logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński
Rausz – Niemcy między wojnami

Rausz Haralda Jahnera nie jest bynajmniej książką antyalkoholową, a sam autor to znakomity niemiecki pisarz i dziennikarz, posiadający dar swobodnego pisania, a przy tym nieoczywistego kojarzenia faktów i zdarzeń. Dość powiedzieć, że od 2011 roku jest honorowym profesorem dziennikarstwa na Berlin University of the Arts, a polskiemu Czytelnikowi znany jest z innej ważnej książki – Czas wilka. Powojenne losy Niemców”(2021 rok).

Jest to autor podejmujący zagadnienia szerokie, panoramiczne, ale stosujący metodę od ogółu do szczegółu. Mamy więc losy zbiorowości, ale odnajdujemy je często poprzez indywidualne przypadki, opisywane w listach, relacjach, pamiętnikach, literaturze czy w prasie, i to przeróżnego autoramentu (np. magazyn „Die Dame”). A przy tym Rausz jest wyjątkowo rzetelnym obrazem historycznym, z takimi postaciami jak demokratyczni kanclerze Republiki: Ebert, Scheidemann, Stresemann czy Bruning, o marszałku Hindenburgu nie wspominając. Mamy tu więc politykę i obyczajowość potraktowaną z jednolitą sumiennością i powagą.

Książka dysponuje bardzo dobrze rozwiniętym warsztatem naukowym, którego opis jest usystematyzowany według jej rozdziałów i zawsze możemy się doń odwołać. Tak usystematyzowany warsztat pisarski powoduje, że opowieść jest nasycona indywidualnymi losami i przedstawiona tak, jak dziś po prostu uwielbiamy. Trochę plotkarsko i sensacyjnie, trochę historycznie i encyklopedycznie, ale przede wszystkim reportażowo – jakby sam autor był uczestnikiem wydarzeń. To czyni Haralda Jahnera zarówno encyklopedystą, jak i przewodnikiem po epoce. Prawie autorem haseł, jak i żywym opowiadaczem nieraz bardzo pikantnych szczegółów. Począwszy od wojny, która wywołana przez Kaisera pokaleczyła niemieckich mężczyzn (parę milionów ofiar i kalek, dodatkowo zaatakowanych grypą hiszpanką), po wzrastającą w obliczu tej hekatomby rolę kobiet, które weszły na rynek pracy i do życia pełną piersią, przełamując pruskie 3 K (Kirche, Küche, Kindern). Jahner analizuje zjawisko inflacji i zaniku funkcji tezauryzacyjnej papierowego pieniądza, by zaraz zabrać się do opisywania przełomowych koncepcji budownictwa socjalnego, nowoczesnej architektury (płaski dach) i wyposażenia mieszkań (Bauhaus), życia biurowego, transportu, tańca, nowych funkcji miast czy gimnastyki i kultu ciała…

Rausz jest taką właśnie mozaikową książką, niezwykle atrakcyjną w podawaniu szczegółów życia epoki weimarskiej, ale doskonale socjologicznie uogólniającą jej wielkie dokonania. Tym bardziej atrakcyjną i ożywczą w Polsce, gdzie utrwaliło się pokutujące jeszcze w najlepsze endekoidalne postrzeganie Republiki Weimarskiej, jako walczącej z polskością, spiskującej z bolszewikami w Rapallo i nieuchronnie zmierzającej do III Rzeszy. A kto wie, może dla naszych krajowych elit także jakoś zapładniającą cywilizacyjnie, by wyjść z opłotków uwielbianej przez nie Polski katolickiej i zaściankowo-szlacheckiej, jakże kontrastowo różnej od weimarskich Niemiec. Tymczasem Rausz jest na to zaczadzenie znakomitą odtrutką. Pokazuje powojenne (po I wojnie światowej) społeczeństwo niemieckie jako co prawda złamane klęską, rewolucją i kryzysem, ale nowocześnie jak na tamte czasy zorganizowane, podejmujące wysiłki w zakresie demokracji i gospodarki, a przede wszystkim wyzwolone ze sztywnych ram upadłego cesarstwa.

Jahner snuje swoją opowieść polityczną na tle przemian obyczajowych. I to jest bardzo ożywczy tok narracji, pokazujący Niemców tamtej epoki jako zdecydowanych na nowoczesność, przekonanych co do wartości republikańskich i demokratycznych. Niemki i Niemców oddanych różnym formom spędzania wolnego czasu (co było skutkiem wprowadzenia zasady „trzy razy osiem”: osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu wolnego): od tańca, mody i nowoczesnego fryzjerstwa (fryzura „bob”), po kino, podryw (rozpowszechniony także wśród przedstawicieli własnej płci), wyjazdy na weekend, motoryzację, kolej i transport publiczny. Właściwie mamy u Jahnera detaliczny opis każdego aspektu życia ówczesnych obywateli Republiki: od skrócenia spódnic i sukienek kobiet oraz rezygnacji z gorsetów i ukazania kolan, przez meandry towarzysko-uczuciowego życia biurowego czy zbiorową gimnastykę i kult zdrowego ciała, po alkohol, narkotyki czy okładkową miłość „zakazaną”.

Autor na tym tle widzi Republikę jako pierwsze państwo oficjalnie luzujące zasady obyczajowe. Zarazem jest to frapujący wykład politologiczny, charakteryzujący elity Republiki, ich zamiary i dokonania, które dla wielu polskich sił politycznych byłyby dzisiaj jak znalazł, nie tylko progresywnie lewicowych, bo Republika była pod tym względem doskonale pluralistyczna, choć skończyła się ponurą nocą hitleryzmu. Oczywiście wyznawcy ścisłej analizy politologicznej mogliby przyczepić się do tak zaprezentowanej swobody narracyjnej i naukowej, ale jest to po prostu kwestia wyboru konwencji i akceptacji konkretnej metody. Na mojej półce niemieckiej Rausz sąsiaduje z Państwem stanu wyjątkowego Franciszka Ryszki czy Hitler: studium tyranii Allana Bullocka i krzywdy sobie nie czynią, bo Jahner dostrzega w Republice zaczątki zła, a nawet pokazuje demokratyczne procedury, które Hitlerowi utorowały drogę do wcielania go w życie…

Innymi słowy mamy opowieść wymykającą się konwencjom, lekko zawianą, ale przez to niezwykle barwną, wieloaspektową i sugestywną, dosłownie mogącą przyśnić się nocą (o ile ktoś miewa historyczne sny…). Lektura warta przeczytania, ale niespiesznie w swych 550 stronach; jej sens polega być może na tym, że warto zagłębić się w rozdział i zarazem przypisy, aby odnaleźć tam źródła do dalszych inspiracji i poszukiwań. Sprzyja też temu doskonałe tłumaczenie Moniki Kilis i najwyższej miary robota redaktorska całego zespołu Wydawnictwa Poznańskiego, któremu należą się słowa uznania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka zainicjowało akcję przypomnienia książek znanego amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka. W jej ramach ukazał się Dziennik z podróży do Rosji w przekładzie Magdaleny Rychlik. Steinbeck napisał tę książkę bardzo dawno temu, w 1948 roku. Jak pisze jej wydawca: „Tuż po zapadnięciu żelaznej kurtyny, John Steinbeck, wówczas laureat nagrody Pulitzera, oraz znany fotograf wojenny Robert Capa podjęli śmiałą wyprawę do Związku Radzieckiego z zamiarem napisania reportażu dla gazety «New York Herald Tribune». Sławni podróżnicy mieli rzadką okazję odwiedzenia nie tylko Moskwy i Stalingradu, lecz także ukraińskich wsi oraz Gruzji”. Czas był dla tego przedsięwzięcia równie niekorzystny, jak obecnie. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki po okresie wojennej kooperacji znalazły się po obu stronach osławionej „żelaznej kurtyny”. Obaj reportażyści postawili sobie za cel prezentację codziennego życia mieszkańców Kraju Rad, bez politycznych wtrętów i ocen. Gdyby decydowali się na takie oceny, z pewnością nie dostaliby zgody na przygotowanie reportażu, a zwłaszcza fotografii. Los zdjęć, których Capa zgromadził mnóstwo, nie był do końca pewny. Ich autor do ostatniego dnia drżał, czy otrzyma zezwolenie na wywiezienie ich za granicę. Ostatecznie zbiór ten prawie w całości został wyekspediowany i w znacznej mierze opublikowany. Dorobek kilkumiesięcznej pracy nie został więc zaprzepaszczony. Gdy książka ukazuje się dziś, tym, co frapuje najbardziej, jest porównanie tamtego opisu ze współczesną wiedzą na temat stosunków panujących w Rosji AD 2024. Dla mnie ta książka ma także aspekt sentymentalny. W latach 1965–1991 odbyłem wiele podróży do i po ZSRR. Miałem więc możliwość zapoznania się z wieloma przejawami specyfiki zachowań społecznych w warunkach mocno odbiegających od europejskiej, a nawet od rodzimej polskiej praktyki. Ogarnia mnie wzruszenie, gdy czytam taki choćby fragment: „[…] system księgowości to olbrzymia machina biurokratyczna. Kelner, który przyjmuje zamówienie, zapisuje je starannie w zeszycie, ale nie idzie z nim od razu do kuchni. Udaje się najpierw do księgowości, gdzie zamówienie jest zapisane po raz kolejny, a do kuchni zostaje przekazany specjalny kwit. W kuchni sporządza się kolejną notatkę wraz z wnioskiem o kolejne produkty. Kiedy transakcja zostaje wreszcie zaakceptowana, kelner dostaje kolejny kwitek z potwierdzeniem, ale to wcale nie znaczy, że może już serwować jedzenie. Idzie z kartką z powrotem do księgowości, która zaznacza w księgach, że zamówione produkty zostały zaakceptowane i wypisuje kolejny kwit dla kelnera, dopiero wtedy tenże idzie z nim do kuchni po odbiór dań i przynosi je do stolika. Po podaniu zamówienia sporządza kolejną notatkę, że złożone, zapisane, zaakceptowane i dostarczone zamówienie zostało wreszcie zrealizowane […]. Księgowanie tego wszystkiego zabiera wiele czasu […]. O wiele więcej niż samo przygotowanie potraw” (s. 32–33). Moje sentymentalne wzruszenie wywołane zostało natychmiastowym przypomnieniem sobie specyficznego sposobu wydawania śniadań w stołówce gostinicy „Mir” (hotelu RWPG). Zamawiający osobnik musiał bowiem udać się najpierw do gabloty, gdzie wystawione były wszystkie produkty śniadaniowe i zapamiętać ich ceny, a następnie udać się do kasy i wymienić te ceny (ceny, a nie nazwy dań!). Kromka chleba kosztowała 1 kopiejkę, gdy chciało się zjeść trzy, należało trzykrotnie wymienić tę cenę. Szkopuł w tym, że niektóre potrawy miały tę samą cenę, na przykład jajecznica kosztowała tyle, co kasza jaglana, której wierzch był ozdobiony wlaną do zagłębienia łyżką oleju rzepakowego (ulubionego tłuszczu mieszkańców Kraju Rad, którego zapach rozchodził się po klatkach schodowych wszystkich domów). Myliłby się jednak ten, kto uważałby ten system za obowiązujący w każdym przypadku. Przy zamawianiu obiadu (w innej zresztą sali) należało zabrać ze sobą ołówek. Nowicjusze biegali z prośbą o wypożyczenie. Tym razem przy kasie (opłacenie posiłku było zawsze czynnością pierwszą) wymieniało się nazwy dań, ale kasa drukowała ceny. Klient musiał teraz wpisać nazwy potraw zwykłym ołówkiem na otrzymanym paragonie, by otrzymać pożądane danie. Ołówek (koniecznie zwykły) był najbardziej poszukiwanym artykułem pierwszej potrzeby. Ale w restauracji dla VIP-ów (od wiceministra w górę) obsługa stosowała system ogólnoeuropejski. Nie wierzycie? Popytajcie stałych bywalców lub osób urzędujących w biurach RWPG w czasach słusznie minionych.

Równie frapujący jest opis łazienki. „Drzwi nie otwierały się do końca, ponieważ blokowała je wanna. Przy wejściu do środka trzeba było przycupnąć w kącie przy umywalce, dopiero po zamknięciu drzwi w tej pozycji człowiek odzyskiwał dostęp do całego pomieszczenia. Wanna chybotała się na nierównych nogach, każdy gwałtowny ruch podczas kąpieli sprawiał, że woda przelewała się ponad krawędź na podłogę. Była stara, prawdopodobnie pamiętała jeszcze czasy przed rewolucją […]” (s. 28–29). Ten opis przypomniał mi łazienkę w pomieszczeniu dla pracowników nauki jednej z polskich uczelni. Osobnik obdarzony nieco potężniejszą tuszą musiał używać sedesu wyłącznie przy otwartych drzwiach, nie mieścił się bowiem na zbyt małej przestrzeni. A to skłaniało do ogólniejszej refleksji na temat specyfiki socjalistycznego budownictwa i transferu technologii.

Dość już tych porównań i wspomnień. Z książki Steinbecka można wyciągnąć kilka pouczających wniosków. Im dalej od centrum, tym zachowania (nawet urzędnicze) stają się przyjemniejsze, a relacje z ludnością – przyjacielskie. Wszechobecnej biurokracji (choć nadal trzyma się mocno) sporo mniej. Im mniej, tym lepiej. Ze szczególną sympatią autor wspomina swoje wrażenia z Ukrainy, nie mówiąc o Gruzji. Opisując Ukrainę, podkreśla ogromny wysiłek społeczeństwa włożony w odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. Społeczeństwa, nie władz. I urodę Ukrainek. Gruzja, oszczędzona przez wojnę, jest jednym wielkim miejscem gastronomicznej uciechy. I znów ożyły wspomnienia. Potwierdzam, gościnność gruzińska nie miała równych sobie, a obfitość jadła (przepysznego zresztą) i wina (czaczy, czyli mocnego bimbru typu grappa piło się znacznie mniej). Szczególnie utkwił mi w pamięci jubileusz założyciela katedry hydrologii Uniwersytetu w Tbilisi, który dawno zmarł, a przez lata cała akademicka społeczność (na czele z rektorem) czciła jego pamięć. Jeśli każda katedra z podobnym pietyzmem obchodziła swoje rocznice, wątroba Magnificencji zasługiwała na najwyższe uznanie. Czy tak jest teraz, nie wiem, od wielu lat nie odwiedzałem bowiem państw dawnego Kraju Rad. Rekompensuję to sobie dość częstym odwiedzaniem gruzińskich restauracji w Warszawie. Ale to nie to samo.

Rozmarzyłem się, więc muszę kończyć. Zacytuję zakończenie książki, bo jest ono najlepszym jej podsumowaniem: „Zgodnie z naszymi wcześniejszymi przypuszczeniami, Rosjanie okazali się po prostu ludźmi i jak większość ludzi są bardzo mili. Ci, z którymi rozmawialiśmy, nienawidzą wojny, pragną tego samego co wszyscy – dobrego, wygodnego życia, bezpieczeństwa i pokoju. Ten dziennik nie usatysfakcjonuje ani ortodoksyjnej lewicy, ani lumpenprawicy. Jedni powiedzą, że jest antysowiecki, drudzy – że prosowiecki. Bez wątpienia jest powierzchowny, bo jakże mogłoby być inaczej? Nie mamy żadnych wniosków poza jednym. Rosjanie nie różnią się niczym od reszty populacji świata” (s. 247). I to by było na tyle.

Przypominając postać i literacki dorobek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z okazji wydanej  niedawno, ciekawej z wielu względów, książki Jarosława Górskiego Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (Iskry) nie sposób – w tym szczególnym przypadku – nie postawić na pierwszym miejscu tytułu niniejszego tekstu nazwiska profesora Józefa Rurawskiego (zmarłego w 2023 roku w wieku 94 lat!). Nie bez kozery oczywiście. Ale będzie tu mowa także, poza samym Dołęgą-Mostowiczem, trochę i o książce Jarosława Górskiego. No i co nieco „po Gombrowiczowsku”, ha, ha, excusez-moi pro domo sua, czyli o sobie samym też!

Oto bowiem z późniejszym profesorem nauk humanistycznych Józefem Rurawskim poznaliśmy się, gdy był jeszcze „prostym magistrem”, a ja wtedy dopiero – w dwa lata po Październiku 56 – na pierwszym roku warszawskiej polonistyki. Prowadził tam z naszą grupką studencką cotygodniowe zajęcia, tzw. ćwiczenia z interpretacji dzieła literackiego (czy jakoś tak to się zwało). I to jak prowadził! Przede wszystkim imponował nastoletnim żółtodziobom swobodą i śmiałością niekonwencjonalnych sądów – wielością bulwersujących nas opinii (nie tylko zresztą literackich). A także i licznymi odwołaniami, odważnymi nawiązaniami do modnych wówczas, szeroko omawianych i dyskutowanych w prasie literackiej „rozliczeniowych” nowościach prozy polskiej i światowej.

Trwał wtedy jeszcze w kulturze polskiej ów wielce krytyczny wobec nieodległej przeszłości wyraźnie ożywczy czas odwilży politycznej. Nadrabiane były wieloletnie zaniedbania kulturowe, wobec Zachodu, ale – pamiętać warto – także i Wschodu… Drobny przykład – oto do dyskusji o Upadku Alberta Camusa J.R. zalecił nam lekturę Wzlotu Jarosława Iwaszkiewicza, opowiadania trudno dostępnego, znanego wtedy tylko z druku w „Twórczości”. Był to swoisty rodzaj zakamuflowanej literackiej polemiki Iwaszkiewicza z francuskimi egzystencjalistami (polecam ją i ja – teraz). Zaskakiwał takimi wiadomościami nas, przyzwyczajonych do szkolnych, piłowato-solennych, tradycyjnych polonocentrycznych „rozbiorów” i „analiz” literackich. Bywał też zarazem i bezlitośnie krytyczny wobec niektórych nowych, często snobistycznie modnych tonów, pojawiających się w dyskusjach publicznych w ówczesnej prasie. Kupował nas, żółtodziobów, wieloma rzucanymi jakby od niechcenia uwagami oraz niekonwencjonalnymi odczytywaniami ukrytych znaczeń tekstów literackich, zaskakiwał, ale i potrafił też na niektóre z nich nas zręcznie „podprowadzać” (niczym ktoś z owej dobrej starej sokratejskiej szkoły), byśmy przyjęli je za swoje…

Wiedzieliśmy nadto, że znał osobiście wielu rówieśnych sobie pisarzy z „pokolenia Współczesności” i namawiał nas do czytania ich debiutanckich książek. Napisałem nawet pod jego wpływem pracę semestralną o debiutanckiej powieści jednej z dobrze się wówczas zapowiadających prozaiczek tego pokolenia – Magdzie Lei, o której niestety, jak i wielu innych postaci z tej generacji – wkrótce słuch wszelki nie wiedzieć czemu szybko ginął. Acz wiele przetrwało tę bezlitosną próbę czasu. Dziś przecież trudno sobie wyobrazić naszą rzeczywistość literacką bez debiutujących wtedy pisarzy, choćby Stanisława Grochowiaka, Ernesta Brylla, Władysława Lecha Terleckiego, Eugeniusza Kabatca, Marka Nowakowskiego czy Ireneusza Iredyńskiego…

Józef Rurawski należał do raczej rzadkiego grona tych wykładowców, co to chętnie się zaprzyjaźniali ze swoimi (wybranymi) student(k)ami, i podtrzymywali te oficjalne uniwersyteckie zajęcia i kontakty na gruncie na poły prywatnym. Z podobnym „przypadkiem” miałem do czynienia wówczas raz tylko jeszcze, gdy w parę lat później byłem uczestnikiem seminarium filozoficznego prof. Bronisława Baczki, autora nieznanego nam jeszcze wtedy dzieła Samotność i wspólnota, który to zbierał i zapraszał naszą małą grupkę z różnych zresztą lat studiów i wydziałów UW, nie do sali wykładowej, a do słynnej skądinąd kawiarni Bristol i próbował dawać nam „szkołę” prawdziwie krytycznego myślenia o rzeczywistości (nim wyjechał z Polski do Francji w marcu 1968 r.).

Tak się też złożyło, że na owym pierwszym roku polonistyki mieliśmy w swym gronie pewną koleżankę – Ewę, wnuczkę jednej ze znanych w naszej historii najnowszej postaci, dysponującą w pobliżu UW, bo na ul. Karowej, nadającym się do koleżeńskich spotkań mieszkankiem. A było ono w tej słynnej warszawskiej kamienicy, w której mieszkali ówcześni wielcy ze świata kultury i nauki, jak prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Tadeusz Kotarbiński (widziałem, jak chodził szybko i swobodnie po marmurowych schodach, nie korzystając programowo z windy). Z tej lokalowej „mety”, owszem, korzystaliśmy nader chętnie z wielu powodów, choćby dlatego np., że dla stołówkowych głodomorów znalazło się tam zawsze jakieś małe co nieco do herbatki (lub innego płynu). A nadto ojciec Ewy – ambasador w jednym z ościennych krajów – miał swoje, inne „mieszkanko” w Alei Róż, gdzie pod jego nieobecność również odbywały się niekiedy nasze studenckie „posiady”. Do czasu. Oto pewnego razu zajechał przed ten dom potężny samochód osobowy radzieckiej marki Czajka, którego dysponent – wbrew naszym oczekiwaniom – okazał się całkiem „ludzkim paniskiem”, chwilę z nami konwencjonalnie pogawędził, zapytał nawet o postępy w nauce. Zarządził jednak szybkie rozwiezienie po domach „gości córki” ową Czajką z kierowcą (nie wiem tylko, jak skończyło się potem sprawdzanie zawartości barku w owym monstrualnie przestronnym pojeździe…).

Ówczesny magister Józef Rurawski stał się dla nas wkrótce po prostu Józkiem, co jemu ujmy specjalnej chyba nie przynosiło, skoro sam to zaproponował, a nam dodawało skrzydeł oraz dyskusyjnego wigoru. Nosił on, myślę, iż wiedział o tym doskonale, sympatyczną ksywę – Motorek, co wedle polonistycznej legendy miało swoje źródło w zdarzeniu z pewnego studenckiego obozu naukowego na Mazurach, gdy wieziony motocyklem na tylnym siedzeniu przez słynnego językoznawcę prof. Witolda Doroszewskiego, wypadł na jakimś wykrocie i biegł za nim bezradnie… Na kolejnych latach polonistyki mieliśmy już wprawdzie innych wykładowców, specjalistów od różnych epok i problemów, ale o nim pamiętaliśmy długo. Mimo iż On parokrotnie, pod wpływem rozmaitych wydarzeń natury politycznej, a i osobistej zapewne też, zmieniał uczelnie krajowe, wędrował po Polsce, by osiąść na dłużej w Kieleckiej uniwersyteckiej uczelni im. Jana Kochanowskiego. Pracował też jako polonista za granicą (m.in. Uniwersytet w Lipsku). Przechodził rozmaite etapy perypetii zawodowych i twórczych, ale nasza przyjacielska znajomość przetrwała długie lata, choć bywały i takie dziesięciolecia, że nie widywaliśmy się „na żywo”, a jedynie poprzez pośrednictwo, by tak rzec, książkowe. Gdy redagowałem w latach 80. miesięcznik „Nowe Książki”, zaprosiłem go do współpracy recenzenckiej – z obopólnym zadowoleniem przyjętej. Dostawałem też prywatnie od niego nowe jego książki z sympatycznymi dedykacjami, jak choćby nowatorską rzecz w naszej publicystyce literackiej, bo poświęconą tematyce uważanej przez pewnych „poważnych” badaczy literatury za mało znaczącą, ba, wręcz „niepoważną”. A mianowicie niewielką książeczkę zatytułowaną Wódko, wódeczko… Motyw alkoholu we współczesnej prozie polskiej (z 2001 roku). Sam przyznasz, Drogi Czytelniku, że sprawa ta nigdy u nas nie była błaha, choć oficjalnie pomijana w badaniach polonistycznych. Właściwie to do dziś…

No i oczywiście dostałem także m.in. i jego monografię literacką – Tadeusz Dołęga-Mostowicz, z roku 1987. Pierwsza to w rodzimej krytyce literackiej próba opracowania poświęconego jednemu z najbardziej popularnych autorów polskich. Pisarzowi uchodzącemu do dziś w oczach wielu krytyków, rzadziej samych czytelników, za „pierwszorzędnego drugorzędnego” (jak mawiał Witold Gombrowicz). Autora owych licznych, pisanych dla zarobku („ja nie piszę, ja zarabiam” – mówił kokieteryjnie sam Dołęga w jakimś wywiadzie prasowym), poczytnych jak wiadomo niepomiernie, sensacyjnych „powieścideł” (jak je określali współcześni mu krytycy, między innymi i w latach 30. ubiegłego wieku także i sam Kazimierz Wyka). Te i inne, liczne i na ogół niepochlebne opinie o autorze Kariery Nikodema Dyzmy, Znachora czy Prokurator Alicja Horn, tak absolutnie rozbieżne z opiniami uwielbiających go gremialnie „zwykłych” czytelników (szczególnie czytelniczek) tworzone były jeszcze w międzywojennym dwudziestoleciu. W czasie, gdy był on u progu niebywałej wręcz kariery najbardziej poczytnego i – chyba można to śmiało powiedzieć i dzisiaj – najczęściej wydawanego, najczęściej ekranizowanego, najlepiej zarabiającego pisarza polskiego tamtej epoki! Tego to już było o „wiele za wiele” dla tamtejszej opinii literackiej, zwłaszcza „szanujących się” krytyków literackich i także, co ciekawe, filmowych. Literatura popularna – obyczajowo-psychologiczna, sensacyjno-kryminalna i wszelka inna nieodwołująca się do owego podniosłego i tragicznego narodowego toposu „scenicznego gestu poety” – nie miała tutaj żadnych szans. Nie tylko na dobre i życzliwe, ale i na jakiekolwiek przyjęcie w poważnej prasie kulturalnej, łącznie z tak opiniotwórczymi wtedy w tym zakresie „Wiadomościami Literackimi”! Był wtedy, w międzywojniu, właściwie tylko jeden krytyk literacki, którego interesował problem literatury popularnej, jej znaczenia i wpływu na opinię i wyobraźnię potoczną. Chodzi o Stanisława Baczyńskiego (tak, tak, ojca poety Krzysztofa Kamila B.), który próbował coś w tej materii zmienić (był autorem nowatorskich na naszym gruncie rozpraw krytycznych o popularnej prozie detektywistycznej, w tym książki Powieść kryminalna z 1932 r.). Acz było to przysłowiowe wołanie na puszczy…

W recenzjach prasowych pisanych po wydaniu przywoływanej tutaj „monografii biograficznej” pióra Jarosława Górskiego uchodzi ona niezupełnie przecież słusznie za pierwszą poświęconą Dołędze-Mostowiczowi. Owszem: pierwszą tak pełną – zgoda, na pewno, bo Józef Rurawski nie miał przed blisko czterdziestu laty (!) możliwości dostępu do wielu zapisanych czy innych świadectw, źródeł i dokumentów, do wielu mało lub wcale nieznanych faktów z jego niedługiego wprawdzie, ale tak dramatycznie pokomplikowanego, zakończonego we wrześniu 1939 żywota (m.in. pisał o tym przed laty pochodzący z Podola prozaik Stanisław Srokowski w swej powieści dokumentalnej Ukraiński kochanek). A które to fakty udało się teraz jego następcy zebrać, opracować i na nowo skomentować. Co zresztą Jarosław Górski lojalnie podkreśla i za co sam swemu poprzednikowi dziękuje.

Kilkusetstronicowe, ogromnie ciekawie skrojone na kanwie wielu rozmaitych materii – biograficznych, historycznych, socjologicznych czy psychologicznych dociekań – ważne poznawczo dzieło Jarosława Górskiego „czyta się” jak, nie przymierzając, którąś najbardziej sensacyjną z sensacyjnych powieści samego Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Nie mam zamiaru wdawania się w szczegóły i niuanse tej fascynującej opowieści o niezwykłym życiu i karierze literackiej jego pisarskiego fenomenu i tajemnic autorskich pisarza, którego sława „czytelnicza” przetrwała bez uszczerbku te długie dziesięciolecia minione od jego śmierci wraz z jego najlepszymi utworami, z nieśmiertelną powieścią, niedocenianą nawet kiedyś jako brawurowy pisarski fresk rzucający tyle długo niedostrzeganego światła na rzeczywistość polską w ogóle, a nie samą tylko Polskę międzywojnia – Karierą Nikodema Dyzmy na czele.

Dodam tylko, że mam jedną tylko drobną uwagę edytorską. Oto Jarosław Górski posługuje się tutaj z lubością, ale i wielkim wyczuciem wagi świadectw dokumentalnych i znawstwem przedmiotu, bardzo licznymi i niekiedy długimi niebywale, choć dodam od razu ważnymi i „smacznymi” cytatami, zamiast omówieniami czy mało na ogół strawnymi streszczeniami. Fundując w ten sposób całą tę swoistą „opowieść biograficzną”, podając nam w gruncie rzeczy „surowy” materiał, jako mówiący sam za siebie, dostarczając czytelnikowi wiele arcyciekawych wiadomości i materiałów do samodzielnych przemyśleń. Mnie to bardzo przypadło do gustu. A przypadłoby bardziej jeszcze, gdyby edytor cytaty owe wyróżnić zechciał w jakiś jasny i czytelny sposób: krojem czcionki, chociażby np. kursywą, gdyż tenże czytelnik może się czasami w tej obfitości pogubić, jak i mnie się to przydarzyło parokroć…

I już naprawdę na koniec. Nie mogę się bowiem oprzeć temu, by w tym miejscu nie zacytować in extenso i z aprobatą kilku ostatnich bardzo osobistych zdań-wyznań autorskich z tej książki, będących zarazem na wpół żartobliwym „wyznaniem wiary badawczej”, i zarazem wykładnikiem najlepszym biograficznej „metody” pisarskiej Jarosława Górskiego: „Nie wiem, czy każdy autor biografii zaczyna lubić swojego bohatera, łapię się na tym, że większość wątpliwości rozstrzygam na jego korzyć, a w konfliktach, o których piszę, staję odruchowo po jego stronie. Ale ja swojego właśnie w taki sposób polubiłem. Nie był mi nigdy Dołęga-Mostowicz bliski ideowo, obcy jest mi jego system wartości, nie aspiruję do stylu życia, nawet osobiste upodobania: myślistwo uważam za barbarzyństwo, krawatów nie noszę, nigdy w życiu nie usiadłem za kierownicą samochodu, nie wiem, czy bardziej cierpiałbym z nudów, grając przez całą noc w brydża, czy przerzucając się dowcipami i kalamburami w gronie polskich literatów. A jednak swojego bohatera polubiłem jako człowieka, który wolał ludzi lubić niż nie lubić, który był ich ciekaw. Który kibicował aspiracjom żywych ludzi podobnie jak aspiracjom swoich bohaterów. I który, choć był skończonym snobem, kochał blichtr i wysoko cenił towarzystwo możnych tego świata, wolał ostatnie dni lata 1939 roku spędzić w strażnicy w Kutach i wśród żołnierzy i mieszkańców miasteczka niż w Wyżnicy po rumuńskiej stronie w towarzystwie pana prezydenta, naczelnego wodza, pana premiera, wśród niezliczonych ministrów i generałów”.

Tytuł Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023 sugeruje opracowanie poświęcone analizie strategicznych i wojskowo-technicznych aspektów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zwłaszcza, że pracę Andrzej Małkiewicza i Piotra Szymańca opublikowano w serii Bitwy / Taktyka, jej objętość jest doprawdy solidna (ponad pięćset stron), a treść wzbogacona o mapy i szkice. Wszystko to zapowiada, że mamy do czynienia z analizą drobiazgową i pogłębioną.

W rzeczywistości książka dwóch naukowców ma charakter rozprawy politologicznej, dokumentującej. Opracowanie Małkiewicza i Szymańca jest pierwszą wydaną w Polsce publikacją książkową, która całościowo i w miarę szczegółowo opisuje nie tylko przebieg działań wojennych w pierwszym roku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zawiera także bardzo szeroką prezentację okoliczności politycznych sprzed 24 lutego 2022 roku (tj. przed napadem Rosji na Ukrainę) oraz uwarunkowań ekonomicznych, wojskowych i technicznych obu państw. Prezentuje też opis systemów politycznych Rosji i Ukrainy z przedstawieniem sylwetek czołowych aktorów scen politycznych włącznie. Natomiast opis sytuacji na froncie obejmuje chronologicznie okres od lutego 2022 roku do marca 2023 roku.

Główną zaletą opracowania jest właśnie kompleksowość tematyczna oraz bogata baza informacyjna. Dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo stosunkami międzynarodowymi, nie śledzi szczególnie uważnie i dociekliwie wydarzeń na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz nie zna politycznego podglebia konfliktu, książka może być bardzo cennym źródłem wiedzy o charakterze popularyzatorskim i informacyjnym.

To, co stanowi o zalecie opracowania, jest równocześnie jego największą wadą. Autorzy, powodowani ambitnym zamiarem opowiedzenia o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie możliwie jak najdokładniej, zgromadzili bowiem ogromną ilość informacji. I zetknęli się z trudno rozwiązywalnym problemem agregacji wszystkich danych, usystematyzowania ich w kolejności znaczenia w jednolitej matrycy według precyzyjnie określonych kryteriów oraz z konsekwentnym użyciem spójnej metodologii i jednorodnych narzędzi badawczych. Rzeczywiście, nieprostym zadaniem jest – stosując tę samą metodologię – opisać jednakowo skomplikowaną grę geopolityczną, a także przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w obu państwach, jak i dynamiczną sytuację wojenną.

Wydaje się, że koherencji metodologicznej posłużyłoby przynajmniej ujednolicenie terminologii oraz wprowadzenie bardziej rygorystycznej dyscypliny w zakresie stosowanych definicji. Stwierdzenie „wojna hybrydowa, czyli wojna asymetryczna” nie jest prawdziwe i wprowadza w błąd – są to dwa różne pojęcia na określenie dwóch różnych typów działań. We fragmentach próbujących zdefiniować charakter autorytarnych systemów politycznych na części obszaru byłego ZSRR Autorzy używają różnych określeń, zapominając o dobrze już ukorzenionym w nauce terminie „reżimy neopatrymonialne”. Takich luk i niespójności pojęciowych można znaleźć wiele. Autorzy często przywołują wydarzenia z najnowszej historii obszaru postsowieckiego. Jednakże charakterystyka i oceny niektórych z tych wydarzeń budzą niekiedy spore wątpliwości. Przykładowo, wojna między Armenią a Azerbejdżanem 1992–1994, w której armie obu państw bezpowrotnie straciły po ok. 25% liczebności swoich sił zbrojnych, a działania prowadzone były na szeroką skalę i z użyciem broni ciężkiej, została określona przez Autorów jako konflikt niskiej intensywności, co jest mocno mylące. Wydaje się także nie odpowiadać prawdzie charakterystyka wydarzeń w Kazachstanie w styczniu 2022 roku jako wystąpienia sił demokratycznych, zdławionego przez interwencję wojsk OUBZ. Podczas gdy w istocie mieliśmy tam do czynienia z zamachem stanu na tle spontanicznych protestów o charakterze ekonomicznym. Powyższe uwagi nie odnoszą się do głównego tematu opracowania. W moim przekonaniu, z wielu takich didaskaliów należałoby zrezygnować, co nie wpłynęłoby ujemnie na całość przekazu, zmniejszałoby natomiast ryzyko popełnienia błędów faktologicznych czy interpretacyjnych.

Cennym z kolei wzbogaceniem kontekstu historycznego i geopolitycznego, znakomicie pomagającym w zrozumieniu tła wydarzeń, byłoby umiejscowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej w sekwencji konfliktów na obszarze byłego ZSRR, które stanowiły nieodłączny element formatowania przestrzeni posowieckiej. Takie ujęcie pozwoliłoby także wydobyć nie tylko różnice (kulturowe, ekonomiczne, polityczne i każde inne) między Ukrainą i Rosją, co Autorzy – kierując się zapewne aktualną poprawnością polityczną – akcentują, lecz także ogromne podobieństwa, objaśniające wiele z przyczyn wojny i jej przebiegu.

Opisując przyczyny i okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej 2022 roku, Autorzy nie wyjaśniają czytelnikowi, według jakich kryteriów je dobrali i uporządkowali ani jaką rolę odegrał każdy z powodów, dla których doszło do konfliktu zbrojnego na bezprecedensową skalę. Wydaje się, że z ogromną korzyścią dla opracowania byłoby, gdy Autorzy poświęcili więcej uwagi i miejsca, jeśli nie analizie, to chociażby wnikliwemu opisowi sytuacji geopolitycznej Rosji i Ukrainy, ich doktrynom politycznym oraz grze dyplomatycznej poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny. O ile należy przyklasnąć opinii Autorów, że celem Putina nie jest odbudowa Związku Sowieckiego (a więc państwa federacyjnego, wewnętrznie mocno zróżnicowanego, opierającego się na ideologii ponadnarodowej), lecz mocarstwa wzorowanego na imperium Romanowych (scentralizowanego, autorytarnego, nacjonalistycznego), o tyle brak wyczerpującego opisu interesów dzisiejszej Rosji, jakimi postrzega je Putin i rządząca na Kremlu elita, jest poważnym błędem. Możemy nie zgadzać się ze współczesną rosyjską interpretacją tych interesów, lecz musimy mieć je na uwadze, ponieważ to one stoją za konkretnymi działaniami Federacji Rosyjskiej.

Opis działań i sytuacji wojennej na froncie jest wybiórczy i fragmentaryczny z oczywistych powodów: wojna wciąż trwa i Autorzy mogli objąć swoją uwagą tylko pierwszy rok wojny od lutego 2022 do marca 2023. Po wtóre, bazowali na otwartych źródłach informacji, które w warunkach wojny mają charakter tyleż informacyjny, co manipulacyjny. Ponieważ większość danych pochodzi z mediów i stron internetowych, a przestrzeń wirtualna (zwłaszcza gdy dostawcy informacji są stronami konfliktu) rządzi się swoimi regułami, nie ma praktycznie możliwości weryfikacji wiarygodności przekazywanych komunikatów. Może dlatego Autorzy w ogóle zrezygnowali z próby oceny swoich źródeł.

Dla mnie największym niedostatkiem opracowania jest brak pogłębionej analizy zarówno przyczyn konfliktu, jak i wniosków, wypływających z przebiegu wojny, w tym postępowania aktorów sceny międzynarodowej. Książka Andrzeja Małkiewicza i Piotra Szymańca jest pracą obszerną i cenną, ale wyłącznie deskrypcyjną. Opisuje, wylicza, nazywa – ale nie objaśnia. Unika roztrząsania znanych nam już gorzkich prawd, niekorzystnych zjawisk, niepokojących tendencji. To bardziej kronika wojny niż wynik badań naukowych. Praca potrzebna, lecz niesatysfakcjonująca.

 

Guriev, D. Treisman, Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, Szczeliny, Kraków 2023 (tłum. Aleksandra Żak)

Jeszcze w końcu XX i w początkach nowego wieku dość powszechny był w euroamerykańskim kręgu kulturowym swoisty optymizm objawiający wiarę w powszechne – i szybkie – zwycięstwo w świecie demokracji liberalnej i neoliberalnego kapitalizmu. Symbolizowały go koncepcje „końca historii” Francisa Fukuyamy, w teorii ekonomii Friedricha Hayeka, apologia wolnego rynku Miltona Friedmana, w wielkiej polityce zaś – rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher oraz zjawiskowy wręcz upadek państw realnego socjalizmu na czele z ZSRR (1991).

Klimat ten niebawem się zmienił, gdyż szybko ujawniły się i spotęgowały strukturalne dysfunkcje neoliberalnego kapitalizmu, m.in. nierówności społeczne wewnątrz państw i polityczne między państwami, a także (od 2008 r.) kryzys gospodarczy, który ze względu na jego skalę można nazwać globalnym. Ożywiły się także tendencje populistyczne i autorytarne. Ironiści dostrzegli, że nawet F. Fukuyama i J. Sachs coraz częściej piszą smutne w tonacji i pełne niepokoju teksty o stanie spraw ogólnoświatowych. O tych problemach – zwłaszcza zaś o ewolucji współczesnego autorytaryzmu – traktuje omawiana tutaj książka nosząca tytuł: Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, wydana w Polsce w ubiegłym roku. Jej autorami są Siergiej Guriev (m.in. rektor Sciences Po w Paryżu, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie) i Daniel Treisman (m.in. University of California w Los Angeles). Pierwszy z jej autorów (z pochodzenia Rosjanin) jest z wykształcenia ekonomistą, profesorem pracującym w różnych europejskich instytucjach naukowych i gospodarczych, który – jak sam twierdzi – zagrożony aresztowaniem opuścił Rosję Władimira Putina. Drugiego zaś autora (z pochodzenia Amerykanina) nazwać można politologiem i ekonomistą, a także publicystą zajmującym się procesami demokratyzacji i polityką państw autorytarnych.

Najogólniej mówiąc, autorów prezentowanej tu książki cechuje interdyscyplinarne ujęcie analizowanej problematyki. Wykorzystują oni bogaty materiał empiryczny z różnych dyscyplin, a więc politologii, socjologii polityki, historii (zwłaszcza politycznej i gospodarczej) oraz ekonomii. Ich kompetencje spotykają się w próbach syntetycznego ujęcia ewolucji współczesnego autorytaryzmu. Zauważyć trzeba, iż autorzy rzadko posługują się zazwyczaj stosowanymi w literaturze przedmiotu określeniami dotyczącymi systemów politycznych, np. nowy autorytaryzm, łagodny autorytaryzm, demokracja nieliberalna, udawana demokracja czy też totalizm lub autokracja, które mają znaczenie zbliżone do zaproponowanych przez nich podczas analizy. Autorzy nie są powodowani dziennikarskim pragnieniem wprowadzenia w obieg efektownych terminów, lecz jak sądzę – przekonaniem o ich badawczej użyteczności. Porządkujące – a nawet kluczowe – znaczenie dla całości analizy tej książki ma przeciwstawienie „dyktatur strachu” „dyktatorom spinu” i stanowią próbę ich eksplikacji.

Te pierwsze obejmują autokracje, które dominowały w świecie do połowy XX w. i które obejmują także państwa w powszechnym rozumieniu totalitarne. Głównymi instrumentami władzy jest tam przemoc, indoktrynacja obejmująca wszystkie dziedziny życia, izolacja od innych krajów. Ogólnie rzecz biorąc, są one wybitnie represyjne, a ich modelowymi przykładami są systemy polityczne, które współtworzyli Józef Stalin, Adolf Hitler i Mao Tse-tung.

Natomiast „dyktatury spinu” zaczynają dominować współcześnie wśród państw niedemokratycznych. Charakteryzują je zaś następujące cechy:

– relatywnie mała (w porównaniu z „dyktaturą strachu”) represywność;

– możliwość działania partii opozycyjnych, odbywają się w nich wybory, choć zazwyczaj bez szans zwycięstwa opozycji w walce o władzę;

– znacząca rola mediów w sprawowaniu władzy;

– ograniczona cenzura.

Spin dyktator stylem bycia, sposobem działania, a także ubiorem przypomina prezesa korporacji, eksperta, profesjonalistę. Jego strojem nie jest raczej mundur wojskowy, lecz elegancki garnitur. Z wymienionych powyżej powodów, autorzy, mówiąc czasem o demokracji „udawanej”, mają na myśli odmienność tego systemu w porównaniu z innymi formami dyktatury i od państw demokracji liberalnej.

Autorzy podkreślają też, że jakkolwiek współcześnie obserwujemy często ewolucję od dyktatury strachu do dyktatury spinu, to nie można mówić o jednokierunkowo działających prawach, raczej o trendach czy tendencjach. Możliwe są też inne warianty rozwojowe, np. ewolucja od demokracji liberalnej w stronę dyktatury spinu (mówimy wtedy o upadku demokracji liberalnej) albo o ewolucji od dyktatury spinu do demokracji liberalnej (możemy wtedy odnotować proces powstawania demokracji).

Czasem możliwa jest także ewolucja od dyktatury spinu do dyktatury strachu. Przykładem mogą być rządy Nicolasa Maduro w Wenezueli, Recepa Tayyipa Erdoğana w Turcji po stłumieniu próby zamachu wojskowego czy W. Putina w Rosji po 2010 r. Piszę te słowa w chwili, gdy cały świat obiegła już wieść o śmierci w kolonii karnej działacza opozycji rosyjskiej Aleksieja Nawalnego.

Jednakże bodaj najciekawsze są w książce próby wyjaśnienia przyczyn tendencji rozwojowych, prowadzących do dyktatury spinu. Najogólniej mówiąc, działa tu zbiór przyczyn, nazywany przez autorów „koktajlem modernizacji”. Ma on różne „składniki”, do których należą rozwój społeczeństw postindustrialnych i związana z tym – w skali światowej – globalizacja przyśpieszająca procesy obiegu informacji i wpływająca na wzrost aspiracji. O wiele mocniej w wielu rozwiniętych społeczeństwach funkcjonują idee praw człowieka i w ogóle demokracji liberalnej. Nie znaczy to, że są one respektowane powszechnie i bez wyjątków. Sprawia to jednak, że otwartych wrogów demokracji pozostało w świecie niewielu, co wyjaśnia obecność na mapie politycznej wielu państw „demokracji udawanej”.

Podsumowując, stwierdzę, iż praca Gurieva i Treismana posiada wiele zalet, związanych nie tylko z erudycją ich autorów, lecz także wynikających z pomysłowości ich socjopolitologicznych analiz oraz umiejętności porządkowania nader bogatego materiału empirycznego. Walorem jest także odrzucenie tezy o jednokierunkowym rozwoju i przyjęcie w badaniu założenia o istnieniu mnogości możliwych opcji. Wiele może się jeszcze zdarzyć, doświadczenia zaś ostatnich 30 lat przekonują nas do tej konstatacji.

W prezentowanej tu pracy znalazłem też bliskie mi nuty optymizmu, który nazwałbym historiozoficznym i antropologicznym. Dotyczy on właściwości cywilizacji jako takiej, która uruchamia człowiecze możliwości rozwojowe. Autorzy powołują się na Norberta Eliasa i S. Pinka, a także Ronalda Ingleharta, który nawiązuje do prac Abrahama Maslowa na temat hierarchii motywów i rozwija teorię wartości postmaterialistycznych, dążenie do których cechuje tzw. społeczeństwa rozwinięte, zamożne.

Dostrzegając niemałe zalety prezentowanej tu publikacji i zachęcony do dyskusji, z formułowanymi w niej tezami, warto spytać: czy można by napisać ją jeszcze lepiej. Odpowiem: niewątpliwie tak, ale byłaby ona wtedy znacznie obszerniejsza. Warto byłoby uwzględnić (w kontekście zagrożeń demokracji i ewolucji systemów dyktatorskich) przynajmniej dwa istotne wątki:

1) Kwestię podłoża historycznego, np. poprzez analizę poszczególnych przypadków. Wiemy przecież np., jak wielką rolę odegrał brak tradycji demokratycznych w kształtowaniu się systemów demokratycznych Chin, Rosji oraz państw arabskich. Ten wątek podejmują – ukierunkowane na te kraje – różne teorie kontynuacji.

2) Szersze uwzględnienie historii transformacji postkomunistycznej pogłębiłoby z pewnością dokumentację poszczególnych przypadków, szczególnie podczas analizy konsolidacji demokracji i możliwych dla jej istnienia zagrożeń.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava w Koninie; Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód, Warszawa 2023, s. 103.

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka Mirosława Słowińskiego Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie kantora. Jej autora poznałem dobre czterdzieści lat temu. Miałem wtedy częste kontakty z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a Mirek – absolwent tego Uniwersytetu, a potem doktor nauk humanistycznych też „robił” w nauce i kulturze. Zasłynął potem jako producent wielu znanych filmów, jak Quo vadis Jerzego Kawalerowicza, Kto nigdy nie żył Andrzeja Seweryna, czy Syberiada polska Janusza Zaorskiego. Napisał kilka książek, z których rozgłos przyniósł mu Błazen – dzieje postaci i motywu (1990). Potem zajął się historią i literaturą regionalną, popularyzującą dzieje Zagórowa – wielkopolskiego miasta, z którego pochodzi. Tej tematyki dotyczy kilka jego książek, z których wymienię tylko Zagórów. Album miasta (2007). Choć nie widzieliśmy się około dwudziestu lat, od czasu do czasu wspólni znajomi dostarczają informacji o naszych poczynaniach.

Książka, o której piszę, powstała wskutek zrządzenia losu. Podczas remontu jednego z domów w Łazińsku (wsi położonej kilka kilometrów od Zagórowa), przeprowadzanego w 1995 roku, znaleziono plik listów i zbiór książek, sprytnie ukrytych pomiędzy ściankami działowymi tego domu. Wśród książek uwagę znalazców przyciągnęła z pewnością biografia Goebbelsa, Deutsche Geschichte im 19. Jahrhundert – znanego niemieckiego historyka-militarysty Heinricha von Treitschke oraz książki o tematyce religijnej. Korespondencja to listy od i do Brunona Mielke – żołnierza Wehrmachtu (dosłużył się rangi kaprala), wymieniane ze starszym bratem – Gustawem oraz ojcem i siostrami. Nietrudno było zidentyfikować proweniencję ich autorów i adresatów. Należeli do niemieckiej społeczności ewangelickiej, osiadłej w Zagórowie i okolicach od początków XVIII wieku. „W roku 1718 do wschodniej Wielkopolski, w okolice położonego na południowym stoku nadwarciańskiej doliny miasta Zagórów, przybywa ze Śląska czternaście niemieckich rodzin, którym dziedzic pobliskiego Trąbczyna wieczyście wydzierżawia leśne tereny i ugory, gdzie z czasem powstaje wieś o nazwie Łazińsk”[1]. Po Kongresie Wiedeńskim (1815) wieś znalazła się na terenie zaboru rosyjskiego, co natychmiast skojarzyło mi się z losami Ślimaka – bohatera Placówki Bolesława Prusa. W tamtych lub pobliskich stronach musiała toczyć się akcja tej powieści, choć z historią ewangelickiej mniejszości osiadłej w Łazińsku heroiczna obrona przez Ślimaka ojcowizny nie miała chyba nic wspólnego. Niemieccy osadnicy objęli wydzierżawione im tereny na tzw. prawie olęderskim. Wszyscy byli ewangelikami, „Ludźmi wolnymi, z własnym samorządem, kultem pracy i surowymi obyczajami”[2]. Na stosunkowo niewielkim terytorium żyły więc – w kilku odrębnych enklawach wyznawcy różnych religii – katolicy, ewangelicy i Żydzi, posługujący się trzema różnymi językami (polskim, niemieckim i jidysz). Wszystkie te społeczności egzystowały w hermetycznych „bańkach”, oddzielonych od siebie przez religię, język i obyczaje. Obok, ale bez większych sporów. Narastające nacjonalizmy, a potem dwa konflikty światowe wywróciły ten porządek. Rodzina Mielke mogła być tego przykładem. „[…] wysiłkiem całej społeczności Łazińska, której pracami od 1925 roku kierował kantor Gustaw Adolf Mielke, postawiono nowy budynek, mieszczący sale lekcyjne, kancelarię oraz mieszkanie kierownika szkoły i kantora w jednej osobie. Jednak zaangażowanie Gustawa Mielke nie dotyczyło tylko spraw edukacyjnych i obowiązków religijnych. Był nader aktywnym propagatorem niemieckich nacjonalizmów i nazistowskiej propagandy. Musiała ta aktywność – nawet jak na wielokulturowy region – wzbudzić istotne zastrzeżenia władz. Mielke bowiem został zmuszony do opuszczenia w 1936 roku Łazińska i osiedlenia się gdzieś w Galicji. Wrócił wraz z Wehrmachtem w 1939 roku. Przez całą wojnę mieściła się w tym sporym […] budynku szkoła, mocno okrojony w swych prawach kantorat i mieszkała rodzina Mielke”[3]. Wtedy skończyła się koegzystencja różnych społeczności. Ludność żydowską wymordowano. Polaków częściowo deportowano (wysiedleniem dotknięto m.in. moich dziadków, mieszkających przed wojną we Włocławku, których wysiedlono na Lubelszczyznę), pozostałych prześladowano. Gustaw Mielke pełnił nadal obowiązki kantora. Do wojska powołano natomiast jego młodszego brata – Brunona. Znalazł się na północy Finlandii, na relatywnie spokojnym odcinku frontu. Czy przeżył – nie wiadomo, ostatni jego list nosił datę 14 maja 1944 roku, a więc cały rok przed zakończeniem wojny.

Analiza listów pozwala na kilka ciekawych spostrzeżeń. Osadnictwo na prawie olęderskim nasuwa skojarzenia z zaliczanym do protestantyzmu i będącym jednym z nurtów anabaptyzmu wyznaniem menonickim. Zasłynęli w Polsce z zagospodarowania Żuław i tam w większości mieszkali, choć mniejsze enklawy znajdowały się także w innych, nawet dość odległych regionach. Nie wchodząc w szczegóły, zwrócę uwagę na kilka zasad obowiązujących wyznawców tego kościoła, jak: chrzest od 14 roku życia (osób już świadomie wierzących), całkowity zakaz noszenia i używania broni (sic!), zakaz składania przysiąg, zakaz sprawowania wysokich urzędów[4]. Mieszkańcy Łazińska nie byli menonitami, choć z listów Brunona Mielke wynika, że konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich (oczywisty w przypadku menonitów) był w jego rozważaniach również obecny. Niemiecki faszyzm zakładał prymat W odnalezionych po latach listach kaprala Wehrmachtu widać konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich. Bruno Mielke znalazł się na rozdrożu. Niemiecki faszyzm zakładał wiarę w prymat rasy germańskiej, ślepe podporządkowanie Fuehrerowi, uznanie państwa za drogowskaz moralny – choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła. sui generis religii państwowej: wiary w prymat rasy germańskiej, ślepego podporządkowania Fuehrerowi, obowiązków wobec państwa jako drogowskazu moralnego, choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła, a nawet szukano jego wsparcia dla prowadzonej polityki. Bruno znalazł się na rozdrożu: był wyraźnie rad z „nawrócenia” brata – Gustawa (zdeklarowanego faszysty), który wrócił do praktyk religijnych, sam poszukiwał głęboko wierzącej i praktykującej kandydatki na żonę (uroda nie jest tak ważna, jak religijność potencjalnej małżonki). Rozdźwięk między wartościami płynącymi z wyznawanej religii a ideologią „państwową” był silnie obecny wśród osób wymieniających korespondencję. Jedna z potencjalnych kandydatek na żonę Bruna pisze: „Wierzę we wszechmocnego Boga, który nie pozwoli na upadek Niemiec. Każdą wiarę, która skierowana jest przeciw mojej ukochanej ojczyźnie, odrzucam od siebie. Dlatego nie potrzebuję żadnego pośrednika, tych, którzy tak często widzą tylko swój mały „kościół” i nie postrzegają najwyższego dla Kościoła celu, jakim powinny być Niemcy. Nasz Fuehrer nie zamierzał nigdy rozdzielać Kościoła od państwa – wręcz przeciwnie”[5]. Dalej pisze: „[…] nie może być tak, że Kościół występuje przeciwko państwu”[6]. Ma nadzieję, że Bruno nie jest taki, wówczas nie byłoby szans na związek. Bruno zdaje się nie podzielać w pełni tych poglądów, w swoistym konflikcie wartości stawia raczej na religię. Z drugiej strony, w listach zdecydowanie podkreśla utożsamianie się z polityką Rzeszy i faszystowską ideologią. Zdumiewa nawet „wiernopoddańczy ton” tych listów. Nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności polityki władz. „Przed dwoma tygodniami słuchaliśmy przemowy Fuehrera. Mówił, jak decydujące czasy przeżywa nasz naród i ojczyzna. W ten szczególny wiosenny dzień, kiedy szczęśliwie przeżyliśmy zimę i niezliczone niebezpieczeństwa, powinniśmy być uradowani, że Bóg przez naszego Fuehrera zachowuje nas przed grożącym złem i jak wzmacnia to nas, żołnierzy. Że my nie na darmo ponosimy ofiary, nie na darmo cierpimy i umieramy”[7]. Wydaje się, że te zdania są szczere, że nie są pisane ze względu na cenzurę wojskową. Wierzy w zwycięstwo Niemiec, bo słuszne racje są po ich stronie. Dopiero po klęsce stalingradzkiej pojawiają się wątpliwości. Co z nami będzie, gdy Armia Czerwona dojdzie do Łazińska? W sprawach bytowych Bruno wydaje się zadowolony: „Jedzenie też jest dobre. Codziennie jest mięso […] Jest też więcej chleba (750 gr na dzień). W niedzielę jest nawet 1/3 tabliczki czekolady i 1/5 l sznapsa”[8]. Sporo w tych listach o sprawach rodzinnych, ale to zupełnie naturalne.

Korespondencja ustaje w maju 1944 roku. Wtedy Armia Czerwona i Wojsko Polskie wkraczają już na ziemie polskie. Za dwa miesiące opublikowany będzie manifest PKWN. Niestety, nie otrzymamy już komentarza do tych wydarzeń, a być może byłaby to najbardziej interesująca część rodzinnej historii. Czy i jak zmieniły się poglądy Bruna w obliczu nadchodzącej klęski, tego się nie dowiemy. Ale i tak odkryta i opracowana korespondencja stanowi ważny przyczynek do poznania świadomości wąskiej grupy etnicznej i religijnej żyjącej na terenach Wielkopolski. To zasługa autora – Mirosława Słowińskiego: obok licznie cytowanych fragmentów listów większą część książki stanowią jego refleksje i komentarze, z listami w tle, z listami jako pretekst do szerszego omówienia poruszanych zagadnień. A cała historia – ciekawa, bo inna od rozpowszechnionego w Polsce obrazu wojny oraz postaw i zachowań ludzkich.

[1] Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava. Konin 2023, s. 7.

[2] ibidem

[3] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 20.

[4] Wikipedia. Menonici.

[5] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 41.

[6] Mirosław Słowiński op. cit. s. 42.

[7] Mirosław Słowiński op. cit. s. 68.

[8] Op. cit. s. 43.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Agnieszka Holland należy z pewnością do najbardziej znanych polskich reżyserów filmowych i nieprzypadkowo jej nazwisko pojawia się tuż obok Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Feliksa Falka w wielu opracowaniach (np. Tadeusza Lubelskiego, Jerzego Płażewskiego) poświęconych historii filmu w Polsce po II wojnie światowej i jego aktualiom. Także w kontekście wydarzeń politycznych, bo polityka obok filmu stanowi drugą jej pasję. Albo inaczej – te dwie dziedziny w jej życiu niekiedy dramatycznie się przeplatają.

Nie dziwi zatem, iż ukazało się już niemało opracowań o jej twórczości w różnych językach – nie tylko w polskim – wywiadów, felietonów, recenzji. I nie dążąc do kompletności z polskich autorów wymienię Mariolę Jankun-Dopartową, Marię Kornatowską, Katarzynę Mąkę-Molatyńską, zbiorową pracę Holland. Przewodnik krytyki politycznej (2013). Jednak, ze względu na jej ewolucję, wielość kontekstów jej aktywności, różne sprawy wymagają dalszych studiów. Dlatego z radością należy przywitać książkę Karoliny Pasternak Holland. Biografia od nowa, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak w 2022 r. Tym samym, mimo wielu jej zalet, o których piszę poniżej – książka ta nie może obejmować historii powstawania filmu Zielona granica, jego percepcji. Choćby dlatego, że powstał nieco później i był uwikłany w kontekst kampanii wyborczej do polskiego parlamentu w 2023 r.

Książka K. Pasternak ma niewątpliwe zalety, które nazwałbym „reporterskimi”, do których należą: żywość języka, znajomość tematu, zdolność wykorzystania istniejących – niemałych już przecież – materiałów, a także zdobycia nowych. W tego typu biografiach, w których pisze się o życiu prywatnym jakiejś osoby, pierwszorzędne znaczenie ma zdobycie zaufania tej, która jest bohaterką książki (ew. bohaterem) realizowanego studium. Jestem przekonany, że Autorce to się udało. Mogę powiedzieć, że dzięki tej książce rozumiem Zieloną granicę, przynajmniej nieco głębiej, niż gdybym jej nie czytał. Opinię tę potwierdzają osoby, z którymi rozmawiałem na temat filmów Holland.

W szczególności ważna dla mnie była – prowizoryczna przynajmniej – odpowiedź na pytanie, jakie doświadczenia formowały jej osobowość, rozwój talentu i późniejszą twórczość.

Biografia Pasternak poświadcza tezę, iż Agnieszka Holland wcześnie zdobywa „empiryczną” wiedzę o opresyjnej, niedemokratycznej naturze komunizmu. Działają tutaj doświadczenia rodzinne i późniejsze studia w Czechosłowackiej Akademii Filmowej (FAMU). Jej ojciec Henryk Holland pochodził z rodziny żydowskiej i od młodości związany był z ruchem komunistycznym. Po II wojnie uczestniczył w stalinowskiej przebudowie polskiej nauki. Do historii przeszły jego polemiki z poglądami Władysława Tatarkiewicza i Ludwika Krzywickiego. W okresie październikowym Holland ewoluuje w stronę powstającej podówczas opozycji demokratycznej, rozczarowanej rządami Władysława Gomułki i szybko staje się przedmiotem zainteresowań Służby Bezpieczeństwa. Efektem „wizyt” pracowników tej instytucji w roku 1961 była śmierć Hollanda podczas rewizji. Dzisiaj nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach to nastąpiło. Czy wyskoczył przez okno, czy ktoś mu „pomógł”? W każdym razie jego córka była przekonana o współudziale SB w śmierci ojca.

Bardzo ważnym okresem w życiu Agnieszki był wieloletni pobyt w Czechosłowacji i studia w praskiej FAMU od 1966 r. Był to okres wielkiego ożywienia kultury i politycznej liberalizacji w tym kraju, nazywany Praską Wiosną. Można go pod tym względem nazwać odpowiednikiem Polskiego Października. Holland poznała tam wybitnych czeskich reżyserów, pisarzy, ludzi polityki, w tym m.in. Miloša Formana, Věrę Chytilovą, Jiří Menzela. Należał też do nich Milan Kundera, którego głośną książkę Nieznośna lekkość bytu tłumaczyła po kilku latach na polski. Dodać też należy, iż w 1967 r. Agnieszka wychodzi za mąż za Słowaka Laco Adamika. Dla nas najważniejsze jest to, że po stłumieniu przez Układ Warszawski ruchów politycznych składających się na Praską Wiosnę Holland traci złudzenie co do komunizmu i aktywizuje się politycznie. Można więc powiedzieć, że „narodziła” się w Pradze. Tam uformowały się jej poglądy i rozwinęły talenty, których wyrazem była jej późniejsza aktywność reżyserska.

Doświadczeniem formatywnym, o ogromnym znaczeniu dla niej stała się też niebawem współpraca z polskim środowiskiem filmowym. Jej talenty zostały szybko dostrzeżone przez czołowych reżyserów – K. Kieślowskiego, A. Wajdę, K. Zanussiego. Dostrzegają ją też rządzący i choćby z powodu ocen politycznych, jakimi obdarzano ojca, czyniono jej wiele przeszkód w realizacji planów. Mimo wszystko Holland stała się szybko czołową reżyserką, scenarzystką i współtwórczynią tzw. kina moralnego niepokoju. Nie jest to określenie precyzyjne i jednoznaczne. Z pewnością nie oznacza jednak szkoły filmowej, lecz raczej nurt, tendencję w polskiej kinematografii, której szczyt przypada na drugą połowę lat siedemdziesiątych i trwa do stanu wojennego (koniec 1981). Najogólniej polegała ona na krytyce rzeczywistości polskiego, realnego socjalizmu i jego niszczącego wpływu na moralność.

Z kolei w latach 1981–1988 A. Holland przebywała na emigracji, głównie we Francji, Szwecji, USA (zwłaszcza Hollywood). Lata te (oraz następujące po nich) nazwać można o tyle formatywnymi, że udało się jej zdobyć i ugruntować wysoką pozycję w sztuce filmowej nie tylko w Polsce, lecz również na arenie międzynarodowej.

W tym czasie dorobek Holland ogromnie się wzbogacił, a z wielu filmów, które budowały jej pozycję w dziedzinie sztuki (może nieco subiektywnie!) wymienię dwa: Zabić księdza (1988) – był to film o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki oraz Europa, Europa (1990).

Z wielu prestiżowych wyróżnień i nagród A. Holland wymienię Złoty Glob, trzy nominacje do Oscara, różne nagrody w Cannes, Wenecji, Gdyni. Od 2020 r. jest ona przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej. To bardzo prestiżowa funkcja.

*

W wywiadzie przeprowadzonym przez Paulinę Reiter dla „Wysokich Obcasów” (23.12.2023 r.) A. Holland z właściwym sobie poczuciem humoru twierdzi, iż pomysł nakręcenia Zielonej granicy krystalizował się nie tylko pod wpływem traumatycznych informacji o migrantach z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej docierających nad granicę polsko-białoruską i utworzenia w Polsce strefy obowiązywania stanu wyjątkowego, lecz także wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził on mianowicie w jednej z wypowiedzi, że USA przegrały wojnę w Wietnamie, bo dopuściły na obszar wojny dziennikarzy i różne media, co w końcowym efekcie okazało się propagandową klęską. Jarosław Kaczyński i w tym momencie także okazał się nad wyraz inspirujący, A. Holland podziela zaś jego wiarę w siłę obrazu, którą posiadają pewne media zdolne przekazać indywidualny przypadek i uogólnić go. Ma on w sobie siłę dokumentu uniwersalizującego doświadczenie, zdolność wychodzenia poza „tu” i „teraz”.

Film ten daje obraz dehumanizacji człowieka w pewnych sytuacjach, w działaniu instytucji scentralizowanych, zmilitaryzowanych. Pokazywał też kuchnię władzy. Ta zaś w zbliżeniu zazwyczaj nie wygląda sympatycznie!

Można powiedzieć, iż Agnieszka Holland przekazuje nam zniuansowany obraz tego fragmentu świata i unika (z powodzeniem!) stereotypowych, potępiających ujęć i ocen. Jednoznacznie negatywnie widz może oceniać tylko białoruskich „pograniczników”. Nawet często krytykowane zachowanie polskich służb granicznych jest wielorako psychologicznie motywowane. Film ma pomysłowy scenariusz, a niektóre role należy uznać za znakomite – np. Mai Ostaszewskiej i Agaty Kuleszy.

Powstaje więc pytanie, skąd bierze się brutalna reakcja władz na film, którą śmiało można nazwać kampanią nienawiści? Głos w tej sprawie zabrali czołowi działacze PiS i Zjednoczonej Prawicy, m.in. Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek, Zbigniew Ziobro. Przywoływano stare pochodzące jeszcze z czasów okupacji hitlerowskiej powiedzenie „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”. Opluwając zaś film i reżyserkę podkreślano, chcąc okazać swoje obrzydzenie, że go nie oglądali ani nie zamierzają tego zrobić.

Odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyn siły nienawistnej reakcji ówczesnych władz, moim zdaniem należy szukać w tym, że film Holland popsuł wypracowany przez media (zwłaszcza TVP) obraz Polski i Polaków, którzy dzielnie i odpowiedzialnie bronili się przed inwazją ludzi z różnych stron świata nasyłanych przez Białorusinów i Rosjan, a dzieje się to w warunkach trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiemy dobrze, iż obraz ten był i jest mocno idealizowany, jednakże wykorzystano go w kampanii do wyborów parlamentarnych 15 października 2023 r. Skutki były jednak odwrotne od zamierzonych, gdyż ułatwiło to opozycji doprowadzenie do świadomości społecznej nadużyć rządzących, a także informacji na temat tzw. afery wizowej, w której istotny udział miał polski MSZ. Ponadto zwiększyło to oglądalność tego filmu w kinach na całym świecie. Zielona granica stała się jednym z hitów sezonu, nagrodzonym m.in. na festiwalach w Wenecji i Watykanie.

Wszystko to wpłynęło – opieram się na wiarygodnych danych czołowych polskich firm sondażowych – na minimalną porażkę PiS-u w wyborach 15 października 2023 r. i utratę władzy.

*

W tym szkicu rzecz jasna nie wyczerpałem wszystkich ważniejszych wątków książki K. Pasternak ani też Zielonej Granicy. Na jeden z nich chciałbym jednak na koniec zwrócić uwagę. Agnieszka Holland słusznie uchodzi za wybitną postać w kinematografii polskiej i międzynarodowej. Jednakże prezentacja jej filmów nie wyczerpuje wszystkich kierunków ich intelektualnej zawartości. Do tych najczęściej pomijanych należą wątki filozoficzne obecne w jej twórczości, natura współczesnej cywilizacji, antropologia i psychologia społeczna. Wszystkie z nich zasługują na głębszą analizę, która w tym miejscu nie może być dokonana, lecz co najwyżej zasygnalizowana.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r. Towarzyszył wywiadowi z Agnieszką Holland.

Ilustracja – fragment okładki książki Holland. Przewodnik Krytyki Politycznej (opracowanie zbiorowe), Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Ta księga, podarowana mi przez pana doktora Bogusława Wójcika, jej autora, za co bardzo dziękuję, jest interesującą dysertacją. Co prawda wielka troska o szczegóły sprawia pewną trudność w jej percepcji. Nie pozwoliły one też ująć ruchu świeckiego w jednym tomie. Szkoda – lecz dobrze, że powstało dzieło, które wolno nazwać podarunkiem autora dla ruchu świeckiego, na co dotąd nikt się nie zdobył.

Ten podarunek rozpoczyna się od protoplastów ruchu świeckiego w Polsce – Andrzeja Niemojewskiego, Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego czy wreszcie filologa Baudouin de Courtenay, kandydata na prezydenta Polski. To oni, nie mówiąc o ich następcach, a wśród nich o Tadeuszu Kotarbińskim, dali początek polskiemu ruchowi świeckiemu. On uformował się z biegiem czasu w dwie organizacje – Towarzystwo Szkoły Świeckiej i Stowarzyszenie Ateistów i Wolnomyślicieli.

To te organizacje w kolejnych latach, po zakończeniu władztwa carów
i II wojny światowej, postanowiły już w wolnej Polsce doprowadzić na Zjeździe Zjednoczeniowym 28 kwietnia 1969 roku do powstania jednej organizacji – Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Następne rozdziały omawianej książki są szczegółowym opisem zjazdów tej Organizacji. One odbywały się z reguły co cztery lata, a ostatnim z omówionych w książce zjazdów był Zjazd VI, który odbył się w grudniu 1986, gdzie zdecydowano o powierzeniu funkcji prezesa działaczowi i profesorowi z Krakowa Janowi Szmydowi.

Na tym wydarzeniu zamyka się też księga Bogusława Wójcika, na tyle ciekawa, że wolno oczekiwać na tom II z zapisami tego, co stało się z ruchem w kolejnych latach.

Tymczasem warto odnieść się do dwóch bliskich mi prezesów Towarzystwa: Jerzego Sztachelskiego i Tadeusza Jaroszewskiego.

Pozostały mi w pamięci słowa Jerzego Sztachelskiego, że nie warto tracić nadmiaru sił na walkę z religią czy Kościołem, lecz walczyć o człowieka, o jego szczęście doświadczane w ludzkich i ziemskich warunkach. Także pozostają mi w pamięci roztropne myśli Tadeusza Jaroszewskiego, zmarłego nagle w Warnie, gdzie przebywał na konferencji naukowej. To jego zachęta do rozwiązywania konfliktów na drodze dialogu i wzajemnego zrozumienia, do poszukiwania tego, co łączy, a nie dzieli, jest po dziś dzień bardzo mi bliska.

Jest w księdze Bogusława Wójcika bardzo wiele dyskusyjnych tez, choć zarazem wiele ciekawych spostrzeżeń na temat ruchu świeckiego. Są wyraziste, roztropne, co zasługuje na dobre słowa.

Należę do rosnącego z każdym miesiącem grona wielbicieli Katarzyny Kasi. Nadzieje na zmaterializowanie tej deklaracji uczuciowej maleją wyraźnie z chwilą uświadomienia sobie, że dobrze pamiętam jej ojca, który jako młody mgr Kasia prowadził z nami zajęcia z filozofii dla studentów kierunków niefilozoficznych; wybrałem wtedy jako literaturę zalecaną, choć nieobowiązkową, jego książkę o św. Augustynie. Przełom lat 50. i 60. był dobrym czasem dla filozofii. Dopiero rok później pojawiły się obowiązkowe skrypty Schaffa i Krajewskiego w miejsce trzytomowego podręcznika Tatarkiewicza, a rytualny zestaw tzw. przedmiotów ideologicznych wprowadzono jeszcze później – w 1964 r.

Dość o tym, fanem dr Kasi jestem od dobrych paru lat, głosowałem oczywiście za jej kandydaturą w plebiscycie na Warszawiankę AD 2023 i nigdy nie omijam oglądania „Szkła kontaktowego” z jej udziałem. Duet Katarzyna Kasia i Grzegorz Markowski uważam zresztą za najlepszą intelektualnie i prezentacyjnie parę tego programu. Oczywiście natychmiast po pozyskaniu stosownej informacji pomknąłem więc do zaprzyjaźnionej księgarni, by zdobyć dopiero co opublikowaną ich książkę: Siedem życzeń. Autorzy wybrali siedmiu rozmówców (Agnieszka Holland, Szymon Malinowski, Jarosław Kuisz, Dorota Masłowska, Andrzej Leder, Joanna Tyrowicz i Jurek Owsiak), znane i cenione postaci polskiego życia publicznego z różnych dziedzin tego życia, opatrując rozmowy z nimi życzeniowymi etykietkami: Odwaga, Przyszłość, Niepodległość, Śmiech, Spokój, Bogactwo, Szacunek. Rozmowy o źródłach nadziei. Rozmowy, a nie wywiady, wydają się zresztą lepszym określeniem, bo „prowadzący” są ich równoprawnymi uczestnikami.

Nie wszystkie dokonane przez nich wybory eksponentów tych haseł podzielam. Entuzjazmem wobec twórczości Doroty Masłowskiej nie pałam; po ukazaniu się jej pierwszej książki Wojna polsko-ruska… zapowiedziałem proroczo, że więcej już niczego tak dobrego nie napisze, bo opisała swój świat słowami tego świata, a ten sposób ma swoje granice; jak wiadomo każdy średnio inteligentny osobnik może napisać jedną dobrą książkę – o sobie. Druga, Paw królowej, zachwyciła prof. Marię Janion z powodu muzycznej specyfiki języka autorki odpowiadającego któremuś z modnych wówczas gatunków muzyki rozrywkowej, co średnio przyswajam. Muszę odrobić zaległości i przeczytać kilka z napisanych przez nią później książek, bo swego słuchu muzycznego nie poprawię. Z poglądami Jarosława Kuisza na temat „kultury podległości” podyskutuję w osobnym tekście, odkładam go na bok jako danie główne. Krótka recenzja nie daje takich możliwości, a muszę na ten temat powiedzieć coś więcej. Pozostałe czytałem jednak z otwartą gębą.

We wszystkich siedmiu tekstach uderzyła mnie pewna ich właściwość: otóż jakieś zdanie wypowiedziane przez rozmówców otwiera u czytającego furtkę i zaczyna on podążać ścieżką kontynuującą i rozwijającą tę myśl. Zacznę od Agnieszki Holland i od różnicy w mitologii polskiej i czeskiej. Szwejk i Kmicic, wszystko jasne. Ale wówczas pojawia się pytanie o genezę tych różnic i zaczyna niekończącą się opowieść o historii. No bo około 1385 roku biedną 12-letnią Jadwigę Andegaweńską przymuszono do poślubienia grubo starszego i mało okrzesanego Jagiełły w miejsce młodego, przystojnego i dobrze wychowanego Habsburga. Wybrano wschodni kierunek ekspansji politycznej, militarnej i kulturalnej. Rozważania na temat trafności tego wyboru nie mają sensu, tak zdecydowano i już. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czesi podjęli decyzję inną (albo zostali zmuszeni do jej podjęcia) i historia w każdym z tych krajów potoczyła się wedle wybranego porządku. A dziś: Kudowę od Nahodu dzieli 7 km, taksówka kosztuje 30 złotych, obie nacje są gruntownie wymieszane, Czesi pracują w Polsce, a Polacy w Czechach, w czeskiej knajpie w śródmieściu Kudowy można napić się zielonego (sic!) czeskiego piwa itp., itd. W Nahodzie można zoperować zaćmę w jeden dzień (za którą i tak zapłaci w efekcie polski NFZ), kobieta może bez komplikacji dokonać aborcji w świetle prawa, a w sklepiku tuż za granicą każdy (Polak też) może kupić czekoladę z marihuaną. Te dwa światy tak bliskie (oba w Unii, języki obustronnie zrozumiałe, małżeństw mieszanych całe mnóstwo itd.), są mocno od siebie kulturowo oddalone. Czesi są – czy nam się to podoba, czy nie – znacznie bliżsi kulturze Zachodu, choć nie przeżyli dni „swojej wielkości”. Jedno zdanie otwiera „przestrzeń” do niekończącej się dysputy, bo ta sięga do kilku wieków historii i do iluś tam prognoz na temat przyszłości. Można się tylko zastanawiać, na ile Czesi są skłonni do hamletycznego rozważania na temat „kultury podległości”? Nigdy nie przyszło mi na myśl, by zadawać im takie pytania. Furtka się jednak otworzyła i podążam bezwiednie ścieżką wytyczoną przez prezentowany dialog. I tak można by bez końca, bo dysputa o sprawach tego świata końca z zasady nie ma.

Wspomniałem o prognozach na temat przyszłości i od razu przyszła do mnie uwaga p. Katarzyny: czy przyszłość ma datę przydatności do spożycia, którą „kupiłem” bez reszty. Wyobraziłem sobie tomy raportów różnych niezbędnych i zbędnych instytucji od ratowania klimatu i gromady agresywnych antysystemowców zaprzeczających wszystkim potwierdzonym przez naukę oczywistościom. A profesor Malinowski dopowiada (na s. 67 recenzowanej książki) i tym dobija oponentów, że wszystkie ssaki żyjące na lądach ważą raptem dwadzieścia milionów ton. Te, które żyją w morzach i oceanach, dwa razy tyle. Ludzie zamieszkujący ziemską kulę ważą ogółem trzysta dziewięćdziesiąt milionów ton, a zwierzęta, które hodujemy po to, by się najeść, to już sześćset mln ton. Szok, prawda?

Sięgając do Andrzeja Ledera, wybrałem inną niż p. Katarzyna (Rysa na tafli) książkę Profesora – Był sobie postmodernizm. A z niej cytat, który służy mi jako motto do podobnych tematycznie rozważań: „[…] kondycja istoty istniejącej w czasie zakłada zdolność napotykania w chwili teraźniejszej tych konsekwencji przeszłych aktów, które nadchodzą z przyszłości”[1]. Wyjaśnia ono kwestie, o które pytaliśmy przed chwilą, na temat udziału historii (decydującej lub tylko współdecydującej) w kształtowaniu świadomości kulturowej, czy jak kto woli kulturowego DNA. Pozostając na chwilę przy Lederze i jego najbardziej znanej książce Prześniona rewolucja, łatwo zauważyć, że zasługą socjalistycznej transformacji gospodarki (może robionej zbyt siermiężnie) jest jednak zmiana proporcji między przemysłem a rolnictwem, z 40:60 na korzyść rolnictwa pod koniec sanacji na 60:40 na rzecz pozarolniczych działów gospodarki już w latach 50. Mimo tej zasadniczej zmiany do dziś biedzimy się z małorolną gospodarką agrarną i nietrudno dostrzec, że rozkład preferencji politycznych zależy w sporej mierze od udziału „małorolnych” w strukturze wytwarzania i w obowiązującym imaginarium. I tak można bez końca. Andrzej Leder wydał zresztą w ubiegłym roku nową książkę Ekonomia to stan umysłu, będzie więc o czym rozprawiać.

Ogromną zaletą recenzowanej książki jest jej inspirująca rola w podejmowaniu coraz to nowych i nowych tematów, prób tłumaczenia (jak te zawarte w rozmowie z prof. Joanną Tyrowicz, które wyjaśniają mechanikę relacji czynników ekonomicznych i komunikacyjnych, a mnie przypominają aluzje Rogera Penrose’a na temat związków między teorią kwantów a psychologią zbiorowości; w nowej książce Ledera znajdzie się pewno sporo na ten temat), czy do określania indywidualnych pożądanych postaw i sposobów zachowania (Jurek Owsiak), innych niż te rozpowszechniane przez polityków sprawujących do niedawna (mam nadzieję) władzę nad naszą materialną egzystencją, którzy chcieliby też sprawować ją nad naszymi umysłami i duszami. Długo będziemy zastanawiać się, jak to się stało, że udało się im zawładnąć tak dużym „terytorium”. W jakim stopniu wśród przyczyn tego „fenomenu” znajdzie się owo kulturowe DNA, o którym wiele w tej książce? I wreszcie finalne przesłanie – od Owsiaka głównie – że kształt naszej rzeczywistości zależy w gruncie rzeczy od nas samych, od naszej wiedzy i naszego stopnia zaangażowania. A nie od łaskawego daru z rąk naszych „patronów”, którzy wystawią ani chybi weksel za swoją łaskawość.

Nie bądźmy więc ani leniwi, ani obojętni. Coś się przecież wydarzyło i wydaje się – po tych kilkudziesięciu dniach – że nie tkwimy już po szyję w „czarnej dziurze”, jak to się jeszcze do niedawna wydawało. Bóg zapłać, Pani Katarzyno i Panie Grzegorzu, za tę książkę, która umacnia w nas pokłady rozumnej nadziei.

[1] Andrzej Leder, Był sobie postmodernizm, Wyd. IFiS PAN, Warszawa 2018 s. 63.

 

Profesora Romana Kuźniara szerzej przedstawiać nie trzeba – znany jest z działalności naukowej, politycznej i eksperckiej. Od lat należy do pierwszej ligi polskich politologów, doradzał prezydentowi RP i prawie corocznie ogłaszał ważne książki ze swej dziedziny. Tym razem jednak zajął się eseistyką polityczną, która u swych źródeł ma problem zła w polityce. Ale naświetla ten temat od strony motywów i działań „złego człowieka”, co obiecuje refleksję bardziej skoncentrowaną na konkretnych ludziach i przykładach. Choć w podtytule czytamy „Zły w życiu międzynarodowym”, to książeczka operuje bardzo różnymi przypadkami działania tytułowego „złego człowieka”, także krajowymi, co dodaje jej waloru aktualności (wszak ukazała się w dniach wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku).

Będąc uczestnikiem jej ubiegłorocznej grudniowej promocji w murach Uniwersytetu Warszawskiego, mogę powiedzieć, że jest to lektura z typu „niezbędnika inteligenta” – spokojnie powinna stać się przedmiotem rozmów i dyskusji nawet w zróżnicowanym politycznie towarzystwie. Może być bowiem czytana na parę sposobów: jako poszerzony wykład o zjawisku zła w polityce, będąc właściwie zachętą do dalszych, bardziej pogłębionych studiów (do czego skłania pokazany przez autora aparat naukowy, złożony z niezbędnych „w tej dziedzinie” lektur), ale także jako pierwsza książkowa próba diagnozy znanego nam z autopsji zjawiska. W tym poszukania odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się „zły człowiek” w polityce. Okazuje się, że nie tylko z Żoliborza…

Wywód Kuźniara toczy się ledwie na 200 stronach tekstu i dla wprawnego czytelnika jest do przetrawienia właściwie w jedną noc, ale siła tej książki polega na zasianiu ziarna głębszej refleksji. Po jej lekturze chciałoby się bowiem podjąć jakiś wysiłek, aby to zło zminimalizować, a nawet wyrugować, choćby na własnym, krajowym podwórku. I nawet prof. Kuźniar taką reakcję częściowo przewiduje („sprzeciw obywatelski”), ale przecież „Książeczka” nie jest podręcznikiem aktywisty, może bardziej dzwonkiem alarmowym, że sprawy idą w złym kierunku i należałoby działać. Ale gdyby jakimś cudem stał się podręcznikiem tego czy owego lokatora gmachu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, źle by nie było, autor bowiem mimowolnie poszukuje źródeł nadziei i nawet je wskazuje.

Kuźniar bardzo kompetentnie, a przy tym sprawnie i syntetycznie referuje różne przyczyny zła w polityce, podążając zresztą tropem pomnikowej Książeczki o człowieku Romana Ingardena, jak i innych tego typu tekstów. Intelektualnych wątków i przeróżnych inspiracji jest tu zresztą ukazanych bardzo dużo – począwszy od Ingardena właśnie, Leszka Kołakowskiego, Rafała Lemkina, Tadeusza Różewicza i Wisławy Szymborskiej, poprzez podstawowych autorów kręgu niemiecko- i anglojęzycznego, na Janie Pawle II skończywszy. Są tu tak kapitalne rozdziały, jak np. „Po czym poznać złego człowieka”, co Kuźniarowi każe podzielić swoją refleksję na podrozdziały: „słowa”, „działanie” i „władza”. Warto ten rozdział solidnie przyswoić, bo jest to znakomity wkład do dyskusji także o tym, czego byliśmy świadkami przez ostatnie lata w Polsce i co mamy nadal w Europie. Dalej jest jeszcze lepiej: „Preteksty i przebrania złego człowieka”, „Zły i jego pomocnicy” – gdzie prof. Kuźniar kapitalnie rozwija skrzydła uczonego i zarazem nauczyciela akademickiego, cierpliwie kreśląc typologie oraz charakteryzując i klasyfikując poszczególne objawy obecności „złego człowieka w polityce”. Można powiedzieć, że jest to najbardziej podręcznikowa część dzieła i zdziwiłbym się bardzo, gdyby „Mała książeczka” finalnie za podręcznik uznana nie została… Byłoby to przecież największe wyróżnienie w potoku złych książek i miałkich wywodów, a gdyby jeszcze na dodatek dokonane przez samych zainteresowanych: polityków, politologów, dziennikarzy, nauczycieli!

Możemy więc być tylko wdzięczni za ten wypad prof. Romana Kuźniara na politologiczną do tej pory terra incognita, a najlepszą recenzją niech będzie to, że mojej bibliotece przybyło parę dodatkowych lektur, do których autor nijako mimochodem w „Książeczce” namawia.

Gdzie można znaleźć taki dom? Jak to gdzie? W Krakowie oczywiście! Co zresztą autor tej książki sam od razu, by nie było żadnych nieporozumień, wyjaśnia w podtytule: Leksykon legendarnego Domu Literatów w Krakowie. A na obwolucie Wydawca dorzuca jeszcze frontowe zdjęcie tego Domu oraz dla pewności dodaje adres: Kraków, ul. Krupnicza 22.

Tak, to naprawdę był przez ponad półwiecze niezmiernie ważny adres. Czas przeszły jak najbardziej tu uzasadniony, bo już właściwie nie „funkcjonuje” jak niegdyś przez wiele, wiele lat, bo od roku 1945 aż do lat 90. XXI w., czyli ponad pół wieku! Oto budynek na Krupniczej, który w latach 90. został przedziwnie, jak to podówczas bywało, „sprywatyzowany” przez ówczesne władze Krakowa (sprawy sądowe nadal są w toku!), gromadził pod swym dachem mieszkańców tworzących i stanowiących arcyciekawe samo w sobie i wielce znaczące w dziejach powojennej literatury polskiej środowisko pisarskie. Dość wspomnieć, iż przez jego popadające dziś – z wielu powodów – w „trwałą ruinę” mury przewinęło się już kilka pokoleń niezmiernie dla powojennej polskiej literatury interesujących i nadal znaczących twórców.

Obrazuje to najlepiej jedno z zamieszczonych tutaj zdjęć – zrobione na podwórku Krupniczej 22 już w sierpniu 1945, na którym widzimy grupkę znanych potem literatów: Stanisława Dygata, Czesława Miłosza, Jerzego Zawieyskiego, Stefana Otwinowskiego, Tadeusza Brezę, Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Kazimierza Wykę, Helenę Wielowieyską, Leona Kruczkowskiego i Xenię Żytomirską. A już wkrótce listę tę poszerzą inni pisarze poszukujący swego azylu po dramatycznych przejściach wojennego czasu zawieruchy dziejowej: więźniowie niemieckich obozów jenieckich jak Stefan Flukowski, Konstanty I. Gałczyński, obozów koncentracyjnych, jak Michał Rusinek czy Maciej Słomczyński, sowieckich łagrów, jak Tadeusz Peiper czy Jerzy Hordyński, jak wysiedleni ze Lwowa – Jerzy Broszkiewicz czy Marian Promiński, uczestnicy okupacyjnej konspiracji i partyzantki, jak Tadeusz Różewicz, Jan B. Ożóg czy też ocaleni uciekinierzy ze stolicy po powstaniu warszawskim, jak Stefan Kisielewski, Hanna Malewska czy Anna Świrszczyńska…

Podkreśla to mocno autor tej książki Jan Polewka (syn pisarza Adama Polewki, sam urodzony już w tym Domu na Krupniczej 22! I nadal tam mieszkający), że w tych już „pierwszych latach Dom Literatów był azylem i przystanią dla wojennych rozbitków i bezdomnych twórców. Dopiero lata 50. zmieniły obraz odzyskanego śmietnika w ideologiczną fasadę według stalinowsko-bierutowskiej obsługi piór”. Ale nie na długo przecież. Dodajmy zatem, że już wkrótce zaczęli pojawiać się tutaj kolejni przedstawiciele starszych i młodszych pokoleń pisarskich, jak autor Gór nad czarnym morzem – Wilhelm Mach, jak znany potem w świecie mistrz science fiction Stanisław Lem, jak nie mniej przecież znany Sławomir Mrożek (który na pożegnanie przed swym emigracyjnym opuszczeniem tegoż Domu, spalił był na jego dziedzińcu swoje prowadzone przez trzynaście lat autobiograficzne dzienniki – zapiski z czasów młodości „chmurnej i durnej”!). Jak Tadeusz Nowak, poeta i autor powieści A jak królem, a jak katem będziesz, współtwórca tzw. nurtu chłopskiego w literaturze polskiej czy Stanisław Czycz, poeta i autor słynnego, ba obrosłego niegdyś legendą buntowniczą opowiadania And. Jak zapominany już nieco poeta Jerzy Harasymowicz. Podobnie jak głośny krytyk literacki – i współtwórca Jerzego Grotowskiego z Teatru 13 Rzędów – Ludwik Flaszen. Jak poetka Ewa Lipska czy Adam Ziemianin oraz mieszkający tam jeszcze prozaik Ryszard Sadaj, autor pamiętnej Galicjady… Jak…

I można by tak ciągnąć tę listę długo jeszcze, bo ten Leksykon Jana Polewki, liczący sobie bez mała 450 stron druku jest przebogatą skarbnicą z pierwszej ręki rzetelnych i rzeczowych wiadomości biograficznych, bibliograficznych oraz wszelkich innych dotyczących byłych znanych i nieznanych dziś prawie zupełnie mieszkańców tego Domu. A także zapisem, arcyciekawym, dla postronnych zwłaszcza, zbiorem różnorodnej natury ciekawostek z tym związanych, znakomitych dykteryjek i facecji (polecam choćby tę o Arturze M. Swinarskim, który zapytany, czy pochodzi z wioski, odparł, że owszem, ale z własnej!). Opowiastek i autentycznych przytoczeń jak ten dialog królowej belgijskiej z Jarosławem Iwaszkiewiczem:

„Czy pan jest katolikiem?” – „Tak, ale niepraktykującym”. – „A czy jest pan komunistą?” –„Tak, ale niewierzącym…”.

Opowiastek oddających barwność epoki i jej „ducha czasu”: nostalgicznych, pełnych humoru, dyskretnej ironii oraz „głębszych znaczeń”, smakowitych anegdot i zabawnych, często gorzkich, facecji… Dotyczących świata, który „właśnie znika”, odchodzi bezpowrotnie w przeszłość, ale tutaj zostaje jakby zatrzymany w rozmaitych ujęciach filmowych, ostrych kadrach pamięci, z jakich składa się ta księga: poszczególnych rozdziałów – Liter alfabetu przywołujących tę rzeczywistość związaną z krakowskim Domem Literatów z ulicy Krupniczej 22.

Co tu dużo gadać! Czytać, czytać…

Jan Polewka, Dom pod wiecznym piórem. Leksykon legendarnego domu literatów w Krakowie, Wyd. Iskry, Warszawa 2022, s. 452

Tekst ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r., w dziale „Świadectwa”

Keiichiro HIRANO, Pewien mężczyzna, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2023, 332 strony.

 

Pewien mężczyzna to tytuł nowej, interesującej powieści japońskiego pisarza Hirano, miłośnika muzyki Chopina, o którym opublikował dzieło pt. Pogrzeb (Sōsō, 2002). Hirano ma na imię Keiichirō. Urodził się w 1975 r. w miasteczku Gamagōri, a po wczesnej śmierci ojca wychowywał się w domu rodzinnym matki w mieście Kitakyūshū. W czasie studiów na Uniwersytecie Kioto debiutował powieścią Zaćmienie (Nisshoku, 1968), wyróżnioną w następnym roku prestiżową Nagrodą Akutagawy. Nisshoku ma formę relacji z podróży w poszukiwaniu zaginionej księgi. Poszukuje jej mężczyzna rozczarowany głoszoną nauką i zachowaniem hierarchów Kościoła. Ta powieść nasycona jest rozważaniami filozoficznymi na temat herezji i czarnoksięstwa oraz przepychu kościoła chrześcijańskiego i ubóstwa wiernych w średniowiecznej Francji.

Natomiast akcja powieści Pewien mężczyzna (Aru otoko, 2018) dzieje się na początku XXI w. w Japonii. Również otrzymała cenioną nagrodę literacką, ustanowioną przez koncern prasowy Yomiuri (2019). W Polsce opublikowała ją Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w 2022 r. Spoglądam na białą okładkę, na której pod napisem Pewien mężczyzna widnieje tajemniczy symbol zaginionego człowieka. Jego poszukiwanie stanowi główny wątek tej powieści o współczesnych Japończykach, przedstawionych w sytuacjach zagrożenia w cywilizacji Internetu. Ukazuje niebezpieczeństwa z równą dociekliwością, jak w dwutomowej Kekkai (dosł. Pęknięcie tamy, 2008).

Kim więc jest tytułowy „pewien mężczyzna”?

Pewnego dnia adwokat Kido-san od dawnej klientki otrzymał prośbę o spotkanie, by poradzić się w sprawie zmarłego męża, który – jak się okazało – nie był tym, za kogo się podawał. I to właśnie ów tajemniczy, nieżyjący mężczyzna zainteresował prawnika, dlatego przyjął on prośbę wdowy Rie i rozpoczął skomplikowane śledztwo, by dowiedzieć się, kim on był. To właśnie ten zmarły w wypadku podczas wyrębu lasu człowiek jest tytułowym „pewnym mężczyzną”, który twierdził, że nazywa się Taniguchi Daisuke i pochodzi z rodziny właścicieli hotelu zdrojowego w słynnej z gorących źródeł miejscowości Ikaho. Opuścił on rodzinę z powodu pewnych konfliktów. Tak przynajmniej twierdził, gdy poślubił mieszkankę miejscowości S. Wtedy szczegółowo opowiadał o niezgodzie między nim a starszym bratem i o chorobie ojca. Nie budził więc najmniejszych podejrzeń, zwłaszcza że w pracy zyskał dobrą opinię.

Sprawa była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Poślubił Rie, podając nazwisko Taniguchi Daisuke, znajdujące się w rejestrze cywilnym. Podobnie uczynił, gdy zgłosił się do pracy w firmie. Kiedy jednak do Rie przyjechał brat zmarłego, nie został rozpoznany ze zdjęć. Po prostu był kimś innym. Nie należał do jego rodziny.

Dopiero na późnym etapie śledztwa prowadzonego przez Kido okazało się, że w tym czasie można było wymieniać rejestry dokumentacji elektronicznej. To znaczy przestępcy znali sposób na wymianę (sprzedaż) koseki, czyli rejestru rodzinnych danych osobowych w japońskim urzędzie stanu cywilnego. Oczywiście jest to przestępstwo. Mimo to byli tacy, którzy za wszelką cenę chcieli pozbyć się tożsamości, np. jako syna zabójcy skazanego na śmierć. Była to droga skomplikowana, często wieloetapowa.

Gdy Kido rozpoczął śledztwo w sprawie zmarłego męża pani Rie, nie wiedział, że taka procedura jest możliwa. Dopiero rozmowy z uwięzionym przestępcą powoli skierowały jego uwagę na sposób zmiany tożsamości. Przypomniał sobie również wiadomości na temat porwań Japończyków do Korei Północnej, gdzie byli wykorzystywani do kształcenia agentów.

W końcu, po żmudnym śledztwie Kido udaje się wyjaśnić, kim był zmarły mąż jego klientki Rie. Odnalazł również Daisukego, który zaginął po zmianie tożsamości. W toku poszukiwań i całkiem przypadkowych odkryć autor prowadzi czytelnika przez meandry japońskiego społeczeństwa, w którym autora niepokoi stosowana w Japonii kara śmierci. Nie kryje też negatywnych ocen zachowań Japończyków wobec mniejszości narodowej, zwłaszcza Koreańczyków, nawet naturalizowanych, a więc takich, jakim był prawnik Kido.

Wrócę jeszcze do początku powieści, a mianowicie do jej interesującego prologu, w którym pojawia się autor i nieznajomy gość w barze oraz usługująca im kelnerka. Jak się okazało, nieznajomym był Kido-san i to on opowiada pisarzowi nieprawdopodobne historie, które stały się treścią tej powieści. A wspomniana barmanka, dorywczo pracująca Misuzu, okazała się dawną dziewczyną zaginionego Taniguchiego Daisukego, również pragnącą go odnaleźć. Pojawia się kilkakrotnie w powieści, a ostatecznie w rozdziale dziewiętnastym. Spotyka się z Kido w drodze do Nagoi superekspresem shinkansen, a podczas posiłku przed spotkaniem Kido z niejakim Sonezakim, związanym z procedurą wymiany rejestrów osobowych, ustalają dalszy sposób postępowania.

Kido i Misuzu już podejrzewali, że pod wspomnianym nazwiskiem nieznajomego kryje się Daisuke. Zdecydowali więc, że najpierw spotka się z nim Kido, a następnie Misuzu. Nim do tego jednak doszło, oboje rozmawiali, siedząc obok siebie w pociągu, a następnie w barze dworcowym. W ich rozmowie, doskonale przetłumaczonej (podobnie jak cała powieść), świetnie zachowana jest ulotna mgiełka erotyzmu. Jednak nikt nie powiedział wprost, co naprawdę do siebie czują, ale domyślam się, że Misuzu pragnęła bliskiego związku z Kido, a Kido chyba podobnie. Nie zdradził się jednak ani jednym słowem. Oboje znajdowali się na krawędzi przepastnej drogi w ich życiu. Gdy Misuzu weszła do kawiarni, w której dwaj mężczyźni kończyli rozmowę, Kido pożegnał Daisukego i Misuzuzu. Wracał więc do rodziny, której poświęcony jest ostatni, optymistyczny rozdział powieści. Natomiast nie wiadomo, jaki los wybierze piękna Misuzu. Czy zdecyduje się pokierować życiem zagubionego Daisukego, godząc go z bratem mieszkającym nadal w Ikaho, wśród gorących źródeł, z widokiem na górę Haruna, zwaną też „małą Fuji”? Możemy tylko wyobrażać sobie, że oboje podejmą tę jedyną, słuszną decyzję.

Jednak ich los czy poprawa stosunków z rodziną Kido chyba nie są najważniejsze w tej powieści. Dlatego muszę wrócić jeszcze raz do prologu, w którym autor, Hirano, wyjaśnia strukturę opowieści o postaciach ze świata zewnętrznego dla bohaterki o imieniu Rie, ukrytej we wnętrzu japońskiej ówczesnej rzeczywistości, którą symbolizuje jej rodzina i jej miasteczko na Kiusiu. Czytając, nietrudno się domyślić, że S to Saitobaru, miasteczko słynące ze starożytnych kurhanów, mających duże znaczenie historyczne. W okresie życia Rie symbolizuje jednak starzenie się społeczeństwa japońskiego, chociaż nadal wyróżnia się urokiem kwitnących wiśni w parku kurhanów. W ostatnich latach przybyło w nim pustych domów, zamkniętych sklepów i barów, które dodawały uroku architekturze miasta. W takim miejscu znalazł pracę mężczyzna, który twierdził, że jest Daisuke, młodszy brat spadkobiercy hotelu w Ikaho. Po kilku latach pracy przy wyrębie lasu dał się poznać jako uczciwy, pracowity mężczyzna, dlatego mógł poślubić miejscową kobietę, tzn. Rie ze sklepu papierniczego. To właśnie z jej powikłanym, nieszczęśliwym życiem związane są postaci, o których była mowa.

W prologu czytamy:

„Bohaterem tej powieści jest ktoś, kogo nazywałem czule „Kido-san” […]

Poznałem go w drodze powrotnej ze spotkania autorskiego w pewnej księgarni. Przed dotarciem do domu chciałem nieco ochłonąć po dwóch godzinach ciągłego mówienia i wszedłem do pierwszego baru, który zobaczyłem. Mężczyzną pijącym tam samotnie przy kontuarze był właśnie Kido-san”.

Podczas kolejnego spotkania Kido zaczął opowiadać pisarzowi historie, które bardzo tego ostatniego zainteresowały. I dlatego w pierwszym zdaniu prologu oświadczył, że on jest bohaterem jego powieści, chociaż mógł wybrać kogoś innego. Jednak w zakończeniu prologu napisał:

„Byłoby pewnie czymś naturalnym, gdyby Kido-san otwierał tę opowieść. Wcześniej jednak chciałem napisać o kobiecie imieniem Rie, której niezwykle bolesne doświadczenia stanowią punkt wyjścia mojej powieści…” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu Katarzyny Sonnenberg-Musiał).

Jednak w pierwszym rodziale autor znika. Pojawia się narrator wszechwiedzący, który wie, że to Rie wprowadza do akcji mecenasa Kido, to znaczy adwokata w jej procesie rozwodowym sprzed czterech lat. Kiedy zginął w wypadku jej drugi mąż, wieść o śmierci męża Rie ze sklepu papierniczego rozniosła się wśród mieszkańców miasteczka S w połowie września pamiętnego 2011 r., gdy północno-wschodnia Japonia przeżyła dwie katastrofy: zniszczenie osiedli przez fale tsunami i uszkodzenie elektrowni atomowej. Na wielu mieszkańcach odległego miasteczka w prefekturze Miyazaki to jednak śmierć męża lubianej Rie zrobiła większe wrażenie niż wspomniany kataklizm na dalekiej północy. Wtedy Rie odnalazła brata zmarłego, dowiedziała się, że jej zmarły mąż był kimś innym, niż twierdził. Zatelefonowała do adwokata Kido, który podjął się wyjaśnienia tej tajemniczej, zagadkowej sprawy. Od tego momentu Kido, jako jej detektyw, staje się pierwszoplanową postacią. Pełniąc swe zawodowe obowiązki prawnika, wprowadza do powieści szerszą perspektywę świata przedstawionego w tej powieści, to znaczy niemal na całą Japonię z jej pogarszającymi się warunkami życia.

Wraz z nieznacznymi postępami w poszukiwaniu Daisukego, za którego podawał się zmarły mąż jego klientki, czytelnik myśli o znaczeniu tożsamości człowieka, zwłaszcza w sytuacji, gdy z istotnych powodów niektórzy Japończycy próbują ją zmienić, zrywając związki z najbliższą rodziną lub środowiskiem. Dzięki jego tropom czytelnik poznaje również niepokojące Kido – jak i autora – zjawiska głębiej niż na podstawie innych, nawet ważnych, współczesnych powieści japońskich.

Mimo licznych rysów, pęknięć na obrazie pięknej Japonii (określenie Kawaabaty Yasunariego w wykładzie noblowskim), powieść nie jest ich rejestrem sporządzonym przez kronikarza (Kido). Niewątpliwie jest raczej fascynującym wielogłosem ludzi żyjących w niepokoju, niepewnych swej przyszłości w kraju, w którym zabraknie jego oryginalnych uroków życia. Dla wielu czytelników ta powieść może również okazać się sensacyjną, detektywistyczną opowieścią o poszukiwaniu ludzi zaginionych. Ponadto do mnie przemawiają również nazwy własne miejscowości, a także wzmianki pojawiające się jakby mimochodem, bez krytycznych uwag. Symbolizują one kryjący się za nimi ważny problem. Jest to obszar zjawisk nieprzetłumaczalnych, dzielących kultury o tak odległych i odmiennych cechach i formach, jak japońska i polska. Niektóre nazwy miejscowości rozbudzają moje wspomnienia przeżytych w nich spotkań, jak np. Ikaho Onsen, w którym spędziłem kilka dni z liczną grupą moich studentek uczelni w Sendai. I kiedy razem poznawaliśmy urokliwy krajobraz oraz – przede wszystkim – muzea pisarzy, poetów i malarzy, takich jak Tokutomi Roka i Takehisa Yumeji.

Wspomniałem tylko o wybranych aspektach tej wybitnej powieści, w której autor Hirano przedstawił nowy – inny niż Haruki Murakami – obraz Japonii ostatnich dziesięcioleci. Inny, bo ukazał prawdziwy wielogłos ludzi niepokojących się o swą przyszłość.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Brigitte Bardot cudowna – film w reżyserii Lecha Majewskiego, światowa premiera na 37. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Prezentowany też był na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 12.09.2022 r. Na ekrany polskich kin wszedł w kwietniu 2023 r.

 

Jest to film na wskroś artystyczny w konwencji onirycznej fantasmagorii, wyrosłej z realnej podstawy. A jest nią pamięć twórcy o własnym dzieciństwie i młodości, przeżytych w epoce wczesnego PRL-u. Ten autorski film – z własną muzyką reżysera i wyraźnie osobisty – wnosi do naszej kinematografii nie tylko całkowitą odrębność oryginalnej malarskiej estetyki Lecha Majewskiego, z której jest on od dawna znany. Ale prezentuje też opowieść tyleż indywidualną, co uniwersalną, w której realny, choć artystycznie przetworzony konkret przeplata się z wizyjnym obrazem o cechach symbolu. Ta intymna peregrynacja artysty przez własną wczesną młodość wśród znaków – obrazów i akcesoriów, jakie sobie w tej retrospekcji porozstawiał na drodze, to twórcza gra z samym sobą i widzem. W warstwie uniwersalnej – ideowej i filozoficznej – dobrze współgra ona z groteskową metodą kreowania świata przedstawionego.

Ten obraz różni się podejściem do materii filmowej, do czasu fabularnego, nie zawsze zgodnego ze wskazówkami zegara ani też z przyzwyczajeniami widza. Dzieciństwo, nieco przewlekłe, ulega przyspieszeniu w okresie doznań świadomych, kiedy już matka przestaje być jedyną instancją odwoławczą i ratunkową, a nieistnienie ojca nabiera jeszcze większego znaczenia i zaczyna wyraźnie doskwierać. Młody człowiek coraz intensywniej marzy o ojcu, który w sławie i chwale nieoczekiwanie wyląduje na podwórku przed domem przepysznym Spitfire’m. A tymczasem syn coraz bardziej zderza się z samym sobą, z pytaniami o świat, o to, kim jest i jaki ma być, gdzie i jak się poruszać. Jest zagubiony.

Poszukiwanie siebie samego, jak i rozmowa ze sobą samym, to motywy znane z literatury, choćby polskiej. Odnajdujemy je np. w Traktacie o łuskaniu fasoli – powieści, której akcja również rozgrywa się we wczesnym PRL-u. Sekwencja szkolna w Brigitte Bardot… i humorystyczna postać Wirskiego – potworowatego nauczyciela ze smyczkiem od skrzypiec w ręku, wykonującego nim gest podcinania gardła, nie mogła mi się nie skojarzyć z bardziej serio obrzydliwym dyrektorem szkoły muzycznej u Myśliwskiego:

„Który, który śmiał coś takiego?! Niech natychmiast wstanie! Niech ma odwagę! Czekam! No?!…Dziesięć sekund mu daję. Jeśli nie wstanie…!

I wstaliśmy wszyscy, cała świetlica jak jeden. Czekaliśmy, licząc na najgorsze”.

Analogiczny motyw w obu dziełach nie świadczy o żadnym powinowactwie twórczym. Tym bardziej, że stylistyczne, artystyczne podejście obu twórców do obrazowania słusznie minionego czasu dość istotnie się różni. Jeśli miałbym pod tym względem doszukiwać się duchowych protoplastów Majewskiego w polskiej literaturze, nie wskazywałbym na Myśliwskiego – wiernego epickiemu realizmowi, lecz raczej na Gombrowicza z jego Ferdydurke.

Stylowy, obciążony wieloma znaczeniami obraz wnętrza (tak całości budowli, jak i poszczególnych fragmentów owego specyficznego labiryntu, jakim jest Hotel w filmie Lecha Majewskiego), mógłbym też zasadnie zestawić z Sanatorium pod klepsydrą Brunona Schulza z 1937 r., a także z filmem Wojciecha J. Hasa z 1973 r. według prozy Schulza pod tym samym tytułem. Sanatorium lub fantastyczna willa ze znieruchomiałymi replikami postaci cesarza Franciszka Józefa i jego brata Maksymiliana, wskazują na pewne gatunkowe pokrewieństwo i bliskość stosowanych chwytów artystycznych. Odnaleźć je można również w istotnych motywach fabularnych porównywanych dzieł. Przy całkowicie oczywistej ich odrębności i niezależności, wynikającej i z czasu opisywanego, i ze specyfiki środowiska żydowskiego w dziele Schulza. Co też się odbija na odmiennym ideowym przesłaniu przytaczanych utworów prozatorskich i filmów obu tych malowniczych twórców.

Józef w Sanatorium…, podobnie jak chciałby Adam w BB cudownej, podąża śladami ojca. I on chciałby go odnaleźć, lecz ojciec Józefa jest dość enigmatyczny, bardziej nierealny niż rzeczywisty.

Światy, w których poruszają się obydwaj główni bohaterowie są zupełnie odmienne, dotyczą innych czasów i innego środowiska, ale mechanizmy tego poruszania się i klucze poetyckie, otwierające drzwi do tych światów pamięci, są nieco podobne. Pewne analogie w konstruowaniu scen i ich niedosłowne, metaforyczne rozumienie, uniwersalna groteskowo poetycka nadrealność, wskazują tylko na zakorzenienie się Majewskiego w naszej najlepszej tradycji literackiej, tej z najwyższej półki.

Wyrafinowana, deformacyjnie modelowa wizja świata, jego literackie lub malarskie odrealnienie, charakterystyczne są dla elity twórców niewątpliwie oryginalnych, mistrzów artystycznej kreacji. Istnieją przy tym wyraźne różnice stopnia tego odrealnienia, odmiennego skrótu metaforycznego, stylistycznie odmiennego podejścia do groteski, jakże innej od np. wczesnego Mrożka. Majewski, mimo swej pozornie rozpasanej wyobraźni, trzyma się w sposób dość zdyscyplinowany realnej podstawy swych „odjazdowych” konstruktów, znacznie bardziej niż Schulz. Obydwaj są wizjonerami w literaturze, tak jak Majewski i Has w twórczości filmowej. Do tego gatunkowo zbliżonego kręgu polskich twórców operujących kreacją ponadrealistyczną (najczęściej groteską), należą też oczywiście Gombrowicz i Witkacy.

Sądzę, że Lech Majewski – niezależny, twórczy kontynuator omawianego tu nurtu w literaturze – nigdy by się od niego nie odżegnywał. Tak, jak nie odżegnywałby się w twórczości filmowej od swego chyba najbardziej interesującego poprzednika Wojciecha Hasa. Twórcy nie tylko Sanatorium pod Klepsydrą, ale i powstałego już w 1964 r. Rękopisu znalezionego w Saragossie – „najbardziej europejskiego z polskich filmów”, jak pisano (filmweb.pl, rec. Al_Arcydzieło w szkatułce). Tropy polskie nie wyczerpują oczywiście źródeł kulturowych, którymi mógł karmić się Majewski, nim rozpoczął filmową Odyseję swoich lat młodzieńczych. Przewodnikami byli mu przecież: Alberto Moravia, autor powieści Pogarda i Jean-Luc Godard, który sfilmował ją w 1963 r. (niespełna rok przed Rękopisem… Hasa). Nie odżegnywał się też nasz twórca od wpływów niezwykle bliskiej mu tradycji Felliniego. Osiem i pół jest dla niego filmem ulubionym (podobnie jak dla mnie), można by zaryzykować, że to numer jeden. To samo daje się powiedzieć o prozie iberoamerykańskiej, którą byliśmy rozkosznie nasyceni, a w której też pan Lech z lubością się zanurzał.

W swym najnowszym filmie Majewski opowiada nam w niecodzienny sposób opowieść własną, przez siebie przeżytą, a jakże bliską zwłaszcza tym, którzy mieli okazję przebrnąć (niekiedy pokaleczeni) przez tę naszą mizerną polską przeszłość. Podobne mamy sny o dzieciństwie i dojrzewaniu. Wielu z nas, tak jak bohater Majewskiego, ma wpisaną w swój życiorys nieodwołaną konieczność, choćby daremnego poszukiwania ojca. I niech nie zwiedzie widza nadzieja, że da się to zbagatelizować lub nonszalancko (a może bohatersko) wyznać, jak to w jakimś momencie uczynił Adam. Że właściwie to ma ojców wielu, którzy go uczą świata i jego rozumienia. Bardziej mi to jednak wygląda na samoobronny gest, na który już go stać od czasu, kiedy przyłapał matkę na przygotowywaniu kolejnej fałszywej pocztówki do niego, z podrobionym podpisem ojca, pilota batalionu 302. Do końca zresztą nie wiemy, czy ojciec zginął nad Anglią w czasie wojny z Niemcami, czy musi się jeszcze ukrywać, a może gdzieś się w świecie zawieruszył na syberyjskiej zsyłce lub w innym wybranym przez SB miejscu. Postać walczącego o wolność ojczyzny ojca, którego się nigdy nie widziało, urasta w oczach dorastającego syna do symbolicznego wymiaru. Wiem coś o tym, bo sam byłem w podobnej sytuacji. Mojego Ojca – komendanta grupy żołnierzy AK, stracono w Auschwitz, kiedy miałem trzy miesiące. Dlatego ten wątek filmu szczególnie mnie poruszył.

Podróż do źródeł „czasu zarannego” ma niezwykłe znaczenie, ale dojrzały twórca nie daje się złapać na pensjonarską nutę sentymentu. Sam więc tworzy riposty, osłania się kontekstem, przekracza możliwości percepcji młodziaka, jakim jest jego filmowy bohater. Autor filmu przemawia wtedy głosem innych postaci, które się jawią chłopakowi w tajemniczym Hotelu „różnych możliwości” i wchodzą z nim w dyskurs. Tagore dopytuje się, co daje mu dziś odnalezienie ojca, czemu się przy tym tak upiera. Widząc, że to stało się dla Adama idée fixe, ostrzega go, że „Dążenie do celu może być źródłem niewygasającego cierpienia”.

Świat młodości jest dla poszczególnych osób zwykle odmienny i wyjątkowy, choć wyjęty z tej samej, wspólnej dla pokolenia jedności przeżywanego czasu. Jest tak, jak z tytułową Brigitte Bardot, która była naszą wyśnioną, wspólną BB. „Mieliśmy” ją wszyscy. Była ikoną seksu naszej wspólnoty pragnień, naszą ideą nieskrępowanej, wolnej, kobiecej doskonałości, wyciągającej do nas rękę z ekranu, ale też dostępnej tylko na ekranie. I choć była „wspólna”, była wyjątkowa. Nic więc dziwnego, że pojawiła się niegdyś w powieści Lecha Majewskiego Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej, a teraz znów w filmie na tej powieści osnutym. Dyskretnie wystylizowana na oryginał, znakomicie dobrana i „przetworzona” w Brigitkę aktorka Joanna Opozda, w której przez młodzieńcze okulary i ja dostrzegłem prawdziwą Brigitte, dobrze sprawdziła się na ekranie. Nie było to proste, wszak BB to prawdziwa ikona kultury zachodniego wolnego świata, a zarazem znak młodości mojego pokolenia, które już dawno okres seksualnej burzy i naporu ma za sobą.

Dla twórcy filmu Bardot była też czymś więcej. Afrodytą (łac. Venus) – boginią miłości, piękna i pożądania, ale też i Kirke. Wszak taka symboliczna podróż przez życie, przez młodość, to obsesyjna Odyseja wielogatunkowego artysty – Lecha Majewskiego. Sama ta cudownie fatalna Brigitte porusza w nas dawno utajone żywioły, budzi wspomnienia czasu naszych „męskich przewag”. Mógłbym ten stan porównać do odczuwania dawno uciętej nogi, która wciąż jeszcze nam doskwiera.

Poruszamy się tu oczywiście wśród znaków i symboli, takich jak zagadkowy Hotel – prawdziwy labirynt kultury, malarski, architektoniczny, którego poszczególne wnętrza stanowią odrębne dzieła sztuki. Hotel kryje w sobie różne tajemnice. Ma tu swoje garderoby BB – królowa ekranu, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniknęła wraz z młodocianym bohaterem wprost z filmu Pogarda do tego hotelowego pałacu. Można tu znaleźć nieoczekiwanie drzwi do Syberii, która też jest przecież wymownym dla Polaków znakiem, symbolem zimowej, niekończącej się wichury, ale i ponurej przeszłości zesłańców. Są tu rozliczne korytarze i drzwi prowadzące do niespodzianek. Może w tych drzwiach nieoczekiwanie stanąć piękna dziewczyna, która do tej pory robiła uniki (Teresa), i wciągnąć Cię, drogi Widzu (tak jak Adama) w pierwszą miłość, wspólny los, w ucieczkę, na którą nie jesteś gotowy. Możliwości tu wiele. Może nawet Ojciec przyleci samolotem bojowym. Bylebyśmy tylko potrafili dobrze wybrać. Dobrze i na czas, by znów nie zatrzasnęły się nam przed nosem jakieś drzwi – jak to już w historii bywało. Byśmy mogli zabezpieczyć sobie tyły i nie obudzić się z ręką w nocniku. Polacy lubią igrać z losem, nie boją się awantury, choćby na europejskim stadionie. Ale to już raczej moja swobodna dywagacja, która nie należy do narracji filmowego wizjonera.

Powiedziałbym – to film inny od większości powielanych klisz obrazu kinowego. Film oryginalny w sensie: nietuzinkowy, niespotykany. Myślę, że warto czasem oderwać się nie tylko od rutyny dnia, ale i od rutyny sztuki masowej, przyswajanej wciąż przez nasze społeczeństwo w nadmiarze. Film – malarska poezja ekranu, jak ten z Charonową łodzią odpływającą ze zwłokami Żoakima (Stanisław Brudny w roli recepcjonisty hotelowego) – niby na falach Styksu gdzieś w ostateczną ciemność, przez którą przebija jednak jakaś nikła światłość.

Zapewne to obraz głównie dla smakoszy, totalnie autorski, ale z jakże dobrze dobraną obsadą. Niełatwe zadanie mieli młodzi aktorzy, zwłaszcza Kacper Olszewski w roli Adama. Musiał sprostać nie tylko wymaganiom wielkiej głównej roli, ale musiał też skutecznie się zakotwiczyć w subiektywnej wizji, w intymnej wyobraźni autora-reżysera, który za pośrednictwem postaci tego chłopaka opowiada nam o swojej i – dla niewielu już z nas – naszej młodości. A młodość to drugie po narodzinach stawanie się człowiekiem.

Warto też wyróżnić doskonałą, charakterystyczną rolę Andrzeja Grabowskiego (nauczyciel Wirski). Interesująca jest także nieprzerysowana, prawdziwa Magdalena Różczka w roli matki Adama. Jest tu także pewien osobnik, wyróżniający się specyficznością z odpowiednią domieszką humoru – „bezpieczniak” Jóźwiak w interpretacji Tomasza Sapryka. Ponadto, o czym już wzmiankowałem, Gabriela Chojecka w roli Teresy, nazywana przez mistrza Majewskiego „perełką ekranu” (w trakcie kręcenia filmu miała zaledwie 17 lat, ale już wcześniej grała jedną z dwóch głównych ról w wielokrotnie nagradzanym na międzynarodowych festiwalach krótkometrażowym filmie Córka w reżyserii Mary Tamkovich).

Podsumowując, cały ten obraz wizyjny jest mega! – jak powiada osiemdziesięcioletnia młodzież mojego pokroju. Choć pod strzechy, tak jak disco-polo, zapewne nie zbłądzi. Może to i lepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

 

Maria TOPOLSKA, Portrety kobiety, wyd. Novae Res, Gdynia 2023, 208 stron.

 

Redakcja „Res Humana” zwróciła moją uwagę na nowo wydaną książkę autorstwa Marii Topolskiej pt. Portrety kobiety. Książka jest prawdopodobnie debiutem literackim Haliny Sargarolo (tłumaczki z języka francuskiego), angażującej się w inicjatywy ukierunkowane na obronę praw kobiet w Polsce. Tak więc pod pseudonimem literackim otrzymaliśmy opracowanie, w którym przedstawione zostały poglądy tych Polek, które nie mają zahamowań, aby swą postawę życiową związać z mianem „feministki”. Podkreślam to dlatego, że zbyt często w przeszłości słyszałam wypowiedzi kobiet (nawet na lewicy), rozpoczynające swój wywód od deklaracji: „nie jestem feministką, ale…” – i dalej padały słowa sprzeciwu wobec ciągłych prób ograniczania praw kobiet w toku przemian ustrojowych po 1989 r. Pamiętamy przecież lata, kiedy to hasło „feministka”, albo „wojująca feministka” wypowiadane po stronie kręgów kościelnych i polityków prawicy brzmiało niczym obelga.

Na łamach książki przedstawiane są poglądy kobiet z różnych pokoleń – od Wandy z rocznika 1919 (na podstawie wspomnień jej córki Barbary) do Idy, urodzonej w 2017 r. i chodzącej jeszcze do przedszkola. Mottem tej książki jest stwierdzenie, że każda kobieta tworzy własną opowieść o życiu. Swoje rozmówczynie autorka przedstawia imieniem, miejscem urodzenia i zamieszkania oraz stanem rodzinnym. Zadaje im te same pytania: o jakość dzieciństwa, o autorytety i wzorce na drodze dorastania i rozwoju, o charakter wewnętrznych relacji w małżeństwie, lub w związku (tradycyjne czy partnerskie), co oznacza dla nich równouprawnienie, czym jest dla nich feminizm, czy określiłyby się jako feministki? Ze względów oczywistych pada również pytanie o ocenę sytuacji kobiet w Polsce, o wpływ Kościoła na ich życie, a w szczególności o akceptację poglądów polskiego duchowieństwa na współczesną rolę kobiety.

Można więc powiedzieć, że autorka przeprowadza rozbudowaną ankietę, w której odpowiedzi udzielane są w sposób zależny od rozmówczyni – raz są one oszczędne i zwięzłe, a w innych przypadkach rozwinięte i umotywowane. W każdym przypadku bardzo osobiste.

Co wyniosłam z wciągającej lektury? Kilka ciekawych spostrzeżeń. Maria Topolska maluje w swej książce przede wszystkim obrazy kobiet ambitnych, zaangażowanych emocjonalnie i czynnie w obronę praw kobiet, rozumianych jako oczywiste prawa człowieka. Są to najczęściej mieszkanki dużych miast (Warszawa, Łódź, Kraków, Lublin, Sandomierz), w większości zadowolone ze swego życia, z uzyskanej pozycji zawodowej, najczęściej trafnie wskazujące na źródła obecnej sytuacji kobiet w Polsce. W swej argumentacji są przekonujące, często wręcz zdesperowane. Jedna z nich – Hanna (rocznik 1964) swą wypowiedź nazwała Manifestem wkurzonej feministki, w którym stwierdza m.in.:

„Kobiety muszą być czujne, muszą mieć pewność, że idą naprzód, a nie tam, gdzie o wszystkim decyduje tradycja, przesądy, stereotypy wygłaszane przez kogoś innego (często mężczyznę, księdza, biskupa, posła PiS)… ostateczną granicą dla kobiet jest uzyskanie kontroli nad własnym ciałem. Dla Polek jest to jeszcze daleka droga, na której trzeba pokonać wiele przeszkód: brak edukacji seksualnej w szkole, tabu wokół tematu seksu, słaby dostęp do antykoncepcji, restrykcyjne prawo do aborcji, wszędobylska ręka karzącego Kościoła (…). W Polsce każda kobieta musi być trochę feministką, cokolwiek by to dla niej znaczyło”. Hanna jest jedną z tych kobiet, którym opadły z oczu klapki pod wpływem doświadczeń społecznych z Kościołem z ostatnich dziesiątków lat. „Kolejne skandale, pedofilia w Kościele, hipokryzja, zamiatanie wszystkiego pod dywan (…) sposób traktowania kobiet, a teraz obrzydliwy w skutkach sojusz Kościoła z polityką, skutecznie i ostatecznie mnie do tego Kościoła zniechęciły”.

Z kolei Agata z Warszawy (rocznik 1967), na pytanie o rolę Kościoła w jej życiu zauważa, że wpływ tej instytucji ma olbrzymie znaczenie dla kształtowania się nierówności społecznych w Polsce. Według niej „polski Kościół jest absolutnie zdegenerowany, wypaczony i ma negatywny wpływ, bardzo nas ograniczający”. Agata nie jest odosobniona w swym osądzie. Jolanta (rocznik 1990) uważa, że Kościół w Polsce jest „głęboko zepsutą, dyskryminująca instytucją”. Podobnych opinii na kartach tej książki znajdziemy zdecydowanie więcej. Co ciekawe, wiele rozmówczyń podkreśla, że w ich życiu pod wpływem doświadczenia społecznego odbyły drogę od Kościoła, a nie do Kościoła. Są nim (w tym przede wszystkim duchowieństwem) głęboko zawiedzione i rozczarowane.

Warto podkreślić, że każda z bohaterek tej książki podaje własną, oryginalną i przemyślaną definicję „feminizmu”. Np. wspomniana wyżej Jolanta mówi, że feminizm jest dla niej „zabieganiem o lepszy świat, w którym jedną z najważniejszych wartości będzie właśnie solidarność. Feminizm jest niezgodą na niesprawiedliwość i głębokim buntem przeciwko wykluczającym narracjom”. Z kolei Hanna (rocznik 1977) zauważa, że dla niej „feminizm to niezależność umysłowa, poczucie sprawczości i życie według własnego uznania”. Aleksandra, (rocznik 1985) uznaje feminizm jako walkę z dyskryminacją i dążenie do równości. „To danie prawa wyboru: czy chcesz, czy nie chcesz korzystać z opcji, praw i możliwości, które daje świat i które powinny być równe dla każdego człowieka. Czyli w zasadzie życie w taki sposób, jaki każdemu odpowiada, dopóki nie wyrządza on krzywdy drugiej osobie”.

Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na wypowiedź Agnieszki z Łodzi (rocznik 1972), która stwierdza, że za obecną sytuację kobiet w Polsce odpowiadają same kobiety, ponieważ nie uczestniczyły w wyborach lub „dały się kupić za 500+”. Argumentuje, że przeciwnicy praw kobiet „przecież nie kryli się ze swoimi poglądami….Każda z nas mogła wtedy zagłosować…Gdzie były Polki?…Nie miały czasu w niedzielę pójść postawić krzyżyk na karcie wyborczej? „Ponadto mieszkanka Łodzi zauważa, że w przeciwieństwie do mężczyzn kobietom brakuje solidarności, która w obecnych czasach bardzo by się Polkom przydała. Moim zdaniem, to słuszna uwaga.

Warto zastanowić się nad przemyśleniami kobiet, zaprezentowanymi w tej książce. Zbliżają się kolejne wybory, które mogą rozstrzygnąć o końcu rządów prawicy, która w praktyce politycznej nie respektuje konstytucyjnych praw kobiet.

Odrębną kwestią, nieporuszaną w tej książce jest sytuacja kobiet wiejskich. Szkoda, że opisu ich sytuacji zabrakło w tej książce, chociażby wyrywkowo. Ciekawa bym się dowiedzieć, dlaczego kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich tak ochoczo ubarwiają spotkania z politykami prawicy, którzy nie tolerują ich praw. Może Maria Topolska w przyszłości poświęci kolejną książkę przemyśleniom kobiet wiejskich na temat ich życiowych doświadczeń?..

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Grzegorz ŁYŚ, Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2023, 335 stron.

Mamy czasem do czynienia ze zbieżnością rozmaitych wydarzeń, które – choć z różnych wypływają źródeł – tworzą spójną całość. Od dłuższego czasu słyszymy zapewnienia rządzących o sile polskiej armii, a zwłaszcza o jej świetlanych perspektywach; oto za kilka lat będziemy dysponować najsilniejszymi w Europie siłami zbrojnymi. Jak to zrobić, wydając na B+R niewiele ponad 1 procent PKB, pozostanie tajemnicą twórców tych zapewnień. Ponieważ wakacje spędzałem w Orłowie, czytając monografię Grzegorza Piątka o budowie Gdyni (dobra książka, polecam), łatwo znalazłem opisaną tam historię ostatniego tragicznego lotu generała Gustawa Orlicza-Dreszera, który w katastrofie samolotu pod Orłowem poniósł śmierć (ma tam tablicę pamiątkową tuż przy molo). A szkoda, bo należał do grupy mądrzejszych generałów Piłsudskiego, a nawet konkurował ze Śmigłym-Rydzem o schedę po Marszałku. Był też pierwszym prezesem Ligi Morskiej i Kolonialnej – dość osobliwego tworu, będącego potwierdzeniem polskiej aberracji umysłowej, którą nazywano „tromtadracją”.

Gdy wróciłem, pierwszą książką, jaka wpadła mi w ręce, był Grzegorza Łysia Bzik kolonialny1 – opis niespełnionych snów Polaków o potędze, starania o status mocarstwa, jakie roiliśmy przed wojną i jakie od czasu do czasu pojawiają się jeszcze w niektórych polskich głowach.

Rojenia o Polsce mocarstwowej kołaczą się w polskich głowach od dawna, ale na dwudziestolecie międzywojenne przypadała konkretyzacja tych marzeń. Odzyskaliśmy niepodległość, pokonaliśmy bolszewika, ratując Europę przed komunistycznym zalewem, mocarstwem jesteśmy i kwita! W 1930 roku założona została Liga Morska i Kolonialna. „Żądamy kolonii dla Polski” – głosili entuzjaści tego ruchu. Do kogo było skierowane to żądanie, nie wiadomo. W Wersalu podzielono świat między mocarstwa, niektóre z nich czuły się pokrzywdzone i upokorzone, jak Niemcy, które same starały się o powiększenie obszaru kolonii, żądały Konga Belgijskiego, Angoli i nie tylko, a to pod ich adresem Polska kierowała przede wszystkim swoje roszczenia. Niemcy i Włochy najmocniej krytykowały nasze kolonialne zamiary. Drugim potencjalnym dobroczyńcą miała być Francja, bo to sojusznik i nie odmówi nam pomocy, ale ona dość zazdrośnie strzegła swoich posiadłości, a poza tym… wrzesień 1939 r. dobitnie przekonał nas o złudnym charakterze tych oczekiwań. Choć sami doświadczyliśmy losu kraju podbitego, nie uważaliśmy kolonializmu za zjawisko negatywne. „Istnienie kolonializmu (…) na Zachodzie uważano wciąż za oczywiste, ale w Polsce było (…) oczywiste bardziej” – pisze Łyś (s. 119). Kolonie należą się nam po pierwsze dlatego, że jesteśmy jedynym mocarstwem – tak uważali apologeci wielkiej Polski – które kolonii nie ma, a po drugie – ze względów moralnych. Polska doznała w swej historii tylu krzywd, że musi otrzymać rekompensatę.

Podobnie myśleli przodkowie tych apologetów, zwłaszcza w początkach XIX wieku, bo byliśmy jedynym narodem, który nie godził się na ustalenia Kongresu Wiedeńskiego, choć w tej sprawie nie mieliśmy wiele do powiedzenia. Niestety, dość bliscy tym poglądom są niektórzy nasi współcześni, wysuwając dość śmieszne roszczenia w sprawie powojennych reparacji, z tych samych powodów.

Fotografie jakie autor zamieścił w książce, w tym te z 1939 r. (sic!), przedstawiające oddziały LMiK, przyodziane w stroje „wyjściowe”, lepiej niż słowa obrazują śmieszność przedwojennych rojeń. Były jednak również poważne powody do poszukiwania dróg wyjścia z zacofania: przeludnienie wsi, duża liczba „ludzi zbędnych”. Polska, gdzie wciąż dominowała anachroniczna gospodarka agrarna, a kapitalizm znajdował się w permanentnym niedorozwoju, musiała coś zrobić z tym „kapitałem ludzkim”, bo nędza materialna mieszała się z ubóstwem intelektualnym. Na rok przed wojną 22 procent ludności to wciąż analfabeci, głównie na wsi. Nacjonaliści domagali się też usunięcia Żydów, w skali kraju to blisko 3 miliony; to oni – według polskiej Falangi – byli główną przyczyną narodowych porażek. Trzeba znaleźć im miejsce, najlepiej na Madagaskarze.
Kolonie to również źródło surowców i obszar pracy „dla żywiołu polskiego”. Łyś szczęśliwie oddzielił od tych mocarstwowych rojeń – podróżników pożądających przygód, jak Maurycy Beniowski, geografów, jak odkrywca Kamerunu Stefan Szolc-Rogoziński, czy też – z drugiej strony – biedotę wiejską, poszukującą lepszych warunków egzystencji, która często życiem przypłaciła swoje poszukiwania (XIX-wieczna emigracja za chlebem, s. 83–104). Liga rosła w siłę ku niezadowoleniu MSZ, które (słusznie) uważało politykę zagraniczną za sferę swoich kompetencji i miało rację w dyskusji o polskiej polityce kolonialnej.

To rozsądne stanowisko nie całkiem pasowało „do nowych czasów, gdy umacniające się rządy dyktatorskie w krajach europejskich dążyły do zbrojnej ekspansji w samej Europie, jak i za morzami” (s. 278–279). Mussolini najechał Etiopię i choć jego sukces był trochę przereklamowany, to stanowił wzór do naśladowania. Rzeczywistość brutalnie przekreśliła te wizje. Po wrześniu 1939 roku wszelkie mity o polskiej potędze militarnej zostały brutalnie rozwiane. Mogą stanowić co najwyżej przedmiot rozważań o wpływie świadomości zbiorowej na postawy i zachowania polityków.

Bodaj najbardziej zaawansowaną formę przybrały starania o utworzenie polskiej kolonii w Liberii. To, co udało się tam osiągnąć, nie dawało statusu kolonialnego na kształt tych, które miały Anglia, Francja czy Stany Zjednoczone; to, co udało się tam zainicjować przypominało raczej współczesne dążenia do zbudowania strefy wpływów gospodarczych, o co zabiegają dziś wszystkie rozwinięte państwa, a właśnie Afryka stała się teraz terenem wzmożonej rywalizacji.

W Monrowii prowadzono nawet oficjalne rozmowy na ten temat, rozczarowanie rosło jednak w miarę postępu tych prac. Intencje obu stron były bowiem mocno odmienne. A poza tym: Liberia była krajem źle wybranym jako źródło bogacenia się Polski – kolonizatora. To kraj biedny, potrzebujący skonkretyzowanych programów rozwoju, a Polska – sama zacofana technologicznie – nie mogła zaspokoić ich potrzeb. Oba kraje nie mogły więc ofiarować sobie (na zasadach wzajemności) tego, czego najbardziej potrzebowały. Wymiana handlowa miała rozmiary rachityczne, po stronie polskiej narastało też rozczarowanie: miały być bogactwa na kształt tych, które Kolumb przywiózł z Nowego Świata, a tu ani bogactw, ani kolonii.

Autor trafnie opisuje też przedmioty innych „polskich marzeń” – poza Liberią – Brazylię, Angolę, Kamerun, Peru, wymieniany już Madagaskar. Zainteresowanych odsyłam do samej książki, nie chcąc odbierać im satysfakcji z poznawania faktów z niedawnej, a przecież niemal zupełnie zapomnianej przeszłości.

1 Tytuł książki zaczerpnięty z tytułu sztuki Witkacego Mister Price czyli Bzik tropikalny (s. 273)

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Krzysztof WOJCZAL, Trzecia dekada. Świat dziś i za 10 lat. Wyd. MT Biznes, Warszawa 2022, 640 stron.

Otrzymałem od przyjaciela w podarunku – trochę złośliwym, trochę ironicznym – trzytomowe dzieło Prolegomena, napisane i wydane własnym sumptem przez pewnego obywatela, który na tysiącu sześciuset stronach snuje rozważania nad „sensem istnienia i przeznaczeniem Kosmosu”. Krzysztof Wojczal nie ma aż tak wielkich ambicji, aby objaśnić sens istnienia kosmosu; zadowala się opisaniem, jak działa świat wielkiej geopolityki i co wydarzy się na świecie w najbliższych latach. Tytuł – Trzecia dekada – też jest skromniejszy: nie odwołuje się do Prolegomenów Emmanuela Kanta, lecz nawiązuje do Trzeciego tysiąclecia Marcina Więcława. No i pomieszcza swoje analizy Wojczal na skromnych 640 stronicach.

Książka K. Wojczala składa się z dwóch zasadniczych części. W pierwszej, na czterystu pięćdziesięciu stronach, autor dokonuje zaangażowanego opisu rzeczywistości międzynarodowej, a następnie, w części drugiej, na podstawie takiej interpretacji świata, kreśli możliwe scenariusze przyszłości. Mówiąc o „zaangażowanym” opisie rzeczywistości, mam na myśli, że jest to opis niezobiektywizowany, wolny od naukowej dyscypliny, sporządzony według woluntarystycznie dobranych kryteriów i opatrzony komentarzem, w którym autor nie ukrywa swoich sympatii.

System współczesnych stosunków międzynarodowych autor postrzega na kształt układu słonecznego, którego centrum stanowi rywalizacja USA i ChRL. Wszystkie inne wątki i państwa krążą na orbitach przyciągane siłą grawitacji relacji USA z Chinami. Istota relacji amerykańsko-chińskich, w największym skrócie, polega na tym, że USA dążą do utrzymania statusu globalnego hegemona i pragną narzucić światu swoje warunki, a Chiny taki ład kwestionują, ponieważ chcą zbudować swoje imperium. Do państw, które określają zasady gry geopolitycznej na świecie, autor zalicza także Rosję, która „nie stanowi realnej konkurencji i  zagrożenia ani dla USA, ani dla Chin”, „nie stanowi również źródła przyciągania, jednak chciałaby być traktowana jako równy z wyżej wymienionymi element składowy całego systemu”.

Ponieważ większość analiz poświęconych globalnemu układowi sił – obecnemu i w najbliższej przyszłości – właśnie tak, w trójkącie USA-ChRL-Rosja, postrzega kształtowanie się nowego ładu międzynarodowego, wywody i konkluzje autora Trzeciej dekady odnoszące się do roli wymienionych mocarstw ani nie budzą większych kontrowersji (poza pewnymi uproszczeniami), ani nie sposób uznać ich za szczególnie oryginalne.

Wylicza Wojczal jeszcze dziesięć państw-„figur” (Indie, Pakistan, Iran, Turcja, Izrael, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Japonia, Australia), a także Unię Europejską, które chociaż nie mogą, w odróżnieniu od USA, ChRL i Rosji, podejmować decyzji niezależnie, bez oglądania się na stanowisko wielkiej trójki, to wywierają wpływ na światowe stosunki międzynarodowe. Wszystkie pozostałe metamery autor pomija, przywołując to czy inne państwo-malucha tylko w kontekście egzemplifikacji stawianych tez. Taki podział państw na ważne i małoistotne wydaje się świadczyć o tym, że autor pozostaje pod wpływem ubiegłowiecznej klasyki geopolityki z tezą Mackindera o Heartlandzie i kluczowej roli Eurazji w dziejach świata. Poza Japonią i Australią wszystkie „figury” mieszczą się na kontynencie euroazjatyckim. Nie ma wśród wojczalowskich „figur” chociażby Indonezji lub Brazylii – państw, które wielkością PKB i liczbą mieszkańców przewyższają Iran czy Pakistan. Wynikałoby z powyższego zestawienia, że poza geograficzną bliskością do Chin i Rosji (i owego Heartlandu) o hierarchii wpływów – w ujęciu autora – decyduje w pierwszej kolejności siła militarna i gotowość czy skłonność do jej ekspozycji. Stąd też wynikają drobiazgowe, aż do przesady, zestawienia typów uzbrojenia posiadanego przez tę czy inną armię, porównania i oceny zdolności wojskowych państw. Doceniając wysiłek włożony przez autora w zebranie imponującej ilości danych, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to trochę hodgepodge, gdyż celowość podobnych zestawień nie zawsze jest oczywista.

Z takiego descriptio mundi autor wyprowadza scenariusze możliwych przyszłych konfliktów, które, uspokaja autor, nie wyleją się wszakże w wojnę globalną.

Oczywiście, jest świętym prawem autora opracowania, które nie pretenduje do naukowości i obiektywizmu, dowolnie wybierać problemy do opisania, agregować państwa i sojusze, kreślić scenariusze, nawet najbardziej fantastyczne, przyszłych zdarzeń. Podobnie jak świętym prawem obywatela jest uprawianie każdej formy twórczości – naukowej i pseudonaukowej, analitycznej i quasi-analitycznej. Zwłaszcza, jak w przypadku Trzeciej dekady, gdy jej wydanie finansowane jest z prywatnych środków autora.

Trzecia dekada wpisuje się w modny w Polsce ostatnimi laty trend ożywienia dysput geopolitycznych (aby wspomnieć, przykładowo, twórczość Jacka Bartosiaka czy Leszka Sykulskiego), wywołany agresją Rosji przeciwko Ukrainie i, generalnie, wzrostem niepewności. I można byłoby książkę K. Wojczala spokojnie pominąć, jeśliby nie ta okoliczność, że niektóre tezy głoszone przez autora nie tylko współbrzmią z oficjalną retoryką obecnych władz naszego kraju, lecz wydają się wręcz stanowić uzasadnienie dla działań PiS-owskiej polityki zagranicznej.

Jedną z kluczowych tez autora, nieukrywającego swojego głębokiego eurosceptycyzmu, jest przekonanie o nietrwałości UE. „Unia Europejska w formie i kształcie, jaki istnieje obecnie, nie ma szans przetrwać czekających ją prób” – stwierdza autorytatywnie. Według Wojczala, źródłem dezintegracji UE jest przede wszystkim wspólna waluta, euro, która „generuje nierówną dystrybucję kapitału oraz zwiększa dysproporcje pomiędzy krajami”. Atakując euro i UE, autor Trzeciej dekady powołuje się m.in. na opinię Brunona Banduleta. Zapomina tylko wyjaśnić, że Bandulet (były doradca CSU i zwolennik silnego narodowego państwa niemieckiego), owszem, był przeciwnikiem euro, ale dlatego, że – zupełnie inaczej niż Wojczal – uważał, iż przyjęcie wspólnej waluty Unii prowadzi do osłabienia Niemiec i jest ceną, którą Niemcy zapłacili za zjednoczenie kraju.

Nieufność wobec Niemiec (najłagodniejsze z określeń, jakie przychodzą mi na myśl przy charakterystyce stosunku K. Wojczala do Niemiec) jest kolejną płaszczyzną wspólną poglądów autora i PiS. W krytyce polityki Berlina Wojczal jest tak nieprzejednany, że zapomina o logice. Z jednej strony obwinia Niemcy o to, że „wysysają środki ze słabszych i mniejszych gospodarek strefy euro”; z drugiej przyznaje – że Niemcy „podkarmiają zadłużonych po uszy południowców” (czyli państwa południowej flanki UE). Autor potrafi w jednym rozdziale zarzucić Niemcom, że forsują projekt politycznej federalizacji Europy, a zaraz potem pisze o groźbie sojuszu strategicznego Berlin-Moskwa i ich zakusach na suwerenność państw Europy Środkowo-Wschodniej. Okazuje się, wg Wojczala, że Niemcy są winne nawet Brexitowi. Jeśliby nawet przyjąć założenie autora o niecnych zamysłach Niemców, to dziwi dlaczego Wojczal unika kwestii: Czy narodowe Niemcy, z własną walutą, silną armią i niezwiązane ramami oraz polityką Unii Europejskiej są mniej groźne niż Niemcy jako integralna część projektu europejskiego?

Broni za to Wojczal Węgier, które tak dzielnie stawiają opór brukselskim urzędnikom (i knowaniom niemieckim, oczywiście), wychwala projekt Trójmorza i inne inicjatywy odśrodkowe. Jakby nie dostrzegał tej oczywistości, że u źródeł napięć między narodowym rządem Węgier a administracją Unii leży nieprzestrzeganie przez Orbana unijnych zasad praworządności i demokracji (podobnie jak w wypadku sprzeczności między rządem PiS a Brukselą), i że wszelkie podważanie spoistości UE – czy to przez podważanie wartości konstruujących Unię, czy przez tworzenie wewnętrznych „separatystycznych” bloków – osłabia UE jako organizację i, tym samym, każdego z jej członków.

Twierdzeń kontrowersyjnych, niekiedy dziwacznych, a niekiedy po prostu nieprawdziwych jest co niemiara w opisaniu świata według Wojczala (błędy rzeczowe, stylistyczne, a to i ortograficzne – pomijam, nie jest to ostatecznie dzieło literatury pięknej). Na szczęście autor zdaje sobie sprawę z karkołomności zadania, którego się podjął i z własnych ograniczeń, przyznając na wstępie, że proponuje nam „rozrywkę intelektualną”. I tak też proponuję Trzecią dekadę potraktować – z akcentem na słowo „rozrywka”.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Beata DŻON-OZIMEK i Michał OLSZEWSKI, Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, 504 strony.

 

Istnieje cała wielka Biblioteka Przedmiotowa na ten temat. Od tylu już dziesięcioleci pojawiają się w historiografii, socjologii, literaturze pięknej oraz w publicystyce światowej tysięczne analizy, dyskusje i trwające nadal spory dotyczące tego tajemniczego i zagadkowego problemu. Stawiane są ciągle na nowo formułowane pytania. Jak to się stało? Jak to się mogło stać, że w XX wieku, w jednym z największych, kulturowo i gospodarczo wysoko rozwiniętym europejskim kraju (wydającym przez wieki wybitnych filozofów, artystów, kompozytorów czy pisarzy), doszło do tak powszechnego amoku – zbiorowego zaakceptowania, wręcz zaczadzenia, większości narodu totalitarną, antydemokratyczną ahumanistycznie obłędną ideologią, jaką stał się niemiecki faszyzm i hitleryzm?…

Nie jest oczywiście trudno do tej Biblioteki dzisiaj dotrzeć. Obejmuje ona między innymi wiele wybitnych dzieł sztuki pisarskiej, monumentalnej wagi dla światowej i niemieckiej literatury, jak choćby Doktor Faustus Tomasza Manna czy też dramaturgia Bertolda Brechta i proza Alfreda Döblina oraz liczne utwory kilku już pokoleń współczesnych politologów czy literatów (nie tylko niemieckich zresztą – i też nie wyłącznie europejskich). Do tego dochodzą niezliczone opracowania teoretyczne oraz wyrastające z empirycznych i szeroko zakrojonych porównawczych badań historyczno-socjologicznych, piór wybitnych historyków Jak na przykład dzieła historyka angielskiego Allana Bullocka (Hitler. Studium tyranii, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe). Czy nadal liczne analizy historyczno-kulturowe i publicystyczne rozważania, z których wywodzi się choćby owa słynna syntetyczna fraza-myśl Hanny Arendt o banalności zła. Także wywodzące się i z innych, niż niemieckie, środowisk naukowych różnorodnej natury rozprawy (u nas np. filozofa Tadeusza Krońskiego Faszyzm a tradycja europejska czy rozważania Franciszka Ryszki Noc i mgła).

Ale Biblioteka ta obejmuje także inne ważne opisy. Nie tak może spektakularne, bo dotykające mało niby znaczących, jednostkowych zdarzeń, indywidualnych konkretów egzystencjalnych, różnorodnych prac i zapisków codziennych. Pełne przykładów pozornie nieważnych realiów życiowych, tak zwanych przyziemnych i banalnych codziennych spraw i zdarzeń. Z różnych zresztą dziedzin ówczesnej rzeczywistości czerpanych. Acz przecież ukazujące ją tym samym w nowym, bo mniej znanym, niekiedy nawet mocno zaskakującym oświetleniu. Wydobywające z tej jednostkowej perspektywy nowe, nieoczywiste i niedoceniane (często w dążeniu profesjonalistów do uchwycenia całościowego obrazu), owe same w sobie niepowtarzalne, jednorazowe fenomeny, które odsłaniają sprzeczności tamtej niepojętej epoki niemieckich, ale i – eo ipso – europejskich dziejów…

Do tego niezwykłego zbioru będzie odtąd także należeć wydana ostatnio przez Wydawnictwo Czarne potężna, ponad pięciusetstronicowa księga historyczno-dokumentalna, po reportersku dociekliwa, napisana przez dwoje polskich autorów: Beatę Dżon-Ozimek i Michała Olszewskiego Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz.

Słusznie i celnie prawi o niej Martin Pollack – austriacki pisarz, dziennikarz, tłumacz i promotor literatury polskiej – w swym do niej posłowiu. „Wstrząsająca i ważna książka. Autorzy rzucają światło na życie i pracę znanego ornitologa Günthera Niethammera. Ceniony naukowiec bez wahania i bez zastrzeżeń daje się wciągnąć w narodowosocjalistyczny aparat terroru, gotowy jest nawet służyć jako strażnik w Auschwitz, gdzie jak gdyby nigdy nic kontynuuje badania ornitologiczne. Nie był przy tym odosobnionym przypadkiem – podobnie jak on postąpiło wielu niemieckich i austriackich badaczy”. Co, dodajmy, wielu z nich skrzętnie potem ukrywało. Rówieśnicy Niethammera oczywiście się tym nie chwalili, a młodsze pokolenia nic o tym nie wiedziały. „Niethammer był promotorem mojej pracy doktorskiej – mówi jeden z jego powojennych już uczniów – w 1967 roku niczego jeszcze nie wiedziałem na temat parszywej przeszłości Niethammera w SS. Jak można pchać się do SS i tam dokumentować świat ptaków, kiedy jednocześnie na twoich oczach nazistowski terrorystyczny reżim mordował tysiące niewinnych ludzi? Jak można z powodu ambicji naukowych ignorować te zbrodnie?”.

Historia życia Niethammera (należał do rodziny jednego z największych przemysłowców niemieckich), jego ornitologicznej kariery naukowej przed- i powojennej oraz służby w SS, przeplata się w tej książce między innymi z losami polskiego więźnia z obozu oświęcimskiego. Chodzi tu o zdolnego autentystę – malarza amatora, Władysława Siwka, pracującego na zlecenie obozowej władzy (wierzącej widać w wieczną trwałość systemu nazistowskiego) nad cyklem akwarel „kolorowych i jednobarwnych temper i olejów”. Siwek dokumentował w realistyczno-naturalistyczny sposób obozową codzienność i kolejne etapy życia więźniów KL Auschwitz i KL Birkenau. Ale również i to, co dotyczyło dziedziny naszego ornitologa. Tworzył – znakomicie do dziś zachowane (w większości przypadków) – portrety ptaków, których w tym otoczeniu nie brakowało… Na które Niethammer polował z bronią palną, przeznaczając potem swoje trofea do zbiorów muzealnych albo (jak kaczki, gęsi czy łabędzie) – do paradnej kuchni z przeznaczeniem dla gości specjalnych samego komendanta obozu Rudolfa Hössa…

Wszystko to autorzy wydobywają teraz z archiwów niemieckich, austriackich i polskich oraz wszelkich innych możliwych. Badając nadzwyczaj dociekliwie i niezwykle starannie, drobiazgowo wręcz studiując złożone biografie swych bohaterów. Zarówno skomplikowane dzieje owego niemieckiego ornitologa, jak i kilku polskich więźniów. Ich krzyżujące się losy w tym wielce rozbudowanym – i przez to tak pasjonującym – reporterskim i niezmiernie poruszającym wyobraźnię wielowątkowym historycznym śledztwie materiałowym. W tej kapitalnej dla losów świata sprawie (wiadomo przecież, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”) narodzin owej pozornej banalności oraz swoistości rytmu codziennego funkcjonowania systemu zła w świecie ówczesnym. Acz z zarazem dyskretnie wpisanym między wiersze tej historycznej już z natury relacji, tym wielkim i nadzwyczaj istotnym pytaniem: czy wszystko, co ukazują z tak wielką dbałością dociekliwych dokumentalistów, naprawdę jest li-tylko bezpowrotnie minioną cząstką naszej przeszłości?

Doprawdy – powiadam Wam z największym przekonaniem – trzeba tę księgę koniecznie przeczytać.

 

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Andrzej MENCWEL Powieść z życia, I. Strona ojca. Wyd. Nisza, Warszawa 2022, 430 strony.

Kiedy pisałem o swych refleksjach po lekturze książki Annie Ernaux pt. Bliscy („Res Humana” nr 2/2023), zażartowałem, że 1940 to dobry rok, obfitował w talenty, jak dobre wino, bo i Noblistka, i ja urodziliśmy się we wrześniu tego roku. Grono to powiększa Andrzej Mencwel – emerytowany profesor UW, literaturoznawca i antropolog kultury, były dyrektor Instytutu Kultury Polskiej tej Uczelni. On też przyszedł na świat w owym pamiętnym wrześniu – już za hitlerowskiej okupacji. A że przekroczył osiemdziesiątkę, uznał, że pora napisać autobiografię; takie zachcianki miewają starzejący się dżentelmeni, którzy całe życie parali się pisarstwem. Zapowiedział trzy części tego dzieła pod nazwą Powieść z życia; pierwsza właśnie się ukazała i nosi tytuł Strona ojca. Pospieszyłem, by ją kupić, bo z Andrzejem znamy się od 1957 r., kiedy to zawitaliśmy do słynnego Domu Studenckiego UW przy Kickiego 9, razem rozpoczęliśmy wszak studia polonistyczne, obaj trochę młodsi niż nasi koledzy, bo dopiero siedemnastolatkowie. Trafiliśmy do zaprzyjaźnionych ze sobą pokoi, trzy takie były, wszystkich naszych kolegów z tamtych lat nie zapamiętałem, ale większość tak; część wykruszyła się po drodze, część już odeszła do „lepszego” świata. Nie będę o nich pisał, bo Andrzej zapewne poświęci im kilka stron w kolejnych tomach, na które już czekam niecierpliwie. O jednym wydarzeniu muszę jednak wspomnieć, bo inaczej całość mi się nie sklei; Andrzej miał kłopot ze Studium Wojskowym, był czupurny i walczył o swoje racje, a tego – jak wiadomo – wojskowi nie lubią. Musiał powtarzać I rok, którego wedle studenckich regulaminów repetować nie było wolno, ale profesorowie dostrzegli jego intelektualne możliwości i zrobili wyjątek. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mając zaliczone wszystkie przedmioty poza „wojskiem”, mógł rok cały poświęcić na to, co naprawdę chciał zgłębiać, na filozofię, historię idei, antropologię kultury. I wykorzystał tę szansę. Wtedy nasze drogi się trochę rozeszły: inne grona koleżeńskie, różne zajęcia, inni promotorzy, inne zajęcia zarobkowe. Dziś widujemy się rzadko, najczęściej na promocjach książek i pogrzebach kolegów (ostatnio na Bródnie, na pogrzebie naszego Przyjaciela – Władka Kiżysa – człowieka wielkiej szlachetności), ale zachowaliśmy obopólną – mam nadzieję – życzliwość i sympatię. Łączy nas przy tym fascynacja Stanisławem Brzozowskim i niewygasła miłość do Piasków na Mierzei Wiślanej. Andrzej poświęcił im dawno temu duży felieton o „największym zadupiu Rzeczpospolitej”, o którym wspominałem w jednym z wcześniejszych numerów „Res Humana”, a który sprawił, że pojechałem tam po raz pierwszy i oczarowanie pozostało do dziś. Wybieram się na Mierzeję w maju; będzie okazja, by wspomnieć i wypić za tych, których już nie ma.

Odczytuję tę książkę, jako opowieść o rozpadzie rodziny, choć nie do końca rozumiem przyczyn, które ten rozpad spowodowały. Autor pozostawia zresztą sporo niedopowiedzeń, ukrywa się trochę za parawanem intymności rodzinnych przeżyć, o które postronnym nie wypada pytać. Matkę stracił w dniu swoich urodzin. Z Ojcem rozstali się mentalnie jeszcze w trakcie nauki w szkole podstawowej, liceum kończył już w Żarach, gdzie opiekowała się nim starsza siostra. Ojciec próbował nowego związku, nie wyszło, o kolejnym Andrzej ma już niewiele do powiedzenia. Był skazany na siebie, przedzierał się więc przez życie, trochę jak „dziecko ulicy”, ale w powojennych czasach wielu z nas było na taki los skazanych. Nie wyjaśnia do końca przyczyn swego „konfliktu” z Ojcem; ujmuję to słowo w cudzysłów, bo konflikt ma raczej konkretne podłoże, a tu dotyczy wzajemnego niezrozumienia. Może chodzi o brak bliskości, której nie doświadczył, bo nie mógł doświadczyć ze strony Ojca; tę bliskość, ciepło gwarantuje Matka, a jej nie stało, macocha zaś nie chciała lub nie umiała tego ciepła zapewnić, a Andrzej nie chciał zbytnio się o to starać. Nie zmieniło ich relacji nawet aresztowanie Ojca, dyskryminowanego jako lider „prywatnej inicjatywy”.

Autor wplata między rodzinną opowieść także fragmenty dotyczące społecznej, czy może lepiej kulturowej, świadomości zbiorowej, które to zagadnienie od dawna odgrywa rolę dokuczliwego owada, który nie pozwala mojemu myśleniu zasnąć. Sens takich fragmentów tkwi w pół-zdaniach, które po części przytoczę: oto komisarz policji berlińskiej stwierdza po przeczytaniu Tkaczy Hauptmanna, że „cały państwowo-społeczny porządek, w ramach którego rozgrywa się akcja, ukazany jest jako niegodny istnienia” (s. 106). To stwierdzenie wydaje mi się ważniejsze od rozważań na temat przyczyn milczenia Hauptmanna, kiedy republika weimarska została zmiażdżona; ono zalicza się bowiem do konformizmu dość dziś powszechnego. Albo: ojciec „pozostał poddany feudalnej obyczajowości, a żyjąc w państwie formalnie demokratycznym, był uciskany przez przesądy stanowe” (s. 185), bo sam deliberowałem nad tą kwestią, gdy drapieżni kapitaliści (jak Kronenberg czy Bloch) przekształcali się w pogodnych ziemian, hodując konie i przegrywając fortuny, wcześniejszą drapieżnością zdobyte. Albo „Pamięć można osłabić działalnością celową, wystarczy, że rozmyślnie się jej nie kultywuje, a ona już sama posłusznie dokona eliminacji osób, stosunków, zdarzeń” (s. 249). A czynimy tak również z pamięcią narodową, ogólnoludzką też. I jeszcze jeden tylko cytat, bo miejsca mi nie starcza: „Prawdy mitu nie weryfikuje logika prawdy i fałszu, gdyż zawsze jest ona ich mieszaniną” (s. 292). Żyjemy wszak w pomieszanym świecie, w którym nie da się ich od siebie oddzielić. Takich fragmentów do cytowania i zapamiętania jest wiele. Niedosyt, że nie mogę dalej cytować, łagodzi mi tylko przekonanie, że w kolejnych tomach będzie ich więcej. Coś mi się zdaje, że Andrzej już je napisał, bo nie wierzę, że jako człowiek doświadczony, powierzyłby ich istnienie czemuś tak kruchemu, jak egzystencja w wieku 80+.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Korespondencja Stanisława Augusta z Katarzyną II i najbliższymi współpracownikami (1764–1796). Wydawnictwo Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa 2022, w dwóch tomach: 1 ma 515 stron, tom 2 – 610 stron.

Na półkach księgarń, zwanych ambitnymi, co jest niewątpliwie zgodne z prawdą, ukazało się szereg książek obejmujących okres panowania ostatniego polskiego króla. Ostatniego polskiego, w tym znaczeniu, że wybranego przez polską szlachtę na polach Woli pod Warszawą. Co prawda, począwszy od wyboru Henryka Walezego, wybór polskiego monarchy nie był tylko w rękach szlachty Rzeczypospolitej, ale w znacznym stopniu silne były nań wpływy ościennych państw, wyrażane finansowo, lub, jak w przypadku saskich Wettynów i Stanisława (Antoniego) Augusta wręcz z namaszczenia ościennego mocarstwa – Rosji. Dzięki Muzeum Łazienek Królewskich otrzymaliśmy dostęp do istotnych publikacji dotyczących epoki stanisławowskiej – przede wszystkim pamiętniki Stanisława II Augusta – książkę angielskiego historyka o czasach stanisławowskich, ale także, co najistotniejsze, materiał źródłowy, jakim jest korespondencja króla Stanisława II i cesarzowej Katarzyny II oraz szeregu urzędników obojga władców z lat 1764–1796.

„Korespondencja” jest jednak wyjątkowa – mamy możliwość przeczytania wymiany korespondencji między pierwszoplanowymi aktorami Polski i Rosji drugiej połowy XVIII wieku; ich poglądów, oczekiwań, nadziei i gry politycznej z okresu, gdy I Rzeczpospolita zmierzała do zakończenia swojego bytu jako niezależny podmiot polityczny.

Król zwraca się do Katarzyny per „siostro”, ona – „bracie”, choć, jak wiemy, łączył ich w młodości intymny związek, któremu Poniatowski zawdzięcza koronę. Polska historiografia uważa na ogół, że Stanisław II był wyjątkowo naiwnym politycznym graczem, wierząc w dobrą wolę swojej niemiecko-rosyjskiej partnerki. Niewątpliwie król do końca swych dni był zakochany w cesarzowej, ale na pewno nie był naiwny. Różnili się przede wszystkim pochodzeniem – Katarzyna (urodzona, jako Zofia Anhalt), córka pruskiego oficera ze Szczecina, nie dorównywała wykształceniem i obyciem europejskiemu, polskiemu oświeceniowemu królowi, znającemu dwory królewskie i arystokrację Londynu i Paryża, a którego marzeniem było przekształcenie Polski w nowoczesne państwo w czasach nadchodzącej nowej epoki: końcowych lat feudalizmu, rozwoju nauki i literatury, ale wstrząsanej rewolucją we Francji.

Korespondencja monarchów przedstawia niewyobrażalny poziom zdrady narodowej elit Rzeczypospolitej. Tak naprawdę, nie było polskiej warstwy społecznej, która wspierałaby króla w jego dążeniu do odbudowy niezależności kraju.

Przykładowo w korespondencji pojawia się Litewski Wielki Hetman Michał Massalski, który przegrawszy głosowanie w Sejmie o zrównaniu praw hetmanów koronnych i litewskich, interweniuje u cesarzowej Katarzyny II o powrót do stanu przed głosowaniem Sejmu, a o czym król dowiedział się od swej „siostry” (list z 24 XII 1764).

Massalski nie był jedyny, zdecydowana większość szlachty i kleru była wrogo nastawiona do Poniatowskiego.

Dla Rosji istotne było poróżnienie szlachty etnicznie polskiej i litewskiej, niemal w 100 procentach katolickiej z większością ukraińską oraz białoruską. Rzeczpospolita miała ponad 70 procent ludności niepolskiej, w większości prawosławnej. Rosja wykorzystywała ten podział, wspierając tzw. dysydentów, którzy w Rzeczypospolitej mieli ograniczone prawa obywatelskie – nie tylko chłopów, ale też i szlachty ukraińsko-białoruskiej, a także szlachty Prus i Inflant oraz mieszkańców dużych miast, gdzie większość mieszkańców miała pochodzenie niemieckie i była wyznawcami kościołów protestanckich.

Listy Katarzyny II ukazują stopień manipulacji politycznej w dzieleniu społeczeństwa Rzeczypospolitej. Rosja okazywała się, jako ich jedyny opiekun przed agresją polskiej szlachty oraz katolickiego kleru, dla którego ich aktualny interes finansowy był istotniejszy od interesu państwa, mimo że Rosja nie sprzyjała katolikom.

Korespondencja ukazuje żałosną sytuację króla w państwie totalnie zanarchizowanym, w którym magnaci i Kościół prowadzili swoją własną politykę krajową i zagraniczną. Rosjanie i Prusacy wysyłali swoje wojska na popas na polskie ziemie. Król często żali się na postępowanie rosyjskiej armii, oczywiście bez rezultatu, tym bardziej, że ich pobyt był usankcjonowany zgodą hetmanów (Massalski otrzymał za zgodę 45 tys. rubli). Żydzi i Niemcy zarządzali majątkami szlachty, tępej i aroganckiej, gotowej wesprzeć dowolnego zagranicznego władcę, by ten czy ta gwarantowali im dotychczasowy tryb życia w głupocie i opilstwie, plutokracji i niewolniczym wykorzystywaniu chłopów, braku szacunku dla wiedzy i innowacji kulturowej, prymitywnym religianctwie, miernocie umysłowej. Kochanka Poniatowskiego, cesarzowa, w jednym z ostatnich swoich listów do króla, pisze: „Los Polski (…) jest skutkiem zgubnych zasad wyznawanych przez wszystkie stany i całe społeczeństwo, któremu za wzór posłużył lud nieznający w niczym umiaru i brnący od błędu do błędu. Nie do mnie należało przestrzeganie narodu polskiego przed szkodliwymi skutkami takiego postępowania i zamknięcie pod jego stopami przepaści wykopanej przez jego niszczycieli, którzy go w końcu do otchłani zepchnęli” (AKP 359, datowany na dn. 21 11 (kalendarz juliański), dn. 2 XII 1794). Katarzyna II i jej doradcy to inteligentni ludzie, umiejący wykorzystać głupotę polskiej szlachty w interesie imperialnym Rosji, przy wydatnym wsparciu polskich elit politycznych. Wysiłki Stanisława II nie były w stanie ich pokonać, warchoły wygrały.

Brzmi znajomo? No cóż, chyba dalej siedzimy w tym bagnie, bo w nim nam najlepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Zbigniew JERZYNA, Wybór wierszy, opracowanie i wybór Marcin Jerzyna, przedmowa Andrzej Wołosewicz, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2023, s. 425

 

Chciałem wam powiedzieć,

że przyszedł do mnie mój syn

że ojciec i syn przy jednym stole,

w pokoju z oknem otwartym na świat –

rozmawiali ze sobą

Zbigniew Jerzyna

Tako rzecze w jednym ze swych Wierszy ostatnich (dotąd osobno niepublikowanych) – Ojciec, czyli Zbyszek Jerzyna do swego Syna Marcina. Znaleźć je można w wydanym niedawno przez wydawnictwo Adam Marszałek obszernym Wyborze wierszy* tego zmarłego w listopadzie 2010 r. poety (tak, to naprawdę nie do wiary, że kilkanaście już lat minęło!). A dodajmy też od razu dla jasności, iż czytać je wszystkie można teraz w wyborze „autorskim”, dokonanym przez jego syna Marcina Jerzynę w 60-lecie debiutu książkowego Zbyszka (tom Lokacje, PIW 1963).

„Rozmowy” takie, jak ta wyżej przywołana, zawsze muszą być, siłą rzeczy „zaoczne” i „korespondencyjne”. Prowadzone bowiem przy pomocy poezji, w różnym czasie i w nieoczywistej, zawsze owianej mgiełką tajemnicy przestrzeni niby czysto tylko wewnętrznej, osobistej, ale przecież już i w historycznym już i psychologiczno-społecznym zarazem kontekście. Taki „dialog”, z jakim tutaj mamy do czynienia, zawsze jest i musi być (myślę sobie) zapewne ogromnie trudny, chociaż zawsze jest ciekawy i ważny. Ważny przede wszystkim dla nas, czytelników, ale chyba – jakby to nie pobrzmiewało mocno pretensjonalną nutą metafizyczną – i dla obu bezpośrednich „interlokutorów”. Bo zapewne nie tylko dla młodszego z nich. Istotne jest i to, że odbywa się on „przy jednym stole w pokoju otwartym na świat”. Gdyby nie owe „zaoczne rozmowy”, nie byłoby zapewne tej całej, oryginalnie pomyślanej i skomponowanej księgi poetyckiej; tego ponad czterysta stron liczącego sobie obfitego „wysypu” wierszy, pochodzących z różnych epok pisarskiej aktywności poetyckiego dorobku Zbyszka Jerzyny…

Ba, nie byłoby może i poety Marcina Jerzyny…

Czas tu dopowiedzieć wreszcie i tę oczywistą oczywistość (choć nie wszystkim może wiadomą), że Marcin jest nie tylko synem poety Zbyszka, ale i sam poetą jest! Pamiętam, jak przed laty pojawił się u mnie, jako początkujący student polonistyki z pierwszymi swymi wierszami. Ich ciekawa stylistyka i ekspresyjność wyrazu oparte były głównie na jednym z najstarszych chwytów wypowiedzi poetyckiej, czyli rymowanej rytmizacji… Dziś raczej niemodnej u nas w poezji, ale przecież trudno zaprzeczyć, iż zawsze sprzyjającej sile tonu i wysokiej temperaturze narracji… Powstał wtedy z tych wierszy debiutancki zbiorek Marcina J. (z moim przedsłowiem) pt. Ból mój król, Warszawa, Staromiejski Dom Kultury, 2004. No i nie zdziwiłem się także specjalnie i tym, że wkrótce potem pojawił się na naszej młodzieżowej scenie muzycznej tenże Marcin Jerzyna wraz z zespołem rockowym „Panta Koina” (patrz: www.fb.com/pantakoina). Wyrażający we własny, ostry i gniewny sposób pokoleniowe widzenia świata ówczesnych, wchodzących w życie na przełomie tysiącleci tak zwanych milenialsów. Z własnym spojrzeniem na rzeczywistość. Ukazywaną, jak w przypadku Marcina J., nie tylko poprzez wiersze własne czy rówieśników, ale również i poprzez „stare” wiersze ojca, teraz odkrywane na nowo, a także teksty wielu przywoływanych przez „Panta Koinę” klasyków europejskiej i światowej poezji z kręgu głównie tak zwanych poetów wyklętych, (kto ciekaw niech sprawdzi, że jest na tej liście między innymi nawet wiersz Plemiona Michaiła Lermontowa!).

Wracajmy jednak z tej wycieczki do samych Wierszy wybranych Zbyszka J. (przepraszam za tę stałą familiarność, ale znaliśmy się „od zawsze”, czyli ponad 60 lat, od czasów studenckich i powstania grupy Orientacji Poetyckiej Hybrydy na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, gdzie współredagowaliśmy przez pewien czas pismo „Orientacje”, a wieczory spędzaliśmy „po bożemu”, a jakby się kto pytał, słuchając Dudusia-Matuszkiewicza oraz pierwszych występów – wtedy jeszcze zgodnych w swej antysystemowej postawie – „kabareciarzy”: Wojtka Młynarskiego, Jonasza Kofty, Jana Pietrzaka czy Adama Kreczmara). A zatem, wracając do wierszy w opracowaniu i wyborze Marcina Jerzyny, trzeba powiedzieć, że powstał wybór naprawdę niebanalny, oryginalnie pomyślany i zrealizowany konsekwentnie. Przede wszystkim, jako osobiste jego spojrzenie na poetycki dorobek ojca. Dzięki kierowaniu się przy tym doborze tekstów głównie własnym smakiem i gustem, „prywatnymi” preferencjami estetycznymi i znaczeniową dla niego dziś samą wagą poszczególnych utworów. Bez oglądania się na znany nam wszystkim dobrze, swego rodzaju „terror” edytorskich zasad, dyktat utartych opinii, choćby krytycznoliterackich poglądów na temat tego, co dobre, co takie sobie, a co zupełnie be! A zatem nie dziwota, że powstał wybór nieliczący się ze zwyczajowymi względami polonistycznie standardowo „poprawnych” edycji „wyborów wierszy”. Takimi choćby na przykład, jak chronologia ich powstawania czy pedantyczne trzymanie się „źródeł” czy dat publikacji wierszy, tytułów tomów, z jakich są zaczerpnięte itp. itd.

Zobaczmy zatem. Wybór Marcina Jerzyny otwiera znany i charakterystyczny dla pewnego nurtu dorobku jego ojca wiersz: *** Śmiertelny, chcę cię ukryć śmiertelną w ramionach… Pochodzący gdzieś ze „środkowego” okresu poezjopisarstwa Zbyszka, ale zaraz potem pojawiają się też i fragmenty jednego z pierwszych i najbardziej znanych jego wierszy z debiutanckiego tomu, dedykowane mistrzowi jego młodości – Stanisławowi Grochowiakowi. Towarzyszą mu oczywiście i inne nie mniej znane wiersze, wybrane z całego tego przecież długiego, ponad półwiecznego okresu jego życia i twórczości… W tym na przykład tak często przywoływane, a brzmiące niekiedy tak boleśnie aktualnie, jak Wojna jest wesz czy też ten – odwołujący nas do tylu wspomnień i skojarzeń – „osobistych znajomych”, przyjaciół i kolegów – jak ów słynny i przejmujący tragiczną samowiedzą pt. Wódka:

Ech ty!

Na łzie oparta

Chytra

Ty sposobie

Śmiechu pusty

Wspaniała

Klęknę

Przy twym grobie…

Powoli potem wybór Marcina J. powraca do przetartych przez wcześniejszych antologistów szlaków w wyborze i układzie tekstów. Znajdziemy tu także – i słusznie bardzo – obszerną prezentację Erotyków Zbyszka, wybór przejmujących wewnętrznym żarem, autentyzmem i prawdą przeżycia cykl Listów do Edyty czy też nie mniej znany cykl głośnych Kolęd – na czele z ową Kolędą 1978:

Kolędo, nie drwij żeśmy tacy mali

jak pastuszkowie, a nawet zwierzęta.

Niech z nas odpłyną alkoholu rzeki

I niech się naród wreszcie opamięta

czy Kolęda z 2005 r.:

Jezu, dziś nam potrzeba

Abyś się narodził

Bo nam oczy oślepły

Ciemność weszła w słowa…

Bo nas mylą i mamią

Fałszywi prorocy…

Na koniec swego wyboru Marcin J. znajduje miejsce dla owych, około siedemdziesięciu, nieznanych nam dotąd, zaczerpniętych z rodzinnego archiwum – Wierszy ostatnich, w których Zbyszek J., jego zdaniem, i zdaniem autora przedsłowia do tego wyboru, Andrzeja Wołosewicza, podejmuje na nowo główne wątki („ryty”) całej swej twórczości związane z doświadczeniem doznań i lęków egzystencjalnych, trudnych osobistych losów wojennych i lat późniejszych, ściśle prywatnych obowiązków i rodzinnych perypetii, ale i przede wszystkim historyczno-społecznych uwikłań – wspólnych zresztą dla całej jego (naszej) generacji…

Będzie to też na pewno znaczący materiał dla dociekliwych badaczy i krytyków. Bo moim zdaniem Marcin Jerzyna – syn miał pełne prawo do takiego, a nie innego układu i doboru wierszy Zbyszka – ojca do tej antologii! I to nie tylko przecież ze względów rodzinnego pokrewieństwa. Ale czy miałby do tego, czyli osobistego, subiektywnego wyboru prawo każdy inny antologista? Teoretycznie oczywiście tak, acz przecież byłby to zupełnie inny wybór…

 

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Grzegorz PIĄTEK, Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2022, 480 stron.

Budowa Gdyni miała ogromne znaczenie dla Polski odrodzonej w roku 1918. Miała potwierdzić, że jesteśmy – jako Polacy – zdolni do podjęcia wyzwania, które na nowo ukształtuje naszą przyszłość jako nowoczesny, dobrze zorganizowany kraj. Gdynię zbudowano. To wybicie się na niezależność zostało zrealizowane ciężką pracą całego narodu. Oczywiście oczekiwania były różne – dla elity walczącej w Legionach, dla tych, którzy byli także zaangażowani w ruch niepodległościowy wyznając różne opcje polityczne i ideowe, oznaczało, że z Polską należy się liczyć na arenie gospodarczej, a nie tylko na polach bitew. Dla milionów bezrobotnych zamieszkujących przeludnione wsie była ogromną nadzieją, że staną się robotnikami, obywatelami nowoczesnego kraju, że znacząco poprawią swój byt.

Oczekiwania były olbrzymie – ich realizacja często zderzała się z brutalną rzeczywistością: bezrobociem, podłymi warunkami mieszkaniowymi, powszechnym bandytyzmem, brakiem bezpieczeństwa socjalnego, brakiem możliwości wykształcenia dzieci. Grzegorz Piątek, architekt z zawodu, napisał książkę opisującą dzieje budowy Gdyni w okresie międzywojennym, czyli okresu lat 1920–1939, od momentu podjęcia decyzji przez ówczesne władze państwa. Na miejsce budowy nowego miasta i portu wybrano niewielką kaszubską wieś.

Polska odrodziła się w Europie jako niepodległy kraj w roku 1918, jako największe nowo powstałe państwo po klęsce państw koalicji Niemiec i Austro-Węgier w I wojnie światowej. Nowo powstałemu państwu przyznano jednakże tylko symboliczny dostęp do otwartego morza, ledwie 150 km wybrzeża, bez pełnomorskiego portu. Gdańsk, który był naturalnym portem Rzeczypospolitej, przekształcono w Wolne Miasto, z ograniczonym dostępem do nabrzeży portowych dla polskich przedsiębiorstw. Decyzja o budowie w pełni polskiego portu była więc koniecznością ekonomiczną i polityczną. Budowę rozpoczęto w 1921 roku, gdy Gdynia liczyła 1200 mieszkańców, aby pod koniec dwudziestolecia międzywojennego przekroczyć liczbę 100 000 mieszkańców. Port w 1938 roku obsługiwał 46% polskiego handlu zagranicznego – głównie węgla kamiennego i drewna, podstawowych wówczas towarów polskiego eksportu.

Autor koncentruje się na przemianach architektonicznych i urbanistycznych nowo powstającego miasta. Z tego względu niewątpliwie dla mieszkańców Gdyni jest to książka pasjonująca. Dla nas, współczesnych Polaków jest przede wszystkim przyczynkiem do historii Polski XX wieku. Trudno dziś wyobrazić sobie, jak ważną rolę odgrywała Gdynia w międzywojniu. Rola gospodarcza była istotna, ale znacznie ważniejsza była jej pozycja jako obiektu państwowotwórczej propagandy kolejnych rządów oraz dla milionów Polaków jako potwierdzenie odrodzenia się narodowego państwa, które zbudowało duży (największy na Bałtyku w latach trzydziestych XX wieku) port oraz nowoczesne miasto.

Znikały z pola widzenia ułomności miasta – brak planowania urbanistycznego, brak szkół, szpitali i usług komunalnych, bieda ludzi, którzy przybyli z całej Polski z nadzieją na dobrą pracę, zmuszonych do zamieszkania w nędznych dzielnicach zbudowanych z odpadków blach, opakowań lub wykopanych ziemiankach. Nieskanalizowane budy, w których na kilku metrach kwadratowych powierzchni mieszkało często kilka osób; śpiących na zmianę na ubitej ziemi. Domy przeznaczone dla zarówno zamożnych, jak i średniozamożnych budowane były chaotycznie, bez jakiejkolwiek koncepcji przestrzennej. Nawet nowoczesne wysokościowce budowano z cegły, bez bieżącej wody i często bez kanalizacji. Płace były najniższe w Polsce, a ceny – najwyższe, szczególnie produktów rolnych. Wynikało to z braku silnego rolniczego zaplecza dla nowo powstającego miasta i trudności komunikacyjnych z resztą kraju – Gdynię od kraju oddzielało Wolne Miasto, z ludźmi wrogo nastawionymi do rosnącej w siłę konkurencji.

Wysokie bezrobocie i niskie płace były przyczyną szeregu robotniczych protestów i demonstracji – niektórych zakończonych ofiarami w ludziach. O tym stanie rzeczy nie pisało się i dalej nie pisze – bardziej pamiętany jest bunt 1970 roku na Wybrzeżu, który objął również Gdynię, niż te sprowokowane przez (prawicowo-faszyzujący) rząd w Warszawie i komisaryczny zarząd miasta. Największy miał miejsce w 1936 roku, kilka mniejszych – praktycznie corocznie w latach trzydziestych. Społecznicy, głównie wywodzący się z PPS, wzorem Warszawy powołali towarzystwo budowy tanich domów dla robotników na obrzeżach Gdyni – potrzeby były jednak wielokrotnie większe niż możliwości finansowe społecznych inicjatorów.

Autor czyni bezpośrednie porównania sytuacji robotników z lat 1920–1939 z okresem PRL-u. Wystąpienia robotnicze miały podobne podłoże ekonomiczne, ale wówczas oczekiwania Polaków były już znacznie bardziej ambitne. Władze nie były w stanie im sprostać. Świat, szczególnie w latach 70. wszedł na ścieżkę szybkiego wzrostu ekonomicznego, rozszerzenia zakresu usług społecznych, ogromnych szans awansu dla młodzieży. System tzw. realnego socjalizmu nie stwarzał takich możliwości. Polska Sanacji i Polska PRL miały systemy gospodarcze, które nie spełniały oczekiwań Polaków. Decydenci polityczni zdecydowali się przelać krew niewinnych ludzi tylko dla jednego celu: utrzymania się u władzy.

Byłem świadkiem robotniczego buntu w grudniu 1970 roku – zarówno w Gdańsku, jak i w Gdyni, gdy wysiadając z kolejki na stacji Gdynia Stocznia i w drodze do Stoczni im. Komuny Paryskiej widziałem zakrwawionych ludzi i słyszałem odgłos strzałów, odczułem strach ludzi stłoczonych na peronie, nierozumiejących sensu mordowania ich w drodze do pracy. Strach minął, pozostała nienawiść i pogarda dla „robotniczo-chłopskiego rządu”.

Autorytaryzm Sanacji i totalitaryzm jedynej partii PRL okazał się tragiczny.

Gdynia pozostała i jest wspaniałym dokumentem wysiłku całego narodu.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Severyn ASHKENAZY, Miecze Watykanu. Refleksje i polemiki świadka zła, przekład: A. Domińczak, Wydawnictwo Vis-à-Vis Etiuda, Kraków 2022, 322 strony.

 

Nazwisko Aszkenazy jest powszechnie znane i cenione w polskiej kulturze, nauce, historii. Szymon Askenazy (1865–193) to przedstawiciel klasycznej polskiej historiografii, a także uznany szachista, i jednocześnie wybitny naukowiec, pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Severyn Ashkenazy to dziś obywatel USA, wywodzący się z terenów tzw. kresów przedwojennej Polski (Tarnopol) i jednocześnie autor recenzowanej książki pt. Miecze Watykanu (podtytuł – Refleksje i polemiki świadka zła).

Książka jest wybitnie subiektywnym punktem widzenia przedstawiającym rolę Watykanu i instytucji Kościoła, zresztą często wybitnie negatywną i toksyczną, jaką spełniało państwo kościelne i stojący na jej czele papieże w dziejach Europy i świata – w historii ponad 1500-letnich prześladowań Żydów. Kreśli ją przedstawiciel kultury judaistycznej i jednocześnie zlaicyzowany Żyd, który przeżył lata II wojny światowej w ukryciu, pod podłogą mieszkania polskiej rodziny w Tarnopolu. Ten przedstawiciel prześladowanej systemowo przez wieki wspólnoty religijnej (a często i kultury) postawił sobie za zadanie zgłębić, zrozumieć, opisać istotę tych procesów społecznych, zwieńczeniem których okazał się Holocaust. To równocześnie opowieść o narodzie i kulturze żydowskiej, widzianej i ocenianej przez progresywnego Żyda-patriotę, choć nie bezrefleksyjnego apologety. Z kart tej książki Ashkenazy jawi się nam, jako człowiek martwiący się o losy swego narodu, nieszczędzący krytycznych uwag wobec tendencji, cech, obyczajowości i politycznych azymutów królujących w establishmencie Izraela. Te niebezpieczne trendy, jego zdaniem, pogłębiają jedynie społeczne podziały. Ta polityczno-kulturowa i socjalna fragmentaryzacja izraelskiej zbiorowości jest według niego na tyle groźna, że byt państwa otoczonego przez wrogów (lub w najlepszym wypadku przez kraje i społeczności mu nieprzyjazne) jest niepewny, by nie rzec – permanentnie zagrożony.

Książka w założeniach miała być refleksją nad kondycją człowieczeństwa w jego najgłębszej istocie. Nie jest to więc rzecz o potrzebie wiary w Boga, bogów czy jakąś bliżej nieokreśloną siłę sprawczą tkwiącą w świadomości większości ludzi. Efekt emanujący z kart książki jest inny, choć kwestia Absolutu przewija się ciągle w tle snutych przez Ashkenazego rozważań. Nie da się przy problematyce związanej z Holocaustem, widzianym przez społeczności Żydów europejskich dotkniętych bezpośrednio tą tragedią (a dziś rzucającą toksyczny cień na świadomość światowej diaspory żydowskiej i społeczeństwa izraelskiego), pominąć takiego oto zagadnienia: jak w takim razie pojmować Boga, który w religiach tzw. abrahamowych (judaizm, chrześcijaństwo i islam wywodzą się z tego samego pnia kulturowego, z podobnych doświadczeń ich założycieli, z tego samego regionu, który doświadczał przez wieki podobnych klęsk, wojen i tragedii), miał być synonimem dobroci, solidarności, miłosierdzia i zrozumienia, a który patrzył milcząco na śmierć części swoich, często gorliwych, wyznawców? Śmierci idącej w miliony istnień i realizowanej w racjonalnie zorganizowany system, niczym w ramach wielkoprzemysłowej produkcji dóbr. Autor celnie konkluduje, iż zagrożeniem dla ludzkości, istniejącym od dawna, jest brak jedności i poczucia wspólnoty ponad-plemiennej, ponad-rasowej, ponad-religijnej. Zagrażał on i ciągle zagraża, mimo postępu i rozwoju cywilizacyjnego, światu i gatunkowi ludzkiemu. Niewątpliwą luką w tej refleksji jest nieuwzględnienie przez autora roli rynku i zysku w owych zagrożeniach oraz procesach, a one stanowią przecież o istocie gospodarki towarowo-pieniężnej. A wszelkie i zorganizowane w rozległą strukturę prześladowania zawsze w podtekście niosły (później potwierdzała wielokrotnie praktyka) element merkantylny, utylitarny, zyskowny. Asheknazy natomiast skupia się wyłącznie na zagadnieniach wynikających bezpośrednio z podstawowych kanonów religii monoteistycznych; czyli uzurpacji przez nie prawa do jedynej prawdy i absolutyzacji spojrzenia na kulturę. Nie są to na pewno błahe kwestie, w tym akurat przypadku może i wiodące (chodzi o rolę instytucji Kościoła katolickiego w kształtowaniu europejskiego myślenia i najszerzej pojmowanej kultury), lecz polityka to przede wszystkim interesy i władza oraz nieusuwalne, związane z nią zyski i profity.

Ashkenazy pokazuje na przestrzeni historii, jak od uznania religii chrześcijańskiej za wyznanie państwowe (czyli od ok. 1700 lat temu przez Konstantyna Wielkiego, a zwłaszcza od jednego z jego następców – Teodozjusza Wielkiego) zmienia się byt Żydów na terytorium Imperium Romanum. I dotyczy to nie tylko chrześcijaństwa, religii już panującej wówczas niepodzielne formalno-politycznie, ale przede wszystkim w najszerzej rozumianej kulturze. Piętno, jakie przez wieki owej hegemonii wywarte zostało na umysłowości mieszkańców Starego Kontynentu, jest dla takich rozważań znakomitym wektorem dla zrozumienia istoty Shoah. I dlaczego do niego doszło. To było po prostu zwieńczenie określonej, wielowiekowej, szerzonej różnymi metodami i w różny sposób nienawiści rasowej, kulturowej i religijnej. Dziś widać, iż ludzkość o tym wszystkim zapomniała i powtarza ponownie drogę ku katastrofie.

Autor podzielił swoją książkę na trzy części (choć mówi tylko o dwóch). Pierwsza, wprowadzająca, to opowieść o życiu w Tarnopolu młodego Severyna, kończąca się opisem przeżyć wojennych, początków emigracji i rozpoczęcia życia w USA. Zasadnicza część, druga, to refleksja Aszkenazego odnośnie ponad 1500-letniej roli Watykanu i religii chrześcijańskiej w prześladowaniu Żydów. Jest to bardzo dobrze udokumentowany fragment książki. Trzecia część zawiera refleksje autora odnoszone do współczesnej sytuacji, w jakiej znajduje się niezwykle podzielona i rozproszona, światowa (w tym i w państwie Izrael) wspólnota żydowska.

Wprowadzając czytelnika w tematykę swojej książki autor podkreśla, iż temu zagadnieniu, z racji traumatycznych doświadczeń wojennych, poświęcił całe życie. Zgłębiał literaturę, prowadził kwerendę dokumentów i archiwaliów, przeprowadzał rozmowy ze świadkami ocalałymi z Zagłady. Zachęca też do potraktowania recenzowanego materiału, jako punktu wyjścia do dalszych, subiektywnych poszukiwań i przemyśleń. Ale najważniejsze są jego zdaniem refleksje nad istotą masowego, zorganizowanego na skalę niemalże przemysłową zła, prześladowań, szykan i dyskryminacji. Wszelkie dyskryminacje, z początku zdaje się niewinne i polegające jedynie na subtelnej stygmatyzacji, przeradzają się zazwyczaj w masowe i tragicznie kończące się, prześladowania. Dzieje Żydów w Europie są tego najlepszym i klarownym potwierdzeniem.

Ashkenazy poświęca dużą część materiału kształtowanej przez wieki życia w diasporze, właśnie z racji charakteru judaizmu oraz form uprawianego kultu, tożsamości Żydów. Pokazuje, jak z powodu owej kulturowej odrębności, oprócz przyczyn religijnych i kulturowych, oraz rozproszenia narodu żydowskiego, kształtował się stosunek do nich chrześcijan pozostających pod przemożnym wpływem Kościoła katolickiego i centrali watykańskiej nadającej ton określonej narracji w tej mierze. Ta część książki jest doskonale udokumentowana, a fakty chronologicznie i kolejno przedstawiane tak, jak mijały wieki owych prześladowań.

Sentencją podsumowującą niejako całość rozważań Ashekazego, a znajdującą się na ostatniej stronie tej polecanej przeze mnie gorąco książki, niech będzie myśl autora, iż „jeśli coś potrafimy sobie wyobrazić to oznacza, że możemy to osiągnąć”. Piękna, humanistyczna, klasycznie oświeceniowa i niezwykle pro-osobowa to myśl. Zawierająca optymizm oraz ufność w człowieka, jako miarę wszechrzeczy (jak wyznał to Protagoras z Abdery, V w. p.n.e.).

 

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Autorka książki jest mi (nomen omen) bliska; jesteśmy rówieśnikami, oboje urodziliśmy się we wrześniu 1940 roku, oboje pod tym samym znakiem Zodiaku – Panną, Annie jest starsza ode mnie o kilkanaście dni. Pierwsze pytanie dotyczy zatem biograficznych podobieństw i różnic, bo też wokół wątków biograficznych koncentrują się trzy części tej książki, pisane w różnym czasie: Miejsce (1982–1983), Pewna kobieta (1986–1987), Druga córka (2010), wydane teraz w jednym tomie. Może najpierw o podobieństwach.

Szukam analogii z dziejami własnej rodziny. Ojciec mojej matki, z chłopskiej rodziny z Kujaw, wyjechał w latach 90. XIX wieku za chlebem do Baku, tam jako robotnik zarobił trochę pieniędzy przy nafcie. Po żonę przywędrował do Siedlec, niczym Seweryn Baryka, pobrali się w 1909 roku, ale do roboczego kombinezonu i do Baku dziadek już nie wrócił. Mieszkali w Odessie, potem w Kijowie, dorobili się sklepu. Do Polski wrócili w 1918 roku i dalej prowadzili sklep we Włocławku, udało im się nawet zbudować własny dom. To tak jak rodzice Ernaux, ale oni zrobili to o jedno pokolenie później. Potem przyszła wojna i świat się zmienił. Dalszych kolei losu nie da się zatem zrozumieć bez podkreślenia różnic.

Powieść prawie zupełnie pomija wojnę, pierwszą i drugą, wydarzenia, które zaważyła tak mocno na losach wielu pokoleń w wielu krajach. Pierwsza wojna stworzyła ojcu
Autorki okazję do społecznego awansu, porzucenia robotniczego fachu, do stania się sklepikarzem i restauratorem. Drugą wojnę Ernaux kwituje bodaj dwoma akapitami. Pierwszy dotyczy ucieczki w dniach inwazji niemieckiej: „raniły go w twarz odłamki pocisku i dał się opatrzyć w miejscowej aptece. Bombardowanie trwało nadal. […] Wewnątrz kościoła pełno było uchodźców. […] Kiedy weszli Niemcy, wrócił do L… Sklep spożywczy został splądrowany przez tych, którzy nie zdołali uciec. Potem wróciła matka, a ja urodziłam się miesiąc później” (Miejsce, s. 30). Drugi fragment mówi o wkroczeniu Anglików i Amerykanów pod koniec II wojny, to już fiasko niemieckiej dominacji: „Czołgi przejeżdżały przez la Vallee, z otwartych włazów leciały tabliczki czekolady i saszetki z pomarańczową oranżadą w proszku [….] Potem [matka] relacjonowała lata wojny jak powieść, wielką przygodę swojego życia” (Pewna kobieta, s. 94). Pomiędzy nimi znalazł się czas spokojny, nie wypełniony tragicznymi wydarzeniami, czas rodzinnych zajęć. Trauma była związana z pochodzeniem klasowym (jak pisze na czwartej stronie okładki Didier Eribon).

U nas było inaczej. Wojna spowodowała rodzinną degradację. Ojca, wcześniej dobrze zapowiadającego się naukowca, rozstrzelano za konspirację, dziadków wysiedlono, pół rodziny wojny nie przeżyło, matka, mając mnie na głowie, mozolnie poszukiwała jakichkolwiek warunków do życia – także po wojnie. Wszyscy stracili prawie wszystko. Dziadkowie nigdy nie wrócili do pozycji średnio zamożnych sklepikarzy. Proces wydobywania się na powierzchnię trwał wiele, dobrze ponad dwadzieścia, może i trzydzieści lat. Z autorką możemy więc mówić o podobnej ścieżce przesuwania się w górę w hierarchii społecznej, ale o zupełnie różnych znamionach tej wędrówki. Dla niej jest to linia jednostajnie wznosząca, w przypadku mojej rodziny – raczej szybki zjazd w dół i trudna wspinaczka, nie zawsze udana. To sprawa miejsca, nie czasu. A żeby, żartując trochę, podkreślić jeszcze raz podobieństwa – my, dzieci z innego trochę świata, też dostawaliśmy paczki z UNRRA – poza oranżadą w proszku i gumą do żucia bawiły nas puszki z etykietą „krwawa kiszka, krwawa kiełbasica”.

Dziadkowie, rodzice, dzieci – wszyscy w tych pokoleniach, które opisuje Ernaux, to postaci z minionego czasu. Nosili na swoich plecach trud uporania się z przeciwnościami losu, walczyli o swoją egzystencję. Zrobili swoje, wspięli się po drabinie społecznej, stworzyli warunki dla pokolenia wnuków i dla ich dzieci. „[Ojciec] chciał przede wszystkim, żebym była szczęśliwa, ona zaś – żebym była na poziomie, a suma ich pragnień sprawiała, że w rodzinie i w naszej robotniczej dzielnicy stałam się obiektem zazdrości, prowadząc egzystencję osoby uprzywilejowanej [….] (Druga córka, s. 162). W drobnomieszczańskich rodzinach obowiązywało zachowanie uzależnione od tego, co ludzie powiedzą. Trochę korciło mnie, by zebrać wszystkie fragmenty tekstu podane w cudzysłowach, czy złożą się w pełne znaczenia przesłanie, ale w krótkim tekście nie ma miejsca na takie zabawy. Natomiast nie sposób nie zapytać o zdolność kolejnych generacji do przetrwania, do sprostania przeciwnościom losu, bo na takie napotkają, bez wątpienia, i do wymogów nadchodzącej epoki. Nie mam żadnych powodów, a przede wszystkim uprawnień, by wieszczyć katastrofę, ani popadać w euforię wiary w niespożyte możliwości ludzkiego umysłu i w wytwory sztucznej inteligencji. Ale pytać trzeba, bo ten czas może okazać się trudniejszy, niż ten miniony, a nowe pokolenia słabsze mentalnie, bo pozbawione doświadczeń, dających odporność „na życie” . Z ostatnich informacji WHO wynika, że do roku 2030 depresja stanie się najbardziej dotkliwą chorobą ludzkości. To zatem kwestia czasu, nie miejsca.

A książka Annie Ernaux – mojej rówieśniczki to piękna książka i piszę tak nie dlatego, że to noblistka. Były przecież Noble trafione i pomyłkowe. O jej bezspornych walorach artystycznych powiedzieli już chyba wszyscy uczestnicy dzisiejszej i wielu innych dyskusji, bo nie sposób o tym nie mówić, więc i ja muszę choć trochę. Operuje zdaniami tak prostymi, że zachwycają swoją wykwintnością. Jest w nich niesamowite wprost skondensowanie obrazu, który chce przekazać. Nie ma słów, a tym bardziej zdań pustych, wszystkie zawierają ważną treść. Złapałem się na tym, że wielokrotnie odkładałem książkę, by zachować w pamięci ledwo co przeczytane zdanie, by nie pospieszać zbytnio. No cóż, rocznik 1940 to dobry rocznik, jak dobre wino, naprawdę obfitował w liczne talenty.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Zofia POSMYSZ, Czy to temat? Dramaty, Wybór i wstęp Anna R. Burzyńska, oprac. tekstów Anna Dżabagina, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Warszawa 2020, 427 stron.

 

Zmarła w sierpniu 2022 r. (dwa tygodnie przed ukończeniem 99 lat) Zofia Posmysz była autorką wielu wybitnych i popularnych utworów, przede wszystkim pisanych prozą, jak słynna i znana z adaptacji filmowej Andrzeja Munka oraz wersji operowej wystawianej na wielu scenach świata – Pasażerka (1962) czyteż powieść Wakacje nad Adriatykiem (1970) Autorkabyła także znana, o czym dziś mniej się pamięta, jako twórczyni znakomitych słuchowisk radiowych.

Jak wiadomo, słuchowisko radiowe jest stosunkowo nowym gatunkiem artystyczno-literackim. Rodziły się one bowiem i dojrzewały wraz z rozwojem audio techniki radiowej. Od początku odznaczały się też z tego powodu swoistą gatunkową odrębnością. Ich literackie teksty-zapisy były i są przede wszystkim materiałem wyjściowym, niczym kompozytorskie partytury dla dyrygenta w procesie tworzenia ostatecznego kształt utworu muzycznego. Z tego połączenia słowa (za)pisanego i dźwięku(ów), emitowanych na falach radiowych, powstaje w efekcie coś jakościowo quasi-nowego. Czy słuchowiska radiowe są zatem adresowane li-tylko do słuchacza radia i przeznaczone wyłącznie dla niego?

Otóż okazało się, i wiadomo to od dość dawna zresztą, bo już od przedwojnia, że nie tylko. Już w latach 30. XX w. ukazywały się drukiem i zdobywały wielką popularność czytelniczą drukowane „opowieści radiowe” – seriale słuchowiskowe Marii Kuncewiczowej – Dni powszednie państwa Kowalskich. Kto wie, czy nie była to jedna z przyczyn oraz podniet dla wielkiego u nas rozkwitu i popularności słuchowisk radiowych po wojnie. Szczególnie w latach 60. i 70. XX w., gdy powstawało w Polsce około 600 słuchowisk rocznie! Wiele z nich było publikowanych, a to na łamach miesięcznika Dialog czy w innych czasopismach literackich (były takie, były!), a to w osobnych wydaniach książkowych. I nie dziwota, bo pisywali je między innymi tak wybitni prozaicy i poeci jak: Stanisław Grochowiak, Zbigniew Herbert, Tymoteusz Karpowicz, Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Władysław Terlecki, Jerzy Krzysztoń, Jarosław Abramow czy Henryk Bardijewski. Występowali w nich najwybitniejsi polscy aktorzy pod batutą najlepszych w tej gildii reżyserów… Kto ciekaw, niech łaskawie sięgnie po bogatą literaturę przedmiotu.

A znajdzie ją między innymi i w tej wielce interesującej księdze-antologii słuchowisk radiowych Zofii Posmysz. Autorki kojarzonej z prozą – świadectwem wojennego i obozowego doświadczenia samej pisarki (rocznik 1923, więźniarka Auschwitz, potem dziennikarka radiowa) oraz całego pokolenia twórców jej współczesnych. Autorki wiązanej w potocznym odbiorze z takimi prozatorskimi tytułami, jak wspomniane wyżej powieści Pasażerka czy Wakacje nad Adriatykiem, gdzie traumy przeszłości istotnie znajdują swój pełny, znaczeniowo ważny, oryginalny i wyrazisty literacko kształt, jak i pozostające na uboczu niejako, jej ważne powieści i opowiadania o tematyce współczesnej, społecznej, obyczajowo-psychologicznej. To z tym właśnie nurtem jej dorobku związane są głównie (choć nie wyłącznie przecież) mniej znane słuchowiska radiowe….

Te radiowe dramaty powstające na przestrzeni paru dziesięcioleci, a ukazujące się teraz w znacznej mierze drukiem po raz pierwszy, różnią się oczywiście od siebie bardzo, tematycznie i kompozycyjnie. Powstawały one początkowo na marginesie reporterskiej pracy Zofii Posmysz w Polskim Radiu, jej wyjazdów służbowych w tzw. teren dla zbierania materiałów, często też śladem listów od słuchaczy proszących o interwencję czy pomoc w rozwiązywaniu lokalnych problemów czy konfliktów. Czasami, niektóre z tych słuchowisk powstawały i wyrastały jako nowe wersje wcześniejszych jej utworów prozatorskich, lub odwrotnie, jak najgłośniejszy z nich – Pasażerka (znana też potem z wersji filmowej Andrzeja Munka oraz libretta operowego Jurija Łukina i Aleksandra Miedwiediewa, z muzyką Mieczysława Weinberga; miała liczne wystawienia ostatnimi laty w wielu krajach świata).

Wśród dwunastki „dramatów radiowych” Zofii Posmysz tutaj przypomnianych, nad tematyką obozową czy wojenną dominuje w sensie ilościowym problematyka współczesna, ukazywana na ogół w formie swoiście udramatyzowanych interwencyjnych reportaży radiowych – jako poręczny, by tak rzec, punkt wyjścia – w takich utworach jak: Sekstet w Pałacu Ślubów, Palę Martina Edena, Czy to temat?, Człowiek spod kaloryfera. Ale jest tutaj i kilka utworów „dramaturgiczno-akustycznych” utrzymanych w formie wręcz fantastyczno-groteskowej czy także satyrycznej przypowiastki, jak: Zabieg, Ufo nad Parnasem, Miejsce na ścianie.

We wszystkich tych tekstach słuchowisk Zofii Posmysz, gdy się je teraz czyta po latach, widać coś jeszcze innego, co może do nich przyciągnąć współczesnego czytelnika. A także i nowego słuchacza radia, gdyby te słuchowiska zostały wznowione (co się chyba raczej dziś rzadko zdarza) lub też, gdyby zostały wyreżyserowane na nowo (bywa). Mianowicie poczucie humoru, ironia i dystans autorski, obecnie bardziej widoczne niż dawnej, co jeszcze ostrzej wydobywa ich wielorakie sensy i literackie smaki, powodując, iż nie są one przynależne tylko do szacownego skądinąd grona „słuchowiskowej klasyki radiowego słuchowiska”, a stanowią nadal żywą i aktualną w wielu wymiarach cząstkę całego powojennego dorobku pisarskiego autorki – wartą nadal nie tylko słuchania, ale czytania także…

Natomiast autorka omawianego tu opracowania wyboru słuchowisk Zofii Posmysz na koniec swojego erudycyjnego wstępu i analizy poszczególnych tekstów zbioru słusznie podkreśla, że radio dla niej „nie jest miejscem: wydzieloną enklawą wewnątrz rzeczywistości, pudełkiem, w którym spotykają się głosy i dźwięki, połączone ze sobą w sposób odległy od codziennej logiki, możliwy tylko tam… Radio jest wehikułem, umożliwia podróż w czasie i przestrzeni”. Nawet w swoich najbardziej groteskowych tekstach Posmysz pozostaje reporterką, która zabiera słuchaczy ze sobą w teren i uczy ich uważnego wsłuchiwania się w ciszę, by wyłowić z niej echa dawno ucichłych głosów. Toteż dodać jeszcze tylko trzeba, że to staranne, edytorsko krytyczne, należnymi przypisami, objaśnieniami tekstu i komentarzami dopełnione wydanie dramatów radiowych autorki Pasażerki nawiązuje, pod względem rodzaju wydawniczej roboty, do charakteru cennych opracowań znanych ze słynnej – stuletniej już dziś tradycji – ossolińskiej serii Biblioteki Narodowej, przynoszącej w nowych naukowo-krytycznych opracowaniach literaturoznawczych teksty klasyków literatury polskiej. Nic przeto tylko przyklasnąć tej inicjatywie pomysłodawców i twórców nowej serii wydawniczej – zwanej Dramat Polski. Reaktywacja, przypominającej i przybliżającej utwory tak wydawałoby się ulotne, jak radiowe słuchowiska…

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Wiesław Łuka jest znanym i cenionym reportażystą, w przeszłości dziennikarzem poczytnych czasopism takich jak Prawo i Życie czy Sztandar Młodych. Najbardziej znany z jego dorobku był reportaż Nie oświadczam się – relacja dotycząca zbrodni w Połańcu, gdzie całą wieś dotknęła zmowa milczenia. Na jej podstawie Janusz Petelski nakręcił film dokumentalny, nagrodzony przez TVP. Kiedy wiek nie pozwalał już autorowi czynnie pełnić powinności reporterskich, zajął się pisaniem nie tylko o sztuce reportażu, ale także o innych gatunkach artystycznych. Wydał w sumie blisko 20 książek. W większości z ostatnio publikowanych ujawnia swoje artystyczne sympatie. Należą do nich: poezja, a spośród poetyckich luminarzy Norwid, muzyka – tu przede wszystkim Chopin i Beethoven, malarstwo (Brandt, Kossak, Boznańska), film (sam był scenarzystą filmowym). Wykłada dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, a jego zajęcia cieszą się dużą popularnością. Różnym gatunkom sztuk pięknych poświęcił swoją ostatnią książkę: Ku pokrzepieniu – sztuki piękne, wydaną przez oficynę wydawniczą Res Humana. Choć nie biega już z mikrofonem i aparatem fotograficznym (lata robią swoje), i nie pisze reportaży z bieżących obserwacji, to jednak wykorzystuje techniki tego gatunku. W omawianej książce niewiele można znaleźć z odautorskiego wykładu, prawdy o różnych dziedzinach sztuki wkłada w usta swoich bohaterów, a są nimi wybitni przedstawiciele tych dziedzin, z którymi przeprowadza wywiady, albo wykorzystuje fragmenty ich wypowiedzi. A są to między innymi: polonista, wybitny znawca twórczości Norwida – profesor Wiesław Rzońca z UW (ale nie zapomina również o odkrywcach Norwida – Wiktorze i Juliuszu Wiktorze Gomulickich, którzy obok Miriama – Zenona Przesmyckiego udostępnili krajowej i zagranicznej publiczności dorobek twórczy Wieszcza), profesorowie Akademii Sztuk Pięknych – Błażej Ostoja Lniński i Adam Myjak, profesorowie Akademii Muzycznej w Warszawie – Stanisław Moryto, Klaudiusz Baran i Piotr Paleczny, wiedzy o teatrze – tu Paweł Płoski i Wojciech Malajkat. Ale we wspomnieniach pojawiają się także osoby twórców Akademii Teatralnej w Warszawie, przede wszystkim Aleksander Zelwerowicz. Rozmawia też ze swoimi kolegami i przyjaciółmi, w tym filmowcem Maciejem Kowalewskim i wieloma innymi. Nie zapomina o swoich nauczycielach i wychowawcach, a jego szczególną estymą cieszy się polonistka z liceum w Siedlcach, które ukończył – Natalia Zbucka, wspomina ją w wielu swoich książkach, choć nie szczędziła mu uszczypliwych uwag. I tak ciągnie swoją opowieść o własnych fascynacjach i sympatiach, a wśród tych, których wspomina często, pojawiają się też postacie nowe, jak choćby Marek Wawrzkiewicz – poeta i prezes Związku Literatów Polskich, którego Autor jest członkiem, czy przyjaciele z lat młodości, których wspomina, jak Nina Osiakówna czy Maria Krasowska. Można podziwiać interdyscyplinarną wiedzę autora i biegłość, z jaką porusza się po wielu różnych dziedzinach sztuki oraz sprawność w operowaniu słowem.

Autor kończy swoją książkę uwagami na temat reportażu jako gatunku literackiego, cytując mistrzów literatury faktu. Są to cytaty z wywiadów, jakie przeprowadził z nimi: „Im więcej człowiek wie o świecie, tym bardziej powinien się dziwić” (Remigiusz Grzela); „Nie potrafię pisać z czapy, muszę najpierw coś zobaczyć, usłyszeć, obwąchać, by o tym napisać” (Hugo Bader); „Żyję życiem moich bohaterów” (Hanna Krall); „Nie warto okładać cepami swoich rozmówców” (Konrad Piasecki); „Mam pociąg do tematów o patologiach – często tak zwana gra wstępna trwa dłużej niż sama dokumentacja tematu i pisanie tekstu” (Barbara Pietkiewicz); „Warto odróżniać prawdę od prawdy zmyślonej” (Wojciech Tochman); „Nie nudzić, nie krzywdzić, nie kłamać” (Mariusz Szczygieł). Święte słowa! A skoro autor je przytacza, oznacza to, że potwierdza ich znaczenie” swojej twórczości i swojego pisarskiego credo. Że uznaje za swoje.

Skoro nachwaliłem się książki „po kokardę”, muszę dołożyć trochę dziegciu do tej beczki miodu. Łuka sięga bowiem do historii i tu jego wybory skłaniają trochę do zastanawiającej refleksji. Przypomnienie polskich kronikarzy, Galla Anonima, Kadłubka czy Długosza nie budzi wątpliwości, bo ich zasługi dla literatury i historii są bezsporne, natomiast obdarzenie Adama Jerzego Czartoryskiego mianem jednego z najwybitniejszych Polaków w historii budzi mój sprzeciw. Łuka pisze: „W opiniach chyba wszystkich biografów Adam Jerzy Czartoryski uchodzi do dziś za najbardziej znaną, docenioną polską osobistość nie tylko ostatnich dwóch wieków, ale nawet ponad tysiącletniej historii. Tak uważam. Tak wygląda na jednym z ostatnich obrazów w towarzystwie dwóch dorodnych synów. Odważę się jednak zauważyć, że w ostatnich dziesięcioleciach „dobili” do niego jako wielcy: Jan Paweł II i Lech Wałęsa” (s. 107). A sprzeciw budzi nie dlatego, że był synem Mikołaja Repnina – ambasadora Katarzyny II w Polsce i pogromcy konfederacji barskiej. To, że Izabela z Flemmingów była romansową damą i że prawdopodobnie żadne z jej dzieci nie pochodziło z legalnego związku z Adamem Kazimierzem Czartoryskim, to sprawy rodziny i nie trzeba w nie wnikać. Takie to były czasy. Związki małżeńskie służyły powiększeniu majątku i wzmocnieniu pozycji rodu, a nie miłosnym igraszkom. Jego wybory polityczne trzeba w większości uznać za wątpliwe, choć można je usprawiedliwiać okolicznościami, w jakich znalazła się Rzeczpospolita, a potem Królestwo Polskie za czasów Aleksandra I. Ale ideologii obozu konserwatywnego, znanego jako Hotel Lambert na paryskiej emigracji cenić nie jestem już skłonny. A nade wszystko hasło Czartoryskiego dotyczące odrodzenia państwa: „Najpierw być, a potem jak być” narobiło sporo zamieszania w polskich głowach. Do tego stopnia, że nawet Słowacki napisał złośliwy wiersz, z którego pochodzi cytowany fragment: „Szli krzycząc: Polska! Polska! – wtem jednego razu/Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu/Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna/Szli dalej krzycząc: Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!/Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka/Spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”. Brak określenia cech konstytutywnych państwa, co więcej – uznanie, że określać ich nie potrzeba, bo „jakoś to będzie”, stał się zapewne jedną z przyczyn ideologicznego i moralnego zamętu, jaki towarzyszy polskim dziejom przez blisko 200 już lat. Że Adam Jerzy był ważnym politykiem tamtego czasu, to prawda, ale przypisywanie mu cech męża opatrznościowego, nie – dalibóg, nie wypada. I tak przeszłość znów namieszała w naszych głowach, a szkoda.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności