logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Kultura podległości

Andrzej ŻOR | 17 lutego 2024
Fot. archiwum "Res Humana"

Jarosław Kuisz, podczas uniwersyteckich wykładów, a potem w jednej ze swoich książek, podzielił rodzimą populację na żyjących w kulturze podległości (to pokolenia urodzone między 1795 a 1989 rokiem, z krótką przerwą na międzywojenne dwudziestolecie) i pokolenie urodzone po tej dacie, pokolenie niepodległego państwa polskiego. Nie zgadzam się z takim podziałem. Ci z „kultury podległości” – wskutek wartościującego znaczenia obu przyjętych nazw, także przedrostka „pod-”, stają się gorsi, stygmatyzowani, w najlepszym razie ułomni. „Niepodlegli” – obdarowani od niedawna przez los – zyskują natomiast swego rodzaju „wartość dodaną”. Na razie potencjalną, bo sami niczego jeszcze nie dokonali, najstarsi ledwie przekroczyli „trzydziestkę”, kilkunastolatkowie potrzebują coraz częściej psychicznego wsparcia. Sam podział przypomina obecny od dawna w polskiej świadomości zbiorowej podział na „bohaterów” i „zdrajców”. W wypowiedzi Jarosława Kuisza pojawia się zresztą figura „targowicy” jako ukoronowanie narodowej zdrady. W rozmowie z Katarzyną Kasią i Grzegorzem Markowskim (w książce Siedem życzeń. Rozmowy o źródłach nadziei, Znak, Warszawa 2023) rozmówca wydłużył lata „podległości” do około 300 lat, od Sejmu Niemego w 1717 r. do opuszczenia Polski przez wojska radzieckie w 1993 r. Nie 123 lata, jak zwykło się przyjmować, lecz prawie 200 lat braku niepodległości i dodatkowo około 100, kiedy Rzeczpospolita Obojga Narodów – formalnie niepodległa – spełniała posłusznie życzenia sąsiada. Cały ten okres to czas ogromnych zmian w Europie: geopolitycznych, ustrojowych, czas rewolucji w gospodarce i strukturach społecznych, które nas ominęły, spowolniły te zmiany lub przynajmniej je utrudniły. Nad kulturową świadomością Polaków zaciążyła też frustracja z powodu degradacji, bo z pozycji mocarstwowej (przynajmniej we własnym wyobrażeniu) zostaliśmy zepchnięci w stan podporządkowania i z tą degradacją nie możemy się i dziś pogodzić, bo „wstawanie z kolan”, nawet z „niepodległej” pozycji, rządząca do niedawna grupa uważała za najważniejszą z polskich powinności. Warto więc poświęcić chwilę uwagi przyczynom degradacji oraz sposobom wydostania się z tego stanu, a to drugie wymaga też przypomnienia, na czym powinien polegać interes narodowy, bo bez tej definicji trudno oceniać przeszłe poczynania. W połowie XVII wieku Rzeczpospolita wydawała się jeszcze mocarstwem, największym terytorialnie (prócz Rosji) państwem europejskim) i straciła znaczenie w ciągu kilkudziesięciu lat. Przypomnijmy: przed rozbiorami Rzeczpospolita zajmowała terytorium ponad 900 tys. km2. Ludność to 12–14 mln. Mentalność zbiorowa warstw świadomych istnienia państwa (a to około 400–500 tys. szlachty – jedynej grupy korzystającej z praw) nie była na to przygotowana. Pozostałych, w zdecydowanej większości chłopów, sprawy państwa nie obchodziły, horyzont ich postrzegania był znacznie węższy. Gdyby natomiast szukać jednej, syntetyzującej przyczyny upadku, byłoby nią zacofanie cywilizacyjne. Składało się na nie: zdecydowana dominacja gospodarki agrarnej, co w sporej części zostało spowodowane (od czasów unii w Krewie, a potem w Lublinie) wschodnim kierunkiem ekspansji politycznej, militarnej i – co ważne – gospodarczej, bo naturalne warunki Kresów i specyficzna struktura całej warstwy uprzywilejowanej przyczyniły się do zdominowania szlachty przez mającą ogromne posiadłości ziemskie oligarchię magnacką – jedyną warstwę mającą zdolność do inwestowania. Zdolności tej nie miał uosabiający władzę centralną król, zwłaszcza ostatni – Stanisław August. Pewną rolę odegrało tu także ruskie i litewskie pochodzenie magnaterii (Potoccy, Czartoryscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Ostrogscy, Wiśniowieccy, Braniccy i kto tam jeszcze). Gospodarka rolna tkwiła w stagnacji, nie trzeba było jej modernizować, wystarczyło zwiększać pańszczyznę, by zachować pożądany i tradycyjnie utrzymywany poziom dochodów i luksusową konsumpcję (głównie z importu, kraj nie wytwarzał bowiem takich towarów). Nie było prób manufakturyzacji gospodarki, miasta zamierały (jedynie Gdańsk mieścił się w pięćdziesiątce największych miast Europy). Mająca ogromne aktywa magnateria dążyła do osłabienia władzy królewskiej i – w XVIII już wieku – Rzeczpospolita była zlepkiem skłóconych koterii, powiązanych często rodzinnie, politycznie i materialnie z obcymi dworami i rodami. Im też najłatwiej było dostosować się do okoliczności zaistniałych w wyniku kolejnych rozbiorów. Szczęsny Potocki (spirytus movens konfederacji targowickiej) uznał się za Rosjanina. Franciszek Klemens Branicki (też targowiczanin) ożenił się z Aleksandrą Engelhardt, siostrzenicą Potiomkina, a plotki krążyły, że nieślubną córką Katarzyny II, choć tego nie potwierdzono. Adam Jerzy Czartoryski zaprzyjaźnił się z Aleksandrem Pawłowiczem (później carem Aleksandrem I), miał romans z jego żoną Elżbietą (urodziła mu córkę, która zmarła w dzieciństwie), został ministrem spraw zagranicznych Rosji i głównym doradcą Aleksandra w sprawach polskich w czasie Kongresu Wiedeńskiego, decydującego, co z tą Polską – po klęsce Napoleona – zrobić. Gałąź Radziwiłłów z Nieborowa weszła w związki rodzinne z Hohenzellornami. I tak dalej. To oni ponosiliby majątkowe konsekwencje w przypadku niesubordynacji, toteż niesubordynacji nie było. Może wzdychali za Polską w cichości ducha. Rozkładowi wewnętrznemu sprzyjał system ustrojowy, któremu oligarchia zawdzięczała swoją pozycję i broniła go ze wszystkich sił, zwłaszcza zasady wyboru króla w drodze elekcji. Po śmierci Zygmunta Augusta (koniec Jagiellonów) państwem „rządziło” 10 królów (bez Leszczyńskiego, bo on w praktyce nie wykonywał przypisanych królowi zadań), w tym 7 obcych (każdy z „innej wsi”): Francuz, Węgier, trzech Wazów, dwóch Sasów (Wettynów) i trzech Polaków; każdy miał innego protektora: Wazowie i Sasi to jasne, Walezy, Sobieski i przejściowo Leszczyński Francuzów, Poniatowski Rosję, a Korybut Wiśniowiecki nie wiadomo kogo, ale był królem bez znaczenia. O żadnej polityce państwowej prowadzonej w dłuższym horyzoncie czasowym nie mogło być mowy. Warstwa szlachecka od średniozamożnych po gołotę była w większości uzależniona od swoich magnackich protektorów. Osiemdziesiąt procent populacji nie umiało czytać i pisać. Edukacja prowadzona przez kler odbiegała treściami i poziomem od rozwijanych współcześnie w Europie trendów intelektualnych. Tyle o przyczynach, choć zapewne dałoby się wymienić jeszcze inne, na przykład zgubne dla świadomości zbiorowej skutki totalnego zwycięstwa kontrreformacji, brak profesjonalnej dyplomacji itd.

Wschodni kierunek ekspansji napotkał zdecydowany kontratak ze strony dwóch mocarstw ościennych – Rosji i Prus. Rosja wysunęła geostrategiczną zasadę „zbierania ziem ruskich”, mając w tym zakresie sporą przewagę, bo ludność tamtejsza wyznawała religie obrządku wschodniego i mówiła dialektami ruskimi. Wszelkie próby rezygnacji z tej zasady (a takie ciągoty miał np. Aleksander I) napotykały na bardzo silny opór całej społeczności rosyjskiej, a że nasz wschodni sąsiad miał większe zasoby i skuteczniejsze, choć moralnie wątpliwe despotyczne rządy (samodzierżawie) byliśmy – co potwierdziła historia – stroną przegraną w tym zderzeniu. Dla Prus zagarnięcie znacznego kawałka ziem polskich miało znaczenie strategiczne dla egzystencji państwa, zapewniało bowiem połączone i zwarte terytorium, a więc znacznie korzystniejsze warunki przetrwania i ewentualnej ekspansji. A że Polska bez Litwy i Rusi byłaby ludnościowo i materialnie państwem niewielkim i słabym, musiała dążyć do zajęcia pozycji imperialnej; konflikt miał więc charakter pryncypialny, nie tylko wówczas, także w późniejszych okresach historii.

Dla pełnego obrazu warto byłoby wspomnieć o rodzimym, wewnętrznym uzależnieniu (podległości). Nietrudno wyobrazić sobie łańcuch uzależnień: chłopa od pana, szlachcica od magnata, magnata od własnego lub obcego dworu.

Poszukiwanie dróg zmiany sytuacji wydawało się pozornie oczywiste; polegało na usunięciu przyczyn upadku. Tyle że ukształtowana w wyniku omawianych procesów mentalność zbiorowa (zwłaszcza warstw decydujących o kierunkach rozwoju kraju) została tak mocno zakorzeniona w tradycji, że kierunkiem akceptowanym przez wyraźną większość warstwy szlacheckiej okazał się powrót do przeszłości, bo przeszłość dawała złudne pozory wielkości i chwały. Jedyne, na co zdobyła się polska myśl polityczna, a co znalazło wyraz w Konstytucji 3 Maja, to połowicza reforma ustrojowa (zniesienie liberum veto, wolnej elekcji, wzmocnienie władzy wykonawczej, zwiększenie liczebności armii itd.). Podstawą egzystencji Polaków pozostała gospodarka agrarna, a szlachta ziemiańska była główną (jedyną posiadającą uprawnienia obywatelskie) warstwą społeczną. Lepiej było uszlachcić mieszczanina, niż przyznać mieszczanom prawa. Chłopi pozostawali w poddaństwie i pod ciężarem pańszczyzny. Ale i ta wątła próba uzdrowienia sytuacji napotkała wspieraną przez Rosję (Prusy także) kontrakcję w postaci konfederacji targowickiej, podział i zagarnięcie terytorium, kolejne rozbiory. Konstytucja 3 Maja nie weszła w życie. Podobnie stało się z podyktowaną przez Napoleona konstytucją Księstwa Warszawskiego; kryterium pozycji społecznej był – według tej konstytucji – majątek, nie przynależność stanowa. W zderzeniu racji: czy stanowe społeczeństwo ma się dostosować do bezstanowego prawa, czy odwrotnie bezstanowe prawo do stanowego społeczeństwa, zwyciężyła druga opcja. Nawet równouprawnienie Żydów, a ono (choć nie chcę rozwijać tego wątku, bo nigdy tego artykułu nie skończę) dawało powiązania z finansjerą międzynarodową, co mogło okazać się korzystne dla polskich aspiracji. Pomysły emancypacyjne oprotestowali jednak Adam Jerzy Czartoryski i Kajetan Koźmian oraz Stanisław Staszic, uważany za największego przeciwnika uprawień dla tej grupy ludności. Na Kongresie Wiedeńskim zadecydowano z kolei, że polskie dążenia (jedynym ich eksponentem był Aleksander I oraz Adam Jerzy Czartoryski, który na cara nie miał wtedy już większego wpływu), są przeszkodą w ustanowieniu porządku europejskiego, któremu ton nadały Wielka Brytania, Rosja, Francja, Austria i Prusy, a te państwa znalazły kompromis, w którym na polskie roszczenia nie było miejsca. W pierwszej chwili Polacy ucieszyli się nawet z takiego obrotu sprawy (car na polskim tronie), a Alojzy Feliński napisał pieśń dziękczynną za to dobrodziejstwo na melodię Boże, coś Polskę…, która potem stała się hymnem wszelkiej opozycji, także tej walczącej z komunistycznym reżimem.

To, co teraz piszę, jest trochę naciąganą interpretacją, ale można zaryzykować, że na ustalenia Kongresu zgodziła się cała społeczność europejska przy nieukontentowaniu Polski, która nie była zresztą podmiotem w tych negocjacjach (coś na kształt 27:1, ale to żart). Inna natomiast kwestia powinna zwrócić uwagę: nasze roszczenia kierowane do społeczności międzynarodowej skupiały się na Ziemiach Zabranych, a nie na ziemiach etnicznie polskich, które w imię europejskiego kompromisu podzielono zgodnie. Aż do I wojny światowej spór o Ziemie Zabrane (tej nazwy używali Polacy) zdominował polską myśl polityczną i stał się powodem wywoływania powstań, kończących się każdorazowo klęską Polaków i wycofywaniem przyznanych im wcześniej koncesji (przepadek konstytucyjnego kształtu Królestwa Polskiego z lat 1815–1830, utrata autonomii Wielkiego Księstwa Poznańskiego, wycofanie przywilejów uzyskanych przez Wielopolskiego przed powstaniem styczniowym). Czyżby w narodowym DNA przesunęły się granice państwa polskiego? W zamian za możliwość ustanowienia parlamentu (Rada Stanu), spolszczenia administracji i sądownictwa, zbudowania systemu edukacji, równouprawnienia Żydów i oczynszowania chłopów, Aleksander Wielopolski, sprawujący krótko funkcję naczelnika rządu cywilnego, zadeklarował rezygnację z powstań zbrojnych (o żądaniach niepodległościowych nie było, oczywiście, mowy) i wyrzeczenie się Litwy i Rusi, a więc pozostawienie Polski jako lichego państewka, bo bez ziem włączonych do Prus i Austrii, ale o te ziemie nie zabiegano. To ten spór był jedną z głównych przyczyn późniejszego, wewnętrznego podziału politycznego w Polsce. Choć nad trafnością wyboru Wielopolskiego można by dyskutować, lecz dyskusja wydaje się czynnością zbędną, bo projekt Polacy odrzucili, a jego okrzyknęli zdrajcą i carskim sługusem. Obie próby powstańcze podejmowane przez Polaków miały więc na celu odzyskanie Litwy i Rusi i przywrócenie kształtu państwa polskiego sprzed 1772 roku. W 1863 r., gdy pacyfikowano już powstańcze szczątki, Józef Kajetan Janowski (członek powstańczego Rządu Narodowego) napisał: „Rząd Narodowy pozostawia Europie wolność współdziałania (łaskawca, prawda AŻ), odrzucić będzie musiał to wszystko, co by pokalać miało święty sztandar niepodległości, pozostanie głuchym na wszelkie głosy, wzywające go do złożenia broni przed osiągnięciem ostatecznego celu, jakim jest odbudowanie Polski w granicach 1772 roku. Przyjąć niezależność dla jednej prowincji polskiej (sic! AŻ), a inne rzucić na pastwę wroga, byłoby to wyrzec się historycznych praw swoich, wytrącić dziesięciowiekowy byt z dziejów świata i […] wyprzeć się w końcu własnego imienia. Nie, Polska nie po to zmartwychwstała, żeby ją Europa w nową trumnę zakuła. Nie ma Polski bez Litwy i Rusi […] to jest trójca nierozdzielna”. Przytaczam dłuższy fragment tej wypowiedzi, bo skojarzyła mi się z podziałem dr. Kuisza. Wielopolski byłby eksponentem „kultury podległości”, niepodległościowcem – Józef Kajetan Janowski. W imię czyich interesów występował, do końca nie wiadomo. On chyba też nie wiedział. Przypomnienie to należałoby poprzedzić więc zdefiniowaniem interesu narodowego, jako działania na rzecz wypracowania najkorzystniejszych – dla narodowej substancji – rozwiązań przy uwzględnieniu istniejących warunków i okoliczności.

„Kulturę podległości” rozmówcy potraktowali jako zjawisko niezróżnicowane wewnętrznie, bo podział dychotomiczny z „niepodległością” po przeciwnej stronie układanki ładnie się prezentuje, ale w historii „podległość” miała co najmniej dwa różne oblicza: 1/ lojalizmu – dość rozciągliwego, od zgodnego współdziałania z rządzącymi w ramach istniejącej, obcej struktury państwowej i w ramach obowiązującego tam porządku prawnego aż po kolaborację oraz 2/ życia w podległości, ale nieakceptowania tego stanu i szukania okazji do jego zmiany, od deklaracji emocjonalnych po próby odzyskania niepodległości. Proporcje między tymi dwoma nurtami i odcienie wewnątrz każdego z nich zmieniały się w czasie: do klęski 1863–64 dominowała druga opcja (powstania listopadowe i styczniowe, powstanie krakowskie, Wiosna Ludów, próby powstańcze Zaliwskiego i Zawiszy, Szymona Konarskiego i Pantaleona Potockiego), a po powstaniu styczniowym uznano, że nie można kopać się z koniem. Deklaracja wiernopoddaństwa najsilniej zabrzmiała w Galicji: przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy. Wszystko jasne. Przykład Galicji, gdzie Polacy uzyskali wpływy w rządzeniu, działał zachęcająco. Natomiast rodzima myśl pozytywistyczna, która zyskała znaczenie po klęsce powstania, okazała się silniejsza w literaturze niż w życiu. Hasła pracy organicznej, pracy u podstaw, emancypacji warstw upośledzonych z trudem trafiały do realizacji, pozostały na ogół deklaracjami. Może tylko w dziedzinie oświaty uzyskano liczące się rezultaty.

II Rzeczpospolita zrobiła mniej dla wprowadzenia Polski na ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego, niż można było oczekiwać. W kraju wciąż dominowała gospodarka agrarna, ziemiaństwo odgrywało wiodącą rolę, analfabetyzm nawet pod koniec dwudziestolecia przekraczał 20 procent, kraj rozszarpywały konflikty narodowościowe. Polskę uważano za potencjalne zarzewie konfliktu międzynarodowego, bo Rosja i Niemcy uważały traktat wersalski za krzywdzący i dążyły do rewizji granic. Co zresztą nastąpiło. Wojna wybuchła.

Układ sił ukształtowany w wyniku zmagania potęg militarnych w latach 1939–1945 zadecydował o włączeniu Polski do sterowanego przez ZSRR bloku socjalistycznego. Zarzut o zdradzie przez lewicę polską interesów narodowych jest o tyle chybiony, że lewica wybrała jedynie możliwe rozwiązanie w istniejących warunkach geopolitycznych; każdy odmienny wybór przyniósłby tragiczne konsekwencje. Że dla Polski to jasne, być może także dla stosunków międzynarodowych. Apologetom walki zbrojnej z komunizmem za wszelką cenę (m.in. „żołnierze wyklęci”) przypomnę, że na polskich ziemiach stacjonowało 2 mln żołnierzy radzieckich; podobno wypadało 35 żołnierzy na 1 km2. Socjalizm (przyjęty, bądź narzucony, jeśli kto woli), jako ideologia i jako praktyka społeczna i gospodarcza, nie stwarzał szans rozwojowych w dłuższym cyklu czasowym (co potwierdziła praktyka), bo ani centralne zarządzanie, ani odrzucenie gospodarki rynkowej, ani monopartyjność tego nie zapewniały, choć trzeba pozytywnie ocenić: industrializację, zmianę struktury gospodarki na 60:40 na korzyść przemysłu, demokratyzację oświaty, upowszechnienie dóbr kultury. Polska w porównaniu z innymi państwami socjalistycznymi zyskała pewną swobodę manewru (prywatne rolnictwo i drobna wytwórczość, możliwość działalności Kościoła, większa swoboda dla instytucji naukowych i kulturalnych). Linie podziału przebiegają więc po innej trajektorii, niż opisywana przez dr. Kuisza i na pewno nie jest to podział według kryteriów pokoleniowych. Tymczasem u progu „kultury niepodległości” zarysowała się wyraźnie wola powrotu do przeszłości: apoteoza Polski szlacheckiej i międzywojnia, megalomania narodowa, nacjonalizm, klerykalizm we wręcz humorystycznym wydaniu. „Kultura” prawdziwie sprzyjająca polskiemu interesowi narodowemu (zwłaszcza w dobie przyspieszenia cywilizacyjnego, jakie dziś ma miejsce w świecie) polegałaby właśnie na odrzuceniu reliktów przeszłości, zawartych w anachronicznej triadzie „ziemia, tradycja i wiara”, bo to ona stała się powodem degradacji Polski w przeszłości i nie daje szans na przyszłość. Tymczasem przeszłość powróciła i zyskała znaczne poparcie. W imię tej triady kwestionuje się nawet zasadność członkostwa w Unii Europejskiej, które obecnie wydaje się jedynym wyjściem z odwiecznego dylematu Polski usytuowanej między Niemcami a Rosją. Nie odtwarzanie pomników minionej wielkości i chwały (po prawdzie nie mamy ich zbyt wiele, chyba że w narodowej mitologii), lecz wytrwała i mądra edukacja, jak najszersze korzystanie z osiągnięć światowej nauki i techniki, śledzenie światowych trendów w myśli społecznej, mądre uczestnictwo w inicjowanym przez Unię programach rozwojowych i dbanie o jak najsilniejszą pozycję w tym układzie wielostronnym jest jedynym właściwym wyborem. Otrzymaliśmy tę szansę. Niestety, próbujemy te racje zakwestionować w imię wielkomocarstwowych frazesów i domagania się iluzorycznej suwerenności, a więc izolacji w globalizującym się świecie. To już przeżywaliśmy, z jakim skutkiem, wiadomo. Jeśli po ośmiu latach kolejnej edycji polskiej „tromtadracji” najlepsze polskie uniwersytety spadły z pozycji czterysta którejś tam na światowej liście na miejsca między szóstą a ósmą setką, a polski minister kultury (profesor uniwersytetu, sic!) za powód do dumy uznaje, że nie przeczyta żadnej książki polskiej noblistki (właśnie Bieguni jej autorstwa znalazły się w pierwszej setce najlepszych książek wszech czasów na świecie) to znaczy, że po raz kolejny w dziejach znajdujemy się dalej niż bliżej wykorzystania otrzymanej szansy. W zrozumieniu tego nie pomoże, niestety, przeciwstawienie obu kultur „podległości” i „niepodległości”, bo jest tylko atrakcyjną figurą publicystyczną. A szkoda.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności