logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński
Wypromowany prorok czy guru światowej rewolucji proletariackiej?

Całkiem niedawno, bo w początkach 2025 r. nakładem Wydawnictwa Agora ukazało się inspirujące studium Krzysztofa Iszkowskiego – socjologa, ekonomisty, marksologa i publicysty społecznego – poświęcone biografii Karola Marksa i recepcji jego wizerunku w życiu politycznym Europy. Napisałem inspirujące, gdyż przekonałem się o tym nie tylko jako uważny czytelnik tej książki, lecz też jako recenzent wydawniczy prac z dziedziny najnowszej myśli politycznej, których autorzy uznali jej użyteczność w podejmowanych przez nich analizach.

Studium Iszkowskiego również dobrze się czyta. Charakteryzuje go żywy styl i można rzec, iż gatunkowo plasuje się na granicy pracy naukowej, a niekiedy felietonu i reportażu. Ale jest ono przede wszystkim erudycyjną biografią Karola Marksa, opartą na obszernym materiale źródłowym i nader różnorodnych opracowaniach. Jest także w pewnym sensie historią odbioru twórczości i działalności Marksa i jego wiernego przyjaciela Fryderyka Engelsa, historią ich odkrywania w szerszym obiegu politycznym. Warto jest w tym miejscu przypomnieć, iż poważna część przyswajania dorobku obu autorów (w tym także odkrywanie młodego Marksa) dokonała się już po jego śmierci i wtedy właśnie weszła w obieg życia intelektualnego i politycznego Europy w XX wieku. Przykładem tego mogą być losy Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych pisanych ok. 1844 r.

Autor przypomina nam epizody z ich życia, charakter ich znajomości i ich dziejotwórcze znaczenie, a niekiedy szkicuje szerszy środowiskowo-polityczny kontekst ich funkcjonowania. Można powiedzieć, iż niezwykle rzadko spotkamy w życiu przyjaźnie ludzkie o tym natężeniu i tej trwałości!

Iszkowski, generalnie rzecz biorąc, nie jest sympatykiem osobowości Marksa, zaś obecne w tytule słowo „idol” ma po części z pewnością ironiczny wydźwięk; lecz opisując jego koleje życia, autor potrafił zachować obiektywizm. Ale z całą pewnością, zważywszy na skutki wprowadzenia komunizmu w życie i jego funkcjonowania, daleko mu do tego systemu. Jest mu z pewnością bliżej do socjalistycznego demokratyzmu i gradualizmu. Krytykując Marksa i bolszewizm za rewolucyjne próby naprawiania świata i ich skutki, opowiada się on za tymi orientacjami politycznymi, których nie cechuje maksymalizm, lecz ostrożność i powściągliwość.

*

Książkę Iszkowskiego można też określić mianem symptomatycznej, gdyż wskazuje ona na ogólniejsze, aktualne związki i przemiany dotyczące recepcji twórczości Marksa i form obecności marksizmu w życiu intelektualnym i politycznym Polski i świata. Jeszcze w całkiem nieodległych czasach, które symbolizuje koncepcja „końca historii” F. Fukuyamy (a więc nieuchronnego zwycięstwa w świecie demokracji i gospodarki rynkowej), można było mówić o odrzucaniu marksizmu w wielu krajach[1]. Zjawiska te (i procesy) miały wiele przyczyn. Na pierwsze miejsce wysuwał się jednak upadek „realnego socjalizmu” w ZSRR i jego krajach satelickich, gdzie stanowił on – w różnych, najczęściej prymitywnych postaciach – formę ideologii powszechnie obowiązującej we wszystkich dziedzinach (także w nauce), legitymizującej system państwowy[2].

Do przyczyn tego stanu zaliczymy uderzające błędy prognostycznej natury u Marksa, bowiem okazało się, że rewolucje wybuchały nie w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, lecz peryferyjnych (zacofanych) i nieprawdą jest, że współcześnie postępuje pauperyzacja klas pracujących. Nie zniknęła również alienacja i nie nastąpił wszechstronny rozwój człowieka na skutek rewolucji socjalistycznych[3].

Generalnie Marks (i w pewnym stopniu Engels) nie dostrzegał żywotności kapitalizmu i jego zdolności do reform, czego skutkiem było powstanie różnych form państwa opiekuńczego i skutecznego interwencjonizmu państwowego. A tym samym zdolności do dalszego trwania.

W odrzucaniu marksizmu i maskowania własnych biografii sprzyjał ludziom kultury (w tym uczonym) także realizm (by nie powiedzieć oportunizm i koniunkturalizm), szczególnie widoczny w okresie „jesieni ludów”. Niekiedy wygodniej jest zmienić przekonania, niż cierpieć z powodu konsekwencji światopoglądowej.

Nie wyczerpałem tu wszystkich przyczyn odchodzenia od marksizmu w nieodległych przecież czasach. Współcześnie – i to jest dla nas najważniejsze – obserwujemy wzrost zainteresowania marksizmem (w sensie uprawiania marksologii), lecz także uprawiania marksizmu[4]. Niekiedy mówi się wręcz o renesansie marksizmu w różnych jego odmianach[5].

W każdym razie marksizm zaczął być mocniej obecny w kulturze w różnych swych odmianach nawet w kierunkach, które nazywać można co najwyżej lewicowymi, np. teologia wyzwolenia, aktualna szkoła frankfurcka, pewne odmiany feminizmu, teorie zależności. Obecność marksizmu jest także widoczna w twórczości wybitnych socjologów, także u P. Bourdieu, A. Giddensa.

Okazuje się, iż mimo fałszywych prognoz i wielu jednostronności w ujęciu religii, narodu, sztuki[6], bez Marksa i jego kontynuatorów nie obejdzie się żaden podręcznik filozofii, socjologii, historii myśli politycznej i ekonomicznej, a zagadnienia tam obecne stanowią ważny składnik przy próbach budowania humanistycznych makroteorii. Wyrazem takich przewartościowań są m.in. wypowiedzi J.M. Bocheńskiego, którego trudno jest posądzać o marksizowanie czy kryptokomunizm, nazywającego Marksa wybitnym myślicielem[7], a także innych wybitnych uczonych[8].

Wielu praktyków życia ekonomicznego mówi o kryzysie kapitalizmu (zwłaszcza po 2008 r.). Można powiedzieć, że ma on strukturalne wady związane z wyzyskiem klasowym, alienacją pracy i nie musi sprzyjać rozwojowi człowieka. Zjawiska te zaostrzyła globalizacja i praktyki neoliberalizmu.

*

Reasumując powyższe wywody, powiem, iż polski czytelnik zainteresowany historią polityczną naszego kontynentu otrzymał ciekawą książkę, która może pogłębić jego wiedzę na temat kulisów wielkiej polityki. A wielu ludzi lubi dobrą literaturę i z pewnością nie spotka ich zawód w trakcie jej lektury. To całkiem niemało.

Ale książka K. Iszkowskiego nasunęła mi pewne uwagi krytyczne, którymi chciałem się podzielić z czytelnikami. Choć w zamierzeniu autora nosi ona przede wszystkim biograficzny charakter, przydałoby się książce więcej miejsca poświęconego analizie poglądów K. Marksa. Wszak był on prawdziwie interdyscyplinarnym uczonym humanistą, a więc historykiem, ekonomistą, filozofem w jednej osobie, co przyznają inni badacze od lewicy bardzo odlegli. Czyni to choćby wspomniany już wcześniej J.M. Bocheński.

Przydałyby się temu studium jakieś głębsze analizy poświęcone recepcji K. Marksa w początkach XXI wieku. Najogólniej chodzi mi o formy obecności Marksa i marksizmu w kulturze współczesnej. Problematyka ta z pewnością na badanie zasługuje. Być może autor Idola o tym myśli, lecz nie znamy jego planów. Nie mam wątpliwości, iż – zważywszy na jego kompetencje i erudycję – byłoby to zajęcie przezeń wykonalne. Zachęcam do działań w tym kierunku.

Krzysztof Iszkowski, Idol. Życie doczesne i pośmiertne Karola Marksa, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025, 488 stron.

[1] L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, tom III, Paryż 1978.

[2] E. Hobsbawn, Wiek skrajności, Warszawa 1999 (I wyd. 1994), tłum. J. Kalinowska-Król, M. Król; rozdziały 13 i 16.

[3] M. Król, Karol Marks [w] M. Król, Krótka historia myśli politycznej, Warszawa 2019, s. 111–117; R. Panasiuk, Marksizm i socjologia, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4.

[4] M. Kozłowski, Marksizm współczesny [w] M. Gdula, L. M. Nijakowski (red.), Oprogramowanie rzeczywistości społecznej, Warszawa 2014.

[5] J.J. Wiatr, Spor o aktualność marksizmu. Refleksje osobiste [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.), Marksizm. Nadzieje i rozczarowania, Warszawa 2017; J. J. Wiatr, Co lektura Marksa może dać ludziom XXI stulecia?, „Przegląd Filozoficzny. Nowa Seria” 2018/2.

[6] T. Snyder, Kazimierz Kelles-Krauz (1872–1905): Pionier badań nad nowoczesnym nacjonalizmem, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4; J. Szacki, Kelles-Krauz Kazimierz, Encyklopedia Socjologii. Suplement, Warszawa 2005.

[7] J.M. Bocheński, Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów: „Marksizm”, s. 64 i n.

[8] J. Szacki, Marksizm po bardzo wielu latach w Warszawska Szkoła historii idei. Tożsamość, tradycja, obecność, (red. P. Grad), Warszawa 2024, wyd. IFiS PAN.; A. Walicki, Moje sprawy z Marksem i marksizmem (rozm. J. Dobieszewski, P. Kozłowski) [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.) cyt. wyd.

Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.

Zajmuję się Kirstem już od ponad 50 lat. Napisałem o nim książkę pt. Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta (wyd. Atut, Wrocław 2003). Przełożyłem też kilka jego opowieści, a przede wszystkim wsparłem Wydawnictwo Interart w wydaniu w latach
1998–2005 Dzieł zebranych H.H. Kirsta, dokonując wyboru ich tytułów. Ten niezwykły i popularny na całym świecie autor wielu poczytnych książek w dalszym ciągu pozostaje w centrum mojego zainteresowania. Wciąż intryguje mnie pytanie, skąd np. wiedział o sprawach ściśle tajnych, o których pisał, kiedy archiwa nazistowskie zaraz po wojnie nie były dostępne?!

Dla mnie Kirst jest autorem, który jako jedyny z niemieckich powojennych pisarzy przyznawał się do swojej nazistowskiej przeszłości i osobliwej fascynacji Hitlerem (gdy ten sprawował władzę). I napisał chyba wszystko o jego zbrodniach i hitlerowskich Niemczech. W tym także o tym, jak rodziła się w III Rzeszy przemoc i zbrodnia, jak naziści dochodzili i umacniali swoją władzę, chcąc zawładnąć światem.

Opisał zbrodnie dokonane także na własnym narodzie, ukazując mechanizm bezwzględnego dławienia wszelkich oznak niezadowolenia i oporu. Jednak przede wszystkim opisał zbrodnie, jakich dokonano na narodzie żydowskim, polskim, rosyjskim i na każdym innym, który stawał nazistom na drodze w osiągnięciu celu, jakim miała być 1000-letnia Rzesza.

Kirst też jako jedyny pisarz niemiecki pokazał (m.in. w powieści Mane, tekel ’39) szczególną nienawiść nazistowskich Niemców do Polaków i… Polski jako państwa. Opisał wydarzenia, które dały początek drugiej wojnie światowej, przynosząc Polsce okupacyjną gehennę, a w konsekwencji kolejną utratę niepodległości. Według nazistów Polski już nigdy miało nie być na mapach Europy, a z Warszawy (po zdławieniu powstania warszawskiego) miała pozostać tylko Kupa kamieni. Przy okazji Kirst ukazał, jak nazistowskie Niemcy zamordowały w Warszawie Getto, a potem zaciekle, mimo że wojna była już dla nich przegrana, zwalczali Powstanie Warszawskie (dzięki temu uświadomił wielu Niemcom, że w Warszawie były dwa powstania).

Mimo początkowych perturbacji z cenzurą, Kirst już od lat pięćdziesiątych XX wieku doczekał się w Polsce wielu edycji – przede wszystkim wydania (i to w dużym nakładzie) wspomnianych wyżej Dzieł zebranych, ale też innych wydawców, jak m.in. Świat książki/Libros, Bellona (dawny MON) czy Instytut Wydawniczy Erica.

Powieści Kirsta w moim tłumaczeniu to: 08/15 w partii, 08/15 dzisiaj, które – razem z 08/15 W koszarach, Na wojnie i Walczy do końca – tworzą jego słynny pięcioksiąg o drugiej wojnie światowej pt. 08/15!

Przełożyłem też Noc długich noży, Noc generałów, Rok 1945 (podzielony przeze mnie na 2 części: Chaos upadku i Ratuj się kto może) oraz – choć to typowy kryminał (których zresztą napisał kilkanaście) Rozwiedzeni przez śmierć, jak i jego opowieść autobiograficzną (notabene bardzo ciekawą i godną przeczytania) pt. Pies i jego Pan. Warto też sięgnąć po jego książki z tzw. cyklu mazurskiego, jak m.in. Kamraci, Życie toczy się dalej, Bóg śpi na Mazurach.

Ale szczególnie z dzieł zebranych Kirsta polecam: Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Rok 1945 – koniec i jego – wspomnianą już – wojnę z Polską, która ma tytuł: Mane, tekel ’39, a z cyklu 08/15, przede wszystkim jego I część – 08/15 w partii.

A propos 08/15, zapytano mnie kiedyś, co oznacza ta liczba? Nic nie oznacza, choć weszła do potocznego słownictwa języka niemieckiego. Może symbolizować wymyślony przez autora numer nieistniejącej jednostki wojskowej, numer broni, w każdym razie nic szczególnego.

Dlaczego w ogóle zająłem się tym pisarzem? Zainteresowała mnie przede wszystkim jego faszystowsko-nazistowsko-wojenna (a tak naprawdę antynazistowska i antywojenna) treść wielu jego powieści, ale też zagadnienie: jak w Niemczech doszło do wszechwładnego panowania i poparcia tej strasznej ideologii, jaką okazał się niemiecki nazizm?

Zaciekawił mnie również sposób przedstawienia przez niego II wojny światowej (wywołanej – co autor jednoznacznie potwierdził – przez III Rzeszę napadem na Polskę w 1939 roku), ale też sposób prezentowana przez tego autora tematyki społeczno-politycznej lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku – aż do okresu powojennego, czyli lat 1945–1948 (np. w książkach: 08/15 dzisiaj i Rozwiedzeni przez śmierć), czyli do powstania po wojnie dwu państw niemieckich: NRF (Niemieckiej Republiki Federalnej) i NRD (Niemieckiej Republiki Demokratycznej).

Oceniając twórczość tego pisarza, warto podkreślić to, że większość swoich powieści oparł na faktach i dokumentach, które wsparł własnymi spostrzeżeniami i przeżyciami. Bowiem brał udział w kampanii wrześniowej Wehrmachtu przeciwko Polsce, był na froncie rosyjskim, a wcześniej na froncie zachodnim, m.in. we Francji. Pisarz awansował od szeregowego do pułkownika Wehrmachtu, kierując pod koniec wojny Wojskową Szkołą Obrony Przeciwlotniczej. Znał się więc, jak mało kto (bo z autopsji), na wojsku i stosunkach panujących we władzach III Rzeszy. Jego źródłem wiedzy jest… Mein Kampf Hitlera (którego bardzo często cytuje w swoich powieściach), szczególnie w powieści Noc długich noży i I części cyklu 08/15 w partii, podając nawet stronę i inne dane bibliograficzne dotyczące wydania tej straszliwej książki.

Kirst był jednocześnie świetnym stylistą i doskonałym narratorem, choć narracja jego dotyczy rzeczy strasznych, śmierci ludzi w obozach, nędzy i najokrutniejszych zbrodni dokonywanych przez nazistów.

Kirst urodził się 5 grudnia 1914 r. (jeśli wierzyć jego oficjalnym dokumentom), a zmarł 23 lutego 1989 r. w Bremie. Na świat przyszedł w dzisiejszej Ostródzie (Osterode); choć nigdy nie spotkałem ludzi pamiętających go osobiście, ani nikogo z jego rodziny. Zaczął pisać mając już ponad 30 lat, czyli jako dojrzały człowiek (i co ważne)… po osobistych przeżyciach wojennych, ale mimo światowej popularności Kirst w Niemczech nie jest pisarzem szczególnie znanym (ani upowszechnianym, można się tylko domyślać, dlaczego). A do tego charakteryzowany jest w encyklopediach i leksykonach niemieckich jako pisarz zaliczany do gatunku literatury rozrywkowej, który pisał książki sensacyjne o wojnie. A w wielu encyklopediach niemieckich w ogóle nie ma o nim żadnej informacji! Tymczasem, jest to pisarz, który rozebrał Niemców do naga, ukazując swoim czytelnikom, na czym polegają rządy i skutki totalitarnej władzy, jak doszło do rozpętania wojny światowej i zbrodni dokonywanych w imię mitycznych zamierzeń, jakimi było dążenie nazistów do tysiącletniej Rzeszy, a nawet… wyhodowania w tym celu rasy germańskich panów.

Jego proza przestrzega, aby wszystko to, co było, już nigdy więcej się nie powtórzyło.

Kirst nie usprawiedliwia siebie, ale jego twórczość ukazuje Niemcom (i nie tylko Niemcom), jak w wyniku megalomańskich zapędów doszło do katastrofy, która zakończyła się bezwarunkową kapitulacją jego narodu. I można by dodać – niewiele się pod tym względem zmieniło. Mam na myśli wojnę w Ukrainie czy krwawe wydarzenia na Bliskim Wschodzie; podobnych przykładów nie będę mnożył, a więc nie wszystko zakończyło się z chwilą wykonania wyroków po procesie norymberskim.

Po wojnie w 1945 r. Kirst przez ponad rok przebywał w amerykańskim obozie jenieckim (ponieważ był oficerem Wehrmachtu). W końcu jednak Amerykanie go wypuścili (niczego mu nie udowodniono), ale on – chyba dopiero wtedy zrozumiał, już po przesłuchaniach w obozie (opisanych potem w Nocy długich noży), co się stało – postanowił swoje przeżycia nazistowsko-wojenne opisać. Jak naród niemiecki (oczywiście z wyjątkami) dał się omamić Hitlerowi! Jak naziści, wywołując II wojnę światową, chcieli sobie podporządkować świat!

Kiedy wyszedł z obozu, przez wiele miesięcy nie mógł dostać pracy; sprzątał ulice, zatrudnił się jako ogrodnik, aż wreszcie został podrzędnym urzędnikiem w gminie. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo spotkał kolegę z lat szkolnych, dzięki któremu trafił do jednej z popołudniowych gazet w Monachium i… zaczął pisać. Początkowo były to relacje z wypadków, potem recenzje filmowe. Aż pewnego dnia zgłasza swoje 08/15 w koszarach do konkursu literackiego i… odnosi sukces! Jest drukowany w odcinkach, choć pierwszą jego książką jest powieść pt. Nazywaliśmy go Galgenstrick, która ukazuje się na początku lat pięćdziesiątych XX wieku, ale wtedy została prawie niezauważona.

08/15 w koszarach zostaje sfilmowane, potem także inne powieści (m.in. Noc generałów), które z humorem opowiadają o Wehrmachcie, o jego „dobrym” obliczu (w porównaniu z oddziałami SS), o opozycji i zamachu na Hitlera. Ale gdy Kirst zauważa, że jego popularność idzie w fałszywym kierunku, dopisuje do pierwotnych swoich „szwejkowskich” powieści 08/15 (w koszarach, na wojnie i walczy do końca) dwie najbardziej istotne dla całej jego twórczości książki: 08/15 w partii i 08/15 dzisiaj. Po nich pisze dalsze fantastyczne antynazistowskie i antywojenne pozycje, jak m.in. Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Godzinę grabarzy, Przeznaczenie, Niesamowity sługa boży i Rok 1945 – koniec.

Łącznie Kirst napisał i wydał ponad 50 książek. Pisał też sztuki teatralne i pozostawił po sobie bardzo bogatą publicystykę. Filmów, nakręconych na podstawie jego powieści, nie akceptował. Prawdę mówiąc są szmirowate, gloryfikujące wojnę, trochę przypominające amerykańskie filmy o kowbojach i dzikim zachodzie. Lecz prawdziwy Kirst – powtórzę – jest zaprzeczeniem takiego rozumienia jego twórczości! On pisze świadomie (co potwierdza w kilku swoich wywiadach, choć nie miał ich wiele, zwłaszcza w Niemczech), aby to co było – nigdy się nie powtórzyło!

Zatem szkoda, że Kirst jest w Niemczech znany tylko pobieżnie. Ile razy chciałem kupić jakąś jego książkę, zawsze w odpowiedzi słyszałem: vergriffen (nakład) wyczerpany.

I już ostatnie zdanie, którym zakończę swój artykuł pisany m.in. dlatego, że ostatnio bardzo wiele się o Niemczech mówi w polskiej polityce: dzisiejsza RFN potrafiła oderwać się od przeszłości i wydaje się być wzorową demokracją, która wszelkimi dostępnymi środkami szuka porozumienia z Polską, pojednania i przebaczenia win; więc naszym obowiązkiem jest tym dążeniom nowych pokoleń Niemców wychodzić naprzeciw. Ale w tym dochodzeniu – jak ja je nazywam: „dążeniu do normalności” – nie wolno dorobku Kirsta wykreślać. Gdyż przyszłość polsko-niemiecka musi być budowana na prawdzie, a więc i na znajomości twórczości takich pisarzy, jak Hans Hellmut Kirst.

  1. Aktualnie w niedawno otwartym Muzeum Historii Polskiej w Warszawie trwa wystawa (którą warto odwiedzić) wybitnego niemieckiego artysty Gero Hellmutha. Jej tytuł brzmi: Przeciw zapomnieniu. Przesłanie tej bardzo ciekawej wystawy to trzy przenikające się sekwencje: „Wojna i cierpienie”, „Odbudowa i nadzieja” oraz „Pamięć”. Twórczość artysty jest jego komentarzem do tych sekwencji (wynikającym także z osobistych wojennych przeżyć), jest krzykiem i przestrogą, aby to, co było między Niemcami a Polakami, już nigdy się nie powtórzyło! jest symbolem wyciągniętej ręki w geście przyjaźni, jako etyczne wspólne zadanie pokonania zamkniętej już (jakby jej nie oceniać) historii.

Karol Czejarek – autor książek, tłumacz literatury niemieckiej, członek Związku Literatów Polskich, b. prof. nadzw. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora i kierownik Zakładu Kultury Stosowanej w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW

Mark Twain, Listy z Ziemi, wyd. Stapis, Katowice 2024, tłum. Juliusz Kydryński, Robert Kurpios, zespół, 262 strony.

Ta chwila musiała nadejść. Alinka (wnuczka) śpiewała (śpiewa dobrze) dziecięcą piosenkę i coś w tej piosence trąciło siarką. Po krótkiej wymianie zdań pyta: jak to nie ma boga? Jej wyraz twarzy uświadamiał dobitnie, że wpadłem, że jest kłopot. Potem rozmowa z synem. W jego dwóch domach, w tym który stworzył i tym, z którego wyszedł, kwestię religii traktowano „pragmatycznie”: ani z nią, ani o nią nikt nie walczył. Syn wyjaśnia, że Alinka przechodzi fazę pytania o śmierć i jakoś trzeba jej pomóc. Pomaga więc proboszcz, a mnie przychodzi na myśl ten, który namawiał swojego kandydata, żeby wobec mojego kandydata użył bokserskiej kompetencji. Ja wiem, on żartował. Ale po żartach ich poznacie, a najzdolniejszy pośród nich żartuje ze swojego kantoru w Toruniu. Jednak oni mają dla Alinki odpowiedź, a ja – nie. „Res Humana”! Mam problem.

Ich odpowiedź brzmi – NIEBO. Ja czerpię mądrość z dzieł George’a Friedricha Hegla, a ten jasno mówi, że lęk przed śmiercią jest niegodny człowieka rozumnego. Panie Jerzy, niech pan to powie Alince. Pocieszenie małej to imperatyw nakazujący kompromis ze światopoglądem, ale brak mi konceptu. NIEBO to w sumie dobra odpowiedź, tyle że Alinka zaraz o to niebo zapyta: jak tam jest, co tam jest, tymczasem jedno co o NIEBIE wiem na pewno to to, że tam się ciągle śpiewa. Skąd wiem? To wiedza powszechna i ta powszechna wiedza budziła też zdziwienie Marka Twaina, którego literacki porte parole – Szatan– tak rzecz relacjonował w jednym z listów z ziemi: „W niebie stworzonym przez człowieka wszyscy śpiewają! Człowiek, który nie śpiewał na ziemi, tam śpiewa (…) Te powszechne śpiewy nie są dorywcze ani przypadkowe, ani nie przerywają ich chwile ciszy; ciągną się przez cały dzień, każdego dnia (…) Śpiewa się tylko hymny. Ba, śpiewa się tylko jeden hymn. Słowa są zawsze te same, jest ich około tuzina, nie ma w tym rytmu, nie ma poezji: «Hosanna, hosanna, hosanna…» (…) Równocześnie wszyscy grają na harfach – te miliony ludzi!”. I co ważne, „w ludzkim niebie nie ma żadnych praktyk umysłowych” (s. 25, 28).

Listy z Ziemi pisze Szatan do swoich kolegów świętego Michała i świętego Gabriela. Znalazł się tu wygnany przez Stwórcę na „jeden dzień niebiański” w karze za notoryczne krytykowanie dzieła stworzenia, o czym „jacyś zwyczajni aniołowie donieśli do Kwatery Głównej”. Początek korespondencji oddaje ducha wszystkich 11 listów: „To jest dziwne, niezwykłe i interesujące miejsce. Nic tutaj nie przypomina tego, co jest u nas. Wszyscy ludzie są obłąkani, inne zwierzęta też są obłąkane, ziemia jest obłąkana, sama natura jest obłąkana. Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czymś w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi, w swoich najgorszych upadkach – czymś niewyrażalnym i niewyobrażalnym. A przecież otwarcie i zupełnie szczerze nazywa siebie najszlachetniejszym dziełem boga. Naprawdę. (…) Wierzy w to i w całym jego rodzie nie znalazł się nikt, kto by się z tego wyśmiał” (s.22). Szatan z niemałą satysfakcją opisuje schrzaniony projekt Stwórcy, schrzaniony do tego stopnia, że konieczny był reset, w związku z czym Noe otrzymał polecenie zbudowania statku, co zresztą uczynił niechlujnie.

Pierwsza refleksja z lektury skłania mnie do spojrzenia na problem z pewnego dystansu. Wojna wypowiedziana Religii przez Rozum zepchnęła religię do defensywy. Ale początkowy optymizm co do szybkiego i całkowitego triumfu Rozumu zniuansował się. Swoje pełne szyderstwa i irytacji antyreligijne teksty Twain pisał jednak do szuflady, a i spadkobiercy mieli wątpliwości, czy je publikować. Opublikowane zostały ponad 50 lat po jego śmierci (1962). Tak było w Stanach Zjednoczonych, gdzie religia nie była zinstytucjonalizowana w jednolitej strukturze, ale pętała jednostkę powszechnym przekonaniem, że jedynym źródłem moralności jest religia, a sąsiedzkie oko strzegło moralności (w numerze 4/2024 „Res Humana” omawiam książkę[1], której autorka opowiada, jak powoli i od niedawna rozluźnia się w Stanach ten gorset środowiskowej presji uczestnictwa w Kościele).

U nas sprawa wydaje się prostsza. Kościół Katolicki niemal otwarcie utrudnia racjonalizację życia społecznego poprzez niechęć do demokracji wyrażającą się poparciem dla ruchów populistycznych, niechęcią do Unii Europejskiej, cenzurowaniem edukacji… To czyni w Polsce konflikt między Rozumem i Religią czytelnym. Jednak i w Polsce mamy do czynienia z głębszym planem, podobnym do tego amerykańskiego. Przytoczę dwa epizody tłumaczące o co chodzi.

W 2012 roku sąd ukarał grzywną 5000 zł panią Dorotę Rabczewską za obrazę uczuć religijnych, jakiej dopuściła się, mówiąc: „ciężko wierzyć w coś, co spisał ktoś napruty winem i palący jakieś zioła”, a mówiła o Biblii. Sąd drugiej instancji utrzymał decyzję w mocy. Decyzję sądów wsparł w 2015 roku Trybunał Konstytucyjny, który uznał, że artykuł 196 Kodeksu karnego („obraza uczuć religijnych”) nie ogranicza wolności słowa i odrzucił tym samym skargę pozwanej. Pani Rabczewska wniosła o rozstrzygnięcie sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w 2022 roku orzekł, że Polska naruszyła Jej prawo do wolności wypowiedzi i przyznał zadośćuczynienie w wysokości 10 000 €.

Oto, co o Biblii przeczytamy w Listach z Ziemi: „Jest to księga bardzo interesująca. Zawiera wiele szlachetnej poezji, trochę pomysłowych baśni, trochę ociekających krwią historii, trochę pożytecznych morałów, mnóstwo nieprzyzwoitości i ponad tysiąc kłamstw” (s.28). Ten sam Rycerz, który pozwał panią Rabczewską (a przecież wiadomo kto to), powinien pozwać Wydawcę Listów z Ziemi. Gdzieś ty?! Dorota Rabczewska została skazana wyrokiem nie Kościoła Katolickiego w Polsce, ale wyrokiem polskich świeckich sądów włącznie z tym najważniejszym. Na tym właśnie polega głęboka penetracja życia społecznego przez religię, nawet gdy ta nie występuje na pierwszym planie.

Drugi epizod jest bardziej drastyczny. Doktor Gizela Jagielska przeprowadziła w szpitalu w Oleśnicy zabieg aborcji ratujący pacjentce życie zagrożone decyzjami lekarzy innej placówki, sparaliżowanych czy też przekonanych przez „obrońców życia”. Tym razem nie wymiar sprawiedliwości, ale „koledzy” wydali wyrok: straciła stanowisko i pracę. To wydaje się bardziej bolesne niż fizyczna agresja, jakiej dopuścił się wobec doktor Jagielskiej europoseł Braun.

Te poruszające przypadki religijnej aberracji wzięte z „teraz” mówią coś ważnego, coś co pozostaje w polemice z Listami z Ziemi. Dziś inaczej rozłożone są akcenty polemiki Rozumu z Religią (to przecież założycielski problem „Res Humana”). Wiemy, że poza polem oczywistej niezgodności między Rozumem a Religią, na którym stawką sporu jest uwolnienie życia społecznego od szantażu religijnych absurdów, rozciąga się psychologiczna przestrzeń metafizycznej potrzeby. Twierdzenie, że matką religijności jest ignorancja, jest dzisiaj zbyt proste.

Redaktor polskiego wydania Listów z Ziemi i tłumacz części zawartych w tomie tekstów, Robert Kurpios, we wstępie do książki zacytował wartą zapamiętania myśl Twaina: „Wiara to wierzenie w to, o czym wiesz, że nie istnieje”. Moja druga refleksja z lektury krąży wokół tego zdania, ale nie mam pewności, czy Mark Twain podpisałby się pod nią, sądzę, że raczej nie. „Potrzeba sensu” to potrzeba gatunkowa, ale tworzy pustą przestrzeń, co pozwala wypełniać ją dowolną treścią. Ta przestrzeń jest konsekwencją rozumności, tyle że „rozum praktyczny” dający nam siłę w zmaganiu z naturą, przestrzeni sensu nie może wypełnić, więc znalazł tu pole „rozum niepraktyczny” i snuł swoje opowieści, tworząc fikcje spojone swobodną logiką, bo nie tą matematyczną, choć mogą gościć w niej i matematycy. To przestrzeń adowodoliwa i adialogiczna. Im bardziej poszerza się ludzki horyzont wiedzy, tym trudniej o „sens”: tu bije źródło paniki przed Rozumem i w tym kontekście ta panika jest uzasadniona, tyle że przerażają jej koryfeusze. Pokonanie religii nie unieważnia „pytania o sens”. Stawia je na nowo i może budzić gniew z lęku, bo nie stawia drogowskazów. Być może dlatego, choć w Listach… drwi bezlitośnie ze swoich protestanckich pobratymców wierzących w biblijny obraz świata i człowieka, Twain tekstu nie publikuje. Może bał się losu, jaki spotkał Thomasa Paina, autora wydanej w styczniu 1776 roku (w nakładzie 100 000 dla dwuipółmilionowej populacji) broszury Common Sense, iskry, która w lipcu zdetonowała amerykańską rewolucję republikańską. Ten bohater rewolucji kilka lat później (1807) opublikował dzieło w duchu Oświecenia pod tytułem Wiek Rozumu, pochwałę rozumu skierowaną przeciwko religii objawionej i Biblii. Uznano go za bluźniercę, który uderzył w religijne uczucia narodu. Jego pogrzeb w 1809 roku zgromadził ledwie kilka osób.

Może więc z uczuciami narodu trzeba jak z uczuciami Alinki? Panie Marku, przecież Pan umie rozmawiać z dziećmi, pisał pan dla nich i one to chłonęły. Co Pan powiedziałby Alince?

PS. Ukazanie się Listów z Ziemi jest ważnym wydarzeniem literackim ze względu na recepcję twórczości Marka Twaina w Polsce, pozwalającym ujrzeć Go w innym świetle, niż dotychczas miało to miejsce. Na fakt ograniczonej znajomości u nas dzieła tego pisarza zwracał już uwagę Juliusz Kydryński, tłumacz Listów…, w przedmowie do ich wydania z 1966 roku. Obecny zbiór obejmuje również teksty dotąd nieobecne w tłumaczeniach. Ten mniej znany Mark Twain to głęboki sceptyk patrzący na człowieka z niewiarą, raczej sarkastycznie niż z humorem: człowiek to istota z istoty ułomna. Jego krytyka religii to bardziej krytyka człowieka jako takiego, aniżeli samej religii. Blisko mu do Schopenhauera. Ale to już temat bardziej na seminarium niż na esej.

[1] Piotr Stefaniuk, Wierzący i niewierzący. Dialog i tożsamość. Nie u nas – w Ameryce. Wspomniana książka to: Katherine Ozment, Dusza bez Boga. W poszukiwaniu sensu, celu i wspólnoty w świeckim życiu (tłum. Piotr W. Cholewa). Wydawnictwo Stapis, Katowice 2021.

 

Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.

Mimo upływu blisko sześćdziesięciu lat od wydarzeń marcowych 1968 roku, nie maleje zainteresowanie dyskusją na temat miejsca i roli społeczności żydowskiej w polskim życiu. Sławomir Mentzen nie chce, by współtworzyła ona oblicze kraju, nawołując do Polski bez Żydów, podobnie jak bez homoseksualistów czy aborcji. Nawoływania te do złudzenia przypominają apele polskich nacjonalistów z międzywojnia: Żydzi na Madagaskar! Konflikt bliskowschodni i ludobójcze zachowania Izraela zmieniają optykę: z ofiary, która to figura dominowała w postrzeganiu Żydów przez lata, przeistacza się w ich postrzeganie jako sprawcy unicestwienia strefy Gazy i eksterminacji ludności palestyńskiej. Z powodu uwarunkowań historycznych i dylematów etycznych temat ten najczęściej i najchętniej spotyka się z przemilczeniem albo omijaniem przez komentatorów ze zręcznością slalomistów. Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po świeżo wydaną przez Krytykę Polityczną książkę Pawła Machcewicza Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara. Autor – ceniony historyk dziejów najnowszych – zasłynął przygotowaniem wystawy w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku (którego był dyrektorem przez 8 lat), wystawy świetnej merytorycznie i prezentacyjnie, po dojściu PiS do władzy przerobionej na patriotyczną modłę. Sam Machcewicz został też zdymisjonowany z funkcji dyrektora na rzecz obecnego prezydenta RP Karola Nawrockiego.

Już samo podjęcie tematu zasygnalizowanego w tytule książki zasługuje na uznanie. Od razu rodzi jednak pytanie: czy przedmiotem opisu i analizy są działania i poglądy tzw. partyzantów, a więc członków lewicowego (głównie GL i AL) krajowego ruchu oporu podczas II wojny światowej i ich dalsze losy w PRL (co sugeruje drugi człon tytułu), czy też uwaga autora koncentruje się na szerszym problemie wzajemnych i zmieniających się relacji polsko-żydowskich w latach 1944–1968, a i te przecież są jedynie wąskim wycinkiem wielowiekowych relacji historycznych. Innymi słowy, jak daleko sięgamy w głąb dziejów. W zależności od zakresu spojrzenia: z krótkiego, średniego czy długiego dystansu, ta analiza może być różna. Machcewicz ogranicza ją do lat 60. ubiegłego wieku. Kończy na wydarzeniach marcowych w Warszawie i w innych ośrodkach akademickich. Wcześniejsze fakty podawane są dość skrótowo. Brak mi poruszenia niektórych wątków; na przykład, co sprawiło, że agent wywiadu radzieckiej razwiedki, ze zrzutu spadochronowego, stał się człowiekiem o ograniczonym zaufaniu Moskwy. Radzieccy przywódcy wybrali Gierka na sukcesora po Gomułce, o czym Machcewicz wspomina marginalnie. Autorowi chodziło głównie o genezę i przebieg Marca ’68.

By nie mnożyć znaków zapytania, od razu przejdę do własnej opinii: otóż uważam, że przedstawiana w ostatnich latach ocena tzw. wydarzeń marcowych jako sporu młodych demokratów z przedłużającą się obecnością na szczytach władzy twardogłowych komunistów odbiega od istoty tego sporu. Pytanie, które należałoby postawić, powinno brzmieć: co sprawiło, że w ataku na środowiska syjonistyczne (termin kamuflujący), a tak naprawdę środowiska polskich Żydów, zjednoczyły się grupy ludzi o bardzo różnym rodowodzie, różnych poglądach, różnej pozycji społecznej i różnej sile politycznego przebicia? To był ruch masowy. Zjednoczenie trwało stosunkowo krótko, przyznania się do uczestnictwa, a nawet podzielania poglądów kreatorów tego ruchu, unikano później (nieważne, czy ze względów moralnych, czy koniunkturalnych), ale pozostawiło trwały ślad w polskiej świadomości kulturowej – choćby w piątce Mentzena. Jeśli 11 listopada 2025 r. na słynnym pochodzie narodowców (z którym władze nie potrafią sobie poradzić) pojawią się antysemickie hasła, to może warto sobie uzmysłowić, że owo zjednoczenie AD 1968 było jednym z przystanków na długiej historycznej drodze, a kolejne przystanki dają znać o sobie ze zdumiewającą regularnością.

Natomiast z krótkiego dystansu przytoczę jedno spostrzeżenie: 8 marca 1968 r. z gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej wyszła (zapowiedziana wcześniej) grupa kilkudziesięciu studentów UW z żółtymi żonkilami w ręku. W żadnym ze znanych mi opracowań nie znalazłem wzmianki o tym charakterystycznym szczególe tej demonstracji. Żonkile to symbol powstania w warszawskim Getcie, tyle tylko, że wybuchło ono 19 kwietnia, a nie 8 marca. Odwołanie się przez demonstrujących do martyrologicznej symboliki powstania miało swój ukryty cel. Jaki? Podkreślenie narodowościowego aspektu politycznego i ideologicznego sporu? Nawiązanie do głośnej publikacji polskiego socjologa żydowskiego pochodzenia Witolda Jedlickiego (1929–1995) Chamy i Żydy, drukowanej w paryskiej „Kulturze” sześć lat wcześniej, w grudniu 1962 r.? Opisuje on występujący w okresie październikowego przesilenia politycznego podział w strukturach władzy na dwie grupy: liberalizujących „puławian” i zamordystycznych „natolińczyków” (tym epitetem długo posługiwano się i później dla identyfikacji twardogłowych, podobny wydźwięk miało użyte przez katolickiego publicystę Stefana Kisielewskiego określenie „dyktatura ciemniaków”). Tyle że wśród bardziej liberalnych i lepiej wykształconych puławian znajdowali się partyjni przywódcy decydujący o kształcie polskiej polityki w latach 1949–56, a zarazem główni sprawcy stalinowskiego terroru, m.in. Bolesław Bierut (choć można przypuszczać, że był raczej figurantem niż osobą sprawczą), Jakub Berman, Hilary Minc, Roman Zambrowski i Franciszek Mazur. Trochę nie pasowali do roli liberałów. Pozycja Mazura słabła, na czoło grupy wysuwał się natomiast Roman Zambrowski[1]. Do nich dołączali intelektualiści (nie tylko żydowskiego pochodzenia): Adam Schaff, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Adam Rapacki, Andrzej Werblan, młody Mieczysław Rakowski oraz inni, o których łatwiej zapomniano. Ponieważ grupa starych działaczy puławian miała za sobą stalinowską przeszłość, rolę przyciągającą opinię publiczną mieli odegrać młodzi: Jerzy Morawski, Władysław Matwin, Stefan Staszewski[2]. Czy dołączyli do niej młodzi aktywiści reprezentowani na wiecu? Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na to i pokrewne pytania. Nigdzie też nie znalazłem listy uczestników opisywanej sceny na dziedzińcu UW, a przecież zarówno organizatorzy, jak i bezpieka zadbali, by zostali zidentyfikowani[3]. W indeksie w książce Machcewicza znajduje się tylko jedno odniesienie do artykułu Jedlickiego: „O wspólnym zwalczaniu puławian przez natolińczyków i czołowych przedstawicieli frakcji partyzanckiej, między innymi przez Moczara i Korczyńskiego pisał Witold Jedlicki w słynnym eseju […]. Odbił się on silnym echem w kręgach opiniotwórczych w kraju, również w elicie partyjnej […]. Podkreślił, że puławianie dysponujący szerokimi wpływami w prasie i cenzurze manipulowali opinią publiczną. Jako znacznie ważniejsze i wpływowe grupy na początku lat sześćdziesiątych przedstawił puławian i natolińczyków; partyzantom poświęcił stosunkowo niewiele uwagi”[4]. Sugerowałoby to, że w grze o władzę „partyzanci” w 1956 r. nie odgrywali większej roli. Ale kilka lat później w powszechnej opinii to Moczar był najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Gomułki. „Partyzanci” zbliżali się w swoich poglądach do natolińczyków (tak twierdził Jedlicki). Ta frakcja nie miała tak eksponowanych przedstawicieli, jak puławianie. Na jej czele stali Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Zenon Nowak (o rosnącej pozycji w ugrupowaniu, ulica powtarzała często „tak czy owak będzie Nowak”), Franciszek Jóźwiak (o partyzanckim pseudonimie „Witold”), Hilary Chełchowski, Stefan Matuszewski i nazywany „gazrurką” – Kazimierz Witaszewski – kierownik Wydziału Administracyjnego KC PZPR. Grupa intelektualnie słaba, bez wybitnych postaci, w fazie narodzin skażona obecnością Rokossowskiego, a więc marszałka Armii Radzieckiej (choć Polaka z pochodzenia), który po 1956 roku wyjechał z Polski[5].

Jedlicki napisał: „W kształtowaniu opinii publicznej puławianom udaje się dokonać jeszcze jednej niebywale zręcznej wolty. Udaje się im mianowicie wykorzystać sprawę żydowską do likwidacji tak bardzo niewygodnego dla nich problemu odpowiedzialności osobistej za wyczyny z okresu stalinowskiego. Kto tę sprawę podnosi, zostaje natychmiast okrzyczany jako antysemita”[6]. Dzięki temu i innym manewrom propagandowym „masy robiły w istocie to, czego chcieli puławianie”[7], do których ostatecznie przyłączył się Gomułka. To scena AD 1956. Jedlicki doszedł w swoich egzegezach do końca 1961 roku (niewyjaśnione do końca samobójstwo Henryka Hollanda). Kilka lat później scena ta wyglądała już inaczej, a to za sprawą rosnącej pozycji „partyzantów”. Wykorzystali oni dwie chwytliwe tezy, by pozyskać opinię społeczną: podkreślając rolę krajowego ruchu oporu podczas II wojny i kontrastując tę rolę z przybyszami ze Wschodu, wśród których znajdowało się wielu b. członków KPP, w większości żydowskiego pochodzenia, często politruków w wojsku, oraz eksponując integrację narodową, wspólną walkę Polaków z wrogiem, bez względu na przynależność i poglądy polityczne, co przyniosło im kolosalną popularność i rosnące lawinowo członkostwo w ZBOWiD. Grupowe i indywidualne gry i zabawy traciły na znaczeniu, rywalizacja przybierała bardziej globalny charakter, rywalizowali swoi – Polacy – i obcy, a Żyd miał konotację obcego. Moczar nie osiągnął swoich celów, nie wydawał się zresztą przygotowany do roli genseka. No i opór radzieckich, zaniepokojonych zbyt mocno dawkowanym odchyleniem narodowym. Na tym można byłoby zakończyć relację z przeszłości. Ale pytania o żywotność tych idei i postaw w świadomości zbiorowej są nadal aktualne.

Odpowiedzi na pytania o miejsce konfliktów narodowościowych w życiu Polaków (konflikt polsko-żydowski jest najsilniejszy, ale nie jedyny) trzeba szukać w historii. W przypadku interesującego nas tematu: obecność Żydów na ziemiach polskich ma historię tysiącletnią. Ich liczba przewyższała znacznie ich populację w innych krajach europejskich. Przed II wojną światową szacowano ją w Polsce na około 3,5 mln obywateli (ca. 10 procent populacji), ale na wsiach ich prawie nie było, nigdy też nie zajmowali się rolnictwem. W Warszawie odsetek sięgał więc w międzywojniu około 30 proc. mieszkańców stolicy. Wśród mieszkańców miast stanowili zwartą i silną, zintegrowaną grupę narodową o odrębnym wyznaniu i obyczajach, używającą w znacznej części odrębnego języka[8]. Związek przynależności narodowej z judaizmem i obyczajami był mocniejszy niż w przypadku innych zbiorowości. O przynależności do żydowskiej wspólnoty narodowej decydowały względy religijne i przestrzeganie rytuałów: obrzezanie, świętowanie szabatu, uczestnictwo w ceremoniach. Żydów prześladowano w wielu krajach, w Polsce też, ale w Polsce stanowili oni silną wspólnotę, skutecznie strzegącą swojej tożsamości i broniącą się przed atakami. Przez wieki żyli pośród nas, ale obok – zachowując odrębność i mając odrębny status. Obie społeczności miały wzajemne relacje, ale nie przenikały się wzajemnie[9]. Polem konfrontacyjnym przez wieki była religia i powiązana z nią obyczajowość. Egzemplifikacją tego pola mogłoby być powtarzające się okresowo fałszywe przekonanie o wykorzystywaniu dla celów rytualnych krwi dzieci chrześcijańskich.

Zmiany tak ukształtowanych relacji miały miejsce w XVIII w., a zwłaszcza w II połowie XIX w. Nastąpiły one za sprawą dwóch wydarzeń: likwidacji w 1764 roku Sejmu Czterech Ziem: Małopolski, Wielkopolski, Litwy i Rusi – organu samorządowego Żydów, którego kompetencje koncentrowały się głównie na zbieraniu i rozliczaniu podatków. O tym zdarzeniu niewiele wiemy, ale z pewnością zmniejszyło ono hermetyczność społeczności żydowskiej. Większe znaczenie miała ustawa Wielopolskiego o przyznaniu Żydom praw obywatelskich i praw cywilnych z 1862 r. W praktyce oznaczała, że Żydzi, dotąd ograniczani w swych działaniach gospodarczych przepisami prawa, stali się uczestnikami rynku na równi z innymi. W rywalizacji rynkowej okazali się sprawniejsi. Rywalizacja na tle wyznaniowym została poszerzona o rywalizację ekonomiczną. Spora, zwłaszcza bogatsza część społeczności żydowskiej zmieniała wyznanie na jedną z religii chrześcijańskich, liczba konwersji rosła, narastały też kontrowersje wokół tej kwestii. Akulturacja, a zwłaszcza asymilacja (przez pewien czas lansowana jako element łączenia obu społeczności) okazała się niemożliwa: Żyd porzucający judaizm i rytuał przestawał być Żydem. W przypadku konwersji opinia społeczna zarzucała, że ma ona miejsce jedynie z pozoru, dla ułatwień gospodarczych, zwłaszcza handlowych. Pojawiło się pojęcie mechesa – kamuflującego się wyznawcy judaizmu oraz określenia Żyda chrzczonego[10] i prawdziwego Polaka.

Rywalizacja na tle ekonomicznym oraz zarzut kamuflowania przynależności narodowej stały się przyczyną nasilenia konfliktu, eksponowanego zwłaszcza przez Narodową Demokrację (np. akcja „nie kupuj u Żyda”) i inne ugrupowania o podobnej ideologii[11]. Antagonizm narastał, przeradzając się u niektórych polityków obozu narodowego w rodzaj obsesji: wszystkiemu winni są Żydzi. To z powodu tych sprzeczności Gomułka w przemówieniu z 19 marca 1968 roku zakwalifikował do mniejszości żydowskiej niewiele ponad 6 tys. obywateli, choć w powszechnym odczuciu było ich wielokrotnie więcej, zresztą z kraju wyjeżdżało tylko w czasie nagonek antysemickich w latach 40., 1956 i 1968 r. znacznie więcej Żydów, niż wynikało to ze statystycznej przynależności do grupy osób wyznania mojżeszowego. Dziś narodowość żydowską według spisu powszechnego deklaruje 7300 osób. Autorzy rysunków powieszonego Żyda na autobusowych przystankach, bywalcy stadionów piłkarskich i głosiciele hasła o Polsce bez Żydów nie kłopotaliby się przecież liczbą 7 tys. obywateli. Wtedy w 1968 r. w wielu instytucjach krążyły listy „proskrypcyjne”, w których zarzut bycia Żydem (już samo formułowanie zarzutu z tego tytułu musi być traktowane jako umysłowa aberracja) stawiano wielu osobom z najróżniejszych powodów, często rdzennym Polakom.

Ocena wydarzeń marcowych nie może abstrahować od historycznych uwarunkowań, bo tylko dzięki sięgnięciu do historii wzajemnych stosunków można zrozumieć przyczyny karkołomnego połączenia na wspólnej płaszczyźnie ludzi i poglądów z odległych od siebie zbiorów. Do wyznaniowych i ekonomicznych źródeł konfliktu dołączyć należałoby ocenę postaw i zachowań w czasie Holokaustu, będącą przyczyną i zarazem skutkiem kryzysu moralnego, którego nie sposób wyprzeć samą tylko grą polityczną. Chyba wciąż do końca go nie przepracowano, jak powiedzieliby psychoanalitycy.

Bez wątpienia część ludzi identyfikujących się z grupą Moczara czerpała z tradycji i dorobku Narodowej Demokracji. Do tego dorobku sięgały też grupy katolików skupionych wokół PAX-u i jego lidera Bolesława Piaseckiego, a tym samym do poglądów wyrażanych przez przedwojenny ONR, któremu Piasecki przewodził. Najsilniejsze wsparcie dawali Moczarowi jednak „partyzanci”. Machcewicz napisał: „Patriotyczna retoryka Moczara i jego zwolenników poszerzała ich bazę społeczną. Przyciągano do współpracy, a przynajmniej zyskiwano życzliwość ludzi odległych politycznie, ideowo lub mentalnie od obozu rządzącego. Moczarowski patriotyzm otwierał się na tradycję i doświadczenia marginalizowane w Polsce Ludowej; czerpał przede wszystkim z dziedzictwa AK i innych niekomunistycznych formacji z czasów II wojny światowej, włącznie z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Najsilniejszym spoiwem emocjonalnym były heroizm i martyrologia z czasów wojny, żywe doświadczenie milionów Polaków. Moczarowcy przedstawiali te wartości, jakby były nieustannie zagrożone: dybali na nie czy to krajowi szydercy, czy to oszczercy z zagranicy, a przede wszystkim syjoniści i po prostu Żydzi. Antysemityzm, lekko tylko zakamuflowany, a niekiedy wyrażany zupełnie otwarcie, był niezbywalnym elementem moczarowskiego patriotyzmu, przez część społeczeństwa przyjmowanym równie chętnie jak rewaloryzacja niekomunistycznych wątków tradycji narodowej”[12]. Dlaczego, zyskując tak rozległy rezonans w różnych grupach społecznych nie wykorzystali swojej siły i nie podjęli rozgrywki w grze o władzę? Gomułka, który do czasu wspierał tę grupę, widząc jej październikowy rodowód, zorganizował – uświadomiwszy sobie polityczne i własne zagrożenie – wiece poparcia dla rzekomo skonsolidowanej partii przeciwstawiającej się wrogim siłom, których eksponentami zostali – o dziwo i o ironio – Stefan Kisielewski, Paweł Jasienica i Janusz Szpotański. Zwłaszcza zagrożenie ze strony tego ostatniego wydaje się co najmniej humorystyczne. Zastosował sprytny manewr, przesadzając Moczara na zastępcę członka Biura Politycznego i odbierając mu MSW, a to policyjny i bezpieczniacki aparat decydował o sile swojego szefa. Prześmiewcy śpiewali wówczas: „Mieciu M. z MSW, gdzieś, pierdoło, podział swoje KBW”?

Intelektualne i manipulacyjne zdolności i umiejętności jego akolitów nie mogły równać się z potencjałem dawnych puławian i ich następców. Następne pokolenia nie znajdowały siły napędowej w kombatanckich wspomnieniach swoich ojców i dziadków, złudnych przekonaniach o sile polskiego żołnierza, czy w heroicznej walce o odbudowę kraju po wojnie. Gierek stworzył przyciągającą iluzję, a ta – jak każda iluzja – zawaliła się z jeszcze głośniejszym hukiem. Próba utworzenia grupy tzw. docentów marcowych (naukowców bez habilitacji, którzy mogli mimo to kontynuować akademicką karierę) mających intelektualnie wspierać potencjalnie nową grupę przywódczą, okazała się niewypałem. Sam Moczar nie poruszał się dobrze w grach gabinetowych, to nie jego „podwórko”. Próbował powrócić na polityczną scenę w 1981 roku jako prezes Najwyższej Izby Kontroli, ale został wymanewrowany przez nowych liderów, w tym przez zabiegającego wcześniej o jego względy Wojciecha Jaruzelskiego. Słabość tej i innych grup sprawujących władzę i aspirujących do władzy miała przyczyny strukturalne. Zmiana personaliów oraz cząstkowe, czasem atrakcyjne, propozycje gospodarcze i organizacyjne na krótko zyskiwały zwolenników, a potem: miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. I uwaga ta nie odnosi się jedynie do czasów uważanych za słusznie minione. Historia lubi płatać niespodzianki, a głosy z przeszłości odzywają się częściej niż sądzimy i niż się ich spodziewamy.

[1] Stąd zapewne transparenty „Zambrowski do Biura” na ulicach Warszawy, choć równie dobrze mogły być prowokacją bezpieki.

[2] Te nazwiska znalazły się w tekście Jedlickiego.

[3] W książce Piotra Osęki Marzec ’68, Wyd. Znak, Kraków 2008, przypis do str. 168, znajduje się jedynie informacja o członkostwie tzw. grupy komandosów: „Większość historyków zalicza do tej grupy: Kuronia, Modzelewskiego, Michnika, Lasotę, Bogucką, Toruńczyk, Grudzińską, Lityńskiego, Blumsztajna, Dajczgiewanda, Karpińskiego, Szlajfera, Góreckiego”.

[4] Paweł Machcewicz, Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara, Krytyka Polityczna, Warszawa 2025, s. 99

[5] W prasie ukazała się wtedy krótka notka: Marszałek Polski Konstanty Rokossowski wrócił do kraju.

[6] Witold Jedlicki, Chamy i Żydy, [Wikipedia, Witold Jedlicki, Chamy i Żydy s. 9].

[7] Witold Jedlicki, op. cit., s. 14.

[8] Dobrze przedstawił to Szczepan Twardoch w powieści Król, Wyd. Literackie, Kraków 2020.

[9] Specyfikę tych stosunków chyba najlepiej opisał Aleksander Hertz w książce Żydzi w kulturze polskiej, Biblioteka „Więzi,” Warszawa 2004.

[10] Bodaj jako pierwszy użył go Antoni Lesznowski, naczelny „Gazety Warszawskiej” (por. Andrzej Żor, Kronenberg. Dzieje fortuny, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2011, s. 356).

[11] Świetnymi przykładami są powieści Wacława Gąsiorowskiego Zginęła głupota i Mariana Gawalewicza Mechesy – obie ukazały się w 1899 roku.

[12] Paweł Machcewicz, op. cit. s. 436.

 

Aleksandra Sarna, Debil. Studium przypadku,   Alfons. Studium przypadku, Wydawnictwo IZI Instytut Zarządzania Informacją, Warszawa 2025, 145 i 155 stron.

Pod tymi tytułami ukazały się dwie książeczki autorstwa dr Aleksandry Sarny omawiające sylwetki psychologiczne byłego i obecnego prezydentów RP, będące jednocześnie próbą wyjaśnienia fenomenu, jakim był wybór na najwyższy urząd dwóch nikomu nieznanych kandydatów.

Zacznijmy od dr Sarny. Jan Piński – znany z publikacji medialnych – a zarazem autor wstępów do obu książek napisał o niej: doktorka nauk humanistycznych, w przeszłości kierowniczka Katedry Psychologii Stosowanej w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Jednak taka katedra nigdy nie istniała, a nazwiska dr Sarny nie ma wśród pracowników uczelni.

Obie książeczki mają zbliżoną szatę graficzną, format, rozmiary czcionki, objętość. Około półtorej setki stron tekstu nie podzielono na części, są dobrze napisaną opowieścią psychobiograficzną, ale brak podziałów czyni ją nieuporządkowaną, wręcz chaotyczną, niektóre stwierdzenia powtarzają się. Nie cytuje źródeł. Nie zaskakuje żadnymi rewelacjami, które by wcześniej nie pojawiały się w mediach przez obie kadencje Andrzeja Dudy czy przez prezydencką kampanię Karola Nawrockiego. Nową dla mnie była tylko informacja o bliskich związkach obecnego prezydenta z Piotrem Dudą – szefem NSZZ Solidarność. To oznacza, że w razie zaostrzenia sporu politycznego Nawrocki sięgnie prawdopodobnie po oręż strajkowy, łącznie z ulicznymi burdami, a ten oręż nie jest mu przecież obcy.

Epitetem „debil” ochrzcił Andrzeja Dudę pisarz Jakub Żulczyk. Prezydent wytoczył mu proces, zakończony uniewinnieniem oskarżonego. Opis dr Sarny pokazuje postać śmieszną, do debilizmu lub innych form upośledzenia umysłowego jeszcze daleka droga. Na podstawie lektury książki mogę pokusić się o stwierdzenie, że były prezydent śmieszność tę zawdzięcza nadmiernie wybujałym oczekiwaniom rodziców, pchającym syna na ścieżkę kariery naukowej, a potem politycznej, która wykraczała poza jego możliwości intelektualne i predyspozycje charakterologiczne. W przypadku dużej różnicy między wizją a rzeczywistością pojawia się śmieszność. Na ścieżce awansowej znalazł się zrządzeniem losu. Wybrał go Jarosław Kaczyński, chyba w przekonaniu, że porażka Dudy nie wpłynie na notowania partii i jego samego. Nie można było kandydatowi postawić mocnych zarzutów: młody, z perspektywami, doktor prawa, po przejściu przez ścieżkę kariery administracyjnej pod kierownictwem Lecha Kaczyńskiego, europoseł, osoba przetarta na salonach europejskich. Wygrał dzięki energicznej kampanii, w której potwierdził wolę realizacji programu budzącego nadzieje Polaków po marazmie rządów Platformy Obywatelskiej w latach 2007–2015. I tu chciałbym wytknąć książce pewien brak: uważam, że wygraną zawdzięczał Duda nie tyle swoim talentom, ani sprawnej (choć taką była) kampanii wyborczej, ale ociężałości umysłowej i tępocie politycznej kontrkandydata – Bronisława Komorowskiego. I lenistwa intelektualnego PO. Był to zresztą – po przejściu Donalda Tuska do polityki europejskiej – fatalny okres w historii Platformy. Wtedy runęły społeczne nadzieje związane z tą partią, jej linią polityczną i programem.

Obserwując potem zachowania Dudy, musiał jego protektor nabrać przekonania, że to postać dość groteskowa, ale przy wyborze drugiego kandydata posłużył się tą samą metodą. Wybrał kandydata nieznanego, któremu jednak niedomogów intelektualnych nie można było zarzucić (dr historii), „okazałego”, sprawnie posługującego się i to donośnym głosem – retoryką polityczną. Umiejącego sprawnie powtórzyć to, co mu Kaczyński i PiS podpowiedzą. Dr Sarna podkreśla rolę Kaczyńskiego w promowaniu Nawrockiego. Jakby przegrał, byłaby to jego porażka, a nie protektora (formalnie ubrał zresztą w tę rolę historyka prof. Andrzeja Nowaka), a on sam nie utraciłby wpływów w partii i na krajowej scenie politycznej. Ale Kaczyński stawiał na wygraną. I wygrał, mimo zarzutów wobec Nawrockiego o zachowania i czyny niemoralne, o fatalnej przeszłości, o czym w książce wiele.

Autorka przyczynę porażki Rafała Trzaskowskiego widzi w źle prowadzonej kampanii. Postawili na argumenty, które przekonują od dawna przekonaną inteligencję, a nie większość Polaków. Popatrzmy zresztą na statystyki: w roku 2020 Duda wygrał uzyskując w II turze 10 440 tys. głosów (51,3 proc.), podczas gdy Trzaskowski uzyskał ich 10 018 tys. (48,97 proc.). W roku 2025 Nawrocki zdobył 10 606 tys. głosów (50,89 proc.), a Trzaskowski 10 237 tys. (49,11 proc.). Różnica prawie niewidoczna. Zabetonowana scena! Mimo upływu 5 lat i wielu faktów obciążających PiS po ośmiu latach rządów.

Nawrocki (podobnie jak Duda) jest tworem Jarosława Kaczyńskiego. To nie oznacza jednak, że nadal nim będzie. Rząd Koalicji 15 Października czekają dwa lata gehenny, bo zostanie ubezwłasnowolniony jego wetami.  Jeśli opcja liberalno-demokratyczna chce podjąć rywalizację, to musi wypracować całkiem nową argumentację, a nie powtarzać w kółko, że to rząd naprawdę rządzi. Bo rządzi tylko do czasu weta, którego nie ma możliwości odrzucić. Jeśli jakimś cudem uda się wygrać wybory parlamentarne w 2027 roku, to wówczas pojawi się możliwość, że Nawrocki urwie się Kaczyńskiemu z łańcucha i zechce tworzyć własną ekipę. Co wtedy będzie, dalibóg, nie wiem.

Chcę, by głową państwa był ktoś mądry i godny zaufania wybrany przez mądrych i uczciwych Polaków i to przez tych, których wkład w ogólny dobrostan jest największy. Tymczasem obecny lokator Belwederu kimś takim nie jest, a jego wyborcy też pożądanymi cechami nie grzeszą (marne wykształcenie, egzystencja w relatywnie opóźnionych regionach, postawy roszczeniowe). Wciąż mają jednak przewagę. Co dziwniejsze, to wieś i małe miasteczka decydują o wygranej Dudy, Nawrockiego i ich – być może – następców. Mentalność wiejska i małomiasteczkowa decyduje o wyborach politycznych. Bez głębszych zmian o charakterze strukturalnym (wykształcenie, relacje wieś–miasto, wiek itd.) nic na to nie poradzimy. Sama dobra retoryka nie wystarczy.

Wracając do obu książek, warto je przeczytać, bo wbrew plotkom na ich temat zawierają pewien zasób wiadomości z zakresu analizy politycznej, a że zgrabnie napisane i dość krótkie (ot, takie na jednodniową lekturę) mogą pobudzić do myślenia zasklepione w swoich przekonaniach głowy.

 

Tytuł tej popularnej komedii Szekspira z 1599[1] roku pasuje jak ulał do – krótkiej, mam nadzieję – burzy, jaka miała miejsce po otwarciu wystawy Nasi chłopcy w Muzeum w Gdańsku. Nie tyle sama wystawa, co jej tytuł, który – zdaniem prawdziwych Polaków – godzi w patriotyczne uczucia narodu, wywołał tę burzę. No, bo jak naszymi chłopcami można nazwać tych, którzy czując się Polakami służyli w Wehrmachcie, a czynili to z różnych pobudek, ze skalkulowanego interesu własnego, ze strachu lub z przymusu. Decyzję tę podejmowali, albo – częściej – ponosili konsekwencje decyzji władz państwa, w którym przyszło im żyć – nie siedząc bezpiecznie w wygodnym fotelu, jak czynią to ferujący wyroki przedstawiciele jedynie słusznej narodowej opcji, lecz ci, którzy bezpośrednio stawali przed dramatyczną decyzją. Właściwie to nie mieli żadnego wyboru. Odmowa – w warunkach wojennych – oznaczała utratę życia, w najlepszym razie obóz koncentracyjny. W pobliżu był Stutthof, tam wielu Polaków i Kaszubów znalazło swoje miejsce. W ciągu 2 tysięcy dni swego istnienia (1939–1945) uwięziono w nim około 120 tysięcy osób różnych narodowości. Straciła życie połowa – około 65 tysięcy.

O historii Gdańska i jego okolic niewiele się mówi, zwłaszcza w centralnej Polsce. By nie sięgać zbyt głęboko do historii i ograniczyć relację do dziejów najnowszych, konsekwencją traktatu wersalskiego z 1919 roku było utworzenie Wolnego Miasta Gdańska, formalnie niewchodzącego w skład państwa polskiego lub niemieckiego. Status tego tworu był od chwili powstania solą w oku władz niemieckich, a zwłaszcza tych mieszkańców, którzy identyfikowali się z hitlerowskim faszyzmem. Jego powierzchnia to 1900 km, a zamieszkiwało je 350–410 tys. ludności. Większość mieszkańców, czy nam się to podoba, czy nie, deklarowało niemiecką przynależność narodową. Według Wikipedii zaledwie 11 tys. osób (3,4 procent) podało język polski lub kaszubski jako swój język ojczysty. W populacji dominowali luteranie. Katolicy to z grubsza 130 tys., protestanci dwa razy więcej – 260 tys. Granicę z Polską ulokowano w majątku Kolibki między Sopotem i Orłowem (elegancką dzielnicą Gdyni). Po wybuchu wojny władze niemieckie utworzyły okręg Gdańsk Prusy Zachodnie, w skład którego weszły Wolne Miasto Gdańsk, dawne województwo pomorskie i sześć powiatów niemieckich Prus Wschodnich. Tam proporcje ludnościowe wykazywały przewagę Polaków (1,5 mln: 850 tys.). „Jednym z najważniejszych zadań Niemiec stało się zintegrowanie tego obszaru z Rzeszą poprzez germanizację obywateli polskich lub usunięcie z niego grup nienadających się do zniemczenia”. Ludność podzielono na pięć grup: w pierwszej znaleźli się Niemcy czynnie wspierający faszyzm, w drugiej też Niemcy, choć mniej aktywni. Czwarta – w zdecydowanej większości znalazła się w Stutthofie lub w innych obozach, a trafili tam za mówienie po polsku, słuchanie obcych rozgłośni radiowych, antyniemieckie wypowiedzi, nierealizowanie polityki narodowościowej III Rzeszy, sabotowanie pracy, nieprzyjmowanie obywatelstwa niemieckiego. Piąta była z góry skazana na unicestwienie. Przedmiotem szczególnie intensywnych zabiegów była zatem grupa III. Kwalifikowano do niej tych, których zaliczano do Polaków lub Kaszubów, ale nadających się do zniemczenia. Decyzję o przynależności do poszczególnych grup podejmowały władze niemieckie.

Ze wszystkich ziem polskich wcielonych po wybuchu II wojny do Niemiec do wojska trafiło około 200 tys. osób, w tym z okręgu Gdańsk Prusy Zachodnie – 90 tysięcy. To spore proporcje, ale w porównaniu z siłami militarnymi III Rzeszy to niezbyt wiele. Armia niemiecka liczyła 18 mln żołnierzy, aż 42 proc. męskiej populacji. Gdyby doliczyć armie państw sprzymierzonych (Włochy, Japonia, Finlandia, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Słowacja) liczba to wzrastałaby do około 40 mln.

Przedmiotem prezentacji są wojenne losy grupy mieszkańców okręgu Gdańsk Prusy Zachodnie, bez dzielenia ich na obszar pochodzenia: Wolne Miasto, woj. pomorskie i niemieckie powiaty Prus. To niewielka wystawa, zajmuje dwie małe salki gdańskiego Muzeum. Eksponatów też niewiele, listy, kartki, fotografie osób i dokumentów, trochę danych historycznych. Zwiedzających nadspodziewanie dużo, w tym przede wszystkim młodzież, co napawa optymizmem. Są wakacje, przychodzą więc z własnej woli, a nie naganiani przez nauczycieli.

Dobrze, że pokazano ten mało znany fragment polskich dziejów za sprawą twórców wystawy: to kuratorzy Andrzej Hoja i Janusz Masztalec, autorzy projektu scenograficznego Łukasz i Michalina Izert oraz graficznego Piotr Białas.

O co i po co było tyle wrzawy? Że to uczuć narodowych szarganie, że pokazywać należy tylko chwalebne fragmenty polskich dziejów? Historia jest taka, jaka była (a była znacznie bardziej kręta i skomplikowana niż ta, którą chcieliby widzieć prawdziwi Polacy) i na nic zdadzą się zabiegi entuzjastów poprawiania i odbrązowania. Nie wszystko i nie zawsze da się przedstawić w polukrowanym sosie. Odpowiedź na pytanie, skąd ta wrzawa, można znaleźć, oglądając końcowe fragmenty ekspozycji. Przypomniano tam niesławnej pamięci wyczyny Jacka Kurskiego i jego kampanię z dziadkiem z Wehrmachtu w tle. No tak, wszystko jasne. Na wszelki wypadek warto przypomnieć, a nuż część rodaków nie pamięta tamtej brudnej kampanii, a części da się wmówić, że tak było. Donald Tusk od dawna jest przedmiotem zmasowanych ataków. Każda wypowiedź pisowskiego działacza kończy się wtrętem o szczególnie negatywnym charakterze decyzji i poglądów polskiego premiera. Być może za patriotyczną argumentacją historyczną uda się przemycić nie historyczne i nie patriotyczne, lecz całkiem współczesne i polityczne treści. Dobrze, że młodzi tak licznie wystawę odwiedzają. Miejmy nadzieję, że nie dadzą się nabrać.

[1] Nawiązanie do Szekspira nie jest przypadkowe. W Gdańsku znalazł bowiem swoje miejsce Teatr Szekspirowski założony przez Fundację Theatrum Gedanese w 2008 roku, który rozpoczął działalność kilka lat później (we wrześniu 2014 r.) i prowadzi tę działalność do dziś.

Recenzja ukazała się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.

 

I znowu znalazłem się w Kopkach, w piękny dzień sierpniowy, 33 km od Warszawy, w bujnej zieleni działek leśnych, gdzie się usadowiła Scena Letnia od 33 lat działającego w Polsce Teatru Pod Górkę. (Ciekawa zbieżność kilometrów i lat). To teatr skromny, bo kameralny, specjalizujący się w spektaklach jednego aktora, wielce aktywny i bogaty repertuarowo. Około 15 monodramów wskazuje na niemałą wydolność pamięciową i energetyczną imć pana profesora Stanisława Górki, który w ciągu jednego roku potrafi się objawić w kilkunastu wcieleniach. Jest to niezmordowany monodramista o prawdziwym zapale artystycznym, miłującym autentyzm kreowanych przez siebie postaci, a jednocześnie w toku przedstawienia nie stroniący od lekkiego dystansowania się wobec rygorystycznie utrzymywanej fabuły w momentach nawiązywania z publicznością bliższego kontaktu scenicznego w swobodnie improwizacyjnych igraszkach.

Tak było i tym razem w jego prywatnym teatrze, który wydaje się dla pana Stanisława źródłem napędowym, istotą bycia w nieustannej akcji, co mi przypomina innego znanego aktora, z którym się przez długie lata przyjaźniłem, a nawet współwystępowałem u jego boku w kilku moich programach autorskich. Był to Wojciech Siemion. Stylistyka nieco odmienna od Górkowej, ale zapał i konsekwencja podobne. Wojciech był prawdziwą, charakterystyczną, samoswoją instytucją teatralną. Gdzie się pojawiał, tam już był teatr, w tym dobrym znaczeniu. Lubię i cenię teatr jednego aktora, tym bardziej, jeśli jego autentyczność wyrasta z pasji, z indywidualnej potrzeby, z samej natury artysty.

Letnia Scena Pod Górkę ma swój pociągający urok i miejsca, i Gospodarza, który wraz ze stałymi współpracownikami, współtwórcami, stworzył intymną atmosferę gościnnego, artystycznego zakątka. Do Kopek jedzie się z ochotą, jeśli się już choć raz tam było. Nim się rozpocznie konkretna sztuka, sadzają cię na werandzie, a po spektaklu we wnętrzu osobnego domu-przytuliska, przeznaczonego na towarzyskie pogwarki przy herbacie i jakowychś kołaczach, a po sztuce przy winie i innych smakołykach. Gościnność iście staropolska. Opodal stoi druga, pełna duchów chałupa, w której się znajduje nieco przyciasna komnata będąca zarazem sceną i miejscem dla widzów. Tam się spełnia magia wyobraźni, clou programu, czyli już sama uczta duchowa. Stałym gościem – nie powiem „gościnią”, bo mi to drapie podniebienie – jest biała, wielce przyjazna ludziom i ich przedziwnym misteriom, suka, która się zwykle układa u moich stóp i słodko przysypia, nie czyniąc przy tym żadnego dyshonoru miłującemu ją Gospodarzowi, który osaczony widzami robi wymyślne miny i grymasy poczciwca, jakim jest Colas Breugnon, a dziś innego rodzaju poczciwca – Tewje Mleczarza. Trudno się psinie domyślić, jak to być może, żeby się tak z Bogiem co i rusz wadzić, czy jak kto woli – potykać, z pełną wdzięku i mądrością prostego człowieka dobrocią, by ostatecznie godzić się na wszystko „pokornie, nie tracąc pogody ducha i ufności w Boga”, jak to przedstawia wyraźnie też ze wszystkim pogodzony nasz Aktor. Cóż zrobić? Taki jest nasz Tewje, bo i tak chciał Szalom Alejchem, autor powieści Dzieje Tewji Mleczarza, którą z piosenkami Mordechaja Gebirtiga w aranżacji muzycznej Andrzeja Perkmana, adaptował i wyreżyserował dla nas Sławomir Gaudyn.

No to pies się nie ma czemu dziwić, jeno przyjąć stylizowany obraz swego pana, z aplauzem merdając ogonem, a tym samym i jego pan musi też wielkodusznie przyjąć to, że jego wdzięczna suczka czasem zapomni merdnąć, bo jest zbyt ospała. Za to publiczność nagradza Stanisława wielce gromkimi brawami i się dopomina o bis, choćby jeszcze jednej z wielu odśpiewanych w tym dniu piosenek, które w tej wersji u pełnokrwistego Żyda brzmią mi w swej melodycznej strukturze mniej żydowsko, a bardziej z rosyjska (słowiańska), co też ma swoje uzasadnienie w miejscu toczącej się akcji.  Odtwórca głównej roli w słynnym musicalu Skrzypek na dachu, na którego kanwie powstał śpiewany monodram Potyczki Tewje mleczarza z Bogiem, odśpiewał intrygujące piosenki Mordechaja Gebirtiga z pełną swadą, wyrazistością i bez przesady. Byliśmy prawdziwie ukontentowani, a nie był to jeszcze koniec wieczornego spotkania w tych podwarszawskich, kwitnących sztuką zaroślach.

Rzecz się działa w Kopkach na Letniej Scenie Teatru Pod Górkę 17 sierpnia 2025 r.

Napisanie książki wcale nie jest trudną sztuką. Trzeba tylko bardzo chcieć. Trzeba mieć coś ważnego do powiedzenia – jakąś unikatową wiedzę, doświadczenie życiowe, szczególną wrażliwość oglądu świata. Trzeba czuć język, każdą frazę, każde słowo, a zarazem panować nad konstrukcją całości. Trzeba wreszcie mieć swój własny, niepowtarzalny sposób opowiadania. Włodek Kostorz posiadł te wszystkie talenty i umiejętności i napisał książkę w swoim rodzaju jedyną, zabawną, bardzo osobistą, a jednocześnie z uniwersalnym przesłaniem.

Dziewiąty dzień tygodnia nie jest powieścią z fabułą, dynamicznymi, dramatycznymi zwrotami akcji, głównymi i drugoplanowymi bohaterami. Nie jest też zbiorem opowiadań, chociaż rozpada się na kilkadziesiąt scen, których główną postacią jest sam autor-narrator, opowiadający o swoich przygodach, spotkaniach i emocjach. Ale to nie jest również książka memuarystyczna, w której bohater opowiada o tym, jak ileś tam razy ratował świat i ludzkość.

Ta książka sprawia wrażenie obrazu jak u impresjonistów – namalowana lekkimi, miękkimi pociągnięciami pędzla, dotknięciami; składa się z rozsypanych punkcików i kresek, a dopiero gdy spojrzy się z odpowiedniego dystansu, pokazuje maestrię pióra i życiową mądrość autora.

Książka Kostorza jest zapisem ulotnych scen z wędrówki autora przez codzienność. Obrazki z pracy, z drogi po zakupy, z pobytu w klinice, ze zmagań z administracją (w tym wypadku – akurat z niemiecką, gdyż Kostorz mieszka w Berlinie)… tworzą obraz współczesnego europejskiego społeczeństwa z jego instytucjami i regułami, osiągnięciami i śmiesznostkami oraz wspaniały kalejdoskop ludzkich postaci, które autor portretuje z jednej strony – życzliwie, z drugiej (gdy napotyka osoby mniej sympatyczne) – ze złośliwą ironią. Kostorz, mężczyzna dobrze dorosły, bo sześćdziesięcioletni, przenikliwość obserwacji oraz dar odczytania ludzkich charakterów łączy z umiejętnością lakonicznego, niezwykle trafnego, iście z talentem Czechowa, opisu ich zalet i przywar. Kilka zdań – i oto przed nami rysują się w całej okazałości postaci parkingowego, lekarza, urzędnika z lotniska, przygodnego podróżnego…

O ile konstrukcyjnie Dziewiąty dzień tygodnia w czymś przypomina Dekamerona, gdzie dziesięcioro mieszkańców Florencji opowiada sobie różne historie, łącznie tworzące obraz społeczeństwa współczesnego Boccacciowi, to sposób opowiadania Kostorza rodzi oczywiste asocjacje z Pantagruelem i Gargantuą Rabelais’ego oraz Don Kichotem Cervantesa. Kostorz niczym Sancho Pansa wygłasza obserwacje na pozór banalne, napisane komicznym językiem, a jednocześnie jak mędrzec-błazen niemiłosiernie wykpiwa głupotę i niekompetencję urzędników, bezmyślność przepisów, hipokryzję i kurzą, wybiórczą pamięć polityków.

Rozmyślnie czynię te odniesienia do wielkiej klasyki europejskiej, bo – tak się złożyło w historii naszej literatury – że nie mamy swojego Szwejka, ani Sancho Pansy, ani Trufaldino, ani Falstaffa czy Ostapa Bendera. Mamy literaturę martyrologiczną, patriotyczną, mitologiczną, ale niewiele w niej postaci jak Onufry Zagłoba. Cała książka Kostorza jest wielkim, mądrym ironicznym spojrzeniem na współczesność.

Opowieści Kostorza są jednocześnie bardzo szczere i bardzo osobiste. Autor pisze o swojej biografii oficera marynarki handlowej, nie ukrywa ani niełatwego dzieciństwa w Zabrzu, ani trudnych początków życia emigranta w Niemczech. Otwarcie opowiada o swojej ciężkiej chorobie, o rodzinnych problemach i radościach. Więc gdy w Epilogu, kończącym opowiadanie, zwraca się z ciepłym, bardzo przejmującym przesłaniem do nieznanego mu potomnego, nie razi nas patos i granie na emocjach czytelnika, bo wiemy, że autor jest również w swoim wzruszeniu bardzo szczery. Po prostu Kostorz taki jest.

Autor mówi, że zamierzał jedynie zebrać ucieszne facecje w rodzaju tych, jakie opowiada się kolegom przy piwie. Talent pisarza w tym właśnie się przejawia, że w prostych, zda się banalnych, historiach potrafi zawrzeć przesłanie wykraczające poza znaczenie słów i fabuły. Sceny, które miały być zabawnymi historyjkami, zebrane razem tworzą prawdziwą, rzetelną opowieść o bohaterze i świecie, przez który wędruje. Rodzaj historii i okoliczności ich przekazania określają styl i język. A język Kostorza wymagałby wręcz osobnego eseju. To język żywy, błyskotliwy, pełen ironii, niekiedy groteski, skrzący się niespodziewanymi porównaniami i zaskakującymi zestawieniami, a równocześnie odwołujący się do kodów kulturowych współczesności – muzyki, literatury, gier komputerowych. To język tak atrakcyjny, wciągający nas, zabawny, że nie ustajemy się śmiać przez całą lekturę siedemdziesięciu pięciu scen-obrazków.

Dopiero gdy przewrócimy ostatnią stronicę i złapiemy na chwilę oddech od śmiechu, przychodzi pytanie Horodniczego z Rewizora: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”.

*Włodek Kostorz, Dziewiąty dzień tygodnia, Wydawnictwo STAPIS, Katowice 2025, 227 stron.

Recenzja ukazała się w numerz 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.

 

Dość swobodne stylistycznie dwa literackie szkice-eseje na wybrane tematy teatralne.

Dziukowe Spiski Kuczoka

Jak wiadomo, Andrzej Dziuk – twórca, szef i reżyser Teatru Witkacego w Zakopanem, teatru legendy – jest od wielu lat szlachetnie opętany, na szczęście nie tylko Witkacym, ale i innymi wizjami teatru Czystej Formy; choć co za diabeł w tym siedzi, nikt do końca nie jest w stanie ustalić. W każdym razie Dziuk autentycznie żyje tym urojonym światem  artystycznym, który w sobie wytwarza, czyli nieustanie się w nim roi ten świat – nie wiem, czy ma inny, odkąd porodził swój teatr 40 lat temu. Jedni mogliby powiedzieć, że osobnik ten jest nawiedzony, ja mówię nieco mocniej: opętany. I wiem, że mam rację, bo go dobrze znam. Tak już zresztą mają prawdziwi artyści, którzy nie muszą się na nich kreować, po prostu tacy są, bo spytajcie, czym ci nieszczęśnicy żyją, a zrozumiecie, o czym mówię. O egzorcyzmach jednak – jak dotąd – nie myślę, chociaż ten pacjent może by je chciał. Jest to dla niego temat nieobcy. Cóż, prawdziwa metafizyka bez egzorcyzmów nie może się obyć. Mówiąc już nieco poważniej, Andrzej ma w sobie instynktowną przewrotność myśliciela, poczucie sensualnej materii scenicznej i słuch na to, co pisarz wynajdzie, a on sam – reżyser – pogłębi, wykoloryzuje, wyczaruje tak, że autor pierwowzoru, jeśli żyje, musi się wspiąć na wyżyny, by się mu zbytnio nie zakręciło w głowie. A tam, na wysokościach, zakręci mu się jeszcze bardziej.

Śledzę ten Teatr niemal od początku, czasem coś o nim napiszę, raz się nawet o niego twórczo otarłem – tworząc teksty piosenek i zajmując się dramaturgizacją w spektaklu Na Przełęczy (premiera  2002 r.). Spektakl ten ciągle jeszcze grany, z czasem stał się pierwszą częścią cyklu Tatrzańskie ku chwale Teatru i satysfakcji widzów.

Sobota, 10 maja 2025 r. – znów mnie przyniosło do Zakopanego i od razu nogi moje powiodły mnie (odruch Pawłowa) do Teatru Witkacego. I tym razem się nie zawiodłem. Spiski Wojciecha Kuczoka, którego ani przedstawiać, ani chwalić nie ma potrzeby, bowiem wiadomo, że jest to pisarz prawdziwy, ze stylem, dystansem do świata przedstawionego, oryginalny, a jeszcze do tego dowcipny. Chyba go już przechwaliłem, a to rzadkie między nami pisarzami.

Dziuk zoczył Kuczoka. Ma do tego oko. Aż dziw, że mnie dotąd nie wypatrzył, choć kiedyś zezując, omal mnie nie postawił na wysokościach, ale nie szkoduję, boć się przecie o nie otarłem.

Dziuk lubi tworzyć spektakle „według”. Przy Spiskach jest też znamienne „hej!”. Góralszczyznę opanował doskonale sam autor powieści. Góralskie „hej!” również reżyser zaznacza po swojemu. Powieść tę czytałem kiedyś z wielkim zapałem, ale kiedyś. Nie będę się więc dziś zabawiał filologiczną komparatystyką. Istotne jest, że choć Kuczok u Dziuka jest w zasadzie nienaruszony, w zasadzie, na scenie zobaczyłem coś ponad to, co mi przyniosła lektura. I tym razem doskonale widać, że spektakl i powieść tworzone są według innych kodów, obowiązują odmienne systemy znaków. Zawsze można przy tym zadać pytanie, czy wykwintność lub niepowtarzalność stylu narracji powieściowej, wyrafinowanego opisu świata wystarczająco może zastąpić sceniczny skrót obrazowy. Może nie, ale za to szatańskie grymasy starej, góralskiej babiny-ciotczyny czy uporczywa karykatura Gazdy z nieodłącznym petem w ustach i przeszywającą powietrze zawodliwą frazą intonacji góralskiej jeszcze łatwiej przebiją się do odbiorcy swym nęcącym widokiem niż wielozdaniowe monologi opisujące te wystylizowane typy ludzkie.

Język autora Spisków nasycony jest, zwłaszcza w niektórych partiach tekstu, gombrowiczowską igrą groteskową, a w moim poczuciu przy malowaniu przyrodniczej tkanki świata, może mniej wyraźnie, ale również sensualizmem bliskim leśmianowskiej zmysłowości. Niezwykły efekt daje tu połączenie z jednej strony satyryczno-groteskowego podejścia do świętej materii naszej przaśnej polsko-góralskiej tradycji, bezwstydnie zmysłowej, erotycznej do tego stopnia, że aż trzeba było spektakl dozwolić od lat szesnastu, a z drugiej strony poetycko wysublimowany język, który ukazuje oniryczne, ponadrealne wdzięki penetrowanego przez autora świata. Powiązanie ze sobą, powiedziałbym – zbełtanie – tych chwytów twórczych Kuczoka w literaturze i Dziuka w scenicznym obrazie, stworzyło ten koktajl genialny, przyprawiony humorem, ale nie przygłupiastym, jeno wysmakowanym. A może to i nie koktajl, bo może to dobrze zaprawiony barszcz albo i ekstra bigos, kiedy inteligentnie uwarzą go artyści, np. w weselu prawdziwym czy Wyspiańskim, mieszając podchmielonego, rubasznego chłopa z poetyckim inteligentem, któremu się śni… Wszystko to jest w Spiskach – hej!, choć niby odległych od młodopolskiego dramatu. I w nich odnajdujemy przecież próby osadzenia akcji w określonej politycznie rzeczywistości, może w mniejszym stopniu w skali narodowej (chociaż na początku fabuły zgrabnie przywołany jest okres stanu wojennego), co skromniej –  w skali regionalnej, góralskiej. W dalszym toku opowieści zbliżamy się do czasu, kiedy wiek dwudziesty chyli się ku swemu przełamaniu. Ta polityczność w Spiskach nie jest zresztą najistotniejsza, w moim przekonaniu, nie ona stanowi o sile tej urokliwej prozy ani tego spektaklu.

Przyjrzyjmy się teraz temu, co w tym widowisku jest siłą napędową.

Aktorzy – są znakomici. Świetnie wywiązują się z jasno postawionych im przez reżysera zadań. Starą gwardię – dobrze mi znaną: Andrzeja Bieniasa, Marka Wronę, Krzysztofa Łakomika, Krzysztofa Najbora, czy wciąż młodą Joannę Banasik – czule określam jako bestie sceniczne. Tak czasem przedstawiam też moją żonę, tyle że bez epitetu „sceniczna”. To jest w moich ustach superlatyw najbardziej czuły i pozytywny, więc niech mi wybaczy tę familiarność  zakopiańska artystyczna bohema.

Pozostali aktorzy młodego pokolenia (w tym jeden z trzech scenicznych Ja, czyli w roli bohatera–narratora, Piotr Łakomik) odpowiednio i z wdziękiem wpasowali się w całość Dziukowej braci aktorskiej. I chwała im za to – hej!

Nie sposób pominąć jeszcze jednego, można by powiedzieć –  zbiorowego bohatera, a raczej fenomenu, jakim stała się w tym spektaklu muzyka. I nie mam tu na myśli kolejnych numerów instrumentalno-muzycznych, ilustrujących,  a nawet pieczętujących, odpowiednie fazy końca dwudziestego wieku. Te wyodrębnione w toku fabularnego przebiegu muzyczne obrazy zostały brawurowo wykonywane ze wspomaganiem choreograficznie wyznaczonych pląsów. Jeszcze raz mnie zadziwił wszechstronnie uzdolniony – również jako wokalista – Andrzej Bienias. Marek Wrona z kolei bardzo mi przypadł do gustu w roli ostatniego z trzech narratorów, kreujących Ja, zwłaszcza kiedy mógł już, zastępując Misiołka, zademonstrować przemiany głosu, dochodząc w swym modulowaniu wydawanych dźwięków aż do głębinowego basowania. A ten niby rzeczywisty Misiołek, w swej ludzko-niedźwiedziej, podstępnej kreacji, wychylony na drabinie, miał szansę przeholować w czynieniu swych zamierzonych i niezamierzonych wygibasów i się obalić z wysoka.

Wtedy właśnie nastąpił ów niespodziewany nadmocarny moment, który mnie zachwycił, zenit orgiastyczno-muzycznej zawieruchy, tak działający na mnie, że w tej jednej chwili stałem się (w swej podległej impulsom scenicznym wyobraźni) Ja czwartym. Całe szczęście, że nie wtargnąłem na scenę. Opętanie muzyczne powtarzało się jeszcze z różną siła rażenia niby powtórne wstrząsy Ziemi, matki naszej, która po zbyt długiej suszy woła z pragnienia głosem nienasyconej góralskiej dzieweczki. O, wiem doskonale, że za tym wstrząsającym wzmożeniem krył się nie tylko głos i dyrygencka ręka Włodzimierza Kiniora Kiniorskiego, ale i chytry zamysł samego Mistrza Andrzeja, bo oto jak niedźwiedzi orgazm dosięga nas kulminacja wrzawy muzycznej jako wielka metafora pożądliwości Feli Nędzówny i chuci jej cudownie wyolbrzymionej, bestialsko wspaniałej, przeobleczonej w muzyczny ryk – zew Natury. I już się nawet nie pamięta, że to tylko ponadnaturalne, choć akustycznie wytłumaczalne połączenie instrumentów i głosów zespolonych naszego muzyka i niektórych aktorów. Bez żadnej wątpliwości musiało to oddać i obnażyć całą naturę pragnienia górskiego dziewczęcia, nieokiełznaną i tak boleśnie dogłębną.

I gdybym nie wstydził się zażartować sobie w tak wszechogarniającej i dominującej fazie duchowo metafizycznego i cieleśnie zmysłowego procesu syntezy, powiedziałbym, że tylko geniusz pisarski szczytujący w akcie twórczym wespół z geniuszem reżyserskim w tajemny – jak to w spiskach – sposób, mogły dokonać ostatecznego wyzwolenia. Ale już bez popisowej, nie na miejscu, retoryki z mojej strony, gdyż i tak za bardzo się wżyłem w opisywany obraz, zapominając, że nie pisarzem tu jestem, jeno felietonistyczno-recenzyjnym pisarczykiem, który winien na zimno i może bardziej uczenie rzecz referowaną traktować, powiem, że brawo biłem twórcom i wykonawcom szczerze i z równą Feli ochotą, a nie tam z jakiejś elegancji czy dobrego obyczaju, jak to bywa, gdy po skończonym spectaculum kurtyna opada. Biłem brawo solidnie, gdyż lubię oryginalną śmiałość, głębsze sensy ukryte pod powierzchnią groteski, zróżnicowanie tkanki tak literackiej, jak i teatralnej, przewrotny humor i … Teatr Witkacego na ulicy Chramcówki 15.

Nie bądźcie leniwi i gnuśni. Podążajcie do teatru prawdziwych Zakopiańczyków ucieszyć zmysły swoje!

I tu koniec i bomba,
a kto tu nie był
i brawa nie bił,
ten trąba!

_____________________

Spektakl, o którym piszę, obejrzałem 10 maja 2025 roku
Tytuł spektaklu: SPISKI – Hej!
Z cyklu: Tatrzańskie. Część III
Wg Wojciecha Kuczoka
Teatr Witkacego w Zakopanem
Scenariusz i reżyseria – Andrzej St. Dziuk

 

Stanisław Górka – Colas Breugnon okraszony Brassensem

Miniatura recenzyjna, jak i miniaturowy teatr z dala od miejskiej cywilizacji

Stanisław Górka, aktor niezmordowany, szczególnie w wystawianiu monodramów – jak się sam przyznaje – od dłuższego już czasu żongluje piętnastoma monodramami. Spróbujcie, nawet Wy, szlachetni Aktorzy, którzy potraficie wiele, gdy sobie wymażecie z pamięci dysku mózgowego wszystko to, co już dokonane. Zresztą nie kwestia samej pamięci jest w tym istotna, ale i elastyczności kreacyjnej. Trzeba przecież umiejętnie, na czas przestawiać zwrotnice, by w nagłej kraksie nie zderzyli się np. Bułhakowy Konsultant z kopytem (pierwotny tytuł z 1928 r. późniejszej powieści Mistrz i Małgorzata tego wybitnego pisarza) z niemniej chytrym, przebiegłym i bezczelnym Iwanem Aleksandrowiczem Chlestakowem, lecz o znacznie mniej demoniczno-metafizycznych możliwościach urzędniczego oszusta.

15 czerwca byłem w Kopkach nad Świdrem na popisowym spektaklu Stanisława Górki – doskonałym monodramie według słynnej powieści Colas Breugnon z 1919 roku Romain Rollanda z piosenkami Georgesa Brassensa, które zostały bardzo zgrabnie i adekwatnie wplecione w tekst monodramu. Najważniejsza w tej symbiozie była stylistyka francuskiego barda idealnie współgrająca z tekstem Noblisty. Nie tylko pomysł, ale i wykonanie mistrzowskie spektaklu obszernego, a przecież nieustannie wciągającego widza w tysiące figur, gestów, interpretacyjnych kolorowych szaleństw niezmordowanego Aktora, który się dwoił i troił na niewielkiej Scenie Letniej Teatru Pod Górkę, odległej od Warszawy niespełna 40 km.

Warto tam jeździć, nie tylko dla uroczyska, w którym rzecz się odbywa, nie tylko dla niezwykłej gościnności Gospodarzy, wypieków przepysznych i wina iście burgundzkiego, dla klimatu stworzonego przez Stanisława – w jego grze i w pieśni, i w misyjnym uniesieniu, polegającym na wierze w sztukę i wielostronne, w tym erotyczne, niemalże o rabelaisowskim humorze przekorne smaki życia. Już po chwili wierzy się, że nie Stanisław Górka przemawia do nas ze sceny, tylko sam Colas Breugnon, żywy, niezwykle ekspresyjny, zmienny, cielesny, trochę przybrudzony ciesielskimi trocinami (najprostsza, najlepsza scenografia ze stolarskimi rekwizytami). I jest moment, na który czekałem, moment niepostrzeżenie dla mnie kulminacyjny, zwycięski, kiedy nie ludzików Colas wyheblował, nie własną trumnę, nie śmierć w zarazie, której się wykręcił, tylko prawdziwą duszę. Zwróćcie na to uwagę. Jest tam też wiele innych zwycięstw tarzającego się we własnych niemożnościach i pragnieniach bohatera spektaklu, którego trudno odróżnić od aktora, bo ten ostatni już nas uwiódł.

Publiczność przyjęła sztukę z wielkim aplauzem. Udzieliło się to też mojej Zofii, która potrafi być wybredna. Bezpośrednio po ostatnich kwestiach wygłoszonych przez Górkę wyrwałem się ja spontanicznie z najkrótszą, a błyskawiczną recenzją. Zwracając się do dobrze mi znanego Mistrza, rzekłem: „Stanisławie, od początku byłeś i jesteś Colas Breugnon, i to nielichym, ale chyba nigdy nie miałeś pod górkę”. Pojedźcie tam, sprawdzicie sami, czy ktoś mający taki zapał, tyle animuszu i energii, tyle natchnienia w mistycznie zagubionym spojrzeniu, czasem uniesiony, czasem złachany, który się oddaje nie wiadomo, czy bardziej sztuce, czy widzom, co na jedno wychodzi, jeśli widzami są ludzie wrażliwi i myślący, a nie tylko ulubieniec Pana i tych, co kochają naturę – domownik, asystent w psiej, białej skórze, który się uwalił na widowni pod moimi nogami. Nie pamiętam, jak się wabi, ale zaraz go polubiłem. Zachowywał się wspaniale. Wyglądało, że wiele rozumie. Pomyślałem sobie wtedy, że wielu ludzi mogłoby mu pozazdrościć.

___________________________

Stanisław Górka w monodramie Colas Breugnon wg. Romain Rollanda
Teatr Pod Górkę w Kopkach, 15 czerwca 2025 r.

Szczepan Twardoch pracuje bez wytchnienia, zaskakując swoich wielbicieli kolejnymi publikacjami. Ledwie uporałem się z Powiedzmy, że Piontek, a już ukazała się nowa, poświęcona tym razem toczącej się w Ukrainie wojnie o przetrwanie niepodległego państwa. I ulokowała się z pewnością na górnej półce w dorobku Autora. Nie ośmielam się klasyfikować poszczególnych pozycji w twórczości Twardocha, ale tę ostatnią, pod tytułem Null plasowałbym wysoko, obok Króla i Morfiny. Autor osobiście zaangażował się w pomoc dla walczących, jeżdżąc tam i z powrotem z dostawami sprzętu i zaopatrzenia, może nawet angażując się bezpośrednio w walki, i poznał w ten sposób realia tego konfliktu. Jej lektura pozwoli zrozumieć, czym ta wojna różni się od poprzednich. Wykorzystanie nowoczesnej techniki sprawia, że naprzeciw siebie nie stają dwie duże armie, jak na przykład pod Borodino lub Lenino, zwycięstwo zaś zależy nie tyle od liczby żołnierzy, ich fizycznej siły i osobistego męstwa, jak to miało miejsce do niedawna, ile od opanowania cybertechniki oraz znajomości sztuki manipulacji technicznej i logistycznej. Bohater książki, noszący ksywę Koń, polski inteligent, pochodzący z wielonarodowej rodziny (matka Niemka, ojciec – Ukrainiec, a może dokładniej Łemko, który walczył w przeszłości w bandach UPA) o wykształceniu raczej humanistycznym i filozofującym zacięciu, wraz z innymi desperatami zostaje skierowany na przyczółek po prawej (opanowanej przez Rosjan) stronie Dniepru. Siedzą w betonowym schronie, mając do dyspozycji dostępne instrumenty nowoczesnej techniki militarnej i sterują na polecenie dowództwa lub z własnego rozpoznania poczynaniami taktycznymi. Ich przeciwnikami nie są żołnierze przeciwnika, ci pojawiają się sporadycznie, lecz wysłany przez nich sprzęt. Wojna dronów. Wróg bezosobowy. A wojna bezsensowna. Jeśli wierzyć platformie X (bo moja wiara w prawdziwość informacji dostarczanych przez elektroniczne media jest mocno ograniczona): na stronie https://c.com/BowesChay/status/189933855264386?t=wKNDMcagFuUTXwTwl5nbzQ&s=08 10 marca znajduję informację: „Rosyjska obrona powietrzna zniszczyła 337 ukraińskich dronów w największym ataku w tym roku. Każdy z tych dronów kosztował podatników z USA i UE przynajmniej 100 000 USD każdy. Rezultatem ich użycia jest 5 zabitych cywilów i utwardzenie stanowiska rosyjskiej opinii publicznej wobec dyktatury w Kijowie”. W tym lakonicznym cytacie z przebiegu codziennych zmagań widać bodaj najmocniej absurdalność tej wojny. I moralne obciążenie dla jej sprawców. A nazywam walczących bohaterów książki desperatami, bo lokalizacja przyczółku (o nazwie Null) nie daje szans na przetrwanie. Trochę przypomina to sytuację ukraińskich żołnierzy w obwodzie kurskim, którzy zaatakowawszy tereny Rosji (co zostało okrzyknięte przez Ukraińców jako taktyczny sukces) znaleźli się w sytuacji dramatycznej. Ich determinacja nie poddaje się racjonalnym kryteriom oceny. Ale jest jedyną szansą na przeciwstawienie się agresji i zachowanie niepodległego bytu nowo utworzonego państwa. Twardoch nie nadużywa komunałów, wielkich słów o patriotyzmie, obronie ojczyzny, które tak dobrze znamy choćby z klasycznej polskiej literatury. Co więcej, niemal każdy z bohaterów tej powieści jest człowiekiem przetrąconym przez życie (brak mi dobrego określenia), będącym na marginesie, odbiegającym od normy zwykłego obywatela. Większość szuka w wojnie ujścia dla przeżywanych dramatów osobistych, od borykania się z samym sobą. W schronie i jego okolicach przewija się cała galeria postaci, podobnych do siebie z racji wspólnego losu, ale też różnych, jeśli chodzi o motywację, przekonania, postawy moralne, codzienne zachowania, zdolność do wyjścia poza własne ograniczenia. Każdy ma charakterystyczne przezwisko na ogół o wojowniczym posmaku: a to Szakal, Szabla, Małpa, Leopard, Wareg, Aryjec. „Galeria postaci innych niż szare…”[1]. Oni nie pytają o racje, o uzasadnienia polityczne czy moralne, po prostu wypełniają swoją powinność tak, jak ją rozumieją, walcząc ze złem i absurdem. Po drugiej stronie tego równania znaleźli się ci, którzy się zadekowali – wyjechali na Zachód, pozyskali zwolnienia lekarskie, czasem sowicie je opłacając, jak to bywa w skorumpowanym kraju, lub znaleźli bardziej wymyślny sposób na uniknięcie udziału w wojnie. Oni nie są alternatywą, gdyż żadną alternatywą być nie mogą. Gdy znajdziemy się między brakiem nadziei a pogardą dla samego siebie, literackim wyjściem jest tylko wierność samemu sobie. To postawa dobrze znana polskiej literaturze, zwłaszcza powstałej bezpośrednio po II wojnie światowej, która toczyła się w innej scenerii i na innych zasadach, ale dylematy moralne nie różnią się zbytnio, mimo że posługujemy się dziś dronami, a nie bagnetem i pepeszą. Pozostając przy wątkach literackich i środkach wyrazu: Twardoch reaktywuje też męskiego bohatera, na co zwracają uwagę dość liczni recenzenci (mimo że powieść ukazała się dopiero miesiąc temu), chciałoby się powiedzieć – w hemingwayowskim stylu. Tę męskość w zamierzeniu autora miał wzmacniać też ostry język, pełen wulgaryzmów. Jeszcze nie górują one ilościowo nad literacką polszczyzną, ale ich częstotliwość jest ponadstandardowa, co akurat uważam za wadę tej książki. Chciałoby się zaprezentować próbkę, lecz redakcyjne zasady nie pozwalają. W tej męskiej atmosferze znajduje też dość wyjątkowe miejsce ukraińska partnerka Konia – Zuja, o dramatycznym bagażu osobistych doświadczeń, będąca dla niego bodaj jedynym źródłem nadziei. Zuja, która stara się prezentować zasady, także w mocno pogmatwanym politycznie świecie, w którym obracają się postacie tej książki. Zuja, która – mimo wszystko – „[…] wierzyła w jakiś porządek świata, w ład, w którym stając po stronie dobra – a przecież wierzycie w to, że stoicie po stronie dobra – należy to dobro szanować również na poziomie symboli”. Dlatego sprzeciwia się szewronom pogańsko-faszystowskim, tym z nazistowskim orłem, „z tryzubem zamiast swastyki w łapach”[2]. Autor nie unika tych kontrowersyjnych wątków, Legion jest międzynarodowy, sam bohater legitymuje się skomplikowanym rodowodem, lecz znajduje wyjście z tej gmatwaniny w słowach Zui o „niezgodzie na niegodziwość”.

Trzeba koniecznie przeczytać. Powieść Twardocha jest z pewnością wydarzeniem literackim i mam nadzieję, że tak zostanie odnotowana przez wiernych jego talentowi Czytelników.

 

[1] Szczepan Twardoch, Null, Wyd. Marginesy, Warszawa 2024, s. 94.

 

[2] s. 255

 

Jagoda Opalińska, Twarzą w twarz z aktorem, Wydawnictwo Canonia 2024.

Jak oceniać książkę o teatrze, napisaną przez ekspertkę, wyrafinowaną znawczynię przedmiotu, która publicystyce i krzewieniu wiedzy o teatrze oddaje całe zawodowe życie?

Jagoda Opalińska, o której tu mowa, nie uznaje feminatywów, więc zapewne już to pierwsze moje zdanie wzbudzi jej sprzeciw. Wydawca bowiem przedstawia ją w rodzaju męskim – teatrolog, filolog, wykładowca akademicki, krytyk. Ale też w rodzaju żeńskim – jako autorkę wielu publikacji m.in. monografii Jerzego Szaniawskiego, studiów o Norwidzie, portretu Romana Kłosowskiego. Na autorkę Jagoda Opalińska się godzi.

Jak bez obaw recenzować rzecz, która rozpoczyna się od wiwisekcji recenzji, ściślej od dokładnego określenia zalet i wad – recenzji teatralnej. A chodzi, trzeba to od razu powiedzieć, o „wiwisekcję pośmiertną”, albowiem – jak uważa autorka – „recenzja teatralna jest dzisiaj prawie nieobecna w krwiobiegu społecznym i artystycznym”. Zastąpiły ją „materiały reklamowe, plotkarskie newsy, które traktują aktora jak towar, a inscenizację jak opakowanie”. „Ton nadaje korporecenzja”. To słowo autorka wypowiada z nieukrywanym obrzydzeniem i zaraz dodaje: „Proponowany w tej książce wybór, notabene ograniczony do kilku sezonów, niesie ze sobą znamiona działań krytyka desperata. Po cóż bowiem publikować recenzje, skoro korporecenzencki przemysł rozrasta się wzdłuż i wszerz. Powiem szczerze. Właśnie dlatego”. Zatem przyjrzyjmy się temu desperackiemu zabiegowi. Czy uda się autorce wyjść zwycięsko z tego zobowiązania?

Ona, Recenzja, w tekście Jagody Opalińskiej ulega personifikacji i występuje pod wielką literą. Zaczyna się więc od wysokiego C. W zgrabnie zainscenizowanej introdukcji Jej Wysokość Recenzja – w tekście opatrzonym nagłówkiem: „Tytułem wstępu” – ma głos i od razu status gwiazdy.

Najpierw u Boya, który „obudził w Niej kobietę”, potem u Karola Irzykowskiego, który „zadbał o intelekt”, Antoni Słonimski zaś „obsypał dowcipami”. W międzywojniu ową Gwiazdę otaczał wianuszek wielbicieli złożony z największych literackich znakomitości. „Wojenną traumę przeżyła honorowo, milcząc zgodnie z regułą konspiracji”. Po wojnie, mocno zraniona „przez stalinowski tajfun”, miała „lepsze i gorsze sezony”, a teraz „nie wiadomo, gdzie przebywa”.

Jak przystało na poszukiwanie zagubionej, Jagoda Opalińska śle za nią list gończy, dokładnie charakteryzując ten „szczególny rodzaj krytycznej wypowiedzi na linii scena-widownia”, obarczonej „warunkiem bezpośredniości” i wypowiadanej „na gorąco, twarzą w twarz z aktorem”. Zapewne stąd tytuł książki: Twarzą w twarz z aktorem. Aktor (z łac. āctor, od agere „działać”) – by odwołać się do definicji – „osoba odgrywająca za pomocą szczególnego zachowania, technik cielesnych i głosowych rolę w serialu, w teatrze i w filmie. Od zwykłego człowieka odróżnia go […] świadomość gry. Wobec widza istnieje na sposób dwoisty jako odtwarzana postać, w którą się tymczasowo wciela, i zarazem jako żywy człowiek, posiadający własną rzeczywistą tożsamość i biografię” (Wikipedia). Owa dwoistość oraz wzajemne przepływy: odtwarzana postać i żywy człowiek fascynują recenzentkę najbardziej.

Mamy tu do czynienia głównie z recenzjami (w tym teatru telewizji i słuchowisk radiowych), które Jagoda Opalińska nazywa „żywymi recenzjami”, czyli opiniami wyrażonymi świeżo po obejrzanym spektaklu i z tego waloru w tym zbiorze tekstów – w większości publikowanych już w „Yoricku”, internetowym magazynie Klubu Krytyki Teatralnej SDRP/ polskiej sekcji AICT – nie chce rezygnować. Dlatego w gęstej warstwie zdań i piętrowych figur retorycznych pojawiają się takie wrzutki, jak: „Brawo! Bis!”, „Perfekcyjna robota. Brawo!”, „Krótko mówiąc: arcydzieło”. Ten zabieg sprawia, że czujemy się widzami, współprzeżywającymi spektakl razem z autorką, ulegamy rytmowi jej natychmiastowej reakcji.

Razem z recenzjami otrzymujemy od Jagody Opalińskiej, niejako w pakiecie, jeszcze coś więcej: eseje, szkice i wspomnienia.

Całość publikacji została podzielona jak klasyczny dramat teatralny. Ma swój wstęp i prolog, rozgrywa się w trzech aktach, by sfinalizować się w epilogu. A potem jeszcze „Posłowie” Andrzeja Mastalerza i na sam koniec tekst z „Autorskim przypisem”. To swoista kropka nad „i” lub obrończa mowa końcowa przed wysokim sądem (czytelnikiem) w razie, gdyby do tegoż sądu wpłynął (mocą innego krytyka teatralnego) akt oskarżenia. I tu następuje wyjaśnienie, dlaczego książka nie ukazała się nakładem uczelni kształcącej aktorów i reżyserów (do którego to procesu edukacji Jagoda Opalińska przez wiele lat przykładała rękę) oraz sugestię, że tym samym rzecz uzyskała status „wykluczonych recenzji” (obrona przez atak?!).

„Teatr jest sztuką ulotną – pisze w „Posłowiu” Andrzej Mastalerz – Spektakle, aktorskie kreacje, żyją dopóty, dopóki żyją w naszej pamięci. […] Sama pamięć […] to jednak za mało. Istnieje potrzeba słowa, krytycznego opisu zdarzenia […] rzetelnej recenzji opartej na wiedzy, odpowiedzialności i empatii. Z taką właśnie pozycją mamy tu do czynienia”. I dalej: „Autorka w swoich recenzjach jest krytyczna i rzeczowa. Pełna czułości i ciepła. Bywa ironiczna i surowa (na szczęście nieczęsto). […] Ważne są intencje, a w tym przypadku są one oczywiste: miłość do teatru i jego twórców”. Z tym wszystkim zgoda.

Niełatwa to jednak lektura. Na pewno nie do połknięcia na raz. Postrzegać ją należy jako kompendium wiedzy o wzajemnych zależnościach na styku: literatura – teatr – widz. Zależności to skomplikowane, wymagające grzebania w historii i didaskaliach, do czego da się namówić tylko przygotowanego czytelnika, równie zafascynowanego teatrem i znającego się na materii, jak autorka. Bez tego świat aktora przedstawiony na przykład w recenzji pt. Romana Kłosowskiego przymierze z Krappem będzie jedynie zlepkiem efektownie spreparowanych zdań, charakteryzujących wielkie role „Ich Dwóch” – Tadeusza Łomnickiego i Zbigniewa Zapasiewicza w Ostatniej taśmie Krappa Becketta i na tym tle – analiza roli Krappa Romana Kłosowskiego, która była „gorzką zgodą na odchodzenie”. Wszystko to w związku z jubileuszem 60-lecia pracy artystycznej aktora w gorzowskim Teatrze im. Juliusza Osterwy. Nic tu o samej sztuce i jego autorze, recenzentka zakłada, że czytelnik wie, co trzeba. Drobiazgowo natomiast opisuje pół- i ćwierćtony aktorskiej gry: „Gest tłumaczy pauzę, słowo uzasadnia grymas. Półuśmiech, trzepnięcie palców, lekki skłon tułowia wstrzymują gniew, bunt”. Zbliżenie na twarz i ciało aktora, a potem przeskok „kamery” na aktorkę Annę Łaniewską, która w tymże spektaklu „pięknie wydobywa plan tragigroteski”, a na finał jeszcze trochę o „pulsującej przestrzeni scenograficznej” oraz puenta: „Metafora okrąża poezję. Nadzieja ujarzmia absurd. Głos ma Beckett”. Czytelnik w labiryncie takiej opowieści może się poczuć zagubiony.

Jadwiga Opalińska lubi rozpracować materię przedstawienia i rozłożyć ją na części pierwsze także po to, by przyłożyć recenzenckim batem: „Mogło być niemądrze, a wyszło strasznie”, „śmich zamiast śmiechu”, „poza granicami sensu” (Co pan na to, Mistrzu Gajos?). Nie toleruje „myślowego bezładu” oraz „infantylnej formy”. Bywa, że pastwi się też nad kolegami po piórze, nie godząc się na ich „krytykancie lamenty”, udowadniając, że nie mają racji, ale nie traci na takie przypadki zbyt wiele miejsca, konkludując jedynie: „No, cóż, pisać każdy może” (Jak ten czas boli). Tym mocniej eksponuje to, nad czym warto się zatrzymać i wtedy nie szczędzi pochwał: „Piękny, mądry teatr. […] Teatr, dla którego naprawdę warto być widzem”. W podtekście kryje przesłanie – róbmy i oglądajmy dobry teatr, nie majstrujmy przy tekście autora, nie ulegajmy „amokowi rzyg-awangardy” (Ludzie, cuda w teatralnej budzie). I nadaje sobie tytuł przewodniczki po tym, co obejrzeć warto, a czego nie. „Trzeba wiedzieć i wyczuwać, oglądać i słyszeć” – postuluje. – Łączyć „erudycyjny przypis z żartobliwą puentą”.

Kilka recenzji w tym zbiorze to perełki, które spełniają wymogi definicji gatunku, a wywód jest jasny od początku do końca (choćby Ingmara Bergmana sztuka precyzji, Nie graj, tylko istniej, Miasto w smudze czasu). Czytelnik dowiaduje się z nich, o co w spektaklu chodziło, kim był autor dzieła i co miał na myśli, a co z tym zrobili reżyser i pozostali twórcy, a przede wszystkim aktorzy. I jak te teksty się czyta, to chce się natychmiast pójść do teatru lub – jeśli spektakl już zdjęty z afisza – żałuje się niewykorzystanej teatralnej okazji.

Większe pole do interpretacyjnych manewrów autorka stwarza sobie i czytelnikom w szkicach, które nie tylko rozmiarem wychodzą poza ramy recenzji, ale skupiają się na opowieści o artyście jako człowieku – z jego biografią i ścieżką dochodzenia do warsztatowej doskonałości w zawodzie – opowieści, w której elementy świata scenicznego są ledwie tłem. Ten rodzaj wypowiedzi rezerwuje dla największych (nie tylko aktorów), przetykając ją niczym ciasto bakaliami – anegdotą oraz migawkami ze spotkań prywatnych, nacechowanych emocjonalnie, niekiedy lirycznie (Zbigniew Zapasiewicz, Ryszard Peryt, Krzysztof Orzechowski, Andrzej Strzelecki, Magda Teresa Wójcik i Jerzy Wójcik).

Jagoda Opalińska. Teatralna przewodniczka, powiedzieć by – sawantka, odnosząc się do anachronizmów, których sama używa często i z premedytacją. Sawantka, czyli erudytka znająca wartość swojej wiedzy. Czy ów erudycyjny popis spotka się z aplauzem odbiorcy? To jako się rzekło, zależy od poziomu erudycji tegoż. Oraz od jego wrażliwości na ekwilibrystyczne popisy słowne recenzentki. Warto to sprawdzić i sięgnąć po tę książkę. Jedno jest pewne – lektura zbioru Twarzą w twarz z aktorem otworzy przed czytelnikiem-widzem okno nie tylko na naszą teatralną rzeczywistość, ale także – i tu z przyjemnością przywołam staroświeckie słowo – na konterfekt (portret) krytyka teatralnego.

 

Historyk w świecie polityki. Bronisław Geremek, reżyseria Jadwiga Nowakowska, TVP Polonia, emisja 13.03.2025 roku, godz. 22.50 i 14.03.2025 roku, godz. 14.00.

Pamięci profesora Bronisława Geremka można i należy hołdować na wiele sposobów i aż dziw bierze, że nie mamy dotąd na polskim rynku wydawniczym ani jednej jego wyczerpującej biografii, a jedynie parę książek, w których przewija się pierwszoplanowo jako doskonały rozmówca i świadek epoki. Niestety, na półkach wydawniczych nie wypatrzy się skończonego, pomnikowego dzieła, mimo zasług profesora Geremka, powikłanych losów osobistych i już długiego czasu od tragicznej śmierci. Jest to duży brak dla polskiej biografistyki, mimo prężnie działającej Fundacji jego imienia i szerokiego międzynarodowego uznania, no a przede wszystkim, znakomitych dzieł historycznych, wręcz podręcznikowych dla całej europejskiej i światowej historiografii, jak i politycznych. To zaskakujące, że człowiek, który przecież ukształtował Polskę taką, jaką ona dziś jest, nie ma choćby jednej biografii politycznej, mimo że usilnie wyrywał PRL z więzów realnego socjalizmu, a jednocześnie kreślił wizje nowej wolnej Polski na przyszłość, z uczestnictwem w NATO i UE na czele.

Tym cenniejszą inicjatywę przejawiła TVP Polonia, aby wyjść jakoś temu naprzeciw i pokazać film, oparty zarówno o materiały dokumentalne (interesujące gadające głowy), jak i opowieść rodzinną, która wprowadza nas trochę w życie prywatne Profesora, jego dzieci i wnucząt. Jadwiga Nowakowska, autorka filmu, jak mówiła w kinie Kultura, przygotowała swoje dzieło w dwóch wersjach, skróconej i pełniejszej; dla publiczności zgromadzonej tłumnie na początku marca br. w warszawskim kinie Kultura wyemitowano chyba tę najpełniejszą. To w sumie ogromny bonus dla żyjącego i aktywnego kręgu Profesora, do którego należy także obecny minister spraw zagranicznych. Co może istotne, od razu na początku filmu pada, że zarówno biurko, jak i układ mebli w obecnym gabinecie Radosława Sikorskiego „jest takie samo jak za Geremka”, co oczywiście ma także walor… długiego trwania, i zostało przez tak wspaniałą publiczność odpowiednio odczytane. A na sali kina Kultura prócz obecnego ministra było obecnych wielu ludzi pełniących wysokie funkcje publiczne i ministerialne, z różnych opcji i stronnictw, co sam profesor Geremek zapewne przyjąłby z zadowoleniem.

Filmową opowieść Jadwiga Nowakowska postanowiła oprzeć na tym, co w oczach różnych ludzi było w osobie Profesora ważne i nie była to wyłącznie polityka, ale również żeglarstwo, budowa skromnego domku na wsi, czy jego słynne wymykanie się ochronie podczas służby ministerialnej. Wreszcie pewna uroczystość rodzinna, która pięknie przewija się w filmie, tworząc mu zarówno klamrę jak i poniekąd nowy rozdział. Jedyne, czego zabrakło, a co zdaniem redaktora Adama Michnika mogłoby dopełnić obrazu całości, to wypowiedź jakiejś osoby z obozu krytyków i zaciekłych przeciwników linii politycznej Profesora. Być może, trudno o tym teraz wyrokować, ale w sumie poznajemy profesora Geremka ze wszystkich prawie stron, choć był „człowiekiem nad wyraz tajemniczym”. Nigdy nie wypowiadał się o czasach wojennych, stanowiło to swoiste tabu, a przecież będąc we Wschowie dzieckiem przyjętym z warszawskiego getta, jakże ważną odgrywał rolę przez całe swoje życie, przecząc nienawiści i aktywnym nacjonalistycznym demonom. I to może jest rys, który najbardziej warto zapamiętać, na co w filmie zwrócił uwagę prezydent Lech Wałęsa. Profesor Geremek zrezygnował z misji tworzenia rządu, mimo że: „był to najlepszy człowiek, jakiego wtedy mieliśmy” – i jest to piękne świadectwo historycznego przywódcy Solidarności, choć różnie z tym w tamtych gorących czasach w Solidarności bywało. Jeśli gdzieś politycznie profesor Geremek miał przełomowe znaczenie, to na pewno wtedy, kiedy zasiadał w gronie doradców Solidarności i na łamach „Konfrontacji” w 1987 roku zaproponował ówczesnej władzy „pakt antykryzysowy”, a pod koniec lat 90. sfinalizował przystąpienie Polski do NATO. A jednocześnie film obfituje w anegdoty, których dostarczała codzienna praca profesora oraz obrazki z domowych pieleszy, jak choćby wysiłki w budowie domku na wsi, naukę żeglowania (najpierw na jednostce nabierającej niebezpiecznie wody…), czy kolekcji fajek, których miłośnikiem pozostał przez całe życie. I może jeszcze jeden wtręt: był profesor Geremek zaciekle zwalczany przez PRL, i dane mi było poznać ludzi, którzy na dość niskim wykonawczym szczeblu montowali przeciwko niemu oskarżenia o bycie amerykańskim szpiegiem. Oboje, on i ona już nie żyją, a mnie się po czasie przyznali, że materiały, które jako funkcjonariusze komunistycznego MSW preparowali i obserwacje Geremka, które czynili, były jedną wielką mistyfikacją, kłamstwem i prowokacją. „Podłością po prostu”. A że nie wiedzieli po czasie, jak się do tego przyznać i zrzucić z siebie ten ciężar winy to trochę u mnie jako dziennikarza zasięgali porad w tej materii. I choć był to dla mnie tylko niewielki epizod z czasu już przeszłego dokonanego, to uzmysławia jedynie skalę świństw, jakich nie szczędzono wówczas docentowi Geremkowi. Może warto to powiedzieć na pohybel jakże ochoczych dzisiejszych lustratorów poniewczasie.

To dobrze, że ten film znalazł się na antenie TVP Polonia, przezeń w dodatku wyprodukowany, a także w annałach telewizyjnej biblioteki audiowizualnej, bo na tym polega misja telewizji publicznej, aby pokazywać ludzi, którym Polska bardzo wiele zawdzięcza.

 

Polityka przełomu wieków. Rozmowy o Polsce i świecie, wyd. Amicus Europae, Warszawa 2024.

Książkę w wersji elektronicznej można bezpłatnie pobrać pod adresem https://fae.pl/wp-content/uploads/2025/01/Polityka-przelomu-wiekow-m.pdf

Większość okazjonalnych wydawnictw ma tę niedobrą właściwość, że nie dość, że ich nikt prawie nie czyta, że nie są szczególnie zajmującą lekturą, to jeszcze tracą aktualność, zanim trafią przed oczy czytelników. Książkę Polityka przełomu wieków. Rozmowy o Polsce i świecie wydała Fundacja A. Kwaśniewskiego „Amicus Europae” z okazji, jak można się domyślić, siedemdziesiątych urodzin byłego prezydenta (wydawnictwo zostało po raz pierwszy zaprezentowane na konferencji „Na karuzeli zmian. Scenariusze na XXI wiek dla Polski i Europy” 15 listopada ub.r.). Zapis rozmów z dwudziestoma dwoma politykami polskimi i z zagranicy, opatrzony komentarzami czy objaśnieniami Aleksandra Kwaśniewskiego jest lekturą absolutnie fascynującą!

O atrakcyjności wydawnictwa i jego miejscami unikatowej wartości poznawczej przesądza kilka czynników.

Po pierwsze – dobór rozmówców. Są wśród nich byli prezydenci (obok Kwaśniewskiego także V. Adamkus, G.W. Bush, W. Juszczenko, H. Kehler, B. Komorowski, L. Kuczma), szefowie rządów (M. Belka, T. Blair, W. Cimoszewicz, A. Gusenbauer, R. Prodi, J. Tymoszenko), ministrowie (A. Balazs, A.D. Rotfeld, J. Hausner, J. Kwieciński, J. Steinhoff), wybitni prawnicy (E. Łętowska), dyplomaci (S. Ciosek), sekretarz generalny NATO J. Solana, generał M. Bieniek, politycy prawicy (S. Niesiołowski czy J. Steinhoff) i lewicowi. Wszyscy oni mieli ogromny wpływ na transformację ustrojową lat 90. w Polsce oraz na akces Polski do struktur NATO i Unii Europejskiej. Oczywiście można mieć pytania o nieobecność wśród rozmówców takich polityków jak prezydent L. Wałęsa, premierzy J. Buzek i L. Miller czy prof. L. Balcerowicz, uważany za autora koncepcji przekształceń gospodarczych, lecz każdy wybór (podyktowany objętością i charakterem wydawnictwa) jest decyzją uznaniową, która ma prawo budzić różne odczucia czytelników.

Po drugie, szeroki przekrój tematów, o których mówili zaproszeni do rozmowy – od prawnych, gospodarczych i społecznych aspektów działań prowadzonych przez poszczególne rządy, podejmując wysiłek przekształcenia scentralizowanego, niedemokratycznego państwa PRL w demokrację rynkową do mało znanych nawet dzisiaj szczegółów uwarunkowań międzynarodowych, w których decyzje te były podejmowane i do ówczesnego postrzegania Polski na arenie światowej.

Po trzecie wreszcie, oryginalny, pogłębiony charakter wypowiedzi polityków, co, uważam, jest w ogromnej mierze zasługą osób, które ich wypytywały. Pytania politykom zadawali bowiem nie tylko dziennikarze (i to ci najznakomitsi, jak przykładowo Jan Ordyński czy Michał Sutowski), lecz także byli najbliżsi współpracownicy prezydenta Kwaśniewskiego, wśród nich eksminister w Kancelarii Prezydenta R. Smoleń czy prezydencki speechwriter J. Kluczkowski. Jacek Kluczkowski jest zresztą także redaktorem całego wydawnictwa. To nie są zdawkowe wywiady prowadzone przez takich dziennikarzy, co to rankiem relacjonują mecz drugiej ligi, a po południu opisują sercowe perypetie aktorki czwartego planu, zwanej, nie wiedzieć, dlaczego, gwiazdą. To poważne, niebanalne rozmowy ludzi, którzy współtworzyli najnowszą historię Polski i Europy. Interlokutorzy polityków znają politykę równie dobrze, jak ich rozmówcy, w detalach znają historię przełomu tysiącleci i wiedzą, o co i jak rozpytywać byłych prezydentów i premierów.

W efekcie otrzymaliśmy unikatowy zbiór trzydziestu rozmów (niektórzy dawni politycy wypowiadają się nie jeden raz), które nazwałbym świadectwem epoki, bardzo wiele tłumaczącym z dzisiejszej rzeczywistości. Gdy profesor Łętowska, pierwszy Rzecznik Praw Obywatelskich, opowiada, jak kształtowały się prawne instytucje demokratycznej III Rzeczypospolitej, w czym tkwi ich siła, a gdzie są słabości, to jednocześnie objaśnia przyczyny kryzysu praworządności, do którego doprowadziły Polskę rządy Prawa i Sprawiedliwości. Przywódcy Ukrainy opisują początki niepodległego państwa ukraińskiego, a jednocześnie – przerzucając mosty od lat dziewięćdziesiątych do współczesności – tłumaczą źródła dzisiejszego dramatu Ukraińców, którzy stali się ofiarami agresji Rosji. Są wreszcie historie, brzmiące wręcz sensacyjnie, gdy, przykładowo, Włodzimierz Cimoszewicz bez ogródek stwierdza, że za próbą (skuteczną zresztą) wyeliminowania go z wyborów prezydenckich w 2005 roku stali najbliżsi współpracownicy Donalda Tuska i że uczyniono to z myślą o ułatwieniu Tuskowi wygranej.

Polityce wschodniej, jej uwarunkowaniom, założeniom i celom poświęcono w zbiorze rozmów wiele miejsca, co wynika zarówno ze znaczenia, jak i aktualności wyzwania, jakim dla całej Europy jest rosyjska napaść na Ukrainę, jak też wskazuje, jak ważnym problemem dla Polski w okresie transformacji i dochodzenia do członkostwa w NATO i UE był wymiar wschodni naszej polityki zagranicznej.

Wydawnictwo Fundacji „Amicus Europae” jest nie tylko unikatowym świadectwem historii, lecz ważnym głosem w debacie nad współczesnością polityczną, gdyż wiele dzisiejszych problemów naszego kraju wyrasta wprost ze zjawisk i zdarzeń, które miały miejsce w latach dziewięćdziesiątych.

 

Taki właśnie tytuł nosi wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy w ubiegłym roku autobiograficzna książka prof. Barbary Szackiej (1930–2025). Jej konsultantką była amerykańska poetka, badaczka kultury Europy Środkowo-Wschodniej i współpracowniczka Ellen Hinsey.
Z wydaniem książki związany był wieczór autorski, który odbył się 8 listopada 2024 roku w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wszyscy, z którymi miałem okazję bezpośrednio rozmawiać o tej imprezie, wyrażali się z uznaniem nie tylko o merytorycznej wartości książki, lecz także o swadzie, z jaką jej autorka (niemłoda już przecież kobieta) zabierała głos w dyskusji i odpowiadała na rozliczne pytania słuchaczy.
Niestety z powodów zdrowotnych nie mogłem być na tym wieczorze autorskim, a żałowałem tego z wielu powodów. Należę bowiem do grona absolwentów socjologii (ukończyłem ją w 1973 r.), którzy studiowali na „Karowej”. Uczęszczałem także (w przypadku dwóch przed-miotów) na prowadzone przez Barbarę Szacką wykłady, a szczególne znaczenie miał dla mojej samowiedzy badawczej i późniejszych zainteresowań przedmiot nazywany Metodą historyczno-porównawczą, szeroko traktujący o związkach socjologii z naukami historycznymi.
Dodać też należy, iż później w latach 1983–1999 byłem współpracownikiem prof. Jerzego Szackiego (męża B. Szackiej) i kierownika Zakładu Historii Myśli Społecznej.

***

Książka, o której mowa, okazała się być niestety ostatnią w jej dorobku naukowym, bowiem profesor B. Szacka zmarła kilka miesięcy po wspomnianym wieczorze autorskim. Dokładnie 17 stycznia 2025 roku.
Zajmijmy się zatem zawartością jej książki, co pozwoli uchwycić pełniej jej intelektualny rozwój i formy obecności w życiu naukowym, w tym m.in. powszechne w środowisku socjologicznym pozytywne sądy o wkładzie do tej dyscypliny (dotyczy to zwłaszcza badań pamięci zbiorowej, historii idei, podstaw teoretycznych socjologii) i osiągnięć dydaktycznych.
W rozdziale I książki dowiadujemy się niemało o dzieciństwie autorki i latach szkolnych spędzonych głównie w Kaliszu, o całym okresie poprzedzającym studia w Uniwersytecie Warszawskim, w tym także o traumatycznych wydarzeniach związanych ze śmiercią ojca w wyniku morderstwa katyńskiego (początek 1940 r.). Do spraw tych wraca autorka wielokrotnie później. Dochodzi ona do wniosku i czytelnicy – jak sądzę – podzielają ten pogląd, że było to doświadczenie tyleż traumatyczne, co formatywne w jej życiu, dystansujące ją wobec systemu komunistycznego. Następne rozdziały II–IV w szerokim kontekście politycznym przed-stawiają klimat studiów w okresie stalinizacji nauki, prób likwidacji studiów socjologicznych w tzw. bloku wschodnim i polskiej specyfiki w tych dziedzinach. Autorka czyni to, zachowując chronologię wydarzeń.
Profesor Szacka swoje studia socjologiczne odbyła po II wojnie świtowej w latach 1948–1952, następnie zaś rozpoczęła pracę dydaktyczną i naukową w katedrze Historii Myśli Socjologicznej (katedra ta wchodziła w skład ówczesnego Wydziału Humanistycznego UW. Wydział ten w toku historii wielokroć zmieniał swą strukturę, nazwy jednostek mu podległych) , kierowanej przez profesor Ninę Assordobraj, gdzie zdobywała kolejne stopnie i tytuły nauko-we. W 1962 r. obroniła ona pracę doktorską z dziedziny historii idei pt. Teoria społeczna i społeczna utopia. Analiza poglądów Stanisława Staszica. W 1975 r. uzyskała – na podstawie dorobku i pracy Przyszłość w świadomości współczesnej inteligencji polskiej – stopień doktora habilitowanego, a w 1990 r. otrzymała tytuł profesora. W roku 2000 przeszła na emeryturę, co nie oznaczało końca aktywności zawodowej, bowiem wykładała dalej, m.in. w SWPS (2003–2010).
Z ostatniego okresu jej aktywności zawodowej pochodzi ważna w jej dorobku książka, wielokrotnie wznawiana Wprowadzenie do socjologii (I wyd. 2003), która zasługuje na uwagę ze względu na teoretyczną wartość, zdolność autorki do syntetycznego spojrzenia na różne problemy, jak też zastosowania pracy w celach dydaktycznych.
Można powiedzieć, iż doniosłą, inspirującą rolę w rozwoju naukowym prof. Szackiej odegrała prof. Nina Assordobraj-Kula, kierunkując jej zainteresowania badawcze pamięcią zbiorową, świadomością historyczną itp.
Ale wspomnieć też trzeba, iż przez kierowaną przez nią katedrę przewinęło się niemało uczonych, którzy zaistnieli mocno w różnych dziedzinach nauk humanistycznych. Tytułem przykładu wymienię w tym miejscu B. Baczkę, L. Kołakowskiego, T. Krońskiego, J. Legowicza, K. Pomiana i epizodycznie raczej S. Nowaka, który w tym czasie wgłębiał się w idee polskich arian. Nietrudno zauważyć, iż wielu współpracowników prof. Assordobraj-Kuli tworzyło nieco później krąg badawczy nazywany Warszawską Szkołą Historyków Idei, dość powszechnie oceniany jako jedno z ważniejszych zjawisk w polskiej humanistyce po II wojnie światowej.

***

Wspomnienia Barbary Szackiej zostały doprowadzone do 1989 r., a więc do przełomu ustrojowego w państwach socjalizmu państwowego. Niektórzy z moich rozmówców wyrażali niezadowolenie ze swoistej wstrzemięźliwości autorki wspomnień. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, iż obejmują one bez mała 6 dekad jej życia. Reasumując powyższe spostrzeżenia i informacje, zauważę, iż książka posiada niemało zalet i jej lektura wzbogaciłaby samo-wiedzę wielu socjologów i humanistów w ogóle. Dla mnie, człowieka, który zajmował się socjologią wiedzy, ważne jest kontekstowe spojrzenie na naukę, w tym przypadku polską socjologię. Okazuje się być ona wszechstronnie uwarunkowana społecznie. Dlatego badacz polskiej kultury, historyk nauki powinien potraktować tę książkę jako lekturę obowiązkową.
Barbara Szacka – wiemy o tym dobrze – posiadała wyrazisty światopogląd i sympatie polityczne. Potrafiła jednak powstrzymać się od kategorycznych ocen wielu ludzi. Niełatwo też zdobyć się na zniuansowaną ocenę socjalizmu w wersji PRL czy też ówczesnego marksizmu, a autorka osiąga to z dobrym skutkiem (rozdziały II–V).
To kolejna zaleta książki, którą można traktować jako wartościowe źródło dla badań historii socjologii w Polsce opowiedziane z prywatnej perspektywy.
I jeszcze jedno – książka powstawała w podeszłym wieku autorki. Można więc powiedzieć – wbrew stereotypom – że starość wiązać się może ze spełnieniem i życiowym sukcesem.

* Barbara Szacka, Życie i pamięć w trudnych czasach, PIW, Warszawa 2024 rok, 496 stron.

… czyli opowieść o tym, jak wielka historia i propaganda przeplatały się z losem zwykłych ludzi

Znają Państwo ten rodzaj radości, kiedy bierze się nową książkę do ręki, ogląda okładkę, chłonie zapach druku i przeczuwa obietnicę przeżycia przygody, ukrytej na jej kartkach? Kiedy rozpakowywałam TĘ książkę, miałam wrażenie, że oto właśnie posiadłam skarb wykopany z ziemi. Bo tak wygląda jej okładka, lekko przybrudzona na krawędziach, jakby się właśnie otrzepywała z ziemi, niczym drzewo wyciągnięte z gruntu razem z korzeniami, a owe korzenie nieprzypadkowo układają się w kształt granic tzw. Ziem Odzyskanych. O nich jest ta historia, od razu powiem – bardzo mi bliska, jako że moja rodzina jest jej cząsteczką, maleńką jak grudka ziemi i jak grudka ziemi w bucie uwierającą. I choć opuściłam na stałe miejsca, w których spędziłam dzieciństwo, młodość oraz kawałek dorosłości, każde moje poszukiwanie własnej tożsamości i przynależności każe mi tu wracać. Nie mnie jednej.

Otwieram i – jak miło! Do książki autorka dołączyła kartkę z podziękowaniem (że po tę książkę sięgnęliśmy), dedykacją i odręcznym autografem. Autorka, Karolina Ćwiek-Rogalska, dziewczyna o fuksjowych włosach, uśmiecha się do mnie na rewersie okładki i już wiem, że to będzie nowatorskie, świeże spojrzenie na sprawę przedstawicielki młodej generacji. Kulturoznawczyni, antropolożka i bohemistka, tak się przedstawia. Pochodzi z Wałcza, dawnego niemieckiego Deutsch Krone, wnuczka osadników, nie dziwi zatem, że „rozpracowuje” swoje korzenie – swoje i milionów tzw. repatriantów oraz ich rodzin. Przesiedlonych skądinąd i zaczynających nowe życie na nieznanym. „Nowe początki są ekscytujące” – tak zaczyna się rozdział 1, z podrozdziałem: „Tadeusz Skoczeń nie wie, dokąd przyjechał”. Już widzę, że i dalej będzie ekscytująco, a to dalej składać się będzie z obrazków, strzępów relacji, porwanych życiorysów, zapisanych fragmentarycznie przez bohaterów opowieści. Autorka podchodzi do nich z naukowym pietyzmem i kobiecą finezją, bada szkiełkiem i okiem, ale też sercem. Ziemie, historie odzyskiwań i utraty – czyż nie piękny i wszystko mówiący tytuł?

***

„To jest chyba najlepsza książka, jaką czytałem w tym roku”. Zaufałam tej opinii i zgadzam się z nią całkowicie. Wyraził ją Krzysztof Urbanowicz, koszalinian z urodzenia, artysta, którego pozazawodową pasją są dzieje Koszalina i Pomorza Zachodniego (udokumentowaną w dziesiątkach artykułów i kilku książkach, m.in. Koszalin. Historie mało znane, Koszalin. Opowieści z przeszłości), autor popularnego bloga Stary Koszalin. Miłośnicy. Jak mało kto ma on legitymację do komentowania wszystkiego, co dotyczy jego miejsca zamieszkania. A to także, jak już wspomniałam, locus amoenus i locus horridus mojego dzieciństwa, mojej młodości. I pomyśleć, że gdyby nie rekomendacja Krzysztofa Urbanowicza, pewnie po ten tytuł bym nie sięgnęła.

Ziemie, historie odzyskiwań i utraty Karoliny Ćwiek-Rogalskiej, wydane pod koniec minionego roku nakładem Wydawnictwa RN (Radio Naukowe). Ponad 400 stron opowieści o regionie znanym pod nazwą „Ziemie Odzyskane” (po 1989 r. pisaną w cudzysłowie). Chodzi o dawne tereny niemieckie, które po II wojnie światowej decyzją zwycięskich mocarstw zostały podarowane Polsce – od Olsztyna przez Elbląg, Wałcz, Białogard, Koszalin, Kołobrzeg po Szczecin – i dziś stanowią jej integralną część, ale… Pod tym ale kryją się wciąż niezagojone blizny, utajone spory, przemilczenia i niedomówienia, gordyjskie węzły przekłamań historii i polityki, przykryte – jak ściany tutejszych przedwojennych budynków – nowym tynkiem tożsamości własnej zamieszkałych tu przybyszy. Repatrianci zza Buga (2,5 mln mieszkańców polskich „Ziem Utraconych” i osób powracających z ZSRR), przesiedleńcy z Wielkopolski i Polski centralnej (2,9 mln), rzuceni na nieznane urzędowym lub wojskowym nakazem. Pionierzy, osadnicy, a wśród nich też szabrownicy opuszczonych dóbr poniemieckich. „To tutaj miliony ludzi zmuszonych przez okoliczności i skuszonych okolicznościami zaczną nowe życie wśród pozostałości życia innych” – pisze autorka i nie kryje, że w tym tyglu ludzkich życiorysów i dawnych małych ojczyzn „historia «Ziem Odzyskanych» bywa historią przypuszczeń, gdybań i domniemań. Może i trochę zmyślań”. Zmyślań opartych na plotkach i przekazach ustnych, z natury swej obarczonych przeinaczeniem, powielanym w różnych wersjach. Autorka sprawiedliwie waży racje – oddaje głos nie tylko przybyszom, którzy w zamian za obiecany dobrobyt i spokój, na miejscu zastali chaos i biedę (jak mogli czuć się u siebie pośród ruin z czerwonej cegły i muru pruskiego oraz wszechobecnych napisów w niemieckim gotyku?); wysłuchuje także głosu drugiej strony – Niemców, dla których tu był ich Heimat. Wysiedlani masowo ze swojej ojczyzny etapami, w 1945 i 1946 roku, „obdarci, głodni i niechciani” uchodźcy (od ok. 400 do 700 tys. Niemek i Niemców) staną się uciążliwym „elementem krajobrazu powojennych Niemiec”. Ich potomkowie wciąż odwiedzają swoje dawne domy, fotografują się na ich tle albo w miejscach, które po nich zostały. Resentymenty wiecznie żywe.

I jeszcze pozostała tzw. ludność rodzima. Często prześladowana za bycie nie dość polską. A do tego ok. 140–160 tys. Żydów, którzy podjęli decyzję o emigracji z powojennej Polski. I cały powojenny ruch związany z wysiedlaniem Białorusinów (36 tys.) oraz Ukraińców (ponad 480 tys.) do ZSRR plus akcja „Wisła” obejmująca Ukraińców z Rzeszowszczyzny (ok. 140 tys. osób) przepchniętych na „Ziemie Odzyskane” w 1947 r. Między nimi a starą falą osadników rodzą się konflikty, które polaryzują społeczeństwo, podobnie jak szaber i niszczenie „niczyjego” poniemieckiego mienia, o które obwiniani są ci z Centrali. Echo owych konfliktów pobrzmiewa jeszcze i dziś.

Poznajemy losy bohaterów, a właściwie fragmenty ich losów, bo cała powojenna historia tych terenów wciąż jest – jak to możliwe? – znana fragmentarycznie. Poznajemy dzień powszedni Państwowych Urzędów Repatriacyjnych, prowadzących bezprecedensową akcję organizowania zasiedleń opuszczonych wsi, miast i miasteczek, poczynając od zabezpieczenia prowiantu, na przydzielaniu majątku (gospodarstw, mieszkań, inwentarza) skończywszy. Szaber i niszczenie niczyjego poniemieckiego mienia, śladów niemieckiej historii i kultury (cmentarze, pomniki), zagospodarowywanie i trudności wynikające ze stalinowskiego systemu, kiedy cegły z rozbiórki wywożono na odbudowę Warszawy, a płoty w zniszczonych poniemieckich gospodarstwach zbijano z ram obrazów wyciąganych ze zrujnowanych junkierskich pałaców – na ile wynikało to z prymitywizmu repatriantów, jak twierdzi wielu, na ile z powszechnego braku wszystkiego? Stajemy się też świadkami gorączki poszukiwania skarbów. I nie chodzi tu o poniemieckie nieskonfiskowane, przypadkowe znaleziska w rodzaju konserw mięsnych czy serwisów z porcelany. Chodzi o zakodowaną wiarę, że Niemiec powróci, a jeśli tak, to po coś o wiele bardziej cennego. Powołuje się nawet komisje do spraw wydobycia skarbu. Skarb może być wszędzie. Choć najczęściej skarbu nie ma. Ale opowieści o nim potrafią przetrwać pokolenia.

Karolina Ćwiek-Rogalska opisuje fenomen tych terenów – tu znów powołam się na ocenę Krzysztofa Urbanowicza – jak nie zrobił tego nikt dotąd, prowadząc czytelnika do współczesności od czasów jeszcze przedwojennych, gdy późniejsze „Ziemie Odzyskane” były „Ziemiami Postulowanymi” przez garstkę poznańskich naukowców reprezentujących tzw. myśl zachodnią. „Wedle niej – wyjaśnia we wstępie autorka – dzisiejsze regiony północnej i zachodniej Polski były w istocie «od zawsze» polskie, a jeśli nie polskie, to przynajmniej słowiańskie. Dopiero na tej słowiańskiej warstwie ulokowała się – za pomocą rozboju i przemocy – późniejsza «warstwa» niemiecka. Można się jej zatem pozbyć tak, by tę skrywaną w głębi pierwotną polskość czy też słowiańskość wydobyć. Tylko takie rozwiązanie miałoby być sprawiedliwe. Zaskakująco często argument ten do dzisiaj jest wysuwany w debatach o «Ziemiach Odzyskanych»” („Na «Ziemiach Odzyskanych» zegarki przestawiono na czas średniowieczny, w centrum ustawiając mit piastowski”).

Podróżujemy w czasie i przestrzeni głównie po terenach Pomorza Zachodniego (w dzisiejszym, a nie historycznym rozumieniu terminu). Karolina Ćwiek-Rogalska uwodzi nas z jednej strony umiejętnym doborem formalnych i nieformalnych informacji, czerpiąc ze źródeł archiwalnych, pamiętników oraz własnych podróży m.in. po cmentarzach i miejscach pamięci, z drugiej strony – pięknym językiem narracji. A przy okazji, zwraca też uwagę na język jako, często mylący, wyróżnik tożsamości ludzi zasiedlających te tereny, jak się rzekło, przybyszów z różnych stron świata. Zestawia rzeczy ważne z punktu widzenia wielkiej historii z rzeczami pozornie nieistotnymi, jak choćby… z kapeluszami i chustami. Jakim wyróżnikiem mógł być kapelusz na głowie osadnika – klasy wyższej, jakim chusta na głowie osadniczki – klasy niższej? A cylinder, który nosi duch Niemca, nawiedzający co noc osadniczkę spod koszalińskiego Iwięcina? Czy to oznacza, że ten Niemiec wróci po swoje? Dla mieszkańców pogranicza, tu wszystko jest pograniczem, nic nie jest oczywiste i nawet proste klasyfikacje w nowej, dziwnej rzeczywistości zawodzą. Czy sąsiad, ktoś – „nie wiadomo kto” (nazywanym tak przez pamiętnikarkę Marię), świetnie mówiący po polsku, to Niemiec, bo ma niemieckie nazwisko, ale oprócz nazwiska „nie ma w sobie nic z Niemca”, to dobry człowiek? Czy „trochę diabeł, trochę człowiek”?

Bo to – jak poetycko ujmuje sama autorka –„książka o korzeniach – zapuszczanych i odciętych, o tożsamości i duchach przeszłości, które nigdy do końca nie znikają.” I jeśli na koniec wyznaje, że pisząc historię o „Ziemiach Odzyskanych”, miała nadzieję stworzyć także „przewodnik po patrzeniu i dostrzeganiu”, to ten cel osiągnęła. W ślad za nią czytelnik zadaje sobie pytania: „Gdzie mieszkamy i co widzimy? Dlaczego właśnie w ten sposób widzimy – i kto nas nauczył, by tak patrzeć? Czy są sposoby, dzięki którym możemy to widzenie wyczulić i wyostrzyć?”. Tak, są. Należy do nich z pewnością lektura tej książki. Świetnie przygotowanej edytorsko, od przysłowiowej deski do deski, obficie ilustrowanej zdjęciami, pocztówkami, fragmentami gazet, wyklejkami z map, z imponującą i pieczołowicie zebraną bibliografią.

Dla porządku dodam, że Wydawnictwo RN (Radio Naukowe) wypuściło na rynek także audiobook czytany przez Agatę Kuleszę, aktorkę i szczeciniankę, wnuczkę osadników na „Ziemiach Odzyskanych”.

* Karolina Ćwiek-Rogalska, Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty, Wydawnictwo RN, Warszawa 2024, 432 strony.

Są teksty, które publikowane pojedynczo w prasie fachowej raczej słabo zapadają w pamięć, dopiero zespolone w formę książkową tworzą zgrabną i interesującą całość, np. jako zbiorowy portret danego zjawiska. Tak stało się w przypadku zbioru Reportaże o prywatnych księgozbiorach Mirosławy Łomnickiej, autorki znanej m.in. z aktywności publicystycznej na łamach „Magazynu Literackiego Książki”.

Przedmiotem uwagi są tu prywatne księgozbiory, ale w formule znacznie rozszerzonej; to opowieść także, a może nawet przede wszystkim, o osobach kolekcjonerów, miejscami bardzo frapująca i zaskakująca. Galeria postaci niezwykłych, często, choć nie zawsze, spoza głównego nurtu pop i wysokiej kultury, ale pierwszorzędnych polskich inteligentów. Czasy współczesne generalnie cechuje zbytnia ciekawość – w wersji kultury popularnej sprowadzająca się często do zwykłego plotkarstwa, w wersji kultury wyższej – do ambitniejszego dociekania źródeł pasji, profesji czy hobby. Tu mamy trochę tego i tego, co zbiorowi Łomnickiej wychodzi raczej na dobre, bo anegdot i barwnych opowieści tu nie brakuje, ale reportaże pisane są na serio. Cechuje je chęć odkrywania nowych kontynentów, choć na ziemi rodzimej.

Osoby, z jakimi mamy do czynienia na prawie 400 stronach zbioru, nie są z jednego klucza personalnego, znajdziemy tu postaci z rysem ziemiańskim, szlacheckim, jak i artystyczne dusze, dziennikarzy, podróżników, artystów, architektów, lekarzy i matematyków, antykwariuszy i ludzi książki, uczonych, pisarzy, poetów czy bibliotekarzy-nonkonformistów – właściwie cały przekrój czytającej polskiej inteligencji. Ale można tego doświadczyć dopiero wtedy, kiedy zatopimy się w lekturę, i jest to kapitalna wycieczka, bo każda opowieść pochodzi z trochę innej bajki, ale dotyczy w sumie tego samego. Atrakcję tę, choć być może z początku niezamierzoną, warto finalnie docenić, bo to tak jakby w parę dni odwiedzić kilkudziesięciu nietuzinkowych ludzi i odbyć z nimi interesującą rozmowę w zaciszu ich domowych zbiorów. Łomnicka nas co prawda w tym niejako wyręcza, ale robi to ze znajomością warsztatu i rzeczy. Przynętą nie zawsze są wielkie nazwiska, bardziej ludzie znani w dość wąskim kręgu, ale za to szalenie ciekawi, wiedzeni pasją, znajomością książek czy rozległością zainteresowań, daleko nieraz odstających od zwykłego bibliofilstwa.

Tak więc piórem Łomnickiej dostarczono nam nie tylko zbiorowy portret prywatnych wielotysięcznych, jak i mniejszych księgozbiorów, ale także frapujący opis ich posiadaczy oraz motywacji, które za tym pięknym kolekcjonerstwem stoją. Od koligacji rodowych i rodzinnych, poprzez pasje profesjonalne (np. pediatry, matematyka, dziennikarza sportowego, literata, podróżnika i geografa…), na hobbystycznych kończąc. Ktoś by zapytał, a gdzie tu miejsce na szlachetny snobizm? Znajdujemy i takie motywacje, doskonale jest przecież być spadkobiercą wielkiego rodzinnego księgozbioru i mieć poczucie własności dzieł wycenianych nieraz na setki tysięcy, a może nawet miliony złotych; rzecz w tym, jaki pożytek zeń się na co dzień czyni? I Łomnicka nieraz solidnie dociska swoich rozmówców, dowiadujemy się, że często wielotysięczne księgozbiory wędrują wraz z kolejnymi pokoleniami rodzin polskich inteligentów, inne są dzielone na biblioteki przyjaciół czy znajomych, kolejne zapisywane bibliotekom publicznym, inne parcelowane po śmierci bibliofila. Nie ma jednak systemu, który ratowałby tak zespolone (nieraz przez wieki…) kolekcje, chyba że uznamy za takową działalność antykwariuszy, którzy po śmierci właściciela likwidują i wyprzedają jego zbiory.

Pada w książce parę bardzo poważnych i wartych natychmiastowego rozważenia pomysłów, jak zagospodarować najwartościowsze zbiory, ale z opisu wynika, że było to na razie wołanie na puszczy, jak choćby w sprawie pomysłu powołania Biblioteki Prezydenckiej. Kto wie, czy nie zacząć wymuszać na obecnych nadętych do granic ludzkiej wytrzymałości kandydatach jakichś pomysłów w tej jakże ważkiej sprawie? Wszak przynajmniej dwóch kandydatów – dr Trzaskowski i dr Nawrocki – szczyci się oczytaniem, kolejny w stawce kandydat marszałek Hołownia spłodził już bodaj kilkadziesiąt książek, a kandydatka Biejat jest nawet zawodową tłumaczką!

A może księgozbiory powinny dawać radość ludziom z jakichś powodów pokrzywdzonym czy dotkniętym przez los, chorym, wyrzuconym na poniewierkę na ulicę, zamkniętym w DPS-ach, szpitalach, domach dziecka, a nawet więzieniach? Są to rzeczy tylko na pozór nieważne, a jakoś tak dziwnie się składa, że akurat wypączkowały w paru głowach na kanwie tej właśnie lektury.

Zbiór Mirosławy Łomnickiej jawi się więc ważnym głosem w dyskusji o stylu i poziomie czytelnictwa w Polsce, które okresowo nawet spędza sen z powiek naszym rządzącym – od prawa do lewa. Jedyną receptą na te okresowe wzmożenia okazuje się być niestety Para Prezydencka, recytująca w ładnych wnętrzach Słowackiego bądź Norwida; tylko co to ma wspólnego z propagowaniem nawyku sięgania po słowo drukowane, czytania ze zrozumieniem i skrupulatnego na miarę posiadanych możliwości budowania domowych księgozbiorów?

O ile poziom ok. jednej książki przeczytanej w ciągu roku przez statystycznego Polaka może budzić prawdziwą grozę, o tyle jednak książka Łomnickiej jakoś nad tym specjalnie nie ubolewa, ale pokazuje lepszą stronę mocy, oddziałując siłą dobrego przykładu. Skrupulatnie i udanie portretuje różnorodnych ludzi czytających i powiększających swoje zbiory domowe, choć poszczególne portrety pisane były w latach 2019–2021, więc obrazują czas już zdecydowanie przeszły dokonany, jak w przypadku zmarłego w 2023 roku red. Marka Gaszyńskiego. Łomnicka czyni to jednak chytrze na tyle, że raczej motywuje do zbieractwa, aniżeli zniechęca np. ceną nabywanych książek, co bywa utrapieniem bieżących debat o stanie czytelnictwa w Polsce. Choć pisane jej ręką biogramy są ściśle okołowarszawskie, to przydałoby się może w następnym kroku przenieść do domowych księgozbiorów Łodzi, Krakowa, Lublina, Wrocławia czy Poznania. To by dopiero była frajda, jeśli pomyśli się np. o wielkiej powojennej wędrówce ludów, wraz ze swoimi księgozbiorami! Kto wie, może temat na początek podejmą miejscowe gazety, opisując domowe zbiory, jako przykład godny naśladowania w czasach zbiorowej konsumpcji na pokaz? Bibliofilstwo jest przecież pasją ogólnopolską i warto je pokazywać i mocno propagować, niechby nawet na antenach słabo notowanych programów telewizyjnych ośrodków regionalnych TVP, których jest bodaj kilkanaście. Byłoby to na pewno odnotowane jako realizacja misji telewizji publicznej, ale chodzi przecież też o to, aby procederowi bibliofilskiemu nadać rys poświęcenia się dla wyższych celów i idei. A niechby nawet mądrej lokaty kapitału, np. 10 procent obowiązkowego odpisu na książkę z comiesięcznego 800 plus. Bo tak naprawdę nie jest ważne, od czego się zaczynało, a nie zawsze od bibliotek odziedziczonych po dziadkach czy rodzicach. Czy też jakim wyuczonym zawodem in spe bibliofil się parał, u Łomnickiej znajdziemy ich kilkanaście, bądź też jakim pomieszczeniem na danym etapie życia dysponował. Książki mogą pomieścić się dosłownie wszędzie i jest to bardzo wzruszające, w jak dziwnych miejscach w mieszkaniach Polaków były i są przechowywane. Bywa już co prawda, że wielkie własne księgozbiory mają swoje oddzielne pomieszczenia, a nawet salony, jak np. na Saskiej Kępie w Warszawie, ale nadal równie często zajmują kuchnie, przedpokoje, trafiają nawet do miejsc bardziej intymnych, w tym do współczesnych świątyń dumania. Zajmując ściany od podłóg po sufit, od klitek w starym budownictwie począwszy, poprzez modne lofty czy podmiejskie stare wille, na rezydencjach niektórych współczesnych polskich burżua skończywszy.

Co warte podkreślenia, w opowieściach Łomnickiej o zbiorach jest miejsce i na książki wielkiej wagi dla kultury narodowej, i na komiksy, znane serie wydawnicze, fantastykę, książki jednego autora, dzieła o kulturze i sztuce, o sporcie, jazzie i muzyce popularnej, matematyce, leczeniu, Bogu i religii, jak i na książki najbardziej popularne, których wartość sprowadza się do przysłowiowego przeczytania w pociągu i pozostawienia kolejnym podróżnym. Autorka i bibliofile nawet nie czynią z tego powodu żadnych wyrzutów czy pretensji, namawiając jedynie do selekcji księgozbiorów i przekazywania dzieł wydalanych w dalszy obieg, co dla wielu wywiadowanych przez Mirosławę Łomnicką kolekcjonerów jest najgorszą stroną bibliofilstwa. Rozstać się na zawsze ze zbieranymi przez lata seriami jest bardzo ciężko, w moim przypadku dotyczyło to np. prasy wędkarskiej, której zbyt pokaźny zbiór (kilkadziesiąt roczników!) wypraszał mnie już z mojej biblioteki i został z bólem serca w ub. roku wywieziony na skup makulatury. A co dopiero kiedy mamy do czynienia z książkami odziedziczonymi po dalekich nieraz przodkach, np. z dziełami epoki bierutowskiej czy też nawet przedwojennymi wykwitami rodzimego antysemityzmu, ksenofobii i nacjonalizmu?

Bywa więc, że zbiory takie przetrzymuje się jako swoiste świadectwo starych czasów, przyczynek do współczesnych dyskusji i debat, które warto mieć na półkach i doceniać jako asumpt do krytycznych przemyśleń. Zbierane książki czy czasopisma budują bowiem przestrzeń, w której człowiekowi lepiej się krytycznie myśli, pełniej rozumuje, bardziej wchodzi w relacje z innymi ludźmi. Doceniając zbiór reportaży Łomnickiej, niech najlepszą dlań rekomendacją będzie to, że krąg także jej znajomych i przyjaciół od chwili ukazania się tomu dyskutuje o niczym innym jak o przeczytanych ostatnio książkach. Tak było i tym razem, kiedy noworocznie spotkaliśmy się w starym studenckim gronie i chwaliliśmy zarówno podjęcie przez Łomnicką tematu, jak i finalne wykonanie.

Zbiór można czytać przy tym zarówno od deski do deski, jak i selekcjonując i dozując sobie dzienną lekturę aż 32 opowieści. Układ zbioru jest nienachalny i to jest być może jeszcze jedna korzyść, jaką się z obcowania z tą cenną lekturą odnosi.

*Mirosława Łomnicka, Reportaże o prywatnych księgozbiorach. Domowe biblioteki, redakcja Ewa Tenderenda-Ożóg, wydawnictwo Biblioteka Słów, Warszawa 2024, 395 stron.

Słyszy się w ostatnich latach, ba, już od dziesięcioleci nawet, iż nas jako czytelników w większości pociągają bardziej niż utwory fabularne książki dokumentalne, w tym zwłaszcza wspomnienia i autobiografie. Tak jakbyśmy powoli tracili zaufanie do tradycyjnych form narracji i fikcji literackiej, szukali gwarancji prawdy i życiowego autentyzmu przede wszystkim w literaturze non fiction… Coś w tym oczywiście jest, na co wskazują pobieżne nawet wyniki obserwacji rynku wydawniczego i czytelniczego zarówno w Polsce, jak i na świecie zresztą…

Toteż tym, którzy przychylają się do tej opinii, polecam tę obszerną autobiograficzną księgę wspomnień Karola Czejarka, urodzonego w roku 1939, pochodzącego ze śląskiej mieszanej rodziny polsko-niemieckiej, uprawiającego wiele zawodów, a więc człowieka o długim doświadczeniu życiowym i zawodowym, co już samo w sobie zapowiada i gwarantuje niebanalną lekturę.

Zacznijmy zatem od prezentacji sylwetki autora, zaczerpniętej z jego oficjalnego curriculum vitae, publikowanego na internetowej stronie czasopisma „Przegląd Dziennikarski”, które Karol Czejarek współredaguje jako zastępca redaktora naczelnego, publicysta, recenzent literacki, dociekliwy autor wywiadów z wybitnymi ludźmi kultury i sztuki, pisarzami, plastykami, twórcami teatralnymi i filmowymi. Z wykształcenia filolog germański; doktor nauk humanistycznych, tłumacz z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku, wieloletni adiunkt – kierownik Zakładu Kulturoznawstwa w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel języka niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „Ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), biografii polsko-niemieckich pt. Historia pamięcią pisana, Polska między Niemcami a Rosją. Redaktor Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta. Autor książek: Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. Sonata wiosenna, gramatyki niemieckiej Dla ciebie (wspólnie z Joanną Słocińską) oraz spolszczenia (z synem Hubertem) Collins German Grammar i Collins Verb Tables (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji Polen – Land und Leute oraz albumów Polska i Szczecin. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. Praw człowieka w Sejmie RP. Przełożył z niemieckiego m.in. utwory Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. historię literatury niemieckiej, prowadził ćwiczenia ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej niemieckiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyrektor Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, Departamentu Plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy, dyrektor Departamentu Książki MKiS. Rok 2024 przyniósł wydanie przekładu Hansa-Gerda Warmanna Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie oraz omawianej tu Autobiografii. Moja droga przez życie, która jest bardzo ciekawą, miejscami wręcz fascynującą swym autentycznym dramatyzmem, opowieścią o trudnym dojrzewaniu w czasie przecież pod każdym względem niebywale i po wielokroć złożonym, nie tylko w niepowtarzalnym wymiarze indywidualnym…

Zważmy bowiem ponownie, że wszystko to zaczęło się w… Berlinie 11 sierpnia 1939 r., na niecały miesiąc dosłownie przed wybuchem II wojny światowej! I na dodatek w rodzinie pochodzącej z polsko-niemieckiego pogranicza, kiedy to istotnie, jak wiadomo, określenie tożsamości narodowej było nie tylko kwestią wyborów własnych, nie bez wpływu – w warunkach nadzwyczaj złożonych, jak to na każdym pograniczu najczęściej bywa, z udziałem ogromnie, siłą rzeczy, pogmatwanych i nadzwyczaj trudnych, konfliktogennych „okoliczności towarzyszących” – historycznych, politycznych, społecznych, kulturowych.

Zatem „… moja autobiografia” – pisze i mocno to podkreśla sam autor już na jej początku w rozdziale pierwszym – „Moja droga do polskości – będzie przede wszystkim o tym, jak ja urodzony w BERLINIE – z matki Niemki i z ojca – DUMNEGO ŚLĄZAKA z Zabrza (którego ojciec i dziadkowie brali udział w Powstaniach Śląskich) – stałem się POLAKIEM [podkreśl. Karol Czejarek]… będzie też o tym, jak na Pomorzu Zachodnim po roku 1945 powstawały nowe polskie tradycje, a Szczecin i jego powiaty zaczęły się liczyć na mapie powojennego rozwoju polskiej kultury. Także Polska – jako kraj i państwo, mimo iż wtedy była ludowa – znów liczyła się w kulturze i sztuce (a nie tylko w rozwijającej się gospodarce morskiej) w Europie i na świecie”.

I to jest zaledwie czubek góry lodowej, początek tej autobiografii składającej się z czterdziestu kilku rozdziałów, z którą warto się bliżej zapoznać. Bo to naprawdę nie żadna tam, panie dziejku, fikcja literacka, ale rasowy, konkretny i rzetelny dokument – autentyczny przypis do pogmatwanych, z nieobliczalnych i kapryśnych wyroków współczesnej historii, losów ludzkich oraz wpisany w nie siłą rzeczy niejako naturalnie i integralnie komentarz do pierwszych i ostatnich dziesięcioleci powojennych realiów polityczno-społecznych dziejów odradzającego się „z popiołów i gruzów” państwa. Jak i wyłaniający się stąd wielobarwny obraz trudów i problemów codziennego życia; w tym nie zawsze przecież sielankowych późniejszych losów osobistych, perypetii życiowych autora, jego ambicji, zamierzeń i zainteresowań kulturalno-literackich (acz przecież nie tylko, bo i sportowych także, które wspomina teraz z łezką w oku, acz z wielką sympatią i rewerencją! Jak i odchodzący coraz bardziej w przeszłość obraz – w tle zawsze niemal tutaj obecnych – kolejnych etapów dziejów polsko-niemieckiego pogranicza i sąsiedztwa.

* Karol Czejarek Autobiografia. Moja droga przez życie, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2025, 414 stron.

Z Wojciechem Szewko, umiejętnie łączącym role naukowca, polityka i komentatora wydarzeń międzynarodowych, zetknąłem się przelotnie ponad 30 lat temu (szmat czasu) w latach 1993–
–1994 w Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. Był wówczas jeszcze studentem, ale miał już zadatki na badacza znanego i cenionego. Słucham czasami jego podcastów i lubię nieco kpiarski ton, jaki pobrzmiewa w tle jego poważnych wypowiedzi na bardzo istotne tematy. Dotyczące przed wszystkim, choć nie tylko, Bliskiego Wschodu. Kiedy ukazała się jego książka Księga dżihadu, postanowiłem poświęcić czas nie tylko na jej przeczytanie, ale także podzielenie się uwagami na ten temat z PT Czytelnikami naszego popularnego dwumiesięcznika. Bo i temat ważny i analizy Autora odbiegają od standardowej narracji obecnej w mediach, które na ogół powielają stereotypowe oceny. A ta publikacja różni się nie tylko w ocenach, zawiera także sporo informacji na temat cywilizacji islamu. Bez zrozumienia jej specyfiki trudno pokusić się o jakąkolwiek wartościującą analizę. Grzechem europocentryzmu (a polonocentryzmu w szczególności) jest bowiem tzw. mirror thinking – postrzeganie innych przez pryzmat naszego własnego systemu wartości. Szewko przed popełnieniem tego błędu mocno przestrzega. Próby implantacji demokracji zachodniej do krajów muzułmańskich (m.in. Irak, Libia, Egipt) przyniosły odwrotne skutki od zamierzonych.

We wstępie Autor wymienia trzy przesłanki towarzyszące powstaniu książki. Po pierwsze, by uświadomić, że – w rozumieniu wyznawców islamu, Polska jest częścią Zachodu, „dar al-kufr, ziem niewiernych, ziem sojuszników „wielkiego szatana”, „wroga islamu” – Stanów Zjednoczonych [s. 11]. A wszystko – i to przesłanka druga – co dzieje się w krajach Zachodu, prędzej czy później dotrze także do Polski w postaci fali uchodźców, zamachów terrorystycznych albo wpływu czynników ekonomicznych, choćby cen ropy. Po trzecie, by uświadomić sobie, że religia odgrywa w życiu społeczności muzułmańskich o wiele większą rolę, niż w naszej rodzimej cywilizacji. Islam jest dla muzułmanów podstawowym wyznacznikiem ich tożsamości. „Islam (…) nie tylko determinuje całe życie muzułmanina jako jednostki, ale również muzułmanów jako społeczności, ogółu” [s. 31]. Co więcej – czynnik religijny może stanowić skuteczną przesłankę integracji wewnętrznej świata islamu, a także zewnętrznej ekspansji politycznej. „Islam to religia i polityka w jednym, to wiara i państwo połączone w jeden system. To boskie i cesarskie okazuje się tym samym” [s. 59].

Choć religia wydaje się silną przesłanką integrującą, jest także przyczyną wewnętrznego rozłamu. Nie ma jednego islamu – to tytuł jednego z kolejnych rozdziałów książki. Podobny rozłam przeżywał świat chrześcijański i chrześcijaństwo wciąż jest podzielone. Z drugiej strony coraz mocniej postępuje laicyzacja europejskiego społeczeństwa. Tu się mocno różnimy, rozdzielenie kościoła i państwa, sfery wyznania osobistego od prawa powszechnego, jest jednym z fundamentów cywilizacji zachodniej.

Najpierw o pryncypiach: islam jest religią skrajnie monoteistyczną. Bóg (Allah) jest jeden, nie ma żadnych wcieleń, partnerów ani potomnych. Każde naruszenie tej zasady jest najcięższym, najsurowiej karanym grzechem (szirk). Mahomet, jak Jezus i Mojżesz, Abraham, a nawet Noe jest tylko prorokiem. Boskich cech nie mają też aniołowie. Wśród religii Księgi (Koran, Tora i Ewangelia) Koran stanowi objawienie najwyższe i góruje nad innym księgami, a Mahomet jest najwyższym prorokiem. „Obrażenie Proroka to śmierć”, a kult Proroka jest nawet silniejszy niż kult Allaha [s. 44], nic dziwnego, że karykatury Mahometa we francuskim czasopiśmie „Charlie Hebdo” stały się powodem aktów terrorystycznych, w wyniku których śmierć poniosło 12 osób. Muzułmanie wierzą w Dzień Sądu: nagrody dla wiernych i kary dla przeciwników islamu. Wyznają pięć praw wiary: nie ma Boga prócz Allaha, Mahomet jest jego prorokiem; muzułmanin musi modlić się pięć razy dziennie z twarzą zwróconą w kierunku Mekki, oddawać część swoich dochodów biednym, powstrzymywać się od jedzenia i picia w miesiącu postu (Ramadan) od wschodu do zachodu słońca; raz w życiu odbyć pielgrzymkę do Mekki (hadżdż) lub przynajmniej podjąć taką próbę [s. 51]. Każdy, kto narusza Koran lub pisma mu towarzyszące (hadisy) popełnia grzech. Jest siedem grzechów głównych: bałwochwalstwo (szirk), oddawanie czci innym bogom niż Allah; praktykowanie magii, zabójstwo zabronione przez Allaha (nie każde), lichwa, przejęcie majątku sierot, ucieczka z pola bitwy oraz pomówienie (bezzasadne) kobiety o cudzołóstwo [s. 52]. Islamskie prawo karne jest prawem zgodnym z prawem religijnym (szariat). „Powrót do «czystego» islamu to powrót do bycia prawdziwym muzułmaninem i droga do zbawienia duszy. (…) kluczowe jest stworzenie opartego na szariacie (…) państwa muzułmańskiego, w którym religia, moralność i prawo państwowe są nierozerwalnie związane” [s. 58].

Przestępstwa (czyli grzechy) dzielą się na kilka kategorii: te przeciw Bogu (hudud); przeciw drugiemu człowiekowi (quisas) – w obu przypadkach kary są określone w Koranie lub hadisach; one tworzą tzw. sunnę. Trzecia kategoria to wykroczenia (tazir). Z tymi jest największy kłopot, bo są pozostawione do oceny władcy lub sędziego. Interpretacja polega na dokonywaniu wykładni prawa uznawanej przez całą społeczność muzułmańską (idźma) oraz na korzystaniu z analogii do sytuacji już wcześniej rozstrzygniętej (kijas).

Do grzechów hudud (najcięższych) obok szirk zalicza się niezgodny z prawem stosunek seksualny (zina), a w niektórych szkołach szariatu także apostazję, bunt przeciwko władzy oraz homoseksualizm. „Nikt, nawet państwo nie ma prawa ułaskawić muzułmanina dopuszczającego się występku przeciw Bogu” [s. 53]. Utożsamienie prawa publicznego z religijnym (szariat), nie mówiąc o postanowieniach szczegółowych to kolejny czynnik odróżniający cywilizację islamu od cywilizacji zachodniej. Według islamskich radykałów tych sprzeczności nie da się pogodzić. No, chyba nie.

Obok sprzeczności doktrynalnych istotne znaczenie mają także różnice społeczne; ubóstwo krajów Południa sprawia, że Europę czekać może „inwazja Południa” – ostrzegał niedawno w TV filozof Andrzej Leder. Mimo prób ograniczenia napływu imigrantów, proces ten raczej się nasila niż maleje.

Jak powiedziano wyżej, nie ma jednego islamu. Wojciech Szewko wymienia trzy przedmioty wewnętrznego sporu. Teologiczno-polityczny to spór między sunnitami (znacznie liczniejszymi, sunnici to ponad 80–85% wszystkich muzułmanów) a szyitami. Mahomet nie miał męskiego potomka, sunnici uważają więc za jego następców osoby wyznaczone przez społeczność muzułmańską – najstarszych i najgodniejszych spośród plemiennych wodzów. Szyici z kolei twierdzą, że następcą powinien zostać ktoś z rodziny Proroka, a więc potomkowie Alego – męża Fatimy. Do tego sporu Autor zalicza różnice między interpretującymi Koran dosłownie, a tymi, którzy poddają go interpretacji. Drugi spór dotyczy tego, do kogo ma należeć władza: do emira czy teologów? Pierwszy casus to Arabia Saudyjska, drugi – to Iran. Wreszcie trzeci spór, i wokół niego koncentrują się rozważania Szewki, to spór islamu z zachodnią demokracją w kwestii fundamentów prawa. W demokracji zachodniej to lud (suweren) poprzez swoich przedstawicieli stanowi prawo (wytwór człowieka), w islamie prawo to twór Allaha. „Każdy, kto próbuje je tworzyć, uzurpuje sobie boskie sprawstwo lub też Boga przedrzeźnia – jest zatem albo bałwochwalcą (…) albo prześmiewcą, więc bluźniercą” [s. 34]. Grzechem najsurowiej karanym.

Świat podzielono na trzy części: pierwsza, gdzie obowiązuje szariat to dar al-islam, do drugiej – dar al-sul należą kraje nieislamskie, które zawarły rozejm z rządami muzułmańskimi, trzecia dar al-kufr jest ziemią niewiernych. By lepiej zrozumieć problem, warto zestawić przeciwności. W Europie religia nie wpływa (lub wpływa w niewielkim stopniu) na politykę i prawo. Inaczej dzieje się w świecie opisywanym przez Autora. „Podział na sunnitów i prześladowanych szyitów, rozmaite wewnętrzne szkoły koraniczne, radykalne i reformatorskie ruchy – wszystko to powoduje, że państwa te ze sobą albo współpracują, albo rywalizują. Dzisiaj islam nie jest już tylko religią, ale sposobem sprawowania władzy. Polityką” [s. 59].

Ten obszerny wywód, choć nie tak obszerny jak ten zawarty w książce, jest wprowadzeniem do zrozumienia idei dżihadu, która od dłuższego czasu wpływa na współczesną politykę, dezorganizuje społeczne i prywatne życie obywateli i potęguje stan napięcia w i tak napiętym świecie.

Wydaje mi się, że najlepszym odpowiednikiem słowa „dżihad” byłaby krucjata. Szewko woli określenia takie, jak „święta wojna” lub „wojna z niewiernymi”. Dyskusja na temat tej wojny nie zaczęła się w XX wieku. Jej korzenie sięgają czasów sprzed 14 stuleci. „Krucjatę” wolałbym dlatego, że – jak twierdzi sam Autor – nie ogranicza się ona do działań militarnych. „Dżihad (…) ma zatem dwa wymiary: indywidualny i społeczny, prowadzony jest z woli Boga i w imię Boga; realizuje się na wszystkich płaszczyznach: moralnej, militarnej, politycznej, społecznej, ekonomicznej” [s. 64]. „Krucjata” kojarzy się jednak z wyprawami krzyżowymi, które mocno tkwią w świadomości muzułmanów jako największe zagrożenie dla islamu. W Europie jej mieszkańcy utożsamiają dżihad z terroryzmem, aktami bestialstwa z przesłanek religijnych. Szewko widzi w nim także życiową drogę prowadzącą do wewnętrznego doskonalenia jednostki i wspólnoty, w której żyje. Dżihad wobec samego siebie. Muzułmanin ma nauczyć się islamu, wcielić jego zasady w życie, nauczać jego zasad innych oraz znosić prześladowania z powodu głoszenia wiary. Zwraca się przeciw szatanowi i nakazuje podążanie drogą prostą, a taką jest droga czystego islamu. To już wkroczenie na agresywną ścieżkę. Trzecia odmiana to dżihad przeciw opresji i innowacji, przeciw tzw. bidah, innowacjom, dodawaniu czegokolwiek do Koranu. Dopiero czwarta odmiana kieruje się wyraźnie przeciw kafirom (niewiernym) i hipokrytom [s. 69–70]. A tę walkę można prowadzić w sercu (sic!), perswazją (językiem), wspieraniem finansowym i – ostatecznie – poprzez osobiste fizyczne zaangażowanie. Jeśli muzułmanin zginie w tej walce, stanie się męczennikiem nagrodzonym rajem i 72 hurysami. Czwarta militarna odmiana ma miejsce (a nawet musi mieć) w kilku różnych sytuacjach: gdy muzułmanin przebywa już na terenie objętym dżihadem (tym, na którym toczy się wojna), gdy nadciąga wróg (dżihad ma miejsce automatycznie[1]), na wezwanie władcy (choć są różnice poglądów na temat uprawionego do wezwania) oraz wtedy, gdy nie może zostać zastąpiony przez kogokolwiek innego w walce z niewiernymi. Osama bin Laden pisał: „Wzywam ogólnie muzułmanów, a w szczególności naród iracki [to lata wojny USA z Irakiem AŻ], aby nie wspierali amerykańskich sił krzyżowców i ich sojuszników. Ci, którzy współpracują ze Stanami Zjednoczonymi lub ich satelitami, niezależnie od nazwisk i tytułów, są niewiernymi, podobnie jak ci, którzy wspierają pogańskie partie, takie jak Arabska Partia Socjalistyczna (Baas), demokratyczne partie kurdyjskie i im podobne”. I dalej „(…) dżihad musi trwać do czasu ustanowienia rządu islamskiego, który rządzi się religią Boga” [s. 73–74]. Dżihad więc to nie tylko walka z wrogiem zewnętrznym, to także walka z tymi muzułmanami, którzy sprzeniewierzyli się zasadom i interesom uznanym przez innych za obowiązujące. Ci, którzy dopuścili się takfir, stali się kafirami. To teza ryzykowna, pozwala bowiem na wykluczenie części wyznawców islamu, co prowadzi do osłabienia ich pozycji. Do sporu doktrynalnego (główne sunnici vs. szyici) i sporu o uprawnienia władcy i zakresu integracji wewnętrznej (przywrócenia państwa panislamskiego – kalifatu) dochodzi trzecia płaszczyzna sporu wewnętrznego wokół metod i środków realizacji celów społeczności islamskiej. A to już sprawa wyboru. O tym zadecyduje program i przywódcy poszczególnych ugrupowań ekstremistycznych i terrorystycznych, jakie po 2000 roku zaczęły nadawać ton działaniom tej społeczności. Te najbardziej znane to ISIS (Państwo Islamskie), Boko Haram, talibowie i Al-Kaida. Wszystkie one skupiały po kilkadziesiąt tysięcy bojowników każdy i obejmowały terytoria Iraku, Syrii, Nigerii, Pakistanu, Afganistanu i okolicznych państw. Szewko nie omawia szczegółowo ich poglądów, podobieństw i różnic. Uważa, że wszystkie „bazują na myśli wahabitów, która ma kluczowy wpływ na dzisiejsze stosunki międzynarodowe” [s. 129]. Sekta wahabitów powstała w XVIII wieku na terenie Arabii Saudyjskiej. Jej główny teoretyk Al-Wahhab „wykluczył z islamskiego prawa wszystko poza Koranem i hadisami. A za bidah (innowację) uznał każde zachowanie odbiegające od tradycji Mahometa (…) tym samym dał Saudom teologiczne usprawiedliwienie zbrojnego dżihadu wobec innych muzułmanów: nie tylko szyitów (…). Każdy kto wykracza poza praktykę Koranu i hadisów, automatycznie dokonuje aktu apostazji, a więc zasługuje na śmierć” [s. 129–130]. Z myśli wahabitów wywodzą się także inne, skrajne ruchy islamskie, opisywane w kolejnych częściach książki. To m.in. ruch deobandi, bardziej radykalny od wahabitów. Dużo miejsca Autor poświęca też omówieniu głównego konfliktu wewnętrznego w świecie islamu, między sunnitami a szyitami. Wydaje się, że niezrozumienie religijnych aspektów tego konfliktu stało się przyczyną porażki interwencji USA i ich sojuszników w Iraku, Libii czy Afganistanie.

Jesteśmy mniej więcej w połowie książki. Jej druga część została poświęcona omówieniu działalności ruchów polityczno-religijnych w świecie islamskim prowadzonych przy wykorzystaniu terroryzmu. Prezentacja ich ewolucji, powiązań i sprzeczności wykraczałaby poza ramy kilkustronicowej recenzji. Ograniczyć muszę się zatem do stereotypowej zachęty: wszystkim, których interesuje świat islamu lub obawiają się zagrożenia terrorystycznego, polecam tę książkę. Konflikt cywilizacyjny, w którym uczestniczyć będą z jednej strony państwa lub ugrupowania islamskie, a z drugiej cywilizacja zachodnia, jest realny. Jeden z przywódców Państwa Islamskiego tak zdefiniował cel walki: „Wrogowie Boga są świadomi, że ta wojna jest punktem zwrotnym w świecie, że jest wyborem pomiędzy absolutną kontrolą niewiernego Zachodu, jego kultury i sposobu życia, a nadchodzącym renesansem, jeśli Bóg pozwoli” [s. 153]. A chwilę później wezwał: „Bądźcie zdecydowani, klękajcie przed Bogiem, naostrzcie miecze i spalcie ziemię pod nogami najeźdźców. Niech posmakują gorzkiej porażki, wrzućcie ich do piekła” [s. 154]. Wyciągając wnioski z lektury książki, można przewidywać dwa możliwe kierunki tej walki: jeden to rosnąca integracja państw i ugrupowań islamskich aż do możliwego stworzenia centrum islamu (kalifatu), a czynnikiem tej integracji będzie religia; drugi – to ataki na niewiernych na ich terytorium. Oba wykorzystywano w przeszłości, choć z miernym powodzeniem. Niewielką rolę odgrywają dziś ISIS i Al-Kaida, jeszcze mniejszą Boko Haram, na placu boju pozostali talibowie w Afganistanie i częściowo w Pakistanie. Po udanym ataku na World Trade Center nie ponowiono podobnego ataku w tej skali. Choć terroryzm islamski jest poważnym zagrożeniem, to świat islamu (a to 1,6 mld ludzi) nie stanowi na tyle zwartej struktury, by rywalizować o mocarstwową pozycję z USA, Chinami czy Rosją. Wewnętrzne czynniki dezintegracyjne okazały się silniejsze niż przesłanki skłaniające do połączenia sił (m.in. z powodu rywalizacji między sunnitami a szyitami)[2]. A nam w interpretacji przeszkadza niejednoznaczne, dwojakie widzenie islamu: jako świata, który broni się przed ekspansją kolonializmu (ofiary) i szuka poprawy losu dla swoich wyznawców oraz świata ofensywnego, atakującego, eksponenta dżihadu. Dyskusje, jakie toczą się dziś wokół politycznych i moralnych aspektów stosunku do imigrantów wydają się tego dowodem. Co przyniesie przyszłość? Pozostaje zachęcić do poznawania kolejnych podcastów Szewki na ten temat, bo ma coś interesującego do powiedzenia.

[1] W takiej sytuacji każda próba zewnętrznej interwencji wywołuje skutek odwrotny od zamierzonego, jeśli nie w krótkiej, to w długoletniej perspektywie. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

[2] Przypomina to sytuację w Unii Europejskiej, gdzie interesy poszczególnych państw (czasem irracjonalne) przeważają nad argumentami integrującymi.

* Wojciech Szewko, Księga dżihadu, Altbuch, Warszawa 2024, 352 strony.

Nexus to połączenie szczelinowe, rodzaj połączenia międzykomórkowego, który składa się z kanału hydrofilowego oraz wąskiej szczeliny międzykomórkowej o szerokości 2–4 nm. Kanał zbudowany jest z sześciu białek, zwanych koneksynami, i tworzy to połączenie szczelinowe między dwoma komórkami, umożliwiające przekazywanie informacji za pomocą prądu jonowego. Ta trudna definicja (spisana przeze mnie z Wikipedii) posłużyła izraelskiemu historykowi Yuwalowi Noahowi Harari’emu jako tytuł książki Nexus. Krótka historia informacji. Od epoki kamienia do sztucznej inteligencji. Harari to stosunkowo młody profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, ma dopiero 48 lat. Zasłynął jako historyk po publikacji trzyczęściowego dzieła, popularnego także w Polsce, na które składają się książki: Sapiens. Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości, wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN w Warszawie w 2014 roku (dodruk 2017), Homo deus. Krótka historia jutra, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 oraz 21 lekcji na XXI wiek, także Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018. Nexus powstał sześć lat później.

Sam Harari definiuje siebie jako specjalistę w dziedzinie historii średniowiecza i historii wojskowości, choć wymienione i znane także w Polsce książki wskazują raczej na historię, nie tylko średniowiecza, i na popularyzację nauki. Są lekturą pasjonującą, a wbrew sugestiom autora z podtytułów: krótka historia ludzkości, krótka historia jutra, krótka historia informacji są lekturą na długie, zimowe wieczory, wymagającą powolnego i starannego czytania. Liczą średnio ponad 500 stron każda. Zawierają bogaty materiał faktograficzny i zaskakujące czasem konkluzje. Autor operuje tym samym schematem opowieści. W przypadku trzech wcześniej wydanych pozycji Sapiens mówi o przeszłości, Homo deus o czasie teraźniejszym i wnioskach na przyszłość, 21 lekcji dotyczy perspektywy i ma charakter prognostyczny. W jednotomowym Nexusie pierwsza część książki dotyczy czasu historycznego, druga wskazania, w jakim miejscu się znajdujemy, a trzecia to przewidywania, jak dalej potoczy się historia. Nic dziwnego, że w tej ostatniej części dominuje „sztuczna inteligencja”, a jej popularność i zastosowania to kwestia dosłownie ostatnich lat. Na dobrą sprawę AI zawładnęła umysłami współczesnych, choć nie bardzo wiemy, co z nią zrobić.

Autor sam informuje, o czym są poszczególne części jego książki. I tak: pierwsza to historyczny przegląd rozwoju ludzkich sieci informacyjnych. „Nie próbuje kreślić, stulecie po stuleciu, pełnego obrazu takich technologii informacyjnych, jak pismo, prasa drukarska i radio. Zamiast tego […] zgłębia zasadnicze dylematy, przed którymi stawali ludzie […], gdy usiłowali tworzyć sieci informacyjne, i bada, jak różne odpowiedzi na te dylematy kształtowały biegunowo odmienne społeczeństwa” [s. 28]. To, co uważano za konflikty ideologiczne i polityczne było zderzeniem przeciwstawnych sieci informacyjnych. Mitologia i biurokracja były pojęciami charakteryzującymi ten etap człowieczego rozwoju; każde z nich ciągnęło w swoją stronę, a nowe instytucje (jak wolne sądy czy niecenzurowana prasa) oraz idee pełniły funkcję mechanizmów samonaprawczych. „Słabe mechanizmy samonaprawcze niekiedy prowadzą do historycznych katastrof, takich jak polowania na czarownice […], podczas gdy silne mechanizmy samonaprawy nieraz rozsadzają sieć od wewnątrz” [s. 29]. Część historyczna pozwala zrozumieć występujące dziś zjawiska oraz przewidywać przyszłość. „Historia [bowiem] nie jest badaniem przeszłości – to nauka o zmianie” [s. 30]. W części drugiej autor analizuje tworzoną obecnie nową sieć informacyjną – aż do sztucznej inteligencji. Jest to przejście od organicznych (opartych na węglu) sieci informacyjnych do nieorganicznych (krzemowych). „Chipy krzemowe mogą powoływać do istnienia szpiegów, którzy nigdy nie śpią, finansistów, którzy nigdy nie zapominają, i despotów, którzy nigdy nie umierają” [s. 31]. Co będzie dalej? To pytanie dominuje w części trzeciej. Jak demokracja i totalitaryzm (a demokracja i dyktatura są – według autora – nie tyle przeciwstawnymi systemami politycznymi i etycznymi, ile przeciwstawnymi typami sieci informacyjnych) poradzą sobie z siecią nieorganiczną i jak ta sieć może wpłynąć na globalną równowagę sił między oboma typami społeczeństw. Nie trzeba nikogo przekonywać, że to pytania aktualne.

Książka jest grubaśna, a autor opisał w niej tyle faktów, zdarzeń i interpretacji, że omówienie wszystkich nie byłoby możliwe. Wybrałem jedynie kilka fragmentów, które wydawały mi się warte zacytowania i podkreślenia. Zacznę od specyfiki rządów autorytarnych: „Najczęstszą metodą stosowaną przez polityków twardej ręki do podkopywania demokracji jest atakowanie kolejnych mechanizmów samokorekty, nierzadko zaczynając od sądów i mediów. Typowy polityk z takimi skłonnościami albo pozbawia sądy ich prerogatyw, albo umieszcza w nich swoich stronników i stara się zlikwidować wszystkie niezależne media, jednocześnie budując własną machinę propagandową” [s. 174–5]. Czy to Szanownym Czytelnikom czegoś nie przypomina? Bo: „Kiedy sądy nie są już w stanie ograniczać władzę rządu środkami legalnymi, a media posłusznie kolportują stanowisko rządu, wszystkie inne instytucje lub osoby, które śmią się przeciwstawić rządowi, mogą paść ofiarą kampanii oszczerstw i szykan i zostać uznane za zdrajców, przestępców lub agentów zagranicy. Instytucje akademickie, samorządy, organizacje pozarządowe i przedsiębiorstwa prywatne są albo demontowane, albo poddawane kontroli rządu. Na tym etapie rząd może także swobodnie fałszować wybory, na przykład wtrącając do więzienia liderów opozycji […], manipulując okręgami wyborczymi lub pozbawiając wyborców prawa głosu” [s. 175]. To przecież kropka w kropkę charakterystyka rządów PiS w latach 2005–2007, a zwłaszcza w latach 2015–2023. Procesu tego nie udało się im dokończyć wskutek dość zdecydowanego sprzeciwu społecznego i własnej nieudolności. Pełni frustracji z powodu porażki zrobią wiele, by zrealizować ten plan tak szybko, jak się da. Każda autokracja ma bowiem jeden tylko cel: zdobycie i sprawowanie władzy. Wszelkie deklaracje ideowe, przedsięwzięcia polityczne czy zestawy obietnic są tylko środkami pośrednimi dla uzyskania tego celu. Kaczyński dziś gotów byłby zaakceptować liberalizację aborcji, choć kilka lat wcześniej to on zainspirował zaostrzenie przepisów w tej kwestii.

Bodaj najgroźniejszym wrogiem demokracji stał się populizm. Może dlatego, że z pozoru wydaje się arcydemokratyczny. Wszystko ma się dziać z woli ludu. „Lud” to hipostaza, by dokonywać interpretacji w jego imieniu, potrzeba interpretatora, a więc autokraty uprawnionego do interpretacji. Harari nie odkrywa tu niczego nowego, ale przypomnieć warto.

Mnie zafascynowała jednak ukryta na uboczu teza. Zacytuję: „Demokracja i dyktatura nie są biegunowymi przeciwieństwami, ale raczej pewnym kontinuum” [s. 188]. A zafascynowała dlatego, że jakiś czas temu sam wdałem się w podobne rozważania. Bez wątpienia socjalizm i kapitalizm są dwoma skrajnie odmiennymi systemami ustrojowymi, ale żaden z nich nie występuje w „czystej” postaci. Socjalizm to własność państwowa i centralne planowanie; dla odmiany kapitalizm to rynek i własność prywatna. Nie ma jednak kraju, w którym byłoby 100 procent własności państwa, albo – dla odmiany – całkowita likwidacja interwencjonizmu państwa. Gdyby więc próbować określenia obowiązującego ustroju należałoby wyznaczyć linię owego kontinuum np. od 1 do 10. Wówczas decyduje miejsce na tej linii. Harari opisuje rzecz podobnie: „Aby stwierdzić, czy danej sieci jest bliżej do demokratycznego, czy dyktatorskiego krańca kontinuum, musimy zrozumieć sposób przepływu informacji w sieci oraz ustalić, co kształtuje dyskusję polityczną. Kiedy jedna osoba narzuca wszystkie decyzje i nawet jej najbliżsi doradcy boją się wyrazić odmienne zdanie, nie dochodzi do żadnej rozmowy. Taka sieć sytuuje się na skrajnym dyktatorskim krańcu spektrum” [s. 188–189]. Wtedy w istocie problem polega na właściwym dobraniu owych par przeciwieństw: socjalizm i kapitalizm; autokracja i demokracja; fundamentalizm i liberalizm. Wtedy przeciwieństwem konserwatyzmu byłby progresywizm, a nie np. liberalizm czy demokracja, bo te pojęcia przynależą do innych par. Analiza przepływów na linii kontinuum pokazywałaby tendencję, kierunek, w jakim zmierza dane społeczeństwo. Wtedy zwolenników kapitalistycznych rozwiązań w gospodarce powinna zaniepokoić zmiana nazwy „Ministerstwa Przekształceń Własnościowych” w „Ministerstwo Aktywów Państwowych”, o czym kiedyś już pisałem w „Res Humana”, bo jest ona wyrazem przesunięcia na linii kontinuum.

Harari jest historykiem, przykładów historycznych u niego jest całe mnóstwo. Znajdziemy tam i epokę kamienia łupanego, i cesarstwo chińskie, i reformację w Europie, i faszyzm na zmianę z komunizmem. Kilka z podawanych przez niego faktów zadziwia, mimo że są nam od dawna znane. Wiemy, na przykład, że porażki ZSRR w początkach wojny ojczyźnianej były skutkiem dyktatorskich rządów Stalina, ale żeby aż tak. Znów zacytuję: „Pierwszego dnia inwazji [Niemiec na ZSRR] Armia Czerwona dysponowała na froncie europejskim 15 tysiącami czołgów, 15 tysiącami samolotów bojowych i 37 tysiącami dział, walcząc z 3300 niemieckimi czołgami, 2250 samolotami bojowymi i 7146 działami. Mimo to nastąpiła jedna z największych katastrof militarnych w historii – w ciągu miesiąca siły rosyjskie straciły 11700 czołgów (78%), 10 tysięcy samolotów bojowych (67%) i 19 tysięcy dział artyleryjskich (51%). Stalin utracił także wszystkie terytoria, które podbił w latach 1939–1940, oraz znaczną część centrum Związku Radzieckiego”. Przekonanie o sile dyktatury okazało się błędne, o czym warto pamiętać także dziś.

Tyle na 250 stronach książki w rozdziałach poświęconych „sieci ludzkiej”. Drugą połowę autor poświęcił rozważaniom na temat sieci nieorganicznej, tej, która działa non-stop i może funkcjonować samodzielnie, bez decydującego udziału człowieka, choć to ludzie stworzyli tę sieć. Jakby na przekór opiniom Stanisława Lema, który twierdził, że to człowiek będzie ostatecznie decydował o działaniu sztucznej inteligencji. „[…] to nie ludzie wybierali, co chcą zobaczyć – algorytmy wybierały za nich” [s. 266]. „To jest znamienna cecha sztucznej inteligencji – zdolność maszyny do samodzielnego uczenia się i działania” [s. 267]. „[…] algorytmy zyskały już zdolność do samodzielnego generowania fake newsów i teorii spiskowych” [s. 267]. „[…] wielu czytelników może nie zgodzić się z argumentem, że algorytmy podejmują autonomiczne decyzje, kategorycznie twierdząc, że wszystkie działania algorytmów były rezultatem kodu napisanego przez inżynierów oprogramowania oraz modeli biznesowych przyjętych przez kadrę kierowniczą. W tej książce nie zgadzamy się z takim stawianiem sprawy. Żołnierze, jak wszyscy ludzie, są kształtowani przez kod genetyczny mieszczący się w ich DNA i wykonują polecenia wydawane przez dowództwo, a mimo to mogą podejmować niezależne decyzje. Istotne jest, aby zrozumieć, że tak samo jest z algorytmami sztucznej inteligencji. Potrafią samodzielnie uczyć się rzeczy, których nie zaprogramował żaden ludzki inżynier, i tak samo mogą też podejmować decyzje, jakich nie przewidział żaden pracownik szczebla kierowniczego. Oto istota rewolucji sztucznej inteligencji” [s. 267–8]. Na tym właściwie mógłbym skończyć. Wypowiadanie się przez człowieka z epoki konia i wozu drabiniastego na temat konsekwencji współżycia algorytmów z organizmami żywymi (organicznymi) zakrawa na nadużycie. Powyższe cytaty mogę więc jedynie uzupełnić stwierdzeniem, że z dalszych wywodów autora wyniosłem wrażenie, że zastosowania sztucznej inteligencji już dziś wykraczają poza naszą zdolność pojmowania i przewidywania. I tyle.

 

Książkę tę chciałbym polecić szczególnej uwadze tych wszystkich naszych rodaków (a i innym obywatelom całej wspólnoty europejsko-atlantyckiej kultury także by nie zaszkodziła!) którzy dzisiaj korzystają często (czasami jakże niestety bezrefleksyjnie) z rozwiniętych tak niebywale możliwości łatwo dostępnych (jak dla kogo? – dodajmy, gwoli prawdy) turystycznych możliwości podróżowania tanimi liniami lotniczymi po krainach śródziemnomorskich byłych kultur antycznych. Od Aten, Riwiery Olimpijskiej czy Krety po dalsze miejsca, mocno niegdyś związane z dawną helleńską czy rzymską kulturą. Od Gruzji (Kolchida) po jej krańce zachodnie – Sycylię, Maltę, Neapol (gr. neopolis – nowe miasto), Marsylię (starogrecka Massalia), Barcelonę, Malagę, Gibraltar czy też dzisiejszą północną Afrykę (z Marokiem na czele).

Autor, profesor Marek Węcowski, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, znawca dziejów starożytnych kultur i państw, gdzie powstawały, kwitły i upadały, już w samym tytule swej książki, a i zaraz potem w słowie wstępnym, tak wykłada jej genezę i idee, które skłoniły go do pisania o starożytności greckiej i rzymskiej z punktu widzenia naszej teraźniejszości. Czyli tej obecnej naszej rzeczywistości społeczno-politycznej i kulturowej, „jaka spadła na nas niespodziewanie po światowym kryzysie gospodarczym, który uderzył w byt milionów ludzi, przyszło testujące nasze człowieczeństwo i zdolność do współczucia doświadczenie kolejnych fal tragicznych migracji z Bliskiego Wschodu i Afryki. Po serii wydarzeń politycznych, które mocno zachwiały wiarą w trwałość demokracji jako systemu władzy, sposobu życia ludzi od Europy Środkowej po Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, nastąpiła pandemia koronowirusa, zabierając miliony istnień, przecinając nierozerwalne, jak nam się wcześniej zdawało, globalne związki naszego świata. Gdy zaczęliśmy się powoli otrząsać z tych klęsk, stanęliśmy na krawędzi kolejnej wojny światowej i zostaliśmy świadkami próby zniszczenia całego państwa oraz planowej eksterminacji jego społeczeństwa – i to w Ukrainie, na rubieżach Unii Europejskiej. Udziałem Europy stało się raz jeszcze doświadczenie zbrodniczego imperializmu, śmierci, cierpienia i milionowych migracji ofiar napaści, ale także heroicznego oporu w obronie wolności oraz masowej, bezinteresownej pomocy potrzebującym. Gdyby kilkanaście, a nawet kilka lat temu ktoś tak opisał najbliższą przyszłość naszego świata, zostałby zapewne wyśmiany… Kiedy piszę te słowa, jest wiosna 2023 roku. Nie wiemy, dokąd to wszystko zmierza i jak się zakończy… W tej książce znajdą się ślady dawnego sposobu myślenia, sprzed katastrof naszych dni, z czasu utraconej już dziś pewności własnego bytu i miejsca w świecie, ale też z epoki masowej swobodnej turystyki i w miarę bezpiecznego życia. Z epoki, kiedy wakacyjne wycieczki mogły niekiedy czasami prowadzić nas śladami Greków i Rzymian”.

I jest tutaj Marek Węcowski najlepszym interpretatorem swej książki. Tak, na plan pierwszy wybija mocno to, że chodzi mu o pokazanie przeszłości antycznej Grecji, głównych linii rozwojowych jej myśli filozoficznej, egzystencjalnej, elementów stymulujących postęp wiedzy i znajomości świata przyrody. Problemów, dramatów i dylematów cywilizacyjnego, społecznego i kulturowego rozwoju wraz z immanentnie w niej zawartymi przyczynami przyszłego upadku. Problemów, które my – ludzie cywilizacji epok późniejszych – w większości przypadków odziedziczyliśmy w spadku po niej, z całym dobrodziejstwem inwentarza. I z którymi borykaliśmy się, i nadal borykamy, z rozmaitymi skutkami – tak jak oni, nasi poprzednicy niegdyś przed paroma tysiącami lat.

Tak, jest tutaj Węcowski, by tak rzec, prezentystą pełną gębą, czyli patrzącym na przeszłość z naszego teraźniejszego punktu widzenia, jak zresztą większość piszących o przeszłości publicystów historycznych, jak i również wielu zawodowych historyków z odpowiednimi tytułami naukowymi. Z wyjątkiem może tylko rzadkiego już dzisiaj gatunku „mężów uczonych”, czyli tzw. historyków „czystych”, tzn. tych zajmujących się czasami minionymi, faktami czy wydarzeniami z przeszłości, mniej lub bardziej incydentalnymi. Bez łatwego moralizowania czy prób pouczania swoich współczesnych, a przede wszystkim w celach czysto poznawczo-dokumentacyjnych. Stających się potem bardzo często dla badaczy czy myślicieli materiałem wyjściowym dla innych historyków uczonych budowania późniejszych analiz i konstrukcji, szerszych syntez, uogólnień historiozoficznych… Już na ogół bez owych prób bezpośrednich wycieczek w inne, bliskie nam czasy: kierujące naszą uwagę w przeszłość czy nawet i przyszłość. Nie ma nic oczywiście a priori złego czy dobrego w jednym czy drugim (czy tysięcznym pośrednim) stanowisku czy konkretnym przypadku. Wszystko zależy od tego, jakie cele i zadania stawia przed sobą zarówno ów „mąż uczony”, jak i ci wszyscy późniejsi prezentyści nawiązujący do z jego badań, dorobku i ustaleń!

Marek Węcowski i cała zawartość jego książki Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy – a zwłaszcza jej rozdziały, takie jak: Swoi, obcy i bestie albo co o znaczyło być Grekiem, Helleńska lekcja prywaty i patriotyzmu, Tułaczy los. Deportacje, uchodźczy i wygnańcy w starożytnej Grecji, Zniszczysz wielkie państwo. Grecy, Ukraina, Zachód czy zamykający ją esej Wojna, imperializm, demokracja. Lekcja historii klasycznej – potwierdzają w całej pełni, że owa wielka LEKCJA historii klasycznej zadana nam wszystkim, czyli ludziom naszych czasów, zarówno tym ze Wschodu, jak i z Zachodu, przez przywoływane tu tak złożone dzieje europejskich ludów i cywilizacji, których jako wedle Cypriana Norwida „późni wnukowie” jesteśmy, chcąc nie chcąc, spadkobiercami, jak i niesione przez nie dramatyczne pytania i zadania do odrobienia, dzięki ich pełniejszemu poznaniu, będą, powinny być, dla nas nieco może łatwiejsze.

 

Znakomitej Joanny Kuciel-Frydryszak nikomu przedstawiać nie trzeba, to autorka niezwykle płodna, popularna i nagradzana. Po głośnych Służących i Chłopkach, sprzedanych w setkach tysięcy egzemplarzy, powróciła z biografią Antoniego Słonimskiego (Heretyk na ambonie), której pierwsze wydanie ukazało się w 2012 roku i było wówczas wydarzeniem. Tym razem jednak otrzymaliśmy dzieło już prawie kompletne, choć w znacznej części bazujące na pierwowzorze, o niemal podręcznikowym charakterze. Być może wpływ na to miała działalność dydaktyczna Autorki jako wykładowczyni w jednej z wrocławskich uczelni, co miało tylko pozytywne skutki. Widać to również w didaskaliach: przypisach i starannym kalendarium. Rzecz więc jest warta nie tylko półki przeciętnego polskiego inteligenta, ale bibliotek szkolnych, publicznych, a może nawet uczelnianych.

W ogóle z biografiami jest ten szkopuł, że autorzy często wpadają w sidła zastawione uprzednio przez swego bohatera, aby pogłębiać jego legendę, chronić pamięć po śmierci, podtrzymywać mit. Tak dzieje się zazwyczaj przy okazji wydawania współczesnych żywotów świętych, biografii papieży, kardynałów i biskupów, zmarłych gwałtownie prezydentów, generałów przegranych powstań czy żołnierzy wyklętych. Lektura takich arcydzieł przyprawia często o mdłości, ale bywa też przypadłością à rebours, lukrując bohaterów, którzy się temu za życia gorąco przeciwstawiali.

Czy Joanna Kuciel-Frydryszak popada w ten nieznośny ton? Na pewno stara się go unikać, posługując się przede wszystkim warsztatem dziennikarza i historyka, w mniejszym zakresie uczonego polonisty. To może powodować miejscami nieznaczne rozczarowanie, ale przecież mamy do czynienia z książką popularyzatorską, jak znalazł na otwierający się w 2025 rok Antoniego Słonimskiego – z założenia mający przecież przybliżyć jego życie i postać. Mamy więc dwie okoliczności, składające się na zainteresowanie bohaterem; a trzecią, poniekąd moją osobistą, jest stojący na półce z podręczną lekturą mocno zaczytany egzemplarz Alfabetu wspomnień. Słonimski bowiem doskonale zawczasu opisał swoje życie, snując kapitalną opowieść o czasach głównie przedwojennych oraz wojennych. Siadając do lektury Heretyka, automatycznie miałem wspomnienia Słonimskiego przed oczami, podobnie jak jego felietony czy wiersze, wydane jeszcze w latach 90. czy już dwutysięcznych. No, a także epizodzik z mojego trójkowego radiowego żywota, kiedy to doskonały redaktor Wojciech Zimiński z dumą przyniósł do radia przedwojenny tomik poezji, podpisany ręką pana Antoniego. Dla nas, współautorów magazynu „Zgryz” Jacka Janczarskiego i Macieja Zembatego, rzecz absolutnie kultową.

Tymczasem lektura biografii Kuciel-Frydryszak na tym osobistym poniekąd tle nie rozczarowuje, czyniąc z dostępnego i całkiem obfitego zasobu relacji, wspomnień, notatek i ocen swoiste podsumowanie, okraszone bardzo solidnym warsztatem, traktującym także o historycznym tle dziejących się wydarzeń. Był bowiem Słonimski ich świadomym akuszerem w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy współtworzył Pikadora i Skamandra, pisał w „Wiadomościach Literackich”, walczył z ciemnogrodem, faszyzmem i miejscową endecką reakcją. Ale przede wszystkim inspirował piórem, będąc kontynuatorem tradycji kronikarskiej Bolesława Prusa. Bywał często gnojony słowem przez miejscowych faszystów (dziś nazwalibyśmy to hejtem…), nawet policzkowany przez tchórza i późniejszego hitlerowskiego konfidenta, wyzywany na pojedynki, szargany przez sądy. Radził sobie z tym jednak doskonale, przecinając znakomitym piórem felietonisty ropień nienawiści i wzrastającego antysemityzmu. Otrzymywał za tę działalność wówczas zasłużone laury i uznanie, choć np. jako recenzent życia teatralnego Warszawy znany był z okrucieństwa (szczególnie dla szmiry i tandety). Sam zresztą pisał wspaniałe rzeczy na scenę, na czele z Rodziną, genialnie swego czasu wystawioną przez Edwarda Dziewońskiego. Ale popularność przysporzyły mu też tomiki poezji, prozy, wydania felietonów czy Pracowita Pszczółka, pisana z Julianem Tuwimem, absolutnie prekursorska względem słowotwórstwa naszych czasów. Kto wie, czy nagroda na młodzieżowe słowo roku nie powinna właśnie nosić miana „Pracowitej Pszczółki” – wszak Tuwim ze Słonimskim byli tu absolutnymi mistrzami i wzorami do naśladowania. „Kto zje grzybka zdrów jak rybka” – piękne, prawda?

Autorka biografii stanęła przed trudnym zadaniem objaśnienia wyborów ideowych swojego bohatera, w tym tych najtrudniejszych i budzących największe kontrowersje, związanych z zaangażowaniem się Słonimskiego w Polskę Ludową. O ile przedwojenny nawiązywał, jako obywatel i gentleman, do Towarzystwa Fabiańskiego i dorobku G. B. Shawa (snobując się nań trochę…), a na gruncie polskim sympatyzował z lewicą legionową i piłsudczykowską (choć walczył piórem z Berezą Kartuską…), to jego powrót z emigracji wojennej do „Polski takiej, jaką ona była”, musiał być okupiony zerwaniem z dotychczasowym stanowiskiem i pozycją. Kuciel-Frydryszak porusza ten temat odważnie, bazując na dokumentach i relacjach (których spis polecam), mimo że mogłaby narzucić sobie autocenzurę. Był to okres ożywionej działalności organizacyjnej Słonimskiego w środowisku pisarskim, bardzo złych wystąpień i ataków, z publicznym opluciem Czesława Miłosza włącznie. Wydobyciem się zaś z tego mroku stała się jego krytyczna wobec rzeczywistości PRL-u działalność po 1956 roku, właściwie do końca życia. Naznaczona rysem opozycyjnym, kartą obywatelskiego oporu i niezgody (List 34), podsłuchów, prześladowań, stolika w PIW-ie i U Marca (współczesnej Antycznej przy Placu Trzech Krzyży) i wzrastającego autorytetu Słonimskiego, jako sumienia tamtych czasów. Książka z tym okresem radzi sobie zresztą zaskakująco dobrze, pisząc prawdę o Liście 34 i kontrliście (tzw. volksliście) i np. o pewnych poszukiwaniach przez Słonimskiego kompromisu z władzą. Książka nie ma więc białych plam, prowadzi nas detalicznie przez życie pana Antoniego, zarówno zawodowe, pisarskie, jak i towarzyskie, czy po części uczuciowe. Opisując otrząsanie się ze złudzeń, nie czyni ze Słonimskiego bohatera spiżowego, bo był to proces bardzo skomplikowany, gdzie służebną rolę miały do odegrania także osobiste niechęci (np. do Jarosława Iwaszkiewicza). Piękne jest także przypomnienie przez autorkę procesu pojednania ze środowiskiem emigracyjnym, dokonane w jedynym wierszu rozliczeniowym z ciemnym okresem życia Słonimskiego. Wykluczony w PRL-u epoki Gomułki z oficjalnego życia, Słonimski chciał być „Polakiem maniakalnym”, dlatego pytał w 1968 roku, dlaczego jego ojczyzną ma być Egipt? I tu może jedna tylko uwaga redakcyjna – cytowany na stronie 331 biografii „wierszyk okolicznościowy” dokonał przeinaczenia, może nieznacznego, ale dla obznajomionych z twórczością pana Antoniego widocznego. Powinno być, „niosąc tyfus, wszy i lues”, słowo „blues” jest tu zdecydowanie nie na miejscu. A posiłkuję się tu także Antonim Marianowiczem, który wiersz przytacza prawidłowo.

Mają więc wyznawcy poglądów i postawy Antoniego Słonimskiego lekturę, którą warto przestudiować, a nawet przedyskutować. Nie chcę zapeszać, ale fabiańska postawa ideowa ma obecnie swoje wielkie dni, szczególnie w młodym inteligenckim pokoleniu, a dzieło i życie Słonimskiego było z nią zupełnie zgodne. Dlatego warte jest uwagi i może należy je uwzględnić w swoich osobistych rozważaniach i wyborach, a lektura biografii pióra Joanny Kuciel-Frydryszak świetnie w tym pomoże.

 

*  *  *

Niniejszą recenzją wchodzimy w 2025 – rok Antoniego Słonimskiego.

W tym roku obchodzimy 130. rocznicę urodzin pisarza i poety, co Sejm uczcił stosowną uchwałą rocznicową, wskazującą na jego wielkie zasługi dla kultury polskiej. Za uchwałą głosowało 425 posłów, 4 było przeciw, 14 wstrzymało się od głosu, co jest rezultatem nader krzepiącym, zważywszy na zasługi Patrona w tępieniu ciemnogrodu, totalitaryzmu, faszyzmu, nacjonalizmu i antysemityzmu.

To, że Słonimski, w swej postawie inspirowanej racjonalizmem, socjalizmem i kulturą angielską, może być dziś uznawany za patrona nowej Polski i Polaków, jest jego największym zwycięstwem. Uznając to za doniosłe wydarzenie, redakcja „Res Humana” włączy się w obchody tej rocznicy, przede wszystkim poprzez publikację tekstów na swoich łamach. Gdyby rok 2025 miał przyczynić się do upowszechnienia dzieła patrona, to byłoby to już naprawdę niemało.

 

Ismail Kadare zajmuje we współczesnej literaturze albańskiej miejsce unikatowe, nieporównywalne z nikim innym, zarówno jeśli chodzi o jej rozpoznawalność w świecie, jak i też wkład w rozwój języka i doskonalenie formy powieści” – uważa Marek Jeziorski, tłumacz i znawca Albanii.

Rozgłos przyniosła Ismailowi Kadaremu już jego pierwsza powieść Generał martwej armii, opublikowana w 1963 roku. Przełożona na pięćdziesiąt języków, dwukrotnie przeniesiona na ekran (po raz pierwszy w 1983 r. przez włoskiego reżysera Luciano Tovoliego z Marcello Mastroiannim w roli generała Ariosto) zwróciła uwagę krytyków na pisarza, którego głos przyjęto jako uniwersalny sprzeciw wobec totalitaryzmów. W Polsce powieść ukazała się w 1984 roku w tłumaczeniu z języka francuskiego, gdyż tak się ułożyły losy Kadarego i jego dzieł, że to Francja i język francuski stały się dla nich bramą do światowej rozpoznawalności. Pierwsze pięć powieści Kadarego czytelnicy w Polsce mieli możliwość poznać właśnie z wtórnych tłumaczeń, z języka francuskiego.

W 2024 roku, tuż po śmierci autora, oficyna „Sedno” wydała Most o trzech przęsłach, powieść Kadarego z 1978 roku, w bezpośrednim z albańskiego tłumaczeniu Marka Jeziorskiego. To już drugi owoc współpracy Wydawnictwa Akademickiego „Sedno” z M. Jeziorskim. Rok wcześniej nakładem „Sedna” ukazała się Kronika w kamieniu, w ocenie wielu krytyków, najlepsza powieść Kadarego, najpełniej oddająca unikatowość i profuzję jego twórczości.

Kronika w kamieniu to kronika Gjirokastër, rodzinnego miasta Ismaila Kadarego, w czasach drugiej wojny światowej. „To było dziwne miasto, które sprawiało wrażenie, jakby nieoczekiwanie pojawiło się w dolinie pewnej zimowej nocy niczym prehistoryczna istota i wdrapując się z ogromnym wysiłkiem, przywarło do zbocza góry” opisuje I. Kadare.

Miasto z kamienia, zrośnięte ze skalną ostrogą, na której trwa od wieków, z niezmienną wytrwałością znosząc surowe zimy, trzęsienia ziemi, nawałnice i kolejne fale okupujących je najeźdźców. Jak Rzym, rozłożona na siedmiu wzgórzach, na zboczu surowej góry, Gjirokastra jest ucieleśnieniem górskiego piękna w swoim nietkniętym stanie. Czas odcisnął swoje piętno na ruinach, niemniej miasto pozostaje prawie nienaruszone. Kamienie domów łączą się z brukiem dróg i dachami z łupków, a nad tą scenerią dominuje wielka forteca i ołowiane niebo. Domy przypominają fortece. Dwukondygnacyjne, wysokie, z piwnicami, które mogą pomieścić w razie niebezpieczeństwa nawet sto osób, połączone labiryntami zaułków i tajnych przejść, tworzą nieodgadniony magiczny świat. Nieobjęta przestrzeń tajemnic i literatury.

Opowieść Kadarego, chociaż obfituje w detale architektoniczne i obyczajowe, jest naturalnie nieporównanie czymś bardziej złożonym i bardziej uniwersalnym niż swoisty przewodnik po miejscu i historii.

Poznajemy je oczami dziecka, obdarzonego szczególną wrażliwością i wyobraźnią. Któż inny niż dziecko mógłby przejmować się losem kropel deszczu, uwięzionych w cysternie, od której to sceny rozpoczyna autor swoją opowieść? Fantasmagoryczna, a jednocześnie poetycka, wizja dziecka ożywia miasto, wyświetla emocje prostych, pełnych namiętności ludzi. Personifikacja miasta u Kadarego jest zabiegiem celowym. Bo to Gjirokastra, chociaż jej nazwa nie pada na kartach powieści, jest właściwym bohaterem powieści. Miasto niby kamienny pancerz chroni kruche ciała jego mieszkańców przed przemocą i surowym, okrutnym losem.

Wzruszająca naiwność dziecka-narratora (alter ego autora), które głęboko przeżywa zetknięcie z podglądanym światem dorosłym, a jednocześnie – przez nieświadomość grozy czasów – traktuje wojnę, naloty, śmierć jak rodzaj zabawy, pozwala Kadaremu snuć poetycką, oniryczną opowieść o swoim mieście-wszechświecie, tak jak wspomina się dzieciństwo lub sen, i równolegle, bez zbędnego patosu i chęci wywołania współczucia u czytelnika, ukazywać bezlitosną prawdę o Albanii czasów wojny.

Most o trzech przęsłach, krótka powieść z 1978 roku, przenosi nas do XIV wieku i do starej albańskiej legendy o budowniczych mostu, którzy – by przezwyciężyć klątwę – popełniają morderstwo i w jednym z przęseł zamurowują człowieka. Kilka dziesięcioleci później najeźdźcy otomańscy przechodzą przez most i podbijają Albanię, która pozostanie pod jarzmem Turków przez ponad cztery stulecia. Powieść-baśń, z wieloma odczytaniami, łączy w sobie refleksję nad zmaganiami zwolenników tradycji i postępu z odniesieniami do czasów Kadaremu współczesnych, gdyż rzecz traktuje też o władzy absolutnej, jej nadużyciach, o korupcji i manipulacji ludźmi. A wszystko to w przedziwnej atmosferze przesądów, lęków i paranoi.

Osobne słowo należy poświęcić tłumaczowi. Piękno i zalety przekładu na polski docenił i podkreślił wydawca, wybijając nazwisko translatora na okładce książek. Marek Jeziorski jest nie tylko znawcą języka albańskiego i autorem pierwszego, historycznego słownika polsko-albańskiego. Jeziorski, zawodowy dyplomata i były ambasador Polski w Albanii, jest również wybitnym ekspertem od spraw albańskich, także albańskiej kultury i tradycji. Trudność przekładu prozy Ismaila Kadarego polega zaś nie tylko na bogactwie języka pisarza i jego nieprzeciętnej inwencji słowotwórczej. Opowieści o Gjirokastrze i średniowiecznej Albanii wymagają detalicznej znajomości realiów i kontekstu kulturowego, którym to wyzwaniom może podołać jedynie najwyższej klasy ekspert od albańskości.

Szczepan Twardoch, Powiedzmy, że Piontek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024, 252 strony.

Erwin Piontek, siedemdziesięciokilkuletni emerytowany szishajer, czyli górnik strzałowy pierwszej klasy z KWK Knurów i kibic Ruchu Chorzów, zwiedziony przygodami Leonida Teligi i jego jachtu Opty, postanawia opłynąć świat. Nie żeby od razu pływać po morzach i oceanach, co to, to nie! Piontek za marne pieniądze kupuje w lokalnej przystani mocno zdezelowaną łódkę o nazwie Venus i rusza na …Zalew Rybnicki. Teliga w swojej podróży dookoła świata przepłynął 13 260 mil, to ponad 23 860 km więcej, niż pół równika. By mu dorównać, Piontek musi wielokrotnie opłynąć Zalew, nie wychylając nosa poza miejscowe opłotki. Zostawia rodzinę, naraża się na gniew żony, marnotrawi pieniądze, którymi miał wspomóc syna. Imperatyw!

Żeglarstwo podąża za nim od dziecka, ojcowski pasek nie wybił mu całkiem z głowy tych niestosownych marzeń. Pływa po Zalewie z pewnymi przygodami, dziennikarze wietrzą sensację, ale na krótko. Cóż ciekawego może być (poza samą ideą) w pływaniu w kółko?

Twardoch mówi pas w okolicach osiemdziesiątej strony. Pogrąża zmarzniętego Erwina w letargu, a sam przenosi akcję na południe Afryki. Erwin Piontek mógł urodzić się wcześniej albo później, zostać wychowany przez kogoś podobnego do Paulka Piontka (ojca bohatera), a może zupełnie odmiennego. Gdyby urodził się taki sam, zupełnie taki sam, ale został inaczej wychowany, czy byłby takim samym człowiekiem? Czy byłby tym samym człowiekiem?’’.

To stary spór: geny czy wychowanie? Przez kolejne 80 stron ten drugi Erwin, osobnik z innego czasu i innego miejsca, ale przecież taki sam człowiek, przeżywa swoje skomplikowane przygody na południu Afryki. „Teraz jest rok 1905, wiosna, teraz znajduje się również na terenie Deutsch-Suedwestafrika, czyli Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej”. Tam mieszają się rasy, plemiona, szczepy, kolory skóry, wierzenia, tradycje, języki. «Nie jesteś kimś innym. Jesteś tylko w innej sytuacji»” – mówi naszemu bohaterowi autor. W tej mieszaninie wszystkiego ze wszystkim trudno odnaleźć jakieś racje, jakieś uzasadnienia. „Herero i Damara tak naprawdę są pojęciami bez desygnatu, jak rasa ludzka, Bóg albo prawa człowieka. Herero, których wedle literatury rabował Hendrik Witboi i jego ojciec Moses Witboi, wcale nie wiedzieli, że są jakimiś Herero. Uważali, że są po prostu ludźmi. Sprawa ta jest raczej skomplikowana”.

O inne „fantomy” autor nie pyta, ale można sobie dopowiedzieć jeszcze kilka. Po co jednak to robić, skoro wystarczy, że jego tożsamość i tak określana jest przez wspólne miano: „człowiek”. I wojnę światową przeżył Piontek w szeregach niemieckiej formacji Schutztruppen, a potem w obozie jenieckim pod zarządem południowoafrykańskim.

Nie sposób opisać kolejne przygody bohatera, a ich skrót musiałby wprowadzić jeszcze większy zamęt.

Piontek kończy swoje afrykańskie przygody w 1928 r., wypełniając przyrzeczenie, które dał przed laty Hendrikowi Witboiowi. Zabija więc jego wroga, mordercę jego bliskich – komisarza Rzeszy Curta von Francois, mieszkającego teraz nieopodal Berlina.

A powieść po raz kolejny przenosi Erwina Piontka w jego następne wcielenie – do Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. Jest rok 2031, to dalej niż czas teraźniejszy.

W roku 2028 (w czasie uznawanym obecnie przez nas za czas rzeczywisty nastąpi to dopiero za cztery lata) miała miejsce kolejna transformacja ustrojowa, a właściwie powrót do nieco zmienionej dawnej realności ustrojowej, przypominającej (wydawałoby się – pogrzebany na zawsze) socjalizm. Wspólnotę euroatlantycką szlag trafił, co nie wydaje się całkiem nieprawdopodobne[1]. Teraz już sam Piontek opowiada następne fragmenty własnej historii.

Jest oto doktorem socjologii. Doktorat zrobił w 2007 r. na Uniwersytecie Śląskim. Nie kontynuował jednak kariery naukowej, „bo wyżyć się z tego nie dało. Dostałem natomiast pracę w salonie samochodowym, po paru latach awansowałem i zawodowo zajmowałem się flotową sprzedażą samochodów marki Opel, co nie uczyniło mnie bogaczem, ale pozwoliło utrzymać rodzinę i żyć na przyzwoitym poziomie”. Ludowym Państwem Polskim (to nowa/stara nazwa tego państwa) rządzi Naczelnik Państwa – profesor Zenon Wilk. A Erwin Piontek w swoim nowym wcieleniu jest uderzająco podobny do Naczelnika LPP.

Miałem chrapkę na dalszy ciąg opowieści o losach Erwina, zmuszonego do odgrywania roli swego oficjalnego sobowtóra przed nieznającej prawdy opinią publiczną i gawiedzią dziennikarską… Ale autor/narrator wdał się w wielowątkowe refleksje na temat masochizmu Naczelnika Państwa, zamachu stanu, a wreszcie w dywagacje o nieograniczonych możliwościach kreacji autorskich. Pamiętajmy przy tym, że narrator to nie Twardoch – stają nawet w opozycji wobec siebie, co zostaje podparte Heideggerem i Bhagawadgitą. Od Heideggera autor zaczerpnął zdanie: „Świat nie może istnieć przez człowieka, ale nie może też istnieć tak, jak jest, i takim, jaki jest, bez człowieka”.

W tym zamęcie pojęciowym przepadł całkowicie Erwin Piontek – entuzjasta żeglarstwa morskiego, Erwin Piontek – kolonizator Czarnej Afryki i Erwin Piontek – sprzedawca Opli i sobowtór Naczelnika Państwa z czasów LPP. A odegranie przez niego tej ostatniej roli wydawało mi się arcysmakowite. Szkoda. Żal także przerwanego wątku o górniku przodowym, kibicu Ruchu i mężu Mariki. Bo Marika, jak to Ślązaczka, mogła wziąć srogi odwet na niesfornym małżonku, którego tak niestosowne figle (jak pływanie po Zalewie) się trzymają. Wybiłaby mu wtedy z głowy metamorfozy i Bhagawadgitę, i Heideggera nawet.

Przeszkadzały mi także sceny sugerujące masochizm Prezydenta, sorry, Naczelnika Państwa, bo wydały mi się sztucznie doczepione, ni przypiął, ni przyłatał.

Każda recenzja musi zakończyć się konkluzją. Sam autor zakończył książkę sentencją: „Jesteście jednym i tym samym człowiekiem, Erwin. Wasze geny, ciała i mózgi są takie same, a to, co w was różne, to powierzchowne piętno naszych czasów, w których się wychowaliście, chociaż wszyscy na dodatek jesteście z Pilichowic, takiej zupełnie nieważnej miejscowości na Górnym Śląsku”.

Przyznajmy, że Piontek nie jest arcydziełem na miarę Króla czy Morfiny. Najbardziej przypomina poprzednią powieść autora – Chołod, z interpretacją której sam nie potrafiłem się uporać. Twardoch to jednak pisarz wybitny i bubla spod pióra nie wypuści. I choć zakałapućkaliśmy się – on w pisaniu i ja potem w czytaniu – to książkę wszystkim polecam. Szczególnie, że sporo dialogów (zwłaszcza w umownej części pierwszej) napisał w języku śląskim, dopiero co odstawionym do kąta przez veto Naczelnika…(o, przepraszam! Prezydenta Rzeczpospolitej), więc te apetyczne fragmenty polecam szczególnie.

[1] Wyczyny duetu Biden – Trump, kandydatów rywalizujących o przywództwo nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz w całym zachodnim świecie, wskazują, że koniec hegemonii tej wspólnoty wydaje się całkiem realny.

Recenzja została opublikowana w numerze 5/2024 „Res Humana”, wrzesień-październik 2024 r.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków, Marginesy, Warszawa 2018, 304 strony.

Nie sięgnąłbym po tę pozycję, gdyby jej autor nie został republikańskim kandydatem na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Jakoś ominęła mnie fala zachwytów nad tą książką wtedy, gdy ukazywała się drukiem (2016 rok, polskie wydanie – luty 2018). Może dlatego, że nie przepadam za autobiografiami ani też za opowieściami o typowo amerykańskich karierach od pucybuta do milionera.

Teraz zainteresowało mnie w szczególności, jak to się mogło stać, że człowiek, który twardo określał siebie jako „ktoś, kto nigdy nie poprze Trumpa” (a ‘Never Trump’ guy), zastanawiał się, czy ekscentryczny miliarder jest „cynicznym d…pkiem w rodzaju Nixona”, czy też „Hitlerem Ameryki” i na łamach szacownego „The Atlantic” pisał, że „Trump jest kulturową heroiną”, a jego obietnice – „igłą w kolektywnej żyle Ameryki” – w końcu stał się na tyle żarliwym wyznawcą poprzedniego prezydenta USA, że ten wskazał go na swojego zastępcę. I – pamiętajmy – potencjalnego następcę.

Na to pytanie w książce nie znalazłem odpowiedzi. Nie mogła ona oczywiście paść wprost, bo jej autor w czasie pracy nad nią prezentował właśnie ów nieposkromiony krytycyzm wobec enfant terrible amerykańskiej polityki. Chodziło mi raczej o poszperanie w głowie J. D. Vance’a, przekonanie się, czy to może on jest absolutnym cynikiem, czy też Trump uwiódł go z jakiegoś innego powodu.

Jak i wielu innych bidoków. Elegancko przełożył to tłumacz; pewnie bardziej precyzyjne byłoby na przykład użycie rzeczownika buraków. Sam Vance cytuje to określenie (hillbillies) z autoironią, pewnym ciepłem i nawet odrobiną dumy. Osiem lat temu jeszcze nie wiedzieliśmy, że biali, niewykształceni, bezrobotni lub imający się dorywczych, słabo płatnych prac, biedni i ulegający szybkiej dalszej pauperyzacji mieszkańcy amerykańskiej prowincji są nie tylko warstwą poszkodowaną w globalnych procesach ekonomicznych, ale i zarzewiem kłopotów jednej z najstarszych demokracji. Wystarczyło ich wezwać do marszu na Kapitol, narzucić narrację o skradzionych wyborach.

A wcześniej omamić wizją przekształcenia pasa rdzy ponownie w pas stali. Obiecać odtworzenie przemysłu, powrót miejsc pracy w wielkich fabrykach. W swojej historii Vance kreśli obraz społeczności właściwie zdegenerowanej, z wszechobecną przemocą, alkoholizmem, narkotykami, rozpadającymi się więziami rodzinnymi. Jego dziadkom udało się jednak nie tylko przedostać z biednego Kentucky do trochę bogatszego Ohio, znaleźć niezłą i stabilną pracę w hucie, kupić dom z czterema sypialniami, samochód – słowem awansować do (niższej) klasy średniej. Był to przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych; jeśli się to porówna z sytuacją w zniszczonej wojną Europie, zwłaszcza Wschodniej, to można nawet odczuć coś na kształt lekkiej zazdrości.

Przyzwyczajeń jednak łatwo się nie zmieni. Awantury domowe, wyzwiska i przekleństwa, libacje, nieustanne zmiany partnerów matki, ciągłe przeprowadzki i ucieczki, kompletny brak zainteresowania nauką dzieci w szkole – wszystko to nieustannie towarzyszyło młodemu chłopakowi w pierwszych kilkunastu latach życia. Sam też nie stronił od prawa pięści i eksperymentował z narkotykami. Uczył się marnie i nie widział perspektyw. Uratowali go dziadkowie (którym powieść zadedykował; podczas kolejnych zwrotów w życiu przyjął ich nazwisko oraz imię dziadka, jako drugie), starsza siostra i – jak twierdzi – głęboka religijność ojca, z którym nawiązał kontakt po latach, uciekając na jakiś czas od matki. Kluczową decyzją było jednak odłożenie studiów (pod wpływem babci zabrał się w końcu do nauki i skończył liceum) i zaciągnięcie się do wojska. To armia nauczyła go radzenia sobie z takimi sytuacjami życiowymi, jak porównanie ofert kredytowych czy korzystanie z dostępnych systemów wsparcia. Okazało się m.in., że dzięki służbie i pochodzeniu (oraz specjalnemu uczelnianemu stypendium) studia na prestiżowym Yale były dla niego tańsze niż na uniwersytecie stanowym. Stąd już otwarta droga do dobrych staży, obiecującej kariery prawniczej i w firmach z Doliny Krzemowej, napisania bestsellera, miejsca w Senacie i wiceprezydenckiej kandydatury.

Zaczynałem czytać tę powieść z dużą nieufnością. Potykałem się na jej początkowej chropowatości, z czasem zaczynała jednak wciągać. To naprawdę nieźle napisana książka! Chwilami lekkością i humorem przypominała mi Sen o okapi Mariany Leky. Czasami autor uderza w poważniejsze tony, dokonując krótkich analiz socjologicznych opisywanej przez niego społeczności. Wspomnienia nacechowane sympatią i współczuciem mieszają się z troską i propozycjami rozwiązań. Propozycjami, dodajmy, z katalogu raczej Demokratów (których od zawsze jawnie popierała politycznie świadoma część jego rodziny z babcią na czele) niż partii, do której Vance ostatecznie przystąpił.

To subiektywny zapis faktów i obserwacji, co autor zaznacza od razu na wstępie. Redaktorka „The New Yorkera” Jessica Winter w specjalnym eseju (The Story That Hillbilly Elegy Doesn’t Tell, 16.08.2024) cytuje prawniczkę zajmującą się sprawdzaniem faktów Donnę Morel, która ustaliła nieścisłości rzucające być może nieco inne światło na niektóre poruszane przez Vance’a sprawy. Nie podważają one jednak wiarygodności wywodu.

Nie wiem tylko, skąd ta elegia w tytule. Zwiastuje wymarcie całej tej warstwy, której dzieło jest poświęcone? Jej awans? Raczej zanosi się na proces odwrotny. Jeśli ktoś miałby zniknąć, to może autor – z polityki. Bo jest uważany za młodsze, lepsze i przez to bardziej niebezpieczne wcielenie jego obecnego protektora. Za Trumpa 2.0.

Recenzja została opublikowana w numerze 5/2024 „Res Humana”, wrzesień-październik 2024 r.

Joanna Turakiewicz-Pietras, Ciocia Mati i tajemniczy mnich, ilustracje Małgorzata Uglik, Wydawnictwo Novelka, Zielona Góra 2021, 160 stron.

Szkoły już rozbrzmiewają uczniowskim gwarem i dzwonkami wzywającymi na lekcje, dzieci i młodzież powróciły z wakacji do swoich szkolnych i domowych obowiązków, a mnie przeraziła coroczna powakacyjna statystyka wypadkowości i śmiertelności – jakby to groźnie w kontekście dziatwy szkolnej nie brzmiało.

Rokroczne statystyki utonięć są naprawdę przerażające, latem niemal każdego dnia co najmniej jedna osoba traci życie pod wodą, a bywają przecież czarne soboty i niedziele. Tylko w czerwcu i lipcu br. utonęło 135 osób, a od początku 2024 r. liczba utonięć sięgnęła 259 ofiar. W roku 2023 w polskich wodach utonęło 450 osób, w tym 204 osoby podczas wakacji. W bieżącym niestety idziemy na rekord. Ciągle czyta się i ogląda, że woda kogoś pochłonęła. I nie jest to tylko wina nieumiejętności pływania, ale przede wszystkim – brawury i lekceważenia siły żywiołu. Klasyczny przykład takiego żywiołu stanowią morskie prądy wsteczne, które zabrały niejednego plażowicza. Na nic słowa przestrogi, szkolenia i ratownicy WOPR. Plażując, bohater i tak wie lepiej i wskakuje do morza bez przygotowania. Nie wspominając o górach – niedawno okazało się, że próbowanie wody z potoków górskich powaliło kilkudziesięciu turystów.

Ostatnio wpadła mi do rąk lektura, której walorów nie można w powyższym kontekście przecenić, skierowana do dzieci młodszych i starszych, a traktująca generalnie o tym, jak wychodzić z opresji albo do nich nie dopuszczać. Wyszła spod pióra Joanny Turakiewicz-Pietras, autorki z zielonogórskiej, przed którą, jako mamą trójki dzieci, stanęło (jak się domyślam) rodzicielskie zadanie uchronienia swej dziatwy od przeróżnych niebezpieczeństw. Co przecież swoją drogą każdy rodzic stara się wdrażać we własnym zakresie i najlepiej jak potrafi, choć wskazówek i pomocy nie ma zbyt wiele. Partnerami całego tego (ze wszech miar potrzebnego) przedsięwzięcia okazały się: Komenda Miejska Policji w Zielonej Górze, WOPR województwa zachodniopomorskiego, Grupa Karkonoska GOPR oraz Centrum BHP i PPOŻ Sela – a więc instytucje wyspecjalizowane, co w tym przypadku ma duże znaczenie.

Warty przy tym odnotowania jest również fakt, że tematem bezpieczeństwa dzieci zajmuje się także na serio nasz system edukacyjny. Nawet już w przedszkolu – z wizytami policjantów i ratowników na czele.

O ile jednak dziatwa przedszkolna jest z codziennego i wakacyjnego bhp szkolona całkiem skutecznie, to im dalej przemierza ona kolejne szczeble polskiego systemu, tym bardziej wiedza i nawyki wietrzeją. Osobliwie zaś wietrzeją na progu dorosłości, co wie każdy rodzic, zmagający się z trudami wchodzenia swoich dzieci w nastoletniość.

Wiadomo, że z biegiem lat trzeba wzmacniać ostrzeżenia. Tylko jak robić to inteligentnie i na miarę naszych czasów? Drętwa mowa rodzica bywa tu coraz bardziej nieskuteczna, a w pewnym wieku dziecka staje się wręcz asumptem do działań wprost przeciwnych. Pozostaje więc przekaz popkulturowy: lektura, filmy (PRL miał w tej mierze swoje niezaprzeczalne sukcesy…), gry wideo, a nawet rap. Tu posłużę się przykładem, jak działa tzw. odpowiedzialny polski rodzic. Będąc nad Morzem Bałtyckim obserwowałem i nie mogłem zrozumieć rodziców, oddających się na plaży oddziaływaniu różnych płynnych elementów baśniowych, którzy później z niepohamowaną pewnością kontroli sytuacji wchodzili do wody wraz ze swą rozhukaną dziatwą, licząc na litość żywiołu. Takich przykładów klasycznej głupoty po dawce alkoholu mieliśmy na tegorocznych plażach setki, a nawet tysiące. Ile z nich zakończyło się tragicznie?

Wróćmy jednak do lektury książki Joanny Turakiewicz-Pietras. Jest to rzadki przykład literatury napisanej z pozycji dziecka, które przeżywa różne życiowe sytuacje: te niegroźne, z pozoru niegroźne, bardzo groźne, jak i takie niemal z horroru (dla małoletnich).

Publikacja składa się z kilkunastu opowiadań przygodowych, w których sprytnie ukryty jest także przekaz dydaktyczny. Generalnie chodzi o to, aby radzić sobie w każdej sytuacji, a z opresji wychodzić samodzielnie. Autorka ubarwia to wszystko zabawnymi dialogami, wziętymi chyba z własnej rodzicielskiej praktyki, co dodaje waloru autentyczności. Opisanych sytuacji mamy tu dziesiątki: od obijania się o meble po prądy wsteczne na morzu, od zaginięcia w tłumie po zgubne skutki nudy czy kontaktu z osą w oranżadzie. Zamki, plaże, morze i góry, pociąg, rower, samochód, zmienna prognoza pogody… naprawdę dziesiątki sytuacji! Może tylko ich nagromadzenie w poszczególnych opowiadaniach domagałoby się rozśrodkowania, ale nie jest to chyba grzech śmiertelny jak na tego typu lekturę. Jest w niej zawarty także watek sensacyjny, a nawet elementy grozy (choć na dziecięcą miarę) i czarnego humoru. Wszystko to czyta się kapitalnie! Nie ma sensu spojlerowanie treści, powiem tylko, że zawarte jest w książce to, co znam z lektur czy filmów swojego dzieciństwa, gdzie dydaktyka była obowiązkowa, a pióro Adama Bahdaja genialnie ją maskowało. Czyli połączenie przygody (tu: podróży z jednego krańca Polski na drugi), zdolności polegania na najbliższych dorosłych, obserwowania i oceny otoczenia, radzenia sobie we wszystkich sytuacjach, a także rys dziecięcego bohaterstwa i spolegliwego opiekuństwa, które przecież zazwyczaj objawiają się w życiu codziennym. Byłoby dobrze, gdyby ten sposób przekazania treści przerodził się w coś większego, a bardziej dostosowanego do naszych czasów, np. w grę wideo. Autorka rozumie przy tym potrzebę identyfikacji młodego czytelnika z treścią (np. przez wpisywanie własnych imion czytelników w odpowiednie miejsca w tekście), co czyni lekturę jeszcze bardziej interesującą dla starszych dzieci. Pytanie tylko, czy to propozycja na obecne, tiktokowe czasy?

Paru dzieciakom w moim otoczeniu książka się podobała, ale… „fajniej byłoby mieć taką grę”. No cóż, może pójść tym tropem?

Recenzja została opublikowana w numerze 5/2024 „Res Humana”, wrzesień-październik 2024 r.

John Williams, Stoner, przeł. Maciej Stroiński, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023, ss. 352.

Żyj w ukryciu

Epikur

Powieść Stoner opublikowana została w 1965 r., ale nie był to sukces wydawniczy. Książka wyszła w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy i nie została zauważona. Jej autor, John Williams (1922-1994), to pisarz, poeta, eseista, redaktor, a także nauczyciel akademicki. Zmagał się z alkoholizmem, był nałogowym palaczem, zmarł na niewydolność oddechową. Za życia nie zaznał sławy pisarza popularnego. Oprócz Stonera opublikował m.in.: Nothing but the Night (1948), Butcher’s Crossing (1960) oraz August (1972), za którą otrzymał bardzo ważną amerykańską nagrodę literacką – National Book Award. Williams opublikował także dwa tomy wierszy: The Broken Landscape (1949) i The Necessary Lie (1965). Stonera przetłumaczono na język polski w 2007 r. w Państwowym Instytucie Wydawniczym, jednak dużego rozgłosu książka u nas nie miała.

Williams urodził się w rodzinie wiejskiej w północnym Teksasie w miejscowości Clarksville. Brał udział w II wojnie światowej służąc w Wojskowym Korpusie Lotniczym w Azji. Zasługi wojenne umożliwiły mu podjęcie studiów anglistycznych w Uniwersytecie w Denver. Doktoryzował się w Uniwersytecie Missourskim w 1954 r. z literatury angielskiej. Pracował jako nauczyciel akademicki w Uniwersytecie w Denver do emerytury (1985), wykładał sztukę kreatywnego pisania.

W 1965 r. wydanie w nakładzie dwutysięcznym Stonera w oficynie Viking nie było sukcesem. Wszystko zmieniło się w 2005 roku, gdy dwutygodnik „The New York Review of Books” umieścił Stonera na liście klasyki. Jednak dopiero francuski przekład znanej pisarki Anny Gavaldy z 2011 r. stał się początkiem lawiny popularności książki Williamsa. Najpierw stała się modna w Europie. Niedługo potem moda ogarnęła Stany Zjednoczone i tam krytycy literaccy, ale też znani pisarze, ogłosili ją bestsellerem. W Polsce pierwsze wydanie wyszło pod tytułem: Profesor Stoner, w przekładzie Pawła Cichawy, w Wydawnictwie Sonia Draga, w Katowicach w 2014 roku. Ale dopiero wydanie z 2023 roku, w innym przekładzie, zaczęło funkcjonować znacznie bardziej widocznej w przestrzeni publicznej. Opowieść o tym, jak doszło do odkrycia tej powieści ze szczegółami i niezwykle interesująco opisuje w posłowiu Skromna książka do polskiego drugiego wydania jej tłumacz, Maciej Stroiński. Habent sua fata libelli!

Postać głównego bohatera, jego żony i wielu innych drugoplanowych postaci oraz ich perypetie nie są do końca fikcją literacką. Ustalenia Stroińskiego wykazały, że Stoner to postać wzorowana na postaci poety, anglisty i filologa klasycznego Jamesa Vincenta Cunninghama, pracującego w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Missouri. Tłumacz wskazuje też na istotne podobieństwa nie tylko życia, ale też twórczości, obydwu pisarzy. Williams będąc doktorantem napisał pracę poświęconą esejowi Cunninghama o poezji, cenił jego pisarstwo. Stoner zatem to też sam Williams.

William Stoner – jak czytamy w powieści – „urodził się w 1891 roku w małym gospodarstwie rolnym pośrodku stanu Missouri, opodal miasteczka Boonville, jakieś sześćdziesiąt kilometrów od miasta Columbia, siedziby uczelni” (s. 8). W domu Stonerów mówiło się niewiele, w pobliżu nie było sąsiadów, William nie miał rodzeństwa. Ciężka praca wypełniała życie całej trójki. Stoner nie myślał o innej przyszłości, żył w przekonaniu, że będzie pracował na roli. Ojciec postanowił wysłać go na nowo otwarte studia rolnicze do Columbii, które trwać miały cztery lata. Liczył na to, że syn posiądzie nowoczesną wiedzę umożliwiającą lepszą, wydajniejszą, a zarazem lżejszą, uprawę ziemi. Zamysł był taki, że William zamieszka na czas studiów u kuzyna matki, mieszkającego opodal Columbii, w zamian za pomoc przy gospodarstwie, co zmniejszy koszty wyjazdu na studia. Ten dosyć szczegółowy opis pokazuje życie Stonera jako niezaplanowane przez siebie, ale też nieprzypadkowe. Jego wybory nie wynikały z marzeń, ale z postawy godzenia się z losem popartej umiejętnością podejmowania i wykorzystania tego, co ów los przynosi. Można przywołać tu starożytną zasadę życia zgodnego z naturą, czyli tym, co nieuniknione. Co ciekawe, w przypadku Stonera łączył on postawę stoicką z epikurejską. Miał bowiem w sobie stoicką zdolność przyjmowania z pokorą tego, co los przyniesie, a jednocześnie hołdował zasadzie małych radości, życia w ukryciu, nie sięgania po laury, zaszczyty, zazwyczaj okupione cierpieniem i niepewnością losu. Starał się żyć niepostrzeżenie, ale czerpać prostą radość z samego faktu życia. Nie miał wielkich ambicji, był zwyczajnym człowiekiem, chciał po prostu przeżyć życie tak, by go nie żałować.

Na trzecim semestrze rolnictwa, oprócz wykładów z gleboznawstwa, Stoner miał także wykład z historii literatury angielskiej, prowadzony przez Archera Sloane’a (którego postać także ma realne wzorce – mistrza Cunninghama, filologa Yvora Wintersa, oraz mentora i wydawcę Williamsa Alana Swallowa; zob. Stroiński, s. 340). To był punkt zwrotny w jego biografii. Zamiast życia rolnika wybrał karierę akademicką, wybrał nie ziemię, tylko literaturę. Po licencjacie i magisterium, zaczął studia doktoranckie. Kiedy 6 kwietnia 1917 r. Kongres Stanów Zjednoczonych wypowiedział wojnę Cesarstwu Niemieckiemu, Stoner – inaczej niż jego dwaj przyjaciele-doktoranci – nie zaciągnął się do armii. Został na uniwersytecie. Dalsze życie Stonera wygląda z pozoru zwyczajnie: zakochuje się, żeni, na świat przychodzi jego córka i zaznaje trudów, ale też radości rodzicielstwa, pracuje jako wykładowca, lubi swoją pracę, wykonuje ją sumiennie. Małżeństwo okazuje się męczarnią, rodzicielstwo bardziej trudem niż przyjemnością, w pracy jest niedoceniany i napiętnowany przez kolegę, z którym wszedł w konflikt broniąc standardów naukowości, jakie uznawał. Na nieszczęście tenże kolega stał się jego przełożonym, a zarazem prześladowcą. Stoner, a jakże, ma romans z doktorantką, który musi jednak przerwać, by zachować rodzinę i pracę, w końcu umiera na nowotwór.

W powieści znajdziemy wiele ciekawych wątków: romans z doktorantką, Katherine Driscoll, wrogo-koleżeńskie relacje z kolegą, a potem przełożonym, Hollisem Lomaksem. Interesujące są też, przynajmniej dla ludzi pracujących w zawodzie nauczyciela akademickiego, opisy zawodowych relacji dotyczących możliwości awansu albo jego blokowania. Odkrycie: wydaje się czasem, że realia życia akademickiego lat sześćdziesiątych na prowincjonalnym uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych to niejednokrotnie nasze współczesne realia. Powieść ma swój rytm, nie jest on szybki, ale harmonijny, nastrojowy. Jest w niej atmosfera spokoju, refleksji. Czytelnik współmyśli ze Stonerem, ma czas na przymierzenie się do jego ról.

Powieść jest zapisem życia, od narodzin do śmierci, jednego człowieka, życia przeciętnego, banalnego. A jednak ulegamy czarowi Stonera. Kim zatem jest tytułowy bohater? Najprościej mówiąc, był zwyczajnym, przeciętnym człowiekiem, jednym z wielu, kimś z kim każdy może się utożsamić. Stoner to Everyman, nieomal bohater moralitetu. Tym, co do niego przyciąga, jest jego autentyzm, niekłamana, autentyczna zwyczajność. To człowiek egzystencjalnie szczery, autentyczny. Jego życiu przewodziły dwie modernistyczne idee: autentyczności i samospełnienia. Powieść napisana jest w duchu wczesnego modernizmu, bliższego pisarstwu Gustava Flauberta niż Jamesa Joyca. Stąd, może nieoczekiwanie, wiele analogii pomiędzy Stonerem a Panią Bovary, o których pisze Stroiński (s. 347). Wydaje mi się jednak, że Stoner – gdyby nie zmarł przedwcześnie – zbliżał się do przemiany Stefana Dedalusa, który zadeklarował: „Nie będę służył rzeczy, w którą przestanę wierzyć, bez względu na to, czy będzie nazywała się domem, ojczyzną czy Kościołem […] Nie obawiam się samotności, przykrości doznanej za cudze przewiny ani porzucenia wszystkiego, co mi wypadnie porzucić” (J. Joyce, Portret artysty z czasów młodości, przeł. Z. Allan, PIW, Warszawa 1957). Stonerowi zabrakło odwagi i czasu. To największe przywary zwyczajnego życia.

Afirmacja zwyczajnego życia to fundamentalna idea nowoczesności. Życie Stonera to pochwała zwyczajnego życia, tym samym jest on na wskroś nowoczesnym, współczesnym człowiekiem. Analizie zwyczajnego życia kanadyjski filozof Charles Taylor poświęcił cały rozdział swojej fundamentalnej rozprawy Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej (PWN, 2001), pokazując jak istotny to moment dla kształtowania się epoki nowoczesności i tożsamości nowoczesnej. Pisał: „Kiedy samo życie nabiera zbyt dużego znaczenia, staje się zagrożeniem dla dobrego życia” (s. 393). Co charakteryzuje zwyczajne życie? Sfera zwyczajnego życia to kulturowa i społeczna sfera wytwarzania i odtwarzania życia jako takiego, w jego kulturowych i społecznych formach, a to oznacza uprzywilejowanie pracy i więzi społecznych, czyli głównie życia rodziny. Zwyczajne życie z perspektywy jednostkowej to po prostu praca i rodzina, a bycie podmiotem z perspektywy zwyczajnego życia to bycie podmiotem pracy i podmiotem w rodzinie (ma się swoje miejsce) – i takie jest życie Stonera. A raczej takie być miało.

Polskie powodzenie powieści to być może reakcja na historyczną przemianę, słabo zauważalną przez wszystkich. W końcu i nas, poszarpanych przez historię, odciętych od świata żelazną kurtyną, wystawionych na paradoksy powojennych dziesięcioleci, objęło zwyczajne życie. Stoner dla polskiego czytelnika to w gruncie rzeczy opis smaku tego życia.

Recenzja została opublikowana w numerze 5/2024 „Res Humana”, wrzesień-październik 2024 r.

Tytuł nieco zwodniczy. Tym razem nie będę się jednak rozwodzić na dobrze znany Polakom temat Improwizacji z II sceny III aktu Dziadów Adama Mickiewicza. Rzecz bowiem dotyczy muzyki, muzyki jazzowej. Jak wiadomo, dobry jazz nie może się obyć bez improwizacji. Jazz w wykonaniu Adama Makowicza to wielka improwizacja, która przenika grane przez niego utwory własne i innych znanych kompozytorów.

  1. Międzynarodowy Festiwal Plenerowy Jazz na Starówce rozpoczął się niezwykle udanym, inauguracyjnym koncertem fortepianowym Adama Makowicza – tak by należało rozpocząć tę moją relację. Ledwo zdążyłem wrócić z wielkiego świata, z hiszpańskiej i francuskiej krainy Basków, gdy wielki świat dogonił mnie w Warszawie, i to jak wielki!

Iwona i Krzysztof Wojciechowscy – twórcy i nieustająco aktywni organizatorzy tej jazzowej imprezy, która już na stałe wpasowała się w pejzaż naszego Starego Miasta, są nie tylko wielce sprawni w prowadzeniu tego muzycznego festiwalu, ale odznaczają się niezwykłą umiejętnością w dobieraniu i pozyskiwaniu światowych gwiazd jazzowego świata. Nie będę wymieniał nazwisk artystów, którzy się przez 30 lat przewinęli przez letnią scenę muzyczną na naszej Starówce, bo chyba znacznie łatwiej byłoby wymienić tych, którzy nie wystąpili na festiwalu. Od pewnego czasu tradycją jest, że tak jak i w ten piątek, dzień przed pierwszą lipcową sobotą, zbieramy się w koncertowej Sali Lutosławskiego w gmachu Polskiego Radia na Woronicza, by wysłuchać najwspanialszych, większych lub mniejszych zespołów jazzowych. W lipcowe soboty w ramach Festiwalu grają one regularnie na Rynku Starego Miasta. Wyraziłem się nieściśle, bo w ten piątek żaden zespół ani żadna orkiestra nie zagrały. Kiedyś, w moich czasach szczeniackich, uważałem, że w sali (czy to operowej, czy w filharmonii) musi przywalić, zagrzmieć, huknąć potężna orkiestra, by był prawdziwy koncert, żadni tam kameraliści. A tu tymczasem scena prawie pusta – jeden fortepian. Co może jeden fortepian? Zaraz wyjdzie jeden pianista, a nas – jak nigdy dotąd – masa człeczych fanów. Koncert nie mógł się zacząć o czasie, bo choć już dawno wszystkie miejsca w niemałej przecież sali zostały zajęte, tłum wciąż szturmował. A przecież nie miała to być Adele ani Madonna, ani Taylor Swift, nie miała tu meczu rozegrać Iga Świątek ani Carlos Alcaraz. Sala Lutosławskiego nie jest też stadionem, na którym można sfaulować Lewandowskiego albo gdzie pięknie zapłacze po nieudanym karnym słynny Portugalczyk. Po co więc tu idą, po co się tu pchają? I żeby była wielka orkiestra, która przygrzmoci, łupnie, aż żyrandole pospadają… Może to nie ta sala?

Wszyscy już odkaszlnęli, nastała cisza, tylko Krzysio Wojciechowski przed pierwszym rzędem schylony przebiega. Czyżby mu się żona gdzieś zagubiła? A bez Iwony nic się nie uda, nawet nie może się zacząć. Ależ nie – są już razem na scenie, kłaniają się, coś żwawo zapowiadają, są wzruszeni, napięci, choć to ukrywają, i artystycznie podnieceni. Oni naprawdę przeżywają to, co robią. Prawdziwi ludzie oddani misji! Dziwne, że muszę używać patosu, by opowiedzieć o tych normalnych, życzliwych ludziach, którzy kiedyś pokochali jazz. Tyle mają do zapowiedzenia, tyle do opowiedzenia… a co tu gadać? Wystarczy przecież powiedzieć: Adam Makowicz.

Pewnie miało się stawić wielu tuzów, wiele smyczków, skrzypaczki, bębniarze, kilka fagotów, może ze Stanów albo z Izraela, może z Bogoty albo z Palermo, albo… a skąd bym miał wiedzieć? A tu nikogo. Pustki. Nawet artystycznie zwichrzone, lwie fryzury dyrektorstwa Wojciechowskich ze sceny zniknęły. I nic, zupełnie nic. Tylko spokojnym, niespiesznym krokiem przemierza scenę jakaś drobna chudzina, gramoli się na stołku przy wielkim, czarnym fortepianie. Mówią, że to maestro. Jak on sam da sobie radę z takim opasłym instrumentem? Coś powiedział, coś brzdąknął. Aha, to już się zaczął koncert.

No tak, proszę Państwa, początkowo spokojnie, z grzeczną aprobatą przysłuchiwałem się jakimś amerykańskim standardom. No, owszem, gra zgrabnie. Ale to wciąż tylko jeden fortepian. I wydawało się, że ten sympatyczny, skromny pan z bardzo szczerym, łagodnym uśmiechem, niby poważny, bo z wyraźną siwizną, gra sobie z zadowoleniem, widać, że lubi sobie grać. Zagra nam pewnie coś jeszcze, ukłoni się i pójdzie. Ale nie – ten pan stopniowo zamienia się w Pana. Z wielką swobodą po jakimś wstępie, po prezentacji podstawowego motywu zaczyna plątać wątki, źle się wyraziłem, zaczyna je zaplatać. Rozpuścił palce po klawiaturze, trzymając rytm jak dobry woźnica lejce i coraz to pogania gniade swego zaprzęgu, a nawraca, a tych paluchów chyba mu przybyło, co on nimi wyprawia! Gra już nie jeden fortepian, ale chyba pięć.

Makowicz, no tak, tak… coś słyszałem. Mówili, że niezły. Ale tam niezły! On się nagle przemienił w bestię, chociaż wcale tego łagodnego uśmiechu na sympatycznej twarzy nie zgasił. Cóż, może nie uwierzycie. Im dłużej grał, rozpędzał się coraz bardziej. Nawet gdy zwalniał, to tylko po to, by jedną ręką przytrzymać melodię kompozytora, a drugą wypuścić ten swobodny galop. Przebiegi, falujące nawracające przebiegi po klawiszach, po naszych uszach, po naszych duszach, zwłaszcza tych, którzy je mają. Zobaczyłem (pewnie mi nie uwierzycie), jak maestro zaczął rosnąć, niby tytułowy Wiatrodmuch w mojej bajce dla dzieci, co się im potem śnił po nocach. Zaczął się wydłużać, a rosnąc, niewiadomym sposobem podnosił rozśpiewany fortepian. Fortepian się robił malutki, kurczył się przy pianiście, więc Pan Adam już z zupełną łatwością unosił posłuszny mu instrument. Wyraźnie widziałem, jak on, pan swego fortepianu i ten czarny wieloryb dźwięków, zaczęli lewitować. Ze środka fortepianu, pewnie mi nie uwierzycie, zaczął wyłazić drugi fortepian, a z tego drugiego trzeci – jak ruska baba w babie. Jeden grał w drugim, a ten drugi już swymi dźwiękami nakładał się na granie obu pozostałych. Fantasmagorie. Wcale nie piłem. Przyjechałem z żoną swoim samochodem. (Tej nocy nawet dobrze spałem, więc na koncercie nie potrzebowałem usnąć. To nie był sen). Ale kiedy się Mistrz rozpanoszył na scenie, poczułem, że mnie wozi, pięknie mnie wozi. Starałem się zapanować nad moimi nogami, żeby mi nie przebierały, nie przytupywały do rytmu, żeby mi nigdzie nie polazły za tym wszechogarniającym miarowym pulsowaniem, żeby mi szyja głową tak w takt nie kiwała. Grały te fortepiany, ale nie tylko fortepianem, wszystkimi instrumentami i głosami ludzkimi, i kosami na polu, i lasami na wietrze, wszystkie jednak w tym samym Makowiczowym rytmie. Już nie wierzyłem, że te różne utwory, te amerykańskie, afrykańskie, angielskie, czy polskie, ludzkie czy anielskie są jedynie kompozytorów, którzy się pod nimi podpisali. Zacząłem rozumieć, co to jest improwizacja jazzowa. Najpierw skromnie maestro odtworzył sobie kawałek jakiegoś gościa, kawałek znaczy numer, ale potem mu pokazał język, potem na dłuższą chwilę całkiem uciekł, by dalej sobie hasać, po swojemu, po Adamowemu. I to mnie właśnie tak migotliwie woziło, jakby świetliste sanie, co po chmurkach fruwają i świecą tymi wymyślonymi przez wirtuoza barwami dźwięków. Ale to nie było tylko tak sobie ad hoc zmyślone. Może zresztą ad hoc, tyle że przebiegle, z jakąś ukrytą dyscypliną. Właśnie – w tym jest cały sekret, w tym jest ta cała magia wirtuozerii improwizatora. Improwizacja w jazzie to nie to, co ślina komuś na język przyniesie. Połączenie w czasie, w rytmie, w uderzeniach serca tej niby pełnej swobody, z tą niemożliwą, upartą do granic możliwości dyscypliną, dyscypliną czasu, przebiegu, paraleli dźwięków, ich umiejętnie zgranych ze sobą oryginalnych zestrojów, ale płynnie, niemechanicznie, niesztucznie, niby jak w zegarku, a nie jak w zegarku. To wszystko można było odnaleźć na twarzy artysty. W pewnej chwili zaprosił nas też do swoich osobistych spacerów jazzujących. Usłyszeliśmy wyborny Satynowy las, po którym zawsze byłbym gotów przechadzać się i zbierać rydze i prawdziwki muzyki pana Adama.

Kiedy zjechał już z tych wysokości, kiedy wielopalczasty, długopalczasty, wielofortepianowy, wielodźwiękowy powrócił do nas, tam, gdzie cały czas siedział, choć lewitował, znów zobaczyliśmy tego zwyczajnego, poczciwego człowieka, skromnego, bez żadnej wyuczonej lub wysublimowanej pozy.

Już wiedziałem, co to jest prawdziwy koncert. I też już wiedziałem, że nieważne, ilu muzyków wchodzi na scenę i zasiada przy swoich instrumentach, tylko, co oni z tymi instrumentami zrobią i co potrafią zrobić z nami. Stałem jak wszyscy i biłem brawo jak opętany.

Ten krótki utwór literacki (relacja? recenzja?)  ukazał się także w numerze 5/2026 „Res Humana”, we wrześniu 2024 r.

Wydawnictwo STAPIS opublikowało nową pozycję w swojej serii „Bez bogów”: Philip Kitcher, Życie po wierze. Pochwała świeckiego humanizmu (tłum. Andrzej Dominiczak), Katowice 2024, 208 stron. Czytamy ją razem z wcześniejszą książką Katherine Ozment Dusza bez Boga. W poszukiwaniu sensu, celu i wspólnoty w świeckim życiu (tłum. Piotr W. Cholewa).

Jednoznaczne tytuły i idące krok dalej podtytuły mówią jasno, z jaką literaturą mamy do czynienia.

Obie książki dotyczą przemian religijnych społeczeństwa amerykańskiego i potrzeby dialogu między wierzącymi a tymi, którzy od wiary odchodzą. Autorem pierwszej jest filozof, drugiej – dziennikarka, która chce zgłębić problemy świeckiego wychowania własnych dzieci w religijnym otoczeniu. Korzyścią z lektury jest zetknięcie się z kręgiem kulturowym, w którym dialog na ten temat może przyjąć formę rozmowy. Refleksją zaś to, że my w tym kręgu nie tkwimy.

Dwoje autorów chce wykazać, że świecki świat nie jest czymś, czego należy się obawiać. Nie jest światem, przed którym ostrzega Dostojewski i nad którym lituje się Tołstoj. To ważna misja tam, gdzie przyznanie się do ateizmu jeszcze niedawno wymagało szczególnej determinacji, gdyż ateista zajmował najniższe miejsce na drabinie zaufania społecznego, zapewne z powodu apriorycznie przypisywanej mu aspołeczności.

Kitcher szuka sposobu porozumienia z tymi, którzy twierdzą, że jego świeckie życie jest płytkie. Rozumie pokusę zakończenia rozmowy przez świeckiego humanistę, gdy ten słyszy, że płycizna jego światopoglądu czyni go głuchym na muzykę wieczności. On sam jednak zamierza oprzeć się tej pokusie, wierząc w możliwość dialogu (s. 174). Kwestia temperamentu: dla mnie to sytuacja adialogiczna (chociaż po lekturze rodzi się wątpliwość, czy to wyłącznie kwestia temperamentu, czy być może faktu, że jestem stąd). Swoją postawę Kitcher określa jako „miękki ateizm” (s. 49); to znaczy, że mimo niewiarygodności doktryn religijnych nie należy traktować ich, jak to ujmuje dominująca narracja ateistyczna, jako „wysoce toksycznego odpadu, który należy zakopać tak głęboko, tak szybko i tak dokładnie, jak to tylko możliwe” (s. 17). Taka postawa może przynieść owoce, jeżeli miękki ateista ma za interlokutora przedstawiciela wyrafinowanej religii, szukającego oparcia dla wartości w transcendencji, a nie w dogmacie.

Mnie rozważania Kitchera czytało się trudno, ale może spełni się nadzieja Stanisława Obirka, autora wstępu do omawianej książki, że sięgną po nią osoby wierzące, zmuszone „porzucić błędne przekonanie, że etyka i moralność mają jakikolwiek związek z religią czy Bogiem” (s. 10). Obirek wskazuje na powinowactwo koncepcji Kitchera z pojęciem świeckiej etyki Tadeusza Kotarbińskiego i relacjonuje, że Karol Wojtyła był jej przeciwny, stojąc na stanowisku teonomicznego podporządkowania człowieka bogu, odmawiającym jednostce autonomii moralnej. Pisze też, że jego jezuicki nauczyciel Sergio Bastianel omawiając stanowiska Kotarbińskiego i Wojtyły stanął po stronie filozofa. Gdy Karol Wojtyła został papieżem, jego pogląd stał się dla katolików obowiązujący. Zapewne ta niemożność dialogu i brak miejsca dla wyrafinowanej religijności sprawiły, że Obirek zrzekł się kapłaństwa (dzięki czemu może swobodnie dialogować z Kitcherem).

O ile w Polsce jest on absolutnym wyjątkiem, to w Stanach Zjednoczonych poglądy Jana Pawła II zniechęciły wielu wiernych do Kościoła katolickiego. Nie ma tam zbyt wiele przestrzeni dla religijnego fundamentalizmu. To już obserwacja Katherin Ozment. Dla niej impulsem do sięgnięcia po pióro było pytanie synka „kim jesteśmy?”, zadane przy okazji trwającej za oknem prawosławnej procesji, która – siłą nieprzynależności – była uroczystością innych. Zapytał więc: „Kim jesteśmy My?” Odpowiedziała machinalnie none, nikim, i natychmiast zrozumiała problem.

W formularzach amerykańskich badań socjologicznych zawsze umieszczano pytanie o wyznawaną religię. Kto nie widział tam siebie, odpowiadał: „nie jestem żadnym z powyższych; niczym nie jestem”. None: none of the above. Ozment postanowiła zsynchronizować tę narzuconą i własną tożsamość. Wiadomość, że należy do znaczącej kategorii społecznej przyjęła z ulgą – dlatego że procesy, które tę grupę wykreowały, są świeżej daty. Dotarła do osoby szczególnie kompetentnej, do Roberta Putnama, i to on naszkicował genezę jej społecznej tożsamości. Mówił tak: należysz do pokolenia, które osiągało dojrzałość na przełomie lat 70. i 80. i które przyniosło pierwszą falę masowych odejść od religii. W sensie historycznym był to wręcz niewiarygodny przyrost, większy niż wszelkie dotychczasowe zmiany religijności, ze względu na jego tempo. Trudno przecenić historyczne znaczenie tego fenomenu, to ogromne przesunięcie kulturowe. Do lat dziewięćdziesiątych odsetek „nonów” wynosił około 7 procent, później zaczął gwałtownie rosnąć. Ok. 2015 roku trzecia część dorosłych w wieku poniżej 30 lat nie wyznawała żadnej religii. Świecka Ameryka prawie na pewno będzie rozrastać się wykładniczo. O ile w Europie sekularyzacja trwała przez 150 lat w tempie 1 procent na 10 lat, to teraz Amerykanie porzucają religię w tempie 1 procent rocznie. Ten spadek wyznawców spowodowany był wstrząsami społecznymi w latach 60., kiedy odrzucenie religii stało się elementem powszechnego ruchu kulturowego wyzwolenia szerzącego się niezależnie od rasy, płci i seksualności (s. 32). Trzydzieści pięć procent małżeństw zawartych w pierwszej dekadzie obecnego stulecia to związki międzywyznaniowe, w porównaniu do 20 proc. w latach 60. zeszłego wieku. To do tej grupy należy autorka (jak i sam Robert Putnam).

Przytaczam statystyki  z myślą o tych, którzy po tę książkę nie sięgną. Ci, którzy sięgną, będą zaproszeni przez Ozment na „dziedziniec pogan”: król Herod przebudowując w dwudziestym roku naszej ery Świątynię w Jerozolimie kazał wyznaczyć oddzielny dziedziniec, gdzie Żydzi i nie-Żydzi mogliby gromadzić się z szacunkiem oraz zrozumieniem. Bo w kwestii religii – można usłyszeć na „dziedzińcu pogan” – mniej chodzi o to, czym jest bóg, niż o to, kim jesteśmy w relacjach między sobą nawzajem.

Esej ukazał się w numerze 4/2024 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2024 r.

Nowa książka profesora Jana Szmyda imponuje rozległą wiedzą autora i odwagą w podejmowaniu trudnych problemów współczesnego świata. Wpisuje się swą tematyką w nurt rozważań futurologicznych, uprawianych przed ponad półwieczem w ramach nurtu zainicjowanego przez Bertranda de Jouvenela (1903–1987) i reprezentowanych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku przez zasłużone francuskie wydawnictwo Les Futuribles. Tych związków intelektualnych autor, jak się zdaje, nie docenia, a przynajmniej nie znajdują one odzwierciedlenia w omawianej tu pracy.

Jest ona jednak dowodem wielkiej erudycji autora, który obszernie omawia poglądy szerokiego kręgu czołowych intelektualistów zajmujących się analizą współczesności i prognozowaniem przyszłości współczesnego świata, takich jak Zygmunt Bauman, Noam Chomsky, Michel Houellebecq, Leszek Kołakowski, Konrad Lorenz, Artur Perez-Reverte i wielu innych. Oczytanie autora jest imponujące. On sam nazywa swą książkę „kompendium wiedzy” (s. 11) i w tej roli sprawdza się ona znakomicie. Profesor Szmyd przedstawia poglądy referowanych autorów rzetelnie i kompetentnie, dając czytelnikowi wgląd w najbardziej popularne koncepcje futurologiczne we współczesnej nauce i myśli społecznej. W stosunku do omawianych stanowisk występuje bardziej jako rzetelny sprawozdawca niż jako krytyczny komentator. Takie podejście, choć ma swe zalety, zawiera w sobie pułapkę, której autor nie uniknął. Wśród bezkrytycznie omawianych przez niego uczonych znajduje się austriacki noblista Konrad Lorenz, którego wkład do biologii jest bezsporny, ale który spotkał się z uzasadnioną krytyką (a nawet pozbawieniem niektórych tytułów honorowych) z uwagi na przynależność do NSDAP i głoszenie bliskich hitleryzmowi poglądów o „wrodzonym” instynkcie agresji. Autor albo o tym nie wie, albo z jakiegoś niezrozumiałego względu zdecydował się sprawy te pominąć.

Omawiani w publikacji Szmyda uczeni są na ogół pesymistycznie nastawieni w prognozach dotyczących przyszłości świata. Taki punkt widzenia ma tę zaletę, że chroni przed naiwnym optymizmem, ale może także prowadzić do bezradnego pesymizmu. Autor stara się uniknąć obu tych skrajności. Przedstawiając najważniejsze wizje przyszłości, próbuje nakreślić realistyczną odpowiedź na wyzwania, jakie stawia nasza epoka. Ta warstwa książki jest najciekawsza, ale też najbardziej sporna.

Pierwszą z kontrowersyjnych tez jest rozważanie autora na temat „powszechnego kryzysu” współczesnej cywilizacji, obejmującego – jego zdaniem – niemal wszystkie sfery życia. Teza ta jest nieprecyzyjna, gdyż nie wiadomo, co autor rozumie pod pojęciem kryzysu. Jeśli ma na myśli fakt, że w wielu dziedzinach życia dokonują się głębokie zmiany, to niewątpliwie ma rację, ale można powątpiewać, czy jest to wyjątkowa cecha naszych czasów. Może jednak idzie tu o to – jak autor pisze – że ów kryzys „utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia pełny i harmonijny rozwój podmiotowości człowieka” (s. 287). Czyżby pod tym względem świat obecny był mniej przyjazny owemu rozwojowi niż czasy minione?

Autor krytykuje tendencję do nadania oświacie kierunku zbytnio praktycznego, a nawet dostrzega jednostronną tendencję do likwidowania na uniwersytetach wydziałów humanistycznych. Skąd taka opinia? Na których uniwersytetach? Może to prawda, że rozwój studiów praktycznych prowadzi do relatywnego (procentowego) zmniejszania udziału studiów humanistycznych w kształceniu uniwersyteckim, ale od tego do „likwidowania” jest bardzo daleko.

Niektóre postulaty autora grzeszą naiwnością. Sygnalizuje on – nie bez racji – zagrożenie przeludnieniem, ale jego postulat „znacznego ograniczenia szybko narastającego przeludnienia” (s. 291) wydaje się mało realistyczny. Kto i jak miałby ten postulat zrealizować? Czy autor zdaje sobie sprawę z tego, że we współczesnym świecie problem przeludnienia występuje wyłącznie w biednych krajach globalnego „Południa”? W tych krajach jego postulatu nie da się przecież zrealizować bez głębokiej przemiany ekonomicznej i kulturowej. Natomiast kraje rozwinięte notują raczej spadek urodzeń niż ich niehamowany wzrost. Rodzi to niebezpieczną tendencję, na którą proponowana polityka jest złą odpowiedzią, gdyż jej wcielanie w życie najprawdopodobniej jedynie pogłębiłoby obecną niekorzystną dysproporcję demograficzną między Południem i Północą.

Niezrozumiałe są dla mnie także dywagacje końcowe autora na temat „istoty postludzkiej”, „ery postludzkiej” czy „śmierci człowieka” (s. 294). Profesor Szmyd zbytnio uległ tu fascynacji literackimi konstrukcjami niektórych krytyków współczesnej cywilizacji.

Mimo tych niedociągnięć jest to ważna i ciekawa publikacja, stanowiąca dobre wprowadzenie do rzeczowej dyskusji na temat współczesnego świata.

 

Sprawca tej recenzji – Rafał Skąpski – trwale zapisał się w historii polskiej kultury najnowszej doby. Podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury (2001–2004), członek i sekretarz Narodowej Rady Kultury (1983–1989), dyrektor Państwowego Instytutu Wydawniczego – jednego z najlepszych polskich wydawnictw (2005–2015), członek zarządu Polskiego Radia (1998–2001), prezes Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (od 2005), szef prywatnych instytucji wydawniczych, członek władz ZAiKS, by wyliczyć tylko najważniejsze z pełnionych przez niego funkcji (w każdej z nich pozostawił wartościowy dorobek i dobre wspomnienia), a ponadto – autor wielu opracowań i artykułów publicystycznych i słuchowisk radiowych, działacz społeczny.

Między wieloma różnymi funkcjami społecznymi wypada podkreślić jego rolę w Towarzystwie Opieki nad Starymi Powązkami oraz w Klubie Przyjaciół Ziemi Sądeckiej. Związany z Sądecczyzną (mieszka w Jazowsku nad Dunajcem) poświęcił wiele czasu na przygotowanie i publikację pamiętników swojej Babki ze strony Ojca – Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej, które ukazały się w latach 2019, 2021, 2023 w „Czytelniku” pod wspólnym tytułem Dziwne jest serce kobiece, a których pierwszy tom został uznany za wydarzenie edytorskie roku. Przedsięwzięcie to przypominało średniowieczne prace benedyktynów. Zofia Skąpska pozostawiła bowiem w rękopisie 21 stukartkowych zeszytów, zapisanych trudnym do odczytania pismem. Rafał tego dokonał, co trwało w sumie kilka lat. Ale warto było! Zainteresowanie, jakie pamiętniki te wzbudziły, było jak najbardziej uzasadnione, bo to relacja w pełni autentyczna, zapisywana na bieżąco przez uczestniczkę opisywanych wydarzeń, są zatem cennym źródłem historycznym. One – z kolei – stały się inspiracją do odtworzenia rodowodu „po kądzieli”, a więc przywrócenia pamięci zbiorowej losów rodziny od strony matki – Janiny z Sągajłłów Skąpskiej w książce Panny z Genewy. Autor we wstępie napisał: „Tytuł mojej opowieści jest zapożyczeniem, ale jeśli pożyczać, to od najlepszych” (str. 7). Skojarzenia z Iwaszkiewiczowskimi Pannami z Wilka, a także z książką Moniki Śliwińskiej o Pannach z Wesela, czyli siostrach Mikołajczykównych (bohaterkach dramatu Wyspiańskiego) nasuwają się same.

Panny z Genewy to trzy przyjaciółki – studentki Uniwersytetu w Genewie: Natalia z Zylberblastów Zandowa, Klementyna z Jezierskich Sągajłłowa oraz (choć w książce występuje trochę na uboczu) Wanda z Oppmanów Tokarzewska. W Genewie studiowała też od roku 1895 Zofia z Wojtkiewiczów Garlicka, zaprzyjaźniona z Natalią Zandową, z którą podzieliła tragiczny, okupacyjny los. Uniwersytet początkowo z czterema, a za chwilę z pięcioma wydziałami: Nauk Przyrodniczych, Literatury i Historii, Prawa, Teologicznym i Medycznym był jednym z pierwszych w Europie, w którym mogły kształcić się kobiety. Proporcje odbiegały od modnego dziś parytetu, bo w 1875 roku wśród 123 studentów i 173 słuchaczy (assistants) studiowało zaledwie 25 dziewcząt.

Czy właśnie w Genewie i innych uczelniach szwajcarskich i francuskich należy dopatrywać się tak modnych dziś prapoczątków ruchów feministycznych i emancypacyjnych? Kiedy sięgniemy do Nocy i dni Marii Dąbrowskiej, znajdziemy tam postać Agnieszki Niechcicówny, której powieściowe losy wydają się zbliżone do biografii bohaterek książki. Społeczność wielonarodowa: 60 osób z Francji, 26 z Rosji (tu plasowali się Polacy), 14 z Niemiec. Ale już 10 lat później w grupie studentów znalazło się 10 studentek i 6 studentów o polskich nazwiskach. Pod koniec wieku przyjechały bohaterki książki i – mimo różnic pochodzenia, stanu, majątku – zaprzyjaźniły się. Zofia Wojtkiewiczowa (później Garlicka) to córka zesłańców syberyjskich, Wanda Oppman z Warszawy, z rodziny ewangelickiej, była stryjeczną siostrą pisarza Artura Oppmana, Natalia Zylberblast zaś (po mężu Zandowa) – córką wychowanka szkoły rabinów. Oczywiście najwięcej miejsca Autor poświęcił swojej Babce – Klementynie Jezierskiej, urodzonej w Połtawie, której dziadek zarządzał podobno dobrami (raczej jakąś częścią tych dóbr) Potockich na Ukrainie. Podjęła pracę w rozwijającym się ośrodku przemysłowym (rudy żelaza i węgla) w okolicach dzisiejszego, Krzywego Rogu i Ługańska (dziś teren walk ukraińsko-rosyjskich), a jej szefem był późniejszy dyrektor tej kopalni Wiktor hr. Sągajłło. Nietrudno domyślić się, jakie były dalsze losy tych dwojga.

„Kiedy dokładnie te trzy studentki – Wanda Oppman, Klementyna Jezierska i Natalia Zylberblast poznają się i zaprzyjaźnią, nie wiadomo. […] Pozornie wiele je różniło, Wanda i Natalia przybyły z Warszawy, Klementyna z odległej Ukrainy”. Jak przebiegały ich dalsze losy, czytelnicy dowiedzą się już po wnikliwym przestudiowaniu treści książki. Niełatwej w odbiorze, zawierającej masę informacji faktograficznych i splot powiązań rodzinnych, zawodowych i towarzyskich. Ich szczegółowe omówienie wymagałoby napisania kolejnej książki, a jej autor i tak nie miałby pewności, czy precyzyjnie i rzetelnie zrelacjonował wszystkie fakty i powiązania. Dość jedynie powiedzieć, że po studiach Zofia Garlicka (ginekolog i położnik) i Natalia Zandowa (neurolog) pracowały jako lekarki. Zandowa współpracowała ściśle z Januszem Korczakiem. Klementyna wiodła dostatnie życie jako żona dyrektora i członka Rady Nadzorczej Warszawskiego Towarzystwa Kopalń Węgla, którego udziałowcami byli także Leopold Jan Kronenberg (wnuk słynnego Leopolda – twórcy tego Towarzystwa) oraz Ludwik Natanson – potomek jednego z założycieli Towarzystwa. Wanda była prokurentem w Banku Handlowym i pracowała później w Muzeum Ziemi.

A potem przyszła wojna, która odmieniła życie naszych bohaterek. Dla większości z nich okazała się tragiczna. Zofia Garlicka i Natalia Zandowa zostały aresztowane w 1942 roku w warszawskim mieszkaniu, w którym ukrywali się zrzuceni lotnicy brytyjscy. Przejęli się chyba atmosferą i zasadami dawnego rycerstwa rodem z opowieści okrągłego stołu, panującymi na dworze średniowiecznego króla Artura. Aresztowani, nie tylko przyznali się do wszystkiego, lecz ujawnili konspiracyjne kryjówki tych, którzy im pomagali. Niestety, Niemcy z czasów okupacji nie przypominali w niczym szlachetnych rycerzy. Jeden z Anglików miał powiedzieć: że „oficer niemiecki dał mu słowo, że nie wykorzysta jego zeznań i że on, oficer angielski nie może kłamać” (s. 174–5). Jezus, Maria! Nic dziwnego, że rodziny ofiar nie chciały spotkać się z żadnym z Brytyjczyków po wojnie. Zofia Garlicka zmarła na tyfus w Auschwitz. W tym samym roku zmarła jej córka, aresztowana wraz z matką, a była żoną Stanisława Jankowskiego – „Agatona” – cichociemnego, autora popularnych po wojnie wspomnień Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Klementyna i Wanda Oppman żyły długo, Babka Autora zmarła w 1972, a Wanda w 1976 roku.

Marian Turski zamieścił krótką, ale bodaj najlepszą ocenę tej książki: „Proszę, wyguglujcie Państwo nazwisko Natalia Zand. Przekonacie się, jaki ogromny dorobek naukowy ma ta wybitna neurolog, która zginęła tragicznie w 1942 roku, wraz z przyjaciółką Zofią Garlicką, która udzieliła jej schronienia po „aryjskiej stronie”. Ale dlaczego Panny z Genewy? Ponieważ […] na przełomie wieków spotkały się i zaprzyjaźniły w Genewie. Wszystkie z Polski, ale przedtem wszystko je dzieliło: narodowość, wyznanie, pochodzenie społeczne. Klementyna była babcią Autora książki. Poznajemy go w kilku rolach: historyka, detektywa, nawet archeologa, który wydobywa strzępki wspomnień, dokumentów, zdjęć, zeznań, a także historyczne postaci, z którymi Panny z Genewy się zetknęły – m.in. Lenin, Ignacy Jan Paderewski, Janusz Korczak, Maria Dąbrowska, Stanisław „Agaton” Jankowski. Dodajmy jeszcze jeden plus: Rafał Skąpski ma świetne pióro. […] To się czyta!” (czwarta strona okładki).

Do tych znanych postaci dodałbym jeszcze kilka innych, epizodycznych, albo kojarzących się z innymi, ważnymi dla mnie. Ot, Jan Hołyński spokrewniony z Ksawerym Hołyńskim, przemysłowiec i działacz gospodarczy, który wespół z Witoldem Sągajłło zasiadł w Radzie Warszawskiego Towarzystwa Kopalń Węgla, a Ksawery ożenił się przecież z Emilią Bloch, córką Jana i Emilii z Kronenbergów, o których sporo pisałem (s. 122). O Leopoldzie Janie Kronenbergu wspominałem już wcześniej. Salomea Szliferstajn, językoznawczyni, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, z którą miałem okazję zetknąć się w czasie swoich polonistycznych studiów, znana była ze swoich surowych wymagań. Z prof. Ireną Dobrzycką przyszło mi współpracować w zespołach programowych ds. studiów neofilologicznych. Z Kazimierzem Leskim nie udało mi się spotkać (zmarł w 2000 r.), a tylko on mógłby rzucić właściwe światło na historię Wandy Kronenberg (córki Leopolda Jana), której zła sława i tragiczny los zamykają historię tej wielkiej rodziny (s. 148). Szkoda. I tak dalej. Panny z Genewy są najlepszym dowodem, że ze wspólnego kłębka można bez końca wyciągać kolejne nitki i snuć opowieść nieskończenie. Biografistyka ma swoje uroki, nieprawdaż?

Andrzej ŻOR

Maria Wilczek-Krupa, Żuan Don. Biografia Jeremiego Przybory, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, 638 str.

 

Mija właśnie 20. rocznica śmierci Jeremiego Przybory i może to najwyższy czas, by kompleksowo spojrzeć na tę niezwykłą postać, kojarzoną nieodmiennie z Jerzym Wasowskim i Kabaretem Starszych Panów. Tego zadania podjęła się Maria Wilczek-Krupa, która podała życiorys swojego bohatera na grubo ponad 600 stronach świetnie udokumentowanej biografii, która obejmuje nie tyle wyżej wymienionego Pana B, ale także jego epokę, dzieło i ludzi, których na swej drodze spotkał.

To hufiec najlepszych polskich aktorów, muzyków, scenografów, twórców radiowych i telewizyjnych, złożony z Ireny Kwiatkowskiej, Kaliny Jędrusik, Barbary Kafftówny, Wiesławów Michnikowskiego i Gołasa, Edwarda Dziewoński, Mieczysława Czechowicza, Jerzego Wasowskiego, Jerzego Derfla, Xymeny Zaniewskiej czy Alicji Wirth… długo by wymieniać. Autorce biografii należy się przy tym dozgonna wdzięczność plemienia przyborian (jak to pięknie ujął Michał Rusinek) za to, że z detaliczną rzetelnością narysowała „Przyborę i jego czasy”, rozwiązując zagadki i tajemnice, którymi ta niezwykła postać była otoczona.

Choć pan Jeremi sam opisał swoje dzieje w pamiętnych Memuarach, które swego czasu były wielkim wydarzeniem literackim, to jednak nie pokazał wszystkich splotów okoliczności, w których przyszło mu tworzyć, kochać i żyć. Wilczek-Krupa to czyni, ale nie ulega modnemu dziś prezentyzmowi, a stara się wyjść naprzeciw czasom, które opisuje, co trzeba podkreślić i docenić. Szczególnie opisując Przyborę w pierwszej połowie lat 50. na antenie Polskiego Radia, jego ówczesne wybory ideowe i dokonania antenowe. A przy tym subtelnie i z wielkim wyczuciem autorka żegluje pośród różnych raf, które ten życiorys miał, czyniąc z tej biografii dzieło prawie skończone. Tam, gdzie to konieczne szuka drugiego dna wyborów Jeremiego Przybory, rozwiązuje zagadki jego bujnego życia zawodowego, towarzyskiego i uczuciowego, bardziej rozumiejąc swojego bohatera, niż go tłumacząc czy usprawiedliwiając. Maria Wilczek-Krupa rysuje prawdziwy obraz przyjaźni i zadurzeń Pana Jeremiego, przy okazji pysznie portretując Warszawę przełomu I i II połowy XX wieku. Zajęło jej to okrągłe 5 lat benedyktyńskiej pracy i doskonale to widać w książce, jak i jej przypisach, których drobiazgowe śledzenie pokazuje nie tylko ogrom zaangażowania, ale podkreślaną tu rzetelność warsztatu.

Książka może uchodzić niemal za encyklopedię, choć zapewne aż takich ambicji autorka nie przejawiała. Ale śmiało można to dzieło tak zakwalifikować – ja przynajmniej zrobiłem to na własny użytek. Co ważne, są też utwory pana Jeremiego, które czytane dziś mają jeszcze większy wdzięk i ukazują mistrzostwo, niż kiedy powstawały, co należy szczególnie dedykować Ministerstwu Edukacji Narodowej, debatującemu nad podstawą programową.

Geniusz Jeremiego Przybory, jako lirycysty i mistrza czarnego humoru, jest niekwestionowany, a mapa jego zaangażowań zawodowych obejmuje zarówno Polskie Radio, jak i Telewizję, niemal od zarania ich dziejów. Co warto podkreślić, oznaczało to wniesienie na fale eteru i na wizję pereł doskonale skrojonej rozrywki, która dla wielu pokoleń Polaków była, jest i będzie wzorem klasy, elegancji, liryzmu i humoru. Tym bardziej zaskakują cytowane przez Wilczek-Krupę recenzje z ówczesnej prasy, dąsające się na Kabaret Starszych Panów i jego kontynuacje, czy na film Upał, który wówczas miał się okazać klęską, a obecnie trafił do kanonu polskiej kinematografii. No cóż, w przypadku Przybory nawet rzecz nie do końca udana to, okazuje się po latach, niedościgłe wyżyny…

Inną cechą tej biografii jest rozwijanie wątków osobistych, a nawet intymnych – i tu wkraczamy w sfery, które sam pan Jeremi wolał taktownie pomijać. Czy to dobrze, że Maria Wilczek-Krupa aż tak mocno weszła w sprawy rodzinne czy uczuciowo-intymne? Na jej obronę na pewno warto przytoczyć zgodę żyjących, aby żadnych wątków skomplikowanych relacji rodzinno-osobistych nie pomijać i to też jest pierwszorzędna zaleta tej grubej książki i świadectwo klasy osób, które ją autoryzowały. Przecież nie wszystko układało się w życiu Jeremiego Przybory tak jak w bajce, a występujące kryzysy nieraz rzutowały np. na przyjaźń p. Jeremiego z p. Jerzym, która przecież trwała do grobowej deski. To udało się przedstawić na tyle zgodnie z prawdą i istniejącymi świadectwami, iż prawdopodobnie definitywnie załatwia niewątpliwy deficyt dotychczasowych biografii. Takich wątków jest zresztą więcej – choćby sprawa uczucia do Agnieszki Osieckiej czy katalog innych damskich podbojów i fascynacji Przybory.

Mamy tu przykład naprawdę świetnej biografistyki, której należą się laury od Czytelników, bo przecież życie i twórczość Przybory są opisane dość dobrze, no i żyją świadkowie wydarzeń oraz naprawdę wytrawni znawcy jego dzieła. Wilczek-Krupa daje im obficie głos, dopytując w naszym imieniu o szczegóły. To wszystko znajdziemy w tej niezwykle cennej biografii, świetnie opisującej etapy życia Jeremiego Przybory, z wątkiem wojennym włącznie. A trzeba wiedzieć, że podczas Powstania Warszawskiego pan Jeremi był głosem Polskiego Radia, nadającego na cały świat z walczącej Warszawy. Można by mu za to zapewne wystawić okazały pomnik, ale czy pan Jeremi by to ścierpiał? Był co prawda bohaterem, ale pełnym goryczy, szczególnie w ocenie zburzenia Warszawy i wybicia jej mieszkańców.

Przybora, zamiast pomnika, uzyskał coś znacznie cenniejszego – silne i rozrastające się plemię przyborian, swoich wiernych wyznawców, do których zaliczała się np. Wisława Szymborska, jak i tę biografię, zupełnie pozbawioną brązu, a przez to prawdziwą i wiarygodną. A dla mnie osobiście miarą wielkości pana Jeremiego jest wejście jego słów do codziennej polszczyzny (takich jak „tanie dranie”, „by żądz moc móc wzmóc”, „addio pomidory”) oraz stworzenie najpiękniejszego hymnu normalnej, lepszej Polski:

Dobranoc, dobranoc, mężczyzno

zbiegany za groszem jak mrówka,

dobranoc, niech sny ci się przyśnią

porosłe drzewami w złotówkach.

 

Złotówki, jak liście na wietrze,

czeredą unoszą się całą,

garściami pakujesz je w kieszeń,

a resztę taczkami w Pekao.

Aż prosisz, by rząd ulżył tobie

i w portfel zapuścił ci dren.

Dobranoc, dobranoc, mój chłopie,

już czas na sen.

 

Dobranoc, dobranoc, niewiasto,

skłoń główkę na miękką poduszkę,

dobranoc, nad wieś i nad miasto,

jak rączym rumakiem wzleć łóżkiem.

Niech rycerz cię na nim porywa,

co piękny i dobry jest wielce,

co zrobił zakupy, pozmywał

i dzieciom dopomógł zmóc lekcje.

A teraz tak objął cię ciasno

jak amant ekranów i scen.

Dobranoc, dobranoc, niewiasto,

już czas na sen.

 

Dobranoc, dobranoc, ojczyzno,

już księżyc na czarnej lśni tacy,

dobranoc i niech ci się przyśnią

pogodni, zamożni Polacy.

 

Że luźnym zdążają tramwajem,

wytworną konfekcją okryci,

i darzą uśmiechem się wzajem,

i wszyscy do czysta wymyci,

i wszyscy uczciwi od rana,

od morza po góry aż, hen.

Dobranoc, ojczyzno kochana,

już czas na sen.

 

 

Recenzja ukazała się w numerze 3/2024 „Res Humana”, maj-czerwiec 2024 r.

Rausz Haralda Jahnera nie jest bynajmniej książką antyalkoholową, a sam autor to znakomity niemiecki pisarz i dziennikarz, posiadający dar swobodnego pisania, a przy tym nieoczywistego kojarzenia faktów i zdarzeń. Dość powiedzieć, że od 2011 roku jest honorowym profesorem dziennikarstwa na Berlin University of the Arts, a polskiemu Czytelnikowi znany jest z innej ważnej książki – Czas wilka. Powojenne losy Niemców”(2021 rok).

Jest to autor podejmujący zagadnienia szerokie, panoramiczne, ale stosujący metodę od ogółu do szczegółu. Mamy więc losy zbiorowości, ale odnajdujemy je często poprzez indywidualne przypadki, opisywane w listach, relacjach, pamiętnikach, literaturze czy w prasie, i to przeróżnego autoramentu (np. magazyn „Die Dame”). A przy tym Rausz jest wyjątkowo rzetelnym obrazem historycznym, z takimi postaciami jak demokratyczni kanclerze Republiki: Ebert, Scheidemann, Stresemann czy Bruning, o marszałku Hindenburgu nie wspominając. Mamy tu więc politykę i obyczajowość potraktowaną z jednolitą sumiennością i powagą.

Książka dysponuje bardzo dobrze rozwiniętym warsztatem naukowym, którego opis jest usystematyzowany według jej rozdziałów i zawsze możemy się doń odwołać. Tak usystematyzowany warsztat pisarski powoduje, że opowieść jest nasycona indywidualnymi losami i przedstawiona tak, jak dziś po prostu uwielbiamy. Trochę plotkarsko i sensacyjnie, trochę historycznie i encyklopedycznie, ale przede wszystkim reportażowo – jakby sam autor był uczestnikiem wydarzeń. To czyni Haralda Jahnera zarówno encyklopedystą, jak i przewodnikiem po epoce. Prawie autorem haseł, jak i żywym opowiadaczem nieraz bardzo pikantnych szczegółów. Począwszy od wojny, która wywołana przez Kaisera pokaleczyła niemieckich mężczyzn (parę milionów ofiar i kalek, dodatkowo zaatakowanych grypą hiszpanką), po wzrastającą w obliczu tej hekatomby rolę kobiet, które weszły na rynek pracy i do życia pełną piersią, przełamując pruskie 3 K (Kirche, Küche, Kindern). Jahner analizuje zjawisko inflacji i zaniku funkcji tezauryzacyjnej papierowego pieniądza, by zaraz zabrać się do opisywania przełomowych koncepcji budownictwa socjalnego, nowoczesnej architektury (płaski dach) i wyposażenia mieszkań (Bauhaus), życia biurowego, transportu, tańca, nowych funkcji miast czy gimnastyki i kultu ciała…

Rausz jest taką właśnie mozaikową książką, niezwykle atrakcyjną w podawaniu szczegółów życia epoki weimarskiej, ale doskonale socjologicznie uogólniającą jej wielkie dokonania. Tym bardziej atrakcyjną i ożywczą w Polsce, gdzie utrwaliło się pokutujące jeszcze w najlepsze endekoidalne postrzeganie Republiki Weimarskiej, jako walczącej z polskością, spiskującej z bolszewikami w Rapallo i nieuchronnie zmierzającej do III Rzeszy. A kto wie, może dla naszych krajowych elit także jakoś zapładniającą cywilizacyjnie, by wyjść z opłotków uwielbianej przez nie Polski katolickiej i zaściankowo-szlacheckiej, jakże kontrastowo różnej od weimarskich Niemiec. Tymczasem Rausz jest na to zaczadzenie znakomitą odtrutką. Pokazuje powojenne (po I wojnie światowej) społeczeństwo niemieckie jako co prawda złamane klęską, rewolucją i kryzysem, ale nowocześnie jak na tamte czasy zorganizowane, podejmujące wysiłki w zakresie demokracji i gospodarki, a przede wszystkim wyzwolone ze sztywnych ram upadłego cesarstwa.

Jahner snuje swoją opowieść polityczną na tle przemian obyczajowych. I to jest bardzo ożywczy tok narracji, pokazujący Niemców tamtej epoki jako zdecydowanych na nowoczesność, przekonanych co do wartości republikańskich i demokratycznych. Niemki i Niemców oddanych różnym formom spędzania wolnego czasu (co było skutkiem wprowadzenia zasady „trzy razy osiem”: osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu wolnego): od tańca, mody i nowoczesnego fryzjerstwa (fryzura „bob”), po kino, podryw (rozpowszechniony także wśród przedstawicieli własnej płci), wyjazdy na weekend, motoryzację, kolej i transport publiczny. Właściwie mamy u Jahnera detaliczny opis każdego aspektu życia ówczesnych obywateli Republiki: od skrócenia spódnic i sukienek kobiet oraz rezygnacji z gorsetów i ukazania kolan, przez meandry towarzysko-uczuciowego życia biurowego czy zbiorową gimnastykę i kult zdrowego ciała, po alkohol, narkotyki czy okładkową miłość „zakazaną”.

Autor na tym tle widzi Republikę jako pierwsze państwo oficjalnie luzujące zasady obyczajowe. Zarazem jest to frapujący wykład politologiczny, charakteryzujący elity Republiki, ich zamiary i dokonania, które dla wielu polskich sił politycznych byłyby dzisiaj jak znalazł, nie tylko progresywnie lewicowych, bo Republika była pod tym względem doskonale pluralistyczna, choć skończyła się ponurą nocą hitleryzmu. Oczywiście wyznawcy ścisłej analizy politologicznej mogliby przyczepić się do tak zaprezentowanej swobody narracyjnej i naukowej, ale jest to po prostu kwestia wyboru konwencji i akceptacji konkretnej metody. Na mojej półce niemieckiej Rausz sąsiaduje z Państwem stanu wyjątkowego Franciszka Ryszki czy Hitler: studium tyranii Allana Bullocka i krzywdy sobie nie czynią, bo Jahner dostrzega w Republice zaczątki zła, a nawet pokazuje demokratyczne procedury, które Hitlerowi utorowały drogę do wcielania go w życie…

Innymi słowy mamy opowieść wymykającą się konwencjom, lekko zawianą, ale przez to niezwykle barwną, wieloaspektową i sugestywną, dosłownie mogącą przyśnić się nocą (o ile ktoś miewa historyczne sny…). Lektura warta przeczytania, ale niespiesznie w swych 550 stronach; jej sens polega być może na tym, że warto zagłębić się w rozdział i zarazem przypisy, aby odnaleźć tam źródła do dalszych inspiracji i poszukiwań. Sprzyja też temu doskonałe tłumaczenie Moniki Kilis i najwyższej miary robota redaktorska całego zespołu Wydawnictwa Poznańskiego, któremu należą się słowa uznania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka zainicjowało akcję przypomnienia książek znanego amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka. W jej ramach ukazał się Dziennik z podróży do Rosji w przekładzie Magdaleny Rychlik. Steinbeck napisał tę książkę bardzo dawno temu, w 1948 roku. Jak pisze jej wydawca: „Tuż po zapadnięciu żelaznej kurtyny, John Steinbeck, wówczas laureat nagrody Pulitzera, oraz znany fotograf wojenny Robert Capa podjęli śmiałą wyprawę do Związku Radzieckiego z zamiarem napisania reportażu dla gazety «New York Herald Tribune». Sławni podróżnicy mieli rzadką okazję odwiedzenia nie tylko Moskwy i Stalingradu, lecz także ukraińskich wsi oraz Gruzji”. Czas był dla tego przedsięwzięcia równie niekorzystny, jak obecnie. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki po okresie wojennej kooperacji znalazły się po obu stronach osławionej „żelaznej kurtyny”. Obaj reportażyści postawili sobie za cel prezentację codziennego życia mieszkańców Kraju Rad, bez politycznych wtrętów i ocen. Gdyby decydowali się na takie oceny, z pewnością nie dostaliby zgody na przygotowanie reportażu, a zwłaszcza fotografii. Los zdjęć, których Capa zgromadził mnóstwo, nie był do końca pewny. Ich autor do ostatniego dnia drżał, czy otrzyma zezwolenie na wywiezienie ich za granicę. Ostatecznie zbiór ten prawie w całości został wyekspediowany i w znacznej mierze opublikowany. Dorobek kilkumiesięcznej pracy nie został więc zaprzepaszczony. Gdy książka ukazuje się dziś, tym, co frapuje najbardziej, jest porównanie tamtego opisu ze współczesną wiedzą na temat stosunków panujących w Rosji AD 2024. Dla mnie ta książka ma także aspekt sentymentalny. W latach 1965–1991 odbyłem wiele podróży do i po ZSRR. Miałem więc możliwość zapoznania się z wieloma przejawami specyfiki zachowań społecznych w warunkach mocno odbiegających od europejskiej, a nawet od rodzimej polskiej praktyki. Ogarnia mnie wzruszenie, gdy czytam taki choćby fragment: „[…] system księgowości to olbrzymia machina biurokratyczna. Kelner, który przyjmuje zamówienie, zapisuje je starannie w zeszycie, ale nie idzie z nim od razu do kuchni. Udaje się najpierw do księgowości, gdzie zamówienie jest zapisane po raz kolejny, a do kuchni zostaje przekazany specjalny kwit. W kuchni sporządza się kolejną notatkę wraz z wnioskiem o kolejne produkty. Kiedy transakcja zostaje wreszcie zaakceptowana, kelner dostaje kolejny kwitek z potwierdzeniem, ale to wcale nie znaczy, że może już serwować jedzenie. Idzie z kartką z powrotem do księgowości, która zaznacza w księgach, że zamówione produkty zostały zaakceptowane i wypisuje kolejny kwit dla kelnera, dopiero wtedy tenże idzie z nim do kuchni po odbiór dań i przynosi je do stolika. Po podaniu zamówienia sporządza kolejną notatkę, że złożone, zapisane, zaakceptowane i dostarczone zamówienie zostało wreszcie zrealizowane […]. Księgowanie tego wszystkiego zabiera wiele czasu […]. O wiele więcej niż samo przygotowanie potraw” (s. 32–33). Moje sentymentalne wzruszenie wywołane zostało natychmiastowym przypomnieniem sobie specyficznego sposobu wydawania śniadań w stołówce gostinicy „Mir” (hotelu RWPG). Zamawiający osobnik musiał bowiem udać się najpierw do gabloty, gdzie wystawione były wszystkie produkty śniadaniowe i zapamiętać ich ceny, a następnie udać się do kasy i wymienić te ceny (ceny, a nie nazwy dań!). Kromka chleba kosztowała 1 kopiejkę, gdy chciało się zjeść trzy, należało trzykrotnie wymienić tę cenę. Szkopuł w tym, że niektóre potrawy miały tę samą cenę, na przykład jajecznica kosztowała tyle, co kasza jaglana, której wierzch był ozdobiony wlaną do zagłębienia łyżką oleju rzepakowego (ulubionego tłuszczu mieszkańców Kraju Rad, którego zapach rozchodził się po klatkach schodowych wszystkich domów). Myliłby się jednak ten, kto uważałby ten system za obowiązujący w każdym przypadku. Przy zamawianiu obiadu (w innej zresztą sali) należało zabrać ze sobą ołówek. Nowicjusze biegali z prośbą o wypożyczenie. Tym razem przy kasie (opłacenie posiłku było zawsze czynnością pierwszą) wymieniało się nazwy dań, ale kasa drukowała ceny. Klient musiał teraz wpisać nazwy potraw zwykłym ołówkiem na otrzymanym paragonie, by otrzymać pożądane danie. Ołówek (koniecznie zwykły) był najbardziej poszukiwanym artykułem pierwszej potrzeby. Ale w restauracji dla VIP-ów (od wiceministra w górę) obsługa stosowała system ogólnoeuropejski. Nie wierzycie? Popytajcie stałych bywalców lub osób urzędujących w biurach RWPG w czasach słusznie minionych.

Równie frapujący jest opis łazienki. „Drzwi nie otwierały się do końca, ponieważ blokowała je wanna. Przy wejściu do środka trzeba było przycupnąć w kącie przy umywalce, dopiero po zamknięciu drzwi w tej pozycji człowiek odzyskiwał dostęp do całego pomieszczenia. Wanna chybotała się na nierównych nogach, każdy gwałtowny ruch podczas kąpieli sprawiał, że woda przelewała się ponad krawędź na podłogę. Była stara, prawdopodobnie pamiętała jeszcze czasy przed rewolucją […]” (s. 28–29). Ten opis przypomniał mi łazienkę w pomieszczeniu dla pracowników nauki jednej z polskich uczelni. Osobnik obdarzony nieco potężniejszą tuszą musiał używać sedesu wyłącznie przy otwartych drzwiach, nie mieścił się bowiem na zbyt małej przestrzeni. A to skłaniało do ogólniejszej refleksji na temat specyfiki socjalistycznego budownictwa i transferu technologii.

Dość już tych porównań i wspomnień. Z książki Steinbecka można wyciągnąć kilka pouczających wniosków. Im dalej od centrum, tym zachowania (nawet urzędnicze) stają się przyjemniejsze, a relacje z ludnością – przyjacielskie. Wszechobecnej biurokracji (choć nadal trzyma się mocno) sporo mniej. Im mniej, tym lepiej. Ze szczególną sympatią autor wspomina swoje wrażenia z Ukrainy, nie mówiąc o Gruzji. Opisując Ukrainę, podkreśla ogromny wysiłek społeczeństwa włożony w odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. Społeczeństwa, nie władz. I urodę Ukrainek. Gruzja, oszczędzona przez wojnę, jest jednym wielkim miejscem gastronomicznej uciechy. I znów ożyły wspomnienia. Potwierdzam, gościnność gruzińska nie miała równych sobie, a obfitość jadła (przepysznego zresztą) i wina (czaczy, czyli mocnego bimbru typu grappa piło się znacznie mniej). Szczególnie utkwił mi w pamięci jubileusz założyciela katedry hydrologii Uniwersytetu w Tbilisi, który dawno zmarł, a przez lata cała akademicka społeczność (na czele z rektorem) czciła jego pamięć. Jeśli każda katedra z podobnym pietyzmem obchodziła swoje rocznice, wątroba Magnificencji zasługiwała na najwyższe uznanie. Czy tak jest teraz, nie wiem, od wielu lat nie odwiedzałem bowiem państw dawnego Kraju Rad. Rekompensuję to sobie dość częstym odwiedzaniem gruzińskich restauracji w Warszawie. Ale to nie to samo.

Rozmarzyłem się, więc muszę kończyć. Zacytuję zakończenie książki, bo jest ono najlepszym jej podsumowaniem: „Zgodnie z naszymi wcześniejszymi przypuszczeniami, Rosjanie okazali się po prostu ludźmi i jak większość ludzi są bardzo mili. Ci, z którymi rozmawialiśmy, nienawidzą wojny, pragną tego samego co wszyscy – dobrego, wygodnego życia, bezpieczeństwa i pokoju. Ten dziennik nie usatysfakcjonuje ani ortodoksyjnej lewicy, ani lumpenprawicy. Jedni powiedzą, że jest antysowiecki, drudzy – że prosowiecki. Bez wątpienia jest powierzchowny, bo jakże mogłoby być inaczej? Nie mamy żadnych wniosków poza jednym. Rosjanie nie różnią się niczym od reszty populacji świata” (s. 247). I to by było na tyle.

Tytuł Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023 sugeruje opracowanie poświęcone analizie strategicznych i wojskowo-technicznych aspektów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zwłaszcza, że pracę Andrzej Małkiewicza i Piotra Szymańca opublikowano w serii Bitwy / Taktyka, jej objętość jest doprawdy solidna (ponad pięćset stron), a treść wzbogacona o mapy i szkice. Wszystko to zapowiada, że mamy do czynienia z analizą drobiazgową i pogłębioną.

W rzeczywistości książka dwóch naukowców ma charakter rozprawy politologicznej, dokumentującej. Opracowanie Małkiewicza i Szymańca jest pierwszą wydaną w Polsce publikacją książkową, która całościowo i w miarę szczegółowo opisuje nie tylko przebieg działań wojennych w pierwszym roku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zawiera także bardzo szeroką prezentację okoliczności politycznych sprzed 24 lutego 2022 roku (tj. przed napadem Rosji na Ukrainę) oraz uwarunkowań ekonomicznych, wojskowych i technicznych obu państw. Prezentuje też opis systemów politycznych Rosji i Ukrainy z przedstawieniem sylwetek czołowych aktorów scen politycznych włącznie. Natomiast opis sytuacji na froncie obejmuje chronologicznie okres od lutego 2022 roku do marca 2023 roku.

Główną zaletą opracowania jest właśnie kompleksowość tematyczna oraz bogata baza informacyjna. Dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo stosunkami międzynarodowymi, nie śledzi szczególnie uważnie i dociekliwie wydarzeń na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz nie zna politycznego podglebia konfliktu, książka może być bardzo cennym źródłem wiedzy o charakterze popularyzatorskim i informacyjnym.

To, co stanowi o zalecie opracowania, jest równocześnie jego największą wadą. Autorzy, powodowani ambitnym zamiarem opowiedzenia o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie możliwie jak najdokładniej, zgromadzili bowiem ogromną ilość informacji. I zetknęli się z trudno rozwiązywalnym problemem agregacji wszystkich danych, usystematyzowania ich w kolejności znaczenia w jednolitej matrycy według precyzyjnie określonych kryteriów oraz z konsekwentnym użyciem spójnej metodologii i jednorodnych narzędzi badawczych. Rzeczywiście, nieprostym zadaniem jest – stosując tę samą metodologię – opisać jednakowo skomplikowaną grę geopolityczną, a także przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w obu państwach, jak i dynamiczną sytuację wojenną.

Wydaje się, że koherencji metodologicznej posłużyłoby przynajmniej ujednolicenie terminologii oraz wprowadzenie bardziej rygorystycznej dyscypliny w zakresie stosowanych definicji. Stwierdzenie „wojna hybrydowa, czyli wojna asymetryczna” nie jest prawdziwe i wprowadza w błąd – są to dwa różne pojęcia na określenie dwóch różnych typów działań. We fragmentach próbujących zdefiniować charakter autorytarnych systemów politycznych na części obszaru byłego ZSRR Autorzy używają różnych określeń, zapominając o dobrze już ukorzenionym w nauce terminie „reżimy neopatrymonialne”. Takich luk i niespójności pojęciowych można znaleźć wiele. Autorzy często przywołują wydarzenia z najnowszej historii obszaru postsowieckiego. Jednakże charakterystyka i oceny niektórych z tych wydarzeń budzą niekiedy spore wątpliwości. Przykładowo, wojna między Armenią a Azerbejdżanem 1992–1994, w której armie obu państw bezpowrotnie straciły po ok. 25% liczebności swoich sił zbrojnych, a działania prowadzone były na szeroką skalę i z użyciem broni ciężkiej, została określona przez Autorów jako konflikt niskiej intensywności, co jest mocno mylące. Wydaje się także nie odpowiadać prawdzie charakterystyka wydarzeń w Kazachstanie w styczniu 2022 roku jako wystąpienia sił demokratycznych, zdławionego przez interwencję wojsk OUBZ. Podczas gdy w istocie mieliśmy tam do czynienia z zamachem stanu na tle spontanicznych protestów o charakterze ekonomicznym. Powyższe uwagi nie odnoszą się do głównego tematu opracowania. W moim przekonaniu, z wielu takich didaskaliów należałoby zrezygnować, co nie wpłynęłoby ujemnie na całość przekazu, zmniejszałoby natomiast ryzyko popełnienia błędów faktologicznych czy interpretacyjnych.

Cennym z kolei wzbogaceniem kontekstu historycznego i geopolitycznego, znakomicie pomagającym w zrozumieniu tła wydarzeń, byłoby umiejscowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej w sekwencji konfliktów na obszarze byłego ZSRR, które stanowiły nieodłączny element formatowania przestrzeni posowieckiej. Takie ujęcie pozwoliłoby także wydobyć nie tylko różnice (kulturowe, ekonomiczne, polityczne i każde inne) między Ukrainą i Rosją, co Autorzy – kierując się zapewne aktualną poprawnością polityczną – akcentują, lecz także ogromne podobieństwa, objaśniające wiele z przyczyn wojny i jej przebiegu.

Opisując przyczyny i okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej 2022 roku, Autorzy nie wyjaśniają czytelnikowi, według jakich kryteriów je dobrali i uporządkowali ani jaką rolę odegrał każdy z powodów, dla których doszło do konfliktu zbrojnego na bezprecedensową skalę. Wydaje się, że z ogromną korzyścią dla opracowania byłoby, gdy Autorzy poświęcili więcej uwagi i miejsca, jeśli nie analizie, to chociażby wnikliwemu opisowi sytuacji geopolitycznej Rosji i Ukrainy, ich doktrynom politycznym oraz grze dyplomatycznej poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny. O ile należy przyklasnąć opinii Autorów, że celem Putina nie jest odbudowa Związku Sowieckiego (a więc państwa federacyjnego, wewnętrznie mocno zróżnicowanego, opierającego się na ideologii ponadnarodowej), lecz mocarstwa wzorowanego na imperium Romanowych (scentralizowanego, autorytarnego, nacjonalistycznego), o tyle brak wyczerpującego opisu interesów dzisiejszej Rosji, jakimi postrzega je Putin i rządząca na Kremlu elita, jest poważnym błędem. Możemy nie zgadzać się ze współczesną rosyjską interpretacją tych interesów, lecz musimy mieć je na uwadze, ponieważ to one stoją za konkretnymi działaniami Federacji Rosyjskiej.

Opis działań i sytuacji wojennej na froncie jest wybiórczy i fragmentaryczny z oczywistych powodów: wojna wciąż trwa i Autorzy mogli objąć swoją uwagą tylko pierwszy rok wojny od lutego 2022 do marca 2023. Po wtóre, bazowali na otwartych źródłach informacji, które w warunkach wojny mają charakter tyleż informacyjny, co manipulacyjny. Ponieważ większość danych pochodzi z mediów i stron internetowych, a przestrzeń wirtualna (zwłaszcza gdy dostawcy informacji są stronami konfliktu) rządzi się swoimi regułami, nie ma praktycznie możliwości weryfikacji wiarygodności przekazywanych komunikatów. Może dlatego Autorzy w ogóle zrezygnowali z próby oceny swoich źródeł.

Dla mnie największym niedostatkiem opracowania jest brak pogłębionej analizy zarówno przyczyn konfliktu, jak i wniosków, wypływających z przebiegu wojny, w tym postępowania aktorów sceny międzynarodowej. Książka Andrzeja Małkiewicza i Piotra Szymańca jest pracą obszerną i cenną, ale wyłącznie deskrypcyjną. Opisuje, wylicza, nazywa – ale nie objaśnia. Unika roztrząsania znanych nam już gorzkich prawd, niekorzystnych zjawisk, niepokojących tendencji. To bardziej kronika wojny niż wynik badań naukowych. Praca potrzebna, lecz niesatysfakcjonująca.

 

Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava w Koninie; Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód, Warszawa 2023, s. 103.

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka Mirosława Słowińskiego Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie kantora. Jej autora poznałem dobre czterdzieści lat temu. Miałem wtedy częste kontakty z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a Mirek – absolwent tego Uniwersytetu, a potem doktor nauk humanistycznych też „robił” w nauce i kulturze. Zasłynął potem jako producent wielu znanych filmów, jak Quo vadis Jerzego Kawalerowicza, Kto nigdy nie żył Andrzeja Seweryna, czy Syberiada polska Janusza Zaorskiego. Napisał kilka książek, z których rozgłos przyniósł mu Błazen – dzieje postaci i motywu (1990). Potem zajął się historią i literaturą regionalną, popularyzującą dzieje Zagórowa – wielkopolskiego miasta, z którego pochodzi. Tej tematyki dotyczy kilka jego książek, z których wymienię tylko Zagórów. Album miasta (2007). Choć nie widzieliśmy się około dwudziestu lat, od czasu do czasu wspólni znajomi dostarczają informacji o naszych poczynaniach.

Książka, o której piszę, powstała wskutek zrządzenia losu. Podczas remontu jednego z domów w Łazińsku (wsi położonej kilka kilometrów od Zagórowa), przeprowadzanego w 1995 roku, znaleziono plik listów i zbiór książek, sprytnie ukrytych pomiędzy ściankami działowymi tego domu. Wśród książek uwagę znalazców przyciągnęła z pewnością biografia Goebbelsa, Deutsche Geschichte im 19. Jahrhundert – znanego niemieckiego historyka-militarysty Heinricha von Treitschke oraz książki o tematyce religijnej. Korespondencja to listy od i do Brunona Mielke – żołnierza Wehrmachtu (dosłużył się rangi kaprala), wymieniane ze starszym bratem – Gustawem oraz ojcem i siostrami. Nietrudno było zidentyfikować proweniencję ich autorów i adresatów. Należeli do niemieckiej społeczności ewangelickiej, osiadłej w Zagórowie i okolicach od początków XVIII wieku. „W roku 1718 do wschodniej Wielkopolski, w okolice położonego na południowym stoku nadwarciańskiej doliny miasta Zagórów, przybywa ze Śląska czternaście niemieckich rodzin, którym dziedzic pobliskiego Trąbczyna wieczyście wydzierżawia leśne tereny i ugory, gdzie z czasem powstaje wieś o nazwie Łazińsk”[1]. Po Kongresie Wiedeńskim (1815) wieś znalazła się na terenie zaboru rosyjskiego, co natychmiast skojarzyło mi się z losami Ślimaka – bohatera Placówki Bolesława Prusa. W tamtych lub pobliskich stronach musiała toczyć się akcja tej powieści, choć z historią ewangelickiej mniejszości osiadłej w Łazińsku heroiczna obrona przez Ślimaka ojcowizny nie miała chyba nic wspólnego. Niemieccy osadnicy objęli wydzierżawione im tereny na tzw. prawie olęderskim. Wszyscy byli ewangelikami, „Ludźmi wolnymi, z własnym samorządem, kultem pracy i surowymi obyczajami”[2]. Na stosunkowo niewielkim terytorium żyły więc – w kilku odrębnych enklawach wyznawcy różnych religii – katolicy, ewangelicy i Żydzi, posługujący się trzema różnymi językami (polskim, niemieckim i jidysz). Wszystkie te społeczności egzystowały w hermetycznych „bańkach”, oddzielonych od siebie przez religię, język i obyczaje. Obok, ale bez większych sporów. Narastające nacjonalizmy, a potem dwa konflikty światowe wywróciły ten porządek. Rodzina Mielke mogła być tego przykładem. „[…] wysiłkiem całej społeczności Łazińska, której pracami od 1925 roku kierował kantor Gustaw Adolf Mielke, postawiono nowy budynek, mieszczący sale lekcyjne, kancelarię oraz mieszkanie kierownika szkoły i kantora w jednej osobie. Jednak zaangażowanie Gustawa Mielke nie dotyczyło tylko spraw edukacyjnych i obowiązków religijnych. Był nader aktywnym propagatorem niemieckich nacjonalizmów i nazistowskiej propagandy. Musiała ta aktywność – nawet jak na wielokulturowy region – wzbudzić istotne zastrzeżenia władz. Mielke bowiem został zmuszony do opuszczenia w 1936 roku Łazińska i osiedlenia się gdzieś w Galicji. Wrócił wraz z Wehrmachtem w 1939 roku. Przez całą wojnę mieściła się w tym sporym […] budynku szkoła, mocno okrojony w swych prawach kantorat i mieszkała rodzina Mielke”[3]. Wtedy skończyła się koegzystencja różnych społeczności. Ludność żydowską wymordowano. Polaków częściowo deportowano (wysiedleniem dotknięto m.in. moich dziadków, mieszkających przed wojną we Włocławku, których wysiedlono na Lubelszczyznę), pozostałych prześladowano. Gustaw Mielke pełnił nadal obowiązki kantora. Do wojska powołano natomiast jego młodszego brata – Brunona. Znalazł się na północy Finlandii, na relatywnie spokojnym odcinku frontu. Czy przeżył – nie wiadomo, ostatni jego list nosił datę 14 maja 1944 roku, a więc cały rok przed zakończeniem wojny.

Analiza listów pozwala na kilka ciekawych spostrzeżeń. Osadnictwo na prawie olęderskim nasuwa skojarzenia z zaliczanym do protestantyzmu i będącym jednym z nurtów anabaptyzmu wyznaniem menonickim. Zasłynęli w Polsce z zagospodarowania Żuław i tam w większości mieszkali, choć mniejsze enklawy znajdowały się także w innych, nawet dość odległych regionach. Nie wchodząc w szczegóły, zwrócę uwagę na kilka zasad obowiązujących wyznawców tego kościoła, jak: chrzest od 14 roku życia (osób już świadomie wierzących), całkowity zakaz noszenia i używania broni (sic!), zakaz składania przysiąg, zakaz sprawowania wysokich urzędów[4]. Mieszkańcy Łazińska nie byli menonitami, choć z listów Brunona Mielke wynika, że konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich (oczywisty w przypadku menonitów) był w jego rozważaniach również obecny. Niemiecki faszyzm zakładał prymat W odnalezionych po latach listach kaprala Wehrmachtu widać konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich. Bruno Mielke znalazł się na rozdrożu. Niemiecki faszyzm zakładał wiarę w prymat rasy germańskiej, ślepe podporządkowanie Fuehrerowi, uznanie państwa za drogowskaz moralny – choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła. sui generis religii państwowej: wiary w prymat rasy germańskiej, ślepego podporządkowania Fuehrerowi, obowiązków wobec państwa jako drogowskazu moralnego, choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła, a nawet szukano jego wsparcia dla prowadzonej polityki. Bruno znalazł się na rozdrożu: był wyraźnie rad z „nawrócenia” brata – Gustawa (zdeklarowanego faszysty), który wrócił do praktyk religijnych, sam poszukiwał głęboko wierzącej i praktykującej kandydatki na żonę (uroda nie jest tak ważna, jak religijność potencjalnej małżonki). Rozdźwięk między wartościami płynącymi z wyznawanej religii a ideologią „państwową” był silnie obecny wśród osób wymieniających korespondencję. Jedna z potencjalnych kandydatek na żonę Bruna pisze: „Wierzę we wszechmocnego Boga, który nie pozwoli na upadek Niemiec. Każdą wiarę, która skierowana jest przeciw mojej ukochanej ojczyźnie, odrzucam od siebie. Dlatego nie potrzebuję żadnego pośrednika, tych, którzy tak często widzą tylko swój mały „kościół” i nie postrzegają najwyższego dla Kościoła celu, jakim powinny być Niemcy. Nasz Fuehrer nie zamierzał nigdy rozdzielać Kościoła od państwa – wręcz przeciwnie”[5]. Dalej pisze: „[…] nie może być tak, że Kościół występuje przeciwko państwu”[6]. Ma nadzieję, że Bruno nie jest taki, wówczas nie byłoby szans na związek. Bruno zdaje się nie podzielać w pełni tych poglądów, w swoistym konflikcie wartości stawia raczej na religię. Z drugiej strony, w listach zdecydowanie podkreśla utożsamianie się z polityką Rzeszy i faszystowską ideologią. Zdumiewa nawet „wiernopoddańczy ton” tych listów. Nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności polityki władz. „Przed dwoma tygodniami słuchaliśmy przemowy Fuehrera. Mówił, jak decydujące czasy przeżywa nasz naród i ojczyzna. W ten szczególny wiosenny dzień, kiedy szczęśliwie przeżyliśmy zimę i niezliczone niebezpieczeństwa, powinniśmy być uradowani, że Bóg przez naszego Fuehrera zachowuje nas przed grożącym złem i jak wzmacnia to nas, żołnierzy. Że my nie na darmo ponosimy ofiary, nie na darmo cierpimy i umieramy”[7]. Wydaje się, że te zdania są szczere, że nie są pisane ze względu na cenzurę wojskową. Wierzy w zwycięstwo Niemiec, bo słuszne racje są po ich stronie. Dopiero po klęsce stalingradzkiej pojawiają się wątpliwości. Co z nami będzie, gdy Armia Czerwona dojdzie do Łazińska? W sprawach bytowych Bruno wydaje się zadowolony: „Jedzenie też jest dobre. Codziennie jest mięso […] Jest też więcej chleba (750 gr na dzień). W niedzielę jest nawet 1/3 tabliczki czekolady i 1/5 l sznapsa”[8]. Sporo w tych listach o sprawach rodzinnych, ale to zupełnie naturalne.

Korespondencja ustaje w maju 1944 roku. Wtedy Armia Czerwona i Wojsko Polskie wkraczają już na ziemie polskie. Za dwa miesiące opublikowany będzie manifest PKWN. Niestety, nie otrzymamy już komentarza do tych wydarzeń, a być może byłaby to najbardziej interesująca część rodzinnej historii. Czy i jak zmieniły się poglądy Bruna w obliczu nadchodzącej klęski, tego się nie dowiemy. Ale i tak odkryta i opracowana korespondencja stanowi ważny przyczynek do poznania świadomości wąskiej grupy etnicznej i religijnej żyjącej na terenach Wielkopolski. To zasługa autora – Mirosława Słowińskiego: obok licznie cytowanych fragmentów listów większą część książki stanowią jego refleksje i komentarze, z listami w tle, z listami jako pretekst do szerszego omówienia poruszanych zagadnień. A cała historia – ciekawa, bo inna od rozpowszechnionego w Polsce obrazu wojny oraz postaw i zachowań ludzkich.

[1] Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava. Konin 2023, s. 7.

[2] ibidem

[3] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 20.

[4] Wikipedia. Menonici.

[5] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 41.

[6] Mirosław Słowiński op. cit. s. 42.

[7] Mirosław Słowiński op. cit. s. 68.

[8] Op. cit. s. 43.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Agnieszka Holland należy z pewnością do najbardziej znanych polskich reżyserów filmowych i nieprzypadkowo jej nazwisko pojawia się tuż obok Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Feliksa Falka w wielu opracowaniach (np. Tadeusza Lubelskiego, Jerzego Płażewskiego) poświęconych historii filmu w Polsce po II wojnie światowej i jego aktualiom. Także w kontekście wydarzeń politycznych, bo polityka obok filmu stanowi drugą jej pasję. Albo inaczej – te dwie dziedziny w jej życiu niekiedy dramatycznie się przeplatają.

Nie dziwi zatem, iż ukazało się już niemało opracowań o jej twórczości w różnych językach – nie tylko w polskim – wywiadów, felietonów, recenzji. I nie dążąc do kompletności z polskich autorów wymienię Mariolę Jankun-Dopartową, Marię Kornatowską, Katarzynę Mąkę-Molatyńską, zbiorową pracę Holland. Przewodnik krytyki politycznej (2013). Jednak, ze względu na jej ewolucję, wielość kontekstów jej aktywności, różne sprawy wymagają dalszych studiów. Dlatego z radością należy przywitać książkę Karoliny Pasternak Holland. Biografia od nowa, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak w 2022 r. Tym samym, mimo wielu jej zalet, o których piszę poniżej – książka ta nie może obejmować historii powstawania filmu Zielona granica, jego percepcji. Choćby dlatego, że powstał nieco później i był uwikłany w kontekst kampanii wyborczej do polskiego parlamentu w 2023 r.

Książka K. Pasternak ma niewątpliwe zalety, które nazwałbym „reporterskimi”, do których należą: żywość języka, znajomość tematu, zdolność wykorzystania istniejących – niemałych już przecież – materiałów, a także zdobycia nowych. W tego typu biografiach, w których pisze się o życiu prywatnym jakiejś osoby, pierwszorzędne znaczenie ma zdobycie zaufania tej, która jest bohaterką książki (ew. bohaterem) realizowanego studium. Jestem przekonany, że Autorce to się udało. Mogę powiedzieć, że dzięki tej książce rozumiem Zieloną granicę, przynajmniej nieco głębiej, niż gdybym jej nie czytał. Opinię tę potwierdzają osoby, z którymi rozmawiałem na temat filmów Holland.

W szczególności ważna dla mnie była – prowizoryczna przynajmniej – odpowiedź na pytanie, jakie doświadczenia formowały jej osobowość, rozwój talentu i późniejszą twórczość.

Biografia Pasternak poświadcza tezę, iż Agnieszka Holland wcześnie zdobywa „empiryczną” wiedzę o opresyjnej, niedemokratycznej naturze komunizmu. Działają tutaj doświadczenia rodzinne i późniejsze studia w Czechosłowackiej Akademii Filmowej (FAMU). Jej ojciec Henryk Holland pochodził z rodziny żydowskiej i od młodości związany był z ruchem komunistycznym. Po II wojnie uczestniczył w stalinowskiej przebudowie polskiej nauki. Do historii przeszły jego polemiki z poglądami Władysława Tatarkiewicza i Ludwika Krzywickiego. W okresie październikowym Holland ewoluuje w stronę powstającej podówczas opozycji demokratycznej, rozczarowanej rządami Władysława Gomułki i szybko staje się przedmiotem zainteresowań Służby Bezpieczeństwa. Efektem „wizyt” pracowników tej instytucji w roku 1961 była śmierć Hollanda podczas rewizji. Dzisiaj nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach to nastąpiło. Czy wyskoczył przez okno, czy ktoś mu „pomógł”? W każdym razie jego córka była przekonana o współudziale SB w śmierci ojca.

Bardzo ważnym okresem w życiu Agnieszki był wieloletni pobyt w Czechosłowacji i studia w praskiej FAMU od 1966 r. Był to okres wielkiego ożywienia kultury i politycznej liberalizacji w tym kraju, nazywany Praską Wiosną. Można go pod tym względem nazwać odpowiednikiem Polskiego Października. Holland poznała tam wybitnych czeskich reżyserów, pisarzy, ludzi polityki, w tym m.in. Miloša Formana, Věrę Chytilovą, Jiří Menzela. Należał też do nich Milan Kundera, którego głośną książkę Nieznośna lekkość bytu tłumaczyła po kilku latach na polski. Dodać też należy, iż w 1967 r. Agnieszka wychodzi za mąż za Słowaka Laco Adamika. Dla nas najważniejsze jest to, że po stłumieniu przez Układ Warszawski ruchów politycznych składających się na Praską Wiosnę Holland traci złudzenie co do komunizmu i aktywizuje się politycznie. Można więc powiedzieć, że „narodziła” się w Pradze. Tam uformowały się jej poglądy i rozwinęły talenty, których wyrazem była jej późniejsza aktywność reżyserska.

Doświadczeniem formatywnym, o ogromnym znaczeniu dla niej stała się też niebawem współpraca z polskim środowiskiem filmowym. Jej talenty zostały szybko dostrzeżone przez czołowych reżyserów – K. Kieślowskiego, A. Wajdę, K. Zanussiego. Dostrzegają ją też rządzący i choćby z powodu ocen politycznych, jakimi obdarzano ojca, czyniono jej wiele przeszkód w realizacji planów. Mimo wszystko Holland stała się szybko czołową reżyserką, scenarzystką i współtwórczynią tzw. kina moralnego niepokoju. Nie jest to określenie precyzyjne i jednoznaczne. Z pewnością nie oznacza jednak szkoły filmowej, lecz raczej nurt, tendencję w polskiej kinematografii, której szczyt przypada na drugą połowę lat siedemdziesiątych i trwa do stanu wojennego (koniec 1981). Najogólniej polegała ona na krytyce rzeczywistości polskiego, realnego socjalizmu i jego niszczącego wpływu na moralność.

Z kolei w latach 1981–1988 A. Holland przebywała na emigracji, głównie we Francji, Szwecji, USA (zwłaszcza Hollywood). Lata te (oraz następujące po nich) nazwać można o tyle formatywnymi, że udało się jej zdobyć i ugruntować wysoką pozycję w sztuce filmowej nie tylko w Polsce, lecz również na arenie międzynarodowej.

W tym czasie dorobek Holland ogromnie się wzbogacił, a z wielu filmów, które budowały jej pozycję w dziedzinie sztuki (może nieco subiektywnie!) wymienię dwa: Zabić księdza (1988) – był to film o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki oraz Europa, Europa (1990).

Z wielu prestiżowych wyróżnień i nagród A. Holland wymienię Złoty Glob, trzy nominacje do Oscara, różne nagrody w Cannes, Wenecji, Gdyni. Od 2020 r. jest ona przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej. To bardzo prestiżowa funkcja.

*

W wywiadzie przeprowadzonym przez Paulinę Reiter dla „Wysokich Obcasów” (23.12.2023 r.) A. Holland z właściwym sobie poczuciem humoru twierdzi, iż pomysł nakręcenia Zielonej granicy krystalizował się nie tylko pod wpływem traumatycznych informacji o migrantach z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej docierających nad granicę polsko-białoruską i utworzenia w Polsce strefy obowiązywania stanu wyjątkowego, lecz także wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził on mianowicie w jednej z wypowiedzi, że USA przegrały wojnę w Wietnamie, bo dopuściły na obszar wojny dziennikarzy i różne media, co w końcowym efekcie okazało się propagandową klęską. Jarosław Kaczyński i w tym momencie także okazał się nad wyraz inspirujący, A. Holland podziela zaś jego wiarę w siłę obrazu, którą posiadają pewne media zdolne przekazać indywidualny przypadek i uogólnić go. Ma on w sobie siłę dokumentu uniwersalizującego doświadczenie, zdolność wychodzenia poza „tu” i „teraz”.

Film ten daje obraz dehumanizacji człowieka w pewnych sytuacjach, w działaniu instytucji scentralizowanych, zmilitaryzowanych. Pokazywał też kuchnię władzy. Ta zaś w zbliżeniu zazwyczaj nie wygląda sympatycznie!

Można powiedzieć, iż Agnieszka Holland przekazuje nam zniuansowany obraz tego fragmentu świata i unika (z powodzeniem!) stereotypowych, potępiających ujęć i ocen. Jednoznacznie negatywnie widz może oceniać tylko białoruskich „pograniczników”. Nawet często krytykowane zachowanie polskich służb granicznych jest wielorako psychologicznie motywowane. Film ma pomysłowy scenariusz, a niektóre role należy uznać za znakomite – np. Mai Ostaszewskiej i Agaty Kuleszy.

Powstaje więc pytanie, skąd bierze się brutalna reakcja władz na film, którą śmiało można nazwać kampanią nienawiści? Głos w tej sprawie zabrali czołowi działacze PiS i Zjednoczonej Prawicy, m.in. Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek, Zbigniew Ziobro. Przywoływano stare pochodzące jeszcze z czasów okupacji hitlerowskiej powiedzenie „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”. Opluwając zaś film i reżyserkę podkreślano, chcąc okazać swoje obrzydzenie, że go nie oglądali ani nie zamierzają tego zrobić.

Odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyn siły nienawistnej reakcji ówczesnych władz, moim zdaniem należy szukać w tym, że film Holland popsuł wypracowany przez media (zwłaszcza TVP) obraz Polski i Polaków, którzy dzielnie i odpowiedzialnie bronili się przed inwazją ludzi z różnych stron świata nasyłanych przez Białorusinów i Rosjan, a dzieje się to w warunkach trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiemy dobrze, iż obraz ten był i jest mocno idealizowany, jednakże wykorzystano go w kampanii do wyborów parlamentarnych 15 października 2023 r. Skutki były jednak odwrotne od zamierzonych, gdyż ułatwiło to opozycji doprowadzenie do świadomości społecznej nadużyć rządzących, a także informacji na temat tzw. afery wizowej, w której istotny udział miał polski MSZ. Ponadto zwiększyło to oglądalność tego filmu w kinach na całym świecie. Zielona granica stała się jednym z hitów sezonu, nagrodzonym m.in. na festiwalach w Wenecji i Watykanie.

Wszystko to wpłynęło – opieram się na wiarygodnych danych czołowych polskich firm sondażowych – na minimalną porażkę PiS-u w wyborach 15 października 2023 r. i utratę władzy.

*

W tym szkicu rzecz jasna nie wyczerpałem wszystkich ważniejszych wątków książki K. Pasternak ani też Zielonej Granicy. Na jeden z nich chciałbym jednak na koniec zwrócić uwagę. Agnieszka Holland słusznie uchodzi za wybitną postać w kinematografii polskiej i międzynarodowej. Jednakże prezentacja jej filmów nie wyczerpuje wszystkich kierunków ich intelektualnej zawartości. Do tych najczęściej pomijanych należą wątki filozoficzne obecne w jej twórczości, natura współczesnej cywilizacji, antropologia i psychologia społeczna. Wszystkie z nich zasługują na głębszą analizę, która w tym miejscu nie może być dokonana, lecz co najwyżej zasygnalizowana.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r. Towarzyszył wywiadowi z Agnieszką Holland.

Ilustracja – fragment okładki książki Holland. Przewodnik Krytyki Politycznej (opracowanie zbiorowe), Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Guriev, D. Treisman, Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, Szczeliny, Kraków 2023 (tłum. Aleksandra Żak)

Jeszcze w końcu XX i w początkach nowego wieku dość powszechny był w euroamerykańskim kręgu kulturowym swoisty optymizm objawiający wiarę w powszechne – i szybkie – zwycięstwo w świecie demokracji liberalnej i neoliberalnego kapitalizmu. Symbolizowały go koncepcje „końca historii” Francisa Fukuyamy, w teorii ekonomii Friedricha Hayeka, apologia wolnego rynku Miltona Friedmana, w wielkiej polityce zaś – rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher oraz zjawiskowy wręcz upadek państw realnego socjalizmu na czele z ZSRR (1991).

Klimat ten niebawem się zmienił, gdyż szybko ujawniły się i spotęgowały strukturalne dysfunkcje neoliberalnego kapitalizmu, m.in. nierówności społeczne wewnątrz państw i polityczne między państwami, a także (od 2008 r.) kryzys gospodarczy, który ze względu na jego skalę można nazwać globalnym. Ożywiły się także tendencje populistyczne i autorytarne. Ironiści dostrzegli, że nawet F. Fukuyama i J. Sachs coraz częściej piszą smutne w tonacji i pełne niepokoju teksty o stanie spraw ogólnoświatowych. O tych problemach – zwłaszcza zaś o ewolucji współczesnego autorytaryzmu – traktuje omawiana tutaj książka nosząca tytuł: Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, wydana w Polsce w ubiegłym roku. Jej autorami są Siergiej Guriev (m.in. rektor Sciences Po w Paryżu, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie) i Daniel Treisman (m.in. University of California w Los Angeles). Pierwszy z jej autorów (z pochodzenia Rosjanin) jest z wykształcenia ekonomistą, profesorem pracującym w różnych europejskich instytucjach naukowych i gospodarczych, który – jak sam twierdzi – zagrożony aresztowaniem opuścił Rosję Władimira Putina. Drugiego zaś autora (z pochodzenia Amerykanina) nazwać można politologiem i ekonomistą, a także publicystą zajmującym się procesami demokratyzacji i polityką państw autorytarnych.

Najogólniej mówiąc, autorów prezentowanej tu książki cechuje interdyscyplinarne ujęcie analizowanej problematyki. Wykorzystują oni bogaty materiał empiryczny z różnych dyscyplin, a więc politologii, socjologii polityki, historii (zwłaszcza politycznej i gospodarczej) oraz ekonomii. Ich kompetencje spotykają się w próbach syntetycznego ujęcia ewolucji współczesnego autorytaryzmu. Zauważyć trzeba, iż autorzy rzadko posługują się zazwyczaj stosowanymi w literaturze przedmiotu określeniami dotyczącymi systemów politycznych, np. nowy autorytaryzm, łagodny autorytaryzm, demokracja nieliberalna, udawana demokracja czy też totalizm lub autokracja, które mają znaczenie zbliżone do zaproponowanych przez nich podczas analizy. Autorzy nie są powodowani dziennikarskim pragnieniem wprowadzenia w obieg efektownych terminów, lecz jak sądzę – przekonaniem o ich badawczej użyteczności. Porządkujące – a nawet kluczowe – znaczenie dla całości analizy tej książki ma przeciwstawienie „dyktatur strachu” „dyktatorom spinu” i stanowią próbę ich eksplikacji.

Te pierwsze obejmują autokracje, które dominowały w świecie do połowy XX w. i które obejmują także państwa w powszechnym rozumieniu totalitarne. Głównymi instrumentami władzy jest tam przemoc, indoktrynacja obejmująca wszystkie dziedziny życia, izolacja od innych krajów. Ogólnie rzecz biorąc, są one wybitnie represyjne, a ich modelowymi przykładami są systemy polityczne, które współtworzyli Józef Stalin, Adolf Hitler i Mao Tse-tung.

Natomiast „dyktatury spinu” zaczynają dominować współcześnie wśród państw niedemokratycznych. Charakteryzują je zaś następujące cechy:

– relatywnie mała (w porównaniu z „dyktaturą strachu”) represywność;

– możliwość działania partii opozycyjnych, odbywają się w nich wybory, choć zazwyczaj bez szans zwycięstwa opozycji w walce o władzę;

– znacząca rola mediów w sprawowaniu władzy;

– ograniczona cenzura.

Spin dyktator stylem bycia, sposobem działania, a także ubiorem przypomina prezesa korporacji, eksperta, profesjonalistę. Jego strojem nie jest raczej mundur wojskowy, lecz elegancki garnitur. Z wymienionych powyżej powodów, autorzy, mówiąc czasem o demokracji „udawanej”, mają na myśli odmienność tego systemu w porównaniu z innymi formami dyktatury i od państw demokracji liberalnej.

Autorzy podkreślają też, że jakkolwiek współcześnie obserwujemy często ewolucję od dyktatury strachu do dyktatury spinu, to nie można mówić o jednokierunkowo działających prawach, raczej o trendach czy tendencjach. Możliwe są też inne warianty rozwojowe, np. ewolucja od demokracji liberalnej w stronę dyktatury spinu (mówimy wtedy o upadku demokracji liberalnej) albo o ewolucji od dyktatury spinu do demokracji liberalnej (możemy wtedy odnotować proces powstawania demokracji).

Czasem możliwa jest także ewolucja od dyktatury spinu do dyktatury strachu. Przykładem mogą być rządy Nicolasa Maduro w Wenezueli, Recepa Tayyipa Erdoğana w Turcji po stłumieniu próby zamachu wojskowego czy W. Putina w Rosji po 2010 r. Piszę te słowa w chwili, gdy cały świat obiegła już wieść o śmierci w kolonii karnej działacza opozycji rosyjskiej Aleksieja Nawalnego.

Jednakże bodaj najciekawsze są w książce próby wyjaśnienia przyczyn tendencji rozwojowych, prowadzących do dyktatury spinu. Najogólniej mówiąc, działa tu zbiór przyczyn, nazywany przez autorów „koktajlem modernizacji”. Ma on różne „składniki”, do których należą rozwój społeczeństw postindustrialnych i związana z tym – w skali światowej – globalizacja przyśpieszająca procesy obiegu informacji i wpływająca na wzrost aspiracji. O wiele mocniej w wielu rozwiniętych społeczeństwach funkcjonują idee praw człowieka i w ogóle demokracji liberalnej. Nie znaczy to, że są one respektowane powszechnie i bez wyjątków. Sprawia to jednak, że otwartych wrogów demokracji pozostało w świecie niewielu, co wyjaśnia obecność na mapie politycznej wielu państw „demokracji udawanej”.

Podsumowując, stwierdzę, iż praca Gurieva i Treismana posiada wiele zalet, związanych nie tylko z erudycją ich autorów, lecz także wynikających z pomysłowości ich socjopolitologicznych analiz oraz umiejętności porządkowania nader bogatego materiału empirycznego. Walorem jest także odrzucenie tezy o jednokierunkowym rozwoju i przyjęcie w badaniu założenia o istnieniu mnogości możliwych opcji. Wiele może się jeszcze zdarzyć, doświadczenia zaś ostatnich 30 lat przekonują nas do tej konstatacji.

W prezentowanej tu pracy znalazłem też bliskie mi nuty optymizmu, który nazwałbym historiozoficznym i antropologicznym. Dotyczy on właściwości cywilizacji jako takiej, która uruchamia człowiecze możliwości rozwojowe. Autorzy powołują się na Norberta Eliasa i S. Pinka, a także Ronalda Ingleharta, który nawiązuje do prac Abrahama Maslowa na temat hierarchii motywów i rozwija teorię wartości postmaterialistycznych, dążenie do których cechuje tzw. społeczeństwa rozwinięte, zamożne.

Dostrzegając niemałe zalety prezentowanej tu publikacji i zachęcony do dyskusji, z formułowanymi w niej tezami, warto spytać: czy można by napisać ją jeszcze lepiej. Odpowiem: niewątpliwie tak, ale byłaby ona wtedy znacznie obszerniejsza. Warto byłoby uwzględnić (w kontekście zagrożeń demokracji i ewolucji systemów dyktatorskich) przynajmniej dwa istotne wątki:

1) Kwestię podłoża historycznego, np. poprzez analizę poszczególnych przypadków. Wiemy przecież np., jak wielką rolę odegrał brak tradycji demokratycznych w kształtowaniu się systemów demokratycznych Chin, Rosji oraz państw arabskich. Ten wątek podejmują – ukierunkowane na te kraje – różne teorie kontynuacji.

2) Szersze uwzględnienie historii transformacji postkomunistycznej pogłębiłoby z pewnością dokumentację poszczególnych przypadków, szczególnie podczas analizy konsolidacji demokracji i możliwych dla jej istnienia zagrożeń.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Ta księga, podarowana mi przez pana doktora Bogusława Wójcika, jej autora, za co bardzo dziękuję, jest interesującą dysertacją. Co prawda wielka troska o szczegóły sprawia pewną trudność w jej percepcji. Nie pozwoliły one też ująć ruchu świeckiego w jednym tomie. Szkoda – lecz dobrze, że powstało dzieło, które wolno nazwać podarunkiem autora dla ruchu świeckiego, na co dotąd nikt się nie zdobył.

Ten podarunek rozpoczyna się od protoplastów ruchu świeckiego w Polsce – Andrzeja Niemojewskiego, Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego czy wreszcie filologa Baudouin de Courtenay, kandydata na prezydenta Polski. To oni, nie mówiąc o ich następcach, a wśród nich o Tadeuszu Kotarbińskim, dali początek polskiemu ruchowi świeckiemu. On uformował się z biegiem czasu w dwie organizacje – Towarzystwo Szkoły Świeckiej i Stowarzyszenie Ateistów i Wolnomyślicieli.

To te organizacje w kolejnych latach, po zakończeniu władztwa carów
i II wojny światowej, postanowiły już w wolnej Polsce doprowadzić na Zjeździe Zjednoczeniowym 28 kwietnia 1969 roku do powstania jednej organizacji – Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Następne rozdziały omawianej książki są szczegółowym opisem zjazdów tej Organizacji. One odbywały się z reguły co cztery lata, a ostatnim z omówionych w książce zjazdów był Zjazd VI, który odbył się w grudniu 1986, gdzie zdecydowano o powierzeniu funkcji prezesa działaczowi i profesorowi z Krakowa Janowi Szmydowi.

Na tym wydarzeniu zamyka się też księga Bogusława Wójcika, na tyle ciekawa, że wolno oczekiwać na tom II z zapisami tego, co stało się z ruchem w kolejnych latach.

Tymczasem warto odnieść się do dwóch bliskich mi prezesów Towarzystwa: Jerzego Sztachelskiego i Tadeusza Jaroszewskiego.

Pozostały mi w pamięci słowa Jerzego Sztachelskiego, że nie warto tracić nadmiaru sił na walkę z religią czy Kościołem, lecz walczyć o człowieka, o jego szczęście doświadczane w ludzkich i ziemskich warunkach. Także pozostają mi w pamięci roztropne myśli Tadeusza Jaroszewskiego, zmarłego nagle w Warnie, gdzie przebywał na konferencji naukowej. To jego zachęta do rozwiązywania konfliktów na drodze dialogu i wzajemnego zrozumienia, do poszukiwania tego, co łączy, a nie dzieli, jest po dziś dzień bardzo mi bliska.

Jest w księdze Bogusława Wójcika bardzo wiele dyskusyjnych tez, choć zarazem wiele ciekawych spostrzeżeń na temat ruchu świeckiego. Są wyraziste, roztropne, co zasługuje na dobre słowa.

Należę do rosnącego z każdym miesiącem grona wielbicieli Katarzyny Kasi. Nadzieje na zmaterializowanie tej deklaracji uczuciowej maleją wyraźnie z chwilą uświadomienia sobie, że dobrze pamiętam jej ojca, który jako młody mgr Kasia prowadził z nami zajęcia z filozofii dla studentów kierunków niefilozoficznych; wybrałem wtedy jako literaturę zalecaną, choć nieobowiązkową, jego książkę o św. Augustynie. Przełom lat 50. i 60. był dobrym czasem dla filozofii. Dopiero rok później pojawiły się obowiązkowe skrypty Schaffa i Krajewskiego w miejsce trzytomowego podręcznika Tatarkiewicza, a rytualny zestaw tzw. przedmiotów ideologicznych wprowadzono jeszcze później – w 1964 r.

Dość o tym, fanem dr Kasi jestem od dobrych paru lat, głosowałem oczywiście za jej kandydaturą w plebiscycie na Warszawiankę AD 2023 i nigdy nie omijam oglądania „Szkła kontaktowego” z jej udziałem. Duet Katarzyna Kasia i Grzegorz Markowski uważam zresztą za najlepszą intelektualnie i prezentacyjnie parę tego programu. Oczywiście natychmiast po pozyskaniu stosownej informacji pomknąłem więc do zaprzyjaźnionej księgarni, by zdobyć dopiero co opublikowaną ich książkę: Siedem życzeń. Autorzy wybrali siedmiu rozmówców (Agnieszka Holland, Szymon Malinowski, Jarosław Kuisz, Dorota Masłowska, Andrzej Leder, Joanna Tyrowicz i Jurek Owsiak), znane i cenione postaci polskiego życia publicznego z różnych dziedzin tego życia, opatrując rozmowy z nimi życzeniowymi etykietkami: Odwaga, Przyszłość, Niepodległość, Śmiech, Spokój, Bogactwo, Szacunek. Rozmowy o źródłach nadziei. Rozmowy, a nie wywiady, wydają się zresztą lepszym określeniem, bo „prowadzący” są ich równoprawnymi uczestnikami.

Nie wszystkie dokonane przez nich wybory eksponentów tych haseł podzielam. Entuzjazmem wobec twórczości Doroty Masłowskiej nie pałam; po ukazaniu się jej pierwszej książki Wojna polsko-ruska… zapowiedziałem proroczo, że więcej już niczego tak dobrego nie napisze, bo opisała swój świat słowami tego świata, a ten sposób ma swoje granice; jak wiadomo każdy średnio inteligentny osobnik może napisać jedną dobrą książkę – o sobie. Druga, Paw królowej, zachwyciła prof. Marię Janion z powodu muzycznej specyfiki języka autorki odpowiadającego któremuś z modnych wówczas gatunków muzyki rozrywkowej, co średnio przyswajam. Muszę odrobić zaległości i przeczytać kilka z napisanych przez nią później książek, bo swego słuchu muzycznego nie poprawię. Z poglądami Jarosława Kuisza na temat „kultury podległości” podyskutuję w osobnym tekście, odkładam go na bok jako danie główne. Krótka recenzja nie daje takich możliwości, a muszę na ten temat powiedzieć coś więcej. Pozostałe czytałem jednak z otwartą gębą.

We wszystkich siedmiu tekstach uderzyła mnie pewna ich właściwość: otóż jakieś zdanie wypowiedziane przez rozmówców otwiera u czytającego furtkę i zaczyna on podążać ścieżką kontynuującą i rozwijającą tę myśl. Zacznę od Agnieszki Holland i od różnicy w mitologii polskiej i czeskiej. Szwejk i Kmicic, wszystko jasne. Ale wówczas pojawia się pytanie o genezę tych różnic i zaczyna niekończącą się opowieść o historii. No bo około 1385 roku biedną 12-letnią Jadwigę Andegaweńską przymuszono do poślubienia grubo starszego i mało okrzesanego Jagiełły w miejsce młodego, przystojnego i dobrze wychowanego Habsburga. Wybrano wschodni kierunek ekspansji politycznej, militarnej i kulturalnej. Rozważania na temat trafności tego wyboru nie mają sensu, tak zdecydowano i już. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czesi podjęli decyzję inną (albo zostali zmuszeni do jej podjęcia) i historia w każdym z tych krajów potoczyła się wedle wybranego porządku. A dziś: Kudowę od Nahodu dzieli 7 km, taksówka kosztuje 30 złotych, obie nacje są gruntownie wymieszane, Czesi pracują w Polsce, a Polacy w Czechach, w czeskiej knajpie w śródmieściu Kudowy można napić się zielonego (sic!) czeskiego piwa itp., itd. W Nahodzie można zoperować zaćmę w jeden dzień (za którą i tak zapłaci w efekcie polski NFZ), kobieta może bez komplikacji dokonać aborcji w świetle prawa, a w sklepiku tuż za granicą każdy (Polak też) może kupić czekoladę z marihuaną. Te dwa światy tak bliskie (oba w Unii, języki obustronnie zrozumiałe, małżeństw mieszanych całe mnóstwo itd.), są mocno od siebie kulturowo oddalone. Czesi są – czy nam się to podoba, czy nie – znacznie bliżsi kulturze Zachodu, choć nie przeżyli dni „swojej wielkości”. Jedno zdanie otwiera „przestrzeń” do niekończącej się dysputy, bo ta sięga do kilku wieków historii i do iluś tam prognoz na temat przyszłości. Można się tylko zastanawiać, na ile Czesi są skłonni do hamletycznego rozważania na temat „kultury podległości”? Nigdy nie przyszło mi na myśl, by zadawać im takie pytania. Furtka się jednak otworzyła i podążam bezwiednie ścieżką wytyczoną przez prezentowany dialog. I tak można by bez końca, bo dysputa o sprawach tego świata końca z zasady nie ma.

Wspomniałem o prognozach na temat przyszłości i od razu przyszła do mnie uwaga p. Katarzyny: czy przyszłość ma datę przydatności do spożycia, którą „kupiłem” bez reszty. Wyobraziłem sobie tomy raportów różnych niezbędnych i zbędnych instytucji od ratowania klimatu i gromady agresywnych antysystemowców zaprzeczających wszystkim potwierdzonym przez naukę oczywistościom. A profesor Malinowski dopowiada (na s. 67 recenzowanej książki) i tym dobija oponentów, że wszystkie ssaki żyjące na lądach ważą raptem dwadzieścia milionów ton. Te, które żyją w morzach i oceanach, dwa razy tyle. Ludzie zamieszkujący ziemską kulę ważą ogółem trzysta dziewięćdziesiąt milionów ton, a zwierzęta, które hodujemy po to, by się najeść, to już sześćset mln ton. Szok, prawda?

Sięgając do Andrzeja Ledera, wybrałem inną niż p. Katarzyna (Rysa na tafli) książkę Profesora – Był sobie postmodernizm. A z niej cytat, który służy mi jako motto do podobnych tematycznie rozważań: „[…] kondycja istoty istniejącej w czasie zakłada zdolność napotykania w chwili teraźniejszej tych konsekwencji przeszłych aktów, które nadchodzą z przyszłości”[1]. Wyjaśnia ono kwestie, o które pytaliśmy przed chwilą, na temat udziału historii (decydującej lub tylko współdecydującej) w kształtowaniu świadomości kulturowej, czy jak kto woli kulturowego DNA. Pozostając na chwilę przy Lederze i jego najbardziej znanej książce Prześniona rewolucja, łatwo zauważyć, że zasługą socjalistycznej transformacji gospodarki (może robionej zbyt siermiężnie) jest jednak zmiana proporcji między przemysłem a rolnictwem, z 40:60 na korzyść rolnictwa pod koniec sanacji na 60:40 na rzecz pozarolniczych działów gospodarki już w latach 50. Mimo tej zasadniczej zmiany do dziś biedzimy się z małorolną gospodarką agrarną i nietrudno dostrzec, że rozkład preferencji politycznych zależy w sporej mierze od udziału „małorolnych” w strukturze wytwarzania i w obowiązującym imaginarium. I tak można bez końca. Andrzej Leder wydał zresztą w ubiegłym roku nową książkę Ekonomia to stan umysłu, będzie więc o czym rozprawiać.

Ogromną zaletą recenzowanej książki jest jej inspirująca rola w podejmowaniu coraz to nowych i nowych tematów, prób tłumaczenia (jak te zawarte w rozmowie z prof. Joanną Tyrowicz, które wyjaśniają mechanikę relacji czynników ekonomicznych i komunikacyjnych, a mnie przypominają aluzje Rogera Penrose’a na temat związków między teorią kwantów a psychologią zbiorowości; w nowej książce Ledera znajdzie się pewno sporo na ten temat), czy do określania indywidualnych pożądanych postaw i sposobów zachowania (Jurek Owsiak), innych niż te rozpowszechniane przez polityków sprawujących do niedawna (mam nadzieję) władzę nad naszą materialną egzystencją, którzy chcieliby też sprawować ją nad naszymi umysłami i duszami. Długo będziemy zastanawiać się, jak to się stało, że udało się im zawładnąć tak dużym „terytorium”. W jakim stopniu wśród przyczyn tego „fenomenu” znajdzie się owo kulturowe DNA, o którym wiele w tej książce? I wreszcie finalne przesłanie – od Owsiaka głównie – że kształt naszej rzeczywistości zależy w gruncie rzeczy od nas samych, od naszej wiedzy i naszego stopnia zaangażowania. A nie od łaskawego daru z rąk naszych „patronów”, którzy wystawią ani chybi weksel za swoją łaskawość.

Nie bądźmy więc ani leniwi, ani obojętni. Coś się przecież wydarzyło i wydaje się – po tych kilkudziesięciu dniach – że nie tkwimy już po szyję w „czarnej dziurze”, jak to się jeszcze do niedawna wydawało. Bóg zapłać, Pani Katarzyno i Panie Grzegorzu, za tę książkę, która umacnia w nas pokłady rozumnej nadziei.

[1] Andrzej Leder, Był sobie postmodernizm, Wyd. IFiS PAN, Warszawa 2018 s. 63.

 

Profesora Romana Kuźniara szerzej przedstawiać nie trzeba – znany jest z działalności naukowej, politycznej i eksperckiej. Od lat należy do pierwszej ligi polskich politologów, doradzał prezydentowi RP i prawie corocznie ogłaszał ważne książki ze swej dziedziny. Tym razem jednak zajął się eseistyką polityczną, która u swych źródeł ma problem zła w polityce. Ale naświetla ten temat od strony motywów i działań „złego człowieka”, co obiecuje refleksję bardziej skoncentrowaną na konkretnych ludziach i przykładach. Choć w podtytule czytamy „Zły w życiu międzynarodowym”, to książeczka operuje bardzo różnymi przypadkami działania tytułowego „złego człowieka”, także krajowymi, co dodaje jej waloru aktualności (wszak ukazała się w dniach wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku).

Będąc uczestnikiem jej ubiegłorocznej grudniowej promocji w murach Uniwersytetu Warszawskiego, mogę powiedzieć, że jest to lektura z typu „niezbędnika inteligenta” – spokojnie powinna stać się przedmiotem rozmów i dyskusji nawet w zróżnicowanym politycznie towarzystwie. Może być bowiem czytana na parę sposobów: jako poszerzony wykład o zjawisku zła w polityce, będąc właściwie zachętą do dalszych, bardziej pogłębionych studiów (do czego skłania pokazany przez autora aparat naukowy, złożony z niezbędnych „w tej dziedzinie” lektur), ale także jako pierwsza książkowa próba diagnozy znanego nam z autopsji zjawiska. W tym poszukania odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się „zły człowiek” w polityce. Okazuje się, że nie tylko z Żoliborza…

Wywód Kuźniara toczy się ledwie na 200 stronach tekstu i dla wprawnego czytelnika jest do przetrawienia właściwie w jedną noc, ale siła tej książki polega na zasianiu ziarna głębszej refleksji. Po jej lekturze chciałoby się bowiem podjąć jakiś wysiłek, aby to zło zminimalizować, a nawet wyrugować, choćby na własnym, krajowym podwórku. I nawet prof. Kuźniar taką reakcję częściowo przewiduje („sprzeciw obywatelski”), ale przecież „Książeczka” nie jest podręcznikiem aktywisty, może bardziej dzwonkiem alarmowym, że sprawy idą w złym kierunku i należałoby działać. Ale gdyby jakimś cudem stał się podręcznikiem tego czy owego lokatora gmachu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, źle by nie było, autor bowiem mimowolnie poszukuje źródeł nadziei i nawet je wskazuje.

Kuźniar bardzo kompetentnie, a przy tym sprawnie i syntetycznie referuje różne przyczyny zła w polityce, podążając zresztą tropem pomnikowej Książeczki o człowieku Romana Ingardena, jak i innych tego typu tekstów. Intelektualnych wątków i przeróżnych inspiracji jest tu zresztą ukazanych bardzo dużo – począwszy od Ingardena właśnie, Leszka Kołakowskiego, Rafała Lemkina, Tadeusza Różewicza i Wisławy Szymborskiej, poprzez podstawowych autorów kręgu niemiecko- i anglojęzycznego, na Janie Pawle II skończywszy. Są tu tak kapitalne rozdziały, jak np. „Po czym poznać złego człowieka”, co Kuźniarowi każe podzielić swoją refleksję na podrozdziały: „słowa”, „działanie” i „władza”. Warto ten rozdział solidnie przyswoić, bo jest to znakomity wkład do dyskusji także o tym, czego byliśmy świadkami przez ostatnie lata w Polsce i co mamy nadal w Europie. Dalej jest jeszcze lepiej: „Preteksty i przebrania złego człowieka”, „Zły i jego pomocnicy” – gdzie prof. Kuźniar kapitalnie rozwija skrzydła uczonego i zarazem nauczyciela akademickiego, cierpliwie kreśląc typologie oraz charakteryzując i klasyfikując poszczególne objawy obecności „złego człowieka w polityce”. Można powiedzieć, że jest to najbardziej podręcznikowa część dzieła i zdziwiłbym się bardzo, gdyby „Mała książeczka” finalnie za podręcznik uznana nie została… Byłoby to przecież największe wyróżnienie w potoku złych książek i miałkich wywodów, a gdyby jeszcze na dodatek dokonane przez samych zainteresowanych: polityków, politologów, dziennikarzy, nauczycieli!

Możemy więc być tylko wdzięczni za ten wypad prof. Romana Kuźniara na politologiczną do tej pory terra incognita, a najlepszą recenzją niech będzie to, że mojej bibliotece przybyło parę dodatkowych lektur, do których autor nijako mimochodem w „Książeczce” namawia.

Gdzie można znaleźć taki dom? Jak to gdzie? W Krakowie oczywiście! Co zresztą autor tej książki sam od razu, by nie było żadnych nieporozumień, wyjaśnia w podtytule: Leksykon legendarnego Domu Literatów w Krakowie. A na obwolucie Wydawca dorzuca jeszcze frontowe zdjęcie tego Domu oraz dla pewności dodaje adres: Kraków, ul. Krupnicza 22.

Tak, to naprawdę był przez ponad półwiecze niezmiernie ważny adres. Czas przeszły jak najbardziej tu uzasadniony, bo już właściwie nie „funkcjonuje” jak niegdyś przez wiele, wiele lat, bo od roku 1945 aż do lat 90. XXI w., czyli ponad pół wieku! Oto budynek na Krupniczej, który w latach 90. został przedziwnie, jak to podówczas bywało, „sprywatyzowany” przez ówczesne władze Krakowa (sprawy sądowe nadal są w toku!), gromadził pod swym dachem mieszkańców tworzących i stanowiących arcyciekawe samo w sobie i wielce znaczące w dziejach powojennej literatury polskiej środowisko pisarskie. Dość wspomnieć, iż przez jego popadające dziś – z wielu powodów – w „trwałą ruinę” mury przewinęło się już kilka pokoleń niezmiernie dla powojennej polskiej literatury interesujących i nadal znaczących twórców.

Obrazuje to najlepiej jedno z zamieszczonych tutaj zdjęć – zrobione na podwórku Krupniczej 22 już w sierpniu 1945, na którym widzimy grupkę znanych potem literatów: Stanisława Dygata, Czesława Miłosza, Jerzego Zawieyskiego, Stefana Otwinowskiego, Tadeusza Brezę, Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Kazimierza Wykę, Helenę Wielowieyską, Leona Kruczkowskiego i Xenię Żytomirską. A już wkrótce listę tę poszerzą inni pisarze poszukujący swego azylu po dramatycznych przejściach wojennego czasu zawieruchy dziejowej: więźniowie niemieckich obozów jenieckich jak Stefan Flukowski, Konstanty I. Gałczyński, obozów koncentracyjnych, jak Michał Rusinek czy Maciej Słomczyński, sowieckich łagrów, jak Tadeusz Peiper czy Jerzy Hordyński, jak wysiedleni ze Lwowa – Jerzy Broszkiewicz czy Marian Promiński, uczestnicy okupacyjnej konspiracji i partyzantki, jak Tadeusz Różewicz, Jan B. Ożóg czy też ocaleni uciekinierzy ze stolicy po powstaniu warszawskim, jak Stefan Kisielewski, Hanna Malewska czy Anna Świrszczyńska…

Podkreśla to mocno autor tej książki Jan Polewka (syn pisarza Adama Polewki, sam urodzony już w tym Domu na Krupniczej 22! I nadal tam mieszkający), że w tych już „pierwszych latach Dom Literatów był azylem i przystanią dla wojennych rozbitków i bezdomnych twórców. Dopiero lata 50. zmieniły obraz odzyskanego śmietnika w ideologiczną fasadę według stalinowsko-bierutowskiej obsługi piór”. Ale nie na długo przecież. Dodajmy zatem, że już wkrótce zaczęli pojawiać się tutaj kolejni przedstawiciele starszych i młodszych pokoleń pisarskich, jak autor Gór nad czarnym morzem – Wilhelm Mach, jak znany potem w świecie mistrz science fiction Stanisław Lem, jak nie mniej przecież znany Sławomir Mrożek (który na pożegnanie przed swym emigracyjnym opuszczeniem tegoż Domu, spalił był na jego dziedzińcu swoje prowadzone przez trzynaście lat autobiograficzne dzienniki – zapiski z czasów młodości „chmurnej i durnej”!). Jak Tadeusz Nowak, poeta i autor powieści A jak królem, a jak katem będziesz, współtwórca tzw. nurtu chłopskiego w literaturze polskiej czy Stanisław Czycz, poeta i autor słynnego, ba obrosłego niegdyś legendą buntowniczą opowiadania And. Jak zapominany już nieco poeta Jerzy Harasymowicz. Podobnie jak głośny krytyk literacki – i współtwórca Jerzego Grotowskiego z Teatru 13 Rzędów – Ludwik Flaszen. Jak poetka Ewa Lipska czy Adam Ziemianin oraz mieszkający tam jeszcze prozaik Ryszard Sadaj, autor pamiętnej Galicjady… Jak…

I można by tak ciągnąć tę listę długo jeszcze, bo ten Leksykon Jana Polewki, liczący sobie bez mała 450 stron druku jest przebogatą skarbnicą z pierwszej ręki rzetelnych i rzeczowych wiadomości biograficznych, bibliograficznych oraz wszelkich innych dotyczących byłych znanych i nieznanych dziś prawie zupełnie mieszkańców tego Domu. A także zapisem, arcyciekawym, dla postronnych zwłaszcza, zbiorem różnorodnej natury ciekawostek z tym związanych, znakomitych dykteryjek i facecji (polecam choćby tę o Arturze M. Swinarskim, który zapytany, czy pochodzi z wioski, odparł, że owszem, ale z własnej!). Opowiastek i autentycznych przytoczeń jak ten dialog królowej belgijskiej z Jarosławem Iwaszkiewiczem:

„Czy pan jest katolikiem?” – „Tak, ale niepraktykującym”. – „A czy jest pan komunistą?” –„Tak, ale niewierzącym…”.

Opowiastek oddających barwność epoki i jej „ducha czasu”: nostalgicznych, pełnych humoru, dyskretnej ironii oraz „głębszych znaczeń”, smakowitych anegdot i zabawnych, często gorzkich, facecji… Dotyczących świata, który „właśnie znika”, odchodzi bezpowrotnie w przeszłość, ale tutaj zostaje jakby zatrzymany w rozmaitych ujęciach filmowych, ostrych kadrach pamięci, z jakich składa się ta księga: poszczególnych rozdziałów – Liter alfabetu przywołujących tę rzeczywistość związaną z krakowskim Domem Literatów z ulicy Krupniczej 22.

Co tu dużo gadać! Czytać, czytać…

Jan Polewka, Dom pod wiecznym piórem. Leksykon legendarnego domu literatów w Krakowie, Wyd. Iskry, Warszawa 2022, s. 452

Tekst ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r., w dziale „Świadectwa”

Keiichiro HIRANO, Pewien mężczyzna, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2023, 332 strony.

 

Pewien mężczyzna to tytuł nowej, interesującej powieści japońskiego pisarza Hirano, miłośnika muzyki Chopina, o którym opublikował dzieło pt. Pogrzeb (Sōsō, 2002). Hirano ma na imię Keiichirō. Urodził się w 1975 r. w miasteczku Gamagōri, a po wczesnej śmierci ojca wychowywał się w domu rodzinnym matki w mieście Kitakyūshū. W czasie studiów na Uniwersytecie Kioto debiutował powieścią Zaćmienie (Nisshoku, 1968), wyróżnioną w następnym roku prestiżową Nagrodą Akutagawy. Nisshoku ma formę relacji z podróży w poszukiwaniu zaginionej księgi. Poszukuje jej mężczyzna rozczarowany głoszoną nauką i zachowaniem hierarchów Kościoła. Ta powieść nasycona jest rozważaniami filozoficznymi na temat herezji i czarnoksięstwa oraz przepychu kościoła chrześcijańskiego i ubóstwa wiernych w średniowiecznej Francji.

Natomiast akcja powieści Pewien mężczyzna (Aru otoko, 2018) dzieje się na początku XXI w. w Japonii. Również otrzymała cenioną nagrodę literacką, ustanowioną przez koncern prasowy Yomiuri (2019). W Polsce opublikowała ją Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w 2022 r. Spoglądam na białą okładkę, na której pod napisem Pewien mężczyzna widnieje tajemniczy symbol zaginionego człowieka. Jego poszukiwanie stanowi główny wątek tej powieści o współczesnych Japończykach, przedstawionych w sytuacjach zagrożenia w cywilizacji Internetu. Ukazuje niebezpieczeństwa z równą dociekliwością, jak w dwutomowej Kekkai (dosł. Pęknięcie tamy, 2008).

Kim więc jest tytułowy „pewien mężczyzna”?

Pewnego dnia adwokat Kido-san od dawnej klientki otrzymał prośbę o spotkanie, by poradzić się w sprawie zmarłego męża, który – jak się okazało – nie był tym, za kogo się podawał. I to właśnie ów tajemniczy, nieżyjący mężczyzna zainteresował prawnika, dlatego przyjął on prośbę wdowy Rie i rozpoczął skomplikowane śledztwo, by dowiedzieć się, kim on był. To właśnie ten zmarły w wypadku podczas wyrębu lasu człowiek jest tytułowym „pewnym mężczyzną”, który twierdził, że nazywa się Taniguchi Daisuke i pochodzi z rodziny właścicieli hotelu zdrojowego w słynnej z gorących źródeł miejscowości Ikaho. Opuścił on rodzinę z powodu pewnych konfliktów. Tak przynajmniej twierdził, gdy poślubił mieszkankę miejscowości S. Wtedy szczegółowo opowiadał o niezgodzie między nim a starszym bratem i o chorobie ojca. Nie budził więc najmniejszych podejrzeń, zwłaszcza że w pracy zyskał dobrą opinię.

Sprawa była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Poślubił Rie, podając nazwisko Taniguchi Daisuke, znajdujące się w rejestrze cywilnym. Podobnie uczynił, gdy zgłosił się do pracy w firmie. Kiedy jednak do Rie przyjechał brat zmarłego, nie został rozpoznany ze zdjęć. Po prostu był kimś innym. Nie należał do jego rodziny.

Dopiero na późnym etapie śledztwa prowadzonego przez Kido okazało się, że w tym czasie można było wymieniać rejestry dokumentacji elektronicznej. To znaczy przestępcy znali sposób na wymianę (sprzedaż) koseki, czyli rejestru rodzinnych danych osobowych w japońskim urzędzie stanu cywilnego. Oczywiście jest to przestępstwo. Mimo to byli tacy, którzy za wszelką cenę chcieli pozbyć się tożsamości, np. jako syna zabójcy skazanego na śmierć. Była to droga skomplikowana, często wieloetapowa.

Gdy Kido rozpoczął śledztwo w sprawie zmarłego męża pani Rie, nie wiedział, że taka procedura jest możliwa. Dopiero rozmowy z uwięzionym przestępcą powoli skierowały jego uwagę na sposób zmiany tożsamości. Przypomniał sobie również wiadomości na temat porwań Japończyków do Korei Północnej, gdzie byli wykorzystywani do kształcenia agentów.

W końcu, po żmudnym śledztwie Kido udaje się wyjaśnić, kim był zmarły mąż jego klientki Rie. Odnalazł również Daisukego, który zaginął po zmianie tożsamości. W toku poszukiwań i całkiem przypadkowych odkryć autor prowadzi czytelnika przez meandry japońskiego społeczeństwa, w którym autora niepokoi stosowana w Japonii kara śmierci. Nie kryje też negatywnych ocen zachowań Japończyków wobec mniejszości narodowej, zwłaszcza Koreańczyków, nawet naturalizowanych, a więc takich, jakim był prawnik Kido.

Wrócę jeszcze do początku powieści, a mianowicie do jej interesującego prologu, w którym pojawia się autor i nieznajomy gość w barze oraz usługująca im kelnerka. Jak się okazało, nieznajomym był Kido-san i to on opowiada pisarzowi nieprawdopodobne historie, które stały się treścią tej powieści. A wspomniana barmanka, dorywczo pracująca Misuzu, okazała się dawną dziewczyną zaginionego Taniguchiego Daisukego, również pragnącą go odnaleźć. Pojawia się kilkakrotnie w powieści, a ostatecznie w rozdziale dziewiętnastym. Spotyka się z Kido w drodze do Nagoi superekspresem shinkansen, a podczas posiłku przed spotkaniem Kido z niejakim Sonezakim, związanym z procedurą wymiany rejestrów osobowych, ustalają dalszy sposób postępowania.

Kido i Misuzu już podejrzewali, że pod wspomnianym nazwiskiem nieznajomego kryje się Daisuke. Zdecydowali więc, że najpierw spotka się z nim Kido, a następnie Misuzu. Nim do tego jednak doszło, oboje rozmawiali, siedząc obok siebie w pociągu, a następnie w barze dworcowym. W ich rozmowie, doskonale przetłumaczonej (podobnie jak cała powieść), świetnie zachowana jest ulotna mgiełka erotyzmu. Jednak nikt nie powiedział wprost, co naprawdę do siebie czują, ale domyślam się, że Misuzu pragnęła bliskiego związku z Kido, a Kido chyba podobnie. Nie zdradził się jednak ani jednym słowem. Oboje znajdowali się na krawędzi przepastnej drogi w ich życiu. Gdy Misuzu weszła do kawiarni, w której dwaj mężczyźni kończyli rozmowę, Kido pożegnał Daisukego i Misuzuzu. Wracał więc do rodziny, której poświęcony jest ostatni, optymistyczny rozdział powieści. Natomiast nie wiadomo, jaki los wybierze piękna Misuzu. Czy zdecyduje się pokierować życiem zagubionego Daisukego, godząc go z bratem mieszkającym nadal w Ikaho, wśród gorących źródeł, z widokiem na górę Haruna, zwaną też „małą Fuji”? Możemy tylko wyobrażać sobie, że oboje podejmą tę jedyną, słuszną decyzję.

Jednak ich los czy poprawa stosunków z rodziną Kido chyba nie są najważniejsze w tej powieści. Dlatego muszę wrócić jeszcze raz do prologu, w którym autor, Hirano, wyjaśnia strukturę opowieści o postaciach ze świata zewnętrznego dla bohaterki o imieniu Rie, ukrytej we wnętrzu japońskiej ówczesnej rzeczywistości, którą symbolizuje jej rodzina i jej miasteczko na Kiusiu. Czytając, nietrudno się domyślić, że S to Saitobaru, miasteczko słynące ze starożytnych kurhanów, mających duże znaczenie historyczne. W okresie życia Rie symbolizuje jednak starzenie się społeczeństwa japońskiego, chociaż nadal wyróżnia się urokiem kwitnących wiśni w parku kurhanów. W ostatnich latach przybyło w nim pustych domów, zamkniętych sklepów i barów, które dodawały uroku architekturze miasta. W takim miejscu znalazł pracę mężczyzna, który twierdził, że jest Daisuke, młodszy brat spadkobiercy hotelu w Ikaho. Po kilku latach pracy przy wyrębie lasu dał się poznać jako uczciwy, pracowity mężczyzna, dlatego mógł poślubić miejscową kobietę, tzn. Rie ze sklepu papierniczego. To właśnie z jej powikłanym, nieszczęśliwym życiem związane są postaci, o których była mowa.

W prologu czytamy:

„Bohaterem tej powieści jest ktoś, kogo nazywałem czule „Kido-san” […]

Poznałem go w drodze powrotnej ze spotkania autorskiego w pewnej księgarni. Przed dotarciem do domu chciałem nieco ochłonąć po dwóch godzinach ciągłego mówienia i wszedłem do pierwszego baru, który zobaczyłem. Mężczyzną pijącym tam samotnie przy kontuarze był właśnie Kido-san”.

Podczas kolejnego spotkania Kido zaczął opowiadać pisarzowi historie, które bardzo tego ostatniego zainteresowały. I dlatego w pierwszym zdaniu prologu oświadczył, że on jest bohaterem jego powieści, chociaż mógł wybrać kogoś innego. Jednak w zakończeniu prologu napisał:

„Byłoby pewnie czymś naturalnym, gdyby Kido-san otwierał tę opowieść. Wcześniej jednak chciałem napisać o kobiecie imieniem Rie, której niezwykle bolesne doświadczenia stanowią punkt wyjścia mojej powieści…” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu Katarzyny Sonnenberg-Musiał).

Jednak w pierwszym rodziale autor znika. Pojawia się narrator wszechwiedzący, który wie, że to Rie wprowadza do akcji mecenasa Kido, to znaczy adwokata w jej procesie rozwodowym sprzed czterech lat. Kiedy zginął w wypadku jej drugi mąż, wieść o śmierci męża Rie ze sklepu papierniczego rozniosła się wśród mieszkańców miasteczka S w połowie września pamiętnego 2011 r., gdy północno-wschodnia Japonia przeżyła dwie katastrofy: zniszczenie osiedli przez fale tsunami i uszkodzenie elektrowni atomowej. Na wielu mieszkańcach odległego miasteczka w prefekturze Miyazaki to jednak śmierć męża lubianej Rie zrobiła większe wrażenie niż wspomniany kataklizm na dalekiej północy. Wtedy Rie odnalazła brata zmarłego, dowiedziała się, że jej zmarły mąż był kimś innym, niż twierdził. Zatelefonowała do adwokata Kido, który podjął się wyjaśnienia tej tajemniczej, zagadkowej sprawy. Od tego momentu Kido, jako jej detektyw, staje się pierwszoplanową postacią. Pełniąc swe zawodowe obowiązki prawnika, wprowadza do powieści szerszą perspektywę świata przedstawionego w tej powieści, to znaczy niemal na całą Japonię z jej pogarszającymi się warunkami życia.

Wraz z nieznacznymi postępami w poszukiwaniu Daisukego, za którego podawał się zmarły mąż jego klientki, czytelnik myśli o znaczeniu tożsamości człowieka, zwłaszcza w sytuacji, gdy z istotnych powodów niektórzy Japończycy próbują ją zmienić, zrywając związki z najbliższą rodziną lub środowiskiem. Dzięki jego tropom czytelnik poznaje również niepokojące Kido – jak i autora – zjawiska głębiej niż na podstawie innych, nawet ważnych, współczesnych powieści japońskich.

Mimo licznych rysów, pęknięć na obrazie pięknej Japonii (określenie Kawaabaty Yasunariego w wykładzie noblowskim), powieść nie jest ich rejestrem sporządzonym przez kronikarza (Kido). Niewątpliwie jest raczej fascynującym wielogłosem ludzi żyjących w niepokoju, niepewnych swej przyszłości w kraju, w którym zabraknie jego oryginalnych uroków życia. Dla wielu czytelników ta powieść może również okazać się sensacyjną, detektywistyczną opowieścią o poszukiwaniu ludzi zaginionych. Ponadto do mnie przemawiają również nazwy własne miejscowości, a także wzmianki pojawiające się jakby mimochodem, bez krytycznych uwag. Symbolizują one kryjący się za nimi ważny problem. Jest to obszar zjawisk nieprzetłumaczalnych, dzielących kultury o tak odległych i odmiennych cechach i formach, jak japońska i polska. Niektóre nazwy miejscowości rozbudzają moje wspomnienia przeżytych w nich spotkań, jak np. Ikaho Onsen, w którym spędziłem kilka dni z liczną grupą moich studentek uczelni w Sendai. I kiedy razem poznawaliśmy urokliwy krajobraz oraz – przede wszystkim – muzea pisarzy, poetów i malarzy, takich jak Tokutomi Roka i Takehisa Yumeji.

Wspomniałem tylko o wybranych aspektach tej wybitnej powieści, w której autor Hirano przedstawił nowy – inny niż Haruki Murakami – obraz Japonii ostatnich dziesięcioleci. Inny, bo ukazał prawdziwy wielogłos ludzi niepokojących się o swą przyszłość.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Brigitte Bardot cudowna – film w reżyserii Lecha Majewskiego, światowa premiera na 37. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Prezentowany też był na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 12.09.2022 r. Na ekrany polskich kin wszedł w kwietniu 2023 r.

 

Jest to film na wskroś artystyczny w konwencji onirycznej fantasmagorii, wyrosłej z realnej podstawy. A jest nią pamięć twórcy o własnym dzieciństwie i młodości, przeżytych w epoce wczesnego PRL-u. Ten autorski film – z własną muzyką reżysera i wyraźnie osobisty – wnosi do naszej kinematografii nie tylko całkowitą odrębność oryginalnej malarskiej estetyki Lecha Majewskiego, z której jest on od dawna znany. Ale prezentuje też opowieść tyleż indywidualną, co uniwersalną, w której realny, choć artystycznie przetworzony konkret przeplata się z wizyjnym obrazem o cechach symbolu. Ta intymna peregrynacja artysty przez własną wczesną młodość wśród znaków – obrazów i akcesoriów, jakie sobie w tej retrospekcji porozstawiał na drodze, to twórcza gra z samym sobą i widzem. W warstwie uniwersalnej – ideowej i filozoficznej – dobrze współgra ona z groteskową metodą kreowania świata przedstawionego.

Ten obraz różni się podejściem do materii filmowej, do czasu fabularnego, nie zawsze zgodnego ze wskazówkami zegara ani też z przyzwyczajeniami widza. Dzieciństwo, nieco przewlekłe, ulega przyspieszeniu w okresie doznań świadomych, kiedy już matka przestaje być jedyną instancją odwoławczą i ratunkową, a nieistnienie ojca nabiera jeszcze większego znaczenia i zaczyna wyraźnie doskwierać. Młody człowiek coraz intensywniej marzy o ojcu, który w sławie i chwale nieoczekiwanie wyląduje na podwórku przed domem przepysznym Spitfire’m. A tymczasem syn coraz bardziej zderza się z samym sobą, z pytaniami o świat, o to, kim jest i jaki ma być, gdzie i jak się poruszać. Jest zagubiony.

Poszukiwanie siebie samego, jak i rozmowa ze sobą samym, to motywy znane z literatury, choćby polskiej. Odnajdujemy je np. w Traktacie o łuskaniu fasoli – powieści, której akcja również rozgrywa się we wczesnym PRL-u. Sekwencja szkolna w Brigitte Bardot… i humorystyczna postać Wirskiego – potworowatego nauczyciela ze smyczkiem od skrzypiec w ręku, wykonującego nim gest podcinania gardła, nie mogła mi się nie skojarzyć z bardziej serio obrzydliwym dyrektorem szkoły muzycznej u Myśliwskiego:

„Który, który śmiał coś takiego?! Niech natychmiast wstanie! Niech ma odwagę! Czekam! No?!…Dziesięć sekund mu daję. Jeśli nie wstanie…!

I wstaliśmy wszyscy, cała świetlica jak jeden. Czekaliśmy, licząc na najgorsze”.

Analogiczny motyw w obu dziełach nie świadczy o żadnym powinowactwie twórczym. Tym bardziej, że stylistyczne, artystyczne podejście obu twórców do obrazowania słusznie minionego czasu dość istotnie się różni. Jeśli miałbym pod tym względem doszukiwać się duchowych protoplastów Majewskiego w polskiej literaturze, nie wskazywałbym na Myśliwskiego – wiernego epickiemu realizmowi, lecz raczej na Gombrowicza z jego Ferdydurke.

Stylowy, obciążony wieloma znaczeniami obraz wnętrza (tak całości budowli, jak i poszczególnych fragmentów owego specyficznego labiryntu, jakim jest Hotel w filmie Lecha Majewskiego), mógłbym też zasadnie zestawić z Sanatorium pod klepsydrą Brunona Schulza z 1937 r., a także z filmem Wojciecha J. Hasa z 1973 r. według prozy Schulza pod tym samym tytułem. Sanatorium lub fantastyczna willa ze znieruchomiałymi replikami postaci cesarza Franciszka Józefa i jego brata Maksymiliana, wskazują na pewne gatunkowe pokrewieństwo i bliskość stosowanych chwytów artystycznych. Odnaleźć je można również w istotnych motywach fabularnych porównywanych dzieł. Przy całkowicie oczywistej ich odrębności i niezależności, wynikającej i z czasu opisywanego, i ze specyfiki środowiska żydowskiego w dziele Schulza. Co też się odbija na odmiennym ideowym przesłaniu przytaczanych utworów prozatorskich i filmów obu tych malowniczych twórców.

Józef w Sanatorium…, podobnie jak chciałby Adam w BB cudownej, podąża śladami ojca. I on chciałby go odnaleźć, lecz ojciec Józefa jest dość enigmatyczny, bardziej nierealny niż rzeczywisty.

Światy, w których poruszają się obydwaj główni bohaterowie są zupełnie odmienne, dotyczą innych czasów i innego środowiska, ale mechanizmy tego poruszania się i klucze poetyckie, otwierające drzwi do tych światów pamięci, są nieco podobne. Pewne analogie w konstruowaniu scen i ich niedosłowne, metaforyczne rozumienie, uniwersalna groteskowo poetycka nadrealność, wskazują tylko na zakorzenienie się Majewskiego w naszej najlepszej tradycji literackiej, tej z najwyższej półki.

Wyrafinowana, deformacyjnie modelowa wizja świata, jego literackie lub malarskie odrealnienie, charakterystyczne są dla elity twórców niewątpliwie oryginalnych, mistrzów artystycznej kreacji. Istnieją przy tym wyraźne różnice stopnia tego odrealnienia, odmiennego skrótu metaforycznego, stylistycznie odmiennego podejścia do groteski, jakże innej od np. wczesnego Mrożka. Majewski, mimo swej pozornie rozpasanej wyobraźni, trzyma się w sposób dość zdyscyplinowany realnej podstawy swych „odjazdowych” konstruktów, znacznie bardziej niż Schulz. Obydwaj są wizjonerami w literaturze, tak jak Majewski i Has w twórczości filmowej. Do tego gatunkowo zbliżonego kręgu polskich twórców operujących kreacją ponadrealistyczną (najczęściej groteską), należą też oczywiście Gombrowicz i Witkacy.

Sądzę, że Lech Majewski – niezależny, twórczy kontynuator omawianego tu nurtu w literaturze – nigdy by się od niego nie odżegnywał. Tak, jak nie odżegnywałby się w twórczości filmowej od swego chyba najbardziej interesującego poprzednika Wojciecha Hasa. Twórcy nie tylko Sanatorium pod Klepsydrą, ale i powstałego już w 1964 r. Rękopisu znalezionego w Saragossie – „najbardziej europejskiego z polskich filmów”, jak pisano (filmweb.pl, rec. Al_Arcydzieło w szkatułce). Tropy polskie nie wyczerpują oczywiście źródeł kulturowych, którymi mógł karmić się Majewski, nim rozpoczął filmową Odyseję swoich lat młodzieńczych. Przewodnikami byli mu przecież: Alberto Moravia, autor powieści Pogarda i Jean-Luc Godard, który sfilmował ją w 1963 r. (niespełna rok przed Rękopisem… Hasa). Nie odżegnywał się też nasz twórca od wpływów niezwykle bliskiej mu tradycji Felliniego. Osiem i pół jest dla niego filmem ulubionym (podobnie jak dla mnie), można by zaryzykować, że to numer jeden. To samo daje się powiedzieć o prozie iberoamerykańskiej, którą byliśmy rozkosznie nasyceni, a w której też pan Lech z lubością się zanurzał.

W swym najnowszym filmie Majewski opowiada nam w niecodzienny sposób opowieść własną, przez siebie przeżytą, a jakże bliską zwłaszcza tym, którzy mieli okazję przebrnąć (niekiedy pokaleczeni) przez tę naszą mizerną polską przeszłość. Podobne mamy sny o dzieciństwie i dojrzewaniu. Wielu z nas, tak jak bohater Majewskiego, ma wpisaną w swój życiorys nieodwołaną konieczność, choćby daremnego poszukiwania ojca. I niech nie zwiedzie widza nadzieja, że da się to zbagatelizować lub nonszalancko (a może bohatersko) wyznać, jak to w jakimś momencie uczynił Adam. Że właściwie to ma ojców wielu, którzy go uczą świata i jego rozumienia. Bardziej mi to jednak wygląda na samoobronny gest, na który już go stać od czasu, kiedy przyłapał matkę na przygotowywaniu kolejnej fałszywej pocztówki do niego, z podrobionym podpisem ojca, pilota batalionu 302. Do końca zresztą nie wiemy, czy ojciec zginął nad Anglią w czasie wojny z Niemcami, czy musi się jeszcze ukrywać, a może gdzieś się w świecie zawieruszył na syberyjskiej zsyłce lub w innym wybranym przez SB miejscu. Postać walczącego o wolność ojczyzny ojca, którego się nigdy nie widziało, urasta w oczach dorastającego syna do symbolicznego wymiaru. Wiem coś o tym, bo sam byłem w podobnej sytuacji. Mojego Ojca – komendanta grupy żołnierzy AK, stracono w Auschwitz, kiedy miałem trzy miesiące. Dlatego ten wątek filmu szczególnie mnie poruszył.

Podróż do źródeł „czasu zarannego” ma niezwykłe znaczenie, ale dojrzały twórca nie daje się złapać na pensjonarską nutę sentymentu. Sam więc tworzy riposty, osłania się kontekstem, przekracza możliwości percepcji młodziaka, jakim jest jego filmowy bohater. Autor filmu przemawia wtedy głosem innych postaci, które się jawią chłopakowi w tajemniczym Hotelu „różnych możliwości” i wchodzą z nim w dyskurs. Tagore dopytuje się, co daje mu dziś odnalezienie ojca, czemu się przy tym tak upiera. Widząc, że to stało się dla Adama idée fixe, ostrzega go, że „Dążenie do celu może być źródłem niewygasającego cierpienia”.

Świat młodości jest dla poszczególnych osób zwykle odmienny i wyjątkowy, choć wyjęty z tej samej, wspólnej dla pokolenia jedności przeżywanego czasu. Jest tak, jak z tytułową Brigitte Bardot, która była naszą wyśnioną, wspólną BB. „Mieliśmy” ją wszyscy. Była ikoną seksu naszej wspólnoty pragnień, naszą ideą nieskrępowanej, wolnej, kobiecej doskonałości, wyciągającej do nas rękę z ekranu, ale też dostępnej tylko na ekranie. I choć była „wspólna”, była wyjątkowa. Nic więc dziwnego, że pojawiła się niegdyś w powieści Lecha Majewskiego Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej, a teraz znów w filmie na tej powieści osnutym. Dyskretnie wystylizowana na oryginał, znakomicie dobrana i „przetworzona” w Brigitkę aktorka Joanna Opozda, w której przez młodzieńcze okulary i ja dostrzegłem prawdziwą Brigitte, dobrze sprawdziła się na ekranie. Nie było to proste, wszak BB to prawdziwa ikona kultury zachodniego wolnego świata, a zarazem znak młodości mojego pokolenia, które już dawno okres seksualnej burzy i naporu ma za sobą.

Dla twórcy filmu Bardot była też czymś więcej. Afrodytą (łac. Venus) – boginią miłości, piękna i pożądania, ale też i Kirke. Wszak taka symboliczna podróż przez życie, przez młodość, to obsesyjna Odyseja wielogatunkowego artysty – Lecha Majewskiego. Sama ta cudownie fatalna Brigitte porusza w nas dawno utajone żywioły, budzi wspomnienia czasu naszych „męskich przewag”. Mógłbym ten stan porównać do odczuwania dawno uciętej nogi, która wciąż jeszcze nam doskwiera.

Poruszamy się tu oczywiście wśród znaków i symboli, takich jak zagadkowy Hotel – prawdziwy labirynt kultury, malarski, architektoniczny, którego poszczególne wnętrza stanowią odrębne dzieła sztuki. Hotel kryje w sobie różne tajemnice. Ma tu swoje garderoby BB – królowa ekranu, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniknęła wraz z młodocianym bohaterem wprost z filmu Pogarda do tego hotelowego pałacu. Można tu znaleźć nieoczekiwanie drzwi do Syberii, która też jest przecież wymownym dla Polaków znakiem, symbolem zimowej, niekończącej się wichury, ale i ponurej przeszłości zesłańców. Są tu rozliczne korytarze i drzwi prowadzące do niespodzianek. Może w tych drzwiach nieoczekiwanie stanąć piękna dziewczyna, która do tej pory robiła uniki (Teresa), i wciągnąć Cię, drogi Widzu (tak jak Adama) w pierwszą miłość, wspólny los, w ucieczkę, na którą nie jesteś gotowy. Możliwości tu wiele. Może nawet Ojciec przyleci samolotem bojowym. Bylebyśmy tylko potrafili dobrze wybrać. Dobrze i na czas, by znów nie zatrzasnęły się nam przed nosem jakieś drzwi – jak to już w historii bywało. Byśmy mogli zabezpieczyć sobie tyły i nie obudzić się z ręką w nocniku. Polacy lubią igrać z losem, nie boją się awantury, choćby na europejskim stadionie. Ale to już raczej moja swobodna dywagacja, która nie należy do narracji filmowego wizjonera.

Powiedziałbym – to film inny od większości powielanych klisz obrazu kinowego. Film oryginalny w sensie: nietuzinkowy, niespotykany. Myślę, że warto czasem oderwać się nie tylko od rutyny dnia, ale i od rutyny sztuki masowej, przyswajanej wciąż przez nasze społeczeństwo w nadmiarze. Film – malarska poezja ekranu, jak ten z Charonową łodzią odpływającą ze zwłokami Żoakima (Stanisław Brudny w roli recepcjonisty hotelowego) – niby na falach Styksu gdzieś w ostateczną ciemność, przez którą przebija jednak jakaś nikła światłość.

Zapewne to obraz głównie dla smakoszy, totalnie autorski, ale z jakże dobrze dobraną obsadą. Niełatwe zadanie mieli młodzi aktorzy, zwłaszcza Kacper Olszewski w roli Adama. Musiał sprostać nie tylko wymaganiom wielkiej głównej roli, ale musiał też skutecznie się zakotwiczyć w subiektywnej wizji, w intymnej wyobraźni autora-reżysera, który za pośrednictwem postaci tego chłopaka opowiada nam o swojej i – dla niewielu już z nas – naszej młodości. A młodość to drugie po narodzinach stawanie się człowiekiem.

Warto też wyróżnić doskonałą, charakterystyczną rolę Andrzeja Grabowskiego (nauczyciel Wirski). Interesująca jest także nieprzerysowana, prawdziwa Magdalena Różczka w roli matki Adama. Jest tu także pewien osobnik, wyróżniający się specyficznością z odpowiednią domieszką humoru – „bezpieczniak” Jóźwiak w interpretacji Tomasza Sapryka. Ponadto, o czym już wzmiankowałem, Gabriela Chojecka w roli Teresy, nazywana przez mistrza Majewskiego „perełką ekranu” (w trakcie kręcenia filmu miała zaledwie 17 lat, ale już wcześniej grała jedną z dwóch głównych ról w wielokrotnie nagradzanym na międzynarodowych festiwalach krótkometrażowym filmie Córka w reżyserii Mary Tamkovich).

Podsumowując, cały ten obraz wizyjny jest mega! – jak powiada osiemdziesięcioletnia młodzież mojego pokroju. Choć pod strzechy, tak jak disco-polo, zapewne nie zbłądzi. Może to i lepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

 

Maria TOPOLSKA, Portrety kobiety, wyd. Novae Res, Gdynia 2023, 208 stron.

 

Redakcja „Res Humana” zwróciła moją uwagę na nowo wydaną książkę autorstwa Marii Topolskiej pt. Portrety kobiety. Książka jest prawdopodobnie debiutem literackim Haliny Sargarolo (tłumaczki z języka francuskiego), angażującej się w inicjatywy ukierunkowane na obronę praw kobiet w Polsce. Tak więc pod pseudonimem literackim otrzymaliśmy opracowanie, w którym przedstawione zostały poglądy tych Polek, które nie mają zahamowań, aby swą postawę życiową związać z mianem „feministki”. Podkreślam to dlatego, że zbyt często w przeszłości słyszałam wypowiedzi kobiet (nawet na lewicy), rozpoczynające swój wywód od deklaracji: „nie jestem feministką, ale…” – i dalej padały słowa sprzeciwu wobec ciągłych prób ograniczania praw kobiet w toku przemian ustrojowych po 1989 r. Pamiętamy przecież lata, kiedy to hasło „feministka”, albo „wojująca feministka” wypowiadane po stronie kręgów kościelnych i polityków prawicy brzmiało niczym obelga.

Na łamach książki przedstawiane są poglądy kobiet z różnych pokoleń – od Wandy z rocznika 1919 (na podstawie wspomnień jej córki Barbary) do Idy, urodzonej w 2017 r. i chodzącej jeszcze do przedszkola. Mottem tej książki jest stwierdzenie, że każda kobieta tworzy własną opowieść o życiu. Swoje rozmówczynie autorka przedstawia imieniem, miejscem urodzenia i zamieszkania oraz stanem rodzinnym. Zadaje im te same pytania: o jakość dzieciństwa, o autorytety i wzorce na drodze dorastania i rozwoju, o charakter wewnętrznych relacji w małżeństwie, lub w związku (tradycyjne czy partnerskie), co oznacza dla nich równouprawnienie, czym jest dla nich feminizm, czy określiłyby się jako feministki? Ze względów oczywistych pada również pytanie o ocenę sytuacji kobiet w Polsce, o wpływ Kościoła na ich życie, a w szczególności o akceptację poglądów polskiego duchowieństwa na współczesną rolę kobiety.

Można więc powiedzieć, że autorka przeprowadza rozbudowaną ankietę, w której odpowiedzi udzielane są w sposób zależny od rozmówczyni – raz są one oszczędne i zwięzłe, a w innych przypadkach rozwinięte i umotywowane. W każdym przypadku bardzo osobiste.

Co wyniosłam z wciągającej lektury? Kilka ciekawych spostrzeżeń. Maria Topolska maluje w swej książce przede wszystkim obrazy kobiet ambitnych, zaangażowanych emocjonalnie i czynnie w obronę praw kobiet, rozumianych jako oczywiste prawa człowieka. Są to najczęściej mieszkanki dużych miast (Warszawa, Łódź, Kraków, Lublin, Sandomierz), w większości zadowolone ze swego życia, z uzyskanej pozycji zawodowej, najczęściej trafnie wskazujące na źródła obecnej sytuacji kobiet w Polsce. W swej argumentacji są przekonujące, często wręcz zdesperowane. Jedna z nich – Hanna (rocznik 1964) swą wypowiedź nazwała Manifestem wkurzonej feministki, w którym stwierdza m.in.:

„Kobiety muszą być czujne, muszą mieć pewność, że idą naprzód, a nie tam, gdzie o wszystkim decyduje tradycja, przesądy, stereotypy wygłaszane przez kogoś innego (często mężczyznę, księdza, biskupa, posła PiS)… ostateczną granicą dla kobiet jest uzyskanie kontroli nad własnym ciałem. Dla Polek jest to jeszcze daleka droga, na której trzeba pokonać wiele przeszkód: brak edukacji seksualnej w szkole, tabu wokół tematu seksu, słaby dostęp do antykoncepcji, restrykcyjne prawo do aborcji, wszędobylska ręka karzącego Kościoła (…). W Polsce każda kobieta musi być trochę feministką, cokolwiek by to dla niej znaczyło”. Hanna jest jedną z tych kobiet, którym opadły z oczu klapki pod wpływem doświadczeń społecznych z Kościołem z ostatnich dziesiątków lat. „Kolejne skandale, pedofilia w Kościele, hipokryzja, zamiatanie wszystkiego pod dywan (…) sposób traktowania kobiet, a teraz obrzydliwy w skutkach sojusz Kościoła z polityką, skutecznie i ostatecznie mnie do tego Kościoła zniechęciły”.

Z kolei Agata z Warszawy (rocznik 1967), na pytanie o rolę Kościoła w jej życiu zauważa, że wpływ tej instytucji ma olbrzymie znaczenie dla kształtowania się nierówności społecznych w Polsce. Według niej „polski Kościół jest absolutnie zdegenerowany, wypaczony i ma negatywny wpływ, bardzo nas ograniczający”. Agata nie jest odosobniona w swym osądzie. Jolanta (rocznik 1990) uważa, że Kościół w Polsce jest „głęboko zepsutą, dyskryminująca instytucją”. Podobnych opinii na kartach tej książki znajdziemy zdecydowanie więcej. Co ciekawe, wiele rozmówczyń podkreśla, że w ich życiu pod wpływem doświadczenia społecznego odbyły drogę od Kościoła, a nie do Kościoła. Są nim (w tym przede wszystkim duchowieństwem) głęboko zawiedzione i rozczarowane.

Warto podkreślić, że każda z bohaterek tej książki podaje własną, oryginalną i przemyślaną definicję „feminizmu”. Np. wspomniana wyżej Jolanta mówi, że feminizm jest dla niej „zabieganiem o lepszy świat, w którym jedną z najważniejszych wartości będzie właśnie solidarność. Feminizm jest niezgodą na niesprawiedliwość i głębokim buntem przeciwko wykluczającym narracjom”. Z kolei Hanna (rocznik 1977) zauważa, że dla niej „feminizm to niezależność umysłowa, poczucie sprawczości i życie według własnego uznania”. Aleksandra, (rocznik 1985) uznaje feminizm jako walkę z dyskryminacją i dążenie do równości. „To danie prawa wyboru: czy chcesz, czy nie chcesz korzystać z opcji, praw i możliwości, które daje świat i które powinny być równe dla każdego człowieka. Czyli w zasadzie życie w taki sposób, jaki każdemu odpowiada, dopóki nie wyrządza on krzywdy drugiej osobie”.

Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na wypowiedź Agnieszki z Łodzi (rocznik 1972), która stwierdza, że za obecną sytuację kobiet w Polsce odpowiadają same kobiety, ponieważ nie uczestniczyły w wyborach lub „dały się kupić za 500+”. Argumentuje, że przeciwnicy praw kobiet „przecież nie kryli się ze swoimi poglądami….Każda z nas mogła wtedy zagłosować…Gdzie były Polki?…Nie miały czasu w niedzielę pójść postawić krzyżyk na karcie wyborczej? „Ponadto mieszkanka Łodzi zauważa, że w przeciwieństwie do mężczyzn kobietom brakuje solidarności, która w obecnych czasach bardzo by się Polkom przydała. Moim zdaniem, to słuszna uwaga.

Warto zastanowić się nad przemyśleniami kobiet, zaprezentowanymi w tej książce. Zbliżają się kolejne wybory, które mogą rozstrzygnąć o końcu rządów prawicy, która w praktyce politycznej nie respektuje konstytucyjnych praw kobiet.

Odrębną kwestią, nieporuszaną w tej książce jest sytuacja kobiet wiejskich. Szkoda, że opisu ich sytuacji zabrakło w tej książce, chociażby wyrywkowo. Ciekawa bym się dowiedzieć, dlaczego kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich tak ochoczo ubarwiają spotkania z politykami prawicy, którzy nie tolerują ich praw. Może Maria Topolska w przyszłości poświęci kolejną książkę przemyśleniom kobiet wiejskich na temat ich życiowych doświadczeń?..

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Grzegorz ŁYŚ, Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2023, 335 stron.

Mamy czasem do czynienia ze zbieżnością rozmaitych wydarzeń, które – choć z różnych wypływają źródeł – tworzą spójną całość. Od dłuższego czasu słyszymy zapewnienia rządzących o sile polskiej armii, a zwłaszcza o jej świetlanych perspektywach; oto za kilka lat będziemy dysponować najsilniejszymi w Europie siłami zbrojnymi. Jak to zrobić, wydając na B+R niewiele ponad 1 procent PKB, pozostanie tajemnicą twórców tych zapewnień. Ponieważ wakacje spędzałem w Orłowie, czytając monografię Grzegorza Piątka o budowie Gdyni (dobra książka, polecam), łatwo znalazłem opisaną tam historię ostatniego tragicznego lotu generała Gustawa Orlicza-Dreszera, który w katastrofie samolotu pod Orłowem poniósł śmierć (ma tam tablicę pamiątkową tuż przy molo). A szkoda, bo należał do grupy mądrzejszych generałów Piłsudskiego, a nawet konkurował ze Śmigłym-Rydzem o schedę po Marszałku. Był też pierwszym prezesem Ligi Morskiej i Kolonialnej – dość osobliwego tworu, będącego potwierdzeniem polskiej aberracji umysłowej, którą nazywano „tromtadracją”.

Gdy wróciłem, pierwszą książką, jaka wpadła mi w ręce, był Grzegorza Łysia Bzik kolonialny1 – opis niespełnionych snów Polaków o potędze, starania o status mocarstwa, jakie roiliśmy przed wojną i jakie od czasu do czasu pojawiają się jeszcze w niektórych polskich głowach.

Rojenia o Polsce mocarstwowej kołaczą się w polskich głowach od dawna, ale na dwudziestolecie międzywojenne przypadała konkretyzacja tych marzeń. Odzyskaliśmy niepodległość, pokonaliśmy bolszewika, ratując Europę przed komunistycznym zalewem, mocarstwem jesteśmy i kwita! W 1930 roku założona została Liga Morska i Kolonialna. „Żądamy kolonii dla Polski” – głosili entuzjaści tego ruchu. Do kogo było skierowane to żądanie, nie wiadomo. W Wersalu podzielono świat między mocarstwa, niektóre z nich czuły się pokrzywdzone i upokorzone, jak Niemcy, które same starały się o powiększenie obszaru kolonii, żądały Konga Belgijskiego, Angoli i nie tylko, a to pod ich adresem Polska kierowała przede wszystkim swoje roszczenia. Niemcy i Włochy najmocniej krytykowały nasze kolonialne zamiary. Drugim potencjalnym dobroczyńcą miała być Francja, bo to sojusznik i nie odmówi nam pomocy, ale ona dość zazdrośnie strzegła swoich posiadłości, a poza tym… wrzesień 1939 r. dobitnie przekonał nas o złudnym charakterze tych oczekiwań. Choć sami doświadczyliśmy losu kraju podbitego, nie uważaliśmy kolonializmu za zjawisko negatywne. „Istnienie kolonializmu (…) na Zachodzie uważano wciąż za oczywiste, ale w Polsce było (…) oczywiste bardziej” – pisze Łyś (s. 119). Kolonie należą się nam po pierwsze dlatego, że jesteśmy jedynym mocarstwem – tak uważali apologeci wielkiej Polski – które kolonii nie ma, a po drugie – ze względów moralnych. Polska doznała w swej historii tylu krzywd, że musi otrzymać rekompensatę.

Podobnie myśleli przodkowie tych apologetów, zwłaszcza w początkach XIX wieku, bo byliśmy jedynym narodem, który nie godził się na ustalenia Kongresu Wiedeńskiego, choć w tej sprawie nie mieliśmy wiele do powiedzenia. Niestety, dość bliscy tym poglądom są niektórzy nasi współcześni, wysuwając dość śmieszne roszczenia w sprawie powojennych reparacji, z tych samych powodów.

Fotografie jakie autor zamieścił w książce, w tym te z 1939 r. (sic!), przedstawiające oddziały LMiK, przyodziane w stroje „wyjściowe”, lepiej niż słowa obrazują śmieszność przedwojennych rojeń. Były jednak również poważne powody do poszukiwania dróg wyjścia z zacofania: przeludnienie wsi, duża liczba „ludzi zbędnych”. Polska, gdzie wciąż dominowała anachroniczna gospodarka agrarna, a kapitalizm znajdował się w permanentnym niedorozwoju, musiała coś zrobić z tym „kapitałem ludzkim”, bo nędza materialna mieszała się z ubóstwem intelektualnym. Na rok przed wojną 22 procent ludności to wciąż analfabeci, głównie na wsi. Nacjonaliści domagali się też usunięcia Żydów, w skali kraju to blisko 3 miliony; to oni – według polskiej Falangi – byli główną przyczyną narodowych porażek. Trzeba znaleźć im miejsce, najlepiej na Madagaskarze.
Kolonie to również źródło surowców i obszar pracy „dla żywiołu polskiego”. Łyś szczęśliwie oddzielił od tych mocarstwowych rojeń – podróżników pożądających przygód, jak Maurycy Beniowski, geografów, jak odkrywca Kamerunu Stefan Szolc-Rogoziński, czy też – z drugiej strony – biedotę wiejską, poszukującą lepszych warunków egzystencji, która często życiem przypłaciła swoje poszukiwania (XIX-wieczna emigracja za chlebem, s. 83–104). Liga rosła w siłę ku niezadowoleniu MSZ, które (słusznie) uważało politykę zagraniczną za sferę swoich kompetencji i miało rację w dyskusji o polskiej polityce kolonialnej.

To rozsądne stanowisko nie całkiem pasowało „do nowych czasów, gdy umacniające się rządy dyktatorskie w krajach europejskich dążyły do zbrojnej ekspansji w samej Europie, jak i za morzami” (s. 278–279). Mussolini najechał Etiopię i choć jego sukces był trochę przereklamowany, to stanowił wzór do naśladowania. Rzeczywistość brutalnie przekreśliła te wizje. Po wrześniu 1939 roku wszelkie mity o polskiej potędze militarnej zostały brutalnie rozwiane. Mogą stanowić co najwyżej przedmiot rozważań o wpływie świadomości zbiorowej na postawy i zachowania polityków.

Bodaj najbardziej zaawansowaną formę przybrały starania o utworzenie polskiej kolonii w Liberii. To, co udało się tam osiągnąć, nie dawało statusu kolonialnego na kształt tych, które miały Anglia, Francja czy Stany Zjednoczone; to, co udało się tam zainicjować przypominało raczej współczesne dążenia do zbudowania strefy wpływów gospodarczych, o co zabiegają dziś wszystkie rozwinięte państwa, a właśnie Afryka stała się teraz terenem wzmożonej rywalizacji.

W Monrowii prowadzono nawet oficjalne rozmowy na ten temat, rozczarowanie rosło jednak w miarę postępu tych prac. Intencje obu stron były bowiem mocno odmienne. A poza tym: Liberia była krajem źle wybranym jako źródło bogacenia się Polski – kolonizatora. To kraj biedny, potrzebujący skonkretyzowanych programów rozwoju, a Polska – sama zacofana technologicznie – nie mogła zaspokoić ich potrzeb. Oba kraje nie mogły więc ofiarować sobie (na zasadach wzajemności) tego, czego najbardziej potrzebowały. Wymiana handlowa miała rozmiary rachityczne, po stronie polskiej narastało też rozczarowanie: miały być bogactwa na kształt tych, które Kolumb przywiózł z Nowego Świata, a tu ani bogactw, ani kolonii.

Autor trafnie opisuje też przedmioty innych „polskich marzeń” – poza Liberią – Brazylię, Angolę, Kamerun, Peru, wymieniany już Madagaskar. Zainteresowanych odsyłam do samej książki, nie chcąc odbierać im satysfakcji z poznawania faktów z niedawnej, a przecież niemal zupełnie zapomnianej przeszłości.

1 Tytuł książki zaczerpnięty z tytułu sztuki Witkacego Mister Price czyli Bzik tropikalny (s. 273)

 

Recenzja ukazała się w numerze 5/2023 „Res Humana”, wrzesień-październik 2023 r.

Krzysztof WOJCZAL, Trzecia dekada. Świat dziś i za 10 lat. Wyd. MT Biznes, Warszawa 2022, 640 stron.

Otrzymałem od przyjaciela w podarunku – trochę złośliwym, trochę ironicznym – trzytomowe dzieło Prolegomena, napisane i wydane własnym sumptem przez pewnego obywatela, który na tysiącu sześciuset stronach snuje rozważania nad „sensem istnienia i przeznaczeniem Kosmosu”. Krzysztof Wojczal nie ma aż tak wielkich ambicji, aby objaśnić sens istnienia kosmosu; zadowala się opisaniem, jak działa świat wielkiej geopolityki i co wydarzy się na świecie w najbliższych latach. Tytuł – Trzecia dekada – też jest skromniejszy: nie odwołuje się do Prolegomenów Emmanuela Kanta, lecz nawiązuje do Trzeciego tysiąclecia Marcina Więcława. No i pomieszcza swoje analizy Wojczal na skromnych 640 stronicach.

Książka K. Wojczala składa się z dwóch zasadniczych części. W pierwszej, na czterystu pięćdziesięciu stronach, autor dokonuje zaangażowanego opisu rzeczywistości międzynarodowej, a następnie, w części drugiej, na podstawie takiej interpretacji świata, kreśli możliwe scenariusze przyszłości. Mówiąc o „zaangażowanym” opisie rzeczywistości, mam na myśli, że jest to opis niezobiektywizowany, wolny od naukowej dyscypliny, sporządzony według woluntarystycznie dobranych kryteriów i opatrzony komentarzem, w którym autor nie ukrywa swoich sympatii.

System współczesnych stosunków międzynarodowych autor postrzega na kształt układu słonecznego, którego centrum stanowi rywalizacja USA i ChRL. Wszystkie inne wątki i państwa krążą na orbitach przyciągane siłą grawitacji relacji USA z Chinami. Istota relacji amerykańsko-chińskich, w największym skrócie, polega na tym, że USA dążą do utrzymania statusu globalnego hegemona i pragną narzucić światu swoje warunki, a Chiny taki ład kwestionują, ponieważ chcą zbudować swoje imperium. Do państw, które określają zasady gry geopolitycznej na świecie, autor zalicza także Rosję, która „nie stanowi realnej konkurencji i  zagrożenia ani dla USA, ani dla Chin”, „nie stanowi również źródła przyciągania, jednak chciałaby być traktowana jako równy z wyżej wymienionymi element składowy całego systemu”.

Ponieważ większość analiz poświęconych globalnemu układowi sił – obecnemu i w najbliższej przyszłości – właśnie tak, w trójkącie USA-ChRL-Rosja, postrzega kształtowanie się nowego ładu międzynarodowego, wywody i konkluzje autora Trzeciej dekady odnoszące się do roli wymienionych mocarstw ani nie budzą większych kontrowersji (poza pewnymi uproszczeniami), ani nie sposób uznać ich za szczególnie oryginalne.

Wylicza Wojczal jeszcze dziesięć państw-„figur” (Indie, Pakistan, Iran, Turcja, Izrael, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Japonia, Australia), a także Unię Europejską, które chociaż nie mogą, w odróżnieniu od USA, ChRL i Rosji, podejmować decyzji niezależnie, bez oglądania się na stanowisko wielkiej trójki, to wywierają wpływ na światowe stosunki międzynarodowe. Wszystkie pozostałe metamery autor pomija, przywołując to czy inne państwo-malucha tylko w kontekście egzemplifikacji stawianych tez. Taki podział państw na ważne i małoistotne wydaje się świadczyć o tym, że autor pozostaje pod wpływem ubiegłowiecznej klasyki geopolityki z tezą Mackindera o Heartlandzie i kluczowej roli Eurazji w dziejach świata. Poza Japonią i Australią wszystkie „figury” mieszczą się na kontynencie euroazjatyckim. Nie ma wśród wojczalowskich „figur” chociażby Indonezji lub Brazylii – państw, które wielkością PKB i liczbą mieszkańców przewyższają Iran czy Pakistan. Wynikałoby z powyższego zestawienia, że poza geograficzną bliskością do Chin i Rosji (i owego Heartlandu) o hierarchii wpływów – w ujęciu autora – decyduje w pierwszej kolejności siła militarna i gotowość czy skłonność do jej ekspozycji. Stąd też wynikają drobiazgowe, aż do przesady, zestawienia typów uzbrojenia posiadanego przez tę czy inną armię, porównania i oceny zdolności wojskowych państw. Doceniając wysiłek włożony przez autora w zebranie imponującej ilości danych, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to trochę hodgepodge, gdyż celowość podobnych zestawień nie zawsze jest oczywista.

Z takiego descriptio mundi autor wyprowadza scenariusze możliwych przyszłych konfliktów, które, uspokaja autor, nie wyleją się wszakże w wojnę globalną.

Oczywiście, jest świętym prawem autora opracowania, które nie pretenduje do naukowości i obiektywizmu, dowolnie wybierać problemy do opisania, agregować państwa i sojusze, kreślić scenariusze, nawet najbardziej fantastyczne, przyszłych zdarzeń. Podobnie jak świętym prawem obywatela jest uprawianie każdej formy twórczości – naukowej i pseudonaukowej, analitycznej i quasi-analitycznej. Zwłaszcza, jak w przypadku Trzeciej dekady, gdy jej wydanie finansowane jest z prywatnych środków autora.

Trzecia dekada wpisuje się w modny w Polsce ostatnimi laty trend ożywienia dysput geopolitycznych (aby wspomnieć, przykładowo, twórczość Jacka Bartosiaka czy Leszka Sykulskiego), wywołany agresją Rosji przeciwko Ukrainie i, generalnie, wzrostem niepewności. I można byłoby książkę K. Wojczala spokojnie pominąć, jeśliby nie ta okoliczność, że niektóre tezy głoszone przez autora nie tylko współbrzmią z oficjalną retoryką obecnych władz naszego kraju, lecz wydają się wręcz stanowić uzasadnienie dla działań PiS-owskiej polityki zagranicznej.

Jedną z kluczowych tez autora, nieukrywającego swojego głębokiego eurosceptycyzmu, jest przekonanie o nietrwałości UE. „Unia Europejska w formie i kształcie, jaki istnieje obecnie, nie ma szans przetrwać czekających ją prób” – stwierdza autorytatywnie. Według Wojczala, źródłem dezintegracji UE jest przede wszystkim wspólna waluta, euro, która „generuje nierówną dystrybucję kapitału oraz zwiększa dysproporcje pomiędzy krajami”. Atakując euro i UE, autor Trzeciej dekady powołuje się m.in. na opinię Brunona Banduleta. Zapomina tylko wyjaśnić, że Bandulet (były doradca CSU i zwolennik silnego narodowego państwa niemieckiego), owszem, był przeciwnikiem euro, ale dlatego, że – zupełnie inaczej niż Wojczal – uważał, iż przyjęcie wspólnej waluty Unii prowadzi do osłabienia Niemiec i jest ceną, którą Niemcy zapłacili za zjednoczenie kraju.

Nieufność wobec Niemiec (najłagodniejsze z określeń, jakie przychodzą mi na myśl przy charakterystyce stosunku K. Wojczala do Niemiec) jest kolejną płaszczyzną wspólną poglądów autora i PiS. W krytyce polityki Berlina Wojczal jest tak nieprzejednany, że zapomina o logice. Z jednej strony obwinia Niemcy o to, że „wysysają środki ze słabszych i mniejszych gospodarek strefy euro”; z drugiej przyznaje – że Niemcy „podkarmiają zadłużonych po uszy południowców” (czyli państwa południowej flanki UE). Autor potrafi w jednym rozdziale zarzucić Niemcom, że forsują projekt politycznej federalizacji Europy, a zaraz potem pisze o groźbie sojuszu strategicznego Berlin-Moskwa i ich zakusach na suwerenność państw Europy Środkowo-Wschodniej. Okazuje się, wg Wojczala, że Niemcy są winne nawet Brexitowi. Jeśliby nawet przyjąć założenie autora o niecnych zamysłach Niemców, to dziwi dlaczego Wojczal unika kwestii: Czy narodowe Niemcy, z własną walutą, silną armią i niezwiązane ramami oraz polityką Unii Europejskiej są mniej groźne niż Niemcy jako integralna część projektu europejskiego?

Broni za to Wojczal Węgier, które tak dzielnie stawiają opór brukselskim urzędnikom (i knowaniom niemieckim, oczywiście), wychwala projekt Trójmorza i inne inicjatywy odśrodkowe. Jakby nie dostrzegał tej oczywistości, że u źródeł napięć między narodowym rządem Węgier a administracją Unii leży nieprzestrzeganie przez Orbana unijnych zasad praworządności i demokracji (podobnie jak w wypadku sprzeczności między rządem PiS a Brukselą), i że wszelkie podważanie spoistości UE – czy to przez podważanie wartości konstruujących Unię, czy przez tworzenie wewnętrznych „separatystycznych” bloków – osłabia UE jako organizację i, tym samym, każdego z jej członków.

Twierdzeń kontrowersyjnych, niekiedy dziwacznych, a niekiedy po prostu nieprawdziwych jest co niemiara w opisaniu świata według Wojczala (błędy rzeczowe, stylistyczne, a to i ortograficzne – pomijam, nie jest to ostatecznie dzieło literatury pięknej). Na szczęście autor zdaje sobie sprawę z karkołomności zadania, którego się podjął i z własnych ograniczeń, przyznając na wstępie, że proponuje nam „rozrywkę intelektualną”. I tak też proponuję Trzecią dekadę potraktować – z akcentem na słowo „rozrywka”.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Beata DŻON-OZIMEK i Michał OLSZEWSKI, Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, 504 strony.

 

Istnieje cała wielka Biblioteka Przedmiotowa na ten temat. Od tylu już dziesięcioleci pojawiają się w historiografii, socjologii, literaturze pięknej oraz w publicystyce światowej tysięczne analizy, dyskusje i trwające nadal spory dotyczące tego tajemniczego i zagadkowego problemu. Stawiane są ciągle na nowo formułowane pytania. Jak to się stało? Jak to się mogło stać, że w XX wieku, w jednym z największych, kulturowo i gospodarczo wysoko rozwiniętym europejskim kraju (wydającym przez wieki wybitnych filozofów, artystów, kompozytorów czy pisarzy), doszło do tak powszechnego amoku – zbiorowego zaakceptowania, wręcz zaczadzenia, większości narodu totalitarną, antydemokratyczną ahumanistycznie obłędną ideologią, jaką stał się niemiecki faszyzm i hitleryzm?…

Nie jest oczywiście trudno do tej Biblioteki dzisiaj dotrzeć. Obejmuje ona między innymi wiele wybitnych dzieł sztuki pisarskiej, monumentalnej wagi dla światowej i niemieckiej literatury, jak choćby Doktor Faustus Tomasza Manna czy też dramaturgia Bertolda Brechta i proza Alfreda Döblina oraz liczne utwory kilku już pokoleń współczesnych politologów czy literatów (nie tylko niemieckich zresztą – i też nie wyłącznie europejskich). Do tego dochodzą niezliczone opracowania teoretyczne oraz wyrastające z empirycznych i szeroko zakrojonych porównawczych badań historyczno-socjologicznych, piór wybitnych historyków Jak na przykład dzieła historyka angielskiego Allana Bullocka (Hitler. Studium tyranii, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe). Czy nadal liczne analizy historyczno-kulturowe i publicystyczne rozważania, z których wywodzi się choćby owa słynna syntetyczna fraza-myśl Hanny Arendt o banalności zła. Także wywodzące się i z innych, niż niemieckie, środowisk naukowych różnorodnej natury rozprawy (u nas np. filozofa Tadeusza Krońskiego Faszyzm a tradycja europejska czy rozważania Franciszka Ryszki Noc i mgła).

Ale Biblioteka ta obejmuje także inne ważne opisy. Nie tak może spektakularne, bo dotykające mało niby znaczących, jednostkowych zdarzeń, indywidualnych konkretów egzystencjalnych, różnorodnych prac i zapisków codziennych. Pełne przykładów pozornie nieważnych realiów życiowych, tak zwanych przyziemnych i banalnych codziennych spraw i zdarzeń. Z różnych zresztą dziedzin ówczesnej rzeczywistości czerpanych. Acz przecież ukazujące ją tym samym w nowym, bo mniej znanym, niekiedy nawet mocno zaskakującym oświetleniu. Wydobywające z tej jednostkowej perspektywy nowe, nieoczywiste i niedoceniane (często w dążeniu profesjonalistów do uchwycenia całościowego obrazu), owe same w sobie niepowtarzalne, jednorazowe fenomeny, które odsłaniają sprzeczności tamtej niepojętej epoki niemieckich, ale i – eo ipso – europejskich dziejów…

Do tego niezwykłego zbioru będzie odtąd także należeć wydana ostatnio przez Wydawnictwo Czarne potężna, ponad pięciusetstronicowa księga historyczno-dokumentalna, po reportersku dociekliwa, napisana przez dwoje polskich autorów: Beatę Dżon-Ozimek i Michała Olszewskiego Ptaki krzyczą nieustannie. Historia Günthera Niethammera, esesmana i ornitologa z Auschwitz.

Słusznie i celnie prawi o niej Martin Pollack – austriacki pisarz, dziennikarz, tłumacz i promotor literatury polskiej – w swym do niej posłowiu. „Wstrząsająca i ważna książka. Autorzy rzucają światło na życie i pracę znanego ornitologa Günthera Niethammera. Ceniony naukowiec bez wahania i bez zastrzeżeń daje się wciągnąć w narodowosocjalistyczny aparat terroru, gotowy jest nawet służyć jako strażnik w Auschwitz, gdzie jak gdyby nigdy nic kontynuuje badania ornitologiczne. Nie był przy tym odosobnionym przypadkiem – podobnie jak on postąpiło wielu niemieckich i austriackich badaczy”. Co, dodajmy, wielu z nich skrzętnie potem ukrywało. Rówieśnicy Niethammera oczywiście się tym nie chwalili, a młodsze pokolenia nic o tym nie wiedziały. „Niethammer był promotorem mojej pracy doktorskiej – mówi jeden z jego powojennych już uczniów – w 1967 roku niczego jeszcze nie wiedziałem na temat parszywej przeszłości Niethammera w SS. Jak można pchać się do SS i tam dokumentować świat ptaków, kiedy jednocześnie na twoich oczach nazistowski terrorystyczny reżim mordował tysiące niewinnych ludzi? Jak można z powodu ambicji naukowych ignorować te zbrodnie?”.

Historia życia Niethammera (należał do rodziny jednego z największych przemysłowców niemieckich), jego ornitologicznej kariery naukowej przed- i powojennej oraz służby w SS, przeplata się w tej książce między innymi z losami polskiego więźnia z obozu oświęcimskiego. Chodzi tu o zdolnego autentystę – malarza amatora, Władysława Siwka, pracującego na zlecenie obozowej władzy (wierzącej widać w wieczną trwałość systemu nazistowskiego) nad cyklem akwarel „kolorowych i jednobarwnych temper i olejów”. Siwek dokumentował w realistyczno-naturalistyczny sposób obozową codzienność i kolejne etapy życia więźniów KL Auschwitz i KL Birkenau. Ale również i to, co dotyczyło dziedziny naszego ornitologa. Tworzył – znakomicie do dziś zachowane (w większości przypadków) – portrety ptaków, których w tym otoczeniu nie brakowało… Na które Niethammer polował z bronią palną, przeznaczając potem swoje trofea do zbiorów muzealnych albo (jak kaczki, gęsi czy łabędzie) – do paradnej kuchni z przeznaczeniem dla gości specjalnych samego komendanta obozu Rudolfa Hössa…

Wszystko to autorzy wydobywają teraz z archiwów niemieckich, austriackich i polskich oraz wszelkich innych możliwych. Badając nadzwyczaj dociekliwie i niezwykle starannie, drobiazgowo wręcz studiując złożone biografie swych bohaterów. Zarówno skomplikowane dzieje owego niemieckiego ornitologa, jak i kilku polskich więźniów. Ich krzyżujące się losy w tym wielce rozbudowanym – i przez to tak pasjonującym – reporterskim i niezmiernie poruszającym wyobraźnię wielowątkowym historycznym śledztwie materiałowym. W tej kapitalnej dla losów świata sprawie (wiadomo przecież, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”) narodzin owej pozornej banalności oraz swoistości rytmu codziennego funkcjonowania systemu zła w świecie ówczesnym. Acz z zarazem dyskretnie wpisanym między wiersze tej historycznej już z natury relacji, tym wielkim i nadzwyczaj istotnym pytaniem: czy wszystko, co ukazują z tak wielką dbałością dociekliwych dokumentalistów, naprawdę jest li-tylko bezpowrotnie minioną cząstką naszej przeszłości?

Doprawdy – powiadam Wam z największym przekonaniem – trzeba tę księgę koniecznie przeczytać.

 

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Andrzej MENCWEL Powieść z życia, I. Strona ojca. Wyd. Nisza, Warszawa 2022, 430 strony.

Kiedy pisałem o swych refleksjach po lekturze książki Annie Ernaux pt. Bliscy („Res Humana” nr 2/2023), zażartowałem, że 1940 to dobry rok, obfitował w talenty, jak dobre wino, bo i Noblistka, i ja urodziliśmy się we wrześniu tego roku. Grono to powiększa Andrzej Mencwel – emerytowany profesor UW, literaturoznawca i antropolog kultury, były dyrektor Instytutu Kultury Polskiej tej Uczelni. On też przyszedł na świat w owym pamiętnym wrześniu – już za hitlerowskiej okupacji. A że przekroczył osiemdziesiątkę, uznał, że pora napisać autobiografię; takie zachcianki miewają starzejący się dżentelmeni, którzy całe życie parali się pisarstwem. Zapowiedział trzy części tego dzieła pod nazwą Powieść z życia; pierwsza właśnie się ukazała i nosi tytuł Strona ojca. Pospieszyłem, by ją kupić, bo z Andrzejem znamy się od 1957 r., kiedy to zawitaliśmy do słynnego Domu Studenckiego UW przy Kickiego 9, razem rozpoczęliśmy wszak studia polonistyczne, obaj trochę młodsi niż nasi koledzy, bo dopiero siedemnastolatkowie. Trafiliśmy do zaprzyjaźnionych ze sobą pokoi, trzy takie były, wszystkich naszych kolegów z tamtych lat nie zapamiętałem, ale większość tak; część wykruszyła się po drodze, część już odeszła do „lepszego” świata. Nie będę o nich pisał, bo Andrzej zapewne poświęci im kilka stron w kolejnych tomach, na które już czekam niecierpliwie. O jednym wydarzeniu muszę jednak wspomnieć, bo inaczej całość mi się nie sklei; Andrzej miał kłopot ze Studium Wojskowym, był czupurny i walczył o swoje racje, a tego – jak wiadomo – wojskowi nie lubią. Musiał powtarzać I rok, którego wedle studenckich regulaminów repetować nie było wolno, ale profesorowie dostrzegli jego intelektualne możliwości i zrobili wyjątek. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mając zaliczone wszystkie przedmioty poza „wojskiem”, mógł rok cały poświęcić na to, co naprawdę chciał zgłębiać, na filozofię, historię idei, antropologię kultury. I wykorzystał tę szansę. Wtedy nasze drogi się trochę rozeszły: inne grona koleżeńskie, różne zajęcia, inni promotorzy, inne zajęcia zarobkowe. Dziś widujemy się rzadko, najczęściej na promocjach książek i pogrzebach kolegów (ostatnio na Bródnie, na pogrzebie naszego Przyjaciela – Władka Kiżysa – człowieka wielkiej szlachetności), ale zachowaliśmy obopólną – mam nadzieję – życzliwość i sympatię. Łączy nas przy tym fascynacja Stanisławem Brzozowskim i niewygasła miłość do Piasków na Mierzei Wiślanej. Andrzej poświęcił im dawno temu duży felieton o „największym zadupiu Rzeczpospolitej”, o którym wspominałem w jednym z wcześniejszych numerów „Res Humana”, a który sprawił, że pojechałem tam po raz pierwszy i oczarowanie pozostało do dziś. Wybieram się na Mierzeję w maju; będzie okazja, by wspomnieć i wypić za tych, których już nie ma.

Odczytuję tę książkę, jako opowieść o rozpadzie rodziny, choć nie do końca rozumiem przyczyn, które ten rozpad spowodowały. Autor pozostawia zresztą sporo niedopowiedzeń, ukrywa się trochę za parawanem intymności rodzinnych przeżyć, o które postronnym nie wypada pytać. Matkę stracił w dniu swoich urodzin. Z Ojcem rozstali się mentalnie jeszcze w trakcie nauki w szkole podstawowej, liceum kończył już w Żarach, gdzie opiekowała się nim starsza siostra. Ojciec próbował nowego związku, nie wyszło, o kolejnym Andrzej ma już niewiele do powiedzenia. Był skazany na siebie, przedzierał się więc przez życie, trochę jak „dziecko ulicy”, ale w powojennych czasach wielu z nas było na taki los skazanych. Nie wyjaśnia do końca przyczyn swego „konfliktu” z Ojcem; ujmuję to słowo w cudzysłów, bo konflikt ma raczej konkretne podłoże, a tu dotyczy wzajemnego niezrozumienia. Może chodzi o brak bliskości, której nie doświadczył, bo nie mógł doświadczyć ze strony Ojca; tę bliskość, ciepło gwarantuje Matka, a jej nie stało, macocha zaś nie chciała lub nie umiała tego ciepła zapewnić, a Andrzej nie chciał zbytnio się o to starać. Nie zmieniło ich relacji nawet aresztowanie Ojca, dyskryminowanego jako lider „prywatnej inicjatywy”.

Autor wplata między rodzinną opowieść także fragmenty dotyczące społecznej, czy może lepiej kulturowej, świadomości zbiorowej, które to zagadnienie od dawna odgrywa rolę dokuczliwego owada, który nie pozwala mojemu myśleniu zasnąć. Sens takich fragmentów tkwi w pół-zdaniach, które po części przytoczę: oto komisarz policji berlińskiej stwierdza po przeczytaniu Tkaczy Hauptmanna, że „cały państwowo-społeczny porządek, w ramach którego rozgrywa się akcja, ukazany jest jako niegodny istnienia” (s. 106). To stwierdzenie wydaje mi się ważniejsze od rozważań na temat przyczyn milczenia Hauptmanna, kiedy republika weimarska została zmiażdżona; ono zalicza się bowiem do konformizmu dość dziś powszechnego. Albo: ojciec „pozostał poddany feudalnej obyczajowości, a żyjąc w państwie formalnie demokratycznym, był uciskany przez przesądy stanowe” (s. 185), bo sam deliberowałem nad tą kwestią, gdy drapieżni kapitaliści (jak Kronenberg czy Bloch) przekształcali się w pogodnych ziemian, hodując konie i przegrywając fortuny, wcześniejszą drapieżnością zdobyte. Albo „Pamięć można osłabić działalnością celową, wystarczy, że rozmyślnie się jej nie kultywuje, a ona już sama posłusznie dokona eliminacji osób, stosunków, zdarzeń” (s. 249). A czynimy tak również z pamięcią narodową, ogólnoludzką też. I jeszcze jeden tylko cytat, bo miejsca mi nie starcza: „Prawdy mitu nie weryfikuje logika prawdy i fałszu, gdyż zawsze jest ona ich mieszaniną” (s. 292). Żyjemy wszak w pomieszanym świecie, w którym nie da się ich od siebie oddzielić. Takich fragmentów do cytowania i zapamiętania jest wiele. Niedosyt, że nie mogę dalej cytować, łagodzi mi tylko przekonanie, że w kolejnych tomach będzie ich więcej. Coś mi się zdaje, że Andrzej już je napisał, bo nie wierzę, że jako człowiek doświadczony, powierzyłby ich istnienie czemuś tak kruchemu, jak egzystencja w wieku 80+.

Recenzja ukazała się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

Korespondencja Stanisława Augusta z Katarzyną II i najbliższymi współpracownikami (1764–1796). Wydawnictwo Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa 2022, w dwóch tomach: 1 ma 515 stron, tom 2 – 610 stron.

Na półkach księgarń, zwanych ambitnymi, co jest niewątpliwie zgodne z prawdą, ukazało się szereg książek obejmujących okres panowania ostatniego polskiego króla. Ostatniego polskiego, w tym znaczeniu, że wybranego przez polską szlachtę na polach Woli pod Warszawą. Co prawda, począwszy od wyboru Henryka Walezego, wybór polskiego monarchy nie był tylko w rękach szlachty Rzeczypospolitej, ale w znacznym stopniu silne były nań wpływy ościennych państw, wyrażane finansowo, lub, jak w przypadku saskich Wettynów i Stanisława (Antoniego) Augusta wręcz z namaszczenia ościennego mocarstwa – Rosji. Dzięki Muzeum Łazienek Królewskich otrzymaliśmy dostęp do istotnych publikacji dotyczących epoki stanisławowskiej – przede wszystkim pamiętniki Stanisława II Augusta – książkę angielskiego historyka o czasach stanisławowskich, ale także, co najistotniejsze, materiał źródłowy, jakim jest korespondencja króla Stanisława II i cesarzowej Katarzyny II oraz szeregu urzędników obojga władców z lat 1764–1796.

„Korespondencja” jest jednak wyjątkowa – mamy możliwość przeczytania wymiany korespondencji między pierwszoplanowymi aktorami Polski i Rosji drugiej połowy XVIII wieku; ich poglądów, oczekiwań, nadziei i gry politycznej z okresu, gdy I Rzeczpospolita zmierzała do zakończenia swojego bytu jako niezależny podmiot polityczny.

Król zwraca się do Katarzyny per „siostro”, ona – „bracie”, choć, jak wiemy, łączył ich w młodości intymny związek, któremu Poniatowski zawdzięcza koronę. Polska historiografia uważa na ogół, że Stanisław II był wyjątkowo naiwnym politycznym graczem, wierząc w dobrą wolę swojej niemiecko-rosyjskiej partnerki. Niewątpliwie król do końca swych dni był zakochany w cesarzowej, ale na pewno nie był naiwny. Różnili się przede wszystkim pochodzeniem – Katarzyna (urodzona, jako Zofia Anhalt), córka pruskiego oficera ze Szczecina, nie dorównywała wykształceniem i obyciem europejskiemu, polskiemu oświeceniowemu królowi, znającemu dwory królewskie i arystokrację Londynu i Paryża, a którego marzeniem było przekształcenie Polski w nowoczesne państwo w czasach nadchodzącej nowej epoki: końcowych lat feudalizmu, rozwoju nauki i literatury, ale wstrząsanej rewolucją we Francji.

Korespondencja monarchów przedstawia niewyobrażalny poziom zdrady narodowej elit Rzeczypospolitej. Tak naprawdę, nie było polskiej warstwy społecznej, która wspierałaby króla w jego dążeniu do odbudowy niezależności kraju.

Przykładowo w korespondencji pojawia się Litewski Wielki Hetman Michał Massalski, który przegrawszy głosowanie w Sejmie o zrównaniu praw hetmanów koronnych i litewskich, interweniuje u cesarzowej Katarzyny II o powrót do stanu przed głosowaniem Sejmu, a o czym król dowiedział się od swej „siostry” (list z 24 XII 1764).

Massalski nie był jedyny, zdecydowana większość szlachty i kleru była wrogo nastawiona do Poniatowskiego.

Dla Rosji istotne było poróżnienie szlachty etnicznie polskiej i litewskiej, niemal w 100 procentach katolickiej z większością ukraińską oraz białoruską. Rzeczpospolita miała ponad 70 procent ludności niepolskiej, w większości prawosławnej. Rosja wykorzystywała ten podział, wspierając tzw. dysydentów, którzy w Rzeczypospolitej mieli ograniczone prawa obywatelskie – nie tylko chłopów, ale też i szlachty ukraińsko-białoruskiej, a także szlachty Prus i Inflant oraz mieszkańców dużych miast, gdzie większość mieszkańców miała pochodzenie niemieckie i była wyznawcami kościołów protestanckich.

Listy Katarzyny II ukazują stopień manipulacji politycznej w dzieleniu społeczeństwa Rzeczypospolitej. Rosja okazywała się, jako ich jedyny opiekun przed agresją polskiej szlachty oraz katolickiego kleru, dla którego ich aktualny interes finansowy był istotniejszy od interesu państwa, mimo że Rosja nie sprzyjała katolikom.

Korespondencja ukazuje żałosną sytuację króla w państwie totalnie zanarchizowanym, w którym magnaci i Kościół prowadzili swoją własną politykę krajową i zagraniczną. Rosjanie i Prusacy wysyłali swoje wojska na popas na polskie ziemie. Król często żali się na postępowanie rosyjskiej armii, oczywiście bez rezultatu, tym bardziej, że ich pobyt był usankcjonowany zgodą hetmanów (Massalski otrzymał za zgodę 45 tys. rubli). Żydzi i Niemcy zarządzali majątkami szlachty, tępej i aroganckiej, gotowej wesprzeć dowolnego zagranicznego władcę, by ten czy ta gwarantowali im dotychczasowy tryb życia w głupocie i opilstwie, plutokracji i niewolniczym wykorzystywaniu chłopów, braku szacunku dla wiedzy i innowacji kulturowej, prymitywnym religianctwie, miernocie umysłowej. Kochanka Poniatowskiego, cesarzowa, w jednym z ostatnich swoich listów do króla, pisze: „Los Polski (…) jest skutkiem zgubnych zasad wyznawanych przez wszystkie stany i całe społeczeństwo, któremu za wzór posłużył lud nieznający w niczym umiaru i brnący od błędu do błędu. Nie do mnie należało przestrzeganie narodu polskiego przed szkodliwymi skutkami takiego postępowania i zamknięcie pod jego stopami przepaści wykopanej przez jego niszczycieli, którzy go w końcu do otchłani zepchnęli” (AKP 359, datowany na dn. 21 11 (kalendarz juliański), dn. 2 XII 1794). Katarzyna II i jej doradcy to inteligentni ludzie, umiejący wykorzystać głupotę polskiej szlachty w interesie imperialnym Rosji, przy wydatnym wsparciu polskich elit politycznych. Wysiłki Stanisława II nie były w stanie ich pokonać, warchoły wygrały.

Brzmi znajomo? No cóż, chyba dalej siedzimy w tym bagnie, bo w nim nam najlepiej.

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Zbigniew JERZYNA, Wybór wierszy, opracowanie i wybór Marcin Jerzyna, przedmowa Andrzej Wołosewicz, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2023, s. 425

 

Chciałem wam powiedzieć,

że przyszedł do mnie mój syn

że ojciec i syn przy jednym stole,

w pokoju z oknem otwartym na świat –

rozmawiali ze sobą

Zbigniew Jerzyna

Tako rzecze w jednym ze swych Wierszy ostatnich (dotąd osobno niepublikowanych) – Ojciec, czyli Zbyszek Jerzyna do swego Syna Marcina. Znaleźć je można w wydanym niedawno przez wydawnictwo Adam Marszałek obszernym Wyborze wierszy* tego zmarłego w listopadzie 2010 r. poety (tak, to naprawdę nie do wiary, że kilkanaście już lat minęło!). A dodajmy też od razu dla jasności, iż czytać je wszystkie można teraz w wyborze „autorskim”, dokonanym przez jego syna Marcina Jerzynę w 60-lecie debiutu książkowego Zbyszka (tom Lokacje, PIW 1963).

„Rozmowy” takie, jak ta wyżej przywołana, zawsze muszą być, siłą rzeczy „zaoczne” i „korespondencyjne”. Prowadzone bowiem przy pomocy poezji, w różnym czasie i w nieoczywistej, zawsze owianej mgiełką tajemnicy przestrzeni niby czysto tylko wewnętrznej, osobistej, ale przecież już i w historycznym już i psychologiczno-społecznym zarazem kontekście. Taki „dialog”, z jakim tutaj mamy do czynienia, zawsze jest i musi być (myślę sobie) zapewne ogromnie trudny, chociaż zawsze jest ciekawy i ważny. Ważny przede wszystkim dla nas, czytelników, ale chyba – jakby to nie pobrzmiewało mocno pretensjonalną nutą metafizyczną – i dla obu bezpośrednich „interlokutorów”. Bo zapewne nie tylko dla młodszego z nich. Istotne jest i to, że odbywa się on „przy jednym stole w pokoju otwartym na świat”. Gdyby nie owe „zaoczne rozmowy”, nie byłoby zapewne tej całej, oryginalnie pomyślanej i skomponowanej księgi poetyckiej; tego ponad czterysta stron liczącego sobie obfitego „wysypu” wierszy, pochodzących z różnych epok pisarskiej aktywności poetyckiego dorobku Zbyszka Jerzyny…

Ba, nie byłoby może i poety Marcina Jerzyny…

Czas tu dopowiedzieć wreszcie i tę oczywistą oczywistość (choć nie wszystkim może wiadomą), że Marcin jest nie tylko synem poety Zbyszka, ale i sam poetą jest! Pamiętam, jak przed laty pojawił się u mnie, jako początkujący student polonistyki z pierwszymi swymi wierszami. Ich ciekawa stylistyka i ekspresyjność wyrazu oparte były głównie na jednym z najstarszych chwytów wypowiedzi poetyckiej, czyli rymowanej rytmizacji… Dziś raczej niemodnej u nas w poezji, ale przecież trudno zaprzeczyć, iż zawsze sprzyjającej sile tonu i wysokiej temperaturze narracji… Powstał wtedy z tych wierszy debiutancki zbiorek Marcina J. (z moim przedsłowiem) pt. Ból mój król, Warszawa, Staromiejski Dom Kultury, 2004. No i nie zdziwiłem się także specjalnie i tym, że wkrótce potem pojawił się na naszej młodzieżowej scenie muzycznej tenże Marcin Jerzyna wraz z zespołem rockowym „Panta Koina” (patrz: www.fb.com/pantakoina). Wyrażający we własny, ostry i gniewny sposób pokoleniowe widzenia świata ówczesnych, wchodzących w życie na przełomie tysiącleci tak zwanych milenialsów. Z własnym spojrzeniem na rzeczywistość. Ukazywaną, jak w przypadku Marcina J., nie tylko poprzez wiersze własne czy rówieśników, ale również i poprzez „stare” wiersze ojca, teraz odkrywane na nowo, a także teksty wielu przywoływanych przez „Panta Koinę” klasyków europejskiej i światowej poezji z kręgu głównie tak zwanych poetów wyklętych, (kto ciekaw niech sprawdzi, że jest na tej liście między innymi nawet wiersz Plemiona Michaiła Lermontowa!).

Wracajmy jednak z tej wycieczki do samych Wierszy wybranych Zbyszka J. (przepraszam za tę stałą familiarność, ale znaliśmy się „od zawsze”, czyli ponad 60 lat, od czasów studenckich i powstania grupy Orientacji Poetyckiej Hybrydy na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, gdzie współredagowaliśmy przez pewien czas pismo „Orientacje”, a wieczory spędzaliśmy „po bożemu”, a jakby się kto pytał, słuchając Dudusia-Matuszkiewicza oraz pierwszych występów – wtedy jeszcze zgodnych w swej antysystemowej postawie – „kabareciarzy”: Wojtka Młynarskiego, Jonasza Kofty, Jana Pietrzaka czy Adama Kreczmara). A zatem, wracając do wierszy w opracowaniu i wyborze Marcina Jerzyny, trzeba powiedzieć, że powstał wybór naprawdę niebanalny, oryginalnie pomyślany i zrealizowany konsekwentnie. Przede wszystkim, jako osobiste jego spojrzenie na poetycki dorobek ojca. Dzięki kierowaniu się przy tym doborze tekstów głównie własnym smakiem i gustem, „prywatnymi” preferencjami estetycznymi i znaczeniową dla niego dziś samą wagą poszczególnych utworów. Bez oglądania się na znany nam wszystkim dobrze, swego rodzaju „terror” edytorskich zasad, dyktat utartych opinii, choćby krytycznoliterackich poglądów na temat tego, co dobre, co takie sobie, a co zupełnie be! A zatem nie dziwota, że powstał wybór nieliczący się ze zwyczajowymi względami polonistycznie standardowo „poprawnych” edycji „wyborów wierszy”. Takimi choćby na przykład, jak chronologia ich powstawania czy pedantyczne trzymanie się „źródeł” czy dat publikacji wierszy, tytułów tomów, z jakich są zaczerpnięte itp. itd.

Zobaczmy zatem. Wybór Marcina Jerzyny otwiera znany i charakterystyczny dla pewnego nurtu dorobku jego ojca wiersz: *** Śmiertelny, chcę cię ukryć śmiertelną w ramionach… Pochodzący gdzieś ze „środkowego” okresu poezjopisarstwa Zbyszka, ale zaraz potem pojawiają się też i fragmenty jednego z pierwszych i najbardziej znanych jego wierszy z debiutanckiego tomu, dedykowane mistrzowi jego młodości – Stanisławowi Grochowiakowi. Towarzyszą mu oczywiście i inne nie mniej znane wiersze, wybrane z całego tego przecież długiego, ponad półwiecznego okresu jego życia i twórczości… W tym na przykład tak często przywoływane, a brzmiące niekiedy tak boleśnie aktualnie, jak Wojna jest wesz czy też ten – odwołujący nas do tylu wspomnień i skojarzeń – „osobistych znajomych”, przyjaciół i kolegów – jak ów słynny i przejmujący tragiczną samowiedzą pt. Wódka:

Ech ty!

Na łzie oparta

Chytra

Ty sposobie

Śmiechu pusty

Wspaniała

Klęknę

Przy twym grobie…

Powoli potem wybór Marcina J. powraca do przetartych przez wcześniejszych antologistów szlaków w wyborze i układzie tekstów. Znajdziemy tu także – i słusznie bardzo – obszerną prezentację Erotyków Zbyszka, wybór przejmujących wewnętrznym żarem, autentyzmem i prawdą przeżycia cykl Listów do Edyty czy też nie mniej znany cykl głośnych Kolęd – na czele z ową Kolędą 1978:

Kolędo, nie drwij żeśmy tacy mali

jak pastuszkowie, a nawet zwierzęta.

Niech z nas odpłyną alkoholu rzeki

I niech się naród wreszcie opamięta

czy Kolęda z 2005 r.:

Jezu, dziś nam potrzeba

Abyś się narodził

Bo nam oczy oślepły

Ciemność weszła w słowa…

Bo nas mylą i mamią

Fałszywi prorocy…

Na koniec swego wyboru Marcin J. znajduje miejsce dla owych, około siedemdziesięciu, nieznanych nam dotąd, zaczerpniętych z rodzinnego archiwum – Wierszy ostatnich, w których Zbyszek J., jego zdaniem, i zdaniem autora przedsłowia do tego wyboru, Andrzeja Wołosewicza, podejmuje na nowo główne wątki („ryty”) całej swej twórczości związane z doświadczeniem doznań i lęków egzystencjalnych, trudnych osobistych losów wojennych i lat późniejszych, ściśle prywatnych obowiązków i rodzinnych perypetii, ale i przede wszystkim historyczno-społecznych uwikłań – wspólnych zresztą dla całej jego (naszej) generacji…

Będzie to też na pewno znaczący materiał dla dociekliwych badaczy i krytyków. Bo moim zdaniem Marcin Jerzyna – syn miał pełne prawo do takiego, a nie innego układu i doboru wierszy Zbyszka – ojca do tej antologii! I to nie tylko przecież ze względów rodzinnego pokrewieństwa. Ale czy miałby do tego, czyli osobistego, subiektywnego wyboru prawo każdy inny antologista? Teoretycznie oczywiście tak, acz przecież byłby to zupełnie inny wybór…

 

Recenzja ukazała się w numerze 3/2023 „Res Humana”, maj-czerwiec 2023 r.

Grzegorz PIĄTEK, Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2022, 480 stron.

Budowa Gdyni miała ogromne znaczenie dla Polski odrodzonej w roku 1918. Miała potwierdzić, że jesteśmy – jako Polacy – zdolni do podjęcia wyzwania, które na nowo ukształtuje naszą przyszłość jako nowoczesny, dobrze zorganizowany kraj. Gdynię zbudowano. To wybicie się na niezależność zostało zrealizowane ciężką pracą całego narodu. Oczywiście oczekiwania były różne – dla elity walczącej w Legionach, dla tych, którzy byli także zaangażowani w ruch niepodległościowy wyznając różne opcje polityczne i ideowe, oznaczało, że z Polską należy się liczyć na arenie gospodarczej, a nie tylko na polach bitew. Dla milionów bezrobotnych zamieszkujących przeludnione wsie była ogromną nadzieją, że staną się robotnikami, obywatelami nowoczesnego kraju, że znacząco poprawią swój byt.

Oczekiwania były olbrzymie – ich realizacja często zderzała się z brutalną rzeczywistością: bezrobociem, podłymi warunkami mieszkaniowymi, powszechnym bandytyzmem, brakiem bezpieczeństwa socjalnego, brakiem możliwości wykształcenia dzieci. Grzegorz Piątek, architekt z zawodu, napisał książkę opisującą dzieje budowy Gdyni w okresie międzywojennym, czyli okresu lat 1920–1939, od momentu podjęcia decyzji przez ówczesne władze państwa. Na miejsce budowy nowego miasta i portu wybrano niewielką kaszubską wieś.

Polska odrodziła się w Europie jako niepodległy kraj w roku 1918, jako największe nowo powstałe państwo po klęsce państw koalicji Niemiec i Austro-Węgier w I wojnie światowej. Nowo powstałemu państwu przyznano jednakże tylko symboliczny dostęp do otwartego morza, ledwie 150 km wybrzeża, bez pełnomorskiego portu. Gdańsk, który był naturalnym portem Rzeczypospolitej, przekształcono w Wolne Miasto, z ograniczonym dostępem do nabrzeży portowych dla polskich przedsiębiorstw. Decyzja o budowie w pełni polskiego portu była więc koniecznością ekonomiczną i polityczną. Budowę rozpoczęto w 1921 roku, gdy Gdynia liczyła 1200 mieszkańców, aby pod koniec dwudziestolecia międzywojennego przekroczyć liczbę 100 000 mieszkańców. Port w 1938 roku obsługiwał 46% polskiego handlu zagranicznego – głównie węgla kamiennego i drewna, podstawowych wówczas towarów polskiego eksportu.

Autor koncentruje się na przemianach architektonicznych i urbanistycznych nowo powstającego miasta. Z tego względu niewątpliwie dla mieszkańców Gdyni jest to książka pasjonująca. Dla nas, współczesnych Polaków jest przede wszystkim przyczynkiem do historii Polski XX wieku. Trudno dziś wyobrazić sobie, jak ważną rolę odgrywała Gdynia w międzywojniu. Rola gospodarcza była istotna, ale znacznie ważniejsza była jej pozycja jako obiektu państwowotwórczej propagandy kolejnych rządów oraz dla milionów Polaków jako potwierdzenie odrodzenia się narodowego państwa, które zbudowało duży (największy na Bałtyku w latach trzydziestych XX wieku) port oraz nowoczesne miasto.

Znikały z pola widzenia ułomności miasta – brak planowania urbanistycznego, brak szkół, szpitali i usług komunalnych, bieda ludzi, którzy przybyli z całej Polski z nadzieją na dobrą pracę, zmuszonych do zamieszkania w nędznych dzielnicach zbudowanych z odpadków blach, opakowań lub wykopanych ziemiankach. Nieskanalizowane budy, w których na kilku metrach kwadratowych powierzchni mieszkało często kilka osób; śpiących na zmianę na ubitej ziemi. Domy przeznaczone dla zarówno zamożnych, jak i średniozamożnych budowane były chaotycznie, bez jakiejkolwiek koncepcji przestrzennej. Nawet nowoczesne wysokościowce budowano z cegły, bez bieżącej wody i często bez kanalizacji. Płace były najniższe w Polsce, a ceny – najwyższe, szczególnie produktów rolnych. Wynikało to z braku silnego rolniczego zaplecza dla nowo powstającego miasta i trudności komunikacyjnych z resztą kraju – Gdynię od kraju oddzielało Wolne Miasto, z ludźmi wrogo nastawionymi do rosnącej w siłę konkurencji.

Wysokie bezrobocie i niskie płace były przyczyną szeregu robotniczych protestów i demonstracji – niektórych zakończonych ofiarami w ludziach. O tym stanie rzeczy nie pisało się i dalej nie pisze – bardziej pamiętany jest bunt 1970 roku na Wybrzeżu, który objął również Gdynię, niż te sprowokowane przez (prawicowo-faszyzujący) rząd w Warszawie i komisaryczny zarząd miasta. Największy miał miejsce w 1936 roku, kilka mniejszych – praktycznie corocznie w latach trzydziestych. Społecznicy, głównie wywodzący się z PPS, wzorem Warszawy powołali towarzystwo budowy tanich domów dla robotników na obrzeżach Gdyni – potrzeby były jednak wielokrotnie większe niż możliwości finansowe społecznych inicjatorów.

Autor czyni bezpośrednie porównania sytuacji robotników z lat 1920–1939 z okresem PRL-u. Wystąpienia robotnicze miały podobne podłoże ekonomiczne, ale wówczas oczekiwania Polaków były już znacznie bardziej ambitne. Władze nie były w stanie im sprostać. Świat, szczególnie w latach 70. wszedł na ścieżkę szybkiego wzrostu ekonomicznego, rozszerzenia zakresu usług społecznych, ogromnych szans awansu dla młodzieży. System tzw. realnego socjalizmu nie stwarzał takich możliwości. Polska Sanacji i Polska PRL miały systemy gospodarcze, które nie spełniały oczekiwań Polaków. Decydenci polityczni zdecydowali się przelać krew niewinnych ludzi tylko dla jednego celu: utrzymania się u władzy.

Byłem świadkiem robotniczego buntu w grudniu 1970 roku – zarówno w Gdańsku, jak i w Gdyni, gdy wysiadając z kolejki na stacji Gdynia Stocznia i w drodze do Stoczni im. Komuny Paryskiej widziałem zakrwawionych ludzi i słyszałem odgłos strzałów, odczułem strach ludzi stłoczonych na peronie, nierozumiejących sensu mordowania ich w drodze do pracy. Strach minął, pozostała nienawiść i pogarda dla „robotniczo-chłopskiego rządu”.

Autorytaryzm Sanacji i totalitaryzm jedynej partii PRL okazał się tragiczny.

Gdynia pozostała i jest wspaniałym dokumentem wysiłku całego narodu.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Severyn ASHKENAZY, Miecze Watykanu. Refleksje i polemiki świadka zła, przekład: A. Domińczak, Wydawnictwo Vis-à-Vis Etiuda, Kraków 2022, 322 strony.

 

Nazwisko Aszkenazy jest powszechnie znane i cenione w polskiej kulturze, nauce, historii. Szymon Askenazy (1865–193) to przedstawiciel klasycznej polskiej historiografii, a także uznany szachista, i jednocześnie wybitny naukowiec, pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Severyn Ashkenazy to dziś obywatel USA, wywodzący się z terenów tzw. kresów przedwojennej Polski (Tarnopol) i jednocześnie autor recenzowanej książki pt. Miecze Watykanu (podtytuł – Refleksje i polemiki świadka zła).

Książka jest wybitnie subiektywnym punktem widzenia przedstawiającym rolę Watykanu i instytucji Kościoła, zresztą często wybitnie negatywną i toksyczną, jaką spełniało państwo kościelne i stojący na jej czele papieże w dziejach Europy i świata – w historii ponad 1500-letnich prześladowań Żydów. Kreśli ją przedstawiciel kultury judaistycznej i jednocześnie zlaicyzowany Żyd, który przeżył lata II wojny światowej w ukryciu, pod podłogą mieszkania polskiej rodziny w Tarnopolu. Ten przedstawiciel prześladowanej systemowo przez wieki wspólnoty religijnej (a często i kultury) postawił sobie za zadanie zgłębić, zrozumieć, opisać istotę tych procesów społecznych, zwieńczeniem których okazał się Holocaust. To równocześnie opowieść o narodzie i kulturze żydowskiej, widzianej i ocenianej przez progresywnego Żyda-patriotę, choć nie bezrefleksyjnego apologety. Z kart tej książki Ashkenazy jawi się nam, jako człowiek martwiący się o losy swego narodu, nieszczędzący krytycznych uwag wobec tendencji, cech, obyczajowości i politycznych azymutów królujących w establishmencie Izraela. Te niebezpieczne trendy, jego zdaniem, pogłębiają jedynie społeczne podziały. Ta polityczno-kulturowa i socjalna fragmentaryzacja izraelskiej zbiorowości jest według niego na tyle groźna, że byt państwa otoczonego przez wrogów (lub w najlepszym wypadku przez kraje i społeczności mu nieprzyjazne) jest niepewny, by nie rzec – permanentnie zagrożony.

Książka w założeniach miała być refleksją nad kondycją człowieczeństwa w jego najgłębszej istocie. Nie jest to więc rzecz o potrzebie wiary w Boga, bogów czy jakąś bliżej nieokreśloną siłę sprawczą tkwiącą w świadomości większości ludzi. Efekt emanujący z kart książki jest inny, choć kwestia Absolutu przewija się ciągle w tle snutych przez Ashkenazego rozważań. Nie da się przy problematyce związanej z Holocaustem, widzianym przez społeczności Żydów europejskich dotkniętych bezpośrednio tą tragedią (a dziś rzucającą toksyczny cień na świadomość światowej diaspory żydowskiej i społeczeństwa izraelskiego), pominąć takiego oto zagadnienia: jak w takim razie pojmować Boga, który w religiach tzw. abrahamowych (judaizm, chrześcijaństwo i islam wywodzą się z tego samego pnia kulturowego, z podobnych doświadczeń ich założycieli, z tego samego regionu, który doświadczał przez wieki podobnych klęsk, wojen i tragedii), miał być synonimem dobroci, solidarności, miłosierdzia i zrozumienia, a który patrzył milcząco na śmierć części swoich, często gorliwych, wyznawców? Śmierci idącej w miliony istnień i realizowanej w racjonalnie zorganizowany system, niczym w ramach wielkoprzemysłowej produkcji dóbr. Autor celnie konkluduje, iż zagrożeniem dla ludzkości, istniejącym od dawna, jest brak jedności i poczucia wspólnoty ponad-plemiennej, ponad-rasowej, ponad-religijnej. Zagrażał on i ciągle zagraża, mimo postępu i rozwoju cywilizacyjnego, światu i gatunkowi ludzkiemu. Niewątpliwą luką w tej refleksji jest nieuwzględnienie przez autora roli rynku i zysku w owych zagrożeniach oraz procesach, a one stanowią przecież o istocie gospodarki towarowo-pieniężnej. A wszelkie i zorganizowane w rozległą strukturę prześladowania zawsze w podtekście niosły (później potwierdzała wielokrotnie praktyka) element merkantylny, utylitarny, zyskowny. Asheknazy natomiast skupia się wyłącznie na zagadnieniach wynikających bezpośrednio z podstawowych kanonów religii monoteistycznych; czyli uzurpacji przez nie prawa do jedynej prawdy i absolutyzacji spojrzenia na kulturę. Nie są to na pewno błahe kwestie, w tym akurat przypadku może i wiodące (chodzi o rolę instytucji Kościoła katolickiego w kształtowaniu europejskiego myślenia i najszerzej pojmowanej kultury), lecz polityka to przede wszystkim interesy i władza oraz nieusuwalne, związane z nią zyski i profity.

Ashkenazy pokazuje na przestrzeni historii, jak od uznania religii chrześcijańskiej za wyznanie państwowe (czyli od ok. 1700 lat temu przez Konstantyna Wielkiego, a zwłaszcza od jednego z jego następców – Teodozjusza Wielkiego) zmienia się byt Żydów na terytorium Imperium Romanum. I dotyczy to nie tylko chrześcijaństwa, religii już panującej wówczas niepodzielne formalno-politycznie, ale przede wszystkim w najszerzej rozumianej kulturze. Piętno, jakie przez wieki owej hegemonii wywarte zostało na umysłowości mieszkańców Starego Kontynentu, jest dla takich rozważań znakomitym wektorem dla zrozumienia istoty Shoah. I dlaczego do niego doszło. To było po prostu zwieńczenie określonej, wielowiekowej, szerzonej różnymi metodami i w różny sposób nienawiści rasowej, kulturowej i religijnej. Dziś widać, iż ludzkość o tym wszystkim zapomniała i powtarza ponownie drogę ku katastrofie.

Autor podzielił swoją książkę na trzy części (choć mówi tylko o dwóch). Pierwsza, wprowadzająca, to opowieść o życiu w Tarnopolu młodego Severyna, kończąca się opisem przeżyć wojennych, początków emigracji i rozpoczęcia życia w USA. Zasadnicza część, druga, to refleksja Aszkenazego odnośnie ponad 1500-letniej roli Watykanu i religii chrześcijańskiej w prześladowaniu Żydów. Jest to bardzo dobrze udokumentowany fragment książki. Trzecia część zawiera refleksje autora odnoszone do współczesnej sytuacji, w jakiej znajduje się niezwykle podzielona i rozproszona, światowa (w tym i w państwie Izrael) wspólnota żydowska.

Wprowadzając czytelnika w tematykę swojej książki autor podkreśla, iż temu zagadnieniu, z racji traumatycznych doświadczeń wojennych, poświęcił całe życie. Zgłębiał literaturę, prowadził kwerendę dokumentów i archiwaliów, przeprowadzał rozmowy ze świadkami ocalałymi z Zagłady. Zachęca też do potraktowania recenzowanego materiału, jako punktu wyjścia do dalszych, subiektywnych poszukiwań i przemyśleń. Ale najważniejsze są jego zdaniem refleksje nad istotą masowego, zorganizowanego na skalę niemalże przemysłową zła, prześladowań, szykan i dyskryminacji. Wszelkie dyskryminacje, z początku zdaje się niewinne i polegające jedynie na subtelnej stygmatyzacji, przeradzają się zazwyczaj w masowe i tragicznie kończące się, prześladowania. Dzieje Żydów w Europie są tego najlepszym i klarownym potwierdzeniem.

Ashkenazy poświęca dużą część materiału kształtowanej przez wieki życia w diasporze, właśnie z racji charakteru judaizmu oraz form uprawianego kultu, tożsamości Żydów. Pokazuje, jak z powodu owej kulturowej odrębności, oprócz przyczyn religijnych i kulturowych, oraz rozproszenia narodu żydowskiego, kształtował się stosunek do nich chrześcijan pozostających pod przemożnym wpływem Kościoła katolickiego i centrali watykańskiej nadającej ton określonej narracji w tej mierze. Ta część książki jest doskonale udokumentowana, a fakty chronologicznie i kolejno przedstawiane tak, jak mijały wieki owych prześladowań.

Sentencją podsumowującą niejako całość rozważań Ashekazego, a znajdującą się na ostatniej stronie tej polecanej przeze mnie gorąco książki, niech będzie myśl autora, iż „jeśli coś potrafimy sobie wyobrazić to oznacza, że możemy to osiągnąć”. Piękna, humanistyczna, klasycznie oświeceniowa i niezwykle pro-osobowa to myśl. Zawierająca optymizm oraz ufność w człowieka, jako miarę wszechrzeczy (jak wyznał to Protagoras z Abdery, V w. p.n.e.).

 

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Autorka książki jest mi (nomen omen) bliska; jesteśmy rówieśnikami, oboje urodziliśmy się we wrześniu 1940 roku, oboje pod tym samym znakiem Zodiaku – Panną, Annie jest starsza ode mnie o kilkanaście dni. Pierwsze pytanie dotyczy zatem biograficznych podobieństw i różnic, bo też wokół wątków biograficznych koncentrują się trzy części tej książki, pisane w różnym czasie: Miejsce (1982–1983), Pewna kobieta (1986–1987), Druga córka (2010), wydane teraz w jednym tomie. Może najpierw o podobieństwach.

Szukam analogii z dziejami własnej rodziny. Ojciec mojej matki, z chłopskiej rodziny z Kujaw, wyjechał w latach 90. XIX wieku za chlebem do Baku, tam jako robotnik zarobił trochę pieniędzy przy nafcie. Po żonę przywędrował do Siedlec, niczym Seweryn Baryka, pobrali się w 1909 roku, ale do roboczego kombinezonu i do Baku dziadek już nie wrócił. Mieszkali w Odessie, potem w Kijowie, dorobili się sklepu. Do Polski wrócili w 1918 roku i dalej prowadzili sklep we Włocławku, udało im się nawet zbudować własny dom. To tak jak rodzice Ernaux, ale oni zrobili to o jedno pokolenie później. Potem przyszła wojna i świat się zmienił. Dalszych kolei losu nie da się zatem zrozumieć bez podkreślenia różnic.

Powieść prawie zupełnie pomija wojnę, pierwszą i drugą, wydarzenia, które zaważyła tak mocno na losach wielu pokoleń w wielu krajach. Pierwsza wojna stworzyła ojcu
Autorki okazję do społecznego awansu, porzucenia robotniczego fachu, do stania się sklepikarzem i restauratorem. Drugą wojnę Ernaux kwituje bodaj dwoma akapitami. Pierwszy dotyczy ucieczki w dniach inwazji niemieckiej: „raniły go w twarz odłamki pocisku i dał się opatrzyć w miejscowej aptece. Bombardowanie trwało nadal. […] Wewnątrz kościoła pełno było uchodźców. […] Kiedy weszli Niemcy, wrócił do L… Sklep spożywczy został splądrowany przez tych, którzy nie zdołali uciec. Potem wróciła matka, a ja urodziłam się miesiąc później” (Miejsce, s. 30). Drugi fragment mówi o wkroczeniu Anglików i Amerykanów pod koniec II wojny, to już fiasko niemieckiej dominacji: „Czołgi przejeżdżały przez la Vallee, z otwartych włazów leciały tabliczki czekolady i saszetki z pomarańczową oranżadą w proszku [….] Potem [matka] relacjonowała lata wojny jak powieść, wielką przygodę swojego życia” (Pewna kobieta, s. 94). Pomiędzy nimi znalazł się czas spokojny, nie wypełniony tragicznymi wydarzeniami, czas rodzinnych zajęć. Trauma była związana z pochodzeniem klasowym (jak pisze na czwartej stronie okładki Didier Eribon).

U nas było inaczej. Wojna spowodowała rodzinną degradację. Ojca, wcześniej dobrze zapowiadającego się naukowca, rozstrzelano za konspirację, dziadków wysiedlono, pół rodziny wojny nie przeżyło, matka, mając mnie na głowie, mozolnie poszukiwała jakichkolwiek warunków do życia – także po wojnie. Wszyscy stracili prawie wszystko. Dziadkowie nigdy nie wrócili do pozycji średnio zamożnych sklepikarzy. Proces wydobywania się na powierzchnię trwał wiele, dobrze ponad dwadzieścia, może i trzydzieści lat. Z autorką możemy więc mówić o podobnej ścieżce przesuwania się w górę w hierarchii społecznej, ale o zupełnie różnych znamionach tej wędrówki. Dla niej jest to linia jednostajnie wznosząca, w przypadku mojej rodziny – raczej szybki zjazd w dół i trudna wspinaczka, nie zawsze udana. To sprawa miejsca, nie czasu. A żeby, żartując trochę, podkreślić jeszcze raz podobieństwa – my, dzieci z innego trochę świata, też dostawaliśmy paczki z UNRRA – poza oranżadą w proszku i gumą do żucia bawiły nas puszki z etykietą „krwawa kiszka, krwawa kiełbasica”.

Dziadkowie, rodzice, dzieci – wszyscy w tych pokoleniach, które opisuje Ernaux, to postaci z minionego czasu. Nosili na swoich plecach trud uporania się z przeciwnościami losu, walczyli o swoją egzystencję. Zrobili swoje, wspięli się po drabinie społecznej, stworzyli warunki dla pokolenia wnuków i dla ich dzieci. „[Ojciec] chciał przede wszystkim, żebym była szczęśliwa, ona zaś – żebym była na poziomie, a suma ich pragnień sprawiała, że w rodzinie i w naszej robotniczej dzielnicy stałam się obiektem zazdrości, prowadząc egzystencję osoby uprzywilejowanej [….] (Druga córka, s. 162). W drobnomieszczańskich rodzinach obowiązywało zachowanie uzależnione od tego, co ludzie powiedzą. Trochę korciło mnie, by zebrać wszystkie fragmenty tekstu podane w cudzysłowach, czy złożą się w pełne znaczenia przesłanie, ale w krótkim tekście nie ma miejsca na takie zabawy. Natomiast nie sposób nie zapytać o zdolność kolejnych generacji do przetrwania, do sprostania przeciwnościom losu, bo na takie napotkają, bez wątpienia, i do wymogów nadchodzącej epoki. Nie mam żadnych powodów, a przede wszystkim uprawnień, by wieszczyć katastrofę, ani popadać w euforię wiary w niespożyte możliwości ludzkiego umysłu i w wytwory sztucznej inteligencji. Ale pytać trzeba, bo ten czas może okazać się trudniejszy, niż ten miniony, a nowe pokolenia słabsze mentalnie, bo pozbawione doświadczeń, dających odporność „na życie” . Z ostatnich informacji WHO wynika, że do roku 2030 depresja stanie się najbardziej dotkliwą chorobą ludzkości. To zatem kwestia czasu, nie miejsca.

A książka Annie Ernaux – mojej rówieśniczki to piękna książka i piszę tak nie dlatego, że to noblistka. Były przecież Noble trafione i pomyłkowe. O jej bezspornych walorach artystycznych powiedzieli już chyba wszyscy uczestnicy dzisiejszej i wielu innych dyskusji, bo nie sposób o tym nie mówić, więc i ja muszę choć trochę. Operuje zdaniami tak prostymi, że zachwycają swoją wykwintnością. Jest w nich niesamowite wprost skondensowanie obrazu, który chce przekazać. Nie ma słów, a tym bardziej zdań pustych, wszystkie zawierają ważną treść. Złapałem się na tym, że wielokrotnie odkładałem książkę, by zachować w pamięci ledwo co przeczytane zdanie, by nie pospieszać zbytnio. No cóż, rocznik 1940 to dobry rocznik, jak dobre wino, naprawdę obfitował w liczne talenty.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Zofia POSMYSZ, Czy to temat? Dramaty, Wybór i wstęp Anna R. Burzyńska, oprac. tekstów Anna Dżabagina, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Warszawa 2020, 427 stron.

 

Zmarła w sierpniu 2022 r. (dwa tygodnie przed ukończeniem 99 lat) Zofia Posmysz była autorką wielu wybitnych i popularnych utworów, przede wszystkim pisanych prozą, jak słynna i znana z adaptacji filmowej Andrzeja Munka oraz wersji operowej wystawianej na wielu scenach świata – Pasażerka (1962) czyteż powieść Wakacje nad Adriatykiem (1970) Autorkabyła także znana, o czym dziś mniej się pamięta, jako twórczyni znakomitych słuchowisk radiowych.

Jak wiadomo, słuchowisko radiowe jest stosunkowo nowym gatunkiem artystyczno-literackim. Rodziły się one bowiem i dojrzewały wraz z rozwojem audio techniki radiowej. Od początku odznaczały się też z tego powodu swoistą gatunkową odrębnością. Ich literackie teksty-zapisy były i są przede wszystkim materiałem wyjściowym, niczym kompozytorskie partytury dla dyrygenta w procesie tworzenia ostatecznego kształt utworu muzycznego. Z tego połączenia słowa (za)pisanego i dźwięku(ów), emitowanych na falach radiowych, powstaje w efekcie coś jakościowo quasi-nowego. Czy słuchowiska radiowe są zatem adresowane li-tylko do słuchacza radia i przeznaczone wyłącznie dla niego?

Otóż okazało się, i wiadomo to od dość dawna zresztą, bo już od przedwojnia, że nie tylko. Już w latach 30. XX w. ukazywały się drukiem i zdobywały wielką popularność czytelniczą drukowane „opowieści radiowe” – seriale słuchowiskowe Marii Kuncewiczowej – Dni powszednie państwa Kowalskich. Kto wie, czy nie była to jedna z przyczyn oraz podniet dla wielkiego u nas rozkwitu i popularności słuchowisk radiowych po wojnie. Szczególnie w latach 60. i 70. XX w., gdy powstawało w Polsce około 600 słuchowisk rocznie! Wiele z nich było publikowanych, a to na łamach miesięcznika Dialog czy w innych czasopismach literackich (były takie, były!), a to w osobnych wydaniach książkowych. I nie dziwota, bo pisywali je między innymi tak wybitni prozaicy i poeci jak: Stanisław Grochowiak, Zbigniew Herbert, Tymoteusz Karpowicz, Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Władysław Terlecki, Jerzy Krzysztoń, Jarosław Abramow czy Henryk Bardijewski. Występowali w nich najwybitniejsi polscy aktorzy pod batutą najlepszych w tej gildii reżyserów… Kto ciekaw, niech łaskawie sięgnie po bogatą literaturę przedmiotu.

A znajdzie ją między innymi i w tej wielce interesującej księdze-antologii słuchowisk radiowych Zofii Posmysz. Autorki kojarzonej z prozą – świadectwem wojennego i obozowego doświadczenia samej pisarki (rocznik 1923, więźniarka Auschwitz, potem dziennikarka radiowa) oraz całego pokolenia twórców jej współczesnych. Autorki wiązanej w potocznym odbiorze z takimi prozatorskimi tytułami, jak wspomniane wyżej powieści Pasażerka czy Wakacje nad Adriatykiem, gdzie traumy przeszłości istotnie znajdują swój pełny, znaczeniowo ważny, oryginalny i wyrazisty literacko kształt, jak i pozostające na uboczu niejako, jej ważne powieści i opowiadania o tematyce współczesnej, społecznej, obyczajowo-psychologicznej. To z tym właśnie nurtem jej dorobku związane są głównie (choć nie wyłącznie przecież) mniej znane słuchowiska radiowe….

Te radiowe dramaty powstające na przestrzeni paru dziesięcioleci, a ukazujące się teraz w znacznej mierze drukiem po raz pierwszy, różnią się oczywiście od siebie bardzo, tematycznie i kompozycyjnie. Powstawały one początkowo na marginesie reporterskiej pracy Zofii Posmysz w Polskim Radiu, jej wyjazdów służbowych w tzw. teren dla zbierania materiałów, często też śladem listów od słuchaczy proszących o interwencję czy pomoc w rozwiązywaniu lokalnych problemów czy konfliktów. Czasami, niektóre z tych słuchowisk powstawały i wyrastały jako nowe wersje wcześniejszych jej utworów prozatorskich, lub odwrotnie, jak najgłośniejszy z nich – Pasażerka (znana też potem z wersji filmowej Andrzeja Munka oraz libretta operowego Jurija Łukina i Aleksandra Miedwiediewa, z muzyką Mieczysława Weinberga; miała liczne wystawienia ostatnimi laty w wielu krajach świata).

Wśród dwunastki „dramatów radiowych” Zofii Posmysz tutaj przypomnianych, nad tematyką obozową czy wojenną dominuje w sensie ilościowym problematyka współczesna, ukazywana na ogół w formie swoiście udramatyzowanych interwencyjnych reportaży radiowych – jako poręczny, by tak rzec, punkt wyjścia – w takich utworach jak: Sekstet w Pałacu Ślubów, Palę Martina Edena, Czy to temat?, Człowiek spod kaloryfera. Ale jest tutaj i kilka utworów „dramaturgiczno-akustycznych” utrzymanych w formie wręcz fantastyczno-groteskowej czy także satyrycznej przypowiastki, jak: Zabieg, Ufo nad Parnasem, Miejsce na ścianie.

We wszystkich tych tekstach słuchowisk Zofii Posmysz, gdy się je teraz czyta po latach, widać coś jeszcze innego, co może do nich przyciągnąć współczesnego czytelnika. A także i nowego słuchacza radia, gdyby te słuchowiska zostały wznowione (co się chyba raczej dziś rzadko zdarza) lub też, gdyby zostały wyreżyserowane na nowo (bywa). Mianowicie poczucie humoru, ironia i dystans autorski, obecnie bardziej widoczne niż dawnej, co jeszcze ostrzej wydobywa ich wielorakie sensy i literackie smaki, powodując, iż nie są one przynależne tylko do szacownego skądinąd grona „słuchowiskowej klasyki radiowego słuchowiska”, a stanowią nadal żywą i aktualną w wielu wymiarach cząstkę całego powojennego dorobku pisarskiego autorki – wartą nadal nie tylko słuchania, ale czytania także…

Natomiast autorka omawianego tu opracowania wyboru słuchowisk Zofii Posmysz na koniec swojego erudycyjnego wstępu i analizy poszczególnych tekstów zbioru słusznie podkreśla, że radio dla niej „nie jest miejscem: wydzieloną enklawą wewnątrz rzeczywistości, pudełkiem, w którym spotykają się głosy i dźwięki, połączone ze sobą w sposób odległy od codziennej logiki, możliwy tylko tam… Radio jest wehikułem, umożliwia podróż w czasie i przestrzeni”. Nawet w swoich najbardziej groteskowych tekstach Posmysz pozostaje reporterką, która zabiera słuchaczy ze sobą w teren i uczy ich uważnego wsłuchiwania się w ciszę, by wyłowić z niej echa dawno ucichłych głosów. Toteż dodać jeszcze tylko trzeba, że to staranne, edytorsko krytyczne, należnymi przypisami, objaśnieniami tekstu i komentarzami dopełnione wydanie dramatów radiowych autorki Pasażerki nawiązuje, pod względem rodzaju wydawniczej roboty, do charakteru cennych opracowań znanych ze słynnej – stuletniej już dziś tradycji – ossolińskiej serii Biblioteki Narodowej, przynoszącej w nowych naukowo-krytycznych opracowaniach literaturoznawczych teksty klasyków literatury polskiej. Nic przeto tylko przyklasnąć tej inicjatywie pomysłodawców i twórców nowej serii wydawniczej – zwanej Dramat Polski. Reaktywacja, przypominającej i przybliżającej utwory tak wydawałoby się ulotne, jak radiowe słuchowiska…

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Wiesław Łuka jest znanym i cenionym reportażystą, w przeszłości dziennikarzem poczytnych czasopism takich jak Prawo i Życie czy Sztandar Młodych. Najbardziej znany z jego dorobku był reportaż Nie oświadczam się – relacja dotycząca zbrodni w Połańcu, gdzie całą wieś dotknęła zmowa milczenia. Na jej podstawie Janusz Petelski nakręcił film dokumentalny, nagrodzony przez TVP. Kiedy wiek nie pozwalał już autorowi czynnie pełnić powinności reporterskich, zajął się pisaniem nie tylko o sztuce reportażu, ale także o innych gatunkach artystycznych. Wydał w sumie blisko 20 książek. W większości z ostatnio publikowanych ujawnia swoje artystyczne sympatie. Należą do nich: poezja, a spośród poetyckich luminarzy Norwid, muzyka – tu przede wszystkim Chopin i Beethoven, malarstwo (Brandt, Kossak, Boznańska), film (sam był scenarzystą filmowym). Wykłada dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, a jego zajęcia cieszą się dużą popularnością. Różnym gatunkom sztuk pięknych poświęcił swoją ostatnią książkę: Ku pokrzepieniu – sztuki piękne, wydaną przez oficynę wydawniczą Res Humana. Choć nie biega już z mikrofonem i aparatem fotograficznym (lata robią swoje), i nie pisze reportaży z bieżących obserwacji, to jednak wykorzystuje techniki tego gatunku. W omawianej książce niewiele można znaleźć z odautorskiego wykładu, prawdy o różnych dziedzinach sztuki wkłada w usta swoich bohaterów, a są nimi wybitni przedstawiciele tych dziedzin, z którymi przeprowadza wywiady, albo wykorzystuje fragmenty ich wypowiedzi. A są to między innymi: polonista, wybitny znawca twórczości Norwida – profesor Wiesław Rzońca z UW (ale nie zapomina również o odkrywcach Norwida – Wiktorze i Juliuszu Wiktorze Gomulickich, którzy obok Miriama – Zenona Przesmyckiego udostępnili krajowej i zagranicznej publiczności dorobek twórczy Wieszcza), profesorowie Akademii Sztuk Pięknych – Błażej Ostoja Lniński i Adam Myjak, profesorowie Akademii Muzycznej w Warszawie – Stanisław Moryto, Klaudiusz Baran i Piotr Paleczny, wiedzy o teatrze – tu Paweł Płoski i Wojciech Malajkat. Ale we wspomnieniach pojawiają się także osoby twórców Akademii Teatralnej w Warszawie, przede wszystkim Aleksander Zelwerowicz. Rozmawia też ze swoimi kolegami i przyjaciółmi, w tym filmowcem Maciejem Kowalewskim i wieloma innymi. Nie zapomina o swoich nauczycielach i wychowawcach, a jego szczególną estymą cieszy się polonistka z liceum w Siedlcach, które ukończył – Natalia Zbucka, wspomina ją w wielu swoich książkach, choć nie szczędziła mu uszczypliwych uwag. I tak ciągnie swoją opowieść o własnych fascynacjach i sympatiach, a wśród tych, których wspomina często, pojawiają się też postacie nowe, jak choćby Marek Wawrzkiewicz – poeta i prezes Związku Literatów Polskich, którego Autor jest członkiem, czy przyjaciele z lat młodości, których wspomina, jak Nina Osiakówna czy Maria Krasowska. Można podziwiać interdyscyplinarną wiedzę autora i biegłość, z jaką porusza się po wielu różnych dziedzinach sztuki oraz sprawność w operowaniu słowem.

Autor kończy swoją książkę uwagami na temat reportażu jako gatunku literackiego, cytując mistrzów literatury faktu. Są to cytaty z wywiadów, jakie przeprowadził z nimi: „Im więcej człowiek wie o świecie, tym bardziej powinien się dziwić” (Remigiusz Grzela); „Nie potrafię pisać z czapy, muszę najpierw coś zobaczyć, usłyszeć, obwąchać, by o tym napisać” (Hugo Bader); „Żyję życiem moich bohaterów” (Hanna Krall); „Nie warto okładać cepami swoich rozmówców” (Konrad Piasecki); „Mam pociąg do tematów o patologiach – często tak zwana gra wstępna trwa dłużej niż sama dokumentacja tematu i pisanie tekstu” (Barbara Pietkiewicz); „Warto odróżniać prawdę od prawdy zmyślonej” (Wojciech Tochman); „Nie nudzić, nie krzywdzić, nie kłamać” (Mariusz Szczygieł). Święte słowa! A skoro autor je przytacza, oznacza to, że potwierdza ich znaczenie” swojej twórczości i swojego pisarskiego credo. Że uznaje za swoje.

Skoro nachwaliłem się książki „po kokardę”, muszę dołożyć trochę dziegciu do tej beczki miodu. Łuka sięga bowiem do historii i tu jego wybory skłaniają trochę do zastanawiającej refleksji. Przypomnienie polskich kronikarzy, Galla Anonima, Kadłubka czy Długosza nie budzi wątpliwości, bo ich zasługi dla literatury i historii są bezsporne, natomiast obdarzenie Adama Jerzego Czartoryskiego mianem jednego z najwybitniejszych Polaków w historii budzi mój sprzeciw. Łuka pisze: „W opiniach chyba wszystkich biografów Adam Jerzy Czartoryski uchodzi do dziś za najbardziej znaną, docenioną polską osobistość nie tylko ostatnich dwóch wieków, ale nawet ponad tysiącletniej historii. Tak uważam. Tak wygląda na jednym z ostatnich obrazów w towarzystwie dwóch dorodnych synów. Odważę się jednak zauważyć, że w ostatnich dziesięcioleciach „dobili” do niego jako wielcy: Jan Paweł II i Lech Wałęsa” (s. 107). A sprzeciw budzi nie dlatego, że był synem Mikołaja Repnina – ambasadora Katarzyny II w Polsce i pogromcy konfederacji barskiej. To, że Izabela z Flemmingów była romansową damą i że prawdopodobnie żadne z jej dzieci nie pochodziło z legalnego związku z Adamem Kazimierzem Czartoryskim, to sprawy rodziny i nie trzeba w nie wnikać. Takie to były czasy. Związki małżeńskie służyły powiększeniu majątku i wzmocnieniu pozycji rodu, a nie miłosnym igraszkom. Jego wybory polityczne trzeba w większości uznać za wątpliwe, choć można je usprawiedliwiać okolicznościami, w jakich znalazła się Rzeczpospolita, a potem Królestwo Polskie za czasów Aleksandra I. Ale ideologii obozu konserwatywnego, znanego jako Hotel Lambert na paryskiej emigracji cenić nie jestem już skłonny. A nade wszystko hasło Czartoryskiego dotyczące odrodzenia państwa: „Najpierw być, a potem jak być” narobiło sporo zamieszania w polskich głowach. Do tego stopnia, że nawet Słowacki napisał złośliwy wiersz, z którego pochodzi cytowany fragment: „Szli krzycząc: Polska! Polska! – wtem jednego razu/Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu/Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna/Szli dalej krzycząc: Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!/Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka/Spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”. Brak określenia cech konstytutywnych państwa, co więcej – uznanie, że określać ich nie potrzeba, bo „jakoś to będzie”, stał się zapewne jedną z przyczyn ideologicznego i moralnego zamętu, jaki towarzyszy polskim dziejom przez blisko 200 już lat. Że Adam Jerzy był ważnym politykiem tamtego czasu, to prawda, ale przypisywanie mu cech męża opatrznościowego, nie – dalibóg, nie wypada. I tak przeszłość znów namieszała w naszych głowach, a szkoda.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2023 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2023 r.

Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, wyłącznie w celu umożliwienia dostępu do witryny i zapewnienia jej podstawowych funkcji. Nie wykorzystujemy Państwa danych w celach marketingowych, nie przekazujemy ich podmiotom trzecim w celach marketingowych i nie wykonujemy profilowania użytkowników. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne.