logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Polonia democratica rediviva

Mirosław CHAŁUBIŃSKI, J. Paweł GIEORGICA, Piotr STEFANIUK, Danuta WANIEK, Jerzy J. WIATR, Robert SMOLEŃ | 19 października 2023
Fot. Paweł WÓJCIK

Piętnastego października 2023 roku dobrze ponad jedenaście i pół miliona obywateli Rzeczypospolitej wybrało drogę prowadzącą na powrót do demokracji, do zachodniej kultury politycznej i cywilizacji prawa. Tym samym odrzuciło trwający osiem lat eksperyment ustrojowy, próbujący połączyć wolne (ale nie – uczciwe) wybory z prymatem woli jednostki nad Konstytucją i „prywatyzacją” państwa.

O czym jeszcze świadczą wyniki wyborów? Dyskusja redaktorów „Res Humana”

 

Robert Smoleń: Co Państwa zaskoczyło w wynikach wyborów? Zakładam, że nie ogólne rozstrzygnięcie – zwycięstwo stronnictw demokratycznych i możliwość utworzenia przez nie rządu – bo sami w komentarzu redakcyjnym z września uznaliśmy ten scenariusz za bazowy. Dla mnie, przyznam, największą niespodzianką była niemal siedemdziesięcioczteroipółprocentowa frekwencja. Brawo! Natomiast mocno in minus zaskoczył mnie rezultat Lewicy (nie wiem, czy wszyscy mają świadomość, że najgorszy w całej historii III RP, gdyby przy przegranej w 2015 roku uwzględnić także głosy oddane na Razem). Wydawało się, że jej program był mądrze skonstruowany, a kampania – nieźle prowadzona. Niespodziewanie dobry okazał się za to wynik Trzeciej Drogi. Przez większą część kampanii obawiałem się nieprzekroczenia progu przez ten komitet. Jeśli chodzi o poparcie dla Konfederacji, to nawet w czasie uwidocznionego w sondażach jego gwałtownego przyrostu latem br. prognozowałem, że ostatecznie skończy się na kilku procentach, na dziś maksymalnych dla tego typu formacji.

Jerzy J. Wiatr: Najważniejsze w tych wyborach jest to, że Polska przełamała pewną prawidłowość występującą dotychczas we wszystkich państwach, gdzie ukształtował się system nazywany nowym autorytaryzmem, czy czasami autorytaryzmem elektoralnym – to znaczy taki, w którym autorytarna władza pochodzi z wyborów, a nie z przemocy. Otóż wszędzie, gdzie władza tego typu zdołała utrzymać się przez dwie kolejne kadencje, wygrywała już później następne. Tak było przede wszystkim w prawzorze tego systemu, jakim jest Federacja Rosyjska od początku tego stulecia. Tak było w Turcji, tak było na Węgrzech. Prawo i Sprawiedliwość liczyło, że tak samo będzie w Polsce; że trzecia kadencja pozwoli – używając zwrotu Jarosława Kaczyńskiego – „domknąć proces przemian”. I tak by się stało, gdyby PiS wygrało te wybory. Polska zerwała z pewną, można by powiedzieć, tradycją tych systemów neoautorytarnych.

Dla mnie nie było rzeczą oczywistą, że Konfederacja wypadnie tak słabo. Uważałem za pewne, że PiS straci zdolność do samodzielnego rządzenia, natomiast widziałem dwie możliwości. Tę lepszą, to co się zrealizowało: samodzielną większość ugrupowań demokratycznej opozycji, i gorszą: sparaliżowanie Sejmu przez silną pozycję Konfederacji. Moim zdaniem jej notowania załamały się dlatego, że wielka mobilizacja wyborców rozpuściła do pewnego stopnia ten twardy trzon ultraprawicowy, na którym ona się opiera, w morzu siedemdziesięciu pięciu procent. Natomiast jeżeli chodzi o Lewicę, to mamy tutaj do czynienia z sytuacją paradoksalną. Bo tak, rzeczywiście – sejmowy wynik jest słaby, ale jest do pewnego stopnia równoważony dziewięcioosobową reprezentacją, najliczniejszą od 2005 roku, w Senacie. Zresztą ważniejsze od liczenia mandatów wydaje mi się to, że Lewica powraca do rządu po raz pierwszy po 18 latach, przy czym – i to wydaje mi się najciekawszą sprawą – pojawia się po raz pierwszy jako partner mniejszościowy. Co do przyczyn tego rezultatu, to wstępnie powiedziałbym, że nie jest on konsekwencją błędów popełnianych przez kierownictwo tej koalicji, lecz efektem polaryzacji. Trzeba pamiętać, że lewica dzisiaj to nie jest tylko lista Lewicy. W Koalicji Obywatelskiej znajdują się ludzie o autentycznie takich poglądach. Nawiasem mówiąc, KO to nie jest nowe wcielenie Platformy Obywatelskiej. To jest inna formacja, przesunięta wyraźnie w lewą stronę, choć zarazem pluralistyczna wewnętrznie, niejednorodna; ale z całą pewnością niedająca się zakwalifikować (jak to robią niektórzy o tendencjach sekciarskich) do obozu prawicy.

Mirosław Chałubiński: Sondaże w ciągu mniej więcej tygodnia przed wyborami wykazywały pogłębiający się regres Zjednoczonej Prawicy i coraz lepsze notowania tych partii, które będą tworzyły przyszły rząd. Ten optymizm rósł bezpośrednio przed 15 października. Przedtem widziałem sytuację remisową. Różne rzeczy mogły się zdarzyć, zdarzyła się ta rzecz lepsza. Zaskoczyła mnie oczywiście frekwencja – liczyłem, że będzie mniej więcej taka jak w 1989 roku, a była o około 12 punktów procentowych większa (poprzednio było ok. 63 procent, teraz zaś ok. 74,5 procent), ale to zaskoczenie nie jest wielkie, bo wszyscy (a przynajmniej wielu) mieli świadomość, że mamy do czynienia z momentem przełomowym. Że trzecia kadencja Zjednoczonej Prawicy może być, zwłaszcza w koalicji z Konfederacją, zabójcza dla polskiej demokracji i przyszłych losów Polski w Europie. Ucieszył mnie z całą pewnością duży udział kobiet. Z różnych badań sondażowych wynika, że kobiety (zwłaszcza młode) myślały bardziej „centrolewicowo” niż skłonni głosować na Konfederację młodzi mężczyźni. Również młodzież, ta kategoria 18-29, aktywnie wzięła udział w głosowaniu. Można mówić o zmianie kultury politycznej, a przede wszystkim o poczuciu przełomu, niesłychanie ważnym. Wreszcie, o czym już jest mowa w dosyć licznej publicystyce społecznej i politycznej, to uświadomienie sobie przez wielu, że istnieją alternatywy rozwojowe, że nie mamy wcale – jak powszechnie chcieliby całkiem liczni publicyści – nieuchronnej ewolucji od jakiejś formy demokracji liberalnej w stronę jakiejś formy autorytaryzmu. Możliwy jest regres na tej drodze i Polska jest tu przykładem, o czym wzmiankował profesor Wiatr. Możliwa jest ewolucja od dość zaawansowanego autorytaryzmu w stronę szans rekonstrukcji demokracji. Zwrócę tu uwagę na wielką rolę przywódców politycznych. Mogę sobie wyobrazić zupełnie inne wyniki wyborów, gdyby najważniejszymi partiami kierował ktoś inny – Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk.

Danuta Waniek: Zaskoczeń wymieniłabym kilka. Po pierwsze ta wielka dyscyplina polityczna kobiet objawiona w dniu wyborczym, na którą pracowały, jak się dowiedziałam, zróżnicowane grupy w różnych miejscach. Było mnóstwo środowisk kobiecych, które w sposób skuteczny wywołały mobilizację kobiet na rzecz własnych praw i interesów. Chyba pierwszy raz w dzień wyborczy taki zbiorowy interes kobiet został pokazany, doceniony – był jednym z podstawowych haseł w trakcie kampanii. Mnie oczywiście bardzo się to podobało, bo do polityki przystałam lata temu z tego powodu, że uznałam, iż prawa kobiet przy wzmacnianiu siły Kościoła po wyborze papieża Polaka będą zacieśniane. Pamiętam opracowanie profesora Domańskiego z przełomu lat 80. i 90. zatytułowane Zadowolony niewolnik. Już było wiadomo, że polskie kobiety są na ogół lepiej wykształcone od mężczyzn, a mimo to nie przejawiają aspiracji politycznych. Szalenie trudno było je ukierunkować na realizację własnych interesów na drodze politycznej, zwrócić ich uwagę, że od tego, co się będzie działo w demokratycznym parlamentaryzmie, przecież zależy również ich los osobisty. Teraz mamy do czynienia ze spektakularnym odwrotem wolnościowym, jeśli chodzi o kobiety. M.in. z tego powodu, że kobiety przeszły olbrzymią światopoglądową drogę od 1989 r., kiedy jeszcze dawały się łatwo dyscyplinować hasłami głoszonymi przez ludzi Kościoła, do czasów dzisiejszych – gdy czują się uczestniczkami wolności obywatelskiej. Fakt, że wytrwały, jest dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. W ogóle te wybory dały nam dowód na to, że dokonuje się wielka zmiana społeczna.

Drugim zaskoczeniem jest to, że ośrodki badawcze dość trafnie przewidziały rezultat wyborów. Jeśli chodzi o wynik Lewicy, to właściwie w stu procentach. Jerzy Wiatr jest w tej kwestii optymistą, ja mam mieszane uczucia. Mnie się wydaje, że ten wynik mógłby być lepszy, ale z tego, co ja odczuwam, tej partii nie ma w terenie. Nikt nie zadbał o struktury lokalne. Tak jakby kierownictwo nie doceniało tego, że na posłów głosuje się w terenie. Partia prowadzi politykę na poziomie centralnym, skupia się tylko na działalności parlamentarnej. Natomiast z zadowoleniem powitałam informację, iż na Lewicę głosowali uczniowie i studenci, obu płci zresztą. To rysuje dobre perspektywy, o ile ktoś będzie umiał to wykorzystać.

Zbudowała mnie reakcja za granicą na wyniki wyborów, bardzo pozytywna, przez Zachód bardzo oczekiwana. Choć wszyscy również byli zaskoczeni, bo wszystkim się wydawało, że Polska jest tożsama z ideologią i polityką takiej nacjonalistycznej prawicy.

Piotr Stefaniuk: Dla mnie ważne jest to, że byliśmy świadkami uniesienia obywatelskiego. W swoim życiu przeżyłem sześć takich momentów, a te wybory były najintensywniejszym z nich – nawet w porównaniu z rokiem 1989 czy referendum z 2003. Pozwala to sądzić, że jesteśmy jako społeczeństwo nieco odmienieni. PiS pomogło przyspieszyć budowę społeczeństwa obywatelskiego. Druga refleksja jest osobista. Ja głosowałem na Trzecią Drogę. Z oczywistych powodów: ze strachu. I okazuje się, że nie byłem jedyny. Mam nadzieję, że Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz rozumieją, że ich wynik jest rezultatem specyfiki momentu. Pytanie konkretne po tych wyborach: ile głosów zdobyłoby PiS bez wsparcia TVP i TVP Info. Ja oceniam, że stałego elektoratu ma między 15 a 20 procent. To szacunek bardzo intuicyjny; bardzo istotne byłoby, gdyby udało się sprawdzić, jak wielka była „zasługa” zmasowanej i długotrwałej propagandy.

Moim zdaniem te wybory ujawniły, że przed Lewicą stoi olbrzymia szansa. Utrata mandatów ma drugorzędne znaczenie. Częściowo głosy, które powinny być oddane na Lewicę, jak na przykład mój, zostały przeniesione ze względów taktycznych na Trzecią Drogę. Ale symboliczna sytuacja nastąpiła w okręgu, w którym startował przewodniczący partii. Dobrze w tym momencie powiedzieć: „Chwała Bogu!” (że się prześlizgnął), ale przecież wiemy, że wygrał tam Łukasz Litewka. To jest oczywisty sygnał. Ten młody człowiek pokazuje, jaka jest droga. Lewica miała świetną, moim zdaniem najlepszą, kampanię wyborczą. Jeśli oni tego nie zepsują, to w kolejnych wyborach będą mieli bardzo solidny wynik. To jest partia, która bez jasnej, klarownej i idei i konkretnego programu społecznego nie ma szansy istnienia. A ma co robić.

I ostatnia na razie refleksja: ośmioletnie rządy PiS-u ujawniły zaskakującą intelektualną słabość tej formacji i jej bezideowość.

J. Paweł Gieorgica: Na początek chciałbym powiedzieć, że te wybory wygrała Polska. Polska, dodałbym, w Unii Europejskiej. Bo wcale nie było takie oczywiste, jak dalej mogła się potoczyć historia naszej obecności w UE. Mam nadzieję, że teraz przez następne 30 lat nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby wyobrażać sobie jakąś alternatywę dla miejsca Polski w Europie. Po drugie, sarkastycznie trochę powiem, że wygrała koncepcja rozczłonkowania opozycji na te trzy siły, które mają utworzyć rząd. To jest trudniejsza droga; lepiej by było utworzyć rząd, jeżeli by była wspólna lista. Wtedy wiele rzeczy byłoby już dogranych. Czy taka wygrana przeistoczy się we wspólne sprawne rządzenie? – tego właściwie jeszcze nie wiemy. Wygrał niestety Ziobro i jego formacja. Oni niczego nie stracili. Mieli osiemnastu posłów i mają osiemnastu. Do założenia jakiejś takiej koalicji, nazwijmy ją „od faszystów do skrajnych konserwatystów”, to jest dobry punkt wyjścia.

I oczywiście wygrała demokracja. Bardzo sceptyczny byłem, czy Polska jest jeszcze krajem demokratycznym, bo z punktu widzenia naukowego, sondaży i rankingów to nikt już Polski nie widział jako państwa demokratycznego. Okazało się, że ten potencjał demokratyczny się ruszył. Czy wygrała zagranica? Nie wiem. Policzyłem, ile jest ludzi urodzonych w Polsce i mieszkających za granicą. Według danych ONZ jest ich 5 milionów. Jeżeli zobaczymy, ilu z nich głosowało… Nawet jeśli wiemy, że to jest awangarda, ludzie, którzy czują więź i tak dalej. Jeżeli spojrzeć na to, który układ wygrał – lewica czy prawica – to ciągle wygrywa prawica. Redaktor Dariusz Cychol w innym periodyku podliczył, że jeżeli uznać Trzecią Drogę za formację prawicową (no bo za jaką?), to mamy 57 procent. Więc sporo jest tych beneficjentów. Uważam, że trzeba używać tego wielkiego słowa – że wygrała Polska, jednak. Bo przecież wszyscy się baliśmy, tak naprawdę.

Kto przegrał? Po pierwsze wydaje mi się, że przegrała koncepcja zblatowania układu POPiS-owego, w którym obie te partie nawzajem się napędzają i właściwie następuje zamiana rządów raz w tę stronę, raz w inną. Przegrali jedni i drudzy. Brak jednej listy jest przegraną Koalicji Obywatelskiej na czele z partią Tuska. Chociaż sam Tusk jest – co tu dużo mówić, to oczywiste – największym wygranym. Przegrała oczywiście Konfederacja. Przegrała również (na razie) koncepcja siłowego rozwiązania kryzysu. Byłem sceptykiem co do tego, czy do tych wyborów w ogóle dojdzie. Jeszcze to się wszystko nie zakończyło, ale widać, że małe są szanse siłowego rozwiązania. Ta koncepcja została zmieciona przez ukryte dotąd siły demokratyczne. Wreszcie, bardzo przykro to powiedzieć, ale przegrał największy lider społeczeństwa obywatelskiego, na którego i ja głosowałem: Paweł Kasprzak, który od 8 lat, od samego początku, jako szef Obywateli RP organizował czynny opór wobec tego, co się działo. Dostał tysiąc głosów. I choć społeczeństwo obywatelskie umieściłem tutaj po lewej stronie, zwycięzców, to jednak zastanawiające jest, że jego liderzy (także na przykład organizatorki strajków kobiet) w ogóle zniknęły, zostały zniesione przez te różne mechanizmy polityki.

Robert Smoleń: A nie zaskoczył Państwa wynik Prawa i Sprawiedliwości? Mimo ośmiu lat naprawdę wielkiej dewastacji państwa – ono generalnie przestało funkcjonować, mimo totalnego zniszczenia ustroju demokratycznego (będziemy się z tego jeszcze wiele lat wydobywać), gdzie mamy faktycznie trwający polexit (na dodatek Polska pierwszy raz w ogóle nie skorzystała z leżących na stole europejskich pieniędzy); mimo tego wszystkiego ponad 35 procent wyborców oddało głos na odpowiedzialną za to partię. Czy to nie świadczy czegoś o nas samych, o naszym społeczeństwie?

Jerzy J. Wiatr: Trzeba pamiętać o tym, że ocena rządów PiS-u bardzo różnie wypada w zależności od własnej pozycji społeczno-ekonomicznej. My z natury rzeczy należymy do tej warstwy, która nie odczuwa specjalnie tego, co było najmocniejszą stroną rządów PiS-u: mianowicie pochylenia się nad tymi, którzy pozostali w procesie transformacji przegranymi. To jest zresztą bardzo istotna kwestia dla przyszłości. Ja od dłuższego czasu sądziłem, że PiS nie wygra tych wyborów, ale wcale mnie nie dziwi, że uzyskało 35 procent. W Polsce istnieje potężny kapitał pretensji ludzi biedniejszych, starszych, gorzej wykształconych o wszystko, co się działo przez cały okres transformacji: obniżenie stopy życiowej – czyjej? Przecież nie średniej, bo ta wzrosła. Ale warstw biedniejszych się pogorszyła. Dlaczego wieś ciągle jeszcze głosuje bardziej za PiS-em? Bo wieś została wyraźnie uderzona w porównaniu z miastami, zwłaszcza wielkimi. Nowy rząd może bardzo poważnie utrudnić swoją sytuację, jeżeli zapomni o tym, że Polska nie składa się wyłącznie z warstw wykształconych, zamożnych, wygranych na procesie transformacji. To był błąd poprzednich rządów Platformy Obywatelskiej.

W jednej sprawie, o której powiedział Paweł Gieorgica, ja się fundamentalnie nie zgadzam. Chodzi o obraz prawicy. Jeżeli uważasz, że Trzecia Droga to jest prawica, to znaczy, że scena polityczna dzieli się dychotomicznie: na rozległą prawicę, od Konfederacji i Ziobry do Hołowni, i na szczupłą lewicę. Moim zdaniem to jest fałszywy obraz. Na tej scenie jest miejsce na formację centrową. W Trzeciej Rzeczypospolitej różnie bywało z owym centrum. Otóż w tej chwili Trzecia Droga, na którą ja nie głosowałem, jest właśnie tą centrową formacją. I teraz cała sztuka rządzenia sił demokratycznych polega na tym, żeby w jednym bloku rządzącym znaleźli się i ludzie lewicy, i ludzie centrum. To wcale nie jest proste. Bo się przekłada na wiele zupełnie konkretnych kwestii. Jesteśmy zdecydowanymi zwolennikami liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Centrum jest w tej sprawie – najogólniej mówiąc – bardzo wstrzemięźliwe. Jak znaleźć kompromisowe rozwiązanie? Można cały szereg takich kwestii wymieniać. Wielkim wyzwaniem dla nowej większości będzie utrzymanie stałej konstelacji łączącej lewicę i centrum. To nie jest niemożliwe, ale trudne. Zdolność do zawierania kompromisów jest niezbędna w polityce. Chodzi tylko o to, aby kompromis nie oznaczał kapitulacji. Nie można jednak stawiać sprawy na zasadzie albo wszystko, albo nic. To byłoby samobójcze, bo oznaczałoby albo oddanie władzy prawicy, albo paraliż państwa. Tylko że znalezienie kompromisu wymaga zrozumienia pewnej gry między lewicą i centrum. Centrum nie jest przeciwnikiem, przeciwnikiem jest prawica.

Nie jestem bezkrytyczny w stosunku do stanu, w jakim lewica jest obecnie. Ale z katastrofy, w jakiej się lewica znalazła w 2005 r., zaczęła jednak wychodzić. A ta katastrofa nie była spowodowana przez dzisiejsze pokolenie przywódców lewicy.

Mirosław Chałubiński: Konstruktorem zwycięstwa opozycji było… PiS. Kiedy przyjrzymy się sondażom, jak oceniano takie sprawy jak mieszkalnictwo, zdrowie, sądownictwo, inflacja czy posunięcia antyaborcyjne Trybunału Julii Przyłębskiej w październiku 2020 r. – to decyzje PiS-u były bardzo negatywnie oceniane. One napędzały w poważnym stopniu (choć to niejedyny czynnik) frekwencję i głosy dla opozycji. To po pierwsze. Po drugie i ostatnie: PiS uzyskało 35 procent dzięki temu, że jest w poważnym stopniu lewicowe. Odpowiada na potrzeby słabszych, tych, którzy nie są beneficjentami transformacji. Dlatego właśnie można by powiedzieć, że lewica nie jest tylko w partiach o nazwach Nowa Lewica, Razem i innych, ale także w innych, choć sama nazwa „lewica” dla PiS-u jest obrzydliwa i nie do przyjęcia. Ale oni są w wielkim stopniu podobni w praktyce do PRL ze względu na skłonność do centralizmu i niechęć do samorządności.

J. Paweł Gieorgica: Nie mówimy tutaj o jednym ważnym podmiocie w tych wyborach, takim cichym – mianowicie o Kościele. Powiem tylko o Ordo Iuris w Trzeciej Drodze. Kościół nie jest specjalnym beneficjentem tych wyborów, ale jednak starał się obstawić różne pozycje, nie tylko na jednego gracza.

Danuta Waniek: Sprawdziłam statystyki – na PiS głosowało 48 procent mieszkańców wsi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Nie jestem jeszcze pewna, czy kobiety wiejskie potrafiły pójść za ciosem i podobnie jak mieszkanki miast czy wielkich miast odczytywały swój interes inaczej niż do tej pory. To nie jest szybki proces i będzie raczej trwał. Ale do mnie docierały w niedzielę wyborczą informacje, że Kościół tego dnia był bardzo aktywny. W czasie mszy rozdawano ludziom, którzy nie byli w stanie rozeznać się, kto jest kim na liście wyborczej, bardzo konkretne wskazania, na kogo należy oddać głos. Nie mówię, że to robili księża. To byli ludzie związani z PiS-em i z parafiami, mądrzejsi, sprytniejsi.

Mówiąc o tym, że PiS reprezentuje w dużym stopniu interesy ludzi uboższych, mamy na myśli program 500 plus, który odegrał wielką rolę w przeszłości. Ale nie zauważyłam, aby nim się kierowali młodzi ludzie w tych wyborach. Nie odegrał on już jakiejś wielkiej roli. Wśród odpowiedzi na pytanie „Dlaczego głosowałem/am na PiS?” nie zauważyłam, żeby to było aż takie ważne dla tych wyborców. Niezależnie od tego, jak PiS wspomagał ludzi uboższych, to pamiętamy, że przy nim całkiem nieźle utuczyli się działacze partyjni. To są ludzie, którzy mają nie to, że 500 plus; mają miliony! Nie zdarzyło się wcześniej w historii Polski, żeby działacze, którzy mieli jakieś zasługi dla partii, później zostali wynagrodzeni tak wielkimi dochodami. Więc wydaje mi się, że to też mogło budzić sprzeciw obserwatorów tego, co się dzieje.

Piotr Stefaniuk: Chciałbym podjąć kwestię, która jest ważnym intelektualnym pytaniem po tym, co się stało: kim jest ten, kto głosuje na PiS? Ujawniło się, że operowanie pojęciem populizmu jest jakoś nieskuteczne, puste. Jak czytam na przykład Przemysława Sadurę i Sławomira Sierakowskiego, to okazuje się, że populistą jest i Kaczyński, i Tusk. Jeżeli możemy to pojęcie w ten sposób interpretować, to ono staje się bezużyteczne. Jeżeli ma ono mieć jakiś sens, to powinno sprowadzać się do manipulacji przez kłamstwo. To jest sens populizmu. Chcę zwrócić waszą uwagę na niedawno przetłumaczoną książkę Mario Vargasa Llosy Burzliwe czasy. Llosa opisuje tam, co się zdarzyło w Gwatemali w roku 1949 czy 1950: w jaki sposób społeczeństwo amerykańskie, włącznie z władzami, z prezydentem i CIA, zostało tak spreparowane, że zaakceptowało dokonanie zamachu stanu w Gwatemali. A wszystko zaczęło się od wydanej w 1928 r. książki Edwarda Bernaysa pod tytułem Propaganda, w której znalazł się taki passus: „Świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi zwyczajami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa. Ten, kto manipuluje owym nieznanym mechanizmem społeczeństwa stanowi niewidzialny rząd sprawujący prawdziwą władzę w naszym kraju. Inteligentna mniejszość powinna stale i systematycznie posługiwać się propagandą”. To, co opisał noblista w powieści, wydarzyło się naprawdę. Dzisiaj wiemy, że populizm jest jednoznacznie zły, to manipulacja przez kłamstwo. Przerabialiśmy ją przed ostatnie osiem lat.

Szukając odpowiedzi na pytanie „Kto głosuje na PiS?” dotykamy problemu tożsamości. Wśród tych osób jest, jak mówicie, elektorat socjalny. To ci, dla których 500 czy 800 plus stanowi rewolucję w budżetach rodzinnych. Tego nie wolno zlekceważyć. Ale to jest również ten elektorat, który Sadura z Sierakowskim nazywają cynicznym. Nie jest ideowo związany, tylko po prostu czerpie korzyści. To jest OK, możemy go tak zdefiniować, nie ma problemu. Ale rzeczywistym pytaniem intelektualnym jest: „Kto jest wyborcą PiS w sensie tożsamościowym?” Możesz komuś mówić o kłamstwie, o nepotyzmie – i to go nie rusza. Kogo to dotyczy? To nie są biedni. Wyborcy PiS, których znam, są wykwalifikowanymi rzemieślnikami, drobnymi przedsiębiorcami, ludźmi z bardzo różnych klas społecznych. Wyczuwamy tę tożsamość, ale ona nie została zdefiniowana. Ona daje szansę na tę teflonowość formacji. Z tym poczuciem tożsamości też się trzeba rozprawić. Dlatego, że jeżeli przy tożsamości zaczyna manipulować polityk, to znaczy, że on przekracza kardynalną, fundamentalną granicę polityki: że nie można wchodzić w prywatność jednostki. U nas z tożsamości zrobiono problem polityczny. Okazuje się na przykład, że ja nie jestem Polakiem – bo nie jestem katolikiem, nie chcę umierać za ojczyznę i tak dalej. Ten wniosek jest najważniejszym polem do dyskusji. Polityce trzeba zabronić wkraczania w kwestie tożsamości. Żeby zakończyć, polecam jeszcze lekturę książki Agaty Bielik-Robson pt. Marańska Pascha Derridy. To jest filozofia, ale pokazuje, na czym to polega. Dla mnie jest przełomowa. Pokazuje, gdzie jest miejsce tożsamości, gdzie ono się mieści. Nie to, że w nas. Ono samo jest dla nas niewypowiadalne. Istnieje na pewno, ale jak chcemy je ująć w słowa, nam się rozpada. Warto ją poddać analizie, czym jest tożsamość i co ona znaczy w dyskursie politycznym.

Robert Smoleń: Dziękuję za wszystkie Państwa refleksje, bez wątpienia pogłębiające wiedzę o tym, co stało się 15 października. Do tego, co Państwo mówili, pozwolę sobie jeszcze dodać kilka zdań. Po pierwsze, wyniki tych wyborów pokazały, że cenimy sobie – my, obywatele Trzeciej RP – nasze państwo. Po ośmiu latach destrukcji tego państwa postanowiliśmy odsunąć od władzy tych, którzy tej destrukcji dokonywali. Bo widzieliśmy, że nie funkcjonuje służba zdrowia, edukacja jest zideologizowana, publiczne pieniądze są marnotrawione (także na wielkie nietrafione inwestycje), bezpieczeństwo jest fikcyjne, wojsko – rozbrojone, policja występuje przeciwko obywatelom, służby podsłuchują Pegasusem i tak dalej. Więc powiedzieliśmy temu: „Nie!”. Po drugie, pokazaliśmy, że jesteśmy bardzo proeuropejsko, prointegracyjnie nastawionym społeczeństwem. Moim zdaniem tu jest bardzo mocne widmo i braku pieniędzy na KPO oraz z Wieloletnich Ram Finansowych 2021–2027, i obaw przed wykluczeniem Polski ze strefy Schengen, i ogólnie chęci zapobieżenia polexitowi – przecież sprawy polskiej praworządności są rozpatrywane przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, niebawem zapadną wyroki i nowe władze Rzeczypospolitej będą musiały się do nich odnieść.

Z drugiej strony powiem tu: niestety – jesteśmy skłonni zaakceptować populizm. Dowodem na to jest nie tylko wynik Prawa i Sprawiedliwości, ale też przebieg kampanii, w której elementy populistyczne były obecne właściwe we wszystkich programach i wypowiedziach. Natomiast – i to jest ostatnia rzecz, jaką sobie zanotowałem – nie tolerujemy nacjonalizmu, szowinizmu, ksenofobii, antysemityzmu. Relatywnie słaby rezultat Konfederacji świadczy o tym, że takie negatywne emocje są przez polskie społeczeństwo odrzucane.

Jeszcze raz dziękuję.

Zapis tej dyskusji został opublikowany w w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Plik audio znajduje się w zakładce „Podcasty”. Zamieścimy tam również nagranie drugiej części tej rozmowy, poświęconej temu, co wyniki wyborów mówią o polskim społeczeństwie oraz czym nowy demokratyczny rząd powinien się w pierwszej kolejności zająć i jak rozwiązywać najpilniejsze i najważniejsze problemy.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności