logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

90 sekund do końca świata

Zdzisław A. RACZYŃSKI | 1 maja 2023
Foto: Janusz OMIETAŃSKI
Fot. Janusz OMIETAŃSKI

Jeszcze nigdy tykot Zegara Zagłady nie budził takiej trwogi. Wskazówki symbolicznego Doomsday Clockna Uniwersytecie Chicagowskim, pokazujące czas do północy oznaczającej zagładę ludzkości, zbliżyły się na 90 sekund od tego punktu na cyferblacie. Nawet w najbardziej niebezpiecznych dla cywilizacji ludzi momentach, czyli testowania przez ZSRR i USA bomby wodorowej czy kryzysu karaibskiego, od Armagedonu dzielił nas większy dystans.

Zdesperowani fiaskiem błyskawicznej wojny w Ukrainie i przerażeni brakiem wyjścia z sytuacji, w jakiej się znaleźli, przywódcy Rosji grożą użyciem broni jądrowej. Przywódca innego mocarstwa atomowego, Xi Jinping, wzywa swoich generałów, dowodzących najliczniejszą armią świata, aby nie bali się walczyć. A przecież wojna rosyjsko-ukraińska – chociaż od ponad roku wstrząsa Europą, będąca głównym źródłem lęków i najpierwszym przedmiotem zabiegów polityków – nie usuwa na bok innych zagrożeń. Jeśli szczęśliwie po raz kolejny unikniemy Wielkiej Katastrofy, to – niezależnie od wyników wojny Rosji przeciwko Ukrainie – staniemy wobec tych samych problemów, które wojna przysłoniła: globalnego ocieplenia i zanieczyszczenia powietrza, głodu i braku wody, pogłębiających się nierówności socjalnych i między narodami, nędzy milionów mieszkańców Ziemi, niekończących się konfliktów politycznych i religijnych. Nawet jeśli ocalimy nasz świat, będzie to świat inny niż znaliśmy.

Kontury nowego świata

Jedynie dlatego, że żyjemy w epoce przemian tak szybkich i głębokich, jakich nie znała dotychczas historia naszego gatunku, nie zawsze jesteśmy w stanie dostrzec i należycie ocenić ich skali. Za życia jednego pokolenia powstała nowa rzeczywistość – wirtualna, która zrasta się z naszą codziennością tak integralnie i tak przemożny ma wpływ na nasz byt, że pora zapewne mówić o nowej erze. Zniszczyliśmy planetę, na której żyjemy w stopniu, który najprawdopodobniej oznacza nieodwracalność zmian środowiska naturalnego homo sapiens. Nie stworzyliśmy na razie innych form organizacji społeczeństw niż państwa narodowe, przestarzałe, zbyt nieudolne i słabe, aby stawić czoła rzeczywistym wyzwaniom współczesności. W takich właśnie warunkach – coraz uboższych zasobów, koncentracji bogactwa i postępu w jednych miejscach, nędzy i niedorozwoju w innych, informacyjnej i kulturowej globalizacji, roszczących sobie prawa do omnipotencji państw, konfliktów i wojen – wyłaniają się kontury nowego świata. Jeszcze przysłania je kurz wojny. Lecz jego kształtów możemy się domyślić, gdyż wszyscy byliśmy świadkami, jak powstawały zręby nowego porządku. Tylko w pośpiechu nie zwróciliśmy na nie uwagi.

Trzy dziesięciolecia temu, czyli w okresie w historii krótszym niż mrugnięcie okiem, rozpadało się kolejne imperium, Związek Radziecki. Spektakularnie – z podpisywaniem dokumentów, operetkowym zamachem stanu i opuszczaniem czerwonego sztandaru nad Kremlem. Niespodziewanie. Nawet dla udającej wszechwiedzącą CIA, jak przyznał jeden z jej dyrektorów, było to zaskoczeniem większym niż dla dinozaurów uderzenie meteorytu. Niektórzy na świecie nawet nie zauważyli upadku ZSRR, płynnie zastępując słowo Soviet starym Russia, zwłaszcza, że i wcześniej nazywali Sowietów Rosjanami. Imperia nie rozpadają się jednak bez wstrząsów. Ich pogrążanie się, niczym tonącego krążownika, wywołuje zaburzenia i wiry, które zasysają wszystko wokół. Agresja Rosji przeciwko Ukrainie, podobnie jak wcześniejsze mniejsze wojny na Południowym Kaukazie, w Azji Centralnej, w Mołdawii, jest odgłosem tego rozpadu. Spóźnioną i błędną reakcją załogi dowódcy tonącego krążownika na awarię źle skonstruowanego statku. Kapitanowi przeciekającego już wraku ciągle się wydawało, że dowodzi sprawnym, nowoczesnym okrętem wojennym. Głęboki kryzys strukturalny, w który wpadł ZSRR w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przerodził się w kryzys systemowy, a następnie doprowadził do rozpadu.

Rosja powtarza drogę Związku Radzieckiego. Niezależnie od rezultatów długiej i wyniszczającej wojny rosyjsko-ukraińskiej, historyczna katastrofa Rosji jest nieuchronna. Podobnie jak nieunikniona jest degradacja międzynarodowej roli państwa rosyjskiego. Czyż może być bardziej przekonujący i obrazowy dowód upadku, niż gasnące mocarstwo, które, aby prowadzić wojnę, zmuszone jest kupować rakiety i drony od Iranu, jeszcze niedawno nieco pogardliwie zaliczanego przez nie do krajów Trzeciego Świata?

Stany Zjednoczone same siebie ogłosiły zwycięzcą w zimnej wojnie przeciwko Sowietom i wpadły w euforię hegemona, przekonanego o własnej wszechmocy i niczym nieograniczanego (w tym również – prawem międzynarodowym). Według opinii jednych ekspertów, trzydzieści lat pax americana było najspokojniejszym i najbezpieczniejszym okresem w historii najnowszej. W ocenie innych, ponad trzydzieści wojen i konfliktów, które wydarzyły się w tym trzydziestoleciu, a z których część rozpętały USA, dowodzą, że Stany Zjednoczone nie sprostały ani roli światowego żandarma, ani światowego przywódcy. Hegemonię USA podważają nie tyle inni aktorzy usiłujący rozepchnąć się na scenie międzynarodowej, ile długa i rosnąca lista wyzwań, na które Stany Zjednoczone ani nie są w stanie odpowiedzieć samodzielnie (żadne państwo, nawet USA, nie ma wystarczającego ku temu potencjału), ani nie potrafią skonstruować koalicji chętnych, silnych i odpowiedzialnych.

Zasadne wydaje się więc pytanie, czy system stosunków międzynarodowych charakteryzujący się dominacją jednego państwa w ogóle może być funkcjonalny, bezpieczny i w miarę sprawiedliwy. Zwłaszcza, jeśli hegemon ma poważne problemy wewnętrzne (w tym takie, które związane są z funkcjonowaniem systemu politycznego). Problemy obniżające efektywność jego soft power, bez której obecnie nie jest możliwe sprawowanie przywództwa światowego. Czy znany nam z czasów zimnowojennej konfrontacji system dwubiegunowy nie jest bardziej bezpieczny i stabilny, nawet jeśli jego podstawą była „równowaga strachu”?

Coraz jawniej do roli drugiego bieguna systemu światowego pretenduje ChRL z jej największą gospodarką świata i najliczniejszą armią o dużym potencjale rozwoju technicznego. Zwrot amerykańskiej polityki w stronę Azji (pivot to Asia) ogłosił jeszcze
Barack Obama. Koncepcyjne prace naukowe, przewidujące ten zwrot, datują się latami 80. ubiegłego wieku. Nie powinna więc nas była zaskoczyć nowa rola Chin. A jednak, gdy po roku wojny rosyjsko-ukraińskiej coraz oczywistsze się staje, że tylko Pekin jest w stanie wywrzeć skuteczny wpływ na Moskwę, aby zakończyła agresję, z pewnym trudem przyjmujemy do wiadomości zmieniony układ sił. I zaskakuje nas widok przywódców z całego świata pielgrzymujących do Państwa Środka, podobnie jak czymś niezwyczajnym jest widok cesarza Xi z grzeczną pobłażliwością przyjmującego w Moskwie umizgi Putina.

Putin może jeszcze karmić siebie iluzjami, że Rosja będzie języczkiem u wagi w konfrontacji USA z Chinami. Bogaty ceremoniał, w jaki oprawiono przyjazd Xi Jinpinga do Moskwy w marcu br., nie mógł ukryć mizernych dla Rosji rezultatów wizyty chińskiego przywódcy. Xi Jinping nie zgodził się na udzielenie Rosji pomocy wojskowo-technicznej w wojnie przeciwko Ukrainie, zignorował rosyjską propozycję sojuszu antyzachodniego (chociaż niechęć do USA jest jednym z elementów spajających współpracę Moskwy i Pekinu), nie sfinalizował umowy na budowę wielkiego gazociągu z Rosji do Chin. Zaś czternaście podpisanych tam dokumentów miało znaczenie (w stylu wschodnim) bardziej dekoracyjne niż realne, gdyż wszystkie przyjęły charakter deklaracji i listów intencyjnych, a nieprawnie zobowiązujących umów międzypaństwowych. Wizyta Xi Jinpinga w Moskwie potwierdziła nową oczywistość: ChRL staje się drugim biegunem systemu międzynarodowego, w poszukiwaniu stabilności wydającego się powracać do stanu bipolarnego.

Prawdopodobny powrót do systemu dwubiegunowego nie oznacza ani odtworzenia wyraziście dwublokowej równowagi sił, ani nowej zimnej wojny, tym razem między ChRL a USA. Świat, nawet rozpadający się na wielkie regiony gospodarcze, pozostanie globalną wioską – informacyjnie i kulturowo. Mimo rywalizacji, relacje między USA a Chinami mają zupełnie inny charakter niż te z przeszłości między USA i ZSRR. Stany Zjednoczone i Chiny mają zbyt wiele do stracenia, aby zaryzykować konfrontację: są współzależne gospodarczo i finansowo i, przy całej sprzeczności interesów, oba państwa opowiadają się generalnie za utrzymaniem rynku globalnego. Nie dzieli je także nieprzejednana wrogość ideologiczna.

Wreszcie ani USA, ani Chiny nie będą w stanie w pełni zwasalizować dużych państw i ich organizacji, takich jak przykładowo: Indie, Brazylia, Indonezja czy Unia Europejska. Państwa te, związane z którąś ze stron ściślejszym bądź luźniejszym sojuszem, w którym będą miały status młodszego partnera, postarają się osłabić tę zależność, uniemożliwiając utworzenie dwóch bloków wojskowo-politycznych. Właściwszym więc byłoby nazwanie wyłaniającego się nowego ładu międzynarodowego „systemem dwa i pół”.

Zarówno ChRL, jak i Rosja wraz z pozostałymi krajami BRIC kontestują hegemonię USA, postulując i zapowiadając nadejście świata „wielobiegunowego”. Pod pojęciem tej multipolarności kryje się koncepcja koncertu mocarstw – współdziałania największych potęg w zarządzaniu systemem światowym. Nie ma żadnych podstaw, aby przypuszczać, że system taki, który dowiódł swojej nieefektywności w ramach istniejących instytucji (ONZ), miałby funkcjonować lepiej poza ramami ONZ. Chyba, że – jak chce Rosja – koncert mocarstw miałby polegać na podziale świata i wzajemnym uznaniu terytoriów kanonicznych. Trudno jednakże założyć, aby np. Chiny, których gospodarka opiera się na imporcie energii z zagranicy, uznała szczególne prawa Rosji w bogatej w węglowodory Azji Środkowej. Warto pamiętać, że gospodarka Chin jest sześciokrotnie (!) większa od rosyjskiej, a ChRL ma liczniejszą armię i przeznacza większe nakłady na siły zbrojne.

Militaryzacja stosunków międzynarodowych jest oczywistym następstwem destabilizacji systemu światowego, której kulminacją (miejmy nadzieję – bez eskalacji w wojnę globalną) jest rosyjsko-ukraiński konflikt zbrojny. Wojna w centrum Europy zmusza do zbrojeń nawet Unię Europejską, która opiera się na soft power, prawie i bogactwie, a nie na armii. Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem SIPRI, kraje UE wydały w ub. r. na zbrojenia 345 mld euro. Rekordowa kwota, jaką UE wydała na zbrojenia, jest i tak o 500 miliardów (!) euro niższa niż wydatki USA na obronę. Jakkolwiek Europa jest i pozostanie młodszym, słabszym partnerem (czy, jak chcą inni, wasalem) Stanów Zjednoczonych, to Stary Kontynent zbroi się. Przywódcy EU zdają sobie bowiem sprawę z tego, że Amerykanie nie zawsze będą trzymali nad Europą swój parasol wojskowy.

Jeśli, czy może lepiej kiedy Rosja przegra wojnę w Ukrainie i dozna długotrwałego, liczonego raczej w dziesięcioleciach niż latach, osłabienia czy (w wariancie nieprawdopodobnie optymistycznym) przekształci się w państwo demokratyczne i europejskie, Stany Zjednoczone najprawdopodobniej wycofają się z Europy – co było zamiarem zarówno demokraty Obamy, jak i republikanina Trumpa – aby skoncentrować siły w regionie Pacyfiku. Na tę chwilę, podobnie jak na wypadek nieprzewidzianych wydarzeń wewnętrznych w USA (które wyniosłyby do władzy izolacjonistę i anty-NATOwca pokroju Trumpa), Unia Europejska powinna być przygotowana, dysponując własnymi siłami zbrojnymi i swoją doktryną obronną. Kiedy więc prezydent Francji podczas kwietniowej wizyty w Pekinie mówił o „autonomii strategicznej” UE, antycypował wyzwania, wobec których Europa stanie wcześniej czy później.

Nie mają racji ci, którzy widzą w polityce Emmanuela Macrona kontynuację antyamerykańskiej gaullistowskiej polityki V Republiki. Charles de Gaulle urodził się w XIX w., przewodził Francji w zupełnie innych okolicznościach, dlatego był zwolennikiem silnych instytucji państwa narodowego, a Wspólnotę widział jako „Europę ojczyzn”. Macron jako polityk XXI w., postawiony wobec wojny w centrum Europy, jest entuzjastą federalizmu europejskiego. Jedność i wewnętrzna spójność Unii Europejskiej nie jest sprawą sprawności funkcjonowania organizacji międzynarodowej (do której należy też Polska), lecz żywotną kwestią bezpieczeństwa i rozwoju całej Unii oraz jej państw członkowskich.

Naiwną i karygodnie krótkowzroczną byłaby polityka, która przejściowe, tymczasowe momenty przyjmowałaby za fundamenty przyszłych konstrukcji. Prezydent Macron i przewodnicząca KE Ursula von der Leyen jeździli do Pekinu nie tylko po to, aby przekonać Xi Jinpinga do wywarcia wpływu na Rosję (chociaż akurat tych dwoje polityków najbardziej jest predystynowanych do takiej misji). Chiny prowadzą z Moskwą własną grę i chcą ostrożnie wykorzystać osłabienie Rosji do historycznego rewanżu. Macron i von der Leyen rozmawiali o konturach przyszłego porządku światowego, w którym Chiny i Unia Europejska będą musiały ułożyć własne, zgodne z ich interesami relacje. Tak, jak Wielka Trójka urządzała w Teheranie świat po wojnie, chociaż – co wiemy dzisiaj – do upadku III Rzeszy pozostawało jeszcze półtora roku.

Na Doomsday Clockdo godziny 0:00 pozostało półtorej minuty. Miejmy nadzieję, że północ oznaczać będzie tylko symboliczny koniec dotychczasowego świata i narodziny Nowego Ładu.

 

Artykuł ukazał się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności