logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Liban: pokój po wojnie, której nikt nie wygrał.

Juliusz GOJŁO | 2 lipca 2026
Grafika: Res Humana & ZAR

Dyplomacja bywa wojną prowadzoną innymi środkami, by odwrócić słynną tezę von Clausewitza. Zwłaszcza wtedy, gdy nawet przewaga technologiczna jednej ze stron nie przekłada się na zwycięstwo na polu walki. Bombardowania ustępują wówczas miejsca naciskowi politycznemu, a tam, gdzie nie starczało własnego arsenału, można posłużyć się i cudzą siłą. Kolejne rozmowy stają się etapami tej samej konfrontacji, niekoniecznie jej zakończeniem.

Tak właśnie należy czytać podpisane pod koniec czerwca 2026 roku porozumienie ramowe między Izraelem a Libanem. Nie jest to dokument regulujący sytuację na południu kraju ani techniczny harmonogram rozbrojenia Hezbollahu. To pierwsza próba narzucenia powojennego porządku bezpieczeństwa przez stronę, która tego porządku nie zdołała wywalczyć na polu bitwy – i która próbuje teraz osiągnąć przy stole negocjacyjnym to, czego nie osiągnęła w boju.

Zrozumienie tego dokumentu wymaga spojrzenia na cztery równoległe procesy przecinające się właśnie w Libanie: rywalizację Izraela z Iranem, redefinicję polityki Stanów Zjednoczonych wobec Bliskiego Wschodu, wewnętrzny kryzys państwowości libańskiej oraz spór o przyszłość Izraela jako regionalnego mocarstwa. Dwa pierwsze są tu kluczowe – i właśnie na nich warto się skupić.

Wojna bez zwycięzcy

Izraelska strategia walki ostatnich lat bazuje na tzw. koncepcji Mabam (hebr. ma’arachah beyn ha-milchamot) czyli „kampanii między wojnami”. Jej istotą nie jest jednorazowe spektakularne zwycięstwo, lecz stopniowe osłabianie i wyniszczanie przeciwnika: szybkie i w zamyśle precyzyjne uderzenia, operacje wywiadowcze, cyberataki, sabotaż – wszystko prowadzone poniżej progu pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego.

W praktyce ten model przybrał formę ciągu kolejnych wojen: inkursje w Syrii, nieustające starcia z Hamasem i Hezbollahem, atak na Iran w czerwcu 2025 r., naloty na Dohę jesienią tego samego roku, wreszcie wojna rozpoczętą przy pełnym zaangażowaniu USA przeciwko Iranowi z końcem lutego 2026 r. i ostatecznie najazd na południowy Liban. Razem stały się testem doktryny Mabam w największej jak dotąd skali, a przy tym ujawniły jej ograniczenia. Izraelskie media i wojskowi z rozmysłem podkreślają, że Hezbollah poniósł najpoważniejsze straty od dekad, a znaczna część jego infrastruktury legła w gruzach. Podobnie Iran miał doznać w obu konfrontacjach poważnych zniszczeń. Taktyczny sukces okazał się jednak strategicznie połowiczny: Iran nie tylko nie utracił pozycji regionalnego gracza, ale zyskał dodatkowe atuty – zachował wpływy w Libanie, Iraku i Jemenie, narzucił nową narrację wokół Cieśniny Ormuz, a do tego zdołał powiązać kwestie bezpieczeństwa regionalnego z własnymi rozmowami ze Stanami Zjednoczonymi. Hezbollah nie został rozbrojony ani wyeliminowany z libańskiego życia politycznego. Izrael, mimo przewagi militarnej, nie zdobył pozycji pozwalającej jednostronnie narzucić warunki powojennego ładu.

To rozróżnienie – między zwycięstwem na polu bitwy a zdolnością do politycznego ukształtowania pokoju – jest kluczem do zrozumienia istoty obecnego porozumienia. Tego, czego nie udało się wymusić siłą, próbuje się dziś wymusić podpisem.

Liban jako pole sporu, nie tylko jego przedmiot

Sam proces dochodzenia do porozumienia pokazał, jak bardzo gra dotycząca losów Libanu toczy się dziś poza nim. Ale gra ta dotyczy też nie tylko Libanu. Najdobitniej świadczą o tym równoległe rozmowy: w Waszyngtonie nad przyszłością południowego Libanu, w Szwajcarii nad mechanizmami zapobiegającymi ponownej eskalacji wojny z Iranem. Teheranowi udało się narzucić własną wizję bezpieczeństwa, wiążąc los Libanu z szerszym procesem normalizacji ze Stanami Zjednoczonymi – co część izraelskiego kierownictwa odebrała jako niebezpieczny precedens: o status quo na północnej granicy Izraela zaczyna współdecydować Teheran.

Stany Zjednoczone próbują dziś pogodzić dwa cele, które jeszcze niedawno wydawały się sprzeczne: utrzymanie strategicznego partnerstwa z Izraelem oraz zbudowanie minimalnych warunków do porozumienia z Iranem. Spór ten ma jednak drugie, mniej eksponowane dno – dotyczy nie tylko polityki wobec Teheranu, lecz samej natury sojuszu USA–Izrael. Zwolennicy linii J.D. Vance’a uznają, że Ameryka osiągnęła granice zdolności do angażowania się w kolejne bliskowschodnie wojny, a to oznacza również ograniczenie swobody działania Izraela – sojusznika, którego polityka regionalna nie może dyktować Waszyngtonowi priorytetów. Stronnicy linii reprezentowanej przez Marco Rubio odwracają tę hierarchię: to nie sojusz z Izraelem ma służyć amerykańskim celom, lecz bezpieczeństwo Izraela pozostaje nadrzędnym interesem USA, więc każde ograniczenie izraelskiej swobody działania jest ustępstwem wobec Iranu, okupionym osłabieniem pozycji Ameryki w regionie. To nie jest więc wyłącznie spór o Iran. To spór o to, kto wobec kogo ma podporządkowaną politykę – Izrael wobec Ameryki czy Ameryka wobec izraelskich celów regionalnych. Liban stał się polem tego sporu poniekąd przypadkiem, tylko dlatego, że to tam akurat trzeba było podpisać dokument.

Sam dokument, który po części wynika z tej dysputy, najlepiej pokazuje, czyim interesom służy. Wbrew oficjalnej narracji o odzyskanej libańskiej suwerenności, porozumienie nie tworzy symetrii zobowiązań. Większość konkretnych postanowień dotyczy Libanu: odbudowa monopolu państwa na użycie siły, przejęcie kontroli nad południem kraju, rozbrojenie ugrupowań pozapaństwowych, gwarancja, że libańskie terytorium nie posłuży ponownie do działań przeciw Izraelowi. Zobowiązania Izraela są natomiast opisane znacznie luźniej – wycofanie wojsk powiązano z kolejnymi etapami procesu, zachowując przy tym szeroką interpretację prawa do samoobrony, która pozostawia izraelskiej armii swobodę dalszych działań na terytorium Libanu, a zdaniem krytyków porozumienia – realnie ogranicza samodzielność operacyjną samej armii libańskiej

Asymetria ta odzwierciedla realny układ sił: Izrael dysponuje przewagą militarną, ale nie zwycięstwem politycznym; Liban nie przegrał wojny jako państwo, lecz jest zbyt słaby, by narzucić własne warunki. Zawarty układ nie naprawia tej nierównowagi – petryfikuje ją.

Sekwencja, na której zbudowano porozumienie – najpierw rozbrojenie Hezbollahu, potem rozmieszczenie armii libańskiej, dopiero na końcu pełne wycofanie wojsk izraelskich – jest w związku z tym pułapką dla libańskiej suwerenności. Hezbollah nie jest organizacją działającą w próżni; to partia polityczna, struktura społeczna i najpotężniejsza siła militarna w kraju poza armią. Jego rozbrojenie nie jest operacją policyjną, lecz żądaniem przebudowy całego wewnętrznego układu sił – warunkiem, którego spełnienie jest dziś najmniej prawdopodobnym elementem całego dokumentu. Jeżeli Hezbollah pozostanie uzbrojony, Izrael zachowa pretekst do obecności wojskowej. A jeżeli Izrael pozostanie na południu kraju, Hezbollah zachowa pretekst do zbrojenia się. Państwo libańskie może znaleźć się w potrzasku: zbrojenie się jednej strony usprawiedliwia inwazyjną obecność drugiej – uwięzione w tym zapętleniu, nie dysponuje żadnymi narzędziami, by je przełamać.

Porozumienie bez legitymizacji

Krytycy porozumienia w Bejrucie sięgają po analogię, która nie jest retoryczną przesadą, lecz precyzyjnym ostrzeżeniem historycznym: porozumienie z 17 maja 1983 roku.[1] Także ono zostało zawarte pod silną presją zewnętrzną, także miało zagwarantować bezpieczeństwo i wycofanie wojsk – i także upadło, bo zabrakło mu tego, czego nie da się zdecydować poza samym Libanem: społecznej legitymizacji. Dokument ostatecznie nigdy nie wszedł w życie, zerwany pod naciskiem wewnętrznym niespełna rok po podpisaniu. Wniosek z tej analogii jest prosty i bezlitosny: porozumienie bezpieczeństwa bez akceptacji społecznej nie jest porozumieniem – jest odroczonym zerwaniem pokoju.

Protesty uliczne, które towarzyszyły rozmowom w Bejrucie, są dokładnie tym samym sygnałem co w 1983 roku, tyle że wysyłanym wcześniej. Świadczą, że umowę prezentowaną przez rząd jako świadectwo odzyskania suwerenności znaczna część libańskiego społeczeństwa odczytuje odwrotnie – jako zgodę na utrwalenie izraelskiej przewagi pod przykrywką dyplomatycznego sukcesu. Krytycy zarzucają władzom nie tylko uległość wobec amerykańskiej presji, lecz coś poważniejszego: rezygnację z korzystniejszej pozycji negocjacyjnej, jaką dawał brak pełnego zwycięstwa militarnego Izraela. Zamiast wykorzystać tę słabość przeciwnika, Bejrut – zdaniem krytyków – dał mu za darmo narzędzie do realizacji własnej strategii: swój podpis. Jeśli libański rząd straci legitymację w oczach tej części społeczeństwa, która już teraz wychodzi na ulice, wraz z politycznym kryzysem pojawi się widmo nowej wojny domowej.

To właśnie ten podpis jest dziś głównym narzędziem izraelskiej strategii — bo Mabam nie zniknęła wraz z zawieszeniem broni. Zmieniła jedynie narzędzia. Tam, gdzie wcześniej działały naloty i operacje specjalne, dziś decydują warunki polityczne, mechanizmy nadzoru i uzależnianie każdego kolejnego etapu od rozbrojenia przeciwnika. Izrael nie potrzebuje już militarnej klęski Libanu – wystarczy podpis libańskich władz pod dokumentem, który formalnie dotyczy spornych terenów przygranicznych, faktycznie zaś utrwala przewagę Izraela i nakłada twarde ograniczenia niemal wyłącznie na drugą stronę. Dzięki temu Izrael i USA mogą twierdzić, że to Liban – nie wojna – zdecydował o nowych regułach, a Iran stracił podstawę do ingerowania w libańskie sprawy, skoro Bejrut sam zaakceptował nowy porządek. To różnica zasadnicza: porażka wymuszona wojną rodzi opór, ustępstwo podpisane dobrowolnie odbiera przeciwnikowi argument moralny.

Od tego, która z dwóch wizji amerykańskiej polityki okaże się trwalsza, zależy, czym ostatecznie stanie się obecne porozumienie. Zwycięstwo opcji ograniczania zaangażowania oznaczałoby realną szansę na deeskalację i wzmocnienie libańskich instytucji, ale kosztem przyznania Iranowi i Hezbollahowi faktycznych, trwałych zysków politycznych, które wojna miała im odebrać. Zwycięstwo opcji dalszej presji oznaczałoby realizację dyplomacją tego, czego nie osiągnięto na polu walki – ale bez gwarancji trwałości, z realnym ryzykiem wznowienia działań militarnych i wysoce prawdopodbnym zablokowaniem normalizacji stosunków państw Zatoki Perskiej z Iranem, w którym to procesie Liban zostaje zredukowany do instrumentu cudzej strategii.

Tym właśnie różni się ten dokument od projektu pokojowego: pokój zakłada akceptację nowej równowagi przez obie strony – to porozumienie utrwala istniejącą nierównowagę w interesie jednej z nich. Podpisanie go w obecnym kształcie nie kończy wojny izraelsko-libańskiej – przenosi ją z pola walki na cierpliwy traktatowy papier, pogłębia podziały wewnątrz Libanu i oddala normalizację relacji amerykańsko-irańskich, która – jak pokazują rozmowy w Szwajcarii – jest dziś bliżej niż kiedykolwiek od czasu rewolucji 1979 roku. A Liban nie jest tu stroną negocjacji. Ponosi ich koszty.

[1] Porozumienie z 17 maja 1983 r. zawarto w trakcie libańskiej wojny domowej, po izraelskiej inwazji na Liban rok wcześniej i oblężeniu Bejrutu – formalnie jako odpowiedź na transgraniczne ataki. Przewidywało wycofanie wojsk izraelskich ze stolicy oraz ramy normalizacji dwustronnych stosunków. W czasie negocjacji terytorium Libanu pozostawało pod podwójną okupacją wojskową: izraelską i syryjską.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, wyłącznie w celu umożliwienia dostępu do witryny i zapewnienia jej podstawowych funkcji. Nie wykorzystujemy Państwa danych w celach marketingowych, nie przekazujemy ich podmiotom trzecim w celach marketingowych i nie wykonujemy profilowania użytkowników. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne.