logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Ceremoniał

Grzegorz WALCZAK | 14 września 2023
Rys. Marek CHACZYK

I wreszcie nadszedł ten dzień. Ceremonia koronacyjna od 1066 r. odbywa się w Opactwie Westminsterskim w Londynie, a przewodzi jej arcybiskup Canterbury.

– „Przedstawiam wam króla Karola, króla bezspornego. Azali i wy tak sądzicie?”

– „Boże chroń króla Karola!” – głos chóralny przypominał mi znaną formułkę „Boże cara chrani”, choć to złośliwa analogia i dziś nie na miejscu. A, fe!… skreślam. Wryte w pamięć głosy własnym uchem usłyszane albo i nie własnym, jeno poprzednich pokoleń, wspólnym uchem wewnętrznym, nie pytają o komparatystyczne sensy, brzmią jakoś podziemnie, trwają gdzieś zasiedziałe i ni stąd, ni zowąd wyrywają się z zapomnienia.

– „Czy pragniesz złożyć przysięgę koronacyjną?”

– „Pragnę”.

Karol jakiś przebrany – widzę – przebrany uroczyście, a nieuroczysty, spokojny, a jakby z siebie wyrwany – posadzony, ustawiony, jakby się z tym zgadzał, ale nie teraz, tylko już znacznie wcześniej. Zresztą, jak tak przebrany człowiek, z codzienności choćby nawet królewskiej wyjęty, ma się czuć naturalnie, po swojemu, kiedy tu wszystko skamieniałe od wieków, choć się ciągle rusza. Wszystko złotem ocieka, ornamentacją wzrok nam w te esy floresy wykręca, wszystko wokół obłyszcza, a uczestników parady jeszcze wyżej wynosi, czasem zatrzymuje, czasem popycha w marszu dostojnym, powolnym, uwznioślonym, jakbyś kroczył na swym pogrzebie za złocistą trumną ku jeszcze niewidocznej koronie.

Przepytują spokojnego, choć może w głębi zaniepokojonego króla. Czy się tylko nie pomyli? Jakże się ma pomylić, kiedy mu jakiś przebieraniec w kremowej sukmanie tabliczkę, no, taką ściągawkę przed oczy podstawia, więc Karol rytualnie odczytuje, głos mu nie zadrży. Był na to przygotowany, od siedemdziesięciu lat. Odpowiada gładko, głowę trochę przekręcił w kierunku ściągawki, bo to każde słowo waży, każdy przecinek w porę niedopatrzony może być grzechem nieuwagi obarczony i chociaż królestwo od tego nie upadnie, ale jakaś cząstka dostojności może się z lekka nadkruszyć.

Wszystko posuwa się pięknie, zgodnie z przyjętym rytmem i rytuałem bez pośpiechu, wytrwale i uroczyście. Niespodziewanie król na drugi plan przesunięty. Ach, cóż to się dzieje?! Oko kamery zatrzymuje się na jakiejś wielgaśnej postaci, dość opasłej, w czarnym garniturze. Ten chociaż bez żadnych atłasów, stroju misternych wygibasów i bez kropli złota, nawet kremowa nuta barwy w tym kontraście estetyki gdzieś się zapodziała. Człek ów wydobywa z siebie potężne, choć słodkie brzmienie, głos wszechwładnie ogarniający całe wnętrze Kolegiaty św. Piotra. Potężna postać śpiewaka jeszcze bardziej potężnieje, rozrasta się niebywale, nieprzyzwoicie, bo już wszyscy jego bas-barytonem otoczeni, drobnieją przy nim coraz bardziej, stają się znikomi. Nawet sam przewodnik, wielki arcybiskup Canterbury staje się malutki i aż wstyd powiedzieć – sam król do tej pory podwyższany, wywyższany, uwznioślany staje się coraz drobniejszy, lilipucieje. A tu chór najwybitniejszy śpiewaka jeszcze wzmacnia, jeszcze efekt podbija. Wszystko tu jest najwybitniejsze, a chór do tego uroczo słodki. Już same te młode buźki dziewczątek i młodzieńczych chórzystów są nieprzyzwoicie słodkie, a podlane tkliwym kremem wyśpiewywanej przez nich melodii, tym bardziej rozczulają zebranych. Na całe szczęście dryblas przestaje śpiewać i wszystko powoli wraca do normy. Piękna, jak on sam, potężna pieśń opada niczym konfetti wyrzucone pod sufit.

I wtedy Karol zapytany ponownie przez Lorda Szambelana lub innego Mistrza Ceremonii, niech będzie, że przez samego Arcybiskupa:

– „Przyjmujesz koronę i składasz przysięgę, aby…?”

Przecież od takiej dostojności, od tylu dostojników, od tylu głosów indagujących króla, pogubić się można. Aż dziwota bierze, że główny bohater sam się w tym nie pogubił.

A wtedy Karol na króla ostatecznie wynoszony, pomazaniec pomazany, naznaczany, uprawomocniany jeszcze mocniej, jeszcze nadmocarniej, „niewątpliwym królem” uznany, uświęcany w swym dotychczasowym, niedawnym królowaniu, spokojnie odpowiada:

– „Nie aby mi służono, tylko, bym ja mógł służyć”.

Oni mu to już wcześniej powiedzieli, co on teraz powtórzył. Powtórzy się to powiedzenie jeszcze nie raz, gdyż myśl to przednia i słuszna niebywale i dobrze się stało, że ją mógł sam król wielekroć usłyszeć i sam powtórzyć, aby wielekroć usłyszał to lud jego i kto wie, może sam to sobie w duchu za nim powtórzę. A że demokracja – nie wiadomo, co z nią na dworze królewskim uczynić – rozpleniła się na świecie i już teraz nie dowidzieć jej jakoś nie podobna. Można jedynie tęsknić za przejrzystym hierarchicznie Średniowieczem, które nie narażało nas na tyle wyszukanych sprzeczności. No, to się Karol też musiał nieco na ten feudalizm pozżymać i zabronił paskudnie gadać o „hołdzie ludu”, a toż i o „hołdzie parów”, których tu sobie nie zażyczył, a na koronację zaprosił ludzi zebranych w opactwie i telewidzów, żadnych parów, do diaska! Skromniej, znacznie skromniej, niech będzie mowa o „wyrażeniu poparcia” ludu mego, bo bez tego jakbym miał sobie tę ciężką koronę na głowę nakładać? Pal sześć tych krzykaczy z ruchu „Republika”, co się ustawili na Trafalgar Square i wrzeszczą: – „Nie mój król!”, Graham Smith zawsze mu chętnie przypomina o tym, co się raz z Karolem I przydarzyło w 1649, kiedy go o głowę skrócili. Ale Smith to nie żadna przeszkoda, niech się nie kreuje na Oliwera Cromwella.

Nikt poważny nie będzie w Zjednoczonym Królestwie króla usuwać, skoro od dawna się tron od władzy sam odseparował. Trwałość tradycji i wiekowa kultura arystokracji ducha, utożsamiana z ideą monarchii, państwu istotniejszą niż wszystkie ustawy, rezolucje i deklaracje trwałość zapewnia. Niewątpliwie chwały też przysparza to niewidzialne, niezrozumiałe, bo metafizyczne egzystowanie ducha tej odmiennej, wyspiarskiej, wiecznej Brytanii, której postępowa nowoczesność i wiekowa, konserwatywna tradycja tak pięknie i oryginalnie ze sobą się łączą i uzupełniają.

Patrzyłem zadziwiony na to podniosłe wydarzenie, na te zahipnotyzowane świętym rytuałem tłumy, na magię majestatu, który się wdzierał wszystkimi zmysłowymi porami oglądu do wyobraźni ludzi oszołomionych tym niezwykłym teatrum. Sam w pewnym momencie poczułem się cząstką tej oślepionej przepychem masy człowieczej, zaczadzonej czymś ponad świątecznym, niby historycznym, choć bez większego znaczenia. Przeniknęło i mnie to, ale co?… zjawisko estetycznego, masowego spektaklu klasycznej, rytualnej formy. I nagle – nie wiem, jak to się stało – ale usłyszałem, jak śpiewam. Śpiewem mi się z piersi wyrwało: – Magnificat! Magnificat! Za świętym Łukaszem intonowałem wzniośle.

– Magníficat anima mea Dominum, et exsultavit spiritus meus in Deo salutari meo…, co znaczy – jak wszystkim wiadomo: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”.

Nie na próżno już w 11 klasie Lukrecjuszowe De rerum naturam przetłumaczyłem i w mojej łacinniczce zachwyt wzbudziłem niemały. – „To lepsze niż oficjalny przekład!” – zapiała. I zaraz piątkę dostałem, wówczas stopień maximum, ale czy mi to pomogło? Może w poetyzowaniu, ale nie w posługiwaniu się tym szlachetnym, aczkolwiek martwym językiem.

Podniecony obrazem tej niebywałej opery świata, zwycięstwem ludzkiego przywiązania do formy, jej uroczystej nadpotęgi, przepychu w doskonałości kreacji wizualnej, połączonej z narodowym i religijnym patosem, dałem się unieść temu kolonialnemu odurzeniu, że nawet wyszabrowany, największy na świecie z dotychczas wydobytych czysty diament, osadzony już dawno w królewskim berle Zjednoczonego Królestwa, niemalże mi nie przeszkadzał. Zagubił się we mnie demokrata i sprawiedliwy obserwator ludzkiej zachłanności, podbojów, dawnych grabieży dóbr ludów podbijanych, zagubił się we mnie, bom słaby, sam w swej ludzkiej ułomności zatracony, nie jestem już w stanie sprawiedliwie osądzać. Im dawniejsze były przewiny i podłości zdobywców, tym łatwiej ich dziś rozgrzeszamy. Historyczne złoczyny dla współcześnie żyjących są już tylko pożółkłą, wyblakłą kartką ze śladami zaschniętej krwi. Są już tylko annałami zapisanymi w przepastnej historii.

Monarchia, niegdyś kolonialna, dzisiaj jest czysta jak dziewica, a w kwestii rosyjskiego najazdu na Ukrainę nawet niemalże wzorowa. Jak to się wszystko przemienia, jak odwraca o 180 stopni. Ukraińscy bracia, towarzysze broni w czasie wojny ojczyźnianej, stają się dla Rosjan największymi wrogami, zresztą z wyboru tych ostatnich, może ich wodzów, może powszechnej głupoty. Dawni nasi wrogowie po wojnie stają się naszymi sojusznikami, na których już nie musimy rzucać bomby atomowej. Kraj kwiatu kwitnącej wiśni jest przyjazny Ameryce i naszej zachodniej cywilizacji. Niemcy podlegli niezwykłej metamorfozie, dojrzeli do europejskości.

Te zaskakujące fakty świadczą o przewrotności historii, która sama w sobie jest kuglarstwem losu lub grą podobną do ziemskiej przemienności pór roku lub diabelskiej ciuciubabki, która co pewien czas kończy się ruską ruletką. Ale zanim pistolet wypali, dobrze jest wzruszyć się kolorową baśnią i zachwycić paradującą dziś parą królewską wśród kapłanów i najwyższych dygnitarzy w przepysznych strojach, tak olśniewających, aż dłonie same składają się do oklasków. Spoglądam na swoje dłonie, trochę jednak niepewne, bo co ja mam z tym tłumem wspólnego? Pewnie najwięcej z królem, bo też jestem stary i widzę – być może jak on – zupełnie co innego, niż widać.

Śpiewam więc Magnificat, bo przez chwilę uwielbiam uwielbiać wraz z innymi, dopóki mnie nie dopadną czarne kruki wątpliwości i choć staram się je odpędzić i na powrót oddać się żywiołowi tłumnej adoracji, dziobią mi nadpsutą życiem wątrobę.

– „I ja gotów jestem służyć!” – wykrzykuję słowami króla, choć jeszcze nie bardzo wiem, komu. I ja gotów jestem… diabli wiedzą, na co, na co gotów jestem?! Taką odczuwam w tej chwili uwzniośloną potrzebę, taką nadobłoczną jazdę począłbym z husarią naszą, kiedy patrzę na te rasowe Anglików konie ulicznej parady. Taka mi się udziela przy tym przeogromność i anielskość, że bym gnał niby Giaur Byrona na rumaku jak burza, z rozwichrzoną grzywą, a niechby nawet na kucyku, gdyby tylko zagrały surmy bojowe. Śni mi się już odsiecz wiedeńska i moja szarża pod wodzą Jana III Sobieskiego ze skrzydlatą konnicą polską na armię Kara Mustafy, by przepędzić niewiernych Osmanów i ocalić nasze chrześcijaństwo. Coś mi się w tym śnie jednak mąci i widzę, że to żadne Turczyny, jeno zbuntowani Hiszpanie przeciw memu Napolione … Co ja gadam – toż przecież zwykły traktor… przeciw mojemu Napoleonowi, Hiszpanie trwożni z miasta uciekli…co mu w szkodę weszli, bo przez nich mój wódz szlachetny i doskonały nie może domknąć blokady kontynentalnej. Ach, tak – przecież to szarża naszych szwoleżerów, przecież to Somosierra – przełęcz w Górach Ayllon na wysokości 1444, z czego Mickiewicz podświadomie, w podobnym jak mój zapale, urwał samo czterdzieści i cztery. Zaraz, zaraz – przeciw komu to ja nacieram? Cóżże ten Napoleon umyślił?! Domknąć blokadę dla całej Europy na towary z Anglii i do Anglii? A toż łobuzowi nie o brata Jerzego Bonaparte, którego namiestnikiem Hiszpanii uczynił, ani o samą Hiszpanię, tylko o niezwyciężonego przeciwnika, o Anglię chodzi! To co ja w tym śnie wyprawiam?

Szarżując na moim kucyku przeciw walecznym Hiszpanom, w istocie na Jerzego III, króla z Bożej łaski Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii nastaję. A jednocześnie zachwycam się najwspanialszą i najdroższą na świecie złotą karocą Karola III Charlesa Philipa Arthura George’a z dynastii Windsorów i wiwatuję, kiedy przejeżdża jak sen jaki złoty przed moim nosem utkwionym w telewizorze. Chyba się pogubiłem. Przecież wiem, że Napoleon, jak każdy zdobywca, a nawet przeciętny polityk instrumentalnie mnie wykorzystuje. Po co się pchałem z mojemi ułany na ten z „Samosierry grzbiet oszańcowany”? Wplotłem ten mikro fragment z Pana Tadeusza, (Księga XI), niech mi pan Adam wybaczy.

Zresztą co ja znaczę? Jakie tam sny moje!? Jakie tam malutkie sprawy moje, pragnienia, obawy, nawet grzeszki moje! Tyle tu się mości wielmożów, tyle godności, tyle przezłotnej nadwartości kłębi dookoła, że cóż moja malenkost – jak powiadają Serbowie – czyli moja skromna osoba, może znaczyć?Sama karoca „Gold State Coach” już przyprawia o zawrót głowy. Wypieszczone dłutem drewno, z rzeźbami niespotykanymi, pokryte najulubieńszym, czystym kruszcem, na dachu wożą się trzy cherubiny, co to niby Anglię, Szkocję i Irlandię symbolizują, a w rękach dzierżą mądrale regalia koronacyjne. Gold State Coach ma siedem metrów długości i waży cztery tony. Nic więc dziwnego, że z trudem ciągnie ją aż osiem koni. Staruszka ma już 262 lata, a mój Hyudnai i-20 tylko dziewięć, ale jakby mnie poprosili, to bym się zamienił. Na koronację wypadało królewskiej parze przemierzyć tą nielichą karocą drogę od Pałacu Buckingham do Opactwa Westminsterskiego. Przejechałbym się chętnie z nimi, z całym uszanowaniem, pod warunkiem, że król Karol nie nagabywałby mnie o tę nieszczęsną moją przygodę ze szwoleżerską Somosierrą. Ułanów pewnie by mi darował, ale nie Napoleona. Może to i dobrze, że pojechali sami.

Złotości tej przenajzłotszej świątyni i przenajzłotszej karocy niezmiernie mnie zachwycają, chociaż czasem sobie przeliczam, ile by za to można było nakarmić wygłodzonego ludu naszej dawnej, kolonialnej monarchii. Powiadam mało skromnie naszej, bo w tym niezwykłym dniu uroczystym tak się jakoś wżyłem, tak się z tym, co widzę, utożsamiłem, że aż się wzdrygnąłem na samą myśl moją, o, jakże niesforną, że mógłbym Królestwu razem z tym francuskim hultajem zaszkodzić w owym wąwozie o wysokości czterdzieści i cztery na końcu i razem z Janem Leonem i jego 3. szwadronem poturbować niewinnych Hiszpanów pod wodzą generała Benito de San Juana. Nie pytajcie, jak się znalazłem wśród rozpędzonych szwoleżerów pod Kozietulskim, bo chociaż w 8 minut konnej szarży załatwiliśmy 4 baterie armat Hiszpanów… Hiszpanie trwożnie z miasta uciekli… no, może nie z miasta, ale z wąwozu na wysokości… darujmy sobie cyfrowe Mickiewiczowe gusła.

W każdym razie te misterne i złote cudowności przepyszne niezmiernie mnie zachwycają, ale i przytłaczają zarazem, bom takiego okraszenia doniosłej chwili jeszcze nie widział. Daję się też porwać pieśni najdonioślejszej i najwznioślejszej, jak tu dzisiaj wszystko, i nic to, że jednym z chórów, machając rękami, skutecznie dowodzi jakiś niepozorny człeczek w białej komży, ale jaki to chór!… przeczysty, niemalże anielski. I nie ten, co tu wywija rękami, jest Messer, nie on dyrygent, lecz sam Bóg. Już to po tym poznać, z czyjej łaski król staje się królem. Bo i kto go koronuje? Opatrzność sama, bez której ani król królem by nie został, ani nasza Roxana Panufnik, córa Andrzejowa ze swoim hymnem Sanctus nigdy by się na tę świata piramidę nie wspięła, a jej Panufnikowa muzyka podniebna nie wytrysnęłaby ponad dostojne, kute w kamieniu angielsko-gotyckie wieżyce Kolegiaty świętego Piotra w Westminsterze.

Nie bez kozery król przed wszelkimi darami pierwej Biblię przyjmie. Pismo Święte, pierwsze w jego posiadaniu przed pozostałymi regaliami, świadczyć będzie, że on z czystym sumieniem w oczach Boga i w przytomności wszystkich go teraz oglądających władać zamierza sprawiedliwie i odważnie, jedynie w bojaźni Bożej. I nie ma niczego, co by go od tego odwieść mogło, żadne materialne dobra, żadne diamentowe błyskotki, żadne złote korony, miecze i berła, które wprawdzie przyjmie, boć się od tego wykręcić nie może, przez pół dnia je będzie przyjmować. Wszakże wszyscy wielcy poprzednicy dziedziczenia toż uczynili, wszyscy oni, co z grobowców Świętej Kolegiaty w Westminsterze teraz niemo spoglądają. A boskość takiego przesłania utwierdzą też inne dary Kościoła, a to bransolety szczerości, co mu na myśl przywiodą króla Salomona modlącego się o mądrość, a to płaszcz i stuła królewska, którą zdobią ruszty św. Wawrzyńca i gałązki palmowe, bezwzględnie Boże dary.

Karol jest mądry i wie, że Bóg jest jeden, a te Jego odmianki w ludzkiej wyobraźni, w swej istocie nie o Nim samym mówią prawdę, lecz bardziej o nich. Niebawem założy koronę Wielkiego Stuarta, ale chce być dziś zdecydowanie ekumeniczny, mimo że jako głowa kościoła anglikańskiego złoży przysięgę na wierność państwowej religii protestanckiej, a nie jakiejkolwiek innej i namaści go, jak przez długie wieki w kraju tym bywało, arcybiskup Canterbury – hierarcha tej wypustki chrześcijaństwa, która tu od wieków króluje. I nic mu to nie zaszkodzi, a nawet, gdyby mu wypadało, chętnie by ręce zatarł, kiedy ów biskup powie, że tutejszy Kościół anglikański „będzie dążył do stworzenia środowiska, w którym ludzie wszystkich wyznań mogą żyć swobodnie”.

Na dowód tego już dzisiaj, już tu w koronacyjnej procesji widać, jak ciągnie sznur zaproszonych przez niego rabinów i innych dostojników religii żydowskiej, sunnickiej, szyickiej, sikhijskiej, buddyjskiej, hinduskiej, dżinistycznej, bahaickiej i zoroastryjskiej. Wśród gości łatwo rozpoznać nowego premiera Szkocji, Hanza Yusafa, muzułmanina. Od czasu reformacji – możesz przetrzeć oczy – masz tu oficjalnego gościa, katolickiego arcybiskupa Westminsteru. Ależ tak, to sam kardynał Vincent Nichols błogosławi nowemu królowi: – „Niech Bóg wyleje na was bogactwa swojej łaski, zachowa was w świętej bojaźni, przygotuje na szczęśliwą wieczność i przyjmie na koniec do swojej nieśmiertelnej chwały”.

Jak zwykle góruje krzyż i w tej świętej przestrzeni płynie, unoszona przez jakiegoś bożego sługę otwarta święta księga, pewnie Biblia, którą niebawem czytać będzie, dopełniając swą osobą ekumeniczny sens przesłania nowy, hinduistyczny premier Wielkiej Brytanii, niezwykle bogaty Hindus Rishi Sunak, o fortunie ponoć dwukrotnie przewyższającej majątek króla. Księga otwarta. Już wzrokiem odnajduje list św. Pawła do Kolosan. List ten sam, co zawsze, ale lektor…! Coś jednak się zmieniło. Stare przepiera się z nowym. Nowe nieśmiało, ale się tu i tam wepchnęło.

Karol III, król nowoczesny, ogłasza się „obrońcą wszystkich wyznań”, a i kapłanki faworyzuje. I cóż z tego? Wszystko to daremne. Jeszcze 70 lat temu, za koronacji Elżbiety II, jak donosi „Guardian”: „Anglia była w większości chrześcijańska, niedzielne uczęszczanie do kościoła było normą, dzieci uczyły się odmawiać modlitwy przed snem, a wikariuszy traktowano z niekwestionowanym szacunkiem”. W połowie XX wieku około 90 procent Brytyjczyków uważało się za chrześcijan. Dziś, kochani moi, jak donoszą oficjalne źródła, po raz pierwszy w Anglii i Walii chrześcijanie stali się mniejszością. Ateizm zwycięża, nie wiem, czy to się rodzi z głębszego samouświadomienia ludzi, czy z lenistwa, czy z rozpowszechnienia grzechów kleru. Już mniej niż 1 procent spisanej ludności chadza na mszę świętą. Niedługo kościoły będzie się tylko zwiedzać.

Ale zostawmy publicystykę sceptycznego kroju. Patrzmy na to barwne widowisko. Oto jaskrawa czerwień sukni kapłanki ewangelickiego obrządku, a po chwili kamera moich oczu wyławia z tej wyrafinowanej w powolnym posuwaniu się procesji ośmiu czarnoskórych w strojach o nieskazitelnej bieli kontrastującej z ich postaciami. Wiją się w miejscu, w tanecznym ruchu z pieśnią Alleluja na ustach. Pojawia się kolejny celebrant z jakimś pismem Bożym na otwartych dłoniach, postępuje powoli, o – jak godnie. Czarni allelują coraz bardziej zamaszyście. Król z lekka skonsternowany uśmiecha się półgębkiem, a może tak tylko mi się wydaje.

Arcybiskup – mistrz ceremonii na brązowej ambonie, złociście zdobionej, przemawia i raz jeszcze tłumaczy, że król nie jest po to, by mu służono, ale by służył i by się wszyscy w obowiązkach swoich dobrze odnajdywali, by jeszcze gorliwiej służyli. Bo to jest główne zadanie wszystkich, nie tylko mundurowych, by służyli swoim życiem dla dobra innych, byli przykładem bezprzykładnym dla wszelakich społeczności w duchu Bożym. Tłumaczy to ów nadzwyczaj gorliwy w swej służbie arcybiskup milionom słuchaczy na świecie, wiernym lub niewiernym albo też wiernym nie tak, jak należy, boć to wybór właściwego Boga jest kwestią wielce kłopotliwą, przez którą czasem dziesiątki i setki tysięcy ludzi łby sobie urywa. A bez sensu, bo to coś, o czym duchowi przywódcy chcieliby swe społeczeństwo przekonać, a o czym teraz prawi Arcybiskup, trzeba umieć przyjąć… do swego serca. Król otrzymuje to dzięki namaszczeniu i zdobywa to Duchem Świętym, czego nie może nikt zdobyć żadnym, nawet zbrojnym sposobem. Słyszycie to wezwanie Boże? Ależ słyszycie, doskonale słyszycie i w tym radość swoją utwierdzoną słyszycie, bo słyszeć musicie, bo godne to i ze wszech miar najgodniejsze. Tak głosi główny przewodnik, chyba tak. Nie jestem jednak pewien, czy wszystko dobrze dosłyszałem i czy tłumacz dobrze się sprawił.

Godność, przepych i duma z panowania nad tym licznie zebranym narodem unosi się ponad nami, ponad wszystkim, a najwybitniejszość tak utwierdzonej tradycji uroczyście króluje. – „Byśmy się stali królewskim kapłaństwem…” – słyszę – „…narodem świętym…”. Dalej mi umknęło, bo już coś mi przekornie w głowie zachrobotało i następne frazy przemawiającego trochę mi bokiem odfrunęły. Ile tych oczekiwań wobec własnego narodu rodziło się w umysłach przywódców lub wieszczów – zdążyłem pomyśleć. Jak to się potrzeba wyjątkowości, nadzwyczajności własnej, łatwo pleni, sama się narzuca i niemal regułą staje. Każdy z krzewicieli tych wymysłów chciałby, a łatwo mu to przychodzi, by uwierzyć, że jego… że „nasz” naród jest święty, jest lepszy, ponad inne wyrasta. A jak się kończy takie wywyższanie, już w historii świata widzieliśmy, chociażby w czasie II wojny światowej. My też mieliśmy okresowo zapędy do bycia narodem wybranym – „Polska Winkelriedem narodów” (Słowacki), „Polska Chrystusem narodów” (Mickiewicz). Nie wspomnę już o biblijnych przekazach tego typu, uświęconych momentem narodzin Boga Człowieczego, który się w tych odległych czasach był ludziom objawił.

Wróćmy do ceremoniału. Zbliżał się akt główny – namaszczenie, choć i inne nie wydały mi się poślednie. Trzeba było króla przebrać. Uszyta specjalnie Szata Stanu już nie wystarczyła. Wjechał baldachim namaszczenia. Arcybiskup Justin Welby znów zabrał się do roboty, posługując się przy tym nielichą, posrebrzaną łyżką koronacyjną pochodzącą z czasów Ryszarda Lwie Serce, z XII w., a po raz pierwszy użytą w 1603 r. do koronacji, nie pomnę już którego króla. Olej też nie był rzepakowy, jeno krzyżma z oliwek z Góry Oliwnej, przywieziony z Jerozolimy, a polewany ze złotej ampułki – bo tu wszystko musiało być złote. Ampułka ta cudowna była świadkiem jeszcze koronacji Karola II w 1661 r. Po namaszczeniu król znowu się pokazuje naszym oczom, i choć układany, usadzany, obracany i wielekroć przestawiany nie jak król, tylko laufer czy skoczek na tej rytualnej szachownicy, wciąż wygląda na całkiem żywego, cierpliwego, może tylko trochę znudzonego. Tym razem pod spód idzie biała szata, wyczytałem gdzieś, że o dźwięcznej i uczonej nazwie Colobium Sindonis, na nią naciągnięty płaszcz długi, oczywiście ze złotego jedwabiu. Gdyby nie to, pomyślałbym, że to jakiś przydługi, fikuśny szlafrok, co też już nie mało przetrzymał. A on młodziutki, okazuje się, że dopiero z 1911 roku. A inny jeszcze na króla czeka – Płaszcz Imperialny, też ze złotej tkaniny, a jakże, zapinany złotą zapinką w kształcie orła. A może to był ten sam płaszcz koronacyjny, tyle że jak znawcy donosili miał być z 1821 roku. Może nie dopatrzyłem, nie dosłyszałem, bo trudno się połapać w tych ciągłych przebierankach. Do tego idzie też haftowana złota stuła.

Wreszcie królewski Miecz Stanu do rąk królewskich wkładają. Przyniosła go intrygująca pani, Tajnej Rady szefowa, Penelope Mary Mordaunt, która podobnie jak osobisty ochroniarz Karola, major Johnny Thompson, rozogniony wzrok obserwatorów przeciwnej płci przyciąga. Nie ujdzie to uwagi bałamutnych mediów w dniu następnym. Na tronie misternie rzeźbionym sadzają króla i jeszcze jakimiś insygniami obdarowują o symbolicznym znaczeniu i jeszcze obszerniejszą i dostojniejszą szatę na tę już dostojną nakładają, może właśnie tę z 1821 roku, o czym się już zająknąłem. I w tym pomnożonym przez Płaszcz Sprawiedliwości dostojeństwie znowu go sadzają.

Muszę wyznać, że znowu się zaplątałem, bo już nie wiem, jaki mu kiedy miecz do rąk dawali, bo wszystko, co mu dali, to mu zaraz odbierali, pewnie po to, by dać mu coś nowego. A były to oprócz Miecza sprawiedliwości Doczesnej, Miecz Sprawiedliwości Duchowej, Miecz Miłosierdzia ze stępioną końcówką ostrza, by co nieco oszczędzić dźganego. Najbardziej mi się podobał miecz dziadka Jerzego VI z 1937 r., ze złotej tkaniny, haftowany, znaczy miecz, nie dziadek. Przy wyliczaniu tylu tych uświęconych znamion królewskości trzeba bardzo uważać, żeby byka nie strzelić.

Wreszcie Złote Królewskie Jabłko z krzyżem, który nad wszystkim góruje. W ręce mu wtykają Złoty Pierścień Suwerena – znak przymierza między Bogiem a królem i królem a narodem, symbol królewskiej godności. Rękawicę koronacyjną z białej skóry ze złotym nadgarstkiem na prawą rękę włożyć zalecają.

Dalej idzie to feralne, może niebawem aferalne berło królewskie z tymi nieszczęsnymi brylantami – Wielką Gwiazdą Afryki (największą na świecie), o której już nadmieniałem, i Drugą Gwiazdą Afryki. Sam diament Cullinan, znaleziony pod Pretorią i podarowany w 1907 r. przez rząd Południowej Afryki (konkretnie Transwalu) królowi Edwardowi VII na urodziny, ma 3106 karatów, a po oszlifowaniu w 105-u brylantach łącznie 1063 karaty. Jak się teraz okazuje, trochę to za dużo, żeby się godzić na takie kolonialne upominki. Zwłaszcza Wielka Gwiazda Afryki, co tkwi w berle królewskim ma swoją cenę, a i drugi „kamyczek”, który siedzi spokojnie w brytyjskiej koronie państwowej też nie może tam siedzieć za friko. Petycja o zwrot diamentu do RPA, jako przedmiotu dziedzictwa kultury tego wolnego dziś kraju, stworzyła niezręczną dla Zjednoczonego Królestwa sytuację. Ciekawe, jak to się skończy. Tymczasem Karol III obdarowany tymi błyskotkami wyciąga rękę po podawaną mu właśnie laskę królewską, która już nie wiem czemu służy, pewnie żeby sprawiedliwie władał. Będzie to czynił z pewnością. Chyba jednak owo insignium głębszy w sobie ukrywa zamysł. Za łatwo chciałem sobie odfajkować tę laseczkę nie od parady. Sprawdziłem. To długie berło: złota laska św. Edwarda – Laska Sprawiedliwości i Miłosierdzia, zakończona gołębiem z dwoma rozpostartymi skrzydłami, symbolizuje Ducha Świętego. Unaocznia duchową rolę władcy chrześcijańskiego. Wszystko precyzyjnie obmyślane, i to nie teraz, ale przed wiekami. Od wieków składa się to w sieć uzupełniających się znaczeń, sieć, w którą dusze poddanych łowione być mają. Dwa skrzydła tego samego gołębia: sprawiedliwie i po chrześcijańsku. Karol jest tylko wykonawcą, jak aktor odgrywający swoją rolę. A tak naprawdę od dawna nikt tu królem nie jest. Sam król jest tylko symbolem, podobnie jak wręczane mu precjoza, jak osadzona na jego skroniach na znak królewskiego majestatu ciężka od złota i brylantów, wysadzana rubinami, ametystami, szafirami, granatami, topazami, turmalinami, wartości ponad 4,5 mln dolarów ta przepyszna, uświęcona korona, która go wgniata swym ciężarem w tron królewski. A on siedzi tak skromnie, berło i laskę po królewsku dzierżąc. Korona św. Edwarda Wyznawcy, króla Anglii w latach 1042–1066, który ufundował Opactwo Westminsterskie, nie doczekała się głowy nowego dzisiejszego właściciela. Została przetopiona po obaleniu monarchii w 1649 r. Trzydziestego stycznia głowa Karola I jakoby „tyrana, zdrajcy, mordercy i wroga publicznego” potoczyła się po bruku przyszłej republiki, dla jej królobójczej, krótkotrwałej chwały. Od tego czasu Anglikom nie spieszy się do obalania monarchii.

Może dlatego widzę, z jakim namaszczeniem i ukrywanym wzruszeniem na dłuższą chwilę nad głową króla zawisł arcybiskup Canterbury Justin Welby z koroną w rękach, nim ją umościł na skroniach pomazańca. I huknął wtedy hymn wielki, koronacyjny Jerzego Fryderyka Haendla Zadok the Priest. I wydawać się mogło, że w myśl starotestamentowej Księgi Królewskiej głowę swą dla korony sposobił nie Karol III, ale właśnie namaszczony przed chwilą przez arcykapłana Sadoka sam biblijny król Salomon.

Haendel grzmiał uroczyście i podniośle. Panował estetyzm i sztuka ceremonii opętanej ustalonym rygorem. A jednak Karol nadal wyglądał mi skromnie. Wydawało mi się, że całej tej ceremonii poddawał się w cichości serca i tylko z racji rozumu. A tradycja, na którą królestwo czekało już od siedemdziesięciu lat, aż parowała i unosiła się wraz z dźwiękiem trąb i fanfar w świętej przestrzeni kościoła.

Ponownie gruchnął wzmocniony echem okrzyk: – „Boże chroń króla Karola! Niech żyje król Karol, niech król żyje wiecznie!” Było to zastanawiające. Co celebranci, a może prawodawcy ceremoniału mieli na myśli? Czy drobna różnica w końcowej frazie miała jakieś szczególne, celowe znaczenie? „Niech żyje król Karol!” – zrozumiałe, niech żyje jak najdłużej, ale zaraz po tym końcowy okrzyk: „Niech król żyje wiecznie!” Czy Karol jako król miałby żyć wiecznie, czy też król jako taki, więc nie koniecznie ten, lecz idea królowania miałaby być wieczna? Podejrzewam, że w tych odwiecznych formułkach obrzędów na wysokościach kryje się coś głębszego, jakieś głębsze dno. Nie są one przypadkowe. W niepewności tej już chyba pozostanę.

Cichy kronikarz rozgłośnego dnia

 

Opowiadanie ukazało się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Rysunki: Marek Chaczyk, 2023 (wykonane specjalnie do powyższego opowiadania, dla „Res Humana”)

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności