logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Namiętność. O małej Nettie i polskim żołnierzu (cz. V-XI)

Fred URQUHART | 27 stycznia 2024
Marek CHACZYK, 2024 r.

V.

– Wczorajsze zebranie bardzo się udało – powiedziała Elsie McClure do Nettie następnego ranka.

– Tak? – Nettie ziewnęła i machinalnie rozłożyła koszulę na desce do prasowania. Czuła się zmęczona i właśnie sobie przypomniała, że nie napisała do Harry’ego, tak jak mu obiecała. Będzie musiała napisać dzisiaj wieczór. Chociaż właściwie to nie wiedziała, jak na to znajdzie czas, gdyż przecież obiecała Janowi, że pójdzie z nim do kina.

– Szkoda, że Cię nie było – rzekła Elsie.

– Ach, a co by to dało?

– No, byłoby nas o jedną więcej – powiedziała Elsie.

Netie ponownie ziewnęła.

– Daj spokój, nie dbam o ten wasz cały związek.

– Ale podwyżkę to byś chciała, co nie?

– No tak – Nettie skropiła koszulę i zaczęła ją prasować. – Ale nie mam złudzeń. Stara Scott nigdy nie da nam podwyżki.

– Zobaczymy – Elsie pociągnęła nosem i kopnęła kolanem wielki kosz z praniem, który niosła. – Zobaczymy – rzekła i poszła raźno do pralni, a jej kalosze mlaskały głośno na kamiennej podłodze.

Nettie ziewnęła i potrząsnęła głową, starając się spędzić sen ze swych powiek. „Dobranoc” – powiedziała sama do siebie. Tak, to było jedyne słowo, które znała po polsku. Elsie lepiej by zrobiła, gdyby poszła na randkę z żołnierzem, zamiast chodzić na to swoje zebranie. Marnuje bezsensownie czas!

Zastanawiała się, co napisać do Harry’ego. Właściwie nie miała o czym pisać. Nic się nie wydarzyło od jego wyjazdu. Zrozumiała, jaka głupia była, obiecując mu, że będzie pisać codziennie. Nic szczególnego, wartego pisania, nie działo się w tak małym miasteczku, jak Blytheden.

– Czy masz już te prześcieradła dla Fergussona? – Meg krzyknęła do innej dziewczyny.

– Nie, jeszcze ich nie mam.

– Masz szczęście! – zaśmiała się Bell. – To ten gość, który sika w łóżku? Powinno się wprowadzić nakaz prania przez takich ludzi ich własnych prześcieradeł. I na dodatek chce, by je wykrochmalić. Ustaw go do pionu!

– Oto one! – krzyknęła Aggie. – Już je mam. Chcesz je, Meg?

– Nie ma takiej potrzeby. Jak już je masz, to je zatrzymaj.

– Do licha – Aggie zrobiła minę i zaczęła śpiewać wysokim, zawodzącym głosem: „I am nobody’s baby. I wonder why”[1]

– A spojrzałaś do lustra? – roześmiała się Meg, wystawiając głowę zza ubrań, wiszących na wieszakach.

Ale Aggie nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Nadal śpiewała: „Each night and day I pray the Lord up above to please send me down somebody to lo-ove”[2]

– Och, Olga! – zawołała Bell z akcentem, który według niej miał być akcentem Polaków, mówiących po angielsku. – Dobra stara Olga znad Wołgi! A widziałaś jakichś żeglarzy? Oni łowią takie poślednie rybki jak ty!

– Możesz się śmiać – powiedziała Aggie, potrząsając głową. – Nie dbam o to. Gdybym miała coś do powiedzenia, to nie nadano by mi na chrzcie imienia Oliwia.

– Ale byłaś wtedy głupiutka!

– Ona wciąż jest głupiutka – rzekła Meg. – Nic dziwnego, że wczoraj nie poderwała żadnego chłopaka. Gdybyś, Aggie Foster, była choć trochę obrotna, to byś przysiadła się do tych chłopców z sąsiedniego stolika, zamiast trzymać się nas.

– A to dobre! – krzyknęła Aggie. – Oni tak samo byli ze mną, jak z wami, może nie? Musisz mieć cholernie wysokie mniemanie o sobie, żeby myśleć, że podobałaś się im bardziej niż ja.

– Oj tam, po co się o to kłócić! – powiedziała Bell. – W końcu to tylko Polacy.

– Tylko Polacy! – zaśmiała się Meg. – Podoba mi się ten Stanny Jakmutamjest. Chłopak wie, czego chce.

– Może aż za bardzo wie – prychnęła Aggie. – Lepiej uważaj na siebie.

– Oczywiście, będę uważać. Dam sobie radę z każdym z nich. Byłabym ostrożna tylko z jednym, z tym brunetem. Wygląda na takiego, który lubi prawić komplementy. Nie ufałabym mu ani za grosz.  

Nettie nie zwracała za bardzo uwagi na utarczki dziewcząt, ale kiedy usłyszała te słowa, odłożyła żelazko i spojrzała ze złością na Meg.

– Wystarczy, Meg Patrick – krzyknęła. – On jest zupełnie w porządku. Jest znacznie sympatyczniejszy od tego Stanny’ego.

– Dobrze, dobrze – powiedziała Meg. – Nie panikuj. On mnie nie interesuje i tyle. Bardzo szybko zapomniałaś o Harry’m.

– Kto powiedział, że zapomniałam Harry’ego? Kto pierwszy zaczął rozmowę z Polakami?

– Dziewczyny, czy wy nie macie nic lepszego do roboty? – panna Scott wystawiła głowę ze swojego kantorka.

Nettie chwyciła za żelazko i zaczęła gwałtownie przesuwać je tam i z powrotem do przodu i do tyłu. Patrzyła gniewnie na Meg, żałując, że nie może wepchnąć jej żelazka do gardła. To było bezczelne z jej strony tak mówić o Harry’m. Co mogła poradzić na to, że Jan się do niej przyczepił? Jak mogła mu wytłumaczyć, że już ma chłopaka, skoro on tak słabo zna angielski i jest taki milczący. Nettie wyciągnęła spinkę z loka z tyłu głowy i wpięła ją w grzywkę nad jej oczami. Jan nie był specjalnie przystojny. I to nie jego wina, że był taki milczący. Nie miał nawet szansy odezwać się w przerwach między potokiem słów Stanny’ego.

– No i co?

Głos Elsie McClure z tyłu wystraszył Nettie. Mlasnęła gwałtownie językiem o zęby, złożyła koszulę i powiesiła ją na wieszaku.

– Do cholery – powiedziała. – To znowu ty?

– Tak, to znowu ja – Elsie rozejrzała się, czy panna Scott nie spogląda ze swego kantorka. – Czy mogę wciągnąć Cię na listę?

– A co to da?

– Dużo – rzekła Elsie. – Im więcej osób podpisze, tym większa szansa, że dostaniemy podwyżkę.

– Oczywiście, tym większa szansa, że dostaniemy wilczy bilet – Nettie wyciągnęła z kosza kolejną koszulę i rozłożyła ją na stole do prasowania. – To właśnie dostaniemy – wypowiedzenie.

Cienkie nozdrza Elsie zbladły i zaczęła bojowniczo pociągać nosem.

– Masz stracha?

– Nie, nie mam. Ale uważam, że ten wasz związek to jedna wielka bzdura.

– Co ty wygadujesz? – krzyknęła Elsie. – Ty to masz dobrze. Twój ojciec ma stałą pracę. A wiele z nas tak nie ma i musi się sama utrzymać z tych naszych nędznych pensji.

– Naprawdę? – powiedziała Nettie, wygładzając swoimi dłońmi zwilżoną koszulę. – Może i mój ojciec ma stałą pracę, ale wcale dużo nie zarabia.

– A czyja to wina? – zapytała Elsie. – Gdyby tylko miał odrobinę oleju w głowie, to należałby do związku zawodowego.

– On nie uznaje związków.

– Niektórzy na złość babci odmroziliby sobie uszy.

– Zostaw mego ojca w spokoju – powiedziała Nettie.

– Dobrze. To wygląda na to, że nie wciągnę cię na listę. Różnimy się od siebie. Nie chcecie ryzykować, ale jak inni coś wywalczą, to też wyciągacie rękę po kasę.

– Naprawdę? – zapytała Nettie.

– Naprawdę!

Nettie ciężko westchnęła

– W porządku. Jeżeli tak myślisz, to wciągnij mnie na listę.

 

VI

Nettie zbierała się do wyjścia na spotkanie z Janem, kiedy przypomniała sobie, że nie napisała do Harry’ego. Oj tam – pomyślała – napiszę jutro.

– Stroisz się jak nie wiadomo co – naśmiewała się Crissie. – Idziesz w jakieś super miejsce?

– Pilnuj własnego nosa – odpowiedziała Nettie, przeglądając się w małym, zniszczonym lusterku, które wisiało przy kuchennym zlewie. Rozsmarowała maskarę na swoich rzęsach, starając się równo ją nałożyć i pilnując, by jej nie trąciła jej siostra przechodząca obok z brudnymi talerzami ze stołu. –  Uważaj na mój łokieć! – krzyknęła.

– Ale się odstawiłaś – powiedziała Chrissie. – Chyba nie stroisz się tak po to, by pójść na spacer z Bell Waddell.

– Spadaj – powiedziała Nettie, kończąc poprawiać swoją fryzurę.

Chrissie zachichotała.

– Bell i tak nie mogłaby zobaczyć, jak wyglądasz, bo ma zeza. I zrobiła potężnego zeza, naśladując Bell. – Jej chłopcy muszą mieć z nią problem, – rzekła, wsypując nieco proszku mydlanego do zlewu i rozpuszczając go w wodzie. – Nigdy nie wiedzą, czy przypatruje się właśnie im, czy jakiemuś innemu chłopakowi, stojącemu obok.

– Zamknij się wreszcie! – powiedziała Nettie. – Niech cię nie interesuje, z kim wychodzę. Po prostu wychodzę i tyle.

– W porządku, tylko nie wracaj tak późno, jak wczoraj – powiedziała pani Douglas, podnosząc głowę znad skarpet męża, które właśnie cerowała. – Żadna z was nie pomyśli o tym, by czasem zostać wieczorem w domu i dotrzymać mi towarzystwa.

– Och – żachnęła się Nettie.

– Właśnie, och – odpowiedziała jej matka. – Wciąż się gdzieś szwendacie. Obie. Nigdy nie myślicie o tym, by zagrzać nieco miejsca w domu.

Nettie nie odpowiedziała. Założyła na siebie odświętne palto: z zielonej wełny w czerwone cętki.

– Dlaczego to zakładasz? – zapytała mama. – Przecież twój płaszcz przeciwdeszczowy jest wystarczająco dobry, by w nim siedzieć w tym starym, brudnym kinie.

– A kto powiedział, że idę do kina? – odpowiedziała Nettie.

– Nie ma znaczenia, dokąd idziesz. Pamiętaj tylko, że szybko nie dostaniesz nowego palta. Bóg wie, czy w ogóle dostaniesz nowe palto, jeżeli wojna będzie długo trwać.

– Oj tam, zaryzykuję – roześmiała się Nettie. – No to idę. Cześć, mamo!

– Cześć  – odpowiedziała mama.

– Powiedz mu, że pytałam o niego – krzyknęła Christie.

Jan czekał na rogu. Mimo zaciemnienia Nettie rozpoznała go, zanim stuknął obcasami i powiedział: – Dobry wiczór, Nettee.

– Cześć – odpowiedziała.

Cieś, – roześmiał się i ujął za ramię. – Cieś, cieś!

Położył jej rękę na swoim boku, trzymając jej dłoń w swojej i zaciskając ją. Powiedział coś po polsku. Nettie zapytała:

– Co?

Roześmiał się, ewidentnie nie mogąc powiedzieć po angielsku tego, co chciał. Nettie uświadomiła sobie nagle, że tego wieczoru nie było z nimi Stanisława i Pawła, ani też Meg i Bell, z którymi czuła się pewniej. Była sama w ciemnościach z obcym mężczyzną, mówiącym w obcym języku. Zastanowiła się, co powiedzieć. Wcześniej nigdy nie brakowało jej słów na spotkaniach z Harrym. Chociaż nie miało dla niej znaczenia, co mówi Jan. Było jej to obojętne. Przecież to Harry jest jej chłopcem.

Kiedy szli główną ulicą, Jan pochylił się nad nią i szeptał co chwila: – „Piękna szkocka dziewczyna” oraz „Ko-ochana ko-ochana Nettee”. Za każdym razem, kiedy to powtarzał, Nettie chichotała i odpowiadała: „Daj spokój!” lub też „Jesteś stuknięty”. I oboje się śmiali, kiedy on starał się powtórzyć te zwroty.

Do kina wchodziło wielu polskich żołnierzy w towarzystwie dziewcząt, które Nettie znała. Jan zajął miejsce w kolejce do kasy. Nettie stanęła przy schodach prowadzących na balkon. Otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku, które w niej trzymała. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, zamknęła torebkę i wsadziła ją ponownie pod ramię. Na następnym stopniu stała znajoma dziewczyna. Obie uniosły brwi, kiedy między nimi przemknęła młoda dziewczyna, za którą szedł polski żołnierz.

– Boże, tak wcześnie zaczyna – powiedziała znajoma.

– No…– powiedziała Nettie. – Dopiero co ukończyła podstawówkę. Nie może mieć więcej niż czternaście lat.

– A idzie tak, jakby całe życie defilowała przed mężczyznami.

Nettie potrząsnęła głową, myśląc, że to nie jest w porządku, że taka małolata ma faceta, a dziewczyna taka jak Aggie Foster, nie może zdobyć żadnego.

– Gdybym była jej matką, to bym coś z tym zrobiła – powiedziała.

– Ja też – powiedziała jej znajoma i odwróciła się, uśmiechając do polskiego żołnierza, który przepuścił ją przed sobą do góry po schodach.

Nettie zobaczyła, że Jan już kupił bilety, więc przygotowała się do pójścia na górę. Ale on się uśmiechnął i kiwnął głową w kierunku męskiej toalety – Ja idę tam.

Weszła na górę, myśląc, że Harry nigdy by się tak nie zachował. Harry prędzej by eksplodował, niż zrobił coś takiego. To było takie jawne, takie ostentacyjne. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył.

– Cześć, Nettie – przywitała się bileterka.

– Cześć – Nettie oparła się o ścianę.

– Czy twój chłopak wyjechał?

– Nie, jest na dole, kupuje bilety.

– O, to nie wyjechał z resztą pułku?

– Co? – zapytała Nettie – Ach, masz na myśli Harry’ego! Tak, Harry wyjechał.

Bileterka uśmiechnęła się.

– Polacy są bardzo mili, prawda? – zapytała. Są bardzo uprzejmi. Wiesz, ja ich dużo bardziej wolę niż naszych żołnierzy. Nie ma co udawać, taka prawda….

Jan wszedł na górę, uśmiechając się. Stuknął obcasami i ukłonił się delikatnie, podając bilety bileterce.

– Dobre miejsca, dobrze? – powiedział.

Dziewczyna kiwnęła głową i zarumieniła, kiedy wsunął jej napiwek do ręki. – Ach, bardzo dziękuję.

Nettie poszła do ostatniego rzędu, który wskazała jej światłem swojej latarki bileterka. Kiedy usiedli, Jan objął ramieniem jej kibić…

 

VII

Po filmie poszli do Berta. Tylna sala była zatłoczona. Przecisnęli się między stołami do kąta, w którym siedziały Meg i Bell ze Stanisławem i Pawłem.

– Dobry był film? – zapytała Meg.

– Tak, niezły – odpowiedziała Nettie. Uśmiechnęła się do Jana, który odsunął dla niej krzesło. – Dziękuję.

– Jak wypadła Myrna Loy[3]? – spytała Bell.

– Nieźle – odpowiedziała Nettie. – Tak jak zwykle.

– A jak była ubrana?

– Bo ja wiem… – powiedziała Nettie. – Nie zwróciłam uwagi.

– Nie wiesz – Meg szturchnęła Bell i obie zachichotały.

– Nie ma się z czego śmiać – odpowiedziała Nettie, wzruszając ramionami. – Film jak film. – A gdzie ty byłaś, Meg? – zapytała.

Meg przewróciła oczami.

– Gdzie to ja nie byłam…– powiedziała dziecięcym głosikiem. – Poszłam ze Stanny’m na spacer. Prawda, Stanny? Byliśmy na przechadzce?

– Przechadzka! – Spojrzał na nią pożądliwie, mrugając okiem do pozostałych. – Ko-ochana przechadzka! Ko-ochana Margueritte!

Zaczął ją obmacywać pod stołem, ale Meg odepchnęła go, chichocząc. Zaczęli się tarmosić. Bel zaczęła potrząsać swymi masywnymi ramionami i nucić piosenkę, która leciała przez radio.

You will never hear the bluebird singing in the sky above. You’ll never know the thrill until you fall…[4]

Nagle przestała i wpatrzyła się w drzwi.

– Ratunku! Spójrzcie tam!

Właśnie wchodziła Aggie Foster, szczerząc zęby w uśmiechu, w którym zakłopotanie mieszało się z dumą. Z nią wszedł wysoki polski sierżant trzymający jedną rękę na dole jej pleców. Miał śniadą, posępną twarz, z głębokimi zmarszczkami, biegnącymi od nozdrzy do podbródka. Był jednym z najwyższych Polaków, jakich spotkała Nettie – był wyższy nawet od Jana. Aggie podeszła do nich, chichocząc nerwowo. Spoglądała to na jedną, to na drugą, niepewna, co ma powiedzieć.

– Cześć, Olga – powiedziała Bell.

– Cześć Aggie – odpowiedziała z uśmiechem Nettie, przesuwając się bliżej Jana. – Tu jest sporo miejsca.

Sierżant strzelił obcasami i zasalutował. Stanisław powiedział do niego coś po polsku. Wszyscy inni żołnierze roześmiali się, ale sierżant tylko wykrzywił wargi i wzruszył ramionami. Coś odpowiedział: kilka krótkich słów. Stanisław zaczął się śmiać, ale przestał, kiedy zauważył, że nikt oprócz niego się nie śmieje. Nettie spojrzała pytająco na Jana, ale on tylko uśmiechnął się do niej. Czuła się podirytowana. Dlaczego oni rozmawiają w tym swoim polskim języku? Nie mogliby mówić po angielsku, jak inni ludzie?

– Czołem, ferajna!

Ktoś stuknął Nettie w ramię. To była Chrissie. Polski żołnierz stojący za nią mrugnął do Nettie. Od razu go znielubiła.

– Znajdzie się jakieś miejsce dla nas? – krzyknęła Chrissie. – Posuń się nieco, Bell, i zrób miejsce dla mnie i mojego chłopaka.

Chichocząc i poszturchując się towarzystwo przesunęło się i zrobiło miejsce dla Chrissie i jej żołnierza. – Sidź tutaj obok mie – powiedział Stanny, obejmując Chrissie za talię i przyciągając ją do fotela. – Tu jesteś bezpieczna, tak!

– Oczywiście, że jestem bezpieczna – krzyknęła Chrissie. – Ale nie ufałabym ci, gdyby było ciemno!

Nettie też się zaśmiała, chociaż wcale jej nie było do śmiechu: czuła się podirytowana i zła. Podirytowana, bo było tam tak wiele osób, a ona wolałaby być tylko z Janem. A zła z powodu Chrissie. Nie podobało jej się spojrzenie tego Polaka, który był z Chrissie. Przypomniała sobie młodą dziewczynę, tę, którą widziała wchodzącą do kina. Oczywiście, Chrissie ma siedemnaście lat. Już jest odpowiedzialna. Ale ten Polak był znacznie starszy od niej. Wyglądał na kogoś, kto ma żonę i dużo dzieci w Polsce. Nigdy nie wiadomo.

– Frytki, Nettie – powiedział Jan, podsuwając jej talerz. – Tak?

– Tak – odpowiedziała.

Nie miałaby nic przeciwko temu, by Chrissie zadawała się choćby z kimś takim, jak Stanny. Chociaż był nieco zbyt nachalny, to Chrissie dała by sobie z nim radę. Ale ten facet był inny. Spojrzała na jego niskie, pomarszczone czoło i małe, ciemne oczy. Zauważył jej spojrzenie i uśmiechnął się do niej, odsłaniając żółte od papierosów zęby i zepsute kikuty zębów po bokach. Gdyby nie te zęby, to nawet by tak źle nie wyglądał. Ale był o wiele za stary dla Chrissie. O wiele za stary dla którejkolwiek z nich. Nawet sierżant Aggie był od niego młodszy, a przecież on miał około trzydziestki.

– Ale Bert ma ruch w interesie – rzekła Meg.

Nettie przytaknęła. Lokal Berta był jedynym miejscem, otwartym wieczorem w Blytheden, nie licząc barów hotelowych, które albo były za drogie dla większości żołnierzy – chociaż jak wszyscy wiedzieli, ich uposażenie nie było niskie – albo też były miejscami, do których większość dziewcząt nie chciała chodzić. Meg powiedziała Nettie, że Stanisław chciał wziąć ją i Bell do Hotelu Royal. Machnął im przed nosem kilkoma banknotami funtowymi i powiedział:

– Dużo pieniędzy!

– Ale my nie mamy dużo pieniędzy – odpowiedziała Meg. – Nie chcemy, by ludzie uważali, że jesteśmy takie same jak Bunty Robertson i Dolly Lindsay. Gdyby moja matka dowiedziała się, że byłam w barze Hotelu Royal, to by mnie zabiła.

Knajpa była tak pełna, że Bert nie mógł dostać się do swoich klientów, więc talerze z rybą i frytkami wędrowały od lady do stolików przekazywane z rąk do rąk. Radio było maksymalnie zgłośnione, ale i tak nie było słuchać muzyki, bo w sali był wielki gwar, spowodowany śmiechem i głośnymi rozmowami. Śmiały się głównie dziewczęta; a śmiały się piskliwie. Żołnierze rozmawiali między sobą po polsku, rzucając spojrzeniami na dziewczyny i się uśmiechając. Nettie czuła, że oni czekają na dobrą sposobność. Wszyscy oni czekali – z wyjątkiem Jana. On był inny. Ale ci wszyscy pozostali przyszli tu po to, co chcieli dostać. Siedzieli tu i spoglądali na dziewczęta jedzące to, za co oni płacili…

– Słuchajcie! – krzyknęła Bell, przechylając głowę w stronę radioodbiornika. – Czy ja dobrze słyszę? Czy to jest piosenka „Are you Happy at your Work?”[5]

Tak – odpowiedziała Meg. – Nigdy jej wcześniej nie słyszałaś?

– Tę piosenkę napisano specjalnie dla robotników fabryk amunicji – rzekła Aggie.

– „To make them Go To It”– wyrecytowała Meg. – And Stay At It”.

– Ratunku! – Bell potrząsnęła głową. – Nie wierzę!

–„Are you happy at your work?” – śpiewała Aggie. – „Sure we are! Are you gonna carry on? Sure we are!”

– Ha, no i to byłoby na tyle – powiedziała Meg. – A my musimy nadal pracować niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie…

– No, stara Scott już tego dopilnuje.

– Cholerna stara sknera – rzekła Meg. – Już najwyższy czas, by dała nam podwyżkę. Mam tylko nadzieję, że Elsie McClure uda się założyć związek.

– Ciii – szepnęła Nettie. – Tam siedzi Maisie Forbes. Jeszcze was usłyszy. Przecież wiecie, że ona ma gumowe ucho i donosi Pięknej Nancy o wszystkim, co usłyszy.

– Czy jesteście zadowoleni ze swej pracy? – jęknęła Aggie, po czym mrugnęła do sierżanta i zarumieniła się. – Oczywiście, że tak!

– Praca? – zapytał Stanisław. – Gdzie pracujecie?

– W pralni – odpowiedziała Meg.

– Paalni?

– Tak, tam, gdzie się pierze ubrania. Meg wzięła talerz i zaczęła go przesuwać w tę i we w tę udając, że prasuje.

– Rym cym cym – zawołała Bell, imitując ruchy praczki przy tarce do prania. – Z dupy dym.

Dym? – spytał Stanisław.

– Czyste ubrania – powiedziała Meg.

Stanisław mocno zmarszczył brwi. Nagle się rozluźnił, a jego zmarszczki wróciły na jego twarz jak wybuchająca gwiazda. – Ach, pralnia! – krzyknął. – Pralnia!

– Pralnia – chichotały dziewczęta, usiłując wymówić to słowo.

– Pójdziemy już, Nettie? Spacer? – Jan objął ją ramieniem tak, że koniuszkami palców dotykał jej piersi.

– Tak – wyszeptała, przypominając sobie, jakich wrażeń dostarczyły jej te palce w kinie i zastanawiając, co jeszcze miały w zapasie na ten moment, kiedy będą sami na zewnątrz…

Wstała, zapięła płaszcz, gotowa wyjść jak najszybciej. Od pewnego czasu nie patrzyła na Chrissie ani jej żołnierza; starała się patrzeć w inną stronę, wmawiając sobie, że to nie jest jej sprawa i że Chrissie jest w stanie w pełni o siebie zadbać. W obecności Jana nietrudno było zapomnieć o całym świecie. Ale teraz musiała na nich spojrzeć, usłyszawszy najpierw ich chcichot, a później Chrissie krzyczącą z niesmakiem:

– Och, jadłeś rybę! Twój oddech śmierdzi rybą!

Nettie zauważyła, że bawią się z kotem Berta. Chrissie trzymała go w objęciach, przechylając w stronę żołnierza. Żołnierz nieco się cofnął, delikatnie odsuwając kota palcem wskazującym.

– Nie lubisz kociaków?[6] – zawołała Chrissie.

– Kociaków!– roześmiał się. – Bardzo ładne.

– Wychodzicie? – spytała zdziwiona Meg. – Co wam się tak śpieszy? Poczekajcie na nas!

– Tak, lepiej już wszyscy chodźmy – powiedziała Bell, wstając od stołu. – Muszę się dobrze wyspać, by być piękną.

– No tak, to potrzebujesz bardzo dużo snu – roześmiała się Meg.

 

VIII

– A więc masz Polaka, Nettie! – powiedziała wesoło pani Baxter, kiedy następnego dnia Nettie wpadła do domu na obiad.

– No tak – odpowiedziała Nettie, siadając przy stole.

– Chrissie też ma – dodała mama. – Wczoraj wieczorem przed drzwiami stał ich cały pułk. Ojciec był na ćwiczeniach Home Guard[7], a ja tu siedziałam sama, kiedy usłyszałam głośne rozmowy i cały ten harmider.  Więc wyszłam na pole i zobaczyłam wojskową ciężarówkę i Polaka, maszerującego obok niej tam i z powrotem, a Nettie i Chrissie ze swoimi chłopakami opierały się o drzwi. Mówię pani, pogoniłam to całe towarzystwo raz-dwa.

Mama roześmiała się. – Przez chwilę myślałam, że to inwazja.

– Ciekawe, czy w ogóle będzie inwazja – odpowiedziała pani Baxter.

– Musimy zachowywać się jak Asquith[8] – poczekać i zobaczyć.

– Za rok lub dwa będzie inwazja innego rodzaju – zachichotała panna Baxter. – Zobaczy pani, będziemy mieli w naszym regionie nową rasę, z domieszką krwi tych wszystkich cudzoziemców. Musi pani uważać, by nie mieć polskich wnucząt!

– Nie boję się o to – odpowiedziała mama, wyjmując obiad dla Nettie i zatrzaskując drzwiczki pieca.

– Nigdy nie wiadomo – zaśmiała się panna Baxter.

– Ja ufam moim dziewczynkom – powiedziała mama. – A wiele matek nie może tego powiedzieć.

Pani Baxter roześmiała się i sięgnęła ręką po imbryk z herbatą. – Jeszcze się napiję herbaty, jeżeli pani pozwoli, pani Douglas. Poczęstowała się też mlekiem i cukrem. – Muszę przynieść pani nieco cukru. Przekonałam Andy’ego, by przestał słodzić herbatę.

– To dobrze – rzekła mama. – Ja już nie mam żadnych zapasów.

– Zastanawiam się, czy będzie jeszcze trudniej z zaopatrzeniem – westchnęła pani Baxter.

– Bóg raczy wiedzieć! Ale nie może być jeszcze gorzej, niż teraz.

– Czytała pani, co stary Woolton[9] powiedział o tych, którzy chomikują zapasy? Powiedział, że z przyjemnością by się z nimi rozprawił.

– Tak, a przecież dopiero co w zeszłym tygodniu mówił przez radio, że ma nadzieję, że mamy zapasy w naszych spiżarniach – prychnęła mama. – Dobrze się mówi, kiedy ma się spiżarnię na zapasy. Wiele osób nie ma ani spiżarni, ani pieniędzy, by kupić coś na zapas.

– Chciałabym, by to wszystko się już skończyło – powiedziała pani Baxter. Wypiła łyk herbaty. – Wybiera się pani na koncert, który organizują Polacy w niedzielę? Słyszałam, że odbędzie się w kinie Scala. Powinien być dobry.

– Dzisiaj słyszałam w parku ich orkiestrę – powiedziała mama. – Grali całkiem ładnie.

– Tak, ja ich też słyszałam. Grali wiele szkockich melodii. Było pięknie! – westchnęła sentymentalnie pani Baxter. – Wie pani, ci Polacy są zupełnie jak Szkoci. Niech pani zobaczy, jak oni śpiewają szkockie piosenki!

– Śpiewają je o wiele lepiej niż wielu Szkotów, których znam – powiedziała mama.

–  Ma pani absolutną rację – powiedziała pani Baxter.

– Rozmawiałam dzisiaj rano ze starą Jessie Petrie, która mieszka w tym małym domku przy Dunesk Road – rzekła mama. – Powiedziała mi, jak bardzo podoba się jej śpiew Polaków. Kiedy była w ogrodzie, to grupa Polaków przechodziła obok, więc schowała się za drzewem, by sobie ich pooglądać. Powiedziała, że nie chciała stać i patrzeć na nich tak na otwartej przestrzeni, gdyż obawiała się, że oficerom nie spodoba się, że patrzy na żołnierzy.

– Ale numer – zaśmiała się pani Baxter. – Chyba nie przyszło jej do głowy, że Polacy pomyślą, że do nich startuje, nieprawdaż?

– Bóg raczy wiedzieć – rzekła mama. – Przecież ona ma osiemdziesiątkę…I jaki ma cuchnący oddech. Musi być cała zepsuta w środku. Polacy by jej nie chcieli. A ona biega po swoim domku jak jakaś dwulatka, wdzięcząc i uśmiechając sama do siebie, gdy Polacy do niej machają.

– Machali do niej? – zdziwiła się pani Baxter. – Niemożliwe, chyba do niej nie machali?

– Oczywiście, że machali. Machają do wszystkiego, co nosi spódnicę. Tacy są wspaniali, ci Polacy.

– To będę musiała na siebie uważać – zachichotała pani Baxter.

– Och, nie sądzę, by interesowały ich takie jak pani lub ja – rzekła mama. – Chyba, że podczas zaciemnienia! Chociaż jeżeli stara Jessie może zdobyć chłopa, to tym bardziej możemy my.

 

IX

Dziewczyny miały niezły ubaw, kiedy Nettie opowiedziała im o Jessie Petrie.

– Jezu! – krzyknęła Meg. – Wyobrażacie sobie tę starą babę bawiącą się w chowanego za drzewem? Będę musiała napuścić na nią Stanny’ego.

– Nie, myślę, że lepszy byłby sierżant Aggie. – powiedziała Bell. – On szybko by sobie z nią poradził…

– Spotykasz się z nim wieczorem, Aggie?

– Oczywiście – odpowiedziała niepewnie Aggie.

– To musisz na siebie uważać – powiedziała Meg, mrugając do pozostałych. – Wiesz, jakie są sierżanty.

– Nie martwcie się, będę na siebie uważać – odpowiedziała Aggie sucho.

– Gdzie on jest zakwaterowany? – spytała Meg. – Bo nie ze Stanny’m i jego kompanami.

– Nie zgadniecie – zachichotała Aggie.

– No gdzie?

Aggie rozejrzała się by sprawdzić, czy w pobliżu nie ma panny Scott – U Pięknej Nancy!

– No nie!

– Mówię wam, naprawdę – odpowiedziała Aggie.

– Boże, to mu w takim razie współczuję, – powiedziała Nettie, podnosząc żelazko. – Wiecie, jaka jest stara pani Scott! Ma świra na punkcie czystości.

– Tak, i to jest dziedziczne – powiedziała Meg. – Jak ciąg do kieliszka.

– Słyszałam, że ona zmywa chodnik – powiedziała Nettie, starannie zaprasowując fałdki spódnicy. – Ale nie wierzyłam w to, dopóki kilka dni temu nie przechodziłam koło jej domu. Przed domem stała ciężarówka, a młody chłopak wnosił kilka butelek. Wyobraźcie sobie, że ledwo wsiadł z powrotem do samochodu, a już stara Scott była na zewnątrz ze ścierką i ścierała ślady jego butów z chodnika!

– No tak, ona jest stuknięta – rzekła Meg.

– Tak, jest stuknięta – potwierdziła Bell – tak samo jak jej córka!

– Nie wiem, jak to jest z tą ich głupotą – stwierdziła Nettie. – Nie są na tyle głupie, by wydawać swoje pieniądze. Pani Penman, która mieszka obok niej, powiedziała mojej mamie, że Scott sama myje swoje okna.

– Tak, i jeszcze coś – powiedziała poważnie Aggie, pochylając się, a jej pociągła twarz jeszcze się wydłużyła przez jej powagę. – Ona każe Pięknej Nancy wchodzić przez kuchenne drzwi i ściągać buty i zawijać je w gazetę.

– Ciekawe, czy to samo każe robić sierżantowi? – zaśmiała się Meg.

– Niech nawet nie próbuje – mruknęła Aggie.

– Będziesz musiała mieć oko na niego i Piękną Nancy – powiedziała Meg. – Ona może chcieć ci go odbić.

– Niech nawet nie próbuje – odpowiedziała Aggie, nachylając się nad prześcieradłem, które prasowała z przesadną siłą.

– Czy wiecie, co mi powiedziała onegdaj pani Scott, kiedy zaniosłam jej paczkę? – powiedziała Bell i zachichotała. – Do diabła, prawie zemdlałam.

– No powiedz – rzekła Meg – Przecież nie umiemy czytać w myślach. Inna sprawa, że ty nie myślisz.

– Wystarczy, Meg Patrick – powiedziała Bell. – Jak nie przestaniesz, to wam nie powiem, co powiedziała stara Scott.

– Jasne – rzekła Meg – Przecież wiesz, że nie mówiłam tego na serio.

Bell pociągnęła nosem ponuro.

– I tak ci nie wierzę.

– Dawaj – rzekła Aggie – Co powiedziała?

– Powiedziała – rzekła Bell – powiedziała: – Czy wiesz, jaka jest przyczyna tej wojny? Odpowiedziałam, że nie wiem – chociaż mogłam wymienić wiele przyczyn. A wiecie, co ona powiedziała? Picie alkoholu i hazard, to są przyczyny.

–  Jezu Miłosierny! – zawołała Meg.

– Ciii! – syknęła Aggie. – Przyszła Piękna Nancy.

Pochyliwszy się nad deską do prasowania, Nettie myślała, co Jan robił tego popołudnia. Czy był na ćwiczeniach? Czy był jednym z tych, którzy machali do starej Jessie? Nie sądziła, żeby mógł machać… Stanny mógłby, oczywiście. Stanny nie tylko mógłby machać, ale też puścić oko i powiedzieć coś nieprzyzwoitego. Stanny był i do tańca, i do różańca. Co do tego gostka, który był z Chrissie… Nettie westchnęła, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć o nim matce.

Oczywiście, Chrissie jest w stanie zadbać o siebie. Ale… Pomyśli o tym wieczorem, kiedy będzie sama z mamą. Jan miał wieczorem wartę, więc będzie mogła zostać w domu i umyć włosy. Może, jeżeli mama będzie miała dobry nastrój, to z nią pogada…

 

X

W sobotę po południu, kiedy spotkała się z Janem, on powiedział:

– Pojedziemy na wieś na długą przechadzkę, Nettee. Pojedziemy autobusem.

Padało przez całą noc i przez przedpołudnie, ale teraz się rozpogodziło. Niebo było bezchmurne i wszystko wokół wyglądało świeżo. W wiejskim powietrzu czuć już było jesień. Milczeli, kiedy autobus przejeżdżając dotykał mokrych, przywiędłych żywopłotów. Jan objął ramieniem Nettie i głaskał ręką jej rękaw. Spoglądała przez zaparowane okno, zadowolona, wtulona w jego ramiona. Jasnokasztanowe jodły wyznaczały linię drogi, a ich nisko osadzone gałęzie biły w dach autobusu jak seria pocisków z karabinu maszynowego. Ten odgłos sprawił, że lekki dreszcz przeszedł po jej plecach i przytuliła się jeszcze bardziej do Jana.

Wysiedli z autobusu w małej wiosce, jakieś 5 mil od Blytheden. Jan wskazał na miejscowy bar i powiedział:

– Wejdźmy tam.

Nettie potrząsnęła głową i powiedziała:

– Nie, nie. Ja nie mogę.

Ale Jan wziął ją pod rękę i wprowadził do sali barowej.

Sala była pusta, ale z sąsiedniej piwiarni dobiegały rozmowy i śmiech. Nettie stanęła przed kominkiem i ogrzała ręce, oglądając upstrzoną przez muchy reprodukcję obrazu „Śmiejący się rycerz”. Na jednej ze ścian była wielka mapa Europy, a na innej uśmiechnięty mężczyzna o czerwonej twarzy, w kilcie, trzymał w ręku szklankę whisky. Mokre ślady krzyżowały się na starym, brązowym linoleum. Jan zadzwonił po kelnerkę i usiedli przy jednym z mniejszych stolików. Weszła pulchna dziewczyna o czarnych, kędzierzawych włosach, wychodzących spod przybrudzonego czepka, i oparła się o ich stolik w oczekiwaniu na zamówienie.

– Zimny dzień mamy dzisiaj, nieprawdaż? – powiedziała do Nettie.

Nettie skinęła głową i uśmiechnęła się. Zauważyła, że kelnerka przygląda się badawczo Janowi i pomyślała, że zapewne w tej wiosce nie stacjonują żadni polscy żołnierze. Jan nachylił się nad nią i zapytał:

– Jakiś drink, Nettie?

Potrząsnęła przecząco głową:

– Ja się tylko napiję herbaty.

– Herbata dla obojga? – zapytała dziewczyna.

– Herbata dla obojga – odpowiedział Jan. – I jeszcze butelka wina.

– Och, nie – zaprotestowała Nettie.

Ale Jan kiwnął głową do dziewczyny. Ona uśmiechnęła się i powiedziała:

– W porządku.

I puściła oko do Nettie, zabierając dzbanek na wodę i popielniczkę ze stołu, który przetarła. Nettie zaczerwieniła się, po czym zmarszczyła brwi. Starała się wyglądać na zrelaksowaną i zachowywać, jakby było dla niej czymś normalnym, że ktoś stawia jej butelkę wina. Kelnerka położyła na stole obrus i go rozprostowała. Nettie wyjrzała przez okno przez roślinę w doniczce obwiniętą różową bibułką. Kobieta w czapce i jaskrawym fartuchu wyszła z domu naprzeciwko i zmiatała końskie łajno z jezdni.  Nettie odwróciła się, spojrzała najpierw na swoje ręce, a potem na Jana. Uśmiechnął się i szepnął:

– Dobrze Ci, Nettee?

– Oczywiście – odpowiedziała i zaczęła nucić Are You Happy at Your Work? Jan przyłączył się, mrucząc melodię. Oparł swoją głowę na dłoniach, a pod stołem objął swoimi kolanami jej kolana.

Kiedy kelnerka przyniosła wino, napełnił dwie lampki. Podniósł swoją i powiedział coś po polsku.

– Co? – spytała Nettie, ale on tylko się uśmiechnął i skinął głową do jej lampki, nawet nie starając się wytłumaczyć, co powiedział. Nettie sączyła wino, spoglądając na drzwi z obawą, że ktoś, kogo zna wejdzie do lokalu. Jeszcze by tego brakowało, by weszła pani Baxter lub któraś z jej przyjaciółek. Ale nikt nie wszedł. Piwiarnię zamknięto o trzeciej i słyszeli, jak ludzie wychodzą z baru. Niektórzy nie chcieli wyjść i spierali się z czarnowłosą kelnerką, która śmiała się i usiłowała ich wypchnąć na zewnątrz.

– Niech no tylko spotkam pańską żonę, Tomie Pattersonie! – słyszeli, jak krzyczy kelnerka. – Powiem jej, co z pana za jeden.

Wypiwszy herbatę Nettie i Jan usiedli przed kominkiem i dopili wino. Nettie opadła w głęboki fotel, nie chcąc się wcale stąd ruszać. Wino i ciepło kominka sprawiły, że stała się senna. Jan siadł na poręczy jej fotela, gładził jej włosy i powtarzał:

– Chodźmy już, Nettee.

Ale za każdym razem, kiedy to mówił, Nettie potrząsała głową i mówiła:

– Jeszcze chwilkę. Dokąd ci się tak śpieszy? – nie chciała zostawić ciepła tej szarej sali. Czuła się tam bezpiecznie i pewnie. Jak przez mgłę widziała twarz Jana, pochylającą się nad nią. Za każdym razem, kiedy na niego spoglądała, czuła się nieco przestraszona. Ogień kominka odbijał się czerwienią na jego wysokich kościach policzkowych i sprawiał, że jego włosy jeszcze bardziej błyszczały. Było w nim coś przerażająco obcego!

W końcu powiedział:

– Idziemy już, Nettee.

Chwycił ją za ręce i podniósł z fotela. Przez chwilę stała, delikatnie się chwiejąc.

– Boże, upiłam się – pomyślała. – Muszę iść do ubikacji.

Kiedy wróciła, Jan już był uregulował rachunek. Wielki i ciemny stał w świetle korytarza, a jego furażerka była zawadiacko przechylona na bok. Podniesiony kołnierz jego płaszcza rzucał cień na jego twarz. Jego zęby błyszczały, kiedy ujął ją za łokieć i wymamrotał:

– Idziemy już, dobrze?

Powoli wyszli poza wioskę. Nettie stała niepewnie na nogach, więc była zadowolona z tego, że Jan ją podtrzymywał. Wielkie, cytrynowe chmury przesuwały się po niebie, a inne zamykały horyzont jak pagórki różowego śniegu. Przez chmury przebijały się mosiężne promienie zachodzącego słońca, nadając wszystkiemu przeraźliwie zimny wyraz... Nettie nagle zadrżała i jeszcze bardziej wtuliła się w Jana.

– Och, tak tu zimno po cieple tamtego kominka – powiedziała.

Za wsią Jan skierował ją w stronę bramy wiodącej na ściernisko.

– Po co my tutaj wchodzimy? – zapytała.

Ale Jan nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Objął jej talię ramieniem, zamykając za sobą bramę drugą ręką. Nettie ostrożnie stawiała kroki na ściernisku, bojąc się, że któryś z długich kawałków słomy uszkodzi jej jedwabne pończochy. Przeszli obok wysokiego, przyciętego żywopłotu z głogu, aż doszli do kładki nad wąskim strumykiem. Za nim rozpościerało się małe królestwo dzikich ostrężyn i paproci. Ścieżka wśród ostrężyn prowadziła do opuszczonego kamieniołomu. Nettie szła przed Janem, spoglądając ze strachem w dół na pędy ostrężyn, które uderzały ją po nogach. Nie słuchała Jana, który szeptał:

– Ko-ochana, ko-ochana Nettee.

Rozejrzała się, nagle przestraszona. Dookoła nie było żywego ducha. Wioska i dym z kominów zniknęły. Jan chwycił ją nagle z tyłu i przyciągnął do siebie.

– Ko-ochna, ko-ochana – szeptał, całując ją z dzikością. Jej ciało przylegało ściśle do jego ciała, a ręce i nogi splotły się w jedną całość. Przez moment walczyła. Potem przeszły przez nią kolejne fale ekstazy. Jej nogi drżały tak, że była zadowolona, że trzyma ją w ramionach. Wydawało się, że ma motyle w brzuchu, z trudem łapała oddech.

Nagle ją puścił. Zachwiała się, pijana winem i namiętnością. Wyciągnęła ręce do Jana, starając się znaleźć oparcie. On ściągał swój wojskowy płaszcz. Śmiał się, rozkładając go na paprociach o sztywnych liściach, koloru kawy z mlekiem. I powiedział coś po polsku, drwiącym głosem, po czym chwycił ją za ręce i przyciągnął do siebie.

– Nie, Janie – zawołała – Nie! Jeszcze ktoś nas zobaczy!

Ale on popchnął ją na płaszcz i zaczął podnosić spódnicę. I nagle zaczęła płakać.

– Uważaj na moje pończochy! Trudno je teraz kupić! Szybko nie zdobędę nowej pary!

 

XI

W poniedziałek rano Nettie w pośpiechu biegła do pracy, jedząc bułkę i stukając wysokimi obcasami. Bell przyszła po nią, kiedy ona była jeszcze w łóżku, nie reagując na wołania mamy, by już wstała. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że inne dziewczęta wciąż jeszcze stoją przed drzwiami, wepchnęła do ust ostatni kawałek bułki, wycierając jej resztki z podbródka i policzków, i przyłączyła się do nich.

– Cześć, Nettie – zawołała Meg. – Dostałaś już To Pytanie?

Nettie przełknęła ostatni gryz bułki i spytała:

To Pytanie? Jakie pytanie?

– Oj, przecież wiesz! – Meg zachichotała i mrugnęła do Aggie. – Nie musisz udawać, że jesteś głupsza, niż jesteś.

– Ale ja nie wiem, o czym mówisz – odpowiedziała Nettie. – Co za pytanie?

– Ciebie pytał? – Meg zapytała Bell.

Bell zachichotała: – A nie?

– I co powiedziałaś na to? – spytała Meg z zaciekawieniem.

– Ale mu odpowiedziałam… – Bell potrząsnęła głową. – Zapytałam go, za kogo mnie uważa.

– Co to za pytanie? – spytała Nettie.

– Ach, nie musisz już udawać, że jesteś tak naiwna – powiedziała Meg zirytowanym głosem. – Dobrze wiesz, o czym mówimy. Czy Jan spytał cię, czy się z nim prześpisz?

– Prze…. – Nettie otwarła szeroko usta i zamarła.

– Nie musisz udawać, że jesteś zdziwiona, – powiedziała z sarkazmem Meg. – Każda z nas została zapytana. Wszystkie dziewczyny w pralni. To jest pierwsze zdanie, którego uczą się Polacy. „Piękna dziewczyno, prześpisz się ze mną?” – roześmiała się głośno. – Na Boga, ale obsztorcowałam Stanny’ego, kiedy mi to powiedział. Staliśmy przy drzwiach, szykowałam się na odrobinę pieszczot, kiedy on powiedział: Bendziemy się kochać. Bez dzieciów.

Bell zaczęła chichotać, ale przestała, kiedy Meg na nią spojrzała.

– Już mu dam bez dzieciów! – krzyknęła. – Powiedziałam mu, co o nim myślę.

– Akurat – docięła jej Bell.

– A co, może nie? – rzekła Meg. – Powiedziałam mu, żeby spadał.

– Oczywiście, a na długo? Dzisiaj wróci i zada Ci to samo pytanie.

– Wróci? – parsknęła Meg. – Nie sądzę, posłałam go do diabła.

– Nie wierzę ci – powiedziała Bell.

– Naprawdę!

Nettie i Bell spojrzały na Meg z niedowierzaniem, potem spojrzały jedna na drugą i potrząsnęły głowami. Meg zarzuciła do tyłu swoje włosy i wojowniczo położyła ręce na biodrach. Ale napięcie rozładowała Aggie.

– Wiecie, co ja słyszałam? – ściszyła głos i rozejrzała się, czy nikt nie słyszy.

– Nie – pochyliły się nad nią.

Aggie roześmiała się nerwowo, a potem otwarła szeroko oczy i powiedziała wstrząśniętym głosem:

– Słyszałam, że w szpitalu jest mnóstwo kobiet, którym Polacy…którym Polacy odgryźli cycki!

Zachichotała znów, tak że ostatnie słowa były prawie niesłyszalne. Pozostałe trzy dziewczyny spojrzały na siebie.

– Gdzie tam – powiedziała Nettie. – Nie wierzę w to.

– To najświętsza prawda – powiedziała Aggie uroczyście/z przekonaniem. – Bettie Jamieson mi powiedziała. Ona zna jedną salową.

– A ja w to wierzę – powiedziała Meg. – Ci Polacy są zdolni do wszystkiego.

Bell się roześmiała:

– Ale Stanny nie próbował tego z tobą, co nie?

– Nie ma strachu – Meg podniosła stertę wypranych prześcieradeł i zaczęła nieść je do kantorka. – I tak już  miałam dość. Wyobraźcie sobie, że on chciał, bym poszła z nim do koszar, gdzie był co najmniej tuzin jego kolegów!

Powyższy fragment noweli ukaże się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Czytaj dalej: https://reshumana.pl/2106-2/

 

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Przypisy tłumacza:

[1]Nikt mnie nie kocha, nie wiem, dlaczego?” Piosenka Judy Garland z 1940 roku

[2] „Co noc modlę się do Pana, by zesłał mi kogoś, kto mnie pokocha”.

[3] Amerykańska aktorka

[4]  Nigdy nie usłyszysz śpiewu drozda pod chmurami. Nigdy nie poczujesz dreszczu emocji, dopóki nie upadniesz… Piosenka Chicka Hendersona z 1940 roku

[5] Czy jesteście szczęśliwi w pracy? Oczywiście, że jesteśmy! Czy nadal będziecie tam pracować? Oczywiście, że tak!

[6] Gra słów – w oryginale „Don’t you like pussies?” – pussy to również potocznie cipka

[7] Home Guard – straż obywatelska

[8] Herbert henry Asquith, brytyjski polityk konserwatywny z początków XX wieku

[9] Lord Woolton, wł. Frederick James Marquis – minister ds. żywności, a następnie ds. odbudowy w rządzie brytyjskim podczas II WŚ.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności