Czy wojna z Iranem jest nieunikniona?

Koncentracja sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie jest największa od czasu interwencji w Iraku w 2003 roku. Zdjęcia satelitarne wskazują na systematyczne rozmieszczenie zasobów, których skala wykracza poza standardową rotację wojsk. Towarzyszy temu znajoma choreografia polityczna – komunikaty o „wszystkich opcjach na stole”, ostrzeżenia przed „znacznie poważniejszymi” uderzeniami niż te z ubiegłego lata. Brakuje natomiast jasnej odpowiedzi na pytanie: co właściwie użycie tej siły ma osiągnąć?
Déjà vu z początku stulecia
Nie jest to schemat nowy. Na przełomie 2002 i 2003 roku Stany Zjednoczone w podobny sposób koncentrowały swoje siły wokół Iraku. Już wówczas zdolności militarne rosły szybciej niż klarowność politycznych oświadczeń. Uzasadnienia inwazji zmieniały się – od walki z terroryzmem, przez broń masowego rażenia, po stabilizację regionu. Początkowa faza wojny była szybka i militarnie skuteczna. Porażka polegała jednak nie na braku siły, lecz na chybionej wizji tego, jak jej użycie ma ukształtować porządek polityczny po zakończeniu działań.
Minęły dwie dekady i nadal nie jest oczywiste, kto ostatecznie na tym wygrał. W przypadku Iranu kontekst jest znacząco inny, ale pewne podobieństwa są uderzające, choć – przyznać należy – z pewną różnicą: o ile w przypadku Iraku pomysły na odbudowę państwa okazały się kompletnie nietrafione, o tyle w przypadku Iranu w ogóle ich nie ma. Demonstracja siły ponownie wyprzedza odpowiedź na pytanie o jej polityczny sens.
Strategia zaczyna się od wyznaczenia celu
Strategia powinna rozróżniać cele natychmiastowe, pośrednie i strategiczne, a każdy wymaga innych narzędzi i poziomu eskalacji. W przypadku Iranu oznacza to rozróżnienie między zasadniczo odmiennymi wyzwaniami, jakie stwarza aktywność jego regionalnych sojuszników, program jądrowy, potencjał rakietowy oraz stabilność systemu władzy.
Tymczasem komunikaty płynące z Waszyngtonu koncentrują się głównie na wezwaniu Teheranu, by „wrócił do stołu negocjacyjnego”. W irańskiej stolicy takie wezwania muszą niezmiennie wywoływać reminiscencje na temat tego, kto w 2018 roku wywrócił stolik negocjacyjny z podpisanym na nim porozumieniem – JCPOA, ograniczającym irański program jądrowy oraz kto w trakcie niedawnej rundy negocjacyjnej, w czerwcu 2025 roku, zbombardował Iran – partnera w negocjacjach, do których teraz go przyzywa. Wezwaniom tym nie towarzyszy również wyjaśnienie, jakie konkretne działania ze strony Iranu miałyby doprowadzić do obniżenia napięcia, wstrzymania uderzeń czy złagodzenia sankcji – poza ogólnym postulatem „opcji zerowej” w niemal wszystkich kwestiach, które prezydent Trump uznaje za problematyczne, włącznie z samym istnieniem republiki islamskiej. W efekcie siła militarna ma wypełnić pustkę nieprecyzyjnej polityki.
Zmienna narracja, stała eskalacja
Prezydent Trump po czerwcowym bombardowaniu irańskich instalacji nuklearnych stwierdził w swoim przemówieniu, że kluczowe obiekty wzbogacania uranu zostały „całkowicie i kompletnie zrównane z ziemią” i nazwał operację „spektakularnym sukcesem wojskowym”. Jeśli tak, to na czym polega obecny problem? Nieco bardziej powściągliwie wypowiadają się amerykańskie służby wywiadowcze, według których irański program nuklearny pozostaje osłabiony i ograniczony. Nie ma też dowodów na bezpośredni „wyścig” po broń jądrową ani na wznowienie wzbogacania uranu do wysokiego poziomu. Również protesty społeczne, które przez pewien czas stanowiły ważny element retoryki Zachodu jako przesłanka do interwencji, zostały spacyfikowane.
Oznacza to brak zasadniczej zmiany stanu faktycznego na miejscu. Natomiast uzasadnienia dla uderzenia ewoluują. Początkowo akcentowano moralny obowiązek wsparcia protestujących. Liczba zabitych w przekazach medialnych rosła wykładniczo wraz ze skalą niechęci wobec reżimu, aż do momentu, gdy nawet kilka zdecydowanie antyreżimowych i proizraelskich ugrupowań uznało, że wiarygodność jest ważniejsza od popularności i zaczęło odcinać się od „niepodważalnych” dotąd źródeł. Następnie nacisk położono na program nuklearny. Później pojawił się wątek ograniczenia zdolności rakietowych oraz aktywności irańskich proxies. Wreszcie zasugerowano, że wystarczająca presja mogłaby doprowadzić do destabilizacji samego reżimu. Ewolucja narracji pokazuje, że brak jasno określonych celów politycznych prowadzi do arbitralnych zmian uzasadnień operacyjnych.
Gdy kara staje się polityką
Bez jednoznacznie określonych warunków działania, użycie siły staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do realizacji polityki strategicznej. Adwersarz musi wiedzieć, jakie działania zmniejszą presję i jakie konsekwencje przyniesie powściągliwość. Uderzenia nakładają koszty, ale same w sobie nie określają ścieżek wyjścia. Jeśli cele i warunki nie zostaną zdefiniowane, kara zaczyna zastępować politykę, siła przestaje być środkiem do osiągnięcia celu i staje się celem samym w sobie. A demonstracja wojskowa staje się substytutem strategii, zamiast być jej elementem.
Wśród krytyków tych zjawisk pojawia się pokusa, by odpowiedzialnością za taki obrót spraw obarczyć wyłącznie przywódców. Nie jest to jednak wyłącznie ich wina, lecz także konsekwencja przemian w społeczeństwach, które takich przywódców wybierają i tym samym legitymizują. W warunkach długotrwałego dobrobytu stabilność zaczyna być postrzegana jako stan naturalny, a nie efekt wymagający wysiłku i odpowiedzialności. Konsumpcja i niezakłócona ciągłość codziennego życia stają się miarą racjonalności politycznej. Stabilność ta bywa zarazem utożsamiana z samą istotą demokracji, co sprzyja samozadowoleniu, a niekiedy także poczuciu wyższości wobec społeczeństw funkcjonujących w odmiennych warunkach politycznych. W takim horyzoncie poznawczym odległe konflikty – dla przeciętnego człowieka Zachodu zwłaszcza te na Bliskim Wschodzie – ulegają uproszczeniu i odczłowieczeniu. Ich uczestnicy przestają być postrzegani jako społeczeństwa kierujące się własną logiką bezpieczeństwa, a zaczynają funkcjonować jako abstrakcyjni przeciwnicy, wobec których demonstracja siły wydaje się działaniem zarówno wystarczającym, jak i pozbawionym realnych kosztów.
Powstaje w ten sposób mechanizm sprzężenia zwrotnego. Szybkie, widoczne działania premiowane przez opinię publiczną wypierają strategiczną konsekwencję, co prowadzi do erozji planowania, kontroli i odpowiedzialności. Projekcja siły przestaje być narzędziem realizacji strategii, a staje się odpowiedzią na społeczne zapotrzebowanie na jej widzialne pozory – logiką szczególnie ryzykowną w relacji z państwem takim jak Iran, zdolnym nie tylko absorbować presję, lecz także aktywnie kształtować dynamikę eskalacji. Wystarczy spojrzeć na mapę regionu i odszukać potencjalne cele odwetowe choćby tylko w postaci baz amerykańskich.
Poważna decyzja wymaga poważnej debaty
Istotnym elementem układanki w kwestii ewentualnego ataku na Iran pozostaje również polityka wewnętrzna Izraela. Premier Benjamin Netanjahu stoi wobec licznych wyzwań politycznych i prawnych, a konflikt zewnętrzny – nie po raz pierwszy – może działać jako czynnik konsolidujący scenę polityczną, przesuwając uwagę opinii publicznej z problemów wewnętrznych na kwestie bezpieczeństwa. Warto to podkreślić gwoli świadomości, że choć nie implikuje to jednoznacznie działań militarnych to kontekst polityczny nie jest neutralny.
Nie można również wykluczyć scenariusza pośredniego – ograniczonej operacji militarnej, której celem byłoby osłabienie wybranych zdolności Iranu. Taka strategia to złudny kompromis między demonstracją siły a uniknięciem pełnoskalowej wojny, ponieważ – raz jeszcze – jej skutki pozostają poza percepcją najlepszych planistów.
Obecna sytuacja przypomina bardziej proces niż punkt zwrotny. Zbyt wiele zmiennych pozostaje nieznanych: skala ataku, wytrzymałość Iranu na uderzenia, reakcja społeczeństwa, podatność regionalnych aktorów na eskalację a nawet ich gotowość na nią, a przede wszystkim rzeczywiste intencje Waszyngtonu. Demonstracja siły może być zarówno preludium do konfliktu, jak i mało finezyjnym, ryzykownym i kontrowersyjnym narzędziem negocjacyjnym. Momenty największego napięcia nie muszą prowadzić do wojen, podobnie jak okresy względnego spokoju nie gwarantują jej uniknięcia. Obecna koncentracja sił może być zaczynem konfrontacji – ale równie dobrze może pozostać elementem strategii presji, obliczonej na wymuszenie ustępstw.
Przy tym kluczowym czynnikiem nie jest sama obecność amerykańskich wojsk i floty, lecz decyzje ich głównodowodzącego. A te, jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, pozostają nieodgadnione do ostatniej chwili i niemal zawsze są zaskoczeniem.