„Nam można więcej” czyli Nasza kochana klasa próżniacza

To tak się wydaje, że co cztery lata wybieramy tylko 460 posłów i 100 senatorów. W rzeczywistości decydujemy, która zgraja kilkudziesięciu tysięcy sitwiarzy dorwie się do posad, benefitów i wielkiej kasy. W Polsce politycznym łupem pada mniej więcej czterdzieści tysięcy (40 000) stanowisk.
560 członków Zgromadzenia Narodowego i ponad 120 ministrów i wiceministrów (najliczniejszy rząd w Europie a pewnie i na świecie !) to tylko sam wierzchołek Himalajów polityczno-urzędniczych, taka, powiedzmy, ośnieżona Czomolungma, którą widać z daleka. Zasadniczy masyw rozciąga się wszerz i wzdłuż na setki kilometrów i obejmuje różnych doradców, szefów jednostek samorządowych – od gmin do województw, członków zarządów i rad nadzorczych spółek – państwowych i samorządowych, szefów agencji, funduszów, instytutów… a od kiedy faktycznie zlikwidowano służbę cywilną, to także wyższe stanowiska w administracji… I tak się uzbiera te 35-45 tysięcy luda.
Dokładnie politycznych nominatów pewnie policzyć można, ale trudno. Jako że taki urzędnik z nadania politycznego piastuje dodatkowo jeszcze jedno lub kilka stanowisk w radach nadzorczych różnych spółek, za co pobiera specjalną kasę. Przykładowo, marszałek województwa mazowieckiego zasiada w Tramwajach Warszawskich za dodatkowe (do półmilionowego uposażenia marszałka i emerytury, tak, tak) blisko 150 tysięcy złotych. Są w naszym kraju urzędy, formalnie apolityczne i wymagające wysokich kompetencji, gdzie każde coś znaczące stanowisko pochodzi z politycznego nadania.
Na pensje dla tego legionu (bo pensje mają niezgorsze) idzie mniej więcej 12 miliardów złotych rocznie, co oznacza, że każdy mieszkaniec naszego kraju, od noworodka do sędziwego starca, płaci około 300 złotych na utrzymanie kohorty politycznej.
Podkreślam, nie chodzi o utrzymanie urzędników, niezbędnych dla funkcjonowania administracji publicznej, lecz różnych szefów, dyrektorów, kierowników itp. Ostatecznie można byłoby pogodzić się z takimi kosztami, jeśliby nominowani byli najlepsi z najlepszych a ich awanse zwiększałyby efektywność zarządzania państwem. Każde z nas zetknęło się jednak z sytuacją, która świadczy o czymś przeciwnym. Bo, zastanawiam się, jakież to kompetencje ma dwudziestokilkuletni młodzian, którego partia skierowała na ważny odcinek pracy z narodem za jedyne 25 tys. miesięcznie plus kolejne kilkanaście tysięcy w spółkach? Lub kochanka prominentnego polityka (faktycznie – niezły wybór: bardzo młoda i bardzo ładna) zasiadająca w radzie funduszu, radzie miasta i jeszcze gdzieś tam? Towarzysze z PZPR w czasach PRL takiej hucpy nawet nie potrafili sobie wyobrazić.
I jeszcze to oczekiwanie na przywileje i specjalne traktowanie. I jeszcze ta arogancja…
Korzenie arogancji włodarzy naszego kraju sięgają jednego z najgłupszych w naszej najnowszej historii politycznej haseł-sloganów z lat 90. – „SLD wolno mniej” (dlatego powinni odpokutować!). Jeśli im wolno mniej, to – logiczne – nam wolno więcej. Powołując się już to wyroki historii, już to na wyższość moralną (?) nowa klasa polityczna zaczęła się urządzać, rozpychać, zajadać dużo i smakowicie. Później przyszły hasła o lepszym i gorszym sorcie, prawdziwych i nieprawdziwych patriotach, Polakach prawdziwych i fałszywych… Ci lepsi mogą, oczywiście, więcej. Więc każde polityczne plemię chce przekonać wyborców, jakie to nieszczęścia dotkną społeczeństwo, jeśli wygrają ci drudzy i to oni podzielą między sobą tort.
Na razie w rwaniu czerwonego sukna Rzeczypospolitej PiS na głowę pobiło konkurentów. Fundacje, dotacje, przekręty i bezwstydne hapanie… Takich bachanalii w najnowszej historii Polski jeszcze nie było. Ale maszerujące oddziały pozostałych partii i ich akolitów bardzo się starają, aby chociaż zbliżyć się do osiągnięć PiS. I idzie im wcale nieźle.
Od czasu, kiedy profesorowie Landemore i Sintomer stwierdzili, że zawodowa klasa polityczne nie jest zdolna do efektywnego rozwiązania poważnych problemów społecznych, gdyż sama jest problemem i że politycy z losowania podejmują bardziej racjonalne decyzje i kosztują mniej, wiemy, że zawodowa kasta polityczno-urzędnicza jest klasą próżniaczą. Rzecz w tym, że decyzje o przyszłości gatunku polityków-trutniów będą podejmowali oni sami.