logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński
Rausz – Niemcy między wojnami

Rausz Haralda Jahnera nie jest bynajmniej książką antyalkoholową, a sam autor to znakomity niemiecki pisarz i dziennikarz, posiadający dar swobodnego pisania, a przy tym nieoczywistego kojarzenia faktów i zdarzeń. Dość powiedzieć, że od 2011 roku jest honorowym profesorem dziennikarstwa na Berlin University of the Arts, a polskiemu Czytelnikowi znany jest z innej ważnej książki – Czas wilka. Powojenne losy Niemców”(2021 rok).

Jest to autor podejmujący zagadnienia szerokie, panoramiczne, ale stosujący metodę od ogółu do szczegółu. Mamy więc losy zbiorowości, ale odnajdujemy je często poprzez indywidualne przypadki, opisywane w listach, relacjach, pamiętnikach, literaturze czy w prasie, i to przeróżnego autoramentu (np. magazyn „Die Dame”). A przy tym Rausz jest wyjątkowo rzetelnym obrazem historycznym, z takimi postaciami jak demokratyczni kanclerze Republiki: Ebert, Scheidemann, Stresemann czy Bruning, o marszałku Hindenburgu nie wspominając. Mamy tu więc politykę i obyczajowość potraktowaną z jednolitą sumiennością i powagą.

Książka dysponuje bardzo dobrze rozwiniętym warsztatem naukowym, którego opis jest usystematyzowany według jej rozdziałów i zawsze możemy się doń odwołać. Tak usystematyzowany warsztat pisarski powoduje, że opowieść jest nasycona indywidualnymi losami i przedstawiona tak, jak dziś po prostu uwielbiamy. Trochę plotkarsko i sensacyjnie, trochę historycznie i encyklopedycznie, ale przede wszystkim reportażowo – jakby sam autor był uczestnikiem wydarzeń. To czyni Haralda Jahnera zarówno encyklopedystą, jak i przewodnikiem po epoce. Prawie autorem haseł, jak i żywym opowiadaczem nieraz bardzo pikantnych szczegółów. Począwszy od wojny, która wywołana przez Kaisera pokaleczyła niemieckich mężczyzn (parę milionów ofiar i kalek, dodatkowo zaatakowanych grypą hiszpanką), po wzrastającą w obliczu tej hekatomby rolę kobiet, które weszły na rynek pracy i do życia pełną piersią, przełamując pruskie 3 K (Kirche, Küche, Kindern). Jahner analizuje zjawisko inflacji i zaniku funkcji tezauryzacyjnej papierowego pieniądza, by zaraz zabrać się do opisywania przełomowych koncepcji budownictwa socjalnego, nowoczesnej architektury (płaski dach) i wyposażenia mieszkań (Bauhaus), życia biurowego, transportu, tańca, nowych funkcji miast czy gimnastyki i kultu ciała…

Rausz jest taką właśnie mozaikową książką, niezwykle atrakcyjną w podawaniu szczegółów życia epoki weimarskiej, ale doskonale socjologicznie uogólniającą jej wielkie dokonania. Tym bardziej atrakcyjną i ożywczą w Polsce, gdzie utrwaliło się pokutujące jeszcze w najlepsze endekoidalne postrzeganie Republiki Weimarskiej, jako walczącej z polskością, spiskującej z bolszewikami w Rapallo i nieuchronnie zmierzającej do III Rzeszy. A kto wie, może dla naszych krajowych elit także jakoś zapładniającą cywilizacyjnie, by wyjść z opłotków uwielbianej przez nie Polski katolickiej i zaściankowo-szlacheckiej, jakże kontrastowo różnej od weimarskich Niemiec. Tymczasem Rausz jest na to zaczadzenie znakomitą odtrutką. Pokazuje powojenne (po I wojnie światowej) społeczeństwo niemieckie jako co prawda złamane klęską, rewolucją i kryzysem, ale nowocześnie jak na tamte czasy zorganizowane, podejmujące wysiłki w zakresie demokracji i gospodarki, a przede wszystkim wyzwolone ze sztywnych ram upadłego cesarstwa.

Jahner snuje swoją opowieść polityczną na tle przemian obyczajowych. I to jest bardzo ożywczy tok narracji, pokazujący Niemców tamtej epoki jako zdecydowanych na nowoczesność, przekonanych co do wartości republikańskich i demokratycznych. Niemki i Niemców oddanych różnym formom spędzania wolnego czasu (co było skutkiem wprowadzenia zasady „trzy razy osiem”: osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu wolnego): od tańca, mody i nowoczesnego fryzjerstwa (fryzura „bob”), po kino, podryw (rozpowszechniony także wśród przedstawicieli własnej płci), wyjazdy na weekend, motoryzację, kolej i transport publiczny. Właściwie mamy u Jahnera detaliczny opis każdego aspektu życia ówczesnych obywateli Republiki: od skrócenia spódnic i sukienek kobiet oraz rezygnacji z gorsetów i ukazania kolan, przez meandry towarzysko-uczuciowego życia biurowego czy zbiorową gimnastykę i kult zdrowego ciała, po alkohol, narkotyki czy okładkową miłość „zakazaną”.

Autor na tym tle widzi Republikę jako pierwsze państwo oficjalnie luzujące zasady obyczajowe. Zarazem jest to frapujący wykład politologiczny, charakteryzujący elity Republiki, ich zamiary i dokonania, które dla wielu polskich sił politycznych byłyby dzisiaj jak znalazł, nie tylko progresywnie lewicowych, bo Republika była pod tym względem doskonale pluralistyczna, choć skończyła się ponurą nocą hitleryzmu. Oczywiście wyznawcy ścisłej analizy politologicznej mogliby przyczepić się do tak zaprezentowanej swobody narracyjnej i naukowej, ale jest to po prostu kwestia wyboru konwencji i akceptacji konkretnej metody. Na mojej półce niemieckiej Rausz sąsiaduje z Państwem stanu wyjątkowego Franciszka Ryszki czy Hitler: studium tyranii Allana Bullocka i krzywdy sobie nie czynią, bo Jahner dostrzega w Republice zaczątki zła, a nawet pokazuje demokratyczne procedury, które Hitlerowi utorowały drogę do wcielania go w życie…

Innymi słowy mamy opowieść wymykającą się konwencjom, lekko zawianą, ale przez to niezwykle barwną, wieloaspektową i sugestywną, dosłownie mogącą przyśnić się nocą (o ile ktoś miewa historyczne sny…). Lektura warta przeczytania, ale niespiesznie w swych 550 stronach; jej sens polega być może na tym, że warto zagłębić się w rozdział i zarazem przypisy, aby odnaleźć tam źródła do dalszych inspiracji i poszukiwań. Sprzyja też temu doskonałe tłumaczenie Moniki Kilis i najwyższej miary robota redaktorska całego zespołu Wydawnictwa Poznańskiego, któremu należą się słowa uznania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka zainicjowało akcję przypomnienia książek znanego amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka. W jej ramach ukazał się Dziennik z podróży do Rosji w przekładzie Magdaleny Rychlik. Steinbeck napisał tę książkę bardzo dawno temu, w 1948 roku. Jak pisze jej wydawca: „Tuż po zapadnięciu żelaznej kurtyny, John Steinbeck, wówczas laureat nagrody Pulitzera, oraz znany fotograf wojenny Robert Capa podjęli śmiałą wyprawę do Związku Radzieckiego z zamiarem napisania reportażu dla gazety «New York Herald Tribune». Sławni podróżnicy mieli rzadką okazję odwiedzenia nie tylko Moskwy i Stalingradu, lecz także ukraińskich wsi oraz Gruzji”. Czas był dla tego przedsięwzięcia równie niekorzystny, jak obecnie. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki po okresie wojennej kooperacji znalazły się po obu stronach osławionej „żelaznej kurtyny”. Obaj reportażyści postawili sobie za cel prezentację codziennego życia mieszkańców Kraju Rad, bez politycznych wtrętów i ocen. Gdyby decydowali się na takie oceny, z pewnością nie dostaliby zgody na przygotowanie reportażu, a zwłaszcza fotografii. Los zdjęć, których Capa zgromadził mnóstwo, nie był do końca pewny. Ich autor do ostatniego dnia drżał, czy otrzyma zezwolenie na wywiezienie ich za granicę. Ostatecznie zbiór ten prawie w całości został wyekspediowany i w znacznej mierze opublikowany. Dorobek kilkumiesięcznej pracy nie został więc zaprzepaszczony. Gdy książka ukazuje się dziś, tym, co frapuje najbardziej, jest porównanie tamtego opisu ze współczesną wiedzą na temat stosunków panujących w Rosji AD 2024. Dla mnie ta książka ma także aspekt sentymentalny. W latach 1965–1991 odbyłem wiele podróży do i po ZSRR. Miałem więc możliwość zapoznania się z wieloma przejawami specyfiki zachowań społecznych w warunkach mocno odbiegających od europejskiej, a nawet od rodzimej polskiej praktyki. Ogarnia mnie wzruszenie, gdy czytam taki choćby fragment: „[…] system księgowości to olbrzymia machina biurokratyczna. Kelner, który przyjmuje zamówienie, zapisuje je starannie w zeszycie, ale nie idzie z nim od razu do kuchni. Udaje się najpierw do księgowości, gdzie zamówienie jest zapisane po raz kolejny, a do kuchni zostaje przekazany specjalny kwit. W kuchni sporządza się kolejną notatkę wraz z wnioskiem o kolejne produkty. Kiedy transakcja zostaje wreszcie zaakceptowana, kelner dostaje kolejny kwitek z potwierdzeniem, ale to wcale nie znaczy, że może już serwować jedzenie. Idzie z kartką z powrotem do księgowości, która zaznacza w księgach, że zamówione produkty zostały zaakceptowane i wypisuje kolejny kwit dla kelnera, dopiero wtedy tenże idzie z nim do kuchni po odbiór dań i przynosi je do stolika. Po podaniu zamówienia sporządza kolejną notatkę, że złożone, zapisane, zaakceptowane i dostarczone zamówienie zostało wreszcie zrealizowane […]. Księgowanie tego wszystkiego zabiera wiele czasu […]. O wiele więcej niż samo przygotowanie potraw” (s. 32–33). Moje sentymentalne wzruszenie wywołane zostało natychmiastowym przypomnieniem sobie specyficznego sposobu wydawania śniadań w stołówce gostinicy „Mir” (hotelu RWPG). Zamawiający osobnik musiał bowiem udać się najpierw do gabloty, gdzie wystawione były wszystkie produkty śniadaniowe i zapamiętać ich ceny, a następnie udać się do kasy i wymienić te ceny (ceny, a nie nazwy dań!). Kromka chleba kosztowała 1 kopiejkę, gdy chciało się zjeść trzy, należało trzykrotnie wymienić tę cenę. Szkopuł w tym, że niektóre potrawy miały tę samą cenę, na przykład jajecznica kosztowała tyle, co kasza jaglana, której wierzch był ozdobiony wlaną do zagłębienia łyżką oleju rzepakowego (ulubionego tłuszczu mieszkańców Kraju Rad, którego zapach rozchodził się po klatkach schodowych wszystkich domów). Myliłby się jednak ten, kto uważałby ten system za obowiązujący w każdym przypadku. Przy zamawianiu obiadu (w innej zresztą sali) należało zabrać ze sobą ołówek. Nowicjusze biegali z prośbą o wypożyczenie. Tym razem przy kasie (opłacenie posiłku było zawsze czynnością pierwszą) wymieniało się nazwy dań, ale kasa drukowała ceny. Klient musiał teraz wpisać nazwy potraw zwykłym ołówkiem na otrzymanym paragonie, by otrzymać pożądane danie. Ołówek (koniecznie zwykły) był najbardziej poszukiwanym artykułem pierwszej potrzeby. Ale w restauracji dla VIP-ów (od wiceministra w górę) obsługa stosowała system ogólnoeuropejski. Nie wierzycie? Popytajcie stałych bywalców lub osób urzędujących w biurach RWPG w czasach słusznie minionych.

Równie frapujący jest opis łazienki. „Drzwi nie otwierały się do końca, ponieważ blokowała je wanna. Przy wejściu do środka trzeba było przycupnąć w kącie przy umywalce, dopiero po zamknięciu drzwi w tej pozycji człowiek odzyskiwał dostęp do całego pomieszczenia. Wanna chybotała się na nierównych nogach, każdy gwałtowny ruch podczas kąpieli sprawiał, że woda przelewała się ponad krawędź na podłogę. Była stara, prawdopodobnie pamiętała jeszcze czasy przed rewolucją […]” (s. 28–29). Ten opis przypomniał mi łazienkę w pomieszczeniu dla pracowników nauki jednej z polskich uczelni. Osobnik obdarzony nieco potężniejszą tuszą musiał używać sedesu wyłącznie przy otwartych drzwiach, nie mieścił się bowiem na zbyt małej przestrzeni. A to skłaniało do ogólniejszej refleksji na temat specyfiki socjalistycznego budownictwa i transferu technologii.

Dość już tych porównań i wspomnień. Z książki Steinbecka można wyciągnąć kilka pouczających wniosków. Im dalej od centrum, tym zachowania (nawet urzędnicze) stają się przyjemniejsze, a relacje z ludnością – przyjacielskie. Wszechobecnej biurokracji (choć nadal trzyma się mocno) sporo mniej. Im mniej, tym lepiej. Ze szczególną sympatią autor wspomina swoje wrażenia z Ukrainy, nie mówiąc o Gruzji. Opisując Ukrainę, podkreśla ogromny wysiłek społeczeństwa włożony w odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. Społeczeństwa, nie władz. I urodę Ukrainek. Gruzja, oszczędzona przez wojnę, jest jednym wielkim miejscem gastronomicznej uciechy. I znów ożyły wspomnienia. Potwierdzam, gościnność gruzińska nie miała równych sobie, a obfitość jadła (przepysznego zresztą) i wina (czaczy, czyli mocnego bimbru typu grappa piło się znacznie mniej). Szczególnie utkwił mi w pamięci jubileusz założyciela katedry hydrologii Uniwersytetu w Tbilisi, który dawno zmarł, a przez lata cała akademicka społeczność (na czele z rektorem) czciła jego pamięć. Jeśli każda katedra z podobnym pietyzmem obchodziła swoje rocznice, wątroba Magnificencji zasługiwała na najwyższe uznanie. Czy tak jest teraz, nie wiem, od wielu lat nie odwiedzałem bowiem państw dawnego Kraju Rad. Rekompensuję to sobie dość częstym odwiedzaniem gruzińskich restauracji w Warszawie. Ale to nie to samo.

Rozmarzyłem się, więc muszę kończyć. Zacytuję zakończenie książki, bo jest ono najlepszym jej podsumowaniem: „Zgodnie z naszymi wcześniejszymi przypuszczeniami, Rosjanie okazali się po prostu ludźmi i jak większość ludzi są bardzo mili. Ci, z którymi rozmawialiśmy, nienawidzą wojny, pragną tego samego co wszyscy – dobrego, wygodnego życia, bezpieczeństwa i pokoju. Ten dziennik nie usatysfakcjonuje ani ortodoksyjnej lewicy, ani lumpenprawicy. Jedni powiedzą, że jest antysowiecki, drudzy – że prosowiecki. Bez wątpienia jest powierzchowny, bo jakże mogłoby być inaczej? Nie mamy żadnych wniosków poza jednym. Rosjanie nie różnią się niczym od reszty populacji świata” (s. 247). I to by było na tyle.

Tytuł Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023 sugeruje opracowanie poświęcone analizie strategicznych i wojskowo-technicznych aspektów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zwłaszcza, że pracę Andrzej Małkiewicza i Piotra Szymańca opublikowano w serii Bitwy / Taktyka, jej objętość jest doprawdy solidna (ponad pięćset stron), a treść wzbogacona o mapy i szkice. Wszystko to zapowiada, że mamy do czynienia z analizą drobiazgową i pogłębioną.

W rzeczywistości książka dwóch naukowców ma charakter rozprawy politologicznej, dokumentującej. Opracowanie Małkiewicza i Szymańca jest pierwszą wydaną w Polsce publikacją książkową, która całościowo i w miarę szczegółowo opisuje nie tylko przebieg działań wojennych w pierwszym roku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zawiera także bardzo szeroką prezentację okoliczności politycznych sprzed 24 lutego 2022 roku (tj. przed napadem Rosji na Ukrainę) oraz uwarunkowań ekonomicznych, wojskowych i technicznych obu państw. Prezentuje też opis systemów politycznych Rosji i Ukrainy z przedstawieniem sylwetek czołowych aktorów scen politycznych włącznie. Natomiast opis sytuacji na froncie obejmuje chronologicznie okres od lutego 2022 roku do marca 2023 roku.

Główną zaletą opracowania jest właśnie kompleksowość tematyczna oraz bogata baza informacyjna. Dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo stosunkami międzynarodowymi, nie śledzi szczególnie uważnie i dociekliwie wydarzeń na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz nie zna politycznego podglebia konfliktu, książka może być bardzo cennym źródłem wiedzy o charakterze popularyzatorskim i informacyjnym.

To, co stanowi o zalecie opracowania, jest równocześnie jego największą wadą. Autorzy, powodowani ambitnym zamiarem opowiedzenia o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie możliwie jak najdokładniej, zgromadzili bowiem ogromną ilość informacji. I zetknęli się z trudno rozwiązywalnym problemem agregacji wszystkich danych, usystematyzowania ich w kolejności znaczenia w jednolitej matrycy według precyzyjnie określonych kryteriów oraz z konsekwentnym użyciem spójnej metodologii i jednorodnych narzędzi badawczych. Rzeczywiście, nieprostym zadaniem jest – stosując tę samą metodologię – opisać jednakowo skomplikowaną grę geopolityczną, a także przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w obu państwach, jak i dynamiczną sytuację wojenną.

Wydaje się, że koherencji metodologicznej posłużyłoby przynajmniej ujednolicenie terminologii oraz wprowadzenie bardziej rygorystycznej dyscypliny w zakresie stosowanych definicji. Stwierdzenie „wojna hybrydowa, czyli wojna asymetryczna” nie jest prawdziwe i wprowadza w błąd – są to dwa różne pojęcia na określenie dwóch różnych typów działań. We fragmentach próbujących zdefiniować charakter autorytarnych systemów politycznych na części obszaru byłego ZSRR Autorzy używają różnych określeń, zapominając o dobrze już ukorzenionym w nauce terminie „reżimy neopatrymonialne”. Takich luk i niespójności pojęciowych można znaleźć wiele. Autorzy często przywołują wydarzenia z najnowszej historii obszaru postsowieckiego. Jednakże charakterystyka i oceny niektórych z tych wydarzeń budzą niekiedy spore wątpliwości. Przykładowo, wojna między Armenią a Azerbejdżanem 1992–1994, w której armie obu państw bezpowrotnie straciły po ok. 25% liczebności swoich sił zbrojnych, a działania prowadzone były na szeroką skalę i z użyciem broni ciężkiej, została określona przez Autorów jako konflikt niskiej intensywności, co jest mocno mylące. Wydaje się także nie odpowiadać prawdzie charakterystyka wydarzeń w Kazachstanie w styczniu 2022 roku jako wystąpienia sił demokratycznych, zdławionego przez interwencję wojsk OUBZ. Podczas gdy w istocie mieliśmy tam do czynienia z zamachem stanu na tle spontanicznych protestów o charakterze ekonomicznym. Powyższe uwagi nie odnoszą się do głównego tematu opracowania. W moim przekonaniu, z wielu takich didaskaliów należałoby zrezygnować, co nie wpłynęłoby ujemnie na całość przekazu, zmniejszałoby natomiast ryzyko popełnienia błędów faktologicznych czy interpretacyjnych.

Cennym z kolei wzbogaceniem kontekstu historycznego i geopolitycznego, znakomicie pomagającym w zrozumieniu tła wydarzeń, byłoby umiejscowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej w sekwencji konfliktów na obszarze byłego ZSRR, które stanowiły nieodłączny element formatowania przestrzeni posowieckiej. Takie ujęcie pozwoliłoby także wydobyć nie tylko różnice (kulturowe, ekonomiczne, polityczne i każde inne) między Ukrainą i Rosją, co Autorzy – kierując się zapewne aktualną poprawnością polityczną – akcentują, lecz także ogromne podobieństwa, objaśniające wiele z przyczyn wojny i jej przebiegu.

Opisując przyczyny i okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej 2022 roku, Autorzy nie wyjaśniają czytelnikowi, według jakich kryteriów je dobrali i uporządkowali ani jaką rolę odegrał każdy z powodów, dla których doszło do konfliktu zbrojnego na bezprecedensową skalę. Wydaje się, że z ogromną korzyścią dla opracowania byłoby, gdy Autorzy poświęcili więcej uwagi i miejsca, jeśli nie analizie, to chociażby wnikliwemu opisowi sytuacji geopolitycznej Rosji i Ukrainy, ich doktrynom politycznym oraz grze dyplomatycznej poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny. O ile należy przyklasnąć opinii Autorów, że celem Putina nie jest odbudowa Związku Sowieckiego (a więc państwa federacyjnego, wewnętrznie mocno zróżnicowanego, opierającego się na ideologii ponadnarodowej), lecz mocarstwa wzorowanego na imperium Romanowych (scentralizowanego, autorytarnego, nacjonalistycznego), o tyle brak wyczerpującego opisu interesów dzisiejszej Rosji, jakimi postrzega je Putin i rządząca na Kremlu elita, jest poważnym błędem. Możemy nie zgadzać się ze współczesną rosyjską interpretacją tych interesów, lecz musimy mieć je na uwadze, ponieważ to one stoją za konkretnymi działaniami Federacji Rosyjskiej.

Opis działań i sytuacji wojennej na froncie jest wybiórczy i fragmentaryczny z oczywistych powodów: wojna wciąż trwa i Autorzy mogli objąć swoją uwagą tylko pierwszy rok wojny od lutego 2022 do marca 2023. Po wtóre, bazowali na otwartych źródłach informacji, które w warunkach wojny mają charakter tyleż informacyjny, co manipulacyjny. Ponieważ większość danych pochodzi z mediów i stron internetowych, a przestrzeń wirtualna (zwłaszcza gdy dostawcy informacji są stronami konfliktu) rządzi się swoimi regułami, nie ma praktycznie możliwości weryfikacji wiarygodności przekazywanych komunikatów. Może dlatego Autorzy w ogóle zrezygnowali z próby oceny swoich źródeł.

Dla mnie największym niedostatkiem opracowania jest brak pogłębionej analizy zarówno przyczyn konfliktu, jak i wniosków, wypływających z przebiegu wojny, w tym postępowania aktorów sceny międzynarodowej. Książka Andrzeja Małkiewicza i Piotra Szymańca jest pracą obszerną i cenną, ale wyłącznie deskrypcyjną. Opisuje, wylicza, nazywa – ale nie objaśnia. Unika roztrząsania znanych nam już gorzkich prawd, niekorzystnych zjawisk, niepokojących tendencji. To bardziej kronika wojny niż wynik badań naukowych. Praca potrzebna, lecz niesatysfakcjonująca.

 

Guriev, D. Treisman, Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, Szczeliny, Kraków 2023 (tłum. Aleksandra Żak)

Jeszcze w końcu XX i w początkach nowego wieku dość powszechny był w euroamerykańskim kręgu kulturowym swoisty optymizm objawiający wiarę w powszechne – i szybkie – zwycięstwo w świecie demokracji liberalnej i neoliberalnego kapitalizmu. Symbolizowały go koncepcje „końca historii” Francisa Fukuyamy, w teorii ekonomii Friedricha Hayeka, apologia wolnego rynku Miltona Friedmana, w wielkiej polityce zaś – rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher oraz zjawiskowy wręcz upadek państw realnego socjalizmu na czele z ZSRR (1991).

Klimat ten niebawem się zmienił, gdyż szybko ujawniły się i spotęgowały strukturalne dysfunkcje neoliberalnego kapitalizmu, m.in. nierówności społeczne wewnątrz państw i polityczne między państwami, a także (od 2008 r.) kryzys gospodarczy, który ze względu na jego skalę można nazwać globalnym. Ożywiły się także tendencje populistyczne i autorytarne. Ironiści dostrzegli, że nawet F. Fukuyama i J. Sachs coraz częściej piszą smutne w tonacji i pełne niepokoju teksty o stanie spraw ogólnoświatowych. O tych problemach – zwłaszcza zaś o ewolucji współczesnego autorytaryzmu – traktuje omawiana tutaj książka nosząca tytuł: Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, wydana w Polsce w ubiegłym roku. Jej autorami są Siergiej Guriev (m.in. rektor Sciences Po w Paryżu, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie) i Daniel Treisman (m.in. University of California w Los Angeles). Pierwszy z jej autorów (z pochodzenia Rosjanin) jest z wykształcenia ekonomistą, profesorem pracującym w różnych europejskich instytucjach naukowych i gospodarczych, który – jak sam twierdzi – zagrożony aresztowaniem opuścił Rosję Władimira Putina. Drugiego zaś autora (z pochodzenia Amerykanina) nazwać można politologiem i ekonomistą, a także publicystą zajmującym się procesami demokratyzacji i polityką państw autorytarnych.

Najogólniej mówiąc, autorów prezentowanej tu książki cechuje interdyscyplinarne ujęcie analizowanej problematyki. Wykorzystują oni bogaty materiał empiryczny z różnych dyscyplin, a więc politologii, socjologii polityki, historii (zwłaszcza politycznej i gospodarczej) oraz ekonomii. Ich kompetencje spotykają się w próbach syntetycznego ujęcia ewolucji współczesnego autorytaryzmu. Zauważyć trzeba, iż autorzy rzadko posługują się zazwyczaj stosowanymi w literaturze przedmiotu określeniami dotyczącymi systemów politycznych, np. nowy autorytaryzm, łagodny autorytaryzm, demokracja nieliberalna, udawana demokracja czy też totalizm lub autokracja, które mają znaczenie zbliżone do zaproponowanych przez nich podczas analizy. Autorzy nie są powodowani dziennikarskim pragnieniem wprowadzenia w obieg efektownych terminów, lecz jak sądzę – przekonaniem o ich badawczej użyteczności. Porządkujące – a nawet kluczowe – znaczenie dla całości analizy tej książki ma przeciwstawienie „dyktatur strachu” „dyktatorom spinu” i stanowią próbę ich eksplikacji.

Te pierwsze obejmują autokracje, które dominowały w świecie do połowy XX w. i które obejmują także państwa w powszechnym rozumieniu totalitarne. Głównymi instrumentami władzy jest tam przemoc, indoktrynacja obejmująca wszystkie dziedziny życia, izolacja od innych krajów. Ogólnie rzecz biorąc, są one wybitnie represyjne, a ich modelowymi przykładami są systemy polityczne, które współtworzyli Józef Stalin, Adolf Hitler i Mao Tse-tung.

Natomiast „dyktatury spinu” zaczynają dominować współcześnie wśród państw niedemokratycznych. Charakteryzują je zaś następujące cechy:

– relatywnie mała (w porównaniu z „dyktaturą strachu”) represywność;

– możliwość działania partii opozycyjnych, odbywają się w nich wybory, choć zazwyczaj bez szans zwycięstwa opozycji w walce o władzę;

– znacząca rola mediów w sprawowaniu władzy;

– ograniczona cenzura.

Spin dyktator stylem bycia, sposobem działania, a także ubiorem przypomina prezesa korporacji, eksperta, profesjonalistę. Jego strojem nie jest raczej mundur wojskowy, lecz elegancki garnitur. Z wymienionych powyżej powodów, autorzy, mówiąc czasem o demokracji „udawanej”, mają na myśli odmienność tego systemu w porównaniu z innymi formami dyktatury i od państw demokracji liberalnej.

Autorzy podkreślają też, że jakkolwiek współcześnie obserwujemy często ewolucję od dyktatury strachu do dyktatury spinu, to nie można mówić o jednokierunkowo działających prawach, raczej o trendach czy tendencjach. Możliwe są też inne warianty rozwojowe, np. ewolucja od demokracji liberalnej w stronę dyktatury spinu (mówimy wtedy o upadku demokracji liberalnej) albo o ewolucji od dyktatury spinu do demokracji liberalnej (możemy wtedy odnotować proces powstawania demokracji).

Czasem możliwa jest także ewolucja od dyktatury spinu do dyktatury strachu. Przykładem mogą być rządy Nicolasa Maduro w Wenezueli, Recepa Tayyipa Erdoğana w Turcji po stłumieniu próby zamachu wojskowego czy W. Putina w Rosji po 2010 r. Piszę te słowa w chwili, gdy cały świat obiegła już wieść o śmierci w kolonii karnej działacza opozycji rosyjskiej Aleksieja Nawalnego.

Jednakże bodaj najciekawsze są w książce próby wyjaśnienia przyczyn tendencji rozwojowych, prowadzących do dyktatury spinu. Najogólniej mówiąc, działa tu zbiór przyczyn, nazywany przez autorów „koktajlem modernizacji”. Ma on różne „składniki”, do których należą rozwój społeczeństw postindustrialnych i związana z tym – w skali światowej – globalizacja przyśpieszająca procesy obiegu informacji i wpływająca na wzrost aspiracji. O wiele mocniej w wielu rozwiniętych społeczeństwach funkcjonują idee praw człowieka i w ogóle demokracji liberalnej. Nie znaczy to, że są one respektowane powszechnie i bez wyjątków. Sprawia to jednak, że otwartych wrogów demokracji pozostało w świecie niewielu, co wyjaśnia obecność na mapie politycznej wielu państw „demokracji udawanej”.

Podsumowując, stwierdzę, iż praca Gurieva i Treismana posiada wiele zalet, związanych nie tylko z erudycją ich autorów, lecz także wynikających z pomysłowości ich socjopolitologicznych analiz oraz umiejętności porządkowania nader bogatego materiału empirycznego. Walorem jest także odrzucenie tezy o jednokierunkowym rozwoju i przyjęcie w badaniu założenia o istnieniu mnogości możliwych opcji. Wiele może się jeszcze zdarzyć, doświadczenia zaś ostatnich 30 lat przekonują nas do tej konstatacji.

W prezentowanej tu pracy znalazłem też bliskie mi nuty optymizmu, który nazwałbym historiozoficznym i antropologicznym. Dotyczy on właściwości cywilizacji jako takiej, która uruchamia człowiecze możliwości rozwojowe. Autorzy powołują się na Norberta Eliasa i S. Pinka, a także Ronalda Ingleharta, który nawiązuje do prac Abrahama Maslowa na temat hierarchii motywów i rozwija teorię wartości postmaterialistycznych, dążenie do których cechuje tzw. społeczeństwa rozwinięte, zamożne.

Dostrzegając niemałe zalety prezentowanej tu publikacji i zachęcony do dyskusji, z formułowanymi w niej tezami, warto spytać: czy można by napisać ją jeszcze lepiej. Odpowiem: niewątpliwie tak, ale byłaby ona wtedy znacznie obszerniejsza. Warto byłoby uwzględnić (w kontekście zagrożeń demokracji i ewolucji systemów dyktatorskich) przynajmniej dwa istotne wątki:

1) Kwestię podłoża historycznego, np. poprzez analizę poszczególnych przypadków. Wiemy przecież np., jak wielką rolę odegrał brak tradycji demokratycznych w kształtowaniu się systemów demokratycznych Chin, Rosji oraz państw arabskich. Ten wątek podejmują – ukierunkowane na te kraje – różne teorie kontynuacji.

2) Szersze uwzględnienie historii transformacji postkomunistycznej pogłębiłoby z pewnością dokumentację poszczególnych przypadków, szczególnie podczas analizy konsolidacji demokracji i możliwych dla jej istnienia zagrożeń.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava w Koninie; Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód, Warszawa 2023, s. 103.

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka Mirosława Słowińskiego Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie kantora. Jej autora poznałem dobre czterdzieści lat temu. Miałem wtedy częste kontakty z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a Mirek – absolwent tego Uniwersytetu, a potem doktor nauk humanistycznych też „robił” w nauce i kulturze. Zasłynął potem jako producent wielu znanych filmów, jak Quo vadis Jerzego Kawalerowicza, Kto nigdy nie żył Andrzeja Seweryna, czy Syberiada polska Janusza Zaorskiego. Napisał kilka książek, z których rozgłos przyniósł mu Błazen – dzieje postaci i motywu (1990). Potem zajął się historią i literaturą regionalną, popularyzującą dzieje Zagórowa – wielkopolskiego miasta, z którego pochodzi. Tej tematyki dotyczy kilka jego książek, z których wymienię tylko Zagórów. Album miasta (2007). Choć nie widzieliśmy się około dwudziestu lat, od czasu do czasu wspólni znajomi dostarczają informacji o naszych poczynaniach.

Książka, o której piszę, powstała wskutek zrządzenia losu. Podczas remontu jednego z domów w Łazińsku (wsi położonej kilka kilometrów od Zagórowa), przeprowadzanego w 1995 roku, znaleziono plik listów i zbiór książek, sprytnie ukrytych pomiędzy ściankami działowymi tego domu. Wśród książek uwagę znalazców przyciągnęła z pewnością biografia Goebbelsa, Deutsche Geschichte im 19. Jahrhundert – znanego niemieckiego historyka-militarysty Heinricha von Treitschke oraz książki o tematyce religijnej. Korespondencja to listy od i do Brunona Mielke – żołnierza Wehrmachtu (dosłużył się rangi kaprala), wymieniane ze starszym bratem – Gustawem oraz ojcem i siostrami. Nietrudno było zidentyfikować proweniencję ich autorów i adresatów. Należeli do niemieckiej społeczności ewangelickiej, osiadłej w Zagórowie i okolicach od początków XVIII wieku. „W roku 1718 do wschodniej Wielkopolski, w okolice położonego na południowym stoku nadwarciańskiej doliny miasta Zagórów, przybywa ze Śląska czternaście niemieckich rodzin, którym dziedzic pobliskiego Trąbczyna wieczyście wydzierżawia leśne tereny i ugory, gdzie z czasem powstaje wieś o nazwie Łazińsk”[1]. Po Kongresie Wiedeńskim (1815) wieś znalazła się na terenie zaboru rosyjskiego, co natychmiast skojarzyło mi się z losami Ślimaka – bohatera Placówki Bolesława Prusa. W tamtych lub pobliskich stronach musiała toczyć się akcja tej powieści, choć z historią ewangelickiej mniejszości osiadłej w Łazińsku heroiczna obrona przez Ślimaka ojcowizny nie miała chyba nic wspólnego. Niemieccy osadnicy objęli wydzierżawione im tereny na tzw. prawie olęderskim. Wszyscy byli ewangelikami, „Ludźmi wolnymi, z własnym samorządem, kultem pracy i surowymi obyczajami”[2]. Na stosunkowo niewielkim terytorium żyły więc – w kilku odrębnych enklawach wyznawcy różnych religii – katolicy, ewangelicy i Żydzi, posługujący się trzema różnymi językami (polskim, niemieckim i jidysz). Wszystkie te społeczności egzystowały w hermetycznych „bańkach”, oddzielonych od siebie przez religię, język i obyczaje. Obok, ale bez większych sporów. Narastające nacjonalizmy, a potem dwa konflikty światowe wywróciły ten porządek. Rodzina Mielke mogła być tego przykładem. „[…] wysiłkiem całej społeczności Łazińska, której pracami od 1925 roku kierował kantor Gustaw Adolf Mielke, postawiono nowy budynek, mieszczący sale lekcyjne, kancelarię oraz mieszkanie kierownika szkoły i kantora w jednej osobie. Jednak zaangażowanie Gustawa Mielke nie dotyczyło tylko spraw edukacyjnych i obowiązków religijnych. Był nader aktywnym propagatorem niemieckich nacjonalizmów i nazistowskiej propagandy. Musiała ta aktywność – nawet jak na wielokulturowy region – wzbudzić istotne zastrzeżenia władz. Mielke bowiem został zmuszony do opuszczenia w 1936 roku Łazińska i osiedlenia się gdzieś w Galicji. Wrócił wraz z Wehrmachtem w 1939 roku. Przez całą wojnę mieściła się w tym sporym […] budynku szkoła, mocno okrojony w swych prawach kantorat i mieszkała rodzina Mielke”[3]. Wtedy skończyła się koegzystencja różnych społeczności. Ludność żydowską wymordowano. Polaków częściowo deportowano (wysiedleniem dotknięto m.in. moich dziadków, mieszkających przed wojną we Włocławku, których wysiedlono na Lubelszczyznę), pozostałych prześladowano. Gustaw Mielke pełnił nadal obowiązki kantora. Do wojska powołano natomiast jego młodszego brata – Brunona. Znalazł się na północy Finlandii, na relatywnie spokojnym odcinku frontu. Czy przeżył – nie wiadomo, ostatni jego list nosił datę 14 maja 1944 roku, a więc cały rok przed zakończeniem wojny.

Analiza listów pozwala na kilka ciekawych spostrzeżeń. Osadnictwo na prawie olęderskim nasuwa skojarzenia z zaliczanym do protestantyzmu i będącym jednym z nurtów anabaptyzmu wyznaniem menonickim. Zasłynęli w Polsce z zagospodarowania Żuław i tam w większości mieszkali, choć mniejsze enklawy znajdowały się także w innych, nawet dość odległych regionach. Nie wchodząc w szczegóły, zwrócę uwagę na kilka zasad obowiązujących wyznawców tego kościoła, jak: chrzest od 14 roku życia (osób już świadomie wierzących), całkowity zakaz noszenia i używania broni (sic!), zakaz składania przysiąg, zakaz sprawowania wysokich urzędów[4]. Mieszkańcy Łazińska nie byli menonitami, choć z listów Brunona Mielke wynika, że konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich (oczywisty w przypadku menonitów) był w jego rozważaniach również obecny. Niemiecki faszyzm zakładał prymat W odnalezionych po latach listach kaprala Wehrmachtu widać konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich. Bruno Mielke znalazł się na rozdrożu. Niemiecki faszyzm zakładał wiarę w prymat rasy germańskiej, ślepe podporządkowanie Fuehrerowi, uznanie państwa za drogowskaz moralny – choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła. sui generis religii państwowej: wiary w prymat rasy germańskiej, ślepego podporządkowania Fuehrerowi, obowiązków wobec państwa jako drogowskazu moralnego, choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła, a nawet szukano jego wsparcia dla prowadzonej polityki. Bruno znalazł się na rozdrożu: był wyraźnie rad z „nawrócenia” brata – Gustawa (zdeklarowanego faszysty), który wrócił do praktyk religijnych, sam poszukiwał głęboko wierzącej i praktykującej kandydatki na żonę (uroda nie jest tak ważna, jak religijność potencjalnej małżonki). Rozdźwięk między wartościami płynącymi z wyznawanej religii a ideologią „państwową” był silnie obecny wśród osób wymieniających korespondencję. Jedna z potencjalnych kandydatek na żonę Bruna pisze: „Wierzę we wszechmocnego Boga, który nie pozwoli na upadek Niemiec. Każdą wiarę, która skierowana jest przeciw mojej ukochanej ojczyźnie, odrzucam od siebie. Dlatego nie potrzebuję żadnego pośrednika, tych, którzy tak często widzą tylko swój mały „kościół” i nie postrzegają najwyższego dla Kościoła celu, jakim powinny być Niemcy. Nasz Fuehrer nie zamierzał nigdy rozdzielać Kościoła od państwa – wręcz przeciwnie”[5]. Dalej pisze: „[…] nie może być tak, że Kościół występuje przeciwko państwu”[6]. Ma nadzieję, że Bruno nie jest taki, wówczas nie byłoby szans na związek. Bruno zdaje się nie podzielać w pełni tych poglądów, w swoistym konflikcie wartości stawia raczej na religię. Z drugiej strony, w listach zdecydowanie podkreśla utożsamianie się z polityką Rzeszy i faszystowską ideologią. Zdumiewa nawet „wiernopoddańczy ton” tych listów. Nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności polityki władz. „Przed dwoma tygodniami słuchaliśmy przemowy Fuehrera. Mówił, jak decydujące czasy przeżywa nasz naród i ojczyzna. W ten szczególny wiosenny dzień, kiedy szczęśliwie przeżyliśmy zimę i niezliczone niebezpieczeństwa, powinniśmy być uradowani, że Bóg przez naszego Fuehrera zachowuje nas przed grożącym złem i jak wzmacnia to nas, żołnierzy. Że my nie na darmo ponosimy ofiary, nie na darmo cierpimy i umieramy”[7]. Wydaje się, że te zdania są szczere, że nie są pisane ze względu na cenzurę wojskową. Wierzy w zwycięstwo Niemiec, bo słuszne racje są po ich stronie. Dopiero po klęsce stalingradzkiej pojawiają się wątpliwości. Co z nami będzie, gdy Armia Czerwona dojdzie do Łazińska? W sprawach bytowych Bruno wydaje się zadowolony: „Jedzenie też jest dobre. Codziennie jest mięso […] Jest też więcej chleba (750 gr na dzień). W niedzielę jest nawet 1/3 tabliczki czekolady i 1/5 l sznapsa”[8]. Sporo w tych listach o sprawach rodzinnych, ale to zupełnie naturalne.

Korespondencja ustaje w maju 1944 roku. Wtedy Armia Czerwona i Wojsko Polskie wkraczają już na ziemie polskie. Za dwa miesiące opublikowany będzie manifest PKWN. Niestety, nie otrzymamy już komentarza do tych wydarzeń, a być może byłaby to najbardziej interesująca część rodzinnej historii. Czy i jak zmieniły się poglądy Bruna w obliczu nadchodzącej klęski, tego się nie dowiemy. Ale i tak odkryta i opracowana korespondencja stanowi ważny przyczynek do poznania świadomości wąskiej grupy etnicznej i religijnej żyjącej na terenach Wielkopolski. To zasługa autora – Mirosława Słowińskiego: obok licznie cytowanych fragmentów listów większą część książki stanowią jego refleksje i komentarze, z listami w tle, z listami jako pretekst do szerszego omówienia poruszanych zagadnień. A cała historia – ciekawa, bo inna od rozpowszechnionego w Polsce obrazu wojny oraz postaw i zachowań ludzkich.

[1] Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava. Konin 2023, s. 7.

[2] ibidem

[3] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 20.

[4] Wikipedia. Menonici.

[5] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 41.

[6] Mirosław Słowiński op. cit. s. 42.

[7] Mirosław Słowiński op. cit. s. 68.

[8] Op. cit. s. 43.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Agnieszka Holland należy z pewnością do najbardziej znanych polskich reżyserów filmowych i nieprzypadkowo jej nazwisko pojawia się tuż obok Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Feliksa Falka w wielu opracowaniach (np. Tadeusza Lubelskiego, Jerzego Płażewskiego) poświęconych historii filmu w Polsce po II wojnie światowej i jego aktualiom. Także w kontekście wydarzeń politycznych, bo polityka obok filmu stanowi drugą jej pasję. Albo inaczej – te dwie dziedziny w jej życiu niekiedy dramatycznie się przeplatają.

Nie dziwi zatem, iż ukazało się już niemało opracowań o jej twórczości w różnych językach – nie tylko w polskim – wywiadów, felietonów, recenzji. I nie dążąc do kompletności z polskich autorów wymienię Mariolę Jankun-Dopartową, Marię Kornatowską, Katarzynę Mąkę-Molatyńską, zbiorową pracę Holland. Przewodnik krytyki politycznej (2013). Jednak, ze względu na jej ewolucję, wielość kontekstów jej aktywności, różne sprawy wymagają dalszych studiów. Dlatego z radością należy przywitać książkę Karoliny Pasternak Holland. Biografia od nowa, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak w 2022 r. Tym samym, mimo wielu jej zalet, o których piszę poniżej – książka ta nie może obejmować historii powstawania filmu Zielona granica, jego percepcji. Choćby dlatego, że powstał nieco później i był uwikłany w kontekst kampanii wyborczej do polskiego parlamentu w 2023 r.

Książka K. Pasternak ma niewątpliwe zalety, które nazwałbym „reporterskimi”, do których należą: żywość języka, znajomość tematu, zdolność wykorzystania istniejących – niemałych już przecież – materiałów, a także zdobycia nowych. W tego typu biografiach, w których pisze się o życiu prywatnym jakiejś osoby, pierwszorzędne znaczenie ma zdobycie zaufania tej, która jest bohaterką książki (ew. bohaterem) realizowanego studium. Jestem przekonany, że Autorce to się udało. Mogę powiedzieć, że dzięki tej książce rozumiem Zieloną granicę, przynajmniej nieco głębiej, niż gdybym jej nie czytał. Opinię tę potwierdzają osoby, z którymi rozmawiałem na temat filmów Holland.

W szczególności ważna dla mnie była – prowizoryczna przynajmniej – odpowiedź na pytanie, jakie doświadczenia formowały jej osobowość, rozwój talentu i późniejszą twórczość.

Biografia Pasternak poświadcza tezę, iż Agnieszka Holland wcześnie zdobywa „empiryczną” wiedzę o opresyjnej, niedemokratycznej naturze komunizmu. Działają tutaj doświadczenia rodzinne i późniejsze studia w Czechosłowackiej Akademii Filmowej (FAMU). Jej ojciec Henryk Holland pochodził z rodziny żydowskiej i od młodości związany był z ruchem komunistycznym. Po II wojnie uczestniczył w stalinowskiej przebudowie polskiej nauki. Do historii przeszły jego polemiki z poglądami Władysława Tatarkiewicza i Ludwika Krzywickiego. W okresie październikowym Holland ewoluuje w stronę powstającej podówczas opozycji demokratycznej, rozczarowanej rządami Władysława Gomułki i szybko staje się przedmiotem zainteresowań Służby Bezpieczeństwa. Efektem „wizyt” pracowników tej instytucji w roku 1961 była śmierć Hollanda podczas rewizji. Dzisiaj nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach to nastąpiło. Czy wyskoczył przez okno, czy ktoś mu „pomógł”? W każdym razie jego córka była przekonana o współudziale SB w śmierci ojca.

Bardzo ważnym okresem w życiu Agnieszki był wieloletni pobyt w Czechosłowacji i studia w praskiej FAMU od 1966 r. Był to okres wielkiego ożywienia kultury i politycznej liberalizacji w tym kraju, nazywany Praską Wiosną. Można go pod tym względem nazwać odpowiednikiem Polskiego Października. Holland poznała tam wybitnych czeskich reżyserów, pisarzy, ludzi polityki, w tym m.in. Miloša Formana, Věrę Chytilovą, Jiří Menzela. Należał też do nich Milan Kundera, którego głośną książkę Nieznośna lekkość bytu tłumaczyła po kilku latach na polski. Dodać też należy, iż w 1967 r. Agnieszka wychodzi za mąż za Słowaka Laco Adamika. Dla nas najważniejsze jest to, że po stłumieniu przez Układ Warszawski ruchów politycznych składających się na Praską Wiosnę Holland traci złudzenie co do komunizmu i aktywizuje się politycznie. Można więc powiedzieć, że „narodziła” się w Pradze. Tam uformowały się jej poglądy i rozwinęły talenty, których wyrazem była jej późniejsza aktywność reżyserska.

Doświadczeniem formatywnym, o ogromnym znaczeniu dla niej stała się też niebawem współpraca z polskim środowiskiem filmowym. Jej talenty zostały szybko dostrzeżone przez czołowych reżyserów – K. Kieślowskiego, A. Wajdę, K. Zanussiego. Dostrzegają ją też rządzący i choćby z powodu ocen politycznych, jakimi obdarzano ojca, czyniono jej wiele przeszkód w realizacji planów. Mimo wszystko Holland stała się szybko czołową reżyserką, scenarzystką i współtwórczynią tzw. kina moralnego niepokoju. Nie jest to określenie precyzyjne i jednoznaczne. Z pewnością nie oznacza jednak szkoły filmowej, lecz raczej nurt, tendencję w polskiej kinematografii, której szczyt przypada na drugą połowę lat siedemdziesiątych i trwa do stanu wojennego (koniec 1981). Najogólniej polegała ona na krytyce rzeczywistości polskiego, realnego socjalizmu i jego niszczącego wpływu na moralność.

Z kolei w latach 1981–1988 A. Holland przebywała na emigracji, głównie we Francji, Szwecji, USA (zwłaszcza Hollywood). Lata te (oraz następujące po nich) nazwać można o tyle formatywnymi, że udało się jej zdobyć i ugruntować wysoką pozycję w sztuce filmowej nie tylko w Polsce, lecz również na arenie międzynarodowej.

W tym czasie dorobek Holland ogromnie się wzbogacił, a z wielu filmów, które budowały jej pozycję w dziedzinie sztuki (może nieco subiektywnie!) wymienię dwa: Zabić księdza (1988) – był to film o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki oraz Europa, Europa (1990).

Z wielu prestiżowych wyróżnień i nagród A. Holland wymienię Złoty Glob, trzy nominacje do Oscara, różne nagrody w Cannes, Wenecji, Gdyni. Od 2020 r. jest ona przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej. To bardzo prestiżowa funkcja.

*

W wywiadzie przeprowadzonym przez Paulinę Reiter dla „Wysokich Obcasów” (23.12.2023 r.) A. Holland z właściwym sobie poczuciem humoru twierdzi, iż pomysł nakręcenia Zielonej granicy krystalizował się nie tylko pod wpływem traumatycznych informacji o migrantach z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej docierających nad granicę polsko-białoruską i utworzenia w Polsce strefy obowiązywania stanu wyjątkowego, lecz także wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził on mianowicie w jednej z wypowiedzi, że USA przegrały wojnę w Wietnamie, bo dopuściły na obszar wojny dziennikarzy i różne media, co w końcowym efekcie okazało się propagandową klęską. Jarosław Kaczyński i w tym momencie także okazał się nad wyraz inspirujący, A. Holland podziela zaś jego wiarę w siłę obrazu, którą posiadają pewne media zdolne przekazać indywidualny przypadek i uogólnić go. Ma on w sobie siłę dokumentu uniwersalizującego doświadczenie, zdolność wychodzenia poza „tu” i „teraz”.

Film ten daje obraz dehumanizacji człowieka w pewnych sytuacjach, w działaniu instytucji scentralizowanych, zmilitaryzowanych. Pokazywał też kuchnię władzy. Ta zaś w zbliżeniu zazwyczaj nie wygląda sympatycznie!

Można powiedzieć, iż Agnieszka Holland przekazuje nam zniuansowany obraz tego fragmentu świata i unika (z powodzeniem!) stereotypowych, potępiających ujęć i ocen. Jednoznacznie negatywnie widz może oceniać tylko białoruskich „pograniczników”. Nawet często krytykowane zachowanie polskich służb granicznych jest wielorako psychologicznie motywowane. Film ma pomysłowy scenariusz, a niektóre role należy uznać za znakomite – np. Mai Ostaszewskiej i Agaty Kuleszy.

Powstaje więc pytanie, skąd bierze się brutalna reakcja władz na film, którą śmiało można nazwać kampanią nienawiści? Głos w tej sprawie zabrali czołowi działacze PiS i Zjednoczonej Prawicy, m.in. Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek, Zbigniew Ziobro. Przywoływano stare pochodzące jeszcze z czasów okupacji hitlerowskiej powiedzenie „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”. Opluwając zaś film i reżyserkę podkreślano, chcąc okazać swoje obrzydzenie, że go nie oglądali ani nie zamierzają tego zrobić.

Odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyn siły nienawistnej reakcji ówczesnych władz, moim zdaniem należy szukać w tym, że film Holland popsuł wypracowany przez media (zwłaszcza TVP) obraz Polski i Polaków, którzy dzielnie i odpowiedzialnie bronili się przed inwazją ludzi z różnych stron świata nasyłanych przez Białorusinów i Rosjan, a dzieje się to w warunkach trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiemy dobrze, iż obraz ten był i jest mocno idealizowany, jednakże wykorzystano go w kampanii do wyborów parlamentarnych 15 października 2023 r. Skutki były jednak odwrotne od zamierzonych, gdyż ułatwiło to opozycji doprowadzenie do świadomości społecznej nadużyć rządzących, a także informacji na temat tzw. afery wizowej, w której istotny udział miał polski MSZ. Ponadto zwiększyło to oglądalność tego filmu w kinach na całym świecie. Zielona granica stała się jednym z hitów sezonu, nagrodzonym m.in. na festiwalach w Wenecji i Watykanie.

Wszystko to wpłynęło – opieram się na wiarygodnych danych czołowych polskich firm sondażowych – na minimalną porażkę PiS-u w wyborach 15 października 2023 r. i utratę władzy.

*

W tym szkicu rzecz jasna nie wyczerpałem wszystkich ważniejszych wątków książki K. Pasternak ani też Zielonej Granicy. Na jeden z nich chciałbym jednak na koniec zwrócić uwagę. Agnieszka Holland słusznie uchodzi za wybitną postać w kinematografii polskiej i międzynarodowej. Jednakże prezentacja jej filmów nie wyczerpuje wszystkich kierunków ich intelektualnej zawartości. Do tych najczęściej pomijanych należą wątki filozoficzne obecne w jej twórczości, natura współczesnej cywilizacji, antropologia i psychologia społeczna. Wszystkie z nich zasługują na głębszą analizę, która w tym miejscu nie może być dokonana, lecz co najwyżej zasygnalizowana.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r. Towarzyszył wywiadowi z Agnieszką Holland.

Ilustracja – fragment okładki książki Holland. Przewodnik Krytyki Politycznej (opracowanie zbiorowe), Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

 

1.

Podczas rodzinnej uroczystości w łódzkiej Manufakturze, dzisiejszym kompleksie usługowo-rozrywkowym, ktoś zwrócił moją uwagę na dziwny zakątek. Na wygodnej sofie obok wejścia do toalet leżą dwie poduszki umieszczone tam dla wygody użytkowników – jedna z kolorowym wizerunkiem twarzy Wiesława Gomułki, druga z portretem Edwarda Gierka. Nad nimi ściana wyklejona pożółkłymi numerami „Trybuny Ludu”. W tym sztafażu goście lokalu załatwiają swoje niecierpiące zwłoki naturalne potrzeby…

Nie zdołałam zauważyć, by ktokolwiek zareagował na ten widok inaczej, niż z uśmiechem. Niemniej jednak po dziś dzień utkwił mi ten widok w oczach. Jak go odczytać, jak go zinterpretować? Czy to była ironia, czy chęć poniżenia przywódców Peerelu? Wyparcia ze świadomości kilkudziesięciu lat naszej historii? „Skreślenia” wartości, niektórych życiorysów. Czy też symboliczne wyparcie śladów po odrzuconej „komunie”?

Kiedy teraz zastanawiam się nad tym raczej marnym dowcipem, przychodzi mi do głowy postać Agnieszki Osieckiej i jej niezwykła twórczość, jej biografia od czasów powojennych po kraniec Peerelu (1936–1971).

Osiecka (a żyła ona w latach 1936–1997) jeszcze jako młoda dziewczyna, aż do początków III Rzeczypospolitej, nieprzerwanie prowadziła dzienniki. Po jej śmierci zapiski te doczekały się druku. W nich wyraża się cała epoka, kilka dekad przeżyć i doświadczeń. Przemyślanych. Wpierw dziecinnych, szkolnych, studenckich, młodzieńczych, a z czasem dorosłych. Szeroko obecna jest tam sztuka i twórczość artystyczna.

Rodzi się pokusa, by uważnie i dokładnie przeanalizować zarówno notowane ad hoc wrażenia, jak i refleksje, jak też pisane z dystansu wspomnienia. Czy uda się je nanizać na jedną nitkę? Jak wystawić im „świadectwo dojrzałości”? Czy każde z nich potraktować należy jako studium przypadku? Czy też znaleźć główny leitmotiv?

Biografia Agnieszki Osieckiej, udostępniona i opublikowana przez jej córkę Agatę Passent, to gotowy materiał na dokument epoki zwanej Peerelem. Jest to obraz subiektywny, przeniknięty liryzmem, domieszką poezji i poczucia humoru, dystansu do szarzyzny oraz osławionej siermiężności tej epoki. Poszukując jakiegoś wspólnego klucza do ówczesnej rzeczywistości, upatruję go w następującym fragmencie piosenki napisanej przez Bułata Okudżawę w tłumaczeniu Osieckiej:

„Jeszcze czynny GS,

więcej piwa niż łez, (…….)

Kto nauczył cię tak

ładnie patrzeć na łzy”

Pierwsze dwa jej wersy to realistyczny obrazek spod gminnego sklepiku, pod którym wystają miejscowi z butelkami piwa i taniego wina. Ale potem – zadziwiająca refleksja o sztuce „ładnego spojrzenia na ludzki płacz”. W tym jednym błysku czułości zawiera się cała Osiecka. Osoba pełna ciepłych uczuć, przynależna do Krainy Łagodności. Pozbawiona nienawiści i wrogości. Niezdolna do zemsty, ani nawet do niechęci. Chłonąca wszelkie uroki młodości i sentymenty. Otwarta na miłość w jej wszelkich przejawach: do ludzi, ptaków, roślin, kwiatów, muzyki, teatru, kabaretu, kina – słowem światła.

Gdyby sobie zadać trud pytania, jak mogło to być możliwe, prawdopodobna odpowiedź brzmiałaby następująco: powojenny świat, który legł w gruzach, przywalony ciężarem niezliczonych indywidualnych i masowych tragedii, musiał się uporać z ich „odgruzowaniem”. Miał do wyboru: gest żony Lota odwróconej w stronę spopielonego miasta, zastygłej w martwy słup soli, albo też – po wypłakaniu morza łez – jego odbudowę. Jedynie prawdziwa kobieta, była w stanie zwrócić się słowami pocieszenia: „Nowe dzieci urodzą się nam”. Pozorna prostota tych słów, wyjętych z filmu Prawo i pięść, genialnie wyśpiewanych przez aktora Edmunda Fettinga, zawiera w sobie filozofię nadziei na przekór żądzy zemsty i odwetu. Zamiast opłakiwania bezpowrotnych strat, zamiast napawania się bezpłodną rozpaczą, zamiast zaciskania pięści, poetka proponuje rodzenie dzieci. Dzieci – zalążków przyszłości, poczętych z wiary w trwanie wiecznego życia. Z miłości do świata.

Osobowość Agnieszki Osieckiej sprzężona z jej dyskretną filozofią wyraża się w niezwykłej czułości. Słowo „czułość”, pochodzące od czucia i odczuwania, ma u swoich podstaw wrażliwość. Kartezjusz – filozof, który podzielił rzeczywistość na „martwe przedmioty” i „ożywione dusze”, oddał niedźwiedzią przysługę, stwarzając doktrynę mechanicyzmu. Na niej bazuje koncepcja neutralności, obojętności na cierpienia „bezdusznej materii”.

Poetycka wizja wszechświata, uniwersum Agnieszki Osieckiej, obejmuje czułością każdy przejaw istnienia, zarówno materialnego, jak i też społecznego i politycznego. Wszystko, co przynależy do ludzkiego świata, do człowieczego życia, zasługuje na przynajmniej próbę zrozumienia. Postawę Osieckiej warto porównać do Zygmunta Baumana „socjologii rozumiejącej” – polegającej na odmowie natychmiastowej oceny, zwłaszcza potępienia. W miejsce pogardy czy obwiniania uważny i wrażliwy obserwator docieka przyczyny danego zachowania, niekiedy wszak podświadomego czy zgoła nieświadomego. Oprócz „czułej wrażliwości” należałoby za Olgą Tokarczuk dodać talent do „czułej narracji”. Agnieszka Osiecka to prawdziwa mistrzyni tej sztuki. Każdy jej gest, każda jej metafora, działa jak pieszczota. Gładzi i wyrównuje kanty przykrej rzeczywistości. Unosi się ponad „skrzeczącą pospolitość”. Odmawia jej zadawania dodatkowych ran i zadrażnień. Patrzy na ludzi ze współczuciem – jak u Dostojewskiego „wszyscyśmy winni, wszyscy jesteśmy biedni”. Jeśli wszakże ktoś kogoś krzywdzi, zadaje komuś cierpienie, poetka docieka źródła jego motywów.

Można się dopatrzyć swoistego pobratymstwa Osieckiej z Jackiem Kuroniem, z jego refleksjami obecnymi w autobiografii Wiara i wina i innych publikacjach wspomnieniowych, m.in. w Rzeczypospolitej dla moich wnuków, jego testamencie politycznym z roku 2004.

Jacek Kuroń to nie tylko dawny entuzjasta czerwonego harcerstwa, ale również wizjoner; a Osiecka, zamiast aktywności politycznej wolała patrzeć na świat z dystansu zaprawionego humorem:

„I nagle – patrzcie – parlamenty,

o demokracji dyskusyje,

kto ich nauczył, Panie Święty…

Jak to w człowieku długo żyje…”

Wedle ustnej wypowiedzi Mirosława Chałubińskiego, „Osiecka w ogóle nie była politykiem ani politologiem, ale dzięki inteligencji, talentom syntezy świetnie rozumiała świat, polski Październik, który nie był pełną niepodległością, lecz zasadniczą zmianą na lepsze, o czym zapomniała polska prawica”. Dzięki tym talentom przyjaciel Osieckiej Jeremi Przybora po jej śmierci mógł napisać, że „uczyniła z Polski barak aż tak wielobarwny i niekiedy wesoły”.

Znowu  warto przywołać słowa Chałubińskiego: „Głównym tematem, którym wielowątkowo zajmowała się Agnieszka Osiecka, była relacja on–ona, miłość. Wśród jej związków znajdziemy Marka Hłaskę, Bułata Okudżawę, Jeremiego Przyborę, Jerzego Giedroycia, Daniela Passenta i – daleki jestem od wyczerpania tej listy. Trudno jednak nie zgodzić się z opinią, iż byli to interesujący mężczyźni. Jej wiersze nieprzypadkowo mają charakter anonimowy i zarazem autobiograficzny”.

„Ach kim jest ta pani

co zwie się miłością

kto umie tak zranić

napełnić zazdrością”

Należałoby wspomnieć też o przyjaźniach kobiecych Agnieszki: z Magdą Umer, Marylą Rodowicz, Katarzyną Gaertner i Hanną Bakułą. To artystki, z którymi łączyła poetkę długoletnia przyjaźń, oparta na podobnej wrażliwości i na wzajemnej lojalności, a także artystycznej współpracy.

2.

W miejskim krajobrazie naszego kraju, od pewnego czasu zaczęły się pojawiać ławki z rzeźbami wybitnych polskich postaci: uczonych, działaczy społecznych, poetów, pisarzy oraz innych artystów. Na jednej z takich ławeczek w parku na Saskiej Kępie w Warszawie zasiada Agnieszka Osiecka. Warto się zastanowić, czym zasłużyła sobie na taki przywilej i na tyle sympatii. Moją intencją nie jest bynajmniej analiza jej wszechstronnej twórczości, lecz raczej refleksja nad jej miejscem w kulturze PRL.

Po solidarnościowym przełomie, gdy – jak mogło się wydawać – doszło do odcięcia się za sprawą „grubej kreski”, od okresu pogardliwie zwanym „peerelem”, pisanym małymi literami. Symboliczna data 4 czerwca 1989 roku miała jakoby na zawsze zatrzasnąć ten „ponury” okres. Wkrótce też pojawiła się nowa chronologia dziejów powojennej Polski. W zamyśle jej promotorów, po epoce przedwojennej sanacji, a następnie po wybuchu wojny, okupacji oraz po powstaniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, miała się pojawić Rzeczpospolita – bez przymiotnika. Zatem – wreszcie autentyczna!

W zamieszaniu i zamęcie nazewnictwa zapomniano o trwającej wciąż ustrojowej transformacji, powstawania hybrydy ustrojowej łączącej kapitalizm z jakąś formą demokracji i autokracji. Zmiany kolejnych przywódców zaowocowały zignorowaniem wcześniejszej chronologii. Okres PRL-u, znaczony nazwiskami „władców kraju nad Wisłą”: Bolesław Bierut, Władysław Gomułka, Edward Gierek, Wojciech Jaruzelski…

W potocznej świadomości nagłe zmiany od jednego do drugiego „przywódcy narodu”, były odczuwane jako upadek dawnego autorytetu na rzecz następnego. Czczony dotychczas, popadał w niełaskę, a jego nazwisko wywoływało odruch niechęci albo pogardy i potępienia – ów cykl powtarzał się wielokrotnie.

Miało to swoistą logikę; od aprobaty czy wręcz uwielbienia Gomułki (wiec na Placu Defilad w dniu 24 października 1956 roku zgromadził 400 tysięcy osób), do szyderstwa i pastwienia się nad „Gnomem”, obwinianym za zmarnowanie zdobyczy „Października”. Po jego kompromitacji i wyszydzeniu przez Janusza Szpotańskiego, gdy „wstąpił na tron” Edward Gierek, na jego pytanie: „Pomożecie?”, wybuchł nieskłamany entuzjazm. Nie minęło wiele lat i ten sam przywódca doznał upokorzenia, wykpienia jego dobrej woli; jego „świtę” wywożono na taczkach… Dramatyczne wydarzenia z 1976 roku w Radomiu, osławione „ścieżką zdrowia”, podważyły mit klasy robotniczej jako „awangardy proletariatu”. Ofiary grudniowych wypadków w Gdańsku z roku 1970 przekreśliły szanse na pokojowe przejście między poprzednimi „decydentami”. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu, gdy Gierek utracił władzę, począł się wyłaniać całkiem nowy system polityczny. Jego zwieńczeniem stała się NSZZ „Solidarność”. Fenomen robotniczych strajków rozwiał nadzieje na urzeczywistnienie haseł „Naród z Partią”. Demokracja zwana ludową, zaprowadzona przemocą, ujawniła głęboki fałsz „jedności narodu”.

Masowy ruch „Solidarności” po roku 1980 podważył dwubiegunowe podziały klasowe. Elity intelektualne włączyły się w tłum robotników i inteligencji. Lech Wałęsa, przywódca Solidarności nadał jej własną twarz. Na murach Stoczni Gdańskiej zawisły emblematy: Papież-Polak Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska – swego rodzaju ołtarz, obsypany kwiatami. Wówczas też użyto słowa komuna z pejoratywnym odcieniem. Wszystko, co wcześniej nazywano „realnym socjalizmem” – nawet tym „z ludzką twarzą” – znalazło się w jednym worze! Jak się powszechnie wydawało, nastał okres autentycznej niepodległości, wyzwolenia od komuny. Wiary i oczekiwania na swobody obywatelskie.

Rósł autorytet Kościoła Katolickiego. Dopiero wprowadzenie przez Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego przesądziło o zamrożeniu i regresie procesu demokratyzacji. Stopniowe znoszenie restrykcji, uwalnianie więźniów oraz osób internowanych, spowodowało rozluźnienie napięcia. Wreszcie doszło do Okrągłego Stołu (1989), symbolicznego pojednania skonfliktowanych stron: nomenklatury partyjno-rządowej i wielu grup społecznych.

Sejm kontraktowy – dowód na możliwość dialogu, zapoczątkował pochód „prawdziwej demokracji” i zamknięcia okresu „komuny” z dniem 4 czerwca 1989 roku – zrodził utopię „czarnej kreski”. Gdyby zaufać tym symbolicznym datom, należałoby odtrąbić koniec PRL-u! Pozostała do wykonania już tylko lustracja, oddzielenie „zatrutego ziarna” od zdrowego!

Nasze iluzje na temat „nowej ery” pierzchają, gdy – za F. Braudelem – uwzględnimy kategorię „długiego trwania”. Z jej perspektywy krótkie epizody dziejów zlewają się w „długie trwanie”. Innym sposobem radzenia sobie z jakością dziejów jest kategoria pokolenia – albo generacji. Historia Polski (i nie tylko!) składa się z następstwa kolejnych pokoleń. Zaś poszczególne ludzkie biografie albo się pokrywają, albo „wystają” z danej generacji.

Niezwykłość osoby i twórczości Agnieszki Osieckiej, która hołdowała „lekkiej muzie”, wyraża się w specyficznym pomieszaniu żywiołów, szampana z czystą wodą. Poetycki smak i węch uchroniły ją od banału i trywialności. Tytuły takie jak Biała bluzka, Zrób sobie niedzielę, Lubię farbować wróble, Listy na wyczerpanym papierze, Wariatka tańczy zaskakują i bawią, cieszą ucho. Na przekór wszelkim absurdom, poetka dodaje im wdzięku i polotu. Żarty z ponuractwa szarych obywateli nawet im przysparzają uroku.

Jedną z głównych bohaterek Osieckiej jest Pani Miłość; swoista „choroba dwubiegunowa”. Motyw dramatycznej miłości czyni Agnieszkę Osiecką piewczynią intymności. Chroni ją od nadmiernej polityzacji i ideologizacji. Sprawia, iż jej piosenki stają się uniwersalne, mają znaczenie ponad podziałami generacyjnymi. Urzekają liryzmem i urodą polszczyzny.

Dla przyszłych badaczy jej dorobku główną kategorią pozostanie piosenka. Sama poetka, wzorując się na Wojciechu Młynarskim, żartobliwie mówiła o sobie „tekściara”. W istocie jej rzemiosło stało się rodzajem geniuszu. Czego by się nie dotknęła, niby król Midas, zamieniało się w złoto. Takie nieśmiertelne przeboje jak Małgośka albo Bal, unicestwiały różnice pokoleń, zacierały przelotne mody, łączyły młodzież i starszych. Zaś nade wszystko pozwalały uwalniać się od „przepolitykowania”.

3.

Rozważmy casus PRL-u w związku z biografią Agnieszki Osieckiej. Jej niezwykłość zawiera się w tym, iż mimo przynależności do „wyklętego”, odciętego „czarną kreską” okresu „pełnego zniewolenia” – jest to rzecz jasna stereotyp, a nie zniuansowany opis tej epoki – potrafiła zachować dystans, zarówno do przeszłości, jak i do teraźniejszości. Dzięki temu ominęła ją pułapka nawracania się na kolejną z „wiar” i doświadczania „hańby domowej”, wskutek naiwnego im zawierzania.

Agnieszka Osiecka – wynalazczyni „śpiewającej autobiografii” objawiła się jako głos całego pokolenia. Przywołajmy wspomnienie muzyka i kompozytora, Wojciecha Solarza:

„Wtedy jeszcze lepiej ją poznałem. Była niesłychanie naturalna, niesłychanie n i e p o d l e g ł a (wyróżnienie J. M.) bez cienia pychy czy zarozumiałości. Słowem – spontaniczna naturalność życia i bycia. Ginęła w ekipie, bo nikt, na przykład widząc ją na planie w rannych papuciach, nie czuł twardej <ręki> reżysera, który musi podejmować decyzje scalające różne interesy występujące w produkcji filmowej”.

Piorunujące wrażenie zrobiły wiersze Agnieszki na Jacku Kuroniu, gdy po raz pierwszy poszedł na spektakl STS-u.

„Pomyślałem, że ona publicznie, na swój sposób mówi o sprawach, o których i ja chciałbym mówić głośno. Szczególnie chodzi mi o jeden tekst: Kochankowie z ulicy Kamiennej. Usłyszałem tę piosenkę w czasie, kiedy nasz ruch wolnościowy umarł. Gorzej, my sami się poddaliśmy, przepolitykowaliśmy ten Październik. Uznaliśmy w pewnym momencie, że Gomułka ma tak wielkie poparcie społeczne, że nie mamy żadnych szans.

I Kochankowie z ulicy Kamiennej – piosenka o chłopcach i dziewczynach, które pragną pięknej miłości, ale żyją na takiej Kamiennej, gdzie wszystko jest brudne i złe – stała się rodzajem epitafium dla naszego ruchu. […] Myślę, że wiele osób na tej sali miało wrażenie, że to jest o nas i o wszystkim, co się działo dookoła. Agnieszka opowiadała, że każdy człowiek ma prawo do tego, co p i ę k n e.  I do dziś jest to dla mnie piosenka o krzywdzie, jaką można wyrządzić zwykłemu człowiekowi. I o tym, że prawo człowieka jest przez ludzi łamane. To był  m a n i f e s t  Agnieszki (wszystkie wyróżnienia J. M.).[1]

Korzystając z zacytowanej wypowiedzi Wojciecha Solorza, spróbujmy zinterpretować program artystyczny Agnieszki Osieckiej.

Otóż sprawą najważniejszą dla Osieckiej – moim zdaniem – jest  p r a w o   d o   p i ę k n a.  Nawet najbardziej słuszne hasła: wolność, równość, sprawiedliwość, kiedy zakłócą równowagę między sobą nawzajem, z czasem ulegają dewaluacji. Tym bardziej, że niekiedy sobie wprost zaprzeczają. Pozbawione wspólnej „korony”, zakłócają wewnętrzną równowagę (jak równość żołądków wyklucza bezwzględną sprawiedliwość).

Ponadto wartości moralne i etyczne nie zawsze sprzyjają estetycznym. Żywioł polityki, szczególnie w epokach rewolucyjnych, ma tendencję do pochłaniania pozostałych. Dlatego też rewolucja „pożera własne dzieci”. Rozhukane, spuszczone z łańcucha emocje i instynkty prowadzą do destrukcji, nie jedynie materialnej, ale też duchowej. Agresja, gniew, wściekłość ludu, nawet w najbardziej „jedynie słusznej sprawie” niszczy społeczną tkankę, rozrywa ją na strzępki.

Upominając się o prawo do piękna, Agnieszka Osiecka jest pilną uczennicą Fiodora Dostojewskiego, który głosił: „Piękno zbawi świat”.

Powtórzmy słowa W. Solorza: „przepolitykowaliśmy Październik”. Ich sensem było wyznanie zbytniego, przesadnego przywiązania do polityki, do czynnika władzy. Wachlarz społecznych wartości powinien mieć różne barwy, zarówno czarne, jak i ponure, szarobure, a także te pastelowe. Mistrzostwo w operowaniu bogatą kolorystyką zaświadcza u Osieckiej o jej wrażliwości, zarówno intelektualnej, jak i też uczuciowej. Nie przypadkiem herbową oznaką poetki stało się uwielbienie dla przyjaciół. Charakterystycznym rysem większości jej sympatii, kobiet i mężczyzn, okazywała się wierność, wielkoduszność, trwałość w przyjaźni.

Zanurzenie się bez umiaru w politykę mimowolnie doprowadza do jednostronności, przeoczania pozostałych wymiarów ludzkiego losu. Odbiera smak młodości, prowadzi do alienacji, generalnie – niszczy więzi między rozdartymi politycznymi obozami.

Następstwa pokoleń, bunt przeciwko „starym”, to naturalny przejaw społecznego rozwoju; generacja zstępująca uwalnia miejsce dla wstępującej. Modelowym przykładem tej prawidłowości jest klasyczna powieść Turgieniewa Ojcowie i dzieci. Powojenne pokolenie pryszczatych z czasu Peerelu, zbuntowane przeciw rodzicom, wprawdzie „odnawia krew”, jednak wskutek braku życiowego doświadczenia, zalicza własne „pomyłki i wypaczenia”.

Jak wobec tego mogło dojść do tego, iż cała twórczość Agnieszki Osieckiej (dziennikarska, filmowa, teatralna, pisarska, poetycka i piosenkarska) potrafiła wywołać zachwyt u niemal wszystkich pokoleń?

Poszukując klucza do tej tajemnicy trafiamy na jej niepowtarzalny poetycki talent. Żywioł liryzmu przeniknął wszystko, nadał mu zapach, smak i specyficzny dotyk. Jacek Kuroń napisał tekst Listy jako dotyk. Wszystkie ludzkie zmysły eksplodują w „zmyśle metafizycznym”. Żaden cynik ani nihilista nie zdołał mu się oprzeć. Wielkoduszność, wspaniałomyślność to firmowe znaki Osieckiej. I jeszcze – empatia.

W jednym ze wspomnień odnalazłam zdumiewające wyznanie: „Gomułka to ja!” Chodzi o to, że wychował ją klimat polskiego Października – polityczny, etyczny, estetyczny a Gomułka był wtedy naprawdę ogromnie popularny. Nie mniej niż w swoim czasie J. Piłsudski. Nie ma w tym wyznaniu ironii, bo nie sposób się uwolnić od wrażenia pokrewieństwa życiorysu poetki i biografii Towarzysza Wiesława. Żyli bowiem w tej samej epoce.

4.

Być może popełniam niemałe nadużycie, próbując uogólnić wyznanie Osieckiej, na postacie kolejnych polityków PRL-u: Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, Wałęsy, którzy swych koncepcji politycznych w pełni nie zrealizowali. Każdy z nich początkowo z podobną wiarą we własne rządy i w swoją słuszność, lecz w końcu odchodził w niesławie. Czy to jest jednak wystarczający powód, by mieszać ich z błotem? Nie lepiej byłoby im wszystkim wystawić ławeczki, przysiąść się do nich i wspólnie przemyśleć wszelkie doświadczenia?

W cytowanym już wspomnieniu muzyka Wojciecha Solorza o Osieckiej pada słowo „niepodległa’’. Zwykle dotyczy ono ojczyzny, bytu zbiorowego. W przypadku poetki, wyjątkowej indywidualistki, jest ono pojedyncze, niepowtarzalne. Mimo to – dotyczy jej wewnętrznej swobody. Niezależności od nikogo…

Nieznośna lekkość bytu – emblematyczny tytuł powieści Milana Kundery – swego czasu piętnował aksjologiczną pustką realnego socjalizmu. Życiorys Agnieszki Osieckiej, doświadczonej Peerelem, zaświadcza, iż można istnieć pełnią życia bez względu na wszelkie okoliczności. Wystarczy je wyśpiewać – „piosenka jest dobra na wszystko” jak w kabarecie Starszych Panów.

Nowe generacje młodzieży, wykpiwając pokolenie „dziadersów”, oszczędziły Poetkę z Saskiej Kępy. Jej poezja, wyśpiewana w ulotnych piosenkach, połączyła wszystkie pokolenia. Poezja i Dobroć, wedle słów K. C. Norwida, „to wszystko co pozostaje”. Nie sposób oprzeć się „leciutkim obłokom poezji”!

Do „świętej triady” najwyższych wartości, warto dodać jeszcze jedną – Miłość:

„Przyjaciele moi i moje przyjaciółki

Nie odkładajcie na później

Ani piosenek, ani egzaminów

Ani dentysty, a przede wszystkim

Nie odkładajcie na później miłości”.

Nawet gdyby ona była „potargana”, jak w tytule książki Uli Ryciak[2].

[1] Z. Turowska, Osiecka, nikomu nie żal pięknych kobiet, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022, s. 109.

 

[2] U. Ryciak, Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

 

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

Ta księga, podarowana mi przez pana doktora Bogusława Wójcika, jej autora, za co bardzo dziękuję, jest interesującą dysertacją. Co prawda wielka troska o szczegóły sprawia pewną trudność w jej percepcji. Nie pozwoliły one też ująć ruchu świeckiego w jednym tomie. Szkoda – lecz dobrze, że powstało dzieło, które wolno nazwać podarunkiem autora dla ruchu świeckiego, na co dotąd nikt się nie zdobył.

Ten podarunek rozpoczyna się od protoplastów ruchu świeckiego w Polsce – Andrzeja Niemojewskiego, Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego czy wreszcie filologa Baudouin de Courtenay, kandydata na prezydenta Polski. To oni, nie mówiąc o ich następcach, a wśród nich o Tadeuszu Kotarbińskim, dali początek polskiemu ruchowi świeckiemu. On uformował się z biegiem czasu w dwie organizacje – Towarzystwo Szkoły Świeckiej i Stowarzyszenie Ateistów i Wolnomyślicieli.

To te organizacje w kolejnych latach, po zakończeniu władztwa carów
i II wojny światowej, postanowiły już w wolnej Polsce doprowadzić na Zjeździe Zjednoczeniowym 28 kwietnia 1969 roku do powstania jednej organizacji – Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Następne rozdziały omawianej książki są szczegółowym opisem zjazdów tej Organizacji. One odbywały się z reguły co cztery lata, a ostatnim z omówionych w książce zjazdów był Zjazd VI, który odbył się w grudniu 1986, gdzie zdecydowano o powierzeniu funkcji prezesa działaczowi i profesorowi z Krakowa Janowi Szmydowi.

Na tym wydarzeniu zamyka się też księga Bogusława Wójcika, na tyle ciekawa, że wolno oczekiwać na tom II z zapisami tego, co stało się z ruchem w kolejnych latach.

Tymczasem warto odnieść się do dwóch bliskich mi prezesów Towarzystwa: Jerzego Sztachelskiego i Tadeusza Jaroszewskiego.

Pozostały mi w pamięci słowa Jerzego Sztachelskiego, że nie warto tracić nadmiaru sił na walkę z religią czy Kościołem, lecz walczyć o człowieka, o jego szczęście doświadczane w ludzkich i ziemskich warunkach. Także pozostają mi w pamięci roztropne myśli Tadeusza Jaroszewskiego, zmarłego nagle w Warnie, gdzie przebywał na konferencji naukowej. To jego zachęta do rozwiązywania konfliktów na drodze dialogu i wzajemnego zrozumienia, do poszukiwania tego, co łączy, a nie dzieli, jest po dziś dzień bardzo mi bliska.

Jest w księdze Bogusława Wójcika bardzo wiele dyskusyjnych tez, choć zarazem wiele ciekawych spostrzeżeń na temat ruchu świeckiego. Są wyraziste, roztropne, co zasługuje na dobre słowa.

Należę do rosnącego z każdym miesiącem grona wielbicieli Katarzyny Kasi. Nadzieje na zmaterializowanie tej deklaracji uczuciowej maleją wyraźnie z chwilą uświadomienia sobie, że dobrze pamiętam jej ojca, który jako młody mgr Kasia prowadził z nami zajęcia z filozofii dla studentów kierunków niefilozoficznych; wybrałem wtedy jako literaturę zalecaną, choć nieobowiązkową, jego książkę o św. Augustynie. Przełom lat 50. i 60. był dobrym czasem dla filozofii. Dopiero rok później pojawiły się obowiązkowe skrypty Schaffa i Krajewskiego w miejsce trzytomowego podręcznika Tatarkiewicza, a rytualny zestaw tzw. przedmiotów ideologicznych wprowadzono jeszcze później – w 1964 r.

Dość o tym, fanem dr Kasi jestem od dobrych paru lat, głosowałem oczywiście za jej kandydaturą w plebiscycie na Warszawiankę AD 2023 i nigdy nie omijam oglądania „Szkła kontaktowego” z jej udziałem. Duet Katarzyna Kasia i Grzegorz Markowski uważam zresztą za najlepszą intelektualnie i prezentacyjnie parę tego programu. Oczywiście natychmiast po pozyskaniu stosownej informacji pomknąłem więc do zaprzyjaźnionej księgarni, by zdobyć dopiero co opublikowaną ich książkę: Siedem życzeń. Autorzy wybrali siedmiu rozmówców (Agnieszka Holland, Szymon Malinowski, Jarosław Kuisz, Dorota Masłowska, Andrzej Leder, Joanna Tyrowicz i Jurek Owsiak), znane i cenione postaci polskiego życia publicznego z różnych dziedzin tego życia, opatrując rozmowy z nimi życzeniowymi etykietkami: Odwaga, Przyszłość, Niepodległość, Śmiech, Spokój, Bogactwo, Szacunek. Rozmowy o źródłach nadziei. Rozmowy, a nie wywiady, wydają się zresztą lepszym określeniem, bo „prowadzący” są ich równoprawnymi uczestnikami.

Nie wszystkie dokonane przez nich wybory eksponentów tych haseł podzielam. Entuzjazmem wobec twórczości Doroty Masłowskiej nie pałam; po ukazaniu się jej pierwszej książki Wojna polsko-ruska… zapowiedziałem proroczo, że więcej już niczego tak dobrego nie napisze, bo opisała swój świat słowami tego świata, a ten sposób ma swoje granice; jak wiadomo każdy średnio inteligentny osobnik może napisać jedną dobrą książkę – o sobie. Druga, Paw królowej, zachwyciła prof. Marię Janion z powodu muzycznej specyfiki języka autorki odpowiadającego któremuś z modnych wówczas gatunków muzyki rozrywkowej, co średnio przyswajam. Muszę odrobić zaległości i przeczytać kilka z napisanych przez nią później książek, bo swego słuchu muzycznego nie poprawię. Z poglądami Jarosława Kuisza na temat „kultury podległości” podyskutuję w osobnym tekście, odkładam go na bok jako danie główne. Krótka recenzja nie daje takich możliwości, a muszę na ten temat powiedzieć coś więcej. Pozostałe czytałem jednak z otwartą gębą.

We wszystkich siedmiu tekstach uderzyła mnie pewna ich właściwość: otóż jakieś zdanie wypowiedziane przez rozmówców otwiera u czytającego furtkę i zaczyna on podążać ścieżką kontynuującą i rozwijającą tę myśl. Zacznę od Agnieszki Holland i od różnicy w mitologii polskiej i czeskiej. Szwejk i Kmicic, wszystko jasne. Ale wówczas pojawia się pytanie o genezę tych różnic i zaczyna niekończącą się opowieść o historii. No bo około 1385 roku biedną 12-letnią Jadwigę Andegaweńską przymuszono do poślubienia grubo starszego i mało okrzesanego Jagiełły w miejsce młodego, przystojnego i dobrze wychowanego Habsburga. Wybrano wschodni kierunek ekspansji politycznej, militarnej i kulturalnej. Rozważania na temat trafności tego wyboru nie mają sensu, tak zdecydowano i już. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czesi podjęli decyzję inną (albo zostali zmuszeni do jej podjęcia) i historia w każdym z tych krajów potoczyła się wedle wybranego porządku. A dziś: Kudowę od Nahodu dzieli 7 km, taksówka kosztuje 30 złotych, obie nacje są gruntownie wymieszane, Czesi pracują w Polsce, a Polacy w Czechach, w czeskiej knajpie w śródmieściu Kudowy można napić się zielonego (sic!) czeskiego piwa itp., itd. W Nahodzie można zoperować zaćmę w jeden dzień (za którą i tak zapłaci w efekcie polski NFZ), kobieta może bez komplikacji dokonać aborcji w świetle prawa, a w sklepiku tuż za granicą każdy (Polak też) może kupić czekoladę z marihuaną. Te dwa światy tak bliskie (oba w Unii, języki obustronnie zrozumiałe, małżeństw mieszanych całe mnóstwo itd.), są mocno od siebie kulturowo oddalone. Czesi są – czy nam się to podoba, czy nie – znacznie bliżsi kulturze Zachodu, choć nie przeżyli dni „swojej wielkości”. Jedno zdanie otwiera „przestrzeń” do niekończącej się dysputy, bo ta sięga do kilku wieków historii i do iluś tam prognoz na temat przyszłości. Można się tylko zastanawiać, na ile Czesi są skłonni do hamletycznego rozważania na temat „kultury podległości”? Nigdy nie przyszło mi na myśl, by zadawać im takie pytania. Furtka się jednak otworzyła i podążam bezwiednie ścieżką wytyczoną przez prezentowany dialog. I tak można by bez końca, bo dysputa o sprawach tego świata końca z zasady nie ma.

Wspomniałem o prognozach na temat przyszłości i od razu przyszła do mnie uwaga p. Katarzyny: czy przyszłość ma datę przydatności do spożycia, którą „kupiłem” bez reszty. Wyobraziłem sobie tomy raportów różnych niezbędnych i zbędnych instytucji od ratowania klimatu i gromady agresywnych antysystemowców zaprzeczających wszystkim potwierdzonym przez naukę oczywistościom. A profesor Malinowski dopowiada (na s. 67 recenzowanej książki) i tym dobija oponentów, że wszystkie ssaki żyjące na lądach ważą raptem dwadzieścia milionów ton. Te, które żyją w morzach i oceanach, dwa razy tyle. Ludzie zamieszkujący ziemską kulę ważą ogółem trzysta dziewięćdziesiąt milionów ton, a zwierzęta, które hodujemy po to, by się najeść, to już sześćset mln ton. Szok, prawda?

Sięgając do Andrzeja Ledera, wybrałem inną niż p. Katarzyna (Rysa na tafli) książkę Profesora – Był sobie postmodernizm. A z niej cytat, który służy mi jako motto do podobnych tematycznie rozważań: „[…] kondycja istoty istniejącej w czasie zakłada zdolność napotykania w chwili teraźniejszej tych konsekwencji przeszłych aktów, które nadchodzą z przyszłości”[1]. Wyjaśnia ono kwestie, o które pytaliśmy przed chwilą, na temat udziału historii (decydującej lub tylko współdecydującej) w kształtowaniu świadomości kulturowej, czy jak kto woli kulturowego DNA. Pozostając na chwilę przy Lederze i jego najbardziej znanej książce Prześniona rewolucja, łatwo zauważyć, że zasługą socjalistycznej transformacji gospodarki (może robionej zbyt siermiężnie) jest jednak zmiana proporcji między przemysłem a rolnictwem, z 40:60 na korzyść rolnictwa pod koniec sanacji na 60:40 na rzecz pozarolniczych działów gospodarki już w latach 50. Mimo tej zasadniczej zmiany do dziś biedzimy się z małorolną gospodarką agrarną i nietrudno dostrzec, że rozkład preferencji politycznych zależy w sporej mierze od udziału „małorolnych” w strukturze wytwarzania i w obowiązującym imaginarium. I tak można bez końca. Andrzej Leder wydał zresztą w ubiegłym roku nową książkę Ekonomia to stan umysłu, będzie więc o czym rozprawiać.

Ogromną zaletą recenzowanej książki jest jej inspirująca rola w podejmowaniu coraz to nowych i nowych tematów, prób tłumaczenia (jak te zawarte w rozmowie z prof. Joanną Tyrowicz, które wyjaśniają mechanikę relacji czynników ekonomicznych i komunikacyjnych, a mnie przypominają aluzje Rogera Penrose’a na temat związków między teorią kwantów a psychologią zbiorowości; w nowej książce Ledera znajdzie się pewno sporo na ten temat), czy do określania indywidualnych pożądanych postaw i sposobów zachowania (Jurek Owsiak), innych niż te rozpowszechniane przez polityków sprawujących do niedawna (mam nadzieję) władzę nad naszą materialną egzystencją, którzy chcieliby też sprawować ją nad naszymi umysłami i duszami. Długo będziemy zastanawiać się, jak to się stało, że udało się im zawładnąć tak dużym „terytorium”. W jakim stopniu wśród przyczyn tego „fenomenu” znajdzie się owo kulturowe DNA, o którym wiele w tej książce? I wreszcie finalne przesłanie – od Owsiaka głównie – że kształt naszej rzeczywistości zależy w gruncie rzeczy od nas samych, od naszej wiedzy i naszego stopnia zaangażowania. A nie od łaskawego daru z rąk naszych „patronów”, którzy wystawią ani chybi weksel za swoją łaskawość.

Nie bądźmy więc ani leniwi, ani obojętni. Coś się przecież wydarzyło i wydaje się – po tych kilkudziesięciu dniach – że nie tkwimy już po szyję w „czarnej dziurze”, jak to się jeszcze do niedawna wydawało. Bóg zapłać, Pani Katarzyno i Panie Grzegorzu, za tę książkę, która umacnia w nas pokłady rozumnej nadziei.

[1] Andrzej Leder, Był sobie postmodernizm, Wyd. IFiS PAN, Warszawa 2018 s. 63.

 

Profesora Romana Kuźniara szerzej przedstawiać nie trzeba – znany jest z działalności naukowej, politycznej i eksperckiej. Od lat należy do pierwszej ligi polskich politologów, doradzał prezydentowi RP i prawie corocznie ogłaszał ważne książki ze swej dziedziny. Tym razem jednak zajął się eseistyką polityczną, która u swych źródeł ma problem zła w polityce. Ale naświetla ten temat od strony motywów i działań „złego człowieka”, co obiecuje refleksję bardziej skoncentrowaną na konkretnych ludziach i przykładach. Choć w podtytule czytamy „Zły w życiu międzynarodowym”, to książeczka operuje bardzo różnymi przypadkami działania tytułowego „złego człowieka”, także krajowymi, co dodaje jej waloru aktualności (wszak ukazała się w dniach wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku).

Będąc uczestnikiem jej ubiegłorocznej grudniowej promocji w murach Uniwersytetu Warszawskiego, mogę powiedzieć, że jest to lektura z typu „niezbędnika inteligenta” – spokojnie powinna stać się przedmiotem rozmów i dyskusji nawet w zróżnicowanym politycznie towarzystwie. Może być bowiem czytana na parę sposobów: jako poszerzony wykład o zjawisku zła w polityce, będąc właściwie zachętą do dalszych, bardziej pogłębionych studiów (do czego skłania pokazany przez autora aparat naukowy, złożony z niezbędnych „w tej dziedzinie” lektur), ale także jako pierwsza książkowa próba diagnozy znanego nam z autopsji zjawiska. W tym poszukania odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się „zły człowiek” w polityce. Okazuje się, że nie tylko z Żoliborza…

Wywód Kuźniara toczy się ledwie na 200 stronach tekstu i dla wprawnego czytelnika jest do przetrawienia właściwie w jedną noc, ale siła tej książki polega na zasianiu ziarna głębszej refleksji. Po jej lekturze chciałoby się bowiem podjąć jakiś wysiłek, aby to zło zminimalizować, a nawet wyrugować, choćby na własnym, krajowym podwórku. I nawet prof. Kuźniar taką reakcję częściowo przewiduje („sprzeciw obywatelski”), ale przecież „Książeczka” nie jest podręcznikiem aktywisty, może bardziej dzwonkiem alarmowym, że sprawy idą w złym kierunku i należałoby działać. Ale gdyby jakimś cudem stał się podręcznikiem tego czy owego lokatora gmachu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, źle by nie było, autor bowiem mimowolnie poszukuje źródeł nadziei i nawet je wskazuje.

Kuźniar bardzo kompetentnie, a przy tym sprawnie i syntetycznie referuje różne przyczyny zła w polityce, podążając zresztą tropem pomnikowej Książeczki o człowieku Romana Ingardena, jak i innych tego typu tekstów. Intelektualnych wątków i przeróżnych inspiracji jest tu zresztą ukazanych bardzo dużo – począwszy od Ingardena właśnie, Leszka Kołakowskiego, Rafała Lemkina, Tadeusza Różewicza i Wisławy Szymborskiej, poprzez podstawowych autorów kręgu niemiecko- i anglojęzycznego, na Janie Pawle II skończywszy. Są tu tak kapitalne rozdziały, jak np. „Po czym poznać złego człowieka”, co Kuźniarowi każe podzielić swoją refleksję na podrozdziały: „słowa”, „działanie” i „władza”. Warto ten rozdział solidnie przyswoić, bo jest to znakomity wkład do dyskusji także o tym, czego byliśmy świadkami przez ostatnie lata w Polsce i co mamy nadal w Europie. Dalej jest jeszcze lepiej: „Preteksty i przebrania złego człowieka”, „Zły i jego pomocnicy” – gdzie prof. Kuźniar kapitalnie rozwija skrzydła uczonego i zarazem nauczyciela akademickiego, cierpliwie kreśląc typologie oraz charakteryzując i klasyfikując poszczególne objawy obecności „złego człowieka w polityce”. Można powiedzieć, że jest to najbardziej podręcznikowa część dzieła i zdziwiłbym się bardzo, gdyby „Mała książeczka” finalnie za podręcznik uznana nie została… Byłoby to przecież największe wyróżnienie w potoku złych książek i miałkich wywodów, a gdyby jeszcze na dodatek dokonane przez samych zainteresowanych: polityków, politologów, dziennikarzy, nauczycieli!

Możemy więc być tylko wdzięczni za ten wypad prof. Romana Kuźniara na politologiczną do tej pory terra incognita, a najlepszą recenzją niech będzie to, że mojej bibliotece przybyło parę dodatkowych lektur, do których autor nijako mimochodem w „Książeczce” namawia.

Poezja jak szlachetny trunek nabiera barwy i smaku w trakcie dojrzewania. Tę prawdę potwierdza najnowszy tomik wierszy Marka Wawrzkiewicza Po słowie opublikowany w grudniu ubiegłego roku przez oficynę wydawniczą Adam Marszałek. Autor (ur. 1937 r.) debiutował blisko 65 lat temu i Po słowie jest z pewnością jednym z najlepszych w jego bogatym dorobku. Dwa z zamieszczonych w tym tomiku wierszy prezentujemy poniżej:

 

Ocalenia

 

Kochana, zbudź mnie po północy

I w głuche ucho powiedz szeptem,

Że nieuchronnie ku nam kroczy

Morze przejrzyste jak powietrze

Błękitna fala prześwietlona

Słonym promieniem. Ja uwierzę

I znowu zasnę w twych ramionach.

 

Kochana, ale zanim zasnę,

Powiedz mi jeszcze, że znów szumi

Sosna samotna pośród lasu

W innych samotnych sosen tłumie.

 

Kochana moja, którakolwiek

Z moich kochanych, z minionego,

Ocal mnie, uchroń cichym słowem

Od marnej jawy i snu złego.

 

Ale to mów mi ty – jedyna,

Któraś przetrwała w moim świecie,

W tobie kochałem wszystkie inne,

Bo w każdej innej byłaś przecież

Niepowtarzalna, jednokrotna,

 

Nieosiągalna, moja cała,

Ta, której nigdy już nie spotkam,

Bo raz spotkana – pozostałaś.

Najodleglejsza i najbliższa,

Mów nocą o przejrzystej fali,

Powiedz, że morze tu się zbliża,

Z którego nic nas nie ocali.

 

 

 

Modlitwa

 

Dałeś mi długie wyczekiwanie,

Panie.

 

A dałeś mi cień chmury i okruchy blasku,

I obcą radość dałeś, i udrękę własną.

 

Dałeś mi słów kilkanaście i długie milczenia,

Dałeś mi to, co mam już i czego już nie ma.

 

Dałeś mi brak pieniędzy, brak na nie łaknienia,

I tych braków powszednich na inne nie zmieniaj.

 

Dałeś mi poszum lasu, błądzenie na drogach,

Kilku zmarłych przyjaciół i żyjących wrogów.

 

Dałeś mi głóg, tarninę i jabłoń zdziczałą,

I dałeś mi dziewczynę, której mi nie dałeś.

 

Dałeś mi miłość wielką, brak miłości dałeś

Nie całkiem dobre zdrowie i wątpiące ciało.

 

Ja przecież się nie skarżę – dałeś i tak sporo,

Bo mi podarowałeś wszystkie roku pory,

 

A wszakże mógłbyś wcześniej dać mi późną jesień,

A nie tą późną, w której właśnie dzisiaj jestem.

 

Daj, coś zamierzył, nie skąp mi niczego

I nie chroń mnie od złego, ani od dobrego.

 

Niech wedle twojej woli już wszystko się stanie –

Daj mi wieczny spoczynek i wieczne czuwanie,

Panie –

Gdzie można znaleźć taki dom? Jak to gdzie? W Krakowie oczywiście! Co zresztą autor tej książki sam od razu, by nie było żadnych nieporozumień, wyjaśnia w podtytule: Leksykon legendarnego Domu Literatów w Krakowie. A na obwolucie Wydawca dorzuca jeszcze frontowe zdjęcie tego Domu oraz dla pewności dodaje adres: Kraków, ul. Krupnicza 22.

Tak, to naprawdę był przez ponad półwiecze niezmiernie ważny adres. Czas przeszły jak najbardziej tu uzasadniony, bo już właściwie nie „funkcjonuje” jak niegdyś przez wiele, wiele lat, bo od roku 1945 aż do lat 90. XXI w., czyli ponad pół wieku! Oto budynek na Krupniczej, który w latach 90. został przedziwnie, jak to podówczas bywało, „sprywatyzowany” przez ówczesne władze Krakowa (sprawy sądowe nadal są w toku!), gromadził pod swym dachem mieszkańców tworzących i stanowiących arcyciekawe samo w sobie i wielce znaczące w dziejach powojennej literatury polskiej środowisko pisarskie. Dość wspomnieć, iż przez jego popadające dziś – z wielu powodów – w „trwałą ruinę” mury przewinęło się już kilka pokoleń niezmiernie dla powojennej polskiej literatury interesujących i nadal znaczących twórców.

Obrazuje to najlepiej jedno z zamieszczonych tutaj zdjęć – zrobione na podwórku Krupniczej 22 już w sierpniu 1945, na którym widzimy grupkę znanych potem literatów: Stanisława Dygata, Czesława Miłosza, Jerzego Zawieyskiego, Stefana Otwinowskiego, Tadeusza Brezę, Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Kazimierza Wykę, Helenę Wielowieyską, Leona Kruczkowskiego i Xenię Żytomirską. A już wkrótce listę tę poszerzą inni pisarze poszukujący swego azylu po dramatycznych przejściach wojennego czasu zawieruchy dziejowej: więźniowie niemieckich obozów jenieckich jak Stefan Flukowski, Konstanty I. Gałczyński, obozów koncentracyjnych, jak Michał Rusinek czy Maciej Słomczyński, sowieckich łagrów, jak Tadeusz Peiper czy Jerzy Hordyński, jak wysiedleni ze Lwowa – Jerzy Broszkiewicz czy Marian Promiński, uczestnicy okupacyjnej konspiracji i partyzantki, jak Tadeusz Różewicz, Jan B. Ożóg czy też ocaleni uciekinierzy ze stolicy po powstaniu warszawskim, jak Stefan Kisielewski, Hanna Malewska czy Anna Świrszczyńska…

Podkreśla to mocno autor tej książki Jan Polewka (syn pisarza Adama Polewki, sam urodzony już w tym Domu na Krupniczej 22! I nadal tam mieszkający), że w tych już „pierwszych latach Dom Literatów był azylem i przystanią dla wojennych rozbitków i bezdomnych twórców. Dopiero lata 50. zmieniły obraz odzyskanego śmietnika w ideologiczną fasadę według stalinowsko-bierutowskiej obsługi piór”. Ale nie na długo przecież. Dodajmy zatem, że już wkrótce zaczęli pojawiać się tutaj kolejni przedstawiciele starszych i młodszych pokoleń pisarskich, jak autor Gór nad czarnym morzem – Wilhelm Mach, jak znany potem w świecie mistrz science fiction Stanisław Lem, jak nie mniej przecież znany Sławomir Mrożek (który na pożegnanie przed swym emigracyjnym opuszczeniem tegoż Domu, spalił był na jego dziedzińcu swoje prowadzone przez trzynaście lat autobiograficzne dzienniki – zapiski z czasów młodości „chmurnej i durnej”!). Jak Tadeusz Nowak, poeta i autor powieści A jak królem, a jak katem będziesz, współtwórca tzw. nurtu chłopskiego w literaturze polskiej czy Stanisław Czycz, poeta i autor słynnego, ba obrosłego niegdyś legendą buntowniczą opowiadania And. Jak zapominany już nieco poeta Jerzy Harasymowicz. Podobnie jak głośny krytyk literacki – i współtwórca Jerzego Grotowskiego z Teatru 13 Rzędów – Ludwik Flaszen. Jak poetka Ewa Lipska czy Adam Ziemianin oraz mieszkający tam jeszcze prozaik Ryszard Sadaj, autor pamiętnej Galicjady… Jak…

I można by tak ciągnąć tę listę długo jeszcze, bo ten Leksykon Jana Polewki, liczący sobie bez mała 450 stron druku jest przebogatą skarbnicą z pierwszej ręki rzetelnych i rzeczowych wiadomości biograficznych, bibliograficznych oraz wszelkich innych dotyczących byłych znanych i nieznanych dziś prawie zupełnie mieszkańców tego Domu. A także zapisem, arcyciekawym, dla postronnych zwłaszcza, zbiorem różnorodnej natury ciekawostek z tym związanych, znakomitych dykteryjek i facecji (polecam choćby tę o Arturze M. Swinarskim, który zapytany, czy pochodzi z wioski, odparł, że owszem, ale z własnej!). Opowiastek i autentycznych przytoczeń jak ten dialog królowej belgijskiej z Jarosławem Iwaszkiewiczem:

„Czy pan jest katolikiem?” – „Tak, ale niepraktykującym”. – „A czy jest pan komunistą?” –„Tak, ale niewierzącym…”.

Opowiastek oddających barwność epoki i jej „ducha czasu”: nostalgicznych, pełnych humoru, dyskretnej ironii oraz „głębszych znaczeń”, smakowitych anegdot i zabawnych, często gorzkich, facecji… Dotyczących świata, który „właśnie znika”, odchodzi bezpowrotnie w przeszłość, ale tutaj zostaje jakby zatrzymany w rozmaitych ujęciach filmowych, ostrych kadrach pamięci, z jakich składa się ta księga: poszczególnych rozdziałów – Liter alfabetu przywołujących tę rzeczywistość związaną z krakowskim Domem Literatów z ulicy Krupniczej 22.

Co tu dużo gadać! Czytać, czytać…

Jan Polewka, Dom pod wiecznym piórem. Leksykon legendarnego domu literatów w Krakowie, Wyd. Iskry, Warszawa 2022, s. 452

Tekst ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r., w dziale „Świadectwa”

Po raz pierwszy w języku polskim publikujemy pełną treść noweli szkockiego pisarza Freda Urquharta. Niezależnie od jej walorów literackich, sądzimy, że może ona zainteresować polskiego Czytelnika ze względu na zilustrowanie zjawisk społecznych lat czterdziestych ubiegłego wieku dotykających także polskich żołnierzy stacjonujących w Wielkiej Brytanii.

Jej autor był jednym z najwybitniejszych szkockich pisarzy XX stulecia, autorem wielu powieści, noweli i opowiadań. Urodził się w 1912 r. w Edynburgu. W wieku 15 lat podjął pracę w księgarni, a dwa lata później opublikował swoje pierwsze opowiadanie. W czasie II wojny światowej – jako zadeklarowany pacyfista i obdżektor – stanął przed sądem za odmowę służby wojskowej. Po początkowym odrzuceniu jego prośby o zwolnienie ze służby wniósł odwołanie i otrzymał możliwość zastępczej pracy na farmie. Najpierw pracował w północnej Szkocji, a następnie w Anglii.

Do Anglii przeniósł się w 1944 r. Zamieszkał najpierw w Londynie, a następnie na angielskiej prowincji, „w szczęśliwym homoseksualnym małżeństwie”. W 1991 r., po śmierci partnera, wrócił do Szkocji. Ze względu na swoją orientację, ale też z powodu lewicowych poglądów, w szczycie twórczości nie udało mu się przebić na salony literackie Edynburga. Popularności nie sprzyjała również zapaść na rynku wydawniczym noweli i opowiadań w latach 50. XX wieku. Podczas pobytu w Anglii nie tylko tworzył, ale był też lektorem i wydawcą, a także autorem artykułów prasowych. W swoich utworach poświęcał wiele uwagi życiu i problemom miejskiej klasy pracującej (tenement dwellers – mieszkańców kamienic), rolników, a także kobietom, ich uczuciom i miejscu w ówczesnym społeczeństwie. Otwarcie poruszał też kwestie homoseksualizmu – w czasach, kiedy był on karalny w Wielkiej Brytanii.

Fred Urquhart zmarł 2 grudnia 1995 r. w Haddington.

 

Czytaj części I – IV noweli: https://reshumana.pl/namietnosc-o-mal…olnierzu-cz-i-iv/

Czytaj części V – XI noweli: https://reshumana.pl/namietnosc-o-malej-nettie-i-polskim-zolnierzu-cz-v-xi/

Czytaj części XII – XXVII noweli: https://reshumana.pl/2106-2/

 

Od tłumacza:

W noweli Namiętność. The Laundry Girl and a Pole, która powstała w początkowym okresie jego twórczości, Fred Urquhart sporo uwagi poświęcił przemianie obyczajowej szkockich dziewcząt w czasie wojny, w dużym stopniu na skutek ich kontaktów z angielskimi i polskimi żołnierzami. Wątek relacji szkockich dziewcząt z zagranicznymi żołnierzami pojawia się też w powieści Jezebel’s Dust (Pył Izebel). Z polskimi żołnierzami Urquhart zetknął się w miejscowości Cupar, gdzie w 1940 r. pracował jako ogrodnik, mieszkając u swojej amerykańskiej przyjaciółki Mary Litchfield – działaczki partii komunistycznej w dystrykcie Fife. Za jej namową i za pośrednictwem porucznika Stanisława Luxemburga skontaktował się z wydawcami „Dziennika Żołnierza”, oferując możliwość wydania swojej  świeżo skończonej noweli. Po długich dyskusjach redakcja postanowiła opublikować Opowieść o szkockiej praczce i polskim żołnierzu, znacznie ją jednak skracając i recenzując – ze względu na „graniczące z pornografią” fragmenty. Publikacja, która miała miejsce w październiku 1942 r. w 19 odcinkach, wywołała gorącą dyskusję w polskim środowisku w Szkocji. Wielu czytelników krytykowało autora za przedstawienie polskich żołnierzy w krzywym zwierciadle, jako mężczyzn bez skrupułów wykorzystujących szkockie dziewczęta. Pojawiły się stwierdzenia, że jest to szkocki Dekameron, z polskim żołnierzem w roli głównej. Niektórzy wątpili, by autorem był rzeczywiście Szkot, a nie polski autor piszący pod pseudonimem.

Niniejsze tłumaczenie jest przekładem  pełnego tekstu noweli i nie zostało  ocenzurowane pod względem treści. Starałem się też w polskim tekście, chociaż w pewnym stopniu oddać to, że autor w wielu dialogach korzystał z dialektu z dystryktu Fife. Dziękuję za wsparcie Paulowi Gogolińskiemu oraz Marii Rayskiej-Keniston.

Po ponad 80 latach od publikacji noweli trudno doszukać się w niej fragmentów, które współczesnemu czytelnikowi kojarzyłyby się z pornografią – lub chociaż się o nią ocierały. Autor w realistyczny, często żartobliwy sposób opisał relacje polskich żołnierzy ze szkockimi kobietami, czego pokłosiem była spora liczba mieszanych małżeństw i dzieci, zrodzonych z tych związków. Po prostu wiernie opisał rzeczywistość… Nie zapomnę, jak podczas spotkania z przedstawicielem władz samorządowych w Fife w drugiej połowie lat 90. XX w. okazało się, że mój rozmówca – noszący stare szkockie nazwisko – miał ojca Polaka. Swoją historię rodzinną skomentował żartobliwie – że gdyby nie zastrzyk polskiej, żołnierskiej krwi podczas II wojny światowej, to dystrykt Fife spotkałaby katastrofa genetyczna.

Z drugiej strony autor ulega miejscami swoim niekoniecznie prawdziwym wyobrażeniom o Polsce, na przykład pisząc o Mazurku Dąbrowskiego tak:

Polacy zaczęli śpiewać pieśń, której żadna z dziewcząt nie znała. Było w niej coś obcego, była przepełniona nostalgią i tęsknotą. Głosy to wznosiły się, to opadały żałośnie… Gdybyście, dziewczęta, słuchały radia w niedzielę wieczorem, zamiast się włóczyć, to byście wiedziały, że to jest polski hymn…”.

Leszek WIECIECH

I.

Żołnierze angielscy wyjeżdżali. Dziewczęta, stojące przed „Pralnią Królewny Śnieżki” panny Scott, rozmawiały tylko o jednym. Każda z nich opowiadała o swych przeżyciach minionej nocy, ale żadna nie słuchała pozostałych. Każda z nich, przekonana o wyjątkowości swoich doznań, tak bardzo chciała się nimi podzielić, że nie miała głowy, by słuchać koleżanek, chyba że w odpowiedzi mogła opowiedzieć własną, lepszą historię.

Wyglądały na twarde dziewczyny. Starały się upodobnić do swoich ulubionych gwiazd filmowych, przy czym czasem styl jednej z gwiazd kłócił się ze stylem innej, chociaż same dziewczyny były niepodobne do żadnej z nich.

Kok w stylu Garbo i usta w stylu Joan Crawford dziwnie wyglądały na twarzy dziewczyny o zadartym, prawie płaskim nosie. A jako że większość z nich nie umyła twarzy, a w najlepszym razie pobieżnie ją przypudrowała, to wyglądały nieświeżo w przytłumionym, porannym, jesiennym świetle. Nędzne karykatury olśniewających dziewcząt z billboardów przed kinami, z którymi się utożsamiały, mocno gestykulowały opowiadając o żołnierzach, którzy przedpołudniem mieli opuścić miasto.

– Freddie chciał mi dać pierścionek zaręczynowy – powiedziała Meg Patrick – ale ja mu powiedziałam prosto z mostu, że nie chcę się wiązać. Jeszcze przyjdzie na to czas, powiedziałam, za jakieś pięć lat, kiedy już się wyszaleję.

– Tylko żebyś nie przesadziła z tymi swoimi szaleństwami – rzekła, śmiejąc się, Aggie Foster.

– Lepiej czasem przesadzić, niż w ogóle nie szaleć, tak jak niektóre osoby, które mogę wskazać palcem!

Meg wzruszyła triumfalnie ramionami, a na pospolitej twarzy Aggie wykwitł rumieniec. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale wstrzymała się, gdy dwie koleżanki przyłączyły się do rozmowy.

– Cześć, Nettie, dobrze się wczoraj bawiłaś? – zapytała niższej z dziewczyn, która miała kasztanowe, kędzierzawe włosy, zwinięte w masę loków, i bladą buzię, z wargami pośpiesznie pociągniętymi szminką. Nosiła biały płaszcz nieprzemakalny, ściśnięty paskiem na szczupłej talii. Pod rękę trzymała dziewczynę o nalanej twarzy i z lekkim zezem.

– Tak, dobrze się bawiłam – zachichotała Nettie. – A co myślałyście?

– Myślałam, że może ci się coś przytrafiło – rzekła Meg. – Wyglądasz blado, jak ścierka. Na pewno wcale nie spałaś.

– Daj spokój, pilnuj własnego nosa – zachichotała Nettie i kołysząc się na wysokich obcasach swoich czarnych, lekko znoszonych zamszowych butów pokrytych wczorajszym błotem, weszła do pralni. – Chodź, Bell, wchodzimy, bo Piękna Nancy wejdzie na wojenną ścieżkę.

– Tak, chodźcie – powiedziała Meg, podążając za nimi – albo będzie gderać do końca świata: „Czy uważacie, dziewczynta, że to jezd insdyducja charytatywna?” – naśladowała niski, nosowy głos panny Scott. – „To jezd pralnia, nie ochronka”.

Nettie nuciła sobie pod nosem, sortując na swoim stanowisku rzeczy przeznaczone do prasowania. Znowu jest w tym cholernym miejscu! Po tym, co wydarzyło się wczoraj wieczorem… Na kilka minut oparła się o deskę do prasowania i rozmyślała o tym. Potem jej ręka automatycznie chwyciła za żelazko. Pogrzebała w koszu z ubraniami do prasowania. Lepiej wziąć się do pracy, bo w przeciwnym razie Piękna Nancy powie tak jak wczoraj: „Panno Douglas, znowu pani marzy? Myśli pani o tym, jakie stroje będzie pani nosić, jak już pani wyjdzie za mąż za księcia Windsoru?”.

Stara, sarkastyczna suka. Żeby nie to, że jest szefową, to inaczej Nettie by jej nawrzucała. Książę Windsoru! Nie, nie chcę żadnego księcia Windsoru, mam swojego własnego Harry’ego. Oh Harry, oh Harry, how can you love, Oh Harry, oh Harry, heavens above[1] Zabrała się do prasowania bordowego kostiumu. Dobry ciuch. Należał do tej kobiety, która mieszka w dużym białym domu na Dunesk Road. Przydałby się Nettie. Podobno ta kobieta z Dunesk Road ma mnóstwo pieniędzy – ale gdyby rzeczywiście miała mnóstwo pieniędzy, to czy dawałaby swoje ubrania do czyszczenia i prasowania? Gdyby Nettie miała mnóstwo pieniędzy, to by tak nie robiła. Żeby tylko Harry mógł jej darować takie ciuchy. Oh Harry, oh Harry…heavens above…

Poznała go dwa miesiące temu w barze z frytkami Berta. Był już w Blytheden trzy miesiące, ale dopóki się nie poznali, z nikim się nie zaprzyjaźnił. Nie rozumiała, jak mogła go wcześniej nie zauważyć; sądziła, że znała z widzenia wszystkich żołnierzy. Chyba dlatego, że był bardzo nieśmiały. Radio grało Untill You Fall in Love[2], więc może to ośmieliło go do odezwania się. Był z kilkoma innymi żołnierzami, a ona z Meg, Bell i Aggie. Była na łowach, jak powiedziała jej matka. Ale od chwili, kiedy poznała Harry’ego, już nie chodziła na łowy. Dni łowów już się dla niej skończyły. Until you fall in love the nights all seem to be the same… Until you fall in love there’ll be no lover’s lane…

Ale wczoraj wieczorem w mieście była pełna rozpusta! Wszyscy żołnierze angielscy w Blytheden żegnali się ze swoimi dziewczynami. W najdziwniejszych miejscach natknąć się można było na obściskujące się w ciemnościach pary. Ona i Harry mieli szczęście. Stali na rogu blokady drogowej na Dunesk Road. Od czasu do czasu prześlizgiwały się po nich przytłumione światła samochodów, ale blokada drogowa osłaniała ich od wiatru. Nettie wciąż jeszcze czuła na plecach wilgoć cegieł, do których przyciskał ją Harry.

– Będziesz do mnie codziennie pisała, prawda Nettie? – powiedział swoją londyńską gwarą cockney, co tak ją rozśmieszyło, że roześmiała się, zanim doszło do niej, co powiedział.

Oczywiście, że będzie pisała. Chociaż nie za bardzo mogła sobie wyobrazić, o czym będzie pisała. Po wyjeździe żołnierzy nic się nie będzie działo w takiej małej mieścinie, jak Blytheden.

O dziesiątej dziewczęta słyszały, jak żołnierze maszerowali na końcu ulicy w drodze na dworzec. Śpiewali „Roll out the barrel”[3]. Dziewczęta spojrzały na pannę Scott, która siedziała w małym kantorku koło drzwi. Meg, która była zasłonięta suszarkami do bielizny, stanęła na stole i wyjrzała przez wysokie okno. Przetarła zaparowaną szybę łokciem.

– Ach, prawie nic nie widzę – powiedziała. – Oni wszyscy wyglądają tak samo. Nie idzie ich rozróżnić z tak daleka.

Bell weszła na stół i stanęła obok Meg, ale żadna z pozostałych nie ośmieliła się odejść od swoich desek do prasowania. Nettie oparła się o swoją, zastanawiając się, czy będzie w stanie usłyszeć głos Harry’ego pośród głosów innych żołnierzy. Ale to było niemożliwe…

I będziemy dobrze się bawili…”. Aggie zanuciła ostatnie słowa śpiewanej przez żołnierzy piosenki w chwili, kiedy zaczęła ona powoli cichnąć w oddali.

Nettie westchnęła i potrząsnęła żelazkiem.

– Wesoło jak w piekle!

– Chciałabym pojechać z nimi do Egiptu – powiedziała Meg, złażąc ze stołu. – Powiedziałam to Freddiemu. Spytałam: Co byś powiedział, gdybym wylądowała obok Ciebie na środku pustyni? I wiecie, co odpowiedział?

– Założę się, że coś sprośnego – rzekła Aggie. – Twój Freddie to był kobieciarz.

– Skoro się tak łatwo gorszycie, to wam nie powiem – Meg nawilżyła prześcieradło, które było rozłożone na jej desce do prasowania, i wygładziła je swoimi wielkimi, czerwonymi dłońmi. – Powiedziałam mu, żeby trzymał się z dala od Egipcjanek. Nie wiadomo, co ukrywają za swoimi hidżabami[4] i jakie numery mogą wyciąć. Te, które widziałam na filmach, to było szemrane towarzystwo…

– Sądzicie, że byłoby mi dobrze w hidżabie? – zapytała Aggie.

– Na pewno lepiej. Ale najlepiej to wyglądałabyś z hidżabem w czasie zaciemnienia!

– Tak, ale to nie powinno przeszkadzać Polakom, którzy przyjeżdżają – powiedziała Bell. – Ciekawe, jacy oni będą?

– A jakie to ma znaczenie? – rzekła Nettie.

– Ponoć ma ich tu przyjechać dwa tysiące – powiedziała Aggie.

– Nie interesują mnie żadni Polacy – powiedziała Netie. Westchnęła i przeciągnęła powoli swoje żelazko po desce do prasowania. – Obojętne mi, czy spotkam któregoś z tych Polaków. Najlepiej by było, gdyby wrócili do tej swojej Polski.

Całe przedpołudnie pracowała jakby w otępieniu. Nie mogło do niej dotrzeć, że wieczorem nie spotka się – tak jak zwykle – z Harrym. Dziwne będą ulice bez słów wypowiadanych tych ostrym, angielskim akcentem. Już więcej nie będzie spacerować po Dunesk Road, objęta ramieniem Harry’ego. Nie będzie wystawania w bramie, całowania i tulenia, aż mama nie zawoła, że już najwyższy czas, by weszła do domu.

Mdliło ją na samą myśl o tym, jak daleko jest Egipt… Bóg raczy wiedzieć, co się z nim tam może stać… Chociaż może wojna się skończy, zanim tam dotrze…

Elsie McClure dogoniła Bell i Nettie, kiedy szły do domu podczas przerwy obiadowej.

– Na jutro wieczór zwołuję zebranie w sprawie związku zawodowego – powiedziała.

– Ach, ty i ten twój związek – wzruszyła ramionami Nettie. – Nie mam na to czasu.

– Ale powinnyśmy mieć związek – powiedziała Elsie, a jej zadarty nosek błyszczał na małej, poważnej twarzy. – Tylko to będzie w stanie zmusić starą Scott do ustępstw.

– To prędzej ona może zmusić was do ustępstw – powiedziała Bell, wysuwając swą rękę spod ręki Nettie. – Na razie, serwus!

W drodze do domu Elsie wciąż mówiła Nettie o związku, ale ta jej nie słuchała, podskakując tanecznym krokiem na swoich wysokich obcasach.

– Do diabła, związki są dobre dla mężczyzn – rzekła. – Dlaczego mamy sobie zawracać głowę związkami?

II.

Po wejściu do domu Nettie zastała panią Baxter, przyjaciółkę mamy, siedzącą przy kominku i pijącą herbatę.

– Więc twój chłopak wyjechał, tak Nettie? – powiedziała.

– No… – Nettie spojrzała z rozczarowaniem na talerz, który mama położyła na stole. – Znowu mielone!

– Tak, mielone! – powiedziała pani Douglas. – A czego się spodziewałaś? Jestem przekonana, że staram się dbać o Ciebie najlepiej jak mogę, za te małe pieniądze, które zarabiasz.

– Ale przecież wisz, że ja nie lubię mielonego.

– Nie pitol. Jeżeli już chcesz kręcić nosem, to kręć nosem na starą Scott. Założę się, że ona nie jada mielonego na obiad.

– Myślę, że będziesz musiała się hajtnąć – powiedziała pani Baxter, śmiejąc się. – Wtedy będziesz mogła sobie jeść to, co lubisz.

– Akurat, na dużo będzie mogła sobie pozwolić za żołnierski żołd – prychnęła mama.

– Będziesz musiała znaleźć sobie Polaka, Nettie – rzekła pani Baxter.

– Już ja jej dam Polaków! – powiedziała mama. – Polacy nie mają wstępu do tego domu. Nie ufam tym cudzoziemcom. Dzisiaj są, jutro już ich nie ma. Zgraja barbarzyńców.

– Ale chociaż są lepsi od Francuzów – stwierdziła pani Baxter.

– Tak, Francuzi są fałszywi. A w ogóle to nie w porządku, że wpuszczają tych cudzoziemców między uczciwych ludzi.

Mama nalała sobie kolejną filiżankę i wypiła ją, stojąc tyłem do kominka, szeroko rozłożywszy ręce z kościstymi łokciami.

– Słyszałam, że Polacy dostają dziewięć szylingów dziennie – powiedziała pani Baxter, wyciągając pustą filiżankę po więcej herbaty.

– Harry musi iść do polskiej armii – roześmiała się Nettie. – Z dziewięcioma szylingami dziennie uważałby się za milionera.

– To nie może być prawda – rzekła mama. – Dziewięć szylingów dziennie! To nieprzyzwoicie dużo!

– Harry mógłby oddawać mi sześć – powiedziała Nettie.

– Wtedy mogłabyś jeść to, na co masz ochotę – mama podniosła pusty talerz. – Chociaż widzę, że wsunęłaś swój mielony niezależnie od tego, czy ci smakował, czy nie.

– Widziałam dzisiaj przed południem kilku Polaków – rzekła pani Baxter. – To część grupy zwiadowczej. Było wśród nich kilku przystojniaków. Nie miałabym nic przeciwko temu, by znowu być w twoim wieku, Nettie!

– Mnie oni wcale nie obchodzą – Nettie napełniła filiżankę herbatą.
– Nie chcę mieć nic do czynienia z żadnymi Polakami.

III.

Ale tego wieczora wszystkie pozostałe dziewczyny rozmawiały o Polakach. Niektóre widziały, jak wysiadali z pociągu.

– Oni wyglądają tak samo, jak nasi żołnierze – powiedziała Aggie – tylko że na ramionach mają czerwone naszywki z napisem „Poland”.

– A ty sądziłaś, że jak będą wyglądać? – zadrwiła Meg. – Jak dywersanci?

– E tam, ona by nie rozpoznała dywersanta, nawet gdyby go spotkała – rzekła Bell.

– Ale widziała Piękną Nancy, nieprawdaż? – Meg rozejrzała się, by sprawdzić, czy panna Scott mogła to usłyszeć. – Chociaż ona to gumowe ucho, nie może żyć bez szpiegowania innych.

Nettie nie przysłuchiwała się tej rozmowie. Polacy jej nie interesowali. Pracowała w skupieniu, nucąc sobie pod nosem i uśmiechając się do samej siebie.

Dopiero wybuch śpiewu za oknem sprawił, że przestała prasować i wyjrzała przez okno.

– Co to? – zapytał ktoś.

– To pewno kolejni Polacy idą z pociągu.

Dziewczyny mimowolnie przesunęły się w stronę drzwi, ale kiedy panna Scott wyszła ze swego kantorka, znowu chwyciły za swe żelazka, zginając plecy. Śpiew narastał i wyraźnie było słychać, że żołnierze śpiewają „Roll Out the Barrell”. Dziewczęta spojrzały po sobie.

– Boże! – powiedziała Meg. – Przez moment myślałam, że to wracają nasi żołnierze.

– Podoba mi się, że potrafią śpiewać po angielsku! – zauważyła Aggie.

– Anglicy by nie potrafili tak zaśpiewać – rzekła Bell. – Ci śpiewają znacznie lepiej od Anglików.

Dziewczęta zaczęły się o to spierać, ale Nettie nie powiedziała ani słowa. Wiedziała, że Anglicy śpiewają lepiej, znacznie lepiej od Polaków. Ale jednocześnie z przyjemnością słuchała, jak śpiewają. Sama zaczęła nucić tę melodię. Po ostatnich słowach piosenki nastąpiła chwila ciszy, po czym Polacy zaczęli śpiewać pieśń, której żadna z dziewcząt nie znała. Było w niej coś obcego, była przepełniona nostalgią i tęsknotą. Głosy to wznosiły się, to opadały żałośnie.

– Na Boga, a cóż to jest? – zapytała Meg.

Panna Scott stała samotnie w drzwiach, wyglądając na zewnątrz. Słysząc pytanie Meg, odwróciła się z ironicznym uśmiechem na jej chudej, ziemistej twarzy.

– Gdybyście, dziewczęta, słuchały radia w niedzielę wieczorem, zamiast się włóczyć, to byście wiedziały, że to jest polski hymn – powiedziała.

IV

– Chyba umyję sobie włosy – powiedziała Nettie po podwieczorku.
– Bell wpada po mnie o ósmej. Akurat wystarczy mi czasu, by zdążyć przed jej przyjściem. Zaczęła nalewać wodę do umywalki, ale jej młodsza siostra, Chrissie, wrzasnęła:

– Nie ma mowy!

– Dlaczego nie?

– Pomóż mi pozmywać naczynia, ty leniwa suko. Ja też chcę wyjść.

– Nie pomogę – rzekła Nettie.

– Będziesz musiała! – Chrissie podbiegła do drzwi do sypialni i poskarżyła się:

– Mamo, ona mówi, że będzie teraz myła włosy!

– Już ja jej umyję włosy! – krzyknęła mama, wchodząc do kuchni. – Już, jazda zmywać naczynia, żeby mi ta kuchnia nie wyglądała jak chlew.

– Do diabła – jęknęła Nettie.

– No już – rzekła mama. – Przecież wiesz, jak długo zajmuje ci mycie włosów. Możesz to zrobić w niedzielę. Możesz wcześniej wstać i zrobić to zanim reszta z nas wstanie.

Z ponurą miną, łkając, Nettie pomagała siostrze zmyć naczynia. Chrissie milczała, kręcąc się tu i tam, a jej wysokie obcasy stukały triumfująco po wyblakłym linoleum. Nettie akurat wkładała ostatnie talerze do kredensu, kiedy Bettie zastukała do drzwi i weszła.

– Jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytała.

– Jeszcze chwilka – Nettie włożyła swój biały nieprzemakalny płaszcz i naprędce przypudrowała twarz.

– Już.

– Czy macie latarkę? – krzyknęła za nimi mama.

Nettie sprawdziła w kieszeni.

– Nie, ale nie potrzebuję!

– Dobrze, ale jak się przewrócicie w ciemnościach, to nie mówcie, że was nie ostrzegałam. To nie będzie moja wina. I wracajcie wcześnie do domu, nie szwendajcie się po ulicach w nieskończoność. Pamiętajcie, że może być alarm bombowy.

– W porządku – Nettie zatrzasnęła za sobą drzwi i wzięła Bell pod rękę. Odczekały chwilę, by ich wzrok przyzwyczaił się do zaciemnienia. Później, podpierając się wzajemnie, poszły w kierunku głównej ulicy, stukając wysokimi obcasami o chodnik. Nettie żałowała, że to nie Harry’ego trzyma pod rękę i że to nie Harry’ego dotyka. Ramię Bell było tak wiotkie, że wydawało jej się, że gdyby tylko Bell się potknęła, to obie by upadły.

– Pójdziemy do kina? – spytała.

– Nie mam pieniędzy – odparła Bell. – A poza tym i tak już widziałam film, który leci w Scali, a na ten w Ritzu nie mam ochoty.

– To dokąd pójdziemy?

– Powłóczymy się trochę.

– No co ty? – rzekła Nettie.

Ale w końcu poszły główną ulicą, później obok Chapelgate, a później znowu główną ulicą. Było ciemno choć oko wykol, ale kręciło się sporo ludzi. Słychać było głosy i śmiech, i stukot ciężkich żołnierskich butów. Zaczęło padać.

– Wiedziałam, że będzie padać – powiedziała Bell. – Zanosiło się na deszcz.

Stanęły w wejściu do sklepu spożywczego Veitch’a. Nettie pamiętała, jak często tam stawały, zanim poznała Harry’ego. W ciemnościach, czekając, aż coś się wydarzy. I przed wojną, kiedy światła latarni pozwalały zobaczyć każdego.

– Ech, chodźmy do domu – powiedziała. – Idziemy do domu.

– Och, poczekaj chwilkę – rzekła Bell. – Słuchaj!

Minęło ich kilku żołnierzy rozmawiających – jak się wydało dziewczętom – po polsku. Bell zachichotała i powiedziała:

– Piękny wieczór mamy.

Żołnierze zatrzymali się na chwilę i roześmiali. Ale zaraz poszli dalej.

– Ci w każdym razie nie rozumieją po angielsku – powiedziała Bell.

– Ej, chodźmy do domu – powiedziała Nettie.

– Jeszcze chwilkę. Co się dzisiaj z tobą dzieje? Kiedyś ci się tak nie śpieszyło.

Nettie nic nie odpowiedziała. Nie było sensu rozmawiać z Bell o Harrym. Nie zrozumiałaby. Bell była zbyt płocha. Nigdy jej nie zależało na stałym chłopaku. To dziwne, jak wielu chłopców miała ze swoją nalaną twarzą i tą figurą. Harry kiedyś ją nazwał „krową z piegowatym rogiem”. Oh Harry, Oh Harry, how can you love…

Zaczęła nucić tę melodię, a Bell się przyłączyła, kołysząc ramionami i stukając stopami do rytmu: „Oh Johnie, oh Johnie, how can you love!”. Ale ona śpiewała prawidłowe słowa piosenki. „Oh Johnie, oh Johnie”.

Kilku żołnierzy po drugiej stronie uliczki roześmiało się i stanęło. Bell śpiewała głośniej, stepując, chichocąc powabnie między słowami.

– Ej, chodźmy już do domu – rzekła Nettie.

Ale Bell nadal śpiewała, stepując na chodniku. Śmiejąc się, żołnierze zamienili między sobą kilka słów. Jeden z nich zrobił krok z chodnika, ale inny coś powiedział i ten pierwszy się zatrzymał. – Dobry wieczór! – krzyknął jeden z nich.

– Dobry wieczór! – krzyknęła Bell. – Jaki cudowny wieczór!

Żołnierze roześmiali się. „Cuudowny wieczór” – powtarzali między sobą. Zaczęli odchodzić, śmiejąc się i powtarzając to wyrażenie.

– No to chodźmy do domu – rzekła Nettie.

– Oj, co ci się tak śpieszy?

– Co to za sens stać tutaj w deszczu? Zimno mi.

– W porządku, to chodźmy do Berta.

– Dobrze – rzekła Nettie.

Rozpadało się na dobre. Prześlizgiwały się przez kompletną ciemność, chowając gołe głowy przed deszczem, a podeszwy ich tanich bucików nasiąkały wilgocią. Ocierały się o ludzi, śpieszących się podobnie jak one. W świetle włączanych od czasu do czasu latarek widać było strugi deszczu, padające na mokre płaszcze i nogi. Ucichły śmiechy i hałas, słychać było tylko chichot tych par, które schroniły się w bramach.

Meg i Aggie siedziały w tylnej sali restauracji „Fish and chips” Berta. Nikogo więcej tam nie było. Na dźwięk otwieranych drzwi Meg z ciekawością spojrzała w ich stronę, ale zobaczywszy, kto wchodzi, z przymrużonymi oczyma i papierosem w kąciku ust, wróciła do lektury starego numeru tygodnika „John Bull”[5].

– O, to wy – powiedziała.

– Tak, to my – odpowiedziała Nettie. – A ty myślałaś, że kto? Clark Gable[6]?

– Szkoda, że to nie on!

– Jeszcze nie macie Polaka? – roześmiała się Bell, siadając koło Aggie i kładąc swe grube łokcie na biało-niebieskiej ceracie w kratkę, przykrywającej stół.

– Polaka! – Meg skrzywiła twarz z jeszcze większym niesmakiem.

– Pełno jest ich na ulicach, ale jest tak ciemno, że nawet nie można im się przypatrzeć. Tutaj nie było nikogo, oprócz tego młodego, małego człowieczka z krzywymi nogami, który pracuje w fabryce torped.

– Co będziesz jadła, Nettie? – spytała Bell.

– Chyba tylko lody.

– To niezdrowo na żołądek w taki zimny wieczór – powiedziała Aggie.
– Lepiej zjedz coś cieplejszego.

– Wiemy – powiedziała Meg, wciskając energicznie niedopałek papierosa w popielniczkę z napisem „Take a Peg of John Begg”[7]. – Ale gdzie dostaniemy coś ciepłego? Ja już mam dość. Jak tylko skończę lemoniadę, to idę do domu.

– Ale cholernie deszczowy wieczór – powiedziała Aggie. – A tak chciałam, by było ładnie.

– A co by to była za różnica? – Meg zaczęła pudrować twarz. – No już, kończ swoje frytki i spływamy.

Nettie nabrała łyżeczką nieco lodów, po czym sięgnęła po egzemplarz „Johna Bulla”, który Meg położyła na stole. – Cholera – rzekła – Już to wcześniej czytałam. To leży tutaj od tygodni. – Hej, panie Bert, nie myślał pan o kupieniu świeżych czasopism do tej speluny?

– Po co ci czasopisma? – rzekła Meg. – Nie idziesz ze mną i Aggie?

– Pójdę, jak tylko skończę – Nettie włożyła łyżeczkę lodów do ust i położyła je na języku, by móc dłużej rozkoszować się ich smakiem.

– Ciekawa jestem, co porabia Harry? – powiedziała, obejmując rękami swą głowę i przyglądając się sobie w wielkim lustrze.

– O tej porze powinni być już w Londynie – powiedziała Bell.

– Miejmy nadzieję, że nie zostaną zbombardowani – rzekła Meg. – To by dopiero było, gdyby Freddie został zbombardowany, zanim zdąży wyjechać do Egiptu.

Bert włączył radio, stojące za kontuarem. Nachylił się i oparł obok odbiornika na grubym łokciu, czekając na wiadomości BBC o dziewiątej wieczorem.

– Wyłącz to pan, panie Bert – krzyknęła Nettie. – Włącz pan coś wesołego, nie to ględzenie. Już mam dość tych wiadomości. To pierwsza rzecz, którą słyszę z samego rana, kiedy mój stary je śniadanie. Nie może zjeść śniadania nie słuchając porannych wiadomości o siódmej. Potem, kiedy wpadam na przerwę obiadową, wszyscy słuchają wiadomości o pierwszej po południu. Albo to, albo pani Baxter. Sama nie wiem, co gorsze. Potem znowu to samo, kiedy wracam do domu o szóstej. Już mam tego dość. I tak nie mogą powiedzieć nic nowego.

– Masz rację, może posłuchamy jakiegoś jazzu? – rzekła Meg.

– To jest lepsze – powiedziała Bell, kiedy Bert złapał jakąś zagraniczną stację. I zaczęła strzelać palcami i potrząsać ramionami. „Who’s little whatsit are you?Who’s little boogy-boo?”[8].

– Mała dziewczynko, szukam przyjaciela – Aggie przyłączyła się do śpiewu, a jej pociągła twarz wydawała się jeszcze dłuższa, kiedy otwierała swoje wielkie usta. Nagle przestała śpiewać w połowie ostatniego słowa, zostając z szeroko otwartą buzią. Do knajpy weszło trzech polskich żołnierzy. Bell trąciła ją lekko i zaczęła śpiewać głośniej, przyglądając się Polakom, którzy szykowali się, by usiąść przy sąsiednim stole.

– Who’s little whatsit, are you?

I zachichotała, kiedy zasalutowali dziewczętom przed wysunięciem krzeseł.

Nettie, wciąż przyglądając się swemu odbiciu w lustrze, zerknęła na żołnierzy, którzy ściągnęli swoje maski gazowe i zdjęli ciężkie wojskowe płaszcze, strzepując z nich wodę. Byli całkiem przystojni. Na przykład ten brunet. Nabrała jeszcze jedną łyżeczkę lodów, a następnie wygładziła kopczyk grzbietem łyżeczki. Zlizała lody ze swoich warg i poczuła zimno na zębach.

– Jaki miły wieczór! – roześmiała się Bell.

Żołnierze uśmiechnęli się. Najwyższy, młodzieniec o rumianej twarzy, w rogowych okularach i o krótko ostrzyżonych, jasnych włosach, powiedział:

– Dobry wieczór. Piękna szkocka pogoda.

Meg gwałtownie ruszyła głową i wypuściła w kierunku sufitu kłąb dymu.

– Powiedz mamie, że jest piękna pogoda!

– Mamie? – Polacy wyglądali na zdziwionych. – Powiedz mamie? Co proszę?

Bell i Aggie zachichotały.

– Nie uda Wam się im tego wytłumaczyć – powiedziała Bell.

– Tak często mówi moja mama – rzekła Meg. Spojrzała bezradnie na Nettie, ale Nettie przyglądała się odbiciu bruneta w lustrze. Uśmiechał się do niej, nie słuchając kolegi, który coś do niego mówił po polsku.

Blondyn pochylił się i zapytał:

– Parlez-vous français?

– Parli wu fransi! – Bell i Aggie trąciły się łokciami.

– Łi, łi, skaczą pchły – powiedziała Meg.

– Pchły? – żołnierz potrząsnął głową. – Co proszę?

– Nieważne – rzekła Meg. – To też powiedzenie mojej mamy – wytłumaczyła koleżankom. – Szkoda, że jej teraz tu nie ma, bo świetnie by się z nimi dogadała.

– Ach, my się też z nimi dogadamy – rzekła Bell, spoglądając na żołnierzy.

Jasnowłosy Polak nadal wyglądał na zagubionego, ale ruchem rąk pokazał, że chciałby zsunąć oba stoły. Zrobili to, a on usiadł między Meg i Aggie. Najniższy, o nalanej twarzy i grubych wargach, siadł obok Bell. Miał tłustą cerę i rozpłaszczony na końcu nos. Brunet usiadł przy Nettie. Uśmiechnęli się do siebie. Miał duży pieprzyk na prawej skroni i – co zauważyła, kiedy usiadł przy niej – był niedogolony.

Jasnowłosy żołnierz pokazał na siebie:

– Stanisław.

Następnie pokazał na pozostałych:

– Jan, Paul.

Brunet miał na imię Jan.

Meg zachichotała i wskazała na siebie:

– Margaret.

– Marageret? Stanisław powtórzył to kilka razy, po czym uśmiechnął się nagle:

– Ach, Marguerite!

I spojrzał z ciekawością na Bell.

– Isabel – rzekła.

– Ysabelle – powiedział.

Bell zachichotała i zrobiła niewinną minkę. Stanisław spojrzał na Aggie. Zarumieniła się i spuściła wzrok.

– O– Olive – wyszeptała.

Meg uniosła brwi i spojrzała na Nettie, ale Nettie robiła łyżeczką wzory na lodach. Przymrużonymi oczami patrzyła, jak Jan stuka palcami o stół koło niej. Miał brudne paznokcie, a skóra dookoła nich była szorstka i zabrudzona.

– Olive? – rzekł Stanisław. – Ach, Olga!

– Olga! – powiedziała Aggie, po czym zachichotała i szturchnęła go.

– Co proszę?

Nettie podniosła wzrok, ale nie odpowiedziała na pytanie Stanisława. Popatrzyła na Jana i powiedziała:

– Nettie.

Uśmiechnęli się do siebie. Ale ma ładne zęby – pomyślała. Zupełnie inne niż Harry. Harry miał z przodu trzy sztuczne, źle dopasowane zęby. Westchnęła, przypominając sobie, jak często ona i Harry tu przesiadywali. Oh Harry, oh Harry…

– Frytki! – zawołał Stanisław. – Jeden… dwa… – powoli zaczął liczyć.
– Frytki! Siedem porcji.

I pokazał Bertowi siedem palców.

– Ja już się najadłam – rzekła Nettie. – Dziękuję, nie chcę.

– Co proszę? – zapytał Stanisław.

– Ona już więcej nie chce – powiedziała głośno Meg, wskazując na Nettie i potrząsając głową. – Ona już więcej nie chce – powtórzyła głośniej.

– Nie? – wyglądał na rozczarowanego.

– Oj tam, daj spokój – powiedziała Nell. – Dasz jeszcze radę zjeść trochę frytek. Już nieco czasu minęło od twojego podwieczorku.

– Dobrze – kiwnęła głową Nettie, po czym odwróciła się w stronę Jana i uśmiechnęła.

Podczas jedzenia frytek Stanisław i Paweł powtórzyli wszystkie angielskie zwroty, które znali, i dziewczęta chichotały, słysząc, jak wymawiają poszczególne słowa i jak poszczególne zwroty są ze sobą mieszane.

Co chwilę Stanisław mówił:

– Dobry wieczór, Marguerite. Piękna szkocka dziewczyna. I love you – był bardzo dumny z tego ostatniego zdania – W porządku? – zapytał na koniec – W porządku?

– Bardzo dobrze – rzekła Meg, sięgając po jeden z jego papierosów.
– A może teraz nauczycie nas tych zwrotów po polsku?

– Po polsku? – Stanisław uśmiechnął się szeroko. – Kocham Cię, to wszędzie brzmi tak samo – i położył rękę na kolanie Meg, mrugając porozumiewawczo.

– Ej tam, nie tak szybko – krzyknęła Meg. – Szybko się bierzesz do roboty. Nie bądź taki namiętny!

– Nami…ętny? – zapytał. – Namię… Ach, namiętność!

– Nammy co? – rzekła Meg. – O rany, nigdy nie będę w stanie tego wymówić. Łatwiej będzie wam nauczyć się angielskiego niż nam polskiego.

– Miałam zamiar powiedzieć to samo – rzekła Bell. – Sama się zastanawiam, jak oni mogą zrozumieć siebie samych. Zauważyłam, że niektóre sklepy już mają szyldy z polskimi napisami. Wygląda to koszmarnie. Jak łamigłówka.

– Myślę, że on uważa, że właśnie rozwiązuje łamigłówkę – Meg wyciągnęła rękę Stanisława na stół. – A teraz trzymaj ją tutaj – powiedziała, kładąc swoją dłoń na jego dłoni.

Jan nie chwalił się – tak jak jego koledzy – swoją znajomością języka angielskiego. Jadł swoje frytki powoli, pomiędzy kęsami uśmiechając się do Nettie. Tylna sala restauracji zaczęła się zapełniać. Kilka innych dziewczyn z pralni oraz dziewczyn, które Nettie znała ze sklepów i innych miejsc, weszło z polskimi żołnierzami. Radio grało głośniej, ale i tak trudno było je usłyszeć w harmidrze głosów i śmiechów. Wszyscy się śmiali. Większość dziewcząt mówiła głośniej niż normalnie, w nadziei, że Polacy prędzej je zrozumieją. Pomiędzy odzywkami do dziewcząt polscy żołnierze szybko rozmawiali ze sobą, śmiejąc się wesoło. Kilku z nich zaczęło śpiewać polską piosenkę, zagłuszając dziewczynę, która nuciła piosenkę w radiu.

Nettie pochyliła się do tyłu i przymknęła oczy, słuchając dziwnych słów w obcym języku. Było coś natarczywego i smutnego w tej pieśni, coś, co sprawiało, że chciało jej się płakać. Chciała oprzeć głowę na męskim ramieniu. Szkoda, że nie było Harry’ego… Usłyszała, jak Jan nuci melodię.

– Podoba ci się? – zapytał, kiedy otworzyła oczy.

– Jest bardzo ładna.

– Ładna? – rzekł. – Tak, ładna. To o polskim żołnierzu, który opuszcza swoją dziewczynę. Na wojnę. Baaardzo smutne. Obiecuje, że wróci. Kocham Cię. Po angielsku I love you.

– Ko ham sib yeah – Nettie starała się powtórzyć.

– Dobrze – powiedział – Bardzo dobrze!

Stanisław stanowczym krokiem podszedł do lady i kupił paczkę tabliczek czekolady. Położył po jednej przed każdą z dziewczyn.

– Dobrze – rzekł. – Bardzo dobrze?

– Bardzo dobrze – powiedziała Meg, rozpakowując czekoladę. Wyciągnęła ją w stronę Stanisława – Jesteś głodny?

– Tak – kiwnął głową Stanisław.

Nettie powoli rozpakowała swoją czekoladę i podzieliła się nią z Janem. Była zadowolona, że był cichszy od Stanisława i Pawła. Odzywał się tylko od czasu do czasu, rozglądając się i uśmiechając, słysząc wybuchy śmiechu ludzi siedzących przy innych stolikach. Głównie patrzył na Nettie, z czułością w swoich ciemnych oczach. Jego udo przylegało do jej uda. Poczuła się nieswojo, zapewne po zjedzeniu czekolady. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce, czuła jak jej serce mocno bije. Tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Harry’ego… Ale jednak inaczej; tak, wtedy czuła inaczej…

Poczuła potrzebę powiedzenia czegoś. Odwróciła się więc do Bell i powiedziała:

– Do licha, strasznie tu gorąco.

– Tak, robi się ciut za gorąco – zachichotała Bell. – I to nie tylko dosłownie. Chyba już czas na nas. Robi się za tłoczno jak na mój gust.

Dziewczęta podniosły swe torebki i wstały. Trzej żołnierze poderwali się, strzelając obcasami i kłaniając się, kiedy odsuwali krzesła dziewcząt.

– Ratunku, czuję się jak członkini rodziny królewskiej – zaśmiała się Bell.

Jan podał Nettie dłoń, by pomóc jej przecisnąć się przez wąską przestrzeń między stołem i ścianą.

– „Nettee” – powiedział czule. – „Ko-ochana Nettee. Pójdziemy spacer? Tak?”

– Patrzcie no! – zawołała Bell. – Ależ oni są, ci Polacy! Powiedz mu, że już masz chłopaka.

– Idze, idze – rzekła Nettie. – Trzymaj język za zębami.

Uśmiechnęła się do Jana.

– Dobrze.

– Dobrze?

– Tak – kiwnęła głową.

Dziewczyny chichotały i szturchały się, ściskając ciasno paskami swoje palta w oczekiwaniu, aż żołnierze włożą swoje wojskowe płaszcze i maski przeciwgazowe. Aggie krzyknęła coś radosnego do kilku dziewczyn, siedzących przy innym stole, a one odkrzyknęły:

– Do zobaczenia, zachowuj się!

– Zawsze się zachowuję – odpowiedziała, kiwając głową.

– Pewnie, ty nigdy nie masz szansy, by się nie zachowywać – zaśmiała się Meg i skierowała w stronę wyjścia. – Chodźcie!

Stanisław, Paweł i Jan przed wyjściem zasalutowali wszystkim, a inni żołnierze wstali i im odsalutowali.

– Dobranoc – krzyknęli wszyscy.

– Dobranoc – odpowiedziały dziewczyny. – Dobranoc, panie Bert!

– Dobranoc – odpowiedział, wychylając się zza baru, z uśmiechem na swojej nalanej twarzy. – Do zobaczenia!

Przestało padać i wyszedł księżyc, chociaż delikatne czarne chmury prześlizgiwały się po nim. Nettie zatrzymała się na chwilę, pozwalając przywyknąć oczom do ciemności. Jan położył rękę na jej łokciu, nachylając się nad nią w geście ochrony.

– Bardzo piękna – powiedział czule.

Nettie zachichotała, ostrożnie wybierała drogę po chodniku. Słyszała stukot swoich obcasów i walenie jego butów. One brzmiały inaczej niż saperki Harry’ego. Harry był nieco niższy od Jana, ale idąc z nią robił straszny hałas. Spojrzała na Jana. Jego białe zęby błyszczały w świetle księżyca. – Nettee – rzekł, kładąc jej rękę na swoim boku.

Słychać było śmiech i krzyki gromadki, która szła po drugiej stronie ulicy.

– Chodźcież tu, wy dwoje! – krzyknęła Meg. – Ruszajcie się!

Pół godziny później Nettie cichutko zamknęła za sobą drzwi wejściowe. Przez moment trzymała rękę na gałce drzwi, uśmiechając się.

– Dobranoc – wyszeptała. – Dobranoc.

To brzmiało znacznie lepiej niż angielskie „Good night”. Mimo to westchnęła, żałując, że to nie Harry był z nią na spacerze. Całus i uścisk były lepsze niż uprzejmy uścisk dłoni i strzelanie obcasami. Skrzywiła twarz ze smutku i na palcach przeszła korytarzem obok drzwi kuchennych, zza których dobiegało chrapanie ojca w wielkim łóżku małżeńskim.

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Powyższy fragment noweli ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

Czytaj dalej: https://reshumana.pl/namietnosc-o-malej-nettie-i-polskim-zolnierzu-cz-v-xi/

 

Przypisy tłumacza:

[1] O Harry, O Harry, jak Ty potrafisz kochać, O Harry, O Harry, bierzesz mnie do nieba…Piosenka „Oh Johny, how can you love” z musicalu filmowego pod tym samym tytułem.

[2] Dopóki się nie zakochasz, wszystkie noce są takie same… Dopóki się nie zakochasz, nie będzie zaułka zakochanych…Piosenka Boba Crosby’ego z 1940 roku.

[3] Popularna w czasie II WŚ piosenka https://www.youtube.com/watch?v=xMAQln0eLJY – wersja oryginalna to czeska polka z 1927 roku „Škoda lásky”. W Polsce znana w wersji „Bando-bando”.

[4] Zasłona głowy, stosowana przez kobiety w krajach muzułmańskich.

[5] Brytyjski tygodnik o konserwatywnym charakterze.

[6] Amerykański aktor filmowy.

[7] Hasło reklamowe dystylarni whisky Royal Lochnagar.

[8] Czyim małym kimś jesteś? Kto jest małym boogy-boo? Popularna piosenka z przełomu lat 30. i 40. XX wieku.

 

 

V.

– Wczorajsze zebranie bardzo się udało – powiedziała Elsie McClure do Nettie następnego ranka.

– Tak? – Nettie ziewnęła i machinalnie rozłożyła koszulę na desce do prasowania. Czuła się zmęczona i właśnie sobie przypomniała, że nie napisała do Harry’ego, tak jak mu obiecała. Będzie musiała napisać dzisiaj wieczór. Chociaż właściwie to nie wiedziała, jak na to znajdzie czas, gdyż przecież obiecała Janowi, że pójdzie z nim do kina.

– Szkoda, że Cię nie było – rzekła Elsie.

– Ach, a co by to dało?

– No, byłoby nas o jedną więcej – powiedziała Elsie.

Netie ponownie ziewnęła.

– Daj spokój, nie dbam o ten wasz cały związek.

– Ale podwyżkę to byś chciała, co nie?

– No tak – Nettie skropiła koszulę i zaczęła ją prasować. – Ale nie mam złudzeń. Stara Scott nigdy nie da nam podwyżki.

– Zobaczymy – Elsie pociągnęła nosem i kopnęła kolanem wielki kosz z praniem, który niosła. – Zobaczymy – rzekła i poszła raźno do pralni, a jej kalosze mlaskały głośno na kamiennej podłodze.

Nettie ziewnęła i potrząsnęła głową, starając się spędzić sen ze swych powiek. „Dobranoc” – powiedziała sama do siebie. Tak, to było jedyne słowo, które znała po polsku. Elsie lepiej by zrobiła, gdyby poszła na randkę z żołnierzem, zamiast chodzić na to swoje zebranie. Marnuje bezsensownie czas!

Zastanawiała się, co napisać do Harry’ego. Właściwie nie miała o czym pisać. Nic się nie wydarzyło od jego wyjazdu. Zrozumiała, jaka głupia była, obiecując mu, że będzie pisać codziennie. Nic szczególnego, wartego pisania, nie działo się w tak małym miasteczku, jak Blytheden.

– Czy masz już te prześcieradła dla Fergussona? – Meg krzyknęła do innej dziewczyny.

– Nie, jeszcze ich nie mam.

– Masz szczęście! – zaśmiała się Bell. – To ten gość, który sika w łóżku? Powinno się wprowadzić nakaz prania przez takich ludzi ich własnych prześcieradeł. I na dodatek chce, by je wykrochmalić. Ustaw go do pionu!

– Oto one! – krzyknęła Aggie. – Już je mam. Chcesz je, Meg?

– Nie ma takiej potrzeby. Jak już je masz, to je zatrzymaj.

– Do licha – Aggie zrobiła minę i zaczęła śpiewać wysokim, zawodzącym głosem: „I am nobody’s baby. I wonder why”[1]

– A spojrzałaś do lustra? – roześmiała się Meg, wystawiając głowę zza ubrań, wiszących na wieszakach.

Ale Aggie nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Nadal śpiewała: „Each night and day I pray the Lord up above to please send me down somebody to lo-ove”[2]

– Och, Olga! – zawołała Bell z akcentem, który według niej miał być akcentem Polaków, mówiących po angielsku. – Dobra stara Olga znad Wołgi! A widziałaś jakichś żeglarzy? Oni łowią takie poślednie rybki jak ty!

– Możesz się śmiać – powiedziała Aggie, potrząsając głową. – Nie dbam o to. Gdybym miała coś do powiedzenia, to nie nadano by mi na chrzcie imienia Oliwia.

– Ale byłaś wtedy głupiutka!

– Ona wciąż jest głupiutka – rzekła Meg. – Nic dziwnego, że wczoraj nie poderwała żadnego chłopaka. Gdybyś, Aggie Foster, była choć trochę obrotna, to byś przysiadła się do tych chłopców z sąsiedniego stolika, zamiast trzymać się nas.

– A to dobre! – krzyknęła Aggie. – Oni tak samo byli ze mną, jak z wami, może nie? Musisz mieć cholernie wysokie mniemanie o sobie, żeby myśleć, że podobałaś się im bardziej niż ja.

– Oj tam, po co się o to kłócić! – powiedziała Bell. – W końcu to tylko Polacy.

– Tylko Polacy! – zaśmiała się Meg. – Podoba mi się ten Stanny Jakmutamjest. Chłopak wie, czego chce.

– Może aż za bardzo wie – prychnęła Aggie. – Lepiej uważaj na siebie.

– Oczywiście, będę uważać. Dam sobie radę z każdym z nich. Byłabym ostrożna tylko z jednym, z tym brunetem. Wygląda na takiego, który lubi prawić komplementy. Nie ufałabym mu ani za grosz.  

Nettie nie zwracała za bardzo uwagi na utarczki dziewcząt, ale kiedy usłyszała te słowa, odłożyła żelazko i spojrzała ze złością na Meg.

– Wystarczy, Meg Patrick – krzyknęła. – On jest zupełnie w porządku. Jest znacznie sympatyczniejszy od tego Stanny’ego.

– Dobrze, dobrze – powiedziała Meg. – Nie panikuj. On mnie nie interesuje i tyle. Bardzo szybko zapomniałaś o Harry’m.

– Kto powiedział, że zapomniałam Harry’ego? Kto pierwszy zaczął rozmowę z Polakami?

– Dziewczyny, czy wy nie macie nic lepszego do roboty? – panna Scott wystawiła głowę ze swojego kantorka.

Nettie chwyciła za żelazko i zaczęła gwałtownie przesuwać je tam i z powrotem do przodu i do tyłu. Patrzyła gniewnie na Meg, żałując, że nie może wepchnąć jej żelazka do gardła. To było bezczelne z jej strony tak mówić o Harry’m. Co mogła poradzić na to, że Jan się do niej przyczepił? Jak mogła mu wytłumaczyć, że już ma chłopaka, skoro on tak słabo zna angielski i jest taki milczący. Nettie wyciągnęła spinkę z loka z tyłu głowy i wpięła ją w grzywkę nad jej oczami. Jan nie był specjalnie przystojny. I to nie jego wina, że był taki milczący. Nie miał nawet szansy odezwać się w przerwach między potokiem słów Stanny’ego.

– No i co?

Głos Elsie McClure z tyłu wystraszył Nettie. Mlasnęła gwałtownie językiem o zęby, złożyła koszulę i powiesiła ją na wieszaku.

– Do cholery – powiedziała. – To znowu ty?

– Tak, to znowu ja – Elsie rozejrzała się, czy panna Scott nie spogląda ze swego kantorka. – Czy mogę wciągnąć Cię na listę?

– A co to da?

– Dużo – rzekła Elsie. – Im więcej osób podpisze, tym większa szansa, że dostaniemy podwyżkę.

– Oczywiście, tym większa szansa, że dostaniemy wilczy bilet – Nettie wyciągnęła z kosza kolejną koszulę i rozłożyła ją na stole do prasowania. – To właśnie dostaniemy – wypowiedzenie.

Cienkie nozdrza Elsie zbladły i zaczęła bojowniczo pociągać nosem.

– Masz stracha?

– Nie, nie mam. Ale uważam, że ten wasz związek to jedna wielka bzdura.

– Co ty wygadujesz? – krzyknęła Elsie. – Ty to masz dobrze. Twój ojciec ma stałą pracę. A wiele z nas tak nie ma i musi się sama utrzymać z tych naszych nędznych pensji.

– Naprawdę? – powiedziała Nettie, wygładzając swoimi dłońmi zwilżoną koszulę. – Może i mój ojciec ma stałą pracę, ale wcale dużo nie zarabia.

– A czyja to wina? – zapytała Elsie. – Gdyby tylko miał odrobinę oleju w głowie, to należałby do związku zawodowego.

– On nie uznaje związków.

– Niektórzy na złość babci odmroziliby sobie uszy.

– Zostaw mego ojca w spokoju – powiedziała Nettie.

– Dobrze. To wygląda na to, że nie wciągnę cię na listę. Różnimy się od siebie. Nie chcecie ryzykować, ale jak inni coś wywalczą, to też wyciągacie rękę po kasę.

– Naprawdę? – zapytała Nettie.

– Naprawdę!

Nettie ciężko westchnęła

– W porządku. Jeżeli tak myślisz, to wciągnij mnie na listę.

 

VI

Nettie zbierała się do wyjścia na spotkanie z Janem, kiedy przypomniała sobie, że nie napisała do Harry’ego. Oj tam – pomyślała – napiszę jutro.

– Stroisz się jak nie wiadomo co – naśmiewała się Crissie. – Idziesz w jakieś super miejsce?

– Pilnuj własnego nosa – odpowiedziała Nettie, przeglądając się w małym, zniszczonym lusterku, które wisiało przy kuchennym zlewie. Rozsmarowała maskarę na swoich rzęsach, starając się równo ją nałożyć i pilnując, by jej nie trąciła jej siostra przechodząca obok z brudnymi talerzami ze stołu. –  Uważaj na mój łokieć! – krzyknęła.

– Ale się odstawiłaś – powiedziała Chrissie. – Chyba nie stroisz się tak po to, by pójść na spacer z Bell Waddell.

– Spadaj – powiedziała Nettie, kończąc poprawiać swoją fryzurę.

Chrissie zachichotała.

– Bell i tak nie mogłaby zobaczyć, jak wyglądasz, bo ma zeza. I zrobiła potężnego zeza, naśladując Bell. – Jej chłopcy muszą mieć z nią problem, – rzekła, wsypując nieco proszku mydlanego do zlewu i rozpuszczając go w wodzie. – Nigdy nie wiedzą, czy przypatruje się właśnie im, czy jakiemuś innemu chłopakowi, stojącemu obok.

– Zamknij się wreszcie! – powiedziała Nettie. – Niech cię nie interesuje, z kim wychodzę. Po prostu wychodzę i tyle.

– W porządku, tylko nie wracaj tak późno, jak wczoraj – powiedziała pani Douglas, podnosząc głowę znad skarpet męża, które właśnie cerowała. – Żadna z was nie pomyśli o tym, by czasem zostać wieczorem w domu i dotrzymać mi towarzystwa.

– Och – żachnęła się Nettie.

– Właśnie, och – odpowiedziała jej matka. – Wciąż się gdzieś szwendacie. Obie. Nigdy nie myślicie o tym, by zagrzać nieco miejsca w domu.

Nettie nie odpowiedziała. Założyła na siebie odświętne palto: z zielonej wełny w czerwone cętki.

– Dlaczego to zakładasz? – zapytała mama. – Przecież twój płaszcz przeciwdeszczowy jest wystarczająco dobry, by w nim siedzieć w tym starym, brudnym kinie.

– A kto powiedział, że idę do kina? – odpowiedziała Nettie.

– Nie ma znaczenia, dokąd idziesz. Pamiętaj tylko, że szybko nie dostaniesz nowego palta. Bóg wie, czy w ogóle dostaniesz nowe palto, jeżeli wojna będzie długo trwać.

– Oj tam, zaryzykuję – roześmiała się Nettie. – No to idę. Cześć, mamo!

– Cześć  – odpowiedziała mama.

– Powiedz mu, że pytałam o niego – krzyknęła Christie.

Jan czekał na rogu. Mimo zaciemnienia Nettie rozpoznała go, zanim stuknął obcasami i powiedział: – Dobry wiczór, Nettee.

– Cześć – odpowiedziała.

Cieś, – roześmiał się i ujął za ramię. – Cieś, cieś!

Położył jej rękę na swoim boku, trzymając jej dłoń w swojej i zaciskając ją. Powiedział coś po polsku. Nettie zapytała:

– Co?

Roześmiał się, ewidentnie nie mogąc powiedzieć po angielsku tego, co chciał. Nettie uświadomiła sobie nagle, że tego wieczoru nie było z nimi Stanisława i Pawła, ani też Meg i Bell, z którymi czuła się pewniej. Była sama w ciemnościach z obcym mężczyzną, mówiącym w obcym języku. Zastanowiła się, co powiedzieć. Wcześniej nigdy nie brakowało jej słów na spotkaniach z Harrym. Chociaż nie miało dla niej znaczenia, co mówi Jan. Było jej to obojętne. Przecież to Harry jest jej chłopcem.

Kiedy szli główną ulicą, Jan pochylił się nad nią i szeptał co chwila: – „Piękna szkocka dziewczyna” oraz „Ko-ochana ko-ochana Nettee”. Za każdym razem, kiedy to powtarzał, Nettie chichotała i odpowiadała: „Daj spokój!” lub też „Jesteś stuknięty”. I oboje się śmiali, kiedy on starał się powtórzyć te zwroty.

Do kina wchodziło wielu polskich żołnierzy w towarzystwie dziewcząt, które Nettie znała. Jan zajął miejsce w kolejce do kasy. Nettie stanęła przy schodach prowadzących na balkon. Otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku, które w niej trzymała. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, zamknęła torebkę i wsadziła ją ponownie pod ramię. Na następnym stopniu stała znajoma dziewczyna. Obie uniosły brwi, kiedy między nimi przemknęła młoda dziewczyna, za którą szedł polski żołnierz.

– Boże, tak wcześnie zaczyna – powiedziała znajoma.

– No…– powiedziała Nettie. – Dopiero co ukończyła podstawówkę. Nie może mieć więcej niż czternaście lat.

– A idzie tak, jakby całe życie defilowała przed mężczyznami.

Nettie potrząsnęła głową, myśląc, że to nie jest w porządku, że taka małolata ma faceta, a dziewczyna taka jak Aggie Foster, nie może zdobyć żadnego.

– Gdybym była jej matką, to bym coś z tym zrobiła – powiedziała.

– Ja też – powiedziała jej znajoma i odwróciła się, uśmiechając do polskiego żołnierza, który przepuścił ją przed sobą do góry po schodach.

Nettie zobaczyła, że Jan już kupił bilety, więc przygotowała się do pójścia na górę. Ale on się uśmiechnął i kiwnął głową w kierunku męskiej toalety – Ja idę tam.

Weszła na górę, myśląc, że Harry nigdy by się tak nie zachował. Harry prędzej by eksplodował, niż zrobił coś takiego. To było takie jawne, takie ostentacyjne. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył.

– Cześć, Nettie – przywitała się bileterka.

– Cześć – Nettie oparła się o ścianę.

– Czy twój chłopak wyjechał?

– Nie, jest na dole, kupuje bilety.

– O, to nie wyjechał z resztą pułku?

– Co? – zapytała Nettie – Ach, masz na myśli Harry’ego! Tak, Harry wyjechał.

Bileterka uśmiechnęła się.

– Polacy są bardzo mili, prawda? – zapytała. Są bardzo uprzejmi. Wiesz, ja ich dużo bardziej wolę niż naszych żołnierzy. Nie ma co udawać, taka prawda….

Jan wszedł na górę, uśmiechając się. Stuknął obcasami i ukłonił się delikatnie, podając bilety bileterce.

– Dobre miejsca, dobrze? – powiedział.

Dziewczyna kiwnęła głową i zarumieniła, kiedy wsunął jej napiwek do ręki. – Ach, bardzo dziękuję.

Nettie poszła do ostatniego rzędu, który wskazała jej światłem swojej latarki bileterka. Kiedy usiedli, Jan objął ramieniem jej kibić…

 

VII

Po filmie poszli do Berta. Tylna sala była zatłoczona. Przecisnęli się między stołami do kąta, w którym siedziały Meg i Bell ze Stanisławem i Pawłem.

– Dobry był film? – zapytała Meg.

– Tak, niezły – odpowiedziała Nettie. Uśmiechnęła się do Jana, który odsunął dla niej krzesło. – Dziękuję.

– Jak wypadła Myrna Loy[3]? – spytała Bell.

– Nieźle – odpowiedziała Nettie. – Tak jak zwykle.

– A jak była ubrana?

– Bo ja wiem… – powiedziała Nettie. – Nie zwróciłam uwagi.

– Nie wiesz – Meg szturchnęła Bell i obie zachichotały.

– Nie ma się z czego śmiać – odpowiedziała Nettie, wzruszając ramionami. – Film jak film. – A gdzie ty byłaś, Meg? – zapytała.

Meg przewróciła oczami.

– Gdzie to ja nie byłam…– powiedziała dziecięcym głosikiem. – Poszłam ze Stanny’m na spacer. Prawda, Stanny? Byliśmy na przechadzce?

– Przechadzka! – Spojrzał na nią pożądliwie, mrugając okiem do pozostałych. – Ko-ochana przechadzka! Ko-ochana Margueritte!

Zaczął ją obmacywać pod stołem, ale Meg odepchnęła go, chichocząc. Zaczęli się tarmosić. Bel zaczęła potrząsać swymi masywnymi ramionami i nucić piosenkę, która leciała przez radio.

You will never hear the bluebird singing in the sky above. You’ll never know the thrill until you fall…[4]

Nagle przestała i wpatrzyła się w drzwi.

– Ratunku! Spójrzcie tam!

Właśnie wchodziła Aggie Foster, szczerząc zęby w uśmiechu, w którym zakłopotanie mieszało się z dumą. Z nią wszedł wysoki polski sierżant trzymający jedną rękę na dole jej pleców. Miał śniadą, posępną twarz, z głębokimi zmarszczkami, biegnącymi od nozdrzy do podbródka. Był jednym z najwyższych Polaków, jakich spotkała Nettie – był wyższy nawet od Jana. Aggie podeszła do nich, chichocząc nerwowo. Spoglądała to na jedną, to na drugą, niepewna, co ma powiedzieć.

– Cześć, Olga – powiedziała Bell.

– Cześć Aggie – odpowiedziała z uśmiechem Nettie, przesuwając się bliżej Jana. – Tu jest sporo miejsca.

Sierżant strzelił obcasami i zasalutował. Stanisław powiedział do niego coś po polsku. Wszyscy inni żołnierze roześmiali się, ale sierżant tylko wykrzywił wargi i wzruszył ramionami. Coś odpowiedział: kilka krótkich słów. Stanisław zaczął się śmiać, ale przestał, kiedy zauważył, że nikt oprócz niego się nie śmieje. Nettie spojrzała pytająco na Jana, ale on tylko uśmiechnął się do niej. Czuła się podirytowana. Dlaczego oni rozmawiają w tym swoim polskim języku? Nie mogliby mówić po angielsku, jak inni ludzie?

– Czołem, ferajna!

Ktoś stuknął Nettie w ramię. To była Chrissie. Polski żołnierz stojący za nią mrugnął do Nettie. Od razu go znielubiła.

– Znajdzie się jakieś miejsce dla nas? – krzyknęła Chrissie. – Posuń się nieco, Bell, i zrób miejsce dla mnie i mojego chłopaka.

Chichocząc i poszturchując się towarzystwo przesunęło się i zrobiło miejsce dla Chrissie i jej żołnierza. – Sidź tutaj obok mie – powiedział Stanny, obejmując Chrissie za talię i przyciągając ją do fotela. – Tu jesteś bezpieczna, tak!

– Oczywiście, że jestem bezpieczna – krzyknęła Chrissie. – Ale nie ufałabym ci, gdyby było ciemno!

Nettie też się zaśmiała, chociaż wcale jej nie było do śmiechu: czuła się podirytowana i zła. Podirytowana, bo było tam tak wiele osób, a ona wolałaby być tylko z Janem. A zła z powodu Chrissie. Nie podobało jej się spojrzenie tego Polaka, który był z Chrissie. Przypomniała sobie młodą dziewczynę, tę, którą widziała wchodzącą do kina. Oczywiście, Chrissie ma siedemnaście lat. Już jest odpowiedzialna. Ale ten Polak był znacznie starszy od niej. Wyglądał na kogoś, kto ma żonę i dużo dzieci w Polsce. Nigdy nie wiadomo.

– Frytki, Nettie – powiedział Jan, podsuwając jej talerz. – Tak?

– Tak – odpowiedziała.

Nie miałaby nic przeciwko temu, by Chrissie zadawała się choćby z kimś takim, jak Stanny. Chociaż był nieco zbyt nachalny, to Chrissie dała by sobie z nim radę. Ale ten facet był inny. Spojrzała na jego niskie, pomarszczone czoło i małe, ciemne oczy. Zauważył jej spojrzenie i uśmiechnął się do niej, odsłaniając żółte od papierosów zęby i zepsute kikuty zębów po bokach. Gdyby nie te zęby, to nawet by tak źle nie wyglądał. Ale był o wiele za stary dla Chrissie. O wiele za stary dla którejkolwiek z nich. Nawet sierżant Aggie był od niego młodszy, a przecież on miał około trzydziestki.

– Ale Bert ma ruch w interesie – rzekła Meg.

Nettie przytaknęła. Lokal Berta był jedynym miejscem, otwartym wieczorem w Blytheden, nie licząc barów hotelowych, które albo były za drogie dla większości żołnierzy – chociaż jak wszyscy wiedzieli, ich uposażenie nie było niskie – albo też były miejscami, do których większość dziewcząt nie chciała chodzić. Meg powiedziała Nettie, że Stanisław chciał wziąć ją i Bell do Hotelu Royal. Machnął im przed nosem kilkoma banknotami funtowymi i powiedział:

– Dużo pieniędzy!

– Ale my nie mamy dużo pieniędzy – odpowiedziała Meg. – Nie chcemy, by ludzie uważali, że jesteśmy takie same jak Bunty Robertson i Dolly Lindsay. Gdyby moja matka dowiedziała się, że byłam w barze Hotelu Royal, to by mnie zabiła.

Knajpa była tak pełna, że Bert nie mógł dostać się do swoich klientów, więc talerze z rybą i frytkami wędrowały od lady do stolików przekazywane z rąk do rąk. Radio było maksymalnie zgłośnione, ale i tak nie było słuchać muzyki, bo w sali był wielki gwar, spowodowany śmiechem i głośnymi rozmowami. Śmiały się głównie dziewczęta; a śmiały się piskliwie. Żołnierze rozmawiali między sobą po polsku, rzucając spojrzeniami na dziewczyny i się uśmiechając. Nettie czuła, że oni czekają na dobrą sposobność. Wszyscy oni czekali – z wyjątkiem Jana. On był inny. Ale ci wszyscy pozostali przyszli tu po to, co chcieli dostać. Siedzieli tu i spoglądali na dziewczęta jedzące to, za co oni płacili…

– Słuchajcie! – krzyknęła Bell, przechylając głowę w stronę radioodbiornika. – Czy ja dobrze słyszę? Czy to jest piosenka „Are you Happy at your Work?”[5]

Tak – odpowiedziała Meg. – Nigdy jej wcześniej nie słyszałaś?

– Tę piosenkę napisano specjalnie dla robotników fabryk amunicji – rzekła Aggie.

– „To make them Go To It”– wyrecytowała Meg. – And Stay At It”.

– Ratunku! – Bell potrząsnęła głową. – Nie wierzę!

–„Are you happy at your work?” – śpiewała Aggie. – „Sure we are! Are you gonna carry on? Sure we are!”

– Ha, no i to byłoby na tyle – powiedziała Meg. – A my musimy nadal pracować niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie…

– No, stara Scott już tego dopilnuje.

– Cholerna stara sknera – rzekła Meg. – Już najwyższy czas, by dała nam podwyżkę. Mam tylko nadzieję, że Elsie McClure uda się założyć związek.

– Ciii – szepnęła Nettie. – Tam siedzi Maisie Forbes. Jeszcze was usłyszy. Przecież wiecie, że ona ma gumowe ucho i donosi Pięknej Nancy o wszystkim, co usłyszy.

– Czy jesteście zadowoleni ze swej pracy? – jęknęła Aggie, po czym mrugnęła do sierżanta i zarumieniła się. – Oczywiście, że tak!

– Praca? – zapytał Stanisław. – Gdzie pracujecie?

– W pralni – odpowiedziała Meg.

– Paalni?

– Tak, tam, gdzie się pierze ubrania. Meg wzięła talerz i zaczęła go przesuwać w tę i we w tę udając, że prasuje.

– Rym cym cym – zawołała Bell, imitując ruchy praczki przy tarce do prania. – Z dupy dym.

Dym? – spytał Stanisław.

– Czyste ubrania – powiedziała Meg.

Stanisław mocno zmarszczył brwi. Nagle się rozluźnił, a jego zmarszczki wróciły na jego twarz jak wybuchająca gwiazda. – Ach, pralnia! – krzyknął. – Pralnia!

– Pralnia – chichotały dziewczęta, usiłując wymówić to słowo.

– Pójdziemy już, Nettie? Spacer? – Jan objął ją ramieniem tak, że koniuszkami palców dotykał jej piersi.

– Tak – wyszeptała, przypominając sobie, jakich wrażeń dostarczyły jej te palce w kinie i zastanawiając, co jeszcze miały w zapasie na ten moment, kiedy będą sami na zewnątrz…

Wstała, zapięła płaszcz, gotowa wyjść jak najszybciej. Od pewnego czasu nie patrzyła na Chrissie ani jej żołnierza; starała się patrzeć w inną stronę, wmawiając sobie, że to nie jest jej sprawa i że Chrissie jest w stanie w pełni o siebie zadbać. W obecności Jana nietrudno było zapomnieć o całym świecie. Ale teraz musiała na nich spojrzeć, usłyszawszy najpierw ich chcichot, a później Chrissie krzyczącą z niesmakiem:

– Och, jadłeś rybę! Twój oddech śmierdzi rybą!

Nettie zauważyła, że bawią się z kotem Berta. Chrissie trzymała go w objęciach, przechylając w stronę żołnierza. Żołnierz nieco się cofnął, delikatnie odsuwając kota palcem wskazującym.

– Nie lubisz kociaków?[6] – zawołała Chrissie.

– Kociaków!– roześmiał się. – Bardzo ładne.

– Wychodzicie? – spytała zdziwiona Meg. – Co wam się tak śpieszy? Poczekajcie na nas!

– Tak, lepiej już wszyscy chodźmy – powiedziała Bell, wstając od stołu. – Muszę się dobrze wyspać, by być piękną.

– No tak, to potrzebujesz bardzo dużo snu – roześmiała się Meg.

 

VIII

– A więc masz Polaka, Nettie! – powiedziała wesoło pani Baxter, kiedy następnego dnia Nettie wpadła do domu na obiad.

– No tak – odpowiedziała Nettie, siadając przy stole.

– Chrissie też ma – dodała mama. – Wczoraj wieczorem przed drzwiami stał ich cały pułk. Ojciec był na ćwiczeniach Home Guard[7], a ja tu siedziałam sama, kiedy usłyszałam głośne rozmowy i cały ten harmider.  Więc wyszłam na pole i zobaczyłam wojskową ciężarówkę i Polaka, maszerującego obok niej tam i z powrotem, a Nettie i Chrissie ze swoimi chłopakami opierały się o drzwi. Mówię pani, pogoniłam to całe towarzystwo raz-dwa.

Mama roześmiała się. – Przez chwilę myślałam, że to inwazja.

– Ciekawe, czy w ogóle będzie inwazja – odpowiedziała pani Baxter.

– Musimy zachowywać się jak Asquith[8] – poczekać i zobaczyć.

– Za rok lub dwa będzie inwazja innego rodzaju – zachichotała panna Baxter. – Zobaczy pani, będziemy mieli w naszym regionie nową rasę, z domieszką krwi tych wszystkich cudzoziemców. Musi pani uważać, by nie mieć polskich wnucząt!

– Nie boję się o to – odpowiedziała mama, wyjmując obiad dla Nettie i zatrzaskując drzwiczki pieca.

– Nigdy nie wiadomo – zaśmiała się panna Baxter.

– Ja ufam moim dziewczynkom – powiedziała mama. – A wiele matek nie może tego powiedzieć.

Pani Baxter roześmiała się i sięgnęła ręką po imbryk z herbatą. – Jeszcze się napiję herbaty, jeżeli pani pozwoli, pani Douglas. Poczęstowała się też mlekiem i cukrem. – Muszę przynieść pani nieco cukru. Przekonałam Andy’ego, by przestał słodzić herbatę.

– To dobrze – rzekła mama. – Ja już nie mam żadnych zapasów.

– Zastanawiam się, czy będzie jeszcze trudniej z zaopatrzeniem – westchnęła pani Baxter.

– Bóg raczy wiedzieć! Ale nie może być jeszcze gorzej, niż teraz.

– Czytała pani, co stary Woolton[9] powiedział o tych, którzy chomikują zapasy? Powiedział, że z przyjemnością by się z nimi rozprawił.

– Tak, a przecież dopiero co w zeszłym tygodniu mówił przez radio, że ma nadzieję, że mamy zapasy w naszych spiżarniach – prychnęła mama. – Dobrze się mówi, kiedy ma się spiżarnię na zapasy. Wiele osób nie ma ani spiżarni, ani pieniędzy, by kupić coś na zapas.

– Chciałabym, by to wszystko się już skończyło – powiedziała pani Baxter. Wypiła łyk herbaty. – Wybiera się pani na koncert, który organizują Polacy w niedzielę? Słyszałam, że odbędzie się w kinie Scala. Powinien być dobry.

– Dzisiaj słyszałam w parku ich orkiestrę – powiedziała mama. – Grali całkiem ładnie.

– Tak, ja ich też słyszałam. Grali wiele szkockich melodii. Było pięknie! – westchnęła sentymentalnie pani Baxter. – Wie pani, ci Polacy są zupełnie jak Szkoci. Niech pani zobaczy, jak oni śpiewają szkockie piosenki!

– Śpiewają je o wiele lepiej niż wielu Szkotów, których znam – powiedziała mama.

–  Ma pani absolutną rację – powiedziała pani Baxter.

– Rozmawiałam dzisiaj rano ze starą Jessie Petrie, która mieszka w tym małym domku przy Dunesk Road – rzekła mama. – Powiedziała mi, jak bardzo podoba się jej śpiew Polaków. Kiedy była w ogrodzie, to grupa Polaków przechodziła obok, więc schowała się za drzewem, by sobie ich pooglądać. Powiedziała, że nie chciała stać i patrzeć na nich tak na otwartej przestrzeni, gdyż obawiała się, że oficerom nie spodoba się, że patrzy na żołnierzy.

– Ale numer – zaśmiała się pani Baxter. – Chyba nie przyszło jej do głowy, że Polacy pomyślą, że do nich startuje, nieprawdaż?

– Bóg raczy wiedzieć – rzekła mama. – Przecież ona ma osiemdziesiątkę…I jaki ma cuchnący oddech. Musi być cała zepsuta w środku. Polacy by jej nie chcieli. A ona biega po swoim domku jak jakaś dwulatka, wdzięcząc i uśmiechając sama do siebie, gdy Polacy do niej machają.

– Machali do niej? – zdziwiła się pani Baxter. – Niemożliwe, chyba do niej nie machali?

– Oczywiście, że machali. Machają do wszystkiego, co nosi spódnicę. Tacy są wspaniali, ci Polacy.

– To będę musiała na siebie uważać – zachichotała pani Baxter.

– Och, nie sądzę, by interesowały ich takie jak pani lub ja – rzekła mama. – Chyba, że podczas zaciemnienia! Chociaż jeżeli stara Jessie może zdobyć chłopa, to tym bardziej możemy my.

 

IX

Dziewczyny miały niezły ubaw, kiedy Nettie opowiedziała im o Jessie Petrie.

– Jezu! – krzyknęła Meg. – Wyobrażacie sobie tę starą babę bawiącą się w chowanego za drzewem? Będę musiała napuścić na nią Stanny’ego.

– Nie, myślę, że lepszy byłby sierżant Aggie. – powiedziała Bell. – On szybko by sobie z nią poradził…

– Spotykasz się z nim wieczorem, Aggie?

– Oczywiście – odpowiedziała niepewnie Aggie.

– To musisz na siebie uważać – powiedziała Meg, mrugając do pozostałych. – Wiesz, jakie są sierżanty.

– Nie martwcie się, będę na siebie uważać – odpowiedziała Aggie sucho.

– Gdzie on jest zakwaterowany? – spytała Meg. – Bo nie ze Stanny’m i jego kompanami.

– Nie zgadniecie – zachichotała Aggie.

– No gdzie?

Aggie rozejrzała się by sprawdzić, czy w pobliżu nie ma panny Scott – U Pięknej Nancy!

– No nie!

– Mówię wam, naprawdę – odpowiedziała Aggie.

– Boże, to mu w takim razie współczuję, – powiedziała Nettie, podnosząc żelazko. – Wiecie, jaka jest stara pani Scott! Ma świra na punkcie czystości.

– Tak, i to jest dziedziczne – powiedziała Meg. – Jak ciąg do kieliszka.

– Słyszałam, że ona zmywa chodnik – powiedziała Nettie, starannie zaprasowując fałdki spódnicy. – Ale nie wierzyłam w to, dopóki kilka dni temu nie przechodziłam koło jej domu. Przed domem stała ciężarówka, a młody chłopak wnosił kilka butelek. Wyobraźcie sobie, że ledwo wsiadł z powrotem do samochodu, a już stara Scott była na zewnątrz ze ścierką i ścierała ślady jego butów z chodnika!

– No tak, ona jest stuknięta – rzekła Meg.

– Tak, jest stuknięta – potwierdziła Bell – tak samo jak jej córka!

– Nie wiem, jak to jest z tą ich głupotą – stwierdziła Nettie. – Nie są na tyle głupie, by wydawać swoje pieniądze. Pani Penman, która mieszka obok niej, powiedziała mojej mamie, że Scott sama myje swoje okna.

– Tak, i jeszcze coś – powiedziała poważnie Aggie, pochylając się, a jej pociągła twarz jeszcze się wydłużyła przez jej powagę. – Ona każe Pięknej Nancy wchodzić przez kuchenne drzwi i ściągać buty i zawijać je w gazetę.

– Ciekawe, czy to samo każe robić sierżantowi? – zaśmiała się Meg.

– Niech nawet nie próbuje – mruknęła Aggie.

– Będziesz musiała mieć oko na niego i Piękną Nancy – powiedziała Meg. – Ona może chcieć ci go odbić.

– Niech nawet nie próbuje – odpowiedziała Aggie, nachylając się nad prześcieradłem, które prasowała z przesadną siłą.

– Czy wiecie, co mi powiedziała onegdaj pani Scott, kiedy zaniosłam jej paczkę? – powiedziała Bell i zachichotała. – Do diabła, prawie zemdlałam.

– No powiedz – rzekła Meg – Przecież nie umiemy czytać w myślach. Inna sprawa, że ty nie myślisz.

– Wystarczy, Meg Patrick – powiedziała Bell. – Jak nie przestaniesz, to wam nie powiem, co powiedziała stara Scott.

– Jasne – rzekła Meg – Przecież wiesz, że nie mówiłam tego na serio.

Bell pociągnęła nosem ponuro.

– I tak ci nie wierzę.

– Dawaj – rzekła Aggie – Co powiedziała?

– Powiedziała – rzekła Bell – powiedziała: – Czy wiesz, jaka jest przyczyna tej wojny? Odpowiedziałam, że nie wiem – chociaż mogłam wymienić wiele przyczyn. A wiecie, co ona powiedziała? Picie alkoholu i hazard, to są przyczyny.

–  Jezu Miłosierny! – zawołała Meg.

– Ciii! – syknęła Aggie. – Przyszła Piękna Nancy.

Pochyliwszy się nad deską do prasowania, Nettie myślała, co Jan robił tego popołudnia. Czy był na ćwiczeniach? Czy był jednym z tych, którzy machali do starej Jessie? Nie sądziła, żeby mógł machać… Stanny mógłby, oczywiście. Stanny nie tylko mógłby machać, ale też puścić oko i powiedzieć coś nieprzyzwoitego. Stanny był i do tańca, i do różańca. Co do tego gostka, który był z Chrissie… Nettie westchnęła, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć o nim matce.

Oczywiście, Chrissie jest w stanie zadbać o siebie. Ale… Pomyśli o tym wieczorem, kiedy będzie sama z mamą. Jan miał wieczorem wartę, więc będzie mogła zostać w domu i umyć włosy. Może, jeżeli mama będzie miała dobry nastrój, to z nią pogada…

 

X

W sobotę po południu, kiedy spotkała się z Janem, on powiedział:

– Pojedziemy na wieś na długą przechadzkę, Nettee. Pojedziemy autobusem.

Padało przez całą noc i przez przedpołudnie, ale teraz się rozpogodziło. Niebo było bezchmurne i wszystko wokół wyglądało świeżo. W wiejskim powietrzu czuć już było jesień. Milczeli, kiedy autobus przejeżdżając dotykał mokrych, przywiędłych żywopłotów. Jan objął ramieniem Nettie i głaskał ręką jej rękaw. Spoglądała przez zaparowane okno, zadowolona, wtulona w jego ramiona. Jasnokasztanowe jodły wyznaczały linię drogi, a ich nisko osadzone gałęzie biły w dach autobusu jak seria pocisków z karabinu maszynowego. Ten odgłos sprawił, że lekki dreszcz przeszedł po jej plecach i przytuliła się jeszcze bardziej do Jana.

Wysiedli z autobusu w małej wiosce, jakieś 5 mil od Blytheden. Jan wskazał na miejscowy bar i powiedział:

– Wejdźmy tam.

Nettie potrząsnęła głową i powiedziała:

– Nie, nie. Ja nie mogę.

Ale Jan wziął ją pod rękę i wprowadził do sali barowej.

Sala była pusta, ale z sąsiedniej piwiarni dobiegały rozmowy i śmiech. Nettie stanęła przed kominkiem i ogrzała ręce, oglądając upstrzoną przez muchy reprodukcję obrazu „Śmiejący się rycerz”. Na jednej ze ścian była wielka mapa Europy, a na innej uśmiechnięty mężczyzna o czerwonej twarzy, w kilcie, trzymał w ręku szklankę whisky. Mokre ślady krzyżowały się na starym, brązowym linoleum. Jan zadzwonił po kelnerkę i usiedli przy jednym z mniejszych stolików. Weszła pulchna dziewczyna o czarnych, kędzierzawych włosach, wychodzących spod przybrudzonego czepka, i oparła się o ich stolik w oczekiwaniu na zamówienie.

– Zimny dzień mamy dzisiaj, nieprawdaż? – powiedziała do Nettie.

Nettie skinęła głową i uśmiechnęła się. Zauważyła, że kelnerka przygląda się badawczo Janowi i pomyślała, że zapewne w tej wiosce nie stacjonują żadni polscy żołnierze. Jan nachylił się nad nią i zapytał:

– Jakiś drink, Nettie?

Potrząsnęła przecząco głową:

– Ja się tylko napiję herbaty.

– Herbata dla obojga? – zapytała dziewczyna.

– Herbata dla obojga – odpowiedział Jan. – I jeszcze butelka wina.

– Och, nie – zaprotestowała Nettie.

Ale Jan kiwnął głową do dziewczyny. Ona uśmiechnęła się i powiedziała:

– W porządku.

I puściła oko do Nettie, zabierając dzbanek na wodę i popielniczkę ze stołu, który przetarła. Nettie zaczerwieniła się, po czym zmarszczyła brwi. Starała się wyglądać na zrelaksowaną i zachowywać, jakby było dla niej czymś normalnym, że ktoś stawia jej butelkę wina. Kelnerka położyła na stole obrus i go rozprostowała. Nettie wyjrzała przez okno przez roślinę w doniczce obwiniętą różową bibułką. Kobieta w czapce i jaskrawym fartuchu wyszła z domu naprzeciwko i zmiatała końskie łajno z jezdni.  Nettie odwróciła się, spojrzała najpierw na swoje ręce, a potem na Jana. Uśmiechnął się i szepnął:

– Dobrze Ci, Nettee?

– Oczywiście – odpowiedziała i zaczęła nucić Are You Happy at Your Work? Jan przyłączył się, mrucząc melodię. Oparł swoją głowę na dłoniach, a pod stołem objął swoimi kolanami jej kolana.

Kiedy kelnerka przyniosła wino, napełnił dwie lampki. Podniósł swoją i powiedział coś po polsku.

– Co? – spytała Nettie, ale on tylko się uśmiechnął i skinął głową do jej lampki, nawet nie starając się wytłumaczyć, co powiedział. Nettie sączyła wino, spoglądając na drzwi z obawą, że ktoś, kogo zna wejdzie do lokalu. Jeszcze by tego brakowało, by weszła pani Baxter lub któraś z jej przyjaciółek. Ale nikt nie wszedł. Piwiarnię zamknięto o trzeciej i słyszeli, jak ludzie wychodzą z baru. Niektórzy nie chcieli wyjść i spierali się z czarnowłosą kelnerką, która śmiała się i usiłowała ich wypchnąć na zewnątrz.

– Niech no tylko spotkam pańską żonę, Tomie Pattersonie! – słyszeli, jak krzyczy kelnerka. – Powiem jej, co z pana za jeden.

Wypiwszy herbatę Nettie i Jan usiedli przed kominkiem i dopili wino. Nettie opadła w głęboki fotel, nie chcąc się wcale stąd ruszać. Wino i ciepło kominka sprawiły, że stała się senna. Jan siadł na poręczy jej fotela, gładził jej włosy i powtarzał:

– Chodźmy już, Nettee.

Ale za każdym razem, kiedy to mówił, Nettie potrząsała głową i mówiła:

– Jeszcze chwilkę. Dokąd ci się tak śpieszy? – nie chciała zostawić ciepła tej szarej sali. Czuła się tam bezpiecznie i pewnie. Jak przez mgłę widziała twarz Jana, pochylającą się nad nią. Za każdym razem, kiedy na niego spoglądała, czuła się nieco przestraszona. Ogień kominka odbijał się czerwienią na jego wysokich kościach policzkowych i sprawiał, że jego włosy jeszcze bardziej błyszczały. Było w nim coś przerażająco obcego!

W końcu powiedział:

– Idziemy już, Nettee.

Chwycił ją za ręce i podniósł z fotela. Przez chwilę stała, delikatnie się chwiejąc.

– Boże, upiłam się – pomyślała. – Muszę iść do ubikacji.

Kiedy wróciła, Jan już był uregulował rachunek. Wielki i ciemny stał w świetle korytarza, a jego furażerka była zawadiacko przechylona na bok. Podniesiony kołnierz jego płaszcza rzucał cień na jego twarz. Jego zęby błyszczały, kiedy ujął ją za łokieć i wymamrotał:

– Idziemy już, dobrze?

Powoli wyszli poza wioskę. Nettie stała niepewnie na nogach, więc była zadowolona z tego, że Jan ją podtrzymywał. Wielkie, cytrynowe chmury przesuwały się po niebie, a inne zamykały horyzont jak pagórki różowego śniegu. Przez chmury przebijały się mosiężne promienie zachodzącego słońca, nadając wszystkiemu przeraźliwie zimny wyraz... Nettie nagle zadrżała i jeszcze bardziej wtuliła się w Jana.

– Och, tak tu zimno po cieple tamtego kominka – powiedziała.

Za wsią Jan skierował ją w stronę bramy wiodącej na ściernisko.

– Po co my tutaj wchodzimy? – zapytała.

Ale Jan nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Objął jej talię ramieniem, zamykając za sobą bramę drugą ręką. Nettie ostrożnie stawiała kroki na ściernisku, bojąc się, że któryś z długich kawałków słomy uszkodzi jej jedwabne pończochy. Przeszli obok wysokiego, przyciętego żywopłotu z głogu, aż doszli do kładki nad wąskim strumykiem. Za nim rozpościerało się małe królestwo dzikich ostrężyn i paproci. Ścieżka wśród ostrężyn prowadziła do opuszczonego kamieniołomu. Nettie szła przed Janem, spoglądając ze strachem w dół na pędy ostrężyn, które uderzały ją po nogach. Nie słuchała Jana, który szeptał:

– Ko-ochana, ko-ochana Nettee.

Rozejrzała się, nagle przestraszona. Dookoła nie było żywego ducha. Wioska i dym z kominów zniknęły. Jan chwycił ją nagle z tyłu i przyciągnął do siebie.

– Ko-ochna, ko-ochana – szeptał, całując ją z dzikością. Jej ciało przylegało ściśle do jego ciała, a ręce i nogi splotły się w jedną całość. Przez moment walczyła. Potem przeszły przez nią kolejne fale ekstazy. Jej nogi drżały tak, że była zadowolona, że trzyma ją w ramionach. Wydawało się, że ma motyle w brzuchu, z trudem łapała oddech.

Nagle ją puścił. Zachwiała się, pijana winem i namiętnością. Wyciągnęła ręce do Jana, starając się znaleźć oparcie. On ściągał swój wojskowy płaszcz. Śmiał się, rozkładając go na paprociach o sztywnych liściach, koloru kawy z mlekiem. I powiedział coś po polsku, drwiącym głosem, po czym chwycił ją za ręce i przyciągnął do siebie.

– Nie, Janie – zawołała – Nie! Jeszcze ktoś nas zobaczy!

Ale on popchnął ją na płaszcz i zaczął podnosić spódnicę. I nagle zaczęła płakać.

– Uważaj na moje pończochy! Trudno je teraz kupić! Szybko nie zdobędę nowej pary!

 

XI

W poniedziałek rano Nettie w pośpiechu biegła do pracy, jedząc bułkę i stukając wysokimi obcasami. Bell przyszła po nią, kiedy ona była jeszcze w łóżku, nie reagując na wołania mamy, by już wstała. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że inne dziewczęta wciąż jeszcze stoją przed drzwiami, wepchnęła do ust ostatni kawałek bułki, wycierając jej resztki z podbródka i policzków, i przyłączyła się do nich.

– Cześć, Nettie – zawołała Meg. – Dostałaś już To Pytanie?

Nettie przełknęła ostatni gryz bułki i spytała:

To Pytanie? Jakie pytanie?

– Oj, przecież wiesz! – Meg zachichotała i mrugnęła do Aggie. – Nie musisz udawać, że jesteś głupsza, niż jesteś.

– Ale ja nie wiem, o czym mówisz – odpowiedziała Nettie. – Co za pytanie?

– Ciebie pytał? – Meg zapytała Bell.

Bell zachichotała: – A nie?

– I co powiedziałaś na to? – spytała Meg z zaciekawieniem.

– Ale mu odpowiedziałam… – Bell potrząsnęła głową. – Zapytałam go, za kogo mnie uważa.

– Co to za pytanie? – spytała Nettie.

– Ach, nie musisz już udawać, że jesteś tak naiwna – powiedziała Meg zirytowanym głosem. – Dobrze wiesz, o czym mówimy. Czy Jan spytał cię, czy się z nim prześpisz?

– Prze…. – Nettie otwarła szeroko usta i zamarła.

– Nie musisz udawać, że jesteś zdziwiona, – powiedziała z sarkazmem Meg. – Każda z nas została zapytana. Wszystkie dziewczyny w pralni. To jest pierwsze zdanie, którego uczą się Polacy. „Piękna dziewczyno, prześpisz się ze mną?” – roześmiała się głośno. – Na Boga, ale obsztorcowałam Stanny’ego, kiedy mi to powiedział. Staliśmy przy drzwiach, szykowałam się na odrobinę pieszczot, kiedy on powiedział: Bendziemy się kochać. Bez dzieciów.

Bell zaczęła chichotać, ale przestała, kiedy Meg na nią spojrzała.

– Już mu dam bez dzieciów! – krzyknęła. – Powiedziałam mu, co o nim myślę.

– Akurat – docięła jej Bell.

– A co, może nie? – rzekła Meg. – Powiedziałam mu, żeby spadał.

– Oczywiście, a na długo? Dzisiaj wróci i zada Ci to samo pytanie.

– Wróci? – parsknęła Meg. – Nie sądzę, posłałam go do diabła.

– Nie wierzę ci – powiedziała Bell.

– Naprawdę!

Nettie i Bell spojrzały na Meg z niedowierzaniem, potem spojrzały jedna na drugą i potrząsnęły głowami. Meg zarzuciła do tyłu swoje włosy i wojowniczo położyła ręce na biodrach. Ale napięcie rozładowała Aggie.

– Wiecie, co ja słyszałam? – ściszyła głos i rozejrzała się, czy nikt nie słyszy.

– Nie – pochyliły się nad nią.

Aggie roześmiała się nerwowo, a potem otwarła szeroko oczy i powiedziała wstrząśniętym głosem:

– Słyszałam, że w szpitalu jest mnóstwo kobiet, którym Polacy…którym Polacy odgryźli cycki!

Zachichotała znów, tak że ostatnie słowa były prawie niesłyszalne. Pozostałe trzy dziewczyny spojrzały na siebie.

– Gdzie tam – powiedziała Nettie. – Nie wierzę w to.

– To najświętsza prawda – powiedziała Aggie uroczyście/z przekonaniem. – Bettie Jamieson mi powiedziała. Ona zna jedną salową.

– A ja w to wierzę – powiedziała Meg. – Ci Polacy są zdolni do wszystkiego.

Bell się roześmiała:

– Ale Stanny nie próbował tego z tobą, co nie?

– Nie ma strachu – Meg podniosła stertę wypranych prześcieradeł i zaczęła nieść je do kantorka. – I tak już  miałam dość. Wyobraźcie sobie, że on chciał, bym poszła z nim do koszar, gdzie był co najmniej tuzin jego kolegów!

Powyższy fragment noweli ukaże się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Czytaj dalej: https://reshumana.pl/2106-2/

 

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Przypisy tłumacza:

[1]Nikt mnie nie kocha, nie wiem, dlaczego?” Piosenka Judy Garland z 1940 roku

[2] „Co noc modlę się do Pana, by zesłał mi kogoś, kto mnie pokocha”.

[3] Amerykańska aktorka

[4]  Nigdy nie usłyszysz śpiewu drozda pod chmurami. Nigdy nie poczujesz dreszczu emocji, dopóki nie upadniesz… Piosenka Chicka Hendersona z 1940 roku

[5] Czy jesteście szczęśliwi w pracy? Oczywiście, że jesteśmy! Czy nadal będziecie tam pracować? Oczywiście, że tak!

[6] Gra słów – w oryginale „Don’t you like pussies?” – pussy to również potocznie cipka

[7] Home Guard – straż obywatelska

[8] Herbert henry Asquith, brytyjski polityk konserwatywny z początków XX wieku

[9] Lord Woolton, wł. Frederick James Marquis – minister ds. żywności, a następnie ds. odbudowy w rządzie brytyjskim podczas II WŚ.

XII

Tego wieczora Meg i Bell zaskoczyły Nettie, idąc na spotkanie, które Elsie McClure zorganizowała w tylnej salce Temperance Hotel w Blytheden. Miał przyjechać i wystąpić przedstawiciel związków zawodowych z Edynburga. Elsie błagała Nettie, by ta też przyszła. Ale Nettie odpowiedziała:

– Nie mogę. Umówiłam się z Janem. Poza tym, nigdy nie postawię stopy w żadnym hotelu w Blytheden. Mama by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała, że tam byłam.

– Ale przecież to jest Temperance Hotel – powiedziała Elsie. – Tylko tam mogliśmy zarezerwować miejsce. Wszystkie inne miejsca są zajęte przez żołnierzy. Musisz przyjść. Będziemy potrzebować twego głosu.

– Nic na to nie poradzę. Mam randkę i nie odwołam jej z powodu jakiegoś zebrania związku. Obejdziecie się beze mnie.

– Widzę, że tak będzie – westchnęła Elsie. – Ale wolałabym, byś przyszła. Źle to będzie wyglądało wobec tego faceta, który przyjeżdża z tak daleka. Mam nadzieję, że inni przyjdą.

Mimo to zebranie zakończyło się sukcesem.

– Nie było tylko ciebie i Aggie – powiedziała Meg następnego dnia. – Wszyscy byli. Nawet Maisie Forbes.

– No, to teraz was urządzi ta mała donosicielka – rzekła Nettie. – Idę o zakład, że pójdzie i wszystko opowie starej Scott.

– Nie sądzę. Zależy jej na związku tak samo jak pozostałym.

– A co żeście robiły po zebraniu? – spytała Nettie.

– Poszłyśmy do Berta – Meg westchnęła radośnie i oparła łokcie o swoją deskę do prasowania. – Świetnie się bawiłyśmy.

– Będziecie się świetnie bawiły, jak Piękna Nancy tu przyjdzie i zobaczy, co robicie.

– Teraz jest na dole w pralni – rzekła Meg. Ale wyprostowała się i udawała, że ciężko pracuje, na wypadek, gdyby panna Scott niespodziewanie weszła. – Świetnie się bawiłyśmy.

– Naprawdę? – spytała Nettie.

– Tak – Meg miała już znowu oprzeć się łokciami o deskę do prasowania, ale zmieniła zdanie. – Spotkaliśmy kilku chłopaków.

– Jakich chłopaków? Stanisława i Pawła?

– Stanisław! – prychnęła Meggi. – Nie, ten jest znacznie milszy. Na imię ma Włodzimierz. Och, jest wspaniały. Wysoki, wyższy od Jana, ma piękne, kędzierzawe blond włosy.

– A zadał ci To Pytanie – zapytała figlarnie Nettie.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziała z oburzeniem Meg. – On jest gentlemanem, nie to, co Stanny.

– Bell też poznała fantastycznego faceta – dodała. – Prawda, Bell?

– Tak, rzeczywiście jest fantastyczny – Bell aż podskoczyła, pokazując, jak była szczęśliwa. – Świetnie się bawiliśmy. Wieczorem ma mnie zabrać do kina. Też ma na imię Jan. To musi być bardzo popularne imię w Polsce.

– Po polsku to John – powiedziała Meg. – Włodzimierz mi powiedział. On świetnie mówi po angielsku. Może pójdziesz dziś wieczorem z nami, Nettie, i zerwiesz z tym sztywnym Janem? Nigdy mi się nie podobał. Włodzimierz przyprowadzi ci jednego ze swoich kolegów.

– Nie, dziękuję – odpowiedziała Nettie. – Nie chcę mieć nic do czynienia z tą twoją hołotą.

– Kogo ty nazywasz hołotą? – wrzasnęła wściekle Meg. – Oni są znacznie milsi od tych, których poznaliśmy pierwszego wieczoru. Musisz mieć pecha, że spotkałaś takich nieciekawych facetów.

– Możesz tak myśleć – odpowiedziała Nettie. – Ale ja uważam inaczej. Poczekaj trochę, a zobaczysz, jacy okażą się twoi nowi znajomi, więc nie obrażaj innych.

 

XIII

W czasie kolejnych tygodni Meg, Bell i większość innych dziewcząt tak często zmieniały swoich absztyfikantów, że pani Baxter tak to skomentowała:

– Dobrze, że w dystrykcie są dwa tysiące Polaków, bo inaczej by im zabrakło!

Dziewczęta zawsze poznawały „szalenie miłych chłopców”, ale żadna z nich nie umówiła się na więcej, niż dwie, trzy randki. Zawsze na początku zapowiadało się na romantyczny romans, potem dziewczęta otrzymywały To Pytanie albo też obrażały się z powodu czegoś, co żołnierz zrobił lub powiedział. Tylko Aggie i Nettie pozostawały wierne sierżantowi i Janowi. Meg i Bell drwiły sobie z nich, zastanawiając się, kiedy wreszcie się z nimi rozstaną. Ale Aggie tylko potrząsnęła głową i odpowiedziała twardo:

– Nie jesteśmy takimi trudnymi do zadowolenia lekkoduchami, jak wy.

A Nettie dzień i noc myślała tylko o Janie. Był dla niej wszystkim: myśli o nim wypełniały jej noce, również za dnia myślała o nim bez przerwy, nie włączając się do rozmów koleżanek, ani też nawet ich nie słuchając. Nigdy sobie nie wyobrażała, że może darzyć kogokolwiek aż takim uczuciem. W jej świecie wojna i wszystko z nią związane były bardzo odległe. Nawet kiedy musiała boleśnie wrócić do rzeczywistości, starała się zrobić to delikatnie. Przestała narzekać na zaciemnienie i inne niedogodności spowodowane przez wojnę i jak z oddalenia słuchała słów swojej matki:

– Czy osiemnaście miesięcy temu wyobrażałyście sobie, że będziemy tak żyć? Skradając się w ciemnościach, bojąc się zapalić światło. Z masłem i cukrem na kartki, wypełniając książeczki z kuponami na różne towary? Nie myślałam, że ludzie będą musieli pogodzić się z czymś takim.

Dla Nettie brzmiało to jak zdarta płyta gramofonowa, którą słyszała już setki razy – coś, co zna na pamięć. To było tło jej rozmyślań o Janie: chór, który śpiewał w tle, ale nie niepokoił. Na jej scenie to Jan stał w świetle reflektorów i zaciemnienie, warty oraz manewry nie mogły pozbawić go jego blasku. Nigdy nie wybiegała poza dzisiejszy wieczór lub kolejny dzień. A kiedy była z nim, a jego ramiona przyciągały ją do niego, nie była w stanie myśleć o niczym. Wypełniało ją tylko zmysłowe ciepło, a zaciemnienie tworzyło przytulną osłonę.

Aż pewnego dnia Aggie oświadczyła, że zerwała z sierżantem. Akurat prasowała prześcieradło i powiedziała to ze sztuczną niedbałością. Dziewczęta zamilkły na chwilę, po czym Bell zawołała:

– Pokaż ślady po zębach!

Nettie już od pewnego czasu podejrzewała, że Aggie chce zerwać z sierżantem, ale bała się, że nie znajdzie innego faceta. Ale Aggie wyjaśniła:

– Och, już byłam nim znudzona. Zbyt wolno uczył się angielskiego. Nie chciało mi się już ciągle mu wyjaśniać, co mam na myśli. Nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać.

– To dobrze, Aggie – powiedziała Meg współczująco. – Jest wielu innych chłopców do wzięcia.

– I w dodatku on stale chciał siedzieć w saloniku starej Scott – jęknęła Aggie.  – Boże, mam wystarczająco dużo Pięknej Nancy za dnia, by jeszcze widywać ją wieczorami.

Podczas przerwy obiadowej Nettie powiedziała swojej mamie i pani Baxter o Aggie. – A wyglądał na takiego sympatycznego faceta – powiedziała pani Baxter. – Spotkałam ich kilka dni temu, jak wracali z kina i on był bardzo uprzejmy; stuknął obcasami i otworzył mi drzwi. A jak pięknie pachniał!

– Polacy mają bzika na punkcie perfum – rzekła mama.  – Dziewczyna z apteki powiedziała mi, że stale kupują wodę kolońską. Nie mogą nadążyć z uzupełnianiem zapasów. Zastanawiała się, co oni z tym robią – kąpią się w niej czy co?

– A może ją piją! – zachichotała pani Baxter.

– Już nie wiem – odpowiedziała mama. – Będę musiała zapytać Jana, kiedy tu przyjdzie następnym razem.

– Wciąż jeszcze z nim chodzisz, Nettie? – spytała pani Baxter. – Myślałam, że już dawno dasz sobie z nim spokój.

– Dlaczego?

– No… – pani Baxter zaśmiała się niepewnie i spojrzała w bok. – Idzie się z nim dogadać, pani Douglas?

– Ależ tak – odpowiedziała mama. – On bardzo szybko uczy się angielskiego. Czasami bardzo śmiesznie mówi.

– A Chrissie nadal chodzi ze swoim? – spytała pani Baxter.

– Ach, Chrissie!  – zaśmiała się mama. – Ta to już miała kilku od tamtego czasu.

– I o to chodzi – zaśmiała się pani Baxter. – Gdybym tylko była znowu młoda, to bym im pokazała to i owo. Teraz nie ma zbyt dużo dziewczyn, mających taki styl, jak ja miałam, – wstała, szykując się do wyjścia. – Muszę już iść i zabrać się za obiad dla Andy’ego. Zdobyłam ładny stek. Muszę go tylko podsmażyć. Cześć Nettie, powiedz swojemu chłopakowi, że o niego pytałam.

Ale pani Baxter wyszła dopiero po dziesięciu minutach. Przegadała te dziesięć minut, rozmawiając o Polakach. – No dobrze – powiedziała, ostatecznie zbierając się do wyjścia. – Niedługo przyjadą Irlandki na wykopki ziemniaków. Ci chłopcy w sam raz się dla nich nadadzą. One nie będą czekać na To Pytanie. Zanim się Polacy spostrzegą, one już będą miały ściągnięte majtki!

– Tak, te zbieraczki ziemniaków to gorące dziewuchy – powiedziała mama, zamknąwszy drzwi za swoją gadatliwą przyjaciółką i wyciągając pudding dla Nettie z piecyka. – Spotykasz się znowu z Janem dzisiaj wieczorem? – zapytała.

– Tak  – odparła Nettie.

Mama nalała sobie filiżankę herbaty.

– Pani Baxter to strasznie ciekawska stara suka – powiedziała. – Świetnie wie, że ty i Jan wciąż ze sobą chodzicie. Założę się, że zna każdy twój krok. Jakby była schowana za tą zasłoną i podglądała. Nic jej nie umknie.

Nettie nie odpowiedziała, tylko nalała sobie filiżankę herbaty i wyciągnęła z kieszeni paczkę Woodbin’sów.[1]

– Najwyższy czas, byś rzuciła – rzekła mama. – Papierosy strasznie drożeją.

– Ach, daj spokój – odpowiedziała Nettie. – Muszę sobie poużywać, dopóki jestem młoda.

– No nie wiem… – odparła mama, popijając herbatę w zamyśleniu, nie spoglądając na Nettie. – Chciałabym, byś była w pewnym sensie jak Chrissie. Nie mam na myśli tego, broń boże, że co chwila chodzi z innym chłopakiem, ale… Nachyliła filiżankę i wypiła resztkę herbaty.

– Ale co? – spytała Nettie.

– Wiesz… – Mama dolała więcej wody do imbryka i wyrzuciła fusy do kominka, po czym nasypała świeżą herbatę. – Czy zastanawiałaś się, co będzie, kiedy wojna się skończy? – rzekła powoli.

– Co będzie z czym? – Nettie odłożyła ostrożnie papieros na półkę obok zlewu, po czym zaczęła układać fryzurę przed lustrem.

– Wiesz, w końcu Jan jest Polakiem – powiedziała mama. – Wróci do Polski. A to nie to samo co Aberdeen, Edynburg czy nawet Londyn. Polska jest setki, setki mil stąd. Zastanawiałaś się nad tym?

– Ach, mamy jeszcze dużo czasu, by się nad tym zastanowić, – odpowiedziała Nettie, wkładając papieros do ust i usiłując włożyć płaszcz, a jednocześnie starając się, by dym z papierosa nie wchodził jej do oczu.

– Naprawdę? – rzekła mama. Nie wiem. Lepiej skończyć z tym, dopóki nie jest za późno.  Przecież nie możesz ode mnie i ojca oczekiwać, że przyjedziemy do Ciebie do Polski, jeżeli będziesz miała dzieci. Poza tym nie będziemy mogli ich zrozumieć…

– Daj spokój! – powiedziała Nettie, ściskając płaszcz paskiem i wzruszając ramionami.

– Oczywiście, Jan jest bardzo miłym chłopcem i w ogóle… – powiedziała mama. – I nieźle nauczył się angielskiego, ale…– delikatnie machnęła swoją wielką, czerwoną dłonią. – Miałam na myśli, że powinnaś to przemyśleć.

– Po co się martwić zawczasu? – odpowiedziała Nettie, otwierając drzwi.

– Ktoś powinien się martwić – powiedziała z naciskiem mama. – Będę musiała porozmawiać o tym z twoim ojcem. Może rozmówi się z Janem.

Nettie z rozdrażnieniem paliła papierosa, gdyż śpieszyła się do pracy. Mama ostatnio mówiła o tym ogródkami kilka razy, nie dopowiadając, rozmyślając. Niepotrzebnie zaprzątając sobie głowę. I sprawiając, że pozostali też się martwili.

Do teraz starała się o tym nie myśleć. Ale jak już zaczęła, złapała się na tym, że już nie może przestać, zastanawiając się, co będzie, jeżeli…

 

XIV

Tego wieczora, kiedy pan Douglas właśnie zbierał się do wyjścia, jego żona powiedziała:

– Dokąd się wybierasz? Pamiętaj, co ci powiedziałam. Nie możesz teraz wyjść.

– Oj, nie  możesz tego załatwić sama? – wyburczał.

– Nie, to sprawa dla ciebie – powiedziała. – W końcu to ty jesteś jej ojcem.

– Już dobrze – westchnął ciężko i zanurzył się ponownie w swoim fotelu. Usiadł i zaczął czytać The News, przeglądając kolumny z informacjami o urodzinach i ślubach i z nekrologami, które z reguły pomijał przy czytaniu gazety. Nettie zastanawiała się przez chwilę, co mama miała na myśli, ale była zbyt zaabsorbowana przygotowaniami na przyjście Jana, że nie interesowało jej, dlaczego ojciec został w domu. Właśnie zapinała w sypialni swoją sukienkę w szaro-łososiowe paski, kiedy usłyszała pukanie do drzwi i krzyknęła:

– To musi być Jan! Otworzysz mu drzwi, tato?

– Chodź, Chrissie – rzekła. – Pomóż mi zapiąć te guziki.

– Nie mam czasu – odpowiedziała Chrissie, nawet nie podnosząc głowy znad nóg, na które naciągała parę jedwabnych pończoch. – Jestem umówiona z Edwardem na siódmą i już jestem spóźniona.

– Ma pan rację, dzisiaj jest bardzo zimno, nieprawdaż? – powiedział pan Douglas, wprowadzając Jana do kuchni.

Baardzo zzimno! – powiedział Jan. Stuknął obcasami i ukłonił się pani Douglas. – Cieś! Baardzo zzimno! Prawda?

– Tak, rzeczywiście jest zimno – powiedziała mama. Spojrzała znacząco na męża i powiedziała: – Pójdę pomóc Nettie.

– Papierosa? – Jan wyciągnął papierośnicę w stronę pana Douglasa.

– Ja nie palę papierosów, proszę pana – odpowiedział pan Douglas. – Wolę swoją fajkę. Ale dla towarzystwa zapalę – zaciągnął się i spojrzał na napis na papierosie.

– Zagraniczny! Pięknie pachnie!

Pociągnął dwa-trzy razy i wypuścił dym, nie zaciągając się. Trzymał papieros blisko twarzy i przyglądał się jego koniuszkowi, zmrużywszy swoje oczy pod szarymi, krzaczastymi brwiami.

– Smakuje jak cygaro, proszę pana!

– Dobre? – spytał Jan.

– Bardzo dobre – pan Douglas usiadł wygodniej w fotelu i odchrząknął. – Wie pan, panie Janie, moja żona… zastanawiała się… W zasadzie to powiedziała… Bardzo jest dzisiaj zimno, nieprawda?

-Tak – odpowiedział Jan – Bardzo zimno.

– Na jaki film idziecie dzisiaj do kina?

– Film? – Jan się zawahał – Ach, kino. Bardzo dobry film. „Grona gniewu”.

– Och, widziałem zwiastun w zeszłym tygodniu – pan Douglas spojrzał na drzwi sypialni, po czym ponownie zanurzył się w fotelu, zwinąwszy kciuki w otworach na ramiona swej kamizelki. – Nie myślę, żebym miał ochotę pójść do kina na ten film. Raczej by mi się nie spodobał. To jest film o biednych ludziach. Cholernie smutny. Mamy tego dosyć na co dzień, by jeszcze oglądać to w kinie. Lubię filmy, które przenoszą mnie w inny świat. Na przykład o gangsterach albo o nocnych klubach. Albo kowbojskie. Bardzo lubiłem stare kowbojskie filmy. Naprawdę. Tom Mix albo Buck Jones[2]. Oni rzeczywiście przenosili nas w inny świat. Szkoda, że Tom Mix zmarł dwa czy też trzy tygodnie temu. Biedny gość… –Pan Douglas ponownie zaciągnął się dymem swego papierosa i ciężko westchnął. – Pamiętam jeden bardzo dobry film, w którym grał. Pamiętam, że był bardzo zakochany w pewnej dziewczynie – tylko że ona nie chciała mieć z nim nic wspólnego, bo był zwykłym ranczerem. Ona była przywiązana do torów, a nadjeżdżał pędzący ekspres. Ale Tom dowiedział się o tym na czas, wskoczył na swojego konia…Jak się nazywał ten jego koń? Miał krótkie imię. Miałem już je na końcu języka…Hej, matka! – zawołał. – Jak miał na imię ten koń Toma Mixa?

– Nie wiem –  oburknęła mama, wchodząc za Nettie do kuchni. – Ty myślisz, że ja wszystko pamiętam?

– Tony – podpowiedziała Nettie ojcu.

– Tak, właśnie tak – krzyknął. – Tony!

– Jesteś już gotów? – spytała Jana.

– Tak, jestem – odpowiedział, szeroko się uśmiechając.

– Gotowi chłopcy, gotowi! – powiedział pan Douglas, wkładając czapkę. – Wyjdę razem z wami. Serwus, dziewczyny, wrócę za kilka godzin.

 

XV

Film „Grona gniewu” nie spodobał się Nettie, chociaż nie z tego powodu, z którego nie spodobał się też jej ojcu. Kiedy szli do kina, Jan powiedział jej, że prawdopodobnie ich oddział zostanie wysłany do Grecji.

Grecja… Po raz pierwszy od dawna uświadomiła sobie, że jest wojna i co wojna znaczy. Przypomniała sobie wszystko, co usłyszała w ostatnich dniach w radio o walkach w Grecji. Boże, i Jan ma tam jechać! Siedziała odrętwiała z przerażenia. Nawet czułe palce Jana, wędrujące po jej ciele, nie sprawiały jej przyjemności. Starała się przytulić do niego najbliżej, jak tylko było możliwe, chcąc ogrzać swój otępiały umysł ciepłem jego ciała. Ale na próżno…

Starała się ze wszystkich sił śledzić akcję filmu. Ale bezskutecznie. Po prostu grupa aktorów tłoczyła się na pace przeciążonej ciężarówki. Droga 66. Oklahoma. Wyoming. Droga 66. Najwidoczniej szukali pracy. Nettie zastanawiała się, o co w tym wszystkim chodzi. Czyż nie powtarzali wciąż, że jadą do słonecznej Kalifornii, gdzie rosły brzoskwinie i winogrona i pomarańcze? Więc po co robili całe to zamieszanie? Ten starzec i jego nierozgarnięta żona, która chciała wracać… O co się martwili? Co oni mieli wspólnego z nią i Janem, siedzącymi na pluszowych fotelach i oglądającymi ich? To był po prostu film. Henry Fonda w rzeczywistości nie był kimś o nazwisku Tom Joad, kto kiedyś siedział w więzieniu. Henry Fonda był po prostu Henrym Fondą – gwiazdą filmową. Jane Darwell[3] była po prostu Jane Darwell. Oni po prostu grali. I pod koniec każdego dnia zrzucali z siebie te stare ciuchy, wsiadali do swych limuzyn i byli wiezieni do swych piekielnie drogich rezydencji, w których organizowali szalone party. Nettie wiedziała. Czytała tygodniki filmowe. To był po prostu kolejny film. Nie miał nic wspólnego z nią ani Janem. Ale Grecja miała. Grecja. Nazwa na mapie. Ale to już nie była tylko nazwa na mapie. Ginęli tam ludzie. Spadały bomby, ludzie byli zabijani ogniem karabinów maszynowych, a odłamki…

Wtem Nettie zauważyła, że coś jest nie tak. Nagle film się urwał. Podrostki, siedzące na tanich miejscach z przodu sali, od razu zaczęły tupać i gwizdać. Nettie westchnęła poirytowana. Czy ci smarkacze nie mogli dać operatorowi nieco czasu na zmianę rolek, czy też na to coś innego, co akurat robił?  Byli strasznie niecierpliwi. Zawsze gwizdali, kiedy zdarzała się taka sytuacja, a zdarzała się dosyć często.

Ale ekran nie ożył po kilku sekundach, jak to bywało zwykle. Zamiast tego na scenę przed ekranem wyszedł kierownik kina. Zaczął coś mówić. Nettie nie uchwyciła jego pierwszych słów, dopiero po chwili zrozumiała, że jest alarm lotniczy. „Ale, proszę państwa, seans będzie kontynuowany”.

Tylko tyle? Wtuliła się w Jana i odprężyła. Ale tylko na chwilkę. Kilku widzów wstało i wyszło. Mój Boże – pomyślała, kiedy wraz z Janem musieli się podnieść, by pozwolić przecisnąć się obok nich rozhisteryzowanej kobiecie z dwójką dzieci – czy ludzie nie mogą siedzieć spokojnie? Co im to da, że wyjdą? To jest po prostu alarm. Lepiej siedzieć wygodnie w kinie niż tłoczyć się w przepełnionym schronie albo kucać pod schodami. Mama na pewno teraz tam się schroniła. Powinna być teraz na pogaduszkach u pani Baxter, więc na pewno tłoczą się razem z innymi w zaułku między kamienicami. Nettie i Chrissie poszły z mamą dwa razy, ale więcej już nie chciały. Powiedziały, że zmarzną i umrą z przeziębienia. Jeżeli już mają zginąć, to wolą zginąć siedząc wygodnie w swoim domu. Mimo wszystko, alarmy były bardzo dokuczliwe. Nigdy nie można spokojnie zabrać się do robienia czegokolwiek, bo nie było wiadomo, kiedy coś się może wydarzyć. Nie żeby coś już wydarzyło się w Blytheden. To nie Londyn, Grecja lub inne takie miejsce.

Projekcja została wznowiona, ale Nettie nawet nie starała się już śledzić akcji filmu. Przytuliła się do Jana, obejmując jego ramiona swymi dłońmi, jakby miała zamiar nigdy go nie wypuścić z objęć. A on szeptał czułe słówka po polsku i w łamanej angielszczyźnie. Ich głowy były tak blisko siebie, że siedząca za nimi kobieta stuknęła ich w ramiona i zwróciła uwagę, więc przesiedli się do ostatniego rzędu. Byli teraz w swoim własnym świecie, daleko od ciężarówek z prześladowanymi, głodnymi ludźmi, szukającymi desperacko pracy, by móc zarobić pieniądze, potrzebne do nakarmienia ich głodujących ciał. Chociaż oni też w pewnym sensie też byli głodni: równie zdeterminowani i prześladowani, jak ci ludzie na filmie. Na świecie są legiony takich Nettie i Janów. I właśnie dlatego takie filmy jak „Grona Gniewu” powinny być robione, by pokazać, dlaczego wybuchają wojny takie jak ta.

Nettie przełożyła ręce za głowę Jana, a następnie przeciągnęła dłońmi po jego twarzy. Jej wilgotne wargi przywarły do jego warg, a po jej policzkach spłynęły łzy.

– Łup!

– ŁUP!

Ściany kina zadrżały. Dwie lub trzy osoby krzyknęły. Nettie wczepiła swoje palce w Jana.

– Co to było? – wyszeptała chrapliwie. Ale była przekonana, że budynek kina został trafiony.

Jan zaśmiał się uspokajająco i wymamrotał:

– Siedź, nie bój się, Nettie. Kilka osób wstało, ale większość siedziała spokojnie. Kilku mundurowych krzyknęło do cywili, by się uspokoili. Nettie poczuła, jak wali jej serce. Spojrzała ze strachem na sufit, bojąc się, że lada moment runie. Ale nic się nie stało. Nigdy nie myślała, że tak dużo czasu mija, aż budynek zacznie się rozpadać.

– Ale – ale – wydusiła z siebie, patrząc na Jana.

– Dwie mile – powiedział.  – Trzy mile stąd. I podniósł trzy palce i szeroko się uśmiechnął.

Westchnęła z ulgą. Raz, dwa, trzy…zaczęła liczyć, przypomniawszy sobie, że kiedy doliczy do dziesięciu, to bombowiec będzie już wystarczająco daleko, by zagrożenie minęło. Ale nawet kiedy doliczyła do dziesięciu, to nadal drżała. Zastanawiała się, gdzie jest mama. Czy wszystko z nią w porządku? Jeżeli – tak jak powiedział Jan – bomby spadły dwie-trzy mile stąd, to powinno być w porządku. Ale Nettie i tak była zaniepokojona.

Ci, którzy chcieli wyjść, już wyszli, a reszta spokojnie siadła, by zobaczyć film do końca. Ale i tak minęło trochę czasu, nim Nettie się wyluzowała. Nachyliła się do Jana, z zamkniętymi oczami, słuchając lękliwie. Czy będą jeszcze jakieś inne uderzenia?

Ale nie było słychać niczego innego, oprócz amerykańskich aktorów, mówiących delikatnym, śpiewnym akcentem. Stopniowo Nettie się uspokoiła. A jak już się uspokoiła, jej myśli znowu powędrowały do Grecji…

– Jan, chodźmy – szepnęła. – Chcę stąd wyjść.

– Nie poczekasz na finał? – zapytał.

– Nie. Wyjdźmy stąd.

Była zdziwiona, widząc tak wiele osób na ulicach. Reflektory przeciwlotnicze przecinały ciemne niebo jak złote łopatki czarnego wentylatora. Wydawało się, że trzyma go jakaś nieludzka ręka, obracając delikatnie, i z każdym obrotem rozdmuchując drobne postacie tu i tam. Wysoko, wysoko ponad złotymi wskazówkami łopatek, samoloty unikały strumieni światła. Można było usłyszeć warkot silników, ale samoloty były za daleko, by można było je policzyć. Dwa, a może dwieście…Dwa, a może dwieście…

Nachyliła się do Jana, a on jeszcze mocniej objął ją ramieniem.

– W porządku, Nettie – rzekł. – Nie ma niebezpieczeństwa.

– Tak, łatwo ci mówić, przeżyłeś to w Warszawie – powiedziała. – Ale jak dla mnie to za blisko.

– Dobrze, wejdźmy tutaj – rzekł Jan.

Nettie nie powiedziała nic, kiedy wprowadził ją do saloniku Royal Hotelu. Była przestraszona, kiedy pomyślała, co by na to powiedziała jej matka. Westchnęła z ulgą, kiedy zanurzyli się w cieple i jasności, a ona osunęła się w miękki fotel. – Boże, jak tu dobrze.

Siedząc zauważyła, jak Jan stuka obcasami i kłania się komuś. To był Stanisław. Była z nim dziewczyna. Obca dziewczyna, której Nettie nigdy wcześniej nie widziała, dziewczyna, która nie była z Blytheden. Nettie wiedziała, ze to musi być jedna z kobiet, które przyjechały tutaj za Polakami. Miała jasne, tlenione włosy, spięte opaską w kolorze koniczyny, i bardzo wąskie, wyskubane brwi. Stanisław wstał i stuknął obcasami, ale nie wykonał żadnego ruchu w ich stronę. Dziewczyna spojrzała w stronę Nettie przez zaciśnięte dłonie ze szkarłatnymi paznokciami i delikatnie zwinęła usta. Jan zamówił dwie whisky.

– O, nie dam rady – powiedziała Nettie – Co powie mama?

Jan przesunął szklankę w jej stronę, uśmiechając się.

– Dobrze! – rzekł i wychylił swoją szklankę jednym haustem.

– Dobrze – powiedziała Nettie.

Wykrzywiła twarz po małym łyczku – Och, to jest niedobre.

Ale Jan nalegał, by dopiła do końca. Kiedy to zrobiła, przeszedł po niej dreszcz. Ale już za kilka minut zaczęła czuć się przyjemniej. Jan podniósł brwi:

– Dobrze?

Nettie wygięła szyję, przesuwając się na skórzanej kanapie tak, że mogła przejrzeć się lepiej w wielkim lustrze, na którym była reklama whisky napisana w poprzek czerwonymi i złotymi literami. Poklepała swoje loki, zastanawiając się, czy może wyciągnąć swoją puderniczkę i gąbkę na oczach kobiety, która siedziała ze Stanisławem. Ale to była puderniczka  z Wollworths’a, a gąbka prosiła się o wypranie. Żałowała, że nie poprosiła Jana o to, by jej kupił nową, gdy kilka dni temu stanęli przed witryną sklepu jubilerskiego i zapytał, czy jest coś, co by chciała.

– Przepraszam – powiedziała.

Kiedy wróciła, Jan rozmawiał ze Stanisławem po polsku. Blondynka obracała pierścionek na swoim palcu i patrzyła w dal, jakby nie rozumiała ich rozmowy. Jan stuknął obcasami i wrócił na swoje miejsce na kanapie przy Nettie. Zawołał kelnerkę i poprosił o jeszcze dwie szklanki whisky. Tym razem Nettie się nie ociągała, ani też nie przeszedł po niej dreszcz, kiedy przełknęła swoją porcję.

– Daj mi papierosa, Janie – poprosiła.

Odchyliła się i spoglądała, jak spirale dymu papierosowego wznoszą się do góry. Przez moment, zanim stały się cienkie i rozpłynęły w dusznym powietrzu, wyobraziła sobie, że jest wielki korkociągiem, a jej usta są szyjką od butelki. Jan objął ją ramieniem i przyciągnął ku sobie. Zachichotała i szturchnęła go łokciem, ale nie cofnęła się, kiedy on objął ją jeszcze czulej swoim ramieniem.

– Nadal się boisz, Nettee? – zapytał przekornie.

–  Nie, ale chciałabym, by ta wojna wreszcie się skończyła. Podczas tej wojny nie można żyć własnym życiem.

Zanuciła kilka taktów piosenki, która leciała przez radio: „Take Lessons From Madame Lasonga”[4].

And if she fancies you the lessons are free” – śpiewała Janowi, ruszając ramionami i umizgując się do niego. Uśmiechnęła się też do kobiety, która była ze Stanisławem.

– Będę musiała na chwilę Cię opuścić, zanim pójdziemy się przywitać z twoim przyjacielem, – kobieta powiedziała głośno i powoli do Stanisława. – Muszę poprawić lakier na paznokciach.

– Paznokciach? – Stanisław puścił oko.

Powtórzyła swoje słowa, po czym wstała i wyszła, kołysząc biodrami i oglądając się w mijanym lustrze.

Stanny podszedł do nich i zamówił drinki.

– Kim jest Twoja sympatia? – zapytała Nettie, sącząc swój cocktail z ginem i limonką.

– Sym-pa-tia – powiedział Stanny. – Jeanette.

– Jeanette McDonald – zachichotała Nettie i dopiła jednym haustem resztę swego drinka. – Czy ona jest sympatyczniejsza od Meg?

Stanisław wzruszył ramionami.

– Tak, bardzo sympatyczna. Dobra kumpelka, cholernie dobra kumpelka.

Stanisław strzelił obcasami i odszedł, kiedy wróciła blondynka. Powiedział coś cicho do niej, ale ona pokręciła głową. Wydawało się, że Stanny kłóci się z nią. Potem założył płaszcz i furażerkę, przyjrzał się sobie w lustrze. Kobieta stała z niewyraźnym uśmiechem, przyglądając się Nettie.

– Kiedy wychodzisz, chez moi, musisz mnie uprzedzić – powiedziała. – Jestem bardzo ciekawa.

Odwróciła się i wyszła, nie patrząc na nich, ale Stanny stuknął obcasami i się ukłonił. Jan wstał i odwzajemnił ukłon.

– Skąd się wziął ten kurwiszon? – głośno spytała Nettie i wypiła drinka, który właśnie przyniosła jej kelnerka. – Co za farbowana zdzira!– zaśmiała się i przytuliła do Jana. – Daj mi jeszcze papierosa, kochanie.

Z radioodbiornika dobiegał głos piosenkarki: There Will Come Another Day[5]. Nettie zamknęła oczy, wsłuchując się w słowa w stanie sentymentalnego upojenia. The clouds will vanish, True Love will banish dull care away… Otwarła oczy; dym drażnił jej nozdrza, więc zgasiła papierosa w popielniczce. Jak przez mgłę zobaczyła Jana – jego ciemne włosy i błyszczące oczy. Oh Jan, Oh Jan, how can you love!

The words will glow with gold and glory, Soon we’ll forget that skies were grey, And like a lovely fairy story, There’ll come another day…

W całej Wielkiej Brytanii setki młodych par słuchały tej obietnicy lepszego świata. Słuchały tak samo, jak niektórzy z ich rodziców słuchali obietnicy, zawartej w piosenkach śpiewanych dwadzieścia pięć lat wcześniej. Nikt z nich nie wyobrażał sobie, że na jedną parę, dla której świat będzie świecił blaskiem złota i sławy, będzie przypadać setka par, które nigdy nie wzlecą pod inne niebiosa, niż niebiosa szarości. A nawet jeżeli o tym myśleli, to wyobrażali sobie, że to oni właśnie będą tymi szczęśliwcami.

A day to bring you joy and laughter,

For when the night has passed away

You’ll find that joy follows after.

There’ll come another day…[6]

– Czy nadejdą? – zastanawiała się Nettie.

Ko-ocha-na Nettie – wyszeptał Jan.

– Och Janku – powiedziała i wtuliła się w niego, przyciągając go ku sobie. – Och Janku, nie zniosłabym teraz rozstania z Tobą…

And there together in sunny weather

We’ll wander hand in hand…[7]

 

Okna salonu nagle zadrżały. To wystrzały.

– Myślę, że to jeszcze nie koniec – powiedział mężczyzna. To jeszcze trochę potrwa.

 

XVI.

– Niech ich szlag trafi i te całe bombardowania – powiedziała Meg następnego dnia. – Całkiem zepsuli mi wieczór. Właśnie spiknęłam się z młodym lotnikiem w restauracji Berta, kiedy rozległy się syreny i on musiał prędko udać się na lotnisko. Boże, byłam wściekła. Miałam taki apetyt na małą odmianę od Polaków.

– I tym się martwisz? – rzekła Aggie ponuro. – Przecież mogłaś zginąć. Bomby spadły na Armitage Toll.

– No i co z tego? – odparła Meggie. – To trzy mile od Dunesk Road.

– No tak, ale gdyby samolot zrzucił je sekundę później, to spadłyby prosto na twoją głowę.

– No i co z tego? – zaśmiała się Meg. – Przynajmniej nie musiałabym przychodzić dzisiaj rano do tego syfu – Po chwili powiedziała: – Już mam dość tej pracy. Myślę, że spróbuję zatrudnić się w fabryce amunicji.

– Równie dobrze możesz poczekać i zobaczyć, czy dostaniemy podwyżkę – powiedziała Bell, oglądając się za siebie, czy czasem panna Scott tego nie usłyszy. – Elsie McClure powiedziała, że Związek napisał do starej Scott.

– Powinniśmy przekonać się w piątek, kiedy dostaniemy swoją pensję – rzekła Meg.

Dziewczęta przez cały tydzień nie rozmawiały o niczym innym. Ten temat kompletnie przyćmił wojnę i Polaków. Ale Nettie nie mogła o tym dyskutować – miała na głowie poważniejszy problem. Jej troska o Jana nieco zelżała po tym, jak powiedział jej, że prawdopodobnie jednak nie pojadą do Grecji, gdyż Polska nie była w stanie wojny z Włochami. Nettie nie rozumiała złożoności stosunków międzynarodowych, ale nawet gdyby rozumiała, to też nie przywiązałaby do tego wagi. Inny, bardziej osobisty problem przyćmił jej troskę o Jana. Stał się dla niej ważniejszy od wszystkich Greków i Polaków, i Włochów.

Była przerażona. Nigdy wcześniej jej się to nie przytrafiło. I na Boga – przyrzekła sobie, jeżeli tym razem wszystko będzie w porządku, to zrobi wszystko, by taka sytuacja nie powtórzyła się nigdy więcej. Koniec z Janem. Żałowała, że go w ogóle poznała, żałowała nawet, że nie zginął w Warszawie. O Jezu, żeby to wreszcie nadeszło…

Ale to nie nadeszło do piątku i Nettie ze strachu prawie wpadła w histerię. Inne dziewczęta komentowały jej ponury nastrój i zły humor.

– Ktoś by pomyślał, że sikałaś w pokrzywach i się poparzyłaś – powiedziała Bell. – Jesteś taka niemiła.

Gdyby nie chodziło o „to”, to Nettie zwierzyłaby się jej lub Meg – bała się powiedzieć cokolwiek mamie lub Christie.

W piątek wieczorem Maisie Forbes zakomunikowała: – Panna Scott chce, abyście przed wyjściem wszystkie przyszły do jej kantorka.

Panna Scott siedziała za biurkiem. Nie podniosła głowy, kiedy dziewczęta, już w płaszczach, zaczęły wchodzić do jej biura. Wlepiała wzrok w list, który trzymała. Dziewczęta szeptały do siebie, szurając nogami z zakłopotania. Niektóre z nich, odważniejsze, chichotały po wejściu, ale szybko przestały, gdyż wewnątrz panowała poważna atmosfera. Nettie stała między Meg i Bell, żałując, że nie jest już w domu. Albo to, albo śmierć. Tak, żałowała, że nie umarła.

Jeżeli to nie nastąpi dzisiaj w nocy, jutro po południu pójdzie do lekarza. Nie pójdzie do swojego lekarza rodzinnego, bo mógłby powiedzieć coś mamie; pojedzie do lekarza w Edynburgu. Jan chciał, by pojechała z nim na wieś, ale ona nie miała zamiaru. Jeździła na wieś o jeden raz za dużo. Już więcej nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Może lekarz w Edynburgu powie jej, co robić. Mogłaby bardziej otwarcie porozmawiać z kimś obcym, niż ze swoim lekarzem. Obcy jej nie zna. Może ona kupi sobie tandetną obrączkę w Woolworthsie.[8] Może lekarz wyśle ją w jedno z „tych” miejsc. Żeby tylko miała odwagę, to by kogoś zapytała. Maisie Forbes mogłaby wiedzieć. Mówiono, że pewnego razu jakoś tak sobie z tym poradziła…

– Czy już wszystkie są? – rzekła panna Scott, podnosząc głowę.

Maisie Forbes stanęła w drzwiach – Tak.

– To dobrze.

Dziewczęta spojrzały na siebie, kiedy Maisie przekręciła klucz w zamku i stanęła tyłem do drzwi.

– Co u diabła! – Megg wymamrotała do Nettie.

Ale Nettie gapiła się w podłogę. Mimo wszystko nie mogła zapytać Maisie Forbes. Maisie jest taką paplą, że wiadomość błyskawicznie by się rozeszła. Maise byłaby zachwycona, mając taką szansę by obgadywać Nettie. – Boże, żebym znała takie miejsca w Edynburgu…

Panna Scott założyła swoje okulary bez ramek i powiedziała:

– Mam tu list od pana Edwardsa z Edynburga. Pana Johna P. Edwardsa z Edynburga – powiedziała z sarkazmem, patrząc na list z obrzydzeniem. – Organizatora związków zawodowych. Jak widać, niektóre z was, młode damy, mają ochotę założyć tu organizację związkową. Muszę powiedzieć, że myślę, że mogłyście mi o tym powiedzieć. Nie podoba mi się, że dowiaduję się o tym od kogoś z zewnątrz.

Dziewczęta stały w milczeniu, przestępując z nogi na nogę ze strachu i zakłopotania. Nettie nadal gapiła się w podłogę. Jezu, jeżeli coś się jej stanie, mama wpadnie w szał.

– Nie pozwolę na żaden sabotaż – krzyknęła panna Scott. – Wy cycate smarkule! Żadna z was nie wie, jak wam dobrze! Myślem, że wszystkie chcecie robić w fabryce amunicji i kupić se fudra i pianina. Nie chcem więcej słyszeć waszych narzekań – albo… A teraz precz!

Wychodziły zastraszone, nie patrząc na siebie ani na pannę Scott. Te, które stały najbliżej drzwi, obróciły się szybko, szukając ucieczki. Ale Maisie Forbes zwlekała z otwarciem drzwi. Wręczyła im koperty z tygodniówką, a one skulone przechodziły obok niej. Wiele z nich puściło się biegiem, jak tylko wyszły na zewnątrz.

Nettie wzięła swą kopertę w otępieniu. Miała zasmuconą twarz i tępy wzrok. Meg i Bell objęły ją ramionami, jak tylko weszły w ciemności. Żadna z dziewcząt nic nie mówiła – rozlegał się tylko odgłos wielu par wysokich obcasów stukających w chodnik. One trzy balansowały na chodniku, milcząc przez kilka chwil, podtrzymując się wzajemnie. A kiedy już były bezpieczne, tak daleko od pralni, że nikt stojący w drzwiach pralni nie mógł ich usłyszeć, Meg krzyknęła cierpko:

– Stara franca!

I jak na sygnał dziewczęta zaczęły szczebiotać, hałasując i przeklinając. W ciemnościach szybko odzyskały rezon. Tylko Nettie nie skomentowała tego, że panna Scott nie zgodziła się potraktować ich jak należy i nie słuchała tego, co Meg i Bell mówiły, idąc po obu jej stronach. Była zadowolona z przyjacielskiego wsparcia, bo nie widziała niczego w ciemnościach, które ją otaczały. Nie docierało do niej, na kogo narzekała Meg. Może na Jana? On był tylko jedną z osób na całym świecie, do którego pasowało to określenie. Ale ona z nim skończyła. Skończyła.

 

XVII

Nettie piła herbatę w milczeniu. Chrissie i matka rozmawiały o pani Baxter, która powiedziała, że została zaczepiona podczas zaciemnienia.

– Twierdzi, że to był Polak – powiedziała mama. – Ale Polacy nie są stuknięci. Nie zaczepiają kogoś z taką figurą.

– A ja nie wierzę, że w ogóle ktokolwiek ją zaczepił – powiedziała Chrissie.

– Tak, jest rozdrażniona właśnie dlatego, że nikt jej nie zaczepił – to ją złości – powiedziała mama.

Nettie ich nie słuchała. Jak tylko wypiła herbatę, poszła do wychodka w ogrodzie. Zużyła trzy zapałki zanim zdołała zapalić świeczkę.

„Boże, co za życie!” – wymamrotała z poirytowaniem, sprawdzając, czy zasłony szczelnie przysłaniają okno. Równie dobrze mogłaby już nie żyć. O Boże, jeżeli to się nie stanie dzisiejszej nocy, zwariuję. Jedno jest pewne: nie będzie nigdy już ryzykować. Koniec z Janem. Nie spotka się z nim dzisiaj wieczorem. Może sobie stać w ciemnościach i zamarznąć na śmierć, ona nie dba o to.

Kiedy wróciła do kuchni, jej oczy błyszczały z radości i nuciła sobie piosenkę: And when the shaddows fall behind you there’ll come another day.

– Widziałaś list, który dostałaś? – zapytała mama, podnosząc głowę znad zlewu.

– Jaki list? – zapytała Nettie, przepychając się obok mamy i poprawiając loki przed lustrem.

– Przyszedł list do Ciebie, leży na parapecie kominka. Przyszedł dzisiaj po południu. Jest na nim pełno zagranicznych znaczków.

Netti wzięła list i popatrzyła nań z ciekawością. Następnie położyła go na stole i założyła palto. Zamruczała, nakładając sobie szminkę na usta. Popatrzyła na zegar, po czym podniosła list i otworzyła go.

– Od kogo? – zapytała mama.

– Oh, to list od Harry’ego. Od Harry’ego… Jak mu tam… – rzekła Nettie, wkładając list z powrotem do koperty, którą wrzuciła do komody.

– Ile tej pisaniny… – powiedziała, zapinając guziki palta i zmierzając w kierunku drzwi. – Nie mam głowy, by go teraz czytać, nie mam czasu. Muszę biec na spotkanie z Janem. Serwus!

KONIEC

Październik 1940 – Nowy Rok 1941

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Przypisy tłumacza:

[1] Marka popularnych papierosów.

[2] Amerykańscy aktorzy z I połowy XX wieku.

[3] Henry Fonda, Jane Darwell – amerykańscy aktorzy, występujący w filmie „Grona gniewu” z 1940 roku.

[4]  Weź lekcje u Madame Lasonga. A jeżeli się jej spodobasz, to lekcje są darmowe. Amerykańska piosenka z 1940 roku – w 1941 powstała komedia pod tym samym tytułem.

[5] Przyjdą inne dni Piosenka Very Lynn z 1940 roku.   Znikną chmury, prawdziwa miłość pokona smutki i troski… Słowa rozbłysną złotem i chwałą, Wkrótce zapomnimy, że niebo było szare, i jak w pięknej bajce, nadejdą inne dni…

[6] Dzień, który przyniesie Ci radość i śmiech, Bo kiedy minie noc, Przekonasz się, że po niej przyjdzie radość. Nadejdą inne dni…

[7] I wtedy pójdziemy trzymając się za ręce, W słoneczny dzień.

[8] Popularny sklep wielobranżowy.

 

Ostatni fragment noweli ukaże się w numerze 3/2024 „Res Humana”, maj-czerwiec 2024 r.

27 lipca br., w wieku 94 lat zmarł w Paryżu Milan Kundera, jeden z najwybitniejszych pisarzy czeskich drugiej połowy XX w. Ba! Więcej, pisarzy świata! Naturalną reakcją na jego śmierć były nie tylko artykuły, wzmianki o jego biografii i twórczości w periodykach społeczno-kulturalnych, lecz także poważniejsze przedsięwzięcia, jak np. plan wznowienia wszystkich dzieł pisarza przez Wydawnictwo W.A.B. (częściowo już zrealizowany). Są także inne inicjatywy, w których mam przyjemność uczestniczyć, m.in. napisanie eseju do warszawskiego dwumiesięcznika „Res Humana” i udział 27 września 2023 r. w Lublinie w Międzynarodowej Sesji Historyczno-Literackiej „Nasi Sąsiedzi: Ukraina. Litwa, Słowacja”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Polskich Pisarzy z inicjatywy jego prezesa Zbigniewa Fronczka – pisarza, poety, założyciela i redaktora pisma „Lublin. Kultura i Społeczeństwo” z wykładem na temat teorioliterackich poglądów M. Kundery. W zestawieniu „sąsiadów” w tytule konferencji rzuca się w oczy brak Czechosłowacji. Jak wiadomo, w 1993 r. ów kraj rozpadł się na dwie części: Czechy i Słowację. Powstaje problem, gdzie umieścić dorobek Milana Kundery, który był typowany do Nagrody Nobla? Niektórzy nie mają z tym kłopotów i twierdzą, iż był on Europejczykiem albo po prostu czeskim Europejczykiem, lub też pisarzem czeskim i francuskim.

Szukając głębszej odpowiedzi na to ekscytujące pytanie, niezbędna jest bardziej szczegółowa wiedza na temat jego życiorysu, został on bowiem „rozpołowiony” podwójnie również na skutek emigracji z Czechosłowacji do Francji w 1975 r. Dotąd Kundera znany był w Europie jako autor głośnej powieści Żart, wydanej w kraju, i z racji aktywności w Praskiej Wiośnie. Dalsze swe powieści publikował za granicą. Zyskał wielkie uznanie dzięki Nieznośnej lekkości bytu (1984), tłumaczonej na wiele języków. Obie te powieści stanowiły reminiscencje Praskiej Wiosny w 1968 r. Pisarz znalazł się na „czarnej liście”, bo był dwukrotnie usuwany z partii komunistycznej (1951 r. i 1970 r.). Po inwazji Związku Radzieckiego na Czechosłowację (sierpień 1968), w kraju nastąpił regres kulturalny i zastój, wielu działaczy opozycji zmuszono do milczenia. Zwłaszcza liberalna inteligencja za swe poglądy została ukarana, nierzadko bezrobociem. Pogłos represji ówczesnej Czechosłowacji przenika też twórczość M. Kundery. Tak więc w biografii nie brak dramatycznych wydarzeń. Dodajmy jeszcze odebranie mu obywatelstwa czeskiego w roku 1972 i jego przywrócenie w 2019 r.

Były też jednak i nagrody, w tym m.in.:

– Honorowe obywatelstwo Brna (2009) – miejsca urodzenia Kundery;

– Nagroda Jerozolimska (1985);

– Nagroda im. Herdera (2010);

– Narodowa Nagroda Literacka z roku 2007.

Poza praktyką pisarską Kundera wiele uwagi poświęcił problematyce teoretycznej, zwłaszcza teorii literatury. Moim celem w tym miejscu jest skupienie się na Sztuce powieści (1986) i poszukiwanie tego, co nazwał „duchem powieści”.

*

Jeden z esejów Milana Kundery, zawarty w Sztuce powieści, nosi nader oryginalny tytuł Sześćdziesiąt pięć słów. Jego genezę autor tłumaczy słowami swego przyjaciela Pierre Nora, dyrektora pisma „Le Debat”, który mu zaproponował ułożenie prywatnego słownika, by zaradzić kłopotom tłumaczy powieści Kundery:

„Przekłady zmusiły cię, byś się zastanowił nad każdym słowem. Napisz zatem twój osobisty słownik. Słownik twych powieści. Twoje słowa klucze, słowa zasadzki, słowa miłostki” (s. 108).*

 

Problematyka konferencji i propozycja „Res Humana” skłoniły mnie do ponownego przemyślenia Sztuki powieści, jej zawartości teoretyczno-filozoficznej.

Milan Kundera podkreśla, że obcy jest mu świat teorii, bo najważniejsza jest praktyka. W dziele każdego powieściopisarza tkwi skrycie wizja historii powieści, idea tego, czym jest powieść.

Siedem wykładów i wywiadów, wygłoszonych lub opublikowanych między 1979 a 1986 rokiem, to próba odtworzenia i zwerbalizowania tego, co implicite tkwi w jego własnych powieściach.

Za patrona gatunku powieści Kundera uważa Miguela de Cervantesa, twórcę nieśmiertelnego Don Kichota i dopomina się o przypomnienie jego „wzgardzonego dziedzictwa”. Oto jedno z jego najczęściej cytowanych zdań:

„Kiedy Bóg opuszczał z wolna miejsce, z którego sprawował niegdyś władzę nad wszechświatem i jego porządkiem wartości, oddzielając dobro od zła i nadając sens każdej rzeczy, Don Kichot wyszedł ze swego domu i nie umiał już świata rozpoznać. Jakoż świat, pod nieobecność najwyższego Sędziego, objawił się nagle w przerażającej wieloznaczności. Boska Prawda, prawda jedyna, rozpadła się na setki prawd względnych, którymi się podzielili ludzie. Tak oto narodził się świat Czasów Nowożytnych, a wraz z nimi na jego wzór i obraz, powstała powieść” (s. 13–14).

Kunderowskie odkrycie „przerażającej wieloznaczności świata” przypomina bajkę Andersena Królowa śniegu. Aniołowie, przelatując nad ziemią z lustrem ją odbijającym, „potknęli się” – wypadło im zwierciadło i roztrzaskało się na nieprzeliczalną ilość kawałków. Jeden z takich szczątków utkwił w oku Kaja, brata Gerdy. Od tej chwili utracony został całościowy obraz rzeczywistości obiektywnej, każdy indywidualny człowiek został skazany na jej subiektywną wersję. Zwykle przepojoną emocjami i uczuciami, targaną już to miłością, już to wrogością. Szkiełko w ludzkich źrenicach, choć niewidoczne, zmienia perspektywę spojrzenia na innych.

Kamil Baczyński w swoim wierszu Niebo złote ci otworzę, wyśpiewanym przez Ewę Demarczyk, prosił: „… Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne – obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi…”. Ten sam motyw bólu i cierpienia wskutek uszkodzenia źrenicy oka tłumaczy odmienność między „świadomością szczęśliwą”, a „świadomością opaczną”. Pierwsza tryska optymizmem, druga wywraca na nice obraz rzeczywistości za sprawą „ciernia w zranionych oczach”. Andersenowski braciszek Gerdy, Kaj, doświadczył podobnej przygody: skaleczony przez odłamek szkła, również i czas stał się przez to „kaleki”. Niekiedy, jak w baśni o królowej śniegu, ostry odłamek może doprowadzić do „zamrożenia i znieczulenia” serca, do jego skamienienia.

Istotną kategorią oprócz „wieloznaczności” ludzkich wizji świata jest dla Kundery „mądrość niepewności”.

Względna natura świata i niezdolność do jej sprostania przez człowieka wymaga odwagi, a czasem nawet męstwa. Akceptacji własnej niedoskonałości, pogodzenia się z ograniczeniami, poskromienia pychy ubiegania się o prawdę absolutną, a tym samym zgody na niepewność. Powieściopisarstwo musi się liczyć z tymi dwoma wyzwaniami, jak również z ich ambiwalencją.

Jeden z najważniejszych terminów autorskiego słownika M. Kundery brzmi następująco:

„POWIEŚCIOPISARZ (a pisarz). Ponownie przeczytałem krótki esej Sartre’a, Czym jest literatura. Ani razu nie pada słowo powieść, powieściopisarstwo. Mowa jest tylko o piszącym prozą. Słuszne rozróżnienie.

Pisarz ma oryginalne idee i niedający się naśladować głos. Może posługiwać się dowolną formą (także powieścią), a wszystko, co pisze, jest oznajmiane jego głosem, toteż należy do jego dzieła. Rousseau, Goethe, Chateaubriand, Gide, Camus, Sartre, Malraux…

Powieściopisarz nie przejmuje się swoimi ideami. Jest odkrywcą, usiłującym po omacku odsłaniać nieznaną postać egzystencji. Nie fascynuje go własny głos, lecz forma, za którą podąża, i tylko formy, spełniające wymagania jego marzeń, należą do jego dzieła. Fielding, Sterne, Flaubert, Proust, Faulkner, Celine…

Pisarz znajduje miejsce na duchowej mapie swych czasów, swego narodu, na mapie historii idei. Jedyny kontekst, w którym można uchwycić wartość powieści, stanowi historia powieści. Powieściopisarz nie zdaje rachunku nikomu – tylko Cervantesowi”.

Spróbujmy zinterpretować powyższe rozróżnienie. Chodzi w nim o podkreślenie odmienności dwóch perspektyw. Pierwsza zasadza się na akcentowaniu roli wartości ideowych zmieniających się pod wpływem danego wycinka historii. Druga natomiast nie jest zależna od upływu czasu, gdyż skierowana jest na formę, obojętną na inne wartości poza artystycznymi. Do tego stopnia, że autor dzieła może – a niekiedy chce – pozostać anonimowy.

Karl Popper w swojej koncepcji Trzech Światów – realnego, psychologicznego i kulturowego – dzieła kultury uznał za przynależne do sfery bytów uwolnionych od  okoliczności biograficznych. Homer czy Szekspir nie potrzebują wiedzy o ich biografiach, co więcej, nie ma pewności, że istnieli w przypisywanej im postaci. W filozoficznym Trzecim Świecie Poppera ich życiorysy są nieistotne, liczą się wyłącznie dzieła. Polski filozof kultury Andrzej Nowicki stworzył „inkontrologię” – koncepcję spotkań z wytworami kultury, w myśl której jest możliwe obcowanie z Platonem, Arystotelesem, Witkacym czy Mrożkiem. Z ich myślowym i artystycznym dorobkiem.

Dzisiejszy trend ubiegania się o „rozpoznawalność”, czyli inaczej popularność danego autora, oparty na biciu rekordów nakładu książek, to przejaw kultury masowej. Nieprzywiązującej wagi do autentycznych wartości, zadowalającej się sezonowymi modami i błahostkami. Masowa „kultura” czasem przypomina „pulp-kulturę”.

Milan Kundera, odrzekając się miana „powieściopisarza”, wolał mówić o „piszącym prozę”. W Sztuce powieści poszukiwał „kodu egzystencjalnego” oraz „mapy egzystencji”. Jej jedynym bohaterem ma być „poszukujące ego”, jego zaś podstawowym zajęciem powinna być „poetycka medytacja”. Klasyczny podział na typową prozę i typową poezję może ulec zatarciu. Ostatecznym celem twórcy ma być bowiem tropienie i rozwiązywanie „paradoksów ludzkiej egzystencji”. Fiodor Dostojewski w podobnym duchu pisał o „przeklętych problemach” nękających bohaterów Braci Karamazow, Idioty, Biesów.

Można sądzić, iż zarówno Kunderę, jak i Dostojewskiego zajmował problem „wymykania się czynu” spod kontroli myśli, ludzkich intencji, ich wieczna nieprzystawalność. Rozziew między zamiarami a ich spełnieniem jest wiecznym dramatem człowieka. Ale bez tego rozdarcia nie byłoby żadnego duchowego rozwoju…

Duch powieści, unoszący się ponad wszelkimi gatunkowymi podziałami bynajmniej nie hołdował kartezjańskiej pewności i oczywistości. Zamiast logiki i rozumu z ich twardymi wymaganiami, „upajał się słabością”, przyzwoleniem na świadomą niejasność i niepewność.

Ale czym w ogóle jest ów Duch Powieści? Wedle Kundery, stanowi on równoważnik Ducha Złożoności, zatem przeciwieństwa ciągot do redukcji, a tym samym – ku płaskiej doraźności. Milan Kundera z przekąsem i z niechęcią wyraża się o mass mediach jako o siewcach uproszczeń i komunałów wiodących do „łatwych i prędkich odpowiedzi”.

Obecna moda na takie formy wypowiedzi, jak „skrótowce”, „memy” czy inne „gotowce”, rozpowszechnione przez Internet zamiast tradycyjnych opowieści, przekazywanych z ust opowiadacza do uszu słuchacza, niemal wyklucza udział żywego i myślącego człowieka. Sztuczna inteligencja, fascynacja erzacami myślenia, gasi ciekawość i wrażliwość na umysłowe niespodzianki. W zamian wprowadza niebezpieczeństwo popadania w „pułapki świata” w rodzaju „paplaniny propagandowej” albo banalnego plotkowania o świecie i o innych ludziach.

Sztuka powieści, zdaniem Kundery, winna uprawiać nie tyle klasyczną powieść, ile „pisanie prozy”. Zatem opowiadanie na własny rachunek o „przeklętych problemach” i wysiłkach uporania się ze słabością, zarówno indywidualną, jak i zbiorową. W obliczu coraz to większych kryzysów, katastrof, a nawet globalnych kataklizmów alternatywą wobec „woli mocy” może się okazać „wola słabości”.

Dwa te podziały: „ciężar bytu” – „lekkość bytu”, „wola mocy” – „wola słabości”, w koncepcji Kundery prowadzą do skrzyżowana, do rozstaju dróg. Trzeba przeto dokonywać wyboru, podejmować na własny rachunek decyzję, po której stronie się opowiedzieć osobiście. Najlepszym wyjściem byłoby uświadomienie sobie własnej słabości. Owa metaświadomość, niejako świadomość dwupiętrowa, pozwala na szczególnie rozumiane poczucie ciągłości.

„Duch powieści jest duchem ciągłości: każde dzieło stanowi odpowiedź na dzieła poprzednie, każde dzieło zawiera całe doświadczenie powieści. Ale duch naszych czasów wpatruje się w to, co jest teraz, w aktualność do tego stopnia zaborczą i ekspansywną, że wypiera ona z naszego pola widzenia przeszłości i sprowadza czas do jednej, trwającej właśnie chwili. Powieść, zamknięta w tym systemie, nie jest już dziełem (rzeczą, której przeznaczeniem jest trwanie i łączenie przeszłości), lecz wydarzeniem aktualnym, takim jak wszystko inne:  j e s t   g e s t e m   b e z  j u t r a  (podkr. J. M.)  s. 23–24).

Powtórnie nawiązując do Poppera i jego Trzech Światów, rzec można, iż Kundera tworzenie powieści traktuje jako podtrzymywanie tradycji tworzenia  d z i e ł, które wytrzymują próbę czasu i przekraczają perspektywę aktualności. Jednym słowem – stanowią  g e s t  w i e c z n o ś c i.  A tym samym – wznoszą się ku nieśmiertelności. Tak też mówimy o geniuszach, artystach, jacy konstytuują panteon „śmiertelnych-nieśmiertelnych”. Heraklit, geniusz starożytności, tak  nazywał ludzi, którzy przekroczyli horyzont wieczności.

Powstaje wszakże pytanie, jak się uporać z tymi, którzy wprawdzie posługują się narzędziem pisanego języka, ale nie tykają głębi egzystencji, a tylko się ślizgają po jej powierzchni. Całe ich zastępy to jedynie „producenci książek”?  Co robić z takimi produktami, ofiarami doraźności? W internecie roi się od propozycji, by każdy amator mógł opublikować własny wytwór, bez konieczności jego zrecenzowania czy zaopiniowania. Z jednej strony demokracja i wolność słowa pozwalają na aksjologiczny relatywizm, z drugiej jednak rodzą bałagan i chaos, ponadto prowadzą do powiększania zasobów „składu makulatury”. Jak wybrnąć z tego dylematu?

Dzięki Kunderze możemy się posłużyć specyficznym kryterium  k i c z u. W Nieznośnej lekkości bytu natrafiamy na jego dowcipną definicję:

„Kicz wyciska dwie łzy wzruszenia. Pierwsza łza mówi: jakie to piękne, wzruszyć się wraz z całą ludzkością, dziećmi biegającymi po trawniku!

Dopiero ta druga robi z kiczu kicz, braterstwo wszystkich ludzi świata można zbudować wyłącznie na kiczu. (…) Nikt tego nie wie lepiej niż politycy. Kiedy znajdują się w pobliżu aparatu fotograficznego, zaraz łapią najbliższe dziecko, aby je podnieść do góry i całować w policzki. Kicz jest estetycznym ideałem wszystkich polityków, wszystkich politycznych partii i ruchów.

W społeczeństwie, w którym istnieją obok siebie różne kierunki polityczne i ich wpływy się wzajemnie znoszą albo ograniczają, możemy jako tako uciec przed inkwizycją kiczu. Jednostka może uchronić swą osobowość, a artysta stworzyć nieoczekiwane dzieła. Ale tam, gdzie pełną władzę ma jeden jedyny ich ruch polityczny, znajdujemy się natychmiast w krainie kiczu totalnego”. (M. Kundera Życie jest gdzie indziej, tłum. J. Ilg, Warszawa 2013, s.171).

Jak stąd wynika, kicz to nie po prostu estetyczna tandeta, podróbka autentycznej wartości, ale i składnica aksjologicznej makulatury, w tym też kiczu moralnego.

„Z tego punktu widzenia możemy uznać tak zwany gułag za rodzaj fosy septycznej, do której  k i c z  t o t a l n y  wyrzuca  o d p a d k i”  (op. cit. s. 171).  

*

Sztuka powieści Milana Kundery to nie tylko rozprawa z literaturą, ale i z całą ludzką historią. Dzieje zapisane słowem nie są tożsame z bytem opisanym, z „nagim” Bytem. Język nazywając poszczególne sytuacje i wydarzenia, zarazem  je komentuje i ocenia. Jeśli słowa nie przystają do rzeczy, w ich szczeliny wsącza się kicz. Fałszywa świadomość może go utrwalać i petryfikować. Tak powstaje Gułag, świat za drutami kolczastymi, a jego mieszkańcy to albo dozorcy, albo niewolnicy „Innego Świata”. Istnieją jeszcze budowniczy wież strażniczych – ideolodzy konstruujący obozy koncentracyjne z pism Hitlera i Stalina oraz ich propagandyści. Zanim wybuchła wojna totalna najpierw poprzedził ją Mein Kampf. Totalny kicz, który pochłonął miliny ludzkich istnień. Duch powieści, jak widać, może niekiedy być również Złym Duchem albo sprzyjać Duchowi Zła.

Z lektury Sztuki powieści wynika więc wniosek, że wszelkie pisanie książek pociąga za sobą poważne niebezpieczeństwo. Niektóre potrafią zarażać wirusem kiczu, tak estetycznego, jak i ideologicznego (casus socrealizmu). Inne przyczyniają się do rozpleniania „insektów banału”, intelektualnej tandety.

*

Powtórzmy więc pytanie – jak się bronić przed Inkwizycją Kiczu? Przed powodzią tandety?

Jednym ze sposobów uporania się z tym problemem jest  „p r o z a  i n t e l e k t u a l n a” Milana Kundery, przeciwieństwo gadaniny i plotkarstwa. Zatem ciągłe odnajdywanie i kreślenie „map egzystencji”. Don Kichot, błędny rycerz, wciąż na nowo wyrusza na wędrówkę, nie lękając się niepewności ani błądzenia. Ufając „mądrości niepewności”.

Duch powieści bowiem „tchnie, kędy chce”, jego żywiołem jest przygoda i nieobliczalność wolności.

 

Korzystałam m.in. z następujących książek M. Kundery: Żart (1967), Śmieszne miłości (1970), Życie jest gdzie indziej (1973), Walc pożegnalny (1976), Księga śmiechu i zapomnienia (1978), Nieznośna lekkość bytu (1984), Sztuka powieści (1986).

Jadwiga Mizińska – prof. zw. dr hab., obecnie emerytowana, UMCS w Lublinie. Wykładała m.in. filozofię, antropologię kulturową, aksjologię, etykę w Zakładzie Ontologii i Teorii Poznania kierowanym przez prof. Z. Cackowskiego.

Po habilitacji kierowała przez wiele lat pierwszym w Polsce Zakładem Socjologii Wiedzy. Oprócz pracy naukowej uprawia pisarstwo. Jej dorobek naukowy obejmuje ok. 300 pozycji. Wypromowała 14 doktorantów. Była redaktorem naczelnym ogólnopolskiego pisma naukowego „Colloquia Communia”.

 

* Prawie wszystkie cytaty – z nielicznymi wyjątkami – pochodzą z książki M. Kundery Sztuka powieści (przeł. M. Bieńczyk), PIW, Warszawa 2004.

 

Esej ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Korzystajcie z doświadczeń ornitologów. Żeby pisarze mogli

rozwinąć skrzydła, muszą mieć swobodę korzystania z piór.

Stanisław Jerzy Lec

 

Nowe okresy w literaturze – w kulturze i sztuce, w dziejowych procesach w ogóle – nie pojawiają się nigdy nagle, nie wyskakują znikąd niczym Heglowska metaforyczna sowa Minerwy wylatująca o zmierzchu (każdej epoki). Nawet wówczas, gdy cezury pomiędzy ich poszczególnymi fazami są dość łatwo dostrzegalne, wyraźnie i ostro zarysowane przez wielkie i ważne wydarzenia historyczne. Takie, jak I czy II wojna światowa, które radykalnie i dramatycznie zmieniły w wielu krajach świata (w tym oczywiście i u nas) większość dotychczasowych układów i stosunków politycznych, ekonomicznych, społecznych. I wszelkich innych, określających zawsze w istotnym stopniu podglebie kulturowe, w tym i podglebie twórczości artystyczno-literackiej kolejnej rodzącej się, nowej epoki…

W Polsce, jak wiadomo, literatura piękna miała do spełnienia „od zawsze”, czyli od samych renesansowych początków, misję specyficzną i szczególną. Wynikającą z historycznych przesłanek naszych narodowych dziejów i losów ludzkich. Odmiennych nieco niż w innych krajach, mniej poddawanych przez długie wieki konfrontacji z licznymi zagrożeniami zewnętrznymi. Ba, mówiło się nawet (nie bez racji przecież), że kultura polska miała przede wszystkim charakter literacki – literacko profetyczny, wieszczący i zarazem „sercem gryzący”. Od Jana Kochanowskiego, Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Stefana Żeromskiego, aż po Witolda Gombrowicza, Władysława Broniewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza… Sygnały, znaki i symbole zainteresowań problematyką narodową i obywatelską, płynące z wybitnych dzieł literackich – dominowały lub częstokroć zastępowały (nie tylko w latach rozbiorów) inne, słabiej w realnym życiu obecne, instytucjonalne formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej.

Oto wydawało się, że wkrótce po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. skończy się to nieodwołalnie. Tak się jednak z wielu powodów nie stało. Zarówno wtedy, jak i potem, a zwłaszcza po roku 1945.

I tu swoisty – paradoksalny – ewenement historycznoliteracki! Wydawałoby się bowiem, że tak długo oczekiwane i wymarzone wręcz przez wielu wybitnych pisarzy (z Żeromskim na czele) odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r., musi teraz tę sytuację „uprzywilejowania” czy niekiedy wręcz „monopolu” literatury polskiej na owe treści społeczne i obywatelskie radykalnie zmienić. Taką nadzieję wyrażało wtedy wielu wybitnych pisarzy młodszych generacji. Jak pisał np. w słynnym wierszu programowym grupy Skamander jeden z ówczesnych debiutantów poetyckich – Jan Lechoń: „Wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Ale jednemu tylko z poetów udało się wówczas, zamiast Polski „zobaczyć wiosnę” – Julianowi Tuwimowi w wierszu… Wiosna. Traktowanym jednak wtedy (z tego właśnie powodu) niemal jako literacki skandal. Zawołanie innego Skamandryty, Antoniego Słonimskiego, umieszczone w wierszu Czarna wiosna, było początkowo uznawane za znamienne (wręcz programowe) dla całej grupy młodych:

 

Ojczyzna moja wolna, wolna…

więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.

Ojczyzna w więzach już nie biada,

Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

Na cóż mi zbędnych słów aparat,

Którymi-m szarpał rany twoje?

 

Rychło jednak okazało się, że ten ciężki „płaszcz Konrada”, czyli ciężar obowiązków pozaliterackich – narzucany przez długie wieki historii narodowej na polskiego pisarza – jest praktycznie nie do zrzucenia. Rzeczywiście w ostateczności wtedy jeszcze w literaturze polskiej stać się nie mogło. Niepodległość sama z siebie nie rozwiązała wówczas zasadniczych problemów i nie usuwała konfliktów społecznych w zapóźnionym cywilizacyjnie kraju, a przyniosła też i nowe…

W wolnej ojczyźnie po I wojnie światowej pozostał nadal, jak pisał w swym znanym wierszu Władysław Broniewski, dotąd niewyrównany „rachunek krzywd”. Wobec których pisarz polski, nawet ten najbardziej – dodajmy – awangardowy i zbuntowany przeciw tradycyjnym powinnościom i serwitutom społeczno-narodowym (jak Stanisław Ignacy Witkiewicz, Witold Gombrowicz czy Bruno Schulz), nie mógł przejść obojętnie, nie wykonawszy bodaj nawet mniej lub bardziej symbolicznego gestu. Choćby był to tylko najzwyczajniejszy gest językowej przekory! Cóż dopiero mówić o pisarzach prezentujących klasycznie wielkie wyczulenie na problematykę narodową i społeczną, takich jak Juliusz Kaden-Bandrowski czy Stefan Żeromski.

Tak boleśnie ironicznie została ukazana Kadenowa „radość z odzyskanego śmietnika” problemów z całego obszernego katalogu przywar narodowych, widoczna między innymi w jego ostrych ekspresjonistycznie społecznikowskich Czarnych skrzydłach czy w postawie i zapędach dyktatorskich bohatera innej jego powieści politycznej Generał Barcz. Znalazła ona swoje symboliczne dopełnienie w geście Cezarego Baryki, hamletyzującego bohatera Przedwiośnia, przyłączającego się na koniec – w stanie wielkiego zatroskania o kraj ojczysty – do buntowniczego marszu robotników na Belweder. Dziś najciekawsza byłaby odpowiedź na pytanie, czy obecną literaturę polską stać dziś na nowe Przedwiośnie? Które nota bene po blisko stuleciu od powstania nabrało nowych nieoczekiwanych znaczeń.

Odpowiedź jest jednak niemożliwa bez skrótowego, chociażby zarysowania sytuacji i pułapek, w jakie uwikłali się pisarze i cała niemal literatura polska po II wojnie światowej, zwłaszcza po 1949 r. Obecnie mało kto chce np. pamiętać (a jeszcze mniej mówić i pisać o tym), że w końcu lat czterdziestych znaczna część inteligencji polskiej, w tym większość pisarzy żyjących w kraju, uległa z własnej nieprzymuszonej woli urokowi nowej oficjalnej ideologii. Temu, jak je nazwał Czesław Miłosz, „ukąszeniu heglowskiemu”. Tej pokusie – jakże skądinąd zrozumiałej po latach okrutnie wyniszczających tkankę narodową wojny i okupacji – odgrywania roli piewców świetlanej przyszłości nowego powojennego świata. Wielu pisarzy przyjęło z satysfakcją wyznaczane im przez nowe władze polityczne role „inżynierów dusz ludzkich”. Skołatanych aż nadto zamętem podziałów polityczno-ideologicznych w sytuacji powstałej po nowym i nieoczekiwanym rozdaniu historycznych kart. Włodzimierz Maciąg pisał w książce Literatura Polski Ludowej 1944–1964 (wyd. 1966): „Odrębność jej od formacji poprzedzającej rysuje się bardzo wyraźnie – nie tylko w rezultacie naturalnej ewolucji; katastrofa biologiczna i cywilizacyjna, jaką stała się dla Polaków okupacja Niemiec hitlerowskich, zwycięstwo Armii Czerwonej, objęcie władzy przez lewicę, rewolucyjne reformy społeczne przeprowadzone w latach 1944–45 na ziemiach objętych nowymi granicami państwowymi – stanowiły fakty początkowe, zapowiadające strukturalne przeobrażanie się narodu polskiego, w jego układzie klasowym, w jego myśleniu, w jego poziomie cywilizacyjnym i jego ideowych konfliktach”.

W tej nowej sytuacji, czyli dominacji od 1949 r. doktryny tzw. realizmu socjalistycznego w sztuce (nazywanej w skrótowym przekąsie „socrealizmem”), pisarz polski stał się nagle figurą niesłychanie ważną, potrzebną, docenianą i ponad stan „dopieszczaną” przez władzę. Posypały się wysokie nakłady książek, nagrody oraz inne splendory – wyznaczniki jego pisarskiej pozycji. A że wielkich dzieł jakoś brakowało, nie miało istotniejszego znaczenia. Najmarniejszy „produkcyjniak” mógł być zawsze wywindowany na najwyższe pozycje przez ówczesną rozbudowaną machinę propagandową. Warto może gwoli sprawiedliwości dodać, że nie wszystkie pisane i wydawane wtedy utwory literackie należy bezrefleksyjnie potępiać w czambuł i odsyłać do lamusa. Zwłaszcza te, które wyszły np. spod piór pisarzy startujących jeszcze przed wojną.

Generalnie jednak „zwycięstwo” i osobiste satysfakcje wielu pisarzy (zwanych socrealistami) obracało się w klęskę literatury. Adolf Rudnicki, zresztą jeden z beneficjentów ówczesnej sytuacji miał odwagę mówić o tym wprost i autokrytycznie po wielu latach, w swym wspomnieniowym Krakowskim Przedmieściu pełnym deserów (wyd. 1986).

Strąceni z piedestału

Nie po raz pierwszy i nie ostatni – jak się to miało okazać jeszcze parokrotnie – polityczne uwikłanie literatury i literatów fatalnie odbiło się na wiarygodności oraz czytelniczym prestiżu dzieł i ich twórców. Po przełomowym październiku 1956 r. wielu z wywindowanych poprzednio na piedestał próbowało – tyle że teraz á rebours – utrzymać swe pozycje. Bezskutecznie na ogół, bo w owym symbolicznym i nowym „płaszczu Konrada”, szytym teraz na miarę nowej rewindykacyjnej postawy, nie było prawie niczego. „Pisarskie szuflady okazały się puste” – jak pisał wtedy Artur Sandauer w szkicach Bez taryfy ulgowej.

Ten długi okres po przełomowym październiku 1956, trwający niemal do końca lat siedemdziesiątych okazał się w sumie jednak dla literatury polskiej bardzo ważny i „tłusty” – w przeciwieństwie do znacznie już pod tym względem chudszych lat osiemdziesiątych i późniejszych. Początkowo wydawało się, że życie literackie w Polsce poszło w stronę niemal całkowicie zwyczajną (co wcale nie znaczy, że bezproblemową politycznie czy cenzuralnie, ale to temat osobny). Wydawało się, że zawsze już będzie mniej więcej tak, jak w innych normalnych krajach europejskich, gdzie „wiosna wiosnę znaczy…”.

Znani pisarze z przedwojennych jeszcze generacji wszystkich orientacji ideowych i politycznych wrócili w latach odwilży do swych wcześniejszych poetyk i zainteresowań literackich. Między innymi Leopold Staff, Zofia Nałkowska, Jerzy Szaniawski, Roman Brandstaetter, Leon Kruczkowski, Julian Przyboś, Artur Maria Swinarski, Ludwik Hieronim Morsztyn, Helena Boguszewska, Tadeusz Breza, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Parandowski, Maria Dąbrowska, Czesław Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Zofia Kossak-Szczucka, Jerzy Zawieyski, Kazimierz Truchanowski, Maria Kuncewiczowa, Stefan Otwinowski, Marian Promiński, Lucjan Rudnicki, Adolf Rudnicki, Igor Newerly, Hanna Malewska, Michał Rusinek.

Także niedawni debiutanci literaccy pisali teraz swoje najlepsze utwory. W kraju byli to: Stanisław Dygat, Marian Brandys, Andrzej Braun, Roman Bratny, Leopold Buczkowski, Kornel Filipowicz, Witold Zalewski, Wilhelm Mach, Stanisław Lem, Stefan Otwinowski, Henryk Worcell, Wojciech Żukrowski, Julian Stryjkowski, Jan Józef Szczepański, Igor Newerly, Bohdan Czeszko, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Sławomir Mrożek i wielu innych. Pojawiły się też na literackiej scenie nowe generacje pisarskie – na czele z tzw. pokoleniem „Współczesności” oraz następni – autorzy urodzeni w latach trzydziestych i późniejszych: Zbigniew Herbert, Marek Hłasko, Włodzimierz Odojewski, Stanisław Grochowiak, Władysław Lech Terlecki, Janusz Krasiński, Eugeniusz Kabatc, Stanisław Stanuch, Ryszard Kapuściński, Marek Nowakowski, Edward Stachura, Wiesław Myśliwski, Janusz Głowacki, Marian Pilot, Andrzej Żuławski, Zbigniew Żakiewicz, Stefan Chwin, Stanisław Srokowski, Edward Redliński, Józef Łoziński, Eustachy Rylski, Krystyna Kofta, Michał Jagiełło, Bohdan Zadura, Tadeusz Siejak i młodsi.

Obywatelsko-społeczny i narodowy ciężar obowiązków, mało raczej w tej skali znany „normalnym” literaturom zachodnim, w literaturze polskiej pozostał oczywiście jako nadal jeden z jej konstytutywnych składników. Teraz jednak pisarz został w znacznym stopniu zwolniony (uwolniony) z narzucanych odgórnie wymagań ideowych, niechcianych serwitutów, ostrych nacisków władz politycznych. Co nie znaczy, że ich nie było… Jednakże literatura polska okresu powojennego czterdziestoparolecia, mimo wszystkich realnie dzielących jej twórców różnic światopoglądowych i politycznych, barier pokoleniowych czy artystycznej wartości ich dorobku, po pierwsze istnieje. Na dodatek może się poszczycić całkiem niebagatelnym dorobkiem. To nie dla wszystkich zacietrzewionych „znawców” przedmiotu i teoretyków „czarnych dziur” było i jest oczywiste). Po wtóre, należą do niej utwory wszystkich pisarzy piszących po polsku, niezależnie od tego, do czego zdarzyło się im przynależeć organizacyjnie, jakie wyznawać poglądy polityczne i literackie oraz gdzie mieszkać (w Kołobrzegu, Lublinie, Warszawie czy w Londynie albo i w samym Nowym Jorku)! Pojawiały się wówczas – wbrew potocznie obowiązującym dziś obiegowym i steoretypowym opiniom – nowe i znaczące wiele do dziś w literaturze polskiej dzieła. Powstające często pod wpływem ożywiających je prądów XX-wiecznej nowatorskiej literatury światowej (udostępnianej już w pełni czytelnikowi polskiemu w licznych i znakomitych przekładach). Powstawały i ujawniły się wtedy bardzo różnorodne artystycznie i ideowo prądy, nurty, tendencje i zjawiska literackie. Na przykład w prozie.

Literatura o tematyce rozliczeń z poprzednią epoką, pochodząca z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych (Jerzy Andrzejewski, Julian Stryjkowski, Adam Ważyk, Wiktor Woroszylski). Zawsze ważny u nas i bogaty w dokonania nurt prozy historycznej, tworzonej przez pisarzy kilku kolejnych pokoleń (Teodor Parnicki, Władysław Jan Grabski, Jan Dobraczyński, Antoni Gołubiew, Hanna Malewska, Jadwiga Żylińska, Karol Bunsch, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Ewa Nowacka, Ryszard Kurylczyk). Także literatura psychologiczno-obyczajowa, dotycząca egzystencjalnych konfliktów codzienności, konfrontacji postaw moralnych w nowej rzeczywistości społecznej (Henryk Worcell, Wilhelm Mach, Leopold Tyrmand, Eugeniusz Kabatc). Rodząca się na nowo beletrystyka spod znaku, nazywanego tak przez Henryka Berezę, „nurtu chłopskiego” (Jan Wiktor, Stanisław Piętak, Julian Kawalec, Tadeusz Nowak, Wiesław Myśliwski, Marian Pilot). Proza przywołująca czasy okupacyjnego i wojennego (w tym i obozowego) przetrwania, a także późniejszych konfliktów postaw moralnych (Seweryna Szmaglewska, Michał Rusinek, Jerzy Putrament, Jerzy Broszkiewicz, Bohdan Czeszko, Józef Hen, Roman Bratny, Zofia Posmysz, Witold Zalewski, Andrzej Kuśniewicz). Powstały wtedy różnorodne odmiany eksperymentalnych i awangardowych poszukiwań (Leopold Buczkowski, Kazimierz Truchanowski, Jan Drzeżdżon, Donat Kirsch). Czy wreszcie tak specyficzny dla literatury polskiej nurt satyryczno-groteskowego widzenia świata (Stanisław Zieliński, Michał Choromański, Sławomir Mrożek, Janusz Głowacki).

W poezji ówczesnej mieliśmy wtedy do czynienia z prawdziwym „boomem”. Dość przywołać takie nazwiska jak Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Anna Świrszczyńska, Julia Hartwig, Anna Kamieńska, Zbigniew Bieńkowski, Zbigniew Herbert, Jerzy Zagórski, Aleksander Rymkiewicz, Jan Bolesław Ożóg, Miron Białoszewski, Tymoteusz Karpowicz, Jerzy Harasymowicz, Tadeusz Nowak, Stanisław Grochowiak, Jarosław Marek Rymkiewicz, Ernest Bryll czy przedstawiciele pokolenia „Orientacji” – Jerzy Górzański, Krzysztof Karasek, Maciej Z. Bordowicz, Zbigniew Jerzyna, Krzysztof Gąsiorowski, Andrzej K. Waśkiewicz; przedstawiciele grupy poetyckiej „Teraz” – Stanisław Barańczak, Julian Kornhauser, Adam Zagajewski. A także liczni przedstawiciele kilku innych nurtów literackich nowych roczników.

Przyjdzie bieda i wyrówna

Tego niemałego przecież, bogatego gatunkowo i różnorodnego problemowo literackiego dorobku z tych kilku powojennych dekad (literatury polskiej z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych) nie przekreśli nic i nikt. Widać to szczególnie teraz po upływie lat dziewięćdziesiątych, znacznie mniej łaskawych dla pisarzy i literatury. Żadne tam publicystyczno-propagandowe gadanie o jakichś „czarnych dziurach”, żaden ukaz polityczny czy uchwała jakiegokolwiek, najbardziej nawet szacownego, gremium. Pisał o tym m.in. Piotr Kuncewicz w swym pięcioksięgu Agonia i nadzieja (wyd. 1993–1994). Pisarze polscy okresu powojennego, z wyjątkiem może owych kilku socrealistycznych lat 1949–1955, byli znowu autentycznie czytani oraz potrzebni. Tym razem jednak potrzebni przede wszystkim czytelnikom. Przypomnijmy sobie majowe kiermasze książek czy długie kolejki po książki (także i tomy wierszy, prozy, reportaży pióra wielu polskich autorów) przed kawiarenkami PIW czy Czytelnika. A to chyba najlepszy z możliwych dla literatury układów. Jednakże – co warto podkreślić – po okresie stanu wojennego znaczna część polskich pisarzy wdała się w nowego typu „romans z polityką”, czasami ostry i nieskrywany specjalnie. Jedni wchodzili w układy z oficjalnym obozem rządzącym, drudzy – wręcz przeciwnie, z ówczesną solidarnościową opozycją polityczną.

Dla jednych i drugich, nie mówiąc już o samej literaturze, skończyło się to raczej fatalnie. Owych dzieł wybitnych niespecjalnie wiele wtedy przybyło, co teraz przyznają otwarcie przedstawiciele obu stron. Obowiązywały – i tu i tam – polityczne i pozaliterackie w konsekwencji kryteria ocen. A co najtragiczniejsze – polityczne uwikłania literatury i literatów odbiły się fatalnie na wiarygodności i prestiżu u czytelników.

Tym bardziej, że począwszy od lat dziewięćdziesiątych, doszło nawet do tego, że tylko naprawdę nieliczni z piszących obecnie autorów tekstów poetyckich czy prozatorskich mogą dziś mieć szansę na wznowienia swojego dorobku. I tylko niewielką nadzieję na publikację książkową swojej nowej twórczości i jej rzetelne omówienia (a gdzie dziś ta dawna, dziś kompletnie nieobecna prasa literacka?)! Polska literatura współczesna po 1989 r. w warunkach wolnego rynku wydawniczego stała się dla wydawców (będących kiedyś pod presją czytelników i ich dobrych gustów), towarem wręcz niechcianym! Nowe zaś władze państwowe i polityczne, pełne wyniosłego zadufania oraz désinteréssment wobec problemów kultury, pozostawiły pisarzy (i pozostawiają nadal) samym sobie. Ta nowa sytuacja stała się dla wielu twórców prawdziwym szokiem. Radzą sobie jakoś tylko ci, których książki są nagradzane w kraju lub wznawiane czy tłumaczone za granicą (np. noblistka Olga Tokarczuk). Albo też ci, którzy z owych dawnych „inżynierów dusz” umieli przekształcić się w zwyczajnych producentów – „wyrobników pióra”, dostarczycieli tekstów pokupnych i strawnych dla skomercjalizowanych wydawnictw czy nowych mass mediów (film, telewizja, teraz platformy streamingowe), producentów sensacji/erotyki, wydawanych najczęściej nadal i najchętniej pod anglosaskimi pseudonimami.

Istniejące dziś dwie organizacje pisarskie powstałe w stanie wojennym: Związek Literatów Polskich (ZLP) i opozycyjne wobec dawnej „reżimowej” władzy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich (SPP), jadą obecnie na tym samym wózku. Ciągnie go zwykła, wcale nie metaforyczna, pisarska bieda, która jak ów przysłowiowy walec z piosenki Wojciecha Młynarskiego – „przyszła i wyrównała”. Ile w tym winy w postaci zaniechań ze strony władz kulturalnych państwa po roku 1989, a ile sytuacji odchodzenia od słowa drukowanego w stronę nowych, konkurencyjnych mediów i cywilizacyjnej technologicznej zmiany tego całego, jak mówią socjologowie, tradycyjnego „paradygmatu kulturowego”?

Na to istotnie zasadne pytanie: czy i komu jest dziś potrzebny pisarz w Polsce – nie ma jeszcze nadal jasnej odpowiedzi. Jak na razie wydaje się, że niespecjalnie zależy na nim komukolwiek. Ani wydawcom, bo nie jest to dla nich „towar” szczególnie ważący w ich komercyjnym bilansie ekonomicznym, decydującym obecnie o ich „być albo nie być”. Ani politykom (ciekawe, na jak długo?). Choć może i na szczęście, gdy pamięta się o tych „nadopiekuńczych” socrealistyczno-propagandowych praktykach i zainteresowaniach władz państwowych z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czy nawet potem z lat osiemdziesiątych. Ani także dla większości zwyczajnych konsumentów dóbr kultury, pozostających pod przemożnym wpływem producentów środków przekazu agresywnej kultury masowej… – co zarazem najgorsze w tej sytuacji.

Wydaje się jednak, że odpowiedź wyłaniała się już w początkach XXI wieku. I brzmi ona przeraźliwie banalnie – pisarz staje się powoli, ale jednak, coraz bardziej potrzebny przede wszystkim tym, którzy poszukują w literaturze czegoś więcej, niż samego tylko czystego i pragmatycznie rozumianego, nowego „interesu” politycznego, ideologicznego czy merkantylnego. Czy literaturze polskiej (jej części przynajmniej) uda się z tego wywikłać kiedyś ostatecznie? Rysuje się tu nawet dość wyraźnie coś w rodzaju czytelniczej presji społecznej, kulturowego dopingu międzynarodowej twórczej rywalizacji… Czy i jak wpłynie to na rozwój, pozycję i sytuację literatury polskiej? Przekonamy się wówczas, gdy dokona się w większym niż obecnie stopniu (wierzę w to!), także i sam proces opadania zainteresowania blichtrem i tandetą z kręgu wszechobecnej kultury masowej (nie tylko amerykańskiej i nie tylko w literaturze tam mocno obecnej). I kiedy okaże się (a co, pomarzyć nie można – zwłaszcza iż są już pierwsze i wcale niemałe tego oznaki), że nie na próżno tęskniliśmy wszyscy za literaturą nowoczesną, artystycznie i poznawczo atrakcyjną, polifonicznie wielogłosową, otwartą na świat, odporną na pułapki komercji i doraźnej polityki, niezafałszowaną żadnymi pozaliterackimi względami…

Być może znajdzie się tu też wkrótce miejsce nie tylko na nowe Przedwiośnie.

 

Esej ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

 

Według Słownika języka polskiego (PWN, 1992) „zniewalać” to po pierwsze: „zjednać, ująć sobie kogoś, pozyskać sympatię”, ale po drugie: „zmusić, skłonić kogoś do czegoś”. Jest to zatem słowo wieloznaczne, pojemne, szerokie i płynne – w tym drugim zwłaszcza znaczeniu, o jakim tu będzie mowa. Daleko bowiem wykraczające w prozie Goldinga poza zwyczajne słownikowo-konwencjonalne formy semantyczne. Poza nawet tak częste i pozornie „niewinne” przywoływanie owych pospolitych zależności interpersonalnych życia codziennego.

Samo bowiem słowo „zniewolenie” może obejmować w potocznym, jak i literackim sensie, wielkie obszary i terytoria rozmaitych dziedzin życia ludzkiego. Od całkowicie prywatnych i osobistych relacji po najbardziej złożone formy społecznych organizacji. Od zwykłych, potocznych form tzw. podległości (psychologicznej, rodzinnej, kulturowej, obyczajowej, w tym i seksualnej) po najbardziej opresyjne, ekstremalne często, przejawy panowania (przewagi) ekonomicznej i stricte politycznej, mające zawsze swoje korzenie i źródła w konkretnych przejawach organizacji życia zbiorowego. Także i w państwach nie zawsze tylko o mniej lub bardziej wyrazistych autokratycznych ustrojach…

Literackich sposobów powstawania i funkcjonowania rozmaitych odmian zniewolenia było i nadal rodzi się obecnie bardzo wiele. Składa się z nich znaczna część historii literatury powszechnej, zwanej „piękną”, nie tylko w tej odmianie nowożytnej powieści, jaka narodziła się w Anglii (choć nie tylko tam, bo i w innych rozwiniętych ekonomicznie i kulturowo krajach europejskich) w wieku XVIII.

Jednym ze znamiennych współczesnych przykładów może być dobrze znana, tłumaczona na wiele języków świata, XX-wieczna powieść Williama Goldinga Władca much, o której tutaj mowa. Zacząć jednak trzeba od krótkiej prezentacji sylwetki autora i jego doświadczeń życiowych, tak ważnych dla twórczości. Golding należy do elitarnego grona znanych i popularnych w świecie autorów, których twórczość przekracza granice stylów literackich. Zwanych niegdyś „wysokimi” i „niskimi”, czyli pisarstwa artystycznie i znaczeniowo wyrafinowanego i popularnych form opowiadania.

William Golding – prozaik i eseista angielski, absolwent uniwersytetu Oxford urodził się w 1911 r. w St. Columb Minor, zmarł w 1993 r. w Falmouth w Wlk. Brytanii. W latach drugiej wojny światowej służył w brytyjskiej marynarce królewskiej, uczestniczył w wielu konwojach morskich i słynnych bitwach na morzu, m. in. podczas lądowania wojsk alianckich na plażach Normandii w 1944 r. Po wojnie był nauczycielem w college’u Bishop Wordsworth School, nie uczestniczył przy tym bezpośrednio w życiu artystyczno-towarzyskim środowisk literackich w Anglii. Sławę i niezależność materialną przyniosła mu debiutancka powieść Władca much z 1954 (wyd. pol. 1967). Wydał ponadto m.in. powieści: Spadkobiercy (1955), Pincher Martin (1956), Chytrus (1956), Wieża (1964), Widzialna ciemność (1979), Papierowi ludzie (1984), Rytuały morza (1980) oraz opowiadania Bóg Skorpion z 1971 (wyd. pol. 1988) i zbiory szkiców literackich The Hot Gates (1965), A Moving Target (1992), Dwoisty język (1995). Tłumaczone w większości na język polski. W 1983 r. autor został laureatem literackiej Nagrody Nobla. Zapisał się w historii literatury jako twórca alegorycznych i gorzko ironicznych filozoficzno-symbolicznych przypowiastek prozą, poświęconych głównie problemom degradacji tradycyjnych wartości humanistycznych w warunkach współczesnej autorowi, dehumanizującej się, stechnicyzowanej cywilizacji.

Golding umieszczał akcję swych utworów na ogół w czasie i miejscach pozornie odległych od otaczających go realiów życia. We Władcy much (Lord of the Flies, tłum. pol. Władysław Niepokólczycki) – pierwszym i jednym z najbardziej znanych utworów, pisarz wykorzystał formy narracyjne młodzieżowej powieści przygodowej (jego powieść jest swoistą trawestacją znanej XIX-wiecznej młodzieżowej opowieści R.M. Ballantyne’a The Coral Island), dając w efekcie powieść z gatunku quasi-fantastyki naukowej. Pisarz odwołując się do właściwych temu gatunkowi, mówi całkiem serio o niezwykle ważnych sprawach jak choćby bankructwo ideałów wychowawczych współczesnej cywilizacji. Utwór jest bowiem poczęty niejako z ducha nowoczesnej antyutopii; braku wiary w uszlachetniające człowieka postęp nauki i społeczny rozwój. Autor dokonuje symbolicznej analizy mechanizmów powstawania zła (wszak nieprzypadkowo tytuł pochodzi od angielskiego imienia diabła nad diabłami – Belzebuba!). Robi to na przykładzie burzliwych przygód grupy młodych chłopców, a więc pokolenia mającego przecież wkrótce stać się podporą angielskiego społeczeństwa.

Akcja utworu koncentruje się wokół dramatycznej historii z życia uczniów ewakuowanych z ojczystego kraju podczas wojny nuklearnej. W wyniku awarii samolotu lądują oni na bezludnej wyspie, odciętej od cywilizacji. Zmuszeni do zorganizowania sobie życia, sięgają po wzory znane im ze społeczeństwa dorosłych. Tworzą małą wspólnotę, podzieloną od początku na dwa obozy: dobrych i szlachetnych oraz złych i podłych. Jak w świecie dorosłych pojawia się tendencja do dominacji jednostek silniejszych nad słabszymi, co prowadzi w końcu wśród nich do wielkich konfliktów, a nawet dramatów.

Golding nie wierzył już w możliwość utopii pozytywnej jak np. Francis Bacon w Nowej Atlantydzie, Thomas Morus w Utopii, Daniel Defoe w Robinsonie Crusoe czy nawet Jonathan Swift w niektórych partiach Podróży Guliwera. Jak Aldous Huxley nie wierzył też w istnienie wysp szczęśliwych, gdzie można budować „nowe wspaniałe światy”.

Powieść ma pesymistyczną wymowę. Sam autor, który przeżył piekło drugiej wojny światowej, zdaje się nie mieć już złudzeń co do przyszłości człowieka i jego „dobrej” natury (choć chłopcy zostaną ocaleni). Po wielu dramatycznych przeżyciach i wydarzeniach na wyspie, bohaterów odnajduje i zabiera brytyjski krążownik. Jeden z chłopców, Ralf, patrzy na koniec ze smutkiem na oficera okrętu z refleksją: „Na chwilę stanął mu przed oczami przelotny obraz dziwnego czaru, który kiedyś opromieniał plażę. Ale teraz wyspa jest spalona, martwa… Simon nie żyje, a Jack… Z oczu płynęły mu łzy. Po raz pierwszy na tej wyspie rozpłakał się, a wielkie spazmy żalu aż go skręcały. Na płonących gruzach wyspy, pod czarną chmurą dymu, rozlegało się jego buczenie; zarażeni tym uczuciem inni malcy zaczęli też się trząść i łkać. A pośród nich brudny, ze skołtunioną głową i zasmarkanym nosem Ralf płakał nad kresem niewinności, ciemnotą ludzkich serc i upadkiem w przepaść szczerego, mądrego przyjaciela, zwanego Prosiaczkiem”.

W innej ze swych powieści, zatytułowanej Wieża (The Spire) Golding ukazał, w dramatycznej i pesymistycznej tonacji, problemy i konflikty ludzi średniowiecznego miasta (Salisbury), których ekstatyczny początkowo i szlachetny poryw w zbiorowym wysiłku zbudowania wielkiej katedry, powoli opada i przeradza się w tragedię, staje się przyczyną nieszczęść, rodzi zło.

Nie mniej pesymistyczną wymowę ma inna z najbardziej znanych powieści Goldinga Rytuały morza (Rites of Passage). Jej narrator, młody angielski arystokrata Edmund Talbot, wysłany na początku XIX w. do australijskiej kolonii, spisuje na użytek możnego protektora w ojczyźnie swoje przeżycia z długiej podróży statkiem wiozącym emigrantów do Australii na początku XIX w. Egoistyczny młodzieniec, rozmyślający o własnej, świetnie zapowiadającej się karierze, pod wpływem wydarzeń na żaglowcu przeżywa przełom moralny. Powoli odkrywa złożoność rzeczywistości wokół siebie i mroczne tajemnice ludzkich wnętrz. Widzi jak anglikański duchowny Colley, nieśmiały pastor-idealista, kapelan na statku, doprowadzony przez marynarskie brutalne otoczenie do ośmieszenia i niezawinionego upadku przez nadużycie alkoholu, zagryza się tym na śmierć. Ideowym przeciwnikiem Colleya jest kapitan Anderson, zimny racjonalista, który dopiero po tym wydarzeniu zaczyna dostrzegać bezwzględność prostackiej załogi i własnej postawy. Na tym materiale, ukazującym rzeczywistość ówczesnej społeczności angielskiej (protestanckiej, zhierarchizowanej i zróżnicowanej kastowo, nastawionej na ekspansję kolonialną), Golding i tutaj buduje ponadczasowy dramat zderzenia ludzkich postaw. Ukazuje siłę moralnych oraz psychologicznych procesów destrukcji osobowości, dokonujących się w bohaterach powieści na bazie nietolerancji i zadufania w sobie, ortodoksyjnej i egoistycznej wiary we własne racje.

Czynnikiem osłabiającym pesymistyczną wymowę całości i budzącym humanistyczną nadzieję na możliwość innego ułożenia stosunków międzyludzkich, jest sytuacja rodzącego się w świadomości kapitana Andersona wstydu, jako efektu działania poczucia winy, oraz rosnącej w postawie Colleya potęgi przebaczenia. Krytycy dopatrują się w tym aluzji do następstw biblijnego grzechu pierworodnego. Wątki religijno-mistyczne są tu jednak przede wszystkim przesłankami racjonalnej analizy i refleksji – autor nawiązał tu m.in. do moralistycznych tendencji prozy Jądra ciemności Josepha Conrada i Upadku Alberta Camusa. Powieść ukazuje społecznie i kulturowo zdeterminowane ludzkie charaktery oraz kruchość łączących ich cywilizacyjnych więzów. „Obsesyjny temat Goldinga został tu ujęty w sposób subtelny i przejmujący, a jego pozycja w powieści angielskiej jest wyjątkowa. Ogólne uznanie i poczytność, jaką cieszą się jego powieści, dowodzą, że w sposób całkowicie indywidualny, nie stosując się niewolniczo do mód i konwencji współczesnych, potrafił on odczuć istotne potrzeby swoich czasów i dać im wyraz artystyczny” pisała Bronisława Bałutowa w Powieści angielskiej XX wieku (1983).

William Golding, nieufny wobec postmodernistycznych eksperymentów literackich, bliższy jest tradycji klasycznej narracji literackiej przypowieści, alegorii i czytelnego symbolu. Nie narusza przy tym zasad realistycznego prawdopodobieństwa, a zwłaszcza prawdy o wewnętrznej motywacji ludzkich czynów, psychologicznej konstrukcji losów powieściowych postaci.

Bardzo często na marginesie zwłaszcza Władcy much podkreślano, że jest to w gruncie rzeczy przerażająca opowieść o nas, o ludzkiej naturze. Ukazuje bowiem Golding, jak mało potrzeba, by utracić ludzkie odruchy i stać się żądnym krwi i przemocy „dzikusem”, pragnącym zniewolić i podporządkować sobie innych ludzi. Za najbardziej przerażające uznano fakt, że bohaterami tej powieści autor uczynił dzieci. Małe, niewinne, czyste i dobre z natury dzieci. Tutaj, rzucone na bezludną wyspę, próbują stworzyć one coś na kształt społeczeństwa, co wymyka się spod kontroli i ostatecznie prowadzi ku katastrofie. Do głosu dochodzą, jak podkreślano często w opiniach badaczy literatury, owe porażające pierwotne lęki i strachy, zwyczajny głód, tęsknota za rodzinnym domem, lęk przed brakiem ratunku. Ale to, co okazało się najgorsze w młodym społecznym życiu bohaterów była utrata poczucia rozsądku i wpajanej im w domu i w szkole wiary w wielkie ideały człowieczeństwa. Co przekształciło ich w egoistycznych, bezlitosnych barbarzyńców, nieznajdujących w sobie empatii, zrozumienia dla innych.

William Golding obnaża w swej powieści ów potoczny i na wiarę przyjmowany niegdyś mit o świecie „niewinności dzieci”. Mimochodem (czyżby?) rozbija bowiem przez to także oświeceniowy mit o dobrej naturze człowieka. Pokazuje ostateczny upadek ideałów człowieczeństwa; problemy tak dobrze znane z realiów okrutnego XX wieku! Pisarz zdaje się sugerować, że nawet po tym wszystkim, czyli obu wojnach światowych i totalitaryzmach tego stulecia – faszyzmie czy stalinizmie – po kolejnych nowych ukrytych mniej lub bardziej jawnie konfliktach i wojnach, trwałej i niemalejącej dziś tendencji do różnych odmian zniewolenia i prześladowań, pojawiających się nie tylko w Afryce plemienno-narodowych starć zbrojnych i zbrodni ludobójstwa, walk o surowce, dominacje i wpływy w wielu stronach świata – że nadal tacy jesteśmy. Że być może zło wpisane jest immanentnie w naturę ludzką.

W powieści Goldinga widziano też problemy innej jeszcze natury. Na przykład polski antropolog kultury Wojciech Burszta dostrzegał w niej literacką metaforę (znanego licznym społeczeństwom od wieków) obyczaju zwanego „rytuałem przejścia”, czyli przechodzenia od wieku dziecięcego w dorosłość za pomocą tak zwanych procesów inicjacji. Widział jednak w tym jeden z przykładów i przejawów owego „zniewolenia jednostki”, przemocy, czasami nie tylko symbolicznej, znanej dobrze z wielu systemów kulturowych różnych czasów i stron świata. Czasowe wyłączenie młodych ludzi z życia wspólnoty było jego zdaniem sposobem kanalizowania społecznej, zniewalającej młodego człowieka przemocy. Wskazywania na jej sens jako pewnej symbolicznej formy doświadczenia przez poddawanie próbom i zadawanie rozmaitych cierpień (np. na skazywanie na okresy odosobnienia), co oznaczało w oczach wspólnoty osiągnięcie stanu wyższego stopnia rozwoju.

Golding jako pisarz był istotnie nieufny wobec postmodernistycznych eksperymentów literackich swojego stulecia. Bliższa mu była tradycja klasycznej fabularnej narracji literackiej znaczącej przypowieści: alegorii, czytelnego jasnego symbolu czy Wielkiej Metafory. Nie naruszających jednak generalnych zasad realistycznego prawdopodobieństwa, a zwłaszcza prawideł psychologicznej motywacji wewnętrznej, prawdy zachowań i czynów ludzkich. Przy podejmowanych każdorazowo odmiennych prób rekonstrukcji losów poszczególnych postaci literackich. Stąd też nadal tak wielki rezonans Władcy much i innych jego powieściowych dokonań wśród ogromnej nadal rzeszy czytelników na świecie. A także zgodnej z nimi opinii krytycznoliterackiej (co jak wiemy, nie zawsze chodzi w parze).

Dodajmy zatem na koniec, że utwór powieściowy Władca much Wiliama Goldinga był kilkakrotnie adaptowany na scenę teatralną, m.in. przez awangardowego twórcę teatralnego Petera Brooka w latach 60., a zekranizowany dekadę później. Wymagałoby to jednak odrębnego omówienia, scenarzyści i adaptatorzy filmowi przedstawiali bowiem swoje pomysły interpretacyjne, wykraczające niekiedy dość swobodnie poza oryginał literacki.

 Esej ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Keiichiro HIRANO, Pewien mężczyzna, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2023, 332 strony.

 

Pewien mężczyzna to tytuł nowej, interesującej powieści japońskiego pisarza Hirano, miłośnika muzyki Chopina, o którym opublikował dzieło pt. Pogrzeb (Sōsō, 2002). Hirano ma na imię Keiichirō. Urodził się w 1975 r. w miasteczku Gamagōri, a po wczesnej śmierci ojca wychowywał się w domu rodzinnym matki w mieście Kitakyūshū. W czasie studiów na Uniwersytecie Kioto debiutował powieścią Zaćmienie (Nisshoku, 1968), wyróżnioną w następnym roku prestiżową Nagrodą Akutagawy. Nisshoku ma formę relacji z podróży w poszukiwaniu zaginionej księgi. Poszukuje jej mężczyzna rozczarowany głoszoną nauką i zachowaniem hierarchów Kościoła. Ta powieść nasycona jest rozważaniami filozoficznymi na temat herezji i czarnoksięstwa oraz przepychu kościoła chrześcijańskiego i ubóstwa wiernych w średniowiecznej Francji.

Natomiast akcja powieści Pewien mężczyzna (Aru otoko, 2018) dzieje się na początku XXI w. w Japonii. Również otrzymała cenioną nagrodę literacką, ustanowioną przez koncern prasowy Yomiuri (2019). W Polsce opublikowała ją Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w 2022 r. Spoglądam na białą okładkę, na której pod napisem Pewien mężczyzna widnieje tajemniczy symbol zaginionego człowieka. Jego poszukiwanie stanowi główny wątek tej powieści o współczesnych Japończykach, przedstawionych w sytuacjach zagrożenia w cywilizacji Internetu. Ukazuje niebezpieczeństwa z równą dociekliwością, jak w dwutomowej Kekkai (dosł. Pęknięcie tamy, 2008).

Kim więc jest tytułowy „pewien mężczyzna”?

Pewnego dnia adwokat Kido-san od dawnej klientki otrzymał prośbę o spotkanie, by poradzić się w sprawie zmarłego męża, który – jak się okazało – nie był tym, za kogo się podawał. I to właśnie ów tajemniczy, nieżyjący mężczyzna zainteresował prawnika, dlatego przyjął on prośbę wdowy Rie i rozpoczął skomplikowane śledztwo, by dowiedzieć się, kim on był. To właśnie ten zmarły w wypadku podczas wyrębu lasu człowiek jest tytułowym „pewnym mężczyzną”, który twierdził, że nazywa się Taniguchi Daisuke i pochodzi z rodziny właścicieli hotelu zdrojowego w słynnej z gorących źródeł miejscowości Ikaho. Opuścił on rodzinę z powodu pewnych konfliktów. Tak przynajmniej twierdził, gdy poślubił mieszkankę miejscowości S. Wtedy szczegółowo opowiadał o niezgodzie między nim a starszym bratem i o chorobie ojca. Nie budził więc najmniejszych podejrzeń, zwłaszcza że w pracy zyskał dobrą opinię.

Sprawa była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Poślubił Rie, podając nazwisko Taniguchi Daisuke, znajdujące się w rejestrze cywilnym. Podobnie uczynił, gdy zgłosił się do pracy w firmie. Kiedy jednak do Rie przyjechał brat zmarłego, nie został rozpoznany ze zdjęć. Po prostu był kimś innym. Nie należał do jego rodziny.

Dopiero na późnym etapie śledztwa prowadzonego przez Kido okazało się, że w tym czasie można było wymieniać rejestry dokumentacji elektronicznej. To znaczy przestępcy znali sposób na wymianę (sprzedaż) koseki, czyli rejestru rodzinnych danych osobowych w japońskim urzędzie stanu cywilnego. Oczywiście jest to przestępstwo. Mimo to byli tacy, którzy za wszelką cenę chcieli pozbyć się tożsamości, np. jako syna zabójcy skazanego na śmierć. Była to droga skomplikowana, często wieloetapowa.

Gdy Kido rozpoczął śledztwo w sprawie zmarłego męża pani Rie, nie wiedział, że taka procedura jest możliwa. Dopiero rozmowy z uwięzionym przestępcą powoli skierowały jego uwagę na sposób zmiany tożsamości. Przypomniał sobie również wiadomości na temat porwań Japończyków do Korei Północnej, gdzie byli wykorzystywani do kształcenia agentów.

W końcu, po żmudnym śledztwie Kido udaje się wyjaśnić, kim był zmarły mąż jego klientki Rie. Odnalazł również Daisukego, który zaginął po zmianie tożsamości. W toku poszukiwań i całkiem przypadkowych odkryć autor prowadzi czytelnika przez meandry japońskiego społeczeństwa, w którym autora niepokoi stosowana w Japonii kara śmierci. Nie kryje też negatywnych ocen zachowań Japończyków wobec mniejszości narodowej, zwłaszcza Koreańczyków, nawet naturalizowanych, a więc takich, jakim był prawnik Kido.

Wrócę jeszcze do początku powieści, a mianowicie do jej interesującego prologu, w którym pojawia się autor i nieznajomy gość w barze oraz usługująca im kelnerka. Jak się okazało, nieznajomym był Kido-san i to on opowiada pisarzowi nieprawdopodobne historie, które stały się treścią tej powieści. A wspomniana barmanka, dorywczo pracująca Misuzu, okazała się dawną dziewczyną zaginionego Taniguchiego Daisukego, również pragnącą go odnaleźć. Pojawia się kilkakrotnie w powieści, a ostatecznie w rozdziale dziewiętnastym. Spotyka się z Kido w drodze do Nagoi superekspresem shinkansen, a podczas posiłku przed spotkaniem Kido z niejakim Sonezakim, związanym z procedurą wymiany rejestrów osobowych, ustalają dalszy sposób postępowania.

Kido i Misuzu już podejrzewali, że pod wspomnianym nazwiskiem nieznajomego kryje się Daisuke. Zdecydowali więc, że najpierw spotka się z nim Kido, a następnie Misuzu. Nim do tego jednak doszło, oboje rozmawiali, siedząc obok siebie w pociągu, a następnie w barze dworcowym. W ich rozmowie, doskonale przetłumaczonej (podobnie jak cała powieść), świetnie zachowana jest ulotna mgiełka erotyzmu. Jednak nikt nie powiedział wprost, co naprawdę do siebie czują, ale domyślam się, że Misuzu pragnęła bliskiego związku z Kido, a Kido chyba podobnie. Nie zdradził się jednak ani jednym słowem. Oboje znajdowali się na krawędzi przepastnej drogi w ich życiu. Gdy Misuzu weszła do kawiarni, w której dwaj mężczyźni kończyli rozmowę, Kido pożegnał Daisukego i Misuzuzu. Wracał więc do rodziny, której poświęcony jest ostatni, optymistyczny rozdział powieści. Natomiast nie wiadomo, jaki los wybierze piękna Misuzu. Czy zdecyduje się pokierować życiem zagubionego Daisukego, godząc go z bratem mieszkającym nadal w Ikaho, wśród gorących źródeł, z widokiem na górę Haruna, zwaną też „małą Fuji”? Możemy tylko wyobrażać sobie, że oboje podejmą tę jedyną, słuszną decyzję.

Jednak ich los czy poprawa stosunków z rodziną Kido chyba nie są najważniejsze w tej powieści. Dlatego muszę wrócić jeszcze raz do prologu, w którym autor, Hirano, wyjaśnia strukturę opowieści o postaciach ze świata zewnętrznego dla bohaterki o imieniu Rie, ukrytej we wnętrzu japońskiej ówczesnej rzeczywistości, którą symbolizuje jej rodzina i jej miasteczko na Kiusiu. Czytając, nietrudno się domyślić, że S to Saitobaru, miasteczko słynące ze starożytnych kurhanów, mających duże znaczenie historyczne. W okresie życia Rie symbolizuje jednak starzenie się społeczeństwa japońskiego, chociaż nadal wyróżnia się urokiem kwitnących wiśni w parku kurhanów. W ostatnich latach przybyło w nim pustych domów, zamkniętych sklepów i barów, które dodawały uroku architekturze miasta. W takim miejscu znalazł pracę mężczyzna, który twierdził, że jest Daisuke, młodszy brat spadkobiercy hotelu w Ikaho. Po kilku latach pracy przy wyrębie lasu dał się poznać jako uczciwy, pracowity mężczyzna, dlatego mógł poślubić miejscową kobietę, tzn. Rie ze sklepu papierniczego. To właśnie z jej powikłanym, nieszczęśliwym życiem związane są postaci, o których była mowa.

W prologu czytamy:

„Bohaterem tej powieści jest ktoś, kogo nazywałem czule „Kido-san” […]

Poznałem go w drodze powrotnej ze spotkania autorskiego w pewnej księgarni. Przed dotarciem do domu chciałem nieco ochłonąć po dwóch godzinach ciągłego mówienia i wszedłem do pierwszego baru, który zobaczyłem. Mężczyzną pijącym tam samotnie przy kontuarze był właśnie Kido-san”.

Podczas kolejnego spotkania Kido zaczął opowiadać pisarzowi historie, które bardzo tego ostatniego zainteresowały. I dlatego w pierwszym zdaniu prologu oświadczył, że on jest bohaterem jego powieści, chociaż mógł wybrać kogoś innego. Jednak w zakończeniu prologu napisał:

„Byłoby pewnie czymś naturalnym, gdyby Kido-san otwierał tę opowieść. Wcześniej jednak chciałem napisać o kobiecie imieniem Rie, której niezwykle bolesne doświadczenia stanowią punkt wyjścia mojej powieści…” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu Katarzyny Sonnenberg-Musiał).

Jednak w pierwszym rodziale autor znika. Pojawia się narrator wszechwiedzący, który wie, że to Rie wprowadza do akcji mecenasa Kido, to znaczy adwokata w jej procesie rozwodowym sprzed czterech lat. Kiedy zginął w wypadku jej drugi mąż, wieść o śmierci męża Rie ze sklepu papierniczego rozniosła się wśród mieszkańców miasteczka S w połowie września pamiętnego 2011 r., gdy północno-wschodnia Japonia przeżyła dwie katastrofy: zniszczenie osiedli przez fale tsunami i uszkodzenie elektrowni atomowej. Na wielu mieszkańcach odległego miasteczka w prefekturze Miyazaki to jednak śmierć męża lubianej Rie zrobiła większe wrażenie niż wspomniany kataklizm na dalekiej północy. Wtedy Rie odnalazła brata zmarłego, dowiedziała się, że jej zmarły mąż był kimś innym, niż twierdził. Zatelefonowała do adwokata Kido, który podjął się wyjaśnienia tej tajemniczej, zagadkowej sprawy. Od tego momentu Kido, jako jej detektyw, staje się pierwszoplanową postacią. Pełniąc swe zawodowe obowiązki prawnika, wprowadza do powieści szerszą perspektywę świata przedstawionego w tej powieści, to znaczy niemal na całą Japonię z jej pogarszającymi się warunkami życia.

Wraz z nieznacznymi postępami w poszukiwaniu Daisukego, za którego podawał się zmarły mąż jego klientki, czytelnik myśli o znaczeniu tożsamości człowieka, zwłaszcza w sytuacji, gdy z istotnych powodów niektórzy Japończycy próbują ją zmienić, zrywając związki z najbliższą rodziną lub środowiskiem. Dzięki jego tropom czytelnik poznaje również niepokojące Kido – jak i autora – zjawiska głębiej niż na podstawie innych, nawet ważnych, współczesnych powieści japońskich.

Mimo licznych rysów, pęknięć na obrazie pięknej Japonii (określenie Kawaabaty Yasunariego w wykładzie noblowskim), powieść nie jest ich rejestrem sporządzonym przez kronikarza (Kido). Niewątpliwie jest raczej fascynującym wielogłosem ludzi żyjących w niepokoju, niepewnych swej przyszłości w kraju, w którym zabraknie jego oryginalnych uroków życia. Dla wielu czytelników ta powieść może również okazać się sensacyjną, detektywistyczną opowieścią o poszukiwaniu ludzi zaginionych. Ponadto do mnie przemawiają również nazwy własne miejscowości, a także wzmianki pojawiające się jakby mimochodem, bez krytycznych uwag. Symbolizują one kryjący się za nimi ważny problem. Jest to obszar zjawisk nieprzetłumaczalnych, dzielących kultury o tak odległych i odmiennych cechach i formach, jak japońska i polska. Niektóre nazwy miejscowości rozbudzają moje wspomnienia przeżytych w nich spotkań, jak np. Ikaho Onsen, w którym spędziłem kilka dni z liczną grupą moich studentek uczelni w Sendai. I kiedy razem poznawaliśmy urokliwy krajobraz oraz – przede wszystkim – muzea pisarzy, poetów i malarzy, takich jak Tokutomi Roka i Takehisa Yumeji.

Wspomniałem tylko o wybranych aspektach tej wybitnej powieści, w której autor Hirano przedstawił nowy – inny niż Haruki Murakami – obraz Japonii ostatnich dziesięcioleci. Inny, bo ukazał prawdziwy wielogłos ludzi niepokojących się o swą przyszłość.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Brigitte Bardot cudowna – film w reżyserii Lecha Majewskiego, światowa premiera na 37. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Prezentowany też był na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 12.09.2022 r. Na ekrany polskich kin wszedł w kwietniu 2023 r.

 

Jest to film na wskroś artystyczny w konwencji onirycznej fantasmagorii, wyrosłej z realnej podstawy. A jest nią pamięć twórcy o własnym dzieciństwie i młodości, przeżytych w epoce wczesnego PRL-u. Ten autorski film – z własną muzyką reżysera i wyraźnie osobisty – wnosi do naszej kinematografii nie tylko całkowitą odrębność oryginalnej malarskiej estetyki Lecha Majewskiego, z której jest on od dawna znany. Ale prezentuje też opowieść tyleż indywidualną, co uniwersalną, w której realny, choć artystycznie przetworzony konkret przeplata się z wizyjnym obrazem o cechach symbolu. Ta intymna peregrynacja artysty przez własną wczesną młodość wśród znaków – obrazów i akcesoriów, jakie sobie w tej retrospekcji porozstawiał na drodze, to twórcza gra z samym sobą i widzem. W warstwie uniwersalnej – ideowej i filozoficznej – dobrze współgra ona z groteskową metodą kreowania świata przedstawionego.

Ten obraz różni się podejściem do materii filmowej, do czasu fabularnego, nie zawsze zgodnego ze wskazówkami zegara ani też z przyzwyczajeniami widza. Dzieciństwo, nieco przewlekłe, ulega przyspieszeniu w okresie doznań świadomych, kiedy już matka przestaje być jedyną instancją odwoławczą i ratunkową, a nieistnienie ojca nabiera jeszcze większego znaczenia i zaczyna wyraźnie doskwierać. Młody człowiek coraz intensywniej marzy o ojcu, który w sławie i chwale nieoczekiwanie wyląduje na podwórku przed domem przepysznym Spitfire’m. A tymczasem syn coraz bardziej zderza się z samym sobą, z pytaniami o świat, o to, kim jest i jaki ma być, gdzie i jak się poruszać. Jest zagubiony.

Poszukiwanie siebie samego, jak i rozmowa ze sobą samym, to motywy znane z literatury, choćby polskiej. Odnajdujemy je np. w Traktacie o łuskaniu fasoli – powieści, której akcja również rozgrywa się we wczesnym PRL-u. Sekwencja szkolna w Brigitte Bardot… i humorystyczna postać Wirskiego – potworowatego nauczyciela ze smyczkiem od skrzypiec w ręku, wykonującego nim gest podcinania gardła, nie mogła mi się nie skojarzyć z bardziej serio obrzydliwym dyrektorem szkoły muzycznej u Myśliwskiego:

„Który, który śmiał coś takiego?! Niech natychmiast wstanie! Niech ma odwagę! Czekam! No?!…Dziesięć sekund mu daję. Jeśli nie wstanie…!

I wstaliśmy wszyscy, cała świetlica jak jeden. Czekaliśmy, licząc na najgorsze”.

Analogiczny motyw w obu dziełach nie świadczy o żadnym powinowactwie twórczym. Tym bardziej, że stylistyczne, artystyczne podejście obu twórców do obrazowania słusznie minionego czasu dość istotnie się różni. Jeśli miałbym pod tym względem doszukiwać się duchowych protoplastów Majewskiego w polskiej literaturze, nie wskazywałbym na Myśliwskiego – wiernego epickiemu realizmowi, lecz raczej na Gombrowicza z jego Ferdydurke.

Stylowy, obciążony wieloma znaczeniami obraz wnętrza (tak całości budowli, jak i poszczególnych fragmentów owego specyficznego labiryntu, jakim jest Hotel w filmie Lecha Majewskiego), mógłbym też zasadnie zestawić z Sanatorium pod klepsydrą Brunona Schulza z 1937 r., a także z filmem Wojciecha J. Hasa z 1973 r. według prozy Schulza pod tym samym tytułem. Sanatorium lub fantastyczna willa ze znieruchomiałymi replikami postaci cesarza Franciszka Józefa i jego brata Maksymiliana, wskazują na pewne gatunkowe pokrewieństwo i bliskość stosowanych chwytów artystycznych. Odnaleźć je można również w istotnych motywach fabularnych porównywanych dzieł. Przy całkowicie oczywistej ich odrębności i niezależności, wynikającej i z czasu opisywanego, i ze specyfiki środowiska żydowskiego w dziele Schulza. Co też się odbija na odmiennym ideowym przesłaniu przytaczanych utworów prozatorskich i filmów obu tych malowniczych twórców.

Józef w Sanatorium…, podobnie jak chciałby Adam w BB cudownej, podąża śladami ojca. I on chciałby go odnaleźć, lecz ojciec Józefa jest dość enigmatyczny, bardziej nierealny niż rzeczywisty.

Światy, w których poruszają się obydwaj główni bohaterowie są zupełnie odmienne, dotyczą innych czasów i innego środowiska, ale mechanizmy tego poruszania się i klucze poetyckie, otwierające drzwi do tych światów pamięci, są nieco podobne. Pewne analogie w konstruowaniu scen i ich niedosłowne, metaforyczne rozumienie, uniwersalna groteskowo poetycka nadrealność, wskazują tylko na zakorzenienie się Majewskiego w naszej najlepszej tradycji literackiej, tej z najwyższej półki.

Wyrafinowana, deformacyjnie modelowa wizja świata, jego literackie lub malarskie odrealnienie, charakterystyczne są dla elity twórców niewątpliwie oryginalnych, mistrzów artystycznej kreacji. Istnieją przy tym wyraźne różnice stopnia tego odrealnienia, odmiennego skrótu metaforycznego, stylistycznie odmiennego podejścia do groteski, jakże innej od np. wczesnego Mrożka. Majewski, mimo swej pozornie rozpasanej wyobraźni, trzyma się w sposób dość zdyscyplinowany realnej podstawy swych „odjazdowych” konstruktów, znacznie bardziej niż Schulz. Obydwaj są wizjonerami w literaturze, tak jak Majewski i Has w twórczości filmowej. Do tego gatunkowo zbliżonego kręgu polskich twórców operujących kreacją ponadrealistyczną (najczęściej groteską), należą też oczywiście Gombrowicz i Witkacy.

Sądzę, że Lech Majewski – niezależny, twórczy kontynuator omawianego tu nurtu w literaturze – nigdy by się od niego nie odżegnywał. Tak, jak nie odżegnywałby się w twórczości filmowej od swego chyba najbardziej interesującego poprzednika Wojciecha Hasa. Twórcy nie tylko Sanatorium pod Klepsydrą, ale i powstałego już w 1964 r. Rękopisu znalezionego w Saragossie – „najbardziej europejskiego z polskich filmów”, jak pisano (filmweb.pl, rec. Al_Arcydzieło w szkatułce). Tropy polskie nie wyczerpują oczywiście źródeł kulturowych, którymi mógł karmić się Majewski, nim rozpoczął filmową Odyseję swoich lat młodzieńczych. Przewodnikami byli mu przecież: Alberto Moravia, autor powieści Pogarda i Jean-Luc Godard, który sfilmował ją w 1963 r. (niespełna rok przed Rękopisem… Hasa). Nie odżegnywał się też nasz twórca od wpływów niezwykle bliskiej mu tradycji Felliniego. Osiem i pół jest dla niego filmem ulubionym (podobnie jak dla mnie), można by zaryzykować, że to numer jeden. To samo daje się powiedzieć o prozie iberoamerykańskiej, którą byliśmy rozkosznie nasyceni, a w której też pan Lech z lubością się zanurzał.

W swym najnowszym filmie Majewski opowiada nam w niecodzienny sposób opowieść własną, przez siebie przeżytą, a jakże bliską zwłaszcza tym, którzy mieli okazję przebrnąć (niekiedy pokaleczeni) przez tę naszą mizerną polską przeszłość. Podobne mamy sny o dzieciństwie i dojrzewaniu. Wielu z nas, tak jak bohater Majewskiego, ma wpisaną w swój życiorys nieodwołaną konieczność, choćby daremnego poszukiwania ojca. I niech nie zwiedzie widza nadzieja, że da się to zbagatelizować lub nonszalancko (a może bohatersko) wyznać, jak to w jakimś momencie uczynił Adam. Że właściwie to ma ojców wielu, którzy go uczą świata i jego rozumienia. Bardziej mi to jednak wygląda na samoobronny gest, na który już go stać od czasu, kiedy przyłapał matkę na przygotowywaniu kolejnej fałszywej pocztówki do niego, z podrobionym podpisem ojca, pilota batalionu 302. Do końca zresztą nie wiemy, czy ojciec zginął nad Anglią w czasie wojny z Niemcami, czy musi się jeszcze ukrywać, a może gdzieś się w świecie zawieruszył na syberyjskiej zsyłce lub w innym wybranym przez SB miejscu. Postać walczącego o wolność ojczyzny ojca, którego się nigdy nie widziało, urasta w oczach dorastającego syna do symbolicznego wymiaru. Wiem coś o tym, bo sam byłem w podobnej sytuacji. Mojego Ojca – komendanta grupy żołnierzy AK, stracono w Auschwitz, kiedy miałem trzy miesiące. Dlatego ten wątek filmu szczególnie mnie poruszył.

Podróż do źródeł „czasu zarannego” ma niezwykłe znaczenie, ale dojrzały twórca nie daje się złapać na pensjonarską nutę sentymentu. Sam więc tworzy riposty, osłania się kontekstem, przekracza możliwości percepcji młodziaka, jakim jest jego filmowy bohater. Autor filmu przemawia wtedy głosem innych postaci, które się jawią chłopakowi w tajemniczym Hotelu „różnych możliwości” i wchodzą z nim w dyskurs. Tagore dopytuje się, co daje mu dziś odnalezienie ojca, czemu się przy tym tak upiera. Widząc, że to stało się dla Adama idée fixe, ostrzega go, że „Dążenie do celu może być źródłem niewygasającego cierpienia”.

Świat młodości jest dla poszczególnych osób zwykle odmienny i wyjątkowy, choć wyjęty z tej samej, wspólnej dla pokolenia jedności przeżywanego czasu. Jest tak, jak z tytułową Brigitte Bardot, która była naszą wyśnioną, wspólną BB. „Mieliśmy” ją wszyscy. Była ikoną seksu naszej wspólnoty pragnień, naszą ideą nieskrępowanej, wolnej, kobiecej doskonałości, wyciągającej do nas rękę z ekranu, ale też dostępnej tylko na ekranie. I choć była „wspólna”, była wyjątkowa. Nic więc dziwnego, że pojawiła się niegdyś w powieści Lecha Majewskiego Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej, a teraz znów w filmie na tej powieści osnutym. Dyskretnie wystylizowana na oryginał, znakomicie dobrana i „przetworzona” w Brigitkę aktorka Joanna Opozda, w której przez młodzieńcze okulary i ja dostrzegłem prawdziwą Brigitte, dobrze sprawdziła się na ekranie. Nie było to proste, wszak BB to prawdziwa ikona kultury zachodniego wolnego świata, a zarazem znak młodości mojego pokolenia, które już dawno okres seksualnej burzy i naporu ma za sobą.

Dla twórcy filmu Bardot była też czymś więcej. Afrodytą (łac. Venus) – boginią miłości, piękna i pożądania, ale też i Kirke. Wszak taka symboliczna podróż przez życie, przez młodość, to obsesyjna Odyseja wielogatunkowego artysty – Lecha Majewskiego. Sama ta cudownie fatalna Brigitte porusza w nas dawno utajone żywioły, budzi wspomnienia czasu naszych „męskich przewag”. Mógłbym ten stan porównać do odczuwania dawno uciętej nogi, która wciąż jeszcze nam doskwiera.

Poruszamy się tu oczywiście wśród znaków i symboli, takich jak zagadkowy Hotel – prawdziwy labirynt kultury, malarski, architektoniczny, którego poszczególne wnętrza stanowią odrębne dzieła sztuki. Hotel kryje w sobie różne tajemnice. Ma tu swoje garderoby BB – królowa ekranu, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniknęła wraz z młodocianym bohaterem wprost z filmu Pogarda do tego hotelowego pałacu. Można tu znaleźć nieoczekiwanie drzwi do Syberii, która też jest przecież wymownym dla Polaków znakiem, symbolem zimowej, niekończącej się wichury, ale i ponurej przeszłości zesłańców. Są tu rozliczne korytarze i drzwi prowadzące do niespodzianek. Może w tych drzwiach nieoczekiwanie stanąć piękna dziewczyna, która do tej pory robiła uniki (Teresa), i wciągnąć Cię, drogi Widzu (tak jak Adama) w pierwszą miłość, wspólny los, w ucieczkę, na którą nie jesteś gotowy. Możliwości tu wiele. Może nawet Ojciec przyleci samolotem bojowym. Bylebyśmy tylko potrafili dobrze wybrać. Dobrze i na czas, by znów nie zatrzasnęły się nam przed nosem jakieś drzwi – jak to już w historii bywało. Byśmy mogli zabezpieczyć sobie tyły i nie obudzić się z ręką w nocniku. Polacy lubią igrać z losem, nie boją się awantury, choćby na europejskim stadionie. Ale to już raczej moja swobodna dywagacja, która nie należy do narracji filmowego wizjonera.

Powiedziałbym – to film inny od większości powielanych klisz obrazu kinowego. Film oryginalny w sensie: nietuzinkowy, niespotykany. Myślę, że warto czasem oderwać się nie tylko od rutyny dnia, ale i od rutyny sztuki masowej, przyswajanej wciąż przez nasze społeczeństwo w nadmiarze. Film – malarska poezja ekranu, jak ten z Charonową łodzią odpływającą ze zwłokami Żoakima (Stanisław Brudny w roli recepcjonisty hotelowego) – niby na falach Styksu gdzieś w ostateczną ciemność, przez którą przebija jednak jakaś nikła światłość.

Zapewne to obraz głównie dla smakoszy, totalnie autorski, ale z jakże dobrze dobraną obsadą. Niełatwe zadanie mieli młodzi aktorzy, zwłaszcza Kacper Olszewski w roli Adama. Musiał sprostać nie tylko wymaganiom wielkiej głównej roli, ale musiał też skutecznie się zakotwiczyć w subiektywnej wizji, w intymnej wyobraźni autora-reżysera, który za pośrednictwem postaci tego chłopaka opowiada nam o swojej i – dla niewielu już z nas – naszej młodości. A młodość to drugie po narodzinach stawanie się człowiekiem.

Warto też wyróżnić doskonałą, charakterystyczną rolę Andrzeja Grabowskiego (nauczyciel Wirski). Interesująca jest także nieprzerysowana, prawdziwa Magdalena Różczka w roli matki Adama. Jest tu także pewien osobnik, wyróżniający się specyficznością z odpowiednią domieszką humoru – „bezpieczniak” Jóźwiak w interpretacji Tomasza Sapryka. Ponadto, o czym już wzmiankowałem, Gabriela Chojecka w roli Teresy, nazywana przez mistrza Majewskiego „perełką ekranu” (w trakcie kręcenia filmu miała zaledwie 17 lat, ale już wcześniej grała jedną z dwóch głównych ról w wielokrotnie nagradzanym na międzynarodowych festiwalach krótkometrażowym filmie Córka w reżyserii Mary Tamkovich).

Podsumowując, cały ten obraz wizyjny jest mega! – jak powiada osiemdziesięcioletnia młodzież mojego pokroju. Choć pod strzechy, tak jak disco-polo, zapewne nie zbłądzi. Może to i lepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

 

(Sztuka w trzech aktach scenicznych)

Osoby:

Komendant Państwa (podobny do Piłsudskiego)

Komisarz Ludowy (podobny do Dzierżyńskiego)

Książę (podobny do Radziwiłła)

Bibliotekarz

Profesor (lekarz)

Ksiądz (prałat)

Aydokia (młoda zakonnica)

Przeorysza

Adiutant komendanta (Rotmistrz)

Pułkownik (szef służby ubezpieczającej)

Przodownik (policjant)

Czerwona obstawa Komisarza (Wysłannik)

Ludzie z obsługi zamku (Technik)

Rzecz dzieje się w Polsce, w drugiej połowie lat dwudziestych, na zamku przypominającym siedzibę Radziwiłłów w Nieświeżu. Niespokojne pogranicze, na którym przywódca odradzającego się, lecz pogrążonego w wielorakim kryzysie państwa spotyka się z arystokracją i ziemiaństwem w poszukiwaniu politycznej ugody. Dla tych ostatnich historyczny Komendant jest wciąż nazbyt socjalistyczny, gdy ten chce pojednać się także z Kościołem. Nieoczekiwane wydarzenia naruszają program trudnych rozmów.

Miejscem bardziej poufnych spotkań na zamku ma być biblioteka. Jej położenie otwiera widok na wjazd do zamku z jednej strony, a z drugiej na klasztorny dziedziniec.

Akt I

Scena 1

Biblioteka, a w niej duży, rzeźbiony napis: LIBRI MEMORIAE CUSTODE

Widok z biblioteki na klasztorny dziedziniec. Odbywa się tu próba powitalnego tańca w wykonaniu młodych zakonnic. Gregoriański, ekumeniczny chór zastępuje orkiestrę.

Spośród bogatych zbiorów ksiąg, książek, starodruków i rękopisów przyglądają się temu bibliotekarz i ksiądz. Wchodzi profesor lekarz.

Profesor: Nie podgląda, bracia, nie podgląda! Bo w głowach wam się zakręci i krew się wzburzy.

Bibliotekarz: Jak one szczerze się bawią!

Profesor (w stronę księdza, prowokująco): Czy nie jest to, aby grzech?

Ksiądz: Jeśli się tańczy na chwałę Boga…

Profesor: A nie szykują się one na przyjazd gości? (Po chwili, widząc znaczące milczenie rozmówców) To tajemnica? Tacy ważni goście? W końcu mnie możecie powiedzieć, przecież pewnie po to zostałem tu ściągnięty. Bo nie dla jaśnie państwa bez grosza, co?

Bibliotekarz: Jest pan nazbyt sławnym lekarzem…

Ksiądz: Ja tu czekam na moim kościelnych zwierzchników…

Profesor: Może zatem chodzi nie o to, kto przyjeżdża, lecz po co?

Bibliotekarz (wymijająco): Może jedno i drugie, kto to wie? Pan profesor aż z Wilna, prawda? Proszę, niech pan spocznie… Mam tu coś dla pana ze starych rzeczy. (Rozgląda się po półkach) Pewne dzieło pańskiego krajana…

Profesor: O medycynie w wiekach średnich?

Bibliotekarz: O medycynie ducha.

Profesor: To coś dla księdza raczej.

Bibliotekarz: Ksiądz prałat już wie o tym dużo. Przydałaby się także lekarz od ciała.

Ksiądz: Jakoże nie ma ciała bez duszy.

Profesor: Byłobyż tak!

Jakieś głośne krzyki wpadają do biblioteki od strony bramy wjazdowej.

Zbuntowany wysadzałem w myślach

katedry puste, te bez Boga.

Kaleczyłem niewinność ledwo obudzonych.

Przeprawiałem ślepców przez wezbrane rzeki ulic.

Przenosiłem jeża na drugą stronę szosy.

Byłem dobry i niecierpliwy,

mściwy i litościwy,

gwałtowny i wyrozumiały.

A gdy już przejdę przez ucho igielne

i stanę w Twoim blasku, Dobrotliwy Panie,

czy wtedy będę tym licealistą,

co przez cały rok szkolny po lekcjach

zostawał z nią w klasie

i nie mógł powiedzieć, że kocha,

czy tym w sile wieku, który choć nie podpisał

paktu z diabłem, ale nie zamknął mu drzwi przed nosem?

Czy może będę tym pomarszczonym, przygłuchym,

który tłucze lustro,

bo nie może w nim rozpoznać siebie?

Który? Który zmartwychwstanę?

 

 

Wiersz zdobył wyróżnienie w Turnieju Jednego Wiersza odbywającym się w ramach 51. Warszawskiej Jesieni Poezji, 2023 r.

Publikujemy go wyłącznie na stronie reshumana.pl.

 

W 2001 roku Marek Chaczyk wystawił w Bibliotece Narodowej serię 32 prac zainspirowanych tekstem (nie rysunkami!) Opium – dziennika kuracji odwykowej Jeana Cocteau. Nasz rysownik jest bowiem znawcą i miłośnikiem kultury i sztuki poprzedniego przełomu wieków i pierwszych dekad XX stulecia. Z pasją i bez końca potrafi opowiadać o wielkich postaciach, kultowych miejscach, wydarzeniach i skandalach międzywojennej Warszawy.
Niektóre z poniższych rysunków opublikowaliśmy w numerach 4. i 5/2023 „Res Humana” (lipiec-sierpień i wrzesień-październik 2023 r.).

I wreszcie nadszedł ten dzień. Ceremonia koronacyjna od 1066 r. odbywa się w Opactwie Westminsterskim w Londynie, a przewodzi jej arcybiskup Canterbury.

– „Przedstawiam wam króla Karola, króla bezspornego. Azali i wy tak sądzicie?”

– „Boże chroń króla Karola!” – głos chóralny przypominał mi znaną formułkę „Boże cara chrani”, choć to złośliwa analogia i dziś nie na miejscu. A, fe!… skreślam. Wryte w pamięć głosy własnym uchem usłyszane albo i nie własnym, jeno poprzednich pokoleń, wspólnym uchem wewnętrznym, nie pytają o komparatystyczne sensy, brzmią jakoś podziemnie, trwają gdzieś zasiedziałe i ni stąd, ni zowąd wyrywają się z zapomnienia.

– „Czy pragniesz złożyć przysięgę koronacyjną?”

– „Pragnę”.

Karol jakiś przebrany – widzę – przebrany uroczyście, a nieuroczysty, spokojny, a jakby z siebie wyrwany – posadzony, ustawiony, jakby się z tym zgadzał, ale nie teraz, tylko już znacznie wcześniej. Zresztą, jak tak przebrany człowiek, z codzienności choćby nawet królewskiej wyjęty, ma się czuć naturalnie, po swojemu, kiedy tu wszystko skamieniałe od wieków, choć się ciągle rusza. Wszystko złotem ocieka, ornamentacją wzrok nam w te esy floresy wykręca, wszystko wokół obłyszcza, a uczestników parady jeszcze wyżej wynosi, czasem zatrzymuje, czasem popycha w marszu dostojnym, powolnym, uwznioślonym, jakbyś kroczył na swym pogrzebie za złocistą trumną ku jeszcze niewidocznej koronie.

Przepytują spokojnego, choć może w głębi zaniepokojonego króla. Czy się tylko nie pomyli? Jakże się ma pomylić, kiedy mu jakiś przebieraniec w kremowej sukmanie tabliczkę, no, taką ściągawkę przed oczy podstawia, więc Karol rytualnie odczytuje, głos mu nie zadrży. Był na to przygotowany, od siedemdziesięciu lat. Odpowiada gładko, głowę trochę przekręcił w kierunku ściągawki, bo to każde słowo waży, każdy przecinek w porę niedopatrzony może być grzechem nieuwagi obarczony i chociaż królestwo od tego nie upadnie, ale jakaś cząstka dostojności może się z lekka nadkruszyć.

Wszystko posuwa się pięknie, zgodnie z przyjętym rytmem i rytuałem bez pośpiechu, wytrwale i uroczyście. Niespodziewanie król na drugi plan przesunięty. Ach, cóż to się dzieje?! Oko kamery zatrzymuje się na jakiejś wielgaśnej postaci, dość opasłej, w czarnym garniturze. Ten chociaż bez żadnych atłasów, stroju misternych wygibasów i bez kropli złota, nawet kremowa nuta barwy w tym kontraście estetyki gdzieś się zapodziała. Człek ów wydobywa z siebie potężne, choć słodkie brzmienie, głos wszechwładnie ogarniający całe wnętrze Kolegiaty św. Piotra. Potężna postać śpiewaka jeszcze bardziej potężnieje, rozrasta się niebywale, nieprzyzwoicie, bo już wszyscy jego bas-barytonem otoczeni, drobnieją przy nim coraz bardziej, stają się znikomi. Nawet sam przewodnik, wielki arcybiskup Canterbury staje się malutki i aż wstyd powiedzieć – sam król do tej pory podwyższany, wywyższany, uwznioślany staje się coraz drobniejszy, lilipucieje. A tu chór najwybitniejszy śpiewaka jeszcze wzmacnia, jeszcze efekt podbija. Wszystko tu jest najwybitniejsze, a chór do tego uroczo słodki. Już same te młode buźki dziewczątek i młodzieńczych chórzystów są nieprzyzwoicie słodkie, a podlane tkliwym kremem wyśpiewywanej przez nich melodii, tym bardziej rozczulają zebranych. Na całe szczęście dryblas przestaje śpiewać i wszystko powoli wraca do normy. Piękna, jak on sam, potężna pieśń opada niczym konfetti wyrzucone pod sufit.

I wtedy Karol zapytany ponownie przez Lorda Szambelana lub innego Mistrza Ceremonii, niech będzie, że przez samego Arcybiskupa:

– „Przyjmujesz koronę i składasz przysięgę, aby…?”

Przecież od takiej dostojności, od tylu dostojników, od tylu głosów indagujących króla, pogubić się można. Aż dziwota bierze, że główny bohater sam się w tym nie pogubił.

A wtedy Karol na króla ostatecznie wynoszony, pomazaniec pomazany, naznaczany, uprawomocniany jeszcze mocniej, jeszcze nadmocarniej, „niewątpliwym królem” uznany, uświęcany w swym dotychczasowym, niedawnym królowaniu, spokojnie odpowiada:

– „Nie aby mi służono, tylko, bym ja mógł służyć”.

Oni mu to już wcześniej powiedzieli, co on teraz powtórzył. Powtórzy się to powiedzenie jeszcze nie raz, gdyż myśl to przednia i słuszna niebywale i dobrze się stało, że ją mógł sam król wielekroć usłyszeć i sam powtórzyć, aby wielekroć usłyszał to lud jego i kto wie, może sam to sobie w duchu za nim powtórzę. A że demokracja – nie wiadomo, co z nią na dworze królewskim uczynić – rozpleniła się na świecie i już teraz nie dowidzieć jej jakoś nie podobna. Można jedynie tęsknić za przejrzystym hierarchicznie Średniowieczem, które nie narażało nas na tyle wyszukanych sprzeczności. No, to się Karol też musiał nieco na ten feudalizm pozżymać i zabronił paskudnie gadać o „hołdzie ludu”, a toż i o „hołdzie parów”, których tu sobie nie zażyczył, a na koronację zaprosił ludzi zebranych w opactwie i telewidzów, żadnych parów, do diaska! Skromniej, znacznie skromniej, niech będzie mowa o „wyrażeniu poparcia” ludu mego, bo bez tego jakbym miał sobie tę ciężką koronę na głowę nakładać? Pal sześć tych krzykaczy z ruchu „Republika”, co się ustawili na Trafalgar Square i wrzeszczą: – „Nie mój król!”, Graham Smith zawsze mu chętnie przypomina o tym, co się raz z Karolem I przydarzyło w 1649, kiedy go o głowę skrócili. Ale Smith to nie żadna przeszkoda, niech się nie kreuje na Oliwera Cromwella.

Nikt poważny nie będzie w Zjednoczonym Królestwie króla usuwać, skoro od dawna się tron od władzy sam odseparował. Trwałość tradycji i wiekowa kultura arystokracji ducha, utożsamiana z ideą monarchii, państwu istotniejszą niż wszystkie ustawy, rezolucje i deklaracje trwałość zapewnia. Niewątpliwie chwały też przysparza to niewidzialne, niezrozumiałe, bo metafizyczne egzystowanie ducha tej odmiennej, wyspiarskiej, wiecznej Brytanii, której postępowa nowoczesność i wiekowa, konserwatywna tradycja tak pięknie i oryginalnie ze sobą się łączą i uzupełniają.

Patrzyłem zadziwiony na to podniosłe wydarzenie, na te zahipnotyzowane świętym rytuałem tłumy, na magię majestatu, który się wdzierał wszystkimi zmysłowymi porami oglądu do wyobraźni ludzi oszołomionych tym niezwykłym teatrum. Sam w pewnym momencie poczułem się cząstką tej oślepionej przepychem masy człowieczej, zaczadzonej czymś ponad świątecznym, niby historycznym, choć bez większego znaczenia. Przeniknęło i mnie to, ale co?… zjawisko estetycznego, masowego spektaklu klasycznej, rytualnej formy. I nagle – nie wiem, jak to się stało – ale usłyszałem, jak śpiewam. Śpiewem mi się z piersi wyrwało: – Magnificat! Magnificat! Za świętym Łukaszem intonowałem wzniośle.

– Magníficat anima mea Dominum, et exsultavit spiritus meus in Deo salutari meo…, co znaczy – jak wszystkim wiadomo: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”.

Nie na próżno już w 11 klasie Lukrecjuszowe De rerum naturam przetłumaczyłem i w mojej łacinniczce zachwyt wzbudziłem niemały. – „To lepsze niż oficjalny przekład!” – zapiała. I zaraz piątkę dostałem, wówczas stopień maximum, ale czy mi to pomogło? Może w poetyzowaniu, ale nie w posługiwaniu się tym szlachetnym, aczkolwiek martwym językiem.

Podniecony obrazem tej niebywałej opery świata, zwycięstwem ludzkiego przywiązania do formy, jej uroczystej nadpotęgi, przepychu w doskonałości kreacji wizualnej, połączonej z narodowym i religijnym patosem, dałem się unieść temu kolonialnemu odurzeniu, że nawet wyszabrowany, największy na świecie z dotychczas wydobytych czysty diament, osadzony już dawno w królewskim berle Zjednoczonego Królestwa, niemalże mi nie przeszkadzał. Zagubił się we mnie demokrata i sprawiedliwy obserwator ludzkiej zachłanności, podbojów, dawnych grabieży dóbr ludów podbijanych, zagubił się we mnie, bom słaby, sam w swej ludzkiej ułomności zatracony, nie jestem już w stanie sprawiedliwie osądzać. Im dawniejsze były przewiny i podłości zdobywców, tym łatwiej ich dziś rozgrzeszamy. Historyczne złoczyny dla współcześnie żyjących są już tylko pożółkłą, wyblakłą kartką ze śladami zaschniętej krwi. Są już tylko annałami zapisanymi w przepastnej historii.

Monarchia, niegdyś kolonialna, dzisiaj jest czysta jak dziewica, a w kwestii rosyjskiego najazdu na Ukrainę nawet niemalże wzorowa. Jak to się wszystko przemienia, jak odwraca o 180 stopni. Ukraińscy bracia, towarzysze broni w czasie wojny ojczyźnianej, stają się dla Rosjan największymi wrogami, zresztą z wyboru tych ostatnich, może ich wodzów, może powszechnej głupoty. Dawni nasi wrogowie po wojnie stają się naszymi sojusznikami, na których już nie musimy rzucać bomby atomowej. Kraj kwiatu kwitnącej wiśni jest przyjazny Ameryce i naszej zachodniej cywilizacji. Niemcy podlegli niezwykłej metamorfozie, dojrzeli do europejskości.

Te zaskakujące fakty świadczą o przewrotności historii, która sama w sobie jest kuglarstwem losu lub grą podobną do ziemskiej przemienności pór roku lub diabelskiej ciuciubabki, która co pewien czas kończy się ruską ruletką. Ale zanim pistolet wypali, dobrze jest wzruszyć się kolorową baśnią i zachwycić paradującą dziś parą królewską wśród kapłanów i najwyższych dygnitarzy w przepysznych strojach, tak olśniewających, aż dłonie same składają się do oklasków. Spoglądam na swoje dłonie, trochę jednak niepewne, bo co ja mam z tym tłumem wspólnego? Pewnie najwięcej z królem, bo też jestem stary i widzę – być może jak on – zupełnie co innego, niż widać.

Śpiewam więc Magnificat, bo przez chwilę uwielbiam uwielbiać wraz z innymi, dopóki mnie nie dopadną czarne kruki wątpliwości i choć staram się je odpędzić i na powrót oddać się żywiołowi tłumnej adoracji, dziobią mi nadpsutą życiem wątrobę.

– „I ja gotów jestem służyć!” – wykrzykuję słowami króla, choć jeszcze nie bardzo wiem, komu. I ja gotów jestem… diabli wiedzą, na co, na co gotów jestem?! Taką odczuwam w tej chwili uwzniośloną potrzebę, taką nadobłoczną jazdę począłbym z husarią naszą, kiedy patrzę na te rasowe Anglików konie ulicznej parady. Taka mi się udziela przy tym przeogromność i anielskość, że bym gnał niby Giaur Byrona na rumaku jak burza, z rozwichrzoną grzywą, a niechby nawet na kucyku, gdyby tylko zagrały surmy bojowe. Śni mi się już odsiecz wiedeńska i moja szarża pod wodzą Jana III Sobieskiego ze skrzydlatą konnicą polską na armię Kara Mustafy, by przepędzić niewiernych Osmanów i ocalić nasze chrześcijaństwo. Coś mi się w tym śnie jednak mąci i widzę, że to żadne Turczyny, jeno zbuntowani Hiszpanie przeciw memu Napolione … Co ja gadam – toż przecież zwykły traktor… przeciw mojemu Napoleonowi, Hiszpanie trwożni z miasta uciekli…co mu w szkodę weszli, bo przez nich mój wódz szlachetny i doskonały nie może domknąć blokady kontynentalnej. Ach, tak – przecież to szarża naszych szwoleżerów, przecież to Somosierra – przełęcz w Górach Ayllon na wysokości 1444, z czego Mickiewicz podświadomie, w podobnym jak mój zapale, urwał samo czterdzieści i cztery. Zaraz, zaraz – przeciw komu to ja nacieram? Cóżże ten Napoleon umyślił?! Domknąć blokadę dla całej Europy na towary z Anglii i do Anglii? A toż łobuzowi nie o brata Jerzego Bonaparte, którego namiestnikiem Hiszpanii uczynił, ani o samą Hiszpanię, tylko o niezwyciężonego przeciwnika, o Anglię chodzi! To co ja w tym śnie wyprawiam?

Szarżując na moim kucyku przeciw walecznym Hiszpanom, w istocie na Jerzego III, króla z Bożej łaski Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii nastaję. A jednocześnie zachwycam się najwspanialszą i najdroższą na świecie złotą karocą Karola III Charlesa Philipa Arthura George’a z dynastii Windsorów i wiwatuję, kiedy przejeżdża jak sen jaki złoty przed moim nosem utkwionym w telewizorze. Chyba się pogubiłem. Przecież wiem, że Napoleon, jak każdy zdobywca, a nawet przeciętny polityk instrumentalnie mnie wykorzystuje. Po co się pchałem z mojemi ułany na ten z „Samosierry grzbiet oszańcowany”? Wplotłem ten mikro fragment z Pana Tadeusza, (Księga XI), niech mi pan Adam wybaczy.

Zresztą co ja znaczę? Jakie tam sny moje!? Jakie tam malutkie sprawy moje, pragnienia, obawy, nawet grzeszki moje! Tyle tu się mości wielmożów, tyle godności, tyle przezłotnej nadwartości kłębi dookoła, że cóż moja malenkost – jak powiadają Serbowie – czyli moja skromna osoba, może znaczyć?Sama karoca „Gold State Coach” już przyprawia o zawrót głowy. Wypieszczone dłutem drewno, z rzeźbami niespotykanymi, pokryte najulubieńszym, czystym kruszcem, na dachu wożą się trzy cherubiny, co to niby Anglię, Szkocję i Irlandię symbolizują, a w rękach dzierżą mądrale regalia koronacyjne. Gold State Coach ma siedem metrów długości i waży cztery tony. Nic więc dziwnego, że z trudem ciągnie ją aż osiem koni. Staruszka ma już 262 lata, a mój Hyudnai i-20 tylko dziewięć, ale jakby mnie poprosili, to bym się zamienił. Na koronację wypadało królewskiej parze przemierzyć tą nielichą karocą drogę od Pałacu Buckingham do Opactwa Westminsterskiego. Przejechałbym się chętnie z nimi, z całym uszanowaniem, pod warunkiem, że król Karol nie nagabywałby mnie o tę nieszczęsną moją przygodę ze szwoleżerską Somosierrą. Ułanów pewnie by mi darował, ale nie Napoleona. Może to i dobrze, że pojechali sami.

Złotości tej przenajzłotszej świątyni i przenajzłotszej karocy niezmiernie mnie zachwycają, chociaż czasem sobie przeliczam, ile by za to można było nakarmić wygłodzonego ludu naszej dawnej, kolonialnej monarchii. Powiadam mało skromnie naszej, bo w tym niezwykłym dniu uroczystym tak się jakoś wżyłem, tak się z tym, co widzę, utożsamiłem, że aż się wzdrygnąłem na samą myśl moją, o, jakże niesforną, że mógłbym Królestwu razem z tym francuskim hultajem zaszkodzić w owym wąwozie o wysokości czterdzieści i cztery na końcu i razem z Janem Leonem i jego 3. szwadronem poturbować niewinnych Hiszpanów pod wodzą generała Benito de San Juana. Nie pytajcie, jak się znalazłem wśród rozpędzonych szwoleżerów pod Kozietulskim, bo chociaż w 8 minut konnej szarży załatwiliśmy 4 baterie armat Hiszpanów… Hiszpanie trwożnie z miasta uciekli… no, może nie z miasta, ale z wąwozu na wysokości… darujmy sobie cyfrowe Mickiewiczowe gusła.

W każdym razie te misterne i złote cudowności przepyszne niezmiernie mnie zachwycają, ale i przytłaczają zarazem, bom takiego okraszenia doniosłej chwili jeszcze nie widział. Daję się też porwać pieśni najdonioślejszej i najwznioślejszej, jak tu dzisiaj wszystko, i nic to, że jednym z chórów, machając rękami, skutecznie dowodzi jakiś niepozorny człeczek w białej komży, ale jaki to chór!… przeczysty, niemalże anielski. I nie ten, co tu wywija rękami, jest Messer, nie on dyrygent, lecz sam Bóg. Już to po tym poznać, z czyjej łaski król staje się królem. Bo i kto go koronuje? Opatrzność sama, bez której ani król królem by nie został, ani nasza Roxana Panufnik, córa Andrzejowa ze swoim hymnem Sanctus nigdy by się na tę świata piramidę nie wspięła, a jej Panufnikowa muzyka podniebna nie wytrysnęłaby ponad dostojne, kute w kamieniu angielsko-gotyckie wieżyce Kolegiaty świętego Piotra w Westminsterze.

Nie bez kozery król przed wszelkimi darami pierwej Biblię przyjmie. Pismo Święte, pierwsze w jego posiadaniu przed pozostałymi regaliami, świadczyć będzie, że on z czystym sumieniem w oczach Boga i w przytomności wszystkich go teraz oglądających władać zamierza sprawiedliwie i odważnie, jedynie w bojaźni Bożej. I nie ma niczego, co by go od tego odwieść mogło, żadne materialne dobra, żadne diamentowe błyskotki, żadne złote korony, miecze i berła, które wprawdzie przyjmie, boć się od tego wykręcić nie może, przez pół dnia je będzie przyjmować. Wszakże wszyscy wielcy poprzednicy dziedziczenia toż uczynili, wszyscy oni, co z grobowców Świętej Kolegiaty w Westminsterze teraz niemo spoglądają. A boskość takiego przesłania utwierdzą też inne dary Kościoła, a to bransolety szczerości, co mu na myśl przywiodą króla Salomona modlącego się o mądrość, a to płaszcz i stuła królewska, którą zdobią ruszty św. Wawrzyńca i gałązki palmowe, bezwzględnie Boże dary.

Karol jest mądry i wie, że Bóg jest jeden, a te Jego odmianki w ludzkiej wyobraźni, w swej istocie nie o Nim samym mówią prawdę, lecz bardziej o nich. Niebawem założy koronę Wielkiego Stuarta, ale chce być dziś zdecydowanie ekumeniczny, mimo że jako głowa kościoła anglikańskiego złoży przysięgę na wierność państwowej religii protestanckiej, a nie jakiejkolwiek innej i namaści go, jak przez długie wieki w kraju tym bywało, arcybiskup Canterbury – hierarcha tej wypustki chrześcijaństwa, która tu od wieków króluje. I nic mu to nie zaszkodzi, a nawet, gdyby mu wypadało, chętnie by ręce zatarł, kiedy ów biskup powie, że tutejszy Kościół anglikański „będzie dążył do stworzenia środowiska, w którym ludzie wszystkich wyznań mogą żyć swobodnie”.

Na dowód tego już dzisiaj, już tu w koronacyjnej procesji widać, jak ciągnie sznur zaproszonych przez niego rabinów i innych dostojników religii żydowskiej, sunnickiej, szyickiej, sikhijskiej, buddyjskiej, hinduskiej, dżinistycznej, bahaickiej i zoroastryjskiej. Wśród gości łatwo rozpoznać nowego premiera Szkocji, Hanza Yusafa, muzułmanina. Od czasu reformacji – możesz przetrzeć oczy – masz tu oficjalnego gościa, katolickiego arcybiskupa Westminsteru. Ależ tak, to sam kardynał Vincent Nichols błogosławi nowemu królowi: – „Niech Bóg wyleje na was bogactwa swojej łaski, zachowa was w świętej bojaźni, przygotuje na szczęśliwą wieczność i przyjmie na koniec do swojej nieśmiertelnej chwały”.

Jak zwykle góruje krzyż i w tej świętej przestrzeni płynie, unoszona przez jakiegoś bożego sługę otwarta święta księga, pewnie Biblia, którą niebawem czytać będzie, dopełniając swą osobą ekumeniczny sens przesłania nowy, hinduistyczny premier Wielkiej Brytanii, niezwykle bogaty Hindus Rishi Sunak, o fortunie ponoć dwukrotnie przewyższającej majątek króla. Księga otwarta. Już wzrokiem odnajduje list św. Pawła do Kolosan. List ten sam, co zawsze, ale lektor…! Coś jednak się zmieniło. Stare przepiera się z nowym. Nowe nieśmiało, ale się tu i tam wepchnęło.

Karol III, król nowoczesny, ogłasza się „obrońcą wszystkich wyznań”, a i kapłanki faworyzuje. I cóż z tego? Wszystko to daremne. Jeszcze 70 lat temu, za koronacji Elżbiety II, jak donosi „Guardian”: „Anglia była w większości chrześcijańska, niedzielne uczęszczanie do kościoła było normą, dzieci uczyły się odmawiać modlitwy przed snem, a wikariuszy traktowano z niekwestionowanym szacunkiem”. W połowie XX wieku około 90 procent Brytyjczyków uważało się za chrześcijan. Dziś, kochani moi, jak donoszą oficjalne źródła, po raz pierwszy w Anglii i Walii chrześcijanie stali się mniejszością. Ateizm zwycięża, nie wiem, czy to się rodzi z głębszego samouświadomienia ludzi, czy z lenistwa, czy z rozpowszechnienia grzechów kleru. Już mniej niż 1 procent spisanej ludności chadza na mszę świętą. Niedługo kościoły będzie się tylko zwiedzać.

Ale zostawmy publicystykę sceptycznego kroju. Patrzmy na to barwne widowisko. Oto jaskrawa czerwień sukni kapłanki ewangelickiego obrządku, a po chwili kamera moich oczu wyławia z tej wyrafinowanej w powolnym posuwaniu się procesji ośmiu czarnoskórych w strojach o nieskazitelnej bieli kontrastującej z ich postaciami. Wiją się w miejscu, w tanecznym ruchu z pieśnią Alleluja na ustach. Pojawia się kolejny celebrant z jakimś pismem Bożym na otwartych dłoniach, postępuje powoli, o – jak godnie. Czarni allelują coraz bardziej zamaszyście. Król z lekka skonsternowany uśmiecha się półgębkiem, a może tak tylko mi się wydaje.

Arcybiskup – mistrz ceremonii na brązowej ambonie, złociście zdobionej, przemawia i raz jeszcze tłumaczy, że król nie jest po to, by mu służono, ale by służył i by się wszyscy w obowiązkach swoich dobrze odnajdywali, by jeszcze gorliwiej służyli. Bo to jest główne zadanie wszystkich, nie tylko mundurowych, by służyli swoim życiem dla dobra innych, byli przykładem bezprzykładnym dla wszelakich społeczności w duchu Bożym. Tłumaczy to ów nadzwyczaj gorliwy w swej służbie arcybiskup milionom słuchaczy na świecie, wiernym lub niewiernym albo też wiernym nie tak, jak należy, boć to wybór właściwego Boga jest kwestią wielce kłopotliwą, przez którą czasem dziesiątki i setki tysięcy ludzi łby sobie urywa. A bez sensu, bo to coś, o czym duchowi przywódcy chcieliby swe społeczeństwo przekonać, a o czym teraz prawi Arcybiskup, trzeba umieć przyjąć… do swego serca. Król otrzymuje to dzięki namaszczeniu i zdobywa to Duchem Świętym, czego nie może nikt zdobyć żadnym, nawet zbrojnym sposobem. Słyszycie to wezwanie Boże? Ależ słyszycie, doskonale słyszycie i w tym radość swoją utwierdzoną słyszycie, bo słyszeć musicie, bo godne to i ze wszech miar najgodniejsze. Tak głosi główny przewodnik, chyba tak. Nie jestem jednak pewien, czy wszystko dobrze dosłyszałem i czy tłumacz dobrze się sprawił.

Godność, przepych i duma z panowania nad tym licznie zebranym narodem unosi się ponad nami, ponad wszystkim, a najwybitniejszość tak utwierdzonej tradycji uroczyście króluje. – „Byśmy się stali królewskim kapłaństwem…” – słyszę – „…narodem świętym…”. Dalej mi umknęło, bo już coś mi przekornie w głowie zachrobotało i następne frazy przemawiającego trochę mi bokiem odfrunęły. Ile tych oczekiwań wobec własnego narodu rodziło się w umysłach przywódców lub wieszczów – zdążyłem pomyśleć. Jak to się potrzeba wyjątkowości, nadzwyczajności własnej, łatwo pleni, sama się narzuca i niemal regułą staje. Każdy z krzewicieli tych wymysłów chciałby, a łatwo mu to przychodzi, by uwierzyć, że jego… że „nasz” naród jest święty, jest lepszy, ponad inne wyrasta. A jak się kończy takie wywyższanie, już w historii świata widzieliśmy, chociażby w czasie II wojny światowej. My też mieliśmy okresowo zapędy do bycia narodem wybranym – „Polska Winkelriedem narodów” (Słowacki), „Polska Chrystusem narodów” (Mickiewicz). Nie wspomnę już o biblijnych przekazach tego typu, uświęconych momentem narodzin Boga Człowieczego, który się w tych odległych czasach był ludziom objawił.

Wróćmy do ceremoniału. Zbliżał się akt główny – namaszczenie, choć i inne nie wydały mi się poślednie. Trzeba było króla przebrać. Uszyta specjalnie Szata Stanu już nie wystarczyła. Wjechał baldachim namaszczenia. Arcybiskup Justin Welby znów zabrał się do roboty, posługując się przy tym nielichą, posrebrzaną łyżką koronacyjną pochodzącą z czasów Ryszarda Lwie Serce, z XII w., a po raz pierwszy użytą w 1603 r. do koronacji, nie pomnę już którego króla. Olej też nie był rzepakowy, jeno krzyżma z oliwek z Góry Oliwnej, przywieziony z Jerozolimy, a polewany ze złotej ampułki – bo tu wszystko musiało być złote. Ampułka ta cudowna była świadkiem jeszcze koronacji Karola II w 1661 r. Po namaszczeniu król znowu się pokazuje naszym oczom, i choć układany, usadzany, obracany i wielekroć przestawiany nie jak król, tylko laufer czy skoczek na tej rytualnej szachownicy, wciąż wygląda na całkiem żywego, cierpliwego, może tylko trochę znudzonego. Tym razem pod spód idzie biała szata, wyczytałem gdzieś, że o dźwięcznej i uczonej nazwie Colobium Sindonis, na nią naciągnięty płaszcz długi, oczywiście ze złotego jedwabiu. Gdyby nie to, pomyślałbym, że to jakiś przydługi, fikuśny szlafrok, co też już nie mało przetrzymał. A on młodziutki, okazuje się, że dopiero z 1911 roku. A inny jeszcze na króla czeka – Płaszcz Imperialny, też ze złotej tkaniny, a jakże, zapinany złotą zapinką w kształcie orła. A może to był ten sam płaszcz koronacyjny, tyle że jak znawcy donosili miał być z 1821 roku. Może nie dopatrzyłem, nie dosłyszałem, bo trudno się połapać w tych ciągłych przebierankach. Do tego idzie też haftowana złota stuła.

Wreszcie królewski Miecz Stanu do rąk królewskich wkładają. Przyniosła go intrygująca pani, Tajnej Rady szefowa, Penelope Mary Mordaunt, która podobnie jak osobisty ochroniarz Karola, major Johnny Thompson, rozogniony wzrok obserwatorów przeciwnej płci przyciąga. Nie ujdzie to uwagi bałamutnych mediów w dniu następnym. Na tronie misternie rzeźbionym sadzają króla i jeszcze jakimiś insygniami obdarowują o symbolicznym znaczeniu i jeszcze obszerniejszą i dostojniejszą szatę na tę już dostojną nakładają, może właśnie tę z 1821 roku, o czym się już zająknąłem. I w tym pomnożonym przez Płaszcz Sprawiedliwości dostojeństwie znowu go sadzają.

Muszę wyznać, że znowu się zaplątałem, bo już nie wiem, jaki mu kiedy miecz do rąk dawali, bo wszystko, co mu dali, to mu zaraz odbierali, pewnie po to, by dać mu coś nowego. A były to oprócz Miecza sprawiedliwości Doczesnej, Miecz Sprawiedliwości Duchowej, Miecz Miłosierdzia ze stępioną końcówką ostrza, by co nieco oszczędzić dźganego. Najbardziej mi się podobał miecz dziadka Jerzego VI z 1937 r., ze złotej tkaniny, haftowany, znaczy miecz, nie dziadek. Przy wyliczaniu tylu tych uświęconych znamion królewskości trzeba bardzo uważać, żeby byka nie strzelić.

Wreszcie Złote Królewskie Jabłko z krzyżem, który nad wszystkim góruje. W ręce mu wtykają Złoty Pierścień Suwerena – znak przymierza między Bogiem a królem i królem a narodem, symbol królewskiej godności. Rękawicę koronacyjną z białej skóry ze złotym nadgarstkiem na prawą rękę włożyć zalecają.

Dalej idzie to feralne, może niebawem aferalne berło królewskie z tymi nieszczęsnymi brylantami – Wielką Gwiazdą Afryki (największą na świecie), o której już nadmieniałem, i Drugą Gwiazdą Afryki. Sam diament Cullinan, znaleziony pod Pretorią i podarowany w 1907 r. przez rząd Południowej Afryki (konkretnie Transwalu) królowi Edwardowi VII na urodziny, ma 3106 karatów, a po oszlifowaniu w 105-u brylantach łącznie 1063 karaty. Jak się teraz okazuje, trochę to za dużo, żeby się godzić na takie kolonialne upominki. Zwłaszcza Wielka Gwiazda Afryki, co tkwi w berle królewskim ma swoją cenę, a i drugi „kamyczek”, który siedzi spokojnie w brytyjskiej koronie państwowej też nie może tam siedzieć za friko. Petycja o zwrot diamentu do RPA, jako przedmiotu dziedzictwa kultury tego wolnego dziś kraju, stworzyła niezręczną dla Zjednoczonego Królestwa sytuację. Ciekawe, jak to się skończy. Tymczasem Karol III obdarowany tymi błyskotkami wyciąga rękę po podawaną mu właśnie laskę królewską, która już nie wiem czemu służy, pewnie żeby sprawiedliwie władał. Będzie to czynił z pewnością. Chyba jednak owo insignium głębszy w sobie ukrywa zamysł. Za łatwo chciałem sobie odfajkować tę laseczkę nie od parady. Sprawdziłem. To długie berło: złota laska św. Edwarda – Laska Sprawiedliwości i Miłosierdzia, zakończona gołębiem z dwoma rozpostartymi skrzydłami, symbolizuje Ducha Świętego. Unaocznia duchową rolę władcy chrześcijańskiego. Wszystko precyzyjnie obmyślane, i to nie teraz, ale przed wiekami. Od wieków składa się to w sieć uzupełniających się znaczeń, sieć, w którą dusze poddanych łowione być mają. Dwa skrzydła tego samego gołębia: sprawiedliwie i po chrześcijańsku. Karol jest tylko wykonawcą, jak aktor odgrywający swoją rolę. A tak naprawdę od dawna nikt tu królem nie jest. Sam król jest tylko symbolem, podobnie jak wręczane mu precjoza, jak osadzona na jego skroniach na znak królewskiego majestatu ciężka od złota i brylantów, wysadzana rubinami, ametystami, szafirami, granatami, topazami, turmalinami, wartości ponad 4,5 mln dolarów ta przepyszna, uświęcona korona, która go wgniata swym ciężarem w tron królewski. A on siedzi tak skromnie, berło i laskę po królewsku dzierżąc. Korona św. Edwarda Wyznawcy, króla Anglii w latach 1042–1066, który ufundował Opactwo Westminsterskie, nie doczekała się głowy nowego dzisiejszego właściciela. Została przetopiona po obaleniu monarchii w 1649 r. Trzydziestego stycznia głowa Karola I jakoby „tyrana, zdrajcy, mordercy i wroga publicznego” potoczyła się po bruku przyszłej republiki, dla jej królobójczej, krótkotrwałej chwały. Od tego czasu Anglikom nie spieszy się do obalania monarchii.

Może dlatego widzę, z jakim namaszczeniem i ukrywanym wzruszeniem na dłuższą chwilę nad głową króla zawisł arcybiskup Canterbury Justin Welby z koroną w rękach, nim ją umościł na skroniach pomazańca. I huknął wtedy hymn wielki, koronacyjny Jerzego Fryderyka Haendla Zadok the Priest. I wydawać się mogło, że w myśl starotestamentowej Księgi Królewskiej głowę swą dla korony sposobił nie Karol III, ale właśnie namaszczony przed chwilą przez arcykapłana Sadoka sam biblijny król Salomon.

Haendel grzmiał uroczyście i podniośle. Panował estetyzm i sztuka ceremonii opętanej ustalonym rygorem. A jednak Karol nadal wyglądał mi skromnie. Wydawało mi się, że całej tej ceremonii poddawał się w cichości serca i tylko z racji rozumu. A tradycja, na którą królestwo czekało już od siedemdziesięciu lat, aż parowała i unosiła się wraz z dźwiękiem trąb i fanfar w świętej przestrzeni kościoła.

Ponownie gruchnął wzmocniony echem okrzyk: – „Boże chroń króla Karola! Niech żyje król Karol, niech król żyje wiecznie!” Było to zastanawiające. Co celebranci, a może prawodawcy ceremoniału mieli na myśli? Czy drobna różnica w końcowej frazie miała jakieś szczególne, celowe znaczenie? „Niech żyje król Karol!” – zrozumiałe, niech żyje jak najdłużej, ale zaraz po tym końcowy okrzyk: „Niech król żyje wiecznie!” Czy Karol jako król miałby żyć wiecznie, czy też król jako taki, więc nie koniecznie ten, lecz idea królowania miałaby być wieczna? Podejrzewam, że w tych odwiecznych formułkach obrzędów na wysokościach kryje się coś głębszego, jakieś głębsze dno. Nie są one przypadkowe. W niepewności tej już chyba pozostanę.

Cichy kronikarz rozgłośnego dnia

 

Opowiadanie ukazało się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Rysunki: Marek Chaczyk, 2023 (wykonane specjalnie do powyższego opowiadania, dla „Res Humana”)

Maria TOPOLSKA, Portrety kobiety, wyd. Novae Res, Gdynia 2023, 208 stron.

 

Redakcja „Res Humana” zwróciła moją uwagę na nowo wydaną książkę autorstwa Marii Topolskiej pt. Portrety kobiety. Książka jest prawdopodobnie debiutem literackim Haliny Sargarolo (tłumaczki z języka francuskiego), angażującej się w inicjatywy ukierunkowane na obronę praw kobiet w Polsce. Tak więc pod pseudonimem literackim otrzymaliśmy opracowanie, w którym przedstawione zostały poglądy tych Polek, które nie mają zahamowań, aby swą postawę życiową związać z mianem „feministki”. Podkreślam to dlatego, że zbyt często w przeszłości słyszałam wypowiedzi kobiet (nawet na lewicy), rozpoczynające swój wywód od deklaracji: „nie jestem feministką, ale…” – i dalej padały słowa sprzeciwu wobec ciągłych prób ograniczania praw kobiet w toku przemian ustrojowych po 1989 r. Pamiętamy przecież lata, kiedy to hasło „feministka”, albo „wojująca feministka” wypowiadane po stronie kręgów kościelnych i polityków prawicy brzmiało niczym obelga.

Na łamach książki przedstawiane są poglądy kobiet z różnych pokoleń – od Wandy z rocznika 1919 (na podstawie wspomnień jej córki Barbary) do Idy, urodzonej w 2017 r. i chodzącej jeszcze do przedszkola. Mottem tej książki jest stwierdzenie, że każda kobieta tworzy własną opowieść o życiu. Swoje rozmówczynie autorka przedstawia imieniem, miejscem urodzenia i zamieszkania oraz stanem rodzinnym. Zadaje im te same pytania: o jakość dzieciństwa, o autorytety i wzorce na drodze dorastania i rozwoju, o charakter wewnętrznych relacji w małżeństwie, lub w związku (tradycyjne czy partnerskie), co oznacza dla nich równouprawnienie, czym jest dla nich feminizm, czy określiłyby się jako feministki? Ze względów oczywistych pada również pytanie o ocenę sytuacji kobiet w Polsce, o wpływ Kościoła na ich życie, a w szczególności o akceptację poglądów polskiego duchowieństwa na współczesną rolę kobiety.

Można więc powiedzieć, że autorka przeprowadza rozbudowaną ankietę, w której odpowiedzi udzielane są w sposób zależny od rozmówczyni – raz są one oszczędne i zwięzłe, a w innych przypadkach rozwinięte i umotywowane. W każdym przypadku bardzo osobiste.

Co wyniosłam z wciągającej lektury? Kilka ciekawych spostrzeżeń. Maria Topolska maluje w swej książce przede wszystkim obrazy kobiet ambitnych, zaangażowanych emocjonalnie i czynnie w obronę praw kobiet, rozumianych jako oczywiste prawa człowieka. Są to najczęściej mieszkanki dużych miast (Warszawa, Łódź, Kraków, Lublin, Sandomierz), w większości zadowolone ze swego życia, z uzyskanej pozycji zawodowej, najczęściej trafnie wskazujące na źródła obecnej sytuacji kobiet w Polsce. W swej argumentacji są przekonujące, często wręcz zdesperowane. Jedna z nich – Hanna (rocznik 1964) swą wypowiedź nazwała Manifestem wkurzonej feministki, w którym stwierdza m.in.:

„Kobiety muszą być czujne, muszą mieć pewność, że idą naprzód, a nie tam, gdzie o wszystkim decyduje tradycja, przesądy, stereotypy wygłaszane przez kogoś innego (często mężczyznę, księdza, biskupa, posła PiS)… ostateczną granicą dla kobiet jest uzyskanie kontroli nad własnym ciałem. Dla Polek jest to jeszcze daleka droga, na której trzeba pokonać wiele przeszkód: brak edukacji seksualnej w szkole, tabu wokół tematu seksu, słaby dostęp do antykoncepcji, restrykcyjne prawo do aborcji, wszędobylska ręka karzącego Kościoła (…). W Polsce każda kobieta musi być trochę feministką, cokolwiek by to dla niej znaczyło”. Hanna jest jedną z tych kobiet, którym opadły z oczu klapki pod wpływem doświadczeń społecznych z Kościołem z ostatnich dziesiątków lat. „Kolejne skandale, pedofilia w Kościele, hipokryzja, zamiatanie wszystkiego pod dywan (…) sposób traktowania kobiet, a teraz obrzydliwy w skutkach sojusz Kościoła z polityką, skutecznie i ostatecznie mnie do tego Kościoła zniechęciły”.

Z kolei Agata z Warszawy (rocznik 1967), na pytanie o rolę Kościoła w jej życiu zauważa, że wpływ tej instytucji ma olbrzymie znaczenie dla kształtowania się nierówności społecznych w Polsce. Według niej „polski Kościół jest absolutnie zdegenerowany, wypaczony i ma negatywny wpływ, bardzo nas ograniczający”. Agata nie jest odosobniona w swym osądzie. Jolanta (rocznik 1990) uważa, że Kościół w Polsce jest „głęboko zepsutą, dyskryminująca instytucją”. Podobnych opinii na kartach tej książki znajdziemy zdecydowanie więcej. Co ciekawe, wiele rozmówczyń podkreśla, że w ich życiu pod wpływem doświadczenia społecznego odbyły drogę od Kościoła, a nie do Kościoła. Są nim (w tym przede wszystkim duchowieństwem) głęboko zawiedzione i rozczarowane.

Warto podkreślić, że każda z bohaterek tej książki podaje własną, oryginalną i przemyślaną definicję „feminizmu”. Np. wspomniana wyżej Jolanta mówi, że feminizm jest dla niej „zabieganiem o lepszy świat, w którym jedną z najważniejszych wartości będzie właśnie solidarność. Feminizm jest niezgodą na niesprawiedliwość i głębokim buntem przeciwko wykluczającym narracjom”. Z kolei Hanna (rocznik 1977) zauważa, że dla niej „feminizm to niezależność umysłowa, poczucie sprawczości i życie według własnego uznania”. Aleksandra, (rocznik 1985) uznaje feminizm jako walkę z dyskryminacją i dążenie do równości. „To danie prawa wyboru: czy chcesz, czy nie chcesz korzystać z opcji, praw i możliwości, które daje świat i które powinny być równe dla każdego człowieka. Czyli w zasadzie życie w taki sposób, jaki każdemu odpowiada, dopóki nie wyrządza on krzywdy drugiej osobie”.

Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na wypowiedź Agnieszki z Łodzi (rocznik 1972), która stwierdza, że za obecną sytuację kobiet w Polsce odpowiadają same kobiety, ponieważ nie uczestniczyły w wyborach lub „dały się kupić za 500+”. Argumentuje, że przeciwnicy praw kobiet „przecież nie kryli się ze swoimi poglądami….Każda z nas mogła wtedy zagłosować…Gdzie były Polki?…Nie miały czasu w niedzielę pójść postawić krzyżyk na karcie wyborczej? „Ponadto mieszkanka Łodzi zauważa, że w przeciwieństwie do mężczyzn kobietom brakuje solidarności, która w obecnych czasach bardzo by się Polkom przydała. Moim zdaniem, to słuszna uwaga.

Warto zastanowić się nad przemyśleniami kobiet, zaprezentowanymi w tej książce. Zbliżają się kolejne wybory, które mogą rozstrzygnąć o końcu rządów prawicy, która w praktyce politycznej nie respektuje konstytucyjnych praw kobiet.

Odrębną kwestią, nieporuszaną w tej książce jest sytuacja kobiet wiejskich. Szkoda, że opisu ich sytuacji zabrakło w tej książce, chociażby wyrywkowo. Ciekawa bym się dowiedzieć, dlaczego kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich tak ochoczo ubarwiają spotkania z politykami prawicy, którzy nie tolerują ich praw. Może Maria Topolska w przyszłości poświęci kolejną książkę przemyśleniom kobiet wiejskich na temat ich życiowych doświadczeń?..

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Grzegorz ŁYŚ, Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2023, 335 stron.

Mamy czasem do czynienia ze zbieżnością rozmaitych wydarzeń, które – choć z różnych wypływają źródeł – tworzą spójną całość. Od dłuższego czasu słyszymy zapewnienia rządzących o sile polskiej armii, a zwłaszcza o jej świetlanych perspektywach; oto za kilka lat będziemy dysponować najsilniejszymi w Europie siłami zbrojnymi. Jak to zrobić, wydając na B+R niewiele ponad 1 procent PKB, pozostanie tajemnicą twórców tych zapewnień. Ponieważ wakacje spędzałem w Orłowie, czytając monografię Grzegorza Piątka o budowie Gdyni (dobra książka, polecam), łatwo znalazłem opisaną tam historię ostatniego tragicznego lotu generała Gustawa Orlicza-Dreszera, który w katastrofie samolotu pod Orłowem poniósł śmierć (ma tam tablicę pamiątkową tuż przy molo). A szkoda, bo należał do grupy mądrzejszych generałów Piłsudskiego, a nawet konkurował ze Śmigłym-Rydzem o schedę po Marszałku. Był też pierwszym prezesem Ligi Morskiej i Kolonialnej – dość osobliwego tworu, będącego potwierdzeniem polskiej aberracji umysłowej, którą nazywano „tromtadracją”.

Gdy wróciłem, pierwszą książką, jaka wpadła mi w ręce, był Grzegorza Łysia Bzik kolonialny1 – opis niespełnionych snów Polaków o potędze, starania o status mocarstwa, jakie roiliśmy przed wojną i jakie od czasu do czasu pojawiają się jeszcze w niektórych polskich głowach.

Rojenia o Polsce mocarstwowej kołaczą się w polskich głowach od dawna, ale na dwudziestolecie międzywojenne przypadała konkretyzacja tych marzeń. Odzyskaliśmy niepodległość, pokonaliśmy bolszewika, ratując Europę przed komunistycznym zalewem, mocarstwem jesteśmy i kwita! W 1930 roku założona została Liga Morska i Kolonialna. „Żądamy kolonii dla Polski” – głosili entuzjaści tego ruchu. Do kogo było skierowane to żądanie, nie wiadomo. W Wersalu podzielono świat między mocarstwa, niektóre z nich czuły się pokrzywdzone i upokorzone, jak Niemcy, które same starały się o powiększenie obszaru kolonii, żądały Konga Belgijskiego, Angoli i nie tylko, a to pod ich adresem Polska kierowała przede wszystkim swoje roszczenia. Niemcy i Włochy najmocniej krytykowały nasze kolonialne zamiary. Drugim potencjalnym dobroczyńcą miała być Francja, bo to sojusznik i nie odmówi nam pomocy, ale ona dość zazdrośnie strzegła swoich posiadłości, a poza tym… wrzesień 1939 r. dobitnie przekonał nas o złudnym charakterze tych oczekiwań. Choć sami doświadczyliśmy losu kraju podbitego, nie uważaliśmy kolonializmu za zjawisko negatywne. „Istnienie kolonializmu (…) na Zachodzie uważano wciąż za oczywiste, ale w Polsce było (…) oczywiste bardziej” – pisze Łyś (s. 119). Kolonie należą się nam po pierwsze dlatego, że jesteśmy jedynym mocarstwem – tak uważali apologeci wielkiej Polski – które kolonii nie ma, a po drugie – ze względów moralnych. Polska doznała w swej historii tylu krzywd, że musi otrzymać rekompensatę.

Podobnie myśleli przodkowie tych apologetów, zwłaszcza w początkach XIX wieku, bo byliśmy jedynym narodem, który nie godził się na ustalenia Kongresu Wiedeńskiego, choć w tej sprawie nie mieliśmy wiele do powiedzenia. Niestety, dość bliscy tym poglądom są niektórzy nasi współcześni, wysuwając dość śmieszne roszczenia w sprawie powojennych reparacji, z tych samych powodów.

Fotografie jakie autor zamieścił w książce, w tym te z 1939 r. (sic!), przedstawiające oddziały LMiK, przyodziane w stroje „wyjściowe”, lepiej niż słowa obrazują śmieszność przedwojennych rojeń. Były jednak również poważne powody do poszukiwania dróg wyjścia z zacofania: przeludnienie wsi, duża liczba „ludzi zbędnych”. Polska, gdzie wciąż dominowała anachroniczna gospodarka agrarna, a kapitalizm znajdował się w permanentnym niedorozwoju, musiała coś zrobić z tym „kapitałem ludzkim”, bo nędza materialna mieszała się z ubóstwem intelektualnym. Na rok przed wojną 22 procent ludności to wciąż analfabeci, głównie na wsi. Nacjonaliści domagali się też usunięcia Żydów, w skali kraju to blisko 3 miliony; to oni – według polskiej Falangi – byli główną przyczyną narodowych porażek. Trzeba znaleźć im miejsce, najlepiej na Madagaskarze.
Kolonie to również źródło surowców i obszar pracy „dla żywiołu polskiego”. Łyś szczęśliwie oddzielił od tych mocarstwowych rojeń – podróżników pożądających przygód, jak Maurycy Beniowski, geografów, jak odkrywca Kamerunu Stefan Szolc-Rogoziński, czy też – z drugiej strony – biedotę wiejską, poszukującą lepszych warunków egzystencji, która często życiem przypłaciła swoje poszukiwania (XIX-wieczna emigracja za chlebem, s. 83–104). Liga rosła w siłę ku niezadowoleniu MSZ, które (słusznie) uważało politykę zagraniczną za sferę swoich kompetencji i miało rację w dyskusji o polskiej polityce kolonialnej.

To rozsądne stanowisko nie całkiem pasowało „do nowych czasów, gdy umacniające się rządy dyktatorskie w krajach europejskich dążyły do zbrojnej ekspansji w samej Europie, jak i za morzami” (s. 278–279). Mussolini najechał Etiopię i choć jego sukces był trochę przereklamowany, to stanowił wzór do naśladowania. Rzeczywistość brutalnie przekreśliła te wizje. Po wrześniu 1939 roku wszelkie mity o polskiej potędze militarnej zostały brutalnie rozwiane. Mogą stanowić co najwyżej przedmiot rozważań o wpływie świadomości zbiorowej na postawy i zachowania polityków.

Bodaj najbardziej zaawansowaną formę przybrały starania o utworzenie polskiej kolonii w Liberii. To, co udało się tam osiągnąć, nie dawało statusu kolonialnego na kształt tych, które miały Anglia, Francja czy Stany Zjednoczone; to, co udało się tam zainicjować przypominało raczej współczesne dążenia do zbudowania strefy wpływów gospodarczych, o co zabiegają dziś wszystkie rozwinięte państwa, a właśnie Afryka stała się teraz terenem wzmożonej rywalizacji.

W Monrowii prowadzono nawet oficjalne rozmowy na ten temat, rozczarowanie rosło jednak w miarę postępu tych prac. Intencje obu stron były bowiem mocno odmienne. A poza tym: Liberia była krajem źle wybranym jako źródło bogacenia się Polski – kolonizatora. To kraj biedny, potrzebujący skonkretyzowanych programów rozwoju, a Polska – sama zacofana technologicznie – nie mogła zaspokoić ich potrzeb. Oba kraje nie mogły więc ofiarować sobie (na zasadach wzajemności) tego, czego najbardziej potrzebowały. Wymiana handlowa miała rozmiary rachityczne, po stronie polskiej narastało też rozczarowanie: miały być bogactwa na kształt tych, które Kolumb przywiózł z Nowego Świata, a tu ani bogactw, ani kolonii.

Autor trafnie opisuje też przedmioty innych „polskich marzeń” – poza Liberią – Brazylię, Angolę, Kamerun, Peru, wymieniany już Madagaskar. Zainteresowanych odsyłam do samej książki, nie chcąc odbierać im satysfakcji z poznawania faktów z niedawnej, a przecież niemal zupełnie zapomnianej przeszłości.

1 Tytuł książki zaczerpnięty z tytułu sztuki Witkacego Mister Price czyli Bzik tropikalny (s. 273)

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Krzysztof WOJCZAL, Trzecia dekada. Świat dziś i za 10 lat. Wyd. MT Biznes, Warszawa 2022, 640 stron.

Otrzymałem od przyjaciela w podarunku – trochę złośliwym, trochę ironicznym – trzytomowe dzieło Prolegomena, napisane i wydane własnym sumptem przez pewnego obywatela, który na tysiącu sześciuset stronach snuje rozważania nad „sensem istnienia i przeznaczeniem Kosmosu”. Krzysztof Wojczal nie ma aż tak wielkich ambicji, aby objaśnić sens istnienia kosmosu; zadowala się opisaniem, jak działa świat wielkiej geopolityki i co wydarzy się na świecie w najbliższych latach. Tytuł – Trzecia dekada – też jest skromniejszy: nie odwołuje się do Prolegomenów Emmanuela Kanta, lecz nawiązuje do Trzeciego tysiąclecia Marcina Więcława. No i pomieszcza swoje analizy Wojczal na skromnych 640 stronicach.

Książka K. Wojczala składa się z dwóch zasadniczych części. W pierwszej, na czterystu pięćdziesięciu stronach, autor dokonuje zaangażowanego opisu rzeczywistości międzynarodowej, a następnie, w części drugiej, na podstawie takiej interpretacji świata, kreśli możliwe scenariusze przyszłości. Mówiąc o „zaangażowanym” opisie rzeczywistości, mam na myśli, że jest to opis niezobiektywizowany, wolny od naukowej dyscypliny, sporządzony według woluntarystycznie dobranych kryteriów i opatrzony komentarzem, w którym autor nie ukrywa swoich sympatii.

System współczesnych stosunków międzynarodowych autor postrzega na kształt układu słonecznego, którego centrum stanowi rywalizacja USA i ChRL. Wszystkie inne wątki i państwa krążą na orbitach przyciągane siłą grawitacji relacji USA z Chinami. Istota relacji amerykańsko-chińskich, w największym skrócie, polega na tym, że USA dążą do utrzymania statusu globalnego hegemona i pragną narzucić światu swoje warunki, a Chiny taki ład kwestionują, ponieważ chcą zbudować swoje imperium. Do państw, które określają zasady gry geopolitycznej na świecie, autor zalicza także Rosję, która „nie stanowi realnej konkurencji i  zagrożenia ani dla USA, ani dla Chin”, „nie stanowi również źródła przyciągania, jednak chciałaby być traktowana jako równy z wyżej wymienionymi element składowy całego systemu”.

Ponieważ większość analiz poświęconych globalnemu układowi sił – obecnemu i w najbliższej przyszłości – właśnie tak, w trójkącie USA-ChRL-Rosja, postrzega kształtowanie się nowego ładu międzynarodowego, wywody i konkluzje autora Trzeciej dekady odnoszące się do roli wymienionych mocarstw ani nie budzą większych kontrowersji (poza pewnymi uproszczeniami), ani nie sposób uznać ich za szczególnie oryginalne.

Wylicza Wojczal jeszcze dziesięć państw-„figur” (Indie, Pakistan, Iran, Turcja, Izrael, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Japonia, Australia), a także Unię Europejską, które chociaż nie mogą, w odróżnieniu od USA, ChRL i Rosji, podejmować decyzji niezależnie, bez oglądania się na stanowisko wielkiej trójki, to wywierają wpływ na światowe stosunki międzynarodowe. Wszystkie pozostałe metamery autor pomija, przywołując to czy inne państwo-malucha tylko w kontekście egzemplifikacji stawianych tez. Taki podział państw na ważne i małoistotne wydaje się świadczyć o tym, że autor pozostaje pod wpływem ubiegłowiecznej klasyki geopolityki z tezą Mackindera o Heartlandzie i kluczowej roli Eurazji w dziejach świata. Poza Japonią i Australią wszystkie „figury” mieszczą się na kontynencie euroazjatyckim. Nie ma wśród wojczalowskich „figur” chociażby Indonezji lub Brazylii – państw, które wielkością PKB i liczbą mieszkańców przewyższają Iran czy Pakistan. Wynikałoby z powyższego zestawienia, że poza geograficzną bliskością do Chin i Rosji (i owego Heartlandu) o hierarchii wpływów – w ujęciu autora – decyduje w pierwszej kolejności siła militarna i gotowość czy skłonność do jej ekspozycji. Stąd też wynikają drobiazgowe, aż do przesady, zestawienia typów uzbrojenia posiadanego przez tę czy inną armię, porównania i oceny zdolności wojskowych państw. Doceniając wysiłek włożony przez autora w zebranie imponującej ilości danych, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to trochę hodgepodge, gdyż celowość podobnych zestawień nie zawsze jest oczywista.

Z takiego descriptio mundi autor wyprowadza scenariusze możliwych przyszłych konfliktów, które, uspokaja autor, nie wyleją się wszakże w wojnę globalną.

Oczywiście, jest świętym prawem autora opracowania, które nie pretenduje do naukowości i obiektywizmu, dowolnie wybierać problemy do opisania, agregować państwa i sojusze, kreślić scenariusze, nawet najbardziej fantastyczne, przyszłych zdarzeń. Podobnie jak świętym prawem obywatela jest uprawianie każdej formy twórczości – naukowej i pseudonaukowej, analitycznej i quasi-analitycznej. Zwłaszcza, jak w przypadku Trzeciej dekady, gdy jej wydanie finansowane jest z prywatnych środków autora.

Trzecia dekada wpisuje się w modny w Polsce ostatnimi laty trend ożywienia dysput geopolitycznych (aby wspomnieć, przykładowo, twórczość Jacka Bartosiaka czy Leszka Sykulskiego), wywołany agresją Rosji przeciwko Ukrainie i, generalnie, wzrostem niepewności. I można byłoby książkę K. Wojczala spokojnie pominąć, jeśliby nie ta okoliczność, że niektóre tezy głoszone przez autora nie tylko współbrzmią z oficjalną retoryką obecnych władz naszego kraju, lecz wydają się wręcz stanowić uzasadnienie dla działań PiS-owskiej polityki zagranicznej.

Jedną z kluczowych tez autora, nieukrywającego swojego głębokiego eurosceptycyzmu, jest przekonanie o nietrwałości UE. „Unia Europejska w formie i kształcie, jaki istnieje obecnie, nie ma szans przetrwać czekających ją prób” – stwierdza autorytatywnie. Według Wojczala, źródłem dezintegracji UE jest przede wszystkim wspólna waluta, euro, która „generuje nierówną dystrybucję kapitału oraz zwiększa dysproporcje pomiędzy krajami”. Atakując euro i UE, autor Trzeciej dekady powołuje się m.in. na opinię Brunona Banduleta. Zapomina tylko wyjaśnić, że Bandulet (były doradca CSU i zwolennik silnego narodowego państwa niemieckiego), owszem, był przeciwnikiem euro, ale dlatego, że – zupełnie inaczej niż Wojczal – uważał, iż przyjęcie wspólnej waluty Unii prowadzi do osłabienia Niemiec i jest ceną, którą Niemcy zapłacili za zjednoczenie kraju.

Nieufność wobec Niemiec (najłagodniejsze z określeń, jakie przychodzą mi na myśl przy charakterystyce stosunku K. Wojczala do Niemiec) jest kolejną płaszczyzną wspólną poglądów autora i PiS. W krytyce polityki Berlina Wojczal jest tak nieprzejednany, że zapomina o logice. Z jednej strony obwinia Niemcy o to, że „wysysają środki ze słabszych i mniejszych gospodarek strefy euro”; z drugiej przyznaje – że Niemcy „podkarmiają zadłużonych po uszy południowców” (czyli państwa południowej flanki UE). Autor potrafi w jednym rozdziale zarzucić Niemcom, że forsują projekt politycznej federalizacji Europy, a zaraz potem pisze o groźbie sojuszu strategicznego Berlin-Moskwa i ich zakusach na suwerenność państw Europy Środkowo-Wschodniej. Okazuje się, wg Wojczala, że Niemcy są winne nawet Brexitowi. Jeśliby nawet przyjąć założenie autora o niecnych zamysłach Niemców, to dziwi dlaczego Wojczal unika kwestii: Czy narodowe Niemcy, z własną walutą, silną armią i niezwiązane ramami oraz polityką Unii Europejskiej są mniej groźne niż Niemcy jako integralna część projektu europejskiego?

Broni za to Wojczal Węgier, które tak dzielnie stawiają opór brukselskim urzędnikom (i knowaniom niemieckim, oczywiście), wychwala projekt Trójmorza i inne inicjatywy odśrodkowe. Jakby nie dostrzegał tej oczywistości, że u źródeł napięć między narodowym rządem Węgier a administracją Unii leży nieprzestrzeganie przez Orbana unijnych zasad praworządności i demokracji (podobnie jak w wypadku sprzeczności między rządem PiS a Brukselą), i że wszelkie podważanie spoistości UE – czy to przez podważanie wartości konstruujących Unię, czy przez tworzenie wewnętrznych „separatystycznych” bloków – osłabia UE jako organizację i, tym samym, każdego z jej członków.

Twierdzeń kontrowersyjnych, niekiedy dziwacznych, a niekiedy po prostu nieprawdziwych jest co niemiara w opisaniu świata według Wojczala (błędy rzeczowe, stylistyczne, a to i ortograficzne – pomijam, nie jest to ostatecznie dzieło literatury pięknej). Na szczęście autor zdaje sobie sprawę z karkołomności zadania, którego się podjął i z własnych ograniczeń, przyznając na wstępie, że proponuje nam „rozrywkę intelektualną”. I tak też proponuję Trzecią dekadę potraktować – z akcentem na słowo „rozrywka”.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Beata DŻON-OZIMEK i Michał OLSZEWSKI, Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, 504 strony.

 

Istnieje cała wielka Biblioteka Przedmiotowa na ten temat. Od tylu już dziesięcioleci pojawiają się w historiografii, socjologii, literaturze pięknej oraz w publicystyce światowej tysięczne analizy, dyskusje i trwające nadal spory dotyczące tego tajemniczego i zagadkowego problemu. Stawiane są ciągle na nowo formułowane pytania. Jak to się stało? Jak to się mogło stać, że w XX wieku, w jednym z największych, kulturowo i gospodarczo wysoko rozwiniętym europejskim kraju (wydającym przez wieki wybitnych filozofów, artystów, kompozytorów czy pisarzy), doszło do tak powszechnego amoku – zbiorowego zaakceptowania, wręcz zaczadzenia, większości narodu totalitarną, antydemokratyczną ahumanistycznie obłędną ideologią, jaką stał się niemiecki faszyzm i hitleryzm?…

Nie jest oczywiście trudno do tej Biblioteki dzisiaj dotrzeć. Obejmuje ona między innymi wiele wybitnych dzieł sztuki pisarskiej, monumentalnej wagi dla światowej i niemieckiej literatury, jak choćby Doktor Faustus Tomasza Manna czy też dramaturgia Bertolda Brechta i proza Alfreda Döblina oraz liczne utwory kilku już pokoleń współczesnych politologów czy literatów (nie tylko niemieckich zresztą – i też nie wyłącznie europejskich). Do tego dochodzą niezliczone opracowania teoretyczne oraz wyrastające z empirycznych i szeroko zakrojonych porównawczych badań historyczno-socjologicznych, piór wybitnych historyków Jak na przykład dzieła historyka angielskiego Allana Bullocka (Hitler. Studium tyranii, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe). Czy nadal liczne analizy historyczno-kulturowe i publicystyczne rozważania, z których wywodzi się choćby owa słynna syntetyczna fraza-myśl Hanny Arendt o banalności zła. Także wywodzące się i z innych, niż niemieckie, środowisk naukowych różnorodnej natury rozprawy (u nas np. filozofa Tadeusza Krońskiego Faszyzm a tradycja europejska czy rozważania Franciszka Ryszki Noc i mgła).

Ale Biblioteka ta obejmuje także inne ważne opisy. Nie tak może spektakularne, bo dotykające mało niby znaczących, jednostkowych zdarzeń, indywidualnych konkretów egzystencjalnych, różnorodnych prac i zapisków codziennych. Pełne przykładów pozornie nieważnych realiów życiowych, tak zwanych przyziemnych i banalnych codziennych spraw i zdarzeń. Z różnych zresztą dziedzin ówczesnej rzeczywistości czerpanych. Acz przecież ukazujące ją tym samym w nowym, bo mniej znanym, niekiedy nawet mocno zaskakującym oświetleniu. Wydobywające z tej jednostkowej perspektywy nowe, nieoczywiste i niedoceniane (często w dążeniu profesjonalistów do uchwycenia całościowego obrazu), owe same w sobie niepowtarzalne, jednorazowe fenomeny, które odsłaniają sprzeczności tamtej niepojętej epoki niemieckich, ale i – eo ipso – europejskich dziejów…

Do tego niezwykłego zbioru będzie odtąd także należeć wydana ostatnio przez Wydawnictwo Czarne potężna, ponad pięciusetstronicowa księga historyczno-dokumentalna, po reportersku dociekliwa, napisana przez dwoje polskich autorów: Beatę Dżon-Ozimek i Michała Olszewskiego Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz.

Słusznie i celnie prawi o niej Martin Pollack – austriacki pisarz, dziennikarz, tłumacz i promotor literatury polskiej – w swym do niej posłowiu. „Wstrząsająca i ważna książka. Autorzy rzucają światło na życie i pracę znanego ornitologa Günthera Niethammera. Ceniony naukowiec bez wahania i bez zastrzeżeń daje się wciągnąć w narodowosocjalistyczny aparat terroru, gotowy jest nawet służyć jako strażnik w Auschwitz, gdzie jak gdyby nigdy nic kontynuuje badania ornitologiczne. Nie był przy tym odosobnionym przypadkiem – podobnie jak on postąpiło wielu niemieckich i austriackich badaczy”. Co, dodajmy, wielu z nich skrzętnie potem ukrywało. Rówieśnicy Niethammera oczywiście się tym nie chwalili, a młodsze pokolenia nic o tym nie wiedziały. „Niethammer był promotorem mojej pracy doktorskiej – mówi jeden z jego powojennych już uczniów – w 1967 roku niczego jeszcze nie wiedziałem na temat parszywej przeszłości Niethammera w SS. Jak można pchać się do SS i tam dokumentować świat ptaków, kiedy jednocześnie na twoich oczach nazistowski terrorystyczny reżim mordował tysiące niewinnych ludzi? Jak można z powodu ambicji naukowych ignorować te zbrodnie?”.

Historia życia Niethammera (należał do rodziny jednego z największych przemysłowców niemieckich), jego ornitologicznej kariery naukowej przed- i powojennej oraz służby w SS, przeplata się w tej książce między innymi z losami polskiego więźnia z obozu oświęcimskiego. Chodzi tu o zdolnego autentystę – malarza amatora, Władysława Siwka, pracującego na zlecenie obozowej władzy (wierzącej widać w wieczną trwałość systemu nazistowskiego) nad cyklem akwarel „kolorowych i jednobarwnych temper i olejów”. Siwek dokumentował w realistyczno-naturalistyczny sposób obozową codzienność i kolejne etapy życia więźniów KL Auschwitz i KL Birkenau. Ale również i to, co dotyczyło dziedziny naszego ornitologa. Tworzył – znakomicie do dziś zachowane (w większości przypadków) – portrety ptaków, których w tym otoczeniu nie brakowało… Na które Niethammer polował z bronią palną, przeznaczając potem swoje trofea do zbiorów muzealnych albo (jak kaczki, gęsi czy łabędzie) – do paradnej kuchni z przeznaczeniem dla gości specjalnych samego komendanta obozu Rudolfa Hössa…

Wszystko to autorzy wydobywają teraz z archiwów niemieckich, austriackich i polskich oraz wszelkich innych możliwych. Badając nadzwyczaj dociekliwie i niezwykle starannie, drobiazgowo wręcz studiując złożone biografie swych bohaterów. Zarówno skomplikowane dzieje owego niemieckiego ornitologa, jak i kilku polskich więźniów. Ich krzyżujące się losy w tym wielce rozbudowanym – i przez to tak pasjonującym – reporterskim i niezmiernie poruszającym wyobraźnię wielowątkowym historycznym śledztwie materiałowym. W tej kapitalnej dla losów świata sprawie (wiadomo przecież, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”) narodzin owej pozornej banalności oraz swoistości rytmu codziennego funkcjonowania systemu zła w świecie ówczesnym. Acz z zarazem dyskretnie wpisanym między wiersze tej historycznej już z natury relacji, tym wielkim i nadzwyczaj istotnym pytaniem: czy wszystko, co ukazują z tak wielką dbałością dociekliwych dokumentalistów, naprawdę jest li-tylko bezpowrotnie minioną cząstką naszej przeszłości?

Doprawdy – powiadam Wam z największym przekonaniem – trzeba tę księgę koniecznie przeczytać.

 

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Andrzej MENCWEL Powieść z życia, I. Strona ojca. Wyd. Nisza, Warszawa 2022, 430 strony.

Kiedy pisałem o swych refleksjach po lekturze książki Annie Ernaux pt. Bliscy („Res Humana” nr 2/2023), zażartowałem, że 1940 to dobry rok, obfitował w talenty, jak dobre wino, bo i Noblistka, i ja urodziliśmy się we wrześniu tego roku. Grono to powiększa Andrzej Mencwel – emerytowany profesor UW, literaturoznawca i antropolog kultury, były dyrektor Instytutu Kultury Polskiej tej Uczelni. On też przyszedł na świat w owym pamiętnym wrześniu – już za hitlerowskiej okupacji. A że przekroczył osiemdziesiątkę, uznał, że pora napisać autobiografię; takie zachcianki miewają starzejący się dżentelmeni, którzy całe życie parali się pisarstwem. Zapowiedział trzy części tego dzieła pod nazwą Powieść z życia; pierwsza właśnie się ukazała i nosi tytuł Strona ojca. Pospieszyłem, by ją kupić, bo z Andrzejem znamy się od 1957 r., kiedy to zawitaliśmy do słynnego Domu Studenckiego UW przy Kickiego 9, razem rozpoczęliśmy wszak studia polonistyczne, obaj trochę młodsi niż nasi koledzy, bo dopiero siedemnastolatkowie. Trafiliśmy do zaprzyjaźnionych ze sobą pokoi, trzy takie były, wszystkich naszych kolegów z tamtych lat nie zapamiętałem, ale większość tak; część wykruszyła się po drodze, część już odeszła do „lepszego” świata. Nie będę o nich pisał, bo Andrzej zapewne poświęci im kilka stron w kolejnych tomach, na które już czekam niecierpliwie. O jednym wydarzeniu muszę jednak wspomnieć, bo inaczej całość mi się nie sklei; Andrzej miał kłopot ze Studium Wojskowym, był czupurny i walczył o swoje racje, a tego – jak wiadomo – wojskowi nie lubią. Musiał powtarzać I rok, którego wedle studenckich regulaminów repetować nie było wolno, ale profesorowie dostrzegli jego intelektualne możliwości i zrobili wyjątek. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mając zaliczone wszystkie przedmioty poza „wojskiem”, mógł rok cały poświęcić na to, co naprawdę chciał zgłębiać, na filozofię, historię idei, antropologię kultury. I wykorzystał tę szansę. Wtedy nasze drogi się trochę rozeszły: inne grona koleżeńskie, różne zajęcia, inni promotorzy, inne zajęcia zarobkowe. Dziś widujemy się rzadko, najczęściej na promocjach książek i pogrzebach kolegów (ostatnio na Bródnie, na pogrzebie naszego Przyjaciela – Władka Kiżysa – człowieka wielkiej szlachetności), ale zachowaliśmy obopólną – mam nadzieję – życzliwość i sympatię. Łączy nas przy tym fascynacja Stanisławem Brzozowskim i niewygasła miłość do Piasków na Mierzei Wiślanej. Andrzej poświęcił im dawno temu duży felieton o „największym zadupiu Rzeczpospolitej”, o którym wspominałem w jednym z wcześniejszych numerów „Res Humana”, a który sprawił, że pojechałem tam po raz pierwszy i oczarowanie pozostało do dziś. Wybieram się na Mierzeję w maju; będzie okazja, by wspomnieć i wypić za tych, których już nie ma.

Odczytuję tę książkę, jako opowieść o rozpadzie rodziny, choć nie do końca rozumiem przyczyn, które ten rozpad spowodowały. Autor pozostawia zresztą sporo niedopowiedzeń, ukrywa się trochę za parawanem intymności rodzinnych przeżyć, o które postronnym nie wypada pytać. Matkę stracił w dniu swoich urodzin. Z Ojcem rozstali się mentalnie jeszcze w trakcie nauki w szkole podstawowej, liceum kończył już w Żarach, gdzie opiekowała się nim starsza siostra. Ojciec próbował nowego związku, nie wyszło, o kolejnym Andrzej ma już niewiele do powiedzenia. Był skazany na siebie, przedzierał się więc przez życie, trochę jak „dziecko ulicy”, ale w powojennych czasach wielu z nas było na taki los skazanych. Nie wyjaśnia do końca przyczyn swego „konfliktu” z Ojcem; ujmuję to słowo w cudzysłów, bo konflikt ma raczej konkretne podłoże, a tu dotyczy wzajemnego niezrozumienia. Może chodzi o brak bliskości, której nie doświadczył, bo nie mógł doświadczyć ze strony Ojca; tę bliskość, ciepło gwarantuje Matka, a jej nie stało, macocha zaś nie chciała lub nie umiała tego ciepła zapewnić, a Andrzej nie chciał zbytnio się o to starać. Nie zmieniło ich relacji nawet aresztowanie Ojca, dyskryminowanego jako lider „prywatnej inicjatywy”.

Autor wplata między rodzinną opowieść także fragmenty dotyczące społecznej, czy może lepiej kulturowej, świadomości zbiorowej, które to zagadnienie od dawna odgrywa rolę dokuczliwego owada, który nie pozwala mojemu myśleniu zasnąć. Sens takich fragmentów tkwi w pół-zdaniach, które po części przytoczę: oto komisarz policji berlińskiej stwierdza po przeczytaniu Tkaczy Hauptmanna, że „cały państwowo-społeczny porządek, w ramach którego rozgrywa się akcja, ukazany jest jako niegodny istnienia” (s. 106). To stwierdzenie wydaje mi się ważniejsze od rozważań na temat przyczyn milczenia Hauptmanna, kiedy republika weimarska została zmiażdżona; ono zalicza się bowiem do konformizmu dość dziś powszechnego. Albo: ojciec „pozostał poddany feudalnej obyczajowości, a żyjąc w państwie formalnie demokratycznym, był uciskany przez przesądy stanowe” (s. 185), bo sam deliberowałem nad tą kwestią, gdy drapieżni kapitaliści (jak Kronenberg czy Bloch) przekształcali się w pogodnych ziemian, hodując konie i przegrywając fortuny, wcześniejszą drapieżnością zdobyte. Albo „Pamięć można osłabić działalnością celową, wystarczy, że rozmyślnie się jej nie kultywuje, a ona już sama posłusznie dokona eliminacji osób, stosunków, zdarzeń” (s. 249). A czynimy tak również z pamięcią narodową, ogólnoludzką też. I jeszcze jeden tylko cytat, bo miejsca mi nie starcza: „Prawdy mitu nie weryfikuje logika prawdy i fałszu, gdyż zawsze jest ona ich mieszaniną” (s. 292). Żyjemy wszak w pomieszanym świecie, w którym nie da się ich od siebie oddzielić. Takich fragmentów do cytowania i zapamiętania jest wiele. Niedosyt, że nie mogę dalej cytować, łagodzi mi tylko przekonanie, że w kolejnych tomach będzie ich więcej. Coś mi się zdaje, że Andrzej już je napisał, bo nie wierzę, że jako człowiek doświadczony, powierzyłby ich istnienie czemuś tak kruchemu, jak egzystencja w wieku 80+.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Ōe Kenzaburō podczas  Międzynarodowej Konferencji Japonistycznej w Kioto, 17.10.1994, Fot. M. Melanowicz.

Ōe Kenzaburō – laureat Literackiej Nagrody Nobla (1994) – zmarł 3 marca 2023 roku.

Był japońskim pisarzem uniwersalnym. Jego twórczość bowiem jest głęboko zakorzeniona zarówno w rodzimej tradycji współczesnej Japonii, jak i w literaturze i filozofii zachodniej, zwłaszcza francuskiej.

Ten twórca o wielkiej wyobraźni w ponad 30 powieściach, kilkunastu zbiorach opowiadań i 42 zbiorach esejów rozważał podstawowe problemy filozoficzne, polityczne i społeczne kraju rodzinnego i świata. Z najwyższą wrażliwością przedstawił m.in. poczucie zagrożenia nuklearnego.

Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał w 1994 r. za przedstawienie świata, w którym życie i mit łączą się w spójny obraz ludzkich konfliktów i cierpień, genialnie opowiedzianych w Futbolu ery Man’en i wielu innych powieściach.

Mgnienie ze wspomnień

Teraz z czułością przyglądam się nieco zamglonemu obrazkowi z pierwszego spotkania młodego Japończyka w okularach, siedzącego naprzeciw mnie w kawiarni w dzielnicy Shibuya w Tokio. Zamiast wizytówki wręczył mi najnowszą swą książkę pt. Notatnik z Hirosimy z autografem i datą napisaną po francusku. Był wtedy szary, lutowy dzień roku 1966. Niewiele o tym młodzieńcu wiedziałem, a jego pochodzenie poznałem znacznie później, gdy zacząłem tłumaczyć jego opowiadania oraz powieść Futbol ery Man’en w latach 70. I wtedy poznanie dzieciństwa Ōe okazało się równie fascynujące, jak i przydatne w studiach nad twórczością przyszłego laureata Nagrody Nobla. Dlatego teraz opowiem o tym, gdzie narodził się przyszły genialny pisarz.

31 stycznia 1935 r. we wsi Ōse, w dolinie otoczonej lasem, w prefekturze Ehime na wyspie Sikoku, urodził się syn Kōtarō i Koishi, któremu nadano imię Kenzaburō, co znaczy „trzeci zdrowy i mocny chłopiec”. Imię traktowane jest dziś jak swego rodzaju pseudonim literacki. Przyszedł więc na świat jako trzecie dziecko w dziewięcioosobowej rodzinie.

Na utrzymanie licznej rodziny pracował ojciec Kōtarō, który zajmował się dostarczaniem dla rządowej drukarni surowca – głównie krzewów mitsumata (krzew papierowy, Edgewothia chrysantha) do produkcji papieru na banknoty. Zmarł jednak w 50. roku życia (w 1944 r.), więc żywicielkami i nauczycielkami Kenzaburō stały się dwie kobiety: babcia i matka, które nauczyły go słuchać wiejskich opowieści i czytać książki (m.in. Przygody Hucka Finna /1884/ Marka Twaina i Cudowną podróż Nils /1906–1907/ Selmy Lagerlof).

W kwietniu 1941 r. Kenzaburō rozpoczął naukę w szkole narodowej w Ōse, a już w grudniu tegoż roku wybuchła wojna na Pacyfiku, wraz z atakiem marynarki japońskiej na bazę amerykańską Pearl Harbor na Hawajach.

W 1944 r. umarł jego dziadek i utonął ojciec. Najstarszy brat został powołany do wojska, a drugiego starszego brata wzięto na roboty, więc spośród mężczyzn w domu pozostał tylko niespełna dziesięcioletni Kenzaburō.

Latem 1945 r., gdy był w piątej klasie szkoły narodowej, Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hirosimę i Nagasaki, a Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich przystąpił do wojny z Japonią. Dopiero wtedy, zgodnie z deklaracją poczdamską rząd Japonii zgodził się na bezwarunkową kapitulację. W końcu – z własnej inicjatywy, mimo niezdecydowania dowództwa wojsk – 15 sierpnia cesarz ogłosił przez radio decyzję o zakończeniu wojny. Ściślej mówiąc, tego dnia w samo południe puszczono w radiu płytę z oryginalnym nagraniem woli cesarskiej (gyokuon hōsō – dosł. audycja „głosu klejnotu”, tzn. głosu cesarza).

W marcu 1947 r. Kenzaburō skończył szkołę podstawową (po wojnie zmieniono jej nazwę), a w kwietniu poszedł do szkoły średniej w Ōse już w nowym systemie i z nowym programem, czyli do trzyletniego gimnazjum. W tymże roku w maju weszła w życie nowa konstytucja, o której uczono również w szkole. Przejawem poważnego traktowania nowego ładu społecznego było organizowanie związków zawodowych w szkole. Kenzaburō również brał w nich udział, a w drugiej klasie został nawet przewodniczącym nowo utworzonego „dziecięcego związku zawodowego rolników” (zob. Nenpu w Yoku wakaru Ōe Kenzaburō).

W marcu 1950 r. ukończył gimnazjum, a już w następnym miesiącu rozpoczął naukę w liceum w miasteczku Uchiko. Jego edukacja rozpoczęła się więc od wpajania uczniom szowinizmu (kokusuishugi) w czasie wojny w szkole narodowej, a następnie – uczenia się „demokracji” w gimnazjum i liceum. Ta zmiana miała wielki wpływ na kształtowanie się osobowości Kenzaburō. Wspominał m.in., jak podczas pierwszych zajęć po wojnie uczniowie zajmowali się wykreślaniem fragmentów tekstów w starych podręcznikach, których wcześniej musiał się uczyć jako oczywistej prawdy w historii narodowej.

W kwietniu 1951 r. zmienił szkołę na Wschodnie Liceum, znajdujące się w mieście Matsuyama, znanym z zamku feudalnych panów, ze słynnych literatów i pobliskich gorących źródeł, jak np. Dōgo onsen. Bywał tam również Natsume Sōseki, ucząc w pobliskiej szkole (zob. jego powieść pt. Botchan – Panicz), przyszły autor Sedna rzeczy.

W czasie nauki w liceum Kenzaburō redagował gazetkę, pisał wiersze i eseje. Czytał również książki powojennych literatów, m.in. słynnego krytyka Kobayashiego Hideo (1902–1983). Czytał też eseje Hanady Kiyoteru (1909–1974), pioniera awangardowej krytyki literatury i sztuki. Spośród powieściopisarzy najbardziej cenił Ishikawę Juna (1899–1987), podobnie jak Abego Kōbō, a zwłaszcza Ishikawy tłumaczenia literatury francuskiej: André Gide’a Immoralisty i Lochów Watykanu oraz Paula Claudela (ambasador Francji w Japonii w 1921 r.).

Zaprzyjaźnił się z kolegą z tej samej szkoły, Itamim Jūzō (1933–1997). Poznał też jego siostrę Yukari, którą później poślubił. Od tego czasu przez 12 lat mieszkał w internatach i akademikach, ponieważ w marcu 1953 r. skończył naukę w liceum w Matsuyamie i wyjechał do Tokio na roczny kurs przygotowawczy do studiów.

Znaczenie umiejętności pisania i lektur humanistycznych
w liceach

Mówiąc o lekturach i pracach nadobowiązkowych Kenzaburō w okresie licealnym, należy zwrócić uwagę na trwałość wysiłków nauczycieli do tworzenia w szkole warunków dla rozwoju osobistych zainteresowań i samodzielnego myślenia uczniów. Szczególną rolę w tym procesie odgrywała nauka opisywania życia (seikatsu no tsuzurikata). Nie było to novum okresu powojennego. Już w drugim dziesięcioleciu XX w. zachęcano uczniów do „opisywania życia”, swobodnego wyboru tematu do przemyśleń i przygotowywania wolnych kompozycji (jiyū sakubun). Poza tym skłaniano uczniów szkół podstawowych do prowadzenia dzienników wakacyjnych.

Powyższe wysiłki dydaktyczne – po przerwie okresu militaryzacji i wojny – zachowały trwały, pozytywny ślad, tzn. przekonanie nauczycieli o celowości stwarzania uczniom pewnego marginesu czasowego do wypełnienia redagowaniem gazetek, pisaniem wypracowań i opowiadań do publikacji. Kenzaburō dobrze wykorzystywał te możliwości nauki twórczego spędzania wolnego czasu.

Gdy poznajemy biografie literatów, zauważamy ten aspekt w edukacji szkolnej, nawet w czasach śrubowania wymagań opanowania wiedzy, mającego prowadzić do sukcesu, tzn. zdania egzaminów i przyjęcia na studia. W wielu liceach przywiązywano niemałą wagę do samodzielnych poszukiwań własnych dróg i umiejętności. Tak było nie tylko w latach 20. XX w., to znaczy w okresie nauki w szkole średniej np. Dazaia Osamu (1909–1948, autora Zmierzchu czy Owoców wiśni), lecz również w czasie nauki Kenzaburō w pierwszych latach powojennych. Dlatego Kenzaburō mógł redagować gazetki oraz publikować eseje i opowiadania w okresie nauki w liceum.

Na Uniwersytecie Tokijskim Kenzaburō nadal dużo czytał i pisał

W kwietniu 1954 r. Kenzaburō rozpoczął studia na wydziale humanistycznym Uniwersytetu Tokijskiego, ale nie zrezygnował z pisania scenariuszy teatralnych (m.in. Sora no nageki – Rozpacz nieba) i opowiadań. Dzięki temu mógł poprawić swą sytuację życiową, ponieważ zaczął otrzymywać również nagrody pieniężne. Jego opowiadania zyskują wtedy wysokie oceny podczas krajowych konkursów dla studentów (m.in. Yasashii hitotachi – Czuli ludzie).

Natomiast we wrześniu 1955 r. otrzymał Nagrodę Alei Ginko (Ginnan Namikishō) za Kazan (Wulkan), pierwsze opowiadanie opublikowane drukiem na łamach czasopisma „Gakuen” („Szkoła”), wydawanego przez Stowarzyszenie Studentów Wydziału Kyōyōgakubu (Liberal Arts) Uniwersytetu Tokijskiego.

Warto wspomnieć, że alei drzew ginko (ichō), słynnych z pięknie żółknących liści w listopadzie, jest w Tokio kilka. Jedna biegnie od Pałacu Cesarskiego do Dworca Tokijskiego. Jest też krótka alejka na terenie Uniwersytetu Tokijskiego. I to zapewne tę alejkę mieli na uwadze twórcy nazwy wspomnianej nagrody.

Nagrodę Alei Ginko w dziedzinie literatury przyznaje (z przerwami) do dziś Stowarzyszenie Studentów głównie w środowisku kampusu Komaba Uniwersytetu Tokijskiego. W jury zwykle zasiada kilku profesorów i kilkunastu studentów. Od lat 90. nagroda ta szczyci się swym trafnym wyborem z początkowego okresu, tzn. przyznaniem nagrody Kenzaburō, teraz sławiącym swą uczelnię laurem noblowskim.

Kenzaburō w tym samym 1955 r. napisał jeszcze m.in. scenariusz teatralny pt. Natsu no kyūka (Letnie wakacje).

W tym czasie pasjonował się twórczością Pascala i Camusa. W kręgu jego zainteresowań był również Abe Kōbō, późniejszy przyjaciel. Duży wpływ na jego twórczość wywarli również Norman Mailer i William Faulkner.

W kwietniu 1956 r. Kenzaburō skończył kursy humanistyczne i rozpoczął studia romanistyczne. Jego promotorem został Watanabe Kazuo (1901-1975), wybitny znawca renesansu francuskiego, tłumacz wielu dzieł literackich, jak również Gargantui i Pantagruela na język japoński. Watanabe stał się jego ulubionym, podziwianym mistrzem i doradcą.

We wrześniu Kenzaburō pisał jeszcze scenariusze teatralne: Shinin ni kuchi nashi (Zmarły nie ma ust) i Kemonotachi no koe (Głosy zwierząt). Ten ostatni stał się podstawą opowiadania Kimyō na shigoto (Dziwne zajęcie), wyróżnionego Nagrodą Święta Majowego w 1957 r. Dostrzeżono w nim wpływ myśli Camusa. Właśnie w tym czasie interesował się egzystencjalizmem i czytał głównie dzieła Sartre’a, przygotowując się do pisania pracy dyplomowej na temat Dróg wolności.

W maju 1957 r. Kenzaburō opublikował Kimyō na shigoto (Dziwne zajęcie) na łamach gazety uczelnianej „Tōkyō Daigaku Shinbun”, które w recenzji dla „Mainichi Shinbun” pochwalił krytyk Hirano Ken (1907–1978). Bohater tego opowiadania (Boku – Ja), razem z dwojgiem innych studentów przyjął dziwną pracę, polegającą na pomocy w zabijaniu psów, ale kiedy okazało się, że psie mięso sprzedawano do restauracji i zainteresowała się tym procederem policja, cały żmudny wysiłek studentów okazał się daremny. Stał się syzyfową pracą.

Dzięki wspomnianej recenzji studentem Ōe Kenzaburō zainteresowali się redaktorzy i zaczęli zamawiać u niego teksty do czasopism. Wtedy też niespełna 23-letni student zdecydował się zostać pisarzem. Wciąż dużo pisał i publikował, głównie opowiadania.

Zanim Kenzaburō skończył studia w 1959 r. (praca na temat wyobraźni w powieściach Sartre’a), opublikował swą pierwszą powieść Memushiri ko uchi (Zerwać pąki, zabić dzieci, 1958), przedstawiającą młodzież z poprawczaka w okresie wojny w scenerii rodzinnej wioski w głębi gór. W tym samym roku opublikował również opowiadanie Shiiku (Zdobycz), dzięki któremu student Kenzaburō wkroczył na drogę prowadzącą do wielkiej kariery pisarza wysoko cenionego nie tylko w Japonii, lecz również na świecie.

Pierwsze tłumaczenia w Polsce

Wspomnę, że w Polsce twórczość Ōe doceniliśmy przed przyznaniem mu Nagrody Nobla głównie za powieści Futbol ery Man’en (tłumaczenie Mikołaja Melanowicza z oryginału) i Sprawa osobista (tłumaczenie pośrednie z angielskiego, wydanie PIW).

A oto, co pisałem z okazji przyznania Nagrody Nobla w artykule pt. Alegoria człowieka współczesnego („Wiedza i Życie”, maj 1995 r.):

„W ubiegłym roku (1994) Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Ōe Kenzaburō. Jest on drugim japońskim pisarzem, którego wyróżniła Akademia Szwedzka.

W roku 1968 nagrodzony został Kawabata Yasunari, piewca piękna natury i kultury japońskiej, autor Śpiących piękności, Tysiąca żurawi i Krainy śniegu, opowiadań i powieści subtelnie ukazujących egzotykę jego kraju.

Podczas wykładu wygłoszonego w Akademii, Kawabata mówił o «Japonii, pięknie i sobie». Ponad ćwierć wieku później Ōe mówił o «Japonii, dwuznaczności i sobie».

Obaj nobliści reprezentują w swej twórczości krańcowo różne podejścia do rodzinnego kraju. Kawabata poszukiwał szczególnych cech kultury japońskiej w średniowieczu, widząc je w specyficznym kulcie piękna i «wschodniej nicości». Odwoływał się do wierszy żyjących w XIII w. zenistów – Dōgena i Myōe, by powiedzieć o ważnym dla Japończyków poczuciu związków z przyrodą i jej cyklicznymi przemianami. Mówił w swych książkach o mistycyzmie Wschodu i o sobie słowami średniowiecznych mnichów, którzy raczej sugerowali, niż wypowiadali się precyzyjnie i wykazywali swą bezsilność wobec językowej niemożności wyrażania prawdy. Poezji zen nie można bowiem zrozumieć, należy po prostu poddać się jej, jeśli sięjest gotowym do utożsamienia się z mistyczną myślą Wschodu.

Ōe w swej twórczości cofnął się tylko do «ostatniej, tragicznej wojny światowej», kiedy był małym chłopcem mieszkającym w dolinie na japońskiej wyspie Sikoku. Fascynowały go wtedy książki zachodnie: Przygody Hucka Marka Twaina i Cudowna podróż Selmy Lagerlöf. Ōe daleki jest od nihilizmu wschodniego. Więcej zawdzięcza literaturze i filozofii Zachodu: w młodości myśli egzystencjalistycznej Jeana Paula Sartre’a, a później – wlatach 80. – poezji i prozie Francois Rabelaise’go, Malcolma Lowry’ego, Williama Blake’a, Williama Butlera Yeatsa, że wymienię tylko tych twórców, których pisarstwo odcisnęło swe piętno na wielu utworach Ōe.

Ōe Kenzaburō znany jest w Polsce tylko z kilku utworów. W roku 1972 w tomie opowiadań Cień wschodzącego słońca wydanym przez „Książkę i Wiedzę” ukazała się jego nowela Zdobycz (Shiiku, 1958), wyróżniona prestiżową Nagrodą Akutagawy. Dwa lata później nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego (PIW) ukazała się [w przekładzie z języka angielskiego] powieść Sprawa osobista (Kojinteki-na taiken, 1964). Następnie również PIW wydał w 1979 r. najwybitniejszą chyba powieść w dorobku Ōe – w przekładzie z oryginału japońskiego pt. Futbol ery Man’en (Man’en gannen no futtobōru, 1967), którą później wznowiło Wydawnictwo Wilga w 1995 r. Należy również wspomnieć opowiadanie Hojność umarłych (Shisha no ogori, 1958) zamieszczone w antologii pt. Tydzień świętego mozołu. Opowiadania japońskie 1945–1975, opublikowanej w 1986 r. również przez PIW […].”

Najgłośniejsze utwory Ōe lat 60. i 70. noszą piętno bolesnego doświadczenia osobistego: w roku 1963 urodził mu się syn Hikari z wadą mózgu, co zburzyło podstawy harmonijnego życia rodzinnego. W Sprawie osobistej pisarz przedstawił taką właśnie rodzinę. Odtąd wątek rozkładu rodziny, a także odpowiedzialności za tych, którzy od nas zależą i na nas liczą, przewija się w jego twórczości. Jest również bardzo ważny w Futbolu ery Man’en – powieści, w której autor dokonał podsumowania problemów poruszanych wcześniej. Nadał im nową, szerszą perspektywę i stworzył powieść liczącą się w dorobku literatury światowej XX wieku.

[…] „Poczucie zagrożenia egzystencji w epoce atomowej towarzyszy bohaterom powieści z lat 70., m.in. Kōzui wa waga tamashii ni oyobi (Powódź sięga mej duszy, 1973). Jej bohater zrezygnował z wygodnego życia w Tokio, przybrał nazwisko i imię, które można przełożyć jako Wielkie Drzewo i Odważna Ryba, i zamieszkał zeswym niedorozwiniętym synem w irracjonalnym świecie – w schronie przeciwatomowym, aby móc obcować zduchami drzew i wielorybów. Uczynił to z myślą o dziecku, którewydaje się rozumieć język przyrody. Do ich życia wtargnęli Żeglarze Wolności, przewidujący kataklizm i przygotowujący się do odpłynięcia zJaponii, w której panoszy się terroryzm, działają gangi i grupy zbuntowanej młodzieży. W tytule powieści autor nawiązuje do zdania zbiblijnego Proroctwa Jonaszowego (2,6), które brzmi: «ogarnęły mię wody aż do duszy», i sugeruje, że w obliczu zbliżającej się katastrofy pozostaje tylko modlić się do Boga. Kilkakrotnie cytuje również słowa starca z Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego, przypominające o modlitwie.”

W powieści Dōjidai geemu (Gry synchroniczne, 1979) Ōe ukazuje historię japońskiego społeczeństwa alternatywnego, które wybrało drogę harmonii zprzyrodą. I znów prowadzi czytelników na wyspę Sikoku. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją tu w jednej synchronicznej przestrzeni. W tej czasoprzestrzeni odbywa się „ruch życia”, cyrkulacja narodzin i śmierci, zespolone w jedną całość dzięki mitowi zaczerpniętemu ze starodawnej kroniki. Autor sugeruje, że oznaki złowieszczej przyszłości tkwią w teraźniejszości. W ten sposób wyraża niepokój o przyszłość kraju i świata.

Swój własny dramat Ōe Kenzaburō zamknął w kręgu najbliższej rodziny i przyjaciół. Z tej słabości uczynił jednak siłę swej literatury. Ową „sprawę osobistą” przetworzył w oryginalny świat wyobraźni, w którym przegląda się ludzki los. Ambitny, pracowity, a zarazem skromny człowiek na pewno zasłużył na międzynarodowe wyróżnienie. Napisał kilkanaście wybitnych powieści, posługując się nietuzinkowym językiem, bogatym w obrazy, symbole i porównania – drapieżne, wręcz kontrowersyjne, które złożyły się na wielką alegorię człowieka współczesnego, ustawicznie walczącego o życie godne i odpowiedzialne.

 

Artykuł ukazał się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

A historia – pytasz – co to?

A to my tak pochyleni

nad dniem, co kruszy się nam w palcach,

zanim do ust go doniesiemy.

To też nadzieja, co tak płynie

przez serce matki, która w sieni,

chociaż umarła dawno temu,

przecież wciąż siedzi zapatrzona

w ten jeden punkt, gdzie ty zniknąłeś

i czeka, czeka, kiedy wrócisz

i znów zasiądziesz z nią za stołem.

A to tramwaju nocny lament,

co na zakrętach ciszę rani,

jakby wspomnienia salw wojennych

odbiło echo w murach starych.

A ci, co patrzą na nas niemo

z gałęzi, gdzie ich powieszono,

z zieleni, która znów na wiosnę,

z książki na strychu znalezionej,

to też historia, twoje ziarno,

co kiedyś w tobie zakiełkuje

i staniesz się podglebia barwą

dla tych, co przyjdą pytać: co to?

Korespondencja Stanisława Augusta z Katarzyną II i najbliższymi współpracownikami (1764–1796). Wydawnictwo Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa 2022, w dwóch tomach: 1 ma 515 stron, tom 2 – 610 stron.

Na półkach księgarń, zwanych ambitnymi, co jest niewątpliwie zgodne z prawdą, ukazało się szereg książek obejmujących okres panowania ostatniego polskiego króla. Ostatniego polskiego, w tym znaczeniu, że wybranego przez polską szlachtę na polach Woli pod Warszawą. Co prawda, począwszy od wyboru Henryka Walezego, wybór polskiego monarchy nie był tylko w rękach szlachty Rzeczypospolitej, ale w znacznym stopniu silne były nań wpływy ościennych państw, wyrażane finansowo, lub, jak w przypadku saskich Wettynów i Stanisława (Antoniego) Augusta wręcz z namaszczenia ościennego mocarstwa – Rosji. Dzięki Muzeum Łazienek Królewskich otrzymaliśmy dostęp do istotnych publikacji dotyczących epoki stanisławowskiej – przede wszystkim pamiętniki Stanisława II Augusta – książkę angielskiego historyka o czasach stanisławowskich, ale także, co najistotniejsze, materiał źródłowy, jakim jest korespondencja króla Stanisława II i cesarzowej Katarzyny II oraz szeregu urzędników obojga władców z lat 1764–1796.

„Korespondencja” jest jednak wyjątkowa – mamy możliwość przeczytania wymiany korespondencji między pierwszoplanowymi aktorami Polski i Rosji drugiej połowy XVIII wieku; ich poglądów, oczekiwań, nadziei i gry politycznej z okresu, gdy I Rzeczpospolita zmierzała do zakończenia swojego bytu jako niezależny podmiot polityczny.

Król zwraca się do Katarzyny per „siostro”, ona – „bracie”, choć, jak wiemy, łączył ich w młodości intymny związek, któremu Poniatowski zawdzięcza koronę. Polska historiografia uważa na ogół, że Stanisław II był wyjątkowo naiwnym politycznym graczem, wierząc w dobrą wolę swojej niemiecko-rosyjskiej partnerki. Niewątpliwie król do końca swych dni był zakochany w cesarzowej, ale na pewno nie był naiwny. Różnili się przede wszystkim pochodzeniem – Katarzyna (urodzona, jako Zofia Anhalt), córka pruskiego oficera ze Szczecina, nie dorównywała wykształceniem i obyciem europejskiemu, polskiemu oświeceniowemu królowi, znającemu dwory królewskie i arystokrację Londynu i Paryża, a którego marzeniem było przekształcenie Polski w nowoczesne państwo w czasach nadchodzącej nowej epoki: końcowych lat feudalizmu, rozwoju nauki i literatury, ale wstrząsanej rewolucją we Francji.

Korespondencja monarchów przedstawia niewyobrażalny poziom zdrady narodowej elit Rzeczypospolitej. Tak naprawdę, nie było polskiej warstwy społecznej, która wspierałaby króla w jego dążeniu do odbudowy niezależności kraju.

Przykładowo w korespondencji pojawia się Litewski Wielki Hetman Michał Massalski, który przegrawszy głosowanie w Sejmie o zrównaniu praw hetmanów koronnych i litewskich, interweniuje u cesarzowej Katarzyny II o powrót do stanu przed głosowaniem Sejmu, a o czym król dowiedział się od swej „siostry” (list z 24 XII 1764).

Massalski nie był jedyny, zdecydowana większość szlachty i kleru była wrogo nastawiona do Poniatowskiego.

Dla Rosji istotne było poróżnienie szlachty etnicznie polskiej i litewskiej, niemal w 100 procentach katolickiej z większością ukraińską oraz białoruską. Rzeczpospolita miała ponad 70 procent ludności niepolskiej, w większości prawosławnej. Rosja wykorzystywała ten podział, wspierając tzw. dysydentów, którzy w Rzeczypospolitej mieli ograniczone prawa obywatelskie – nie tylko chłopów, ale też i szlachty ukraińsko-białoruskiej, a także szlachty Prus i Inflant oraz mieszkańców dużych miast, gdzie większość mieszkańców miała pochodzenie niemieckie i była wyznawcami kościołów protestanckich.

Listy Katarzyny II ukazują stopień manipulacji politycznej w dzieleniu społeczeństwa Rzeczypospolitej. Rosja okazywała się, jako ich jedyny opiekun przed agresją polskiej szlachty oraz katolickiego kleru, dla którego ich aktualny interes finansowy był istotniejszy od interesu państwa, mimo że Rosja nie sprzyjała katolikom.

Korespondencja ukazuje żałosną sytuację króla w państwie totalnie zanarchizowanym, w którym magnaci i Kościół prowadzili swoją własną politykę krajową i zagraniczną. Rosjanie i Prusacy wysyłali swoje wojska na popas na polskie ziemie. Król często żali się na postępowanie rosyjskiej armii, oczywiście bez rezultatu, tym bardziej, że ich pobyt był usankcjonowany zgodą hetmanów (Massalski otrzymał za zgodę 45 tys. rubli). Żydzi i Niemcy zarządzali majątkami szlachty, tępej i aroganckiej, gotowej wesprzeć dowolnego zagranicznego władcę, by ten czy ta gwarantowali im dotychczasowy tryb życia w głupocie i opilstwie, plutokracji i niewolniczym wykorzystywaniu chłopów, braku szacunku dla wiedzy i innowacji kulturowej, prymitywnym religianctwie, miernocie umysłowej. Kochanka Poniatowskiego, cesarzowa, w jednym z ostatnich swoich listów do króla, pisze: „Los Polski (…) jest skutkiem zgubnych zasad wyznawanych przez wszystkie stany i całe społeczeństwo, któremu za wzór posłużył lud nieznający w niczym umiaru i brnący od błędu do błędu. Nie do mnie należało przestrzeganie narodu polskiego przed szkodliwymi skutkami takiego postępowania i zamknięcie pod jego stopami przepaści wykopanej przez jego niszczycieli, którzy go w końcu do otchłani zepchnęli” (AKP 359, datowany na dn. 21 11 (kalendarz juliański), dn. 2 XII 1794). Katarzyna II i jej doradcy to inteligentni ludzie, umiejący wykorzystać głupotę polskiej szlachty w interesie imperialnym Rosji, przy wydatnym wsparciu polskich elit politycznych. Wysiłki Stanisława II nie były w stanie ich pokonać, warchoły wygrały.

Brzmi znajomo? No cóż, chyba dalej siedzimy w tym bagnie, bo w nim nam najlepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Zbigniew JERZYNA, Wybór wierszy, opracowanie i wybór Marcin Jerzyna, przedmowa Andrzej Wołosewicz, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2023, s. 425

 

Chciałem wam powiedzieć,

że przyszedł do mnie mój syn

że ojciec i syn przy jednym stole,

w pokoju z oknem otwartym na świat –

rozmawiali ze sobą

Zbigniew Jerzyna

Tako rzecze w jednym ze swych Wierszy ostatnich (dotąd osobno niepublikowanych) – Ojciec, czyli Zbyszek Jerzyna do swego Syna Marcina. Znaleźć je można w wydanym niedawno przez wydawnictwo Adam Marszałek obszernym Wyborze wierszy* tego zmarłego w listopadzie 2010 r. poety (tak, to naprawdę nie do wiary, że kilkanaście już lat minęło!). A dodajmy też od razu dla jasności, iż czytać je wszystkie można teraz w wyborze „autorskim”, dokonanym przez jego syna Marcina Jerzynę w 60-lecie debiutu książkowego Zbyszka (tom Lokacje, PIW 1963).

„Rozmowy” takie, jak ta wyżej przywołana, zawsze muszą być, siłą rzeczy „zaoczne” i „korespondencyjne”. Prowadzone bowiem przy pomocy poezji, w różnym czasie i w nieoczywistej, zawsze owianej mgiełką tajemnicy przestrzeni niby czysto tylko wewnętrznej, osobistej, ale przecież już i w historycznym już i psychologiczno-społecznym zarazem kontekście. Taki „dialog”, z jakim tutaj mamy do czynienia, zawsze jest i musi być (myślę sobie) zapewne ogromnie trudny, chociaż zawsze jest ciekawy i ważny. Ważny przede wszystkim dla nas, czytelników, ale chyba – jakby to nie pobrzmiewało mocno pretensjonalną nutą metafizyczną – i dla obu bezpośrednich „interlokutorów”. Bo zapewne nie tylko dla młodszego z nich. Istotne jest i to, że odbywa się on „przy jednym stole w pokoju otwartym na świat”. Gdyby nie owe „zaoczne rozmowy”, nie byłoby zapewne tej całej, oryginalnie pomyślanej i skomponowanej księgi poetyckiej; tego ponad czterysta stron liczącego sobie obfitego „wysypu” wierszy, pochodzących z różnych epok pisarskiej aktywności poetyckiego dorobku Zbyszka Jerzyny…

Ba, nie byłoby może i poety Marcina Jerzyny…

Czas tu dopowiedzieć wreszcie i tę oczywistą oczywistość (choć nie wszystkim może wiadomą), że Marcin jest nie tylko synem poety Zbyszka, ale i sam poetą jest! Pamiętam, jak przed laty pojawił się u mnie, jako początkujący student polonistyki z pierwszymi swymi wierszami. Ich ciekawa stylistyka i ekspresyjność wyrazu oparte były głównie na jednym z najstarszych chwytów wypowiedzi poetyckiej, czyli rymowanej rytmizacji… Dziś raczej niemodnej u nas w poezji, ale przecież trudno zaprzeczyć, iż zawsze sprzyjającej sile tonu i wysokiej temperaturze narracji… Powstał wtedy z tych wierszy debiutancki zbiorek Marcina J. (z moim przedsłowiem) pt. Ból mój król, Warszawa, Staromiejski Dom Kultury, 2004. No i nie zdziwiłem się także specjalnie i tym, że wkrótce potem pojawił się na naszej młodzieżowej scenie muzycznej tenże Marcin Jerzyna wraz z zespołem rockowym „Panta Koina” (patrz: www.fb.com/pantakoina). Wyrażający we własny, ostry i gniewny sposób pokoleniowe widzenia świata ówczesnych, wchodzących w życie na przełomie tysiącleci tak zwanych milenialsów. Z własnym spojrzeniem na rzeczywistość. Ukazywaną, jak w przypadku Marcina J., nie tylko poprzez wiersze własne czy rówieśników, ale również i poprzez „stare” wiersze ojca, teraz odkrywane na nowo, a także teksty wielu przywoływanych przez „Panta Koinę” klasyków europejskiej i światowej poezji z kręgu głównie tak zwanych poetów wyklętych, (kto ciekaw niech sprawdzi, że jest na tej liście między innymi nawet wiersz Plemiona Michaiła Lermontowa!).

Wracajmy jednak z tej wycieczki do samych Wierszy wybranych Zbyszka J. (przepraszam za tę stałą familiarność, ale znaliśmy się „od zawsze”, czyli ponad 60 lat, od czasów studenckich i powstania grupy Orientacji Poetyckiej Hybrydy na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, gdzie współredagowaliśmy przez pewien czas pismo „Orientacje”, a wieczory spędzaliśmy „po bożemu”, a jakby się kto pytał, słuchając Dudusia-Matuszkiewicza oraz pierwszych występów – wtedy jeszcze zgodnych w swej antysystemowej postawie – „kabareciarzy”: Wojtka Młynarskiego, Jonasza Kofty, Jana Pietrzaka czy Adama Kreczmara). A zatem, wracając do wierszy w opracowaniu i wyborze Marcina Jerzyny, trzeba powiedzieć, że powstał wybór naprawdę niebanalny, oryginalnie pomyślany i zrealizowany konsekwentnie. Przede wszystkim, jako osobiste jego spojrzenie na poetycki dorobek ojca. Dzięki kierowaniu się przy tym doborze tekstów głównie własnym smakiem i gustem, „prywatnymi” preferencjami estetycznymi i znaczeniową dla niego dziś samą wagą poszczególnych utworów. Bez oglądania się na znany nam wszystkim dobrze, swego rodzaju „terror” edytorskich zasad, dyktat utartych opinii, choćby krytycznoliterackich poglądów na temat tego, co dobre, co takie sobie, a co zupełnie be! A zatem nie dziwota, że powstał wybór nieliczący się ze zwyczajowymi względami polonistycznie standardowo „poprawnych” edycji „wyborów wierszy”. Takimi choćby na przykład, jak chronologia ich powstawania czy pedantyczne trzymanie się „źródeł” czy dat publikacji wierszy, tytułów tomów, z jakich są zaczerpnięte itp. itd.

Zobaczmy zatem. Wybór Marcina Jerzyny otwiera znany i charakterystyczny dla pewnego nurtu dorobku jego ojca wiersz: *** Śmiertelny, chcę cię ukryć śmiertelną w ramionach… Pochodzący gdzieś ze „środkowego” okresu poezjopisarstwa Zbyszka, ale zaraz potem pojawiają się też i fragmenty jednego z pierwszych i najbardziej znanych jego wierszy z debiutanckiego tomu, dedykowane mistrzowi jego młodości – Stanisławowi Grochowiakowi. Towarzyszą mu oczywiście i inne nie mniej znane wiersze, wybrane z całego tego przecież długiego, ponad półwiecznego okresu jego życia i twórczości… W tym na przykład tak często przywoływane, a brzmiące niekiedy tak boleśnie aktualnie, jak Wojna jest wesz czy też ten – odwołujący nas do tylu wspomnień i skojarzeń – „osobistych znajomych”, przyjaciół i kolegów – jak ów słynny i przejmujący tragiczną samowiedzą pt. Wódka:

Ech ty!

Na łzie oparta

Chytra

Ty sposobie

Śmiechu pusty

Wspaniała

Klęknę

Przy twym grobie…

Powoli potem wybór Marcina J. powraca do przetartych przez wcześniejszych antologistów szlaków w wyborze i układzie tekstów. Znajdziemy tu także – i słusznie bardzo – obszerną prezentację Erotyków Zbyszka, wybór przejmujących wewnętrznym żarem, autentyzmem i prawdą przeżycia cykl Listów do Edyty czy też nie mniej znany cykl głośnych Kolęd – na czele z ową Kolędą 1978:

Kolędo, nie drwij żeśmy tacy mali

jak pastuszkowie, a nawet zwierzęta.

Niech z nas odpłyną alkoholu rzeki

I niech się naród wreszcie opamięta

czy Kolęda z 2005 r.:

Jezu, dziś nam potrzeba

Abyś się narodził

Bo nam oczy oślepły

Ciemność weszła w słowa…

Bo nas mylą i mamią

Fałszywi prorocy…

Na koniec swego wyboru Marcin J. znajduje miejsce dla owych, około siedemdziesięciu, nieznanych nam dotąd, zaczerpniętych z rodzinnego archiwum – Wierszy ostatnich, w których Zbyszek J., jego zdaniem, i zdaniem autora przedsłowia do tego wyboru, Andrzeja Wołosewicza, podejmuje na nowo główne wątki („ryty”) całej swej twórczości związane z doświadczeniem doznań i lęków egzystencjalnych, trudnych osobistych losów wojennych i lat późniejszych, ściśle prywatnych obowiązków i rodzinnych perypetii, ale i przede wszystkim historyczno-społecznych uwikłań – wspólnych zresztą dla całej jego (naszej) generacji…

Będzie to też na pewno znaczący materiał dla dociekliwych badaczy i krytyków. Bo moim zdaniem Marcin Jerzyna – syn miał pełne prawo do takiego, a nie innego układu i doboru wierszy Zbyszka – ojca do tej antologii! I to nie tylko przecież ze względów rodzinnego pokrewieństwa. Ale czy miałby do tego, czyli osobistego, subiektywnego wyboru prawo każdy inny antologista? Teoretycznie oczywiście tak, acz przecież byłby to zupełnie inny wybór…

 

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

O twórczości Annie ERNAUX, laureatki Literackiej Nagrody Nobla za 2022 rok, rozmawiają: Agata KOZAK – tłumaczka jej książek, Janusz TERMER – krytyk literacki, Zdzisław A. RACZYŃSKI – pisarz i Robert SMOLEŃ – redaktor naczelny „Res Humana”.

Janusz Termer: Nie jestem zawodowym znawcą ani specjalistą od literatury francuskiej. Chciałbym wystąpić w roli zwykłego czytelnika tejże literatury. Wprawdzie w Polsce ukazało się co nieco z twórczości Annie Ernaux, lecz w naszym kraju pisarka nie była znana. Liczmy, że przyznanie jej nagrody Nobla tę sytuację zmieni, gdyż na tym między innymi polega rola nagród literackich, że wprowadzają do szerszego obiegu pisarza wartego bliższego poznania.

Trzy krótkie opowieści, które składają się na tom Bliscy, jaki właśnie się u nas ukazał, tworzą swego rodzaju narracyjne studium o współczesnej Francji, a także samej autorce i jej rodzinie. Rodzina, jej funkcjonowanie jest tutaj punktem wyjścia do rozważań na temat współczesnej kultury francuskiej, socjologii codziennego życia. Sama Ernaux zresztą mówi wprost – wynotowałem kilka takich fragmencików: „To, o czym mam nadzieję napisać i co byłoby najprawdziwsze, sytuuje się niewątpliwie na styku tematyki rodzinnej i społecznej, mitu i historii”. Dopełnieniem tego są inne jej słowa wyjęte z tego tomu: „To nie jest biografia i oczywiście też nie powieść. Może coś z pogranicza literatury, socjologii i historii”. Myślę, że to są najzwięźlejsze słowa, jakie można o tej książce powiedzieć – coś z pogranicza literatury, historii, socjologii, obyczajów i współczesnych przemian obyczajów we Francji naszych czasów. Można to odnieść zresztą do całego tak zwanego Zachodu europejskiego i do wszystkich przemian, jakich byliśmy i jesteśmy w dalszym ciągu świadkami.

Zdzisław A. Raczyński: Gratuluję pani Agacie tłumaczenia, precyzyjnego jak oryginał i wzbogacającego naszą znajomość współczesnej literatury europejskiej. Biję też brawo pomysłowi, aby trzy opowieści – Miejsce, Pewna kobieta i Druga córka – napisane przez Ernaux na przestrzeni trzydziestu lat, zebrać w jeden tom i wydać pod wspólnym tytułem. Tematyka, styl, przesłanie tych tekstów w pełni zabieg taki uzasadniają. Więcej, wydaje mi się, że zyskałaby na wymowie każda z opowieści, ponieważ ukazałaby wyraziściej kontekst rodziny, zbiorowości, w której imieniu przemawia pisarka.

Pan Termer zwrócił uwagę na niską niekiedy popularność, czy ściślej – złą promocję noblistów czy generalnie literatury wysokiej. W Polsce dotychczas przetłumaczono tylko jedno opowiadanie Ernaux, Miejsce – to, za które autorka otrzymała w 1984 r. nagrodę Renaudot. Miejsce zostało wydane w 1989 r., w niełatwej epoce, i od tego czasu, przez ponad 30 lat żaden wydawca, żaden instytut nie znalazł środków ani motywacji, aby przetłumaczyć i wydać autorkę, znaną i czytaną w wielu krajach. O poziomie gustów literackich i polityce promocyjnej wydawnictw niech też świadczy ta okoliczność, że dwoje wcześniejszych laureatów literackiej nagrody Nobla – Abdulrazak Gurnah (2021) i Louise Glück (2020) również nie byli w Polsce tłumaczeni przed ich nagrodzeniem.

Przyznanie Ernaux nagrody Nobla zostało przyjęte niejednoznacznie także w jej ojczyźnie, chociaż to pierwsza we Francji kobieta nagrodzona literackim Noblem. Nie tylko postawa społeczna i lewicowe poglądy polityczne pani Ernaux były tego przyczyną. Krytyka literacka została tą nagrodą zaskoczona, ponieważ proza Ernaux jest tak różna od tego, do czego przyzwyczajony jest snobizm francuski. To nie jest Proust ani też Flaubert.

Niemniej debatę o tym, czy więcej w pisaniu Ernaux jest socjologii, czy literatury uważam za nieco wydumaną. To jest literatura! Nie socjologia! Ernaux powiedziała kiedyś w wywiadzie, że literatura, jeśli ma być sztuką, zawsze opowiada o człowieku. Czyli zajmuje się tym samym, co socjologia i antropologia. Jeśli prześledzimy twórczość Annie Ernaux od jej pierwszej, debiutanckiej powieści Puste szafy, to łatwo dostrzeżemy ewolucję stylu, języka. Ten „płaski” styl pisania, pozbawiony wszelkich ozdobników, metafor i odniesień literackich, te zdania rzeczownikowe, zdania z bezokolicznikiem, zawieszenia… to wszystko nie pojawiło się od razu. Ten chłodny, precyzyjny i bezosobowy styl Ernaux wypracowała, uznając go za optymalnie funkcjonalny wobec tematów, o których pisze. A pisze Ernaux o sobie i o społeczeństwie, o pozycji człowieka między klasami, który przebył całą trajektorię społeczną – od córki biednych rolników, potem sklepikarzy, do profesorki literatury. Rozmyślnie stylizowana na beznamiętny język socjologiczny, narracja Ernaux ma uczynić jej opowieść nie tylko prostą, ale też przez tę brutalną, bezkompromisową szczerość – wiarygodną.

Inspiracje teoriami socjologicznymi Pierre’a Bourdieu, twórcy antropologii refleksyjnej, są u Ernaux ewidentne. Cała jej proza, autobiograficzna w istocie, czy quasi-autobiograficzna, odzwierciedla los osoby, która doświadcza owej przemocy symbolicznej, o której mówił Bourdieu. Przemocy w obszarze zachowań, przyzwyczajeń, a także – języka. To dlatego Ernaux odrzuca wysoki literacki styl wysublimowanej francuszczyzny, gdyż taki język jest jednym z przejawów tej przemocy symbolicznej, dzielącej społeczeństwo na grupy uprzywilejowane i symbolicznie deprecjonowane.

Agata Kozak: Tak, Ernaux pisze i dużo mówi o klasowości. Wyraziła się wręcz, że teraz do końca będzie mściła swoją rasę. Rasę ludzi biednych, nie-elit. Taki stosunek i takie słowa mogą się podobać lub nie, ale Ernaux bezsprzecznie należy do klasy wyższej. Jest bardzo elegancką, pięknie wyrażającą się panią z klasy wyższej. Może się mścić, ale jest na górze, prawda?

Janusz Termer: Przypuszczam, że na sposób pisania Ernaux wielki wpływ miała
XX-wieczna tradycja literatury francuskiej, do której ona nawiązuje wprost. Mianowicie do egzystencjalistów francuskich, Sartre’a, Camus’a, a nawet i do de Saint-Exupéry’ego. Prawdopodobnie też te związki są jednym z powodów, dla których pisarka jest we Francji tak niejednoznacznie przyjmowana. Ernaux nie wypiera się Marcela Prousta, wspomina nawet, że był jej mistrzem. Oczywiście, pisze innym językiem niż Proust, używa bowiem bardzo krótkich, treściwych zdań. Ale to tylko środek literacki; natomiast jej celem – jak właściwie wszystkich wybitnych pisarzy – jest dotarcie do istoty człowieczeństwa. Pisarze odwołują się do życia postaci z różnych środowisk społecznych. Ernaux uznała, że najpewniejszym gruntem, na jakim się obraca, jest jej własna rodzina pochodzenia chłopsko-proletariackiego, aspirująca do klasy średniej. Do tej pory w literaturze francuskiej postacie, o których pisze Ernaux, były postaciami raczej marginalnymi. W tekstach Ernaux ludzie wywodzący się z nizin są głównym punktem wyjścia badania kondycji ludzkiej. Te warstwy i bohaterowie, którzy z nich się wywodzą, są także przedmiotem analizy tego, co określilibyśmy pojęciem „nieprzejrzystość rzeczywistości”. Nieprzejrzystość rzeczywistości społecznej przede wszystkim dzisiaj, gdyż wcześniej sytuacje, i socjologiczno-klasowe podziały były dosyć jasne i przejrzyste. Dzisiaj natomiast nastąpiły tektoniczne przesunięcia społeczne, wszystko się mocno pomieszało, nie tylko we Francji, ale na całym świecie. Ernaux pokazuje nam ten proces, mówiąc, że nie jest ważne, kto skąd pochodzi, lecz – do czego doszedł, co osiągnął. Opisuje z naukową bezstronnością i przenikliwością socjologa swoje środowisko, nie szczędzi akcentów mocno krytycznych, nawet złośliwych wobec własnej rodziny. A jednocześnie pokazując zarówno swoją wiedzę, swój sukces, nowy pułap, który osiągnęła, okazując też pełne zrozumienie dla społecznego uwarunkowania wymiaru losów opisywanych postaci.

W tym elemencie właśnie widziałbym nawiązanie do egzystencjalistów francuskich. Przypuszczam, że mistrzynią Ernaux jest prawdopodobnie Simone de Beauvoir, gdyż problemy – nazwijmy je tak najogólniej – feministyczne, są u pisarki bardzo ważne. Myślę, że przyczyniły się po części też do tego, że Ernaux została laureatką nagrody Nobla, bo szwedzcy akademicy wysoce cenią takie ujęcie tematu, literackie, a jednocześnie wkraczające wprost w rzeczywistość społeczną. Rozumianą też na sposób psychologicznie nowoczesny, postfreudowski.

Agata Kozak: Nie jestem przekonana, czy Ernaux naprawdę powołuje się na egzystencjalistów. Zgodziłabym się natomiast z tezą o związkach Ernaux z Proustem, ale tylko w tym zakresie, w jakim noblistka potrafi przyjrzeć się szczegółom, zatrzymać moment i uczynić ten czy inny drobiazg przedmiotem głębokiej refleksji.

Janusz Termer: Otóż to! I Ernaux robi to inaczej niż Marcel Proust, zamknięty w swej izolującej go od codziennych spraw korkiem pisarskiej pracowni. Potrzebował np. całego tomu, aby opisać to, co Ernaux potrafi zawrzeć w kilku zdaniach.

Agata Kozak: No tak, ale u Prousta jest kontemplacja. U Ernaux mamy coś zupełnie innego…

Robert Smoleń: Jej proza to lustro, w którym odzwierciedlają się przeobrażenia społeczne i mentalne na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Jeśli porówna się świat z lat czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych – ten, który Ernaux wspomina i ożywia na kartach swoich powieści ze światem, który towarzyszy jej dzisiaj i o którym pisze w ostatnich nowelach, to widzimy dwie różne rzeczywistości.

W Latach i w Bliskich widać narastający bunt zbiorowości, której głosem mówi pisarka, ich niezadowolenie z sytuacji, w jakiej się znajdują. Bunt wybucha, ale nie przynosi oczekiwanych owoców. Zamiast satysfakcji pojawia się rozczarowanie. W pewnym momencie okazuje się, że rewolucja nie zmieniła świata. Co prawda na początku lat osiemdziesiątych wygrana socjalisty Mitteranda podtrzymała jeszcze nadzieję, lecz ostatecznie to raczej wczorajsi buntownicy, i sama autorka, dostosowali się do rzeczywistości, pogodzili się z nią. Pozostało tylko rozczarowanie, że wiele rzeczy, owszem, się zmieniło, lecz zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.

Agata Kozak: Tak, później okazało się, że wielcy szefowie przedsiębiorstw, truciciele środowiska, sprawcy afer i tak dalej, to są właśnie ci, którzy wieszali czarną flagę na Odeonie. Wczorajsi rewolucjoniści postępowali dokładnie tak samo, jak ich rodzice albo i gorzej.

Janusz Termer: Bunt się „ustatecznił”. Hipisi przeszli potem do biznesu…

Robert Smoleń: Każde dzieło literackie można odbierać przez pryzmat jednostki, gdyż ostatecznie opowiada o człowieku. Lecz prozę Ernaux, zwłaszcza Lata, czytam jako historię Francji, może nawet historię Europy, opowiedzianą przez pryzmat doświadczeń osobistych. To fantastyczna, porywająca opowieść. Autorka znakomicie pokazuje ewolucję Europejczyków, od lat pięćdziesiątych poczynając. Rewolucja 1968 roku stanowi moment przełomu, który dla pokolenia Ernaux i dla niej samej na pewno był kluczowym przeżyciem generacyjnym. Kiedy czytałem tę część powieści, nie mogłem uciec od skojarzeń z Bertoluccim – ale nie z Ostatnim tangiem w Paryżu, tylko z Marzycielami.

A skoro to jest opowieść o zmieniającej się Francji, zmieniającej się Europie i o doświadczającej tych zmian generacji, to idealnie pasuje tu ten specyficzny język – chłodny, z dystansem. Ale jednocześnie, zwłaszcza w Bliskich, Annie Ernaux potrafi niespodziewanie zakończyć tę swoją opowieść w sposób wywołujący w czytelniku wielkie emocje. Przyznam, że zakończenia tych wszystkich trzech mikropowieści… po prostu wcisnęły mnie w fotel.

Zdzisław A. Raczyński: Podzielę się jeszcze jedną uwagą z lektur Ernaux – swoim zdziwieniem. My, Polacy, mamy do Francji stosunek szczególny. Rodzaj miłości bez wzajemności. Nosimy w sobie wyidealizowany obraz Francji.

Janusz Termer: Taki literacki.

Zdzisław A. Raczyński: Tak. Taki wysublimowany. Nie znałem, bo nie mogłem znać, Francji prowincjonalnej lat czterdziestych. Czytając jej opis u Ernaux – stąd nawiązanie do polskiej literatury wiejskiej – widziałem naszą, polską wieś przed kilkudziesięciu laty. Ta sama nędza, beznadziejność, socjalna drugorzędność. To samo uprzedmiotowianie ludzi, ich bezbronność, niewiara w lifty socjalne, ich upokorzenie i wstyd z tego powodu, że są, kim są. Wszystko to, co skłonni byliśmy przypisywać podziałom czy uwarunkowaniom politycznym lub geopolitycznym, okazuje się, jest wspólnym cywilizacyjnym doświadczeniem Europejczyków.

To jest literatura piękna, która dostarcza pewnych wrażeń estetycznych, ale zarazem to jest pewien obraz kraju. To, co ona mówi o fotografii, o zatrzymanym momencie. Już nie pamiętam, w jakiej jej powieści jest motto z Èluarda, że sięga do szafy z niepotrzebnymi fotografiami czy niepotrzebnymi rzeczami, które ją ciągną w stronę przeszłości, a zarazem pozwalają jej wrócić i unieruchamiają obraz przeszłości, pozwalając, aby mu  przyjrzeć się dokładnie. To jest właśnie ten jej sposób pisania; cierpliwe, skrupulatne zbieranie kruszyn czasu zastygniętego w pamięci. Oczywiście, dla kogoś, kto nie zna realiów Francji, jej obyczajowości, kontekstu kulturowego, te drobne elementy mogą czasami wydać się hermetyczne.

Agata Kozak: Bardzo cenię u Annie Ernaux i szczerość, i głęboką refleksję. Kiedy mówię „szczerość”, chodzi mi o taką szczerość i prostotę, która, wydaje mi się, jest rzadka w polskiej literaturze. Czasami myślę, że gdyby nie nagroda Nobla, to polski czytelnik, który by przeczytał jej książkę (nie mówię o Latach, ale raczej o Bliskich czy o tych książkach, które się ukażą) powiedziałby, że są nieco naiwne, tak absolutne są ich prostota i szczerość… I jednocześnie to przyznawanie się do pewnych rzeczy i bardzo proste podawanie wyznań czytelnikowi. Dla mnie to jest coś bardzo cennego. Natomiast we współczesnej literaturze polskiej powstaje wiele książek zapętlonych, zaciemnionych, jakby autorzy komplikowali schematy, wikłali fabułę i narrację, aby to, co ma się do powiedzenia, wydało się bardziej tajemnicze czy głębsze.

Zdzisław A. Raczyński: Jeśli, przykładowo, sięgniemy do prozy naszej noblistki, to Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk będzie sytuował się na antypodach, jako rzecz, której forma ewidentnie przerasta treść. Zwłaszcza, że mamy w naszej tradycji pisarzy, którzy polski wiejski realizm magiczny tworzyli piękniej i prościej. Jak Nowak czy Myśliwski.

Proste może być piękne, a na pewno jest bardziej klarowne. Ale prosta, klarowna forma wymaga ciężkiej uważnej pracy. Historia twórczości Ernaux obrazuje ewolucję jej prozy w stronę wysublimowanej prostoty, która jednak aż trąci pewnym manieryzmem. Bo, pamiętajmy, czytamy prozę pisaną przez profesor języka francuskiego, znawcę francuskiej spuścizny literackiej. Doceniam funkcjonalność tego stylu pisarskiego wobec wybranej tematyki, niemniej skrupulatne wykreślanie jakichkolwiek metafor, odniesień literackich budzi jednak pewną podejrzliwość o, paradoksalnie, nadmierną literackość tekstu, który wydaje się być sztucznie spreparowany na użytek zadanego efektu literackiego.

Agata Kozak: Na pewno ważną dla niej osobą była Simone de Beauvoir, ale nie w warstwie literackiej. Ernaux jeszcze jako licealistka przeczytała de Beauvoir i ta lektura była dla niej wstrząsem, ponieważ nie zdawała sobie sprawy z sytuacji kobiet. Nie miała porównania, a jej matka była stosunkowo wolną kobietą, która właściwie rządziła w domu, podejmowała decyzje i była bardzo silną osobowością. Ważność zetknięcia z Simone de Beauvoir polegała na tym, że Ernaux odkryła konieczność walki o wyzwolenie kobiet. Dlatego w tomie Bliscy, w Pewnej kobiecie, pisząc o śmierci matki, zauważa, że zmarła ona na tydzień przed Simone de Beauvoir. Niektórzy krytycy uznali takie odwołanie za nienaturalne, sztuczne. W moim przekonaniu, to zestawienie ma głębokie uzasadnienie, gdyż Ernaux w pewnym momencie zaczęła myśleć o kondycji matki jako kobiety i rozważała tę kwestię w świetle tego, co pisała Simone de Beauvoir. Ernaux nie dołączyła nigdy do ruchu wojującego feminizmu, nie identyfikowała się z feminizmem amerykańskim, ponieważ uważała – inaczej niż ruchy feministyczne – że problemy wszystkich kobiet nie są jednakowe, że kobiety nie stanowią jakby jednej klasy, że sytuacja każdej kobiety zależy również od kondycji społecznej…

Janusz Termer: …która dla Ernaux jest bardzo ważna. I o której mówi z taką znajomością przedmiotu. To doświadczenie klasowe. Kluczowe. Można postawić tezę, że cała twórczość Ernaux wychodzi z tego doświadczenia – i upokorzenie, i zazdrość, i sympatia, i miłość… Wszystko, co się kłębi w człowieku, poprzez to właśnie konkretne doświadczenie staje się siłą jej literatury. Bo wyrasta ona z konkretnego, autentycznego doświadczenia. Małe miasteczko normandzkie i Francja, i – w jakimś szerszym rozumieniu – Europa.

Zdzisław A. Raczyński: Z powieści Ernaux, z jej licznych wypowiedzi i publicznych manifestacji rysują się wyraziste przekonania lewicowe i feministyczne pisarki. Niemniej nie one stanowią istotę czy ideologiczny punkt odniesienia jej twórczości. Pani Agata wspomniała powieść Wydarzenie. Jest podobna nowela – Kobieta zamrożona, tak chyba można przetłumaczyć jej tytuł, czy Wstyd, gdzie elementy unikatowych doświadczeń kobiety są bardzo mocne. Opowiadania autorki, nawet jeśli odwołują się do doświadczeń rodzinnych, zbiorowych, są autobiograficzne, bardzo osobiste, intymne. Nie tylko dlatego, że – przykładowo – w Miejscu i w Pewnej kobiecie narratorka i autorka stanowią jedną i tę samą osobę. Kunszt Ernaux w tym widzę, że pisząc o sobie, nie używa „ja”, a przez to domyślne chociaż nieobecne „ja” znajduje i wyraża prawdę, która jest czymś więcej niż tylko doświadczeniem i przeżyciem jednostki.

Lata są dziełem fundamentalnym, kluczowym, gdyż obejmują i syntezują wszystko, co Ernaux napisała i jak napisała. Powieść eksponuje społeczne i polityczne wątki, lecz przez pryzmat doświadczenia zindywidualizowanego. Monolog wewnętrzny w pierwszej osobie, bo taka jest maniera pisania Ernaux, nadaje indywidualnemu doświadczeniu głębi psychologicznej, niczego nie ujmując z antropologicznego i socjologicznego wymiaru uniwersalnego narracji autorki.

Agata Kozak: Uważam, że najciekawsze jest to, że Ernaux pisze o sobie nie pisząc o sobie (i na odwrót). W Latach udała się jej rzecz niezwykła, ponieważ napisała autobiografię, nie używając ani razu słowa „ja”. To po prostu jest autobiografia napisana w formie bezosobowej. Co jest zabiegiem fantastycznym, porywającym, gdyż autorka utożsamia się jednocześnie z całym pokoleniem, z czasem, w którym żyła, z krajem. Powieść Lata jest zupełnie inna od pozostałych książek. Lata są eksperymentem formalnym, najdalej posuniętym i, moim zdaniem, niezwykle udanym. To jest bardzo, bardzo ciekawe.

Uznanie jednych krytyków i sprzeciw innych wywołuje to, że Ernaux ujawnia sprawy niezwykle intymne. Na przykład opis aborcji w L’Événement jest dosyć trudny do wytrzymania…

Janusz Termer: Nie tak dawno, przed niespełna dwoma laty, wydarzeniem festiwalu filmowego w Wenecji był film L’Événement, młodej francuskiej reżyserki Audrey Diwan. Film, zrealizowany na podstawie prozy Ernaux, otrzymał nawet nagrodę Złotych Lwów…

Agata Kozak: Film Audrey Diwan jest oparty na książce pod takim samym tytułem, a książka mówi o aborcji w czasach, kiedy była zakazana, czyli o nielegalnej aborcji. Nie chciałabym jednak przypinać Ernaux łatki feministki. Ponieważ ona pisze o doświadczeniu ludzkim, a to doświadczenie ludzkie jest doświadczeniem kobiety.

Pod adresem Ernaux czasem padają mizoginiczne uwagi, które wywołują we mnie oburzenie czy wstręt. Najczęściej wyrażają je mężczyźni, stwierdzający z pewnego rodzaju pobłażaniem, że jakaś pani opowiada nam tutaj szczegóły swoich romansów czy swojej aborcji, czy pierwszego kontaktu seksualnego. Taka krytyka w ogóle nie zasługuje na polemikę. To, że dotychczas o czymś nie pisano lub że pisano innym językiem, nie znaczy, że tak ma być zawsze. Nowa epoka wymaga innego języka, innego ujęcia tematu.

Ernaux wypowiedziała kiedyś warte odnotowania zdanie: „Nie jestem kobietą, która pisze. Jestem kimś, kto pisze o doświadczeniach kobiety, a one różnią się od doświadczeń mężczyzny”.

Robert Smoleń: Ale z jej tekstów wyziera wprost dążenie do tego, żeby kobieta miała takie same prawa i taki sam status jak mężczyzna. To jest feminizm, tak jak rozumiemy go dzisiaj; niekoniecznie wojujący. Pamiętajcie, że to odnosi się do rzeczywistości sprzed kilkudziesięciu lat.

Zdzisław A. Raczyński: Analiza dorobku Ernaux przez pryzmat feminizmu byłaby jednak spłaszczeniem jej przekazu literackiego. Jej teksty traktują o innym doświadczeniu, głębszym, niepoznawalnym dla świata mężczyzn. Francja jest krajem patriarchalnym. Jest krajem klasowym, gdzie o miejscu w społecznej hierarchii mocno decyduje i status materialny, i status wykształcenia. Pisarstwo Ernaux demaskuje tę niewystarczająco dynamiczną strukturę i jest w jakimś znaczeniu próbą jej złamania. Naturalnie, powieści nie zmienią społeczeństwa, lecz wyzwanie jest literacko i kulturowo atrakcyjne.

Agata Kozak: Jeśli Ernaux pisze o miłości, o swoich romansach z żonatymi albo znacznie młodszymi mężczyznami, to nie pisze tego w pogoni za sensacją ani po to, żeby epatować pikantnymi szczegółami. One w ogóle nie wydają się pikantne, te sprawy jakby automatycznie wchodzą, wpisują się w szerszy kontekst…

Zdzisław A. Raczyński: Komitet Noblowski podkreślił w uzasadnieniu, że nagrodę przyznano Annie Ernaux „za odwagę i kliniczną ostrość, z jaką odkrywa korzenie, zmiany i zbiorowe ograniczenia pamięci osobistej”. Ernaux jest w swoim pisarstwie bezpośrednia i brutalna, jak opisywana przez nią rzeczywistość. Lecz nie wulgarna, przeciwnie – miejscami wręcz poetycka.

Mówiliśmy o źródłach twórczości i stylu Ernaux… Oczywiście każdy pisarz, a tym bardziej Annie Ernaux – profesor literatury, wchłania, przyjmuje do siebie całą rodzimą tradycję literacką, w tym wielkich klasyków, całą spuściznę swego języka – to naturalne. Dopatrywałbym się w stosunku, jaki Ernaux ma do języka, pewnych związków z nową powieścią. Myślę tutaj o kimś takim jak Claude Simon, też noblista zresztą, jeśli chodzi o sposób formułowania tekstu, konstrukcję, całej warstwy literackiej. Nie do egzystencjalistów bym się odwołał, ale raczej bym w latach 50., 60. szukał źródeł…

Janusz Termer: …tej tak zwanej „antypowieści”? Myślę, że bliższa jest tu, wedle mnie, tradycja egzystencjalistów. Tej „antypowieści” francuskiej, obróconej w stronę swej literackiej autonomiczności, która dziś jest już martwa, powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj nikt już nie czyta. Pamiętam, jak jeszcze 50 lat temu ekscytowano się w Polsce antypowieścią francuską. Najwięksi miłośnicy literatury się zachwycali, niektórzy pisarze próbowali naśladować. A dzisiaj kto sięga po Michela Butora, tego od Odmian czasu? Czy po Nathalie Sarraute lub nawet noblistę Simona?

Agata Kozak: Nathalie Sarraute jest niezwykle ciekawą pisarką i wielka szkoda, że się po nią nie sięga.

Janusz Termer: Proza, jaką pisze Annie Ernaux, jest ciekawa dla nas dzisiaj tym, że coś nowego odkrywa. Francja, która się wyłania z jej książek, jest o wiele ciekawsza i bogatsza, niż ta z tradycyjnego, klasycznego, filozoficznego, intelektualnego pisarstwa francuskiego z początków XX w., jak choćby u André Gidea, czy Mauriaca, gdzie plebejscy z pochodzenia bohaterowie Ernaux byliby tylko co najwyżej dalekim, słabo widocznym tłem dla innych postaci.

Przypuszczam, że zgodzimy się tutaj z tym, iż za ileś lat jeszcze będzie się sięgać po Annie Ernaux. Będzie czytana dopóki poruszane przez nią sprawy społeczne, socjologiczne, historyczne i psychologiczne (te ostatnie np. w Drugiej córce) będą żywe w tradycji i kulturze francuskiej oraz europejskiej.

Oprac. Z.A.R.

 

Zapis dyskusji ukazał się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

W pierwszych dniach 2023 roku pożegnaliśmy Wacława Sadkowskiego, naszego – Czytelników i Redakcji – przewodnika po świecie pięknych słów i mądrych myśli. Wieloletni redaktor naczelny „Literatury na Świecie”, prezes i redaktor naczelny Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, dla wielu był guru polskich krytyków literackich. Fakt, że współredagował, jako zastępca redaktora naczelnego, także „Res Humana”, że regularnie, co dwa miesiące, dzielił się na naszych łamach swoimi myślami nieobojętnymi o lekturach nieobowiązkowych, poczytywaliśmy sobie za zaszczyt. Zwracał uwagę na najbardziej interesujące nowości wydawnicze, wskazywał książki, do których warto wracać, z lamusa wyciągał perełki.

Nie moglibyśmy pozostawić Państwa bez przypomnienia kilku jego tekstów. Niełatwo było je wybrać, bo wszystkie były małymi arcydziełami. Z pewnością dostarczą Państwu sporo intelektualnej przyjemności, nawet jeśli zmąconej świadomością, że tego ciętego pióra, elegancji, precyzyjnego dostrzegania kontekstów i podtekstów będziemy teraz mogli szukać już tylko w archiwaliach.

Wiele w nich można znaleźć w zakładce „Archiwum” na naszym portalu.

 

Pominięcie niebaczne,
ale i niewybaczalne

Recenzja książki Aleksandra Wata Dziennik bez samogłosek, pierwotnie zamieszczona w „Res Humana” nr 4/2016.

Jeszcze zdążyłem się „załapać” na skierowanie do druku Dziennika bez samogłosek Aleksandra Wata w „Czytelniku”, w którym to wydawnictwie w grudniu roku 1988 objąłem funkcję prezesa i redaktora naczelnego i pełniłem ją do końca stycznia roku 1990.

Jeszcze jesienią roku 1989 cały zarząd „Czytelnika” podał się do dymisji in corpore. To zbiorowe „zwolnienie stołków” nie miało w polskim ruchu wydawniczym precedensu (a do dziś nie doczekało się też i naśladowców). Miarą zaskoczenia, jakim była ta nasza decyzja dla rady nadzorczej tej oficyny, uwolnionej po czerwcowych wyborach do Sejmu od nadzoru „władz zwierzchnich”, było zwrócenie się do mnie jej nowego rzecznika, nieodżałowanej pamięci Artura Międzyrzeckiego, z prośbą, bym nie odchodził z wydawnictwa przed końcem stycznia, gdyż mój wybrany już przez ową radę następca, Jerzy S. Sito, będzie mógł dopiero wtedy przejąć po mnie schedę. Poczucie odpowiedzialności za normalne funkcjonowanie wydawnictwa skłoniło mnie do wysłuchania tej prośby; i właśnie wtedy miałem sposobność skierować autobiograficzne zapiski Wata do drukarni. Ta prolongata mej „władzy” zirytowała wszakże nowego członka rady i samozwańczego przedstawiciela nowego suwerena, Michała Komara, który nie odmówił sobie satysfakcji zainstalowania na drzwiach pokoju, w którym jeszcze przez styczeń pamiętnego roku 1990 przebywałem, tabliczki z nazwiskiem nowego lokatora owego, nie nazbyt okazałego gabinetu. Zachowanie takie bardzo jest charakterystyczne dla realizatorów wszelkich odmian „dobrej zmiany”, odnotowuję je dla upewnienia obecnych „pospieszalskich” w nowo nabywanych prawach, iż nie odstają od obyczajowej normy. Ale przyznam, że u subtelnego znawcy etycznych przesłań powieści Josepha Conrada postępek taki nieco mnie zaskoczył.

Przestrzegał poeta, że spisane będą wszelakie czyny i odruchy, dopisuję więc ten epizodzik do kroniki zachowań ludzkich w czas burzliwy, dla którego, w dosłownym tych wyrazów rozumieniu, w pełni odpowiednim określeniem wydaje się niemiecka nazwa Sturm und Drang Periode; tyle, że nic nie wskazuje, by miał się z tej „burzy i naporu” wyłonić jakiś – choćby i zminiaturyzowany, spolszczony – Goethe czy Schiller. Folklor zaś podsuwa mi jedną jeszcze przestrogę: nie przepędzajcie, abyście nie byli przepędzani!

I w tym właśnie okresie ekspediowaliśmy do druku Watowski Dziennik bez samogłosek – oba tomy Mojego wieku były już – jeśli dobrze pamiętam – w drukarni, która pracowała na zwolnionych obrotach. Oczywiście, nie doczekałem się już ukończenia tego edytorskiego przedsięwzięcia. Oba te cykle zapisków (i zarejestrowanych przez Czesława Miłosza wspomnień mówionych) znałem z wydań londyńskich, z tym, że poznawałem je w kolejności odwrotnej do tej, w jakiej powstawały: wcześniejszy Dziennik bez samogłosek (zakończony w roku 1964, w którym Wat dotarł do USA), czytałem już po Moim wieku, powstającym w toku drugiej połowy dekady nagrywany i spisywany przez Miłosza, które to dzieło wywarło na mnie wrażenie wręcz obezwładniające, tyle, że niekorzystne dla tomu „bez-samogłoskowego” (nie w całości zresztą napisanego w ten niepowszedni sposób). W Moim wieku czytelnik miał – i nadal ma – do czynienia niejako z żywym procesem werbalizowania doświadczeń i losów życiowych narratora, jakby w bezpośrednim z nim obcowaniu. Ogromna, nie do przecenienia zasługa Miłosza, że podjął się zadania przyjęcia „na żywo” formułowanej relacji z kilkudziesięciu lat życia narratora, od początków jego działalności pisarskiej i redaktorskiej. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych był Wat twórcą i szefem swego rodzaju komety na czasopiśmienniczym niebie – Miesięcznika Literackiego, następnie przez całą niemal dekadę był duszą i mózgiem jednego z najważniejszych wydawnictw warszawskich, Gebethnera i Wolffa; po wybuchu wojny dwa lata spędził w radzieckich więzieniach (z osławioną Łubianką włącznie), a kilka dalszych przeżył – wraz z żoną i synem – na wygnańczych szlakach „ojczyzny światowego proletariatu”, aż po powrót do Polski i kilka trudnych, omroczonych nasilającą się chorobą lat w stalinowskiej Polsce, by ostatnie lata strawić na wędrówkach pomiędzy Francją a Stanami Zjednoczonymi. I całej tej odysei nadał skalę wręcz epicką, nie mającą równych w całej naszej, dotychczasowej literaturze „łagrowej”. A rozpamiętywał tę odyseję w serii rozmów z Miłoszem, w toku dialogu, przybierającego częstokroć liryczną intymność, dialogu, w którym interlokutor ani razu nie naruszył integralności narratora, swymi „wtrąceniami” jedynie stymulując jego narrację, podsuwając trafnie skojarzenia, „dopinając” konkluzje i wnioski.

Rzecz naturalna: relacje Wata są niekompletne, kilku nagrań się nie udało zarejestrować, niektóre nagrania nie dały się odtworzyć (dokonywano ich w początku siódmej dekady poprzedniego stulecia, technika nagrań dopiero ząbkowała). Mój wiek zawiera w sobie kilka tekstów napisanych przez Wata ex post, włączonych pomiędzy nagrania uzyskane z taśmy. I te „wtręty” pisarskie ustępują „zapisankom” pod względem dynamiki narracji, sugestywności odtwarzanych w żywym wspomnieniu nastrojów. W trakcie owych zabiegów przygotowawczych do owego nowego, „czytelnikowskiego” wydania obu cyklów autobiograficznych Aleksandra Wata nie zdołałem jeszcze wczytać się w Dziennik bez samogłosek, a tym samym docenić jego pisarskiej doskonałości. Tom ten lokuje się śmiało na szlaku wielkich autobiografii – pomiędzy świętym Augustynem, Janem Jakubem Rousseau i kardynałem Newmanem, ale chwilami także w odnodze eseistycznej, między Próbami Montaigne’a a maksymami Chamforta (a trochę jakby na przekór Myślom Pascala, krążącym nieustannie wokół nadziei na wybawienie…). I cała ta tradycja prozy w najgłębszym tego pojęcia rozumieniu podsuwała Watowi formuły słowne celniejsze nawet – w moim przekonaniu – od jego wierszy.

Nie mogę sobie darować owego przeoczenia, zawstydzającego niedostrzeżenia tej książki w owym czasie, u krańca mych edytorskich doświadczeń. Nie będę cytował przykładów – zajęłoby to całą powierzchnię tego numeru Res Humany. Namawiam do lektury tej książki. Najwartościowsze jest wydanie „czytelnikowskie” z roku 2001, późniejsze od tego, z którym miałem do czynienia (ukazało się w roku 1990). Ale do wydania późniejszego mistrzowską oprawę edytorską (erudycyjne przypisy – ponad dwieście stron drobnego druku, plus indeks osób – kolejne niemal dwadzieścia stron) przygotowali Krystyna i Piotr Pietrychowie. Można uznać tę edycję za kanoniczną dla wszelkich wydań dzieł Watowskich; jest nieocenionym źródłem nie tylko wiedzy o autorze tych wspomnień, lecz w ogóle o „naszym wieku” XX, a poniekąd i o jego świadomych i nieświadomych przedłużeniach.

 

Gra własnym życiem

Recenzja książki Szilarda Rubina Gra w cykora, pierwotnie zamieszczona w „Res Humana” nr 2/2020.

Książka dość niezwykła. Przeleżała w biurku autora dobre kilkadziesiąt lat, schowana tam przezeń z nieujawnionych przyczyn (najwidoczniej wstydliwych, bo polityczna cenzura nie wchodziła w tym wypadku w grę). Drukiem pojawiła się po raz pierwszy u samego początku lat sześćdziesiątych, w okresie, kiedy jej autor wchodził właśnie w fazę bujnego rozwoju twórczego. Tekst jej jednak – jak nam podano do wiadomości – powstał znacznie wcześniej. Zarazem też jej krzepnięcie artystyczne dokonywało się niemal równocześniej z rozsnuwaną przez pisarza akcją; akcja ta nabierała pełnokrwistości artystycznej niejako wraz z upływem czasu, zarówno powieściowego, jak i kalendarzowego. Mawiano kiedyś: habent sua fata libelli (i książki mają swe losy), a w tym wypadku wydają się bliźniaczo zbieżne ze stanem ducha jej autora.

Akcja Gry w cykora rozpoczyna się zrazu w gronie węgierskiej tak zwanej złotej młodzieży, spędzającej wakacje w znanym ośrodku letniskowym nad Balatonem. Pisana w pierwszej osobie, w rytmie pogłębiającej się intymności, powieść Rubina wprowadza nas stopniowo w życie rodzinne jej bohatera, a zarazem narratora. Jego ojciec, utrudzony tragicznymi losami wojennymi, zdaje się dogorywać w samotności, matka – emerytka, nawykła do samodzielnego zajmowania się synem. Ten zaś należy do komunistycznej organizacji młodzieżowej. Jest w niej chyba „aparatczykiem”, gdyż pobiera z jej kasy pieniądze, wystarczające na dość wystawne wakacje (podróż nad Balaton z odległej miejscowości nadgranicznej odbył wagonem sypialnym pierwszej klasy). Ale wakacje już dobiegają końca, a w kieszeni pozostały tylko mizerne resztki wakacyjnych funduszy, ledwie wystarczające na podróż powrotną trzecią klasą pociągu osobowego.

A w dodatku młodzieńcowi brak już zapału do działalności politycznej. Wypadałoby mu rozpocząć jakieś nauki przysposabiające do podjęcia w nieodległej przyszłości któregoś intratnego zawodu. Nie poświęca on jednak swej przyszłości żadnej właściwie myśli; zastanawia się nad tym tylko, że powrót w strony ojczyste przerywa mu kontakt z poznaną w czasie pobytu w nadbalatońskim kurorcie dziewczyną (skądinąd tzw. uchodźczynią z klas upadających). Jej uroda i wdzięki, opisane przez autora względnie wyraziście, wpadły bohaterowi powieści w oko; a z każdym dniem przekonuje się on, że zapadły mu głęboko w serce. I ten właśnie proces staje się głównym tematem powieści.

Całe to wprowadzenie w główny problem napisane jest w miarę zręcznie, ale czytelnika polskiego zaskakuje nie tylko najzupełniej nieporównywalnymi do sytuacji młodego pokolenia w ówczesnej Polsce warunkami życia w pierwszych powojennych latach na Węgrzech. Jeśli by miały się pojawiać jakieś analogie, to jedynie do zachowań i sytuacji pospolitych w kręgach naszej „złotej młodzieży” w okresie międzywojennym. Węgierski znudzony „działacz młodzieżowy” nie zaznał żadnego doświadczenia wojennego, nie zetknął się z żadną bohaterszczyzną ani w ogóle żadną mitologią patriotyczną. W jego polu widzenia nie ma też żadnych właściwie konfliktów światopoglądowych, politycznych, ideologicznych. Jedyne, co się w ogóle zmienia w sytuacjach ludzi, ukazywanych w tej powieści, to ich usytuowanie materialne: dawni właściciele stosunkowo spokojnie oddawali swoje dotychczasowe pomieszczenia nowobogackim, postrzeganym jako po prostu dorobkiewicze, a nie żadni tam przedstawiciele nowej kasty rządzącej. I odbywało się to wszystko niemal bezszelestnie, bez ostentacji i prawie bez wzajemnych napięć.

Ale w tym właśnie punkcie narracja powieściowa nabiera dramatyzmu, a jej bohater – rumieńców życiowej pasji. Okazuje się bowiem, że nie godzi się już z utratą marzeń o zdobyciu względów owej spotkanej nad Balatonem dziewczyny. Co więcej, w toku uzyskiwanych od niej epizodycznie prób realizowania tego związku na stałe, okazuje się, że „pan młody” zupełnie się nie nadaje do tej formy trwałego, wzajemnie sterowanego współżycia: jest brutalnie zdobywczy i władczy, absolutnie niewrażliwy na uczuciowe potrzeby partnerki. Ta zaś nie godzi się na niewolniczą podległość brutalnemu sobkostwu nie-męża właściwie, lecz zwyrodniałego w istocie „pana i władcy”. Młodzi rozstają się po kilku prostackich awanturach; z czasem kobieta zawiera inny związek (tym razem już małżeński), banalny i nie nazbyt „awansowny”. Bohater natyka się na nią w okolicznościach przypadkowych, podróżniczych, choć tym razem już bynajmniej nie luksusowych. On też podróżuje – zarabia na swoje samotne życie pospolitym dziennikarskim łazęgostwem. Najpewniej oboje udają, że się po latach nie rozpoznali.

Ale w tym smutnym finale powieści autor poddaje swego bohatera analizom nader wnikliwym i na swój sposób odkrywczym, a jego powieść – chciałoby się powiedzieć – dojrzewa artystycznie w naszych oczach. Czytelnik zaś nabiera przekonania, iż jej bohater uświadomił sobie wreszcie, że to on sam małości i w gruncie rzeczy nikczemności swego samczego charakteru przypisać musi swą nikczemnie zasłużoną klęskę życiową. W tym też punkcie rozwoju jego osobowości tłumaczka zaczyna ewidentnie przejmować się jego uczuciami i przeżyciami. Jeśli w swej początkowej partii styl jej przekładu charakteryzuje się swoistą elegancją poprawnej, starannej translacji literackiej tekstu oryginalnego, w końcowych partiach nabiera skrupulatnie powściąganej, ale wyraźnie wyczuwalnej barwy uczuciowej, dramatyzmu pulsującego pod dyskretnie powściąganą warstwą językową.

Ale przecież w toku całych niemal dziejów literatury hymny o miłości utraconej z winy innych, obcych – od tragicznych losów partnerów pochodzących z klas nie tylko różnych, lecz wręcz skonfliktowanych poczynając po zbrodnicze intrygi wrogów i zazdrośników – osiągnęły w ciągu wieków miażdżącą przewagę liczebną nad wszelkimi samooskarżeniami słusznie porzuconych i opuszczonych amantów. Dzięki temu też wypracowano nader bogaty repertuar stylistycznych lamentów i skarg owych „skrzywdzonych i poniżonych”. Potępienia zaś morderczych samobójstw, a co najmniej samookaleczeń amantów niedojrzałych do miłości w pełni i sprawiedliwie wzajemnej, zdarzały się nierównie rzadziej i tym samym uboższy zgromadziły materiał stylistyczny. Autor i tłumaczka tej powieści wybrali tedy trudniejszą, rzadziej wytyczaną drogę.

 

Alfreda Łaszowskiego próba dialogu ze współczesnością

Fragment książki Literatura katolicka w Polsce. Narodziny, rozwój, pułap poznawczy i artystyczny. Wydanie drugie, skorygowane i uzupełnione. Pozycja ukazała się w serii Biblioteka Res Humana w roku 2017. Jej pierwsze wydanie pochodzi z roku 1963. Komentując powrót do tej tematyki, Wacław Sadkowski stwierdził, że stan tej literatury ukazał mu się „pod wieloma względami zaskakujący, a zarazem znamienny: programowa katolicka twórczość literacka weszła w fazę niemal zanikową, której nikt z nas przed półwieczem nie był w stanie przewidzieć”.

Tytuł wybranego fragmentu – Redakcja Res Humana.

Inną – mniej ambitną, ale także ryzykowną – próbą podjęcia ważkiej problematyki namiętnie dyskutowanej w owym czasie w środowiskach katolickich była powieść Alfreda Łaszowskiego Proboszcz z Saint Galo (1961).

Skądinąd Łaszowski był w nurcie pisarstwa katolickiego osobowością godną uwagi. Startował nader burzliwie w latach 20., zasłynął wkrótce jako uczestnik i inicjator niejednego ówczesnego sporu ideowo-literackiego, wywoływanego przez środowiska narodowo-radykalne; szczególnie żywe echa wzbudził cykl napisanych przezeń reportaży, sławiących faszystowski przewrót Mussoliniego we Włoszech. Przez cały natomiast okres powojenny, aż do wydania wymienionej wyżej książki, pozostawał na drugim planie życia literackiego; zajmował się żmudną pracą nad powieścią o świętym Augustynie, a od czasu do czasu publikował przekorne recenzje i szkice literackie (pod pseudonimami Edward Jastrząb i Alfred Gerard). Dopiero na przełomie lat 50. i 60. rozwinął działalność literacką zaangażowaną we współczesne problemy i dyskusje. Najpierw wydał napisaną jeszcze w latach wojny powieść Psy gończe (1960), niesłusznie niedocenioną przez krytykę; była ona zaszyfrowanym w post-ekspresjonistyczną wizję powieściową obrachunkiem z błędami ideowymi popełnionymi w latach młodości przez autora.

Bohater tej powieści uległ był zafascynowaniu dynamizmem reprezentowanym przez Graala, pragnącego zniewolić i podporządkować sobie całą ludzkość, a poprzez nią – także Boga. „On bowiem przez całe życie uciekał przed nim, rozmieniał się na dziesiątki i setki, ukrywał w tysiącach postaci i nigdy nie dawał się złapać w obrębie jednego istnienia. Ale ilekroć próbował go osaczyć, On zaraz pokazywał mu twarz pojedynczego człowieka. Im więcej jednak Niepochwytny rozpraszał się i dzielił, tym bardziej narastała w Graalu tęsknota do powszechności: chęć pogrążenia się w pełnym, ciągłym i nieprzerwanym istnieniu.” Ten nietzscheańsko-heidegerowski poryw Graala charakteryzował go niedwuznacznie jako faszystę – Rasp tedy, właściwy bohater powieści, będący autorskim porte-parole, wyrażał autorskie inklinacje ku nacjonalistycznemu totalizmowi (to o Łaszowskim właśnie powiedział jego mistrz w rzemiośle krytyczno-literackim, Karol Irzykowski, że totalizm pomieszał mu się z totalizatorem). A wreszcie, w rozstrzygnięciu intrygi powieściowej, Rasp – zabijający Graala w sprawiedliwym odwecie za zamordowanie Lidii – wyrażał autorskie potępienie morderców, którzy uśmiercili porywającą ideę, tak jak Graal uśmiercił dziewczynę wyzwalającą pełnię męskości Raspa.

Cała ta rozprawa z faszyzmem zamykała się tedy w kategoriach psychologicznych, a nawet właściwie psychoanalitycznych (modne były w owym czasie takie psychoanalityczne testy stosowane wobec faszystów) i w konwencjach narracyjno-stylistycznych prozy ekspresjonistycznej – znakomicie zresztą opanowanych. Psy gończe z tych też względów uznać wypada za ciekawy dokument sposobu reagowania na doświadczenia wojenne, spotykany w kręgach ideowych i intelektualnych, z jakich wywodził się Alfred Łaszowski.

Druga powieść Łaszowskiego, Proboszcz z Saint Galo, której akcja toczyła się współcześnie we Francji (ale chodziło w niej o sprawy występujące w pokrewnej wersji i u nas), mniej była ambitna artystycznie i mniej frapująca. Łaszowski starał się w niej podjąć szereg zagadnień nękających ówczesne duszpasterstwo kościelne, szukające nowych form i sposobów oddziaływania na wiernych – ale nie stawiał swej książce żadnych właściwie zadań artystycznych. Powieść ta napisana była językiem publicystycznym, przeładowana tyradami i dysputami; autor rezygnował w niej całkowicie z wszelkich zabiegów kompozycyjnych i narracyjnych, mających wytworzyć w czytelniku napięcie, zmusić jego aparat myślowy do subtelniejszych dociekań, przewidywań, wewnętrznego zaangażowania w książkę. Zamiast takiej konstrukcji artystycznej Łaszowski podsuwał czytelnikom swego rodzaju kronikę „na gorąco” spisywanych wydarzeń, jakie miały miejsce w miasteczku Saint Galo od momentu przybycia nowego proboszcza do chwili jego tragicznej śmierci.

Kronika ta miała jednak tę przynajmniej, niejako dokumentacyjną zaletę, iż w sposób dość bezpośredni odzwierciedlała pewne nastroje, oczekiwania i poszukiwania podejmowane w owym czasie w Kościele katolickim w celu unowocześnienia, uwspółcześnienia jego działalności. Z tego też względu Proboszcz z Saint Galo kojarzył się czytelnikom raczej z omówioną wyżej powieścią Dobraczyńskiego Wyczerpać morze, niż z nurtem studiów psychologicznych analizujących przeżycia i doznania religijne, które to doświadczenia duchowe ukazywane z ujmującą szczerością wypełniały na przykład Pamiętnik wiejskiego proboszcza Georgesa Bernanosa.

Rozczarowanie czytelników należących do kręgu, do którego ta powieść była adresowana, było tym głębsze, że jej pierwsze partie (a także tytuł, nawiązujący właśnie do powieści Bernanosa) zdawały się zapowiadać utwór o podobnej problematyce. Bohater tytułowy powieści Łaszowskiego, ksiądz Patryk, otwarcie podejmował szereg spraw, o których dotychczas nie rozmawiano w parafiach; nie wahał się na przykład przyjąć zaproszenia do perwersyjnego klubu „Między nami”, wychodząc z założenia, że „nie ma takiego grona, do którego kapłan nie powinien wejść z wiarą, że je przeobrazi”. Nie było w postawie księdza Patryka wyniosłej, faryzeuszowskiej pruderii – ale zarazem można było odnaleźć w jego planach opanowania parafii szereg elementów niemal w całości wiernych tradycyjnemu, fundamentalistycznemu klerykalizmowi.

Ksiądz Patryk, bez reszty ogarnięty pasją totalnego podporządkowania życia parafian katechizmowemu rygorowi, władczo pouczał młodego człowieka, pragnącego poślubić dziewczynę: „Wspominałeś, że wystarczacie sobie nawzajem, że nikogo wam więcej nie trzeba. Tymczasem w miłości waszej Bóg chce uczestniczyć. Dlatego uczynił z małżeństwa sakrament. […] On jest pierwszą przyczyną płodności. Nie na darmo nazwano go kiedyś Bogiem urodzaju, to znaczy siłą sprzyjającą życiu”. Ten dyktatorsko usposobiony do parafian proboszcz nie gardził żadnym sposobem ani chwytem, by swój „rząd dusz” umacniać i rozwijać. Kiedyś zgadał się z miejscowym lekarzem, który w taki oto sposób wystawiał swoich pacjentów na łup księdza (naruszając zresztą tajemnicę i gwałcąc etykę lekarską, która nakazuje zatajenie przed pacjentem nieuleczalnego stanu jego choroby):

„Udało mi się sporządzić dla księdza taką małą, ale dość przejrzystą mapkę, na której czarnymi kropkami oznaczyłem mieszkania i domy umierających. Proszę! Tu są ulice i numery lokali, a obok nazwiska znanych mi pacjentów wraz z adresami na załączonej karteczce. Oczywiście nie każdego mogłem i chciałem uprzedzić o tym, że ksiądz go odwiedzi. Czasami lepiej jest takiej wizyty z góry nie zapowiadać, bo jak już ksiądz niespodziewanie się zjawi, to przecie nie będzie im wypadało księdza wyprosić”.

Ksiądz Patryk przyjął ten donos z wdzięcznością i wprawą profesjonalnego „poławiacza dusz”:

„– Jestem na to przygotowany – rzekł cicho. – Mnie to już nieraz spotkało. Ale ma pan rację. Przedwczesne ujawnianie nawet najlepszych zamiarów niekiedy mija się z celem. Najpierw się zdziwią, a potem mogą zaprotestować i wtedy nie ma sensu narzucać im tego wbrew woli. Cieszy mnie, że pan doktor jest mojego zdania. Dziękuję panu za tę mapę i niezwykle przejrzysty szkic orientacyjny. Obejrzę je sobie dokładnie i dotrę wszędzie, gdzie tylko będzie możliwe i pożądane.”

Takie oto instrukcje przydatne w powszedniej pracy parafialnego duszpasterza przekazywał w swej powieści wytrawny znawca prozy ekspresjonistycznej i natchniony propagator „ekstazy kontynentalnej”, której istoty nie podejmuję się przedstawić w języku semantycznie uporządkowanym. Rzetelność wymaga jednak uzupełnienia oceny tej powieści odnotowaniem refleksji, która nawiedziła jej autora, jak gdyby skonfundowanego w pewnej chwili niebezpiecznym zawężeniem poznawczych horyzontów jego książki.

Otóż w dalszych partiach powieści uwaga autora odwraca się w dużym stopniu od zagadnień praktyki duszpasterskiej i skupia na zagadnieniach sztuki kościelnej. Ksiądz Patryk był rzeźbiarzem – studiował w Academie des Beaux-Arts w Paryżu, „przez sześć lat rzeźbił nagie postacie mężczyzn i kobiet”, jak sobie opowiadają podniecone parafianki. Działalność w parafii Saint Galo rozpoczął od usunięcia z miejscowego kościoła szmirowatych obrazków i figurek. Grzmiał z ambony: „Te dzieła nie zostały poczęte w stanie łaski. Zrodziła je chciwość handlarzy, bezduszność i pustka. Ja pytam was, kto śmiał znieprawić i wypaczyć twórczą wyobraźnię ludu, zatruwając ją wszechobecnym widokiem tej lukrowanej błogości i porcelanowego mazgajstwa?” Na opróżnione w wyniku tej krucjaty miejsce ksiądz Patryk zaproponował własne rzeźby, ale nie znalazły one uznania u jego parafian, którzy uznali je za wysoce gorszące, a zdarzało się nawet, że wywoływały szok u wrażliwych parafianek.

Zdawać by się tedy mogło, że istotnym problemem tej powieści stać się miał konflikt między nową sztuką kościelną a kołtuńskimi nawykami estetycznymi parafian – problem żywo wówczas dyskutowany we Francji, Włoszech, Szwajcarii; u nas nigdy nie przekroczył skali lokalnej, mikroskopijnej wobec absolutnej powodzi szmiry, która zatriumfowała w licznie wznoszonych w drugiej połowie zeszłego wieku świątyń, kaplic i nagrobków. Patryk wycofał się jednak ze swych awangardowych pozycji artystycznych. Zanim nawet komisja diecezjalna zdążyła wypowiedzieć swe zdanie w kwestii sporu estetycznego w parafii Saint Galo, Patryk zwątpił w prawdę artystyczną swych dotychczasowych dokonań, w swoje sukcesy akademickie, a nawet w znacznie łaskawszy odbiór swych prac przez parafian z przedmieścia paryskiego, z którymi to parafianami współpracował uprzednio. Ten konflikt wygasł w tej powieści, uległ stłumieniu zanim się zdołał rozwinąć w pełni – i to za sprawą przyczyn, które wyłożył na kartach powieści sam, zrazu tak nonkonformistycznie usposobiony artysta-rzeźbiarz: „Muszę być chyba głęboko wewnętrznie zwichnięty, skoro wbrew mym pobożnym intencjom dzieło moje gorszy i oburza, zamiast uświęcać i cieszyć” – tymi słowami tłumaczył się przed członkami komisji diecezjalnej, a następnie wycofał swe rzeźby z kościoła, mimo perswazji niektórych członków owej komisji. Ambicje duszpasterskie wzięły w nim górę nad artystycznymi, „poławiacz dusz” zwyciężył i złamał w Patryku artystę, który w gruncie rzeczy nie wierzył w to, by nowe formy sztuki kościelnej przemówiły do parafialnego odbiorcy i który wiedział z własnego duszpasterskiego doświadczenia, iż Kościół najsilniej okopany jest właśnie na pozycjach konserwatywnych, że nadal w głównej mierze opiera swą mocną pozycję na zacofaniu ludzkim.

Po tak stanowczym rozstrzygnięciu ostatniego konfliktu, jaki podejmuje ta powieść, jej końcowe partie ukazały już tylko przypadkowe zdarzenia i sytuacje, i przypadkowy właściwie charakter miała także śmierć księdza Patryka, ucinająca cherlawą akcję powieściową. Ale Proboszcz z Saint Galo, przy całym swym artystycznym i intelektualnym niedorozwinięciu, pozostał interesującym przyczynkiem do wiedzy o problemach drążących środowiska katolickie na szczeblu parafialnym zarówno we Francji, jak i w Polsce owego czasu, oraz o częstym w dziejach sztuki problemie klęsk artystycznych – niekiedy niezwykle rozległej skali – zawinionych przez presję kościelnej doktryny.

 

Powyższy wybór ukazał się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Przyznawana w Łodzi Nagroda im. Profesora Tadeusza Kotarbińskiego, pierwszego rektora Uniwersytetu Łódzkiego, wybitnego filozofa, patrona Towarzystwa Kultury Świeckiej i pisma Res Humana, przypadła w tym roku Maciejowi Świerkockiemu, autorowi nowego tłumaczenia na język polski – Ulissesa Jamesa Joyce’a i zarazem powstałego potem na kanwie tej długoletniej, iście benedyktyńskiej translatorskiej pracy dzieła zatytułowanego: Łódź Ulissesa, czyli siedem lat i osiemnaście godzin z Jamesem Joyce’em w Dublinie i nie tylko.

Dzieła będącego, jak nadzwyczaj skromnie we wstępie pisze Maciej Świerkocki, „krótkim przewodnikiem przeznaczonym dla początkujących, a także osobistym zapisem pracy tłumacza nad przekładem”. Otóż przewodnik ten nie jest wcale krótki (liczy sobie kilkaset stron!), a skorzystać z tej pracy mogą nie tylko „początkujący”, ale i wytrawni translatorzy! Wszystko to bowiem trwało, bagatela, „siedem lat i osiemnaście godzin”, czyli ni mniej, ni więcej tyle, ile trwało pisanie przez Joyce’a tego znaczącego w dziejach literatury światowej i nowatorskiego literacko utworu prozatorskiego – Ulissesa (1914–1921). W efekcie powstał rodzaj translation as memoir – tłumaczenia jako osobistego pamiętnika-diariusza – zapisu całego tego czasu poświęconego nowemu tłumaczeniu tej wielkiej powieści Joyce’a. Problemów związanych z jej niesłychanie rozbudowanymi i rozlicznymi odniesieniami, aluzjami oraz ich wielorakimi znaczeniami. Odczytywaniem przez kolejne pokolenia naukowców, krytyków literackich, badaczy i zwykłych miłośników tej niesłychanie zresztą trudnej w odbiorze czytelniczym, bo także i stylistycznie nadzwyczaj wymagającej i skomplikowanej – prozy Joyce’owskiej! Powstała oto pod piórem Świerkockiego rzecz wręcz niebywała i w literaturze światowej w tej skali rzeczywiście rzadka, mimo przecież istnienia tysięcy dzieł i opracowań naukowych, i krytycznoliterackich sądów, i opinii tej problematyce poświęconych, do których on się zresztą odwołuje, częstokroć polemicznie.

Sam Maciej Świerkocki zapowiada w swym autokomentarzu, iż pragnie przede wszystkim ułatwić czytelnikowi odbiór nowego polskiego tłumaczenia Ulissesa – istotnie uzupełniającego ów dawniejszy i znany nam sprzed paru dziesięcioleci przekład Macieja Słomczyńskiego. Czyni to, odwołując się do szerokiego spektrum dotychczasowego odbioru tego prekursorskiego literacko, oryginalnego dzieła, jego poszczególnych, nakładających się na siebie warstw i słojów fabuły oraz do obecnych tutaj tradycji antycznych czy współczesnych znaczeń losów, „przygód” autentycznych i fikcyjnych bohaterów, wydarzeń i poszczególnych epizodów Ulissesa. Wraz z całą tą ogromną gmatwaniną psychologicznego zaplecza, historyczno-politycznego tła, obecnych w kontekście całego utworu i po dziś dzień nadal przyciągających nowych tłumaczy, interpretatorów i czytelników na świecie.

I już na koniec tej króciutkiej prezentacji zawartości Łodzi Ulissesa,warto oddać głos jej autorowi, dającemu naprawdę pasjonujący obraz pracy, „potyczek translatorskich” z tradycją i samym sobą, jakie stoczył jako tłumacz i egzegeta z oporną materią w swej pisarskiej „drodze do Itaki”.Bo zauważa, słusznie, iż wiele z obecnych tu owych diariuszowych zapisków ma „charakter intymny”, osobisty, chociaż też (w większości tych, które głównie służą odsłanianiu owej całej skomplikowanej „przekładowej maszynerii”) – „tłumaczącą się z tłumaczenia” lub pokazującą „meandryczną trasę”, którą podążył autor ku co bardziej „problematycznym albo malowniczym rozwiązaniom”. Książka ta została też laureatką Nagrody „Literatury na Świecie” w roku ubiegłym.

Notka ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Grzegorz PIĄTEK, Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2022, 480 stron.

Budowa Gdyni miała ogromne znaczenie dla Polski odrodzonej w roku 1918. Miała potwierdzić, że jesteśmy – jako Polacy – zdolni do podjęcia wyzwania, które na nowo ukształtuje naszą przyszłość jako nowoczesny, dobrze zorganizowany kraj. Gdynię zbudowano. To wybicie się na niezależność zostało zrealizowane ciężką pracą całego narodu. Oczywiście oczekiwania były różne – dla elity walczącej w Legionach, dla tych, którzy byli także zaangażowani w ruch niepodległościowy wyznając różne opcje polityczne i ideowe, oznaczało, że z Polską należy się liczyć na arenie gospodarczej, a nie tylko na polach bitew. Dla milionów bezrobotnych zamieszkujących przeludnione wsie była ogromną nadzieją, że staną się robotnikami, obywatelami nowoczesnego kraju, że znacząco poprawią swój byt.

Oczekiwania były olbrzymie – ich realizacja często zderzała się z brutalną rzeczywistością: bezrobociem, podłymi warunkami mieszkaniowymi, powszechnym bandytyzmem, brakiem bezpieczeństwa socjalnego, brakiem możliwości wykształcenia dzieci. Grzegorz Piątek, architekt z zawodu, napisał książkę opisującą dzieje budowy Gdyni w okresie międzywojennym, czyli okresu lat 1920–1939, od momentu podjęcia decyzji przez ówczesne władze państwa. Na miejsce budowy nowego miasta i portu wybrano niewielką kaszubską wieś.

Polska odrodziła się w Europie jako niepodległy kraj w roku 1918, jako największe nowo powstałe państwo po klęsce państw koalicji Niemiec i Austro-Węgier w I wojnie światowej. Nowo powstałemu państwu przyznano jednakże tylko symboliczny dostęp do otwartego morza, ledwie 150 km wybrzeża, bez pełnomorskiego portu. Gdańsk, który był naturalnym portem Rzeczypospolitej, przekształcono w Wolne Miasto, z ograniczonym dostępem do nabrzeży portowych dla polskich przedsiębiorstw. Decyzja o budowie w pełni polskiego portu była więc koniecznością ekonomiczną i polityczną. Budowę rozpoczęto w 1921 roku, gdy Gdynia liczyła 1200 mieszkańców, aby pod koniec dwudziestolecia międzywojennego przekroczyć liczbę 100 000 mieszkańców. Port w 1938 roku obsługiwał 46% polskiego handlu zagranicznego – głównie węgla kamiennego i drewna, podstawowych wówczas towarów polskiego eksportu.

Autor koncentruje się na przemianach architektonicznych i urbanistycznych nowo powstającego miasta. Z tego względu niewątpliwie dla mieszkańców Gdyni jest to książka pasjonująca. Dla nas, współczesnych Polaków jest przede wszystkim przyczynkiem do historii Polski XX wieku. Trudno dziś wyobrazić sobie, jak ważną rolę odgrywała Gdynia w międzywojniu. Rola gospodarcza była istotna, ale znacznie ważniejsza była jej pozycja jako obiektu państwowotwórczej propagandy kolejnych rządów oraz dla milionów Polaków jako potwierdzenie odrodzenia się narodowego państwa, które zbudowało duży (największy na Bałtyku w latach trzydziestych XX wieku) port oraz nowoczesne miasto.

Znikały z pola widzenia ułomności miasta – brak planowania urbanistycznego, brak szkół, szpitali i usług komunalnych, bieda ludzi, którzy przybyli z całej Polski z nadzieją na dobrą pracę, zmuszonych do zamieszkania w nędznych dzielnicach zbudowanych z odpadków blach, opakowań lub wykopanych ziemiankach. Nieskanalizowane budy, w których na kilku metrach kwadratowych powierzchni mieszkało często kilka osób; śpiących na zmianę na ubitej ziemi. Domy przeznaczone dla zarówno zamożnych, jak i średniozamożnych budowane były chaotycznie, bez jakiejkolwiek koncepcji przestrzennej. Nawet nowoczesne wysokościowce budowano z cegły, bez bieżącej wody i często bez kanalizacji. Płace były najniższe w Polsce, a ceny – najwyższe, szczególnie produktów rolnych. Wynikało to z braku silnego rolniczego zaplecza dla nowo powstającego miasta i trudności komunikacyjnych z resztą kraju – Gdynię od kraju oddzielało Wolne Miasto, z ludźmi wrogo nastawionymi do rosnącej w siłę konkurencji.

Wysokie bezrobocie i niskie płace były przyczyną szeregu robotniczych protestów i demonstracji – niektórych zakończonych ofiarami w ludziach. O tym stanie rzeczy nie pisało się i dalej nie pisze – bardziej pamiętany jest bunt 1970 roku na Wybrzeżu, który objął również Gdynię, niż te sprowokowane przez (prawicowo-faszyzujący) rząd w Warszawie i komisaryczny zarząd miasta. Największy miał miejsce w 1936 roku, kilka mniejszych – praktycznie corocznie w latach trzydziestych. Społecznicy, głównie wywodzący się z PPS, wzorem Warszawy powołali towarzystwo budowy tanich domów dla robotników na obrzeżach Gdyni – potrzeby były jednak wielokrotnie większe niż możliwości finansowe społecznych inicjatorów.

Autor czyni bezpośrednie porównania sytuacji robotników z lat 1920–1939 z okresem PRL-u. Wystąpienia robotnicze miały podobne podłoże ekonomiczne, ale wówczas oczekiwania Polaków były już znacznie bardziej ambitne. Władze nie były w stanie im sprostać. Świat, szczególnie w latach 70. wszedł na ścieżkę szybkiego wzrostu ekonomicznego, rozszerzenia zakresu usług społecznych, ogromnych szans awansu dla młodzieży. System tzw. realnego socjalizmu nie stwarzał takich możliwości. Polska Sanacji i Polska PRL miały systemy gospodarcze, które nie spełniały oczekiwań Polaków. Decydenci polityczni zdecydowali się przelać krew niewinnych ludzi tylko dla jednego celu: utrzymania się u władzy.

Byłem świadkiem robotniczego buntu w grudniu 1970 roku – zarówno w Gdańsku, jak i w Gdyni, gdy wysiadając z kolejki na stacji Gdynia Stocznia i w drodze do Stoczni im. Komuny Paryskiej widziałem zakrwawionych ludzi i słyszałem odgłos strzałów, odczułem strach ludzi stłoczonych na peronie, nierozumiejących sensu mordowania ich w drodze do pracy. Strach minął, pozostała nienawiść i pogarda dla „robotniczo-chłopskiego rządu”.

Autorytaryzm Sanacji i totalitaryzm jedynej partii PRL okazał się tragiczny.

Gdynia pozostała i jest wspaniałym dokumentem wysiłku całego narodu.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Severyn ASHKENAZY, Miecze Watykanu. Refleksje i polemiki świadka zła, przekład: A. Domińczak, Wydawnictwo Vis-à-Vis Etiuda, Kraków 2022, 322 strony.

 

Nazwisko Aszkenazy jest powszechnie znane i cenione w polskiej kulturze, nauce, historii. Szymon Askenazy (1865–193) to przedstawiciel klasycznej polskiej historiografii, a także uznany szachista, i jednocześnie wybitny naukowiec, pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Severyn Ashkenazy to dziś obywatel USA, wywodzący się z terenów tzw. kresów przedwojennej Polski (Tarnopol) i jednocześnie autor recenzowanej książki pt. Miecze Watykanu (podtytuł – Refleksje i polemiki świadka zła).

Książka jest wybitnie subiektywnym punktem widzenia przedstawiającym rolę Watykanu i instytucji Kościoła, zresztą często wybitnie negatywną i toksyczną, jaką spełniało państwo kościelne i stojący na jej czele papieże w dziejach Europy i świata – w historii ponad 1500-letnich prześladowań Żydów. Kreśli ją przedstawiciel kultury judaistycznej i jednocześnie zlaicyzowany Żyd, który przeżył lata II wojny światowej w ukryciu, pod podłogą mieszkania polskiej rodziny w Tarnopolu. Ten przedstawiciel prześladowanej systemowo przez wieki wspólnoty religijnej (a często i kultury) postawił sobie za zadanie zgłębić, zrozumieć, opisać istotę tych procesów społecznych, zwieńczeniem których okazał się Holocaust. To równocześnie opowieść o narodzie i kulturze żydowskiej, widzianej i ocenianej przez progresywnego Żyda-patriotę, choć nie bezrefleksyjnego apologety. Z kart tej książki Ashkenazy jawi się nam, jako człowiek martwiący się o losy swego narodu, nieszczędzący krytycznych uwag wobec tendencji, cech, obyczajowości i politycznych azymutów królujących w establishmencie Izraela. Te niebezpieczne trendy, jego zdaniem, pogłębiają jedynie społeczne podziały. Ta polityczno-kulturowa i socjalna fragmentaryzacja izraelskiej zbiorowości jest według niego na tyle groźna, że byt państwa otoczonego przez wrogów (lub w najlepszym wypadku przez kraje i społeczności mu nieprzyjazne) jest niepewny, by nie rzec – permanentnie zagrożony.

Książka w założeniach miała być refleksją nad kondycją człowieczeństwa w jego najgłębszej istocie. Nie jest to więc rzecz o potrzebie wiary w Boga, bogów czy jakąś bliżej nieokreśloną siłę sprawczą tkwiącą w świadomości większości ludzi. Efekt emanujący z kart książki jest inny, choć kwestia Absolutu przewija się ciągle w tle snutych przez Ashkenazego rozważań. Nie da się przy problematyce związanej z Holocaustem, widzianym przez społeczności Żydów europejskich dotkniętych bezpośrednio tą tragedią (a dziś rzucającą toksyczny cień na świadomość światowej diaspory żydowskiej i społeczeństwa izraelskiego), pominąć takiego oto zagadnienia: jak w takim razie pojmować Boga, który w religiach tzw. abrahamowych (judaizm, chrześcijaństwo i islam wywodzą się z tego samego pnia kulturowego, z podobnych doświadczeń ich założycieli, z tego samego regionu, który doświadczał przez wieki podobnych klęsk, wojen i tragedii), miał być synonimem dobroci, solidarności, miłosierdzia i zrozumienia, a który patrzył milcząco na śmierć części swoich, często gorliwych, wyznawców? Śmierci idącej w miliony istnień i realizowanej w racjonalnie zorganizowany system, niczym w ramach wielkoprzemysłowej produkcji dóbr. Autor celnie konkluduje, iż zagrożeniem dla ludzkości, istniejącym od dawna, jest brak jedności i poczucia wspólnoty ponad-plemiennej, ponad-rasowej, ponad-religijnej. Zagrażał on i ciągle zagraża, mimo postępu i rozwoju cywilizacyjnego, światu i gatunkowi ludzkiemu. Niewątpliwą luką w tej refleksji jest nieuwzględnienie przez autora roli rynku i zysku w owych zagrożeniach oraz procesach, a one stanowią przecież o istocie gospodarki towarowo-pieniężnej. A wszelkie i zorganizowane w rozległą strukturę prześladowania zawsze w podtekście niosły (później potwierdzała wielokrotnie praktyka) element merkantylny, utylitarny, zyskowny. Asheknazy natomiast skupia się wyłącznie na zagadnieniach wynikających bezpośrednio z podstawowych kanonów religii monoteistycznych; czyli uzurpacji przez nie prawa do jedynej prawdy i absolutyzacji spojrzenia na kulturę. Nie są to na pewno błahe kwestie, w tym akurat przypadku może i wiodące (chodzi o rolę instytucji Kościoła katolickiego w kształtowaniu europejskiego myślenia i najszerzej pojmowanej kultury), lecz polityka to przede wszystkim interesy i władza oraz nieusuwalne, związane z nią zyski i profity.

Ashkenazy pokazuje na przestrzeni historii, jak od uznania religii chrześcijańskiej za wyznanie państwowe (czyli od ok. 1700 lat temu przez Konstantyna Wielkiego, a zwłaszcza od jednego z jego następców – Teodozjusza Wielkiego) zmienia się byt Żydów na terytorium Imperium Romanum. I dotyczy to nie tylko chrześcijaństwa, religii już panującej wówczas niepodzielne formalno-politycznie, ale przede wszystkim w najszerzej rozumianej kulturze. Piętno, jakie przez wieki owej hegemonii wywarte zostało na umysłowości mieszkańców Starego Kontynentu, jest dla takich rozważań znakomitym wektorem dla zrozumienia istoty Shoah. I dlaczego do niego doszło. To było po prostu zwieńczenie określonej, wielowiekowej, szerzonej różnymi metodami i w różny sposób nienawiści rasowej, kulturowej i religijnej. Dziś widać, iż ludzkość o tym wszystkim zapomniała i powtarza ponownie drogę ku katastrofie.

Autor podzielił swoją książkę na trzy części (choć mówi tylko o dwóch). Pierwsza, wprowadzająca, to opowieść o życiu w Tarnopolu młodego Severyna, kończąca się opisem przeżyć wojennych, początków emigracji i rozpoczęcia życia w USA. Zasadnicza część, druga, to refleksja Aszkenazego odnośnie ponad 1500-letniej roli Watykanu i religii chrześcijańskiej w prześladowaniu Żydów. Jest to bardzo dobrze udokumentowany fragment książki. Trzecia część zawiera refleksje autora odnoszone do współczesnej sytuacji, w jakiej znajduje się niezwykle podzielona i rozproszona, światowa (w tym i w państwie Izrael) wspólnota żydowska.

Wprowadzając czytelnika w tematykę swojej książki autor podkreśla, iż temu zagadnieniu, z racji traumatycznych doświadczeń wojennych, poświęcił całe życie. Zgłębiał literaturę, prowadził kwerendę dokumentów i archiwaliów, przeprowadzał rozmowy ze świadkami ocalałymi z Zagłady. Zachęca też do potraktowania recenzowanego materiału, jako punktu wyjścia do dalszych, subiektywnych poszukiwań i przemyśleń. Ale najważniejsze są jego zdaniem refleksje nad istotą masowego, zorganizowanego na skalę niemalże przemysłową zła, prześladowań, szykan i dyskryminacji. Wszelkie dyskryminacje, z początku zdaje się niewinne i polegające jedynie na subtelnej stygmatyzacji, przeradzają się zazwyczaj w masowe i tragicznie kończące się, prześladowania. Dzieje Żydów w Europie są tego najlepszym i klarownym potwierdzeniem.

Ashkenazy poświęca dużą część materiału kształtowanej przez wieki życia w diasporze, właśnie z racji charakteru judaizmu oraz form uprawianego kultu, tożsamości Żydów. Pokazuje, jak z powodu owej kulturowej odrębności, oprócz przyczyn religijnych i kulturowych, oraz rozproszenia narodu żydowskiego, kształtował się stosunek do nich chrześcijan pozostających pod przemożnym wpływem Kościoła katolickiego i centrali watykańskiej nadającej ton określonej narracji w tej mierze. Ta część książki jest doskonale udokumentowana, a fakty chronologicznie i kolejno przedstawiane tak, jak mijały wieki owych prześladowań.

Sentencją podsumowującą niejako całość rozważań Ashekazego, a znajdującą się na ostatniej stronie tej polecanej przeze mnie gorąco książki, niech będzie myśl autora, iż „jeśli coś potrafimy sobie wyobrazić to oznacza, że możemy to osiągnąć”. Piękna, humanistyczna, klasycznie oświeceniowa i niezwykle pro-osobowa to myśl. Zawierająca optymizm oraz ufność w człowieka, jako miarę wszechrzeczy (jak wyznał to Protagoras z Abdery, V w. p.n.e.).

 

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Autorka książki jest mi (nomen omen) bliska; jesteśmy rówieśnikami, oboje urodziliśmy się we wrześniu 1940 roku, oboje pod tym samym znakiem Zodiaku – Panną, Annie jest starsza ode mnie o kilkanaście dni. Pierwsze pytanie dotyczy zatem biograficznych podobieństw i różnic, bo też wokół wątków biograficznych koncentrują się trzy części tej książki, pisane w różnym czasie: Miejsce (1982–1983), Pewna kobieta (1986–1987), Druga córka (2010), wydane teraz w jednym tomie. Może najpierw o podobieństwach.

Szukam analogii z dziejami własnej rodziny. Ojciec mojej matki, z chłopskiej rodziny z Kujaw, wyjechał w latach 90. XIX wieku za chlebem do Baku, tam jako robotnik zarobił trochę pieniędzy przy nafcie. Po żonę przywędrował do Siedlec, niczym Seweryn Baryka, pobrali się w 1909 roku, ale do roboczego kombinezonu i do Baku dziadek już nie wrócił. Mieszkali w Odessie, potem w Kijowie, dorobili się sklepu. Do Polski wrócili w 1918 roku i dalej prowadzili sklep we Włocławku, udało im się nawet zbudować własny dom. To tak jak rodzice Ernaux, ale oni zrobili to o jedno pokolenie później. Potem przyszła wojna i świat się zmienił. Dalszych kolei losu nie da się zatem zrozumieć bez podkreślenia różnic.

Powieść prawie zupełnie pomija wojnę, pierwszą i drugą, wydarzenia, które zaważyła tak mocno na losach wielu pokoleń w wielu krajach. Pierwsza wojna stworzyła ojcu
Autorki okazję do społecznego awansu, porzucenia robotniczego fachu, do stania się sklepikarzem i restauratorem. Drugą wojnę Ernaux kwituje bodaj dwoma akapitami. Pierwszy dotyczy ucieczki w dniach inwazji niemieckiej: „raniły go w twarz odłamki pocisku i dał się opatrzyć w miejscowej aptece. Bombardowanie trwało nadal. […] Wewnątrz kościoła pełno było uchodźców. […] Kiedy weszli Niemcy, wrócił do L… Sklep spożywczy został splądrowany przez tych, którzy nie zdołali uciec. Potem wróciła matka, a ja urodziłam się miesiąc później” (Miejsce, s. 30). Drugi fragment mówi o wkroczeniu Anglików i Amerykanów pod koniec II wojny, to już fiasko niemieckiej dominacji: „Czołgi przejeżdżały przez la Vallee, z otwartych włazów leciały tabliczki czekolady i saszetki z pomarańczową oranżadą w proszku [….] Potem [matka] relacjonowała lata wojny jak powieść, wielką przygodę swojego życia” (Pewna kobieta, s. 94). Pomiędzy nimi znalazł się czas spokojny, nie wypełniony tragicznymi wydarzeniami, czas rodzinnych zajęć. Trauma była związana z pochodzeniem klasowym (jak pisze na czwartej stronie okładki Didier Eribon).

U nas było inaczej. Wojna spowodowała rodzinną degradację. Ojca, wcześniej dobrze zapowiadającego się naukowca, rozstrzelano za konspirację, dziadków wysiedlono, pół rodziny wojny nie przeżyło, matka, mając mnie na głowie, mozolnie poszukiwała jakichkolwiek warunków do życia – także po wojnie. Wszyscy stracili prawie wszystko. Dziadkowie nigdy nie wrócili do pozycji średnio zamożnych sklepikarzy. Proces wydobywania się na powierzchnię trwał wiele, dobrze ponad dwadzieścia, może i trzydzieści lat. Z autorką możemy więc mówić o podobnej ścieżce przesuwania się w górę w hierarchii społecznej, ale o zupełnie różnych znamionach tej wędrówki. Dla niej jest to linia jednostajnie wznosząca, w przypadku mojej rodziny – raczej szybki zjazd w dół i trudna wspinaczka, nie zawsze udana. To sprawa miejsca, nie czasu. A żeby, żartując trochę, podkreślić jeszcze raz podobieństwa – my, dzieci z innego trochę świata, też dostawaliśmy paczki z UNRRA – poza oranżadą w proszku i gumą do żucia bawiły nas puszki z etykietą „krwawa kiszka, krwawa kiełbasica”.

Dziadkowie, rodzice, dzieci – wszyscy w tych pokoleniach, które opisuje Ernaux, to postaci z minionego czasu. Nosili na swoich plecach trud uporania się z przeciwnościami losu, walczyli o swoją egzystencję. Zrobili swoje, wspięli się po drabinie społecznej, stworzyli warunki dla pokolenia wnuków i dla ich dzieci. „[Ojciec] chciał przede wszystkim, żebym była szczęśliwa, ona zaś – żebym była na poziomie, a suma ich pragnień sprawiała, że w rodzinie i w naszej robotniczej dzielnicy stałam się obiektem zazdrości, prowadząc egzystencję osoby uprzywilejowanej [….] (Druga córka, s. 162). W drobnomieszczańskich rodzinach obowiązywało zachowanie uzależnione od tego, co ludzie powiedzą. Trochę korciło mnie, by zebrać wszystkie fragmenty tekstu podane w cudzysłowach, czy złożą się w pełne znaczenia przesłanie, ale w krótkim tekście nie ma miejsca na takie zabawy. Natomiast nie sposób nie zapytać o zdolność kolejnych generacji do przetrwania, do sprostania przeciwnościom losu, bo na takie napotkają, bez wątpienia, i do wymogów nadchodzącej epoki. Nie mam żadnych powodów, a przede wszystkim uprawnień, by wieszczyć katastrofę, ani popadać w euforię wiary w niespożyte możliwości ludzkiego umysłu i w wytwory sztucznej inteligencji. Ale pytać trzeba, bo ten czas może okazać się trudniejszy, niż ten miniony, a nowe pokolenia słabsze mentalnie, bo pozbawione doświadczeń, dających odporność „na życie” . Z ostatnich informacji WHO wynika, że do roku 2030 depresja stanie się najbardziej dotkliwą chorobą ludzkości. To zatem kwestia czasu, nie miejsca.

A książka Annie Ernaux – mojej rówieśniczki to piękna książka i piszę tak nie dlatego, że to noblistka. Były przecież Noble trafione i pomyłkowe. O jej bezspornych walorach artystycznych powiedzieli już chyba wszyscy uczestnicy dzisiejszej i wielu innych dyskusji, bo nie sposób o tym nie mówić, więc i ja muszę choć trochę. Operuje zdaniami tak prostymi, że zachwycają swoją wykwintnością. Jest w nich niesamowite wprost skondensowanie obrazu, który chce przekazać. Nie ma słów, a tym bardziej zdań pustych, wszystkie zawierają ważną treść. Złapałem się na tym, że wielokrotnie odkładałem książkę, by zachować w pamięci ledwo co przeczytane zdanie, by nie pospieszać zbytnio. No cóż, rocznik 1940 to dobry rocznik, jak dobre wino, naprawdę obfitował w liczne talenty.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Zofia POSMYSZ, Czy to temat? Dramaty, Wybór i wstęp Anna R. Burzyńska, oprac. tekstów Anna Dżabagina, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Warszawa 2020, 427 stron.

 

Zmarła w sierpniu 2022 r. (dwa tygodnie przed ukończeniem 99 lat) Zofia Posmysz była autorką wielu wybitnych i popularnych utworów, przede wszystkim pisanych prozą, jak słynna i znana z adaptacji filmowej Andrzeja Munka oraz wersji operowej wystawianej na wielu scenach świata – Pasażerka (1962) czyteż powieść Wakacje nad Adriatykiem (1970) Autorkabyła także znana, o czym dziś mniej się pamięta, jako twórczyni znakomitych słuchowisk radiowych.

Jak wiadomo, słuchowisko radiowe jest stosunkowo nowym gatunkiem artystyczno-literackim. Rodziły się one bowiem i dojrzewały wraz z rozwojem audio techniki radiowej. Od początku odznaczały się też z tego powodu swoistą gatunkową odrębnością. Ich literackie teksty-zapisy były i są przede wszystkim materiałem wyjściowym, niczym kompozytorskie partytury dla dyrygenta w procesie tworzenia ostatecznego kształt utworu muzycznego. Z tego połączenia słowa (za)pisanego i dźwięku(ów), emitowanych na falach radiowych, powstaje w efekcie coś jakościowo quasi-nowego. Czy słuchowiska radiowe są zatem adresowane li-tylko do słuchacza radia i przeznaczone wyłącznie dla niego?

Otóż okazało się, i wiadomo to od dość dawna zresztą, bo już od przedwojnia, że nie tylko. Już w latach 30. XX w. ukazywały się drukiem i zdobywały wielką popularność czytelniczą drukowane „opowieści radiowe” – seriale słuchowiskowe Marii Kuncewiczowej – Dni powszednie państwa Kowalskich. Kto wie, czy nie była to jedna z przyczyn oraz podniet dla wielkiego u nas rozkwitu i popularności słuchowisk radiowych po wojnie. Szczególnie w latach 60. i 70. XX w., gdy powstawało w Polsce około 600 słuchowisk rocznie! Wiele z nich było publikowanych, a to na łamach miesięcznika Dialog czy w innych czasopismach literackich (były takie, były!), a to w osobnych wydaniach książkowych. I nie dziwota, bo pisywali je między innymi tak wybitni prozaicy i poeci jak: Stanisław Grochowiak, Zbigniew Herbert, Tymoteusz Karpowicz, Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Władysław Terlecki, Jerzy Krzysztoń, Jarosław Abramow czy Henryk Bardijewski. Występowali w nich najwybitniejsi polscy aktorzy pod batutą najlepszych w tej gildii reżyserów… Kto ciekaw, niech łaskawie sięgnie po bogatą literaturę przedmiotu.

A znajdzie ją między innymi i w tej wielce interesującej księdze-antologii słuchowisk radiowych Zofii Posmysz. Autorki kojarzonej z prozą – świadectwem wojennego i obozowego doświadczenia samej pisarki (rocznik 1923, więźniarka Auschwitz, potem dziennikarka radiowa) oraz całego pokolenia twórców jej współczesnych. Autorki wiązanej w potocznym odbiorze z takimi prozatorskimi tytułami, jak wspomniane wyżej powieści Pasażerka czy Wakacje nad Adriatykiem, gdzie traumy przeszłości istotnie znajdują swój pełny, znaczeniowo ważny, oryginalny i wyrazisty literacko kształt, jak i pozostające na uboczu niejako, jej ważne powieści i opowiadania o tematyce współczesnej, społecznej, obyczajowo-psychologicznej. To z tym właśnie nurtem jej dorobku związane są głównie (choć nie wyłącznie przecież) mniej znane słuchowiska radiowe….

Te radiowe dramaty powstające na przestrzeni paru dziesięcioleci, a ukazujące się teraz w znacznej mierze drukiem po raz pierwszy, różnią się oczywiście od siebie bardzo, tematycznie i kompozycyjnie. Powstawały one początkowo na marginesie reporterskiej pracy Zofii Posmysz w Polskim Radiu, jej wyjazdów służbowych w tzw. teren dla zbierania materiałów, często też śladem listów od słuchaczy proszących o interwencję czy pomoc w rozwiązywaniu lokalnych problemów czy konfliktów. Czasami, niektóre z tych słuchowisk powstawały i wyrastały jako nowe wersje wcześniejszych jej utworów prozatorskich, lub odwrotnie, jak najgłośniejszy z nich – Pasażerka (znana też potem z wersji filmowej Andrzeja Munka oraz libretta operowego Jurija Łukina i Aleksandra Miedwiediewa, z muzyką Mieczysława Weinberga; miała liczne wystawienia ostatnimi laty w wielu krajach świata).

Wśród dwunastki „dramatów radiowych” Zofii Posmysz tutaj przypomnianych, nad tematyką obozową czy wojenną dominuje w sensie ilościowym problematyka współczesna, ukazywana na ogół w formie swoiście udramatyzowanych interwencyjnych reportaży radiowych – jako poręczny, by tak rzec, punkt wyjścia – w takich utworach jak: Sekstet w Pałacu Ślubów, Palę Martina Edena, Czy to temat?, Człowiek spod kaloryfera. Ale jest tutaj i kilka utworów „dramaturgiczno-akustycznych” utrzymanych w formie wręcz fantastyczno-groteskowej czy także satyrycznej przypowiastki, jak: Zabieg, Ufo nad Parnasem, Miejsce na ścianie.

We wszystkich tych tekstach słuchowisk Zofii Posmysz, gdy się je teraz czyta po latach, widać coś jeszcze innego, co może do nich przyciągnąć współczesnego czytelnika. A także i nowego słuchacza radia, gdyby te słuchowiska zostały wznowione (co się chyba raczej dziś rzadko zdarza) lub też, gdyby zostały wyreżyserowane na nowo (bywa). Mianowicie poczucie humoru, ironia i dystans autorski, obecnie bardziej widoczne niż dawnej, co jeszcze ostrzej wydobywa ich wielorakie sensy i literackie smaki, powodując, iż nie są one przynależne tylko do szacownego skądinąd grona „słuchowiskowej klasyki radiowego słuchowiska”, a stanowią nadal żywą i aktualną w wielu wymiarach cząstkę całego powojennego dorobku pisarskiego autorki – wartą nadal nie tylko słuchania, ale czytania także…

Natomiast autorka omawianego tu opracowania wyboru słuchowisk Zofii Posmysz na koniec swojego erudycyjnego wstępu i analizy poszczególnych tekstów zbioru słusznie podkreśla, że radio dla niej „nie jest miejscem: wydzieloną enklawą wewnątrz rzeczywistości, pudełkiem, w którym spotykają się głosy i dźwięki, połączone ze sobą w sposób odległy od codziennej logiki, możliwy tylko tam… Radio jest wehikułem, umożliwia podróż w czasie i przestrzeni”. Nawet w swoich najbardziej groteskowych tekstach Posmysz pozostaje reporterką, która zabiera słuchaczy ze sobą w teren i uczy ich uważnego wsłuchiwania się w ciszę, by wyłowić z niej echa dawno ucichłych głosów. Toteż dodać jeszcze tylko trzeba, że to staranne, edytorsko krytyczne, należnymi przypisami, objaśnieniami tekstu i komentarzami dopełnione wydanie dramatów radiowych autorki Pasażerki nawiązuje, pod względem rodzaju wydawniczej roboty, do charakteru cennych opracowań znanych ze słynnej – stuletniej już dziś tradycji – ossolińskiej serii Biblioteki Narodowej, przynoszącej w nowych naukowo-krytycznych opracowaniach literaturoznawczych teksty klasyków literatury polskiej. Nic przeto tylko przyklasnąć tej inicjatywie pomysłodawców i twórców nowej serii wydawniczej – zwanej Dramat Polski. Reaktywacja, przypominającej i przybliżającej utwory tak wydawałoby się ulotne, jak radiowe słuchowiska…

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Wiesław Łuka jest znanym i cenionym reportażystą, w przeszłości dziennikarzem poczytnych czasopism takich jak Prawo i Życie czy Sztandar Młodych. Najbardziej znany z jego dorobku był reportaż Nie oświadczam się – relacja dotycząca zbrodni w Połańcu, gdzie całą wieś dotknęła zmowa milczenia. Na jej podstawie Janusz Petelski nakręcił film dokumentalny, nagrodzony przez TVP. Kiedy wiek nie pozwalał już autorowi czynnie pełnić powinności reporterskich, zajął się pisaniem nie tylko o sztuce reportażu, ale także o innych gatunkach artystycznych. Wydał w sumie blisko 20 książek. W większości z ostatnio publikowanych ujawnia swoje artystyczne sympatie. Należą do nich: poezja, a spośród poetyckich luminarzy Norwid, muzyka – tu przede wszystkim Chopin i Beethoven, malarstwo (Brandt, Kossak, Boznańska), film (sam był scenarzystą filmowym). Wykłada dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, a jego zajęcia cieszą się dużą popularnością. Różnym gatunkom sztuk pięknych poświęcił swoją ostatnią książkę: Ku pokrzepieniu – sztuki piękne, wydaną przez oficynę wydawniczą Res Humana. Choć nie biega już z mikrofonem i aparatem fotograficznym (lata robią swoje), i nie pisze reportaży z bieżących obserwacji, to jednak wykorzystuje techniki tego gatunku. W omawianej książce niewiele można znaleźć z odautorskiego wykładu, prawdy o różnych dziedzinach sztuki wkłada w usta swoich bohaterów, a są nimi wybitni przedstawiciele tych dziedzin, z którymi przeprowadza wywiady, albo wykorzystuje fragmenty ich wypowiedzi. A są to między innymi: polonista, wybitny znawca twórczości Norwida – profesor Wiesław Rzońca z UW (ale nie zapomina również o odkrywcach Norwida – Wiktorze i Juliuszu Wiktorze Gomulickich, którzy obok Miriama – Zenona Przesmyckiego udostępnili krajowej i zagranicznej publiczności dorobek twórczy Wieszcza), profesorowie Akademii Sztuk Pięknych – Błażej Ostoja Lniński i Adam Myjak, profesorowie Akademii Muzycznej w Warszawie – Stanisław Moryto, Klaudiusz Baran i Piotr Paleczny, wiedzy o teatrze – tu Paweł Płoski i Wojciech Malajkat. Ale we wspomnieniach pojawiają się także osoby twórców Akademii Teatralnej w Warszawie, przede wszystkim Aleksander Zelwerowicz. Rozmawia też ze swoimi kolegami i przyjaciółmi, w tym filmowcem Maciejem Kowalewskim i wieloma innymi. Nie zapomina o swoich nauczycielach i wychowawcach, a jego szczególną estymą cieszy się polonistka z liceum w Siedlcach, które ukończył – Natalia Zbucka, wspomina ją w wielu swoich książkach, choć nie szczędziła mu uszczypliwych uwag. I tak ciągnie swoją opowieść o własnych fascynacjach i sympatiach, a wśród tych, których wspomina często, pojawiają się też postacie nowe, jak choćby Marek Wawrzkiewicz – poeta i prezes Związku Literatów Polskich, którego Autor jest członkiem, czy przyjaciele z lat młodości, których wspomina, jak Nina Osiakówna czy Maria Krasowska. Można podziwiać interdyscyplinarną wiedzę autora i biegłość, z jaką porusza się po wielu różnych dziedzinach sztuki oraz sprawność w operowaniu słowem.

Autor kończy swoją książkę uwagami na temat reportażu jako gatunku literackiego, cytując mistrzów literatury faktu. Są to cytaty z wywiadów, jakie przeprowadził z nimi: „Im więcej człowiek wie o świecie, tym bardziej powinien się dziwić” (Remigiusz Grzela); „Nie potrafię pisać z czapy, muszę najpierw coś zobaczyć, usłyszeć, obwąchać, by o tym napisać” (Hugo Bader); „Żyję życiem moich bohaterów” (Hanna Krall); „Nie warto okładać cepami swoich rozmówców” (Konrad Piasecki); „Mam pociąg do tematów o patologiach – często tak zwana gra wstępna trwa dłużej niż sama dokumentacja tematu i pisanie tekstu” (Barbara Pietkiewicz); „Warto odróżniać prawdę od prawdy zmyślonej” (Wojciech Tochman); „Nie nudzić, nie krzywdzić, nie kłamać” (Mariusz Szczygieł). Święte słowa! A skoro autor je przytacza, oznacza to, że potwierdza ich znaczenie” swojej twórczości i swojego pisarskiego credo. Że uznaje za swoje.

Skoro nachwaliłem się książki „po kokardę”, muszę dołożyć trochę dziegciu do tej beczki miodu. Łuka sięga bowiem do historii i tu jego wybory skłaniają trochę do zastanawiającej refleksji. Przypomnienie polskich kronikarzy, Galla Anonima, Kadłubka czy Długosza nie budzi wątpliwości, bo ich zasługi dla literatury i historii są bezsporne, natomiast obdarzenie Adama Jerzego Czartoryskiego mianem jednego z najwybitniejszych Polaków w historii budzi mój sprzeciw. Łuka pisze: „W opiniach chyba wszystkich biografów Adam Jerzy Czartoryski uchodzi do dziś za najbardziej znaną, docenioną polską osobistość nie tylko ostatnich dwóch wieków, ale nawet ponad tysiącletniej historii. Tak uważam. Tak wygląda na jednym z ostatnich obrazów w towarzystwie dwóch dorodnych synów. Odważę się jednak zauważyć, że w ostatnich dziesięcioleciach „dobili” do niego jako wielcy: Jan Paweł II i Lech Wałęsa” (s. 107). A sprzeciw budzi nie dlatego, że był synem Mikołaja Repnina – ambasadora Katarzyny II w Polsce i pogromcy konfederacji barskiej. To, że Izabela z Flemmingów była romansową damą i że prawdopodobnie żadne z jej dzieci nie pochodziło z legalnego związku z Adamem Kazimierzem Czartoryskim, to sprawy rodziny i nie trzeba w nie wnikać. Takie to były czasy. Związki małżeńskie służyły powiększeniu majątku i wzmocnieniu pozycji rodu, a nie miłosnym igraszkom. Jego wybory polityczne trzeba w większości uznać za wątpliwe, choć można je usprawiedliwiać okolicznościami, w jakich znalazła się Rzeczpospolita, a potem Królestwo Polskie za czasów Aleksandra I. Ale ideologii obozu konserwatywnego, znanego jako Hotel Lambert na paryskiej emigracji cenić nie jestem już skłonny. A nade wszystko hasło Czartoryskiego dotyczące odrodzenia państwa: „Najpierw być, a potem jak być” narobiło sporo zamieszania w polskich głowach. Do tego stopnia, że nawet Słowacki napisał złośliwy wiersz, z którego pochodzi cytowany fragment: „Szli krzycząc: Polska! Polska! – wtem jednego razu/Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu/Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna/Szli dalej krzycząc: Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!/Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka/Spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”. Brak określenia cech konstytutywnych państwa, co więcej – uznanie, że określać ich nie potrzeba, bo „jakoś to będzie”, stał się zapewne jedną z przyczyn ideologicznego i moralnego zamętu, jaki towarzyszy polskim dziejom przez blisko 200 już lat. Że Adam Jerzy był ważnym politykiem tamtego czasu, to prawda, ale przypisywanie mu cech męża opatrznościowego, nie – dalibóg, nie wypada. I tak przeszłość znów namieszała w naszych głowach, a szkoda.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności