyka niezależna ciągle zyskiwała na popularności. Na początku lat siedemdziesiątych Kotarbiński wycofał się z działalności założonego przez siebie Towarzystwa Kultury Moralnej, które w tych środowiskach zyskało dużą popularność. Nie było to jednak spowodowane zniechęceniem do tego typu działalności, ale świadomością tego, że najważniejsze zadanie, jakie przed sobą postawił, zostało już wykonane. Nie znaczyło to oczywiście, że wszelkie patologie moralne w Polsce nagle zanikły, ale że pod jego wpływem ukształtowało się całe pokolenie ludzi zdolnych kontynuować jego dzieło.
Trzeba także podkreślić, że sama idea niezależności etyki już po śmierci Kotarbińskiego została niejako strywializowana, gdyż w literaturze głównie jest mowa o jej separacji od religii. Tymczasem taka rozłączność nie miała polegać przecież na wyrugowaniu religii z życia, tylko na tym, aby ludzie zaczęli samodzielnie decydować o najważniejszych sprawach w swoim życiu. Wszystko, co dla człowieka ważne, ma bowiem związek z etyką. Kierowanie się rozwiązaniami gotowymi jest nie tyle przejawem wygodnictwa intelektualnego, co rezygnacją z wykorzystywania dyspozycji, w jakie ludzi wyposażyła natura. Oznacza to przede wszystkim bierny stosunek do rzeczywistości i właśnie dlatego Kotarbiński postulował niezależność etyki, ale nie tej w postaci gotowej już, zawartej w podręcznikach, tylko tej, którą kierowali się ludzie, którym nie było obojętne, jaka jest kondycja moralna społeczeństwa polskiego.
5
Popularność etyki niezależnej w Polsce wynikała bowiem i z tego faktu, że dobrze wpisuje się ona w nurt filozofii czynu, który ma wyjątkowo silną reprezentację w polskiej filozofii. Niezależność etyki nie polega więc na tym, że formułuje się tylko jakieś mniej lub bardziej uzasadnione reguły postepowania moralnego, ale na tym, że niezależnie od okoliczności przeciwdziała się złu, które pojawia się w naszym otoczeniu. Kotarbiński nie tworzył więc swej koncepcji na ziemi niczyjej, bo znakomicie się wpasował w tradycję intelektualną, która w naszym kraju taką niezależność zawsze premiowała.
Nawet jeśli Tadeusz Kotarbiński nie ma dziś naśladowców, którzy by chcieli podążać jego śladem i doskonalić jego dzieło, to przecież ta tradycja nie zanikła. Dążenie do niezależności etyki jest ciągle dostrzegane w naszym życiu intelektualnym i nawet jeśli przybiera nieco jednostronną postać, to przecież zawsze może stanowić zaczyn dla nowej, społecznie nośnej idei, o czym przekonywać zdają się informacje typu: „Obradował XIII Zjazd Krajowy Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego. Jego uczestnicy w przyjętych dokumentach wyrazili stanowczy sprzeciw wobec niekonstytucyjnego demontażu Polski jako demokratycznego państwa prawa oraz z najwyższym niepokojem wskazali na postępujący proces klerykalizacji państwa i życia publicznego”. Ten fakt wyraźnie wskazuje na to, że w Polsce ciągle nie brakuje ludzi zatroskanych kondycją moralną społeczeństwa i gotowych poświęcić czas oraz własne siły i środki, aby istniejący stan rzeczy poprawiać.
Możemy dziś się zastanawiać, co etyka niezależna zmieniła w powojennej Polsce. Być może odpowiedź będzie trudna do zaakceptowania, gdyż jedną z możliwości jest, że spełniła ona już swoje zadanie, że była swymi treściami dostosowana do miejsca i czasu, w których powstała. Nie wydaje się jednak, aby było możliwe wyczerpanie się etyki niezależnej, gdyż zadanie, które realizuje, zawsze jest do wypełnienia. Nawet w chwilach największego kryzysu moralnego zapewne wystarczy wrócić do wskazań głoszonych przez Kotarbińskiego, dostosowanych do bieżącej sytuacji. Niemniej jednak żyjemy w trudnych czasach, gdyż znów, jak siedemdziesiąt lat wcześniej, ludzie tracą orientację w otaczającej rzeczywistości. Odbieramy zewsząd sprzeczne komunikaty, które tę dezorientację pogłębiają. Być może nadszedł właśnie czas, aby zacząć przywracać ludziom utraconą równowagę pomiędzy jednostkową a społeczną naturą człowieka, bo wyraźnie widać, że tradycja odgrywa w naszym życiu coraz mniejszą rolę. Sekularyzacja życia publicznego ma swe źródło w pogłębiającej się świadomości tego, że moralność nie jest raz na zawsze ustanowiona i każdy może żyć wedle wskazań, które nikogo nie krzywdzą i które sam akceptuje. Otwiera to pole dla rozpropagowania współczesnej postaci etyki niezależnej, która będzie zarazem kontynuacją koncepcji Kotarbińskiego, jak i uwzględniać będzie nowe realia społeczne.
Literatura:
XIII Zjazd Krajowy TKŚ, „Przegląd” 2018, nr 27.
Brożek A., Jadacki J., Minimalizm etyczny Tadeusza Kotarbińskiego, „Etyka” 2006, t. 39.
Frenkel K., O pojęciu moralności, Lwów 1927.
Konstańczak S., Etyka niezależna w Polsce, Zielona Góra 2019.
Kotarbiński T., Sprawy sumienia, Warszawa 1956.
Ochorowicz J., Metoda w etyce, „Przegląd Filozoficzny” 1906, nr 1.
Świętochowski A., O powstawaniu praw moralnych, Warszawa 1876.
Pierwszy raz w tej kadencji Sejm głosował wniosek o odrzucenie weta prezydenta. Koalicja rządowa przegrała glosowanie, ale rezultat starcia nie jest jednoznaczny i nie ułatwia zrozumienia istoty zagadnienia, bo jednocześnie premier i rząd wychodzi z tej sprawy zdecydowanie na tarczy.
Weto prezydenta do rządowej ustawy z zakresu finansowo- inwestycyjnego obarczono argumentacją premiera dotyczącą spraw fundamentalnych, bezpieczeństwa państwa i działalności obcych sił, właściwe przy kompletnym pominięciu uzasadnień branżowych.
Dane rządowe mówią, że nawet ponad 3 mln osób w Polsce inwestuje na rynku kryptoaktywów, „z czego 600 tys. zostało już oszukanych”, a setki spraw toczą się w prokuratorze. Zawetowana przez prezydenta Nawrockiego ustawa miała chronić uczestników tego rynku, a pamiętajmy, że, przykładowo, wahania cenowe tego typu „walorów” mogą spaść z poziomu ponad 160 tys. dolarów za sztukę do nieledwie 80 tys. i niżej – i to w zaledwie tydzień! Aż ciarki przechodzą, że „walory” obarczone aż takim ryzykiem nadal znajdują nabywców…
W istocie nie jest jasne, nad czym właściwie odbywało się to piątkowe głosowanie – bo dla wielu posłów wcale nie nad meritum zagadnienia: czy ciemny rynek kryptowalut należy uregulować i jak to zrobić, ale generalnie „za” albo „przeciw” koalicji. Strzegącej w tej sprawie bezpieczeństwa państwa, jako racji „kawa na ławę” wyrażonej przez premiera w zamkniętej części posiedzenia Sejmu. Weto zostało podtrzymane głosami posłów PiS, Konfederacji i paru prawicowych kanap, ale koalicja rządowa w tej sprawie pokazała niespotykaną spójność. Tyle, że arytmetyka sejmowa okazała się nieubłagana: do większości zdolnej odrzucić weto zabrakło jednak sporo głosów.
Spróbujmy to zatem rozebrać na czynniki pierwsze, bo takich wet czai się w zanadrzu u pana prezydenta jeszcze sporo, choć zapewne nie o takim ciężarze gatunkowym. Prezydent Nawrocki ma u siebie na biurku ustawę akcyzową, wprowadzającą drastyczną „nowelizację” mapy drogowej podwyżek stawek akcyzy na alkohol (w ub. roku była podobna na wyroby tytoniowe), mamy ustawę o DSA, czyli akt de facto o kontroli Internetu, żeby wspomnieć tylko te dwie, ustawę okołobudżetową… I, przede wszystkim, dopiero co przez Sejm uchwalony budżet państwa na 2026 rok, który prezydent może wysłać do Trybunału Konstytucyjnego.
To tylko parę przykładów. Planowane przykładne odrzucenia weta prezydenta do ustawy łańcuchowej może być tu jedynie kwiatkiem do kożucha. Pozostałe weta staną się zaś swoistym probierzem obietnic, że Nawrocki będzie wetował ustawy podwyższające podatki i godzące w wolności obywatelskie wyrażone w konstytucji. Czy słowo dane w kampanii wyborczej u Mentzena nadal obowiązuje?
Dla porządku, samo głosowanie nad wetem może, ale wcale nie musi się w Sejmie ziścić. Tak było z wetem prezydenta Dudy do ustawy Lex TVN, które szalenie rozsierdziło Prezesa i całe PiS. Aby je w minionej kadencji odrzucić, ówczesnej władzy brakowało głosów opozycji. Więc głosowanie weta odstawiło do zamrażarki, a prezydent Duda wówczas tłumaczył, że tym samym ratuje stosunki polsko-amerykańskie i nie było to tłumaczenie pozbawione podstaw.
Weto Nawrockiego do kryptowalut nie miało co prawda takiego ciężaru gatunkowego, ale jego hipoteka okazała się wyjątkowo zapaskudzona, mimo wysiłków prezydenckiego ministra Boguckiego, który podczas swojego sejmowego przemówienia mocno starał się ograniczyć temat do jego wymiaru finansowego.
Premier zaś mówił, że „sprawa jest tak paskudna, jak nigdy w Polsce od 1989 roku”. Zawetowana przez Nawrockiego ustawa miała umożliwić państwu skontrolowanie części rynku kryptowalut, która jest infiltrowana przez podmioty rosyjskie i białoruskie, o czym była mowa w tajnej części obrad Sejmu – padły liczby, daty, nazwiska oraz nazwy firm.
Można więc przyjąć, że zarządzając od razu głosowanie nad wetem koalicja rządowa chciała pójść za ciosem, nie siląc się chyba zbytnio na przekonanie tymi argumentami części opozycji. Taka taktyka wymagałaby niestandardowych działań; mogę sobie wyobrazić nawet i takie wydarzenie, że Donald z Jarosławem jadą na rozmowę w cztery oczy, popartą np. zebranymi już w sprawie dowodami. Albo, że w Kancelarii Premiera odbywa się wyjątkowo posiedzenie klubu PiS z udziałem premiera, gdzie on składa informację, pokazuje dowody, aby postawić posłów opozycji wobec tych faktów. Premier tymczasem wybrał inną formułę – przedstawienie ogólnej informacji całemu Sejmowi.
Być może inne rozwiązania nie były możliwe, licząc się przecież z tym, że na sali obrad siedzą ludzie, których tego typu fakty i oskarżenia dotyczą. A taki nagły dość tryb w ogóle nie zakłada pozostawienie komuś czasu do przetrawienia tego wszystkiego i namysłu w imię racji stanu, być może także cichej zmiany frontu (np. poprzez wykorzystanie możliwości proceduralnych…).
Było to wprost postawienie sprawy na musiku, czy wręcz narzucenie głosowania w formule zero-jedynkowej. Nie należy podejrzewać premiera o to, że tego nie wiedział i nie kalkulował, ale może chciał wpuścić w kanał opozycję licząc na to, że głosowanie stanie się probierzem jakiegoś rozłamu, albo przynajmniej rozdźwięku w PiS na podstawie obnażenia intencji, jak stały ze wetem.
Tego oczywiście dzisiaj nie wiemy, możemy jedynie podejrzewać, że najbliższy tydzień przyniesie wycieki sensacji o rynku kryptowalut, jako zinfiltrowanego przez Wschód. Byłoby to więc narzędzie szantażu, co w polityce jest na porządku dziennymi? Warto się temu przyglądać i nie odrzucać przy tym takich argumentów premiera, że sprawa dotyczy nawet kilkuset podmiotów „które widnieją w rejestrze izby skarbowej w Katowicach”. Bardzo ciekawe jakie to są podmioty i kto za nimi stoi, skoro ten sam ośrodek był bardzo skuteczny w zduszaniu mafii VATowskich, trawiących polska gospodarkę.
„Chodzi również o wiodącą firmę z kapitałem, który umożliwił jej przetrwanie na rynku w czasie kryzysu pandemii, przez rosyjskie pieniądze i rosyjską mafię” – mówił Tusk w Sejmie, wskazując trop i powodując u niektórych liderów partyjnych przyspieszone bicie serca. „Czy do was dociera to, że firma, gdzie w tle są zaginieni ludzie, pranie brudnych pieniędzy, rosyjskie wpływy i kasa, że ta firma jest równocześnie sponsorem działań, którymi zainteresowani są obecni najwyżsi funkcjonariusze partyjni i liderzy opinii publicznej z prawej strony?”.
Niemniej, weto prezydenta Nawrockiego przeszło, ustawa nie weszła w życie, ale już w ten wtorek zostanie ponowiona jako projekt rządowy – z szansami na szybkie uchwalenie. Czy to stworzy nowe pole do oficjalnych i zakulisowych działań? A może ropiejąca sprawa ustawy kryptowalutowej otworzy nowy rozdział w polityce polskiej?
Pojęcie „ciemnogród” po raz pierwszy pojawiło się w satyrycznej powieści Stanisława Kostki Potockiego Podróż do Ciemnogrodu (1820) jako kpiąca krytyka głupoty polskiej prowincji, jej zacofania, bigoterii oraz oporu wobec rozpowszechniania się europejskich idei oświeceniowych. Idei, których wielkim propagatorem był jej autor. Pierwotnie było to pojęcie o charakterze literackiej metafory, ale z czasem stało się żywym symbolem potocznej głupoty, społecznego konserwatyzmu, antyintelektualizmu i ideologicznego zamknięcia.
Przez kolejne lata pojęcie to ewoluowało, nabierając coraz bardziej złożonych odcieni, od metafory odrzucenia postępu po swoisty kod definiujący polską debatę publiczną. Kolejne pokolenia korzystały z tego terminu nie tylko jako narzędzia krytyki społecznej, ale też jako zwierciadła własnych lęków przed utratą tradycyjnych wartości i marginalizacją.
Obecne spory światopoglądowe, choć inne w formie, nie odbiegają wiele od dawnych walk o dominację narracji i sensu codzienności. Z perspektywy analizy socjologicznej ciemnogród nie jest już jedynie historycznym reliktem, dynamicznym polem, na którym dochodzi do zderzania się aspiracji modernizacyjnych z zakorzenionym w kulturze przekonaniem o wyższości własnej drogi rozwoju opartej na progresywnych wartościach lub na własnym dorobku kultury narodowej.
Stereotypy i autowizerunki, utrwalane przez popkulturę i media, wzmacniają polaryzację, a publiczne debaty coraz częściej przybierają charakter wojny o wartości, w której granica między tradycyjnym konserwatyzmem a nowoczesnością staje się płynna i nieoczywista.
Początkowo pojęcie ciemnogrodu weszło do obiegu jako negatywne określenie miejsc, środowisk i poglądów będących domeną zabobonu i wstecznictwa. Z biegiem lat, wchodząc do języka potocznego, zyskało nowe znaczenia – nie tylko jako literacka metafora zacofania, ale także praktyczne narzędzie analityczne, pozwalające diagnozować mechanizmy społecznej inercji i oporu wobec zmian czy następstwa huraganowego przyspieszenia cywilizacyjnego w XXI wieku. Współczesne debaty publiczne nieustannie odwołują się do tego pojęcia, nie tylko w pejoratywnym znaczeniu jako synonimu głupoty – czyniąc z niego swoisty wskaźnik poziomu otwartości lub zamknięcia ludzi i społeczeństwa odrzucającego nowe idee i rozwiązania.
Przypisywanie ciemnogrodzkiego charakteru określonym środowiskom czy instytucjom często służy nie tylko krytyce samych wartości czy wyrażanych poglądów. Także wskazaniu źródeł wstecznictwa, dominujących lęków, stereotypów i mechanizmów wykluczenia, które warunkują załamywanie się dynamiki dialogu publicznego oraz systemu demokracji. W ten sposób ciemnogród stał się nie tylko etykietą historyczną, pejoratywnym epitetem, ale także kluczem interpretacyjnym dla zrozumienia dynamiki procesów społecznych zachodzących we współczesnej Polsce. Co najmniej od czasu kształtowania się nowoczesnego państwa, krystalizowania zbiorowej tożsamości społeczeństwa, procesów konstrukcji współczesnego wizerunku narodowego, aż po obecnie obserwowaną dramatyczną polaryzację postaw i opinii wyrażanych w mediach i polityce.
Współczesna Polska, mimo wieków formalnej modernizacji zarówno pod zaborami, jak i w dwudziestoleciu międzywojennym, wciąż wykazuje wiele cech społeczeństwa rodem z Ciemnogrodu – nie tylko w negatywnym sensie mentalnym, ale jako struktura społeczna, która tworzy mechanizm samoreprodukowania się głupoty w kolejnych pokoleniach. Dzieje się tak z co najmniej dwóch zasadniczych powodów:
– wiekowego – przywiązanie do kulturowych tradycji, w szczególności wartości etycznych, nakazów i zakazów dominującej ideologii religijnej interpretowanych przez Kościół rzymskokatolicki,
– skutków prowadzonej przez państwo i jego agendy polityki przyspieszonej modernizacji kraju – niezrównoważonego rozwoju prowadzącego do rozwarstwienia, pogłębienia dystansu i narastania konfliktów.
W dalszej części tego eseju przeprowadzona zostanie analiza tych dwóch różnych modeli reprodukcji Ciemnogrodu w Polsce, ich struktury, opis działania jej mechanizmów w tych dwóch typologiach aktualnych uczestników, z wykorzystaniem narzędzi analizy socjopolitycznej.
Ciemnogród jako system ideologiczny i zbiór postaw społecznych
W pierwotnym (projekcyjnym) modelu Stanisława Kostki Potockiego pojęcie ciemnogrodu było tylko miejscem, które było zamieszkałe przez kohorty ludności wiejskiej o specyficznych cechach: ludzi zacofanych, religijnych, fanatycznie niechętnych oświeceniu i rozumowi. Była to krytyczna odpowiedź na dominujące wówczas w Polsce rozbiorowej postawy społeczne różnych zbiorowości terytorialnych, mocno zakorzenione w sarmackiej tradycji i klerykalnym światopoglądzie, niechętnych rodzącemu się liberalizmowi.
Z biegiem lat pojęcie ciemnogród zaczęło rozrastać się w swoim znaczeniu, aż stało się wyrazistym i skrajnie pejoratywnym symbolem ideologicznym – zestawem poglądów i wartości religijnych oraz wyrażanych postaw o charakterze konserwatywnym, które odwołując się do narodowych tradycji kulturowych i patriotyzmu jednocześnie aktywnie przeciwstawiało się postępowi cywilizacyjnemu: modernizacji, pluralizmowi i racjonalności. Ciemnogród stał się zatem quasi-ideologią, reprodukcją odtworzenia w kulturowej pamięci składnika sposobu myślenia o życiu i świecie określonych zbiorowości.
Społeczną funkcją, jak każdej ideologii, stała się artykulacja zbiorowych interesów oraz wartości dotyczących oglądu oraz wizji rzeczywistości, celów aktywności i dopuszczalnych sposobów ich osiągania, a także motywacji ich zasadności, względów uznawanych za wyższe niż jednostkowy interes. Zapotrzebowanie na ideologię ciemnogrodu wynikało u swoich źródeł z właściwego ludziom poszukiwania własnych odpowiedzi na pytania o sens i sposób istnienia w szerokim otoczeniu społecznym zdominowanym w Polsce przez Kościół rzymskokatolicki.
Ideologia ciemnogrodu w Polsce stała się zbiorem uporządkowanych poglądów stanowiących o tożsamości oraz postrzeganiu stereotypowego wizerunku Polaka na wewnątrz i zewnątrz (w rodzaju: „Polak-katolik”). Przede wszystkim poglądów religijnych, politycznych i prawnych, ale także przyrodniczych, artystycznych, filozoficznych – służących ludziom o tożsamych poglądach do objaśniania otaczającego ich świata. Z czasem ideologia ta stała się też propagowana przez różnego rodzaju instytucje władzy: rząd, administrację, organizacje polityczne, partie, oraz różnorakie organizacje społeczne: kościoły różnych religii, instytucje edukacji, media, struktury samorządowe. Stała się nie tylko kluczowym elementem tożsamości jednostki, ale całej struktury władzy, sposobem promocji określonego światopoglądu.
Tab. 1. Średnie IQ w Polsce na tle wybranych krajów świata według World Population Review na rok 2025
| Kraj | Średnie IQ | Pozycja w rankingu |
| Chiny, Tajwan, Hongkong, Makau | 107 | światowa czołówka |
| Kraje skandynawskie (Szwecja, Norwegia, Finlandia, Dania) |
98,5–100 | wysoka |
| Niemcy, Holandia, UK, Francja | 99,6–101 | wysoka |
| Rosja | 103 | bardzo wysoka |
| Białoruś | 101 | wysoka |
| Polska | 99,3 | 43. miejsce |
Źródło: Średnie IQ według krajów 2025
Tab. 2. Zestawienie kluczowych stereotypów Polaków vs. dane empiryczne
| Stereotyp | Opis | Dane i fakty | Ocena prawdziwości |
| Polacy są pracowici, ale skłonni do narzekania | Często powtarzany w kontekście emigracji zarobkowej | Polska ma jeden z najwyższych wskaźników liczby przepracowanych godzin w UE, ale też równie wysoki poziom niezadowolenia z pracy i życia | Stereotyp częściowo prawdziwy
|
| Polacy są nietolerancyjni. Wysoki poziom niechęci wobec innych i obcych, potwierdzony w różnych analizach | Dotyczy postaw wobec mniejszości, LGBT+, migrantów – szczególnie na terenie b. Galicji |
Wyniki badania CBOS pokazują, że 66 proc. Polaków wierzy w przeznaczenie, a 56 proc. w piekło – co wskazuje na silne zakorzenienie religijne |
Stereotyp często potwierdzany |
| Polacy są bardzo religijni | „Polak-katolik” jako tożsamość ogólnonaro-dowa | Polska ma 71,1 proc. populacji katolickiej, która wg badań CBOS: wierzy w piekło, 31 proc. w życie po śmierci, a 15 proc. nie wierzy w nic | Prawdziwy, choć zróżnicowany |
| Polacy wierzą w zabobony
|
Wiara w cuda jest ważną częścią światopoglądu | Przesądy i cuda jako część światopoglądu | Zabobony są zinstytucjonalizowane i funkcjonują jako część ideologii |
| Polacy oceniani zagranicą są (relatywnie) głupi | Krzywdzący stereotyp z serii Polish jokes | Iloraz inteligencji poniżej średniej w badaniach porównawczych państw grupy OECD | Fałszywy i obraźliwy w swoim uogólnieniu, ale też częściowo prawdziwy w wybranych międzynarodowych badaniach porównawczych |
| Polacy dużo piją | Alkohol stanowi ważny element kultury | 11 l legalnego + 4 l nielegalnego alkoholu rocznie na osobę. Polska stale w czołówce spożycia alkoholu w krajach OECD | Statystycznie prawdziwy |
Tab. 3. Czytelnictwo w Polsce (2024–2025)
| Wskaźnik | Polska | Komentarz |
| Osoby, które przeczytały ≥1 książkę w roku |
41% | Poprawa, ale nadal niski poziom |
| Osoby czytające ≥7 książek rocznie |
7% | Marginalna statystycznie grupa |
| Czytelnictwo w dużych miastach | 51% | Głównie osoby wykształcone |
| Czytelnictwo na wsi | 36% | Znacznie niższe niż w miastach |
| Kobiety vs. mężczyźni | 47% vs. 35% | Kobiety czytają znacznie więcej |
Źródło: Stan czytelnictwa książek w Polsce 2024 r.,
https://www.bn.org.pl/download/document/1754397117.pdf
Wniosek: Polska nadal znajduje się stale w dolnej części rankingu OECD pod względem czytelnictwa książek i prasy. To jeden z kluczowych wskaźników kultury intelektualnej.
Tab. 4. Polska: Wyniki PISA z matematyki
| Polska | Wyniki matematyki w PISA |
| Najnowsza wartość | 488,960 |
| Rok | 2022 |
| Miara | Punkty indeksowe |
| Dostępność danych | 2003–2022 |
| Średnia | 501.007 |
| Min.–Maksimum | 488,960–517,501 |
Źródło: PISA/OECD
Najnowsza wartość z 2022 roku to 488,96 punktów indeksowych, co oznacza spadek z 515,648 punktów indeksowych w 2018 roku. Dla porównania, średnia światowa wynosi 439,569 punktów indeksowych, na podstawie danych z 78 krajów. Historycznie średnia dla Polski od 2003 do 2022 roku wynosi 501,007 punktów indeksowych. Minimalna wartość 488,96 punktów indeksowych została osiągnięta w 2022 roku (rządy PiS), natomiast maksymalna 517,501 punktów indeksowych została odnotowana w 2012 roku (rządy PO).
Tab. 5. Radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych – PISA 2022
| Kompetencje rozwiązywania problemów |
Polska | OECD średnia |
| Rozumowanie w sytuacjach kryzysowych | poniżej średniej | 500 |
| Umiejętność adaptacji | niska | – |
| Zdolność do samodzielnego działania | słaba | – |
Wniosek: Polacy mają trudności z praktycznym zastosowaniem wiedzy w sytuacjach wymagających szybkiej reakcji i logicznego myślenia.
Tab. 6. Wiara w spiski i pseudonaukę (2024–2025)
| Teoria spiskowa | Odsetek Polaków wierzących | Źródło |
| „Polacy to obywatele II kategorii, Ukraińcy są uprzywilejowani” | 47,4% | Demagog |
| „Pandemia i wojna to przykrywka” | 41,1% | Demagog |
| „Nagrania z wojny są inscenizowane” | 20% | Demagog |
| „Ukraińcy to nachodźcy” | 22,7% | Demagog |
| „Tajne laboratoria biologiczne w Ukrainie” | 30% (wierzy) | Demagog |
| Wiara w płaską Ziemię | brak oficjalnych danych, szacunkowo 3–5% |
brak
źródła |
Źródło: https://demagog.org.pl/analizy_i_raporty/kto-wierzy-w-teorie-spiskowe-nikt-nie-jest-wolny-od-ryzyka/
Wniosek: Polska ma wysoki poziom podatności na dezinformację, szczególnie wśród osób o niższym wykształceniu i ograniczonym dostępie do rzetelnych źródeł.
Tab. 7. Szczepienia i zaufanie do nauki (2025)
| Wskaźnik | Polska | Komentarz |
| Skuteczność szczepień COVID-19 (65+) | 45–46% | Dobre wyniki |
| Zaufanie do szczepień | spadające | Brak pełnych danych |
| Udział w programie „Moje Zdrowie” | 12% kobiet | Niski poziom uczestnictwa |
Źródło: https://szczepienia.pzh.gov.pl/wstepne-dane-na-temat-skutecznosci-szczepienia-przeciw-covid-19-prowadzonego-w-okresie-wrzesien-2024-styczen-2025/
Wniosek: Pomimo dostępności programów zdrowotnych, zaufanie do medycyny i nauki jest ograniczone, co koreluje z podatnością na spiski.
Tab. 8. Porównanie dysproporcji wydatków Polski na obronność i edukację (2025)
| Obszar | Kwota | Proc. PKB | Źródło |
| Obrona | 186,6 mld zł | 4,7 | Gov.pl, Deloitte |
| Edukacja | ok. 90 mld zł (szacunek) | ~2,2 | OECD |
Wniosek: Polska wydaje ponad dwa razy więcej na obronność niż na edukację. Kraje przodujące w rankingach (np. Finlandia, Korea Południowa) inwestują odwrotnie – więcej na edukację niż na wojsko.
Tab. 9. Wydatki na edukację w krajach OECD (2025)
| Kraj | PKB na edukację | PKB na obronność |
| Finlandia | 5,9% | 1,5% |
| Korea Południowa | 5,1% | 2,8% |
| Niemcy | 4,8% | 1,6% |
| Polska | ~2,2% | 4,7% |
Wniosek: Polska jest odwrócona względem realizowanego w świecie modelu rozwojowego – zamiast inwestować w kapitał intelektualny, inwestuje w sprzęt wojskowy.
Wnioski
Stereotypy o religijności i alkoholu mają najbardziej solidne podstawy w danych, ale nie powinny być uogólniane.
Stereotyp „głupi Polak” jest oczywiście krzywdzący, bo ignoruje indywidualne różnice, edukację, kreatywność, kompetencje społeczne i in., ale 43. pozycja w rankingu stawia Polskę poza grupą najbardziej cywilizowanych krajów zrzeszonych w OECD. Polska, mimo że awansowała do grupy 20 najbogatszych krajów świata, ma ciągle spory dystans do odrobienia, szczególnie wobec krajów, które inwestują intensywnie w edukację, nowe technologie i rozwój poznawczy.
Stereotypy o głupocie czy nietolerancji są bardziej złożone – wynikają z systemowych mechanizmów społecznych, ideologii i kultury, a nie tylko z cech jednostki.
Zabobony i konserwatyzm są nadal obecne i często funkcjonują jako część systemu wartości, nie jako irracjonalne przekonania. Przeciętny Polak w większości dalej wierzy w cuda związane z działalnością Kościoła oraz w zestaw tradycyjnych wierzeń religijnych, które zostały empirycznie pozytywnie zweryfikowane na podstawie danych socjologicznych w badaniach opinii publicznej oraz obserwacji kulturowych. Struktura społeczna w Polsce nadal reprodukuje postawy oparte na religijności i zabobonach. Pozostały one znaczącą częścią ideologii ciemnogrodu, która służy ludziom do objaśniania świata i uzasadniania swoich postaw. Są traktowane jako elementy stereotypu polskiej tożsamości społecznej, choć nie wszystkie mają swoje twarde potwierdzenie w wynikach badań. Zabobony nie tylko przetrwały jako element świadomości społecznej, ale zostały zinstytucjonalizowane i zideologizowane. Nauczanie religii w szkołach publicznych (katecheza) obejmuje dogmaty takie jak: dzieworództwo Maryi, zmartwychwstanie Jezusa, istnienie nieba, piekła, aniołów i diabłów itd. Uczestnictwo w rytuałach (msze, procesje, modlitwy) wzmacnia przekonania religijne i ich obecność w świadomości społecznej i życiu publicznym.
Polacy funkcjonują jako część systemu wartości, który kształtuje nieracjonalne postawy wobec świata, modernizacji i innych ludzi. Hipoteza o ich trwałości znajduje swoje silne potwierdzenie w analizach socjopolitycznych.
W debacie publicznej jest ciągle wiele zabobonów, które funkcjonują jako narzędzie wykluczenia i polaryzacji. Są one wzmacniane przez kulturowe obyczaje, stereotypy przekazywane przez media. Przejawiają się one obecnie w postawach konserwatywnych, które przeciwstawiają się pluralizmowi, racjonalności, niechęci do podejmowania ryzyka.
* * *
W najnowszej historii Polski XX–XXI wieku pojęcie ciemnogrodu powróciło do obiegu politycznego za sprawą sporów między władzą publiczną i Kościołem oraz inteligencją w osobie choćby wybitnego intelektualisty Stefana Kisielewskiego, znanego z częstego komentowania głupoty władz z ironicznym humorem. W swoim katalogu głupoty szczególnie wyróżnił on pojęcie „dureń”, czyli: głupiec, człowiek ograniczony, niepoważny, bezmyślny, za którego uznał zarówno prezydenta (Lecha Kaczyńskiego), jak i wielu ówczesnych celebrytów. „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem”. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami. Z czasem jego ironiczny humor nabrał znaczenia politycznego, m.in. z powodu określenia władz także jako „dyktatury ciemniaków” oraz opublikowania artykułu Moje typy, zawierającego listę nazwisk opublikowanych (ze względu na cenzurę) bez słowa komentarza. Lista ta powszechnie była znana jako „lista kanalii” – wykaz osób przejawiających szczególną aktywność w propagandzie PRL.
W latach dziewięćdziesiątych XX wieku pojęcie ciemnogrodu powróciło. Zostało ono przypomniane i spopularyzowane przez Wojciecha Cejrowskiego, autora programu telewizyjnego WC Kwadrans. Przyznawał się on w pełni do swojego pochodzenia z Ciemnogrodu, rozumianego jako siedziba ludzi reprezentujących postawy prawicowe i chrześcijańsko-narodowe. Zarzucano mu także lansowanie poglądów rasistowskich i antysemickich. Jego program nie epatował jednak chrześcijańską nienawiścią do postkomunistów i liberałów. W 1996 i 1997 roku były nawet organizowane zjazdy Ciemnogrodzian w wybranych wsiach polskich. Na zjazdach tych można było rzucać jajkami w wizerunki prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i innych nielubianych polityków lewicy.
Zważywszy na liczbę ludności, mimo widocznych zmian cywilizacyjnych i obyczajowych Polska jest jednym z największych (w stosunku do liczby ludności) krajem katolickim na świecie. Wyniki badań CBOS (2023) wskazują, że „niezachwianą wiarę w Boga” deklaruje ciągle niespełna trzy piąte dorosłych, tj. 55–60 procent. Około 1/3 respondentów wierzy wprawdzie, że śmierć nie jest końcem, ale nie wie, co po niej nastąpi. Tylko 15 proc. badanych zupełnie nie wierzy w nowe życie po śmierci. W piekło wierzy natomiast obecnie dalej ponad połowa badanych Polaków, a swoją wiarę w przeznaczenie deklaruje 66 proc. respondentów.
Wg wyników z badań Eurobarometru (2022), Polska ciągle należy (obok Hiszpanii) do najbardziej religijnych krajów w UE – ponad 70 proc. respondentów deklaruje swoją wiarę w Boga, a około 50 – w życie po śmierci. Ponad 60 proc. Polaków deklaruje wiarę w cuda, a około 40 – w istnienie aniołów i diabłów. W późniejszych badaniach CBOS (2023 r.) około 87 procent Polaków deklarowało się jako wierzący, z czego ponad połowa jako „głęboko wierzący”.
W ostatnich latach duże zainteresowanie w Polsce i za granicą wywołało tworzenie tzw. stref wolnych od LGBT, ogłaszane przez samorządowe władze administracji terytorialnej. Od 2019 roku w wielu województwach, powiatach i gminach pojawiły się inicjatywy mające na celu walczenie z „ideologią gender”. Radni podejmowali w tym celu „uchwały anty-LGBT”, w formie Karty Praw Rodzin, zainicjowanej przez gminę Kraśnik. W uzasadnieniu gmina ta podała, że celem ustawy było „uniemożliwienie wchodzenia drogą samorządową ideologii gender, uderzającej w godność człowieka i dobro rodzin”.
Strefy wolne od LGBT miały zasadniczo charakter raczej deklaratywny. Według ich zwolenników miały one na celu sprzeciwiać się „promocji i afirmacji” tak zwanej ideologii LGBT. Ich postulaty zostały jednak uznane za dyskryminujące i wprost homofobiczne. Sądy administracyjne uznały więc takie uchwały za ingerujące w godność i życie prywatne osób określających się jako osoby o orientacji LGBT. Na tworzenie takich stref wolnych od LGBT w Polsce ostro zareagował też Parlament Europejski, który w swojej rezolucji stwierdził, że ich tworzenie, nawet jeśli nie polega na wprowadzaniu fizycznych barier, „stanowi środek skrajnie dyskryminujący, który ogranicza przysługującą obywatelom UE swobodę przemieszczania się”. To z kolei groziło wstrzymaniem rozwojowych funduszy unijnych, z których samorządy chętnie korzystały. W efekcie w 2025 roku z prawie 100 stref wolnych od LGBT pozostały tylko ostatnie dwie (Dębica i powiat dębicki oraz powiat łańcucki). Ostatecznie wszystkie wycofały Kartę Praw Rodzin pod koniec marca br.
Jeśli dziś spojrzymy na szeroko pojęty wymiar głupoty ludzi w Polsce w kontekście porównawczym, to na tle innych krajów nasz kraj nie wypada najlepiej. Wśród sklasyfikowanych 126 krajów na świecie ze względu na poziom IQ plasujemy się obecnie na odległej 40. pozycji. Podobnie jak w większości innych rankingów, Polska nie mieści się tu w pierwszej lidze krajów wysoko rozwiniętych intelektualnie. W tym przypadku rozmiary głupoty w Polsce oszacowane zostały na poziomie kryterium poniżej 100,00+. Oznacza to, że w stosunku do przyjętego wszędzie w świecie minimalnie średniego ilorazu inteligencji = 100 IQ, polska średnia (99,35) jest znacznie niższa nie tylko od najbardziej dynamicznie rozwojowych krajów świata usytuowanych obecnie w Azji Wschodniej. Problem główny jest w tym, że wyprzedzają nas nie tylko takie kraje jak: 1/ Chiny (107,19), 2/ Korea Płd. (106,43) czy 3/ Japonia (106,4), ale także większość naszych sąsiadów, poczynając od Rosji i Białorusi (bez Litwy i Ukrainy) oraz duża większość krajów UE (poza Maltą, Chorwacją, Łotwą, Cyprem, Bułgarią, Rumunią).
Głupota, jako pewien wskaźnik stanu choroby społecznej, może być wynikiem oddziaływania różnych czynników, wśród których najczęściej wymieniane są takie, jak: braki wiedzy, doświadczenia, umiejętności krytycznego myślenia, a także dominującego wpływu oddziaływania emocji czy uprzedzeń.
Wnioski:
Tożsamość zbiorowa: ciemnogrodzianin to dziś już nie tylko osoba, ale rola społeczna i ideologiczna pozycja (np. jak w przypadku Wojciecha Cejrowskiego, który z dumą przyjął tę etykietę).
Polaryzacja dyskursu: ciemnogród vs. jasnogród (postępgród) – to nie tylko ludzie, ale systemy wartości, które się zwalczają.
Empiryczne dowody: religijność i wiara w Polsce, religijna edukacja i rytuały.
Argumenty za tym, że ciemnogród to ludzie:
Użycie językowe: w debacie publicznej ciemnogrodzianin to określenie osoby, nie idei;
Typologia postaw: można wyróżnić konkretne typy mieszkańców Ciemnogrodu (użyteczny idiota, otumaniony obywatel, aparatczyk itd.);
Zachowania społeczne: to konkretni ludzie, którzy podejmują decyzje, głosują, powielają narracje – ideologia nie istnieje bez nośników.
Analiza ukazała sioę w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Józef Bryll, prezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Witam serdecznie wszystkich panelistów na drugiej debacie poświęconej perspektywom zakończenia wojny w Ukrainie. Nigdy nie spodziewałem się, że doczekam takiego czasu, że będziemy musieli dyskutować o wojnie toczącej się tuż za naszą granicą i na dodatek zastanawiać się, czy przypadkiem nie zostanie do niej wciągnięta Polska. Jestem przekonany, że sformułowane przez panów uwagi będą stanowić przydatne rekomendacje, które będziemy mogli przekazać naszym rządzącym.
Robert Smoleń, „Res Humana”: Ta poprzednia dyskusja, o której wspomniał pan prezes Bryll, odbyła się niemal dokładnie półtora roku temu, w końcu kwietnia 2024 roku, przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych, przed wpadką Joe Bidena w trakcie debaty telewizyjnej, więc wynik tego głosowania był nieprzesądzony. Sięgnąłem po zapis tamtej rozmowy (został on opublikowany na łamach numeru 3/2024 „Res Humana” oraz na portalu reshumana.pl) i muszę przyznać, że wykazaliśmy w niej pewną zdolność do przewidywania. Rysowaliśmy scenariusze, co się stanie, jeśli prezydentem USA ponownie zostanie Donald Trump i w zasadzie to, co wtedy mówiliśmy o konsekwencjach takiego wyboru dla wojny w Ukrainie i w ogóle dla ładu światowego, potwierdziło się. Choć w tej drugiej sprawie nasza wyobraźnia aż tak daleko nie sięgała – nie do takiego stopnia chaosu, niepewności oraz chybotliwości przywódcy supermocarstwa. Za to pozytywnym zaskoczeniem jest to, co się stało z Unią Europejską w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. W sytuacji, kiedy USA przestały finansować wsparcie dla Ukrainy, Unia zastąpiła w tej roli Stany Zjednoczone; a także wyruszyła – jak ja to oceniam – w drogę ku sojuszowi również obronnemu, zdolnemu do zagwarantowania bezpieczeństwa swoim członkom. In minus trzeba odnotować, że w tej chwili zamknięty jest temat członkostwa Ukrainy w NATO, jeśli wsłuchać się w to, co mówią Donald Trump i członkowie jego gabinetu; ale też nie nastąpił żaden postęp w negocjacjach w sprawie jej członkostwa w Unii Europejskiej – co jest efektem stanowiska węgierskiego. Znak zapytania postawiłem przy dwóch rzeczach: po pierwsze mówiliśmy wtedy, że po wstrzymaniu działań zbrojnych, w przypadku rozejmu, konieczne będzie utrzymanie sankcji na Rosję, a zwłaszcza na dostęp rosyjskich firm do zachodniego kapitału i technologii. Nie wiemy, jakie będą decyzje w tej materii. Notabene przy okazji może warto odnotować, że sankcje odgrywają pewną rolę, ale sam fakt, że mamy w tej chwili ich dziewiętnasty pakiet i nawet Donald Trump w końcu, po długim czasie, też zdobył się na jakiś ruch, świadczy, że pewnie te pierwsze pakiety nie były wystarczająco skuteczne. Wiadomo jednak, że każdy, kto jest objęty sankcjami, stara się uciec przed ich następstwami. A jeśli jest się Rosją i ma się takich partnerów, jak Chiny, Indie i całą – już nie tylko globalne południe, ale jak mawia teraz Sergiej Ławrow – globalną większość, to oczywiście łatwiej jest te restrykcje omijać. Drugi znak zapytania stawiam przy wykorzystaniu zamrożonych aktywów rosyjskich. Wydawało się, że grupa G7 znalazła rozwiązanie, a tymczasem cały czas ten problem jest omawiany, a nie rozwiązany.
Dzisiaj patrzymy na wojnę w Ukrainie nie jako na konflikt europejski, lokalny, ale jako na część układanki globalnej. Mam na myśli rolę Chin i rodzący się sojusz rosyjsko-chiński. Drugą nową cechą, która ujawniła się od czasu naszej poprzedniej debaty, jest to, że Ukraina i Europa – Unia Europejska plus Wielka Brytania, a także Norwegia i Kanada – okazały się na tyle niezależne od Stanów Zjednoczonych, że wycofanie się Waszyngtonu ze wsparcia dla Ukrainy i jasnego opowiedzenia się w sprawie tego konfliktu nie paraliżowało Ukrainy i nie wymusiło jej poddania się. Ukraina wspólnie z Europą Zachodnią są w stanie uczestniczyć w próbach rozwiązania tego konfliktu albo zapewnić dalsze prowadzenie wojny obronnej, jeśli taki będzie wybór Ukrainy.
Mimo, że nie wiemy, jak i kiedy skończy się ta wojna, chciałbym Panów prosić o spostrzeżenia co do tego, jakie są w tej materii możliwości, jakie jest prawdopodobieństwo różnych scenariuszy i co z tego może wynikać dla Ukrainy, Polski, Europy i świata. I drugie pytanie, którego poprzednio nie stawialiśmy, bo w ogóle wydawało się wtedy nieadekwatne, a dzisiaj wydaje mi się bardzo na czasie: czy ta wojna może się rozlać dalej, na Europę, czy może nas wciągnąć w bezpośredni sposób? Czy jest możliwy jakiś realny, a może nieuchronny, nieunikniony, splot okoliczności, który spowodowałby konflikt na większą skalę? Niedawno odbywały się ćwiczenia „Zapad 2025”, w trakcie których Rosja i Białoruś testowały dwa manewry: atak na przesmyk suwalski oraz wykorzystanie potencjału nuklearnego zgromadzonego w Obwodzie Kalinigradzkim do powstrzymania państw zachodnich od reakcji na taką agresję. Jak pamiętamy Xi Jinping zapowiedział, że do 2049 roku Tajwan zostanie przyłączony do Chin kontynentalnych, jeśli będzie trzeba – to także siłą; ale czy będzie czekać jeszcze ponad dwie dekady? Czy wydaje się więc panom prawdopodobny taki scenariusz, gdzie Chiny w porozumieniu z Rosją sięgają zbrojnie po Tajwan inicjując konflikt w Azji, a w tym czasie Rosja wdraża plan właśnie przećwiczony półtora miesiąca temu? Załóżmy, że atak nastąpiłby nie na Polskę, lecz po stronie litewskiej, i towarzyszyłby mu jasny komunikat do wszystkich stolic zachodnioeuropejskich, że w razie ich reakcji rakiety zostaną wystrzelone. Wiem, że to brzmi jak streszczenie książki czy filmu political fiction, ale na początku 2022 roku osobiście do końca byłem przekonany, że wszystko co Putin robi wokół Ukrainy jest blefem. Że wojna się ani Rosji, ani Putinowi nie opłaca i że po prostu to nie nastąpi. Tymczasem nastąpiło, z czego można wyciągnąć wniosek, że stosowanie naszych kategorii, co jest racjonalne, a co – irracjonalne, niekoniecznie musi mieć w tym przypadku uzasadnienie.
Prof. Valerii Pekar, prezes ukraińskiego NGO Decolonization, założyciel niezależnego instytutu Foresight – Institute of Political Economy; Kijowsko-Mohylańska Szkoła Biznesu; Szkoła Biznesu Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego: Jesteśmy obecnie u schyłku dwunastego roku wojny (przypomnę, że agresja rozpoczęła się w 2014 roku aneksją Krymu), w tym czwartego roku wojny na pełną skalę. Istotą wojny jest to, że Rosja dąży do powrotu Ukrainy do imperium, aby przywrócić imperialną władzę i strefę wpływów, ponieważ bez Ukrainy imperium nie może odzyskać dawnego statusu i roszczeń do dziedzictwa historycznego. Strategicznym celem Rosji jest zatem likwidacja ukraińskiej państwowości i tożsamości. Ta wojna nie dotyczy terytoriów i zasobów, gdyż Rosja posiada własne rozległe terytoria, zaniedbane i słabo rozwinięte. Przedmiotem agresji jest również tożsamość Ukraińców, która jest niszczona poprzez niszczenie dóbr kultury i masowe porwania dzieci z przymusową zmianą ich tożsamości, co kwalifikuje się jako ludobójstwo.
Niepowodzenie rosyjskiej strategii szybkiej operacji ofensywnej w 2022 roku doprowadziło do przejścia agresora do wojny na wyniszczenie. Opierało się to na założeniu, że prędzej czy później zachodni sojusznicy opuszczą Ukrainę, a Kijów będzie zmuszony skapitulować z powodu braku zasobów. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat Rosji udało się zdobyć mniej niż jeden procent terytorium Ukrainy, ponosząc przy tym gigantyczne straty. Moskwa nie zdołała osiągnąć żadnego ze swoich celów strategicznych w ciągu prawie czterech lat wojny na pełną skalę: nie zdobyła ani jednego ośrodka regionalnego (poza Chersoniem, wyzwolonym przez Ukrainę w tym samym roku); nie zapewniła stabilnej logistyki dla anektowanego Krymu; nie zniszczyła ukraińskiego sektora energetycznego ani stabilności gospodarczej; nie zapewniła (a wręcz utraciła) dominacji w powietrzu i na morzu; nie podzieliła ukraińskiego społeczeństwa i nie zmusiła go do kapitulacji. W rzeczywistości Kreml jest dziś dalej od swoich celów strategicznych niż w marcu 2022 roku. Jednocześnie Ukraina skutecznie wyparła rosyjską flotę z Morza Czarnego i przeprowadza głębokie ataki na rosyjską infrastrukturę wojskową, logistykę, rafinerie ropy naftowej i zakłady eksportowe oraz produkcję wojskową, wykorzystując nowo opracowaną broń.
Ale Rosja nie może powstrzymać wojny, po pierwsze, ponieważ jej gospodarka została przestawiona na stan wojenny, a sektor cywilny poniósł ogromne straty. Aby powrócić do stanu sprzed wojny, potrzebne są ogromne inwestycje, których nigdzie nie ma. Po drugie, milion żołnierzy kontraktowych nie może wrócić do domu, ponieważ zniszczą całą Rosję, jak to miało miejsce w 1917 roku. Po trzecie, oznacza to osobistą porażkę Putina, co zagraża jego władzy i życiu. Dlatego Rosja będzie kontynuować wojnę tak długo, jak będzie mogła zyskać na czasie, udając negocjacje. Rosja rozpocznie negocjacje, gdy nie będzie już w stanie kontynuować wojny. Sankcje mogą przybliżyć ten moment, przede wszystkim ograniczenie eksportu ropy naftowej przez Morze Bałtyckie starymi, uszkodzonymi tankowcami, które stanowią zagrożenie dla środowiska dla wszystkich krajów regionu. Muszę podkreślić, że nie jesteśmy teraz w trakcie negocjacji, lecz w fazie przednegocjacyjnej. I widzimy, że nie ma magicznego rozwiązania dyplomatycznego. Zaproponowane przez Stany Zjednoczone porozumienie pokojowe było wielokrotnie odrzucane przez Rosję, która podkreślała potrzebę „wyeliminowania pierwotnej przyczyny wojny”. W oczach Moskwy jest nią istnienie niepodległego państwa ukraińskiego. Widzimy również niechęć Stanów Zjednoczonych do poparcia prawa międzynarodowego, ale także bezprecedensową konsolidację Europy.
Należy zauważyć, że gwałtowne innowacje radykalnie zmieniły pole bitwy, sprawiając, że pojazdy opancerzone, broń o wysokiej precyzji, dominacja samolotów załogowych w powietrzu, duże okręty wojenne i nawet ogólnie tajne przygotowywanie operacji stały się przestarzałymi koncepcjami strategicznymi. W ciągu trzech lat niemal całe doświadczenie wojskowe XX wieku stało się nieistotne. Tylko dwa kraje na świecie wiedzą, jak prowadzić taką wojnę.
Jeśli państwo są już zaznajomieni z analizą scenariuszy[1], wskażę tylko dwa najbardziej prawdopodobne. Scenariusz „zgniłego układu” opisuje zamrożenie wojny. „Zgniły układ” oznacza tutaj strategiczne porozumienie, które pozwala na utrzymanie formalnej państwowości Ukrainy, ale z ograniczeniami jej suwerenności z zewnątrz. „Układ” może przybrać kilka różnych wersji, z których każda będzie miała inne konsekwencje. „Ścisły zgniły układ” oznacza wymuszoną kapitulację, formalny traktat pokojowy wymuszony przez Stany Zjednoczone, gdy linia frontu zostanie uznana za nową granicę państwową, ukraińskie siły zbrojne zostaną ograniczone pod względem liczebności i uzbrojenia, a rosyjskie organizacje polityczne, kulturalne, religijne i medialne powrócą na Ukrainę. Jest to nie do przyjęcia dla Ukrainy, ale podważa również wiarygodność NATO w Europie Wschodniej, a Rosja nabierze śmiałości w kwestii przyszłej agresji w regionie. „Miękki zgniły układ” oznacza zamrożony konflikt, z faktyczną linią kontroli utrzymywaną bez formalnego uznania. Oczywiste jest, że prędzej czy później wojna zostanie wznowiona. Ukraina będzie jednak miała czas na dozbrojenie, odbudowę i wznowienie wewnętrznego procesu politycznego. Innym możliwym scenariuszem jest sytuacja, w której „pszczoły pokonują niedźwiedzia”, kiedy w świecie bez zasad Ukraina odniesie zwycięstwo dzięki trzem głównym czynnikom: potencjałowi innowacyjnemu Ukrainy, wsparciu koalicji chętnych i słabościom rosyjskiej gospodarki.
Jednocześnie należy pamiętać, że w przypadku braku możliwości osiągnięcia celów strategicznych na Ukrainie Rosja może zdecydować się na szybką, zwycięską wojnę na innym teatrze działań wojennych. Celem będzie szybkie uzyskanie przewagi, a następnie wynegocjowanie zniesienia sankcji, odmrożenia zamrożonych aktywów itd.
Z przykrością muszę stwierdzić, że moim zdaniem Polska jest bardziej prawdopodobnym celem niż kraje bałtyckie. Chociaż kraje bałtyckie wydają się łatwym celem ze względu na brak strategicznego potencjału obronnego, udany atak na Polskę wywołałby poważny kryzys w Niemczech, a ostatecznie w Unii Europejskiej, dając agresorowi znacznie większą przewagę niż zajęcie krajów bałtyckich.
Najprawdopodobniej nie powinniśmy oczekiwać rosyjskiego ataku w formie operacji lądowej, z udziałem potężnych czołgów i kolumn zmotoryzowanych. Zamiast tego wyobraźmy sobie atak na Polskę, który łączy w sobie:
– zmasowane ataki rakietowe i dronowe na obiekty energetyczne, infrastrukturalne i logistyczne (nawiasem mówiąc, drony można oznaczyć jako ukraińskie),
– cyberataki na obiekty rządowe i infrastrukturalne,
– załamanie nawigacji z powodu masowego użycia broni elektronicznej,
– sabotaż i grupy terrorystyczne wywołujące nagłe, ręcznie wywołane katastrofy ekologiczne,
– destabilizację społeczeństwa za pomocą sieci społecznościowych i wykorzystanie „piątej kolumny”,
– tłumy tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wypuszczone za granicę z Białorusią.
Nie twierdzę, że wszystko będzie dokładnie takie, jak opisano. Chcę jedynie podkreślić, że wojna może wyglądać zupełnie inaczej niż ta, do której przygotowuje się Europa. A taka wojna wymaga znacznie mniejszych zasobów, którymi Rosja dysponuje obecnie. Rosja nie będzie czekać na gotowość Europy ani atakować tam, gdzie od dawna się jej spodziewano, jak w korytarzu suwalskim. Nie będzie też stosować strategii II wojny światowej. Ale kolumny zmotoryzowane są również możliwe tam, gdzie nie ma strefy śmierci, a obrona nie jest nasycona tanimi środkami rażenia z wyszkolonymi zespołami. Rosja gromadzi obecnie pozostałości pojazdów pancernych, nie używając ich na Ukrainie. Rosja modernizuje również pociski manewrujące, zwiększając ich zasięg do 2000 kilometrów. Na Ukrainie nie ma celów o takim zasięgu. W takiej sytuacji kluczowa jest nie ilość i jakość uzbrojenia, ale gotowość do szybkiej reakcji kierownictwa politycznego i wojskowego oraz gotowość społeczeństwa do podejmowania zrównoważonych, dojrzałych i odpowiedzialnych działań. Istotne są obecnie kwestie jedności i spójności społeczeństwa; kontrola nad krajową przestrzenią informacyjną; zdolność organizacji pozarządowych do wspierania rządów w chwilach nadzwyczajnych wyzwań; oraz gotowość przywódców politycznych do podejmowania decyzji w wojnie liminalnej przed osiągnięciem progu.
Zakup czołgów i pojazdów opancerzonych nie wystarczy, aby przeciwstawić się rosyjskiemu atakowi. Nie opuszczą one nawet hangarów. Doskonale wyszkoleni i odważni żołnierze nie będą mieli żadnych celów do zdobycia za pomocą tego sprzętu. Nie będzie więcej wojen takich jak w lutym 2022 roku.
Europa dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, aby się bronić. Problem polega na tym, że rządy i społeczeństwa nie dostrzegają, że wojna jest już tuż przed ich progiem. Nie rozumieją, że Rosji nie należy odstraszać ani powstrzymywać, lecz ją pokonywać. Coraz częstsze wypowiedzi przedstawicieli Rosji, powtarzające się naruszenia granicy Polski przez rakiety i drony, a także wypadki w obiektach infrastruktury krytycznej brzmią jak sygnał ostrzegawczy. Wojna będzie eskalować, aż Rosja zostanie pokonana.
Prof. Roman Kuźniar, Uniwersytet Warszawski: Prezydent Trump, gdy odwoływał swoje spotkanie z Putinem w Budapeszcie, rzucił uwagę, która mnie bardzo rozrzewniła – mianowicie, że „wojna to jest bardzo dziwna rzecz”. Pomyślałem sobie wtedy: „no, no, może coś zaczyna do niego docierać”. Nie podejrzewam go o erudycję, ale skojarzyło mi się to z clausewitzowską koncepcją wojny jako dziwnej trójcy. Chodzi o trzy punkty trójkąta: pierwotna gwałtowność żywiołu – nastrój narodu, społeczeństwa, emocje, nienawiść; po drugie – wojsko, jego wyszkolenie, wyposażenie, dowództwo, uzbrojenie itd.; i po trzecie – czynnik polityczny, który ma kalibrować użycie siły, sterować wojną. Teoria wojny, pisał Clausewitz, powinna się mieścić pomiędzy tymi trzema punktami, które ciągną w jedną, drugą, trzecią stronę, ale wszystko mieści się w obrębie tego trójkąta. Jeżeli uruchomimy te trzy czynniki, wprawimy je w ruch, nadamy im dynamikę – tak jak one działają w tej wojnie, oczywiście z ich właściwą treścią, którą potrafimy rozszyfrować (nasz kolega z Ukrainy też nawiązywał do treści tych poszczególnych czynników), ich ewolucję w czasie, zużywanie się, narastanie – to mniej więcej mamy wynik tej wojny: punkt, w którym jesteśmy po trzech latach i ośmiu miesiącach tej wielkiej, gorącej wojny, która rozpoczęła się w lutym 2022 roku. Jesteśmy dokładnie w miejscu, w którym byliśmy trzy lata temu, czyli późną jesienią 2022 roku, kiedy twierdziłem, że tak już zostanie, że niewiele już można zmienić i pozostaje tylko pytanie, w jaki sposób ten stan zostanie utrwalony. Dwa lata temu napisałem nawet artykuł o pięciopunktowym planie dla Ukrainy, który ukazał się w „Rzeczpospolitej”. Pisałem tam o rozejmie, o jego ubezpieczeniu przez siły międzynarodowe, najlepiej na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, o żelaznych gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy (ale nie poprzez członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim, bo to było nierealne i wtedy, i dzisiaj; istnieje cały szereg innych faktycznych możliwości zapewnienia Ukrainie bezpieczeństwa przez aktorów zewnętrznych). Pisałem także o rozwoju powiązań Ukrainy ze światem zachodnim i o trzymaniu Rosji krótko poprzez sankcje, izolację, ostracyzm. Wszystkie te elementy pozostają aktualne, natomiast brakuje jednego ogniwa, żeby ta wojna mogła zatrzymać się w miejscu, w którym aktualnie jesteśmy. Dwa, trzy lata temu zatrzymać jej nie chciała także – pamiętajmy – Ukraina, która liczyła, że odbije swoje zajęte terytoria. Bardzo martwiłem się tą nieszczęsną kontrofensywą. Uważałem, że jest niepotrzebna, z góry skazana na porażkę i że przyniesie Ukrainie wiele strat. Tak się stało. Dzisiaj Ukraina jest gotowa do przerwania tej wojny według obecnej linii frontu, do zgody na rozejm i przystąpienia do rozmów, które miałyby zbudować jakąś architekturę, żeby ten stan utrwalić. Ale mamy jeden z elementów dziwnej trójcy, który się nie układa. Mianowicie Clausewitz (co przedziwne, bo to nadzwyczajny znawca wojny) zakładał, tak pisze w swoim dziele, racjonalność polityki w stosunku do pozostałych dwóch elementów. Nic bardziej błędnego! To polityka wprowadza do wojny irracjonalność, to politycy irracjonalnie domagają się różnych niemożliwych rzeczy. Widzieliśmy to choćby w nieodległej przeszłości w czasie amerykańskiej agresji na Irak: irracjonalność polityczna, którą racjonalnie musieli wykonać wojskowi. Skończyło się katastrofą. A więc mamy irracjonalność Rosji. Mamy obłęd Putina – tak jak mówił nasz kolega z Kijowa – i pierwotne przyczyny wojny, czyli wielkoruski ekspansjonizm i faszyzm. Dopóki tej przyczyny nie zlikwidujemy, to mamy małe szanse na zawieszenie broni, a tym bardziej na trwały pokój. A przynajmniej jeśli ta przyczyna nie wygaśnie na jakiś czas; może powracać w przyszłości, ale Rosjanie musieliby teraz wziąć na wstrzymanie. Na razie to nie nastąpi – dopóki nie zacznie ich boleć, dopóki Putin i jego soldateska nie dojdą do wniosku, że kontynuacja tej wojny jednak przekracza możliwości Rosji, dopóty będą ją prowadzić, bo taka jest historyczna, ekspansjonistyczna, nazistowska obsesja polityki rosyjskiej, na czele której stoi Putin.
Zmienił się – na negatywny – kontekst tej wojny. Mamy Chiny, dla których, mam wrażenie, stała się ona wojną per procura, przy pomocy której Chiny prowadzą wojnę z Zachodem. Rosjanie wykonują brudną robotę w imieniu Chin. Bez Chin Rosja szybko by, mówiąc żargonem, wymiękła, długo by nie wytrzymała. Stany Zjednoczone odgrywają rolę co najmniej dwuznaczną. Nie mam wątpliwości, że serce Donalda Trumpa jest po stronie Rosji, natomiast różne inne względy uniemożliwiają mu otwarte zajęcie takiego stanowiska. Mamy teraz co prawda przechył w drugą stronę, ale przecież wprowadzone sankcje nie są specjalnie kosztowne dla samych Stanów Zjednoczonych. Trump raczej chce, żeby to inni przyciskali, a on jeszcze chce utrzymać drożność kanału dialogu z jego przyjacielem Wołodią. Tak długo jak słoń w środku salonu – nie kto inny, tylko Trump właśnie, z jego hektyczną postawą: raz tak, raz inaczej, nic się nie da trwale ustalić – będzie nam przeszkadzał, nie ma wielkich perspektyw na zatrzymanie tej wojny i położenie jakiegoś dalszego planu. Szansa pojawi się wtedy, gdy Rosja zacznie piszczeć z bólu pod wpływem strat, jakie zacznie ponosić dzięki temu, że Zachód będzie efektywnie wspierać Ukrainę. Wtedy zdecyduje, że dalej tak się nie da. Izrael też dwa lata woził się po Strefie Gazy, aż doszedł do ściany. Tak samo Putin: dopóki nie dojdzie do ściany, nie zrozumie, że przy pomocy kontynuacji tej ofensywy Rosja będzie wyłącznie tracić, dopóty ta wojna będzie się toczyć.
Jednak nie wierzę w jej rozlanie się, jej spill-over, ponieważ aktorzy zewnętrzni nie są tym zainteresowani. Atak w jakiejkolwiek postaci na kraje takie, jak Polska czy państwa bałtyckie to oczywiście jest wojna światowa, bo to byłaby wojna z Sojuszem Atlantyckim. Wszystkie inne poniżej otwartej wojny sposoby nękania przez Rosję tych krajów będą miały miejsce, nie mam żadnych wątpliwości. Oczywiście w ogóle nie mówimy o wojnie pancernej; wiadomo, że to lipa. Dziwię się, że my nadal kupujemy te czołgi w Ameryce i w Korei, jakby miało dojść do starcia, jakbyśmy sami mieli zdobywać Moskwę: czołg jest bronią ofensywną. Zamówione czołgi, które jeszcze do nas nie dotarły, niedługo zaczną trafiać do muzeów. Nie wierzę w scenariusz ataku na przesmyk suwalski. Proszę państwa, był przesmyk koryncki łączący Peloponez z główną częścią kontynentalnej Grecji. Trzydzieści, no – 27, lat wojny peloponeskiej i nie odegrał żadnej roli! To, że niektórzy fiksują się na przesmyku, to jest dla mnie prawdziwa dziecinada. Że oni próbują nas nastraszyć, to bardzo proszę. Natomiast że my udajemy, że się boimy – albo boimy się naprawdę – tego doprawdy, muszę powiedzieć, nie rozumiem.
To, co jest pozytywne – to wzmożenie obronne po stronie Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że wytrzymamy.
Prof. Andrzej Małkiewicz, Uniwersytet Zielonogórski[2]: Ta wojna jeszcze bardziej przyspieszyła zmiany w skali globalnej i narastanie problemów, które rozwijały się już wcześniej, a teraz stały się bardziej wyraziste. Jakikolwiek będzie jej rezultat – świat będzie inny. W samym przebiegu walk pojawiły się nowe zjawiska, przede wszystkim masowe użycie dronów, które stosowano od lat, ale jedynie pomocniczo, a teraz używane są jako istotny czynnik walki. W Polsce do niedawna nie doceniano tego narzędzia, ale to się zmienia, Wojsko Polskie uczy się ich stosowania, podjęto produkcję, a nawet eksport.
Zmienia się, oczywiście, sytuacja Ukrainy. Konieczność zaopatrzenia i wzmocnienia armii zmotywowała do prac nad unowocześnieniem i rozbudową własnego przemysłu zbrojeniowego. Jego produkty są doskonalone dzięki doświadczeniu zdobytemu w walce. Dotyczy to zwłaszcza typów najnowocześniejszych, w tym dronów i rakiet, a także użycia sztucznej inteligencji w projektowaniu i użyciu broni. Ta broń spełnia najwyższe wymagania, Ukraina używa jej przede wszystkim na froncie, ale myśli już o eksportowaniu, by tą drogą finansować inne potrzeby. Wyrasta na poważnego konkurenta firm zbrojeniowych innych państw, a nawet szerzej – przemysłu innych państw, w tym polskiego. Wcześniej traktowaliśmy Ukrainę jako kraj nieco od Polski ludniejszy, ale gospodarczo słabszy. Wojna może to zmienić.
Zmienia się sytuacja Rosji. Była mocarstwem gospodarczym, choć ułomnym, bo eksportowała głównie surowce, jak państwa dawniej nazywane trzecim światem. Sprzedawała też broń. Teraz jej handel załamuje się, rynek broni być może przejmie Ukraina, a handlu ropą i gazem po wojnie raczej nie da się przywrócić w dawnym kształcie. Jednocześnie wyrastają nowe mocarstwa, niezależnie od wojny, choć zarabiają na niej, więc wojna je pośrednio wzmacnia. Nie tylko Chiny, ale też Indie, które stały się niedawno najludniejszym państwem świata, ich gospodarka szacowana jest, zależnie od techniki liczenia, jako czwarta lub piąta w świecie. Mocarstwa rywalizują też między sobą, niekiedy w paradoksalny sposób. W maju stoczono trzydniową wojnę między Indiami i Pakistanem. Armia Indii walczyła przy użyciu głównie broni rosyjskiej (i produkowanej w Indiach na rosyjskiej licencji) oraz w części – francuskiej, użyła też dronów produkowanych w Polsce. Pakistańska posługiwała się bronią chińską. Która armia i broń okazała się lepsza, nie wiadomo, obie strony ogłosiły zwycięstwo. Czy była to wojna zastępcza Chin z Rosją, zapowiadająca zmierzch ich sojuszu? Raczej nie. Prawdopodobnie był to przede wszystkim test jakości broni, bardziej miarodajny niż jakikolwiek sprawdzian na poligonie.
Zbigniew Wróbel, menedżer i przedsiębiorca, m.in. wspólnik w spółce Quality Writing zarządzającej portalem reshumana.pl, b. prezes PKN Orlen SA: Nie zgodziłbym się z tezą Valeria Pekara, że najbardziej zagrożona jest dzisiaj Polska. Wydaje mi się, że atak na nas prowadziłby do zbyt szybkiej eskalacji tej wojny – a Putin chce ją prowadzić długofalowo. On wbrew pozorom nie ma z tym kłopotu. Gospodarka rosyjska jest osłabiona, ale to rozklekotane auto ciągle jedzie; paliwa w baku ubywa, ale wystarczy jeszcze na długo. Nie ma bezrobocia. Ludzie, co prawda na słabym poziomie, ale żyją, nie są głodni, a gotowi są na gorsze. To powoduje, że społeczeństwo daje poparcie tej wojnie, bo tam duma narodowa znaczy więcej niż, jak to się mówi, miska ryżu. Po drugie, jeszcze nie znamy, nie rozumiemy efektów ostatniego szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy z udziałem m.in. Chin, Rosji, Indii, Korei Północnej. Nie ogłoszono żadnego zrozumiałego komunikatu na temat wojny w Ukrainie. To może oznaczać, że coś tam zostało uzgodnione bez Zachodu albo dla Zachodu. Co? Zobaczymy po podejściu państw do Trumpowskiej groźby sankcji za import rosyjskiej ropy. Na razie wszyscy powiedzieli, że będą respektować ten zakaz, ale jak wiemy sankcje nawet w Europie nie są do końca przestrzegane; nie mówię już o Orbánie, ale wiele krajów UE rosyjską ropę ciągle bierze. Jeśli to poskutkuje, to może po to było to spotkanie. Ale jeśli nie poskutkuje – to być może dokonano tam ustaleń: Tajwan przechodzi w ręce Chińczyków, Kaszmir odzyskują Indie i tak dalej.
Trzecią rzeczą, którą chcę powiedzieć, jest to, że my do końca nie wiemy (chociaż rozmawiamy o tym, wielu ekspertów się wypowiada), jaka była przyczyna agresji na Ukrainę i to akurat teraz. W 2014 roku Putin nie poszedł zdecydowanie, aby zająć cały kraj. Miał złe rozpoznanie wywiadowcze. Pewnie chciał to zrobić etapowo, no to jej nie dostał, bo Ukraińcy dostali czas i się zintegrowali, niespodziewanie wzmacniając tożsamość i stawiając silny opór. Teraz mamy taką sytuację, w której zachodnia Ukraina tworzy jakby odrębny byt i odrębne państwo, a część wschodnia pozostaje – i pewnie pozostanie – pod wpływem rosyjskim. Charków jednak, gdzie wprawdzie mówi się po rosyjsku, zdecydowanie ciąży do Ukrainy, „nie doceniając” plusów rosyjskich. Jak to Trump powiedział: nic nie jest mniej trwałe niż granice, a tu ludzie umierają; trzeba zatrzymać tę procedurę. I my wszyscy też to wiemy. Czy ten kompromis zostanie zawarty w ten sposób, że zachodnia Ukraina stworzy państwo? Dla nas, Polaków, wydaje się, że posiadanie buforu jest lepsze niż nieposiadanie. To dla nas minimum minimorum, ale oczywiście dla Ukrainy to za mało. Powinniśmy inwestować – co wszak robimy! – w tę Zachodnią Ukrainę, wzmacniając ją przynajmniej na tyle, żeby kompromis był możliwy i strawny.
Włodzimierz Cimoszewicz: Zacznę od ostatniej myśli profesora Pekara. Pewnie nie zdziwicie się – mieszkam trzy kilometry od granicy z Białorusią, więc trochę mnie interesuje, czy sprawy mogą przybrać aż tak drastyczny obrót. Rzeczywiście od czterech lat mamy tutaj nieprzyjemną sytuację w związku z problemem granicznym, migrantami. Wiadomo, że to jest sterowane świadomie, chociaż wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że przez skorumpowanych ludzi władzy w Białorusi – niż że jest to jakiś element wielkiego planu rosyjskiego. Podobnie jak Roman Kuźniar i Zbigniew Wróbel nie jestem bardzo przestraszony perspektywą zbrojnej akcji przeciwko Polsce, ponieważ nie bardzo znam odpowiedź na pytanie, po co Rosja miałaby to robić. Tak jak znam odpowiedź na pytanie, po co straszy nas – nie tylko zresztą Polaków i Bałtów, ale też Skandynawów i dalej – tak nie bardzo wiem, po co miałaby iść dalej, robić następne kroki, co by chciała przez to osiągnąć. Rosjanie mogą straszyć w celach prewencyjnych, ale atak byłby ogromnym ryzykiem, a już przecież nie radzą sobie z sytuacją, którą sami sprowokowali w Ukrainie.
Od kilkunastu lat jestem głęboko przekonany, że rosyjska polityka zagraniczna ma charakter samobójczy. Mówiłem to na międzynarodowych forach wywołując zaskoczenie tak mocną oceną. Ten samobójczy charakter polega na tym, że odcinając się od Zachodu, od źródła niezbędnych technologii dla swojej gospodarki, Rosja na ochotnika staje się wasalem Chin i w coraz mniejszym stopniu ma pełną swobodę dokonywania własnych wyborów w polityce zagranicznej. W coraz większym stopniu musi uwzględniać także interesy chińskie, bo Chińczycy uzyskali i uzyskują coraz więcej mechanizmów kontrolnych w stosunku do Rosji, jej polityki, gospodarki, sytuacji finansowej itd.
Czy wojna się skończy – i kiedy – oczywiście nie wiemy. Mnie się wydaje, że rzeczywiście sankcje nie wywołały jak do tej pory takich skutków, na jakie mieliśmy nadzieję kilka lat temu. Należy je jednak kontynuować i wzmacniać. Wspomniano tu o problemie wywozu ropy rosyjskiej przez Bałtyk. Miałem okazję mówić o tym dwa lata temu w Parlamencie Europejskim. Jest dosyć proste rozwiązanie, żeby ten transport co najmniej ograniczyć, jeśli nie zastopować: należałoby w ramach Rady Państw Morza Bałtyckiego, skupiającej wszystkie państwa tego akwenu, włącznie z Rosją, większością głosów przeforsować stanowisko zakazujące przewozów po Bałtyku takich substancji jak ropa naftowa niedostosowanymi statkami (niemającymi podwójnych kadłubów) i upoważniające do nieprzepuszczania takich tankowców przez cieśniny duńskie. Wiem, że byłoby to dyskusyjne z punktu widzenia prawa międzynarodowego, ale moim zdaniem dające się obronić. Flota cieni to w ogromnej większości stare, zbierane po świecie statki, niespełniające dzisiejszych warunków bezpieczeństwa ekologicznego. Wyobraźmy sobie katastrofę takiego tankowca z 50-100 tysiącami ton ropy w odległości 20 km od naszego wybrzeża; byłaby to tragedia o wymiarze historycznym. Wymiana statków tej floty byłaby dla Rosji trudna, droga, w krótkim czasie nieosiągalna, więc pewnie w ten sposób przykręcilibyśmy jeden z kurków, przez który ciągle płyną do Rosji pieniądze umożliwiające jej dalsze prowadzenie wojny.
Co do warunków ewentualnego porozumienia kończącego nie tyle wojnę, co działania wojenne, w moim przekonaniu należałoby poważnie założyć, że w interesie Ukrainy oraz świata zachodniego nie leży podpisanie paktu pokojowego. Owszem, porozumienie kończące działania wojskowe, prawdopodobnie zawierające rozmaite przepisy, postanowienia, które zmniejszają ryzyko powrotu do działań wojskowych – tak. Ale nie pakt pokojowy. Ten musiałby bowiem oznaczać ostateczne prawne rozstrzygnięcie kwestii granicy. Nie tylko Ukraina, także świat zachodni, demokratyczny, nie powinien prawnie uznawać skuteczności rosyjskiego zagrabienia cudzego terytorium przy pomocy siły. Nawiasem mówiąc, w moim przekonaniu – powiem coś bardzo kontrowersyjnego – w interesie Ukrainy tak naprawdę nie leży też niewyobrażalne, nieprawdopodobnie kosztowne z dzisiejszej perspektywy szybkie odzyskanie jej wschodniej części. Została tak zniszczona, że gdyby to raptem się wydarzyło (na przykład: Rosja się przewraca z jakiegoś powodu, jest zamach stanu, nowe władze postanawiają się wycofać i oddać wszystkie zagarnięte tereny), to przez kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat zasoby ukraińskie szłyby na odbudowę wschodnich regionów kraju, a nie na całą resztę. Mówiąc szczerze, niech odbudowywanie tego, co zniszczyli, będzie zmartwieniem Rosjan przez kolejne kilkanaście–kilkadziesiąt lat. Natomiast, powtarzam, nie można tego uznać z prawnego punktu widzenia. Nawet jeżeli będzie to trwało nie wiadomo ile. Okupacja Zachodniego Brzegu Jordanu jest nielegalna od 1967 roku – tak stanowiła Rada Bezpieczeństwa ONZ i do dzisiaj wiadomo, że Izrael jest tam okupantem. Ogromna większość państw na świecie nie jest skłonna uznać ewentualnego przyłączenia Zachodniego Brzegu czy jego części do państwa izraelskiego. O podobną sytuację należałoby walczyć w nadziei na to, że przyszłość będzie stwarzała różne okazje do jakiegoś innego porozumienia, do odzyskiwania całości lub części tych ziem. Najbardziej pozytywnym scenariuszem byłoby według mnie uzyskanie przez Ukrainę, po zakończeniu działań wojennych, silnego wsparcia ze strony świata zachodniego, także przy wykorzystaniu zamrożonych rosyjskich zasobów (o co też wielokrotnie apelowałem publicznie) oraz jej szybki rozwój. Dzięki skoncentrowaniu się na własnym rozwoju, na podnoszeniu standardów życia, jej dawni obywatele, którzy w czasie wojny zmienili obywatelstwo, nabiorą przekonania, że powrót zwierzchnictwa ukraińskiego na te ziemie będzie oznaczał dla nich wymierne korzyści. Dlatego też naszym wspólnym obowiązkiem jest ułatwianie procesu negocjacji akcesyjnych do Unii Europejskiej. Chociaż musimy też być wolni od naiwności: to będzie piekielnie trudne. Dobrze, niech Ukraina będzie konkurentem dla naszego sektora zbrojeniowego. Ale nasi rolnicy nie wytrzymają tego, że stanie się konkurentem dla nich. W związku z tym będziemy mieli poważne problemy polityczne wewnątrz kraju. Niemniej, ten proces trzeba byłoby bardzo wspierać, jak najbardziej.
Wsparcie Unii Europejskiej powinno być zresztą wielowątkowe i kreatywne. Profesor Pekar wspomniał o problemie miliona rosyjskich weteranów szukających swojego miejsca w powojennej rzeczywistości, o ryzyku wzrostu przestępczości i destabilizacji. Ale Ukraina może mierzyć się z podobnymi zagrożeniami. Już teraz państwa UE mogłyby pomyśleć o programie zaproszenia ukraińskich weteranów do bezpłatnego studiowania na europejskich uczelniach – podobnie jak uczynił to rząd USA w odniesieniu do żołnierzy wracających z II wojny światowej. Nawet sto tysięcy takich stypendiów byłoby niczym w porównaniu z kosztami wojny i odbudowy oraz korzyścią w postaci stabilnego sąsiada i partnera, a w przyszłości – członka.
Gdy chodzi o NATO, to perspektywa członkostwa jest w tej chwili całkowicie nieprawdopodobna. Wystarczy, że Amerykanie będą konsekwentnie na nie. Nie wiemy, co będzie za trzy lata, kiedy pojawi się jakiś następca Donalda Trumpa. Jeżeli będzie to jego obecny wiceprezydent, to polityka Stanów Zjednoczonych pod tym względem się nie zmieni. A jest jeszcze kilku członków Sojuszu, którzy – przynajmniej patrząc z dzisiejszej perspektywy – na przyjęcie Ukrainy się nie zgodzą.
Wojna oczywiście kiedyś się skończy. Należy robić wszystko, co się da, żeby Rosję wyczerpywać, żeby ją zniechęcać. Nie potrafię tylko sobie odpowiedzieć na tragiczne wręcz pytanie: ile może wytrzymać Ukraina? Jak długo będzie w stanie walczyć jej armia? Od dawna słyszymy o problemach związanych z rekrutacją żołnierzy. To zrozumiałe. Są ludzie, którzy niemal cztery lata walczą na froncie, wielu zginęło, kto ma ich zastąpić? Polityka i polityczne wybory w Kijowie są niezwykle dramatyczne i bardzo trudne. Jeżeli Ukraina przy pomocy świata demokratycznego, przy pomocy Europy, wytrzyma jeszcze jakiś czas (aż boję się to powiedzieć, ale myślę tutaj o latach – o kilku latach), to wtedy prawdopodobnie będzie się zniechęcało Rosję do kontynuowania tego przedsięwzięcia.
I ostatnia teza: podobnie jak profesor Pekar i wielu z nas myślę, że głównym motywem Putina (bo to w gruncie rzeczy była jego decyzja) jest chęć odbudowy imperium w jakimś stopniu i w jakimś kształcie. To logicznie pasuje do jego zachowania przez wiele lat: przyzwolenie na powrót pewnego idealizowania Stalina, słynne powiedzenie o największym nieszczęściu XX wieku, jakim był według niego rozpad Związku Radzieckiego. Ale myślę, że jest jeszcze jeden motyw, który niestety wzmacnia jego determinację. Otóż on po prostu ma świadomość, że Rosja nie dysponowała i nie dysponuje żadnym innym atutem poza bronią i armią, której znaczenie i efektywność przeceniał oczywiście, w nowym układaniu porządku światowego. I ma świadomość, że będzie to nie tylko jego prestiżowa osobista porażka, ale też że jeżeli nie osiągnie w większym stopniu swoich celów w Ukrainie, to w tej walce o nowy porządek światowy będzie tak zwanym looserem, przegranym. Okaże się słabeuszem, który nie potrafił skutecznie w nowej rzeczywistości walczyć o pozycję Rosji.
Piotr Szymaniec, profesor Akademii Nauk Stosowanych Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu: Przypominam sobie rysunek z „The Economist” z lutego ubiegłego roku przedstawiający Donalda Trumpa, który dzieli się tortem w kształcie globu z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem. Już wówczas oczekiwano, że dojdzie do jakiegoś porozumienia między USA i ChRL o podziale świata i powstaniu nowego układu dwubiegunowego. Wspominam o tym, aby zaakcentować czynnik, który pomijaliśmy w naszej dyskusji, a który związany jest z globalnym kontekstem ekonomicznym i z interesami Chin. W interesie ekonomicznym Chin jest utworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli możliwość szerokiego eksportowania towarów do Europy, co nie leży w interesie USA. Trump postrzega politykę zagraniczną jako grę biznesową. Chciałby zawrzeć deal z Putinem, a że do takiego porozumienia nie doszło, to dlatego, że Rosja jest zainteresowana długoterminowym uregulowaniem politycznym, podczas gdy deal biznesowy ze swojej natury jest jednorazowy, krótkoterminowy.
Jeśli pokój w Ukrainie miałby wzmocnić Chiny, bo udrożniałby Nowy Jedwabny Szlak, to USA niekoniecznie są zainteresowane takim uregulowaniem, które przyczyniłoby się do umocnienia Chin. Generalnie – globalny kontekst ekonomiczny musimy mieć na uwadze, gdy analizujemy stosunek do wojny ze strony Chin, Indii czy innych wschodzących potęg gospodarczych, które mają zupełnie inną niż my perspektywę wydarzeń wokół Ukrainy.
Pozwolę sobie inaczej niż pan prezes Wróbel postrzegać etniczną czy tożsamościową sytuację w Ukrainie, która wydaje mi się znacznie bardziej skomplikowana. Postawy mieszkających na wschodzie kraju rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy wobec agresji Rosji były bardzo zróżnicowane. Skłaniałbym się raczej do myśli, że w ogniu wojny być może stworzy się nowy naród Ukrainy, o którego przekonaniach i zapatrywaniach trudno jednak dzisiaj wyrokować. W każdym razie koncept podziału Ukrainy, utworzenia na zachodzie Ukrainy buforowego państwa wydaje się mi groźny i sprzeczny z interesami Polski – chociażby dlatego, że przesuwa znacznie na zachód, a więc ku naszym granicom, strefę rosyjskiego oddziaływania.
Polityka zagraniczna współczesnej Rosji przypomina rosyjski imperializm z XIX wieku. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na nią, przykładowo, przez pryzmat ówczesnego konfliktu rosyjsko-tureckiego. Rosja wygrywa lokalne animozje na obszarach, z którymi graniczy, wkracza w powstające rozdarcia, natomiast gdy napotyka opór – czeka na powstanie korzystniejszych dla siebie okoliczności. Być może te historyczne analogie mogą być dobrym kluczem do pojmowania zachowania Rosji, w szczególności, że Putin lubi odwoływać się do historii.
Celem Rosji jest odbudowa imperium. Lecz jej ambicje są moderowane przez globalny kontekst gospodarczy, przez co chcę powiedzieć, że z chwilą, gdy wojna w Ukrainie stanie się niekorzystna dla państw pośrednio lub bezpośrednio wspierających Rosję, w tym Chin, będą one skłaniać Rosję do zaprzestania walk. Scenariusz „miękkiego zgniłego układu”, o którym mówił prof. Pekar, wydaje mi się w takiej sytuacji prawdopodobny.
Marek Figura, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wydział Historii, Zakład Studiów Wschodnich: Myślę, że wyrażę podziw i szacunek nas wszystkich, podkreślając długotrwałość, poświęcenie i skuteczność oporu Ukrainy. Nikt nie przewidywał, że Ukraina będzie zdolna stawić tak twardy, zacięty opór. Oczywiście taka wojna łączy się z dużymi stratami, w tym, co szczególnie bolesne, stratami ludzkimi.
Podobnie jak profesor Pekar uważam, że najbardziej prawdopodobną formułą zakończenia działań zbrojnych jest jakiś niesatysfakcjonujący żadnej ze stron rozejm, coś w rodzaju zbrojnego pokoju, o którym dzisiaj trudno powiedzieć, kiedy i na jak długo byłby zawarty. Kluczowe jest to, co podkreślał pan premier Cimoszewicz, aby nie uznawać faktów dokonanych. Zawarcie trwałego pokoju sankcjonującego prawnie dezintegrację terytorialną Ukrainy byłoby destrukcyjne dla całego porządku międzynarodowego.
Siłą demokracji jest zaangażowanie podmiotowej opinii publicznej. Ale jednocześnie jest to także słabość demokracji, którą Rosja stara się wykorzystać. Ukraińcy mają prawo być zmęczeni wojną. Jeśli rozmawia się szczerze z Ukraińcami, to rozumie się, że mają oni dość tej wojny. Bo jeśli ktoś mieszka w regionie bliskim strefy działań wojennych, na przykład w Charkowie, wystawiony jest na niestające zagrożenie bombardowaniami, dronami, to poddawany jest wielkim stresom, które działają destrukcyjnie na psychikę nie tylko żołnierzy, ale także ludności cywilnej. Nie należy się zatem dziwić chęci opuszczenia przez ludzi regionów narażonych na działania zbrojne.
Wojna wywołała dużą falę emigracji z Ukrainy. Mieliśmy niesłychane spontaniczne zaangażowanie ludności, nie tylko w Polsce, na rzecz uchodźców z Ukrainy. W Polsce to emocjonalne wzmożenie nazwałbym nawet jakby powtórką z Solidarności, tak powszechny i zaangażowany był udział naszych współobywateli w przyjmowaniu ukraińskich uchodźców. Zawsze mam jednak obawy przed takimi masowymi wybuchami emocji, bo emocje mają tę właściwość, że są krótkotrwałe. I dzisiaj zmęczenie wojną obserwujemy w społeczeństwach państw, które tak gościnnie witały Ukraińców. Zdarzają się przejawy niechęci zwłaszcza, że wśród uchodźców są nie tylko kobiety i dzieci, ale też młodzi mężczyźni, którzy z jakichś powodów nie chcieli walczyć. O ile elity europejskie w większości kontynuują poparcie i zaangażowanie na rzecz Ukrainy, to w nastawieniu społeczeństw następują zmiany. Tę sytuację wykorzystuje Rosja, która potrafi wygrywać różnice poglądów i napięcia powstające w następstwie masowej migracji uchodźców. Gdy do Polski przybywa kilka milionów ludzi, z których milion osiedla się u nas, dołączając do już przebywających migrantów zarobkowych z Ukrainy, zmienia to skład demograficzny społeczeństwa, wywołując określone problemy. Przykładowo, w samej aglomeracji poznańskiej w pewnym momencie przebywało około stu tysięcy Ukraińców, co stanowiło kilkanaście procent liczby mieszkańców. Początkowa spontaniczna serdeczna gościnność nie mogła trwać wiecznie i po kilku miesiącach zaczęły przejawiać się mniej przyjemne aspekty przyjęcia tak licznej grupy uchodźców.
Chwaliliśmy się, że nie mieliśmy, jak Niemcy, obozów i całej infrastruktury dla uchodźców, że tak wiele dokonano przy pomocy lokalnych działań społecznych i odruchu serca. W tej spontaniczności była siła, ale też pewna słabość. Gdyż w pewnym momencie niezbędne staje się zaangażowanie państwa, aby podjąć działania systemowe i łagodzić niektóre niekorzystne zjawiska, zwłaszcza jeśli uchodźcy mieliby pozostać u nas na dłużej. Chodzi przecież również o zbliżenie Polaków i Ukraińców, o lepsze zintegrowanie uchodźców z całym społeczeństwem, ponieważ grupy migrantów mają naturalną skłonność do zamykania się w swoim środowisku. Wreszcie uciekinierzy z Ukrainy mieli tak inne doświadczenia, doświadczenia traumatyczne, że trudno im było ustanowić normalne relacje z naszym społeczeństwem. Zwłaszcza że w grę wchodzą inne zjawiska – przykładowo, konkurencja na rynku pracy czy problemy na tle bytowym.
Chciałbym też zwrócić uwagę na kwestię percepcji zagrożenia wojną przez społeczeństwo polskie. Nie chodzi o straszenie ludzi, lecz o to, że zaczęliśmy realne zagrożenie ze wschodu lekceważyć, że uodporniliśmy się na hasła o zagrożeniu. Nie wiem, czy pan premier Cimoszewicz, mieszkając 3 kilometry od granicy z Białorusią, ma podobne odczucia co do postaw społecznych. Mam wrażenie, że społeczeństwa państw bałtyckich traktują rosyjskie zagrożenie poważniej i bardziej obawiają się Rosji. Gdy do Wilna przybyła brygada pancerna Bundeswehry, podczas powitania przez prezydenta Litwy kanclerz Merz złożył deklarację o obronie Litwy. Litwini zamierzają cytat z przemówienia Merza umieścić na ratuszu w Wilnie obok już zainstalowanej tablicy z cytatem z przemówienia prezydenta Busha, który oświadczył, że USA będą traktowały atak na Litwę jak atak przeciwko Stanom Zjednoczonym.
Zagrożenie ze strony Rosji będzie najpewniej poniżej progu wojny. Niemniej, przyznajmy, takie wrogie nam działania już trwają – te wszystkie akty sabotażu, podpalenia, próby zamachów bombowych. I jeszcze jedna forma ataków – dezinformacja i oddziaływanie psychologiczne przy użyciu mediów społecznościowych, które to akcje są bardzo skuteczne w szczególności gdy są ukierunkowane na młodsze pokolenie. Temu należy się przeciwstawić z całą mocą, ponieważ dezinformacja, dezintegracja społeczeństwa zagrażają i naszemu bezpieczeństwu, i porządkowi demokratycznemu w naszych krajach.
Jarosław Pachowski, przedsiębiorca, m.in. wspólnik w spółce Quality Writing zarządzającej portalem reshumana.pl: Kluczowym pytaniem w ocenie możliwych scenariuszy zakończenia wojny jest to, które premier Cimoszewicz postawił w zakończeniu swojej wypowiedzi: jak długo Ukraina będzie w stanie wytrzymać jakiekolwiek scenariusze?
Mamy deficyt twardych, sprawdzonych danych o sytuacji militarnej. Czy żyjemy już w świecie, który przywykł do tej wojny? Przestawił funkcjonowanie wielu państw na kolejne lata jej trwania? Czy jednak możliwy jest jakiś pozytywny game-changer? Wobec codziennej tragedii tysięcy niewinnych ludzi liczyć się powinny jedynie te scenariusze, które realnie okażą się wobec Rosji skuteczne.
Większość uczestników dyskusji skłania się do przekonania, że Putin ustąpi tylko wówczas, gdy go mocno zaboli. Ale Rosja wykazuje dużą odporność na zadawany jej ból. Świadczy to także o naszej słabości. Jednocześnie swoją niemoc wykazała dotychczasowa architektura zbiorowego bezpieczeństwa. Bo przecież Ukraina miała wszystkie możliwe gwarancje bezpieczeństwa, w tym od Rosji. Tymczasem duża część świata agresji Putina wręcz pomaga, duża część mu nie przeszkadza. Grupa państw, „koalicja chętnych”, podejmuje jakieś działania, wciąż niewystarczające, bo nieskuteczne. Problem z flotą cieni jest tego zawstydzającym przykładem. Innym znakiem niemocy jest wciąż nierozwiązana kwestia rosyjskich aktywów. Rozumiem Belgię, która nie chce brać na siebie wyłącznej odpowiedzialności prawnej, ale mamy w Europie wystarczającą armię prawników, żeby znaleźć skuteczne i bezpieczne rozwiązanie.
Co mogłoby jeszcze mocniej zaboleć Putina? Zdając sobie sprawę z delikatności problemu postawiłbym pytanie o to, na ile można boleśniej przenieść tę wojnę na terytorium samej Rosji. Mówię o sytuacji, w której koszty – ale także dramaty – wojny ponosiłaby także rosyjska ludność cywilna. Dzisiaj społeczeństwo rosyjskie popiera Putina, podziela deklarowane przez niego cele wojny, identyfikuje się z jego imperialnymi zapędami i pozostając pod wyłącznym wpływem kremlowskiej propagandy samo z siebie tego nastawienia nie zmieni. Szczególnie, że do różnych braków czy niedogodności rynkowych jest ono przyzwyczajone od zawsze. Dopiero dramaty własne, nawet ograniczone, ale burzące mit bezpiecznego mocarstwa, mogą to nastawienie zmienić. Wywołać sprzeciw wobec władz. Trzeba do tego tematu podchodzić z dużą ostrożnością, starannie przemyśleć formy działań, ale nie rozpatrywać go wcale to robić duży prezent Putinowi.
Prawdopodobieństwo bezpośredniego ataku wojennego na Polskę ze strony Rosji uważam za ograniczone. Rosja będzie podejmowała działania wobec nas agresywne, ale poniżej progu wojny i z celem wywołania strachu i stanu społecznego zagrożenia. Dlatego będą się mnożyć różne prowokacje, a nawet realne akty sabotażu. Przy zachowaniu ostrożności, aby nie wywołać bezpośredniej reakcji zbrojnej NATO czy państw europejskich. Chociaż musimy jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, że ludność Europy (a szczególnie młode pokolenia wychowywane w atmosferze bogacenia się i absolutnie bezpiecznego pokoju) nie jest naturalnie skłonna do szykowania się do wojny. Pojęcie patriotyzmu także mocno ewoluuje w czasie. Na przykład we Francji, gdzie w tej chwili jestem, przeciętni obywatele są dużo mniej zdeterminowani do przeciwstawiania się Rosji niż prezydent Macron i elity polityczne kraju. Nie mówię o państwowych zobowiązaniach sojuszniczych, które są trwałe. Ale w swoim ogóle Francuzi nadal nie mają ani motywacji, ani ochoty „umierać za Gdańsk”. I nie byłoby rozsądne testować w praktyce tę gotowość.
Natomiast to, co możemy i powinniśmy robić, to identyfikować słabości naszych dotychczasowych działań, wręcz eliminować te nieskuteczne, a przyspieszać i wzmacniać te, które mogą przynieść realny efekt. Rozwijając ich zakres. Flota cieni i aktywa to naprawdę gorące tematy, a jednocześnie wstydliwe przykłady braku skuteczności. Do szybkiej zmiany.
Dr Mariusz Marszewski, czasopismo „Kavkaz. Przeszłość – Teraźniejszość – Przyszłość”: W moim przekonaniu element irracjonalności w rosyjskiej polityce jest mocno przeceniony. Pamiętajmy o żądaniach Rosji, przedstawionych w 2021 roku przed inwazją na Ukrainę, które dotyczą tego, aby NATO faktycznie wycofało się z obszarów, które Moskwa uważa za rosyjską strefę wpływów. Przy czym, zauważmy, obszar postulowanych rosyjskich wpływów obejmuje nie tylko dawne RWPG, ale de facto strefę rosyjskich wpływów z okresu caratu, ponieważ obejmuje, przykładowo, Czarnogórę, która nie była w bloku państw komunistycznych, ponieważ była częścią Jugosławii, oraz te wszystkie kraje, które w naszej myśli geopolitycznej tak ładnie nazwaliśmy Międzymorzem. Rosja nigdy nie zrezygnowała z tych żądań. Zatem, wydaje mi się, dopóki cel ten nie zostanie osiągnięty, wojna na Ukrainie nie ma prawa się skończyć, gdyż to stanowi dla Rosji główne zadanie.
Drugim zagadnieniem, związanym z wojną Rosji z Ukrainą i konfrontacją Rosji z Zachodem, jest kwestia Globalnego Południa, które mocno wspiera od pewnego momentu (bo na początku wojny nie było to oczywiste) stronę rosyjską. Po stronie Rosji de facto opowiedziały się zarówno kraje biedne, z bardzo niskim PKB, jak też potęgi takie, jak Chiny, Indie czy Brazylia, generalnie kraje grupy BRICS. Globalne Południe, nazywane kiedyś brzydko Trzecim Światem, obejmuje sporą część ludności globu i bardzo dużą część potencjału planety – od wspomnianych przed chwilą mocarstw do mniejszych, będących realnie satelitami tych większych aktorów sceny światowej. Bez poparcia szeroko rozumianego Globalnego Południa dla Rosji nie mielibyśmy tej sytuacji, jaką mamy. Uważam, że poparcie Globalnego Południa ma dużo ważniejsze znaczenie niż brak konsekwencji Zachodu.
Pytanie, jakie nasuwa się w związku z powyższym, brzmi: Co można zaoferować krajom Globalnego Południa, żeby przestały one popierać Rosję? Wydaje mi się, że odpowiedź w rodzaju, że w grę wchodzą wartości moralne jest wręcz niestosowna. Bo, jak świetnie przedstawił to profesor Kuźniar, w kontekście tego, jak w dowolnym kraju Globalnego Południa postrzegana jest wojna na Bliskim Wschodzie, głoszone przez Zachód wartości moralne uległy bankructwu.
W naszej debacie padły słowa o tym, jak bardzo wojna z Ukrainą jest nieopłacalna dla społeczeństwa rosyjskiego. Otóż z tego, co udało się mi prześledzić, jakkolwiek przyczynkarskie by to nie były obserwacje, jest akurat odwrotnie. Na rosyjskiej prowincji wojna jest źródłem dochodu, a nie źródłem biedy, ponieważ wypłaty za poległych, żołd, wypłaty za sam zaciąg do armii stanowią ogromny zastrzyk gotówki, który polepszył sytuację ludzi w biednych, oddalonych regionach Rosji. Co więcej, te dopływy gotówki stały się głównym elementem motywującym mniejszości narodowe, których odsetek przedstawicieli w niektórych pododdziałach przekracza 50 procent. Jest to też ten dodatkowy zysk dla władzy centralnej, że osoby – by użyć języka Lwa Gumilowa – pasjonarne, czyli takie, które wykazują się jakąś dynamiką, które mogłyby przewodzić ruchom separatystycznym, odśrodkowym, decentralizacyjnym, te osoby giną na wojnie lub otrzymują takie uposażenia, że wojna staje się dla nich opłacalna. Wydaje się mi, że to są elementy, które niestety umykają uwadze naszych mediów czy ekspertów.
Opuszczenie tego elementu w naszych dyskusjach i ekspertyzach jest dla mnie niezrozumiałe, gdyż prowadzi do błędnych konkluzji, na przykład do pojawienia się prognoz, że Rosja rozpadnie się. Czy do nadawania nadmiernego znaczenia jakimś organizacjom opozycyjnym, które w dużej mierze mają charakter kanapowy. Jak powiedział mi jeden z działaczy takiej organizacji: To, oczywiście, fajnie, że siedzimy sobie, działamy, piszemy… U was też był kiedyś rząd londyński na emigracji i jakież on miał znaczenie i wpływ na to, co realnie działo się w PRL?
Oczywiście, ujmuje sarkazm, z jakim ów działacz rosyjskiej grupy opozycyjnej autoironicznie podsumował swoją działalność, ale wniosek z tej opowiastki jest taki, że powinniśmy jednak odróżniać pewną iluzję propagandową, w której żyjemy, od realnych celów geopolitycznych, które są beznamiętnie werbalizowane przez stronę rosyjską, a których Rosja nigdy się nie wyrzekła.
Ukraina, oczywiście, jest bardzo ważna, a to, co się dzieje w Ukrainie, jest straszne. Wojna w Ukrainie często interpretowana jest w Rosji, ale także na Ukrainie, jako wojna bratobójcza, gdyż walczą przeciwko sobie dwa bratnie narody. Naturalnie, podejrzewam, że za tym stołem mało kto będzie traktował poważnie taką retorykę, jakkolwiek muszę powiedzieć, że w rozmowach z Ukraińcami, którzy uciekli do Polski nierzadko słyszę, że jest to wojna bratobójcza, że jest to wojna niepotrzebna. Wydaje mi się, że mocno funkcjonujemy w paradygmatach romantycznych, polskocentrystycznych i że jesteśmy tam osadzeni, podczas gdy najważniejszą kwestią jest, jak będzie wyglądać nowy światowy porządek, jak będzie wyglądać w nim miejsce Polski po wojnie. Oczywiście, nie wiadomo, kiedy wojna się skończy, bo to nie jest wojna Rosji z Ukrainą, lecz wojna z Europą o wycofanie się NATO z obszaru między Rosją a Niemcami, od Półwyspu Bałkańskiego do Skandynawii. I w rozmowie o wojnie w Ukrainie trzeba zawsze mieć ten element na uwadze.
Zdzisław Raczyński, „Res Humana”: Sądzę, że każda dyskusja prowadzona w naszym kraju na temat agresji Rosji na Ukrainę będzie obciążona pewnym problemem kognitywnym. Chodzi zarówno o to, że nasza wiedza jest dalece niepewna, gdyż przekazy informacyjne w czasie wojny są elementem konfrontacji, jak i o nasze – państwa i społeczeństwa – zaangażowanie po jednej ze stron konfliktu. Jesteśmy stroną tego konfliktu. Nie jesteśmy naturalnie zaangażowani bezpośrednio, lecz logistycznie, finansowo, politycznie, moralnie i emocjonalnie jednoznacznie wspieramy Ukrainę. Tym samym nasze postrzeganie przyczyn konfliktu, jego przebiegu, sposobu rozwiązania i skutków wojny jest w sposób oczywisty jednostronne. A to utrudnia zrozumienie motywów postępowania Rosji, jak też przyczyn zachowania dużej liczby państw, określonych przed chwilą pojęciem Globalnego Południa.
Wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną postkolonialną, w której metropolia, Rosja, usiłuje odzyskać kontrolę nad utraconą częścią imperium. Rosyjskie kierownictwo polityczne widzi w odbudowie imperium, czyli uznaniu przez Zachód Rosji jako jednego ze światowych centrów wpływów, sposób na rozwiązanie czy odsunięcie w czasie problemów wewnętrznych Federacji, a także zwiększenie bezpieczeństwa państwa poprzez rozbudowanie głębi strategicznej. Idzie zatem nie tylko i nie tyle nawet o ekspansję terytorialną, ile o przebudowę dotychczasowego ładu międzynarodowego, który – przyznajmy – i tak uległ już degradacji. Agresywna polityka Rosji wynika więc z jej niepewności, obaw, wreszcie – z uświadamianej własnej słabości w innych dziedzinach niż militarna. Podzielam myśl pana premiera Cimoszewicza, że Rosja sięgnęła po militarny instrument, gdyż nie posiada innych, które byłyby konkurencyjne.
Analiza podstawowych danych – udział w globalnym PKB, handlu, innowacjach, miejsce w rankingu rozwoju społecznego (HDI) – pokazuje, że od końca lat 70. ubiegłego wieku, z wielką cezurą rozpadu ZSRR w 1991 roku, trwa nieustanny proces osłabienia Rosji i utraty przez nią pozycji w świecie. Czas słabnięcia Rosji zbiegł się z tektonicznymi zmianami globalnymi. Nie miejsce, by o nich mówić, lecz – w największym skrócie – mam na myśli degradację jeśli nie rozpad, dotychczasowego systemów bezpieczeństwa i finansowego oraz procesy, które nazywam umownie nowym etapem dekolonizacji. Państwa tzw. Globalnego Południa, żywotnie zainteresowane korzystną dla siebie zmianą dotychczas obowiązujących reguł, dyktowanych przez Globalny Zachód czy Globalną Północ, postrzegają wojnę rosyjsko-ukraińską jako wojnę proxy między Rosją a Zachodem. Dlatego też, najogólniej, nie popierają nas.
Rosja szuka swego miejsca w tym zmieniającym się świecie i sposobu powstrzymania swojego ugasania. Zdecydowała się na, w moim najgłębszym przekonaniu – zgubną, drogę próby militarnego wymuszenia na Zachodzie korzystnych dla siebie ustępstw. Jak wielu innych obserwatorów historii i polityki Rosji, zadaję sobie pytanie, czy elity tego mocarstwa jądrowego są w stanie wymyśli swoje państwo inaczej niż jako imperium. Bo Rosja nie postępuje irracjonalnie. Postępuje zgodnie z logiką myślenia imperialnego, co w konkretnej sytuacji politycznej i przy potencjale Rosji oznacza, że postępuje paralogicznie. Mamy do czynienia z racjonalnością perwersyjną.
Nasz wspólny dramat polega na tym, że to błędne, urojeniowe myślenie czyni chorym całe otoczenie, militaryzując nasze myślenie. Nie rozumiem opowieści o wygraniu wojny, o pokonaniu wroga. Rzecz przecież w tym, że tej wojny nikt nie wygra. Nie śmiem spekulować, jak i kiedy zakończy się wojna. Najprawdopodobniej zakończy się ona najdalej w ciągu dwóch–trzech lat długotrwałym rozejmem na linii umownego frontu. Co będzie oznaczało utratę przez Ukrainę faktycznego władztwa nad częścią swojego terytorium. Niemniej, w interesie nas wszystkich, samej Ukrainy, Polski, Europy, ale też Rosjan, leży jak najszybsze zakończenie walk zbrojnych. Oznacza to, że nasze obecne działania powinny mieć na celu ograniczenie szkód. Już poniesionych i tych, które mogą nastąpić i będą nieodwracalne.
Powiedziałem przed chwilą, że ta wojna nie będzie miała zwycięzców na naszym kontynencie. Ale ośmielę się powiedzieć już dzisiaj, kto tę wojnę przegrał. Przegrała Ukraina, przegrała Rosja, przegrała Europa. Ukraina utraciła część terytorium, poniosła gigantyczne straty demograficzne, bo mam na myśli także emigrację i zmniejszenie ludności kraju z 52 do 29 milionów, oraz materialne. Przegrała Rosja – gdyż straciła wielu młodych mężczyzn, prestiż międzynarodowy, nimb wielkiej potęgi militarnej, swoje szanse rozwojowe drogą modernizacji zbliżającej do demokracji zachodnich. I nie wydaje się, aby zbliżyła się do głównego celu tej wojny, czyli do narzucenia Zachodowi swojej projekcji przyszłego ładu. Najlepsze, co teraz może czekać Rosję, to rozwijanie się pod opieką i w cieniu wielkich Chin, które – przypuszczam – odzyskają Tajwan w najbliższych dwudziestu latach, ale bez użycia siły. Przegrała Europa, bo ponownie, jak w wojnach jugosłowiańskich, okazała się niezdolna do zarządzania pokojem. Wojna w Ukrainie podzieliła Europę i osłabiła ja w wyniku przeznaczenia gigantycznych kwot na zbrojenia i pomoc Ukrainie. Bez satysfakcji przyjmuję decyzje o wspólnym wysiłku zbrojeniowym Europy, jako że nie wierzę, że akurat uwspólnotowienie polityki zbrojeniowej przyczyni się do zjednoczenia Europy. Obawiam się, że szansa na federalizację Europy została już utracona. UE powstała jako projekt polityczny, który miał zapobiegać konfliktom. Nie jako projekt militarny; nie to było jej wielkim atutem, nie to zjednało jej podziw i uznanie świata. Unia przegrała pokój w Europie, bo nie potrafiła zapobiec wojnie. To, że wygrywają na wojnie wielkie koncerny zbrojeniowe i energetyczne, a ich zyski wzrosły niepomiernie w ostatnich czterech latach, nie jest także powodem do satysfakcji.
Jeśli uda się nam przerwać tę wojnę, czeka nas, jako Unię, wielki wysiłek na rzecz odbudowy Ukrainy i zintegrowania jej z naszą wspólnotą. Z przyczyn, które moi szanowni przedmówcy precyzyjnie wskazali, Ukraina najprawdopodobniej nie stanie się członkiem ani UE, ani NATO. Ale formuła integracji istnieje, wyrażona już wcześniej, bodajże przez Javiera Solanę: „członkostwo bez członkostwa” czyli wszystko to, co jest przewidziane statusem członka obu organizacji, chociaż bez formalnego członkostwa. Oczywiście, jako Polska powinniśmy dbać o to, aby temat członkostwa Ukrainy i w NATO, i w UE cały czas pozostawał na agendzie obu wspólnot.
Zdzisław Jacaszek, wiceprezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Dziękuję, że panowie odpowiedzieli na nasze zaproszenie i przeprowadzili dyskusję według anonsu, który do panów skierowaliśmy. Nie przedłużając, chciałem powiedzieć o interesie naszego Stowarzyszenia, jego członków, ludzi którzy się skupili wokół idei dobrego sąsiedztwa. Profesor Figura spojrzał na to z punktu widzenia sąsiadów nie tylko za granicą, ale też tych, którzy do nas przybyli i zapewne u nas pozostaną. Chciałbym zaproponować, żebyśmy na przyszłym spotkaniu pochylili się nad tym problemem.
Valerii Pekar: Mam jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze, nie uważam działań Rosji i Putina za irracjonalne. Są to działania stuprocentowo racjonalne, ale to jest racjonalność imperialna. Po drugie, aby sformułować europejską strategię wobec Rosji, powinniśmy przejść z zachowania pasywnego, reaktywnego do aktywnego, rozważyć scenariusze przyszłości Rosji i zrozumieć, jakie wyzwania w poszczególnych scenariuszach wynikają dla Europy i dla Polski. A następnie wybierzmy aktywne działania sprzyjające scenariuszowi optymalnemu dla Polski.
Józef Bryll: Dziękuję wszystkim panom, tu obecnym i tym, którzy są z nami w sieci, za bardzo interesującą dyskusję. Sądzę, że powinniśmy rozważyć opublikowanie zapisu naszej rozmowy w formie osobnego wydawnictwa, tak aby spostrzeżenia i wnioski nie umknęły naszej pamięci oraz uwadze tych wszystkich, którzy są zainteresowani pogłębionym, nieszablonowym spojrzeniem na sytuację w i wokół Ukrainy.
[1] Mówca odnosi się do swojego opracowania, wspólnie z Andrijem Dligachem, dostępnego pod adresem: https://neweasterneurope.eu/2025/09/01/scenarios-for-the-end-of-the-war/
[2] Profesor Andrzej Małkiewicz – emeryt, wcześniej pracował w Uniwersytecie Zielonogórskim. Prowadzi badania w zakresie historii, politologii, bezpieczeństwa.
Istotą nowej Strategii bezpieczeństwa narodowego USA jest nacisk na strategiczną stabilność, która jest wypadkową rywalizacji i porozumień głównych aktorów na scenie światowej. Wraca z całą mocą fundamentalna zasada realistów: równowaga sił (balance of power). W międzynarodowej grze żaden z aktorów nie jest klasyfikowany jako stałe zagrożenie ani jako wieczny sojusznik. Wersja trumpowska równowagi sił jest bezwzględna, surowa, ponieważ lekceważy multilateralizm oraz inne narzędzia cywilizujące i mitygujące nagą siłę państw. W takim układzie każde państwo, zwłaszcza najsilniejsi gracze, maksymalizuje swoje korzyści kosztem pozostałych. Triumfują państwa, które nie oglądając się na innych, pomagają sobie samym. W terminologii stosunków międzynarodowych nazywa się to „self-help”.
Dostrzegam cztery główne zalety doktryny Trumpa:
– pogodzenie się Stanów Zjednoczonych, do niedawna hegemona w polityce światowej, z rzeczywistością, co oznacza rezygnację ze strategii światowej dominacji, selektywne respektowanie interesów innych aktorów i gotowość do podzielenia się wpływami;
– odejście od czarno-białego obrazu świata podzielonego na oś dobra/demokracje i oś zła/autokracje. Odrzucenie tego schematu, mistyfikującego skomplikowaną rzeczywistość stosunków międzynarodowych, zwiększa szansę na uniknięcie kolejnej zimnej wojny w rezultacie podziału świata na sztywne bloki;
– powiew świeżości w związku z wyzbyciem się pozorów i zdjęcie grubej warstwy hipokryzji z uzasadnienia dla amerykańskiej polityki, która była w rzeczywistości nakierowana na uzyskanie partykularnych korzyści;
– najważniejszy aspekt nowej doktryny dotyczy wiszącej obecnie w powietrzu groźby wybuchu trzeciej wojny światowej. Z zapisów dokumentu wynika dążenie do uniknięcia totalnego starcia gigantów na wszystkich potencjalnych frontach (także z Chinami). To bardzo ważna rewizja poglądów w stosunku do Strategii Trumpa pierwszej kadencji.
Do zasadniczych wad doktryny Trumpa (wykraczam poza dosłowne stwierdzenia zawarte w samym dokumencie i sięgam do praktyki administracji) zaliczam:
– porzucenie dorobku organizacji międzynarodowych (zwłaszcza ONZ), osłabienie stabilizującej funkcji prawa międzynarodowego, traktatów;
– zwiększenie ryzyka militarnych rozwiązań konfliktów regionalnych i wojen lokalnych wskutek zwiększonej skłonności do interwencji zbrojnej (przy wykorzystaniu najnowszych technologii);
– powrót do nieograniczonego wyścigu zbrojeń konwencjonalnych i nuklearnych;
– brutalizację języka i deprecjację dyplomacji;
– militaryzację polityki zagranicznej, czyli nieograniczone użycie siły w każdym wymiarze, nie tylko militarnym, w celu forsowania amerykańskich interesów.
Zatem doktrynę Trumpa, wyrażoną w Strategii, cechuje ambiwalencja, sprzeczności i brak spójności. Znamienny jest nacisk położony na unikanie wiążących zobowiązań, odrzucenie odpowiedzialności za dobro wspólne. Odejście od polityki interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw, od nation- building, od narzucania norm i reguł nie jest konsekwentne. Na miejsce ideologii demokratyzacji wciska się bowiem katalog postulatów o charakterze wyraźnie tradycjonalistycznym i prawicowym, a nawet skrajnie prawicowym. W odniesieniu do migracji przewijają się wątki rasistowskie.
Na odrębną analizę zasługuje nadzwyczaj krytyczne, a właściwie pogardliwe potraktowanie Europy, a zwłaszcza europejskiego federalistycznego eksperymentu. Stany Zjednoczone nie widzą zalet powtórzenia amerykańskiej drogi na Starym Kontynencie. Przyszłość widzą wyłącznie w kategoriach ścierających się ze sobą państw narodowych.
Strategia poddaje krytyce elity europejskie za ich nastawienie na kontynuację wojny w Ukrainie i brak refleksji o tym, jak ułożyć w przyszłości stosunki z Rosją. Ironią losu jest rzecz jasna to, że wojna rosyjsko-ukraińska była pierwotnie wojną amerykańską by proxy. Stany Zjednoczone od dłuższego czasu widziały w Rosji bezpośrednie zagrożenie i starały się ją osłabić. Jednak prezydent Trump nie czuje się odpowiedzialny za destrukcyjną w wielu obszarach politykę poprzedników i wyklucza kajanie się za błędy przeszłości.
Strategia całkowicie pomija kwestię nierówności na świecie, biedy, wszelkie kwestie humanitarne, pomoc rozwojową, nie mówiąc już o międzynarodowych dobrach publicznych. Wydawało się znawcom, że reanimacja takiego porządku światowego w epoce globalizacji byłaby zgoła niemożliwa. Trump, mimo znanych ograniczeń, dokonuje niemożliwego. Jednak nawet zasada równowagi sił powraca nie w wersji oświeconej, znanej z Kongresu Wiedeńskiego, ale w radykalnej drapieżnej postaci.
Last but not least, nie ulega kwestii, że dla prezydenta Trumpa, oprócz zaanonsowania światu nowych zmienionych reguł gry, najistotniejszy jest pivot amerykański czyli odnowienie Doktryny Monroe, jako punkt wyjścia do zmiany polityki interwencjonizmu i generalnie przesunięcia punktu ciężkości polityki Stanów Zjednoczonych na sprawy „domowe” (w kraju i w obu Amerykach).
W tej analizie na gorąco pomijam aspekty regionalne doktryny Trumpa, w tym fragment omawiający politykę na Bliskim Wschodzie, który pomija związki Stanów Zjednoczonych z Izraelem i ludobójstwo w Gazie, czy wizję przyszłości narodu palestyńskiego.
Za sprawą bydgoskiego Nitro-Chemu przez ostatnich kilka dni każdy śledzący media miał szansę zapoznać się z wycinkiem realiów polskiego sektora zbrojeniowego. Jeśli podłubie głębiej w materiałach, dokopie się do materiałów sprzed miesięcy czy lat, świadczących o wieloletnim braku kontroli, nieprzejrzystości działań, ignorowaniu procedur, ostrzeżeń formułowanych przez organy nadzorcze. Wątek materiałów niebezpiecznych, magazynowanych lub przerabianych na terenie spółki, a potem wywożonych poza zakład lub detonowanych na wojskowych poligonach, odsłania znacznie szerszą, wielowarstwową patologię niż tylko lokalne zaniedbania.
Towarzyszy temu déjà vu. Nitro-Chem występuje w roli czarnego charakteru nie po raz pierwszy. Już wcześniej pojawiały się doniesienia dotyczące domniemanego zatruwania środowiska odpadami powstającymi przy produkcji trotylu: tzw. czerwonymi wodami, solami azotowymi, niedbale składowanymi odpadami. Później, materiały o żołnierzach zmuszanych do detonowania tych odpadów na poligonach, przy całkowitym ignorowaniu procedur utylizacji. Media przytaczały anonimowe relacje żołnierzy o mdłościach, zawrotach głowy i braku jakichkolwiek środków ochrony osobistej. Doniesienia te – zgodnie z polską tradycją – nie doprowadziły do żadnych realnych konsekwencji poza krótkotrwałym oburzeniem w mediach społecznościowych i jednym zapytaniem poselskim, które zniknęło, zapewne utknęwszy w gąszczu procedur i głębi szuflad.
Nitro-Chem to dziś jedyny przemysłowy producent TNT w Unii Europejskiej, zdolny wytwarzać go w ilościach i według standardów wojskowych NATO. I nie dlatego, że Polacy są wyjątkowo zdolni, a bydgoscy chemicy cieszą się wstawiennictwem św. Barbary – patronki osób wykonujących prace niebezpieczne – lecz dlatego, że inne kraje, dbające o zdrowie obywateli i środowisko, dawno z tej produkcji zrezygnowały. Produkcja TNT jest brudna, toksyczna, kosztowna i wymaga restrykcyjnych norm środowiskowych, wobec których większość europejskich inwestorów woli lokować środki w coś mniej ryzykownego. Kraje zachodnie wycofały się zatem, by chronić środowisko i pracowników. Zapewne też kosztem własnego bezpieczeństwa. Daje to Polsce szanse unikalne, ale też niewdzięczną rolę ostatniego truciciela w UE.
Bydgoski Nitro-Chem korzysta z tej niszy. Europa TNT nie produkuje. Polska – produkuje. A jeśli produkuje, to eksportuje: do USA, do europejskich odbiorców (m.in. Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji, Szwecji), a – według NGO-sów – pośrednio również do Izraela. Żadne dostępne publicznie dane nie podają tonaży według krajów, bo Nitro-Chem zasłania się tajemnicą handlową, a państwo, niesione świętym przekonaniem o wyższości wolnego rynku, nie ma szczególnej ochoty jej naruszać. W końcu eksport zwiększa PKB, a polscy politycy uwielbiają powtarzać na kongresach MŚP i ministerialnych naradach, że „trzeba wspierać przedsiębiorców, by sprzedawali za granicę”. Wspierać – nawet jeśli to oznacza brak rezerw strategicznych i logistyczną schizofrenię.
Portal Onet przypomina kontrakt na 18 tys. ton TNT eksportowanych do USA. Brzmi to imponująco i mile łechce próżność – dopóki nikt nie zada prostego pytania: a ile z tej produkcji trafia do polskiej armii? Odpowiedź jest znana, choć nikt nie lubi jej wypowiadać: niewiele. Wojsko Polskie kupuje dziś sporą część amunicji artyleryjskiej za granicą – w tym w USA – a więc amunicji, która może być wypełniona… polskim trotylem. Mimo produkcji tysięcy ton TNT nasze wojsko cierpi na chroniczny brak amunicji artyleryjskiej. Kolejne raporty NATO, publikacje mediów i wystąpienia generałów mówią to samo: Polska nie ma wystarczających zapasów amunicji, mimo że wojna jest za miedzą. Problem okazuje się kompromitujący: Polska nie produkuje wystarczającej liczby pocisków artyleryjskich – skorup, które mogłaby napełniać własnym trotylem.
W tej perspektywie historia smutnie przypomina paralelę z Potopem szwedzkim: Szwedzi najechali Polskę na okrętach uszczelnianych smołą, której czołowym producentem była Rzeczpospolita. Szwedzka armia wykarmiona była dzięki udziałowi Polski w hanzeatyckim rynku pszenicy. To, co miało dawać Polsce siłę, dawało ją najeźdźcom. Historia uczy więc, że własne bezpieczeństwo trzeba budować samemu, niezależnie od sojuszy i reputacji partnerów.
O ile polski odbiorca dowiaduje się o sprawie głównie z depesz przepisanych w PAP, Onecie czy „Wyborczej”, o tyle świat opowiada historię znacznie barwniejszą – i zdecydowanie mniej korzystną dla naszego wizerunku. Wystarczy wyszukać kilka słów kluczowych, by zauważyć, że temat łączony jest w medialnych narracjach z Gazą – miejscem, które dziś znajduje się w centrum uwagi arabskich mediów, raportów ONZ, paneli akademickich i materiałów propagandowych.
Polski trotyl produkowany w Bydgoszczy przez Nitro-Chem miał znaleźć się w amunicji bombowej używanej przez armię Izraela w Strefie Gazy. Chodzi przede wszystkim o klasyczne bomby serii Mk-80, w tym Mk-84, oraz o penetrujące BLU-109 – środki służące nie do „przesłuchiwania powietrza”, lecz do systematycznego burzenia budynków, tuneli i struktur obronnych. To zestaw, którego symbolika w relacjach medialnych jest trudna do zignorowania, a w połączeniu ze wskazaniem kraju pochodzenia bije w Polskę wyjątkowo boleśnie.
Międzynarodowe nagłówki nadają sprawie dramatyzmu: „Polish TNT used in Gaza massacre”, „TNT polonais dans les bombes israéliennes”. Niektóre media posuwają się nawet do porównań trotylu Nitro-Chemu ze „śmiercionośnymi substancjami z epoki Holokaustu”, a wiarygodności dodaje fakt, że produkcja odbywa się w dawnych niemieckich zakładach wojennych. To obraz, który w oczach zagranicznych odbiorców buduje narrację o polskiej odpowiedzialności w konflikcie, niezależnie od rzeczywistych skali czy charakteru transakcji.
Raporty NGO-sów powielane przez media zagraniczne sugerują, że Nitro-Chem „sprzedaje materiały wybuchowe, w tym TNT, bezpośrednio Izraelowi”, choć brak twardych danych – ani ton, ani lat, ani konkretnych partii towaru – sprawia, że twierdzenia te pozostają w sferze domysłów. Dziennikarze używają określeń typu „likely”, „believed to”, „historic ties”, które w praktyce oznaczają: „nie wiemy dokładnie, ale chcemy wierzyć”. Mimo to arabskie media cytują te dokumenty, budując wrażenie stałych kontaktów z izraelskimi firmami, choć fakty wskazują najwyżej na pojedyncze, historyczne transakcje. Polska, w tej medialnej debacie, zbiera kolejne ciosy, a Nitro-Chem staje się symbolem napięcia między percepcją a rzeczywistością – przykładem, jak szybko lokalna sprawa może przerodzić się w globalny temat.
Najpaskudniej wygląda jednak łączenie polskiego TNT z Holokaustem. To absurd, propagandowy zabieg, w zasadzie wręcz manipulacja – łatwa, chwytliwa, skuteczna. Owszem, produkcja spółki odbywa się tam, gdzie przed wojną i w czasie wojny funkcjonowała niemiecka fabryka. Narracja się więc zagęszcza. Jeśli polski rząd nie reaguje, nie prostuje i nie tłumaczy, to opowieść utrwala się sama. Potem wystarczy zdjęcie ruin w Gazie, podpis „Polish TNT” i dopisek „Holocaust echoes”, aby w percepcji globalnego internetu powstała nawet nie postprawda, lecz mem-prawda. I tak rodzi się samonapędzająca się teza, że śmiercionośny wypełniacz izraelskich bomb powstaje w kazamatach, gdzie – w domyśle – spełniał się Holokaust. Tak działa argument ad hitlerum, czyli prawo Godwina: im gorętsze poszukiwanie chwytliwych argumentów tym szybciej pojawia się Hitler i Holokaust, a gdy pojawia się Holokaust – pojawia się i Polska.
Dzieje się tak także dlatego, że polski przemysł zbrojeniowy funkcjonuje w próżni informacyjnej, rząd milczy, media przepisują cudze raporty, MSZ unika zarówno odpowiedzi, jak i odpowiedzialności, choć to na nim – wraz z MRiT – spoczywa obowiązek wiedzy, kim jest tzw. użytkownik ostateczny śmiercionośnych towarów. Czy w tych resortach wiedziano, dokąd trafia trotyl z Bydgoszczy? Czy sojusznicy nas o tym informowali? I smutne jest to, że polska opinia publiczna dowiaduje się o tym przypadkiem – tylko dlatego, że ambasada Palestyny w Warszawie poruszyła pierwszy kamyczek lawiny, uznając – jako jedyna (!), że warto poinformować polski parlament. Przez to sprawa dodatkowo się upolityczniła.
Czego uczy nas ta historia?
Że afera z Nitro-Chemem w tle jest symptomem pilnie potrzebnych zmian w kilku wymiarach.
Po pierwsze – konieczna jest głęboka przebudowa mechanizmów zarządzania państwowymi spółkami, nie tylko zbrojeniowymi, lecz także innymi, działającymi w strategicznych wszakże sektorach.
Po drugie – konieczne jest przejrzyste zarządzanie procesem produkcji i sprzedaży materiałów wrażliwych, w tym wiedza i realny nadzór nad użytkownikiem ostatecznym.
Po trzecie – niezbędne jest skuteczne zarządzanie informacją, co bez realizacji dwóch poprzednich postulatów nie jest możliwe.
I po czwarte, zapewne najważniejsze – świadoma polityka eksportowa – trzeba zastanowić się, komu i po co sprzedajemy broń, jeśli nie służy ona obronie naszych interesów, a może wręcz stać z nimi w sprzeczności.
Nie chodzi tu wyłącznie o pytanie, na ile wojna w Gazie to „nasza wojna”, lecz również o pytanie o trwałość naszego bezpieczeństwa i nasze własne zasoby, by tego bezpieczeństwa bronić. Pamiętając o Monachium podwójnie: tym z 1938 r. i tym niedawnym, z 2025 r., z równie niebezpiecznymi świadectwami postrzegania bezpieczeństwa Europy – a więc i naszego – jakie zaprezentował J.D. Vance.
Pokojowa Nagroda Nobla, przyznawana jest za „wybitne działania na rzecz braterstwa między narodami, likwidację lub redukcję stałych armii oraz za udział i promocję konferencji pokojowych”. Jedynym, znanym autorowi, przypadkiem odmówienia przyjęcia tego wybitnego wyróżnienia stanowi wietnamski generał, komunista, kierujący w trakcie wojny wietnamskiej w 60.-70. latach siłami armii tzw. Vietcongu, generał Lê Đức Thọ. Kiedy w 1973 r. Komitet Noblowski uhonorował go wspólne z amerykańskim negocjatorem pokojowego porozumienia, doradcą prezydenta R. Nixona, H. Kissingerem, generał odmawiając przyjęcia nagrody, stwierdził, że „pokój jeszcze nie został ustanowiony, a jego przeciwnik wielokrotnie naruszał warunki rozejmu”. Odwaga uczciwości, racjonalizm oceny rzeczywistości i możliwości realizacji celów godne męża stanu, gdyż nie chodziło o osobiste ambicje.
W przeddzień ogłoszenia decyzji o przyznaniu pokojowego Nobla, tuż po zawarciu planu pokojowego dla strefy Gazy, niemiecki „Die Welt” tak pisał na rzecz poparcia kandydatury prezydenta Donalda Trumpa: „najbardziej nielubiany spośród nielubianych w królestwie elokwentnych mówców. Po raz kolejny dotrzymał słowa. Swoim szorstkim, często nieeleganckim, a nawet wulgarnym stylem udowodnił, że jest genialnym strategiem i politykiem”.
Po paru genialnych (?) woltach POTUS’a (od ubiegłorocznych planów „rozejmu”, poprzez zapowiedzi nałożenia intruzywnych sankcji na Rosję, Chiny, Indie, ale i niektórych zachodnich Sojuszników importujących nadal rosyjskie surowce energetyczne, poprzez wyposażenie Ukrainy w Tomahowki), po wielu tygodniach od zdeponowania czerwonych dywanów z Alaski do magazynów, oto od 19 listopada pojawia się, opracowana w wąskim gronie w składzie podobnym jak w przypadku planu dla Gazy, waszyngtońska inicjatywa „Plan 28 punktów” ws. zakończenia wojny w Ukrainie. Wynegocjowana została z Moskwą, a o jej treści i warunkach jest właśnie briefowany przez delegację z USA prezydent Zełeński. To, co ujawniono z planu, dotyczy jedynie ofiary agresji – Ukrainy (sic!), z kolei jakie warunki przedstawiono Kremlowi – oby tylko jak na razie: nic nie wiadomo (czyżby to miało być kolejne „genialne zagranie” np. na rzecz złamania morale żołnierzy ukraińskich, szczególnie tych z tzw. pasów śmierci?).
Analitycy i stratedzy rozbierają na części pierwsze te szczątkowe informacje, gdzie jak mantra powtarzane są zasadnicze te same „praktyczne” rozwiązania co sprzed – za parę miesięcy – już 4 lat temu z kwietnia 2022 r. ze Stambułu. Gwoli przypomnienia w ślad za artykułem amb. Zdzisława Raczyńskiego z Res Humana z marca tego roku, wówczas to nad Bosforem strona rosyjska „przedstawiła” warunki sprowadzające się do: „* Ukraina zrzeka się Krymu z Sewastopolem, a także innych terytoriów już okupowanych przez Rosję; * po ukraińskiej stronie granicy powstaje całkowicie zdemilitaryzowana strefa o szerokości 50 km; * Ukraina rezygnuje z członkostwa w NATO i deklaruje pełną neutralność z zakazem jakiejkolwiek poważniejszej współpracy wojskowej z Zachodem; * następuje faktyczna demilitaryzacja Ukrainy: armia ograniczona do 85 tys. żołnierzy, 342 czołgów, 50 samolotów bojowych i 10 śmigłowców bojowych; * gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy stają się państwa-stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ; * status języka rosyjskiego zostanie zrównany ze statusem ukraińskiego”.
Nota bene: wg wynegocjowanych w ramach zaadoptowanego Traktu o siłach konwencjonalnych w Europie z 1999 r. tzw. CFE 1A czyli pułapów narodowych na uzbrojenie w 5 kategoriach i liczebności personelu sił zbrojnych[1] dla Ukrainy przewidziano możliwość łącznego posiadania: 4 080 czołgów bojowych; 5 050 opancerzonych wozów bojowych; 4 040 jednostek artylerii; 1 090 myśliwców; 330 śmigłowców bojowych; personel sił zbrojnych: 450 tys. Dla Rosji liczy te były i tak znacznie wyższe, a dla Białorusi porównywalne lub nieco niższe niźli jak dla Ukrainy. Ciekawe, czy bazą wyjściową w obecnych negocjacjach między USA a Rosją w sprtawie „Planu 28 punktów” są właśnie wyżej wskazane limity, czy ich ewentualne obniżenie Ukrainie albo rozmowy odbywają się jak …. np. „wyliczenie” ad hoc odległości wiatraków od zabudowań.
Na ile obecne „28 punktów” zawiera dalszą konkretyzację kierunku myślenia o „pokoju za terytorium” nie wiadomo, nie wiadomo kto i w jakim zakresie będzie gwarantem pokoju i bezpieczeństwa Ukrainy, nie wiadomo co z siłami monitorującymi zawieszenie ognia (?), kontrolę implementacji warunków pokoju (?), jak zostaną ujęte ambicje Kijowa na rzecz jego prozachodniej orientacji (członkostwo w UE, NATO). Sądząc ze wstępnych opinii, wypowiedzi (trudno jeszcze mówić o stanowisku) w Europie, Unii Europejskiej, głównych stolicach dominują poważne obawy, iż logika ta będzie wyciosywać dalsze obszary terytorium Ukrainy zgodnie z oczekiwaniem Putina.
W obecnej kompletnie szczątkowej wiedzy o „Planie 28 punktów”, trudno nawet pokusić się o stwierdzenie, iż jest on „nihil novi…”, że to déjà vu, gdyż byłoby ono kompletnie niesprawiedliwe dla nowego, kolejnego wzmożenia Białego Domu na rzecz zakończenia wojny przeciwko Ukrainie. A przecież większość światowych ocen jasno wskazuje, iż tylko USA są w stanie wymusić tj. porozumieć się z Moskwą odnośnie do „pokoju przez siłę”.
Oczekując na bliższe informacje, „kierowane przecieki”, oceny jak i dezinformacyjne działania itd., czego w poważnych stacjach, think-tankach i mediach będzie coraz więcej, uwagę zwraca pewna sekwencja zjawisk, w rzeczywistości których pojawia się „Plan 28 punktów”. W strategii Putina w relacjach z Trumpem, Polska zajęła ważne miejsce trybach mechanizmu realizacji działań Kremla.
W ramach przedwczesnego zapewne podsumowania dopiero co rozpoczynającej się kolejnej odsłony relacji USA-Rosja z Ukrainą w tle, czytając literalnie warunki Pokojowej nagrody Nobla, Komitet Noblowski może zmierzyć się z bezprecedensowym wyzwaniem. W narracji Putina jest tylko „bratni naród” ukraiński, gdyż celem było jedynie usunięcie „faszystowskiego reżimu w Kijowie”; „redukcja stałych armii” – choć zapewne nie będzie oparta na proporcjonalnej zasadzie, ale w przypadku poziomu sił zbrojnych i uzbrojenia Ukrainy -jak wskazują przecieki – w przysłowiowy dwójnasób miałaby spełnić ten warunek; a sam proces negocjacji pokojowych między USA a Rosją z Ukrainą w tle sprosta wymogowi „konferencji pokojowej”, którą potem ozdobi się wianuszkiem liderów europejskich.
Jeśli „Plan 28 punktów” jest rzeczywiście końcowym i ostatecznym działaniem USA, to przed Ukrainą i Europą wspólnie pojawia się od 24 lutego 2022 r. najpoważniejsze wyzwanie z wielowymiarowymi skutkami kompletnie nowej architektury (nie-)bezpieczeństwa.
[1] Formalnie CFA 1A nie wszedł w życie, ale jego bazą był obowiązujący od 1990 r. Traktat CFE, którego stosowanie najpierw zawiesiła Rosja w 2007 r. by w 2015 r. wyjść z niego, co w reakcji państwa NATO zapowiedziały możliwość jego zawieszenia go w 2023 r., a Polska jako w 2024 r. oficjalnie zawiesiła jego obowiązywanie.
No i mamy Włodka marszałkiem Sejmu (czyli spełnił się zapis umowy koalicyjnej), a wicemarszałkiem Szymona Hołownię – co już tak detalicznie objęte nią nie było, ale na bezrybiu i rak ryba. Przeciw głosowała tylko jedna posłanka Polski 2050, powołując się zresztą na swoje sumienie, sygnalizując tym samym, że takowe posiada, co jak wiadomo jest rzadkością u polityków. Włodzimierz Czarzasty stał się więc drugą osobą w państwie i liderem koalicji całą gębą i nie mogę nie czuć satysfakcji, że kolega ze studenckiej ławy sięgnął aż tak wysoko. Znamy się trochę jak łyse konie, bo od sierpnia 1980 roku, więc niech mi marszałek wybaczy ten familiarny ton, ale w sumie to największe osiągnięcie absolwenta WDiNP UW w historii, więc chyba mogę sobie pozwolić…
Włodzimierza Czarzastego ujrzałem na własne oczy, jak jeszcze miał bujną czarną czuprynę typu afro, chodził z niedbale zarzuconą na ramię czarną torbą i był nieformalnym gospodarzem pomieszczenia zwanego „trójką”, gdzie mieścił się chyba zarząd wydziałowego SZSP. Ale głównie przesiąkniętą tytoniem i aromatem piwa „żabka” pakamerą, w której spotykali się studenci różnych roczników, raczej nie w celach organizacyjnych. Bo w tamtym czasie młodzieżowych organizacji masowych może to liczyło się najbardziej: żeby mieć kolegów, być razem i konfrontować swoje poglądy z innymi. Pamiętasz, Marszałku, te dyskusje w „trójce” na Krakowskim Przedmieściu, nie przy kefirze bynajmniej?
A później to już potoczyło się jak z bicza strzelił, kiedy sięgam pamięcią wstecz, takich opowiastek nazbierałoby się chyba dziesiątki. Dla niezorientowanych badaczy życiorysu marszałka może jeszcze jeden fakt – Małgosię, swoją żonę, Włodek poznał na studiach bodaj już na pierwszym roku i od razu pomiędzy nimi zaiskrzyło. Jest to więc piękny i chwalebny związek długodystansowy, który chciałoby się wynieść dziś na jakiś piedestał i nawet Kościół mógłby wziąć to na swoje sztandary, jako przykład przepięknej miłości, trwałości małżeństwa i zgodnej wielopokoleniowej rodziny (co oczywiście nigdy się nie ziści, bo Kościół stoi obecnie przy innych sztandarach i ma innych bohaterów).
Związek ten przetrwał najgorsze chwile, jak pamiętne zatrzymanie za czasów poprzedniego reżimu, przykładanie broni do głowy i poniewieranie domowników, w tym żony – z polecenia ministra Ziobry. Ma więc marszałek za sobą różne przejścia, to uczyniło go twardym, ale nie mściwym. Nie można jednak tego pomijać w jego doświadczeniu pisowskiej praworządności, co niedawno, dosłownie na progu swojego marszałkowania, publicznie przypomniał. A i tak nie dało to do myślenia przeciwnikom, którzy jego przeszłość m.in. w Partii wyciągnęli jako koronny argument, że w osobie Czarzastego mamy do czynienia z komunistą. A ja doskonale pamiętam, jak to z Włodkiem w tamtym czasie bywało: jeśli już – to raczej socjaldemokratą niż komunistą, na pewno dalekim od doktryny, którą z wyraźną niechęcią na wykładach i ćwiczeniach poznawał.
Czyli raczej potomek Kautsky’ego aniżeli Lenina, choć na pewno jako student był bardziej działaczem aniżeli klasycznym scholarzem. Organizatorem seminariów, wyjazdów, debat i dyskusji; z tego go zapamiętałem, a takich okazji było parę dosłownie co tydzień, zarówno w czasach legalnej Solidarności, jak i po zdjęciu stanu wojennego. Co szalenie ciekawe, był wraz z Robertem Kwiatkowskim, swoim długoletnim przyjacielem, chyba liderem strajku studenckiego na WDiNP, a przynajmniej się tam kręcił. Innymi słowy był to człowiek roboty politycznej, jakby to staroświecko i po proletariacku nie brzmiało. I przez te schyłkowe lata XX wieku wyrobił się w ZSP, co zauważył Aleksander Kwaśniewski, awansując go szybko do swojego zaplecza, bodaj jeszcze na progu Okrągłego Stołu. Który dzisiaj ma, bodaj jako jedyny czynny polityk, odwagę bronić, jako przykładu zmysłu politycznego i mądrości Polaków. Co prawda nasze drogi wówczas zaczęły się trochę rozchodzić, ja szalałem w ówczesnych warszawskich Hybrydach, nadkruszając mury starego ustroju na swój sposób, a on twardo działając w strukturach studenckiej organizacji młodzieżowej, ale z perspektywy lat było to w sumie to samo. Chcieliśmy czegoś nowego, gdzieś tam na schodach Ordynackiej skakaliśmy sobie do oczu za moje hybrydowe wyczyny, ale takie wówczas były czasy: nawet ludzie po tej samej stronie barykady mieli sobie coś ważnego do powiedzenia.
Ale żeby nie było, że jestem pamiętliwy i noszę za ówczesne przygany urazę, to muszę dodać, że Włodek wykazywał wówczas talent nawet kabaretowy, był niezłym zapiewajłą, popisującym się wspaniałą grą na akordeonie i tańcem towarzyskim (z elementami ludowości). To było fajne i zostało zapamiętane przeze mnie na całe życie – był świetnym kompanem. A że byłem podwładnym Włodka w Komisji Szkoleń RN ZSP, to może warto jeszcze przytoczyć jedną historyjkę z tamtych czasów- kiedyśmy postanowili uruchomić przy ZSP dyskusyjny klub filmowy i grać w nim „ półkowniki”- czyli filmy zatrzymane przez ówczesną cenzurę. Świetnie to się powiodło ze znakomitym Przypadkiem Krzysztofa Kieślowskiego, zaprezentowanym w ramach naszego przedsięwzięcia w warszawskim kinie Kultura, z udziałem reżysera. Który swoje dzieło przywiózł zresztą w kilkunastominutowych rolkach, osobiście swoją skodą i wraz z operatorską obsługą kabinową wyświetlił aktywowi. Ja to wszystko jakoś spiąłem i poprowadziłem – jakim cudem nie wiem do tej pory – ale Kieślowskiemu zależało bardzo na reakcji aktywu, bo treścią jego filmu jest w 1/3 przecież wątek aktywisty (granego przez Bogusława Lindę), który mierzy się z wielką polityką i osobistymi dylematami. No więc to się udało, bo Kieślowski wyszedł z kabiny do ludzi, dyskusja była długa i ożywiona, i nawet jeden z późniejszych prawicowych krytyków temu bardzo profesjonalnie sekundował- choć, jak zaznaczył, z pozycji pepeesowskich. Czarzasty temu patronował z góry, stanowił tarczę przed agresywnym betonem z KC (chodził się tłumaczyć…). I czy była to działalność komunistyczna bądź reżimowa? Inna sprawa, że już przy Matce Królów szło nam zdecydowanie gorzej, ale postanowiłem, chyba trochę wbrew szefowi, udać się do Włodzimierza Sokorskiego w Aleje Róż i poprosić go o wstawiennictwo u szefów ówczesnej kinematografii, żeby zwolnili kopię filmu „specjalnie na pokaz dla aktywu”. I co ciekawe stary komunista Sokorski spiął się, wykonał odpowiednie telefony, a nawet zgodził się skomentować film. Ja to prowadziłem (gdzieś w ośrodku pod Warszawą; czy to aby nie była Rynia?), a Czarzasty znów zasłaniał politycznie.
No ale chyba tego już było na Ordynackiej za dużo, skasowano nasz DKF, Włodek następnie poszedł w biznesy, stając się świetnym wydawcą, a ja na dobre utknąłem na parę lat w Hybrydach i rodzących się „Konfrontacjach”, co wyszło nam obu tylko na dobre.
Przyczyn, dla których Karol Nawrocki nie podpisał aktów mianowania na pierwszy stopień oficerski grupy funkcjonariuszy służb specjalnych, nikt specjalnie nie ukrywał. Przedstawiciele prezydenta we wszystkich programach radia i telewizji objaśniali wszystkim, kto chciał i nie chciał ich słuchać, że decyzja ich szefa jest (do wyboru, według przekonań i sympatii do głowy państwa): reakcją, odpowiedzią, rewanżem, zemstą… za to, że szefowie służb specjalnych – ABW, AW, CBA, SKW, SWW – nie zjawili się w Pałacu na wezwanie prezydenta.
Bardziej elegancko sformułował pretensje prezydenta szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki, który stwierdził, że prezydentowi nie przekazano informacji ważnych dla bezpieczeństwa państwa, do czego szefowie służb specjalnych są zobligowani art. 18[i] Ustawy z dnia 24 maja 2002 r. o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu. A nie przekazali tych informacji, ponieważ nie pojawili się na spotkaniu, na które ich zawezwano.
Bogucki jest zbyt wytrawnym prawnikiem, aby nie zdawał sobie sprawy z tego, że – najdelikatniej to ujmując – jest niezbyt przekonujący w swoich twierdzeniach.
Wspomniana ustawa z 24.05.2002 o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu w żadnych z punktów nie wymaga od szefów służb, aby swoje meldunki składali prezydentowi osobiście ani nie precyzuje formy, w jakiej informacje mają być przekazywane. Natomiast przedmiotowa ustawa jednoznacznie określa (art.3), że „Szef ABW i Szef AW podlegają bezpośrednio Prezesowi Rady Ministrów”, który określa kierunki działania agencji i mianuje ich szefów. Przy powołaniu szefów służb premier „zasięga opinii” prezydenta, ale w żadnej mierze nie jest nią związany.
Kompetencje prezydenta wobec służb specjalnych są nieporównanie skromniejsze niż jego uprawnienia w kwestiach wojskowych. Zgodnie z Konstytucją, prezydent RP „jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej” (art. 134 Konstytucji), ale swoje zwierzchnictwo sprawuje „za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej”. Czyli, przekładając na język praktyki, za każdym razem, gdy Nawrocki chciałby się spotkać z szefem Sztabu Generalnego, o generałach poniższych w hierarchii nie wspominając, musi on prosić o to Kosiniaka-Kamysza. Wydaje się, że podobna interpretacja mogłaby być zastosowana w relacjach prezydent-szefowie służb.
Właściwą zatem formą zaproszenia szefów służb do prezydenta byłoby pismo Nawrockiego do Tuska, w którym prezydent prosi premiera, aby ten pozwolił szefom służb (i nadzorującym ich ministrowi Siemoniakowi) udać się na spotkanie z prezydentem, podczas którego prezydent ma zamiar zapytać ich o takie czy inne – precyzyjnie opisane – kwestie.
Prezes Rady Ministrów nie naruszyłby prawa, ale uchybiłby dobrym obyczajom, jeśliby takiego spotkania odmówił i ograniczyłby się do przesłania prezydentowi pisemnych informacji na interesujące go kwestie.
W tej sytuacji ogólnikowe pismo Boguckiego do Siemoniaka było dość naiwną, i bardzo bardzo niewyrafinowaną, próbą stworzenia nowego uzusu; że prezydent za pośrednictwem szefa swojej kancelarii ma prawo do wzywania przed swoje oblicze szefów służb czyli do bezpośredniego zwierzchnictwa nad służbami specjalnymi. Otóż takiego zwierzchnictwa prezydent nie posiada, chociażby nawet w najgłębszym swoim przekonaniu był bardziej Bondowaty niż Brosnan i Connery razem wzięci.
Niejako przy okazji kancelaria prezydenta chciała „zalegalizować” status szefa BBN S.Cenckiewicza. Cenckiewicz wciąż nie posiada certyfikatu ABW upoważaniającego go do dostępu do informacji niejawnych. Jeśliby szefowie służb zjawili się w BBN na Karowej, jak zapowiadało to zaproszenie, to przekazywaliby informacje tajne nie tylko prezydentowi Nawrockiemu, ale także gospodarzowi obiektu przy Karowej czyli Cenckiewiczowi. Bo przecież (patrz przywołany wyżej art. 18 Ustawy o ABW i AW) nie mieliby prawa odmówić prezydentowi przekazania informacji.
Ten małochytry zabieg przypomina trochę zabawy w piaskownicy chłopczyków w krótkich spodenkach. Ale też pieniactwo złośników z obecnej kancelarii prezydenta jest zaprzeczeniem powagi Rzeczypospolitej i odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju.
[i] Art. 18. 1. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i Prezesowi Rady Ministrów informacje mogące mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej. 2. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej informacje, o których mowa w ust. 1, w każdym przypadku, kiedy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej tak zdecyduje.
8 października odszedł Zdzisław Słowik. Pożegnaliśmy go dziewięć dni później, dokładnie w dniu jego 93. urodzin.
Jest legendą „Res Humana”. Nic w tym dziwnego, bo założył to pismo i kierował nim przez 31 lat. Nie chodzi jednak tylko o długość czasu, w którym sprawował funkcję redaktora naczelnego, a później – Redaktora-Seniora. Ważniejsze jest to, że nakreślił linię pisma, głęboko zakorzeniając ją w humanistycznych wartościach wywodzących się z greckiej filozofii, rzymskiego prawa i dorobku Oświecenia – i z wielką konsekwencją się jej trzymał. Był człowiekiem dialogu i kompromisu, unikając skrajności, zawsze starał się iść środkiem drogi, ale w tej kwestii nie godził się na żadne ustępstwa. Był opoką Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego – zarówno w czasach, gdy rozum musiał mierzyć się z irracjonalizmem, jak i ostatnio, kiedy to Człowiek znów zaczął zajmować miejsce w centrum wszystkiego.
Zdołał do współpracy z wydawanym przezeń pismem przyciągnąć szerokie grono wielkich autorów, wybitnych postaci, intelektualistów. Czujemy spoczywający na naszych barkach ciężar odpowiedzialności za zachowanie tego dziedzictwa, jego kontynuację i rozwój.
Od 2015 roku wyrażał nieustanne zatroskanie kryzysem polskiej demokracji i osłabianiem państwa, w ostatnich dwóch latach nie rozstawał się z nadzieją na odbudowanie nowoczesnej i sprawiedliwej Rzeczypospolitej.
Profesor Jan Szmyd, jeden z tych, już nielicznych, którzy odbywali z Nim tę wielką podróż, tymi słowy zareagował na wieść o Jego śmierci: „Drogi Zdzisławie! Wielkim szczęściem i zaszczytem było dla mnie poznać Cię i współuczestniczyć z Tobą w próbie działania na rzecz kultury humanistycznej i światłej orientacji w świecie. Zadziwiałeś mnie i wzbogacałeś swą szlachetnością, mądrością, żarliwą społecznością, a także mistrzostwem słowa i tytaniczną pracowitością. Teraz odszedłeś, ale jakże cenny dar pozostawiasz. Żegnaj, Spolegliwy Przyjacielu”.
Dzieląc tęsknotę z Jego współpracownikami, a także z wieloma Czytelnikami „Res Humana”, poniżej przypominamy kilka wybranych tekstów Zdzisława Słowika. Być może nie pisał tak dużo, jak powinien, otwierając łamy dla innych i poświęcając się pracom redakcyjnym i edytorskim. Przez trzy dekady pozostawił jednak wiele śladów roztropnych przemyśleń i trafnych obserwacji. Krótsze formy sygnował niekiedy pseudonimami Andrzej Biernacki i Ksawery Piwocki.
Redaktorzy „Res Humana”
Książeczka Włodzimierza Pawluczuka, pomyślana przez autora jako teoretyczny wstęp do badań empirycznych nad złożonymi relacjami zachodzącymi między religią i wiarą a życiem codziennym, wykracza znacznie poza tak zarysowane ramy.
Rozważania autora są bowiem, jak sądzę, próbą weryfikacji pojęć i wyobrażeń na temat religii i wiary występujących dotychczas w świeckim piśmiennictwie religioznawczym, zwłaszcza tym, które nie ukrywało swych związków z marksizmem. Przedsięwzięcie takie, niezależnie od wyników końcowych, już samo w sobie zasługuje na uznanie. Truizmem jest bowiem stwierdzenie, że w świeckich rozważaniach na temat religii nagromadziło się w minionych latach niemało uproszczeń, naiwnych sądów czy wątpliwych interpretacji. Uwagi Adama Schaffa na ten temat zawarte w jego rozprawie o tym Co jest żywe, a co jest obecnie martwe w marksizmie? („Myśl Socjaldemokratyczna” nr 1, 1991 i nr 1/2, 1992) przekonują, że niezbędna i konieczna jest weryfikacja i nowa interpretacja zarówno głośnej tezy Marksa o religii jako „opium ludu” jak i innych sądów uznawanych za nietykalne lub nieomal święte.
Podobnie postępuje i Włodzimierz Pawluczuk. Mógłby bowiem nie trudzić się nad żmudną rekonstrukcją i nowym opisaniem pojęć uznawanych dotąd za kanony wszelkich badań empirycznych, a przystąpić do samych badań, w czym mistrzem jest znanym i wysoko cenionym. Tymczasem tego nie robi; woli wcześniej zastanowić się nad kategoriami teoretycznymi implikującymi metody badań, a przede wszystkim określającymi cel samych badań. Taka determinacja prowadzi do wielu ważnych, choć nie bezdyskusyjnych konstatacji i ujęć.
Dwa takie przedsięwzięcia ustalające ich status i sens uczynił autor omawianej rozprawy przedsięwzięciami podstawowymi. Pierwszym z nich jest analiza złożonych relacji między religią a wiara, a drugim – między wiarą a „życiem codziennym”, któremu poświęca rozdział wyjściowy dla całości rozważań i gdzie, w odróżnieniu od wielu autorytetów i znawców tej „codzienności”, formułuje własny pogląd, zgodnie z którym „codzienność” to „sytuacja podmiotu w świecie, jego sposób bycia” (s. 4). Wróćmy jednak do owych relacji między religią i wiarą. Uznając przedmiotowe, podmiotowe czy funkcjonalne definicje religii jako nie wyczerpujące jest istoty, trudno jednak dociec w tym przypadku, która w końcu definicja przybliża nas najbardziej do rozumienia fenomenu religii. Podobnie ma się rzecz z kategorią „wiary”. O ile dobrze zrozumiałem wywody autora pojmuje on kategorię wiary, podobnie jak religię, w szerszym i węższym ujęciu. Stwierdza więc istnienie wiary religijnej i „wiary” niereligijnej, to znaczy przekonania o istnieniu rzeczy, których istnienia nie jesteśmy sami w stanie potwierdzić. I tutaj całkowita zgoda. Niezgoda zaczyna się w momencie, kiedy autor dochodzi do wniosku, iż wiara jest „immanentnym elementem wszelkiej (podkr. – Z.S.) rzeczywistości i wszelkich form życia” (s. 95). Tak rozszerzone pojmowanie „wiary” prowadzi do jej nieudokumentowanej globalizacji, swoistego fatum ciążącym nad człowiekiem. Zaciera się tutaj jakościowa różnica między wiarą religijną a „wiarą” niereligijną i wszelkie argumenty autora w tym względzie spotkają się jak myślę z dezaprobatą zarówno środowisk kościelnych jak i świeckich. Ze strony tych ostatnich podkreślona będzie z pewnością potrzeba uznania istnienia autonomicznej przestrzeni wolnej od wiary, przestrzeni świadomego, racjonalnego myślenia i działania. I na to nie ma rady.
Dlatego bliższa jest mi ta część rozważań zawartych w omawianej rozprawie, w której odnajduję bardzo ciekawe i przekonujące potwierdzenie narastającego procesu oddzielania się „rzeczywistości wiary” od rzeczywistości świata codziennego, co powoduje … iż wiara religijna (coraz bardziej irracjonalna i nieziemska – dop.) może funkcjonować całkowicie obok myślenia racjonalnego u tych samych myślących racjonalnie osób nie wchodząc w kolizję z ich rzeczywistym racjonalizmem” (s. 67). Bliższa jest mi bowiem koncepcja dostrzegania faktu istnienia różnych, świadomych swej tożsamości struktur niż idea niejako z góry eliminująca ich istnienie. Koncepcja „życia codziennego”, przy całej jego ważnej przemianie, nie wydaje się jeszcze obecnie płaszczyzną stapiającą to co święte i co „nie – święte”.
To, że książeczka Włodzimierza Pawluczuka skłania do kilku wątpliwości i formułowania opinii dyskusyjnych potwierdza raz jeszcze o jej nieocenionej wartości w uwolnionym od ciasnych schematów myśleniu o fundamentalnych problemach ludzkiej egzystencji.
Bomba, która 12 lutego 2005 r. wybuchła w Radio Maryja, była jakoś oczekiwana, wszelako siła jej wybuchu przeszła wszelkie oczekiwania oraz wywołała wiele różnych następstw.
1
Rozszyfrujmy najpierw tę metaforę: bomba to list, jaki tego dnia wystosował do Radia Maryja Lech Wałęsa, b. przywódca „Solidarności” i b. prezydent RP, po wysłuchaniu audycji o lustracji, w której wystąpił jeden z działaczy tego związku i powrócił do sprawy współpracy Lecha Wałęsy ze służbami specjalnymi PRL, sprawy, przypomnijmy, wielokrotnie badanej oraz opisywanej i rozstrzygniętej – przez uznanie zarzutów za nieprawdziwe – w orzeczeniu kompetentnego organu sądowego państwa.
Lech Wałęsa nie wytrzymał. „Słuchając tych bzdur” – wspomina – usiadł do komputera i napisał do Radia Maryja wspomniany list.
„Nie jestem w stanie – czytamy w nim – cicho przyglądać się pseudopolitycznym poczynaniom tego ośrodka (chodzi o Radio Maryja przyp. Z.S.). Nie mam nic do tematów religijnych, jestem wiernym synem Kościoła …, dlatego to dla mnie dramat, że muszę krytykować rozgłośnię katolicką, ale czy można nie widzieć i nie słyszeć”. I dalej: „Na Boga, ludzie, opamiętajcie się! Ojciec Król, ojciec Rydzyk i całe to środowisko zostało dobrane chyba przez szatana, by zniszczyć Wiarę i Polskę! … W waszej działalności widzę metody działania tej grupy (chodzi o różne osoby, które kiedyś współpracowały z Lechem Wałęsą a obecnie należą do jego zagorzałych przeciwników, których określa mianem „zakompleksionych mącicieli, ludzi tchórzliwych, intrygantów” – przyp. Z.S.).
„Apeluję – stwierdza dalej w swym liście – opamiętajcie się i przestańcie mącić i niszczyć ten zmęczony Naród … Nie chcę wierzyć, że pod sztandarem Maryi może kwitnąć taka obłuda.
Ojcowie, nie dajcie się nabierać temu cynikowi (chodzi o tego b. działacza Solidarności, który właśnie oskarżył Wałęsę we wspomnianej audycji maryjnej – przyp. Z.S.) który zawsze tylko ślizgał się i nic nigdy nie zrobił porządnie. Treści audycji z udziałem p. Wyszkowskiego ocierają się o poziom bredni wariata i sprowadzają dyskusje do poziomu korytarzy szpitala psychiatrycznego. Obserwowałem Ojca prowadzącego. Czy Ojciec Król (jest najbliższym współpracownikiem o. Rydzyka – przyp. Z.S.) w to wierzy? Jeśli tak, to przerażające”.
W swoim liście b. przywódca Solidarności i b. prezydent RP przypomina swoją działalność na tych stanowiskach, stwierdza, że pracował dla Polski i jej dobra, pisze także o swoich błędach i z goryczą pyta: „Gdzie wasz rozsądek? W co wierzycie? Jaką Polskę budujecie? Wobec kogo jesteście lojalni, skoro tyle razy zmieniacie zdanie i pod sztandarem Maryi zdradzacie wszelkie ideały i siejecie nienawiść. Czemu dajecie możliwość wypowiedzi tym, którzy wykorzystują trudności reform i niezadowolenie mas dla windowania się w karierze?”.
2
List Lecha Wałęsy, niezależnie od naszego stosunku do osoby autora – budzi szacunek. Wywołał też burzę. Można było się jej spodziewać, obserwując nasilającą się coraz bardziej arogancję, pychę i wyniosłość radiomaryjnych zakonników z Torunia, działających wraz z rosnącą liczebnie i odpowiednio dobieranych osób ze środowisk nacjonalistyczno-klerykalnych, wspieranych przez podobnych im poglądami różnych „uczonych mężów”.
Ich wspólną odpowiedzią na list była agresja oraz próba ośmieszenia jego autora. Działania zostały podjęte w kolejnych dniach po opublikowaniu listu w wielu audycjach Radia Maryja i Telewizji Trwam, zwłaszcza w „Rozmowach niedokończonych”, 12 lutego 2005 r., w których Giertych, Lepper, Macierewicz i do których dołączył Ziobro broniąc Radia przed, jak się wyraził, „absurdalnymi atakami”, podjęli próbę zdyskredytowania pokojowej drogi Polski od realnego socjalizmu do demokracji, przy okazji obarczając Wałęsę winą za wszystkie jej grzechy. Lech Wałęsa zareagował ponownie. „Wczorajsza wasza audycja z tymi wielkimi umysłami – ironizował – była jeszcze bardziej kretyńska, niż wcześniejsze. Szkoda mi Was, ale jeśli myślicie, że to mnie zniechęci do waszego nawrócenia, to się mylicie … Modlę się za waszą głupotę z nadzieją”.
Nadzieja się nie spełniła, i zapewne nie spełni, natomiast spełnił się w swoim niepowtarzalnym stylu sam ojciec dyrektor: „Kundle idą i obsikują wszystko, co tylko wystaje ponad ziemię” – zauważył 26 lutego. I dodał: „Jest atak na Polskę, na to co katolickie … Masoneria stworzyła komunizm, by zniszczyć Kościół i nie wyszło. Myślicie, że poprzestała? Jeszcze sprytniej to będzie robić”. I następnego dnia, ze sceny warszawskiej Sali Kongresowej wołał już bardziej przytomnie co interesownie do sympatyków swej rozgłośni, że „świeccy mają obowiązek wejść do polityki, tworzyć partię”. Słuchało go ponad 2,5 tys. osób, które zapłaciły za wstęp 25 zł, sądząc, na ogół, że chodzi o … wielkopostne spotkanie modlitewne Radia Maryja; słuchali i zapewne w końcu się domyślali, że wzywa ich do stworzenia jednej prawicowej partii narodowej spośród istniejących dotąd różnych jej koterii i grup interesu.
Jeśli wolno zrekapitulować przytoczone tu fakty, to nie popełnimy większego błędu, jeśli stwierdzimy, że wystąpienie Lecha Wałęsy, zapewne wbrew jego zamiarom, doprowadziło do pewnej konsolidacji środowisk radiomaryjnych, notorycznie skłóconych ze sobą i przeżartych chorobliwymi ambicjami; doprowadziło do obrony stanu posiadania, bo w końcu chodzi o obronę przed mocnymi zarzutami sformułowanymi przez nie byle kogo.
3
Jak na to wszystko zareagował oficjalny Kościół, jego hierarchowie, zwłaszcza że Lech Wałęsa wystosował 23 lutego kolejny list adresowany bezpośrednio do „Biskupów i Wiernych Kościoła Katolickiego w Polsce”. Uściśla w nim i precyzuje swoje wcześniejsze zarzuty wobec Radia Maryja i Telewizji Trwam, stwierdza, że nie chodzi o jego osobistą krzywdę, której doznaje, lecz o to, że działalność redemptorystów z toruńskiej rozgłośni stanowi „od dawna zagrożenie dla młodej polskiej demokracji i obrazu Polski i Kościoła polskiego w świecie”. Kwestionuje katolicki i obywatelski charakter nauczania praktykowany przez o. Rydzyka i jego konfratrów, zwraca uwagę na obecność w programach wątków antysemickich i ksenofobicznych, na urządzanie seansów nienawiści, na instrumentalne traktowanie nauczania i osoby Jana Pawła II i postuluje: „Jest to wystarczającym powodem przemawiającym za pozbawieniem jej dobrodziejstwa korzystania ze statusu, na który nie zasługuje, i koncesji, którą narusza”.
Na tak dobitnie sformułowane zarzuty hierarchowie polskiego Kościoła zareagowali różnie, choć wymowne jest także milczenie większości z nich. Zareagowali spokojnie i rzeczowo, jak metropolita gdański, abp Tadeusz Gocłowski, który powiedział: „Podzielam niepokój Wałęsy dotyczący tego, co dzieje się na antenie toruńskiego radia. Można mieć trochę zastrzeżeń co do formy apelu prezydenta, ale co do problemu, ja go dostrzegam i chciałbym, żeby znalazł szczęśliwe rozwiązanie”; ale i zgryźliwie, jak przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Troski o Radio Maryja i od niedawna rządca diecezji warszawsko-praskiej abp Sławoj Leszek Głódź mówiąc: „Z pewnością ziemia nie zadrży, a słońce się nie zaćmi od listu pana Wałęsy. Zespół dobrze wie, co ma robić. Dziwię się, iż nikt nie żyje listami, które biskupi piszą na Wielki Post, a wszyscy zajmują się listami prezydenta Wałęsy’’.
Aby zgryźliwości było za mało Konferencja Episkopatu Polski nie podjęła na zgromadzeniu 8 i 9 marca 2005 r., wbrew wcześniejszym zapowiedziom, spraw podniesionych w listach Lecha Wałęsy. Gwoli ścisłości – temat podjęto pośrednio, poprzez wezwanie duchowieństwa w jego kontaktach z mediami do przestrzegania 21 zasad, wśród których znalazły się: wierność Ewangelii, rzetelna wiedza, odpowiedzialność, roztropność, i troska o prawdę.
Sądząc po charakterze dotychczasowych relacji pomiędzy hierarchią Kościoła a Radiem Maryja wolno przypuszczać, że redemptoryści toruńscy wraz z ich politycznym zapleczem uznają dyrektywy Episkopatu za co najmniej ich nie dotyczące, albowiem nie są na tyle naiwni, aby nie dostrzegać swoich wpływów w tym dostojnym kościelnym gremium, których siła odpowiada wadze wspólnych, i to wcale niebłachych spraw, ale o tym szerzej za chwilę.
4
Przytoczone obszernie słowa listów Lecha Wałęsy, po raz pierwszy tak zdecydowanie krytyczne wobec rozgłośni toruńskich redemptorystów, słowa, które – wolno sądzić – podzielają także osoby i środowiska nie związane z Kościołem, ale nieobojętne na to, co się mówi o Polsce i świecie, zatroskane o państwo jako dobro wspólne i o to, aby ład społeczny dominował ponad wielorakimi różnicami, i aby nie burzyła go nienawiść, anomia zaufania i kłamstwo – prowadzą najpierw do pytań bardziej generalnych: dlaczego tak trudno dziś o zapewnienie trwałej obecności wspomnianych wartości w polskim życiu politycznym i społecznym; dlaczego tyle pobłażliwości i bezkarności dla sprawców działań godzących w te wartości czy standardy; dlaczego wciąż tyle w Polsce piekła świadomie stwarzanego i podsycanego wbrew jej najżywotniejszym interesom?
Sprowadźmy na tym miejscu sformułowane wyżej pytania do jednego: dlaczego Radiu Maryja tak właśnie wolno działać – podtrzymywać i rozniecać polskie piekło, burzyć ład społeczny, podważać, nie wahajmy się tego powiedzieć, polską rację stanu?
Jest zdolny do takich działań o. Rydzyk i jego najbliżsi radiomaryjni współpracownicy nie dlatego, a ścisłej – nie przede wszystkim dlatego, że popiera go kilka zamożnych środowisk zagranicznych czy niewielka w końcu liczba rodzimych polityków, lecz zdolny jest do tego wszystkiego, co czyni, dlatego że sprzyja mu obiektywnie stan polskiej religijności i sytuacja polskiego Kościoła.
Nie miejsce tu na bliższą charakterystykę tej problematyki, ale trzem kwestiom poświęćmy nieco uwagi.
Po pierwsze – to charakter polskiej religijności, dobrze opisanej i zanalizowanej w wielu studiach choćby socjologicznych, że wspomnieć dzieła Stefana Czarnowskiego, Stanisława Ossowskiego czy – ze współczesnych – ks. Janusza Mariańskiego. Z kart tych studiów, ale i codziennej obserwacji, dostrzec można łatwo cechy tej religijności – jej charakter emocjonalny, pobudzany od wieków kultem Matki Boskiej właśnie, jej nierefleksyjność, jej struktura budowana na różnych lękach i jej wszechobecne zrytualizowanie. Ale jest także polska religijność odzwierciedleniem wielowiekowej, autentycznej ludzkiej biedy, tej biedy, która w Bogu, Chrystusie i Matce Boskiej szukała – i wciąż szuka – rady i pocieszenia oraz pomocy w tym, jak z tą biedą żyć, jak ją pokonywać, jak zachowywać godność człowieczą. W programie Radia Maryja można dość wyraźnie usłyszeć pola pewnej troski o tych wszystkich ludzi, ale pola te, zwłaszcza w ostatnim czasie, wypełnia coraz bardziej manipulacja, nienawiść i kłamstwo. Czynią tak nadawcy toruńscy poprzez wskazywanie fałszywych przyczyn i urojonych sprawców ludzkiej niedoli czy niedostatków w funkcjonowaniu państwa oraz życia zbiorowego, poprzez proponowanie rozwiązań zbyt łatwych, aby uznać je za prawdziwe i płynące z uczciwych intencji.
Po drugie – rozgłośnia toruńska może tak działać, ponieważ ma przyzwolenie większości duszpasterzy Kościoła instytucjonalnego, w tym hierarchów, a przyzwolenie to, jeśli nie sympatia i poparcie, płyną z analogicznego charakteru duszpasterskich doświadczeń. Ci wszyscy wierni, którzy chodzą do kościoła, przystępują do różnych sakramentów czy świadczą na tacę, nie są przecież w swej masie odmienni od słuchaczy Radia Maryja; są to czysto ci sami wierni. Co więcej, Radio Maryja cieszy się poparciem polskiego duchowieństwa płynącym także – jak zauważa publicysta „Tygodnika Powszechnego” – „z podziwu dla zdolności menedżerskich o. Rydzyka, czy z racji podzielania jego poglądów na politykę, czy wreszcie na uznaniu duszpasterskiej roli rozgłośni, zwłaszcza wobec ludzi chorych i starszych” („Gazeta Wyborcza” 10 marca 2005). Podejmować więc w tych warunkach trud zasadniczo innej z wiernymi rozmowy od „Rozmów niedokończonych”, choć nie tak rzadko trud taki podejmuje wielu duchownych, to rzucać wyzwanie utrwalonej tradycji, to naruszać istniejące więzi z takimi wiernymi jakimi są.
Powiedzmy szczerze: w istniejących uwarunkowaniach można rozumieć obawy polskiego Kościoła przed podejmowaniem działań, otwierającym go szerzej na świat i jego wyzwania, wszelako rozumienie tej wstrzemięźliwości nie może oznaczać tolerowania sytuacji, w której rozgłośnia określająca się jako katolicka, krzewi kłamstwa i nienawiść. Zdaje się, że Kościół polski stał się więźniem istniejących uwarunkowań i nie jest – przynajmniej obecnie – zdolny do ich zmiany.
Po trzecie wreszcie – na orientację, zwłaszcza polityczną Radia Maryja, a także na poglądy znacznej części polskiej hierarchii kościelnej znaczący wpływ wywiera charakter konfliktów dzielących polską scenę polityczną i jej elity. Osią tych konfliktów jest wiadomy podział historyczny, wciąż podtrzymywany a nawet pogłębiany, że wspomnieć już tylko o ubeckich teczkach służących dziś niektórym do wzniecania wewnętrznej wojny, prób dintojry i linczu. Nawet Lecha Wałęsę próbuje się wciągnąć do tej wojny i uczynić jej ofiarą. Choć konflikt ten i podziały nie odzwierciedlają tego czym żyje społeczeństwo polskie, i co jest jego autentycznymi problemami, nie wolno nie dostrzegać jego wielu następstw, czysto bardzo niszczących tkankę społeczną, i hamujących szybszy rozwój. Jest poważnym problemem Polski to, że katolicka rozgłośnia radiowa i katolicka Telewizja Trwam, przy wsparciu części polskiego duchowieństwa i hierarchii Kościoła, określiła swoje miejsce w tym konflikcie i w tej wojnie w taki sposób, że naczelne przykazanie miłości bliźniego zostało zastrzeżone dla arbitralnie wybranych.
*
Krąg uwarunkowań , które zrodziły Radio Maryja i zapewniają mu nieskrępowane działanie, krąg, do zrozumienia którego inspiruje także wystąpienie Lecha Wałęsy, w jakimś stopniu się zamyka. Wszelako nie jest to, wolno sądzić, zamknięcie, z którego nie można się wydostać, a więc pozostawać w sytuacji bez wyjścia. Doświadczenia odległych i całkiem najnowszych czasów uczą, że zmiany mogą być bardzo radykalne i że obejmować mogą wszystkie sfery ludzkiego życia i wszelakie instytucje. Także nieodległe doświadczenie Kościoła rzymskokatolickiego wskazuje na możliwość takich zmian: to za sprawą II Soboru Watykańskiego Kościół zdolny był wydobyć się z pułapki pogłębiającej go izolacji, zdolny był otworzyć się na świat i zapewnić sobie stosowny wpływ na jego sprawy.
Wprawdzie problemy polskiego Kościoła i Radia Maryja są nieporównywalne do wielkości przywołanego tu przykładu, ale tym bardziej przykład ten wskazuje, że Kościół bywa zdolny do zmian i że zdolny jest je dokonać.
W chwili zamykania obecnego numeru do druku Jarosław Kaczyński wraz z Beatą Szydło, wskazaną na premiera, ogłosili na konferencji prasowej skład personalny rządu PiS w jego zrekonstruowanej strukturze.
Nie sposób w tym momencie odnieść się do meritum tego wyboru. Można jedynie skonstatować, że mamy do czynienia z ekipą o dwóch obliczach: pierwsze obrazują osoby społeczeństwu mało lub w istocie zupełnie nieznane, choć zapewne znane i zasłużone dla swojej partii, a drugą, żeby było wiadomo, o co w końcu chodzi, to osoby dobrze z kolei znane i bardzo dobrze zapamiętane z czasu rządów PiS w latach 2005–2007 – Mariusz Kamiński, Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro.
I ten właśnie fakt, to stare oblicze, przywrócone obecnie do życia, wzbudziło zrozumiałe poruszenie polskiej i międzynarodowej opinii publicznej, więcej – wywołuje głęboki niepokój, bywa, że i strach. Ale strach, nawet ten o „wielkich oczach”, nie powinien przesądzać o niczym już teraz.
Bo teraz zegar polskiego czasu zaczyna przede wszystkich odmierzać dzieło tych, którym oddano właśnie stery kierowania naszym państwem. Wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, nie tylko tej 18,5 proc. mniejszości, z woli której wyłonił się ten rząd.
O tym fakcie powinniśmy pamiętać wszyscy.
Czas polskich wyborów, trwający od poprzedniego roku i zakończony 25 października roku obecnego, dokonał zmian, których dziś za wcześnie jeszcze oceniać, choć można przypuszczać, że dla bliskich nam humanistycznych wartości świeckich i ideałów społecznej lewicy ten czas będzie z pewnością wielkim wyzwaniem.
Nie lękamy się tego wyzwania, ponieważ doświadczaliśmy podobnych wyzwań w dalszej i nieodległej przeszłości – i przetrwaliśmy; nie lękamy się i tego najnowszego wyzwania – i ufamy, że i tym razem damy radę, że przetrwamy, że ocalimy nasze dziedzictwo, naszą tożsamość, naszą wolę kształtowania lepszego świata na miarę godności człowieka.
I ufamy, że społeczne wartości lewicy, choć dziś w zaproponowanym projekcie politycznym nie doprowadziły lewicy do parlamentu Rzeczypospolitej, to nadejdzie czas, kiedy to się dokona, kiedy poprowadzi jej szeregi do sukcesu nowa generacja liderów, choćby ujmująca Barbara Nowacka, którzy już pokazali społeczeństwu co potrafią, i którym podziękujmy za ich dotychczasowy trud, za odwagę, za ducha walki, za wszystko, co już osiągnęli. O tym sukcesie, a nie poczuciu klęski myślmy; o czasie, który nadchodzi. Myślmy o lepszych dniach, bo za nami jest wielu, którym dziś odebrano głos, albo którzy nie uzyskali satysfakcjonującego przekazu, godnego ich poparcia.
Zrodził polski Październik ’56 poznański czerwiec, żądanie przez robotników wyższych płac i większego szacunku dla ich trudu; zrodził o rozległej skali społeczny bunt zakończony tragicznie, pozostający bolesnym wyrzutem sumienia politycznych przywódców ówczesnej władzy, ale też otwierający od tego momentu istotnie nowy rozdział w dziejach powojennej Polski. Czas przyspieszył. Oczekiwanie zmian stało się nieuchronne: ono nie mogło trwać długo, ono musiało objąć same fundamenty istniejącego systemu, musiało zmienić wiele dotychczasowych przekonań uznanych za niewzruszone dogmaty, odświeżyć klimat codziennego życia w zgodzie z nowymi wyzwaniami w zmieniającej się Europie i w świecie.
W realiach ówczesnego systemu ustrojowego takie zmiany mogły się dokonać najpierw na szczytach władzy, w kierownictwie politycznym sprawowanym przez rządzącą partię. I choć było ono wyjątkowo nieudolne, to nie chodziło jedynie o jego zmianę na ekipę o większej sprawności działania: bo z poznańskiego buntu i gorących dyskusji w samej partii wyłoniła się konieczność takiej zmiany na szczycie władzy, która byłaby zmianą nie tylko polityczną, lecz a może przede wszystkim zmianą zarazem symboliczną, co moralną.
Powrót Władysława Gomułki do sprawowania najważniejszej funkcji w partii i państwie, powrót człowieka jeszcze niedawno przebywającego w ubeckim więzieniu, poddanego represjom za myśl o Polsce budującej swój czas własną drogą, odpowiadającą jej historycznemu doświadczeniu i opartej na narodowej godności, taki powrót i taka zmiana była powszechnym oczekiwaniem i polityczną koniecznością. W trzecim tygodniu października ‘56, kiedy rozstrzygały się ten wybór i zmiana, w tych dniach pełnych napięcia, niepewności i niepokoju, w tych dniach rodził się zarazem nowy ład ustrojowy w Polsce. Owszem, wciąż niedemokratyczny, jednak odświeżony i jak obraz włożony w stare ramy.
Nie mogło być wówczas inaczej. Pamiętamy tamten czas lub czytamy o nim w zachowanych dokumentach: o radzieckich czołgach z dwóch stron zbliżających się kolumnami do Warszawy w „obronie Polski zagrożonej kontrrewolucyjnym przewrotem”, o niezapowiedzianym przylocie najwyższego kierownictwa radzieckiego z Nikitą Chruszczowem i wielogodzinnych, dramatycznych rozmowach w Belwederze z nowo wybranym polskim kierownictwem już z Władysławem Gomułką w roli głównej. W tych wszystkich chwilach rozstrzygał się polski los. Jego stawką była kwestia niebagatelna: nowy charakter stosunków polsko-radzieckich. I one, od tego momentu, stały się inne, choć jeszcze dalekie od tego, co dokonało się dwadzieścia lat później.
Polski Październik miał więc swoją wielką dramaturgię. Wyłonił wielu nowych, robotniczych przywódców, aby z szacunkiem przypomnieć Lechosława Goździka, i ukazał swój historyczny sens 24 października, owym wielkim zgromadzeniem poparcia polskich zmian wielu tysięcy ludzi na warszawskim Placu Defilad. Tego zgromadzenia nie sposób nie pamiętać, bo była to, pierwsza w powojennej Polsce, autentyczna demonstracja solidarności zgromadzonych ze swoim politycznym kierownictwem, z jego niekwestionowanym przywódcą, z Władysławem Gomułką. On bowiem, swoją nieugiętą wolą moralną i zdolnością obrony zasad politycznych był wówczas wyrazicielem i gwarantem polskiej suwerenności i jej własnej drogi prowadzącej ku nowym czasom.
Wiemy, że owe czasy nie okazały się zbyt łaskawe na miarę społecznych oczekiwań i nadziei, że jeden człowiek, choćby obdarzony najlepszymi przymiotami czy charyzmą, nie może być zdolny dokonać wszystkiego, czego oczekuje się od niego, że nawet konstrukcje demokratyczne czy system prawny nie wystarczają dla osiągnięcia efektów akceptowanych przez większość.
Z polskiego Października ’56 płynie lekcji wiele. Nie zostały dobrze odrobione, w czasie, który zamknął rok 1989, choć z pełnym przekonaniem wolno powiedzieć, że bez tamtych dni, doświadczeń i tego wszystkiego, co wówczas dokonano, nie było by tego co jest naszym doświadczeniem współczesnym. Dlatego wielkiej karty Października ’56 nikt nie zdoła wyrwać z kalendarza polskiego losu.
Z dwóch inspiracji powstała ta książka, którą powierzamy naszym Czytelnikom i wszystkim zainteresowanym „kręgiem ludzkich spraw” odczytywanych z perspektywy świeckiego humanizmu.
Pierwszą z tych inspiracji było ćwierćwiecze istnienia „Res Humana”, i pewnego, wyznajmy może nieskromnie, poczucia satysfakcji z tego, co się nam w tym czasie udało. A udało się najpierw i zapewne przede wszystkim zachowanie ciągłości istnienia czasopisma w tym niełatwym czasie, udało się skupić wokół niego grono wybitnych autorów – Przyjaciół wspólnej sprawy i losu, i udało się wreszcie pozyskać grono wielu Czytelników, którzy pozostając nieprzerwanie z „Res” od wielu lat, tworzą jej bezcenny skarb. I właśnie te wszystkie skarby zachęciły nas do ich utrwalenia w postaci tej książki.
Z kolei drugą inspiracją była świadomość potrzeby wyjścia naprzeciw postulatom tych, zwłaszcza młodych generacji Polaków, którzy w świeckim humanizmie widzą nadzieję wyjścia z tunelu przenikniętego dziś mrokami zgoła średniowiecza i szukają wyjścia z niego na świeże powietrze, którym można bez obawy oddychać.
Książka, którą podjąłem się opracować, nie była zajęciem łatwym: nie tylko dlatego, że „Res Humana” okazała się w ostatnim czasie „matką” czterech autorskich książek opublikowanych w „Bibliotece” naszego czasopisma, ale też ze względu na wielość tekstów, z których każdy, z blisko półtora tysiąca wydanych dotąd stron, prosił słusznie o obecność w książce. Jej wszelako realistyczne wymogi zmuszały, w poczuciu żalu, ale i ryzyka trafności wyboru tekstów czy konieczności ich niewielkich skrótów, do tej propozycji, którą mamy obecnie przed sobą.
Jest istotą tej propozycji ukazanie w trzech częściach książki najważniejszych kart rozwoju myśli programowej tego dziedzictwa świeckiego humanizmu, które reprezentuje dziś w Polsce Towarzystwo Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego w czasie określonym latami minionego ćwierćwiecza. To idee humanizmu, racjonalizmu i świeckości, zarazem tolerancji i dialogu, idee otwarte na coraz bardziej otwarty, współczesny świat. Idee, jakże przejmująco wyrażone w wierszu Pożegnanie Tadeusza Kotarbińskiego otwierającym naszą książkę.
Za nami minione dwadzieścia pięć lat. Przed nami czas, mówiąc słowami jednego z ważnych autorów książki, „płynnej nowoczesności”, czas niepokojów, ale i nadziei, czas próby każdego z nas.
Jeśli ta książka okaże się pomocną dla Czytelników w tej próbie, będzie to dla nas wartością najcenniejszą, w imię której podjęliśmy trud jej wydania.
Tytuł „naczelnik”, jako wyraz najwyższej pozycji przywódczej, kreowanej w kategoriach państwa i narodu, wywodzi się z tradycji kościuszkowskiej. Po raz pierwszy dostąpił go Tadeusz Kościuszko, a jego pełna nazwa brzmiała: „Naywyzszy Naczelnik Siły Zbroyney Narodowey”. Historycy nie wyjaśniają, dlaczego przywódcę powstania narodowego obóz demokratyczny nazwał wówczas naczelnikiem.
Tytuł ten pojawił się w historii Rzeczypospolitej Polskiej dwa razy, powierzony dzierżycielom idei niepodległości. Organizowanie walki politycznej i zbrojnej w imię obrony przed wrogiem zewnętrznym dawało zarówno Tadeuszowi Kościuszce, jak i Józefowi Piłsudskiemu legitymację do narodowego i państwowego przywództwa. Obaj stali się głównodowodzącymi w sensie wojskowym i polityczno-państwowym.
Historia obu przypadków potoczyła się różnie: naczelnik insurekcji z 1794 r. przegrał walkę z silnymi zaborcami, nie utrzymał niepodległości Polski, stał się natomiast na długie lata wzorem patrioty, dla którego wolność obywateli i kraju są wartością najwyższą. Z kolei Józef Piłsudski trafił na lepsze okoliczności międzynarodowe, ponieważ zaborcy ziem polskich wychodzili z I wojny światowej, jeśli nie rozbici to poważnie osłabieni. Dla niektórych motywacje przyjęcia przez niego tytułu naczelnika państwa stanowi pewną zagadkę historyczną, ponieważ nie ma w źródłach śladu dyskusji, prowadzonej na ten temat wśród ówczesnych działaczy politycznych. W Pamiętnikach z lat wojny St. Dzierzbicki pisze, że pomysłodawcą powrotu do tego tytułu był znany prawnik z tamtego okresu – Stanisław Bukowiecki (1867–1944). Tradycja kościuszkowska była w środowisku PPS-owskim niezwykle popularna, była częścią myśli politycznej tej partii. Bez wątpienia musiał ją podzielać sam Piłsudski. Potwierdza to Daria Nałęcz, pisząc, że w grudniu 1918 r. „ta idea dominowała już w jego poufnych i publicznych wypowiedziach”[1].
On sam swoje związki z tradycją kościuszkowską widział zobowiązująco i mówił: „Powoływać się na Kościuszkę, posługiwać się jego imieniem, zachwycać się nim i solidaryzować się z jego ideałami może każdy bezkarnie, bez konsekwencji i kosztów. Bo Kościuszko nie żyje. Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia”[2]. Na zjeździe legionistów w Kaliszu 7 sierpnia 1927 r. zdradził m.in., że tytuł naczelnika był w tym momencie ukoronowaniem jego patriotycznych starań: „Uczucie ulgi nieraz znalazłem w moich pracach i myślach jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz” – pisał później w swych Pismach[3]. S. Mackiewicz pisze, że „Piłsudski przeżywa wtedy najbardziej romantyczny okres swego życia. Wymarzona niepodległość nareszcie przyszła i on ma dłuto w ręku do dalszej rzeźby jej form”[4]. W koncepcji Piłsudskiego urząd naczelnika państwa miał symbolizować zgodę narodową i jednolitość władzy państwowej.
Naczelnik po raz pierwszy
10 listopada 1918 r. Józef Piłsudski powrócił do Warszawy z więzienia w Magdeburgu. Wydarzeniu temu towarzyszyła już legenda patriotyczna Komendanta – konspiracyjna i legionowa. Dla większości Polaków był w tamtych dniach wielkim politycznym autorytetem, był jedynym, „który mógł stanąć na czele odradzającej się Polski”[5]. Na dworcu w Warszawie był entuzjastycznie witany nie tylko jako przywódca polskich socjalistów, ale przede wszystkim jako wódz odradzającej się Polski.
Rada Regencyjna przekazywała mu władzę niechętnie, ale miała przeciwko sobie nastroje ludności. Piłsudski przyjął jej warunek, że powierzona mu władza ma charakter przejściowy, że będzie ją pełnił na czas do zebrania się konstytuanty. Równocześnie Rada Regencyjna przekazała najpierw „Brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu” całą „władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich, jej podległych”. Następnie, „kierując się dobrem Ojczyzny”, postanowiła o swoim rozwiązaniu, przekazując naczelnemu dowódcy Wojsk Polskich najwyższą władzę państwową. Po przyjęciu obowiązków państwowych stał się w zasadzie jednoosobową władzą wykonawczą na ziemiach polskich, realnym ośrodkiem władzy państwowej, określanym przez niektórych „hegemonem”.
Według W. Komarnickiego rok 1918 jest początkiem „okresu przejściowego” podzielonego na czas dyktatury Tymczasowego Naczelnika Państwa (14 listopada 1918 r. – 9 lutego 1919 r.) i na okres Sejmu Ustawodawczego (czyli Konstytuanty 1919–1922). W początkowym procesie budowy II Rzeczypospolitej władze odwołały się do dekretów, czyli do aktów prawnych mających moc ustawy, a tradycyjnie wydawanych przez inny organ niż parlament, najczęściej przez organ, który miał charakter władzy wykonawczej. Oceniając rzecz z perspektywy historycznej, należy uznać, że w ówczesnych warunkach była to jedyna realna droga budowy struktur niepodległego państwa polskiego.
W tych okolicznościach na mocy swojego dekretu z 14 listopada 1918 r. formalnie pełnię władzy w państwie objął Józef Piłsudski, któremu podporządkował się rząd lubelski. Tymczasowy ustrój polityczny państwa polskiego został uregulowany dekretem z 22 listopada o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej. Na jego mocy znów najwyższą władzę w państwie objął J. Piłsudski, jednakże już jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, a rolę rządu republiki pełnili prezydent ministrów i ministrowie, mianowani i odpowiedzialni przed Naczelnikiem. Władzę ustawodawczą pełnili wspólnie Naczelnik Państwa i Rada Ministrów. Wydawali oni dekrety, które traciły moc obowiązującą w przypadku nieprzedstawienia ich na pierwszym posiedzeniu przyszłego Sejmu Ustawodawczego, czyli zgromadzenia, którego naczelnym zadaniem było uchwalenie konstytucji.
W dekrecie tym zwraca uwagę dyktatorskie brzmienie jego art. 1: „Obejmuję jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, Najwyższą Władzę Republiki Polskiej i będę ją sprawował aż do czasu zwołania Sejmu Ustawodawczego”. Dekret ten, zgodnie z jego art. 4, kontrasygnował prezydent Ministrów – Jędrzej Moraczewski.
Konieczność szybkiego przeprowadzenia wyborów została uznana za zagadnienie pierwszorzędnej wagi. Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że idea Sejmu Ustawodawczego była obecna wśród polskich stronnictw politycznych co najmniej od listopada 1916 r., zyskując coraz szerszą aprobatę. Dlatego też nie można było jej bagatelizować, zwłaszcza że postulat zwołania Sejmu przynosił klasom posiadającym określone korzyści polityczne. Polegały one przede wszystkim na neutralizacji odruchów rewolucyjnych poprzez skierowanie walki o reformy społeczno-gospodarcze na drogę parlamentarną.
Również Piłsudski doceniał rolę, jaką powinno odegrać w jego planach politycznych ciało przedstawicielskie, pochodzące z wyborów powszechnych. Chodziło mu przede wszystkim o zalegalizowanie władzy w państwie. Ponadto przeprowadzenie w Polsce wyborów posiadało ważne aspekty międzynarodowe: powołanie prawomocnego systemu władz państwowych miało być koronnym świadectwem zdolności narodu polskiego do samodzielnego bytu politycznego.
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Tymczasowy Naczelnik Państwa 28 listopada 1918 r. wydał dwa kolejne dekrety: o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego oraz o wyborach do Sejmu Ustawodawczego.
26 stycznia 1919 r. został wybrany Sejm Ustawodawczy. Obrady 10 lutego rozpoczął gorąco powitany Naczelnik Państwa, który w podniosłych słowach oświadczył, że od tej pory to Sejm „będzie domu swego ojczystego jedynym panem i gospodarzem”. Po wygłoszeniu wystąpienia opuścił salę obrad. W. Komarnicki pisze, że „z dniem tym kończy się pierwsza część okresu przejściowego, władza z rąk dyktatora przeszła do przedstawicieli Narodu”[6]. Jednakże formalne złożenie urzędu Naczelnika Państwa nastąpiło dopiero 20 lutego. Piłsudski wygłosił wówczas oświadczenie, poprzez które składał swą władzę Sejmowi Ustawodawczemu, na ręce marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego.
Naczelnik Państwa po raz drugi
W tym samym dniu Sejm Ustawodawczy podjął Uchwałę o powierzeniu Józefowi Piłsudskiemu urzędu Naczelnika Państwa, zwaną w doktrynie „małą konstytucją”, ponieważ określała ona pozycje ustrojowe Sejmu oraz innych organów władzy państwowej. Uchwała była dwupunktowa: w pierwszym punkcie Sejm przyjął oświadczenie J. Piłsudskiego o złożeniu urzędu Naczelnika Państwa i podziękował mu „za pełne trudów sprawowanie urzędu w służbie dla Ojczyzny”. W punkcie drugim powierzył Piłsudskiemu dalsze sprawowanie urzędu Naczelnika Państwa „aż do ustawowego uchwalenia treści konstytucji, która określi zasadniczo przepisy o organizacji naczelnych władz w Państwie Polskiem”. Urząd Naczelnika ma być sprawowany na następujących zasadach:
– władzą suwerenną i ustawodawczą w państwie jest Sejm Ustawodawczy, ustawy ogłasza Marszałek Sejmu z kontrasygnatą Prezydenta Ministrów (premiera) i ministra resortowego („fachowego”);
– Naczelnik Państwa jest przedstawicielem państwa i najwyższym wykonawcą uchwał Sejmu w sprawach cywilnych i wojskowych;
– Naczelnik Państwa powołuje rząd w pełnym składzie w porozumieniu z Sejmem;
– Naczelnik Państwa oraz rząd są politycznie odpowiedzialni przed Sejmem za sprawowanie swego urzędu, a każdy akt państwowy Naczelnika wymaga podpisu „odnośnego” ministra.
Z postanowień tych wynika, że punkt ciężkości w wypełnianiu zadań państwowych przesunął się z urzędu Naczelnika Państwa do Sejmu Ustawodawczego. W literaturze nietrudno znaleźć opinię, że „mała konstytucja” zubożyła pozycję ustrojową Naczelnika Państwa przede wszystkim dlatego, że wyraźnie wprowadzała egzekutywę dualistyczną (Naczelnik Państwa i rząd z premierem na czele).
Wypada w tym miejscu przypomnieć, że Piłsudski równolegle nadal pełnił funkcję Naczelnego Wodza. Jego życzeniem jednakże było otrzymanie godności Pierwszego Marszałka Polski. W imieniu generalicji latem 1919 r. minister spraw wojskowych gen. Józef Leśniewski zwrócił się do Sejmu, aby izba specjalną ustawą nadała Piłsudskiemu tę godność wojskową. Wnioskowi temu jednakże sprzeciwiła się prawica (a w szczególności posłowie Klubu Ludowo-Narodowego i Klubu Narodowego Związku Robotniczego).
Wobec powyższego generalicja postanowiła tę sprawę rozwiązać inaczej. Obowiązywał już wówczas dekret Naczelnego Wodza z 18 lutego 1920 r. (na mocy którego została powołana Ogólna Komisja Weryfikacyjna) oraz ustawa z 2 sierpnia 1919 r. o ustaleniu starszeństwa i nadaniu stopni oficerskich w Wojsku Polskim. W oparciu o te podstawy prawne Komisja Weryfikacyjna na swoim pierwszym konstytuującym posiedzeniu w dniu 26 lutego 1920 r. uchwaliła jednogłośnie, przez powstanie, w dowód czci i hołdu dla Wodza Naczelnego, zwrócić się do niego o przyjęcie Najwyższej Godności Wojskowej, stopnia Pierwszego Marszałka Polski. W dniu swoich imienin – 19 marca 1920 r. – Piłsudski godność tę przyjął poprzez wydanie dekretu L.2093, który lakonicznie stwierdzał: „Stopień Pierwszego Marszałka Polski przyjmuję i zatwierdzam”. Dekret został podpisany przez niego samego, już jako Marszałka, oraz przez ministra generała Leśniewskiego.
Piłsudski objął przewodnictwo Rady Obrony Państwa, utworzonej ustawą z dnia 1 lipca 1920 r., czyli już w czasie wojny z bolszewicką Rosją. Rada ta była organem naczelnym „w odniesieniu do wszystkich spraw, związanych z prowadzeniem i zakończeniem wojny oraz zawarciem pokoju”. Buława marszałkowska została Piłsudskiemu uroczyście wręczona na Zamku 14 listopada 1920 r.
Naczelnik Państwa pełnił urząd do czasu wyboru Prezydenta RP, dokonanego na podstawie konstytucji z 17 marca 1921 r. Akt ten nastąpił 14 grudnia 1922 r.
W materiałach źródłowych znajdziemy informacje świadczące o prawotwórczej roli Naczelnika Państwa, który w toku pełnienia tego urzędu poświęcał się nie tylko sprawom armii, będącej jego oczkiem w głowie w warunkach prowadzenia czynnej walki o polskie granice. Z równą intensywnością zajmowały go sprawy ważne dla organizacji życia społecznego i gospodarczego. Warto to stwierdzenie poprzeć kilkoma przykładami, w tym dekretami Naczelnika Państwa:
– z 23 listopada 1918 r., którym wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy;
– z 3 stycznia 1919 r. – regulującym szeroki zakres uprawnień Inspekcji Pracy;
– z 11 stycznia 1919 r., którym wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenie robotników na wypadek choroby (zapowiadano także bezpłatną pomoc lekarską oraz zasiłki chorobowe);
– z 7 lutego 1919 r., którym powołano Najwyższą Izbę Kontroli Państwa, w której gestii leżała kontrola pożytkowania finansów publicznych m.in. przez władze cywilne i wojskowe.
Ze względu na szczupłość kadr nauczycielskich dekretem Naczelnika Państwa z 7 lutego 1919 r. wprowadzono zasady kształcenia nauczycieli szkół powszechnych w Polsce; dekretem z 8 lutego 1919 r. wprowadzono w Polsce obowiązek szkolny na poziomie szkoły powszechnej. Tego samego dnia Naczelnik Państwa wydał dekret o przepisach dotyczących pracowniczych związków zawodowych.
Przytoczone tu akty prawne świadczą o przykładaniu wielkiej wagi do uregulowania kwestii pozostających tradycyjnie w polu uwagi socjalistów.
[1] Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Warszawa 1994, s. 85.
[2] Cytuję za: Piotr Szubarczyk, Naczelnik, [w] Biuletyn IPN, nr 5–6 z 2008 r., s. 16.
[3] J. Piłsudski, Pisma zbiorowe, tom IX, s. 89.
[4] S. Mackiewicz, Historja Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r., Warszawa 1990, s. 82.
[5] A. Ajnenkiel, Od rządów ludowych do przewrotu majowego, Warszawa 1965, s. 21.
[6] W. Komarnicki, Ustrój państwowy Polski współczesnej. Geneza i system, reprint, Wydawnictwo UJ, Kraków 2006, s. 25.
Artykuł ukazał się w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Wśród zachowanych przez Johna ugandyjskich dokumentów znajdował się obszerny wycinek z gazety, opatrzony jego zdjęciem. Artykuł, zatytułowany Top Position for Ugandan Resident, był niczym streszczenie najważniejszego okresu jego życia, przypadającego na pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. John Jägers należał wówczas – jak sam o sobie mawiał – „do górnych pięciu tysięcy” mieszkańców Ugandy. Pozycję społeczną i rozpoznawalność zawdzięczał głównie własnej operatywności. Był właścicielem dobrze prosperującego biura reklamowego Marketing and Publicity Uganda Ltd. i – co też bardzo się liczyło – szczęśliwym mężem pochodzącej z arystokratycznej rodziny dziennikarki Radia Uganda i dumnym ojczymem jej czworga dzieci. Luksusowy bungalow, który wspólnie wznieśli dziewięć mil od stolicy kraju Kampali, John traktował jako miejsce na resztę życia. Ojczyste Niderlandy, nudne i przewidywalne, odwiedzał rzadko, okazjonalnie.
Nic nie zapowiadało, że wkrótce dotychczasowe życie legnie w gruzach. Początek zmian wyznaczał zamach stanu dokonany przez Idi Amina…
W Ugandzie przeżyłem cztery zamachy stanu. Pierwszy w kwietniu 1966 roku, tuż po tym jak zamieszkałem w Kampali. W wyniku tego zamachu kabaka (król) Edward Frederick Mutesa II – tradycyjny władca ludu Baganda, obrany pierwszym prezydentem po uzyskaniu niepodległości w 1962 roku, został odsunięty od władzy, a na czele kraju stanął dotychczasowy premier Milton Obote. Zgodnie z planem spiskowców, atakiem na pałac królewski miał dowodzić generał Opolot, ale kiedy odmówił, gdyż czul się emocjonalnie związany z kabaką, Obote postawił go pod strażą, a do ataku wyznaczył utalentowanego oficera, awansowanego jeszcze przez Anglików w Brytyjskiej Armii Kolonialnej, Idi Amina.
Jadąc o siódmej rano do biura, zobaczyłem wojskowe ciężarówki zmierzające w stronę pałacu królewskiego i zawieszone nad pałacem śmigłowce. Od kolegów w biurze dowiedziałem się, że wojska rządowe zaatakowały rezydencję króla bronioną przez oddziały gwardii. Przez kilka tygodni w Ugandzie trwały groźne zamieszki. Przetrwałem je, podobnie jak grupa białych ekspatów, w klubie golfowym. Na klubowym kempingu nocowałem w swoim Volkswagenie Combi Camper zupełnie wygodnie.
To była pierwsza ważna lekcja i przestroga: kiedy w Afryce zauważysz, że coś groźnego zaczyna się dziać, staraj się pozostać niewidocznym.
Kolejnego zamachu stanu, 25 stycznia 1971 roku, dokonał Idi Amin, mianowany rok wcześniej dowódcą sił zbrojnych. Prezydent Obote dowiedział się o zamachu w samolocie. Wracał z Singapuru, gdzie uczestniczył w konferencji krajów Wspólnoty Brytyjskiej. Kapitan usłyszał wiadomość przez radio i dyskretnie powiadomił prezydenta. Samolot natychmiast zmienił kurs i wylądował nie na ugandyjskim lotnisku w Entebbe, lecz w Nairobi.
Zamach miał miejsce w nocy z niedzieli na poniedziałek. W sobotę po południu wypłynąłem na Jezioro Wiktorii swoim jachtem, mając na pokładzie trójkę pasażerów: moją żonę Jane, Johna Okodoi, ówczesnego sekretarza stanu oraz jego przyjaciółkę. Zauważyłem, że John Okodoi jest dziwnie niespokojny i wciąż nasłuchuje tranzystorowego radia, niczego wszakże nie komentując. Na noc przybiliśmy do jednej z wysp. O świcie, kiedy wyszedłem na pokład, zobaczyłem we wschodzącym słońcu brodzące stado żurawi koroniastych, ptaków symbolizujących Ugandę. Złocisty blask ich koron zapisał się w mojej pamięci jako jeden z najwyrazistszych obrazów tej sielankowej eskapady. W drodze powrotnej do Kampali minął nas jeden i drugi terenowy land rover wypełniony żołnierzami. Nie wzbudziło to we mnie żadnych podejrzeń. Pamiętam jedynie, że nie mogłem wysłuchać wiadomości, gdyż Radio Uganda nadawało jedynie muzykę.
Przez pierwsze dni nie wiadomo było, co właściwie się stało i kto przejął władzę. Dopiero w środę w barze w Grand Hotelu, stałym miejscu moich rozmów z klientami, spotkałem Paula Ensubirwę, ministra do spraw informacji, który był moim dobrym znajomym. „Jak się miewasz w nowej sytuacji?”, zapytałem go, w nadziei, że lepiej objaśni mi sytuację. Roześmiał się i wykrzyknął: „Rządzą wojskowi, my wypadliśmy z interesu”.
Wyszedłem na miasto. Sklepy właśnie na nowo otworzyły się. Nagle na przejściu dla pieszych zauważyłem Feliksa Onamę, ministra obrony. Oname nie odpowiedział na moje powitanie. Zauważyłem, że idzie pod eskortą żołnierza, który trzyma pistolet, widoczny przez kieszeń munduru.
Napływały sprzeczne informacje, bardziej gmatwające obraz sytuacji w kraju niż ją rozjaśniające. W piątek udałem się na błonia dawnego lotniska na wzgórzu Kololo, gdzie miał odbyć się wiec. Przed południem pojawił się otwarty wojskowy dżip. Stojący za kierowcą Idi Amin w brytyjskim mundurze polowym pozdrawiał owacyjnie witający go tłum ludzi. Dżip zatrzymywał się co kilkadziesiąt metrów, a Idi Amin, olbrzymiego wzrostu i potężnej postury, dzięki czemu otrzyma później przezwisko Big Daddy, nachylał się z samochodu w stronę witających, jowialnie uśmiechał się, ściskał wyciągnięte ku niemu ręce i zamieniał kilka słów z uczestnikami wiecu. ,,Wreszcie mamy prawdziwą niepodległość!” – wołali entuzjastycznie zgromadzeni.
W mieście nie czuło się niepokoju. Przeciwnie, mieszkańcy stolicy witali zmianę władzy z radością i nadzieją. Rządy prezydenta Miltona Obote stały się koszmarem, toteż przejęcie władzy przez Idi Amina zarówno Ugandyjczycy, jak i biali rezydenci przyjęli z poczuciem ulgi i optymizmem co do przyszłości. Moja żona, pochodząca z uprzywilejowanej grupy ludności miejscowej i dobrze poinformowana dziennikarka, była pełna nadziei na nowy początek. Wierzyła w nowego, jak o nim wówczas mówiono, pierwszego prawdziwie afrykańskiego przywódcę narodu. 2 lutego 1971 roku Idi Amin ogłosił się prezydentem Ugandy, dowódcą wszystkich sił zbrojnych, szefem sztabu armii Ugandy i szefem sztabu lotnictwa, a 25 czerwca 1976 roku został prezydentem dożywotnim.
Pierwszy rok rządów nowej władzy wydawał się potwierdzać oczekiwania ludzi. Jednakże po roku zaczęły napływać pogłoski, że na północy, skąd pochodził były prezydent Milton Obote, dochodzi do zabójstw dokonywanych przez oddziały ugandyjskiego wojska, że znikają całe wioski. Północ była wszakże daleko, w stolicy sytuacja wyglądała normalnie, więc pogłoski nie budziły szczególnego zaniepokojenia. Pracowałem w biurze, spotykałem się z klientami, podpisywałem umowy… W kolejnym roku sporadycznie pojawiały się informacje, że również w innych regionach, raz w jednym, raz w drugim, znikają ludzie, zniknięcia zaczęły się mnożyć, szeptano, że za wszystko odpowiedzialna jest tajna policja Idiego. Rząd zdecydowanie zaprzeczał, ale pogłoski nie cichły.
W trzecim roku rządów Idi Amina masowe morderstwa były już tajemnicą poliszynela. Opowiadano, że za zniknięcia odpowiada tajne policja, która uprowadza i morduje ludzi, a ich zwłoki przewożone są w nieznane miejsce. Trochę później rozeszły się wieści, że nad ujęciem wody elektrowni w Jinja zatrzymują się ciężarówki pełne zwłok, że trupy wrzucane do wody płyną w kierunku Sudanu unoszone prądem Nilu i pożerane przez krokodyle. W miarę nasilania się tych pogłosek stawałem się coraz bardziej niespokojny, chociaż w biurze, w którym zatrudniałem jedenaście osób, starałem się utrzymać spokój. Życie toczyło się właściwie bez większych zmian, ale ludzie unikali przebywania w miejscach publicznych. Z drugiej strony tylko utrzymywanie kontaktów i przebywanie wśród ludzi dawało jakąś szansę na uzyskanie informacji poza oficjalnymi kanałami. Tylko w ten sposób można było dowiedzieć się, że ktoś nagle zniknął lub że doszło do kolejnego zamachu na życie prezydenta. A prób uśmiercenia Idi Amina było wiele. Do czasu wyjazdu z Ugandy w maju 1975 roku naliczyłem ich dwanaście. Tylko niebywałemu szczęściu i jakiemuś szóstemu zmysłowi Idi Amin zawdzięcza, że tyle razy uszedł z nich cało.
Przykładowo, pewnego dnia prezydencka kolumna samochodów przemieszczała się z lotniska Entebbe do Kampali. Kilkaset metrów przed miejscem, gdzie zamachowcy planowali zaatakować prezydencki korteż, Idi Amin nagle rozkazał się zatrzymać, przesiadł się do samochodu, który jechał za nim i polecił zajmującemu go oficerowi zająć opuszczone przez siebie miejsce. Niespełna kilometr dalej kawalkada została ostrzelana z broni automatycznej, samochód z domniemanym prezydentem podziurawiony jak rzeszoto, lecz Idi Amin, ostrzeliwując się, zdołał uratować się ucieczką.
Stałą praktyką były terror i nieustająca rotacja kadr. Typowym sposobem rozstawania się ldiego z osobami zajmującymi ważne stanowiska było zatrzymywanie ich przez tajnych agentów, wywożenie samochodem poza obręb miasta i w odizolowanym miejscu uśmiercanie strzałem z pistoletu. Ciało wrzucano do bagażnika, a następnie pozbywano się go – w dżungli, na bagnach, w wodach Nilu… Przy czym wybór ofiar nie był kwestią jakiegoś planu, lecz następował według ślepego trafu. Niekiedy przyczyną były zachcianki dyktatora. Profesor Emiru, jeden z najwybitniejszych w kraju okulistów, zginął, gdyż jego słynna z piękności żona spodobała się Idiemu. Profesora napadnięto, gdy po wyjściu ze szpitala Mulago szedł na parking. Nikt już go więcej nie zobaczył. Zniknął bez śladu mój przyjaciel i partner biznesowy. Innego z moich przyjaciół Jamese Mbwogi, dyrektora Telewizji Uganda, aresztowano na oczach wielu świadków. Pewnego wieczoru Mbwogi, pełen osobistego uroku i prowadzący rozrywkowy tryb życia, tańczył w klubie nocnym, a jego ochroniarz siedział przy barze. Agenci tajnej policji porwali go wprost z parkietu. James zdążył krzyknąć do ochroniarza ,,Zabierają mnie! Telefonuj!”. Kilka dni później w barze Grand Hotelu ktoś przysiadł się do mnie i powiedział: „O ile się nie mylę, jesteś przyjacielem Mbwogi. Zabrała go tajna policja. Nie żyje”.
Opowieści o krwiożerczych – dosłownie – zachowaniach marszałka i prezydenta Idi Amina uważa się niekiedy za przesadzone lub nieprawdzie. Znając realia, mogę oświadczyć, że jestem najgłębiej przekonany, że te przekazy są prawdziwe. Otoczenie Amina utrzymywało w najgłębszej tajemnicy jego postępowanie wobec szczątków ludzi, których uważał za osobistych wrogów i kazał ich zamordować. Jednemu z najwyższych oficerów Sztabu Generalnego z rozkazu Amina ścięto głowę, którą następnie przechowywano w lodówce. Przez kilka dni po godzinach urzędowania ldi ustawiał głowę przed sobą i karcąco przemawiał do niej: ,,Ostrzegałem cię, i to wielokrotnie, ale nie brałeś moich ostrzeżeń na serio. I widzisz, jak to się skończyło”.
Niekiedy, po zamordowaniu szczególnie ważnego politycznego przeciwnika, ldi udawał się do szpitalnej kostnicy, otwierał zwłoki i wycinał kawałek wątroby…
Nasilanie się terroru sprawiało, że Europejczycy, podobnie jak Ugandyjczycy, stawali się albo coraz bardziej przerażeni, albo wpadali w całkowitą apatię. Ja pogrążałem się w depresji. Znajomi i przyjaciele różnych nacji i koloru skóry przyjeżdżali do nas. Do późna w nocy przesiadywaliśmy na werandzie, dużo piliśmy. Piłem sporo i ja, i moja żona Jane. Resztek złudzeń pozbawiła nas seria zabójstw, która nastąpiła po wyrzuceniu z kraju kilkudziesięciu tysięcy Hindusów i Pakistańczyków. Ta decyzja ldiego wywołała szok gospodarczy; załamał się między innymi przemysł cukrowniczy, który dotychczas pozostawał w rękach Azjatów. Nawet podstawowe artykuły, jak mąka czy cukier, stawały się coraz trudniejsze do zdobycia.
Gospodarczy upadek kraju spowodował krach mego biznesu wskutek spadku zamówień. W 1973 roku zwolniłem wszystkich pracowników, pozostawiając jedynie sekretarkę. Jedynym moim celem było wówczas: przetrwać! Pracę rozpoczynałem zwykle o ósmej piętnaście, ale całe dnie spędzałem na mieście. Przemierzałem Kampalę wzdłuż i wszerz, aby zdobyć jakiekolwiek zamówienie. W takim napięciu i niepewności przeżyłem w Ugandzie ostatnie dwa lata, w pełnym osamotnieniu, gdyż nikt nie miał już zaufania do nikogo. Wzrastała liczona najpierw w setkach, a potem w tysiącach liczba osób, które starały się za wszelką cenę uciec z kraju. Pamiętam małżeństwo Belgów, którzy zwolniwszy służbę uciekli, jak stali, pozostawiając całkowicie wyposażony dom, samochód, jacht … Żyliśmy w poczuciu: budzisz się rano i nie wiesz, czy przeżyjesz dzień.
Istnieje – w chwili opublikowania prawie nieznana, dziś klasyczna – źródłowa książka The State of Blood. Napisał ją na wychodźstwie w Wielkiej Brytanii Henry Kyemba, w latach 1972–1977 minister zdrowia w rządzie ldi Amina. Doktor Kyemba zadedykował swą książkę zamordowanym przyjaciołom. Książkę otwiera lista zamordowanych, którzy pełnili funkcje publiczne. Gdy czytałem ją, stawiałem kreseczki przy nazwiskach ludzi znanych mi osobiście, niekiedy bliskich przyjaciół. Było tych kreseczek dwadzieścia dwie.
Powinienem był zginąć i ja. A poszło o dwadzieścia tysięcy dolarów… W 1974 roku poproszono mnie, abym zaopiekował się łodzią pewnego greckiego przedsiębiorcy, zacumowaną na przystani angielskiego klubu jachtowego w Kaazi. Jako członek tego klubu wyraziłem zgodę. Niedługo później musiałem wyjechać do Nairobi. Po powrocie stwierdziłem, że łódź, ówczesnej wartości dwudziestu tysięcy dolarów, została skradziona. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że osobą, która może ma coś wspólnego z kradzieżą jest Bob Astles. Bob Astles, były brytyjski pilot i oficer kolonialny, robił wrażenie typowego angielskiego gentlemana. Chociaż wśród swoich rodaków nosił przezwisko Biały Szczur. Za czasów prezydenta Obote był organizatorem tajnej policji, a w okresie rządów Idi Amina stał się jednym z najważniejszych jego doradców, odpowiedzialnym również za niezliczone zniknięcia bez śladu. Często publikowane teraz zdjęcie z czasów Amina ukazuje go wśród innych Anglików, którzy klęczą przed dyktatorem na trawniku, składając mu przysięgę na wierność. Wszyscy ci, którzy wiedzieli coś o kradzieży łodzi i innych dokonaniach angielskiego doradcy dyktatora, znikali jeden po drugim. Inni starali się jak najszybciej uciec z Ugandy. Zdawałem sobie sprawę, że również moje dni są policzone. Zwlekałem jednak z opuszczeniem Ugandy. Przecież wszystko, co było mi drogie, było właśnie w tym kraju!
Stopniowo dojrzewałem do decyzji ucieczki. W lutym 1975 roku byłem w Kenii.
Jeden z pracowników ugandyjskiej tajnej policji ostrzegł mnie, abym nie wracał, bo – jak powiedział – „ktoś łaknie twojej krwi”. Dwa miesiące później ponownie usłyszałem to samo ostrzeżenie. Jednak zdecydowałem się na ucieczkę dopiero, gdy tajna policja ugandyjska złożyła wizytę w naszym domu i ostrzegła moją żonę Jane o grożącym mi niebezpieczeństwie. Wkrótce po tym powiadomiłem wieczorem Jane o decyzji opuszczenia Ugandy, dyskretnie spakowałem samochód i następnego dnia o czwartej nad ranem, jeszcze w ciemnościach wyruszyłem w stronę granicy z Kenią. Do przejścia granicznego Malaba dotarłem bez przeszkód. Zmroziło mnie jednak, gdy po ugandyjskiej jeszcze stronie spotkałem oficera, którego dzień wcześniej widziałem w Kampali. Czyżbym był śledzony? Czy oficer przybył, aby mnie aresztować? Opanowałem się, przysiadłem do jego stolika, piliśmy kawę, rozmawialiśmy. Usiadłem tak, abym mógł obserwować posterunek kenijskiej policji granicznej.
Gdy nadeszła obiadowa pora i kenijscy celnicy udali się na lunch, wstałem od stolika, szybko pożegnałem się z ugandyjskim oficerem, mówiąc mu „Do zobaczenia” (a w myślach dodając: oby już nigdy), wskoczyłem do samochodu i ruszyłem ku granicy. Na granicznym posterunku, w okienku kenijskiej kontroli granicznej pozostał jeden tylko pracownik. Znudzony czy niezadowolony, że to on musi dyżurować w porze lunchu, wbił do mojego paszportu kenijski stempel. Błyskawicznie wsiadłem do auta i odjechałem tak szybko, jak było to możliwe. Wieczorem byłem już w Nairobi. Gdy po kilku dniach zadzwoniłem z Nairobi do swojego biura w Kampali, sekretarka powiedziała mi, że dwa dni po moim wyjeździe pojawili się w biurze agenci tajnej policji, pytając o mnie.
Zatrzymałem się w Kenii. W marcu 1977 roku z Nairobi napisałem list do premiera Wielkiej Brytanii, aby zwrócić jego uwagę na tragiczną sytuację w Ugandzie. Otrzymałem odpowiedź. W grzecznym liście z odręcznym podpisem brytyjskiego ministra spraw zagranicznych zostałem poinformowany, że władze brytyjskie wiedzą o przypadkach łamania praw człowieka w Ugandzie i że rząd Jej Królewskiej Mości odpowiednio zareagował. Dowodem tego miał być fakt, że Idi Amin został skreślony z listy gości zaproszonych na uroczystości 25-1ecia panowania królowej Elżbiety II. Minister zapewniał dodatkowo, że sytuacja w Ugandzie będzie wkrótce omawiana na jednym z posiedzeń rządu.
Zrozumiałem: świat nie chce wiedzieć, co naprawdę dzieje się w kraju rządzonym przez ludobójcę.
Tekst ukazał się w numerze 6/2026 „Res Humana”, listopad-grudzień 2026 r., pod tytułem Terror i milczenie świata.
Niemal dokładnie dwa lata trwała wojna w strefie Gazy wydana Izraelowi przez terrorystyczną organizację palestyńską Hamas, która 7 października 2023 roku przeprowadziła zmasowany atak na sąsiadujące z Gazą osiedla żydowskie. Sprawcy tego ataku zamordowali tysiąc dwustu ludzi (w tym dzieci), gwałcili kobiety i uprowadzili ponad dwustu zakładników. Odpowiedź izraelska była druzgocząca. Masowe bombardowania pociągnęły za sobą śmierć ponad 67 tysięcy Palestyńczyków, w tym kilkunastu tysięcy dzieci, i zniszczenie bombardowanej enklawy. Choć Izrael ma bezsporne prawo do obrony, rośnie w świecie przekonanie, że przekroczył on wszelkie dopuszczalne granice. Padają zarzuty – także na forum ONZ – o uprawianie przez Izrael ludobójstwa. Masowe demonstracje antyizraelskie ogarnęły Europę i Stany Zjednoczone. Kilka państw, w tym Wielka Brytania i Francja, demonstracyjnie uznały państwowość palestyńską, co oznacza, że grupa państw odmawiających tego uznania skurczyła się do mniej niż jednej czwartej wszystkich państw świata. W tej mniejszości są Stany Zjednoczone, ale i tam rośnie – zwłaszcza w młodym pokoleniu – sprzeciw wobec polityki Izraela. Niejednokrotnie sprzeciw ten przeradza się w otwarty antysemityzm, ale byłoby niebezpiecznym uproszczeniem, gdyby każdy głos krytyki polityki Izraela traktować jako przejaw antysemityzmu.
Zamrożenie konfliktu w Gazie stało się możliwe, a nawet nieuchronne w wyniku dyplomatycznej inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa. Niezależnie od tego, jak krytycznie oceniam inne aspekty jego polityki, szanuję i doceniam jego stanowisko w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dotychczasowa polityka Stanów Zjednoczonych, bezkrytyczna wobec Izraela, stanowiła zachętę dla izraelskiej prawicy, która niemal otwarcie dąży do trwałej aneksji całej Palestyny. Gdyby nie amerykańskie poparcie, polityka taka nie mogłaby przynosić efektów. Zbyt wcześnie jest jednak, by uznać, że dokonała się zasadnicza zmiana stosunku USA do konfliktu bliskowschodniego.
Konflikt ten ma charakter nie tylko polityczny, lecz także psychologiczny. Wybitny psycholog izraelski Daniel Bar-Tal nazwał ten konflikt „nierozwiązywalnym”, przez co miał na myśli to, że głęboko zakorzeniona po obu stronach wizja tego konfliktu uniemożliwia znalezienie trwałego rozwiązania (Instractable Conflicts: Socio-Psychological Foundations And Dynamics, Nowy Jork 2013). W tym kontekście jest niemal pewne, że zakończenie krwawej fazy konfliktu w Gazie nie oznacza trwałego pokoju, a tym bardziej – rozwiązania problemu relacji między Izraelem i jego palestyńskimi sąsiadami. Czy trwałe rozwiązanie jest w ogóle możliwe? A jeśli nie jest – jaka będzie przyszłość Izraela i Palestyny w warunkach „nierozwiązywalnego konfliktu”?
Konflikt żydowsko-palestyński trwa już ponad sto lat, a jego narodziny są wcześniejsze niż powstanie żydowskiego państwa na części terytorium historycznej Palestyny. Gdy na przełomie wieków XIX i XX rodził się nowoczesny ruch syjonistyczny, Palestyna stanowiła prowincję imperium otomańskiego – wieloetnicznego państwa, którego spoiwem był islam, a nie tureckie poczucie narodowe, dopiero rodzące się w wyniku modernizującego ruchu młodotureckiego. Zasłużony badacz syjonizmu (a mój wieloletni przyjaciel) Shlomo Avineri (1933–2023) w znakomitej pracy The Making of Modern Zionism (Nowy Jork 1981) zanalizował proces rodzenia się nowoczesnego syjonizmu – od wczesnych koncepcji żydowskiej emancypacji narodowej (Nachman Krochmal, Heinrich Graetz, Moses Hess) do dojrzałego programu zbudowania żydowskiego państwa w Palestynie, którego twórcą był Theodor Herzl (1860–1904), autor programowej książki Der Judenstaat (1896) i organizator pierwszego kongresu syjonistycznego w Bazylei w 1897 roku. Narodziny syjonizmu oznaczały, że tak zwana kwestia żydowska przestaje być kwestią religijną (jak w znacznie starszym konflikcie między judaizmem i chrześcijaństwem), a staje się kwestią narodową – przynajmniej dla tej części społeczności żydowskiej, która obiera drogę budowania własnego, narodowego państwa żydowskiego w Palestynie.
Program takiego państwa zakładał rozwiązanie trzech problemów. Pierwszym było stworzenie ruchu migracyjnego, w wyniku którego część diaspory żydowskiej zdecydowałaby się na migrację do Palestyny. Drugim było uzyskanie dla tak powstającej żydowskiej wspólnoty narodowej jakiejś formy międzynarodowego uznania. Trzecim wreszcie wyzwaniem było ułożenie sobie stosunków z arabską ludnością zamieszkującą Palestynę.
Pierwsze z tych zadań realizowane było stopniowo, ale do drugiej wojny światowej nie przynosiło imponujących sukcesów (osadnictwo żydowskie w Palestynie przed 1939 rokiem nie osiągnęło dwustu tysięcy osób). Dopiero hitlerowska polityka eksterminacji Żydów przyspieszyła ten proces; w 1948 roku w Palestynie mieszkało już 935 tysięcy Żydów. Kolejne fale żydowskiej migracji doprowadziły do powstania ponad siedmiomilionowego narodu izraelskiego. Drugi problem częściowo rozwiązany został przez deklarację brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Artura Belfoura z listopada 1917 roku o stworzeniu w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, a definitywnie przez uchwałę Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 29 listopada 1947 roku o podziale Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie. Trzeci problem nie znalazł rozwiązania po dzień dzisiejszy.
Palestyńczycy i wspierające ich państwa arabskie popełnili historyczny błąd, odmawiając uznania decyzji ONZ o podziale Palestyny, choć decyzja ta sprawiedliwie oddawała Izraelowi niewiele ponad połowę Palestyny (14 257 kilometrów kwadratowych, przy 11 664 kilometrach przeznaczonych dla państwa arabskiego, co mniej więcej odpowiadało ówczesnej liczebności obu wspólnot: odpowiednio 935 000 Żydów i 814 000 Arabów). Konsekwencją była pierwsza wojna izraelsko-arabska (1948–49) przerwana zawieszeniem broni po tym, jak wojska izraelskie nie tylko odparły atak koalicji państw arabskich, lecz także powiększyły zajmowane przez Izrael terytorium. Dało to początek wymuszonej migracji znacznej części Palestyńczyków i stworzyło po stronie arabskiej poczucie krzywdy („nakba”). Kolejne wojny (1956, 1967, 1973, 2006 i ostatnia 2023–2025) nie przyniosły trwałego rozwiązania konfliktu, a raczej pogłębiły go przez zaistniały w 1967 stan trwałej okupacji arabskiej części Palestyny przez Izrael. O ile sama wojna 1967 roku może być usprawiedliwiona oczywistym zagrożeniem, jakie dla Izraela stworzyła decyzja prezydenta Nassera o blokadzie cieśniny tirańskiej, o tyle trwała okupacja Zachodniego Brzegu połączona z żydowskim osadnictwem na terenach okupowanych stanowi pogwałcenie prawa międzynarodowego i jest tak oceniana przez autorytety prawnicze całego niemal świata.
Dotychczasowe próby zakończenia konfliktu rozbijały się o nieprzejednane stanowisko – najpierw strony palestyńskiej negującej prawo Izraela do istnienia jako państwa, a ostatnio prawicowego rządu Izraela stanowczo odrzucającego koncepcję wycofania się z terenów okupowanych i stworzenia tam państwa palestyńskiego. Trwa impas, którego końca nie widać.
Impas ten ma swoje konsekwencje. Brak perspektywy sprawiedliwego pokoju podsyca nastroje radykalne po stronie arabskiej i powoduje, że Izrael musi się liczyć z odradzaniem się antyizraelskiego fanatyzmu w kolejnych pokoleniach Palestyńczyków. Reakcją świata na wieści o brutalnym odwecie izraelskim za ataki terrorystów palestyńskich jest widoczny gołym okiem wzrost antysemityzmu w wielu państwach świata, w tym – co powinno dla polityków izraelskich być dzwonkiem alarmowym – także w USA. W samym Izraelu dokonuje się stopniowo proces przewidziany (już w 1941 roku) przez amerykańskiego socjologa polityki Harolda Lasswella (1902–1978), który sformułował tak zwaną „hipotezę państwa garnizonowego”. Zakłada ona, że państwo przez długi czas wystawione na zewnętrzne zagrożenie nieuchronnie ewoluuje w kierunku autorytarnym. W Izraelu proces ten dokonuje się nie przez odrzucenie konstytucyjnych ram demokracji, lecz w drodze przyjmowania przez demokratycznie powoływane rządy polityki represji wobec podporządkowanej temu państwu ludności palestyńskiej. Izraelski politolog Asher Arian (1938–2010) w pracy o zagrożonym bezpieczeństwie Izraela (Security Threatened: Surveying Israeli Opinion on Peace and War, Cambridge 1995) w pogłębiony sposób przedstawił sprzeczność między ideałem państwa żydowskiego jako państwa demokratycznego a realiami ekspansji na tereny okupowane. Trzydzieści lat, jakie mijają od tej publikacji, dobitnie pokazały, jak dalece miał on rację.
Jak w tej sytuacji rysuje się perspektywa konfliktu izraelsko-palestyńskiego?
Bardzo realny wydaje mi się scenariusz długoterminowego trwania obu stron na zajętych pozycjach bez jakichkolwiek zasadniczych zmian, ale przy rosnących kosztach politycznych – zwłaszcza dla Izraela. Koszt ten to przede wszystkim rosnąca w świecie izolacja żydowskiego państwa, a nawet wzrost postaw jawnie (lub skrycie) antysemickich. Czy młode pokolenie Izraelczyków będzie bez końca akceptowało ten stan rzeczy?
Możliwość wyjścia z obecnego impasu wymaga akceptacji rozwiązania dwupaństwowego. Za niebezpieczną iluzję uważam pogląd, że alternatywą dla tego rozwiązania mogłoby być powstanie wspólnego państwa żydowsko-palestyńskiego, w którym obie wspólnoty miałyby równe prawa. Zetknąłem się z tym pomysłem niedawno, gdy na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się dyskusja nad numerem półrocznika „Studia Socjologiczno-Polityczne” z artykułami o konflikcie bliskowschodnim. W tej dyskusji (opublikowanej w numerze 2/2024) dwoje młodych uczonych z UW z zapałem dowodziło nierealności koncepcji dwupaństwowej i postulowało stworzenie wspólnego państwa. Uważam to za szkodliwą iluzję. Najnowsza historia pokazuje, że w sytuacji ostrego podziału narodowościowego wspólne państwo okazuje się iluzją. W 1974 roku ostatecznie załamała się próba rozwiązania problemu cypryjskiego na drodze zbudowania wspólnego państwa grecko-tureckiego (1960 r.), co zakładało porozumienie londyńskie kończące brytyjskie panowanie nad wyspą. W wyniku wywołanej przez nacjonalistów greckich wojny domowej i będącej na to reakcją interwencji wojskowej Turcji nastąpiło zamrożenie konfliktu na podstawie faktycznego (choć nieoficjalnego) uznania podziału wyspy na dwa państwa, z których tylko Republika Cypru (grecka) cieszy się uznaniem międzynarodowym. Jednak tak zwana Turecka Republika Północnego Cypru, uznawana tylko przez Turcję, funkcjonuje jako odrębne państwo. To rozwiązanie – z pewnością dalekie od ideału – dało obu częściom wyspy trwający już pół wieku pokój.
Rozwiązanie dwupaństwowe to wariant bardzo trudny, choć – jak sądzę – jedyny dający realną możliwość wyjścia z obecnego impasu. Wymaga on spełnienia kilku warunków: zgody Izraela, uniemożliwienia skutecznych działań arabskich organizacji terrorystycznych, zbudowania palestyńskiej wspólnoty narodowej opartej nie na nienawiści do Izraela, lecz na pozytywnych wartościach. Pierwszy z tych warunków może zostać spełniony tylko w wyniku bardzo silnej presji zewnętrznej na Izrael i przy stworzeniu realnych gwarancji bezpieczeństwa dla tego państwa. To zaś wymaga przede wszystkim radykalnej zmiany polityki USA. Czy okaże się to możliwe?
Powstanie państwa palestyńskiego wymagałoby stworzenia międzynarodowego mechanizmu ograniczającego możliwość przekształcenia tego państwa w bazę wypadową dla antyizraelskich terrorystów. To oznaczać musiałoby ustanowienie jakiejś formy międzynarodowego patronatu, w tym rozmieszczenie tam wojsk ONZ. Jest to wielkie wyzwanie dla społeczności międzynarodowej. Czy stanie ona na wysokości tego zadania? Nie wiem.
Wiem jednak, że bez radykalnej zmiany stosunku świata do konfliktu bliskowschodniego nie będzie trwałego rozwiązania, a dramat na kształt tego, który przez dwa lata obserwowaliśmy w Gazie, będzie się powtarzał. Jest to konflikt bez zwycięzców, a jego koszty spadać będą na kolejne pokolenia. Pojednanie izraelsko-palestyńskie, choć trudne, nie jest niemożliwe. Wymaga jednak odwagi i mądrości przywódców po obu stronach tego konfliktu, a także odważnej i sprawiedliwej polityki innych państw.
Okazji do fety byłoby naprawdę wiele, ale właściwie podkreślona została tylko jedna – Jackowi Fedorowiczowi stuknęło dokładnie 88 lat i 6 miesięcy życia, co jest okolicznością niebagatelną, szczególnie dla benefisu. Nie ma bowiem w Polsce czynnego estradowca, rysownika, aktora, satyryka i autora, który mógłby zaświadczyć uczestnictwem we wszystkich polskich przełomach historycznych ostatniego półwiecza z okładem, a nawet pewnym ich współtworzeniem. Tak się bowiem złożyło, że Fedorowicz działa nieprzerwanie od połowy lat 50. do dziś w niezmiennie wysokiej formie: stale, konsekwentnie i zawsze po właściwej stronie. Jest to działalność radiowa, estradowa, pisarska, filmowa, telewizyjna, a ostatnio – zgodnie z duchem czasu – nawet youtubowa. I we wszystkich dosłownie przejawach ma ta działalność swoją zagorzałą stałą widownię, fanów, a nawet fanatyków (do których ja od pięćdziesięciu lat należę).
Można więc na wstępie powiedzieć, że Fedorowiczowi los dał nie tylko długie i wspaniałe życie w zdrowiu i pogodzie ducha, ale szalone powodzenie we wszystkim, czego się dotknął albo czym się parał. Choć sam o sobie mówi, że nie wykazywał nigdy szczególnych talentów, jeśli już, to „talenciki” – a to tu, a to tam… by po prostu zarobić na życie!!! TVP, organizując ten jakże zasłużony benefis, spisała się więc świetnie, bo tak skromne postaci trzeba honorować, choć same o laury jakoś specjalnie nie zabiegają. Będąc w gronie wyróżnionych zaproszeniem (choć trochę po znajomości…), uczestniczyłem w nagraniu tego widowiska, którego emisja zapowiadana jest na 13 grudnia – bo trochę młodszym telewidzom Jacek Fedorowicz może kojarzyć się z czasami stanu wojennego, oporem przeciwko komunistycznej władzy, wyśmiewaniem jej funkcjonariuszy, kpiną z nadętego ówczesnego wojskowego stylu i porządków.
Będąc wtedy w studenckim klubie Hybrydy, naśmiewaliśmy się z genialnej imitacji wojennego Dziennika Telewizyjnego, kiedy Jacek Fedorowicz na bieżąco wkładał w usta przeróżnych ważniaków bardzo od czapy wypowiedzi, ośmieszające ton urzędowej propagandy, jak i całe zastępy ówczesnych kacyków i prostych tępaków, którzy dorwali się do władzy i mikrofonów. Jest to ważna część jego działalności – uderzania w poprzedni ustrój ostrzem zjadliwej satyry, że aż słuchacza skręcało ze śmiechu. Dostawało się wszystkim – generałom, sekretarzom, premierom, ministrom, dyżurnym publicystom stanu wojennego. I była to działalność wymierzona także w ówczesną telewizję, która tego typu przekaz jak smrodliwy jad sączyła. Pokazano podczas benefisu parę tego próbek – naprawdę żyliśmy w takim kraju? Już za to należy się Jackowi Fedorowiczowi pomnik, niełatwo było burzyć potężny monopol wrony, a on dokonywał tego przy pomocy jednego magnetowidu i rozprowadzanych po cichu kaset wideo. Miał przy tym odbiorców zarówno wśród opozycji, co zrozumiałe, jak i władzy – gmach KC również te kasety oglądał i naśmiewał się, potępiając zarazem. Nie wiem, na ile wpłynęło to na ton ówczesnej propagandy, ale Jerzy Urban pisał swego czasu, że to były najgorsze ataki na system, posługujące się bowiem pastiszem, parodią i inteligentnym komentarzem. Myślę po latach, że system runął także dlatego, że nie wiedział, jak sobie z czymś takim poradzić, bo nikt jeszcze nie wymyślił satyry prorządowej, a zastosowanie pałki w postaci cenzury nie działało, bo Jacek Fedorowicz się spod jej władzy po prostu usunął. To dawało ludziom do myślenia, bo żeby odbierać satyrę Fedorowicza, trzeba było używać szarych komórek, nawet kiedy jego działalność toczyła się w drugim obiegu, na rzecz Solidarności, opozycji i poza cenzurą. Po drodze była też działalność czysto opozycyjna, także w strukturach afiliowanych przez episkopat. Skończyło się to pamiętną instrukcją telewizyjną, jak pan Jacek zamierza głosować w wyborach 4 czerwca 1989 roku, co w cyklu solidarnościowych programów przedwyborczych oglądała cała Polska i następnie generalnie zastosowała. Na benefisie mieliśmy okazję obejrzeć wyciągniętą z archiwów telewizyjnych oficjalną polemikę z tym, co pan Jacek telewidzom wówczas zasugerował, i wzbudziło to największy śmiech widowni.
I tu cofnijmy się do lat 70., kiedy radio było medium, w którym niepostrzeżenie zasiedliły się macki określonych sił i kół – szczególnie w magazynie 60 minut na godzinę, nadawanym w III Programie Polskiego Radia. Słuchanie Sześćdziesiątki było naszym, licealno-studenckim obowiązkiem, a Porady Kolegi Kierownika to był największy hit tego magazynu, choć miał on jeszcze parę innych pereł. Otóż Jacek Fedorowicz – chyba na podstawie własnej obserwacji uczestniczącej – postanowił opowiedzieć o kimś, kto sprawuje ogólne kierownictwo nad wszystkim, co w PRL miało miejsce, personifikując przed mikrofonem tę postać. Figura Kolegi Kierownika genialnie oddawała ludzi, którym przyszło sprawować „wadzę”, imitując ich sposób funkcjonowania nie tylko w warstwie myślowej, ale także słownej. Określenia i związki frazeologiczne, używane przez Kolegę Kierownika, jakże często spotykane wówczas w życiu urzędowym i oficjalnym, przechodziły błyskawicznie do naszego uczniowskiego języka- – straszliwie np. przekręcając przemowy wizytatora naszego liceum z ramienia zapewne władz edukacyjnych. Był on więc, wraz z dyrektorem, takim naszym licealnym Kolegą Kierownikiem, i nawet przed sztywnymi jak pręt zbrojeniowy ówczesnymi porannymi masówkami tak tych dwóch osobników tytułowaliśmy.
Zatem Sześćdziesiątka to był program obowiązkowy – ten kto jej nie słuchał, zupełnie nie liczył się w towarzystwie, o dziewczynach nie wspominając. A czy dziś nie odnajdujecie takich ludzi wokół siebie? I tu dotykamy zagadnienia ogólnoludzkiego – że kierownicy nadal rzadko wybijają się wyżej na skutek swoich zalet charakteru, pracowitości czy walorów intelektu, częściej korzystając z jakiejś drogi na skróty, np. donosicielstwa lub awansu politycznego. Mieliśmy tego znakomite przykłady całkiem niedawno, trochę tego jest obecnie, Jacek Fedorowicz o tym mówi i nadal kapitalnie napiętnuje. Żeby nie być gołosłownym, przysłuchajcie się uważniej wypowiedziom Prezesa, przewodniczącego Błaszczaka lub jego kolegów, szczególnie złapanym do sprawozdawczego mikrofonu w korytarzu Sejmu… Toż to Kolega Kierownik wypisz-wymaluj, oczywiście skrojony na nasze czasy.
A przecież mieliśmy jeszcze filmy Stanisława Barei, do których Jacek Fedorowicz pisał scenariusze i stawał się ich pierwszorzędną postacią. Tu przytoczę jedynie opinię filmoznawców, którzy dość zgodnie stwierdzili, że takiego duetu jak Jerzy Dobrowolski – Jacek Fedorowicz nie sposób już prześcignąć ani nawet powtórzyć, a przecież nie chodziło tylko o perypetie mieszkaniowe mgr. Filikiewicza z Nie ma róży bez ognia, ale o ogólny obraz kraju, który co prawda naprędce wznosił mieszkania, ale bez pasujących doń drzwi i stolarki okiennej, troszczył się o rodzinę jako podstawową komórkę społeczną, a gdy trzeba reagował „mandatem 100 zł” za zakłócanie ciszy nocnej „wskutek uprawiania nietypowych praktyk seksualnych”. I w którym jednocześnie świetnie funkcjonował ktoś taki jak Dąbczak, mogący „w razie czego” załatwić wszystko, także małżeństwo na kocią łapę; a i tak ostatecznie chwilowe zagęszczenie lokalowe u Filikiewiczów(?) jakoś udało się szczęśliwie rozładować. Główny bohater grany przez Fedorowicza był w tych perypetiach prawie takim samym nieszczęśliwcem, jak ów mieszkaniec Nowego Jorku z filmów Woody Allena, który ze wszystkich sił starał się ogarnąć swoje pogmatwane życie, ale sytuacja często wymykała mu się spod kontroli. Na całe szczęście ten film tria Bareja-Dobrowolski-Fedorowicz nie jest zapomniany, można go dość często zobaczyć, szczerze się pośmiać i głębiej zastanowić nad ludzkim losem. Bo śmiech, który wzbudza od tylu lat działalność Jacka Fedorowicza, ma moim zdaniem także tę nutę zagubionego inteligenta, który jakoś chce opanować materię życia, a jak mu już coś całkiem nieźle wychodzi, to zapowiada to tylko jeszcze większą katastrofę. Ma w swoim dorobku Jacek Fedorowicz ról filmowych ponad 30, przecież w latach 60. i 70. grywał często i wspaniale. Np. w Motodramie, niesłusznie zapomnianej komedii, ale także role poważne, i tylko żałować, że parę pomysłów filmowych i scenariuszowych przepadło bezpowrotnie – z wyroku tępej gomułkowsko-gierkowskiej cenzury!
I wreszcie czasy najbardziej zamierzchłe, kiedy wraz z Bobkiem Kobielą, Wowo Bielickim, Zbyszkiem Cybulskim i innymi ruszyli z falą studenckich teatrzyków na chwilę przed i zaraz po przełomie 1956 roku, kiedy wydawało się, że system nieco skruszeje, a wolności będzie znacznie więcej. Absolwent Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku został jednym z filarów zjawiska zwanego Bim-Bom, które promieniowało na całą Polskę – po Kraków, Wrocław, Opole, Warszawę czy Lublin. Jacek Fedorowicz był dobrym duchem tego teatrzyku i środowiska (a także sznytu, stylu, designu…), nie tylko dlatego, że w jednej z pamiętnych ról spuszczony był na linach w takim właśnie charakterze. Świetnie, że utrwalone to zostało w jedynym z ważniejszych filmów tamtej epoki, fragmencik także do objerzenia podczas benefisu. Tu też należy szukać początków działalności pana Jacka jako karykaturzysty i rysownika – parę prac wyświetlanych w dużym powiększeniu mogli uczestnicy benefisu zobaczyć. A spróbujcie dochrapać się rysunków i karykatur na popularnych aukcjach malarstwa i grafiki – jeśli się pojawiają, to znikają w okamgnieniu.
I wreszcie to rondo zakończmy na działalności telewizyjno-estradowej pana Jacka, bo prócz wszystkich wymienionych aktywności i „talencików” (jak sam to nazywa) obdarzony został także talentem estradowca, kabareciarza i konferansjera. I ta aktywność trwa niemal po dziś dzień, pamiętamy świetne występy z Malickim, Laskowikiem, właściwie trudno by wszystko wymienić, choć prowadzący benefis doskonały dziennikarz i autor Artur Andrus podjął się tej próby. Szczegółów nie chcę pochopnie zdradzać, naprawdę warto obejrzeć efekt finalny. A co do konferansjerki, to oczywiście deszcz w Opolu, który mógł skończyć się tragicznie, kiedy publika zgromadzona w amfiteatrze ruszyłaby gremialnie do wyjścia, tratując się nawzajem, Jacek Fedorowicz to przepięknie opanował, przyjmując oberwanie chmury na siebie i zawracając publiczność informacją, że koncert trwa i wychodzić nie należy; może więc po latach odebrałby wreszcie należny laur z zakresu BHP?
Ale oprócz festiwalu w Opolu prowadził setki koncertów i wydarzeń estradowych, pilnując zasady, aby nie mówić za dużo, a tym bardziej o sobie. Był bowiem wychowany w pewnej kulturze kabaretowo-estradowej, znaczonej takimi zjawiskami jak Wagabunda czy inne nadscenki. Lepiej trzy zdania mniej niż o jedno za dużo. A telewizja lat 60. to przede wszystkim współpraca z Jerzym Gruzą; wtedy jeszcze telewizja była maleńka, ale wyludniała swoimi programami i serialami ulice miast i wsi, dosłownie całą Polskę. Pamiętam to jak przez mgłę, wtedy ekran oglądało się zbiorowo, po 30 osób w jednym pokoju, panie w tapirze, a panowie w swetrach, kapciach i pod krawatami. Takie programy jak Poznajmy się czy Małżeństwo doskonałe to było coś, co lokowało się w nurcie rodzącej się kultury popularnej, śmiechu z naszej nieporadności, ale także swoistej instrukcji, jak się z niewinnego żartu czy kalamburu wybronić. Bo oprócz rozśmieszenia miało to jakiś tam walor oswojenia się z przeróżnymi sytuacjami, złapania dystansu do samego siebie, nabrania pewności. Kto dziś wpadłby na taki pomysł?
Na koniec refleksja osobista. W czasy współczesne pan Jacek wszedł z pomysłem kontynuacji Dziennika Telewizyjnego – i to także się powiodło. Emitowany już nadziemnie miał być satyrą przede wszystkim na nadymanych polityków i pokazywać sytuacje, które ich przerastają. Benefis akurat skoncentrował się na pamiętnym kroku defiladowym ministra Henryka Goryszewskiego w trakcie wizytacji jednej z jednostek wojskowych oraz nieudanych próbach zawieszenia przez prezydenta Kwaśniewskiego orderu na szyi jakiegoś pana, ale prawdą było to, że jak wszyscy to wszyscy – Fedorowicz nie uznawał świętych krów. No i dostało się też mojemu ówczesnemu szefowi, wicepremierowi prof. Aleksandrowi Łuczakowi, który został skarykaturowany w jednym z programów za jakąś naprędce daną sejmową korytarzową wypowiedź, chyba uchwyconą z towarzyszeniem rakiety tenisowej. Na drugi dzień po emisji jego ówczesny dyrektor gabinetu nie posiadał się ze złości, że jak to, wicepremiera tak ośmieszać, źle kadrować, sens wypaczać… No i wywiązała się dyskusja, w której opowiedziałem się zdecydowanie po stronie satyry, która przecież, pokazując śmieszności i pomyłki, jednocześnie każe politykom być zawsze uważnym, uczula na to, by nie przynudzać, a na pewno nie prawić bzdur. Dodałem, że dostało się też prof. Geremkowi, premierowi Pawlakowi, marszałkowi Oleksemu, ministrowi Podkańskiemu i innym, i to nie jeden raz, oraz zaproponowałem napisanie listu do Autora, z podziękowaniem, pozdrowieniami i prośbą o szczególną atencję. I tylko jednozdaniowo, że zdanko było wyrwane z kontekstu, co wypaczyło sens, a rakieta znalazła się w kadrze dlatego, że wicepremier trenuje codziennie i walczy o zwiększenie godzin sportu dla dzieci i młodzieży w szkołach i placówkach wychowawczych. I takie pisemko poszło do TVP, a Pan Jacek na nie grzecznie zaraz dopowiedział (na listy należy odpowiadać)! Pisząc m.in. że po raz pierwszy zdarzyło mu się, aby ktoś go prosił o szczególną atencję Dziennika Telewizyjnego i że bardzo docenia uznanie, jakie w oczach profesora odcinek znalazł. Tak przynajmniej to zapamiętałem, bo Dziennik nie bardzo spodobał się ówczesnej elicie, może z paroma wyjątkami. No i zapunktowałem w oczach dyrektora gabinetu, który pochwalił mnie za znalezienie rozwiązania, o wicepremierze nie wspominając.
A sam benefis? Świetna bodaj 3-godzinna zabawa, chyba pójdzie w dwóch aż odcinkach, bo reżyser tego widowiska Beata Harasimowicz (wybitna spec od telewizyjnych benefisów) nie ogłosiła nawet przerwy w rozkręcającej się zabawie, longiem nagrywając wszystko jak leci. A na widowni? Prezydent Bronisław Komorowski z małżonką, premier Hanna Suchocka, wicepremier Leszek Balcerowicz, ambasador Jerzy Koźmiński, ministrowie, luminarze, profesorowi, artyści, po prostu cały przekrój polskiej inteligencji… Od lat stała widownia Jacka Fedorowicza.
Szymon Hołownia jako marszałek Sejmu od 13 bm. przechodzi do historii. Zdążył podczas obrad plenarnych pożegnać się z posłami, a dziennikarzom akredytowanym przy Sejmie na samym odchodnym obiecał wspólne śniadanie prasowe. Pożegnanie przez żołądek to pomysł, którego jeszcze w Sejmie nie praktykowaliśmy – jeśli dostąpię wysokiego progu tego wydarzenia, to je zrelacjonuję… A póki co z pozycji zwykłego wyrobnika pióra pozostaje stołówka sejmowa, serwująca niedrogie dania od 8.00 do 18.00 w dni obrad plenarnych. Częściej są to nudne posiedzenie komisji sejmowych – na których rzeźbi się prawo – do czego Sejm jak wiadomo jest powołany. Bilans w tym zakresie ustępujący dobrowolnie marszałek posiada całkiem poważny, mamy już w statystyce wykazanych prawie 600 projektów ustaw, odbyliśmy ciurkiem lekko ponad 130 dni obrad, a ustaw uchwalonych wyskakuje 337. Całkiem nieźle jak na 2 lata z małym hakiem.
Hołownia niewątpliwie jako marszałek zasłużył się polskiej legislacji, likwidując definitywnie tu i ówdzie zastane wieloletnie zatwardzenia. Przede wszystkim dlatego, że dał posłom nowe narzędzia (nowe Biuro Analiz i Oceny Skutków Regulacji, poszerzone grono legislatorów) oraz przestrzeń do spokojnej pracy, likwidując natychmiast absurdalne terminy przygotowania aktów prawnych, co praktykowali jego poprzednicy z PiS. Nie ma już 24-godzinnych ustaw, licząc od godziny wpłynięcia do uchwalenia, marszałek wyrzucenia raz na zawsze tego obyczaju osobiście dopilnował, choć nie do końca udało się zdusić inne bolączki procesu legislacyjnego, np. zamrażarkę czy skracanie terminów. Ale za to mamy konsultacje publiczne poselskich projektów ustaw, rzecz kapitalną z punktu widzenia uchwalania prawa na Wiejskiej, pozwalającą każdemu mieć wgląd i wyrazić zdanie. Dynamicznie także przebiegały wysłuchania publiczne – ostatnio np. w sprawie ustawy DSA, która zogniskowała dyskusję na kluczowym zagadnieniu, czy czeka nas wraz z tym aktem cenzura internetu.
A było jeszcze kilka podobnie ludnych wydarzeń, bo Sejm wreszcie przestał być oblężoną twierdzą, a stał się gmachem otwartym niemal na oścież oraz chętnie odwiedzanym. I to przez wszystkich obywateli miast i wsi, dosłownie jak leci. Dziatwę szkolną, członkinie kół gospodyń wiejskich, seniorów, uczonych, żołnierzy i policjantów i kogo tam jeszcze – Sejm oblicza, że progi Izby gościły za Hołowni ponad 300 tys. osób. Nie jest to wynik najgorszy, a powitania grup stały się nawet częścią rytuału sejmowego: marszałek prowadzący obrady serdecznie wita, każe odmachnąć gościom usadzonym na galerii i chwali posła zapraszającego zachęcając do zaglądania w każdy kąt pracy poselskiej. Zrobił się z tego trochę teatr, ale w istocie pokazanie codziennej pracy posłów ma swój sens, bo wiąże elektorat z demokracją parlamentarną. I to się marszałkowi Hołowni udało, mimo pewnej wycieczkowej ciasnoty, szczególnie w dni posiedzeń plenarnych, kiedy trudno przecisnąć się przez ciżbę ludzką.
No i wreszcie Szymon Hołownia nakazał pozdejmowanie przeróżnych kotar i barier, odblokowanie przejść i korytarzy, zniósł niesłuszne przywileje korzystania ze specjalnej ochrony niektórych posłów – tak że nawet prezesowi Kaczyńskiemu zdarza się chodzić zupełnie o własnych siłach, a nie być noszonym po Izbie w lektyce ochrony. Innymi słowy Hołownia uporządkował przeróżne codzienne przejawy życia sejmowego, z ciągami komunikacyjnymi i dostępnością na czele.
Wydał też wojnę sejmowym potępieńcom, którzy będąc pod wpływem dawali parę razy popisy głośne wokalne, na cały kwartał ulicy Wiejskiej – gorsząc zasypiających posłów, senatorów i zwykłych mieszkańców. Tu marszałek szybko zreflektował się, że co prawda w hotelu sejmowym mamy do czynienia z ludźmi formalnie już dorosłymi, ale być może niezbyt dojrzałymi, więc najlepszą metodą może okazać się wytyk poprzez kpinę i ironię. I tego akurat nie zaliczyłbym do sucharów marszałka, a wręcz przeciwnie. Nocna aktywność wokalna radykalnie zamarła, za to nadpobudliwość poselska przeniosła się w inne rejony, np. łamania kodeksu drogowego. Co może warte podkreślenia, za czasów marszałka Hołowni, nastąpił pełny rozkwit sejmowych mediów społecznościowych: na wszystkich platformach to już ponad milion uczestników, ludzie po prostu śledzą obrady plenarne i prace w komisjach na wszystkich ekranach, jakie mają w swoim zasięgu. Jak informuje dyrekcja BOM daje to m.in. 540 filmów wideo i łączny czas oglądania 24,5 mln godzin. No i po trosze wylansowało samego marszałka Hołownię, którego, jak informuje Piotr Śmiłowicz z PAP, filmowe oprowadzanie po zakamarkach Izby obejrzało ponad dwa miliony osób. Żeby nie zapomnieć o rytualnych konferencjach prasowych w dniu otwarcia obrad plenarnych, z każdorazowym osobistym stawiennictwem marszałka i jego do pozazdroszczenia swadą narracyjną.
Ba, ale żeby wyhodować sobie przez te minione dwa lata własnego Stańczyka! Co prawda jest to tylko osławiony pos. Jarosław Sachajko z ugrupowania Republikanie, ale zawsze to jakaś ciekawa odmiana po poprzednikach, choć złośliwi twierdzą, że „jakie czasy, taki błazen”. Ma ta działalność pos. Sachajki jednak wysoce pozytywne odbicie w elektoracie i generalnie w narodzie polskim, nie wspominając o samym marszałku, który otwierając obrady, instynktownie wręcz czekał na kolejną odsłonę widowiska, jak nie przymierzając z obrazu Jana Matejki. Tak więc pos. Sachajko mający swoje 5 minut zrósł się z postacią marszałka Hołowni hubą nierozłączną i tak trwałą, jak małżeństwo sakramentalne i w sumie szkoda będzie, że to widowisko stanie teraz pod niejakim znakiem zapytania. Bo przecież nie po to widzieliśmy ostatnio marszałka w ojczyźnie Menelików i Nygusów, abyśmy nie kibicowali jego in spe ogólnoświatowej karierze, które prawdopodobnie nadal stoi przed nim otworem.
U podstaw logiki kontroli zbrojeń jądrowych, od czasów słynnych słów Oppenheimera wypowiedzianych po testach w Los Alamos: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów„ i „unaocznieniu” tego w Hiroszimie i Nagasaki, leży świadomość gry o sumie zerowej: że w wojnie jądrowej nie może być zwycięzców i że wymiana ciosów atomowych doprowadzi do unicestwienia ludzkiej cywilizacji na planecie w znanej dotychczas formie. Stąd – w idealistycznym pojęciu – inicjatorzy polityczni i negocjatorzy porozumień w zakresie ograniczenia ryzyka zgłady kierowali się dążeniem do stworzenia takiej struktury traktowej, która wyłączałaby lub przynajmniej maksymalnie neutralizowałaby kwestie kontroli zbrojeń i ograniczania ryzyka wojny jądrowej od napięć geopolitycznych w globalnym jak i regionalnym wymiarze. W obecnych warunkach takie podejście dotyczyłoby, porzykładowo, oddzielenia kwestii kontroli zbrojeń jądrowych od wojny na Ukrainie. Nota bene: podwaliną porozumienia z 1996 r. o zrzeczeniu się Kijowa arsenałów jądrowych na rzecz gwarancji suwerenności była właśnie ta logika. Niestety cały szereg globalnych wydarzeń doprowadził do jej jednostronnego zakwestionowania w lutym 2022 r.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, iż agresja Rosji na Ukrainę siłami konwencjonalnymi nosiła w zamyśle Putina tylko dwustronne cele, to pozostaje w głębokim w błędzie. Z precyzją szachistów (do czasu matów zdawanych przez AI arcymistrzom), Kreml wyliczył – poprzez testowanie punktów granicznych – osiąganie zamierzonych efektów: zrujnowanie dotychczasowego globalnego traktatowego systemu bezpieczeństwa, by w momencie brinkmashipu (strategia balansowania na krawędzi) wymuszać na głównych graczach globalnych, a przede wszystkim na USA, korzystne dla Rosji reakcje sprzężone lub w bokserskim slangu: w zwarciu. Byliśmy już świadkami pierwszego rozkładania „czerwonych dywanów”… W tym kremlowskim procesie nie bez powodu przewija się rok 2023 jako tło inicjowania wskazanych przełomów w wymiarze bezpieczeństwa globalnego. Świat był wówczas zajęty rewitalizacją gospodarki po pandemii, łataniem łańcuchów dostaw i bezpieczeństwa energetycznego, Europa cieszyła się z sukcesów Ukrainy na froncie…
Administracja Bidena proponowała zarówno Rosji jak i Chinom podjęcie, bez warunków wstępnych, negocjacji nad nowym porozumieniem o ograniczeniu strategicznych zbrojeń jądrowych. W zasadzie, opierając się na ocenach ekspertów wskazujących, iż Chiny osiągną poziom nasycenia bronią jądrową porównywalny z USA i Rosją w 2035 r., można byłoby przypuszczać, że wciąż jest czas na negocjacje, ale już trzech potęg. Jest to niestety tylko teoretyczne założenie, gdyż ewolucja sytuacji bezpieczeństwa globalnego znacznie przyspiesza i wyprzedza trwożne głosy rozsądku.
Tuż przed wygaśnięciem 5 lutego 2026 r. nowego traktatu „New START”, w końcu września 2025 r. Rosja przedstawiła USA propozycję (moratorium) zakładającą utrzymanie przez kolejny rok tj. do lutego 2027 r. limitów dotyczących rozmieszczonej strategicznych broni jądrowej tj. głowic i ich środków przenoszenia określonych w ww. amerykańsko-rosyjskim traktacie. Wstępnie, w znanym sobie medialnym stylu zdawkowych wypowiedzi, prezydent Trump określił ruch Putina jako „dobry pomysł”. Niestety propozycja Moskwy nie sprecyzowała tematu uwiarygodnienia jej pomysłu powrotem do mechanizmu wzajemnych inspekcji ani odmrożeniem wymiany informacji (sic!). Od 2023 r., czyli już w okresie trwania agresji Rosji na Ukrainę obie super potęgi jądrowe, zawieszając mechanizm inspekcji, wprowadziły bezpieczeństwo globalne świata – a nie tylko swoje narodowe – w okres niepewności w odniesieniu do strategicznych arsenałów nuklearnych.
Na tle wzrostu nieufności, niestabilności, skoncentrowania się polityki administracji Białego Domu na kolejnych, noblowskich w aspiracjach, pokojowych sukcesach wygaszania regionalnych napięć oraz procesu na Bliskim Wschodzie, a przede wszystkim „chińskim wyzwaniu”, Putin realizuje swoje cele w tradycji twardego, by nie powiedzieć bezwzględnego rosyjskiego realizmu, gdzie liczy się osiąganie celów a nie ich koszty.
Minął miesiąc, a nie rok, który Putin wyznaczył Trumpowi na sprawdzenie jego dobrej woli w sprawie moratorium, by „niespodziewanie” pod koniec października nastąpiła … eskalacja retoryki nuklearnej między przywódcami Rosji i Stanów Zjednoczonych. Najnowszy konflikt rozpoczął się 26 października, kiedy to Kreml ogłosił pomyślne testy zasilanej energią jądrową „unikalnej broni” tj. rakiety manewrującej Burevestnik. W reakcji POTUS wskazał, na rozmieszczoną „największą na świecie, tuż przy” rosyjskich wybrzeżach atomową łódź podwodną. Rusza spirala …. 29 października, Putin ogłosił kolejny przełom w dziedzinie broni jądrowej – pomyślne testy podwodnego drona o napędzie jądrowym Posejdon (prace nad nim sygnalizował Putin od ponad 3 lat: eksplozja tego jakoby niewykrywalnego „drona” z jądrową głowicą pod wodą u oceanicznych wybrzeży USA wg. różnych ocen może wywołać tsunami o wysokości fali do kilkuset merów… i niewiarygodnej prędkości i totalnego niszczycielskiego zasięgu w głąb terytorium USA nawet do kilkuset kilometrów). W odpowiedzi tego samego dnia Trump wydał instrukcję wznowienia testów broni jądrowej USA „na równi” z Rosją i Chinami.
Czy wznowienie testów i prób broni jądrowej oznacza, że w 2026 r. świat wkroczy już nie tylko bez nowego „New START”, ale i z dysfunkcjonalnym Traktatem o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową z 1996 r. ? (CTBT: Comprehensive Nuclear-Test-Ban Treaty). Zawarty został w tym samym czasie, kiedy trwały negocjacje nad adaptacją innego traktatu, choć nie jądrowego, ale stanowiącego kamień węgielny europejskiego bezpieczeństwa – Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE). Wówczas można było pokładać nadzieję, która przekładała się na obniżenie w Europie i Rosji wydatków na siły zbrojne, że budowa konkretnych elementów składowych struktury bezpieczeństwa globalnego (kontrola broni jądrowej) oraz europejskiego (defensywny status sił konwencyjnych po rozpadzie dwublokowego układu na świecie) opierała się – co zabrzmi w końcowych tygodniach 2025 r. wręcz ironicznie i niewiarygodnie – o wspólną wizję globalnego bezpieczeństwa, a przynajmniej na obszarze „od Vancouver do Władywostoku” jak zapisuje się od Helsinek 1975 r. w dokumentach OBWE… Kontrola i defensywny status miały być wspieranie „środkami budowy zaufania i bezpieczeństwa” (CSBM) oraz intruzywnymi wzajemnymi traktatowymi inspekcjami stanów uzbrojenia. Wizje niestety są już historią, by przywołać klasyka z rodzinnego podwórka: „ktoś, kto ma wizje, powinien iść do lekarza” (choć określenie to dotyczy tylko polskiej piaskownicy). W październiku 2023 roku Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej przyjęła ustawę, podpisaną potem przez Putina, uchylającą ratyfikację traktatu CTBT, uzasadniając to brakiem ratyfikacji przez USA.
Warto więc nam, w Europie zebrać chociażby opinie tych, którzy częstokroć byli negocjatorami ws. zbrojeń strategicznych, pełnili funkcje w admiracjach rządowych, są doświadczonymi ekspertami.
Graham Allison z Uniwersytetu Harvarda, pisząc w The National Interest (7.11.2025) twierdzi, że ostatnie wypowiedzi Donalda Trumpa na temat testów nuklearnych należy postrzegać jako przypomnienie jego determinacji na rzecz zapewnienia Stanom Zjednoczonym utrzymania najpotężniejszego arsenału nuklearnego na świecie, a nie, jak sugerują sensacyjne nagłówki, jako zapowiedź zbliżających się testów wybuchów głowic jądrowych. Naukowiec wskazuje, iż „Trump posługuje się hiperbolą – unikatową kombinacją faktów, fikcji i fantazji”, co „pomimo często nieprecyzyjnej retoryki, potwierdza jednak, iż obecny amerykański prezydent lepiej rozumie zagrożenia związane z bronią jądrową niż jakikolwiek inny przywódca polityczny na arenie krajowej lub międzynarodowej”, gdyż jak sam twierdzi „broń jądrowa jest największym problemem, z jakim mamy do czynienia”. Niemniej jednak retoryka Trumpa na temat testów jądrowych budzi niepokój analityków zajmujących się bronią jądrową, takich jak Daniel Salisbury z IISS (5.11.2025), Steven Pifer z CISAC (3.11.2025) oraz Heather Williams i Lachlan MacKenzie z CSIS (5.11.2025). Salisbury ostrzega, że nawet samo otwarcie dyskusji nt. perspektywy wznowieniu testów może wywołać efekt Pandory czyli „skłonić inne państwa posiadające broń jądrową do powrotu do tej praktyki”. Oprócz tych ekspertów ds. broni jądrowej, redaktorzy Financial Times również skomentowali tę debatę, stwierdzając, że wznowienie testów przez Stany Zjednoczone „zburzyłoby jeden z niewielu pozostałych filarów kontroli zbrojeń między Stanami Zjednoczonymi a Rosją” i potencjalnie przyspieszyłoby nowy wyścig zbrojeń.
A co na to druga strona? Rosyjski naukowiec Aleksiej Arbatow („Ядерное оружие рельефно вернулось в отношения великих держав” 9.11.2025) twierdzi, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych Trump musi „zrozumieć, że oprócz moratorium na testy broni jądrowej, wszystkie państwa posiadające takową broń regularnie testują swoje systemy przenoszenia (oczywiście bez głowic jądrowych), aby zapewnić niezawodność i zademonstrować możliwości nowych systemów”. Putin, w zaaranżowanej 5 bm. debacie członków Rady Bezpieczeństwa w sprawie testów jądrowych nakazał: Ministerstwu Spraw Zagranicznych, Ministerstwu Obrony Federacji Rosyjskiej, służbom specjalnym i odpowiednim agencjom cywilnym zebranie informacji wywiadowczych i przedłożenie propozycji dotyczących przygotowań do ewentualnego wznowienia testów jądrowych.
Tak więc eskalacja samej retoryki nuklearnej ze strony Stanów Zjednoczonych i Rosji może doprowadzić do potencjalnego załamania się długotrwałego moratorium na testy nuklearne przez oficjalne mocarstwa nuklearne, co zwiększy obawy związane z globalnym wyścigiem zbrojeń
Niestety, państwa europejskie mają w tej dziedzinie do odegrania bardzo ograniczoną rolę, osłabioną obecną sytuacją geostrategicznej rywalizacji amerykańsko-chińskiej i niewiadomą przyszłością relacji Trumpa z Putinem. Jednakże naukowcy i byli dyplomaci z European Leadership Network (ELN) postulują iż należy wykorzystać każdą okazję, aby nakłonić Waszyngton (czy „jądrowa” Francja i Wielka Brytania podjemcą się jakiekolwiek w tym aspekcie inicjatywy europejskiej?) do wykazania, że proces kontroli zbrojeń strategicznych i ograniczania stopnia ryzyka między USA a Rosją, nie musi być jednostronnie korzystny dla Rosji, lecz może doprowadzić do zawarcia solidnego porozumienia wspierającego dotychczasowy reżim kontroli (z Chinami włącznie…) obejmujący rygorystyczne środki weryfikacyjne lub inne sposoby zapewnienia strategicznej przejrzystości w zbrojeniach jądrowych. Czyli nie pozostało Europejczykom nic innego jak myślenie życzeniowe?
Mimo upływu blisko sześćdziesięciu lat od wydarzeń marcowych 1968 roku, nie maleje zainteresowanie dyskusją na temat miejsca i roli społeczności żydowskiej w polskim życiu. Sławomir Mentzen nie chce, by współtworzyła ona oblicze kraju, nawołując do Polski bez Żydów, podobnie jak bez homoseksualistów czy aborcji. Nawoływania te do złudzenia przypominają apele polskich nacjonalistów z międzywojnia: Żydzi na Madagaskar! Konflikt bliskowschodni i ludobójcze zachowania Izraela zmieniają optykę: z ofiary, która to figura dominowała w postrzeganiu Żydów przez lata, przeistacza się w ich postrzeganie jako sprawcy unicestwienia strefy Gazy i eksterminacji ludności palestyńskiej. Z powodu uwarunkowań historycznych i dylematów etycznych temat ten najczęściej i najchętniej spotyka się z przemilczeniem albo omijaniem przez komentatorów ze zręcznością slalomistów. Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po świeżo wydaną przez Krytykę Polityczną książkę Pawła Machcewicza Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara. Autor – ceniony historyk dziejów najnowszych – zasłynął przygotowaniem wystawy w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku (którego był dyrektorem przez 8 lat), wystawy świetnej merytorycznie i prezentacyjnie, po dojściu PiS do władzy przerobionej na patriotyczną modłę. Sam Machcewicz został też zdymisjonowany z funkcji dyrektora na rzecz obecnego prezydenta RP Karola Nawrockiego.
Już samo podjęcie tematu zasygnalizowanego w tytule książki zasługuje na uznanie. Od razu rodzi jednak pytanie: czy przedmiotem opisu i analizy są działania i poglądy tzw. partyzantów, a więc członków lewicowego (głównie GL i AL) krajowego ruchu oporu podczas II wojny światowej i ich dalsze losy w PRL (co sugeruje drugi człon tytułu), czy też uwaga autora koncentruje się na szerszym problemie wzajemnych i zmieniających się relacji polsko-żydowskich w latach 1944–1968, a i te przecież są jedynie wąskim wycinkiem wielowiekowych relacji historycznych. Innymi słowy, jak daleko sięgamy w głąb dziejów. W zależności od zakresu spojrzenia: z krótkiego, średniego czy długiego dystansu, ta analiza może być różna. Machcewicz ogranicza ją do lat 60. ubiegłego wieku. Kończy na wydarzeniach marcowych w Warszawie i w innych ośrodkach akademickich. Wcześniejsze fakty podawane są dość skrótowo. Brak mi poruszenia niektórych wątków; na przykład, co sprawiło, że agent wywiadu radzieckiej razwiedki, ze zrzutu spadochronowego, stał się człowiekiem o ograniczonym zaufaniu Moskwy. Radzieccy przywódcy wybrali Gierka na sukcesora po Gomułce, o czym Machcewicz wspomina marginalnie. Autorowi chodziło głównie o genezę i przebieg Marca ’68.
By nie mnożyć znaków zapytania, od razu przejdę do własnej opinii: otóż uważam, że przedstawiana w ostatnich latach ocena tzw. wydarzeń marcowych jako sporu młodych demokratów z przedłużającą się obecnością na szczytach władzy twardogłowych komunistów odbiega od istoty tego sporu. Pytanie, które należałoby postawić, powinno brzmieć: co sprawiło, że w ataku na środowiska syjonistyczne (termin kamuflujący), a tak naprawdę środowiska polskich Żydów, zjednoczyły się grupy ludzi o bardzo różnym rodowodzie, różnych poglądach, różnej pozycji społecznej i różnej sile politycznego przebicia? To był ruch masowy. Zjednoczenie trwało stosunkowo krótko, przyznania się do uczestnictwa, a nawet podzielania poglądów kreatorów tego ruchu, unikano później (nieważne, czy ze względów moralnych, czy koniunkturalnych), ale pozostawiło trwały ślad w polskiej świadomości kulturowej – choćby w piątce Mentzena. Jeśli 11 listopada 2025 r. na słynnym pochodzie narodowców (z którym władze nie potrafią sobie poradzić) pojawią się antysemickie hasła, to może warto sobie uzmysłowić, że owo zjednoczenie AD 1968 było jednym z przystanków na długiej historycznej drodze, a kolejne przystanki dają znać o sobie ze zdumiewającą regularnością.
Natomiast z krótkiego dystansu przytoczę jedno spostrzeżenie: 8 marca 1968 r. z gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej wyszła (zapowiedziana wcześniej) grupa kilkudziesięciu studentów UW z żółtymi żonkilami w ręku. W żadnym ze znanych mi opracowań nie znalazłem wzmianki o tym charakterystycznym szczególe tej demonstracji. Żonkile to symbol powstania w warszawskim Getcie, tyle tylko, że wybuchło ono 19 kwietnia, a nie 8 marca. Odwołanie się przez demonstrujących do martyrologicznej symboliki powstania miało swój ukryty cel. Jaki? Podkreślenie narodowościowego aspektu politycznego i ideologicznego sporu? Nawiązanie do głośnej publikacji polskiego socjologa żydowskiego pochodzenia Witolda Jedlickiego (1929–1995) Chamy i Żydy, drukowanej w paryskiej „Kulturze” sześć lat wcześniej, w grudniu 1962 r.? Opisuje on występujący w okresie październikowego przesilenia politycznego podział w strukturach władzy na dwie grupy: liberalizujących „puławian” i zamordystycznych „natolińczyków” (tym epitetem długo posługiwano się i później dla identyfikacji twardogłowych, podobny wydźwięk miało użyte przez katolickiego publicystę Stefana Kisielewskiego określenie „dyktatura ciemniaków”). Tyle że wśród bardziej liberalnych i lepiej wykształconych puławian znajdowali się partyjni przywódcy decydujący o kształcie polskiej polityki w latach 1949–56, a zarazem główni sprawcy stalinowskiego terroru, m.in. Bolesław Bierut (choć można przypuszczać, że był raczej figurantem niż osobą sprawczą), Jakub Berman, Hilary Minc, Roman Zambrowski i Franciszek Mazur. Trochę nie pasowali do roli liberałów. Pozycja Mazura słabła, na czoło grupy wysuwał się natomiast Roman Zambrowski[1]. Do nich dołączali intelektualiści (nie tylko żydowskiego pochodzenia): Adam Schaff, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Adam Rapacki, Andrzej Werblan, młody Mieczysław Rakowski oraz inni, o których łatwiej zapomniano. Ponieważ grupa starych działaczy puławian miała za sobą stalinowską przeszłość, rolę przyciągającą opinię publiczną mieli odegrać młodzi: Jerzy Morawski, Władysław Matwin, Stefan Staszewski[2]. Czy dołączyli do niej młodzi aktywiści reprezentowani na wiecu? Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na to i pokrewne pytania. Nigdzie też nie znalazłem listy uczestników opisywanej sceny na dziedzińcu UW, a przecież zarówno organizatorzy, jak i bezpieka zadbali, by zostali zidentyfikowani[3]. W indeksie w książce Machcewicza znajduje się tylko jedno odniesienie do artykułu Jedlickiego: „O wspólnym zwalczaniu puławian przez natolińczyków i czołowych przedstawicieli frakcji partyzanckiej, między innymi przez Moczara i Korczyńskiego pisał Witold Jedlicki w słynnym eseju […]. Odbił się on silnym echem w kręgach opiniotwórczych w kraju, również w elicie partyjnej […]. Podkreślił, że puławianie dysponujący szerokimi wpływami w prasie i cenzurze manipulowali opinią publiczną. Jako znacznie ważniejsze i wpływowe grupy na początku lat sześćdziesiątych przedstawił puławian i natolińczyków; partyzantom poświęcił stosunkowo niewiele uwagi”[4]. Sugerowałoby to, że w grze o władzę „partyzanci” w 1956 r. nie odgrywali większej roli. Ale kilka lat później w powszechnej opinii to Moczar był najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Gomułki. „Partyzanci” zbliżali się w swoich poglądach do natolińczyków (tak twierdził Jedlicki). Ta frakcja nie miała tak eksponowanych przedstawicieli, jak puławianie. Na jej czele stali Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Zenon Nowak (o rosnącej pozycji w ugrupowaniu, ulica powtarzała często „tak czy owak będzie Nowak”), Franciszek Jóźwiak (o partyzanckim pseudonimie „Witold”), Hilary Chełchowski, Stefan Matuszewski i nazywany „gazrurką” – Kazimierz Witaszewski – kierownik Wydziału Administracyjnego KC PZPR. Grupa intelektualnie słaba, bez wybitnych postaci, w fazie narodzin skażona obecnością Rokossowskiego, a więc marszałka Armii Radzieckiej (choć Polaka z pochodzenia), który po 1956 roku wyjechał z Polski[5].
Jedlicki napisał: „W kształtowaniu opinii publicznej puławianom udaje się dokonać jeszcze jednej niebywale zręcznej wolty. Udaje się im mianowicie wykorzystać sprawę żydowską do likwidacji tak bardzo niewygodnego dla nich problemu odpowiedzialności osobistej za wyczyny z okresu stalinowskiego. Kto tę sprawę podnosi, zostaje natychmiast okrzyczany jako antysemita”[6]. Dzięki temu i innym manewrom propagandowym „masy robiły w istocie to, czego chcieli puławianie”[7], do których ostatecznie przyłączył się Gomułka. To scena AD 1956. Jedlicki doszedł w swoich egzegezach do końca 1961 roku (niewyjaśnione do końca samobójstwo Henryka Hollanda). Kilka lat później scena ta wyglądała już inaczej, a to za sprawą rosnącej pozycji „partyzantów”. Wykorzystali oni dwie chwytliwe tezy, by pozyskać opinię społeczną: podkreślając rolę krajowego ruchu oporu podczas II wojny i kontrastując tę rolę z przybyszami ze Wschodu, wśród których znajdowało się wielu b. członków KPP, w większości żydowskiego pochodzenia, często politruków w wojsku, oraz eksponując integrację narodową, wspólną walkę Polaków z wrogiem, bez względu na przynależność i poglądy polityczne, co przyniosło im kolosalną popularność i rosnące lawinowo członkostwo w ZBOWiD. Grupowe i indywidualne gry i zabawy traciły na znaczeniu, rywalizacja przybierała bardziej globalny charakter, rywalizowali swoi – Polacy – i obcy, a Żyd miał konotację obcego. Moczar nie osiągnął swoich celów, nie wydawał się zresztą przygotowany do roli genseka. No i opór radzieckich, zaniepokojonych zbyt mocno dawkowanym odchyleniem narodowym. Na tym można byłoby zakończyć relację z przeszłości. Ale pytania o żywotność tych idei i postaw w świadomości zbiorowej są nadal aktualne.
Odpowiedzi na pytania o miejsce konfliktów narodowościowych w życiu Polaków (konflikt polsko-żydowski jest najsilniejszy, ale nie jedyny) trzeba szukać w historii. W przypadku interesującego nas tematu: obecność Żydów na ziemiach polskich ma historię tysiącletnią. Ich liczba przewyższała znacznie ich populację w innych krajach europejskich. Przed II wojną światową szacowano ją w Polsce na około 3,5 mln obywateli (ca. 10 procent populacji), ale na wsiach ich prawie nie było, nigdy też nie zajmowali się rolnictwem. W Warszawie odsetek sięgał więc w międzywojniu około 30 proc. mieszkańców stolicy. Wśród mieszkańców miast stanowili zwartą i silną, zintegrowaną grupę narodową o odrębnym wyznaniu i obyczajach, używającą w znacznej części odrębnego języka[8]. Związek przynależności narodowej z judaizmem i obyczajami był mocniejszy niż w przypadku innych zbiorowości. O przynależności do żydowskiej wspólnoty narodowej decydowały względy religijne i przestrzeganie rytuałów: obrzezanie, świętowanie szabatu, uczestnictwo w ceremoniach. Żydów prześladowano w wielu krajach, w Polsce też, ale w Polsce stanowili oni silną wspólnotę, skutecznie strzegącą swojej tożsamości i broniącą się przed atakami. Przez wieki żyli pośród nas, ale obok – zachowując odrębność i mając odrębny status. Obie społeczności miały wzajemne relacje, ale nie przenikały się wzajemnie[9]. Polem konfrontacyjnym przez wieki była religia i powiązana z nią obyczajowość. Egzemplifikacją tego pola mogłoby być powtarzające się okresowo fałszywe przekonanie o wykorzystywaniu dla celów rytualnych krwi dzieci chrześcijańskich.
Zmiany tak ukształtowanych relacji miały miejsce w XVIII w., a zwłaszcza w II połowie XIX w. Nastąpiły one za sprawą dwóch wydarzeń: likwidacji w 1764 roku Sejmu Czterech Ziem: Małopolski, Wielkopolski, Litwy i Rusi – organu samorządowego Żydów, którego kompetencje koncentrowały się głównie na zbieraniu i rozliczaniu podatków. O tym zdarzeniu niewiele wiemy, ale z pewnością zmniejszyło ono hermetyczność społeczności żydowskiej. Większe znaczenie miała ustawa Wielopolskiego o przyznaniu Żydom praw obywatelskich i praw cywilnych z 1862 r. W praktyce oznaczała, że Żydzi, dotąd ograniczani w swych działaniach gospodarczych przepisami prawa, stali się uczestnikami rynku na równi z innymi. W rywalizacji rynkowej okazali się sprawniejsi. Rywalizacja na tle wyznaniowym została poszerzona o rywalizację ekonomiczną. Spora, zwłaszcza bogatsza część społeczności żydowskiej zmieniała wyznanie na jedną z religii chrześcijańskich, liczba konwersji rosła, narastały też kontrowersje wokół tej kwestii. Akulturacja, a zwłaszcza asymilacja (przez pewien czas lansowana jako element łączenia obu społeczności) okazała się niemożliwa: Żyd porzucający judaizm i rytuał przestawał być Żydem. W przypadku konwersji opinia społeczna zarzucała, że ma ona miejsce jedynie z pozoru, dla ułatwień gospodarczych, zwłaszcza handlowych. Pojawiło się pojęcie mechesa – kamuflującego się wyznawcy judaizmu oraz określenia Żyda chrzczonego[10] i prawdziwego Polaka.
Rywalizacja na tle ekonomicznym oraz zarzut kamuflowania przynależności narodowej stały się przyczyną nasilenia konfliktu, eksponowanego zwłaszcza przez Narodową Demokrację (np. akcja „nie kupuj u Żyda”) i inne ugrupowania o podobnej ideologii[11]. Antagonizm narastał, przeradzając się u niektórych polityków obozu narodowego w rodzaj obsesji: wszystkiemu winni są Żydzi. To z powodu tych sprzeczności Gomułka w przemówieniu z 19 marca 1968 roku zakwalifikował do mniejszości żydowskiej niewiele ponad 6 tys. obywateli, choć w powszechnym odczuciu było ich wielokrotnie więcej, zresztą z kraju wyjeżdżało tylko w czasie nagonek antysemickich w latach 40., 1956 i 1968 r. znacznie więcej Żydów, niż wynikało to ze statystycznej przynależności do grupy osób wyznania mojżeszowego. Dziś narodowość żydowską według spisu powszechnego deklaruje 7300 osób. Autorzy rysunków powieszonego Żyda na autobusowych przystankach, bywalcy stadionów piłkarskich i głosiciele hasła o Polsce bez Żydów nie kłopotaliby się przecież liczbą 7 tys. obywateli. Wtedy w 1968 r. w wielu instytucjach krążyły listy „proskrypcyjne”, w których zarzut bycia Żydem (już samo formułowanie zarzutu z tego tytułu musi być traktowane jako umysłowa aberracja) stawiano wielu osobom z najróżniejszych powodów, często rdzennym Polakom.
Ocena wydarzeń marcowych nie może abstrahować od historycznych uwarunkowań, bo tylko dzięki sięgnięciu do historii wzajemnych stosunków można zrozumieć przyczyny karkołomnego połączenia na wspólnej płaszczyźnie ludzi i poglądów z odległych od siebie zbiorów. Do wyznaniowych i ekonomicznych źródeł konfliktu dołączyć należałoby ocenę postaw i zachowań w czasie Holokaustu, będącą przyczyną i zarazem skutkiem kryzysu moralnego, którego nie sposób wyprzeć samą tylko grą polityczną. Chyba wciąż do końca go nie przepracowano, jak powiedzieliby psychoanalitycy.
Bez wątpienia część ludzi identyfikujących się z grupą Moczara czerpała z tradycji i dorobku Narodowej Demokracji. Do tego dorobku sięgały też grupy katolików skupionych wokół PAX-u i jego lidera Bolesława Piaseckiego, a tym samym do poglądów wyrażanych przez przedwojenny ONR, któremu Piasecki przewodził. Najsilniejsze wsparcie dawali Moczarowi jednak „partyzanci”. Machcewicz napisał: „Patriotyczna retoryka Moczara i jego zwolenników poszerzała ich bazę społeczną. Przyciągano do współpracy, a przynajmniej zyskiwano życzliwość ludzi odległych politycznie, ideowo lub mentalnie od obozu rządzącego. Moczarowski patriotyzm otwierał się na tradycję i doświadczenia marginalizowane w Polsce Ludowej; czerpał przede wszystkim z dziedzictwa AK i innych niekomunistycznych formacji z czasów II wojny światowej, włącznie z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Najsilniejszym spoiwem emocjonalnym były heroizm i martyrologia z czasów wojny, żywe doświadczenie milionów Polaków. Moczarowcy przedstawiali te wartości, jakby były nieustannie zagrożone: dybali na nie czy to krajowi szydercy, czy to oszczercy z zagranicy, a przede wszystkim syjoniści i po prostu Żydzi. Antysemityzm, lekko tylko zakamuflowany, a niekiedy wyrażany zupełnie otwarcie, był niezbywalnym elementem moczarowskiego patriotyzmu, przez część społeczeństwa przyjmowanym równie chętnie jak rewaloryzacja niekomunistycznych wątków tradycji narodowej”[12]. Dlaczego, zyskując tak rozległy rezonans w różnych grupach społecznych nie wykorzystali swojej siły i nie podjęli rozgrywki w grze o władzę? Gomułka, który do czasu wspierał tę grupę, widząc jej październikowy rodowód, zorganizował – uświadomiwszy sobie polityczne i własne zagrożenie – wiece poparcia dla rzekomo skonsolidowanej partii przeciwstawiającej się wrogim siłom, których eksponentami zostali – o dziwo i o ironio – Stefan Kisielewski, Paweł Jasienica i Janusz Szpotański. Zwłaszcza zagrożenie ze strony tego ostatniego wydaje się co najmniej humorystyczne. Zastosował sprytny manewr, przesadzając Moczara na zastępcę członka Biura Politycznego i odbierając mu MSW, a to policyjny i bezpieczniacki aparat decydował o sile swojego szefa. Prześmiewcy śpiewali wówczas: „Mieciu M. z MSW, gdzieś, pierdoło, podział swoje KBW”?
Intelektualne i manipulacyjne zdolności i umiejętności jego akolitów nie mogły równać się z potencjałem dawnych puławian i ich następców. Następne pokolenia nie znajdowały siły napędowej w kombatanckich wspomnieniach swoich ojców i dziadków, złudnych przekonaniach o sile polskiego żołnierza, czy w heroicznej walce o odbudowę kraju po wojnie. Gierek stworzył przyciągającą iluzję, a ta – jak każda iluzja – zawaliła się z jeszcze głośniejszym hukiem. Próba utworzenia grupy tzw. docentów marcowych (naukowców bez habilitacji, którzy mogli mimo to kontynuować akademicką karierę) mających intelektualnie wspierać potencjalnie nową grupę przywódczą, okazała się niewypałem. Sam Moczar nie poruszał się dobrze w grach gabinetowych, to nie jego „podwórko”. Próbował powrócić na polityczną scenę w 1981 roku jako prezes Najwyższej Izby Kontroli, ale został wymanewrowany przez nowych liderów, w tym przez zabiegającego wcześniej o jego względy Wojciecha Jaruzelskiego. Słabość tej i innych grup sprawujących władzę i aspirujących do władzy miała przyczyny strukturalne. Zmiana personaliów oraz cząstkowe, czasem atrakcyjne, propozycje gospodarcze i organizacyjne na krótko zyskiwały zwolenników, a potem: miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. I uwaga ta nie odnosi się jedynie do czasów uważanych za słusznie minione. Historia lubi płatać niespodzianki, a głosy z przeszłości odzywają się częściej niż sądzimy i niż się ich spodziewamy.
[1] Stąd zapewne transparenty „Zambrowski do Biura” na ulicach Warszawy, choć równie dobrze mogły być prowokacją bezpieki.
[2] Te nazwiska znalazły się w tekście Jedlickiego.
[3] W książce Piotra Osęki Marzec ’68, Wyd. Znak, Kraków 2008, przypis do str. 168, znajduje się jedynie informacja o członkostwie tzw. grupy komandosów: „Większość historyków zalicza do tej grupy: Kuronia, Modzelewskiego, Michnika, Lasotę, Bogucką, Toruńczyk, Grudzińską, Lityńskiego, Blumsztajna, Dajczgiewanda, Karpińskiego, Szlajfera, Góreckiego”.
[4] Paweł Machcewicz, Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara, Krytyka Polityczna, Warszawa 2025, s. 99
[5] W prasie ukazała się wtedy krótka notka: Marszałek Polski Konstanty Rokossowski wrócił do kraju.
[6] Witold Jedlicki, Chamy i Żydy, [Wikipedia, Witold Jedlicki, Chamy i Żydy s. 9].
[7] Witold Jedlicki, op. cit., s. 14.
[8] Dobrze przedstawił to Szczepan Twardoch w powieści Król, Wyd. Literackie, Kraków 2020.
[9] Specyfikę tych stosunków chyba najlepiej opisał Aleksander Hertz w książce Żydzi w kulturze polskiej, Biblioteka „Więzi,” Warszawa 2004.
[10] Bodaj jako pierwszy użył go Antoni Lesznowski, naczelny „Gazety Warszawskiej” (por. Andrzej Żor, Kronenberg. Dzieje fortuny, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2011, s. 356).
[11] Świetnymi przykładami są powieści Wacława Gąsiorowskiego Zginęła głupota i Mariana Gawalewicza Mechesy – obie ukazały się w 1899 roku.
[12] Paweł Machcewicz, op. cit. s. 436.
Cisza na korytarzu była wręcz niewiarygodna. Po tym całym zamieszaniu, załatwianiu formalności, pakowaniu i mozolnym układaniu w torbie tego wszystkiego, co do niedawna stanowiło cały świat Piotra, Ola nagle stanęła. Stała się niewidzialna, zlewająca się z kolorem ścian. Nikt już do niej nie podchodził, o nic nie pytał, nie proponował pomocy. Była już tylko częścią szpitalnej statystyki, z którą połączyła ją śmierć Piotra.
Ołów w nogach był potwornie ciężki. A ona musiała już wstać i wreszcie stąd wyjść. Siedziała na szpitalnej ławeczce, która dawała jej teraz jedyne oparcie, namiastkę poczucia łączności z otaczającym światem. Spróbowała wstać i szybko ponownie usiadła. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest słaba: nie jadła od dwóch dni, była niewyspana, ogłupiała od tysiąca pytań i rubryk, które musiała wypełniać, kiedy oni ładowali ciało Piotra, jak kłąb brudnej bielizny, do wielkiego worka.
W kieszeni płaszcza wyczuła smartfon. Przeciągnęła palcem po ekranie i chwilę wpatrywała się w listę kontaktów, usilnie próbując znaleźć numer do korporacji taxi. Kiedy odezwała się dyspozytorka, Ola miała w gardle tak wielką gulę, że nie była w stanie wymówić słowa. Ktoś nagle podszedł, delikatnie wyjął jej aparat z ręki i wprawnie zamówił taksówkę, dokładnie tłumacząc, gdzie ma podjechać. Ola jak przez mgłę kojarzyła tego młodego stażystę, który w ostatniej chwili przyprowadził księdza. Chłopak bez słowa oddał jej telefon, mocno chwycił torbę, ujął Olę pod ramię i skierował ją do wyjścia. Wyszli przed szpital i razem poczekali na taksówkę. Stażysta usadził Olę w samochodzie, zapakował torbę do bagażnika i podał adres (skąd on to wiedział?). Ola nie wydusiła z siebie nawet słowa „dziękuję”, ale jej wzrok wyraził wszystko. Chłopak na pożegnanie uścisnął jej rękę i szepnął:
– Będzie dobrze. Jeszcze tylko trochę wysiłku i będzie dobrze… Niech się pani wyśpi. Do widzenia. – Zatrzasnął drzwi, a po chwili zniknął za mijanym przez taksówkę zakrętem.
Ola nawet nie czuła, że płacze. Wszystko działo się poza nią.
Po powrocie do mieszkania Ola od razu weszła do łazienki i spojrzała na półkę pod lustrem. Z pojemnika wyciągnęła Piotra szczoteczkę do zębów i chwilę przyglądała się jej z namysłem. A potem szybkim, zdecydowanym ruchem wyrzuciła ją do śmietnika. Trzask spadającej klapy pojemnika bezpowrotnie zamknął jakiś etap.
Kobieta skierowała się do sypialni, a tam, w mokrym od topniejącego śniegu płaszczu i ubłoconych butach, położyła się łóżka. Podkurczyła nogi i niedbale przykryła się kołdrą. Zapadła się w ciemną, duszną i przeraźliwie ciasną studnię.
Powoli rozpakowywała torbę z rzeczami Piotra, którą wczoraj rzuciła w kąt. Mdlący zapach śmierci błyskawicznie wypełnił pokój. Piżama, ręczniki, przybory toaletowe, które stały się bezużyteczne już na kilka dni przed odejściem Piotra. Myła go tylko wilgotną myjką, bardzo starając się, aby jego udręczone ciało nie czuło nawet dotyku. Leżał na wpół świadomy, dosłownie na minuty odzyskując przytomność, ale chyba nawet wtedy nie wiedział, co się dookoła niego dzieje.
Przejrzała zawartość kosmetyczki: obrączka i zegarek, zawinięte w chusteczkę; jej zdjęcie – to z ostatnich wczasów – jeszcze z długimi włosami. Przypomniała sobie, jak bardzo Piotr rozpaczał na widok jej krótkiej fryzurki. Nawet nie chciała mu tłumaczyć, że długie włosy będą tylko złodziejem cennego czasu i dlatego należy się ich pozbyć. Mycie, suszenie i czesanie zajmowało jej dziesięć minut zamiast dotychczasowej pół godziny. Stwierdziła tylko, że w jej wieku raczej to niepotrzebny balast, a poza tym krótkie uczesanie odmładza. Piotr skrzywił się wtedy, dając do zrozumienia, że tłumaczenie jest denne i schował sobie to zdjęcie. Ola doskonale pamiętała okoliczności jego zrobienia: potwornie wiało, włosy właziły jej w usta, oczy, wręcz irytująco dławiły. Dopiero po jakimś czasie stwierdziła, że wygląda jak modelka podczas sesji w plenerze. A Piotr uznał, że to „tamta”, długowłosa Ola jest „jego” Olą i do końca nie kupował bajki o wygodzie i wieku.
Chwilę obracała w palcach obrączkę i zastanawiała się, co z nią począć. Nosić dwie na palcu lewej dłoni, schować, sprzedać? A może nałożyć ją Piotrowi? A jeżeli palce nie dadzą się rozchylić i w kaplicy rozlegnie się trzask łamania zlodowaciałego ciała? Tuż przed śmiercią dłonie Piotra tak puchły, że dosłownie w ostatniej chwili udało się zdjąć obrączkę. Potem nikt nie myślał o tym, żeby coś z nią zrobić i tak tkwiła w szufladzie szpitalnej szafki. Ola nałożyła krążek na swój palec i uśmiechnęła się do siebie: za duży o co najmniej trzy rozmiary, spadłby przy pierwszej okazji. Zdjęła więc z szyi łańcuszek i na nim zawiesiła obrączkę. Jedno z głowy.
Zegarek był prawie nowy, markowy. Nawet bardzo markowy. Piotr kupował tylko rzeczy w najwyższym gatunku i używał ich latami na dowód, że to była dobra inwestycja. Ten zegarek kupił sobie za jakąś premię i zapłacił ponad dwa tysiące. Ola myślała, że padnie, gdy usłyszała cenę, ale wiedziała, że w tej kwestii dla Piotra nie ma dyskusji. Była zła, gdy zabrał go ze sobą do szpitala, ale on się uparł, że przynajmniej nie będzie musiał doładowywać telefonu albo pytać kogoś o godzinę. I co teraz zrobić z tą inwestycją, skoro to inwestor okazał się towarem wybrakowanym? Pomyślała o wszystkich mężczyznach w najbliższym otoczeniu, ale żaden w jej opinii nie był wart takiego upominku. Odnalazła pudełko, w które zegarek był zapakowany w sklepie i umieściła go tam ponownie. Pudełko wylądowało w szufladzie z jej biżuterią. Niech poczeka, zawsze może się coś wydarzyć.
Na samym dnie torby leżała książka. Podczas wizyt w szpitalu czytała ją na głos, bo Piotr nie był w stanie utrzymać jej w dłoniach, a poza tym głos Oli go odprężał i podczas tego czytania na chwilę zapominał o bólu. Ola chciała ją odłożyć, ale wtedy zauważyła, że pomiędzy stronami coś jest. Rozchyliła kartki i zobaczyła list. Swój list do Piotra, gdy dowiedzieli się o jego chorobie. Jakieś komunały o dozgonnej miłości, zaufaniu i wierze w wygraną z chorobą. Co za brednie! Ta choroba nikogo nie oddaje życiu – przyczaja się tylko, usypia czujność i powraca z całą wściekłością, gdy nikt się nie spodziewa. Widziała to tyle razy, że mogłaby być ekspertem.
– Dzień dobry. Mówi Łukasz Wysocki. – Ola usłyszała w słuchawce nieznany głos. A ponieważ nic nie odpowiedziała, głos uzupełnił: – Jestem stażystą na paliatywnej. Pamięta mnie pani? Odprowadziłem panią do taksówki…
– Tak, pamiętam, pamiętam, dzień dobry! – ocknęła się Ola – Coś się stało?
– Nie… Po prostu dzwonię, żeby się upewnić, czy wszystko okej.
„Dziwny jakiś – pomyślała Ola. – Tak sam z siebie dzwoni, żeby się upewnić, czy wszystko okej…”
– Jeżeli takie stwierdzenie w tych okolicznościach jest adekwatne, to… jest okej – skłamała.
– Nie chciałbym przeszkadzać… Jakby pani czegoś potrzebowała, to mój numer się pani wyświetlił, kontakt będzie. – A ponieważ Ola nic nie mówiła, szybko się pożegnał: – Do widzenia!
– Halo! – niemal krzyknęła Ola – Proszę się nie wyłączać. Panie… – zawahała się przez chwilę.
– …Łukaszu – przypomniał.
– Panie Łukaszu… Chciałam podziękować za to, co już pan dla mnie zrobił. Ten ksiądz, taksówka, wie pan, ciężko mi było zebrać myśli i…
– Nie ma o czym mówić – przerwał. – Proszę odpoczywać, jest pani wykończona.
– Panie Łukaszu, mógłby pan… – Nabrała powietrza. – Mógłby pan do mnie przyjechać?
– Teraz?
– No… kiedy pan będzie mógł, dla mnie bez różnicy.
– Za cztery godziny schodzę z dyżuru, to przyjadę. Adres znam.
– Dziękuję. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia!
Przechodząc do sypialni, zawadziła o poręcz bieżni. Piotr starał się utrzymywać dobrą formę. Ola parsknęła histerycznym śmiechem. I po co? Po co to wszystko?! Doskonała kondycja nie uchroniła go przed białaczką, przed bólem, przed tym całym koszmarem. Potem już tylko ona biegała. Po powrocie ze szpitala wchodziła na bieżnię i niemal do nieprzytomności dobijała się, gnając jak w amoku. Uciekała od strachu, od tego, co przyniesie jutro, od obrazu Piotra umierającego na raty. Pomyślała, że musiała wyglądać groteskowo – tak drepcząc w martwym punkcie, płacząc i klnąc. Musi sprzedać to w cholerę: grzmot zawalał pół i tak niedużej sypialni.
Rozejrzała się po salonie i stwierdziła, że nie będzie się nakręcać i na chwilę zrobi sobie przerwę w tym rozgrzebywaniu wspomnień. Gorąca kąpiel i kieliszek wina wydawały się jedyną drogą do choćby minimalnego odprężenia. Włączyła telewizor (niech coś gada w tym pustym domu) i poszła do łazienki przygotować sobie kąpiel. Kiedy wanna wypełniała się wodą, Ola nalała sobie wina i podeszła do okna. Pijąc alkohol małymi łyczkami, mimowolnie odtworzyła ostatnie chwile z Piotrem. Oczy wypełniły się łzami, ale się ucieszyła, że teraz ten płacz już czuje, że wypływa z niej, oczyszczając to, co zdawało się przykryte absurdalnym poczuciem konieczności trzymania fasonu: oto ja, mocna i przygotowana, choć całą przepełnia paniczny strach.
Ola, po kąpieli owinięta ręcznikiem, podeszła do szafy i chwilę zastanawiała się, co nałożyć. Wiedziona jakimś dziwnym impulsem, otworzyła część z rzeczami Piotra i wyciągnęła jego ulubioną bluzę. Rękawy były kolosalnie długie, ale to nic. Podwinęła je parę razy i z przyjemnością poczuła, jak miękka tkanina dotyka jej nagiego ciała. Nałożyła bieliznę, skarpetki, dresy. Ręcznik leżał tam, gdzie upadł, a Ola objęła się za ramiona i poczłapała do sypialni. Położyła się na łóżku i przykryła kocem. Zmęczenie znów dało znać o sobie i szybko zasnęła.
Obudziło ją bardzo głośne pukanie do drzwi. Przez chwilę zastanawiała się, gdzie jest i co to za hałas, który przybierał na sile. Otoczenie pokoju wbiło ją w lekki popłoch, bo w niczym nie przypominało wnętrza szpitalnej sali, do widoku której była przyzwyczajona. Chwilę leżała z błędnym wzrokiem, ale ponieważ ten ktoś za drzwiami nie odpuszczał – wstała z wysiłkiem i przecierając spuchnięte powieki, niemal po omacku dotarła do przedpokoju i otworzyła drzwi. Zobaczyła wystraszoną twarz Łukasza.
– Przepraszam… – usprawiedliwiła się Ola. – Chyba przysnęłam…
Łukasz omiótł ją wzrokiem i w lot pojął stan jej ducha: olbrzymia bluza z pozawijanymi rękawami, przekrwione oczy były dostatecznym przejawem stanu jej ducha. Jedno było pewne – nie zamierzała się zabić, tak jak wcześniej podejrzewał. Niepotrzebnie tak łomotał, nadgorliwy kretyn.
– Nie szkodzi, dzwonek ma chyba pani zepsuty – powiedział lekko. – Mogę wejść?
– Proszę, proszę wejść! – oprzytomniała Ola. – Napije się pan czegoś?
– Może wody, jeśli to nie sprawi kłopotu.
Wprowadziła gościa do pokoju i nagle zawstydziła się tego bałaganu, którego nie zdążyła uprzątnąć. Chłopak musiał dostrzec rozrzucone rzeczy Piotra, mokry, skołtuniony ręcznik, kieliszek z niedopitym winem, które dopełniły obrazu.
– Trochę lżej? – zapytał cicho.
– Nic a nic – odparła zgodnie z prawdą. – Pójdę po wodę.
Ola wróciła z kuchni ze szklanką wody i podała ją gościowi. Przez chwilę chciała choć odrobinę ogarnąć ten bajzel, ale potem stwierdziła, że nie ma na to ani siły, ani ochoty. Zresztą, co go to obchodzi, to w końcu jej dom. Zrzuciła część rzeczy z krzesła wprost na podłogę.
– Proszę usiąść. Chciałam z panem o czymś porozmawiać.
– Tak? – Łukasz ostrożnie usiadł na brzeżku krzesła i spojrzał na nią z uwagą.
– W szpitalu słyszałam, że działa pan w jakimś stowarzyszeniu… fundacji, nie wiem dokładnie…
– To fundacja. Wspieramy rodziny po stracie bliskich, taka doraźna pomoc.
– Wie pan, tak naprawdę, to ja nie potrzebuję pomocy…
Próbował jej przerwać, ale niecierpliwie machnęła ręką i odpuścił.
– Dom jest wypełniony przedmiotami męża: ubrania, buty, wszystko w naprawdę dobrym gatunku. Jest też parę rzeczy, z których korzystał w pracy. Muszę to komuś oddać, a nie bardzo wiem, komu. Może umówimy się, że pan się tym zajmie? To mi znacznie ułatwi sprawę.
– Już pani podjęła decyzję? Szanuję to, ale może potrzebuje pani jeszcze trochę czasu?
– Nie. To postanowione. – Zacięty wyraz twarzy Oli jednoznacznie zamknął dalszą dyskusję.
Łukasz powoli sączył wodę, zastanawiając się, co powinien powiedzieć. Nauczony doświadczeniem, rzucił tylko:
– W takim razie proszę to spakować albo, jeżeli nie ma pani na to siły, tylko przygotować do spakowania. Podjedziemy z kumplami za kilka dni i wszystko zabierzemy.
– Jutro.
– Ale…
– Jutro albo wcale. – Ola poczuła, że wpada w dziwny dygot, choć nie było jej wcale zimno. Nie chciała patrzeć na to wszystko, co łączyło ją z Piotrem, a teraz stanowiło zaledwie żałosne świadectwo jego dotychczasowego istnienia. Piotr jeszcze wtedy, gdy dobrze się czuł, zniszczył wszystko, z czym mogłaby mieć problem po jego śmierci: dokumenty, certyfikaty, rachunki i wszelkie szpargały zawalające kilka szuflad w biurku. Raz zastała go na czyszczeniu laptopa. Zostało tylko to, co można spakować i wynieść. On też nie uważał, że w przechowywaniu przedmiotów jest jakiś głębszy sens i bez żalu je usuwał. I dobrze, ona ma tęsknić za Piotrem, a nie za górą nieprzydatnych śmieci.
Łukasz wstał i żegnając się, obiecał, że zadzwoni nazajutrz rano i dogadają godzinę odbioru przygotowanych rzeczy. Olę nagle coś tknęło i zniknęła w sypialni. Z szufladki wyciągnęła pudełko z zegarkiem i wróciła do gościa.
– To dla pana – powiedziała z jakąś dziwną lekkością, podając pudełko.
Zaintrygowany Łukasz sprawdził jego zawartość. Dostrzegł markę i spojrzał na Olę z zaskoczeniem.
– Proszę pani, przecież to jest… – Nie był w stanie się wysłowić. – Przecież to… Ja nie mogę… Nie powinienem…
– Proszę mi wierzyć, wiem najlepiej, co to jest – Ola uspokoiła jego rozterki. – I niech pan już idzie… Jestem naprawdę zmęczona.
Po wyjściu Łukasza nalała sobie kolejny kieliszek wina i sącząc je, rozejrzała się po pokoju. Czeka ją dużo pracy, ale noc jest długa, a ona nie musi już nigdzie iść, nigdzie się spieszyć.
Podeszła do rzeczy przyniesionych ze szpitala. Powoli spakowała wszystko z powrotem do torby i wystawiła ją na korytarz. Przy nadarzającej się okazji wyniesie ją na śmietnik.
I żadnych łez.
Ostatni rzut oka na swoje odbicie w lustrze i był gotów do wyjścia. Robert wiedział, że dobry wygląd to gwarancja sukcesu. Grafitowy garnitur leżał idealnie, do tego jasnobłękitna koszula i krawat w ciekawym odcieniu stalowej szarości. Gładko ogolony i pachnący wodą kolońską z naprawdę wysokiej półki stanowił obraz mężczyzny doskonałego. No, może prawie…
Sprawdził, czy ma przy sobie kluczyki i dokumenty samochodu, po czym wyszedł z domu. Fura była świeżo wypucowana, a tańczące na lakierze promienie słońca wręcz oślepiały. O tak, taki wóz zawsze robi wrażenie. Oczywiście nie pojadą na przejażdżkę, ale pozornie niedbały rzut oka z okna może mieć spore znaczenie. Zerknął do upchniętej w portfelu karteczki i jeszcze raz sprawdził adres, odetchnął kilka razy i włączył silnik. Już nie było odwrotu.
Znalezienie jakiegokolwiek numeru na osiedlu graniczyło z cudem. Po dłuższej chwili zaparkował pod właściwym blokiem i z lekkim ociąganiem wysiadł. Z rezygnacją spojrzał w górę, powoli podszedł do wejścia i cierpliwie czekał, aż ktokolwiek będzie wchodził lub wychodził, bo naciskanie dzwonka domofonu w tej sytuacji byłoby mocno nierozsądne. Po kilku minutach z budynku wychodziła jakaś starsza pani, a on szarmancko przytrzymał jej drzwi. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ułatwiając mu wejście. Z każdym pokonywanym schodkiem czuł coraz większe ciśnienie, które niemal rozsadzało mu głowę. Stres powoli zaciskał się na jego gardle, utrudniając i tak już płytki oddech.
Kiedy stanął pod właściwymi drzwiami, jeszcze się wahał… ale ostatecznie nacisnął dzwonek i z napięciem nasłuchiwał dźwięków z wnętrza. Kroki, gmeranie przy zamku, klamka opadła i w uchylonych drzwiach wreszcie go zobaczył… Facet był mniej więcej w jego wieku, podobnego wzrostu, ale trochę tęższy; w domowych, powyciąganych ciuchach, z kilkudniowym zarostem i lekko zmierzwionymi włosami wyglądał… dokładnie tak, jak powinien: żałośnie. Robert poczuł się pewniej, uśmiechnął się i lekko powiedział:
– Dzień dobry! Nazywam się Zieliński. Możemy chwilę porozmawiać?
– Zieliński? Robert? Pan jest…
– Tak. Jestem – uciął, nie ścierając z twarzy uśmiechu, który wyraźnie się poszerzył na widok zaskoczonej miny tamtego. – Wpuści mnie pan?
– Tak… Proszę, niech pan wejdzie… – Gospodarz odsunął się od drzwi i wskazał drogę.
– A pan, zdaje się, to?… – Robert zawiesił głos.
– Rafał Dobiecki – głos tamtego wyraźnie drżał.
– Powiedziałbym, że mi miło pana poznać, ale obaj doskonale wiemy, że nie byłoby to prawdą. – Robert wciąż się uśmiechał, ale oczy wyglądały już dużo chłodniej.
Weszli do pokoju i stali chwilę niezdecydowani, zanim Rafał z niejakim wysiłkiem zaproponował kawę. Kawa? Okej! Niech pogadają przy kawie… Zresztą, czy to nie wszystko jedno?
Gdy gospodarz był zajęty w maleńkiej kuchni, Robert rozejrzał się po czystym, skromnie urządzonym mieszkaniu: klitka, na oko trzydzieści metrów, stary telewizor, równie leciwy, ale markowy sprzęt audio i mnóstwo, mnóstwo książek. I płyt. Tych z naprawdę dobrą muzyką. Czyli facet na poziomie…
Gdy na stole stanęła pachnąca kawa, Rafał usiadł naprzeciwko Roberta i spojrzał na niego badawczo.
– Wizytę zawdzięczam czemuś konkretnemu? – zapytał.
Był już spokojny, najwyraźniej ta chwila w kuchni była mu potrzebna.
Wydawało się, że Robert jest bez reszty pochłonięty słodzeniem i mieszaniem kawy w mikrej filiżance. Po chwili podniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Cóż… Raczej tak, zawdzięcza pan. Mam tu… – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął smartfona. – Mam tu dla pana taką małą listę… jakby to powiedzieć? Wstępnych kosztów.
– Kosztów? Nie rozumiem…
– Hmm… A czego dokładnie pan nie rozumie, drogi panie Rafale? Biorąc pod uwagę całość sprawy, to chyba ja powinienem powiedzieć, że czegoś nie rozumiem. Ale ja rozumiem, bardzo dobrze rozumiem i właśnie z tego wynika nasze spotkanie.
Otworzył odpowiednią aplikację i wyświetlił listę wydatków, które od dłuższego czasu – jak stwierdził, patrząc na Rafała z obojętnością – ponosił sam, a teraz postanowił, że czas skończyć z wyłącznością.
– Wie pan, ona jest bardzo zadbana… Musimy obaj to przyznać… A takie coś kosztuje i to konkretnie! Potraktujmy to jak spotkanie biznesowe: chcemy korzystać z zysków, musimy obaj inwestować!
– Pan żartuje?… – Gospodarz zbladł.
– Nie, dlaczego tak pan pomyślał? – Robert rozpiął marynarkę i rozsiadł się wygodniej – Jesteśmy dorośli i nie ma sensu robić niepotrzebnego zamieszania. Ustalimy parę kwestii i rozejdziemy się w przyjaźni jak dobrzy… wspólnicy? – Mówiąc to, zaśmiał się z trudem.
Rafał kręcił się niespokojnie, uciekając wzrokiem. Robert czuł, jak wraca mu pewność siebie. Spokojnie wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Pytająco uniósł brwi, a gdy uzyskał zgodę Rafała, nonszalancko zapalił. Wciągnął dym głęboko i z satysfakcją przyglądał się zdenerwowanemu do granic rozmówcy.
– Wie pan – wrócił do przerwanego wątku. – Nie chciałbym, aby potraktował mnie pan jak konkurenta w tym… nazwijmy to… biznesie. Mam wrażenie, że korzyści wystarczy dla nas obu, ale nie chcę być postrzegany wyłącznie jako sponsor strategiczny. Tak było, owszem, ale obawiam się, że pański – nomen omen – wkład musi mieć jednak znamiona wymiernego aportu do spółki. Nadąża pan za tym branżowym żargonem? – zapytał przyjaźnie.
– To jakaś horrendalna bzdura! Jak pan śmie tu przychodzić i… – Rafał wyraźnie chciał się rozkręcić, ale Robert przerwał mu planowaną tyradę.
– Jak ja śmiem? Pan raczy żartować, drogi Rafale! – Zieliński z uwagą zdjął z marynarki niewidoczny pyłek, strząsnął z papierosa popiół i spojrzał na tamtego. – To nie jest kwestia śmiałości! Raczej konieczności dopilnowania, żeby moje aktywa nie przeszły w ręce obcego kapitału.
Widząc ogłupienie w oczach Rafała, dodał ciepło:
– Pan, zdaje się, jest humanistą? Literatura, wiersze, teatr, intelektualne dyskusje do świtu, te sprawy? W porządku, porozmawiamy inaczej. Płaci pan rachunki, prawda? Co miesiąc: czynsz, prąd, kablówka… Ma pan kablówkę? – zatroszczył się niespodziewanie. Rafał patrzył na niego tępo i milczał. – Czyli ma pan. Ale musi pan płacić za te przyjemności, bo inaczej pana ich pozbawią. A tu mamy podobną sytuację: korzystanie z pewnych przyjemności jest warunkowane ich terminowym opłaceniem. I pojawiam się ja, jako główny sponsor de facto także pańskich przyjemności i to niezależnie od tego, czy sobie tego życzę, czy wręcz przeciwnie… – Znów zaciągnął się dymem. Przymknął oczy i powoli wypuścił go nozdrzami. – Uznałem, że powinniśmy to uregulować. No, może nie na piśmie, ale jakąś umową dżentelmeńską dałoby radę.
Rafał wstał gwałtownie i wskazał ręką drzwi.
– Wynoś się, bydlaku! Wynocha, ale już!
– Siadaj! – warknął Robert. – Jeszcze, kurwa, nie skończyłem! – Poczuł, że niepotrzebnie go poniosło i z całych sił opanował wzburzenie. Sięgnął ponownie po aparat i zaczął wyliczać: – Wynajem pomieszczeń w domu podczas moich służbowych wyjazdów, catering i alkohol podczas waszych spotkań, celowo pomijam kwestie drobnych upominków, które w międzyczasie pan uzyskał za swoje… powiedzmy… usługi.
Wstał i już chodząc, wyliczał dalej:
– Moje aktywa są na bieżąco modernizowane i poddawane cyklicznym procesom wpływającym na ich atrakcyjność: karnet na basen, wyjazdy do spa, wizyty u kosmetyczki i masażysty. Do tego co miesiąc wydawane środki na garderobę i buty. Nie zapominajmy też o fryzjerze i manikiurzystce.
Rozejrzał się po niewielkim pokoju i już niemal pewien swojej pozycji zaatakował:
– Była tu kiedyś? Zaprosiłeś ją do tej nory? Dużo książek, płyt… Ale w dalszym ciągu to nora. Jak widzę, stanowi pan, panie Rafale, niekłamane wsparcie intelektualne i emocjonalne – zakpił. – I trzeba było na tym poprzestać. Uznałbym to za szkolenie, no, za inwestycję w rozwój. Ale na tym się nie skończyło i teraz trzeba ponieść koszty próby przejęcia mojej własności. A ty jesteś cholernym gołodupcem, którego moja żona traktuje jak pieska: udaje, że się opiekuje, kupuje smakołyki, nowe kubraczki i sadza na kanapie jak pieprzoną zabaweczkę. Bo tym jesteś dla niej: zabaweczką! Ale za chwilę twoja atrakcyjność mocno zblednie… Doskonale znam ten cykl: od fascynacji do znużenia. A potem poszukiwanie nowych podniet. To tylko nuda, nic ponadto…
Rafał milczał ze wzrokiem wbitym w dywan.
– Niech pan już idzie… – powiedział słabo.
– A nasza umowa? – drążył Robert.
– Niech pan się wynosi… No! Zabieraj się! – W Rafała wstąpiło życie. – Ty chamie! Ona cię nie kocha, nigdy ciebie nie kochała! Cholerny rogacz… Jesteś dla niej jak bankomat! Bezduszna, metalowa skrzynka z pieniędzmi! Może zamiast tłuc forsę, warto było zapytać, czego ona chce?
– Czyżby? A co ty masz jej do zaoferowania? – Robert z pogardą rozejrzał się po mieszkanku. Był wściekły, ale wciąż nad sobą panował. – No, co?
Ponieważ tamten się nie odezwał, Robert uśmiechnął się szeroko i zaproponował:
– Wiesz pan co, panie Rafał? Zadzwoń do niej i powiedz, że chcesz ze mną porozmawiać o was. Że postawisz sprawę jasno i zażądasz, żebym pozwolił jej odejść, bo przecież ona kocha tylko ciebie, prawda? No, to się zgodzi. Gwarantuję, że od razu się zgodzi. Teraz widzę, że to oczywiste… – Znów ostentacyjnie rozejrzał się wokół i odrobinę dłużej niż należało zatrzymał się wzrokiem na starych i wyblakłych zasłonach.
Cisza zdawała się trwać w nieskończoność. Rafał nawet nie wyciągnął ręki po telefon. Patrzyli na siebie i obaj doskonale wiedzieli, że jest już po wszystkim.
– Będę się zbierał. – Robert schował swój telefon, papierosy i zapalniczkę. Jednym haustem dopił zimną już kawę i odstawił filiżankę. Poprawił krawat, zapiął marynarkę. – Sprawę możemy uznać za zamkniętą?
Ponieważ nie usłyszał żadnej odpowiedzi, przytaknął sam sobie.
– Czyli sprawa zamknięta. Wolałbym, abyś to ty definitywnie zakończył ten wasz… hmm… romans…
Podszedł do drzwi i rzucił na odchodne:
– Magda to wspaniała, ale wymagająca kobieta. Wymagająca i roszczeniowa. Twoja bieda i tak by was zabiła.
Wyszedł i starannie zamknął za sobą drzwi. Minął część korytarza i dopiero za jakimś załomem oparł się o ścianę – musiał chwilę odpocząć. Był wykończony. Musiał tak postąpić, musiał skłamać, po prostu musiał! Ale teraz wszystko się zmieni, wszystko… On się zmieni! Przecież bez niej nie umiałby nawet oddychać…
Aldona Reich – autorka opowiadań i dwunastu powieści. Filolog języka polskiego, członkini Związku Literatów Polskich. Pracuje jako redaktor i korektor w oficynie wydawniczej Uniwersytetu Zielonogórskiego, współpracuje przy tworzeniu periodyku Zielonogórskiego Oddziału ZLP „Pasje Literackie”. Szuka inspiracji w codzienności, wśród otaczających ją ludzi, w literaturze i filmie. Stara się, aby każdą z jej powieści oprzeć na problemie społecznym i wokół niego budować fabułę.
Zamieszczony powyżej utwór jest fragmentem opowiadania Wspólnota, które właśnie ukazało się drukiem w antologii Piszę sam(a), w moim mieście. Więcej o tym opowiadaniu i o całym wydawnictwie – w dziale Recenzje, na s. 117–120 .
Podpisanie planu pokojowego Donalda Trumpa dla Strefy Gazy otwiera nowy rozdział nie tylko w relacjach izraelsko-palestyńskich, lecz także w układzie sił na całym Bliskim Wschodzie. Porozumienie, które formalnie oznacza zawieszenie broni, jest zarazem symptomem nowej architektury bezpieczeństwa oraz przeobrażenia regionalnych sojuszy, budowanych dziś wokół dwóch osi: USA–Izrael i Turcja–Katar. Potwierdza to erozję znaczenia tradycyjnych potęg arabskich oraz przynajmniej częściową marginalizację Iranu, którego nieobecność w procesie ma charakter tyleż widoczny, co niejednoznaczny. Nowy układ sił ujawnia, że o stabilności regionu coraz częściej decydują pragmatyzm, elastyczność i doraźna zbieżność interesów. Nadal jednak nie daje to jasnej odpowiedzi na pytanie o trwałość pokoju ani o przyszłość sprawy palestyńskiej.
Ostatecznie deklaracjom stało się zadość i plan pokojowy prezydenta Donalda Trumpa dla Strefy Gazy został podpisany, co jego inicjator skwitował we właściwym sobie stylu: „Trzeba było trzech tysięcy lat, by dotrzeć do tego punktu”[1] – a w domyśle: „to ja, Donald Trump, do tego punktu was doprowadziłem”. Można ubolewać, czyjej obecności w Szarm el-Szejk zabrakło, czyje nadzieje nadal pozostaną niespełnione, zastanawiać się, jakimi ambicjami inicjatywa ta jest napędzana. Można też pytać, jak długo przetrwa świeżo osiągnięty rozejm. Temu ostatniemu pytaniu, zwłaszcza, poświęca się najwięcej miejsca i czasu. W istocie to zagadnienia o znaczeniu fundamentalnym, ale też, niestety, o wielce nieuchwytnej, wręcz delfickiej naturze. Spójrzmy jednak na to co – choć majaczy tylko w tle – jest już dostrzegalne, a mianowicie na procesy, które do porozumienia doprowadziły, a także na nowy ład, który właśnie wyłania się na naszych oczach na Bliskim Wschodzie. To on określi perspektywy rozwoju całego regionu na kolejne lata.
Zawieszenie broni między Izraelem a Hamasem – bo trudno się łudzić, że jest to trwały pokój – zostało przyjęte z ulgą zapewne przez niemal wszystkich. Oznacza kres przemocy i rzezi mieszkańców Strefy Gazy oraz koszmaru rodzin i bliskich zakładników. To właśnie stanowi – jakkolwiek można się zrzymać na osobowość autora planu i kruchość przyjętych rozwiązań – o sukcesie Donalda Trumpa. Symptomatyczne są tu dwie kwestie: po pierwsze, rozejm ma charakter transakcyjny, narzucony przez styl uprawiania polityki przez amerykańskiego przywódcę; po drugie, jest on symptomem głębszych zmian w układzie sił na całym Bliskim Wschodzie.
Istotę zmian odzwierciedla skład uczestników i pośredników w negocjacjach: Egipt, Turcja, Izrael, Katar, USA oraz Hamas. Obecność Ankary i Dohy u boku Waszyngtonu i Tel Awiwu wskazuje na nową konfigurację sił, w której dotychczasowe powiązania tracą znaczenie na rzecz elastycznych i pragmatycznych aktorów. W praktyce nowy ład polityczny będzie najpewniej opierał się na dwóch osiach – sojuszu USA–Izrael oraz tandemie Turcja–Katar. Na tym tle szczególnie wyraźnie widać osłabienie dawnych potęg arabskich. Z trójki dominujących niegdyś w regionie państw – Egiptu, Syrii i Iraku – jedynie Egipt zachowuje pewne znaczenie, głównie z racji kontroli granicy z Gazą i roli w zarządzaniu przejściem w Rafah przy przepływie pomocy humanitarnej. Jest to de facto funkcja bardziej technicznego pośrednika, choć nadal ważnego to jednak wykonawcy cudzych decyzji, a nie autonomicznego uczestnika gry.
Katar, choć niewielki terytorialnie i ludnościowo, a gospodarczo plasujący się w połowie rankingu członków GCC – z czterokrotnie mniejszym PKB od Arabii Saudyjskiej – zdołał w stosunkowo krótkim czasie umocnić swoją pozycję dzięki niezwykle realistycznie prowadzonej polityce zagranicznej i skutecznej dyplomacji, która potrafiła zapewnić dobre relacje zarówno z USA, jak i z Izraelem, ale też z Iranem i radykałami z Hamasu. Na naszych oczach miejsce ideowych wzorców panarabizmu, idei zjednoczeniowych i pomysłów na arabską wersję socjalizmu, jakie wcześniej promowała wspomniana silna trójka, zajmuje zatokowa przemyślność w biznesie, sprawne zarządzanie ogromnymi pieniędzmi i technologiczna modernizacja.
Turcja, kraj na drugim krańcu tej osi, od kilku lat prowadzi konsekwentną politykę wzmacniania swojej pozycji na Bliskim Wschodzie. W Syrii krok po kroku utrwala swoją strefę wpływów, skutecznie przy tym rozgrywając złożony problem kurdyjski. W odniesieniu do konfliktu izraelsko-palestyńskiego Ankara prezentuje otwarty sprzeciw wobec działań Tel Awiwu, budując w ten sposób polityczny kapitał w świecie arabskim i muzułmańskim. W relacjach z NATO i USA Turcja podkreśla własną autonomię strategiczną, czego symbolem są zakupy uzbrojenia spoza sojuszu, stając się dla Zachodu partnerem trudnym, ale niezbędnym. Towarzyszy temu dynamiczny wzrost nakładów na armię, która ma być nie tylko narzędziem obrony, lecz także projekcji siły niezależnego gracza w regionie. Połączenie tureckiego potencjału militarnego i politycznego z kapitałem dyplomatycznym oraz siłą finansową Kataru stanowi o nowej jakości tego układu, co dla Izraela staje się nawet powodem do niepokoju.[2] Oba państwa odgrywają rolę aktywnych mediatorów i uczestników regionalnej dyplomacji, co przesuwa centrum ciężkości w stronę elastycznych sojuszy finansowo-politycznych zamiast tradycyjnych bloków państwowych.
Druga oś w regionalnym rozkładzie sił – USA–Izrael – jest od lat niezmiennie oczywista, niemniej warto odnotować nowe niuanse. Ostatnie miesiące sprzyjały rozważaniom nie tylko o rosnącej symbiozie obu krajów, ale i spekulacjom, kto w tandemie Trump–Netanjahu ma więcej do powiedzenia i kto z kim musi (lub nie musi) się liczyć. Sprzyjało temu bezkrytyczne wsparcie Waszyngtonu dla działań Izraela, którego kulminacją było przyłączenie się lotnictwa USA do izraelskiego uderzenia na irańskie instalacje nuklearne w czerwcu 2025 roku. A stało się to – warto przypomnieć – w trakcie kolejnej rundy negocjacji nuklearnych z Iranem, których Waszyngton był stroną. Izraelski atak na liderów Hamasu przebywających w Dosze wywołał szok nie tylko w Katarze, bliskim sojuszniku USA; po raz kolejny sprowokował też domysły na temat istoty i charakteru relacji izraelsko-amerykańskich.
Kolejne wydarzenia pokazały jednak, że głównym rozgrywającym w tym duecie jest Donald Trump. To właśnie pod jego naciskiem i w jego obecności premier Netanjahu przeprosił w rozmowie telefonicznej emira Kataru za izraelski nalot i zapewnił, że nic podobnego się w przyszłości nie wydarzy. Co więcej, pośród meandrów izraelskiej polityki wewnętrznej – a przypomnijmy, że Netanjahu cieszy się poparciem netto ledwie jednocyfrowym – to Donald Trump dysponuje większym kapitałem zaufania politycznego w samym Izraelu niż jego premier. Bezprecedensowo pokazały to telawiwska ulica podczas przemówienia wysłannika prezydenta Trumpa, Steve’a Witkoffa, reagując okrzykami sympatii i oklaskami na wzmiankę o amerykańskim prezydencie oraz buczeniem, gdy wymieniono nazwisko izraelskiego szefa rządu. Donald Trump potrafił tę przewagę wykorzystać, by przekonać Benjamina Netanjahu do akceptacji rozejmu z Hamasem. Nie zawahał się przy tym wywrzeć presji i uciec się do manipulacji, przedstawiając ogólnikową zgodę Hamasu jako pełną akceptację. Tym samym zalegitymizował Hamas jako stronę negocjacji. Postawiło to Netanjahu w sytuacji, z której nie mógł się wycofać bez utraty twarzy, również za sprawą zdesperowanych rodzin izraelskich zakładników.
Nie znaczy to jednak, że Izrael coś traci w wyniku amerykańskich nacisków – wręcz przeciwnie. W ciągu kilku miesięcy Izrael zyskał bezprzykładną przewagę polityczną i militarną nad wszystkimi państwami i graczami w regionie. Żadne istotne rozwiązanie na Bliskim Wschodzie nie może zostać wprowadzone bez jego zgody. Stało się tak za sprawą znaczących sukcesów w zwalczaniu zewnętrznych wrogów i działań zbrojnych w Gazie, Libanie i Syrii, a także uderzenia na Iran. Za tym stoi również wsparcie USA, obejmujące wymianę danych wywiadowczych, koordynację działań oraz dostawy broni, w tym systemów obrony przeciwrakietowej THAAD. Nawet porażka w ataku na cele w katarskiej stolicy – ewidentna militarnie i wizerunkowo – osobliwie wzmocniła pozycję Tel Awiwu. Wysiłki Kataru i Arabii Saudyjskiej, próbujących w pośpiechu dostosować swoje strategie do przejawów izraelskiej siły, potwierdzają ten stan rzeczy. Zwołany z katarskiej inicjatywy szczyt państw arabskich i muzułmańskich miał doprowadzić do znalezienia antidotum na bezkarność (czyli faktyczną hegemonię) Izraela po wstrząsie, jakim był atak na cele w Dosze. Tak się jednak nie stało, a katarskie władze zdecydowały się, nolens volens, ponowić zabiegi o gwarancje bezpieczeństwa w Waszyngtonie. Rijad ze swej strony ogłosił zawarcie paktu obronnego z Pakistanem – państwem dysponującym bronią jądrową – który natychmiast zapowiedział, że żadna z opcji obrony nowego sojusznika nie może być wykluczona.
Obie wyżej opisane osie krzyżują się obecnie w Gazie a Hamas – piąty uczestnik negocjacji – symbolicznie znalazł się dokładnie w miejscu ich przecięcia. W istocie cały proces negocjacyjny dotyczy kwestii palestyńskiej wyłącznie poprzez Hamas – jedynego aktora pozapaństwowego w tej konfiguracji – co generalnie oznacza, że interesy państw kotwiczących bieguny obu osi ogniskują na problemie, jakim jest hamasowski ekstremizm, a już niekoniecznie na losach palestyńskiej państwowości.
W nowej konfiguracji sił nie widać też Iranu, który od czasów rewolucji uchodzi w oczach Izraela i USA za głównego adwersarza, a przez arabskie państwa Zatoki postrzegany jest co najmniej jako kontestator politycznego porządku w regionie, a okresowo – jako źródło zagrożeń dla tegoż porządku. Jest to jednak nieobecność połowiczna czy wręcz pozorna. Trudno sobie wyobrazić, by irańska obecność była pożądana lub akceptowalna przez niektórych uczestników rozmów, ale równie trudno przypuszczać, by Irańczycy zabiegali o uczestnictwo w negocjacjach, wiedząc, z kim musieliby wymieniać uściski dłoni. Iran nie znika jednak z tej układanki – będzie działał, równolegle, gdy uzna to za konieczne, na własnych warunkach, broniąc swoich interesów, w tym bezpieczeństwa, tak jak sam je definiuje.
Czerwcowe bombardowania osłabiły Iran wobec izraelsko-amerykańskiej osi, ale przy tym, z drugiej strony, skonsolidowały społeczeństwo irańskie pod hasłami patriotycznymi, mimo narastających problemów wewnętrznych, w szczególności gospodarczych. Wzbudziły ponadto poczucie międzynarodowej solidarności – nie tylko regionalnej, choć ta była najbardziej widoczna. Arabskie monarchie Zatoki, tradycyjnie co najmniej krytyczne wobec Iranu, jednoznacznie potępiły izraelskie i amerykańskie ataki. Stabilność regionu, obawa przed eskalacją konfliktu i konsternacja wywołana jawnym naruszeniem prawa międzynarodowego okazały się ważniejsze niż dotychczasowe animozje. Atak w Dosze tylko pogłębił te odczucia. Niezgoda na poczynania Izraela i USA na Bliskim Wschodzie przestaje zatem być wyłącznie domeną irańskiej polityki zagranicznej, co pośrednio oznacza wzmocnienie narracji Teheranu, a przynajmniej większą dla niej przychylność – nie tylko w najbliższym sąsiedztwie.
Spójrzmy teraz na perspektywy, jakie omówione przemodelowanie sił tworzy tu i teraz. Mimo izraelskiej dominacji militarne zwycięstwa Izraela nie rozstrzygnęły głównych problemów politycznych. Kwestia palestyńska pozostaje nierozwiązana, Hamas również nie znikł i zapewne nie zniknie, a Iran – choć osłabiony – nie zrezygnuje z prawa głosu i wpływów w regionie. Brak precyzyjnego planu demilitaryzacji Gazy stwarza ryzyko wznowienia konfliktu. Hegemonia Izraela jest dziś bezsporna, lecz opiera się wyłącznie na sile militarnej, a taki stan nie musi trwać wiecznie. Przełożenie tej przewagi na trwały wymiar strategiczny wymaga politycznego zaplecza i regionalnego konsensusu.
Pomimo przemocy i radykalizmu, jedynym długofalowo realistycznym rozwiązaniem pozostaje wciąż koncepcja dwóch państw – być może jeszcze trudniejsza do zrealizowania dzisiaj niż dwie czy trzy dekady temu. Okno możliwości dla powstania państwa palestyńskiego jest obecnie otwarte, ale pod warunkiem zmiany polityki w samym Izraelu oraz – niemal na pewno – większego nacisku państw arabskich oraz zachodnich. Brak precyzyjnych zasad demilitaryzacji Gazy oraz dyskusyjna dla Izraela kwestia zwolnienia więźniów palestyńskich to największe rafy na drodze ku czemuś większemu niż tylko zawieszenie broni. Pomysł wprowadzenia do Gazy arabskich sił stabilizacyjnych, pozornie doskonały, może prowadzić do napięć z IDF i powrotu do działań zbrojnych – w zwielokrotnionej odsłonie.
Owszem, transakcyjne podejście prezydenta Trumpa doprowadziło do zawarcia rozejmu, jednak trwały pokój wymaga wizji wykraczającej poza doraźne kalkulacje. Plan, mimo technicznych ułomności, zadziałał zaskakująco dobrze, ale nadal pozostaje moralnie i politycznie kontrowersyjny. Izrael niezmiennie dąży do maksymalnego podporządkowania Palestyńczyków, a rozdygotane wojną społeczeństwo izraelskie popiera ekspansję i politykę kolonizacji na Zachodnim Brzegu. Sukces polityczny, by zaistniał trwale, wymaga nie tylko autorytetu i presji, lecz również moralnego porządku, odbudowy zaufania i współpracy z sąsiadami.
© Juliusz Gojło dla Res Humana
[1] https://www.bbc.com/news/articles/c709jxxrrvlo
[2] https://www.israelhayom.com/2025/07/17/turkey-qatar-alliance-seen-as-growing-threat-to-israel
oraz
Spośród licznych wzmożeń, jakimi żyje się na Wiejskiej i w okolicach, to jakoś przeszło szybko i zostało zamknięte w jednym piątkowym dniu; może dlatego, że okazało się solidnie wypracowanym historycznym kompromisem? Na marginesie – jak objaśniła mnie pewna posłanka z Polski 2050 – „najlepszy kompromis” jest zawierany wyłącznie wtedy, kiedy przyjmuje się jej słuszne argumenty, rezygnując ze swoich, czyli z gruntu niesłusznych. Jest to tzw. wykładnia aktywistyczna; aktywista jak wiadomo wie lepiej i z definicji nie uznaje innych racji, a tym bardziej nie poszukuje ich pośrodku. Czym więc jest w takim razie uzgodnienie w ramach koalicji związków partnerskich, skoro nawet tak oczywistą sprawę jak ucieranie i zawieranie kompromisu, można zinterpretować zupełnie na opak i chlipać z rozpaczy i złości w obliczu jego zawarcia? Otóż szybko pojawiły się interpretacje, że jest bardziej zdradą, hańbą i „zaprzeczeniem oczywistej oczywistości”- żeby przytoczyć tylko najsłabsze z usłyszanych.
Przyglądając się konferencji prasowej liderów Lewicy i PSL w tej sprawie, można było odnieść wrażenie, że górę wziął zdrowy i mądry pragmatyzm, wyrażony chęcią załatwienia istotnych spraw, które nurtują sporą część ludzi. Zgoda, dla jednych zapewne będzie to niepowetowana strata zajmowanych dotąd pozycji ideowych, wręcz zdrada nie do wybaczenia, ale dla innych podejście jedynie możliwe – bez dodatkowych emocji czy ideologicznych uzasadnień. Trzeba bowiem sporej odwagi, aby firmować projekt, który z elektoracie PSL nie miał i zapewne nie ma wielkich szans. A jednak tak się stało, nie bez udziału tej części ludowców, której bliżej raczej do tradycji wolnościowego Wyzwolenia aniżeli konserwatywnego Piasta, czy choćby do światłej postawy prof. Mikołaja Kozakiewicza, który w przełomowych latach 80-tych i 90-tych ub. wieku firmował politykę otwartości na grupy mniejszościowe i zrozumienia dla potrzeb ludzi w sferze relacji i uczuć. Po stronie PSL byłoby to więc odwołanie do pewnej pięknej tradycji, może niezbyt przez prezesa Władysława Kosiniaka- Kamysza silnie wyrażonego, ale jednak obecnej i ważnej. I naprawdę znakomicie się stało, że współczesną tego dorobku wyrazicielką stała się pos. Urszula Pasławska, która jak już za coś się weźmie, to dokończy. Gdyby w polityce polskiej więcej takich osób!
Mamy więc nowy projekt rządowy (który musi jeszcze przejść całą drogę legislacyjną) w sprawie statusu osoby najbliższej i umowie o wspólnym pożyciu, umożliwiający osobom pozostającym w związku zawieranie umowy przed notariuszem. Nie jest to neomałżeństwo ani nawet alternatywa dla małżeństwa – choć niemiłe pomruki z Krakowskiego Przedmieścia ostrzegły, że prezydent Nawrocki będzie bronić rodziny, tak jak ją opisuje Konstytucja. Nie wiem, czy jest to akurat złe i zaraz godne potępienia: przynajmniej wiadomo, na czym zasadza się uczestnictwo prezydenta Nawrockiego w tym całym procesie. Ciekawe, jaką przybierze ono formę, skoro liderzy w piątek sugerowali, że ludzie prezydenta wezmą udział w dalszym kształtowaniu tego projektu. Zapewne będzie to najbardziej widoczne przy Wiejskiej, ale nie jest wykluczone, że już wcześniej.
Projekt ustawy reguluje kwestie stosunków majątkowych, wzajemnej opieki i prawa do mieszkania, możliwości wzajemnych alimentów i dostępu do informacji medycznej a przede wszystkim nie zastępuje ani tym bardziej nie likwiduje instytucji małżeństwa. Samo zawarcie umowy notarialnej nie będzie miało wpływu na zmianę stanu cywilnego, choć jeden z prawicowych posłów zapytał mnie tu po konferencji, czy formalnie będąc małżonkiem, można będzie zawrzeć umowę notarialną z drugą osobą, np. tej samej płci? Myślę, że zagadnienie „umożliwienia i zalegalizowania bigamii”, będzie z tej strony sceny politycznej argumentem podgrzewanym na różne sposoby, choć nowy (i wcześniejszy) projekt to wyklucza. Bo mamy także projekt wiszący od wielu miesięcy na stronach rządowego procesu legislacyjnego autorstwa minister Kotuli, ale nie został on poddany głosowaniu na posiedzeniu rządu, oraz parę poselskich. I z tym wianem przyjdzie się mierzyć koalicji i nowemu marszałkowi Sejmu, wybranemu po dymisji marszałka Hołowni.
Jeśli będzie to Włodzimierz Czarzasty, to być może zechce uczynić z tej ustawy (i sprawy) sztandar swojego marszałkowania, co dla lidera Lewicy jest wielką pokusą, a dla koalicji testem na spoistość. Rzecz idzie o to, żeby po drodze nie rozsypać zawartego kompromisu, choć wielką ochotę mają na to PiS i Konfederacja, co zupełnie zrozumiałe, ale także dyżurni szaleńcy z lewej, a nawet liberalnej strony. Obawiam się, że to oni mogą zacząć nadawać ton debacie, atakując z mozołem uzgodniony projekt, który na dziś jest jedyny możliwy, ale dla nich nie do przyjęcia. Zupełnie w myśl przytoczonej tu tzw. aktywistycznej teorii kompromisu, z założenia niezakładającej uznania innych racji. A przecież na końcu jest prezydent Nawrocki, któremu ręka nie powinna przy tej ustawie zadrżeć. I to naprawdę jest koronkowa praca, której wykonania będzie musiał podjąć się marszałek Czarzasty. Moją radą dla niego byłoby oddanie projektu najpierw w ręce najlepszych specjalistów prawa konstytucyjnego, z różnych opcji, aby legalizmowi stało się zadość. I tonowanie nastrojów wojowniczych, gdziekolwiek by się one pojawiały, a już przecież mieliśmy tego odsłonę, bo nieledwie pół godziny po zakończeniu konferencji prasowej straszliwie cięty na PSL pos. Janusz Kowalski z PiS, w debacie plenarnej o… akcyzie, zarzucił ludowcom brak troski o rolników i nadmierne zainteresowanie związkami partnerskimi.
Zdzisław Słowik (1932-2025) był dla polskiego ruchu laickiego postacią o ogromnym znaczeniu i wielkich zasługach. Nad wyraz skromny, nigdy nie wysuwał swojej osoby na pierwsze miejsce, ale też nigdy nie usuwał się na bok, gdy trzeba było podejmować trudne zadania. Od wczesnej młodości był człowiekiem lewicy i tej obranej przed laty drogi nigdy nie porzucił. Wierność przekonaniom przy oczywistym braku wszelkiego fanatyzmu czyniły Jego rodzaj ideowego zaangażowania szczególnie cennym i godnym podkreślenia. Był z wykształcenia socjologiem, a z zawodu redaktorem. Redaktorem był nadzwyczajnym: starannym i kompetentnym, potrafiącym nadawać przygotowywanym tekstom nie tylko świetną formę, ale także klarowną myśl przewodnią. Moja z Nim znajomość zaczęła się przed kilkudziesięciu laty właśnie jako z redaktorem, którego cenną pomoc bardzo sobie ceniłem. Gdy na początku lat osiemdziesiątych stał się moim współpracownikiem w instytucie badawczym PZPR, zawiązała się między nami więź trwałej przyjaźni.
Po zmianie ustroju Zdzisław znalazł dla siebie pole społecznej aktywności. Nadał autentycznie społeczny charakter Towarzystwu Kultury Świeckiej, założył pismo „Res Humana” i był jego redaktorem naczelnym przez ponad trzydzieści lat, służył bezcenną pomocą kolejnym prezesom. Wspominam ten okres mojej z Nim współpracy z ogromną wdzięcznością i uznaniem dla Jego wkładu w to, jak ukształtował się polski ruch laicki – wolny od sekciarstwa, a zarazem konsekwentny w dążeniu do tego, by szerzyć wartości kultury świeckiej i walczyć o to, by demokratyczne państwo pozostawało neutralne w sprawach wiary i światopoglądu.
Ludzie odchodzą, a pozostaje pamięć o tym, jaki użytek zrobili ze swego życia. Pamiętać będziemy Zdzisława Słowika z uczuciem szacunku i wdzięczności za wszystko, czym nas obdarzył.
Cześć Jego pamięci.
Wspomnienie ukaże się również w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Gdyby nie XIX Konkurs Chopinowski, trudno byłoby dziś w Warszawie znaleźć jakiś optymistyczny punkt odniesienia, a na pewno nie na Wiejskiej. Im bardziej rozgrywa się fortepianowy wyścig w Filharmonii Narodowej, tym więcej krąży hiobowych wieści z Izby.
Marszałek Hołownia poczuł się światowcem i zapragnął przenieść do Genewy – by stamtąd wspomagać uchodźców i na dobre osierocić dzieło swojego życia pn. Polska 2050. Ogłoszono nawet konkurs na spadkobiercę tej masy upadłościowej i wyścig trwa. Na złość temu to zupełnie inny Konkurs skupia uwagę świata – mimo iż dojazd czy nawet dojście piechotą do Filharmonii zostały nieco zablokowane jakże niezbędnymi Warszawie tej jesieni robotami drogowymi. Mówi się półgębkiem, że na gwałt zleconymi przez prezydenta Trzaskowskiego jako zemsta za czerwcową przegraną, na którą przecież nie zasługiwał, jako poliglota, przystojniak i warszawski inteligent w kolejnym pokoleniu.
Sytuację mamy więc zapętloną i tylko Chińczycy trzymają się mocno: wystarczy otworzyć telewizor na TVP Kultura i przekonać się na własne oczy. Już nawet inne kraje, z pozoru europejskie, wystawiły de facto reprezentację chińską i wychodzi na to, że nasz Chopin po prostu podbił Państwo Środka od środka, kadrowo i muzycznie. Z czego należy być dumnym i na każdym kroku podkreślać: eksport muzyki i osoby Chopina się znakomicie powiódł, może dlatego że nie było specjalnych zabiegów? Ponoć nad Jangcy mają już 40 mln czynnych pianistów, to jest ciut więcej niż liczebność całego naszego wielkiego narodu rozwałkowanego po całym świecie, z prezydentem Nawrockim, marszałkiem Hołownią i prezydentem Trzaskowskim na czele.
Tylko trochę głupio, że stolica Polski wita świat muzyczny rozkopanymi ulicami i bałaganem torowiskowym, z którego wyłania się zawężona do granic możliwości Marszałkowska. Roboty drogowe w kwadracie FN i okolicach zostały zresztą chwilowo wstrzymane – żeby nie przeszkadzać Konkursowi hałasem – co z prawdziwym triumfem ogłosił jeden z ważnych urzędników ratusza (zatykając tym samym stolicę na amen). Czyli tradycyjnie udało nam się choć częściowo załatwić problem, który sami stworzyliśmy. Dlatego może TVP Kultura jest jedyną opcją, generalnie nie zbliżajmy się pochopnie do Filharmonii, żeby nie wpaść w wykopki albo nie stanąć w wiecznym korku na skrzyżowaniu Marszałkowskiej ze Świętokrzyską.
Jest jeszcze drugi konkurs, nieco tylko pod względem ego skromniejszy, kto weźmie po Szymonie Hołowni masę spadkową, nadal szumnie nazywającą się Polska 2050. Rozpytując tu i owdzie o szanse marszałka na Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych dowiedziałem się, że są raczej znikome, nie tylko ze względu na zły moment, aby się zgłosić. Także deficyty samej kandydatury nie są bez znaczenia, choć MSZ obiecało, że lojalnie i do końca będzie wspierał marszałka w jego staraniach, a sam zainteresowany rozmawia o sobie, gdzie i z kim tylko może. Cóż, jak to ministerialne wspieranie ma wyglądać, nie wyjaśniono, ale wzmogły się w kręgach partyjnych Polski 2050 spekulacje, że jakby Konkurs Chopinowski wygrał Chińczyk, to pewno marszałek mógłby liczyć stamtąd na poparcie swej kandydatury. Aż tak jak niektórzy posłowie na polityce międzynarodowej się nie wyznaję, ale na zdrowy chłopski rozum bardzo wątpię, aby wycieńczone przesłuchaniami dostojne jury Konkursu przewidywało to w swoich muzycznych werdyktach… Tym bardziej, że ostatnio faworytami stało się dwoje Japończyków, a kto wie co jeszcze przyniosą przesłuchania?
Realistycznie rzecz ujmując, marszałek zadokuje raczej na Wiejskiej lub w okolicach, pytanie: solo czy zespołowo? No bo jednak trudno dziś wyobrazić sobie marszałka jako zupełnie szeregowego posła, podległego decyzjom np. posła Petru, obecnego faworyta w wyborach na przewodniczącego. A może Polski 2050 już nie będzie, co samo w sobie byłoby signum temporis… Może ludzie tego ugrupowania rozejdą się do różnych innych miejsc, gwarantujących jako taką stabilność, oczywiście prócz koalicji, której Polska 2050 jest niezbędnym składnikiem? Innymi słowy być obecnie w skórze posła Polski 2050 nie jest łatwo, skoro sam ojciec ugrupowania się go wypiera, a członkowie rodziny rozglądają się pilnie na boki i marzą o jakimś spokojnym schronie do końca kadencji. Bo i sam pos. Petru nie jest tym typem lidera, który w przeszłości podnosił poprzeczkę, a czasami niestety wręcz odwrotnie.
Jego przeciwieństwem jest minister Pełczyńska-Nałęcz, na samo imię której skóra wręcz cierpnie. Nie wiedzieć czemu nielubiana, choć jadąc z nią w jednej windzie w Sejmie nie odczułem nadmiernej pychy ani złych fluidów. Minister miło się uśmiechała i nawet zapytała „które piętro”- co dobrze, mimo czarnego PR, o niej świadczy. Mimo to powszechnie uważana za heterę i w dodatku złośliwą przeciwniczkę premiera, chociaż nie dla ogłady i powodzenia idzie się do polityki, ale by coś konkretnego zdziałać. Tu nadal jest nadzieja na nową jakość, niechże będąc wicepremierem to, nawet na złość Tuskowi, pokaże i przy okazji uratuje koalicję.
Co na innym zupełnie szczeblu udało się pos. Petru, przewodniczącemu sejmowej komisji deregulacyjnej, która pcha swój legislacyjny wózek do przodu, choć nie bez zadyszki. Jeśli przyszłe szefowanie upadłemu ugrupowaniu miałoby coś w tej mierze zmienić, to byłaby to zmiana na gorsze, bo co by o Petru nie mówić, to do deregulacji jest przekonany i pracuje w pocie czoła. No bo gdyby Polskę 2050 definitywnie złożyć do grobu, to naprawdę szkody by było paru postaci i mam tu na myśli np. wiceministra cyfryzacji Michała Gramatykę, którego determinacja pcha wielu ustaw telekomunikacyjnych do przodu, w nieustannym dialogu z rynkiem. Co może stanowić wzór metra z Sèvres porządnych prac nad projektami (prekonsultacje!), mimo że niektórym przysparza to kilometrowej brody- w postaci niekończących się konsultacji społecznych, opiniowania i stanowisk. No cóż, materia jaka przypadła Gramatyce łatwa nie jest, ale źle byłoby stracić takiego urzędnika tylko dlatego, że Polskę 2050 zrzucił z koalicyjnego kursu jej lider.
Donald Trump po raz kolejny staje w centrum bliskowschodniej sceny politycznej, tym razem jako autor planu pokojowego dla Gazy. Zwolennicy amerykańskiego prezydenta natychmiast okrzyknęli dokument mianem „śmiałego”, choć dla tych, którzy poniosą jego największe konsekwencje – czyli dla mieszkańców Gazy – śmiałość prezydenta USA nie budzi pozytywnych konotacji. Ale oni akurat mają tu, niestety, najmniej do powiedzenia. Co ciekawe jednak, plan ten nie wzbudził entuzjazmu Benjamina Netanjahu, który – choć go przyjął – zrobił to nie bez pewnych oporów, o czym jeszcze będzie wspomniane. Natomiast z perspektywy Hamasu pomysł ten to czysta groźba pod płaszczykiem kompromisu. Natomiast dla obserwatorów z zewnątrz plan ten rodzi fundamentalne pytanie: czy jest to krok ku pokojowi, czy kolejna odsłona chimerycznej natury amerykańskiego przywódcy i nowa forma narzucenia woli najsilniejszego gracza w zasadzie wszystkim zaangażowanym?
U podstaw koncepcji Trumpa leży ultimatum: jeśli Hamas złoży broń i – co chyba istotniejsze – zrezygnuje z ambicji politycznych, czyli władzy, otrzyma możliwość opuszczenia Gazy oraz jakąś formę amnestii. Jeśli natomiast odmówi – jak jasno podkreśla Trump – Izrael może liczyć na pełne wsparcie USA, aby „dokończyć robotę”. Nie są to zatem negocjacje, lecz dyktat, w którym Hamas ma do wyboru albo kapitulację, albo unicestwienie, przy czym – z perspektywy liderów tego ugrupowania – pierwsze nie wyklucza drugiego. W kontekście „kwestii palestyńskiej” (jakkolwiek by ją definiować) takie „porozumienie” całkowicie pomija istnienie Autonomii Palestyńskiej, utrwalając podział między Zachodnim Brzegiem a Gazą. Dla Netanjahu jest to rozwiązanie wygodne właśnie dlatego, że zabójcze dla idei palestyńskiej jedności, a jeśli budzi w nim jakiś opór, to raczej dotyczy to skali ultymatywności niż meritum sprawy.
Nie można jednak zredukować tego planu wyłącznie do cynicznej gry politycznej. Jakkolwiek inspirowany osobistymi ambicjami Trumpa – marzeniem o Nagrodzie Nobla i zapisaniu się w historii jako „Donald Trump the Peacemaker” – oraz politycznym osłabieniem Netanjahu, naciskanego przez USA (czego spektakularnym wyrazem były przeprosiny za atak w Katarze), ma on także wymiar realny. Jeżeli doprowadzi do natychmiastowego zawieszenia broni, uwolnienia zakładników, wymiany więźniów i otwarcia korytarzy humanitarnych, nawet najbardziej sceptyczni komentatorzy muszą przyznać, że dla mieszkańców Gazy oznaczałoby to chwilę wytchnienia. Dostęp do żywności, leków, wody i energii elektrycznej można uznać za istotniejszy niż motywacje polityczne architektów układu.
Kluczowym warunkiem planu jest całkowita demilitaryzacja Hamasu. Uderza to jednak w samą istotę ruchu, budowaną na idei oporu i męczeństwa, ze śmiercią włącznie. Oczekiwanie, że bojownicy złożą broń – główny atrybut tej tożsamości – wydaje się raczej pobożnym życzeniem niż realnym scenariuszem. Podziemne struktury są właśnie dlatego podziemne, że mają przetrwać najgorsze i następnie znów wyrosnąć w kolejnych odnogach, niechby na ruinach Gazy i samego Hamasu. Tym samym ryzyko wznowienia przemocy i przelewu krwi jest ogromne.
Projekt zakłada utworzenie międzynarodowej administracji – „Rady Pokoju” kierowanej osobiście przez Trumpa – która miałaby zarządzać pomocą, odbudową i codziennym funkcjonowaniem Gazy. Inspiracje sięgają planów Tony’ego Blaira oraz doświadczeń Jareda Kushnera w promowaniu tzw. Porozumień Abrahamowych. Tyle że Palestyńczycy raz jeszcze zostają sprowadzeni do roli „psa w żłobie”, który „do żłobu prawa nie ma, nawet jeśli leżał w nim bardzo długo” – jak swego czasu stwierdził Winston Churchill. [1] Autonomia Palestyńska pełniłaby rolę marginalną, a lokalni technokraci – często skompromitowani – funkcję podwykonawców. Trudno tu mówić o realnej suwerenności; w praktyce byłaby to kolejna forma zewnętrznej kurateli, nie krok ku samostanowieniu.
Wątpliwości mnożą się dalej. Plan nie przewiduje wycofania izraelskich sił z Gazy ani zakończenia kontroli przestrzeni powietrznej i morskiej. Brakuje odniesień do portu, lotniska czy bezpiecznego korytarza transportowego. A już zupełnie nie ma mowy o perspektywie państwowości, prawie do samostanowienia ani o mechanizmach odpowiedzialności za łamanie praw człowieka. Innymi słowy izraelska obecność – czy wprost: okupacja – trwałaby nadal, tyle że w nowej, zinstytucjonalizowanej formie. Problem nie zostaje więc rozwiązany, lecz zamrożony, jeśli nie wręcz zabetonowany.
Alternatyw brak, dlatego mimo wszystko spróbujmy wysilić się na odrobinę optymizmu. Rola społeczności międzynarodowej pozostaje kluczowa. To od państw arabskich – przede wszystkim Kataru, Egiptu, Jordanii ale też Arabii Saudyjskiej – zależy skuteczność mechanizmów nadzoru i odbudowy oraz – last but not least – gwarancji bezpieczeństwa dla Gazańczyków, a z tym może być najtrudniej. Albowiem jak tu stać się gwarantem ochrony cywilów a jeszcze demilitaryzacji zdesperowanych i zaprawionych w bojach hamasowców bez bezpośredniej obecności, być może nawet militarnej, na miejscu? To one zdecydują, czy plan będzie kolejną próbą „zarządzania konfliktem”, czy realnym krokiem ku zmianie. A przy tym nadal to Izrael pozostaje wielkim zwrotnicowym i w praktyce może blokować przechodzenie do kolejnych etapów planu.
Plan Trumpa dla Gazy to konstrukcja pełna sprzeczności. Łączy teatralne ambicje polityczne z szansą na chwilową choćby ulgę dla udręczonej ludności. Może zatrzymać głód i bombardowania. Nie odpowiada jednak na fundamentalne pytania o prawa, sprawiedliwość i państwowość Palestyńczyków. Jest zatem najprawdopodobniej pauzą w tragedii – choć nawet tego mieszkańcy Gazy jednak desperacko potrzebują. Jeśli nie zostanie przekształcony w skuteczne rozwiązanie polityczne, stanie się kolejnym aktem trwającego od dekad dramatu.
1] https://winstonchurchill.hillsdale.edu/race-racism/
Tytułowe pytanie chcę postawić tak, by było ono zachętą do ewentualnej odpowiedzi na nie, formułowanej z wnętrza kultury intelektualnej wytworzonej przez nauki humanistyczne. Sam jednak przyjmuję perspektywę znacznie węższą i w pewnym sensie marginalną wewnątrz tej kultury. To perspektywa filozofii, o której każdy dojrzały humanista może sądzić, że jest albo anachroniczna, albo nazbyt ogólnikowa, albo niekonkluzywna, albo jeszcze po prostu nienaukowa. Tak lokując swoje myślenie o humanistyce w XXI wieku, muszę już na wstępie przyznać, że moje sugestie w tym zakresie są z konieczności z jednej strony kontrnaukowe, a z drugiej pasożytują na dorobku nauk humanistycznych. Rozumiem przez to sytuację, która notorycznie określa pozycję filozofii względem nauk: że mianowicie wykracza ona poza ich granice, a z drugiej strony uznaje ich fakt za wyzwanie dla własnej tradycji, własnych problematyzacji, nie licząc się przy tym z tym, co pierwszorzędnie interesuje badacza-humanistę. Sposobów tego wykraczania jest wiele, o czym przekonuje historia filozofii wieku XX. Zadając tytułowe pytanie, chciałbym zatem spekulatywnie wykroczyć poza pierwsze dwudziestolecie wieku XXI, opierając się na doświadczeniach z nim związanych, ale za pomocą środków dobrze ugruntowanych w wieku XX. A w związku z tym ze świadomością ograniczeń narzucanych przez te środki myśleniu nakierowanemu na przyszłość.
Nauki humanistyczne
Wbrew temu, czego można by się spodziewać, a więc wbrew monumentalnej wręcz tradycji zainteresowania kultury Zachodu sprawami ludzkimi, idea nauk humanistycznych zdaje się być wynikiem motywów, potrzeb i praktyk, których nie musimy szukać w czasach zbyt odległych, dziś nam już zupełnie obcych, zamkniętych w historycznym wyobcowaniu swej specyfiki. Choć więc łatwo przyznajemy, że kultura samopoznania jest swoistym i bardzo już wiekowym tworem wewnątrz tradycji Zachodu, to zarazem z pewnym zdziwieniem konstatujemy późne pojawienie się faktu nauk humanistycznych. Rzeczywiście, choć podłoże, na którym wyrosły, kształtowało się bardzo długo, bo już od czasów starożytnych, to powstały one w specyficznej, nowożytnej i nowoczesnej konfiguracji kulturowej.
Przede wszystkim zatem nauki humanistyczne trzeba pojmować jako produkt stosunkowo niedawnych przemian wewnątrz zachodniej kultury samopoznania, zmian będących wyrazem nowożytnych, a zwłaszcza nowoczesnych już potrzeb i oczekiwań nie tylko intelektualnych, przemian, które doprowadziły do powstania konstrukcji teoretycznej przedtem nieznanej, a mianowicie idei, by samowiedzy i samopoznaniu nadać ograniczenia i formę nauki. W kulturze samopoznania stała się więc rzecz niesłychana: powstał projekt intelektualny narzucenia wiedzy o człowieku rygorów, które bardzo długo wydawały się bądź zbędne, bądź niemożliwe do osiągnięcia w obszarze poznania humanistycznego.
Rozumiem przez to zarówno nowoczesne żądania wobec wartościowego poznania: wymogi uniwersalizmu poznania, jego racjonalności i obiektywności, ale też i potrzeby nowoczesnego państwa, w którym standardy kształcenia podporządkowano wymogom pochodnym względem potrzeb kształtowania mas ludzkich.
Ta pierwszorzędna właściwość nowoczesnego poznania humanistycznego – uwikłanie w nowożytną i nowoczesną problematykę dyscyplinarnie określonego poznania naukowego, uwikłanie ugruntowane w rozległym i niesłychanie zróżnicowanym podłożu przednowożytnych tradycji kultury samopoznania, a zarazem uwikłanie w potrzeby nowoczesnego państwa – stwarza wiele okazji do interpretacji wewnątrz tak złożonego układu historycznych odniesień.
Nauki humanistyczne nie są zatem po prostu naukami o człowieku, naukami, których przedmioty czekały na moment jasności umysłu i spostrzegawczość oka, dzięki którym samopoznanie ukazało się człowiekowi nowożytnemu jako nauka. Nauki humanistyczne są naukami, których dyscyplinarny charakter jest głęboko zakorzeniony w tych samych warstwach kultury, z których wyłaniają się ich przedmioty. Problemy, jakie nauki humanistyczne podejmują, są więc problemami ukształtowanymi przez czas, tak samo jak czas ukształtował ich przedmioty.
W perspektywie historii są więc one próbą konfrontacji owych historycznie ukształtowanych wzorców samopoznania z warunkami kulturowymi, w których wymóg samopoznania jest już wymogiem na nowo zdefiniowanym i intersubiektywnie podzielanym oraz sankcjonowanym w ramach instytucji uniwersytetu, znowu na nowo zdefiniowanego w tle historii XX wieku. Pragnienie, by nadać owej samowiedzy postać naukową jest jednak całkiem nowe w tradycji kultury Zachodu. To właśnie, ową specyficzną jedność motywu samowiedzy jako nauki i motywu wiedzy, jako uczestnika życia musimy uwzględnić, by naukom humanistycznym móc przydzielić miejsce we współczesnym porządku wiedzy.
Odkąd nauki humanistyczne istnieją nowocześnie, są przedmiotem kontrowersji filozoficznych także nowego typu. Ich status czysto poznawczy, ich miejsce w porządku wiedzy naukowej stają się kontrowersyjne w tle sporów o sens filozofii wyznaczony sporami, jakich myśl przednowoczesna nie znała. Pod koniec XX wieku kontrowersyjne stało się też ich miejsce w ładzie kultury świata zachodniego, której przemiany gwałtownie przyspieszyły pod koniec XX wieku. Dlatego chciałbym skierować uwagę czytelnika na dwa zagadnienia, którym, idąc za myślą Michela Foucaulta, nadam nazwę problematyzacji.
Problematyzacje nauk humanistycznych
Problematyzacje wyrażają problemy, z jakimi istoty ludzkie, w danym czasie i społeczeństwie, borykają się z własną podmiotowością. Są tym, co wyraża problematyczność w ich podmiotowym bycie. Dlaczego i jak ten czy inny fragment realiów kultury, ukształtował warunki, które czynią naszą podmiotowość dla nas samych czymś problematycznym? Co w środowisku kulturowym danego typu stało się problematyczne dla bycia podmiotem? W jaki sposób istoty ludzkie stają się dla siebie problemem z uwagi na relacje, które czynią z nich podmioty w historycznie określonej formie bytu społecznego? Co czyni problematyczną wiedzę, która pozwala odnosić się do siebie jako podmiotu? Jaka jest cena, którą ponosi człowiek, gdy – własnowolnie lub nie – przekształca wiedzę o sobie? Jaką rolę w procesie kształtowania problematyzacji odgrywa wiedza, w tym wiedza naukowa?
Oto pytania, które można uznać za różnokształtne formuły problematyzacji.
Przyjmuję, że problematyzacje nauk humanistycznych, jakie dają się dostrzec z perspektywy przełomu XX i XXI wieku, zasadniczo są dwie:
Pierwsza – to problematyzacja ich efektywności poznawczej. W skrócie można ją sformułować następująco: podmiot jako przedmiot poznania nauk humanistycznych umyka standardom, które nowocześnie narzuca się naukowemu jego poznaniu. To problematyzacja dobrze znana i wszechstronnie już komentowana. Wyrażają ją dobrze dwie koncepcje filozoficzne, jakie powstały w drugiej połowie XX wieku. To Hansa Georga Gadamera idea „doświadczenia hermeneutycznego” zawarta w jego Prawdzie i metodzie oraz radykalna krytyka nauk humanistycznych zawarta w Michela Foucaulta Słowach i rzeczach. Obydwie poprzedzone rozprawą Edmunda Husserla Kryzys nauk europejskich a transcendentalna fenomenologia. Dodać można, że idee pozostające w podobnym kręgu problematyzacji na gruncie polskim formułowali Florian Znaniecki i Stanisław Ossowski. Pierwszy domagał się uwzględniania w naukach o człowieku tego, co nazywał współczynnikiem humanistycznym, drugi wskazywał problemy epistemologiczne związane z tym, co nazywał osobliwościami nauk społecznych. Jak sądzę, w wieku XXI obszar problematyzacji, których stawką jest poznawczy dostęp nauk humanistycznych do podmiotowości, będzie się poszerzać i przemieszczać w stronę kontrowersji, w których dotychczas konstruowane pojęcia podmiotowości staną się bezużyteczne. Epistemologiczna kontrowersyjność nauk humanistycznych jest i wciąż będzie wzmacniana poznawczymi osiągnięciami nauk o poznaniu z jednej strony, a z drugiej wzmocnienie to już teraz ma źródło w specyficznych praktykach, których przedmiotem jest bycie sobą. Z jednej strony zatem możliwość rozszerzenia pola problematyzacji poznania humanistycznego dostrzegać można w zastosowaniu wcześniej nieznanych środków obiektywizowania podmiotowości. Środki te będą – jak można dzisiaj sądzić, ekstrapolując ich współczesne możliwości – efektywnie obiektywizować, czy też symulować, zarówno podmiot jako przeszkodę epistemologiczną, jak i jego samowiedzę. Chodzi, rzecz jasna, o sztuczną inteligencję (AI), której zastosowania mogą tworzyć funkcjonalne modele subiektywności bez odwoływania się do współczynnika humanistycznego i bez potrzeby omijania osobliwości nauk społecznych, tj. obliczeniowo racjonalizować poznanie humanistyczne i tak wyprowadzać poznanie humanistyczne poza skrupuły poznawcze żywe jeszcze w XX wieku. Hermeneutyczne zdolności AI są na razie nieznane. W efekcie pojawia się możliwość sformułowania idei podmiotowości sztucznej, wytworzonej ręką ludzką i umysłem człowieka. Włączenie artefaktu do sfery podmiotowości w sposób radykalny zmienia sens pojęcia podmiotowości – otwiera pole niczyje humanistyki.
Z drugiej strony pole tej problematyzacji poszerza się w obszarze styku nauk społecznych i nauk o poznaniu. Chodzi o uwzględnienie roli wiedzy jako aspektu efektu synergii władzy i wiedzy. Zgodnie z Foucaultowskim rozpoznaniem genealogii podmiotu nowoczesnego, problematyczność bycia podmiotem polega na tym, że jest on rezultatem oddziaływania na istoty ludzkie mechanizmów władzy całkiem nowego typu, władzy dyscyplinarnej. Kreuje ona środki samopoznania, za pomocą których z kolei istoty ludzkie identyfikują się w roli podmiotów, a zarazem stają się podatne na tę władzę. W ramach takiego rozpoznania człowiek dysponuje samowiedzą, o ile ta służy władzy dyscyplinarnej, nadzorującej całe populacje. Dziś widzimy już, jak w wieku XXI synergia tego rodzaju jest i będzie zapewne wzmacniana środkami sztucznej inteligencji. Wiedza wyrasta tu jako motor opresji czyniący wolność podmiotu czynnikiem nieważkim zarówno dla jego autonomii, jak i niwelujący znaczenie dla tej autonomii samopoznania.
Jeszcze innym sposobem poszerzania i przemieszczania się pola problematyzacji nauk humanistycznych jest – i chyba wciąż ten proces będzie narastać – posthumanizm.
Posthumanizm w odmianie krytycznej – taką postuluje Nayar – jest definiowany jako „filozoficzny i polityczny motyw [theme] w literaturze,
popkulturze i teorii”, który cechuje „radykalna decentralizacja tradycyjnego [pojęcia] suwerennego, spójnego i samodzielnego człowieka, w celu ukazania, w jaki sposób człowiek zawsze już ewoluuje razem z, konstytuuje i jest konstytuowany przez rozliczne formy życia oraz maszyn”. Zasadniczym czynnikiem sprawczym odmienionej reprezentacji człowieka są gwałtowne przemiany technologiczne, umożliwiające klonowanie, cyborgizację, transplantacje międzygatunkowe et cetera. Posthumanizm to zatem, z jednej strony, „kondycja ontologiczna” dzisiejszego człowieka, z drugiej – nowy sposób „ujmowania” go[1].
Posthumanizm zatem jest radykalnym przewartościowaniem miejsca człowieka w jego środowisku bytowania i próbą sformułowania zupełnie nowej perspektywy dla jego poznania. To otwarcie pola ekologii humanistycznej.
Drugie pole problematyzacji
Natomiast drugie pole problematyzacji, odmienne od tego, w którym przewartościowaniu ulega sposób rozumienia epistemologicznego sensu nauk humanistycznych, nazwałbym ponowoczesną problematyzacją instytucji wiedzotwórczych, w tym zwłaszcza uniwersytetu. Rozumiem przez to ponowoczesne kontrowersje związane z przemianami statusu kulturowego instytucji akademickich i z wpływem tych procesów na nauki humanistyczne.
Jest rzeczą godną uwagi historyczny fakt, iż bardzo szybki proces przyrastania ilości i form nauk humanistycznych, ich gwałtowne wtargnięcie w postaci dyscyplinarnej w porządek wiedzy naukowej, dokonuje się równolegle z powstaniem nowoczesnego uniwersytetu. Dodać do tego można, że zasadnicze idee dotyczące ról kulturowych uniwersytetu kształtowały się równolegle do procesu dyscyplinarnego wyodrębniania nauk humanistycznych. Poznawcze i kulturowe role nauk humanistycznych nie byłyby możliwe bez ich uczestnictwa w kształtowaniu nowoczesnego oblicza akademii. Mówiąc krótko, nie można sobie wyobrazić miejsca w kulturze nauk humanistycznych poza uniwersytetem. Ale też nowoczesny uniwersytet nie mógł zaistnieć bez tych nauk. A zatem procesy kulturowe i społeczne, które miejsce to przemieszczają, uszczuplają rolę uniwersytetu w ładzie kulturowym współczesności. Konsekwencje tych procesów mają swe znaczenie przede wszystkim dla nauk humanistycznych.
W jakich miejscach zatem procesu społecznego, w którym uczestniczymy, kulturowe role nauk humanistycznych są uszczuplane bądź po prostu zanikają?
Wskażę na dwa, jak myślę dobrze znane już dziś, choć wcale nie są dobrze znane ich konsekwencje – ponieważ należą do przyszłości.
Pierwszy proces to zmiana roli uniwersytetu jako ośrodka kształcenia humanistycznego w środowisku nowych, kulturowych ról wobec podmiotowości pełnionych głównie przez media elektroniczne. Rola szczególna tych nauk – formowanie tego, co się określa terminem wykształcenia – zmienia się radykalnie w miarę tego, jak przybywa medialnej swobody różnicowania ośrodków wytwarzania i rozpowszechniania wiedzy. Efekt końcowy tych przemian to spadek społecznie podzielanego prestiżu wiedzy profesjonalnej w zakresie, w jakim wiedza ta wydaje się użyteczna w obcowaniu z ponowoczesnym środowiskiem kulturowym.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że im więcej fachowej humanistycznej wiedzy trzeba o świecie ludzkich intermundiów, by w nim się orientować, tym łatwiej zastąpić wiedzę wartościową tą, która jest szybciej dostępna i satysfakcjonująca obiegowe przekonania. Dzika wiedza, a więc przekonania o świecie niemające żadnego związku z nauką szerzy się szybciej, jest łatwiej, szybciej dostępna i daje satysfakcję poznawczą w sposób nie wymagający specjalnego przygotowania i wysiłku. Teorie spiskowe, alternatywna medycyna i alternatywna astronomia odzwierciedlają ów proces społeczny inflacji wartości wiedzy. Lecz uszczerbku doznaje przede wszystkim humanistyka. Tu wszyscy są sami dla siebie historykami, filologami, psychologami, a dalej też socjologami i politologami; albo też w równym stopniu są niezainteresowani tym, co się z nimi dzieje w ich społecznym otoczeniu. Ignorancja uchodzi za cnotę wszędzie tam, gdzie konsens można osiągać łatwo w sprawach, o których można sądzić, że nie wymagają ani trudu poznawczego, ani odpowiedzialności za dobro wspólne. Dobro wspólne oddala się bowiem od nas tym bardziej, o ile dziś coraz trudniej brać można za nie odpowiedzialność w obliczu nieprzewidywalności przemian, które nastąpią jutro.
Drugi proces to przemiana ładu społeczności uczonych ukształtowanego jeszcze przez dwudziestowieczne wzorce bycia uczonym w korporacyjny ład uczelni. Najbardziej chyba przyczynia się do tego procesu rozerwanie – sankcjonowane regulacjami administracyjnymi – związku między wytwarzaniem wiedzy a jej przekazywaniem. W efekcie nauki humanistyczne nie mogą istnieć bez akademii, a z drugiej strony jej ponowoczesne już przemiany niszczą ich funkcje kulturowe. Socjologia wiedzy, jaką znaliśmy do tej pory, musi otworzyć całkiem nowe pole – pole ponowoczesnego instytucjonalnego statusu nauk humanistycznych.
Obydwa procesy zagrażają humanistyce już nie tylko w obszarze jej oddziaływania wewnątrzakademickiego, ale też poza ładem korporacyjnym. Ograniczają bowiem humanistykę w jej zdolności do kształcenia, czyli redukują jej zdolności do pomnażania kapitału kulturowego uczestników życia społecznego jako obywateli odpowiedzialnych za wspólnotę, do której należą. Kurczenie się i wewnętrzne podziały sfery publicznej tylko sprzyjają temu procesowi.
***
Czy zatem humanistyka przetrwa wiek XXI? I jakie warunki muszą być spełnione, by tak się stało? Jednoznacznej odpowiedzi nie może być dzisiaj. Jestem jednak przekonany, że jeśli przetrwa – to będzie zupełnie inna niż ta, którą znamy z wieku XX.
[1] Krzysztof Hoffmann, Posthumanizm według Pramoda K. Nayara, „Czas kultury” 3/2014, s. 154.
Artykuł ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Był czas, kiedy punkty skupu makulatury były w centrum Krakowa. Jeden z nich mijałem idąc do liceum. W ostatnich latach licealnych tam zaglądałem. Prowadzący był człowiekiem podczytującym i książki odkładał. Nie było ich wiele, głównie książki niemieckie drukowane szwabachą, dzieła Stalina, przekłady radzieckich socrealistycznych grafomanów i podniszczone książki dla dzieci. Trafiłem tam na album wierszy dla dzieci z litografiami Kazimierza Sichulskiego. Mam do dziś.
Po marcu 1968 pojawiało się wiele, pozostawionych przez emigrujących, judaików. Książki w języku polskim (przedwojenne przekłady Asza, Izraela Jehoszui Singera, Opatoszu, Segałowicza) zabrałem i przeczytałem. Książki w jidisz i po hebrajsku zabierał Henryk Halkowski, którego tam zaprowadziłem. Akta procesu komendanta obozu w Płaszowie Amona Goetha spostrzegłem pierwszy, więc mi przypadły. Henryk tak utyskiwał, że po przeczytaniu mu odstąpiłem.
Prawdziwym eldorado punkty skupu (zachodziłem do trzech: na Batorego, Radziwiłłowskiej i Miodowej) stały się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wtedy za cztery kilogramy makulatury wydawano rolkę niedostępnego na rynku papieru toaletowego. Na makulaturę trafiały roczniki czasopism, masowo wydawana w latach 50. klasyka. Desperacja miłośników higieny zdawała się nie mieć granic. Z tych czasów mam wielotomową historię literatury greckiej Tadeusza Sinki i kilka tomów dzieł Janusza Korczaka i Ludwika Krzywickiego.
Gdy wybuchł stan wojenny na makulaturę trafiły książki pisarzy, którzy poparli decyzję generała Wojciecha Jaruzelskiego (Auderskiej, Bratnego, Dobrowolskiego, Machejka, Przymanowskiego, Stanucha, Żukrowskiego ale, o dziwo, nigdy nie trafiłem na Sandauera). Higieniści znaleźli poręczny pretekst do wymiany książek na papier toaletowy. Niewiele na tym skorzystałem, ponieważ nie byli to moi autorzy. Do punktów skupu zachodziłem nadal, ale okazje znalezienia czegoś ciekawego zdarzały się wyjątkowo.
Zmieniło się to wraz z transformacją. Wtedy masowo wyzbywano się książek, których obecność w domowej bibliotece mogłaby stygmatyzować. W 1988 roku przyjechał na premierę swojej sztuki w teatrze STU Fernando Arrabal. Spędziłem z nim tydzień. Powiedział mi: „Znam ten stan. Zobaczysz, to wszystko dzieje się we śnie. Pewnego dnia ludzie się budzą przekonani, że zawsze byli przeciw. Tak było u nas w Hiszpanii z frankizmem i tak będzie u was z komunizmem”. Tak się stało. Książki pozostawione na półkach mogły zakłócać czyste sumienie, więc lądowały na makulaturze: dzieła Lenina, „Nowe Drogi”, Gomułka i literatura propagandowa wydawana przez KiW.
Czystka dotknęła Dzieł Karola Marksa i tomów zasłużonej Biblioteki Myśli Socjalistycznej. Moja biblioteka wzbogaciła się o kilkanaście tomów Marksa, Róży Luksemburg, Kautsky’ego, Hessa, Lafargue’a. Dziś pierwszy tom Marksa (Manuskrypty), Akumulacja kapitału i fenomenalne Listy Luksemburg to białe kruki.
Z postępem transformacji papier toaletowy stał się ogólnie dostępny. Punkty skupu znikały z centrum miasta. Ostatni, na Miodowej, zamknięto kilka lat temu. Na jego miejscu stoi apartamentowiec. Pozbywanie się książek nie przynosi gratyfikacji, jest kłopotem. Niechciane lądują często na śmietnikach. Od kilku lat w bibliotekach utworzono półki tzw. book crossing. Jedni pozostawiają książki, inni je zabierają. „I to jest dobre” – jak mawiał, oswojony z protestancką Biblią, Jerzy Pilch.
Gdy zachodzę do zakopiańskiej biblioteki miejskiej, często sam coś dokładam, rzadziej zabieram (ostatnio O literaturze polskiej Iwana Franko, nie miałem pojęcia, że klasyk literatury ukraińskiej tak uważnie śledził pisarstwo Polaków). O takie niespodzianki trudno. Wśród podrzuconych książek przeważają romansidła i albumy czy książki o „naszym” papieżu Janie Pawle II, dziś świętym.
Karl Kraus napisał: „Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek najlepszemu. Wybór pierwszemu lepszemu”. Podobnie jest z książkami. Najlepiej pamiętamy te, na które trafiliśmy przypadkiem. Dlatego zachodziłem do punktów skupu makulatury, a dziś oglądam półki book crossing. I jeszcze coś. Porzucane książki emitują Stimmung czasu może bardziej wyraźnie, aniżeli te zachowane w naszych bibliotekach domowych.
Słowo charyzma pojawiło się w rozważaniach chrześcijańskich teologów na przełomie starożytności i naszej ery usiłujących wyjaśnić, co powoduje pojawianie się niezwykłych osób posiadających takie np. ponadludzkie przymioty psychofizyczne, jak: zdolność przewidywania różnych zdarzeń, magiczną moc oddziaływania na ludzi oraz umiejętność kształtowania ich zachowań, możliwość leczenia dolegliwości chorych, wyjątkową wytrwałość w dążeniach do określonego celu, a nawet fizyczną siłę[1].
Słowem tym posługiwano się jednak nie tylko w celu zwrócenia uwagi na osoby posiadające niezwykłe właściwości, które stawały się niekiedy źródłem ich autorytetu i podziwu. Posługiwano się nim także w odniesieniu do osób, których zachowanie oraz reakcje na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne stymulowane przez ich organizm, różniły się bardzo od standardów obowiązujących w danym środowisku społecznym. Otóż tego rodzaju zachowania były spowodowane przez nieznane wówczas choroby psychiczne lub neurotyczne, z czego jednak nie zdawano sobie sprawy. Z tego też względu ich genezy upatrywano w działaniu sił nadprzyrodzonych.
Przykładem takich zachowań były objawy występujące w czasie powtarzających się ataków spowodowanych przez choroby nazywane współcześnie pląsawicą i epilepsją, które wówczas określano imionami osób postrzeganych jako charyzmatyków i uznawanych za świętych.
Pierwsza z wymienionych chorób była utożsamiana z tańcem św. Wita, czyli z postacią chrześcijańskiego męczennika żyjącego na przełomie III i IV wieku. Otóż podczas powtarzających się ataków tej choroby pojawiały się m.in. zaburzenia, w których występowały szybkie, nierytmiczne, mimowolne skurcze mięśni, powodujące dziwaczne ruchy różnych części ciała oraz grymasy twarzy[2].
Nie mniej osobliwe i przerażające postronnych ludzi były napady i zachowania spowodowane przewlekłymi schorzeniami mózgu wywołanymi przez epilepsję, zwaną też padaczką. Bowiem w czasie ich trwania spowodowanego nadmiernymi wyładowaniami komórek nerwowych mózgu mogły przybierać one różną postać kliniczną[3]. Schorzenie to nazywano we wspomnianych czasach chorobą św. Walentego, żyjącego w III wieku.
Jeszcze trudniejszym do wyjaśnienia były dla teologów przypadki zachowań, które nie pojawiały się na skutek powtarzanych ataków wymienionych schorzeń, lecz wynikały z praktyk skrajnych eremitów, czyli zakonników – pustelników. Osobliwym przypadkiem był np. żyjący na przełomie IV/V wieku św. Szymon Słupnik, przebywający na zbudowanym przez siebie cokole, z którego głosił kazania i wzbudzał swoim zachowaniem szczególne zainteresowanie słuchaczy.
Niezrozumiałymi były również zachowania spowodowane przez ekstazę, pojawiające się w szczytowym momencie religijnego przeżycia, w czasie którego dochodziło do nawiązanego przez jaźń danego człowieka kontaktu z transcendentnym światem pozarzeczywistym utożsamianym z Bogiem i do pojawienia się swoistej unia mystica. W czasie której następuje także oderwanie się od rzeczywistości oraz tego, co dzieje się tu i teraz. Niekiedy towarzyszą temu zaburzenia świadomości oraz halucynacje wzrokowe lub słuchowe[4]. Ludzi doświadczonych tego rodzaju stanami psychofizycznymi nazywano też szaleńcami bożymi, co – w jakimś stopniu usprawiedliwiało ich niezwykłe zachowania.
Do tego rodzaju stanu świadomości można również doprowadzić się poprzez określone psychofizyczne ćwiczenia, np. przez ascezę, która – zdaniem teologów – umożliwia człowiekowi osiągnięcie doskonałości zapewniającej zbawienie lub też inne wartości, jakie są postulowane przez religię. Umartwianie stało się w chrześcijaństwie jednym z istotnych zaleceń moralnego doskonalenia się człowieka. Z ascezą łączy się m.in. wyrzeczenie się rozmaitych przyjemności oraz praktykowanie przeróżnych sposobów umartwiania się, niekiedy poprzez dramatyczne ograniczenia pokarmu lub wypoczynku, zadawanie sobie dolegliwości, okaleczeń itp. działań, jakim poddawały się osoby, które w sposób emocjonalny przeżywały mękę i cierpienie Jezusa.
Otóż wszelkie bardziej dotkliwe praktyki związane z ascezą mogły być przyczyną takich zmian w organizmie człowieka, które powodowały przeróżne zaburzenia świadomości i przejawiały się w różnych omamach, czyli w halucynacjach powodujących złudne wrażenia powstające bez odpowiedniego bodźca zewnętrznego. Mogły to być np. omamy wzrokowe – polegające na widzeniu czegoś nieistniejącego w rzeczywistości lub słuchowe, gdy ktoś słyszał urojone głosy itp. wytwory halucynacji. I są one odbiciem w świadomości danych ludzi doświadczonych wcześniej przeżyć, wynikających z ich warunków życia, marzeń oraz ich praktyk religijnych ujmowanych stereotypowo w zależności od stopnia cywilizacyjnego rozwoju środowiska społecznego, w jakim żyli. Na skutek tego istoty ubóstwiane, które przedstawiali w swoich obrazach artyści Renesansu, objawiały się ludziom w kolejnych wiekach i były postrzegane tak, jak zostały zaprezentowane przez wspomnianych artystów.
Z tego rodzaju uwarunkowaniami mogły łączyć się również przypadki teofanii, czyli akty objawiania się bóstwa w różnych postaciach, o których mamy wzmianki w starogreckich mitach, a następnie wspomina się o nich także w później powstałych religiach.
Wiadomo, że halucynacje mogą być również następstwem różnych neurotycznych stanów i ciężkich chorób prowadzących do wycieńczenia organizmu na skutek wysokiej gorączki, niedożywienia, bezsenności itp. objawów, a także mogą być spowodowane nadużyciem alkoholu, zatruciem narkotykami oraz ciężkich stresów będących następstwem traumatycznych przeżyć powodujących zmiany m.in. procesów psychofizycznych, reakcji motorycznych i wegetatywnych.
W czasach, w których nie istniały takie nauki jak biologia, chemia, fizyka, psychologia czy fizjologia, nie było obiektywnych możliwości racjonalnego ustalenia uwarunkowań pojawienia się istot o niezwykłych właściwościach psychofizycznych, posiadających np. magiczną moc uzdrawiania lub oddziaływania na postawy i zachowania ludzi. Nie było także możliwości wyjaśnienia uwarunkowań ekstazy i ascezy oraz ich ewentualnych skutków, takich jak objawienia. Z tych też względów trudno dziwić się temu, że teologowie w swoich dociekaniach na temat wspomnianych istot opierali się na przesłankach wynikających z doktrynalnych założeń wyznawanych przez siebie religii i uważali, że ludzie o niezwykłych przymiotach są istotami obdarzonymi indywidualną łaską bożą, którą nazywali charyzmą, a jej beneficjentów postrzegali jako charyzmatyków.
Być może wspomniane zainteresowania teologów charyzmatem w okresie ideowej konsolidacji i postępującej ekspansywności chrześcijaństwa w ówczesnym świecie wynikały ze szczególnej przydatności wykreowanych w tej religii charyzmatyków. Byli oni przecież istotami, których niezwykłość – jak uważano – została potwierdzona przez pozaziemskie moce, co też czyniło ich bardziej wiarygodnymi, gdy głosili tzw. prawdy boże.
Wydaje się, że intelektualnym wsparciem dla teologów była utrzymująca się w europejskiej filozofii od schyłku starożytności koncepcja dualistycznego postrzegania fizycznej i psychicznej struktury człowieka, według której określały ją dwa różne byty, czyli ciało i dusza oraz trwająca między tymi bytami nierównorzędna współzależność. Na skutek tego wszelkie psychofizyczne zjawiska łączono z istnieniem duszy oraz z jej supremacją nad ciałem i możliwością decydowania o jakości funkcjonowania mentalności, zmysłów i innych narządów człowieka.
Wiele wieków przeminęło zanim ludzie dostrzegli w miarę rozwoju cywilizacyjnego, że nie ma takich zjawisk psychicznych, które są niezależne od mózgu człowieka, czyli od materii ukształtowanej w określonej postaci w wyniku długotrwałego rozwoju gatunku Homo sapiens.
Zwróćmy również uwagę na to, że wraz z rozwojem nauk przyrodniczych i medycznych dostrzeżono istnienie nie tylko możliwości coraz dokładniejszego ustalenia fizjologicznych i fizykochemicznych uwarunkowań zjawisk psychicznych, ale także coraz bardziej wnikliwego ich diagnozowania i leczenia za pomocą środków farmakologicznych oraz zabiegów neurochirurgicznych.
Jednak pomimo tego mit o nadrzędności duszy utrzymuje się nadal siłą inercji wspieraną przez religię i tradycyjną narrację dotyczącą psychiki człowieka. Jej istotnym elementem jest wieloznaczny termin duchowość człowieka, który bywa używany m.in. przy omawianiu pochodzenia opinii, przekonań i postaw wobec Boga, świata i ludzi ukształtowanych przez religię. W tym znaczeniu termin ten obejmuje pewien fragment pojęcia psychika poszczególnych ludzi, czyli tych zjawisk, które kształtują celowe i ukierunkowane ich zachowania oraz umożliwiają im przystosowanie się do naturalnego i społecznego środowiska, w jakim żyją.
Brak wcześniej możliwości naukowego wyjaśnienia przeróżnych osobliwych przymiotów i zachowań ludzi skłaniał chrześcijańskich teologów do poszukiwania ich uwarunkowań w siłach nadprzyrodzonych, a skutkiem tego była koncepcja charyzmy. Natomiast rzeczywiste czy domniemane posiadanie, czyli przypisywanie komuś ich posiadania lub dokonywania cudów, sprzyjało pojawieniu się możliwości deifikacji określonych osób np. proroków, świętych, męczenników itp. istot oraz do kształtowania się związanego ze sposobem ich ubóstwiania kultu, co też rozwijało daną religię, a jej obrzędowość czyniło bardziej atrakcyjną.
Wskażmy jednak na to, że zjawisko deifikacji – czyli ubóstwiania już za życia poszczególnych ludzi – pojawiło się już znacznie wcześniej niż chrześcijaństwo. Otóż już w starożytnych mini-państwach, czyli w tzw. polis, w których pierwsi władcy – wywodzący się z najbardziej zamożnych rodów – tworzyli legendy dotyczące swego pochodzenia i wskazywali na rzekome związki z bóstwami opiekującymi się poszczególnymi miastami. I w ten to sposób starali się uzasadniać swoje prawo do sprawowania w nich rządów. Bowiem już w tych rządzonych przez oligarchów państwach zdawano sobie sprawę z tego, że bogactwo utożsamiane z wielkością posiadanej ziemi lub liczbą niewolników jest warunkiem koniecznym do zdobycia władzy, ale niewystarczającym do jej utrzymania ze względu na istniejącą między nimi walkę o zachowanie ekonomicznej przewagi. Dodatkowego wsparcia upatrywano zatem w tworzonych mitach dotyczących genezy lokalnych bóstw i ich powiązań z dominującymi rodami[5]. Oczywiście tego rodzaju bóstwa były czczone nie tylko przez rządzących danym państwem, ale stawały się obiektem kultu wszystkich jego mieszkańców. W taki oto sposób kształtują się przesłanki do ustanowienia zasady „czyja władza – tego religia”.
Przypomnijmy także o tym, jak w Cesarstwie Rzymskim w okresie rządów Augusta wykorzystywano istniejące wierzenia religijne w celu uzasadnienia i umocnienia władzy cesarzy[6]. Ubóstwianie jakiejś osoby w konkretnym społeczeństwie – lub w społeczności – czyniło z niej swoiste bożyszcze, czyli tzn. idola, którego należało nie tylko darzyć zaufaniem, ale i naśladować go. Z tego względu starożytni władcy dbali o to, aby ich ubóstwiano i w tym celu utrwalali nieustannie wśród poddanych wiarę w swoją niezwykłość, będącą darem niebios. Z tego też względu korzystali z usług kronikarzy i poetów, którzy tworzyli i upowszechniali przeróżne legendy na temat ich dokonań, mitycznych osiągnięć i osobistych zalet, które po wielu wiekach były utożsamiane z charyzmą. Okazuje się, że umiejętność tworzenia i upowszechniania pożądanego wizerunku panujących była znana już w starożytności, chociaż nie znano wówczas takich pojęć jak propaganda i reklama.
Natomiast znana była już wtedy erystyka, czyli umiejętność przekonywania oponentów w dyskusjach. Używany był także sposób oddziaływania na postawy i zachowania ludzi w życiu społeczno-politycznym nazywany demagogią, który polegał m.in. na posługiwaniu się atrakcyjnymi obietnicami bez pokrycia, schlebianiu próżności słuchaczy oraz na odwoływaniu się do ich prymitywnych uczuć i pragnień, wynikających z myślenia życzeniowego.
Z kolei w czasie pojawienia się chrześcijaństwa rozwinęła się apologetyka, czyli umiejętność skutecznego uzasadniania tzw. prawd wiary, oraz homiletyka, tzn. nauka o układaniu i wygłaszaniu w taki sposób kazań, aby skutecznie kształtowały pożądane myślenie, postawy i zachowania słuchaczy[7]. Z aktywnością chrześcijaństwa w upowszechnianiu wiary łączy się geneza pojęcia propaganda, które pojawiło się w 1622 r. w związku z powołaniem przez papieża Grzegorza XV instytucji pod nazwą Sancta Congregatio de Propaganda Fide.
Na podstawie ustalonych przez historię faktów nasuwa się wniosek, że już w bardzo odległych czasach w poszczególnych społecznościach pojawiały się osoby wyróżniające się niezwykłymi intelektualnymi zdolnościami, aktywnością poznawczą i umiejętnością wykorzystania tych walorów w praktyce oraz posiadaniem nieprzeciętnych psychofizycznych cech. I ze względu na owe osobiste właściwości były one szanowane i podziwiane w danych środowiskach oraz stawały się w nich naturalnymi przywódcami duchowymi, moralnymi lub politycznymi, czyli pełniły funkcje, z jakimi chrześcijańscy teologowie łączyli posiadanie charyzmy.
Wskażmy również na to, że intelektualne osiągnięcia tych niezwykłych osób żyjących w starożytności były niekiedy tak doniosłe, iż stawały się przedmiotem zainteresowań nie tylko współczesnych im ludzi, ale zostały także przekazane kolejnym pokoleniom i przetrwały do naszych czasów. Tytułem przykładu wskażmy na osiągnięcia takich postaci jak np. Tales z Miletu, Solon, Demokryt, Hipokrates, Perykles, Platon i Arystoteles, które w różny sposób wpłynęły na intelektualny i cywilizacyjny rozwój ludzkości. Okazuje się, że wybitne postacie istniały i kształtowały w określony sposób dzieje ludzkości, zanim pojawiły się refleksje dotyczące uwarunkowań ich zaistnienia oraz próby klasyfikacji.
Po tych dygresjach, wracając do zasadniczych wątków dalszych rozważań na podjęty temat zauważmy, że w czasach, w których medycyna może nie tylko wyjaśnić przyczyny różnych schorzeń neuropsychicznych powodujących osobliwe zachowania chorych, ale nawet im przeciwdziałać, nie ma po temu merytorycznych podstaw, aby np. stany ekstazy oraz rozmaite zaburzenia świadomości i wzrokowe lub słuchowe halucynacje występujące u owych osób postrzegać jako przejawy łaski bożej utożsamianej z charyzmą. Istnieją jednak takie środowiska, w których osiągnięcia współczesnej medycyny i innych nauk są selektywnie uznawane, a ludzie zachowujący się w udziwniony sposób na skutek wspomnianych schorzeń postrzega się jako istoty doświadczone stanami opętania spowodowanymi przez demony. I głosi się, że uwolnienia od przejawów opętania mogą dokonać tylko egzorcyści, czyli księża posiadający charyzmatyczną moc wypędzania szatana z danego człowieka.
Słowo charyzma trafiło do socjologii dzięki Maxowi Weberowi, który – w jego teologicznej wersji – dostrzegł zawarte w nim bogactwo pojęciowe oraz celowość utworzenia z niego kategorii przydatnej dla nauk społecznych. Natomiast po wnikliwej analizie historyczno-socjologicznej – uczynił z niego podstawową kategorię socjologii religii, wskazując na jego poznawczą przydatność przy interpretacji wielu społecznych zjawisk istniejących zarówno w minionych wiekach, jak i w naszych czasach[8]. „Charyzmą” – jego zdaniem – „nazywamy uznaną za niepowszechną, (pierwotnie, zarówno w przypadku proroków, jak i mędrców biegłych w terapii czy prawie, albo władców polowań lub bohaterów wojennych, uchodzących za magiczną) cechę jakiejś osoby, z racji której uważana jest za obdarzoną nadprzyrodzonymi, nadludzkimi, lub przynajmniej rzeczywiście niezwykłymi, nie każdemu dostępnymi siłami czy właściwościami, albo za osobę przesłaną przez Boga, za wzorzec i dlatego za przywódcę”[9].
Weber dostrzegł też m.in. wpływ pojęcia charyzmy na proces kształtowania się koncepcji sojuszu ołtarza i tronu nie tylko w okresie średniowiecza, ale również w procesie rozwoju chrześcijaństwa oraz upowszechniania się wiary w panowanie uwierzytelnione przez proroctwa[10]. Pojęcie to stało się także przesłanką osobliwej fikcji prawnej dotyczącej „panowania z łaski bożej (DG), czyli Dei Gratia”.
Zauważmy, że jeszcze w XXI wieku na tę fikcję powołują się monarchowie – panujący, ale nie rządzący w państwach – w których władzę faktycznie sprawują parlamenty wybrane w demokratyczny sposób. Otóż owi monarchowie na podstawie domniemanej charyzmy oraz swojego prawa do dziedziczenia tronu powierzają misję utworzenia rządu przywódcy partii, która zwyciężyła w wyborach. I w ten sposób swoim charyzmatycznym autorytetem uwierzytelniają jego prawo do rządzenia w danym państwie[11].
Wskażmy też na to, że uczynienie z pojęcia charyzmy socjologicznej kategorii uwolniło ją w jakimś stopniu od mityczno-teologicznych konotacji i przyczyniło się do upowszechnienia tego słowa w świeckich dyskursach dotyczących uwarunkowań rozmaitych właściwości psychofizycznych, osiągnięć i ponadludzkich możliwości poszczególnych ludzi. Zaś rozwój nauki spowodował, że to, co łączono z darem niebios, jest także postrzegane jako skutek aktywności tych ludzi, którzy niekiedy z niezwykłym heroizmem przezwyciężali swoje osobiste słabości fizyczne i psychiczne dążąc usilnie kosztem wielu wyrzeczeń do osiągnięcia zamierzonego celu. Mogą one być również efektem ich umiejętności korzystania z osiągnięć nauki oraz istniejących środków dopingujących dostępnych w cywilizacji, w której żyją, czyli sztucznie zwiększających sprawność i wydajność ich organizmów, zarówno łagodnych, jak i szkodliwych dla zdrowia.
Otóż posiadanie charyzmy bywa przypisywane osobom posiadającym zdolność do fascynacji słuchaczy głoszonymi wypowiedziami i do wywołania u nich nie tylko fanatycznej wiary w to, co mówią, ale nawet gotowości do podjęcia działań zmierzających do urzeczywistnienia ich i związanych z tym poświęceń. Oczywiście są wśród nich zarówno osoby inicjujące działania wynikające z prospołecznych pobudek, których celem jest np. poprawa warunków życia ludzi upośledzonych kategorii społecznych i tym podobnych zamierzeń. Ale niestety są wśród nich również demagodzy głoszący, że działają pro publico bono, ale w rzeczywistości poprzez swoją aktywność chcą zaspokoić różne swoje ambicje przekraczające niekiedy ich fachowe, intelektualne i moralne kompetencje.
Wiadomo też, że posługując się umiejętnie środkami masowego przekazu, tzn. zgodnie z regułami marketingu politycznego, można we współczesnych społeczeństwach zdominowanych przez naiwnych ludzi, w których świadomości przeważa życzeniowe myślenie, wykreować zarówno charyzmatycznego polityka gotowego zbawić swoich zwolenników w ciągu jednej kadencji sprawowanych przez siebie rządów, jak również charyzmatycznego uzdrowiciela, celebrytę, a nawet sportowca.
Wiosna 2025
[1] Apostoł Paweł w Pierwszym liście do Koryntian użył tego słowa w znaczeniu dar w takim kontekście: „Charyzmaty Ducha Świętego … Jednym dane jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętności poznawania, … innemu … dar wiary, … innemu łaska uzdrawiania, … dar czynienia cudów,… proroctwo,… rozpoznawanie duchów, … dar języków i … wreszcie łaska tłumaczenia języków.” Zob. 11,24–12,27.
[2] Zob. Wielki Słownik Medyczny opracowany w Wydz. Nauk Medycznych PAN. Wyd. Lekarskie PZWZ, Warszawa 1996, s. 1014.
[3] Tamże s. 962.
[4] Tamże, s. 318.
[5] Zob. A. Ziółkowski, Historia powszechna. Starożytność. Wyd. Nauk. PWN, Warszawa 2009, s. 207.
[6] Zob. A. Ziółkowski, op. cit., s. 384–387 oraz 792–793.
[7] Zob. M. Kolczyński i J. Sztumski, Marketing polityczny. Kształtowanie indywidualnych i zbiorowych opinii, postaw i zachowań. Wyd. drugie poprawione i poszerzone. Wyd. Nauk. Śląsk. Katowice 2003, s. 16 i nast.
[8] Zob. R. Nisbet, The Social Philosophers. Community and Conflict in Western Thought. Wyd. Thomas Y. Cromwell Co. Inc. New York 1973, s. 437–442.
[9] Zob. M. Weber, Gospodarka i społeczeństwo. Zarys socjologii rozumiejącej, przełożyła i wstępem opatrzyła Dorota Lachowska, Wyd. Nauk PWN, Warszawa 2002, s. 181.
[10] Weber, op. cit. s. 430–432.
[11] Tamże, op. cit., s. 430–432.
Artykuł ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
W historii USA nie odnotowano, aby kiedykolwiek zwoływano pełną zbiorczą odprawę wszystkich generałów i admirałów ze wszystkich służb, stacjonujących globalnie. Zwłaszcza, że sekretarz obrony (należy chyba teraz, po zmianie nazwy z Departamentu Obrony na Departament Wojny, tytułować go sekretarzem wojny) Pete Hegseth zobowiązał ponad 800 dowódców do uczestnictwa fizycznie w spotkaniu w bazie wojennej w Quantico w Wirginii, zawiadamiając ich krótko przed datą odprawy.
Dynamicznie odmierzając kroki po scenie, Pete Hegsth ogłosił generałom zasadniczy zwrot kulturowy w funkcjonowaniu sił zbrojnych Ameryki i całkowite zerwanie z „ideologicznymi śmieciami” odziedziczonymi po poprzedniej administracji. Do tych „ideologicznych odpadów” Hegseth zaliczył, przykładowo, walkę ze zmianami klimatycznymi, przeciwdziałanie molestowaniu w armii, pozbywanie się „toksycznych” dowódców czy promowanie oficerów z defaworyzowanych wcześniej grup. „Koniec z tym gównem. Koniec z polityczną poprawnością. Dajemy naszym walczącym wolną rękę, by zastraszać, demoralizować, tropić i zabijać wrogów naszego kraju”.
Jeśli weterani wojen w Zatoce czy Afganistanie chcieli usłyszeć o nowych zadaniach sił kosmicznych, wdrażaniu AI w sprzęcie i technikach walki czy o nowej, opracowywanej w Pentagonie Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, to dowiedzieli się od byłego prezentera telewizji Fox News, że „przywracanie ducha walki” zacznie się od golenia bród i intensywnych ćwiczeń fizycznych, gdyż w armii nie może być generałów z nadwagą.
Prezydent Trump wygłosił do generalicji chaotyczną, dwugodzinną mowę w swoim stylu, który na arenie międzynarodowej zaprezentował, przemawiając na forum ONZ, a który przypomina niekontrolowany potok świadomości. Z obsesyjnym elementem schodów. W ONZ chodziło o schody, które się popsuły, w Quantico – o schody, z wejściem na które miał problemy Joe Biden (a nie miał B.Obama – zaznaczył Trump).
Pozostawiając Bidenowskie obsesje Trumpa psychologom (podobnie jak jego nieobjętą próżność: „Jeśli nie otrzymam pokojowej Nagrody Nobla, będzie to obelga dla Stanów Zjednoczonych”), z długiego przemówienia przywódcy USA wybija się przede wszystkim zadeklarowane przesunięcie zadań armii na front wewnętrzny i skupienie się na „zagrożeniach na półkuli zachodniej”. „Zagrożenia na półkuli zachodniej” Trump widzi w napływie imigrantów i narkotyków, czym kierują „kartele terrorystyczne”. „Wrogów wewnętrznych” zaś – w obozie „demokratów skrajnej lewicy”, którzy rządzą wielkimi miastami, takimi jak San Francisco, Chicago, Nowy Jork czy Los Angeles. Trump obiecał „zaprowadzić w nich porządek, sugerując „wykorzystanie niektórych z tych niebezpiecznych miast jako pola treningowego dla naszych żołnierzy”.
Donald Trump przemawiał do zgromadzonych generałów i admirałów niczym na wiecu politycznym do swoich najbardziej sfanatyzowanych zwolenników. Niespójność między treścią przekazu Naczelnego Dowódcy, proklamującego prawie że wojnę domową, a gronem odbiorców była tak krzycząca, że aż groteskowa i absurdalna. Jedyna nadzieja w tym, że – jak to u D.Trumpa często się zdarza – na mowach, przechwalaniu się i prezentowaniu fantasmagorycznych projektów rzecz się skończy.
Rok 2025 w telewizji ma szansę przejść do historii jako okres względnego spokoju, mimo przecież odbytych i zakończonych zaprzysiężeniem Karola Nawrockiego wyborów prezydenckich. Prezydent ma co prawda poglądy na to, jak media mają wyglądać, dość tożsame z jednym z ugrupowań politycznych, ale na to przyjdzie jeszcze pora. Wybory w maju i czerwcu były klamrą zamykającą pierwsze półrocze nie tylko dlatego, że nowy prezydent okazał się sprawniejszym socjotechnikiem w debatach telewizyjnych. Chodzi też o sposób, w jaki media prawicowe, szczególnie TV Republika, walczyły i walczą o uwagę widzów, wreszcie o konkurencję nowymi sposobami prezentacji kontentu. Jeśli zapytać ekspertów o podsumowanie minionego okresu, to całkiem zgodnie podkreślają, że dotychczasowy ład, jaki znaliśmy od dziesięcioleci, zadrżał w posadach, a jego stałe dotąd elementy nadal przechodzą wstrząsy. Dotyczy to rynku telewizyjnego, który jednak stara się wychodzić tej sytuacji naprzeciw i stosować przeróżne remedia, w tym sobie charakterystyczne sposoby na przyciągnięcie uwagi widzów.
Nadal trwa nerwowe oczekiwanie na generalne rozwiązania ustawowe w postaci nowej ustawy medialnej, której finał zapowiedziano na koniec 2025 roku. Miał, według planów rządu, być pierwszym aktem prawnym nowej prezydentury forowanego Rafała Trzaskowskiego, ale ostateczny wybór Polaków te plany pokrzyżował. Prezydent Nawrocki nie ma interesu politycznego w tym, aby nowe rozwiązania rządowe promować, a ma na podorędziu weto i Trybunał Konstytucyjny, który zrozumienia jego argumentacji na nie nowej ustawie zapewne udzieli. A i z zapowiadanych ruchów właścicielskich w obrębie nadawców działających na polskim rynku finalnie niewiele wyszło. Stan posiadania się nie zmienił, mamy to, co mieliśmy, choć nie da się pominąć, że nowo uchwalone prawo komunikacji elektronicznej czy ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ruchy rządu (lista przedsiębiorstw strategicznych, projekt ustawy o artyście zawodowym, nowe opłaty reprograficzne) wpłynęły na pewne ustabilizowanie nastrojów.
Teraz więc czas na ustawę medialną, której zarysy są już znane (konsultacje publiczne zakończono we wrześniu 2024 roku). W tym uznanie roli i miejsca telewizji lokalnych, które muszą być niezależne od lokalnej władzy – co jest już uzgodnione. Jest jednak sfera kompletnie nieuchwytna: liczne kanały w mediach społecznościowych, które normalną telewizją wszak nie są, ale czynią jej konkurencję i za takowe niestety chcą uchodzić. Tu głównie wkracza kontent zagrażający m.in. dzieciom i młodzieży, w tym patostreaming i reklama używek, na czym nieustannie koncentruje swoją uwagę parę komisji sejmowych – łącznie z pomysłem zakazu smartfonów. No i oczywiście sytuacja mediów publicznych, której nowe przepisy ustawowe muszą wyjść naprzeciw. Uchwalonemu w połowie 2024 roku prawu komunikacji elektronicznej na dobre odjęto przepisy lansowane przez PiS pod hasłem Lex Pilot, pozostawiając jedynie rozwiązania ściśle implementujące prawo europejskie; ustawie prawno-autorskiej dodano aspekt naliczania należności na rzecz uprawnionych od streamingu i zachęty do ostatecznego dogadania się z operatorami kablowymi, co miało pewien swój dobry finał pod koniec ubiegłego roku.
Tu jednak cieniem kładzie się sytuacja w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Raport Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z całą ostrością ujawnił skalę patologii za prezesa Jacka Bromskiego i pozostaje tylko niewielka doza satysfakcji, że Ministerstwo dokonało kontroli i sporządziło dokument na wniosek wpłacających. A i SFP zbiera się dopiero z ruin, które pozostały po rządach Bromskiego, choć pieniądze inkasuje. Chodzi teraz o proces naprawczy, choć pytaniem otwartym jest dalsze utrzymanie zasad finansowania polskiej produkcji filmowej i uczciwa dystrybucja środków na rzecz uprawnionych. Zarówno telewizje, jak i operatorzy są donatorami tego bardzo niezdrowego systemu. Wszystko to atmosferę na rynku telewizyjnym czyniło niestabilną, kiedy przeróżnym spekulacjom nie było końca, a klimat pogarszały wlokące się rozliczenia poprzedniej ekipy rządowej, która szczególnie na Woronicza zostawiła prawdziwe pobojowisko.
Nadawcy: no to idziemy w FAST
Ale zanim o wieściach hiobowych, rzecz która przerosła oczekiwania – FAST (ang. Free Ad-supported Streaming TV, telewizja internetowa z darmowym dostępem do kanałów finansowanych z reklam), czyli odpowiedź nadawców na pragnienia widzów. Jedną jest rzeczą to, co dzieje się w tzw. nadbudowie (prawie, instytucjach), inną to, że programy muszą codziennie zadowalać widzów. A według recepty inż. Mamonia, lubimy tylko to, co już raz widzieliśmy.
Wszyscy krajowi nadawcy rzucili się na FAST i rozpoczęli wykorzystywanie tej formy dostępu, choć wcześniejsze zapowiedzi nie były tak optymistyczne. FAST co prawda świecił na horyzoncie, ale mimo wszystko dość odległym. Jako pomysł na zagospodarowanie zużytego już kontentu największy tryumf odnosił na rynku amerykańskim, też najdroższym, jeśli chodzi o płatną telewizję (to nawet paręset dolarów miesięcznie, gdy w Polsce – góra kilkaset złotych). Tymczasem okazało się, że wypuszczenie takiego kanału nie jest ani drogie, ani skomplikowane, wystarczy bowiem kwerenda posiadanych zasobów w zakresie własnych produkcji. Czyli robota dla dwóch archiwistów, i mamy kanał. Po prostu bierze się starsze seriale czy programy i emituje się je w pętli. Ambicją nadawcy pozostaje pewna segregacja treści, ale Amerykanie nawet i tego nie robią. I nie są to już treści, jak stwierdzają gremialnie nadawcy, które mogłyby być lokomotywą płatnych usług (choć Kiepscy nadal temu przeczą…).
Kanały FAST oferują w Polsce: Polsat, TVN Warner Bros. Discovery, Rakuten TV, Sweet.TV, Grupa ZPR Media czy Pilot WP, a nawet niektóre stacje lokalne. Choć TVN wpisał do rejestru KRRiT aż 34 takie stacje, to uruchomił ich do tej pory mniej, posiadając spory zapas. Ale nie wszyscy w FAST owczym pędem idą: np. Wirtualna Polska twierdzi, że „zapętlone playlisty wydają się nudne i życzeniowe, a ta idea przychodów nie zbuduje”. Tymczasem już w 2023 roku FAST stał się pewnym polem rywalizacji o widza, który rzeczywiście rozpieszczany jest dziś na wszelkie możliwe sposoby, mając już chyba kilkadziesiąt platform streamingowych do dyspozycji na pilocie, w urządzeniach mobilnych i w telewizorze. Warto przypomnieć, że za prezesów Kurskiego i Matyszkowicza TVP eksperymentowała z FAST (TVP GO), dając tam swoje ówczesne produkcje, ale po zmianie władzy radykalnie to ucięto, choć nie do końca (bo stare bardzo dobrze się ogląda; vide 07 zgłoś się czy Stawka większa niż życie).
Inaczej było u nadawców komercyjnych. Mistrzem od dawna jest tu TVN, który na swoich platformach oferował kilkadziesiąt kanałów tego typu: od TVN Czas na Ślub po TVN Życie jak w Bajce, ale popularność zdobyły dwa kolejne internetowe kanały TVN BrzydUla i TVN Mam Talent. W wydaniu FAST są one jednorodne, pokazując te formaty w formie zapętlonej – emisja zapewne nie kosztuje nic, a reklamy wpadają.
W odpowiedzi Grupa Polsat Plus uruchamia 20 nowych kanałów tego typu w Polsat Box Go. Nadawca informuje, że to aż 7 kanałów tematycznych (czyli tematycznie posegregowanych), dostosowanych do określonych potrzeb widzów: Komedie, Zbrodnie, Życiowe historie, Wielka rozrywka, Wielkie festiwale, Kabarety i Bajki. Ale również 13 kanałów poświęconych pojedynczym tytułom – ulubionym produkcjom Telewizji Polsat ze Światem według Kiepskich na czele. Oferta jest pojemna, zawiera Daleko od noszy, Miodowe lata, Sprawiedliwi – Wydział Kryminalny, Policjantki i policjanci, Gliniarze, Trudne sprawy, Dlaczego ja, Chłopaki do wzięcia, Pamiętniki z wakacji, Włatcy Móch, Nasz nowy dom, Ewa gotuje. Stacja doskonale wie, że obecnym modelem konsumpcji np. seriali jest oglądanie ich od deski do deski, albo przynajmniej sezonami. Wielbiciele konkretnych gatunków, jak np. treści kryminalnych, kabaretowych czy festiwalowych „znajdą coś dla siebie i w łatwy sposób będą mogli cieszyć się kanałami tematycznymi z miksem różnorodnych tytułów”. Niewątpliwie jest to także sposób na zagospodarowanie wyprodukowanych uprzednio treści, które co prawda nie schodzą z anten, ale obiektywnie muszą znaleźć swoje odrębne miejsce w ofercie. Cyfrowy Polsat zapewnia przy tym zaawansowaną platformę streamingową, innowacyjne technologie przesyłania treści, obsługę redakcyjną, systemową oraz techniczną, no i kompleksową obsługę klienta.
Nie gorsza chce być TVP. Wchodzi w FAST poprzez uruchomienie pierwszego kanału, którego wyłączną treścią będzie emitowany serial Na dobre i na złe, obecny na antenie TVP2 od 25 lat. Kanał Na dobre i na złe został uruchomiony 14 kwietnia br., a jego ramówkę podzielono na kilka bloków tematycznych. W paśmie porannym będą nadawane odcinki z wątkami lżejszymi, obyczajowymi, po południu i wieczorem o dylematach moralnych i trudnych wyborach głównych bohaterów, zaś w weekendy o skomplikowanych przypadkach medycznych i mrocznych historiach. Nadawca podkreśla, że tego typu lokowanie kontentu ma znaczenie także dla ustawowych godzin emisji. Natomiast w paśmie Początek historii zostanie pokazane 500 pierwszych odcinków serialu, których do tej pory nie zamieszczono na TVP VOD. „Jest to nowy rozdział w zakresie personalizacji treści” – stwierdza nadawca – „dynamiczny kanał tematyczny serialu Na dobre i na złe jest naszą odpowiedzią na indywidualne preferencje widzów”. Podczas wiosennej konferencji ramówkowej TVP przewidywała, że tego typu kanałów będzie w sumie 20, w tym też specjalny kanał dla seniorów. Tyle, że te plany na jesieni 2025 roku mogą ulec zmianie, bo krucho nadal z pieniędzmi. Według badania Mediapanel (dane za portalem Wirtualne Media) w marcu br. TVP VOD na komputerach, tabletach i smartfonach odwiedziło 2,7 mln internautów (to 9,08 proc. zasięgu), spędzając przeciętnie po 4 godziny, 3 minuty i 29 sekund, co zapewniło 7,69 proc. udziału w łącznym czasie korzystania z platform ze streamingiem wideo. Telewizja Polska nadaje 22 kanały telewizyjne (nie licząc wszystkich wersji TVP 3). Choć przecież niedawno władze TVP w likwidacji próbowały ograniczyć liczbę stacji, nie mając zapewnionego finansowania. I nawet w projekcie karty powinności dla KRRiT zapisano docelowe połączenie paru kanałów tematycznych TVP (np. Historia, Nauka) w TVP Wiedza. A także likwidację kanałów TVP Kobieta, Alfa TVP i stacji wirtualnych TVP Kultura 2, TVP Historia 2, TVP ABC 2. Ale organ regulacyjny się postawił, nie akceptując żadnych projektów kart powinności spółek mediów publicznych na lata 2025–2029 „z powodu niepewności finansowania i stanu likwidacji”. Co w sumie poskutkowało tym, że nadal obowiązuje karta z lat 2020–2024 i nie można zlikwidować żadnego kanału, przynajmniej dopóki nie nastąpi zmiana ustawy medialnej.
TVP odzyskuje pion, ale rośnie TV Republika
Na pierwszy plan zdecydowanie wychodzi sytuacja TVP, która przeszła okupację swoich gmachów na początku 2024 roku, oraz szybko widoczne zmiany antenowego funkcjonowania, zapoczątkowane przez nową ekipę i na ogół dobrze przyjęte przez telewidzów. Szczególnie w programach informacyjnych: ciekawą formułę głównego programu informacyjnego TVP pod nazwą „19.30” widzowie przyjęli (jak na zamęt, który się stworzył) bardzo pozytywnie, w kolejnych półroczach program już okrzepł i wypracował ciekawą formułę, starając się na ile to możliwe oddawać głos rządowi i opozycji. Choć ostatnie podsumowanie czasu antenowego dokonane przez KRRiT wskazuje na stałą dominację oficjalnego przekazu, to jednocześnie polepszyły się wskaźniki dostępu do anten, w tym TVP Info, przedstawicieli szeroko rozumianej opozycji. A przynajmniej okresowo ma ona równorzędny głos, choć niewątpliwie na rzetelności przekazu cieniem kładła się kampania prezydencka; według Krajowej Rady (analizowała to już po odwołaniu Macieja Świrskiego) przekaz nacechowany był poparciem niektórych kandydatów, choć TVP transmitowała także debaty niezależne, oczywiście o swojej nie zapominając.
Nie polepszyła się natomiast radykalnie sytuacja ustawowa i finansowa nadawcy; media publiczne zostały postawione w stan likwidacji, działając przez długie miesiące bez należnego abonamentu telewizyjnego wstrzymywanego przez KRRiT (odcięto także „zwrot za zwolnionych z płacenia abonamentu”). Rada pod przywództwem Świrskiego przekazywała pieniądze do depozytów sądowych tłumacząc, że zmiany we władzach nadawców publicznych nie zostały prawomocnie wpisane do KRS. Spór o to zaogniał tylko niepewną sytuację. Co ciekawe, finansowanie zmieniło się dopiero we wrześniu ubiegłego roku, w związku z powodzią na południu Polski, a dzisiaj kwartalna wypłata pieniędzy np. dla ośrodków regionalnych jest uzależniona od oceny realizacji planów finansowo-programowych. Pod koniec zeszłego roku transze zaczęły pojawiać się na kontach nadawcy, sytuację finansową ratowały przejściowo pieniądze rządowe z rezerwy premiera, bo prezydent zablokował analogiczne jak w poprzednich latach ustawowe zapisanie środków na media publiczne w budżecie na 2024 r. – i w ogóle jako rozwiązanie systemowe.
Akuszer tej sytuacji, minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz, został wybrany do Parlamentu Europejskiego i objął mandat posła, na czele ministerstwa stanęła Hanna Wróblewska, a później Marta Cienkowska, które w kierownictwie resortu miały m.in. Sławomira Rogowskiego, b. członka KRRiT, a pod koniec roku 2024 Macieja Wróbla, posła KO i szefa sejmowej podkomisji ds. polityki audiowizualnej. Dokładnie miesiąc po zmianie ministra resort kultury rozpoczął intensywne konsultacje publiczne założeń nowej ustawy medialnej, obejmujące m.in. likwidację abonamentu, wprowadzenie nowych zasad finansowania, likwidację Rady Mediów Narodowych, reformę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w tym nowy sposób powoływania władz mediów publicznych. Oraz nowe formy uznania telewizji lokalnych, jako bytu potrzebnego dla polskiego krajobrazu medialnego i telewizyjnego.
Znajdująca się w likwidacji TVP musiała się zmierzyć nie tylko z nową dla siebie sytuacją prawną, ale także z rozliczeniami wewnętrznymi. Działań tego typu było wiele, niemal codziennie przez cały 2024 rok podawano do publicznej wiadomości astronomiczne kwoty, jakie zarabiali prezenterzy i menedżerowie związani z poprzednią władzą, nie wspominając o dyrektorach, doradcach czy prezesach. Szły one w dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, sumując się w miliony – i ten aspekt także domaga się rozliczeń, choć ostatnio nieco ucichł, mimo zapowiedzi osądzenia do spodu. Poprzedni dyrektorzy telewizyjni nie uznawali przy tym zmian personalnych we władzach Telewizji Polskiej i przez kilka tygodni podgrzewali atmosferę, głosząc m.in. dwuwładzę w TVP, by następnie gremialnie zasilić media prawicowe, w tym TV Republika, a niektórzy otrzymali na odchodnym od prezydenta Dudy wysokie odznaczenia państwowe. Co może istotne, podążyła za nimi część wiernej prawicowej publiczności, szybko czyniąc z Republiki poważnego publicystyczno-informacyjnego konkurenta dla TVP Info. Skok oglądalności TV Republika był spektakularny jak na tego typu media i do dzisiaj jest to nadawca traktowany jako priorytetowy dla prawej strony sceny politycznej, w tym przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego i niemniej ważnego dla tej stacji b. ministra Zbigniewa Ziobrę, o prezydencie Nawrockim nie wspominając. Zaraz po zmianie władz w Telewizji Polskiej do TV Republika przeszli tacy prezenterzy jak Danuta Holecka czy Michał Rachoń, a w kolejnych miesiącach dołączyli kolejni pracownicy mediów z poprzedniej ekipy telewizyjnej z Placu Powstańców i ul. Woronicza. Stacja natychmiast stała się kanałem informacyjnym numer dwa na polskim rynku medialnym, rekordy oglądalności śrubowała również na kanałach internetowych – co niejako wymogło na konkurencji otwarcie się na tę drogę dostępu do mobilnego telewidza.
Inne prawicowe media stawały się powoli cieniem Republiki, może z wyjątkiem Kanału Zero, nowego zjawiska medialnego kandydata na prezydenta w I turze Krzysztofa Stanowskiego, którego telewizyjny debiut uzyskał nawet placet prezydenta Andrzej Dudy i podbił udział samego Stanowskiego w wyborach prezydenckich (choć z pozycji outsidera). Można więc powiedzieć, że polski rynek kanałów informacyjnych stał się zdecydowanie bardziej pluralistyczny, oferując cały przegląd idei, postaw i opinii, a przecież buzuje jeszcze internet. Co ważne, nie odbyło się to z inspiracji ustawowych, ale siłą polaryzacji społeczeństwa oraz dokonanych rozliczeń personalnych z telewizją Jacka Kurskiego, która trochę wygasa. Jest to sytuacja zastana i na pewno nowa ustawa medialna, której konsultacje odbywały się de facto cały poprzedni rok, będzie musiała się z tym zmierzyć. Co może ważne, Republika i prezes Sakiewicz wprowadzili styl dziennikarstwa i informacji znany z FOX News, z jednoznacznym opowiedzeniem się po jednej stronie sporu i widocznymi gołym okiem afiliacjami politycznymi. Wprowadziła też dziennikarzy o mocnych łokciach i zdecydowanych poglądach, ale pozytywem była rola TV Republiki jako akuszera debat prezydenckich, na czele z osławionymi wydarzeniami w Końskich.
RMN ma nowego szefa,
Świrski idzie pod Trybunał
Kwitując sytuację wokół TVP, warto jeszcze zwrócić uwagę, że władza uzyskała większość w Radzie Medów Narodowych, którą chce mocą nowej ustawy medialnej zlikwidować. Ze stanowiska przewodniczącego Rady został odwołany Krzysztof Czabański, nominat PiS, a jako przyczynę wskazano, że jednocześnie kieruje fundacją mającą pośrednio udziały w TV Republika, czego zabrania prawo. Nowym członkiem RMN i jej przewodniczącym został poseł KO Wojciech Król, przeważając większość koalicji w pięcioosobowym gremium. Warto podkreślić, że mimo całego uprzedniego oburzenia, Radę postanowiono wykorzystać do stabilizacji sytuacji w mediach publicznych. Przynajmniej do czasu, kiedy nowa ustawa medialna miała zostać uchwalona i szybko podpisana przez innego niż Duda („naszego”?) prezydenta.
Ustępujący szef państwa głośno zapowiedział, że nie podpisze żadnych zmian ustawowych w zakresie mediów, co spowolniło proces przygotowania ustawy, odkładając rzecz na 2025 rok i nie pierwszy raz czyniąc Andrzeja Dudę hamulcowym niezbędnych reform. Czy prezydent Nawrocki zmieni tę optykę? Bardzo wątpliwe, raczej będzie kontynuacja linii Dudy.
W tle toczyła się pozytywnie sfinalizowana debata na Wiejskiej na temat Trybunału Stanu dla szefa KRRiT, której finał sądowy w Trybunale zarządzanym przez sędzię Manowską jest raczej przesądzony. Świrskiemu postawiono aż 11 zarzutów, Sejm wniosek o postawienie go przed Trybunałem uchwalił. Zresztą sam Świrski czynił, wraz z prawicową większością w Radzie, co uważał za stosowne – publikując apele o przywrócenie starych, kurskich, porządków w TVP czy podejmując akcje mające na celu przestrzeganie pluralizmu, jakby gdziekolwiek i w czymkolwiek był zagrożony.
Zmiana władzy nie przeszkadza Radzie wydawać koncesje; np. te naziemne latem ub. roku przypadły prawicowym stacjom, ale także w pakiecie pozamiatano stare sprawy z koncesjami dla TVN czy Polsatu. Prawo nadawania na ósmym multipleksie naziemnej telewizji uzyskały telewizje Republika oraz wPolsce24 braci Karnowskich, wydawcy „Sieci” i wPolityce.pl. Republika zaczęła emisję naziemną już w połowie lipca 2024 roku, a wPolsce24 na początku września – i są to nadawcy adresujący swój ideowy i polityczny przekaz do prawicowego widza. Byłe gwiazdy TVP Jacka Kurskiego zasiliły zresztą telewizję wPolsce24; odnajdziemy tam takie nazwiska jak Michał Adamczyk, Magdalena Ogórek, Marcin Tulicki, Samuel Pereira i wielu innych dziennikarzy dawnego TVP Info. A w ramówce np. nowe odsłony „Wiadomości” czy publicystykę Rachonia i Adamczyka, choć już o mniejszym zasięgu i sile politycznego rażenia. Co może istotne, w tym obsługiwaniu prawicowego elektoratu obie stacje odwołują się do lojalności i hojności widzów, organizując zbiórki na swoje utrzymanie, mimo sporych reklam i wykupionego czasu antenowego.
Sejm odrzucił sprawozdanie KRRiT, nad Senatem wisi jeszcze obowiązek rozpatrzenia sprawozdania za miniony rok. Ciekawe, czy uda się to w obecnej sytuacji, kiedy p. Glapiak weszła w buty Świrskiego – co ten poddał wątpliwość? Skwitowanie przez Pana Prezydenta jest raczej przesądzone, będzie więc 2:1, a do odrzucenia potrzebny jest wynik do zera… W Krajowej Radzie gołym okiem widać zresztą problemy osobowe, wiceprzewodnicząca Glapiak walczy z oskarżeniami za swoje dokonania w MON, ale objęła schedę do Świrskim, a organ jest w pełni prawicowy, wykreowany jeszcze za rządów PiS. Byłby to więc kryzys organu na tyle poważny, że trzeba by było wybierać nową Radę?
Tytuł pozwala mi na dość swobodne wyrażanie poglądów, niekrępowanych poprawnością polityczną czy doktrynalną. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie w Polsce dzięki przemyślanej ingerencji administracji amerykańskiej w proces ich przygotowania i przeprowadzenia. Nie ma znaczenia, czy administracja ta działała bezpośrednio, czy posługiwała się instytucjami pośredniczącymi, takimi jak na przykład Heritage Foundation (jeden z najprężnniejszych amerykańskich think tanków, autorzy nieoficjalnego programu Trumpa Projekt 2025) czy American Centre of Law and Justice (organizacja prowadzona przez wieloletniego prawnika Donalda Trumpa – Jay’a Sekulowa). Albo instytucje powiązane z ruchem Tradycja, Rodzina i Własność. Za organizacjami tego typu kryją się bowiem oficjalne organy.
Postawioną tezę potwierdzają działania poprzedzające finalne rozstrzygnięcie wyborcze, jak niespodziewane spotkanie Trump-Nawrocki przed drugą turą. Trump, który lekceważąco traktował swego „przyjaciela” Dudę, znalazł czas na wspólne zdjęcie i deklarację poparcia dla nikomu w świecie nieznanego kandydata. Chłopaka z gdańskiego blokowiska, znanego raczej wśród bokserskich i piłkarskich kibiców niż polityków. Jego podpowiadacze wybrali trafnie, analizując jego cechy osobowe, wiek i predyspozycje. No bo przecież nie mógł być takim kandydatem Jarosław Kaczyński (ur. 1949), człowiek z innej bajki, choć w wieku Trumpa, coraz bardziej bezładnie i bezradnie artykułujący swoje staroświeckie poglądy. Zaryzykuję jeszcze bardziej: Nawrocki był pomysłem Amerykanów przyjętym przez polskie koła prawicowo-konserwatywne. Może podsuniętym im przez Dominika Tarczyńskiego, który dziwnym trafem ma lepsze dojścia do Amerykanów niż cała sterta wysoko nominowanych prawicowych polskich polityków. O wiele lepsze niż Kaczyński i gromada jego akolitów, wciąż ślepo zapatrzonych w geniusz przywódcy. Ale to wątek uboczny. Niech się martwi wódz PiS-owców, któremu wyrasta nowy rywal.
Potwierdza tę tezę także szybkie zaproszenie Nawrockiego do złożenia wizyty Trumpowi, na którą politycy europejscy, nawet z pierwszego szeregu, czekają miesiącami. A nowo kreowane objawienie polskiej polityki już za kilkanaście dni wejdzie do Gabinetu Owalnego. Potwierdza wreszcie fakt wyeliminowania premiera i rządu z rozmów z administracją amerykańską, na które patent uzyskał Pałac Prezydencki. Wprawdzie autorzy niektórych opinii artykułowanych w mediach społecznościowych skłaniają się do rozstrzygnięć prostszych: Amerykanom chodzi o stworzenie pasa ochronnego między Rosją a Ukrainą z udziałem wojsk europejskich, w tym Polski. Tusk i Kosiniak byli przeciwnikami takiego rozwiązania („żadnych polskich żołnierzy na Ukrainie”), a Nawrocki może okazać się bardziej elastyczny.
Takie wyjaśnienie powodów wysunięcia kandydatury prezesa IPN wydaje się jednak zbyt prymitywne jak na finezyjne amerykańskie umysły. Myślę jednak – zgodnie z tytułem rubryki – że przyczyny takiego obrotu sprawy są znacznie głębsze. W Stanach (no bo gdzie indziej) zrodziła się koncepcja forsowania nowego porządku europejskiego poprzez tworzenie sieci sił konserwatywnych zwalczającej wartości tak zwanej demokracji liberalnej. I w tym widziałbym raczej wyjaśnienie meandrów ich polityki wobec Europy i Polski, którą postrzegają jako stosunkowo łatwy kąsek do wykorzystania przy realizacji szerszych celów. Polski konserwatywnej, katolickiej, o silnej pozycji Kościoła. Przynajmniej taka jest polska wieś, ale to ona zadecydowała o wynikach wyborów.
Po elekcji Trumpa sieć ta zyskała wsparcie administracji amerykańskiej. Jej celem (sieci, nie administracji, choć ta sprzyja tym dążeniom) w Europie jest zwalczanie koncepcji integracji, a zwłaszcza wciąż jeszcze mocno niesprecyzowanej, ale już obecnej wizji państwa quasi-federalnego, prowadzącego wspólną politykę zagraniczną, militarną i – w części – gospodarczą, z zachowaniem i poszanowaniem tradycji narodowych w szeroko rozumianej kulturze, religii i obyczajach. I wysunięcie – jako pojęcia przeciwstawnego – idei suwerenności państwowej widzianej przez pryzmat narodu jako czynnika konstytuującego wspólnotę.
W tej rywalizacji powoli zanikają stare linie antagonistycznych podziałów: kapitalizm vs. socjalizm, liberalizm vs. fundamentalizm, demokracja vs. autokracja. Pojęcia te tracą dawne znaczenie w nowej, dopiero wykluwającej się rzeczywistości. W internetowym świecie są to zresztą pojęcia zbyt skomplikowane dla głoszenia prawd prostych. A te są potrzebne dla pozyskania większości, wciąż decydującej w rywalizacjach wyborczych. Idea suwerenności narodowej: Ameryka dla Amerykanów (białych), a więc MAGA, Europa dla białej rasy, Polska dla Polaków. Imigrant twój wróg. Czyha na twoje dobra, twoje kobiety, dewastuje twoją rodzinę. Wychodzi z tego potworek: konflikt rasowy, powrót do międzywojennego faszyzmu, w jego rasistowskim wydaniu. Atak na imigrantów jest egzemplifikacją szerszej, bardziej kompleksowej idei. I wyrażenie jej za pomocą dobrze znanego, prymitywnego języka.
Próbą, może jeszcze nie generalną, ale ważną, okazały się wybory prezydenckie w Polsce, które były starciem tych dwóch (nieważne czy faktycznych, czy wyimaginowanych) przeciwieństw. W nich walka z imigracją, szerzej – z elementem obcym (bo nie narodowym, to zrozumiałe szczególnie dla Polaków), została trafnie dobrana. Głoszą ją (choć z różnym natężeniem) prawicowe organizacje w całej Europie. To skłania do teorii o istnieniu jednego centrum nadawczego, choć sam mam wątpliwości, nie lubię bowiem teorii spiskowych. Tę bitwę wygraliśmy – pisała o wygranych polskich wyborach węgierska organizacja Alapjogokert Koezpont (Center for Fundamental Rights, instytucja powołana dla obrony tradycyjnych wartości cywilizacji zachodniej, wspierana organizacyjnie i finansowo przez rząd Orbana), ale wojna się nie skończyła. Węgierskie wybory parlamentarne będą z pewnością kolejnym polem tego starcia. Przyjdzie też kolej na Czechy, to już widać z zapowiedzi. Ruch antyliberalny jest finansowany w przeważającym stopniu z amerykańskich pieniędzy; głównym europejskim beneficjentem są obecnie Węgry, gdyby jednak Orban przegrał wybory, Polska ma szansę przejąć ich rolę. Będzie szansa zrewanżować się za azyl Romanowskiego. Na razie cieszy się wolnością w Budapeszcie, a nasza rodzima prawica deklaruje na zapas gotowość do przejęcia od Węgier pozycji rozgrywającego w tej części Europy. Nie na darmo Trump wysuwa Budapeszt na miejsce spotkania Trump-Zełenski ze swoim ewentualnym udziałem. Byłoby wówczas 3:1 Trump, Orbán, Putin vs. osamotniony Zełenski.
Cofnijmy się jednak o kilka tygodni. 29 maja 2025 roku (trzy dni przed rozstrzygnięciem wyborczym) na wiecu CPAC w Rzeszowie pokazano wyraźnie idee tej organizacji i zamierzenia implementacyjne. CPAC to Konferencja Konserwatywnej Akcji Politycznej, prowadzona przez American Conservative Union, w której biorą udział konserwatywni aktywiści z różnych części Stanów Zjednoczonych. Przypadkiem pomogli swoim kumplom w tak odległym kraju jak Polska. By docenić tę pomoc, na Kongres przybył nawet Duda, odchodzący prezydent. W przemówieniu wychwalał pod niebiosa USA, Trumpa, myśl konserwatywną i Podkarpacie, gdzie Nawrocki zyskał bodaj najwięcej głosów (w jednej gminie nawet ponad 96 procent).
W uzasadnionej, jak widać, nadziei na wyborczy sukces, strumień amerykańskich pieniędzy – bezpośrednio lub pośrednio – trafił i będzie nadal trafiał do prawicowych polskich organizacji, z powodu swego programu korzystających z masowego poparcia. To instytucje należące w znacznej mierze do Tadeusza Rydzyka, w tym podnoszące wyborcze szanse media, oraz wpływowa międzynarodowa ekstremistyczna organizacja Ordo Iuris. Te przygotowujące intelektualną podbudowę pod fundamenty ruchu w Polsce to m.in. Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi czy Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności. W cytowanym przez polskie media społecznościowe raporcie Europejskiego Forum Parlamentarnego ds. Praw Seksualnych i Reprodukcyjnych przytoczone zostały następujące stwierdzenia: „Nowy sojusz ekstremistów religijnych, skrajnie prawicowych populistów i oligarchicznych fundatorów zmienia kształt europejskiej polityki. To […] próba wpompowania ekstremizmu religijnego do głównego nurtu władzy za pośrednictwem mediów, organizacji pozarządowych, partii politycznych i instytucji publicznych. Wspierany przez prywatny majątek i legitymizowany finansowaniem państwowym ruch ten kreuje długoterminową autorytatywną transformację pod płaszczykiem tradycji i troski”. Podobno (dane pochodzą z mediów społecznościowych) aż 275 organizacji sprzeciwia się w Europie zmianom dotyczącym praw reprodukcyjnych i płciowych. W ciągu 5 lat (2019-2023) otrzymały one środki o wartości 1,18 mld USD. W finansowaniu tych organizacji bierze udział Rosja, choć niektóre organizacje temu zaprzeczają z uwagi na negatywny odbiór rosyjskiego finansowania po wybuchu wojny na Ukrainie. Prawicowy konserwatyzm w Rosji to – oczywiście – rezultat bliskiej współpracy ołtarza i tronu: Cerkwi i autokratycznej władzy.
Plany są dalekosiężne. Mają prowadzić do demontażu Unii Europejskiej, nawet w jej dotychczasowej mało radykalnej postaci. Na ten cel idą spore pieniądze transferowane przez American Centre for Law and Justice. Europejska afiliacja tej organizacji jest – przypominam – oficjalnym partnerem Ordo Iuris. W planach ma atak na europejskie sądownictwo, w tym Europejski Trybunał Praw Człowieka. Druga linia ataku to prawa kobiet i osób LGBT+, a także – coraz częściej – osoby żyjące w związkach partnerskich niezależnie od orientacji seksualnej. Trzecia ma charakter sporu ideologiczno–etycznego. Programy zwalczania wroga stają się coraz bardziej radykalne, wręcz ekstremistyczne. Prawica mocniej artykułuje, że to wojna o sprawy fundamentalne. Toczona w bardzo szybkim tempie. Jeszcze do niedawna Joe Biden, mówiąc w Warszawie o wojnie cywilizacji Zachodu i Wschodu, wojnie dobra ze złem, mówił o tym samym zjawisku, lecz w odwróconych pozycjach i rolach. Argumentacja ta sama, podmioty ją wyrażające i idee przez nie głoszone ulokowały się natomiast, a może ulokowane zostały – na przeciwstawnych miejscach. Jak białe i czarne w szachach. Raz gra nimi jeden, a raz drugi z graczy.
Charakterystyczne, że w dążeniach do dyskredytacji wszelkich form liberalizmu łączą się siły do niedawna zaliczane do stron przeciwnych: amerykańska demokracja, bo za demokrację wciąż jest uważana, autokratyczne Węgry i despotyczna Rosja. Ciekawe, że strona przeciwna (obóz liberalno-demokratyczny) zdaje się nie zauważać aktywności tych ruchów i nie robi prawie nic, by im przeciwdziałać. W polskim kontekście – zdumiewa słaba przeciwwaga w argumentacji i brak zdecydowanego działania organów państwa w zwalczaniu ekstremizmów, w tym niezrozumiała bierność służb specjalnych. Bąkiewiczowi dopiero w ostatnich dniach postawiono pierwsze, wątłe zarzuty.
Wydaje mi się (to łagodniejsza forma wyrażenia „tak myślę”), że warto zwrócić uwagę na dwa aspekty rysującej się sytuacji. Po pierwsze, spór liberalnej i fundamentalistycznej strony jest sporem globalnym i globalnych rozstrzygnięć będzie wymagać. Czy organizacje o charakterze liberalno-demokratycznym będą zdolne do współdziałania, by takie wspólne i spójne rozstrzygnięcie proponować? Po drugie, utrwalone w historii antagonistyczne przeciwieństwa (ustrojowe, ideologiczne, polityczne, moralne) tak się poplątały we współczesnej rzeczywistości, że utraciły swoje dotychczasowe znaczenie i aktualność. Co więcej, trudno wyznaczyć nosicieli tych cech. By posłużyć się przykładem, to pomieszanie demokracji (demos, grec. lud) i populizmu (populus, łac. też lud), a więc w obu językach ludowładztwo doprowadziło do sytuacji, w której wyboru prezydenta Rzeczypospolitej dokonano głosami najgorzej wykształconych grup społecznych, z najsłabszych ekonomicznie i kulturowo regionów kraju, o najniższym wkładzie do ogólnonarodowego dorobku. Choć wybór przeprowadzono w demokratycznej procedurze (być może, choć ciągle mam wątpliwości, bo głosów nie przeliczono ponownie), to za tym wyborem nie stały ani racjonalne argumenty i wiarygodne dane, ani autorytety intelektualne i moralne, co byłoby pewną gwarancją mądrych i efektywnych rządów. Wypada przyznać, że to populus, a nie demos zadecydował o takim wyborze, jeśli upieramy się przy pozytywnej konotacji dla demos, a negatywnej dla populus.
Stany Zjednoczone ze swoją dwuznaczną rolą w konflikcie ukraińskim, a z drugiej strony – zapewniające tarczę ochronną dla Izraela masakrującego ludność Gazy, trudno uznać za głosiciela wartości przypisywanych do niedawna demokracji w jej zachodnim wydaniu. Czy USA można traktować – zwłaszcza po rozmowach w czworokącie: USA-Europa-Rosja-Ukraina – za wiodącego reprezentanta wolnego świata, obrońcę zachodniej cywilizacji przed imperium zła, za jakie do wczoraj uważano Rosję? Choć wciąż zwolennicy demokracji cytują Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządów, ale nikt nie wymyślił lepszej, warto przytoczyć inne z jego powiedzeń: najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą. Pasuje, jak ulał do polskiej elekcji AD 2025. Trudno zresztą upierać się przy uświęconych wartościach, gdy wsłuchamy się w transakcyjny charakter argumentacji Trumpa. Sprzedamy broń Ukrainie, za którą zapłaci albo ona, albo Unia Europejska. Chcecie, to płaćcie. To wasza sprawa. Wprawdzie Clinton opowiada co innego, ale Clinton jest emerytem, choć ma tyle lat, co Trump. Wkładem USA w tej wojnie – tak to rozumiem – ma być gotowość do przytulenia zysków ze sprzedaży wyprodukowanej i posiadanej broni. Bez niej – mówią – nie wygracie tej wojny. Europejscy uczestnicy dyskusji w Białym Domu potakują, mnożą komplementy pod adresem głosicieli autorów tych prawd. Samego Prezydenta. Przecieramy oczy ze zdumieniem. Oj, chyba dostanie tego Nobla.
Odwołując się do pojęć: tradycji, wiary i wspólnoty narodowej, prawica ma tę przewagę, że operuje słownikiem zrozumiałym i zakorzenionym w mentalności zbiorowej większości europejskich społeczeństw. Strona liberalno-demokratyczna została natomiast zmuszona do poszukiwania nowego języka, wyrażającego całkiem nową sytuację, dla której nie przystają pojęcia liberalizmu, fundamentalizmu, autokracji, w ich tradycyjnym rozumieniu. Powinna szybko znaleźć odpowiedź na wytworzoną nową sytuację. Łatwo się mówi, ale to naprawdę bardzo trudne zadanie.
Może nie mam racji, może niepotrzebnie demonizuję zagrożenia. Ale „tak myślę”.
z Rafałem SKĄPSKIM, byłym wiceministrem kultury i sekretarzem Narodowej Rady Kultury, rozmawia Karol CZEJAREK
Karol Czejarek: Jak oceniasz obecny stan kultury, o której nie było ani słowa w ostatniej kampanii wyborczej na urząd prezydenta? Chodzi mi ogólnie o szerszą obecność kultury w życiu publicznym.
Rafał Skąpski: Już przyzwyczaiłem się, że w dyskusji politycznej kultura nie występuje. Mniej więcej 15 lat temu prześledziłem wystąpienia kolejnych premierów od 1985 roku. Niestety, sprawy kultury pojawiły się w nich chyba raz, najwyżej dwa razy. A który to był premier? – nawet już nie pamiętam. Odnosząc do obecnej sytuacji, czyli wyborów prezydenckich – powiem, że pomijanie kultury w dyskusji to wina nie tylko sztabów, ale też samych kandydatów. Mogę oceniać tylko debaty telewizyjne, po Polsce za kandydatami nie jeździłem. Dam przykład z naszej strony, bo to najbardziej bolało. Rafał Trzaskowski, człowiek oczytany, o kulturze podczas debat nie mówił nic. Także inni kandydaci ze strony demokratycznej: Biejat, Hołownia, Zandberg. Chyba coś wspomniała Senyszyn, ale mogę się mylić.
Dobrze pamiętam jedno z wystąpień programowych Donalda Tuska. To było jeszcze przed 2015 rokiem. Uważnie wsłuchiwałem się, czy padnie słowo „kultura”. Nie padło. Natomiast w pewnym momencie zelektryzowało mnie słowo „instrumenty”. Przez sekundę pomyślałem naiwnie, że powie coś o filharmoniach, orkiestrach, muzycznej edukacji młodzieży… Mówił o instrumentach finansowych, o kulturze ani słowa. A przecież, mając przemówienie napisane przez współpracowników, każdy mówca, każdy doświadczony polityk odchodzi od napisanego mu tekstu i mówi coś od siebie, więc o kulturze mógłby i powinien wspomnieć, nawet nie widząc tego na przygotowanych mu kartkach.
Kiedyś określiłem trzy obszary styku kultury i polityki, kultury i państwa. Pierwszy – to obowiązki państwa; w nim znajduje się edukacja powszechna, edukacja artystyczna, gwarancje uczestnictwa w kulturze, ochrona dziedzictwa, utrzymanie instytucji narodowych i samorządowych, zapewnienie informacji o wydarzeniach kulturalnych. Drugi – to wspomaganie. Państwo powinno ułatwiać i wspierać działalność społecznego ruchu kulturalnego, artystycznego, regionalnego, okazywać pomoc prywatnemu managementowi, eksperymentowi artystycznemu, debiutom. Trzeci obszar – to nieingerowanie państwa w swobody twórcze i komercyjną działalność kulturalną. Od polityków i urzędników odpowiedzialnych w Polsce za rozwój i upowszechnianie kultury powinniśmy dziś oczekiwać rozumienia i szanowania nie tylko tego podziału, ale i realizacji przypisanych im zadań!
Obserwując kulturę, niemal codziennie uważam, że kondycja szeroko rozumianej kultury jest najogólniej dobra. Jest to dość proste do udowodnienia. Większość czasu spędzamy teraz z żoną poza Warszawą, na Sądecczyźnie. Tam kultura jest stałym, niemal codziennym składnikiem życia mieszkańców w każdym wieku. To naprawdę budujące. Na przykład niezwykłe, a czasem wręcz zaskakujące przywiązanie do tradycji. To niemal duma z regionalnego stroju, noszonego także przez młodzież, oczywiście nie na co dzień, ale od święta czy podczas występów licznych tu zespołów artystycznych. Jest ich bardzo dużo, w każdej gminie, a w wielu wsiach na terenie gminy działają zespoły zrzeszające miejscowych tancerzy i śpiewaków w różnych grupach wiekowych. Koła Gospodyń Wiejskich są zbyt często w odbiorze miejskim traktowane niesprawiedliwie, nawet prześmiewczo. A działają w nich niezwykle wartościowe osoby kultywujące, między innymi, użyję określenia, regionalną tradycję kulinarną. Wydaje mi się, że tu, na Sądecczyźnie, w szkołach muzycznych uczy się znacznie większy odsetek młodzieży niż w innych regionach, a już na pewno w miastach. Wracając do strojów regionalnych, często widzę w nich wyraźnie dumne ze swoich występów dziewczęta, które następnego dnia idą do szkoły w modnych ciuszkach i fryzurach. Godzą tradycję ze współczesnością. Wczoraj widziałem znajomą Sądeczankę, wybitną warszawską onkolog, odbierającą nominację profesorską – założyła strój Lachów sądeckich.
Nadal obserwuję wykluczenie kulturowe obszarów pozametropolitalnych, by nie używać określenia prowincji. Na to zwracał uwagę w raporcie o stanie kultury prof. Jerzy Adamski, wiceprzewodniczący Narodowej Rady Kultury w końcu lat 80. Jego opracowanie było autorskie, ale zaaprobowane jako oficjalne stanowisko całej Rady. Niewiele się zmieniło od tamtego czasu.
Nie mam tego raportu pod ręką, ale pamiętam dwie ważne kwestie, niestety nadal aktualne: w szkolnictwie powszechnym – niedostatki programowe w zakresie edukacji kulturalnej, brak kształtowania u młodzieży potrzeb uczestnictwa w kulturze, a równolegle brak kadry do prowadzenia zajęć z muzyki, plastyki itp. Druga kwestia – to wykluczenie kulturalne społeczeństwa. Tu jest wiele czynników i niektóre z nich uzmysłowił mi właśnie ten Raport Adamskiego. Na przykład zbyt rzadka siatka komunikacyjna, a to po roku 1990 (biorąc pod uwagę komunikację autobusową i kolejową) jeszcze się pogorszyło. Co to ma wspólnego z kulturą? – zapyta ktoś. Ma, bo przecież z małej wioski do teatru czy kina trzeba czymś dojechać, a nadal nie każda rodzina ma auto. I jeszcze jedno ważne spostrzeżenie. Nowoczesne sale koncertowe w Katowicach, Wrocławiu czy Szczecinie nie pobudzają w Polsce powiatowej potrzeby uczestnictwa w koncertach. O roli mediów nie wspomnę. To osobny temat… Disco-polo, piosenki o majteczkach w kropeczki, kabaretony o skandalicznie niskim poziomie, tandetne seriale, różne tańce z gwiazdami, które tylko same za gwiazdy się uważają.
Karol Czejarek: Czy nie boli Cię serce w związku z dualizmem wielu związków twórczych, podzielonych na stare i nowe?
Rafał Skąpski: No cóż, dwa razy twórcy dostali po grzbiecie: stan wojenny i transformacja. Stan wojenny – moim zdaniem – pewnym bardzo groźnym sytuacjom zapobiegł, więc dla mnie był nieunikniony, ale przyniósł też niestety wiele błędnych, zbyt pochopnych decyzji. Myślę o rozwiązywaniu związków twórczych i powstawaniu na ich miejsce nowych, posiadających aprobatę władzy. Nigdy chyba o tym nie rozmawialiśmy. Brałem przed laty obok Ciebie udział w naradach na wysokim szczeblu o przyszłości ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków). W tym gronie byliśmy na samym końcu łańcuszka decyzyjnego, ja oczywiście za Tobą. Pamiętam, że Twoje argumenty, by jak najdłużej próbować ułożyć się z ówczesnym prezesem Puciatą, przestały przekonywać decydentów. Nie wchodząc w szczegóły, bez Twojej wiedzy, samowolnie, korzystając z pośrednictwa kuzynki rzeźbiarki, uzyskałem słowo Puciaty, że ustąpi, ale postawił warunek, że chce być zaproszony na planowaną naradę plastyków w Ministerstwie i tam to oświadczy. Jednak na liście zaproszonych jego nazwiska ostatecznie nie było. Władza obawiała się, że przyjedzie, nie ustąpi, a wygłaszać będzie protesty.
Równolegle do tych działań władzy, zawiązywały się organizacje podziemne, buntownicze, wyraźnie ją kontestujące. Ujawniły się one po przemianach roku 1989. Wszystkie te organizacje, niezależnie od rodowodu, nic nie zyskały na nowej filozofii gospodarki państwa. Tu reforma Balcerowicza była na swój sposób sprawiedliwa. A wszystko to działo się przy świadomości ówczesnej pani minister Izabelli Cywińskiej, która ponadto cofnęła plastykom specjalny status pracowni, czyli to, co akurat twórcy m.in. uzyskali, gdy byłeś dyrektorem Departamentu Plastyki. Delegowałeś mnie do prac nad przepisami dającymi artystom zniżkę opłat za pracownie.
Pamiętam, jak prezes jednego z tych nowych związków, mocno związany z opozycją lat 70. i 80. pytał mnie (byłem wtedy wiceministrem kultury), dlaczego resort nie pokrywa kosztów najmu biura ich organizacji i zakupu różnych materiałów biurowych. Żalił się, że musi kupować żarówki z własnych pieniędzy. Cisnęły mi się na usta słowa: „przecież sam pan o to walczył”.
Podział na nowe i stare związki istnieje do dziś. To problem środowiska, chyba niepotrzebnie rozpamiętywane są jego przyczyny. Filmowcy nie podzielili się, artyści sceniczni dawno pogodzeni, ten dualizm wciąż trwa wśród plastyków i literatów. Ci ostatni mają zresztą od niedawna trzeci, a może i czwarty związek; w tym przypadku powodem tego nie są spory polityczne, a różnica interesów poszczególnych grup twórców. Może wyostrzam ocenę, ale ani środowiska twórcze (władze ich organizacji), ani powoływane od czasu do czasu różnego rodzaju rady nie stanowią dziś dla decydentów (nie tylko w kulturze) żadnego rzeczywistego oparcia, źródła wiedzy czy pola do konsultacji. Wielka szkoda.
Karol Czejarek: Ale może gdyby obecne władze zainicjowały publiczną dyskusję na ten temat?
Rafał Skąpski: Moim zdaniem tak zwane konsultacje środowiskowe są w dużej mierze fikcją. Mniej więcej po 2005 roku zapanowała moda na zespoły eksperckie o utajnionym składzie, które oceniają aplikacje twórców i organizatorów. Sążniste formularze składanych wniosków czytają nieznani z nazwiska eksperci. Wydawany jest werdykt, jeśli pozytywny – to szczęście, jeśli negatywny – to w ogóle wnioskodawca nie ma możliwości rozmowy z nikim o swoim projekcie (ostatnio wyeliminowano nawet możliwość odwołania się). Dyrektorzy, pracownicy tych wielu nowo powstałych Narodowych Instytutów, o sporych budżetach, odsyłają do obiektywnych (?) wyroków owych bezimiennych ciał! Uważam, że te opiniujące obecnie komisje eksperckie, które de facto decydują o podziale środków, są tylko zasłoną i wyręką dla urzędników. W skuteczność społecznych zespołów doradczych nie wierzę, są tworzone (jeśli w ogóle są) dla honoru domu, a nie z rzeczywistej potrzeby polityka.
Przypominam sobie, jak dyrektor departamentu, gdy byłem wiceministrem, przychodził z naręczem różnych wniosków i próśb; czasem były to tylko wykazy, ale na każdym dokumencie była jego pisemna sugestia. Ja to aprobowałem bądź wprowadzałem pisemnie poprawki i kierowałem do ministra. On podpisywał, rzadko coś zmieniał, ale także zawsze z podpisem i pieczątką na dokumencie. Jeśli ktoś chciał się odwoływać, wiedział do kogo i na jakim szczeblu. Odpowiedzialność za decyzje była czytelna, spersonalizowana.
Karol Czejarek: A jakie toczyliśmy dyskusje na kolegiach u ministra! Pamiętam, że już jako sekretarz Narodowej Rady Kultury bywałeś zapraszany przez prof. Krawczuka.
Rafał Skąpski: Doskonale pamiętam tę atmosferę i tę sporą grupę dyrektorów, doradców, ekspertów, z którymi minister omawiał i konsultował bieżące sprawy. Jakże mi takich narad brakowało, kilkanaście lat później, gdy byłem wiceministrem. Ministrowie Celiński i Dąbrowski nie pracowali zespołowo. Myślę o naradach i obradach z wiceministrami, dyrektorami itp. Za tego pierwszego było kilka, za drugiego nie więcej. Celiński konsultował z nami zagadnienia indywidualnie, miał swoje poglądy, ale przyjmował moją argumentację i zdarzało się, nie tak rzadko, że zdanie zmieniał. Pamiętaj, że on celował na objęcie teki ministra pracy, a dostał resort kultury. Ten drugi, też rozmawiał indywidualnie, ale oznajmiał swoje decyzje, nie zostawiając w zasadzie pola do dyskusji.
Karol Czejarek: Czy możesz w kilku punktach skwitować swoje lata ministrowania?
Rafał Skąpski: Nie będę robił bilansu, powiem tylko o kilku epizodach, ale dla mnie niezwykle ważnych. Podejmowałem kolacją przebywającą we Wrocławiu panią profesor Larysę Kruszelnicką – dyrektorkę lwowskiej biblioteki im. Stefanyka, w której znajdują się pozostawione zbiory Ossolineum. Szacuje się, że 30 procent jest w Polsce, reszta dalej tam. Dyrektor naszego Ossolineum narzekał, że Kruszelnicka stanowczo nie godzi się na wypożyczanie zbiorów do Polski, o co wciąż zabiegają polscy naukowcy. Przyjmując, że tego nie uzyskam, po stworzeniu niezwykle miłej atmosfery, zapytałem, czy nasi badacze będą mogli dygitalizować dokumenty – zgodziła się bez wahania.
Będąc w Drohobyczu, oglądałem kilka fresków Bruno Schulza. Było to niedługo po słynnej akcji Mosadu. W jednej z willi odnaleziono naścienne rysunki Schulza, to była prawdziwa sensacja. Ale jeszcze większą było przekupienie przez wysłanników Mosadu mieszkańców tej willi, skucie fresków i potajemne wywiezienie ich do Izraela. Na ścianach pozostały trzy czy cztery o mniejszej wartości artystycznej, ale zawsze był to Schulz! Skuto je i umieszczono w miejscowym muzeum. Dla zwiedzających były niedostępne. Będąc służbowo we Lwowie poprosiłem, by w czasie wolnym zawieziono mnie do Drohobycza i zaprowadzono do tego muzeum. Okazało się, że w tym dniu jest zamknięte, a freski są i tak niedostępne dla niczyich oczu. Mimo mojej funkcji, dyrektor długo odmawiał. Uległ, gdy poinformowałem go, iż towarzysząca mi żona jest córką ucznia Schulza. Obejrzeliśmy freski, mogliśmy zrobić zdjęcia, a na koniec uzyskałem zgodę na wypożyczenie tych, tak strzeżonych, malowideł, aby je pokazać w Polsce.
„Gazeta Wyborcza” opublikowała informację, iż pani Barbara Piasecka-Johnson posiada inkunabuł z XV wieku – Księgę praw miejskich Głubczyc. Nadto autor artykułu apelował do ministra kultury o odkupienie jej za pół miliona złotych. Andrzej Celiński zlecił mi prowadzenie negocjacji. Nie wchodząc w szczegóły, stanowisko reprezentantów pani Piaseckiej przez długi czas było nieugięte, ale finalnie uzyskałem przekazanie Księgi całkowicie nieodpłatnie.
W pierwszych tygodniach urzędowania minister Celiński uzyskał zgodę Krystyny Łybackiej na odstąpienie kulturze części przychodów z gier liczbowych. Łybacka miała w swoim nadzorze sport, a co za tym szło – podlegał jej Totalizator Sportowy i jego zyski. Ustne uzgodnienie ministrów musiało przybrać formę prawną. Wyznaczono mnie do prowadzenia prac, a partnerami byli wiceministrowie edukacji i sportu oraz finansów. Negocjacje były trudne, piętrzono problemy, moi partnerzy wcale nie byli skorzy do realizacji obietnicy minister Łybackiej. Jednak udało się i pieniądze te, kwota niebagatelna, przyczyniły się do powstania odrębnego, pozabudżetowego finansowania produkcji filmów.
Odpowiadałem też za przystosowanie krajowych przepisów dotyczących kultury do norm unijnych. Jedną z kwestii było wprowadzenie opłaty VAT na książki, co obowiązywało w większości krajów unijnych. Trzeba było nie lada starań i argumentacji, by Bruksela wreszcie zgodziła się: stawka zero na pięć lat! A skoro już o podatku VAT – to jeszcze jedna historia. W resorcie finansów przygotowywano opodatkowanie nim prasy. W trakcie prac rządowych i parlamentarnych (w Komisji Kultury) skutecznie wybroniliśmy przed tym podatkiem niskonakładowe regionalne publikacje, wydawane przez towarzystwa kulturalne, miłośników gminy, miasta, stowarzyszenia regionalnych badaczy historii itp. Projekt poszedł na koniec do Komisji Finansów, w której nasze ustalenia wykreślono, nas o tym nie zawiadamiając. Sejm to uchwalił i dopiero w momencie prac w Senacie ktoś mnie zawiadomił, że w tekście ustawy, przez Sejm już przyjętej, jest VAT na te pisma, który byłby ich końcem. Zadzwoniłem do marszałka Senatu i poprosiłem o możliwość wystąpienia podczas obrad plenarnych, na których ustawa miała być rozpatrywana. Po wystąpieniu wiceminister finansów pani Ireny Ożóg (ona jedynie miała upoważnienie premiera do reprezentowania rządu i prezentowania ustawy), Longin Pastusiak udzielił mi głosu. Przedstawiłem argumenty i wróciłem na miejsce. Podbiegła do mnie wzburzona pani minister, zapowiadając doniesienie do premiera na moje samozwańcze, bez upoważnienia wystąpienie, godzące w przyjęte już przez Sejm przedłożenie rządowe. Na szczęście podczas przerwy w obradach kilku senatorów stanęło w mojej obronie, tłumacząc że działałem może wbrew przepisom, ale w dobrej sprawie. Ja zaś udowodniłem, że mimo obowiązku, sejmowa Komisja Finansów nie zawiadomiła mnie o zmianie w ustawie.
Karol Czejarek: Ja także bardzo poważnie traktowałem zaproszenia na wydarzenia lokalne, bo prawo jest prawem i obowiązuje potem wszystkich.
Rafał Skąpski: Zgadza się! Moja obecność z racji sprawowanej funkcji, dodawała organizatorom poczucia wartości. Niejednokrotnie słyszałem, że dzięki mojej wizycie, po raz pierwszy w tej miejscowości pojawił się wojewoda. Pojechałem na przykład, wbrew sugestii urzędnika z Ministerstwa, na doroczną watrę łemkowską. Organizatorzy byli zaskoczeni i usatysfakcjonowani, że przyjechał minister, w dodatku z odznaczeniami dla nich. Ale największe zaskoczenie wywołałem, gdy w moje wystąpienie wplotłem – po rusińsku, w ich ojczystym języku – fragment wiersza łemkowskiego poety z XIX wieku. Starałem się, jak tylko czas i okoliczności pozwalały, doceniać tego typu lokalne przedsięwzięcia.
Karol Czejarek: Czy po Twoim odejściu z Ministerstwa korzystano z Twojego doświadczenia?
Rafał Skąpski: Chyba nie tylko w kulturze, ale szerzej – w innych obszarach – nie traktuje się doświadczenia poprzedników jako wartości, z której należy czerpać. W ciągu 20 lat prezesowania Polskiemu Towarzystwu Wydawców Książek tylko dwa razy byłem zaproszony do udziału w zespole o charakterze opiniującym i doradczym. Wtedy ich składy były jeszcze jawne. Pewnie Cię zaskoczę, gdy powiem, który minister to zrobił… Kazimierz M. Ujazdowski w latach 2005–2007.
Karol Czejarek: Powiedz coś więcej o Narodowej Radzie Kultury. Jakim szefem był prof. Bogdan Suchodolski?
Rafał Skąpski: Rada była ustawowo powołanym ciałem doradczym Rady Ministrów. Działała przez 8 lat, powołana formalnie jesienią 1982, faktycznie wiosną 1983, rozwiązana w 1990. Istotnym elementem tamtej ustawy było powołanie Funduszu Rozwoju Kultury. Nie wchodząc w szczegóły, był to stały, automatycznie zwiększany corocznie, pozabudżetowy fundusz ministra kultury, którego kierunki wydatkowania wymagały opinii naszej Rady. W porównaniu do lat poprzednich było to wręcz rewolucyjne rozwiązanie stabilizujące sytuację w kulturze. Dziś, dzięki funduszom europejskim i wprowadzonemu za moich czasów odpisowi z Totalizatora Sportowego, sytuacja finansów kultury jest nieporównywalna.
Pytanie o prof. Suchodolskiego znowu zasługuje na osobną, długą rozmowę. Ale postaram się opowiedzieć krótko o najważniejszych sprawach. Zacznę od anegdoty. Do liceum chodziłem w Nowej Hucie, tam była wspaniała, wielka księgarnia Domu Książki. Dom Książki prowadził loterię. Los kosztował, jeśli dobrze pamiętam, dwa i pół złotego (inna cena, którą pamiętam – to butelka 0,33 l soku jabłkowego o nazwie Płynny Owoc za 4 złote). Większość kuponów była „pusta”. Rzadko w którymś można było znaleźć pięcio- czy dziesięciozłotową nagrodę, która ułatwiała zakup książki. Ale za cztery puste losy można było pogrzebać na specjalnej półce, gdzie stały książki wycofane z handlu, niesprzedawalne. Więc niezbyt licząc na rzeczywistą wygraną, kompletowałem puste losy i wracałem do domu z książkami. Wyobraź sobie, że było wśród nich dużo o malarstwie, nawet szczegółowe, bo pamiętam o szkole flamandzkiej. Czytałem je! Jednej, pozyskanej w ten sposób, nie przeczytałem – za mądra była. Ale urzekło mnie nazwisko autora, jego brzmienie: Su-cho-dol-ski. I ja w 1983 roku trafiam do maleńkiego grona jego najbliższych współpracowników! Co za przypadek. Profesor, wówczas osiemdziesięciolatek, miał wspaniałą cechę: ufność. Kilkuosobowy zespół jego współpracowników – to byli młodzi ludzie, młodsi od niego o 40, a nawet 50 lat. Zespół ten kompletował etatowy sekretarz Rady, a Profesor w ciemno aprobował jego decyzje; sam pełnił funkcję społecznie. Do dyspozycji miał jedynie samochód z kierowcą i gabinet z sekretarką. Nie urzędował, w biurze przebywał tylko wtedy, gdy tego wymagały jego obowiązki. Jego wiedza o kulturze była wszechstronna, powiedziałbym pełna. Wolał teatr niż filharmonię czy sale koncertowe, ale nade wszystko książki. Wspierał też ruch regionalnych towarzystw kultury, regionalne towarzystwa miłośnicze i naukowe.
Na dwa dni przed spotkaniem z jakimś pisarzem z zagranicy zapytał, o kogo chodzi. Po dwóch dniach, podczas rozmowy sypał cytatami z książek gościa. Bez żadnej kartki! Miał poważanie w środowisku naukowym i artystycznym, choć oczywiście część przyjaciół nie aprobowała jego zaangażowania po stronie władzy. Nigdy wcześniej nie pełnił urzędu, przez jedną tylko kadencję był zastępcą sekretarza naukowego PAN. Opowiadał mi kiedyś, że dwukrotnie wcześniej był namawiany przez wysłanników najpierw Gomułki, potem Gierka, by objął jakieś ważne stanowiska, zawsze odmawiał. Dlaczego więc przyjął funkcję od Jaruzelskiego? – zapytałem. Odpowiedział: „Bo do niego mam zaufanie”.
Przez ostatnie lata byłem sekretarzem Rady, miałem więc niemal codzienny kontakt z Profesorem, daleko wychodzący poza sprawy służbowe. Przejąłem od niego postrzeganie kultury jako absolutnej całości życia i działań ludzkich. Nauczyłem się spokoju i pewnego dystansu pozwalającego na rozwiązywanie problemów bez zbędnych emocji.
Karol Czejarek: Jeszcze tylko jedno pytanie: co aktualnie porabiasz, będąc już w tej chwili na zasłużonej emeryturze? Wiem, że dużo piszesz, kilka Twoich książek recenzowałem, chwaląc je, ale nie dlatego, że się od lat znamy i wzajemnie szanujemy, ale dlatego, że doceniłem ich wartość. Zatem powiedz, o czym jeszcze zamierzasz napisać?
Rafał Skąpski: Interesuję się historią Polski mniej więcej ostatnich dwustu lat. Fascynuje mnie odnajdywanie w dziejach mojej niezwykle rozgałęzionej rodziny zdarzeń i ważnych postaci oraz tych momentów, w których moi przodkowie wpisywali się w tę wielką historię Polski. Trzy moje autorskie książki miały wątek rodzinny, ale pretekstem do snucia opowieści byli: Witos, wybitna neurolog z okresu międzywojnia czy warszawski kupiec, prawdopodobny pierwowzór Wokulskiego.
Eustachy Rylski czyta teraz moją kolejną książkę i spodziewam się od niego kilku zdań oceny, którą wykorzystam na czwartej stronie okładki. Będzie miała tytuł: Antoni i jego dzieci i będzie opowieścią o rodzie Skąpskich, poczynając od konfederacji barskiej, a więc od ostatniej ćwiartki XVIII wieku. Poza konfederatem barskim, znajdą się tam jego potomkowie spiskujący przeciwko zaborcom, powstańcy styczniowi, uczestnicy pierwszej i drugiej wojny, oraz wojny z 1920 roku… Wszystko – nie tylko na tle rzeczywistych wydarzeń, ale wzbogacone o różnego rodzaju moje odkrycia, jak choćby to, że brata przyrodniego mojego dziadka, rannego powstańca z 1863 roku, pielęgnowała babka Jerzego Turowicza. A to przecież ikona nie tylko dziennikarstwa.
Druga książka, która także ukaże się jesienią, jest przeznaczona dla dzieci. Mam pięć wnuczek, najstarsza ma 6 lat, najmłodsza – miesiąc. Zanim one sięgną po moje poważne książki o rodzinie, postanowiłem przedstawić kilkanaście osób i zdarzeń, posługując się zdjęciami z rodzinnego albumu. Jest to więc bogato ilustrowana opowieść dziadka (i babci), której przysłuchują się dziewczynki. Chyba udało mi się napisać to w sposób przystępny dla młodego czytelnika, a może raczej słuchacza, bo książka pewnie będzie czytana dzieciom przez dorosłych.
Myślę też o książce na rok przyszły. To będzie ukłon w stronę rodziny ze strony Mamy. Znów ta rodzinna opowieść wplecie się w polskie losy, tym razem sięgające początków XVII wieku na Żmudzi, Litwie i dzisiejszej Białorusi, w Zagłębiu Donieckim i Syberii. A pojawią się nazwiska Karola Szymanowskiego i jego rodziny, Jana Karskiego, Wojciecha Korfantego, Ferdynanda Goetla, Antoniego Ossendowskiego czy amerykańskiego prezydenta Herberta Hoovera.
Karol Czejarek: Bardzo dziękuję za tę rozmowę!
Piotr Stefaniuk: Czy Sierpień 1980 roku ma jakiekolwiek znaczenie dzisiaj?
Barbara Labuda: Dla mnie ta pierwsza Solidarność i rok 1980 były wielkim przeżyciem osobistym, wielkim przeżyciem duchowym i wielkim przeżyciem politycznym. Do dziś pamięć tego mam w sobie. Zapamiętały to wszystkie komórki mojego ciała. Do dziś, gdy słyszę „Sierpień osiemdziesiątego”, to za każdym razem rezonuje coś wspaniałego, wspaniałego w sensie solidarności międzyludzkiej, uniesień takiego siostrzeństwo-braterstwa, współpracy, bardzo dobrego dogadywania się ludzi między sobą. Ja to poznałam od strony tego, co się działo we Wrocławiu, nie w Gdańsku i nie w Warszawie, nie w innych miastach. We Wrocławiu to była dość specyficzna sytuacja. Sądziłam, że jest powszechna dla całej Polski, ale później się zorientowałam, że nie. Chodzi mi o wspaniałą współpracę ze środowiskiem robotniczym, wtedy tak po prostu było. Między ludźmi pracującymi w fabrykach, w zajezdniach, prowadzącymi tramwaje i autobusy a środowiskiem akademickim. We Wrocławiu było i jest dużo uczelni i znaczna część ich pracowników, do których i ja należałam (byłam wtedy młodą naukowczynią), zaangażowała się po pachy w ruch solidarnościowy. Ja i mój mąż Aleksander absolutnie wszystko oddaliśmy tej sprawie, wszystko, cały nasz czas, nasze serce, nasz umysł, naszą wiedzę, wszystko, co jest istotne. To było najważniejsze wydarzenie w naszym życiu.
Piotr Stefaniuk: Czy można powiedzieć, że z Twojego punktu widzenia Solidarność to był ruch socjalistyczny?
Barbara Labuda: Z mojego punktu widzenia nasz ruch miał bardzo silny element idealizmu i utopijności socjalistycznej, lewicowej, szerzej nawet niż socjalistycznej, bo także anarchosyndykalistycznej. Ten prąd kiedyś był bardzo mocny w całej zachodniej Europie, na przykład we Francji i Hiszpanii. A nawet nie tylko, także w Japonii i Meksyku. Zrobił dużo dobrego, a został później oczerniony, zohydzony. Ja na przykład, z osobami, które się w to włączyły, stworzyłam pierwszą w Polsce wszechnicę robotniczą. Było to właśnie w czasie strajków w zajezdni w siódemce we Wrocławiu, bo tam była siedziba strajkowa. Pierwsze zajęcia tam zaczęliśmy prowadzić dla robotników, dla kierowców, dla mechaników, dla wszystkich z Wrocławia, którzy nie bali się przyjść i słuchać. I słuchali o wolnych związkach zawodowych, o prawach robotniczych, o prawach obywatelskich i o tym, jak ważny w historii był ruch tak zwanych dołów społecznych.
Danuta Waniek: Czy wtedy Wam chodziło o zmianę ustroju czy elementów ustroju?
Barbara Labuda: Z Aleksandrem absolutnie uważaliśmy, że trzeba obalić system i zrobić prawdziwy socjalizm, bo tamten nie był naszym zdaniem prawdziwy (i tak myślę do dziś). Myśmy mieli taką utopię w głowie, że można to zrobić. Mieliśmy w głowie też przykład krajów skandynawskich, które nie były idealne, ale uważaliśmy, że im się udało połączyć kapitalizm z socjalizmem; co jest prawdą i do dziś to działa. No, ale to już osobna para kaloszy. Mówiąc krótko, wtedy wszystko jakoś się łączyło: moje idee, ideowość, mogę powiedzieć idealizm nawet (jak to brzmi bardzo patetycznie, górnolotnie!) i potrzeby psychiczne, i emocjonalne poczucie więzi z ludźmi – taka potrzeba służenia ludziom, która się sprawdzała, bo tam nie było pychy. Wtedy ja nie widziałam przejawów narcyzmu, tej buty, tej pychy, ja tego nie widziałam. Miałam szczęście trafić na wspaniałych ludzi – kobiety i mężczyzn, bardzo dużo kobiet, robotnic, włączyło się; do dziś się z niektórymi kumpluję, tymi na przykład, które skończyły pracować 10–15 lat temu na stanowiskach robotniczych we wrocławskich fabrykach, przeszły na emeryturę i się do mnie odzywają. Więc to przetrwało, to po prostu było coś bardzo, bardzo trwałego, silnego, prawdziwego i mocnego pod każdym względem. Każdym – to znaczy i osobistym, i emocjonalnym, i psychicznym, i ideowym, i politycznym. Przetrwało przekonanie, że musimy zbudować porządny kraj, zmienić Polskę, ale ponieważ postępowaliśmy trochę po korowsku, a po korowsku znaczy małymi kroczkami, w sensie niestawiania na pierwszym miejscu żądań nie do spełnienia, tylko takich, które się wydają spełnialne. Ta korowska taktyka zaczęła się moim zdaniem już od początku lat siedemdziesiątych.
Piotr Stefaniuk: Barbara Labuda tworzyła Solidarność, Danuta Waniek nie była członkiem Solidarności, była członkiem partii, ja należałem i do partii, i do Solidarności. Mamy więc trzy punkty widzenia. Danuta, przekaż nam swoje doświadczenia: jak odebrałaś tamten czas?
Danuta Waniek: To był czas wielkich obaw. Oczywiście miała na to wpływ moja osobista sytuacja, bo lata osiemdziesiąte przyniosły wielką stratę wewnątrz rodziny i wyzwania, które wtedy przed nami stanęły. Przypomnę, że żyliśmy w czasach 1000-procentowej inflacji, gdzie nie wiadomo było, czy ci starczy pensji, tej oficjalnej, którą się dostawało na uczelni, bo też byłam pracownikiem naukowym i z tego się utrzymywaliśmy z dziećmi. To była jedna taka obawa, co te bunty robotnicze mogą przynieść społeczeństwu, które jest zmęczone przede wszystkim brakami w zaopatrzeniu i niemożliwością zrobienia kroku naprzód, bo cały czas ta wizja Wielkiego Brata, który nam nie pozwoli na nic i tak dalej, i tak dalej, że to się musi źle skończyć, żeby się tylko krew nie rozlała, bo po co powtórzyć na przykład doświadczenia powstańcze? Natomiast świadoma byłam tego, że ten system, który obowiązywał wówczas z mocy nadania radzieckiego, nie przyniesie Polsce impulsów rozwojowych, że trzeba zrobić jakiś krok w przód w partii. Szukano możliwości wyjścia z tego permanentnego kryzysu gospodarczego, który się objawił w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Do siedemdziesiątego szóstego jakoś nam szło, ale potem się okazało, że trzeba spłacać kredyty, które zostały zaciągnięte na zakup chociażby nowych technologii, z którymi nie wiadomo było co zrobić, bo robotnicy byli do nich jeszcze nieprzygotowani. Więc obawa była bardzo racjonalna, to znaczy ja nawet swoim studentom (uczyłam nauk politycznych) mówiłam, że jeżeli się dokona w tej chwili jakaś rewolucja, więcej ludzi straci. Byłam już po studiach na Zachodzie (mam dyplom politologa z Austrii), w związku z tym wiedziałam, jak wolna gospodarka rynkowa oddziałuje na położenie ludzi pracy najemnej, że te 21 punktów… Myślałam sobie: „Boże, jak oni mieszają ludziom w głowach, to jest nie do zrealizowania…”.
Barbara Labuda: Jednak udało się, a może nawet więcej…
Danuta Waniek: No, niekoniecznie…
Piotr Stefaniuk: Zapytam o środowisko, w którym byłaś. Czy można powiedzieć, że była tam wrogość do Solidarności?
Danuta Waniek: To był sceptycyzm. W naszej organizacji partyjnej nie, nie było wrogości, była ciekawość i obawa, i próby poszukiwania na gruncie naukowym, co można z tego zrobić, żeby zapobiec z jednej strony takiej rewolucji bezładnej, która się zakończy interwencją radziecką jak w Budapeszcie w pięćdziesiątym szóstym roku, a jednocześnie żeby nie stracić tej pozycji, jaką mieliśmy wówczas w gronie państw demokracji ludowej: że ta Polska była zawsze trochę inna, trochę buntownicza, że od nas wyjeżdżali ludzie na stypendia zagraniczne. Mnie, na przykład, interesowała myśl, że drogę do przemian ustrojowych, takich konstytucyjnych, tworzyli naukowcy, ale specjaliści od prawa państwowego, a nie konstytucyjnego. To jest nowe hasło, które już po osiemdziesiątym dziewiątym roku znalazło odzew: ustrój Stanów Zjednoczonych był opisany, Francji był opisany, Szwecji był opisany, wszystkie konstytucje były dostępne i przetłumaczone. Hiszpania pokazywała drogę przejścia poprzez kompromis do nowych czasów, ale jednocześnie utrzymania monarchii, więc w gruncie rzeczy myśmy prowadzili też przy tej okazji najrozmaitsze dyskusje na gruncie prawnopaństwowym, co z tego można byłoby zrobić. Oczywiście wiedzieliśmy, że w wierchuszce takie dyskusje się toczą, bo oni cały czas jednak mieli kontakt z towarzyszami radzieckimi… Problem „wejdą czy nie wejdą?” cały czas nad nami wisiał.
Barbara Labuda: Słuchaj, muszę do tego się odnieść. Problem „wejdą czy nie wejdą?” cały czas nad nami wisiał i wydaje mi się, że – może niechcący – Danusia zmierza w niedobrą stronę. My nie byliśmy idiotami, wszyscy mieliśmy poczucie zagrożenia, bez przerwy nam to mówiono, zwłaszcza z Zachodu i z Kościoła (akurat ja nie miałam związku z Kościołem, oboje jesteśmy z moim mężem niewierzący, zresztą znaczna część naszej opozycji jest i była niewierząca). Myśmy to wszystko wiedzieli – że jest zagrożenie.
Piotr Stefaniuk: Myślę, że świadomość zagrożenia łączyła wtedy wszystkich.
Barbara Labuda: Jeszcze inaczej o tym opowiem. Piętnasty-szesnasty sierpnia, jesteśmy w Gdańsku. Są strajki, reszta Polski jeszcze nie wie, co się dzieje, wiadomo – cenzura. Dowiadują się z Wolnej Europy i ci, co mogą, wracają do Wrocławia. Myśmy byli na urlopach, chociaż Jacek Kuroń mówił: uważajcie, nie wyjeżdżajcie nigdzie daleko, bo na pewno będzie się coś działo. Fantastyczną miał intuicję polityczną i żył tym, to było jego życie. Jego taką esencją, jego krwiobiegiem, były sprawy ludzkie, społeczne, polityczne. Więc myśmy pilnowali tego, co się dzieje i wszyscy z SKS-u, z tych wszystkich przedsierpniowych organizacji, łącznie z Latającym Uniwersytetem, wszyscy wrócili, żeby – jak to się mówiło wtedy – pomagać robotnikom. Byliśmy świadomi tego, co nam grozi. Na Dolnym Śląsku mieliśmy przecież bazy sowieckie, wiedzieliśmy, jakie jest to zagrożenie, bo my je na co dzień widzieliśmy, żołnierze poruszali się po naszych miastach z bronią w ręku.
Myśmy mieli poczucie, że jesteśmy wyjątkowym, specyficznie traktowanym demoludem, gdzie można było wyjechać za granicę i nie wsadzali za kontakty pod zarzutem szpiegostwa, jak w Rumunii czy gdzie indziej. Ale właśnie dlatego, że byliśmy jakoś wyjątkowi (a mieliśmy wśród nas wybitnych ekonomistów i prawników rozumiejących ekonomiczną i polityczną sytuację), uważaliśmy, że nie ma wyjścia i trzeba po prostu wymusić w sposób bezprzemocowy (bo ja uważam siebie za gandystkę) na tej władzy stopniowe przemiany. Tego samego zdania był Lech Wałęsa, który był za nieprzemocowym procesem.
Danuta Waniek: Ja pracowałam wtedy w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Było w nim mnóstwo ciekawych ludzi. Odszedł profesor Włodzimierz Wesołowski, socjolog, bo pojechał na jakieś długotrwałe stypendium do Stanów i wrócił już bardzo niechętny PZPR-owi, wystąpił z partii. Zastąpił go Jerzy Wiatr, którego radzieccy uważali za rewizjonistę, wroga socjalizmu, co jest udokumentowane. Nie chcieli w ogóle z nim rozmawiać. Jak przyjeżdżały jakieś delegacje, to dyrektor naszego Instytutu był przez nich – że tak powiem – tłamszony, nie zauważali go prawie, nie podawali ręki. Natomiast wiadomo było, że on się wtedy dość intensywnie przyjaźnił z Mieczysławem Rakowskim i wiadomo było, że obaj mają zbliżone poglądy. Jak nie mogli radzieccy walić w Rakowskiego – to wykorzystywali do tego jego przyjaciela Wiatra. Było takie czasopismo „Nowoje Wriemia” i tam byli oni regularnie obsmarowywani, wrogowie ludu i socjalizmu. I w związku z tym partia powinna z nimi zrobić porządek. No więc wyrzucili nam Wiatra ze stanowiska dyrektorskiego i była wielka smuta w Instytucie. Uważaliśmy, że to jest głęboka niesprawiedliwość, niesprawiedliwość wobec Jerzego Wiatra, bo on nam interpretował tę rzeczywistość, te procesy, był socjologiem, myśmy byli prawnikami, politologami, wszyscy słuchali go z olbrzymim zainteresowaniem, byliśmy dumni z niego.
Piotr Stefaniuk: Moje doświadczenie jest o tyle ciekawe, że zostało wytarte z głównego opisu Sierpnia, bo ja byłem i członkiem partii, i członkiem Solidarności. Podobnie jak w przypadku Barbary, to jest najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Ono mnie ukonstytuowało, dlatego że zrozumiałem, że coś takiego jak wspólnota to jest fakt. Kto to przeżył, dzisiaj nie ulega cynizmowi, kto tego nie przeżył – stracił. Tu gdzieś leży przyczyna tego, że lata rządów PiS-u były, a za sprawą Nawrockiego są, dla mnie latami smuty. Natomiast chcę powiedzieć, że to jest tak piękna idea, że ja się nigdy nie mogłem pogodzić z jej grzęźnięciem w zapomnieniu i gdy ożyła w lutym 2022 roku, w spontanicznym zrywie pomocy ukraińskim uchodźcom, byłem po prostu szczęśliwy. Samoorganizacja, poświęcenie, szczodrość – skala nieprawdopodobna, ten potencjał w nas tkwi. Kto dziś szczuje wydatkami na ukraińskie dzieci, świadomie ideę i potrzebę solidarności wypala.
Z punktu widzenia naszej dyskusji istotny natomiast jest fakt, że mój przypadek członka partii i Solidarności składał się na siłę tej ostatniej, choć ona tego nie mówiła. 10 milionów członków Solidarności to liczba przesadzona, zresztą trudna wówczas do dokładnego policzenia, było około 8–9 milionów. W trzymilionowej partii był milion członków Solidarności, to policzono już dokładniej. Pełniłem w partii najniższą funkcję, jaką przewidywała jej struktura organizacyjna i mimo że trzykrotnie próbowano mnie z niej usunąć, członkowie mojej organizacji nie wyrażali na to zgody, co znaczyło, że nawet jeżeli ludzie nie byli w Solidarności to dokładnie rozumieli jej społeczny sens.
Barbara Labuda: Podobnie było we Wrocławiu. Na początku myśmy tak pilnowali, żeby byli sami nasi, czyli korowcy – ale w sensie nie sekciarskim, tylko zaufania: żeby ci, którzy tam zawiadują, organizują, pilnują ulotek, wszystkiego, to byli ludzie związani z opozycją przedsierpniową i niezwiązani z PZPR. Ale stopniowo coraz więcej takich było, bo przechodzili ludzie z uczelni, których myśmy znali, tych młodych prawników i oni prawie wszyscy byli w PZPR i myśmy mówili, że można im zaufać. Na początku, mając świadomość zagrożeń, ten ruch się samoograniczał i uważaliśmy, że trzeba współpracować, bo Polska jest dla wszystkich, także dla członków PZPR. Na przykład pierwszym szefem Solidarności we Wrocławiu, o czym rzeczywiście część osób nie chce pamiętać (a co w różnych wywiadach przypominam), był członek PZPR, zwyczajny facet, który był później umęczony przez bezpiekę. Był przez kilka miesięcy, zanim Władek Frasyniuk został wybrany przez robotników i przez tych wszystkich, którzy tworzyli zaczyn jeszcze przedsolidarnościowy.
Piotr Stefaniuk: Podsumowując, wątek obecności członków partii w Solidarności nie został opracowany historycznie, a nie była to kwestia incydentalna. Zawieszenie działalności PZPR po wprowadzeniu stanu wojennego nie było przypadkowe i nie było jakimś gestem, po prostu kierowano się słuszną diagnozą polityczną, że na członków partii w tym przedsięwzięciu nie można liczyć.
Pytanie do Barbary: Ty reprezentowałaś nurt silnie antykomunistyczny, a po roku 1989 związałaś się politycznie z ludźmi byłego systemu. Czy miało na to wpływ doświadczenie z okresu Solidarności?
Danuta Waniek: Ale Barbara była rzadkim wyjątkiem.
Barbara Labuda: We mnie było wtedy jeszcze strasznie dużo nienawiści i gniewu, i wściekłości na partię za stan wojenny, który był dla mnie strasznym ciosem w sensie politycznym, ideowym, osobistym. Jego wprowadzenie uważałam za niewybaczalne i byłam wtedy strasznie wściekła na ludzi PZPR. I jak weszłam do Sejmu, to ta moja wściekłość była rzeczywiście bardzo silna, natomiast właśnie dzięki temu, że w tej pierwszej kadencji – w Sejmie kontraktowym – znalazły się osoby, które nie były popierane przez wierchuszkę pezetpeerowską, osoby samodzielne, które nie wykonywały dyrektyw (tak mi się zdaje) i na poziomie komisji sejmowych, gdzie wtedy dokonywała się autentyczna, rewolucyjna robota, oni po prostu niesamowicie zmieniali Polskę. Wśród nich znajdowałam sojuszników dla moich poglądów. Rozmawiałam z ludźmi z Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej na poziomie komisji i to były prawdziwe, fantastyczne dyskusje, w których znajdowałam sojuszników po tamtej stronie. Ale nie byłam pewna, czy jesteście lewicowi. Słowo daję, uważałam, że to ja jestem prawdziwa lewica, a ci z PZPR – nie, to tylko uzurpacja. Uważałam, że Wy po prostu nie jesteście lewicą, tylko udajecie, a my jesteśmy tą prawdziwą lewicą, czyli tymi, którzy chcą służyć ludziom. Takie samo było stanowisko Kuronia i tak zwanej lewicy antykomunistycznej. Stopniowo coraz mocniej na mój stosunek do współpracy z posłami PKLD zaczęły wpływać kwestie praw kobiet i aborcji. Wtedy zaczęło się to skrajnie prawicowo-katolickie szaleństwo: 9 lat dla lekarza, 5 lat dla kobiety… A to szaleństwo było ulokowane głównie w Senacie, gdzie 99 procent to byli ludzie Solidarności. I co? Okazało się, że nasza kochana, dobra, serdeczna i mądra Solidarność jest zbiorowiskiem kołtunów. A sojusznika mogłam znaleźć tylko w grupach prawdziwie lewicowych.
Piotr Stefaniuk: Jak opisać wpływ Solidarności roku osiemdziesiątego na stan narodowego ducha, na stan świadomości obywatelskiej? Był to na pewno ruch socjalistyczny, ale też na pewno był to ruch narodowy, a ta jego narodowość objawiała się w pytaniu „wejdą czy nie wejdą?”, bo okazało się, że to pytanie zadawali sobie wszyscy, czyli to było spoiwo rzeczywiście niezwykle istotne. No i kwestia prawdy o Katyniu, przecież ona łączyła praktycznie wszystkich, mimo że tej sprawy nie stawiano na pierwszym planie. Czyli nie chodziło tylko o kiełbasę, tam chodziło o coś więcej i to się czuło od samego początku. Że nie da się żyć w kłamstwie, po prostu to jest niezwykle trudne. A my to przerabiamy teraz w innych warunkach i nigdy byśmy nie przypuścili, że coś takiego nastąpi. A nastąpiło. Ten dzisiejszy podział społeczeństwa, który dla mnie cały czas jest zagadką i nad którym regularnie dyskutujemy w „Res Humana”, nakierowuje na olbrzymią rolę Kościoła i wręcz pewność, że wszystko rozgrywa się na poziomie parafii…
Czy gdyby dzisiejszą mapę wyborczą nałożyć na mapę aktywności solidarnościowej z 1980 roku, to one byłyby jakoś podobne?
Danuta Waniek: Nie, to jest uproszczenie.
Piotr Stefaniuk: Tylko szukam. Wieś miała własny stosunek do Solidarności. Gdy zapytać ChatGPT o powód dezawuowania Solidarności i dyskredytacji jej przywódców, to wskaże on szereg przyczyn, ale nie podejmuje wątku możliwego wpływu Kościoła na tę sytuację. Czy Kaczyński mógłby tak głęboko wykopać podział społeczny w Polsce, gdyby tej łopaty nie włożył Kościół? Aborcja to właśnie taka łopata, bo postawiona przez Kościół jako problem niedyskutowalny, adialogiczny. A są i inne.
Danuta Waniek: Pamiętam, że działacze tej pierwszej Solidarności byli idolami społeczno-politycznymi, każdy miał swoje miejsce i nazwisko, był darzony honorem. Dla mnie moment zwrotny pojawił się wtedy, gdy ludzie zaczęli odchodzić od nich kierując się ku papieżowi i Kościołowi. Nie wiem, na czym to polegało, że w pewnym momencie Kościół zaczął nadawać kierunek polityczny myślenia również ludziom Solidarności… Mówię teraz o latach 1989/90.
Barbara Labuda: Moim zdaniem oni od początku trzymali rękę na pulsie. Nie chcę robić z nich demiurgów, ale oni od początku pilnowali wszystkiego. Ruch Solidarności coraz bardziej klerykalizował się i coraz bardziej powszechna była propaganda wdzięczności wobec Kościoła i papieża. Niby wszystko zaczęło się od papieskiego „Nie lękajcie się!” w siedemdziesiątym dziewiątym roku. No więc nic się z tego nie narodziło. Mógłby bez przerwy powtarzać „Nie lękajcie się!”, ale gdyby nie było jakichś zaczynów już przedtem, tych organizacji zdeterminowanych, malutkich, typu KOR, ale bardzo zdeterminowanych, bardzo bohaterskich, ale nie, że broń w ręku, tylko głowa i charakter… Więc ja uważam, że Kościół pilnował od początku, na ile się dało sterował, na ile się dało poszerzał coraz bardziej swoje wpływy, coraz bardziej się rządził w partiach. Przecież te partie zrobiły się wszystkie prokościelne, wskaż jakąś jedną, która nie była, może jeszcze ROAD nie był, bo wy baliście się cały czas, Twoi się bali…
Danuta Waniek: W SdRP tego nie było jeszcze…
Barbara Labuda: Jednak wstrzymywali się od głosu. Przypomnij sobie ustawę rozdawniczą, która moim zdaniem była fundamentalnie ważna. Przyklepano zwrot wszystkiego i jeszcze więcej. Żadna partia się temu nie sprzeciwiła. Pamiętam to doskonale, bo to było przykre. W moim klubie Unii Demokratycznej tylko ja wystąpiłam przeciwko temu, z PZPR-u też jedna czy dwie osoby i nie był to szef klubu. W przypadku Wrocławia i Dolnego Śląska było to o tyle drastyczne, że większość tych dóbr należała do ewangelików. Nikt się nie sprzeciwiał, to coś niewiarygodnego, to się stało tak szybko i wszystko im się udało. Uważano, że my wobec Kościoła jesteśmy już przegrani, znaczy ci, którzy mają poglądy liberalno-lewicowe. Stopniowo spychano nas coraz bardziej: wariatki. Glemp był tak bezczelny, że w kościele św. Kostki mówił o mnie, posłance wybranej przez naród – „czarownica”, bo źle głosowałam. To się bardzo szybko posunęło w kierunku hegemonii Kościoła i dzisiaj się z tym borykamy. Połowę, dwie trzecie sukcesów, trudno to wyliczyć, prawica osiągnęła za sprawą Kościoła, który wspiera w Polsce najmroczniejsze, najbardziej ciemnogrodzkie i kołtuńskie postawy.
Piotr Stefaniuk: Tak się stało, Barbara, że Ty – personifikacja ruchu roku osiemdziesiątego – dzisiaj jesteś w gronie „nieprawdziwych” Polaków…
Barbara Labuda: Tak to odczuwam. Ja nie walczę o jakąkolwiek Polskę, tylko konkretnie o demokratyczną, liberalną, socjalną.
Piotr Stefaniuk: Dzisiaj dwie siły hamują budowanie społeczeństwa obywatelskiego: konserwatywny Kościół i nacjonalizm…
Barbara Labuda: Ale dzisiaj nacjonalizm to już jest gangrena, te bojówki, oni nie potrzebują już Kościoła… Demokracja jest dzisiaj w ogromnym kryzysie. Nie tylko w Polsce.
Oprac. P.S.
Rozmowa ukazała się w numere 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Przygotowuję do publikacji wybór swoich wspominków o ludziach, z którymi zetknął mnie czas miniony i jakiś tam wspólny fragmencik biografii… Oto mała próbka…
Przed ponad już sześćdziesięciu (bagatela) laty, czyli w październiku 1957, na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim (prawniczych, poniechanych wkrótce dla polonistyki), zetknąłem się z wieloma ciekawymi, wyróżniającymi się już wkrótce potem swymi dokonaniami, reprezentantami tego pokolenia. Między innymi ze Sławomirem Tabkowskim (porzucił po roku prawo dla krakowskiej socjologii), nieżyjącego już niestety (zmarł w tym roku, 3 lutego). A byli też wtedy z nami w jednej studenckiej grupie tacy znani potem skądinąd ludzie jak Ewa i Janusz Łętowscy, Krzysiek Świętochowski – spiker radiowy i aktor, grał rolę głównego bohatera Ubu króla Alfreda Jarry’ego w słynnym przedstawieniu w warszawskim klubie studenckim Stodoła, na które dojeżdżaliśmy trolejbusem (były kiedyś w stolicy takie wehikuły) z zajęć w Studium Wojskowym przy ulicy Myśliwieckiej – czy Witek Woyda, późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski we florecie.
Zdążyliśmy przez ten rok poznać się nieco bliżej ze Sławkiem Tabkowskim, na tyle, że w pierwsze letnie ferie wybraliśmy się do jego rodzinnego miasta, gdzie gościli nas jego rodzice; oboje cenieni nauczyciele. Zauroczony tamtejszym, widzianym po raz pierwszy, krajobrazem zaproponowałem małą wycieczkę pieszą: z Nowego Sącza do Krynicy (ok. 36 km!). Propozycja została przyjęta z entuzjazmem. I wędrowaliśmy tym podgórskim turystycznym szlakiem caluśki boży dzionek…
Sławek został potem ważną postacią krakowskiej (był m.in. redaktorem naczelnym „Gazety Krakowskiej”), a następnie ogólnopolskiej domeny publicznej (w latach 70. i 80. był ostatnim prezesem RSW „Prasa-Książka-Ruch”), brał nawet udział w obradach Okrągłego Stołu, w podstoliku prasowym (o ile pamiętam). Przedtem rozchodziły się już z wolna i ograniczały, w sposób całkowicie naturalny (odległość, odmienność zainteresowań zawodowych itp.) nasze kontakty i drogi życiowe, ale młodzieńcze przyjaźnie, jak powszechnie wiadomo, nigdy nie rdzewieją, mimo iż bezpośrednie spotkania nasze stawały się coraz bardziej sporadyczne i ograniczały z wolna do wymiany życzeń okolicznościowych, listów i wiadomości (obecnie, rzecz jasna, przy pomocy wszechobecnego internetu, poczty mailowej). W jednym z takich maili w latach 90. zaproponowałem Sławkowi, krakowianinowi ówcześnie, taki oto rocznicowo-sentymentalny powrót do przeszłości – Proustowski trochę z ducha (W poszukiwaniu straconego czasu) wypad do czasu sprzed ponad sześciu dekad, czyli spotkanie w Nowym Sączu i podróż do Krynicy. I propozycja ta została przyjęta, z „obopólnym zadowoleniem”, jak mówią dyplomaci, choć może już bez tego nadmiernego dawnego młodzieńczego entuzjazmu. Obecna nasza wędrówka miała trwać zdecydowanie krócej, bo tylko parę godzin, a nadto – ze względu na nasz wiek i brak „pieszych mocy przerobowych” – szosą, bo przy pomocy… samochodu. Ale trzeba też powiedzieć tutaj koniecznie i od razu, że i teraz krajobrazy okolic Nowego Sącza i Krynicy, nawet oglądane głównie przez szyby auta, wydawały się nam obu – w czym byliśmy zresztą zawsze całkowicie zgodni – równie ujmująco pociągające, co przed laty, mimo widocznych gołym okiem śladów ludzkiej interwencji w świat przyrody. Co zresztą omówiliśmy dokładnie i przykładnie przy skromnym (jak na emerycki stan i zdrowie przystało) obiadku. W miejscu jednakowoż tego jak najbardziej godnym, bo w znajdującej się przy odnowionym teraz na cacy rynku nowosądeckiej restauracji nazywającej się – było nie było – „Bohema”!
Trafiliśmy tu z żoną bezpośrednio z Zakopanego, gdzie miał miejsce ślub wnuczki naszego przyjaciela, pochodzącego ze Lwowa znanego i cenionego poety – Tomasza Gluzińskiego (krewnego Kornela Makuszyńskiego, kolegi szkolnego Adama Hanuszkiewicza), który po wojnie wżenił się był w góralską rodzinę Wawrytków z zakopiańskiej ulicy Strążyskiej. Odwiedzaliśmy ich tutaj z żoną regularnie przez wiele lat podczas pobytów w Zakopanem. Żona Tomka, Zofia, przeżyła go o lat blisko trzydzieści, ale nasza ogromnie sympatyczna znajomość – umacniana preparowaną przez nią litworówką podczas góralskich posiadów w tym zbudowanym przed stu laty, obszernym oczywiście domostwie nad potokiem Strążyskim – trwała aż do czerwca 2016, kiedy to Zosia, w słusznym zresztą wieku, też odeszła do góralskiego raju. Ich syn, również o imieniu Tomasz, jest architektem z zawodu, autorem cenionych projektów budownictwa drewnianego – widziałem je parę lat temu na wystawie w Bibliotece Narodowej w Warszawie (m.in. Nosalowego Dworu). Z żoną Niną doczekali się dwóch córek (obie już po studiach architektonicznych). Jedna z nich brała właśnie teraz oto ślub w starym zakopiańskim kościele, budowanym jeszcze przez słynnego, ba, legendarnego, tutejszego księdza proboszcza – góralskiego syna z okolic Makowa Podhalańskiego – Józefa Stolarczyka (1816–1893), który wsławił się wieloma ważnymi czynami, takimi jak rozwijanie ludowej oświaty w Zakopanem czy rozbudowa ścieżek turystycznych w Tatrach. On to w swych opublikowanych przed laty wspomnieniach m.in. napisał był, że podczas wycieczki do Egiptu wszedł na piramidę Cheopsa i rzekł: „Piękny stąd widok, ale kudy mu tam do tego z Giewontu”!
Nie mogliśmy tam więc teraz być nieobecni!
* * *
Wracaliśmy potem – w czerwcu 2017 – do Warszawy na trasie Nowy Sącz, Brzesko, Busko-Zdrój, Radom, Kielce (wbrew potocznym mniemaniom, nadspodziewanie dobrymi i pustymi drogami), gdy dopadła nas w drodze telefoniczna wiadomość – zaskakująco okrutna – o śmierci mojej, młodszej ode mnie o dwa lata siostry Zosi. A jeszcze tuż przed wyjazdem umawialiśmy się na spotkanie w Aninie (mieszkała tu z mężem). Było to po jej wyjściu ze szpitala, gdzie trafiła na zwykłe, wydawało się, rutynowe badania! Prywatna to zaiste i zupełnie osobista sprawa, ale przecież wiadomo doskonale, iż to, co prywatne łączy się – często niewidzialnymi nićmi – w sposób naturalny najczęściej z tym, co ogólne, czyli wspólne w tej naszej egzystencjalnej, wedle Gabriela Marcela (homo viator) – ludzkiej kondycji, całej naszej człowieczej doli jako jeno krótkiej wędrówki, pielgrzymki: granica między indywidualnym a społecznym jest naprawdę bardzo cienka, jeśli w ogóle istnieje…
* * *
Czas zatem na parę słów – sprowokowanych tym smutnym wydarzeniem – o innych okruchach czasu. Oto bowiem, gdy wysłałem mailowo pożegnanie do mieszkających daleko poza Polską członków rodziny niemających szans na to, by przybyć na tę smutną uroczystość, dostałem jedną z odpowiedzi, skłaniającą do ogólniejszej refleksji. Pisze bowiem mój bratanek Łukasz z dalekiego Sydney w Australii: „Mowa pożegnalna bardzo ładna, odrobina historii…”. I to dało mi właśnie asumpt do wyjścia poza ten krąg spraw, ściśle prywatnych obowiązków, do próby uogólnienia tej tak całkowicie niby tylko osobistej sprawy…
„Drogi bratanku Łukaszu – napisałem m.in. w odpowiedzi – dziękuję Ci za liścik z kondolencjami i sympatyczne słowa, pośród których zastanowiła mnie najbardziej rzecz jedna. Twoje mianowicie rozumienie pewnych wydarzeń, które dla Ciebie są już, jak mniemam, wyłącznie «historyczne», a które dla mnie – i osób w moim wieku – jak najbardziej żywe i teraźniejsze. Obaj zapewne zgodzimy się ze zdaniem naszego najwybitniejszego w wieku XX pisarza historycznego – Teodora Parnickiego (autora Srebrnych orłów czy cyklu Nowej Baśni – polecam Ci przy okazji), że historią jest to, co wydarzyło się przed naszym urodzeniem. Toteż absolutnie nie zaskoczyły mnie tak zupełnie Twoje słowa o «historyczności» niektórych spraw, o których tam w tej cytowanej wyżej okolicznościowej pożegnalnej mowie wspominam, bo różnica bierze się właśnie z owych odmienności pokoleniowych opcji widzenia. Ja, jak wiesz, urodzony w pierwszych dniach II wojny światowej, siłą rzeczy inaczej patrzeć muszę na wydarzenia i sprawy, o których ludzie w Twoim wieku, czyli urodzeni trzydzieści parę lat później, mają prawo powiedzieć, że to już tylko «historia». Czyli jak się domyślam – na pewno całkiem niesłusznie, sorry – sprawy niezupełnie najwyższej dla nas wagi. Byłoby to bowiem, zgodzimy się obaj na pewno (jeśli nie teraz, to kiedyś), znaczne zubożenie naszej wiedzy o świecie i sobie samych…
A tak w ogóle, z ową wiedzą o wydarzeniach, które miały miejsce przed naszym narodzeniem, to jest tak, że zdobywamy ją na ogół nie tylko poprzez przekazy zewnętrzne, na przykład podręcznikowe, lekturowe czy wszelkie inne, ale i poprzez własną tradycję rodzinną. Pisał o tym Jarosław Iwaszkiewicz w swych wspomnieniach – Książka moich wspomnień (też Ci polecam), że sam, choć urodzony na przełomie XIX i XX wieku, to poprzez wspomnienia członków swej wielopokoleniowej, mocno rozgałęzionej, szeroko skoligaconej familii miał swój ciekawy, «prywatny» wgląd w cały XIX wiek naszej polskiej, nie tylko rodzinnej, historii! I taka jest geneza tych uwag na marginesie Twojego e-maila…”.
Czterdzieści pięć lat temu Polska zaskoczyła świat sposobem, w jaki rozwiązany został bardzo ostry konflikt społeczny – bez użycia siły, w drodze partnerskich rozmów i wynegocjowanego porozumienia. Światowa opinia publiczna widziała w tym wydarzeniu zapowiedź przemian, które mogłyby prowadzić do ewolucyjnej zmiany systemów autorytarnych.
Sierpniowe wystąpienia robotników 1980 roku stanowiły w pewnym sensie powtórzenie wcześniejszych zrywów robotniczych: w Poznaniu w czerwcu 1956 i na Wybrzeżu w grudniu 1970. Od tamtych zrywów różniły się jednak pod trzema względami. Pierwsza różnica polegała na tym, że w sierpniu robotnicy zabarykadowali się w swoich zakładach pracy, zamiast – jak w latach poprzednich – wychodzić na ulicę. Z tym wiązała się różnica druga: tym razem protest był pokojowy, wolny od przemocy. Inna też była reakcja władz, które od początku konfliktu sierpniowego podejmowały próby znalezienia pokojowego wyjścia z zaistniałej sytuacji.
Różnice te były wynikiem nagromadzonych – po obu stronach – doświadczeń. Robotnicy z doświadczeń czerwca i grudnia wynieśli lekcję, iż przemocą niczego nie osiągną. Władze zaś pomne były losów poprzedników, których – zwłaszcza w grudniu 1970 roku – kryzys zmiótł ze sceny politycznej.
W odróżnieniu od poprzednich kryzysów tym razem miałem swój skromny udział w przygotowaniu negocjowanej zmiany. Od początku kryzysu sierpniowego byłem w bardzo bliskim kontakcie z dwoma reformatorsko zorientowanymi członkami władz partyjnych – Kazimierzem Barcikowskim i Andrzejem Werblanem. Nie pełniąc jeszcze żadnej funkcji partyjnej lub państwowej, nie miałem udziału w procesie decyzyjnym, ale artykułami prasowymi i wystąpieniami radiowo-telewizyjnymi od samego początku wypowiadałem się na rzecz porozumienia i takiej zmiany politycznej, w której demokracja porozumienia narodowego zastąpiłaby dyktatorską władzę partii. To stanowisko przyniosło mi w konsekwencji wyróżnienie, jakim był skoncentrowany atak prasy radzieckiej z głównym pismem teoretycznym „Kommunist” na czele.
Z kryzysu sierpniowego Polska wychodziła zwycięsko. Bez ofiar dokonaliśmy przemiany, która – gdyby się utrzymała – czyniłaby Polskę wzorem dla wszystkich krajów znajdujących się pod rządami niedemokratycznymi. Byliśmy w centrum uwagi, obserwowani z nadzieją w wielu częściach świata.
Porozumienia sierpniowe nie wytrzymały jednak próby czasu. Były zagrożone z trzech stron. W łonie Solidarności rósł w siłę nurt radykalny, skierowany przeciw obozowi sprawującemu władzę i odwołujący się do skrajnych haseł (w rodzaju przyśpiewki: „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”). Jego odpowiednikiem po drugiej stronie był radykalny populizm, w znacznej mierze wyrażany przez takich działaczy robotniczych jak Albin Siwak. Nurt ten cieszył się poparciem znacznej części aparatu i aktywu PZPR. Trzecie – szczególnie ważne – zagrożenie wynikało ze stanowiska władz radzieckich, coraz bardziej przerażonych konsekwencjami pokojowych zmian dokonujących się w Polsce. Wizja nowej konfrontacji i obcej interwencji stawała się coraz bardziej wyraźna.
Czy można było uratować porozumienie sierpniowe? Nigdy nie będziemy znali odpowiedzi na to pytanie, gdyż historia nie stwarza warunków dla sprawdzania hipotez ex post. Hipotetycznie powiedziałbym, że ocalenie porozumień sierpniowych mogłoby się udać, gdyby umiarkowani przywódcy i doradcy Solidarności wykazali więcej determinacji w walce przeciw radykałom. Trzeba jednak brać pod uwagę także to, że zainteresowane eskalacją konfliktu siły polskie i radzieckie gotowe były posłużyć się prowokacją, by do złagodzenia konfliktu nie dopuścić.
Szesnaście miesięcy, które minęły od porozumień sierpniowych do wprowadzenia stanu wojennego, gruntownie zmieniły polityczną mapę Polski. Zaostrzyła się – i to po obu stronach – postawa konfrontacyjna. Zerwana została więź istniejąca wcześniej między umiarkowanymi doradcami Solidarności i reformatorskimi działaczami PZPR. Polska ponownie stała się państwem z więźniami politycznymi. Stan wojenny uratował Polskę przed narodową katastrofą, ale oznaczał odejście od porozumienia narodowego.
A jednak osiem lat później spotkaliśmy się przy Okrągłym Stole – pierwszym takim doświadczeniu w historii państw rządzonych przez partie komunistyczne. Idea porozumienia narodowego odżyła i stała się treścią dokonanych zmian politycznych – znacznie dalej idących niż niemal wszystkie pomysły z lata 1980 roku.
Stało się to możliwe dzięki zmianie, jaką w położeniu geopolitycznym Polski przyniosło dojście do władzy w ZSRR reformatorskiego przywódcy Michaiła Gorbaczowa. Ale zmiana polityki radzieckiej nie musiała automatycznie prowadzić do zmian w Polsce. Te ostatnie były konsekwencją tego, że po obu stronach politycznego konfliktu istniała pamięć sierpnia 1980 roku. Była ona źródłem nadziei i zachętą do podjęcia kolejnej próby. Tym razem udanej.
W 1980 roku Polska dała przykład rozwiązania wielkiego konfliktu w drodze rozmów, a nie drogą przemocy. W 1989 roku była pierwszym państwem socjalistycznym dokonującym demokratycznej zmiany ustroju. Między tymi datami istnieje wyraźny związek. Dlatego pamięć o sierpniu 1980 roku powinna stanowić inspirację dla szeroko pojętego obozu demokratycznego. Niezależnie od biograficznych różnic.
Jerzy Papuga
Jeśli wziąć pod uwagę trójpodział władz, czyli monteskiuszowska triadę władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, to niewątpliwie najgorzej wiedzie się tej ostatniej. Władza ustawodawcza ma się całkiem nieźle, Sejm i Senat pracują, w wykonawczej też jako tako, bo jednak prezydent z premierem z trudem ale docierają się, a w sądowniczej?
No cóż, Trybunał Stanu jest tu najlepszą ilustracją, mimo że wykonuje wymiar sprawiedliwości tylko wobec specyficznej kategorii ludzi. Skoro jednak parę komisji śledczych działa w Sejmie i cały czas trwają postępowania prokuratorskie wobec polityków poprzedniej władzy, to sądem właściwym dla deliktów i przestępstw popełnianych w związku ze sprawowaniem urzędów będzie właśnie Trybunał Stanu. Który musi być nieskazitelny i profesjonalny in corpore- jako sąd predestynowany do orzekania w sprawach najwyższej wagi. A tu od wielu tygodni trwa poważny kryzys, a niekiedy widowiskowa szarpanina, mimo że na progu Trybunału jest np. sprawa b. przewodniczącego KRR i TV, wymagająca rozstrzygnięcia. To jednak nie następuje, bo sam Trybunał nie wie, w jakiej jest sytuacji, skoro wątpliwości nasuwa immunitet sędzi Manowskiej, z klucza będącej prezesem TS. Na tym tle wyczyny sędziego Andrzejewskiego są tylko kwiatkiem do kożucha i słusznie ten bardzo zasłużony prawnik i b. senator ma dziś wyrzuty sumienia i chętnie by cofnął czas. Dał bowiem świadectwo nie tylko braku panowania nad nerwami, ale w ocenie obserwatorów skrajnego upartyjnienia swojego stanowiska w sprawie immunitetu Manowskiej, przewodnicząc trzyosobowemu składowi orzekającym.
I ty wysforował się, będący w znakomitej kondycji, wiekowy b. marszałek Sejmu Józef Zych, skądinąd doskonały prawnik i prawdziwy nestor polskiej polityki. W rozmowie z red. Wysocką- Schnepf w TVP zaproponował wyjście z kryzysowej sytuacji, tłumacząc zawiłość procedury, która kazała mu wziąć udział w składzie orzekającym skutkującym umorzeniem sprawy Manowskiej. Jego zdaniem zaistniałą sytuację musi przerwać interwencja Sejmu, który w tej mierze „ma władzę powoływania oraz odwoływania składu Trybunału”.
Inna sprawa, czy Izba jest do tego akurat zdolna, ale przynajmniej jest pewna nadzieja, że w tym organie władzy ustawodawczej sprawa zostanie potraktowana priorytetowo. Wydaje się zresztą dość oczywiste, że bez tego sądu proces rozliczania poprzedniej i wszystkich kolejnych ekip ugrzęźnie, choć na pewno ryzykowne jest oddawania sprawy w pacht organu politycznego. Ale Zych innej drogi nie widzi, a sprawę ma kuluarowo przedyskutowaną w gronie sędziów Trybunału, o czym poinformował opinie publiczną.
Takie postawienie sprawy wymagało też sporej miary dziennikarstwa i red. Wysocka- Schnepf to zadania świetnie wypełniła, wiodąc refleksje marszałka w taki sposób, aby nie były zbyt zawiłe (co marszałkowi się w przeszłości zdarzało…), a jednocześnie konstruktywne. Chodziłoby teraz z grubsza o to, jak Sejm może sobie z tym tematem poradzić, oraz o timing, bo przecież debata budżetowa jest już za pasem i stąd wielka mobilizacja opozycji, żeby na tym tle osłabić a może nawet obalić rząd. Byłaby to więc inicjatywa na cito, problem jednak w tym, że nie ma chwilowo na Wiejskiej autorytetów, które temat chciałyby ogarnąć- chyba że marszałek Zych uruchomi swoje niezawodne kontakty. Czyli impuls naprawy wyszedłby nijako z Trybunału i następnie zostałby podchwycony przez posłów i szybko przyoblekł w projekt stosownej ustawy. Co na pewno rozwścieczyłoby pisowską opozycję, które ponosi winę za tę chorą sytuację, ale bez ryzyka nie ma zwycięstwa. Można też pokusić się o zmiany personalne w składzie Trybunału, formuła na pewno się znajdzie, ale to jest raczej ruch mało systemowy, bo jednak wychodzi na jaw, że same mechanizmy państwa prawa w obecnym Trybunale nie działają.
Jeśli można pochwalić marszałka Zycha to przede wszystkim za odwagę stanięcia wobec zgorszonej wydarzeniami w Trybunale opinii publicznej i nakreślenia istoty problemu, co nieczęsto zdarza się prawnikom, o politykach nie wspominając. No i wytłumaczenia w pewnej mierze postępowania samego sędziego Andrzejewskiego, co było gestem nijako zastępczym, ale jednak niezwykłym, jak na poziom tzw. polskiej kultury politycznej. Byłby to więc czyn na miarę polskiej racji stanu? Może nie aż tak, ostatecznie liczy się końcowy rezultat a na razie jesteśmy na początku drogi, ale ktoś ją musiał wskazać, i to jest jego wielka zasługa. Marszałek Zych dał tu pokaz niezwykłej klasy i odpowiedzialności. Może niegłupią rzeczą byłoby po prostu szybkie przeprowadzenie w Sejmie eksperckiej konferencji nt. stanu Trybunału Stanu, z liczącym się uczestnictwem wszystkich zainteresowanych stron, aby temat roli Trybunału ująć w nowe przepisy no i wyedukować przy okazji posłów oraz senatorów. Bo jednak ten kryzys ma swoje znaczenie i przykładne usunięcie z urzędu sędzi Manowskiej, swoją drogą okropnej w próbach blokowania mediom prawa do sprawozdania rzeczy dziejących się w Trybunale, a także usunięcie innych sędziów niewiele zmieni. Po prostu chodzi o ruszenie z posad tej matuzalemowej instytucji, skoro chcemy poważnie myśleć o rozliczeniach tej czy poprzedniej władzy i uznać Trybunał jako fundament władzy sądowniczej a nie bat używany w bieżącej polityce. Nie wiem, czy taki postulat ma jakąkolwiek szansę przebicia się, Sejm wydaje się być odwrócony od takich fundamentalnych spraw, zajmując się czym innym, ale źle by nie było. I tu po cichu liczę na wicemarszałka Zgorzelskiego, a kto wie, może jeszcze paru innych członków prezydium Sejmu…Aby głos marszałka Zycha nie pozostał jedynie przysłowiowym głosem wołającego na puszczy.
Widzę to wydarzenie w trzech wymiarach: historii powszechnej, historii Polski i doświadczenia osobistego.
Historia powszechna: w niej nie będzie rozdziału pod tytułem Solidarność.
Nowożytna historia powszechna (ta od osiemnastego wieku): Również w niej nie znajdzie się miejsce dla rozdziału pod tytułem Solidarność.
Najnowsza historia powszechna (po roku 1918): Tu znajdzie się w części „Komunizm”, w rozdziale Upadek komunizmu, tam zaś w podrozdziale pod tytułem Symptomy upadku komunizmu.
Podsumowując: znaczenie Solidarności dla historii powszechnej sprowadza się do jej interpretacji jako ważnego wydarzenia potwierdzającego, że komunizm nie był żadną realną alternatywą dla społeczeństwa liberalno-demokratycznego. I tę właśnie interpretację utrwala teza o końcu historii.
ChatGPT podkreśla znaczenie Solidarności jako przykładu pokojowej rewolucji i wzorca dla innych regionów świata.
Historia Polski
W wymiarze politycznym i ekonomicznym porozumienia z sierpnia 1980 roku nie przyniosły istotnych konsekwencji: nie zmieniły systemu politycznego i nie stworzyły nowych korzystniejszych warunków rozwoju gospodarczego.
Powstanie Solidarności przyniosło natomiast trwały owoc w postaci podwalin społeczeństwa obywatelskiego. Przychodzi mi na myśl pewna hipoteza: poważna część społeczeństwa polskiego nie poparła Solidarności, czy można pokusić się o przypuszczenie, że dzisiaj jest ona rezerwuarem poparcia dla polityki populistycznej? Patrząc na wyborczą mapę Polski, można takie przypuszczenie wysunąć.
Pogląd, że powstanie Solidarności otworzyło drogę do Okrągłego Stołu jest moim zdaniem wątpliwy. To prawda, że wydarzenia roku 1989 działy się w scenografii i obsadzie solidarnościowej, jednak źródłem porozumienia Okrągłego Stołu była zmiana polityczna w Związku Radzieckim. W roku 1989, podobnie jak w 1918, rozstrzygała sytuacja zewnętrzna, ale kuliśmy własny los, na ile było to możliwe (a może i nieco bardziej, niż było to możliwe), byliśmy aktywni. Jerzy Wiatr wyraża w tej kwestii – w sąsiadującym artykule – inny pogląd, ściślej wiążący powstanie Solidarności z Okrągłym Stołem. Sam jestem ciekaw, co przyniosłaby głębsza analiza tego problemu. Tymczasem zadaję sobie pytanie, na ile didaskalia mogą ważyć, czyli kreować dramat.
W historii Polski powstanie Solidarności uważam za wydarzenie konstytutywne, kluczowe dla kształtowania się polskiego społeczeństwa obywatelskiego i to ono powinno być rdzeniem budowania obywatelskiej tożsamości. Nie mamy żadnego innego symbolicznego spoiwa tkanki społecznej o takiej mocy. Przyjdzie moment, w którym ta prawda zostanie powszechnie uznana, a świętem narodowym będzie 4 czerwca. Gdy wyraziłem ten pogląd w nierejestrowanej części rozmowy z Barbarą Labudą i Danutą Waniek, zamieszczonej powyżej (s. 34–40), nie zgodziły się z nim. Ich zdaniem Polacy będą trwale podzieleni na tych maszerujących 4 czerwca i tych maszerujących 11 listopada, ale to pochody listopadowe będą dominujące, jeszcze długo.
Wymiar doświadczenia osobistego
Aktywiści roku osiemdziesiątego to dzisiaj ludzie 60 plus.
Czas Solidarności to najważniejsze doświadczenie polityczne w moim życiu. Doświadczenie pozytywne. Jego siła polega na doświadczeniu wspólnoty jako czegoś realnego i ta wspólnota trwa, co pokazał zryw solidarności z Ukraińcami w lutym 2022 r.
Okazuje się też, że całkowicie nieświadomie jako członek partii w Solidarności byłem zwiastunem Okrągłego Stołu.
Społeczeństwo obywatelskie to takie, które zrzuca z siebie kłamstwo. To się stało w sierpniu 1980 r. To fakt, że masy ruszyły do protestu ze względu na sytuację ekonomiczną, ale konkretnym faktem, który uruchomił lawinę, było wyrzucenie z pracy Anny Walentynowicz – a tu chodziło o odpór kłamstwu.
Dzisiaj jest nie tyle podobnie, co gorzej. Tamto kłamstwo przyszło z zewnątrz i łączyło. Dzisiejsze kłamstwo jest „nasze” i dzieli. Nie ma w nim niczego pozytywnego i nie wpłynie znacząco na kierunek ewolucji społecznej w Polsce; coś zakłóci, coś spowolni. Ale jest głośne w swojej obrzędowości. Tyle tylko, że przeniosło państwową obrzędowość na jakiś zapajęczyniony, mroczny i duszny strych.
Trudno o optymizm, ale czasami pojawia się jaskółka, która nie pozwala mu zasnąć. Katarzyna Kasia rozmawia z Olgą Tokarczuk („Newsweek” 36/2025): „Ty dajesz nam słowa, które z nami zostają… czułość z Twojej mowy noblowskiej (…). Ta czułość, która była wielkim odkryciem…”. Dociera do mnie, że tą czułością przepojona jest twórczość innej polskiej noblistki, Wisławy Szymborskiej. Dociera do mnie, że stąd popłynął w świat przekaz sensu ludzkiej solidarności… Przez jakiś czas głośni będą ci, dla których ogólnoludzka solidarność jest urojeniem, ci którzy polską flagą formują w biało-czerwoną piłę odcinającą od polskości Szymborską, Tokarczuk, Labudę. Przez jakiś czas…
Tekst ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Niedostateczna jakość myślenia o przyszłości
Dzisiaj żyjemy według myślenia uproszczonego, użytkowego, pośpiesznego i krótkofalowego; myślenia znacząco formułowanego za pomocą algorytmów cyfrowych i informatycznych; myślenia nastawionego na rozwiązywanie doraźnych problemów i osiąganie najbliższych celów praktycznych. Natomiast wypychane jest z życia zbiorowego, a nierzadko zupełnie tu pomijane, myślenie wielostronne, długofalowe, nieużytkowe; spokojne i refleksyjne; myślenie szerszych uogólnień i nieuproszczonych wnioskowań, dalekosiężnej wyobraźni i przewidywalności, a także wnikliwszej intuicyjności poznawczej i podmiotowej niezawisłości. Myślenie osiągane przez otwarte i niezależne umysły w prawidłowych procedurach badawczych, niepomijających procedur naukowych, dociekań filozoficznych lub przynajmniej zdolności poznawczych zdrowego rozumu. Dopiero w takim, dziś już dość rzadkim, myśleniu wyższej jakości osiągać można najbardziej pożądane cele społeczne, np. intelektualne podłoże społecznie właściwych postaw, w tym postaw wobec bezpieczeństwa i wojny, oraz lepiej przewidywać przyszłość. Oto godna uwagi wypowiedź wpływowego filozofa w tej ostatniej sprawie: „Przyszłość jest otwarta. Zależy od nas; od nas wszystkich. Zależy od tego, co my i wielu innych ludzi czynimy i czynić będziemy; dziś, jutro, pojutrze. A to, co czynimy i czynić będziemy, zależy z kolei od naszego myślenia; i od naszych życzeń, naszych nadziei, naszych obaw. Zależy od tego, jak widzimy świat i jak oceniamy otwarte możliwości przyszłości. Oznacza to dla nas wielką odpowiedzialność” (fragment wykładu Karla Poppera, 1982 r.).
Rozgrzana nastrojowość obronna a rzeczywiste zagrożenie
W dobie wojen nowoczesnych, wojen na bazie nowych technologii i sztucznej inteligencji, a przez to wojen o niemal nieograniczonej sile niszczycielskiej i ludobójczej sprawczości, bezmiaru okrucieństwa i odczłowieczenia, a przy tym wojen na ogół nieosiągających swymi (niemilitarnymi) środkami zakładanych celów (politycznych, ekonomicznych itp.); wojen nieuchronnie popadających w skrajne absurdy i nonsensy, w technologiczną bezduszność i odczłowieczenie, a nadto wojen zazębiających się realnie z możliwością kataklizmu nuklearnego, a równocześnie w czasie charakteryzującym się – jak to doświadczamy – zadziwiająco gorliwie i obsesyjnie rozgrzaną nastrojowością obronną polityków, czy nadymającą się obsesją okołowojenną – głośne dziś, ale bardzo kontrowersyjne hasło: Jeśli chcesz uniknąć wojny, szykuj się do niej, czy Dążymy do pokoju poprzez siłę zastąpić by należało innym hasłem – wbrew pozorom ważniejszym i bardziej aktualnym, a mianowicie: Jeśli chcesz uniknąć wojny, poznaj ją głębiej i przyjmij wobec niej właściwą postawę. Praktyczna skuteczność tego drugiego hasła uzależniona jest jednak od szerokiej jego akceptacji społecznej oraz mocnego wsparcia obywatelskiego po obydwu stronach barykady wojennej – zarówno po stronie rządów państw wywołujących wojny, jak i krajów i społeczeństw wojenną agresją atakowanych.
Niezbędne byłoby tu obustronne zgranie nowoczesnej wiedzy o wojnie i właściwe jej rozumienie; rozumienie konkretyzujące się w odpowiednich postawach wobec niej wojennie skonfliktowanych zbiorowości i jednostek ludzkich. To być może one, wydatniej niż wszystkie inne czynniki społeczne, wpływać by mogły na utrzymywanie się we względnej stabilności stanu międzywojennego, czyli na bezpieczne życie w pokoju i bezpieczeństwie. Bez prób niemilitarnej realizacji rozbieżnych interesów i aspiracji poszczególnych państw i narodów, układów politycznych i gospodarczych. W czasie obecnym coraz bardziej aktualizuje się twierdzenie, zgodnie z którym rozpętanie wojny zależy nie tylko od tych, którzy jej chcą, ją wywołują, prowadzą i po pewnym czasie ją kończą lub tych, którzy są do niej przymuszani (np. samowolną napaścią), (najczęściej bez zasadniczego rozstrzygnięcia), ale zależy (zależeć powinno) także – i może przede wszystkim – od społecznych, obywatelskich postaw wobec wojny, od zbiorowego i jednostkowego pojmowania i rozumienia jej „nowoczesnego” charakteru i istoty, od trafnej oceny jej skutków i konsekwencji, oraz od silnie umotywowanego i w pełni zdeterminowanego oraz konsekwentnie antywojennego zbiorowego – możliwie najszerszego – odnoszenia się do niej.
Nikt się nas nie pyta
Zdumiewa i niepokoi to, że wielu naszych i europejskich polityków przeświadczonych jest, że agresja zewnętrzna, czyli wojna w naszym geopolitycznym obszarze, jest wcześniej czy później nieunikniona i że w związku z tym obecnie obowiązkiem rządzących jest przekonywać społeczeństwo, iż stan przedwojenny nieuniknienie, czy tego chcemy czy nie, podąża w stronę stanu wojennego i że ów stan jest nawet nieuchronną przypadłością dziejową. Zastanawia też to, dlaczego tak mało mówi się, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w rozmowach dyplomatycznych i na innych ważnych forach wymiany poglądów i ocen dotyczących funkcjonowania współczesnego świata o osobistych i obywatelskich postawach wobec wojny i bezpieczeństwa, dlaczego nie podejmuje się szerszych specjalistycznych badań empirycznych (np. socjologicznych, psychologicznych czy antropologicznych) w zakresie tego typu postaw? Nie słychać też znaczących wypowiedzi na ich temat w intelektualnych ośrodkach kościołów chrześcijańskich (wypowiedzi na ten temat zmarłego papieża Franciszka są tu właściwie wyjątkiem, wspartym jednak – jakby ku pokrzepieniu – zwiastunami pokojowej misji papieża Leona XIV). Szczególnie zaś zdumiewa słaby głos w tej sprawie – albo nawet milczenie czy wręcz wspieranie postaw prowojennych – niektórych przywódców duchowych innych wyznań religijnych (np. znaczących odłamów prawosławia czy islamu). I nie może być zgody na to, że w sferze dominujących obecnie oficjalnych poglądów na wojnę i bezpieczeństwo przeważa tendencyjna, ściśle się trzymająca tzw. poprawności politycznej, propagandowo przez media natarczywie upowszechniana, a opinię publiczną nazbyt często ignorująca, polityczna (rządowa, partyjna, zideologizowana) wykładnia aktualnych spraw wojny i bezpieczeństwa. I ta – można powiedzieć – uzurpatorska i skrajnie upolityczniona i ewidentnie jednostronna narracja okołowojenna, ukrywająca lub tendencyjnie wyjaśniająca właściwe przyczyny i uwarunkowania oraz możliwe konsekwencje potencjalnej wojny, skutecznie wypiera, a nawet dość często całkowicie eliminuje szeroki, naturalnie zróżnicowany, ale najbardziej tu uprawniony obywatelski krąg odniesień i zapatrywań na aktualne sprawy wojny i bezpieczeństwa.
Praktyczne uszeregowanie postaw wobec wojny
Ze społecznego punktu widzenia, w sferze postaw wobec wojny i bezpieczeństwa udaje się wyróżnić bodaj prosty, a zarazem praktycznie użyteczny ich podział, a mianowicie na: postawę wobec wojny społecznie pożądaną (użyteczną) oraz postawę społecznie niepożądaną (nieużyteczną) oraz na postawę traktującą wojnę przedmiotowo, instrumentalnie, mechanicznie, bez uwzględnienia jej czynnika podmiotowego, ludzkiego (odczłowieczoną) i postawę traktującą wojnę podmiotowo, nieinstrumentalnie, niemechanicznie, z pierwszoplanowym uwzględnieniem jej czynnika antropologicznego (uczłowieczoną). Oto one:
Postawa wobec wojny społecznie pożądana (użyteczna)
W sferze poznawczej w dostatecznej mierze zawiera ona podstawową, krytyczną i samodzielnie przemyślaną wiedzę o charakterze, istocie, dramatyzmie i okrucieństwie wojny, o wymiarze jej śmiercionośnego i niszczycielskiego działania, o tym, że należy ona do najgorszych z możliwych doświadczeń człowieka, przede wszystkim zaś o tym, co robi z człowiekiem (zabijanie, ranienie, zadawanie bólu i cierpienia, pozbawianie godności i człowieczeństwa itp.). W emocjonalnie i intelektualnie głębszych, a motywacyjnie silniejszych swych wersjach postawa ta wykazuje też zdolność głębszego wczuwania się w sferę tragizmu i potworności, barbarzyństwa i dramaturgii wojny, jej antyludzkiego i antyżyciowego charakteru; zdolność pojmowania jej swoistego szaleństwa i głupoty, fundamentalnej niesprawiedliwości i niedemokratyczności, biznesowego i tendencyjnie politycznego podłoża oraz – w przypadku nowoczesnych odmian wojny – ogromnej, wręcz niebotycznej kosztowności. Obok naturalnego tu lęku i zaniepokojenia, mieszanego z poczuciem osobistego zagrożenia i niebezpieczeństwa, wywiązuje się w niej osobisty opór i sprzeciw wobec wojny – zwłaszcza wobec jej sprawców i popleczników, a także osobista chęć i gotowość do jakiegoś wysiłku na rzecz łagodzenia czy pomniejszania negatywnych skutków konfliktów wojennych, niesienia pomocy ich ofiarom, własnego wstawiennictwa się w ich obronie, empatycznej solidarności, a zwłaszcza troski o zakończenie danej katastrofy wojennej i o przyszły ład pokojowy”. Także chęć i gotowość do takiej czy innej formy osobistego i społecznego protestu i sprzeciwu zarówno wobec aktualnie toczących się wojen, jak i wobec czynionych lub zapowiadanych przygotowań do nich oraz prowojennej ideologii i propagandy.
Postawa wobec wojny społecznie niepożądana (nieużyteczna)
Postawa ta jest przeciwieństwem społecznie pożądanej postawy wobec wojny. Wykazuje odmienne niż ona cechy i przejawy. I tak w składniku poznawczym nie zawiera wielostronnej, krytycznej i samodzielnie przemyślanej wiedzy o wojnie, o jej odczłowieczeniu, nonsensach i paradoksach, o gwałtownie rosnących jej niszczycielskich skutkach i o zwielokratniającej się potworności i okrucieństwie, o głupocie i szaleństwie (horrorze antyczłowieczym), o dużej możliwości przekształcenia się jej w wojnę globalną, światową, a także o większym, niż się na pozór wydaje, prawdopodobieństwie przerodzenia się jej w konflikt nuklearny, czyli w totalną katastrofę antropologiczną.
Z ułomną i jednostronną wiedzą o wojnie i z zaciemnioną świadomością tkwiącego w niej katastrofizmu dość często wywiązuje się w tej postawie taka swoista cecha mentalności i nastrojowości okołowojennej, która wyraża się w nadmiernym zainteresowaniu się wojną, w swoistej fascynacji nią, beztroskim odnoszeniu się do negatywnych atrybutów wojny, np. do wojennego chaosu społecznego, załamanego bezpieczeństwa, życia w nieszczęściu, cierpieniu, odczuciu zagrożenia życia i przetrwania. Wszystko to przy skłonności łatwego usprawiedliwiania wojny, subiektywnego pomniejszania jej okrucieństwa i potworności, a w konsekwencji braku przeciwstawiania się jej. Łatwa jest też tu gotowość do akceptowania czynności jawnie prowojennych, np. do wspierania czy akceptowania nadmiernych zbrojeń, wysokich budżetów zbrojeniowych, rozwijania ultranowoczesnych technologii militarnych, aprobaty siły w stosunkach międzynarodowych, przy sceptycyzmie co do potrzeby i skuteczności dyplomatycznych mediacji, politycznego dialogu i kompromisu, możliwości wzajemnego porozumiewania się i zrozumienia.
Ekstremalnym przejawem tej otwartej na wojnę postawy jest obecność w jej sferze motywacyjnej potrzeby osobistego wojowania, własnego uczestnictwa w wojnie, przy dość częstym przeświadczeniu, że dopiero w wojnie osiągać można najwyższą indywidualną samorealizację (jedna z osobliwych motywacji uczestnictwa w wojnach ochotników wojennych, uznających wojowanie za wyróżniony sposób swego bytowania i samopotwierdzenia się).
Społecznie niepożądana jest też nierozwinięta postawa wobec wojny (nijaka). Postawę tę charakteryzuje niedorozwój większości jej integralnych składników: wiedzy o wojnie, zdolności właściwej jej oceny, osobistego do niej stosunku (emocjonalnego, moralnego, motywacyjnego), uzasadnionej jej aprobaty lub dezaprobaty itp. Przede wszystkim uwidocznia się w niej słabe zainteresowanie wojną, pasywny do niej stosunek, niejasny osąd jej negatywnych cech i skutków, słabość wyczucia zagrożenia z jej strony, bezrefleksyjne odpychanie ze sfery świadomości, ufność w to, że „jakoś to będzie”, że „nic mi nie zagraża”, że „nic mi się nie stanie”, a w najgorszym razie, że „będzie to, co ma być”. W konsekwencji brak w owej postawie większego poruszenia wojną i wyraźnych reakcji na nią oraz poczucia potrzeby jakichś własnych przysposobień samoobronnych, czy jakiegoś osobistego angażowania się w kwestię bezpieczeństwa i pokoju.
Imperatyw antywojenny
W czasie „trudnym i niespokojnym” – jak go potocznie nazywamy; czasie wzmagających się napięć i antagonizmów w stosunkach międzynarodowych, poszerzających się obszarów toczących się lub potencjalnych wojen, realnego zagrożenia wojną światową łącznie z wojną nuklearną, a równocześnie w czasie zarządzania państwami oraz relacjami międzynarodowymi przez mentalnie i profesjonalnie często nie dość przysposobione do tych trudnych i coraz bardziej komplikujących się ról przywódczych elity polityczne, zachodzi pilna i niezbywalna potrzeba nowych i maksymalnie usprawnionych strategii działania makrospołecznego i geopolitycznego. Przede wszystkim zaś zachodzi konieczność włączania w procesy i procedury rozwiązywania głównych problemów współczesności – w tym problemu bezpieczeństwa, wojny i pokoju – opinii i stanowień szerokich kręgów społecznych i obywatelskich; opinii i stanowień wyrażanych nie tylko formalnie (np. w uchwałach parlamentarnych, stanowieniach referendalnych czy w wynikach sondaży opinii publicznej), ale także – i może przede wszystkim – w postawach życiowych i społecznych większości członków danych społeczności. Jeśli chodzi o rozważany tu problem – to w społecznie większościowych postawach wobec wojny i bezpieczeństwa. W szczególności w postawach, które określiliśmy tu jako postawy społecznie pożądane. Uznać to można za priorytetowy wymóg obecnego czasu. W wymogu tym chodzi też o przyznanie każdej jednostce ludzkiej niezbywalnego prawa do gorzkiej prawdy o wojnach współczesnych – o ich spotęgowanej śmiercionośności i sile niszczenia, całkowitym odczłowieczeniu i bezsensie, a także o ich rzeczywistych źródłach i przyczynach, niebotycznych kosztach i ukrytych beneficjentach oraz o generalnie rzecz biorąc niewystarczalności tradycyjnego paradygmatu myślenia o wojnie.
W szczególności zaś chodzi o uspołecznienie stanowień o bezpieczeństwie zewnętrznym i wojnie, czy – mówiąc inaczej – o przeniesienie, poprzez postawy społeczne, spraw definiowania i decyzyjności w tej dziedzinie ze sfery uprawnień i kompetencyjności, często niekompetentnych elit politycznych (społecznej mniejszości), na płaszczyznę uprawnień i kompetencji obywatelskich (społecznej większości).
I bez względu na to, w jakim stopniu przedstawiony tu wymóg jest realny, a w jakim iluzyjny czy utopijny, to z uwagi na to, co we współczesnym świecie w sprawach bezpieczeństwa i wojny się dzieje, wymóg ten pretenduje do rangi postulatu nadzwyczajnie ważnego i na czasie, jako że dramatycznie okazuje się, iż newralgiczne problemy świata współczesnego, w tym problem bezpieczeństwa i wojny, nie mogą być prawidłowo i skutecznie rozwiązywane na podstawie wyłącznie paradygmatów myślenia politycznego i decyzji wąskich, a w dodatku nie dość kompetentnych elit politycznych. Ewidentnie potrzebny jest tu szerszy i głębszy potencjał osobowy, duchowy i intelektualny.
To, co udałoby się rozsądnego i odpowiedzialnego zrobić na tym polu zapowiadającym totalne zagrożenie, zapewne byłoby w porę uczynionym sprawdzianem zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego i – jeśli ktoś woli inne określenie – rozwojowego opamiętania.
Autor, związany z „Res Humana” od początku jej istnienia krakowski profesor, jest humanistą, filozofem, historykiem idei, psychologiem religii, pedagogiem.
Jest czwarty lipca, upalne przesycone wilgocią popołudnie, ląduję na lotnisku w Chicago O`Hare. Śladów świętowania Dnia Niepodległości niewiele. Oczywiście są flagi, wiele flag. Ale flagi były zawsze. Pamiętam to z moich wcześniejszych pobytów w 1993 i 2013 roku. Tak, Amerykanie lubią wywieszać swoją narodową flagę. Noszą ją na koszulkach, spodenkach kąpielowych, na czapkach. Nocą obserwuję z osiedla na przedmieściach Chicago feerię sztucznych ogni wybuchających w oddali nad downtownem; moi znajomi, tutejsi Polacy, nie używają słowa „śródmieście”. Rozbłyski ognia i huk, jak u nas w noc sylwestrową, tylko brak śniegu. Samo osiedle ciche, spokojne, w oknach sąsiadów odbija się światło telewizorów, ulice puste, nikt nie spaceruje, nawet nie widać psów, które wyprowadzałyby swoich panów lub swoje panie na spacer. Zupełnie inaczej niż w miastach polskich. Tutaj prawie w ogóle ludzie nie trzymają psów w domach. Będę to odnotowywał potem w miastach i osadach Connecticut, Massachusetts oraz Południowej Karoliny, a także w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
Connecticut i Massachusetts zachwycają przyrodą. Ma się wrażenie, jakby dziadowie obecnych mieszkańców zdecydowali się założyć jeden wielki park na ogromnym terenie, który obejmuje dwa stany, a ich spadkobiercy postanowili dbać o to dzieło. Przez kilkaset kilometrów jedzie się przez kolejne miejscowości wyglądające jak nasze najpiękniejsze uzdrowiska, przez łąki, gaje, ogrody. Mija się trawniki i polany, które przeplatają się z zagajnikami pokrywającymi zbocza łagodnych wzgórz. I lasy, dużo lasów. Autostrady omijają osiedla i miasteczka, ciągną się lasami, meandrują dolinami wśród pagórków i wzniesień. Jakoś nie widać śladów ich dewastującego wpływu na otoczenie. Roślinność jest bujna i soczyście zielona. A przede wszystkim nie czuje się obecności dróg szybkiego ruchu w mijanych miasteczkach. Również miasta i osady bardziej przypominają kurorty niż typowe polskie miejscowości. Harmonijnie wpisują się w zieleń. Ulice wyglądają jak aleje spacerowe. Zazwyczaj po obydwu stronach jezdni rosną szpalery drzew przedzielonych chodnikiem. Zadbane trawniki, niewiele żywopłotów, jeszcze mnie ogrodzeń. I tak jest nie tylko w bogatych osiedlach willowych, zasiedlonych przez stary pieniądz z dwudziestego wieku lub świeży pieniądz z ostatnich dwóch dekad, lecz również w dzielnicach zamieszkałych przez warstwy średnie i niższe, składające się głównie z potomków robotników. Tak, to są dawne osiedla robotnicze: z alejami, trawnikami i ze skromnymi, ale zadbanymi niedużymi domami.
W miasteczku położonym w zachodniej części Massachusetts odwiedzam moją amerykańską kuzynkę. Nazywam ją „amerykańską kuzynką”, bo tutaj się urodziła i wychowała. Nie mówi po polsku. Nasz wspólny dziadek wyemigrował do Ameryki pod koniec XIX wieku, tutaj poznał Kaśkę, emigrantkę z Galicji, pobrali się, urodziło im się pięcioro dzieci, troje zmarło na koklusz lub szkarlatynę, dwóch synów przeżyło, w tym Walter, który spłodził kuzynkę. Kuzynka pyta mnie, jak to jest z pochodzeniem jej mamy, skoro zachowany paszport jest austro-węgierski. To by znaczyło, że żona Waltera jako dziecko pojawiła się tutaj przed pierwszą wojną światową. Nasz dziadek po powrocie do Polski spłodził jeszcze ośmioro dzieci. Mój ojciec urodził się w latach dwudziestych XX wieku w Polsce. A ja, jego syn, goszczę teraz u mojej kuzynki. W rodzinnym zbiorze fotografii znalazłem zdjęcie zrobione w Massachusetts w 1939 roku: na pierwszym planie Walter, jego żona i najstarszy syn Francis, na drugim popularny samochód marki ford w czarnym kolorze, w tle drewniany piętrowy domek. I samochód, i dom – należące do Waltera – nie były obciążone żadnymi długami. Żona nie pracowała, zajmowała się domem. Stać go było na to, mimo że był tylko robotnikiem w General Electric. Przypominam sobie to zdjęcie, kiedy przejeżdżamy z kuzynką obok tego bodaj stuletniego domku, obecnie należącego do innej rodziny.
Wspominamy mój pierwszy przyjazd w 1993. Wówczas wielu znajomych kuzynki było zadłużonych po uszy: domy na kredyt, samochody na kredyt. Czasy niepracujących żon poszły w niepamięć. Podjęły pracę zarobkową w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: żeby realizować własne aspiracje, a przede wszystkim żeby zasilić budżety biedniejących gospodarstw domowych. Pytam się, jak teraz powodzi się mieszkańcom. Kuzynka wspomina, że najtrudniejsze czasy były w ostatniej dekadzie XX i pierwszej XXI wieku. Zamykano zakłady pracy, pensje nie rosły, zwiększały się natomiast koszty utrzymania. Pracodawcy stawali się coraz bardziej wymagający. Nie liczyli się z pracownikami. Ją to najmniej dotknęło, gdyż pracowała w bibliotece hrabstwa. Natomiast znajomi spotykali się z częstymi przykrościami ze strony prywatnych pracodawców. W ostatnich dekadach młodzież wyniosła się do dużych miast, ludzie w wieku jej rodziców wymarli, wymierają ostatni jej rówieśnicy. Domy potaniały. Kuzynka kwituje moje pytanie stwierdzeniem, że obecnie najważniejsze jest, żeby mieć dobrą insiurę, czyli ubezpieczenie zdrowotne. Z tego punktu widzenia ona i jej sąsiedzi mają się dobrze. Podsiadają niezłe ubezpieczenia, co jest następstwem niegdysiejszej prosperity miasta, ufundowanej na General Electric oraz innych przedsiębiorstwach. Porównuję moje wrażenia z 1993 roku z obecnym stanem miasta. Nie dostrzegam przejawów koniunktury. Na ulicach mało samochodów. Niewielu klientów w sklepach. Szukam śladów rozkładu, ale również ich nie znajduję. Może dlatego, że miasteczko przyciąga, jest niezwykle urodziwe, zanurzone w zieleni, sprawia wrażenie miejscowości letniskowej (jak nasz Lądek Zdrój lub Stronie Śląskie). Pojawiło się też trochę nowego przemysłu wytwórczego i usług. Ludzie z dużych miast przyjeżdżają tutaj na weekendy. Córka kuzynki wróciła z Bostonu, opiekuje się matką, pracuje zdalnie. Podczas mojego pobytu tutaj w 1993 oraz 2013 roku można było usłyszeć język polski na ulicach. Teraz wszyscy mówią po angielsku. Zniknęły witryny i reklamy w języku polskim.
Natomiast kiedy spaceruję po ulicach New Britain w Connecticut, to mam wrażenie, że jestem w Polsce. I starzy, i młodzi mówią po polsku. Ekipa budowlana remontująca budynek nawołuje się po polsku. Polskie sklepy, polskie jadłodajnie, polski kościół, polski cmentarz, polska sala taneczna, piwo, kiełbasa, ogórki, przyprawy, pierogi, flaczki. New Britain rozbrzmiewa polskością – jak 75 lat temu – podczas gdy Pittsfiel w tym czasie zupełnie się zamerykanizowało. Sąsiad moich bliskich sprowadził się z Polski ponad 40 lat temu. Ledwie duka po angielsku. I ma się dobrze: własny dom i samochód bez kredytu, odchowane dzieci już na swoim, niezła praca przy obrabiarce numerycznej w zakładach produkujących dla wojska. Koleżanka siostry również ponad 40 lat w Ameryce. Ukończyła 80 lat. Nadal pracuje, sprzątając domy lub opiekując się niedołężnymi osobami. Zarabia nie gorzej niż on, ale insiurę ma znacznie gorszą. Z rozmów wynika, że ludzie pracują tutaj w pierwszej kolejności dla insiury, a dopiero w drugiej dla pieniędzy. Gdy zapadnie się na zdrowiu, a insiurę jest słaba, to na leczenie w krótkim czasie można stracić wszystko. W Ameryce (czyli w Stanach), zdaniem moich rozmówców, najgorzej mają się ci, którzy mają zadłużone domy, kiepskie zarobki, niepewną pracę i kiepską insiurę. Powtarzam to słowo tutaj jak mantrę, bo ono przewija się niemal przez każdą moją rozmowę z tubylcami. Pojawia się ono również w kontekście reform socjalnych wdrożonych przez prezydenta Obamę. W Connecticut oraz Massachusetts lepiej powodzi się tym, którzy nie pracują i nic nie mają na własność, niż biednym, zapracowanym, schorowanym i zadłużonym właścicielom domków krytych sidingiem. Bezrobotni mogą spodziewać się mieszkania socjalnego, zasiłku pieniężnego oraz pełnej opieki lekarskiej bez własnych dopłat. Ci drudzy, gdy przyjdzie choroba, mogą spodziewać się, że znikną skromne oszczędności z ich rachunków bankowych, a domy i samochody zostaną zwindykowane. Toteż między innymi z tego powodu głosowali w wyborach prezydenckich na Trumpa. Czują się upośledzeni wobec beneficjantów programów socjalnych. Chcieliby likwidacji świadczeń socjalnych, na które idą płacone przez nich podatki. Coś jest – ich zdaniem – nie tak, skoro człowiek pracujący nie dostaje w potrzebie żadnego wsparcia, a osoba, która nie zamierza podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymuje liczne świadczenia. Nie zamierzam tutaj polemizować z moimi rozmówcami. Referuję tylko zaskakujące spostrzeżenia, które mogą wskazywać na jakieś strukturalne usterki systemu pomocy publicznej, sprawiające, że niziny społeczne głosują przeciwko takim rozwiązaniom, przy tym wspierając republikanów i odrzucając demokratów.
Głosowałem na Trumpa; nie podoba mi się to, co robi Trump; gdyby mógł ubiegać się o trzecią elekcję, głosowałbym na niego. To się powtarza nieomal we wszystkich rozmowach. Piszę „nieomal”, bo tylko jedna osoba była odmiennego zdania.
A tak w ogóle to codzienność osób, z którymi miałem okazję rozmawiać, wypełniona jest w znacznym stopniu trzema czynnościami: kilkunastogodzinną pracą, jedzeniem i spaniem. Na inne sprawy niewiele przeznaczają czasu. W soboty biorą dodatkową pracę. Czasami jadą do okolicznych parków, których jest wiele, lub nad ocean, żeby pospacerować lub posiedzieć na ławce. Wypady na zakupy traktują jako okazje do spotkań i rozmów. Ekspedienci i ekspedientki pełnią rolę pośredników w kontaktach: od nich można się dowiedzieć, co słychać u znajomych; przez nich można przekazać wiadomość. Urlopy są krótkie; dość rzadko wynoszą pięć tygodni. Wielu z nich nigdy nie było w Nowym Jorku, Bostonie, nad Niagara Falls. Raz na kilka lub kilkanaście lat wycieczka do Polski, żeby odwiedzić rodzinę.
Zaskakuje mnie fakt, że tylko dwukrotnie spotkałem osoby żebrzące: raz w Południowej Karolinie na stacji benzynowej i drugi raz na lotnisku Newark. Niewiele również widziałem objawów biedy i bezdomności. Dominuje skromna zasobność. Jak chcesz pracować, to znajdziesz pracę – powtarzają moi rozmówcy. Wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie traktują jak dobrodziejstwo, bo łatwiej jest znaleźć pracę. Żeby jeszcze jakaś inna wojna, to nie będzie źle. Dostrzegam również liczne enklawy bogactwa w Connecticut oraz Massachusetts. Piękne osiedla willowe i rezydencje wpisują się w krainę wzgórz i lasów.
Po powrocie do Polski rozczarowuję słuchaczy, którzy spodziewali się narzekania na Amerykę. Już kilkakrotnie w rozmowach zdarzyło mi się sparafrazować Stanisława Wyspiańskiego: „Amerykany trzymają się mocno”. Sam jestem nieco zdetonowany tą widokówką, którą im kreślę, jakbym pokazywał fotografię z „National Geographic”. Tak, spodziewałem się czegoś zupełnie innego, jadąc do Stanów Zjednoczonych. Pamiętałem powtarzające się obrazy z długiej włóczęgi po Południowym Zachodzie w 2013 roku: morze nędzy w Los Angeles, San Francisco i Oakland, która wypełzała na ulice tuż przed zmierzchem i panoszyła się do świtu, każdego ranka spychana przez turystów w cień; dojmującą biedę, która ciągnęła się setkami mil wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego; obdrapane barakowozy i zdezelowane przyczepy kempingowe urozmaicające pustkowia Newady oraz Kolorado. Być może, gdybym ruszył dalej w głąb Stanów Zjednoczonych, napotkałbym i teraz podobne obrazki. Tutaj na Północnym Wschodzie jest jak jest. Opisuję więc to, co widziałem – z pewnym zaskoczeniem, ale bez żalu obywając się bez fotografii rodem na ambitny konkurs demaskujący nędzę tego świata.
Esaej ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Aleksandra Sarna, Debil. Studium przypadku, Alfons. Studium przypadku, Wydawnictwo IZI Instytut Zarządzania Informacją, Warszawa 2025, 145 i 155 stron.
Pod tymi tytułami ukazały się dwie książeczki autorstwa dr Aleksandry Sarny omawiające sylwetki psychologiczne byłego i obecnego prezydentów RP, będące jednocześnie próbą wyjaśnienia fenomenu, jakim był wybór na najwyższy urząd dwóch nikomu nieznanych kandydatów.
Zacznijmy od dr Sarny. Jan Piński – znany z publikacji medialnych – a zarazem autor wstępów do obu książek napisał o niej: doktorka nauk humanistycznych, w przeszłości kierowniczka Katedry Psychologii Stosowanej w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Jednak taka katedra nigdy nie istniała, a nazwiska dr Sarny nie ma wśród pracowników uczelni.
Obie książeczki mają zbliżoną szatę graficzną, format, rozmiary czcionki, objętość. Około półtorej setki stron tekstu nie podzielono na części, są dobrze napisaną opowieścią psychobiograficzną, ale brak podziałów czyni ją nieuporządkowaną, wręcz chaotyczną, niektóre stwierdzenia powtarzają się. Nie cytuje źródeł. Nie zaskakuje żadnymi rewelacjami, które by wcześniej nie pojawiały się w mediach przez obie kadencje Andrzeja Dudy czy przez prezydencką kampanię Karola Nawrockiego. Nową dla mnie była tylko informacja o bliskich związkach obecnego prezydenta z Piotrem Dudą – szefem NSZZ Solidarność. To oznacza, że w razie zaostrzenia sporu politycznego Nawrocki sięgnie prawdopodobnie po oręż strajkowy, łącznie z ulicznymi burdami, a ten oręż nie jest mu przecież obcy.
Epitetem „debil” ochrzcił Andrzeja Dudę pisarz Jakub Żulczyk. Prezydent wytoczył mu proces, zakończony uniewinnieniem oskarżonego. Opis dr Sarny pokazuje postać śmieszną, do debilizmu lub innych form upośledzenia umysłowego jeszcze daleka droga. Na podstawie lektury książki mogę pokusić się o stwierdzenie, że były prezydent śmieszność tę zawdzięcza nadmiernie wybujałym oczekiwaniom rodziców, pchającym syna na ścieżkę kariery naukowej, a potem politycznej, która wykraczała poza jego możliwości intelektualne i predyspozycje charakterologiczne. W przypadku dużej różnicy między wizją a rzeczywistością pojawia się śmieszność. Na ścieżce awansowej znalazł się zrządzeniem losu. Wybrał go Jarosław Kaczyński, chyba w przekonaniu, że porażka Dudy nie wpłynie na notowania partii i jego samego. Nie można było kandydatowi postawić mocnych zarzutów: młody, z perspektywami, doktor prawa, po przejściu przez ścieżkę kariery administracyjnej pod kierownictwem Lecha Kaczyńskiego, europoseł, osoba przetarta na salonach europejskich. Wygrał dzięki energicznej kampanii, w której potwierdził wolę realizacji programu budzącego nadzieje Polaków po marazmie rządów Platformy Obywatelskiej w latach 2007–2015. I tu chciałbym wytknąć książce pewien brak: uważam, że wygraną zawdzięczał Duda nie tyle swoim talentom, ani sprawnej (choć taką była) kampanii wyborczej, ale ociężałości umysłowej i tępocie politycznej kontrkandydata – Bronisława Komorowskiego. I lenistwa intelektualnego PO. Był to zresztą – po przejściu Donalda Tuska do polityki europejskiej – fatalny okres w historii Platformy. Wtedy runęły społeczne nadzieje związane z tą partią, jej linią polityczną i programem.
Obserwując potem zachowania Dudy, musiał jego protektor nabrać przekonania, że to postać dość groteskowa, ale przy wyborze drugiego kandydata posłużył się tą samą metodą. Wybrał kandydata nieznanego, któremu jednak niedomogów intelektualnych nie można było zarzucić (dr historii), „okazałego”, sprawnie posługującego się i to donośnym głosem – retoryką polityczną. Umiejącego sprawnie powtórzyć to, co mu Kaczyński i PiS podpowiedzą. Dr Sarna podkreśla rolę Kaczyńskiego w promowaniu Nawrockiego. Jakby przegrał, byłaby to jego porażka, a nie protektora (formalnie ubrał zresztą w tę rolę historyka prof. Andrzeja Nowaka), a on sam nie utraciłby wpływów w partii i na krajowej scenie politycznej. Ale Kaczyński stawiał na wygraną. I wygrał, mimo zarzutów wobec Nawrockiego o zachowania i czyny niemoralne, o fatalnej przeszłości, o czym w książce wiele.
Autorka przyczynę porażki Rafała Trzaskowskiego widzi w źle prowadzonej kampanii. Postawili na argumenty, które przekonują od dawna przekonaną inteligencję, a nie większość Polaków. Popatrzmy zresztą na statystyki: w roku 2020 Duda wygrał uzyskując w II turze 10 440 tys. głosów (51,3 proc.), podczas gdy Trzaskowski uzyskał ich 10 018 tys. (48,97 proc.). W roku 2025 Nawrocki zdobył 10 606 tys. głosów (50,89 proc.), a Trzaskowski 10 237 tys. (49,11 proc.). Różnica prawie niewidoczna. Zabetonowana scena! Mimo upływu 5 lat i wielu faktów obciążających PiS po ośmiu latach rządów.
Nawrocki (podobnie jak Duda) jest tworem Jarosława Kaczyńskiego. To nie oznacza jednak, że nadal nim będzie. Rząd Koalicji 15 Października czekają dwa lata gehenny, bo zostanie ubezwłasnowolniony jego wetami. Jeśli opcja liberalno-demokratyczna chce podjąć rywalizację, to musi wypracować całkiem nową argumentację, a nie powtarzać w kółko, że to rząd naprawdę rządzi. Bo rządzi tylko do czasu weta, którego nie ma możliwości odrzucić. Jeśli jakimś cudem uda się wygrać wybory parlamentarne w 2027 roku, to wówczas pojawi się możliwość, że Nawrocki urwie się Kaczyńskiemu z łańcucha i zechce tworzyć własną ekipę. Co wtedy będzie, dalibóg, nie wiem.
Chcę, by głową państwa był ktoś mądry i godny zaufania wybrany przez mądrych i uczciwych Polaków i to przez tych, których wkład w ogólny dobrostan jest największy. Tymczasem obecny lokator Belwederu kimś takim nie jest, a jego wyborcy też pożądanymi cechami nie grzeszą (marne wykształcenie, egzystencja w relatywnie opóźnionych regionach, postawy roszczeniowe). Wciąż mają jednak przewagę. Co dziwniejsze, to wieś i małe miasteczka decydują o wygranej Dudy, Nawrockiego i ich – być może – następców. Mentalność wiejska i małomiasteczkowa decyduje o wyborach politycznych. Bez głębszych zmian o charakterze strukturalnym (wykształcenie, relacje wieś–miasto, wiek itd.) nic na to nie poradzimy. Sama dobra retoryka nie wystarczy.
Wracając do obu książek, warto je przeczytać, bo wbrew plotkom na ich temat zawierają pewien zasób wiadomości z zakresu analizy politycznej, a że zgrabnie napisane i dość krótkie (ot, takie na jednodniową lekturę) mogą pobudzić do myślenia zasklepione w swoich przekonaniach głowy.
22 września podczas posiedzenie rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa W.W. Putin zgłosił gotowość przedłużenia w formie moratorium, ale tylko na rok (sic!), obowiązywania rosyjsko-amerykańskiego Traktatu Nowy START o strategicznej broni ofensywnej. New Strategic Arms Reduction Treaty ustala ograniczenia na liczbę ładunków głowic jądrowych i środków ich przenoszenia, ustanawiając pułapy dla obu stron: 700 rozmieszczonych międzykontynentalnych pocisków balistycznych, pocisków balistycznych okrętów podwodnych i ciężkich bombowców, 1550 przenoszonych przez nie głowic oraz 800 rozmieszczonych i nierozmieszczonych wyrzutni międzykontynentalnych pocisków balistycznych i pocisków balistycznych okrętów podwodnych, a także ciężkich bombowców
Nowy START wszedł życie w 2011 r., a w 2021 r. został przedłużony na 5 lat, lecz Rosja w 2023 r. zwiesiła swój udział w Traktacie i jak dotąd brak publicznych informacji o jakichkolwiek dwustronnych negocjacjach nad jego kolejnym przedłużeniem lub adaptacją do zmieniających się warunków globalnego bezpieczeństwa. Traktat New START jest – obok reżimu nieproliferacji broni jądrowej NPT – jednym z ostatnich znaczących porozumień międzynarodowych między USA i Rosją dotyczących bezpieczeństwa globalnego w związku z posiadaniem przez oba kraje największych w świecie potencjałów jądrowych.
Inne mechanizmy bezpieczników są martwe lub przestały istnieć, w tym najważniejsze: dwustronny ABM z 1972 r. o nieograniczonym czasowo ograniczeniu rozwoju, testowania i rozmieszczania systemów antybalistycznych; Traktat INF o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych krótkiego i średniego zasięgu (dotyczył głównie europejskiego teatru działań); Traktat CFE – Traktat o Konwencjonalnych Siłach Zbrojnych w Europie, Traktat o Otwartych Przestworzach. Były to kamienie węgielne mechanizmu bezpieczeństwa europejskiego i globalnego. Która ze stron i dlaczego przyspieszała ich erozję – to temat oddzielny.
Po spotkaniu Trump-Putin na Alasce w komunikatach prasowych i oświadczeniach temat przyszłości START nie pojawił się. W związku z obawami o gwarancje amerykańskiego atomowego parasola odstraszania dla Europy w dyskusji publicznej, ale przede wszystkim w rozmowach głównych państw europejskich, stanęła sprawa sposobów zapewnienia sobie europejskiego odstraszania jądrowego (tego dotyczyła m.in. inicjatywa E.Macrona o objęciu francuskim parasolem krajów europejskich, czy wcześniejsza propozycja A. Dudy o gotowości przyjęcia na terytorium Polski broni jądrowej w ramach „NATO sharing”. Te głowice i systemu ich przenoszenia są własnością USA stąd ich użycie wchodzi w zakres wspomnianego parasola.
W sytuacji próżni prawnej dotyczącej mechanizmów kontroli zbrojeń (jądrowych jak i konwencjonalnych), na tle europejskich dążeń do wypracowania ad hoc „autonomii” (?) samodzielności obronnej (?) i wiarygodnego europejskiego mechanizmu odstraszania bronią jądrową Putin przedstawił wyżej wskazane moratorium w sprawie START.
Złożenie tak sformułowanej propozycji moratorium przez Putina posiada kilka celów; z perspektywy Moskwy mogą one oznaczać:
– chytry zabieg, prezentujący Putina – na równi lub obok prezydenta Trumpa – jako „peace makera” i tworzącego (jakoby) nową dynamikę dzięki kolejnym, pokojowym inicjatywom Moskwy. Znanym tą leksykę z czasów minionych…
– wolę podkreślenia przez Putina jego gotowości do dalszej interakcji z prezydentem Trumpem. Może to być dla samego Białego Domu istotna propozycja, którą administracja waszyngtońska np. zaprezentuje jako swoisty nawet sukces potwierdzający żywotność relacji nawiązanych na Alasce. Tym samym Putin podsuwa i medialny oręż na krytykę kierowaną pod adresem USA o brak efektów w relacjach z Kremlem;
– propozycja Putina wskazuje na konsekwentną próbę realizacji treści i kierunków zawartych w inicjatywie rosyjskiej z grudnia 2021 r. dotyczącej zawarcia porozumień o gwarancjach bezpieczeństwa między Rosją i USA. W pierwszej kolejności to powrót Rosji do „równoprawnego partnerskiego” dialogu z USA. Obecna inicjatywa moratorium zakreśla konkretny obszar dwustronnych relacji obu największych potęg światowych. Według Putina miałaby to być „nasza dwustronna autonomiczna i niezależna agenda z Amerykanami”. Czy zostanie ona odczytana w USA jako kolejny krok na rzecz zachęty do rewitalizacji stosunków z Rosją?
W zakreślonej przez Putina propozycji trudno doszukiwać się wizji bezpieczeństwa europejskiego. Sama lektura tekstu wskazuje natomiast na kontynuację polityki Putina, której celem jest podsycanie obaw o trwałość związków transatlantyckich. Inicjatywa Putina ma w tym kontekście efekt pośredni, ale ważki. Putin nadał wskazuje (wprawdzie bez wskazywania palcem na konkretne państwo czy winowajców), że głównym winnym grzechów obecnego stanu bezpieczeństwa jest Zachód. Czy w tym przypadku Putin ma na myśli europejski zachód? …zapewne tak. W części końcowej wystąpienia Putin wskazał na USA (chodzi przecież o porozumienie dwustronne USA-FR), jako stronę, która musi podjąć inicjatywę Rosji. A w Europie należy tylko trzymać kciuki, by chociaż ten traktat przetrwał próbę czasu!
– Formalnie Putin wyznacza Waszyngtonowi jeden rok na sprawdzenie dobrej woli prezydenta Trumpa w sprawie moratorium. Wskazuje przy tym na główny obszar testu: nie jest nim zakończenie rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie ani problematyka europejska, leczo obszar kosmosu jako nowy etap groźby wyścigu zbrojeń (rozmieszczanie systemów przechwytywanie pocisków balistycznych, budowa sił kosmicznych w obu krajach). Do tego procesu USA potrzebować zapewne będą spokoju w Europie, tj. obniżenia o przysłowiowy „szczebel niżej” problemów bezpieczeństwa formułowanych w percepcji wiodących Europejczyków. A co z wojną w Ukrainie… już nie 24 h, już nie 100 dni, a dopiero od września 2025 za rok…?
Wiosną bieżącego roku w Zielonej Górze zarejestrowała się grupa literacka Syndykat Staromiejski. Jesienią na półki księgarskie trafi antologia współczesnych opowiadań obyczajowych autorstwa dziesięciorga pisarzy należących do Grupy.
Jak czytamy na stronie Grupy na Facebooku, jej twórcy zostali – w pewien sposób – zainspirowani działaniami Skamandrytów. Przy czym zamiast cyklicznego czasopisma („Skamander”) będą docelowo wydawać co pół roku antologie opowiadań. W ten sposób chcą przywracać tę formę literacką do powszechnego czytania – i to w formie książki drukowanej.
Jesienna AD 2025 antologia, zatytułowana Piszę sam(a), w moim mieście[1], wydana została wspólnie przez wydawnictwo Syndykat Staromiejski oraz wydawnictwo Carbo Media, dzięki dotacjom publicznym i niepublicznym. Czy to ma jakiś głębszy sens, a jeżeli ma – to jaki? Czy takie działanie Grupy może realizować szersze cele społeczne?
*
Opowiadanie, podobnie jak nowela, zalicza się do krótkich form wypowiedzi literackiej. Różni je liczba wątków zawartych w treści, zwięzłość i sposób zakończenia. Opowiadanie jest bardziej otwarte niż nowela, która musi być już jednoznaczna w treści i zwarta w konstrukcji.
Opowiadanie czy nowela różnią się od powieści tym, że są krótkie. Bardzo różnie to wypada w odniesieniu do liczby znaków czy słów (przeliczanych też na strony). Opowiadanie jest raczej krótsze niż nowela, a często spotykaną granicą między nimi jest 20 tys. słów.
Z punktu widzenia społecznej roli literatury, bardziej niż liczby ważne jest jednak co innego. Od krótkiej formy wymaga się tego, aby akcja nie była za bardzo zagmatwana (mało wątków pobocznych), nie było zbyt wielu postaci i – w zasadzie – lepiej, gdy problem, jaki opowiadanie lub nowela porusza, jest na końcu rozwiązany. I do tych zagadnień jeszcze powrócę w dalszej części.
Opowiadanie w społeczeństwie polskim rozwinęło się szczególnie w okresie pozytywizmu, aż do początku XX wieku. Krótkie formy pisali nawet najwięksi powieściopisarze i poeci: m.in. Orzeszkowa, Sienkiewicz, Żeromski, Prus, Konopnicka. Były to utwory znacznie bardziej społecznie zaangażowane niż powieści tych samych autorów.
Pewną rolę opowiadanie miało – głównie poprzez talent ich twórców – w okresie międzywojennym, choć jego znaczenie wówczas zdecydowanie zmalało. Kolejny szczyt popularności czytelniczej i zainteresowania zarówno władz, jak i twórców krótkie formy osiągnęły bezpośrednio po II wojnie światowej. Wówczas sięgali po nie zarówno buntujący się młodzi (np. Hłasko, Czeszko), jak i weterani pióra (m.in. Dąbrowska, Nałkowska, Iwaszkiewicz). Od tej formy w PRL nie stronili też choćby Żukrowski czy Andrzejewski, natomiast aż po lata osiemdziesiąte opowiadanie było podstawowym tworzywem mniej znanych autorów regionalnych.
Od dekady pierwszych poważnych eksperymentów twórczych (lata siedemdziesiąte) aż po dziś dzień opowiadanie stało się formą wypowiedzi, po którą chętnie sięgają autorzy dopiero wchodzących na rynek odmian gatunkowych literatury popularnej, np. fantastyki (w nowych odmianach fantasy: dark, urban, low etc.).
*
Wróćmy do czasów, gdy opowiadanie (i nowela) było w szczytowej formie.
Okres pozytywizmu to czas, gdy (po Powstaniu Styczniowym) do sprawy polskiej zaczęto na poważnie włączać chłopstwo. Na poważnie, czyli nie tylko na zasadzie nieświadomego celów mięsa armatniego, darmowej siły roboczej i bezwolnych konsumentów produktów folwarcznych (gł. okowity!), ale pełnoprawnych członków narodu polskiego.
Chłopi w większości byli analfabetami. Pozytywiści zaczęli więc zakładać świetlice wiejskie, w których m.in. miejscowa ludność spotykała się na wieczorach, podczas których lektor czytał literaturę.
Nie trzeba większej wyobraźni, aby uzmysłowić sobie, że wielkie powieści były trudne w odbiorze dla nieczytających dotąd mieszkańców wsi. Wielość wątków, postaci, wreszcie spraw do rozwiązania – aby to śledzić od początku do końca, trzeba było być obecnym na każdym (z wielu) kolejnym wieczorze i umieć zachować skupienie, zapamiętać bohaterów, ich cele etc. Dla niepiśmiennych i żyjących w tradycji bez czytelnictwa ludzi było to – w zasadzie – nieosiągalne.
Doskonale cele moralne, patriotyczne, uświadamiające i edukacyjne spełniały za to krótkie utwory: nowele bądź – w mniejszym stopniu – opowiadania. Stąd taki ich wysyp oraz cały szereg archetypów postaci (powoływanych mniej z wyobraźni, a bardziej z bliskiego sąsiedztwa odbiorcy): Janko Muzykant, Antek, Kataryniarz, Stasia Bzowska, doktor Piotr, latarnik etc. Z czasem do pozytywistów dołączyli działacze lewicowi, mający na uwadze humanizację i uspołecznienie robotników.
Podobne warunki społeczne nastąpiły po II wojnie światowej. W państwie lewicowym szczególną rolę wyznaczono robotnikowi, człowiekowi pracy. W sytuacji, gdy przez 6 lat okupant starał się zezwierzęcić Polaków z niższych warstw (brak szkół, dostępu do pełnowartościowej kultury, do języka), a warstwy inteligenckie po prostu unicestwić, grupy społeczne dotąd uważane za ułomne przejęły role liderów i kreatorów rzeczywistości. Ludzi tych, podobnie jak za czasów pozytywistycznych, należało szybko przysposobić do odczuwania potrzeby i konsumpcji kultury. Przekonać do klasycznych wartości, które powinny stać się dla nich fundamentem do budowy gmachu dla wartości tzw. postępowych. Jest dosyć oczywiste, iż należało pójść tą samą drogą, którą – w zakresie społecznej roli literatury – wybrali przed 75 laty pozytywiści. Do łask przywrócono krótkie formy literackie i dla samego tego faktu nie mają znaczenia późniejsze oceny socrealizmu, nurtów popaździernikowych, literatury okresu małej stabilizacji czy gierkowskiej propagandy sukcesu. Nowela (kojarzona jednak bardziej z wiekiem XIX) i – bardziej – opowiadanie ponownie zaczęły pełnić swoją wielką rolę.
*
W czasach nam współczesnych doświadczamy w pewien sposób wtórnego analfabetyzmu i ucieczki od kultury wysokiej. Żyjemy w dobie galopującej kultury obrazkowej, a od samych dóbr kultury raczej nie oczekujemy już tego, że będą nas uczyć i wychowywać, a tylko tego, że będą nam dostarczać dobrej (a często bardzo płytkiej i na granicy smaku) rozrywki.
Z drugiej strony, psychiatria i neurologia jasno stawiają sprawę: oglądanie czy to obrazków, czy tekstu na monitorze aktywizuje zupełnie inne obszary mózgu niż czytanie książki. Nie odejdziemy już od nowoczesnych technologii, ale gdy zrezygnujemy np. z książki drukowanej, nasza osobowość zubożeje, nasz mózg wyłączy kolejne obszary.
Spoglądając jeszcze z punktu psychologicznego – czy to oglądanie, czy to komunikacja za pomocą obrazków jest interakcją po prostu zbiorową. W taki sposób poznając treści oddajemy się w pełni zjawiskom związanym z psychologią tłumu. Wstydzimy się osobistych refleksji, pójścia pod prąd, nie zastanawiamy się nad tym, co rzeczywiście dobre, a co złe. Nie mamy na to czasu, wciąga nas entuzjazm i magia otoczenia. Poddajemy się bezmyślnie (czy to z wygody, czy ze strachu) zbiorowym kalkom.
Nie ma tego zjawiska podczas czytania książki drukowanej. Jest to interakcja osobista, indywidualna, która rozwija nas samych, jednostkę. Tu możemy sami stwierdzić, jak daleko patriotyzm odbiega od ksenofobii, a tolerancja to wartość, która działa w obie strony. Czytając w książce o napaści na Bogu ducha winnego lekarza Araba, mamy szansę odczuwać głębiej i szerzej, mamy czas i miejsce na refleksję. W przeciwieństwie do demonstracji na ulicy, na widowni stadionu czy na schodach kościoła.
Powrót do czytania można zaprojektować dziś, tak jak w drugiej połowie XIX wieku. Zacznijmy nie od sięgania po grube tomiska, niewątpliwie na wysokim poziomie literackim, ale trudne w odbiorze dla początkujących czytelników.
Dziś nie będzie nam czytać w świetlicy lektor, sami to zrobimy przed snem w pościeli czy w pociągu wiozącym nas do pracy. I do tego najlepsza na początku będzie krótka forma literacka. Może nie nowela (ostatecznie mamy XXI wiek i czasy cywilizacji technicznej), stać nas na nieco bardziej skomplikowane strukturalnie opowiadanie. Historia, którą przeczytamy od początku do końca od razu. Będziemy mogli zaraz potem nad nią się zastanowić, wejść w osobistą, duchową polemikę z autorem, który jasno przedstawił nam swoją ocenę opisanych sytuacji albo rozwiązanie, wybrane przez jego bohatera. W ten sposób krok po kroku przejdziemy do ambitnych powieści, poświęcając przynajmniej część wolnego czasu na książkę, kosztem mediów społecznościowych czy seriali w telewizji. Kosztem poszukiwania siebie pośród agresywnego i bezmyślnego tłumu na ulicy, na stadionie, przed Sejmem, kościołem albo blokiem, w którym mieszkają bądź pracują obcy (imigranci, absolwenci, pasjonaci zauroczeni Polską).
*
Dzisiaj człowiekiem pracy jest niemal każdy, szczególnie w Polsce, w której klasa średnia jest w zaniku. Zarówno robotnik rolny, fabryczny, marketu, magazynu sieciowego czy osoba prowadząca jednoosobową działalność gospodarcza albo inteligent. Tak samo kobieta, jak i mężczyzna. Od XIX wieku i czasów Marksa zmienił się świat, gospodarka, zmienił się też człowiek pracy.
Człowiek wrażliwy społecznie, człowiek lewicy, zaangażowany humanista nie powinien nie dostrzegać dziejącego się na naszych oczach wtórnego zaniżania roli społecznej i możliwości intelektualnych tak szeroko pojmowanych ludzi pracy. Media społecznościowe, seriale, sitcomy, wyrwanie się z kumplami na piwo tylko dla wspólnego ponarzekania i/lub dla tegoż tylko piwa, niska kultura (w każdej dziedzinie), prymitywne formy turystyki (odpoczynku – ha, ha!), wreszcie konsumpcjonizm „sprzedawany”, „wciskany” nam na siłę, jako zdobyte (wreszcie!) przez nasze pokolenia dobro cywilizacyjne i kulturowe, ba! – wolność niemal – to wszystko służy powtórnemu zniewalaniu ludzi pracy i ich uwstecznianiu.
Oczywiście czytanie książki drukowanej nie jest jedyną drogą wiodącą w kierunku odwrócenia tych tendencji. Jest natomiast – na pewno – jednym ze skuteczniejszych narzędzi. Czytając, rozumiemy lepiej otaczający nas świat i mechanizmy społeczne, którym jesteśmy poddawani. Rozumiemy, bo się intelektualnie i emocjonalnie rozwijamy.
Zresztą działanie to nie ogranicza się do rozwoju czytelnictwa. Opowiadanie pisze się krócej niż powieść. Jednocześnie jest to doskonałe ćwiczenie warsztatowe, w zwięzłości wypowiedzi, w uwypuklaniu celów, wątków, prezentowanych wartości. Jeżeli tylko młody człowiek, debiutant trafi na odpowiedniego nauczyciela (mistrza, mentora), łatwiej mu będzie wejść w buty artysty, pisarza, opowiadaniem niż powieścią. Raz, że wielka powieść wymaga dużo większych nakładów finansowych (wydawniczych), a dwa, że pisze się ją dłużej, zwiększając jednocześnie prawdopodobieństwo popełnienia błędów, a potem praca nad ich poprawianiem może wręcz znużyć, zniechęcić. A nic tak z kolei nie zachęca do tworzenia, jak możliwość szybkiego (licząc od momentu zakończenia pisania) potrzymania w dłoni własnej książki.
Dlatego ważne jest doprowadzenie do dużego popytu na opowiadania. Młody debiutant – zresztą nie tylko młody, bo debiutować (szczególnie krótkim opowiadaniem czy nowelą) można w każdym, nawet senioralnym wieku – musi mieć czytelnika, ktoś musi chcieć kupić i przeczytać jego opowiadania. Nawet te o małym zasięgu artystycznym, faktograficznym (np. dotyczące lokalnej społeczności, gminy, powiatu), mało uniwersalnym pod jakikolwiek względem.
Nie podlega też dyskusji, iż rozwój klasy pracującej zależy od wychodzących bezpośrednio z niej artystów (w tym literatów). Bowiem również dostęp do tworzenia sztuki powinien być jak najszerszy, a nie ograniczony tylko do dzieci klasy wyższej, z dyplomami topowych uczelni – rozsianych gdzieś tam po świecie – w kieszeni. To samo dotyczy twórców w dorosłym czy senioralnym wieku.
Szczególnie, że chyba wszyscy mamy już dosyć miernych seriali i filmów, książek o wyższych sferach, z akcją podczas wakacji w najlepszych hotelach na gorących wyspach, z przelewającymi się milionami dolarów i kosztownymi błyskotkami dla pań (biżuteria) i panów (jachty, samochody). Dosyć wymyślnych i sztucznie pokomplikowanych do kwadratu (i mało związanych z rzeczywistością) historii kryminalnych czy romansów z wyższych sfer (odbiegających od życia), gdzie albo współczesne bezmyślne, ale piękne Kopciuszki żyją tylko dla złowienia bogatego męża (sponsora) albo ludzie, którzy nie wiedzą, co z sobą robić trwonią czas i majątki na seksualne gierki. Dość mody na młode, wyrzeźbione przez masażystów i kosmetyczki ciała, dość emploi bezrefleksyjnej fizyczności. Twórcy wywodzący się z warstwy niższej dają nadzieję na literaturę wziętą z życia, ukazującą wartość trudu, pracy, rodzinnej miłości (bez afer i rycia pod sobą), marzeń, których spełnienie rozwija człowieczeństwo. Zarówno popularność, jak i dostępność krótkich form prozatorskich te postulaty na pewno pomoże realizować z sukcesami.
Dlatego każda inicjatywa popularyzująca, oddająca w ręce młodzieży, dorosłych i seniorów kolejny tom opowiadań, jest tak cenna. Ze społecznego punktu widzenia, z pozycji wrażliwości wspólnoty i lewicowych celów. Dla rozwoju szeroko rozumianej klasy pracującej, podstawy społecznej narodu.
[1] Piszę sam(a), w moim mieście. Antologia opowiadań 2025, red. prow. Mieczysław J. Bonisławski, wydawnictwo grupy literackiej Syndykat Staromiejski oraz Wydawnictwa Carbo Media, Zielona Góra 2025. W następnym numerze „Res Humana” odniesiemy się do tej antologii, do konkretnych opowiadań i ich autorów (autorek).
Tekst ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Przed ponad trzydziestu laty, wyjeżdżając do Holandii na stałe, w paczce książek do zabrania umieściłam Moralność mieszczańską Marii Ossowskiej. Dlaczego tę książkę? Ponieważ spodziewałam się, że czeka mnie gruntowna zmiana: osiedlenie się w kraju znanym z silnej warstwy mieszczańskiej i tradycji kupieckich oraz przebywanie wśród ludzi, których postawy i zachowania odzwierciedlają inne hierarchie wartości od tych, które znam. Spodziewałam się, że oparte na materiale historycznym typologiczne dociekania Marii Ossowskiej dotyczące wzoru kupca (przeciwstawianego wzorowi dżentelmena) pomogą mi przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Napotykane tu różnice mnożyły się w nieskończoność.
Fanatycznie strzeżoną osobistą tajemnicą okazał się stan konta bankowego, a najpowszechniej stosowanym zaleceniem – kupiecka zasada: nie wolno tracić, trzeba pomnażać! Bezinteresowne obdarowywanie może wydawać się absurdalne: po co miałbym się dobrowolnie zubażać? Dzielę się z innymi, gdy sam mam za dużo. Pewną odmianę zasady pomnażania obserwowałam mieszkając na wsi. Ogromna dbałość o dom i ogród miała podnosić cenę przy zaplanowanej z góry sprzedaży, kupowano dom następny itd. Jako przybysz z bloku wschodniego (nazwa jeszcze używana), postawiłam się w sytuacji nieoficjalnego obserwatora norm moralnych, posługującego się metodą obserwacji uczestniczącej. Mieszkam tu na tyle długo, że śledzić mogę na przykład fluktuacje normy oszczędności, której Maria Ossowska poświęciła we wspomnianej książce cały rozdział. Tak więc odnotować mogłam odchodzenie od oszczędności wymuszonej powojenną biedą, przechodzenie do swobodniejszego, bardziej przyjemnościowego gospodarowania zasobami i następnie usztywnianie reguł ze względu na przyszłość globalną.
Myślę często: jak wiele materiału badawczego przyniósłby Marii Ossowskiej rok 2025! Obchodzony tu na mocy decyzji rządowej jako rok osiemdziesięciolecia wolności.
Ta gruntownie przemyślana formuła mieści w sobie nie tylko sam koniec wojny, tu przypadający na początek maja 1945 roku oraz poprzedzającą go tzw. Głodową Zimę, która trwała od października 1944 do kwietnia 1945, a spowodowana była zatrzymaniem dostaw żywności. Podjęte zostały też wielkie obszary zagadnień upokarzających narodową dumę. Nie zaprzeczano im, ale starano się je przemilczeć. Tak więc pojawiła się kwestia tzw. Jodenjagers (nazwa powstała z połączenia wyrazów myśliwy i Żyd), czyli tych, którzy uprawiali proceder denuncjowania ukrywających się Żydów. Królowa Wilhelmina apelowała o wysokie kary; na mocy nadzwyczajnego rozporządzenia przywrócona została – zniesiona 75 lat wcześniej – kara śmierci. Jako paląca pojawiła się kwestia kolaborantów – aresztowano ich po wojnie 150 tysięcy, zostali osadzeni w ponad 60 zaimprowizowanych obozach internowania. Rząd debatował: co zrobić z tą masą ludzi? Proponowano m.in. wysłanie ich do skolonizowanych jeszcze wówczas Holenderskich Indii (obecnie Indonezja). Ale szczególną wagę podniesioną po raz pierwszy w sposób tak otwarty i na taką skalę miała sprawa wojny neokolonialnej mającej stłumić indonezyjski ruch niepodległościowy. Chodzi tu o dwa okresy – 1947 i 1948–1949; ten drugi wiąże się z nacechowaną okrucieństwem ofensywą na Jawie i Sumatrze. Szacuje się, że wskutek tych tak zwanych akcji policyjnych straciło życie do 100 tysięcy mieszkańców. Trwa nacechowana emocjami dyskusja: czy należy zakwalifikować je do kategorii zbrodni wojennych i w sposób otwarty uznać, że popełniliśmy je właśnie my? Zakrojone na cały 2025 rok świętowanie osiemdziesięciolecia wolności wykracza poza krajowe granice. Przynosi m.in. nowe spojrzenie na wojnę na Pacyfiku, użycie broni atomowej, na wojnę w Korei, w Wietnamie, na Zimną Wojnę… Wolność określana jest jako dobro najwyższe. Nie mogę oprzeć się myśli: ileż materiału badawczego przyniosłyby te obchody Marii Ossowskiej! Nie przypomnę sobie, w jakim kontekście sformułowała zdanie: „Człowiek musi… tylko umrzeć”.
*
Gdy w 1960 roku rozpoczynałam studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego (Sekcja Socjologii), zaledwie kilka lat wcześniej socjologia przywrócona została do życia jako pełnoprawna nauka akademicka. Mieliśmy wtedy jako studenci poczucie, że równie dobrze mogłoby nas tu nie być! Odnosiliśmy wrażenie, że nasi wykładowcy działają według przekonania: trzeba robić swoje, bez względu na okoliczności. Docierały do nas wiadomości o samobójstwach wśród pracowników naukowych i studentów. Przypominam sobie, że pogrzeb Stanisława Ossowskiego w 1963 roku był bardzo tłumny i w pewien sposób burzliwy. W napisanym przez nią nekrologu Maria Ossowska apelowała, by udział w pogrzebie jej męża traktować jako „hołd złożony wartościom, którym całe życie służył”. Pogrzeb Marii Ossowskiej w roku 1974 był zupełnie inny – przenikał nas milczący, nacechowany jakby bezradnością smutek, a może i niepokój: straciliśmy wielką uczoną; czy kiedykolwiek możliwe będzie kontynuowanie nauki o moralności w podobnym wymiarze?
Mój kontakt z Zakładem Nauki o Moralności rozwijał się w sposób naturalny, stopniowy. Przede wszystkim pod wpływem lektur wprowadzających w obszar zagadnień, który wydał mi się nieskończenie szeroki i jednocześnie niewymagający zdecydowanego opowiadania się za. Właśnie – obszar wolny…
To, czego mieliśmy się nauczyć przede wszystkim, to powstrzymywania się od wartościowania systemu moralnego na rzecz jego opisu. Wymagało to od nas dyscypliny myślowej, której zasadniczym elementem była umiejętność relatywizowania. „Ja jem gołębia – a ja nie jem” – to zdanie, poparte charakterystycznym lekkim uśmieszkiem, przypominam sobie z jednego z wykładów Marii Ossowskiej. Ale właśnie akcentowanie postawy relatywizmu, rozumianego również jako rodzaj zobojętnienia, także w sferze ideowej, było jednym z zarzutów jej stawianych. O tym zresztą wspominała, przyznając, że prowadzić może do osłabienia psychiki. Nie mogłam przewidzieć, że w drugiej połowie życia przyjmowanie postaw niewartościujących uznam za dar szczególny. Biografia emigranta jest rozcięta również w sferze hierarchii wartości, nie żyje on u siebie, ale jakby w dwóch światach – tym, który go otacza i tym, który pamięta. Przez pierwsze lata po wyjeździe z Polski nazywałam ten stan podwójnym widzeniem. Wymaga to pewnej psychicznej odporności, którą uzyskałam, pozostając pod wpływem nauki o moralności.
Z kwestią relatywizowania silnie połączył mnie temat pracy magisterskiej zasugerowany przez Marię Ossowską, a dotyczący pojęć konformizmu i nonkonformizmu. Tytuł Konformizm i nonkonformizm jako wartości odzwierciedla zasadniczą tezę tej pracy: konieczność rozpatrywania obu pojęć na tle, czyli wobec określonej grupy odniesienia. Do rozważań teoretycznych dodałam przykład przeciwstawiania się mentalności filistra przez środowiska bohemy artystycznej (i ja posłużyłam się wyrazistym cytatem z Przybyszewskiego: „Norma to głupota, degeneracja to geniusz”). Pani Profesor uznała tę pracę za bardzo dobrą. Nasz kontakt stał się bliższy – kilkakrotnie byłam w słonecznym mieszkaniu Ossowskich na Żoliborzu.
Z dzisiejszej perspektywy dostrzegam, że z lektury tekstów Marii Ossowskiej wyniosłam też coś do dzisiaj dla mnie bardzo ważnego: wzór używania języka w sposób precyzyjny, ale jednocześnie taki, aby treść mogła być wyrażona wprost. Leciutki, sardoniczny nieco humor, który się w tych tekstach pojawia, to już domieszka osobista Marii Ossowskiej. Napotykany w druku zawsze sprawia przyjemność; łączę go z wizerunkiem wysokiej, mocno wyprostowanej postaci za katedrą w Sali imienia Stefana Czarnowskiego, na parterze Wydziału Filozoficznego, Krakowskie Przedmieście 3.
Joanna Paszkiewicz-Jägers od 35 lat mieszka i tworzy w Groningen w Holandii. Jest artystką i autorką kilku książek. Redaguje i publikuje w polskich i holenderskich czasopismach o profilu artystycznym, jest animatorką kultury.
Norymberga to miasto szczególne dla historii Niemiec. Tutaj bowiem hitlerowskie władze ogłosiły 15 września 1935 roku na zjeździe NSDAP niesławne ustawy norymberskie, które pozbawiały niezbywalnych praw obywatelskich przedstawicieli narodowości uznanych w III Rzeszy za niepełnowartościowe. Z punktu widzenia prawa była to sankcja, którą zastosowano wobec przedstawicieli całych narodów, których jedyną winą było to, że nie byli Niemcami. Ustawy norymberskie były więc zaprzeczeniem całego dorobku kultury europejskiej, bo zastosowano je bezwzględnie wobec wszystkich, których nazistowskie państwo zamierzało eksterminować. System prawa żadnego cywilizowanego kraju nie przewiduje zbiorowej odpowiedzialności, bo każdy odpowiada indywidualnie za swoje postępowanie właśnie dlatego, żeby mieć prawo do obrony. Pozbawieni praw obywatelskich nie mogli się więc nawet bronić, bo taka droga została przed nimi zamknięta. Wyczerpywało to zasadniczą cechę zbrodni przeciwko ludzkości, bo tym jest zawsze obciążanie zbiorową odpowiedzialnością przy braku jakichkolwiek świadectw winy. Nie trzeba jednak koniecznie zabijać, aby popełnić taką zbrodnię, bo jej znamiona wyczerpują także przymusowe wysiedlenia, prace przymusowe czy siłowe rozdzielanie rodzin. Z tej racji geneza Trybunału Norymberskiego staje się zrozumiała dopiero po uwzględnieniu treści tych ustaw, które przyjęto 90 lat temu właśnie w tym mieście.
Dzieje sankcjonowania w prawie międzynarodowym kategorii zbrodni przeciwko ludzkości ma niewiele dłuższą historię, co także jest kolejną rocznicową okazją przypadającą właśnie w tym roku. Podczas I wojny światowej, dokładnie 110 lat temu, rozpoczęła się eksterminacja Ormian w państwie otomańskim. W jej wyniku zginęło ok. miliona ludzi, a sama akcja spotkała się ze zdecydowanym międzynarodowym potępieniem. To właśnie przy tych protestach pojawiła się kategoria prawna zbrodni przeciwko ludzkości. Niestety zbrodnia ta pozostała bezkarna przede wszystkim dlatego, że w prawie międzynarodowym nie istniały jeszcze zapisy, które by pozwalały przeprowadzane przez państwo przymusowe wysiedlenia i eksterminację uznawać za przestępstwo. Tego błędu postanowiono uniknąć w sytuacji, gdy państwa koalicji antyhitlerowskiej posiadały już udokumentowane świadectwa zbrodni dokonywanych przez nazistowskie Niemcy.
W 1943 r., gdy państwa koalicji zaczęły przygotowywać się do przywrócenia ładu międzynarodowego po zakończeniu działań wojennych, rozpoczęto prace przygotowawcze zmierzające do powołania Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jednym z celów tej organizacji było pociągnięcie do odpowiedzialności prawnej wszystkich sprawców niewyobrażalnych okrucieństw popełnionych podczas II wojny światowej. Temu celowi służyć miała powołana 20 października 1943 r. w Londynie Komisja Narodów Zjednoczonych do spraw Zbrodni Wojennych (UNWCC – United Nations War Crimes Commission). Przedstawiciele 17 państw koalicji antyhitlerowskiej powołali wówczas do życia organ, którego zadaniem było zbieranie i rejestrowanie informacji o zbrodniach wojennych oraz ich sprawcach. Komisja działała do 1948 r. i przez cztery i pół roku swej działalności prowadziła 8178 spraw, rejestrując przy okazji 36 529 osób podejrzanych o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości, z których aż 34 270 było obywatelami Niemiec. Dzięki działalności tej komisji w momencie, gdy wojna się skończyła, można było nieomal natychmiast powołać Międzynarodowy Trybunał Wojskowy, który pracował w Norymberdze w okresie od 20 listopada 1945 r. aż do ogłoszenia wyroku 1 października 1946 r. Był to trybunał wojskowy, a nie cywilny z wielu powodów, z których najważniejszym był przedmiot rozprawy obejmujący udokumentowane zbrodnie wojenne. Podstawę prawną działania Trybunału ustanowiła Deklaracja Moskiewska z 1 listopada 1943 r., w której zapowiedziano, że wszystkie osoby zaangażowane w zbrodnicze działania poniosą odpowiedzialność zgodnie z prawodawstwem krajów, w których dopuścili się swych przestępstw.
Niemniej jednak w prawie międzynarodowym nie funkcjonowało wówczas pojęcie zbrodni przeciwko ludzkości, ani nie była określona odpowiedzialność karna i materialna za jej popełnienie. Aby tę lukę wypełnić, państwa alianckie zawarły stosowną umowę O ściganiu i karaniu głównych przestępców wojennych państw Osi w Europie. Zasadniczą częścią tej umowy był statut Międzynarodowego Trybunału Wojskowego. Był to precedens prawniczy, który zapoczątkował nową epokę w prawie międzynarodowym, bo od tej pory już nikt na świecie nie mógł bezkarnie prowadzić zbrodniczych i represyjnych działań przeciwko ludności niezaangażowanej w walkę zbrojną. W tym procesie informacje zdobyte przez UNWCC miały znaczenie tylko pomocnicze, gdyż rozprawa przed Trybunałem wymagała twardych dowodów, których mogli dostarczyć wyłącznie bezpośredni świadkowie oraz zachowane dokumenty. To paradoksalne, ale najważniejszymi dowodami zostały uznane dokumenty własnoręcznie napisane przez samych nazistów: Dzienniki Generalnego Gubernatora Hansa Franka oraz Dzienniki głównego ideologa NSDAP Alfreda Rosenberga, bo to one zawierały szczegółowy opis genezy powstania nieludzkiej machiny w hitlerowskich Niemczech oraz sposobów, w jaki te zbrodnicze plany były realizowane. Wina wszystkich oskarżonych była więc doskonale udokumentowana. W wyroku końcowym 12 oskarżonych skazano na karę śmierci, 3 na dożywotnie więzienie, 2 na 20 lat więzienia, a w pojedynczych przypadkach skazano na 15 oraz na 10 lat więzienia. Trybunał wydał także bezprecedensowy wyrok, gdyż uznał za przestępcze cztery organizacje nazistowskie (SS, SD, Gestapo oraz kierownictwo NSDAP).
Kulturowe konsekwencje procesu norymberskiego
Wybranie Norymbergi na miasto, w którym osądzono zbrodniarzy hitlerowskich, miało znaczenie szczególne symboliczne, bo w zamyśle państw sprzymierzonych tam, gdzie to wszystko się zaczęło, tam też miało zostać zakończone. W 1945 roku masowe eksterminacje ludności cywilnej traktowano jeszcze jako wydarzenie jednostkowe, bez precedensu, które było tak wbrew naturze ludzkiej, że raz osądzone już nigdy więcej się nie powtórzy. Trybunał miał więc być ostrzeżeniem i dlatego nawet najdrastyczniejsze szczegóły z przesłuchań świadków i oskarżonych były w całości upowszechniane w prasie i w radiu. Jeszcze wówczas wydawało się, że będzie to stanowiło niewyczerpane źródło przestróg dla wszystkich, którzy kiedykolwiek w przyszłości odważą się sięgnąć po środki przemocy przeciwko ludności cywilnej w celu realizacji nieludzkich celów politycznych czy militarnych.
Trybunał Norymberski stanął więc przed trudnym zadaniem, aby dla dobra wszystkich ofiar wydać wyrok, który przywróci zachwianą przez nazistowski terror równowagę pomiędzy jednostkową a społeczną naturą człowieka. Niezależnie od tego, jak dziś oceniamy wyroki, które przed tym Trybunałem zapadały, zadanie ogólnoludzkie zostało wykonane. Nikt jednak nie mógł mieć nadziei na to, że od tego momentu ludzie staną się lepsi, bo nadal popełniają błędy, wywołują konflikty. Ale zawsze muszą przy tej okazji mieć na uwadze, że surowa ręka sprawiedliwości dosięgnie ich wszędzie, nawet jeśli nie stanie się to natychmiast.
Bez żmudnych studiów i analiz przeprowadzonych przed Trybunałem trudno byłoby zrozumieć mechanizmy dehumanizacji, którą zostali objęci zarówno kaci, jak i ich ofiary. Musiał jednak minąć pewien czas, w którym ludzkość odreagowała traumę wojenną. Mechanizm totalnego zniewolenia ofiar trafnie opisała dopiero Hannah Arendt: „totalne panowanie dążyło do zorganizowania nieskończonej różnorodności i odmienności ludzi w taki sposób, jakby były jednym człowiekiem. Możliwe jest tylko pod warunkiem, że każdego człowieka uda się zredukować do niezmiennych powtarzalnych reakcji, tak, że każdy zespół reakcji można dowolnie wymienić na inny (przez stworzenie istot, których jedyna wolność to zachowanie gatunku). Mechanizm totalnego panowania działał zarówno w przypadku oprawców, jak i ich ofiar. Im bardziej wywyższani byli oprawcy, tym bardziej poniżane były ich ofiary, dla których nawet własna śmierć przestawała być wydarzeniem. To wszystko osiągnięto poprzez skrajne poniżenie i niedostatek, którego doświadczały ofiary.
Tego typu doświadczenia dotyczyły przede wszystkim narodu żydowskiego, który w efekcie zamierzonej polityki eksterminacyjnej omal nie został unicestwiony. Nic zatem dziwnego, że to właśnie jego przedstawiciele prowadzą do dziś szeroko zakrojone studia nad tą gehenną własnego narodu. Paradoksalnie, w procesie norymberskim obłędny program zagłady Żydów nie był jeszcze głównym punktem oskarżenia. Dopiero powojenne żmudne odkrywanie prawdy zmieniło tę sytuację. Na jaw wychodziły fakty o zdarzeniach, których poza oprawcami nikt inny nie przeżył. Ofiary miały świadomość swej beznadziejnej sytuacji, a stąd „zobojętnienie na własny los, w sensie utraty poczucia własnej ważności i odczuwania własnej zbędności, przerodziło się z objawu indywidualnego idealizmu w zjawisko masowe”. Holocaust to była próba wyeliminowania człowieka ze świata. Uczynienia go zbędnym. Z tego punktu widzenia zdaniem Arendt w Auschwitz nikogo nie zamordowano. Zamordować można jedynie człowieka jako pewną realność, a nie jako niebyt, coś fikcyjnego i zbędnego.
Z pewnością gdyby Trybunał Norymberski dysponował wówczas udokumentowanymi dowodami na temat Holocaustu, byłby to główny punkt aktu oskarżenia. To była najbardziej porażająca zbrodnia przeciwko ludzkości, bo nie tylko uśmiercano ofiary, ale wraz z nimi unicestwiano ich kulturę i pamięć o nich. Świadomość popełnienia przez nazistowskie Niemcy takiej zbrodni nie może ulec zapomnieniu. Nie może też być tak, że to tylko sami Żydzi o tym pamiętają, bo pamięć narodowa jest tak samo ulotna jak pamięć jednostek. Dzisiejsze konflikty na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie budzą wszystkie upiory przeszłości właśnie dlatego, że ich uczestnicy nie dostrzegają takiej historycznej analogii z tym, co sami robią. Ale przecież to nie są to jedyne konflikty na świecie, a na dodatek żywa jest pamięć o ludobójstwie dokonanym w Rwandzie. A to wszystko dzieje się w rzekomo cywilizowanym świecie. Właśnie dlatego, aby takich wydarzeń już ludzkość nie doświadczała, należy ciągle uczyć o Holocauście i przypominać, do czego prowadzi pielęgnowanie waśni etnicznych.
Zachowanie minionych tragedii w pamięci wymaga więc przyjęcia założenia wyjściowego – przestępstwa przeciwko prawom człowieka nie przedawniają się nigdy. Wynika ono z racji, które pozwoliły na wyodrębnienie się ludzkości ze świata zwierzęcego. W świecie zwierząt jednostka się nie liczy, bo liczy się tylko przetrwanie populacji. W świecie ludzkim jednostka jest miniaturą społeczeństwa, co znaczy, że społeczeństwo składa się z milionów autonomicznych i równych jednostek. W żadnym wypadku to nie oznacza ich identyczności lub jednakowego usytuowania w strukturze społecznej. Po to wypracowaliśmy koncepcję sprawiedliwości niwelującej naturalne różnice, aby wykorzystać potencjał tkwiący w jednostkach dla dobra wszystkich bez wyjątku, a nie tylko dla dobra samych jednostek.
Z tego punktu widzenia swoistym fenomenem ostatniego wieku jest bezradność nauki w wyjaśnianiu przyczyn tragedii, jaką światu wyrządzili naziści. Możemy dziś już zrozumieć ofiary, zrozumieć sprawców zaś ciągle nie potrafimy. Świat oprawców był uporządkowany do bólu, nie było w nim miejsca na wątpliwości, których nieustannie doświadczały ofiary. Potwierdza to tezę Fromma, że oprawcy żyją w uproszczonym świecie „wielkiego uporządkowania”, a każda wątpliwość czy też moralne skrupuły burzą taki porządek. Takie właśnie jest przesłanie płynące z lektury zachowanych relacji, niezależnie od tego, kto był ich autorem. W sensie naukowym zachowane relacje ofiar i przymusowych świadków obłędnej hitlerowskiej inżynierii społecznej mają zatem dziś tylko pozornie znaczenie historyczne, bo w sensie kulturowym nie stracą nigdy swego znaczenia.
Czy nauka może zapobiec zbrodni przeciwko ludzkości?
Jedną z najważniejszych funkcji, które spełniać muszą przede wszystkim nauki humanistyczne i społeczne, jest funkcja prewidystyczna. Jeśli mówimy, że w obliczu okrucieństw z czasów II wojny światowej zawiedli politycy, to jeszcze większy zawód sprawiła nauka. Nie chodziło tu tylko o to, że nie przewidziała zorganizowanego ludobójstwa przez nazistowskie reżimy, ale zwłaszcza o to, że zamiast przeciwdziałać, wielu jej przedstawicieli włożyło niemało wysiłku w to, aby uzasadnić mniej lub bardziej fantastycznymi teoriami te wszystkie nieludzkie projekty. Przykładem tego był niemiecki filozof Alfred Rosenberg, który swe obłędne teorie wyłożył w książce Mit XX wieku, co spowodowało, że został mianowany na stanowisko ministra Rzeszy do spraw okupowanych Terytoriów Wschodnich. Jego wkład w dzieło ludobójstwa był tak wielki, że wyrokiem Trybunału Norymberskiego został skazany na śmierć. Realizacja tego obłędnego projektu wynikała więc z teorii, których nie można nazwać naukowymi, ale nadawały one nazistowskiemu ludobójstwu zdehumanizowaną racjonalność, przez co Europa po wojnie uświadomiła sobie, jakiego okrutnego losu dzięki zwycięstwu w wojnie uniknęła. Nie może więc dziwić skrupulatne i rygorystyczne rozliczenie projektantów tej obłędnej strategii przed Trybunałem Norymberskim.
Zadanie naukowca dokonującego próby zracjonalizowania przyczyn i konsekwencji nazistowskiego ludobójstwa jest więc niezwykle trudne. Jeśli przyjmie, że zasadą polityki jest skuteczność, to wielką klęską polityków było dopuszczenie do tragedii Holocaustu. Ta klęska na czas jakiś została przesłonięta tylko przez to, że ustanowiono nowy kształt sprawiedliwości globalnej, bo po raz pierwszy w dziejach przywódcy polityczni i wojskowi za zbrodnie wojenne odpowiadali przed trybunałem międzynarodowym, tak jak pospolici przestępcy. Wydanie wyroku i wymierzenie kary nie kończy jednak rozliczenia, bo trzeba jeszcze zrobić wszystko, aby tragedia ludobójstwa już nigdy się nie powtórzyła.
Świadomość tego, że to właśnie Europa może się w każdej chwili stać zarzewiem kolejnego nieludzkiego projektu, zawdzięczamy polskiemu filozofowi Tadeuszowi Krońskiemu, który ostrzegał przed tym w swej książce Faszyzm a tradycja europejska, napisanej w największych mrokach II wojny światowej. Nierzadko jednak pojawia się w filozofii pogląd, jakoby zrozumienie (opisanie) jest równoznaczne ze swego rodzaju usprawiedliwieniem sprawcy. W tym przypadku nie ma on żadnej racji bytu. Analiza naukowa nie ma bowiem na celu usprawiedliwienia kogokolwiek. Wyjaśnić w sposób mniej lub bardziej uprawomocniony bowiem da się wszystko, ale nie oznacza to w żadnym przypadku aprobaty lub dezaprobaty. Trauma dotyczy bowiem sytuacji, w której nikt ze współczesnych sam się nie znalazł. Inna rzecz to pytanie, czy istnieje język, za pomocą którego da się wyrazić całą grozę ówczesnych wydarzeń. Być może nawet próbując wyjaśnić w języku to, co niewyrażalne, po prostu trywializujemy problem. Nie zdejmuje to jednak z nikogo obowiązku podejmowania starań, aby już nikt nie musiał cierpieć niewysłowionych katuszy z przyczyn, które nie mają nic wspólnego z wymierzaniem sprawiedliwości.
W nauce analizuje się fakty, które już miały miejsce, bo wtedy można dochodzić do pewnych wniosków. Niemniej jednak taka analiza może być dwojakiego rodzaju. W pierwszym przypadku chodzi tu o naukowców, uogólniających świadectwa przeszłości, których sami nie doświadczyli, są więc tylko swego rodzaju kronikarzami minionych wydarzeń. Mogą więc bez trudu zachować Tacytowską zasadę sine ira et studio. Mogą oczywiście mieć emocjonalny stosunek do tego, co już miało miejsce, ale okrucieństwo zbrodni przeciwko ludzkości znają tylko z relacji innych. Najwybitniejszą spośród nich była Hannah Arendt, której analizy zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych przez nazistów należą dziś do kanonu filozofii.
W drugim przypadku mamy do czynienia z obserwacją uczestniczącą. Tacy naukowcy byli uczestnikami zdarzeń, a więc sami doświadczali tego, o czym się wypowiadają. Ich analizy są nie mniej wnikliwe, ale cechuje je niezrozumiała dla współczesnych wstrzemięźliwość i porzucenie prób analizy okrucieństw wojennych, jak tylko zagrożenia przestały być ich udziałem. Z tej racji są one mało znane, a zasługują na wnikliwszą uwagę, bo ich wnioski dla etyki są zapewne ważniejsze od tych, które sformułowała Arendt. Warto przypomnieć zatem przemyślenia Henryka Elzenberga oraz Tadeusza Krońskiego, którzy przetrwali przebywając w samym centrum burzy dziejowej, co trwale zmieniło ich postrzeganie rzeczywistości.
To wszystko jednak nie zmienia oczywistego faktu, że wskazania etyki w obliczu okrucieństw czasów tak I, jak i II wojny światowej nie sprawdziły się w praktyce. Nie sprawdziły się wskazania Dekalogu ani przekonanie Kanta o samodyscyplinie moralnej człowieka dobrowolnie podporządkowującego się imperatywom. Wszak nazistowscy oprawcy jakże często na klamrach swych pasów wojskowych dumnie nosili napis Gott mit uns. Niewątpliwe jest zatem, że przeceniano znacznie siłę oddziaływania regulacji etycznych. Być może problem ten da się wyjaśnić rozbieżnością pojęć używanych w etyce naukowej a ich stosowaniem w życiu codziennym. Jeśli treść pojęć jest rozmyta, to odrealnia się również sam fakt, którego one dotyczą. Hannah Arendt przedstawiła problem rozmycia się pojęć w głośnej pracy Eichman in Jerusalem. A Report of the Banality of Evil, gdzie zauważyła, że to świadectwo sprawców Holocaustu spełnia taką samą rolę jak narracja sztuki teatralnej. Głównym bohaterem staje się oprawca, a ofiary są tylko tłem dla przedstawienia. Prawda była na nim głoszona przede wszystkim ustami oprawców, a zatem przez tych, którzy w ogóle nie doświadczyli jego potworności. Także ich skrucha i przeprosiny za popełnione zbrodnie stanowiły immanentną część sztuki granej w tym teatrze. Na dodatek była to lekcja historii tylko dla mieszkańców Izraela, bo dramaturgia procesu Eichmanna dla reszty świata była w zasadzie nieczytelna. Holocaust w takich upolitycznionych teatralnych przedstawieniach zyskiwał wymiar tylko lokalny, a przecież był tragedią globalną.
Dla Tadeusza Krońskiego faszyzm był natomiast zawieszeniem postępu historycznego. To on zauważył, że w ideologii faszyzmu chodziło o próbę wstrzymania biegu historii, do czego wykorzystano filozofię, a w zasadzie ją zawłaszczono. Dzięki temu zabiegowi sfera wartości została usytuowana poza człowiekiem, gdyż jej nosicielem stawała się nie jednostka, ale cały naród i rasa. Hannah Arendt twierdziła zaś, że faszyzm sprowadził naród do roli kolektywnego człowieka, w którym to, co jednostkowe jest wyrugowane, staje się niedopuszczalnym odstępstwem, traktowanym nieomal jako przestępstwo. Dlatego dla Krońskiego historia została zamrożona, bo zestaw wyposażenia takiego człowieka został ustalany arbitralnie, przez co jednostki pozbawiono możliwości dokonania jakichkolwiek wyborów. Mogły się tylko dostosować. Kroński, isząc swą pracę w mrokach okupacji, w okresie największych tryumfów faszyzmu, prorokował już wówczas daremność hitlerowskiego programu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W jego wizji przyszłości to ofiary zostawią po sobie trwały ślad w dziejach, a o oprawcach wszyscy będą starali się jak najszybciej zapomnieć.
Arendt natomiast wysunęła tezę, że oprawcy stawali się jakby jedną zbiorową osobą, wyabsolutnionym zbrodniarzem. Natomiast intuicja Krońskiego odnośnie do zawężenia historii tylko do jednego kolektywnego człowieka odnosi się nie tylko do oprawców, ale także do ofiar. Mamy więc wyabsolutyzowanego faszystę jako oprawcę, a na drugim biegunie wyabsolutnioną ofiarę, którą jest naród żydowski. Kroński ujął to lapidarnie, przekazując Miłoszowi swoje refleksje na temat inscenizacji Procesu Kafki: „Kafka niewątpliwie genialnie przeczuł dramat Żydów […] z uzasadnionych i historycznie zlokalizowanych cierpień Człowieka-Żyda zrobił cierpienie człowieka w ogóle”. Oprawca nie jest jednak społecznie wyalienowany, a stąd Kroński oskarżył całą cywilizację europejską, która zamiast przeciwdziałać tragedii spełniła tylko rolę statysty, elementu scenografii w przedstawieniu. „Pod maską więc «realizmu» politycznego, który nie był niczym innym jak wyabsolutnionym traktowaniem wyabsolutnionych zagadnień, wciągnięto pewne narody świata nie tylko do roli niemych świadków dokonujących się zbrodni, ale do roli współgrzeszników”. Kroński był jednak optymistą, gdyż sądził, że wystarczy wyzwolić jednostki, aby historia wróciła do swego naturalnego biegu. Nie mógł przewidzieć, że odbędzie się to kosztem tego, że ci, którzy są powołani do oceny tego, co się już stało, nie będą mieli odwagi podjąć się tego zadania. Bez przesłania etycznego, czytelnego dla całej ludzkości, ciągle grozi nam totalna lokalność wydarzenia Holocaustu, co grozi recydywą wszystkich okrucieństw z nim związanych.
Dla odmiany inny polski filozof, Henryk Elzenberg, w pierwszej kolejności starał się zrozumieć zarazem postawy oprawców oraz ofiar Holocaustu. Zrozumienie nazistów przyszło stosunkowo łatwo, co zawarł w jednym zdaniu: „nic prostszego, jak się przerzucić w apoteozę tego, czego z oburzeniem się wypierano. «Rabowaliśmy? mordowali? gwałcili? łamali traktaty? poniżali godność strony przeciwnej? ależ owszem! to jest der echte deutsche Geist, albo inna tam jakaś nasza, swojska, narodowa tężyzna». Od kłamstwa do apoteozy, od apoteozy do kłamstwa”. Wyjaśniał sobie w ten sposób problem, dlaczego przedstawiciele tak oświeconego narodu, który wydał tylu wybitnych etyków, z apologetów humanizmu stali się jego grabarzami. Zdecydowanie trudniejszym zadaniem było zrozumienie jednak postaw ofiar. Dla nich kurczowe trzymanie się tego, co właśnie przemija, wydawało się najtrafniejszym wyjaśnieniem strategii wyczekiwania tak charakterystycznej dla ofiar. Zapewne odgrywały w tym niemałą rolę kwestie teologiczne, ale była to też niewątpliwa potrzeba zachowania iskierki nadziei na to, że koszmar wojenny w końcu przeminie i będzie można na powrót wrócić do normalnego życia. Nie da się zmusić ludzi do porzucenia nadziei, a stąd badacz musi przyłączyć się do tego oczekiwania. Wojna jako zjawisko burzące dotychczasową kulturę w jego przekonaniu w żadnym wypadku nie mogła usprawiedliwiać ludzkiej bierności i wycofania. „Dwie rzeczy gorsze od wojny to tchórzostwo i bierne znoszenie czy to hańby, czy to jawnej niesprawiedliwości. Lepiej jest iść na wojnę, niż stchórzyć, i lepiej jest dobyć miecza, niż pozwolić się upokarzać”.
Wedle Elzenberga każda norma moralna staje się realna dopiero wówczas, gdy zarówno adresat, określone zachowanie nią przewidziane, jak i przedmiot normy naprawdę istnieją. Stwarza to teoretyczną możliwość jej odrealnienia, co przecież miało miejsce w przypadku Holocaustu, w którym ludzie przestawali być traktowani jako istoty ludzkie, a więc zarazem przestają być przedmiotem norm moralnych chroniących życie ludzkie. Efektem jego rozumowania było uznanie, że Holocaust nie był zdarzeniem typowym, nie da się go więc wyjaśnić w ramach tradycji etycznej, bo w jej miejsce wygenerował etykę alternatywną. Stało się to możliwe, ponieważ zarówno ofiary, jak i sprawcy zostali w pewnym sensie zdematerializowani, a stąd dotychczasowe oceny i normy moralne nie mogły być wobec nich zastosowane. Zarazem jednak Holocaust był zdarzeniem przemijającym, po którym świat wróci do poprzedniego porządku społecznego i aksjologicznego, a stąd nie uchylił dotychczasowej etyki, tylko ją „zawiesił”. Zatem nie ma potrzeby tworzenia nowej etyki od podstaw. Jednak w obliczu zła wykraczającego poza ludzkie pojmowanie, potencjalne ofiary mają prawo stosować równie niemoralne środki dla utrzymania się przy życiu, tak jak to robią oprawcy. Etyka aprobowana do tej pory uległa więc „zawieszeniu”, ale ludzie powinni zabiegać o to, aby przywrócić obraz rzeczywistości, w jakiej zostali ukształtowani. Postępowaniem moralnie niesłusznym jest więc unikanie walki, ale nie jej podjęcie. Wszyscy, którzy walczą w obronie własnej lub innych, automatycznie stają się bohaterami.
Elzenberg zajął zatem stanowisko, że w obliczu bezdusznego i okrutnego świata jednostka, aby nadal pozostać człowiekiem, jest skazana na dokonanie wyboru – albo stać się wielką, albo zginąć. Tym samym w obliczu zdarzeń niepoddających się racjonalnemu wytłumaczeniu i logicznej analizie etyka tradycyjna ulegać mogłaby zawieszeniu, a w jej miejsce obowiązywałyby reguły heroizmu, niezgody na tragiczny porządek otaczającego świata. Takie czyny także nie mieściłyby się w ramach tradycji etycznej, ale za to ratowałyby humanistyczne oblicze ludzkości. Mroki okupacji nie stępiły moralnej wrażliwości, tylko wyniosły ją na wyższy poziom. Ale, jak każde uczucie, jest ono intersubiektywnie niekomunikowalne. Doświadczenie Zagłady wykazało trafność tego stanowiska, bo nie istniały żadne, nawet wyszukane słowa oddalające jego nieludzki charakter.
Zakończenie
Nasuwa się pytanie – dlaczego zatem proces norymberski nie doprowadził do poprawy kondycji moralnej ludzkości? Odpowiedź nie jest prosta i wymaga uwzględnienia geopolitycznych realiów. W trakcie II wojny światowej miała miejsce krótkotrwała poprawa relacji w obozie aliantów, w wyniku czego powstała zarówno ONZ, jak i powołano Trybunał Norymberski, a później jeszcze Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, UNESCO itp. I zaraz potem wszystko wróciło na stare tory braku zaufania i bezwzględnej rywalizacji. W efekcie prawo norymberskie nie objęło tysięcy zbrodniarzy, którzy znaleźli schronienie pod skrzydłami któregoś z niedawnych sprzymierzeńców. Dlatego Szymon Wiesenthal, ścigając nazistowskich zbrodniarzy musiał prowadzić prawdziwe polowanie, bo nie mógł już liczyć na pomoc tych, którzy w momencie zakończenia wojny potrafili wznieść się ponad wzajemne uprzedzenia i wspólnie rozliczyć nazistowskie zbrodnie. Społeczność międzynarodowa nad wyraz szybko przeszła nad tym do porządku dziennego. Sprawdziła się zatem prognoza Elzenberga, że wszystko wróci na dawne tory.
Aby zrozumieć Zagładę, trzeba więc wyjść poza ramy czasowe otaczającej rzeczywistości. Wszystkie dążenia do systematyzacji swych doświadczeń są tylko próbą przywrócenia porządku świata, w którym mieściłyby się także doświadczenia, które doprowadziły dziewięćdziesiąt lat temu do powołania Trybunału Norymberskiego. Rocznicowa okoliczność stanowi do tego doskonałą okazję. W świecie tracącym tradycyjne wartości sens ma każde działanie, które sprzyja ich ponownemu odsłonięciu przez potomnych. Dlatego należy ciągle prowadzić badania nad zbrodniami przeciwko ludzkości, nie tylko niewytłumaczonym dotąd racjonalnie „zaćmieniem ludzkiej wrażliwości moralnej”. To przecież nie miało prawa się zdarzyć – zwłaszcza za sprawą światłych i wrażliwych potomków Goethego i Schillera. A jednak się zdarzyło. Takie ukierunkowanie ludzkiego działania zawarte jest w przejmujących słowach wiersza Igora Isajewa Sąd pamięci:
„Czy sądzicie że polegli milczą?
Tak, naturalnie – powiecie,
Nieprawda!
Krzyczą, krzyczą bez wytchnienia!
Dopóki biją
Serca na świecie
I nerwy odbierają wrażenia.
Krzyczą nie gdziekolwiek bądź,
Lecz w nas”.
Literatura:
H. Arendt, Eichman in Jerusalem. A Report of the Banality of Evil, Penguin Books, New York 1977.
H. Arendt, Korzenie totalitaryzmu, przeł. M. Szawiel, D. Grinberg, Warszawa 1993.
H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994.
T. Kroński, Faszyzm a tradycja europejska, IFiS PAN, Warszawa 2014.
Materiały norymberskie: umowa – statut – akt oskarżenia – wyrok – radzieckie votum, Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”, Warszawa 1948.
R.A. Wilson, Writing history in international criminal trials, Cambridge University Press, Cambridge 2011.
Zbiór dokumentów, pod redakcją Juliana Makowskiego, Nr 3–4 (listopad–grudzień 1945), Drukarnia „Automa”, Warszawa 1945.
Demokracja jako system społeczno-polityczny jest ustawicznie krytykowana z różnych stron. Jednocześnie na politycznej scenie nie widać nikogo poważnego (ani osoby, ani partii), kto publicznie i wprost deklaruje, że nie jest demokratą. Tym trudniej (póki co) spotkać w Europie kogoś, kto powie, że jest faszystą, czyli wprost proponuje i realizuje wyrazistą alternatywę dla demokracji. Szwedzcy Demokraci, partia której korzenie i program są dalekie od demokratycznych zasad, deklaruje działania na rzecz wzmocnienia demokracji. Austriacka Partia Wolności (FPÖ) raczej wolność i inne wartości demokratyczne ogranicza. Prezydent USA Donald Trump demoluje reguły demokracji, wzmacnia nacjonalistyczny ruch MAGA, mówiąc, że ma on zastąpić skorumpowany i upadły establishment polityczny nowym rządem, kontrolowanym przez amerykański naród. Już w pierwszych miesiącach pełnienia urzędu wielokrotnie złamał regułę równości, obrażał i próbował zniszczyć (przynajmniej finansowo) politycznych przeciwników i demokratyczne instytucje, w polityce międzynarodowej stawał po stronie państw silniejszych i zbrodniczych, a ostatnio uhonorował zbrodniarza wojennego, goszcząc go na Alasce. W Rosji mamy Putina, na Węgrzech – prezydenta Orbána, w Izraelu – Netanjahu, w Turcji – Erdoğana, od dekad utrzymującego się na najwyższych stanowiskach w państwie, a w Polsce – nacjonalistycznie i siłowo zorientowanego prezydenta Nawrockiego. Wszystkie wymienione partie i osoby zdobyły głosy wyborców, czyli przyjmując minimalistyczną wersję demokracji – wolny wybór – mają demokratyczną legitymizację. Dlatego zwolennicy demokracji, opartej na liberalnych wartościach powinni przed oddaniem głosu w wyborach staranniej czytać programy partii i uważniej patrzeć na zachowania kandydatów.
Cechą definiującą system faszystowski jest przemoc skierowana wobec pewnych grup społecznych. Zwykle nie zaczyna się od przemocy fizycznej i politycznie motywowanych zabójstw, ale od dewaluacji grup społecznych, kłamstw na ich temat, dehumanizacji ich członków. Mowa nienawiści poprzedza – w krótszym lub dłuższym czasie – przyzwolenie na agresywne zachowania oraz gotowość do użycia siły fizycznej wobec negatywnie postrzeganej osoby czy grupy (Kalmoe, 2010; Pankowski, 2025; Skarżyńska i Radkiewicz, 2015). W Polsce mamy do czynienia z procesem narastania agresji słownej w życiu publicznym, obrażania i szerzenia kłamstw o politycznych przeciwnikach, uchodźcach (ostatnio prawicowe media podają fałszywe dane o wzroście przestępczości wśród osób uchodźczych), także o osobach LGBT+. Zabójstwo polityczne też już u nas było. Osoby o innym niż biały kolorze skóry, mówiące w innym niż polski języku są w miejscach publicznych nie tylko obrażane, ale także opluwane czy bite. Samozwańcze patrole obywatelskie pod wodzą Bąkiewicza łamią prawo, obrażają policjantów i Straż Graniczną, zatrzymują samochody, legitymują pasażerów. Co gorsze, w sondażu z przełomu lipca i sierpnia (pracownia Opinia 24) 54 procent obywateli uważa, że „obywatelskie patrole na niemieckiej granicy to dobra inicjatywa”.
Inną cechą faszyzmu jest skrajny nacjonalizm, obecny w retoryce polskiej prawicy, wśród wielu przedstawicieli kleru i episkopatu, na stadionach, w wielu wypowiedziach polityków, także polityków reprezentujących aktualną władzę. Politycy aktualnej opozycji obrażają dziennikarzy, podczas programów telewizyjnych i radiowych przekrzykują i deprecjonują komentatorów mających inne opinie, często obrywa też prowadzący program (sobotnie Wybory w TOK FM są często tak nasycone agresją, że niewiele ważnych treści można w nich znaleźć; wiadomo tylko, że przeciwnicy polityczni ochoczo demonstrują wzajemną nienawiść).
W Polsce mamy prezydenta, który głośno i wprost deklaruje niechęć do premiera, obraża i poniża szefa demokratycznie wybranej koalicji. Zniszczenie Tuska jest jego widocznym zamiarem, podczas gdy zasady demokracji i nasza Konstytucja wymagają współpracy między prezydentem a rządem, szczególnie w polityce międzynarodowej, jednak przy zachowaniu trójpodziału i równowagi władz (art. 10 Konstytucji RP). Podczas kampanii wyborczej prezentował raczej swoją siłę i tężyznę fizyczną niż potęgę umysłu. Wypowiadał (częściej wykrzykiwał) poglądy nacjonalistyczne, skrajnie konserwatywne. I wybrało go ponad 10 milionów obywateli. Do bliskiej współpracy w swojej Kancelarii zaprosił wyłącznie osoby związane z narodowo-konserwatywną prawicą, powołał też na własnego kapelana ks. Wąsowicza, który życzył czytelnikom „Gazety Polskiej” Europy „bez multi-kulti, islamistów, lewaków i poprawności politycznej”, wzywał środowisko kibolskie do wskazywania wrogów, organizował akcje pomocy politycznemu zabójcy, odbywającego w RPA karę więzienia za morderstwo czarnego lewicowego polityka. Prezydent chwali Bąkiewicza, wcześniej znanego jako organizatora cyklicznego Marszu Niepodległości, znanego też z noszenia faszystowskich symboli i wykonywania nazistowskich gestów oraz brutalnego obrońcy kościołów podczas manifestacji sprzeciwu wobec delegalizacji aborcji, a niedawno założyciela i aktywisty nielegalnego Ruchu Obrony Granic. Prezydent nie tylko akceptuje, ale chwali ten ruch, uzurpujący sobie prawo do kontroli i zatrzymywania obywateli na granicy polsko-niemieckiej. Widocznie nie uznaje zasady, że w demokracji tylko legalna władza może używać przemocy, a zatrzymywanie samochodów i wymachiwanie kijami jest jej nieakceptowalną formą. Co więcej, także odpowiednie instytucje władzy zbyt późno zareagowały na naruszanie tej ważnej reguły demokracji.
Socjologowie wskazują radykalizację prawicowych organizacji, partii oraz polityków, którzy dopuszczają się aktów agresji fizycznej (Pankowski, 2025). Europoseł Braun jest ich widocznym egzemplarzem: pamiętamy zgaszenie chanukowego świecznika na żydowskim święcie w Sejmie RP, zatrzymanie lekarki wykonującej legalną aborcję czy niedawne negowanie istnienia komór gazowych. Takie zachowania i jawnie antysemickie wypowiedzi są przejawem faszystowskich przekonań, ale nie powodują one w naszym społeczeństwie szerokiego piętnowania ich autorów, przeciwnie – przynoszą im wzrost poparcia wyborczego.
Mamy więc w Polsce wiele przejawów brutalizacji, brunatnienia życia społecznego i politycznego. Parafrazując znaną powszechnie wypowiedź Mariana Turskiego, można powiedzieć, że faszyzm nie spada z nieba. Czai się, zaczyna się pozornie niewinnie obrażającymi żartami, wyrażaniem pogardy, niszczeniem symboli, antyrządowym i antyimigranckim wrzaskiem na stadionach. My – obywatele – widzimy to i słyszymy. Dzisiaj większość z nas jest jeszcze tylko świadkami tego procesu. Skoro tak, to warto zastanowić się nad tym, co z tego faktu wynika. Dla nas osobiście i dla społeczeństwa.
Od wielu dekad, można powiedzieć, że od końca drugiej wojny światowej, historycy, socjolodzy, politolodzy i psycholodzy prowadzą badania nad źródłami międzygrupowej przemocy i masowych zbrodni w różnych krajach świata oraz ich dalekosiężnych społecznych i psychologicznych konsekwencji. Ich analizy robione są z trzech różnych perspektyw: 1) obserwatorów (członków społeczeństw, którzy doświadczają przemocy międzygrupowej, ale sami nie są bezpośrednio jej ofiarami), 2) sprawców, wykonawców i zleceniodawców przemocy, oraz 3) historycznych, kulturowych, ekonomicznych i społecznych warunków, sprzyjających faszyzacji. Wspomniane perspektywy uzupełniają się wzajemnie. W drugiej części niniejszego artykułu przedstawię główne ustalenia dotyczące roli obserwatorów, tzw. zwykłych obywateli.
Obserwatorzy – wewnętrzni i zewnętrzni świadkowie zła
Są naocznymi świadkami brutalizacji i nacjonalizacji życia społecznego i politycznego, widzą i słyszą przejawy dyskryminacji, pogardy i dehumanizacji pewnych grup społecznych, ale na ogół pozostają bierni. Nie reagują na krzyk bitego dziecka, na wyzwiska, groźby i akty fizycznej agresji wobec uchodźców, emigrantów, turystów o ciemniejszej karnacji, osób nieheteronormatywnych czy polityków. Chcą zaostrzenia kar, ale nie chcą żadnej resocjalizacji i poprawy warunków odbywania kar w więzieniach. Co więcej, część takich osób aktywizuje się, atakując tych, którzy udzielają pomocy słabszym ofiarom przemocy, np. woluntariuszy wspierających rodziny uchodźcze na granicy z Białorusią, czy te organizacje pozarządowe, które chcą tworzyć tzw. ośrodki integracji, nastawione na ułatwienie wspólnego życia osób emigranckich i lokalnej społeczności. Wygląda to tak, jakby to, co się dzieje z obcymi (kryteria obcości są dowolne, często podkreślane przez autorytarnych polityków i ich media), ich nie dotyczyło, nie miało dla nich samych żadnych poważnych konsekwencji. Badania psychologów dowodzą, że to nie jest prawda. Są poważne dowody empiryczne z bliskiej i odległej historii, że bezczynność świadków przemocy wpływa na losy ofiar oraz zmienia ich samych. Wiadomo, że oni także doświadczają stresu traumatycznego (poprzez tzw. ekspozycję pośrednią na traumatyczne wydarzenia) (np.: Bilewicz, 2024; Leśnierowska i Cieślak, 2021; Ludick i Figley, 2017; Merecz-Kot, 2021). Mogą doświadczać różnych objawów strachu i bezradności.
Gdy przemocy używają instytucje państwa, strach może skłaniać nie tylko do bierności świadków. Erwin Staub (1978, 2009), amerykański psycholog społeczny, pokazuje także inne mechanizmy zmiany mentalności biernych obserwatorów zła. Okazuje się, że dłuższe powstrzymywanie się od reakcji na obserwowane krzywdy innych ludzi wzbudza poczucie winy. Próbując się pozbyć tego nieprzyjemnego uczucia, świadkowie dystansują się od ofiar. Sposobem na to może być dehumanizacja ofiar („to nie są ludzie, to ideologia”, „to dzikie, pozbawione hamulców moralnych zwierzęta”) albo traktowanie krzywdzonej grupy lub osoby jako sprawiedliwie zasługującej na brutalne, przemocowe traktowanie (Lerner, 1980). Wierzą, że ofiary same są jakoś winne i zasługują na swój los. Nie tylko w faszystowskich Niemczech bierni świadkowie z czasem stawali się aktywnymi sprawcami przemocy, uczestnikami brutalnego systemu. Na przykład przez zrywanie więzi z członkami krzywdzonych grup społecznych, izolowanie dawnych przyjaciół, złe traktowanie i zwalnianie z pracy, pozbawianie ich rodzinnych pamiątek, zajmowanie ich mieszkań, usuwanie z uniwersytetów. Dzisiaj polaryzacja polityczna sprzyja pojawieniu się podobnych, pozornie niewinnych zachowań. Znamy przykłady zrywania przyjaźni z osobami, których narodowo-konserwatywna władza dehumanizowała, niesłusznie karała lub oskarżała o narodową zdradę. Warto pamiętać, że takie postępowanie wzmacnia sprawców zła, osłabia ofiary i niszczy społeczny kapitał zaufania. Nie jest niewinne. Im więcej biernych obserwatorów, świadków symbolicznej lub fizycznej przemocy jest wokół nas, tym bardziej spada prawdopodobieństwo działania na rzecz ofiar (Latane i Darley, 1970; Staub, 1978). Coraz powszechniej deklarowana w Polsce splendid isolation od polityki i spraw ogólnospołecznych (wszystko jedno, czy motywowana zmęczeniem, strachem, lenistwem czy oportunizmem) nie jest pożądana w erze poważnych wewnętrznych i światowych konfliktów. Obserwowana popularność aktów pomocy ofiarom wojny w Ukrainie dostarczała nawet mało aktywnym dotychczas osobom pewnego wzorca, tak zwanego społecznego dowodu słuszności. Gdy prawicowi politycy i media społecznościowe dewaluowały ukraińskich uchodźców, siały nieufność wobec nich i strach – sondaże wskazały spadek poparcia dla ofiar wojny. Można powiedzieć, że z czasem stajemy się sojusznikami sprawców, usprawiedliwiając swoją postawę wiarą w to, że świat jest społeczną dżunglą i bezwzględnie trzeba walczyć o swój interes, nie patrząc na krzywdy innych. Taki społeczny darwinizm sprzyja akceptacji Polaków dla użycia fizycznej agresji wobec polityków, którzy „źle rządzą” (Skarżyńska i Radkiewicz, 2015).
Świadkami brutalizacji i aktów przemocy międzygrupowej są nie tylko obywatele kraju, w którym dzieje się przemoc, ale także osoby i instytucje z innych państw, mniej lub bardziej odległych przestrzennie i systemowo od miejsca dokonującej się faszyzacji. W literaturze z zakresu nauk społecznych są oni określani jako zewnętrzni świadkowie przemocy. Można by oczekiwać, że takie osoby i instytucje w demokratycznych społeczeństwach będą bardziej zaangażowane w wyrażanie wsparcia emocjonalnego i realnej pomocy ofiarom, ponieważ nic im złego z tego powodu nie grozi. Jednak historia i teraźniejszość wskazują raczej na bierność niż wyraźną pomoc ofiarom czy jawne, publiczne potępienie sprawców przez demokratyczne instytucje. Historycy dowodzą, że prześladowanie Żydów w Niemczech i Austrii rozpoczęło się, gdy faszystowskie państwo niemieckie było jeszcze słabe. Mimo to reakcji świata demokratycznego było mało lub była ona słaba (Wyman, 1984). Przeciwnie, wzmacniano faszyzm przez dość powszechne uczestnictwo w olimpiadzie w roku 1936. Niczego to nas nie nauczyło. Dzisiaj sprawcy przemocy, a nawet masowych zbrodni, są prezydentami w europejskich państwach, członkami międzynarodowych organizacji, przez lata robią biznesy z demokratycznymi państwami. A obywatele tych państw bez oporu jeżdżą do nich na wakacje.
Popularność polityków agresywnych, wyraźnie autorytarnych – podkreślających zdolność do użycia siły (zwłaszcza wobec słabszych grup społecznych czy państw), konserwatywnych, wymagających od obywateli bezwzględnego konformizmu, posłuszeństwa wobec tradycyjnych norm – jest dziś zdumiewająca i niebezpieczna. Agresywne zachowania radykalnych polityków są naśladowane przez innych, powielane w mediach. Trumpizm okazał się zaraźliwy. Proszę przypomnieć sobie czerwone czapeczki z napisem MAGA na głowach polskich polityków, publiczne wrzaski w Sejmie, naśladowanie gestów Trumpa przy publicznym podpisywaniu projektu ustawy przez prezydenta Nawrockiego. Co gorsze, głosy polskich wyborców zdobywają osoby skrajnie nacjonalistyczne, ksenofobiczne, głoszące antynaukowe hasła, marzące o powrocie do podobno świetlanej przeszłości, tradycji i katolickiej moralności (której sami nie przestrzegają, ale lubią publicznie eksponować wierność Kościołowi). Są one wyraźnie zorientowanie na dominację, a nie współpracę polityczną z innymi środowiskami. Polityczny rywal jest narodowej prawicy głównym wrogiem i/lub zdrajcą, którego należy zniszczyć, wykluczyć nie tylko z polityki, ale z życia społecznego raz na zawsze.
Już w latach trzydziestych XX wieku zbadano podatność niemieckiego społeczeństwa (najpierw robotników, potem klasy średniej) na faszystowskie idee. Zespół badaczy pod kierunkiem Theodora Adorno (z tak zwanej Szkoły Frankfurckiej, łączącej psychoanalizę z marksizmem) odkrył, że tylko 15 procent klasy robotniczej nie popierało autorytarnych zasad rządzenia; zdecydowana większość już w drugiej dekadzie była zorientowana antydemokratycznie. Po dojściu NSDAP do władzy zespół wyemigrował do USA i tam na uniwersytecie w Berkeley kontynuował badania nad tzw. osobowością autorytarną. Ich wyniki opublikowano w książce The Authoritarian Personality (Adorno i in., 1950). Chociaż dzisiaj ich psychoanalityczne wyjaśnienie genezy tej osobowości (nadmiernie eksponowana rola dzieciństwa), a zwłaszcza metoda jej pomiaru (retrospektywne wywiady), bywają krytykowane, to jednak wskazane przez Adorno i jego zespół psychologiczne jądro autorytaryzmu (tak zwany syndrom F) moim zdaniem trafnie opisuje współczesnych politycznych przemocowców i ich zwolenników (mniej lub bardziej biernych świadków). Przypomnę kilka charakterystyk z tego syndromu (zestawu powiązanych ze sobą cech): 1) bezkrytyczny stosunek do wyidealizowanego autorytetu własnej grupy, 2) podatność na zewnętrzne naciski, 3) tendencja do wychwytywania, potępiania, odrzucania i ostrego karania osób łamiących grupowe konwencje. Mniej oczywiste właściwości proautorytarne to: tzw. anty-intracepcja, czyli niechęć do tego, co ulotne; brak chęci zrozumienia stanów psychicznych własnych i innych osób; wiara w siłę i bycie twardym, potępianie słabości; projekcja własnych uczuć i nieakceptowanych pragnień na innych ludzi; destruktywność, cynizm; przekonanie, że świat jest wrogi i niebezpieczny; przesądność i skłonność do szybkiego stereotypizowania grup społecznych; ambiwalencja w sprawie seksu: z jednej strony przypisywanie tej sferze nadmiernej roli, z drugiej – lęki z nim związane. Poza tym psychologicznym jądrem, Adorno i jego współpracownicy wskazywali na towarzyszące mu przekonania polityczne: etnocentryzm i antysemityzm. Kilka lat temu w badaniu skłonności dorosłych Polaków do poparcia autorytarnego państwa (stosującego przemoc wobec myślących inaczej niż władza) trzy pierwsze z wyżej wymienionych składowych autorytarnej osobowości okazały się najsilniejszym predyktorem tej skłonności, czyli wyjaśniały poziom tego poparcia znacznie lepiej niż zmienne społeczno-demograficzne: poziom wykształcenia, płeć, miejsce zamieszkania i dochód. Warto zauważyć, że młodsi badani istotnie bardziej akceptowali różne wskaźniki autorytarnej władzy niż starsi (Skarżyńska, 2018). Analizy poparcia poszczególnych kandydatów w niedawnych wyborach prezydenta RP także pokazują skłonność młodych dorosłych do popierania politycznego radykalizmu. Wygrał kandydat, u którego siła fizyczna i pokazywanie dominacji (nawet z jawnym lekceważeniem konstytucjonalnego trójpodziału władz) były w kampanii i są nadal najbardziej widoczne. To oczywiście nie wynika tylko z cech osobowości ponad 10 milionów Polaków. Potencjał poparcia dla przemocy rośnie w sytuacjach wzrostu poczucia zagrożenia (Altemeyer, 1996; Feldman i Stenner, 1997). I nie chodzi tylko o strach przed wojną czy zmianami klimatu. Istotna jest także niepewność wynikająca ze zmian kulturowych, obyczajowych i technologicznych.
Po ostatnich wyborach prezydenckich prodemokratyczni obywatele w większości stali się milczącymi świadkami autorytarnego powrotu do przeszłości. Nie widać dużych publicznych manifestacji poparcia dla krzywdzonych grup, ale dobrze widoczna i krzykliwa jest radość aktualnej opozycji rządowej. Wygląda, jakbyśmy stracili nadzieję, że Polska może być państwem dobrze zarządzanym, przyjaznym wszystkim grupom społecznym, dbającym o dobre relacje międzynarodowe – a przez to względnie bezpiecznym. Zaczynamy się bać o nieodległą przyszłość. Niestety, strach i stres polityczny wzmacniają konserwatywne i autorytarne poglądy oraz poparcie dla demonstrujących siłę twardych liderów. Sprzyjają też postawom wykluczającym różne grupy (Baumeister i Tice, 1990; Canetti-Nisim i in., 2009; Jost i in., 2003).
Jeszcze nie jest za późno, sprzeciw wobec narastającej fali brunatnego zła jest możliwy i na razie u nas nie jest bardzo niebezpieczny dla obywateli. Może być nawet przyjemny, gdy łączy się z budowaniem nowych więzi społecznych, pokazywaniem własnych kompetencji czy zdolności. Z pewnością łagodzi lęk egzystencjalny i poczucie bezradnej samotności. Czasem bywa skuteczny. Warto więc nie być obojętnym.
Cytowana literatura
Adorno T., Frenkel-Brunswik E., Levinson D., Sanford N. (1950), The authoritarian personality, Harper, New York.
Altemeyer R. (1996), The authoritarian specter, Mass. Harvard University Press, Cambridge.
Bar-Tal D. (2023), Złudzenia niszczące życie. O konflikcie państwa izraelskiego z Palestyńczykami (przekł. T. Rawski), Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa.
Baumeister R., Tice D. (1990), Anxiety and social exclusion, „Journal of Social and Clinical Psychology”, 9, 165–195.
Bilewicz M. (2024), Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości, Wydawnictwo Mando, Kraków.
Canetti-Nisim D., Halperin E., Sharvit K., Hobfol S. (2009), A new stress-based model of political extremism. Personal exposure to terrorism, psychological distress, and exclusionism of political attitudes, „Journal of Conflict Resolution”, 53, 363–389.
Feldman S., Stenner K. (1997), Perceived threat and authoritarianism, „Political Psychology”, 4, 741–770.
Jost J., Glaser J., Kruglansky W., Sulloway F. (2003), Political conservatism as motivated social cognition, „Psychological Bulletin”, 3, 339–375.
Kalmoe N. (2010), Does violent political rhetoric fuel political violence? Referat prezentowany na Annual Meeting of American Association of Political Science, Waszyngton.
Latane B., Darley J. (1970), The unresponsive bystander. Why doesn’t he help? Appleton-Crofts, New York.
Lerner M. (1980), The belief in a just world: a fundamental illusion, Plenum, New York.
Leśnierowska M., Cieślak R. (2021), Nie na własnej skórze: psychologiczne skutki pośrednich doświadczeń traumatycznych, w: M. Dragan i M. Rzeszutek (red.), Z badań nad traumą psychiczną w Polsce (s. 107–134), Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa.
Ludick M., Figley C. (2017), Toward a mechanism for secondary trauma induction and reduction: Reimagining a theory of secondary traumatic stress, „Traumatology”, 1, 112–123.
Merecz-Kot D. (2021), Diagnoza zaburzeń w stanie zdrowia po doświadczeniach traumatycznych – perspektywa historyczno-kulturowa, w: M. Dragan, M. Rzeszutek (red.), op. cit., (s. 7–12).
Pankowski R. (2025), Kibole weszli do mainstreamu, „Newsweek”, 11–17.08, s. 22–25.
Skarżyńska K., Radkiewicz P. (2015), Politicians and citizens: cognitive and dispositional predictors of approval of aggression in political life, „Czechoslovak Psychology”, 1, 36–46.
Skarżyńska K. (2018), Psychologiczne i społeczne aspekty poparcia dla autorytarnej polityki, „Przegląd Socjologiczny”, 2, 93–117.
Staub E. (1978), Positive social behavior and morality: Social and personal influences (t. 1), Academic Press, New York.
Staub E. (2009), Psychologia świadków, sprawców i ratujących bohaterów (przekł. A Wójcik), w: L. Newman, R. Erber (red.), Zrozumieć Zagładę. Społeczna psychologia Holokaustu (s. 15–42), Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa.
Wyman D. (1984), The abandonment of Jews: America and the Holocaust, Pantheon, New York.
Artykuł ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-października 2025 r.
Nie ma większego grzechu, niż wiedzieć i nie działać.
Albert Einstein
Pandemia COVID-19 była globalnym szokiem, który ujawnił mocne i słabe strony państw, społeczeństw i instytucji. Reakcje władz doprowadziły do największej mobilizacji sił nadzwyczajnych w dziejach, ale także do społecznych i instytucjonalnych błędów, których konsekwencje są nadal odczuwalne.
Światowa pandemia COVID-19 doprowadziła do największej mobilizacji sił nadzwyczajnych w historii ludzkości. Pięć lat temu 3,9 miliarda ludzi na całym świecie znalazło się w sytuacji systemowych ograniczeń. W kwarantannie zakazano opuszczania domów; zamknięte zostały firmy, instytucje edukacji, jeśli nie zaprzestały działalności, to zmieniły sposób kształcenia na zdalny – co trwało miesiące, a nawet lata. Polityka przyjęta w odpowiedzi na niszczycielską pandemię stulecia wywróciła do góry nogami życie, jakie znano do tej pory. W przełomowej książce In Covid’s Wake Stephen Macedo i Frances Lee analizują reakcje na pandemię i stawiają kilka prowokacyjnych pytań:
Dlaczego zostały zignorowane plany zarządzania pandemią sprzed jej wybuchu?
Czy głosy rozsądnego sprzeciwu były traktowane sprawiedliwie?
Czy odpowiednio rozważane były koszty i korzyści różnych opcji politycznych?
Czy, pomijając kwestię szczepień, przyjęta polityka władz działała zgodnie z oczekiwaniami?
W swojej książce Macedo i Lee zaoferowali pierwszą kompleksową – i szczerą – polityczną ocenę tego, jak różne instytucje radziły sobie w tamtych warunkach. Opisują, jak pod wpływem lockdownu w Wuhan kolejne rządy odeszły od dotychczasowych planów pandemicznych. Trudne wybory polityków zostały przesłonięte hasłami takimi, jak „podążaj za nauką”. Generalnie polityka przyjęta na obszarze krajów, do których zalicza się i Polskę, w dużej mierze przyniosła korzyści jedynie elicie władzy nazywanej klasą laptopów, natomiast pozbawiła ochrony tak zwanych pracowników kluczowych; a korzyści i szkody były rozdzielane niesprawiedliwie. Przedłużone zamknięcie szkół najmocniej uderzyło w rodziny znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji. Nauka uległa przyspieszonemu upolitycznieniu, a sprzeciwy zostały albo zepchnięte na margines, albo bez ceregieli zawiadamiano mailem o zwolnieniu z pracy. Dokładnie tak, jak stało się to w moim przypadku na Uniwersytecie w „Miastku”, gdzie panował tak niepodzielnie rektor (wcześniej pułkownik służb wywiadowczych), który w atmosferze kolejnych afer (nie)spokojnie i za przyzwoleniem lewicy rządowej króluje tam do dzisiaj.
W kolejnym kryzysie, jak ostrzegali Macedo i Lee, należało pamiętać o najgłębszych wartościach liberalnej demokracji: tolerancji i otwartości umysłu, szacunku dla faktów, dowodów i ich ograniczeń, gotowości do znoszenia niepewności, wreszcie do mówienia całej prawdy. Jak wiadomo, w Polsce nic z tego nie wyszło oprócz tego, że trzymający władzę z pominięciem najwyższych zapisów Konstytucji i łamaniem praworządności urządzili sobie wybory, korzystając z zaistniałej sytuacji lęku i zamieszania.
Pandemia COVID-19 była globalnym testem dla państw, społeczeństw i ich liderów. W Polsce zakończyła się nie tylko dramatem zdrowotnym, ale też społeczną porażką milczenia. Zamiast narodowej refleksji mamy statystyki, które przerażają, ale ciągle nie wywołują żadnej reakcji. 243 tysiące nadmiarowych zgonów w latach 2020–2023. To mniej więcej tyle samo, ile ludności cywilnej wymordowali hitlerowcy w Powstaniu Warszawskim. To tak, jakby z mapy zniknęło całe miasto wielkości Białegostoku. A mimo to z prawa polskiej głupoty nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności.
Dane, które powinny krzyczeć
– według raportu opublikowanego przez Wrocławski Uniwersytet Medyczny i Fundację Promocji Zdrowia:
243 000 nadmiarowych zgonów od marca 2020 do marca 2023.
Najwięcej zgonów wśród osób powyżej 65. roku życia.
W samym tylko 2021 roku zmarło o 117 234 osób więcej niż średnio w latach 2015–2019.
Wskaźnik nadmiarowej śmiertelności w Polsce był jednym z najwyższych w Europie.
To nie są liczby. To są czyiś bliscy, matki, ojcowie, dziadkowie, dzieci. To są ludzie, którzy mogli żyć – gdyby państwo działało sprawniej.
Strategie walki z pandemią.
Głupota decyzyjna i chaos instytucjonalny
Na świecie od samego początku największe zainteresowanie wobec dylematu, jaką należy przyjąć strategię, wywoływała swoją polityką Szwecja, która zastosowała kontrowersyjną strategię “odporności stadnej”. Oparta była na minimalnych restrykcjach i zaleceniach, a nie nakazach i zakazach. Zakładano, że społeczeństwo samo wykształci odporność stadną. Szybkie przechorowanie COVID-u przez większość populacji miało pozwolić uniknięcia prognozowanych długotrwałych skutków gospodarczych i masowych zgonów, W końcowym rozrachunku dane statystyczne pokazały, że śmiertelność w Szwecji była wyższa niż w sąsiedniej Norwegii czy w Islandii.
W przeciwieństwie do strategii szwedzkiej, inne kraje stosowały różne modelowe podejścia:
lockdowny i restrykcje: większość państw, takich jak np. Włochy, Hiszpania, także Polska, wprowadziła pełne lockdowny, ograniczenia w przemieszczaniu się, zamknięto szkoły oraz wiele miejsc publicznych – włączając w to lasy;
testowanie i śledzenie kontaktów: Korea Południowa, Tajwan i Singapur postawiły na masowe testy, szybkie izolowanie przypadków i cyfrowe śledzenie kontaktów;
zamknięcie granic: Nowa Zelandia i Australia oraz Japonia szybko i na długo zamknęły granice i wprowadziły obowiązkową i długotrwałą kwarantannę dla przyjezdnych;
zalecenia zamiast nakazów: podobnie jak Szwecja, również Japonia stosowała głównie zalecenia, ale z większym naciskiem na noszenie maseczek i utrzymywanie dystansu społecznego.
Polska odpowiedź na pandemię była mieszanką:
opóźnionych lockdownów i nieprzewidywalnych restrykcji,
braku paszportów covidowych, mimo że inne kraje je wprowadziły,
zawężonego testowania – w szczycie pandemii odsetek testów pozytywnych przekraczał 40 procent, co oznaczało, że testowano tylko najbardziej chorych,
braku przejrzystej komunikacji – decyzje były ogłaszane nagle, bez konsultacji z ekspertami,
w 2020 roku Ministerstwo Zdrowia próbowało nawet zakazać lekarzom wypowiadania się publicznie o pandemii. To nie tylko cenzura – to systemowe kneblowanie wiedzy.
Polska na tle świata
Porównanie strategii i wyników wybranych krajów:
| Kraj | Strategia główna | Zgony
na 100 tys. |
Nadmia-
rowe zgony |
Uwagi |
| Szwecja | Odporność stadna, minimalne restrykcje | ~230 | Wysokie | Krytykowana za wysoką śmiertelność |
| Nowa
Zelandia |
Szybkie zamknięcie granic, lockdowny | ~20 | Ujemne | Wzorcowa reakcja, duże zaufanie społeczne |
| Korea Płd. | Testowanie, śledzenie kontaktów | ~96 | Niskie | Skuteczna cyfrowa kontrola |
| USA | Zmienna, zależna od stanu | ~340 | Wysokie | Brak spójnej strategii, duże różnice regionalne |
| Estonia | Technologiczne podejście, e-zarządzanie | ~110 | Średnie | Postawiono na cyfryzację i edukację zdalną |
| Tajlandia
|
Szybka izolacja, edukacja społeczna | ~30 | Ujemne | Skuteczna kampania informacyjna |
Co wynika z porównań?
Kraje wyspiarskie (Nowa Zelandia, Tajlandia) miały przewagę nad innymi dzięki możliwości szybkiego zamknięcia granic.
Zaufanie społeczne i transparentność władz okazały się kluczowe –tam, gdzie obywatele współpracowali, wyniki były lepsze.
Cyfrowe narzędzia (jak w Korei Południowej czy Estonii) pozwoliły na szybsze reagowanie i ograniczenie transmisji.
Brak spójnej strategii (w krajach federalnych, jak w USA) prowadził do dużych różnic regionalnych i wyższej śmiertelności.
Szwecja, mimo liberalnej strategii, miała niższą śmiertelność na 1 mln mieszkańców niż Polska.
Korea Południowa i Tajwan zastosowały cyfrowe narzędzia i edukację – ich nadmiarowe zgony były minimalne.
Polska: brak cyfryzacji, brak zaufania społecznego, brak strategii.
W raporcie Our World in Data Polska figuruje jako kraj o wysokim poziomie nadmiarowej śmiertelności, mimo że nie była najbiedniejszym państwem regionu.
Polska uplasowała się na 44. miejscu w rankingu Bloomberga Covid Resilience – za Rosją, Bangladeszem i Indiami, ale przed Belgią, Francją i Czechami.
W innym zestawieniu (Lowy Institute) zajęła 65. miejsce – tuż za Izraelem i Portugalią.
Wskaźnik pozytywnych testów w Polsce wynosił aż 44,8 proc., co wskazuje na niedostateczne testowanie.
W okresie jesiennej fali (2020) Polska była w czołówce statystyk zgonów na milion mieszkańców w Europie.
Wnioski: milczenie jest współwiną
Polska nie znalazła się w najgorszej grupie państw, ale – jak w zdecydowanej większości porównawczych rankingów – wypadła gorzej na tle krajów o podobnym poziomie rozwoju(OECD).
Główne problemy to: niedostateczne testowanie, brak spójnej komunikacji, opóźnione reakcje i przede wszystkim niskie zaufanie społeczne do władzy.
W porównaniu z krajami, które radziły sobie dobrze (np. Korea Południowa, Tajwan), Polska miała dużo wyższy wskaźnik zgonów i niższą skuteczność działań prewencyjnych.
„Demokracja umiera w ciemności” – głosi słynne motto „The Washington Post”. Brak rozliczeń afer i skandali w okresie pandemii to nie tylko porażka polityczna rządów PiS. To chowanie niewygodnych danych pod dywan i społeczna zgoda na zapomnienie. Jeśli nie domagamy się prawdy – stajemy się współwinni. Jeśli nie pytamy „dlaczego?”, historia znowu powtórzy się.
Ten esej nie jest atakiem. Jest tylko jednym wybranym przykładem głupoty rządzących państwem i wołaniem o pamięć w sytuacji bezsilności. O to, byśmy nie pozwolili, żeby kolejne blisko ćwierć miliona ludzi zostało w czasie przyszłym statystyką. Bo za każdą liczbą jest twarz. I cisza, która nie powinna być końcem.
Esej ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
W historii Polski powyższe dwie daty spina dziejowa współzależność – występują one w osobliwej synchronii. I obnażają nieudacznictwo, ba!, głupotę Polaków w dziejach.
Pierwsza wojna światowa, w której jeden rozbiorca, Rosja, starł się z dwoma pozostałymi – Niemcami i Austro-Węgrami, zniweczył działający przez poprzednie sto lat zwornik zbiorowej odpowiedzialności i solidarności trzech zaborców. Z kolei sukces rachuby, na mocy której Piłsudski, na czele swych legionistów, postawił zrazu na Państwa Centralne (Austro-Węgry i Niemcy), a potem – w obliczu nasuwającej się klęski tych państw – wymówił im posłuszeństwo, przynależy do sfery machinacji politycznych i nieszczególnie zdobi laurem polski czyn zbrojny. Na tle gigantycznych zmagań milionów żołnierzy niemieckich, rosyjskich, francuskich, austro-węgierskich, brytyjskich, amerykańskich, tureckich na frontach I wojny światowej, polskie sukcesy na polu walki (legionowe i nie tylko) karlały do miary peryferyjnych drak i przepychanek.
Niemniej zwycięstwa w walkach o granice odrodzonej Rzeczypospolitej, zarówno na zachodzie (powstania: wielkopolskie i śląskie), jak też na wschodzie (wygrana wojna z Sowietami w 1920 roku), ekstrapolowano w niepodległej już Polsce na całokształt uprzednich działań zbrojnych formacji polskich, poczynając od wymarszu pierwszej kadrowej z krakowskich Błoni w sierpniu 1914 roku. „W Polsce trwało złudzenie niepodległości odzyskanej wyłącznie dzięki samym sobie. Złudzenie przerodziło się w mit troskliwie pielęgnowany przez obóz sanacyjny, a z chwilą oderwania Polski od łączności z kontynentalną polityką francuską, po roku 1933, ten mit w propagandzie obozu rządzącego wybujał ponad wszelką miarę” – pisał Kazimierz Wyka. Na tym bałamuctwie osadzała się cała mitologia Drugiej RP.
Wierzono, że skoro patrioci polscy dostojnym ruchem prawicy pokazali i Moskalowi, i Prusakowi, gdzie raki zimują, to historia niechybnie powierzyła odrodzonej Polsce rolę mocarstwa. Posłannictwo Rzeczypospolitej dźwignięto na ołtarze doktryny mocarstwowej. Dokonano tego w państwie, w którego wschodniej i południowowschodniej (ale nie tylko) części hulało jeszcze średniowiecze społeczno-gospodarcze, nędza i zabobon.
Tragifarsowy przejaw tej mocarstwowości polskiej uwypuklił się wraz polskim udziałem, pospołu z Trzecią Rzeszą, w rozbiorze Czechosłowacji pod koniec 1938 roku. Polskę, która okupowała czeski powiat cieszyński, Winston Churchill przyrównał do hieny, która łasuje wśród resztek pozostawionych przez wielkiego drapieżnika germańskiego.
Narcystyczne i dęte zaklinanie się na własną mocarstwowość – jak tu nie wspomnieć książczyny ambasadora RP w Paryżu Juliusza Łukasiewicza pt. Polska jest mocarstwem – ledwie przykrywało przednowoczesność Polski, której gospodarka opierała się zapaściom tylko dzięki kompradorskiej wyprzedaży surowców (węgla, zboża itp.). Druga RP po 1926 roku opancerzała się tradycjonalnie przeciw oddziaływaniom nowoczesności z Zachodu. Plątała się na drodze do modernizacji (a tę wytyczał, na ile mógł, Eugeniusz Kwiatkowski, najwybitniejsza bodaj postać dwudziestolecia międzywojennego) i chętnie z niej zawracała ku swojskości. Czyli prometejskim próbom przywracania Rzeczypospolitej formatu jagiellońskiego, rozwartego ku wschodowi, ku Eurazji.
Po 1933 roku Druga RP romansowała z Trzecią Rzeszą, która skądinąd – pomna antyrosyjskości Piłsudskiego i zwycięstwa nad Sowietami w 1920 roku – uważała Polskę, w zgodzie z pryncypialnym antybolszewickim wektorem doktryny nazistowskiej, za potencjalnie nader cennego sojusznika. Sympatyzujący z sanacją myśliciel polityczny okresu międzywojnia Adolf Maria Bocheński rzecz tak wyłożył: „Jeżeli trudno nam dziś [rok 1938] rozstrzygnąć, czy istotnie w interesie Rzeczypospolitej byłoby przymierze wojskowe z Niemcami przeciw Rosji, to w każdym razie pewne jest, iż nasza polityka wymaga, aby w kraju istniała liczna i wpływowa grupa, która byłaby tego zdania”. Inna sprawa, że z zabiegów niemieckich dyplomacja sanacyjna nie za wiele zrozumiała, wyjąwszy honory i karesy, które się należą mocarstwu. Kołysała się na tym przeświadczeniu niczym w wyściełanej puchem gondoli, dryfującej bez głębszego pomyślunku strategicznego. A tymczasem Hitler oczekiwał, po swoich awansach względem Polski, jasnych od niej deklaracji i zobowiązań sojuszniczych. I coraz bardziej się irytował, nie doczekawszy się ich.
Furia Hitlera, którego rekuzował niedoszły sojusznik polski, gorączkowo zabiegający teraz, wiosną 1939 r., o fawory Francji i Wielkiej Brytanii (zniesmaczonych skądinąd szakalim udziałem Drugiej RP w rozbiorze Czechosłowacji), w końcu kulminowała agresją niemiecką 1 września 1939 roku. Znamienne, że wedle zapisków żołnierzy hitlerowskich byli oni zaskoczeni zacofaniem i biedą ziem polskich, zwłaszcza na wschód od Wisły. W jakiejś mierze sprzyjało to pogardliwemu i okrutnemu nastawieniu okupantów do ludności polskiej, które utrwalała propaganda goebbelsowska i zarządzona praktyka okupacyjna.
Wojnę obronną 1939 roku Polska przegrała z kretesem; godzi się to nazwać katastrofą cywilizacyjną. Wojsko Polskie odzwierciedlało bezmiar zapóźnienia Drugiej RP i nie było w stanie oprzeć się armii ze wszech miar nowoczesnej. Żadnych bitew pancernych – wyjąwszy desperacki i nieudany atak mizernych polskich sił pancerno-motorowych pod Tomaszowem Lubelskim – niepodobna tu dostrzec. Setka w miarę nowoczesnych czołgów 7TP wraz z około 350 polskimi tankietkami i z przestarzałymi czołgami produkcji francuskiej i brytyjskiej nie mogła zatrzymać nawałnicy ponad 2500 czołgów niemieckich, górujących techniczne nad polską bronią pancerną. Od tego obrazu nie odbiegają dokonania lotnictwa RP, które pokusić się mogło jedynie o cherlawą obronę nieba nad Polską przed lotniczą armadą Luftwaffe. Nie słyszałem nic o zapierających dech dokonaniach polskich samolotów Łoś i Karaś, które uchodziły ponoć za majstersztyki polskiej wynalazczości zbrojeniowej.
Zaporę temu niezmącenie prącemu przez ziemie polskie potokowi pancerno-lotniczemu stawiać musiała zbrojna w karabiny i z rzadka w broń maszynową „piechota, ta szara piechota” oraz duma przedwojennych defilad – „ułani, ułani, malowane dzieci”. Umasowiły się przeto przypadki straceńczo odważnych ataków konnicy i piechurów, których po tych porywach ostatecznie rozwalcowywały gąsienice czołgów niemieckich. Szarża polskiej kawalerii, przedstawiona w filmie Lotna, kiedy polski ułan tnie szablą wieżę niemieckiego czołgu, metaforyzuje ów dystans cywilizacyjny, jaki oddzielał Polskę od Niemiec.
W parze z deficytem zaawansowanego oręża kuśtykał uwiąd polskiej myśli wojskowej i dalekowzroczności strategicznej. Melchior Wańkowicz, który po wrześniu 1939 roku znalazł się w Rumunii, zadał sobie trud dotarcia do internowanego marszałka Polski („nie boimy się nic, bo z nami Śmigły-Rydz” – głosiło hasło sanacyjne). Marszałek, który władczym ruchem buławy nie pokierował wojskami polskimi w marszu na Berlin, lecz salwował się ucieczką przez Zaleszczyki do Rumunii, przyznał, że kondycja WP pod względem uzbrojenia deprymowała go, ale niewiele dało się zrobić z uwagi na szczupłość środków budżetowych. Szczególnie jednak przygnębia fakt, że dowództwu sił zbrojnych RP zabrakło wyobraźni, w jakie typy uzbrojenia należy priorytetowo inwestować. „Muszę przyznać – mówił z prostotą marszałek – że nie doceniałem aż tak dalece znaczenia broni pancernej; pomilczał [jak relacjonuje Wańkowicz] i rzekł – gdyby to była taka wojna jak w 1920 roku, to moglibyśmy się opierać”. Na tym przykładzie widać, jak dalece zwycięstwo w wojnie z Sowietami rozleniwiło i uschematyzowało polską myśl wojskowo-strategiczną w następnych latach.
Krótko mówiąc, w epoce międzywojennej mało kto przypuszczał, jak zaznacza profesor Wyka, że „w kraju wydającym tak dzielnych żołnierzy (…) bitność osobista nie wyrówna nawet w skromnym stopniu różnicy uzbrojenia i przygotowania technicznego. Wreszcie filtrowane w społeczeństwo teorie wojenne przepowiadające bezapelacyjną wyższość konia nad motorem, owsa nad benzyną, usypiały krytycyzm wywodem rzekomo fachowym. Prymitywnymi środkami bojowymi rozegrana kampania 1920 roku umacniała te teorie”.
Przedwrześniowy błogostan mocarstwowy po klęsce wrześniowej obsunął się do poziomu XIX-wiecznych doktryn romantycznych i mesjańskich, które uwypuklały historiozoficzny wymiar męczeństwa Polski i dowodziły, że duch eschatologii ją sobie „upodobał”. Aneksja części terenów polskich przez Rzeszę Niemiecką i wyodrębnienie pozostałości ziem w formie Generalnego Gubernatorstwa odcięło tę ostatnią od świata i kulturowo zgrajdołowało. Odrodzony zaś mesjanizm intoksykował pracę planistyczną i wypleniał racjonalny pierwiastek z katakumb Państwa Podziemnego. Oczywiście żadna państwowość podziemna nie układa się w struktury demokratyczne, bo przeczyłoby to podstawom konspiracji. Takiego typu państwowość raczej spowinowaca się z przestępczością zorganizowaną. Rewident rządu londyńskiego, Tadeusz Chciuk („Celt”), którego przerzucono do Generalnego Gubernatorstwa na krótko przed powstaniem warszawskim, raportował, że „kilka cech naszego życia podziemnego wstrętem i smutkiem napawa (…). A więc kłótliwość, małostkowość, nieufność, pijaństwo, gadatliwość, karierowiczostwo, prowincjonalizm, niezaradność, potworne wreszcie zakłamanie. (…) Bardzo mało mógłbym wyliczyć osób – nawet spośród ludzi kierujących naszym życiem podziemnym – które orientują się w wydarzeniach międzynarodowych, w obecnym światowym układzie sił i w naszych w związku z tym możliwościach”.
W miarę klęsk Trzeciej Rzeszy na wszystkich frontach, w GG komasowała się i iskrzyła energia odwetu, nijak nie przekładającego się na wojskowe możliwości jego urzeczywistnienia. A rozchwiane i zdemoralizowane życiem w pomroczności czynniki Państwa Podziemnego, skąd – niczym z dna studni – nie otwierała się perspektywa myślenia państwotwórczego i międzynarodowego w kategoriach racjonalnych, nie czuły woli i rozsądnej odwagi, żeby się przeciwstawić zaczadzonej ideą masowego odwetu antyniemieckiego Armii Krajowej. Powie ktoś, że armii można wydać rozkaz i zdławić w niej szaleńcze pomysły z szarżowaniem na znacznie przeważającego swą siłą wroga. Ale nie Armii Krajowej. Kurier z Warszawy, legendarny Jan Nowak-Jeziorański, tak ją definiował: „To nie jest przecież żadna armia regularna, skoszarowana i ujęta w karby pełnej wojskowej dyscypliny. Żołnierzom AK nie można wydać komendy: stój, w tył zwrot! (…) Żołnierze AK, poza nieliczną kadrą zawodowych oficerów, są cywilami, którzy żyją w swoich miastach, wioskach, domach rodzinnych. Są związani ze swoim terenem, pracą zawodową, ulegają nastrojom i presjom środowiska. Dowództwo może tą rewolucyjną masą kierować, może powstrzymywać spontaniczne odruchy i nadawać wystąpieniom formy, które pozwolą na wybór miejsca i chwili zorganizowanej akcji zbrojnej, ale tylko pod warunkiem, że rozkazy będą w jakimś stopniu współgrały z nastrojami kraju (…). [A nastroje te cechuje] żądza walki i odwetu na Niemcach, którą budzi sam okupant swym okrucieństwem i prześladowaniami. W kraju wzbiera rewolucyjna fala przeciwko rządom okupanta, która wybuchnie, gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki słabości Niemców”. Wybrzmiewa w tej definicji opowieść o szlacheckim pospolitym ruszeniu, nieprawdaż?
Tak jak internowany Rydz-Śmigły wzdychał, że gdyby wojna obronna we wrześniu przypominała starcie z bolszewikami w 1920 roku, to dałoby się jakoś pasować z Teutonem, tak też komenda AK odurzała się wspomnieniami o rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy w 1918 roku. I zapomniała, że myślenie w kategoriach prostych analogii jest ahistoryczne i prowadzi do błędnych wniosków. Nade wszystko zaś nie wykazała silnej woli przywódczej, opartej na rozsądku i dalekowzroczności, która winna była powstrzymać żywioły AK-owskie. Prące do tego, aby nie bacząc na ryzyko, porachować się z Niemcami.
Naczelne dowództwo AK kierowało się dyrektywą, żeby w momencie, gdy Sowieci wkroczą na praskie przedmieścia Warszawy, wywołać powstanie w mieście stołecznym, a tym samym pokazać stronie – i hitlerowskiej, i sowieckiej, kto jest rzeczywistym gospodarzem Warszawy. Ale siły powstańcze już pierwszego dnia walk okazały się niezdolne do opanowania zwartego obszaru miasta, zdobycia mostów i lotnisk stołecznych. Wyszkoleniem i siłą ognia oddziały AK poważnie ustępowały nawet takim formacjom jak brygada SS Otto Dirlewangera, składająca się z kryminalistów, czy brygada rosyjskich kolaborantów (RONA), dowodzona przez Bronisława Kamińskiego, zruszczonego Polaka i brigadefűhrera SS.
Powstanie zostało przegrane po pierwszych 2–3 dniach, kiedy oddziały powstańcze przeszły całkowicie do obrony, motywując się tradycjonalnym zewem polskich insurekcji: „wytrwać”, „dać świadectwo”, „oddać się pod opiekę Maryi”. W kolejnych dniach powstania śmierć byle jak uzbrojonych AK-owców kosiła niczym łan. Tym bardziej że dowództwo AK egzekwowało rozkazy ataków, przypominających kawaleryjski rajd na czołgi. Jan Nowak-Jeziorański był świadkiem, jak płk Antoni Chruściel („Monter”) – jeden z protagonistów powstania w Warszawie, bałwochwalony przez historiografię PiS-wsko-IPN-owską, choć bardziej by zasługiwał na kąpiele w kadziach ze smołą w piekle – wydał ugrupowaniu powstańczemu rozkaz beznadziejnego, jeśli chodzi o szanse na sukces, ataku na wroga. Niemcy bowiem namierzyli miejsce koncentracji powstańców i wstrzeliwali się w nie. „Podwórko zapełnia się powoli młodymi ludźmi. Rozpoznaję grupę dziewcząt. To pewno patrol minerek, który wysadził dziurę w murze. Nagle dzieje się coś straszliwego. W ten tłum młodych na dole wpada jeden granat, za nim drugi i trzeci, eksplodując na podwórku. Za nimi wybuchają butelki z benzyną przeznaczone na niemieckie czołgi. Słyszę przejmujące krzyki bólu i przerażenia. Przeważają głosy dziewczęce. Płomienie rozjaśniają w dole pod nami dantejską scenę: ruszający się kłąb rannych i palących się ludzi”.
Równocześnie dziesiątkami i setkami tysięcy ginęli warszawscy cywile, w gruzy i perzynę obracało się miasto z jego wielosetletnimi zdobyczami kultury materialnej i duchowej. Wszystko w imię brawury polityczno-wojskowej, usprawiedliwianej nieobliczalnością AK-owskiej junakierii, której czynniki polityczne i wojskowe Państwa Podziemnego ponoć nie mogły się oprzeć. W efekcie zamiar powstańczy przeistaczać się począł z przedsięwzięcia wojskowego, które należy ściśle zaplanować i skalkulować w imię zwycięstwa, w jakieś misterium całopalne, którego uczestnicy, niczym w teatrze romantycznym, skandują słowa Wieszcza: „zemsta, zemsta, zemsta na wroga / Z Bogiem – i choćby mimo Boga!”.
Państwo Podziemne najwyraźniej żadnych wniosków nie wyciągnęło z kataklizmu wrześniowego sprzed 5 lat, kiedy naziemne państwo polskie wykazało swe niedołęstwo militarne, organizacyjne i polityczne. Czego nie udało się zrobić regulaminowo uzbrojonym dywizjom i brygadom WP, miała teraz dokonać kilkudziesięciotysięczna wataha żółtodziobów z AK, gdzie ledwie 1/4 była uzbrojona w jakąkolwiek broń palną z marnym zapasem amunicji. Co do reszty, płk „Monter” rzucił pomysł, aby uzbroić ją w siekiery, kilofy i łomy.
Szczyciła się Polska insurekcyjna swoimi kosynierami, tyle że w czasach, kiedy nie było broni szybkostrzelnej. Teraz, w połowie XX wieku wystawić miała formacje kilofiarzy i łomiarzy (ich późnymi wnukami są zbrojni w kije bejsbolowe propisowscy kibole). W Muzeum Wojska Polskiego, w sekcji poświęconej powstaniu warszawskiemu, eksponuje się katapultę, która ciskała butelki z cieczą zapalającą na wroga. Siekiery, łomy i katapulta siłą rzeczy przenoszą nas do czasów archaicznych, do falangi macedońskiej, rydwanów perskich z kołami zbrojnymi w kosy i do słoni bojowych Hannibala. Tyle że sierpień 1944 roku przynależał do kompletnie innej epoki. Na frontach ścierały się setki dywizji, w znacznej części zmotoryzowanych, pancernych oraz powietrzno-desantowych, w powietrzu pojawiły się rakiety średniego zasięgu (V-1 i V-2) oraz samoloty z napędem odrzutowym. Trzecia Rzesza prowadziła badania nad bronią atomową (na bazie „ciężkiej wody”), jednak ostatnie słowo w tej mierze powiedzieli Amerykanie, czego tragicznie dowiodły Hiroszima i Nagasaki.
Na tle tego epickiego obrazu powstanie warszawskie zakrawa na lokalną burdę, która tyleż wpływała na rozwój sytuacji na wschodnim teatrze działań wojennych przeciw Niemcom, ile trzepot skrzydeł motyla wywoływał tajfun. Zachodnich sojuszników zaambarasował antysowiecki podtekst powstania – wszak Związek Sowiecki pozostawał najbardziej sprawnym i przez to wiarygodnym sojusznikiem zachodnich aliantów. I żadną miarą równać mu się nie mogły ani efektywna partyzantka jugosłowiańska (pod wodzą tamtejszych komunistów), ani ruch oporu we Francji (maquis), we Włoszech czy w Norwegii. Ani tym bardziej polska AK, „stojąca z bronią u nogi”, która uaktywniła się wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej na tereny należące przed 1939 rokiem do Drugiej RP. Co prawda Churchill zasięgał opinii Roosevelta, czy nie dałoby się jakoś wspomóc powstańców warszawskich, ale prezydent USA kategorycznie zawyrokował: „Nic dla nich nie możemy zrobić”. Zresztą sami Brytyjczycy nie kwapili się z wysłaniem brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego do Warszawy, na co szczególnie liczyła komenda AK.
Motywacje brytyjskie układały się wedle następującego wnioskowania: przyjęliśmy polskich uciekinierów, wyszkoliliśmy ich i przyuczyli do najnowszego sprzętu brytyjskiego, o którym mogliby tylko marzyć we wrześniu 1939 roku. Wydaliśmy pokaźne pieniądze, żeby sprostali wymogom nowoczesnej wojny. Oczekujemy tedy, zgodnie z obyczajem wojennym, że podporządkują się zwierzchności, która zrobiła z nich prawdziwych żołnierzy.
Innymi słowy, wkładem polskich żołnierzy, podkomendnych brytyjskiej zwierzchności, było przysposobienie się do reguł nowoczesnej wojny, ale przede wszystkim gotowość do przelania krwi i złożenia życia na ołtarzu sprawy alianckiej. Przelana krew i oddane życie, czyli status mięsa armatniego, stanowiły główny wkład materialny Polaków w II wojnę światową. Stanisław Cat-Mackiewicz skwitował rzecz następująco: „Pozostała nam już tylko jedna rzecz do zaoferowania – krew naszych dzieci, którą dajemy hojnie. (…) Ale krew nie jest tak bardzo poszukiwanym towarem, jaki by się zdawało; resztą Rosja ma tej krwi znacznie więcej i równie hojnie nią szafuje”.
Jan Karski, także osławiony posłaniec z Warszawy, szybciej niż inni bohaterowie Państwa Podziemnego – może dlatego, że był kurierem, obieżyświatem – już po konferencji w Teheranie (grudzień 1943 r.), kiedy zachodni alianci zgodzili się, że Polska znajdzie się w strefie działań wojennych Armii Czerwonej, a więc dominujących wpływów politycznych Związku Sowieckiego, zrozumiał, że Polska definitywnie przegrała II wojnę światową. Najlepiej by było – zwierzył się Karski Nowakowi-Jeziorańskiemu – „gdyby nasi politycy, zamiast żyć pobożnymi życzeniami, mieli odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, usiedliby razem i zastanowili się, jak mamy tę wojnę przegrać. (…) Powinni zacząć myśleć o tym, jak oszczędzić krajowi strat i ofiar, jak go uzbroić i przygotować najlepiej do tego, co go czeka”.
Ale był to, niestety, głos wołającego na pustyni.
Jarosław BRATKIEWICZ – dyplomata i politolog, dr habilitowany nauk o polityce, wybitny znawca Rosji, były dyrektor polityczny MSZ, autor m.in. książek Euroazjatyzm na wspak (2021), Wielkoruski szowinizm: w świetle teorii kontynuacji (1991), Rosyjscy nacjonaliści w latach 1992–1996: od detradycjonalizacji do retradycjonalizacji (1998), Zapętlenia modernizacji (2007).
Najnowsze dzieje Polski są historią zakleszczenia polityki między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim, między partią prorosyjską a proniemiecką, między Władimirem Putinem a Donaldem Trumpem; między Rosją a Niemcami; historią otumanienia snem o militarnej potędze: między niemocą i rojeniami o potędze atomowej. Władza i opozycja zderzają się z dwiema barierami, których nie potrafią przebić: po jednej stronie bije w oczy ich gombrowiczowska gęba, a po drugiej gombrowiczowska niedojrzałość. Istnieje związek między umysłową sprawnością i szerokością horyzontów elity politycznej a trafnością politycznych decyzji i wyborów państwa. W tym momencie takim kardynalnym wyzwaniem stojącym przed Polską jest wybór sposobu zapewnienia bezpieczeństwa państwa po wojnie Rosji z Ukrainą. W tym kontekście pojawiła się w przestrzeni publicznej kwestia dostępu lub pozyskania broni nuklearnej traktowana jako złoty kluczyk – żelazna gwarancja bezpieczeństwa. Niestety, godny pożałowania stan polskiej elity nie daje gwarancji podjęcia racjonalnych decyzji.
W Polsce atmosfera jest gęsta od pomówień i podejrzeń rzucanych nieodpowiedzialnie w przestrzeń publiczną przez wszystkich uczestników politycznego sporu. Wróg kryje się w każdym zakamarku, w każdej nawet pozornie niewinnej wypowiedzi można dopatrzyć się przypadkowego współbrzmienia z jego interesem. Na razie nie zainstalowały się u nas na dobre urzędy strzegące politycznej cnoty obywateli, ale licho rodzimego makkartyzmu nie śpi.
Po wyborach 4 czerwca 1989 roku ogłoszono urbi et orbi, że komunizm się skończył, a wraz z nim cenzura, nakazy i ograniczenia. Wolna myśl, uczciwa debata i swobodna ekspresja poglądów miały być od przełomu nieodłączną cechą nowego ustroju. Ożywienie inteligencji było krótkotrwałe. Ta zasłużona w Polsce formacja została spauperyzowana i zepchnięta na margines przez elity żądne łatwej niekwestionowanej władzy. Podobnie z twórczą dyskusją – w początkowej fazie powoływano gremia ekspertów, doradców, partie polityczne miały ambicje korzystania z rad i ekspertyz. Teraz niezależni eksperci są tylko listkiem figowym. Pierwsze rządy, kierowane przez inteligentów, nie inwestowały w naukę i edukację. Z czasem przymus, syndrom właściwego myślenia rozgościł się, ba, rozpanoszył w RP.
W PRL życie było uciążliwe, stopa życiowa niska, ale poziom aspiracji intelektualnych w społeczeństwie, nauka i kultura stały na niezłym poziomie. Polska była krajem chłonącym wszystkie ciekawe prądy i nowinki z Zachodu i transmitującym je na Wschód. W mojej dziedzinie, czyli w naukach historycznych za przykłady świadomego i skutecznego nadążania za światem mogą służyć: fascynacja i rozwijanie szkoły Annales, rozkwit latynoamerykanistyki czy rozwijanie podejścia porównawczego i multidyscyplinarnego (mix socjologii, historii, nawet matematyki). III RP oferuje łatwy dostęp do dóbr materialnych, do nauki na świecie i nieporównanie wyższy komfort życia, ale stała się banalnym krajem retro. Występują dzisiaj, oczywiście, rzeczy arcyciekawe i odważne, jak odkrywanie ludowej historii Polski czy badania nad antysemityzmem. Są wielkie talenty w nauce i sztuce, ale mają ograniczone oddziaływanie i zasięg. Awangardowym myśleniem i twórczością interesuje się garstka koneserów. Wysoka kultura została zepchnięta na margines, co jest też częścią światowego korporacyjnego tsunami i myślenia kategoriami zysku i konsumpcji. Polska pozostaje nadal krajem bardzo interesującym dla politologów, raczej ze względu na osobliwości niż rzeczy godne naśladowania. W sumie jednak nie staliśmy się laboratorium myślenia na miarę XXI wieku. Dlaczego polski umysł zakleszczył się, zamiast korzystać ze wszystkich możliwości i otwartych granic? Poniżej idę po tropach i przejawach zamykania się polskiego myślenia.
Takie byłyby wątki w studium o naszym intelektualnym zaścianku:
Kompleks polski, skazujący nas na zawsze na cierpienia niepewnej egzystencji między wrogimi potęgami: Niemcami i Rosją. Pępkowość, czyli ocenianie świata z perspektywy narodowej, a nie Polski z perspektywy świata; tradycjonalizm sterowany odgórnie, ale mający społeczne korzenie i aprobatę z lęku przed światem;
Etnocentryzm i selektywna empatia (rozumiemy cierpienie Ukraińców, lecz odrzucamy ludzi o innej barwie skóry); człowiek właściwy (ma pożądaną narodowość, kolor skóry, poglądy) to nasz gatunek człowieka, w miejsce przestarzałego Człowieka;
Gotowość do podporządkowania się sile bezwarunkowo, jeśli to „siła wyższa”;
Myślenie histeryczne – większość gotowa rzucić się w przepaść nie bacząc na praktyczne rezultaty, o które przecież powinno chodzić;
Brak cierpliwości i konsekwencji we wszystkim: ułomność praktyki (niecierpliwość serca, niedokończone projekty; zaczynanie co kilka lat wszystkiego od nowa, bez szacunku dla zakumulowanego dorobku pokoleń i poszczególnych ludzi, brak stałości, pacta sunt non servanda);
Myślenie stadne, mało oryginalnego, odrębnego podejścia (takiego, jakie reprezentował Andrzej Walicki), brak odwagi intelektualnej, aby przeciwstawić się nie tylko większości, ale nawet grupie własnych przyjaciół; myślenie hierarchiami lub schematami i odwoływaniami do autorytetów, które są „niepodważalne”;
Brak kształcenia krytycznej postawy, umiejętności rzetelnej debaty, dialogu, słuchania, szacunku do odmiennych poglądów;
Konsumpcjonizm, szukanie banalnej i łatwej rozrywki zamiast rozwijania postawy intelektualnej ciekawości i podejmowania ryzykownych poszukiwań i rozwoju, którego celem jest ciekawe, bogate (nie w sensie mamony) ludzkie życie.
Moja intuicja podpowiada mi, że intelektualna forma ludzi mieszkających między Odrą i Bugiem jest słaba i niestety nadal słabnie. Czy ma to znaczenie, dopóki ludzie są zadowoleni z aktywności władz w zakresie redystrybucji, zadowolenia z siebie i z życia w Polsce? Ma ona jednak wpływ na stan demokracji, społeczeństwa i instytucji publicznych. Niektóre z nich, w coraz zamożniejszym kraju, działają coraz gorzej. Kolejne ekipy rządzą płytkimi zrywami, ma być łatwo i przyjemnie. Niestety intelektualnie słabe są także partie opozycyjne, cała para idzie w techniki pozyskiwania wyborców małymi koncesjami, bez programu naprawy państwa.
Władza posługuje się makiawelicznym narzędziem – manipulacją strachem. Straszy zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Człowiek zastraszony boi się myśleć. Poddaje się dyscyplinie, akceptuje bez dyskusji bezprawie. Franklin D. Roosevelt wśród Czterech wolności umieścił wolność od strachu (słynne jego stwierdzenie, że najgroźniejszym strachem jest sam strach). Dzisiaj umysły Polaków są od rana do wieczora bombardowane i ładowane strachem przed wojną, przed nieuchronną napaścią, przed wrogiem, przed obcym. W rezultacie boimy się siebie nawzajem i własnych myśli.
W obliczu coraz większej złożoności i płynności życia słaba forma intelektualna elit i szerokich kręgów społeczeństwa będzie coraz bardziej dotkliwie przekładać się na dalsze obniżenie poziomu kultury politycznej, na rosnący brak zaufania do nauki, na rozpanoszenie się teorii spiskowych i zabobonów, na podatność na propagandę i manipulację. Stąd tylko jeden krok do pozornie silnego, twardego, zmilitaryzowanego, ale w rzeczywistości dysfunkcjonalnego państwa, do alienacji i koniec końców do koncentracji władzy w rękach polityczno-oligarchicznej elity. Autorytaryzm pasie się na intelektualnych pustyniach, na bezkrytycznym, hierarchicznym i ukierunkowanym przez partyjnych przywódców i usłużne korporacje zbiorowym myśleniu.
Po agresji Rosji na Ukrainę intelektualiści i media natychmiast wskoczyli w kamasze: emocje przesłoniły racjonalne myślenie, a wypełniający próżnię niekompetentni eksperci nigdy nie mieli wątpliwości, że trzeba pokonać wroga, a nie negocjować zakończenie krwawej wojny, do czasu, kiedy Wuj Sam zmienił swoje nastawienie. Jednak ewentualne zakończenie wojny, czyli jakieś porozumienie pokojowe uznajemy wraz z całą Europą za jeszcze większe zagrożenie niż wojnę, w której wspieramy dzielnych żołnierzy ukraińskich, ginących na froncie. W rezultacie tego paradoksu Polska (i Europa), w tym właśnie delikatnym momencie, kiedy waży się kwestia wojny i pokoju, przystępuje do remilitaryzacji na ogromną skalę, ryzykując zmarnowanie swoich szans rozwojowych. Będziemy się zbroić kosztem szans młodego pokolenia i emerytów. Będziemy podwyższać podatki i redukować świadczenia socjalne, aby spłacać astronomiczny dług publiczny. Mimo zapaści demograficznej i braku ludzi do pracy dziesiątki tysięcy obywateli skierujemy do wojska i ćwiczeń w okopach.
Na dłuższą metę najważniejszą jest kwestia nuklearyzacji porządku europejskiego, w tym potencjalna rola Polski jako zwolennika takiego podejścia. Przerażający jest uwiąd racjonalnego, profesjonalnego i strategicznego myślenia, który bije aż w oczy w gorączkowych zabiegach polityków o naszą własną broń atomową. Trudno to nazwać debatą, ponieważ nikt nie odważa się (prezydent, premier, wszystkie siły polityczne, eksperci – wszyscy, krytykując wzajemnie swoje metody, z równym entuzjazmem podążają różnymi drogami w tym samym kierunku – po polską bombę) zakwestionować sensu posiadania Bomby A przez Polskę. Społeczeństwo otrzymuje od polityków i mediów wyłącznie jednostronne entuzjastyczne informacje, komentarze i słyszy okrzyki zachęcające do sięgnięcia po własny oręż nuklearny[1].W rezultacie otumanione masy nie zdają sobie sprawy, jaki jest bilans korzyści i strat z posiadania broni atomowej; nie są świadome niebezpieczeństwa i kosztów polskiego projektu nuklearnego. W polskiej demokracji nie pyta się przecież społeczeństwa o zdanie.
Dowód oparty na wishful thinking sprowadza się do argumentu, że nikt nie atakuje państwa posiadającego arsenał nuklearny. Wniosek z dobrze obecnie znanych planów wojny nuklearnej supermocarstw z niedawnej przeszłości prowadzi w zupełnie innym kierunku: Polska, na której terenie znajdowały się radzieckie składy broni nuklearnej, a może też środki jej przenoszenia, byłaby w przypadku wielkiego konfliktu całkowicie zmieciona z powierzchni ziemi przez pociski nuklearne z Zachodu. Teraz, kiedy jesteśmy po właściwej stronie, Polska zostałaby unicestwiona w razie wybuchu wojny Wschód-Zachód przez niewłaściwą rosyjską broń atomową.
Chociaż w Polsce nie toczy się uczciwa wszechstronna debata na ten temat, na szczęście czuwa nad nami opatrzność i racjonalne podejście Amerykanów (także administracji Trumpa), odmawiających akceptacji dla tego szalonego pomysłu (tak to określił wiceprezydent Stanów Zjednoczonych J.D. Vance). W XXI wieku rozsypał się porządek nuklearny ustanowiony przez dwa supermocarstwa w okresie Zimnej Wojny, czyli cały system traktatów regulujących, kontrolujących i hamujących nuklearny wyścig zbrojeń. Intruzywne inspekcje, pułapy wyznaczone dla arsenałów, intensywne kontakty dwóch społeczności kontrolerów nuklearnych zapewniały pewien stopień stabilizacji, zwłaszcza w zakresie strategicznej broni jądrowej. To jest już niestety przeszłość. W tym momencie prawie nic już z tego systemu nie zostało oprócz jednostronnych zobowiązań.
Tym ważniejsze jest wciąż jądro systemu nieproliferacji w postaci Traktatu o nierozpowszechnianiu broni jądrowej (ang. Treaty on the Non-Proliferation of Nuclear Weapons, NPT–1968 r.), którego sygnatariuszami jest 190 państw, w tym Polska. Artykuł VI Traktatu zobowiązuje strony do niepodejmowania prób uzyskania broni jądrowej. Instytucjonalnym strażnikiem nieproliferacji ze strony Narodów Zjednoczonych jest Międzynarodowa Agencja Energii Jądrowej (MAEA) w Wiedniu[2]. Od początku ery nuklearnej mocarstwa atomowe strzegąc swojego monopolu, przeciwdziałają proliferacji. Po Hiroszimie obawiano się, że liczba państw posiadających bomby atomowe sięgnie szybko liczby kilkudziesięciu, co zwiększy prawdopodobieństwo nuklearnej wojny. Tak się nie stało. Jednak przez ucho igielne zabezpieczeń przedostały się Indie, Pakistan, Korea Północna i Izrael. Afryka Południowa zrezygnowała z posiadanego arsenału, tak samo, jak trzy poradzieckie republiki. Libia w 2003 roku zaniechała dalszych prac nad bombą w zamian za zniesienie amerykańskich sankcji.
W wypowiedziach polskich polityków i ekspertów próżno szukać odwołań do naszych zobowiązań traktatowych i zrozumienia znaczenia nieproliferacji dla międzynarodowego bezpieczeństwa (ignorancja czy lekceważenie?). Polska dyplomacja przez całe lata (także w okresie PRL) przyczyniała się do przeciwdziałania proliferacji. Najbardziej inteligentnym przejawem polskiej samodzielności w trudnych warunkach obozowej dyscypliny był Plan Rapackiego. Była to inicjatywa stworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej (Polska, Czechosłowacja, Niemcy Zachodnie i Wschodnie) zgłoszona przez Polskę w Narodach Zjednoczonych (1957/8). Niezależnie od tego, czy to był plan fantastyczny w środku zimnej wojny i jakie miał drugie dno z punktu widzenia ZSRR, jego realizacja oznaczałaby wyprowadzenie broni nuklearnej z Polski. Obecne elity dążą do czegoś przeciwnego i nie trudzą się myśleniem o niebezpieczeństwach i zagrożeniach, które w rozregulowanej wojną Europie Środkowej i Wschodniej wiązałyby się z nuklearną proliferacją i destrukcją systemu NPT na tym obszarze (Niemcy, Ukraina, Szwecja, Finlandia, Turcja, Rumunia, Węgry, Czechy i ich sąsiedzi z pewnością poszliby w nasze ślady). Niemcy, Ukraina, Szwecja i inne kraje Europy mogłyby, ze względów technicznych, znacznie szybciej skonstruować własną broń nuklearną niż deklarująca się ze swoimi zamiarami Polska.
W naszym najlepszym interesie leży blokowanie proliferacji w Europie. Gdyby państwa Europy, dotychczasowi strażnicy nieproliferacji, wkroczyły na tę drogę, natychmiast runąłby cały system NPT. W Azji tzw. podprogowe państwa (Korea, Japonia, Australia), a na Bliskim Wschodzie Arabia Saudyjska, Egipt, Iran z pewnością wyposażyłyby się w broń nuklearną. Czy Polska byłaby bezpieczniejsza w takim świecie? W najgorszym scenariuszu Polska posiadająca własną broń nuklearną mogłaby zostać zaatakowana i prawie unicestwiona przez zaledwie kilka megatonowych bomb. Trudno porównać skutki zniszczenia Warszawy i kilku największych polskich metropolii w ciągu kilkunastu minut na stosunkowo niedużym obszarze naszego kraju z konsekwencjami ataku nuklearnego na Rosję i Stany Zjednoczone. Jaki jest sens zwielokrotnienia ryzyka takiego ataku na Polskę?
Tropiciel zawężania się horyzontów intelektualnych w Polsce musi nawiązać do wyrafinowanej krytyki amerykańskiej liberalnej edukacji na amerykańskich uniwersytetach przez Alana Blooma z pozycji konserwatywnej. The Closing of the American Mind: How Higher Education Has Failed Democracy and Impoverished the Souls of Today’s Students, 1987. Ten klasyk (dostępny w polskim przekładzie jako Umysł zamknięty), znalazł już w Polsce naśladowców po tej samej stronie debaty. W odróżnieniu od Blooma i jego imitatorów upatruję zasadniczej przyczyny uwiądu myślenia nie w standardach liberalnej edukacji i w dyktaturze tak zwanej politycznej poprawności, ale w dominacji sposobu myślenia dyktowanego etatystycznym, pozornym patriotyzmem, w istocie nacjonalizmem i szowinizmem. Jest w tym też głębszy korzeń, sięgający do smutnych czasów zbyt długiego panowania w Polsce gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, co rozszyfrowuję jako wymuszanie strachem przed karą posłuchu dla autorytetu, strach przed przeciwstawieniem się władzy, nieufność i skupienie się na swoim małym intymnym świecie.
Ale siła przesądu (dla Blooma ważny element mierzenia się ze światem) i wyimaginowanej tradycji, wydobyta w myśleniu o sobie i świecie przez Amerykę Trumpa, zaprzecza moim zdaniem podstawowym tezom Blooma, iż zamknięcie amerykańskiego umysłu wynika z relatywizmu i przymusu płytkiego, jednostronnego, progresywnego myślenia, ukształtowanego na amerykańskich liberalnych uniwersytetach. To ludzie wyznający światopogląd amerykańskiej prawicy, kierujący się niewzruszonym kanonem wartości moralnych, a nie amerykańscy relatywiści-liberałowie podważyli amerykańską Konstytucję i doprowadzili do ataku na Kapitol. Podzielam natomiast w pełni opinię Blooma o tym, jak ważna jest mądra edukacja, otwierająca ludzkie umysły.
Myślenie, krytycyzm, kreatywność, innowacyjność, brak strachu przed skutkami nonkonformizmu w jego rozmaitych formach, kultywowanie pluralizmu były i są fundamentem dobrze funkcjonującego społeczeństwa i pomyślności jednostek. W takich warunkach można rozwijać się, korygując błędy, a nie zaczynać zawsze od niszczenia dorobku poprzedników. Jeśli ktoś chce rozumować w kategoriach bezpieczeństwa państwa, może sięgnąć do wywodu Amy Zegart dowodzącej w kontekście amerykańskim (ale mającym wydźwięk uniwersalny), że Wiedza jest potęgą – edukacja i innowacje stanowią źródło siły i prężności[3].
Ofiarą bezmyślności i priorytetów elit pada całe społeczeństwo. Niedostatki kultury intelektualnej i politycznej, brak szacunku dla wiedzy ze strony władzy i opozycji, kieruje nas w stronę magicznych rozwiązań. W Europie trwa licytacja polityków i ekspertów, domagających się błyskawicznej remilitaryzacji i nuklearyzacji. Najwyżej licytuje prezydent Emmanuel Macron, ofiarujący państwom Europy nuklearne Niderlandy. Znawcy tematu mają wątpliwości, czy skromny zasób głowic nuklearnych Francji ma dużą wartość odstraszającą, ale Niemcy, Polska, Dania, ustawiają się już w kolejce po nuklearne okruchy z francuskiego arsenału. Akces Polski tym bardziej budzi moje zdziwienie, że dzieje się w czasie, gdy administracja prezydenta Trumpa kontynuuje program modernizacji poprzednika i zwiększa nasycenie teatru Europy bronią nuklearną, czyli wcale nie zwija amerykańsko-natowskiego parasola nuklearnego nad naszym obszarem.
W pierwszych dwóch dekadach po zimnej wojnie zmalało ryzyko wojny nuklearnej. Jednak w XXI wieku z powrotem pojawiła się groźba użycia broni jądrowej, w nowych, w innych niż w okresie zimnej wojny okolicznościach. Dlaczego?
Po pierwsze, Bomba spowszedniała, widmo jej zastosowania przestało straszyć. Politycy i komentatorzy konfliktów rozprawiają o jej użyciu jak o chlebie powszednim współczesnej wojny. Działa czynnik przyzwyczajenia do strzelby, która po 1945 roku nigdy nie wystrzeliła. Jednak w oswojeniu się z Bombą jako narzędziem wojny kryje się szczególne niebezpieczeństwo, groźba złamania nuklearnego tabu.
Po drugie, liberalna charakterystyka światowych zmagań jako walki demokracji z autokracjami, wynikająca z niej apokaliptyczna wizja konfliktu cywilizacji, w konsekwencji zepchnęła na margines tradycyjne instrumentarium łagodzenia konfliktów między państwami. Z diabłem się nie paktuje, nie prowadzi rozmów dyplomatycznych, ponieważ nie można mu ufać. Dobro nie negocjuje ze złem. Wychodzi na to, że jedynym remedium pozostaje powstrzymywanie wroga i ostatecznie – wojna. W czasie zimnej wojny mocarstwa zajmowały się we własnym interesie i w interesie światowego pokoju nieproliferacją; teraz, gdy stawką walki jest zwycięstwo naszej cywilizacji kontrola broni nuklearnej nie jest priorytetem[4].
Po trzecie, w charakterystyce obecnego kryzysu porządku światowego trzeba wypunktować preferencję dla propagandy w miejsce skrupulatnego badania faktycznego stanu rzeczy i rozpoznawania interesów przeciwnika oraz podejmowania niejednoznacznej i często kontrowersyjnej kwestii uwarunkowań jego postępowania. Myślenie dychotomiczne i wytwarzanie obrazu absolutnego wroga mogą przyczynić się do użycia broni absolutnej, w trakcie wymykającej się kontroli eskalacji albo przez przypadek. Kiepska jakość i rozgorączkowanie elit, które myślą w kategoriach stanu wyjątkowego dla całego świata, nie nastraja optymistycznie.
To zagrożenie jest bardzo poważne, ponieważ nie działają już traktatowe mechanizmy regulujące, stanowiące quasi porządek nuklearny i umowne, eliminujące nieodpowiedzialne posługiwanie się werbalnymi nuklearnymi groźbami. Nie funkcjonuje swoista etykieta nuklearnych relacji wypracowana mozolnie przez supermocarstwa. W okresie wojennego przesilenia, w okresie narastającego lęku, niepewności i braku wizji przyszłości, ignorowane są lekcje Hiroszimy i rośnie skłonność do podejmowania irracjonalnego ryzyka.
Historyk wczesnej fazy doktryny nuklearnego odstraszania (nuclear deterrence), którym poniekąd jestem, nie wierzy w pożytek ulokowania niewielkiego arsenału broni nuklearnej w Polsce[5].To nie jest droga do zapewnienia Polsce raz na zawsze upragnionego bezpieczeństwa. Przeciwnie, ten krok zwielokrotni zagrożenie atakiem nuklearnym na Polskę.
Ale jest na to sposób. Mam skromną propozycję, jak zapewnić Polsce absolutne bezpieczeństwo za pomocą broni absolutnej. Przed 65 laty zyskał sławę pomysł szefa ekspertyz strategicznych RAND Corporation Hermana Kahna. Zaproponował on w książce o wojnie termojądrowej z 1960 roku skonstruowanie Maszyny Sądu Ostatecznego – Doomsday-Machine[6]. W proponowanej przeze mnie wersji, umieszczony w Polsce 600 metrów pod ziemią ładunek nuklearny o gigantycznej mocy, byłby ostatecznym argumentem odstraszania. Eksplodowałby on, gdyby radary wykryły atak nuklearny na Polskę. Skutkiem jego wybuchu byłoby unicestwienie życia na ziemi. Istotą tego projektu jest jego automatyczne uruchomienie: bez możliwości ingerencji polityków z zewnątrz, którzy mogliby coś zepsuć.
Przemysław Grudziński – polski dyplomata, naukowiec, dr hab. nauk historycznych, były wiceminister obrony i spraw zagraniczych, ambasador Polski w USA i Finlandii, stały przedstawiciel przy ONZ w Wiedniu, autor wielu książek, w tym m.in. Teologia bomby. Geneza nuklearnego odstraszania. Ostatnio ukazały się: Rozpadające się światy (2024) i Twarde państwo (2025).
[1] Natowski program Nuclear Sharing, do którego aspiruje Polska od 2023 roku nie narusza zobowiązań NPT. Arsenały nuklearne rozmieszczone w kilku europejskich państwach członkowskich NATO pozostają pod całkowitą kontrolą Stanów Zjednoczonych w czasie pokoju. Decyzja o użyciu broni nuklearnej pozostaje w gestii Stanów Zjednoczonych. Zupełnie inne są implikacje narodowego projektu nuklearnego.
[2] Autor był Stałym Przedstawicielem Polski w MAEA (2009–2014), a przez okres roku członkiem Rady Gubernatorów kierującej pracami MAEA.
[3] Amy Zegart, The Crumbling Foundations of American Strength. Knowledge is Power – and the United States Is Losing It, Foreign Affairs, August 20, 2024.
[4] Richard Sakwa, The Culture of the Second Cold War, Anthem Press, London and New York 2025, s. 37–38.
[5] Przemysław Grudziński, Teologia bomby. Narodziny systemu nuklearnego odstraszania 1939–1953, t. I–III, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988. O potrzebie zmiany tradycyjnego spojrzenia na odstraszanie nuklearne w kontekście ostatnich konfliktów (rewizji założenia, że żadne państwo nie zaatakuje państwa nuklearnego przy użyciu broni konwencjonalnej lub jądrowej z powodu lęku przed użyciem nuklearnego odwetu) pisze Paul Avey, When Nuclear Weapons Fail to Deter. The Ultimate Weapon Is Not Always the Best Defense, Foreign Affairs, March 6, 2025.
[6] Herman Kahn był pierwowzorem Doktora Strangelove w znakomitej komedii Stanleya Kubricka Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964). Absurd Bomby A uchwycił Sławomir Mrożek w Weselu w Atomicach (1959).
Okazuje się, że im dalej w las, tym więcej drzew. Szokujący opinię publiczną wpis Donalda Trumpa z lutego br., w którym nazwał Wołodymyra Zełenskiego „dyktatorem bez wyborów”, obwinił go za wybuch wojny i oskarżył o manipulowanie Stanami Zjednoczonymi, okazał się jedynie rozgrzewką, a stanowcze i jednoznacznie negatywne reakcje światowych liderów nie wywarły na jego autorze większego znaczenia. W tamtym poście Trump twierdził, że Zełenski „grał na Bidenie jak na wiolonczeli”. Jednakże patrząc na to, co dzieje się po spotkaniu na Alasce, można zacząć się obawiać, że to bardziej Putin gra na Trumpie i to nie poprzez bezpośrednią manipulację, lecz przez strategiczne wykorzystanie putinowskiego stylu przywództwa i odmiennego postrzegania polityki.
Trumpa wizja polityki zagranicznej opiera się na transakcyjności. NATO przestaje być wspólnotą wartości, staje się klubem z opłatą członkowską. Artykuł 5, który stanowi fundament sojuszu, jest przedstawiany jako warunkowy — tylko „płacący członkowie” mają abonament na ochronę. W rzeczywistości NATO to dobrowolny sojusz, a Artykuł 5 nie gwarantuje automatycznej interwencji militarnej. Każde państwo członkowskie decyduje samodzielnie, jak zareagować na atak — może to być pomoc wojskowa, ale też dyplomatyczna czy logistyczna. Niefortunnie, wielu obywateli krajów członkowskich, nawet decydentów, błędnie zakłada, że Artykuł 5 oznacza natychmiastowe wysłanie wojsk USA. Wyjaśnienie tej subtelności jest dziś kluczowe dla międzynarodowego bezpieczeństwa.
Traktowanie NATO jak usługi abonamentowej oraz insynuowanie, że ci, którzy płacą są bezpieczni, to budowanie złudnego poczucia bezpieczeństwa u tych, którzy osiągają wymagane 5 procent PKB i wykluczenie tych, którzy nie mogą „zapłacić” – jak Hiszpania czy Grecja. Nieważne, że te kraje mogą wspierać Sojusz na miarę swoich możliwości. Takie traktowanie nie tylko zniekształca istotę NATO, ale też osłabia jego wiarygodność jako narzędzia odstraszania. Ta retoryka tworzy podstawy do fragmentacji Sojuszu i ośmiela przeciwników.
Putinowska wizja polityki zagranicznej opiera się na rekonstrukcji imperium. Putin nie improwizuje. Realizuje długoterminową wizję odbudowy wpływów Rosji i osłabienia Zachodu. Jego transakcje są chłodne, imperialne, pozbawione emocji. Handluje wpływami, terytorium i narracjami historycznymi — nie lojalnością, pochlebstwem czy dumą z bycia nieprzewidywalnym.
Dla Putina świat to nie sieć równorzędnych państw. To pole historycznego roszczenia, w którym Rosja ma odzyskać należne miejsce — nie przez współpracę, lecz przez siłę. Granice innych są płynne, a miejsce i prawa Rosji święte. Suwerenność sąsiadów jest tymczasowa. Tę tymczasowość można i należy unieważnić, gdy rosyjski interes tego wymaga.
Putin nie postrzega NATO jako dobrowolnego sojuszu wynikającego ze wspólnoty wartości, lecz jako zagrożenie dla rosyjskiej cywilizacji. NATO to nie potencjalny partner. To mur do przebicia. UE to nie projekt pokoju, lecz dekadencka struktura, która rozmywa tożsamość. W tej wizji Zachód to moralna destrukcja dla której kontrapunktem jest silna, konserwatywna i niepokonana Rosja. Rosja nie kupuje miejsca przy stole — ona go sobie bierze. Nie płaci składek, nie negocjuje warunków. Putin nie oferuje transakcji — on oferuje wybór: podporządkowanie albo chaos. To nie jest polityka zagraniczna, to geopolityczna dramaturgia, w której Rosja gra rolę bohatera tragicznego, zdradzonego przez historię, ale gotowego ją napisać na nowo.
Ale USA, Rosja i Europa to nie jedyni rozgrywający na geopolitycznym boisku, na którym mocnym i tajemniczym graczem są Chiny. I pomimo że boisko jest wspólne, każdy gra w swoją grę. Indywidulany gracz – Trump – gra w pokera (blef, siła, ryzyko); kapitan drużyny – Putin – w szachy (strategia, pozycja, spokój, kamienna twarz, długofalowa kontrola). Dla Xi Jinpinga gra to układanka, nie pojedynek. Nie chodzi o pokonanie przeciwnika, lecz o zbudowanie świata, w którym przeciwnik sam się dostosuje. Jego pionki to nie ludzie, tylko infrastruktura, technologie i narracje. A społeczeństwo? To nie zbiór graczy, to mechanizm, który Xi kalibruje jak zegarmistrz.
Chiny nie blefują. Milczą, kalkulują i czekają aż przeciwnik sam się odsłoni. Inicjatywa Pasa i Szlaku to nie blitzkrieg. To rozrastająca się pajęcza sieć. Zamiast frontalnych ataków — ekspansja przez infrastrukturę, handel, technologie. Chiny rosną i planują. Ich strategia obejmuje dekady, a nie kadencje wyborcze. Wysyłają studentów za granicę, budują globalną infrastrukturę i promują potężną narrację narodową: „Chiński Sen”. Ci młodzi profesjonaliści wracają do kraju z zachodnią wiedzą, ale głęboką lojalnością wobec ojczyzny. Stają się częścią systemu, który łączy nowoczesne umiejętności ze starożytnymi ambicjami. Siła Chin tkwi nie tylko w gospodarce czy armii — ale w zdolności do myślenia z wyprzedzeniem, zachowania jedności i kształtowania świata na własnych warunkach.
Europa zdaje się grać w brydża. Pozornie brydż to gra zespołowa, wymagająca współpracy. Pozorna zespołowość Europy grającej w brydża polega na tym, że choć gra wymaga współpracy, sygnałów i wspólnej strategii, to tutaj każdy gracz gra trochę na własną rękę — z własnym rozdaniem, własnymi interesami i często sprzecznymi celami. Teoretycznie Unia Europejska to projekt wspólnotowy. Państwa członkowskie mają współdziałać, dzielić się informacjami, budować wspólną linię wobec wyzwań — od bezpieczeństwa po klimat. Praktycznie: każdy kraj ma inne karty, inne priorytety, inne tempo. Na tym, z konieczności wspólnym, boisku każdy z graczy widzi co innego.
Trump patrzy w swoje karty i widzi Royal Flush, pokera królewskiego. Nie wie jednak, że to już nie ta sama rozgrywka. Stół się zmienił, gracze się zmienili, zasady są płynne. Trump gra tak, jakby rozdanie z lat 90. wciąż obowiązywało — z USA jako jedynym krupierem. Pokazują to jego kolejne ruchy: zablokowanie funduszy USAID czy list to krajów NATO. Wciąż blef, siła, dominacja. Ale inni gracze już nie czekają na jego ruch — mają własne strategie.
Putin wciąż marzy o szach-macie. Nie interesuje go remis, nie interesuje go współistnienie. On chce zakończenia partii — z Rosją jako triumfującym graczem, który pokonał Zachód nie tylko militarnie, ale i symbolicznie. Problem? Plansza się rozszerzyła, pionki się zbuntowały, a przeciwnicy nie grają już według zasad szachowych.
Chiny nie patrzą w karty — one patrzą na planszę do go. Xi Jinping nie szuka jednej spektakularnej wygranej. On widzi sieć wpływów, rozrastające się terytorium, przestrzeń do otaczania przeciwnika. Xi nie potrzebuje Royal Flush — wystarczy, że przeciwnik nie zauważy, że został otoczony. Chiny widzą świat jako układ dynamiczny, w którym siła nie musi być głośna, a zwycięstwo nie musi być ogłoszone. Ich gra to cierpliwość, infrastruktura, narracja cywilizacyjna — nie pojedynek, lecz asymilacja.
Tymczasem w Polsce dominuje narracja, że „możemy spać spokojnie, bo amerykańscy żołnierze tu są”. Trump potwierdził, że „zostaną”, co dla wielu stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Ale obecność wojsk USA w Polsce to gest geopolityczny — nie gwarancja pełnej obrony i całkowitego bezpieczeństwa. W dobie nowoczesnych technologii, cyberwojny i broni precyzyjnej, nikt nikomu nie może dać takiej gwarancji.
W Polsce zdaje się rosnąć rozdźwięk między większością, która ufa magicznej mocy Artykułu 5, a mniejszością, która rozumie jego dobrowolny charakter i dostrzega ryzyko izolacji. To właśnie ta mniejszość zadaje pytania: co się stanie, jeśli USA zdecydują, że nie opłaca się angażować, że Polska nie spełnia warunków abonamentu? Co dalej?
Jedno jest oczywiste: Polska jako kraj frontowy nie może pozwolić sobie na geopolityczne złudzenia. Na tej lekcji już byliśmy w 1939. Dziś powinniśmy już wiedzieć i rozumieć, że obecność sojuszników to nie gwarancja, lecz potencjał, który trzeba pielęgnować poprzez realne zaangażowanie, dyplomację, budowanie zaufania, a przede wszystkim przez budowanie własnej gotowości i spójności politycznej oraz realnych kompetencji przywódczych i militarnych.
Minął tydzień, jakiego pod względem intensywności wydarzeń jeszcze nie mieliśmy, nie tylko na Wiejskiej, ale także na Krakowskim Przedmieściu, w Alejach Ujazdowskich i wszędzie tam, gdzie się działa wielka polityka. Drony, które nadleciały ze Wschodu, uświadomiły klasie politycznej grozę sytuacji i zupełnie nie od rzeczy było nazwać ją wreszcie po imieniu „wojną hybrydową”. I od tego chyba wypada zacząć – zarówno premier, jak i minister obrony podjęli w Sejmie próbę zdefiniowania obecnej jakże dynamicznej sytuacji (trwające manewry Zapad na Białorusi), pokazując jednocześnie wolę i determinację, aby jak najskuteczniej temu przeciwdziałać. Zestrzelenie kremlowskich dronów i odwołanie się do art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego było „zdecydowaną i twardą odpowiedzią”, a premier informując Izbę o tym, co zaszło i o następnych krokach, mocno osadził te wydarzenia w realiach sojuszniczych (do dronów strzelali piloci NATO). Z jednej strony wojny hybrydowej, która już od jakiegoś czasu wystawiała naszą cierpliwość na próbę, z drugiej sojuszy, w których Polska się znajduje. Że nie jest bezbronna i osamotniona, jako członek NATO i UE, że znajduje się po właściwej, zachodniej stronie Europy i świata, i że wszędzie jest aktywna, domagając się reakcji.
To akurat swoista kropka nad i po udanej wizycie prezydenta Nawrockiego w USA, choć stamtąd akurat płyną niejasne sygnały – jakby niewiary Białego Domu i administracji Trumpa, że nad Polskę jednak nadleciały drony wypuszczone ręką Putina. Nie wytrąciło to argumentów z rąk rządu i prezydenta – za Atlantyk, o Europie nie wspominając, poszedł zgodny komunikat, że Polska oczekuje na siłę i potęgę całego NATO i UE. I błyskawicznie otrzymała ją, co jest niewątpliwie zasługą obydwu ośrodków władzy i wspólnym osiągnieciem wynikającym ze zgodnego ukierunkowania na zapewnienie krajowi sojuszniczego bezpieczeństwa. Mamy więc kohabitację w praktyce i tu egzamin został zdany.
Inną sprawą jest, że w szczegółach pokazano w Sejmie całą paletę uwag, pretensji i zastrzeżeń do dokonań w polityce obronnej i zagranicznej ostatnich rządów, aż czasami uszy więdły. Ale w sumie Izba od tego jest, aby toczący się spór jakoś skanalizować, i żeby dodatkowo nie zatruł przestrzeni debaty publicznej, na czym bardzo zależało Kremlowi. Który podjął także ofensywę informacyjną w internecie i może kapitalną rzeczą było to, że zwykli ludzie ostrzegali się wzajemnie, aby nie wierzyć w internetowe hasła i sensacje. Mają one bowiem często nadawcę zainteresowanego w sianiu niepewności i paniki; tej nie zanotowano, a wręcz przeciwnie – ludzie wierzyli rządowi i oficjalnym komunikatom.
Był to więc tydzień próby, czy możemy w krytycznej sytuacji zagrożenia osiągnąć jakie takie porozumienie. Z drugiej strony Sejm zmagał się z wetami prezydenta, które przecież poszatkowały wiele kluczowych ustaw, na czele z ustawą o pomocy Ukraińcom. Oczywiście postulat wypłaty 800 plus osobom pracującym (z pewnymi zastrzeżeniami i wyjątkami) został spełniony, ale gra idzie przecież o wyższa stawkę: legalności pobytu Ukraińców w Polsce i ich dalszego goszczenia jako obywateli kraju napadniętego. Naprawdę źle by się stało, żeby tego, co napsuło weto, szybko nie naprawiono. Nie tylko z punktu widzenia rynku pracy, ale także ludzkiej przyzwoitości i tego, jak Ukraińcy czuliby się w naszym kraju. To także ma walor bezpieczeństwa, choć może bardziej wewnętrznego, o czym warto pamiętać, wetując ustawę o pomocy. Chodzi przecież o to, że póki wojna trwa, należy stworzyć Ukraińcom szansę przetrwania w Polsce i być im opoką na tyle, na ile tylko można. Polska zachowała się do tej pory wzorowo, byłoby dobrze, aby nie zeszła z tego kursu, np. kolejną niemądrą decyzją prezydenta.
Sejm i Senat to doskonale wiedzą, ale czy prezydent? Bo gdyby tak detalicznie przyjrzeć się porządkowi powakacyjnego posiedzenia Sejmu, a jeszcze bardziej harmonogramowi, to mieliśmy ogrom pracy na Wiejskiej, czasami do późnych godzin nocnych. Kilkadziesiąt punktów porządku dziennego, często spadów z pierwszej połowy roku, no i projektów do tej pory odłożonych na później, ale jednak w tych dniach wypuszczonych do prac legislacyjnych. Bez wchodzenia w szczegóły, to na tym miałoby polegać koalicyjne przyspieszenie? Nie wiadomo, na ile jest to skutek różnych starych obsuwek i nieuzgodnień, a na ile nowej energii, ale widać, że Sejm nadgania. Inna sprawa, czy wobec chęci prezydenckiego wetowania ma to głębszy sens. Z rozmów kuluarowych wynika jednak, że część posłów na serio wierzy w przełamanie ochoty pana prezydenta. Choćby w ustawach podatkowych, które są przecież kluczowe dla budżetu na 2026 rok, chyba że nowe stawki np. podatku akcyzowego zostaną w ustawie zawetowane, ale przejdą w budżecie państwa – zapisane po stronie dochodowej. W kuluarach dużo mówi się o tym, że przy skierowaniu przez prezydenta ustawy budżetowej w Aleje Szucha do tzw. TK, prowizorium budżetowe zadziała z automatu, co jest nawet lepsze. Pytanie brzmi, kiedy Nawrocki zechce nie spodobać się Prezesowi w sprawie wetowania i pokazać nowe oblicze lidera całej prawicy, mającego swoje zdanie. Stawka w PiS idzie bowiem o to, kto będzie przywódcą na następne 20 lat i Nawrocki nie jest tu bez szans. Tym bardziej, że medialne występy b. prezydenta Dudy, budzą w szeregach PiS jedynie pomruki politowania; Duda przecież odważył się zaatakować samego Prezesa i wezwać do zmiany pokoleniowej. Dla niektórych jest to signum temporis. Prezes tak czy siak musi przejść do historii, pytanie tylko, dużej czy małej?
13 września na platformie prezydenta Trumpa ukazało się jego posłanie do sojuszników z NATO. Teksty o tak poważnej wadze gatunkowej – dotyczy to przecież najpotężniejszego Sojuszu – pieczołowicie przygotowywano przed rozmowami, ale za zamkniętymi drzwiami. Zasadą jest unikanie w tekście jakikolwiek podkreśleń, wykrzykników itd. Jeśli już posługujący się taką ściągą mąż stanu w trakcie rozmów miałby podnieść brwi lub głosowo zaakcentować – nawet ten element był w tekście wskazany. Ale to historia… Obecnie media socjalne „piszą” inną stylistyką, nawet gramatykę inną stosują, inny rodzaj ekspresji… Chociaż problemy coraz poważniejsze do rozwiązania.
Dotychczasowy brak skuteczności polityki Trumpa wobec Rosji i w jego osobistych relacjach z Putinem może oczywiście wywoływać zniecierpliwienie i frustrację w głowach jej twórców i apologetów. Podważa wiarygodność pretendenta do pokojowej nagrody Nobla. Czy posłanie z 13 września jest próbą znalezienia usprawiedliwienia i zrzucenia winy na innych?
Wojna jest „absurdalna” – pisze D.Trump. Ależ oczywiście… jak każda wojna. Prezydent USA oznacza winnych wojny: Bidena i Zelenskiego. Ale nie Putina. W ocenia Trumpa wciąż brak rozróżnienia na agresora i ofiarę.
Trump jasno stawia sojusznikom warunki, spośród których całkowite wstrzymanie zakupów węglowodorów z Rosji jawi się jako zasadne i celowe. W miniony piątek ministrowie finansów G-7 rozmawiali o kolejnych sankcjach wobec Rosji oraz o ewentualnym nałożeniu ceł na kraje, które uznane za „wspierające” wojnę Rosji przeciwko Ukrainie. Ministrowie G-7 wskazali (wg PAP). iż przychody z energii pozostają najważniejszym źródłem gotówki Kremla na finansowanie działań wojennych, co sprawia, że eksport ropy i gazu jest głównym celem zachodnich sankcji. Rosyjski budżet dzięki zakupom węglowodorów przez potężne gospodarki Chin i Indii oraz mechanizmowi flotylli „tankowców – widm” pozyskuje dominujące źródła dochodów na prowadzenie wojny.
Wydawało się, że osiągnięto pewien konsensus między Europą i USA co przyszłych działań i że w obecnych warunkach, a zwłaszcza szczególnie po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony, Biały Dom przystąpi do realizacji zapowiadanej od dawna drugiej i trzeciej fazy „pokoju przez siłę” czyli znacznego zaostrzenia amerykańscy sankcji na Rosję
Okazuje się, że dotychczasowe zabiegi europejskich liderów na rzecz pogłębienia spójności i trwałości transatlantyckiej – Ich decyzja o podniesieniu do 5% PKB wydatków obronnych, dotychczasowe poważne zakupy i rosnące zmówienia na produkcję amerykańskiego sektora zbrojeniowego, sierpniowe polityczne rozmowy liderów w Białym Domu po Alasce – są niewystarczające i tworzą zbyt nikłą gwarancją dla stabilności relacji Europa-USA.
Prezydent Trump dobitnie podkreśla: karty w rękach Europy są słabe tzn. nie jest to pełne zaangażowanie i zobowiązanie na rzecz wygrania wojny („jest znacznie poniżej 100%”), a osłabia ona sobie swoją pozycję negocjacyjną i przetargową wobec Rosji (czyli: pokój przez siłę) szokującymi zakupami rosyjskiej ropy przez niektóre kraje!
Owszem, zakupy węglowodorów z Rosji przez Słowację i Węgry są problematyczne dla wizerunki i spójności UE, jednakże wątpliwym jest, aby stanowiły one podstawowe źródło finansowania wojny Kremla przeciwko Kijowowi. Krytyka Trumpa pod adresem Europy jest raczej potwierdzeniem słów wiceprezydenta D.Vance’a podczas Monachijskiej Konferencji o tym, jaką realnie wartość ma Europa dla USA.
Nie wiem, jak inaczej niż instrumentalizacją Sojuszu wobec celów obecnej administracji tj. wychodzących poza zobowiązania Traktatu Północnoatlantyckiego nazwać postulat włączenia się członków NATO do nałożenia ceł na Chiny „w wysokości od 50% do 100%”. Czy jest to amerykańska próba ratowania Rosji i Indii przed ich utratą na rzecz „najmroczniejszych Chin” czyli już nie poszukiwanie sojuszników (jak, przykładowo, inicjatywa J. Bidena z 2023 r. w sprawie utworzenia antychińskiej Struktury Gospodarczej Indo-Pacyfiku (IPEF)), ale wolicjonalna presja na wykorzystanie nieistniejących (sic!) mechanizmów zobowiązań? Presja instrumentalizacji i podporządkowania Europy jest w konsekwencji logiki posłania jednoznaczna – zostaniecie sami, nie liczcie na USA („If NATO does as I say, the WAR will end quickly, and all of those lives will be saved! If not, you are just wasting my time, and the time, energy, and money of the United States”).
Na Kremlu ponownie otwierają szampany. Moskwa zyskała nie tylko czas na dalsze prowadzenie działań w Ukrainie, na planowanie gry z Waszyngtonem przy pomocy głównie Chin i Indii, ale poza osiągniętą już legitymizacją powrotu na „czerwone dywany”, otrzymała do ręki także narzędzie do udziału w „wielkiej brudnej globalnej grze”, stawiając kolejne znaki zapytania nad trwałością sojuszu transatlantyckiego.
W nocy 9 września 2025 roku izraelskie lotnictwo dokonało ataku na biuro polityczne Hamasu w stolicy Kataru. Celem nalotu miała być eliminacja takich postaci, jak Khalil al-Hayya czy Khaled Mechaal, uczestniczących w spotkaniu kierownictwa organizacji w starym biurze Ismaela Haniyeh. Według raportów katarskich pociski zdołały jednak trafić jedynie w dom Khalila al-Hayya, nie czyniąc jednak szkody nikomu, kto był na liście celów. W ataku zginął funkcjonariusz lokalnych służb bezpieczeństwa, a także pięciu Palestyńczyków obecnych w nieruchomości – przypadkowe ofiary. Bezpośredni efekt operacji można podsumować zatem krótko: spektakularne niepowodzenie. Ale to ocena niepełna.
Arabskie państwa Zatoki od dekad budują swoją politykę bezpieczeństwa na założeniu, że amerykański parasol gwarantuje im spokój. Logika była dotąd prosta: udostępnianie swoich baz Amerykanom, zakupy amerykańskiego sprzętu, wsparcie polityki Waszyngtonu w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. Dlatego też atak Izraela – bliskiego sojusznika USA – naruszający suwerenność Kataru, innego sojusznika USA, nie jest jedynie kolejnym epizodem konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Atak obnażył złudność dotychczasowej katarskiej (i nie tylko katarskiej) polityki bezpieczeństwa. To prawdziwy wstrząs dla świata bliskowschodniej dyplomacji i gwałtowne otrzeźwienie dla bogatych monarchii Zatoki, po którym najprawdopodobniej nic w ich relacjach z USA i Izraelem nie będzie takie samo.
Katar pełnił do tej pory rolę kluczowego mediatora między Izraelem a Hamasem. Jego dyskretne mediacje i pośrednictwo przy negocjowaniu kwestii zakładników i rozejmu w Strefie Gazy były jednym z nielicznych przykładów pragmatyzmu w regionie. Jak też wyrazem otwartości, dobrej woli i gotowości świadczenia dobrych usług dla każdej ze stron zainteresowanych poszukiwaniem kompromisu, pospołu z zakorzenioną głęboko w arabskiej kulturze zasadą gościnności i ochrony dla każdego, kto gościem się staje. Te właśnie zasady nadają dodatkowego sensu wypowiedzi ambasadora Kataru w USA z 2023 roku, który w oficjalnym wywiadzie, oznajmił, że jego kraj zezwolił Hamasowi na otwarcie swojego przedstawicielstwa w Dosze na prośbę Waszyngtonu, zainteresowanego utworzeniem „pobocznych kanałów komunikacji” z Hamasem.[1]
Jak podkreślają katarskie źródła, USA poinformowały Katar – swojego sojusznika – dopiero 10 minut po rozpoczęciu operacji, a do telefonicznej rozmowy emira z prezydentem Trumpem doszło już po jej zakończeniu. Zarówno emir Tamim bin Hamad Al Thani, jak i premier Mohammed bin Abdulrahman Al Thani uznali nalot za „rażące naruszenie suwerenności państwa” oraz „akt terroryzmu państwowego”. Premier posunął się nawet do stwierdzenia, że „izraelski atak jest aktem zdrady ze strony Waszyngtonu” (sic), po czym zapowiedział „przegląd zasad obowiązującego porozumienia bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi”.[2] To pokazuje skalę kryzysu zaufania. Milczenie i brak reakcji USA nie zostały odczytane jako błąd czy przeoczenie, lecz jako przyzwolenie na atak. Amerykanie nie powstrzymali nalotu, a to budzi pytania o zakres ich wpływów i sojuszniczą wiarygodność.
Od dwóch dekad państwa Zatoki starają się odgrywać rolę aktywnych uczestników amerykańskiej polityki w regionie, a biorąc pod uwagę potencjał amerykańskich sił w bazach udostępnionych przez zatokowe monarchie – także rolę instrumentu projekcji siły USA. Z regionu będącego konsumentem bezpieczeństwa USA Zatoka stała się pośrednikiem w ekspozycji potęgi amerykańskiej, jej kontrahentem i beneficjentem: od walki z terroryzmem po dyplomację regionalną. Porozumienia Abrahamowe z 2020 roku, formalizujące relacje Izraela z Bahrajnem i ZEA, miały być ukoronowaniem tej polityki. Normalizacja z Izraelem miała zapewnić państwom Zatoki życzliwość w Waszyngtonie i bezpieczeństwo w regionie. Jednym z głównych założeń strategii bezpieczeństwa arabskich państw Zatoki było bowiem przekonanie, że Izrael, choć historycznie Arabom wrogi, może być partnerem cichej współpracy, podczas gdy głównym przeciwnikiem pozostaje Iran. Ataki Iranu w czerwcu 2025 roku w odwecie za amerykańskie naloty już wówczas miały wymiar przede wszystkim symboliczny, wliczając w to natychmiastowe telefoniczne zapewnienia Iranu, że to nie Katar jest celem ataku, jak i symboliczne znaczenie liczby odpalonych rakiet, zresztą skutecznie strąconych przez Katarczyków. Ale dopiero teraz, po izraelskim nalocie, symbolika ta nabiera głębi i nowych znaczeń.
Dla państw Zatoki Izrael objawił się po raz kolejny jako aktor poza sferą wszelkiej kontroli, zdolny do użycia siły w pełni bezkarnie, a zatem kraj groźniejszy niż Iran. Teheran, choć wciąż postrzegany jako zagrożenie, jest jednak niezmiennie od lat minitorowany, obłożony sankcjami i powściągany przez Zachód. Izrael natomiast działa bez ograniczeń i z pełnym wsparciem niemal całego Zachodu. Rozczarowanie musi być zatem głębokie. Państwa, które jeszcze niedawno widziały siebie jako kluczowego partnera w regionalnej demonstracji amerykańskiej potęgi, dochodzą do wniosku, że Waszyngton jest bezrefleksyjnym jeśli nie aroganckim beneficjentem ich zasobów i położenia, nie oferując w zamian wsparcia dla ich suwerenności. Czystość intencji i przejrzystość działań, szacunek i zaufanie zostały poważnie nadwerężone. To zaś prowadzi do frustrującej konkluzji: państwa formalnie przyjazne USA, takie jak Katar, ZEA czy Arabia Saudyjska, stają się politycznie ubezwłasnowolnionymi zakładnikami własnych iluzji o sojuszniku i bezwględnej polityki tegoż sojusznika. Potrzeba samodzielnego budowania nowych aliansów bez oglądania się na Waszyngton może zatem okazać się tylko kwestią czasu.
Izrael od lat prowadzi politykę ekspansywną i ryzykowną, a atak na Dohę wpisuje się w jej logiczny, choć kontrowersyjny porządek. Ostatnie operacje w Syrii, w Jemenie, bombardowania Libanu pokazują, że izraelskie władze traktują Bliski Wschód jako teren do politycznego zagospodarowania wedle wyłącznie własnego uznania, niemal jak planszę gry strategicznej, na której pionkami są całe państwa. Spektakularne naloty, jak ten na Dohę, mają mieć efekt odstraszania i być demonstracją siły. Poczucie bezkarności, karmione brakiem reakcji Zachodu na działania Izraela w Strefie Gazy, rośnie. W izraelskiej przestrzeni medialnej pojawiają się głosy, że skoro „uderzyliśmy w Dohę, możemy uderzyć także w Ankarę” – albowiem w Turcji również przebywają działacze Hamasu. Tego rodzaju retoryka wskazuje na niebezpieczne przekroczenie granic – zarówno politycznych, jak i moralnych.
Na reakcję społeczności międzynarodowej nie trzeba było długo czekać. Kraje UE, w tym Francja, Niemcy, Włochy czy Szwecja, wyraziły stanowcze potępienie ataku. Z kolei przywódcy regionalni – prezydent ZEA, następca tronu Jordanii oraz następca tronu Arabii Saudyjskiej – odwiedzili Katar, demonstrując wsparcie i solidarność. Katar powołał specjalną komisję do koordynacji działań prawno-dyplomatycznych i zapowiedział możliwe środki odwetu, przy czym nadal deklaruje chęć kontynuowania mediacji w konflikcie w Gazie, choć skuteczność tych rozmów po nalocie staje pod dużym znakiem zapytania.
Gorzka ironia wybrzmiewa w refleksji, że atak wymierzony formalnie we wrogi Hamas w rzeczywistości uderza w partnera mediacyjnego, destabilizuje regionalne bezpieczeństwo i otwiera drzwi dla Rosji czy Chin w rejonie, gdzie USA dotychczas utrzymywały względną dominację. Izrael jawił się tu jako bliski sojusznik USA, „pretorianin interesów amerykańskich”, jednak obecne jego działania wskazują, że jest on poza wszelkim, najmniejszym nawet wpływem swojego protektora, za to realizuje własne cele w sposób bezwzględny, bez oglądania się na konsekwencje polityczne.
Można zaryzykować tezę, że Netanjahu wykorzystuje chwilową koniunkturę, ignorując przy tym kruche mechanizmy regionalnej równowagi sił. Czy tak jest w istocie? Cóż, w świecie coraz bardziej wolnym od dyplomatycznych subtelności, a nawet i międzynarodowych norm, spektakularne naloty nawet na stolice sojuszników naszych sojuszników, by zabić negocjatorów zaangażowanych w negocjacje z nami właśnie, to sposób na zdobycie punktów w polityce krajowej. Jednak doraźne punkty zebrane przez Netanjahu w polityce wewnętrznej mogą okazać się kosztowne w dłuższej perspektywie – zarówno dla Izraela, jak i jego najważniejszego sojusznika, Stanów Zjednoczonych: utrata zaufania sojuszników, i to absolutnie kluczowych w regionie, być może straty wizerunkowe w samym społeczeństwie amerykańskim, osłabienie pozycji Kataru jako mediatora i pogłębienie izolacji Izraela na arenie międzynarodowej.
[1] https://www.aljazeera.com/news/2025/9/9/why-does-qatar-host-hamass-political-office
[2] https://www.jpost.com/middle-east/article-867124
W obliczu ostatniego incydentu z rosyjskimi dronami naruszającymi polską przestrzeń powietrzną, palące staje się pytanie o jedność NATO i gotowość Polski do działania. Choć reakcja prezydenta USA Donalda Trumpa ograniczyła się do enigmatycznego „Here we go!”, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż ten lakoniczny komentarz.
Wielu traktuje Artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego jak podszytą głęboką wiarą symboliczną tarczę, która jest niczym średniowieczny ryngraf noszony z wiarą, że ochroni w walce. Ale ryngraf nie zatrzymywał kul — był wyrazem nadziei, nie gwarancją przetrwania. Podobnie Artykuł 5 nie jest automatycznym systemem obronnym. To mechanizm polityczny, który wymaga:
Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego to fundament sojuszu NATO. Czytany dokładnie stanowi, że „zbrojna napaść na jednego lub więcej członków będzie uznana za napaść na wszystkich”. Brzmi jednoznacznie, ale w praktyce każde państwo członkowskie decyduje indywidualnie, jakie działania uzna za konieczne. To oznacza, że reakcja każdego państwa zależy od jego własnej decyzji, może być zbrojna, może być dyplomatyczna, gospodarcza…
Złe rozumienie Artykułu 5 powoduje uśpienie i głęboką wiarę w to, że NATO nas obroni — bez zrozumienia, że NATO to także my. To my musimy być najpierw gotowi. Sama wiara w to, że to Sojuszu nas obroni nie wystarczy. Rosja testuje nie tylko Polskę i Europę, ale przede wszystkim główny filar NATO – Amerykę.
Enigmatyczna reakcja prezydenta Trumpa w mediach społecznościowych może otworzyć drzwi do dalszych prowokacji (w Europie Środkowo-Wschodniej, w krajach bałtyckich czy w regionie Morza Czarnego), a brak zdecydowanej reakcji ze strony USA może być sygnałem dla Rosji i innych przeciwników, że NATO nie jest tak zjednoczone, jak deklaruje. A co najważniejsze, może spowodować osłabienie zdolności odstraszania i potencjalne rozłamy wewnątrz Sojuszu.
W tym kontekście Polska, jako państwo frontowe, może niezależnie od siebie stać się symbolem jedności Zachodu i zjednoczonej siły NATO jako wspólnoty – albo jego słabości. Mamy długą i bolesną historię stawania samotnie wobec zagrożeń pomimo wewnętrznych podziałów i politycznych rozłamów. Tak było również w 1939 roku, kiedy mimo sporów i podziałów młodzież i wojsko stanęły do walki za ideały pod hasłem „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę”.
Czy dziś byłoby podobnie? Polska jest głęboko podzielona politycznie. Programy nauczania są zideologizowane, nauczyciele przeciążeni, a młodzież — często nieświadoma zagrożeń i nieprzygotowana do poświęceń. Ostatni wielki ruch społeczny, Solidarność, zakończył się rozczarowaniem i rozłamem. Czy w obecnych warunkach możliwa jest realna, zorganizowana mobilizacja obywatelska? Możliwe, że w obliczu zagrożenia pojawi się chwilowy, charakterystyczny dla Polaków, zryw — romantyczny, pełen pasji, ale pozbawiony struktury. Bez wspólnej wizji, edukacji obywatelskiej i jednolitego, czytelnego w słowach i działaniach, przywództwa, taki ogień może szybko zgasnąć.
Jeśli Polska ma mieć realne szanse — nie tylko w obronie, ale i w jedności — to nie stanie się to przez polityczne slogany. Musi zostać odbudowana oddolnie: w klasach szkolnych, lokalnych społecznościach, w szczerych rozmowach. Bo historia nie czeka na idealne warunki — ona dzieje się wtedy, gdy narody są dobrze przygotowane i gotowe by świadomie, nie romantycznie, stanąć razem w obronie swoich granic i ideałów.
Czy drony, które nadleciały do nas ze wschodu zwiastują wojnę? To pytanie zadaje zapewne sobie każdy, do którego dotarły informacje o tym, co wydarzyło się u naszych wschodnich granic w nocy z 9 na 10 września 2025 roku. Rzeczywiście sytuacja jest poważna. Szczególnie gdy przeanalizujemy ją w kontekście obecnej sytuacji międzynarodowej – kształtowania się nowego ładu międzynarodowego. Procesowi temu, jak pokazuje historia, z reguły towarzyszą wojny i rewolucje. Nie należy jednak popadać w panikę czy apatię lub dać się ogarnąć psychozie wojennej. To mogło by nas doprowadzić do wojny. Wojny, której zapewne nikt (a przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach) nie chce.
Przede wszystkim nie należy sytuacji z dronami jednoznacznie oceniać jako aktu agresji czy wrogiej prowokacji. W sytuacjach złożonych i wieloznacznych nic nie jest czarne lub białe, chociaż na pierwszy rzut oka może się takim wydawać. Każdy, kto interesował się historią wojen, wskaże przykłady nieumyślnego ataku którejś z wojujących stron na terytorium, obywateli lub mienie niebiorącego udziału w wojnie państwa. Nie inaczej jest także podczas obecnej wojny rosyjsko–ukraińskiej. Drony, szczątki rakiet czy zerwane z kotwic miny morskie pojawiały się na terytorium Polski, Rumunii, Litwy, Białorusi, a nawet Bułgarii i Turcji. Tragicznym przykładem może być eksplozja ukraińskiej rakiety przeciwlotniczej w Przewodowie. Przypomnieć trzeba, iż wówczas także była mowa o rosyjskim ataku. W toku śledztwa ustalono jednak, iż pocisk został wystrzelony w ramach działań obronnych z terytorium Ukrainy. Czy i tym razem mamy do czynienia z przypadkiem – pokaże śledztwo. Pojawiają się bowiem informacje, iż lot dronów mógł zostać zakłócony przez środki walki radioelektronicznej. Wiadomo też, że informację o nadlatujących dronach Polska otrzymała także od Białorusi, która jest bliskim sojusznikiem Rosji.
Bez względu na to, jak oceniamy pojawienie się rosyjskich dronów nad Polską – jako przypadek czy prowokację, musimy odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Przede wszystkim, jak należy ocenić reakcję na zaistniałe wydarzenie? W ocenie ekspertów reakcja polskich władz na zaistniałą sytuację była prawidłowa – uruchomiono procedury obronne i podjęto działania mające na celu neutralizację zagrożenia i ochronę granic państwowych. Na wniosek Polski rozpoczęły się też konsultacje w ramach artykułu 4 Traktatu Północnoatlantyckiego. Ważnym jest też, że naprzeciw dronom stanęły nie tylko polskie, ale i natowskie siły obrony powietrznej. Co prawda były dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie, gen. Ben Hodges, nazwał to strzelaniem z armat do much, ale liczy się psychologiczny wymiar tego działania. Potencjalnemu agresorowi pokazano bowiem, iż w obliczu zagrożenia państwa NATO pomagają sobie wzajemnie. I może to jest najważniejszy wniosek (i lekcja) płynący z zaistniałej sytuacji z dronami – nie jesteśmy sami! Powstrzymać czyjeś agresywne zapędy może bowiem to, iż potencjalnej ofierze okażą pomoc i wsparcie inni.
Kolejnym pytaniem jest: co należy robić dalej? Jak mawiał pewien mój znajomy – nie należy wykonywać żadnych nerwowych ruchów. Błędem byłby zarówno brak zdecydowanych działań, jak i podjęcie kroków odwetowych o charakterze militarnym. To oznaczałoby wojnę. Pozostaje dyplomacja wsparta działaniami o charakterze informacyjno–psychologicznym. Zarówno w jednym, jak i drugim musimy zacieśnić współpracę z naszymi sojusznikami. Tych, którzy są skłonni do zbyt daleko idących ustępstw przekonać, że taka postawa nie doprowadzi do rozwiązania konfliktu. Ale z drugiej strony ostudzić zapały ludzi dążących do zaognienia sytuacji.
Gdy niemal trzydzieści lat temu uchwalaliśmy nową Konstytucję, staliśmy przed wyzwaniem dobrze znanym z doświadczeń starych demokracji. Polega ono na tym, by wzajemne relacje najwyższych władz państwa ukształtować w sposób zapewniający sprawne rządzenie, a zarazem chroniący demokratyczny charakter władzy państwowej. Cel ten osiągany jest najczęściej przez wybór jednego z dwóch modeli demokracji: parlamentarnego lub prezydenckiego. W pierwszym władza wykonawcza (rząd) jest po prostu emanacją większości parlamentarnej. W drugim – pochodzi ona z odrębnego od wyborów parlamentarnych wyboru głowy państwa przy ścisłym rozdzieleniu władzy wykonawczej i ustawodawczej.
Model polski jest czymś pośrednim. Władza wykonawcza należy do powoływanego przez większość sejmową rządu, ale prezydent (wybierany w powszechnych wyborach) ma dość znaczne uprawnienia – także w dziedzinach należących do władzy wykonawczej. Gdy prezydent i rząd wywodzą się z tego samego obozu politycznego, zapewnia to temu obozowi pełnię władzy. Zagrożeniem może być jednak sprowadzenie prezydenta do roli wykonawcy decyzji podejmowanych przez szefa rządzącej partii, co wyraźnie miało miejsce w latach 2015–2023. Tak jednak być nie musi, co udowodnił Aleksander Kwaśniewski w okresie współdziałania z kolejnymi rządami lewicowymi w latach 1995–1997 oraz 2001–2005.
Gdy prezydent i rząd wywodzą się z przeciwstawnych obozów, powstaje sytuacja nazwana we Francji kohabitacją. Bywa ona wysoce szkodliwa dla państwa. Permanentna wojna na górze paraliżuje państwo i uniemożliwia dobre rządzenie. Tak jednak być nie musi. W latach 1997–2001 lewicowy prezydent dobrze współpracował z centroprawicowym rządem Jerzego Buzka.
Jak będzie obecnie?
Wiele wskazuje na to, że prezydent Nawrocki nie chce iść drogą Aleksandra Kwaśniewskiego i że czeka nas szkodliwy dla państwa permanentny konflikt na szczycie. Może jednak będzie inaczej? Może poczucie odpowiedzialności za państwo i troska o własne miejsce w historii podyktuje nowemu prezydentowi inną drogę? To będzie jego wybór, a od tego wyboru zależeć będzie, jak historia oceni prezydenturę Karola Nawrockiego.
Felieton ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
W rejsie, którego jesteśmy mimowolnymi uczestnikami, do tej pory jak wiadomo chodziło bardziej o aspekt duchowy, a kaowiec był tego ogólnonarodowego wysiłku główną i wiodącą postacią. Można powiedzieć: kreatorem naszej zbiorowej wyobraźni i potu, oczywiście na miarę bieżących czasów i możliwości. Co prawda nie zawsze się sprawdzał, były nawet uzasadnione pretensje do kaowca, jakim cudem wdarł się na statek, ale jednak mieściło się to w szeroko rozumianej kulturze duchowej i inteligenckiej – choć często była ona spod znaku obiadów dla inteligencji aniżeli uczelnianych katedr. Ale w sumie narzekać nie było na co, rejs odbywał się bez większych zakłóceń, kierunek był mniej więcej znany, a mielizny oznaczone i wymijane, choć niekiedy w ostatniej chwili. I tak jak w arcydziele Marka Piwowskiego przełom nastąpił wtedy, kiedy gra w dupnika wykazała, że aby być sobą inteligencja musi się niestety samooskarżać, a rada rejsu postanowiła pana znajdującego się w wyraźnej melancholii, wcielić do sekcji gimnastycznej w celu nabrania „jeszcze większego optymizmu”, niż aktualnie posiada. I wtedy się zaczęło! Pokaz wysiłku fizycznego narodu w trakcie wspomnianej wycieczki statkiem jest dla mnie i paru innych obywateli do dzisiaj niezmiernie inspirujący.
W obecnych okołostadionowych realiach politycznych (uwaga na marginesie do socjologów: trzeba uważniej śledzić nastroje objawiające się na meczach tzw. Ekstraklasy) myślę tu nie bez pewnej nadziei o aktualnym Panu Prezydencie, którego wbrew przewidywaniom pesymistów uroczyście zaprzysiężono na Wiejskiej, powierzając mu przy okazji zwierzchnictwo nad Wojskiem Polskim oraz wprowadzając na salony i w domowe pielesze na bieżącą kadencję. Nie, żebym od razu oczyma wyobraźni widział go na funkcji kaowca, na to jednak jest jeszcze za wcześnie, póki Prezes ma się całkiem dobrze, ale na funkcji szefa sekcji gimnastycznej, to tu już bym nie był tak ostrożny w dawaniu rekomendacji… Pan Prezydent jest bowiem czynnym sportowcem z krwi i kości w dziedzinie boksu, ba, nawet kibicem i całkiem niedawnym uczestnikiem szlachetnych walk i męskich pojedynków, do czego sam się przyznał w toku kampanii wyborczej. Jest więc kandydatem pierwszego wyboru; no i dość już z takim wydurnianiem się jak uczenie Narodu czytania poezji Herberta czy cytowania Pana Tadeusza. Ostatecznie ww. wcale nie muszą znaleźć się w podstawie programowej szkół powszechnych układanej przez minister Nowacką, więc właściwie po co je było publicznie przez poprzednią kadencję, w dodatku uporczywie deklamować, i to aż w dwóch osobach Pana Dudy wraz z Małżonką, z wiadomego miejsca Krakowskiego Przedmieścia? Zdecydowanie lepiej wdrażać jest Naród w arkana kultury fizycznej, co w zakresie młodzieży męskiej spełniał swego czasu obowiązkowy pobór do wojska, który z niejednego uczynił prawdziwego mężczyznę i raz na zawsze wybił głupoty z głowy. Przypominam, że zwolennikiem stawania na komisję poborową jako probierza męskości był śp. prezydent Lech Kaczyński, który przecież i obecnie jest wzorem do naśladowania, także w tym zakresie (sam odbył nieodzowne przeszkolenie). Ja także, oraz parę innych pokoleń młodzieży męskiej, znajdującej się obecnie już w trochę bardziej zaawansowanym wieku. Po przybyciu do rejonu ześrodkowania poborowych w celu odbycia służby wojskowej otrzymywało się m.in. spodenki gimnastyczne zwane atramentem (bo farbowały genitalia podczas wysiłku fizycznego na tenże jakże trwały kolor) oraz pepegi, zazwyczaj o dwa numery za małe albo trzy za duże. W trakcie wymiany tego gumowego obuwia, produkowanego bodaj w Grudziądzu (stolicy polskiego kondoma) poznawało się następnie kolegów z innych pododdziałów, dowiadując się przy okazji o najbardziej strzeżonych tajemnicach ówczesnego Ludowego Wojska Polskiego. Nie wiem, jak z atramentami i pepegami magazynowo obecnie stoimy, bo jednak upłynęło sporo czasu, ale nic to dla Pana Prezydenta, który przecież przy pomocy swoich wysokich urzędników z Biura Bezpieczeństwa Narodowego może zasięgnąć stosownej wiedzy w sprawie aktualnego stanu. Wiedza ta jest bowiem niezbędna do wypracowania niezbędnych decyzji.
I tu rusza już moja wyobraźnia, że Pan Prezydent automatycznie staje się twarzą zbiorowego gimnastycznego czynu Narodu, np. w postaci codziennej zaprawy o godz. 6.00, jeszcze przed pracą, ale bez różnicy płci i wieku. Ten, kto chciałby, mógłby nawet występować w atramentach i pepegach, MON w ramach kontaktów ze społeczeństwem poparłoby tę cenną inicjatywę, a magazyny odetchnęłyby z ulgą z powodu zluzowania. Jest to jeden z pomysłów wprost do zastosowania na początek tak świetnie zaczętej prezydentury, kiedy Pan Prezydent ukazał się Narodowi z okien Pałacu w podkoszulku, wzbudzając tym jeszcze większy entuzjazm niż zwykle. A przypomnę tylko, że sekcja gimnastyczna w trakcie filmowego Rejsu Marka Piwowskiego miała swoje wymierne sukcesy, zespoliła przedstawicieli różnych grup społecznych, wieku i zawodów w jedność, o wyrwaniu z melancholii pana z gitarą już nie wspomnę. Jedność, której tak nam dziś potrzeba…
Felieton ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Tytuł tej popularnej komedii Szekspira z 1599[1] roku pasuje jak ulał do – krótkiej, mam nadzieję – burzy, jaka miała miejsce po otwarciu wystawy Nasi chłopcy w Muzeum w Gdańsku. Nie tyle sama wystawa, co jej tytuł, który – zdaniem prawdziwych Polaków – godzi w patriotyczne uczucia narodu, wywołał tę burzę. No, bo jak naszymi chłopcami można nazwać tych, którzy czując się Polakami służyli w Wehrmachcie, a czynili to z różnych pobudek, ze skalkulowanego interesu własnego, ze strachu lub z przymusu. Decyzję tę podejmowali, albo – częściej – ponosili konsekwencje decyzji władz państwa, w którym przyszło im żyć – nie siedząc bezpiecznie w wygodnym fotelu, jak czynią to ferujący wyroki przedstawiciele jedynie słusznej narodowej opcji, lecz ci, którzy bezpośrednio stawali przed dramatyczną decyzją. Właściwie to nie mieli żadnego wyboru. Odmowa – w warunkach wojennych – oznaczała utratę życia, w najlepszym razie obóz koncentracyjny. W pobliżu był Stutthof, tam wielu Polaków i Kaszubów znalazło swoje miejsce. W ciągu 2 tysięcy dni swego istnienia (1939–1945) uwięziono w nim około 120 tysięcy osób różnych narodowości. Straciła życie połowa – około 65 tysięcy.
O historii Gdańska i jego okolic niewiele się mówi, zwłaszcza w centralnej Polsce. By nie sięgać zbyt głęboko do historii i ograniczyć relację do dziejów najnowszych, konsekwencją traktatu wersalskiego z 1919 roku było utworzenie Wolnego Miasta Gdańska, formalnie niewchodzącego w skład państwa polskiego lub niemieckiego. Status tego tworu był od chwili powstania solą w oku władz niemieckich, a zwłaszcza tych mieszkańców, którzy identyfikowali się z hitlerowskim faszyzmem. Jego powierzchnia to 1900 km, a zamieszkiwało je 350–410 tys. ludności. Większość mieszkańców, czy nam się to podoba, czy nie, deklarowało niemiecką przynależność narodową. Według Wikipedii zaledwie 11 tys. osób (3,4 procent) podało język polski lub kaszubski jako swój język ojczysty. W populacji dominowali luteranie. Katolicy to z grubsza 130 tys., protestanci dwa razy więcej – 260 tys. Granicę z Polską ulokowano w majątku Kolibki między Sopotem i Orłowem (elegancką dzielnicą Gdyni). Po wybuchu wojny władze niemieckie utworzyły okręg Gdańsk Prusy Zachodnie, w skład którego weszły Wolne Miasto Gdańsk, dawne województwo pomorskie i sześć powiatów niemieckich Prus Wschodnich. Tam proporcje ludnościowe wykazywały przewagę Polaków (1,5 mln: 850 tys.). „Jednym z najważniejszych zadań Niemiec stało się zintegrowanie tego obszaru z Rzeszą poprzez germanizację obywateli polskich lub usunięcie z niego grup nienadających się do zniemczenia”. Ludność podzielono na pięć grup: w pierwszej znaleźli się Niemcy czynnie wspierający faszyzm, w drugiej też Niemcy, choć mniej aktywni. Czwarta – w zdecydowanej większości znalazła się w Stutthofie lub w innych obozach, a trafili tam za mówienie po polsku, słuchanie obcych rozgłośni radiowych, antyniemieckie wypowiedzi, nierealizowanie polityki narodowościowej III Rzeszy, sabotowanie pracy, nieprzyjmowanie obywatelstwa niemieckiego. Piąta była z góry skazana na unicestwienie. Przedmiotem szczególnie intensywnych zabiegów była zatem grupa III. Kwalifikowano do niej tych, których zaliczano do Polaków lub Kaszubów, ale nadających się do zniemczenia. Decyzję o przynależności do poszczególnych grup podejmowały władze niemieckie.
Ze wszystkich ziem polskich wcielonych po wybuchu II wojny do Niemiec do wojska trafiło około 200 tys. osób, w tym z okręgu Gdańsk Prusy Zachodnie – 90 tysięcy. To spore proporcje, ale w porównaniu z siłami militarnymi III Rzeszy to niezbyt wiele. Armia niemiecka liczyła 18 mln żołnierzy, aż 42 proc. męskiej populacji. Gdyby doliczyć armie państw sprzymierzonych (Włochy, Japonia, Finlandia, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Słowacja) liczba to wzrastałaby do około 40 mln.
Przedmiotem prezentacji są wojenne losy grupy mieszkańców okręgu Gdańsk Prusy Zachodnie, bez dzielenia ich na obszar pochodzenia: Wolne Miasto, woj. pomorskie i niemieckie powiaty Prus. To niewielka wystawa, zajmuje dwie małe salki gdańskiego Muzeum. Eksponatów też niewiele, listy, kartki, fotografie osób i dokumentów, trochę danych historycznych. Zwiedzających nadspodziewanie dużo, w tym przede wszystkim młodzież, co napawa optymizmem. Są wakacje, przychodzą więc z własnej woli, a nie naganiani przez nauczycieli.
Dobrze, że pokazano ten mało znany fragment polskich dziejów za sprawą twórców wystawy: to kuratorzy Andrzej Hoja i Janusz Masztalec, autorzy projektu scenograficznego Łukasz i Michalina Izert oraz graficznego Piotr Białas.
O co i po co było tyle wrzawy? Że to uczuć narodowych szarganie, że pokazywać należy tylko chwalebne fragmenty polskich dziejów? Historia jest taka, jaka była (a była znacznie bardziej kręta i skomplikowana niż ta, którą chcieliby widzieć prawdziwi Polacy) i na nic zdadzą się zabiegi entuzjastów poprawiania i odbrązowania. Nie wszystko i nie zawsze da się przedstawić w polukrowanym sosie. Odpowiedź na pytanie, skąd ta wrzawa, można znaleźć, oglądając końcowe fragmenty ekspozycji. Przypomniano tam niesławnej pamięci wyczyny Jacka Kurskiego i jego kampanię z dziadkiem z Wehrmachtu w tle. No tak, wszystko jasne. Na wszelki wypadek warto przypomnieć, a nuż część rodaków nie pamięta tamtej brudnej kampanii, a części da się wmówić, że tak było. Donald Tusk od dawna jest przedmiotem zmasowanych ataków. Każda wypowiedź pisowskiego działacza kończy się wtrętem o szczególnie negatywnym charakterze decyzji i poglądów polskiego premiera. Być może za patriotyczną argumentacją historyczną uda się przemycić nie historyczne i nie patriotyczne, lecz całkiem współczesne i polityczne treści. Dobrze, że młodzi tak licznie wystawę odwiedzają. Miejmy nadzieję, że nie dadzą się nabrać.
[1] Nawiązanie do Szekspira nie jest przypadkowe. W Gdańsku znalazł bowiem swoje miejsce Teatr Szekspirowski założony przez Fundację Theatrum Gedanese w 2008 roku, który rozpoczął działalność kilka lat później (we wrześniu 2014 r.) i prowadzi tę działalność do dziś.
Recenzja ukazała się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Życie jest dziwne. Nawet bardzo dziwne. Po dwudziestu latach znów, tym razem przymusowo, wylądowałem w tym samym miejscu, w którym kiedyś spotkałem Małego Księcia. Mój samolot odmówił posłuszeństwa i wylądowałem na rozległej pustyni. Stojąc, rozglądałem się z nadzieją w sercu, że znów – jak kiedyś – spotkam Małego Księcia. Ale w bezkresnej pustyni nikogo nie dostrzegłem. Ogarnął mnie głęboki smutek i poczułem się osamotniony jak ziarnko piasku wrzucone do oceanu, w którym nikogo jeszcze nie znało.
Położyłem się więc na ciepłym piasku i wkrótce zasnąłem. Śnił mi się Mały Książę, który przyszedł do mnie i nic nie mówiąc, patrzył na mnie smutnym wzrokiem. Obudził mnie głos, który kiedyś był mi bliski. Podniosłem się. Przede mną stał mężczyzna. Miał bladą, smutną twarz o szlachetnych rysach.
– Nie poznajesz mnie? – spytał, wyciągając dłoń.
– Masz głos bardzo podobny do Małego Księcia – odpowiedziałem zaskoczony, ściskając jego delikatną dłoń.
– Przecież to ja – próbował się uśmiechnąć. – Kiedyś byłem Małym Księciem, a teraz – jak widzisz – jestem Dużym Księciem.
Jeszcze raz uścisnąłem mu dłoń, tym razem serdeczniej i przestałem czuć się osamotniony.
– Zmieniłeś się. Nie poznałem cię.
– Ja ciebie od razu poznałem. Niewiele się zmieniłeś. Trochę posiwiały ci włosy – powiedział ciepłym głosem.
– Bardzo się cieszę z tego spotkania. Wiele razy o tobie myślałem, Mały Książę…
– Duży Książę – poprawił mnie. – Ja też się cieszę.
Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę w milczeniu, którą on przerwał:
– Pamiętasz, o co cię wtedy prosiłem?
– Prosiłeś mnie, abym narysował węża, który połknął słonia.
Duży Książę roześmiał się głośno. Po chwili jego twarz posmutniała.
– Dlaczego jesteś taki smutny? – zaniepokoiłem się.
– Narysuj mi baranka – poprosił, patrząc badawczo w moje oczy, jakby chciał się upewnić, czy jeszcze potrafię.
– Ma to być młody baranek czy starszy?
– Oczywiście, że młody. Szkoda, że nie mamy tamtych dwudziestu lat – odparł z nostalgią w głosie.
Pochyliłem się i palcem na piasku narysowałem baranka. Nie byłem zadowolony z rysunku. Zapomniałem o jakiejś rzeczy, z którą związany był baranek.
– Przecież tamten baranek mieszkał w skrzynce z dziurkami – w głosie mojego przyjaciela był skrywany żal.
– Ależ ty masz pamięć – odparłem zawstydzony i szybko dorysowałem skrzynkę z dziurkami, w której mieszkał baranek.
– Dziękuję ci – Duży Książę patrzył z radością w oczach na mój nowy rysunek.
– Więc on nic się nie zmienił – pomyślałem zdziwiony.
– Tak, niewiele się zmieniłem. A przecież mam dwadzieścia lat więcej.
– Nadal czytasz w ludzkich myślach? – spytałem z podziwem i z zazdrością.
– Powinieneś pamiętać, że to przecież nic trudnego – poklepał mnie serdecznie po plecach i dodał: – Nie zaprosisz mnie do latającego domu?
Bardzo proszę. Zapraszam cię do mojego zepsutego, latającego domu.
– Więc znów ci się zepsuł? – spytał, bacznie przyglądając się małemu samolotowi, który był troszkę większy od szybowca.
– Tak, znów się zepsuł – odparłem poirytowany.
– Dlaczego się denerwujesz? Przecież gdyby nie awaria twojego latającego domu, to nie spotkalibyśmy się.
– Chciałeś powiedzieć, że nie ma przypadków?
Popatrzył na mnie z ciepłem w oczach.
– Niewiele się zmieniłeś. Wtedy też zadawałeś dużo pytań. To znaczy, że nadal jesteś ciekaw świata. Coraz mniej ludzi interesuje się innymi – zamyślił się Duży Książę i spoglądał w niebo.
– Myślisz o swojej planecie? – spytałem cichym głosem.
Nie odpowiedział. Nadal stał nieruchomo i patrzył w jasne, błękitne niebo, rozświetlone pogodnym słońcem. Nie chciałem mu przeszkadzać w tym zapatrzeniu. Teraz Duży Książę musiał być sam. Ciałem pozostawał obok mnie, ale jego myśli być może docierały do końca układu słonecznego. Zostawiłem go i poszedłem do samolotu. Próbowałem uruchomić silnik, ale moje próby spełzły na niczym. Wróciłem po kilkunastu minutach, niosąc dla mojego przyjaciela tabliczkę gorzkiej czekolady, która mu kiedyś bardzo smakowała.
– Poczęstuj się – przerwałem jego zapatrzenie w niebo.
Odwrócił głowę w moją stronę. Gdy zobaczył tabliczkę czekolady, uśmiechnął się. Ułamał kawałek i zaczął jeść.
– Cieszę się, że nadal ci smakuje – ucieszyłem się.
– Przyjemnie gorzka, jak życie tych, których znam. Myślisz, że smakowałaby barankowi? – spytał z powagą w głosie.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić baranka jedzącego gorzką czekoladę.
– Źle ostatnio sypiam. Kiedyś lepiej mi się spało – powiedział, ziewając dyskretnie. – I co z naszym barankiem?
– Nie wiem, przyjacielu.
– A ja myślę, że smakowałaby mu.
– Jeśli tak mówisz, to znaczy, że na pewno by mu smakowała – uśmiechnąłem się.
Nadchodziła noc, więc zaproponowałem mu nocleg w moim latającym domu. Uprzedziłem, że będzie ciasno.
– Nie szkodzi. Ważne, że ktoś przyjazny będzie blisko mnie – powiedział z nostalgią w głosie.
Zrozumiałem, a bardziej odczułem, że Duży Książę cierpi na samotność. Leżąc obok siebie, nie mogliśmy zasnąć. Mój przyjaciel przekręcał się z boku na bok.
– Rzeczywiście masz kłopoty z zaśnięciem – przerwałem milczenie.
– To nie dlatego, że tu ciasno – mówił. – Moje kłopoty z zasypianiem zaczęły się kilka lat temu. Na mojej planecie B-162 coraz trudniej oddychać. Nie masz pojęcia, jak zanieczyściliście powietrze.
– Nadal mieszkasz na tej malutkiej planecie?
– To przecież mój dom.
– My zatruwamy twoją planetę?
– Dziwię się, że jesteście tak krótkowzroczni. Przecież za kilkadziesiąt lat podusicie się z braku tlenu – powiedział z taką stanowczością w głosie, że nie próbowałem oponować.
Zapanowało milczenie, które przerwał.
– Nadal kochacie liczby?
– Niestety, prawie wszyscy mówimy o liczbach, cyfrach.
– I pieniądzach – dodał.
– Nie dziw się, teraz wszyscy chcą mieć coraz więcej pieniędzy.
– Przecież to tylko papier.
– Ale za ten papier można kupić wiele rzeczy, mój przyjacielu.
– A co z poezją? – spytał z niepokojem.
– Mimo, że dużo ludzi ją tworzy, to mało jest jej w naszym życiu.
– To znaczy, że wasze władze nie są zainteresowane krzewieniem poezji w społeczeństwie. Szkoda.
– Też tak myślę – odparłem i chcąc zmienić temat, zadałem mu to pytanie:
– Nadal oglądasz wschody słońca?
– O, tak – ożywił się. – Robię to codziennie na mojej planecie. A ty oglądasz wschodzące słońce?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio oglądałem wschód słońca. Zbyt późno kładłem się spać.
Duży Książę nie zadał mi następnego pytania, gdyż zasnął. Leżał tuż obok mnie, a ja słysząc jego spokojny, równy oddech, myślałem o tym, jak nieciekawie żyłem przez te dwadzieścia lat. Teraz dziwiłem się, że mogłem żyć przez tyle dni, nie oglądając budzenia się słońca. Postanowiłem, że gdy wrócę do swojej rodziny, nie prześpię pierwszego świtu.
I znów, jak kiedyś, było nam ze sobą dobrze. Dużo rozmawialiśmy, długo chodziliśmy, depcząc pustynny piasek. Niezmiennie towarzyszyły nam nasze cienie, które tak mi się wydawało, również się polubiły. Szczerze mówiąc, nie przykładałem się zbytnio do naprawy samolotu. Wiedziałem, że gdy usunę awarię, będę musiał odlecieć do siebie. Zmusi mnie do tego obowiązek wobec moich najbliższych, którzy czekali na mnie i bardzo się martwili. Nurtowało mnie to tak bardzo, iż któregoś ranka Duży Książę powiedział:
– Nie powinieneś aż tak o tym myśleć. Wszystko ma swój czas i miejsce. Gdy nasycisz się moim towarzystwem, naprawisz samolot i odlecisz do najbliższych.
Zapanowało milczenie. Myślałem intensywnie o tym, co przed chwilą powiedział. Nie wytrzymałem milczenia i spytałem:
– A twoje baobaby są na swoim miejscu?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Wciąż muszę je wyrywać, aby nie rozsadziły mojej planetki. Ale nie mam już tyle sił, co poprzednio.
– A co się z nimi dzieje, gdy jesteś tu ze mną?
– To dziwne baobaby. Rosną tylko wtedy, gdy czują moją obecność.
– Dziwne baobaby. Jakby istniały po to, aby cię złościć – uśmiechnąłem się.
– Raczej po to, abym się nie nudził. Pamiętasz – również się uśmiechnął – Wtedy prosiłem cię, abyś narysował mi obrazek, który miał pomóc dzieciom z twojej planety, by zrozumiały niebezpieczeństwo baobabów.
– Pamiętam. To było trudne zadanie, ale jakoś sobie poradziłem.
– Proszę, narysuj mi ten obrazek – w jego głosie odczułem tęsknotę do tamtego wydarzenia.
Zaskoczył mnie tą prośbą. Przecież nie mogłem odmówić przyjacielowi. Poszedłem do samolotu i po dłuższej chwili wróciłem, niosąc kredki oraz blok rysunkowy.
– Przepraszam, że proszę cię o ten rysunek – powiedział speszony.
– Gdybym wiedział, że znów się spotkamy, nauczyłbym się lepiej posługiwać kredkami – odparłem, rysując baobaby, które zagrażały planetce Dużego Księcia.
Teraz żałowałem, jak kiedyś, że nie przykładałem się w szkole do nauki rysowania. Mój przyjaciel, zapewne nie chcąc mi przeszkadzać, odszedł kilka kroków i usiadł na pustynnym kamieniu. Uniósł głowę i wpatrywał się w horyzont nieba. Gdy skończyłem niezdarny rysunek, podszedł do mnie i z intensywną ciekawością patrzył na kolorowe baobaby.
– Przepraszam, że wyszły mi aż tak brzydkie – powiedziałem zawstydzony brakiem umiejętności rysowania.
– To dobrze. To bardzo dobrze. Przecież mają odstraszać dzieci, które mogłyby wylądować na mojej planetce – odparł, bardzo zadowolony z mojego rysunku.
Po zjedzeniu kolejnej tabliczki gorzkiej czekolady odezwałem się:
– Jak to dobrze, że nie zmieniłeś się, Duży Książę.
– Niestety, mój przyjacielu. Zmieniłem się. Nie chodzi o te dwadzieścia lat więcej. Za dużo jest we mnie smutku.
– Masz dużo problemów? – spytałem z niepokojem.
Popatrzył bardzo uważnie na mnie i odparł smutnym głosem:
– Nie wiem, co robić. Moja planetka umiera. Gdyby była taka odporna jak twoja Ziemia, nie martwiłbym się o nią.
Zapanowało milczenie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem jakoś pocieszyć mojego przyjaciela. I wtedy przyszedł mi następujący pomysł:
– Słuchaj, Duży Książę. Kończę naprawiać samolot i naprawdę będę szczęśliwy, jeśli polecisz ze mną do moich najbliższych.
Twarz Dużego Księcia pojaśniała przez chwilę.
– Dziękuje ci, drogi przyjacielu, ale nie mogę opuścić mojej planetki. Nie byłbym u ciebie szczęśliwy. Dobrze o tym wiesz.
– Szkoda. A więc musisz walczyć z baobabami?! – spytałem rozgniewany beznadziejnością tej sytuacji.
– Nie złość się. Takie jest moje przeznaczenie. Ale nie skarżę się na swój los. Przecież każdy powinien czynić to, do czego został stworzony.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
– Czy chciałbyś odwiedzić moją ojczyznę? – spytał po dłuższej chwili.
– Bardzo! – ucieszyłem się jak dziecko.
– O, jak ładnie się ucieszyłeś – uśmiechnął się Duży Książę i dodał:
– Możesz się rozczarować. Po dwudziestu latach wiele rzeczy się zmieniło.
Planeta Dużego Księcia wydawała mi się znacznie mniejsza niż dwadzieścia lat temu. To zrozumiałe, bo przecież wtedy wszystko, a zwłaszcza planeta mojego przyjaciela wydawała mi się znacznie większa. Rosły na niej kwiaty, które pojawiały się o świcie i umierały wieczorem z braku słonecznych promieni.
– Spójrz – odezwał się Duży Książę. – Oto baobaby.
Podszedłem do maleńkich baobabów. Zdziwiłem się, że z tych maleństw mogą wyrosnąć olbrzymy, które mogą rozsadzić planetę, a właściwie planetkę mojego wiernego przyjaciela. Gdy chciałem wyrwać kilka maleńkich baobabów, stanowczo powstrzymał mnie:
– Nie rób tego!
– Dlaczego? – spytałem zaskoczony.
– Nie możesz mnie wyręczać. To tak jakbym chciał naprawić twój latający dom. Przecież nie mam o tym najmniejszego pojęcia.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie przypuszczałem, że wyrywanie baobabów jest taką trudną sztuką.
– Jest łatwe, jeśli się umie – odczytał moją myśl.
– To może mnie nauczysz?
Duży Książę nie odpowiedział, wpatrzony w maleńkie baobaby, które wyrastały tuż przy naszych nogach. Zrozumiałem, że moje pytanie było bezsensowne, więc chcąc jak najszybciej zmienić temat rozmowy, powiedziałem:
– Czasami myślę o twojej róży.
Duży Książę z miłością w oczach spojrzał w to miejsce, gdzie kiedyś rosła jego piękna, ale jakże kapryśna róża.
– Nadal ją kocham, choć wyrządziła mi tyle zła – powiedział z nostalgią w głosie.
– Zazdroszczę ci. Ja nie wiem, czy we mnie jest jeszcze to uczucie.
Duży Książę zbliżył się i położył delikatną dłoń na mojej prawej stronie piersi.
– Co teraz czujesz? – spytał szeptem.
Nagle poczułem przenikające mnie od stóp do głów ciepło.
– To niezwykłe – odpowiedziałem, nie poznając własnego głosu.
– Jest w tobie miłość, drogi przyjacielu. Ale ty, jak inni, wstydzicie się tego uczucia – mówił cicho i spokojnie. – Dziwię się twoim rodakom. Wstydzicie się uczuć, które łączą ludzi, a nie wstydzicie się zabijania i niszczenia.
Chciałem zaoponować. Chciałem mu powiedzieć, że zbyt surowo osądza moich rodaków, ale szczerze mówiąc, niewiele miałem na obronę dwunożnych istot.
Następnego dnia rankiem zaczęliśmy odwiedzać sąsiednie planety. Najpierw udaliśmy się do najbliższej, czyli do planetki 325. Mieszkał tu sędziwy król. Nikt nie wiedział, ile ma lat. On strzegł daty swoich urodzin jak źrenicy oka. Zawsze myślałem, że tylko kobiety strzegą daty swoich urodzin. Sędziwy król ubrany w purpurowy płaszcz siedział na drewnianym tronie i patrzył przed siebie. Gdy nas ujrzał, spytał majestatycznym głosem:
– Czego chcecie?
– Chcemy popatrzeć na twoją planetę – odpowiedział Duży Książę, uśmiechając się nieznacznie.
– W takim razie rozkazuję wam patrzeć na moją p l a n e t ę – ostatnie słowo wypowiedział, sylabizując.
Sędziwy król był dumny, że wreszcie mógł wydać rozkaz. No bo co to za władca, który nie wydaje rozkazów. Więc zgodnie z rozkazem patrzyliśmy na jego maleńką planetę. Po dłuższej chwili spytałem:
– Królu, nie dokucza ci samotność?
Król odpowiedział gniewnym głosem:
– Bardzo zuchwałe pytanie, ale ci odpowiem. Nie jestem samotny, bo to wszystko należy do mnie. Tylko do mnie.
Miałem mu powiedzieć, że to wszystko, co ma na tej miniplanecie, to niewiele. Ale nie chciałem mu sprawić przykrości.
– Królu, nadal twierdzisz, że słuchają cię gwiazdy? – spytał Duży Książę.
– Oczywiście, że tak! – zdenerwował się król.
– Ale przecież gwiazdy należą do siebie, a nie do ciebie, czy do kogokolwiek innego.
Król patrzył gniewnym wzrokiem na mojego przyjaciela i wykrzyczał:
– Wszystko należy do mnie! Wszystko! Nawet wy, którzy przyszliście tu nieproszeni!
– Mylisz się, królu – mój przyjaciel mówił z uśmiechem na szlachetnej twarzy. – My należymy do siebie. Tylko i aż do siebie. Za chwilę możemy opuścić twoją planetę i nie powstrzymasz nas.
Sędziwy król posmutniał i odparł niemajestatycznym głosem:
– Nie odchodźcie. Zostańcie ze mną. Podzielę się z wami moją władzą.
– My nie chcemy władzy – odezwałem się.
– Nie chcecie władzy? – król był zdumiony. – Przecież każdy chce mieć władzę. Ten, kto ma władzę, ma wszystko.
– Wolimy przyjaźń od władzy – roześmiał się serdecznie Duży Książę.
– Przyjaźń? – król się zdziwił. – Co to jest przyjaźń? Jak ona wygląda? Czy dużo ma złota?
– Widzę królu – mówił Duży Książę, ale już bez uśmiechu – że przez te dwadzieścia lat niczego się nie nauczyłeś. To bardzo smutne.
Mój przyjaciel ukłonił się zdumionemu Władcy miniplanety 325 i udaliśmy się w powrotną drogę.
– Nie odchodźcie! Podzielę się z wami moją władzą! – dobiegł nas z oddali głos sędziwego króla, który nigdy nie widział przyjaźni.
Po dłuższej chwili milczenia odezwałem się:
– Myślisz, że zawsze będzie samotny?
– Niestety. On jest inną wersją króla Midasa – odparł mój przyjaciel.
Następną miniplanetę zajmował Pan Próżny. Gdy nas zobaczył, zabłysły mu oczy.
– Nareszcie! Nareszcie przyszliście! Tyle lat czekałem na was! – cieszył się jak dziecko.
– Dlaczego pan na nas czekał? – spytałem z ciekawością.
– Jak to dlaczego?! Dlatego, abyście mnie wielbili! Już dawno mnie nikt nie wielbił!
Duży Książę śmiał się serdecznie. Zirytowało to Pana Próżnego, bo spytał zaczepnie:
– Pan się ze mnie śmieje?!
– Bardzo pana przepraszam – mówił Duży Książę, powstrzymując się od śmiechu. – Pan się nic nie zmienił przez te dwadzieścia lat.
– Dlaczego miałbym się zmieniać? – zdziwił się niepomiernie Pan Próżny.
– Chce pan być wielbiony przez całe życie? – spytałem.
– Tak, chcę być wielbiony przez całe życie, bo mi się to należy. Pan nie wiem, kim ja jestem.
– A kim pan jest? – zadałem pytanie, które go zdenerwowało.
– Pan mi zadaje głupie pytania i dlatego nie będę z panem rozmawiał.
Odszedł kilka kroków i stał do nas odwrócony plecami. Wyglądał na nieszczęśliwego.
– Przepraszam, nie chciałem pana urazić – powiedziałem, czując w sobie narastające współczucie dla Pana Próżnego, który podszedł do nas.
– A więc mnie wielbicie? – patrzył na nas z napięciem w oczach.
– Tak, wielbimy pana – odrzekł mój przyjaciel i dał mi znak ręką, że nic tu po nas.
Pan Próżny żegnał nas radosnym głosem.
– Oni mnie wielbią! Oni mnie wielbią!
Po kilku minutach milczącego marszu zadałem mojemu przyjacielowi pytanie:
– Myślisz, że samotność spowodowała u Pana Próżnego domaganie się uwielbienia?
– Samotność, próżność i coś tam jeszcze – uśmiechnął się Duży Książę, wkraczając na drogę, która prowadziła do następnej miniplanetki.
Na tej planecie mieszkał sympatyczny pijak. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, widać było butelki po wódce i piwie. Właściwie ta trzecia planeta powinna się nazywać: planetą pustych butelek.
Sympatyczny pijak siedział przy długim i szerokim stole i pił wódkę. Gdy nas zobaczył, bardzo się ożywił i zaprosił do stołu.
– Cieszę się, że was widzę. Nareszcie będę miał kompanów do wódki – powiedział uradowany i podsunął nam butelkę wódki.
– My nie pijemy alkoholu – odparł Duży Książę.
– A, to szkoda – posmutniał sympatyczny pijak i nalał sobie do szklanki wódkę.
Wypił ze wstrętem, chuchnął i stwierdził stanowczym tonem:
– Rozumiem. Wy się nie wstydzicie i dlatego nie musicie pić. A ja muszę.
– Nie musi pan – mówił duży Książę. – Pan się przyzwyczaił do picia i dlatego nie wyobraża pan sobie, że można nie pić. Niech pan spróbuje nie pić. Wiem, że to niełatwe, ale warto.
– Ale jak to zrobić? – w jego głosie usłyszeliśmy nutkę zaciekawienia i nadziei.
– Nie pić – odparłem.
– Ale ja muszę – znów posmutniał.
– Szkoda, że pan musi pić. Jest pan sympatyczny i …
– Ja, sympatyczny?! – ucieszył się pijak. – No to muszę się w takim razie koniecznie napić.
Znów nalał sobie do szklanki i wypił ze wstrętem.
– Do widzenia panu. Jest nam naprawdę przykro, że musi pan pić – powiedział mój przyjaciel.
– Ależ, kochani! Nie odchodźcie! Błagam was, napijcie się ze mną!
Sympatyczny pijak błagał nas, a my coraz szybciej oddalaliśmy się z planety, która, moim zdaniem, powinna nazywać się planetą pustych butelek.
Kolejna planeta należała do bankiera. Nawet nie zaszczycił nas spojrzeniem. Siedział przy dużym stole, jeszcze większym niż sympatyczny pijak, i zapisywał liczby w olbrzymim notesie.
– Dzień dobry, panie Bankierze – powitał go głośno Duży Książę.
Ale Bankier nie reagował na powitanie, lecz z dużą zaciętością zapisywał liczby.
– Dzień dobry! – wykrzyczałem mu do ucha.
Spojrzał na nas niemile zaskoczony i zamknął olbrzymi notes. Spytał poirytowanym głosem:
– Co was tu sprowadza?
– Widzę, że dalej rachujesz gwiazdy – stwierdził Duży Książę.
– A cóż innego miałbym robić? – zdziwił się Bankier.
– Na przykład spacerować – odezwałem się.
– E, szkoda czasu na jakieś tam spacery. Tylko ci, którzy mają dużo czasu, mogą spacerować. Ja jestem Bankierem i muszę liczyć – otworzył notes i chciał zapisać kolejną liczbę, lecz nie pozwolił mu na to mój przyjaciel.
– Nadal twierdzisz, że jesteś właścicielem gwiazd i całego nieba?
Bankier zamknął notes. Był bardzo niezadowolony.
– Oczywiście! – żachnął się – Wszystkie gwiazdy na niebie i niebo są moje, gdyż to ja pierwszy pomyślałem o nich, że są moje.
– A może ktoś inny przed panem tak samo pomyślał o gwiazdach i niebie – włączyłem się do tego jakże ciekawego sporu.
– A pan kim jest, że zabiera mi tyle cennego czasu?! – zwrócił się nieprzyjemnym tonem w moją stronę.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie potrafiłem mu odpowiedzieć, kim tak naprawdę jestem.
– Rozumiem! – triumfował Bankier. – Przyszliście tu tylko po to, aby ukraść mój bezcenny czas, a może nawet moje gwiazdy i niebo!
Gdy Bankier nieco się uspokoił, Duży Książę powiedział smutnym głosem:
– Przyszliśmy tu, aby pana odwiedzić po dwudziestu latach. Miałem nadzieję, że chociaż pan się zmienił. Niestety, pomyliłem się.
Bankier tupnął nogą ze złości i wykrzyczał:
– Nie każdy może być Bankierem! Nie każdy!
– Ale jaki jest pożytek z twojego liczenia i zapisywania? – spytał mój przyjaciel.
– Taki, że gdy będę miał to wszystko zapisane, to nikt mi nie ukradnie nawet najmniejszej gwiazdy! – znów się rozzłościł.
Duży Książę zamyślił się i po chwili spytał Bankiera z uśmiechem na twarzy:
– W takim razie sprzedaj mi jedną gwiazdę. Może być ta najmniejsza. Dobrze ci zapłacę.
– Chcesz kupić ode mnie gwiazdę? – Bankier był zaskoczony propozycją mojego przyjaciela.
– Tak, proszę cię o to.
– Dobrze, sprzedam ci! – Bankier uśmiechnął się jak lichwiarz, licząc w myślach swój niebotyczny zysk.
– Kupię tę najmniejszą. Ale musisz mi ją tu położyć – Duży Książę wyciągnął dłoń w stronę Bankiera.
– Położyć mu na dłoni. Położyć mu na dłoni. – Bankier był coraz mniej pewny siebie.
– Widzisz, nie możesz mi sprzedać żadnej gwiazdy, bo one nie należą do ciebie – Duży Książę zamknął dłoń i odwrócił się od Bankiera.
– Właśnie, że moje! Są moje! – krzyczał zrozpaczony Bankier, a my coraz szybciej oddalaliśmy się od niego i przepełniał nas głęboki smutek.
Szliśmy w długim milczeniu. Wreszcie Duży Książę przerwał ciążącą nam ciszę.
– Mam nadzieję, że Latarnik nadal pracuje.
Gdy weszliśmy na piątą miniplanetę, Latarnik właśnie gasił uliczną lampę. Robił to z pełnym oddaniem i niebywałą wprost koncentracją. Gdy nas ujrzał, powiedział:
– Przepraszam, że nie mam dla was więcej czasu, ale za chwilę będę zapalał lampę.
– Przecież przed chwilą ją pan zgasił – zdziwiłem się.
– Czyżby twoja planeta obracała się szybciej niż przed dwudziestu laty? – spytał zaskoczony Duży Książę.
– Znacznie szybciej. Teraz mam bardzo mało czasu na odpoczynek. Nie przypuszczałem, że dożyję takich czasów – rzekł smutnym głosem zapracowany latarnik.
– Czy można jakoś panu pomóc? – spytałem.
– Dziękuję, ale to niemożliwe. To należy do moich obowiązków, którymi nie wolno obarczać mi innych – odparł, zapalając uliczną lampę.
Nie chce pomocy, tak jak mój przyjaciel – pomyślałem, przyglądając się pracy latarnika, który robił to maksymalnie skoncentrowany.
– A co się stanie, gdy twoja planeta będzie się jeszcze szybciej obracać? – spytał Duży Książę.
– Wtedy moja planeta rozpadnie się na drobniutkie kawałeczki – odparł spokojnie latarnik, nie przerywając swoich obowiązków.
Pomyślałem, że nie boi się tej katastrofalnej wizji, gdyż jest już znużony ciągłym zapalaniem i gaszeniem ulicznych lamp.
– A co się stanie z panem, gdy planeta rozpadnie się? – spytałem bez zastanowienia i po chwili było mi wstyd za moją bezmyślność.
Ale latarnik przyjął moje pytanie z wyrozumiałością, bo odparł ze spokojem, a nawet z ulgą w głosie:
– Mam nadzieję, że odrodzę się na innej planecie.
– A więc wierzy pan w reinkarnację?
– A pan nie wierzy? – przerwał na chwilę swoje czynności i spoglądał na nas badawczym wzrokiem.
– Nie wiem, czy wierzę. Za dużo mam wątpliwości – odparłem zmieszany.
– To znaczy, że pan nie wierzy. Skoro pan nie wierzy, to niestety nie spotkamy się w przyszłym wciele-niu – powiedział stanowczym tonem i zabrał się do swojej pracy.
Pożegnaliśmy pracowitego latarnika i ruszyliśmy przed siebie. Idąc, cały czas myślałem o tym, co powie-dział latarnik. Nurtowało mnie to aż tak bardzo, iż spytałem Dużego Księcia:
– Wierzysz w reinkarnację?
Przystał zaskoczony i odpowiedział:
– Wierzę.
– Tak po prostu?
– Tak po prostu – uśmiechnął się.
– Muszę to przemyśleć.
Na ostatniej planecie, która była największa, mieszkał uczony. Zastaliśmy go przy dużym biurku, na którym leżały rozrzucone książki i rękopisy. Ujrzawszy nas, uśmiechnął się.
– Witajcie. Długo na was czekałem – powiedział radosnym głosem.
– Dlaczego pan na nas czekał? – spytałem, patrząc z ciekawością na sterty książek i rękopisów.
– Wreszcie będę mógł z kimś porozmawiać.
– Pamiętam, że dwadzieścia lat temu zapamiętale studiował pan geografię – stwierdził Duży Książę i dodał – Nadal pan to czyni?
– Nie. Już nie jestem geografem – uczony mówił z pewnością, jaka przystoi uczonym. – Teraz jestem myślicielem. Przeważnie myślę o tym, że nauka nie odpowiada na najistotniejsze pytania.
– Więc jednak rozczarował się pan do nauki? – pochyliłem się nad biurkiem, aby zobaczyć tytuł książki, którą miał przed sobą.
– Niestety. Bardzo się rozczarowałem. Moim zdaniem, nauka, która nie odpowiada na zasadnicze pytania, jest martwa.
– Więc skąd czerpać wiedzę? – spytałem uczonego.
Sędziwy uczony uśmiechnął się dobrotliwie.
– Gdybym miał tyle lat, co wy, to podróżowałbym po świecie. Poznawałbym kraje, ludzi. Podróże to najlepszy podręcznik wiedzy.
– Pod warunkiem, że podróże traktujemy jak lekcję do odrobienia – włączył się do rozmowy mój przyjaciel. – A ja byłem pewny, że pan jest szczęśliwym człowiekiem.
Rozmawialibyśmy dłużej, ale gdy słońce zaczęło znikać za horyzontem, uczony zamilkł. Wszyscy trzej patrzyliśmy w milczeniu na czerwoną kulę słońca, która delikatnie osuwała się za horyzontem. Gdy słońce zgasło, uczony powiedział uroczystym głosem:
– Warto żyć, aby być świadkiem wschodu i zachodu słońca.
Rozstaliśmy się z uczonym i ruszyliśmy w stronę mojego samolotu, czyli – jak mówi Duży Książę – latającego domu.
Przyjaciel ze zdziwieniem przyglądał się moim czynnościom przy usuwaniu awarii samolotu.
– To ciekawe – mówił Duży Książę. – Rzeczy, którymi się tak chętnie otaczacie, miały wam pomagać, a często się psują. Szkoda, że tak rzadko myślicie o przyjaźni, która się przecież nie psuje.
– Rzeczy mają to do siebie, że czasami się psują – odparłem.
– Zbyt często – uśmiechnął się Duży Książę.
– Niestety.
– Im więcej rzeczy, tym więcej problemów – zakończył filozoficznym stwierdzeniem mój przyjaciel i zapatrzył się w niebo.
Wieczorem, tuż po zachodzie słońca, który bacznie obserwowaliśmy, samolot był naprawiony. Cieszyłem się i jednocześnie smuciłem. Mogłem lecieć do swoich, ale musiałem się rozstać z moim przyjacielem. Nie było mi łatwo, żegnając się z Dużym Księciem. Nawet zakręciła mi się w oku łza, którą wstydliwie wytarłem chusteczką.
– Nie wstydź się łez. One otwierają nasze myśli i uczucia – odpowiedział Duży Książę.
– Czy kiedyś się jeszcze spotkamy? – spytałem z lękiem.
– Może? – uśmiechnął się.
– Ale kiedy?
– Jeśli nie w tym wcieleniu, to na pewno w następnym.
– Więc muszę uwierzyć w reinkarnację?
– Wolałbym, abyś chciał, a nie musiał – nadal się uśmiechał.
– Ale jak to zrobić? To nie takie proste.
– To proste. Uwierz – zakończył rozmowę Duży Książę.
Uścisnęliśmy się bardzo serdecznie i mój przyjaciel oddalił się na swoją planetę, aby wyrywać szybko rosnące baobaby.
I znowu znalazłem się w Kopkach, w piękny dzień sierpniowy, 33 km od Warszawy, w bujnej zieleni działek leśnych, gdzie się usadowiła Scena Letnia od 33 lat działającego w Polsce Teatru Pod Górkę. (Ciekawa zbieżność kilometrów i lat). To teatr skromny, bo kameralny, specjalizujący się w spektaklach jednego aktora, wielce aktywny i bogaty repertuarowo. Około 15 monodramów wskazuje na niemałą wydolność pamięciową i energetyczną imć pana profesora Stanisława Górki, który w ciągu jednego roku potrafi się objawić w kilkunastu wcieleniach. Jest to niezmordowany monodramista o prawdziwym zapale artystycznym, miłującym autentyzm kreowanych przez siebie postaci, a jednocześnie w toku przedstawienia nie stroniący od lekkiego dystansowania się wobec rygorystycznie utrzymywanej fabuły w momentach nawiązywania z publicznością bliższego kontaktu scenicznego w swobodnie improwizacyjnych igraszkach.
Tak było i tym razem w jego prywatnym teatrze, który wydaje się dla pana Stanisława źródłem napędowym, istotą bycia w nieustannej akcji, co mi przypomina innego znanego aktora, z którym się przez długie lata przyjaźniłem, a nawet współwystępowałem u jego boku w kilku moich programach autorskich. Był to Wojciech Siemion. Stylistyka nieco odmienna od Górkowej, ale zapał i konsekwencja podobne. Wojciech był prawdziwą, charakterystyczną, samoswoją instytucją teatralną. Gdzie się pojawiał, tam już był teatr, w tym dobrym znaczeniu. Lubię i cenię teatr jednego aktora, tym bardziej, jeśli jego autentyczność wyrasta z pasji, z indywidualnej potrzeby, z samej natury artysty.
Letnia Scena Pod Górkę ma swój pociągający urok i miejsca, i Gospodarza, który wraz ze stałymi współpracownikami, współtwórcami, stworzył intymną atmosferę gościnnego, artystycznego zakątka. Do Kopek jedzie się z ochotą, jeśli się już choć raz tam było. Nim się rozpocznie konkretna sztuka, sadzają cię na werandzie, a po spektaklu we wnętrzu osobnego domu-przytuliska, przeznaczonego na towarzyskie pogwarki przy herbacie i jakowychś kołaczach, a po sztuce przy winie i innych smakołykach. Gościnność iście staropolska. Opodal stoi druga, pełna duchów chałupa, w której się znajduje nieco przyciasna komnata będąca zarazem sceną i miejscem dla widzów. Tam się spełnia magia wyobraźni, clou programu, czyli już sama uczta duchowa. Stałym gościem – nie powiem „gościnią”, bo mi to drapie podniebienie – jest biała, wielce przyjazna ludziom i ich przedziwnym misteriom, suka, która się zwykle układa u moich stóp i słodko przysypia, nie czyniąc przy tym żadnego dyshonoru miłującemu ją Gospodarzowi, który osaczony widzami robi wymyślne miny i grymasy poczciwca, jakim jest Colas Breugnon, a dziś innego rodzaju poczciwca – Tewje Mleczarza. Trudno się psinie domyślić, jak to być może, żeby się tak z Bogiem co i rusz wadzić, czy jak kto woli – potykać, z pełną wdzięku i mądrością prostego człowieka dobrocią, by ostatecznie godzić się na wszystko „pokornie, nie tracąc pogody ducha i ufności w Boga”, jak to przedstawia wyraźnie też ze wszystkim pogodzony nasz Aktor. Cóż zrobić? Taki jest nasz Tewje, bo i tak chciał Szalom Alejchem, autor powieści Dzieje Tewji Mleczarza, którą z piosenkami Mordechaja Gebirtiga w aranżacji muzycznej Andrzeja Perkmana, adaptował i wyreżyserował dla nas Sławomir Gaudyn.
No to pies się nie ma czemu dziwić, jeno przyjąć stylizowany obraz swego pana, z aplauzem merdając ogonem, a tym samym i jego pan musi też wielkodusznie przyjąć to, że jego wdzięczna suczka czasem zapomni merdnąć, bo jest zbyt ospała. Za to publiczność nagradza Stanisława wielce gromkimi brawami i się dopomina o bis, choćby jeszcze jednej z wielu odśpiewanych w tym dniu piosenek, które w tej wersji u pełnokrwistego Żyda brzmią mi w swej melodycznej strukturze mniej żydowsko, a bardziej z rosyjska (słowiańska), co też ma swoje uzasadnienie w miejscu toczącej się akcji. Odtwórca głównej roli w słynnym musicalu Skrzypek na dachu, na którego kanwie powstał śpiewany monodram Potyczki Tewje mleczarza z Bogiem, odśpiewał intrygujące piosenki Mordechaja Gebirtiga z pełną swadą, wyrazistością i bez przesady. Byliśmy prawdziwie ukontentowani, a nie był to jeszcze koniec wieczornego spotkania w tych podwarszawskich, kwitnących sztuką zaroślach.
Rzecz się działa w Kopkach na Letniej Scenie Teatru Pod Górkę 17 sierpnia 2025 r.
Karol Nawrocki, otwarłszy kilka frontów w polityce wewnętrznej (seria wet i inicjatyw ustawodawczych pokazująca rządowi, że będzie wpierw kierował się własnym interesem politycznym, a nie potrzebami dobra ogólnego; przejęcie zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi w szerszym zakresie i szybszym tempie, niż można się tego było spodziewać; pierwsza Rada Gabinetowa), wyruszył w podróż po dotąd mu nieznanych wodach polityki międzynarodowej. Gdy w kampanii zapowiedział swą pierwszą podróż zagraniczną do Waszyngtonu i po drodze do Watykanu, można się było uśmiechnąć. Okazało się jednak, że jest w stanie tę deklarację zrealizować. Co więcej, nie zasypiając gruszek w popiele, niemalże od razu udaje się do Berlina i Paryża, do Wilna oraz Helsinek.
Spotkania z Donaldem Trumpem, Giorgią Meloni i Leonem XIV (podczas którego nie zachowywał się tak czołobitnie, jak jego poprzednik) wypadły dobrze. Podczas rozmów z politykami zachował pewność siebie, a podobno także swoisty luz i umiejętność skracania dystansu. Trzeba tu jednak wziąć poprawkę na to, że były to kontakty z bardzo mu bliskimi ideowo przywódcami, którzy oczywiście także mieli tego świadomość.
Wizyty te zostały powszechnie uznane za sukces. Z pewnością taki jest ich efekt dla Nawrockiego osobiście, bo jeśli chodzi o korzyści dla Polski nie jest to wcale ewidentne. Brak zamiaru redukcji liczebności sił amerykańskich stacjonujących na terytorium RP Trump ogłosił jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, na samym początku poprzedzającej je konferencji prasowej; podkreślił przy tym, że taki scenariusz w ogóle nie był rozważany. Polski prezydent niczego więc nie wynegocjował, ani nie uzyskał dzięki własnemu wstawiennictwu. Zaproszenie dla Nawrockiego (osobiste) na przyszłoroczny szczyt G-20 na Florydzie jest tylko jednorazowe i nie oznacza członkostwa Polskie w tej, dość luźnej zresztą, strukturze.
Nie udało mu się też przekonać włoskiej premier do wspólnego frontu przeciwko unijnej umowie o wolnym handlu z krajami Mercosur, czyli praktycznie całą Ameryką Południową. Nie ma w tym nic dziwnego, albowiem – wbrew histerii rozpętanej w tej sprawie w Polsce (z powodu rzekomego zagrożenia interesów niektórych producentów rolnych) – jest ona dla UE dużą szansą, zwłaszcza na tle gróźb Trumpa nakładania ceł na europejskie towary. Umowa ta otwiera wielki rynek dla naszych produktów, które w konsekwencji wojny handlowej ze strony USA być może staną się niekonkurencyjne na porównywalnym rynku Stanów Zjednoczonych. Włosi, podobnie jak niemal wszystkie państwa UE to wiedzą – i dlatego nasz rząd pozostał w swym sprzeciwie osamotniony.
Polska, także ta Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego, cały czas prowadzi politykę eurosceptyczną (nawet jeśli obecnie bez narodowego zadęcia). Sprzeciwia się nie tylko umowie z Mercosurem, ale i Zielonemu Ładowi, odbudowie zasobów przyrodniczych, usprawnieniu funkcjonowania Unii poprzez poprawę procedur decyzyjnych i rewizję traktatów. Kluczową zmianą z początku bieżącego roku jest jednak zorientowanie się na budowę własnych zdolności obronnych UE; była to odpowiedź na niestabilność Trumpa i brak pewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Obecna administracja waszyngtońska w zintegrowanej Unii widzi swojego wroga – zapewne z powodów geopolitycznych (rywalizacja na polu relacji ekonomicznych), jak i ideowych, związanych z próbą zainicjowania światowej kontrrewolucji ultrakonserwatywnej. Jeśli Trumpowi udałoby się zbudować międzynarodową pozycję polskiego prezydenta, wcisnąłby Europie konia trojańskiego.
Główny zysk Karola Nawrockiego z tej podróży ma charakter wewnątrzpolityczny. Wdarł się on w obszar polityki zagranicznej ze skutecznością, która nie pozwoli rządowi ograniczyć jego aktywności na tym polu. Nie tylko zajął pozycję dominującą w relacjach polsko-amerykańskich, ale też wykracza poza ten zakres; np. trudno będzie rządowi wypchnąć go z udziału w kolejnych szczytach G-20, jeśli Polska uzyska w niej stałe członkostwo. Na razie nie rodzi to poważniejszych konsekwencji, ale wiadomo, że w kluczowej kwestii zakończenia rosyjskiej wojny w Ukrainie, prezydent zajmuje stanowisko antyukraińskie, podczas gdy rząd wspiera prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Prędzej czy później na tym tle dojdzie do sporu.
Na pewno prezydent umocnił swój wizerunek wśród wyborców, nawet mimo wywoływania przez jego urzędników na marginesie wypadu za ocean drobnych konfliktów z Sikorskim, MSZ i Tuskiem (sądzić należy, że także elektorat umiarkowanie prawicowy uważa, iż polityka zagraniczna wymaga współpracy i konsensu). Umocnieniu jego pozycji na scenie krajowej będzie służyć wskazanie podczas rozmowy w Białym Domu szefa BBN Sławomira Cenckiewicza jako głównego negocjatora ewentualnego porozumienia w sprawie rozszerzenia obecności militarnej USA w Polsce. Chociaż nie posiada on niezbędnych uprawnień do prowadzenia takich rozmów – są to kompetencje Rady Ministrów – rządowi może być trudno dokonać podmiany na tej funkcji; jeśli się tego nie uda, będzie to poważny precedens i wyłom na przyszłość.
Kolejne rozmowy Nawrockiego mogą już nie być tak łatwe. Zetknie się z konkurentami politycznymi, którzy będą w nim widzieć pobratymca niemieckiej AfD czy francuskiego Rassemblement National, nie znajdzie też uznania antyukraińskość i antyeuropejskość polskiego prezydenta.
Przeszłość nie jest martwa. Ona nawet nie przeminęła.
William Faulkner
Włodzimierz Kłaczyński (rocznik 1933) debiutował stosunkowo późno, bo na początku lat 70. ubiegłego wieku. Przez długie lata życia i pracy lekarza weterynarii na Podkarpaciu zbierał bogate plony obserwacji z czasów wielkich polskich powojennych przeobrażeń społecznych, politycznych i obyczajowo-psychologicznych. Dał tego rozliczne literackie dowody, rysując obszerną panoramę ludzkich losów i postaw tego czasu. Znamy go jako autora opowiadań z tomu Wronie pióra (1985), powieści Popielec (1985 r., film i serial telewizyjny w reżyserii Ryszarda Bera), Anioł się roześmiał (1993), a głównie epicko-panoramicznych prozatorskich cykli jak obszerne, pięciotomowe Miejsce: Korso, Krawędź wieku, Ważenie bólu, Gon, Głowa Holofernesa (2005) wraz z dopełniającym freskiem Zasiek polski (t. 1, Idy lipcowe, t. 2 Biały koń, 2008). Był też znanym w latach 80., intrygującym felietonistą tygodnika „Sycyna” (pod redakcją Wiesława Myśliwskiego). Powstały wtedy dwa zbiory: I pies też człowiek oraz I kot ma duszę, które dopełniały w swoisty sposób tę jego obszerną panoramiczną opowieść o konkretnej epoce, 0 ludziach poddawanych nieustającej presji wszelkich możliwych zewnętrznych nacisków, owych „dużych i małych” (by odwołać się do tytułu znanej powieści Wilhelma Macha) wydarzeń z dziejów najnowszej historii Polski. Losów ludzi toczących swoje prywatne potyczki i wielkie niekiedy wojny z tworzącą się nową, nie zawsze im przyjazną rzeczywistością. Tak właśnie widział – i nadal widzi – zadania i rolę literatury Włodzimierz Kłaczyński, wrażliwy i wiarygodny świadek swojej epoki.
Te ciążące nad naszą rzeczywistością stare i nowe problemy, dramaty ludzkie powojennego czasu, związane z tą dla wielu z nas już tylko historyczną epoką skomplikowanych dramatycznie naszych dziejów – mimo wszelkiej zmiany używanych autorskich, gatunkowych tzw. form podawczych (w tym śmiałe sięganie do autentycznego języka plebejskich mas bohaterów) – są nadal główną osnową tematyczną jego całego dorobku prozatorskiego. W tym oczywiście i w książce, zamykającej jego dorobek pisarski… Nosi ona również znaczący i znamienny – jak zawsze w przypadku utworów tego pisarza – tytuł Pudełko. Powieść autobiograficzna. I wraz z inną niedawno wydaną mikropowieścią Wnucek jest bardzo ważnym dopełnieniem całej jego wcześniejszej twórczości, a zarazem widomym i dobitnym świadectwem pewnych literackich tendencji i zmian w jego utworach się dokonujących, także w samym zakresie używanych środków ekspresji.
Podobną formułę, literackiego odwzorowywania świata realiów i losów ludzkich, proponował Włodzimierz Kłaczyński także w swych sztukach teatralnych – zebranych przed paru laty w tomie Dramaty, utworach nawiązujących (wraz z poprzedzającą je „powieścią radiową” Skorpioniada z 2010 r.) do tropów i motywów wcześniejszych swych prozatorskich utworów. Tworzące ten zbiór sztuki: Oficyna – komedia nieoptymistyczna w trzech aktach oraz Ciotka – dramat w dwóch aktach noszący równie wielce znaczący dla jej wymowy podtytuł: Obraz z czasów, kiedy w Polsce wsie zamieszkiwali chłopi, świadczą o tym najlepiej. Dwie pozostałe sztuki są interesującymi próbami aktualizującego odwoływania się do pewnych uniwersalnych tematów zawartych w wybitnych klasycznych dziełach dramaturgicznych: Moralność pani D. – oczywiście według dramatu Gabrieli Zapolskiej – i dramat Inspektor, zwany w podtytule komedią w trzech aktach na motywach Rewizora Gogola – wersja współczesna.
Autor wprowadza teraz swych dawniejszych czytelników oraz nowych odbiorców w podobne co niegdyś rewiry życia, czasu okupacyjnej i powojennej rzeczywistości polskiej, szczególnie zaś tej wywiedzionej już niemal wyłącznie z osobistych, młodzieńczych zwłaszcza, doświadczeń i przeżyć dziecka dojrzewającego w małomiasteczkowej atmosferze tamtego czasu, a potem młodzieńca, studenta weterynarii w akademickim mieście Lublinie. Podejmuje w Pudełku, choć z innej nieco perspektywy i oświetleniu – w gruncie rzeczy na nowo, jak każdy rasowy pisarz, te same zasadnicze, od zawsze nurtujące go problemy. Próbuje bowiem i tą nową prozą odpowiadać na tożsame pytania i problemy, na ostre wewnętrzne konflikty psychologiczne i obyczajowe, jako mające swe źródła w tamtych powojennych porządkach ustrojowych, odciskających nadal swoje piętno na rozlicznych piętrach – rozległych terytoriach polityczno-społecznych – ludzkich postawach i życiowych zachowaniach. Poprzez obecny tutaj, daleki od sielanki, egzystencjalnie bogaty i ciekawy, często odkrywczy literacko obraz tych tak mrocznych rejonów wczesnego dojrzewania osobowości; także między innymi w dziedzinie wtajemniczeń w mało raczej eksplorowane w naszej prozie erotyczne rejony wieku dzieciństwa i młodości – jako ciekawy nawiasem mówiąc materiał dla psychoanalityków! I to na równi z wypływającymi stąd obrazami narracyjnego tła, czyli ówczesnej dużej i małej polityki tego czasu naszej historii. Na przykład w zakresie szkolnictwa (wiele tutaj kapitalnych, „śmiesznych i strasznych” autorskich celnych obserwacji przeżyć), z autorskich, studenckich, jeszcze czasów płynących…
Włodzimierz Kłaczyński mówi o tym wszystkim teraz wprost, bez pruderii, bez zahamowań obyczajowo-cenzuralnych. A też i bez maski tzw. tradycyjnego obiektywnego powieściowego, bezosobowego trzecioosobowego narratora; wcale nie krępuje go gramatyczna forma – ja, dodatkowo przecież uwiarygadniająca całość tej pamiętnikarsko-wspomnieniowej opowieści! Bezpośredni autobiograficzny punkt widzenia, zawężanie rzeczywistości do osobistego doświadczenia nie przeszkadzają Kłaczyńskiemu w wykraczaniu daleko poza zapis czystego i jałowego egocentryzmu. Ma bowiem jako pisarz pełną świadomość tego, że nigdy nie był – nikt nie jest naprawdę – samotną wyspą, szczególnie na tym wzburzonym morzu wszelkich społeczno-politycznych zawirowań polskiej historii oraz międzyludzkich interakcji. I dobrze wie, że pamięć zdarzeń, które przywołuje tutaj tak niby kapryśnie, wyciągając je niespiesznie, niczym zręczny prestidigitator, z głębokich zasobów swojej pamięci, z owego tytułowego symbolicznego zasobu – pudełka-szkatułki, jest ważna nie tylko dla niego…
Włodzimierz Kłaczyński nieprzypadkowo przecież – powiedzmy to na koniec wyraźnie i dobitnie – wybrał kiedyś, jako motto dla swojej wielotomowej powieści Miejsce, słowa amerykańskiego pisarza noblisty – Williama Faulknera, ukształtowanego – jak on sam wyznawał w mowie wygłaszanej w Sztokholmie przy odbiorze tej nagrody – na tym ważnym dla niego przesłaniu zaczerpniętym i wysnutym z prozy Henryka Sienkiewicza: „Przeszłość nie jest martwa. Ona nawet nie przeminęła…”.
W 1989 roku reżyser Andrzej Fidyk zaprezentował film dokumentalny Defilada pokazujący paradę wojskową z okazji 40. rocznicy proklamowania Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. W istocie był to obraz rządów totalitarnych w kraju, w którym kult jednostki (wówczas Kim Ir Sena) osiągnął rozmiary maksimum. Przypomniałem sobie ten film, oglądając dość skąpe relacje z defilady wojskowej z okazji 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej. W Azji zakończyła ją kapitulacja Japonii 2 września 1945 r. Zapatrzona we własne sprawy Europa dość marginalnie porusza zagadnienia dziejące się na innym kontynencie, których pomijanie, wręcz lekceważenie, może mieć z czasem poważne konsekwencje. Chiny zorganizowały największą w historii manifestację swojej potęgi militarnej. A wydarzenia towarzyszące tej defiladzie, pozornie nie związane z rocznicowymi obchodami, tworzą całość, która wymaga poważnej analizy. Mam na myśli 25. szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Tiencinie (31.08-1.09.2025). Wzięło w nim udział 26 przywódców z Azji, Afryki i Europy, w tym przywódca ChRL i premier Indii, którzy odbyli pierwsze od 7 lat spotkanie na chińskiej ziemi.
Szanghajska Organizacja Współpracy została założona w 2001 roku przez 5 państw: Chiny, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, wkrótce dołączył do nich Uzbekistan. Dziś skupia 10 państw, doszlusowały bowiem Indie, Pakistan, Iran i Białoruś. Uczestnikami/partnerami dialogu są także Turcja, Egipt, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Katar. Państwa tej Wspólnoty zajmują 24 procent całkowitej powierzchni świata i 42 proc. światowej populacji. PKB to 20 proc. ogólnego PKB nominalnego i 30 proc. PKB przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej. Jest ważnym forum współpracy w celu równoważenia sprzecznych interesów i łagodzenia napięć dwustronnych (co ważne na przykład w przypadku relacji między Indiami i Pakistanem). W strukturze SzOW obok Rady Głów i Sekretariatu (zlokalizowanego w Pekinie) działa Regionalna Struktura Antyterrorystyczna (RATS), której celem jest zwalczanie „trzech diabłów”: terroryzmu, separatyzmu i ekstremizmu. Na forum tej organizacji państwa w niej uczestniczące chcą wzmóc walkę z przemytem narkotyków i transnarodową przestępczością zorganizowaną. Zamierzają rozwiązać problem Afganistanu i problem palestyński (na podstawie rozwiązania dwupaństwowego). Na spotkaniu w Tiencinie omówiono kwestię utworzenia banku rozwoju SOW w celu zmniejszenia zależności od amerykańskiego dolara.
BRICS skupia dziś 10 państw. To: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA, które tworzyły tę założoną w 2009 organizację współpracy gospodarczej. Do tej piątki doszła piątka druga: Egipt, Etiopia, Iran, Indonezja i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Aspirują kolejne, tak że można spodziewać się, że ta wspólnota liczyć będzie aż 51 państw i stanie się największym na świecie ugrupowaniem kooperacji gospodarczej. Jednym z celów BRICS jest wprowadzenie na rynek wspólnej cyfrowej waluty tych krajów (The Unit), mającej 40-procentowe pokrycie w złocie. O ile SzOW skupia się na celach o politycznym charakterze, eksponując m.in. dążenie do budowania globalnej struktury wielobiegunowej, to w ramach BRICS dominują cele współpracy gospodarczej i naukowo-technicznej.
Przy okazji zakończenia II wojny światowej i kapitulacji Japonii odbyło się spotkanie przywódców. Media wyeksponowały relacje Xi Jinpinga i Putina. Sojusz tych dwóch państw traktowany jest przez Zachód jako poważne zagrożenie, jeśli weźmie się pod uwagę agresywną postawę Rosji i jej dążenie do odbudowy imperium oraz interesy Chin, w tym sprawę Tajwanu, którą – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami – Chiny będą chciały rozwiązać do 2049 r. (stulecie powstania ChRL). Trudno na dziś wnioskować, czy oba państwa będą dążyć do zacieśnienia swych relacji, czy też ich interesy okażą się rozbieżne. Oba scenariusze należałoby brać pod uwagę.
Wreszcie defilada. Podobno Chiny wydały na jej zorganizowanie kwotę przekraczającą 5 mld USD. Pokaz miał imponujący charakter. Perfekcja uczestników niemal doskonała. Defilada stała się okazją do zademonstrowania nowoczesnej broni i zwrócenia uwagi, że Chiny stały się nie tylko potęgą ekonomiczną, lecz także znaczącą potęgą militarną, aspirującą do pierwszej ligi zbrojeniowych mocarstw świata. Internet podał, że szczególnym zainteresowaniem cieszyły modele zaprojektowane przez Chińczyków:
Wysokie oceny nowoczesnej techniki zbrojeniowej zademonstrowanej na defiladzie potwierdzają, że deklaracje polityczne mają wsparcie w posiadanym uzbrojeniu. Z tym większą uwagą należałoby posłuchać Xi Jinpinga mówiącego podczas obchodów święta: „W przeszłości mierzyliśmy się z walką między dobrem i złem, światłem i ciemnością, postępem i reakcją. Chińczycy zjednoczyli się, by pokonać wroga. Odrodzenia narodu chińskiego nie da się powstrzymać, a szlachetny cel pokojowego rozwoju ludzkiej cywilizacji musi zwyciężyć”. Niedawno słuchaliśmy w Warszawie przemówienia Joe Bidena, który mówił o konflikcie cywilizacji dobra i zła. Dobra utożsamianego z cywilizacją Zachodu i zła – z przeciwnikiem, uosabianym przez Rosję i jej sprzymierzeńców. Retoryka pozostała ta sama, tylko strony sporu zamieniły się rolami. A Putin maszeruje obok Xi Jinpinga i przygląda się pokazowi militarnej siły Chińczyków. Zapewne z mieszanymi uczuciami.
Jeśli ktoś miałby wątpliwości, z jakim prezydentem mamy teraz do czynienia, to niech już wie, że nie z malowanym. Minione już z górą trzy tygodnie życia pod jednym państwowym dachem z p. Nawrockim nauczyły nas, że będzie inaczej niż dotychczas: letnie hasanie poprzedniego lokatora Pałacu na skuterach wodnych po Zatoce Puckiej (swoisty symbol byłej już prezydentury) definitywnie się skończyło. Prezydent, mimo wakacji i pory urlopowej pracuje w pocie czoła i w myśl przekonania, że powinien ogarniać i decydować o wszystkim. No, ale na dziś nikt z szerokiej publiczności nie może zarzucić mu, że w Pałacu urzęduje jakiś kompletny nieogar – żeby użyć tu nowoczesnej polszczyzny. Inna sprawa, jak to ogarnianie faktycznie wygląda, bo występują tu zasadnicze różnice, które doskonale ilustruje kadr z zakończonej niedawno Rady Gabinetowej, kiedy zaczynała się część nietransmitowana i siedzący w pewnej odległości od siebie prezydent i premier zaczęli energicznie przysuwać się do siebie oddalonymi dotąd fotelami. Mamy więc obrazek na zewnątrz, kiedy politycy okazują sobie wyjątkowo chłodną uwagę, a często sarkazm, i obrazek faktyczny, kiedy aż tak źle się nie dzieje.
I to może być właściwie jedyne podsumowanie odbytej Rady Gabinetowe,j której faktyczna treść chyba przewyższyła teatralną początkowo formę; nikt przecież nie może zabronić prezydentowi zapoznania się z faktycznym stanem spraw państwowych, skoro do tej pory był tu nieco zielony. Przynajmniej z tego założenia wyszedł premier, słusznie zakładając, że Konstytucja narzuca reguły, które trzeba wypełnić. Mamy więc to odfajkowane, nic wielkiego się na zdarzyło, a nawet po raz kolejny potwierdzono, że bezpieczeństwo i polityka zagraniczna będą najpierwszymi polami współpracy. To nawet dobrze, że premier szybciutko zaplanował w kolejnym po Radzie dniu pierwsze posiedzenie budżetowe rządu pokazując, że lejce rządzenia trzyma mocno i nie zamierza ich wypuścić. A z drugiej strony zakomunikował, że wpadnie jeszcze raz do prezydenta pogadać przez jego wyjazdem do USA, bo MSZ napisał półtorej strony maszynopisu, co ma mówić, a czego nie podczas rozmów z prezydentem Trumpem w Gabinecie Owalnym. I to by nawet jakoś mieściło się w porządku konstytucyjnym i kohabitacji, która jak wiadomo do polityki jako pojęcie została tylko zapożyczona, wcześniej oznaczając życie na kocią łapę w jednym gospodarstwie domowym (co w bieżącej polityce polskiej na jedno mniej więcej wychodzi…).
Mieściłoby się, gdyby nie głośne weta, których jest obecnie ledwie cztery, na kilkadziesiąt podpisanych przez prezydenta ustaw; dokładnie c z t e r y choć szum informacyjny jest taki, jakby proporcje były odwrotne. Logika tych wet jest bardzo ciekawa i nawet przy uważnej lekturze uzasadnień, które publikuje Kancelaria Prezydenta, grubo zastanawiająca. Dotyczą one polityki energetycznej i surowcowej państwa, może z wyjątkiem ustawy o środkach ochrony roślin, której dostało się za obowiązki nałożone na rolników prowadzenia elektronicznej bazy dokonywanych zabiegów ochronnych. Przekaz medialny akcentuje szczególnie tematy energetyczne – niechęć do OZE, kwestie rachunków za prąd – ale tu nieczyste sumienie prezydenta jest w pewnym zakresie przykryte nowymi jego inicjatywami legislacyjnymi. Które swoją drogą rząd obecnie lekceważy, ale będzie musiał wziąć pod uwagę na etapie sejmowym, bo innej drogi raczej nie ma – skoro niekiedy toczka w toczkę cytują zakwestionowane rozwiązania.
Zamieszania dodała deklaracja, że prezydent (jako jeszcze kandydat) nigdy nie był za podwyżkami podatków i to obecnie podtrzymuje, co obiecał m.in. liderowi Konfederacji, w tym takich, jak podatek bankowy i akcyza na tytoń, alkohol czy opłata cukrowa – gdzie dotąd panował konsens, że rząd określał wysokość stawek stosownie do potrzeb budżetowych, a prezydent przyklepywał. Tym razem okazało się, że to może być pole do negacji, mimo że w akcyzie mamy dość wyśrubowane poziomy corocznych podwyżek, a to przez obowiązującą od paru lat mapę akcyzową. Choć jest ona bolesna, to dawała realny, a nie papierowy dochód budżetowy, ale od jakiegoś czasu nastawienie jest inne – podwyżki akcyzy mają zduszać konsumpcję alkoholu, tytoniu i cukru, bo jest ona szkodliwa i niepotrzebna. Ulega temu nawet minister finansów, lansując zamiast minister zdrowia rozwiązania prozdrowotne w zakresie akcyzy alkoholowej czy opłaty cukrowej. Przy aż dudniącym milczeniu Miodowej, która skurczyła się jakoś straszliwie po pierwszej porażce kadrowej nowej minister, która chciała swoich ludzi jako nowych wiceministrów, ale koalicjanci nie dali.
No tak, ale co z tego zamieszania finalnie wyjdzie? Odpowiedź daje stary wyga premier Tusk – budżet na 2026 rok, który musi zapewnić takie dochody, aby deficyt nie pogrążył na dobre nas wszystkich w otchłani długów i zobowiązań na najbliższe stulecia. I tu nawet prezydent nie podskoczy, bo budżetu zawetować już nie może.
Cytując doniesienia agencji światowych na temat niewyłączonego mikrofonu w trakcie kuluarowych rozmów w Białym Domu po konferencji prasowej Donalda Trumpa wraz z europejskimi liderami, autor tegoż artykułu popełnia zapewne nieuprawnioną parabolę narzucania interpretacji wbrew konieczności dokonania chłodnej a rzeczowej analizy efektów: „Myślę, że chce się dogadać. Robi to dla mnie. Rozumiesz? Jak szalenie by to nie brzmiało – powiedział prezydent USA” [1]. Czyli pułapka Putina zadziała?
W międzynarodowym układzie sił o miejscu i roli w jego strukturze decyduje potęga państwa jako zdolność do osiągania celów. Nie miejsce rozpisywania się o składowych pojęcia „potęgi” (by nie wchodzić w spór z prof. Mersheimerem: potęga to funkcja liczby ludności i bogactwa), ograniczyć się można do rozróżnienia jej na: (a) możliwości (realne, tj. w świeci demokracji osiąganie tego, co możliwe) oraz (b) wolę, którą intuicyjnie znamy jeszcze ze sztambucha mickiewiczowskiego dylematu szkiełka i oka wobec czucia i wiary. Ten czynnik powoduje, że polityka zagraniczna jako przejaw stopnia potęgi w świetle drugiego jej, wolicjonalnego, a w ślad za tym behawioralnego aspektu, jest często nieuchwytna, trudno poddająca się jasnemu określeniu. W takim stanie rzeczy wyodrębnienie rzeczywistych, stałych interesów wobec niestałości grupujących się wokół potęgi jej sojuszy nader często jest niejednoznaczne, by nie powiedzieć: prowadzące do mylnych wniosków. Funkcjonalność potęgi daje możliwość wpływania na innych uczestników. Im bardziej ta możliwość jest zracjonalizowana w oparciu o wspólne interesy, kryteria, i spajające je wartości, tym bardziej jej efektywność jest znacząca.
Pytanie, co się dzieje, kiedy pojawia się rozdźwięk interesów (by nie mówić o polityce celnej), odejście od uwspólnotowionych dotychczas kryteriów, np. rozumienia zagrożeń i intencji innych graczy (rozróżnienie między agresorem a ofiarą), napędzanego tym bardziej rosnącą rozbieżnością wartości (indywidulanych ambicji – vide wstęp)? Czy to właśnie taki jest obecnie stan relacji transatlantyckich czyli podwójnego Zachodu: amerykańskiego przy administracji Trumpa i europejskiego? Czy dążenie do zakończenia wojny (czyli agresji na Ukrainę) i wypracowanie akceptowalnego dla Kijowa i społeczeństwa ukraińskiego porozumienia będzie szansą na rewitalizację spójności euroatlantyckiej? Takie nadzieje płyną zza oceanu widząc spójność i determinację siedmiu przedstawicieli Europy. Niestety, obawiam się, iż ewentualne zaprzepaszczenie tej determinacji oddaje pole do odpowiedzi na ww. pytanie… Kremlowi, który w pełni zdaje sobie sprawę z obecnego stanu „podwójnego Zachodu”. Z tego powodu jego spójność transatlantycka stoi w jawnej sprzeczności wobec choćby stosunku Kremla do NATO i jego polityki otwartych drzwi.
Pewnym jest, iż Putin może uczynić jakiekolwiek koncesje w jego stanowisku tylko o tyle, o ile jego realizacja celów będzie miała szansę maksymalizacji: to nie tylko wynika z imperialnego charakteru myślenia, to rosyjska ocena możliwości opierająca się na obecnym stanie związków transatlantyckich. Stąd będziemy świadkami pierwszej fazy uprawianej klasycznej, postsowiecko rosyjskiej szkoły dyplomacji czyli talks on talks (rozmów o rozmowach). Wrażenie, że ten etap został już klepnięty w trzy dni dzielące Alaskę od poniedziałkowego spotkania w Waszyngtonie, jeśli nie jest rzeczywistym, realnym i zakotwiczonym osobistym sukcesem prezydenta Trumpa, to dla Putina będzie jedynie wstępem do ww. formuły. A taki scenariusz, bez względu czy kolejne spotkania odbędą się już za dwa tygodnie w trój- lub dwustronnym formacie, może – i oby! – doprowadzić raczej do zawieszenia broni i zawarcia rozejmu. Putin nie musi już przesuwać linii frontu – chyba że chce zająć Kijów: jego żądania są znane, a ewentualne wycofanie się wojsk ukraińskich na trzecią, najlepiej umocnioną linię oporu w Donbasie, doprowadzi do wojny pozycyjnej. Każdy inny scenariusz zawarcia pokoju (tj. z pominięciem fazy rozejmu i skomplikowanych dyplomatycznych negocjacji, czego nie preferuje prezydent USA) bez białej flagi wywieszonej przez Ukrainę, jest niemożliwy.
Medialnie upubliczniane stanowiska Kijowa i Moskwy nie zmieniły się, są nadal kompletnie rozbieżne i sprzeczne. Zaogniają je wręcz roszczenia Moskwy w sprawie ukraińskich terytoriów, a prezydent Zełenski deklaruje, iż ten aspekt stanowić będzie przedmiot jego dwustronnych rozmów z Putinem, bez udziału pośrednika czy pośredników. Czegokolwiek nie udałoby się obu stolicom uzgodnić, Kijów i Europa wiedzą dokładnie – i to będzie sukcesem waszyngtońskiego spotkania – że konieczne są gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Proces kształtowania się grupy państw gotowych rozważyć gwarancje, które mogą mieć różne formy i zakres oraz konkretny charakter, trwa od parunastu miesięcy. Pojawił się ponownie na wokandzie dnia tuż po zakończeniu rozmów w Waszyngtonie, kiedy okazało się, że pierwotne deklaracje prezydenta Trumpa o gotowości wyposażenia Ukrainy przez amerykańskie gwarancje typu jak art. 5 [traktatu waszyngtońskiego], zmieniły się w treści jego komunikatu w sformułowanie, iż „zapewnione będzie ono przez Europejczyków przy wsparciu USA…”, co tylko daje pole do domysłów. Zapewne jest słuszne stwierdzenie w ramach przygotowań do rozmów – niech na Kremlu rozsupłują ten węzeł. Formalnie jedyną znaną, realnie wyposażoną w możliwy twardy mechanizm działania, zapisaną traktowo jest gwarancja artykułu 5. Taką perspektywę członkostwa zapewnił Ukrainie bukaresztański szczyt NATO w 2008 r., a podważenie tej deklaracji w formie waszyngtońskiego twardego „nie” dla Kijowa, przynajmniej w kadencji Trumpa, jest sukcesem Putina oraz próbą zdezawuowania wiarygodności Sojuszu (oby nie jego zobowiązań!). Rozważania dla Ukrainy amerykańskich gwarancji, jakie posiada Izrael, nie wolno wysnuwać z oprawy powitania Putina na Alasce, kiedy to strategiczny bombowiec B2 ozdobił niebo… Sens przesłania był zapewne inny.
A na koniec – uwagi widza: w ślad za rzymskim przysłowiem „Non vestimentum virum ornat, sed vir vestimentum” (Nie szata zdobi męża, lecz to mąż szatę) wizualna oprawa waszyngtońskiego euroatlantyckiego szczytu potwierdza raczej pierwszą część przysłowia, chociaż jego druga część w pełni odnosi się jednie do prezydenta Zełenskiego. Występujący i tym razem bez przysłowiowego krawata i białej koszuli, przeproszony został przez tego samego dziennikarza, który kilka miesięcy temu go obraził podczas feralnej prowokacji zainicjowanej przez wiceprezydenta J.D. Vance’a; z kolei pytania dziennikarzy nie dosięgały sedna problemów, co było zapewne zasługą wysiłków nie tylko organizacyjnych staffersów biura uroczej rzeczniczki Białego Domu; same wypowiedzi europejskich liderów w obliczu kamer w trakcie spotkania z mediami wraz z najwyższym urzędnikiem amerykańskiej demokracji opatrzone były miksem uznania i pochwał dla tego ostatniego oraz próbą określenia konkretów odnośnie do niejasnych przyszłych realiów. Zgromadzeni wianuszkiem w Gabinecie Owalnym na krzesłach półkolem siedmioro liderów zza oceanu zacnie zdobiło biurko, a siedzącego za nim w fotelu jakby ex cathedra prezydenta: wyborca MAGA oglądający to zdjęcie może być utwierdzony w przekonaniu kto jest kim!
[1] https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2025-08-19/donald-trump-przylapany-przez-wlaczony-mikrofon-zdradzil-co-mysli-o-putinie/
Na zdjęciu: posiedzenie Rady Europejskiej w dniu 19 sierpnia 2025 r. (online)
Zaraz po wylocie prezydentów Trumpa i Putina z Anchorage, w Europie Zachodniej (a pewnie i w Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii, Japonii i Korei Południowej) rozległo się głośne westchnienie ulgi. Nie zawarto porozumienia ponad głowami Ukrainy i Unii Europejskiej, na razie nie ma drugiego Monachium i drugiej Jałty. Nic się nie zmieniło: co prawda Rosjanie nadal będą bombardować naddnieprzańskie miasta i wsie, żołnierze będą ginąć tysiącami, a front będzie krok po kroku, kilometr po kilometrze, przesuwać się na zachód; ale nikt nie zmusza niepodległego, suwerennego państwa do rezygnacji z 1/5 jego terytorium, nie próbuje na nim wymóc sztucznej neutralności i rozbroić jego armii.
Na pewno dwustronny, naprędce zwołany szczyt nie zakończył się sukcesem. Świadczy o tym choćby fakt odwołania zaplanowanego roboczego lunchu i szybkie opuszczenie Alaski przez jego uczestników, po trzech godzinach rozmów (z tłumaczami, więc praktycznie po półtorej) i dwunastu minutach konferencji prasowej bez możliwości zadawania pytań. Gdyby Trump dogadał się z Putinem, to nawet jeśli postanowiliby nie ogłaszać publicznie szczegółów porozumienia, zostaliby, by w dobrych humorach pogawędzić przy suto zastawionym stole. Skrócenie obrad o połowę jest rzadko spotykanym przyznaniem się do fiaska.
Mimo to pozostaję podejrzliwy i nieufny. Nie wiemy, co dokładnie wydarzyło się w bazie Elmendorf-Richardson; w tym momencie – po konsultacjach Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim oraz z przywódcami UE i Wielkiej Brytanii – tę wiedzę posiadło może kilkaset osób na świecie. Wsłuchuję się jednak w to, co obaj interlokutorzy na wspomnianej konferencji prasowej (a prezydent USA także w wywiadzie dla jego ulubionej stacji TV Fox News) powiedzieli. Oczywiście obaj, jak to się mówi, oszczędnie gospodarują prawdą; jeden generalnie mówi, co akurat mu ślina na język przyniesie, drugi jest dobrze wyszkolonym agentem wywiadu. Przy tym filtrze można jednak to i owo z ich wypowiedzi wywnioskować. Trump ocenił spotkanie na „10” w dziesięciostopniowej skali, stwierdził, że „poczyniono znaczny postęp”, że jedynie kilka rzeczy (na konferencji) lub nawet tylko „jedna duża” (w Fox News) pozostała nierozstrzygnięta; nie zdradził przy tym, jaka. Powiedział, że przynajmniej przez dwa-trzy tygodnie w ogóle nie będzie się zastanawiał nad sankcjami, którymi wcześniej straszył Rosję w razie niewprowadzenia z jej winy zawieszenia broni. Zapowiedział kolejne spotkanie, być może w trójkącie z Zełenskim, już we wrześniu.
Najbardziej złowieszczo zabrzmiała jednak uwaga Putina: „Pozostaje mieć nadzieję, że osiągnięte przez nas porozumienie otworzy drogę do pokoju w Ukrainie. Liczę, że w Kijowie oraz stolicach europejskich nie będą tego przyjmować jako prowokacji, oraz próbować zaszkodzić potencjalnemu postępowi w tej sprawie”.
Wygląda więc na to, że na stole coś leży. Być może jest to jednak takie coś, które nawet Trump uznał za zbyt ryzykowne – albo zbyt mało opłacalne – by podjął się przełamania oporu Ukraińców i Europejczyków. Teoretycznie ma bowiem instrumenty, by każde rozwiązanie, jeśli by tylko chciał, wymusić. Wystarczy, że zabroni sprzedaży (Europejczykom, bo teraz to my za nie płacimy) sprzętu i amunicji z finalnym przeznaczeniem dla Ukrainy. Oraz przestanie udostępniać dane wywiadowcze, niezbędne do przeprowadzania precyzyjnych uderzeń.
Alternatywnym wyjaśnieniem może być silna pozycja, jaką od czasu inauguracji drugiej prezydentury Trumpa, po półtora miesiąca nieustannych narad (w lutym – marcu), wypracowała sobie Unia Europejska wraz z Keirem Starmerem. Już raz, w marcu, powstrzymała zapędy nowego gospodarza Białego Domu do porozumień z Putinem ponad jej głowami. Jest prawdopodobne, że prezydent USA wolał się skonsultować z Europejczykami przed zaciągnięciem jakichkolwiek zobowiązań.
Krótko mówiąc, wciąż nie wiemy, co czeka nas za kolejnym zakrętem.
Zakończył się koncert. Czerwony dywan został zwinięty. Tylko publiczność zastygła w zdumieniu, zaskoczona nagłą zmianą libretta i partytury oraz niespodziewaną zamianą wirtuozów pierwszych skrzypiec. Co zatem wydarzyło się na Alasce?
Od momentu, gdy czerwony dywan rozwinął się na płycie lotniska w Anchorage i prezydent największej demokracji świata serdecznym uściskiem dłoni – wystarczająco długim, by trafić na pierwsze strony światowych gazet – przywitał oskarżonego o zbrodnie wojenne Władimira Putina, po czym obaj panowie wsiedli bez asysty do prezydenckiej limuzyny Trumpa, stało się jasne, że nic, co się wydarza, nie jest i nie będzie zgodne z konwencją dyplomatyczną. To był autorski program Trumpa z nagrodą Nobla w tle.
To on, przynajmniej w założeniach, miał być scenarzystą, reżyserem, głównym aktorem i jedynym krytykiem mającym prawo komentowania sukcesu tego koncertu, w którym sam miał grać pierwsze skrzypce. Prezydent Ukrainy został wykluczony. Europejscy sojusznicy pozostawieni z boku. Trump obiecał jedynie „wezwać NATO” i „powiedzieć Zełenskiemu o dzisiejszym spotkaniu”. To nie była dyplomacja – to miał być występ solo z Putinem w drugim planie. Wszystko szło dobrze aż do niespodziewanej zamiany wirtuozów pierwszych skrzypiec.
Wszystko szło zgodnie z partyturą do momentu, gdy podczas dwunastominutowego wygłaszania oświadczeń na konferencji prasowej (na której prasie nie pozwolono zadawać pytań) głos – jako pierwszy, łamiąc protokół i przejmując narrację – zabrał Putin. Trump, milczący i nieruchomy, stał obok jak statysta w spektaklu, który przecież miał być jego własnym.
Putin nie tylko rozpoczął konferencję prasową, ale też wyznaczył ramy przekazu: zakończenie wojny możliwe jest tylko wtedy, gdy zostaną „wyeliminowane podstawowe przyczyny konfliktu”. To sformułowanie, pozornie neutralne, w języku Kremla oznacza jedno: usunięcie obecnego rządu Ukrainy, demilitaryzację i redefinicję jej granic i suwerenności.
Putin ostrzegł europejskich liderów, by „nie torpedowali postępu” — czyli nie przeszkadzali w procesie, który ma być prowadzony wyłącznie przez Moskwę i Waszyngton. To nie była propozycja pokoju; to była deklaracja dominacji. Europa została zredukowana do roli widza, a Ukraina do pionka w rozgrywce dwóch mocarstw.
Trump ogłosił „no deal” do czasu, gdy będzie „prawdziwy deal”. Niejasno zasugerował możliwość „land swap”, czyli zmianę granic Ukrainy. Jak wyjaśnił, wszystko teraz zależy od Wołodymyra Zełenskiego. W odniesieniu do mglistej wypowiedzi Putina odnośnie do „postępu”, podsumował spotkanie słowami: „Zgadzamy się w większości punktów, ale w kilku dużych nie do końca nam się udało”. W tym samym czasie, gdy Trump i Putin, w pilnie strzeżonej amerykańskiej bazie wojskowej wymieniali uśmiechy i wygłaszali swoje oświadczenia, rosyjskie rakiety zabijały cywilów na Ukrainie.
Analitycy polityczni ostrzegają, że rozmowy pokojowe bez Ukrainy są nie tylko nieskuteczne, ale wręcz niebezpieczne. Europejscy przywódcy wyrazili zaniepokojenie gotowością Trumpa do wymiany terytorialnej, którą uważają za legitymizację agresji. Goszczenie Putina na amerykańskiej ziemi, bez Zełenskiego i NATO, wysłało niepokojący sygnał, że zaangażowanie i lojalność Ameryki wobec sojuszników są negocjowalne. Jak ujął to jeden z komentatorów, „Trump nie przegrał, ale Putin wyraźnie wygrał”.
W istocie szczyt na Alasce nie był w rozumieniu międzynarodowych standardów wydarzeniem dyplomatycznym – był raczej odzwierciedleniem światopoglądu Trumpa, w którym wszystko przypomina negocjacje biznesowe pomiędzy właścicielami nieruchomości, osobista chemia wygrywa z polityką, optyka liczy się bardziej niż realne rezultaty, prezydent to raczej despotyczny CEO [Chief Executive Officer, prezes Zarządu – przyp. red.], który sam decyduje, kto zajmie miejsce przy stole, a kogo za chwilę wyrzuci z pracy. Jednakże prawdziwe pytanie brzmi nie „Co osiągnął Trump?”, ale „Co stracił świat?”.
Jesteśmy świadkami tektonicznych zmian w globalnym wymiarze. Kształtuje się paradygmat relacji międzynarodowych – opiera się on na sile gospodarczej dominujących gospodarek wraz z oligarchicznym kapitałem oraz kompleksem zbrojeniowym w formie koncertu mocarstw. W treści ten typ relacji budowany jest już nie na wartościach, zasadach i prawie, lecz na sui generis prawie silnych wraz z uznaniem autonomii autokratycznych działań. Ten typ znany jest od czasu pokoju westfalskiego, od powstania narodowych państw, z historii XIX wieku. Obecnie umacnianiu tego paradygmatu towarzyszy renacjonalizacja polityk państw, jeśli nie wspomnieć rosnących tendencji autorytarnych wraz degradacją prawa międzynarodowego.
Gospodarz Kremla, mający świadomość słabości swojej gospodarki, lądując na Alasce i będąc kordialnie powitanym przez swojego amerykańskiego partnera osiągnął pierwsze zwycięstwo. Legitymizacja (możliwości) powrotu do nowej polityki globalnej – w sensie o którym wspomniano na wstępie – stała się faktem. Usuwa to kompleks utraty imperialnej pozycji – czemu cios zadali Ukraińcy broniąc się przez ponad trzy lata przez rosyjskim agresorem i ruskim mirem.
Pułapka Putina: Władimir Władimirowicz kreuje warunki do ukierunkowywania czy nawet formowania działań Trumpa wraz z zaspokajaniem jego osobistych ambicji na rzecz (a) wyłączania / ograniczania Ukrainy, (b) minimalizowania / alienowania Europy w jej transatlantyckich relacjach z USA w imię realizacji projektu MAGA. Zręby taktyki zarzucania sieci wynikały z dogłębnych analiz osobowości Trumpa dokonywanych w kremlowskich gabinetach po lipcowym spotkaniu w Helsinkach w 2018 r. Wszyscy pamiętają szok po zakwestionowaniu przez amerykańskiego prezydenta wiarygodności służb agencji wywiadowczych USA na rzecz zapewnień „głębokiego demokraty” (jak to się kiedyś wyraził o Putinie inny republikański prezydent USA – G.W. Bush). A kiedy skutki agresji na Ukrainę, stosunek do europejskich sojuszników, do UE itd. stały się przedmiotem walki z Joe Bidenem (a później w kampanii z Kamalą Harris) od momentu inauguracji prezydentury w 2020 r. wraz z atakiem na budynek Kongresu patriotów, putinowscy stratedzy utwierdzili się w przekonaniu, że nieprzewidywalność narcystycznej osobowości nowojorskiego dealera nieruchomości jest możliwa do ukierunkowywania (jeśli nie manipulowania nią) na korzyść Kremla. Przez miesiące od zapowiadanego „zakończenia wojny w 24 godziny”, Moskwa eskalując swoje żądania, uzyskiwała medialne deklaracje ponownie wybranego prezydenta o jego przekonaniu, iż Putin prawdziwie chce pokoju. Sukcesem Rosji uważać można doprowadzenie Trumpa do frustracji wobec Putina – subiektywizm tej emocji jako mechanizmu podejmowania decyzji był charakterystyczny, ale w okresie monarchii. Za każdym razem, miesiącami, Moskwa eskalowała swoje żądania, a prezydent USA w reakcji odpowiadał, że jest przekonany, iż Putin prawdziwie chce pokoju. Oznacza to, że dorobek, ot, dla przykładu, dyplomacji XX wieku będzie już tylko przedmiotem studiów archiwalnych. AI, oparta na właściwie przygotowanych skryptach i odpowiednio dobranych bazach danych MAGA, będzie w stanie zracjonalizować nowy charakter obecnej polityki międzynarodowej Waszyngtonu.
Czy pokojowa pasja zaangażowania Trumpa na rzecz uzyskania pokojowego Nobla, albo same zdjęcia z Anchorage, będą w stanie po raz kolejny zaspokoić oczekiwania jego elektoratu? Amerykański prezydent określany jako najpotężniejszy człowiek świata, zmuszony jest do ucieczki do przodu przed ujawnieniem afery dossier Epsteina, najpoważniejsze polityczne zagrożenie dla jego projektu MAGA, w przypadku, kiedy wymiar sprawiedliwości w pełni wdroży postępowanie.
A gdzie w tym wszystkim Ukraina i bezpieczeństwo globalne? „…z Europy płyną do nas gorące i pokaźne czeki za zakup naszej broni, wojna w Ukrainie obecnie nic nas nie kosztuje” – wyraził się na pokładzie Air Force One lecący na Alaskę amerykański prezydent. Analiza różnorodnych, poważnych ocen dotyczących strategii i perspektyw polityki zagranicznej USA, jednoznacznie wskazuje na koncentrowanie się na Chinach. Nie jest to oczywiście novum, od parunastu lat uznawane są one w USA za egzystencjalne zagrożenie. Putin doskonale zdaje sobie sprawę z braku właściwej, realnej i wiarygodnej oceny strategii i miejsca Rosji w globalnej strukturze interesów USA, chyba że chodzi o tzw. odwróconego Kissingera, co dla Kremla jest kolejnym obszarem do rozgrywki, do działań – ale tylko taktycznych – w jego polityce. Postrzeganie Rosji przez obecną administrację waszyngtońską ogranicza się głównie do problematyki jej potęgi jądrowej oraz możliwości ekspansji czy współpracy gospodarczej.
Transakcyjny charakter polityki Trumpa jest i będzie dla Putina obszarem do zagospodarowania, szczególnie kiedy dealowanie w oparciu o interesy gospodarcze USA stanowi sens propozycji Trumpa dla Moskwy. Z kolei mało co słyszymy o werbalizacji i ocenach rosyjskich inicjatyw (poza sankcjami oraz żądaniami wobec Kijowa). W oparciu o dotychczasowe obserwacje trudno było doszukać się w polityce Waszyngtonu strategicznej polityki wobec Moskwy, oprócz współczucia Trumpa dla „zabijanych młodych żołnierzy rosyjskich i ukraińskich”. Tym bardziej, że daleki jestem od twierdzenia, że wydarzenie na Alasce stanowi powrót do klasycznego mechanizmu mediacji, negocjacji itp. Ten mechanizm jest już niestety historią. Ciekawi mnie, co też myślą krytycy b. kanclerz Merkel dezawuując jej politykę cywilizowania Rosji poprzez związki gospodarcze. W wydaniu niemieckim wiadomo, czym projekt się zakończył…
Z perspektywy rosyjskiej ocena strategicznych, długofalowych możliwych zysków opierała się dotychczas i będzie się opierać na osiąganiu celów określonych w dwóch rosyjskich dokumentach z grudnia 2021 roku. Pomijanie ich – tak jak przez lata łudzono się, iż monachijskie wystąpienie Putina w 2007 r. miało przede wszystkim wywrzeć emocjonalny efekt na zachodnich politykach – to otwieranie pola do wszelkiego rodzaju niewłaściwych, błędnych interpretacji czy nawet spiskowych teorii o celach Rosji. Zaadresowana z Kremla na kilka tygodni przed jej agresją na Ukrainę do Waszyngtonu: Umowa między Federacją Rosyjską a Stanami Zjednoczonymi Ameryki o gwarancjach bezpieczeństwa, oraz do NATO: Porozumienie o środkach zapewnienia bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej i państw członkowskich Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego stanowią podsumowanie monachijskich celów wystąpienia Putina. Konsekwentnie są konkretyzowane w strategicznych rosyjskich dokumentach, np. Doktryna polityki obronnej i bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej czy Doktryna Wojenna. W parę godzin po zakończeniu rozmów na Alasce, oczekując na zapowiadane dalsze rozmowy już włączające Ukrainę, a może i Europę, warto przypomnieć ocenę tych dokumentów jednego z wybitniejszych współczesnych znawców Rosji, Marka Menkiszaka z grudnia 2021 r.,): „Zarówno radykalna treść dokumentów, których niektóre zapisy są upokarzające dla USA, NATO i Ukrainy, jak i sam fakt ich upublicznienia sugerują, iż Moskwa nie oczekuje w rzeczywistości zgody na nie. Daleko idący i często asymetryczny na korzyść Rosji charakter oczekiwanych rozwiązań jest bowiem skrajnie trudny, a najczęściej niemożliwy do przyjęcia przez drugą stronę”[1]. Sam zapis w konstytucji Rosji o czterech obwodach ukraińskich i Krymie jako podmiotach państwowości rosyjskiej, to tylko papier? „Terytorium za pokój”: czy to też tylko bluff medialny? Zapewne niemożliwy do pełnej polityczno-prawnej realizacji w obecnych warunkach, niemniej warunki, które stawia Putin władzom ukraińskim na rzecz rozpoczęcia negocjacji pokojowych są równie nierealne jak dokumenty z grudnia 2021 r. Putin żąda m.in. przeprowadzenia wyborów prezydenckich (czyli odejścia Zełenskiego), zaprzestania pomocy militarnej z Zachodu, rezygnacji z ambicji uzyskania członkostwa w NATO.
Osobiście uważam, że celem Trumpa jest w pierwszej kolejności rekalkulacja warunków bezpieczeństwa w relacjach USA-Rosja, co będzie bezpośrednio oddziaływać na warunki bezpieczeństwa europejskiego. Jeśli w wyniku rozmów z Putinem przekona Amerykanów iż Zełenski jest głównym problemem czy hamulcowym utrudniającym dwustronne ułożenie się z Putinem, to będzie nie tylko dla Ukrainy, ale i dla Europy i jej związków transatlantyckich zapowiedź czarnego scenariusza.
Brak konkretów w sprawie Ukrainy, jakiekolwiek wskazanie odnośnie do dalszych losów wojny, to zły znak, tym bardziej, iż Putin ponownie wskazał na konieczność usunięcia pierwotnych przyczyn leżących u podstaw specjalnej operacji wojskowej. Ważne niemniej jest to, że Trump potwierdził, iż nie ma dealu (zapewne w kwestii Ukrainy, gdyż prezydent USA wskazał na „najtrudniejszy problem”) bez pełnego uzgodnienia jego warunków oraz że – zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami – poinformuje europejskich sojuszników i prezydenta Zełenskiego o wyniku rozmów. Wskazanie przez Putnia o zapewnieniu bezpieczeństwa (gwarancji?) Ukrainie to pewna zmiana akcentów, choć ostrzegł on, by Europa nie przeszkadzała w dalszych działaniach na rzecz rozwiązania problemu. Obaj koncentrowali się głównie możliwościach biznesowych, na nowym otwarciu współpracy gospodarczej, wymiany handlowej (energetyka, Arktyka, wysokie technologie). Putin zjawiając się na Alasce, uniknął nałożenia zaostrzonych sankcji. Kuriozalnym przykładem dalszego urabiania Trumpa do dalszego rozgrywania, jest wskazanie, iż gdyby w 2022 r. prezydentem był nie Biden, to rzeczywiście wojny można było uniknąć. Zaproszenie amerykańskiego prezydenta do Moskwy, jeśli nie było wcześniej wyreżyserowane, złożone podczas konferencji przez Putina, zaskoczyło Trumpa.
Dziękując z imienia Władimirowi, Trump nie dał nic do zrozumienia, czy na kolejnym spotkaniu również nie będzie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.
[1] https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-12-20/rosyjski-szantaz-wobec-zachodu
Na zdjęciu: Joint Base Elmendorf-Richardson w Anchorage, w której odbędzie się spotkanie Trump – Putin
Gdy świat z niepokojem obserwuje eskalację wojny w Ukrainie, kryzys w Gazie i coraz groźniejsze skutki zmian klimatycznych, za kilka godzin w miejscu, które samo w sobie jest symbolem zmieniającego się świata, rozpocznie się spotkanie, które – niezależnie od rezultatów – nieodwracalnie zmieni obecny porządek międzynarodowy.
Spotkanie, które zainteresowanym historią może kojarzyć się z jednym z najdziwniejszych koncertów skrzypcowych w dziejach. Czy rozmowy w cieniu topniejących lodowców to gest odwagi, głębokiej refleksji politycznej, przemyślanej strategii, czy jedynie kolejny sposób na odwrócenie uwagi i przedłużenie czasu na wywiązanie się z kampanijnego przyrzeczenia?
Gdy świat będzie bacznie obserwować spotkanie Trump – Putin, trudno będzie nie przywołać słynnego obrazu cesarza Nerona, który (według legendy) grał na skrzypcach, gdy Rzym płonął. Niezależnie od tego, czy to dosłowna historia czy metafora, niesie ona ponadczasowe przesłanie: gdy przywódcy stawiają widowisko ponad treść, imperia upadają.
Dziś stawka jest równie wysoka.
Ten szczyt – zorganizowany bez udziału Ukrainy, bez konsultacji z NATO i bez jasno określonego programu – grozi tym, że stanie się pokazem siły, a nie platformą pokoju. I w przeciwieństwie do nieudanej konferencji prasowej czy gafy dyplomatycznej jego skutków nie da się cofnąć. Emocjonalny, strategiczny i symboliczny wpływ tego spotkania będzie odczuwalny na całym świecie.
Wiele państw odczyta jego rezultaty na różne sposoby. Ale kilka emocji będzie zapewne wspólnych:
Jeśli spotkanie nie przyniesie konkretnych rezultatów – takich, jak ramy zawieszenia broni, wznowienie rozmów o kontroli zbrojeń czy potwierdzenie solidarności NATO – to szczyt posłuży tylko jednemu celowi: rehabilitacji Władimira Putina, przywódcy objętego międzynarodowym aktem oskarżenia, bez żądania rozliczenia.
To nie jest dyplomacja. To teatr geopolityczny.
A cena porażki będzie wysoka:
Ten szczyt to nie tylko spotkanie Trumpa z Putinem. To próba odpowiedzi na pytanie, czy najpotężniejsza demokracja świata potrafi nadal przewodzić na podstawie wspólnie wypracowanych międzynarodowych pryncypiów i umów – czy też spotkanie na Alasce będzie po prostu koncertem skrzypcowym na scenie, którą otaczają coraz wyższe płomienie.
Przypominam to staropolskie przysłowie, by opisać sytuację, jaka ma miejsce w polskiej polityce po wygranej Karola Nawrockiego w boju o prezydenturę. Jak na razie nowa głowa państwa zyskuje, nie traci. W zestawieniu z okazałym (sic!), głośnym i sprawnie powtarzającym patriotyczne frazesy prezydentem, Koalicja 15 Października przypomina boksera po ciężkim ciosie, który wciąż nie może odzyskać równowagi. O dziwo, PiS z Kaczyńskim, który Nawrockiego wymyślił, nie tylko nie ma z tego tytułu spodziewanych korzyści, ale wygląda coraz bardziej groteskowo, a publiczne występy Prezesa (jak choćby te na miesięcznicy smoleńskiej) i jego akolitów w rodzaju Błaszczaka lub Kowalskiego (bo Czarnek sprytnie się schował), mogą budzić tylko politowanie. Chyba dlatego, by pokazać, że jeszcze nie zeszli ze sceny, wymyślają kolejne banialuki, które – w ich zamierzeniu – mają dobić Platformę i Tuska. Do nich wypada zaliczyć „aferę” wokół dotacji z KPO dla firm z branży HORECA (hotele, restauracje, catering). I po raz kolejny okazuje się, że strzał nietrafiony.
Kilka informacji wstępnych. HORECA to branża, która bodaj najciężej zniosła skutki pandemii COVID-19. Są to w większości małe, co najwyżej średnie firmy, dla których nawet niewielka strata ma dewastujące skutki. Z myślą o nich zorganizowano wsparcie ze środków KPO, co im się – jak mało komu – należy. Sektorowi przypadło z tego tytułu 1,2 mld złotych. Poszkodowane firmy mogły zgłaszać wnioski, a realizacja programu rozpoczęła się w maju 2024 r. Ma zakończyć się w 2026 r. Zgodnie z zasadami, 10 procent środków przeznaczonych na inwestycje w produkty, usługi i kompetencje pracowników to wkład własny. Do programu zakwalifikowano aplikacje ca 2.500 tys. podmiotów gospodarczych, a środki podzielono proporcjonalnie na poszczególne województwa; najwięcej dostało najliczniejsze mazowieckie – 187, 7 mln zł, małopolskie – 128,5 mln i śląskie – 125 ,6 mln. Najmniej – świętokrzyskie, opolskie i lubuskie – dotacje po ponad 20 mln.; w żadnym z tych województw nie przekroczono kwoty 30 mln zł. Pozostałe między 30 a 100 mln. Zgodnie z regułą wydatkowania środków europejskich wsparcie jest refundacją tzw. kosztów kwalifikowanych, a dostać można maksimum 90 proc. tych kosztów (kwalifikowanych, nie wszystkie wydatki mają taką klauzulę). Wysokość wsparcia waha się między 50 a 540 tys. złotych. Tysięcy, a nie milionów. Wydać tę kasę można na zakup maszyn i urządzeń, roboty budowlane, w tym budowę nowych linii produkcyjnych, podnoszenie kwalifikacji pracowników i ich przekwalifikowanie, usługi doradcze. Każdy, kto budował dom lub mieszkanie wie, na co można sobie pozwolić, mając pół miliona złotych.
Wybitni pisowscy eksperci z Horałą, Kowalskim i Błaszczakiem na czele rzucili się na jachty, bo to najbardziej widoczny dowód marnotrawienia z trudem uzyskanych pieniędzy. Które i tak trzeba oddać (po prawdzie, tylko w części). Okradzeni przez kolegów Tuska mali przedsiębiorcy pójdą z torbami, tak twierdzili, bo dotacje podzielono z korzyścią dla „swoich”. Myśmy kradli, oni też kradną. No, więc jachty. Koszt nowego jachtu żaglowego wynosi od 100 tys. zł w górę, motorowego od 300 tys. w górę. A morskie jachty żaglowe i motorowe to już kwoty wymykające się podanych wyżej widełkom dotacyjnym, bo idą w zawrotne wielkości powyżej 300, a nawet (motorowe) powyżej 450 tys. zł. Te najbardziej luksusowe kosztują po kilka milionów każdy. Za przyznane dotacje z KPO można byłoby w większości kupić połowę przeciętnego jachtu, albo jeszcze mniej. Może używane? Nawet najwięksi rozrzutnicy nie pójdą jednak w tak bezsensowne zakupy. Gdyby bowiem całą kwotę dotacji podzielić na 2500 beneficjentów (tylu zakwalifikowano do programu), to statystycznie każdy z nich mógłby kupić sobie jeden jacht. Zysk z takiego zakupu byłby iluzoryczny. Nawet nie byłoby z czego opłacić kapitana i załogi. Temat zaczęto więc wyciszać, bo widać, że zysków propagandowych już nie przyniesie. Może jakiś pisowski desperat sięgnie jeszcze po niego, ciekaw jestem.
Koalicja znajduje się jednak nadal w ciężkim szoku po wyborczym nokdaunie, bo – chcąc popisać się przed publicznością, że działa praworządnie – rozpoczęła sprzątanie we własnych szeregach. I zabrała się, po pisowskim ataku, za HOREKĘ. My to nie PiS, który nieprawidłowościom z definicji zaprzeczał – zaczęto bić się w piersi: wszystko wyprostujemy, winnych ukarzemy. Może premier chciał umocnić swoją pozycję szefa rządu i dokonać paru zmian personalnych, może nawet wykorzystać pretekst do dalszych zmian organizacyjnych, tego nie wiemy. Może miała miejsce jakaś pojedyncza nieprawidłowość, bo z pobieżnej statystycznej analizy całości żadne bezeceństwa nie wynikają. Szum się z tego zrobił chyba niepotrzebny, bo kontrole, sprawdzanie nieskazitelności moralnej i tym podobne zabiegi przynoszą najczęściej szkody przedsiębiorcom i inwestorom. Na razie zatrzymano nie tylko decyzje, ale i środki, po prawdzie nie wiem jak, bo chyba poszczególnych przedsięwzięć jeszcze nie rozliczono. Co tu więc zatrzymywać i cofać, gdy niczego nie wypłacono? Jeśli raban podniesiono tylko dla propagandowego efektu, to źle dla całego programu i dla sprawności rządu. Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zawsze. Wniosek z tego prosty: nie na każdą pisowską bzdurę należy reagować nerwowo. I tyle.
W mediach ukazało się wiele głosów komentujących wybory prezydenckie, a zwłaszcza ich wyniki. Interesujące może być to, że tzw. środki przekazu głównego nurtu głównie analizowały przyczyny porażki kandydata na prezydenta Rafała Trzaskowskiego, a mniej zastanawiały się nad powodami zwycięskiego wyniku Karola Nawrockiego. Chociaż można powiedzieć, że to, co okazało się słabością jednego kandydata, dawało siłę drugiemu. Bo jest to system naczyń połączonych, a – w dodatku – różnica między kandydatami wyniosła tylko około 360 tysięcy głosów, czyli na obu głosowało po 10 milionów obywateli.
Ale idąc tym tropem, przyjrzyjmy się prezentowanymi w mediach hipotezami dotyczącymi porażki Rafała Trzaskowskiego. Spośród wielu najczęściej pojawiały się następujące:
– źle przeprowadzona kampania przez sztab,
– negatywna ocena działalności koalicji rządowej tzw. 15 Października i swego rodzaju żółta kartka dla obozu rządzącego,
– podział geopolityczno-środowiskowy między południowo-wschodnią a zachodnio-północną częścią Polski.
Spróbujmy w sposób wyważony, oparty na analizach dostępnych danych przyjrzeć się temu politycznemu zjawisku.
Kwestia prowadzenia kampanii przez oba sztaby skłania do refleksji. Sztab Rafała Trzaskowskiego to była grupa przyjaciół, głównie polityków PO, którzy uznali, że znają się na kampaniach i mogą skutecznie doprowadzić swojego kandydata do zwycięstwa. W realiach nowoczesnego marketingu politycznego takie działania są już nie do przyjęcia. Sztab Karola Nawrockiego złożony z osób często ze środowiska PiS, nie zawsze znanych szerszemu ogółowi społeczeństwa – poza Adamem Bielanem czy Pawłem Szefernakerem, specjalistą od prowadzenia kampanii w internecie – opierał się na wynikach badań, profilowaniu obu kandydatów, dogłębnych analizach i stosowaniu ich w praktyce, zwłaszcza w kampanii prowadzonej w internecie.
Nawiązując do tej ostatniej, a zwłaszcza w mediach społecznościowych, warto zwrócić uwagę na studia, które w trakcie wyborów przeprowadził Europejski Kolektyw Analityczny RES FUTURA. W raporcie Algorytm zwycięstwa badacze z tego ośrodka stwierdzili, że nastała – także w Polsce – nowa era kampanii wyborczych. Według nich PiS oraz Konfederacja dominują w mediach społecznościowych. Autorzy tego opracowania twierdzą, że przewaga w przesłaniu kampanii Karola Nawrockiego przejawiała się w wielu warstwach. Tożsamościowa opiera się na wykorzystywaniu starego, manichejskiego podziału „my” i „oni”. „My” to naród, tradycja, suwerenność, „oni” – to elity III RP, Bruksela, poddaństwo wobec państwa niemieckiego. W warstwie moralnej – jak piszą w raporcie – prawica ma wyłączność na określanie tego, co jest prawdą, dobrem i normalnością. Trzecia warstwa, można ją nazwać epistemiczną, to delegitymizacja klasycznych instytucji, zwłaszcza w sferze wiedzy o polityce, czyli mediów, ekspertów, oficjalnego przekazu w mediach mainstreamowych. Dobra jest informacja alternatywna w mediach cyfrowych. No właśnie i tu w kampanii Karola Nawrockiego pokazują się i są używane algorytmy cyfrowe. Jak pokazuje RES FUTURA, są to centralizacja i integracja przekazów z różnych źródeł, „modułowy system produkcji treści” polegający na organizacji zespołu zajmującego się mediami, na ciągłym tworzeniu, testowaniu i skalowaniu (to z raportu RES FUTURA), przy stosowaniu mikrosegmentacji odbiorców. To także automatyzacja procesu komunikowania politycznego.
Jak uczy nauka o marketingu politycznym i wyborczym, istotną rolę w każdej kampanii, nie tylko w Polsce, odgrywają emocje oraz symbole. Jakie wywołujące emocje symbole zaszkodziły kandydatowi na prezydenta Rafałowi Trzaskowskiemu, a jakie niosły do zwycięstwa Karola Nawrockiego?
Błędem w kampanii Rafała Trzaskowskiego było ciągłe odwoływanie się do tego, co „zrobiłem w Warszawie”. Kto poza Warszawą lubi warszawiaków? Dobrze im się powodzi, mają więcej środków finansowych niż my w powiecie. Gdybyśmy my mieli? Ho! Ho, ale tego nie będzie, bo środki płyną do stolicy lub innych dużych aglomeracji.
Czerwone korale kandydatki Joanny Senyszyn dla żony Rafała Trzaskowskiego, to trochę jak pocałunek śmierci. Oczywiście to nie obciąża sztabu, bo gest był raczej spontaniczny niż wyreżyserowany przez sztabowców. Może to miało przyciągnąć do Rafała Trzaskowskiego wyborców tej kandydatki, ale nie było ich wielu. Nowa Lewica i tak powiedziała, że będzie głosowała na Rafała Trzaskowskiego, ale dla przeciwników to sygnał – znowu w Pałacu Prezydenckim zadomowi się czerwona lewica.
Osławiona flaga w kolorach LGBT postawiona przez Karola Nawrockiego na mównicy Rafała Trzaskowskiego. Chwyt poniżej pasa – można powiedzieć. Ale przekaz symboliczny: Rafał Trzaskowski chroni, wręcz pielęgnuje środowiska LGBT, ale wstydzi się tego. Dla wyborców o orientacji prawicowej pierwsze złe, a drugie jeszcze gorsze. To symbol początkowo lekceważony, ale wraz z upływem czasu, także ze względu na powtarzanie tego tematu w mediach, nabierał swojej swoistej mocy w sensie negatywnym.
Kolejny symbol, tym razem świadomie wywołany przez Karola Nawrockiego, poinstruowanego przez swój sztab to pokazywanie, że Rafał Trzaskowski w swoich zachowaniu i decyzjach nie jest samodzielny. Określenia w kampanii używane przez Karola Nawrockiego typu: „panie wiceprzewodniczący Platformy”, „panie zastępco Tuska”, „trzeba zapobiec dominacji Tuska nad wszelkimi organami władzy” pozornie bagatelne i mogące wywoływać śmiech, stały się bardzo skutecznym orężem w walce przeciwko kandydaturze Rafała Trzaskowskiego, jako polityka niesamodzielnego, zależnego od Donalda Tuska. Znowu okazało się, że był to chwyt skuteczny. Przy okazji także znalazło potwierdzenie tezy, że Donald Tusk ma liczny i zdeterminowany elektorat negatywnie nastawiony do niego. Nawet w materiałach reporterskich pojawiały się zdania, że to „nie Polak”, „sługus Berlina i Brukseli”, „czym prędzej trzeba go odsunąć od władzy”. Przytaczam tylko bardziej subtelne określenia. Udało się temu politykowi zmobilizować elektorat w wyborach parlamentarnych 15 października. Ale to nie zadziałało wystarczająco dobrze 1 czerwca. Do tego doszło niezadowolenie znacznej części wyborców 15 października z efektów pracy nowego rządu i niedostatków, a częściowo braku realizacji „100 konkretów” obiecywanych przez Koalicję Obywatelską.
No i wreszcie clou analizy, co to wszystko świadczy o polskim społeczeństwie i czego możemy się spodziewać.
Niewątpliwie istnieje głęboki podział w polskim społeczeństwie. Nie chodzi tylko o rozbieżności w głosowaniu, w którym cały czas dominuje duopol PO-PiS, mimo różnych prób z trzecią siłą, drogą, bo znaczna część społeczeństwa nie chce już odnajdywać się w trwającym dwadzieścia lat podziale. Stąd próby tworzenia i poparcia swoistej trzeciej drogi. Takich ugrupowań powstawało w najnowszej historii systemu partyjnego wiele. Każda odwoływała się do innej grupy elektoratu. Były zwykle zogniskowane wokół lidera. I zwykle kończyły albo unicestwieniem, albo wchłonięciem przez większe ugrupowania. Można tu wymienić: Samoobronę, Ruch Palikota, Nowoczesną, Kukiz’15, ostatnio Polskę 2050 współtworzącą (wraz z PSL) Trzecią Drogę.
Ale partie dominujące na polskiej scenie politycznej petryfikują podział na Polskę liberalną, otwartą na świat, proeuropejską (poparcie dla szerszej integracji z UE) a Polskę narodową, konserwatywno-katolicką, głoszącą hasła odrębności i suwerenności ponad wszystko. Te podziały utożsamiają i legitymizują PO i PiS.
Na podstawie wnikliwej analizy danych mój magistrant napisał: „elektorat PiS pozostaje wiejski, gorzej wykształcony i mniej zamożny, religijny i prawicowy. Potencjalny elektorat PO pozostaje miejski, lepiej wykształcony i zamożniejszy, mniej religijny i centrolewicowy. Nie należy, oczywiście, wyobrażać sobie, że są to zbiory całkowicie rozłączne: także wśród zwolenników PiS są wysoko wykształceni mieszkańcy wielkich miast, a wśród zwolenników PO mieszkańcy małych miast, biedniejsi, gorzej wykształceni. Jednak nierówne rozłożenie sympatii partyjnych w strukturze społecznej jest wyraźnie widoczne”.
Warto spojrzeć na geopolityczny podział Polski. Otóż Karol Nawrocki wygrał tylko w 6 województwach: podlaskim, lubelskim, podkarpackim, małopolskim, świętokrzyskim oraz łódzkim, czyli głównie z tzw. ściany wschodniej i południowego wschodu (z wyjątkiem łódzkiego). Rafał Trzaskowski wygrał w 10. Co zatem się stało? Otóż jak spojrzy się na mapę poparcia w podziale na gminy (na mapce zaprezentowano to m.in. w „Gazecie Wyborczej”, ilustrując kolorami): żółte to przewaga Rafała Trzaskowskiego, a niebieskie, gdzie wygrał Karol Nawrocki. Prosty wniosek – Karol Nawrocki wygrał w Polsce powiatowej (wszędzie, w całej Polsce przeważa kolor niebieski). Rafał Trzaskowski wygrał w dużych miastach, aglomeracjach i województwie zachodniopomorskim. To są takie znaczące, ale w gruncie rzeczy mniejszościowe, choć ludnościowo bardzo liczne okręgi wyborcze. Podsumowując te analizy, Polska powiatowa (małe miasta, miejscowości, wsie) o włos wygrała z Polską wielkomiejską.
Jak w wywiadzie udzielonym „Przeglądowi” stwierdził Lech Szczegóła z Uniwersytetu Zielonogórskiego: „Jesteśmy podzieleni, ale to staje się normą. Nie tylko europejską […] Ten podział przybrał formę plemiennych tożsamości, opartych na wrogich emocjach do drugiej strony. Mamy do czynienia z dezintegracją – społeczną, polityczną i podziałem światopoglądowym, polaryzacją postaw, wartości i oczekiwań. […] Kolejne wybory bardzo wyraźnie pokazują, że podział w Polsce przebiega na linii duże aglomeracje miejskie – małe miejscowości”.
Można w uproszczeniu powiedzieć, że to podział centra versus peryferie. Ale, jak mówi Lech Szczegóła: „Szokująca jest trwałość tego podziału. Ilustruje ją fakt, że gdyby głosowali dziś w Polsce tylko wyborcy wsi, mielibyśmy już w pierwszej turze prezydenta Nawrockiego. A gdyby głosowali wyłącznie mieszkańcy dużych miast, prezydentem byłby jego rywal”. „Od wielu lat Prawo i Sprawiedliwość nie może wygrać wyborów w żadnym mieście powyżej 100 tysięcy mieszkańców. A mieszkańcy wsi i Polski powiatowej, dają tej partii większość czasem prawie konstytucyjną”.
To oczywiście nie jest podział niczym niezmącony. PiS ma swoje enklawy w dużych miastach, ale np. w gminach wiejskich wyborca PO jest już raczej rzadkością. Klasy pracujące, czyli robotnicy, niżsi rangą pracownicy usług, drobni rolnicy – jak napisał Seymour Lipset – stały się i są przywiązane do konserwatywnych norm kulturowych oraz mają większą skłonność do autorytaryzmu i uleganiu mu. Dotyczy to – jak widać – nie tylko Polski.
Echa wyborów to prosta konstatacja, że wygrał sprawnie prowadzony marketing polityczny, zwłaszcza w internecie oraz przeważył podział w polskim społeczeństwie na opcje: narodowo-chrześcijańsko-konserwatywną, która jak się okazuje, jest silniejsza, a liberalno-proeuropejską.
Artykuł ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Trzeba przyznać, że nowo wybrana głowa państwa nie zasypia gruszek w popiele.
Pierwszy dzień kadencji upłynął Karolowi Nawrockiemu na celebrowaniu obejmowania urzędu, w stylu niemal imperialnym. Było dużo podniosłych słów, królewskich gestów, wiele też radości płynącej ze strony tłumów zwolenników radykalnej oraz radykalizującej się (od populizmu PiS do nacjonalizmu Konfederacji) prawicy, zwiezionych do Warszawy przez Prawo i Sprawiedliwość oraz zorganizowanych przez kluby „Gazety Polskiej” i inne narodowo-katolickie środowiska. Miejsca, w których się to odbywało, przedmioty, których dotykał, cesarsko brzmiące terminy, wszystko było dobrane symbolicznie: Zamek Królewski, msza w archikatedrze, modlitwa na Jasnej Górze (w przeddzień), plac, po którym stąpał Jan Paweł II, Grób Nieznanego Żołnierza, kwiaty pod pomnikami Piłsudskiego i Kaczyńskiego (Lecha), inwestytura, insygnia, ordery, capstrzyk, całowanie sztandarów, wystrzały z armat, w głowie się od tego mogło zakręcić. Wiadomo – historyk, poszukiwacz śladów Wielkiej Polski, to i zamiłowanie do majestatu ma we krwi.
Nigdy dotąd obejmowanie demokratycznego urzędu, powierzonego przecież nie z woli boskiej, lecz ze wskazania współobywateli, nie odbywało się z taką pompą. W III RP budowaliśmy dotąd tradycje bliższe skandynawskiej skromności niż przypominające mocarstwową chwałę, w czym lubują się raczej Rosjanie i trochę Francuzi; pomijając oczywiście Brytyjczyków, którzy monarchię mają naprawdę.
Można się z tego śmiać, ale podszyte to jest, jak sądzę, głębszym sensem. Prawdopodobnie Nawrocki i stojący za nim narodowcy, a z powodów cynicznych także ludowe dotąd PiS, liczą, że Unia Europejska się rozpadnie i wtedy będą mogli odbudowywać Polskę od morza do morza, przedmurze chrześcijaństwa, mocarstwo równe Niemcom i Rosji. Cynizm Jarosława Kaczyńskiego wynika stąd, że zapewne ma on nadzieję, że wywołanie takich nastrojów po prostu pomoże mu odzyskać władzę, bo sam czysty populizm już nie wystarcza.
Rankiem następnego dnia pleno (już) titulo prezydent powołał swoich urzędników. Czynność czysto formalna, niezaskakująca, bo wcześniej przygotowana i nawet publicznie ogłoszona – ale w entourage’u Sali Kolumnowej Pałacu też otoczona aurą wielkości.
Po południu Karol Nawrocki zakasał rękawy. Wybrał się w podróż do Kalisza, by tam, wzorem swojego protoplasty Donalda Trumpa (choć tamten większy miał rozmach, wieczorem pierwszego dnia podpisał grubo ponad setkę aktów normatywnych), publicznie złożyć sygnaturę pod pierwszym projektem ustawy – z tych, których obfitość zapowiada. Jego kanceliści nie napracowali się zanadto: po prostu wyciągnęli tekst ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym uchwalonej w 2018 roku w parlamencie zdominowanym przez Prawo i Sprawiedliwość i zażądał, by obecny rząd inwestycję prowadził według tamtej, bombastycznej, koncepcji.
Dzień później wybrał się na najbardziej mu przyjazne Podkarpacie, by w Kolbuszowej obwieścić kolejne inicjatywy legislacyjne: PIT Zero. Rodzina na plus, zwalniającą rodziny z dwójką lub większą liczba dzieci w całości z podatku dochodowego, oraz nowelizację ustawy o tym podatku podwyższającą drugi próg ze 120 do 140 tysięcy złotych.
I tu powinno się skończyć radosne świętowanie. W swoim orędziu do członków Zgromadzenia Narodowego – a właściwie do Rodaków, bo to do nich, nie do posłów i senatorów się zwracał – zapowiedział serię projektów ustaw wynikającą z jego programu wyborczego pn. Plan 21. Sęk w tym, że z wyjątkiem czterech punktów (trzech odnoszących się do obszaru bezpieczeństwa oraz postulatu „Wszyscy równi wobec prawa, sądy godne zaufania”), też zresztą bałamutnych, wszystkie inne ewidentnie leżą w kompetencjach Rady Ministrów i parlamentu, a nie głowy państwa. Zresztą, jak skrupulatnie policzył portal Konkret24, w kampanii w różnych formach Nawrocki złożył nie 21, lecz 71 obietnic. Eksperci szacują ich koszt na 125 miliardów złotych rocznie. Dla porównania przypomnijmy, że przychody całego tegorocznego budżetu mają wynieść 632,85 mld, a deficyt – 288,77 mld zł.
Inicjując politycznie zrozumiały (chodzi o zachwianie rządem Donalda Tuska) proces zasypywania Sejmu projektami ustaw właśnie od tych z Kalisza i Kolbuszowej, Nawrocki podejmuje spore ryzyko. Może bowiem wystawić się na potężną kontrę. W kwestii CPK większość parlamentarna może łatwo przekonać obywateli, że powrót do prawa z 2018 roku jest po prostu kompletnie bez sensu: inwestycja jest prowadzona, tamta ustawa została zamieniona lepszymi rozwiązaniami, w żaden sposób nie da się tego odkręcić. Łatwo tu wytknąć nieskuteczność ministra Horały i wielu menedżerów, którzy przewinęli się przez spółki powołane do zagospodarowania pól na terenach gminy Baranów i ośmiu innych, położonych 100 kilometrów od Łodzi i 50 – od Warszawy. Łatwo na faktach pokazać, że poprzednia władza nie potrafiła budować ani lotnisk (vide Radom), ani kolei (np. przystanek we Włoszczowie). I w ogóle nie udawało się jej realizować żadnych inwestycji: przekop Mierzei Wiślanej, elektrownia w Ostrołęce.
Podobnie jest, wbrew pozorom, z projektami przyjemnymi dla ucha wyborców, ale niesłychanie kosztownymi. Wyobrażam sobie, że minister Domański operując danymi liczbowymi udowodni nieodpowiedzialność Nawrockiego i jego zupełny brak kompetencji w sprawach finansów publicznych, a także polityki socjalnej i gospodarki.
Uważam, że wszystkie te projekty powinny zostać odrzucone w pierwszym czytaniu. Podobnie, jak kolejne. Koalicja 15 Października nie powinna się bać gniewu ludu. Fałszywa jest bowiem teza, którą Nawrocki chętnie się posługuje, że oto jest „głosem Narodu”, mówi w imieniu wszystkich obywateli RP. Wygrał wybory większością zaledwie 1,77 proc. głosów. „Na żyletki”, jak to się jeszcze dwa miesiące temu chętnie mówiło. Jeśli politycy obozu demokratycznego będą kluczyć, tłumaczyć się, negocjować, jeśli skierują projekty do prac w komisjach, a nawet, jeśli je uchwalą – poklasku drugiej strony nie zyskają. Za to na pewno rozczarują swoich wyborców.
Muszą więc mówić do tej drugiej grupy. Twarda polityka przytnie też skrzydła Nawrockiemu, któremu w końcu odejdzie ochota do boksowania się z silniejszym.
Kariera polityczna Macieja Świrskiego znalazła się na historycznym zakręcie -postawiony mocą Sejmu przed Trybunał Stanu stracił też stanowisko Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (na rzecz pisowskiej osoby także zasiadającej w Radzie, ale blisko związanej z Mariuszem Błaszczakiem). Na polu chudych ostatnich sukcesów koalicji jest to na pewno jaśniejszy punkt – udało się wreszcie dopaść osobę, która sama siebie nazywała pisowskim talibem. Choć wszystko wskazuje na to, że Świrski nie złożył broni (np. petycja do Parlamentu Europejskiego w sprawie obrony niezależności organu konstytucyjnego), a i system instytucjonalny sądownictwa w obecnym kształcie może się z nim obejść wyjątkowo łagodnie. Odniesiony niedawno sukces ma więc w sobie pewien zalążek przyszłej klęski, co wprost wpisuje się w polską logikę uprawiania polityki. Doskonale ujął to swego czasu premier Leszek Miller mówiąc, że prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale jak kończą. W tym akurat przypadku prawie jak znalazł, mając na względzie, że Trybunałem Stanu rządzi p. Manowska, sprawująca także funkcję, jak wskazują niektóre autorytety prawnicze, wadliwie powołanej I prezes Sądu Najwyższego. I to w jej rękach dziś spoczywa decyzja Sejmu, aby Maciej Świrski stanął przed Trybunałem Stanu, co sprawy osądzenia jego deliktów i zaniechań jako Przewodniczącego KRRiT wcale nie ułatwia.
Jest to bowiem całkiem sprytny polityk, sprawnie poruszający się w gąszczu różnych przepisów i kruczków prawnych, choć na to ani nie wygląda, ani zapewne nie zasługuje. Nie lekceważyłbym jednak tego przeciwnika, przy całym swoim partyjniactwie w podejmowanych w Radzie decyzjach wykazywał się on bowiem tzw. wyczuciem proceduralnym, co pozwalało mu podejmować decyzje jednoosobowe, ale wykonywane jako organ. Odnosi się to zarówno do przewlekania procesu koncesyjnego, jak i innych ważkich decyzji finansowych, które Rada może podejmować kolegialnie, ale kwitować je musi przewodniczący jako organ. Bardzo to w sumie skomplikowane, ale sprowadza się do tego, że żeby decyzja weszła w czyn, to musi ruszyć cała machina biurokratyczna, uruchamiana podpisem przewodniczącego. Ma więc Świrski parę twardych argumentów na swoją obronę, w tym także w sprawie przyznawania lub przedłużania koncesji stacjom mu politycznie niemiłym, które wybrzmiały już w Sejmie podczas obrad Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, a później w debacie plenarnej. Warto pamiętać, że komisja przesłuchała bodaj ok. 100 świadków, w tym przedstawionych przez samego zainteresowanego. Teraz to wszystko ma szansę przenieść się do Trybunału Stanu, choć nie musi, bo arsenał środków, łącznie z umorzeniem, leży właśnie na biurku p. Manowskiej. A dochodzi jeszcze do tego prezydent Nawrocki, który kto wie, co w tej sprawie wymyśli? Na pewno pozytywnie skwituje sprawozdanie KRRiT za ubiegły okres, czego nie uczynił już Sejm odrzucając sprawozdanie, a Senat się ociąga, choć zapewne postanowi tak samo.
Warto może przy okazji tych rozterek zastanowić się nad samym fenomenem kariery Macieja Świrskiego, która przebiegała do tej pory w sposób niemal klasyczny dla całego PiS. Jako osoba gruntowanie wykształcona w Polsce i USA, Świrski solidny kawałek kariery realizował w PAP, co na pewno wyczuliło mu słuch na sygnały polityczne, które wykazywały w początkowych latach obecnego wieku potrzebę zaangażowania się do tzw. miękkich działań wspierających po pisowsku rozumianą polską rację stanu. I Świrski doskonale to rozpoznał, oferując rządzącym wówczas krajem Kaczyńskiemu i Macierewiczowi zarówno Polską Fundację Narodową, jak i Redutę Dobrego Imienia. Co te instytucje robiły? Hmm, zapewne trzeba by było pogrzebać w szczegółach, ale to w sumie teraz nieważne, skoro udało się zaszczepić w pisowskim ludzie, a później znacznie szerzej, potrzebę obrony przed różnymi zagrożeniami. Co z tego, że często były one wydumane, a wręcz nieistniejące, ważne było działanie (nieraz po próżnicy), prawicowy aktywizm oraz wzmożenie, który się wtedy urodziły, a zawdzięczamy to działaniom Świrskiego. Okazał się on mistrzem tworzenia tego typu zjawisk, choć zapewne mało kto wówczas o nim słyszał, bo starał się nie rzucać w oczy. Oczywiście wszystko to było utopione w patriotycznym sosie, którego kucharzem był sam prezes Kaczyński, wiceprezesi Macierewicz, Szydło i jeszcze paru innych. Tak czy siak, zatrybiło i utrwaliło się w narodzie, a Świrskiemu przyniosło awans do KRRiT, mimo że instytucje przez niego rozkręcone popadały w kłopoty, miewały zarzuty i przeżywały przeróżne perturbacje. Świrski jako Przewodniczący Rady dał się poznać jako postać wystawiona na wysokiej klasy niewygody: nie udało się PiS-owi podczas minionych kadencji usidlić mediów, zarówno w postaci TVN, jak i mediów publicznych (Lex Pilot) czy lokalnych, poseł Marek Suski rzucony na ten odcinek nie dał rady, prezes musiał pogodzić się z ówczesną decyzją prezydenta Dudy, żeby w sprawie TVN nie drażnić przyjaciół zza Atlantyku. Ale to nie znaczyło, że sprawa została odpuszczona, a jedynie sprowadzona do instytucji właściwej, którą – tak się złożyło – kierował Świrski. I dość dobrze sprawował się jako strażnik ładu koncesyjnego dla takich stacji, jak TV Republika i jej podobnych, gorzej jeśli chodzi o nadawcę publicznego czy innych uczestników rynku. Szczegółowo opisuje to wniosek o postawienie go przed Trybunałem Stanu – lista deliktów czy zaniechań jest spora i warta uwagi. Ale czy do tego dojdzie, aby Trybunał Stanu się z nią zapoznał, to inna sprawa. Prezes już zapowiedział ochronę polityczną dla tego szczególnego przypadku; jak to się przełoży na dalsze działania naszego wymiaru sprawiedliwości w postaci Trybunału Stanu warto skrupulatnie obserwować. Jest to bowiem swoisty poligon doświadczalny dla kolejnych szykowanych przez koalicję wniosków, niestety jak na razie solidnie zaminowany.
Profesor Stanisław Gebethner podzielił się kiedyś ze mną przewidywaniem, że Andrzej Duda będzie pierwszym polskim prezydentem usuniętym w procedurze impeachmentu. Jak wiemy, tak się nie stało – chociaż powinno.
Duda praktycznie nie wykonywał żadnej z zapisanych w Konstytucji prerogatyw głowy państwa. A wbrew niektórym opiniom są one całkiem poważne. Ustępujący prezydent część swych kompetencji lekceważył, część pozorował, a w odniesieniu do niektórych odgrywał rolę destrukcyjną.
Najcięższym zarzutem jest tu aktywny udział w demontażu demokratycznego państwa prawa. Obowiązkiem prezydenta jest czuwanie nad przestrzeganiem Konstytucji, tymczasem Duda złamał ją przynajmniej kilkukrotnie. Zwłaszcza pierwsze decyzje o tym charakterze miały dalekosiężne skutki. Uniki w kwestii przyjęcia przysięgi od trzech prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego doprowadziły do tego, że dość szybko Jarosław Kaczyński przełamał blokadę przed zawłaszczeniem całego procesu decyzyjnego; umożliwiło mu to faktyczną zmianę ustroju państwa. Okazało się, że wystarczy do tego nie 374 posłów i 51 senatorów, tylko ośmiu członków TK pozbawionych przymiotów, o których mówi się w ustawie zasadniczej i ustawie o Trybunale. Ułaskawienie dwóch partyjnych kolegów – Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – przed prawomocnym wyrokiem sądu pozwoliło na przejęcie kontroli PiS nad strukturami siłowymi państwa i ich wykorzystanie w celach sprzecznych z prawem i interesem państwa. Duda nie postawił tamy tym nadużyciom, choć z pewnością był ich świadom, a stanie na straży bezpieczeństwa państwa jest konstytucyjnym zobowiązaniem prezydenta.
Nie stanął po stronie niezależności sądów i niezawisłości sędziów, gdy wartości te były brutalnie atakowane. Koncentrował się przy tym głównie na próbie umacniania własnych prerogatyw.
Jako zwierzchnik sił zbrojnych pozwolił Antoniemu Macierewiczowi i Mariuszowi Błaszczakowi na dezorganizację armii: jej dekapitację (poprzez zastąpienie doświadczonej kadry dowódczej pułkownikami awansowanymi na stopnie generalskie po weekendowych kursach, uległymi wobec polityków), nieudolną reorganizację struktur i praktyczne rozbrojenie (wstrzymanie programów modernizacji).
Rada Bezpieczeństwa Narodowego była zwoływana rzadko, od przypadku do przypadku, i nie odgrywała żadnego znaczenia. To można byłoby wybaczyć, bo jest tylko organem doradczym głowy państwa; widocznie Duda żadnych porad nie potrzebował. Jednak utarła się praktyka (rozmijająca się z intencją Konstytucji) traktowania RBN jako forum ponadpartyjnego uzgadniania kwestii strategicznych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. W ciągu ośmiu lat samodzielnych rządów PiS – wliczając także Pałac Prezydencki – opozycja była odsunięta od tych spraw. Lokator tego pałacu nie wyrażał chęci ani nie posiadł siły, aby zapewniać konsens wokół tych kwestii.
Nie tylko nie budował kompromisów w sporach politycznych, ale je wręcz podsycał. Dzielił społeczeństwo, obrażał całe grupy. Funkcja superarbitra nie jest wpisana do Konstytucji (i poza Aleksandrem Kwaśniewskim żaden inny prezydent w ten sposób nie postępował), ale wydaje się, że to jedno z najważniejszych oczekiwań obywateli wobec głowy państwa.
Za względny pozytyw jego można uznać jego bierność na arenie międzynarodowej. Na szczęście w ogóle nie ingerował w politykę europejską, gdy Koalicja 15 Października naprawiała ją po ośmioleciu PiS. Zaangażowanie w sprawy transatlantyckie ograniczył do wyjazdów na szczyty NATO. Do dziś chwali się rzekomymi przyjacielskimi relacjami z Donaldem Trumpem, jednak nie przekładały się one na korzyści dla Rzeczypospolitej. Fort Trump nie powstał (bardzo dobrze!), decyzje dotyczące obecności militarnej na wschodniej flance zapadały bez udziału ich obu, a zakupy sprzętu wojskowego – choć konieczne po rządach dwóch ministrów obrony wywodzących się z PiS – były po prostu intratne dla amerykańskich koncernów. Uważam też, że nad wyraz podkreślamy zaangażowanie Andrzeja Dudy w budowę relacji z Wołodymyrem Zełenskim i formułowanie polityki RP w pierwszym okresie po ataku Rosji na Ukrainę. Podejrzewam, że była to inspiracja Joe Bidena; wcześniej polski prezydent wykazywał totalne désintéressement naszym wschodnim sąsiadem, a gdy tylko ujawniły się grupy społeczne nastawione antyukraińsko, natychmiast odwrócił się od – jak sam go nazywał – przyjaciela.
Uzurpował sobie kompetencje niezapisane w Konstytucji, ochoczo podpisując ustawy utrwalające wpływy poprzedniego obozu władzy w obliczu możliwej przegranej w 2023 roku lub wymuszając takie regulacje (np. Prawo o prokuraturze czy tzw. ustawa kompetencyjna o współpracy organów państwa w sprawach UE). Rozciągał na swoją rzecz utrwaloną praktykę, interpretując ceremonialne obowiązki głowy państwa jako uprawnienia władcze; vide wręczanie nominacji ambasadorskich, sędziowskich czy nawet profesorskich.
Był całkowicie zależny od partii, z której się wywodzi, a przede wszystkim od jej lidera. Faktycznie wystąpił przeciwko PiS jedynie dwa razy: wetując lex TVN (pod naciskiem Amerykanów) oraz lex Czarnek (pod naciskiem żony).
Kończące się dwie kadencje pokazały, że z punktu widzenia efektywności funkcjonowania państwa jest to stanowisko zbędne. Spodziewałem się, że puentą właśnie kończącej się prezydentury stanie się powszechne przekonanie, że lepiej wrócić do pierwotnie zamyślonego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (sprzed pomysłu braci Kaczyńskich wylansowania się na plecach Lecha Wałęsy, co skutkowało niespójnym ćwierćprezydenckim systemem rządów) czystego ustroju parlamentarno-gabinetowego. Wybierany przez Zgromadzenie Narodowe prezydent odgrywałby istotną rolę stabilizującą nie dzięki nadmiernym i z natury rzeczy konfliktogennym uprawnieniom, lecz dzięki swojemu autorytetowi. Jako wzór mogą tu służyć Włochy oraz Niemcy.
Na razie takie głosy się nie pojawiły. Niestety, o ile prezydentura Dudy była nieprzydatna, to Karol Nawrocki może udowodnić, że to urząd niebezpieczny. Refleksja, którą przed chwilą się z P.T. Czytelnikami podzieliłem, może więc upowszechnić się po zakończeniu kolejnej (lub kolejnych) kadencji.
Już od kilku dni z nerwowym, przyspieszonym biciem serca oczekiwała Julia pierwszych ludzi ze Wschodu.
– Dlaczego nazywasz ich tak dziwnie? To przecież sowieccy żołnierze, a nie karawana z wielbłądami? Czyżby początki sklerozy? Tak! Zaczyna się w twoim wieku.
Julia udawała, że nie słyszy złośliwości Iw. Jej rozmyślania, wyobraźnię, marzenia nadal wypełniał on – ukochany Steceńko.
Front zbliżał się, w nocy na wschodzie migotały łuny i dalekie odblaski wybuchów. Wśród nadchodzących żołnierzy wielu pochodzi pewnie z Mińska, a więc stamtąd, gdzie mieszkał twój pierwszy mężczyzna. Tłumaczyłaś sobie, że on już nie żyje, nie istnieje i istnieć nie może, że to nierealne, nieprawdopodobne. Daremnie, bo rozmyślałaś o nim i tęskniłaś, jakby wasze pożegnanie w ogrodzie wśród białych bzów, nastąpiło zaledwie wczoraj. Z upływem lat wspomnienia stały się tak silne i odporne na wszelkie działanie czasu, że chociaż starałaś się z nimi walczyć, w końcu ulegałaś, przegrywałaś i poddawałaś się pięknym złudzeniom pozornie uzasadnionego oczekiwania i nadziei.
Teraz, po panicznej ucieczce Niemców, kiedy z zachodniego brzegu dochodziły odgłosy wybuchów, bombardowań, serie karabinowe, strzały, a nawet komendy, nawoływania i jęki, twoje serce biło szczególnie mocno. Ty nie oczekiwałaś wyzwolicieli czy nowych okupantów, jak pomrukiwał wciąż poirytowany staruszek.
Ty oczekiwałaś przybycia nieśmiertelnego oblubieńca, namiętnego kochanka, wspaniałego mężczyzny, którego pokochałaś kilkadziesiąt lat wcześniej największą miłością swego życia.
Wywyższony, wymarzony powracał wśród żołnierzy potężnej Armii Czerwonej, w nimbie grozy, brutalności, przestrachu, nadludzkiego wysiłku i, być może, kolejnej smutnej niewoli twojej ojczyzny.
Jakież to mogło mieć jednak znaczenie dla ciebie?
Przeżyłaś przecież tak wiele i pamiętałaś tych półdzikich żołnierzy z czerwonymi gwiazdami jeszcze z wojny roku 1920. Zostałaś stateczną mężatką, urodziłaś martwego syna, a później maleńką, śliczną Iw.
– Mój mąż zmarł, jestem wolna, wracaj Steceńko! – wyszeptała w piwniczny sufit. – Absurd! Absurd! A jednak chcę, żeby trwał!
Pierwsi żołnierze sowieccy przybyli na czołgu. Dojechali do wysadzonego w powietrze mostu i wycofali się pospiesznie ścigani ogniem niemieckich moździerzy i karabinów maszynowych.
Następnych zobaczysz już wkrótce, jak wybiegają zza rogu w prostych hełmach, innych niż niemieckie, rozglądają się czujnie po ulicy i podwórzach, przeskakują ogrodzenia, przechodzą przez przydomowe ogródki w stronę nadrzecznego wału. Stanęłaś w sieni z szeroko otwartymi oczyma i przypatrywałaś się ich ostrożnym, przyspieszonym ruchom. Z odległości kilku metrów wyczułaś ostry zapach niemytych ciał, kurzu, potu, prochu. Twarze umęczone, nerwowe, osmalone, sczerniałe, poparzone. Przez bandaże na głowie oficera przesiąka krew i tych kilka rudawych plam przyciągnęło twój wzrok.
– Jesteś pielęgniarką Julio, więc zmień mu opatrunek.
Przeszedł obok, nawet nie spojrzał na ciebie.
Wąsaty wojak wskazał palcem w dół.
– Zejdź do schronu – tak zrozumiałaś gest.
Kolejny czołg wychynął z bocznej ulicy i ruszył w stronę mostu, pozostawiając za sobą siny obłok dymu. Następny zatrzymał się tuż przy płocie twojego domu z lufą skierowaną w okno. Siedzący na czołgu żołnierze wydawali się nieprawdopodobnie utrudzeni, opyleni, szarzy. Kilku mieszkańców ostrożnie wyglądało z sieni. Sąsiadka przesyłała dłonią pocałunek. Żołnierze kiwali na nich, nawoływali, prosili, chcieli pić i „kuszat”. Julia pobiegła do domu i zniosła dzbanek z zimnym kompotem z gruszek.
Za nią dreptał chłopczyk może pięcioletni, jasnowłosy, niebieskooki.
Żołnierze zeskoczyli z czołgu. Rozwarła się klapa na wieżyczce. Chuda, nieogolona twarz z zaczerwienionymi oczami wpatrywała się w ciebie.
Uniosłaś dzbanek w jego kierunku. Chwycił w obie ręce, pił zachłannie. – Ach, ach, ach – pomrukiwał przewracając oczami z rozkoszy. Oddał Julii puste naczynie, zsunął się na ziemię.
– Wyzwoliliśmy was – powiedział z uśmiechem – i wyzwolimy do końca, a za nami, za nami idą ci z Katynia.
Julia zmarszczyła brwi w zdziwieniu. Ciarki przebiegły jej po plecach. Przypomniała sobie, co opowiadali Niemcy o sowieckiej zbrodni.
– Oni żyją?
– Oczywiście, że żyją, zobaczycie! Niedługo przyjdą. Cała armia. Już są blisko.
Pobiegł za dom, po chwili wrócił, wskoczył na stalowy korpus, zam-
knął się wewnątrz wieżyczki. Lufa przesunęła się, czołg wyrzucił z siebie obłok spalin, wykręcił i zniknął za rogiem ulicy.
– Powiedział, że przyjdą ci z Katynia – rozważała nieprawdopodobną wiadomość Julia. – Czyżby Niemcy kłamali?
Z ulicy dobiegał ściszony gwar. Nadchodziły następne oddziały. Mieszkańcy rzucali na czołgi kwiaty, podawali żołnierzom wodę i jabłka. Cieszyli się, niektórzy płakali ze szczęścia, że doczekali wolności. Dziewczyny wkładały najlepsze sukienki i wypatrywały przystojnych wojaków. Wiele spojrzeń pozostało jednak niespokojnych, zatrwożonych, a wiele okien zam-
kniętych.
Z drugiej strony płonęła Warszawa. Wydawało się, że w ogniu stanęło całe miasto, od Bielan po Czerniaków. W wysokiej ścianie płomieni wyraźnie odznaczały się wąskie, ciemne odcinki. Krwista łuna nad śródmieściem rozlewała się szeroko, aż po horyzont, wypełniając Wisłę czerwonym blaskiem, jakby paliły się fale.
Dochodziły stamtąd echa, zgrzyty, świsty, jęki, wybuchy, grzmoty. Ściszone, ledwie słyszalne szepty śmierci wszechobecnej, niezamaskowanej, jawnej. Rozżarzone, tlące się kartki, białe płaty popiołu, szary pył – przelatywały rzekę i opadały obok nas, a często wprost na dłonie, twarze, włosy. Chłopiec chwytał je, jakby to były motyle.
Smutne dni pełne poparzonych, chorych ptaków, które nie zdążyły uciec z płonącego miasta, z obłoków gryzącego dymu, z ognia wybuchającego krwistymi językami, z rozprysków iskier roznoszonych wiatrem. Ptaki ginęły, płonęły, uciekały, spadały, wlokąc bezradnie skrzydłami po ziemi. Nawet tu, na Saskiej Kępie, a więc daleko od tamtego brzegu, porażał je paniczny lęk przed ogniem.
Nieliczne, które pozostały, przesiadywały przeważnie po wewnętrznej stronie ścian i murów, skąd pożoga nie była widoczna. Stare gołębie, kawki i wróble, najszybciej chyba przystosowujące się do wszelkich zagrożeń i zmian, starały się zbliżyć do ludzi, przełamać ten odwieczny strach przed człowiekiem przekazywany z pokolenia na pokolenie.
– Dobrze strzelacie? – zapytał major.
– Podobno jestem niezły. – Żołnierz obnażył żółte od tytoniu dziąsło.
– A ustrzelilibyście tamtego wróbla, tam figlują, na gałęzi?
– Tak, towarzyszu majorze, trafię na sto procent.
– A z krótkiej broni?
– Nie wiem, będzie z pięćdziesiąt metrów. Spróbować? – Sierżant mrużył oczy, mierząc wzrokiem odległość.
– Nie ma wiatru. To działa na naszą korzyść. Major podał swój zdobyczny niemiecki rewolwer. – Jak traficie, dostaniecie, naprawdę, dzień urlopu.
– Co za broń! – zachwycił się sierżant – To żegnaj wróbelku.
– Ależ panowie, po co strzelać do ptaków – jęknęła Iw, którą rozmowa wyraźnie denerwowała. – Dość już zabijania.
Sierżant podniósł rękę, cofnął nieco głowę, przymknął jedno oko i strzelił.
– Trafiliście? Skąd ta pewność? – major podejrzliwie przyglądał się przemądrzałemu sierżantowi.
– Wiem, że trafiłem – jego głos wyrażał absolutną pewność.
– Mnie się wydawało, że wróbel odleciał – mruknął stojący obok porucznik ze sztabu z grubymi okularami na nosie.
– To nie był wróbel, tylko kawałek tej wyschniętej gałęzi strąconej podmuchem wiatru – odparł sierżant. – A najlepiej, zamiast dyskutować, sprawdzić… Tam, pod drzewem, jakieś szczątki ptaszyny leżą. Kilka piórek pozostało na pewno.
– Idź chłopczyku – major szturchnął mnie w ramię. – Może coś tam znajdziesz.
Pobiegłem. W wysuszonej kępie trawy leżało zakrwawione skrzydełko.
– Jest tam coś? – krzyknął sierżant.
Nie chciałem podnosić skrzydła martwego wróbelka. Należał do gromadki zaprzyjaźnionych ptaków, dokarmianych okruchami przez Julię. Obchodziłem wkoło kępy wysokiej trawy, udając, że szukam.
– Musi coś być. Wiem, że trafiłem! – denerwował się sierżant.
– Cóż, niełatwo ustrzelić małego ptaka z pistoletu – zgryźliwie zauważył porucznik.
– Szybciej szukaj, chłopcze – ponaglał sierżant.
Pochylając się, odszedłem w przeciwną stronę. Głowa wróbla leżała między kamieniami. Odwróciłem się i ruszyłem w kierunku płotu.
– Ten chłopak chyba niedowidzi?! – sierżant machnął ręką i pobiegł pod drzewo. – Jest! – krzyknął, triumfalnie podnosząc zakrwawione skrzydełko. – Tyle tylko zostało – wrócił i podał je majorowi.
– Jak ty mogłeś tego nie zauważyć? – spojrzał na mnie z wyraźną niechęcią. Przecież stałeś w tym miejscu?
– Nie widziałem – skłamałem, unikając jego wzroku.
– Albo jesteś głupi, albo ślepy – mruczał sierżant. – Bo chyba na takie złośliwości toś za mały pędrak?
– Dajcie chłopcu spokój – roześmiał się major. – Toż to półsierota, może z niedożywienia niedowidzi? – A wy, zgodnie z umową, macie dzień urlopu.
Iw zagryzała usta. Raziły ją słowa, gesty, strzelanie do wróbli. Wszyscy niemal przybysze ze wschodu różnili się od tych, których znała dotychczas. Szorstcy, zamknięci w sobie, podejrzliwi – inni, obcy. Nie lubiła tego słowa.
Przejechała palcami po moich włosach, pochyliła się, pocałowała w czoło.
– Mój kochany synek – szepnęła czule. – Nie przejmuj się.
– Nie przejmuję się. Żal mi wróbla.
– Przekąsimy coś. Jest tuszonka, jest bimberek, a wasza mama zrobi nam czaju – major zatarł ręce. – Chodźmy!
Mieszkaliśmy w piwnicy. Nad domem przelatywały pociski. Lokatorów ewakuowano, wyprowadzili się chętnie, przerażeni linią frontu i stałym ostrzałem artyleryjskim. Iw pozostała. Dobrze orientowała się w planie Warszawy i z balkonu pokazywała radzieckim i polskim oficerom najważniejsze punkty płonącego miasta.
– Prudencial. Kościół Świętego Krzyża. Uniwersytet. A tam blisko jest Adria, bardzo elegancki, wytworny lokal – westchnęła.
– Dla burżujów – mruknął major.
– Tańczyłam tam. – Czuła, że za chwilę się rozpłacze.
– Wszystko się pali, to i wszystko się spali, przyjdzie nowe życie. A wy, artystka, znajdziecie swoje miejsce na ziemi. Zeszła do piwnicy z załzawionymi oczami i zdławioną krtanią.
– Nie martw się – mówi Julia. – Żyjemy! To najważniejsze.
Ich szepty rozpływają się w półmroku. Chłopiec usypia.
– Wszystko mi jedno, kto będzie teraz rządził – odpowiada Julii. – Niech to będzie nawet sam diabeł. Nareszcie pozbyłam się wyroku śmierci ciążącego nade mną przez pięć lat. Pięć lat z wyrokiem śmierci, to chyba dosyć? Wystarczy!
Nocą cichną działa, zamiera wojenna wrzawa. Z płonącego brzegu słychać muzykę, przerywaną wezwaniami, odczytywanymi po rosyjsku. Walc Straussa przynosi ukojenie, złudne poczucie spokoju. Wisła odbija pożary, blaski wystrzeliwanych rac, artyleryjskie pojedynki, kikuty strzaskanych mostów. Uświetlone fale drżą.
Piękne melodie urywają się nagle i z głośników rozbrzmiewają chrapliwe bądź liryczne apele do sowieckich żołnierzy.
– Przechodźcie na naszą stronę! Czekamy na was. Nie służcie komunistom, masonom i Żydom. Niemiecka armia przejdzie wkrótce do zwycięskiego natarcia. Obiecujemy wam uczciwe potraktowanie, dobre wyżywienie, a także wcielenie do rosyjskiej armii wyzwoleńczej.
Wezwania skierowane do Rosjan, Ukraińców, Litwinów, Kirgizów, Kałmuków, Kozaków, żołnierzy z Syberii i Dalekiego Wschodu, a także do Polaków, którzy przyszli z armią generała Berlinga.
– Sowieci, z rozkazu Stalina, wymordowali w Katyniu polskich oficerów – grzmiał głos z drugiej strony rzeki. – Pamiętajcie o tej zbrodni, nie służcie własnym oprawcom, przechodźcie na naszą stronę.
Do ucieczki namawiały również kobiety, rosyjskie matki, żony i córki. Ich melodyjne głosy nerwowo wibrowały w scenerii zniszczonego mostu.
– Przechodzą? – spytała Iw.
– Niekiedy – skinął głową sierżant. – Co noc ktoś próbuje przedostać się do okopów. Jak złapiemy, to od razu pod mur. Szpiedzy, dywersanci, zdrajcy narodu, szumowiny!
– Ciekawe, dlaczego uciekają do przegrywających wojnę? – zastanawiała się Julia.
– Goebbelsowska propaganda. Niektórzy ulegają z głupoty, ale zdrajców też nie brakuje – ze złością mówi młody kapitan z ręką na temblaku – i głupich, którzy po prostu chcą zbiec na Zachód. Dranie! Chcą żyć w kapitalizmie.
Iw wymieniła z Julią znaczące spojrzenia. Zmrużone powieki, drgające kąciki ust.
– Chcą żyć jak ludzie. Niewypowiedziana myśl Julii skrywała głębokie rozczarowanie. Żaden z czerwonoarmistów nie przypominał Steceńki.
– Dlaczego tak mrugacie powiekami? – zaskoczył ją pytaniem pięcioletni szkrab. – Zamrugaj tak jeszcze – zwrócił się do Julii.
– Ty mały kretynie – syknęła, wymierzając mi przykrego klapsa. – Nie mrugałam, tylko przymknęłam oko, bo rzęsa wywinęła mi się do środka. Rozumiesz?
– Właśnie, że mrugałaś! – zaperzyłem się, rozcierając zbolały pośladek. – Ty ciągle mrugasz.
Kapitan spojrzał na Iw i Julię z ironią.
– Nieszczerzy Polacy, nieszczerzy – roześmiał się sztucznie. – Bez naszej pomocy, zdani tylko na siebie, nie wyzwolilibyście się nigdy. Najlepiej dla was, to stać się polską republiką w ramach Związku Republik Sowieckich. Nikt by już na was nie napadł. Bezpieczeństwo gwarantowane! I życie godne jak w bajce.
– Dziękuję – szepnęła Julia do Iw. – Lepiej być przyjaciółmi przez granicę. A… przecież weszliście do Polski w 39.
– Oj Polacy, Polacy… – westchnął Rosjanin. – My do was z sercem, a wy?
Cisza. Walc znad błękitnego Dunaju delikatnie pląsa między świetlnymi smugami reflektorów. I znowu rozlega się gromki, pełen wewnętrznej pasji głos spikera:
– Bracia Rosjanie, przechodźcie na stronę niemiecką. Losy wojny rozstrzygną się niebawem, porzućcie komunistów!
Powstańcy umierający w pożarach przeprawiali się na Pragę. Usiłowali przepłynąć rzekę na łodziach, tratwach skleconych na poczekaniu z byle czego, przywiązując się do desek i kół ratunkowych lub po prostu wpław. Nurt rzeki, na głębinach silniejszy niż przewidywano, porywał ich, unosił, topił. Przeważnie jednak bardziej zagrażały im kule lub miny moździerzowe wystrzeliwane do wszystkich poruszających się obiektów na rzece. Cień, punkt zauważony w przesuwającym się po falach świetle lotniczego reflektora, a następnie rozjaśniony powoli opadającymi flarami, skupiał na sobie uwagę artylerii i niemieckich strzelców wyborowych.
Zachodni brzeg dogasał, pociemniał. Pożarów teraz jakby mniej, tylko kanonada z obu stron nie słabnie. Kilku uciekinierów z płonącego miasta usiłowało przepłynąć rzekę. Ugrzęźli pod filarami roztrzaskanego mostu, który osłonił ich przed niemieckim ostrzałem.
– Uratował im życie. Ale jak długo wytrzymają bez jedzenia? Noce są coraz chłodniejsze. Można by dopłynąć do nich na pontonie. Pod filarami jest martwa strefa. Iw z zapartym tchem słuchała wywodów Jurka, syna właściciela domu, który wyraźnie starał się zaimponować jej odwagą.
– Pójdę z tobą – oświadczyła stanowczo.
– Na pontonie jest za mało miejsca, Iw. Możesz jednak oczekiwać na brzegu z kocami i herbatą w termosie. A mamcia? – niechętnie spojrzał na Julię, która nie znosiła Jurka i wciąż przestrzegała córkę przed tym ,,prymitywnym nicponiem’’.
– Przygotuję bandaże i jodynę, oni są pewnie ranni.
Przytulony do Julii przez wiele godzin czułem, jak drży, trzęsie się, dygoce.
– Co za idiotka z tej twojej matki – szeptała. – Ukrywała się przez całą okupację tylko po to, żeby teraz, kiedy już nic jej nie grozi, stracić życie przez głupią brawurę przystojnego kretyna.
Mijała godzina za godziną. Iw nie wracała. Usnąłeś. Obudziła cię ostra strzelanina. Zapłakana Julia klęczała na dywaniku, pod kilimem, za którym nieśmiało chrobotał szczur. Nie interesowała się nim. Wpatrywała się w stojącą na nocnej szafce glinianą figurkę Matki Boskiej z odtrąconą przez pocisk dłonią.
– Matko Przenajświętsza, błagam cię, nie zabieraj mi córki! Tyle lat nas broniłaś, ochraniałaś, pilnowałaś, a więc i teraz bądź dla nas dobra i spraw, by Iw powróciła cała i zdrowa. Przecież ma dla kogo żyć.
Powrócili, żołnierze i oni, tuż nad ranem. Potwornie zmęczeni, wycieńczeni, zmarznięci. Wraz z nimi tych kilku uratowanych nieszczęśników.
Jurek dźwigał na rękach kobietę. Jeden z tamtych kulał. Miednicę, w której Julia przygotowała wodę utlenioną do przemywania ran, wypełniała krew. Ruski sierżant wyciągnął litrową butelkę bimbru, rozlał do szklanek.
– Na rozgrzewkę.
Iw wychyliła, Julia też, Jurek i obaj żołnierze kościuszkowcy. Wypili uratowani powstańcy i kobieta.
– Dzięki ci Boże, dzięki ci Boże – szeptała cały czas Julia. Patrzyłem, jak wszyscy pili. Mimowolnie oblizałem wargi. Ruski puścił do mnie oko… Nalał na dno swojej szklanki i przesunął w moją stronę. Wychyliłem się spod koca i wypiłem ukradkiem. Oczy wytrzeszczyłem, gębę rozdziawiłem, język skołowaciał. Nie mogłem odetchnąć. Czysty spirytus! Zrobiło mi się gorąco, jęknąłem i runąłem na dno przepaści.
Rosjanie. Sowieci. Czerwona Armia. I Wojsko Polskie. Szły oddziały, jechały czołgi, armaty, samochody, konne zaprzęgi, cysterny z olejem i benzyną. Głównie jednak piechota, piechota nieprawdopodobnie umęczona.
Patrzysz na nich ze ściśniętym sercem i przywołujesz w pamięci tamtych jeńców prowadzonych przez legionistów w zapamiętanym roku 1920. Wtedy pokonani, dziś są zwycięzcami. Przepędzili wrogów, rozgromili faszystów. Za wolność naszą i waszą. Maszerują ku świetlanej przyszłości. Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!
Zasłaniasz, Julio, twarz, zakrywasz sobie usta, by nie krzyknąć, nie oburzyć się, nie pytać.
– Wszyscy stamtąd boją się pytań? Dlaczego?
– Przerażający pochód zwycięstwa! Marsz nędzarzy. Biedaków, wygłodzonych, poranionych, zawszonych, cuchnących, wpółdzikich, jakby całe życie spędzili poza cywilizacją?
– A może rzeczywiście żyli poza cywilizacją?
– Niemożliwe, pani Julio. W dwudziestym wieku?
– To zupełnie prawdopodobne. Dla wielu z nich wojna jest jedyną szansą zetknięcia się z innym życiem, bogatszym, lepszym.
– Poznawać cywilizacje przez wojnę? Toż to szaleństwo!
– Wciąż jesteśmy świadkami tych szaleństw. Dwudziesty wiek to chyba najpotworniejsze stulecie w dziejach ludzkości.
– Pani Julio! Co za patos? To przecież farsa, komedia, a pani tak poważnie. Boi się pani śmierci? Po tym, co przeżyliśmy tu, w Polsce?
– Nie boję się śmierci – zaprzeczyła stanowczo. – Strach przed śmiercią, to nie jest najgorsze zło spotykające człowieka.
– Nie rozumiem?…
– Najbardziej upokarza strach, strach przed życiem w niewoli.
– Ci Rosjanie biją się bohatersko jak wariaci! Wolą iść na kule, przez pola minowe, przedzierać się przez druty kolczaste, pod obstrzałem. Wolą już śmierć patrzącą im w oczy, niż szary, okrutny los, jakim jest codzienność w ich ojczyźnie.
Małomówni, nieufni, zamknięci w sobie. Rozpoznawałaś więźniów wypuszczonych z obozów. Przyglądali się, ponuro, zachłannie taksowali cię spojrzeniami, niepewni nawet najbliższych współtowarzyszy. Nie opowiadali o sobie, nie zwierzali się, niechętnie pisali listy, unikali obcych.
– Jakby im usta zasznurowano!
Chodzili tacy zakneblowani. Owszem, wypytywali, dziwili się, nie dowierzali, podpatrywali cię i komentowali na uboczu, gdy nie słyszałaś. Tylko raz, przypadkowe, od żołnierza, o którym wiedziałaś, że go już więcej nie spotkasz, usłyszałaś kilka szczerych zdań.
– Zesłańcy, więźniowie. Dla nas ta wojna jest błogosławieństwem. Dzięki niej wyrwałem się stamtąd!
– Przecież to świat wojny. Nienormalny, chory!
– Uważam, że lepszy od świata obozów karnych, od gułagu.
– Nie pojmuję.
– Więc nie mów i o nic nikogo nie pytaj.
– Czy pan też – chciałaś zapytać.
– U nas nie ma panów. Wszyscy są równi.
– Och… Nie spierajmy się o słowa. Odpowiedz, czy ty wierzysz w Boga?
– Boga też u nas nie ma, więc jak mogę w niego wierzyć?
– A w co wierzysz?
– W komunizm, w Stalina, w człowieka. Tak, wierzę w człowieka, ale nie takiego, jak ty – splunął na ścianę machorką. – Ty jesteś za ciekawska.
– Obrażasz mnie!
– I co z tego – machnął ręką, splunął raz jeszcze i pobiegł za kolegami.
– Zacofani ci Polacy! Stara spytała, czy wierzę w Boga. Strasznie ciemny naród.
– I głupi! Pytać o takie rzeczy! Może prowokatorka?
– Możliwe.
Suszące się, niedoprane onuce. Zapamiętasz ich smród na całe życie. Nie wszyscy mieli onuce na zmiany, niektórzy podsuszali je przy ognisku i od razu owijali stopy. A stopy piechurów są przepocone, przemarznięte, pokryte odciskami, poobcierane, z wrastającymi paznokciami, ze spękaniami na podeszwach, brudne, chore, lecz nieprawdopodobnie wytrzymałe.
– Co jest największą rozkoszą dla piechura?
– Moczenie nóg – odpowiadali chórem.
Opatrujesz, Julio, rany, przewijasz i zmieniasz bandaże, jodynujesz, zatarcia i pęcherze polewasz wodą utlenioną.
Komplet przyborów do manicure, który Iw otrzymała od Edwarda, zniknął, bo każdy z żołnierzy wycina skórki, paznokcie, odciski. Zostały ci tylko małe, pozłacane nożyczki ukrywane w torebce. Wszy są wszędzie. Julia codziennie sprawdza moją głowę i wciąż odnajduje nowe gnidy. Podłużne, szarobiałe jajeczka przyczepione do włosów. Rozpoczyna się wiskanie. Iw przeszukuje zakamarki mojej fryzury, a ja z trudem wytrzymuję długotrwałe, nieruchome siedzenie na twardym stołku pod oknem.
– Skąd te wszy? – Iw załamuje ręce.
– Jak to skąd? Od nich! – Julia wskazuje na zejście do piwnicy, skąd dochodzą śpiewy o Katiuszy wychodzącej na brzeg. – Oni już nawet nie czują swędzenia.
– Widziałam łaźnię w samochodzie.
– I co z tego? Brakuje im mydła, biedacy.
– Może ogolimy chłopcu głowę?
Po moim trupie! – krzyczy Julia i po chwili dodaje: – Możemy nieco skrócić mu włosy.
Wszy żyły w kocach i płaszczach, rzadko pranych ze względu na długi okres suszenia. W zimie natomiast ukrywały się także w czapkach, a nawet w hełmach. A kto by moczył czapkę w zimie, podczas wojny? Chyba wariat!
Żołnierze prali mundury, koszule, gacie, onuce, domywali się w łaźniach i punktach dezynfekcyjnych, ale wszy, ocalone w szwach, ukryte pod podszewkami, w skórzanych paskach hełmów, powracały.
– Bo taka jest natura wszy,
że nawet z łaźni sobie drwi,
z wrzątku, z lizolu, z mydła też,
spragniona krwi wojenna wesz.
Wieczorami, w piwnicy, anonimowi poeci, wojacy niższych szarży układali rymy o wszach niemal jak o antycznych bohaterach.
Lampa prychała, przygasała i Julia raz po raz podregulowywała gruby knot. Zapach karbidu rozchodził się po piwnicy, przenikał przez pościel. Za kilimem ukrywającym zagrzybioną ścianę rozlegał się szelest i chrobot. Stary szczur przemykał codziennym szlakiem, nie budząc już naszego niepokoju. W końcu też przetrwał wojnę.
Przygotowywaliśmy się do wigilii Bożego Narodzenia 1944.
Iw! Ty znowu wspominasz, czy naprawdę nie możesz odłożyć na bok tych złowrogich, złowróżbnych myśli? Najważniejsze, że przeżyłaś, że istniejesz, że nie aresztowało cię gestapo i nie trafiłaś do pieca, razem ze swym rozbrykanym synkiem. Dziś pamięć nie jest ci potrzebna, potrzebne ci jest przewidywanie i… pieniądze.
– Nie siedź tak pod ścianą z otępiałą miną, bo pomyślę, że wariujesz. Otrząśnij się, ogarnij!
Podnosisz głowę, patrzysz ze zdziwieniem na zmartwioną twarz Julii.
Iw! Nie wolno teraz rezygnować i czekać na nie wiadomo co. Zrozum! Świat znowu otwiera się przed tobą. Jesteś młoda i bardzo ładna.
– Tak – odpowiadasz niepewnie, z obawą, a może ze znudzeniem. Ileż razy słuchać można tych samych słów? – Tak. Oczywiście.
– Wojna już się kończy, wrócisz do normalnego życia.
– Tak.
– Znajdziesz sobie odpowiedniego mężczyznę, wyjdziesz za mąż.
– Tak? Może.
– Tylko nie powinnaś mieć już dzieci – wymowne spojrzenie Julii na mnie. – Gdybyś wtedy z tym Niemcem wyjechała, kto wie, czy nie witałabyś Amerykanów wyzwalających Paryż. A może odnalazłby cię Eduardo i nareszcie tańczyłabyś w jego zespole. Pomyśl tylko, ile tam dzisiaj miałabyś szans? A tymczasem jesteś tu przywiązana przez dzieciaka.
Westchnienie, machnięcie ręką, kręcenie głową, oczy wznoszone do nieba. Julia, niezadowolona ze swego losu, wciąż spogląda na mnie.
– Boże! Ta karbidówka strasznie kopci. On znowu zacznie kasłać.
– Zastanawiam się, czy Witka rzeczywiście zastrzelili w Oświęcimiu? – głos Iw nie wydaje się zbolały, raczej spokojny. – Niekiedy oczekuję, że za chwilę przyjedzie, powróci, zapuka. Czuję, jakby był, tu, za drzwiami, jakby się wahał, wejść czy nie? Jak sądzisz? Czy to możliwe, żeby przeżył Oświęcim! A tamta wiadomość okazała się nieprawdziwa?
– Wszystko jest możliwe na wojnie – mruczy Julia. – Chociaż Niemcy byli tak skrupulatni, dokładni i sumienni, również w zabijaniu, że chyba jednak nie żyje. A pomyślałaś, co by było, gdyby dowiedział się o Edwardzie?
– Myślę też o Królu Tanga. Co teraz robi? Dlaczego się nie odezwał przez całą wojnę? Czy to prawda, że był szpiegiem? Angielskim? Francuskim? Rosyjskim? Niemieckim chyba nie, bo wtedy Niemcy by go nie szukali? – twarz Iw staje się napięta, nieufna. – Nie chcę o tym myśleć, w tych czasach. Co dzień aresztują jakiegoś szpiega. A Edward Kelle? Ciekawe, czy przeżył? Pamiętam, jak leżał w gorączce, z obandażowaną głową i majaczył. W szufladzie schowałam jego wiersze i medalik.
– Wiersze musisz spalić – rozkazujący ton Julii nie dopuszcza sprzeciwu. – Czy wiesz, co mogłoby cię czekać, gdyby ktoś je znalazł? Twój romans z niemieckim żołnierzem może cię teraz drogo kosztować.
– Tęsknię za Edwardem i czasami żałuję, że chociaż nalegał, nie wyjechałam do jego krewnych, do Strasburga. Przecież po wojnie moglibyśmy być razem?
– Nie mów o nim! Zapomnij – syczy Julia. – Nigdy nie było żadnego Niemca w twoim życiu. Rozumiesz? Nigdy! Inaczej ogolą ci łeb.
– Jednak pamiętam – mruczy Iw.
– Przestań ty idiotko! Chcesz skończyć w łagrze na Syberii? – krzyczy Julia, każdy mięsień jej twarzy aż drży ze zdenerwowania. – Chcesz mieć opinię niemieckiej kurwy?
Iw milknie, a ty mały łobuzie wytrzeszczasz oczy przed lustrzanymi, wypukłymi powierzchniami wiszących na choince bombek. Wywalasz język, wykrzywiasz się, nadymasz policzki, kłapiesz zębami, marszczysz nos. I wciąż starasz się zrozumieć, dlaczego twoje odbicie w bombce jest aż tak karykaturalne? I czy to rzeczywiście nadal jesteś ty? Słowo „bombka” łączy się w twej wyobraźni z bombą, a niewypały bomb widujesz ostatnio często, kilkadziesiąt metrów od domu. W ogrodzie od strony Wisły leży w agrestach wrzecionowaty kształt zakończony metalowymi statecznikami. Podobny widziałeś wczoraj w ogródkach po tamtej stronie mostowego wiaduktu.
Na zmarzniętej ziemi zrytej wybuchami, wśród cherlawych drzewek, sterczały rozrzucone końskie czaszki. Biało-szare, obciągnięte wyschniętą, wyleniałą skórą, miejscami objedzoną przez ptaki. Zachwyciła cię sikorka, żółto-niebieska gwiazdka zagłębiona w oczodole. Odfrunęła. Nieco dalej zobaczysz kilkanaście kolorowych ptaszków na gałązkach osmalonych jabłonek.
Za duży hełm przekrzywia się, przekręca. Usiłujesz odsłonić czoło. Żelazny kant opiera się o plecy, zsuwa po uszytym z szarych królików futerku, uderza o zlodowaciałe grudy, aż dźwięczy.
– Włóż go natychmiast! – szepcze Julia. – Bo jeszcze wypatrzą tę twoją jasną głowinę z tamtego brzegu. Po co ja cię zabrałam na tę eskapadę!?
Julia często myszkowała po ogródkach, wyszukiwała, wykopywała, wydrapywała z ziemi buraki, ziemniaki, marchew, rzepę, brukiew, pietruszkę, chrzan, kapuściane resztki.
– Trzeba przeżyć – powtarzała.
Dzień przed Bożym Narodzeniem Iw wyruszyła z żołnierzami na Pragę, a Julia postanowiła zabrać mnie ze sobą na kolejną wyprawę na działki.
– Lepiej, już, żebyś był ze mną, niż miałbyś broić w domu – oświadczyła. – Zabierz tylko hełm i ubierz się ciepło, bo od rzeki ciągnie chłodem.
Ze złością podniosła hełm i brutalnie wcisnęła mi na głowę. Spod śniegu wybierała pomarszczone buraki. Uśmiechała się do własnych myśli.
– Ugotuję barszcz, prawdziwy wigilijny barszcz.
Ogródki ciągnęły się wzdłuż rzeki i teraz, kiedy w nieco zatęchłej, lecz ciepłej piwnicy trwa przyciszona rozmowa pomiędzy Julią a Iw, ty przypominasz sobie nagłą serię z karabinu maszynowego z przeciwległego brzegu i opętańczy, szalony bieg Julii ciągnącej cię za rękę.
– Tam, tam, tam jest martwe pole – woła zadyszana, gubiąc zamarznięte pomidory i kalarepę.
Pociski świstały nad wami, a ty wciąż wypatrywałeś sikorek, roztańczonych na poranionych drzewkach i kolczastych drutach zasieków. Zardzewiałe zwoje tych drutów leżały wokół, rozpięte zagracały drogę. Chwytały za poły twojego króliczego futerka, szarpały…
– Nareszcie jesteśmy bezpieczni. Całe szczęście, że cię nie zabili, bo co powiedziałabym twojej matce? – wybełkotała Julia, a ty roześmiałeś się z jej przerażonego, rozbieganego wzroku i wąskich, drżących warg. Całowała cię, przytulała, a ty wciąż przemyśliwałeś, jak schwytać którąś z tych drobniutkich sikorek i zanieść do domu.
Szarość… Zdążyliśmy przed zmierzchem. Iw jeszcze nie wróciła. Julia sadza mnie na stołeczku, wkłada w usta kostkę cukru.
– Proszę, nie mów mamie, że do nas strzelali – twarz ma niespokojną. – Najlepiej nie mów nawet, że zabrałam cię nad Wisłę. Nie powiesz? Obiecaj! Nawet słowa!
– Nie powiem – kiwam głową – nawet słowa.
– Pamiętaj! Nie wolno ci powiedzieć matce, że ostrzeliwali nas Niemcy – mówi po kwadransie Julia. – Rozumiesz?
– Rozumiem – przytakuję zgodnie.
Po kilkunastu minutach Julia spogląda na zegarek i na mnie. – Nic nie powiesz? – pyta zdenerwowana. – Zapamiętaj! Nigdzieśmy nie byli! Nikt do nas nie strzelał! Nie powiesz? Przysięgnij, że nie powiesz!
– Przysięgam!
Iw powraca uszczęśliwiona, promienna. Stawia na podłodze wypchaną torbę. Ściąga z ramion plecak. Rozciera zmarznięte dłonie. Śmieje się, jak dawno się nie śmiała.
– Przywiozłam pełną aprowizację świąteczną – oświadcza zdumionej Julii. – Mam nawet czekoladę dla małego. Zrób mi gorącego czaju. A na wigilii będziemy mieli gości – żołnierzy, Polaków i Rosjan. Zaprosiłam ich. Jak się cieszyli. Płakali! A jak ty spędziłaś czas?
– Byliśmy nad Wisłą po marchew. Strzelali do nas. Uciekałem – zabrzmiał mój dziecinny głosik.
– Jak mogłaś! – Iw patrzy na Julię ze złością. – Ty kretynko! Mogli was zabić!
– Nie wiem, czy ten twój syn jest tępy, czy aż tak złośliwy, ale prosiłam go trzy razy, żeby nic nie mówił, a on natychmiast wypaplał. Okropny chłopak. Pożałujesz tego – Julia grozi mi palcem.
– Mądry jesteś, bardzo mądry. Mamusi trzeba wszystko mówić – lw obcałowuje mnie po policzkach. – Masz tu czekoladę od Świętego Mikołaja. A tobie bardzo się dziwię – z oburzeniem patrzy na purpurową twarz Julii. – Jak mogłaś? Zawiodłaś moje zaufanie.
Awantura wisi w powietrzu. Lecz już przyzwyczaiłem się do kłótni.
Wigilia trwa. Oczy zaczerwienione, załzawione. Ze wzruszenia? Z tęsknoty za najbliższymi? Od dymu kopcących świeczek? Nie wiadomo. Wszyscy są poważni. Nikt się nie cieszy, nie raduje. Jest Jurek, już w mundurze, bo wstąpił właśnie do polskiego wojska. Jest Czubczyk, jak nazwała go Iw, skośnooki olbrzym z Kazachstanu, stale pokasłujący. W jego płucach uwięzła karabinowa kula. Lekarze boją się operować, bo tkwi zbyt blisko serca. Jest oficer z medalami, z „choinką” na piersiach, jak mruczy Julia, o którym żołnierze mówią – „politruk”. I sierżant, i kapral, i kilku nieznajomych, rzucających się na jedzenie jak wilki. Do żelaznego piecyka przezywanego kozą raz po raz ktoś dokłada drewna lub papieru z książek. Na rozpalonych fajerkach bulgoce barszcz.
– Mam nawet opłatek – Julia wyjmuje z szafki biały arkusik. – Przeleżał chyba ze trzy lata w kredensie. Pamiętasz Iw, chciałaś go zabrać do getta i zapomniałaś. A panowie chyba jeszcze nigdy nie łamali się opłatkiem?
Rosyjscy żołnierze i Kazach-Olbrzym widzą opłatek pierwszy raz w życiu. Dotykają delikatnie. Chyba pierwszy raz słyszą też o Bożym Narodzeniu i betlejemskiej gwieździe. Politruk uśmiecha się pobłażliwie.
– Dla nas najważniejsze święto to Nowy Rok. Wtedy przychodzi Dziadek Mróz. I oczywiście pierwszy maja i rocznica Rewolucji Październikowej – umilkł, a Julii wydawało się, że mówił z poczuciem wyższości, a może i pogardą.
– I urodziny naszego wodza Stalina – dodaje.
Zbladła, nozdrza zadrżały i ściągnęły się, dumnie wyprostowała głowę. Spojrzała na politruka, mrużąc oczy, jakby znajdował się za szybą lub w znacznej odległości.
– Bywa, że rodzice służą Bogu, a dzieci zabijają Boga – przemawiała głośnym, teatralnym szeptem i ja, chociaż nie rozumiałem treści, wpatrywałem się w nią zafascynowany. – Bywa też, że syn tak bardzo wstydzi się wiary swego ojca, że walczy z Bogiem, jak z własnym ojcem. Kiedy ojcowie umierają, synowie powracają.
Zatrzęsły się medale na piersi, twarz spąsowiała, otworzył usta, by krzyknąć lub powiedzieć, odpowiedzieć, wyjaśnić i zatkało go. Zamilkł, nie odzywał się już. Wodził za Julią ponurym wzrokiem, pełnym wyrzutów, jakby go obraziła.
– Podzielimy się opłatkiem i będziemy sobie życzyć, życzyć tego, co dla nas samych najważniejsze – wyjaśniała Julia, podchodząc kolejno z opłatkiem do żołnierzy.
Rosjanie i Kazach spojrzeli pytająco na politruka. Skinął przyzwalająco. Wolno, to wolno.
– Żeby wojna się skończyła, a ty, żebyś przeżył.
– Szczęśliwego zakończenia wojny, tobie i twoim bliskim.
– Żeby ci kulę z płuc wyjęli. I żebyś znalazł swoje szczęście po wojnie.
Nikt tu nie jest szczęśliwy, nikt z nas nie jest szczęśliwy. Czy można znaleźć szczęście wśród nieszczęśliwych ludzi? A cóż ty wiesz o szczęściu, jeżeli znasz je tylko z wyobraźni, z rozmyślań, z nadziei? Nie marzenia dają szczęście, lecz spełnienia.
Całują, ściskają moją drobną łapkę i mówią o nauce, o szkole.
– Bądź grzecznym chłopcem. I mądrym. I ucz się dobrze. Świeczki już zapalone. Śpiewają Julia, Iw, Jurek i wszyscy polscy żołnierze. Rosjanie też podchwytują słowa.
– Bóg się rodzi, moc truchleje…
– Przybieżeli do Betlejem pasterze…
– Lulajże Jezuniu…
Rozpłakała się Iw, płacze Julia i chociaż każdy ukrywa swój płacz, odczuwa ulgę, że nie płacze samotnie. Jakby ktoś ciężar zdjął ci z pleców.
Barszcz i pierogi z kapustą zjedzone, a kluski z makiem pożarte.
Stary szczur niecierpliwie chroboce za kilimem, obudzony cudownymi zapachami naszych potraw.
– Nikt nie prześladuje starych szczurów w noc wigilijną – mruczy Julia.
– Skąd wy wiecie, że mój ojciec był popem? – rozgorączkowany szept politruka dociera do ucha Julii. – Kto was tak szczegółowo poinformował o mojej przeszłości? To zabrzmiało jak prowokacja!
– Bóg. Tylko Bóg mógł mi podyktować te słowa. Nie wiedziałam przecież. Co się pan tak kuli, kiedy mówię Bóg? – Julia przygląda się dziwnie przygarbionej postaci.
– Wyrzekłem się mojego ojca, potępiłem go i chyba już nikt nie pamięta, że był duchownym. I lepiej, żeby sobie nie przypomnieli – mruczy politruk ze złością. – Zresztą jego już nie ma.
Chwila ciszy. Przez uchylone piwniczne okienko, z drugiego brzegu Wisły wpadają niemieckie słowa.
– Stille Nacht, heilige Nacht…
Po lodzie, po krach, po wodzie, przez lodowate powietrze, zimny wiatr, rozgwieżdżone niebo, dociera aż tu śpiew tamtych żołnierzy. Przejmujący gorzki śpiew.
– Cicha noc, święta noc – zanuciła Julia wraz z Iw.
Łączą się te dźwięki, głosy niemieckie i polskie w tej wojennej, frontowej wigilii.
– Nie śpiewać niemieckich pieśni! Nie wolno! – krzyczy politruk. – To pieśni wroga!
Wszyscy milkną. Piją bimber i już nie śpiewają kolęd, nawet polskich.
– Rozkwitają jabłonie i grusze, na brzeg wyszła Katiusza – rozbrzmiewa rosyjska pieśń, do której i my się przyłączamy. Jest przecież piękna.
Opowiadanie ukazało się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Czy XXI wiek przynosi rewizję klasycznych geopolitycznych reguł, czy tylko ich cyfrową kontynuację?
Współczesny świat nie porzucił logiki XIX-wiecznej Wielkiej Gry – raczej ją przekształcił. Pola rywalizacji zmieniły kształt: terytoria ustąpiły miejsca cyberprzestrzeni, szlaki handlowe – łańcuchom wartości, a surowce przemysłowe – surowcom krytycznym. W tej grze nie ma już jednego imperium i jednej Azji Środkowej – są nowe szachownice, nowe potęgi i nowe reguły. Ale stawka pozostaje ta sama: dominacja.
Dziedzictwo imperiów
Wielka Gra XIX wieku – rozgrywka między imperium brytyjskim a carską Rosją o wpływy w Azji Środ-kowej – była symbolem geopolitycznego myślenia epoki kolonialnej. Jej logika wydaje się jednak ponadcza-sowa: przetrwała imperialne ambicje XX wieku, niezależnie od ideologii i ustrojów. A dziś, w XXI wieku, znów obserwujemy jej kolejną odsłonę – bardziej złożoną, wielowymiarową i trudniejszą do przewidzenia.
Choć część głównych graczy się zmieniła, podstawowe mechanizmy pozostają niezmienne: strategiczne pozycjonowanie, sojusze peryferyjne, rywalizacja o szlaki transportowe i dostęp do kluczowych zasobów. Plansza jest jednak bardziej skomplikowana, a ruchy przeciwników – mniej oczywiste.
Technologia jako nowy szlak handlowy
Współczesna Wielka Gra to już nie tylko walka o terytoria. Coraz bardziej przypomina wyścig o dominację technologiczną, wpływ w cyberprzestrzeni i możliwość kształtowania globalnych norm. Wojny in-formacyjne, sankcje ekonomiczne, presja dyplomatyczna, kontrola danych – to dziś narzędzia równie skuteczne, jak niegdyś działa i okręty.
Na pierwszym planie znajduje się walka o standardy technologiczne przyszłości: 5G, sztuczna inteligen-cja, cyfrowe waluty, systemy produkcyjne, a nawet reguły etyczne dla algorytmów. To, kto pierwszy narzuci globalne normy w tych dziedzinach, nie tylko zyska przewagę gospodarczą, ale również zdobędzie wpływ polityczny porównywalny z kontrolą nad koloniami w epoce nowożytnej.
Surowce krytyczne: kontrola przyszłości
Nieprzypadkowo rośnie znaczenie surowców krytycznych i rzadkich minerałów – takich jak lit, kobalt, tantal czy pierwiastki ziem rzadkich. Stanowią one podstawę transformacji energetycznej, produkcji baterii, chipów, technologii militarnych i odnawialnych źródeł energii.
Kontrola nad ich wydobyciem i przetwarzaniem staje się nową formą dominacji. Dziś o potędze nie decyduje jedynie dostęp do ropy czy gazu, ale kontrola nad łańcuchami dostaw krytycznych zasobów. Wielka Gra przenosi się zatem w głąb ziemi – i w głąb globalnych łańcuchów wartości.
Arktyka: lodowata rozgrywka
Wśród nowych teatrów tej rozgrywki szczególne miejsce zajmuje Arktyka – region dotąd peryferyjny, dziś strategiczny. Topniejące lodowce otwierają dostęp do nowych szlaków żeglugowych, złóż gazu, ropy i metali rzadkich. Rośnie zainteresowanie Rosji, USA, Chin i państw nordyckich – a wraz z nim obecność militarna i polityczna.
Arktyka przestaje być przestrzenią neutralną – staje się kolejną linią frontu nowej geopolityki. Równolegle z rywalizacją państw trwa też walka o wpływy w strukturach międzynarodowych, takich jak Arctic Council, które próbują ustalać reguły gry w tej nowej „Dzikiej Północy” – regionie coraz intensywniej zagospodarowywanym, lecz wciąż pozbawionym trwałych mechanizmów regulacyjnych i instytucjonalnych.
Korporacje jako nowi gracze
Na współczesnej szachownicy coraz bardziej liczą się również korporacje technologiczne – Google, Apple, Amazon, Microsoft, Tencent, Huawei – które zaczynają funkcjonować jak aktorzy quasi-państwowi. Dysponują budżetami większymi niż PKB wielu państw, kontrolują dane, infrastrukturę cyfrową, a coraz częściej także narzędzia kształtowania opinii publicznej.
Ich wpływ wykracza poza ekonomię – sięga bezpieczeństwa, suwerenności informacyjnej, norm społecznych. Linia podziału nie przebiega już tylko między państwami, ale między interesami narodowymi a interesami ponadnarodowego kapitału technologicznego.
Stara logika, nowe ofiary
Niestety, podobnie jak w XIX i XX wieku, ambicje wielkich graczy rzadko pokrywają się z aspiracjami lokalnych społeczeństw. Kraje rozwijające się stają się areną pośrednich starć – tracąc kontrolę nad własnym losem. Wojny, migracje, ubóstwo, niedobory żywności i zasobów to wciąż realne koszty tej globalnej gry, ponoszone przez zwykłych ludzi.
W stronę nowej logiki?
Nowi aktorzy – Chiny, Indie, Turcja, Brazylia, Izrael, państwa Zatoki Perskiej czy regionalne potęgi afrykańskie – redefiniują układ sił. W efekcie globalna równowaga staje się coraz bardziej płynna i nieprzewidywalna. Współczesna Wielka Gra nie kończy się w Azji Centralnej, nie zaczyna się w Londynie ani w Moskwie – i nie toczy się już wyłącznie w świecie materialnym.
Pozostaje pytanie: czy ludzkość potrafi wyjść poza logikę rywalizacji i przekształcić przestrzeń konfrontacji w przestrzeń współpracy? Czy XXI wiek przyniesie alternatywę dla gry o władzę – czy tylko jej cyfrową kontynuację w nowych dekoracjach?
Artykuł ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Gdyby w drugiej turze wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej konkurowały dwa konie – koń kary i koń siwy – to wynik niewiele różniłby się od tego ogłoszonego przez Państwową Komisję Wyborczą. Gdyby Rafał Trzaskowski uzyskał niewielką przewagę nad Karolem Nawrockim, to zawartość poniższego artykułu byłaby nieomal taka sama.
Po wyborach
Po wyborach pojawiło się wiele artykułów i wypowiedzi, które zawierają opisy, analizy i oceny zachowania obydwu kandydatów podczas kampanii wyborczej. Niekiedy są one jednostronne, nieszczere, nietrafne i niesprawiedliwe. W innych przypadkach zaskakują swoją wnikliwością, precyzją i wszechstronnością. Łączy je wszakże jedna cecha: liczni autorzy wykorzystują je do wyjaśnienia porażki Trzaskowskiego i wygranej Nawrockiego. W dodatku odwołują się wyłącznie do osobowości obydwu kandydatów, do ich zachowania, kondycji intelektualnej, moralnej i emocjonalnej, jak gdyby to wystarczyło do udzielenia odpowiedzi, dlaczego jeden wygrał, a drugi przegrał.
Niewątpliwie kandydaci oraz ich sztaby wyborcze zapracowali ciężko na osiągnięty wynik. Działania jednej i drugiej strony bądź to zjednywały sobie kolejnych wyborców, bądź to ich zrażały. Miały wpływ na tę stu kilkudziesięciotysięczną przewagę Karola Nawrockiego. Mogły mieć również wpływ na ewentualną wygraną Rafała Trzaskowskiego, która nie nastąpiła. Świat społeczny jest areną wydarzeń możliwych. Wiele zależy od trafności podejmowanych działań, ich skuteczności oraz determinacji uczestników.
Ale nie wolno zapominać, że są również inni ludzie. Oni także poprzez swoją aktywność kształtują procesy społeczne. W dodatku ci inni nie działają spontanicznie, za każdym kolejny krokiem podejmując nowe, oryginalne i zaskakujące decyzje, lecz – wręcz przeciwnie – kontynuują swoje dotychczasowe nawyki interakcyjne, wspierają się tymi samymi, co wcześniej, wartościami i normami, zabiegają o swoje ciągle te same lub zbliżone do wcześniejszych interesy, posiłkują się podzielanymi obrazami i wyjaśnieniami świata społecznego oraz interpretacjami swojego miejsca w tym świecie. Właśnie dlatego życie zbiorowe jest jak wir wodny, który wciąga wszystkich pływaków i zmusza ich do nieomal hipnotycznego zataczania takich samych kręgów. Żeby się z niego wyrwać – albo wywołać nowy trend – trzeba się bardzo napracować.
Czy zatem kandydaci mogli zmienić przebieg dziejących się wydarzeń? Oczywiście, że mogli. Istotą pytania jest to, w jakim stopniu udało im się to osiągnąć. Albo Nawrocki mógł zdobyć większą przewagę, albo Trzaskowski mógł wygrać. Wówczas on zostałby okrzyknięty sprawczym mężem stanu, a pierwszy robiłby za nieudacznika. Niewiele brakowało. Niemniej jednak nawet przy odwrotnym wyniku Trzaskowski nie uzyskałby wyraźnej przewagi. Zresztą obydwa sztaby zdawały sobie z tego sprawę i powtarzały, że wybory będą rozstrzygane na żyletki.
Obydwie strony wiedziały, że społeczeństwo jest spolaryzowane i że głosy podzielą się nieomal pół na pół. Myślę, że obydwie strony znały głębokie strukturalne przesłanki tego podziału. Mogły więc podjąć bardziej radykalne kroki z zamiarem uzyskania bardziej zdecydowanego zwycięstwa, deklarując, że naruszą fundamenty i mury, które dzielą społeczeństwo polskie na dwa obozy. Żadna ze stron jednak nie zaryzykowała i nie zdecydowała się na ten krok. Każda ze stron jest przywiązana do swojej wizji dobrego (albo złego, jak kto woli) ułożenia spraw gospodarczych, politycznych i społeczno-kulturalnych. Każda kultywuje inne (a niekiedy tylko nieco inne) wartości i normy. Każda ze stron sprzyja interesom innych odłamów społeczeństwa, a jeszcze bardziej sprzyja swoim partykularnym interesom, które będzie mogła nadal realizować niezależnie od wyniku wyborów. Uczestnicy każdej ze stron są pod presją działań swoich współplemieńców, współpracują ze sobą i występują solidarnie przeciw adwersarzom. Raczej więc wolą zaryzykować, że wygrają z niewielką przewagą, a może nawet, że przegrają, niż zrezygnować ze swojej partyjnej tożsamości. O tych właśnie fundamentach piszę poniżej.
Groteskowy efekt pazerności
Przytoczmy art. 20 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej: „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”.
Społeczna gospodarka rynkowa, a nie neoliberalna gospodarka rynkowa. Do tego obliguje uczestników sceny politycznej Konstytucja. Natomiast Platforma Obywatelska udokumentowała swoimi przedsięwzięciami podczas wyborów, że prędzej zaryzykuje przegraną, niż zrezygnuje z neoliberalnego programu gospodarczego. Tak również zachowywali się Trzaskowski i jego sztab wyborczy. Ani razu nie zająknęli się, że przyszły prezydent będzie wspierał tę fundamentalną konstytucyjną zasadę ustroju gospodarczego – jak gdyby umknęło ich uwagi, że zdecydowana część wyborców wywodzi się z gospodarstw domowych, których przychody głównie pochodzą z płacy roboczej, a większość rodzin należy do warstw niższych i średnich. Owszem, powtarzali, że przyszły prezydent nie zaakceptuje działań pozbawiających niziny społeczne zdobyczy socjalnych uzyskanych za rządów PiS-u i jego koalicjantów, że sprzyjał będzie rewaloryzowaniu płacy minimalnej, że ostrożnie i z rozwagą będzie podchodził do pomysłu wydłużania wieku emerytalnego. Ale te deklaracje tylko wzmacniały nieufność, ułatwiając przy tym głosowanie na kandydata, za którym stoi partia promująca projekty gospodarcze o rozbudowanej części socjalnej.
To zacietrzewienie PO w obstawaniu przy programie neoliberalnym zadziwia nie tylko z doraźnej perspektywy wyborów prezydenckich, lecz również z punktu widzenia szerszych światowych procesów. Radykalny neoliberalizm gospodarczy doprowadził do ufinansowienia świata społecznego, wzrostu liczebności niższych warstw społecznych i ich wykluczenia z głównego nurtu życia gospodarczego, niepokojów społecznych, destrukcji demokracji, szerzenia się populizmu, wzrostu znaczenia państw autorytarnych, rozchwiania światowego ładu geopolitycznego. Widocznie PO przedkłada swoje interesy oraz interesy wąskiej bazy społecznej, na którą składają się elity gospodarcze, nad ewentualne plenienie się w Polsce wymienionych wyżej procesów.
Najbardziej dziwi fakt, iż Trzaskowski nie podjął w swoim programie wyborczym sprawy większego upodmiotowienia samorządów terytorialnych szczebla gminnego. Przecież jest doświadczonym samorządowcem. Zapewne zdaje sobie sprawę, że od 1990 roku trwa proces centralizacji administrowania państwem polskim ze szkodą dla samorządów szczebla podstawowego. Zaczęło się od Ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym (Dz.U. 1990 nr 16 poz. 95). Z jednej strony była ona postępowa w stosunku do ustawy o samorządzie terytorialnym z 1983 roku, ponieważ upodmiotowiła gminy, które nabyły status osób prawnych, rozdzieliła samorząd terytorialny od terenowych organów wykonawczych rządu, a także uwłaszczyła gminy dzięki ustanowieniu własności komunalnej. Niemniej jednak zabrała gminom wiele istotnych uprawnień decyzyjnych na rzecz rejonów podlegających administracji rządowej. Rozpoczął się proces centralizacji wcześniej zdecentralizowanego systemu sterowania państwem przy pomocy kolejnych ustaw, który trwa do dzisiaj. Znowu zabrakło woli minimalizowania ryzyka przegranej w wyborach. Partykularne interesy elit politycznych przedłożono nad potrzebę zjednania sobie tych wyborców, dla których sprawy samorządowe są bliskie. Warto tu dodać, że również Nawrocki i jego sztab wyborczy nabrały wody w usta. Im również nie na rękę byłoby poszerzanie demokracji z korzyścią dla samorządu terytorialnego, ale kosztem interesów elit politycznych, w tym wypadku skupionych po ich stronie.
Rafał Trzaskowski i jego sztab uczyniły sztandarowym zawołaniem kampanii wyborczej wspieranie demokracji liberalnej, sądząc zapewne, że to wystarczy do osiągnięcia sukcesu i zarazem ukryje wymienione wcześniej mankamenty programu. Istotą demokracji jest przestrzeganie procedur wyboru przedstawicieli oraz efektywne kontrolowanie ich zachowań. Chodzi o to, aby jak największa liczba obywateli mogła uczestniczyć w wyborach i korzystać dzięki temu z przywileju wpływania na decyzje istotne dla życia publicznego. Niezbędnym atrybutem demokracji liberalnej jest liberalizm społeczny (nie mylić z liberalizmem gospodarczym, o którym pisałem wcześniej). Procedury demokratyczne, którym nie towarzyszą wartości liberalne, prowadzą do wykluczenia politycznego, tyranii większości nad mniejszościami, ograniczenia wolności jednostek i całych grup społecznych oraz instrumentalizacji prawa. Kolejnym filarem funkcjonowania demokracji jest trójczłonowy podział władzy. Sprzyja on ochronie wolności i praw obywateli. Zwłaszcza autonomia władzy sądowniczej ma kluczowe znaczenie dla państwa prawa. Chroni to system polityczny przed instrumentalizacją prawa oraz przed podporządkowaniem go doraźnym politycznym interesom.
Zdawałoby się, że zasady demokracji i liberalizmu społecznego są na tyle bliskie większości obywateli, że ich jednoznaczne wsparcie przez Trzaskowskiego skłoni wyborców do głosowania na niego, mimo że jego program wyborczy mógł razić w innych aspektach. Tak się jednak nie stało może dlatego, że w dyskursie politycznym upowszechniło się przekonanie, że demokracja liberalna ulega destrukcji, a pod jej fasadą plenią się praktyki niewiele mające z nią wspólnego. Ten proces – zdaniem coraz liczniejszych obywateli – narasta niezależnie od tego, czy u władzy jest PiS, czy PO. Obydwie strony mogą się wykazać tutaj swoimi zasługami. Wielu obywateli utrzymuje więc, że: (a) mają niewielki wpływ na decyzje dotyczące państwa i życia publicznego, ponieważ głosują na kandydatów, których wyłania wąskie grono przywódców partyjnych, a ci już wybrani nie liczą się z preferencjami wyborców, jako że w wyborach wygrywają interesy partyjne, a nie interesy państwa i mas społecznych; (b) postępuje centralizacja władzy państwowej ze szkodą dla samorządu; (c) władza sądownicza uległa degeneracji, a jej naprawa wymaga nadzoru ze strony PiS, bo sama się nie zreformuje; (d) wola większości jest wypierana przez tyranię mniejszości. Tu może leżeć przyczyna braku odzewu połowy obywateli na wezwanie do obrony demokracji rękami Trzaskowskiego. I mniej ważne jest, jak sprawy związane z demokracją rzeczywiście się mają. Ważne są odczucia wyborców. Trzaskowskiemu i jego zwolennikom nie udało się zmienić postaw i przekonań połowy głosujących wyborców. Co więcej – jeżeli przyjrzeć się kampanii wyborczej – nawet nie próbowali modyfikować niektórych postaw, przemilczając drażliwe sprawy lub wykluczając poszczególne zagadnienia z dyskursu wyborczego.
Szczególnie zapalną i drażliwą sprawą, która podzieliła wyborców, było narastające przekonanie, że społeczeństwo polskie doświadcza tyranii mniejszości, którą PO oraz partie koalicyjne jawnie promują. Tym argumentem nieustająco szermował PiS, również inni zwolennicy Nawrockiego oraz liczne kręgi kościelne. W tym kontekście pojawiały się takie kwestie, jak aborcja, dekarbonizacja, edukacja religijna i edukacja seksualna dzieci i młodzieży, migranci, małżeństwa jednopłciowe.
Podział na zwolenników jednego i zwolenników drugiego kandydata wpisał się w wielki konflikt kulturowy, który od co najmniej dwóch dekad przenika świat Zachodu. Jest to zderzenie pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami inkluzyjności, wyzwolenia seksualnego, wielokulturowości oraz przeciwdziałania zagrożeniom ekologicznym. Zdaniem coraz liczniejszych uczestników dyskursu publicznego, świat społeczny ewoluuje w kierunku nieproporcjonalnie dużego wpływu rozmaitych mniejszości na sprawy ogółu uczestników życia zbiorowego. Ich zdaniem mniejszości etniczne, seksualne, religijne, osobliwe ruchy społeczne, diaspory etniczne oraz imigranci zdobywają coraz większą władzę i zaczynają zachowywać się opresyjnie wobec większości. Na początku XX wieku ruchy mniejszościowe protestowały przeciwko rozmaitym formom dyskryminacji i upośledzenia społecznego, pod koniec lat sześćdziesiątych przyspieszył proces w kierunku nabywania równouprawnienia, u schyłku XX wieku mniejszości zaczęły przejmować kontrolę nad otoczeniem, natomiast w XXI wieku sięgają po władzę. W dyskursie medialnym, a nawet naukowym, coraz liczniejsze stają się krytyki dysfunkcji towarzyszących nadmiernej poprawności politycznej, panice moralnej, w którą przeobrażają się praktyki związane z compliance, jawnej cenzurze uprawianej przez portale społecznościowe, natłokowi feminatywów w potocznym języku.
Ten kulturowy konflikt został zaprzęgnięty do kampanii wyborczej przez obydwie strony. On wyznacza jeden z ważnych podziałów społecznych w Polsce. I mniej ważne jest, jak faktycznie przebiegają procesy na styku rozmaitych większości i mniejszości społecznych i jaki klimat społeczny panuje pomiędzy nimi. Istotne są natomiast wyobrażenia wyborców, jako że one były bezpośrednio uwzględniane w decyzjach wyborczych. Okazuje się przy tym, że podkreślanie tych podziałów było korzystne dla Nawrockiego, a szkodziło Trzaskowskiemu.
Myślę, że Trzaskowski zdawał sobie sprawę z tego. Dokumentuje to dyskretnie schowana przez niego tęczowa flaga, którą wyłuskała mu Magdalena Biejat podczas debaty wyborczej w Końskich. Ale to było za mało, aby przeciągnąć na swoją stronę sympatię wyborczą osób niegodzących się na nadmierną inkluzywność rozmaitych mniejszości. Trzaskowski jednoznacznie opowiedział się po stronie multikulturowości. Po każdym zdaniu wspierającym prawa kobiet do aborcji lub akceptującym małżeństwa jednopłciowe tracił potencjalnych konwertytów ze strony PiS, a nie zyskiwał nowych zwolenników. Ci ostatni i tak by na niego zagłosowali. Zaryzykował w imię chciejstwa. Chciało mu się i wygrać wybory, i ocalić swoją tożsamość, jeżeli chodzi o przekonania społeczne, i zyskać aplauz krajowych oraz światowych środowisk wspierających inkluzywność.
Rafał Trzaskowski jest ofiarą pazerności i chciejstwa elit gospodarczych oraz elit kulturowych. Zdecydował się na maksymalne zaspokojenie ich apetytów. Może przecenił swoje możliwości. Może sądził, że uda mu się jednocześnie zadbać o interesy i wartości swojej bazy społecznej, a zarazem wygrać wybory z koniem siwym (a może karym?). Może nie docenił siły interesów oraz kulturowej tożsamości mas społecznych. Chyba nie do końca rozeznał, kto jest jego faktycznym adwersarzem: czy Karol Nawrocki, czy połowa naszego społeczeństwa. I tak oto mamy groteskowy efekt wyborów prezydenckich.
Przesłanie
Zapewne powinienem na tym zakończyć swoje rozmyślania o scenie wyborczej, o koniu karym, o koniu siwym. Ale to byłoby przygnębiające. Myślę, że podzielam z coraz liczniejszymi współobywatelami pragnienie rekonfiguracji partii politycznych. Dobrze by było popracować nad nowym ułożeniem sceny politycznej, z której znikną dotychczasowi zacietrzewieni przeciwnicy, którzy skłócają nas, szermując bądź to zawołaniem Lepszości, bądź to Naszości. Przecież wielu z nas jest maści jabłkowitej, gniadej, dereszowatej, kasztanowatej. Jakie to szczęście, że ten binarny układ nie triumfował w trudnym czasie pomiędzy obradami Okrągłego Stołu oraz wyborami w 1989 roku. Jak dobrze byłoby rozprawić się z nim w najbliższym czasie, przed nadchodzącymi wyborami do Sejmu i Senatu.
Artykuł ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Postarzały się ręce moim byłym dziewczynom,
Ich głosy niegdyś dźwięczne stały się chropawe.
Czas bujnych włosów już dawno przeminął,
Jest jak stara moneta uroniona w trawie.
Jest ich wiele bogaciej i w talii, i w biodrach,
A i poniżej bioder rozrosły się znacznie,
Poszarzały źrenice, kiedyś takie modre,
Są niby takie same, ale są inaczej.
Nie owijają ich teraz ciepłym światłem zorze,
A blask od nich bijący zmniejszył się i zmroczył.
Tak dzisiaj wyglądają, takie są. Lecz może
Prosto w oczy mi kłamią moje stare oczy.
Powiało. I sypnęło gęsto liśćmi z drzew,
Nieustępliwa jesień spłynęła jak rzeka,
Ściemnia się nieodwołalnie. Ale jednak w mgle
Widać to, co się skryło pod szczelną powieką.
Przecież tego nie było. Ale dzisiaj jest.
Śledzę to przez tonące w przeszłości obszary.
Lata cię wyposażyły w dodatkowy gest,
Ten, którym lekko poprawiasz okulary.
Nie używałaś ich kiedyś. Szkła dłonią przecierasz,
Lat i dioptrii przybyło – taki to jest czas.
Było, przeszło, minęło – co począć. I teraz
Widzisz wciąż niewyraźniej – mnie, siebie i nas.
*Marek Wawrzkiewicz, Stary dom, Wydawnictwo Adam Marszałek, 2025, 71 stron
Napisanie książki wcale nie jest trudną sztuką. Trzeba tylko bardzo chcieć. Trzeba mieć coś ważnego do powiedzenia – jakąś unikatową wiedzę, doświadczenie życiowe, szczególną wrażliwość oglądu świata. Trzeba czuć język, każdą frazę, każde słowo, a zarazem panować nad konstrukcją całości. Trzeba wreszcie mieć swój własny, niepowtarzalny sposób opowiadania. Włodek Kostorz posiadł te wszystkie talenty i umiejętności i napisał książkę w swoim rodzaju jedyną, zabawną, bardzo osobistą, a jednocześnie z uniwersalnym przesłaniem.
Dziewiąty dzień tygodnia nie jest powieścią z fabułą, dynamicznymi, dramatycznymi zwrotami akcji, głównymi i drugoplanowymi bohaterami. Nie jest też zbiorem opowiadań, chociaż rozpada się na kilkadziesiąt scen, których główną postacią jest sam autor-narrator, opowiadający o swoich przygodach, spotkaniach i emocjach. Ale to nie jest również książka memuarystyczna, w której bohater opowiada o tym, jak ileś tam razy ratował świat i ludzkość.
Ta książka sprawia wrażenie obrazu jak u impresjonistów – namalowana lekkimi, miękkimi pociągnięciami pędzla, dotknięciami; składa się z rozsypanych punkcików i kresek, a dopiero gdy spojrzy się z odpowiedniego dystansu, pokazuje maestrię pióra i życiową mądrość autora.
Książka Kostorza jest zapisem ulotnych scen z wędrówki autora przez codzienność. Obrazki z pracy, z drogi po zakupy, z pobytu w klinice, ze zmagań z administracją (w tym wypadku – akurat z niemiecką, gdyż Kostorz mieszka w Berlinie)… tworzą obraz współczesnego europejskiego społeczeństwa z jego instytucjami i regułami, osiągnięciami i śmiesznostkami oraz wspaniały kalejdoskop ludzkich postaci, które autor portretuje z jednej strony – życzliwie, z drugiej (gdy napotyka osoby mniej sympatyczne) – ze złośliwą ironią. Kostorz, mężczyzna dobrze dorosły, bo sześćdziesięcioletni, przenikliwość obserwacji oraz dar odczytania ludzkich charakterów łączy z umiejętnością lakonicznego, niezwykle trafnego, iście z talentem Czechowa, opisu ich zalet i przywar. Kilka zdań – i oto przed nami rysują się w całej okazałości postaci parkingowego, lekarza, urzędnika z lotniska, przygodnego podróżnego…
O ile konstrukcyjnie Dziewiąty dzień tygodnia w czymś przypomina Dekamerona, gdzie dziesięcioro mieszkańców Florencji opowiada sobie różne historie, łącznie tworzące obraz społeczeństwa współczesnego Boccacciowi, to sposób opowiadania Kostorza rodzi oczywiste asocjacje z Pantagruelem i Gargantuą Rabelais’ego oraz Don Kichotem Cervantesa. Kostorz niczym Sancho Pansa wygłasza obserwacje na pozór banalne, napisane komicznym językiem, a jednocześnie jak mędrzec-błazen niemiłosiernie wykpiwa głupotę i niekompetencję urzędników, bezmyślność przepisów, hipokryzję i kurzą, wybiórczą pamięć polityków.
Rozmyślnie czynię te odniesienia do wielkiej klasyki europejskiej, bo – tak się złożyło w historii naszej literatury – że nie mamy swojego Szwejka, ani Sancho Pansy, ani Trufaldino, ani Falstaffa czy Ostapa Bendera. Mamy literaturę martyrologiczną, patriotyczną, mitologiczną, ale niewiele w niej postaci jak Onufry Zagłoba. Cała książka Kostorza jest wielkim, mądrym ironicznym spojrzeniem na współczesność.
Opowieści Kostorza są jednocześnie bardzo szczere i bardzo osobiste. Autor pisze o swojej biografii oficera marynarki handlowej, nie ukrywa ani niełatwego dzieciństwa w Zabrzu, ani trudnych początków życia emigranta w Niemczech. Otwarcie opowiada o swojej ciężkiej chorobie, o rodzinnych problemach i radościach. Więc gdy w Epilogu, kończącym opowiadanie, zwraca się z ciepłym, bardzo przejmującym przesłaniem do nieznanego mu potomnego, nie razi nas patos i granie na emocjach czytelnika, bo wiemy, że autor jest również w swoim wzruszeniu bardzo szczery. Po prostu Kostorz taki jest.
Autor mówi, że zamierzał jedynie zebrać ucieszne facecje w rodzaju tych, jakie opowiada się kolegom przy piwie. Talent pisarza w tym właśnie się przejawia, że w prostych, zda się banalnych, historiach potrafi zawrzeć przesłanie wykraczające poza znaczenie słów i fabuły. Sceny, które miały być zabawnymi historyjkami, zebrane razem tworzą prawdziwą, rzetelną opowieść o bohaterze i świecie, przez który wędruje. Rodzaj historii i okoliczności ich przekazania określają styl i język. A język Kostorza wymagałby wręcz osobnego eseju. To język żywy, błyskotliwy, pełen ironii, niekiedy groteski, skrzący się niespodziewanymi porównaniami i zaskakującymi zestawieniami, a równocześnie odwołujący się do kodów kulturowych współczesności – muzyki, literatury, gier komputerowych. To język tak atrakcyjny, wciągający nas, zabawny, że nie ustajemy się śmiać przez całą lekturę siedemdziesięciu pięciu scen-obrazków.
Dopiero gdy przewrócimy ostatnią stronicę i złapiemy na chwilę oddech od śmiechu, przychodzi pytanie Horodniczego z Rewizora: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”.
*Włodek Kostorz, Dziewiąty dzień tygodnia, Wydawnictwo STAPIS, Katowice 2025, 227 stron.
Recenzja ukazała się w numerz 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
„Wasz głos jest kluczowy, pójdźcie na wybory” – słyszeli wielokrotnie młodzi. I poszli, by wyrazić swoje wotum nieufności wobec klasy politycznej. Aż trzech na czterech młodych obywateli oddało swój głos w ostatnich wyborach prezydenckich, czym zdumieli nawet doświadczonych analityków politycznych.
Rekordowa frekwencja wśród młodych to niejedyne zaskoczenie. Co trzeci młody wyborca (34,8 proc.) w I turze oddał swój głos na Sławomira Mentzena. Na drugim miejscu z wynikiem 18,7 proc. znalazł się Adrian Zandberg. Za nimi Rafał Trzaskowski (13 proc.) i Karol Nawrocki (11,1 proc.). Poziom zaskoczenia spada jednak wraz ze wzrostem wiedzy na temat poglądów, postaw i preferencji wyborczych młodych – a tej dostarczają nam wyniki najnowszych badań.
Jeszcze pięć lat temu Rafał Trzaskowski w II turze wyborów prezydenckich uzyskał poparcie wśród wyborców do 29. roku życia na poziomie 63,7 procent. Trzy lata później w wyborach parlamentarnych Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica uzyskały łącznie 62,9 proc. poparcia wśród młodych. Te wyniki skutecznie uśpiły uwagę, zakorzeniając błędne myślenie, że poparcie młodych jest dane raz na zawsze. Perspektywa wyborów prezydenckich 2025 r. najdobitniej obnażyła to myślenie i pokazała, że zmiana rządu w 2023 r. to zasługa mobilizacji określonej części młodego elektoratu oraz wyraz ich (dziś już zawiedzionych) nadziei. W szczególności, że wbrew powszechnym twierdzeniom, młodzi okazują się aktywnymi wyborczo obywatelami, którzy coraz głośniej artykułują swoje motywacje. Zamiast negować ich poglądy i postawy, trzeba je zrozumieć, a samych młodych wysłuchać. Aby ten cel zrealizować, w 2019 r. wypełniliśmy istotną lukę badawczą, projektując pierwsze badanie ilościowe na temat postaw i zachowań wyborczych młodych Polaków, przeprowadzone metodą CATI na ogólnopolskiej próbie N = 1200 osób w wieku 18–30 lat. Od tego czasu krajobraz badawczy uległ znaczącym przeobrażeniom, dostarczając nowej wiedzy na temat młodych. Źródłem danych w artykule są projekty badawcze dotyczące partycypacji wyborczej młodych, m.in. raport Polityczny Portret Młodych Polaków 2023 z kwietnia 2023 r., badanie Opinia24 dla Fundacji Ważne Sprawy i More in Common Polska z listopada 2024 r. (Raport Stan Młodych 2025), projekt Centrum Edukacji Obywatelskiej Młodzi głosują 2025 z maja 2025 r., raport Fundacji Batorego Rozczarowani państwem, zadowoleni z życia. Prezydenckie wybory młodych Polek i Polaków z maja br., a także badania late poll Ipsos zrealizowane w I i II turze wyborów prezydenckich.
Młodzi – o kim mowa?
W badaniach opinii publicznej, w szczególności w badaniach exit poll i late poll, które stanowią cenne źródło informacji o partycypacji wyborczej, najmłodsza grupa wyborców definiowana jest jako osoby w wieku od 18. do 29. roku życia. Taki sposób operacjonalizacji pozwala nam określić na podstawie danych GUS, że to blisko 4,5-milionowa baza wyborców. Z jednej strony, to ponad dwa razy mniej niż liczba osób po 60. roku życia, których jest już ponad 10 mln. Z drugiej zaś, odnotowania wymaga fakt, że spośród młodych obywateli udział w I turze wzięło 72,8 proc., spośród seniorów zaś tylko 59,3 procent. W II turze udział wzięło odpowiednio 76,3 proc. młodych i 64,3 proc. seniorów. Dysproporcja demograficzna dzięki mobilizacji wyborczej młodych została więc zniwelowana z poziomu 5,5 mln do ok. 3 mln. Wystarczająco, by zakwestionować mit o nieznaczącym głosie młodych wyborców. Dla podkreślenia wagi tego twierdzenia warto wskazać, że frekwencja wśród młodych w II turze wyborów prezydenckich w 2015 r. wyniosła 57 proc., w 2020 r. 67,2 proc., w wyborach zaś parlamentarnych w 2023 r. – 68,8 procent. Wzrost zaangażowania wyborczego młodych Polaków w ostatnich latach niesie za sobą kolejny efekt, jakim jest istotne oddziaływanie na rezultat wyborczy.
Zestawienie frekwencji wśród młodych i wśród seniorów ma sens nie tylko dlatego, że zadaje kłam twierdzeniom o nieznaczącym elektoracie młodych, ale także dlatego, że porównanie postaw i preferencji wyborczych tych dwóch grup jak w soczewce obrazuje, na czym polega pokoleniowy spór między seniorami, którym podział PiS-PO porządkuje polityczny świat, a młodymi, którzy statusowi quo wypowiedzieli posłuszeństwo. Młodzi w ograniczony sposób mają możliwość bezpośredniego oddziaływania na politykę, dlatego swoje niezadowolenie wyrazili za pośrednictwem kart wyborczych. Sposobem na rozładowanie frustracji i ukaranie elit jest oddanie głosu na kandydatów antyestablishmentowych. Gdy jednak sięgniemy po wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich z poprzednich lat, to dojdziemy do wniosku, że nie jest to nowe zjawisko.
O źródłach frustracji
Jakie są źródła politycznej frustracji młodych? Wielowymiarowy charakter tego zjawiska społecznego nie pozwala na udzielenie prostej odpowiedzi. Gdybyśmy jednak, na podstawie danych empirycznych, mieli wskazać trzy główne czynniki, to byłyby to: aspiracje dotyczące poprawy jakości życia, negatywny obraz życia politycznego oraz social media jako główne narzędzie pozyskiwania informacji o polityce.
Po pierwsze, w kwietniu 2023 r. młodzi jako główny czynnik, który stanowiłby dodatkową motywację dla nich do udziału w wyborach wskazali obietnice poprawiające ich sytuację ekonomiczną (27,4 proc.). Na kolejnym miejscu młodzi wymienili postulaty związane z bezpieczeństwem militarnym Polski (14,9 proc.) oraz realizacją konkretnego modelu polityki energetycznej i klimatycznej (14,3 proc.)[1]. Z kolei z badania More in Common Polska dla Fundacji Batorego z marca 2025 roku wiemy, że młodzi, wskazując priorytety dla rządzących, wymienili poprawę jakości opieki zdrowotnej, wzmocnienie bezpieczeństwa Polski, obniżenie kosztów życia oraz zapewnienie kontroli nad migracją. Te wszystkie obszary mają charakter aspiracyjny odnoszący się do jakości życia. Artykułowane aspiracje i obawy rodzą jednak frustrację wynikającą z wystąpienia rozbieżności między tym, co jest, a tym, co powinno być. Przykładem jest choćby aktualna sytuacja mieszkaniowa. W 2019 r. mieszkanie z rodzicami deklarowało 27,7 proc. młodych osób. W 2023 r. odsetek ten wzrósł o prawie 10 p.p. do 37,2 procent. To istotna bariera ograniczająca możliwość usamodzielnienia się, wejścia w dorosłość i założenia rodziny. Tymczasem, ponad połowa młodych deklaruje chęć posiadania potomstwa. W badaniach z kwietnia 2023 r. odsetek ten wynosił 50,1 proc., a w badaniu Opinia24 dla Fundacji Ważne Sprawy i More in Common Polska z listopada 2024 r. – 60 procent[2]. Te sprzeczności znajdują także wyraz we wnioskach raportu Fundacji Batorego, w którym autorzy stwierdzają, że „młodzi mają wyraźne oczekiwania wobec państwa w zakresie usług społecznych (zdrowie, edukacja, mieszkalnictwo), ale jednocześnie wykazują antyetatystyczny indywidualizm i przekonanie, że aby osiągnąć sukces, trzeba polegać na sobie, rodzinie lub rówieśnikach, a nie na państwie”[3].
Po drugie, młodzi zaufali w I turze przede wszystkim kandydatom spoza tzw. mainstreamu politycznego, kierując się w szczególności kryterium antysystemowości, wiarygodności i czytelności przekazu. W przeprowadzonym w 2023 r. badaniu młodzi wskazali, że najbardziej demotywującymi czynnikami wpływającymi na brak ich zaangażowania w życie polityczne są niezmiennie: negatywny obraz życia politycznego (21,9 proc.) i brak poczucia wpływu na rzeczywistość (17,3 proc.). Jednocześnie aż 61,2 proc. młodych Polaków nie definiuje swoich poglądów politycznych na osi lewica – prawica i umieściło je poza skalą lub zadeklarowało brak sprecyzowanych poglądów[4]. Tę lukę wypełniła bezkompromisowa i czytelna narracja Mentzena i Zandberga. Efekt? Na obu kandydatów w wyborach prezydenckich głos oddało łącznie aż 53,5 proc. wyborców do 29. roku życia. W I turze wyborów prezydenckich w 2025 r. Karol Nawrocki i Rafał Trzaskowski otrzymali łącznie zaledwie 24 proc. głosów wyborców w wieku 18–29 lat. Dla porównania, w 2020 r. Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski w I turze otrzymali łącznie 45 proc. głosów młodych. W II turze w 2025 r. 53,2 proc. młodych poparło Karola Nawrockiego, a 46,8 proc. Rafała Trzaskowskiego. Co ciekawe, w II turze wyborów prezydenckich w 2020 r. wśród najmłodszej grupy wyborców (18–29 l.) to Rafał Trzaskowski uzyskał aż 63,7 proc. – ok. 930 tys. więcej niż Andrzej Duda.
Poziom antyestablishmentowości młodych dla wielu obserwatorów był zaskoczeniem. Tymczasem należy ją przyjąć jako osobliwą cechę młodych wyborców. Wystarczy przypomnieć, że w wyborach parlamentarnych w 2019 r. 19,7 proc. z nich zagłosowało na Konfederację, a na Lewicę 18,4 procent. W 2023 r. na Konfederację oddało głos 16,6 proc. młodych, a na Lewicę 17,7 procent. W wyborach prezydenckich w 2015 r. największą liczbę głosów – aż 41,1 proc. – wśród wyborców do 29. roku życia uzyskał Paweł Kukiz. Bronisław Komorowski otrzymał wówczas tylko 13,8 proc., a Andrzej Duda 20,7 procent. W 2020 r. w I turze wśród młodych co prawda wygrał Rafał Trzaskowski z wynikiem 24,3 proc., ale już na drugim miejscu z poparciem 22,9 proc. znalazł się Szymon Hołownia, na trzecim zaś z wynikiem 22,1 proc. Krzysztof Bosak. Antyestablishmentowość wyrażana była zatem przez młodych w poprzednich latach, choć w wyborach prezydenckich w 2025 r. miała bardziej jednoznaczny charakter.
Po trzecie, głównymi źródłami informacji o polityce dla młodzieży, jak pokazały badania z kwietnia 2023 r., są: media społecznościowe (29,3 proc.), internetowe serwisy informacyjne (27,7 proc.) oraz rodzina i znajomi (19,4 proc.). Telewizję wskazało 10,6 proc. respondentów, radio – 5 proc., prasę – 1,8 proc., a Kościół 1,1 procent. Zjawisko wyparcia mediów tradycyjnych przez media społecznościowe, przy jednoczesnym istotnym wpływie rodziny i przyjaciół na opinie młodych, potwierdzają także wnioski z badań ilościowych i jakościowych zawarte w raporcie Fundacji Batorego z maja 2025 roku. Autorzy raportu wskazują, że media społecznościowe „odciągają młodych od myślenia o dobru wspólnym, kierując ich w stronę zajmowania się własnym dobrostanem czy wręcz korzystaniem z życia”[5]. To z kolei powoduje stan, w którym młodzi wyborcy są bardziej podatni na uproszczony, emocjonalny przekaz. Jednym z głównych kanałów komunikacji politycznej w ostatnich latach stał się TikTok, a tam króluje Sławomir Mentzen. Przed II turą wyborów prezydenckich Rafała Trzaskowskiego obserwowało 136,1 tys. użytkowników, a Karola Nawrockiego 135,90 tys. użytkowników. Sławomira Mentzena prawie 12-krotnie więcej, tj. 1,6 mln. Zmiana źródeł informacji przekłada się na zmianę preferencji wyborczych, co wyraźnie unaoczniły wyniki I tury wyborów prezydenckich.
O preferencjach wyborczych
Największe poparcie w I turze wyborów prezydenckich w 2025 r. uzyskał Sławomir Mentzen – oddało na niego głos 34,8 proc. młodych, czyli ponad 1,1 mln. Liczba wyborców kandydata Konfederacji była aż dwukrotnie wyższa niż wyborców jego ugrupowania w wyborach parlamentarnych w 2023 r., kiedy na Konfederację oddało głos ok. 570 tys. młodych Polaków. W maju 2025 r. na Sławomira Mentzena zagłosował co drugi młody mężczyzna (47,6 proc.) i zagłosowała co piąta młoda kobieta (21,3 proc.). Drugie miejsce zajął Adrian Zandberg, który uzyskał ok. 630 tys. głosów (13,7 proc. wśród młodych mężczyzn i 24,9 proc. wśród młodych kobiet). Baza ponad 1,7 mln młodych wyborców Mentzena i Zandberga okazała się kluczowa w II turze wyborów prezydenckich. Z danych late poll Ipsos wynika, że aż 88,1 proc. wyborców Sławomira Mentzena w II turze wyborów prezydenckich oddało głos na Karola Nawrockiego. Z kolei 83,8 proc. wyborców Adriana Zandbera, którzy wzięli udział w II turze, oddało głos na Rafała Trzaskowskiego. W efekcie wśród młodych zwyciężył Karol Nawrocki, który uzyskał 53,2 proc. głosów uprawnionych do głosowania wyborców do 29. roku życia.
Czy młodzi mają wpływ?
Jeszcze dekadę temu, gdy młodzi decydowali o zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, liczebność tej grupy społecznej wynosiła 6 mln i była o 1,5 mln liczniejsza niż obecnie. Wówczas jednak frekwencja w tej grupie wyniosła 57 proc., a Andrzej Duda uzyskał poparcie aż 59,9 proc. młodych. To, przy różnicy 518 316 głosów w skali ogólnopolskiej, pozwoliło Andrzejowi Dudzie wygrać wybory prezydenckie. Dziesięć lat później, różnica w wyniku na poziomie krajowym pomiędzy Karolem Nawrockim a Rafałem Trzaskowskim wyniosła zaledwie 369 591 głosów. I tu także przewaga 6,4 p.p. w poparciu wśród młodych okazała się decydująca.
Osiemnastego maja 2025 r., w I turze wyborów prezydenckich niemałym zaskoczeniem okazała się frekwencja na poziomie 72,8 proc. wśród wyborców w wieku od 18 do 29 lat. To aż o 4 p.p. więcej od frekwencji odnotowanej wśród tej samej grupy społecznej w wyborach parlamentarnych w 2023 r. W II turze wyborów prezydenckich mobilizacja okazała się jeszcze większa, bo do lokali wyborczych poszło 3 na 4 młodych wyborców (76,3 proc.). Mając na uwadze frekwencję na poziomie 76,3 proc. oraz poparcie 53,2 proc. dla Karola Nawrockiego i 46,8 proc. dla Rafała Trzaskowskiego można wskazać, że w liczbach bezwzględnych na Karola Nawrockiego swój głos oddało ok. 1,81 mln młodych Polaków, a na Rafała Trzaskowskiego 1,59 mln. Różnica w poparciu w tej grupie wyborców wyniosła ok. 218 tys. głosów i w sposób istotny przyczyniła się do zwycięstwa Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich. Dlaczego to tak istotne? Bo wśród innych grup społecznych przewaga nie była tak wyraźna (tylko wśród głosujących osób w wieku od 30 do 39 lat Karol Nawrocki uzyskał wyższy wynik tj. 54 proc.). Wśród seniorów Karol Nawrocki uzyskał 51 proc., wśród osób w wieku 50–59 lat – 49,4 proc., wśród wyborców w wieku od 40 do 49 lat – 47,9 procent. Gdyby wśród młodych poparcie dla Nawrockiego nieznacznie spadło o niecałe 3 p.p. i wyniosło 50,5 proc., to rezultat wyborów byłby inny.
To pokazuje, że mimo spadającej liczebności i negatywnych trendów demograficznych, młodzi Polacy stanowią istotną bazę wyborców, która przy odpowiedniej mobilizacji, może przesądzić o wyniku wyborów i wpłynąć istotnie na kształt sceny politycznej. Czy możemy przewidzieć, „jakie będą Rzeczypospolite”? Wymiernym prognostykiem preferencji wyborczych wśród kolejnych roczników są wyniki głosowania przeprowadzonego w dniach 5–16 maja 2025 r. przez Centrum Edukacji Obywatelskiej[6]. Projekt został zrealizowany w 668 szkołach i wzięło w nim udział 95 929 uczniów w wieku od 12 do 19 lat. Gdyby to do nich należał wybór, to w I turze wyborów prezydenckich zwyciężyłby Sławomir Mentzen, uzyskując 19,1 proc. głosów. Na drugim miejscu znalazłby się Adrian Zandberg z wynikiem 17,4 procent. Podium z 13,2 proc. poparcia zamykałby Rafał Trzaskowski. Tuż za nim znalazłyby się Joanna Senyszyn (12,6 proc.) i Magdalena Biejat (9,2 proc.). Na dalszych miejscach uczniowie wskazali Grzegorza Brauna (9,2 proc.), Karola Nawrockiego (6,9 proc.), Krzysztofa Stanowskiego (4,5 proc.), Szymona Hołownię (3,15 proc.), Macieja Maciaka (1,7 proc.), Marka Jakubiaka (1,0 proc.), Artura Bartoszewicza (0,5 proc.) i Marka Wocha (0,3 proc.).
Klucz do wiedzy na temat postaw i preferencji młodych oraz skutecznego dotarcia do młodego pokolenia tkwi w wynikach ogólnodostępnych badań. Droga do sukcesu wyborczego, co pokazały wybory po 2015 r., wiedzie przez trwałą, sumiennie budowaną relację z młodym elektoratem. W tej relacji nie wystarczą slogany i obietnice – liczy się autentyczność, zrozumienie ich aspiracji, frustracji i obaw oraz dotarcie do świata krótkich, dynamicznych treści i uproszczonych przekazów, które kształtują ich poglądy na rzeczywistość polityczną.
Adam Kądziela – doktor nauk społecznych w dyscyplinie nauki o polityce i administracji. Adiunkt w Katedrze Socjologii Polityki i Marketingu Politycznego. Absolwent Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych – specjalizacja animacja życia publicznego. Stypendysta programów: Sur-Place Konrad Adenauer Foundation (2014–2017), Deutscher Akademischer Austauschdienst (2015) oraz stypendium doktoranckiego (2018–2021). Kierownik projektów badawczych dotyczących partycypacji wyborczej młodych Polaków (2019, 2023).
[1] A. Kądziela, Polityczny portret młodych Polaków 2023, Fundacja Konrada Adenauera, Warszawa 2023, s. 33.
[2] K. Gagatek, U. Karaś, J. Kelsz, Stan młodych, Fundacja Ważne Sprawy, https://waznesprawy.org/wp-content/uploads/2025/04/stan-mlodych-2025-raport.pdf, (20.06.2025 r.), s. 31.
[3] K. Izdebski, P. Marczewski, F. Pazderski, Rozczarowani państwem, zadowoleni z życia. Prezydenckie wybory młodych Polek i Polaków, Fundacja im. Stefana Batorego, maj 2025, dostęp: https://www.batory.org.pl/wp-content/uploads/2025/05/Prezydenckie.wybory.mlodych.Polek_.i.Polakow.pdf (20.06.2025 r.), s. 2.
[4] A. Kądziela, op. cit., s. 20.
[5] K. Izdebski, P. Marczewski, F. Pazderski, op. cit., s. 25.
[6] M. Mazur, Niepełnoletni też głosowali! Komentarz CEO do wyników Młodzi głosują 2025, https://mg2025.ceo.org.pl/akualnosci/46-niepelnoletni-tez-glosowali-komentarz-ceo-do-wynikow-mlodzi-glosuja-2025/ (dostęp: 20.06.2025 r.).
Artykuł ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Tegoroczne wybory prezydenckie przyniosły wielkie rozczarowanie wszystkim tym, którzy – jak ja także – liczyli na to, że zmiana w Pałacu Prezydenckim pozwoli na przyśpieszenie realizacji zapowiadanych zmian w polityce rządu. Polska stoi w obliczu dwóch scenariuszy, z których żaden nie jest optymistyczny. W lepszym wypadku koalicji demokratycznej uda się wygrać wybory parlamentarne w 2027 roku, co oznacza, że co najmniej do roku 2030 trwać będzie szkodliwy dla państwa impas w stosunkach między rządem i prezydentem. Istnieje jednak także znacznie gorszy scenariusz. Gdyby koalicja demokratyczna przegrała wybory parlamentarne, Polska na kolejne lata znalazłaby się pod rządami skrajnej prawicy.
Nie idzie jednak o to, by straszyć fatalnymi prognozami. Idzie o to, by zrozumieć, dlaczego przegraliśmy i wyciągnąć z tego wnioski na najbliższe lata.
Wielu komentatorów wskazuje na to, że minimalna w liczbie głosów przegrana Rafała Trzaskowskiego była wynikiem źle prowadzonej kampanii wyborczej – raczej tradycyjnej, słabo wykorzystującej nowe techniki komunikacji masowej, zwłaszcza internetowe. Nie neguję tego czynnika, ale uważam, że zbytnie koncentrowanie się na technicznej stronie kampanii stanowi swego rodzaju ucieczkę przed fundamentalnym pytaniem o polityczny wydźwięk zwycięstwa Karola Nawrockiego.
Nie jest ono wynikiem zalet samego kandydata. Rafał Trzaskowski góruje nad swym rywalem doświadczeniem, życiorysem i wykształceniem. Nieprzypadkowo w kampanii wyborczej centrolewica uporczywie koncentrowała uwagę na życiorysie Karola Nawrockiego, a prawica niewiele miała do powiedzenia w sprawie życiorysu Rafała Trzaskowskiego. Istotą sporu nie były jednak walory czy wady kandydatów, lecz kierunek polityki państwa.
Prawo i Sprawiedliwość od początku tej kampanii starało się nadać jej charakter referendum w sprawie oceny rządu Donalda Tuska. Kalendarz wyborczy sprzyjał takiej taktyce. Po półtorarocznych rządach gabinet Tuska stanął przed pytaniem, czy – lub w jakim stopniu – zrealizował zapowiadane zmiany. Wybory pokazały, że zdaniem znacznej części obywateli bilans dokonań rządu jest raczej rozczarowujący.
W pewnej mierze jest to konsekwencją zablokowania przez prezydenta Andrzeja Dudę zmian legislacyjnych. Silne akcentowanie tej sprawy miało stanowić argument za tym, by głosować na kandydata, którego zwycięstwo odblokowałoby proces zmian ustawowych. Czy jednak to wyjaśnienie wystarcza?
Na kilka tygodni przed wyborami w debacie publicznej pojawił się pomysł podniesienia kwoty wolnej od opodatkowania z trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy złotych rocznie. Był to pomysł strony rządzącej, a nie opozycji. Dlaczego więc na taki pomysł rząd nie wpadł rok wcześniej? Dlaczego tak niemrawo przebiegają zmiany także w obszarach, które nie wymagają nowych ustaw, na przykład w polityce mieszkaniowej? Odnoszę wrażenie, jakby rząd czekał na wybory prezydenckie, by po oczekiwanym zwycięstwie rozwinąć skrzydła. Ta kalkulacja zawiodła, powodując poczucie, że to nie Rafał Trzaskowski, lecz Donald Tusk jest głównym przegranym tych wyborów.
Trzeba jednak uwzględniać nie tylko sprawy związane z taktyką polityczną. Wybory 2025 roku raz jeszcze pokazały charakter podziału politycznego, który leży u podstaw podejmowanych przez Polaków decyzji.
Podział ten ma wyrazisty charakter klasowy, a także regionalny.
Podział klasowy uwidacznia się w tym, jak dalece w drugiej turze poparcie dla rywalizujących kandydatów zależało od wykształcenia i pozycji zawodowej, a także od miejsca zamieszkania. Na Rafała Trzaskowskiego głosowali przede wszystkim ludzie należący do warstw lepiej wykształconych i zamożniejszych, a także bardziej mieszkańcy wielkich miast niż wsi i małych miasteczek. W podziale regionalnym wybory 2025 roku przypominają wybory sprzed dwóch lat. W dziesięciu województwach zachodniej i centralnej Polski zwyciężył kandydat centrolewicy, a w sześciu – kandydat prawicy. Te sześć województw wschodniej i południowej Polski cechowała jednak znacznie większa mobilizacja po stronie zwycięskiego kandydata. W rekordowym pod tym względem województwie podkarpackim Karol Nawrocki zdobył aż 71,02 procent głosów. Najlepszy wynik Rafała Trzaskowskiego to 59,13 procent zdobyte w województwie pomorskim. Podziały klasowy i regionalny łączy to, że odzwierciedlają one polaryzację dzielącą nasze społeczeństwo na tych, którzy najwięcej zyskali na transformacji ustrojowej i tych, którzy – mniej lub bardziej słusznie – uważają się za pozostawionych na boku. Taki charakter polaryzacji stanowi wyraźną przestrogę dla obozu demokratycznego. Jeśli chce wygrywać, musi znaleźć wspólny język także z tymi, którym daleko jest do komfortu wielkomiejskiej klasy średniej.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, niż wynikałoby z samej tylko analizy w kategoriach struktury społecznej. Osobliwie wpłynęły na wynik wyborów wiek i płeć wyborców. Rafał Trzaskowski zdobył największe poparcie wśród kobiet (52,8 proc.) oraz w rocznikach 40–49 i 50–59 lat (odpowiednio 52,1 i 51,6 procent głosów). Karol Nawrocki miał największe poparcie wśród mężczyzn (55,55 proc.) i wśród młodych wyborców: 53,2 proc. w grupie wiekowej 18–29 lat oraz 54 proc. wśród wyborców w wieku 30–39 lat. Ten podział jest dla centrolewicy szczególnie groźny. Jeśli nie odzyska ona młodego pokolenia, jej szanse na wygranie kolejnych wyborów staną pod znakiem zapytania.
Młodzi wyborcy bardziej niż starsi wyrażają rozczarowanie dotychczasową polityką – nie tylko polityką centrolewicy, ale także polityką PiS. Stąd tak znaczne poparcie, jakie wśród nich zyskał w pierwszej turze kandydat Konfederacji.
Obraz spolaryzowanej Polski wymaga jednak uściślenia. Nie jest to bowiem polaryzacja w pełni symetryczna. Po jednej stronie mamy do czynienia z trwałą koalicją czterech ugrupowań: Koalicji Obywatelskiej, Nowej Lewicy, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Polski 2050. Są między nimi różnice, ale zarówno doświadczenie wspólnych rządów, jak i przepływy poparcia przed drugą turą wyborów prezydenckich świadczą o tym, że jest to trwała koalicja. Po drugiej stronie mamy sytuację diametralnie inną. Prawo i Sprawiedliwość nie ma trwałych sojuszników. To, że Karol Nawrocki uzyskał poparcie skrajnie prawicowego antysemity Grzegorza Brauna i większości wyborców Sławomira Mentzena, nie oznacza powstania trwałej koalicji. Wprost przeciwnie – wiele wskazuje na to, że Konfederacja będzie szła odrębnie, usiłując odebrać Prawu i Sprawiedliwości dominację na prawej stronie sceny politycznej.
Płynie stąd, moim zdaniem, oczywisty wniosek dla czterech ugrupowań lewicy i centrum. W wyborach 2027 roku powinny one wystąpić jako wielka koalicja – nie tylko w wyborach do Senatu (w których w 2023 roku Pakt Senacki przyniósł imponujące zwycięstwo), lecz także w wyborach sejmowych. Obowiązująca w tych wyborach ordynacja daje znaczną przewagę liście zdobywającej największą liczbę głosów. Dwa lata temu była to lista PiS. Koalicja Obywatelska samodzielnie nie jest w stanie zająć pierwszego miejsca, ale wspólnie z jej obecnymi koalicjantami – jak najbardziej. Zdobycie silnej większości parlamentarnej – być może nawet tak znacznej, że byłaby w stanie obalać weto prezydenta – zasadniczo zmieniłoby więc perspektywy politycznej Polski na kolejne lata. Jest o co walczyć.
Artykuł ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Polityka zagraniczna jest, obok problematyki obrony i bezpieczeństwa, tą dziedziną, w której prezydent RP posiada realne konstytucyjne uprawnienia, a okoliczność, że w wielu państwach relacje z zagranicą są domeną jego kolegów-prezydentów, stwarzała Andrzejowi Dudzie dodatkowe możliwości wywierania wpływu na kierunki polskiej polityki zagranicznej i sposób jej urzeczywistniania. Zwłaszcza że nie musiał konkurować z życzliwymi mu rządami PiS i kolejnymi szefami dyplomacji, którzy wręcz abdykowali na jego rzecz z niektórych obszarów swojej ustawowej odpowiedzialności. Za czasów Zbigniewa Raua Ministerstwo Spraw Zagranicznych przestało pełnić podmiotową rolę w sprawach międzynarodowych, a prezydent zastrzegł dla siebie sprawy bezpieczeństwa, relacje w NATO i w ONZ oraz stosunki z USA.
Za bodajże największy sukces Duda poczytuje sobie zbudowanie uprzywilejowanych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i ustanowienie osobistych przyjacielskich relacji z Donaldem Trumpem. Teza ta, usilnie wspierana przez propagandystów PiS, jest przykładem urojeniowego myślenia (i opowiadania) o polityce międzynarodowej. Trudno mówić o polsko-amerykańskich stosunkach jako uprzywilejowanych. Dysproporcja potencjałów i jednostronna zależność Polski od USA w sferze bezpieczeństwa skazuje nasz kraj na klientystyczne relacje z Waszyngtonem, w których margines autonomii nie zależy od stopnia zażyłości między prezydentami ani nawet od wielkości zakupów amerykańskiej broni, lecz od miejsca Polski w Unii Europejskiej. Inaczej: Polska potrzebuje USA jako gwaranta swojego bezpieczeństwa, lecz aby nie stać się zupełnie zależnym fortem Trumpa, musi być jednym z fundamentów coraz ściślej zintegrowanej UE. Tę oczywistość tłumaczył Zbigniew Brzeziński, podkreślając, że Polska ma pewne znaczenie w Europie, „lecz dla USA zawsze ważniejsze będą Niemcy, a znaczenie Polski dla Ameryki będzie tym większe, im większy wpływ będzie mieć Polska na politykę europejską”. I doskonale rozumiał ją Aleksander Kwaśniewski, który spośród wszystkich prezydentów III RP miał najbardziej intensywne kontakty z Amerykanami, a jednocześnie był bezsprzecznie największym – słowem i czynem – euroentuzjastą.
Andrzej Duda, bezkrytycznie proamerykański, nie rozumiał ani potrzeby pogłębienia integracji europejskiej, ani egzystencjalnie ważnego znaczenia filaru europejskiego (zwłaszcza współpracy z Niemcami i Francją) dla bezpieczeństwa Polski. Próba ożywienia Trójkąta Weimarskiego, latami zaniedbywanego, dopiero w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę, okazała się spóźniona i niewystarczająco konsekwentna.
Aleksander Kwaśniewski dziesięciokrotnie składał wizyty w USA, w tym tę na najwyższym szczeblu protokolarnym – państwową w 2002 roku, a na zakończenie jego podwójnej kadencji George W. Bush (republikanin !) zorganizował mu wizytę specjalną, podczas której amerykański prezydent nie szczędził honorów i słów uznania. Oczywiście Kwaśniewski nigdy nie antyszambrował godzinami w przedpokojach przywódców USA.
Duda latał za ocean równie często, lecz nie do Waszyngtonu z wizytami dwustronnymi, tylko do Nowego Jorku, gdzie aż dziewięciokrotnie przemawiał na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Szczególne upodobanie ustępującej głowy państwa do występowania w ONZ może świadczyć zarówno o próbie zrekompensowania tymi formalnie ważnymi gestami (zazwyczaj rutynowo wykonywanymi przez ministrów spraw zagranicznych) braku realnie istotnej aktywności międzynarodowej, jak i o rozpaczliwym poszukiwaniu akceptacji i docenienia. Nie wpadając w nadmierne psychologizowanie, w ułomnościach charakteru A. Dudy – brak wolnej woli, uległość, infantylizm, pewna niezaradność, brak należytego autokrytycyzmu i umiejętności rozumienia kontekstu – na które wskazywał jego wychowawca prof. Zimmermann, należy zapewne poszukiwać objaśnienia dziwacznych, niekiedy kompromitujących, wypowiedzi i zachowań piątego prezydenta III RP.
Mimo przypochlebnej postawy Dudy wobec Trumpa w ciągu dziesięciu lat prezydent Polski nie doczekał się zaproszenia do złożenia wizyty państwowej w USA. Dodajmy, że – w odróżnieniu od A. Kwaśniewskiego – A. Duda nie był też uhonorowany możliwością złożenia wizyt państwowych w Wielkiej Brytanii ani we Francji. Odchodzący prezydent Polski nie potrafił zbudować bliskich dobrych relacji z żadnym z przywódców większych państw. Sądząc po wypowiedziach ustępującego prezydenta Polski na konferencjach międzynarodowych, np. w Davos, nie jest on zajmującym rozmówcą czy inspirującym intelektualistą. Lecz na chłodny stosunek przywódców europejskich wobec A. Dudy wpłynął przede wszystkim eurosceptycyzm polskiego prezydenta, związek z podejrzliwie przyjmowaną w Europie partią PiS oraz zauroczenie D. Trumpem, a także nieprzemyślane, niekonsultowane z rządem wypowiedzi, jak ta o rozmieszczeniu głowic nuklearnych w Polsce.
Paradoksalnie, to nie za prezydentury Trumpa, na którego konsekwentnie stawiał A. Duda, lecz pod rządami Joe Bidena zapadły kluczowe decyzje dotyczące bezpieczeństwa Polski – stała obecność wojsk amerykańskich, rozmieszczenie F-35, jednoznaczne i bezwarunkowe przywołanie art. 5 Traktatu NATO (Every inch defended). Gdy Rosja napadła na Ukrainę, administracja Bidena udzieliła Ukrainie wsparcia politycznego i zapewniła szybkie dostawy uzbrojenia. Postawa Trumpa wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej była pełna wątpliwości i budziła liczne kontrowersje.
Stanowisko A. Dudy wobec agresji rosyjskiej na Ukrainę i zaangażowanie na rzecz Ukrainy od pierwszych dni wojny było jednoznaczne i bezkompromisowe. Prezydent Polski pozostawał nieustannie orędownikiem udzielenia Ukrainie możliwie szerokiej pomocy międzynarodowej, a Polska odgrywa nie tylko kluczową rolę w obszarze logistyki, lecz od pierwszych dni konfliktu przekazywała armii ukraińskiej zaopatrzenie z własnych zasobów. Natomiast ani Duda, ani – odnotujmy dla uczciwości – żaden z polskich polityków nie odegrał dotychczas istotniejszej roli w poszukiwaniu formuły zakończenia wojny między Rosją a Ukrainą. Wydaje się, że z uwagi na uwarunkowania historyczne i geopolityczne Polska okaże się poza stołem negocjacyjnym przyszłych rozstrzygnięć pokojowych i nie sposób przypisać akurat Dudzie odpowiedzialności za przyszłą marginalizację naszego kraju w procesie uregulowania.
Niektóre z inicjatyw prezydenta Dudy były zgłaszane najwyraźniej bez znajomości kontekstu najnowszej historii i politycznych realiów. Takim niecelowym z punktu widzenia Polski projektem jest, chociażby uporczywie promowana idea Trójmorza, związku państw między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem. Jako projekt polityczny jest to pomysł szkodliwy, gdyż rodzi podejrzenie o osłabienie spójności UE, co wytykają mu Czesi czy Chorwaci, nie mówiąc już o tym, że budowanie jakiegokolwiek sojuszu z Węgrami Orbána jest zajęciem przeciwskutecznym. Jako projekt gospodarczy – jest utopią, ponieważ źródłem finansowania inwestycji może być ta sama UE; chyba że pod płaszczykiem Trójmorza chce się zbudować platformę przenikania kapitałów z ChRL. Jeśliby Duda i jego doradcy mieli doświadczenie lub przynajmniej uczyli się uważniej, mogliby zadać sobie pytanie, dlaczego prezydent Kwaśniewski zarzucił pomysł Inicjatywy Ryskiej, współczesnego pierwowzoru Trójmorza.
W ciągu dziesięciu lat w Belwederze Andrzej Duda starał się przejawiać aktywność międzynarodową, bardzo wiele podróżował, odwiedził dziesiątki krajów. Nie potrafił jednak ani odcisnąć na scenie międzynarodowej swojej obecności, ani nadać swojej prezydenturze jakiegoś wyrazistego znaku, symbolu, które zapisałyby się w pamięci potomnych. Poza barwnymi wspomnieniami dla niego samego i jego świty niewiele z tych wojaży wynikło też dla kraju. Jeden z byłych współpracowników prezydenta po powrocie z takiej podróży do Afryki opowiedział w sekrecie pocieszną historyjkę, której ideą przewodnią było zagubienie Andrzeja Dudy w zaskakującej dla niego sytuacji, w nieznanych mu realiach, z doradcami, którzy nie potrafili mu objaśnić zajścia. Z takim właśnie zagubieniem i niezrozumieniem złożoności świata kojarzy mi się ustępujący prezydent Polski na scenie międzynarodowej.
Od dłuższego czasu oczekiwaliśmy na głos Kościoła w sprawie narastającej radykalizacji retoryki antymigranckiej, która prowadzi wprost do działań przestępczych. Politycy od dawna wywoływali lęk społeczny, systematycznie budując obraz zagrożeń, które przynoszą do Polski obcy. Figurą obcego nie zawsze był migrant. Były to wcześniej osoby LGBTQ. Ale wówczas, dzięki jednoznacznej postawie sądów, samorządy zostały zmuszone do wycofywania się z przyjętych uchwał o strefach wolnych od osób LGBTQ. Niezwykle łatwo tworzono klimat społeczny przeciwko tej grupie osób, bo wówczas sami politycy, a nawet prezydent Polski współuczestniczyli w tej kampanii. Jednakże okazało się, że takie działania spotkały się z jednoznacznym potępieniem samorządów innych państw UE i Komisji Europejskiej.
Coraz więcej i coraz częściej napotykaliśmy na teksty, hasła antysemickie i coraz mniej było stanowczych reakcji władz, w tym prokuratury, która dysponowała pełnym instrumentarium prawnym wobec sprawców. Aż wreszcie, przy pewnej bierności władzy, w tym policji, pozwalano na antysemickie wybryki, które nie spotykały się z powszechnym potępieniem. Obiektem ataków były również kobiety, które dyskredytowano w związku z domaganiem się polityki równości w życiu społecznym, gospodarczym oraz politycznym i w każdym wymiarze ich funkcjonowania w społeczeństwie.
Nawoływanie do nienawiści na tle rasowym czy religijnym nie budowało niestety powszechnego sprzeciwu wobec dyskredytowania tych grup. Od dłuższego czasu obserwowaliśmy rozprzestrzenianie się mowy nienawiści wobec uchodźców. Od 2021 r. antymigrancka narracja przybrała na sile. Pojawianie się dużej grupy uchodźców z odległych krajów o odmiennej religii, kolorze skóry stało się pretekstem do organizowania kampanii pokazujących rzekome zagrożenia dla społeczeństwa polskiego. Kampanie te inicjowane przez prawicowych polityków, a także środowiska stadionowe nadają główny ton polityce migracyjnej. Dotyczy to nie tylko migrantów z krajów afrykańskich, ale również ukraińskich uchodźców wojennych. Niestety ta kampania rozpoczęta przez rząd PiS jest kontynuowana i trafia na podatny grunt społeczny.
Mimo donośnego głosu organizacji pozarządowych, sprzeciwiających się mowie nienawiści wobec migrantów, brakowało głosu Kościoła. Dlatego z ogromną uwagą i wsparciem należy podkreślić cenny głos w formie listu pasterskiego Kardynała Grzegorza Rysia. W liście Kardynał podkreśla, że działania dotyczące migrantów z chrześcijaństwem nie mają wiele wspólnego. Kardynał nawołuje do nawrócenia języka, podkreślając potrzebę stosowania w życiu nauki Kościoła: „a w relacjach do uchodźców i migrantów hejt, strach przed obcymi, stereotypy, nienawiść stają się argumentem ważniejszym niż racje ludzkie i ewangeliczne”. Kardynał podkreśla, że „panujący dyskurs zarówno godzi w przybyszów, jak i przetrąca inicjatywy, motywacje i siły tych, którzy chcą im pomóc”. Ten głos jest niestety głosem odosobnionym, a dziś potrzeba jednoznacznego stanowiska całego Kościoła wobec wykorzystywania migracji przez siły polityczne i przez tych, którzy do polityki aspirują, rozbudzając najgorsze uczucia nienawiści wobec uciekających przed wojnami i przemocą, wobec ofiar tortur, dla których ucieczka staje się jedyną możliwością ratowania życia.
Wielką grę Leopolda Treppera dostałem bezpośrednio od zaprzyjaźnionego wydawcy, Stanisława Pisarka[1]. To żadna nowość na rynku księgarskim – polskie wydanie ma już 13 lat. A francuski oryginał ukazał się… w 1975 roku, właśnie mija pięćdziesięciolecie jego publikacji.
Gdy książka wpadła w ręce właściciela Wydawnictwa STAPIS, zdumiał się, że nie została jeszcze przełożona na język polski i udostępniona czytelnikom w kraju. Chodziło przecież o obywatela II RP i PRL, Żyda z Nowego Targu, przez sześć lat przewodniczącego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ). I przede wszystkim bohatera niesamowitej opowieści wojennej, szpiegowskiej. Czasy były bez wątpienia ciekawe, życie przeżywało się intensywnie, łatwo było dać się wciągnąć w sytuacje – powiedzmy – niestandardowe. Ale Trepper zaplątał się w Wielką Historię.
Dzieje Czerwonej Orkiestry (Rote Kapelle, nazwa nadana przez próbujących ją dopaść Niemców) są znane, choć w Polsce chyba nie powszechnie. Była to siatka wywiadowcza, złożona głównie z ideowych amatorów, działająca pod przykrywką przedsiębiorstw handlowych w Niemczech i kilku okupowanych krajach Europy, dostarczająca Związkowi Radzieckiemu informacji, które z pewnością przydały się w działaniach na froncie i prawdopodobnie w jakimś stopniu przyczyniły się do klęski III Rzeszy. To było naprawdę duże przedsięwzięcie: z kilkoma tysiącami agentów, czterystoma radiostacjami. Działające sprawnie; to stąd, nie tylko od Richarda Sorge, Stalin otrzymał dokładną datę ataku Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Informację tę, jak wiadomo, radziecki przywódca zignorował.
Trepper był dyrygentem tej orkiestry. Zorganizował ją jeszcze przed wybuchem wojny, po przeczytaniu Mein Kampf i nabraniu przekonania, że nazizm jest śmiertelnym zagrożeniem dla narodu żydowskiego i całego ówczesnego świata. Pracował na rzecz Moskwy, bo był przekonanym komunistą, którego w latach dwudziestych i trzydziestych wydarzenia gnały przez Polskę, Palestynę, Francję, ZSRR.
Na przełomie 1942 i 1943 roku Abwehra rozbiła znaczną część zbudowanej przez niego siatki, likwidując bądź aresztując jej kierownictwo. W tej ostatniej grupie znalazł się także on sam. Niemcy spróbowali przejąć kontrolę nad przekazywanymi do Moskwy meldunkami, do czego potrzebny był im Wielki Szef (taki przydomek nadali bohaterowi tej opowieści). Ten jednak zdołał ostrzec swoich zwierzchników i stworzyć podwójny kanał informacyjny, dzięki czemu GRU otrzymywało wartościowe raporty, a odsiewało fałszywki. Po czym… po prostu Niemcom uciekł. Opisał to w swej autobiografii i – jakkolwiek sensacyjnie to brzmi – musiała to być prawda, bo zarzuty pod jego adresem formułowane po wojnie, po jego przybyciu na Zachód, zostały odrzucone w procesie sądowym we Francji, wytoczonym z jego pozwu.
Tu nie kończy się jednak ta opowieść. W 1945 roku, po przyjeździe do Moskwy, zanim zdążył zorganizować swój powrót do Polski, Trepper został skazany na dziesięcioletnie więzienie. W tym też jeszcze nie ma niczego dziwnego: podobny los spotkał wielu wojennych bohaterów po tej stronie Łaby, a zwłaszcza Bugu. Po wyjściu na wolność, wraz z żoną i trójką synów dotarł w końcu do ojczyzny. Został dyrektorem Jidysz Buch – jedynego w krajach Europy Wschodniej żydowskiego wydawnictwa, a później stanął na czele TSKŻ. Wydawało się, że ułożył sobie życie. Aż do 1968 roku.
Kiedy Polska wypychała, wyrzucała poza jej granice swoich obywateli narodowości żydowskiej, akurat Treppera postanowiła zatrzymać. Wyemigrowali jego synowie, ale jego prośbom o wyjazd siedmiokrotnie odmawiano. Razem z żoną Lubą (którą w końcu wypuszczono w kwietniu 1972 r.) byli poddani bezprzykładnej, nieustannej inwigilacji. Zachodnim dziennikarzom, którzy z nim rozmawiali, odbierano zapiski i nagrane materiały. Opinia publiczna w krajach europejskich – Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii, Danii, Szwajcarii, Holandii – zaczęła głośno domagać się jego uwolnienia. Władze PRL w końcu ustąpiły pod koniec 1973 roku.
Trochę światła na ten upór rzuca film dokumentalny pt. Wielki szef Tomasza Wolskiego[2], zaprezentowany na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym (25 maja – 6 czerwca 2025 r.). Podczas pracy nad jednym ze swoich wcześniejszych filmów reżyser odnalazł taśmy z wielogodzinnym wywiadem z Trepperem, zarekwirowane przez SB francuskim dziennikarzom po 1968 roku. Zaskoczony podobnie jak nieco wcześniej Pisarek, przez siedem kolejnych lat przeczesywał różne archiwa. Na zdobytym w ten sposób materiale oparł swoją własną relację. Jak widać, historia dyrygenta Czerwonej Orkiestry, niespodziewanie odkryta, niezmiennie fascynuje; podobnie jak fakt, że kolejne epoki – stalinizm, PRL, III RP – skutecznie o niej zapominają.
W kwestii uporczywego blokowania wyjazdu Leopolda Treppera nawet w czasie pomarcowego exodusu, przekonująca wydaje się sugestia, że jego inspiracja mogła pochodzić od towarzyszy radzieckich, uznających, że trzydzieści lat to wciąż za krótki okres, by odsłonić tajemnice Orkiestry.
Większość osób, które zapoznawszy się ze wspomnianymi książką lub filmem, zechciała się publicznie podzielić własnymi refleksjami, porównuje je do powieści lub kina sensacyjnego, szpiegowskiego. Ja nie odniosłem podobnego wrażenia. Obydwa dzieła przede wszystkim są przedstawioną z wielką dbałością o szczegóły autobiografią (w dokumencie Wolskiego też poznajemy głównie punkt widzenia jej bohatera). Z jednej strony widać, że narrator przechował w pamięci możliwie wiele detali i pieczołowicie stara się je odtwarzać; z drugiej – mimo pozornie chłodnej narracji, czyni to z pasją.
Może więc zakończmy dłuższym nieco cytatem, jednym z ostatnich passusów książki: „należę do pokolenia naznaczonego przez historię. Mężczyźni i kobiety, którzy przyłączyli się do komunizmu w blasku Wielkiego Października, niesieni porywem wschodzącej rewolucji, bez wątpienia nie przypuszczali, że pięćdziesiąt lat później po Leninie pozostanie już tylko zabalsamowane ciało na Placu Czerwonym. Rewolucja umierała, a my przyglądaliśmy się jej upadkowi.
Jak to możliwe, że pół wieku po zdobyciu Pałacu Zimowego, po tym, jak «dewiacje» leczono elektrowstrząsami, Żydów prześladowano, a wschód Europy był «normalizowany» za pomocą metody zniewolenia, niektórzy wciąż ośmielają się mówić o socjalizmie?!
Czy tego właśnie pragnęliśmy, czy dla takiej deprawacji walczyliśmy, ofiarowując nasze życie w poszukiwaniu nowego świata? Żyliśmy przyszłością, a przyszłość, podobnie jak czyni to raj w przypadku wierzących, tłumaczyła niepewność naszej teraźniejszości.
Pragnęliśmy zmienić człowieka i ponieśliśmy klęskę. Nasza epoka wydala na świat dwa potwory – faszyzm i stalinizm, a nasze ideały pogrążyły się w tej apokalipsie. Idea, która nadawała sens naszemu życiu, przybrała postać, jakiej nie poznawaliśmy. Nasza klęska nie upoważnia nas do pouczania, jednak, ponieważ historia ma zbyt wielką wyobraźnię, by się powtarzać, wolno nam mieć nadzieję”.
[1] L. Trepper, Wielka gra. Wydawnictwo STAPIS, Katowice 2012, 356 stron.
[2] Wielki szef, reżyseria i scenariusz Tomasz Wolski, koprodukcja polsko-francusko-holenderska, 2025, 88 min.
Tekst ukazał się w numerze 4/20205 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Bardzo chciałem napisać ten artykuł, w związku z ukazaniem się mojej książki o Bronisławie Wilimowskiej[1].
Była Wilimowska wielką patriotką, żołnierzem AK, uczestniczką Powstania Warszawskiego. Moja książka jest zbeletryzowaną opowieścią o gruzińsko-polskim pochodzeniu (z książęcej rodziny Mauravich) Artystki, Jej dzieciństwie i latach młodzieńczych spędzonych w Petersburgu i Paryżu, a dopiero po tym okresie – już tylko w Polsce, którą uważała za swoją jedyną Ojczyznę.
Koniec swego życia Bronisława Wilimowska-Szlekys spędziła pod opieką siostry i szwagra w Rzymie, obłożnie chorując.
Zmarła w marcu 2004 roku. Na swą wyrażoną wcześniej prośbę i staraniem rodziny – pochowana została w grobie powstańczym zgrupowania „Kryska” na Wojskowych Powązkach w Warszawie.
Dlaczego zdecydowałem się napisać tę książkę? Pracowałem nad nią przez ponad pięć lat, aby wyrazić głęboką cześć Bronisławie Wilimowskiej za niezwykłe umiłowanie Polski, niezależnie od gruzińskiego pochodzenia Artystki i francusko-włoskiego wychowania. Mam nadzieję, że książka ten cel spełnia, utrwalając jednocześnie wspaniałe malarstwo, będące kontynuacją w powojennej sztuce polskiej okresu postimpresjonizmu i koloryzmu. Cudownie malowała kwiaty, portrety w tym naszych bohaterów narodowych oraz prześliczne pejzaże miast i wsi powojennej Polski, a przede wszystkim odbudowującej się po okupacji i zniszczeniach wojennych Warszawy.
W Jej spuściźnie jest wiele scen ze zwycięskich bitew polskiego żołnierza wszystkich frontów. Podkreślę – bitew stoczonych zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. I… utrwaliła na zawsze wiele dramatycznych scen z Powstania Warszawskiego.
Artystka straciła w czasie okupacji prawą rękę. Mało kto rozpoznaje dziś, że prace, które po sobie zostawiła – namalowała lewą ręką.
Jej pierwszy mąż – Stanisław Wilimowski, bliski przed wojną współpracownik gen. Sikorskiego, zginął pod Lublińcem już w trzecim dniu wojny obronnej. I z miłości do niego, a tym samym – do wojska – zainspirowana bohaterstwem jego i jego żołnierzy, a potem powstańców warszawskich – powstała Jej bogata twórczość nazwana przeze mnie – batalistyczną. Choć może nie należy do wybitnych dzieł, ale powstała z serca i z tęsknoty za mężem, który oddał życie na ołtarzu ojczyzny, jak i wszyscy Polacy walczący o wolność, czy to z prawej, czy z lewej strony politycznej, z czego wielu z nich po prostu nawet nie zdawało sobie sprawy!
Pragnę swą książką także oddać cześć Artystce za inicjatywę stworzenia w Lublińcu cmentarza–mauzoleum, na którym razem z płk. Wilimowskim spoczywają dzisiaj nie tylko żołnierze z jego pułku, ale i śląscy żołnierze AK oraz powstańcy śląscy.
Książka jest opowieścią o bliższej i dalszej rodzinie Bronisławy Wilimowskiej: o Stano Gai, Elżbiecie Gajewskiej-Gadzinie, Tadeuszu Gadzinie, Stefanie Jelita-Gajewskim. (Również o Jej znajomości m.in. z Ignacym Paderewskim i bliskich kontaktach z jego żoną).
Dokumentuje Jej liczne podróże artystyczne po świecie i działalność społeczną, a przede wszystkim Jej wystawy w kraju i za granicą, aktywny udział w odbudowie Polski po okupacji niemieckiej i drugiej wojnie światowej, aż po lata współczesne.
Artystka była też zwolenniczką przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, pojednania z Niemcami, także z Rosją i… możliwie jak najlepszych kontaktów naszego kraju – najchętniej – z całym światem. A przede wszystkim była Bronisława Wilimowska-Szlekys zwolenniczką widzenia roli kultury w wymiarze ponadpolitycznym.
Dokonania Artystki (swego czasu nawet wiceprzewodniczącej ZG ZPAP) ukazałem w książce poprzez liczne reprodukcje Jej prac malarskich, utrwalonych na setkach płócien, barwnych akwarelach i czarno-białych rysunkach.
Osobiście poznałem Bronię w latach osiemdziesiątych ub. wieku i od razu pokochałem Jej polskość. Ale też niezwykłą aktywność w odzyskiwaniu przez Polskę zrabowanych przez Niemców w czasie okupacji dzieł sztuki; potem jako działaczkę inspirującą administrację Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz Warszawy do działania na rzecz rozwoju i upowszechnienia sztuki (szeroko rozumianej, gdyż dzięki swemu drugiemu mężowi, który był wybitnym rysownikiem i projektantem mebli, również działaczem słynnej spółdzielni „Ład” – Olgierdem Szlekysem, również gorąco popierała rozwój sztuki użytkowej).
Bronia nauczyła mnie też… walki o pojednanie naszego wciąż skłóconego narodu, oddania się rozwojowi Polski, zawsze popierała rozwój kultury i sztuki, jako wartość istniejącą „ponad wszelkimi podziałami”. Jako warunek polskiej jedności obecnie, jak i polskiego trwania w przyszłości.
Moja książka – dzięki m.in. pani Iwonie Majkowskiej, która dla potrzeb tej opowieści, odzyskała i przeanalizowała wiele znajdujących się w archiwach rosyjskich, polskich i innych, dokumentów dotyczących Bronisławy Wilimowskiej i Jej rodziny – jest oparta na autentycznych źródłach historycznych.
Krótko mówiąc – książka jest wielkim hołdem dla niezwykłej Osobowości Bronisławy Wilimowskiej jako artystki i wielkiej patriotki, która jakże pięknie nawiązywała do znanych prawd przedwojennych polskich Ślązaków w Niemczech (z których się ze strony swego Ojca wywodzę) – „Polska jest Matką naszą, a o Matce nigdy nie wolno mówić źle” oraz że „Polak Polakowi bratem”.
[1] K. Czejarek, Bronisława Wilimowska. Wszystko było dla niej malarstwem… Opowieść o niezwykle barwnym życiu i dokonaniach artystycznych, Wyd. ASPRA-JR, Warszawa 2025, 439 stron
Tekst ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Zdjęcie: Fragment autoportretu Bronisławy Wilimowskiej, Paryż 1926 (wł. Muzeum Warszawy). Reprodukcja za omawianą książką, s. 12
Dwie granice, dwie moralności, dwie zasady postępowania. Granica z Ukrainą stała się symbolem nie tylko okrucieństwa wojny, ale również otwartości Polek i Polaków na drugiego człowieka. Tłumy osób zaangażowanych w pomoc uchodźcom z Ukrainy na początku wojny były imponujące. Na dworcach w Przemyślu, Krakowie, Warszawie ciągle było pełno wolontariuszek i wolontariuszy działających niemalże bez chwili przerwy. Osoby uciekające z Ukrainy budziły potrzebę zrobienia czegokolwiek: ugotowania zupy, kupienia wózka dla mamy z dzieckiem czy przyjęcia pod swój dach osób potrzebujących. Na granicy z Białorusią wyrósł mur.
Dwie granice są w Polsce, to dwie postawy, dwie opowieści o naszej polityce i postrzeganiu świata. Ukrainka niosąca swojego przerażonego, zmęczonego i chorego psa, dużego wilczura, nauczyła nas wszystkich miłości i poświęcenia do naszych zwierzęcych członków rodzin. Dziecko na dworcu tulące chomika, którego przywiozło w kieszeni cały czas dbając o małe zwierzątko, pokazało bezinteresowność i czułość. Uchodźcy z Ukrainy byli heroiczni i dzielni wobec dramatu i wykorzenienia jakiego doświadczyli. Dziewczyna na granicy z Białorusią, trzymająca na kolanach kota, obudziła złość. W polskim społeczeństwie zawrzało, pojawiły się komentarze, że skoro stać ją na rasowego kota to stać ją na „normalne” życie, podróżowanie, a nie przesiadywanie pod polską granicą tuż przy zasiekach. Uchodźczyni z Bliskiego Wschodu z kotem była katalizatorem niechęci, w tym wypadku nie było wzruszenia i zrozumienia dla heroicznej walki, by ratować i siebie, i zwierzę.
Na granicy z Ukrainą ludzie czekali z odzieżą, jedzeniem, transportem. Na granicy z Białorusią były druty kolczaste, wyrósł mur.
W 2021 roku wojska USA wycofały się z Afganistanu. Dla wielu osób współpracujących z władzami i wojskami zachodnimi oznaczało to zagrożenie życia, dla kobiet zamknięcie w klatce opresyjnego systemu talibów. Dzisiaj w Afganistanie kobiety zostały wymazane z życia publicznego, ciągle poluje się na ludzi myślących niezgodnie z zasadami narzuconymi przez talibów czy takich, którzy byli związani z dawnymi rządami, przywrócono też karę śmierci czy publiczne kary cielesne. Wiele osób zagrożonych było i podczas ewakuacji wojsk USA w 2021, i dzisiaj. Na granicy z Białorusią znaleźli się ludzie uciekający przed reżimem talibów, torturami, śmiercią – dla nich jednak postawiono mur. Wedle statystyk najwięcej uchodźców próbujących przejść przez granicę z Białorusią jest właśnie z Afganistanu, potem z Syrii, Somalii, Iranu i Indii. W Syrii najpierw trwały krwawe walki z reżimem Baszara al-Asada, a po obaleniu w grudniu 2024 roku jego rządów nadal trwają zamieszki i ciągle toczy się brutalna polityczna walka. Somalia to kraj kryzysu klimatycznego (powodzie, susze), jak i społecznych zamieszek. O historiach i herstoriach uchodźców można by długo opowiadać, za każdym razem zderzając się z ogromem ich nieszczęść. Z jakichś powodów nie widzimy jednak cierpienia za murem.
Graniczne mury: mur chiński, który miał dać bezpieczeństwo, mur budowany przez rząd USA na granicy z Meksykiem, który ma zabezpieczyć przed nielegalnymi migrantami, mur na granicy z Białorusią, który ma zapobiec przedostawaniu się do Europy nielegalnych uchodźców. Mury dzielą. To, co za murem jest niebezpieczne, obce. Mury konsolidują poczucie wewnętrznej jedności, dając zarazem obraz dzikości, zagrożenia, zła, jakie czai się na zewnątrz. Realne mury są jak metafory radykalnej Obcości, niebezpieczeństwa, jakie może w każdej chwili pojawić się i zaatakować. Odgrodzone murami enklawy są nie tylko bezpieczne, ale i dobre. To poczucie etnocentrycznej jedności, budowanie obrazu prawości i prawdziwych (jedynych) wartości. Odgrodzone społeczeństwa mogą zamykać się w sobie, we własnym świecie negacji tego, co zewnętrzne. I nic tu nie pomogą ani prawa człowieka, ani konwencja stambulska, gdy obraz etnocentrycznego świata zawęża się do pilnowania, by zło nie przedostało się zza muru.
Mury jak granice zawsze mają w sobie wieloznaczność. To oddzielenie się od obcego i równoczesna konsolidacja. Odkąd zostaje wybudowany mur, jasno wytyczona granica zaczyna być wspólną sprawą. Dlatego po jednej stronie polskie służby mundurowe pilnują, by nikt się nie przedostał na teren naszego kraju. Po drugiej stronie białoruskie władze robią wszystko, by przecisnąć jak najwięcej uchodźców do Unii Europejskiej. Pośrodku uchodźcy – ludzie, którym w tej grze politycznej odebrano wszystko: i prawa uchodźcze, i człowieczeństwo, i godność. Zygmunt Bauman pisał o ludziach zepchniętych w kategorię „śmieci”. Nieludzcy ludzie, poza prawami, poza człowieczeństwem, ci, którym nawet nie należy się szacunek, ucieleśnienie Obcości i zagrożenia. Pojawienie się muru uwidacznia kategorię nieludzkiego.
W Polsce wyrosły dwie granice. Na jednej ludzie byli przyjmowani z pełnym zrozumieniem, empatią należną osobie doświadczającej wojenną traumę. Na drugiej wyrósł mur. Radykalna zmiana nastawienia, widoczna na granicy z Białorusią może zastanawiać. Dla jednych osób doświadczających przemocy i zagrożonych otwiera się granice państwa, a przed innymi je zatrzaskuje. Kulturami zawsze rządził mit. Wedle Rolanda Bartha cała rzeczywistość jest mitotwórcza, dlatego funkcjonujemy w różnych mitach, zbiorowych wyobrażeniach, przekonaniach produkowanych w trakcie wychowania. Gdy przyjrzeć się dwóm granicom, jakie wyrosły w Polsce, możemy dostrzec dwa mity. Pierwszy jest mitem wspólnoty i europejskości, a drugi mitem dzikości i zła.
Zaczęło się od nazwy, Europa Środkowa, nie wschodnia a środkowa właśnie. Lekkie przesunięcie w stronę zachodu. Mit Europy jako właściwego, cywilizowanego świata kusił Polki i Polaków przez całe pokolenia. Paryż stolicą świata, studia w Bolonii, nauka starożytnej greki i łaciny połączone z iście sarmacką dumą zbudowały u nas mit Europy jako nie tylko ostoi prawdziwej kultury, ale i wspólnych korzeni, tego samego kręgu kulturowego.
Przynależność do Unii Europejskiej po dziś dzień ma symboliczny charakter, jest naszym domem, wpisaniem w szerszą wspólnotę cywilizacyjną. To dlatego też podczas wyborów Polki i Polacy stawiani są przed wyborem cywilizowanego świata kontra zaścianek. Gdy naród ukraiński wyszedł na ulice, gdy wydarzył się Majdan, wielka walka o przynależność do Unii Europejskiej, w kraju nad Wisłą rozpoznano ten gest jako wspólnotowy.
Majdan usankcjonował Ukrainę jako państwo dążące do cywilizacji, łącząc się z nacjonalistycznym mitem Ukrainy jako części Polski. W jakimś sensie, dla wielu z nas,
Ukraina – choć pojmowana już autonomicznie – ciągle jest w kręgu poczucia swojskości, jest ciągle bliższa, ciągle „nasza”. Bliska, bo walcząca o swoją europejskość.
Mit wspólnoty, europejskości to mit włączający uchodźców z Ukrainy w sferę symboliczną: „nas”, „naszych”, „tożsamych”, „pobratymców”. Wobec Ukrainy walczącej z demonem rosyjskiego imperializmu bliżej nam do zrozumienia, kim są uchodźcy z regionów objętych wojną. To ciągła nienawiść do Rosji jako zaborcy, najeźdźcy, tego, kto w XX wieku narzucił swój reżim naszej części Europy. W tej symbolicznej przestrzeni uchodźcy z Ukrainy przynależą do wspólnoty doświadczenia, poszerzonego o neokolonialne spojrzenie ich-jako-nas. Otwarcie granicy wobec osób z Ukrainy ma w tym sensie ukrywaną dwuznaczność. To właśnie ta dwuznaczność nie pozwoliła na długie trwanie samej otwartości. Razem z chęcią pomocy osobom uchodźczym odnowiono narrację antyukraińską, eksplodującą w żądaniu przeproszenia za Wołyń. Ukraina „jest nasza”, dlatego trzeba jej pomóc, i jest „nie nasza”, gdyż zgotowała rzeź wołyńską. Obecnie, w trzecim roku trwania wojny, w Polsce coraz więcej ludzi, polityków i polityczek mówi o „problemie uchodźczym” i coraz częściej wskazuje na osoby z Ukrainy. Otwarcie i serdeczność na granicy miały swoją datę ważności.
Drugi mit mówi o „uchodźczym-zagrożeniu”. To mit pozwalający na budowę muru na granicy z Białorusią. „Uchodźca-zagrożenie” mieści się w polu symbolicznym, pojęć i kategorii sięgających swym rodowodem czasów kolonialnych, feudalnych i holokaustu. Przyrównanie człowieka do bakteriologicznego zagrożenia, zwierzęcia kojarzonego z chorobą i brudem, insektów czy szczurów, odczłowiecza odbierając podmiotowość i godność. Wiedzieli doskonale o tym kolonialiści tworząc obraz „zezwierzęconego”, „czarnego”, „dzikiego” i nie-w-pełni ludzkiego, nadającego się do zarządzania i eksterminacji człowieka. Tak samo działali naziści idąc wytyczonym w koloniach szlakiem, wskazując na Żydów jako naród pod-ludzi, pod-gatunek. Eugenika jako pseudonaukowa narracja dostarczała na przełomie XIX i XX wieku pełno rzekomych argumentów na wyższość rasy białej, panów, tych, którzy byli Kimś, wobec Nikogo, człowieka sprowadzonego do skolonizowanego obiektu.
Aktywiści na granicy z Białorusią doświadczają przemocy tylko dlatego, że chcą pomóc. Rzecz w tym, że w micie „uchodźcy-zagrożenia”, ich humanitarne działanie uznane zostało za otwieranie drzwi naszego domu „niebezpiecznym” osobom. Pomagające uchodźcom osoby zaświadczają o odczłowieczeniu, jakiego dokonano na granicy z Białorusią. Uchodźcy pozostający za murem przestali być ludźmi dysponującymi prawami człowieka, a zostali sprowadzeni do bycia obiektem, elementem gry politycznej. Pushbacki, choć niezgodne z konwencją genewską, stały się normą, tak samo jak ciągłe ukazywanie w mediach obrazu „niebezpiecznych” ludzi robiących wszystko, by atakować granicę i przedostać się na polską stronę. W wielu materiałach można dostrzec walkę dobra ze złem, gdzie przeciwstawienie się naciskom uchodźców „forsujących” zasieki i mur staje się wręcz metafizycznym zadaniem.
Co jednak różni ludzi na tych dwóch granicach, że mamy w stosunku do nich aż tak diametralnie odmienne podejście? To mit wskazujący na jednych, jako powinowatych, przynależnych do wspólnego kręgu interesów, czy kulturowych znaczeń, a drugich jako nieludzkich. To opowieść o Obcości.
Między Innym a Obcym, wedle Magdaleny Środy, zachodzi różnica stopnia wykluczenia. Inny jest nasz, pojawia się tylko pewne istotne pęknięcie w budowaniu tożsamości, które wyrzuca Innego poza obręb tego, co wspólnotowe, wspólne, legalne i dobre. Tą innością może okazać się feminizm, który kobiety w systemie patriarchalnym czynił odmieńcami własnej kobiecości rozumianej jako uległość i podporządkowanie mężczyźnie. Tą innością może okazać się weganizm, lewicowość, lub prawicowość, wszystko zależy od tego, co jako normę zdefiniuje społeczność. Inność daje się w jakiś sposób spacyfikować, łatwiej też inność oswoić czy się jej nauczyć. W tym sensie inność odwrotna jest wobec obcości. Obcość jest radykalna, jest przepaścią pomiędzy my-wy, my-oni, jest nieprzekładalną różnicą, której nie da się oswoić. Obcym jest uchodźca pochodzący z innego kręgu kulturowego, wskazany jako zagrożenie, jako ktoś radykalnie inny, nie-ludzki i nie podlega tym samym prawom. Obcość nie mieści się w granicach normy, jest obok, podczas gdy inność może stać się wyjątkiem od normalizującej wszystko zasady postępowania.
Bycie obcym wiąże się nie tylko z piętnem, ale również staje się niebezpiecznym uproszczeniem. Zakwalifikowanie człowieka do tej kategorii sprawia, że nie widzi się już w nim kogoś z kim można się dogadać, kogo można próbować zrozumieć. Uchodźcy z Ukrainy przynależą do kategorii inności. Dlatego choć rośnie ukrainofobia, a o zbrodniach na Wołyniu niektórzy politycy mówią tak, jakby ciągle trwały, sytuacja przybyszów z Ukrainy jest diametralnie odmienna. Dla nich ciągle jest miejsce w społeczeństwie polskim, choć często na marginesie życia społecznego. Zupełnie inaczej sytuacja rozwija się w przypadku osób uchodźczych z Afganistanu, Syrii, Pakistanu czy Jemenu. W tym przypadku pojawia się kategoria Obcego, gdzie obcość staje się blokadą, wyznacza radykalną, nieprzekładalną odmienność, sprowadza bycie drugiego człowieka do esencjalnego charakteru.
Widać to w języku. Gdy przestępstwo popełnia Polak, wówczas ujawnia się jego życiorys, pokazuje indywidualną drogę do przestępczego czynu, nierzadko znajduje się w jego egzystencjalnych przeżyciach usprawiedliwienie. To samo przestępstwo popełnione przez uchodźcę będzie oznaczało unifikację, kategorię złej natury, która zostaje rozciągnięta na wszystkie osoby uchodźcze. Wówczas zło staje się stygmatem tak samo jak stygmatem jest samo bycie uchodźcą. Status obcego nie pozwala na bycie sobą, niepowtarzalnym człowiekiem o indywidualnym charakterze, ale przypisuje do pewnych stałych, wyobrażonych, często stygmatyzujących cech, tworząc narrację unifikującą. To dlatego uchodźcy są „niebezpieczni”, stanowiąc wręcz nieusuwalne zagrożenie. W prawicowej narracji to zło i ta unifikacja stanowi polityczny oręż, dzięki któremu można drugiego człowieka sprowadzić do roli kozła ofiarnego.
W 2015 roku ogłoszono kryzys migracyjny. Prawicowe media, populiści i politycy zaczęli bić na alarm. Ta uchodźcza histeria okazała się bardzo skuteczna w swoim przekazie, emocje zaczęły działać i ludzie w wielu miejscach Europy zaczęli obawiać się uchodźców. Sławetne zdjęcia ukazujące jak młodzi mężczyźni idą wielką falą przez drogi Europy, do tego okładki poczytnych prawicowych pism eksponujące zniszczenia uczynione przez uchodźców w obozach specjalnie dla nich przygotowanych – to wszystko budowało obraz zła. Poczucie zagrożenia stało się powszechne. W 2015 roku histeria wytworzyła obraz uchodźczej masy, zła ciągnącego od morza, stając się kolejnym mitem obcego. Z jednej strony ta nowa odsłona dysponowała starą symboliką, więc raz jeszcze uchodźcy ujmowani byli jako „dzicy”, „niebezpieczni”, „roszczeniowi”, czy „roznoszący choroby”. Z drugiej strony pojawiły się nowe wątki, tym razem bowiem nadciągający od morza uchodźcy stali się symbolem wręcz organicznego zagrożenia, przed którym nawet najbardziej strzeżone granice pozostają bezradne. Obcy stał się złem pierwotnym, drzemiącym gdzieś w oddali, na końcu świata, gdzie nie ma już cywilizacji, gdzie pierwotna siła destrukcji popycha go, by przemieszczać się i siać zło.
Obcy w naszym domu oznacza panikę moralną. Z jednej strony pojawienie się Obcego wywołuje skrywane problemy, antagonizmy wewnętrzne pęknięcia. Dlatego Polska ma dwie granice: jedną otwartą i drugą z murem i zasiekami. Te dwie granice wyrażają jątrzącą się rozbieżność, podział, na jaki choruje nasz naród. Polska A i Polska B, lepszy i gorszy sort, my i oni, prawdziwi Polacy kontra deprawatorzy, lewica, gender, ekologizm. Gdy jedni ryzykują wszystkim, żeby pomóc, inni domagają się ekshumacji i kolejnego śledztwa w sprawie Wołynia. To podział fundamentalny, związany z niechęcią do samych siebie. Nasza narodowa tragedia na tym właśnie polega, że zbudowaliśmy granice nie tyle pomiędzy Polską a Białorusią, a między sobą samymi.
Na co dzień wydawać by się mogło, że nic się nie dzieje. Wystarczy jednak iskra, jakikolwiek moment zapalny, a już dwie Polski dają o sobie znać, już zaczyna się nagonka jednych na drugich. W podziale na Polskę A i Polskę B, lepszy i gorszy sort, kryje się podział na tych, którzy potrzebują wielkiego narodu i wstawania z kolan (tak samo jak koniec polityki winy jest dla nich jedyną drogą), a tych, dla których współczesny świat jest otwarciem nowych możliwości. Tradycja rozumiana jako złoty wiek ukryty w przeszłości sarmackiej, katolickiej, miłości ojczyzny zostaje przeciwstawiona progresywnym ideom i obywatelskości czy partycypacji. Dwie granice to dwa obozy społeczne, spory polsko-polskie.
Z drugiej strony pojawienie się Obcego pokazuje skrywane dysfunkcje, skrywane braki, nieprzepracowane problemy. Narracje o Polsce A i Polsce B, podziały na duże i małe ośrodki, centrum i peryferie, ciągną się za naszym społeczeństwem od lat 90. XX wieku. Epoka transformacji ustrojowej zarysowała ten właśnie podział. Po chwili euforii i triumfu okazało się bardzo szybko, że transformacja ustrojowo-ekonomiczna zaskoczyła nawet tych, którzy o niej marzyli. Przeskok z gospodarki centralnego planowania do kapitalizmu i to w jego skrajnej, dynamicznej wersji okazał się szokiem. Społeczeństwo zaczęło pękać. Tak samo debaty światopoglądowe o konkordat, prawa kobiet, przynależność do Unii Europejskiej czy NATO, nasilały poczucie obcości. Zwolennicy klerykalnej Polski nie rozumieli sprzeciwu wobec podpisania konkordatu. Odebranie kobietom prawa do aborcji i decydowania o sobie obudziło trwającą do dzisiaj awanturę pomiędzy zygotarianami i fanatykami religijnymi a feministkami i osobami popierającymi prawo do autonomii. Zwolennicy Unii Europejskiej spotkali się z eurosceptykami, a idea Polexitu, na początku bardzo nieśmiała, zaczęła w XXI wieku co wybory odżywać. Rozgrywki PiS i budowanie polityki wrogości przez Kaczyńskiego i jego wyznawców rozgrzały podziały, tworząc nowe kategorie różnicy i wzmacniając już istniejące.
W ten sposób Ludzie z Granicy, lekarki i wolontariusze, stoją naprzeciwko muru zbudowanego przez pisowską politykę nienawiści. Za każdym razem PiS dochodząc do władzy szedł drogą wyznaczoną przez nienawiść do wroga. W 2015 roku byli to uchodźcy, potem dodano „ideologię LGBT”, „ekologizm” czy dumę narodową, „wstawanie z kolan”. Wyznaczenie wroga za każdym razem było wskazaniem na tego, kto stawał się Obcym lub Innym (odszczepieńcem społeczeństwa). Dzięki tak rozgrywanej polityce nienawiści wbudowano w działania polityczne myślenie o konieczności obrony terytorium oraz wzbudzono szacunek do przemocy.
Osoby uchodźcze stały się zakładnikami nienawiści polsko-polskiej, moralnej paniki, by nikt z zewnątrz, żaden europarlament ani żadna dyrektywa unijna, nic nam nie narzucała. To dlatego, z jednej strony, rządzący z PiS-u sprzedawali wizy i wpuszczali do kraju uchodźców z krajów pozaeuropejskich, robiąc to na własnych zasadach. Z drugiej zaś, w geście sprzeciwu, wobec obcej dla nich konwencji genewskiej i polityki Unii Europejskiej, budowali zasieki i mur na granicy z Białorusią. To nie tyle swoista hipokryzja, co konsekwentna polityka nienawiści do tego, co zewnętrzne, zdefiniowane jako najeźdźcze, nie-polskie, nie-polsko-katolickie.
W ten sposób osoby uchodźcze stały się kozłem ofiarnym desygnowanym do roli Obcego, „zła”, „zagrożenia”. Gdy Jarosław Kaczyński mówił o „zagrożeniu bakteriologicznym”, sięga do retoryki biowładzy, odbierającej człowiekowi podmiotowość, bycie osobą, deprecjonując i sprowadzając życie do bycia czymś. Odebranie uchodźcom podmiotowości, wykluczenie z kręgu „nas”, ze wspólnoty ludzkiej, pozwoliło nie tylko na język deprecjacji i nienawiści, ale również na łamanie konwencji genewskiej, pushbacki, ściganie lekarzy leczących uchodźców. Polityka nienawiści potrzebuje do swojego istnienia wskazania, kto jest Obcym, kto nie jest Kimś, a czymś. Wojna polsko-polska, budując napięcia i antagonizmy, potrzebowała kozła ofiarnego – kogoś, kto będzie mógł przejąć całe zło jakie wydarzyło się w podziałach i konfliktach społecznych.
Uchodźcy – kozioł ofiarny polityki nienawiści – nie mają swojego imienia, tożsamości, pochodzenia, historii. Mur można postawić wobec nie-ludzi, wobec zagrożenia „nadciągającego”, „zalewającego” to, co cenne i co należy odratować. Kozioł ofiarny to figura, która pozwala nie dostrzegać własnych błędów i własnych słabości. Wszystko, co złe, zostaje wpisane w figurę kozła ofiarnego. To proste rozwiązanie najbardziej złożonych problemów. Dlatego o wiele prościej budować mur na granicy, wskazywać na uchodźców jako zagrożenie, piętnować osoby pragnące pomóc uchodźcom i upominające się o ich prawa – o wiele prościej wskazywać, kto nie ma racji i jest zły, niż zrozumieć swoje problemy.
Nad podziałami i pęknięciami w naszym społeczeństwie pracowaliśmy my wszyscy. To cały problem i cała wina. Przyznać się jednak przed samymi sobą, że to nasze własne błędy, nasze niedoskonałości, nasza droga do antagonizmów i podziałów – jest szalenie trudne. Lepiej wstaje się z kolan i odrzuca wstyd, przepraszanie jest o wiele trudniejsze, tak samo jak praca u podstaw.
Polska ma dwie granice: na jednej czekała gorąca zupa, suche ubranie, zaproszenie do domu. Na drugiej wyrósł mur. Na jednej dostrzeżono człowieka, na drugiej wroga, na jednej osoby uchodźcze były heroiczne i dzielne, niosąc swoje dzieci, ratując swoje zwierzęta, na drugiej byli „nieodpowiedzialni”, „roszczeniowi” i „dzicy”. Polska ma dwie granice: po jednej stronie stoją ci, którzy wstali z kolan i rozwijają politykę nienawiści, po drugiej znaleźli się ci, dla których równość i nieobojętność jest najważniejsza. Pośrodku zatrzaśnięci zostali niczym zakładnicy wszyscy ci, których zakwalifikowano jako Obcych, Innych, nie-ludzkich.
Przedrukuk za kwartalnikiem „Zdanie” (nr 2/2025) – ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Miniony tydzień przyniósł niezwykłe ożywienie na nudnej zazwyczaj w lipcu politycznej scenie. Oczywiście, za sprawą rekonstrukcji rządu, o której powiedziano już tak dużo, że nie mam szans na zaskakującą atrakcyjnością wypowiedź. Jeśli dodać równie zaskakującą enuncjację marszałka Hołowni o hipotetycznym zamachu stanu i wczorajszą reakcję premiera Tuska na zwołanym w dość pospiesznym trybie spotkaniu z ludnością w Pabianicach, ostatnich kilka dni charakteryzuje się niespotykaną w tym czasie i w tym względzie aktywnością.
Kto zyskał, kto stracił zarówno w gabinetowych przetasowaniach jak i w opiniach obywateli – to temat, który interesuje większość komentatorów. Badania tych opinii odbywają się jednak tak często, że zarówno ich kreatorzy, jak i odbiorcy tracą orientację co do rzeczywistego obrazu nastrojów społecznych. Zupełnie zatraciliśmy natomiast możliwość oceny – i to bardziej przez fachowców niż pospólstwo – słuszności (bądź nie) poszczególnych rozwiązań, a tym bardziej kierunku prowadzonej polityki. Płacimy, tak mi się przynajmniej wydaje, cenę za ten kształt demokracji, który coraz mniej odróżnia się od populizmu. To jednak materia na osobne i arcypoważne rozważania o perspektywach systemu, od którego niczego lepszego (według Churchilla) nie wymyślono. Na razie zajmijmy się ubytkami i uzyskami.
Pisałem już, że Koalicja Obywatelska zyskała poprzez umocnienie rangi i wpływów premiera i kilku ministrów. Pabianickie spotkanie potwierdziło, że Donald Tusk chce umacniać rolę rozdającego karty w całej Koalicji 15 Października. I tyle na ten temat, bo niewiele więcej da się powiedzieć. Zyskał trochę PSL poprzez nie tyle powierzenie Miłoszowi Motyce teki superministra, ile dzięki wywiadowi, jakiego udzielił i w którym udowodnił, że panuje nad materią, którą przychodzi mu kierować. A ma dopiero 32 lata. To pierwsza bodaj jaskółka zmiany pokoleniowej. Boleję natomiast nad dymisją Siekierskiego, bo uważam ją za błąd. Może chodzi, by jego następca zadbał o utracone wpływy PSL na wsi, do czego merytoryczny (a nie demagogiczny) Siekierski mniej się nadawał. Lewica trochę traci: straciła panią minister bez teki (forma ministrę nie przechodzi mi przez gardło z elementarnego szacunku dla polszczyzny), zaś Czarzasty zajmie się wkrótce wyborami we własnej partii i marszałkowaniem Sejmowi, co już za kilka miesięcy nastąpi. Nadal nie znalazłem odpowiedzi na kluczowe od kilku miesięcy dla tej partii pytanie: jak Nowa Lewica reaguje na secesję Zandberga i umacnianie jego pozycji jako eksponenta całej lewicowej formacji? I co jest lub będzie w najbliższej przyszłości określane tym mianem? Kto zostanie liderem Lewicy (całej), a nie pokawałkowanych jej części? Szanse pokawałkowanej oczywiście maleją.
Najwięcej straciła Polska 2050. Nie chcę dokładać trzech groszy do pęczniejącej dyskusji na temat zachowania i wypowiedzi Hołowni. Jedynym uzasadnieniem dla jego manewrów jest podtrzymywanie koncepcji trzeciej drogi. Idę własną ścieżką – zdaje się mówić; ale to nie własna ścieżka, lecz oscylowanie między Koalicją Obywatelską a PiS, wariant pośredni, a nie oryginalny, własny. Trochę w lewo, trochę w prawo. Jak mocno nietrzeźwy osobnik, który zatacza się raz w jedną, a raz w drugą stronę, co wcale nie oznacza, że idzie drogą wytyczoną przez siebie. Wydaje mi się, że celem Hołowni jest Hołownia. Jego pozycja i jego popularność. Temu celowi podporządkowuje inne, ważniejsze. Na razie tyle.
Premier wyraźnie powiedział wczoraj, że nie będzie kwestionował elekcji Karola Nawrockiego. Być może nie wszyscy wyborcy KO zgodzą się z tą narracją. Wie lepiej, panuje – nie mogę sądzić, że jest inaczej – nad informacjami z kompetentnych (tak powinno być) źródeł. Nie zakładam, że nikt w Polsce nie wie, jaki jest prawdziwy wynik tych wyborów. Jeśli nie zna dziś, to że nie pozna ich w dającej się przewidzieć przyszłości. Kierownictwo rządu musi zdawać sobie sprawę, że Karol Nawrocki jest prezydentem na całe pięciolecie. Nie mam żadnego prawa, by wypowiadać się na jego temat. Ale mam prawo (bo o tym mówią wszystkie statystyki), że obywatele Rzeczypospolitej wybrali prezydenta głosami najsłabiej wykształconych i najmniej efektywnych grup ludności z regionów kraju, wnoszących najmniejszy wkład do naszego ogólnego dorobku. Jaka przyszłość rysuje się przed Rzecząpospolitą wskutek tego wyboru dokonanego przez taką większość? Znów pojawia się pytanie o wartość tej postaci demokracji, w wyniku której przewagę nad Uznańskimi (to personifikacja zjawiska) zyskuje Bąkiewicz i kibice Legii. To pytanie nie tylko dla badaczy systemów ustrojowych, ono przede wszystkim stoi przed rządzącą koalicją, odpowiedzialną za losy Polaków. Jeśli nie potrafiła zapewnić nam jakości rządzenia w wyniku procesu wyborczego, powinna przynajmniej pokusić się o powiedzenie: co dalej? Ma na to jeszcze ponad dwa lata.
Mogę przypuszczać, że po zaprzysiężeniu prezydenta większość rodaków, w tym rządzący, udadzą się na zasłużone urlopy. Od następnego dnia po zaprzysiężeniu inicjatywa przejdzie w ręce prezydenta, który wykorzysta tę szansę. Parlament i rząd pojadą na urlopy. Zapewne opozycja nie pójdzie w ich ślady. Kąsek kolejnych poczynań destrukcyjnych w sprzyjającej sytuacji okaże się bowiem zbyt atrakcyjny, by zeń zrezygnować. Chyba że przeceniam ich możliwości. Oni też pragną odpoczywać nad wodą.
PiS zyskuje, jeśli opowieść o rekonstrukcji nie zahamowała tego trendu, a chyba nie. Zapewne w wakacje (po elekcji Nawrockiego) wzmocni jeszcze swoją pozycję. Wysunięta przez Kaczyńskiego inicjatywa wspólnej deklaracji z Konfederacją nie przyniosła powodzenia. Ale Kaczyński wydaje się mieć tylko jeden cel: jak dopaść i pognębić Tuska. Kto wysunie się na czoło prawicowego szeregu? To kolejne ważne pytania, jakie zadamy sobie przed udaniem się na wakacje, niezbyt pogodne, jak dotąd. A co z Konfederacją? Spokojnie poczeka na rozwój sytuacji, ma czas, dla nich dwa lata to wystarczająco długo.
Z tymi niewesołymi myślami udam się na wakacje. Czytelnicy odpoczną od mojego marudzenia. To akurat optymistyczna perspektywa.
Generał Alexus Grynkewich objął stanowisko naczelnego dowódcy sił Sojuszu Północnoatlantyckiego przed niespełna miesiącem. Składając wizyty zapoznawcze w europejskich stolicach NATO, A. Grynkewich odwiedził w miniony piątek Warszawę, gdzie spotkał się m.in. z premierem D. Tuskiem i jego zastępcą, ministrem spraw zagranicznych R. Sikorskim. Nim jeszcze Grynkewich dotarł do Polski, wyprzedziły go przypisywane mu słowa, którymi naczelny dowódca NATO miał ostrzec o tym, że w 2027 roku, a więc za dwa lata, Rosja ma zamiar zaatakować NATO i Polskę.
Polskie media (media w innych krajach UE jakoś tego strasznego ostrzeżenia Grynkewicha nie zauważyły) pisały o tym, jak to dowódca NATO mówił, że Pekin i Moskwa mogą uderzyć jednocześnie i w sposób skoordynowany: ChRL – na Tajwan, a Rosja – na Europę.
Mrożące krew w żyłach wieści potwierdził Cezary Tomczyk. Redakcja Onet podaje: „Wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk w Gościu Radia ZET ostrzegał przed możliwością rosyjskiego ataku na państwa NATO. Nasze wiadomości wywiadowcze mówią o takim scenariuszu zagrożenia wojennego w 2027 r.”. Więcej, sam premier D. Tusk po rozmowach z dowódcą sił NATO przekazał, że „gen. Alexus Grynkewich potwierdził ekspertyzy amerykańskie, iż Rosja może być gotowa do konfrontacji z Europą już w 2027 roku”.
Różnica między wypowiedzią o tym, że Rosja „może być gotowa do konfrontacji” a słowami o tym, że za dwa lata grozi nam wojna z Rosją, jest jednak fundamentalna. Za dwa lata, przykładowo, Polska może być gotowa, aby stać się pierwszą potęgą militarną Europy. A może i nie być.
Oczywiście, wywiady różnych państw piszą przeróżne opinie i oceny, kreślą scenariusze przyszłych zdarzeń. Jedne z tych scenariuszy się sprawdzą, inne – nie. Niewykluczone, że Rosja, rozpędziwszy za lata wojny z Ukrainą swoją machinę wojenną, faktycznie w ciągu dwóch lat zdoła rozbudować swój potencjał militarny. Chociaż wydając dziesięciokrotnie mniej na zbrojenia niż NATO i mając siedmiokrotnie mniejszy potencjał ludnościowy, Rosja, atakując Sojusz, musiałaby bardzo chcieć popełnić samobójstwo.
Problem z ostrzeżeniem Grynkewicha w interpretacji mediów i polityków polskich polega wszakże na tym, że słów przypisywanych dowódcy sił NATO amerykański generał w ogóle nie wypowiedział.
17 lipca, występując na konferencji obronnej LANDEURO w Wiesbaden, A. Grynkewich oświadczył (cytuję): „Wojna trwa tuż za naszą granicą, na Ukrainie, i chociaż dążymy do pokojowego rozwiązania, to nawet jeśli takie rozwiązanie zostanie osiągnięte, rosyjskie siły zbrojne, które tam się znajdują, odbudują się i już sam fakt ich istnienia będzie czymś, o czym będziemy musieli myśleć z militarnego punktu widzenia i zrozumieć, w jaki sposób zagraża to sojuszowi i wolności, które są nam tak drogie. Moim zdaniem Rosja bez wątpienia pozostanie trwałym zagrożeniem. W regionie Indo-Pacyfiku ChRL stanowi systemowe wyzwanie dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego i jest decydującym czynnikiem umożliwiającym wojnę Rosji na Ukrainie. Każde z tych zagrożeń nie może być moim zdaniem postrzegane jako odrębne wyzwanie. Musimy zastanowić się, w jaki sposób wszystkie one się ze sobą łączą i jakie jest ryzyko jednoczesnego wybuchu konfliktów na całym świecie”.
Polskie media i politycy nie słuchali wypowiedzi gen. Grynkewicha, lecz jej omówienie przez niezbyt wiarygodne media, jak niemiecki tabloid „Bild” czy białoruska telewizja internetowa NEXT.
Premier D. Tusk, podczas konferencji prasowej przy okazji rekonstrukcji rządu, kiedy pierwszy raz przywołał wypowiedź dowódcy sił NATO w kontekście roku 2027, mówił – bardzo słusznie! – o zdrajcach lub idiotach, rozbijających jedność świata zachodniego wobec zagrożenia ze wschodu i rozsiewających dezinformację. Straszenie przy powołaniu się na słowa, które nie padły, tworzą nową kategorią nieodpowiedzialnych, szkodliwych działań: zarządzanie strachem.
A pełnego przemówienia Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych NATO gen. Alexusa G. Grynkewicha na konferencji w Wiesbaden można posłuchać tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=hDbM0HsZV9U
Dość swobodne stylistycznie dwa literackie szkice-eseje na wybrane tematy teatralne.
Jak wiadomo, Andrzej Dziuk – twórca, szef i reżyser Teatru Witkacego w Zakopanem, teatru legendy – jest od wielu lat szlachetnie opętany, na szczęście nie tylko Witkacym, ale i innymi wizjami teatru Czystej Formy; choć co za diabeł w tym siedzi, nikt do końca nie jest w stanie ustalić. W każdym razie Dziuk autentycznie żyje tym urojonym światem artystycznym, który w sobie wytwarza, czyli nieustanie się w nim roi ten świat – nie wiem, czy ma inny, odkąd porodził swój teatr 40 lat temu. Jedni mogliby powiedzieć, że osobnik ten jest nawiedzony, ja mówię nieco mocniej: opętany. I wiem, że mam rację, bo go dobrze znam. Tak już zresztą mają prawdziwi artyści, którzy nie muszą się na nich kreować, po prostu tacy są, bo spytajcie, czym ci nieszczęśnicy żyją, a zrozumiecie, o czym mówię. O egzorcyzmach jednak – jak dotąd – nie myślę, chociaż ten pacjent może by je chciał. Jest to dla niego temat nieobcy. Cóż, prawdziwa metafizyka bez egzorcyzmów nie może się obyć. Mówiąc już nieco poważniej, Andrzej ma w sobie instynktowną przewrotność myśliciela, poczucie sensualnej materii scenicznej i słuch na to, co pisarz wynajdzie, a on sam – reżyser – pogłębi, wykoloryzuje, wyczaruje tak, że autor pierwowzoru, jeśli żyje, musi się wspiąć na wyżyny, by się mu zbytnio nie zakręciło w głowie. A tam, na wysokościach, zakręci mu się jeszcze bardziej.
Śledzę ten Teatr niemal od początku, czasem coś o nim napiszę, raz się nawet o niego twórczo otarłem – tworząc teksty piosenek i zajmując się dramaturgizacją w spektaklu Na Przełęczy (premiera 2002 r.). Spektakl ten ciągle jeszcze grany, z czasem stał się pierwszą częścią cyklu Tatrzańskie ku chwale Teatru i satysfakcji widzów.
Sobota, 10 maja 2025 r. – znów mnie przyniosło do Zakopanego i od razu nogi moje powiodły mnie (odruch Pawłowa) do Teatru Witkacego. I tym razem się nie zawiodłem. Spiski Wojciecha Kuczoka, którego ani przedstawiać, ani chwalić nie ma potrzeby, bowiem wiadomo, że jest to pisarz prawdziwy, ze stylem, dystansem do świata przedstawionego, oryginalny, a jeszcze do tego dowcipny. Chyba go już przechwaliłem, a to rzadkie między nami pisarzami.
Dziuk zoczył Kuczoka. Ma do tego oko. Aż dziw, że mnie dotąd nie wypatrzył, choć kiedyś zezując, omal mnie nie postawił na wysokościach, ale nie szkoduję, boć się przecie o nie otarłem.
Dziuk lubi tworzyć spektakle „według”. Przy Spiskach jest też znamienne „hej!”. Góralszczyznę opanował doskonale sam autor powieści. Góralskie „hej!” również reżyser zaznacza po swojemu. Powieść tę czytałem kiedyś z wielkim zapałem, ale kiedyś. Nie będę się więc dziś zabawiał filologiczną komparatystyką. Istotne jest, że choć Kuczok u Dziuka jest w zasadzie nienaruszony, w zasadzie, na scenie zobaczyłem coś ponad to, co mi przyniosła lektura. I tym razem doskonale widać, że spektakl i powieść tworzone są według innych kodów, obowiązują odmienne systemy znaków. Zawsze można przy tym zadać pytanie, czy wykwintność lub niepowtarzalność stylu narracji powieściowej, wyrafinowanego opisu świata wystarczająco może zastąpić sceniczny skrót obrazowy. Może nie, ale za to szatańskie grymasy starej, góralskiej babiny-ciotczyny czy uporczywa karykatura Gazdy z nieodłącznym petem w ustach i przeszywającą powietrze zawodliwą frazą intonacji góralskiej jeszcze łatwiej przebiją się do odbiorcy swym nęcącym widokiem niż wielozdaniowe monologi opisujące te wystylizowane typy ludzkie.
Język autora Spisków nasycony jest, zwłaszcza w niektórych partiach tekstu, gombrowiczowską igrą groteskową, a w moim poczuciu przy malowaniu przyrodniczej tkanki świata, może mniej wyraźnie, ale również sensualizmem bliskim leśmianowskiej zmysłowości. Niezwykły efekt daje tu połączenie z jednej strony satyryczno-groteskowego podejścia do świętej materii naszej przaśnej polsko-góralskiej tradycji, bezwstydnie zmysłowej, erotycznej do tego stopnia, że aż trzeba było spektakl dozwolić od lat szesnastu, a z drugiej strony poetycko wysublimowany język, który ukazuje oniryczne, ponadrealne wdzięki penetrowanego przez autora świata. Powiązanie ze sobą, powiedziałbym – zbełtanie – tych chwytów twórczych Kuczoka w literaturze i Dziuka w scenicznym obrazie, stworzyło ten koktajl genialny, przyprawiony humorem, ale nie przygłupiastym, jeno wysmakowanym. A może to i nie koktajl, bo może to dobrze zaprawiony barszcz albo i ekstra bigos, kiedy inteligentnie uwarzą go artyści, np. w weselu prawdziwym czy Wyspiańskim, mieszając podchmielonego, rubasznego chłopa z poetyckim inteligentem, któremu się śni… Wszystko to jest w Spiskach – hej!, choć niby odległych od młodopolskiego dramatu. I w nich odnajdujemy przecież próby osadzenia akcji w określonej politycznie rzeczywistości, może w mniejszym stopniu w skali narodowej (chociaż na początku fabuły zgrabnie przywołany jest okres stanu wojennego), co skromniej – w skali regionalnej, góralskiej. W dalszym toku opowieści zbliżamy się do czasu, kiedy wiek dwudziesty chyli się ku swemu przełamaniu. Ta polityczność w Spiskach nie jest zresztą najistotniejsza, w moim przekonaniu, nie ona stanowi o sile tej urokliwej prozy ani tego spektaklu.
Przyjrzyjmy się teraz temu, co w tym widowisku jest siłą napędową.
Aktorzy – są znakomici. Świetnie wywiązują się z jasno postawionych im przez reżysera zadań. Starą gwardię – dobrze mi znaną: Andrzeja Bieniasa, Marka Wronę, Krzysztofa Łakomika, Krzysztofa Najbora, czy wciąż młodą Joannę Banasik – czule określam jako bestie sceniczne. Tak czasem przedstawiam też moją żonę, tyle że bez epitetu „sceniczna”. To jest w moich ustach superlatyw najbardziej czuły i pozytywny, więc niech mi wybaczy tę familiarność zakopiańska artystyczna bohema.
Pozostali aktorzy młodego pokolenia (w tym jeden z trzech scenicznych Ja, czyli w roli bohatera–narratora, Piotr Łakomik) odpowiednio i z wdziękiem wpasowali się w całość Dziukowej braci aktorskiej. I chwała im za to – hej!
Nie sposób pominąć jeszcze jednego, można by powiedzieć – zbiorowego bohatera, a raczej fenomenu, jakim stała się w tym spektaklu muzyka. I nie mam tu na myśli kolejnych numerów instrumentalno-muzycznych, ilustrujących, a nawet pieczętujących, odpowiednie fazy końca dwudziestego wieku. Te wyodrębnione w toku fabularnego przebiegu muzyczne obrazy zostały brawurowo wykonywane ze wspomaganiem choreograficznie wyznaczonych pląsów. Jeszcze raz mnie zadziwił wszechstronnie uzdolniony – również jako wokalista – Andrzej Bienias. Marek Wrona z kolei bardzo mi przypadł do gustu w roli ostatniego z trzech narratorów, kreujących Ja, zwłaszcza kiedy mógł już, zastępując Misiołka, zademonstrować przemiany głosu, dochodząc w swym modulowaniu wydawanych dźwięków aż do głębinowego basowania. A ten niby rzeczywisty Misiołek, w swej ludzko-niedźwiedziej, podstępnej kreacji, wychylony na drabinie, miał szansę przeholować w czynieniu swych zamierzonych i niezamierzonych wygibasów i się obalić z wysoka.
Wtedy właśnie nastąpił ów niespodziewany nadmocarny moment, który mnie zachwycił, zenit orgiastyczno-muzycznej zawieruchy, tak działający na mnie, że w tej jednej chwili stałem się (w swej podległej impulsom scenicznym wyobraźni) Ja czwartym. Całe szczęście, że nie wtargnąłem na scenę. Opętanie muzyczne powtarzało się jeszcze z różną siła rażenia niby powtórne wstrząsy Ziemi, matki naszej, która po zbyt długiej suszy woła z pragnienia głosem nienasyconej góralskiej dzieweczki. O, wiem doskonale, że za tym wstrząsającym wzmożeniem krył się nie tylko głos i dyrygencka ręka Włodzimierza Kiniora Kiniorskiego, ale i chytry zamysł samego Mistrza Andrzeja, bo oto jak niedźwiedzi orgazm dosięga nas kulminacja wrzawy muzycznej jako wielka metafora pożądliwości Feli Nędzówny i chuci jej cudownie wyolbrzymionej, bestialsko wspaniałej, przeobleczonej w muzyczny ryk – zew Natury. I już się nawet nie pamięta, że to tylko ponadnaturalne, choć akustycznie wytłumaczalne połączenie instrumentów i głosów zespolonych naszego muzyka i niektórych aktorów. Bez żadnej wątpliwości musiało to oddać i obnażyć całą naturę pragnienia górskiego dziewczęcia, nieokiełznaną i tak boleśnie dogłębną.
I gdybym nie wstydził się zażartować sobie w tak wszechogarniającej i dominującej fazie duchowo metafizycznego i cieleśnie zmysłowego procesu syntezy, powiedziałbym, że tylko geniusz pisarski szczytujący w akcie twórczym wespół z geniuszem reżyserskim w tajemny – jak to w spiskach – sposób, mogły dokonać ostatecznego wyzwolenia. Ale już bez popisowej, nie na miejscu, retoryki z mojej strony, gdyż i tak za bardzo się wżyłem w opisywany obraz, zapominając, że nie pisarzem tu jestem, jeno felietonistyczno-recenzyjnym pisarczykiem, który winien na zimno i może bardziej uczenie rzecz referowaną traktować, powiem, że brawo biłem twórcom i wykonawcom szczerze i z równą Feli ochotą, a nie tam z jakiejś elegancji czy dobrego obyczaju, jak to bywa, gdy po skończonym spectaculum kurtyna opada. Biłem brawo solidnie, gdyż lubię oryginalną śmiałość, głębsze sensy ukryte pod powierzchnią groteski, zróżnicowanie tkanki tak literackiej, jak i teatralnej, przewrotny humor i … Teatr Witkacego na ulicy Chramcówki 15.
Nie bądźcie leniwi i gnuśni. Podążajcie do teatru prawdziwych Zakopiańczyków ucieszyć zmysły swoje!
I tu koniec i bomba,
a kto tu nie był
i brawa nie bił,
ten trąba!
_____________________
Stanisław Górka, aktor niezmordowany, szczególnie w wystawianiu monodramów – jak się sam przyznaje – od dłuższego już czasu żongluje piętnastoma monodramami. Spróbujcie, nawet Wy, szlachetni Aktorzy, którzy potraficie wiele, gdy sobie wymażecie z pamięci dysku mózgowego wszystko to, co już dokonane. Zresztą nie kwestia samej pamięci jest w tym istotna, ale i elastyczności kreacyjnej. Trzeba przecież umiejętnie, na czas przestawiać zwrotnice, by w nagłej kraksie nie zderzyli się np. Bułhakowy Konsultant z kopytem (pierwotny tytuł z 1928 r. późniejszej powieści Mistrz i Małgorzata tego wybitnego pisarza) z niemniej chytrym, przebiegłym i bezczelnym Iwanem Aleksandrowiczem Chlestakowem, lecz o znacznie mniej demoniczno-metafizycznych możliwościach urzędniczego oszusta.
15 czerwca byłem w Kopkach nad Świdrem na popisowym spektaklu Stanisława Górki – doskonałym monodramie według słynnej powieści Colas Breugnon z 1919 roku Romain Rollanda z piosenkami Georgesa Brassensa, które zostały bardzo zgrabnie i adekwatnie wplecione w tekst monodramu. Najważniejsza w tej symbiozie była stylistyka francuskiego barda idealnie współgrająca z tekstem Noblisty. Nie tylko pomysł, ale i wykonanie mistrzowskie spektaklu obszernego, a przecież nieustannie wciągającego widza w tysiące figur, gestów, interpretacyjnych kolorowych szaleństw niezmordowanego Aktora, który się dwoił i troił na niewielkiej Scenie Letniej Teatru Pod Górkę, odległej od Warszawy niespełna 40 km.
Warto tam jeździć, nie tylko dla uroczyska, w którym rzecz się odbywa, nie tylko dla niezwykłej gościnności Gospodarzy, wypieków przepysznych i wina iście burgundzkiego, dla klimatu stworzonego przez Stanisława – w jego grze i w pieśni, i w misyjnym uniesieniu, polegającym na wierze w sztukę i wielostronne, w tym erotyczne, niemalże o rabelaisowskim humorze przekorne smaki życia. Już po chwili wierzy się, że nie Stanisław Górka przemawia do nas ze sceny, tylko sam Colas Breugnon, żywy, niezwykle ekspresyjny, zmienny, cielesny, trochę przybrudzony ciesielskimi trocinami (najprostsza, najlepsza scenografia ze stolarskimi rekwizytami). I jest moment, na który czekałem, moment niepostrzeżenie dla mnie kulminacyjny, zwycięski, kiedy nie ludzików Colas wyheblował, nie własną trumnę, nie śmierć w zarazie, której się wykręcił, tylko prawdziwą duszę. Zwróćcie na to uwagę. Jest tam też wiele innych zwycięstw tarzającego się we własnych niemożnościach i pragnieniach bohatera spektaklu, którego trudno odróżnić od aktora, bo ten ostatni już nas uwiódł.
Publiczność przyjęła sztukę z wielkim aplauzem. Udzieliło się to też mojej Zofii, która potrafi być wybredna. Bezpośrednio po ostatnich kwestiach wygłoszonych przez Górkę wyrwałem się ja spontanicznie z najkrótszą, a błyskawiczną recenzją. Zwracając się do dobrze mi znanego Mistrza, rzekłem: „Stanisławie, od początku byłeś i jesteś Colas Breugnon, i to nielichym, ale chyba nigdy nie miałeś pod górkę”. Pojedźcie tam, sprawdzicie sami, czy ktoś mający taki zapał, tyle animuszu i energii, tyle natchnienia w mistycznie zagubionym spojrzeniu, czasem uniesiony, czasem złachany, który się oddaje nie wiadomo, czy bardziej sztuce, czy widzom, co na jedno wychodzi, jeśli widzami są ludzie wrażliwi i myślący, a nie tylko ulubieniec Pana i tych, co kochają naturę – domownik, asystent w psiej, białej skórze, który się uwalił na widowni pod moimi nogami. Nie pamiętam, jak się wabi, ale zaraz go polubiłem. Zachowywał się wspaniale. Wyglądało, że wiele rozumie. Pomyślałem sobie wtedy, że wielu ludzi mogłoby mu pozazdrościć.
___________________________
Jeszcze nie wybrzmiało zapewnienie Donalda Tuska, że od momentu rekonstrukcji rządu Koalicja 15 Października staje się zwarta i skonsolidowana, że nie ma w niej miejsca na harce, a już Szymon Hołownia zarzucił premierowi próbę przeprowadzenia „zamachu stanu”.
„Wielokrotnie proponowano, sugerowano mi przeprowadzenie zamachu stanu” – ogłosił. Dodał, że to dzięki jego postawie „uniknęliśmy rozpadu państwa”.
Trudno powiedzieć, czy górę wzięła publicystyczna werwa, czy też przyszedł on do studia Polsatu już z zamiarem rzucenia tego oskarżenia. W pierwszym przypadku byłoby to nieodpowiedzialne operowanie słowem, dyskwalifikujące w poważnej polityce, a zwłaszcza kompromitujące w odniesieniu do kogoś, kto piastuje drugą pod względem wagi funkcję w państwie (i ma ambicje kontynuowania pracy na tym lub na innych równie istotnych urzędach). Wariant alternatywny oznaczałby być może, że tajne rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim, Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim miały głębszy podtekst; choć raczej byłby to dowód zainfekowania umysłu marszałka podszeptami jego interlokutorów niż nawet pośredni efekt ich ustaleń.
Nie może być bardziej druzgocącego oskarżenia. Hołownia co prawda wpierw wspomniał ogólnie o przychodzących do niego „politykach, prawnikach, różnych ludziach sfrustrowanych wynikiem wyborów prezydenckich”; jednak w tym samym wywiadzie opowiedział, jak to pytanie o zaprzysiężenie Nawrockiego 6 sierpnia zadał liderom koalicji Tusk, jednak nikt z pozostałych nie poparł pomysłu, by procedurę wstrzymać.
Wbrew opinii Hołowni sprawa nie jest jednoznaczna i oczywista. Opisany w Konstytucji ciąg zdarzeń nie dobiegł końca, gdyż Sąd Najwyższy nie stwierdził ważności wyboru. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie jest bowiem uznawana przez polski świat prawniczy (uchwała trzech połączonych Izb w pełnych składach z 23 stycznia 2020 r.!) oraz instytucje europejskie. Adam Bodnar w liście do marszałka Sejmu precyzyjnie i skrupulatnie wytknął wszystkie mankamenty rozpatrywania protestów wyborczych.
Hołownia nie skorzystał z okazji, by sytuację w tej materii nieco poprawić. Można było odebrać z rąk sterowanych politycznie tzw. neosędziów Sąd Najwyższy oraz Krajową Radę Sądownictwa. W majestacie prawa i bez uzasadnionych zarzutów o naruszenie Konstytucji i ustaw (nie mówię o zarzutach stricte politycznych, padających w partyjnej centrali na Nowogrodzkiej i powtarzanych wśród tłumów wyprowadzonych na inne warszawskie ulice – te byłyby pewne, a przeciwstawienie się im wymagałoby odwagi i siły charakteru). Stało się odwrotnie: uznanie prawomocności wspomnianej Izby będzie miało swoje konsekwencje. Prawdopodobnie możemy już się żegnać z przywróceniem praworządności, jednej z fundamentalnych zasad demokratycznego państwa – w każdym razie na przynajmniej kilka lat.
Zaś wybór Nawrockiego zostałby w końcu potwierdzony i uszanowany – bo naprawdę tę elekcję wygrał – tyle że przez uprawniony do tego organ.
Trudno sobie wyobrazić, by Hołownia mógł jeszcze liczyć na szczyptę zaufania koalicjantów, przynajmniej z PO/KO i Nowej Lewicy. Słowo wróblem wyleci, a powróci wołem. Późniejsze tłumaczenia, że sformułowania zamach stanu użył „nie w znaczeniu prawnym, [lecz] politycznej diagnozy, opisu sytuacji”, niewiele tu pomogą. Brak zaufania może prowadzić do rozpadu koalicji szybszego, niż to się jeszcze wczoraj wydawało. To zaś byłoby prostą drogą do przegranych wyborów parlamentarnych i oddania władzy radykalnemu obozowi nacjonalistyczno-populistycznemu.
Gdy do tego dojdzie, można być pewnym, że zostanie uruchomione śledztwo w tej sprawie, w którym Hołownia będzie kluczowym świadkiem. Prowadzić je będzie i ziobrowa – znów – prokuratura, i sejmowa komisja śledcza, i Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Zeznając pod przysięgą, aktualny marszałek będzie musiał przypomnieć sobie wszystkie spotkania i rozmowy, podać nazwiska, daty i godziny. I nawet jeśli wszystkiemu, co teraz mówi, gwałtownie zaprzeczy, to i tak ta nowa władza będzie bezwzględnie dążyć do postawienia Tuska przed Trybunałem Stanu oraz (co dla niego gorsze) sądem. Bo to będzie jedna z jej raison d’être. I nie będzie się przy tym bawić w niuanse, dzielić włosa na czworo, odpuszczać i wybaczać.
Druga dekada XXI wieku jest trudnym czasem dla liberalnej demokracji. Populiści umiejętnie wykorzystują globalną kampanię polaryzacyjną i informacyjną pod hasłem: Odbierzmy władzę zdegenerowanej elicie (a to my pokażemy wam, kim ta elita jest). W społeczeństwach, w których liberalna demokracja miała szansę na trwałe zakorzenienie się, wszechobecne media społecznościowe dały populistom nowe narzędzia do manipulowania wyborcami, zwłaszcza młodszymi. Pomagają im w tym amerykańskie i chińskie algorytmy, trolle i boty Kremla, wielu użytecznych idiotów, którzy (jak to idioci) nie są nawet świadomi, że przyczyniają się do szerzenia dezinformacji, ale – przyznajmy – także same liberalne elity, które nie są w stanie pokonać populistów i nie odważyły się jeszcze naprawdę wyjść ze swojej strefy komfortu. Ostatnie wybory prezydenckie w Polsce, niczym soczewka, skupiają wszystkie populistyczne plagi, które dotknęły liberalne demokracje w ostatnich dziesięcioleciach, pokazując jednocześnie pewien lokalny koloryt. Poniższa analiza nie tylko pokazuje, co faktycznie wydarzyło się w Polsce, ale jest także apelem do wszystkich odpowiedzialnych, mających siłę i determinację, środowisk demokratycznych, aby naprawdę walczyć z populistami, a nie tylko udawać walkę z nimi.
Dla ekipy Donalda Tuska wybory prezydenckie miały być bułką z masłem. Rafał Trzaskowski – kandydat, będący jednocześnie wiceprzewodniczącym PO – byłby idealnym prezydentem: świetnie wykształcony, mówiący biegle pięcioma językami obcymi, były eurodeputowany, a obecny prezydent Warszawy, z dużym doświadczeniem międzynarodowym i z kontaktami w świecie, nowoczesny i progresywny, ale jednocześnie mający wzorcową rodzinę. Niestety, z tych samych powodów okazał się on być fatalnym kandydatem, ponieważ dokładnie te cechy czyniły go niemal wzorcowym przedstawicielem tego, co populiści etykietują jako elita i przeciwstawiają zwykłemu obywatelowi. Trzaskowski, w nieporównanie większym stopniu niż jego główny konkurent, uosabiał wszystkie cechy, jakich – według badań opinii publicznej – Polacy oczekiwali od głowy państwa. Nawrocki w toku kampanii okazał się mieć problemy z elementarną uczciwością i prawdomównością: niespójnie tłumaczył się z przejęcia mieszkania swojego chorego starszego sąsiada, brał udział w tzw. ustawkach, w niejasny sposób korzystał za publiczne pieniądze z apartamentu w Muzeum II Wojny Światowej, którego był dyrektorem. Jego kompetencje i poglądy także nieszczególnie licują z urzędem prezydenta: Nawrocki nie ukrywał, że jego światopogląd będzie miał wpływ na sposób sprawowania urzędu, mówi dość elementarnym angielskim, nie wykluczył korzystania z prawa łaski wobec skazanych polityków, wykazywał istotne braki w wiedzy na temat sytuacji w polskiej armii (w kilku przypadkach nawet użył sformułowania „nic nie myślę na ten temat”), a w debacie nie był w stanie wymienić nazwisk głów państw sąsiadujących z Polską.
Jak zatem się stało, że ewidentny faworyt, reprezentujący cechy oczekiwane u prezydenta, przegrał z wytatuowanym, mającym kontakty z półświatkiem kandydatem będącym „decyzją prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego”, jak sam o sobie powiedział?
Przede wszystkim przyczyną porażki obozu Tuska był fakt, iż kampanię kandydata Platformy prowadzono niemal tak samo, jak wcześniej w 2015 i 2020 przegrane kampanie Bronisława Komorowskiego i samego Rafała Trzaskowskiego. Tymczasem zmieniły się czasy, zmieniło się polskie społeczeństwo, a nade wszystko zmieniły się narzędzia, jakimi populiści zyskują popularność i wpływy polityczne. I tylko niemrawe, nie w pełni dostrzegające te zmiany demokratyczne partie głównego nurtu wciąż nie rozumieją, że nie mają już do czynienia z normalną konkurencją polityczną, a z walką niemal na śmierć i życie (polityczne), w której wygrywa ten, który potrafi dotrzeć ze swoim prostym i jasnym przekazem do bardzo zróżnicowanych grup społecznych. Taki przekaz gwarantuje jedynie spójna narracja, która obejmuje mikrotargetowanie, a także praca u podstaw, czyli bliskość obywatelom w czasie kampanii. I najważniejsze – kandydat w dzisiejszych czasach nie może mieć etykiety elity, a taką skutecznie przyklejono Trzaskowskiemu.
Wyborów w Polsce nie wygrał Karol Nawrocki, chociaż to on obejmie od sierpnia 2025 r. urząd prezydenta RP, ani nie przegrał ich Rafał Trzaskowski. Wyborów nie wygrał także Jarosław Kaczyński, który – choć wyznaczył na kandydata Nawrockiego – zapewne sam był zaskoczony jego wygraną. Wybory prezydenckie przegrał Donald Tusk, który nie zrozumiał, czym te wybory właściwie były i czego dotyczyły.
Wybory prezydenckie narzędziem ukarania Donalda Tuska
Demokracja liberalna dysponuje dość licznymi narzędziami wpływu obywateli na rzeczywistość polityczną, jednak narzędziem głównym są wybory. Donald Tusk i obóz demokratyczny w Polsce zwyciężyli z populistami w październiku 2023 r., obiecując posprzątanie po de-demokratyzacji i łamaniu praworządności, ale także składając konkretne obietnice na pierwszy okres rządów. Było to 100 bardzo konkretnych obietnic partii Tuska (m.in. renta wdowia, świadczenia dla kobiet wracających do pracy po urodzeniu dziecka, legalizacja aborcji, podwyższenie kwoty wolnej od podatku), która jednak nie rządzi sama, a w trudnej koalicji kilku ugrupowań demokratycznych. W ciągu stu dni zrealizowano 6 ze 100 obietnic, a do wyborów prezydenckich (czyli przez półtora roku) – niewiele ponad 30 obietnic. Nie udało się posprzątać po de-demokratyzacji i łamaniu praworządności, nie udało się zreformować sądownictwa i rozliczyć winnych nadużyć z okresu rządów PiS. W dużej mierze wynikało to z faktu, iż trudno było oczekiwać współpracy w tym zakresie z prezydentem Dudą, nominatem PiS, ale rzucała się też w oczy opieszałość ministrów rządu Tuska.
Chociaż prezydent w Polsce ma prawo weta wobec ustaw, a także może wysyłać ustawy w trybie kontroli prewencyjnej lub następczej do Trybunału Konstytucyjnego, dzisiaj w pełni podporządkowanemu PiS, to jednak statystyka pokazuje, że to nie tyle Andrzej Duda blokował działania rządu, ile rząd tych działań zbyt wielu nie podejmował, w oczekiwaniu na swojego prezydenta. Spośród 184 ustaw, które trafiły do prezydenta w obecnej kadencji parlamentu, Andrzej Duda zawetował lub odesłał do TK w trybie kontroli prewencyjnej tylko 13, a 171 podpisał. Największe tarcia wokół projektów ustaw dotyczyły wewnętrznych konfliktów w koalicji rządzącej, które społeczeństwo odbierało jako słabość Tuska, brak sprawczości rządu i zrzucanie winy na prezydenta. Swoje znaczenie ma oczywiście fakt, że przez 8 lat rządów PiS media przychylne wówczas rządzącym skutecznie zohydzały D. Tuska, który dzisiaj ma duży elektorat negatywny. Nie mając innych narzędzi oceny rządu w okresie między wyborami parlamentarnymi, społeczeństwo dokonało tej oceny w trakcie wyborów prezydenckich, czego Tusk najwyraźniej nie zrozumiał: nie tylko nie usunął się w cień podczas kampanii, lecz wręcz aktywnie w niej uczestniczył. W dodatku, Trzaskowski otoczył się w sztabie ludźmi, którzy są ministrami lub wiceministrami w rządzie Tuska, zatem było oczywiste, że nie będą oni w kampanii atakować swojego przełożonego.
Tezę o ukaraniu rządu potwierdzają niskie – w pierwszej turze – wyniki kandydatów obozu rządzącego i relatywnie wysokie – przedstawicieli ugrupowań opozycyjnych; ci drudzy zdobyli łącznie 58,27 proc. głosów. Obrazu dopełnia wynik badania, zgodnie z którym ponad 40 proc. głosujących na Nawrockiego popierało nie kandydata zgodnie z PiS, lecz oddało głos przeciwko Trzaskowskiemu.
Wybory prezydenckie w Polsce odzwierciedleniem siły populistów i słabości partii głównego nurtu
Wybory prezydenckie w Polsce dały kolejny, po wygranej Donalda Trumpa w USA, dowód, że populizm ma pewną nieoczywistą cechę, która powoduje, iż nie jest łatwo z nim wygrać. Mianowicie… przeciwko populizmowi nie ma szczepionki. Zarówno zwycięstwo J. Bidena w USA, jak zwycięstwo D. Tuska w Polsce, zatrzymały w tych krajach de-demokratyzację i stworzyły warunki do przywrócenia demokracji liberalnej. Jednakże przypadki i Bidena, i Tuska pokazują, że bez pełnej determinacji, świadomości zagrożenia i konieczności wyjścia ze strefy komfortu nie da się uodpornić społeczeństwa na populizm. Kluczową kwestią jest tu odejście od tradycyjnej polityki realizowanej na salonach, a tym samym pozbycie się etykiety elitaryzmu, efektywna komunikacja angażująca bardzo różne grupy społeczne i oparta na jasnej i spójnej opowieści o państwie, jakim się rządzi lub chce rządzić. Wreszcie – coś, co wydaje się oczywiste, ale demokratycznym środowiskom, które z rozrzewnieniem spoglądają wstecz na Fukuyamowski koniec historii wciąż trudno w to uwierzyć – spełnianie obietnic wyborczych i realne wsparcie najbardziej podatnych na populizm grup społecznych. Wśród powyższych recept nie ma tej, którą – dla odmiany – w wielu krajach demokratyczny mainstream uznał za świetny sposób na pokonanie populistów, a który nigdzie w istocie nie zadziałał. Mianowicie, upodabnianie się do populistów i podkradanie ich postulatów. Niestety, w wyborach prezydenckich w Polsce Trzaskowski oraz Tusk postanowili popełniać wszystkie błędy, jakie można popełnić w walce z populistami, nie wykorzystując z kolei tego, co miało realną szansę zadziałać.
Trzaskowski odwiedził bardzo dużo mniejszych miejscowości, lecz przyjeżdżał głównie do tych miejsc, w których przeważali wyborcy, jacy i tak zamierzali na niego głosować. Nie podejmował wyzwania udania się do miejsc niewygodnych, bo konserwatywnych i nieprzychylnych kandydatowi obozu rządzącego. Kandydat PO nieprzekonująco odnosił się do problemów zwykłych ludzi, a powtarzał mantrę o tym, że „Bruksela mówi głosem Polski”, a bezpieczeństwo jest kluczowe. To wiąże się z drugim problemem tej kampanii, czyli – brakiem opowieści o Polsce, jaką Trzaskowski zamierza zbudować; Polski nie tylko wielkich miast, ale również Polski małych miasteczek i wsi. Trzaskowski i rząd mówili generalnie o miliardach z Next Generation EU, odblokowanych dzięki Tuskowi, ale w dyskursie publicznym nie zaistniały żadne konkretne projekty finansowane z tych środków. Trzaskowski używał ogólników i prowadził kampanię pasywną i raczej reaktywną, w której obietnice zaczął składać właściwie dopiero w odpowiedzi na obietnice kontrkandydatów. Co więcej, Trzaskowski w ogóle nie starał się być aktywny w mediach społecznościowych, a treści przez niego wrzucane były nudne i przewidywalne. Zamiast błyskotliwie i celnie ripostować ultrakonserwatywne, antyunijne, antyukraińskie i nacjonalistyczne hasła Mentzena i pozostałych populistów, obnażać ich kłamstwa i manipulacje, sztab Trzaskowskiego wybrał taktykę naśladowania czy podkradania antyukraińskości i antyunijności. Postulat odebrania niektórym Ukraińcom w Polsce świadczeń socjalnych, sprzeciw wobec umowy z MERCOSUR, sprzeciw wobec założeń Europejskiego Zielonego Ładu i Paktu Migracyjnego… – zniechęciły najbardziej progresywnych wyborców do pójścia na wybory, a nie przyciągnęły wyborców Mentzena do zagłosowania na Trzaskowskiego (tylko ok. 13 proc. wyborców Mentzena przeniosło głosy na Trzaskowskiego).
Większość demokratycznych partii mainstreamowych traci na flircie z populistami, natomiast legitymizuje takim flirtem ich postulaty i utwierdza ich wyborców w przekonaniu, że populistyczni politycy mają po prostu rację. Tak było w przypadku Trzaskowskiego, który zbliżając się do Mentzena, uczynił go w istocie kluczową postacią tych wyborów, czym przyczynił się do zwycięstwa Nawrockiego, ponieważ lider Konfederacji, jako swoisty kingmaker, pośrednio poparł przedstawiciela PiS. Już CDU/CSU i wiele innych ugrupowań w różnych krajach odczuło dotkliwe koszty flirtu z populistami (CDU/CSU – za głosowanie wspólnie z AfD). Szklany sufit 20 proc. dla partii populistycznych jest tylko pozorny – jeśli wiodące siły polityczne przyznają w czymś rację populistom, prowadzą do znaczącego ich wzmocnienia, bo po co wyborcy mają głosować na zdegenerowane elity, skoro te przyznają rację populistom?
Trzaskowski i kandydaci z pierwszej tury z obozu rządzącego podkreślali swoje przywiązanie do wartości demokratycznych, proeuropejskość, proukraińskość, antyrosyjskość. Byli jednak w tym wszystkim nieprzekonujący i operowali ogólnikami. Natomiast populiści byli w swojej antyukraińskości i antyeuropejskości bardzo wyraziści i konkretni: Ukraińcy zabierają miejsca w kolejkach do lekarzy, nie przeprosili za rzezie Polaków, Europejski Zielony Ład skazuje rolników na ubóstwo przez konieczność ponoszenia kosztów transformacji ekologicznej, podczas gdy Niemcy wracają do węgla itp.
Kwestie bezpieczeństwa nie odegrały w kampanii istotnej roli jako zbyt abstrakcyjne i wciąż odległe. Taki punkt widzenia umacniali populiści, twierdząc, że zagrożeniem są migranci i Ukraińcy w Polsce, a nie Putin gdzieś daleko we wschodniej Ukrainie. Sztab Trzaskowskiego nie był w stanie wygenerować jednoznacznego, przekonującego przekazu, aby narzucić swoją narrację o problemach bezpieczeństwa, wojny i pokoju.
Ważnym elementem analizy musi być odnotowanie wysokiej frekwencji wśród młodych wyborców oraz to, że duży odsetek tej grupy elektoratu zagłosował przeciwko rządowi i „człowiekowi Tuska”, a poparł kandydata „podejrzanego, ale wyrazistego i propolskiego”, „który będzie pilnował rządu i stanowił dla niego przeciwwagę”. Młodzież zwykle głosuje na kandydatów spoza głównego nurtu, niezwiązanych z rządem, wyrazistych, obecnych w tych mediach społecznościowych, w których jest młodzież. Takim kandydatem z pewnością nie był Rafał Trzaskowski. Młodzi mężczyźni głosowali w pierwszej turze głównie na ultrakonserwatywnego nacjonalistę (ale wolnościowego gospodarczo) S. Mentzena, ale też na antysemickiego i antyunijnego G. Brauna, przenosząc swoje preferencje w drugiej turze niemal w stu procentach na Nawrockiego. Młode dziewczyny w większym stopniu wybierały kandydatów lewicowych, których wyniki były jednak dużo słabsze, przenosząc w większości głosy na Trzaskowskiego w drugiej turze.
Daniel Ziblatt i Steven Levitsky napisali w swej bestsellerowej książce, że demokracje umierają w ciszy. Cisza rozlewa się nie tylko w domach obywateli, ale także w gabinetach polityków największych partii, którzy nie zauważają ani zmian w świecie i w umysłach młodego pokolenia, ani własnego udziału w uśmiercaniu demokracji.
Chociaż wybory zrodziły wiele wątpliwości – przykładowo, podejrzane akcje sprawdzania zaświadczeń wyborców za pomocą specjalnej aplikacji, błędy przy przeliczaniu głosów – których skala jest dość duża, o czym świadczy liczba protestów, Sąd Najwyższy wybory uznał.
Niemniej, zarówno same wątpliwości wyborcze, jak też nieuznawany status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, zatwierdzającej rezultaty, podważają mandat nowo wybranego prezydenta.
Nietrudno przewidzieć, że kohabitacja rządu i nowego prezydenta będzie bardzo trudna, obfitująca w spory i konflikty. Nowy prezydent zapewne będzie dużo mniej chętny do podpisywania ustaw rządowych, do wspierania proeuropejskich ambicji Donalda Tuska, do pomagania Ukrainie zarówno w wysiłkach wojennych, jak i na drodze do UE, wreszcie do elementarnej realizacji wyborczych obietnic, bardzo zresztą kosztownych. Prezydent będzie blokować nominowanie ambasadorów, wysokich urzędników europejskich, sędziów, profesorów, generałów… Nie wiadomo, jakie antidotum znajdzie rząd Tuska na taką quasi obstrukcję prezydenta.
Na razie Donald Tusk i jego środowisko wydają się nie rozumieć przyczyn porażki Trzaskowskiego. Bez wyraźnego zwrotu w działaniach rządu, swoistego wielkiego wybuchu w rządzie, który przyniesie klarowną, atrakcyjną wizję Polski, jaką ten rząd chce realizować, i bez skutecznej komunikacji rządu z obywatelami, PiS może odzyskać władzę w 2027 roku, tworząc nowy rząd z Konfederacją. Jeśli Tusk będzie bardzo uparty w robieniu tych samych rzeczy i oczekiwaniu innych rezultatów, niewykluczone, że te dwa populistyczne ugrupowania mogą uzyskać nawet większość konstytucyjną.
Podobno trudno być prorokiem we własnym kraju… Ale Polska dziś – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – potrzebuje proroka, który przekona i porwie Polaków swoją wizją przyszłości.
ZAKAZ WNOSZENIA SZTUCZNYCH KWIATÓW – tablice z takim napisem umieszczone są na bramach wejściowych cmentarzy w Mieście Panama. Zakaz nie jest zbyt rygorystycznie przestrzegany. Na jednym z grobów zobaczyłem mocno przybrudzone, być może pozostawione tam przed miesiącami w wazonie, plastikowe kalie. Natomiast nie ma przed cmentarzami stoisk, gdzie wiązanki plastikowych kwiatów, wkomponowane w egzotyczne plastikowe liście, można kupić. W Polsce na przycmentarnych stoiskach w ostatnich dekadach nastąpiła wymiana asortymentu. Dziś wśród sztucznych wiązanek i stroików trudno dopatrzyć się żywych kwiatów i roślin.
Na cmentarzach następuje wycinka starych drzew (spadające konary mogą być niebezpieczne dla odwiedzających i uszkodzić nagrobki, liście śmiecą), znikają ptaki i wiewiórki. Towarzyszy temu zalew wiecznotrwałych plastikowych ozdób udających rośliny i kwiaty. Można powiedzieć, że cmentarz staje się miejscem coraz bardziej martwym. W tej estetycznej deprecjacji cmentarzy największy udział mają plastikowe wiązanki. Większość, zwłaszcza najbardziej okazałe, jest produkowana w Chinach, ale to Polacy je kupują i zdobią groby bliskich. Pozostawione, przez miesiące (a czasami lata), kumulując miejski brud i pył, sprawiają, że cmentarze coraz bardziej zaczynają przypominać arkadie z tworzyw sztucznych. Nikt tego nie bada, ale można odnieść wrażenie, że cmentarze, produkując duże ilości plastikowych odpadów, stają się dla środowiska wrogie.
Pozostanie tajemnicą, skąd Bolesław Leśmian brał informacje o „zdziczeniu obyczajów pośmiertnych”. Jednak u Leśmiana porachunki pomiędzy martwymi w zaświatach nie miały wpływu na świat dostępny żywym. Ta suwerenność i autonomia leśmianowskich zaświatów zatraca się w świecie, gdzie media społecznościowe (np. Facebook) przypominają nam o obowiązku składania życzeń urodzinowych osobom dawno zmarłym. Pozostawianie na grobach niewiędnących, udających żywe, plastikowych wiązanek i wieńców zbliża nas do wirtualnego świata (być może jednego z leśmianowskich zaświatów), w którym nic nie może umrzeć z tego powodu, że nie cieszyło się realnym życiem. Było jak wiązanka plastikowych roślin, udawaniem bycia czymś innym i martwym z samego założenia.
Inwazja plastikowych roślin, kwiatów, palm, drzewek czy pnączy, zmienia krajobraz, z którego znika czas. Dekorując groby plastikowymi bukietami, podświadomie usiłujemy zabezpieczyć się przed ryzykiem związanym z upływem czasu. Kwiaty, zwłaszcza cięte, ulegając stosunkowo szybkiej degradacji, nam o tym przypominają. Rośliny z plastiku to niebezpieczna utopia, marzenie o świecie, w którym nic nie umiera, w którym liście nie spadają na płyty nagrobków i wiewiórki czy koty nie zostawiają śladów swoich łapek. To marzenie o świecie, z którego znikło przemijanie i to, co martwe jest, jak sztuczny bukiet, niezniszczalne.
Rodzi się pytanie, dlaczego akurat w Panamie próbują, bardziej niż gdzie indziej, bronić życie przed plastikową symulacją, ekologicznie regulując stosunek do zmarłych.
Fenomen powstania, istnienia i działalności Zrzeszenia Studentów Polskich jest tak intrygujący, że nie dziwi, iż wielu próbowało go już wcześniej zgłębić, pisząc analizy historyczne, eseje, wspomnienia czy przygotowując materiały źródłowe. Bez wątpienia ZSP zasługuje na takie zainteresowanie. Nie jestem historykiem i nie dokonam zatem poprawnej warsztatowo analizy, ale chcę stwierdzić, iż dotąd nie udowodniono, czy zgoda na powstanie ZSP w 1950 roku była błędem braku wyobraźni ówczesnych władz, czy, wręcz przeciwnie, dowodem ich dalekowzroczności.
Niezależnie jak było – decyzja o utworzeniu w dniu 17 kwietnia 1950 roku, w auli Politechniki Warszawskiej, Zrzeszenia Studentów Polskich trafiła na podatny grunt społeczny. Świeże były jeszcze bowiem wspomnienia strasznej II wojny światowej i odczuwalne trudności życia codziennego. Potrzeba kształcenia i edukacji młodego pokolenia, tworzenia inteligencji mogącej tworzyć podwaliny rozwoju Polski była oczywista. Początki ZSP wyrastają z ducha i tradycji przedwojennych organizacji bratniackich. Bo i czasy, w jakich przyszło wówczas działać, wymagały zwłaszcza pomocy socjalnej w zakresie miejsca do spania, wyżywienia w stołówce studenckiej, samopomocy w wyrównywaniu braków wykształcenia spowodowanego przez wojenną przerwę w nauczaniu. Należy podkreślić, że ZSP organizowało te wszystkie pola działalności dla studentów i przez studentów. Nie byliśmy jednak zamkniętym mikroświatem, realizując tylko własne potrzeby; wręcz przeciwnie, działania ZSP szeroko wychodziły poza mury uczelni.
Rok 1956 stał się cezurą w rozwoju ZSP i wówczas udowodniono, jak ważną grupą społeczną są studenci i członkowie ZSP odgrywający nową, kreatywną rolę w procesie przemian polityczno-społecznych. Już w 1957 roku ZSP samookreśliło się jako „powszechna, samodzielna i dobrowolna organizacja studencka powołana dla reprezentacji i obrony interesów studentów wyższych uczelni w Polsce”. Pod koniec lat 50. ZSP rozwinęło niezwykle szeroko kontakty i współpracę zagraniczną z organizacjami studenckimi z krajów Europy Zachodniej, co było ewenementem w krajach bloku wschodniego. Rozpoczęto wtedy realizację praktyk zawodowych za pośrednictwem komitetów fakulteckich, czyli międzynarodowych stowarzyszeń studentów uczelni zawodowych. Źródła historyczne potwierdzają zakres i znaczenie tego zjawiska zarówno dla środowiska studenckiego, jak i szerzej dla społeczeństwa spragnionego kontaktu ze światem.
Silne i opresyjne państwo nie zauważyło lub nie chciało zauważyć gwałtownego rozwoju klubów studenckich, które stały się ostoją swobody dyskusji, fermentu twórczego, niekonwencjonalnego działania, budowania społecznych więzi. Ta wolność klubowa wynikała z demokratycznych zasad funkcjonowania ZSP opartych o organizacyjną wolność wewnętrzną i demokratyczne wybory. Na wszystkich szczeblach działania ZSP obowiązywały demokratyczne tajne wybory władz i konieczność uzyskiwania w tajnym głosowaniu absolutorium za okres sprawowania funkcji. Nie były to w ówczesnym czasie zasady szeroko rozpowszechnione, tym bardziej odmienność ZSP rzucała się w oczy. Szybka rotacja władz zrzeszenia na szczeblu wydziałów i uczelni – tworzyła szeroką bazę osób o udoskonalonych w praktyce działania umiejętnościach i praktycznej wiedzy, jak sobie radzić w każdej sytuacji. Działalność w ZSP była odpowiednikiem dodatkowych studiów praktycznego zarządzania zbliżonych do obecnego szkolenia w zakresie business administration.
Kultura studencka – jej jakość, zakres i poziom jest niezbywalną chwałą Zrzeszenia. To dzięki ZSP twórcy studenccy znajdowali schronienie i nisze do działania. Relacje osób obiektywnie oceniających i wspominających ten czas, wskazują, jak ważne dla teatru studenckiego było wsparcie ZSP. To dzięki niemu mogły się rozwijać takie teatry jak STS, Kalambur, Provisorium, Teatr 8 dnia, Warszawska Grupa Teatralna, teatr STU, czy działalność twórcza Jonasza Kofty, Jana Pietrzaka, Wojciecha Młynarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Jacka Kaczmarskiego. Historia klubów studenckich nierozerwalnie kojarzy się z Hybrydami, Stodołą, Remontem, Medykiem, Hadesem, krakowskimi Jaszczurami i Piwnicą pod Baranami, pod Budą, Od Nowa w Poznaniu, Pałacykiem we Wrocławiu, siódemkami w Łodzi, Żakiem i Bim Bomem w Gdańsku, Chatką Żaka z Lublina. Kluby te kipiały aktywnością i kontestacją ówczesnej rzeczywistości. Nie inaczej było podczas legendarnych wydarzeń, a wśród nich FAMY, Festiwali Kultury, Studenckiego Festiwalu Piosenki czy przeglądów kabaretów studenckich. Kluby studenckie były wówczas nie tylko siedzibą i schronieniem dla kultury, ale azylem dla wolnej myśli, dyskusji, poczucia niezależności i otwartości myślenia.
Niezwykle ciekawym i oryginalnym polem działania ZSP była prasa studencka. Na „itd”, „Studencie”, „Nowym Medyku”, „Politechniku” wychowywały się pokolenia studentów-czytelników, ale też pokolenia studentów-dziennikarzy w nich pracujących. Przedsionkiem kariery dziennikarzy radiowych były radiowęzły w domach akademickich oferujące studentom praktykę dziennikarską i rozwój osobowości medialnej.
Nie sposób nie wspomnieć o turystyce studenckiej, imponująco organizowanej poprzez i wokół Almaturu. To dzięki klubom turystycznym powstał ruch, który tworzył nowe kierunki aktywności turystycznej, otwierał studentom okno na świat, dawał okazje poznawania nowych doświadczeń oraz nawiązywania kontaktów zagranicznych. ZSP i turystyka studencka są jak Kastor i Polluks – nierozerwalne, ZSP-owski Almatur organizował turystykę zarówno masową, jak i specjalistyczną, w tym pionierską w naszym kraju turystykę trampingową. Turystyka zagraniczna umożliwiała nawiązywanie kontaktów z międzynarodowymi środowiskami i organizacjami studenckimi. Innym ważnym nurtem działania wokół ZSP była aktywność Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ.
Liczne koła naukowe działające pod auspicjami ZSP umożliwiały rozwój ambitnym i utalentowanym studentom. To nie przypadek, że tak wielu działających w kołach naukowych studentów stawało się później wybitnymi naukowcami, rektorami uczelni, dziekanami, światowymi specjalistami. I działo się tak nie dlatego, że ZSP im pomogło w karierze naukowej – stało się tak dlatego, że mogli dzięki ZSP ujawnić swoje talenty już na wcześniejszym etapie rozwoju kariery naukowej.
W kraju zniszczonym wojną, ciągle wtedy na dorobku, kształtowanie sprawiedliwego systemu stypendialnego, tworzenie akceptowalnych warunków zamieszkania (akademiki i kwatery studenckie), troska o wyżywienie studentów, o odpowiednią opiekę zdrowotną, pomoc dla osób z niepełnosprawnościami, wreszcie wspieranie rodzin studenckich i zatrudnienie absolwentów wykorzystujące ich kwalifikacje – to były zasadnicze filary zrzeszeniowej aktywności i działania. Wiele w tym obszarze dokonaliśmy. Ale nie był to czas jedynie pomocy rozdzielanej studentom ze środków budżetów uczelni. Wokół ZSP rozwinął się niesłychanie prężny i dynamiczny ruch spółdzielni studenckich, które dzięki studentom uzupełniały rynek pracy oraz oferowały czasami zupełnie niezwykłe usługi – np. mycie elewacji wieżowców przez alpinistów i taterników, sprzątanie niekonwencjonalnych budowli i pomieszczeń, wykonywanie oryginalnych form pracy (opieka nad dzieckiem, korepetycje, praca na koloniach i obozach jako wychowawców itp.).
Trwałe więzy przyjaźni i koleżeństwa sprawdziły się w czasie naszej młodości i przetrwały przez dziesiątki lat. A przecież pokolenia studentów, w tym członków ZSP, były świadkami, kreatorami i uczestnikami historycznych wydarzeń. Czasem wydarzenia te dzieliły środowisko studenckie, czasem je integrowały. Do dzisiaj trwają spory o zmianę ZSP w SZSP, stosunek do strajków studenckich lat osiemdziesiątych. W 75-letniej tradycji istnienia takie spory nie dziwią. Są one obecne w każdej organizacji społecznej stojącej wobec wyzwań politycznych i społecznych. Ale kreatywność i nowoczesność myślenia ludzi ZSP ujawniła się przecież także w przygotowaniach i przebiegu epokowego wydarzenia historycznego, jakim były obrady Okrągłego Stołu. Wśród uczestników tych obrad było wielu ludzi wywodzących się z ZSP – Aleksander Kwaśniewski, Stanisław Ciosek, Grzegorz Kołodko, Witold Góralski, Bogdan Jachacz, Kazimierz Kłoda, Krzysztof Pietraszkiewicz i inni. Środowisko studenckie było zawsze aktywne w momentach o znaczeniu przełomowym dla naszej Ojczyzny. Pamiętamy o tym. Wiemy, jak ważne są wspólne spotkania, by wspominać, pamiętać, przekazywać i dokumentować. To nasze zadanie na dzisiaj i na jutro. Mamy do wykonania w tym zakresie jeszcze ogromną pracę, a dzięki istnieniu i trwaniu organizacyjnym młodych pokoleń członków Zrzeszenia Studentów Polskich dzieło nasze będzie kontynuowane.
Spoglądając na przeszłość i różnorodne formy aktywności środowiska studenckiego organizowanego pod egidą Zrzeszenia Studentów Polskich, a także przez poprzedników naszej Organizacji, mamy moralny obowiązek przypomnieć, że aktywność organizacji studenckich była zawsze niezwykle ważna dla budowania tożsamości i podmiotowości środowiska studenckiego. Formuła programowa ZSP na przestrzeni lat podlegała zmianom i odpowiadała na potrzeby, aspiracje i rosnące możliwości coraz większego środowiska studenckiego. Powstawanie nowych uczelni, szczególnie na ziemiach zachodnich i północnych, otwieranie nowych kierunków studiów tworzyło nowe wyzwania i możliwości działania ZSP. Zostały one wykorzystane w pełni przez naszą Organizację. Najlepiej świadczy o tym działalność ZSP w takich ośrodkach jak: Wrocław, Szczecin, Opole, Zielona Góra, Koszalin, Olsztyn.
Nasze pokolenia były tylko kolejną zmianą w sztafecie studenckich pokoleń. Zmianą, której przyszło podejmować wyzwania, jakie postawiła przed nami Historia. Po latach wielokrotnie podejmujemy refleksyjne oceny, czy skutecznie mierzyliśmy się z tymi wyzwaniami. Opowiadaliśmy się za przemianami demokratycznymi na uczelniach, za pluralizmem organizacji studenckich, za powstaniem samorządu studenckiego. Ten motyw powraca często w czasie obchodów 75 rocznicy powstania ZSP.
Zdjęcia – z gali odbywającej się dokładnie w rocznicę utworzenia Zrzeszenia Studentów Polskich, 17.04.2025 r., w Auli Głównej Politechniki Warszawskiej (gdzie wszystko się zaczęło). Spotkało się tam ponad 600 osób – niewielka część z tych, które przewinęły się przez struktury i działania ruchu studenckiego. Wspominał Aleksander Kwaśniewski, a także panel: Hanna Machińska – była zastępczyni RPO, Waldemar Dąbrowski – przez 20 lat dyrektor Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, prof. Henryk Skarżyński – twórca Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach, Ludwik Klinkosz – menedżer, m.in. b. prezes Ciech SA, dyplomata Eugeniusz Mielcarek i dziennikarz Jan Ordyński. Przemówienia wygłosili Włodzimierz Czarzasty i minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek. Mistrzem ceremonii był Krzysztof Szamałek. Zaśpiewała Maryla Rodowicz i kilkunastu innych wykonawców nawiązujących do tradycji Marka Grechuty, Ewy Demarczyk, klubów i piosenki studenckiej. Fot. Adam LUDWICZAK
Mirosław Chałubiński: Podczas spotkania redakcji w maju br. uznaliśmy, że najbliższy, lipcowy, numer powinien koniecznie uwzględnić temat wyborów prezydenckich 2025 roku i ich długofalowych skutków dla Polski. Dzisiaj rezultaty wyborów najogólniej są znane, ale pełne określenie ich skutków wymaga dystansu. Wybory wygrał minimalną liczbą głosów Karol Nawrocki. Na tymże majowym zebraniu prognozowaliśmy też, kto zostanie prezydentem. W naszej minisondzie spośród dziewięciorga uczestników majowej dyskusji aż osiem osób było zdania, iż niewielką ilością głosów zwycięży Rafał Trzaskowski. Tylko Ewa Spyła, sekretarz redakcji, była innego zdania i okazało się, iż miała rację. Wyniki minisondy odzwierciedlały bardziej nasze nadzieje, niż były rezultatem przeprowadzonych kalkulacji, analiz, do których potrzebny był dystans, nieosiągalny w tamtym momencie.
Po zakończeniu drugiej, rozstrzygającej, tury wyborów prezydenckich chciałbym zaprosić państwa do rozmowy na temat hasłowo określony następująco: Co będzie z Polską po wyborach prezydenckich 2025?
Stawiam pierwsze pytanie: Jak postrzegają państwo przyczyny takich wyników głosowania?
Andrzej Żor: Karol Nawrocki wygrał dzięki głosom wsi; wszystkie kategorie miast głosowały na Rafała Trzaskowskiego. W miastach różnica na korzyść Trzaskowskiego nie była zbyt duża; w gminach wiejskich wyborcy Nawrockiego osiągnęli dużą przewagę, niekiedy nawet ponad 90 procent. Wygrał czynnik, który określiłbym na potrzeby dzisiejszej dyskusji jako mentalność agrarną, ze wszystkimi jej objawami: prostota przekazu, proste i demagogiczne hasła, wpływy i retoryka Kościoła. W niektórych gminach straszono wyborców ekskomuniką, nieudzieleniem ślubu kościelnego, pochówku. Patrząc na wyniki pod innym kątem: wśród wyborców Nawrockiego dominowały osoby z wykształceniem podstawowym i zasadniczym zawodowym, kandydat PiS wygrał w regionach o najniższym udziale w PKB.
Najbardziej niepokoi, że ten wynik nie jest wypadkiem przy pracy, podobnie przebiegały poprzednie wybory. Ostatnie głosowanie do parlamentu w 2023 też wygrał PiS, tylko nie mógł utworzyć rządu. Przyczyny takich rezultatów mają charakter strukturalny. Bez zwiększenia udziału osób lepiej wykształconych w strukturze demograficznej, czy bez dalszych przesunięć ludnościowych między wsią a miastem, takie wyniki wyborów będą się powtarzać. Działań na rzecz tych przesunięć zaniechaliśmy już dawno. Utrzymywanie się mentalności agrarnej wiąże się z zaniechaniem wielkotowarowej gospodarki rolnej na rzecz tradycyjnego rodzinnego gospodarstwa chłopskiego jako dominującego w strukturze rolnictwa w Polsce. Działu gospodarki, który zatrudnia 10 proc. ludności, a dostarcza 2,5 proc. do krajowego PKB. Przy 40 proc. ludności mieszkającej na wsi. To dość przerażająca anomalia. W dzieciństwie mieszkałem naprzeciwko dużego ogrodu przejętego od Niemców; wyposażony w wodociągi, cieplarnie ogród dostarczał warzywa i owoce dla całego miasteczka. W ’56 zwrócono ziemię chłopom, zrujnowali całą infrastrukturę.
Nie lekceważyłbym też mankamentów organizacyjnych jak – przykładowo – niewystawienie kandydata PSL. W wyborach 2020 Tygrysek uzyskał 2,4 proc. głosów. A to wystarczyłoby do zwycięstwa Trzaskowskiego, jeśliby przejął te głosy. Częściowo zawalili koalicjanci. Ponad 16 proc. wyborców Zandberga poparło Nawrockiego, 13 proc. od Hołowni i ponad 9 proc. od Biejat. To w niewielkim stopniu, ale też przeważyłoby szalę.
Danuta Waniek: Dane faktycznie pokazują, że o wygranej kandydata PiS – Karola Nawrockiego – zadecydowała wieś, gdyż wyłącznie wśród mieszkańców wsi uzyskał on wyraźną przewagę. Z tego wynika, że obecność PSL-u w rządzącej koalicji nie wywarła wpływu na poparcie dla Trzaskowskiego. W miastach Trzaskowskiego poparło 56,83 proc., a Nawrockiego – 43,17 procent. Natomiast na wsi aż 64,08 proc. głosowało na Nawrockiego, na Trzaskowskiego tylko 35,92 procent. Wyborcy za granicą wybierali w przeważającej mierze Trzaskowskiego – 63,49 proc., Nawrocki otrzymał 36,51 proc. głosów. Głosujący na statkach również poparli w 61,05 proc. Trzaskowskiego, kandydata PiS wskazało 38,95 procent. Na uwagę zasługuje wysoka mobilizacja wyborców – do urn stawiło się 72,8 proc. uprawnionych do głosowania.
Rysuje się dość jednoznaczna zależność między wykształceniem a preferencjami wyborczymi. Wśród wyborców z wykształceniem podstawowym Nawrockiego poparło aż 73,4 proc. z nich; natomiast Trzaskowski uzyskał w tej grupie poparcie 26,6 procent. Podobne proporcje kształtowały się wśród ludzi z wykształceniem zasadniczym zawodowym: Nawrocki – 68,3 proc., Trzaskowski – 31,7 procent. Wśród głosujących z wykształceniem średnim i pomaturalnym obaj kandydaci mniej więcej cieszyli się równym poparciem: 51,6 proc. wybrało Nawrockiego, a Trzaskowskiego – 48 proc. wyborców. Natomiast w grupie wyborców z wyższym wykształceniem Trzaskowskiego poparło 62,6 proc., Nawrockiego – 37,4 procent.
Nie wiem, czy kandydaci i ich sztaby, przygotowując materiały wyborcze oraz tezy do wystąpień kandydatów brali pod uwagę rozróżnienie w doborze argumentacji. Wydaje mi się, że od tej strony lepiej był przygotowany Nawrocki, ponieważ w całej kampanii dobierał argumenty proste, odwołujące się do emocji patriotycznych („w tej kampanii zjednoczyliśmy wszystkich patriotów w całej Polsce”), chętnie odwoływał się do swojej wiary, sięgał po wersety symboliczne i biblijne, czyli dla katolików niepodważalne. Co więcej, po stronie Nawrockiego zaangażowali się proboszczowie, nawołując nawet do gestów bezwzględnych („prawym sierpowym w Trzaskowskiego”), czy wręcz grożąc ekskomuniką w przypadku głosowania na kandydata Platformy. Episkopat tym razem zachował milczenie, chociaż we wcześniejszych kampaniach biskupi zabierali głos w sposób polityczny, uzasadniając to na ogół dbałością o moralność publiczną. Wprawdzie przebieg kampanii Nawrockiego dostarczał aż nadto powodów dla zabrania głosu na tematy bliskie moralności, takiego stanowiska opinia publiczna ze strony episkopatu się nie doczekała.
Nie mam wątpliwości, że polskie duchowieństwo (wywodzące się w dużej mierze ze wsi) stanowi część tzw. elektoratu rezerwuarowego PiS, co wraz z elektoratem podstawowym i prawicowymi partiami niszowymi daje łącznie 55 proc. poparcia. W przypadku elektoratu PO elektorat podstawowy stanowi 25 proc., rezerwuarowy 22 proc., co łącznie daje 47 procent. Te szacunki, o których dowiedziałam się z badań Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, być może tłumaczą, jak PO z koalicją mogło przegrać wybory, mając rząd, instrumenty władzy i tak duży mandat zaufania, otrzymany 15 października 2023 roku. Dla uzupełnienia dodam, że w przypadku lewicy, elektorat podstawowy obliczany jest na 8 proc., rezerwuarowy na 12 proc., co łącznie daje potencjał 20 proc. poparcia.
Robert Smoleń: Na początek podzielę się dwiema strategicznymi uwagami. Wyniki głosowań w ostatnich kilku latach wskazują, że od wyborów parlamentarnych w 2019 r. praktycznie utrzymuje się równowaga między wszystkimi siłami prawicowymi a siłami demokratyczno-lewicowymi. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w tymże 2019 r. różnica między nimi wynosiła jeszcze lekko ponad milion głosów na korzyść prawicy, ale już jesienią było to ponad 400 tysięcy, 2,6 procent. I ten stan utrzymuje się dziś. Zsumowane poparcie dla obu tych wielkich, niesformalizowanych obozów jest podobne, różnica między nimi waha się o 350–400 tys. głosów, 2–2,5 procent. A więc rzeczywiście Polska jest podzielona, niemal na pół. Zawsze uważałem, że to jest zafałszowany podział, bo ludzi, którzy się opowiadają za modernizacją, jest zdecydowanie więcej niż twardych tradycjonalistów. Z tego najlepszego sondażu, w którym ludzie realnie głosują, a nie odpowiadają na pytania, wynika jednak, że jest tu równowaga. Więc te wybory można było oczywiście wygrać – bo to jest kwestia tylko właśnie tych 350 tys. głosów. Ale co się stało w trakcie wyborów?
Moim zdaniem nastąpił bardzo gwałtowny zwrot tej populistyczno-narodowej części społeczeństwa w stronę skrajnego prawicowego radykalizmu. Dla mnie nie ma wątpliwości, że Nawrocki to nie jest żaden kandydat PiS-u, czyli takiego miękkiego populizmu. To jest kandydat zupełnie innego rodzaju. Powiedzmy sobie szczerze, że to jest typowy faszyzm. Jak się mówi faszysta, to się wszystkim kojarzy z doświadczeniem historycznym, jakie mamy w świadomości – i to już jest poza jakąś dopuszczalną granicą. Ale gdyby na chłodno przeanalizować, czym był faszyzm, to tak by nam wyszło. Kult siły, szukanie wroga zewnętrznego i wewnętrznego, nacjonalizm czy szowinizm, elementy rasistowskie… Wszystko to by nam się ujawniło. To, co mówił Mentzen, było ładnie opakowane, ale te elementy też tam były. Braun dostał 6,34 proc. głosów! W pierwszej turze 51,5 proc. wyborców zagłosowało na taką Polskę właśnie. W drugiej turze – prawie 51. Dla mnie to jest po prostu szokująca konstatacja. Na dodatek ten wzrost następował bardzo szybko, żaden ośrodek badawczy tego wcześniej nie wyłapał. To, co do tej pory opisałem, jestem w stanie zracjonalizować, ale nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się stało, że Polacy nagle opowiedzieli się za faszyzmem, przeciwko demokracji. Może w niedużej, ale jednak w większości. Narzekaliśmy na niską frekwencję wśród młodych wyborców; teraz młodzież udała się do urn i okazało się, że coraz więcej spośród nich głosuje na faszyzm. Czy to jest tylko jednorazowy wybryk, czy też zwiastun czegoś, co nas czeka? Na to w tej chwili nie jestem w stanie odpowiedzieć.
W kontekście tego, co mówię, wydaje mi się, że błędy techniczne sztabu Trzaskowskiego są nieistotne, mają drugorzędne znaczenie. Nie chodzi o to, że gorzej prowadzili kampanię w internecie, czy coś tam źle komunikowali. Oni nie dostrzegli tej strategicznej reorientacji postaw Polaków. Strategiczny błąd w założeniach kampanii był doniosły w skutkach. Oni uznali, że lewicowo-liberalny elektorat mają, bo kandydat tak się kojarzy, więc on się będzie teraz umizgiwał do konserwatywnego elektoratu. I to przez większą część kampanii robił. Mówiłem, że jest równowaga między tymi dwoma wielkimi obozami – ale z jednym wyjątkiem: 15 października 2023 r. Wtedy to się przesunęło bardzo zdecydowanie na stronę demokracji. 11,6 mln ludzi zagłosowało na partie demokratyczne. Nikt w Polsce nie zbliżył się nawet do tego rezultatu. Więc, zamiast szukać mitycznego, nieistniejącego umiarkowanego, europejskiego konserwatywnego elektoratu, powinni byli zmobilizować możliwie dużą część tego 11,6 mln. Rozumiem, że część kobiet czuła się rozczarowana brakiem realizacji ich postulatów. Ale np. problem aborcji rząd faktycznie załatwił bez ustawy. I to można było komunikować temu elektoratowi, można się było do niego zwracać.
J. Paweł Gieorgica: O przyczynach porażki obozu rządowego, zwanego też obozem demokracji przymiotnikowej, można mówić bez końca, bo, jak wiadomo, Polak – a zwłaszcza sympatyk kandydata PO – jest najmądrzejszy i chętny do wyjaśnień…, ale dopiero po szkodzie. Moim zdaniem, wywołane hasło do dyskusji – „Jakie są przyczyny przegranej Trzaskowskiego? – to, formalnie biorąc, pytanie zamknięte z tezą. Najprostsza odpowiedź może i powinna być zatem najpierw taka: Kluczowe znaczenie ma potwierdzone przez sądy wielokrotne publiczne stwierdzenie, że wybory w kilku badanych przypadkach były sfałszowane, ale fakty te nie wpłynęły na końcowy wynik wyborów. Słabość tego stwierdzenia jest ewidentna, ponieważ wniosek taki miałby swoją moc, gdyby sądy wyraziły swoje zdanie na podstawie sprawdzonego powtórnego liczenia wszystkich głosów protestu lub choćby ustalone na jakiejś reprezentatywnej próbie badawczej z macierzy spośród ok. 60 tys. zgłoszonych protestów, jak bardzo chciał tego obóz Trzaskowskiego. Zaraz po ogłoszeniu wyników z badań exit poll obarczonych ponadstandardowym błędem pomiaru próby, Trzaskowski, zamiast zachować powściągliwość, wziąwszy pod uwagę fakt, że aż co piąty ankietowany wyborca odmówił odpowiedzi na pytanie, na kogo oddał swój głos, zabrał się za otwieranie szampana. Radość trwała krótko. Kilka godzin.
Końcowy wynik wyborów był oczywisty dla kandydata obozu PiS jeszcze przed ogłoszeniem pełnych wyników przez PKW. Pewność zwycięstwa PiS też trwała krótko, ponieważ obywatele sprzyjający wyborowi Trzaskowskiego zaczęli masowo protestować przeciw różnym prawdziwym (albo i nie) nadużyciom wyborczym, kierując swoje koordynowane przez PO protesty do Sądu Najwyższego. Przypominano scenariusz teorii spiskowej, która głosiła, że po ogłoszeniu wyników z różnicą między kandydatami na grubość żyletki, przegrana strona automatycznie uruchomi swój plan B, oskarżając drugą stronę o sfałszowanie wyników. Celem tych działań, w przypadku przegranej, miało być doprowadzenie do ponownego przeliczenia głosów oraz unieważnienia wyników wyborów – przynajmniej w kilku starannie dobranych okręgach, wskazanych przez sąd.
Moim zdaniem, jeśli nawet okaże się, że na skalę masową manipulowano pracami komisji liczących głosy, to jednak bardzo możliwe, że Trzaskowski wyborów i tak by nie wygrał. Porażka Trzaskowskiego jest skutkiem bardzo wielu zaniedbań i błędów oraz zewnętrznych uwarunkowań, o których wspomnieli przedmówcy. Niemniej nikt jak dotąd nie brał pod uwagę okoliczności, że do tych wyborów PiS starannie przygotowywał się od dawna. A gdy nadszedł czas kampanii i głosowania, partia działała według wytycznych swojego planu. Kolejne działania fałszujące końcowy wynik wyborów można zatem uznać za jeden z wielu możliwych scenariuszy starannie przygotowywany wcześniej przez strategów i polityków PiS jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2023.
Planu operacji fałszowania wyników wyborów przez PiS nie nazwałbym teorią spiskową. To bardzo profesjonalny schemat wcześniej wypróbowanych, następujących po sobie działań celowych, w których realizację zaangażowanych było setki, a może nawet tysiące osób. Jeśli projekt nie był szerzej znany wcześniej, to oznacza tylko tyle, że działa tylko wtedy, gdy ludzie śpią albo odwracają wzrok, zatykając sobie uszy, bo nie chcą tego ani wiedzieć, ani widzieć.
Cały plan fałszowania wyników wyborów przez PiS krótko można streścić w pięciu punktach:
1. Masowa rekrutacja, a następnie szkolenie członków komisji wyborczych, instrukcje z manipulacji i czytania protokołów, sposobów użycia wpływu psychologicznego, sposobów przekierowywania głosów i inne.
2. Tworzenie lokalnych sieci złożonych z koordynatorów terenowych, łączników między komitetami wyborczymi a komisjami i koordynatorami (takie jak gangi rodzinne, tylko z legitymacją).
3. Tworzenie fikcyjnych komitetów wyborczych – bez kandydata, ale z celem: przejęcia komisji przez co najmniej dwie osoby rekomendowane przez komitety. W rezultacie, zamiast 29 tys. rzetelnych członków komisji wyborczych, którzy powinni pochodzić z szerokiego spektrum politycznego, pojawiło się ok. 120 tys. osób związanych z jedną partią PiS.
4. Przejęcie komisji przez dominację personalną. Przejmujesz skład – kontrolujesz liczenie, wypełnianie protokołów, przypisywanie głosów nieważnych na Nawrockiego, unieważnienie kart z głosami na Trzaskowskiego. Resztę się dostosuje (realizacja wytycznych koordynatorów).
5. Koordynacja online przez aplikacje. Protokół na zdjęcie, spisywanie nr PESEL na przekręt, odnotowywanie osób z zaświadczeniami i używanie ich do kart głosowania na wskazanego kandydata i karta gotowa do urny.
Piotr Stefaniuk: Podzielam opinię o tym, że błędy sztabu Trzaskowskiego czy niewłaściwie dobrana taktyka nie miały decydującego znaczenia dla końcowych wyników wyborów. Różnica między dwoma kandydatami była naprawdę minimalna, a jeśliby udało się uniknąć błędów przy liczeniu głosów, kto wie, czy nie byłaby to wielkość kilku dziesiątków tysięcy.
Wybory potwierdziły oczywistość, którą doskonale znamy, a którą trudno zaakceptować, gdy przejawia się w rezultacie głosowania, w którym kandydat obozu demokratycznego o włos przegrywa z obozem ciemnogrodu. Polskie społeczeństwo jest dramatycznie, głęboko podzielone, przy czym oba środowiska znajdują się w adialogicznej sytuacji, czyli takiej, która wyklucza racjonalny, konkluzywny dialog. Dialog nie jest możliwy, gdy przynajmniej jedna ze stron odwołuje się nie do argumentacji logicznej, lecz do pojęć ze sfery wiary. Zatem w takiej sytuacji nie ma znaczenia to, jakich argumentów i w jaki sposób się ich używa. Sytuacja jest o tyle absurdalna, że – w moim przekonaniu – nie ma poważnych przesłanek: materialnych, społecznych, religijnych czy innych, które leżałyby u źródeł takiego głębokiego podziału. Mówiąc inaczej, ten konflikt między dwiema częściami społeczeństwa ma charakter tylko tożsamościowy, dotyczy świadomości, jest problemem definicji pojęć.
Mirosław Chałubiński: Przyczyn porażki wyborczej Trzaskowskiego upatruje się w wielu czynnikach, m.in. w tym, iż był on utożsamiany z koalicją rządzącą Polską od końca 2023 r., której był oficjalnym kandydatem i wiceprzewodniczącym PO. Koalicja ta zdaniem wielu nie reprezentowała interesów ludzi młodych, tzn. zbiorowości do czterdziestego roku życia. Ludzie młodzi, zwłaszcza o prawicowych nastawieniach w drugiej turze wyborów dokonywali transferu swych głosów częściej na Nawrockiego niż na jego rywala.
Ale wielu badaczy, np. socjolog polityki z UW – Przemysław Sadura, opierając się na własnych eksploracjach fokusowych, konstatuje fakt, iż często ludzie nie mają zdefiniowanych własnych interesów i głos oddawany na kogoś – np. Sławomira Mentzena, Grzegorza Brauna czy Adriana Zandberga – był nierzadko przypadkowy, a późniejsze transfery także. Tak czy inaczej, analizy wskazują na wieloprzyczynowość i przypadkowość ludzkich zachowań wyborczych niż istnienie sztywnych reguł.
Jakiekolwiek czynniki okazały się decydujące w preferencjach wyborców i cokolwiek przeważyło w ostatecznym bilansie głosowania, dzisiaj istotniejsze wydaje się pytanie: Jakie będą następstwa wygranej Nawrockiego?
Danuta Waniek: Trudno dzisiaj przewidzieć, jak będą rozwijały się wydarzenia polityczne w Polsce w okresie prezydentury Nawrockiego, chociaż w gruncie rzeczy wiemy, kim jest Karol Nawrocki i na co go stać. Wprawdzie po ogłoszeniu komunikatu PKW w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” prezydent-elekt zapewniał, że: „Nigdy nie dzieliłem Polaków. Wręcz przeciwnie – mówiłem, że Polska jest jedna i nie należy tylko do elit. Będę się tego trzymać […] Będę budował jedną Polskę. I dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w wyborach. Wysoka frekwencja pokazała, że rodacy chcą brać odpowiedzialność za nasze państwo”. Ale jednocześnie Nawrocki otwarcie powiedział, że współpraca z rządem nie będzie łatwa, przedstawiając długą listę rozbieżności, a wśród nich m.in. kwestie związków partnerskich, aborcji czy nominacji ambasadorskich. W wypadku dwóch kandydatów na ambasadorów – Ryszarda Schnepfa i Bogdana Klicha – wręcz stwierdził, że „wstydem jest sam pomysł, aby wysunąć ich kandydatury”. Także opinia profesora Dudka, który znał Nawrockiego jako prezesa IPN, niewiele pozostawia wątpliwości co do poglądów i sposobu działania przyszłego prezydenta Polski. W zasadzie mamy podstawy do tego, aby zastanawiać się jedynie nad stopniem radykalizmu i niechęci wobec rządu koalicji demokratycznej i premiera Tuska. Zapowiedzi, że ważną rolę w przyszłej administracji prezydenta ma grać Przemysław Czarnek, tylko pogłębiają moje obawy o kształt czekającej nas kohabitacji.
O Kościele Nawrocki wyraża się w sposób dla prawicy tradycyjny, chociaż w tym kontekście dodał, że „w niektórych sferach ja również nie pozostaję bezkrytyczny”. W innych kwestiach spornych (sędziowie, status Trybunału Konstytucyjnego, kwestia ułaskawień) potwierdził swoje wystąpienia z kampanii wyborczej. Poczekajmy jednak na praktykę sprawowania prezydentury przez kolejnego polityka prawicy. Prognozy są dodatkowo o tyle utrudnione, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zachowają się poszczególne partie, tworzące dzisiaj koalicję rządową. W wyborach prezydenckich liderzy ugrupowań koalicyjnych zademonstrowali nieumiarkowane i, jak się okazało, całkowicie bezpodstawne ambicje osobiste i wyższy stopień egoizmu partyjnego. Ataki przeciwko Trzaskowskiemu były ostre, bezkompromisowe i… nieprzemyślane. Nastąpił podział na lewicy, z ponownym odpączkowaniem Zandberga i niezrozumiałym peregrynowaniem Biejat do pałacu prezydenckiego. Projekt Trzeciej Drogi, po fatalnym wyniku Hołowni, także wydaje się dobiegać końca. Nie mam pewności, czy w ciągu dwóch lat, do czasu wyborów parlamentarnych, nie nastąpią kolejne podziały i schizmy w koalicji i nie wyłonią się kolejni przeambicjonowani przywódcy.
Robert Smoleń: W dłuższej perspektywie kluczowe znaczenie dla przyszłości ma to, na ile głęboki i trwały jest zwrot w stronę radykalnej prawicy i jak mocno ten spór zdominuje scenę polityczną. Pamiętajmy, że PiS będzie słabło, a za jakiś czas – po tym, jak Kaczyński, który jest jedynym jego spoiwem, przestanie kontrolować to środowisko – po prostu się rozleci, rozpadnie na małe partyjki, bo tam nie ma nikogo o porównywalnej charyzmie i sile. Tak samo zresztą, jak po drugiej stronie. Śmieszą mnie wygłaszane właśnie teraz wezwania, żeby Tusk ustąpił, bo jest obciążeniem. Koalicja 15 Października tak samo nie ma żadnego innego polityka, który byłby w stanie to wszystko scalić i przewodzić temu ruchowi.
W krótkiej perspektywie po pierwsze trzeba usprawnić Koalicję 15 Października. Nie może być tak, że mniejsi koalicjanci będą machać psem; mamy psa z trzema ogonami i te trzy ogony nim machają. Trzeba ten rząd zreorganizować. Powiedzmy sobie szczerze, że to jest słaby rząd, od początku. Druga rzecz, którą moim zdaniem trzeba zrobić, to zamknąć Nawrockiego w Pałacu. Na przykład nie można go wysyłać na szczyty NATO. Wyobrażacie sobie, że z jego stosunkiem do Ukrainy pojedzie na szczyt NATO i powie coś, co jemu się wydaje stosowne (i co na pewno będzie sprzeczne z intencją i z interesami i Sojuszu, i Polski?). W sprawie, która jest najważniejsza dla tego Sojuszu! To wystarczający argument, żeby go po prostu uziemić i zamknąć w tym Pałacu, i zacząć rządzić bez ustaw. Tak jak Leszczyna potrafiła załatwić sprawę aborcji. A gdzie się nie da bez ustaw, na przykład w kwestii praworządności, no to trudno… To trzeba się pogodzić z tym, że neosędziów trzeba wprowadzić do obiegu, trzeba poczekać, aż wygasną kadencje członków KRS i wybrać do niej nowych sędziów według tej samej pisowskiej ustawy itd. To wszystko oczywiście jest nieładne, nieeleganckie i prowadzi do pogorszenia jakości demokracji, ale niestety taką mamy sytuację. Alternatywą do tego wszystkiego, co mówię, jest inercja obozu 15 Października, jego przegrana w 2027 r., powrót PiS do władzy (z Konfederacją). A wtedy to oni na pewno nie będą prowadzić polityki w białych rękawiczkach.
Na koniec postawię tezę, że Koalicja 15 Października pójdzie razem do wyborów 2027 r., na jednej liście, bo mniejsi koalicjanci będą mieć po 4 proc. poparcia i nie będą mieli innego wyjścia. I uważam, że ta koalicja powinna iść do wyborów z hasłem impeachmentu Nawrockiego. Wiadomo, że aby tego skutecznie dokonać trzeba 374 posłów i senatorów, ale już uruchomienie procesu w Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej wiąże mu ręce, musi się stawiać na posiedzeniach Komisji, pokazywać dokumenty itd. A przez dwa lata dostarczy sporo powodów, aby zainicjować tę procedurę.
J. Paweł Gieorgica: Przypominam nasze rozmowy po wyborach parlamentarnych 2023 r. i moje ostrzeżenia przed nadmiernym optymizmem, wynikającym z budowania konstrukcji myślowych w oparciu nie o fakty, lecz o wyobrażenia. Pisałem 20 miesięcy temu, że wybory prezydenckie wcale nie muszą coś zmieniać i nie będą miały decydującego znaczenia dla przywrócenia praworządności. Od czasu, kiedy powstała koalicja demokratyczna, wypowiadałem się wielokrotnie i krytycznie na temat tego, jak Donald Tusk nie wykorzystał pierwszych 100 dni. Obecnie sytuacja jest dużo gorsza. Pierwszą konsekwencją porażki Trzaskowskiego jest wzrost notowań PiS, które wraz z Konfederacją szykuje się do objęcia władzy. Jeśli tendencja utrzyma się, nie pozostanie nawet margines na nadzieję, bo elektorat w swojej przeważającej masie, niestety, opowiada się za alfonsami i złodziejami. Na szczęście pozostaje jeszcze czas na odwrócenie tego trendu, bo bardzo rzadko zdarza się, aby rządząca partia zrzekała się władzy i robiła z siebie świętego Mikołaja, jak to czyni teraz Tusk. Polska od zawsze była krajem demokracji z przymiotnikiem i obawiam się, że w tym nowym scenariuszu nadchodzących wydarzeń pozostać może tylko przymiotnik, już bez rzeczownika. Polska coraz wyraźniej będzie zmierzać ku modelowi państwa militarnego i autorytarno-kościelnego.
Donald Tusk po powrocie do krajowej polityki okazał się bardzo sprawczy w dziele odzyskania władzy, ale także zupełnie jałowy w przywracaniu równowagi i praworządności w państwie – i bardzo szkodliwy w dziele kreowania swojego następcy. Podobnie jak Winston Churchill po wygraniu II wojny światowej, także obecny premier musi ustąpić miejsca tym, którzy chcą i potrafią osiągnąć nowe cele w nowej rzeczywistości i to jeszcze przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Dylemat poszukiwania alternatywy dostrzegam w tym, że Tusk tak przewidująco wyczyścił przedpole, że bezalternatywny wybór jego następcy sprowadza się już właściwie tylko do Sikorskiego, co wiąże się ze sporym ryzykiem. Zwolennicy Brauna, w dużej części Konfederacji, a także agrarni proboszczowie i elementy faszyzujące zawyliby zapewne ze szczęścia, tak urosłyby szeregi ich nowych zwolenników. Dlatego zmiana rządu jest konieczna, w szczególności, jeśli protesty wyborcze okażą się bezowocne, bo jeszcze długo obowiązywać będzie formuła, według której „w wyborach dopuszczono się wielu karygodnych nieprawidłowości, a nawet oszustw i fałszerstw, ale nie wpłynęło to znacząco na końcowy wynik wyborów”.
Mirosław Chałubiński: Można rzec, iż wypowiedzi dyskutantów są co najmniej dwuwątkowe. Po pierwsze uczestnikom może chodzić o odtworzenie głównych wydarzeń kampanii, zwłaszcza kandydatów do funkcji prezydenta, wspierających ich sztabów, partii politycznych i ich kontekstu społeczno-politycznego. Po drugie może chodzić o dalekosiężne skutki (najszerzej rozumianej) minimalnej przecież porażki Rafała Trzaskowskiego (uzyskał on ok. 370 tys. mniej głosów od konkurenta). W tym drugim przypadku nieuchronnie jesteśmy zdani na spekulacje, gdyż skutki te mogą się ujawnić dopiero w dłuższym okresie. Ale spekulacji tych nie unikniemy zwłaszcza przy planowaniu konkretnych działań i próbach syntetycznych ujęć zagadnienia.
Piotr Stefaniuk: Bezpośrednim następstwem wyborów będzie, czy ściślej – już mamy z nim do czynienia – pogłębienie chaosu prawnego i zaostrzenie sporu, który przyniesie poważne skutki polityczne, praktyczne. To zapowiedź tego, co nas czeka w czasie kohabitacji Nawrocki-rząd demokratów. Niezależnie od tego, kto zostałby wybrany na urząd prezydenta, prawne zatwierdzenie woli wyborców przez Sąd Najwyższy byłoby obciążone wadą prawną, ponieważ Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która ma to uczynić, nie jest – w rozumieniu prawa europejskiego i w przekonaniu części klasy politycznej i części społeczeństwa – sądem. Rozmawiamy dziesięć dni po drugiej turze wyborów, lecz nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że najbliższe tygodnie i miesiące upłyną pod znakiem sporu o nieprawidłowości przy liczeniu głosów i o to, jak koalicja demokratyczna ma przyjąć orzeczenie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych o ważności wyborów. Uznanie tego orzeczenia będzie nie tylko przyjęciem rozstrzygnięcia wyborczego, lecz, a to nawet wydaje mi się ważniejsze, legitymizacją statusu Izby [Kontroli Nadzwyczajnej] i tych wszystkich dewastujących zmian w sądownictwie, które przeprowadziło PiS. To z kolei oznaczałoby przekreślenie planów Koalicji 15 Października i – podkreślam – woli dużej części społeczeństwa, aby przywrócić w kraju praworządność. Prezydentura Nawrockiego będzie więc naznaczona nieustającymi konfliktami z rządem i będzie to prezydentura dla Polski destruktywna. Do wyborów w 2027 r. pójdziemy jeszcze bardziej wewnętrznie podzieleni, skłóceni i z mniej sprawnymi mechanizmami władzy.
Niemniej, nie sądzę, że Polska stoczy się w autorytarne, prawicowe rządy, czy mówiąc wprost – w faszyzm. Uważam, że w Polsce nie ma podstaw i warunków do wzrastania faszyzmu, który jest skazany na błąkanie się na opłotkach życia politycznego i społecznego. W moim przekonaniu barierami na drodze skrajnego radykalizmu prawicowego są – dobry rozwój gospodarczy Polski i generalnie gospodarka wolnorynkowa, sprawne mechanizmy samorządowe, europejskość – czyli członkostwo w UE i świadomość obywateli korzyści z tego płynących.
Mirosław Chałubiński: Nasza dyskusja jest chaotyczna w dobrym znaczeniu tego słowa, gdyż staramy się myśleć wieloprzyczynowo. Ale wielu czynników nie sposób jest uwzględnić szerzej np. uwarunkowań międzynarodowych, w tym polityki Trumpa, wojny ukraińsko-rosyjskiej, dezintegracji Unii Europejskiej, możliwych skutków konfliktu bliskowschodniego.
Z czynników wewnętrznych należałoby szerzej uwzględnić Kościół katolicki, który mimo sekularyzacji pozostaje bardzo ważną instytucją, mającą wpływ również na zachowania polityczne ludzi i niewątpliwie oddziaływał na ostateczny wybór kandydata PiS Karola Nawrockiego na prezydenta. Szczególnie w pasie wschodnim Polski, na wsiach i w małych miejscowościach.
Ale o wszystkim rozmawiać się nie da. Zwłaszcza w sposób pogłębiony.
Robert Smoleń: Co do międzynarodowego kontekstu polskich wyborów… Wybory wygenerowały też konflikt między prezydentem, który ewidentnie jest zorientowany na Donalda Trumpa, a rządem, który coraz bardziej orientuje się na Unię Europejską w sprawach bezpieczeństwa. Może to mieć poważne konsekwencje i musi dojść do pewnego rozstrzygnięcia. Moim zdaniem, UE postawiła już na to, że przekształci się także w sojusz obronny. Wiadomo, że nie można liczyć na USA, tak jak się liczyło od roku 1949. Tusk, który początkowo – do wyboru Trumpa w 2024 r. – był eurosceptykiem, też to zrozumiał. Tu widzę pole konfliktu między rządem a prezydentem, który na pewno będzie chciał podążać ścieżką amerykańską, kupować sprzęt w USA i orientować się na Trumpa.
Mirosław Chałubiński: Na zakończenie możemy stwierdzić, iż trudności związane z analizą polskich wyborów 2025 wskazują, iż w najbliższych latach nudzić się nie będziemy. Winna jest złożoność rzeczywistości. I że trwałość takich instytucji, jak demokracja liberalna, UE i inne podmioty polityczne nie jest przesądzona.
Ale z pewnością „Res Humana” będzie systematycznie badała te problemy i nie zabraknie nam coraz to bogatszej i pogłębionej literatury przedmiotu.
Zapis dyskusji ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
W trzecim tomie zbioru esejów filozoficznych i szkiców literackich Stanisława Lema (Filozofia przypadku, 1989) znaleźć można obszerną analizę głośnego prozatorskiego bestselleru światowego sprzed parunastu lat – Imienia róży Umberto Eco. Wydaje się, że nie tylko dla miłośników twórczości obu tych pisarzy szkic Lema o Eco będzie swego rodzaju zaskoczeniem. Cóż bowiem ten wielki polski pisarz, autor znanych w świecie książek futurologicznych z dziedziny science fiction, odnalazł intrygującego w dziele młodszego kolegi – włoskiego pisarza – w utworze mówiącym wszak nie o przyszłości, a o przeszłości, że poświęcił mu aż tak wiele uwagi?
Odpowiedź jest niby prosta i pada nawet wprost na początku szkicu Stanisława Lema, który powiada: „…jego [tzn. Eco – JT] problemowe zainteresowania są bliskie moim, bo są kierowane na węzłowe kwestie współczesności, tyle że z przeciwnych stron skali czasowej”. Ale chyba nie to jest najbardziej zaskakujące. Nie to mianowicie, co jest już dzisiaj sądem właściwie powszechnym, że wybitni pisarze – niezależnie od tego, czy piszą o przyszłości, czy przeszłości – mają zawsze na uwadze przede wszystkim czas teraźniejszy. „Każda powieść prawdziwa – pisze Lem – w głębokim sensie jest powieścią o czasie, w którym ją napisano, a nie o czasie, w który została skierowana autorską decyzją”.
Nie zaskakuje też tak bardzo fakt, że ta Lemowa interpretacja Imienia róży, akcentująca przede wszystkim to, iż powieść ta – obrócona formalnie w stronę średniowiecznej młodości myśli europejskiej – jest wyrazem niepokoju o to, że owa myśl, humanistyczna, rozumna, „życzliwa ludziom” (symbolizowana tutaj przez franciszkanina Baskerville’a i jego scjentystyczne zapędy), kryć w sobie może już w samym zarodku, niedostrzegalne zrazu pułapki i niespodzianki płynące z cywilizacyjnego i technologicznego rozwoju świata; z jego głównym niebezpieczeństwem – groźbą samozagłady ludzkości na czele. Wszak nie da się zaprzeczyć, że ten narastający wielki problem wieku naszego i następnych (jeśli nastąpią?!) istnieje i jawi się coraz bardziej wyraźnie nawet gołym okiem…
Zaskakujące natomiast jest pojawiające się w tym szkicu Lema słowo „zawiść”. Oczywiście ma ono w kontekście całości wymowę mocno żartobliwą, lecz fakt pozostaje faktem: sławny na cały świat pisarz, autor Kongresu futurologicznego i Solaris oraz innych licznych bestsellerów SF, nie waha się przed publicznym użyciem słowa „zawiść” w stosunku do książki innego autora, która sprawiła mu tyle nieskrywanej satysfakcji czytelniczej.
Stąd więc słowo „zawiść” w tytule tego tekstu, ale co wobec tego z „miłością”?
Stanisław Lem, badając literaturę „w świetle empirii” – zgodnie z podtytułem swojego dzieła, który stanowi główną dyrektywę poznawczą jego analiz krytycznych – nie mógł, omawiając Imię róży, pominąć występującego w niej wątku miłosnego (erotycznego). Niby jest on tutaj czymś w rodzaju marginalnego ozdobnika (jak mogłoby się to wydawać powierzchownemu czytelnikowi), to efektem jego dociekliwości jest zwrócenie uwagi na ukryte znaczenia tegoż właśnie wątku – w kontekście powieściowej i filozoficznej koncepcji Imienia róży. Chodzi tu rzecz jasna o ukazywanie przez Eco „libidalnych korzeni mistycznych wzlotów średniowiecznej religijności” (a może nawet i nie tylko średniowiecznej). I choć nie jest to wprawdzie – podkreśla Lem – odkrycie samego Eco, bo korzysta on (i nie kryje tego) z późniejszych – nie tylko Freudowskich –tradycji psychoanalitycznych, ale robi to niezwykle obrazowo, subtelnie i dyskretnie zarazem, nie nazywając rzeczy po imieniu. Równocześnie jednak tak, iż czytelnik nie ma najmniejszych wątpliwości, że ma tu do czynienia z jakże zręcznie przez autora i bohaterów utworu zakamuflowanymi sublimacjami „nieczystych popędów” – skrywanych pod postacią aktów strzelistych wiary niektórych postaci powieści, obok opisów rzeczywistych „zdrożności”, czyli owych grzesznych żądz, jakimi np. karmi młodego bohatera i narratora powieści Eco stary mnich Ubertino, przy okazji „kładąc mu rękę na kolanie, to na karku i czule przyciągając do siebie”.
Jest w tej powieści Eco także otwarty, wcale niespecjalnie nawet skrywany, opis miłości zmysłowej i fizycznej, choć podszytej zadrami „grzeszności”, jakiej doznaje Adson w zakonnej kuchni z piękną wiejską dziewczyną, ściągniętą tu podstępem przez występnego klasztornego klucznika. Ale i tutaj, trafnie zauważa Lem, miłość ta wyraża się w jego umyśle głównie „niezmysłowymi parafrazami i metaforami sięgającymi hymnicznie biblijnych psalmów”.
Że nie jest to trop mylny, wskazuje choćby poniższy cytat z powieści Eco. Oto narrator Imienia róży po wielu latach od owej miłosnej nocy spędzonej w klasztorze z wiejską dzieweczką, tak to wspomina: „Teraz, kiedy dłonią drżącą (i nie wiem, czy z odrazy do grzechu, o którym powiadam, czy przez grzeszną tęsknotę za wydarzeniem, które wspominam) pisząc te linijki, spostrzegam, że użyłem, by opisać moje szpetne zachowanie w owej chwili, takich samych słów, jakich niewiele stronic wcześniej potrzebowałem, by opisać ogień, który trawił męczeńskie ciało braciszka Michała. I nie przypadkiem moja dłoń, posłuszna służka duszy, te same wyrażenia wystylizowała dla dwóch przeżyć tak do siebie nieprzystających, gdyż niechybnie w ten sam sposób przeżywałem je wtenczas, doznając ich, jak i niedawno, kiedy próbowałem przywrócić im życie na tym pergaminie”.
Ciekawy jest tu komentarz Stanisława Lema do tych duchowych rozterek Adsona, który – z woli autorskiej oczywiście – nie potrafi ukryć swojego zdumienia, że doświadczenia i przeżycia tak diametralnie różne mogą podlegać… tożsamym „obrotom mowy”. Jest to dla autora Filozofii przypadku jeden z koronnych dowodów na to, że historyczna powieść Eco jest w gruncie rzeczy jak „każda prawdziwa powieść”, utworem całkowicie współczesnym: „Nikt nie mógł sobie w XIV wieku – pisze Lem – pozwolić na publiczne utożsamianie mąk, przeżywanych przez świętego ginącego za wiarę, heretyka palonego żywym ogniem za pakt z szatanem, z rozkoszą zakonnego braciszka doznającego pierwszy raz stosunku z kobietą i świętobliwego starca rozmodlonego pod statuą Najświętszej Marii Panny. Ale też nikt nie może, choćby był sto razy ekspertem w mediewistyce, przysiąc, że myśl o wspólnym mianowniku doznaniowym takich skrajnych stanów nie powstała wtedy ani razu w żadnej głowie”.
Istotnie, ale to nie znaczy wcale – mówi całym swym szkicem Lem – że rzecz nienazwana nie istnieje, co zgodne jest zresztą z antynominalistycznym stanowiskiem zarówno autora Filozofii przypadku, jak i autora Imienia róży. Ten ostatni mówi o tym zupełnie otwarcie i wprost w swych dopiskach do Imienia róży, ogłoszonych po sukcesie wydawniczym pierwszego wydania tego utworu. „Od samego początku chciałem opowiedzieć całą historię (wraz z jej tajemnicami, wydarzeniami politycznymi i teologicznymi, jej dwuznacznościami) głosem kogoś, kto przeżywa wypadki i rejestruje je z fotograficzną wiernością młodzieniaszka, ale ich nie pojmuje (i nie pojmuje do głębi nawet jako starzec, tak że w końcu wybiera ucieczkę w boską nicość, a nie tego przecież nauczył go mistrz)”.
Modelem literackim dla tego typu postaci narratora, jak pisze Umberto Eco w innym miejscu swych Dopisków, był tu Serenus Zeitblom z Doktora Faustusa Tomasza Manna. Ów prozatorski model wielopiętrowej gry narracyjnej (dodajmy, że był to ulubiony chwyt pisarski Josepha Conrada, skąd trafił do XX-wiecznej literatury) stosuje Umberto Eco konsekwentnie i z wielkim – by tak rzec – ukontentowaniem wewnętrznym, bawiąc się stylami, igrając z czasem i poetyckimi konwencjami oraz – często – samymi słowami, wkładając (choć nie bez wielu istotnych powodów) w usta swych bohaterów nie tylko cytaty z Biblii czy ze średniowiecznych tekstów metafizycznych, ale także i kryptocytaty z filozofów współczesnych (np. Ludwiga Wittgensteina), lecz tak, że brzmią one rzeczywiście, jak słowa „z epoki”; nie popadają przy tym w „erudycyjną ciężkostrawność” czy też czysto inkrustacyjną, efektownie stylistyczną ornamentykę: „Powieść napisał ateista – pisze Lem – znający się na historii Kościoła jak mało który teolog. Światopogląd autora nie przejawia się nigdzie wprost – wygłasza go przedstawiony świat powieści. Perfidny Eco był tak konsekwentny w przyjętym raz kanonie narracyjnym”.
Odnosi się to także i do wątku miłosnego tej powieści Eco: mamy tu do czynienia z tymi samymi co i w innych partiach jego powieści elementami gry, zabawy, głębszej ironii i kostycznego nieco humoru, przy całkowicie poważnym i nowoczesnym podejściu do tematu. Umberto Eco w swym, nie mniej ciekawym i znaczącym niż sam tekst powieści, autokomentarzu do Imienia róży tak to charakteryzuje i komentuje: „Czytając recenzje, spostrzegłem, że jest to jeden z tych aspektów powieści, który mniejsze wrażenie wywarł na czytelnikach wykształconych, albo przynajmniej, powiedziałbym, że nikt lub prawie nikt go nie podjął. Ale zadaję sobie teraz pytanie, czy nie był to jeden z tych elementów, które zdecydowały o poczytności powieści wśród czytelników mniej wybrednych. Zidentyfikowali się z naiwnym narratorem i czuli się usprawiedliwieni, kiedy czegoś nie pojmowali. Przywróciłem im lęk przed sprawami płci, nieznanymi językami, złożonością ludzkiej myśli, tajemnicami z życia politycznego… To wszystko rozumiem teraz aprės coup, lecz być może pisząc przekazałem Adsonowi wiele z moich lęków młodzieńczych, a z pewnością, jeśli chodzi o jego porywy miłosne (choć zawsze z gwarancją, że zawsze mogę działać przez osobę podstawioną: Adson przeżywa swoje uniesienia miłosne wyłącznie poprzez słowa, jakimi o miłości mówią doktorowie Kościoła). Sztuka jest ucieczką od wzruszeń osobistych, tego nauczył mnie i Joyce, i Eliot”.
Tyle o miłości u Umberto Eco. Ostatnie słowo niech jednak należy do „zawistnika” – Stanisława Lema, który tak oto kończy swe rozważania o Imieniu róży: „Zawiść, do jakiej się przyznałem, to świadomość sytuacji autora, który zamierzony przez siebie świat musi budować na własną rękę, skoro za wieżę obserwacyjną wziął sobie przyszłość. Tak na przykład moja ostatnia powieść Wizja lokalna jest nieporównanie uboższa od Imienia róży co do ilości wprowadzonych elementów, konstytutywnych dla konstruowanego w niej świata, oraz co do ilości gier w tym świecie uprawianych. Wynika to trywialnie z sytuacji, w której autor albo ma, jak Umberto Eco, do dyspozycji całe biblioteki autentyczne, albo, jak ja, może, a raczej musi, sobie sporządzić biblioteki przez siebie wymyślone. Ponadto, jak wspomniałem, sama sprawdzalność przedstawionego świata uwierzytelnia utwór osadzony w przeszłości i pozwala czytelnikowi spojrzeć na ten świat «z góry», bo z wiedzy obiegowej, jaką każdy dziś dysponuje”.
Efekt, jaki wynika z tego niespodziewanego zetknięcia się dwu wielkich osobowości pisarskich naszej współczesności, tej demonstrowanej jawnie fascynacji twórczością innego wybitnego pisarza, ma dla piszącego te słowa wymiar doniosły i napawający otuchą. Liczne akty rezygnacji z pasji poznawczych w sztuce, dokonywane i ochoczo prezentowane przez niektórych tzw. postmodernistycznych, często nawet wybitnych przedstawicieli kultury współczesnej – jak widać na tym przykładzie –nie mają jeszcze, na szczęście, charakteru totalnego… Są bowiem jeszcze tacy artyści, którym chce się chcieć być ostatnimi, być może, racjonalistami w wielkim stylu, twórcami dążącymi do źródeł i korzeni oraz przezwyciężania istotnie narastającego w naszym stuleciu poczucia bezsiły jednostki wobec otaczającego ją irracjonalnego chaosu i zagrożeń wynikających stąd wprost poniekąd – o paradoksie – z samego rozwoju cywilizacji i myśli ludzkiej.
I jeszcze jeden drobiazg określający podobny stosunek obu tych pisarzy do problemów wynikających z wynalazku, ale i zagrożeń płynących z wielkiego w XXI wieku upowszechnienia się dostępu do sieci cyberprzestrzeni i mediów społecznościowych. Oto Stanisław Lem wspominał parokrotnie w swych szkicach, iż nie zdawał sobie sprawy z tego, póki sam nie zaczął posługiwać się internetem, jak wielu „idiotów” jest na świecie: dzisiaj każdy, niezależnie od kompetencji, jakie posiada, może uważać się za „eksperta, głosiciela i posiadacza prawdy”! W czym wtórował mu Umberto Eco: „Sieć nie wymyśliła idiotów, po prostu dała im taką samą publiczność, jaką mają laureaci Nagrody Nobla”.
Esej ukazał się w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.