logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Co zrobić z Andrzejem Dudą?

Robert SMOLEŃ | 29 stycznia 2024
Fot. Jakub SZYMCZUK/KPRP

Prerogatywy prezydenta Rzeczypospolitej precyzyjnie określa Konstytucja. Wśród wymienionych tam expressis verbis uprawnień i obowiązków nie ma funkcji superarbitra w politycznych konfliktach, choć w większości intuicyjnie oczekujemy, że w przypadkach ważkich i ostrych sporów głowa państwa podejmie się ich łagodzenia i szukania kompromisu. Można to oczekiwanie wyinterpretować z przypisanych prezydentowi ról gwaranta ciągłości władzy państwowej oraz strażnika Konstytucji, ale tak naprawdę zapewne odwołujemy się, świadomie lub podświadomie, do dwóch kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego. Co prawda poza nim żaden inny piastun tego urzędu podobnych doświadczeń nie miał i takiej tradycji nie budował, ale żądań społecznych w tym względzie ignorować nie można.

Od 15 października zeszłego roku mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. W Polsce nie odbywa się normalna alteracja rządu, tylko przebiega proces odzyskiwania przez demokratyczne państwo obszarów władztwa oraz narzędzi rządzenia zabranych mu wcześniej w ramach stopniowej budowy systemu coraz bardziej autokratycznego.

Prezydent uosabiający fundamentalne wartości demokratycznego państwa prawa, poważnie traktujący jego konstytucyjną odpowiedzialność, stanąłby na czele tych wysiłków. Co jednak, jeśli sam uczestniczył w procesie odwrotnym?

W ciągu ostatnich trzech i pół miesiąca Andrzej Duda wyraźnie potwierdził przynależność do jednej ze stron sporu. Do ostatniego możliwego dnia zwlekał ze zwołaniem pierwszego posiedzenia nowo wybranego parlamentu. Misję sformowania gabinetu powierzył premierowi, który ewidentnie nie miał szans na uzyskanie wotum zaufania w Sejmie. W orędziu na forum Izby zapowiedział szerokie stosowanie weta. Nie spieszył się z wręczeniem powołań finalnie wskazanym ministrom, przedkładając nad tę czynność wyjazd zagraniczny o drugorzędnym znaczeniu. Zawetował ustawę okołobudżetową, odchodząc od zwyczaju nieingerowania w kompetencje rządu do prowadzenia polityki gospodarczej i makrofinansowej. Raczej bezrefleksyjnie opowiedział się przeciw działaniom na rzecz przywrócenia mediom narodowym ich pierwotnej – publicznej – funkcji (zastrzeżenia natury prawnej byłyby zrozumiałe, nie da się jednak abstrahować od skrajnie jednostronnej treści ich przekazu, bardziej przypominającej propagandę znaną z najgorszych lat trzydziestych lub pięćdziesiątych niż dobre wzorce nowoczesnej komunikacji). Próbował ukryć w Pałacu przestępców skazanych prawomocnym wyrokiem sądu, a później – jak się wydaje – zastawić pułapkę na prokuratora generalnego, w razie gdyby przychylił się on do sugestii zarządzenia przerwy w odbywaniu kary panów Kamińskiego i Wąsika. W rozmowach z partnerami zagranicznymi lansował tezę o więźniach politycznych w Polsce, a w narracji wewnętrznej – o terrorze praworządności. Bez zbadania stanu faktycznego stanął murem za Dariuszem Barskim powołanym na funkcję prokuratora krajowego, jak się teraz okazało z błędem prawnym, i wyposażonym w nadzwyczajne kompetencje zabrane jego zwierzchnikowi, co w oczywisty sposób przeprowadzono w złej wierze tuż przed wyborami. W bezprecedensowy sposób wystąpił przeciw ministrowi Adamowi Bodnarowi.

Jest jasne, że Andrzej Duda nie zamierza współpracować z demokratycznie wybranymi władzami państwa – ustawodawczą i rządową częścią władzy wykonawczej – oraz sądowniczą. Nie ma więc co czekać z wszczęciem postępowania zmierzającego do zbadania potencjalnych deliktów konstytucyjnych w wykonaniu obecnego prezydenta. Demokratyczne państwo powinno to uczynić niezależnie od okoliczności, by pokazać swoją siłę i zapobiec jakiemukolwiek dryfowi w stronę autorytaryzmu w przyszłości. Zwłoka w sformułowaniu wniosku do Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, gdyby miała miejsce z powodów taktycznych (nadziei na brak wet wobec niezbędnych ustaw), byłaby wątpliwa moralnie w każdym przypadku. Teraz jednak nie ma też sensu stricte politycznego. Wręcz odwrotnie – zachęci Andrzeja Dudę do kontynuowania przyjętej przezeń linii postępowania. Zaś konieczność stawiania się na posiedzeniach Komisji, przedkładania pisemnych wyjaśnień, dokumentów znajdujących się w archiwach Kancelarii oraz akt prowadzonych spraw mogłoby na głowę państwa podziałać tonująco.

Na razie nie ma widoków na postawienie urzędującego prezydenta w stan oskarżenia przed Trybunałem Stanu – brakuje 61 posłów i senatorów. Jednak uruchomienie procedury i jej sprawny (a przy tym uczciwy) przebieg może wywołać nieoczekiwaną dynamikę dalszych wydarzeń. Nie warto wstawać od szachownicy przed wykonaniem możliwego spektakularnego ruchu.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności