Ministra, premiera i sekretara, czyli jeszcze parę refleksji o feminizacji języka polskiego

Wiadomo, jak skomplikowaną strukturę stanowi mowa ludzka – powtórzę za Witoldem Doroszewskim: „w języku wszystko łączy się i przeplata: frazeologia i składnia, stylistyka i słowotwórstwo, semantyka i historia wyrazów, fleksja i słowotwórstwo, fonetyka i pisownia”. Nie należy przy tym zapominać, że język nie jest czymś neutralnym, niesie ze sobą treści emocjonalne, uczucia i odczucia. Słowem można zranić i poniżyć; można też wznieść na piedestał. I wcale nie muszą to być słowa mocne, jednoznaczne. Niuanse decydują o tym, czy wypowiedź otacza aura lekceważenia, zbytniej poufałości, czy choćby tylko odcień niechęci, czy też jest ona podkreśleniem godności i szacunku.
A jednak zważywszy na próby obecnie dokonywanych operacji słowotwórczych może warto przypomnieć i jeszcze raz rozważyć pewne sprawy – z konieczności tylko podstawowe.
Najpierw musi zaistnieć jakieś zjawisko, aby mogli pojawić się badacze. I jak to w nauce – poznawanie idzie w parze z próbami systematyzacji różnych zjawisk, określania reguł i praw nimi rządzących. Najpierw zrodziła się mowa ludzka, a potem pojawili się językoznawcy i lingwiści. Nie było tak, że to oni ustalali wszelkie reguły gramatyczne. Tak mógł powstać tylko język sztuczny, np. esperanto, a i podczas jego tworzenia wykorzystywane były wzorce języków naturalnych. Dlaczego warto sobie to uzmysłowić? Bo reguły językowe nie powstawały z niczego, a priori, lecz stanowiły zapisy istniejących już prawidłowości, tendencji, zaszłości historycznych, pewnych schematów – dominujących, które tworzyły z czasem podstawowe ramy, paradygmaty dalszego rozwoju słowotwórstwa i gramatyki. Nie można ich lekceważyć i tworzyć języka współczesnego w sposób całkowicie dowolny, jakby powstawał w próżni.
Nie powinno się też zapominać, że reguły te objęły zasadnicze, dominujące formy języka, nie objęły i nadal nie są w stanie objąć wszystkich i że jest ogromna liczba wyrażeń niesfornych, które wszelkim ramom opierają się. Wszelkich wyjątków od zasad mamy niezliczoną ilość, oraz niezliczoną ilość takich, do których żadne zasady zdają się nie pasować. Jak ogromne bywają nieraz trudności z wysłowieniem się, z utworzeniem nazewnictwa – wiadomo. W poradniku językowym pt. O kulturę słowa Doroszewski omawia grubo ponad tysiąc przypadków językowych, dla których znalezienie właściwej formy gramatycznej jest albo bardzo trudne, albo wręcz niemożliwe. A w takich sytuacjach lepiej znaleźć inne słowo, określenie – bo język polski jest bogaty i ma wiele możliwości zastąpienia jednego zwrotu innym o tym samym znaczeniu – niż kaleczyć mowę polską nowotworami językowymi.
Bez wątpienia należy przestrzegać przyjętych reguł gramatycznych, szczególnie tych, które mają charakter bezwarunkowy – bo i takie są. Jednakże – jak pisze Doroszewski – same tylko „gotowe szablony i wzory są nawet jedną z najgorszych klęsk stylu. Trzeba wkładać osobisty trud w transponowanie wrażeń i myśli na słowa, w to, żeby w każdej sytuacji, jak mówi Norwid, «odpowiednie dać rzeczy – słowo» […]. Granice zagadnień [językowych – M.B.J.] nie są ostre: kratkowanie języka na figury geometryczne jest objawem słabości myśli ludzkiej, uciekającej od dynamizmu i komplikacji procesów życia w świat nieruchomych idei”.
I jeszcze jedno zdanie, wypowiedziane przez tego wybitnego językoznawcę przy okazji omawiania pewnych słowotwórczych inicjatyw dotyczących nazw profesji: „Nie wiem, czy wprowadzenie form [tu wymienia niefortunne nowe nazwy kilku zawodów – M.B.J.] zostało postanowione przez jakąś instytucję, która opracowywała nazwy tych zawodów i branż (zamiast tych branż można by, nawiasem mówiąc, coś ładniejszego wymyślić), czy też te formy ukazują się przypadkowo pod wpływem jakichś przygodnych skojarzeń albo czyichś skłonności nowatorskich, które to skłonności nowatorskie w zakresie języka prowadzą bardzo często do maniery i naruszają ciągłość tradycji posługiwania się językiem jako narzędziem pracy w konkretnych dziedzinach życia”.
Podstawą jest nie tylko poprawność formalna, ale równie ważny jest dobór odpowiedniego do sytuacji stylu wypowiedzi, bo język potoczny (a w nim samym jest cała masa sytuacji, gdzie trzeba dobrze dobrać słowa) i urzędowy, wypowiedź dyplomatyczna, polityczna, oficjalna, uroczysta, formy mające odcień godnościowy itp. – różnią się od siebie w sposób istotny.
Trzeba też pogodzić zachowanie przyjętych reguł z uwzględnieniem faktu, że mowa musi ulegać zmianom, bo powstają nowe rzeczy, funkcje, czynności, zjawiska; musi to jednak przebiegać tak, aby nowe dało się wkomponować w całość systemu języka, nie naruszało nie tylko przyjętych reguł, tradycji językowej, nie budziło konsternacji. To tylko elementarne, podstawowe zasady, o których powinno się pamiętać, aby „dając słowo rzeczy”, dać słowo odpowiednie.
Czy możemy mówić ministra?
Słowo to, używane w niektórych mediach od jakiegoś czasu, może i w dobrych intencjach, budzi jednak konsternację, a nawet inne, silniejsze odczucia negatywne. Przede wszystkim razi całkowicie nieprawidłowy sposób, w jaki utworzono rodzaj żeński od rzeczownika rodzaju męskiego. Zupełnie niemieszczący się w zasadach gramatyki języka polskiego. W tym przypadku akurat paradygmat odmiany jest prosty: Konstruktor – konstruktorka; dyrektor – dyrektorka, więc….. minister – ministerka?! Brzmi to jednak fatalnie.
Odnosi się wrażenie, że tworząc tę formę ministra, chciano uniknąć końcówki -ka, która to końcówka kojarzy się z formą zdrobniałą. Tylko kojarzy się, bo nią nie jest, byłaby, gdyby powstała w wyniku przetworzenia już istniejącej formy żeńskiej np. dziewczyna w dziewczynkę, czy kula w kulkę.
A jednak… jest to jeden z tych przypadków, gdzie formalna zgodność, prawidłowość to jeszcze nie wszystko. Wyczuwa się wyraźnie, że do stanowiska tej rangi, określenie ministerka nie pasuje, jest niestosowne, wręcz deprecjonujące. I ma to swoje uzasadnienie.
W dziejach języka polskiego klasyfikacja różnego rodzaju końcówek od tego samego tematu była skomplikowana i powikłana pod względem znaczeniowym, prestiżowym. Powiedzenie profesor-owie, doktor-owie, senator-owie było określeniem podkreślającym godność, ale już np. aktorów nie wliczano do klasy tych, którym przysługuje w liczbie mnogiej końcówka -owie, stąd „aktorzy” (podaję to za W. Doroszewskim i St. Szoberem). Aczkolwiek w literaturze starszej spotyka się niekiedy określenie „aktorowie” – gdy chciano nadać prestiż ich sztuce. Ale już w zdrobnieniu, np. profesorek, doktorek oznaczało bardzo pejoratywne, drwiące traktowanie osoby. Pisze Piotr Skarga w Kazaniach: „Czemu ci nasi doktorkowie nowi przymawiają nam, że się żegnamy” – a jest to forma ironiczna nadawana przez teologów katolickich teologom protestanckim – pisze Doroszewski w O kulturę słowa. Ministerka i doktorek to nie jest bynajmniej ten sam schemat (jedno powstało z utworzenia formy żeńskiej od męskiej, drugie jest zdrobnieniem formy męskiej) – ale podobieństwo brzmienia i pewnie także historyczne uwarunkowania sprawiają, że obydwa te słowa mają brzmienie deprecjonujące.
Do dziś powiemy: ministrowie, profesorowie, ale szoferzy, dokerzy, trenerzy.
Trzeba też umieć przewidzieć konsekwencje spowodowane dalszym stosowaniem tego schematu słowotwórczego. Spróbujmy według zastosowanego schematu utworzyć formy żeńskie dla innych wysokiej rangi stanowisk zajmowanych przez kobiety; można przypuszczać, że będzie ich przybywać. I tak, skoro: minister – ministra, to premier – premiera, np. premiera Margaret Thatcher? Aż chce się zapytać, w jakim to będzie teatrze.
No i żeński odpowiednik Sekretarza Stanu, Sekretarza Generalnego, Sekretarza ONZ. Przychodzi na myśl tylko jedno: Sekretara. Zapytam za Szekspirem: Jak wam się podoba? A podobać nie może się, albowiem jest formą tzw. zgrubiałą rzeczownika, utworzoną na wzór: fujarka, fujareczka – (zdrobniale) i fujara – (zgrubiale) i brzmi po prostu obraźliwie (przykłady za St. Szoberem, Gramatyka Języka Polskiego).
Oczywiście, można z tego wybrnąć. Już obecnie słyszy się określenia typu: redaktor naczelna, detektyw finansowa, więc dlaczego nie powiedzieć: sekretarz generalna? Ano dlatego, że w języku polskim przymiotnik w sposób bezwarunkowy związany jest z rodzajem gramatycznym rzeczownika, czyli pod względem formalnym, gramatycznym, a nie płciowym w sensie biologicznym. A zatem, gramatyczny rodzaj żeński rzeczownika bezwarunkowo pociąga za sobą użycie gramatycznego rodzaju żeńskiego przymiotnika. I to samo z rzeczownikiem męskim, który potrzebuje przymiotnika męskiego. Jeżeli zaczniemy w ten sposób ignorować podstawowe formy gramatyczne, to niedługo trzeba będzie czekać do pojawienia się mowy w osławionym skądinąd stylu: ty być tłusty, ja ciebie kaj, kaj.
Chęć utworzenia form żeńskich dla wszystkich profesji wykonywanych przez kobiety napotka na duże trudności. Po pierwsze, język polski dosyć trudno odmienia się, a wyrazy pochodzenia obcego często sprawiają szczególną trudność, po drugie, jak już było wspomniane, mowa ludzka, przynajmniej w tej dalszej przeszłości, nie rozwijała się planowo i „nie stworzyła miejsca” dla przyszłych inicjatyw słowotwórczych, bynajmniej nie przez złośliwość poprzednich pokoleń. Toteż niektóre nazwy trudno jest przetworzyć tak, aby brzmiały znośnie, a w wielu przypadkach niektóre rzeczowniki żeńskie zostały już „zajęte” przez inne znaczenia. Na przykład pociąg prowadzi maszynista – a kobieta? Maszynistka? A przecież to już oznacza panią, która pisze na maszynie, a dzisiaj zapewne już na komputerze. Marynarz – a kobieta? Marynarka? Z krawatem czy bez?
I to daleko jeszcze nie wszystkie potencjalne problemy.
Język polski i tak ma już sporo różnych wyjątków od reguł, wyrażeń, które nie „chcą” podporządkować się regułom. A nawet tylko w tym zakresie żeńskich nazw profesji, które już przyjęły się w języku polskim nie ma porządku, bo mówimy krawcowa, królowa w sensie zawodu i zajmowanego stanowiska, a przecież końcówki obydwu tych słów są końcówkami przeznaczonymi dla żon krawców i królów.
„Zagadnienie rodzaju gramatycznego rzeczowników jest zagadnieniem bardzo skomplikowanym. Między kategoriami formalnymi a znaczeniowymi nie ma harmonii”. – napisał Witold Doroszewski. Rodzaj gramatyczny rzeczownika a faktyczna, biologiczna płeć to dwie różne rzeczy. Najdobitniej to widać w przypadku rodzaju nijakiego, który do żadnej płci nie da się dopasować, a na dodatek zalicza się do niego zarówno krzesło, jak i dziecko. Używając jeszcze raz jako wsparcia słów Doroszewskiego: „Rodzaj gramatyczny rzeczowników polskich wiąże się w bardziej uchwytny sposób z ich cechami formalnymi”. Przymiotnik określający rzeczownik męski (rzeczownik, a nie osobę w sensie jej płci) musi zgadzać się pod względem formalnym z tym rzeczownikiem, a nie z płcią osoby. Jeśli mówimy redaktor, to trzeba powiedzieć naczelny, tak jak małe dziecko – obojga płci – i małe krzesło.
Zresztą, przyjęta od dawna forma z użyciem słowa pani, na przykład Pani Iwona Kowalska, redaktor naczelny Tygodnika…. wystarczająco dobrze i z szacunkiem określa stanowisko i płeć osoby. Po co tworzyć dziwaczne formy gramatyczne i powodować zamęt, odwracający wręcz uwagę od spraw istotnych, merytorycznych.
Język polski jest niełatwy, skomplikowany. Nieregularne odmiany, czasem nie wiadomo, dlaczego mówi się tak, a nie inaczej. Dlaczego ta sól i ta zieleń, ale ten ból i ten stopień…? Sam Doroszewski przyznaje, że tego w żadną regułę gramatyczną ująć się nie daje. Tak się to uformowało w bardzo odległych epokach historycznych, „a to, co się krystalizuje na powierzchni języka, jest wypadkową wielu czynników, często nie zawsze widocznych i działających w ukryciu pod tą powierzchnią”. Usiłując zmienić teraz – wedle jakiejś idei – wszystkie historycznie mocno utrwalone formy gramatyczne, bo wydają się nielogiczne, bo koniecznie chcemy, żeby rodzaj gramatyczny zgadzał się z płcią – dojdziemy do absurdu.
Odnośnie do tendencji „feminizacji” języka polskiego, to trzeba wiedzieć, że nasza mowa jest i będzie wyjątkowo oporna pod tym względem z jeszcze jednego powodu (i nie ostatniego). Otóż język polski jest w zasadzie jedynym językiem, który wytworzył szczególną kategorię tzw. form męskoosobowych i przeciwstawia się ona wszystkim pozostałym formom razem wziętym: męskim nieosobowym, żeńskim osobowym i nieosobowym oraz nijakim. A to polega w praktyce na tym, że silni, mocni, słabi bądź wytrwali mogą być tylko mężczyźni, a wszystkie pozostałe istoty żywe i przedmioty razem wzięte: kobiety, konie, sznurki i dzieci, psy, koty, samochody i uszczelki etc., etc. są: silne, mocne, słabe, wytrwałe i trwałe. Po jednej stronie cały świat, po drugiej stronie sami mężczyźni. I znowu zacytuję Doroszewskiego, bo trudno lepiej niż on sformułować sensowny na ten temat komentarz: „Język polski podzielił cały świat na mężczyzn i nie-mężczyzn, wznosząc przez to dla mężczyzn pewnego rodzaju piedestał gramatyczny, o którym co prawda nie można nawet powiedzieć za poetą, że «żywemu na nic, tylko czoło zdobi», bo czoła nie zdobi, a stosunki gramatyczne komplikuje”.
Jeśli chciałoby się również kobiety postawić na owym „piedestale gramatycznym”, to nie wystarczy chyba wymyślić żeńskich nazw profesji przez nie uprawianych, ostatecznie są to jednak nazwy, chociaż męskie, to jednak ludzkie; gorsze wydaje się być stawianie kobiet w jednym rzędzie ze sznurkami, wiadrami i gwoździami. Wprawdzie tylko w rzędzie gramatycznym, lecz jeśli zaczniemy utożsamiać rodzaj gramatyczny z rodzajem biologicznym, to, na dobrą sprawę, w celu „feminizacji” języka polskiego należałoby całą naszą mowę ojczystą przebudować, a najlepiej stworzyć od nowa.
Tylko po co? Jeszcze nigdy tak nie było, żeby za pomocą zmian gramatycznych, deklinacji i koniugacji, czynienia z rzeczowników męskich rzeczowniki żeńskie (czy odwrotnie) dokonać istotnych zmian rzeczywistości, w tym zmian społecznych. Aby polepszyć sytuację kobiet na rynku pracy, w tym w zakresie płac, możliwości kształcenia się etc., nie wystarczy zmienić rzeczowniki męskie na żeńskie, bo to nic dać nie może. Wprost przeciwnie, niektóre na siłę wymyślone nazwy zamiast dodać prestiżu – deprecjonują – tak jak to określenie doktorek (a także doktorka – choć już tylko na zasadzie podobnego brzmienia i skojarzenia) pochodzące z kazania Piotra Skargi – zacytowanego powyżej.
Oczywiście, od dawna istnieją nazwy zawodów w formie rzeczowników żeńskiego rodzaju – zgodnie z płcią wykonujących je osób. Brzmi naturalnie, gdy w języku potocznym mówimy dentystka, lekarka, dziennikarka, fryzjerka, kelnerka, a nawet ostatecznie profesorka, psycholożka, socjolożka – chociaż to już nowsza generacja słów i nie każdemu się podoba. Ale… wprawdzie młodzież w szkole używa na co dzień określenia typu: profesorka od biologii zadała…, profesorka od polskiego powiedziała…, jednak oficjalnie, intuicyjnie zwróci się do owej „profesorki” per „pani profesor”. Zapowiadając wykład czy też wygłoszenie referatu na sympozjum naukowym, nikt nie powie, że referat wygłosi profesorka XYZ z Uniwersytetu czy Akademii Nauk. Na zjeździe lekarzy nie zapowiemy dentystki Kowalskiej, tylko lekarza stomatologii, panią taką a taką. I to jest właśnie ta „strona godnościowa” języka, o której pisał Witold Doroszewski, i nie tylko on, bo każdy intuicyjnie wyczuwa stosowność jakiejś formy (na razie wciąż panującej) i nie zastosuje zwrotu poufałego.
A tak w ramach eksperymentu, gdybyśmy przetłumaczyli tytuł starego, przedwojennego filmu pt. Pani minister tańczy, gdzie w podwójnej roli głównej wystąpiła Tola Mankiewiczówna, na „nową mowę”, czyli Ministra tańczy – to jaki to dałoby efekt?…
A przy okazji nasuwa się takie spostrzeżenie. Dąży się do „feminizacji gramatycznej” stanowisk i zawodów, a zarazem już dawno zrezygnowano z żeńskich końcówek nazwisk, określających bądź co bądź tożsamość osoby i jej płeć, bo mało która kobieta przedstawi się jako -ówna, -owa, pozostając przy końcówce nazwiska w takiej wersji, jaką przysługuje jej ojcu czy mężowi.
Są w języku polskim słowa, przeważnie pochodzenia obcego, których w żaden sposób nie da się odmienić, np. statua. W żadnym razie nie można powiedzieć: na statule, bo wtedy w mianowniku musiałoby być: statuła (tak jak kapituła, infuła, safanduła). Wszystkie proponowane formy odmiany końcówki -ua, czyli statuy, statui, w liczbie mnogiej też „tych statui” etc., brzmią sztucznie i rażąco. Zamiast brnąć w kłopoty gramatyczne, niekiedy nie do rozstrzygnięcia, lepiej użyć nazwy polskiej: posąg, na pomniku. Tak radzi zrobić Witold Doroszewski. Statua, premier i minister to w rzeczywistości zupełnie inne obiekty, ale w językoznawstwie to tylko słowa, których polska gramatyka nie potrafi w pełni prawidłowo odmienić.
Tworzenie nowego słownictwa na zamówienie i na siłę może przynieść niefortunne i nieoczekiwane rezultaty, wręcz przeciwne zamierzeniom. Pamiętam czasy, choć byłam wtedy dzieckiem, jak przed wielu laty ogłoszono konkursy na zastąpienie nazw obcojęzycznych nazwami polskimi. Zapamiętałam kilka propozycji słów do zmiany nazwy: szlafrok, żyrandol, krawat. Zamiast szlafroka zaproponowano nazwę „podomka” i chyba nawet przyjęło się to, może tylko na jakiś czas, bo dziś już chyba nie słychać tego określenia. Niestety, zamiast żyrandola zaproponowano „zwis sufitowy”, a zamiast krawata – „zwis męski”. Skręcała się ze śmiechu cała Polska.
W okresie międzywojennym (a może tuż powojennym) usiłowano zaś zmienić utrwaloną już dawno nazwę witamina (a wprowadził ją w 1912 roku polski chemik Kazimierz Funk, odkrywca pierwszej witaminy) – rodzaj gramatyczny żeński – na słowo witamin – rodzaju męskiego. Sprawa uczynienia witaminy mężczyzną – w świecie gramatyki tylko – przygasła, jako pozbawiona wszelkiego sensu i znaczenia.
Nawiasem mówiąc, gramatyka nasza (rodzaju żeńskiego) jest na swój sposób przewrotna. Raz mężczyzn wywyższa, a innym razem deprecjonuje; niektóre nazwy mężczyzn np. żołnierze, rycerze, blacharze i snycerze, mają taką samą formę i odmianę jak kosze, kalosze, grosze, talerze i moździerze itp. itd. Nazwy wielu zawodów faktycznie ukształtowały się w formie gramatycznej męskiej, ale za to, nieomal wszystkie nauki, o nazwach pochodzenia obcego, w polskiej wersji mają żeńskie formy gramatyczne: filozofia, matematyka, socjologia, psychologia, inżynieria, geografia, zoologia, stomatologia, medycyna, chemia, fizyka, historia; no i prawo (lex, legis) – jakby wyjęte tutaj spod jednego prawa i przypisane do rodzaju nijakiego (a w języku łacińskim jest rodzaju żeńskiego).
Nieco wcześniej, bo około roku 2013, tendencja do zmiany nazw zawodów na formy żeńskie ogarnęła Włochy. Już wtedy zaczęto pisać i mówić ministra – co jest formą żeńską od ministro – rodzaj męski. Wywołało to prawdziwą lawinę dyskusji. Zwracano przy tym uwagę, że feminizacja nazw profesji zrodziła się z faktu dyskryminacji kobiet w pracy. Jednak pojawiło się wiele artykułów, w których zgodnie twierdzono, że kobiety tak naprawdę nie dyskryminuje gramatyka, ale mentalne do nich nastawienie. Jeśliby akcja wprowadzania rzeczowników rodzaju żeńskiego określających nazwy zawodów miała naprawdę coś poprawić w zakresie prawa pracy dla kobiet, to np. Angielki byłyby bez szans, zważywszy, że język angielski nie posiada gramatycznego rodzaju męskiego, żeńskiego ani nijakiego rzeczowników. Każda Angielka zawsze będzie: teacher, minister, philosopher, philologist i pianist… dokładnie tak samo, jak jej koledzy po fachu.
Poszerzona wersja artykułu jest dostępna na portalu reshumana.pl.
Dr Małgorzata B. Jakubiak jest absolwentką filologii słowiańskiej oraz filozofii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, długoletnim pracownikiem naukowym Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, w Zakładzie Filozofii Człowieka i Społeczeństwa.
Tekstem tym powracamy do dyskusji o języku zmieniającym się w konsekwencji współczesnych zmian społecznych. Ponieważ te ostatnie zachodzą z wielką jak na zjawiska społeczne prędkością, język stara się dotrzymać im tempa; a to wywołuje kontrowersje i spory. Także nasza redakcja i grono zaprzyjaźnionych autorów są podzielone; jedni wykazują przywiązanie do reguł i form tradycyjnych, głęboko zakorzenionych, drudzy – uznają prawo użytkowników języka do kształtowania go tak, aby najlepiej wyrażał ich potrzebę ekspresji. W numerze 4/2024 „Res Humana” zamieściliśmy dwugłos na ten temat: pisarz Grzegorz Walczak nie godzi się na „wprowadzanie do języka sztucznych, tworzonych naprędce, na zasadzie neologizmu, nazw żeńskich, a w dalszej kolejności zdublowanych konstrukcji językowych typu «sztukę naszą oglądali oczarowani nią widzowie i oglądały oczarowane widzki»”, zaś członkini redakcji Anna Sikorska-Michalak argumentuje, że „feminatywy są dobre tak samo, jak maskulatywy i formy neutralne. Ani lepsze, ani gorsze. Pozwalają od razu rozpoznać, że mówimy o niej, a nie o nim. Są najkrótszym i najprostszym, a więc najbardziej ekonomicznym sposobem przedstawienia osoby rodzaju żeńskiego. A język dąży do prostoty i ekonomiczności wypowiedzi. Pani doktor w stosunku do krótszej doktorki nie broni się, tak samo jak pani chemik albo pani prezydent. Krótsze formy trafiają w sedno, a dłuższe mogą nawet wprowadzać zamieszanie”.