logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest

Grzegorz WALCZAK | 16 marca 2026
Grafika: AI

 

* * *

Po ziemi błąkasz się dla ciekawości bogów.
Niektórzy mówią, że to mus przyrody.
Jej ewolucja jak perwersja ślepa,
jak fatalizmu wybryk – dar to jest czy wyrok?
Czy więc stworzeniem jesteś hodowlanym,
gdzie wola twoja jest sprawdzianem stworu,
a wybór w chwili pozorem wyboru?
Wpływ na zbawienie miałbyś mieć – od czego?
Czy też z praikry po nic się zrodziłeś?
A może tylko po to, by w łańcuchu przemian
wciąż doskonalszym być i wciąż bez celu?
Widzisz więc, jakże Bóg ci jest potrzebny.
Jeżeli nie On ciebie, ty Go musisz stworzyć.
Gdyś już świadomość posiadł,
Bóg jest twą nadzieją,
a bez nadziei puste nawet piekło.

 

Szukam Ciebie

Szukam Ciebie
pod paznokciem
milczącego Sfinksa
w ruchomym naskórku wody
w łupinie snu
w słowie
a Ty jesteś
pod moją skórą
we krwi mojej
w piecu wyobraźni
wszędzie jesteś
gdzie Cię nie ma

 

Wadzę się z Tobą serdecznie

Wadzę się z Tobą serdecznie.
Nie łaski dla siebie chcę dzisiaj.
Bo cóż mi po Twoim zbawieniu,
kiedy mi ona najmilsza!?
Czym jeszcze możesz mnie zranić?
Świata pustkę odebrać,
pamięć o tej, co mi była
mlekiem i kromką chleba?

Że kiedyś ją spotkam jeszcze,
sam w to nie wierzysz, Panie.
Pod naszym klonem wyciętym
na ścieżce przed domem stanie?

Na cmentarzach uśmiechnięte drzewa,
na cmentarzach kwitną zmarłych dusze,
a gdy deszcz je wiosenny podlewa,
pną się w niebo, i ja tam iść muszę,
no bo twoje ślady wbite w ciężkie chmury,
drobne ślady zdartych obcasików
wiodą mnie w te niezdobyte góry
przez cierniowe ścieżki człeczych Jezusików.

* * *
Na skrzyżowaniu nocy z mgłą
Chrystusik skrył się w życie
i płakał deszczu krągłą łzą,
bo jakże on, Zbawiciel,
osłonić swoich wiernych ma
przed wiatrem, zawieruchą,
gdy sam gdzieś w polu zgubił płaszcz
jak oni wiarę kruchą.

Dlaczego tyle ziaren gwiazd
usypał ktoś w noc czarną?
Dlaczego to, co dotknął czas
zrodziło się na darmo?
I drżał Chrystusik w polu gdzieś
zwiedziony Drogą Mleczną
i swej niemocy nie mógł znieść
i odszedł w swoją wieczność.

Z Trenów mojej Matce, 1993

 

Kusiciel

Tyś jak Wergiliusz, który mnie po czyśćcu,
jak Charon, co na drugą stronę… wodzi.
W masce tajemnicy
tlisz się we mnie ciągle
jak pamięć gatunku,
świadek podróży do kresu.

Doświadczasz mnie wątpieniem,
kusisz do poznania,
które skażone grzechem pierworodnym.
Sam nieuchwytny, miałbyś być dowodem
w opozycji do siebie
na istnienie wiecznej Wszechmiłości?

Swoje maski wciąż zmieniasz,
niby twarze natury,
co fermentują życiem
jak wytrawne wino.
Zbawiciel dla wędrowca
niejasny jest i niepewny,
kiedy mu daje słoną rybę
we wnętrzu pustyni.

Dar tworzenia, potworze
– okruch z twego stołu –
wciąż mnie jeszcze (u)wodzi
po manowcach zdarzeń.
I wdzięczny ci jestem
za twe prowokacje,
bo mogę wybierać
uległość lub twórczy bunt wobec Pana.

 

O, gdybym ci miał moc jaką

Skarga moja kłuje niebo
zaślepione gęstwą chmur.
Panie Boże wielki, przebacz,
że mój szept twych sięga stóp.
Nędzne prośby w jasno-ciemność,
ledwom wypoczwarzył się,
ku Nieskończonemu pełzną
narzekliwe, chciejne, mdłe.
O, gdybym ci miał moc jaką
nie dałbym się ja robakom,
nie dałbym się ja i bogom,
rozpanoszyłbym się sobą
rozpanoszył, duchem wzmocnił,
rozprzestrzenił tak jak Ty,
wreszcie rzekłbym Ci – odpocznij
w jakimś strzępku gwiezdnej mgły.
Dryfuj sobie w wszechświat niemy,
pusty, chociaż pełen śmiecia
gdzieś na jakiejś lichej Ziemi,
czuj jej ból przez tysiąclecia.

 

A skąd mam to wiedzieć

A skąd mam to wiedzieć,
że jesteś, Panie, dobry?
Historia świata
tego nie potwierdza.
Syna skazałeś,
by nas męką zbawił.
I każdy człowiek
też kończy na krzyżu.
Ludzie ocalić
chcieliby coś z siebie.
Nie wszystek umrę
łudzą się nadzieją.
Może z tchórzostwa
ukochali Ciebie?
Nie wierzę w miłość
do Niepoznawalnego.
Spieram się z Tobą co dzień,
a więc jednak jesteś?..
w kulturze mojej,
może w moich genach?
Potrzeba wiedzy,
to jeszcze nie prawda.
potrzeba prawdy,
to wieczne wątpienie.

 

III nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. I. Kraszewskiego – 1994 r.

 

Nasze modlitwy

Wszyscy piszą listy
do nieba,
choć nikt nie zna
adresu ani adresata.

Panie Niebieski,
który jesteś wszędzie,
w chmurce,
w gwieździe,
w kamieniu.

Jeśli jesteś i we mnie,
życzę Ci, żebyś był zdrowy
i już nigdy więcej
nie miał raka.

 

Kim jesteś?

Kim jesteś? Dlaczego twórcą tylu sprzeczności?
Zupełnie nie wiem, kto za to odpowiada,
za tyle piękna, za tyle nieszczęścia.
Ja nawet za siebie nie mogę odpowiadać,
a co dopiero za pierwszych rodziców,
za rodzaj. Ja jestem człowiekiem
w każdej chwili innym.
Dano mi Twoje księgi święte
i dziesięć przykazań.
Myślę jednak, że są one ludzkie,
bardzo słuszne, choć trudne w przestrzeganiu,
ale ludzkie.
A jeśli jesteś abstrakcją,
o co Cię podejrzewam,
albo niewyobrażalną nadpotęgą tworzenia,
której wcale nie frasuje, co stworzyła,
to po co to wszystko?
To co ja tu robię?

 

Myśl bezbożna

Fasolę dnia
łuskam na naszym progu.
Konary drzew ścina wiatr
i niesie je Panu Bogu.

A dobry Pan
wysuszy je dla nas na krzyże,
by było nam
po nich do nieba bliżej.

Meteor spadł
i wokół zaraz trwoga.
Czy inny świat
może innego mieć Boga?

 

I tylko tyle?

Rysunek obłoków
przekrzywiony
w chybotliwej ramie dnia,
płomień świecy,
jej refleks na drewnianym stole.
I tylko tyle zostanie?
A może jakiś strzęp symfonii,
może jaki ślad
po książce
ze zwęglonym Słowem,
aby znowu z prochu?

 

Pod moją sosną-nędzą

Spotkałem Hieronima Boscha,
opowiadał mi o piekle
na ziemi.
Spotkałem Muncha,
krzyczał niemymi ustami,
strachem wszystkich strachów,
upiorem,
głodem
i wojnami.
Spotkałem Bruegla,
chwycił się za głowę.
I co miałem zrobić?
Stanąłem pod moją sosną-nędzą,
zawiązałem pętlę,
gałąź była sucha,
tylko zwichnąłem sobie nogę w kostce.

 

Wielki Nikt

Przechylam się w nieistnienie,
z drapieżną konsekwencją
redukcji ejdetycznej,
docieram do ziaren rzeczy samych w sobie.
A gdy opadną z nich łuski,
tak jak z oczu moich ociemniałych,
wtedy przyjdą po mnie aniołowie,
w których dziś jeszcze nie wierzę.
A może to Wergiliusz
powiedzie mnie przez kręgi
niedorzecznych przestrzeni,
gdzie wszelkie doznanie,
myśl, czas i pamięć,
i współbycie z drugim
będą wykluczone.
Umoczę nogę w starodawnej rzece
i Leta będzie mi błogosławiona.
A może pułapkę na mnie
zastawi nie fenomenolog
ani ten gbur nietowarzyski – Hades,
tylko… Wielki Nikt – niedefiniowalny porządek chaosu.

 

Wydrukowane w numerze 2/2026 powyższe wiersze zaprzyjaźnionego z “Res Humana” poety (a także prozaika, dramaturga, satyryka, autora słuchowisk radiowych i tekstów piosenek) Grzegorza Walczaka, dokumentujące jego metafizyczne zmagania z Transcendencją, zostały wybrane z bogatego zbioru o tej tematyce, który od dawna składa on z myślą o publikacji w postaci odrębnego tomiku.

Jak twierdzi sam Autor:

Największym frasunkiem moim, odkąd obudziła się we mnie samoświadomość, jest ta fasola. Chociaż czym jest samoświadomość, też jest problemem samym w sobie. Tylko z pozoru jest to wiedza oczywista, w której jednak kryje się i tajemnica intuicji, i diablątko, które się dopiero w nas wykluwa, i uświadomiony kłopot odróżniania, co jest na pewno w nas, a co spoza nas. Powiedzmy inaczej: zacząłem się poważnie frasować, odkąd zaczęło mi się chcieć, bezwarunkowo chcieć wydłubywać coś z czegoś – z rzeczy, z pojęć – a nawet się w nie wgryzać, by rozgryźć, by rozpłatać i podejrzeć. Opętała mnie analiza, mikroanaliza, taka, która prowadzi do ponownego scalenia, ale już na wyższym piętrze, czyli przez syntezę.  Zachciało mi się poznawać z użyciem całej gamy chwytów, nie tylko naukowych, nie tylko pochodzących z gotowej wiedzy, ale i z doświadczeń własnych, z przeżyć, z uczuć, przebłysków intuicji, żeby się tak totalnie dobrać do tej fasoli (czy rozłupanego orzecha), by poznać, by wiedzieć.

Im się w coraz gęstszy las zagłębiałem, tym coraz bardziej się frasowałem, bo przecież nie może być inaczej. Dziś można to już uznać za truizm – im więcej się dowiedziałeś, im większą wiedzę posiadłeś, tym jesteś mniej pewny prawd ostatecznych, bo w toku poznawania  zaczynasz dostrzegać, jak wielkie stoją przed tobą przestrzenie niezbadane. Aż w końcu zaczynasz zazdrościć tym, co nie wątpią, bo swoje wiedzą, ale jakie to ich „swoje” jest malutkie, jakie wątłe, tego się nawet nie domyślają. Wiara w umysł człowieka to piękna wiara, ale gdy się już odrzuci  skorupę i sięgnie po ten sam miąższ, po ten mózg, nasz mózg, który wyrzuca z siebie tyle cudowności, tyle narzędzi, coraz bardziej precyzyjnych, coraz doskonalszych, że już wszystko, niemal wszystko możesz wygenerować, wyprodukować, nawet ten diabelski guzik atomowy, to wtedy…

Gdy już możesz wysadzić Ziemię, tak, że nawet sam Pan Bóg by się zdziwił, gdyby się fantazyjnie rozpadła bez Jego udziału, o ile bez Jego udziału cokolwiek się stać może, to wtedy zaczynasz mieć pewne wątpliwości. Znając sprzeczność wolnej woli człowieka i dogmat, że nic się nie dzieje bez woli Boga, i znając niechlubną historię człowieczego świata, musisz się w końcu przez chwilę zastanowić, czy naprawdę jesteśmy stworzeni na Jego podobieństwo. Przyznam, że ta religijna fraza wydaje mi się  wielkim bluźnierstwem, zrodzonym z ludzkiej pychy. Zapala mi się wtedy lampka kontrolna moich wątpliwości i nawet bez oglądania się na Sokratesa dochodzę swym światłym umysłem, że do niczego dojść nie mogę. I już mi wyskakują spod pachy wszelkiej maści upiory, dżiny, Mefistofelesy, a wszystkie prowadzą mnie w przeciwstawne strony, pokazują mi bezwstydnie paskudne ozory sprzeczności, zbijają mnie z tropu albo z pantałyku, wybiją z rytmu. No i właśnie wtedy zazdroszczę tym, co mają pewność, mają wiarę, wszystko jedno w co, i nie chyboczą się jak chorągiewka na wietrze, swoje wiedzą, bo stoją na pewnym gruncie. Ale też im współczuję, bo jaki to pewny grunt? Wierzę w poznawanie, owszem,  ale nie w poznanie. Mam oczywiście na myśli pryncypia i uniwersalia, a nie odpowiedź na pytanie, czy ktoś, kto ma katar, jest zaziębiony?

Dopóki nie umrę, nic nie będę wiedział, jak jest po śmierci. A jak już umrę, to czy stanę się wędrującą w czasie i kosmicznej przestrzeni monadą, zresztą jaką, czy tą leibnizowską – najprostszą, niepodzielną substancją wszechrzeczy – czy epikurejską –  boską jednością rzeczywistości, będącą początkiem wszystkiego? A może, podobnie jak to staroegipskie, duchowe Ba – gdy moje serce na sądzie ostatecznym Ozyrysa, ciśnięte na jedną z dwu szal prawd, lekkie będzie jak pióro sprawiedliwej Maat – wzniosę się ku górze, by się swobodnie przemieszczać między światem zmarłych i żywych? Jeśli jednak przegram na sprawiedliwych wagach (a czasem Ozyrys oszukuje) i moje serce zbyt ciężkie od nikczemnych uczynków przeważy, no to kit, upadek i to ostateczny.

A gdyby tak przyjąć bardziej współczesną interpretację tej staroegipskiej doktryny religijnej, odnoszącej się do pośmiertnego Ba, i uznać je jako psychoenergetyczny pierwiastek[1], który się wydobywa zaraz po śmierci człowieka, by się połączyć z niewidzialną „chmurą” psychicznej energii miliardów wcześniej zmarłych ludzi i innych istnień niegdyś żyjących w kosmosie? Wtedy nieskończenie potężną kumulację psycho-elektro-promiennej energii można by uznać za źródło rozrodu wszechświata, czyli nieskończenie odnawiającego się Stwórcę. A może jest On czymś bardziej abstrakcyjnym, znacznie bardziej, niż jako Ziemianie moglibyśmy to pojąć, próbując Go zmieścić w swoich kategoriach?

Gdym już tak zafrasowany swoją niewiedzą i ogromem nierozstrzygalnych możliwości, miłosierne chrześcijaństwo rzuca mi kładkę nadziei, takie koło ratunkowe dla tonącego. Dzięki wstawiennictwu Zbawiciela, który się dla nas poświęcił, dana jest nam szansa odkupienia win i dane jest życie wieczne, a do tego – jak głosi Pismo –  zmartwychwstanie, ciał zmartwychwstanie, więc w zapewnionej formie, w mojej nienaruszalnej, całościowej cielesności.  I wtedy znowu dopada mnie hydra zwątpienia, że jak to tak zmartwychwstanę w cielesnej całości, a miałem się w proch obrócić?  Może to chodzi o ten czas po śmierci, kiedy w proch obrócony będę czekał na ciał zmartwychwstanie, ale to by znaczyło, że ja, który z prochu powstałem i się po śmierci w proch obróciłem, znowu się przemienię w swoje ciało i co, już się w proch nie obrócę? Obróciłem się w proch tylko na jakiś czas? Wiem, że to dziś dla mnie za trudne i niepotrzebnie się znowu zasumowałem, ale szarpie mnie jeszcze jedna niejasność, jakim  moim ciałem zmartwychwstanę, czy ciałem tego chłopaczka, który  dopiero uczył się chodzić, czy tego, kiedy mi do Celinki (a nigdy jej nie posiadłem) grały już wszystkie wodospady namiętności, czy – nie daj Boże –  ostatnim ciałem moim, co je teraz noszę, na utrapienie moje zbutwiałym i zmurszałym, chromym i kaprawym? (Patrz mój wiersz pt. Który).

Tak, moja fasola jest nie tylko fasolą dnia, ale fasolą wieczności, gniazdem wszystkich pytań, wątpliwości, strachów i tylko malutkiej, skromnej nadziei, bo tak bym chciał coś jeszcze, żeby coś jeszcze po tym, kiedy godzina wybije. Tak bym chciał… a jakże jest to możliwe bez Niego? I w tym momencie budzi się we mnie najbardziej złowieszcze, ohydne podejrzenie, że w tym pragnieniu pomieszanym ze strachem kryje się potrzeba wiary, a i myśl tak bezbożna, czy aby nie On nas, tylko my Jego stworzyliśmy, na własne podobieństwo?

—————

[1] Nie będąc pewnym co do podstaw teorii duchowego pierwiastka o biofizycznych właściwościach, nazwanego przeze mnie roboczo „psychoenergetycznym”, teorii, która mi się czaiła w zakamarkach nie do końca uświadomionej intuicji, ale i nadwątlonej pamięci (bo o czymś podobnym kiedyś czytałem), postanowiłem sprawdzić, wrzucając to pojęcie pod rozwagę mądrego wujaszka zw. Google. Zaraz też uzyskałem odpowiedź w przeglądzie jeszcze mądrzejszej AI. Fragmenty jej pozwolę sobie zacytować, by obraz naszych rozważań był pełniejszy, a także oparty na pewnych badaniach naukowych, a czasem może quasi-naukowych:

 

Kwestia „psychoenergetycznego pierwiastka” uwalniającego się po śmierci człowieka jest przedmiotem badań z pogranicza biofizyki, neurobiologii oraz teorii ezoterycznych. Różne źródła wskazują na kilka aspektów tego zjawiska.

  • Sygnał „duszy” (Synchronia Gamma): Badania dr. Stuarta Hameroffa oraz dr. Robina Carharta-Harrisa wykazały że w momencie śmierci klinicznej mózg wykazuje gwałtowny wzrost aktywności elektrycznej, znany jako synchronia fal gamma. Ta aktywność trwa do 90 sekund po ustaniu bicia serca, co teoretycznie może reprezentować świadomość opuszczającą ciało (tzw. „dusza” lub „umysł” na poziomie kwantowym).
  • „Błysk śmierci” (Deathflash): Badania sugerują, że w chwili śmierci organizmy emitują nagły wzrost promieniowania (nawet 1000 razy silniejszy niż normalnie). Zjawisko to, nazywane „błyskiem śmierci”, może być fizycznym nośnikiem świadomości lub pamięci, który uwalnia się z organizmu.
  • Rozproszenie energii fizycznej: Z fizycznego punktu widzenia, energia zgromadzona w materii ciała rozprasza się do otaczającego środowiska zgodnie z zasadami termodynamiki.

Współczesna nauka nie potwierdza istnienia duszy jako fizycznego pierwiastka, ale rejestruje niezwykłą aktywność energetyczną mózgu i organizmu w ostatnich momentach życia.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, wyłącznie w celu umożliwienia dostępu do witryny i zapewnienia jej podstawowych funkcji. Nie wykorzystujemy Państwa danych w celach marketingowych, nie przekazujemy ich podmiotom trzecim w celach marketingowych i nie wykonujemy profilowania użytkowników. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne.