logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński
Numer 6/2017

Znamy już imienne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które okazały się klęską dla części koalicji rządowej. To nie było spodziewane, aczkolwiek pewne sygnały spadku poparcia dla Polski 2050 czy Lewicy nabrzmiewały – dziś zaś biją okrutnie po oczach. Zwycięska PO ustami swojego lidera nie chce z tego robić dziś jakiegoś specjalnego użytku, ale tego typu deklaracje premiera nie mają w polityce większego znaczenia. Prędzej czy później będzie to w jakiejś formie miało miejsce i odbije się czkawką po stronie demokratycznej – a okazji niestety będzie sporo.

Wynik wyborów europejskich wzmacnia Donalda Tuska w koalicji rządowej, choć do Brukseli odpływa mu sporo dobrych, zaprawionych w bojach kadr, a ich sejmowi następcy będą musieli dopiero otrzaskać się w zabiegach o utrzymanie rządzenia. PO dorobiła się zresztą  przez te wszystkie lata swoich europejskich kadr; np. pos. Łukacijewskiej, pos. Kopacz, pos. Halickiego, pos. Lewandowskiego. Pytanie, jak sobie poradzi nowy szczep polityków europejskich, z Borysem Budką i Dariuszem Jońskim na czele? Podobnie PiS, tu można wymienić np. europosła Kosmę Złotowskiego, premier Beatę Szydło czy nieodgadnioną, acz niezwykle na prawicy popularną pos. Wiśniewską. Europejskie dokonania tej ostatniej są jakoś bliżej nieznane, może prócz szczerego szerokiego uśmiechu, który sygnalizuje optymizm i ogólne zadowolenie. I słusznie, bo PiS swoje w tych wyborach zebrało, może być pewne wysokiego poparcia własnego elektoratu, więc powodów do zadowolenia jest całkiem sporo. Choć wielu obserwatorów nie może odżałować klęski Ryszarda Czarneckiego, to życie polityczne nie znosi przecież próżni. Ten europoseł przechodzi tym samym do historii, ale w to miejsce Prawo i Sprawiedliwość wnosi do Brukseli coś znacznie bardziej cennego: panów Kamińskiego, Wąsika i Obajtka. Świętą trójcę, która będzie ogniskować uwagę mediów przez wiele miesięcy – ale raczej swoimi dokonaniami krajowymi.

Pytaniem całkiem poważnym natomiast jest, na ile zmieni się formuła koalicji rządowej, skoro tempo życia politycznego w drugiej połowie roku będą narzucać prezydenckie wybory’2025? Jak wiadomo porozumienie koalicyjne zakładało np. roszady na funkcji marszałka Sejmu po dwóch latach rządzenia. Czy ono w tym aspekcie obowiązuje? Nie można dziś z całą pewnością powiedzieć, że wicemarszałek Włodzimierz Czarzasty może być pewny swego – czyli awansu na pełnego marszałka – skoro lewicowe ugrupowanie chwieje się w posadach, a jego przywództwo jest wprost kwestionowane. Podobnie marszałek Hołownia, rozpędzony już w swej solo kampanii prezydenckiej, który mimo niepoślednich walorów, wprowadził do Brukseli tylko jednego europosła – Michała Koboskę. Dla obydwu proeuropejskich ugrupowań jest to sądny dzień, a nie tak miało być. Mówiło się o wyniku minimum 6 europosłów, nawet z małym plusem. Stanęło ledwie tu i tu na połowie. Jest więc o czym rozmawiać i musi być to solidna rozmowa o wewnętrznej odnowie, odbyta koniecznie przed kampanią prezydencką.

Gdyby spojrzeć jeszcze na dzisiejsza opozycję, to na pierwszy plan wybija się wynik Konfederacji, świetny jak na całokształt antyeuropejskich dokonań tego ugrupowania. Mamy tam co prawda postaci z piekła rodem, godne pogardy i potępienia, ale generalnie lista ich europosłów sprawia wrażenia młodej, świeżej i atrakcyjnej, a sami wybrani ludzie – mających naprawdę coś do powiedzenia. Zapewne jest to z gruntu mylna obserwacja, ale przecież Konfederacja zrobiła bardzo dużo, żeby rozpocząć jakikolwiek dialog ze społeczeństwem; niestety generalnie na „nie” dla Europy. I za to dostała premię, mimo że wysyła do Brukseli w większości ludzi kompletnie zielonych, świeżych nawet w powiatowej polityce, bez doświadczenia i jakiejkolwiek parlamentarnej praktyki. Może z jednym niechlubnym wyjątkiem, ale jest przynajmniej nadzieja, że na tego wampira znajdzie się w Brukseli wreszcie jakiś osikowy kołek.

Mamy więc Sejm osierocony przez ważne postacie ostatnich miesięcy i lat oraz nowe kadry, które będą obejmować opróżnione miejsca. Nie miejmy jednak złudzeń, na wolne fotele przybędą raczej ludzie nie pierwszoplanowi, ich rozruch będzie musiał potrwać miesiące. Ale w samych ugrupowaniach parlamentarnych dokonają się przesunięcia. Może jeszcze nie na miarę wymiany pokoleniowej, ale na pewno naruszające dotychczasowe hierarchie i struktury. Jest to w sumie dobry prognostyk, bo nasze życie polityczne powinno być pełne wigoru i zmian. Zapowiada to także premier, trochę nawet samobiczując się za powolne ich tempo. Przyznając tu rację premierowi, dobrze byłoby wejść w życie polityczne z nowymi pomysłami, skoro stare się wyczerpały, a ich dotychczasowi realizatorzy pakują się do Brukseli i Strasburga.

Wybory do Parlamentu Europejskiego potwierdziły ten obraz polskiej sceny politycznej, który wyłonił się dziewięć miesięcy wcześniej. Koalicja 15 Października uzyskała niewielką przewagę nad obiema formacjami obecnej opozycji – Zjednoczoną Prawicą i Konfederacją. Na trzy listy rządzącej koalicji padło łącznie 50,3 procent głosów, a na dwie listy opozycji – 48,3. Koalicja Obywatelska po raz pierwszy wyprzedziła Prawo i Sprawiedliwość. Zaskakująco dobrze wypadła Konfederacja, a zaskakująco słabo – Trzecia Droga. Oczywiste jest, że gdyby Koalicja 15 Października poszła do wyborów na jednej liście, miałaby nad opozycją wyraźniejszą przewagę. Jest to lekcja na przyszłość. Mam nadzieję, że uwzględnią ją politycy Trzeciej Drogi, których upór uniemożliwił powstanie wspólnej listy w tych i poprzednich wyborach.

Słaby wynik lewicy nie jest zaskoczeniem i potwierdza to, co wielu z nas mówi od dawna. Lewica potrzebuje nowych idei i nowego stylu uprawiania polityki. Jej nadzieją jest to, że znacznie lepiej wypadła wśród najmłodszych wyborców niż w całym elektoracie.

Polskie wybory korzystnie kontrastują z tym, co stało się we Francji i w niektórych innych państwach zachodniej Europy, gdzie wybory pokazały rosnącą siłę skrajnej, antyeuropejskiej prawicy. To wyzwanie dla Polski, której rola w Unii Europejskiej będzie tym większa, im silniejszy będzie obóz polskiej demokracji. Warto patrzeć z optymizmem w przyszłość Polski w zjednoczonej Europie.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego stało się to, co było do przewidzenia („Res Humana” nr 3/2024) – wynik rządzącej koalicji demokratycznej trudno uznać za sukces. Cztery tworzące ją ugrupowania zebrały łącznie 50,27 % głosów, czyli o ponad 3 proc. mniej od rezultatu, jaki otrzymały te partie w październiku 2023 r. w wyborach do parlamentu krajowego (53,71). Koalicja Obywatelska wyprzedziła wprawdzie nieznacznie Prawo i Sprawiedliwość – o niespełna jeden procent i o jeden mandat – lecz jej koalicjanci ponieśli dotkliwą porażkę.

O ile brak sukcesu Nowej Lewicy był właściwie oczekiwany (przyczyny wyborczej stagnacji i marazmu lewicy zasługują na osobną, pogłębioną analizę), to Trzecia Droga poniosła spektakularną porażkę – w ciągu sześciu miesięcy koalicja PSL i Polski 2050 utraciła ponad połowę swoich wyborców. Wynik Trzeciej Drogi jest prawie identyczny z rezultatem samego PSL przed dziesięcioma laty, co można zinterpretować w ten sposób, że Szymon Hołownia ze swoim ugrupowaniem nie wniósł żadnej wartości dodanej.

Donald Tusk ma o tyle powody do triumfowania, że pokazał koalicjantom ich miejsce i ugruntował swoją dominację po demokratycznej stronie sceny politycznej. Jest to wszakże pyrrusowe zwycięstwo. Nie chodzi już nawet o to, że jeśliby na podstawie wyników z 9 czerwca formować koalicję rządową, to KO, Trzecia Droga i Lewica utraciłyby większość w parlamencie. Tusk odniósł zwycięstwo, zawłaszczając populistyczne pole uprawiane wcześniej przez PiS. Tym samym zmarginalizował nie tylko Lewicę i Trzecią Drogę, lecz odsunął na bok także wartości, które konstytuują aksjologiczne fundamenty Unii Europejskiej. W zestawieniu z sukcesem skrajnej prawicy w skali całej Unii (wszystkie ugrupowania radykalnej prawicy będą miały w Parlamencie Europejskiej reprezentację porównywalną liczbowo z największą Europejską Partią Ludową) oznacza to, że Europa przesunęła się mocno na prawo.

Rausz Haralda Jahnera nie jest bynajmniej książką antyalkoholową, a sam autor to znakomity niemiecki pisarz i dziennikarz, posiadający dar swobodnego pisania, a przy tym nieoczywistego kojarzenia faktów i zdarzeń. Dość powiedzieć, że od 2011 roku jest honorowym profesorem dziennikarstwa na Berlin University of the Arts, a polskiemu Czytelnikowi znany jest z innej ważnej książki – Czas wilka. Powojenne losy Niemców”(2021 rok).

Jest to autor podejmujący zagadnienia szerokie, panoramiczne, ale stosujący metodę od ogółu do szczegółu. Mamy więc losy zbiorowości, ale odnajdujemy je często poprzez indywidualne przypadki, opisywane w listach, relacjach, pamiętnikach, literaturze czy w prasie, i to przeróżnego autoramentu (np. magazyn „Die Dame”). A przy tym Rausz jest wyjątkowo rzetelnym obrazem historycznym, z takimi postaciami jak demokratyczni kanclerze Republiki: Ebert, Scheidemann, Stresemann czy Bruning, o marszałku Hindenburgu nie wspominając. Mamy tu więc politykę i obyczajowość potraktowaną z jednolitą sumiennością i powagą.

Książka dysponuje bardzo dobrze rozwiniętym warsztatem naukowym, którego opis jest usystematyzowany według jej rozdziałów i zawsze możemy się doń odwołać. Tak usystematyzowany warsztat pisarski powoduje, że opowieść jest nasycona indywidualnymi losami i przedstawiona tak, jak dziś po prostu uwielbiamy. Trochę plotkarsko i sensacyjnie, trochę historycznie i encyklopedycznie, ale przede wszystkim reportażowo – jakby sam autor był uczestnikiem wydarzeń. To czyni Haralda Jahnera zarówno encyklopedystą, jak i przewodnikiem po epoce. Prawie autorem haseł, jak i żywym opowiadaczem nieraz bardzo pikantnych szczegółów. Począwszy od wojny, która wywołana przez Kaisera pokaleczyła niemieckich mężczyzn (parę milionów ofiar i kalek, dodatkowo zaatakowanych grypą hiszpanką), po wzrastającą w obliczu tej hekatomby rolę kobiet, które weszły na rynek pracy i do życia pełną piersią, przełamując pruskie 3 K (Kirche, Küche, Kindern). Jahner analizuje zjawisko inflacji i zaniku funkcji tezauryzacyjnej papierowego pieniądza, by zaraz zabrać się do opisywania przełomowych koncepcji budownictwa socjalnego, nowoczesnej architektury (płaski dach) i wyposażenia mieszkań (Bauhaus), życia biurowego, transportu, tańca, nowych funkcji miast czy gimnastyki i kultu ciała…

Rausz jest taką właśnie mozaikową książką, niezwykle atrakcyjną w podawaniu szczegółów życia epoki weimarskiej, ale doskonale socjologicznie uogólniającą jej wielkie dokonania. Tym bardziej atrakcyjną i ożywczą w Polsce, gdzie utrwaliło się pokutujące jeszcze w najlepsze endekoidalne postrzeganie Republiki Weimarskiej, jako walczącej z polskością, spiskującej z bolszewikami w Rapallo i nieuchronnie zmierzającej do III Rzeszy. A kto wie, może dla naszych krajowych elit także jakoś zapładniającą cywilizacyjnie, by wyjść z opłotków uwielbianej przez nie Polski katolickiej i zaściankowo-szlacheckiej, jakże kontrastowo różnej od weimarskich Niemiec. Tymczasem Rausz jest na to zaczadzenie znakomitą odtrutką. Pokazuje powojenne (po I wojnie światowej) społeczeństwo niemieckie jako co prawda złamane klęską, rewolucją i kryzysem, ale nowocześnie jak na tamte czasy zorganizowane, podejmujące wysiłki w zakresie demokracji i gospodarki, a przede wszystkim wyzwolone ze sztywnych ram upadłego cesarstwa.

Jahner snuje swoją opowieść polityczną na tle przemian obyczajowych. I to jest bardzo ożywczy tok narracji, pokazujący Niemców tamtej epoki jako zdecydowanych na nowoczesność, przekonanych co do wartości republikańskich i demokratycznych. Niemki i Niemców oddanych różnym formom spędzania wolnego czasu (co było skutkiem wprowadzenia zasady „trzy razy osiem”: osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu wolnego): od tańca, mody i nowoczesnego fryzjerstwa (fryzura „bob”), po kino, podryw (rozpowszechniony także wśród przedstawicieli własnej płci), wyjazdy na weekend, motoryzację, kolej i transport publiczny. Właściwie mamy u Jahnera detaliczny opis każdego aspektu życia ówczesnych obywateli Republiki: od skrócenia spódnic i sukienek kobiet oraz rezygnacji z gorsetów i ukazania kolan, przez meandry towarzysko-uczuciowego życia biurowego czy zbiorową gimnastykę i kult zdrowego ciała, po alkohol, narkotyki czy okładkową miłość „zakazaną”.

Autor na tym tle widzi Republikę jako pierwsze państwo oficjalnie luzujące zasady obyczajowe. Zarazem jest to frapujący wykład politologiczny, charakteryzujący elity Republiki, ich zamiary i dokonania, które dla wielu polskich sił politycznych byłyby dzisiaj jak znalazł, nie tylko progresywnie lewicowych, bo Republika była pod tym względem doskonale pluralistyczna, choć skończyła się ponurą nocą hitleryzmu. Oczywiście wyznawcy ścisłej analizy politologicznej mogliby przyczepić się do tak zaprezentowanej swobody narracyjnej i naukowej, ale jest to po prostu kwestia wyboru konwencji i akceptacji konkretnej metody. Na mojej półce niemieckiej Rausz sąsiaduje z Państwem stanu wyjątkowego Franciszka Ryszki czy Hitler: studium tyranii Allana Bullocka i krzywdy sobie nie czynią, bo Jahner dostrzega w Republice zaczątki zła, a nawet pokazuje demokratyczne procedury, które Hitlerowi utorowały drogę do wcielania go w życie…

Innymi słowy mamy opowieść wymykającą się konwencjom, lekko zawianą, ale przez to niezwykle barwną, wieloaspektową i sugestywną, dosłownie mogącą przyśnić się nocą (o ile ktoś miewa historyczne sny…). Lektura warta przeczytania, ale niespiesznie w swych 550 stronach; jej sens polega być może na tym, że warto zagłębić się w rozdział i zarazem przypisy, aby odnaleźć tam źródła do dalszych inspiracji i poszukiwań. Sprzyja też temu doskonałe tłumaczenie Moniki Kilis i najwyższej miary robota redaktorska całego zespołu Wydawnictwa Poznańskiego, któremu należą się słowa uznania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka zainicjowało akcję przypomnienia książek znanego amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka. W jej ramach ukazał się Dziennik z podróży do Rosji w przekładzie Magdaleny Rychlik. Steinbeck napisał tę książkę bardzo dawno temu, w 1948 roku. Jak pisze jej wydawca: „Tuż po zapadnięciu żelaznej kurtyny, John Steinbeck, wówczas laureat nagrody Pulitzera, oraz znany fotograf wojenny Robert Capa podjęli śmiałą wyprawę do Związku Radzieckiego z zamiarem napisania reportażu dla gazety «New York Herald Tribune». Sławni podróżnicy mieli rzadką okazję odwiedzenia nie tylko Moskwy i Stalingradu, lecz także ukraińskich wsi oraz Gruzji”. Czas był dla tego przedsięwzięcia równie niekorzystny, jak obecnie. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki po okresie wojennej kooperacji znalazły się po obu stronach osławionej „żelaznej kurtyny”. Obaj reportażyści postawili sobie za cel prezentację codziennego życia mieszkańców Kraju Rad, bez politycznych wtrętów i ocen. Gdyby decydowali się na takie oceny, z pewnością nie dostaliby zgody na przygotowanie reportażu, a zwłaszcza fotografii. Los zdjęć, których Capa zgromadził mnóstwo, nie był do końca pewny. Ich autor do ostatniego dnia drżał, czy otrzyma zezwolenie na wywiezienie ich za granicę. Ostatecznie zbiór ten prawie w całości został wyekspediowany i w znacznej mierze opublikowany. Dorobek kilkumiesięcznej pracy nie został więc zaprzepaszczony. Gdy książka ukazuje się dziś, tym, co frapuje najbardziej, jest porównanie tamtego opisu ze współczesną wiedzą na temat stosunków panujących w Rosji AD 2024. Dla mnie ta książka ma także aspekt sentymentalny. W latach 1965–1991 odbyłem wiele podróży do i po ZSRR. Miałem więc możliwość zapoznania się z wieloma przejawami specyfiki zachowań społecznych w warunkach mocno odbiegających od europejskiej, a nawet od rodzimej polskiej praktyki. Ogarnia mnie wzruszenie, gdy czytam taki choćby fragment: „[…] system księgowości to olbrzymia machina biurokratyczna. Kelner, który przyjmuje zamówienie, zapisuje je starannie w zeszycie, ale nie idzie z nim od razu do kuchni. Udaje się najpierw do księgowości, gdzie zamówienie jest zapisane po raz kolejny, a do kuchni zostaje przekazany specjalny kwit. W kuchni sporządza się kolejną notatkę wraz z wnioskiem o kolejne produkty. Kiedy transakcja zostaje wreszcie zaakceptowana, kelner dostaje kolejny kwitek z potwierdzeniem, ale to wcale nie znaczy, że może już serwować jedzenie. Idzie z kartką z powrotem do księgowości, która zaznacza w księgach, że zamówione produkty zostały zaakceptowane i wypisuje kolejny kwit dla kelnera, dopiero wtedy tenże idzie z nim do kuchni po odbiór dań i przynosi je do stolika. Po podaniu zamówienia sporządza kolejną notatkę, że złożone, zapisane, zaakceptowane i dostarczone zamówienie zostało wreszcie zrealizowane […]. Księgowanie tego wszystkiego zabiera wiele czasu […]. O wiele więcej niż samo przygotowanie potraw” (s. 32–33). Moje sentymentalne wzruszenie wywołane zostało natychmiastowym przypomnieniem sobie specyficznego sposobu wydawania śniadań w stołówce gostinicy „Mir” (hotelu RWPG). Zamawiający osobnik musiał bowiem udać się najpierw do gabloty, gdzie wystawione były wszystkie produkty śniadaniowe i zapamiętać ich ceny, a następnie udać się do kasy i wymienić te ceny (ceny, a nie nazwy dań!). Kromka chleba kosztowała 1 kopiejkę, gdy chciało się zjeść trzy, należało trzykrotnie wymienić tę cenę. Szkopuł w tym, że niektóre potrawy miały tę samą cenę, na przykład jajecznica kosztowała tyle, co kasza jaglana, której wierzch był ozdobiony wlaną do zagłębienia łyżką oleju rzepakowego (ulubionego tłuszczu mieszkańców Kraju Rad, którego zapach rozchodził się po klatkach schodowych wszystkich domów). Myliłby się jednak ten, kto uważałby ten system za obowiązujący w każdym przypadku. Przy zamawianiu obiadu (w innej zresztą sali) należało zabrać ze sobą ołówek. Nowicjusze biegali z prośbą o wypożyczenie. Tym razem przy kasie (opłacenie posiłku było zawsze czynnością pierwszą) wymieniało się nazwy dań, ale kasa drukowała ceny. Klient musiał teraz wpisać nazwy potraw zwykłym ołówkiem na otrzymanym paragonie, by otrzymać pożądane danie. Ołówek (koniecznie zwykły) był najbardziej poszukiwanym artykułem pierwszej potrzeby. Ale w restauracji dla VIP-ów (od wiceministra w górę) obsługa stosowała system ogólnoeuropejski. Nie wierzycie? Popytajcie stałych bywalców lub osób urzędujących w biurach RWPG w czasach słusznie minionych.

Równie frapujący jest opis łazienki. „Drzwi nie otwierały się do końca, ponieważ blokowała je wanna. Przy wejściu do środka trzeba było przycupnąć w kącie przy umywalce, dopiero po zamknięciu drzwi w tej pozycji człowiek odzyskiwał dostęp do całego pomieszczenia. Wanna chybotała się na nierównych nogach, każdy gwałtowny ruch podczas kąpieli sprawiał, że woda przelewała się ponad krawędź na podłogę. Była stara, prawdopodobnie pamiętała jeszcze czasy przed rewolucją […]” (s. 28–29). Ten opis przypomniał mi łazienkę w pomieszczeniu dla pracowników nauki jednej z polskich uczelni. Osobnik obdarzony nieco potężniejszą tuszą musiał używać sedesu wyłącznie przy otwartych drzwiach, nie mieścił się bowiem na zbyt małej przestrzeni. A to skłaniało do ogólniejszej refleksji na temat specyfiki socjalistycznego budownictwa i transferu technologii.

Dość już tych porównań i wspomnień. Z książki Steinbecka można wyciągnąć kilka pouczających wniosków. Im dalej od centrum, tym zachowania (nawet urzędnicze) stają się przyjemniejsze, a relacje z ludnością – przyjacielskie. Wszechobecnej biurokracji (choć nadal trzyma się mocno) sporo mniej. Im mniej, tym lepiej. Ze szczególną sympatią autor wspomina swoje wrażenia z Ukrainy, nie mówiąc o Gruzji. Opisując Ukrainę, podkreśla ogromny wysiłek społeczeństwa włożony w odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. Społeczeństwa, nie władz. I urodę Ukrainek. Gruzja, oszczędzona przez wojnę, jest jednym wielkim miejscem gastronomicznej uciechy. I znów ożyły wspomnienia. Potwierdzam, gościnność gruzińska nie miała równych sobie, a obfitość jadła (przepysznego zresztą) i wina (czaczy, czyli mocnego bimbru typu grappa piło się znacznie mniej). Szczególnie utkwił mi w pamięci jubileusz założyciela katedry hydrologii Uniwersytetu w Tbilisi, który dawno zmarł, a przez lata cała akademicka społeczność (na czele z rektorem) czciła jego pamięć. Jeśli każda katedra z podobnym pietyzmem obchodziła swoje rocznice, wątroba Magnificencji zasługiwała na najwyższe uznanie. Czy tak jest teraz, nie wiem, od wielu lat nie odwiedzałem bowiem państw dawnego Kraju Rad. Rekompensuję to sobie dość częstym odwiedzaniem gruzińskich restauracji w Warszawie. Ale to nie to samo.

Rozmarzyłem się, więc muszę kończyć. Zacytuję zakończenie książki, bo jest ono najlepszym jej podsumowaniem: „Zgodnie z naszymi wcześniejszymi przypuszczeniami, Rosjanie okazali się po prostu ludźmi i jak większość ludzi są bardzo mili. Ci, z którymi rozmawialiśmy, nienawidzą wojny, pragną tego samego co wszyscy – dobrego, wygodnego życia, bezpieczeństwa i pokoju. Ten dziennik nie usatysfakcjonuje ani ortodoksyjnej lewicy, ani lumpenprawicy. Jedni powiedzą, że jest antysowiecki, drudzy – że prosowiecki. Bez wątpienia jest powierzchowny, bo jakże mogłoby być inaczej? Nie mamy żadnych wniosków poza jednym. Rosjanie nie różnią się niczym od reszty populacji świata” (s. 247). I to by było na tyle.

Ostatnie dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego przyniosły wysyp informacji o kolejnych aferach – Funduszu Sprawiedliwości, firmy Red is Bad, Funduszu Patriotycznego… Łączy je jedno: ich istotą jest sprzeczny z etyką, poczuciem przyzwoitości, a często także sprzeczny z prawem, sposób wydatkowania publicznych pieniędzy w czasach rządów PIS. Okazuje się, że środki przeznaczone na cele ogólnospołeczne służyły celom partyjnym, a także bogaceniu się podejrzanych indywiduów, deklarujących swoją ideową i polityczną afiliację z rządzącym wówczas ugrupowaniem.

Pisałem jesienią ubiegłego roku, że jeszcze nie zdajemy sobie nawet sprawy z prawdziwego ogromu szkód, wyrządzonych społeczeństwu przez ośmioletnie rządy nacjonalistycznej prawicy. To, co dotychczas ujawniono, jest tylko wierzchołkiem góry oszustw, łamania lub obchodzenia prawa, przekrętów i nadużyć. Ustawiane konkursy, których wynik rozstrzygali politycy, były nagminną praktyką w minionych latach w większości ministerstw i instytucji. Znamy liczne przypadki łamania godności ludzi i ich praw. Czkawką odbija się wszystkim bogoojczyźniana retoryka, pod której przykryciem dokonywano brudnych geszeftów i ordynarnych przywłaszczeń.

Ta podmiana pojęć, polityczna i moralna hipokryzja zadały druzgocący cios instytucjom państwa (które i wcześniej nie były wybitnie sprawne i bezstronne), podrywając ich autorytet w oczach społeczeństwa. Po ośmiu latach politycy poczuli się jeszcze bardziej bezkarni w swoim braku odpowiedzialności za słowo i czyny. Zdewastowany korpus urzędniczy, a zwłaszcza jego kierownicza część nasycona partyjnymi nominatami, idąc za politycznym przykładem, oportunistycznie dostosował się do okoliczności. Zaczął urządzać się w d… – by użyć określenia Kisielewskiego. Dzisiaj wielu wczorajszych czcicieli kościoła PIS utrzymuje, że robili to w trosce o trwałość służby cywilnej i ciągłość instytucjonalną, a to wręcz przybiera szaty ofiar i pokrzywdzonych. Najgorsze, że demoralizacji uległa duża część społeczeństwa. Część z nas nie jest nawet zgorszona nowymi rewelacjami o kolejnych nadużyciach dawnej władzy, uznając zapewne, że polityka i politycy tak mają. Że niekompetencja, partyjniactwo, prywata i hucpiarstwo są normalnymi przymiotami polityki, a nie profesjonalizm i etos służenia społeczeństwu.

Dobrze, że przy okazji kampanii wyborczej ujawniane są nieprawidłowości. Ale wszelka kampanijność nie jest dobrym sposobem naprawy instytucji państwa. To musi być proces, jak długi i trudny by nie był. Więc w pełni zasadne są pytania: Gdzie jest zapowiadany audyt we wszystkich ministerstwach, urzędach i instytucjach? Gdzie rzetelne, dogłębne rozliczenia? – nie dla zemsty, lecz po to, aby wskazać postawy i postępowania naganne i niedopuszczalne. Gdzie „białe księgi”, opisujące przestępcze czy niewłaściwe praktyki? – nie po to, by walić nimi politycznych przeciwników po głowach, lecz aby stały się podstawą do tworzenia dobrego prawa. I wreszcie: Gdzie wielki, porywający projekt naprawy i rozwoju Rzeczypospolitej?

Przypominając postać i literacki dorobek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z okazji wydanej  niedawno, ciekawej z wielu względów, książki Jarosława Górskiego Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (Iskry) nie sposób – w tym szczególnym przypadku – nie postawić na pierwszym miejscu tytułu niniejszego tekstu nazwiska profesora Józefa Rurawskiego (zmarłego w 2023 roku w wieku 94 lat!). Nie bez kozery oczywiście. Ale będzie tu mowa także, poza samym Dołęgą-Mostowiczem, trochę i o książce Jarosława Górskiego. No i co nieco „po Gombrowiczowsku”, ha, ha, excusez-moi pro domo sua, czyli o sobie samym też!

Oto bowiem z późniejszym profesorem nauk humanistycznych Józefem Rurawskim poznaliśmy się, gdy był jeszcze „prostym magistrem”, a ja wtedy dopiero – w dwa lata po Październiku 56 – na pierwszym roku warszawskiej polonistyki. Prowadził tam z naszą grupką studencką cotygodniowe zajęcia, tzw. ćwiczenia z interpretacji dzieła literackiego (czy jakoś tak to się zwało). I to jak prowadził! Przede wszystkim imponował nastoletnim żółtodziobom swobodą i śmiałością niekonwencjonalnych sądów – wielością bulwersujących nas opinii (nie tylko zresztą literackich). A także i licznymi odwołaniami, odważnymi nawiązaniami do modnych wówczas, szeroko omawianych i dyskutowanych w prasie literackiej „rozliczeniowych” nowościach prozy polskiej i światowej.

Trwał wtedy jeszcze w kulturze polskiej ów wielce krytyczny wobec nieodległej przeszłości wyraźnie ożywczy czas odwilży politycznej. Nadrabiane były wieloletnie zaniedbania kulturowe, wobec Zachodu, ale – pamiętać warto – także i Wschodu… Drobny przykład – oto do dyskusji o Upadku Alberta Camusa J.R. zalecił nam lekturę Wzlotu Jarosława Iwaszkiewicza, opowiadania trudno dostępnego, znanego wtedy tylko z druku w „Twórczości”. Był to swoisty rodzaj zakamuflowanej literackiej polemiki Iwaszkiewicza z francuskimi egzystencjalistami (polecam ją i ja – teraz). Zaskakiwał takimi wiadomościami nas, przyzwyczajonych do szkolnych, piłowato-solennych, tradycyjnych polonocentrycznych „rozbiorów” i „analiz” literackich. Bywał też zarazem i bezlitośnie krytyczny wobec niektórych nowych, często snobistycznie modnych tonów, pojawiających się w dyskusjach publicznych w ówczesnej prasie. Kupował nas, żółtodziobów, wieloma rzucanymi jakby od niechcenia uwagami oraz niekonwencjonalnymi odczytywaniami ukrytych znaczeń tekstów literackich, zaskakiwał, ale i potrafił też na niektóre z nich nas zręcznie „podprowadzać” (niczym ktoś z owej dobrej starej sokratejskiej szkoły), byśmy przyjęli je za swoje…

Wiedzieliśmy nadto, że znał osobiście wielu rówieśnych sobie pisarzy z „pokolenia Współczesności” i namawiał nas do czytania ich debiutanckich książek. Napisałem nawet pod jego wpływem pracę semestralną o debiutanckiej powieści jednej z dobrze się wówczas zapowiadających prozaiczek tego pokolenia – Magdzie Lei, o której niestety, jak i wielu innych postaci z tej generacji – wkrótce słuch wszelki nie wiedzieć czemu szybko ginął. Acz wiele przetrwało tę bezlitosną próbę czasu. Dziś przecież trudno sobie wyobrazić naszą rzeczywistość literacką bez debiutujących wtedy pisarzy, choćby Stanisława Grochowiaka, Ernesta Brylla, Władysława Lecha Terleckiego, Eugeniusza Kabatca, Marka Nowakowskiego czy Ireneusza Iredyńskiego…

Józef Rurawski należał do raczej rzadkiego grona tych wykładowców, co to chętnie się zaprzyjaźniali ze swoimi (wybranymi) student(k)ami, i podtrzymywali te oficjalne uniwersyteckie zajęcia i kontakty na gruncie na poły prywatnym. Z podobnym „przypadkiem” miałem do czynienia wówczas raz tylko jeszcze, gdy w parę lat później byłem uczestnikiem seminarium filozoficznego prof. Bronisława Baczki, autora nieznanego nam jeszcze wtedy dzieła Samotność i wspólnota, który to zbierał i zapraszał naszą małą grupkę z różnych zresztą lat studiów i wydziałów UW, nie do sali wykładowej, a do słynnej skądinąd kawiarni Bristol i próbował dawać nam „szkołę” prawdziwie krytycznego myślenia o rzeczywistości (nim wyjechał z Polski do Francji w marcu 1968 r.).

Tak się też złożyło, że na owym pierwszym roku polonistyki mieliśmy w swym gronie pewną koleżankę – Ewę, wnuczkę jednej ze znanych w naszej historii najnowszej postaci, dysponującą w pobliżu UW, bo na ul. Karowej, nadającym się do koleżeńskich spotkań mieszkankiem. A było ono w tej słynnej warszawskiej kamienicy, w której mieszkali ówcześni wielcy ze świata kultury i nauki, jak prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Tadeusz Kotarbiński (widziałem, jak chodził szybko i swobodnie po marmurowych schodach, nie korzystając programowo z windy). Z tej lokalowej „mety”, owszem, korzystaliśmy nader chętnie z wielu powodów, choćby dlatego np., że dla stołówkowych głodomorów znalazło się tam zawsze jakieś małe co nieco do herbatki (lub innego płynu). A nadto ojciec Ewy – ambasador w jednym z ościennych krajów – miał swoje, inne „mieszkanko” w Alei Róż, gdzie pod jego nieobecność również odbywały się niekiedy nasze studenckie „posiady”. Do czasu. Oto pewnego razu zajechał przed ten dom potężny samochód osobowy radzieckiej marki Czajka, którego dysponent – wbrew naszym oczekiwaniom – okazał się całkiem „ludzkim paniskiem”, chwilę z nami konwencjonalnie pogawędził, zapytał nawet o postępy w nauce. Zarządził jednak szybkie rozwiezienie po domach „gości córki” ową Czajką z kierowcą (nie wiem tylko, jak skończyło się potem sprawdzanie zawartości barku w owym monstrualnie przestronnym pojeździe…).

Ówczesny magister Józef Rurawski stał się dla nas wkrótce po prostu Józkiem, co jemu ujmy specjalnej chyba nie przynosiło, skoro sam to zaproponował, a nam dodawało skrzydeł oraz dyskusyjnego wigoru. Nosił on, myślę, iż wiedział o tym doskonale, sympatyczną ksywę – Motorek, co wedle polonistycznej legendy miało swoje źródło w zdarzeniu z pewnego studenckiego obozu naukowego na Mazurach, gdy wieziony motocyklem na tylnym siedzeniu przez słynnego językoznawcę prof. Witolda Doroszewskiego, wypadł na jakimś wykrocie i biegł za nim bezradnie… Na kolejnych latach polonistyki mieliśmy już wprawdzie innych wykładowców, specjalistów od różnych epok i problemów, ale o nim pamiętaliśmy długo. Mimo iż On parokrotnie, pod wpływem rozmaitych wydarzeń natury politycznej, a i osobistej zapewne też, zmieniał uczelnie krajowe, wędrował po Polsce, by osiąść na dłużej w Kieleckiej uniwersyteckiej uczelni im. Jana Kochanowskiego. Pracował też jako polonista za granicą (m.in. Uniwersytet w Lipsku). Przechodził rozmaite etapy perypetii zawodowych i twórczych, ale nasza przyjacielska znajomość przetrwała długie lata, choć bywały i takie dziesięciolecia, że nie widywaliśmy się „na żywo”, a jedynie poprzez pośrednictwo, by tak rzec, książkowe. Gdy redagowałem w latach 80. miesięcznik „Nowe Książki”, zaprosiłem go do współpracy recenzenckiej – z obopólnym zadowoleniem przyjętej. Dostawałem też prywatnie od niego nowe jego książki z sympatycznymi dedykacjami, jak choćby nowatorską rzecz w naszej publicystyce literackiej, bo poświęconą tematyce uważanej przez pewnych „poważnych” badaczy literatury za mało znaczącą, ba, wręcz „niepoważną”. A mianowicie niewielką książeczkę zatytułowaną Wódko, wódeczko… Motyw alkoholu we współczesnej prozie polskiej (z 2001 roku). Sam przyznasz, Drogi Czytelniku, że sprawa ta nigdy u nas nie była błaha, choć oficjalnie pomijana w badaniach polonistycznych. Właściwie to do dziś…

No i oczywiście dostałem także m.in. i jego monografię literacką – Tadeusz Dołęga-Mostowicz, z roku 1987. Pierwsza to w rodzimej krytyce literackiej próba opracowania poświęconego jednemu z najbardziej popularnych autorów polskich. Pisarzowi uchodzącemu do dziś w oczach wielu krytyków, rzadziej samych czytelników, za „pierwszorzędnego drugorzędnego” (jak mawiał Witold Gombrowicz). Autora owych licznych, pisanych dla zarobku („ja nie piszę, ja zarabiam” – mówił kokieteryjnie sam Dołęga w jakimś wywiadzie prasowym), poczytnych jak wiadomo niepomiernie, sensacyjnych „powieścideł” (jak je określali współcześni mu krytycy, między innymi i w latach 30. ubiegłego wieku także i sam Kazimierz Wyka). Te i inne, liczne i na ogół niepochlebne opinie o autorze Kariery Nikodema Dyzmy, Znachora czy Prokurator Alicja Horn, tak absolutnie rozbieżne z opiniami uwielbiających go gremialnie „zwykłych” czytelników (szczególnie czytelniczek) tworzone były jeszcze w międzywojennym dwudziestoleciu. W czasie, gdy był on u progu niebywałej wręcz kariery najbardziej poczytnego i – chyba można to śmiało powiedzieć i dzisiaj – najczęściej wydawanego, najczęściej ekranizowanego, najlepiej zarabiającego pisarza polskiego tamtej epoki! Tego to już było o „wiele za wiele” dla tamtejszej opinii literackiej, zwłaszcza „szanujących się” krytyków literackich i także, co ciekawe, filmowych. Literatura popularna – obyczajowo-psychologiczna, sensacyjno-kryminalna i wszelka inna nieodwołująca się do owego podniosłego i tragicznego narodowego toposu „scenicznego gestu poety” – nie miała tutaj żadnych szans. Nie tylko na dobre i życzliwe, ale i na jakiekolwiek przyjęcie w poważnej prasie kulturalnej, łącznie z tak opiniotwórczymi wtedy w tym zakresie „Wiadomościami Literackimi”! Był wtedy, w międzywojniu, właściwie tylko jeden krytyk literacki, którego interesował problem literatury popularnej, jej znaczenia i wpływu na opinię i wyobraźnię potoczną. Chodzi o Stanisława Baczyńskiego (tak, tak, ojca poety Krzysztofa Kamila B.), który próbował coś w tej materii zmienić (był autorem nowatorskich na naszym gruncie rozpraw krytycznych o popularnej prozie detektywistycznej, w tym książki Powieść kryminalna z 1932 r.). Acz było to przysłowiowe wołanie na puszczy…

W recenzjach prasowych pisanych po wydaniu przywoływanej tutaj „monografii biograficznej” pióra Jarosława Górskiego uchodzi ona niezupełnie przecież słusznie za pierwszą poświęconą Dołędze-Mostowiczowi. Owszem: pierwszą tak pełną – zgoda, na pewno, bo Józef Rurawski nie miał przed blisko czterdziestu laty (!) możliwości dostępu do wielu zapisanych czy innych świadectw, źródeł i dokumentów, do wielu mało lub wcale nieznanych faktów z jego niedługiego wprawdzie, ale tak dramatycznie pokomplikowanego, zakończonego we wrześniu 1939 żywota (m.in. pisał o tym przed laty pochodzący z Podola prozaik Stanisław Srokowski w swej powieści dokumentalnej Ukraiński kochanek). A które to fakty udało się teraz jego następcy zebrać, opracować i na nowo skomentować. Co zresztą Jarosław Górski lojalnie podkreśla i za co sam swemu poprzednikowi dziękuje.

Kilkusetstronicowe, ogromnie ciekawie skrojone na kanwie wielu rozmaitych materii – biograficznych, historycznych, socjologicznych czy psychologicznych dociekań – ważne poznawczo dzieło Jarosława Górskiego „czyta się” jak, nie przymierzając, którąś najbardziej sensacyjną z sensacyjnych powieści samego Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Nie mam zamiaru wdawania się w szczegóły i niuanse tej fascynującej opowieści o niezwykłym życiu i karierze literackiej jego pisarskiego fenomenu i tajemnic autorskich pisarza, którego sława „czytelnicza” przetrwała bez uszczerbku te długie dziesięciolecia minione od jego śmierci wraz z jego najlepszymi utworami, z nieśmiertelną powieścią, niedocenianą nawet kiedyś jako brawurowy pisarski fresk rzucający tyle długo niedostrzeganego światła na rzeczywistość polską w ogóle, a nie samą tylko Polskę międzywojnia – Karierą Nikodema Dyzmy na czele.

Dodam tylko, że mam jedną tylko drobną uwagę edytorską. Oto Jarosław Górski posługuje się tutaj z lubością, ale i wielkim wyczuciem wagi świadectw dokumentalnych i znawstwem przedmiotu, bardzo licznymi i niekiedy długimi niebywale, choć dodam od razu ważnymi i „smacznymi” cytatami, zamiast omówieniami czy mało na ogół strawnymi streszczeniami. Fundując w ten sposób całą tę swoistą „opowieść biograficzną”, podając nam w gruncie rzeczy „surowy” materiał, jako mówiący sam za siebie, dostarczając czytelnikowi wiele arcyciekawych wiadomości i materiałów do samodzielnych przemyśleń. Mnie to bardzo przypadło do gustu. A przypadłoby bardziej jeszcze, gdyby edytor cytaty owe wyróżnić zechciał w jakiś jasny i czytelny sposób: krojem czcionki, chociażby np. kursywą, gdyż tenże czytelnik może się czasami w tej obfitości pogubić, jak i mnie się to przydarzyło parokroć…

I już naprawdę na koniec. Nie mogę się bowiem oprzeć temu, by w tym miejscu nie zacytować in extenso i z aprobatą kilku ostatnich bardzo osobistych zdań-wyznań autorskich z tej książki, będących zarazem na wpół żartobliwym „wyznaniem wiary badawczej”, i zarazem wykładnikiem najlepszym biograficznej „metody” pisarskiej Jarosława Górskiego: „Nie wiem, czy każdy autor biografii zaczyna lubić swojego bohatera, łapię się na tym, że większość wątpliwości rozstrzygam na jego korzyć, a w konfliktach, o których piszę, staję odruchowo po jego stronie. Ale ja swojego właśnie w taki sposób polubiłem. Nie był mi nigdy Dołęga-Mostowicz bliski ideowo, obcy jest mi jego system wartości, nie aspiruję do stylu życia, nawet osobiste upodobania: myślistwo uważam za barbarzyństwo, krawatów nie noszę, nigdy w życiu nie usiadłem za kierownicą samochodu, nie wiem, czy bardziej cierpiałbym z nudów, grając przez całą noc w brydża, czy przerzucając się dowcipami i kalamburami w gronie polskich literatów. A jednak swojego bohatera polubiłem jako człowieka, który wolał ludzi lubić niż nie lubić, który był ich ciekaw. Który kibicował aspiracjom żywych ludzi podobnie jak aspiracjom swoich bohaterów. I który, choć był skończonym snobem, kochał blichtr i wysoko cenił towarzystwo możnych tego świata, wolał ostatnie dni lata 1939 roku spędzić w strażnicy w Kutach i wśród żołnierzy i mieszkańców miasteczka niż w Wyżnicy po rumuńskiej stronie w towarzystwie pana prezydenta, naczelnego wodza, pana premiera, wśród niezliczonych ministrów i generałów”.

W szkole Twardowskiego marksizm był traktowany jako jedna z wielu koncepcji filozoficznych, której legitymizacją był sam fakt zajmowania się nim przez ludzi nauki. W swoim wystąpieniu inaugurującym założenie Polskiego Towarzystwa Filozoficznego w 1904 r. Twardowski stwierdził: „Jak wszystkie promienie koła, chociaż z różnych wychodzą punktów obwodu, łączą i spotykają się w środku koła, tak też i my chcemy, aby wszystkie kierunki pracy i poglądów filozoficznych w naszym Towarzystwie ku jednemu zmierzały celowi, ku wyświetleniu prawdy”. I tak rzeczywiście było, na posiedzeniach PTF były przedstawiane także referaty dotyczące materializmu dialektycznego i historycznego, a przedstawiciele marksizmu, jak choćby Stefan Oleksiuk, obronili we Lwowie także swoje doktoraty. Tadeusz Kotarbiński nie był lwowianinem i z pewnością taka otwartość mogła być dla niego zaskoczeniem, ale także okazją do zetknięcia się przynajmniej z niektórymi tezami głoszonymi przez marksistów. Trzeba tu odróżnić marksizm jako propozycję teoretyczną od marksizmu-leninizmu (komunizmu) jako pewnej praktyki politycznej, bo na temat tej praktyki nigdy pozytywnie się nie wypowiedział. Jego rezerwa miała historyczne uzasadnienie, bo na jego oczach jej zwolennicy zniweczyli dorobek pokoleń warszawskich wolnomyślicieli, dokonując przewrotu i przejmując w 1927 r. kierownictwo nad Stowarzyszeniem Wolnomyślicieli Polskich, próbując z niego zrobić narzędzie do przeprowadzenia rewolucyjnego przewrotu w Polsce. Pierwsze zetknięcie z polskim marksizmem nie było dla Kotarbińskiego zachęcające.

Mieczysław Wallis wspominał, że w prywatnych rozmowach Kotarbiński podkreślał, iż najwięcej wyniósł z zajęć prowadzonych przez Adama Mahrburga. Niewątpliwie to osoba jego nauczyciela wniosła do polskiej filozofii ubiegłego wieku powiew nowości, jakim była naukowo etyka niezależna. Kotarbiński mógł ją później skonfrontować, pracując nad swoją rozprawą doktorską poświęconą etyce angielskiego utylitaryzmu. Istniały pewne analogie pomiędzy stanowiskiem Mahrburga a nadbudowaną na ideałach pozytywistycznych etyką utylitarystyczną. Bez takich doświadczeń trudno było o inspiracje, które ostatecznie doprowadziły do sformułowania koncepcji własnej.

Wkrótce jednak, budując swoją koncepcję pansomatyzmu, Kotarbiński sięgnął do dorobku najgłośniejszego w okresie międzywojennym rosyjskiego marksisty specjalizującego się w zagadnieniach materializmu dialektycznego, Abrama Deborina. Kotarbiński był w tych studiach w pewnym sensie kontynuatorem programu pozytywizmu warszawskiego. Jego próba budowy materialistycznego systemu filozoficznego najbardziej odpowiadała jego przekonaniom oraz jego wierze w to, że błędne przesłanki prowadzą ludzi do marnotrawstwa energii i zasobów, które powinni przeznaczyć na tworzenie doskonalszych form życia społecznego. To paradoksalne, ale pomiędzy jego dążeniem a projektem klasyków marksizmu istniała zbieżność, choć sposób, w jaki zamierzali to osiągnąć, był diametralnie odmienny.

Stosunek Tadeusza Kotarbińskiego do marksizmu oddawał ponadto ambiwalentne w okresie międzywojennym usytuowanie tego kierunku filozoficznego. Istniał wówczas bowiem marksizm, który można nazwać naukowym, a jego przedstawicielami byli między innymi Ludwik Krzywicki, Kazimierz Kelles-Krauz, Władysław Weryho, Bolesław Limanowski, oraz marksizm walczący, stanowiący teoretyczną podstawę komunizmu, który reprezentował zwłaszcza Jan Hempel (1877–1937). Z pierwszym nurtem Kotarbińskiego łączyło wiele, gdyż nie stał on w istotnej sprzeczności z jego przekonaniami ukształtowanymi w znacznej mierze przez pozytywizm. Do jego przyjaciół zaliczał się założyciel „Przeglądu Filozoficznego”, a przy okazji marksista, Władysław Weryho, który był także przyjacielem Twardowskiego. Znał także na polu naukowym innych marksistów – Kazimierza Kelles-Krauza, Aleksandra Wundheilera oraz Stefana Czarnowskiego. Natomiast do marksizmu walczącego (marksizmu-leninizmu) miał stosunek wyraźnie negatywny, o czym zadecydowało zwłaszcza rozbicie przez frakcję Hempla w 1927 r. Stowarzyszenia Wolnomyślicieli Polskich. Kotarbiński wstąpił wówczas do Polskiego Związku Wolnej Myśli założonego przez tych, którzy odeszli z SWP, bo chcieli kontynuować tradycje niezależności, a nie podporządkować się wymogom walki ideologicznej. Kiedy w 1933 r. Kotarbiński dla „Slavische Rundschau” charakteryzował ówczesną filozofię polską, to wspominał tylko, że „wiatr od wschodu” przynosi „system światopoglądowy i system reguł życiowych bojowego komunizmu”. Zapewne nigdy nie przypuszczał, że ten wiatr trwale niebawem zmieni sytuację polityczną w Polsce.

W żadnym przypadku nie można jednak nazwać Kotarbińskiego zwolennikiem przedwojennego systemu rządów, gdyż jego przekonania były zawsze bliskie lewicowym ideałom. Nic zatem dziwnego, że wiązał wielkie nadzieje z polityczną odnową zapoczątkowaną po II wojnie światowej. Trzeba tu wziąć pod uwagę fakt, że polscy komuniści przejmujący władzę po 1944 r. początkowo nie głosili haseł rewolucyjnych, ale zapowiadali powrót do demokratycznego systemu politycznego. Z pewnością ujęły Kotarbińskiego zwłaszcza hasła likwidacji analfabetyzmu i powszechnego dostępu do wszystkich szczebli kształcenia. Nic zatem dziwnego, że zdecydował się objąć stanowisko rektora nowo powstającego Uniwersytetu Łódzkiego. Uniwersytet powstawał na bazie przedwojennej Wolnej Wszechnicy Polskiej. Największym problemem dla nowego rektora było pozyskanie zasobów kadrowych umożliwiających prowadzenie zajęć na poziomie uniwersyteckim na wszystkich wydziałach. Nie było to zadanie proste, bo kadry naukowo-dydaktyczne przedwojennych uniwersytetów w Wilnie (USB) oraz we Lwowie wolały prawie w całości przejść do nowo powstających uniwersytetów w Toruniu i we Wrocławiu, niż rozpraszać się po różnych uczelniach. Kotarbińskiemu udało się namówić jednak część dawnych swoich współpracowników do zasilenia kadry kierowanego przez siebie uniwersytetu. W swoim artykule promującym Uniwersytet Łódzki w 1946 r. rektor mógł się już pochwalić sześcioma wydziałami i ponad 6.500 studentami. Jeszcze wówczas Kotarbiński sądził, że dewiza „Wolność i Prawda”, zamieszczona za jego sprawą na sztandarze uniwersytetu, będzie mogła być bez przeszkód realizowana w odradzającym się polskim szkolnictwie akademickim.

Włączenie się dawnych uczniów Twardowskiego do odbudowy szkolnictwa akademickiego po II wojnie światowej nie było jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem, ale urzeczywistnianiem ideałów pozytywistycznych o przeniesieniu kaganka oświaty tam, gdzie dotąd go nie było. Sukcesy organizacyjne Kotarbińskiego, jako rektora Uniwersytetu Łódzkiego oraz Kazimierza Ajdukiewicza w roli rektora Uniwersytetu w Poznaniu były możliwe dzięki przeniesieniu ideałów przyświecających szkole Twardowskiego do powojennej rzeczywistości naukowej. Z tej racji zapewne zgodził się potem także na posłowanie do ówczesnej namiastki parlamentu Krajowej Rady Narodowej, a następnie na objęcie funkcji prezesa Polskiej Akademii Nauk. Właśnie takie uwikłanie w struktury zarządzania nauką w państwie spotkało się z otwartą krytyką ze strony części środowisk emigracyjnych. Zarzuty emigracji nie były jednak w stanie podważyć naukowego autorytetu Kotarbińskiego, którego sam Karl Popper nazwał jednym z dwóch najwybitniejszych współczesnych filozofów. Zarzuty dotyczyły zatem legitymizowania władzy komunistycznej przez sam udział w instytucjach państwa. Notabene takie zarzuty można było wówczas postawić praktycznie każdemu profesorowi wywodzącemu się z uczelni przedwojennych.

Jako filozof Kotarbiński był krytykowany jednak przede wszystkim przez powojennych marksistów. Nie było to dla krytyków zadanie łatwe, gdyż reizm Kotarbińskiego był koncepcją materialistyczną, a zatem nie dawało się go zaatakować, posługując się argumentami o nienaukowości czy przedstawianiu poglądów dawno przebrzmiałych. Pierwszy atak na Kotarbińskiego był elementem szeroko zakrojonej próby rozprawienia się z dominacją szkoły lwowsko-warszawskiej w polskiej filozofii. W zamyśle zastąpić miał ją w tej roli właśnie marksizm. Do zadania tego wyznaczono aspirantów Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych, dopiero co utworzonej placówki kształcącej marksistowskie kadry. Atak na szkołę rozpoczął Henryk Holland artykułem Legenda o Kazimierzu Twardowskim. W następnej kolejności zmasowanej krytyce poddani zostali Kazimierz Ajdukiewicz oraz właśnie Tadeusz Kotarbiński, którego zaatakował Bronisław Baczko w broszurze O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego. Krytyk w konkluzji zarzucił Kotarbińskiemu, że jego filozofia w przeszłości mogła włączyć się do postępowego nurtu rozwoju nauki, bo miała punkty styczne z marksizmem, a ta szansa została zaprzepaszczona i dzisiaj znalazł się on na marginesie nauki, a na dodatek negatywnie wpływa swoimi archaicznymi pomysłami na postępową inteligencję. Oponent przyjął zatem założenie, że tylko marksizm jest koncepcją naukową, a wszelkie inne muszą się do niego upodobnić albo zostać odrzucone. Trzeba tutaj wspomnieć o tym, że niebawem, na fali przemian po Październiku 56, Baczko publicznie złożył samokrytykę i przepraszał Kotarbińskiego za swój atak. Kotarbiński, w imieniu uczniów Twardowskiego, stanął także w obronie swego nauczyciela i polemizował z zarzutami sformułowanymi przez Henryka Hollanda.

Druga odsłona ataku marksistów na Kotarbińskiego miała już miejsce po Październiku 1956, a dotyczyła rywalizacji o wpływ na dusze młodego pokolenia. Kotarbiński bowiem po wojnie był wstrząśnięty bezmiarem ludzkiego okrucieństwa i demoralizacją wielu grup społecznych, które nie zanikły także w czasach pokoju. Dlatego już w 1945 r. podjął starania reaktywowania pozytywistycznego projektu Aleksandra Świętochowskiego powołania społecznego ruchu mającego podejmować starania na rzecz poprawy moralnej kondycji społeczeństwa. Towarzystwo Kultury Polskiej, założone przez Świętochowskiego, miało zasięg ogólnopolski i miało wiele oddziałów regionalnych oraz własny organ prasowy, ale upadło przez wewnętrzne walki frakcyjne. Kotarbiński poszedł tą samą drogą i zainicjował powstanie Towarzystwa Kultury Moralnej, które miało mniej ambitne cele niż TKP, bo tylko zmierzało do poprawienia kondycji moralnej polskiego społeczeństwa. Pierwotny zamiar powołania TKM zaraz po wojnie nie został urzeczywistniony z powodu braku instytucji społecznych, które mogłyby realizować takie zadania. Kotarbiński wrócił do swego pomysłu w momencie, gdy propagowana przez niego etyka niezależna zyskała wielką popularność i w szerokim zakresie była wdrażana do praktyki edukacyjnej. W wielu instytucjach w rodzaju Towarzystwa Szkoły Świeckiej włączono ją do programu swego działania.

Ostatecznie TKM zainicjowało swą działalność w 1957 r. i szybko zyskało popularność w całym kraju. W 1959 r. zaczęło wydawać także swój organ prasowy „Biuletyn Informacyjny”. Już w pierwszym numerze Kotarbiński zakreślił program działania Towarzystwa: „wspólnymi siłami wziąć się do zwalczania jaskrawych rozpowszechnionych wad i defektów”. Idea etyki niezależnej nie była przecież pomysłem koniunkturalnym, ale zamysłem przebudowy świadomości ludzi w kierunku poprawy więzi społecznych zdeprawowanych najpierw przez mroki okupacji, a potem przez budowany na zasadach przymusu stalinowski model socjalizmu. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że była to propozycja bardzo rozsądna i dlatego tak szybko zyskała zwolenników, zwłaszcza wśród stanu nauczycielskiego.

Sukces przedsięwzięcia Kotarbińskiego wywołał alarm i poczucie zagrożenia w środowisku partyjnym, a zwłaszcza w pionie propagandowo-agitacyjnym. I znowu polskim marksistom było niezręcznie atakować wprost Kotarbińskiego z racji jego niepodważalnego autorytetu naukowego, stąd starali się głównie przeszkadzać ekspansji TKM, same ataki ograniczając do niektórych form jego działalności. Wolnomyślicielskie zaangażowanie Kotarbińskiego było powszechnie znane, podobnie jak jego związki z Towarzystwem Szkoły Świeckiej, a zatem marksistowscy oponenci zaatakowali cele, jakie przyświecały TKM, łącząc je zazwyczaj z krytyką koncepcji etyki niezależnej. W tej odsłonie marksiści mieli już swoje wykształcone kadry naukowe, stąd formułowane zarzuty miały zupełnie inną wagę niż podczas ataku Baczki z 1951 r. Dla przykładu Henryk Jankowski zarzucał Kotarbińskiemu kwestionowanie zasady sprawiedliwości społecznej w Polsce, gdyż etyka niezależna, odwołując się do idei odpłaty za doznane krzywdy, nie uwzględnia istniejącej w Polsce formuły sprawiedliwości ograniczonej przez gwarantowaną przez porządek prawny kierowniczą rolę klasy robotniczej. Ale wśród marksistów nie brakowało też zwolenników etyki niezależnej. Właśnie takie potraktowanie przez marksistów etyki niezależnej rozwijało niejako instytucjonalny parasol ochronny nad nią samą i jej twórcą. W rezultacie doprowadziło to do sytuacji, w której sami marksiści stawali się wyznawcami etyki niezależnej. Był to przede wszystkim dowód na słabość teoretyczną marksizmu, w którym nie potrafiono sformułować atrakcyjnej społecznie koncepcji etyki, a z tej racji etyka niezależna wydawała się jego zwolennikom swoistym ogniwem pośrednim prowadzącym do tego celu. Ale wśród marksistów nie brakowało też zadeklarowanych przeciwników koncepcji filozoficznych i etycznych lansowanych przez Kotarbińskiego. Jednym z nich był niewątpliwie Jarosław Ładosz, który w swej walce z koncepcją etyczną sformułowaną przez Kotarbińskiego szukał sprzymierzeńców nawet wśród etyków katolickich.

TKM ostatecznie podzieliło los inicjatywy Świętochowskiego, gdyż w jego kierownictwie znaleźli miejsce odsunięci od władzy dawni decydenci polityczni w rodzaju Władysława Bieńkowskiego. To wszystko spowodowało, że działalność Towarzystwa była coraz bardziej upolityczniona i stawało się ono swoistą odtrutką urażonych ambicji dawnych decydentów. Dlatego z początkiem lat siedemdziesiątych Kotarbiński zrezygnował z prezesowania TKM. Odsunięty od możliwości wywierania wpływu na działalność TKM Kotarbiński, choć pełnił formalnie funkcję prezesa honorowego, ograniczał się już tylko do zdawkowych życzeń i pozdrowień dla uczestników przedsięwzięć organizowanych w jego ramach. Towarzystwo zmieniało się w organizację sformalizowaną, a wydawany przez nie „Biuletyn” zyskiwał na objętości, ale treściowo stawał się informatorem z przekazami mało przydatnymi zwykłym ludziom. Na 90-lecie urodzin Kotarbińskiego poświęcono mu specjalny numer „Biuletynu” (45), w którym najwięcej miejsca poświęcono przytaczaniu treści różnego rodzaju listów gratulacyjnych. Znalazł się w nim artykuł wspomnieniowy ucznia jubilata Andrzeja Grzegorczyka, przypominający motto życiowe Kotarbińskiego „Lub czynić coś; Kochaj kogoś; Żyj poważnie”.

Piękna inicjatywa Kotarbińskiego marniała jednak w oczach, choć przetrwała swego założyciela. „Biuletyn Informacyjny” zakończył swoją działalność w połowie lat siedemdziesiątych, a towarzystwo ulegało systematycznie degradacji, choć formalnie trwało jeszcze nawet po roku 2000.

Wystąpienie Kotarbińskiego z koncepcją etyki niezależnej dotyczyło zatem wielce zaniedbanej płaszczyzny życia społecznego, co dostrzegali nawet najzagorzalsi jego przeciwnicy. Z jednej strony pochwalali jego starania, a z drugiej zachowywali głęboką rezerwę wobec tej propozycji, co związane było z obawami o zbyt szerokie jej rozpropagowanie w społeczeństwie. Ta rezerwa dotyczyła jednakowo osób związanych z obozem władzy, jak i z kościołem katolickim, gdyż oba te ośrodki dokładały wielu starań, aby zmonopolizować całą działalność w tej sferze. Z perspektywy lat można zauważyć, że koncepcja Kotarbińskiego nie była skierowana przeciwko komukolwiek, kto podejmował działania na rzecz poprawy stanu istniejącego. Kotarbiński bowiem sprzeciwiał się przeteoretyzowaniu rozważań natury moralnej, co znajdowało wyraz już w jego przedwojennych felietonach pisanych dla czasopism wolnomyślicielskich. Nie sztuką jest bowiem rozprawiać o moralności, sztuką jest być moralnym i swym postępowaniem pozytywnie wpływać na pozostałych. Precyzyjnie określał cel działań umoralniających, które nie miały być wcale nastawione na walkę z religiami, ale na uczynienie życia ludzkiego bezpiecznym, przewidywalnym i możliwie szczęśliwym. Poglądów tych nigdy już później nie zmienił.

Literatura:

  1. Baczko, O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego, Książka i Wiedza, Warszawa 1951.
  2. Grzegorczyk, Tadeusz Kotarbiński (w hołdzie z okazji jubileuszu), „Biuletyn Informacyjny TKM” 1976, nr 45, s. 61–63.
  3. Holland, Legenda o Kazimierzu Twardowskim, „Myśl Filozoficzna” 1952,
    nr 3(5), s. 260–312.
  4. Jankowski, Prawo i moralność, KiW, Warszawa 1968.
  5. Konstańczak, Historiozoficzne dylematy Zbigniewa Jordana. Biografia twórcza emigracyjnego filozofa, Wydawnictwo Scriptum, Kraków 2022.
  6. Kotarbiński, Główne kierunki i tendencje rozwoju filozofii w Polsce, [w:] tenże, Wybór pism, t. II, PWN, Warszawa 1958, s. 743–749.
  7. Kotarbiński, O problemach kultury moralnej w Polsce, „Biuletyn Informacyjny” 1960, nr 1(2), s. 1–11.
  8. Kotarbiński, W sprawie artykułu „Legenda o Kazimierzu Twardowskim, „Myśl Filozoficzna” 1952, nr 4(6), s. 356–358.
  9. Ładosz, Marksiści i „niemarksiści”, „Współczesność” 1967, nr 7, s. 4–5.
  10. Ossowska, Przemówienie na uroczystości jubileuszowej w Uniwersytecie Warszawskim dn. 5.04.1956, [w:] Maria Ossowska (1896–1974) w świetle nieznanych źródeł archiwalnych, Wyd. Uniwersytetu Zielonogórskiego, Zielona Góra 2011, s. 113–116.
  11. Wallis, prof. Tadeusz Kotarbiński, [w:] Materiały Archiwalne Mieczysława Wallisa, Archiwum Połączonych Bibliotek WFiS UW, IFiS PAN i PTF w Warszawie, Rps 14, t. 1–3.

Autor, prof. dr hab. Stefan Konstańczak, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Mijające miesiące przynoszą informacje o kolejnych osiąganych rekordach temperatur. Jest to jeden z dowodów na ocieplanie się klimatu, a przyczyną zaistniałej sytuacji jest El Ninio. Wyjątkowy pod względem klimatycznym rok czy dwa nie przesądzają jeszcze o zmianie klimatu, ale obserwacje z 30 lat wskazują wyraźnie na istnienie tendencji wzrostowej, której nie powinno się ignorować. Tempo zachodzących zmian wydaje się szybsze niż zakładano, co oznacza, że czasu na reakcję jest coraz mniej.

Nauka wskazuje, że współczesna zmiana klimatu jest wywołana przez nadmierną ilość gazów cieplarnianych w atmosferze (GHG), za których emisję odpowiedzialny jest człowiek. Procesy naturalne takie jak np. wybuchy wulkanów, są elementem stale obecnym w przyrodzie. Mogą one powodować krótkotrwałe, maksymalnie kilkuletnie, nawet globalne zmiany, ale w długim okresie nie powodują trwałych zmian. Czynnikiem przeważającym szalę są działania człowieka. Paradoksalnie, pomimo ponad 30 lat prowadzenia globalnych działań zmierzających do ograniczenia antropogenicznych emisji GHG, globalna ilość tych gazów emitowanych do atmosfery stale rośnie. To pokazuje, że coraz bardziej oddalamy się od celów, które uzgodniono w 1992 roku w Rio de Janeiro i 2015 roku w Paryżu.

Zmiana klimatu jest problemem globalnym, który może być rozwiązany jedynie na poziomie świata. Jednakże wszelkie działania międzynarodowe nie będą skuteczne bez udziału państw. Organizacja Narodów Zjednoczonych ani żadna inna organizacja nie jest w stanie przeprowadzić skutecznej kampanii redukującej emisję gazów cieplarnianych. To państwa odgrywają kluczową rolę w procesach decyzyjnych, np. podczas konferencji stron konwencji klimatycznej. Z tego powodu na nich spoczywa odpowiedzialność za wdrożenie odpowiedniej polityki. Wymaga to jednak znaczących zmian społecznych, inwestycji oraz środków finansowych. W praktyce krótkookresowo wpływają one negatywnie na konkurencyjność gospodarczą, ponieważ państwa podążające ścieżką przeciwdziałania zmianie klimatu muszą uwzględniać koszty klimatyczne w rachunkach ekonomicznych swoich gospodarek, a więc i podmiotów gospodarujących na danym terenie. Już to samo powoduje pogorszenie konkurencyjności z obszarami, na których takich regulacji nie ma, a jeśli do tego dodamy wysokie nakłady inwestycyjne, to w wielu sytuacjach konkurencja cenowa staje się nieopłacalna. Z tego powodu wiele państw wybiera postawę gapowicza, który udaje, że podejmuje jakieś działania, a w praktyce czeka, aż inni wykonają pierwsze kroki, a on podąży za stadem w dobrze wskazanym kierunku. Problem w tym, że obecnie gapowiczów jest więcej niż skłonnych do działania i stado (ludzkość) głównie udaje, że się przemieszcza w pożądanym kierunku.

Społeczność międzynarodowa ma bardzo małe, a wręcz żadne możliwości oddziaływania na państwa-gapowiczów. Podpisanie konwencji klimatycznej jest tylko deklaracją działania, podobnie jest z różnymi zobowiązaniami podpisywanymi na konferencjach przez strony tej konwencji (tzw. COP). Za niedotrzymanie obietnic nie grożą żadne konsekwencje, a ucierpieć może co najwyżej reputacja i wiarygodność poszczególnych państw. W obliczu interesów społeczno-gospodarczych taka strata jest zazwyczaj niewielką w stosunku do innych zobowiązań państwa.

W tym kontekście warto rozważyć kwestię odpowiedzialności za zmianę klimatu. Takie podejście jest ważne, ponieważ wskazanie „winnego” umożliwia poszukiwanie rozwiązań, które byłyby skuteczne w walce ze zmianą klimatu. W przeszłości dowodzono, że to kraje wysoko rozwinięte powinny ponosić tę odpowiedzialność. W tym duchu stworzono ramową konwencję klimatyczną, w której wymieniono państwa mające odgrywać wiodącą rolę w przeciwdziałaniu zmianie klimatu. To one miały ponosić największy wysiłek redukcyjny. Uzasadnieniem dla takiego podejścia była ówczesna roczna emisja tych państw oraz szacunek tzw. skumulowanej emisji, czyli liczonej od początku pierwszej rewolucji przemysłowej. W szczególności w oparciu na tym drugim wskaźniku uznano, że to one są głównymi winowajcami obserwowanej zmiany klimatu. Ponadto państwa te mają środki i wiedzę, aby tworzyć wynalazki i wdrażać niskoemisyjne innowacje. Jednakże już od kilku lat dostępne badania naukowe wskazują, że tempo rozwoju państw rozwijających się jest tak duże, iż najprawdopodobniej przed 2035 rokiem dojdzie do zrównania się skumulowanej emisji gospodarek rozwiniętych i rozwijających się. Obecnie szacuje się, że ponad 65 procent rocznej emisji GHG jest generowane w tej drugiej grupie. To powoduje liczne spory międzynarodowe dotyczące odpowiedzialności za współczesną zmianę klimatu i brak konsensu odnośnie do działań naprawczych. Kraje rozwijające się wciąż obarczają winą za zaistniałą sytuację najbogatszych i wskazują na ich odpowiedzialność związaną z ponoszeniem kosztów niskoemisyjnej polityki rozwoju. Jednocześnie starają się one nie dostrzegać obecnej sytuacji, w której to bez udziału krajów rozwijających się nie ma szansy na wdrożenie skutecznej polityki redukcji GHG.

Kwestię odpowiedzialności najłatwiej jest opisywać w kontekście państw, bo, jak zasygnalizowałem wyżej, to one są podmiotami, które mają największą moc sprawczą. Z tego powodu co jakiś czas pojawiają się rankingi wskazujące największych trucicieli na świecie. Takie podejście jest jednak bardzo ułomne, bo czy można porównywać wielkie Chiny z malutkim Lichtensteinem? Jest to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Z tego powodu od lat próbuje się porównywać emisję państw przez pryzmat jakiejś cechy. Zazwyczaj w tym kontekście wskazuje się na emisję per capita lub w przeliczeniu na jednostkę PKB. Zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju, w której bierze się pod uwagę trzy łady, tj. gospodarczy, społeczny i środowiskowy, warto dodać do tego kryterium środowiskowe, czyli przeliczenie emisji na jednostkę powierzchni. Uwzględnienie rankingów cząstkowych zazwyczaj pokazuje, że w zależności od przyjętego kryterium odpowiedzialność państwa może być różnie traktowana. W kontekście emisji per capita Chiny, uznawane za największego truciciela świata, ustępują miejsca kolejnemu globalnemu mocarstwu, czyli USA. W ten sposób, obwiniając się wzajemnie, oba mocarstwa usprawiedliwiają swoją opieszałość w polityce klimatycznej, wskazując oponenta jako odpowiedzialnego za zmianę klimatu. Na świecie istnieje niewiele państw, których pozycja w tych niechlubnych rankingach jest wysoka niezależnie od przyjętego kryterium. W Unii Europejskiej taką pozycję zajmuje niestety Polska, która pod względem wszystkich kryteriów znajduje się w czołówce rankingów.

Zmieniająca się, w zależności od kryterium, pozycja państw na liście głównych emitentów gazów cieplarnianych powoduje, że wskazane jest liczenie zintegrowanego, zrównoważonego rankingu emisji państw. Jednakże takie rozwiązanie, choć wydawałoby się, że jest najbardziej obiektywne, nie przyjęło się w praktyce.

Problem odpowiedzialności częściowo rozwiązano w ramach Porozumienia paryskiego z 2015 roku, którego sygnatariusze zobowiązali się do osiągnięcia neutralności klimatycznej w połowie XXI wieku. Większość z nich deklaruje, że nastąpi to w 2060 roku. Jest to konkretne zobowiązanie, które należy wykonać niezależnie od sytuacji, w jakiej obecnie dane państwo się znajduje. Przy takim celu kwestia odpowiedzialności ma mniejsze znaczenie, ponieważ każde z państw musi przebyć swoją ścieżkę do celu, jednakże i w tym zakresie wiele państw wskazuje, że z punktu widzenia kryterium odpowiedzialności wypełnienie przez nie zobowiązania powinno nastąpić później niż zakładano. Wyjątkiem jest Unia Europejska, która prowadzi wspólną politykę klimatyczną, tj. zakłada osiągnięcie tej neutralności w 2050 r. na poziomie całości swojego terytorium, ale niekoniecznie we wszystkich państwach członkowskich. To może oznaczać sytuację, w której będą państwa, których zdolności do absorpcji emisji będą większe od emisji, oraz takie, których emisja wciąż będzie przewyższać zdolność do pochłaniania. To rozwiązanie jest bardziej dogodne dla państw w trudnej sytuacji emisyjnej. Wydaje się, że mechanizm takiej neutralności w skali globalnej jest niemożliwy do osiągnięcia z przyczyn politycznych.

Kwestia odpowiedzialności za emisję służy nie tylko do wskazywania winnych, ale również może przyczynić się do określenia, w jakich obszarach redukcja emisji będzie najbardziej efektywna. W tym kontekście można patrzeć na państwa, ale również na społeczeństwa. W kontekście państw wskazuje się, że grupa G-20 jest odpowiedzialna za około 75% globalnej emisji, a więc wystarczyłoby podjąć zdecydowane kroki redukcyjne w tych państwach, aby znacząco ograniczyć emisję, przy jednoczesnym pilnowaniu, aby pozostałe państwa rozwijały się bez zwiększania swojej emisji. Trudno jest jednoznacznie ocenić, czy takie działanie byłoby wystarczające, jednakże charakteryzowałoby się pewną sprawiedliwością.

W skali gospodarek kryterium odpowiedzialności może wskazywać sektory, w których działania naprawcze powinny być podejmowane priorytetowo. Takie podejście należy stosować jednak ostrożnie i analizować trzeba również możliwości sektora do wprowadzenia odpowiednich innowacji. W wielu przypadkach wprowadzenie celów redukcyjnych może wiązać się z poważnymi problemami gospodarczymi.

Problem odpowiedzialności powinien być także rozważany w kontekście społecznym. Skuteczna polityka klimatyczna opiera się na redukcji emisji gazów cieplarnianych, co może być osiągnięte jedynie poprzez podejmowanie licznych wyrzeczeń społecznych. Niejednokrotnie te wyrzeczenia powodują koszty społeczne uderzające głównie w najbiedniejszych. Za przykład można podać wprowadzanie stref czystego transportu, do których wjazd jest uzależniony od spełnienia rygorystycznych norm emisji. W praktyce powoduje to, że stare auta nie mają prawa do niej wjechać, co z reguły jest słuszne. Jednakże tak naprawdę wiele z tych starszych aut niespełniających rygorystycznych norm emisyjnych emituje znacznie mniej GHG niż nowe, duże auta. Jeśli do tego rachunku dołożymy koszt środowiskowy i emisyjny wymiany auta na nowsze, to efekt klimatyczny takiego działania może być zerowy lub nawet ujemny. Rozwiązaniem jest odpowiednia rozbudowa systemu transportu publicznego, który musi być atrakcyjny z punktu widzenia mieszkańców. Istotne jest, aby nie był on kolejnym elementem podziałów społecznych, jako rozwiązanie automatycznie skierowane do biedniejszych mieszkańców i stygmatyzujące ich. Powyższy przykład nie jest głosem przeciwko strefom czystego transportu, a jedynie podkreśleniem, że powinny być one robione w sposób zrównoważony, tj. uwzględniać koszty i korzyści w aspekcie gospodarczym, społecznym i środowiskowym.

Różnice w zamożności przekładają się również na emisję gazów cieplarnianych. Większe bogactwo wiąże się z większą konsumpcją dóbr i usług, a więc też większą emisją. Zgodnie z badaniami Oxfam i Stockholm Environment Institute, 1 procent najbogatszych ludzi na świecie emituje tyle samo GHG co 66 proc. najbiedniejszych (ok. 5 mld ludzi). Najbogatsze 10 proc. ludzkości jest odpowiedzialne za połowę emisji. Ta olbrzymia emisja jest związana zarówno z inwestycjami, jak i wystawnym stylem życia. Synonimem tego są podróże prywatnymi odrzutowcami. Liczby lotów i pokonywane odległości z roku na rok rosną, generując emisje, a nie zawsze są one uzasadnione.

Jednocześnie dostęp do bogactwa staje się kryterium zdolności adaptacji do zmiany klimatu. Bogatych stać na dostosowanie do zmieniających się warunków klimatycznych. Ich budynki są schładzane klimatyzacją, na którą biedni, przy rosnących cenach energii, nie będą mogli sobie pozwolić. Badania prowadzone w Indiach pokazują, że w Bombaju w tym samym czasie różnica temperatury pomiędzy biednymi a bogatymi dzielnicami wynosi nawet 6°C. Jest to wynikiem gęstości zabudowy i braku drzew w biednych dzielnicach. W upalne dni taka różnica ma olbrzymi wpływ nie tylko na produktywność ludzi, ale również na ich zdrowie. W warunkach zmieniającego się klimatu nawet dostęp do żywności i możliwości jej przechowywania stają się bardziej kosztowne.

Podczas ostatniego szczytu klimatycznego w Dubaju ogłoszono wycofanie się z energetyki węglowej do 2050 roku. W mojej ocenie osiągnięcie tego celu jest mocno wątpliwe, ale możliwe do zrealizowania. Jednak warto się zastanowić, czy takie działanie ma sens w świecie, w którym prawie 700 milionów ludzi nie ma dostępu do energii elektrycznej.

Trendy rozwojowe wskazują, że nierówności na świecie będą nadal rosły, powodując, że biednym będzie coraz trudniej nadganiać zaległości rozwojowe, zwłaszcza w czasie niestabilności klimatycznej, bo zmiana klimatu to nie stały, spokojny wzrost temperatury, ale gwałtowna, burzliwa zmiana warunków klimatycznych, która przede wszystkim charakteryzuje się niepewnością. W tym kontekście wydaje się, że wskazane jest zrewidowanie dotychczasowych sposobów postrzegania odpowiedzialności za klimat zarówno na poziomie państw, jak i społeczeństw. Na tym pierwszym powinno się odejść od podziału na państwa wysoko rozwinięte i rozwijające się na rzecz wskazania emitentów i konsumentów emisji. W dobie gospodarki globalnej przypisywanie emisji do terytorium w momencie, gdy jest ona związana z produkcją przeznaczoną na eksport, jest mało zasadne. Przypisanie odpowiedzialności do produktów i ich przepływów umożliwiałoby powiązanie emisji z konsumpcją i w większym stopniu obciążałoby bogatych, którzy mają dużo większy udział w globalnej emisji GHG. Takie podejście wymaga konsensu międzynarodowego, zmiany postrzegania rozwoju, wartości i narzędzi ekonomicznych. To już jest jednak inną historią.

Dr Konrad Prandecki – adiunkt w Instytucie Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowym Instytucie Badawczym, wiceprzewodniczący Komitetu Prognoz Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się studiami nad przyszłością, gospodarczymi aspektami ochrony środowiska i teorią ekonomii z tego zakresu.

Tytuł Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023 sugeruje opracowanie poświęcone analizie strategicznych i wojskowo-technicznych aspektów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zwłaszcza, że pracę Andrzej Małkiewicza i Piotra Szymańca opublikowano w serii Bitwy / Taktyka, jej objętość jest doprawdy solidna (ponad pięćset stron), a treść wzbogacona o mapy i szkice. Wszystko to zapowiada, że mamy do czynienia z analizą drobiazgową i pogłębioną.

W rzeczywistości książka dwóch naukowców ma charakter rozprawy politologicznej, dokumentującej. Opracowanie Małkiewicza i Szymańca jest pierwszą wydaną w Polsce publikacją książkową, która całościowo i w miarę szczegółowo opisuje nie tylko przebieg działań wojennych w pierwszym roku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zawiera także bardzo szeroką prezentację okoliczności politycznych sprzed 24 lutego 2022 roku (tj. przed napadem Rosji na Ukrainę) oraz uwarunkowań ekonomicznych, wojskowych i technicznych obu państw. Prezentuje też opis systemów politycznych Rosji i Ukrainy z przedstawieniem sylwetek czołowych aktorów scen politycznych włącznie. Natomiast opis sytuacji na froncie obejmuje chronologicznie okres od lutego 2022 roku do marca 2023 roku.

Główną zaletą opracowania jest właśnie kompleksowość tematyczna oraz bogata baza informacyjna. Dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo stosunkami międzynarodowymi, nie śledzi szczególnie uważnie i dociekliwie wydarzeń na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz nie zna politycznego podglebia konfliktu, książka może być bardzo cennym źródłem wiedzy o charakterze popularyzatorskim i informacyjnym.

To, co stanowi o zalecie opracowania, jest równocześnie jego największą wadą. Autorzy, powodowani ambitnym zamiarem opowiedzenia o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie możliwie jak najdokładniej, zgromadzili bowiem ogromną ilość informacji. I zetknęli się z trudno rozwiązywalnym problemem agregacji wszystkich danych, usystematyzowania ich w kolejności znaczenia w jednolitej matrycy według precyzyjnie określonych kryteriów oraz z konsekwentnym użyciem spójnej metodologii i jednorodnych narzędzi badawczych. Rzeczywiście, nieprostym zadaniem jest – stosując tę samą metodologię – opisać jednakowo skomplikowaną grę geopolityczną, a także przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w obu państwach, jak i dynamiczną sytuację wojenną.

Wydaje się, że koherencji metodologicznej posłużyłoby przynajmniej ujednolicenie terminologii oraz wprowadzenie bardziej rygorystycznej dyscypliny w zakresie stosowanych definicji. Stwierdzenie „wojna hybrydowa, czyli wojna asymetryczna” nie jest prawdziwe i wprowadza w błąd – są to dwa różne pojęcia na określenie dwóch różnych typów działań. We fragmentach próbujących zdefiniować charakter autorytarnych systemów politycznych na części obszaru byłego ZSRR Autorzy używają różnych określeń, zapominając o dobrze już ukorzenionym w nauce terminie „reżimy neopatrymonialne”. Takich luk i niespójności pojęciowych można znaleźć wiele. Autorzy często przywołują wydarzenia z najnowszej historii obszaru postsowieckiego. Jednakże charakterystyka i oceny niektórych z tych wydarzeń budzą niekiedy spore wątpliwości. Przykładowo, wojna między Armenią a Azerbejdżanem 1992–1994, w której armie obu państw bezpowrotnie straciły po ok. 25% liczebności swoich sił zbrojnych, a działania prowadzone były na szeroką skalę i z użyciem broni ciężkiej, została określona przez Autorów jako konflikt niskiej intensywności, co jest mocno mylące. Wydaje się także nie odpowiadać prawdzie charakterystyka wydarzeń w Kazachstanie w styczniu 2022 roku jako wystąpienia sił demokratycznych, zdławionego przez interwencję wojsk OUBZ. Podczas gdy w istocie mieliśmy tam do czynienia z zamachem stanu na tle spontanicznych protestów o charakterze ekonomicznym. Powyższe uwagi nie odnoszą się do głównego tematu opracowania. W moim przekonaniu, z wielu takich didaskaliów należałoby zrezygnować, co nie wpłynęłoby ujemnie na całość przekazu, zmniejszałoby natomiast ryzyko popełnienia błędów faktologicznych czy interpretacyjnych.

Cennym z kolei wzbogaceniem kontekstu historycznego i geopolitycznego, znakomicie pomagającym w zrozumieniu tła wydarzeń, byłoby umiejscowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej w sekwencji konfliktów na obszarze byłego ZSRR, które stanowiły nieodłączny element formatowania przestrzeni posowieckiej. Takie ujęcie pozwoliłoby także wydobyć nie tylko różnice (kulturowe, ekonomiczne, polityczne i każde inne) między Ukrainą i Rosją, co Autorzy – kierując się zapewne aktualną poprawnością polityczną – akcentują, lecz także ogromne podobieństwa, objaśniające wiele z przyczyn wojny i jej przebiegu.

Opisując przyczyny i okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej 2022 roku, Autorzy nie wyjaśniają czytelnikowi, według jakich kryteriów je dobrali i uporządkowali ani jaką rolę odegrał każdy z powodów, dla których doszło do konfliktu zbrojnego na bezprecedensową skalę. Wydaje się, że z ogromną korzyścią dla opracowania byłoby, gdy Autorzy poświęcili więcej uwagi i miejsca, jeśli nie analizie, to chociażby wnikliwemu opisowi sytuacji geopolitycznej Rosji i Ukrainy, ich doktrynom politycznym oraz grze dyplomatycznej poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny. O ile należy przyklasnąć opinii Autorów, że celem Putina nie jest odbudowa Związku Sowieckiego (a więc państwa federacyjnego, wewnętrznie mocno zróżnicowanego, opierającego się na ideologii ponadnarodowej), lecz mocarstwa wzorowanego na imperium Romanowych (scentralizowanego, autorytarnego, nacjonalistycznego), o tyle brak wyczerpującego opisu interesów dzisiejszej Rosji, jakimi postrzega je Putin i rządząca na Kremlu elita, jest poważnym błędem. Możemy nie zgadzać się ze współczesną rosyjską interpretacją tych interesów, lecz musimy mieć je na uwadze, ponieważ to one stoją za konkretnymi działaniami Federacji Rosyjskiej.

Opis działań i sytuacji wojennej na froncie jest wybiórczy i fragmentaryczny z oczywistych powodów: wojna wciąż trwa i Autorzy mogli objąć swoją uwagą tylko pierwszy rok wojny od lutego 2022 do marca 2023. Po wtóre, bazowali na otwartych źródłach informacji, które w warunkach wojny mają charakter tyleż informacyjny, co manipulacyjny. Ponieważ większość danych pochodzi z mediów i stron internetowych, a przestrzeń wirtualna (zwłaszcza gdy dostawcy informacji są stronami konfliktu) rządzi się swoimi regułami, nie ma praktycznie możliwości weryfikacji wiarygodności przekazywanych komunikatów. Może dlatego Autorzy w ogóle zrezygnowali z próby oceny swoich źródeł.

Dla mnie największym niedostatkiem opracowania jest brak pogłębionej analizy zarówno przyczyn konfliktu, jak i wniosków, wypływających z przebiegu wojny, w tym postępowania aktorów sceny międzynarodowej. Książka Andrzeja Małkiewicza i Piotra Szymańca jest pracą obszerną i cenną, ale wyłącznie deskrypcyjną. Opisuje, wylicza, nazywa – ale nie objaśnia. Unika roztrząsania znanych nam już gorzkich prawd, niekorzystnych zjawisk, niepokojących tendencji. To bardziej kronika wojny niż wynik badań naukowych. Praca potrzebna, lecz niesatysfakcjonująca.

 

Robert Smoleń, redaktor naczelny „Res Humana”: Spróbujmy zastanowić się, jak będzie wyglądał świat po wojennej zawierusze. I jak powinniśmy się do tego nowego świata przygotować. W tej chwili oczywiście nie wiemy, kiedy i czym skończy się rosyjska wojna w Ukrainie, i czy konflikt nie rozleje się na inne państwa i regiony. Żeby móc się do czegoś przygotować, trzeba jednak przyjąć jakieś założenia. W którymś momencie działania na froncie w końcu ustaną. Jeśli Zachód będzie konsekwentnie wspierać Ukrainę, to nie zwycięstwem wojsk Putina. Ale też nie spektakularną wiktorią Kijowa. Nie będzie to również porozumienie pokojowe w duchu Paryskiej Karty Nowej Europy KBWE z 1990 roku. Zapewne więc czeka nas okres ochłodzenia w stosunkach europejskich, koniec czasów dywidendy pokoju. Wyczerpana Rosja nie będzie mogła ani chciała atakować kolejnych krajów, a już zwłaszcza członków NATO. Będzie jednak próbowała odtwarzać swój potencjał. Trzeba nastawić się na politykę powstrzymywania i odstraszania.

Aby ją dobrze rozpocząć, należałoby, moim zdaniem: po pierwsze, na lipcowym szczycie w Waszyngtonie zaprosić Ukrainę do Sojuszu Atlantyckiego. Zaproszenie – to oczywiście jeszcze nie członkostwo. Po drugie, w szybkim tempie i z dobrą wolą, choć bez przymykania oczu i chodzenia na skróty, prowadzić negocjacje w sprawie akcesji Ukrainy (i Mołdawii) do Unii Europejskiej. Czy Moskwa jakoś zareagowałaby na te dwa gesty? Trzeba takie ryzyko rozważyć pod wszystkimi możliwymi kątami; dziś intuicyjnie obstawiłbym, że skończy się na odpowiedzi wyłącznie werbalnej. Po trzecie, kraje europejskie muszą głębiej sięgnąć do sakiewki i zwiększyć swoje wsparcie dla Kijowa. Zablokowanie przez republikanów z obozu Donalda Trumpa 61 miliardów dolarów na ten cel – i to na wiele miesięcy – pokazuje, że nie można polegać tu wyłącznie na strumieniach pieniężnych i sprzętowych z USA. To będzie kosztować, ale stać nas na to. Wspólnie stanowimy jeden z najbogatszych regionów świata. Po czwarte, po zakończeniu lub zamrożeniu walk trzeba będzie utrzymać reżim sankcyjny przede wszystkim odcinający rosyjskie firmy państwowe i prywatne od zachodnich technologii i kapitału. Na długo. To kluczowe, by nie dopuścić do odbudowy agresywnych zdolności Kremla. I w końcu – Unia Europejska powinna stworzyć swoją strategiczną autonomię, tożsamość obronną. Nawet jeśli w listopadzie wybory wygra Joe Biden, nie będziemy mieć gwarancji, że za kolejne cztery lata ktoś pokroju Trumpa nie zajmie Owalnego Gabinetu. Musimy więc zwiększyć wydatki na siły zbrojne (lepiej przez jakiś czas płacić na nie dwa, trzy czy cztery procent PKB, niż później – długo po dziesięć). Wyznaczyć jednostki we wszystkich państwach członkowskich, ukompletować je, doposażyć, wypracować wspólne procedury tzw. C3I (najlepiej po prostu przyjąć te natowskie) i je solidnie wyćwiczyć. Zlikwidować braki w systemie obronnym takie jak niezdolność do szybkiego przerzutu na dalekie odległości, niechęć do dzielenia się informacjami wywiadowczymi itp. Dobrze, że powstaje European Sky Shield, nasza „żelazna kopuła”. Trzeba także realnie skoordynować europejską produkcję zbrojeniową.

Skuteczność tego systemu będzie wymagać szybkiego podejmowania decyzji. Będzie musiała powstać prawdziwie unijna polityka zagraniczna. I w ogóle UE będzie musiała się zmienić – choćby po to, by móc przyjąć nowych członków, nie tylko demokratycznych wschodnich sąsiadów, ale i kraje Bałkanów Zachodnich.

Czy to wszystko jest, Panów zdaniem, trafne? I czy jest realne?

Prof. Roman Kuźniar, Uniwersytet Warszawski: Ja także ogłosiłem swój pięciopunktowy plan w artykule w „Rzeczpospolitej” pod koniec grudnia ubiegłego roku. Najpierw trzeba wygrać wojnę – taki jest jego pierwszy punkt. I on jest, można powiedzieć, bardzo defetystyczny. Od listopada 2022 roku mówiłem, że tu się nic nie zmieni. To, co się zaczęło jak II wojna światowa, zgoda, stało się I wojną światową, zgoda. I wiemy doskonale, że na froncie zachodnim przez trzy lata nic się nie zmieniło. Tu nawet mniej: Rosjanie w ostatnich miesiącach odzyskali powierzchnię wielkości mojego powiatu – krośnieńskiego. Rosjanie, chcemy czy nie, uważają, że mają obecnie inicjatywę strategiczną, że ją przejęli po nieszczęsnej, niepotrzebnej kontrofensywie ukraińskiej. Zawsze byłem jej przeciwnikiem, uważałem, że nie ma najmniejszych szans powodzenia. Nawiązując do metafory i doświadczenia leśników czy myśliwych – zwierzę złapane we wnyki odgryza łapę po to, żeby uratować wolność i życie. Ukraina w moim przekonaniu nie miała i nie ma w tej wojnie szans na odzyskanie terytorium, które utraciła w pierwszych miesiącach 2022 roku. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Jeszcze rok temu one mogły być korzystniejsze z punktu widzenia ułożenia spraw dla samej Ukrainy i dla tej części świata. W tamtym czasie można było, myślę, łatwiej uzyskać dobre warunki zamrożenia frontu. Wagon w Compiègne, żadnego Wersalu! Dlatego, że z bandytami na Kremlu nie da się zawrzeć żadnego traktatu pokojowego ani prowadzić negocjacji pokojowych. Nikt z nimi nie będzie poważnie rozmawiał, ponieważ wiemy, że to są szubrawcy, kłamcy – nie dotrzymują żadnego słowa. Natomiast wojskowi mogą się porozumieć. Tak było chociażby w konflikcie kosowskim.

W tej chwili Rosjanie nie będą skłonni ani do rozmów, ani do kompromisu, który satysfakcjonowałby Ukraińców oraz Zachód. W związku z tym rysuje się kontynuacja tej krwawej łaźni, jaka ma tam miejsce. Przebieg tej wojny teraz jest niedobry, ale zakładamy, że zdążymy Rosjan zatrzymać, żeby nie zajęli kolejnego obszaru wielkości powiatu. Potrzebny jest trwały rozejm i uszczelnienie granicy: Linia Maginota musi być po jej zachodniej stronie, nie po rosyjskiej. Czyli – najpierw zamrożenie, potem ubezpieczenie. W pewnej perspektywie Ukraina może stać się członkiem NATO, ale może być bezpieczna nawet bez tego, jeżeli zbudujemy tę Linię Maginota, osłonimy Ukrainę przed atakiem z nieba i jeżeli tam wejdziemy. Natomiast możemy wyobrazić sobie Ukrainę w Unii Europejskiej. Przecież Cypr jest w niej bez sporego kawałka swojego terytorium. Mołdawia, jeśli zostanie przyjęta, to bez Naddniestrza. Także Ukraina może wejść bez „Zadnieprza”.

Innym – szerszym – problemem jest to, jak świat będzie wyglądał po zakończeniu starć. Póki wojna trwa, tego nie wiem, ponieważ nie wiemy, czy jest ona wstępem do czegoś większego. Są tacy, którzy twierdzą (osobiście nie popieram tej tezy), że konflikt w Ukrainie rozpoczął wojnę światową, która już się toczy. Dzisiaj nie ma nikogo, kto byłby zainteresowany wielką wojną. Oddaliło się ryzyko chińskiej próby siłowego zajęcia Tajwanu. Dla Pekinu Ukraina jest okazją do symulacji ewentualnej reakcji Ameryki i całego Zachodu na taką próbę. I Rosjanie się nie sprawdzili. Xi Jinping nie zostawi Putina na lodzie, ale już wie, że nie może powtórzyć jego manewru. Moskwa zaś chce usankcjonowania planu minimum, jakim jest zajęcie pewnej części terytorium dawnego ZSRR, przywłaszczenie jej oraz wasalizacja Ukrainy.

Ale jak wiemy, na drzwiach MID-u [MSZ Rosji – przyp. red.] przybito dwie kartki. Dwa traktaty – nawet nie projekty; „Macie je podpisać” – zażądano. Oczywiście to były non-startery, jak to się mówi w języku dyplomatycznym. Tego nie można było podjąć. O co chodziło w tych traktatach? O co chodzi w myśli strategicznej Putina? Raz, zbieranie ziem ruskich; dwa, szara strefa tutaj, w Europie Środkowej; i trzy, większa zmiana porządku międzynarodowego – przejście od porządku liberalnego do brutalnej, nagiej, wielobiegunowej teraz power politics. To jest jego imaginarium.

Taki był jego zamiar. Po sposobie wyjścia Stanów Zjednoczonych z Afganistanu sądził, że ma do czynienia z cieniasami, ze Sleepy Joe’m. Uwierzył Trumpowi! To miało być coup de grace, ostatnie uderzenie w porządek liberalny – zabieracie się, teraz przechodzimy do porządku power politics, gdzie kto decyduje? Tacy jak my – bandyci na czele wielkich mocarstw. Miało to być przyspieszenie tego przejścia: nie bawimy się już w te wszystkie normy, wartości. Będzie tak, jak my chcemy. I sądzili, że to zostanie przyjęte także w Europie Zachodniej, bo przecież oni w daleko idącym stopniu skorumpowali Europę Zachodnią.

Ale gdy nagle niedźwiedź zaryczał i pokazał swoje straszne oblicze, to po stronie zachodniej doszło do otrzeźwienia. Biden się odwinął. Mamy do czynienia z interesującą konsolidacją Zachodu na każdym poziomie. Unia Europejska daje 50 miliardów euro. NATO – 100 miliardów dolarów, mówi Stoltenberg; ile będzie w tym środków amerykańskich, nie wiemy (chodzi o fundusz, który ma być zatwierdzony na lipcowym szczycie w Waszyngtonie). Nawet gdyby wrócił Trump, to byłoby tu takie założenie, że damy sobie radę, musimy się zbudować. „Jeśli zechcesz, to się dołącz, ale niczego nie narzucaj. Nie mów nam, że musimy szybko się podpisać pod jakimś kompromisem z Rosją”. Bo czyim kosztem odbyłoby się zakończenie wojny w 24 godziny, które zapowiada Trump? Najpierw Ukrainy, potem Europy. To nie wchodzi w grę. Europejczycy mężnieją. Wolno to trwa, ale jednak mężnieją. Mamy Napoleona w spódnicy w osobie Ursuli von der Leyen, Niemcy się ożywili, jest Tusk i Macron.

Adam Olechowski, nauczyciel akademicki, dziennikarz; oficer rez. WP: Przede wszystkim uważam, że na Ukrainę należy spojrzeć w kontekście szerszym, globalnym. A tu widzimy, że kształtuje się nowy ład międzynarodowy, w którym główną rolę mogą odgrywać Chiny. W pewnym alegorycznym sensie Chiny są bowiem bliżej, niż nam się wydaje. W 2009 roku w Chongqingu pokazano mi określony mianem „jedna rzeka, trzy oceany” projekt połączeń lądowych i morskich do różnych miejsc na świecie, między innymi do polskiego Szczecina. Obecnie projekt ten zyskał swoje ucieleśnienie w stanowiącej dla Chin priorytet ekonomicznej inicjatywie „Pasa i szlaku”. Ważnym punktem na tym szlaku jest właśnie Ukraina. Przykładem może być leżący koło Odessy terminal morski Piwdennyj. Może dlatego chiński konsulat w Odessie prezentuje się okazalej niż niejedna ambasada. Jego wygląd może być swego rodzaju dowodem chińskiego zainteresowania Ukrainą. Na pewno więc po zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej Pekin będzie chciał mieć tu coś do powiedzenia. Oczywiście nie można zapominać o stosunkach łączących Chiny i Rosję. To między innymi ważna także z militarnego punktu widzenia współpraca w zakresie nawigacji satelitarnej, a także rosnąca sprzedaż chińskich ciężarówek do Rosji. Samochody ciężarowe są przecież sprzętem podwójnego militarno-cywilnego zastosowania. Transport wojskowy, szczególnie w strefach przyfrontowych, oparty jest właśnie o samochody ciężarowe.

Mówiąc o Ukrainie, musimy też uwzględnić także wątek regionalny – turecki. W tejże Odessie prężnie działają tureckie firmy budowlane. Można powołać się także na porozumienie między carem a sułtanem, w którym była mowa, iż jeżeli Rosja nie będzie w stanie utrzymać Krymu to kontrolę nad nim przejmie Turcja.

Na przyszłość Ukrainy nie możemy patrzeć wyłącznie z perspektywy interesów Europy. Nie możemy zakładać, że Europa będzie odgrywała tam decydującą rolę. Musimy liczyć się także z tym, co powiedzą inni i co będą chcieli tam ugrać.

Co się tyczy tej wojny – jej porównanie do I wojny światowej nie jest tak do końca właściwe. Każda epoka ma swoje wojny. Pewną analogią wydawać się może pozycyjny charakter działań zbrojnych. Ale ta wojna toczy się przecież także na innych płaszczyznach. Przede wszystkim na płaszczyźnie informacyjnej. W tym kontekście mowa jest już o wojnie kognitywnej, której celem jest zamknięcie nas w wytworzonej przez przeciwnika bańce informacyjnej. Wojna ta toczy się także w cyberprzestrzeni. W pewnym sensie jest ona tajna – o wielu atakach cybernetycznych, także i na nasz kraj, nie wiemy, bo nie jesteśmy o nich informowani, chociażby dlatego, żeby nie wywoływać niepotrzebnej paniki. W dodatku ataki takie prowadzone były na długo przed lutym 2022 roku, m.in. na sieć energetyczną w Kijowie w 2015 i 2017 roku. Cechą obecnej wojny są także zmasowane ataki rakietowe na infrastrukturę krytyczną. Kolejną rzeczą odróżniającą obie wojny jest szerokie wykorzystanie dronów, zarówno tych latających, jak i pływających. Ciekawostką może być fakt, że pierwsze doświadczenia ze sterowanymi radiem samolotami prowadzone były właśnie w latach I wojny. W latach trzydziestych w ZSRR prowadzono także prace nad sterowanymi radiem czołgami, tzw. teletankami.

Inną specyfiką tej wojny jest obecność w szeregach walczących armii obcych najemników – zarówno po stronie Ukrainy (która nadaje im nawet czasowe obywatelstwo), jak i Rosji. W przypadku Rosji nie chodzi tylko o osławioną Grupę Wagnera, lecz także o walczącą po stronie Donieckiej Republiki Ludowej tzw. Interbrigadę (brygadę międzynarodową), w szeregach której znajdują się ochotnicy z Francji i Niemiec. Nawiązanie do walczących w hiszpańskiej wojnie domowej 1936 roku po stronie Republiki Hiszpańskiej brygad międzynarodowych nie jest przypadkowe. Sugeruje ono bowiem, iż – tak jak wtedy – przeciwnikiem międzynarodowych ochotników są faszyści.

Reasumując, trudno powiedzieć, jak potoczą się sprawy. Żartobliwie mówiąc, nie powiedziałby nam tego nawet wspomagany przez czarnego kota i wyposażony w szklaną kulę jasnowidz. Trzeba więc być przygotowanym na różne scenariusze rozwoju sytuacji. Nawet te najbardziej dla nas niekorzystne.

Zdzisław Jacaszek, wiceprezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Niepokoi mnie oddziaływanie tego, co się obecnie dzieje, na kondycję społeczeństwa. Jakimi narzędziami się posługiwać, żeby uniknąć, a przynajmniej złagodzić długofalowe negatywne tego efekty? Czy edukacja, która jest nie tylko naszą polską słabością, ale i europejską, jest zdolna łagodzić te skutki? Jak można modelować działania kultury, żeby można było nieagresywnie wchodzić w sferę mentalności, przeciwstawiając się narastaniu lęków i wywoływaniu złych emocji? Bo to, że agresja propagandy była (od czasów Greków), jest i będzie – tylko raz bardziej, raz mniej nasilona – jest oczywiste. Doktor Olechowski napomknął jednak o agresji w świadomość. Warto będzie na ten temat rozpocząć kiedyś nową rozmowę.

Zbigniew Wróbel, przedsiębiorca i menedżer (m.in. b. prezes PKN Orlen SA, wiceprezes PepsiCo na Europę Centralną i Wschodnią), autor artykułu Zjednoczone Stany Europy. Marzenie, fikcja czy cel? na reshumana.pl: Bardzo małą uwagę przywiązujemy do najważniejszego moim zdaniem tematu – zjednoczenia Europy. To, co teraz powiem może będzie trywialne, ale warto przypomnieć: świat liczy się tylko z silnymi. A my w Europie prowadzimy pozorną grę zjednoczeniową. Handlujemy wewnętrznie, troszeczkę sobie pomagamy, ale od dłuższego czasu proces integracji jakby się zatrzymał. Jasne, że siły środkowe będą ten proces hamować. Jasne, że daleko nam do ekumenizmu etnicznego. Jasne, że tożsamość, nacjonalizmy i obyczajowe ograniczenia… Wszystko to wiemy. Ale zjednoczenie to dzisiaj imperatyw naszego przetrwania. To warunek sine qua non zbilansowania ekonomiczno-militarnego świata z Europą – inaczej dokona się ono bez niej. My, jako Europa, musimy akcelerować procesy integracyjne w sposób bardziej zorganizowany, zdeterminowany, ale i formalny. To jest główny cel na dziś, a w szczególności na czas powojenny. I powtórzę za Konfucjuszem, nie będę tu nowatorski, że każda wielka podróż zaczyna się od pierwszego kroku. A my przestaliśmy iść. Zatrzymaliśmy się, akceptując status quo, podczas gdy rydwany „czarnych rycerzy” gnają do przodu…

Druga kwestia, którą chcę poruszyć: świat po wojnie będzie wymagał wykonania paru ruchów, które będą niezbędne, choć nam się nie podobają. Będziemy musieli poczynić jakieś ustępstwa wobec Chin, uznać ich odmienność także w postrzeganiu praw człowieka, bo dzisiaj to jest jeden z głównych graczy w globalnej polityce. Powinniśmy wykazać się większą aktywnością w docenianiu tego partnerstwa i szukaniu tego, co nas może łączyć – a nie karcić… Chiny mają oczywiście swoje problemy wewnętrzne, ale Xi Jinping zaczyna tworzyć cesarstwo w kierunku „Państwo Środka do środka”, jednocześnie zbrojąc się i zajmując ekonomicznie całe obszary południowego Pacyfiku i Afryki. Dlatego musimy być przygotowani na „coś”. Obserwując wojnę w Ukrainie Chińczycy trochę cofnęli się w sprawie Tajwanu – co wcale nie oznacza, że już nie chcą dokonać aneksji. Ja uważam, że oni to zrobią – tylko poczekają. Lepiej się przygotują, wyciągną wnioski… Jak to w Chinach.

Putin szuka sojuszników wśród podobnych sobie. My też to robimy. Ale powinniśmy też neutralizować tych, do których potencjalnie pójdzie Rosja. W tym Chiny, Koreę Północną. Zmniejszać presję i polaryzację w obliczu zagrożenia wojnami kontynentalnymi. Jak mawiają Amerykanie: dbaj o swego klienta, bo kto inny zadba…

Kolejną sprawą jest niezbędne dozbrojenie państw wschodniej flanki (czyli nas), żeby wyrównać, a nawet przewyższyć stan zabezpieczenia militarnego w porównaniu z pozostałymi krajami dojrzałej cywilizacji natowskiej. Bo to my, sąsiedzi Rosji, jesteśmy frontem! Tu przebiega linia frontu! I to u nas powinno być najwięcej, najsilniej i najnowocześniejszej, żeby trzymać tę granicę w ryzach, gdy przyjdzie taka potrzeba. Mówi się o tym, ale nic się nie robi; no, dobrze – teraz zaczyna się coś robić. Co w tej sprawie wykona główny rozgrywający w NATO, okaże się, jak Trump zostanie prezydentem. Obawiam się, że zostanie. Niedawno spędziłem miesiąc z Amerykanami z tak zwanej górnej półki, ludźmi rozsądnymi, odnoszącymi sukcesy w biznesie – i oni mówią, że Trump musi wygrać! Ponieważ niezbędne jest przywrócenie od nowa supremacji najważniejszych wartości (wiadomo jakich), które w Stanach Zjednoczonych zostały zagubione.

I ostatnia rzecz, którą musimy po wojnie osiągnąć, to wygrana w tak zwanym skoku technologicznym. W energetyce, AI, cyberprzestrzeni. Ostatnim obszarem w nauce i gospodarce, który nie rozwinął się w ciągu ostatnich stu lat, jest energetyka. Jak my chcemy lecieć na Marsa i zdobywać kosmos, skoro nie umiemy pozyskać i użyć energii w sposób radykalnie odmienny od tego, czym dzisiaj dysponujemy? Ale to się wydarzy! Podejrzewam, że my w tym gronie wszyscy coś wiemy – o wodorze, kosmicznej plazmie, kolejnych jądrowych eksperymentach. A gdzieś tam są ludzie, którzy wiedzą dużo więcej i nad tym pracują. To jest niezbędne dla ludzkości i jej uniwersalnej przyszłości.

Co musi się wydarzyć, żeby ta wojna się skończyła? Musi zostać osiągnięty kompromis, o którym wszyscy wiedzą, tylko wstydliwie o tym nie mówią. Powoli opinia publiczna na świecie dostrzega, że cel długoterminowego osłabienia Rosji jest niemal osiągnięty. Ale niezależność Ukrainy w jej niedawnym kształcie wydaje się tak bardzo zagrożona, że utrzymanie jej wschodnich regionów i Krymu może wkrótce przestać być warte traconych istnień ludzkich (nawet nie ponoszonych nakładów finansowych, chociaż one też nie są do pominięcia). Póki jeszcze można, zanim Trump się rozpanoszy, trzeba przyłączyć do Unii Europejskiej pozostałą część Ukrainy. I włączyć ją do tego procesu, o którym przed chwilą mówiłem – integracji Europy, i zakończyć tę wojnę. A potem się martwić, jak te utracone terytoria odzyskać. Bo za chwilę nawet to nie będzie nam dane. Powtórzę za klasykiem: w polityce najmniej trwałe są sojusze i granice. Jeśli powstałaby Zjednoczona Europa, granice przestałyby być problemem – i to jest problem Putina.

Władysław Sokołowski, Wydawnictwo „Poznanie”, b. ambasador RP w Kazachstanie: Ta wojna nie zaczęła się 22 lutego 2022 roku, nie zaczęła się w roku 2014, ani nawet w momencie, kiedy Ukraina ogłosiła niepodległość. Ta wojna być może trwała wcześniej, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego. Formułuję tę hipotezę na podstawie analiz, jakie przez wiele lat regularnie pisałem w Instytucie Studiów Wschodnich. Szukałem różnic, rozbieżności interesów, zderzeń między Rosją a Ukrainą i innymi krajami postradzieckimi. Powstała z tego dość duża mapa takich zjawisk i rozbieżności. Tylko że ta wojna trwała wtedy w innej postaci. W końcu 2013 roku te zmagania przyjęły obrót dobry dla Putina. Ówczesny prezydent Ukrainy Janukowycz wracał z Pekinu, od którego dostał 3 miliardy dolarów. W Soczi spotkał się z Putinem, który postawił mu warunki: wchodzimy w 26 projektów, tj. zajmujemy najważniejsze z punktu widzenia gospodarki obiekty. To był m.in. Dniepr (rakiety), Mikołajów (stocznia). Janukowycz się na to zgodził. Ale wkrótce potem był Majdan i te projekty upadły. Zmierzam do tego, że ta wojna się skończy w wymiarze militarnym, ale w istocie będzie trwała nadal. Podczas moich wielu wyjazdów, spotkań, rozmów widziałem, że ta wojna jest w umysłach części elit rosyjskich: „My musimy Ukrainę odzyskać”. I dzisiaj z kimkolwiek byśmy rozmawiali, nawet z przebywającymi za granicą przedstawicielami antyputinowskiej opozycji, usłyszymy: „Krym jest nasz”.

Zdzisław Raczyński, dyplomata, pisarz, redaktor „Res Humana”: Czy wojna w Ukrainie będzie momentem zwrotnym w budowie Unii Europejskiej, wymuszając takie zmiany w funkcjonowaniu UE, które przyniosą organizacji nową jakość? Wojna toczy się u granic Unii, ma bezprecedensowy co do skali charakter i już spowodowała niespotykane wcześniej decyzje i działania UE. Niemniej, oczekiwania, że wojna ukraińsko-rosyjska doprowadzi do wojskowo-technicznej, geopolitycznej i politycznej autonomii strategicznej Unii, nie wydają się uzasadnione.

Jeśli zdystansujemy się od europocentrystycznego oglądu świata, to wojna w Ukrainie wciąż ma regionalny charakter, jest jednym z konfliktów lokalnych. Jej destrukcyjny dla porządku światowego charakter wynika z tego, że agresorem jest Rosja, jedno z mocarstw jądrowych o globalnych ambicjach, a w konflikt pośrednio zaangażowane są USA i państwa UE. W tym znaczeniu jest to pełnoskalowa proxy war XXI wieku, która przywołuje podobieństwa do dwudziestoletniej wojny amerykańsko-wietnamskiej w poprzednim stuleciu.

Po dwóch latach od dnia rosyjskiej pełnowymiarowej agresji 24 lutego 2022 roku oczywiste staje się, że strony stawiają w wojnie cele – Rosja: całkowity podbój Ukrainy; Ukraina: pełne oswobodzenie Krymu i Donbasu – które są nierealistyczne do osiągnięcia. Zatem rozstrzygnięcie nastąpi najprawdopodobniej przy stole rozmów, gdy osiągnąwszy pewne zdobycze terytorialne Rosja napotka na ultymatywną czerwoną linię, wyznaczoną przez Zachód, który z kolei będzie skłonny uznać określone nabytki Rosjan. Wynika z powyższego, że jednym z wymiarów wojny – a z globalnego punktu widzenia, problemem kluczowym – jest przyszły status i wpływy Rosji, ponieważ samo istnienie niepodległej Ukrainy jako państwa sojuszniczego Zachodu nie może już być przekreślone.

Gdy rozwiały się iluzje krótkotrwałego pokoju światowego i ostatecznego triumfu demokracji, powstał problem, jak określić rozchybotany system stosunków międzynarodowych. Nie był to już system dwubiegunowy, ale też hegemonia Stanów Zjednoczonych nie była totalna i niekwestionowana, a kontury nowego porządku nawet nie majaczyły jeszcze we mgle. Wówczas to porządek światowy definiowano trochę jak Boga w teologii prawosławia – przez negację. Ład międzynarodowy określano jako nieprzewidywalny, niestabilny, niepewny, niebezpieczny. W następstwie agresji Rosji na Ukrainę niebezpieczeństwo i nieprzewidywalność porządku światowego się pogłębiły. Ale poprzez kurz wojny wyłaniają się zarysy nowego ładu.

Niezależnie od wyniku wojny i Rosja, i Ukraina pozostaną elementami ładu europejskiego. Zachód stanie wobec zadania, w jaki sposób wkomponować oba państwa w system europejski. Ponieważ Rosja, jako państwo jądrowe, nie może być pokonana, musi być osłabiona na tyle, aby ograniczyła, przynajmniej na kilka dziesięcioleci, swoją zdolność do ekspansji. Nie zamykajmy oczu na tę oczywistość, że dla Rosji (historycznie, od czasów powstania Rusi Moskiewskiej) posiadanie głębi strategicznej na trzech głównych kierunkach było zawsze niezmiennym aksjomatem jej polityki zagranicznej. Oczywiście nie należy utożsamiać pojęcia głębi strategicznej tak, jak pojmuje je rosyjska doktryna, z banalną szarą strefą bezpieczeństwa; to różne pojęcia. Osłabienie Rosji, a zapewne także względne osłabienie całej Europy, w tym UE, przesunie ciężar ciężkości na megakontynencie euroazjatyckim w stronę Chin. Światowy system stosunków międzynarodowych ponownie będzie ciążył w stronę bipolaryzmu, z USA i ChRL jako biegunami, gdyż doświadczenie historyczne uczy nas, że tak zorganizowany świat nie jest wprawdzie lepszy, ale bardziej stabilny i przewidywalny niż ryzyko polianarchii.

Mirosław Słowiński, pisarz, producent filmowy: Nie wiem, czy pytanie, które się w naszej dyskusji bardzo często przewija – jak się ta wojna skończy? – ma optymistyczną odpowiedź. Niedawno generał Andrzejczak, były szef Sztabu WP, publicznie stwierdził, że Rosjanie wyciągnęli wnioski ze swoich porażek i że uczą się szybciej od swoich przeciwników. Ukraina tę wojnę przegrywa. Nie tylko ona, ale również Europa i NATO są w tej chwili, mówiąc krótko, w głębokiej defensywie.

Pytaniem, które tutaj powinno się pojawić, jest: jakie są tego skutki dla nas? Martwimy się Europą, Ukrainą, Rosją, a trochę mało było tutaj wątku polskiego. Osobiście uważam, że absolutnie kluczowe jest pytanie, czy tak naprawdę mamy wiarygodnych sojuszników na wypadek, gdyby doszło do ekstremalnie trudnego konfliktu. Obserwując naszą politykę zagraniczną, miałbym pewne wątpliwości.

Proszę panów, większość ziemi ukraińskiej jest pod kontrolą wielkich oligarchicznych koncernów zachodnioukraińskich. Moja teza jest taka, że ich interes w wejściu do Unii Europejskiej jest co najmniej wątpliwy. Oni robią teraz biznes życia, ponieważ nie mają żadnych rygorów, które nałożyłaby na nich Unia.

Historia ma swoje brutalne prawa. A jakie my mamy gwarancje, że świetnie wyszkolona armia ukraińska, opanowana przez Rosję, nagle nie stanie się naszym przeciwnikiem? Nie wiemy, jak to będzie, ale wiemy, czego się w Ukrainie nie mówi. Prezydent nigdy nie zająknął się w sprawach poważnych rozliczeń polsko-ukraińskich. Te braki wypowiedzi powinny być w naszej polityce traktowane z dużą powagą. Dlaczego nie brać pod uwagę scenariuszy skrajnie niekorzystnych dla nas? Nawet jeśli by je traktować jako historyczne political fiction.

Prof. Andrzej Małkiewicz, Uniwersytet Zielonogórski, współautor książki pt. Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023[1]: Z tym głosem muszę popolemizować. Po pierwsze, choć – jak w każdym kraju – i w Ukrainie można znaleźć takich, którzy nie widzą interesu w członkostwie w UE, to nie ulega wątpliwości, że jej władze prowadzą intensywne rozmowy w tej sprawie i dokonały już pod tym kątem wiele zmian swoich przepisów wewnętrznych. Jej przywódcy zapewniają – a osoby z kierownictwa UE to potwierdzają, że w wielu miejscach Ukraina spełnia unijne wymagania. Choć oczywiście wojna w tym przeszkadza. Z pozostałymi tezami też nie do końca się zgadzam, ale żeby nie przedłużać odniosę się tylko do jednej: rozliczenie przeszłości. Z ich perspektywy zbrodnia wołyńska nie była wielkim problemem. Oni tego nie rozumieją. Jestem historykiem, a dodatkowo, ponieważ moja rodzina pochodzi z Wołynia, mam też pewne moralne prawo do tego, aby wyrazić pogląd, iż na świat nie należy patrzeć przez pryzmat dawnych dziejów ani poprzez wariatów, którzy nie rozumieją dnia dzisiejszego; patrzmy na interesy! Inaczej nie powinniśmy współpracować z Niemcami, Węgrami, Szwecją, Litwą… Interes Ukrainy polega na jak najlepszych stosunkach z Polską i z Unią Europejską, a interes polski polega na jak najlepszych stosunkach z Ukrainą. Patrzmy w przyszłość.

Robert Smoleń: Ja także muszę zareagować w tym punkcie. Za bezpodstawne uważam kwestionowanie wiarygodności naszych sojuszy. Co się tyczy aspiracji społeczeństwa ukraińskiego do przynależności do UE, to najlepszym ich dowodem był drugi Majdan, na którym ludzie za tę sprawę ginęli. Jeśli chodzi o pytanie, czy ukraińska armia – która po wojnie bez dwóch zdań będzie jedną z najlepszych armii w Europie – nie zwróci się przeciw nam, to najtwardszą tego gwarancją będzie włączenie Ukrainy do struktur euroatlantyckich. I powiem też, że moim zdaniem kiedyś bardzo będziemy się wstydzić, jako naród, jednostronnego wprowadzenia embarga na produkty ukraińskie (zresztą przy złamaniu podstawowych zasad funkcjonowania wspólnego rynku). Zamknęliśmy granicę, przeszkadzając w ten sposób zaprzyjaźnionemu państwu w przeciwstawianiu się brutalnej agresji. Jest mnóstwo mechanizmów, którymi można było skuteczniej wesprzeć rolników – w sumie nieliczną grupę – którzy finansowo tracili na zniesieniu ceł.

Piotr Szymaniec, profesor Akademii Nauk Stosowanych Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu, współautor książki pt. Wojna nowego wieku? Agresja Rosji przeciw Ukrainie 2022–2023: Mam pewną wątpliwość wobec określenia, jakie tu padło, że wojna w Ukrainie jest dla Chin wojną peryferyjną. Ten konflikt być może wpycha Rosję w objęcia Chin, do którego to wepchnięcia Rosja już wcześniej sama była przygotowana mentalnie, kierując się w ten obszar Eurazji. Bo rosyjska wizja bezpieczeństwa i jej polityka zagraniczna miała i ma wychylenie w kierunku południowego podbrzusza – Chin, Indii. Putin i jego reżim sam się pozycjonuje właśnie w tym rejonie geograficznym czy geopolitycznym świata. Więc być może w tej chwili Chiny zdobywają pozycję drugiego hegemona na świecie.

Józef Bryll, prezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Serdecznie dziękuję wszystkim panom. Swoimi głosami potwierdzili panowie przynależność do zdroworozsądkowej elity, zdolnej do korygowania pewnych rzeczy zachodzących w naszej Rzeczypospolitej. Gratuluję też autorom książki, która wywołała tę dyskusję. Gdy to będzie możliwe, chcielibyśmy odbyć drugi akt tego spotkania w takim gronie. Dziękuję.

[1] Zob. recenzję na str. 114–116.

 

Niezależne media publiczne służą obywatelom, społeczeństwu i państwu, ale przede wszystkim demokracji. Media publiczne uzależnione przez formację polityczną, ideologię czy religię prezentują jednostronną wizję świata, antagonizują społeczeństwo i zwykle służą władzy autokratycznej lub wspierają budowę takiej władzy. Zasady prawa medialnego strzegące niezależności mediów publicznych były przez lata niekorzystnie zmieniane, by za czasów rządów PiS zupełnie przestać obowiązywać.

KRRiT do naprawy

Należy sięgnąć po zasady prawne zabezpieczające niezależność mediów z ustawy o radiofonii i telewizji w pierwotnym kształcie, wyeliminowane w późniejszych nowelizacjach.

Pierwszą z nich była rotacyjna wymiana jednej trzeciej składu KRRiT co dwa lata. Przyjęcie rozwiązania, że rządząca formacja wybiera cały skład Rady na całą kadencję posłużyło jej politycznemu uzależnieniu. Drugą zasadą było utrzymanie niezależności członków władz mediów publicznych od organu powołującego. Wybrani członkowie mieli wolne mandaty, nie kierowali się żadnymi instrukcjami. Wybierali członków rad nadzorczych spółek mediów publicznych, którzy po wyborze nie byli od nich uzależnieni i samodzielnie wybierali zarządy tych spółek. Nadzór KRRiT dotyczył przede wszystkim programu i przestrzegania innych wymogów ustawowych. Członkowie zarządów mieli również wolny mandat, niezależny zarówno od prezydenta, parlamentu, jak i członków KRRiT.

Biorąc to wszystko pod uwagę, należy przede wszystkim rozwiązać Radę Mediów Narodowych jako organ niezgodny z Konstytucją, co stwierdził wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 13.12.2016 roku w sprawie powoływania władz mediów publicznych. Kompetencje kadrowe RMN powinny wrócić do KRRiT – jako ciała konstytucyjnego. KRRiT nie spełnia jednak teraz wymogów niezależności opisanych na gruncie europejskiego prawa medialnego, jest skrajnie uzależniona politycznie, nie prowadzi nadzoru regulacyjnego zgodnie z wymogami ustawy. Działa w oparciu o pozaprawną koncepcję „pluralizmu” mediów, zgodnie z którą media publiczne sprzyjały rządzącym prowadząc batalię z komercyjnymi. Toteż należy mocą ustawy rozwiązać obecną Radę i powołać nową. Trzeba przy tym zwiększyć do sześciu liczbę jej członków (co rozwiąże problem większości wymaganej przy decyzjach koncesyjnych), przywrócić rotacyjną wymianę 1/3 jej składu osobowego co dwa lata oraz rozważyć społeczny system wysuwania kandydatów na członków Rady.

W celu umocnienia kolegialnego charakteru Rady należy zapisać w ustawie wymóg, aby wszystkie decyzje administracyjne jej przewodniczącego były następstwem uchwały Rady. Przewodniczący nie mógłby wydawać np. decyzji o ukaraniu nadawcy bez uchwały kolegium, czy nawet – jak to się zdarza – bez jej wiedzy. Oznaczałoby to też, że przewodniczący nie mógłby odmówić podpisania decyzji, za którą nie głosował, a która uzyskała w głosowaniu wymaganą większość.

KRRiT powinna wyłaniać w otwartych konkursach członków rad nadzorczych spółek mediów publicznych. Kandydatów mogłyby desygnować organizacje społeczne, związki twórcze, izby gospodarcze. Za właściwe trzeba uznać wnioski grupy ekspertów, spisane przez Karola Kościńskiego w materiale pt. Media obywatelskie – założenia ustawy o mediach służby publicznej z listopada 2023 roku. Prace Rady winny stać się jawne, powinna ona być otwarta na dyskurs z rynkiem medialnym. Jednak propozycję sformułowaną w powyższym opracowaniu, aby Radę można było odwołać po odrzuceniu sprawozdania rocznego tylko przez dwie izby parlamentu lub jedną izbę po potwierdzeniu przez prezydenta RP, należałoby odrzucić – sprzyjałoby to próbom odwołania Rady przy układach politycznych stwarzających taką możliwość.

Finansowanie mediów publicznych

System opłat abonamentowych jest w założeniach solidarną daniną publiczną wspomagającą ważny interes publiczny. W praktyce okazał się on niewydolny, źle egzekwowany i niemoralny. W istocie abonament płacą tylko ci, którzy w przeszłości zarejestrowali odbiorniki, często osoby starsze, emeryci. Oni także płacą kary nałożone przez Pocztę Polską, która pobiera opłaty abonamentowe w przypadkach, gdy z różnych powodów życiowych przerwą płacenie. Nie istnieje sprawny sposób sprawdzenia faktu posiadania odbiornika „gotowego do użycia”. Z ustawowej definicji odbiornika wynika, że wszyscy (lub prawie wszyscy) powinni płacić opłatę abonamentową. W praktyce robią to zwykle ci, którzy najmniej korzystają z internetu, a wręcz osoby wykluczone cyfrowo. Tę niesprawiedliwą opłatę utrzymał PiS przez cały okres sprawowania władzy. Głównie dlatego, że stanowiło to wygodny pretekst, aby media publiczne finansować z budżetu pod pozorem rekompensaty za ubytek opłat na skutek zwolnienia z tej powinności poszczególnych grup społecznych w latach minionych, bez ekwiwalentu we wpływach abonamentowych.

Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że nie ma sposobu reaktywowania sprawnego, akceptowanego społecznie systemu abonamentowego. Abonament powinien być ustawowo zniesiony, a zaległości tych, którzy niegdyś zarejestrowali odbiorniki, powinny zostać umorzone wobec braku możliwości egzekucji rzeczywistych zobowiązań tych osób, które nigdy go nie płaciły.

Propozycja wspomnianego dokumentu Media obywatelskie…, aby abonament zastąpić niższą, powszechną składką audiowizualną (którą objęci byliby podatnicy, czyli osoby pracujące lub prowadzący działalność gospodarczą) nie wydaje się właściwa. Dla rodzin, w których kilku dorosłych pracuje, suma składek audiowizualnych mogłaby okazać się wyższa, niż obecny „rodzinny” abonament. Poza tym należy spodziewać się silnego oporu wobec tej powinności, która dla dwóch trzecich dorosłych, niepłacących nigdy abonamentu, byłaby – może niedotkliwą – jednak nowością.

W tym stanie rzeczy wydaje się, że media publiczne powinny być finansowane z budżetu państwa. W ostatecznym rozrachunku nie ma przecież różnicy, czy płacimy podatek (quasi-podatek) bezpośrednio, czy pośrednio. System finansowania mediów publicznych powinien być tak skonstruowany, żeby gwarantować niezależność finansową tych mediów. Nie powinien opierać się na nakładach na media publiczne określanych w corocznej ustawie budżetowej, w której ich wysokość może być zależna od interesu politycznego większości parlamentarnej. Lepsze wydaje się być ustawowe zobowiązanie ministra finansów do przekazania na rachunek mediów publicznych (prowadzony przez KRRiT) odpisu od prognozowanych, kwartalnych wpływów z PIT i CIT, w określonym z góry procencie. Faktyczna należność byłaby korygowana podczas ustalania następnej, kwartalnej kwoty. Taki system byłby niezależny od konfiguracji politycznej i opinii aktualnego ministra.

Status prawny nadawcy publicznego

Nie ma wystarczających powodów do zmiany statusu prawnego mediów publicznych jako spółek skarbu państwa, z nadzorem właścicielskim odpowiedniego ministra i z wyłączeniem spraw programowych z obszaru jego kompetencji. Minister powinien zachować prawo do powoływania jednego członka rady nadzorczej celem bieżącego nadzoru na sprawami finansowymi spółki i jej kondycji ekonomicznej. Jego kodeksowe uprawnienia powinny być uzupełnione prawem do zgłaszania w ciągu roku obliczeniowego (niezobowiązujących władze spółki) uwag finansowo-ekonomicznych i propozycji z tego zakresu. Sposób ich wykorzystania byłby oceniany przez walne zgromadzenie.

Dotychczasowym, niestety ledwie dostrzegalnym problemem mediów publicznych, była ich komercjalizacja, prowadzona zwykle pod płaszczykiem realizacji powinności publicznych. Media publiczne walczą o miejsce na rynku, kierując się tymi samymi parametrami, co media komercyjne, czyli oglądalnością i wysokością wpływów reklamowych. Widać to przede wszystkim w przypadku rynku telewizyjnego, na którym od lat ścierają się trzy grupy telewizyjne związane z TVP, TVN i Polsatem. Rzecz w tym, że zgodnie z prawem europejskim pomoc publiczna przysługuje tym przedsiębiorcom, którzy realizują przedsięwzięcia niekoniecznie opłacalne rynkowo, ale ważne ze względów społecznych. Media publiczne korzystają z preferencji finansowych jedynie dlatego, że realizują (a w bieżącym stanie rzeczy – powinny realizować) programy trudniejsze, o wyższej wartości merytorycznej, warsztatowej lub estetycznej, bardziej specjalistyczne lub odpowiadające potrzebom tzw. kultury wyższej. Niczego złego nie ma w muzyce disco polo (szczególnie odpowiednio dawkowanej), ale konkurowanie w tym obszarze z komercyjnymi stacjami świadczy o kompletnym niezrozumieniu powinności służby publicznej i zasad finansowania mediów. Zapisy ustawy o radiofonii i telewizji, dotyczące programów mediów publicznych, okazały się niewystarczające. Potrzebne jest zatem bardziej precyzyjne określenie, jakie konkretne potrzeby społeczne powinny zaspokajać media publiczne i jakim programom powinny być one przypisane. Trzeba rozważyć kwestię zapisów precyzujących jakość programów (audycji) publicznych. Ze swojej natury takie wymogi są trudno weryfikowalne, dlatego bardziej precyzyjne kryteria oceny programowej powinny dotyczyć kanałów tematycznych. Ich tematyka jest bowiem obecnie przypadkowa, raczej dyktowana poszukiwaniem nisz rynkowych lub koniecznością utylizacji reklam.

Struktura mediów publicznych

Interesująca wydaje się propozycja z opracowania Media obywatelskie… dotycząca tego, by połączyć regionalne rozgłośnie radiowe Polskiego Radia i wojewódzkie oddziały TVP. Powstałyby silne, wojewódzkie ośrodki medialne, bliskie koncepcji społeczeństwa obywatelskiego i Polski samorządnej. Taka konwergencja pozwoliłaby na oszczędności administracyjne i organizacyjne. Kwestią do ustalenia pozostaje utrzymanie nazw tych jednostek jako znanych i uznanych na rynku marek. Według tej propozycji nowe podmioty medialne miałyby wspólny portal internetowy. Obecna warszawska centrala TVP z siedzibą na ulicy Woronicza w Warszawie pozostałaby stacją ogólnopolską. Podobnie jak Polskie Radio z siedzibą na stołecznej ulicy Malczewskiego, które ma krajowy zasięg.

Ogólnopolskie media publiczne powinny być nadawcami kilku programów, dyktowanych potrzebami społecznymi, określonymi w ustawie. W przypadku telewizji publicznej mogłyby to być trzy ogólnokrajowe, wielotematyczne, rozsiewane naziemnie (również w innych formach przekazu)i powszechnie dostępne programy:

– Program I – informacyjno-publicystyczny, poświęcony bieżącym wydarzeniom i poznaniu ich istoty w kontekście politycznym, ekonomicznym, gospodarczym, historycznym i narodowym;

– Program II – kulturalno-rozrywkowy, poświęcony sztuce, teatrowi, filmowi, muzyce (kulturze wyższej);

– Program III – społeczno-obywatelski, poświęcony aktywności społecznej, gospodarczej i kulturalnej małych ojczyzn, czyli miast, miasteczek i wsi.

Program III powinien być efektem współpracy programowej z koncesjonowanymi nadawcami lokalnymi.

Programy telewizji publicznej powinny być objęte zasadą must carry – must offer i mieć zagwarantowane pierwsze miejsca w zestawieniu stacji do wyboru przez abonenta. Również liczba kanałów tematycznych powinna być określona. Mógłby to być m.in. kanał naukowo-edukacyjny, którego zadaniem byłoby np. przygotowanie wraz z właściwym ministerstwem zdalnej edukacji dzieci i młodzieży na wypadek szczególnych okoliczności. A także kanał poradnikowo-zdrowotny, realizujący też zadania z zakresu zdrowia publicznego, oświaty seksualnej oraz propagowania zasad higieny i zdrowego odżywiania się. Ponadto oczywiście kanał sportowy, wraz z utrzymaniem zasady obowiązku transmisji naszych reprezentacji narodowych czy reprezentantów w imprezach najwyższej rangi. Warto byłoby utrzymać program Polonia, którego kształt powinien powstać w porozumieniu z Ministerstwem Spraw Zagranicznych.

Media publiczne w nowym kształcie powinny jednak zachować obecne prawa do reklam, wówczas groźba ich komercjalizacji byłaby mniejsza. Przerwy reklamowe nie powinny być uciążliwe dla widzów i słuchaczy. Rozważyć można zakaz reklam w weekendy i święta. Niekomercyjny charakter mediów publicznych skutkować może większym zróżnicowaniem treści reklam zlecanych różnym nadawcom. Wydaje się, że reklamy centralnych urzędów administracji państwowej i rządowej powinny być obligatoryjnie zamieszczane w mediach publicznych, finansowanych ze środków obywateli-widzów. Byłaby to pewna nowość, wprowadzająca jasność przekazu rządowego i uniemożliwiająca w pewnym sensie propagandę. Rozważyć należy możliwość uwzględnienia dochodów z reklam w wysokości środków przekazywanych z budżetu państwa. W związku z tym w ustawie medialnej trzeba byłoby uwzględnić dyspozycję prawną do wydania przez KRRiT rozporządzenia precyzującego podmioty zobligowane do zamawiania reklam u nadawców publicznych.

Skończyć z centralizmem!

Słabością polskiego rynku informacji jest jego centralizm. To po części efekt próby narzucenia społeczeństwu ideologicznej wizji państwa i umocnienia władzy stojącej na straży tej wizji. W praktyce działo się to kosztem społeczeństwa obywatelskiego i społeczności samorządowych, lokalnych. Tym należy tłumaczyć ustawową marginalizację małych nadawców lokalnych, którzy zgodnie z prawem traktowani są na równi z największymi, także międzynarodowymi, nadawcami komercyjnymi. Stąd wszystkie wymogi prawne i obciążenia, które nie mogą być pokryte z dochodów z lokalnych, płytkich rynków reklamowych. Koncesjonowani nadawcy lokalni to fenomen polskiego rynku telewizyjnego. Często swe istnienie zawdzięczają pasji, a wręcz poświęceniu konkretnych osób w służbie lokalnej społeczności. Pomimo faktu, że wymogi art. 21. ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczą lokalnych stacji, w praktyce zadania publiczne są realizowane przez nie w większym stopniu, niż w przypadku telewizji publicznej. Wydaje się, że obecnie, gdy doceniamy wartość społeczeństwa obywatelskiego i lokalnych społeczności, lokalni nadawcy powinni być objęci nowymi regulacjami prawnymi.

W ustawie medialnej należy uwzględnić definicję mediów lokalnych. Mogłaby ona precyzować je np. jako nadawców wielotematycznych koncesjonowanych programów telewizyjnych, związanych z lokalną społecznością, działających na rynkach o potencjalnej liczbie odbiorców nieprzekraczającej miliona (zasięg techniczny). Jeśli tacy nadawcy wykażą na ustalonej próbie programowej, że ponad 60% ich programu obejmują informacje, publicystyka i relacje o treści lokalnej – powinny nabywać prawa do podpisywania kart powinności, podobnie jak nadawcy publiczni, którzy to corocznie czynią i są zeń finansowo i merytorycznie rozliczani. Tym samym mieliby możliwość podpisania również umowy z trzecim programem TVP, którego społeczno-obywatelski charakter opierałby się na materiałach i treściach pozyskanych w drodze tej współpracy. Rozwiązanie takie pozwoliłoby utrzymać podmiotowy charakter finansowania programów misyjnych, z wykorzystaniem procedur już istniejących.

Sprawa nadzoru

Należy powołać nowy, oddzielny podmiot zajmujący się szeroko pojętą obsługą mediów publicznych, niezależnie od zadań programowych. W pewnym sensie byłby on wzorowany na rozwiązaniu funkcjonującym w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieją: NPR (National Public Radio) oraz CBP (Corporation for Public Broadcasting) i PBS (Public Broadcasting Sevice). Zakres obsługi powinien być przedmiotem dyskusji – na pewno nie chodzi o cenzurę, która konstytucyjnie jest w Polsce zakazana. Powinnością nadawcy publicznego powinien pozostać głównie program, a inne powinności, które mogą być prowadzone przez podmiot obsługujący media publiczne w sposób bardziej efektywny i ekonomiczne uzasadniony, powinny być mu powierzone. Mogłaby to być spółka Skarbu Państwa, podległa ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego, której zadaniem byłoby np. ustalenie w porozumieniu z nadawcami publicznymi niezbędnej dla ich potrzeb bazy produkcyjnej i emisyjnej oraz zagospodarowanie lokali i sprzętu ponadwymiarowego (poprzez sprzedaż, wynajem, przystosowanie do własnych potrzeb). A także produkcja lub obsługa programów radiowych i telewizyjnych, na zamówienie lub z własnej inicjatywy, po cenach promocyjnych dla nadawców publicznych, zaś rynkowych – dla nadawców komercyjnych. Wreszcie bieżąca obsługa emisji programów mediów publicznych w oparciu o umowy z operatorami telekomunikacyjnymi oraz usługi telemetrii. Osiągnięto by tą drogą stan oddzielenia technicznej materii od treści. I zburzono przy okazji „bizancjum środków trwałych”, które powinny być inaczej niż dotychczas zagospodarowane.

Rady programowe i dziennikarze

Dotychczasowe doświadczenia pokazują małą efektywność rad programowych, z których w nowych rozwiązaniach legislacyjnych należy zrezygnować. Nie ma potrzeby przenoszenia sporu politycznego do mediów publicznych ani swoiście rozumianego nadzoru polityków nad medialnym przekazem. Mogłoby je zastąpić jedno społeczne ciało (typu „rady wrażliwości społecznej”), złożone ze znawców medialnych, ekspertów i autorytetów moralnych w liczbie kilkunastu osób, działające przy KRRiT, oceniające wybrane programy na zlecenie Rady lub z własnej inicjatywy. KRRiT byłaby zobligowana do upowszechniania stanowiska tego ciała, choć nie powinno ono być dla Rady obligujące.

Niezwykle ważnym problemem jest status dziennikarza mediów publicznych, który po 8 latach poprzednich rządów szoruje po dnie i z trudem odzyskuje obecnie znaczenie. Wykonywanie tego zawodu powinno wiązać się z wysokim prestiżem społecznym i zawodowym, bycie propagandystą powinno być zarezerwowane dla innej profesji. Należy w ustawie medialnej określić wymogi formalne i deontologiczne stawiane dziennikarzom mediów publicznych. Po okresie stażowym dziennikarz powinien otrzymywać nominację na dziennikarza mediów publicznych, być może także składać przysięgę wierności służbie publicznej przed KRRiT. Z nominacją powinny wiązać się stosowne apanaże zawodowe; adekwatne zarobki, gwarancja pracy (niemożność zwolnienia z wyjątkiem zawinionych ciężkich naruszeń dyscypliny pracy), świadczenia socjalne, szkolenia. Również utrata tytułu dziennikarza mediów publicznych powinna być dotkliwa, a nawet stygmatyzująca. W mediach publicznych nie byłoby możliwości podpisywania kontraktów „gwiazdorskich” – jako wyjątkowo obrzydliwej patologii czasu przeszłego dokonanego.

Nakreślona tu koncepcja nie jest ostateczna ani kompleksowa. Wskazuje jedynie na kluczowe zagadnienia wymagające interwencji ustawodawcy. A jest pora po temu – obecna ustawa o radiofonii i telewizji, mimo swoich wielkich zalet, jest aktem matuzalemowym, wymagającym zmiany. Wierzę, że można tego dokonać, wychodząc naprzeciw nowym czasom.

Witold Graboś, członek KRRiT w latach 1995–2001 i 2010–2016.

Tegoroczne wybory samorządowe – wbrew większości sondaży przedwyborczych – nie przyniosły zasadniczych zmian na polskiej scenie politycznej. Pod pewnymi względami były one powtórzeniem wyborów parlamentarnych z października zeszłego roku (pierwsze miejsce Prawa i Sprawiedliwości, ale większość uzyskana przez koalicję demokratyczną, wyraźny podział na miasto i wieś oraz jeszcze bardziej wyraźny wpływ wykształcenia na wybór opcji politycznej). Buńczuczne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o rzekomym zwycięstwie brzmią w tym kontekście niepoważnie. W sejmikach wojewódzkich stan posiadania Prawa i Sprawiedliwości skurczył się do co najwyżej pięciu województw – w podlaskim utrzymanie się PiS u władzy zależy od tego, jak zachowa się jedyny radny wybrany z listy Konfederacji. Koalicja Obywatelska umocniła swą wiodącą pozycję, ale musi też mieć świadomość tego, że w dziesięciu województwach rządzić może jedynie w koalicji z Trzecią Drogą, w tym w jednym (łódzkim) także z udziałem Lewicy. Natomiast bezspornym powodem do zadowolenia dla koalicji demokratycznej jest sukces jej kandydatek i kandydatów w wyborach prezydentów miast.

Z tak zarysowanego obrazu sceny politycznej wynikają wnioski dla wszystkich głównych ugrupowań politycznych. Stosunkowo najprościej wyglądają one dla tak zwanej Zjednoczonej Prawicy. Nie poniosła ona druzgocącej klęski, co wróżyły jej dość liczne sondaże, ale nie zdołała wydobyć się z zapaści politycznej, którą spowodowała przegrana w październikowych wyborach. Czeka ją niemal pewna porażka w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, spotęgowana tym, że ten rodzaj wyborów zawsze przyciąga liczniej wyborców lepiej wykształconych, wśród których Prawo i Sprawiedliwość nie cieszy się popularnością. W nieco dalszej perspektywie są też przyszłoroczne wybory prezydenckie, które będą stanowiły dla prawicy poważny problem, między innymi dlatego, że w odróżnieniu od Koalicji Obywatelskiej nie ma ona w tej chwili kandydata tak znanego i popularnego, by mógł liczyć na sukces. Obóz prawicowy będzie więc trwał na pozycjach silnej, ale politycznie izolowanej opozycji, co w nieco dalszej perspektywie może prowadzić do jego dekompozycji, zwłaszcza w przypadku odejścia prezesa Kaczyńskiego.

Koalicja Obywatelska i oba ugrupowania Trzeciej Drogi ponownie przekonały się, że tylko działając razem, mają szansę na sukces. To się zapewne nie zmieni, gdyż istnieje w Polsce centrum polityczne, zbyt konserwatywne, by stopić się w jedną formację z przesuwającą się na lewo Koalicją Obywatelską, a zarazem zbyt silnie przywiązane do wartości demokratycznych, by sprzymierzyć się z Prawem i Sprawiedliwością. Współpraca KO i Trzeciej Drogi jest i pozostanie warunkiem obrony polskiej demokracji przed recydywą populistycznego autorytaryzmu i utrzymania silnej pozycji Polski w Unii Europejskiej. Współpracy tej może jednak zaszkodzić rywalizacja o stanowisko prezydenta. W wyborach 2020 roku Szymon Hołownia zajął trzecie miejsce, znacznie ustępując liczbą uzyskanych głosów Rafałowi Trzaskowskiemu. Gdyby teraz te dwa ugrupowania zdołały się porozumieć i wystawić wspólnego kandydata, byłoby to gwarancją ich sukcesu – zapewne już w pierwszej turze. Nie można jednak wykluczyć, że dojdzie do powtórnej rywalizacji między Trzaskowskim i Hołownią, w której najbardziej prawdopodobnym zwycięzcą okaże się prezydent Warszawy. Cokolwiek się stanie, sprawą dla polskiej demokracji bardzo ważną jest, by te wybory nie nadwyrężyły spójności obozu demokratycznego.

Lewica musi wyciągnąć wnioski z wyborów kwietniowych. Poniosła wyraźną porażkę. W procencie uzyskanych głosów (w wyborach do sejmików) powtórzyła marny wynik z 2018 roku, co oznacza stratę części poparcia uzyskanego w zeszłorocznych wyborach sejmowych. Podstawowy problem Lewicy polega na tym, że nie potrafi ona wyjść z głębokiego kryzysu, który zaczął się dwadzieścia lat temu i spowodował, że ta formacja została zepchnięta na margines sceny politycznej. Nie sprawdziły się oczekiwania, że odważna obrona praw kobiet, zwłaszcza w kontrowersyjnej kwestii zakazu aborcji, przełoży się na głosy oddawane na lewicowych kandydatów w wyborach. Wybory bowiem nie są plebiscytem w jednej – nawet bardzo ważnej – kwestii. Lewica słusznie walczy o zniesienie restrykcyjnego zakazu przerywania ciąży, ale nie powinna łudzić się, że ta jedna sprawa spowoduje radykalną poprawę jej pozycji politycznej.

Nie należę do tych, którzy winą za obecną kondycję lewicy obciążają wyłącznie jej kolejne ekipy kierownicze, choć nie zamykam oczu na popełniane przez nie błędy. Za najważniejszy uważam rozmazanie ideowego wizerunku lewicy jako ugrupowania łączącego sprawiedliwość społeczną z nowoczesną strategią gospodarczą, patriotyzm z zaangażowaniem europejskim, świeckość państwa z obroną praw kobiet, otwarcie na młodzież z szacunkiem dla starszego pokolenia, któremu prawica stara się odebrać dumę z osiągnięć Polski Ludowej. Powrót do tych wartości uważam za warunek niezbędny do odbudowania pozycji lewicy. Niezbędny – ale nie wystarczający. Lewicę od dłuższego czasu osłabia brak autentycznego życia wewnątrzpartyjnego, w tym demokratycznych mechanizmów wyłaniania kierownictwa na wszystkich szczeblach. Wyraźnemu wzrostowi poparcia dla lewicy wśród młodych wyborców nie towarzyszy proces odmładzania składu władz statutowych. Za najważniejszą zaś przyczynę obecnej słabości lewicy uważam brak poważnej refleksji nad tym, czym miałaby ona być w dającej się określić przyszłości. Takiej – trudnej, ale niezbędnej – debaty nie zastąpią nawet najzręczniejsze chwyty propagandowe.

Śmierć przyjaciół jest zawsze przedwczesna. A już zwłaszcza, gdy przychodzi tak nagle, niespodziewanie, przerywając niedokończone rozmowy i projekty, przekreślając umówione spotkania. Gdy przychodzi w wieku niespełna 67 lat.

Adam Kobieracki mógł uważać się za człowieka zawodowo spełnionego. Osiągnął właściwie wszystko, co może zdobyć pracą i talentem zawodowy dyplomata w służbie swojemu państwu: wielokrotnie kierował kluczowym w MSZ Departamentem Polityki Bezpieczeństwa, był przedstawicielem Polski przy ONZ i organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, dyrektorem wiedeńskiego Centrum Zapobiegania Konfliktom, wreszcie – pełnił funkcję zastępcą sekretarza generalnego NATO, najwyższe polityczne stanowisko, które dotychczas Polak zajmował w Pakcie Północnoatlantyckim. Gdy jednak rozmawiałem z nim, a przez kilkadziesiąt lat znajomości i wspólnej służby takie rozmowy były codziennością, Adam – zwłaszcza w ostatnich, ciemnych latach rządów PIS – nie krył rozczarowania i zawodu. Świadomość uzasadnionej dumy z dokonań w przeszłości zmagała się w nim z frustracją i poczuciem dojmującej krzywdy. Z niedowierzeniem i niepokojem patrzył, jak nacjonalistyczny prawicowy rząd marnotrawi wieloletni dorobek dyplomatyczny kraju, trwoniąc autorytet i powagę Polski w niezrozumiałych kłótniach z sąsiadami. Troskał się o kondycję polskiej służby zagranicznej, w której rozpychały się moralne i zawodowe miernoty z partyjnego nadania. Bolało go osobiste upokarzanie, gdy tuż przed warszawskim spotkaniem NATO pozbawiono go, największego w Polsce znawcy mechanizmów i procedur Sojuszu Północnoatlantyckiego, jakiegokolwiek wpływu na przygotowania do szczytu, dymisjonując ze stanowiska dyrektora departamentu w MSZ. Przez sześć lat były zastępca sekretarza generalnego NATO był skazany na bezproduktywne przekładanie nic nieznaczących papierów. Tylko choroba i przedwczesna emerytura zaoszczędziły jednemu z najwybitniejszych polskich dyplomatów dodatkowych afrontów, gdyż czekały go zsyłka do archiwum, a później zwolnienie z pracy pod pretekstem, wydumanym przez ministra Raua i jego ideologicznych mocodawców. Bo stokroć mają rację najbliżsi Adama, twierdząc, że ten bolesny okres w jego życiu nie pozostał bez wpływy na przedwczesną śmierć.

Biografia Adama, jego dokonania i sukcesy, jego wypchnięcie na margines dyplomacji odzwierciedlają historię najnowszą naszej dyplomacji i naszego kraju, wszystkie jej wzloty i jej wstydliwe stronice. Bo tworzyli ją tacy ludzie jak Kobieracki, wplatając swoje życie w los naszej wspólnoty, której imię Polska.

Pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Adam Kobieracki rozpoczął w innej epoce, w 1982 roku, gdy w Europie podzielonej na dwa bloki  Polsce wyznaczono miejsce po jej wschodniej stronie, w Pakcie Warszawskim. Pierwsze poważne doświadczenie dyplomatyczne Kobieracki zdobywał, uczestnicząc w składzie polskiej dyplomacji w rozmowach rozbrojeniowych o redukcji sil zbrojnych w Europie i o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie. Dyplomacja wielostronna jest sztuką samą w sobie;  zawodowi dyplomaci mówią, że „multilateralka” [od: multilateral, ang. – wielostronny), a dodatkowo jeszcze w kwestiach bezpieczeństwa i rozbrojenia, jest szkołą tak wymagającą, że po niej nie są straszne żadne inne wyzwania dyplomatyczne. Negocjacje blokowe wymuszają pozostawanie w gorsecie zobowiązań sojuszniczych i dobrego rozumienia surowych realiów geopolitycznych. I na tej ograniczonej, ściśniętej przestrzeni trzeba wywalczyć jak najwięcej miejsca na oddech dla swojego kraju. Tak funkcjonowała ówczesna polska dyplomacja – między przymusem geopolitycznym a interesami i ambicjami narodowymi.

Takie uniwersalne doświadczenie okazało się więcej niż przydatne kilka lat później, gdy Kobieracki – już jako dyplomata w wiedeńskim Przedstawicielstwie Polski przy ONZ i OBWE – negocjował adaptację Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie. Szef Przedstawicielstwa ambasador Jerzy Nowak mówił wówczas o nim jako o błyskotliwym dyplomacie z wielką przyszłością.

Gdy dokonywał się Wielki Przełom – ustrojowy w Polsce, geopolityczny, po rozpadzie ZSRR i Układu Warszawskiego, w Europie – zawodowi dyplomaci, znający nie po prostu języki obce, lecz owe specyficzne idiomatyczne, pełne technicyzmów, narzecze specjalistów od bezpieczeństwa i rozbrojenia, posiadający rozbudowane kontakty, byli niezastąpieni. Kobieracki miał jeszcze jeden atut: studiował w MGIMO, Moskiewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, uczelni kształcącej dyplomatów dla wielu państw. Adam nie tylko znal osobiście kolegów z Węgier, Czech, Rumunii czy państw bałtyckich. Znał Rosję i Rosjan. A dla Polski, tak czy inaczej skazanej na sąsiedztwo z wielkim, niekiedy trudnoobliczalnym mocarstwem jądrowym, taka wiedza jest po prostu bezcenna.

Dobrze wiedział o tym George Robertson, sekretarz generalny NATO, powierzając Kobierackiemu w 2003 roku stanowisko swojego asystenta (co w nomenklaturze NATO oznacza stanowisko zastępcy sekretarza generalnego). Polska była członkiem NATO dopiero od czterech lat, okres nieco krótki, aby komuś z nowego kraju członkowskiego powierzać tak odpowiedzialne zadania. Ale kierownictwu Paktu potrzebny był zawodowy rzutki dyplomata, który potrafiłby porozumieć się z Rosjanami, uspokoić nieco ich obawy, związane z rozszerzeniem Sojuszu.  Umiejętność prowadzenia dialogu z Moskwą była Sojuszowi niezbędna także dlatego, że NATO zaangażowane w operację w Afganistanie potrzebowało zgody Rosji i jej sojuszników na korzystanie z ich terytorium dla komunikacji z Afganistanem.

Znajomość obszaru posowieckiego, na których między nowo niepodległymi państwami tliły się liczne konflikty etniczne i graniczne, oraz przez lata cierpliwie budowane kontakty a także europejska już rozpoznawalność i renoma ambasadora Kobierackiego okazały się decydującymi atutami przy powołaniu go na stanowisko dyrektora Centrum Zapobiegania Konfliktom Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie czyli faktycznie osoby nr 2 w OBWE.

Adam Kobieracki wnosił do działalności NATO i OBWE nie tylko swoją doświadczenie zawodowego dyplomaty. Był przedstawicielem pokolenia, które przyczyniło się do płynnego przejścia Polski z Układu Warszawskiego do Paktu Północnoatlantyckiego, budując wiarygodność sojuszniczą naszego kraju. Był tego Przełomu orędownikiem i wykonawcą. Przykładem, jak wykorzystać racjonalną wiedzę o komplikującym się świecie dla poszukiwania formuły pokoju i bezpieczeństwa w Europie tak, aby jak tworzyć optymalne warunki zewnętrzne dla pozycji i rozwoju swojego kraju. Nie wiem, jakich wymówek musieli użyć ideologiczni kierownicy MSZ, aby w 2018 r. – gdy rozdawano tytuły wybitnego dyplomaty w związku ze stuleciem odzyskania przez Polskę niepodległości – pominąć Adama Kobierackiego i nie dostrzec jego zasług. To kolejna wstydliwa karta w najnowszych dziejach polskiej dyplomacji.

11 kwietnia, dzień pogrzebu Adama wydał się pogodny, słoneczny. Mały cmentarz na Służewie, gdzie spoczął Kobieracki, nie mógł pomieścić byłych i obecnych ministrów, oficerów wysokiej rangi, kolegów, podwładnych, przyjaciół i znajomych – wszystkich tych, którzy przyszli, aby swoją obecnością zaświadczyć swój szacunek i uznanie Adamowi i wesprzeć jego najbliższych. To była imponująca demonstracja pamięci.

MSZ, pod nowym już kierownictwem, po raz pierwszy od kilku lat zachowało się właściwie, oddając hołd Adamowi Kobierackiemu i godnie go żegnając. Pierwszą pożegnalną mowę wygłosił nad trumną Adama jego były współpracownik i wychowanek Robert Kupiecki, dzisiaj wiceminister spraw zagranicznych. Kupiecki mówił o swoim starszym koledze z uznaniem, szczerze i serdecznie. Mówił rzeczy słuszne i prawdziwe. To była dobra mowa. Ponieważ wiceminister Kupiecki przemawiał w imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to w jego mowie zabrakło tylko jednego słowa – Przepraszam. Dopowiedział je minister Radosław Sikorski, który kilkanaście dni później, w dorocznym exposé wygłaszanym w Sejmie RP, powiedział: „Jest mi przykro z powodu tych wszystkich członków służby zagranicznej, których dotknęły niesprawiedliwość i szykany ze strony resortu kierowanego przez polityków poprzedniego rządu.

Z Włodzimierzem CIMOSZEWICZEM rozmawia Robert SMOLEŃ

Robert Smoleń: Za nami pięć szczególnie burzliwych lat w historii Unii Europejskiej: była pandemia COVID-19, jest wojna tuż za granicą Wspólnoty, w wielu krajach w siłę rosły ugrupowania populistyczne i nacjonalistyczne. Ale odbyła się też Konferencja o przyszłości Europy, w ramach której przez okrągły rok obywatele dyskutowali o nowym kształcie Unii. Jaka była kończąca się właśnie kadencja z perspektywy posła do Parlamentu Europejskiego?

Włodzimierz Cimoszewicz: Wszystko zaczęło się jesienią 2019 roku od zaskakująco – przynajmniej dla mnie – dobrego exposé nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Była w nim mocna zapowiedź podjęcia wręcz historycznych zagadnień o ogromnym znaczeniu i ogromnej aktualności. Mam na myśli oczywiście Zielony Ład oraz Cyfrową Europę. W ciągu mniej więcej roku przyjęły one już postać dojrzałych programów.

Później te dwa główne wątki musiały być uzupełnione o to, co wynikało z konieczności sytuacyjnych. COVID w pierwszych tygodniach pandemii rozprzestrzeniał się błyskawicznie, a państwa były na to kompletnie nieprzygotowane. Służba zdrowia znalazła się w chaosie, brakowało wszystkiego, ludzie umierali tysiącami, a rządy podejmowały decyzje o gwałtownym zamykaniu granic – trochę jak w dotkniętej epidemią dżumy średniowiecznej Europie, gdy zatrzaskiwano bramy miast, licząc, że choroba przestanie się roznosić. To było naiwne i nieprofesjonalne, ale też dramatyczne, tragiczne: skazywano ludzi na śmierć. Komisja Europejska postanowiła działać. Pomagała w nawiązywaniu współpracy na poziomie ponadnarodowym w ograniczaniu pandemii, ratowaniu chorych. Z góry było wiadomo, że najważniejsze jest jak najszybsze opracowanie skutecznej szczepionki; w związku z tym Komisja wyłożyła duże pieniądze na badania nad jej stworzeniem i przeprowadziła negocjacje w sprawie jej zakupu.

Robert Smoleń: Czy powinno się z tego wyciągnąć wniosek, że polityka zdrowotna powinna zostać uwspólnotowiona? Wprowadzenie w całej UE jednolitego standardu, jednakowej jakości i dostępności usług medycznych byłoby odczuwalne przez obywateli, bardzo by Unię zintegrowało, zwiększyłoby mobilność jej mieszkańców.

Włodzimierz Cimoszewicz: Do tej pory Unia w zasadzie w ogóle nie miała kompetencji do działania w tym zakresie. W czasie pandemii Komisja Europejska musiała tworzyć precedensy. Osobiście jestem przekonany, że kompetencje w tej dziedzinie powinny zostać podzielone między Unię a państwa członkowskie. Gdy chodzi o politykę zdrowotną, reagowanie na zagrożenia o charakterze ponadgranicznym, decyzje powinny zapadać w Brukseli i Strasburgu. To na pewno leży w interesie krajów biedniejszych. Uwspólnotowienie standardów, upowszechnienie dobrych praktyk, kształcenie lekarzy (także np. z powszechną wymianą staży), badania i rozwój nad nowoczesnymi farmaceutykami i sprzętem, leczenie chorób rzadkich, ale także finansowanie opieki zdrowotnej na tym samym poziomie – z czasem powinno stać się codziennością.

Pojawiają się nowe zagrożenia dla zdrowia publicznego. Na przykład ostatnie ogólnoeuropejskie protesty rolników doprowadziły do wycofania się Komisji Europejskiej z decyzji o redukcji użycia pestycydów. W ten sposób bardzo niemądrze – w moim przekonaniu – postanowiono obniżyć standard ochrony zdrowia. Niestety, po powrocie Fransa Timmermansa do polityki holenderskiej nikt nie kontynuuje Zielonego Ładu z równym zaangażowaniem. Toczy się on siłą rozpędu, a kiedy pojawiają się przeszkody, stosuje się uniki – czasem kosztem kluczowych założeń. Tymczasem osiągnięcie neutralności klimatycznej jest absolutną koniecznością. Nie wolno tu czynić ustępstw.

Robert Smoleń: Innym zakłóceniem funkcjonowania Unii była konieczność reakcji na agresję Rosji wobec Ukrainy.

Włodzimierz Cimoszewicz: Tak, działania Unii musiały być skorygowane. Wkroczyliśmy na nowe pola. Unia udziela pomocy wojskowej, pomocy finansowej na cele wojenne. To działania niemające precedensu. Niedawno odbyliśmy bardzo trudne negocjacje międzyinstytucjonalne w sprawie wielkiego programu pomocy zwanego Ukraine facility. Parlament Europejski przedkładał szereg rozmaitych zapisów do wspólnego stanowiska, w tym moje postulaty dotyczące konfiskaty rosyjskiego majątku państwowego na rzecz pomocy dla zaatakowanego państwa. Rada Europejska stanowczo się temu przeciwstawiała. Finalnie zgodzono się na sformułowanie, że Rosja powinna zapłacić za wyrządzone szkody. Notabene Parlament przy okazji tych targów potrafił przeforsować inne elementy swojego stanowiska.

Tak więc zarówno z powodów związanych z ambitnym programem działania Komisji, jak i tych, które wynikały z niespodziewanych wydarzeń międzynarodowych, musieliśmy robić rzeczy, które na pewno nie były zaplanowane w chwili rozpoczęcia kadencji. Te pierwsze dawały dużą satysfakcję. W moim przekonaniu były trafnie zdefiniowane. Kwestie ekologiczno-klimatyczne w sposób oczywisty są życiowo ważne. Odniesienie się do dokonującej się rewolucji cyfrowej, w tym w zakresie sztucznej inteligencji (czym zajęliśmy się jako pierwsi regulatorzy na świecie), nagle stało się bardzo pilne. I w całkiem niezłym stopniu z tymi wyzwaniami sobie radziliśmy, w zgodnym współdziałaniu Komisji i Parlamentu Europejskiego. Nie jestem natomiast usatysfakcjonowany współpracą z Radą Europejską oraz składającą się z ministrów państw członkowskich Radą Unii Europejskiej. Rządy są najbardziej zachowawczym elementem całej konstrukcji europejskiej. Póki co ich większość jest niechętna zmianom, opiera im się, trzeba na nie wywierać duży nacisk.

Ze wspomnianą Konferencją o przyszłości Europy wiązałem bardzo dużą nadzieję, uważając, że autentyczne wysłuchanie głosów Europejczyków będzie sprzyjać wzmocnieniu integracji. Przeciętny dominujący pogląd wśród obywateli UE jest bowiem bardziej progresywny niż poglądy rządów. Niestety, Konferencja rozczarowała. Główną tego przyczyną była manipulatorska maniera doboru przedstawicieli społeczeństwa europejskiego. W debacie – żeby prowadziła ona do mądrych wniosków – muszą uczestniczyć ludzie mający więcej do powiedzenia. Widząc, że prace grupy zajmującej się polityką zagraniczną toczą się bez sensu, zaproponowałem uczestniczącym w nich innym europosłom (ze wszystkich frakcji) przygotowanie wspólnych propozycji. Tak zrobiliśmy. I… nic z tego zestawu nie zostało uwzględnione w ostatecznych wnioskach! Spisywali je wynajęci eksperci, niekoniecznie nawiązując do tego, co było przedmiotem debat.

Jednak generalnie, podsumowując, była to bardzo wartościowa kadencja. Jej doświadczenia nie są wyłącznie pozytywne, ale dorobek jest bardzo satysfakcjonujący – zwłaszcza jeśli realistycznie ocenimy, co było możliwe, a co nie.

Robert Smoleń: Czy Unia Europejska jest w lepszym stanie niż pięć lat temu? Na przykład uruchomiono instrument NextGenerationEU. A zawsze się mówiło, że uwspólnienie długów jest wielkim krokiem w stronę bardzo pogłębionej integracji, być może początkiem procesu federalizacyjnego.

Włodzimierz Cimoszewicz: Niewątpliwie w zderzeniu z tymi wszystkimi wyzwaniami Unia dowiodła swojej zdolności adaptacyjnej. A przecież mogła się potknąć o własne sznurowadła. Potrafiliśmy przełamać tabu dotyczące właśnie wspólnego długu. Tuż przed COVID-em, w pierwszym roku kadencji, jesienią 2019 r. w dyskusjach pojawiał się pomysł wyemitowania wspólnych obligacji UE na finansowanie rozmaitych programów. Wtedy było stanowcze „nie” ze strony niektórych państw. Parę miesięcy później ich wątpliwości straciły znaczenie. Z tego punktu widzenia powiedziałbym, że tak – Unia jest skuteczniejszym mechanizmem, niż to było kiedykolwiek w przeszłości. Ale czy wystarczająco skutecznym? To już zupełnie inne pytanie.

Robert Smoleń: Więc jak teraz powinniśmy ją zmieniać? Wiem, jakie są wyobrażenia większości (nawet jeśli niewielkiej) posłów do Parlamentu Europejskiego, bo dali temu wyraz w głosowaniu nad rezolucją w tej sprawie. Ale co jest w tej materii realne? Popatrzmy teraz pięć lat nie do tyłu, lecz do przodu. Z uwzględnieniem okoliczności, które mogą determinować globalną politykę: toczy się wojna tuż za granicą Unii Europejskiej, druga wojna w Strefie Gazy, napięcie wokół Tajwanu, Korea Północna, rosnące w siłę Chiny…

Włodzimierz Cimoszewicz: Wszystkie mające już miejsce konflikty oraz te prawdopodobne w nieodległej przyszłości są sygnałem tego, że świat wkroczył w epokę fundamentalnych zmian. Radykalnie się zmienia. W latach dziewięćdziesiątych, po upadku Związku Radzieckiego, stał się jednobiegunowy. Nawet przyjaciele Stanów Zjednoczonych obawiali się, że czeka nas długi, trwający być może dziesięciolecia, okres hegemonii amerykańskiej (pamiętam wystąpienie Aleksandra Kwaśniewskiego w Akademii Obrony USA, w którym powiedział: „Potrzebne nam jest wasze przywództwo, a nie wasza hegemonia”). Dzisiaj świat jest zupełnie inny. Jest zdecydowanie mniej stabilny, dlatego że pojawiło się wiele państw chcących zmienić układ sił. Mają one środki, żeby do takiej zmiany dążyć. A to oznacza mnożące się konflikty interesów i rosnące prawdopodobieństwo ich przeradzania się w otwarte konflikty, w tym także wojskowe.

Te wszystkie zdarzenia będą wywierały presję na Unię Europejską. Jeżeli dojdzie do jakichś poważnych konfliktów w Azji, w strefie Pacyfiku, sprawiających, że Stany Zjednoczone będę musiały zaangażować się w tamtej części świata znacznie bardziej niż do tej pory kosztem zaangażowania w stosunki euroatlantyckie, to oczywiście wymusi to na Unii działania równoważące. Jeżeli Rosja pokona Ukrainę, będziemy mieli do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem na granicy zewnętrznej UE. Jeżeli jej nie pokona i pozostanie dość daleko odsunięta na wschód, sytuacja będzie inna. I inne będą w związku z tym działania dotyczące na przykład rozszerzenia Unii Europejskiej. Jeżeli będziemy przyjmować nowe państwa, to będziemy musieli wiele zmieniać w politykach unijnych, bo to nie będą rozszerzenia łatwe do skonsumowania. Jeżeli nie będziemy przyjmowali, będziemy mogli zachowywać się bardziej konserwatywnie. Będzie mniejsza presja na zmiany.

Unia odgrywa rolę globalną w największym stopniu jako wspólnota ekonomiczna. Dodatkowo trzeba więc będzie jeszcze uwzględniać to, co będzie się działo w gospodarce światowej. Rewolucja cyfrowa i sztuczna inteligencja będą ją przewracały do góry nogami – nie tylko gdy chodzi o układ sił, ale też w odniesieniu do struktury gospodarki, struktury zatrudnienia. Zderzymy się z całkowicie nowymi problemami. W skali UE mogą pojawić się dziesiątki, jeśli nie setki milionów ludzi bez pracy, ze wszystkimi wyobrażalnymi konsekwencjami społecznymi i politycznymi. Trzeba będzie na to wszystko reagować.

W moim przekonaniu odpowiedź będzie polegała na jeszcze mocniejszej integracji, jeszcze lepszej, bardziej lojalnej, z myślą o wspólnym dobru, współpracy. A tym samym konieczna stanie się rewizja traktatów europejskich. Ci, którzy uważają inaczej, wydają się bagatelizować zachodzące w świecie procesy.

Robert Smoleń: Jaka Europa może realnie wyłonić się po zakończeniu lub – gorzej – zamrożeniu wojny wywołanej przez Putina? Kiedy (pewnie raczej niż „czy”) Ukraina zostanie przyjęta do UE i NATO? Czy Rosja będzie w stanie na to zareagować? Zapewne będzie to większe rozszerzenie, razem z Mołdawią i krajami Bałkanów Zachodnich; jak wtedy będzie musiała się zmienić Unia i jaki dokładnie status przyzna nowym członkom? Czy zdoła utrzymać surowy reżim sankcji nałożonych na Moskwę do czasu podporządkowania się przez nią normom prawa międzynarodowego? Czy stworzy własną, faktyczną tożsamość obronną, strategiczną autonomię i wspólną politykę zagraniczną? To wszystko wydaje się pilne, zwłaszcza w obliczu możliwego powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu.

Włodzimierz Cimoszewicz: Los tak chciał, że najważniejszą sprawą, jaką zajmowałem się w tej kadencji, była wojna w Ukrainie. Pracowałem w trzech komisjach Parlamentu – spraw zagranicznych, konstytucyjnej oraz badającej zewnętrzną ingerencję w funkcjonowanie demokracji w państwach członkowskich. Udało mi się m.in. wprowadzić do jednej z rezolucji PE pomysł na przeprowadzanie konsultacji ogólnoeuropejskich. W jakimś stopniu to była moja reakcja na wspomniane niepowodzenie Konferencji o przyszłości Europy. Uważam, że wzmocnieniu demokracji dobrze przysłużyłoby się, gdyby Europejczycy mieli na co dzień przekonanie, że są pytani i wysłuchiwani. Dzisiejsza technologia pozwala nam to robić bardzo sprawnie i przy bardzo niskich kosztach. Inną kwestią, której poświęciłem wiele czasu i energii, było przygotowanie gruntu do utworzenia tzw. Ethics Body, organu Unii do spraw „czystych rąk” – który ma przyglądać się, czy politycy i urzędnicy ze wszystkich instytucji UE zachowują się uczciwie i etycznie. To były trudne negocjacje i mam nadzieję, że na ostatnim posiedzeniu plenarnym, w ostatnim tygodniu kwietnia, Parlament ostatecznie zaakceptuje osiągnięte w tej materii porozumienie z Komisją Europejską.

Jednak bezsprzecznie najważniejsza była Ukraina i wojna. Gdy chodzi o negocjacje akcesyjne, także z Mołdawią, to nie są one najpoważniejszym problemem. Można, także przy zachowaniu wysokiego poziomu wymagań, przeprowadzać je sprawnie. Wystarczy rozmawiać nie co miesiąc, tylko co dwa tygodnie – i już dwukrotnie skraca się czas rokowań. Większym problemem będzie autentyczne, realne przygotowanie tych państw do członkostwa. Tutaj w moim przekonaniu żadnego przymykania oka być nie może. W odniesieniu do głównych unijnych zasad, w tym rządów prawa, demokratyzmu, nie można iść na żadne koncesje. I może się okazać, że nie jest łatwo. Dopóki wszystkie państwa członkowskie nie będą przekonane, że w sprawie korupcji Ukraina rzeczywiście jest już po drugiej stronie rzeki, dopóty nie zostanie ona przyjęta. Ukraińcy mogą liczyć na polityczne poparcie, na przyjazne uczucia i solidarność, ale nie na ustępstwa w odniesieniu do spraw podstawowych – bo to po prostu stanowiłoby zagrożenie dla samej Unii, dla jej funkcjonowania i istnienia. Niedawno bardzo otwarcie mówiłem to na spotkaniu z całym kierownictwem Rady Najwyższej w ramach tzw. Dialogów Jeana Monneta.

Nie wiemy, jak się to wszystko potoczy. Jeżeli wojna będzie trwała, Ukraińcom będzie znacznie trudniej spełnić warunki członkostwa. Gdy chodzi o NATO, to w mojej opinii nikt w Sojuszu nie zgodzi się na przyjęcie Ukrainy, która będzie w stanie wojny z innym państwem. Tutaj trzeba działać inaczej: udzielać Ukrainie skutecznej pomocy. Jeśli bowiem przegra, to w ogóle nie będzie mowy o rozszerzeniu. Jej porażka będzie polegała na zwasalizowaniu Ukrainy i nie będzie ona żadnym kandydatem do członkostwa.

Jeżeli uda się Ukrainie skutecznie pomóc, to wtedy – tak; wtedy będziemy o tym dyskutowali. W moim przekonaniu jej wejście do NATO byłoby ważne dla niej samej, ale też byłoby wielką wartością dla nas. Tym bardziej, że przegrana, poturbowana Rosja będzie państwem, w którym łatwo będzie wywoływać nastroje rewanżystowskie. Ludzie rządzący w Moskwie nie będą się chcieli pogodzić z porażką i w związku z tym będą szukali możliwości jakiegoś odwetu.

Państwa bałkańskie oczywiście nie mogą być potraktowane gorzej niż Ukraina. Jeżeli Kijów korzystałby z szybkiej ścieżki, to i one musiałyby się na niej znaleźć. Niektóre z nich powinny być przyjęte jeszcze przed Ukrainą, bo są zdecydowanie bardziej zaawansowane pod każdym względem. Ale są też takie, których przyszłość jest całkowicie niejasna.

Wyraźnie więc widać, że rośnie znaczenie wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej (polityka sąsiedztwa i otwarcia też jest jej elementem). Coraz ostrzej będzie się pojawiał problem efektywności procedur decyzyjnych w jej ramach. W moim przekonaniu konieczność odejścia od zasady jednomyślności jest oczywista. Ale trzeba byłoby je poprzedzić głębszą debatą wyjaśniającą ludziom w wielu krajach, dlaczego nie ma w tym nic niestosownego. Mówiąc o przyszłości Unii Europejskiej często odwołuję się do doświadczenia amerykańskiego. Gdy trzynaście kolonii ogłosiło niepodległość, stworzyły konfederację. Dopiero nieomal przegrana wojna (Ameryka cudem obroniła się przed Anglikami) doprowadziła do tego, że większość elit zrozumiała konieczność postępu, zmiany i przyjęto obecną konstytucję, która wprowadziła ustrój federalny. Więc być może jakiś kolejny kryzys czy zagrożenie bardzo poważnym kryzysem odciśnie się na świadomości społecznej.

Ale pamiętajmy, że dzisiaj świadomość polityczna poszczególnych społeczeństw jest kształtowana nie tylko przez dyskusje wewnętrzne, nie tylko przez opiniotwórcze środowiska polityczne, naukowe czy ze świata kultury, ale także przez zewnętrzne ingerencje, które są świadomymi, ukrytymi operacjami wpływu o ogromnym zasięgu i często ogromnej skuteczności. Sztuczna inteligencja, o której wspomniałem, będzie miała niestety także i ten skutek, że będzie ułatwiać złowrogie działania wymierzone przeciwko demokracji. Będziemy to odczuwać w naszych nastrojach i dyskusjach.

Robert Smoleń: Uda się stworzyć europejską tożsamość obronną? Nie w formie jednolitej armii, lecz na przykład wyznaczonych, ukompletowanych, wyposażonych i gotowych do użycia jednostek w państwach członkowskich, zdolnych do współdziałania w oparciu na wspólnych procedurach, najlepiej takich samych jak w NATO.

Włodzimierz Cimoszewicz: W bliskiej – kilkuletniej – perspektywie wszystko zależy od dwóch faktów: tego, jak zakończy się wywołana przez Rosję wojna i czy Donaldowi Trumpowi uda się powrót do władzy. Jeżeli Ukraina się obroni, a Trump nie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, to wydaje mi się, że wielkiego parcia na jakieś zasadnicze zmiany nie będzie. Doświadczenie ukraińskie powinno sugerować, że powinniśmy być lepiej przygotowani, ale w praktyce nadzwyczajnych zmian bym się nie spodziewał. W odwrotnym przypadku stanie się to dla Europy oczywistą koniecznością. Będziemy musieli doprowadzić wyszkolenie, organizację i współdziałanie wojsk do poziomu umożliwiającego bardzo szybką reakcję obronną, jeżeli któreś z naszych państw będzie zagrożone. Bo amerykańskiego wsparcia – zarówno ze względu na osobę przywódcy, ale także ze względu na ewentualną sytuację w Azji – nie będziemy pewni.

Robert Smoleń: Bardzo dziękuję.

Rozmowa odbyła się 4 kwietnia 2024 r.

Wiele słów już napisano o śmierci prezydenta Iranu, nie szczędząc na ogół słów krytyki i przypominając złowieszczy przydomek „Teherańskiego Rzeźnika”, jakim obdarzyło go wielu jego rodaków. Dyskurs polskich komentatorów został udomowiony nie tylko przez proste przytoczenie tyleż oczywistych co stereotypowych wyobrażeń jak wyżej, ale też sprowadzony do połajanek na poletku polityki wewnętrznej na temat formuły i treści kondolencji ze strony polskich władz. W pierwszym przypadku – stereotypizacji – nie brakowało wypowiedzi świadczących o słabym zrozumieniu irańskiego systemu politcznego i sprawowania władzy, w tym zwłaszcza roli prezydenta jak i Najwyższego Przywódcy. W drugim natomiast – sprowadzenia do zaścianka – pojawiające się również wyrazy oburzenia, że kondolencje w ogóle zostały wystosowywane, są smutnym dowodem niezrozumienia, że Polskę ze światem wiąże coś zupełnie innego, niż anachroniczne wyobrażenia.

Ebrahim Raisi był tyleż bezwzględnym prokuratorem rewolucyjnego sądu, co bezbarwnym prezydentem i fatalnym mówcą, który rozczarował nawet własnych zwolenników. W autorytarnym systemie władzy, gdzie  dodatkowo istnieje kilka wzajemnie kotrolujących się ośrodków, to właśnie radykalizm i brak skrupułów, a zatem również brak umiejetności zjednywania sobie zwolenników charyzmą i budowania w ten sposób własnego zaplecza politycznego, okazały się przepustką do kolejnych szczebli kariery politycznej. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu prominentnych postaci Republiki Islamskiej Raisi nie pochodził ani z wpływowej rodziny religijnej, jak pięciu bardzo wpływowych braci Larijani (Ali – były przewodniczący Madżlisu ma doktorat z filozofii Zachodu,  Mohammad Javad – były wiceminister spraw zagranicznych jest docenianym matematykiem, Sadegh – były szef systemu sądowniczego, Bagher – jest uznanym lekarzem, Fazel jest fizykiem i dyplomatą), których ojciec był wielkim ajatollahem, ani z wpływowego rodu kupieckiego jak Javad Zarif (były minister spraw zagranicznych), ani też nie był w przeszłości związany ze Strażnikami Rewolucji jak Ahmadinejad (były prezydent) i Ghalibaf (były mer Teheranu, możliwy kandydat na prezydenta w najbliższych wyborach).

Chamenei – sam wybrany na następcę imama Chomeiniego właśnie z racji swojej bezbarwności i braku zaplecza politycznego – odsuwał na bok każdego, kogo lojalność wobec niego nie była wyłączna i niepodzielna. Toteż popierał i promował Raisiego, jako kandydata na prezydenta dlatego, że Raisi, jako sędzia, przedstawiciel Przywódcy i szef sądownictwa, lojalnie mu służył, a przy tym sam nie miał realnej władzy ani swoich własnych zwolenników. Raisi był też idealnym kandydatem na prezydenta po tym, jak irański establishment uznał, że odejście administracji Trumpa od postanowień porozumienia jądrowego z Iranem (tzw. JCPOA), a więc utrzymanie koszmaru sankcji,  było z góry zamierzone, a zatem stanowiło oszustwo i drwinę ze zobowiązań, jakie w jego ramach wziął na siebie Iran. Wiele można mówić na temat istoty irańskich wyborów, ich wolności czy samej demokracji à la iranienne w islamskim wydaniu, niemniej Raisi wybory te wygrał zarówno z powodu rozgoryczenia zwolenników republiki islamskiej, jacy do wyborów poszli, by odsunąć nieudaczników, którzy dali się Zachodowi oszukać, jak i jej przeciwników, którzy uznali, że sytuacja jest i tak tragiczna, więc nie ma sensu głosować (frekwencja wyniosła wówczas 48,8% i była najniższa w historii wyborów prezydenckich w Iranie po rewolucji 1979).

Śmierć Raisiego stawia przed rządzącymi Iranem dwa bardzo istotne wyzwania. Po pierwsze zmienia rozkład sił w walce o urząd prezydenta. Radykałowie, których Raisi był reprezentantem,  do tej pory pewni, że w kolejnych wyborach to znów wygra Raisi, nie mają oczywistego i gotowego do natychmiastowego wystawienia kandydata. Po drugie Raisi był brany pod uwagę jako następca 85-letniego Chameinego. Stąd też jego śmierć tworzy próżnię nie w jednym, a w dwóch miejscach i stanowi znacznie głębsze naruszenie  dotychczasowej równowage sił wewnątrz establishmentu. Konieczne namaszczenie odpowiednich kandydatów a następnie przeprowadzenie wyborów w społeczeństwie od miesięcy politycznie rozedrganym jest tym samym dla władz w Teheranie nie lada wyzwaniem.

Przy wszystkich powyższych ocenach warto zwrócić też uwagę na inny, niezbyt oczywisty, a możliwy scenariusz. Paradoksalnie śmierć Raisiego może okazać się dla Republiki Islamskiej dobodziejstwem, gdyż daje szansę na wyrwanie się z marazmu bezbarwnej władzy wykonawczej. W 2021 roku Rada Strażników zdyskwalifikowała co bardziej kompetentnych kandydatów do wyborów prezydenckich, takich jak Ali Larijani, a sprawnemu w zarządzaniu teherańska metropolią Mohammadowi Ghalibafowi zabroniła startu. Jacy kandydaci ostatecznie zostaną zakwalifikowani zależy też po części, choć nie w pełni, od Alego Chamneiego. Najwyższy Przywódca już raz okazał pragmatyzm stawiając, po rządach populisty i enfant terrible polityki irańskiej Mahmuda Ahmadinedżada, na umiarkowanego Hasana Rouhaniego w 2013 i ponownie w 2017. Za wyborem tym przeważyć miała argumentacja obozu Rouhaniego, że pod ciężarem programu jądrowego gospodarka kraju w końcu upadnie, natomiast odstąpienie od niego wzamian za zniesienie sankcji gospodarczych jest grą wartą świeczki.

Kto stanie w wyborcze szranki dowiemy się prawdopodobnie niebawem.

(Juliusz Gojło – w latach 2010–2017 ambasador RP w Islamskiej Republice Iranu)

Guriev, D. Treisman, Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, Szczeliny, Kraków 2023 (tłum. Aleksandra Żak)

Jeszcze w końcu XX i w początkach nowego wieku dość powszechny był w euroamerykańskim kręgu kulturowym swoisty optymizm objawiający wiarę w powszechne – i szybkie – zwycięstwo w świecie demokracji liberalnej i neoliberalnego kapitalizmu. Symbolizowały go koncepcje „końca historii” Francisa Fukuyamy, w teorii ekonomii Friedricha Hayeka, apologia wolnego rynku Miltona Friedmana, w wielkiej polityce zaś – rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher oraz zjawiskowy wręcz upadek państw realnego socjalizmu na czele z ZSRR (1991).

Klimat ten niebawem się zmienił, gdyż szybko ujawniły się i spotęgowały strukturalne dysfunkcje neoliberalnego kapitalizmu, m.in. nierówności społeczne wewnątrz państw i polityczne między państwami, a także (od 2008 r.) kryzys gospodarczy, który ze względu na jego skalę można nazwać globalnym. Ożywiły się także tendencje populistyczne i autorytarne. Ironiści dostrzegli, że nawet F. Fukuyama i J. Sachs coraz częściej piszą smutne w tonacji i pełne niepokoju teksty o stanie spraw ogólnoświatowych. O tych problemach – zwłaszcza zaś o ewolucji współczesnego autorytaryzmu – traktuje omawiana tutaj książka nosząca tytuł: Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, wydana w Polsce w ubiegłym roku. Jej autorami są Siergiej Guriev (m.in. rektor Sciences Po w Paryżu, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie) i Daniel Treisman (m.in. University of California w Los Angeles). Pierwszy z jej autorów (z pochodzenia Rosjanin) jest z wykształcenia ekonomistą, profesorem pracującym w różnych europejskich instytucjach naukowych i gospodarczych, który – jak sam twierdzi – zagrożony aresztowaniem opuścił Rosję Władimira Putina. Drugiego zaś autora (z pochodzenia Amerykanina) nazwać można politologiem i ekonomistą, a także publicystą zajmującym się procesami demokratyzacji i polityką państw autorytarnych.

Najogólniej mówiąc, autorów prezentowanej tu książki cechuje interdyscyplinarne ujęcie analizowanej problematyki. Wykorzystują oni bogaty materiał empiryczny z różnych dyscyplin, a więc politologii, socjologii polityki, historii (zwłaszcza politycznej i gospodarczej) oraz ekonomii. Ich kompetencje spotykają się w próbach syntetycznego ujęcia ewolucji współczesnego autorytaryzmu. Zauważyć trzeba, iż autorzy rzadko posługują się zazwyczaj stosowanymi w literaturze przedmiotu określeniami dotyczącymi systemów politycznych, np. nowy autorytaryzm, łagodny autorytaryzm, demokracja nieliberalna, udawana demokracja czy też totalizm lub autokracja, które mają znaczenie zbliżone do zaproponowanych przez nich podczas analizy. Autorzy nie są powodowani dziennikarskim pragnieniem wprowadzenia w obieg efektownych terminów, lecz jak sądzę – przekonaniem o ich badawczej użyteczności. Porządkujące – a nawet kluczowe – znaczenie dla całości analizy tej książki ma przeciwstawienie „dyktatur strachu” „dyktatorom spinu” i stanowią próbę ich eksplikacji.

Te pierwsze obejmują autokracje, które dominowały w świecie do połowy XX w. i które obejmują także państwa w powszechnym rozumieniu totalitarne. Głównymi instrumentami władzy jest tam przemoc, indoktrynacja obejmująca wszystkie dziedziny życia, izolacja od innych krajów. Ogólnie rzecz biorąc, są one wybitnie represyjne, a ich modelowymi przykładami są systemy polityczne, które współtworzyli Józef Stalin, Adolf Hitler i Mao Tse-tung.

Natomiast „dyktatury spinu” zaczynają dominować współcześnie wśród państw niedemokratycznych. Charakteryzują je zaś następujące cechy:

– relatywnie mała (w porównaniu z „dyktaturą strachu”) represywność;

– możliwość działania partii opozycyjnych, odbywają się w nich wybory, choć zazwyczaj bez szans zwycięstwa opozycji w walce o władzę;

– znacząca rola mediów w sprawowaniu władzy;

– ograniczona cenzura.

Spin dyktator stylem bycia, sposobem działania, a także ubiorem przypomina prezesa korporacji, eksperta, profesjonalistę. Jego strojem nie jest raczej mundur wojskowy, lecz elegancki garnitur. Z wymienionych powyżej powodów, autorzy, mówiąc czasem o demokracji „udawanej”, mają na myśli odmienność tego systemu w porównaniu z innymi formami dyktatury i od państw demokracji liberalnej.

Autorzy podkreślają też, że jakkolwiek współcześnie obserwujemy często ewolucję od dyktatury strachu do dyktatury spinu, to nie można mówić o jednokierunkowo działających prawach, raczej o trendach czy tendencjach. Możliwe są też inne warianty rozwojowe, np. ewolucja od demokracji liberalnej w stronę dyktatury spinu (mówimy wtedy o upadku demokracji liberalnej) albo o ewolucji od dyktatury spinu do demokracji liberalnej (możemy wtedy odnotować proces powstawania demokracji).

Czasem możliwa jest także ewolucja od dyktatury spinu do dyktatury strachu. Przykładem mogą być rządy Nicolasa Maduro w Wenezueli, Recepa Tayyipa Erdoğana w Turcji po stłumieniu próby zamachu wojskowego czy W. Putina w Rosji po 2010 r. Piszę te słowa w chwili, gdy cały świat obiegła już wieść o śmierci w kolonii karnej działacza opozycji rosyjskiej Aleksieja Nawalnego.

Jednakże bodaj najciekawsze są w książce próby wyjaśnienia przyczyn tendencji rozwojowych, prowadzących do dyktatury spinu. Najogólniej mówiąc, działa tu zbiór przyczyn, nazywany przez autorów „koktajlem modernizacji”. Ma on różne „składniki”, do których należą rozwój społeczeństw postindustrialnych i związana z tym – w skali światowej – globalizacja przyśpieszająca procesy obiegu informacji i wpływająca na wzrost aspiracji. O wiele mocniej w wielu rozwiniętych społeczeństwach funkcjonują idee praw człowieka i w ogóle demokracji liberalnej. Nie znaczy to, że są one respektowane powszechnie i bez wyjątków. Sprawia to jednak, że otwartych wrogów demokracji pozostało w świecie niewielu, co wyjaśnia obecność na mapie politycznej wielu państw „demokracji udawanej”.

Podsumowując, stwierdzę, iż praca Gurieva i Treismana posiada wiele zalet, związanych nie tylko z erudycją ich autorów, lecz także wynikających z pomysłowości ich socjopolitologicznych analiz oraz umiejętności porządkowania nader bogatego materiału empirycznego. Walorem jest także odrzucenie tezy o jednokierunkowym rozwoju i przyjęcie w badaniu założenia o istnieniu mnogości możliwych opcji. Wiele może się jeszcze zdarzyć, doświadczenia zaś ostatnich 30 lat przekonują nas do tej konstatacji.

W prezentowanej tu pracy znalazłem też bliskie mi nuty optymizmu, który nazwałbym historiozoficznym i antropologicznym. Dotyczy on właściwości cywilizacji jako takiej, która uruchamia człowiecze możliwości rozwojowe. Autorzy powołują się na Norberta Eliasa i S. Pinka, a także Ronalda Ingleharta, który nawiązuje do prac Abrahama Maslowa na temat hierarchii motywów i rozwija teorię wartości postmaterialistycznych, dążenie do których cechuje tzw. społeczeństwa rozwinięte, zamożne.

Dostrzegając niemałe zalety prezentowanej tu publikacji i zachęcony do dyskusji, z formułowanymi w niej tezami, warto spytać: czy można by napisać ją jeszcze lepiej. Odpowiem: niewątpliwie tak, ale byłaby ona wtedy znacznie obszerniejsza. Warto byłoby uwzględnić (w kontekście zagrożeń demokracji i ewolucji systemów dyktatorskich) przynajmniej dwa istotne wątki:

1) Kwestię podłoża historycznego, np. poprzez analizę poszczególnych przypadków. Wiemy przecież np., jak wielką rolę odegrał brak tradycji demokratycznych w kształtowaniu się systemów demokratycznych Chin, Rosji oraz państw arabskich. Ten wątek podejmują – ukierunkowane na te kraje – różne teorie kontynuacji.

2) Szersze uwzględnienie historii transformacji postkomunistycznej pogłębiłoby z pewnością dokumentację poszczególnych przypadków, szczególnie podczas analizy konsolidacji demokracji i możliwych dla jej istnienia zagrożeń.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Co prawda do wyborów europejskich został równo miesiąc, ale karty mamy już rozdane- partyjne jedynki i dwójki są jak z żurnala mód, naprawdę jest w czym wybierać. Tuzy z obecnego i byłego rządu, obecni europosłowie, nawet spora grupka kandydatów jakoś już zapisanych w zbiorowej pamięci, żeby wspomnieć tu niezawodnego europosła Ryszarda Czarneckiego, stanowiącego od jakiegoś czasu intensywne tło dla występów Prezesa… Kandydaci tłoczą się na ekranach telewizorów, wyskakują z urządzeń przenośnych, powoli zasiedlają lodówki, szafy i garaże – aby o sobie przypominać na każdym kroku. A skoro tak to wygląda, to może mylne jest eksperckie przekonanie o toczącej się kampanii, że zwycięstwo w europejskich wyborach zdobywa się jedynie w bezpośrednim kontakcie z wyborcami?

No bo o czymże tu rozmawiać na europejsko- polskim bruku? Można by ostatecznie nieco poznęcać się nad rocznicowymi przemówieniami polityków na dwudziestolecie członkostwa w UE, ale czy warto, skoro nawet lokator Krakowskiego Przedmieścia nie zdobył się na przeprosiny za werbalne poniewieranie Wspólnoty przez lata swojej prezydentury? Telewizyjne przemówienia marszałka Szymona Hołowni czy sejmowo-wspominkowe prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego były dobrym, poważnym i rzeczowym skwitowaniem czasu przeszłego dokonanego i ludziom to w zupełności wystarczy. Prezydent Duda mógłby w ogóle nie zabierać głosu na ten temat, nikt by nawet tego zauważył.

Polacy na co dzień żyją raczej swoimi problemami, a z Unią Europejską mają bezpośrednią styczność wtedy, kiedy ze środków unijnych poprawią im drogę bądź wybudują basen. Czy do tego potrzebny jest nasłuch p. prezydenta albo kontakt wzrokowy, dajmy na to nawet z samym europosłem Ryszardem Czarneckim? Znam całkiem sporą grupkę inteligentnych i dość wykształconych obserwatorów życia politycznego, którzy uważają, że wybory czerwcowe odbędą się bardziej w sferze mediów i Internetu, czemu sprzyja nie tylko ordynacja wyborcza do PE, relatywnie mała liczba 53 posłów do wybrania, ale i temperament polityczny takich osób, jak Jacek Kurski czy Adam Bielan. Są specami w Zjednoczonej (?) Prawicy od brutalnej gry medialnej i tego na pewno w tych wyborach dowiodą; niestety na merytoryczne dyskusje nie będzie już miejsca ani czasu.

Kampania będzie toczona tam, gdzie jest największa szansa przebicia się do mediów – z Wiejską na czele, gdzie część kandydatów postanowiła budować swoją rozpoznawalność. No i będziemy mieć wysyp konferencji prasowych, briefingów, wypowiedzi oraz innych aktów strzelistych, byleby tylko skupić na sobie uwagę. Nie wykluczona jest nawet permanentna obecność na miejscu wspomnianego już europosła Ryszarda Czarneckiego, chociaż przecież jest to znany powszechnie mąż stanu, choć elektorat ma o nim raczej wyrobione zdanie.

Prowadzenie w takiej sytuacji Izby będzie mało komfortowe, wskutek składania wniosków i mnożenia wypowiedzi ponadregulaminowych. A przecież było już tak spokojnie, jeśli nie liczyć niezawodnego niszowego posła Jarosława Sachajki, składającego każdorazowo swoje propozycje do porządku obrad. Nawet po marszałku Hołowni widać było pewien niepokój, kiedy Sachajko się spóźniał ze swoją porcją wniosków. Obawiam się, że w przeddzień czerwcowej europejskiej elekcji posłowi przybędzie konkurencji, a marszałkowi okazji do użycia dzwonka, aby uciszać salę…

Na widoku co prawda mamy pewien punkt zwrotny, który może zaistnieć podczas procedowania prezydenckiego projektu ustawy o obronności państwa, ale to dopiero zapowiedź. Bo gdyby okazało się, że prezydencki projekt mimo większości koalicyjnej przeszedł pierwsze czytanie, poszedł do pracy w komisji obrony narodowej i miał szanse na zgodne uchwalenie, a wybory do PE rozstrzygnęłyby definitywnie o losach byłych posłów Kamińskiego i Wąsika, to jaki sens miałaby prezydencka praktyka obstrukcji wobec wszystkich ustaw, które wychodzą z Wiejskiej do jego podpisu? Wysyłanie ich hurtem w Aleje Szucha tylko z powodu Wąsika i Kamińskiego samo w sobie jest kuriozum, a tak kluczowa z punktu widzenia procesu legislacyjnego sprawa rozwiązałby się sama przez się…

O tym, czy w powyborczej rzeczywistości da się ułożyć na nowo obszar stosunków między Rzecząpospolitą a Kościołem Rzymskokatolickim, dyskutują: Mirosław CHAŁUBIŃSKI, Ewa DĄBROWSKA-SZULC, Mirosław KARWAT, Tadeusz KLEMENTEWICZ, Robert SMOLEŃ, Danuta WANIEK i Mirosław WORONIECKI.

Danuta Waniek: Jak pamiętamy, stosunki państwo – Kościół stanowiły jeden z wiodących nurtów ostatniej kampanii wyborczej, ze strony partii koalicyjnych padły istotne postulaty i obietnice, idące w ślad za oczekiwaniami wyborców PO, Trzeciej Drogi czy Nowej Lewicy. Najdalej szła w swych hasłach programowych Lewica, opowiadająca się zdecydowanie za państwem świeckim i przestrzeganiem praw kobiet, które w praktyce prawno-politycznej były systematycznie ograniczane przez prawicę na życzenie kleru.

Po ostatnich wyborach otworzyła się droga do zmiany relacji między rządem a Kościołem hierarchicznym. Wielu zwolenników polityki premiera Tuska obawia się jednak zbyt powolnego dokonywania zmian prawnych i to nie tylko z uwagi na różnice wewnątrzkoalicyjne w sprawach światopoglądowych (np. postawa PSL). Należy także brać pod uwagę zapowiadany przez prezydenta opór wobec niektórych rozwiązań ustawowych dotyczących praw kobiet. Andrzej Duda ujawnił już zastrzeżenia w kwestii pigułki „dzień po” (chodzi o ustawowe wyznaczenie granicy wieku w przypadkach jej zażywania – 15 czy 18 lat?). Prawdopodobne jest także wniesienie weta w odniesieniu do dopuszczalności przerywania ciąży do 12. tygodnia.

Z drugiej strony wyraźnie widać, że Kościół hierarchiczny nie zrezygnuje łatwo ze stanu swego posiadania. Nie zauważa zmiany społecznej, jaka się w ostatnich latach w Polsce dokonała. Mam tu na myśli szybko postępującą laicyzację, zwłaszcza wśród najmłodszego pokolenia wyborców, które już nie tylko nie pada przed księżmi na kolana, ale jest bardzo krytyczne w kwestiach wpływu duchowieństwa na bieżącą politykę państwa, sposobu pozyskiwania za bezcen dóbr materialnych, rozchodzenia się głoszonych „wobec bliźnich” wartości religijnych z przestępstwami seksualnymi kleru. Ujawnione przypadki pedofilii wśród księży i ich praktyczna bezkarność przeorały świadomość społeczną w sposób od dawna w Polsce nienotowany.

A mimo to Kościół hierarchiczny działa w myśl znanego hasła „Polacy, nic się nie stało”. Po staremu organizowane są rekolekcje w pomieszczeniach szkolnych, dyrektorzy nadal okazują bojaźliwość wobec decyzji proboszczów, a nauczyciele zobowiązywani są nadal do doprowadzania dzieci na msze do budynków kościelnych. Nie ma zgody kleru na zredukowanie liczby godzin lekcji religii w szkołach i przedszkolach, ani na to, aby lekcje religii odbywały się na początku lub na końcu zajęć. Na dodatek ze strony Ministerstwa Edukacji padają często wewnętrznie sprzeczne zapowiedzi planowanych zmian na gruncie prawnym. Właściwie nie jest jasne, na co szefowa tego resortu ostatecznie się zdecyduje i w jakiej kolejności.

Inną sprawą jest utrzymywanie nadal obecności kapelanów na etatach w administracji państwowej, a funkcjonują oni w straży pożarnej, w służbie więziennej, w policji, w straży granicznej, w szpitalach, wojsku, w Służbie Ochrony Państwa, a nawet w Krajowej Administracji Skarbowej. Rozwiązania te ewidentnie naruszają świecki charakter państwa. Problemem, który należałoby poważnie potraktować, jest obecność biskupstwa polowego w strukturach władzy wykonawczej RP, jak wiadomo – Ordynariat Polowy jest częścią Ministerstwa Obrony Narodowej. W systemie prawnym RP nie znajdziemy takiego przepisu, który stanowiłby podstawę dla akceptacji takiego rozwiązania. Nie doszło do zawarcia osobnego porozumienia władz RP z władzami kościelnymi w sprawie statutu Ordynariatu, chociaż takie postępowanie przewiduje konkordat z 1993 r. Wszelkie „instrukcje” i „dekrety” wydawane wcześniej przez biskupa polowego mają charakter jednostronny. Gdy dawno temu byłam wiceministrą obrony narodowej, odkryłam, że źródłem takiego usytuowania Ordynariatu była…. Bulla Jana Pawła II, czyli głowy Stolicy Apostolskiej.

Według zasięgniętej informacji, ogólne koszty utrzymania ordynariatów i kapelanów w skali roku oscylują dziś wokół 52 mln zł! Myślę, że jest to kolejne wyzwanie dla nowego rządu, ważne chociażby ze względu na sytuację międzynarodową, wywołaną agresją rosyjską na Ukrainę.

Mirosław Chałubiński: Podzielam sceptycyzm co do możliwości wdrożenia słusznych postulatów odnośnie do relacji państwo – Kościół. Nawet istniejące prawo nie zawsze bywa stosowane, a w ramach prawa można doprowadzić do cząstkowej przynajmniej realizacji rozdziału Kościoła od państwa.

Byłem sceptykiem jeszcze przed wyborami i w trakcie wyborów. Nie chodzi bynajmniej o cynizm polityków, którzy skłonni są przesadnie obiecywać, czy zwykłą grę polityczną – lecz o późniejszą możliwość realizacji programów i obietnic, gdy ma się już realną władzę. Przykładami mogą być sprawy aborcji czy sposobów finansowania Kościoła, edukacji. Pamiętajmy też o tym, że rządząca koalicja jest bardzo zróżnicowana pod względem światopoglądowym.

Ponadto w ciągu półtora roku trzykrotnie odbędą się wybory (samorząd terytorialny, Parlament Europejski, prezydenckie) i żadnej partii nie może zależeć na zrażaniu Kościoła, który w Polsce wciąż pozostaje ważnym podmiotem politycznym.

Tadeusz Klementewicz: Według amerykańskiego badacza kultu religijnego Phila Zuckermana, kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, ich obywatele cieszą się największymi swobodami, tam jest też wyższa jakość życia i większy dobrobyt. Ta prawidłowość załamywała się kiedyś w przypadku Irlandii, a obecnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki i w Polsce. Próbując wyjaśnić źródło tej lokalnej nieregularności, poszukujemy osobliwych czynników społecznych czy historycznych. No i właśnie tutaj szukałem podstaw tak charakterystycznej polskiej religijności, głównie o rytualnym charakterze.

Zacznę od przykładu idącego z góry, mianowicie chodzi o mentalność szlachecką ukształtowaną w dobie kontrreformacji. Symbolem w Polsce może być bohater sienkiewiczowski – Kmicic. Tymczasem zachodnioeuropejskim jego odpowiednikiem byłby wówczas Kartezjusz. Jak pisał kiedyś Artur Sandauer, polska kultura jest podszyta jezuickim konwiktem. Drugim czynnikiem braku dążeń emancypacyjnych świeckiego społeczeństwa wobec Kościoła i religii był brak polskiego, autonomicznego mieszczaństwa. Było ono albo pochodzenia niemieckiego, albo żydowskiego. Brakowało więc tej siły społecznej, która w innych krajach stopniowo naciskała na poszerzenie praw osobistych, wolności słowa, uwalniania różnych sfer życia społecznego spod opieki Kościołów. Taką instytucją stało się z czasem coraz sprawniejsze absolutystyczne państwo, którego w Polsce też nie było. To właśnie Kościół stał się jego namiastką czy protezą – przechowywał język, tożsamość zogniskowaną wokół religii, ułatwiał komunikację i trwanie wspólnoty.

Wpływ Kościoła na umysły jest największy w mniejszych, bardziej zamkniętych społecznościach. A faktem jest, że w Polsce stosunkowo duża część społeczeństwa to mieszkańcy miasteczek i wsi. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Kolejny czynnik jest wyjątkowo ważny. To tradycyjny konformizm Polaków, co najmniej dwustuletni brak odwagi cywilnej w życiu publicznym w efekcie koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy. Długie tradycje ma też masowe oddziaływanie religijne Kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy), a w ostatnich dekadach kult Papieża-Polaka darzonego, do niedawna powszechnie, uczuciem wzniosłości. Kościół wciąż podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej.

Jeśli więc weźmiemy te różne czynniki pod uwagę, staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego polityczni reprezentanci polskiej wspólnoty, w niczym praktycznie nie odbiegają od swoich wyborców. Co najwyżej, niektórzy klękają tylko na jedno kolano.

Ale jest jeszcze jeden ważny problem z religią i religijnością. Antropolodzy kulturowi wskazują na pewne napięcie między naszym oczekiwaniem wolności w sprawach przekonań moralnych i światopoglądowych a spójnością społeczeństwa, które wówczas powstaje. Okazuje się, że ewolucyjną rolą, którą religia odgrywała w różnych typach wspólnot, było tworzenie ducha długotrwałej współpracy i współdziałania wśród ich niespokrewnionych członków. Taka grupa, dzięki większej spójności, mogła odnosić sukcesy w rywalizacji z innymi, np. w wojnach plemiennych, w rywalizacji o terytoria łowieckie. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia. Dlatego spoiwo zbiorowej egzystencji, które wytwarzała religia, mimo irracjonalnych podstaw z punktu widzenia racjonalności poznawczej, jest cenne dla trwania wspólnoty. Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli partia ładu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Z kolei liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie – jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Miałbym jeszcze jedną uwagę dotyczącą miejsca teologii na publicznych uczelniach. Ten specjalny gatunek wiedzy, zwany nauką, konstytuują dwie zasady. Pierwsza – słabej racjonalności (inaczej intersubiektywnej komunikowalności), wymaga jasnego formułowania sądów o świecie. W świetle drugiej, mocnej zasady racjonalności, to co głosimy o świecie, musi przejść sprawdzian intersubiektywnej sprawdzalności. Tymczasem teologia każe „prawdy” przyjmować na wiarę. Swoje kadry Kościół powinien kształcić samodzielnie i we własnych ośrodkach. Natomiast politycy w rozstrzyganiu dylematów moralnych związanych z prokreacją, in vitro, prawami reprodukcyjnymi, związkami partnerskimi itd. – mają obowiązek stać na gruncie nauk medycznych i biologii, a nie teologii. Nie może w Polsce być dalej tak, że widok sutanny łamie nawet najsilniejszy charakter.

Ewa Dąbrowska-Szulc: Jako przewodnicząca Stowarzyszenia Pro Femina, jednej z organizacji, które utworzyły „Federę” (obecnie: Fundacja na rzecz kobiet i planowania rodziny), pesymistycznie oceniam posunięcia państwa, a konkretnie obecnie rządzącej koalicji. Statut SPF, zatwierdzony w listopadzie 1989 roku, daje się sprowadzić do jednego punktu: „prawo do aborcji na żądanie”. Na wszelakich protestach podkreślamy, że kobieta jest człowiekiem – zarodek nie!

Obawiam się, że politycy na dalszy plan odsuwają wywiązanie się z żądań, z jakimi do wyborów w październiku 2023 r. szły młode kobiety. Niestety, niemal wszystkich polityków charakteryzuje „lęk przed sutanną”. Młode wyborczynie są od nich odważniejsze, potrafią w swych protestach zachować się niemal obrazoburczo. Gdy po tych kilku miesiącach od wyborów przysłuchuję się wypowiedziom rządzących polityków, to odnoszę wrażenie, że dla nich nie jest ważne to, co mówią wyborczynie i niektórzy wyborcy, tylko to, co powie ksiądz na kazaniu.

Kler Kościoła Rzymskokatolickiego wie, że władza, odbierająca kobietom decyzję o swej rozrodczości, trzyma za gardło całe społeczeństwo. Nadal mamy taką sytuację, że w Polsce umierają ciężarne kobiety, bo lekarze nie ratują ich, kierując się „klauzulą sumienia”. Położnicy boją się proboszcza, który zarabia na chrzcinach i pogrzebie.

Sterowanie własną rozrodczością przez kobiety jest dla „urzędników pana B.” sytuacją nie do przyjęcia. Stąd utrudnianie dostępności do edukacji seksualnej i antykoncepcji, szczególnie ostatnio sprzeciw wobec pigułki „dzień po”.

Mizoginia Kościoła objawia się także w trudności prowadzenia prac naukowych w dziedzinach określanych jako gender studies, women’s studies. Mało kto odważał się prowadzić doktorat, w którym wystąpi słowo „feminizm”, bo to może być pocałunkiem śmierci. Pojawiały się żądania, by tę część socjologii i badań kulturowych zlikwidować na polskich uczelniach.

Mirosław Woroniecki: Trzeba zacząć od 1918 roku. Młode państwo w okresie międzywojennym, pomijając krótki okres rządu Ignacego Daszyńskiego, kształtowało się wyraźnie jako państwo ideologiczne i o wyraźnym profilu wyznaniowym. Po II wojnie światowej polska specyfika realnego socjalizmu wygenerowała model państwa, w którym z jednej strony mieliśmy promowaną szeroko w sferze publicznej ideologię władzy, a z drugiej strony ideologię narodowego katolicyzmu; przez znaczną część społeczeństwa był on traktowany jako alternatywna idea tożsamościowa, ale i sfera wolności. Po 1989 roku nie wyciągnięto żadnej nauki z obserwacji historycznych; w okresie pontyfikatu Jana Pawła II proces przemian ustrojowych w znacznej części odbywał się przy aktywnym udziale zarówno papieża, jak i hierarchów kościelnych.

Istotny wpływ na kształtowanie pozycji i znaczenia Kościoła katolickiego w Polsce miało uchwalenie ustaw wyznaniowych z 17 maja 1989 roku. Twórca intelektualny obu projektów, czyli profesor Michał Pietrzak,  z całą pewnością miał dobre intencje, jednak nie przewidział, że w Polsce mamy do czynienia z monopolizacją sfery wyznaniowej i dodatkowo ofensywą katolicyzmu kreowaną popularnością osobistą papieża, jego pozycją arbitra politycznego w sprawach krajowych oraz realnym naciskiem politycznym ze strony Watykanu. W 1993 roku nagle pojawia nam się, ni z tego, ni z owego, konkordat przyjęty niezgodnie z prawem. W efekcie daleko idącego kompromisu stworzona została Konstytucja, którą może wszyscy zachwycają się po dzień dzisiejszy, chociaż osobiście nie wiem dlaczego. Jej tekst wyraźnie uwidacznia wpływ Kościoła. Według mnie stworzyła ona autostradę do przyspieszonej klerykalizacji kraju.

Można wymieniać jeszcze wiele przykładów aktów prawnych, poza konkordatem i Konstytucją, które wprowadzają uprzywilejowanie religii i ich form instytucjonalnych w każdej nieomal gałęzi prawa, a że historycznie większościowy i ekonomicznie najpotężniejszy Kościół jest głównym beneficjentem uregulowań prawnych i długo jeszcze posiadać będzie wpływ na państwo, to władza państwowa – nawet wyłoniona w opozycji do narodowo-wyznaniowych partii prawicy – musi liczyć się z jego pozycją. Dotyczy to także, a może przede wszystkim całego systemu przysporzeń majątkowych zabezpieczających ogromne przychody tej instytucji, pozwalające cieszyć się poważnym wpływem w społeczeństwie także poprzez setki tysięcy ludzi związanych ekonomicznie z tą instytucją będącą poza strukturą administracji państwowej największym pracodawcą, zleceniodawcą, przedsiębiorcą. Wśród wielu przysporzeń największe znaczenie mają te w postaci nieruchomości pozyskiwanych za ułamek procentu wartości. Zwolnienia podatkowe, opłaty cmentarne, opłaty za usługi religijne, tradycyjna kolekta itp. W tym kontekście Fundusz Kościelny to zupełnie nieistotny fragment finansowania kościołów i związków wyznaniowych (ważniejszy znacznie dla wyznawców mniejszych religii).

Finansowanie Kościoła nie jest jedyną sferą, w której poszukiwać można sposobów na obniżenie jego znaczenia i pozycji w kraju, pod warunkiem jednakże zdecydowanego odejścia od ideologicznego – narodowo-wyznaniowego – charakteru państwa. W tym celu należy jednak nie tylko odbyć poważne studia nad prawem wyznaniowym, przeprowadzić pogłębione badania procesów laicyzacji, wprowadzać regulacje prawne likwidujące konfesyjny charakter stosunków społecznych (tam, gdzie jest to obecnie możliwe), ale i zbudować silne poparcie społeczne dla zmian wraz z promocją nowoczesnego pojęcia patriotyzmu w opozycji do narodowo-wyznaniowej tożsamości kształtowanej na mitomańskiej historiozofii i zaściankowej ksenofobii. Niestety, tej chęci wśród polityków obecnie rządzących nie widać.

Robert Smoleń: Zaskakuje mnie pesymizm, jaki jak dotąd dominuje w naszej rozmowie. Polska jest teraz w kluczowym momencie. Po ośmiu latach autokratycznego eksperymentu mamy teraz do czynienia z procesem odwrotnym. Odbudowujemy ustrój demokratyczny. To stwarza okazję do urządzenia państwa na nowo, właściwie we wszystkich obszarach. W tym wielkim procesie jest także obiektywna potrzeba wytyczenia należnego miejsca dla Kościołów, w tym Rzymskokatolickiego. Nie chodzi przecież o jakieś wojny religijne, tylko po prostu o znalezienie w ogóle instytucji wytworzonych przez społeczeństwo, funkcjonalnej niszy dla instytucji reprezentującej największą wspólnotę religijną.

Pozycja Kościoła słabnie. Wynika to z przemian społecznych, umacniania się postaw racjonalistycznych i rosnącej roli młodych pokoleń, które patrzą na Kościół obiektywnie – jak na inne instytucje w państwie i społeczeństwie. Na to się nakładają skandale w Kościele. Więc pozycja wyjściowa jest nie beznadziejna, tylko korzystna. Włącznie z konkordatem. Jak każda umowa międzynarodowa, może on być renegocjowany albo reinterpretowany (na przykład poprzez odwołanie się do jednostronnej deklaracji rządu W. Cimoszewicza z 1997 r.). Tym bardziej, że w Watykanie zasiada papież Franciszek.

Przy okazji: będę bronił Konstytucji z 1997 roku. Wszystko, co najgorsze, wydarzyło się zresztą przed jej uchwaleniem. Rzecz nie w tym, jakich słów użyto w ustępie 3 artykułu 25, lecz w tym, że państwo jak dotąd nie miało siły, by wdrożyć zapisaną tam ideę. Lepszej, nowocześniejszej, sprawiedliwszej konstytucji nie będziemy mieć albo w bardzo długiej perspektywie, albo… nigdy.

Pewne rzeczy można więc – moim zdaniem – zrobić. Przede wszystkim można ograniczyć transfery na rzecz Kościoła. Mówię o uszczelnieniu funkcjonowania spółek kościelnych, zaprzestaniu dotowania pieniędzmi budżetowymi lub unijnymi inicjatyw w rodzaju prowadzonych przez Tadeusza Rydzyka, urealnieniu PIT, CIT czy wprowadzeniu podatku od kościelnych czynności, które można uznać za czynności cywilnoprawne. Te kwestie majątkowe ludzi emocjonują i irytują. Drugim obszarem jest edukacja. Z jednej strony mamy tu do czynienia z problemem formacyjnym (który paradoksalnie wydaje mi się mniej istotny – bo młodzi ludzie coraz częściej nie chodzą na lekcje religii, a jeśli chodzą, to raczej nie poddają się oddziaływaniu), z drugiej – z wymiarem symbolicznym, chyba dla nas ważniejszym. Trzecią kwestią jest wizualna obecność elementów religijnych w sferze publicznej. Obecny rząd powinien być zachęcany do tego, żeby uznać poglądy filozoficzne czy religijne za prywatną sprawę każdego urzędnika państwowego, która musi być rozstrzygana we własnym sumieniu i nie powinna być wyrażana publicznie. I w końcu czwarty pakiet – prawa i pozycja kobiet, aborcja, model rodziny, przemoc w rodzinie, pedofilia. Stanowią one obszar bardzo nośny medialnie i na pewno w podejmowanych działaniach rząd nie będzie na straconej pozycji.

Ktoś musi te rozwiązania wprowadzać (albo nie wprowadzać), uzgodnić, przygotować itd. Teraz stoimy przed ciekawym testem na to, kto co może, kto ile potrafi. Wybory parlamentarne wykazały zaskakująco mocną pozycję Trzeciej Drogi. Nie wiadomo do końca, w jakim stopniu był to efekt sztucznie wspomagany (przerzucanie głosów w obawie przed nieprzekroczeniem przez nią progu). Ale dzisiaj ten wynik jest wykorzystywany przez konserwatywnych polityków tych formacji jako dowód, że to oni mają rację. Wybory samorządowe pokażą, jakie karty realnie mają w ręku poszczególne człony rządzącej koalicji demokratycznej. W tej sprawie akurat nie jestem optymistą. Lewica jest w trudnej sytuacji, PSL – mocny w lokalnych społecznościach. Po nadchodzących wyborach może się okazać, że siła Lewicy i jej pole manewru może osłabnąć, nie odwrotnie. I na koniec jeszcze powiem, iż nie powinniśmy oczekiwać, że to, o czym tu mówimy, samo się zrobi. Albo że politycy sami to zrobią. Presja społeczna jest potrzebna nieustannie – również na rząd demokratyczny i bliski naszym przekonaniom.

Mirosław Chałubiński: Odnośnie do opinii kolegi Smolenia. Mówiłbym raczej o relatywnym osłabieniu Kościoła w Polsce niż o słabości. Tu pamiętać trzeba o kontrowersyjnych próbach reform Kościoła papieża Franciszka, jak też udziale niektórych polskich hierarchów w skrywaniu afer pedofilskich. A także obecności Kościoła w sprawowaniu realnej władzy od 1989 roku.

Mirosław Karwat: W diagnozie obecnego stanu, jak i perspektyw odwrócenia procesów klerykalizacji życia społecznego w Polsce, mam uczucia mieszane.

Z jednej strony, rzeczywiście widoczny i odczuwalny jest impuls „przebudzenia” i emancypacji kobiet, z kulminacją w fali protestów pod znakiem błyskawicy (Strajku Kobiet) i oczywiście w wyborach 2023, co widać zwłaszcza w młodym pokoleniu. Ale też wśród młodych mężczyzn ci postępowi bynajmniej nie dominują.

Z drugiej strony, wymowny jest dzisiejszy impas w rządzącej koalicji, która zastąpiła autorytarno-klerykalne rządy „Dobrej Zmiany”. Jak widać, ta silna presja na rzecz laicyzacji życia społecznego i państwa nie przebija się w „woli politycznej”. Po raz kolejny potwierdza się rozbieżność między natężeniem i zasięgiem określonych dążeń społecznych (w tym wypadku – progresywno-modernizacyjnych, przeciwnych mentalnym, obyczajowym i prawnym anachronizmom) a ich odzwierciedleniem w politycznych (partyjno-parlamentarnych) reprezentacjach i w układzie sił politycznych. Nasuwa się tu wręcz porównanie do filtrowania czy wytłumienia dążeń do zmiany, na fali których wyrasta większość parlamentarna i rządowa, które jednak po objęciu rządów dla części liderów i establishmentu partyjnego wydają się zbyt radykalne, kłopotliwe. Taki grzech niereprezentatywności społecznej w ukierunkowaniu i jednoznaczności prowadzonej polityki, „wygaszania” oczekiwań i nacisków społecznych towarzyszy III RP od początków do chwili obecnej.

Mamy, co prawda, pierwsze jaskółki (okaże się, czy one „czynią wiosnę”). Jako przykład ruszenia z miejsca potraktujmy zapowiedź ministry Leszczyny, że skończy z sobiepańską „klauzulą sumienia” w praktyce działania lekarzy ginekologów i szpitali.

Ale wskaźnikiem rzeczywistego oddzielenia Kościoła od państwa, przezwyciężenia asymetrii w ich stosunkach narzuconej faktami dokonanymi przez konfesyjnie i wręcz klerykalnie zaprogramowane formacje polityczne, byłoby wykonanie dwóch zadań, jako swoistych testów zapewnienia zgodności stanu rzeczy z Konstytucją. Jedno z nich jest formalnie mniejszego kalibru, a drugie ma już charakter systemowy, ustrojowy.

Czy doczekamy kiedyś „męskiej decyzji” w sprawie krzyża w sali obrad Sejmu, zawieszonego cichcem, nawet nie z powołaniem się na uchwałę większości parlamentarnej (co i tak byłoby aktem sprzecznym z konstytucyjną zasadą i obietnicą neutralnego światopoglądowo charakteru państwa) i nadającego temu miejscu znamiona państwa wyznaniowego? Choćby w postaci pośredniej, kompromisowej formy zrównoważenia jego obecności symbolami innych wyznań. Cóż dopiero pomyśleć o klerykalnym „znaczeniu terenu” w szpitalach, urzędach, szkołach?

Czy doczekamy – tym bardziej – choćby renegocjacji, jeśli nie wypowiedzenia konkordatu? W tym kontekście wróćmy do czynnika oczekiwań społecznych i społecznej presji. Skonfrontujmy z nimi nie tylko tak przełomowe decyzje – punkty zwrotne, ale również takie, które są w zasięgu możliwości i wyobraźni pragmatycznej.

Nie przypadkiem kwestia nauczania religii w szkołach „buksuje”, skoncentrowana na takich sprawach detalicznych i pochodnych jak liczba godzin, oceny na dyplomach szkolnych i umieszczenie tych zajęć na początku lub na końcu dnia szkolnego. A w zawieszeniu lub impasie pozostaje kwestia zasadnicza: czy w ogóle katecheza powinna być prowadzona w budynku szkoły publicznej i to w charakterze przedmiotu nauczania, wyłączonego spod programowego, jak i metodycznego nadzoru władz oświatowych. Jest tak po pierwsze dlatego, że przeniesienie tej indoktrynacji religijno-kościelnej do sal katechetycznych przy parafiach łączy się z niewygodą, utrudnieniami dla rodziców, także tych, którzy – choć są wierzący – woleliby świecką szkołę. A po drugie dlatego, że dla znaczącej (choć może już nieprzeważającej) części środowiska nauczycielskiego – niech nas nie zmyli jego bunt w kwestiach wynagrodzeń, warunków awansu, interesów i praw pracowniczych, autonomii programowej – postulat rozdzielenia (także w przestrzeni) wiedzy i wiary jest zbyt radykalny.

Danuta Waniek: Dziękuję Państwu za tę wymianę poglądów i racji po raz pierwszy w tym gronie. Warto obserwować zjawiska, które towarzyszą laicyzacji polskiego społeczeństwa, bo w nich jest wielka nadzieja. Chcemy, aby refleksje na ten temat regularnie pojawiały się na łamach „Res Humana”.

Nieskrócony zapis powyższej dyskusji jest dostępny w wersji audio w zakładce „Podcasty”.

Jesteśmy w Polsce po wyborach samorządowych. Wszędzie wciąż wiszą wyborcze plakaty, zewsząd słychać podsumowania, analizowanie wyników i frekwencji, jednak niczego to nie zmieni. Wymiana jednych radnych na kolejnych, którzy niczym nie będą się różnić się od swoich poprzedników, nic nie da. W Polsce trzeba najpierw zmienić zasady gry, a dopiero potem ludzi.

Polska niemal na każdym szczeblu administracji państwowej jest zarządzana przez osoby co najwyżej przeciętne, w dodatku uprawiające prywatę, niekompetentne i niehonorowe. Coraz trudniej żyje się w gąszczu niestabilnych przepisów, wciąż komplikowanym systemie podatkowym i przy merytorycznej słabości piątej władzy, którą jest biurokracja.

To jest przecież nasza Polska.

Dlaczego od setek lat nie umiemy jej właściwie ustawić? Co z nami jest nie tak? Dlaczego tak wielu młodych Polaków (tych mądrzejszych i bardziej aktywnych) myśli o emigracji do krajów lepiej funkcjonujących? Dlaczego tak wielu tych najlepszych Polaków już wyjechało i budują swoje szczęście w krajach lepiej zarządzanych niż Polska, przy okazji wzmacniając te państwa swoimi umiejętnościami? Takich Polaków są miliony – żyją w Nowej Zelandii, Australii, Norwegii, Niemczech, Szwajcarii, Kanadzie czy USA.

Czy możemy coś jeszcze zrobić?

Analiza

W Polce jest 16 miast wojewódzkich, 314 powiatów ziemskich i 66 miast na prawach powiatu, 2477 gmin (w tej liczbie są 302 gminy miejskie, 711 miejsko-wiejskich oraz 1464 – wiejskie). Rady gminne, powiatowe i miejskie liczą od 15 do 60 osób (Warszawa), do tego sejmiki wojewódzkie liczące 30 radnych w województwach do 2 mln mieszkańców oraz dodatkowo po trzech na każde rozpoczęte 0,5 mln mieszkańców.

W większości tych rad i sejmików ich radni sami sobie (!) wywindowali diety do maksymalnego poziomu dopuszczalnego w ustawie.

Można przyjąć, że obecnie radny otrzymuje średnio nie mniej niż 3000 zł miesięcznie.  To tylko bezpośredni koszt samych diet. Bez zwrotu kosztów z tytułu posiedzeń komisji, wyjazdów studyjnych, szkoleń itp. Do tego dochodzi etatowa obsada biur obsługi z sekretariatami przewodniczących, koszty ogólne prowadzenia biur, obsługi korespondencji etc.

Samo utrzymanie radnych szczebla podstawowego (ich armia liczy w Polsce około 50 tysięcy ludzi!) kosztuje nas blisko 300 milionów złotych miesięcznie, a koszt funkcjonowania rad powiatów i sejmików wojewódzkich to, lekko licząc, drugie tyle. Mnożąc te sumy przez 12 miesięcy, daje to nam kwotę około 7 miliardów złotych. Przez pięcioletnią kadencję to grubo ponad 30 miliardów złotych!!!

Tylko w Czeladzi, niewielkim mieście w woj. śląskim, które liczy niespełna 30 tysięcy mieszkańców, w czasie jednej kadencji władz samorządowych wydanych zostanie ponad 7 milionów złotych! I w tej Czeladzi, i w całej Polsce są to zmarnowane pieniądze!

Profity czerpią jedynie ci szczęśliwcy, którym udało się uzyskać mandat. Większość tych farciarzy nie ma pojęcia nie tylko o budżecie gminy i jej kompetencjach, ale o zadaniach i uprawnieniach rady, zaś „praca” radnego czy radnej sprowadza się do cyklicznego uczestnictwa w posiedzeniach komisji i sesjach zaledwie raz w miesiącu. Niektórzy próbują coś robić na własną rękę – najczęściej sprowadza się to do prostych interwencji pomocowych na rzecz zgłaszających potrzeby mieszkańców albo zwracaniu uwagi władzom wykonawczym na usterki komunalnej infrastruktury. Wszyscy zaś dbają o własny PR, podpinając się pod efekty działań władz wykonawczych. W radach nie ma przedsiębiorców, menedżerów, prawników, rzemieślników. Dominują gminni nauczyciele oraz pracownicy przeróżnych struktur gminnych czy powiatowych.

Nie byłoby żadnej istotnej różnicy w funkcjonowaniu danej gminy, gdyby tej rady po prostu nie było.

W większości polskich gmin ich włodarze są największymi pracodawcami. To w gestii wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast (starostów i marszałków województw także) są w danej gminie setki „stołków” do obsadzenia – w tym tak atrakcyjne jak miejsca w radach nadzorczych przeróżnych samorządowych spółek (kiedyś to były po prostu podległe wójtowi/burmistrzowi/prezydentowi podmioty budżetowe). W przykładowej Czeladzi jedna z dwóch zastępczyń burmistrza (po co aż dwie w tak niewielkim mieście???), odpowiedzialna za sprawy komunalne, jednocześnie bierze co miesiąc niemałe pieniądze za to, że jest członkiem rady nadzorczej miejscowej spółki dostarczającej mieszkańcom wodę, co przecież i tak ma w zakresie obowiązków!

W takiej sytuacji włodarze bardzo łatwo „kupują” sobie radnych, którym przecież formalnie podlegają! Pewnie na palcach jednej ręki można policzyć w Polsce gminy, w których wójt nie ma w radzie liczebnej przewagi swoich ludzi. Niezależnie od procederu kupczenia stanowiskami (także dla rodzin radnych i także w ramach wymiany stołków z sąsiednimi gminami), obecnie w Polsce radnymi są przede wszystkim pracownicy sfery budżetowej.

We wspominanej Czeladzi przewodniczącym rady miasta jest człowiek, który do niedawna był podległy burmistrzowi jako kierownik działu w miejscowym MOPS-ie. Przed nim przewodniczącą była pracownica miejskich struktur, podległa prezydentowi sąsiedniego miasta. Do tego należy dodać kilkoro nauczycieli miejscowych szkół i nieustaloną liczbę pracowników struktur miejskich i powiatowych. Przedsiębiorców, menedżerów, lekarzy, prawników: zero!

Taki stan rzeczy utrzymuje się od lat w większości rad w całej Polsce.

Poza tym każdy z włodarzy ma do dyspozycji aparat miejskich urzędników, w tym wydział promocji z przeróżnymi możliwościami kształtowania opinii. Może zatem budować wśród mieszkańców, w większości niemających pojęcia o funkcjonowaniu gminy (gros Polaków nie rozróżnia pracowników urzędu miasta czy gminy od ich radnych), przekonanie o jego sprawczości i tym samym zagwarantować sobie stołek na kolejną kadencję.

W przywołanej gminie sprytnie wylansowano hasło: „Czeladź pięknieje”. Mieszkańcy bezkrytyczne i bez analizowania faktów zaczęli powtarzać je jak mantrę, budując tym samym pozycję burmistrza, przedstawianego w roli zbawcy i dobrodzieja. Za ciężkie pieniądze wyremontowano pewną liczbę miejskich nieruchomości, które przekształcono w centra aktywności społecznej, muzea czy inne obiekty komunalne, co ostatecznie raczej pogrąży Czeladź finansowo, bo znacząco zwiększą się wydatki budżetu miasta. Kosztem poprawy jakości życia mieszkańców i realizacji zadań gminy finansowane są przysłowiowe igrzyska. Co tam dobra woda w kranach, co tam drogi – ludzie kochają burmistrza, który na stanowisku dyrektora miejskiego muzeum (od kilkunastu lat „w budowie”) zatrudnia swoją małżonkę – emerytkę.

W efekcie sprytnie wodzony za nos naród uwielbia swojego włodarza, a ten, jak już raz wygra wybory, to nie popuści. Startowanie do rywalizacji z nim to strata czasu i pieniędzy. Urzędujący wójtowie, burmistrzowie i prezydenci są wręcz przyspawani do stołków i w wielu gminach (w tym roku w Polsce ok. 40 procent) nikt nawet nie próbuje z nimi o nie walczyć.

Dziś władzę sprawują cwaniacy. Nie jest ważne czy coś potrafi, czy coś wie – ważne, że wygrywa wybory. Nie ma merytorycznych kampanii wyborczych. Kandydaci na radnych, posłów, europosłów, wójtów, burmistrzów i prezydentów nie podlegają merytorycznej weryfikacji programu, dotychczasowych dokonań, umiejętności budowania relacji czy motywacji do ubiegania się o wybór na dane stanowisko.

Jestem gotów założyć się, nawet o spore pieniądze, że 9 na 10 obecnych polskich radnych nie ma pojęcia o finansach gminy ani o zasadach jej funkcjonowania. Że 9 na 10 polskich europosłów nie zna dobrze języka angielskiego. Że 9 na 10 posłów nie zna Konstytucji i nie ma pojęcia o większości zagadnień, którymi zajmuje się Sejm.

Magdalena Biejat, wicemarszałek Senatu z lewicy, nie potrafi wymienić państw sąsiadujących z Polską. Marcin Józefaciuk, nauczyciel, który został posłem z PO, nie ma pojęcia, kto w Polsce sprawuje władzę ustawodawczą. Z kolei Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska, wiceszefowa partii Polska 2050, mówiła o „produkowaniu energii z prądu”. Czeladzki radny, przewodniczący Komisji Rozwoju i Polityki Przestrzennej nie wie, jaką powierzchnię ma jego miasto i ile jest w nim terenów należących do gminy. Tacy ludzie chcą nam układać świat. I układają!

Zatem chwalenie gminnych polityków za miejskie inwestycje, co z upodobaniem praktykuje nachalna propaganda kierowana do powierzchownie zorientowanych mieszkańców, skutecznie miesza im w głowach. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której chwalimy bankomat, że wypłaca nam nasze własne pieniądze. Owe inwestycje zwykle generują wzrost kosztów utrzymania gminy i zawsze są jedynie pochodną kwot wydanych z gminnej kasy. Omamieni mieszkańcy nie dostrzegają tego, że tak naprawdę za tę kasę doskonale sobie żyją ci właśnie politycy – władze wykonawcze i uchwałodawcze gminy. Wielokroć lepiej od większości swoich wyborców – faktycznych pracodawców owego grona uprzywilejowanych.

Taka Polska, rządzona przez ludzi niekompetentnych, nie ma szans na dobry rozwój. Piąta władza, jaką stanowią urzędnicy, skutecznie spowalnia nasz rozwój, a niekompetentne władze uchwało- i ustawodawcze oraz wykonawcze nie są w stanie temu zapobiec. Problemem nie jest to, że pazernie korzystają na tym krótkowzroczni i kierujący się prywatą lokalni politycy. Problemem jest to, że konsekwentnie podcinają gałąź, na której siedzimy wszyscy i cała nasza Ojczyzna.

Wnioski

Ludzie, jak każde żywe na tej planecie, powinni rywalizować o władzę. Teraz, w tej ułomnej demokracji, której się jeszcze długo nie nauczymy, nie ma weryfikacji poziomu wiedzy, inteligencji, etyki, umiejętności i doświadczenia kandydatów. To jest beznadziejna sytuacja! Beznadziejna!!!

Nie ma logicznej, naturalnej rywalizacji. Nie wygrywają najmądrzejsi, najuczciwsi itd.

Żeby Polska naprawdę powstała z kolan, potrzebna jest zmiana zasad wyborczych!!!

Dla dobra nas wszystkich, naszego kraju i małych ojczyzn. Tylko to pozwoli naprawić Polskę.

Konieczne i niezbędne jest:

  1. wprowadzenie egzaminów kompetencyjnych oraz testów psychologicznych dla kandydatów wszelkich szczebli przed każdymi wyborami (zadania egzaminacyjne – różne, w zależności od szczebla wyborów – ustala komisja powołana przez PKW – na zasadach podobnych do organizowania egzaminu maturalnego). Wyniki egzaminów nie eliminują kandydowania danego delikwenta, ale muszą być przedstawione w materiałach wyborczych i na kartach do glosowania;
  2. pozbawienie biernego prawa wyborczego obywateli zatrudnionych w szeroko rozumianym budżecie;
  3. Ograniczenie dolnego wieku kandydatów:
  1. pięćdziesięcioprocentowa redukcja liczby radnych gminnych i powiatowych;
  2. Zmiana formuły oświadczeń majątkowych bądź całkowita z nich rezygnacja;
  3. Wprowadzenie testu wiedzy o Polsce przed głosowaniem. Jeśli ktoś nie uzyska wymaganego minimum, pozbawiony zostaje czynnego prawa wyborczego i bez oddania głosu wychodzi z lokalu wyborczego (ta sama PKW opracowuje pięć testów dotyczących Polski i zasad jej funkcjonowania; chętny do głosowania otrzymuje losowo wybrany test i ma 3 minuty na udzielenie odpowiedzi; uzyskanie wymaganego limitu upoważnia do otrzymania kart do głosowania).

Doświadczenie, dokonania zawodowe i życiowe, wiedza i kompetencje to warunki konieczne, by podejmować wyzwania wynikające ze służby publicznej!

To oczywiście nie wszystko (jest wiele innych wad obecnego systemu), ale już tylko to wystarczy, by w końcu, po 40 latach od tzw. transformacji ustrojowej, doczekać się władz merytorycznie, kompetencyjnie i mentalnie przygotowanych do służby publicznej, oddanych mieszkańcom, małym ojczyznom i całej polskiej wspólnocie.

Czy kiedyś do tego dojdzie? Mam pełną świadomość, że te moje robocze propozycje są podane bardzo skrótowo i wymagają merytorycznego dopracowania. I że w ogóle myślenie o ich wprowadzeniu w jakimkolwiek już ostatecznie kształcie, wymagać będzie poważnych i głębokich zmian w Konstytucji RP. Z dzisiejszego punktu widzenia to polityczna i tak naprawdę życiowa utopia. Czy jest jakakolwiek szansa, że ci, którzy będą sprawować władzę w Polsce dojrzeją  kiedyś do takich zmian? Czy będą w stanie to zrozumieć, przyznać, że tak właśnie jest i na tym bazuje ten system? Czy własne korzyści przestaną być kiedyś nadrzędnym kryterium? Czy możliwe jest  rządzenie państwem ponad niskimi pobudkami i ponad własnym, często przerośniętym, ego?

 

 Autor jest właścicielem wydawnictwa STAPIS w Katowicach

Radosław Sikorski przedstawił 25 kwietnia w Sejmie informację o zadaniach polskiej polityki zagranicznej na rok 2024. Doroczne exposé szefa dyplomacji tworzy unikatowo dogodną sytuację do poważnej debaty nad sytuacją bezpieczeństwa państwa, stanem polskiej polityki zagranicznej i polskiej dyplomacji. Sikorski wygłaszał półtoragodzinną mowę przy półpustej sali posiedzeń, za to w obecności prezydenta A. Dudy, który bawił się telefonem i stroił pocieszne miny niczym nudzący się na lekcji psotny pierwszoklasista. W absencji przodowali posłowie opozycji. Prezes PiS układał na Nowogrodzkiej listy swojej partii do Parlamentu Europejskiego, ekspremier Morawiecki był w drodze do Budapesztu na kolejny – jak to nazwał Sikorski –  „proputinowski sabat” ultraprawicy europejskiej.

A mówił Sikorski o sprawach fundamentalnych. Dwa słowa najczęściej przewijały się w przemówieniu ministra – „bezpieczeństwo” i „Unia Europejska”, które dla szefa polskiej dyplomacji tworzą nierozerwalny związek. W obliczu realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju i Europy, jakim jest rosyjska agresja na Ukrainę, Sikorski ogłosił zwrot od uprawianej przez rządy PiS eurofobicznej polityki mitomanii i konfliktowania się z sąsiadami do polityki pogłębienia integracji europejskiej i odbudowy dobrej, sojuszniczej współpracy i zaufania z państwami sąsiednimi. Sikorski zdecydowanie odrzucił pisowską koncepcję przeciwstawiania sojuszu z USA budowie silnej, także w wymiarze geopolitycznym i militarnym, Unii Europejskiej. Dla ministra sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i mocniejsze zaangażowanie Polski w tworzenie nowej jakości wspólnoty europejskiej są dwoma niezbędnymi, dopełniającymi się filarami polskiej polityki zagranicznej. Jednocześnie Sikorski udzielił pełnego, praktycznie nieograniczonego poparcia Ukrainie w jej walce z agresorem o swoją niepodległość, suwerenność i integralność terytorialną. Zaiste, trzeba mieć zdecydowanie męża stanu, aby w polskim parlamencie oświadczyć: Lviv ce je Ukraina.

Krytyka ośmioletniej w czasach rządów PiS degrengolady polskiej dyplomacji w wykonaniu Sikorskiego była jednocześnie i miażdżąca, i – co rozumie każdy zajmujący się polską polityką zagraniczną – najłagodniejsza z możliwych. A jednak to „stanięcie w prawdzie” tak zabolało Andrzeja Dudę (najbardziej chyba to, że Sikorski przypomniał mu jego słowa o UE jako o „wyimaginowej wspólnocie”), że prezydent postanowił wygłosić w kuluarach Sejmu swoiste kontr-exposé. Co było żenujące także dlatego, że w swoim zaimprowizowanym wystąpieniu pan prezydent albo dał wyraz swojej niewiedzy, albo rozmyślnie mijał się z prawdą. Trudno powiedzieć, co jest bardziej kompromitujące dla głowy państwa.

Poza dosłownie kilkoma wystąpieniami debata parlamentarna nad exposé ministra Sikorskiego była żenująco miałka i nijaka. Okazało się, że większość polityków tak chętnie brylujących w różnych programach telewizyjnych nie ma ani wystarczającej wiedzy, ani dostatecznie śmiałej wyobraźni, aby wnieść do propozycji Sikorskiego rzeczywiście cenny wkład lub chociażby prawdziwie konstruktywną krytykę. Były minister spraw zagranicznych Z. Rau wystąpił z obroną koncepcji suwerenności państw narodowych, która być może mogłaby być poważniej traktowana w ubiegłym wieku, lecz dzisiaj jest niedorzecznym anachronizmem. Na próżno w świetnym przemówieniu prof. P. Kowal starał się przekonać suwerenistów, że nowa rzeczywistość europejska już staje się faktem, że egzystencjalne wyzwania dla bezpieczeństwa i rozwoju Polski wymagają wzniesienia się ponad dogmaty-przeżytki.  Na próżno Sikorski dowodził, że odejście od zasady jednomyślności przy podejmowaniu w UE decyzji w niektórych obszarach jest warunkiem decyzyjności Unii i jej poszerzenia o Ukrainę, Mołdawię i kraje bałkańskie.

Tak jakby nic nie zmieniło się w Europie i w sąsiedztwie Polski posłowie PiS wzbijali pianę abominacji i uprzedzeń, poszukując wrogów wśród przyjaciół. Popis antyniemieckich fobii dał poseł Mularczyk, lokując przy okazji swoją książkę, którą – jak się pochwalił – pisał przez pięć lat.

Minister Rau z kolei pochwalił się, że największym osiągnięciem jego rządów w MSZ było wyrzucenie z pracy 38 studentów moskiewskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych. Odpowiadając na pytania posłów, Radosław Sikorski odniósł się en passant do tej wypowiedzi swojego poprzednika; powiedział, że ten „sukces” Raua już kosztował MSZ ponad 2 mln złotych, gdyż sąd – jeszcze za rządów PiS – stwierdził naruszenie prawa, przywrócił wszystkich bezprawnie usuniętych do pracy i zasądził na ich rzecz solidne odszkodowania. Ot, i cała użyteczność i sprawczość Raua wraz z akolitami.

Wybory samorządowe, w świetle bardzo dyskretnej kampanii i stałych trendów w sondażach zapowiadające się jako całkowicie przewidywalne, przyniosły jednak bardzo zaskakujące rezultaty.

1) Prawo i Sprawiedliwość co prawda faktycznie poniosło spodziewaną klęskę (dla tego ugrupowania to norma – i słusznie, bo ze swej natury jest ono antysamorządowe), ale przy wyborze radnych sejmików województw utrzymało liczbowy prymat w polityce. Otrzymało tylko o jeden punkt procentowy mniej niż 15 października 2023 roku, przy wyniku Koalicji Obywatelskiej praktycznie niezmienionym. A tym razem nie mogło posiłkować się propagandowym wsparciem potężnych mediów publicznych, było targane wewnętrznymi sporami, zaś do powszechnej świadomości coraz bardziej przedostawały się kompromitujące informacje o nadużyciach w czasach sprawowania przezeń władzy. Wiadomo, że zmiana postaw społecznych przebiega powoli, prawie nigdy nie następuje nagle. Przekonanie, że tym razem jest inaczej najwyraźniej okazało się złudne.

W istocie rzeczy nie ma tu mowy o odwróceniu tendencji, ale przy zręcznym użyciu narzędzi z zasobów PR partia Jarosława Kaczyńskiego może na chwilę wstrzymać procesy odpływu zwolenników i dekompozycji formacji.

2) Chodzi tu jednak tylko o prymat liczbowy, bo tak naprawdę PiS może samodzielnie rządzić tylko w czterech województwach – podkarpackim, lubelskim, świętokrzyskim i małopolskim. Do utrzymania władzy na Podlasiu potrzebne mu jest poparcie Konfederacji. Pewnie je uzyska, łamiąc jednak przy tym obowiązującą w całym demokratycznym świecie zasadę niewchodzenia w alianse z formacjami skrajnie nacjonalistycznymi. Dla Jarosława Kaczyńskiego władza jest warta każdej ceny, poza tym oba ugrupowania wcale nie są w tym względzie od siebie bardzo dalekie.

3) Wywołanie przez Lewicę tematu liberalizacji przepisów regulujących dostęp do aborcji nie przyniosło oczekiwanych przez nią efektów. Zdobyła o 2,5 punktu procentowego mniej niż w wyborach parlamentarnych, podczas gdy wynik Trzeciej Drogi – jawnego oponenta w tej sprawie – pozostał bez zmian. Chyba zamknęło to drogę do zdecydowanej zmiany ustawodawstwa w tej materii w obecnej kadencji Sejmu. Raczej trzeba się nastawić na dłuższe negocjacje i dialog w tej sprawie, włącznie z panelem obywatelskim i – być może, kto wie? – referendum.

4) Wynik Lewicy jest już bardziej niż niepokojący. 6,32 procent i zaledwie 8 mandatów w sejmikach może – niestety – zwiastować zmierzch tej formacji. Nie szukałbym jednak recept w radykalizacji programu i przekazu. Raczej wyciągnąłbym wniosek, że droga w stronę Die Linke i Syrizy nieuchronnie skończy się balansowaniem na progu wyborczym, a nie powrotem do realnego kształtowania polityki.

Gdyby podsumować pierwszy kwartał 2024 roku, to plusy dodatnie równałyby się plusom ujemnym. Nawet premier Donald Tusk to przyznał pisząc, że nastał najlepszy czas na przyspieszenie.

Nie wypominając, podobnie kiedyś Jarosław Kaczyński wezwał do zmian dekomunizacyjnych i lustracyjnych demontujących Okrągły Stół. Można więc powiedzieć, że Tusk sięgnął do bezdennej studni mądrości Prezesa. Najbardziej spektakularnie objawiło się to w ostatnich przeszukaniach i aresztowaniach u działaczy Suwerennej/Solidarnej Polski i ich najważniejszych klientów z fundacji Profeto. Rzeczywiście mamy tu dość gwałtowne przyspieszenie, budzące zresztą niejakie opory moralne. I nie chodzi tu o młodych wilczków z otoczenia b. ministra Ziobry, ale wyłącznie o niego samego. Okrutnie udręczonego chorobą nowotworową, ale postawionego w ostatnich dniach na nogi i pełne obroty – dosłownie znad krawędzi życia i śmierci. Będąc jego przeciwnikiem, kwestionując jego politykę i starając się detalicznie ją rozliczyć, warto przy okazji mierzyć się z moralnymi konsekwencjami swoich działań.

Etyka niezależna daje tu piękne wskazówki – co jest moralnie uzasadnione, a co haniebne. Byłoby to może jedynym moralnym zyskiem z tej historii, gdyby zechciano sięgnąć po tę wykładnię ludzkich czynów i ją głęboko przemyślano. No, ale nawet wymiar sprawiedliwości ustami swoich wybitnych przedstawicieli mówi, że czasu przeszłego dokonanego nic już nie odwróci i należało tak uczynić. Tymczasem Ziobro w przekonaniu wielu obserwatorów stał się ofiarą okrutnego działania bezlitosnych procedur prokuratury. Ofiarą w dodatku godną współczucia i okazania elementarnego wsparcia – mimo, iż jako polityk Ziobro zasługuje na zasadniczą krytykę, potępienie, a kto wie, może wyrok, o czym zapewne zdecyduje Trybunał Stanu.

Oczywiście można umywać ręce, ale fakt pozostaje faktem i oddziaływa na zbiorową wyobraźnię. Grubą kreską oddzieliłbym natomiast od innych uczestników ostatnich wydarzeń tych zdrowych, silnych, spasionych ziobrową butą i pewnością siebie młodych mężczyzn, którym należą się prokuratorskie procedury, o ile istnieje uzasadnione podejrzenie, że zawinili w sprawie Funduszu Sprawiedliwości czy zakupu Pegasusa. O czym zresztą już niebawem są dowiemy: będą wnioski o zdjęcie im immunitetów i zapewne dalsze czynności prokuratury.

A tak swoją drogą przeszukanie pokoju hotelowego jednego z posłów z tej ferajny odbyło się w zupełnie innych warunkach – przy zgodzie marszałka Hołowni i przy pełnej obecności niezbędnych w takich przypadkach osób. Innymi słowy dwa przeszukania, a wrażenia i oceny moralne zupełnie odmienne. Obawiam się przy tym, iż całkiem świadomie wpadliśmy jako demokracja w pewien niebezpieczny uzus, który będzie nakazywać dokonywanie rozliczeń bez względu na kartę choroby wezwanych do raportu. Sensownym przy tym jest życzenie, aby b. minister sprawiedliwości pokonał raka i był w pełni gotów, jak sam zapewnia, do stanięcia „w prawdzie”. Natomiast gdyby jakiś etyk odważył się ten przypadek przeanalizować, byłoby to całkiem wskazane: i dla rządzących, i dla opozycji, a przede wszystkim dla państwa polskiego jako takiego, którego siła i sprawczość jest istotna w każdych warunkach ustrojowych, ale nie każdym kosztem.

Ernest Bryll to wielce popularna, emblematyczna wręcz figura na szachownicy powojennej literatury polskiej. Obecna w niej od drugiej połowy lat 50. XX w. Po studiach polonistycznych (1957). Literackie szlify zdobywał w redakcji pokoleniowego pisma młodych „Współczesność”, od początku wyraziście zaznaczając swoją pisarską obecność i odrębną „niepodległość” twórczą na wielu polach narodowej kultury tego czasu. Debiutował tomem wierszy pod przewrotnie ironicznym tytułem: Wigilie wariata (1958). Wydawał potem liczne inne zbiory: Autoportret z bykiem (1960), Twarz nie odsłonięta (1963), Sztuka stosowana (1966) i wiele innych ukazujących pewną rodzącą się, charakterystyczną stałość form i języka poetyckiego, ale i znaczącą różnorodność oraz zapowiedź zmienności obrazowania i co bardziej istotne, autorskiego stosunku do aktualiów rzeczywistości jak Muszla (1968), Mazowsze (1967), Fraszka na dzień dobry (1969), Zapiski (1970), Piołunie piołunowy (1973), Zwierzątko (1975), Rok polski (1977), Ta rzeka (1977), A kto się odda radości (1980), Czasem spotykam siebie (1981), Sadza (1982), Kolęda nocka (1982), Pusta noc, Boże uchroń nas od nienawiści (1983), List (1985), Adwent (1986), Widziałem, jak odchodzą z nas ci dobrzy ludzie (1996), Szara godzina. Wiersze niepublikowane z lat 2004-2020, 2021. A pamiętać także trzeba o doskonale swego czasu przyjętym wyborze polskiej poezji ludowej (wraz z Wojciechem Siemionem), znanym z licznych wersji scenicznych – Wieża malowana (1962).

Jako prozaik Ernest Bryll nawiązywał do rodzących się wówczas na nowo i płodnych niezmiernie i znaczących nadal w prozie polskiej odmian tematycznych, aktualnych motywów i problematyki podejmowanych przez czołowych przedstawicieli „literatury nurtu wiejskiego” (Julian Kawalec, Tadeusz Nowak, Wiesław Myśliwski czy Marian Pilot…). W mikropowieściach i opowiadaniach, utrzymywanych w konwencji realistycznego obrazka o tematyce współczesnego życia „prowincjonalnego” z czasów wielkich przeobrażeń struktur społecznych, konfliktów obyczajowych i mentalnych jak Studium (1963), Ciotka (1964), Ojciec (1964), Gorzko, gorzko (1964), Długi niedzielny autobus (1969), sięgał wielokrotnie po bliskie mu realia i doświadczenia własnego życiorysu.

Największą popularność – obok tekstów piosenek, po które sięgają nadal największe „gwiazdy” estrady – zapewniły Ernestowi Bryllowi dramaty poetyckie jak Rzecz listopadowa (wyst. 1968) Kurdesz (wyst. 1969), Kto ty jesteś?, czyli małe oratorium na dzień dzisiejszy (wyst. 1970), pastorałki po górach, po chmurach (wyst. 1969), Na szkle malowane (powst. 1969, wyst. pt. Janosik, czyli…, 1970), Życie jawą (powst. 1972, wyst. pt. Co się komu śni), a także oparte na plebejskich, prześmiewczych i groteskowych motywach i wzorcach stylistyki, rodem i inspiracji poetyki staropolskich renesansowych widowisk (np. motyw „z chłopa król”) czy też barokowych tradycji poetyckich, religijno-obrzędowych „pasji” – Oratorium pastoralne (wyst. 1974), jak i wystawianych w latach „stanu wojennego” w kościołach – Wieczernik w latach 80. Bywał też Bryll, jak się rzekło, autorem tekstów bardzo popularnych piosenek, wziętym publicystą kulturalnym i politycznym, a także tłumaczem poezji (głównie z literatury czeskiej i irlandzkiej, wraz z żoną Małgorzatą Goraj przełożył Historię Irlandii, 1998). Był kierownikiem literackim zespołów filmowych ,,Kamera” i „Silesia” oraz Teatru Polskiego w Warszawie, później dyrektorem Instytutu Kultury polskiej w Londynie (1975-1978) i ambasadorem w Irlandii (1991-1995).

Ernest Bryll stał się czołowym przedstawicielem swojej generacji zwanej pokoleniem „Współczesności” (od tytułu tego organu z okresu „październikowej odwilży” 1956,). W pierwszych wystąpieniach i zbiorach wierszy nawiązywał „często i gęsto” do tamtej przełomowej epoki, atmosfery rodzących się wielkich, odradzających się po tzw. minionej epoce społecznych nadziei. Ujawniających się wraz z nimi nowych pokoleniowych pisarskich dokonań, postaw i nastrojów tego czasu. Na czele z owym charakterystycznym buntem, nie tylko przecież estetycznego sprzeciwu, wobec obowiązujących do niedawna zadekretowanych odgórnie wzorców „socrealistycznych”. Ale także i wobec pojawiających się rozlicznych prób i „mód” artystycznych w sztuce, czerpanych z kultury europejskiej i światowej (amerykańskiej, anglosaskiej i latynoskiej). Formowania się nowej, głównie pośród młodzieży literackiej, estetyki, tzw. nowej dykcji poetyckiej, różnoimiennych prób form ekspresji artystycznej… Pojawiających się zresztą wtedy niczym z rogu obfitości po latach odcięcia kultury i literatury polskiej od zagranicznych tendencji, i twórczości, także w filmie, teatrze czy plastyce.

Potem coraz wyraźniej i śmielej odwoływał się Ernest Bryll przede wszystkim do rodzimych wielkich tradycji i nurtów narodowej literatury społeczno-obywatelskiej. Podejmował często – zarówno w utworach poetyckich, jak i dramatopisarstwie – na swój sposób wyraziście ostrą (jak u wielu innych twórców tamtego czasu – od choćby Gałczyńskiego po Mrożka), acz zawsze na swój sposób, polemikę z dziedzictwem postaw romantycznych, młodopolskich, eskapistycznych, funkcjonujących nie tylko w literaturze, ale i w codziennych, pospolitych przejawach zachowań indywidualnych i społecznych. Obecnych w nawykach zbiorowych („stadnych”) współobywateli (kult klęsk narodowych, stadny i słomiany zapał rodaków do „czynów”, jałowe marzycielstwo, brak zmysłu praktycznego itp.). Przeciwstawiał im ideał plebejskiej zdroworozsądkowości, ludowej krzepy i witalności, co widać nawet w samej już warstwie językowych stylizacji, odwołując się przy tym do zasobów staropolszczyzny, choćby jędrnego języka Mikołaja Reja czy pamiętnikarza Jana Chryzostoma Paska oraz „konceptów” poetów barokowych (Potocki, Morsztyn), romantycznych (Słowacki, Norwid), jak i jednocześnie do rodzącej się potocznej i plebejskiej polszczyzny współczesnej. Do pragmatycznie trzeźwego realizmu społeczno-politycznego, w przywoływanych licznych „egzemplach”, przykładach czerpanych z rozmaitych wydarzeń, momentów narodowej przeszłości. W tym też i poszczególnych „etapów” powojennej, już „popaździernikowej” teraźniejszości (Twarz nie odsłonięta, Sztuka stosowana).

Znamiennym pod tym względem, jako metoda stylistyczna czy też wyraz specyficznie rozumianego polemicznego stosunku autora do tradycji historycznych i literackich, może być na przykład wiersz Wciąż o Ikarach głoszą…, gdzie wbrew utartym w kulturze poetyckim symbolom, poglądom historyczno-literackim (mitologia grecka, obraz Bruegla, okupacyjne opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza Ikar) bohaterem tego wiersza Ernest Bryll czyni nie mierzącego idealistycznie „wysoko” Ikara, który traci swe skrzydła z wosku w locie w gorącym słońcu, ale praktycznego, mierzącego „niżej” pragmatyka i realistę Dedala. Podobną wymowę mają i inne jego wiersze, jak na przykład te ironicznie mówiące o owych historycznych uwarunkowaniach w rozumieniu tragizmu dziejów i „peryferyjnego” położenia Polski. Podkreślaną tragifarsowymi nutami widzenia spraw Polski i Polaków, przez na przykład cudzoziemców (Turystyka, Ta nienawistna miłość, jest to także jeden z motywów jego dramatów poetyckich, z Rzeczą listopadową na czele).

Po 1981 roku kierunek moralistycznych i społecznych pasji autora uległ – w wydawanych poza obiegiem cenzuralnym zbiorach – ostrej korekcie; jego krytycyzm szedł coraz wyraźniej w stronę bezpośredniego odwzorowywania i ocen realiów życia politycznego i społecznego okresu PRL. Beznadziejności i kłopotów życia dnia codziennego (patrz między innymi popularna Kolęda nocka – Za czym kolejka ta stoi…). W stronę autobiograficznych rozliczeń także i z własną przeszłością, postawą ideową z lat młodości i zaczadzenia owym „ukąszeniem heglowskim” (tom Sadza, sztuka Wieczernik). Poeta podejmuje też liczne, czasami przewrotne, próby łączenia i godzenia różnych wcześniej demonstrowanych zachowań i wyborów postaw w tamtym czasie, dotyczących ocen kierunków i tendencji własnego dorobku. Na przykład nasycając wiele wierszy z tomu Widziałem, jak odchodzą od nas ci ludzie dobrzy tematyką autokrytycznie osobistych porachunków z historią, także oczywiście i tą najnowszą, czyli zbiorowymi, demonstrowanymi (często koniunkturalnymi) zachowaniami i postawami z czasu tzw. karnawału Solidarności. Sprawami dotyczącymi aktualiów wyborów politycznych obok coraz liczniej pojawiających się w twórczości Ernesta Brylla dylematów światopoglądowo religijnych obok problemów lęku i goryczy egzystencjalnej, czy odwołań do bieżących literackich polemik i wspomnień (np. wiersze na śmierć pokoleniowych kolegów po piórze, wybitnych poetów – Tadeusza Nowaka i Stanisława Grochowiaka. Jak też np. pełen dramatycznych pytań wiersz Dokąd tak pędzi moje pokolenie…). Pojawiają się również obok tego w wierszach ostatniego okresu jego twórczości poetyckiej i publicystycznej wątki również ogólniejszej, zasadniczej natury pytań i dylematów, autotematycznych rozterek natury światopoglądowej czy eschatologicznej. A także i liczne związane z tym świadectwa wielkiej fascynacji kulturą europejską, jej historią, przyszłością i bieżącymi problemami społecznymi oraz – dodać trzeba – krajobrazami Irlandii, gdzie dane mu było spędzić lat kilka…

W dziedzinie sztuki dramatopisarskiej najbardziej znaczącym i popularnym dziełem Ernesta Brylla stała się Rzecz listopadowa (prapremiera: Wrocław, 1968). Najczęściej wystawiane jego dzieło sceniczne (m.in. w reżyserii Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego, Marka Okopińskiego czy Józefa Szajny). Utwór uznawany za pierwszą u nas po latach próbę kontynuacji tematyki i formy poetyckiej polskiego dramatu narodowego, scenicznej metafory problematyki przeżyć i doświadczeń zbiorowych wedle wzorca romantycznego i młodopolskiego. Oto w Dzień Zaduszny, wyzwalający wspomnienia z przeszłości (Jest u nas w kraju jedno święto takie / kiedy się rozumieją Polacy z Polakiem), przybywa do Warszawy dziennikarz zagraniczny, Anglik (choć urodzony „w Kołomyi”), który pragnie napisać reportaż o życiu współczesnym Polaków. Idzie na cmentarz, potem na wesele urządzane w konwencji „happeningowej” przez Pana Młodego, artystę malarza. Utwór składa się z rozmów dziennikarza z ludźmi. Powstają małe ironiczne, często zabawne, często zaprawione goryczą, symboliczne scenki-obrazki traktujące o polskich sprawach i urazach narodowych – tradycjach, mitach i historii oraz dniu powszednim ówczesnej rzeczywistości. Dla wychowanego w innych tradycjach, racjonalnie myślącego Obcego są one mało lub wcale niezrozumiałe. „Najczęściej się przy tym autor posługuje zestawianiem motywów i zjawisk kontrastowych jak życie i śmierć, prężność i martwota, chęć zapomnienia o przeszłości i natrętnie powracająca pamięć o niej, anachroniczność i gonienie za modą, praktycyzm życiowy i idealizm… W toku wiersza Brylla dźwięczą poetyckie strofy archetypy, które przywodzą na myśl Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Wyspiańskiego. A jednocześnie jest to wiersz nowoczesny, prosty, celny” (pisał np. krytyk teatralny Edward Csato). Ten swoisty – jak często mówiono i pisano o Rzeczy listopadowej – „obrachunek z Polską”, „romans z ojczyzną” czy „ballada o Placu Teatralnym”, wywodzi się także z gniewnej tonacji wierszy Władysława Broniewskiego, takich jak Bagnet na broń. (Tu przy okazji wspomnieć nawiasem muszę o barwnych opowieściach Brylla o „prywatnym” Broniewskim, które pamiętam z jego opowieści snutych z okazji różnych literackich czy towarzyskich spotkań). Luźna konstrukcja Rzeczy listopadowej dopuszcza jej różnorakie możliwości inscenizacyjne, na przykład aktualizujące zawarte w niej odniesienia do zawikłanych kwestii narodowego „charakteru” czy przywoływanego nadal w publicystycznych dyskusjach na temat rzekomego „fatum” historycznego obciążenia naszych dziejów zbiorowych i indywidualnych losów Polaków. Co zresztą jest siłą napędową całej twórczości Brylla – i bywało z powodzeniem wykorzystywane również przez scenicznych interpretatorów jego sztuki.

 

PS. Kto ciekaw, znaleźć może wiele informacji i opinii, nierzadko polemiczno-krytycznych, o życiu i twórczości Brylla, m.in.: we wstępie Piotra Kuncewicza do tomu Brylla Wiersze, 1988 oraz tegoż w tomie Poezja polska od 1956, 1994; Jan Błoński, Kassandra na etacie [w:] Odmarsz, 1978 (pierwodruk 1968); Jerzy Kwiatkowski, Zgrabna niezgrabność [w:] Remont pegazów, 1969; Andrzej Lam, Płynąć, zabić [w:] Pamiętnik krytyczny, 1970; Stanisław Barańczak, Bunt pozorowany albo o Bryllu bez ogródek [w:] Ironia i harmonia , 1973; Artur Sandauer, Ernest Bryll – klasa, naród, pokolenie  [w:] Poeci czterech pokoleń 1977; Konstanty Puzyna, Niewielka cicha stypa [w:] Burzliwa pogoda, 1971; Stefania Skwarczyńska, Chocholi taniec Wyspiańskiego jako obraz-symbol w języku późniejszej sztuki polskiej  [w:] Wokół teatru i literatury, 1970; S. Gąssowski, Współcześni dramatopisarze polscy 1945-1975, 1979; Sława Bardijewska, Ernest Bryll – prawdy dramatu poetyckiego [w:] Własna przestrzeń, 1987; Andrzej Żurowski, Zasoby i sposoby. Przegląd dramaturgii polskiej 1970-1984, 1989.

Wspomnienie ukaże się drukiem w kolejnym numerze „Res Humana”, 3/2024 w maju 2024 roku.

1.

Siódmego kwietnia – wybory samorządowe. Kontekst polityczny jest oczywisty. Ma to być ostateczne zepchnięcie PiS-u ze sceny politycznej, „dobicie rannego zwierza” – jak obrazowo ujął to jeden z zapalczywych polityków. Od razu chcę zaznaczyć, że – moim zdaniem – to niemożliwe. Elektorat Prawa i Sprawiedliwości nie poszedł do domu, nie rozsypał się. Jest niemała grupa ludzi, którzy rządy tej partii zapamiętają jako władzę opiekuńczą, troszczącą się o ich poziom życia. Ale także taką, która nie schlebiała elitom, przywróciła prostym ludziom przekonanie, że oni w państwie też są ważni, a głos prostego robociarza czy rolnika znaczy tyle samo ile głos uczonego profesora. Ten antyelitaryzm czy egalitaryzm jest silnym bodźcem w polityce, dotykającym emocji wspólnych dla wielkich grup społecznych. Wszak PiS wykorzystał świetnie tę emocję. Tu nie chodzi o to, że Polska nie odniosła sukcesu po 1989 roku, tylko o to, że jedni odnieśli sukces większy, a inni mniejszy, mimo takiego samego, a nawet większego nakładu pracy.

To ciekawe, że poza Maciejem Gdulą nikt dokładnie nie zbadał skali i głębokości tego zjawiska, nie wyciągnął wniosków politycznych. To widać nawet teraz. Nie spotkałem się nigdzie z takimi badaniami, nie widziałem poważnej próby refleksji nad wynikami ostatnich wyborów po stronie koalicji demokratycznej, nie widzę ani prób, ani zapowiedzi przeanalizowania tego problemu przez tę koalicję. Równocześnie z tym – kroków, aby ten elektorat zdemobilizować i – być może w dalszej kolejności – pozyskać. Tak nawiasem mówiąc, stawiam taką tezę, że w jakiejś części to dawny elektorat Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ten, który tęsknił za równością społeczną i aktywnym państwem opiekuńczym. Protestował przeciw efektom reform Balcerowicza i wierzył w sprawczość lewicowych rządów. Potem, im bardziej SLD wrastał w III RP (pomysł podatku liniowego), tym bardziej ten elektorat szukał swojej reprezentacji. To nie był w swej masie elektorat sentymentu za PRL, to był i jest elektorat protestu przeciw nierównościom społecznym, zarówno w sferze materialnej, jak i symbolicznej. On dalej będzie szukał „swojej” partii, a tu PiS ma – jak na razie – kiepską konkurencję.

Dlatego elektorat PiS radykalnie się nie zmniejszy. Może ulec częściowej demobilizacji i o to chyba chodzi politykom koalicji. Temu ma służyć ujawnianie rozmaitych afer i przekrętów, eksponowanie rzeczywistych i wyolbrzymianych wpadek polityków PiS. To przyniesie pewien efekt, pytanie, jak wielki? Być może jest trochę racji w tym, że polaryzacja zaszła tak daleko, iż lojalność partyjna (raczej religijna niż plemienna) zdominuje najbliższe głosowanie. Sądzę jednak, że elektorat partii koalicyjnych też się zdemobilizuje, kto wie, czy nie w większym stopniu. Miało być inaczej, praworządnie i porządnie, a jest raczej chaotycznie. Można odnieść wrażenie, że tak jak PiS nie wierzył, że przegra, tak druga strona nie wierzyła, że wygra. Nieprzygotowanie kadrowe, programowe i proceduralne dają o sobie znać, choć nie wszędzie i nie w każdym obszarze. Wybory lokalne (podobnie, jak i europejskie) to walka zmobilizowanych elektoratów, może się więc okazać, że zwycięstwo nie będzie tak jednoznaczne. Tym bardziej, że czasu na merytoryczną kampanię jest mało.

Zwłaszcza, że te wybory kierują się nieco inną logiką. Nie tyle przynależnościami partyjnymi, ile układami lokalnymi, stosunkami międzyludzkimi, popularnością, sympatią i antypatią do liderów. Stąd tylu bezpartyjnych wójtów i burmistrzów, a czasem i prezydentów. Stąd niestabilność identyfikacji partyjnej radnych; zaczynają jako partyjni, kończą jako „niezależni” lub na odwrót. Do tego wybory do sejmików wojewódzkich, ze scenariuszem ściśle partyjnym. Był kiedyś w parlamencie taki pomysł, aby wybory do sejmików wojewódzkich połączyć z parlamentarnymi, w których identyfikacja polityczna jest kluczowa. I wyraźnie oddzielić je od wyborów lokalnych (gminnych, miejskich i powiatowych), gdzie – w połączeniu z bezpośrednim wyborem starosty – decydowałyby osobowości. Mielibyśmy zatem Polskę partyjną – na poziomie krajowym i regionalnym – i Polskę obywatelską, lokalną. Ta druga aktywizowałaby tysiące ludzi, dla których identyfikacja partyjna jest drugorzędna. I dla mądrych partii byłaby rezerwą kadrową, z której czerpać by one mogły ludzi umiejących zarządzać czymś więcej niż własną rodziną, a co ważniejsze – umiejących wygrywać wybory. Tak m.in. sugerował nieżyjący już prof. Stanisław Gebethner. Pomysł upadł, a nawet nie został poważnie przedyskutowany, bo „bieżączka” parlamentarna okazała się ważniejsza.

Ale problem upolitycznienia i upartyjnienia wyborów samorządowych pozostał. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie te nasze partie, nieosadzone w terenie, tylko w urzędach terenowych. Coraz bardziej są to partie wyborcze, wedle modelu amerykańskiego, a nie w tradycji partii europejskich, w której wybory są tylko momentem wzmożenia pracy partyjnej, efektem wieloletniej pracy z ludźmi i wśród ludzi. U nas jest inaczej. Przychodzą wybory, partia ożywa podczas wyłaniania kandydatów, z rozpędu robi kampanię w oparciu o polityczne, kadrowe i materialne zasoby parlamentarne, potem leczy rany (lub obsadza stołki). I tak co cztery–pięć lat. To m.in. też stąd bierze się popularność kandydatów bezpartyjnych i niechęć obywateli do partyjności.

To odkłada się na państwie. Nie ma w nim rotacji kadrowej, parlamentarzyści nie mają konkurencji, a tak naprawdę rządzi nami ciągle to samo pokolenie, dla którego postacie Tuska i Kaczyńskiego są emblematyczne. Z całym szacunkiem dla ich życiorysów i dorobku, oni już nie staną na czele wielkiego projektu modernizacji Polski, nie porwą młodych pokoleń do wielkich czynów, nie staną się ideowymi i merytorycznymi przewodnikami po świecie idei i postępu. I młodzi to widzą. Kaczyński wydał się im mniej sympatyczny, więc 15 października zagłosowali przeciwko niemu. Nikogo nie poparli, zagłosowali przeciw. W wyborach samorządowych nie znajdą takiej motywacji.

2.

Także i dlatego, że samorząd stał się dla nich jednym z ogniw tak samo odległego systemu zarządzania państwem, jak rząd czy partie polityczne. Nie bez winy są tu sami samorządowcy. Nie będąc pewni swej siły i popularności podczepiają się pod partie polityczne, bo one dają im w kampanii wyborczej swoje zasoby. Poza tym identyfikacja z partią ułatwia im lokalną walkę polityczną. W zależności od tego, czy to jest partia rządząca, czy opozycyjna, usprawiedliwia własne niepowodzenia. Zawsze można wskazać na rząd, który „nie daje”, a po 15 października na rząd PiS, który „nie dawał”: pieniędzy, możliwości itd. I choć często jest to prawda, a czasem nie, to zawsze ułatwia życie. Ileż błędów – niekompetencji, nieporadności, braku decyzyjności – można ukryć pod tymi hasłami.

Jest i druga strona tego medalu. Wyborca odbiera ten stan rzeczy – tego wójta, burmistrza, prezydenta – jako wysłannika partii (elementu władzy centralnej), delegowanego do zarządzania swoją małą ojczyzną. On przestaje być liderem lokalnej społeczności (a o to nam chodziło, gdy wprowadzaliśmy bezpośrednie wybory), a staje się w niej instytucją zarządczą, trochę jednak obcą. Rzeczywistość zbyt często potwierdza te przypuszczenia. Platforma Obywatelska nigdy nie wygra wyborów w Krakowie, bo zawsze na czele listy sejmowej stali ludzie spoza miasta (Trzaskowski, Sienkiewicz). Z tego samego powodu PiS nigdy nie wygra w Warszawie (Jaki z Opola, Bocheński z Łodzi). Jeśli przywódcy partyjni nie rozumieją istoty samorządności i ustrojowej pozycji jej lidera, to co z tego mają rozumieć obywatele stanowiący wszak samorząd (art. 16 Konstytucji)?

Tym, którzy nie identyfikują się z partiami ogólnopolskimi, pozostaje budować „własne partie”, w sarmackim znaczeniu tego słowa. Stąd zjawiska nepotyzmu i kumoterstwa, korupcja polityczna i nieoczekiwane sojusze i koalicje. Mógłbym sypać przykładami lokalnych koalicji Lewicy z PiS, a nawet dalej idącymi. W pewnej gminie podtarnowskiej w wyniku bezpośrednich wyborów wójtem został były I sekretarz Komitetu Gminnego PZPR. Gdy udałem się do tejże gminy na jakieś święto lokalne i posadzono mnie obok miejscowego proboszcza, ten rzekł do mnie: „Widzi Pan, my tu z Kaziem kiedyś rządziliśmy i znowu będziemy razem”. Historia się powtarza – odrzekłem Marksem. PiS podjął próbę przeciwdziałania takim zjawiskom wprowadzając dwukadencyjność, ale będzie problem z byłymi włodarzami gmin, którzy gdzieś tam w małej gminie pod Białymstokiem nie znajdą ani roboty, ani nie utrzymają swojej pozycji społecznej. Nie widzę też powodu, aby nowi włodarze nie skopiowali praktyki politycznej pt. winni są poprzednicy. To jeszcze bardziej podzieli społeczności lokalne.

Nie ma w tej sprawie dobrego rozwiązania. Dość trudno pogodzić rolę lidera społeczności lokalnej z rolą kierownika zakładu pracy (wójt jest nim w rozumieniu Kodeksu Pracy), a to jeszcze z odpowiedzialnością urzędniczą i finansową. Upadła idea samorządowej służby cywilnej, a ustrojowe pozycje skarbnika i sekretarza gminy, którzy mieli stabilizować pracę urzędu i dbać o procedury administracyjne, nadal nie są mocne. Jeszcze słabszą pozycję mają starostowie i marszałkowie województw, brakuje im bowiem silnej wyborczej legitymacji, a zbyt często ich los zależy od chwiejnych układów partyjno-grupowych w radzie powiatu lub w sejmiku. A jeszcze jeśli urzędnicze otoczenie uwikła ich w codzienne czytanie i podpisywanie papierów, to lidera już nie ma. Zostaje urzędnik, mniej lub bardziej sprawny, który szuka i stosuje urzędnicze sztuczki celem utrzymania stanowiska. Wzniosłe ideały samorządności, umiejętności współdziałania i przewodzenia lokalnej społeczności, budowania prestiżu władzy i państwa, idą w kąt. A strategiczne plany rozwojowe, które powinna mieć każda gmina, ograniczają się najwyżej do pięcioletniej perspektywy. Reszta to bujda, a autor tego planu wie, że nie poniesie za nią odpowiedzialności.

3.

Ta ostatnia uwaga nie odnosi się li tylko do niepewności ponownego wyboru. Odnosi się także do niemożności zaplanowania czegokolwiek w dłuższej perspektywie. Władza centralna nie waha się, gdy trzeba samorządowi dołożyć zadań i obowiązków. Udaje, oczywiście, że są to zadania zlecone, czyli środki na ich realizację gwarantuje budżet centralny. Jednakże decyzji o przekazaniu tych zadań nie poprzedza analiza finansowa, nie ma algorytmów przeliczeniowych ani nawet czasu na ich sporządzenie. Nie ma też fachowców. Jeszcze w roku 2015 departament finansów samorządowych w resorcie finansów był obsadzony przez ludzi, którzy rozpoczynali pracę w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku i towarzyszyli samorządowym finansom przez 20 lat. I w wieku lat 50. odeszli z resortu, bo ulegli potrzebom „dobrej zmiany”. Ona zaś samorząd i jego pieniądze miała za nic. PiS w ciągu ośmiu lat rządów pięciokrotnie zmieniał system podatkowy, a wszak na nim i jego stabilności „wiszą” samorządowe dochody. Są skarbnicy, którzy do dziś nie rozgryźli Polskiego Ładu, ale dobrze wiedzą, ile na nim stracili. Nasuwa się pytanie, czy chodziło o ustrojowe zmniejszenie roli samorządu w zaspokajaniu potrzeb społecznych i świadczeniu usług publicznych czy też o to, aby kolejne samorządy uzależnić od systemu uznaniowych dotacji, o budowanie systemu klientyzmu politycznego. Te dotacje dla Kół Gospodyń Wiejskich, dla strażaków z OSP, dla lokalnych fundacji i stowarzyszeń to wszak zaprzeczenie konstytucyjnej zasady pomocniczości. To w istocie nielegalne, uznaniowe finansowanie zadań własnych samorządu, czego nie dopuszcza ani Konstytucja, ani ustawa o finansach komunalnych. I, oczywiście, żadna komisja śledcza tym się nie zajmie.

Tak więc pieniądze. Mówią o nich, piszą i uchwalają wszystkie gremia samorządowe. Ale problem jest szerszy. Od początku III RP nie zajęliśmy się wyceną usług publicznych i kosztami ich świadczenia. Istnieje w tym zakresie pełna rozmaitość, w dwóch podobnych gminach koszty urzędu (od płacy do ogrzewania) są dość różne. Jednej wystarcza 30 pracowników, dla innej 50 to za mało. Robiąc kiedyś (przed 15 laty) badania w województwie zachodniopomorskim, bywałem w gminach, gdzie jedna pani miała w zakresie obowiązków opiekę nad organizacjami społecznymi oraz wymierzanie i ściąganie podatków i opłat lokalnych. Po sąsiedzku tymi samymi kwestiami zajmowały się już dwie panie, z tym że ta pierwsza (od NGO-sów) była także komendantem gminnym OSP i członkiem władz wojewódzkich tej organizacji. Na rozmowę umawiałem się z nią w Szczecinie, bo tam miała więcej czasu.

Ale zanim się za to ktoś zabierze (nie wiem, kto, bo polityków to nie obchodzi), trzeba przejrzeć podział zadań i kompetencji (narzędzi realizacyjnych) pomiędzy rządem centralnym a samorządami. Polska nie należy pod tym względem do liderów samorządności w Unii Europejskiej. W krajach starej Europy samorządy odgrywają większą rolę w zaspokajaniu potrzeb społecznych. Pole do zmian nie jest małe. Zacznijmy od województwa, w którym podział zadań pomiędzy marszałkiem a wojewodą woła o pilne korekty. Nie jestem za likwidacją urzędu wojewody, bo uważam, że rząd musi mieć narzędzie kontroli legalności działań samorządu. I starczy! Po co w urzędzie wydziały rolnictwa, budownictwa itd., itp., kompletnie nie wiem. Nikt już nie pamięta, że w 2005 roku Sejm na wniosek SLD przyjął ustawę wzmacniającą rolę samorządu jako gospodarza województwa. Pierwsza ustawa, jaką przyjął nowy Sejm zdominowany przez PiS i PO, to było uchylenie tegoż aktu prawnego. „W Polsce nie będzie landów” – uzasadniał poseł-sprawozdawca. Rękę „za” podnieśli nawet ci posłowie PO, z którymi pisaliśmy uchwaloną poprzednio ustawę. Jak widać, niewiele się od tego czasu zmieniło, a jeśli już to na gorsze.

Rozmowy wymaga problem istnienia powiatów. Są z nami już od 25 lat, w kształcie ustrojowym i terytorialnym zaplanowanym przez Michała Kuleszę. On jeszcze przed swoją śmiercią mówił, że chyba w 1998 roku mieliśmy rację, że jest ich za dużo i są za słabe. Tak naprawdę są przygniecione przez szpitale i szkoły średnie, niezdolne do koordynacji działań rozmaitych służb rządowych działających na terenie powiatu. Także czynnik prestiżowy – „mamy nasz powiat” – osłabł wraz z odejściem pokolenia pamiętającego, że siedziba urzędu administracyjnego oznacza pieniądze, inwestycje, prestiż i dostęp do dóbr edukacyjnych i kulturalnych. Mamy powiaty, w których wszyscy aktywni ludzie jeżdżą do dużego miasta po te dobra. Mamy powiaty „obwarzankowe” (podobnie, jak i gminy), których racją istnienia jest brak zgody, aby je „połknęło” rozrastające się miasto. Warto zatem zastanowić się nad mapą podziału administracyjnego kraju, bo jest ona dziś inna niż przed 25 laty.

Warto także zastanowić się nad liczbą i kompetencjami podmiotów samorządowych w Polsce. Naprawdę jest dużo zadań i kompetencji, które uwolniłyby rząd od zajmowania się wszystkim. Te wszystkie Narodowe Fundusze, spółki i spółeczki wodne, leśne i wiele tym podobnych mogłyby się stać samorządowo-rządowymi z większym udziałem czynnika obywatelskiego. W dobie komputerów, internetu i telefonów posiadanych przez każdego, rosnącego poziomu wykształcenia obywateli, to nie jest problem. Jeśli chcemy spokojnie rozwijać nasze państwo, nie ma innej drogi niż uspołecznienie zarządzania nim. Tylko kto o tym pomyśli?

Artykuł ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Dobrze, że wniosek w sprawie zbadania działań prezesa NBP Adama Glapińskiego pod kątem ich zgodności z Konstytucją i ustawami w końcu wpłynął do laski marszałkowskiej. Przeprowadzenie zainicjowanego w ten sposób procesu jest ważne dla odbudowy instytucji państwa po ośmioletnim okresie ich dewastacji przez Prawo i Sprawiedliwość.

Spośród sformułowanych we wniosku zarzutów kluczowy jest ten odnoszący się do publicznego angażowania się w agitację, także w ramach kampanii wyborczej, na rzecz PiS. Artykuł 227 ust. 5 Konstytucji stanowi, że prezes NBP nie może być politykiem oraz prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu. Przepisu tego nie powinno się traktować w sposób wąski; trzeba w nim widzieć odzwierciedlenie zasady niezależności banku i jego szefa. Chociaż nie jest ona u nas zapisana expressis verbis, jest utrwalona w gospodarkach wolnorynkowych, w szczególności w Unii Europejskiej. Chodzi o uniezależnienie banku centralnego od nacisków zewnętrznych, politycznych i przede wszystkim rządowych. NBP ma prowadzić politykę pieniężną i stać na straży wartości złotego. Nie jest jego zadaniem wspieranie polityki gospodarczej partii rządzącej i rządu, o ile te dwa cele są ze sobą sprzeczne. A w czasie rosnącej gwałtownie inflacji bez wątpienia tak było. Bez wątpienia prezes Glapiński wykazywał wielką życzliwość wobec interesów fiskusa i faktycznie wspierał gabinet Mateusza Morawieckiego w działaniach wywołujących i podsycających wzrost cen. Warto teraz sprawdzić (a są do tego instrumenty), czy ci dwaj urzędnicy oraz rezydujący na ulicy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński rozumieli się bez słów, czy też wprost uzgadniali wspólną linię.

Dla przyszłej jakości organizacji państwa niezbędne jest utrwalenie standardu dokładnie odwrotnego (jak było to przez wcześniejsze lata, przynajmniej od uchwalenia Konstytucji). Gdyby nie przyjrzano się praktykom Adama Glapińskiego i milcząco wyrażono na nie zgodę, oznaczałoby to zmianę paradygmatu. Niosłoby to z sobą ryzyko powtórki takich działań, a przy okazji utrudniało wejście do strefy euro. Praktyczne negatywne skutki takiej postawy banku centralnego były zresztą aż nadto widoczne.

Trzeba mieć nadzieję, że sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej szybko zajmie się przekazaną jej sprawą. Wbrew utyskiwaniom na brak sprawności polskiego systemu odpowiedzialności za łamanie ustawy zasadniczej, nie ma powodu, by go dezawuować. Fakt, w całej swojej historii Trybunał Stanu skazał tylko dwie osoby – ministra i szefa Głównego Urzędu Ceł – za aferę alkoholową na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jednak nikt nie podchodził do przepisów Konstytucji z tak wielką dezynwolturą, jak politycy Zjednoczonej Prawicy. Dla zapobieżenia podobnym przypadkom wszystkie te delikty powinny być uczciwie przeanalizowane i należycie osądzone.

Otwieramy więc nowy rozdział. Po komisjach śledczych (jak dotąd, niezbyt skutecznych) przyszedł czas na użycie bardziej dolegliwych narzędzi. Oprócz Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej i – zapewne – Trybunału Stanu, działa wyprowadzona ze stanu hibernacji prokuratura. Przeszukania w związku z malwersacją środków Funduszu Sprawiedliwości mogą wydać się ostre i brutalne, ale też charakter tej sprawy jest wyjątkowo bulwersujący i, mówiąc szczerze, obrzydliwy. Trzeba ją do cna wyjaśnić, a winnych ukarać. Niezależnie od tego, czy są księżmi, urzędnikami czy eksministrami. Każdy jest równy wobec prawa. Dura lex, sed lex.

O tym, czy w powyborczej rzeczywistości da się ułożyć na nowo obszar stosunków między Rzecząpospolitą a Kościołem Rzymskokatolickim, dyskutują: Paweł BORECKI, Mirosław CHAŁUBIŃSKI, Ewa DĄBROWSKA-SZULC, Mirosław KARWAT, Tadeusz KLEMENTEWICZ, Robert SMOLEŃ, Danuta WANIEK i Mirosław WORONIECKI.

Zredagowany, znacznie skrócony zapis tej rozmowy ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”.

Zeszłoroczne wybory parlamentarne otworzyły drogę do głębokich zmian w polskim systemie politycznym, co bez przesady można nazwać drugą demokratyzacją. Pierwsza dokonywała się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, a jej efektem był demontaż autorytarnego państwa partyjnego, jakim była Polska Rzeczpospolita Ludowa – niezależnie od tego, jak korzystnie różniła się ona od innych państw ówczesnego „bloku radzieckiego” – i zbudowanie zrębów demokratycznego państwa prawa. Ówczesna demokratyzacja nie miała precedensów w historii państw socjalistycznych, choć – jak często podkreśla się w literaturze politologicznej – pod wieloma względami przypominała reformę ustrojową zrealizowaną w Hiszpanii po śmierci generalissimusa Franco. To, co wtedy zaczęło się w Polsce, przeczyło prognozom wytrawnych badaczy zachodnich, którzy niemal do ostatniej chwili twierdzili, że tak zasadnicza zmiana w Europie środkowo-wschodniej nie jest możliwa, przynajmniej w bliskiej przyszłości.

Pierwsza demokratyzacja w Polsce dokonywała się w klimacie narodowego porozumienia. Ustawy zmieniające gospodarkę i państwo przechodziły przez Sejm przy ponadpartyjnym poparciu, a wyposażony w wielkie kompetencje prezydent Wojciech Jaruzelski konsekwentnie wspierał reformatorski rząd Tadeusza Mazowieckiego. Było tak dlatego, że już wcześniej w rządzącej przed 1989 rokiem PZPR uformował się i zdobył przewagę nurt reformatorski, który postulował porozumienie ponad politycznymi podziałami i wspólne działanie na rzecz głębokiej reformy państwa. Polska stała się wówczas pionierem zmian demokratycznych w ówczesnym bloku państw socjalistycznych, co znajdowało wyraz w entuzjastycznych wobec niej komentarzach polityków, publicystów i uczonych z demokratycznego Zachodu.

Dziś jest inaczej. Druga demokratyzacja dokonuje się w warunkach ostrej walki. Elita polityczna Prawa i Sprawiedliwości nie była przygotowana na przegraną i reaguje na nią w sposób agresywny. Nie ma ani śladu ponadpartyjnej współpracy w reformowaniu państwa, a prezydent Andrzej Duda – jak dotąd – bezskutecznie próbuje wykorzystać swe uprawnienia w uporczywych próbach zahamowania demokratycznych przemian. Dzieje się to w niekorzystnym dla demokratyzacji klimacie międzynarodowym. Rosyjska agresja wobec Ukrainy stwarza napięcie, jakiego nie było trzydzieści kilka lat temu, gdy rozpoczynał się proces przemian demokratycznych w naszej części Europy. W niektórych starych demokracjach rosną siły autorytarne, czego przykładem jest powrót Donalda Trumpa na główną scenę polityki amerykańskiej. Gdyby wygrał on tegoroczne wybory, byłoby to równoznaczne ze wzmocnieniem sił autorytarnych w innych państwach demokratycznych – w tym także w Polsce.

Nie znaczy to, że obecna przemiana polityczna skazana byłaby na niepowodzenie. Konieczne jest jednak realistyczne rozpoznanie zagrożeń i znajdowanie na nie odpowiedzi.

Zagrożeniem pierwszym jest spuścizna rządów PiS w sferze gospodarki. Ostatni rok rządów Jarosława Kaczyńskiego i jego ekipy zaznaczył się stagnacją gospodarczą, wyrażoną wzrostem PKB o zaledwie 0,2%. Rekordowo wysoki deficyt budżetowy i znacznie powiększone zadłużenie państwa ograniczają możliwości szybkiej poprawy sytuacji materialnej tych – bardzo licznych – grup społecznych, które nie korzystały z faworyzującej uprzywilejowanych polityki gospodarczej. Korzenie tej sprawy sięgają głębiej niż tylko do ostatnich ośmiu lat. W 2015 roku Platforma Obywatelska przegrała wybory głównie dlatego, że wyborcy chcieli zmiany polityki społeczno-gospodarczej. Nie powinno więc być powrotu do neoliberalnej polityki gospodarczej realizowanej przez rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Wiele wskazuje na to, że obecny premier to rozumie i nie jest skłonny powtarzać starych błędów. Obecność Lewicy w koalicji rządowej wzmacnia szansę na to, że nowa polityka gospodarcza będzie inna niż dotychczasowa. Ten rok będzie miał kluczowe znaczenie dla wypracowania i wprowadzania w życie takiej polityki gospodarczej, która pozwoli łączyć słuszne postulaty warstw uboższych z przywróceniem równowagi finansów publicznych. Warto wykorzystać w tej dziedzinie doświadczenie wyniesione z wczesnej fazy transformacji, gdy nowatorska „strategia dla Polski” autorstwa Grzegorza Kołodki stała się podstawą przezwyciężenia kryzysu wywołanego skrajnościami neoliberalnej reformy Leszka Balcerowicza.

Związana z tym jest druga sprawa: walka z korupcją i nepotyzmem. Rozprzestrzeniły się one pod rządami PiS (partii, której nazwa mogłaby brzmieć Pieniądze i Synekury) w stopniu znacznie przekraczającym wszystko, czego byliśmy świadkami za rządów PO czy też SLD (w latach 2001–2005, gdyż wcześniejsze rządy lewicy były od tej plagi wolne). Były minister Marcin Horała zabawnie przejęzyczył się, mówiąc o tych, co kradli niezgodnie z procedurami. W istocie bowiem cały system wprowadzonych przez PiS procedur ustawiony był tak, by umożliwiał bajeczne – ale zgodne z procedurami – apanaże członkom nowej elity politycznej, do której dostęp zależał od politycznej lojalności i powiązań osobistych. Dowiemy się o tym więcej, gdy zakończy swe prace komisja sejmowa powołana dla wyjaśnienia tzw. afery wizowej, która długim cieniem kładzie się na bilansie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Czy sprawstwo kierownicze w tej wielkiej aferze sięga jedynie szczebla jednego z wiceministrów spraw zagranicznych? Wydaje się to mało prawdopodobne. W świetle tej afery deklaracje przywódców PiS, że wystarczy nie kraść brzmią niezamierzoną ironią. Trzeba jednak pamiętać, że korupcja i nepotyzm nie pojawiły się w polskim życiu politycznym dopiero po dojściu do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego. Były obecne wcześniej – także za drugich rządów SLD w latach 2001–2005, za co partia ta zapłaciła bardzo słono. Ludzie kierujący państwem muszą wyciągnąć wnioski z przeszłości. Oznacza to bezwzględność w walce z nepotyzmem i korupcją – nie tylko tymi, które miały miejsce za poprzednich rządów, ale także tymi, które mogą się odradzać obecnie. Każda partia rządząca staje się magnesem przyciągającym karierowiczów i kombinatorów, którzy w polityce szukają nie realizacji szczytnych celów, lecz drogi do pieniędzy i innych profitów. Od mądrości męża stanu zależy, by nie stali się oni czymś więcej niż marginesem.

Trzecią sprawą jest utrzymanie jedności Koalicji 15 Października. Początki zapowiadają się dobrze, ale trzeba widzieć zagrożenia. Tkwią one zarówno w różnicach programowych (jak w sprawie legalizacji aborcji), jak i w ambicjach polityków. Te ostatnie zostaną wystawione na poważną próbę w przyszłym roku, gdy odbędą się wybory prezydenckie. Byłoby bardzo dobrze, gdyby politycy obecnej koalicji zdołali podporządkować osobiste i partyjne ambicje i doprowadzili do wysunięcia wspólnego kandydata całej koalicji, a w ostateczności – gdyby przynajmniej zobowiązali się do wspólnego poparcia tego kandydata wywodzącego się z obecnej koalicji, który wejdzie do drugiej tury.

Utrzymanie jedności koalicji mimo istniejących różnic ideologicznych wymaga zdolności do zawierania kompromisów. To będzie najtrudniejsze dla lewicy, której konsekwentna obrona świeckości państwa dyktuje twarde stanowisko w sprawach światopoglądowych, ale która musi zarazem liczyć się z politycznymi realiami. Lewica nie jest jednak osamotniona w walce o tolerancyjne, wolne od kościelnego dyktatu państwo. Rząd Donalda Tuska podjął sprawę finansowania Kościoła przez państwo i zapowiedział zastąpienie funduszu kościelnego dobrowolnymi odpisami podatkowymi. Skończyło się obdarowywanie Kościoła wielomilionowymi prezentami z państwowej kasy. Konsekwentne prowadzenie przez centrolewicowy rząd takiej polityki stanowi prawdziwy test przywództwa politycznego i zasługuje na pełne poparcie ruchu laickiego. Światopoglądowa różnorodność Koalicji 15 Października nie przeszkadza temu, by w tej dziedzinie działać zgodnie.

Czwarte wreszcie zagrożenie wynika z tego, że PiS „zabetonował” swoje panowanie w wymiarze sprawiedliwości, wcielając w życie niezgodne z konstytucją rozwiązania, jak wybieranie przez Sejm tych członków Krajowej Rady Sądownictwa, których wybierać powinni sędziowie, lub wprowadzając do Trybunału Konstytucyjnego oddanych partyjnych funkcjonariuszy bez autorytetu i dorobku, jakim dawniej cieszyli się członkowie tego grona. Teraz posłowie PiS cynicznie odwołują się do Konstytucji, którą sami łamali lub obchodzili. Minister Adam Bodnar zadziwia sprawnością, z jaką podjął walkę o oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości z dziedzictwa poprzednich ośmiu lat, ale jest to dopiero początek drogi. Przywracanie rządów prawa to także sprawiedliwe, ale surowe ukaranie tych ludzi władzy, którzy dopuścili się przestępstw politycznych. W tej sprawie szczególnie doniosłe znaczenie będzie miała praca komisji sejmowej powołanej do wyjaśnienia tła i przebiegu inwigilacji prowadzonej przy użyciu zakupionego od Izraela Pegasusa. Jeśli potwierdzą się podejrzenia, że za inwigilacją polityków ówczesnej opozycji stali szefowie służb specjalnych, będzie to dla PiS cios tym bardziej dotkliwy, im intensywniej liderzy tej partii tworzą mit politycznych męczenników wokół byłych szefów CBA Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika.

Pierwsze półtora roku nowych rządów to okres najtrudniejszy, a zarazem decydujący o powodzeniu ekipy premiera Tuska. W kwietniu wybory samorządowe potwierdzą – jak jestem przekonany – werdykt wydany przez wyborców w październiku. Zdecydowana wygrana – przede wszystkim w wielkich miastach i w większości sejmików wojewódzkich – pokaże, że wybory 15 października nie były przypadkowym potknięciem ekipy Jarosława Kaczyńskiego i że większość obywateli naszego państwa popiera drogę, na którą wtedy weszliśmy. W wyborach do Parlamentu Europejskiego cała koalicja powinna iść na wspólnej liście, co powinno jej zapewnić uzyskanie znaczącej przewagi nad prawicową opozycją. Jest to tym ważniejsze, że na kilka miesięcy przed wyborami europejskimi sondaże sugerują wzmocnienie skrajnie prawicowej i eurosceptycznej opozycji w kilku bardzo ważnych państwach europejskich.

Jeśli Koalicja 15 Października zwycięsko upora się z tymi czterema problemami, uzyska szansę na to, by w drugiej połowie obecnej kadencji odbudowa demokracji była łatwiejsza. Wysoce prawdopodobny wybór nowego prezydenta wywodzącego się z Koalicji 15 Października stworzy warunki dla skutecznej legislacji, a tym samym pomoże w rozwiązywaniu odziedziczonych po rządach PiS problemów prawnych. Sukces rodzi zwiększone poparcie. Im bardziej w przeszłość odchodzić będą rządy PiS, tym silniejsza będzie pozycja obecnej koalicji – pod warunkiem jednak, że będzie konsekwentna w przebudowywaniu państwa.

Partii PiS grozi poważny kryzys. Z jednej strony już zaczyna się proces odchodzenia od niej ludzi, którzy to i owo jej zawdzięczają, ale którzy nie są ideologicznymi fanatykami i zechcą układać sobie stosunki z tymi, którzy mają dziś władzę. Tak zrobił popierany przez PiS prezydent Łomży, który na swego zastępcę powołał szefa lokalnej struktury Platformy Obywatelskiej. Sądzę, że pojawią się jego naśladowcy. Wyzwaniem dla PiS będzie też rosnący rozdźwięk między fanatycznie prawicowym partyjnym „betonem” a bardziej umiarkowanymi działaczami i wyborcami. Zaostrzanie konfliktu, posługiwanie się absurdalnymi oskarżeniami (oskarżanie Tuska o to, że jest niemieckim agentem), kreowanie na męczenników prawomocnie skazanych przestępców – wszystko to może podobać się twardemu jądru PiS, ale odstręcza ludzi umiarkowanych. Nie można więc wykluczyć, że znajdzie się ktoś gotów zaproponować rozsądniejszą wersję partii prawicowej. W Polsce jest miejsce na cywilizowaną partię konserwatywną, jak niemiecka chadecja czy brytyjscy torysi. Czy taka partia powstanie? Okaże się to w niedalekiej przyszłości.

Poważnym wyzwaniem dla Prawa i Sprawiedliwości będzie walka o spuściznę po Jarosławie Kaczyńskim. Ten autorytarny przywódca różni się od swych odpowiedników w innych państwach pod względem osobowościowym. Brytyjski publicysta Gideon Rachman pisze, że jest to niemówiący po angielsku odludek, który lepiej niż na światowej scenie czuje się w domu z kotem i książkami („Nowy autorytaryzm”, Łódź 2023, s.148). Brak charyzmatycznego, a przynajmniej popularnego przywódcy jest jedną z ważniejszych słabości Prawa i Sprawiedliwości. Upływ czasu zaostrza ten problem. Kończąc w tym roku 75 lat, Kaczyński nie jest jeszcze zbyt stary, by odgrywać kierowniczą rolę w polityce swego obozu. Jednak jego stan psychiczny – ujawniany między innymi nagłymi wybuchami niepohamowanej furii, które mogliśmy obserwować w czasie obrad Sejmu – wskazuje na to, że nadchodzi czas na zmianę. Jak niemal każdy autorytarny przywódca, Jarosław Kaczyński nie ma koło siebie wyraźnie wyznaczonego następcy. Jego partię czeka więc walka o to, kto w trudnej sytuacji stanie na czele izolowanej partii opozycyjnej. W tej sytuacji rytualne zapewnienia, że PiS wkrótce powróci do władzy, pozostają w sferze fantazji.

W zeszłym roku pokazaliśmy, że stać nas na to, by Polska ponownie pokazała drogę odbudowywania demokracji po autorytarnych rządach. Na tej drodze mamy historyczną szansę. Jest nią pokazanie, że potrafimy – wbrew silnej w wielu państwach fali prawicowego autorytaryzmu – zmienić bieg historii, podjąć dzieło odbudowania i wzmocnienia demokracji. Musi nam się udać!

Ani się obejrzeliśmy, a już minęło 100 dni rządzenia Donalda Tuska, które są okazją do znęcania się nad premierem i jego ministrami. Taka cezura obowiązuje i trzeba to przyjąć do wiadomości. Co jednak można wykonać przez ledwie trzy miesiące rządzenia, mając na Krakowskim Przedmieściu wciśnięty wsteczny bieg, a w trybunale z Alei Szucha jeszcze dodatkowy docisk?

Niestety, sytuację skomplikowała ubiegłoroczna retoryka wyborcza, której uległ Donald Tusk, ogłaszając 100 konkretów na 100 dni. Z tych dzisiaj raczej są nici. Trudno za to winić tylko premiera, ostatecznie nie jego winą jest obecny stan demokracji i praworządności w Polsce, ale wychodzi na to, że można chcieć dobrze i zarazem wpaść w sidła własnej retoryki. Dla wyrobionej politycznie publiczności było to zresztą wiadome od początku, ale nie wszyscy są w tym zakresie aż takimi mózgowcami (szkoda, że zabrakło ich w najbliższym zapleczu premiera.

Tak czy siak jazda pod tytułem „rozliczamy 100 dni” będzie trwać jeszcze dobre parę tygodni. Osobliwie na Wiejskiej, zarówno przy stoliku dziennikarskim, jak i we wnioskach do porządku dziennego, których wysyp będzie, podejrzewam, bardzo widowiskowy. Każdy poseł ław opozycji będzie podkreślał, jaki to z premiera Tuska kłamca i wiarołomca, a są przecież inicjatywy poselskie, które biorą złożone przezeń w kampanii wyborczej zapowiedzi na poważnie i mają już kształt ustaw. A w myśl zasady marszałka Hołowni, że zamrażarka sejmowa jest wyłączona, trzeba będzie je przeczytać i się przy okazji gęsto tłumaczyć.

Kwestionując zasadę, iż rząd trzeba rozliczać akurat w sto dni od chwili powołania, generalnie warto publicznie zastanowić się nad wartością składanych obietnic. I po prostu uczciwie powiedzieć ludziom, może nawet w nowej TVP, że są one długofalowe, sięgają horyzontu połowy kadencji, czyli np. momentu, kiedy Krakowskie Przedmieście opuści jego dzisiejszy lokator wraz ze współpracownikami. To na pewno uwolniłoby moce sprawcze rządu, który obecnie jest mocno sparaliżowany postawą prezydenta w sprawie wetowania ustaw. Co prawda udało się okiwać prezydenta Dudę metodą kroków dokonanych z ambasadorami, ale to tylko połowa sukcesu i gdzie nie spojrzeć mamy taki mniej więcej stan spraw.

W praworządności także połowa sukcesu, ale tu przynajmniej zaplanowano w Sejmie wysłuchanie publicznie w sprawie ustawy o KRS, więc jest jakiś progres. W mediach publicznych też mniej więcej: odwołano poprzednie upartyjnione ekipy, są nowi ludzie, ale otoczenie prawne pozostaje jakby stare i nawet widoków na zmiany nie ma. A przynajmniej naiwne było oczekiwanie że luty-marzec przyniesie nam założenia do nowej ustawy medialnej; teraz realnym terminem wydaje się maj-czerwiec, ale przecież pewności nie ma… W kwestii praw reprodukcyjnych tak samo, choć nie należy w czambuł potępiać ostrożnego marszałka Hołownię, że chce ocalić do prac komisyjnych wszystkie złożone projekty ustaw. Bo to w jakiś sposób porządkuje proceduralnie sprawę aborcji, wyjmując ją z bieżącego toku wydarzeń. Inna sprawa, że Lewica na tym temacie szalenie odżyła, czemu należy kibicować.

Historyczne sto dni władzy

Wprowadzenie do obiegu pojęcia pierwszych stu dni jako okresu początków władzy nowego rządu ma swoją długą, ciekawą historię. Początki związane są ze stu (a dokładnie stu dziesięcioma) dniami Napoleona Bonaparte po jego powrocie z jedenastomiesięcznego wygnania na wyspie Elba. Okres ten zakończył się wielorakim niepowodzeniem. Przede wszystkim ogromną stratą dla państwa: przegraną wojną i powtórną restauracją Burbonów, która oznaczała dla Francji znacznie mniej korzystne postanowienia traktatu paryskiego. Był to także „koniec lotu orła” w karierze samego Napoleona.

Polityczny zwyczaj oceny pierwszych stu dni nowego rządu z perspektywy złożonych obietnic w kampanii wyborczej to już bardziej nowoczesne zjawisko. Ma swój początek w Stanach Zjednoczonych XX wieku i związane jest z początkami pierwszej kadencji rządów Franklina Delano Roosevelta. Przyjął on założenie, że ten właśnie okres musi stać się najbardziej produktywny i wpływowy. Natychmiast zwołał Kongres na prawie studniową sesję specjalną, podczas której udało mu się szybko uchwalić serię głównych ustaw mających przeciwdziałać różnorakim skutkom trwającego kryzysu. W całości wszystko składało się na realizację projektu, który zapisano w historii jako New Deal (Nowy Ład).

Sto dni władzy w Polsce

W Polsce nie ma wielkich tradycji tego pierwszego okresu nowej władzy. W zasadzie niemal wszystko dotychczas w tej kwestii sprowadzało się do exposé wygłaszanego w Sejmie przez premiera. Jednakowoż, pierwsze dni i miesiące nowego rządu stawały się stopniowo także okresem wzmożonego zainteresowania społeczeństwa obywatelskiego, w którym – zwłaszcza zwycięska część elektoratu – oczekiwała, że wybrani przez nich rządzący podejmą działania zgodne z przedwyborczymi obietnicami i będą wprowadzać odpowiednie zmiany i projekty. Od tej oceny w dużej mierze zależało, czy program ten zdobędzie poparcie, czy też zostanie szybko zapomniany.

Po upływie pięćdziesięciu dni od powołania obecnego rządu Donalda Tuska zaczęto sporządzać pierwsze recenzje. Generalnie większość wyborców rządzącej Koalicji 15 Października uznała decyzje rządu w tym czasie za umiarkowanie satysfakcjonujące i obiecujące dla powrotu do normalności; oczekiwania były większe. Opozycja była oczywiście przeciwnego zdania.

Jednak już na samym starcie okazało się, że są takie projekty reform, które w ciągu stu dni zrealizowane nie będą. Dla urzeczywistnienia innych może nie wystarczyć nawet cała czteroletnia kadencja. Twardym warunkiem powodzenia ich realizacji jest uzyskanie samodzielnej (kwalifikowanej) większości w Sejmie lub wybór w następnym roku nowego prezydenta, który bardziej będzie sprzyjać polityce rządu, nie będzie (jak obecna głowa państwa) taki chętny do wetowania wszystkich przedkładanych mu ustaw.

Ponadto, aby uniknąć ognisk zapalnych i zapewnić w miarę bezkolizyjne sprawowanie rządów, w umowie koalicyjnej od samego początku nie umieszczono takich celów i obietnic, które budziłyby programowe kontrowersje. Na przykład nic nie wiadomo o przygotowaniach do podjęcia decyzji w takich gorących tematach, jak stosunki państwo – Kościół (w szczególności finansowanie działalności Kościoła czy konieczne zmiany zapisów konkordatu), kontynuacja podjętych przez poprzedni rząd projektów inwestycyjnych, rozwiązanie sytuacji kryzysowej w rolnictwie, kwestie polityczne dotyczące wymiaru sprawiedliwości i in.

Polityczny matrix

Większościowy elektorat nowej władzy okazał się niecierpliwy i niepewny w swoim wyczekiwaniu na obiecywane zmiany, jakie miały nastąpić już od pierwszych dni rządów. Duża część elektoratu KO nie wykazywała też zrozumienia dla przyjętej przez nowy rząd strategii opartej na konieczności twardego przestrzegania demokratycznych procedur przy wprowadzaniu zmian i realizacji przedstawionego programu. Doszło do pierwszych tarć interesów w łonie koalicji, które skutkowały wydłużeniem / odkładaniem realizacji uprawnień władzy ustawodawczej do określania tych kierunków polityki, które zostały zablokowane przez opozycję, na czele z prezydentem. Fiasko inicjatywy zmierzającej do restauracji poprzedniego systemu władzy wykonawczej (vide powołanie marionetkowego, dwutygodniowego rządu pozbawionego koniecznego oparcia ze strony większości parlamentarnej), oczywiste od samego początku, przerodziło się w próby wzniecania zamieszek, tworzenia apokaliptycznych scenariuszy, konfliktów, które miały doprowadzić do destabilizacji sytuacji społecznej i politycznej poprzez strajki, demonstracje i awantury w miejscach publicznych. Celem tej taktyki było wytworzenie przekonania, że po wyborach nowa władza wprowadza chaos, „matriksowy” system dualizmu prawnego.

Rzeczywistość była jednak taka, że poparcie dla nowego rządu nie spadało, tylko rosło, a najbardziej zyskał traktowany dotychczas z przymrużeniem oka nowy lider zaufania społecznego Szymon Hołownia, który stał się jednym z głównych beneficjentów wytworzonej sytuacji.

Nastąpiła niespodziewana zmiana miejsc, czyli zamiany pozycji obu największych konkurentów na scenie politycznej, PO pod wodzą Donalda Tuska i partii PiS prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Stało się to pod wieloma względami uderzające. PiS szło drogą oporu Platformy z 2015 roku – zwanej przez swoich przeciwników totalną opozycją, traktując utratę władzy jako dziejową niesprawiedliwość wynikającą z działań jakiegoś spisku z zewnątrz (Niemcy?).

Możliwość realizacji oczekiwania zwycięskiej części elektoratu, że z miejsca, w ciągu krótkiego czasu, zostanie spełniona choćby połowa postulatów wyszczególnionych w programie koalicji partii demokratycznych, od samego początku była wątpliwa. Tusk, deklarując gotowość realizacji stu postulatów w sto dni, znacznie przelicytował swoim populizmem zarówno jego konkurentów, jak i możliwości wykonawcze nowych ministrów. Tym samym, niepotrzebne i nawet szkodzące stały się także pierwsze próby przeprowadzania wczesnej oceny dokonań nowej władzy za pomocą omawianego narzędzia opisu, zwłaszcza przeprowadzanych w połowie drogi pierwszego etapu, czyli już po 50 dniach sprawowania władzy. Wykonane analizy ujawniły jeden i ten sam rezultat, sprowadzający się do pozytywnego wskazania na wykonanie zaledwie ok. 12 procent zadeklarowanych zobowiązań (w tym: tylko ok. 5 procent w pełnym zakresie). Bulwarowy „Fakt” konstatował, że: Sporo jest do zrobienia i nie wszystko uda się wprowadzić w życie. Nie tylko w 100 dni, ale nawet w tym roku. Podobny wynik częściowego audytu uzyskano w analizie przeprowadzonej przez Wirtualną Polskę. Jak więc ostatecznie przedstawiał się bilans?

— Udało się odbić media publiczne (TVP, Polskie Radio, PAP, 17 publicznych rozgłośni regionalnych), choć nie obyło się bez zawirowań dotyczących sprzecznych interpretacji obowiązujących przepisów prawnych i publicznych protestów, łącznie z okupacją strajkujących prominentnych działaczy PiS i pracowników programów publicystycznych TVP;

— uchwalono ustawę, która wprowadza refundację zabiegów in vitro z budżetu państwa. W budżecie państwa na 2024 rok zaplanowano 500 mln zł na pierwsze zabiegi, a program ma ruszyć 1 czerwca br. Odpowiednia ustawa została podpisana przez prezydenta, przy krótkotrwałych protestach hierarchów Kościoła katolickiego i jeszcze krótszej satysfakcji obywateli, bo uwaga opinii publicznej została przekierowana na zmienne losy dwóch pisowskich ministrów skazanych prawomocnym wyrokiem sądu za przestępstwa, odpowiedzialnych za inwigilację obywateli;

— zrealizowano podwyżki dla nauczycieli o 30 procent, przynajmniej w teorii – nie mniej niż o 1500 zł brutto na etat. Pieniądze na ten cel zaplanowano w budżecie na 2024 rok i wkrótce nauczyciele otrzymają wyższe pensje z wyrównaniem od 1 stycznia;

— ceny gazu i prądu w 2024 roku zostały zamrożone — obietnica zrealizowana. Na razie wiadomo, że do końca czerwca ceny nie wzrosną, rząd zdecyduje w kolejnych miesiącach, czy te działania osłonowe będą przedłużane;

— media publiczne zaczęły być odpolityczniane. Dwa miliardy złotych, pierwotnie przeznaczone na TVP, zasili budżet na leczenie nowotworów.

Pozostała większość reform (zwłaszcza socjalnych) na pewno nie zostanie zrealizowana w ciągu całego okresu stu dni – a jest jeszcze dużo za wcześnie, by wyrokować, czy zostaną skutecznie zrealizowane do końca kadencji. Chodzi tu m.in. o podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, co notabene było sztandarową obietnicą KO, albo trywialnie wyglądającego postulatu zwolnienia uczących się dzieci od odrabiania zadanych prac domowych w domu po lekcjach. Problem okazał się systemowy; zobaczymy, czy będzie możliwy do realizacji wcześniej niż dopiero na końcu zaplanowanej za lat kilka całościowej reformy szkolnictwa.

Bardziej wiarygodnym, a zarazem użytecznym i możliwym dla przeprowadzenia oceny realizacji programu nowego rządu (od uzbieranych w toku kampanii w większości populistycznych konkretów do zrealizowania w ciągu pierwszych 100 dni po objęciu władzy) wydaje się po prostu umowa podpisana przez ugrupowania tworzące koalicję. Zawiera ona bardziej wyraziste konkrety. Zakłada m.in. osiągnięcie następujących celów i wykonanie zadań, których realizacja jest bardziej nadająca się do audytu i kroczącego rokrocznego śledzenia postępów: podwyżki dla sfery budżetowej, w tym nauczycieli, zwiększenie wydatków na służbę zdrowia, uproszczenie podatków, jawność finansów publicznych, przywrócenie korzystnych warunków do rozwoju działalności gospodarczej, odpolitycznienie spółek Skarbu Państwa, uzupełnienie świadczeń społecznych, stworzenie warunków dla istotnego przyspieszenia tempa budowy nowych mieszkań, likwidacja Centralnego Biura Antykorupcyjnego, odblokowanie środków z UE na realizację Krajowego Planu Odbudowy, przywrócenie niezależności i apolityczności prokuratury oraz apolitycznego i konstytucyjnego kształtu Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego, odpolitycznienie i przywrócenie autonomii uczelni oraz wyższy poziom ich finansowania, zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w produkcji energii elektrycznej, poprawa poziomu ochrony polskich lasów, rzek i powietrza, większy udział samorządów w podatku PIT, wzmocnienie praw kobiet i unieważnienie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji z dnia 22 października 2020 roku. A także:

— rozliczenie rządów Zjednoczonej Prawicy – osób odpowiedzialnych za usiłowanie bezprawnej zmiany ustroju państwa oraz za naruszenia Konstytucji, ustaw i praworządności, a także za upartyjnienie instytucji publicznych, sprzeniewierzenie pieniędzy publicznych i ich bezprawne, niecelowe i niegospodarne wydatkowanie; oraz stworzenie sejmowych komisji śledczych w obszarach wymagających szczegółowego i transparentnego zbadania;

— postawienie przed prokuraturą i sądami osób winnych przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków urzędników i innych funkcjonariuszy publicznych, a także nakłaniania do takiego działania, sprzeniewierzenia środków publicznych na cele partyjne i osobiste, nepotyzmu w instytucjach publicznych i w spółkach z udziałem Skarbu Państwa oraz korupcji politycznej, w tym powoływania się na wpływy, stworzenia zorganizowanego systemu siania nienawiści w mediach rządowych i w innych środkach masowej komunikacji, skierowanego przeciwko obywatelom, działaczom opozycji i organizacji pozarządowych, wykorzystywania środków i instytucji publicznych, takich jak media i spółki z udziałem Skarbu Państwa, do wpływania na decyzje wyborcze społeczeństwa, fałszerstw dokumentów i fałszerstw urzędniczych.

Podsumowanie

Obecnie politolodzy uważają, że pierwsze sto dni rządów to raczej sztuczny konstrukt polityczny – po części miesiąc miodowy, po części rampa startowa, po części okres nauki. Obserwując pierwsze miesiące okresu władzy gabinetu premiera Tuska, nie sposób pominąć, że przebiegają one w zupełnie innym kontekście sytuacyjnym. Dlatego nie należy przedwcześnie konstatować, że nic magicznego nie wydarzy się w setnym dniu. Decyzje, z których pamięta się przywódców, nie są bardziej prawdopodobne w ciągu pierwszych kilku miesięcy urzędowania, niż po roku, dwóch albo nawet w ostatnich stu dniach urzędowania. Wszystko przecież zależeć będzie od kontekstu, który trzeba najpierw odtworzyć, aby można było później móc wprowadzić konieczne korekty i realizować swój program. W przypadku kontekstu pierwszych stu dni Tuska mamy ewidentnie do czynienia z okresem odradzania się demokracji. Przez dwa miesiące początków audytu rządów Koalicji 15 Października odsłonięto przekraczającą wyobraźnię skalę bezprawia, chciwości i korupcji politycznej w systemie sprawowanej władzy i natrafiono na silny opór broniącej swoich łupów i nieprawości zorganizowanej grupy przestępczej1 pod parasolem ochronnym PiS i odchodzących ze swoich stanowisk najwyższych urzędników państwowych.

Priorytety rządu zostały już zakomunikowane przed wyborami. Po objęciu władzy podjęto działania w kierunku: ustanowienia praworządnego, obdarzonego zaufaniem rządu koalicyjnego, uchwalenia budżetu itd. itp. Ustanowiono odpowiednie narzędzia audytu (sejmowe komisje śledcze, odnowiono sprawność działania prokuratury i inne), które mają pospołu wiele do wykonania, aby móc w sposób praworządny doprowadzić do realizacji finalnego celu politycznego, jakim jest szerokie i dogłębne rozliczenie rządów Zjednoczonej Prawicy; postawienie przed prokuraturą i odpowiednimi sądami wszystkich osób winnych dewastacji ładu konstytucyjnego, przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków. Dotyczy to nie tylko urzędników i innych funkcjonariuszy publicznych, ale także polityków, którzy są podejrzani o sprawstwo kierownicze, nakłanianie do przestępczego działania, sprzeniewierzenie środków publicznych na cele partyjne i osobiste, wprowadzenie praktyk nepotyzmu w instytucjach publicznych i w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, korupcję polityczną i inne przestępstwa.

A studniowy okres pozostanie dalej użyteczną miarą oceny nowego premiera i jego rządu. Można więc mieć nadzieję, że zaraz po 7 kwietnia (118. dzień po jego zaprzysiężeniu) czy po ogłoszeniu wyników kolejnych wyborów, premier może uzyskać konieczną do przeprowadzenia głębokich rozliczeń tak silną legitymację, że w pełni przekształci się z kolejnego premiera zapamiętanego dotychczas jako twórcę „ciepłej wody w kranie” w godnego upamiętnienia męża stanu. Czy jest scenariusz alternatywny, jeśli ten plan się nie uda? Los Napoleona i powrót do autorytaryzmu?

1 Jako pierwszy określenia  PiS-u, jako „zorganizowanej grupy przestępczej” użył konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski w 2018 r. Partia odwołała się od tego wyroku. W listopadzie 2020 r. warszawski Sąd Apelacyjny oddalił apelację i utrzymał wyrok Sądu Okręgowego uznający prawo do użycia tego sformułowania. Sąd Najwyższy nie przyjął kasacji. https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8339072,sadurski-zorganizowana-grupa-przestepcza-pis.html 21.02.2022. W innym procesie PiS także przegrało proces, jaki wytoczyło lokalnemu dziennikarzowi Jarosławowi Mazankowi, który nazwał tą partię faszystowską. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił powództwo w procesie o ochronę dóbr osobistych. https://www.rp.pl/dobra-osobiste/art39781151-pis-mozna-nazywac-partia-faszystowska-jest-wyrok-sadu. Publikacja: 04.02.2024 09:09

Analiza została opublikowana w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r. Jej znacznie bardziej obszerna i szczegółowa wersja, zgodna z wymogami publikacji naukowych, ukaże się w zeszycie „Res Humana – Scientia” w wersji drukowanej i na portalu reshumana.pl.

Całkiem niemało naszych Czytelników w rozmowach na temat treści prezentowanych w „Res Humana” zwróciło nam uwagę, iż brakuje im artykułów, przeglądów na temat filozofii (zwłaszcza współczesnej), że pismo jest zdominowane przez problematykę polityczną (wewnętrzną i międzynarodową) i przez próby teoretyzowania na jej temat.

W tych uwagach – w ogólnej tonacji zdecydowanie nam życzliwych – jest sporo racji, choć to nie cała racja, o czym świadczą ubiegłoroczne nasze publikacje wyimków twórczości prof. Tadeusza Kotarbińskiego i komentarze na jej temat. Nasze skoncentrowanie się na aktualiach politycznych i trendach rozwojowych jest usprawiedliwione wielką burzliwością i znaczną dynamiką współczesnych wydarzeń w Polsce i na świecie. Stąd bierze się zainteresowanie wielką polityką, co uzasadnia utrzymanie dotychczasowej linii programowej „Res Humana”.

Niemniej jednak uznaliśmy, iż szersza obecność współczesnej filozofii na łamach pisma jest z pewnością uzasadniona. Współczesny może znaczyć również nie w pełni przyswojony, coś z czymś zdążyliśmy się zetknąć tylko powierzchownie.

Dlatego powstał w redakcji pomysł zaprezentowania w „Res Humana” ważnych – naszym zdaniem – nurtów filozofii prezentowanych przez współczesnych myślicieli, a także problemów, które usiłowali oni rozwiązywać.

Dla przykładu warto wymienić postmodernizm, neomarksizm (w tym szkołę frankfurcką) hermeneutykę, neotomizm, współczesny pozytywizm i feminizm. Z polskich filozofów przyjrzymy się analizom autorstwa Kazimierza Ajdukiewicza, Romana Ingardena, Stanisława Lema, Leszka Kołakowskiego i Zygmunta Baumana.

Zaczynamy nasz cykl od prezentacji twórczości francuskiego myśliciela Michela Foucaulta (1926–1984). Jego wybitnej roli nikt współcześnie nie kwestionuje. Już na wstępie napotykamy jednak trudności z precyzyjnym zakwalifikowaniem go do jakiegoś kierunku. Poststrukturalista? Postmodernista? Filozofujący socjolog? Lepiej, jeśli uczyni to w swoim tekście znawca jego twórczości Paweł Bytniewski – filozof z lubelskiego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, specjalizujący się w epistemologii poznania humanistycznego, socjologii wiedzy, filozofii kultury, hermeneutyce.

Foucault – archeolog wiedzy, genealog podmiotu, hermeneuta jaźni

1. Foucault filozof

Aktywność Michela Foucaulta jako autora obejmuje stosunkowo krótki okres, niewiele ponad 20 lat drugiej połowy XX wieku. W czasie tym zdołał opublikować kilka książek wzbudzających zainteresowanie nie tylko kręgów akademickich, udzielił licznych wywiadów, w których prezentował swe poglądy nieraz daleko wykraczające poza kwestie filozoficzne, wreszcie osiągnął chyba najbardziej pożądany w kręgach intelektualistów francuskich status profesora College de France. Zaistniał nie tylko w środowisku filozofów francuskich. Swoimi tekstami i osobowością zyskiwał zainteresowanie szerokiej publiczności za granicą Francji. Jego dłuższe lub krótsze pobyty w wielu krajach pozostawiały zawsze wyraźny ślad obecności w miejscowych środowiskach intelektualnych. Przekonujący, sprawny mówca, oryginalny myśliciel, polityczny fighter. Oprócz konwencjonalnej aktywności akademickiej podejmował zadania rzadko wykonywane przez profesorów uniwersyteckich: został korespondentem „Corriere della Sera”, „Nouvel Observateur” i „Le Monde” w czasie rewolucji w Iranie, był założycielem (wraz z J.-M. Domenechem i P. Vidal-Naquetem) Groupe d’Information sur les Prisons i jako jeden z pierwszych intelektualistów we Francji potępił stan wojenny w Polsce. Odnajdujemy go w Polsce, w Warszawie, we wrześniu 1982 roku jako uczestnika wyprawy francuskich intelektualistów wspierających Solidarność.

Całość jego osobowości intelektualnej składa się na wyrazistą, choć często nieuchwytną, postać. Mówił o sobie: „Gdybym miał napisać książkę, aby przekazać to, co już pomyślałem, zanim zacząłem pisać, nigdy nie miałbym odwagi, by zacząć. Piszę książkę tylko dlatego, że wciąż nie wiem dokładnie, co myśleć o tej rzeczy, o której tak bardzo chcę myśleć, aby książka mnie przemieniła i zmieniła to, co myślę. Każda książka zmienia to, o czym myślałem, gdy kończyłem poprzednią. Jestem eksperymentatorem, a nie teoretykiem. Teoretykiem nazywam kogoś, kto konstruuje ogólny system (dedukcyjny lub analityczny) i stosuje go do różnych dziedzin w jednolity sposób. Ze mną tak nie jest. Jestem eksperymentatorem w tym sensie, że piszę po to, by się zmienić i żeby nie myśleć tak samo, jak wcześniej”[1].

Choć Foucault zmarł niespełna 40 lat temu, jego myśl jest wciąż obecna w przestrzeni dyskursu filozoficznego naszych czasów. Foucault zawdzięcza tę pozycję nie tylko oryginalności, a często wręcz hermetyczności ujęć podejmowanej problematyki, ale także krytycznemu stosunkowi do myśli własnej. W swoich oczach uchodził za „zamaskowanego filozofa”, eksperymentatora w życiu i myśli. Pisał: „Niejeden – jak ja zapewne – pisze po to, by nie mieć twarzy. Nie pytajcie mnie, kim jestem, ani nie mówcie mi, abym pozostał taki sam: jest to moralność stanu cywilnego; rządzi ona naszymi dokumentami. Niechże zostawi nam swobodę, kiedy mamy pisać”[2]. Nie ma i być może nigdy nie będzie jednoznacznego i całościowego obrazu jego „życia i dzieła”. Intelektualne biografie Foucaulta w wielu miejscach rozbiegają się w opisach i ocenach jego pism i wypowiedzi. David Macey, autor jednej z nich, nadał tytułowi swej książki znaczącą formę liczby mnogiej: The Lives of Michel Foucault. W książce mówi się o żywotach Foucaulta, a więc w sposób, który zakłada, że nie da się przyporządkować osobie Foucaulta jednej linii życia, że życie i myśl tego człowieka wymagają wielostronnych ujęć i nie składają się w całość, o której można by powiedzieć, że dokonała się jako całość. On sam, jeszcze za życia, odmawiał zgody na próby biograficzne swych komentatorów. Jego strategię życiowych uników i intelektualnych prób potwierdził pseudonim, jakim posługiwał się jeszcze podczas studiów w École Normale Supérieure – „Le Fuchs”.

Jak zatem przedstawić samą myśl Foucaulta w abstrakcji od jej powiązań z kontekstami, w jakie była uwikłana, w splątaniu ludzi, słów i rzeczy?

„Oryginalne formy myśli służą za swe własne wprowadzenia: ich własna historia jest jedynym rodzajem wykładni, jaką dopuszczają, a ich przeznaczenie to jedyny rodzaj krytyki, jakiej się poddają”[3]. W taki oto sposób, niejako pod presją lęku przed wpływem, Foucault już w swej jednej z pierwszych publikacji charakteryzuje myśl wartą namysłu, myśl, której jednostkowość traktuje jako intelektualne wyzwanie dla siebie samego. Będzie podążał za tą wskazówką także we własnej twórczości.

Myśl Foucaulta narzuca się czytelnikowi jego pism przede wszystkim w postaci twórczości pojęciowej. To za pomocą propozycji terminologicznych Foucault otwiera przestrzenie poznania filozoficznego: raz naginając znaczenia już obecne w słownikach filozoficznych, innym razem proponując całkiem nowe słowa lub przypominając te przebrzmiałe, a mające walor odkrywczości w odniesieniu do współczesnych obszarów. Foucault do słownika myśli krytycznej XX wieku dodał pojęcia mające dziś stałe miejsce w obiegu literatury filozoficznej czy politycznej, lub też szeroko rozumianej refleksji społecznej: epistemologiczne pojęcia archeologii (archéologie du savoir) i episteme (l’épistémè), pojęcie dyskursu (discours), rządomyślności (gouverne-mentalité), genealogii (généalogie), biopolityki (biopolitique), technik jaźni (techniques de soi), hermeneutyki podmiotu (herméneutique du sujet), problematyzacji (problématisation) i inne. Pod koniec życia zwrócił się ku pojęciom antycznej, greckiej antropologii, reaktualizując ich znaczenie. „Parezja” i „troska o siebie” (souci de soi) to tylko dwa, być może najważniejsze z nich.

Można zatem, za cenę pewnych uproszczeń i pomijając meandry retrospektywnych interpretacji własnej twórczości Foucaulta, dokonać wyboru kategorii najbliższych – jak się wydaje – treści i stylowi jego myśli. Tu wybieram trzy pojęcia i trzy obszary jego filozofii: pojęcie archeologii, genealogii i problematyzacji. Każde z nich może posłużyć jako emblemat myśli, skoncentrowanej na pewnym obszarze zagadnień, charakteryzujący się wspólnym podejściem badawczym. Najpierw więc archeologia.

2. Archeologia

Termin „archeologia” należy do Foucaultowskiego obszaru epistemologicznej krytyki poznania humanistycznego. Jest pojęciem oznaczającym epistemologiczne dociekania historycznych porządków wiedzy, których odkrywanie ujawnia korelację charakterystyk historycznie ukształtowanych systemów wiedzy kształtujących specyficzny sposób wysuwania roszczeń do prawdy. W tym sensie archeologia nauk humanistycznych to teoria episteme (l’épistémè), czyli teoria porządku „pozytywnej nieświadomości wiedzy” (savoir), jaka stanowi ograniczenie i podstawę dla wiedzy dyscyplinarnej (connaisance), wiedzy naukowej. Rozróżnienie dwóch obszarów wiedzy (savoir i connasaince) ma tu kluczowe znaczenie dla zrozumienia zarówno intencji dociekań Foucaulta, jak i jej zakorzenienia w kulturze intelektualnej, w której ukształtował swą myśl i którą miał za swoją. Z jednej strony odzwierciedla ono zakorzenienie epistemologii Foucaulta w szeroko rozumianej tradycji kantowskiej, w której rozróżnienie poziomu epistemicznego i epistemologicznego wiedzy stanowi fundament krytyki poznania, z drugiej wskazuje ono na inny rodzaj zakorzenienia myśli Foucaulta – w tradycji francuskiej filozofii nauk. Tu uwzględniać trzeba znaczenie inicjatora historycznego podejścia w ramach filozofii nauki, Gastona Bachelarda, a przede wszystkim jego następcę w Instytucie Historii Nauki i Techniki na Sorbonie Georgesa Canguilhema, promotora doktoratu Foucaulta.

Dziedzictwo to w ujęciu Foucaulta musiało ulec daleko idącym modyfikacjom, by stać się użytecznym zasobem idei dla celów, jakim dla filozofa była analiza nauk humanistycznych. Odejście od kantyzmu to ruch myślowy dobrze znany na gruncie filozofii francuskiej, a polegający na uhistorycznieniu przedmiotu krytyki epistemologicznej. W konsekwencji trzeba było się rozstać z ideą podmiotu poznania, jaką zakłada transcendentalizm – ideą Cogito, niezmiennego i samowiednego podmiotu poznania. Tu wsparcie obydwu antenatów było dla Foucaulta niezwykle cenne. Od Bachelarda, jak się zdaje, Foucault przejmuje ideę rozumienia procesu historycznego nauki jako procesu, w którym nauka kształtuje także kryteria oceny swych osiągnieć. W nauce krytyka poznania przybiera zawsze postać historyczną. Bachelard podkreślał więc nieciągłość epistemologiczną między następującymi po sobie postaciami nauki, co – jego zdaniem – jest rezultatem pokonywania przeszkód epistemologicznych. Pokonana przeszkoda epistemologiczna, przeszkoda dla aktualnego poznania, która tkwi w samej wiedzy, pozwala otworzyć nowy horyzont myślenia naukowego, a zarazem pojąć krytykę własnej przeszłości. To właśnie proces pokonywania przeszkód epistemologicznych czyni z procesu nauki proces poznawczo produktywny. „W obliczu rzeczywistości to, co uważamy, że wiemy, przyćmiewa to, co należałoby wiedzieć. Umysł podlegający kształceniu naukowemu nigdy nie jest młody. Jest stary wiekiem swoich przesądów. Dochodzić do nauki to duchowo się odmładzać, to akceptować niespodziewaną mutację, która przeciwstawić się musi przeszłości”[4]. Bachelard analizował historię nauki jako proces ortohistoryczny, normatywny w sensie, w jakim przypisywał on nauce zdolności epistemologicznej autopedagogiki, zdolności do korekty. Nauka – poznając – uczy się poznawać – zarówno własne błędy, jak i nowe przedmioty. Akty epistemologiczne[5] rozdzielają zatem historię nauki na to, co stanowi już tylko jej historię i to, co jest jej aktualnością. Akt epistemologiczny przesądza zatem o bezpowrotnym ukierunkowaniu procesu ortohistorycznego.

Georges Canguilhem natomiast ukształtował swoisty dla epistemologicznej historii nauk sposób rozumienia jej przedmiotu, różnego zarówno od przedmiotu samych nauk, jak i od przedmiotu epistemologii. Jest nim historyczność dyskursów naukowych: „Przedmiot historii nauk nie ma nic wspólnego z przedmiotem nauki. Przedmiot nauki, ukonstytuowany przez metodyczny dyskurs, jest pochodny, choć niezależny, wobec wstępnego
(initial) przedmiotu naturalnego, który może być nazwany (nie bez gry słów) pre-tekstem. Historia nauki ma swe zastosowanie w odniesieniu do tych wtórnych, nienaturalnych i kulturowych przedmiotów, ale sama już nie wyprowadza niczego więcej z nich, co owe wtórne przedmioty mogą wywieść z tych wstępnych. W rezultacie przedmiotem dyskursu historycznego jest historyczność dyskursu naukowego”[6].

Punkt widzenia historii nauki nie jest zbieżny z punktem widzenia nauki. Nauka bowiem rekapituluje i aktualizuje własną historię jako historię wiedzy usankcjonowanej aktualnym stanem wiedzy. Nie jest też zbieżny z czysto normatywnym punktem widzenia epistemologii, w którym transcenduje ona czas jako wymiar istotny nauki. Takie zabiegi z perspektywy historii nauki są nieuprawnione. Pierwszy prowadzi do prezentyzmu, którego konieczną konsekwencją na terenie historii nauk jest przyjęcie jakiegoś absolutnego punktu wyjścia poznania naukowego, tj. „punktu zaniku” wszelakich antecedensów nauki aktualnej. Drugi prowadzi do naturalizmu w rozumieniu przedmiotu historii nauk, tj. do utożsamienia przedmiotu historii nauk z historią przedmiotów nauk.

Jak tego rodzaju poglądy ukształtowały podejście badawcze archeologii nauk humanistycznych?

W perspektywicznym skrócie można mówić o dwóch zasadniczych ideach przejętych przez Foucaulta od Bachelarda i Canguilhema, aktywnych w archeologii Foucaulta. Są to: Bachelarda idea nieciągłości epistemologicznej w procesie narastania wiedzy naukowej i Canguilhema koncepcja przedmiotu historii nauk jako historyczności dyskursów wiedzy. Obszarem zainteresowania Foucaulta, inaczej niż w przypadku Bachelarda i Canguilhema, są nauki humanistyczne. To nie matematyka, fizyka i chemia (Bachelard), ani medycyna czy psychologia (Canguilhem), ale wiedza o człowieku w jej roszczeniach do naukowości stają się przedmiotem badania archeologicznego. Jego pytanie: „Jak badać nauki humanistyczne?” to próba skonstruowania aparatu poznawczego, który nauki te lokalizuje w historii i problematyzuje ich miejsce w kulturze samopoznania.

Odkrywany tu dualizm wiedzy (savoir-connaissance) pozwala oceniać dwie przeciwstawne jej cechy: nieciągłość epistemologiczną na poziomie historyczności savoir i spójność ładu wiedzy wewnątrz connaisance. Epistemai zatem to z jednej strony epoki wiedzy, a z drugiej – jej porządki uformowane przymusami, historycznymi aprioryzmami savoir. Na poziomie savoir archeologia bowiem odkrywa systemy artykulacji wiedzy, które, podobnie jak języki naturalne, należą do „pozytywnej nieświadomości wiedzy”. Na poziomie connaissance (dyscyplin naukowych) archeologia jest zaś analityką form, jakie pozwalają dyskursom wiedzy naukowej wysuwać roszczenia do prawdy.

Archeologiczna krytyka poznania odkrywa zatem przed nami wielkie jednostki historii wiedzy (epistemai) uformowane w sposób, za pomocą którego poznanie uzyskuje dostęp do „bycia w prawdziwości”, dostęp do uprawnionych systemami wiedzy (savoir) roszczeń epistemologicznych. Te wielkie, historyczne bloki wiedzy charakteryzuje nieciągłość epistemologiczna: na poziomie savoir są dla siebie epistemicznie nieprzenikliwe. Ich historia tak samo jak nagle się zaczyna, tak samo gwałtownie się kończy, ustępując miejsca postaci savoir o zupełnie innej formie.

Potwierdza tę postać historyczności wiedzy sytuacja nauk humanistycznych. W perspektywie ich analityki archeologicznej jest odmienna od tej, jaką można było projektować na nauki przyrodnicze. Istnieje bowiem trudność, z którą musi się zmierzyć ich własne roszczenie do bycia w prawdziwości, coś, co demontuje postulat spójności na poziome savoir. Tam bowiem mamy do czynienia z dwoistością pozycji podmiotu jako empirycznego obiektu poznania tych nauk, a zarazem siedliska warunków ich możliwości. Sytuacja ta, ujęta archeologicznie jako „dublet empiryczno-transcendentalny”, rujnuje ich roszczenia do prawdy. Archeologia zatem zapowiada „kres człowieka” rozumiany jako koniec uformowanych nowoczesnym ładem savoir ich archeologicznych podstaw. Stąd rozdroże współczesnych nauk o człowieku i filozoficzna świadomość ich sytuacji:

Jest bardzo prawdopodobne, że należymy do epoki krytyki, o której panowaniu i nieuchronności przypomina nam w każdej chwili nieobecność filozofii pierwszej: należymy do epoki rozumu, która nieodwołalnie oddala nas od pierwotnego języka. Według Kanta, możliwość krytyki i jej konieczność wiązały się za pośrednictwem pewnych treści naukowych z istnieniem poznania. Dzisiaj są związane – a Nietzsche, filolog, poświadcza to – z faktem, że istnieje język i że w niezliczonych słowach wypowiadanych przez ludzi – niezależnie od tego, czy są rozumne, czy szalone, czy mają czegoś dowodzić, czy też są poetyckie – ucieleśnił się sens, który ciąży nam, prowadzi nas na oślep, lecz w mroku oczekuje na uchwycenie przez naszą świadomość, by ukazać się w świetle dziennym i zostać wypowiedzianym. Naszym historycznym przeznaczeniem jest sama historia, cierpliwe konstruowanie dyskursu o dyskursie, zadanie zrozumienia tego, co już zostało wypowiedziane[7].

3. Genealogia

Foucaultowskie archeologie mają pewien ślepy zaułek, w którym myśl staje się nieefektywna. Jest nim zatarcie w obiektywizmie analityki episteme historyczności podmiotu jako efektu oddziaływania nań wiedzy, jaką posiada on o sobie samym. Zwrot Foucaulta w stronę genealogii podmiotu motywuje nie tyle epistemologiczne zainteresowanie dla historycznych form wiedzy, ile skupienie na historyczności ról, jakie wiedza odgrywa jako czynnik podmiototwórczy. Genealogia to słowo-klucz do Foucaulta problematyzacji związku podmiotowości z wiedzą. Foucault odkrywa ten związek (inspirowany myślą Nietzschego i – bardziej pośrednio – Heideggera), gdy we władzy znajduje moc produktywną, a nie po prostu opresyjną względem prawdy i podmiotu. Reżim archeologiczny savoir ustępuje tu genealogicznemu poszukiwaniu znaczenia czynnika epistemicznego w historii podmiotowości. Zamiast pytać o historię form dyskursu, które racjonalizują władzę i wyznaczają jej słuszne granice, Foucault pyta o to, w jaki sposób władza uczestniczy w wytwarzaniu dyskursów prawdy. I jak prawda tak wytworzona może być prawdą podmiototwórczą.

Podczas gdy historia nauki jest bez wątpienia ważnym poligonem doświadczalnym dla teorii wiedzy, a także do analizy systemów znaczących, jest również płodnym gruntem do badania genealogii podmiotu. Są ku temu dwa powody. Wszystkim praktykom, za pomocą których podmiot jest definiowany i przekształcany, towarzyszy formowanie się pewnych rodzajów wiedzy, a na Zachodzie, z różnych powodów, wiedza ma tendencję do organizowania się wokół form i norm, które są mniej lub bardziej naukowe. Jest też inny powód, być może bardziej fundamentalny i bardziej specyficzny dla naszych społeczeństw. Mam na myśli fakt, że jednym z głównych obowiązków moralnych każdego podmiotu jest poznanie samego siebie, mówienie prawdy o sobie i ukonstytuowanie siebie jako przedmiotu wiedzy, zarówno dla innych ludzi, jak i dla siebie samego. Obowiązek prawdy dla jednostek i naukowej organizacji wiedzy. Oto dwa powody, dla których historia wiedzy stanowi uprzywilejowany punkt widzenia dla genealogii lub podmiotu[8].

Istoty ludzkie, aby być podmiotami muszą uznać jakieś prawdy o sobie. Wytwarzanie prawd w procesie kreowania ładów politycznych bezpośrednio uczestniczy w kreowaniu podmiotowości. Wiedza, będąca efektem samopoznania, czy to naukowego, czy w innej postaci, tworzy podmioty, które stają się dla siebie i innych tym samym, co bycie przedmiotem przymusu władzy. Reżim wiedzy jest bezpośrednio związany z ograniczeniami, jakie władza narzuca tak skonstruowanej duszy.

Historyczna realność tej duszy, która w odróżnieniu od duszy przedstawianej przez teologię chrześcijańską nie rodzi się grzeszna i godna kary, wspiera się raczej na procedurze sądowej, nadzorze, wyroku i przymusie. Ta dusza, rzeczywista i bezcielesna, nie jest żadną substancją; to element łączący skutki pewnego typu władzy z referencjami wiedzy, przekładnia, dzięki której stosunki władzy stwarzają możliwość wiedzy, a wiedza przedłuża i wzmacnia skutki władzy. Na gruncie tej realności-referencji zbudowano rozmaite koncepcje i wykrojono rozmaite dziedziny analizy: psyche, subiektywność, indywidualność, świadomość itd. Wzniesiono na niej gmach technik i dyskursów naukowych. Na jej podstawie głoszono moralne rewindykacje humanizmu. Nie powinno nas to jednak zmylić: nie zastąpiono duszy, iluzji teologów, rzeczywistym człowiekiem, przedmiotem wiedzy, refleksji filozoficznej i technicznej interwencji. Człowiek, o którym tyle nam mówią i do wyzwolenia którego wzywają, jest już sam w sobie wynikiem o wiele głębszego ujarzmienia. Zamieszkuje w nim, wynosi go do istnienia „dusza”, a jest ona częścią panowania władzy nad ciałem. Dusza – skutek i narzędzie pewnej politycznej anatomii. Dusza – więzienie ciała[9].

Prawdę konstruują ziemskie moce władzy. Jest ona nie tyle czymś, co odkrywa intelekt w swej poznawczej aktywności, ile tym, co jest efektem reżimu władzy ustanawiającego „zespół prawideł, według których prawda i fałsz są oddzielone tak, że z prawdą wiążą się określone efekty władzy. […] «Prawda» jest związana w kolistej relacji z systemami władzy, które ją wytwarzają i podtrzymują, oraz ze skutkami władzy, które ona wywołuje i które ją rozszerzają”[10].

Genealogia jest więc specyficznie pomyślaną historią podmiotowości, rekonstrukcją rodowodu nowoczesnego człowieka, w której podmiotowość jest rozumiana jako efekt gry sił, jakie ustanawiają reżimy władzy w obszarze nie tylko ładów politycznych, ale także niezbędnych dla ich funkcjonowania ładów wiedzy, tak by podmiot z jego samowiedzą mógł być przedmiotem podatnym na władzę. Władza w nowoczesnym społeczeństwie realizowana jest nie bezpośrednim przymusem siły, przemocy, ale sposobem o wiele bardziej skutecznym w warunkach nowoczesnego, populacyjnego ładu społecznego. Powiązanie podmiotowości z prawdami, które system władzy wytwarza i które z kolei pozwalają być podmiotem samowiednym, kształtuje polityczność jako sferę intersubiektywności kontrolowanej wewnętrznym mechanizmem, na mocy którego bycie sobą (podmiotem) jest ostatecznie identyczne z byciem przedmiotem oddziaływań władzy. Jest więc owa dusza niesubstancjalna nowoczesnego człowieka uwewnętrznionym (w postaci samowiedzy) sposobem „bycia sobą” dla sił, które są twórcze wobec tej „sobości”. Jest jaźnią okupowaną przez pośrednie, subtelne porządki wiedzy o człowieku.

4. Problematyzacja

Obraz podmiotowości, jaki prezentuje jej Foucaultowska genealogia, jest pesymistyczny, nie daje nadziei, nie wspomaga oporu wobec przemocy władzy, któremu wielokrotnie Foucault asystował i w którym niejednokrotnie uczestniczył jako podmiot. Ten paradoks roli filozofa-fightera, intelektualisty zaangażowanego i w tej samej osobie genealoga rodowodu nowoczesnej podmiotowości jeszcze raz skłonił filozofa do zmiany podejścia badawczego. Przemyślenie pozytywnej roli wiedzy dla podmiotowości daje więc efekt w postaci tego, co on sam nazywał problematyzacją.

Gdy analiza historyczna przybiera formę problematyzacji, ujawnia się inna historia niż ta, która ukazuje podmiotowość w jej związku z prawdą jako rezultatu przymusu bycia podatnym na władzę. Ta jeszcze inna historia to historia wyborów, jakich dokonują istoty ludzkie, by stawać się podmiotami, by odkrywać siebie jako podmioty. Zasadniczy sens
Foucaultowskich problematyzacji polega więc na ukazaniu w tym, co nazywa on hermeneutykami siebie i technologiami siebie, autopojetycznej roli prawdy o sobie, którą ludzie wytwarzają wówczas, gdy zyskują zdolność mówienia o sobie innym i samemu sobie. Wytwarzanie tej prawdy zarówno w skupionej na sobie medytacji, jak i w parrezji, która niechcianą prawdą eksploduje w świat społeczny regulowany stosunkami władzy, jest aktem autopojetycznym w tym znaczeniu, w którym uwalnia on od pozostawania sobą i kieruje ku nowej postaci tego „bycia”. Problematyzacja jest więc terminem, za pomocą którego Foucault chce zrekonstruować historyczność tego, w jaki sposób istota ludzka staje się dla siebie samego czymś problematycznym i co skłania go do wyboru siebie w konfrontacji z tym, co dostrzega w swym bycie jako problem. Proponuje zatem rozumienie nas samych przez analizę formuł problematyczności nawiedzającej status podmiotowości danej epoki. Problematyzacje są więc obiektem analizy, chcącej odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób i za pomocą jakich środków każda z istot ludzkich problematyzuje swój byt, swą podmiotowość. W ten sposób otwiera się perspektywa dla hermeneutyki jaźni czy też pewna postać analizy kultury bycia sobą (culture of the self). Czy problematyczność doświadczana i konceptualizowana dotyczy życia duchowego podmiotu wyznającego, czy jest nią problematyczność seksualności albo szaleństwa, problematyzacje zawsze stają się przedmiotami analizy jakiejś formy skończoności, ograniczoności sposobów bycia istot ludzkich, które stają się tematem dyskursów wiedzy. W tym, co możemy powiedzieć sobie o wszystkim, czego doświadczamy, gdy problematyzujemy swe „bycie”, wyraża się historyczność tego, kim jesteśmy.

Michel Foucault umiera niespodziewanie 25 czerwca 1984 roku z powodu neurologicznych komplikacji, będących wynikiem zarażenia jeszcze nie dość dobrze poznaną wówczas chorobą – AIDS. Filozof i przyjaciel Gilles Deleuze odczytał w kilka dni później na uroczystości pogrzebowej fragment ostatniej książki autorstwa Foucaulta, który może być uznany za prawdziwe epitafium wielkiego filozofa:

Cóż byłby wart upór wiedzy, gdyby zapewniać miał tylko przyrost poznania, a nie – w pewien sposób i najlepiej jak można – zatracenie się poznającego? Są takie chwile w życiu, gdy koniecznie trzeba sprawdzić, czy można myśleć inaczej, niż się myśli, i postrzegać inaczej, niż się widzi, aby móc potem znów patrzeć i rozmyślać. Ktoś powie mi może, że te gry ze sobą samym powinny pozostać za kulisami, że co najwyżej stanowią część prac przygotowawczych, które same siebie niweczą, gdy osiągnęły skutek. Ale czymże jest filozofia dziś – mam na myśli aktywność filozoficzną – jeśli nie krytycznymi zabiegami myślenia koło siebie? I jeśli – zamiast uprawomocniać coś, o czym od dawna wiadomo – nie zawiera się ona w podejmowaniu kwestii, w jaki sposób i dopokąd da się myśleć inaczej?[11].

 

[1]Interview with Michel Foucault [w:] M. Foucault, Essential Works of Foucault 1954–1984, vol. 3: Power, ed. J.D. Faubion, trans. R. Hurley [et al.], The New Press, New York 2000, s. 240.

[2] M. Foucault, Archeologia wiedzy, przeł. A. Siemek, PIW, Warszawa 1977, s. 43.

[3] M. Foucault, Dream, Imagination, Existence [w:] L. Binswanger, Dream and Existence, ed. K. Hoeller, Humanity Press, New Jersey 1993, s. 31.

[4] G. Bachelard, Kształtowanie się umysłu naukowego. Przyczynek do psychoanalizy wiedzy obiektywnej, przeł. D. Leszczyński, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2002, s. 18–19.

[5] Pojęcie aktów epistemologicznych, które dzisiaj przeciwstawiamy przeszkodom epistemologicznym, odpowiada tym dokonaniom naukowego geniuszu, które wnoszą nieoczekiwane impulsy do przebiegu rozwoju naukowego. A zatem w historii myśli naukowej działają czynniki negatywne i pozytywne. Por. G. Bachelard, L’Activite rationalistede la phisique contemporaine, PUF, Paris 1951, s. 36.

[6] Por. G. Canguilhem, The Object of the History of Sciences [w]: Continental Philosophy of Science, red. G. Gutting, Blackwell Publishing, Malden, Oxford, Victoria 2005, s. 203.

[7] M. Foucault, Narodziny kliniki, przeł. P. Pieniążek, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999, s. 13.

[8]Subjectivity and Truth [w:] idem, The Politic of Truth, ed. S. Lotringer, introd. J. Rajchman, trans. L. Hochroth, C. Porter, Semiotext(e), Los Angeles 2007, s. 151.

[9] M. Foucault. Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przekł. T. Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2009, s. 31.

[10] M. Foucault, Truth and Power [w:] Power/Knowledge. Selected Interviews and Other Writings 1972–1977, ed. & trans. C. Gordon, L. Marshall, J. Mepham, K. Soper, Pantheon Books, New York 1980, s. 132–133.

[11] M. Foucault, Historia seksualności. Użytek z przyjemności. Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1995, s. 148.

Tekst ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava w Koninie; Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód, Warszawa 2023, s. 103.

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka Mirosława Słowińskiego Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie kantora. Jej autora poznałem dobre czterdzieści lat temu. Miałem wtedy częste kontakty z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a Mirek – absolwent tego Uniwersytetu, a potem doktor nauk humanistycznych też „robił” w nauce i kulturze. Zasłynął potem jako producent wielu znanych filmów, jak Quo vadis Jerzego Kawalerowicza, Kto nigdy nie żył Andrzeja Seweryna, czy Syberiada polska Janusza Zaorskiego. Napisał kilka książek, z których rozgłos przyniósł mu Błazen – dzieje postaci i motywu (1990). Potem zajął się historią i literaturą regionalną, popularyzującą dzieje Zagórowa – wielkopolskiego miasta, z którego pochodzi. Tej tematyki dotyczy kilka jego książek, z których wymienię tylko Zagórów. Album miasta (2007). Choć nie widzieliśmy się około dwudziestu lat, od czasu do czasu wspólni znajomi dostarczają informacji o naszych poczynaniach.

Książka, o której piszę, powstała wskutek zrządzenia losu. Podczas remontu jednego z domów w Łazińsku (wsi położonej kilka kilometrów od Zagórowa), przeprowadzanego w 1995 roku, znaleziono plik listów i zbiór książek, sprytnie ukrytych pomiędzy ściankami działowymi tego domu. Wśród książek uwagę znalazców przyciągnęła z pewnością biografia Goebbelsa, Deutsche Geschichte im 19. Jahrhundert – znanego niemieckiego historyka-militarysty Heinricha von Treitschke oraz książki o tematyce religijnej. Korespondencja to listy od i do Brunona Mielke – żołnierza Wehrmachtu (dosłużył się rangi kaprala), wymieniane ze starszym bratem – Gustawem oraz ojcem i siostrami. Nietrudno było zidentyfikować proweniencję ich autorów i adresatów. Należeli do niemieckiej społeczności ewangelickiej, osiadłej w Zagórowie i okolicach od początków XVIII wieku. „W roku 1718 do wschodniej Wielkopolski, w okolice położonego na południowym stoku nadwarciańskiej doliny miasta Zagórów, przybywa ze Śląska czternaście niemieckich rodzin, którym dziedzic pobliskiego Trąbczyna wieczyście wydzierżawia leśne tereny i ugory, gdzie z czasem powstaje wieś o nazwie Łazińsk”[1]. Po Kongresie Wiedeńskim (1815) wieś znalazła się na terenie zaboru rosyjskiego, co natychmiast skojarzyło mi się z losami Ślimaka – bohatera Placówki Bolesława Prusa. W tamtych lub pobliskich stronach musiała toczyć się akcja tej powieści, choć z historią ewangelickiej mniejszości osiadłej w Łazińsku heroiczna obrona przez Ślimaka ojcowizny nie miała chyba nic wspólnego. Niemieccy osadnicy objęli wydzierżawione im tereny na tzw. prawie olęderskim. Wszyscy byli ewangelikami, „Ludźmi wolnymi, z własnym samorządem, kultem pracy i surowymi obyczajami”[2]. Na stosunkowo niewielkim terytorium żyły więc – w kilku odrębnych enklawach wyznawcy różnych religii – katolicy, ewangelicy i Żydzi, posługujący się trzema różnymi językami (polskim, niemieckim i jidysz). Wszystkie te społeczności egzystowały w hermetycznych „bańkach”, oddzielonych od siebie przez religię, język i obyczaje. Obok, ale bez większych sporów. Narastające nacjonalizmy, a potem dwa konflikty światowe wywróciły ten porządek. Rodzina Mielke mogła być tego przykładem. „[…] wysiłkiem całej społeczności Łazińska, której pracami od 1925 roku kierował kantor Gustaw Adolf Mielke, postawiono nowy budynek, mieszczący sale lekcyjne, kancelarię oraz mieszkanie kierownika szkoły i kantora w jednej osobie. Jednak zaangażowanie Gustawa Mielke nie dotyczyło tylko spraw edukacyjnych i obowiązków religijnych. Był nader aktywnym propagatorem niemieckich nacjonalizmów i nazistowskiej propagandy. Musiała ta aktywność – nawet jak na wielokulturowy region – wzbudzić istotne zastrzeżenia władz. Mielke bowiem został zmuszony do opuszczenia w 1936 roku Łazińska i osiedlenia się gdzieś w Galicji. Wrócił wraz z Wehrmachtem w 1939 roku. Przez całą wojnę mieściła się w tym sporym […] budynku szkoła, mocno okrojony w swych prawach kantorat i mieszkała rodzina Mielke”[3]. Wtedy skończyła się koegzystencja różnych społeczności. Ludność żydowską wymordowano. Polaków częściowo deportowano (wysiedleniem dotknięto m.in. moich dziadków, mieszkających przed wojną we Włocławku, których wysiedlono na Lubelszczyznę), pozostałych prześladowano. Gustaw Mielke pełnił nadal obowiązki kantora. Do wojska powołano natomiast jego młodszego brata – Brunona. Znalazł się na północy Finlandii, na relatywnie spokojnym odcinku frontu. Czy przeżył – nie wiadomo, ostatni jego list nosił datę 14 maja 1944 roku, a więc cały rok przed zakończeniem wojny.

Analiza listów pozwala na kilka ciekawych spostrzeżeń. Osadnictwo na prawie olęderskim nasuwa skojarzenia z zaliczanym do protestantyzmu i będącym jednym z nurtów anabaptyzmu wyznaniem menonickim. Zasłynęli w Polsce z zagospodarowania Żuław i tam w większości mieszkali, choć mniejsze enklawy znajdowały się także w innych, nawet dość odległych regionach. Nie wchodząc w szczegóły, zwrócę uwagę na kilka zasad obowiązujących wyznawców tego kościoła, jak: chrzest od 14 roku życia (osób już świadomie wierzących), całkowity zakaz noszenia i używania broni (sic!), zakaz składania przysiąg, zakaz sprawowania wysokich urzędów[4]. Mieszkańcy Łazińska nie byli menonitami, choć z listów Brunona Mielke wynika, że konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich (oczywisty w przypadku menonitów) był w jego rozważaniach również obecny. Niemiecki faszyzm zakładał prymat W odnalezionych po latach listach kaprala Wehrmachtu widać konflikt wartości religijnych i obowiązków obywatelskich. Bruno Mielke znalazł się na rozdrożu. Niemiecki faszyzm zakładał wiarę w prymat rasy germańskiej, ślepe podporządkowanie Fuehrerowi, uznanie państwa za drogowskaz moralny – choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła. sui generis religii państwowej: wiary w prymat rasy germańskiej, ślepego podporządkowania Fuehrerowi, obowiązków wobec państwa jako drogowskazu moralnego, choć oficjalnie nie zerwano z dogmatami Kościoła, a nawet szukano jego wsparcia dla prowadzonej polityki. Bruno znalazł się na rozdrożu: był wyraźnie rad z „nawrócenia” brata – Gustawa (zdeklarowanego faszysty), który wrócił do praktyk religijnych, sam poszukiwał głęboko wierzącej i praktykującej kandydatki na żonę (uroda nie jest tak ważna, jak religijność potencjalnej małżonki). Rozdźwięk między wartościami płynącymi z wyznawanej religii a ideologią „państwową” był silnie obecny wśród osób wymieniających korespondencję. Jedna z potencjalnych kandydatek na żonę Bruna pisze: „Wierzę we wszechmocnego Boga, który nie pozwoli na upadek Niemiec. Każdą wiarę, która skierowana jest przeciw mojej ukochanej ojczyźnie, odrzucam od siebie. Dlatego nie potrzebuję żadnego pośrednika, tych, którzy tak często widzą tylko swój mały „kościół” i nie postrzegają najwyższego dla Kościoła celu, jakim powinny być Niemcy. Nasz Fuehrer nie zamierzał nigdy rozdzielać Kościoła od państwa – wręcz przeciwnie”[5]. Dalej pisze: „[…] nie może być tak, że Kościół występuje przeciwko państwu”[6]. Ma nadzieję, że Bruno nie jest taki, wówczas nie byłoby szans na związek. Bruno zdaje się nie podzielać w pełni tych poglądów, w swoistym konflikcie wartości stawia raczej na religię. Z drugiej strony, w listach zdecydowanie podkreśla utożsamianie się z polityką Rzeszy i faszystowską ideologią. Zdumiewa nawet „wiernopoddańczy ton” tych listów. Nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności polityki władz. „Przed dwoma tygodniami słuchaliśmy przemowy Fuehrera. Mówił, jak decydujące czasy przeżywa nasz naród i ojczyzna. W ten szczególny wiosenny dzień, kiedy szczęśliwie przeżyliśmy zimę i niezliczone niebezpieczeństwa, powinniśmy być uradowani, że Bóg przez naszego Fuehrera zachowuje nas przed grożącym złem i jak wzmacnia to nas, żołnierzy. Że my nie na darmo ponosimy ofiary, nie na darmo cierpimy i umieramy”[7]. Wydaje się, że te zdania są szczere, że nie są pisane ze względu na cenzurę wojskową. Wierzy w zwycięstwo Niemiec, bo słuszne racje są po ich stronie. Dopiero po klęsce stalingradzkiej pojawiają się wątpliwości. Co z nami będzie, gdy Armia Czerwona dojdzie do Łazińska? W sprawach bytowych Bruno wydaje się zadowolony: „Jedzenie też jest dobre. Codziennie jest mięso […] Jest też więcej chleba (750 gr na dzień). W niedzielę jest nawet 1/3 tabliczki czekolady i 1/5 l sznapsa”[8]. Sporo w tych listach o sprawach rodzinnych, ale to zupełnie naturalne.

Korespondencja ustaje w maju 1944 roku. Wtedy Armia Czerwona i Wojsko Polskie wkraczają już na ziemie polskie. Za dwa miesiące opublikowany będzie manifest PKWN. Niestety, nie otrzymamy już komentarza do tych wydarzeń, a być może byłaby to najbardziej interesująca część rodzinnej historii. Czy i jak zmieniły się poglądy Bruna w obliczu nadchodzącej klęski, tego się nie dowiemy. Ale i tak odkryta i opracowana korespondencja stanowi ważny przyczynek do poznania świadomości wąskiej grupy etnicznej i religijnej żyjącej na terenach Wielkopolski. To zasługa autora – Mirosława Słowińskiego: obok licznie cytowanych fragmentów listów większą część książki stanowią jego refleksje i komentarze, z listami w tle, z listami jako pretekst do szerszego omówienia poruszanych zagadnień. A cała historia – ciekawa, bo inna od rozpowszechnionego w Polsce obrazu wojny oraz postaw i zachowań ludzkich.

[1] Mirosław Słowiński, Przeżyć tę jedną zimę. Listy żołnierza Wehrmachtu odkryte w ścianie domu kantora, Wyd. Setidava. Konin 2023, s. 7.

[2] ibidem

[3] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 20.

[4] Wikipedia. Menonici.

[5] Mirosław Słowiński, op. cit. s. 41.

[6] Mirosław Słowiński op. cit. s. 42.

[7] Mirosław Słowiński op. cit. s. 68.

[8] Op. cit. s. 43.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Robert CHEDA, Od Mongoła do Putina. Dzieje zdziczenia, wydawnictwo MataSfora, Warszawa 2023, s. 447.

Współcześni pisarze i publicyści rzadko sięgają dzisiaj po formę pamfletu jako sposób zdemaskowania obiektu swoich literackich czy analitycznych zainteresowań, a już z trudem mogę przypomnieć ambitne opracowanie, utrzymane w duchu diatryby. Robert Cheda napisał sążnistą (447 stron!), pełną pasji rozprawę, w której nie hamując języka i ostrości ocen, nie tylko obnaża mechanizmy władzy putinowskiej Rosji. Autor sięga głęboko do historii państw, które istniały w przeszłości na terytorium dzisiejszej Federacji Rosyjskiej. W swoich wywodach Cheda jest bliski poglądom Grigorija Czchartiszwiliego, rosyjskiego myśliciela pochodzenia gruzińskiego (znanego bardziej pod literackim pseudonimem Borisa Akunina), który dowodził, że państwo rosyjskie odziedziczyło strukturę, sposób funkcjonowania od Ordy mongolskiej. Wspólne dla obu form państwowości są: sakralizacja władzy, maksymalna centralizacja, mobilizacja społeczeństwa poprzez wskazywanie zagrożeń zewnętrznych i przemoc. Cheda nie powołuje się wprawdzie na Czchartiszwiliego a na polskiego badacza Feliksa Konecznego, lecz teza o kontynuacji dziedzictwa Ordy zawarta jest już w samym tytule – Od Mongoła do Putina.

Poruszanie się po tej książce wymaga od czytelnika przynajmniej ogólnej orientacji w historii powszechnej i znacznie głębszej niż licealna wiedzy o dziejach Rosji, w szczególności historii ostatnich kilkudziesięciu lat. Robert Cheda, dziennikarz, a w przeszłości oficer operacyjny polskiego wywiadu, pracujący m.in. także w Rosji, zna ten kraj nie ze słyszenia. Przedstawia czytelnikowi ogrom informacji, historii znanych i mniej znanych, szczegółów i sekretów. A wszystko to opisuje barwnym, dalekim od naukowego chłodu i dystansu tonem. Oczywiście, wśród wywodów autora znajdziemy również takie, które mogą wzbudzać uzasadnione wątpliwości badaczy, a używane przez niego określenia i kategorie nie sprostałyby zapewne wymogom naukowości. Cheda zastrzega jednak na wstępie, że jego praca ma charakter publicystyczny.

Pewna dowolność w doborze faktów, swoboda w operowaniu językiem i stylami czyni z tej pozycji bardzo interesującą lekturę, także dlatego, że wskazuje na sposób postrzegania Rosji (i możliwie konkluzje) przez polski wywiad. A o oryginalności ujęcia tematu niech świadczy fakt, że opracowanie zaczyna się od political-fiction, rozdziału pierwszego, zatytułowanego Dystopia, w którym Cheda opisuje Rosję w chwili rozpadu i krwawego zamętu, jaki powstał po upadku rządów Putina.

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Laura Mersini-Houghton, Przed Wielkim Wybuchem.
O początkach Wszechświata i o tym, co jest poza nim
, tł. Urszula
i Mariusz Seweryńscy. Pruszyński i S-ka, Warszawa 2023

Skoro nasz świat istnieje, to zapewne musiał powstać. Kiedy? Dlaczego? Czemu taki, a nie inny? – na te pytania rzetelna nauka od dawna szuka odpowiedzi, a wcześniej szukała jej filozofia. I oto pojawiła się kolejna interesująca próba z tego zakresu.

Ale sięgnijmy do początków. Platon, najbardziej znany filozof Antyku, orzekł radykalnie: materia jest niezniszczalna, istniała zawsze i zawsze będzie istnieć. Rolą Boga było nadanie jej kształtu, ten akt nazywamy początkiem świata. Wszakże nie był On zadowolony z efektu, zatem świat unicestwił (tj. zburzył porządek w materii), po czym stworzył na nowo. Ale znów nie spodobał Mu się – taka seria tworzenia i unicestwiania trwa odwiecznie i będzie trwać nadal.

Plotyn – prekursor chrześcijaństwa (ale poganin!) miał koncepcję zupełnie inną: Jedno (to imię własne, piszemy je wielką literą) jest absolutnie doskonałe, a w swej doskonałości niezmienne, niczego zatem nie czyni, w szczególności nie stwarza. Ale jest tak doskonałe, że ta doskonałość aż się przelewa, emanuje z Niego, taką emanacją kolejnego szczebla (bo były inne) jest właśnie nasz świat. Jedno istnieje odwiecznie i odwiecznie emanuje, zatem świat jest odwieczny. Zawsze istniał w przeszłości i zawsze trwać będzie.

Teolodzy chrześcijańscy widzą problem zgodnie z Biblią: świat miał początek, powstał z woli Boga. Biskup Irlandii James Ussher obliczył nawet w 1654 r., że Ziemia powstała w 4004 r. p.n.e., 22 października o 8 wieczorem. Bóg też sprawi światu kres. Kiedy? „Nie znacie dnia ani godziny”.

Współczesna nauka dokonała drobnej modyfikacji: w jej dziale poświęconym tego typu problemom – kosmologii – przyjmuje się, że świat miał istotnie początek przed miliardami lat, określany jako Wielki Wybuch, będzie też miał kres, za miliardy lat, wskutek wzrastającej w nieskończoność entropii. Natomiast nie jest sprawą nauki rozstrzyganie, kto to zrobił bądź zrobi.

Spierano się też o jakość i wyłączność naszego świata. Czy jest jedyny, czy może istnieją też inne albo istniały w przeszłości? W końcu XVII w. Leibniz postawił znaną tezę, będącą podsumowaniem trzech tysięcy lat filozofii, że nasz świat jest najlepszy z możliwych, na co Voltaire zapytał zgryźliwie: „Jeżeli ten świat jest najlepszym z możliwych, to jakie są te inne?” Problem, czy nasz (wszech)świat jest jedyny, czy też może istnieją inne (lepsze czy gorsze, to już całkiem inny problem), pojawiał się w pismach wielu myślicieli od Platona, a nawet wcześniej. Ale każdy z nich arbitralnie, bez porządnych argumentów, a nawet niekonsekwentnie, możliwość taką odrzucał.

Oczywiście, cała dotychczasowa wiedza wskazuje, że gdyby nawet istniały, to są dla nas niepoznawalne. Ale niepoznawalność nie jest argumentem ontologicznym, nikt rozsądny nie powie, że to, czego nie znamy – nie istnieje, a to, czego poznać nie możemy – nie może też istnieć.

Jednak rzeczywiście, według przekonania dotychczas w nauce dominującego, nasz Wszechświat jest wszystkim, co istnieje. Skoro miał początek i będzie miał kres, to może jego istnienie poprzedzał inny Wszechświat? A gdy przestanie istnieć, czy nastanie kolejny? Niestety, to pytanie jest źle postawione. Otóż czas płynie jedynie „wewnątrz” Wszechświata, zaczął biec dopiero wtedy, gdy zaczął istnieć Wszechświat. I zapewne skończy się wraz z jego kresem. Zatem nie było żadnego „przedtem” ani nie będzie żadnego „potem”. Tak też ma się sprawa z istnieniem innych wszechświatów „gdzie indziej”. Jak czas, również przestrzeń jest jedynie „wewnątrz” Wszechświata, nie ma żadnego „na zewnątrz”, żadnego „obok”. Nie ma nic poza nim. Nie może „obok” być innych wszechświatów! Ale to źle postawione pytanie wskazuje na autentyczny problem.

Próbuje go rozwiązać amerykańska badaczka, pochodzenia albańskiego, Laura Mersini-Houghton (Przed Wielkim Wybuchem. O początkach Wszechświata i o tym, co jest poza nim). Pisze ona, że już od początku XX w. fizycy stanęli przed problemem, że możliwość istnienia innych wszechświatów jest konsekwencją równań fizyki kwantowej. Z teoretycznych obliczeń wynika ich wręcz niewyobrażalna liczba 10600 (dziesiątka z sześciuset zerami, nie ma na tę liczbę nazwy w żadnym języku)!

Możliwość to nie konieczność – ale problem próbowano rozwiązać. Niels Bohr posłużył się swoistym wytrychem – jest mianowicie taki zewnętrzny obserwator (nietrudno domyślić się, kim On jest, choć Bohr nie zdecydował się tego wprost napisać), który spośród kwantowych możliwości dokonał wyboru tego świata, w którym żyjemy – jako jedynego. Einstein stanowczo sprzeciwił się – wykazał, że nie jest to dobre rozwiązanie problemu, choć sam lepszego nie zaproponował. Istotny wkład w dyskusję wniósł Schrödinger, którego koncepcja „kota” była zabawnym, zrozumiałym dla niespecjalistów, a jednocześnie radykalnym dowodem, że nie należy mieszać zewnętrznego obserwatora. Problem pozostał.

Tak czy inaczej, jak pisze Mersini-Houghton, aż do Hawkinga istnienie tylko jednego wszechświata traktowano w nauce jako oczywistość, swoisty aksjomat – tylko najwybitniejszych myślicieli kłopotał brak dowodu jego prawdziwości.

Zdaniem tejże Autorki, na początku XXI w. nastąpiła zmiana w myśleniu. Zaczęto rozważać możliwość istnienia wielu (wszech)światów, sposoby ich narodzin i funkcjonowania. Asumpt dała Teoria Strun, wypracowana w końcu ubiegłego stulecia, wykraczająca poza znany problem sprzeczności między teorią względności a fizyką kwantową, pozwalająca po nowemu spojrzeć na nasz świat. W sposób oczywisty wynika z niej, że nie może on być jedyny. Nawet Hawking w ostatnim okresie życia zainteresował się tą kwestią. Warto dodać, że nie jest to pierwszy przekład na język polski książki, w której omówiona została ta Teoria, ale pierwszy, jaki znam, który przedstawia ją w sposób zrozumiały dla humanisty. Autorka łączy pasjonującą opowieść o najtrudniejszych problemach nauki z równoległą opowieścią o tym, w jakich okolicznościach do tego doszła. Opowiada na przemian o fizyce i o swoim życiu – jak dorastała w komunistycznej Albanii, jak znalazła sobie miejsce na uczelni w USA, jak poznała swego męża i jak wspierał ją w badaniach, a nawet – w jakiej kawiarni wpadła na niektóre rozwiązania naukowe. Oba plany są fascynujące.

Być może, choć Mersini-Houghton bardzo ostrożnie używa tego pojęcia, można mówić o pojawieniu się nowego paradygmatu (ogólnego wzoru myślenia) w nauce. Termin ten jest o tyle nieodpowiedni, że w dziejach nauki istniało już wiele paradygmatów, ale wszystkie były – w zakresie najogólniejszych rozważań kosmologicznych – zgodne w przekonaniu, że nasz (wszech)świat – nieważne, najlepszy czy kiepski – jest jedyny. Byłby to więc jakiś superparadygmat (to moje określenie, nie Autorki), stanowiący absolutną nowość w dziejach myśli. Sumę wszystkich wszechświatów Mersini-Houghton określa jako wieloświat (multiverse, nie ma dobrego przekładu na język polski, tłumacze używają określeń metawszechświat, multiświat, multiwszechświat, superwszechświat, ultrawszechświat, multiwersum). Autorka polemizuje też z poglądem, że granice naszego Wszechświata absolutnie zamykają nasze możliwości poznawcze. W pewnym sensie tak jest, ale wewnątrz naszego Wszechświata możemy – jej zdaniem – znaleźć ślady oddziaływania innych wszechświatów. Są nimi odkryte przed kilkunastu laty „pustki” promieniowania śladowego pozostałego po Wielkim Wybuchu. Za swe badania Mersini-Houghton została nominowana do Nagrody Nobla, na razie jej nie przyznano, takie odkładanie w przypadku nowatorskich koncepcji nie jest rzadkie, dotknęło np. Einsteina.

Książka Laury Mersini-Houghton dotyczy najbardziej fundamentalnego problemu wiedzy o świecie. Jej przemyślenia oparte są na zaawansowanej matematyce, najnowszych działach fizyki i najnowszych obserwacjach astronomicznych. A napisana jest w sposób wyjątkowo przystępny. Jestem humanistą, a jednak nie miałem problemu ze zrozumieniem jej wywodów, przeciwnie, czytając, wreszcie pojąłem kilka kwestii (właśnie z zakresu fizyki kwantowej i Teorii Strun). Mogę ją polecić każdemu, kto chce zrozumieć świat, choćby matematyka nie była jego mocną stroną!

Recenzja ukazała się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Współczesny pisarz rosyjski Wiktor Pielewin w swojej powieści Transhumanism inc. przedstawił wizję społeczeństwa przyszłości, w którym ponadnarodowa korporacja Transhumanism Inc. steruje ludzkimi myślami, kreując zarówno w umysłach elit, jak i przeciętnych ludzi pożądany przez siebie obraz rzeczywistości. Niestety, dystopijna wizja Pielewina zdaje się bliska urzeczywistnienia. Przez strategów i teoretyków sztuki wojennej opracowywana jest bowiem koncepcja wojny kognitywnej lub inaczej świadomościowej. Pojawiają się jednak opinie, iż tego typu wojna jest już prowadzona w Ukrainie. Warto więc bliżej przyjrzeć się wojnie kognitywnej.

Najprościej rzecz ujmując, celem wojny kognitywnej jest zamknięcie zarówno pojedynczych ludzi, jak i całego zaatakowanego społeczeństwa w wykreowanej przez agresora bańce informacyjnej. Niektórzy teoretycy nauk wojennych uważają, iż wojna kognitywna różni się od wojny psychologicznej tylko szerokim wykorzystaniem techniki informatycznej i teleinformatycznej. Jest to jednak pogląd zbyt uproszczony. W wojnie kognitywnej, oprócz narzędzi cybernetycznych, szerokie zastosowanie znajdują inne metody oraz techniki manipulacji świadomością i ingerencji w procesy poznawcze człowieka – także te z zakresu neurologii. W opracowaniach NATO mowa jest jeszcze o narzędziach informacyjnych, psychologicznych i socjotechnicznych. Do tego dodać można środki psychoaktywne oraz narzędzia psychotroniczne.

Wspomniane narzędzia psychotroniczne to m.in. urządzenia pozwalające za pomocą fal elektromagnetycznych lub dźwiękowych przejąć kontrolę nad ludzkimi myślami i zachowaniami. Prace nad tego typu bronią prowadzone były m.in. w ZSRR, Rosji, Wielkiej Brytanii i USA. W ich wyniku opracowano (stosowane także przez polską policję) urządzenie dźwiękowe dalekiego zasięgu LRAD. Emituje ono fale dźwiękowe, które wywołują u odbiorców nieprzyjemne reakcje, np. lękowe, i tym samym wpływają na ich zachowanie. W ramach prac nad bronią psychotroniczną prowadzone były także badania nad stworzeniem połączeń mózg–mózg, czyli inaczej mówiąc nad telepatią. Dla racjonalistów zaskoczeniem może być fakt, iż tego typu badaniami zajmowały się w ramach rządowych programów poważne instytuty naukowe. Przykładem może być realizowany w latach 1978–1995 amerykański program badań nad zjawiskami paranormalnymi Stargate.

Nieco szerzej wojnę kognitywną postrzegają Rosjanie. Według ich definicji polega ona na zastosowaniu dezinformacji, środków politycznych, ekonomicznych, humanitarnych i innych niemilitarnych przedsięwzięć, m.in. oddziaływania informacyjno-psychologicznego, w celu kształtowania wewnętrznych procesów politycznych w kraju przeciwnika. W jej ramach Rosjanie będą generować lub podsycać w atakowanym państwie wewnętrzne konflikty oraz niezadowolenie jego obywateli z władz państwowych. Ciekawe, że podobne działania opisał w latach 70. XX w. rosyjski emigracyjny teoretyk sztuki wojennej Jewgienij Messner. Według niego sukces w tych działaniach można osiągnąć, zastępując uznawane w atakowanym państwie autorytety moralne tzw. autorytetami amoralnymi, tj. demagogami i hochsztaplerami różnego rodzaju, ubierającymi się w szaty dobroczyńców narodu.

Zarówno stratedzy z NATO, jak i Rosjanie zgodni są co do tego, iż większość operacji wojny kognitywnej prowadzonych będzie w cyberprzestrzeni. Szerokie zastosowanie znajdą zaś w nich media społecznościowe oraz algorytmy sztucznej inteligencji. Za pomocą mediów społecznościowych rozpowszechniane będą niesprawdzone, niepełne lub zupełnie nieprawdziwe wiadomości, tzw. fake newsy. Sztuczna inteligencja będzie natomiast nie tylko generowała i powielała te zafałszowane wiadomości, lecz również segregowała docierające do nas informacje. Tym samym zamykać nas będzie w przygotowanej przez agresora bańce informacyjnej.

Jak już wspomniano, głównym orężem w wojnie kognitywnej będą media społecznościowe. Ich znaczenie wynika nie tylko z rosnącej popularności, jaką cieszą się one we współczesnych społeczeństwach. Ważne jest to, że w czasie rzeczywistym dostarczają one informacji bezpośrednio z miejsca zdarzenia. Przykładem mogą być zamieszczane na różnych platformach internetowych krótkie filmiki z walk w Ukrainie i w Strefie Gazy. Filmiki te (oprócz przekazu informacyjno-propagandowego) niosą w sobie także pewien ładunek emocjonalny, który niejako ukierunkowuje myśl odbiorcy w pożądanym przez nadawcę kierunku. W dodatku odbiorca odnosi wrażenie, iż osobiście uczestniczy w danym wydarzeniu, tym samym otrzymując najświeższą informację z pierwszej ręki. Niestety, jest to wrażenie złudne. Wiele z tych filmików oraz innych materiałów rzekomo pochodzących od znajdującego się bezpośrednio „w ogniu wydarzeń” bezstronnego obserwatora lub ich uczestnika jest tak naprawdę dziełem wysokiej klasy specjalistów z zakresu komunikacji społecznej, którzy w swej pracy wspierani są przez algorytmy sztucznej inteligencji. To właśnie dzięki tym algorytmom można wygenerować chwytający za serce, ale daleki od prawdy filmik lub włożyć w usta polityka, dowódcy wojskowego czy uczestnika danego zdarzenia nigdy niewypowiedziane przez niego słowa.

O wykorzystaniu w wojnie kognitywnej mediów społecznościowych zadecydowały także pewne mechanizmy psychologiczne. Zgodnie z jednym z nich, z reguły szukamy towarzystwa osób podobnie do nas myślących. W internecie o ich dobór zatroszczą się śledzące nas i analizujące nasze zainteresowania algorytmy SI. Upodabniający się do nas zręczny manipulator może przy pomocy sugestii wpłynąć na nasze postawy, zachowania, a nawet wyznawane poglądy. W prowadzonej za pomocą mediów społecznościowych psychomanipulacji duże znaczenie ma także to, iż łatwiej ulegamy wpływom osób i grup, które są dla nas atrakcyjne. Potwierdzeniem tego może być duża popularność tzw. influencerów, którzy przeciętnemu odbiorcy imponują swym rzekomym bogactwem, wyrobieniem towarzyskim lub pseudowiedzą, np. z zakresu dietetyki lub medycyny naturalnej. Nie bez znaczenia jest także fakt, że wielu z nas jest konformistami i bezrefleksyjnie podporządkowuje się opinii większości. W internecie tą opiniotwórczą większością mogą być działające w oparciu o sztuczną inteligencję boty, które zasypią lajkami (polubieniami) pożądane przez nadawcę propagandowego komunikatu opinie.

Z przytoczonego opisu funkcjonowania mediów społecznościowych można wyciągnąć wniosek, iż poza spersonalizowaniem przekazu, wytworzeniem olbrzymiego, utrudniającego właściwą orientację w poruszanym problemie szumu informacyjnego oraz szerokim wykorzystaniem technik cyfrowych wojna kognitywna nie różni się praktycznie od swojej poprzedniczki – wojny psychologicznej. Jest to jednak, jak zaznaczono na wstępie, pogląd uproszczony. Bardziej adekwatne będzie stwierdzenie, iż wojna kognitywna wyewoluowała z wojny psychologicznej, stanowiąc obecnie jej wyższą formę. Ewolucja, jak wiadomo, zachodzi stosunkowo powoli i wyższa forma podlegającego ewolucji organizmu / systemu może na pierwszy rzut oka niewiele się różnić od jego pierwotnej wersji. Często rzecz jest bowiem w pozornie nieistotnych szczegółach. W przypadku wojny kognitywnej tym szczegółem jest wykorzystanie w jej prowadzeniu osiągnięć neurobiologii i neuropsychologii. Jak na razie ogranicza się to do neurolingwistyki oraz do wykorzystania środków psychoaktywnych i wspomnianych już broni psychotronicznych. Wizje planujących przyszłe wojny kognitywne strategów sięgają jednak o wiele dalej. Ważną rolę w tych wizjach odgrywa… transhumanizm. Uczynienie z umysłu ludzkiego pola walki związane jest bowiem, jak na ironię, z poprawą funkcjonowania ludzkiego mózgu.

Już dziś w wiodących państwach świata prowadzone są prace nad żołnierzem przyszłości. Testowane są, a w niektórych przypadkach nawet wdrażane, różnego rodzaju systemy elektroniczne oraz egzoszkielety ułatwiające żołnierzowi funkcjonowanie w złożonej rzeczywistości współczesnego pola walki. Stratedzy pragną jednak czegoś więcej. Tym czymś są wszczepione do żołnierskiego mózgu mikroczipy. Dzięki nim żołnierz przyszłości, a w zasadzie już cyborg, może uzyskać wiele potrzebnych na polu walki zdolności, np. możliwość widzenia w ciemności, lepszy słuch czy zdolność szybkiego skupienia uwagi na kilku wydarzeniach na raz i ich szybkiej analizy.

Jak to zwykle bywa z technologiami militarnymi, wcześniej lub później trafią one „do cywila”. Zainteresowanie ulepszeniem funkcjonowania ludzkiego mózgu za pomocą czipów może być wbrew pozorom bardzo duże. Wśród zainteresowanych podmiotów znajdą się nie tylko marzący o zostaniu supermanami ludzie, lecz firmy także pragnące wyeliminować konkurencję lub realizujące złożone zadania, wymagające specyficznych predyspozycji psychicznych. Oprócz tego czipowanie ludzkich mózgów może być przeprowadzane także ze względów medycznych jako jedna z procedur / metod leczenia schorzeń neurologicznych. Już dziś niektóre z nich, np. choroba Parkinsona, są leczone przy pomocy głębokiej stymulacji mózgu (deep brain stimulation – DBS). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, iż te – rodem ze spiskowych teorii – transhumanistyczne działania mogą stanowić poważne zagrożenie dla ludzkiego umysłu. Nawet najbardziej zabezpieczone przed niepożądanym dostępem czipy mogą bowiem przecież zostać zhakowane przez uzdolnionych hakerów przeciwnika. Pokusa kontroli myśli własnego społeczeństwa może pojawić się także i u demokratycznie wybranych władz. Trawestując Laokoona można rzec: strzeżcie się „transhumanistów”, szczególnie wtedy, gdy chcą ulepszyć ludzi! Ulepszenie to może bowiem skończyć się tym, iż nasze umysły zostaną zamknięte w bańce. Informacyjnej bańce, która zostanie przygotowana specjalnie dla nas. Miejmy jednak nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto zechce podać nam czerwoną tabletkę[1].

Wojna kognitywna jest już rzeczywistością. Jak na razie niewiele różni się ona od swojej poprzedniczki – wojny psychologicznej. Rozwój nauki i techniki niewątpliwie przyczyni się jednak do dalszego udoskonalania jej form i metod prowadzenia. Jeżeli w porę się nią nie zainteresujemy i nie podejmiemy stosownych działań na rzecz jej ograniczenia, możemy ocknąć się w Matriksie. Ziści się też opisywana przez Pielewina dystopia. Dlatego już dziś powinniśmy podjąć działania na rzecz ograniczenia niszczycielskiej mocy wojny kognitywnej. Destruktywny wpływ mediów społecznościowych możemy ograniczyć, ucząc dzieci już od najmłodszych lat korzystania z internetu i umiejętności odfiltrowywania z szumu informacyjnego pożytecznych informacji.

Trudniejszą sprawą jest transhumanistyczna ingerencja w funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Nie można bowiem zabronić tego typu badań, ponieważ służą one także leczeniu niektórych schorzeń neurologicznych, przywróceniu wzroku lub słuchu. W tym przypadku konieczne jest nałożenie na nie ograniczeń prawnych, uniemożliwiających wykorzystanie w celach wojennych (np. dla tworzenia superżołnierzy) oraz ograniczenie lub zakazanie badań związanych z manipulacją ludzką świadomością. Oczywiście same ograniczenia prawne nie wystarczą. Konieczny jest nadzór nad ich przestrzeganiem. Nadzór ze strony obywateli, świadomych zagrożeń, ale nieulegających przy tym teoriom spiskowym. Nie pozwólmy nikomu kontrolować naszych myśli i kształtować nam rzeczywistości!

Pocieszające może być to, iż pewne procesy zachodzą niezależne od woli nawet najbardziej wpływowych decydentów. Niemożliwe jest też, nawet w warunkach współczesnej wojny kognitywnej, narzucenie wszystkim tego, co mają myśleć.

[1] Nawiązanie do filmu Matrix (reż L.L. Wachowski), w którym główny bohater, Neo, budzi się z Matriksa do rzeczywistości po zażyciu podanej mu przez Morfeusza czerwonej tabletki.

Dr Adam Paweł Olechowski jest oficerem rezerwy Wojska Polskiego, nauczycielem akademickim specjalizującym się w naukach o bezpieczeństwie oraz dziennikarzem.

Artykuł ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Zob. także:
Wojna w przestrzeni informacyjnej
Sztuczna inteligencja w służbie Marsa

Wielu agnostyków czy ateistów pozbyło się obawy przed śmiercią oraz odwiecznego lęku przed wizją braku życia wiecznego. Jednak wielu (a być może nawet każdy z nas…) nie wyzbyło się lęku przed samym umieraniem. Nie bez przyczyny jednym z życzeń osób starszych, czasem nawet będących jeszcze w dobrej kondycji zdrowotnej, jest życzenie lekkiej i bezbolesnej śmierci. Bywają nawet życzenia osób starszych proszących o „śmierć estetyczną”. W tym pragnieniu widać wyraźnie pierwotną obawę przed odwiecznymi wrogami godności człowieka – bólem i cierpieniem. Jeśli zgodzimy się z twierdzeniem Yuvala Noaha Harariego, że jedynym uczuciem, które łączy wszystkich ludzi na ziemi, jest cierpienie, należy zadać sobie pytanie, czy w XXI wieku cała Europa, a w tym Polska, nie powinna w swym wachlarzu usług (w tym wypadku posług?) dla obywateli wprowadzić wreszcie jasno uregulowany status wspomagania w śmierci z wyboru, potocznie nazywanego eutanazją, którego etymologia brzmi w tłumaczeniu na język polski nie inaczej jak „dobra śmierć”.

Pomiędzy praktyką a historycznymi pojęciami

Wraz ze zmianami społecznymi zachodzącymi w Europie Zachodniej, a głównie jej sekularyzacją oraz silnym trendem indywidualnego samostanowienia i kontroli jednostki we wszystkich aspektach jej życia (od prokreacji przez ciążę, chorobę, rozwój zawodowy, wybór stylu życia aż po śmierć), kolejne etapy życia uwalniane były spod kurateli rodziny, norm społecznych czy ingerencji państwa lub Kościoła. Wszystkie – oprócz samobójstwa asystowanego. W tej sferze jako obywatele i pacjenci w krajach Zachodu, a na pewno w Polsce, nadal jesteśmy pozbawieni autonomii i samostanowienia. Tymczasem debata dotycząca przedłużania życia i przynoszenia ulgi w śmierci nie jest debatą charakterystyczną dla współczesności, trwa bowiem od setek lat. A sama dyskusja o problematyce pomocy cierpiącym w odchodzeniu datowana jest na IV wiek przed naszą erą. Pod takimi pojęciami jak cura palliativa, euthanasia palliativa czy euthanasia medica kryły się określenia opisujące niesienie ulgi i pomocy w umieraniu z zastosowaniem środków medycznych, trwające już od końca XVI wieku i znajdujące odzwierciedlenie w licznych publikacjach. Nawet tak zwana „czynna eutanazja” (active euthanasia), która definiuje się jako działanie – czyli w tym przypadku podanie środka mającego spowodować śmierć u cierpiących i śmiertelnie chorych – nie jest zjawiskiem nowym, typowym dla współczesności.

We współczesnych debatach fakt wielowiekowej tradycji podejmowania tego tematu jest zapominany bądź wypierany. Tym bardziej istotne, aby w obecnych rozważaniach i podczas prób regulacji prawnych mieć świadomość, że po kilkuset latach licznych refleksji (pochodzących ze świata europejskiej medycyny i etyki) nadszedł wreszcie czas, aby uregulować tę niezwykle ważną społecznie kwestię. Jak pisze Anna Alichniewicz w dziele Eutanazja i lekarska pomoc w samobójstwie, umierający pacjent nierzadko zostaje zdegradowany do roli poddawanego manipulacji przedmiotu. Dzieje się tak zwłaszcza w warunkach szpitalnych, kiedy nie respektuje się woli pacjenta, a przede wszystkim niezgody na stosowanie środków odwlekających śmierć. Gdy zaś pacjent nie jest już zdolny do podejmowania decyzji, nie bierze się pod uwagę ani wcześniej wyrażonych życzeń, ani opinii osób go reprezentujących. Sytuacje te utrwalają negatywny wizerunek śmierci szpitalnej, zamykający się w obrazie samotnego, otoczonego aparaturą medyczną, pozbawionego autonomii i integralności umierającego człowieka. Rodzi to następny paradoks – medykalizacja śmierci ma swój poważny udział we wzroście społecznego poparcia dla eutanazji i lekarskiej pomocy w samobójstwie. Przyjrzyjmy się zatem dyskursowi społecznemu omawiającemu pomoc w śmierci z wyboru, prowadzonemu w Niemczech, i obecnie funkcjonującym rozwiązaniom prawnym.

Klohss był pierwszy

Początki współczesnej dyskusji w Niemczech nad zagadnieniem śmierci z wyboru możemy datować na 1835 rok, kiedy ukazała się książka doktora medycyny i chirurgii Karla Ludwiga Klohssa pod tytułem Eutanazja albo sztuka ulgi w śmierci. Autor spisał swoje obszerne refleksje na 180 stronach, omawiając m.in. takie tematy, jak:

Należy przyznać, że wszystkie cztery aspekty są po 200 latach nadal aktualne. Autor opowiadał się przy tym za euthanasia medica, czyli popierał ruch lekarzy oświecenia, którzy stosowali opium lub inne leki w celu łagodzenia bólu, lub strachu przed śmiercią. Przy czym akty zabójstw były przez lekarzy powszechnie odrzucane. W podpisanej przez Fryderyka Wilhelma II w 1794 roku Pruskiej Powszechnej Ustawie o Prawie Ziemskim podjęto próbę spójnej i kompleksowej kodyfikacji prawa cywilnego, karnego i innych części prawa publicznego w jednym akcie prawnym. Był to zatem ogólny obraz porządku życia społecznego, w którym zawarto jasny zapis: „Kto zabija drugiego na jego prośbę lub pomaga mu popełnić samobójstwo, będzie ukarany karą [więzienia – przyp. red.] od 6 do 10 lat”.

Dyskurs o pomocy w umieraniu trwał w sposób ożywiony do połowy XIX wieku. Pod koniec tego okresu rozpoczęła się dyskusja o wspieraniu chorych nie tylko ze względu na ich, jak to wtedy określano „zmęczenie życiem”, ale też z zupełnie trywialnych poglądów: kosztów ich leczenia i utrzymania, obciążających rodziny czy szpitale. Wątek problematyki utrzymania finansowego chorych i ogólnego obciążenia, wynikającego z opieki nad chorymi, wcale zatem nie pojawił się dopiero u nazistów.

Niemiecki dyskurs w trzech fazach

W dyskursie o rozwoju współczesnej eutanazji można wyróżnić trzy istotne fazy: fazę początków debaty na temat legalizacji, datowaną na ok. 1900 rok, fazę państwowo-rasistowską trwającą od lat dwudziestych XX wieku do końca drugiej wojny światowej oraz fazę liberalną, która trwa od lat sześćdziesiątych XX wieku po dziś. Sztywne dziewiętnastowieczne normy społeczne narzucone w Niemczech zarówno przez kościół protestancki i katolicki, jak i państwo oraz kanony społeczne (ograniczające udzielenie pomocy w śmierci choremu), znalazły się w ogniu krytyki młodego studenta ekonomii z Getyngi – Adolfa Josta. Już w 1895 roku opublikował on w Getyndze 53-stronicową broszurę: Prawo do śmierci, która w niemieckim obszarze językowym stała się nie tylko punktem wyjścia do dalszych dyskusji, ale także tekstem, do którego odnoszono się później w wielu rozważaniach.

Jost zwraca w niej uwagę na obłudę państwa, które z jednej strony „prawo do śmierci” surowo karze, z drugiej strony w przypadku wojny to samo państwo, całe społeczeństwo i religia zakładają, że powinien istnieć „obowiązek śmierci na polu chwały”. Autor żądał „prawa do śmierci’’ dla nieuleczalnie chorych, stawiając obok kwestię jej stosowania wobec nieuleczalnie chorych psychicznie, którzy wiodą życie nie tylko „bez bycia przydatnymi” i „w całkowitym cierpieniu”, ale też „konsumując znaczące ilości materialnych dóbr”. Podnosił, że „wartość życia ludzkiego” może stać się „nie tylko zerową, ale także ujemną, jeśli ból jest tak duży, jak ma to miejsce w przypadku nieuleczalnej choroby”. Śmierć jest wtedy lepsza niż życie. Stosując powyższą argumentację, Jost rozpoczął nie tylko dyskusję o pomocy w samobójstwie, ale też opracował linię argumentacyjną do legitymizacji mordów na pacjentach szpitali psychiatrycznych, wykorzystaną zresztą potem w okresie dyktatury nazistowskiej.

Kolejne istotne przyczynki do tematu autonomii pacjenta i chorego w śmierci napisali Georga Simmel (1893) we Wprowadzeniu do nauk moralnych oraz Ernst Haeckel (1904) w Cudzie życia. W 1913 roku powstał pierwszy projekt ustawy o eutanazji czerpiący wiele z rozważań Josta. W projekcie, którego autorem jest Roland Gerkan (członek Stowarzyszenia Monistów), podkreślono, że chcący umrzeć muszą wyrazić na to zgodę, a w akt zabijania powinni angażować się lekarze. Było to podobne rozwiązanie do obecnych przepisów obowiązujących w Holandii i Belgii. Jednak w parlamencie niemieckim w 1913 roku pozostało to w dużej mierze bez odpowiedzi.

Drugą fazą dyskursu na ten temat była faza rasistowska w Republice Weimarskiej. Doświadczenia I wojny światowej znacząco wpłynęły na europejski dyskurs na temat eutanazji od lat dwudziestych do czterdziestych XX wieku. W czasie kryzysu gospodarczego w latach 1919–1923 prawnik Karl Binding i psychiatra Alfred Hoche propagowali zabijanie ludzi upośledzonych pod programowym hasłem „dopuszczalności uśmiercania istot niegodnych życia”, zawierając tezy swej koncepcji w opracowaniu pod tytułem Uwolnienie zniszczenia życia niegodnego życia wydanym w 1920 roku. Choć większość psychiatrów i lekarzy szpitalnych po I wojnie światowej nie była bardzo odległa od stanowiska Bindinga i Hochego, ich propozycja polityki prawnej spotkała się z oporem większości lekarzy, których nazwalibyśmy dziś „lekarzami pierwszego kontaktu”. Niemieckie Towarzystwo Lekarskie w Karlsruhe w 1921 roku niemal jednomyślnie odrzuciło wniosek oparty na pracy Bindinga i Hochego o „prawną zgodę” na „niszczenie życia niegodnego”.

Po dojściu do władzy w 1933 roku reżim nazistowski natychmiast podjął pierwsze kroki w celu zmiany prawa karnego, umożliwiającego zabijanie przez lekarzy. Reżim był w tym konsekwentny, doprowadzając do okrutnych skutków. We wrześniu 1933 roku ukazało się tzw. Memorandum pruskie, którego promotorem był pruski minister sprawiedliwości, narodowy socjalista Hans Kerrl. Wzywało się w nim do łagodniejszej kary za zabójstwo na wyraźne żądanie, niż za „zwykłe zabijanie”. Eutanazja po raz kolejny pojawiła się więc jako podtyp zabijania na żądanie i jest definiowana jako „pożądane doprowadzenie do śmierci beznadziejnie cierpiącej osoby za pomocą śmiercionośnego środka w celu skrócenia męki”. Dla pewności zawsze należało zasięgnąć opinii dwóch lekarzy – urzędników państwowych. W odniesieniu do osób upośledzonych umysłowo memorandum, w którym ponownie użyto słów Bindinga i Hochego, nie mówi już o zabijaniu, ale raczej o „eliminacji” lub „eksterminacji” – jakkolwiek strasznie by to dziś brzmiało. W efekcie w ramach nazistowskiego programu eutanazji zostało zamordowanych od 70 000 do 100 000 osób, w tym znaczącą część stanowiły niemieckie niemowlaki i dzieci…

Powojenne ogólne poczucie winy Niemców i ich odpowiedzialności za mordy na milionach ludzi (w tym własnych obywatelach) przyczyniły się do wykreowania ostrego i zupełnie nowego stanowiska. Podczas konferencji prawniczej w Konstancji w 1947 roku postulowano, aby „prawdziwa eutanazja” nigdy nie była więcej dyskutowana i została wykluczona jako kategoria prawno-medyczna. Dopiero zmiany kulturowe po rewolucji studenckiej 1968 roku pozwoliły na początku lat siedemdziesiątych na nowe otwarcie debaty na temat wspomaganego samobójstwa.

Prawo tu i teraz

W latach osiemdziesiątych XX wieku w Niemczech powstało „Towarzystwo na rzecz humanitarnej śmierci”. W 1985 roku jego przewodniczący Hans-Hennig Atrott i Julius Hackethal podjęli w Bundestagu próbę legalizacji zabijania na żądanie. Bezskutecznie. Druga próba legalizacji i regulacji prawnej została podjęta w 1986 roku przez grupę roboczą, która przygotowała „Alternatywny projekt pomocy w umieraniu” zakładający przerwanie terapii u pacjentów leżących w długotrwałej śpiączce i dla noworodków z najcięższymi wadami letalnymi, nierokującymi przeżycia. Projekt zakładał też „nieprzeszkadzanie w popełnieniu samobójstwa” oraz pomoc u osób „najciężej dotkniętych chorobą i niedającym się znieść cierpieniem”. I ten projekt był wielokrotnie dyskutowany przez grono prawnicze w 1986 roku i tyleż razy odrzucany jako wynik decyzji z końca lat czterdziestych o niepodejmowaniu tego tematu.

Jednak już w 1987 roku sąd odrzucił pozew przeciw Juliusowi Hackethalowi, mimo, że podał chorej na raka do ust kubek z cyjankiem. Sąd zaklasyfikował ten przypadek jako pomoc przy samobójstwie, która nie była karalna. I mniej więcej od tamtej pory prawnicy zaczęli rozróżniać samobójstwo wspomagane od eutanazji czynnej, biernej i pośredniej.Wspomagane samobójstwo oznacza pomoc w samobójstwie, np. poprzez zdobycie lub dostarczenie środka śmiercionośnego. Istotną cechą w odróżnieniu od aktywnej eutanazji jest to, że pacjent sam przyjmuje lek.W odróżnieniu od samobójstwa wspomaganego, w eutanazji czynnej ktoś inny podaje pacjentowi śmiercionośny lek. Ten rodzaj eutanazji jest w Niemczech zakazany. Natomiast jest to legalne w Holandii, Luksemburgu, Hiszpanii i Belgii. Eutanazja bierna oznacza unikanie środków przedłużających życie. Obejmuje to np. unikanie odżywiania, transfuzji krwi lub wentylacji. Eutanazja pośrednia polega przede wszystkim na uśmierzeniu bólu. Jeżeli pacjent otrzymuje leki powodujące wcześniejszą śmierć, jest to w Niemczech dozwolone i nazywa się eutanazją pośrednią.

W lutym 2022 roku odbył się głośny proces, w którym Wyższy Sąd Administracyjny Nadrenii Północnej-Westfalii oddalił pozwy trzech osób, którzy chcieli zobowiązać Federalny Instytut Leków i Wyrobów Medycznych (BfArM) w Bonn do dostarczenia im śmiercionośnego leku. Zgodnie z orzeczeniem państwo nie ma obowiązku zapewniać ciężko chorym osobom dostępu do środka samobójczego. Sąd wskazał jednak, że i tutaj politycy musieliby na nowo uregulować ramy prawne. Do tego czasu ciężko chore osoby mogły konsultować się z lekarzami, którzy pomagali im w popełnieniu samobójstwa. A całkiem już niedawno, bo 7 listopada 2023 roku, Federalny Sąd Administracyjny w Lipsku oddalił pozew o wydanie pentobarbitalu sodu, środka stosowanego do popełnienia samobójstwa – na żądanie dwóch chorych mężczyzn. Sąd uważał przy tym, że ryzyko, iż lek dostanie się w niepowołane ręce, jest zbyt duże. „Zagrożenie życia i zdrowia ludności, wynikające z niewłaściwego używania narkotyku, jest szczególnie duże i poważne, biorąc pod uwagę jego śmiertelne skutki i łatwość użycia” – czytamy w orzeczeniu sądu. Sędziowie uzasadnili także swoją decyzję argumentem, że zakup pentobarbitalu sodu w celach samobójczych jest zasadniczo niezgodny z celem ustawy o narkotykach. Jest nim niezbędna opieka medyczna dla ludności, co oznacza leczenie i łagodzenie chorób, a zakończenie własnego życia nie ma zasadniczo takiego celu terapeutycznego. Co prawda fakt, że powodowie nie otrzymali pozwolenia na zakup pentobarbitalu sodu, narusza ich prawo do samostanowienia o śmierci, jednakże w porównaniu z innymi obawami dotyczącymi dobra publicznego jest to uzasadnione. Ustawa antynarkotykowa ma uzasadniony cel, jakim jest m.in. zapobieganie nadużyciom.

Ponadto istnieją „inne rozsądne możliwości dla osób, które chcą zakończyć swoje życie, aby zrealizować swoje pragnienie śmierci” – np. poprzez organizacje zajmujące się eutanazją lub lekarzy, którzy są gotowi pomóc w samobójstwie. Można również stosować inne śmiercionośne koktajle narkotykowe, które są zgodne z prawem do samostanowienia o śmierci, które Federalny Trybunał Konstytucyjny ustanowił jeszcze w lutym 2020 roku. Orzekł on wówczas, że „ogólne prawo osobiste obejmuje prawo do samostanowienia o śmierci. Prawo to obejmuje wolność odebrania sobie życia i polegania na dobrowolnej pomocy osób trzecich”. W Polsce pomoc w samobójstwie (eutanazji) jest traktowane jako zabójstwo i jest zagrożone karą do 5 lat pozbawienia wolności.

Bibliografia:

Anna Alichniewicz, Eutanazja i lekarska pomoc w samobójstwie, https://bioetyka.uw.edu.pl/wp-content/uploads/2014/10/Alichniewicz_Eutanazja.pdf

  George L. Mosse, Die Geschichte des Rassismus in Europa. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main 1990

https://www.giordano-bruno-stiftung.de/newsletterarchiv/gbs-newsletter-342013     Data  3.04.2013

https://taz.de/Suizid-Assistenz-in-Deutschland/!5815551/  Dostęp: 29.11.2021

https://www.deutschlandfunk.de/assistierte-sterbehilfe-schweiz-suizid-begleitung-100.html  Dostęp: 22.05.2022

https://books.google.pl/books?id=a9M2LpgkvGAC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false ), Berlin G. Reimer 1835

https://www.bpb.de/shop/zeitschriften/apuz/31454/zur-geschichte-der-sterbehilfe/ Dostęp: 18.01.2008

https://www.bpb.de/system/files/pdf/5LJZKA.pdf  Dostęp: 21.01.2008

Anna Garbaczewska-Sprung, absolwentka Wydziału Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu w Hamburgu. Członek Zarządu Stowarzyszenia Stypendystów DAAD (Niemieckiej Wymiany Akademickiej)

Tak – rozwiązać. Kategorycznie tak.

Ten tekst nie ma ambicji analitycznych. Jest osobistym protestem, spontanicznym, emocjonalnym i nieco – w związku z tym – chaotycznym. Instytut Pamięci Narodowej powstał, by kształtować moją tożsamość w duchu narodowej godności. Ustawodawca, powołując ten twór, poddał się emocjonalnemu szantażowi patriotycznego obowiązku, za którym skrywał się nacjonalizm, którego wyznawcy są przekonani, że manipulacja i kłamstwo to akceptowalne narzędzia, jeżeli cel jest zbożny. Drugie, tym razem ośmioletnie rządy PiS, ujawniły prawdziwe intencje pomysłodawców. Zakłócanie wysiłków Instytutu podjętych dla krzewienia prawdziwie patriotycznego światopoglądu jest karalne, dosłownie. W ten sposób odebrano mi prawo do wstydu. Dlatego protestuję. Będzie więc o tożsamości i wstydzie.

Tożsamość to kategoria ujawniająca jedną z konstytutywnych cech współczesności: uwikłania egzystencji w politykę i polityki wdzierającej się w egzystencję. Na dzieje można patrzeć jak na proces kumulacji przesłanek i z czasem wyraźnego fenomenu budzenia się podmiotowości jednostki. Talor mówi np. o narodzinach tożsamości nowoczesnej, Fukuyama – o polityce tożsamościowej i walce o uznanie, a Agata Bielik-Robson – o wygnaniu i nietożsamości, jako filozoficznie rozpoznanej tożsamości (w dziele Derridy). Zacznę więc od myśli zasadniczej, do której nie będę powracać, ale której mój krytyczny wywód nie może podważyć. Tej mianowicie, że tożsamość polityczną współczesnego człowieka ukształtowało żądanie uznania godności jednostki przez przyznanie jej równych praw obywatelskich. I taki jest dzisiaj fundament liberalno-demokratycznego ładu, taki jest historyczny i historiozoficzny sens walki o uznanie. Amen. Problem w tym, że Instytut Pamięci Narodowej stał się częścią populistycznego projektu PiS, który tym wartościom się sprzeniewierza, godzi w moją godność i wpędził mnie w smutę, a na dnie smuty jest wstyd.

Tak już mam, że od czego nie zacznę, zawsze skończę na „Żydzie”. Akurat w przypadku oceny działań IPN ta fiksacja okazuje się szczególnie adekwatna. Pojęcie „Żyda” stało się istotną składową mojej społecznej tożsamości. Zapewne, a raczej niewątpliwie, odpowiada za to genius loci. Dotknięci podobnym syndromem: Barbara Engelking, Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski, Dariusz Lebionka… znaleźli się na listach gończych mentorów IPN. Więc i ja muszę należeć do szerokiego kręgu podejrzanych o sianie wstydu w domenie narodowej dumy. Dla takich miało nie być miejsca w pamięci narodowej.

Dzisiaj o społecznej tożsamości człowieka rozstrzyga przynależność do wspólnoty politycznej, która czyni go obywatelem i potwierdza to wydanym mu dokumentem. Bez tego dokumentu tracę i wolność, i godność. Staję się tułaczem albo metojkiem, mającym wolność osobistą, nienależącym jednak do wspólnoty obywatelskiej.

Wspólnoty narodowe potrafią wykluczać.

Jak bezlitosny potrafi być nacjonalizm, pokazała Trzecia Rzesza. Tam jego szczególne okrucieństwo było owocem synergii dwóch trucizn: nacjonalizmu i rasizmu. Ale antyżydowski obłęd ogarnął w tamtym czasie prawie całą Europę. Również moją ojczyznę.

Przypomnę wydarzenie, którego IPN nie przypomni, bo to nie po drodze z jego misją zwalczania pedagogiki wstydu, godzącej w poczucie dumy narodowej; a poczucie dumy narodowej jest fundamentem prawdziwego patriotyzmu. Przypominam, bo się wstydzę.

W końcu października 1938 roku Heinrich Himmler polecił szefowi Gestapo Heinrichowi Heydrichowi przeprowadzenie w trybie nagłym deportacji z Niemiec Żydów polskiego pochodzenia. Tak zwana Polenaktion objęła około 17 000 osób. Działania niemieckie były odpowiedzią na poczynania rządu polskiego. Ustęp drugi artykułu pierwszego ustawy z 31 marca 1938 r. określał możliwość odebrania obywatelstwa tym, którzy „utracili łączność z państwowością Polską”. W praktyce decyzja mogła być podjęta w trybie administracyjnym, bez sądowej kontroli. Rozporządzenie z 6 października tego samego roku (opublikowane 15 października) wyznaczało dzień 30 października jako termin ostateczny potwierdzenia ważności paszportów. Po tej dacie polscy Żydzi w Niemczech, bo to ich przede wszystkim dotyczyła ustawa, stawali się bezpaństwowcami, których Niemcy nie mogłyby już deportować do państwa pochodzenia, do Polski.

Od świtu 27 października wyciągano z domów tysiące ludzi. Upchnięto ich w transportach kolejowych, pozwalając wywieźć 10 marek. Poszło sprawnie po kwietniowej ewidencji wszystkich majątków żydowskich: do dyspozycji były świeże listy adresowe. Późnym wieczorem 28 października te tysiące wysadzono na granicy i przepchnięto pod bagnetami na polską stronę. Dzisiaj powiedzielibyśmy Ruckstoss, pushback. Najbliższym miasteczkiem był Zbąszyń. Fala uchodźców przekraczała liczebność mieszkańców. To była humanitarna katastrofa. Obywatele Zbąszynia ruszyli z pomocą. Profesor Jerzy Tomaszewski w Preludium zagłady napisał, że uratowali honor Polski splamiony ustawą marcową.

31 października Zbąszyń został otoczony kordonem policyjnym. Dla sześciu tysięcy ludzi zorganizowano obóz. Rząd Polski stanął wobec „problemu uchodźczego”. W osobie ministra Becka apelował do zachodnich demokracji o współodpowiedzialność w rozwiązaniu międzynarodowego przecież kryzysu, jakim jest żydowska emigracja, dla której trzeba znaleźć nowe tereny. Götz Aly wygrzebał z „Polskich dokumentów dyplomatycznych, 1938” taką oto relację ambasadora Józefa Lipskiego z odbytej 20 września rozmowy z Adolfem Hitlerem. Hitler miał zadeklarować, że „przyświeca mu myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonii, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego”. I relacjonuje Lipski: „w tym punkcie mu odpowiedziałem, iż jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie” (G. Aly, s. 347).

To była dyskretna korespondencja dyplomatów, którą przytaczam nie tylko ze względu na swoiste poczucie humoru ambasadora Lipskiego, ale również dla podkreślenia faktu, że przedwojenny antysemityzm ogarniał wszystkie warstwy społeczne, również te wykształcone. Ich antysemityzm był bardziej racjonalny niż treści rozpowszechnianie w katolickich wydawnictwach, takich jak „Rycerz Niepokalanej” (800 tys. nakładu w latach 1938/39), w których antyżydowski hejt wdrukowywany był w ludowy światopogląd jak refreny przebojów disco-polo.

Wydaje się, że ten pierwszy wygasł, drugi zaś trwa. Jednak dzisiejszy ludowy antysemityzm nie może być – po losie Maksymiliana Kolbego – tym samym, co ów miniony, wielkanocny 1940 r. Ten dzisiejszy wyrósł na wyparciu winy, a winą jest przejęcie żydowskich domów. Dotarło do mnie, że upartą nieobecność proboszcza Jedwabnego przy Stodole 21 lipca trzeba tłumaczyć jako wyraz solidarności z parafianami, a mniej jako przejaw odwiecznego katolickiego antysemityzmu.

W polskiej przestrzeni psychospołecznej nieprzerwanie obecny jest dybuk i każdy inżynier narodowej tożsamości musi się zderzyć z problemem żydowskim, czyli problemem całkowicie polskim. IPN zderzył się w sposób głupi i podły: z prawdy wyjątku stworzył kłamstwo normy – muzeum Ulmów.

Pomijając mentalną patologię, jaka wypełzła z IPN pod nadzorem PiS, chcę podkreślić, że podobne instytucje strażników historii należą do minionej, choć nieodległej przeszłości i dzisiaj nie ma dla nich miejsca w demokratycznych społeczeństwach. Zdaję sobie sprawę, że problem wychowania młodzieży istnieje i w Polsce szczególnie domaga się dyskusji. Jednak ta dyskusja musi przyjąć jako założenie fakt, o którym Fuku-
yama tak pisze w Tożsamości:

„Tożsamość wyrasta przede wszystkim z rozróżnienia między prawdziwym, wewnętrznym «ja» człowieka a zewnętrznym światem społecznych zasad i norm (…). W czasach współczesnych rozprzestrzenił się pogląd, że prawdziwe, wewnętrzne «ja» stanowi wartość samą w sobie (…), to nie wewnętrzne «ja» należy dostosować do zasad społecznych, lecz trzeba zmienić samo społeczeństwo” (s. 27). Z tą diagnozą współbrzmi mój manifest patriotyczny:

W mojej ojczyźnie najlepiej czuję się sam. Przed nikim jej nie zamykam, ale jej osądzanie czy poprawianie przez innych wykluczam, bo to świat mało plastyczny, zbudowany na elementach niezmienianych, na tym, co przeżyłem, a być może i na tym, czego nie jestem świadom. Oczekiwać od gości mogę tylko akceptacji lub milczenia. Odwiedzając ojczyzny innych, respektuję te zasady.

Chcę po prostu powiedzieć, że moja tożsamość jest moim domem, za którego progiem rozpościera się przestrzeń adialogiczności. Coś podobnego, sądzę, przeżyliśmy jako społeczeństwo obywatelskie, doznawszy dzięki PiS-owi i IPN-owi olśnienia: epifanii adialogiczności, tzn. zrozumienia bezsensowności rozmowy z kłamcą i manipulantem. I rozbłysło „osiem gwiazd”.

 

Literatura:

G. Aly, Europa przeciwko Żydom. 1880-1945. Filtry, Warszawa 2022.

L. Bernstein Namier, Narodowość a wolność [w:] tegoż, 1848 – rewolucja intelektualistów. TAiWPN Universitas, Kraków 2013.

Ch. Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej. PWN, Warszawa 2001.

F. Fukuyama, Tożsamość. DW Rebis, Poznań 2019.

A. Bielik-Robson, Marańska Pascha Derridy. Zdrada, wygnanie, przeżycie, nietożsamość. Austeria, Kraków 2022.

J. Tomaszewski, Preludium Zagłady. Wygnanie Żydów Polskich z Niemiec w 1938 r. PWN, Warszawa 1998.

 

Artykuł ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Z dużej chmury mały deszcz. Przesłuchanie prezesa PiS przez komisję śledczą nie przybliżyło tej ostatniej, ani opinii publicznej, do wyjaśnienia kulis machinacji, które naruszyły fundament demokratycznego państwa. Ważne jest nie to, co Jarosław Kaczyński powiedział, lecz to, czego posłowie nie potrafili od niego wydobyć.

Tylko dla porządku po raz kolejny przypomnę, że afera Watergate, która wstrząsnęła Ameryką i doprowadziła do upadku prezydenta Nixona, była pestką w porównaniu z naszym Pegasusem. Tam w ogóle nie doszło do nielegalnego zdobycia i później wykorzystania informacji; chodziło o sam zamiar oraz mataczenie w śledztwie.

Nikt chyba nie wierzy, że człowiek, który przez osiem lat stanowił centralny punkt polskiej polityki, podejmował w tym czasie najważniejsze decyzje – i który na wszystko patrzy przez pryzmat działań nakierowanych na zdobycie, utrzymanie i umocnienie władzy – zlekceważył tak potężne narzędzie, jakim jest niewykrywalny, wydawało się, program do bardzo głębokiej inwigilacji. Bardziej niż prawdopodobne wydaje mi się, że zaufani ludzie prezesa, ministrowie Kamiński i Wąsik, przekonali go, iż instalowanie Pegasusa nie zostawia śladów, więc można tym programem posługiwać się bez ograniczeń. Wobec opozycji i swoich. Przestępcy znaleźliby się na tej liście na szarym końcu, tym bardziej, że zdobyte tą drogą informacje nie nadają się do wykorzystania w sądzie.

Na początku przesłuchania Kaczyński nawet się do tego przyznał, nieopatrznie używając czasu przyszłego w odpowiedzi na pytanie o proces decyzyjny przy zakupie software’u. A więc w nim uczestniczył, choć w tym czasie nie był jeszcze wicepremierem do spraw bezpieczeństwa. Miał dopuszczenie do tajemnic państwowych, ale zgodnie z zasadą need to know nie miał prawa być informowanym o technikach pracy operacyjnej służb. Członkowie komisji śledczej nie podążyli jednak tym tropem.

Można było założyć, że skoro wzywają na świadka byłego faktycznego rządcę Rzeczypospolitej, to są przygotowani do zmuszenia go do podzielenia się niewygodną dlań wiedzą. Że będą w posiadaniu dokumentów uprawdopodobniających jego kluczowy udział w nielegalnych operacjach. Może ujawnią – jak w komisji ds. Rywina – skorelowane z prowadzonymi przez CBA podsłuchami ciągi połączeń telefonicznych i esemesowych między całą wspomnianą trójką. Udowodnią związek między inwigilacją szefa sztabu wyborczego PO a wydarzeniami kampanii 2019 roku. Lub choćby zbiją Kaczyńskiego z tropu pokazując mu nazwisko „Morawiecki” (a może i kilka innych?) na liście osób zaatakowanych Pegasusem. Bo w to, że Kamiński z Wąsikiem nie mówili swemu szefowi wszystkiego, jestem w stanie uwierzyć.

Członkostwo w komisji śledczej to nie kolejna okazja do brylowania w mediach, lecz ciężka praca na zapleczu – nie tylko posła, ale i współpracujących z nim prawników, byłych funkcjonariuszy służb, asystentów etc. Wertowanie stosów dokumentów w poszukiwaniu śladu nielegalnych działań. Obmyślanie strategii przesłuchań, konfrontowanie hipotez z dowodami, faktami i poszlakami.

Nie wspominając już o dobrej znajomości procedury przesłuchania.

Miniony tydzień upłynął w Polsce pod znakiem dyskusji o prawach kobiet i aborcji. Nie tylko w Polsce zresztą, ponieważ 8 marca jest międzynarodowym świętem praw kobiet, corocznie mobilizującym różne środowiska polityczne do pochylania się nad losem żeńskiej części populacji. Ponadto, we Francji i w Irlandii kwestie praw kobiet stanowiły podstawę dwóch bardzo istotnych i szeroko debatowanych decyzji politycznych, o których warto wspomnieć w zestawieniu z tym, co się działo w Polsce. Ale to za chwilę – zacznijmy od polskiego podwórka.

Nie ukrywam, że sama pochyliłam się nad losem polskich kobiet, publicznie odnosząc się do decyzji polskiego marszałka sejmu Szymona Hołowni o przełożeniu debaty nad projektami aborcyjnymi, nazywając Hołownię „rozedrganym kunktatorem”. Takim bowiem objawił się lider Polski 2050: „wąsatym dziadersem” zamiast błyskotliwego politycznego wizjonera, na jakiego mógł się zapowiadać. Zwłaszcza w oczach młodzieży i kobiet, szukających w wyborach 15 października alternatywy dla duopolu PiS i KO, dla których Lewica z różnych powodów (głównie związanych z katolickim wychowaniem i niewiarą w sprawczość polityczną tego ugrupowania) nie była wyborczą opcją. Hołownia pokazał aż nader wyraźnie, że jest konserwatywny, a także że prawa kobiet jest w stanie poświęcić na rzecz politycznej kalkulacji (co warto podkreślić: o charakterze taktycznym, nie zaś strategicznym).

Wielu analityków sugeruje, że tą decyzją Hołownia pokazał swoją dojrzałość polityczną. Jestem politolożką, socjolożką, od dwudziestu lat badam polską politykę i zastanawiam się: gdzież ta dojrzałość? Otóż, wg Wielkiego Słownika Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk, dojrzałość to „pełne ukształtowanie pod względem umysłowym, psychicznym i emocjonalnym oraz cechowanie się osiągnięciem dużych możliwości i dużej biegłości w danej dziedzinie”. Wziąwszy pod uwagę fakt, iż Szymon Hołownia odsunął w czasie dyskusję o sprawie, która dotyczy zdrowia i życia wszystkich polskich kobiet w wieku reprodukcyjnym, ale także dobrostanu ich rodzin, wziąwszy pod uwagę fakt, iż największą porażką polityczną PiS było zamówienie w Trybunale Konstytucyjnym orzeczenia niemal zakazującego aborcji w Polsce, wziąwszy pod uwagę, iż znacząca większość społeczeństwa w Polsce chce liberalizacji prawa aborcyjnego i umożliwienia kobietom w pełni samodzielnego decydowania o ich ciele do 12 tygodnia ciąży (w tym aż 48% wyborców Konfederacji wyraża takie poglądy), wreszcie wziąwszy pod uwagę, że sam Hołownia obiecywał, że nie będzie używał sejmowej zamrażarki, naprawdę zachodzę w głowę, gdzie ta dojrzałość?

Owszem, można się domyślać, że Hołownia wsparł swego koalicjanta PSL w walce o konserwatywnych wyborców w wyborach samorządowych. Owszem, zadziałał zgodnie z własnym sumieniem. Owszem, próbował zapobiec odrzuceniu jego własnego projektu przez Lewicę i KO, gdyby do głosowania doszło teraz. Jednak wciąż mnie zastanawia, gdzie ta dojrzałość, czyli to ukształtowanie i biegłość w polityce. W polityce rozumianej jako rządzenie, które ma przynosić korzyść społeczeństwu.

Na razie korzyści z decyzji Hołowni widać w notowaniach jego ugrupowania, które podbiera wyborców Prawu i Sprawiedliwości (to pewna nowość, ponieważ zazwyczaj Polska 2050 podbierała głosy KO). Czy dawni wyborcy PiS przechodzą do Trzeciej Drogi z powodu kluczenia w sprawie aborcji? Nie ma na ten temat szczegółowych badań, jednak zapewne nie. PiS traci przez afery, przez zamieszanie wokół protestu rolników, przez strategię betonowania najwierniejszego elektoratu, która zniechęca wyborców mniej radykalnych. Wiązanie tego z kwestią aborcji nie ma uzasadnienia. Ponadto, z braku własnych kandydatów, Hołownia „przygarnia” na swoje listy samorządowe dawnych działaczy PiS, co także nie pozostaje bez znaczenia dla jego politycznego kunktatorstwa w sprawie aborcji. A zatem nie o dojrzałość chodzi, a raczej pewną doraźność i rozedrganie, które są od dojrzałości daleko.

Co ciekawe, KO i Lewicy działania Hołowni są – paradoksalnie – na rękę. Lewica może na tym oprzeć kampanię samorządową, by stać się wyrazistą (a przy niezbyt dużej liczbie kandydatów z szansą na sukces w sejmikach każda wyrazistość Lewicy jest na wagę złota), KO natomiast nie musi ryzykować niezadowolenia wciąż licznych „wąsatych dziadersów” we własnych szeregach kandydatów samorządowych. Być może zatem – dość niespodziewanie – Hołownia zadziała na korzyść wszystkich ugrupowań demokratycznych, działając tak bardzo na niekorzyść polskich kobiet i polskiego społeczeństwa. Ot, polski polityczny paradoks. Ale jak widać, jaka dojrzałość polityków, takie polityczne „korzyści” społeczeństwa. Tylko przypominam jednak, że Hołownia-marszałek to nie to samo, co Hołownia-lider swojego ugrupowania i polityk ten powinien o tym pamiętać, skoro chciał być marszałkiem wszystkich Polaków.

Jeszcze inny polski paradoks, który mnie nieustannie zadziwia, to tak niskie poparcie dla ugrupowań lewicowych w Polsce. Jest na nie zapotrzebowanie w kontekście rozwoju społeczeństwa, ale z ust moich koleżanek i kolegów analityków słyszę aż za często: to świetnie, że Hołownia jest konserwatywny, to wspaniale, że PSL jest konserwatywne, to dobrze, że KO ma silne skrzydło konserwatywne, to bardzo potrzebne, byśmy mieli konserwatywne partie demokratyczne, by odbierać paliwo prawicowym populistom. W tym zalewie radości, że mamy tyle demokratycznego konserwatyzmu w Polsce gdzieś umyka niektórym prosty arytmetyczny fakt, że przy poparciu ok. siedemdziesięciu procent społeczeństwa dla legalnej aborcji do 12 tygodnia ciąży, przy tak wysokim odsetku samobójstw i depresji wśród młodzieży ze środowisk LGBTQ+, przy poparciu większości społeczeństwa dla związków partnerskich, mamy w polskim krajobrazie dwa ugrupowania lewicowe o łącznym poparciu nieprzekraczającym dwunastu procent. Może czas się zastanowić, czy z tym konserwatyzmem demokratycznym tak nam wspaniale.

W tym kontekście jak inna polityczna planeta jawi się Francja, w której prawo do aborcji zostało wpisane do konstytucji. Choć kobiety to prawo już mają, takie jego ugruntowanie ma wartość symboliczną, a także zabezpieczającą prawa kobiet w sytuacji dojścia do władzy populistów. Polki zarówno o takich prawach, jak i symbolach, mogą tylko pomarzyć – na razie nasi politycy większości ugrupowań wciąż nie traktują ich potrzeb poważnie. I wciąż wolą unikać prawdziwej, opartej na faktach, a nie wyłącznie emocjach, dyskusji o tym, dlaczego kobiety powinny być mężczyznom po prostu równe. A taka dyskusja jest potrzebna zawsze i wszędzie, nawet w Irlandii, w której coraz bardziej progresywne społeczeństwo odrzuciło w referendum zmiany konstytucji, dotyczące likwidacji archaicznych zapisów o małżeństwie i roli kobiet. Co dokładnie stało się w Irlandii i dlaczego (sondaże wyraźnie wskazywały na przewagę zwolenników usunięcia dyskryminacyjnych zapisów) – jeszcze nie wiemy. Ale wiemy jedno: o prawach kobiet trzeba rozmawiać jak najwięcej: przed wyborami, po wyborach, między wyborami. Słyszy się czasem, że święto kobiet powinno być codziennie, nie tylko 8 marca. Polskie kobiety nie mogą liczyć na zauważenie ich potrzeb nawet tego dnia.

Agnieszka Holland należy z pewnością do najbardziej znanych polskich reżyserów filmowych i nieprzypadkowo jej nazwisko pojawia się tuż obok Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Feliksa Falka w wielu opracowaniach (np. Tadeusza Lubelskiego, Jerzego Płażewskiego) poświęconych historii filmu w Polsce po II wojnie światowej i jego aktualiom. Także w kontekście wydarzeń politycznych, bo polityka obok filmu stanowi drugą jej pasję. Albo inaczej – te dwie dziedziny w jej życiu niekiedy dramatycznie się przeplatają.

Nie dziwi zatem, iż ukazało się już niemało opracowań o jej twórczości w różnych językach – nie tylko w polskim – wywiadów, felietonów, recenzji. I nie dążąc do kompletności z polskich autorów wymienię Mariolę Jankun-Dopartową, Marię Kornatowską, Katarzynę Mąkę-Molatyńską, zbiorową pracę Holland. Przewodnik krytyki politycznej (2013). Jednak, ze względu na jej ewolucję, wielość kontekstów jej aktywności, różne sprawy wymagają dalszych studiów. Dlatego z radością należy przywitać książkę Karoliny Pasternak Holland. Biografia od nowa, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak w 2022 r. Tym samym, mimo wielu jej zalet, o których piszę poniżej – książka ta nie może obejmować historii powstawania filmu Zielona granica, jego percepcji. Choćby dlatego, że powstał nieco później i był uwikłany w kontekst kampanii wyborczej do polskiego parlamentu w 2023 r.

Książka K. Pasternak ma niewątpliwe zalety, które nazwałbym „reporterskimi”, do których należą: żywość języka, znajomość tematu, zdolność wykorzystania istniejących – niemałych już przecież – materiałów, a także zdobycia nowych. W tego typu biografiach, w których pisze się o życiu prywatnym jakiejś osoby, pierwszorzędne znaczenie ma zdobycie zaufania tej, która jest bohaterką książki (ew. bohaterem) realizowanego studium. Jestem przekonany, że Autorce to się udało. Mogę powiedzieć, że dzięki tej książce rozumiem Zieloną granicę, przynajmniej nieco głębiej, niż gdybym jej nie czytał. Opinię tę potwierdzają osoby, z którymi rozmawiałem na temat filmów Holland.

W szczególności ważna dla mnie była – prowizoryczna przynajmniej – odpowiedź na pytanie, jakie doświadczenia formowały jej osobowość, rozwój talentu i późniejszą twórczość.

Biografia Pasternak poświadcza tezę, iż Agnieszka Holland wcześnie zdobywa „empiryczną” wiedzę o opresyjnej, niedemokratycznej naturze komunizmu. Działają tutaj doświadczenia rodzinne i późniejsze studia w Czechosłowackiej Akademii Filmowej (FAMU). Jej ojciec Henryk Holland pochodził z rodziny żydowskiej i od młodości związany był z ruchem komunistycznym. Po II wojnie uczestniczył w stalinowskiej przebudowie polskiej nauki. Do historii przeszły jego polemiki z poglądami Władysława Tatarkiewicza i Ludwika Krzywickiego. W okresie październikowym Holland ewoluuje w stronę powstającej podówczas opozycji demokratycznej, rozczarowanej rządami Władysława Gomułki i szybko staje się przedmiotem zainteresowań Służby Bezpieczeństwa. Efektem „wizyt” pracowników tej instytucji w roku 1961 była śmierć Hollanda podczas rewizji. Dzisiaj nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach to nastąpiło. Czy wyskoczył przez okno, czy ktoś mu „pomógł”? W każdym razie jego córka była przekonana o współudziale SB w śmierci ojca.

Bardzo ważnym okresem w życiu Agnieszki był wieloletni pobyt w Czechosłowacji i studia w praskiej FAMU od 1966 r. Był to okres wielkiego ożywienia kultury i politycznej liberalizacji w tym kraju, nazywany Praską Wiosną. Można go pod tym względem nazwać odpowiednikiem Polskiego Października. Holland poznała tam wybitnych czeskich reżyserów, pisarzy, ludzi polityki, w tym m.in. Miloša Formana, Věrę Chytilovą, Jiří Menzela. Należał też do nich Milan Kundera, którego głośną książkę Nieznośna lekkość bytu tłumaczyła po kilku latach na polski. Dodać też należy, iż w 1967 r. Agnieszka wychodzi za mąż za Słowaka Laco Adamika. Dla nas najważniejsze jest to, że po stłumieniu przez Układ Warszawski ruchów politycznych składających się na Praską Wiosnę Holland traci złudzenie co do komunizmu i aktywizuje się politycznie. Można więc powiedzieć, że „narodziła” się w Pradze. Tam uformowały się jej poglądy i rozwinęły talenty, których wyrazem była jej późniejsza aktywność reżyserska.

Doświadczeniem formatywnym, o ogromnym znaczeniu dla niej stała się też niebawem współpraca z polskim środowiskiem filmowym. Jej talenty zostały szybko dostrzeżone przez czołowych reżyserów – K. Kieślowskiego, A. Wajdę, K. Zanussiego. Dostrzegają ją też rządzący i choćby z powodu ocen politycznych, jakimi obdarzano ojca, czyniono jej wiele przeszkód w realizacji planów. Mimo wszystko Holland stała się szybko czołową reżyserką, scenarzystką i współtwórczynią tzw. kina moralnego niepokoju. Nie jest to określenie precyzyjne i jednoznaczne. Z pewnością nie oznacza jednak szkoły filmowej, lecz raczej nurt, tendencję w polskiej kinematografii, której szczyt przypada na drugą połowę lat siedemdziesiątych i trwa do stanu wojennego (koniec 1981). Najogólniej polegała ona na krytyce rzeczywistości polskiego, realnego socjalizmu i jego niszczącego wpływu na moralność.

Z kolei w latach 1981–1988 A. Holland przebywała na emigracji, głównie we Francji, Szwecji, USA (zwłaszcza Hollywood). Lata te (oraz następujące po nich) nazwać można o tyle formatywnymi, że udało się jej zdobyć i ugruntować wysoką pozycję w sztuce filmowej nie tylko w Polsce, lecz również na arenie międzynarodowej.

W tym czasie dorobek Holland ogromnie się wzbogacił, a z wielu filmów, które budowały jej pozycję w dziedzinie sztuki (może nieco subiektywnie!) wymienię dwa: Zabić księdza (1988) – był to film o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki oraz Europa, Europa (1990).

Z wielu prestiżowych wyróżnień i nagród A. Holland wymienię Złoty Glob, trzy nominacje do Oscara, różne nagrody w Cannes, Wenecji, Gdyni. Od 2020 r. jest ona przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej. To bardzo prestiżowa funkcja.

*

W wywiadzie przeprowadzonym przez Paulinę Reiter dla „Wysokich Obcasów” (23.12.2023 r.) A. Holland z właściwym sobie poczuciem humoru twierdzi, iż pomysł nakręcenia Zielonej granicy krystalizował się nie tylko pod wpływem traumatycznych informacji o migrantach z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej docierających nad granicę polsko-białoruską i utworzenia w Polsce strefy obowiązywania stanu wyjątkowego, lecz także wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził on mianowicie w jednej z wypowiedzi, że USA przegrały wojnę w Wietnamie, bo dopuściły na obszar wojny dziennikarzy i różne media, co w końcowym efekcie okazało się propagandową klęską. Jarosław Kaczyński i w tym momencie także okazał się nad wyraz inspirujący, A. Holland podziela zaś jego wiarę w siłę obrazu, którą posiadają pewne media zdolne przekazać indywidualny przypadek i uogólnić go. Ma on w sobie siłę dokumentu uniwersalizującego doświadczenie, zdolność wychodzenia poza „tu” i „teraz”.

Film ten daje obraz dehumanizacji człowieka w pewnych sytuacjach, w działaniu instytucji scentralizowanych, zmilitaryzowanych. Pokazywał też kuchnię władzy. Ta zaś w zbliżeniu zazwyczaj nie wygląda sympatycznie!

Można powiedzieć, iż Agnieszka Holland przekazuje nam zniuansowany obraz tego fragmentu świata i unika (z powodzeniem!) stereotypowych, potępiających ujęć i ocen. Jednoznacznie negatywnie widz może oceniać tylko białoruskich „pograniczników”. Nawet często krytykowane zachowanie polskich służb granicznych jest wielorako psychologicznie motywowane. Film ma pomysłowy scenariusz, a niektóre role należy uznać za znakomite – np. Mai Ostaszewskiej i Agaty Kuleszy.

Powstaje więc pytanie, skąd bierze się brutalna reakcja władz na film, którą śmiało można nazwać kampanią nienawiści? Głos w tej sprawie zabrali czołowi działacze PiS i Zjednoczonej Prawicy, m.in. Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek, Zbigniew Ziobro. Przywoływano stare pochodzące jeszcze z czasów okupacji hitlerowskiej powiedzenie „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”. Opluwając zaś film i reżyserkę podkreślano, chcąc okazać swoje obrzydzenie, że go nie oglądali ani nie zamierzają tego zrobić.

Odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyn siły nienawistnej reakcji ówczesnych władz, moim zdaniem należy szukać w tym, że film Holland popsuł wypracowany przez media (zwłaszcza TVP) obraz Polski i Polaków, którzy dzielnie i odpowiedzialnie bronili się przed inwazją ludzi z różnych stron świata nasyłanych przez Białorusinów i Rosjan, a dzieje się to w warunkach trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiemy dobrze, iż obraz ten był i jest mocno idealizowany, jednakże wykorzystano go w kampanii do wyborów parlamentarnych 15 października 2023 r. Skutki były jednak odwrotne od zamierzonych, gdyż ułatwiło to opozycji doprowadzenie do świadomości społecznej nadużyć rządzących, a także informacji na temat tzw. afery wizowej, w której istotny udział miał polski MSZ. Ponadto zwiększyło to oglądalność tego filmu w kinach na całym świecie. Zielona granica stała się jednym z hitów sezonu, nagrodzonym m.in. na festiwalach w Wenecji i Watykanie.

Wszystko to wpłynęło – opieram się na wiarygodnych danych czołowych polskich firm sondażowych – na minimalną porażkę PiS-u w wyborach 15 października 2023 r. i utratę władzy.

*

W tym szkicu rzecz jasna nie wyczerpałem wszystkich ważniejszych wątków książki K. Pasternak ani też Zielonej Granicy. Na jeden z nich chciałbym jednak na koniec zwrócić uwagę. Agnieszka Holland słusznie uchodzi za wybitną postać w kinematografii polskiej i międzynarodowej. Jednakże prezentacja jej filmów nie wyczerpuje wszystkich kierunków ich intelektualnej zawartości. Do tych najczęściej pomijanych należą wątki filozoficzne obecne w jej twórczości, natura współczesnej cywilizacji, antropologia i psychologia społeczna. Wszystkie z nich zasługują na głębszą analizę, która w tym miejscu nie może być dokonana, lecz co najwyżej zasygnalizowana.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r. Towarzyszył wywiadowi z Agnieszką Holland.

Ilustracja – fragment okładki książki Holland. Przewodnik Krytyki Politycznej (opracowanie zbiorowe), Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Zbliżają się wybory prezydenckie w USA. Radary polityczne skanują świat szybciej, szerzej i głębiej. Czytamy różne analizy, interpretacje i przepowiednie. Na naszym globie wiele się dzieje, napięcia są widoczne w każdej dziedzinie i we wszystkich regionach geograficznych. Mocują się ze sobą różne siły z różnym skutkiem, ale uważni obserwatorzy odnotowują już pęknięcia i rysy…

Odnoszę wrażenie, że po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych zachodzi sytuacja, w której każda z dominujących partii wolałaby nie musieć głosować… na swoich kandydatów. Jednak co się stało, już się nie odstanie. Donald Trump uzyska nominację Republikanów. Rodzi to szczególnie poważne implikacje w odniesieniu do wojny toczącej się na terytorium Ukrainy. Mimo iż widać, że Rosja wykrwawia się ekonomicznie i militarnie, to ten proces może trwać jeszcze długo. Polityczni podpowiadacze wierzą, że gospodarka Rosji na wiele lat skoroduje. Nie czują jednak tego tętna tak dobrze jak my – Słowianie; opierają się na zachodnich przesłankach i wiedzy o społeczeństwach… Tymczasem Rosjanie to lud twardy, od wieków przyzwyczajony do wyrzeczeń, a odzwyczajony od komfortu życia i wygód. Jak się nie ma nic, to niewiele można stracić.

Niestety, z obawy przed nuklearną konfrontacją nie wygrała doktryna śmiałego i zmasowanego uderzenia wojennego młota Ameryki. W tle pewnie pojawiła się także pokusa zużycia zapasów broni i wymiany sprzętu na nowocześniejszy, militarny lobbing oraz różne frakcyjne gry wewnętrzne i zewnętrzne. W konsekwencji Ukraina musi się liczyć z tym, że w przypadku zmiany gospodarza Białego Domu nowy przywódca uzna dotychczasowy wkład swego kraju za wystarczający i zagrozi ograniczeniem pomocy do humanitarnego minimum. Postawiłoby to Wołodymyra Zełenskiego w sytuacji przymusu pilnego szukania kompromisu i zamykania konfliktu. Wtedy Europie pozostanie jedynie szybko przyjąć do Unii państwo, które ocaleje z tego kompromisu, i przekonać NATO do analogicznej decyzji. To by oznaczało, ze w ciągu roku wojna ma szansę zakończyć swój wymiar militarny przechodząc do fazy lizania ran i ubolewania nad stratami.

Być może wówczas Trump sypnąłby groszem oczekując  stosownych przywilejów, lenn czy beneficjów dla amerykańskiego biznesu.  To samo musiałaby zrobić Europa, gdyż nie rysują się jakieś specjalne korzyści z przedłużania tej wojny.

Smutne to. My,  Polacy,  wszak dobrze znamy ten moment historyczny, kiedy świat interesuje się wyłącznie sobą, bo ma wiele problemów własnych do rozwiązania.

***

Stany Zjednoczone powstały z europejskiej biedy i afrykańskiej niewoli. Skąd więc niechęć ekspionierów–emigrantów do neoemigrantów?

Skala nierówności jest spektakularna. Połowa światowej populacji nie ma praktycznie nic (World Inequality Report 2022),  a jeden procent najbogatszych posiada 38 proc. światowego bogactwa. Ludzkość intuicyjnie wyczuwa, że coś jest nie tak i – jak pisał Tuwim – „nie sztymuje”.  Rozwój telekomów i digitalizacja pozwala  każdemu oglądać i śledzić współczesny świat na smartfonach. Nawet przedzierając się przez zarośla dżungli czy buszu…

Widzi się produkt gotowy; niestety bez zależności nauka-praca-wynagrodzenie-konsumpcja. Widać raj, gdzie wystarczy być, aby mieć! To bardzo niebezpieczny i szybko rosnący nurt, najgroźniejsza przyczyna ruchów migracyjnych. Dużo groźniejsza od nurtów politycznych, religijnych czy zarobkowych.

Czyngis-Chan zjednoczył plemiona mongolskie zdobywając Azję. Sięgając aż po Adriatyk w XII wieku pokazał, że moc i sprawczość może się pojawić tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Gdy Hitler dochodził do władzy, podśmiechiwano się z niego i jego ruchu, a nawet  pokpiwano z pobłażliwością. Gdy nabrzmiewały napięcia przed I wojną światową, generałowie po obu stronach zapewniali o kilkutygodniowym zamieszaniu militarnym. Podobnych przykładów historia zna wiele…

Dzisiaj na naszych oczach będący ostoją światowej demokracji Amerykanie mogą znów wybrać na swego prezydenta Donalda Trumpa. Raczej wiemy, czego się po jego ewentualnej prezydenturze spodziewać; inwokacja już była w postaci poprzedniej kadencji.  Czy wykona to, co głosi? Nie sądzę, że wszystko – jednak część na pewno. Amerykanie tego oczekują, inaczej skąd brałaby się popularność jego tezy o konfrontacji z Europą?

Cokolwiek by się działo w Stanach, ma i zawsze będzie miało  ogromne implikacje w świecie. Już dziś wiele politycznych ośrodków i różnorakich ruchów chce skorzystać na rozchwianiu sytuacji.

Putin, którego kunktatorskie podejście do polityki jest teraz jakże widoczne, rozgrywa swoją symultaniczną partię szachów na wielu szachownicach. Łatwo dostrzec rosyjski ślad w wybudzeniu Hamasu i Hezbollahu czy użyciu dawnych jemeńskich przyjaciół do podpowiedzenia Huti, jak znaleźć się w centrum uwagi. Za chwilę zauważymy narastające konflikty w innych częściach świata, gdzie Rosja wspierała ruchy komunistyczne i wyzwoleńcze – myślę tu o Ameryce Południowej i Afryce.

A propos – Nigeria liczy dziś 220 milionów ludności i ma przyrost naturalny półtora miliona! Ile lat potrzeba jej na podwojenie populacji? To jest jeden z krajów, który może wskazać kierunek Północ. I ruszą nie tysiące, lecz miliony po lepsze życie w europejskim raju, gdzie wszystko już jest gotowe i czeka tylko na gości… Drogi powiodą przez Gibraltar, Hiszpanię (także via Marbella!), przez Włochy i Maltę – i przez morze, które się nie rozstąpi, ale ustąpi pod naporem flot porwanych statków i łodzi. I wtedy nawet pacyfiści będą musieli stanąć do boju broniąc swych rodzin i domów, i kont…

Brzmi jak scenariusz dystopijnego filmu political fiction?  Oby!

Europa dziś debatuje o drobnych interesach krajów członkowskich, które prowadzą lobbing rolny, cukrowy, naftowo-gazowy, akcyzowy, telekomowy etc., podniecając się drobnymi przejawami codziennych rozbieżności. Nie dostrzegamy ogromu problemu migracyjnego. Wielkie migracje odbywały się na świecie zawsze w okresach rosnących lawinowo dysproporcji ekonomicznych i bytowych. Taką pożywką karmili się wielcy zdobywcy i wielcy rewolucjoniści, ale i satrapowie oraz autokraci!

***

Europa paradoksalnie powinna wykorzystać zagrożenie kreowane przez Trumpa i Putina, aby się zjednoczyć. To nasza szansa.

Czas na przyspieszenie procesów integracyjnych wewnątrz UE nadszedł, bo Hannibal ante portas!

Unia musi dostrzec zagrożenie zewnętrzne i zrozumieć, że w trwającej już zimnej wojnie, szybkie zwarcie szeregów niezbędne jest jak nigdy dotąd.

Proces integracji Stanów Zjednoczonych też trwał dłuższą chwilę i tak naprawdę do dziś jeszcze się nie skończył. Bierzmy przykład z naszych pobratymców, którzy stworzyli podwaliny tego zasobnego i bezpiecznego państwa.

Musimy przyłączyć kogo się da i iść na dalekie kompromisy w budowaniu siły. Potem będziemy rozwiązywać wewnętrzne konflikty i problemy, ale dziś musimy sobie podać ręce, zacieśnić krąg i wypchnąć poza nawias głównego nurtu antyunijne partie, ruchy i ludzi. To imperatyw!

Według mnie trzeba rozmawiać nawet z Recepem Tayyipem Erdoğanem, nie wspominając już o krajach europejskich jeszcze nie stowarzyszonych. Trzeba je przyjmować natychmiast.

Ameryka będzie teraz szanowała tylko bardzo silnego sojusznika, który na dodatek musi mieć coś istotnego do zaoferowania, a także dysponować tzw. narzędziami negocjacyjnymi.

Z drugiej strony widzimy pełzającą ekspansję Chin, które zawłaszczają region po regionie, wyspa po wyspie (vide Azja, Oceania, Polinezja). Wykorzystują do tego swoje największe atrybuty, tj. finanse i niezwykłą przedsiębiorczość swego narodu, a głównie jego zaradność, determinację i zdolność do przystosowania się  w każdych warunkach.

O ciekawym zjawisku opowiadał zaprzyjaźniony sinolog. Otóż obserwuje się na Syberii i w sąsiedztwie zjawisko naturalnej migracji zarobkowej i prorodzinnej, motywowanej obyczajowo. W Chińczykach płci męskiej dostrzega się atrakcyjność cech rzadszych niż u lokalnych mężczyzn, a mianowicie chęć bogacenia się, szacunek do pracy, etos przedsiębiorczości i rodziny. Żyjące tam rosyjskie kobiety odkrywają, że można nie nadużywać aż tak bardzo alkoholu, można nie bić członków rodziny, można zarabiać na lepsze życie. Można uwolnić się od braku wiary w jutro i słynnej rosyjskiej beznadziejności jutra i fatalizmu. Jako że etnicznie mieszkańcy obu brzegów Amuru są zbliżeni urodą i obyczajami, proces ten podobno przyspiesza i się popularyzuje. Za nim kroczy oczywiście wykup ziemi i nieruchomości oraz rozwój inwestycji, które wspiera państwo. Mówi się nawet o pewnych niejawnych subwencjach i pozapieniężnym  wsparciu. Natura nie znosi próżni.

W odróżnieniu do doktryny sprzed wieków o hermetyczności Państwa Środka, Chiny prowadzą dziś politykę pokojowej ekspansji ekonomicznej i populacyjnej. Trochę im tu zgrzyta kwestia Tajwanu, więc czekają na dogodny moment. Wyciągnęły na pewno wnioski z wojny w Ukrainie i gromadzą siły i środki, aby sprawę załatwić szybkim manewrem bez otwierania długoterminowego frontu (a to nie jest takie łatwe). Taki moment może nastąpić za rządów Trumpa, gdy wystarczająco mocno wybrzmi jego motto: Moses is Moses, but business is business

Rysuje się konflikt przy kształtowaniu nowego podziału świata w aspekcie z jednej strony militarnym (USA, Chiny, Rosja), a z drugiej – ekonomicznym (USA, Chiny, UE, lecz także aspirujący:  Rosja, Indie, kraje Zatoki Perskiej).

Tutaj nierozstrzygnięta jest głośna ostatnio kwestia  przyszłości i misji NATO. Europa – a właściwie niektóre jej kraje – uznała, że to amerykańska zabawka; więc niech o nią dbają Stany. Dziś już widać, że realne jest wystąpienie z NATO Stanów Zjednoczonych. Realne nie znaczy jednak nieuchronne. Myślę, że tak się nie stanie, bowiem – pomimo iż Trump też jest kunktatorem, jak Putin – to on  jedynie znaczy teren i zapala flary ostrzegające przed ignorowaniem przestrzegania zasad umowy tej i innych zawartych z nim (czyli z USA). I to się podoba Amerykanom. Nawet tym imigrantom, których odsądza od czci i wiary i każe budować mury graniczne.

To nowa jakość w polityce światowej. Trzeba się do niej przygotować, trzeba się uzbroić. Dlatego integracja Europy w kierunku powstania państwa Zjednoczone Stany Europy jest dziś tak ważna. To warunek sine qua non dla schłodzenia napięcia i wyrównania balansu sił. Silna Europa jest prawdopodobnie tym właśnie brakującym ciężarkiem na wieloramiennej wadze światowego pokoju.

Od zarania dziejów wiadomo że to, czego nie widać, jest najciekawsze. Może więc warto skupić się nieco na zreformowanym niedawno zapleczu prac sejmowych – które powoli, ale jednak ruszają do przodu, jak koła parowozu, który  dopiero nabiera rozpędu. Co istotne, rozpędu także w sferze reformowania codziennej pracy ustawodawczej. Należy to odnotować jako realizację z dawna zgłaszanych postulatów usprawnienia procesu stanowienia prawa w Polsce.

Wiejska informuje w specjalnym komunikacie, iż od 26 lutego 2024 roku „zaszły poważne zmiany w strukturze organizacyjnej Kancelarii Sejmu”- nie ma sensu ich tu detalicznie wszystkich omawiać, z jedynym jednak istotnym wyjątkiem. Mianowicie powołania w Sejmie nowego Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji; długa nazwa, ale z bardzo istotną końcówką. Doszła ocena skutków regulacji, rzecz znana dotąd jedynie z rządowego procesu legislacyjnego, jako zgodna na gruncie krajowym z praktyką ustawodawczą m.in. w Parlamencie Europejskim. Na Wiejskiej jest jednak nowością – marszałek Szymon Hołownia na początku swojego urzędowania ogłosił, iż poselskie projekty ustaw powinny być opatrzone taką oceną. Podniesie im to poprzeczkę i naturalnie wymusi proces konsultacji. Co powiedziane, zostało sprawnie zrobione i czekamy teraz na poselskie projekty ustaw spełniające ten wymóg.

Na marginesie warto dodać, iż uprzednio także istniało Biuro Analiz Sejmowych, podawało posłom swoje ekspertyzy i opinie, ale ostatnie 8 lat nie były dlań łatwe ani łaskawe. Posłowie Zjednoczonej Prawicy raczej nie korzystali z annałów „wiejskiej” wiedzy eksperckiej (także tej zdeponowanej we wspaniałej Bibliotece Sejmowej…), której przecież przy rozlicznych ustawach tak czy siak trzeba zasięgać. A jeśli już, to woleli zapuszczać żurawia w swoje partyjne think tanki czy afiliowane „uczelnie”, często wyznaniowe. Było więc niestety często tak, że obiektywna i naukowa wiedza ekspercka pochodząca z BAS konkurowała z tą zaczerpniętą z jakichś ideologiczno- przypartyjnych ciał, których zadaniem nie było pokazywanie obiektywnej rzeczywistości, lecz wręcz przeciwnie:  zaciemnianie jej czy wręcz utwierdzanie w przekonaniu o ratio legis choćby nawet największych knotów.

Co w tym kontekście ważne, poprzednia władza Izby lubiła posiłkować się swoimi, nieraz bardzo utajnionymi ekspertami, a ówczesna marszałek Sejmu ekspertyzy zamawiała głównie w myśl partyjnych wytycznych i bieżących potrzeb zwalczania opozycji. Widzieliśmy to niestety w najbardziej pamiętnych momentach dla naszej demokracji parlamentarnej i tak się jakoś składało, iż częściej uzasadniały one podjęte już decyzje, aniżeli je weryfikowały pod kątem praworządności, prawa UE czy konstytucji RP. To dziś ma szansę radykalnie się odmienić, od marszałkowskiej głowy poczynając; wtajemniczeni w kulisy pracy marszałka Hołowni i całego prezydium Izby zapewniają, iż celuje on w ślęczeniu nad ekspertyzami, co zapewne zostało mu jeszcze z redaktorskiej działalności. Ma zresztą przy sobie na co dzień superspeca w postaci Stanisława Zakroczymskiego, swojego dyrektora Gabinetu, prawnika twardo zadomowionego na Wiejskiej. I ten oto tandem, wsparty ministrem Jackiem Cichockim, stara się nie tylko przywrócić znaczenie zaplecza eksperckiego, ale przy okazji naprawdę na serio troszczy się o powagę Sejmu. A ona przecież wyraża się także w jakości zaplecza, z którego się korzysta w reformowaniu prawa, wielkich nazwisk, które podpisują się pod ekspertyzami, czy jakością podręcznej Biblioteki Sejmowej i Wydawnictwa Sejmowego (które swoją drogą mają bardzo wysoką markę).

Mamy więc pierwszy krok ku temu, aby na trwałe zerwać z przeszłością oraz na zawsze ustanowić ocenę skutków regulacji uzusem parlamentarnym, co pchnie ustawodawców na szerokie tory konsultowania swoich projektów ustaw z całym zapleczem: prawnym, eksperckim, rynkowym itp. itd.

Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, ale pierwszy ważny krok już uczyniono. Znam co prawda z przeszłości światle przykłady m.in. zmarłego marszałka Ludwika Dorna czy marszałka Marka Borowskiego (przesiadł się do Senatu, ale nieodmiennie korzysta z rozumu, wiedzy i słowa pisanego…), których widywano nawet w Bibliotece Sejmowej, ale przecież dziś chodziłoby o to, aby korzystanie z zaplecza i ocena skutków regulacji upowszechniła się wśród wszystkich posłów. Ma w tym pewne swoje osiągnięcia parę izb gospodarczych i stowarzyszeń, często goszczących na Wiejskiej, w tym znane mi Polska Izba Komunikacji Elektronicznej czy Towarzystwo Dziennikarskie. Kiedy nad mediami i telekomunikacją wisiały pisowskie Lex TVN, a później Lex Pilot, zabiegały wspólnie o to, by zostać wysłuchane i zgłosić swoje postulaty, domagając się ni mniej, ni więcej tylko… oceny skutków regulacji. Co chyba systemowo zostało już wywalczone, i trzeba tylko przypilnować, by stało się codziennością prac ustawodawczych na Wiejskiej 4/6/8.

Te słowa wypowiedział słynny starożytny poeta grecki Menander. Przywołujemy je w czasach, w których państwo odchodzi od demokracji, kiedy odrzuca nawet jej pozory i staje się reżimem autorytarnym. O Polsce tu mowa, albowiem według międzynarodowych rankingów coraz bardziej oddalamy się od demokracji, zmierzając ku autorytaryzmowi. Świadczyły o tym opresyjne metody, które ograniczały wolności obywatelskie, w tym wolność słowa, zgromadzeń, poszanowanie życia rodzinnego i prywatnego. Metody, które doprowadziły do wszechobecnej w życiu publicznym mowy nienawiści, eliminowania z przestrzeni publicznej mniejszości narodowych i etnicznych i osób LGBT. O wkroczeniu na drogę ku autorytaryzmowi świadczyło  rozmontowanie wymiaru sprawiedliwości, opresyjne metody wobec sędziów i prokuratorów, przejęcie mediów publicznych i korupcja, która  miała miejsce w wielu instytucjach. Wybory parlamentarne 15 października 2023 roku odmieniają sytuację w Polsce. Ich celem jest  przywrócenie rządów prawa, demokracji i szanowania praw człowieka.

Można wskazać wiele obszarów niszczącej siły państwa. Jednym z nich jest rekcja na nieuregulowane przekroczenia granicy. To zjawisko trafiło na kompletnie nieprzygotowane instytucje, na brak polityki migracyjnej i dążenie do tego, by siła zastąpiła prawo.

Nowy rząd, utworzony po wyborach parlamentarnych, zastał tę sytuację jako prawnie, politycznie i humanitarnie nierozwiązaną. Ta sytuacja to pełnowymiarowy kryzys humanitarny, który przyniósł śmierć 57 osobom i spowodował wiele zaginięć. Jest to wynikiem siłowego, a nie humanitarnego, rozwiązywania problemów. Służby państwa zderzają się z orzeczeniami sądów krajowych i międzynarodowych, uznającymi naruszanie prawa krajowego i międzynarodowego przez ich funkcjonariuszy, a mimo tego nie zmieniają stosowanych metod. Okazuje się, że „rządy siły” są bardziej skuteczne aniżeli prawo międzynarodowe i jego standardy oraz Konstytucja.

W dniu 9 stycznia 2024 roku setki obywateli i obywatelek, dziesiątki organizacji pozarządowych skierowały apel do Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska w sprawie sytuacji na granicy polsko-białoruskiej i stosowanych tam przez służby graniczne wywózek, czyli pushbacków. Wezwaliśmy premiera do natychmiastowego zakończenia tej praktyki ze względu na nieposzanowanie zasady humanitaryzmu i drastycznego naruszania prawa międzynarodowego. Zasada non-refoulement stanowi najważniejszą regułę chroniącą osoby, przekraczające granicę, nawet poza legalnymi przejściami. Stanowi ona fundament prawa azylowego i migracyjnego. Wynika z konwencji genewskiej i dotyczy zakazu wydalania i zawracania cudzoziemców, którzy deklarują gotowość ubiegania się o ochronę międzynarodową . Tymczasem w polskim porządku prawnym istnieją dwa akty, pozornie legalizujące pushbacki. Jest to po pierwsze, Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 13 marca 2020 roku, nowelizowane w 2021 roku, w sprawie czasowego zawieszenia lub ograniczenia ruchu granicznego na określonych przejściach granicznych oraz Ustawa o cudzoziemcach z 2013 roku, nowelizowana w 2023 roku.

Tu należy przytoczyć stanowisko Komisarza Praw Człowieka Rady Europy Dunji Mijatović. Otóż w listopadzie 2022 roku wydała ona rekomendację dotyczącą pushbacków i obowiązków państw w związku z napływem cudzoziemców. Był to efekt jej wizyty w wielu państwach, w tym w Polsce w 2021 roku. W treści rekomendacji mówi się o konieczności powstrzymania się przez państwa od zawracania ludzi. Kraje europejskiej zostały w niej zobowiązane do stworzenia i stosowania procedury, określającej status danej osoby i respektującej jej wolę ubiegania się o ochronę międzynarodową. Jednocześnie podkreśla się w tym dokumencie prawo organizacji pozarządowych, reprezentantów krajowych mechanizmów ochrony praw człowieka do monitorowania sytuacji w danym państwie oraz na obszarach granicznych. Przy czym państwa powinny znieść wszelkie ograniczenia prawne i administracyjne dotyczące dostępu tych podmiotów oraz mediów do terenów przygranicznych.

Obowiązki państwa to przede wszystkim zapewnienie respektowania zobowiązań w dziedzinie praw człowieka oraz zapobieganie pushbackom, które prowadzą do naruszania praw człowieka. Konieczna jest mobilizacja parlamentów i wykorzystywanie mandatów parlamentarnych wtedy i wszędzie tam, gdy dochodzi do naruszenia praw człowieka. Rekomendacja podkreśla konieczność stosowania Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, a zwłaszcza artykułu 4 Protokołu 4, stanowiącego o tym, że zbiorowe wydalanie cudzoziemców jest zabronione.

Komisarz Mijatović, przebywając w 2021 roku w Polsce, osobiście brała udział (wraz z przedstawicielami Rzecznika Praw Obywatelskich) w ratowaniu uchodźców na granicy.

Pushbacki są nielegalnym instrumentem, stosowanym w wielu państwach członkowskich Rady Europy, a w Polsce stają się wręcz głównym sposobem zarządzania granicą i jej ochroną przed napływem migrantów.

W liście z 9 stycznia 2024 roku, o którym mowa powyżej, zwróciliśmy uwagę na raporty Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. praw człowieka migrantów, po jego wizytach na Białorusi i w Polsce. W obu raportach znalazły się stwierdzenia o brutalności służb po stronach polskiej i białoruskiej. Jak również wezwanie do rządu polskiego o niezwłoczną zmianę prawa, wyeliminowanie pushbacków oraz pociągnięcie do odpowiedzialności winnych naruszeń praw człowieka na granicy polsko-białoruskiej. Należy podkreślić, że zarówno wskazana rekomendacja, raport Specjalnego Sprawozdawcy ONZ, jak i liczne orzeczenia sądów krajowych oraz orzeczenia ETPCz wskazują na głębokie naruszenia prawa, jakich dopuszczono się w Polsce. Mówili o nich kolejni Rzecznicy Praw Obywatelskich. Zresztą, obawiając się niespójności prawa krajowego z prawem międzynarodowym, Rzecznik Praw Obywatelskich w 2021 roku wystąpił do Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE (ODIHR) z prośbą o opinię co do projektów aktów prawnych w tym zakresie. Opinia ta jednoznacznie wskazała na liczne sprzeczności z prawem europejskim, a zwłaszcza w zakresie pogwałcenia zasady non-refoulement, co zaskutkowało wnioskiem o zmianę przepisów.

Wsparciem tej opinii są liczne orzeczenia sądów krajowych. W lutym 2023 roku cudzoziemiec, szukając ratunku dla umierającej kobiety, został zatrzymany na terenie Polski, a następnie wydalony niezwłocznie na teren Białorusi. Kobieta zmarła, ponieważ nie udzielono jej pomocy. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Białymstoku, rozpatrując tę sprawę stwierdził, że komendant placówki Straży Granicznej naruszył Konstytucję, prawo międzynarodowe, w tym Europejską Konwencję Praw Człowieka i konwencję genewską. To orzeczenie powinno stać się wytyczną dla działań Straży Granicznej. Jednakże, o czym mówimy premierowi we wspomnianym tutaj liście, pushbacki są kontynuowane. Z ustaleń, które poczyniłam w imieniu Rzecznika Praw Obywatelskich, trwają cały czas i dotyczą wszystkich, w tym małoletnich dzieci, kobiet w ciąży i innych grup „wrażliwych”.

Wprowadzenie quasiprocedury w formie Ustawy o cudzoziemcach, pozwalającej na wydalenie cudzoziemca na podstawie postanowienia o opuszczeniu terytorium RP (z możliwością zażalenia, które nie wstrzymuje wykonania decyzji), nie rozwiązało problemu pushbacków. Uchwalono prawo, które drastycznie łamie przepisy prawa międzynarodowego! Represje dotyczą nie tylko migrantów, lecz również osób udzielających im pomocy.

W okresie trwania stanu wyjątkowego w 2021 roku na terenach przy granicy z Białorusią masowo nakładano mandaty za udzielanie pomocy, jeśli np. lekarz działający z ramienia organizacji pozarządowej czy jej aktywista przekroczył granicę gminy, na której ten stan wprowadzono. Opresyjność służb dotknęła bardzo wielu osób. W ostatnim czasie, już w 2024 roku zapadł wyrok, dotyczący aktywistów niosących pomoc na granicy, wobec których Straż Graniczna nałożyła mandaty na mocy art. 54 Kodeksu wykroczeń. Sąd, uniewinniając aktywistów oraz uchylając ich mandaty, podkreślił, że ratowanie życia i niesienie pomocy humanitarnej jest legalne, a postepowanie Straży Granicznej prowadzi do jej ograniczenia. To brak udzielenia pomocy powinien być karany. Efektem złych działań było niestety narażanie życia i zdrowia ludzi przekraczających granicę w sposób nieregulowany.

Ale przecież pamiętamy, że nawet legalne przejścia graniczne nie dawały gwarancji objęcia migrantów procedurą dotyczącą ochrony międzynarodowej. ETPCz bardzo negatywnie ocenił postępowanie służb polskich w konkretnym przypadku wielokrotnej odmowy wjazdu rodzinie czeczeńskiej na przejściu granicznym w Terespolu. Warto tu zacytować stwierdzenie Trybunału: „Polska dopuściła się naruszeń praw człowieka, a decyzje w sprawach skarżących zostały podjęte bez należytego uwzględnienie indywidualnej sytuacji skarżących i stanowiły część szerszej polityki państwa” (wyrok M.K. i inni przeciwko Polsce).

Obecnie dziesiątki skarg w sprawach migrantów zostały zakomunikowane polskiemu rządowi.

Sprawy dotyczące granicy obrazują jak w soczewce łamanie przez Polskę zobowiązań międzynarodowych. Ostatnie lata pokazały, jak nikłe są możliwości wyegzekwowania od państwa jego obowiązków. Jest to problem dotyczący wielu państw Rady Europy. Dlatego został zorganizowany IV szczyt 46 przedstawicieli głów państw, zmierzający do rozwiązania problemów, z którymi konfrontowana jest ta organizacja. Priorytetem są sprawy Ukrainy, ale źródłem wielu innych kłopotów jest niewywiązywanie się z obowiązków członkowskich, w tym wykonywania wyroków ETPCz.

Sprawy dotyczące migrantów stanowią szczególny obszar dla duże liczby krajów. Wiele z nich stosuje nielegalne pushbacki, godząc się na zagrożenie życia lub zdrowia migrantów. W rozwiązywaniu tej kwestii nie pomaga brak jasnej reakcji Unii Europejskiej w tym zakresie, przynajmniej w formie działań Komisji Europejskiej jako strażniczki traktatów. Do chwili obecnej Komisja nie wdrożyła żadnego postępowania przeciwko Polsce w związku z naruszeniem prawa UE. Nie zareagowała także na dewastację obszaru Natura 2000 na terenie Polski. Brakowało tej reakcji wtedy, kiedy Polska wznosiła mur, przechodzący m.in. przez tereny objęte ochroną. Taki stan powoduje przyzwolenie dla działań nielegalnych.

Wybory w Polsce tworzą nową rzeczywistość prawną i polityczną.

Należy więc oczekiwać nowego podejścia do kwestii migracji, wyeliminowania nielegalnych instrumentów, jakimi są pushbacki, oraz stworzenia prawdziwej polityki migracyjnej. Europa nie stanie się fortecą. Nie zbudujemy wszędzie murów, ale musimy mieć świadomość, że ludzie szukać będą bezpiecznych miejsc. Liczne konflikty zbrojne będą powodować i już powodują masowe ucieczki. Pojawią się uchodźcy klimatyczni. W tej sytuacji, ale również wobec zapaści demograficznej, państwa Europy będą potrzebowały migrantów. Zarządzanie migracjami niewątpliwie wymaga od polityków perspektywicznego myślenia. Jednakże kontekst poszanowania godności i respektowania zasady humanitaryzmu nie może być pomijany. Temu właśnie służył nasz apel do premiera Tuska, wskazujący na konieczność uchylenia polskich przepisów niezgodnych z prawem międzynarodowym oraz na zmianę praktyki służbowej funkcjonariuszy.

W państwie demokratycznym, a za takim właśnie kierunkiem opowiedziało się społeczeństwo, nie może rządzić siła. To właśnie prawo, zgodne ze standardami międzynarodowymi, ma być jego siłą.

Artykuł ukazał się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

 

 

 

Opublikowany na stronach sejmowych porządek drugiego lutowego posiedzenia Izby nie pozostawia złudzeń: sprawy praworządności staną na ostrzu noża, skoro mamy sprawozdanie z działalności Trybunału Konstytucyjnego za 2022 rok, informację o działalności KRS za 2022 rok i wotum nieufności wobec ministra sprawiedliwości Adama Bodnara. A więc trzy bomby atomowe, bo przecież nikt nie sądzi, że sprawozdania z działalności TK czy KRS będą spokojną tylko rozmową o czasie przeszłym dokonanym.

Pytaniem jest, czy dokładać do tego zestawu jakiś akt prawny, który porządkowałby sytuację w sądach po myśli nowej koalicji i w zgodzie z zasadami europejskiej praworządności (a więc pójść na czołowe starcie), czy raczej pozostać ściśle przy porządku, czyli de facto zastosować manewr wymijający: oba sprawozdania odrzucić, prof. Adama Bodnara w Izbie obronić, rzeczowo przedstawiając fakty o stanie praworządności w Polsce i potrzebie zmian, bez wchodzenia w legislację. To wymaga jednak namysłu taktycznego – a kto wie, może i strategicznego? Jeden fałszywy ruch i stracić można nie tylko impet, ale i rację dokonywania reform.

Sążniste opisy tego, co potencjalnie zrobiłby prezydent po zapowiedzi wysyłania każdej uchwalonej na Wiejskiej ustawy do Trybunału pani Julii, skłaniałyby jednak do ostrożnego pójścia drogą specjalnej uchwały o potrzebie naprawy praworządności, sądów, KRS i TK. Tyle, że może ona jednocześnie w jakimś sensie legitymizować instytucję przy Al. Szucha 12a jako istniejącą i mieszczącą się w porządku konstytucyjnym, łącznie nawet z jej „prezes” i dublerami – choć wymagającą naprawy głównej. No i premier Tusk ma kolejną zagwozdkę do rozmowy w gronie liderów, bo umieszczanie tego politycznie jedynie na barkach ministra sprawiedliwości to jednak za mało.

Tym bardziej że prezydent Duda po wizycie na Czarnym Lądzie jakby trochę złagodniał i deklaruje, że taką uchwałę chętnie zobaczy i przyjmie jako wolę dalszych kroków w naprawianiu tego, co „zawsze jest do naprawienia”. W sumie dlaczego nie, skoro uchwała (chciał czy nie chciał…) musiałaby jakoś uwzględniać status quo, skoro równocześnie wezwie do wymiany zużytych elementów zastanego porządku. Zupełnie na zasadzie instrukcji ze stacji diagnostycznej dla pobliskiego warsztatu, co wymienić w trakcie przeglądu głównego samochodu po przejechaniu np. 100 tys. km – sprzęgło, klocki, hamulec czy cały układ kierowniczy… Potrzeba więc poważnych namysłów po stronie koalicji, która nie ma jeszcze wypracowanego jednolitego stanowiska jak to naprawić. A powinna, choćby ze względu na KPO.

Wygląda na to, że na razie ujawnione różnice nadal są za głębokie, żeby ryzykować przy okazji dezintegrację obozu demokratycznego, o co chodzi PiS. Niestety, prezydent był (jest?) tego pokornym wykonawcą.

Tymczasem na Wiejskiej, która na razie nie poci się nad rządowymi projektami ustaw, trwa mrówcza praca w innych sferach. Mowa tu np. o zespołach parlamentarnych, których jest już grubo ponad setka, i spotykają się nieustannie, czyniąc swoją niewidoczną, ale jakże potrzebą powinność. Jest to krzepiący przejaw parlamentarnej pracy u podstaw, wcale nie na zasadzie, że na bezrybiu i rak ryba. Przynależność do nich jest objęta większą sferą dobrowolności, niż prace w komisjach czy podkomisjach, którymi sterują władze klubów parlamentarnych. Posłowie organizują się wokół różnych spraw, także tych ważnych społecznie i tu na pewno warto wyróżnić kilkadziesiąt zespołów zdrowotnych. Wizytując ich posiedzenia można być zaskoczonym wysokim poziomem debaty nad krytycznie ważnymi zagadnieniami zdrowotnymi, czy rozmachem wizerunkowo-propagandowym czynionym pro publico bono. Kiedy piszę te słowa jeszcze dobrze nie wybrzmiały echa konferencji wicemarszałek Sejmu Moniki Wielichowskiej o walce z rakiem – z udziałem minister Leszczyny i minister Nowackiej – gdzie głównym postulatem było wsadzenie do programów szkolnych nauki o zdrowiu (także w aspekcie stylu życia). Akurat jak znalazł w miejsce zajęć z religii, których regres widać jak na dłoni.

Odbyty niedawno zespół zajmujący się chorobami płuc zebrał w jednym miejscu i czasie całą krajową górkę wybitnych lekarzy, którzy dywagowali o badaniach przesiewowych, zespół poselski Rak Stop właściwie co tydzień spotyka się rozprawiając o sposobach walki z nowotworami i urządzając na ten temat wystawy, Zespół ds. Uzależnień co miesiąc będzie brać na warsztat problemy zdrowia publicznego, zaczynając od papierosów. Legislacyjnie nie ma to co prawda mocy sprawczej, w przeciwieństwie do edukacyjnej, bo jest najlepszym forum do zapoznania się z poglądami nauki czy wyrobieniem sobie zdania o splocie zagadnień, jakie tu występują. Często tłumaczyć się nań muszą ministrowie i dyrektorzy departamentów, co zresztą w pewnym sensie antycypuje dalsze wydarzenia, jak projekty ustaw, rozporządzenia czy – w przypadku chorób płuc – postulowane wpisanie do koszyka gwarantowanych świadczeń zdrowotnych niskoemisyjnej tomografii komputerowej.

Co bardzo charakterystyczne i warte podkreślenia, dowodzą tym frontem kobiety: posłanki Krzywonos, Chybicka, Niemczyk, Piekarska, Kozłowska i wiele, wiele innych. Widać, że Sejm X kadencji będzie Sejmem Kobiet, czemu należy tylko przyklasnąć i ze wszystkich sił wspierać.

Kilka lat temu uczestniczyłam w publicznej dyskusji, inspirowanej cytatem z Norwida „Polska to wielki naród, ale żadne społeczeństwo”. Wtedy polemizowałam z tą tezą i teraz też się z nią nie zgadzam. Nie tylko dlatego, że nie uwodzi mnie (a czasem nawet przeraża) romantyczna mesjanistyczno-martyrologiczna wersja narodu polskiego. Przede wszystkim nie znajduję w dzisiejszej Polsce silnych dowodów empirycznych na jej poparcie. Polskie społeczeństwo, chociaż bardzo zróżnicowane i spolaryzowane politycznie, ma się dzisiaj dość dobrze, czego świeżym dowodem jest największa od czterdziestu lat frekwencja wyborcza, zwycięstwo demokratów nad obozem autorytarnej prawicy i olbrzymie zainteresowanie obywateli obradami Sejmu, także komentowanie działań rządu i nowej opozycji.

W najszerszym encyklopedycznym rozumieniu społeczeństwo stanowią wszyscy obywatele danego państwa, ludzie różnych środowisk społecznych, zawodowych, klasowych, kulturowych, lokalnych i etnicznych oraz instytucje, ułatwiające im funkcjonowanie. Dzisiaj obywatelami Polski coraz częściej stają się także osoby o różnych narodowościach, pochodzące z rozmaitych grup etnicznych. Nie można więc oczekiwać, że będziemy monolitem wartości, pragnień, stosunku do religii, obyczajów i stylów życia. Współczesne obywatelstwo to nie tylko „przynależność państwowa” (wpisana do dowodu osobistego czy paszportu), której warunki, prawa i obowiązki są określane przez prawo, ale także subiektywne doświadczenie przynależności do szerszej wspólnoty, czyli obywatelska tożsamość. Według filozofa polityki Michaela Walzera (1997), ta ostatnia jest współcześnie podstawową i najszerszą formą przynależności politycznej. I może być miarą nie tylko siły związku z państwem, ale także akceptacji przynależności do społecznej wspólnoty (szeroko rozumianego społeczeństwa) i chęcią wpływu na kształt społeczeństwa oraz instytucji państwa.

Czy Polacy rzeczywiście tak widzą siebie? Czy czują się aktywnymi podmiotami polityki, obywatelami państwa, z którymi czują się związani emocjonalnie (a nie tylko przez zapis w paszporcie)? Przez wiele dekad analitycy naszego życia społecznego powątpiewali w tak rozumianą obywatelskość. Wykazywali trwałość istnienia tzw. „próżni społecznej” (termin wprowadzony do socjologii przez Stefana Nowaka pod koniec lat 70. XX w.), czyli pustki między przywiązaniem do narodu (przynajmniej deklarowanym w badaniach) a silnymi związkami w rodzinach i małych grupach przyjaciół. Rzeczywiście, przez długie lata Polacy rzadko uważali za bliskich sobie ludzi współdziałających w organizacjach, osoby o podobnym statusie materialnym, także rówieśników, a nawet ludzi o tej samej religii (por. Szawiel, 1989). Zwłaszcza młodzi dorośli deklarowali słabe związki z wszelkimi szerokimi kategoriami społecznymi (Hamer, 2021). Niską aktywność społeczną i polityczną Polaków wskazywały kolejne fale Diagnozy Społecznej (zwłaszcza niski procent „upartyjnienia” społeczeństwa i członkostwa w organizacjach pozarządowych oraz stosunkowo niską frekwencję wyborczą, Sułek, 2004), badania z serii Europejskiego Sondażu Wartości (EVS), a także Światowego Badania Wartości (WVS) i innych zespołów (Bartkowski, 2021), (Radkiewicz i Skarżyńska, 2009). Inni badacze wskazywali na silny indywidualizm Polaków (zwłaszcza młodych i popierających partie centrowe) i związaną z tym niechęć do szerokich i stabilnych wspólnot (Hamer, 2021) oraz preferencje do pozainstytucyjnego zaangażowania społecznego i politycznego (Jaśko, 2021). Rozczarowanie wobec elit politycznych III RP skutkowało niechęcią wobec polityki, ale też brakiem poczucia wpływu na polityczną rzeczywistość i polityczną biernością (por. np. Jasińska-Kania i Marody (red.), 2002; Domański, 2009; Korzeniowski, 2009; Skarżyńska i Radkiewicz, 2015). Aktywność polityczna była spostrzegana jako motywowana raczej nastawieniem na realizację osobistych interesów czy własnych potrzeb niż dobrem szerszej wspólnoty.

Ostatnie osiem lat zdecydowanie zmieniło polskie społeczeństwo. Uczyniło je bardziej obywatelskim. Może dlatego, że państwo stało się dla wielu obywateli opresyjne. Rok 2023 był rokiem spektakularnego przełomu, ale akty obywatelskiego protestu pojawiły się już po pierwszych autorytarnych poczynaniach rządzącej wtedy prawicy: w końcu 2015 roku, po zawłaszczeniu TVP, niedługo potem – po zmianach w Trybunale Konstytucyjnym. Powstał Komitet Obrony Demokracji, który był ruchem ponadpartyjnym, łączącym różne grupy obywateli, dość sprawnie organizującym różnego rodzaju działania na gruncie ogólnopolskim oraz lokalnym. W 2016 roku – wielki Marsz Parasolek, czyli protest przeciwko polityce ograniczającej wolności kobiet. Demontaż sądownictwa zaowocował Wolnymi Sądami, niedługo potem pojawili się Obywatele RP. W kolejnych latach sprzeciw wobec polityki rządu wyrażały różne duże grupy zawodowe: dziennikarze, lekarze, nauczyciele, sędziowie, przedsiębiorcy, rolnicy. Jednak żadna z tych grup nie spotkała się z tak masowym poparciem dla ich protestów, z jakim spotkały się kobiety, wyrażające swój gniew po delegitymizującym i penalizującym aborcję orzeczeniu TK z 22 października 2020 roku – na przełomie października i listopada 57 procent ogólnopolskiej próby osób dorosłych popierało protesty, a 13 procent deklarowało uczestnictwo w nich przynajmniej raz; wśród osób między 18. a 24. rokiem życia udział w protestach i innych działaniach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet deklarowało 29 procent (Kołodziejczyk, 2020). Dla większości młodych uczestników OSK było to pierwsze polityczne zaangażowanie. I jak się okazało – nie ostatnie. Chociaż po kilku tygodniach protesty te wygasły bez osiągnięcia celu, czyli chociażby obietnicy liberalizacji prawa antyaborcyjnego, to przetrwała motywacja do wpływu na politykę oraz przyjazne relacje nawiązane podczas protestów. Internet pozwalał na skrzykiwanie się w różnych ważnych kwestiach, uzgadnianie stanowisk, pisanie petycji, wspieranie tych, którzy stawali przed sądami za udział w protestach. I najważniejsze: sieci znajomych, powstałe podczas aktywności w OSK, pozwoliły wielu młodym i starszym osobom na błyskawiczne zorganizowanie pomocy uchodźcom z Ukrainy w lutym 2022 roku, a także pomogły w uruchomieniu różnych form pomocy uchodźcom przy granicy z Białorusią. W obu tych trudnych sytuacjach okazywało się, że niezbędna jest współpraca ludzi z różnych środowisk, rozpoznanych podczas poprzednich protestów i koordynacja pomocy. I jak potrzebne jest społeczne wsparcie osobom, które działając na rzecz innych, są karane przez opresyjne autorytarne władze. Bez prawników, lekarzy, kierowców, psychologów skuteczność udzielanej pomocy byłaby mniejsza, a sami aktywiści – ciągani po sądach – szybciej wypaleni. Ostatnie trzy lata scaliły różne środowiska opozycyjne wobec władzy, ale też silniej spolaryzowały społeczeństwo, a postawy społeczne, moralne i polityczne stały się bardziej skrajne.

Dlaczego jesień 2020 stała się tak ważnym momentem aktywizacji obywatelskiej? Widzę dwie wzajemnie wzmacniające się przyczyny aktywistycznego wzmożenia: polityczną i psychologiczną. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji dramatycznie pogorszył sytuację życiową kobiet, a agresywna reakcja władzy na ich protesty (brutalna policja, rewizje osobiste osób zatrzymywanych w komisariatach, ośmieszanie w mediach) wyraziście pokazały opresyjność autorytarnej władzy, jej przemocowy charakter. Polityka boleśnie weszła w osobiste życie setek tysięcy ludzi. Już nie było żadnych złudzeń, że „dobra zmiana” jest pod jakimś ważnym względem dobra dla obywateli. Druga przyczyna, psychologiczno-sytuacyjna, wiąże się z momentem decyzji TK delegitymizującej aborcję. Był to czas pandemii Covid-19, masowego zagrożenia zdrowia i życia obywateli. W takich sytuacjach ludzie nie chcą być sami (choć powinni zachowywać dystans fizyczny ze względu na zaraźliwość wirusa). Wyjście na protest i wielogodzinne maszerowanie razem z tysiącami innych ludzi, choć ryzykowne, redukowało lęki i poczucie samotności poprzez bycie z innymi, podzielającymi podobne emocje. W sytuacjach zagrożenia rośnie potrzeba potwierdzenia, że przynależymy do jakiejś większej, trwałej całości, wspólnoty doświadczeń i wartości. Liczne badania, inspirowane Teorią Opanowywania Trwogi (Greenberg, Pyszczynski, Solomon, 1990) dowodzą, że poznawcza dostępność nieuchronności śmierci (wzbudzona przez obrazy umierających w szpitalach, statystyki zachorowań i śmierci, karetki pogotowia bez przerwy jeżdżące na sygnale) produkuje lęk, który redukuje poczucie związku ze wspólnotą wartości. Podzielane wartości stają się wtedy bardziej wyraziste, rośnie też gotowość do ich obrony. Udział w masowych protestach w ramach OSK dawał oba te efekty: wzmacniał poczucie przynależności do wspólnoty i – poprzez rozmowy z osobami o podobnych celach i wartościach – zwiększał ich ważność i obecność w świadomości uczestników oraz umacniał przekonanie, że rządzący te wartości niszczą. Jednocześnie analogiczne procesy zachodziły w świadomości zwolenników władzy. W rezultacie nasiliła się polaryzacja wartości i postaw oraz – także wśród zwolenników władzy wzrosła motywacja do obrony swojego światopoglądu (bo przecież – w retoryce władzy – to ich światopogląd, styl życia, postawy są atakowane przez uczestniczki i uczestników protestów, definiowanych jako polityczni wrogowie).

Pandemia odkryła brak kompetencji władzy w radzeniu sobie z pandemią i – co było jeszcze ważniejsze dla wzbudzenia społecznego gniewu, motywującego do działania w kierunku zmiany władzy – pokazała jej pazerność. Nawet wyborcy PiS zauważali, jak ludzie władzy „robią interesy” na pandemii, bogacą się kosztem zdrowia i życia obywateli (Skarżyńska, Urbańska i Radkiewicz, 2021).

Gniew społeczny był też efektem kolejnych afer, ujawnianych przez opozycję, NIK, dziennikarzy śledczych, a pokazywanych w wolnych mediach. Rosła świadomość społecznych konsekwencji niepraworządności, braku staranności przy tworzeniu prawa, łamania praw człowieka i obywatela, niszczenia instytucji kontrolujących władzę. Opresyjne i punitywne traktowanie przez policję, prokuraturę i sądy opozycyjnych aktywistów i aktywistki, a łagodność i obrona osób reprezentujących władzę i jej zwolenników łamiących prawo – wzmagały złość i gniew obywateli. A są to emocje aktywizujące protest społeczny, motywujące do zmiany władzy. Przy końcu 2021 roku 70 procent ogólnopolskiej próby osób dorosłych uznało, że „Polska idzie w złym kierunku” (badanie More in Common, grudzień 2021).

Od ponad dwudziestu lat światowe badania motywacji wyborczej dowodzą przewagi roli negatywnych emocji wobec politycznego przeciwnika nad emocjami pozytywnymi wobec „swoich” kandydatów (np. Iyengar i Krupenkin, 2018). O negatywnych społecznie konsekwencjach tego zjawiska napiszę więcej nieco dalej. Teraz przedstawię dowody, że Koalicja 15 Października wygrała wybory raczej przez wzbudzenie u większości obywateli pozytywnych niż negatywnych emocji.

Od 2020 roku sondaże opinii pokazywały wzrost frekwencji wyborczej wśród najmłodszych wyborców (w wieku od 18 do 29 lat), a także przesunięcie deklarowanej orientacji politycznej na bliższą centro-lewicy. W drugiej turze wyborów prezydenckich w roku 2020 głosowało 72,1 procent kobiet i 65 procent mężczyzn. Wśród najmłodszych wyborczyń (18–29 lat) Rafał Trzaskowski uzyskał 66 procent głosów (por. analizy danych Exit Poll, Raciborski, 2021). Wiele badań dowodzi szczególnej zmiany orientacji politycznych młodych kobiet, które są lepiej wykształcone, bardziej zmotywowane do aktywności społecznej i politycznej (może dlatego, że autorytarna polityka ogranicza ich wolność i boleśnie dotyka różnych sfer ich życia, trzeba więc starać się o większy wpływ na jej kształt). Mirosława Marody (2021) przekonuje, że młode kobiety lepiej niż młodzi mężczyźni radzą sobie z szybkimi zmianami kulturowymi, są bardziej „progresywne”, nowoczesne, aktywne.

Demokratyczne partie opozycyjne zauważyły zmianę stosunku młodych do polityki i postanowiły – skutecznie rozwijać ich polityczne, prodemokratyczne zaangażowanie. Kolejne letnie Campusy Polska stanowiły dobrze przygotowane, intersujące dla młodych forum do bezpośredniej rozmowy nie tylko z politykami, ale także z aktywistkami i aktywistami społecznymi, prawnikami, ludźmi kultury. I politycy, i młodzi odnosili korzyści: pierwsi dowiadywali się „z pierwszej ręki”, co młodzi chcą dostać od polityków, czego w polityce nie cierpią, czego się boją, jakie są ich cele i plany życiowe. Młodzi uczestnicy zostali zaproszeni do współpracy przy kontroli wyborów i zachęceni do działań profrekwencyjnych. Potraktowano ich poważnie. Co więcej, ci z nich, którzy czytali programy wyborcze partii, z radością zauważali, że są w nich ich postulaty. To zadziałało: poszli głosować, zachęcali innych, mają poczucie wygranej. Wiedzą już, że jak chcą – mogą mieć wpływ na kształt polityki i realny w niej udział. Poczuli się obywatelkami i obywatelami (choć raczej tak do siebie się nie zwracają). Nie lubią używać wielkich słów, nie wiem, czy szybko zechcą zapisywać się do partii i stowarzyszeń, ale już zobaczyli ładniejszą twarz polityki. Dzisiaj godzinami oglądają i komentują obrady Sejmu, robią zabawne filmiki i memy. Skoro uznali, że mogą na politykę skutecznie wpływać tak, by wspierała ich wartości i potrzeby, to będą jej bronić, jak będzie trzeba. Teraz z radosną uwagą kontemplują zmianę.

Duże znaczenie dla wygranej demokratów miał pozytywnie emocjonalny ton końcówki ich kampanii wyborczej, ostro kontrastujący z agresywną narracją rządzącej prawicy. Oba wielkie marsze, 4 czerwca i 1 października, przyciągnęły tłumy ludzi, którzy mieli naprawdę dość autorytarnej władzy. Ale nie były to manifestacje nienawiści, tylko marsze nadziei. Organizatorzy zadbali o to, by nie było wrogich haseł; wystąpienia polityków zachęcały do udziału w wyborach, podkreślały konieczność prodemokratycznej zmiany, wzbudzały nadzieję na lepsze państwo i lepsze w nim życie obywateli. W Marszu Miliona Serc była widoczna dobra współpraca partii opozycyjnych (przedtem raczej była „szorstka przyjaźń” i rywalizacja). 1 października pojawiła się prosta deklaracja – głosujcie na tych demokratów, na których chcecie, wszystkie partie demokratycznej opozycji muszą znaleźć się w Sejmie. W tym marszu szły razem 4 pokolenia Polaków. To było wzruszające i budujące społeczeństwo doświadczanie sympatycznej wspólnoty. Dla uczestniczących w niej dzieci – świetny początek obywatelskiej edukacji. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, by poprosić dziadków i rodziców o spisanie tego, co mówili dzieciom i wnukom podczas maszerowania. To, co słyszałam, nie było o Barbie; było zwykle o tym, że „tu wszyscy chcą, aby Polska była dla was lepsza”, „widzisz Zosiu, ty też jesteś obywatelką, jak my tu wszyscy, niedługo będziesz głosować”, „tu są różne flagi, wiesz która jest polska, a która unijna? A która amerykańska? Wszystkie są ładne, prawda?”. A z megafonów leciało „Szczęśliwej Polski, już czas”. Wiara w zwycięstwo przyciągnęła do udziału w wyborach miliony Polaków.

Trzeba także zauważyć profrekwencyjną działalność kilkudziesięciu różnych stowarzyszeń, fundacji, środowisk akademickich. Społeczeństwo obywateli działa pełną parą i skutecznie. Media społecznościowe miały w tym duży udział. 15 października 11 milionów 600 tysięcy, czyli większość uprawnionych do głosowania obywateli, zagłosowało na partie demokratycznej opozycji. Miesiąc po wyborach nowy Sejm większością głosów wybrał na premiera Donalda Tuska. Powstał koalicyjny rząd, złożony z kilku różnych demokratycznych partii. I szybko zaczął działać, realizując kolejno swoje wyborcze obietnice. Niedawno rządząca prawica ciężko przeżywa utratę władzy, sejmowe i medialne głosy z prawej strony są rozpaczliwie agresywne. Sprawdzają, co jeszcze mogą zrobić, aby utrudnić pracę nowemu rządowi. Społeczeństwo masowo obserwuje obrady Sejmu, kibicuje marszałkowi Hołowni, który prowadzi obrady w krańcowo odmienny sposób, niż robiła to marszałek Witek. Nowa, naprawdę „totalna” opozycja krytykuje wszystko, prezydent zarzuca rządowi łamanie Konstytucji. Obywatele nie są bierni ani bezkrytyczni wobec sposobu funkcjonowania poprzedniej, ale i nowej władzy. Świadczy o tym np. szeroka, otwarta dyskusja na temat sposobu wprowadzania zmian w publicznym radiu i telewizji oraz o tym, co i jak robić, by „pojednać” (jak mówi premier) podzielone społeczeństwo, przekonać do nowej władzy tych, którzy na nią nie głosowali.

Czy to jest potrzebne i możliwe? Wiadomo, że spójne, a nie ostro podzielone społeczeństwo lepiej radzi sobie z wyzwaniami, jakie przed nim stoją, a władza ma mniej problemów. Ale wiemy też, że współczesne społeczeństwa są bardzo zróżnicowane wewnętrznie, że będą się jeszcze bardziej różnicować ze względu na procesy migracyjne, osobowościowe i różnice w wykształceniu. Raczej trzeba rozwijać akceptującą odmienność tolerancję różnorodności, niż starać się o „jednomyślną wspólnotę”. Mam nadzieję, że premier nie o takiej wspólnocie myśli. Raczej zależy mu na zmniejszeniu skrajnej polaryzacji politycznej, a ściślej tzw. polaryzacji afektywnej, czyli silnego negatywnego, rozlanego na wszystkie dziedziny życia afektu wobec politycznych przeciwników. Zjawisko to jest rzeczywiście niszczące jakość życia społecznego, bowiem akceptuje jawną wrogość i zamiar wykluczenia osób inaczej myślących (nie tylko przeciwników politycznych) z publicznego życia.

Polaryzacji afektywnej sprzyja brak kontaktu i wiedzy o ludziach o odmiennych od naszych wartościach, stylach życia czy preferencjach partyjnych. Dlatego nowa władza, aby osłabić tę polaryzację, powinna z dużą starannością zadbać o stały kontakt z jak najszerszym społeczeństwem, z różnymi jego segmentami. Nie wystarczą do tego nawet częste występy w różnych mediach. Potrzebne są bezpośrednie rozmowy, nie przemowy, ale otwarte dyskusje na tematy kolejnych rządowych propozycji, sytuacji kraju, bezpieczeństwa światowego. I nie tylko i nie zawsze z udziałem ważnych polityków, ale między obywatelami. Wiem, że w różnych środowiskach prowadzone są tzw. debaty deliberacyjne. Ich przygotowanie i prowadzenie wymaga czasu i kompetencji, ale warto je szeroko propagować i stosować. Z różnych badań, także polskich (np. Reykowski, 2007) wynika, że nawet gdy nie prowadzą one od razu do uzgodnienia stanowiska wobec dyskutowanej sprawy, to sprzyjają uważności wobec odmiennych poglądów, rozumieniu odmiennych perspektyw i osłabiają afektywną polaryzację i nieufność. A przecież o to w demokracji chodzi. Dialog jest skutecznym instrumentem demokratycznej polityki.

Początek 2024 r. demokraci witali w pogodnym nastroju – mimo deszczowej pogody i mimo noworocznego orędzia prezydenta, łamiącego powszechną w demokracji normę kulturową, zgodnie z którą treść i forma takiego wystąpienia ma łączyć i wspierać społeczeństwo, a nie dzielić i straszyć. Nie znaczy to, że jako społeczeństwo bagatelizujemy trudy i zagrożenia, z jakimi będziemy się mierzyć przez kolejne miesiące i lata. Przeciwnie, wielu z nas czuje tak silny niepokój o przyszłość, nie toleruje niepewności, czuje swoją bezradność wobec szybkich zmian kulturowych lub nowych wymagań, że potrzebuje profesjonalnej pomocy psychologicznej. Nowa władza obiecuje większe fundusze na profesjonalną pomoc osobom z problemami psychicznymi. Jednak społeczeństwo też ma tu coś do zrobienia. Możemy sprawić, by mniej ludzi odczuwało bolesną samotność i społeczną obojętność wobec ich krzywdy. Społeczeństwa, w których wiele obywateli i grup społecznych ma silne poczucie krzywdy, stają się mniej obywatelskie, nieinnowacyjne, mniej prodemokratyczne i mniej zainteresowane zewnętrznym światem, obojętne na problemy innych społeczeństw. W rezultacie są mniej szczęśliwe. Ostatnie miesiące wzmocniły w milionach obywateli poczucie sprawczości politycznej. To przyjemne, wzmacniające samoocenę i aktywizujące poczucie. Sprzyja otwartości na innych, może więc ułatwić rozwój ważnej dla spójności społeczeństwa kompetencji, zwanej empatyczną skutecznością. Polega ona na trafnym spostrzeganiu potrzeb, uczuć i problemów innych ludzi oraz chęci i umiejętności efektywnego ich wspierania. Po prostu – nie pozwala być obojętnym. Osoby wspierające ludzi w kryzysie bezdomności, pomagające uchodźcom, piszące listy do więźniów politycznych w Białorusi, Rosji i innych autorytarnych krajach, ludzie z Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wspierający ofiary mowy nienawiści i przemocy domowej, prawnicy działający pro publico bono i wiele innych grup i osób niosących pomoc – mają tę społeczną kompetencję. One stanowią o sile społeczeństwa obywatelskiego, ponieważ dają poczucie rzeczywistej wspólnoty międzyludzkiej, przekraczającej granice polityczne, religijne, etniczne czy państwowe, w której słabsi lub/i krzywdzeni, czy niesprawiedliwie traktowani nie czują się samotni.

 

Cytowana literatura

Bartkowski J. (2021). Opinia publiczna a zmiana populistyczna w Polsce. W. M. Marody (red.), Wartości w działaniu (s. 49–104). Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.

Domański H. (2009). Społeczeństwo europejskie. Stratyfikacja i systemy wartości. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.

Greenberg J., Pyszczynski T., Solomon S. i in. (1990). Evidence for terror management theory: the effects of mortality salience on reactions to those who threaten bolster the cultural worldview. J. of Personality and Social Psychology, 2, 308–318.

Hamer K. (2021). Identyfikacje społeczne, uznawane kryteria polskości i fundamenty moralne młodych Polaków. W: K. Skarżyńska (red.), Młodzi dorośli: identyfikacje, postawy, aktywizm i problem życiowe, (s. 17–34). Warszawa: Instytut Problemów Współczesnej Cywilizacji im. M. Dietricha.

Iyngar Sh., Krupenkin M. (2018). The strengthen of partisan affect. Advances in Political Psychology, 39, 201-218.

Jasińska A., Marody M. (red.), (2002). Polacy wśród Europejczyków. Wartości społeczeństwa polskiego na tle innych rajów europejskich. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.

Jaśko K. (2021). Aktywizm młodych: spontaniczność vs. zinstytucjonalizowanie, online vs. offline, powody radykalizacji. W: K. Skarżyńska (red.), op. cit. (s. 63–82).

Kołodziejczyk K. (2020). Ile osób popiera demonstracje w ramach Strajku Kobiet? https://wiadomosci.wp.pl/najnowszy-sondaz-ile-osob-popiera-demonstracje-w-ramach-stajkukobiet-6577381776772448a

Korzeniowski K. (2009). Alienacja polityczna. Pojęcie i metoda pomiaru. Studia Psychologiczne, 1–2, 33–44.

Marody M. (2021). Od „dzielnej ofiary” do podmiotu moralnego – procesy kształtowania tożsamości społecznej. W. Marody (red.) , Wartości w działaniu (s. 241–296). Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.

Raciborski J. (2021). Zachowania wyborcze młodych Polaków: wielka zmiana. W: K. Skarżyńska (red.), op. cit., (s. 53–62).

Radkiewicz P., Skarżyńska K. (2005). Predyktory aktywności obywatelskiej w Polsce i w innych krajach Europy. Raport z badań. Warszawa: Instytut Psychologii PAN.

Raport z badań (2021). Aktywizacja obywatelska młodych Polek i Polaków. Laboratorium Poznania Politycznego, Instytut Psychologii PAN, Warszawa. https://politicalcognition.psych.pan.pl/images/Raporty/DIALOG _raport.pdf

Reykowski J. (red.) (2007). Konflikt i porozumienie: Psychologiczne podstawy demokracji deliberatywnej. Warszawa: Academica.

Skarżyńska K., Radkiewicz P. (2015). Politicians and citizens. Cognitive and dispositional predictors of approval of aggression in political life. Czechoslovak Psychology, 1, 36–46.

Skarżyńska K., Urbańska, B., Radkiewicz P. (2021). Under or out of governmental control? The effects of individual mental health and political views on the attribution of responsibility for Covid-19 incidence rates. Social Psychological Bulletin, 1, 1–21. https//doi.org/10.32872/spb.4395

Sułek A. (2004). Stan społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. W: J. Czapiński, T. Panek (red.), Diagnoza społeczna 2003 (s. 198–206). Warszawa: Wydawnictwo Szkoły Wyższej Finansów i Zarządzania.

Szawiel T. (1989). Grupy społecznej identyfikacji. W: S. Nowak (red.), Ciągłość i zmiana tradycji kulturowej (s. 204–215). Warszawa: PWN.

Walzer M. (1997). Spór o społeczeństwo obywatelskie. W: J. Szacki (red.), Ani książę, ani kupiec – obywatel. Idea społeczeństwa obywatelskiego w myśli współczesnej (s. 84–106). Kraków: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak.

 

Profesor dr hab. Krystyna Skarżyńska – psycholożka społeczna i polityczna – pracuje na Uniwersytecie SWPS. Jest autorką i współautorką ponad 250 artykułów naukowych i kilkunastu książek. Ostatnio zajmuje się rolą zaufania i nieufności w podejmowaniu decyzji o uczestnictwie w różnych społecznych aktywnościach, m.in. w tzw. ekonomii współdzielenia dóbr i usług. Współpracuje z Międzynarodowym Instytutem Społeczeństwa Obywatelskiego (MISO); jest też członkiem Rady Programowej Instytutu Spraw Publicznych.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

W młodego wyborcę zwykle niemal nikt nie wierzy. Nie wierzą partie polityczne, które rzadziej „inwestują” w ten segment elektoratu, mając na uwadze fakt, że w strukturze zwolenników dominują głównie starsi wyborcy. Nawiązanie relacji z młodym człowiekiem nie jest dla nich zadaniem łatwym, ponieważ sukces na tym polu wymaga specjalnego podejścia, minimum wiarygodności, wejścia w obszary i kanały komunikowania na co dzień zaniedbywane czy przełamywania barier wynikających z naturalnych różnic pokoleniowych: średnia wieku wszystkich posłów i posłanek odchodzącego do historii Sejmu IX kadencji to 54 lata, Sejm X kadencji będzie jeszcze „starszy”. Niektórzy już nawet nie próbują podejmować wyzwania walki o młodego wyborcę. Nie wierzą też publicyści i dziennikarze, którzy jeszcze w czasie kampanii wyborczej wielokrotnie zastanawiali się nad przyczynami prognozowanej absencji młodych obywateli (częściej jednak: młodych obywatelek) przy urnach wyborczych. W ten utarty stereotyp wyborcy biernego, apatycznego, niezorientowanego i niezainteresowanego polityką najwyraźniej nie uwierzyli tylko ci, którym te negatywne cechy z nadmierną łatwością przypisywano przez ostatnie tygodnie.

 

Tabela 1. Deklarowana i faktyczna frekwencja wyborcza wg grup wiekowych w 2020 roku (w procentach)

Czerwiec 2020

(sondaż Kantar Public)

    18–24 lata 64
25–34 68
35–44 73
45–54 78
55–64 80
65 i więcej lat 84
Lipiec 2020

(sondaż exit poll Ipsos)

     18–29 lat 64,0
30–39 64,6
40–49 69,6
50–59 72,3
60 i więcej lat 55,4

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych Kantar Public i Ipsos. Zestawienie ma charakter poglądowy, ponieważ obie pracownie posługiwały się innymi przedziałami wiekowymi respondentów.

 

Rekord po raz pierwszy, rekord po raz drugi

Mit, z którym warto rozprawić się na samym początku, głosi, że młodzi ludzie z natury są mniej aktywni politycznie, a przez to również wyborczo. Bez wątpienia, polityka emocjonuje ich w mniejszym stopniu niż starsze grupy wiekowe obywateli: mniej czasu poświęcają na śledzenie informacji politycznych, rzadziej rozmawiają o polityce (choć jednak rozmawiają) z rodziną i przyjaciółmi, mniej chętnie deklarują udział w wyborach, kiedy pyta ich o to ankieter realizujący badanie sondażowe. Ten ostatni przypadek – paradoksalnie – każe nam postrzegać młodszych respondentów jako być może bardziej uczciwych obywateli, ponieważ porównanie przedwyborczych deklaracji uczestnictwa w głosowaniu (sondaż Kantar Public) i faktycznych wskaźników frekwencji według grup wiekowych (sondaż exit poll Ipsos) z 2020 roku (tabela 1) ujawnia znaczące niezgodności w przypadku grupy najstarszych wyborców.

O młodych obywatelach pisze się czasem, że funkcjonują „w stanie czuwania” (standby citizens), ponieważ swoją gotowość do działania w sferze publicznej czy politycznej uzależniają od własnej chwilowej motywacji lub pojawienia się odpowiednich okoliczności zewnętrznych (García-Albacete & Lorente, 2019; Amnć & Ekman, 2013). W okresach „postpolitycznych” wydają się uśpieni (apatyczni, bierni), ale potrafią się również niezwykle dynamicznie zmobilizować do konkretnej akcji w określonej sprawie, w szczególności, kiedy kontekst działania ma charakter silnie „polityzujący”. Inni badacze używają określenia „zaangażowani sceptycy”, zwracając uwagę, że młodzi nie są ani apolityczni, ani apatyczni (Henn & Foard, 2014; Henn, Weinstein & Wring, 2002; Phelps, 2012). Wręcz przeciwnie, posiadają własne zdanie, wizję świata i hierarchię politycznych wartości, choć nie zawsze dostatecznie silną motywację i poczucie wspólnoty oraz sprawstwa, by donośnie i skutecznie je publicznie wyartykułować.

Po raz pierwszy (i drugi) uaktywnili się w roku 2020. Charakter i skala ich zaangażowania w wybory prezydenckie nie powalają twierdzić, iż był to przypadek. Już w pierwszej turze frekwencja w grupie 18–29 lat wyniosła 64 procent […], w drugiej turze mobilizacja młodych okazała się jeszcze silniejsza (67,2 proc.). To wybory prezydenckie z 2020 roku dla wielu z nich były pierwszą ważną lekcją demokracji, która utrwaliła wzór wyborczej partycypacji.

Mobilizacja starszych, demobilizacja młodszych?

Czynników mobilizujących do wyborczej aktywności w 2023 roku było kilka. Niektóre z nich bardziej uniwersalne, a przez to stanowią przestrogę dla każdego kolejnego obozu rządzącego, który liczy na poparcie tej grupy wyborców. Chodzi przede wszystkim o możliwą do empirycznego zaobserwowania reakcję najmłodszych wyborców na politykę poszczególnych rządów, swego rodzaju bunt wobec status quo. Zwykle, w trakcie trwania kadencji wzrastała – choć z różną dynamiką – ich niechęć i krytycyzm wobec aktualnej władzy. Te nastroje rezonowały często na poglądy polityczne wyrażane na kontinuum lewica-prawica. Pod koniec kadencji rządu PO-PSL młodzi respondenci (18–24 lata) w badaniach CBOS (2015) deklarowali bardziej prawicowe poglądy niż ogół badanych, zaś na początku 2021 roku najwyższy pułap po 1989 roku osiągnęły ich identyfikacje z lewicą. Co ciekawe, stały przyrost lewicowych identyfikacji jest kontynuowany od przejęcia władzy przez Zjednoczoną Prawicę w 2015 roku (CBOS 2021a).

 

Tabela 2. Struktura wiekowa elektoratów partyjnych*

PiS KO Trzecia Droga Lewica Konfederacja
18–29 lat 5,9%

450,8 tys.

13,1%

868,5 tys.

18,9%

587,9 tys.

30,0%

557,7 tys.

38,8%

600,4 tys.

30–39 13,3% 17,3% 24,4% 22,6% 32,5%
40–49 18,1% 23,1% 24,4% 19,6% 16,0%
50–59 20,6% 17,7% 15,6% 10,2% 8,0%
60 i więcej lat 42,1% 28,8% 16,7% 17,6% 4,7%
LICZBA

GŁOSÓW

7 640 854 6 629 402 3 110 670 1 859 018 1 547 364

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ipsos (exit poll) oraz PKW.

* Tabela opisuje udział wyborców z poszczególnych przedziałów wiekowych w ogólnej liczbie wyborców danego komitetu (odsetki sumują się do 100% w kolumnach).

 

Inne czynniki, choć korespondują z opisanym tu zjawiskiem, mają bardziej kontekstualny charakter. PiS prawdopodobnie w pewnym momencie zrezygnował z walki o młodych wyborców. Być może z powodu kilku spektakularnie nieudanych prób nawiązania komunikacji w kanałach typowych dla młodych ludzi, np. nagranie w serwisie TikTok, w którym Radosław Fogiel zadawał internautom pytanie: „Za co tak naprawdę nienawidzicie PiS-u?”. Film ten w ciągu jednej doby wygenerował 160 tys. odsłon i tysiące – głównie bardzo krytycznych – komentarzy. Nie bez znaczenia były również słowa Jarosława Kaczyńskiego w trakcie jednej z konwencji wyborczych, de facto uderzające w godność młodych kobiet poprzez sugestię, że przyczyną kryzysu demograficznego w Polsce jest nadużywanie przez nie alkoholu. Użyte wówczas sformułowanie „wydostało się” z bańki informacyjnej zwolenników PiS, stając się częścią dyskursu potocznego, prawdopodobnie na długo jako jeden z symboli tej kampanii.

Wpływ na decyzję o „inwestowaniu” głównie w głosy od starszych wyborców mogły mieć szacunki dotyczące struktury elektoratu. Zabieganie o poparcie ludzi poniżej 30. roku życia z punktu widzenia ugrupowania, które jest w defensywie po 8 latach rządów i raczej ogranicza straty niż poszerza społeczną bazę głosujących (co potwierdzały wnikliwe analizy i prognozy), wydaje się mało racjonalne. Szczególnie po 2020 roku, wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ograniczenia warunków dopuszczalności przerywania ciąży i późniejszych protestach, w których największy udział miały właśnie środowiska 20-, 30-latków, przede wszystkim młodych kobiet. Ostatecznie, co możemy względnie dokładnie oszacować na podstawie wyników sondażu exit poll pracowni Ipsos, głosy wyborców PiS w grupie 18–29 lat stanowiły tylko 5,9 procent (ok. 450 tys. osób) wszystkich głosów oddanych na tę partię w wyborach (tabela 2).

Sztandarowe tematy kampanii wyborczej PiS miały mobilizować przede wszystkim tzw. „twardy” elektorat, a więc osoby starsze, które dominują wśród zwolenników rządzącej dotąd formacji. W polskiej polityce nie brakuje tematów, które silnie polaryzują preferencje partyjne, a dodatkowo jeszcze różnicują wyborców międzypokoleniowo. W 2020 roku takim zagadnieniem były prawa osób LGBT+, wówczas silnie atakowanych przez polityków PiS. Teraz powrócił wątek praw kobiet, pozwalający politykom opozycji (Lewicy i KO) kontrastować się z PiS, a większe przyzwolenie dla liberalizacji prawa aborcyjnego wśród młodszych kohort wiekowych okazało się czynnikiem determinującym antyrządowe nastroje.

Młodzi w znacznie większym stopniu niż starsi respondenci deklarują również aprobatę w kwestii przyjmowania uchodźców. To najmłodsi respondenci relatywnie często – w porównaniu z innymi grupami wiekowymi – wyrażali przekonanie, że „polskie władze powinny umożliwiać migrantom znajdującym się na granicy z Białorusią wystąpienie o azyl w naszym kraju” (CBOS, 2021b). Wzmacnianie społecznych lęków w tym zakresie nie mogło być skutecznym środkiem dotarcia do młodego pokolenia. W praktyce, zafiksowanie przekazu na antymigranckich fobiach, wplecionych w ramy rywalizacji politycznej, która dla młodych ludzi jest znacznie mniej zrozumiała, co miało mobilizować starszych, musiało mieć jednocześnie funkcję zniechęcającą do głosowania na PiS wśród młodszych.

Nie mogło być dla nich zrozumiałe również ciągłe, wręcz nachalne, eksploatowanie figury wroga w stosunku do Donalda Tuska. Współcześni 18-latkowie w momencie jego ustąpienia z funkcji premiera w 2014 roku mieli lat zaledwie 9. Dziś rzadziej oglądają telewizję, zwłaszcza publiczną, a w niej serwisy informacyjne czy publicystykę. Szansa spotkania z liderem KO zaprezentowanym w znacznie korzystniejszym dla niego kontekście rosła w internecie, w serwisach społecznościowych jak TikTok, gdzie – pod względem liczby wyświetleń – wśród polityków Tusk ustępował jedynie Sławomirowi Mentzenowi z Konfederacji.

 

Tabela 3. Przemiany struktury społecznej w latach 2013–2023

2023

(czerwiec)

2013

(czerwiec)

Różnica

(2023–2013)

Procent

populacji

w 2023

Procent
uprawnionych
do głosowania
w 2023
18–29 lat 4 638 908 6 677 055 -2 038 147 12,3 15,1
60 lat i więcej 9 840 292 8 160 574 +1 679 718 26,1 32,0

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych GUS.

 

Rekord po raz trzeci

Przed wyborami wiele razy można było usłyszeć, że najmłodsi wyborcy, o ile w ogóle wpłyną na ostateczny wynik głosowania, to w znacznie mniejszym stopniu niż ci starsi wiekiem. Koronnym argumentem, którym się posługiwano, była liczebność grupy wiekowej 18–29 lat, znacznie mniejsza niż liczebność kolejnych grup starszych, jak również niekorzystne trendy demograficzne (starzenie się społeczeństwa).

Na dowód tej pesymistycznej wizji przytaczano wskaźniki deklaracji udziału w wyborach, mierzone w trakcie regularnych badań sondażowych. Ich obserwacja bez uwzględnienia charakterystycznych cech młodzieżowej mobilizacji w okresach przedwyborczych sprowadzała wszelkie komentarze na intelektualne manowce. Już bowiem w 2020 roku mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdzie podobne wskaźniki na pół roku przed wyborami również „sugerowały” największą demobilizację najmłodszych wyborców. Stereotyp apatycznego i wyalienowanego młodego obywatela, utrwalany aż do 2019 roku, sprawia, że dziś wciąż nie pamiętamy rekordowych poziomów frekwencji u młodych sprzed 3 lat. Tymczasem tamten wzorzec pokazał, że potrafią się oni zmotywować do działania w relatywnie krótkim czasie. Ze względu na swój stosunek do polityki ostateczne decyzje dotyczące nie tylko tego, czy głosować, ale również, na kogo głosować, zostawiają zwykle na tzw. ostatni moment. Jeśli zatem wiele przedwyborczych sondaży przewidywało znacznie niższą frekwencję w tej grupie respondentów, to w konsekwencji także ich preferencje partyjne musiały być niedoszacowane.

Kumulacja wszystkich wymienionych tu czynników, a być może szeregu innych o podobnym charakterze, sprawiła, że 15 października młodzi wyborcy już po raz trzeci w politycznej historii Polski po 1989 roku pobili swój rekord frekwencji, której wskaźnik osiągnął tym razem wartość 70,9 procent. Po raz kolejny okazał się też wyższy niż w grupie najstarszej (60+).

 

Tabela 4. Frekwencja wg grup wiekowych w wyborach parlamentarnych w 2023 r.

18–29 lat 30–39 lat 40–49 lat 50–59 lat 60 lat i więcej
Wskaźnik

frekwencji

70,9% 73,9% 80,5% 84,4% 66,5%

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych Ipsos (exit poll).

Pesymistyczne scenariusze na udział młodych w tegorocznych wyborach pomijały jednak znaczenie dwóch zmiennych. Po pierwsze, różnic w poziomie wyborczej mobilizacji, co omówiono powyżej. Po drugie, potencjalnych różnic w rozkładach poparcia między partiami w poszczególnych kohortach wiekowych. Zjawisko polegające na tym, że w kohorcie najmłodszej koncentracja głosów na PiS i PO (KO) jest najsłabsza, było znane już wcześniej. Nie inaczej było tym razem. Jeśli w grupie 18–29 lat na oba ugrupowania oddano 42 procent głosów, to w grupie powyżej 60. roku życia było ich dwa razy więcej (83,8 proc.). Na koniec okazało się, że wszystko to miało ogromne znaczenie dla wyniku wyborów. Słabszy rezultat PiS, znacznie lepszy niż przeciętnie wynik Trzeciej Drogi oraz Lewicy oraz rekordowo wysoki poziom frekwencji w grupie najmłodszej (przy frekwencji, w grupie najstarszej na tym samym poziomie, co w 2020 roku) sprawiły, że to młodzi wyborcy w największym stopniu wpłynęli na ostateczny wynik wyborów. To dzięki ich licznemu udziałowi w głosowaniu oraz silnemu poparciu udzielonemu partiom przyszłej koalicji rządzącej strata PiS wyniosła ok. 1,59 mln głosów. Zysk wygenerowany w grupie najstarszej (ok. 549 tys.) nie pozwolił na jej zredukowanie.

Młodzi jako wyzwanie

Mając na uwadze dotychczasowe relacje pomiędzy elitami rządzącymi a młodym pokoleniem wyborców, trudno nie ulec wrażeniu, że utrzymanie tego poparcia na stałym i wysokim poziomie będzie poważnym wyzwaniem dla nowej koalicji rządzącej. Jeden z ważniejszych czynników mobilizacji (głosowanie przeciw rządzącej Zjednoczonej Prawicy) za 3–4 lata straci na znaczeniu. Sprostanie temu wyzwaniu może być jeszcze trudniejsze ze względu na fakt, iż w nowym Sejmie będzie brakowało młodzieżowej reprezentacji. To wyjątkowo zadziwiające, że w efekcie bezprecedensowego wzmożenia wyborczej aktywności, obecności wielu wyrazistych młodych kandydatek i kandydatów na listach poszczególnych komitetów, uwagi mediów, które poświęciły im w kampanii wyborczej wyjątkowo dużo czasu i miejsca na swoich łamach czy wielu profrekwencyjnych kampanii społecznych adresowanych do młodego pokolenia, poselski mandat uzyskały zaledwie 3 młode osoby (PiS, KO, 3D). W 2019 roku było ich 14. Ustępujący Sejm IX kadencji, zdominowany przez Zjednoczoną Prawicę, nie zostanie jednak zapamiętany jako szczególnie przejmujący się priorytetowymi problemami młodych ludzi. Klucz do utrzymania poparcia będzie więc tkwił w kontynuacji dialogu partii nowej koalicji z młodym pokoleniem, bowiem nie tylko poparcie młodych, ale przede wszystkim niespotykana dotąd ich aktywność w dniu wyborów to przede wszystkim ogromny kredyt zaufania. Ale też „pokaz” społecznej siły, która wciąż jeszcze może istotnie wpływać na wynik wyborów.

Bibliografia:
Amnć, E., Ekman, J. (2013), Standby Citizens: Diverse Faces of Political Passivity, „European
Political Science Review”, nr 6(2), ss. 261-281.
CBOS (2015), Zainteresowanie polityką i poglądy polityczne w latach 1989–2015. Deklaracje
ludzi młodych na tle ogółu badanych, nr 135/2015.
CBOS (2021a), Zainteresowanie polityką i poglądy polityczne młodych Polaków na tle ogółu
badanych, nr 16/2021.
CBOS (2021b), Opinia publiczna wobec uchodźców i sytuacji migrantów na granicy z Białorusią,
nr 111/2021.
García-Albacete, G., Lorente, J. (2019), The Post-austerity Youth. Political Attitudes and
Behavior, „Revista Internacional de Sociología”, nr 77(4), ss. 1–19.
Henn, M., Foard, N. (2014), Social Differentiation in Young People’s Political Participation:
The Impact of Social and Educational Factors on Youth Political Engagement in Britain, „Journal
of Youth Studies”, nr 17(3), ss. 360–380.
Henn, M., Weinstein, M., Wring, D. (2002), A Generation Apart? Youth and Political Participation
in Britain?, „The British Journal of Politics and International Relations”, nr 4(2), ss.
167–192.
Phelps, E. (2012), Understanding Electoral Turnout Among British Young People: A Review
of the Literature, „Parliamentary Affairs”, nr 65(1), ss. 281–299.

 

Powyższy artykuł ukazał się w czwartym ubiegłorocznym numerze kwartalnika „Zdanie”. W tymże wydaniu m.in.: rozmowa „Troje na Jedną” z prof. Ewą Łętowską  Konstanty Gebert o trwającej wojnie w Strefie Gazy oraz o społeczeństwie Izraela  lewicowy (wybrany przez Senat poprzedniej kadencji) członek Kolegium IPN Bartosz Machalica o tym, co zrobić z tą instytucją  prof. Lech Nijakowski o pamięci o pandemii  relacja prof. Tomasz Goban-Klasa z pobytu w Iranie  Antoni Panfil o tym, czy Polska jest skazana na USA  wystąpienia prof. Jana Woleńskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego podczas przyznania Prezydentowi doktoratu honoris causa Krakowskiej Akademii im. A. Frycza Modrzewskiego.

Jarosław Kuisz, podczas uniwersyteckich wykładów, a potem w jednej ze swoich książek, podzielił rodzimą populację na żyjących w kulturze podległości (to pokolenia urodzone między 1795 a 1989 rokiem, z krótką przerwą na międzywojenne dwudziestolecie) i pokolenie urodzone po tej dacie, pokolenie niepodległego państwa polskiego. Nie zgadzam się z takim podziałem. Ci z „kultury podległości” – wskutek wartościującego znaczenia obu przyjętych nazw, także przedrostka „pod-”, stają się gorsi, stygmatyzowani, w najlepszym razie ułomni. „Niepodlegli” – obdarowani od niedawna przez los – zyskują natomiast swego rodzaju „wartość dodaną”. Na razie potencjalną, bo sami niczego jeszcze nie dokonali, najstarsi ledwie przekroczyli „trzydziestkę”, kilkunastolatkowie potrzebują coraz częściej psychicznego wsparcia. Sam podział przypomina obecny od dawna w polskiej świadomości zbiorowej podział na „bohaterów” i „zdrajców”. W wypowiedzi Jarosława Kuisza pojawia się zresztą figura „targowicy” jako ukoronowanie narodowej zdrady. W rozmowie z Katarzyną Kasią i Grzegorzem Markowskim (w książce Siedem życzeń. Rozmowy o źródłach nadziei, Znak, Warszawa 2023) rozmówca wydłużył lata „podległości” do około 300 lat, od Sejmu Niemego w 1717 r. do opuszczenia Polski przez wojska radzieckie w 1993 r. Nie 123 lata, jak zwykło się przyjmować, lecz prawie 200 lat braku niepodległości i dodatkowo około 100, kiedy Rzeczpospolita Obojga Narodów – formalnie niepodległa – spełniała posłusznie życzenia sąsiada. Cały ten okres to czas ogromnych zmian w Europie: geopolitycznych, ustrojowych, czas rewolucji w gospodarce i strukturach społecznych, które nas ominęły, spowolniły te zmiany lub przynajmniej je utrudniły. Nad kulturową świadomością Polaków zaciążyła też frustracja z powodu degradacji, bo z pozycji mocarstwowej (przynajmniej we własnym wyobrażeniu) zostaliśmy zepchnięci w stan podporządkowania i z tą degradacją nie możemy się i dziś pogodzić, bo „wstawanie z kolan”, nawet z „niepodległej” pozycji, rządząca do niedawna grupa uważała za najważniejszą z polskich powinności. Warto więc poświęcić chwilę uwagi przyczynom degradacji oraz sposobom wydostania się z tego stanu, a to drugie wymaga też przypomnienia, na czym powinien polegać interes narodowy, bo bez tej definicji trudno oceniać przeszłe poczynania. W połowie XVII wieku Rzeczpospolita wydawała się jeszcze mocarstwem, największym terytorialnie (prócz Rosji) państwem europejskim) i straciła znaczenie w ciągu kilkudziesięciu lat. Przypomnijmy: przed rozbiorami Rzeczpospolita zajmowała terytorium ponad 900 tys. km2. Ludność to 12–14 mln. Mentalność zbiorowa warstw świadomych istnienia państwa (a to około 400–500 tys. szlachty – jedynej grupy korzystającej z praw) nie była na to przygotowana. Pozostałych, w zdecydowanej większości chłopów, sprawy państwa nie obchodziły, horyzont ich postrzegania był znacznie węższy. Gdyby natomiast szukać jednej, syntetyzującej przyczyny upadku, byłoby nią zacofanie cywilizacyjne. Składało się na nie: zdecydowana dominacja gospodarki agrarnej, co w sporej części zostało spowodowane (od czasów unii w Krewie, a potem w Lublinie) wschodnim kierunkiem ekspansji politycznej, militarnej i – co ważne – gospodarczej, bo naturalne warunki Kresów i specyficzna struktura całej warstwy uprzywilejowanej przyczyniły się do zdominowania szlachty przez mającą ogromne posiadłości ziemskie oligarchię magnacką – jedyną warstwę mającą zdolność do inwestowania. Zdolności tej nie miał uosabiający władzę centralną król, zwłaszcza ostatni – Stanisław August. Pewną rolę odegrało tu także ruskie i litewskie pochodzenie magnaterii (Potoccy, Czartoryscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Ostrogscy, Wiśniowieccy, Braniccy i kto tam jeszcze). Gospodarka rolna tkwiła w stagnacji, nie trzeba było jej modernizować, wystarczyło zwiększać pańszczyznę, by zachować pożądany i tradycyjnie utrzymywany poziom dochodów i luksusową konsumpcję (głównie z importu, kraj nie wytwarzał bowiem takich towarów). Nie było prób manufakturyzacji gospodarki, miasta zamierały (jedynie Gdańsk mieścił się w pięćdziesiątce największych miast Europy). Mająca ogromne aktywa magnateria dążyła do osłabienia władzy królewskiej i – w XVIII już wieku – Rzeczpospolita była zlepkiem skłóconych koterii, powiązanych często rodzinnie, politycznie i materialnie z obcymi dworami i rodami. Im też najłatwiej było dostosować się do okoliczności zaistniałych w wyniku kolejnych rozbiorów. Szczęsny Potocki (spirytus movens konfederacji targowickiej) uznał się za Rosjanina. Franciszek Klemens Branicki (też targowiczanin) ożenił się z Aleksandrą Engelhardt, siostrzenicą Potiomkina, a plotki krążyły, że nieślubną córką Katarzyny II, choć tego nie potwierdzono. Adam Jerzy Czartoryski zaprzyjaźnił się z Aleksandrem Pawłowiczem (później carem Aleksandrem I), miał romans z jego żoną Elżbietą (urodziła mu córkę, która zmarła w dzieciństwie), został ministrem spraw zagranicznych Rosji i głównym doradcą Aleksandra w sprawach polskich w czasie Kongresu Wiedeńskiego, decydującego, co z tą Polską – po klęsce Napoleona – zrobić. Gałąź Radziwiłłów z Nieborowa weszła w związki rodzinne z Hohenzellornami. I tak dalej. To oni ponosiliby majątkowe konsekwencje w przypadku niesubordynacji, toteż niesubordynacji nie było. Może wzdychali za Polską w cichości ducha. Rozkładowi wewnętrznemu sprzyjał system ustrojowy, któremu oligarchia zawdzięczała swoją pozycję i broniła go ze wszystkich sił, zwłaszcza zasady wyboru króla w drodze elekcji. Po śmierci Zygmunta Augusta (koniec Jagiellonów) państwem „rządziło” 10 królów (bez Leszczyńskiego, bo on w praktyce nie wykonywał przypisanych królowi zadań), w tym 7 obcych (każdy z „innej wsi”): Francuz, Węgier, trzech Wazów, dwóch Sasów (Wettynów) i trzech Polaków; każdy miał innego protektora: Wazowie i Sasi to jasne, Walezy, Sobieski i przejściowo Leszczyński Francuzów, Poniatowski Rosję, a Korybut Wiśniowiecki nie wiadomo kogo, ale był królem bez znaczenia. O żadnej polityce państwowej prowadzonej w dłuższym horyzoncie czasowym nie mogło być mowy. Warstwa szlachecka od średniozamożnych po gołotę była w większości uzależniona od swoich magnackich protektorów. Osiemdziesiąt procent populacji nie umiało czytać i pisać. Edukacja prowadzona przez kler odbiegała treściami i poziomem od rozwijanych współcześnie w Europie trendów intelektualnych. Tyle o przyczynach, choć zapewne dałoby się wymienić jeszcze inne, na przykład zgubne dla świadomości zbiorowej skutki totalnego zwycięstwa kontrreformacji, brak profesjonalnej dyplomacji itd.

Wschodni kierunek ekspansji napotkał zdecydowany kontratak ze strony dwóch mocarstw ościennych – Rosji i Prus. Rosja wysunęła geostrategiczną zasadę „zbierania ziem ruskich”, mając w tym zakresie sporą przewagę, bo ludność tamtejsza wyznawała religie obrządku wschodniego i mówiła dialektami ruskimi. Wszelkie próby rezygnacji z tej zasady (a takie ciągoty miał np. Aleksander I) napotykały na bardzo silny opór całej społeczności rosyjskiej, a że nasz wschodni sąsiad miał większe zasoby i skuteczniejsze, choć moralnie wątpliwe despotyczne rządy (samodzierżawie) byliśmy – co potwierdziła historia – stroną przegraną w tym zderzeniu. Dla Prus zagarnięcie znacznego kawałka ziem polskich miało znaczenie strategiczne dla egzystencji państwa, zapewniało bowiem połączone i zwarte terytorium, a więc znacznie korzystniejsze warunki przetrwania i ewentualnej ekspansji. A że Polska bez Litwy i Rusi byłaby ludnościowo i materialnie państwem niewielkim i słabym, musiała dążyć do zajęcia pozycji imperialnej; konflikt miał więc charakter pryncypialny, nie tylko wówczas, także w późniejszych okresach historii.

Dla pełnego obrazu warto byłoby wspomnieć o rodzimym, wewnętrznym uzależnieniu (podległości). Nietrudno wyobrazić sobie łańcuch uzależnień: chłopa od pana, szlachcica od magnata, magnata od własnego lub obcego dworu.

Poszukiwanie dróg zmiany sytuacji wydawało się pozornie oczywiste; polegało na usunięciu przyczyn upadku. Tyle że ukształtowana w wyniku omawianych procesów mentalność zbiorowa (zwłaszcza warstw decydujących o kierunkach rozwoju kraju) została tak mocno zakorzeniona w tradycji, że kierunkiem akceptowanym przez wyraźną większość warstwy szlacheckiej okazał się powrót do przeszłości, bo przeszłość dawała złudne pozory wielkości i chwały. Jedyne, na co zdobyła się polska myśl polityczna, a co znalazło wyraz w Konstytucji 3 Maja, to połowicza reforma ustrojowa (zniesienie liberum veto, wolnej elekcji, wzmocnienie władzy wykonawczej, zwiększenie liczebności armii itd.). Podstawą egzystencji Polaków pozostała gospodarka agrarna, a szlachta ziemiańska była główną (jedyną posiadającą uprawnienia obywatelskie) warstwą społeczną. Lepiej było uszlachcić mieszczanina, niż przyznać mieszczanom prawa. Chłopi pozostawali w poddaństwie i pod ciężarem pańszczyzny. Ale i ta wątła próba uzdrowienia sytuacji napotkała wspieraną przez Rosję (Prusy także) kontrakcję w postaci konfederacji targowickiej, podział i zagarnięcie terytorium, kolejne rozbiory. Konstytucja 3 Maja nie weszła w życie. Podobnie stało się z podyktowaną przez Napoleona konstytucją Księstwa Warszawskiego; kryterium pozycji społecznej był – według tej konstytucji – majątek, nie przynależność stanowa. W zderzeniu racji: czy stanowe społeczeństwo ma się dostosować do bezstanowego prawa, czy odwrotnie bezstanowe prawo do stanowego społeczeństwa, zwyciężyła druga opcja. Nawet równouprawnienie Żydów, a ono (choć nie chcę rozwijać tego wątku, bo nigdy tego artykułu nie skończę) dawało powiązania z finansjerą międzynarodową, co mogło okazać się korzystne dla polskich aspiracji. Pomysły emancypacyjne oprotestowali jednak Adam Jerzy Czartoryski i Kajetan Koźmian oraz Stanisław Staszic, uważany za największego przeciwnika uprawień dla tej grupy ludności. Na Kongresie Wiedeńskim zadecydowano z kolei, że polskie dążenia (jedynym ich eksponentem był Aleksander I oraz Adam Jerzy Czartoryski, który na cara nie miał wtedy już większego wpływu), są przeszkodą w ustanowieniu porządku europejskiego, któremu ton nadały Wielka Brytania, Rosja, Francja, Austria i Prusy, a te państwa znalazły kompromis, w którym na polskie roszczenia nie było miejsca. W pierwszej chwili Polacy ucieszyli się nawet z takiego obrotu sprawy (car na polskim tronie), a Alojzy Feliński napisał pieśń dziękczynną za to dobrodziejstwo na melodię Boże, coś Polskę…, która potem stała się hymnem wszelkiej opozycji, także tej walczącej z komunistycznym reżimem.

To, co teraz piszę, jest trochę naciąganą interpretacją, ale można zaryzykować, że na ustalenia Kongresu zgodziła się cała społeczność europejska przy nieukontentowaniu Polski, która nie była zresztą podmiotem w tych negocjacjach (coś na kształt 27:1, ale to żart). Inna natomiast kwestia powinna zwrócić uwagę: nasze roszczenia kierowane do społeczności międzynarodowej skupiały się na Ziemiach Zabranych, a nie na ziemiach etnicznie polskich, które w imię europejskiego kompromisu podzielono zgodnie. Aż do I wojny światowej spór o Ziemie Zabrane (tej nazwy używali Polacy) zdominował polską myśl polityczną i stał się powodem wywoływania powstań, kończących się każdorazowo klęską Polaków i wycofywaniem przyznanych im wcześniej koncesji (przepadek konstytucyjnego kształtu Królestwa Polskiego z lat 1815–1830, utrata autonomii Wielkiego Księstwa Poznańskiego, wycofanie przywilejów uzyskanych przez Wielopolskiego przed powstaniem styczniowym). Czyżby w narodowym DNA przesunęły się granice państwa polskiego? W zamian za możliwość ustanowienia parlamentu (Rada Stanu), spolszczenia administracji i sądownictwa, zbudowania systemu edukacji, równouprawnienia Żydów i oczynszowania chłopów, Aleksander Wielopolski, sprawujący krótko funkcję naczelnika rządu cywilnego, zadeklarował rezygnację z powstań zbrojnych (o żądaniach niepodległościowych nie było, oczywiście, mowy) i wyrzeczenie się Litwy i Rusi, a więc pozostawienie Polski jako lichego państewka, bo bez ziem włączonych do Prus i Austrii, ale o te ziemie nie zabiegano. To ten spór był jedną z głównych przyczyn późniejszego, wewnętrznego podziału politycznego w Polsce. Choć nad trafnością wyboru Wielopolskiego można by dyskutować, lecz dyskusja wydaje się czynnością zbędną, bo projekt Polacy odrzucili, a jego okrzyknęli zdrajcą i carskim sługusem. Obie próby powstańcze podejmowane przez Polaków miały więc na celu odzyskanie Litwy i Rusi i przywrócenie kształtu państwa polskiego sprzed 1772 roku. W 1863 r., gdy pacyfikowano już powstańcze szczątki, Józef Kajetan Janowski (członek powstańczego Rządu Narodowego) napisał: „Rząd Narodowy pozostawia Europie wolność współdziałania (łaskawca, prawda AŻ), odrzucić będzie musiał to wszystko, co by pokalać miało święty sztandar niepodległości, pozostanie głuchym na wszelkie głosy, wzywające go do złożenia broni przed osiągnięciem ostatecznego celu, jakim jest odbudowanie Polski w granicach 1772 roku. Przyjąć niezależność dla jednej prowincji polskiej (sic! AŻ), a inne rzucić na pastwę wroga, byłoby to wyrzec się historycznych praw swoich, wytrącić dziesięciowiekowy byt z dziejów świata i […] wyprzeć się w końcu własnego imienia. Nie, Polska nie po to zmartwychwstała, żeby ją Europa w nową trumnę zakuła. Nie ma Polski bez Litwy i Rusi […] to jest trójca nierozdzielna”. Przytaczam dłuższy fragment tej wypowiedzi, bo skojarzyła mi się z podziałem dr. Kuisza. Wielopolski byłby eksponentem „kultury podległości”, niepodległościowcem – Józef Kajetan Janowski. W imię czyich interesów występował, do końca nie wiadomo. On chyba też nie wiedział. Przypomnienie to należałoby poprzedzić więc zdefiniowaniem interesu narodowego, jako działania na rzecz wypracowania najkorzystniejszych – dla narodowej substancji – rozwiązań przy uwzględnieniu istniejących warunków i okoliczności.

„Kulturę podległości” rozmówcy potraktowali jako zjawisko niezróżnicowane wewnętrznie, bo podział dychotomiczny z „niepodległością” po przeciwnej stronie układanki ładnie się prezentuje, ale w historii „podległość” miała co najmniej dwa różne oblicza: 1/ lojalizmu – dość rozciągliwego, od zgodnego współdziałania z rządzącymi w ramach istniejącej, obcej struktury państwowej i w ramach obowiązującego tam porządku prawnego aż po kolaborację oraz 2/ życia w podległości, ale nieakceptowania tego stanu i szukania okazji do jego zmiany, od deklaracji emocjonalnych po próby odzyskania niepodległości. Proporcje między tymi dwoma nurtami i odcienie wewnątrz każdego z nich zmieniały się w czasie: do klęski 1863–64 dominowała druga opcja (powstania listopadowe i styczniowe, powstanie krakowskie, Wiosna Ludów, próby powstańcze Zaliwskiego i Zawiszy, Szymona Konarskiego i Pantaleona Potockiego), a po powstaniu styczniowym uznano, że nie można kopać się z koniem. Deklaracja wiernopoddaństwa najsilniej zabrzmiała w Galicji: przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy. Wszystko jasne. Przykład Galicji, gdzie Polacy uzyskali wpływy w rządzeniu, działał zachęcająco. Natomiast rodzima myśl pozytywistyczna, która zyskała znaczenie po klęsce powstania, okazała się silniejsza w literaturze niż w życiu. Hasła pracy organicznej, pracy u podstaw, emancypacji warstw upośledzonych z trudem trafiały do realizacji, pozostały na ogół deklaracjami. Może tylko w dziedzinie oświaty uzyskano liczące się rezultaty.

II Rzeczpospolita zrobiła mniej dla wprowadzenia Polski na ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego, niż można było oczekiwać. W kraju wciąż dominowała gospodarka agrarna, ziemiaństwo odgrywało wiodącą rolę, analfabetyzm nawet pod koniec dwudziestolecia przekraczał 20 procent, kraj rozszarpywały konflikty narodowościowe. Polskę uważano za potencjalne zarzewie konfliktu międzynarodowego, bo Rosja i Niemcy uważały traktat wersalski za krzywdzący i dążyły do rewizji granic. Co zresztą nastąpiło. Wojna wybuchła.

Układ sił ukształtowany w wyniku zmagania potęg militarnych w latach 1939–1945 zadecydował o włączeniu Polski do sterowanego przez ZSRR bloku socjalistycznego. Zarzut o zdradzie przez lewicę polską interesów narodowych jest o tyle chybiony, że lewica wybrała jedynie możliwe rozwiązanie w istniejących warunkach geopolitycznych; każdy odmienny wybór przyniósłby tragiczne konsekwencje. Że dla Polski to jasne, być może także dla stosunków międzynarodowych. Apologetom walki zbrojnej z komunizmem za wszelką cenę (m.in. „żołnierze wyklęci”) przypomnę, że na polskich ziemiach stacjonowało 2 mln żołnierzy radzieckich; podobno wypadało 35 żołnierzy na 1 km2. Socjalizm (przyjęty, bądź narzucony, jeśli kto woli), jako ideologia i jako praktyka społeczna i gospodarcza, nie stwarzał szans rozwojowych w dłuższym cyklu czasowym (co potwierdziła praktyka), bo ani centralne zarządzanie, ani odrzucenie gospodarki rynkowej, ani monopartyjność tego nie zapewniały, choć trzeba pozytywnie ocenić: industrializację, zmianę struktury gospodarki na 60:40 na korzyść przemysłu, demokratyzację oświaty, upowszechnienie dóbr kultury. Polska w porównaniu z innymi państwami socjalistycznymi zyskała pewną swobodę manewru (prywatne rolnictwo i drobna wytwórczość, możliwość działalności Kościoła, większa swoboda dla instytucji naukowych i kulturalnych). Linie podziału przebiegają więc po innej trajektorii, niż opisywana przez dr. Kuisza i na pewno nie jest to podział według kryteriów pokoleniowych. Tymczasem u progu „kultury niepodległości” zarysowała się wyraźnie wola powrotu do przeszłości: apoteoza Polski szlacheckiej i międzywojnia, megalomania narodowa, nacjonalizm, klerykalizm we wręcz humorystycznym wydaniu. „Kultura” prawdziwie sprzyjająca polskiemu interesowi narodowemu (zwłaszcza w dobie przyspieszenia cywilizacyjnego, jakie dziś ma miejsce w świecie) polegałaby właśnie na odrzuceniu reliktów przeszłości, zawartych w anachronicznej triadzie „ziemia, tradycja i wiara”, bo to ona stała się powodem degradacji Polski w przeszłości i nie daje szans na przyszłość. Tymczasem przeszłość powróciła i zyskała znaczne poparcie. W imię tej triady kwestionuje się nawet zasadność członkostwa w Unii Europejskiej, które obecnie wydaje się jedynym wyjściem z odwiecznego dylematu Polski usytuowanej między Niemcami a Rosją. Nie odtwarzanie pomników minionej wielkości i chwały (po prawdzie nie mamy ich zbyt wiele, chyba że w narodowej mitologii), lecz wytrwała i mądra edukacja, jak najszersze korzystanie z osiągnięć światowej nauki i techniki, śledzenie światowych trendów w myśli społecznej, mądre uczestnictwo w inicjowanym przez Unię programach rozwojowych i dbanie o jak najsilniejszą pozycję w tym układzie wielostronnym jest jedynym właściwym wyborem. Otrzymaliśmy tę szansę. Niestety, próbujemy te racje zakwestionować w imię wielkomocarstwowych frazesów i domagania się iluzorycznej suwerenności, a więc izolacji w globalizującym się świecie. To już przeżywaliśmy, z jakim skutkiem, wiadomo. Jeśli po ośmiu latach kolejnej edycji polskiej „tromtadracji” najlepsze polskie uniwersytety spadły z pozycji czterysta którejś tam na światowej liście na miejsca między szóstą a ósmą setką, a polski minister kultury (profesor uniwersytetu, sic!) za powód do dumy uznaje, że nie przeczyta żadnej książki polskiej noblistki (właśnie Bieguni jej autorstwa znalazły się w pierwszej setce najlepszych książek wszech czasów na świecie) to znaczy, że po raz kolejny w dziejach znajdujemy się dalej niż bliżej wykorzystania otrzymanej szansy. W zrozumieniu tego nie pomoże, niestety, przeciwstawienie obu kultur „podległości” i „niepodległości”, bo jest tylko atrakcyjną figurą publicystyczną. A szkoda.

Esej ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

It ain’t over till the fat lady sings – to współczesne amerykańskie powiedzenie jest często używane w sytuacjach zaciętej rywalizacji, wyniku której nie można przewidzieć i nie ma innego wyjścia, niż cierpliwie czekać na ostateczny rezultat. Domniemana geneza powiedzenia ma swój początek w odniesieniu do operowych sopranistek o charakterystycznie zaokrąglonych kształtach, które często śpiewały końcową, na ogół bardzo długą, arię opery. Jako typowy przykład podawana jest walkiria Brunhilda z opery Wagnera Pierścień Nibelunga, której kończąca spektakl aria trwa prawie 20 minut.

Wyrażenie to jest często używane w sporcie, zwłaszcza w baseballu i koszykówce, aby podkreślić, że gra może się zmienić w każdej chwili, a przegrywająca drużyna wciąż ma szansę na wygraną. Często spotkać je można także w komentarzach politycznych dotyczących skomplikowanych sytuacji, których rezultat jest praktycznie niemożliwy do przewidzenia aż do chwili ostatecznego zakończenia sporu, konfliktu czy wyścigu wyborczego. Polskim, znanym wszystkim dobrze odpowiednikiem jest słynne powiedzenie Kazimierza Górskiego, iż piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Dobrym przykładem obu powyższych powiedzonek wydaje się być trwająca już przecież kampania prezydencka w USA, do której zakończenia pozostało 10 miesięcy. Ośrodki sondażowe, polityczne think-tanki, niezależni analitycy i komentatorzy oraz media z każdej strony sceny politycznej prześcigają się w sondażach, analizach i przepowiedniach. Jednakże nadal „it ain’t over till the fat lady sings”, czyli do momentu, gdy policzone zostaną głosy elektorskie.

Jedno wydaje się pewne, że zarówno poprzedni, jak i obecny lokator Białego Domu są najbardziej prawdopodobnymi kandydatami swoich partii w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Potencjalni rywale Bidena nie zajmują znaczącego miejsca w sondażach, a Trump znacznie wyprzedza swoich rywali z GOP w prawie wszystkich sondażach w wyścigu o nominację.

Przy tej całej fascynacji ogólnokrajowymi sondażami i nieustannie publikowanymi wynikami z niezliczonych badań „ogólnoamerykańskich” nastrojów społecznych, nie należy zapominać o tym, że chociaż Joe Biden, podobnie jak Hillary Clinton, zdobył miliony głosów więcej w całym kraju niż Trump[1], to tak naprawdę Biden zapewnił sobie Biały Dom w 2020 roku nie dzięki ogólnej liczbie oddanych na niego głosów, lecz dzięki niewielkiemu marginesowi wygranej w pięciu stanach (Michigan, Wisconsin, Pensylwania, Arizona i Georgia). Stanach, w których Clinton przegrała z Trumpem w 2016 r.

Wygrana w tych stanach dała Bidenowi łącznie 73 głosy elektorskie, co pomogło mu zapewnić sobie prezydenturę z łączną liczbą 306 głosów przy 232 głosach, które otrzymał Trump. Gdyby Joe Biden nie „odzyskał” straconych przez Clinton stanów, wtedy Trump wygrałby 311 głosami przy 227 głosach Bidena. I nie miałoby żadnego znaczenia, że Biden wygrał w głosowaniu powszechnym. Podobnie jak nie miało to znaczenia w przypadku Hillary Clinton.

Zakładając, że Trump zapewni sobie nominację Republikanów (co w tej chwili wydaje się być całkiem prawdopodobne) i jeśli uda mu się „odbić” Georgię i Michigan wraz z sumą ich 32 połączonych głosów elektorskich, to będzie musiał wygrać na jeszcze tylko jednym z tzw. pól bitewnych, na których w roku 2020 zwyciężył Biden, czyli w Arizonie, Pensylwanii lub Wisconsin.

„… który ze stanów najważniejszy na świecie” – oczywiście nie ma stałej mozaiki stanów, która zapewnia wygraną w wyborach. Jedyne pewniki to stała liczba 538 głosów elektorskich oraz konieczność uzyskania sumy 270 głosów, które stanowią o pewnej wygranej w wyborach. Jednakże zarówno przeszłość, jak i obecny układ sił, czyli przypuszczalny rozkład tzw. „czerwonych” i „niebieskich” stanów zdaje się wskazywać na to, że główne pola walki w toczącej się kampanii to Pensylwania (20 głosów), Georgia (16), Michigan (16), Karolina Północna (15), Arizona (11) oraz Wisconsin (10 głosów).

Tych sześć stanów, które razem mają 88 głosów elektorskich, jest uważanych za tzw. swing states co oznacza, że w przeszłości głosowały na którąkolwiek z partii lub wykazywały oznaki zmiany swoich preferencji politycznych w ostatnim czasie. Kto wygra w tych stanach, może przesądzić o tym, kto zasiądzie w Białym Domu w roku 2024.

W roku 2016 Donald Trump z niewielką przewagą wygrał w tych sześciu stanach. To pomogło mu pokonać Hillary Clinton pomimo przegranej pod względem liczby tzw. popular votes. W roku 2020 Joe Biden „odbił” pięć z tych stanów (z wyjątkiem Karoliny Północnej) i to pomogło mu wygrać wybory z 306 głosami.

Nie należy jednak zapominać, że są także inne czynniki, takie jak zmieniający się stosunek do samych kandydatów, decyzje i problemy lokalne, jakość kampanii, frekwencja wyborcza i wydarzenia prowadzące do wyborów, które mogą i z pewnością będą wpływać na wybory i preferencje wyborców w tych i innych stanach.

Stan na teraz. Według sondażu CNN z 11 grudnia 2023 roku, Donald Trump ma przewagę nad prezydentem Joe Bidenem w dwóch kluczowych stanach (Michigan i Georgia). W Georgii, gdzie Biden wygrał z bardzo niewielką przewagą w roku 2020, obecni zarejestrowani wyborcy twierdzą, że w hipotetycznym dwukierunkowym pojedynku na prezydenta wolą Trumpa (49 procent) od Bidena (44 proc.). W Michigan, gdzie Biden wygrał z większą przewagą, Trump ma 50 proc. poparcia, a Biden 40, przy czym 10 procent twierdzi, że nie poparłoby żadnego z kandydatów, nawet po tym, gdy zapytano ich, w którą stronę się skłaniają.

Donald Trump – czyli powrót syna marnotrawnego. Dwukrotnie postawiony w stan oskarżenia. Oskarżony o próbę udaremnienia pokojowego przekazania władzy po przegranych wyborach prezydenckich w 2020 roku. Obarczony dziesiątkami zarzutów w wielu sprawach karnych. Oskarżany przez krytyków, że spiskuje, by rządzić jako autokrata. Czy Donald Trump naprawdę może wrócić do Białego Domu?

Pozornie odpowiedź „nie” nasuwa się sama. Jednakże, w sondażach opinii publicznej, Trump wciąż wyprzedza swoich rywali o prawie 50 punktów procentowych w walce o nominację prezydencką z ramienia Partii Republikańskiej, co jest wręcz nieprawdopodobnym wynikiem dla prezydenta jednej kadencji, który trzy lata temu wydawał się pokonany i upokorzony. Dlaczego zatem jego powrót do Białego Domu może być możliwy?

Konstytucja. Niektórzy konstytucjonaliści i eksperci twierdzą, że na mocy zapisu w sekcji trzeciej 14. poprawki do Konstytucji – każdy, kto złożył przysięgę na Konstytucję, a następnie zaangażował się w powstanie lub rebelię przeciwko rządowi lub udzielił pomocy nieprzyjacielowi USA, jest zdyskwalifikowany jako niezdolny do pełnienia funkcji publicznych. Argumentują oni, że działania i słowa Trumpa przed, w trakcie i po zamieszkach były równoznaczne z podżeganiem lub uczestnictwem w powstaniu przeciwko legalnej władzy, dlatego też powinien być zdyskwalifikowany jako kandydat do urzędu prezydenta.

Inni konstytucjonaliści i eksperci twierdzą, że sekcja trzecia 14. poprawki nie ma zastosowania do Trumpa, ponieważ osobiście nie angażował się on w przemoc ani nie przyłączył do uczestników zamieszek. Twierdzą również, że wykluczenie Trumpa z listy wyborczej byłoby niedemokratyczne, a Amerykanie powinni mieć prawo do głosowania na kandydatów według własnego wyboru. Ostatecznie o zastosowaniu sekcji trzeciej 14. poprawki musiałby zadecydować sąd najwyższy.

Tymczasem piłka pozostaje w grze. Dziewiętnastego grudnia 2023 roku, Sąd Najwyższy Kolorado, stosunkiem głosów 4–3, orzekł, że Trump naruszył sekcję trzecią 14. poprawki. Tym samym sąd orzekł, że były prezydent Donald Trump nie spełnia wymogów na kandydata w wyborach prezydenckich w roku 2024. Sąd zawiesił swoją decyzję do dnia 4 stycznia 2024 r. (dzień drukowania kart wyborczych) lub do czasu rozpoczęcia procedury apelacyjnej przez Sąd Najwyższy USA w tej sprawie – w zależności od tego, co nastąpi wcześniej.

21 grudnia 2023 r. Partia Republikańska Kolorado wniosła odwołanie do Sądu Najwyższego USA, domagając się uchylenia decyzji Sądu Najwyższego Kolorado. W uzasadnieniu stanowa Partia Republikańska argumentuje, że została ona nieodwracalnie poszkodowana przez decyzję Sądu Najwyższego Kolorado poprzez fakt, że „Sąd Najwyższy Kolorado usunął czołowego kandydata Republikanów z prawyborów i głosowania powszechnego, tym samym fundamentalnie zmieniając kurs amerykańskiej demokracji”. Skarżący uzasadniają dalej, że jeśli decyzja stanowego Sądu Najwyższego nie zostanie uchylona, „każdy wyborca będzie miał prawo do złożenia pozwu w celu zdyskwalifikowania dowolnego kandydata politycznego, w Kolorado lub w okręgu o jakiejkolwiek innej jurysdykcji, który pójdzie w jego ślady”.

28 grudnia 2023 roku sekretarz stanu Maine Shenna Bellows, której biuro nadzoruje wybory w tym stanie, powołując się na 14. poprawkę ogłosiła, że Trump nie kwalifikuje się do pełnienia najwyższego urzędu. W grze o wykluczenie Trumpa z kart wyborczych uczestniczą także Minnesota, Nowy Meksyk, Nowy Jork, Teksas i Wisconsin.

Jest jednak bardzo mało prawdopodobne, aby Sąd Najwyższy USA, który jest wyłącznie uprawniony do ponownego rozpatrzenia i uchylenia orzeczeń sądów niższej instancji, w którym większość mają konserwatywni sędziowie i w którym zasiada trzech sędziów nominowanych przez Trumpa, poparł plan wykluczenia czołowego kandydata GOP z przyszłorocznych wyborów.

Co więcej, jeśli decyzja Sądu Najwyższego Kolorado zostanie uchylona, to jest raczej niemożliwe, aby którekolwiek postępowanie w pozostałych stanach zakończyło się sukcesem. Potwierdzać to przypuszczenie zdaje się fakt, że w dniu wniesienia odwołania od decyzji Sądu Najwyższego Kolorado Sąd Najwyższy Michigan zadecydował, że Donald Trump może znaleźć się na kartach wyborczych w tym stanie, ale odmówił rozważenia, czy kwalifikuje się on do startu w wyborach powszechnych i ponownego pełnienia funkcji prezydenta.

Chodzi o ekonomię, głupcze… Niezależnie od perturbacji prawnych nie można zapominać o innych elementach, które będą istotnie wpływać na preferencje wyborców. Wprawdzie Biały Dom twierdzi, że gospodarka jest w dobrej kondycji, bezrobocie spadło do niemal historycznie niskiego poziomu 3,9 procent (z 6,3 proc., gdy Trump odchodził z urzędu), a inflacja spadła ze szczytu ponad 9 procent w czerwcu 2022 r. do 3,2 proc. w październiku ub.r., ale Biden mówi o gospodarce, używając zbyt wielkich słów, podczas gdy dla przeciętnego Amerykanina miarą efektywnej gospodarki nie są wskaźniki ekonomiczne, lecz prosta przystępność cenowa.

Rozczarowani wyborcy wskazują na to, że płace nie nadążają za kosztami podstawowych towarów i usług, takich jak artykuły spożywcze, samochody, domy, opieka nad dziećmi i osobami starszymi. Sondaże opinii publicznej pokazują, że wyborcy z dużą przewagą postrzegają Republikanów jako lepszych zarządców gospodarki, mimo że Trump przedstawił tylko niejasne propozycje.

Wyborcy są także zaniepokojeni z powodów, które wykraczają daleko poza gospodarkę. W sercach wielu Amerykanów drzemią strach i obawy przed nieustannymi zmianami w kraju, który staje się coraz bardziej zróżnicowany ekonomiczne, etnicznie i kulturowo, kraju, w którym dawne pojęcie rozszerzającej się klasy średniej jako silnika napędowego gospodarki i społecznego wyznacznika trendów, zwyczajów, kierunków rozwoju i ustalonej stratyfikacji społecznej już dawno przestało stanowić obowiązujący kanon społeczno-gospodarczy.

Paradoks sukcesu kurczenia się klasy średniej. Według badań Pew Research Center odsetek dorosłych osób należących do klasy średniej zmniejszył się z 61 procent w roku 1971 do 50 proc. w roku 2021. Działo się tak jednak głównie dlatego, że więcej osób wspinało się po drabinie dochodowej. Udział osób dorosłych w grupie o wyższych dochodach wzrósł
z 14 do 21 proc., podczas gdy udział osób o niższych dochodach wzrósł z 25 do
29 procent. Paradoksalnie, jak twierdzą niektórzy, klasa średnia skurczyła się w swym wymiarze, ponieważ więcej Amerykanów znalazło się w grupie ludzi bogatych.

Jednakże inni ekonomiści i komentatorzy twierdzą, że kurczenie się klasy średniej jest poważnym problemem, ponieważ odzwierciedla stale rosnące nierówności i polaryzację amerykańskiego społeczeństwa. Wskazują oni, że podczas gdy sytuacja ekonomiczna rodzin o wyższych dochodach pozwoliła im na wślizgnięcie się w dolne rejestry grupy „bogatych” to dochody gospodarstw domowych o średnich i niższych zarobkach stały w miejscu lub rosły znacznie wolniej, co przy wysokiej inflacji tworzyło coraz większą przepaść między bogatymi a ubogimi. Ci ekonomiści i eksperci twierdzą również, że kurczenie się i ubożenie klasy średniej, która od zawsze była kołem zamachowym gospodarki i mobilności społecznej, stanowi poważne zagrożenie dla stabilności amerykańskiej gospodarki, dobrostanu tej części społeczeństwa i demokracji, a jej upadek może mieć negatywne konsekwencje dla mobilności społecznej i zaangażowania obywatelskiego.

Głosujemy emocjami. Sondaże pokazują także, że wyborcy, zwłaszcza w stanach o gorszej kondycji gospodarczej, są coraz bardziej zaniepokojeni rosnącą przestępczością, napływem migrantów nielegalnie przekraczających granicę oraz przeciągającym się zaangażowaniem w wojnę w Ukrainie.

I tu wkracza Trump – ten medialny mistrz grania na lękach i emocjach, ktoś, kto najpierw wznieca niepokój i oznajmia, że kraj jest pogrążony w chaosie, a następnie oferuje się jako strażnik porządku i wybawca. Trump, który sprawnie odwołuje się do rosnącego poczucia utraty gruntu pod nogami, do obaw, że kamienie węgielne amerykańskiego życia – posiadanie domu, samochodu, przyzwoitej pracy i płacy, która pozwala na wykształcenie dzieci, odłożenie na godną emeryturę i która nadąża za inflacją – znajdują się coraz bardziej poza zasięgiem coraz większej liczby przedstawicieli dawnej klasy średniej. Trump, czyli ktoś, kto wciąż prezentuje się jako jeden z nas, jako ktoś spoza amerykańskiego systemu politycznego.

Trump – który ze swoim nieinterwencjonistycznym przesłaniem America First staje naprzeciw słabnącego w sondażach Bidena, obarczonego dwiema zagranicznymi wojnami, oraz coraz bardziej trudną sytuacją na Morzu Czerwonym – znajdzie setki tysięcy uszu chętnych do słuchania wśród wyborców obawiających się dalszego zaangażowania USA w Ukrainie lub w Izraelu, które jeszcze bardziej podzieliło Amerykanów. Co więcej, podczas gdy media, Demokraci oraz krytycy w jego własnej partii uważają go za niezdolnego do sprawowania urzędu, miliony wyborców nie zgadzają się z tym.

Wielu jego zwolenników nabrało przekonania, że Trump jest ofiarą politycznego polowania na czarownice. Co najmniej połowa Republikanów ankietowanych przez Reuters/Ipsos na początku tego roku stwierdziła, że nie miałaby problemu z głosowaniem na Trumpa, nawet gdyby został skazany za przestępstwo.

Trump może wreszcie argumentować, że pomimo obaw, że nie będzie w stanie rządzić, przez cztery lata jego kadencji machina rządowa w dużej mierze funkcjonowała, choć czasami chaotycznie, a najgorsze zarzuty pod jego adresem – takie jak jego zmowa z Rosją – nigdy nie zostały udowodnione.

Oczywiście przedstawione powyżej argumenty nie oznaczają, że Trump może być pewny zwycięstwa w wyborach. Obrazują jedynie warunki i zjawiska, które sprzyjają jego rosnącej popularności.

Druga strona lustra. Wszystko to nie zmienia faktu, że Trump pozostaje głęboko niepopularny w wielu częściach kraju i wśród wielu grup demograficznych. Jeśli otrzyma nominację GOP na jej kandydata, może to znacznie zwiększyć aktywność Demokratów w trakcie kampanii i ich frekwencję wyborczą. Rzucą wszystkie ręce na pokład, aby nie dopuścić do powrotu Trumpa do Białego Domu.

W swych publicznych wypowiedziach Trump obiecuje podjęcie konkretnych kroków, w tym „ściganie” prezydenta Joe Bidena i jego rodziny przy pomocy „specjalnego prokuratora”. Sugeruje również podjęcie odpowiednich kroków w stosunku do niesłusznie, jego zdaniem, oceniających go mediów.

Kash Patel, były urzędnik Departamentu Obrony w administracji Trumpa, w wywiadzie udzielonym byłemu doradcy Trumpa Steve’owi Bannonowi, powiedział, że w drugiej kadencji Trumpa „znajdziemy spiskowców, nie tylko w rządzie, ale także w mediach”.

„Tak, przyjdziemy ścigać ludzi w mediach, którzy kłamali na temat amerykańskich obywateli, którzy pomogli Joe Bidenowi sfałszować wybory prezydenckie – przyjdziemy po was. Niezależnie od tego, czy będzie to sprawa karna czy cywilna, ustalimy to”. Według Bannona „to nie jest tylko retoryka”. Ta agresywna narracja, w tym groźby zemsty na wrogach politycznych może obrócić się przeciw Trumpowi, zniechęcając bardziej umiarkowanych Republikanów i niezależnych wyborców, których będzie potrzebował, aby pokonać Bidena.

Ale w tej chwili, na 10 miesięcy przed wyborami, Trump otrzymał 137 głosów poparcia od członków Partii Republikańskiej, w tym 85 od przedstawicieli Izby Reprezentantów i 16 od senatorów, i ma większe szanse na powrót do Białego Domu niż kiedykolwiek od czasu odejścia z urzędu.

Syzyfowa Praca. Jeśli Biden ma pozostać w Białym Domu, to Demokraci mają ogromną pracę do wykonania. Ostatnie sondaże pokazują, że były prezydent Trump prowadzi w kluczowych battlestates – stanach, które prawdopodobnie zdecydują o wyborach w 2024 r. W hipotetycznych pojedynkach zarówno z ewentualnym udziałem poważnych kandydatów trzecich, jak i bez nich Trump ma przewagę na kartach do głosowania w stanach takich, jak Georgia, Michigan, Nevada, Arizona, Wisconsin i Pensylwania. Joe Biden wygrał w każdym z nich w 2020 r.

Sondaż Bloomberg News/Morning Consult opublikowany po 10 grudnia 2023 r., ponownie przyniósł niekorzystne wyniki dla prezydenta Bidena. Wykazał, że Biden przegrywa z Trumpem w kilku kluczowych battlestates, w tym o 11 punktów procentowych w Karolinie Północnej, o 7 – w Georgii, 6 – w Wisconsin, 5 – w Nevadzie, 4 – w Michigan i o 3 punkty w Arizonie. Wyniki sondażu wykazały również, że większość w Georgii (54 procent) oraz w Michigan (56 proc.), w których Biden wygrał w 2020 r., uważa, że polityka Bidena pogorszyła warunki gospodarcze. Co ciekawe, przewaga Trumpa w Georgii i Michigan zbudowana jest na ludziach, którzy nie zawsze biorą udział w procesie politycznym.

Nie sondaże, lecz wyborcy. „Sondaże nie głosują, ale wyborcy głosują” – powiedział rzecznik kampanii Bidena Kevin Munoz. Zwolennicy Bidena zwracają także uwagę na to, że były prezydent Barack Obama przezwyciężył marazm wyborców w 2012 r., a Demokraci osiągnęli lepsze wyniki w sondażach w wyborach śródokresowych w 2022 r., przegrywając tylko o włos w Izbie Reprezentantów i utrzymując kontrolę nad Senatem.

“It ain’t over…” Oczywiście to, czy obaj bohaterowie niniejszej analizy zapewnią sobie nominacje swoich partii i to, który z nich zasiądzie w Białym Domu, nadal pozostaje jedną wielką niewiadomą. Nie zmienia to faktu, że obecne sondaże oznaczają zarówno kłopoty dla Joe Bidena, jak i olbrzymi nakład pracy specjalistów od jego kampanii wyborczej. Miłośnicy piłki nożnej wiedzą, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie, podobnie jak miłośnicy opery wiedzą, że it ain’t over till the fat lady sings.

[1] Biden o 7 milionów głosów więcej niż Trump i Hillary Clinton 2,8 miliona więcej.

 

Wstęp

24 lutego 2022 r. był dużym zaskoczeniem nie tylko dla Ukraińców. Mało kto wierzył i w Europie, i poza nią, że Rosja rozpoczyna właśnie wojnę z Ukrainą. I choć to nie pierwsza i niejedyna wojna prowadzona po 1945 r. na świecie to jednak zdecydowana większość światowej społeczności zorientowanej w sprawach Europy, pomimo amerykańskich ostrzeżeń, że Władimir Putin zaatakuje Ukrainę, żyła w przekonaniu, że tak się nie stanie.

A jednak… Wojna trwa już dwa lata i na razie jej koniec, pomimo różnych deklaracji i spekulacji wciąż jest niewidoczny i trudny do przewidzenia. Walczące strony zapewniają, szczególnie własne narody o swoich licznych sukcesach. Przemilczają lub ukrywają porażki i zapowiadają, że wkrótce to właśnie ich państwo ogłosi wygraną.

Oprócz Rosji i Ukrainy w tej wojnie uczestniczy, wspierając walczących, około sześćdziesięciu państw, więc niedużo brakuje, by to, co obserwujemy, nazwać wojną światową, chociaż pod wieloma względami jest to inna wojna od tych, które znamy z historii.

Wojna w Ukrainie jest konfliktem zbrojnym, w którym strzelają do siebie obywatele różnych państw, ale ich część jest tej samej, rosyjskiej, narodowości. Wszyscy walczący znają biegle język rosyjski, gdyż był on przez większą część z nich traktowany jako narodowy. Ponadto zdecydowana większość uczestników tej wojny jest tego samego wyznania – prawosławnego. Przez siedemdziesiąt lat obydwa te kraje funkcjonowały razem w ramach jednego państwa.

O cóż jest więc ta wojna, skoro tak wiele w niej podobieństw po jednej i drugiej stronie? Czy można było jej uniknąć? Jakie płyną z niej wnioski zarówno dla Ukrainy, jak i innych państw świata?

1. Lekcja pierwsza. Wojna do uniknięcia

Wiele osób obserwując kolejne wydarzenia na wschodzie Ukrainy, setki tysięcy zabitych i rannych, zburzone miasta i wsie zastanawia się, czy można było tej wojny uniknąć? Najczęściej dość jednostronna retoryka debaty w świecie Zachodu wskazuje, że nie. A to oczywista nieprawda. Ukraina po odzyskaniu niepodległości po upadku Związku Radzieckiego długo funkcjonowała, szukając własnej drogi i od czasu do czasu rozważając pójście śladem postsowieckich krajów bałtyckich, które skorzystały z pierwszej nadarzającej się okazji i dołączyły do rodziny rozwiniętych państw zachodnich, wstępując do NATO i UE w 2004 r. Ukraińcy potrzebowali na to jeszcze kilku lat, aby jednoznacznie wybrać także prozachodni kurs.

Kiedy już się zdecydowali, nie dostrzegły ani elity w Kijowie, ani ważni decydenci na Zachodzie, że ta decyzja łączy się nie tylko z wewnętrznymi zmianami w samej Ukrainie, ale też wywoła przeświadczenie w Rosji, że zaraz po wejściu Ukrainy do NATO na jej terytorium powstaną bazy wojskowe Sojuszu Północnoatlantyckiego, przy czym powstanie amerykańskiej lub tureckiej bazy na Krymie może odciąć rosyjską marynarkę wojenną od Morza Czarnego, strategicznego miejsca zarówno ze względów militarnych, jak i gospodarczych. To już wtedy rozpoczęło się trwające do dzisiaj larum w Moskwie o okrążaniu ich państwa przez siły NATO. To wtedy dostrzeżono, że pomimo uzgodnień Rosja-NATO z 1997 r. Sojusz rozbudował swoje zdolności i umieścił instalacje wojskowe dalej na wschód, niż to uzgodniono.

Nie przeszkadzało to jednak Rosji w ekspansji na Zachód, rozmieszczaniu instalacji militarnych na terenie Białorusi i realizacji kolejnych kroków jednoczących zdolności zmierzających do utworzenia państwa związkowego Rosji i Białorusi ze wspólnym systemem militarnym w sąsiedztwie państw NATO.

Władze Federacji Rosyjskiej w pierwszej i drugiej dekadzie XXI w. wykazywały nie tylko zarzucaną im przez świat Zachodu agresję wobec innych państw, ale także obawy przed tym światem. Nieprzypadkowo w kolejnych doktrynach Rosji Sojusz Północnoatlantycki jawił się jako główny przeciwnik Moskwy. Nie USA, nie Europa Zachodnia a właśnie NATO.

W powszechnym przeświadczeniu Zachodu celem Rosji w wojnie w Ukrainie jest zbudowanie imperium, niektórzy nawet twierdzą, że stworzenie mocarstwa na wzór Związku Radzieckiego.

Otóż zdecydowanie twierdzę, że o wiele ważniejszym celem jest, niezależnie od tego, czy słusznym, czy nie, zatrzymanie zbliżania się NATO, w tym USA w stronę granic Rosji. W Moskwie liderzy tego państwa naprawdę wierzą w zagrożenie zachodnie.

Odpowiedzi na pytanie, czy można było uniknąć wojny w Ukrainie, należy więc szukać, nie tylko w rosyjskim pragnieniu zbudowania państwa o dużym potencjale, z Białorusią, Ukrainą, Gruzją, Mołdawią oraz państwami Azji Centralnej, ale także, a właściwie przede wszystkim w przekonaniu, że należy zatrzymać USA i NATO przed zdominowaniem Rosji w Europie.

Stratedzy zachodni, mający dostęp do informacji wywiadowczych, musieli mieć świadomość, rozbudzając przed 2008 r., najpierw w Gruzji, a potem w Ukrainie, prozachodnie dążenia, a nawet składając im obietnice, że Rosja nie będzie patrzeć spokojnie na działania tych państw zmierzające w kierunku NATO. Najgorsze jest jednak to, że Zachód rozbudzał nadzieje, składał wstępne deklaracje, a potem się z nich albo wycofywał, albo odkładał realizację kolejnych kroków zbliżających te państwa do Zachodu na niedającą się przewidzieć przyszłość.

Tak więc odpowiedź na pytanie, czy tej wojny w Ukrainie można było uniknąć, nie jest zupełnie oczywista i jednoznaczna. Niemniej jednak trzeba przyznać, że postawa Zachodu z jednej strony i nieprzygotowanie Ukrainy do obrony swojego państwa z drugiej, utwierdziły w przekonaniu Rosję, że konflikt z Ukrainą przyniesie jej realizację celów strategicznych i zwycięstwo.

2. Walka informacyjna jest dobra, a propaganda szkodliwa

Od zarania dziejów każdej wojnie towarzyszyły działania psychologiczne oraz wykorzystywanie informacji do wywierania wpływu – głównie na stronie przeciwnej, choć także miało to znaczenie dla podtrzymywania woli walki we własnych szeregach. Jednak w tej wojnie obydwie strony, zarówno Rosja, jak i Ukraina poszły tak daleko w zmaganiach psychologiczno-informacyjnych, że od samego początku trudno było na podstawie ich informacji mieć, chociażby przybliżony, wiarygodny obraz tej wojny. Nieprawdziwe informacje o przebiegu działań wojennych przeplatały się z częściowo prawdziwymi uzupełnianymi zupełnie fałszywą treścią, co uwiarygodniało ich treść. Podawane liczby zabitych i rannych oraz wyeliminowanego u przeciwnika uzbrojenia, zestrzelonych samolotów, śmigłowców, czołgów, transporterów w tak rażący sposób były wyolbrzymiane, że w konfrontacji z danymi dotyczącymi tych samych strat od czasu do czasu podawanymi przez Zachód (w oparciu o dane wywiadowcze) wywoływały zdumienie.

Obydwie strony wykorzystywały wszystkie możliwe chwyty propagandowe, by pomniejszyć obraz strat powodowanych u siebie przez przeciwnika i mnożyć swoje rzekome sukcesy i efekty powodowane we wrogich szeregach. Do pewnego stopnia służyło to pozytywnie podnoszeniu na duchu własnych żołnierzy, podtrzymywaniu woli walki i budowaniu przekonania, że wkrótce wojna skończy się pełnym sukcesem. Przyniosło to m.in. zwiększenie poparcia dla Władimira Putina przez Rosjan oraz wzrost poparcia dla prowadzenia wojny z Ukrainą, czego przykładem mogą być zachowania matek poległych żołnierzy rosyjskich, które nie bacząc na własną tragedię, popierały Putina w kontynuacji wojny przeciwko Ukrainie i namawiały młodych Rosjan do udziału w tej wojnie. Natomiast w Ukrainie skutkiem była ogromna zbiorowa wola walki społeczeństwa w pierwszym roku wojny, samorzutne powroty Ukraińców z pracy wykonywanej poza granicami, spontaniczne wspieranie w walkach armii, wielkie poparcie dla prezydenta Zełenskiego i całkowite przekonanie o możliwości zakończenia wojny sukcesem, włącznie z odzyskaniem Krymu.

Wydawać by się mogło, że ten model działań informacyjnych zawsze dobrze służy celom wojennym, że zasadne jest manipulowanie informacjami. Z całą pewnością częściowo to prawda. Jednak wraz z upływem czasu okazało się, że działania informacyjne pokazujące rażąco inny obraz wojny od realnego, mogą szkodzić ich realizatorom.

Nieinformowanie przez Ukrainę o liczbie swoich ofiar i strat, zawyżanie wszelkich danych o stratach Rosjan, wypaczanie obrazu wojny, manipulowanie informacjami już w drugim roku wojny spowodowało ogromny spadek woli walki u Ukraińców, zmniejszyło bardzo zaufanie do prezydenta państwa i elit władzy. Było coraz mniej chętnych do wojska, żeby wypełnić choćby minimalne potrzeby w pozyskiwaniu nowych rekrutów, trzeba było młodych ludzi ścigać na ulicach, zatrzymywać siłą i przymusowo wcielać do armii. Poborowi płacili tysiące dolarów łapówek, żeby uciekając przed wojskiem nielegalnie wydostać się za granicę Ukrainy.

Rosjanie, widząc, że do kraju wraca tysiące poległych na Ukrainie żołnierzy też, gdy ogłoszono mobilizację, tłumnie udali się na granicę, by wyjechać z kraju, a nie pójść na front. Kiedy niezadowolony z działań władz w Moskwie przywódca Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn zorganizował marsz do stolicy przeciwko władzy, spotkał się z szerokim wsparciem społeczeństwa, w tym także wojska.

Dodatkowym, zupełnie nieoczekiwanym rezultatem propagandy stosowanej w wojnie na Ukrainie jest postawa państw zachodnich. Otóż zachodnie media, które codziennie setki razy na dobę informowały o sytuacji na froncie, korzystały głównie ze źródeł ukraińskich, tych, które wyolbrzymiały i manipulowały informacjami w dużym stopniu. W efekcie udało im się przekonać swoje społeczeństwa do świetnego działania Ukrainy i co chwilę występującej kompromitacji wojennej Rosji. Finalnie, poza aplauzem skierowanym w stronę Ukrainy, spowodowało to przekonanie, że Ukraina sobie dobrze radzi i z łatwością pokona Rosję. Gdy okazało się w drugim roku wojny, że to Rosja ma przewagę, a Ukraina nie jest w stanie zrealizować celów prowadzonej kontrofensywy, Zachód był zaskoczony, zaczął analizować ukraińskie błędy, zupełnie bagatelizując własne spowodowane brakiem odpowiedniego wsparcia Ukrainy, wcześniej zadeklarowanego i przewidywanego do działań przez Ukraińców. Zaczęło obniżać się też poparcie dla dalszej pomocy Ukrainie.

Lekcja płynąca z działalności informacyjnej jest dość złożona. Informacja stanowi ważny element działań wojennych, który może bronić i razić równie skutecznie, jak działa i czołgi. Trzeba jednak pamiętać, że nadmierne zakłamywanie rzeczywistości, podawanie nieprawdziwych danych o skutkach wojennych działa obosiecznie i może obrócić się przeciwko tym, którzy wykorzystują informację jako narzędzie walki.

3. Lekcja trzecia. Militarna „wieża Babel”

Nie ma co ukrywać, że wojna w Ukrainie wywołała ogromny ruch solidarności międzynarodowej, który przyniósł długotrwałe wsparcie Ukraińców zarówno humanitarne, gospodarcze, jak i militarne. I choć większość lekcji płynących z tego wspierania to powód do uznania, szacunku i dumy z tego, co robiły społeczeństwa i władze państw zachodnich, to jest też w tym wspieraniu jeden istotny szczegół, który, choć bardzo istotny, to jednak stanowi duże wyzwanie dla Ukraińców i dla wielu państw. Chodzi o wsparcie militarne. Od początku wojny państwa zachodnie zdecydowały się na wspieranie uzbrojeniem, sprzętem i wyposażeniem walczących Ukraińców. Bez tego nie byłoby mowy o stawieniu czoła Rosji. Sama Ukraina, tylko ze swoimi zdolnościami militarnymi, mogłaby na tej wojnie przetrwać najwyżej kilka miesięcy. Ukraińcy otrzymywali od początku najpierw lekkie uzbrojenie i środki pola walki krótkiego zasięgu, a potem stopniowo coraz więcej i coraz bardziej zaawansowane technologicznie aż po czołgi, samoloty, drony, śmigłowce, działa, wyrzutnie, rakiety.

A więc były to amerykańskie systemy Patriot, NASAMS, HIMARS, Avenger, czołgi Abrams, drony Black Hornet i inne z jeszcze 20 państw, pociski Javelin i GLSBD, pociski plot Stinger, BWP Bradley, wozy opancerzone Stryker;

polskie – armatohaubice KRAB, przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Piorun;

francuskie – armatohaubice Caesar, ppk Milan 2, Bojowe Wozy Rozpoznawcze AMX-10RC, system plot. SAM P/T Mamba;

niemieckie – granatniki Panzerfaust, transportery opancerzone M 113, działa Gepard, wyrzutnie rakiet Mars, systemy obrony powietrznej IRIS-T SLM, czołgi Leopard, BWP Marder;

brytyjskie rakiety dalekiego zasięgu Storm Shadow, czołgi Challenger.

Tu można by wyliczać długo. Uzbrojenie, sprzęt i wyposażenie dostarczane Ukrainie to tysiące produktów i nazw, z czego co najmniej kilkaset to czołgi, samoloty, drony, wozy bojowe, lekkie i ciężkie uzbrojenie niezwykle skomplikowane technologicznie, wymagające długiego szkolenia i treningu obsługujących je żołnierzy. Instrukcje do obsługi tych urządzeń zostały wydane w kilkunastu językach świata, a mają je obsłużyć żołnierze ukraińscy, którzy dobrze znają, poza własnym językiem, tylko rosyjski. Krótkie szkolenie za granicą to za mało. Powstała swoista wojskowa wieża Babel, w której czasami trudno jest zrozumieć co, czym i w jaki sposób uruchomić, obsłużyć, wycelować, odpalić itd. A do tego dochodzi jeszcze serwisowanie. Przecież większość tego uzbrojenia i sprzętu w przypadku awarii, żeby go usprawnić, trzeba wieźć do kraju pochodzenia. Nie ma szans na serwisowanie i naprawę na miejscu, w Ukrainie. Efekt tej „militarnej wieży Babel” to dużo mniejsza efektywność wykorzystania środków pola walki a często wręcz marnowanie nowoczesnego uzbrojenia dostarczanego przez Zachód.

Z powyższego wynikają ważne wnioski na przyszłość, a mianowicie: trzeba dążyć do posiadania własnego, w miarę jednorodnego uzbrojenia oraz takiej współpracy z innymi państwami, by w razie wojny można było skutecznie wykorzystywać także ich zdolności militarne.

Zakończenie

Te trzy lekcje z wojny w Ukrainie to jedynie mała część doświadczeń, zdobytych w trakcie tego konfliktu zbrojnego. Warto przyglądać się działaniom wojennym, analizować je i wyciągać wnioski po to, by nie popełniać błędów własnych na ewentualnej wojnie z naszym udziałem. Mówi się, że państwa często przygotowują swoje armie do wojen minionych i choć to brzmi jak nonsens, to akurat ta wojna pokazała, że jednak takie działanie też ma sens. Dlatego warto analizować cały przebieg wojny, niczego z góry nie zakładać i opierać swoje wnioski i rekomendacje na podstawie prawdziwych faktów, zdarzeń, zjawisk i procesów, bez upiększania i wyolbrzymiania lub pomniejszania czegokolwiek. Warto i trzeba takie wnioski formułować na podstawie przeprowadzonych badań pochodzących z wojny, a nie tylko z gier komputerowych i z opowiadań wojennych.

Bogusław Pacek – profesor nauk społecznych, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, doctor honoris causa uniwersytetów Ukrainy: Obrony Narodowej w Kijowie i Sił Powietrznych w Charkowie. Generał dyw. w stanie spoczynku – były rektor Akademii Obrony Narodowej, Asystent Szefa Sztabu Generalnego WP ds. Wojsk Lądowych i Wojsk Specjalnych, Komendant Główny Żandarmerii Wojskowej, Zastępca Dowódcy Operacji Wojskowej UE w Czadzie i RŚA, doradca dwóch ministrów obrony narodowej, doradca NATO ds. reformy systemu edukacji wojskowej w Ukrainie.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń – luty 2024 r.

O, druhu! wierz mi, wzejdzie ona
Szczęśliwa gwiazda nad ojczyzną,
Zerwie się Rosja przebudzona
I na ruinach despotyzmu
Wyryje lud nasze imiona
[1].

Aleksiej Nawalny uzupełnił długą listę ofiar reżimu Putina. Dwieście tysięcy Czeczeńców, setki tysięcy Ukraińców, Gruzini, Litwinienko, Politkowskaja, Niemcow… Po śmierci Niemcowa, zastrzelonego praktycznie pod murami Kremla, to Nawalny stał się nieformalnym liderem opozycji przeciwko Putinowi i jej symbolem.

Pierwsza próba zamordowania go przed kilkoma laty nie powiodła się. Otruty, w krytycznym stanie Nawalny został przewieziony do Niemiec, gdzie lekarzom udało się go uratować. W 2021 r. Nawalny wraca do Rosji, chociaż miał świadomość, że zostanie aresztowany. W 2022 r. sąd skazał go na dziesięć lat łagrów, a w 2023 – jeszcze dziewiętnaście.

Karę pozbawienia wolności Nawalny odbywał w łagrze „Wilk Polarny” w okręgu jamalsko-nienieckim na Dalekiej Północy, w szczególnie surowych warunkach. Dodatkowo, administracja znęcała się nad więźniem. W ciągu trzech lat Nawalnego 27 razy karano karcerem, pozbawiano go widzenia z rodziną i bliskimi, rekwirowano i niszczono listy do niego, nie pozwalano mu dostarczać lekarstw ani dodatkowej żywności. Nie wydano mu nawet zimowych butów.

„To było morderstwo rozłożone na raty, na trzy lata. Zabijali go powoli, na oczach świata”, napisał po śmierci opozycjonisty Siergiej Parchomienko, wybitny dziennikarz, przyjaciel Nawalnego.

„Jeśli zdecydują się mnie zamordować, będzie to oznaczało, że jesteśmy ogromną siłą, że władza się boi. Jeśli zabiją mnie, to moje pośmiertne posłanie będzie brzmiało prosto: Nie poddawajcie się!” – mówił przed dwoma laty Nawalny w dokumentalnym filmie Daniela Rohera „Nawalny”.

Świat jest bezradny wobec okrucieństwa, które dzieje się w Rosji. A częściowo – obojętny. Śmierć Nawalnego, dokładnie miesiąc przed zapowiedzianymi na 15-17 marca wyborami prezydenckimi w Rosji, wstrząsnęła wszystkimi. Nie wpłynie jednak ani na wynik wyborów, ani na najbliższe losy Rosji. Za to wszyscy wiemy, jak – w dziejowej perspektywie – zakończy się ta historia: Dyktatorzy upadną, a na „ruinach despotyzmu” ludzie wyryją imiona Nawalnego, Niemcowa, Politkowskiej…

 

 

 

[1] Aleksander Puszkin, Do Czaadajewa (tł. Julian Tuwim)

 

 

Nauczeni tragicznym doświadczeniem dwóch wojen światowych Europejczycy zbudowali system, w którym wojna jest wykluczona jako sposób rozwiązywania konfliktów. Chroniąc się za amerykańską tarczą, Europie udało się w ciągu siedmiu dziesięcioleci przekształcić połowę kontynentu w strefę pokoju i dobrobytu. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie rozwiała marzenia o stopniowym, pokojowym rozszerzeniu tej strefy o kolejne kraje, których społeczeństwa rozbudziły w sobie aspiracje do lepszego życia. Polityczne władze Rosji, niezdolne do przedstawienia równie atrakcyjnej oferty, spychają Europę do brutalnej, neorealistycznej geopolityki, w której decyduje siła i przemoc, a nie atrakcyjność modelu rozwoju.

Wojskowi i politycy w Europie biją na alarm przed nieuchronną, ich zdaniem, inwazją Rosjan na Europę. Minister obrony RFN Boris Pistorius ostrzegł, że Rosja może zaatakować NATO w ciągu najbliższych pięciu-ośmiu lat. Admirał Rob Bauer, przewodniczący komitetu wojskowego NATO, uważa, że Europę czeka totalna konfrontacja z Rosją w ciągu najbliższych dwudziestu lat. Generał Sanders wezwał Anglików do przygotowań do wojny, a Holendrzy i Duńczycy zaczynają robić zapasy…

Jakkolwiek te apele mogą wydać się przesadnie alarmistyczne, to nie są bezpodstawne. Rosja jest zbyt słaba gospodarczo i demograficznie, aby obecnie zagrozić realnie Europie, a wstrząsów, wywołanych przez wojnę przeciwko Ukrainie, reżim putinowski w perspektywie owych pięciu-ośmiu lat najpewniej nie przetrwa. Nie możemy jednak zapominać, że jesienią 2021 roku nikt nie przewidywał pełnoskalowej wojny Rosji przeciwko Ukrainie.

Konfrontacja militarna nie jest wyborem Europy, gdyż kłóci się z samą istotą wytrwale budowanej Wspólnoty. Jednakże Unia Europejska, wraz ze stowarzyszonymi z nią państwami, może być do niej zmuszona, jeśli zagrożona będzie integralność terytorialna któregoś z państw członkowskich, jego bezpieczeństwo czy bezpieczeństwo obywateli UE. Artykuł 42 Traktatu o Unii Europejskiej zobowiązuje państwa-strony do nie mniejszej solidarności w obronie niż artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego.

W odróżnieniu od NATO Unia Europejska nie wypracowała mechanizmów realizacji swojego casus foederis, pozostawiając sprawy bezpieczeństwa w kompetencji państw członkowskich. Wypowiedź Donalda Trumpa o tym, że pozostawi na pastwę Rosjan te kraje Europy, które nie ponoszą odpowiednio wysokich wydatków na obronę, jest oczywiście, jak to dosadnie określił były dowódca wojsk USA w Europie gen. Ben Hodges, „wypowiedzią strategicznego analfabety, średnio wykształconego Amerykanina”. I oceny tej nie zmienią nieudolne próby, podejmowane także w naszym kraju, usprawiedliwienia czy zracjonalizowania opinii Trumpa. Niemniej, odzwierciedla ona sposób myślenia bardzo wielu Amerykanów, święcie przekonanych, że Europa bogaci się kosztem USA, ponoszących gros wydatków obronnych. Słowa Trumpa można też odebrać jako zapowiedź nieuchronnego zwrotu w amerykańskiej strategii.

Naturalnie USA nie wystąpią jutro czy pojutrze ze struktur NATO, nawet przy prezydenturze D. Trumpa. USA nie będą jednak wiecznie ochraniały Europy, chociażby z powodu fundamentalnego dla ich interesów wyzwania, jakim jest współzawodnictwo na Pacyfiku i próba utrzymania światowej hegemonii przy relatywnie kurczących się zasobach własnych. Gdy Steve Bannon, były doradca Trumpa, nazywa kraje NATO „protektoratem, a nie sojuszem”, to nie jest daleki od prawdy.

Budowa samodzielnej siły militarnej Europy, dzisiaj jako uzupełnienie potęgi USA, jako „drugiej nogi NATO”, a w przyszłości, w razie konieczności – jako prawdziwej autonomii strategicznej, jest nakazem dnia. Polsce, jako krajowi frontowemu, nieporównanie bardziej narażonemu na zagrożenia ze strony Rosji niż leżące na drugim końcu kontynentu Hiszpania czy Francja, w szczególności powinno zależeć na tym, aby Unia Europejska stała się ściśle zjednoczoną potęgą wojskową.

Zdolność obronna Europy oznacza nie tylko posiadanie potencjału odstraszającego potencjalnego przeciwnika, lecz również możliwość jego projekcji, jeśli nie na odległe teatry, to na najbliższe otoczenie tak, aby za naszymi deklaracjami o wysokich wartościach stała siła nie tylko gospodarcza.

Solidarność obronna Europy wymaga, obok rozwoju komponentu przemysłowego, wojskowego i logistycznego, również pogłębienia integracji politycznej – aby usprawnić proces decyzyjny. A także budowania poczucia przynależności do wspólnej przestrzeni cywilizacyjnej i kulturowej, tak, aby żołnierzom z Grecji czy Portugalii, jeśli — nie daj Bóg — przyjdzie im umierać za Suwałki czy Wilno, miejsca te nie były anonimowymi punktami na mapie dalekiej Barbarii, lecz miastami równie im drogimi, jak Saloniki czy Porto.

 

1.

Podczas rodzinnej uroczystości w łódzkiej Manufakturze, dzisiejszym kompleksie usługowo-rozrywkowym, ktoś zwrócił moją uwagę na dziwny zakątek. Na wygodnej sofie obok wejścia do toalet leżą dwie poduszki umieszczone tam dla wygody użytkowników – jedna z kolorowym wizerunkiem twarzy Wiesława Gomułki, druga z portretem Edwarda Gierka. Nad nimi ściana wyklejona pożółkłymi numerami „Trybuny Ludu”. W tym sztafażu goście lokalu załatwiają swoje niecierpiące zwłoki naturalne potrzeby…

Nie zdołałam zauważyć, by ktokolwiek zareagował na ten widok inaczej, niż z uśmiechem. Niemniej jednak po dziś dzień utkwił mi ten widok w oczach. Jak go odczytać, jak go zinterpretować? Czy to była ironia, czy chęć poniżenia przywódców Peerelu? Wyparcia ze świadomości kilkudziesięciu lat naszej historii? „Skreślenia” wartości, niektórych życiorysów. Czy też symboliczne wyparcie śladów po odrzuconej „komunie”?

Kiedy teraz zastanawiam się nad tym raczej marnym dowcipem, przychodzi mi do głowy postać Agnieszki Osieckiej i jej niezwykła twórczość, jej biografia od czasów powojennych po kraniec Peerelu (1936–1971).

Osiecka (a żyła ona w latach 1936–1997) jeszcze jako młoda dziewczyna, aż do początków III Rzeczypospolitej, nieprzerwanie prowadziła dzienniki. Po jej śmierci zapiski te doczekały się druku. W nich wyraża się cała epoka, kilka dekad przeżyć i doświadczeń. Przemyślanych. Wpierw dziecinnych, szkolnych, studenckich, młodzieńczych, a z czasem dorosłych. Szeroko obecna jest tam sztuka i twórczość artystyczna.

Rodzi się pokusa, by uważnie i dokładnie przeanalizować zarówno notowane ad hoc wrażenia, jak i refleksje, jak też pisane z dystansu wspomnienia. Czy uda się je nanizać na jedną nitkę? Jak wystawić im „świadectwo dojrzałości”? Czy każde z nich potraktować należy jako studium przypadku? Czy też znaleźć główny leitmotiv?

Biografia Agnieszki Osieckiej, udostępniona i opublikowana przez jej córkę Agatę Passent, to gotowy materiał na dokument epoki zwanej Peerelem. Jest to obraz subiektywny, przeniknięty liryzmem, domieszką poezji i poczucia humoru, dystansu do szarzyzny oraz osławionej siermiężności tej epoki. Poszukując jakiegoś wspólnego klucza do ówczesnej rzeczywistości, upatruję go w następującym fragmencie piosenki napisanej przez Bułata Okudżawę w tłumaczeniu Osieckiej:

„Jeszcze czynny GS,

więcej piwa niż łez, (…….)

Kto nauczył cię tak

ładnie patrzeć na łzy”

Pierwsze dwa jej wersy to realistyczny obrazek spod gminnego sklepiku, pod którym wystają miejscowi z butelkami piwa i taniego wina. Ale potem – zadziwiająca refleksja o sztuce „ładnego spojrzenia na ludzki płacz”. W tym jednym błysku czułości zawiera się cała Osiecka. Osoba pełna ciepłych uczuć, przynależna do Krainy Łagodności. Pozbawiona nienawiści i wrogości. Niezdolna do zemsty, ani nawet do niechęci. Chłonąca wszelkie uroki młodości i sentymenty. Otwarta na miłość w jej wszelkich przejawach: do ludzi, ptaków, roślin, kwiatów, muzyki, teatru, kabaretu, kina – słowem światła.

Gdyby sobie zadać trud pytania, jak mogło to być możliwe, prawdopodobna odpowiedź brzmiałaby następująco: powojenny świat, który legł w gruzach, przywalony ciężarem niezliczonych indywidualnych i masowych tragedii, musiał się uporać z ich „odgruzowaniem”. Miał do wyboru: gest żony Lota odwróconej w stronę spopielonego miasta, zastygłej w martwy słup soli, albo też – po wypłakaniu morza łez – jego odbudowę. Jedynie prawdziwa kobieta, była w stanie zwrócić się słowami pocieszenia: „Nowe dzieci urodzą się nam”. Pozorna prostota tych słów, wyjętych z filmu Prawo i pięść, genialnie wyśpiewanych przez aktora Edmunda Fettinga, zawiera w sobie filozofię nadziei na przekór żądzy zemsty i odwetu. Zamiast opłakiwania bezpowrotnych strat, zamiast napawania się bezpłodną rozpaczą, zamiast zaciskania pięści, poetka proponuje rodzenie dzieci. Dzieci – zalążków przyszłości, poczętych z wiary w trwanie wiecznego życia. Z miłości do świata.

Osobowość Agnieszki Osieckiej sprzężona z jej dyskretną filozofią wyraża się w niezwykłej czułości. Słowo „czułość”, pochodzące od czucia i odczuwania, ma u swoich podstaw wrażliwość. Kartezjusz – filozof, który podzielił rzeczywistość na „martwe przedmioty” i „ożywione dusze”, oddał niedźwiedzią przysługę, stwarzając doktrynę mechanicyzmu. Na niej bazuje koncepcja neutralności, obojętności na cierpienia „bezdusznej materii”.

Poetycka wizja wszechświata, uniwersum Agnieszki Osieckiej, obejmuje czułością każdy przejaw istnienia, zarówno materialnego, jak i też społecznego i politycznego. Wszystko, co przynależy do ludzkiego świata, do człowieczego życia, zasługuje na przynajmniej próbę zrozumienia. Postawę Osieckiej warto porównać do Zygmunta Baumana „socjologii rozumiejącej” – polegającej na odmowie natychmiastowej oceny, zwłaszcza potępienia. W miejsce pogardy czy obwiniania uważny i wrażliwy obserwator docieka przyczyny danego zachowania, niekiedy wszak podświadomego czy zgoła nieświadomego. Oprócz „czułej wrażliwości” należałoby za Olgą Tokarczuk dodać talent do „czułej narracji”. Agnieszka Osiecka to prawdziwa mistrzyni tej sztuki. Każdy jej gest, każda jej metafora, działa jak pieszczota. Gładzi i wyrównuje kanty przykrej rzeczywistości. Unosi się ponad „skrzeczącą pospolitość”. Odmawia jej zadawania dodatkowych ran i zadrażnień. Patrzy na ludzi ze współczuciem – jak u Dostojewskiego „wszyscyśmy winni, wszyscy jesteśmy biedni”. Jeśli wszakże ktoś kogoś krzywdzi, zadaje komuś cierpienie, poetka docieka źródła jego motywów.

Można się dopatrzyć swoistego pobratymstwa Osieckiej z Jackiem Kuroniem, z jego refleksjami obecnymi w autobiografii Wiara i wina i innych publikacjach wspomnieniowych, m.in. w Rzeczypospolitej dla moich wnuków, jego testamencie politycznym z roku 2004.

Jacek Kuroń to nie tylko dawny entuzjasta czerwonego harcerstwa, ale również wizjoner; a Osiecka, zamiast aktywności politycznej wolała patrzeć na świat z dystansu zaprawionego humorem:

„I nagle – patrzcie – parlamenty,

o demokracji dyskusyje,

kto ich nauczył, Panie Święty…

Jak to w człowieku długo żyje…”

Wedle ustnej wypowiedzi Mirosława Chałubińskiego, „Osiecka w ogóle nie była politykiem ani politologiem, ale dzięki inteligencji, talentom syntezy świetnie rozumiała świat, polski Październik, który nie był pełną niepodległością, lecz zasadniczą zmianą na lepsze, o czym zapomniała polska prawica”. Dzięki tym talentom przyjaciel Osieckiej Jeremi Przybora po jej śmierci mógł napisać, że „uczyniła z Polski barak aż tak wielobarwny i niekiedy wesoły”.

Znowu  warto przywołać słowa Chałubińskiego: „Głównym tematem, którym wielowątkowo zajmowała się Agnieszka Osiecka, była relacja on–ona, miłość. Wśród jej związków znajdziemy Marka Hłaskę, Bułata Okudżawę, Jeremiego Przyborę, Jerzego Giedroycia, Daniela Passenta i – daleki jestem od wyczerpania tej listy. Trudno jednak nie zgodzić się z opinią, iż byli to interesujący mężczyźni. Jej wiersze nieprzypadkowo mają charakter anonimowy i zarazem autobiograficzny”.

„Ach kim jest ta pani

co zwie się miłością

kto umie tak zranić

napełnić zazdrością”

Należałoby wspomnieć też o przyjaźniach kobiecych Agnieszki: z Magdą Umer, Marylą Rodowicz, Katarzyną Gaertner i Hanną Bakułą. To artystki, z którymi łączyła poetkę długoletnia przyjaźń, oparta na podobnej wrażliwości i na wzajemnej lojalności, a także artystycznej współpracy.

2.

W miejskim krajobrazie naszego kraju, od pewnego czasu zaczęły się pojawiać ławki z rzeźbami wybitnych polskich postaci: uczonych, działaczy społecznych, poetów, pisarzy oraz innych artystów. Na jednej z takich ławeczek w parku na Saskiej Kępie w Warszawie zasiada Agnieszka Osiecka. Warto się zastanowić, czym zasłużyła sobie na taki przywilej i na tyle sympatii. Moją intencją nie jest bynajmniej analiza jej wszechstronnej twórczości, lecz raczej refleksja nad jej miejscem w kulturze PRL.

Po solidarnościowym przełomie, gdy – jak mogło się wydawać – doszło do odcięcia się za sprawą „grubej kreski”, od okresu pogardliwie zwanym „peerelem”, pisanym małymi literami. Symboliczna data 4 czerwca 1989 roku miała jakoby na zawsze zatrzasnąć ten „ponury” okres. Wkrótce też pojawiła się nowa chronologia dziejów powojennej Polski. W zamyśle jej promotorów, po epoce przedwojennej sanacji, a następnie po wybuchu wojny, okupacji oraz po powstaniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, miała się pojawić Rzeczpospolita – bez przymiotnika. Zatem – wreszcie autentyczna!

W zamieszaniu i zamęcie nazewnictwa zapomniano o trwającej wciąż ustrojowej transformacji, powstawania hybrydy ustrojowej łączącej kapitalizm z jakąś formą demokracji i autokracji. Zmiany kolejnych przywódców zaowocowały zignorowaniem wcześniejszej chronologii. Okres PRL-u, znaczony nazwiskami „władców kraju nad Wisłą”: Bolesław Bierut, Władysław Gomułka, Edward Gierek, Wojciech Jaruzelski…

W potocznej świadomości nagłe zmiany od jednego do drugiego „przywódcy narodu”, były odczuwane jako upadek dawnego autorytetu na rzecz następnego. Czczony dotychczas, popadał w niełaskę, a jego nazwisko wywoływało odruch niechęci albo pogardy i potępienia – ów cykl powtarzał się wielokrotnie.

Miało to swoistą logikę; od aprobaty czy wręcz uwielbienia Gomułki (wiec na Placu Defilad w dniu 24 października 1956 roku zgromadził 400 tysięcy osób), do szyderstwa i pastwienia się nad „Gnomem”, obwinianym za zmarnowanie zdobyczy „Października”. Po jego kompromitacji i wyszydzeniu przez Janusza Szpotańskiego, gdy „wstąpił na tron” Edward Gierek, na jego pytanie: „Pomożecie?”, wybuchł nieskłamany entuzjazm. Nie minęło wiele lat i ten sam przywódca doznał upokorzenia, wykpienia jego dobrej woli; jego „świtę” wywożono na taczkach… Dramatyczne wydarzenia z 1976 roku w Radomiu, osławione „ścieżką zdrowia”, podważyły mit klasy robotniczej jako „awangardy proletariatu”. Ofiary grudniowych wypadków w Gdańsku z roku 1970 przekreśliły szanse na pokojowe przejście między poprzednimi „decydentami”. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu, gdy Gierek utracił władzę, począł się wyłaniać całkiem nowy system polityczny. Jego zwieńczeniem stała się NSZZ „Solidarność”. Fenomen robotniczych strajków rozwiał nadzieje na urzeczywistnienie haseł „Naród z Partią”. Demokracja zwana ludową, zaprowadzona przemocą, ujawniła głęboki fałsz „jedności narodu”.

Masowy ruch „Solidarności” po roku 1980 podważył dwubiegunowe podziały klasowe. Elity intelektualne włączyły się w tłum robotników i inteligencji. Lech Wałęsa, przywódca Solidarności nadał jej własną twarz. Na murach Stoczni Gdańskiej zawisły emblematy: Papież-Polak Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska – swego rodzaju ołtarz, obsypany kwiatami. Wówczas też użyto słowa komuna z pejoratywnym odcieniem. Wszystko, co wcześniej nazywano „realnym socjalizmem” – nawet tym „z ludzką twarzą” – znalazło się w jednym worze! Jak się powszechnie wydawało, nastał okres autentycznej niepodległości, wyzwolenia od komuny. Wiary i oczekiwania na swobody obywatelskie.

Rósł autorytet Kościoła Katolickiego. Dopiero wprowadzenie przez Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego przesądziło o zamrożeniu i regresie procesu demokratyzacji. Stopniowe znoszenie restrykcji, uwalnianie więźniów oraz osób internowanych, spowodowało rozluźnienie napięcia. Wreszcie doszło do Okrągłego Stołu (1989), symbolicznego pojednania skonfliktowanych stron: nomenklatury partyjno-rządowej i wielu grup społecznych.

Sejm kontraktowy – dowód na możliwość dialogu, zapoczątkował pochód „prawdziwej demokracji” i zamknięcia okresu „komuny” z dniem 4 czerwca 1989 roku – zrodził utopię „czarnej kreski”. Gdyby zaufać tym symbolicznym datom, należałoby odtrąbić koniec PRL-u! Pozostała do wykonania już tylko lustracja, oddzielenie „zatrutego ziarna” od zdrowego!

Nasze iluzje na temat „nowej ery” pierzchają, gdy – za F. Braudelem – uwzględnimy kategorię „długiego trwania”. Z jej perspektywy krótkie epizody dziejów zlewają się w „długie trwanie”. Innym sposobem radzenia sobie z jakością dziejów jest kategoria pokolenia – albo generacji. Historia Polski (i nie tylko!) składa się z następstwa kolejnych pokoleń. Zaś poszczególne ludzkie biografie albo się pokrywają, albo „wystają” z danej generacji.

Niezwykłość osoby i twórczości Agnieszki Osieckiej, która hołdowała „lekkiej muzie”, wyraża się w specyficznym pomieszaniu żywiołów, szampana z czystą wodą. Poetycki smak i węch uchroniły ją od banału i trywialności. Tytuły takie jak Biała bluzka, Zrób sobie niedzielę, Lubię farbować wróble, Listy na wyczerpanym papierze, Wariatka tańczy zaskakują i bawią, cieszą ucho. Na przekór wszelkim absurdom, poetka dodaje im wdzięku i polotu. Żarty z ponuractwa szarych obywateli nawet im przysparzają uroku.

Jedną z głównych bohaterek Osieckiej jest Pani Miłość; swoista „choroba dwubiegunowa”. Motyw dramatycznej miłości czyni Agnieszkę Osiecką piewczynią intymności. Chroni ją od nadmiernej polityzacji i ideologizacji. Sprawia, iż jej piosenki stają się uniwersalne, mają znaczenie ponad podziałami generacyjnymi. Urzekają liryzmem i urodą polszczyzny.

Dla przyszłych badaczy jej dorobku główną kategorią pozostanie piosenka. Sama poetka, wzorując się na Wojciechu Młynarskim, żartobliwie mówiła o sobie „tekściara”. W istocie jej rzemiosło stało się rodzajem geniuszu. Czego by się nie dotknęła, niby król Midas, zamieniało się w złoto. Takie nieśmiertelne przeboje jak Małgośka albo Bal, unicestwiały różnice pokoleń, zacierały przelotne mody, łączyły młodzież i starszych. Zaś nade wszystko pozwalały uwalniać się od „przepolitykowania”.

3.

Rozważmy casus PRL-u w związku z biografią Agnieszki Osieckiej. Jej niezwykłość zawiera się w tym, iż mimo przynależności do „wyklętego”, odciętego „czarną kreską” okresu „pełnego zniewolenia” – jest to rzecz jasna stereotyp, a nie zniuansowany opis tej epoki – potrafiła zachować dystans, zarówno do przeszłości, jak i do teraźniejszości. Dzięki temu ominęła ją pułapka nawracania się na kolejną z „wiar” i doświadczania „hańby domowej”, wskutek naiwnego im zawierzania.

Agnieszka Osiecka – wynalazczyni „śpiewającej autobiografii” objawiła się jako głos całego pokolenia. Przywołajmy wspomnienie muzyka i kompozytora, Wojciecha Solarza:

„Wtedy jeszcze lepiej ją poznałem. Była niesłychanie naturalna, niesłychanie n i e p o d l e g ł a (wyróżnienie J. M.) bez cienia pychy czy zarozumiałości. Słowem – spontaniczna naturalność życia i bycia. Ginęła w ekipie, bo nikt, na przykład widząc ją na planie w rannych papuciach, nie czuł twardej <ręki> reżysera, który musi podejmować decyzje scalające różne interesy występujące w produkcji filmowej”.

Piorunujące wrażenie zrobiły wiersze Agnieszki na Jacku Kuroniu, gdy po raz pierwszy poszedł na spektakl STS-u.

„Pomyślałem, że ona publicznie, na swój sposób mówi o sprawach, o których i ja chciałbym mówić głośno. Szczególnie chodzi mi o jeden tekst: Kochankowie z ulicy Kamiennej. Usłyszałem tę piosenkę w czasie, kiedy nasz ruch wolnościowy umarł. Gorzej, my sami się poddaliśmy, przepolitykowaliśmy ten Październik. Uznaliśmy w pewnym momencie, że Gomułka ma tak wielkie poparcie społeczne, że nie mamy żadnych szans.

I Kochankowie z ulicy Kamiennej – piosenka o chłopcach i dziewczynach, które pragną pięknej miłości, ale żyją na takiej Kamiennej, gdzie wszystko jest brudne i złe – stała się rodzajem epitafium dla naszego ruchu. […] Myślę, że wiele osób na tej sali miało wrażenie, że to jest o nas i o wszystkim, co się działo dookoła. Agnieszka opowiadała, że każdy człowiek ma prawo do tego, co p i ę k n e.  I do dziś jest to dla mnie piosenka o krzywdzie, jaką można wyrządzić zwykłemu człowiekowi. I o tym, że prawo człowieka jest przez ludzi łamane. To był  m a n i f e s t  Agnieszki (wszystkie wyróżnienia J. M.).[1]

Korzystając z zacytowanej wypowiedzi Wojciecha Solorza, spróbujmy zinterpretować program artystyczny Agnieszki Osieckiej.

Otóż sprawą najważniejszą dla Osieckiej – moim zdaniem – jest  p r a w o   d o   p i ę k n a.  Nawet najbardziej słuszne hasła: wolność, równość, sprawiedliwość, kiedy zakłócą równowagę między sobą nawzajem, z czasem ulegają dewaluacji. Tym bardziej, że niekiedy sobie wprost zaprzeczają. Pozbawione wspólnej „korony”, zakłócają wewnętrzną równowagę (jak równość żołądków wyklucza bezwzględną sprawiedliwość).

Ponadto wartości moralne i etyczne nie zawsze sprzyjają estetycznym. Żywioł polityki, szczególnie w epokach rewolucyjnych, ma tendencję do pochłaniania pozostałych. Dlatego też rewolucja „pożera własne dzieci”. Rozhukane, spuszczone z łańcucha emocje i instynkty prowadzą do destrukcji, nie jedynie materialnej, ale też duchowej. Agresja, gniew, wściekłość ludu, nawet w najbardziej „jedynie słusznej sprawie” niszczy społeczną tkankę, rozrywa ją na strzępki.

Upominając się o prawo do piękna, Agnieszka Osiecka jest pilną uczennicą Fiodora Dostojewskiego, który głosił: „Piękno zbawi świat”.

Powtórzmy słowa W. Solorza: „przepolitykowaliśmy Październik”. Ich sensem było wyznanie zbytniego, przesadnego przywiązania do polityki, do czynnika władzy. Wachlarz społecznych wartości powinien mieć różne barwy, zarówno czarne, jak i ponure, szarobure, a także te pastelowe. Mistrzostwo w operowaniu bogatą kolorystyką zaświadcza u Osieckiej o jej wrażliwości, zarówno intelektualnej, jak i też uczuciowej. Nie przypadkiem herbową oznaką poetki stało się uwielbienie dla przyjaciół. Charakterystycznym rysem większości jej sympatii, kobiet i mężczyzn, okazywała się wierność, wielkoduszność, trwałość w przyjaźni.

Zanurzenie się bez umiaru w politykę mimowolnie doprowadza do jednostronności, przeoczania pozostałych wymiarów ludzkiego losu. Odbiera smak młodości, prowadzi do alienacji, generalnie – niszczy więzi między rozdartymi politycznymi obozami.

Następstwa pokoleń, bunt przeciwko „starym”, to naturalny przejaw społecznego rozwoju; generacja zstępująca uwalnia miejsce dla wstępującej. Modelowym przykładem tej prawidłowości jest klasyczna powieść Turgieniewa Ojcowie i dzieci. Powojenne pokolenie pryszczatych z czasu Peerelu, zbuntowane przeciw rodzicom, wprawdzie „odnawia krew”, jednak wskutek braku życiowego doświadczenia, zalicza własne „pomyłki i wypaczenia”.

Jak wobec tego mogło dojść do tego, iż cała twórczość Agnieszki Osieckiej (dziennikarska, filmowa, teatralna, pisarska, poetycka i piosenkarska) potrafiła wywołać zachwyt u niemal wszystkich pokoleń?

Poszukując klucza do tej tajemnicy trafiamy na jej niepowtarzalny poetycki talent. Żywioł liryzmu przeniknął wszystko, nadał mu zapach, smak i specyficzny dotyk. Jacek Kuroń napisał tekst Listy jako dotyk. Wszystkie ludzkie zmysły eksplodują w „zmyśle metafizycznym”. Żaden cynik ani nihilista nie zdołał mu się oprzeć. Wielkoduszność, wspaniałomyślność to firmowe znaki Osieckiej. I jeszcze – empatia.

W jednym ze wspomnień odnalazłam zdumiewające wyznanie: „Gomułka to ja!” Chodzi o to, że wychował ją klimat polskiego Października – polityczny, etyczny, estetyczny a Gomułka był wtedy naprawdę ogromnie popularny. Nie mniej niż w swoim czasie J. Piłsudski. Nie ma w tym wyznaniu ironii, bo nie sposób się uwolnić od wrażenia pokrewieństwa życiorysu poetki i biografii Towarzysza Wiesława. Żyli bowiem w tej samej epoce.

4.

Być może popełniam niemałe nadużycie, próbując uogólnić wyznanie Osieckiej, na postacie kolejnych polityków PRL-u: Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, Wałęsy, którzy swych koncepcji politycznych w pełni nie zrealizowali. Każdy z nich początkowo z podobną wiarą we własne rządy i w swoją słuszność, lecz w końcu odchodził w niesławie. Czy to jest jednak wystarczający powód, by mieszać ich z błotem? Nie lepiej byłoby im wszystkim wystawić ławeczki, przysiąść się do nich i wspólnie przemyśleć wszelkie doświadczenia?

W cytowanym już wspomnieniu muzyka Wojciecha Solorza o Osieckiej pada słowo „niepodległa’’. Zwykle dotyczy ono ojczyzny, bytu zbiorowego. W przypadku poetki, wyjątkowej indywidualistki, jest ono pojedyncze, niepowtarzalne. Mimo to – dotyczy jej wewnętrznej swobody. Niezależności od nikogo…

Nieznośna lekkość bytu – emblematyczny tytuł powieści Milana Kundery – swego czasu piętnował aksjologiczną pustką realnego socjalizmu. Życiorys Agnieszki Osieckiej, doświadczonej Peerelem, zaświadcza, iż można istnieć pełnią życia bez względu na wszelkie okoliczności. Wystarczy je wyśpiewać – „piosenka jest dobra na wszystko” jak w kabarecie Starszych Panów.

Nowe generacje młodzieży, wykpiwając pokolenie „dziadersów”, oszczędziły Poetkę z Saskiej Kępy. Jej poezja, wyśpiewana w ulotnych piosenkach, połączyła wszystkie pokolenia. Poezja i Dobroć, wedle słów K. C. Norwida, „to wszystko co pozostaje”. Nie sposób oprzeć się „leciutkim obłokom poezji”!

Do „świętej triady” najwyższych wartości, warto dodać jeszcze jedną – Miłość:

„Przyjaciele moi i moje przyjaciółki

Nie odkładajcie na później

Ani piosenek, ani egzaminów

Ani dentysty, a przede wszystkim

Nie odkładajcie na później miłości”.

Nawet gdyby ona była „potargana”, jak w tytule książki Uli Ryciak[2].

[1] Z. Turowska, Osiecka, nikomu nie żal pięknych kobiet, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022, s. 109.

 

[2] U. Ryciak, Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

 

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

Ta księga, podarowana mi przez pana doktora Bogusława Wójcika, jej autora, za co bardzo dziękuję, jest interesującą dysertacją. Co prawda wielka troska o szczegóły sprawia pewną trudność w jej percepcji. Nie pozwoliły one też ująć ruchu świeckiego w jednym tomie. Szkoda – lecz dobrze, że powstało dzieło, które wolno nazwać podarunkiem autora dla ruchu świeckiego, na co dotąd nikt się nie zdobył.

Ten podarunek rozpoczyna się od protoplastów ruchu świeckiego w Polsce – Andrzeja Niemojewskiego, Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego czy wreszcie filologa Baudouin de Courtenay, kandydata na prezydenta Polski. To oni, nie mówiąc o ich następcach, a wśród nich o Tadeuszu Kotarbińskim, dali początek polskiemu ruchowi świeckiemu. On uformował się z biegiem czasu w dwie organizacje – Towarzystwo Szkoły Świeckiej i Stowarzyszenie Ateistów i Wolnomyślicieli.

To te organizacje w kolejnych latach, po zakończeniu władztwa carów
i II wojny światowej, postanowiły już w wolnej Polsce doprowadzić na Zjeździe Zjednoczeniowym 28 kwietnia 1969 roku do powstania jednej organizacji – Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Następne rozdziały omawianej książki są szczegółowym opisem zjazdów tej Organizacji. One odbywały się z reguły co cztery lata, a ostatnim z omówionych w książce zjazdów był Zjazd VI, który odbył się w grudniu 1986, gdzie zdecydowano o powierzeniu funkcji prezesa działaczowi i profesorowi z Krakowa Janowi Szmydowi.

Na tym wydarzeniu zamyka się też księga Bogusława Wójcika, na tyle ciekawa, że wolno oczekiwać na tom II z zapisami tego, co stało się z ruchem w kolejnych latach.

Tymczasem warto odnieść się do dwóch bliskich mi prezesów Towarzystwa: Jerzego Sztachelskiego i Tadeusza Jaroszewskiego.

Pozostały mi w pamięci słowa Jerzego Sztachelskiego, że nie warto tracić nadmiaru sił na walkę z religią czy Kościołem, lecz walczyć o człowieka, o jego szczęście doświadczane w ludzkich i ziemskich warunkach. Także pozostają mi w pamięci roztropne myśli Tadeusza Jaroszewskiego, zmarłego nagle w Warnie, gdzie przebywał na konferencji naukowej. To jego zachęta do rozwiązywania konfliktów na drodze dialogu i wzajemnego zrozumienia, do poszukiwania tego, co łączy, a nie dzieli, jest po dziś dzień bardzo mi bliska.

Jest w księdze Bogusława Wójcika bardzo wiele dyskusyjnych tez, choć zarazem wiele ciekawych spostrzeżeń na temat ruchu świeckiego. Są wyraziste, roztropne, co zasługuje na dobre słowa.

Należę do rosnącego z każdym miesiącem grona wielbicieli Katarzyny Kasi. Nadzieje na zmaterializowanie tej deklaracji uczuciowej maleją wyraźnie z chwilą uświadomienia sobie, że dobrze pamiętam jej ojca, który jako młody mgr Kasia prowadził z nami zajęcia z filozofii dla studentów kierunków niefilozoficznych; wybrałem wtedy jako literaturę zalecaną, choć nieobowiązkową, jego książkę o św. Augustynie. Przełom lat 50. i 60. był dobrym czasem dla filozofii. Dopiero rok później pojawiły się obowiązkowe skrypty Schaffa i Krajewskiego w miejsce trzytomowego podręcznika Tatarkiewicza, a rytualny zestaw tzw. przedmiotów ideologicznych wprowadzono jeszcze później – w 1964 r.

Dość o tym, fanem dr Kasi jestem od dobrych paru lat, głosowałem oczywiście za jej kandydaturą w plebiscycie na Warszawiankę AD 2023 i nigdy nie omijam oglądania „Szkła kontaktowego” z jej udziałem. Duet Katarzyna Kasia i Grzegorz Markowski uważam zresztą za najlepszą intelektualnie i prezentacyjnie parę tego programu. Oczywiście natychmiast po pozyskaniu stosownej informacji pomknąłem więc do zaprzyjaźnionej księgarni, by zdobyć dopiero co opublikowaną ich książkę: Siedem życzeń. Autorzy wybrali siedmiu rozmówców (Agnieszka Holland, Szymon Malinowski, Jarosław Kuisz, Dorota Masłowska, Andrzej Leder, Joanna Tyrowicz i Jurek Owsiak), znane i cenione postaci polskiego życia publicznego z różnych dziedzin tego życia, opatrując rozmowy z nimi życzeniowymi etykietkami: Odwaga, Przyszłość, Niepodległość, Śmiech, Spokój, Bogactwo, Szacunek. Rozmowy o źródłach nadziei. Rozmowy, a nie wywiady, wydają się zresztą lepszym określeniem, bo „prowadzący” są ich równoprawnymi uczestnikami.

Nie wszystkie dokonane przez nich wybory eksponentów tych haseł podzielam. Entuzjazmem wobec twórczości Doroty Masłowskiej nie pałam; po ukazaniu się jej pierwszej książki Wojna polsko-ruska… zapowiedziałem proroczo, że więcej już niczego tak dobrego nie napisze, bo opisała swój świat słowami tego świata, a ten sposób ma swoje granice; jak wiadomo każdy średnio inteligentny osobnik może napisać jedną dobrą książkę – o sobie. Druga, Paw królowej, zachwyciła prof. Marię Janion z powodu muzycznej specyfiki języka autorki odpowiadającego któremuś z modnych wówczas gatunków muzyki rozrywkowej, co średnio przyswajam. Muszę odrobić zaległości i przeczytać kilka z napisanych przez nią później książek, bo swego słuchu muzycznego nie poprawię. Z poglądami Jarosława Kuisza na temat „kultury podległości” podyskutuję w osobnym tekście, odkładam go na bok jako danie główne. Krótka recenzja nie daje takich możliwości, a muszę na ten temat powiedzieć coś więcej. Pozostałe czytałem jednak z otwartą gębą.

We wszystkich siedmiu tekstach uderzyła mnie pewna ich właściwość: otóż jakieś zdanie wypowiedziane przez rozmówców otwiera u czytającego furtkę i zaczyna on podążać ścieżką kontynuującą i rozwijającą tę myśl. Zacznę od Agnieszki Holland i od różnicy w mitologii polskiej i czeskiej. Szwejk i Kmicic, wszystko jasne. Ale wówczas pojawia się pytanie o genezę tych różnic i zaczyna niekończącą się opowieść o historii. No bo około 1385 roku biedną 12-letnią Jadwigę Andegaweńską przymuszono do poślubienia grubo starszego i mało okrzesanego Jagiełły w miejsce młodego, przystojnego i dobrze wychowanego Habsburga. Wybrano wschodni kierunek ekspansji politycznej, militarnej i kulturalnej. Rozważania na temat trafności tego wyboru nie mają sensu, tak zdecydowano i już. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czesi podjęli decyzję inną (albo zostali zmuszeni do jej podjęcia) i historia w każdym z tych krajów potoczyła się wedle wybranego porządku. A dziś: Kudowę od Nahodu dzieli 7 km, taksówka kosztuje 30 złotych, obie nacje są gruntownie wymieszane, Czesi pracują w Polsce, a Polacy w Czechach, w czeskiej knajpie w śródmieściu Kudowy można napić się zielonego (sic!) czeskiego piwa itp., itd. W Nahodzie można zoperować zaćmę w jeden dzień (za którą i tak zapłaci w efekcie polski NFZ), kobieta może bez komplikacji dokonać aborcji w świetle prawa, a w sklepiku tuż za granicą każdy (Polak też) może kupić czekoladę z marihuaną. Te dwa światy tak bliskie (oba w Unii, języki obustronnie zrozumiałe, małżeństw mieszanych całe mnóstwo itd.), są mocno od siebie kulturowo oddalone. Czesi są – czy nam się to podoba, czy nie – znacznie bliżsi kulturze Zachodu, choć nie przeżyli dni „swojej wielkości”. Jedno zdanie otwiera „przestrzeń” do niekończącej się dysputy, bo ta sięga do kilku wieków historii i do iluś tam prognoz na temat przyszłości. Można się tylko zastanawiać, na ile Czesi są skłonni do hamletycznego rozważania na temat „kultury podległości”? Nigdy nie przyszło mi na myśl, by zadawać im takie pytania. Furtka się jednak otworzyła i podążam bezwiednie ścieżką wytyczoną przez prezentowany dialog. I tak można by bez końca, bo dysputa o sprawach tego świata końca z zasady nie ma.

Wspomniałem o prognozach na temat przyszłości i od razu przyszła do mnie uwaga p. Katarzyny: czy przyszłość ma datę przydatności do spożycia, którą „kupiłem” bez reszty. Wyobraziłem sobie tomy raportów różnych niezbędnych i zbędnych instytucji od ratowania klimatu i gromady agresywnych antysystemowców zaprzeczających wszystkim potwierdzonym przez naukę oczywistościom. A profesor Malinowski dopowiada (na s. 67 recenzowanej książki) i tym dobija oponentów, że wszystkie ssaki żyjące na lądach ważą raptem dwadzieścia milionów ton. Te, które żyją w morzach i oceanach, dwa razy tyle. Ludzie zamieszkujący ziemską kulę ważą ogółem trzysta dziewięćdziesiąt milionów ton, a zwierzęta, które hodujemy po to, by się najeść, to już sześćset mln ton. Szok, prawda?

Sięgając do Andrzeja Ledera, wybrałem inną niż p. Katarzyna (Rysa na tafli) książkę Profesora – Był sobie postmodernizm. A z niej cytat, który służy mi jako motto do podobnych tematycznie rozważań: „[…] kondycja istoty istniejącej w czasie zakłada zdolność napotykania w chwili teraźniejszej tych konsekwencji przeszłych aktów, które nadchodzą z przyszłości”[1]. Wyjaśnia ono kwestie, o które pytaliśmy przed chwilą, na temat udziału historii (decydującej lub tylko współdecydującej) w kształtowaniu świadomości kulturowej, czy jak kto woli kulturowego DNA. Pozostając na chwilę przy Lederze i jego najbardziej znanej książce Prześniona rewolucja, łatwo zauważyć, że zasługą socjalistycznej transformacji gospodarki (może robionej zbyt siermiężnie) jest jednak zmiana proporcji między przemysłem a rolnictwem, z 40:60 na korzyść rolnictwa pod koniec sanacji na 60:40 na rzecz pozarolniczych działów gospodarki już w latach 50. Mimo tej zasadniczej zmiany do dziś biedzimy się z małorolną gospodarką agrarną i nietrudno dostrzec, że rozkład preferencji politycznych zależy w sporej mierze od udziału „małorolnych” w strukturze wytwarzania i w obowiązującym imaginarium. I tak można bez końca. Andrzej Leder wydał zresztą w ubiegłym roku nową książkę Ekonomia to stan umysłu, będzie więc o czym rozprawiać.

Ogromną zaletą recenzowanej książki jest jej inspirująca rola w podejmowaniu coraz to nowych i nowych tematów, prób tłumaczenia (jak te zawarte w rozmowie z prof. Joanną Tyrowicz, które wyjaśniają mechanikę relacji czynników ekonomicznych i komunikacyjnych, a mnie przypominają aluzje Rogera Penrose’a na temat związków między teorią kwantów a psychologią zbiorowości; w nowej książce Ledera znajdzie się pewno sporo na ten temat), czy do określania indywidualnych pożądanych postaw i sposobów zachowania (Jurek Owsiak), innych niż te rozpowszechniane przez polityków sprawujących do niedawna (mam nadzieję) władzę nad naszą materialną egzystencją, którzy chcieliby też sprawować ją nad naszymi umysłami i duszami. Długo będziemy zastanawiać się, jak to się stało, że udało się im zawładnąć tak dużym „terytorium”. W jakim stopniu wśród przyczyn tego „fenomenu” znajdzie się owo kulturowe DNA, o którym wiele w tej książce? I wreszcie finalne przesłanie – od Owsiaka głównie – że kształt naszej rzeczywistości zależy w gruncie rzeczy od nas samych, od naszej wiedzy i naszego stopnia zaangażowania. A nie od łaskawego daru z rąk naszych „patronów”, którzy wystawią ani chybi weksel za swoją łaskawość.

Nie bądźmy więc ani leniwi, ani obojętni. Coś się przecież wydarzyło i wydaje się – po tych kilkudziesięciu dniach – że nie tkwimy już po szyję w „czarnej dziurze”, jak to się jeszcze do niedawna wydawało. Bóg zapłać, Pani Katarzyno i Panie Grzegorzu, za tę książkę, która umacnia w nas pokłady rozumnej nadziei.

[1] Andrzej Leder, Był sobie postmodernizm, Wyd. IFiS PAN, Warszawa 2018 s. 63.

 

Profesora Romana Kuźniara szerzej przedstawiać nie trzeba – znany jest z działalności naukowej, politycznej i eksperckiej. Od lat należy do pierwszej ligi polskich politologów, doradzał prezydentowi RP i prawie corocznie ogłaszał ważne książki ze swej dziedziny. Tym razem jednak zajął się eseistyką polityczną, która u swych źródeł ma problem zła w polityce. Ale naświetla ten temat od strony motywów i działań „złego człowieka”, co obiecuje refleksję bardziej skoncentrowaną na konkretnych ludziach i przykładach. Choć w podtytule czytamy „Zły w życiu międzynarodowym”, to książeczka operuje bardzo różnymi przypadkami działania tytułowego „złego człowieka”, także krajowymi, co dodaje jej waloru aktualności (wszak ukazała się w dniach wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku).

Będąc uczestnikiem jej ubiegłorocznej grudniowej promocji w murach Uniwersytetu Warszawskiego, mogę powiedzieć, że jest to lektura z typu „niezbędnika inteligenta” – spokojnie powinna stać się przedmiotem rozmów i dyskusji nawet w zróżnicowanym politycznie towarzystwie. Może być bowiem czytana na parę sposobów: jako poszerzony wykład o zjawisku zła w polityce, będąc właściwie zachętą do dalszych, bardziej pogłębionych studiów (do czego skłania pokazany przez autora aparat naukowy, złożony z niezbędnych „w tej dziedzinie” lektur), ale także jako pierwsza książkowa próba diagnozy znanego nam z autopsji zjawiska. W tym poszukania odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się „zły człowiek” w polityce. Okazuje się, że nie tylko z Żoliborza…

Wywód Kuźniara toczy się ledwie na 200 stronach tekstu i dla wprawnego czytelnika jest do przetrawienia właściwie w jedną noc, ale siła tej książki polega na zasianiu ziarna głębszej refleksji. Po jej lekturze chciałoby się bowiem podjąć jakiś wysiłek, aby to zło zminimalizować, a nawet wyrugować, choćby na własnym, krajowym podwórku. I nawet prof. Kuźniar taką reakcję częściowo przewiduje („sprzeciw obywatelski”), ale przecież „Książeczka” nie jest podręcznikiem aktywisty, może bardziej dzwonkiem alarmowym, że sprawy idą w złym kierunku i należałoby działać. Ale gdyby jakimś cudem stał się podręcznikiem tego czy owego lokatora gmachu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, źle by nie było, autor bowiem mimowolnie poszukuje źródeł nadziei i nawet je wskazuje.

Kuźniar bardzo kompetentnie, a przy tym sprawnie i syntetycznie referuje różne przyczyny zła w polityce, podążając zresztą tropem pomnikowej Książeczki o człowieku Romana Ingardena, jak i innych tego typu tekstów. Intelektualnych wątków i przeróżnych inspiracji jest tu zresztą ukazanych bardzo dużo – począwszy od Ingardena właśnie, Leszka Kołakowskiego, Rafała Lemkina, Tadeusza Różewicza i Wisławy Szymborskiej, poprzez podstawowych autorów kręgu niemiecko- i anglojęzycznego, na Janie Pawle II skończywszy. Są tu tak kapitalne rozdziały, jak np. „Po czym poznać złego człowieka”, co Kuźniarowi każe podzielić swoją refleksję na podrozdziały: „słowa”, „działanie” i „władza”. Warto ten rozdział solidnie przyswoić, bo jest to znakomity wkład do dyskusji także o tym, czego byliśmy świadkami przez ostatnie lata w Polsce i co mamy nadal w Europie. Dalej jest jeszcze lepiej: „Preteksty i przebrania złego człowieka”, „Zły i jego pomocnicy” – gdzie prof. Kuźniar kapitalnie rozwija skrzydła uczonego i zarazem nauczyciela akademickiego, cierpliwie kreśląc typologie oraz charakteryzując i klasyfikując poszczególne objawy obecności „złego człowieka w polityce”. Można powiedzieć, że jest to najbardziej podręcznikowa część dzieła i zdziwiłbym się bardzo, gdyby „Mała książeczka” finalnie za podręcznik uznana nie została… Byłoby to przecież największe wyróżnienie w potoku złych książek i miałkich wywodów, a gdyby jeszcze na dodatek dokonane przez samych zainteresowanych: polityków, politologów, dziennikarzy, nauczycieli!

Możemy więc być tylko wdzięczni za ten wypad prof. Romana Kuźniara na politologiczną do tej pory terra incognita, a najlepszą recenzją niech będzie to, że mojej bibliotece przybyło parę dodatkowych lektur, do których autor nijako mimochodem w „Książeczce” namawia.

Demokratyczny rząd skonkretyzował kampanijną zapowiedź trzydziestoprocentowego – a w liczbach bezwzględnych o minimum 1.500 złotych – wzrostu wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli. Od 2009 roku, kiedy to miała miejsce podwyżka mniej więcej na poziomie 25 procent, nie mieliśmy do czynienia z tak silną dynamiką poprawy płac. Mimo to zaproponowane nam rozwiązanie wzbudziło duże emocje. W wielu przypadkach oczekiwane półtora tysiąca złotych, które stało się już symboliczne, nie jest bowiem osiągane.

To efekt silnej pauperyzacji naszego środowiska. Osoba po dwudziestu latach pracy, mająca stopień naukowy doktora, przy wzroście wynagrodzenia zasadniczego o 30 proc. nie uzyskuje wspomnianej, niemal mitycznej, kwoty. Na dodatek minister Czarnek w dwóch ostatnich latach doprowadził do podniesienia płac nauczycieli początkujących kosztem wynagrodzeń nauczycieli z najwyższym stopniem awansu. Dzisiaj nauczyciel wchodzący do zawodu zarabia około 4.900 zł wynagrodzenia zasadniczego brutto. I to jest wszystko, co otrzyma (chyba że ma godziny ponadwymiarowe). Po czterech latach zostanie nauczycielem mianowanym i wtedy będzie zarabiał… o 150 złotych więcej.

Taka perspektywa nie zachęca młodych ludzi do podejmowania pracy w oświacie, nie rysuje jasnej ścieżki rozwoju zawodowego i  finansowego i nie motywuje do podnoszenia kwalifikacji. W naszych wynagrodzeniach nadal obracamy się na progu tylko o jakieś 10 procent wyższym od płacy minimalnej.

Awantura medialna, jaka wybuchła podczas dyskusji na ten temat, uwidoczniła jedną podstawową rzecz: płaca nauczyciela powinna być systemowo odpolityczniona. Dzisiaj o jej wysokości decydują politycy określając tzw. kwotę bazową, której wielkość jest generalnie nieznana i nauczycielom, i większości społeczeństwa.

Związek Nauczycielstwa Polskiego przygotował inicjatywę parlamentarną, w której zakłada się, że każdy podejmujący zatrudnienie w szkole – po studiach pedagogicznych, prezentując najwyższy poziom przygotowania na tym etapie – na starcie powinien zarabiać średnią krajową. Dzisiaj byłoby to w zaokrągleniu 7.200 zł. Po dziesięciu latach pracy, już ze statusem nauczyciela dyplomowanego (a osiąga się go we wcale niełatwej procedurze), taka osoba otrzymywałaby wynagrodzenie zasadnicze brutto mniej więcej o 1,55 raza wyższe; w obecnych cenach ponad 11.000. Kończąc pracę, odchodząc na emeryturę, taki człowiek zarabiałby – wraz z elementami  dodatkowymi, jak chociażby dodatek stażowy, trzy godziny ponadwymiarowe – mniej więcej dwukrotność przeciętnego wynagrodzenia w kraju – dzisiaj byłoby to w granicach 15-16.000 złotych.

Niemało, ale to jest inwestycja w przyszłość naszego społeczeństwa. Bez zadowolonych i zaangażowanych nauczycieli nie stworzymy dobrego systemu edukacji, a bez niego nie będzie konkurencyjnej i dynamicznie rozwijającej się gospodarki, innowacyjnych start-upów, wynalazków, rosnącego PKB, a na końcu podatków wystarczających na usługi publiczne o wysokiej jakości.

Dlatego postulowany przez nas mechanizm musi być powiązany ze zmianą sposobu kształcenia nauczycieli i pozyskiwania ludzi do tego zawodu. Najlepsze pod kątem osiągnięć edukacyjnych kraje (w Europie np. Finlandia, a w świecie Singapur) już na etapie szkoły średniej „wyłapują” młodych ludzi z właściwymi predyspozycjami. W momencie składania przez nich deklaracji podjęcia studiów pedagogicznych stają się oni monitorowani, wchodzą do systemu mentoringu, są prowadzeni bez mała za rękę – by przekraczając próg szkoły byli już całkowicie przygotowani do pracy w sensie formalnym i faktycznym, merytorycznym i mentalnym. Nabywanie umiejętności, praktycznie stażu zawodowego, rozpoczyna się już na pierwszym roku studiów. Wysokie  wynagrodzenie idzie w ślad za tym. W Finlandii ostatecznie nauczycielem zostaje jeden na sześćdziesięciu kandydatów, bo tam jest to zawód o bardzo wysokim prestiżu społecznym.

Paru prezesów już wymiotło (niektórzy przezornie wymietli się sami, dzięki czemu dostaną odprawę), wielu jeszcze to czeka. Ale wygląda na to, że koalicja zamiatanie w spółkach Skarbu Państwa pozostawia pełniącym obowiązki, tak żeby wybrani w konkursach przyszli na gotowe i czyste. No, może nie tylko dlatego – o czym potem.

Z czym będą mierzyć się tymczasowi prezesi? Po pierwsze, z częstą wśród nominatów PiS niekompetencją. Wspartą popieraniem wszelkich, choćby najmniej sensownych, inicjatyw i pomysłów. Grupa Energa  i Grupa Enea wydały polecenie rozpoczęcia prac węglowej Elektrowni Ostrołęka C bez zapewnionego finansowania. Jak informował „Parkiet”, Enea będzie dochodzić roszczeń dotyczących rozpoczęcia tych prac m.in. wobec swojego byłego prezesa oraz PZU.

Z kolei nowy prezes PGE będzie musiał np. zadecydować o losie aktualizacji strategii PGE do 2030 r., która zakłada całkowite odejście od węgla, w tym także w ciepłownictwie. Oczywiście nie spodobała się ona górnikom, których boi się każdy rząd.

Sprzątanie w Orlenie powierzono na trzy miesiące Witoldowi Literackiemu, ekspertowi w dziedzinie finansów i podatków, który w tym koncernie w  latach 2008-2020 był dyrektorem biura podatków. Przed nim sprzątanie stajni Augiasza, w której bałagan wiąże się z zaniżeniem możliwych do uzyskania finansów ze sprzedaży części majątku Lotosu.

I prezesi, i pełniący ich obowiązki będą musieli przeanalizować wydatki spółek Skarbu Państwa na  sponsoring, reklamy w mediach, darowizny oraz na usługi prawne i doradcze. Najwyższa Izba Kontroli zbadała wydatki tylko dziewięciu firm w latach 2017-2021. Nietrudno zgadnąć, że trafiały głównie do opanowanej przez PiS Telewizji Polskiej oraz mediów braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza. Ciekawe też będą przepływy ze spółek do zakładanych przez nie fundacji  i dalej – wydatki tychże fundacji. No i wpłaty spółek na konta przeróżnych instytucji i fundacji, o sponsorowaniu kombinatu Tadeusza Rydzyka nie zapominając.

Niezbędne będą też decyzje kadrowe, bo i same spółki matki, i ich córki są zalane kadrą, której często jedyną kompetencją jest należenie do grona krewnych i znajomych Królika w kapeluszu z napisem „PiS” albo „SP”.

Generalnie nowe władze firmowe czeka otwieranie wielu szaf, obserwowanie, ile trupów z nich wypada i analizowanie stopnia ich rozkładu oraz wpływu na działalność spółek. Sądy i prokuratury powinny przygotować się na falę oskarżeń i procesów.

Na tym torcie oprócz lukru i wisienek jest jednak i nieco dziegciu. Otóż, jak ćwierkają niektóre wiewiórki, wprowadzanie tymczasowych zarządów i pełniących obowiązki jest nie tylko spowodowane chęcią obsadzenia stanowisk fachowcami. Trwa bowiem walka o stołki pomiędzy głównymi uczestnikami koalicji. Ot, takie typowe polskie piekiełko, niezależne od politycznych poglądów i ideologii.

Ustawa zasadnicza jest osnową, na której tkane są wszystkie prawa Rzeczypospolitej. Musi być ze wszystkich sił chroniona. Nie wolno dopasowywać jej do krótkotrwałych interesów, podchodzić do niej z elastyczną dezynwolturą, także dla rozwiązania problemów z pewnością trudnych – lecz w perspektywie konstytucyjnej wciąż tylko bieżących.

Hasło dokonania zmian w najważniejszym akcie prawnym RP i wyzerowania obsady Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, Sądu Najwyższego i innych instytucji przejętych przez poprzedni obóz rządzący, a teraz wykorzystywanych do paraliżowania funkcjonowania państwa, rzuciła – nie zapominajmy o tym – Konfederacja. Poważne potraktowanie tego postulatu (nie mówiąc już o jego wdrożeniu) byłoby przepustką do udziału w poważnej polityce ruchów narodowych, nacjonalistycznych, skrajnych, groźnych. O tym, że takie eksperymenty źle się kończą, przekonaliśmy się już nie raz.

Jest to też pomysł nierealizowalny. Prawo i Sprawiedliwość traktuje swoje zdobycze jako potężne narzędzia utrzymania wpływów. Z pewnością ich się nie wyrzeknie. Wabikiem nie może tu być ani obietnica uszanowania status quo, np. uznania prawomocności orzeczeń Trybunału Julii Przyłębskiej, ani gwarancja, że wybór nowych członków tych organów dokonałby się w drodze konsensualnej, z wprowadzeniem do nich również nominatów PiS. Ta partia nie chce się układać; chce utrudnić następcom sprawne rządzenie i marzy o powrocie do władzy.

Rozwiązania, o których wspomina się półgębkiem, byłyby też kontrproduktywne. Wyobraźmy sobie – całkowicie hipotetycznie – wybór członków Trybunału Konstytucyjnego większością 3/5 głosów w Sejmie. Pierwszy skład pewnie udałoby się uzgodnić, a stronnictwo Jarosława Kaczyńskiego uzyskałoby prawo do wskazania, załóżmy, pięciu lub sześciu sędziów. Z tej grupy Andrzej Duda wyznaczyłby nowego prezesa (na jakiekolwiek inny mechanizm wyboru ani prezydent, ani PiS się nie zgodzą). Niewiele więc usprawniłoby to pracę tego sądu. Co więcej, do czasu, kiedy liczba posłów populistycznej prawicy spadnie poniżej 184, w praktyce to od nich zależne będzie powołanie każdego członka TK w przypadku opróżnienia urzędu przed końcem dziewięcioletniej kadencji. Osobiście jestem zdania, że liczebność narodowo-katolickiego klubu w parlamencie będzie się zmniejszać, ale prawo trzeba pisać na złą, a nie dobrą pogodę. Przekonaliśmy się o tym w ciągu ostatnich ośmiu lat.

Nie podejrzewam polityków demokratycznych, którzy pozytywnie wypowiadają się na ten temat, o naiwność. Zapewne chodzi im o tworzenie koncyliacyjnego wrażenia i obarczenie PiS odpowiedzialnością za trwający niedowład. Skórka nie jest jednak warta wyprawki. Trzeba szukać lepszych sposobów przywrócenia praworządnego charakteru państwa. Lepiej już pozostać przy kreatywnym znajdowaniu luk i szczelin, których sporo pozostawiła poprzednia – cechująca się generalną niekompetencją – ekipa.

Zakup subskrypcji 1zł na 2 dni OdblokujZapoznałem się z Polityką prywatnościRodo1

Zakup subskrypcji 1zł na 2 dni OdblokujZapoznałem się z Polityką prywatnościRodo1

TEZY ETYKI NIEZALEŻNEJ*

1) Istnieje w gronie współuczestników obecnej dyskusji etycznej wspólne poczuciowe rozumienie ocen dodatnich wyrażanych słowem „czcigodny” i ocen ujemnych wyrażanych słowem „haniebny”, którymi pochwalają oni pewne pozytywne i potępiają pewne negatywne przypadki zachowania się rzeczywistego lub zamierzonego, w przeświadczeniu, że głosząc te pochwały i nagany uprawiają ocenę etyczną.

2) Próba wyjaśnienia sensu tak rozumianej oceny etycznej prowadzi do domniemania, że ocenia się w ten sposób dodatnio zachowanie się bądź dobrotliwe, bądź odważne, bądź uczciwe, bądź oporne na pokusy, natomiast ujemnie ocenia się zachowanie bądź podyktowane złością, bądź tchórzliwe, bądź nieuczciwe, bądź świadczące o uleganiu pokusom.

3) W obliczu tych wyników nabiera pewnego uzasadnienia domysł, iż to, co w powyższych ocenach jest wspólne i swoiste, sprowadza się do uznania dla motywacji charakteryzującej zachowanie się spolegliwego opiekuna (czyli człowieka, na którego ktoś broniony przezeń może słusznie liczyć w trudnych okolicznościach) i potępienie dla motywacji o cechach z tą motywacją niezgodnych.

4) Tak ujęta etyka zasługuje na miano etyki niezależnej, przy czym idzie tu o niezależność od założeń światopoglądowych, w szczególności od wierzeń religijnych dotyczących istnienia Opatrzności, nieśmiertelności duszy, nagród lub kar w życiu przyszłym, a także od sporów ontologicznych, różniących idealistów i materialistów, deterministów i indeterministów itp.

5) Zwolennicy etyki niezależnej rozumianej jak wyżej domyślają się, że ocena etyczna ukształtowała się w toku dziejów na gruncie powtarzających się uporczywie sytuacji w gromadach ludzkich, kiedy trzeba stawiać czoło niebezpieczeństwom w obronie istot podlegających opiece a zagrożonych czy to przez siły przyrody, czy to przez wrogów ludzkich. Stąd powszechność tego, co istotne w ocenie etycznej.

6) Powstała w ten sposób ocena etyczna sprawia, że osoby przeżywające ją odczuwają jako swój etyczny obowiązek chronić w miarę możności przed groźbą nieszczęścia każdą istotę na taką groźbę wystawioną. Ocena etyczna, choć genetycznie związana z grupami zamkniętymi, w swojej obecnej treści jest uniwersalna i sięga swą intencją opiekuńczą nawet poza ród ludzki, obejmując ogół istot wystawionych na grozę nieszczęścia.

7) Jawna niewykonalność opiekuńczości powszechnej stwarza konieczność wyboru działań. Powstaje zagadnienie prymatu pewnych zadań opiekuńczych w stosunku do innych możliwych. Ponieważ zaś potrzeby różnych istot są niezgodne i nie podobna sprzyjać praktycznie pod określonymi względami pewnym istotom, nie szkodząc pod pewnymi względami innym, przeto, kto decyduje się nadal żyć, musi się zdecydować na pewne pozytywne kryteria forytowania jednych kosztem innych, dbając tylko o to, by nie sprawiać nikomu powodów do nieszczęścia poza koniecznością stosowania tych kryteriów.

8) Oto jeden z możliwych układów kryteriów takiego wyboru. Punktem wyjścia jest grono przyjaciół. Ono wyznacza społeczność, z którą dany osobnik solidaryzuje się współczynnie w walce niezbędnej z innymi społecznościami. Młodzież wychowywać w duchu przejęcia się wzorcem spolegliwego opiekuna.

9) Względna rozmaitość wyznawanych haseł moralnych tłumaczy się tym, że w różnych sytuacjach społecznodziejowych różne składniki wzorca spolegliwego opiekuna wysuwają się na czoło, bądź dobrotliwość, bądź odwaga, bądź prawość, bądź silny charakter. Różne bywają rodzaje kolejności w hierarchii wyznawanych ocen.

10) Jako przykład oceny etycznej rzekomo niemieszczącej się w schemacie spolegliwego opiekuna przytacza się bodaj najczęściej rozmaite odmiany etyki honoru domagającej się represji za obelgę własnej osoby. Sądzę, że ta ocena nie jest ściśle etyczna, choć zawiera dominujący element etyczny. Pozaetyczny jest w tych ocenach składnik upodobania dla siły i zwycięstwa. Ale etyczny jest element czci dla odwagi i mocy charakteru.

* Pierwodruk: „Ruch Filozoficzny” 1986, t. XLIII, nr 3–4, s. 230–240.

SPUŚCIZNA PO TADEUSZU KOTARBIŃSKIM

Kontynuując w „Res Humana” prezentację różnych okresów życia Tadeusza Kotarbińskiego i dziedzin jego twórczości, postanowiliśmy tym razem zamieścić tekst z etyki, noszący tytuł Tezy etyki niezależnej, opublikowany w 1986 r., a więc już po śmierci Profesora (zmarł w 1981 r.). Można go traktować jako zwięzłą syntezę jego poglądów na moralność.

Pamiętajmy też o tym, iż etyka obok ontologii (Kotarbiński był twórcą reizmu, a więc poglądu zakładającego, że istnieją tylko rzeczy), teorii poznania (odmiany pozytywizmu, orientacji filozoficznej, krytycznej wobec metafizyki) i prakseologii (nauki o skutecznym działaniu) stanowiła ważną dziedzinę jego twórczości. Dziedzinę, do której wracał od początków swej aktywności filozoficznej, gdy zaczął tworzyć swój wariant etyki niezależnej, aż po późne jej lata. Nie sposób zapomnieć też o tym, iż T. Kotarbiński swą aktywnością i postępowaniem – mamy na myśli jego prawość i odwagę osobistą, którą demonstrował w różnych okresach – sam stanowił interesujące zjawisko etyczne i dla wielu ważny punkt odniesienia, a także wzór do naśladowania. Życie Kotarbińskiego przebiegało bowiem w czasach, które stanowiły dla wielu Polaków swego rodzaju trudny test charakteru i faktycznie wyznawanych wartości: dwie wojny światowe, okres stalinizmu, marzec 1968 i jego konsekwencje dla polskiej kultury.

Powyżej – tytułem komentarza i pierwszego przybliżenia – zamieszczamy kilka uwag o poglądach etycznych Kotarbińskiego, które mogą ułatwiać analizy tej sfery jego poglądów na polu etyki:

– Kotarbiński nazywał swą etykę niezależną. Według niego jest to refleksja normatywna, która nie wiąże postulowanych przez siebie zasad z rozstrzygnięciami światopoglądowymi, zwłaszcza zaś religijnymi. Niezależność oznacza więc dystans od metafizycznej filozofii i teologii.

– Kotarbiński odróżniał etykę w sensie szerszym (tu mamy 3 działy: felicytologię (naukę o osiąganiu szczęścia), prakseologię oraz dziedzinę refleksji, która odpowiada na pytanie (pytania) jak żyć, by zasłużyć sobie na miano przyzwoitego człowieka) od etyki w sensie węższym. Ta druga nawiązuje do trzeciego działu z wyróżnionych powyżej. Mimo zróżnicowania w dziejach ludzkich poglądów na dobro mamy cechy wspólne tych przekonań, a związane są one z bezinteresownością, odwagą, gotowością niesienia innym pomocy. Syndrom tych cech, które godne są rozpowszechnienia, nazywa on opiekunem spolegliwym.

– Kotarbiński  – i jest to kolejny aspekt jego poglądów etycznych – wiązał je z „praktycznym realizmem”, nie wierzył bowiem w pełną społeczną realizację cech składających się na opiekuna spolegliwego. Niemniej jednak zasługują one na szerokie wdrożenie.

Wreszcie uwaga ostatnia. Czasy współczesne, zdaniem Profesora, cechują się swoistą atrofią aksjologiczną. Wpływa na to duża szybkość zmian. Przejawem tego jest niekiedy chaos, bezkierunkowość ludzkich działań. Laicyzacja – a pamiętajmy, iż T. Kotarbiński był ateistą – też przynosi w tej dziedzinie niekoniecznie dobre skutki.

Refleksja etyczna może temu współcześnie (częściowo przynajmniej) zapobiegać. Nigdy jednak jej rezultaty nie będą pełne, a zawsze niezgodne z maksymalistycznie pojmowanymi oczekiwaniami.

Tekst Tadeusza Kotarbińskiego oraz komentarz Mirosława Chałubińskiego ukazały się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

 

Byłoby czymś wręcz nietaktownym przedstawianie autora tej ciekawej, dwuczłonowej księgi (Mikołaj Melanowicz Japońskie fascynacje. Eseje pisane na marginesie oraz Japońskie fascynacje. Sylabus kultury współczesnej, Wydawnictwo Adam Marszałek, cz. 1 stron 400, cz. 2 stron 328). Wszak od lat możemy czytać jego książki, rozprawy, eseje i artykuły prasowe – fascynujące teksty – głównie związane z Japonią. Jej historią, kulturą i sztuką, zwłaszcza zaś jej wielką literaturą. Profesor japonistyki, historyk literatury, tłumacz i eseista Mikołaj Melanowicz jest bowiem znawcą, popularyzatorem dziejów, odrębności i swoistości obyczajów, minionych i obecnych tego kraju – krótko mówiąc – jest nie tylko wielkim jego miłośnikiem. Ba, niekwestionowanym autorytetem w tej dziedzinie…

Nie mogę tutaj jednak uciec od pewnego odległego już dość wspomnienia, bo z lipca 1997 roku. Byłem wtedy świadkiem uroczystości wręczania profesorowi Uniwersytetu Warszawskiego – Mikołajowi Melanowiczowi przez ambasadora Japonii w Polsce Orderu Świętego Skarbu – Złote Promienie ze Wstęgą – najwyższego japońskiego odznaczenia przyznawanego cudzoziemcom; posiadają je w naszym kraju tylko trzy osoby: jego poprzednik, szef katedry japonistyki UW prof. Wiesław Kotański oraz reżyser Andrzej Wajda. Otóż w trakcie tej uroczystości oddano głos jej bohaterowi, który przemówił, rzecz jasna po japońsku, bez kartki i z wielką emocjonalną swadą… A teraz możemy, na samym wstępie części pierwszej tej jego nowej obszernej księgi przeczytać całe to ciekawe ówczesne osobiste wyznanie, którego treści mogłem się wtedy tylko z grubsza domyślać: „Japonia uczyniła mnie tym, kim jestem. (…) Minęły 33 lata od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ziemię japońską w kwietniu 1964 roku… od rozpoczęcia Wielkiej Przygody życia, trwającej do dziś, której na imię Japonia…”. I dalej profesor wspomina, jak to się stało, że oto on, urodzony tuż przed drugą wojną światową w Piszczacu, małej odciętej od świata miejscowości na Podlasiu, zainteresował się cywilizacją i literaturą Japonii: „krajem tak odległym wówczas dla Polaków, jak księżyc. Odcięci od świata kapitalistycznego mieliśmy swoje sposoby na nawiązywanie przyjaźni z kolegami spoza kordonu. Z Japonii otrzymywaliśmy listy i książki już w latach 50.”.

Trzeba też od razu powiedzieć, że teksty obu tych obszernych ksiąg – Japońskich fascynacji Mikołaja Melanowicza, skromnie przez autora zostały nazwane Esejami na marginesie, chociaż istotnie odznaczają się bardzo osobistym charakterem – w pewnym przeciwieństwie do większości jego poprzednich książek literaturoznawczych i innych opracowań stricte uniwersyteckich (jak np. trzytomowa Historia literatury japońskiej, Cywilizacja Japonii współczesnej czy Japońskie narracje. Studia o pisarzach współczesnych) – w niczym im nie ustępują pod względem walorów poznawczych. Ba, można śmiało powiedzieć, że nawet dodają specyficznie atrakcyjnego dodatkowego smaku obecnym tutaj tym nowym czytelniczym „japońskim potrawom”. Przyrządzanym teraz niejako w nowym pisarsko kształcie przez autora owym wcześniejszym jego tzw. solidnym uniwersyteckim pracom japonistycznym.

Toteż warto i pod tym kątem czytać te księgi Mikołaja Melanowicza, bo mimo wszystkich odmienności stosowanych środków wyrazu, pozostaje on zawsze sobą. Jest w nich bowiem – artykułowane teraz bezpośrednio i wprost – to samo w gruncie rzeczy pragnienie dotarcia do istoty, sedna odrębności japońskiej historii wraz z fundującą jej fascynującą świat tradycyjną społecznie niepowtarzalną obyczajowością, mentalnością, sztuką i literaturą piękną. Towarzyszy mu bowiem chęć bardziej osobistego spojrzenia na owe elementy spójności i siły jej trwałości oraz nadal aktualnej mocy oddziaływania wewnętrznego i zewnętrznego. Służą temu liczne próby dotarcia do owej znamiennej tutaj, swoistej „trwałości i zmienności”; tak zawsze, mimo nieuchronnych korekt, zależnych od czasu i oddziaływania, wpływów kolejnych epok i ich głównych idei, do zarazem charakterystycznej mocy dawnych znaków i symboli kulturowych. Do poszukiwania ich znaczenia, dzisiejszego miejsca, roli i wpływów na powstającą współczesną rzeczywistość społeczną oraz na rodzące się nowe artystyczne wyzwania i idee czy osobiste indywidualne przekonania i poglądy wielkich twórców w burzliwych dziejach tego wyspiarskiego kraju, tak znaczącego – także artystycznie – szczególnie w ostatnich kilku stuleciach dla reszty świata, gdy po otwarciu się Japonii na świat rodziła się moda na „japońszczyznę” w sztuce nie tylko europejskiej.

Mikołaj Melanowicz należy do grona tych badaczy literatury, którzy szczęśliwie łączą racjonalnie socjologiczny punkt widzenia na sprawy kultury i sztuki z docenianiem ich autotelicznych wartości artystycznych. Którzy dominującego obiektywnego metodologicznie historycyzmu nie redukują przy tym do funkcji czysto zdobniczych. Oto interesują go na przykład zarówno wielkie problemy ekonomiczne, konflikty społeczne i ludzkie dramaty ukazywane w literaturze różnych okresów japońskiej „ustawicznej” modernizacji kraju pod wpływem otwierania się kraju na świat w wieku XX. oraz we wcześniejszych epokach, jak i jednocześnie „przemiany zachodzące w japońskim języku literackim wzorowanym na mówionym języku, rozwijającym się dotąd odrębnie od języka piśmiennictwa”. A równocześnie mocno pociągają go owe stałe i odwieczne, czysto „symboliczne” pierwiastki, obecne w życiu mieszkańców kraju „kwitnącej wiśni”, które przywołuje między innymi tutaj za jednym z wybitnych – i ważnych osobiście także i dla niego samego – poetów japońskich okresu modernizmu i symbolizmu – Hagiwary Sakutaro, który pisał był tak: „Symboliczne życie Japończyka reprezentuje sosna, bambus, śliwa, żółw i święty szczyt Fuji. Czcijcie więc nasze drogocenne symbole, zdobione szczerym złotem – one bowiem reprezentują nasz narodowy charakter. Chylcie czoła przed ich nieporównywalną jasnością.

Literatura japońska jest u nas dobrze obecnie znana i popularna, acz początki tego zainteresowania sięgają dopiero czasów Młodej Polski, której wielu przedstawicieli fascynowało się modną wtedy filozofią, estetyką, wielce oryginalną sztuką teatru, grafiką pochodzącą z Dalekiego Wschodu. Znajomość języka japońskiego była czymś rzadkim, korzystano wówczas głównie (m.in. poeci Zenon Przesmycki, Antoni Lange) z pośrednictwa języków europejskich. Jednak motywy japońskie w prozie polskiej pojawiały się czasami, zapewne też pod wpływem wojny rosyjsko-japońskiej, w prozie Wacława Sieroszewskiego (Miłość samuraja), Władysława Umińskiego (W krainie wschodzącego słońca), a także Władysława Reymonta (bajka Komurasaki) czy nawet Stefana Żeromskiego (w Śnie o szpadzie)! Na poważniejszą znajomość literatury japońskiej czytelnik polski musiał czekać do drugiej połowy lat 50. XX w., a prawdę mówiąc, niemal do czasów przyznania nagrody Nobla w 1968 roku prozaikowi Yasunari Kawabacie i potem innym znakomitym i wyróżnianym, poza Noblem, wieloma innymi światowymi nagrodami literackimi przyznawanymi głośnym pisarzom tego kraju oraz… tłumackiego debiutu Mikołaja Melanowicza, który miał miejsce w roku 1963 (powieść Kappy Ryūnosuke Akutagawy) i torował u nas drogę wielu innym polskim tłumaczom literatury japońskiej, jak i innym licznym potem jego przekładom prozy, takich autorów jak Akutagawa, Sōseki Natsume, Jun’ichirō Tanizaki, Kenzaburō Ōe, Kōbō Abe, Shūsaku Endō czy Sakyō Komatsu… Przyczyniały się tutaj także liczne publikacje i rozprawy krytycznoliterackie Melanowicza jak, poza już wspominanymi, prace monograficzno-literackie, takie jak Tanizaki Jun’ichiro a krąg japońskiej tradycji rodzimej (1976), Tanizaki – japoński most snów (1994), Japońskie narracje – studia o pisarzach współczesnych (2004) czy też praca świadcząca o szerokości autorskich zainteresowań kulturowych, czyli Japoński dramat telewizyjny (2009).

I w tym miejscu trzeba wrócić do zawartości przywoływanych tu obu ksiąg Japońskich fascynacji Mikołaja Melanowicza, by przypomnieć z naciskiem, że autor nie zamyka się w tematycznie ścisłym tylko kręgu swych czysto literackich czy naukowych – rzeczywiście nadrzędnych – zainteresowań. Oto bowiem jej czytelnik ma znakomitą okazję do spotkania się z kimś, kto w ciągu tych paru już dziesiątków lat lektur, podróży i spotkań z Japonią, jej historią i teraźniejszością, z jej twórcami rozmaitych dziedzin sztuki zebrał potężny materiał obserwacji i wiedzy, i który umie się nimi w tak interesujący sposób podzielić. Patrz na przykład rozdziały – Spotkania ze sztuką i teatrem Japonii, Film: Kurosawa, Oshima i tajniki Wschodu czy Spotkania na Hokkaido, w Tokio i Kioto…

W sumie prawdziwe silva rerum. Zbiór złożony z rozmaitych tematycznie i problemowo tekstów pochodzących z czasów minionego półwiecza działalności krytycznoliterackiej i publicystycznej autora. Spaja je w jednorodną i barwną całość owa tytułowa fascynacja sprawiająca, że powstało dzieło imponujące skalą i rozmiarami wartości czysto poznawczych, jak osobistą bardzo tonacją autorskiego zaangażowania. Zaskakujące pod wieloma względami dzieło – potężna suma doświadczeń, dociekliwości i wiedzy autora z czasów, gdy często tam bywał jako stypendysta, ale i wykładowca uniwersytecki. Dzieło ze wszech miar godne naszego czytelniczego zainteresowania i uwagi. Znajdą tu coś dla siebie ludzie literatury, ale i teatru, filmu, sztuk plastycznych, miłośnicy historii (m.in. stosunków i kontaktów polsko-japońskich – np. rozdział Święto Ajnów), a nawet i spragnieni wiedzy aktualnej naocznego świadka zwolennicy dalekich egzotycznych podróży (Kōhaku uta gassen – pożegnanie roku 2016 w Japonii). I wszystko to w pierwszorzędnym wydaniu – bo z pierwszej ręki pochodzące!

Mnie, na przykład, poza mało znanymi faktami z życia i twórczości wielu tłumaczonych w Polsce współczesnych pisarzy japońskich (jak rozdział pt. Dominacja kobiet w najnowszej literaturze japońskiej czy Haruki Murakami i japońskie fascynacje Joanny Bator), zainteresowało między innymi także bardzo spojrzenie autora na przyczyny i przejawy popularności Chopina w Japonii czy omówienie wielkiej powieści o Chopinie pióra Hirano Keiichiro. Czytajmy zatem…

Poezja jak szlachetny trunek nabiera barwy i smaku w trakcie dojrzewania. Tę prawdę potwierdza najnowszy tomik wierszy Marka Wawrzkiewicza Po słowie opublikowany w grudniu ubiegłego roku przez oficynę wydawniczą Adam Marszałek. Autor (ur. 1937 r.) debiutował blisko 65 lat temu i Po słowie jest z pewnością jednym z najlepszych w jego bogatym dorobku. Dwa z zamieszczonych w tym tomiku wierszy prezentujemy poniżej:

 

Ocalenia

 

Kochana, zbudź mnie po północy

I w głuche ucho powiedz szeptem,

Że nieuchronnie ku nam kroczy

Morze przejrzyste jak powietrze

Błękitna fala prześwietlona

Słonym promieniem. Ja uwierzę

I znowu zasnę w twych ramionach.

 

Kochana, ale zanim zasnę,

Powiedz mi jeszcze, że znów szumi

Sosna samotna pośród lasu

W innych samotnych sosen tłumie.

 

Kochana moja, którakolwiek

Z moich kochanych, z minionego,

Ocal mnie, uchroń cichym słowem

Od marnej jawy i snu złego.

 

Ale to mów mi ty – jedyna,

Któraś przetrwała w moim świecie,

W tobie kochałem wszystkie inne,

Bo w każdej innej byłaś przecież

Niepowtarzalna, jednokrotna,

 

Nieosiągalna, moja cała,

Ta, której nigdy już nie spotkam,

Bo raz spotkana – pozostałaś.

Najodleglejsza i najbliższa,

Mów nocą o przejrzystej fali,

Powiedz, że morze tu się zbliża,

Z którego nic nas nie ocali.

 

 

 

Modlitwa

 

Dałeś mi długie wyczekiwanie,

Panie.

 

A dałeś mi cień chmury i okruchy blasku,

I obcą radość dałeś, i udrękę własną.

 

Dałeś mi słów kilkanaście i długie milczenia,

Dałeś mi to, co mam już i czego już nie ma.

 

Dałeś mi brak pieniędzy, brak na nie łaknienia,

I tych braków powszednich na inne nie zmieniaj.

 

Dałeś mi poszum lasu, błądzenie na drogach,

Kilku zmarłych przyjaciół i żyjących wrogów.

 

Dałeś mi głóg, tarninę i jabłoń zdziczałą,

I dałeś mi dziewczynę, której mi nie dałeś.

 

Dałeś mi miłość wielką, brak miłości dałeś

Nie całkiem dobre zdrowie i wątpiące ciało.

 

Ja przecież się nie skarżę – dałeś i tak sporo,

Bo mi podarowałeś wszystkie roku pory,

 

A wszakże mógłbyś wcześniej dać mi późną jesień,

A nie tą późną, w której właśnie dzisiaj jestem.

 

Daj, coś zamierzył, nie skąp mi niczego

I nie chroń mnie od złego, ani od dobrego.

 

Niech wedle twojej woli już wszystko się stanie –

Daj mi wieczny spoczynek i wieczne czuwanie,

Panie –

Budżet na 2024 roku obowiązuje i stało się to w chwili podpisu prezydenta pod dokumentem, który wraz z pozostałymi 3 ustawami, został jednocześnie skierowany w Aleję Szucha 12a do bezterminowej kontroli następczej.

Mamy więc oto nową sytuację wykreowaną przez prezydenta, kiedy ustawy są podpisane i funkcjonują, pozostając jednocześnie pod pręgierzem orzeczeń organu, co do którego są rozliczne wątpliwości, czy w ogóle istnieje. Część jego członków nie jest sędziami TK, a jedynie osobami tam nielegalnie delegowanymi w miejsce prawidłowo wybranych sędziów, część w chwili powołania nie spełniała kryterium wiekowego i nie powinna zostać sędziami TK z powodów formalnych, a szefowa wyżej wymienionych jest przez część z nich kwestionowana jako uzurpatorka na funkcji prezesa, którą zakończyła w 2022 roku. I taki oto organ ma się zająć kontrolą następczą tych i wszystkich kolejnych ustaw, bo konstytucja przewiduje możliwość wystąpienia przez prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności już podpisanej i ogłoszonej w Dzienniku Ustaw ustawy z Konstytucją, w trybie kontroli następczej — czytamy na stronie prezydenta RP. Co istotne, wniosek taki prezydent może złożyć w dowolnym czasie wobec każdej obowiązującej ustawy, a także umowy międzynarodowej lub rozporządzenia. Choć nie wpływa na obowiązywanie objętego nim aktu prawnego i tzw. zdrowy chłopski rozum każe natychmiast zapytać, czym w takim razie jest, jeśli nie zawracaniem kijem Wisły?

Tyle definicja i wykładnia a teraz spójrzmy na komunikat prezydenta: z uwagi na wątpliwości związane z prawidłowością procedury uchwalenia ww. ustaw tj. brakiem możliwości udziału w pracach Sejmu nad tymi ustawami przez posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, prezydent zdecydował o skierowaniu powyższych ustaw, w trybie kontroli następczej do Trybunału Konstytucyjnego, celem zbadania ich zgodności z Konstytucją. Analogiczne działania będą podejmowane przez Prezydenta RP każdorazowo w przypadku uniemożliwienia Posłom wykonywania ich mandatu, pochodzącego z wyborów powszechnych. Należy podkreślić, że sprawa wygaśnięcia mandatów została jednoznacznie przesądzona przez Sąd Najwyższy. Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik są posłami na Sejm RP”. Czyli prezydent Duda zakomunikował, iż przesłanką ewentualnej niekonstytucyjności jest brak możliwości prac wymienionych osób nad tymi i wszystkimi kolejnymi ustawami – skoro mają wygaszone mandaty i legitymacje poselskie. Warto zwrócić na to uwagę jako jedyną przesłankę uruchomienia procedury, o ile oczywiście wcześniej TK nie ulegnie zmianie, a cała sprawa przejdzie do podręczników historii niesławnej dobrej zmiany w zakresie praworządności.

W porządku przyszłotygodniowego posiedzenia Sejmu nie ma co prawda punktu poświęconego Trybunałowi Konstytucyjnemu, ale są zapowiedzi, iż może się to wydarzyć. Nie, żeby marszałek Szymon Hołownia specjalnie hołdował terleckiej formule wrzucania projektów uchwał znienacka, ale może to nastąpić po prostu z głęboko uzasadnionej potrzeby wyjaśnienia zasad funkcjonowania tego organu. Jakiż bowiem miałaby sens Rada Gabinetowa zwołana przez prezydenta Dudę na 13 lutego na godz. 13.00, poświęcona inwestycjom, zakupom zbrojeniowym i związanym z tym pracom rządu, a więc także planowanym w tym zakresie projektom ustaw i rozporządzeń? Czy warto się w ogóle zbierać, skoro prezydent zapowiedział, że każdą ustawę będzie wysyłał w wiadome miejsce, chyba że skazani i ułaskawieni Kamiński z Wąsikiem zasiądą bezprawnie na miejscach poselskich.

Boli od tego głowa, prawnicy są w kropce, bo czy można a priori wysyłać wszystkie akty prawne do kontroli następczej? Mielibyśmy oto skuteczny akt łaski dla dwóch byłych posłów prawomocnie skazanych w drugiej instancji za przestępstwa umyślne z zakazem zasiadania w Izbie, ale per analogiam nie mielibyśmy żadnego analogicznego aktu (litości? łaski? abolicji?) dla wszystkich ustaw, które wyjdą z Wiejskiej do podpisu prezydenta — skoro z automatu zostaną skierowane do kontroli następczej w organie z Alei Szucha 12a? Trudno to doprawdy zrozumieć, chyba że p. Kamiński z Wąsikiem potrafią i się ze społeczeństwem jako współsprawcy tego zamieszania podzielą… A tak na poważnie, to kolejny paradoks polskiej demokracji, do pilnego rozwiązania.

Beata Szydło, była prezes Rady Ministrów RP, a obecnie eurodeputowana, szykuje się do obrony poprzez atak. Zanim zacznie zeznawać przed sejmową komisją śledczą w sprawie afery Pegasusa, na portalu X pisze tak:

Przytulony i uratowany z politycznego niebytu przez partię Tuska (post)komunista Miller, który działał na wysokim szczeblu w PZPR, gdy komuniści prześladowali Polaków, śmie grzmieć i pouczać. Wielkim błędem było dopuszczenie takich jak Miller do publicznego funkcjonowania w demokratycznej Polsce.

Po opublikowaniu post ten szybko doczekał się ponad 100 tysięcy wyświetleń i spotkał z entuzjastycznym odbiorem internautów, którzy – równo po tysiącu odbiorców w każdą stronę – wyrazili bądź swoją frustrację, bądź adorację wobec Madame Szydło (wobec której druga część piszących używa ksywki oborowa Becia). Jednak równo oznacza tu oborowe g…- prawda, bo ten tysiąc głosów uwielbienia okazał się tylko tanim bonusem bez pokrycia, sponsorowanym nie wiadomo przez kogo. Może więc warto by zapytać Szydło, kto zacz jest ten sponsor, który jej zapłacił za ten tysiąc? Pytałbym po kolei pośród tych, którzy z łaski hojnej premier zgarnęli w trakcie jej kadencji ponad 437 mln zł pensji i nawet do 45 mln zł nagród wypłaconych ludziom związanym z PiS przez giełdowe spółki kontrolowane przez państwo (PZU, Pekao, Alior, Azoty, PGNiG i in.). Ten wynik tysiąca pochlebców utrzymuje się bowiem twardo od samego początku i nie chce drgnąć w górę. Czyżby skończyła się kasa i nikt nie chce już więcej doinwestować dalszej kariery Szydło?

Przybywało za to kreatywnych odbiorców aktywnie komentujących na „NIE”. Odsetek pozytywnie lub neutralnie komentujących wpis Szydło był może jednocyfrowy.

Na co zwracają uwagę internauci? Jeńców nie biorą. Oto kilka przykładów:

Coś jak przytulony i uratowany Kryże i ciamkający Piotrowicz…?

Kryże ci nie przeszkadzał? Piotrowicz także nie? Ani Kujda? Zamknij twarz, hipokrytko.

Ups co Pani powie o waszych pzpr-owcach?

Twój stary też był w PZPR. A od Unii wyciągnął 70 baniek na nie wiadomo co.

A jak się mają wasi komuniści, esbecy i neonaziści?

Beata. Jak już piszesz to przynajmniej odznacz.

@LeszekMiller. Żadna tajemnica. Jest lewicowym politykiem piastującym wysokie stanowiska w KC PZPR.

Ten sam, który podpisywał akces wejścia RP do UE a wcześniej miał wpływ na politykę zagraniczną i wejścia PL do NATO. 27:1 C’nie?

Beata, chłopie, przecież akurat postkomuny to nigdzie dziś nie ma więcej niż w tym waszym Pisie.

Politycznie Miller to nie moja bajka ale trzeba oborowej przypomnieć, że to właśnie Miller wprowadził Polskę do UE, a to wy usilnie próbujecie Polskę z niej wyprowadzić.

Facet, mimo że pamiętam mu wszystko, wsławił się, oprócz tego, że wprowadził Polskę do UE, powiedzonkiem o zaczynaniu i kończeniu i rewelacyjną diagnozą postawioną przyszłemu ministrowi PiS. Czego mu zazdrościsz?

Ten człowiek zrobił w swoim politycznym życiu wiele więcej dla Ojczyzny niż wy wszyscy razem wzięci złodzieje! A ty kobieto do pięt mu nie dosięgasz, ani w kwestii poziomu inteligencji ani tym bardziej w kunszcie politycznym! Przy nim jesteś kolejnym zerem!

Siedzisz tam w Brukseli po co? Zamiast pisać denne posty na tt może byś zerknęła jak przewały idą?

Ale o jakiej demokracji pani pisze!? Chodzi pani o to że każdy PiSowiec czego by nie zrobił to powinien być bezkarny!? A byle miernota pod każdym względem powinna zajmować eksponowane stanowiska tylko dlatego że zna pacierz i mówi że jest patriotą!?

Pytanie zasadnicze …Co było gorsze dla Polski? Bolszewizm PZPR czy neobolszewizm PiSsekty?!!

Wielkim błędem było dopuszczenie pani do premierowania – przypomni mi pani, ile według pani to jest „bez zbędnej zwłoki” – bo coś ponad 600 dni. I pani śmie pouczać premiera, który w imieniu Polski podpisał traktat akcesyjny do UE? Za te 600 dni jeszcze pani odpowie…

Szanowna Pani matko księdza, który zwiał z mafii gejowskiej!

Dla Pani wiadomości: Mamy liberalizm w gospodarce dzięki podatkowi liniowemu – tak to Leszek Miller!

I mamy wejście do Unii europejskiej, dzięki której ma Pani pensje w euro!

Ile w tobie jest nienawiści. Katoliczka lata do komunii i zieje nienawiścią do swoich oponentów. Jak ty z tym umiesz żyć?

Jak tam krowy i obora cwaniaro?! Nie śpisz po nocach ze strachu przed nieuchronnym rozliczeniem? Jeśli tak, to dobrze!

Wyjesz? Wyj, na zdrowie. Zobaczymy jak będziesz wyła przed sądem

Oborowa… kiedy przed komisją stajesz co? Zobaczymy jaka cwana jesteś.

O Pegasusie nie wiedziałam.. No jasne.. Lepiej kupuj bilet do Ziobry. Prokurator zapuka wkrótce…

Szykuj się Becia, będziesz siedzieć, jesteś w TOP5

Też bym takie bzdury pisał ma Twoim miejscu. Trzeba się trochę pokazać przed osadzeniem, żeby tłumek przyszedł pod zakład wymusić na rezydencie akt łaski pańskiej subito!

Widzisz Becia, ale to ty pójdziesz siedzieć a nie On.

Nawet pobieżna analiza wybranych losowo wypowiedzi internautów wskazuje, że była premier nie cieszy się żadną estymą w segmencie elektoratu korzystającego z internetu (około 60% dorosłej populacji w wieku 18-75 lat korzysta aktywnie z internetowej sieci mediów społecznościowych). I choć platforma X jest jedną z najmniejszych części tego rynku, to jest ona jednocześnie dosyć opiniotwórcza dla elektoratu w Polsce ze względu na swój elitarny, wpływowy medialny charakter.

Szydło otrzymała już zapewne wezwanie do stawienia się przed komisją sejmową celem złożenia wyjaśnień, które zadecydują nie tyle o jej dalszej, co raczej bliższej przyszłości, którą może spędzić w więzieniu. Stało się to jasne, od kiedy „New York Times” w swoim artykule ujawnił kulisy sprzedaży Polsce Pegasusa, który został użyty do celów infiltracji opozycji w kampanii wyborczej. Chwilę po tym potwierdziła to oficjalnie p.o. szefowa CBA Agnieszka Kwiatkowska-Gurdak, zeznając, że Krzysztof Brejza szpiegowany był za pomocą tego programu. Jej zeznania mogą być przełomowe.

Na łamach amerykańskiego dziennika można przeczytać, jak Polska znalazła się na liście państw, które weszły w posiadanie Pegasusa: 21 listopada 2016 r. premier Izraela Benjamin Netanjahu wraz z żoną powitali na kolacji w swoim domu premier Beatę Szydło i jej ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego (to ten, który parę miesięcy wcześniej w wywiadzie dla „Bild” ogłosił, że w Polsce rząd wspiera obraz świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii). Zaraz potem Szydło podpisała umowę na zakup systemu Pegasus dla Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

W artykule znalazła się też nieznana wcześniej sugestia, że dzięki Szydło, która dołączyła do serii nowych umów, Pegasus pomógł połączyć w sieć wschodzące pokolenie prawicowych liderów na całym świecie. NYT zwrócił uwagę, że premier Benjamin Netanjahu nie wycofał się ze sprzedaży Polsce Pegasusa nawet mimo koszmarnej nowelizacji ustawy o IPN w 2018 roku, która ostatecznie została poprawiona pod dyktando agentów Mosadu.

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienie, dlaczego swoją obronę poprzez atak Szydło skierowała akurat na Leszka Millera? Moim zdaniem jej wybór był dosyć przemyślany. W czasach, kiedy Miller był premierem, ówczesna władza też „szła w zaparte”, że na terenie Polski nie ma żadnych więzień CIA. Ogólnie było wiadomo, że amerykańska agencja wywiadowcza CIA prowadziła tu tajne więzienie, w którym przesłuchiwała osoby podejrzane o terroryzm. Polskie władze początkowo zaprzeczały istnieniu takiego ośrodka, jednakże w 2014 roku oficjalnie potwierdziły jego istnienie.

W 2007 roku Rada Europy opublikowała raport, w którym stwierdzono, że CIA prowadziła w Polsce i Rumunii tajne więzienia, w których przetrzymywano osoby podejrzane o terroryzm. W raporcie tym stwierdzono, że nie jest możliwe podważenie dowodów lub sugestii, że w Polsce i Rumunii działały tajne ośrodki, w których przetrzymywano i torturowano osoby podejrzane o terroryzm.

W 2014 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka ostatecznie orzekł, że Polska naruszyła prawa człowieka umożliwiając CIA prowadzenie tajnych więzień na swoim terytorium . Polska została zobowiązana do zapłacenia 100 tysięcy euro, choć nikt nie został oficjalnie oskarżony ani ukarany.

W taki sposób L. Millerowi i wielu wysoko postawionym urzędnikom wywiadu udało się uciec od odpowiedzialności karnej. Jednak porównywanie afery CIA prison in Poland z aferą Pegasusa nie jest moim zdaniem uprawnione, bowiem wówczas porozumienie wywiadów co do udostępnienia suwerennego polskiego terytorium na użytek CIA daje się interpretować w kategoriach racji stanu na takich samych zasadach, na jakich stacjonują obecnie żołnierze w bazach US Army . Natomiast porozumienie w sprawie zakupu Pegasusa leżało tylko w interesie partyjnym PiS, co znalazło swoje potwierdzenie w chwili, kiedy podjęto decyzję o użyciu tej broni wobec opozycji w trakcie kampanii wyborczej. W warunkach systemu demokratycznego jest to zbrodnia.

 

Tekst ukazuje się wyłącznie w wersji elektronicznej na portalu reshumana.pl

– czyli jak europejska jedność wygrywa z Putinem

W Brukseli wydarzyło się coś, co może zaważyć na bezpieczeństwie Europy i losie Ukrainy w najbliższej przyszłości. Na specjalnym szczycie Rady Europejskiej 1 lutego 2024 r. państwa UE jednomyślnie zdecydowały o pakiecie pomocy finansowej dla Ukrainy w wysokości 50 miliardów euro, w ramach unijnego budżetu.

Był to jeden z najkrótszych szczytów w historii UE, a jednomyślność osiągnięto tak szybko – co warto podkreślić – dość niespodziewanie. Dlaczego? Oczywiście z powodu niemal pewnego weta Victora Orbána. Dotychczas nie tylko utrzymywał on przyjacielskie relacje z Putinem, ale także często stosował szantaż (głównie finansowy), by po osiągnięciu profitów ostatecznie godzić się na decyzje wymagające jednomyślności. Także te kluczowe dla nakładania sankcji na Moskwę, wzmacniania europejskiego bezpieczeństwa w kontekście agresji Rosji na Ukrainę czy jasnych deklaracji UE o otwarciu Kijowowi drzwi do członkostwa w Unii. Podczas grudniowego szczytu, kiedy decydowano o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych między innymi z tym krajem, Orbán podjął próbę wymuszenia korzystnego dla niego rozwiązania, która udała się jedynie połowicznie (choć w tej udanej połowie zyskał obietnicę uruchomienia części zamrożonych z powodu nieprzestrzegania praworządności 22 miliardów euro). Węgierski przywódca nie wstrzymał wtedy rozpoczęcia rokowań, zablokował jedynie pomoc finansową dla Ukrainy, dyskusję o której trzeba było odłożyć o sześć tygodni.

To wówczas, jak się wydaje, pozostali przywódcy państw UE, włącznie z premierami Słowacji Robertem Fico i Włoch Giorgią Meloni, ostatecznie stracili cierpliwość wobec nieustannie kłopotliwego kolegi. Styczeń posłużył Ursuli von der Leyen i Charlesowi Michelowi do przekonania przywódców unijnej dwudziestki szóstki do postawienia tamy działaniom Orbána, a także do przygotowania… własnego szantażu wobec premiera Węgier. Polegałby on na groźbie zablokowania jakichkolwiek transferów finansowych z budżetu UE na rzecz tego państwa. Mogłoby to w istocie „dobić” z trudem radzącą sobie ze stagflacją tamtejszą gospodarkę. Być może kluczowym argumentem, który Orbán musiał przełknąć jak gorzką pigułkę, było widmo odpływu zagranicznych inwestorów ze słabo radzących sobie ekonomicznie Węgier, jeśli na dodatek byłyby pozbawione stałej kroplówki z UE. Co bardzo ważne, pozostali członkowie Wspólnoty wykazali pełną jedność w poparciu groźby odebrania tych funduszy, a także w uniemożliwieniu corocznego renegocjowania wsparcia dla Ukrainy (co dałoby Orbánowi zapewne kolejne okazje do szantaży).

Szczyt UE z 1 lutego był sukcesem na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, pokazał jedność państw europejskich zarówno w rozumieniu zagrożenia rosyjskiego i konieczności wsparcia Ukrainy, jak i w sprzeciwie wobec członkostwa opartego na szantażach i wystawianiu na ryzyko bezpieczeństwa Europejczyków. Po drugie, Unia wykazała się sprawczością w kontekście coraz silniejszego włączania Ukrainy w orbitę europejskich wartości i zademonstrowała pewność, że zreformowana Ukraina po wojnie może być wartościowym członkiem UE. Po trzecie, choć pomoc w wysokości 50 miliardów euro nie wydaje się być decydująca dla przyszłości Ukrainy (mówiąc szczerze w obliczu potrzeb jest zaledwie drobnym datkiem), ma jednak olbrzymie znaczenie dla zwiększenia napływu inwestycji do tego kraju. Część środków, przeznaczona na gwarancje bankowe dla takich inwestycji, ma potencjał multiplikacyjny, znacznie ważniejszy niż sama kwota europejskiego wsparcia. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż ze środków tych Ukraina będzie mogła finansować bieżące zobowiązania budżetowe oraz dostosowywać swoje prawo do unijnego acquis communautaire, a zatem większymi krokami wchodzić w europejską przestrzeń wartości i prawa. To wysyła Putinowi jasny sygnał, że jego krwawe ruble nie są wystarczająco atrakcyjne nawet dla Orbána, kiedy w grę wchodzi możliwość pozbawienia Węgier statusu pełnoprawnego członka UE.

I choć europejska jedność wygrała z Putinem jedynie małą bitewkę, a jeszcze nie wojnę, to może się okazać, że konsekwencje tej bitewki są naprawdę istotne dla wzmocnienia Unii. Na razie bez Ukrainy, ale niedługo – oby jak najszybciej – już z nią na pokładzie.

 

Według ustawy budżetowej dochody państwa mają wynieść nieco ponad 682 mld zł, a wydatki nieco ponad 866 mld zł. Czyli deficyt sięgnie maksymalnie 184 mld zł. To o 17 mld zł więcej niż zakładał projekt PiS. Nowy rząd zwiększył wydatki, ale za to znalazł sporo oszczędności. Więcej będzie na ochronę zdrowia, są pieniądze na kontynuowanie programów społecznych, nie stracą rodziny i emeryci. Deficyt sektora finansów ma według metodyki unijnej wynieść 5,1 proc. PKB. Pewnie byłoby mniej, gdyby NBP wypracował zysk, który dla rządu PiS zapowiadał.

PKB w ujęciu realnym ma wzrosnąć o 3 proc., a przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej o 9,8 proc. Inflacja wyniesie średniorocznie 6,6 proc. Potrzeby pożyczkowe netto wyniosą 250 mld zł.

Teraz powinienem dalej analizować budżet, zastanawiać się, jaka będzie reakcja Unii Europejskiej. Tyle że okazało się, że to jedynie didaskalia. Prawdziwa gra toczy się między rządzącą większością a prezydentem – jak widać, prezydentem poprzedniej koalicji. Andrzej Duda podpisał ustawę i skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej. Powodem jest procedura uchwalania budżetu – czyli nieobecność podczas prac i głosowania Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika: posłów według prezydenta, byłych posłów według demokratycznej koalicji.

No to cofnijmy się w niedaleką przeszłość. W dniu 16 grudnia 2016 r. posłowie Zjednoczonej Prawicy uchwalili budżet. Ustawa zawierała osławione Lex Szyszko (zgoda na brutalną wycinkę lasów) i obcięcie świadczeń funkcjonariuszom pozytywnie zweryfikowanym w 1990 roku, jeśli wcześniej pracowali choć jeden dzień w „instytucjach totalitarnych”. Ponieważ protestowała przeciwko temu opozycja, ustawę uchwalono… w Sali Kolumnowej Sejmu, nie dopuszczając do niej posłów spoza Klubu PiS. Prezydent ustawę podpisał.

A, tu nie było kwestii całkowitego wykluczenia. Przypomnijmy więc rok 2018 i zatrzymanie posła PO Stanisława Gawłowskiego. Prezydentowi nie przeszkadzała jego trzymiesięczna nieobecność podczas uchwalania ustaw.

I jeszcze dwie wisienki na torcie. To pocałunek śmierci dla TK – tak wczorajszą decyzję Andrzeja Dudy skomentował Kamil Zaradkiewicz z Sądu Najwyższego, jeszcze do niedawna dyrektor Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury w Krakowie, z nominacji Zbigniewa Ziobry. Jak ów neosędzia napisał na portalu X (dawny Twitter), w przypadku kontroli prewencyjnej, bez orzeczenia TK i jego wykonania władza polityczna nie mogłaby realizować pseudobudżetu i byłaby tym orzeczeniem związana. W przypadku skierowania ustawy do kontroli następczej otwiera się zaś drogę nie tylko do zignorowania orzeczenia, ale też do spełnienia pogróżek demontażu TK. To jest wręcz zachęta do takiego działania – podkreślił. I dodał, że podobny pocałunek śmierci dokonał prezydent wobec własnych prezydenckich prerogatyw.

A Andrzej Duda zapowiedział, że tak będzie się bawił z każdą ustawą, która mu się nie spodoba. Czyli kierował ją do Trybunału, co do którego składu są ogromne kontrowersje.

W tej sytuacji 184 miliardy deficytu to naprawdę betka.

Prerogatywy prezydenta Rzeczypospolitej precyzyjnie określa Konstytucja. Wśród wymienionych tam expressis verbis uprawnień i obowiązków nie ma funkcji superarbitra w politycznych konfliktach, choć w większości intuicyjnie oczekujemy, że w przypadkach ważkich i ostrych sporów głowa państwa podejmie się ich łagodzenia i szukania kompromisu. Można to oczekiwanie wyinterpretować z przypisanych prezydentowi ról gwaranta ciągłości władzy państwowej oraz strażnika Konstytucji, ale tak naprawdę zapewne odwołujemy się, świadomie lub podświadomie, do dwóch kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego. Co prawda poza nim żaden inny piastun tego urzędu podobnych doświadczeń nie miał i takiej tradycji nie budował, ale żądań społecznych w tym względzie ignorować nie można.

Od 15 października zeszłego roku mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. W Polsce nie odbywa się normalna alteracja rządu, tylko przebiega proces odzyskiwania przez demokratyczne państwo obszarów władztwa oraz narzędzi rządzenia zabranych mu wcześniej w ramach stopniowej budowy systemu coraz bardziej autokratycznego.

Prezydent uosabiający fundamentalne wartości demokratycznego państwa prawa, poważnie traktujący jego konstytucyjną odpowiedzialność, stanąłby na czele tych wysiłków. Co jednak, jeśli sam uczestniczył w procesie odwrotnym?

W ciągu ostatnich trzech i pół miesiąca Andrzej Duda wyraźnie potwierdził przynależność do jednej ze stron sporu. Do ostatniego możliwego dnia zwlekał ze zwołaniem pierwszego posiedzenia nowo wybranego parlamentu. Misję sformowania gabinetu powierzył premierowi, który ewidentnie nie miał szans na uzyskanie wotum zaufania w Sejmie. W orędziu na forum Izby zapowiedział szerokie stosowanie weta. Nie spieszył się z wręczeniem powołań finalnie wskazanym ministrom, przedkładając nad tę czynność wyjazd zagraniczny o drugorzędnym znaczeniu. Zawetował ustawę okołobudżetową, odchodząc od zwyczaju nieingerowania w kompetencje rządu do prowadzenia polityki gospodarczej i makrofinansowej. Raczej bezrefleksyjnie opowiedział się przeciw działaniom na rzecz przywrócenia mediom narodowym ich pierwotnej – publicznej – funkcji (zastrzeżenia natury prawnej byłyby zrozumiałe, nie da się jednak abstrahować od skrajnie jednostronnej treści ich przekazu, bardziej przypominającej propagandę znaną z najgorszych lat trzydziestych lub pięćdziesiątych niż dobre wzorce nowoczesnej komunikacji). Próbował ukryć w Pałacu przestępców skazanych prawomocnym wyrokiem sądu, a później – jak się wydaje – zastawić pułapkę na prokuratora generalnego, w razie gdyby przychylił się on do sugestii zarządzenia przerwy w odbywaniu kary panów Kamińskiego i Wąsika. W rozmowach z partnerami zagranicznymi lansował tezę o więźniach politycznych w Polsce, a w narracji wewnętrznej – o terrorze praworządności. Bez zbadania stanu faktycznego stanął murem za Dariuszem Barskim powołanym na funkcję prokuratora krajowego, jak się teraz okazało z błędem prawnym, i wyposażonym w nadzwyczajne kompetencje zabrane jego zwierzchnikowi, co w oczywisty sposób przeprowadzono w złej wierze tuż przed wyborami. W bezprecedensowy sposób wystąpił przeciw ministrowi Adamowi Bodnarowi.

Jest jasne, że Andrzej Duda nie zamierza współpracować z demokratycznie wybranymi władzami państwa – ustawodawczą i rządową częścią władzy wykonawczej – oraz sądowniczą. Nie ma więc co czekać z wszczęciem postępowania zmierzającego do zbadania potencjalnych deliktów konstytucyjnych w wykonaniu obecnego prezydenta. Demokratyczne państwo powinno to uczynić niezależnie od okoliczności, by pokazać swoją siłę i zapobiec jakiemukolwiek dryfowi w stronę autorytaryzmu w przyszłości. Zwłoka w sformułowaniu wniosku do Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, gdyby miała miejsce z powodów taktycznych (nadziei na brak wet wobec niezbędnych ustaw), byłaby wątpliwa moralnie w każdym przypadku. Teraz jednak nie ma też sensu stricte politycznego. Wręcz odwrotnie – zachęci Andrzeja Dudę do kontynuowania przyjętej przezeń linii postępowania. Zaś konieczność stawiania się na posiedzeniach Komisji, przedkładania pisemnych wyjaśnień, dokumentów znajdujących się w archiwach Kancelarii oraz akt prowadzonych spraw mogłoby na głowę państwa podziałać tonująco.

Na razie nie ma widoków na postawienie urzędującego prezydenta w stan oskarżenia przed Trybunałem Stanu – brakuje 61 posłów i senatorów. Jednak uruchomienie procedury i jej sprawny (a przy tym uczciwy) przebieg może wywołać nieoczekiwaną dynamikę dalszych wydarzeń. Nie warto wstawać od szachownicy przed wykonaniem możliwego spektakularnego ruchu.

 Z Agnieszką HOLLAND rozmawiają J. Paweł GIEORGICA i Robert SMOLEŃ

Robert Smoleń: Czy nie odczuwa Pani niepokoju w związku z tym, że jak dotąd ani razu z ust osób reprezentujących nowy obóz władzy – koalicję demokratyczną – nie padło słowo pushback? Granicznym terminem, kiedy należało oczekiwać zapowiedzi odstąpienia od tej praktyki, powrotu do przestrzegania prawa oraz humanitarnego traktowania ludzi na polsko-białoruskim pograniczu, było chyba exposé premiera.

Agnieszka Holland: Tak, budzi to u mnie niepokój. Chociaż mogę powiedzieć, że – pamiętając, co się działo w okresie kampanii wyborczej – spodziewałam się tego. Raczej byłam sceptyczna, jeśli chodzi o dalsze postępowanie państwa polskiego w tej sprawie. Rozumiem, że z powodów politycznych, taktycznych, ten temat był niewygodny dla ówczesnej opozycji; więc starała się ona jakoś go obchodzić dookoła. Kilka wypowiedzi Donalda Tuska i wpuszczony do sieci filmik właściwie nie odbiegały specjalnie od tonu pisowskiej narracji. Zresztą obserwowaliśmy również zachowania Donalda Tuska w czasie, kiedy był przewodniczącym Rady Europejskiej i trwał kryzys migracyjny związany z wojną w Syrii. Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że w tej sprawie on i jego formacja w większości odzwierciedlają europejski mainstream, który nie ma prawdziwego pomysłu na presję migracyjną wokół granic Europy. W związku z tym w moim przekonaniu chowa głowę w piasek, nie podejmując najistotniejszych wyzwań. Od czasu do czasu przymykając oczy na ewidentne bezprawie, a czasem więcej niż bezprawie. Niektóre zachowania straży granicznych – nie mówię tu o naszej – są… nie boję się użyć tego określenia, zbrodnicze. Na przykład historia łodzi z kilkuset czy nawet ponad tysiącem osób na pokładzie (nie wiadomo dokładnie ilu) u greckiego wybrzeża, która nie otrzymała pomocy i zatonęła. Na podstawie tego, co czytałam, jest ewidentne, że była tam wina zarówno Frontexu, jak i greckiej straży. Tego typu zdarzeń, może mniej spektakularnych, było bardzo wiele. One się ciągle dzieją właściwie na wszystkich szlakach: najbardziej na morskim, gdzie liczba ofiar już dawno przekroczyła 30 tysięcy, ale też na szlaku bałkańskim. Ten nasz, białoruski, szlak jest stosunkowo bezpieczny, dlatego też ludzie ciągle podejmują próby przedostania się tą drogą. Jest bardzo trudny, czasem śmiertelny, ale mniej niebezpieczny niż Morze Śródziemne.

Myślę, że nasze władze będą również chować głowę w piasek. Wynika to w dużym stopniu z bezradności. Aksjomatem jest to, że granica musi być bezpieczna – w rozumieniu, że musi być szczelna. Przeciwko temu nikt poza anarchistami (do których ja sama w pewnym sensie się zaliczam) nie protestuje. Co to oznacza? No, że stworzono zabezpieczenia w postaci tej bariery, płotu, który ostatecznie okazuje się nieefektywny. Więc żeby zwiększyć jego skuteczność, wyposaża się go w kolejne przeszkody typu druty żyletkowe. Cierpią zwierzęta, cierpią ludzie, którzy ulegają kontuzjom i zranieniom przy jego przekraczaniu. Może trochę ogranicza to strumień migrantów, czy zmienia ich charakterystykę demograficzną, ale nie powstrzymuje tego zjawiska. Widzimy to w statystykach niemieckich. Przy tym pushbacki, czy – jak mówią miejscowi – wywózki są pod każdym względem bezprawne, nie można udawać, że Białoruś, gdzie się ich przepycha, to państwo demokratyczne. To okrutny reżim, gdzie uchodźców się torturuje, kobiety gwałci i gdzie są narażeni na śmierć.

Kolejnym bezprawiem jest sytuacja tych migrantów, którzy znaleźli się na terenie Polski i złożyli podanie o ochronę międzynarodową. Przetrzymuje się ich bezprawnie miesiącami, a czasem latami w zamkniętych ośrodkach dla cudzoziemców, gdzie traktowani są gorzej niż więźniowie, mimo że nie popełnili żadnego przestępstwa (nielegalne przekroczenie granicy nie jest przestępstwem ale wykroczeniem).

Myślę, że sytuacja humanitarna zmieni się nieco na lepsze. W sprawie pushbacków potrzebna jest przede wszystkim ogromna presja społeczna. Liczę tutaj na udział w jej wywieraniu nie tylko ludzi, którzy dotychczas zajmowali się tym aktywistycznie czy prawnie, ale również nowych polityków, którzy po wyborach znaleźli się w parlamencie i którzy są wrażliwi na tę sprawę. Taką osobą-symbolem jest wicemarszałek Senatu Maciej Żywno, wiceprzewodniczący Polski 2050, w przeszłości wojewoda podlaski i wicemarszałek tego województwa. W ciągu ostatnich dwóch lat bardzo mocno działał aktywistycznie na granicy białoruskiej i zna ten problem od podszewki. Wiem, że jest pewna grupa młodszych posłów, w większości posłanek, którzy są na tę kwestię bardzo uwrażliwieni.

Tym, czego oni, jak sądzę, potrzebują, jest z jednej strony duże wsparcie środowisk prawniczych, naukowych, eksperckich (zajmujących się migracją) i ze strony zwykłych obywateli, z drugiej – pomysły. Potrzebują pomysłów realnych, godzących dwa sprzeczne interesy: migrantów, którym zależy, żeby jak najliczniej przejść przez granicę i znaleźć się w ziemi obiecanej, oraz państwa polskiego i innych państw europejskich, obawiających się, że nasilenie nielegalnej imigracji spowoduje dalszy wzrost nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych, podniesienie się lęków związanych z imigracją, nieufność do polityków i przypływ poparcia dla partii populistycznych, narodowych, parafaszystowskich czy neofaszystowskich. To się w wielu krajach dzieje, dzięki temu na przykład Orbán trwa tak długo u władzy na Węgrzech. Problem mają całe Bałkany, ale ostatnio także Niemcy, Szwecja, Francja… Właściwie cała Europa jest potencjalnym wulkanem, który może wybuchnąć wielką nacjonalistyczną lawą, jeśli nie wymyśli się jakiegoś kompromisu. W sprawach humanitarnych trudno o kompromis, ale tutaj trzeba pogodzić ogień z wodą.

J. Paweł Gieorgica: To jest problem, który przecież nie zniknie w krótkiej perspektywie, raczej będzie narastać. Tak długo, jak świat będzie podzielony na obszary bogate i biedne, siłą rzeczy potoki migracyjne będą się nasilać, a nie osłabiać. Żadna z prognoz dotyczących natężenia strumieni migracyjnych na świecie nie pokazuje na jego możliwy spadek. Do tradycyjnych powodów wymuszonego przemieszczania się mas ludzkich możemy jeszcze dodać kryzys klimatyczny, deficyt wody i podobne. To są stosunkowo nowe elementy układanki w trwających od dawna procesach kolejnego układania się świata.

Agnieszka Holland: Jeśli rozmawiamy w kategoriach globalnych, to trzeba być bardzo pesymistycznym. Katastrofa klimatyczna jest faktem. Faktem jest również, że Zachód bardzo skutecznie destabilizuje Bliski Wschód. Jesteśmy również jakoś odpowiedzialni za wojny w Afryce. W tej chwili mamy do czynienia z mnóstwem upadłych państw, skąd ludzie po prostu będą uciekać, bo tam się nie da żyć. W momencie, kiedy jest taki brak równowagi perspektyw i bezpieczeństwa między Południem a Europą, ludzie będą gotowi ryzykować życie swoje i swoich dzieci, żeby pokusić się o szansę na lepszą egzystencję. Ja to widzę bardzo apokaliptycznie. Wydaje mi się, że w ciągu dziesięciolecia Europa zalegalizuje pełną przemoc jako odpowiedź na ten problem. Zaczniemy masowo mordować osoby próbujące się przedostać na nasze terytoria. Czy będziemy wtedy jeszcze kontynentem demokracji i praw człowieka? W efekcie będziemy musieli przegrać. Takiej twierdzy nie da się utrzymywać w nieskończoność. Europa tak naprawdę nie wierzy w swoją przyszłość; gdyby wierzyła, to demografia nie wyglądałaby tak, jak wygląda. Za kilkadziesiąt lat będziemy kontynentem geriatrycznym. Szczerze mówiąc, boję się, że zanim nowi barbarzyńcy zmienią Europę w zupełnie inne miejsce, to tutaj będą się działy jakieś okropne rzeczy.

Jeśli chodzi o nasze podwórko, to wydaje mi się, że trzeba doprowadzić do tego, żeby okrucieństwa ze strony służb mundurowych i państwa było jak najmniej. Trzeba walczyć o to, żeby zmienić taktykę postępowania na granicy. Całkowicie zdelegalizować pushbacki (bo one zostały de facto dopuszczone rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych i administracji, sprzecznym z Konstytucją i ustawami oraz umowami międzynarodowymi). Trzeba zacząć budować spójną politykę migracyjną globalnie zajmującą się sprawami imigrantów – tych, którzy przedostają się przez granicę zieloną, ale również tych, którzy przyjeżdżają tutaj za pracą. W ogóle trzeba jakby zbudować cały ten temat. Nie da się tego zrobić bez polityków, ale oni sami się tym nie zajmą, bo to jest zbyt skomplikowane. Dla nich to jest jeszcze bardziej skomplikowany problem niż służba zdrowia. Oni nie wymyślą niczego bez pomocy z zewnątrz w ułożeniu kreatywnych pomysłów w kompleksowy program. Tak samo jest z mediami publicznymi. Bartłomiej Sienkiewicz nie wymyśli tego, jak mają wyglądać media, a tym bardziej pan minister Kierwiński z pewnością nie wymyśli, jak poradzić sobie z problemem migracji.

Tutaj konieczne jest jakieś ogromne działanie oddolne, społeczne. Myślę tu i o ludziach, którzy od lat, często od dziesięcioleci, aktywistycznie, na różnych poziomach, tym problemem się zajmują, mają w tej sprawie poglądy, doświadczenia i przemyślane sposoby reakcji, i o naukowcach, i o tej wrażliwej części polityków. Byłoby dobrze, gdyby powstała jakaś rada złożona z wszystkich tych elementów niepolitycznych społeczeństwa obywatelskiego (w której zresztą mogłoby się znaleźć kilku polityków wrażliwych na te kwestie). Taka rada powinna bardzo aktywnie zacząć działać. Wiem, że jest szereg takich inicjatyw i szereg takich ciał, które zbierają się, wymieniają pomysłami, piszą listy otwarte – ale to trzeba by zsynchronizować. Chodzi o ciało, które w przestrzeni publicznej i w świadomości społecznej zajęłoby pozycję autorytetu, tak jak w pewnym momencie było z Fundacją Helsińską czy Amnesty International. Wydaje mi się, że musimy się tym problemem zająć, a nie czekać aż to zrobią politycy, mając jednocześnie świadomość, że bez woli politycznej nie wydarzy się nic ostatecznego.

Robert Smoleń: Niedawno cytowała Pani Wasilija Grossmana, twierdzącego, że w człowieku jest bardzo dużo okrucieństwa i bardzo mało człowieczeństwa. Może wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to łamanie praw, bo wszyscy – jako społeczeństwo – na to się godziliśmy? Z drugiej strony, choć nasz stosunek do imigrantów bardzo szybko się zmienił na przełomie roku 2015/2016, to jednak wcześniej byliśmy tolerancyjni i otwarci na przyjmowanie obcych. Gdy oglądałem Pani film, Zieloną granicę, miałem nieodpartą myśl, że jesteśmy dobrymi ludźmi, którzy stworzyli sobie złe, okrutne państwo. Czy może raczej: którzy zaakceptowali to, że ktoś im takie państwo stworzył.

Agnieszka Holland: Reakcja na mój film była bardzo ciekawa i w sumie optymistyczna, przynajmniej w krótkim dystansie. Obejrzało go ponad 700 tysięcy widzów (może to być jeszcze więcej, kiedy szkoły dostaną pozwolenie, żeby chodzić na seanse, i gdy rozpocznie się dystrybucja w telewizji i na innych nośnikach). Nigdy, po żadnym filmie, nie miałam tak emocjonalnych reakcji. Spotkania po projekcjach przerodziły się w rodzaj kolektywnej psychoterapii; widać było dużą potrzebę rozmowy. I że łatwo jest ludzi uwrażliwić. Podobnie jak Kaczyński w ciągu dwóch miesięcy w 2015 roku przy pomocy kilku bardzo prostych i brutalnych propagandowych chwytów o kilkadziesiąt procent zmienił nastawienie całej wielkiej grupy społecznej, można również, oddziałując na emocje, pobudzić do dobrych rzeczy.

Potencjał dobra w człowieku jest moim zdaniem naturalny (poza ludźmi ewidentnie psychopatycznymi czy sadystycznymi). Ale on potrzebuje nieustannego pielęgnowania. I to pielęgnowanie musi przychodzić jednak z góry: od autorytetów – czy to religijnych, czy politycznych. Wielu autorytetów dzisiaj nie mamy, takich uznawanych ogólnie; ale w każdym razie od ludzi, którzy budzą zaufanie i z jednej strony mają talent, żeby to dobro pielęgnować czy pobudzać, a z drugiej – mają autorytet jakiejś władzy. Widać to było na granicy ukraińskiej. Abstrahując od powodów, dlaczego Ukraińcy byli nam bliżsi, dlaczego ta wojna wywołała takie emocje – ale taka potrzeba dobra była tam spektakularna! I to ze strony wszystkich obywateli, najróżniejszych warstw i poglądów politycznych. Również ze strony służb mundurowych. Można było powiedzieć: dajcie nam szansę, dajcie nam przestrzeń, jesteśmy w stanie obudzić w sobie ten humanitarny instynkt i czujemy się z tym dobrze (przynajmniej przez pewien czas, dopóki nas nie kosztuje to zbyt wiele). Jednak bez zarządzania państwa i władz, możemy osiągać tylko bardzo punktowe efekty. Ten potencjał istnieje, ale musi być pielęgnowany i niejako legalizowany.

J. Paweł Gieorgica: Ja bym używał raczej sformułowania lżejszego – że w Polsce występuje zjawisko przyzwolenia społecznego na załatwianie pewnych trudnych spraw migracji w sposób bardzo autorytarny. My tak właściwie chcemy zachować swój komfort w taki sposób, że mamy kilka postaci – właśnie Panią, Hannę Machińską – które są symbolami i do pewnego stopnia dają nam jakieś alibi przyzwoitości cywilizacyjnej. Jest ktoś, kto wyraża te nasze ukryte dobroci, a my sami nie musimy się w to specjalnie angażować. Ta kategoria przyzwolenia nie pozwala zmierzyć się z tym problemem.

Agnieszka Holland: Poszczególne społeczeństwa czy narody mają trochę inne sposoby reagowania. Francuzi na przykład strajkują albo demonstrują na każdy możliwy temat; a my nie strajkujemy, chociaż nieraz były po temu niebywałe powody. Różne są te specyfiki zachowań społecznych, ale ogólnie rzecz biorąc, niechęć do rezygnacji ze swojej strefy komfortu i zamknięcie się na obcego są powszechne we wszystkich krajach bogatych. Japonia, Australia, Stany Zjednoczone są również tego przykładem, nie tylko Europa. Więc ja nie widzę szansy na jakąś wielką zmianę. Natomiast widzę konieczność ciągłej pracy u podstaw i budowania pewnych zasad, praw, struktur, budżetów, żeby po prostu humanizować i otwierać ludzi na ten problem w sposób realny. Nie tylko taki niedzielno-chrześcijański, ale po prostu realny, codzienny, nie ukrywając jednocześnie wszystkich komplikacji i problemów, które się z tym wiążą. I nie sentymentalizując tego również, nie idealizując. Po prostu to jest rzeczywistość, z którą musimy nauczyć się żyć.

Im uczciwsze i odważniejsze będzie nasze podejście do tego wyzwania, tym lepsze to będzie i dla nowych przybyszy, i dla Polski. Nasz kraj akurat ma ogromny potencjał – w sensie demograficznym i gospodarczym – że już nawet przez zwykły zdrowy rozsądek trzeba się tym bardzo aktywnie zająć w planie politycznym, ekonomicznym i społecznym.

J. Paweł Gieorgica: A może to jest bardziej funkcja społeczeństwa obywatelskiego niż państwa i jego organizacji?

Agnieszka Holland: Nie. Społeczeństwo obywatelskie akurat w tej sprawie zdaje od dwóch lat egzamin, ale w momencie, gdy nie zdają go struktury państwowe, prawa i budżety, to to przeradza się w upiorny wysiłek prywatnych osób. Ciężko za to płacą. Większość ludzi działających na białoruskiej granicy jest właściwie w stanie stresu pourazowego. Nie dają rady. Takie działanie musi być zorganizowane, musi trwać nie więcej niż 8 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu – a nie 24 godziny na dobę, non-stop.

Robert Smoleń: Mimo wszystko możemy chyba z pewnym optymizmem podchodzić do perspektywy zmian nastrojów społecznych wobec zjawiska migracji, bo postawy antyimigranckie nie są bardzo głęboko ugruntowane – tak mi się wydaje. Ale chcę zapytać, czy tego procesu nie należałoby zacząć od jasnego nazwania zła złem, od wyciągnięcia konsekwencji wobec tych, którzy tego zła dokonywali. Oczekiwałbym od premiera i nowego ministra spraw wewnętrznych i administracji natychmiastowego usunięcia szefa Straży Granicznej i ogłoszenia, że wszyscy funkcjonariusze, którzy popełniali przestępstwa na granicy, zostaną zidentyfikowani i ukarani. Od czasów Hannah Arendt wiemy, że nikt nie może zasłaniać się wykonywaniem rozkazów. Dopóki to nie nastąpi, nie będzie katharsis, nie będzie pełnego oczyszczenia…

Agnieszka Holland: Zgadzam się. I na razie nie widzę takiej politycznej woli. Dlatego mówię o konieczności nacisku. Naszym zadaniem jest zmuszenie polityków do tego, żeby przyjęli odpowiedzialność za konkretne rozwiązania, nazwali zło złem i zastosowali prawo tam, gdzie to prawo zostało zgwałcone.

Rozumiem jednak, że nowe władze stąpają po terytorium usianym minami. I nie zawsze mają dobrych saperów, żeby te miny rozbrajać. A czasem to nie jest możliwe. Na pewno sprawa granicy i migrantów nie jest ich priorytetem. Nie dotyka ich osobiście. Media publiczne dotykają – bo kiedy na rządzących ciągle wylewało się pomyje w TVP, to chcieli jak najszybciej z tym skończyć. Z kolei sprawa praworządności jest związana ze środkami europejskimi, niezbędnymi, żeby móc rządzić i spełniać obietnice wyborcze. Natomiast tutaj gdzieś to się dzieje w ograniczonej przestrzeni na wschodzie Polski, nie dociera to w ogóle do opinii publicznej… Chyba że ktoś taki jak ja zrobi film, nacjonalistyczni politycy szczęśliwie albo nieszczęśliwie mi go wypromują, ludzie się o nim dowiedzą i zrobią się ciekawi.

J. Paweł Gieorgica: Czy Pani nie myślała, żeby zrobić film o tym, jak w Polsce rodził się faszyzm przez te 8 lat? I jaki to cud sprawił, że to się nie udało? Czyli taki porządny film o Kaczyńskim – jako o postaci, która tworzyła w Polsce system wcale nie odbiegający swoimi cechami od innych autorytaryzmów. To zadanie dla artysty, bo jak my to opiszemy, to będzie to nudne! Bo wszystko się powtarza i wszyscy to wiedzą. Ale pokazane obrazem przez artystów! Przez reżyserkę, która czuje i zna Polskę, a jednocześnie może pokazać wymiar uniwersalny. Przecież zagrożenie demokracji jest ciągłe i stałe, systemów demokratycznych stale więcej ubywa, niż przybywa.

Agnieszka Holland: Na pewno jest coś w tym pomyśle. Tu by zresztą bardziej niż film fabularny przydał się serial…

Robert Smoleń: House of Cards – wersja polska…

Agnieszka Holland: … z happy endem, w przeciwieństwie do amerykańskiej; jak na razie przynajmniej. To, co się wydarzyło – wygrane wybory, graniczy z cudem. Jeśli chodzi o obserwatorów zagranicznych, to oni pozytywne scenariusze brali za wishful thinking (red. myślenie życzeniowe). Teraz chodzi o to, żeby tego nie zepsuć, żeby maksymalnie wykorzystać to najświeższe doświadczenie i tę bardzo brutalną świadomość, że jesteśmy w tej chwili jedyną dobrą politycznie nowiną, która się w świecie dzieje; wszystkie inne są fatalne.

Tak, na pewno by się przydał jakiś taki mięsisty serial polityczny. Kaczyński świetnie nadaje się na postać filmową. Paolo Sorrentino robił takie filmy o Andreottim, Berlusconim, innych politykach. To były takie extravaganze trochę, ale być może to jest dobry format, ze szkicem scenariusza takim bardzo gombrowiczowskim. To mógłby być bardzo ciekawy film, bo Kaczyński jest postacią wyrazistą, a jednocześnie jest jednym z powodów, dla których im się jednak nie udało utrzymać tej władzy – dlatego, że jego charyzma w gruncie rzeczy jest bardzo nieatrakcyjna. Nawet Hitler miał przynajmniej tę ekspresję, jakieś silne przekonania… Też było trudno zrozumieć, jak ktoś taki mógł zawładnąć duszami, wyobraźnią milionów Niemców. Ale u nas… To jest właściwie nie do wytłumaczenia, jak to się stało, że człowiek, który jest postacią jak z Auto da fé Canettiego, albo z Gogola – nie, bardziej z Sołoguba, taki Mały bies – mógł przejąć wszystkie narzędzia władzy. Ale zarazem w tym leży wytłumaczenie, że charyzma tego wodza nie wystarczyła, żeby uwieść większość społeczeństwa. Które jest łatwe do uwiedzenia. Najlepszy dowód, że bardzo problematyczna charyzma Andrzeja Dudy dwukrotnie uwiodła większość. Nie jesteśmy aż tak bardzo wymagający.

Ja takiego filmu nie zrobię, powiem od razu – bo po prostu nie mam na to czasu. I nie mogę obsługiwać wszystkich ważnych tematów. Ale mamy zdolne reżyserki i zdolnych reżyserów młodego pokolenia. Może ktoś się za to zabierze? Tylko że oni jakoś się brzydzą polityką.

J. Paweł Gieorgica: Tak, nie ma wśród aktorów czy pisarzy ludzi, którzy by się pasjonowali polityką…

Agnieszka Holland: Wśród aktorów to jest ich najwięcej. Oni cały czas byli najbardziej aktywni opozycyjnie. I również w sprawach granicy białoruskiej. Maja Ostaszewska, Maciek Stuhr, mogłabym wymienić przynajmniej piętnaście nazwisk. Jeździli tam regularnie, robili, co mogli. Wypowiadali się w sprawach politycznych, bardzo zdecydowanie, biorąc na siebie duże ryzyko. Po Zielonej granicy na przykład moi aktorzy – Maja oczywiście, ale też Tomek Włosok – zaczęli dostawać pogróżki, byli zastraszani, grożono, że im głowy ogolą, pobiją ich, zabiją… Taka postawa wymaga niemalże heroizmu. A w każdym razie odwagi.

Robert Smoleń: Czy pani podziela pogląd o dwóch plemionach i przepaści dzielącej polskie społeczeństwo? Ja, szczerze mówiąc, nie do końca. Znaczna część głosujących na Prawo i Sprawiedliwość była uwiedziona sprawczością tej partii. Jeśli koalicja demokratyczna będzie dobrze rządzić, skutecznie i sprawiedliwie, będzie nasilał się odpływ od PiS jego zwolenników. Wtedy może okazać się, że wcale nie jesteśmy aż tak bardzo podzieleni. Najbardziej przekonującym kryterium wydaje mi się nasz stosunek do Unii Europejskiej. Jesteśmy bardzo proeuropejskim społeczeństwem, a osiem lat bardzo ostrej antyunijnej propagandy tylko umocniło tę postawę. Chcemy być dobrze zorganizowanym społeczeństwem na wzór zachodnioeuropejski, a nie jakimś takim dziwacznym narodem gdzieś tam na wschodzie, trochę sarmackim, trochę bizantyjskim.

Agnieszka Holland: Ale ten nasz stosunek do Unii nie jest w pełni realistyczny! W pewnym sensie jest ewenementem, ponieważ w innych krajach zaufanie do Unii, do jej sprawczości, spada. Na razie na wszystkich niemal poziomach samorządu widzi się bezpośrednie korzyści z członkostwa. W momencie, kiedy staniemy się płatnikiem netto, ten stosunek może zacząć się stopniowo zmieniać. Myślę, że ludzie w pierwszym rzędzie patrzą jednak na swoje potrzeby. Na to, czy władza – Unia czy ktokolwiek inny – te potrzeby zaspokaja. Pewnie dlatego Prawo i Sprawiedliwość utrzymuje tak wysokie poparcie, że na ogół zaspokajało potrzeby ogromnej liczby obywateli, zarówno te materialne, jak i te godnościowe, aksjologiczne; nie tylko dlatego, że miało media pisowsko-hejterskie.

Póki są tak silne religijnie regiony, przywiązane do instytucji Kościoła katolickiego, to ten podział będzie trwał. Głównie tam on przebiega. Wskazują na to wszystkie pogłębione badania. Moi przyjaciele z Francji zrobili takie badanie na podstawie niebywałej ilości danych, z dziesięcioleci. I to się wszędzie potwierdza: na ten podział wpływają głównie elementy katolicyzmu. One są u nas ciągle bardzo silne; będą słabły, bo młodsze pokolenia od nich się oddalają. Pytanie jednak, kiedy przestaną być tym dominującym czynnikiem. Nie wiem – może za dziesięć lat, może za dwadzieścia, może za pięćdziesiąt. W III RP nie udało się stworzyć alternatywnych form spędzania czasu czy udziału w kulturze. W PRL istniały różne kluby książki i prasy, Koła Gospodyń i inne świeckie instytucje czy wspólnotowe wydarzenia. Teraz tylko Kościół ma na nie monopol. Państwo zupełnie się wycofało z tworzenia kulturotwórczych inicjatyw czy tworzenia instytucji. Wydaje mi się, że to jest główny powód tego podziału.

J. Paweł Gieorgica: Ale też ostatnio mamy wzrost czytelnictwa w Polsce. Zaczynamy czytać i nawet nas za to chwalą w świecie. W jakimś amerykańskim magazynie widziałem zdjęcie wagonu warszawskiego metra ze wszystkimi pasażerami zaczytanymi – w połowie w czytnikach elektronicznych, w połowie w wydaniach papierowych.

Agnieszka Holland: W paryskim metrze też nadal czytają książki papierowe, to dość powszechny widok. Tacy… biali paryżanie, a nie imigranci.

Robert Smoleń: W ten sposób zatoczyliśmy koło i dotarliśmy do tematu z początku naszej rozmowy. Bardzo Pani dziękujemy i już trzymamy kciuki za kolejny Pani film.

Agnieszka Holland: Bardzo panom dziękuję. I poważnie myślę o tym, żeby powstało ciało jednoczące te wszystkie pomysły czy dezyderaty dotyczące migracji, najszerzej i najwęziej pojętej. Nie wiem, kto mógłby być jego inicjatorem, ale myślę, że to się powinno stać prędzej niż później. Widzę zresztą już pierwsze takie inicjatywy.

 

Zredagowany zapis rozmowy, jaki ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana” , styczeń-luty 2024.

Nagrania audio można wysłuchać na naszej stronie z podcastami.

Przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji w sprawie niezbędnych refom instytucjonalnych UE (22 listopada 2023 r.) wywołało w Polsce gwałtowną dyskusję. Niestety, ma ona charakter powierzchowny, jest skrajnie upolityczniona, padają w niej argumenty niemające pokrycia w rzeczywistym tekście przyjętej rezolucji i niezgodne z intencjami Parlamentu.

Na zlecenie posła Włodzimierza CIMOSZEWICZA i zamówienie Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, redakcja „Res Humana” przygotowała i przeprowadziła 19 grudnia 2023 r. konferencję poświęconą zaprezentowaniu rzeczowych wyjaśnień i przedstawieniu argumentów na rzecz postulowanych przez Parlament zmian. Wzięło w niej udział trzech lewicowych ekspremierów oraz uznani eksperci zajmujący się różnymi aspektami integracji.

Wszyscy zgodzili się, że Unia – aby sprostać wyzwaniom współczesnego świata, w którym kolejne państwa aspirują do odgrywania globalnej roli, a postęp technologiczny na nowo definiuje rzeczywistość – nie tyle powinna dostosować swoje modus operandi, ile właściwie nie może tego nie zrobić. Tym bardziej, że rozbudziliśmy oczekiwania licznej grupy krajów na w miarę szybkie członkostwo. Te zmiany jednak będą korzystne także dla Rzeczypospolitej i jej obywateli. W najmniejszym stopniu nie niosą z sobą ryzyka anihilacji państwa polskiego i przekształcenia Polski w obszar zamieszkiwany przez Polaków, zarządzany z zewnątrz, czym straszy Jarosław Kaczyński.

Wniosek Parlamentu został – zgodnie z przewidzianą Traktatem procedurą –  skierowany do Rady UE, złożonej z ministrów wszystkich państw członkowskich, a potem przekazany przez nią Radzie Europejskiej (o dziwo, nowy polski rząd złożył zastrzeżenie wobec tego kroku). To premierzy i prezydenci podejmą ostateczną decyzję o ewentualnym zwołaniu Konwentu, a następnie konferencji międzyrządowej dla dalszego przedyskutowania propozycji.

Czytaj:

   Włodzimierz CIMOSZEWICZ: Parlament podszedł do sprawy z dobrymi intencjami
   Marek BELKA: Kluczowe jest zarządzanie makroekonomiczne 
   Leszek MILLER: Obawa o europejską politykę nowego rządu
   Jan BARCZ: W sprawie projektów rewizji unijnych Traktatów
   Jan TRUSZCZYŃSKI: Jednomyślność jako warunek zgody na akcesję do UE? 
   Renata MIEŃKOWSKA-NORKIENE: To straszne słowo na „f”

 

Nie ukrywam mojego osobistego głębokiego przekonania o potrzebie reformy Unii. Obecne regulacje korzeniami tkwią w relatywnie głębokiej – uwzględniając tempo zmian na świecie – przeszłości. Wersje traktatów: o Unii Europejskiej oraz o funkcjonowaniu Unii Europejskiej uzgodnione w Lizbonie są w bardzo dużym stopniu powtórzeniem treści Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy, który negocjowałem wspólnie z Leszkiem Millerem, a podpisywałem z Markiem Belką w Rzymie. Tamten tekst z kolei był pokłosiem Konwentu Europejskiego z początku wieku. Wszystko więc zaczęło się przed dwudziestu kilku laty. Trochę ponad dwie dekady temu Valéry Giscard d’Estaing przedstawił swój projekt, wieńczący tamte debaty, na szczycie w Salonikach.

Mówimy tutaj o zastąpieniu istniejącej kompleksowej regulacji albo traktatem zmieniającym szereg wybranych przepisów, albo nowym traktatem w ogóle. Jednocześnie w naszym kraju nie ma w tej chwili warunków do przeprowadzenia spokojnej, rozsądnej dyskusji publicznej na ten temat. Wszystko raptem ugrzęzło w histerycznych emocjach. Można byłoby od biedy je zrozumieć przed wyborami, ale po tym, jak obywatele dokonali już rozstrzygnięć, powinniśmy na rzecz spojrzeć z analitycznym dystansem.

Poświęcone temu zagadnieniu prace Komisji Spraw Konstytucyjnych PE, której jestem członkiem, były prowadzone z niezwykłą powagą. Trwały rok. W tym czasie nieustannie dyskutowaliśmy o różnych propozycjach usprawnienia UE, uczynienia jej jeszcze bardziej potrzebnej Europejczykom. Do podsumowania tych prac i spisania wniosków wyznaczono aż pięcioro oficjalnych sprawozdawców reprezentujących pięć najważniejszych grup politycznych. To jedyny znany mi taki przypadek. Zazwyczaj do tej czynności upoważnia się jednego posła; wyjątkowo, w kilku zaledwie przypadkach w tej kadencji, bywały to dwie osoby.

Dla każdej osoby rozumiejącej politykę i w szczególności znającej sposób pracy Parlamentu Europejskiego musi być jasne i oczywiste, że w sytuacji współautorstwa pięciu frakcji wśród kilkuset rozmaitych propozycji znalazło się wiele – czy też bardzo wiele – takich, które nie odpowiadały zarówno wszystkim sprawozdawcom, jak i wszystkim członkom Komisji Konstytucyjnej. Na sali plenarnej okazało się też, że nie każda zyskała poklask posłów biorących udział w debacie i głosowaniu. To zrozumiałe. Ale żeby raport w ogóle mógł powstać, wszyscy musieli wzajemnie zaakceptować nieco kontrowersyjnych propozycji (z którymi niekoniecznie w pełni się zgadzali). W przeciwnym razie już na tym poziomie prac wstępnych – zakończyłyby się one fiaskiem.

Bardzo wielu posłów, ze mną włącznie, przywiązywało wagę nie tyle do konkretnych propozycji ile do samego ruchu, samego impulsu. Najważniejsze jest to, że Parlament – upoważniony przez artykuł 48 Traktatu o Unii Europejskiej – mógł zainicjować rozmowę na ten temat. Dobrze wiemy, co się potem wydarzy: wszystkie propozycje PE będą stanowić pewien zasób, do którego być może przedstawiciele rządów i parlamentów państw członkowskich będą nawiązywali w trakcie Konwentu. A może nie będą? To jest bowiem proces polityczny. I to państwa członkowskie będą decydowały o treści ewentualnej zmiany traktatowej. Jeśli jednak żadnej rozmowy nie będzie – niekoniecznie o wszystkich sprawach zasugerowanych przez Parlament – to Unia utkwi w niemocy.

Główną intencją Parlamentu było zachęcenie do tego, żeby zacząć myśleć i rozmawiać o niezbędnych zmianach. Wszyscy w Brukseli i Strasburgu, w stolicach państw członkowskich, eksperci, prawnicy zdają sobie sprawę z tego, że to nie Parlament Europejski zmienia traktaty. Rozlegające się w Warszawie okrzyki o anihilacji państwa polskiego nie miały krzty sensu. Przynajmniej tym razem oskarżanie Leszka Millera, Marka Belki i mnie o to, że zdradziliśmy Polskę, nie było w pełni zasadne – jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę ironii.

Powstały w opisany wyżej sposób raport został zaprezentowany całemu Parlamentowi i szczegółowo przedyskutowany. Po wprowadzeniu pewnych korekt rezolucja inicjująca procedurę, która może doprowadzić do zmian w funkcjonowaniu Unii, w tym zmian traktatowych, została przyjęta. Następnie Rada UE (złożona z ministrów wszystkich państw członkowskich) „przekazała” ten wniosek do Rady Europejskiej. Jeśli szefowie państw lub rządów UE zgodzą się na dalsze prace w tej materii, zostanie zwołany grupujący unijnych i krajowych polityków oraz europejskie autorytety Konwent dla dalszych przemyśleń możliwych rozwiązań. Kolejnym krokiem byłaby konferencja międzyrządowa. Dopiero w efekcie jej prac zostałyby sformułowane nowe przepisy. Ostateczny tekst byłby podpisany przez premierów i ministrów spraw zagranicznych wszystkich państw członkowskich i finalnie ratyfikowany zgodnie z wymogami każdego państwa.

Z góry nie wiemy więc, czy nowe zmiany traktatowe – nawet jeśli zostaną wynegocjowane – wejdą w życie, bo nie ma pewności, że ratyfikują je wszystkie państwa członkowskie. To w pewnej mierze zależy od wewnętrznej sytuacji w niektórych z nich. Doświadczenie z Traktatem Konstytucyjnym jest negatywne, choć po usunięciu z tekstu terminów nadających wspólnotowym instytucjom atrybuty państwa federalnego przytłaczająca większość pozostałych kwestii uregulowanych w traktacie z 2004 roku została później przeniesiona do Traktatu z Lizbony.

Niedawne, często bolesne doświadczenia pokazały, że Unia potrzebuje więcej kompetencji w różnych nowych obszarach. Dodatkowa konieczność wynika z rysującej się perspektywy rozszerzenia Unii Europejskiej. Instytucjonalne oraz proceduralne dostosowania okażą się potrzebne; najprawdopodobniej także te w zakresie poszczególnych polityk. Biorąc pod uwagę to, jakie państwa miałyby dołączyć do UE i jakie będą konsekwencje tego faktu, przynajmniej z tego punktu widzenia potrzeba zmian powinna zostać uznana za oczywistą. Albo ktoś autentycznie opowiada się za przyjęciem nowych członków i wtedy musi zaakceptować potrzebę zmian w traktatach, albo ktoś przez sprzeciw wobec zmian traktatowych de facto chce blokować, albo opóźniać rozszerzenie.

Jestem nieco zaskoczony zachowaniem obecnego polskiego rządu w reakcji na przyjętą przez Parlament rezolucję. A zwłaszcza byliśmy zaskoczeni wtedy, gdy w przeddzień głosowania w tej sprawie okazało się, że polskie koleżanki i polscy koledzy z grupy Europejskiej Partii Ludowej (EPP), a więc z Koalicji Obywatelskiej i PSL, otrzymali polecenie głosowania przeciwko projektowi. Jak wiadomo, rezolucja została przyjęta dosyć niewielką większością, bo zaledwie 17 głosów.

Późniejsza wypowiedź Donalda Tuska, jak i komentarz w Sejmie ministra do spraw europejskich Adama Szłapki były nie mniej zaskakujące. Mam nadzieję, że jest to nie tyle sprzeciw wobec idei zmian w traktatach,  ile opinia o niedogodnym czasie na ich przeprowadzenie. W rządowych enuncjacjach stwierdzało się, że w obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych są priorytetowe sprawy, którymi trzeba się pilnie zająć, podniesienie zaś w tej chwili dyskusji traktatowej może dodatkowo podzielić Wspólnotę.

Mój pogląd na temat konieczności reformy instytucjonalnej UE wyraziłem jasno, głosując za rezolucją Parlamentu Europejskiego. Kluczem do wszystkiego tak naprawdę jest wybór: pozostawienie jednomyślności lub jej radykalne ograniczenie na rzecz głosowania większością kwalifikowaną (qualified majority voting).

Obecny sposób podejmowania decyzji w Unii nie sprawia, że jesteśmy w stanie reagować właściwie na kryzysy – a w ciągu najbliższych dekad będą one, niczym słynne czarne łabędzie, stadami fruwać nad naszymi głowami. Musimy więc mechanizm decyzyjny uelastycznić.

Sceptycyzm wobec zmian jest funkcją tego, na ile entuzjastycznie nastawiamy się do Unii Europejskiej i – szerzej –  do całego procesu integracji. W Polsce akurat mamy do czynienia ze swoistym rozdwojeniem politycznej jaźni; ludzie są euroentuzjastami (co prawda podejrzewam, że głównie ze względu na dotykalne profity pekuniarne), rządy zaś – poprzednie, ale myślę, że do pewnego stopnia to przechodzi i na obecny – są albo wręcz bardzo wrogie, albo ostrożne w odniesieniu do pogłębiania powiązań wewnątrz Wspólnoty.

Jednak najważniejsza moim zdaniem jest kwestia zarządzania makroekonomicznego. Politolodzy, dyplomaci zwracają uwagę na niedoskonałości polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa UE, często pomijając tematy zarządzania makroekonomicznego. Unia – a tak naprawdę strefa euro, bo ona jest w tej chwili głównym motorem integracji – działa bardzo nieoptymalnie ze względu na to, że w sposób jawny państwa sprzeciwiają się stworzeniu z UE unii fiskalnej.

Kryzysy wymagają działań niekonwencjonalnych. Stąd na przykład ten 750-miliardowy fundusz Next Generation EU, z którego pochodzą środki na nasz Krajowy Plan Odbudowy. Aby takiego rodzaju działania stały się rutynowe, były stałym elementem funkcjonowania instytucjonalnego Unii, potrzebne są jej znaczące zasoby własne, tak zwane own resources. Krótko mówiąc – podatki europejskie. W tej chwili mamy już niektóre takie podatki, na przykład od nierecyklingowanego plastiku. Dyskutujemy na temat instrumentu CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism), który byłby uruchamiany wobec krajów eksportujących na obszar Unii Europejskiej towary i usługi przyczyniające się do nadmiernej emisji gazów cieplarnianych; nie nazywamy tego podatkiem właśnie ze względu na zasadę jednomyślności. Jeśli będziemy się jej twardo trzymać, to tych zasobów własnych nie stworzymy. A wówczas przekształcenie Unii Europejskiej w elementy, czy – powiedzmy – pewien szkielet unii fiskalnej będzie bardzo trudne, jeżeli nie niemożliwe. I kolejny kryzys znów nas zaskoczy i znowu będziemy wymyślać jakieś rozwiązanie typu ad hoc.

Wśród propozycji, o których dyskutowaliśmy na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego, był m.in. postulat odejścia od zasady jednomyślności w sprawach podatkowych. Wydaje mi się, że tutaj propozycja poszła za daleko. Nie dookreślono, czy chodzi o podatki unijne, czy także krajowe.  Jeżeli mielibyśmy te ostatnie poddać procedurze jednomyślności, to byłoby to naprawdę bardzo trudne do zaakceptowania. Trzeba było powiedzieć wyraźnie, że chodzi tylko o te przyszłe podatki unijne, ogólnoeuropejskie.

Mówiąc inaczej, ta propozycja była niedoskonała, ale głosowałem za nią po prostu dlatego, że politycznie oznaczała ona uruchomienie procedury, a przynajmniej następny krok do poważnej dyskusji na temat niezbędnej zmiany traktatów.

Jest szereg obszarów europejskiej integracji wymagających pilnych zmian. Na pierwszym miejscu stawiam politykę zagraniczną. Wciąż nierozwiązany pozostaje bowiem dylemat, który kiedyś sygnalizował Henry Kissinger – pytając o numer telefonu do „Europy”. Takiego numeru oczywiście nie ma i nie będzie go dopóty, dopóki nie dojdzie do pogłębionej integracji w tej sferze. Będziemy na tym tylko i wyłącznie tracić. Druga sprawa – to polityka obronna, trzecia – polityka energetyczna. Na końcu wymienię jednomyślność przy podejmowaniu decyzji. Jestem gorącym przeciwnikiem weta i nie dlatego, że przypomina mi ono o polskich  losach powiązanych z zastosowaniem liberum veto. Jeżeli możliwość zablokowania kluczowych decyzji przez jednego tylko członka UE nie zostanie wyeliminowana, to Unia Europejska na pewno będzie miała nowe kłopoty.

Przy okazji proszę spostrzec hipokryzję cechującą zwolenników szybkiego przyjęcia Ukrainy do UE, którzy jednocześnie pozostają zwolennikami weta. Z góry można założyć, że to narzędzie będzie regularnie stosowane na przykład przez Węgry, czy przez jakieś inne państwo niechętne takiemu rozszerzeniu, dla wywrócenia tego procesu.

Przypominam też, że w roku 2000 została przyjęta bardzo ambitna Strategia Lizbońska, w której zapisano, że w ciągu dekady Unia Europejska prześcignie USA w rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, najnowocześniejszych technologiach, badaniach naukowych. Otóż po 10 latach okazało się, że dystans między Unią a Stanami Zjednoczonymi nie tylko się nie zmniejszył, ale wręcz wzrósł. Dzisiaj jest on o wiele większy niż w przeszłości. Należy więc zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego tak się stało? Moim zdaniem dlatego, że Stany są jednolitym państwem (przy całej ich strukturze federalnej), a Unia Europejska nie jest. Tak długo, jak będziemy powstrzymywać się od istotnych kroków w kierunku głębszej integracji, zawsze będziemy przegrywać konkurencję. I to już nie tylko z Ameryką Północną, ale także z Chinami, Indiami i innymi rodzącymi się potęgami. To ostatni moment, ostatni dzwonek, żeby poważnie te kwestie przemyśleć i żeby podjąć niezbędne reformy. Przy obecnej strukturze instytucjonalnej Unia Europejska nie ma szans, by stać się jednym z globalnych mocarstw politycznych. Musimy budować głębsze powiązania, iść w kierunku pewnej formy federalizmu.

W tych rozważaniach chciałbym jednak skoncentrować się głównie na europejskiej polityce nowego rządu, rządu pana Donalda Tuska. Jak sądzę, wszyscy w pewnym napięciu czekaliśmy na pierwsze deklaracje intencji, planów i zamierzeń odnośnie do Unii Europejskiej. Byłem zaskoczony zarówno słowami prezesa Rady Ministrów z exposé, jak i tym, co przedstawiciele rządu mówią na ten temat w tej chwili. Przypomniałem sobie jednak, że równie zaskoczony byłem wiele lat temu, kiedy mieliśmy do czynienia z pierwszym rządem Donalda Tuska. Kilka razy rozmawiałem wtedy z ówczesnym premierem, zwracając mu uwagę, że stał przed wielką okazją, by popchnąć do przodu sprawy integracji; mimo to tamta koalicja nie zrobiła kilku kluczowych kroków.

Po pierwsze, nie zrobiła nic (oprócz paru niewiążących i finalnie niezrealizowanych deklaracji) w sprawie wejścia Polski do strefy euro. Warto pamiętać, że nad podpisami Włodzimierza Cimoszewicza i moim w traktacie akcesyjnym jest odpowiednie sformułowanie, w którym Polska zobowiązała się do przyjęcia wspólnej waluty; brakuje tam tylko i wyłącznie daty. Traktat akcesyjny był zaś zaakceptowany przez obywateli Rzeczypospolitej w ogólnonarodowym referendum. Jest notabene swego rodzaju paradoksem, że wśród polityków ostatnich dziewiętnastu lat najbardziej w sprawę realizacji tego zobowiązania angażowała się pani Zyta Gilowska – minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (który bynajmniej wtedy wcale jej nie karcił, nie przywołał do porządku). Niewątpliwie dużo czasu zostało stracone i teraz bardzo trudno będzie go nadrobić.

Po drugie, koalicja PO-PSL,nie odstąpiła od protokołu brytyjskiego, który de facto ograniczał funkcjonowanie Karty Praw Podstawowych UE w odniesieniu do obywateli RP. Dzisiaj wiemy, że nie ma on już praktycznego zastosowania; dlaczego więc Polska miałaby nie wycofać się z tego zupełnie niepotrzebnego aktu? Zwłaszcza po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nie widzę żadnych przeszkód, żeby ten protokół po prostu zlikwidować i nie stwarzać wrażenia, że w pewien sposób poważnie go traktujemy.

I wreszcie po trzecie, rząd nie przystąpił do dołączonej do Traktatu o Unii Europejskiej deklaracji numer 52 o symbolach Unii Europejskiej. Posługujemy się nimi – flagą, hymnem, dewizą „Zjednoczona w różnorodności” i uznaniem 9 maja za Dzień Europy – ale w zasadzie bez podstawy prawnej. Waga tego dokumentu jest nieporównywalnie wyższa niż np. regulaminów Sejmu i Senatu, które regulują kwestię używania symboli UE na terenie polskiego parlamentu. Warto, by obecna Rada Ministrów zastanowiła się nad przystąpieniem do tej deklaracji.

Dzisiejszy rząd wskazuje na pięć argumentów, które nie pozwalają mu jednoznacznie wypowiedzieć się na rzecz zmian traktatowych. Pierwszy punkt: te zmiany mogą osłabić jedność Unii Europejskiej. To się jednak może stać zawsze, niezależnie od tego, kiedy te zmiany będą przeprowadzane. Niemal dwadzieścia lat temu przegrane referenda we Francji i Holandii nie tylko osłabiły jedność europejską, ale wręcz zlikwidowały Traktat Konstytucyjny. To nie jest więc żaden warunek.

Po drugie: te zmiany mogą opóźnić przyjęcie Ukrainy. Ten argument sugeruje, że mogłoby ono nastąpić za dwa albo za trzy lata. Jednak wszystko wskazuje na to, że w trwającej dekadzie akcesja Ukrainy nie będzie miała miejsca. Niezasadne jest zasłanianie się Ukrainą, by powstrzymać się od energicznego działania.

Po trzecie: te zmiany nie odpowiadają realnym potrzebom Unii. Ależ właśnie, jak to powyżej uzasadniłem, odpowiadają!

Czwarty punkt: te zmiany przeszły w Parlamencie Europejskim niewielką większością głosów. Z tym się należy zgodzić, bo to jest prawda. Przeszły niewielką większością głosów – ale przeszły! Wiemy z historii, że w wielu przypadkach jeden głos decydował o skutkach o ogromnym znaczeniu. W pierwszym po wojnie głosowaniu w Bundestagu Konrad Adenauer jednym głosem został wybrany kanclerzem. I co z tego? Nikt nie załamywał rąk i nie mówił, że to stanowi problem. A potem Adenauer stał się przecież wielką postacią niemieckiego życia politycznego.

I wreszcie ostatni zarzut: te zmiany mogą być wykorzystane w antyunijnej narracji. Przez eurosceptyków zawsze będą tak wykorzystywane – dzisiaj czy za pięć lat, czy za dziesięć.

Jaki wniosek wyciągam z tych wypowiedzi? Że są one rozpaczliwą próbą ze strony rządu Donalda Tuska, by usprawiedliwić niechęć do bardziej energicznego działania na rzecz integracji europejskiej. Z jednej strony to musi dziwić, ale z drugiej strony – jeśli sobie przypomnimy dokonania tej samej ekipy, albo bardzo podobnej, z poprzedniego okresu sprawowania władzy, to wygląda na to, że to po prostu jest stała tendencja. Dlatego budzi moją największą obawę, że nie będziemy mieli w tym nowym rządzie sojusznika zdecydowanie popierającego kierunek pogłębienia integracji europejskiej.

1. Wzmożoną dyskusję nad projektami rewizji Traktatów stanowiących podstawę UE (Traktatu o Unii Europejskiej – TUE i Traktatu o funkcjonowaniu UE – TFUE) wywołała uchwalona 22 listopada 2023 r. rezolucja Parlamentu Europejskiego w tej sprawie. Problem rewizji unijnych Traktatów stał się w ostatnich miesiącach również przedmiotem kilku poważnych studiów, w tym przede wszystkim grupy ekspertów powołanych przez rządy francuski i niemiecki (przedłożony 18 września 2023 r.). Rezolucja PE z 22 listopada 2023 r. zasługuje na szczególną uwagę z dwóch względów: po pierwsze – odwołuje się ona do propozycji przedłożonych na zakończenie Konferencji w sprawie przyszłości Europy, wielkiej debaty obywatelskiej, która trwała rok (między majem 2021 r. a majem 2022 r.); po drugie – od strony formalnej stanowi ona wniosek PE (ust. 2 art. 48 TUE) w sprawie uruchomienia procedury rewizji Traktatów. Decyzja co do przejścia do kolejnych etapów tej procedury (zwołania konwentu, a następnie konferencji międzyrządowej) jest w rękach państw członkowskich UE. Zachowują one obecnie dużą wstrzemięźliwość w tej sprawie. Obradująca 12 grudnia 2023 r. Rada do spraw Ogólnych nie zajmowała się propozycjami zawartymi w rezolucji PE. Odnotowano jedynie postęp w realizacji postulatów zgłoszonych przez Konferencję w sprawie przyszłości Europy oraz przedłożono sprecyzowaną tabelę takich propozycji.[1] Również Rada Europejska, obradująca 14–15 grudnia 2023 r., nie zajęła się bezpośrednio wnioskiem o wszczęcie procedury art. 48 TUE zawartym w rezolucji PE. W konkluzjach podkreślono jedynie, że Unia będzie musiała przeprowadzić „reformy wewnętrzne” w związku m.in. z planowanym rozszerzeniem oraz że zajmie się tą sprawą „do lata 2024 r.”[2]. Formalną decyzję o przekazaniu propozycji zawartych w rezolucji PE Radzie Europejskiej (ust. 2 art. 48 TUE) podjęła Rada (działająca w składzie ministrów środowiska) 18 grudnia 2023 r.[3] Podjęcie dalszych etapów procedury leży obecnie w ręku Rady Europejskiej (szefów państw lub rządów państw członkowskich), przy czym państwa zachowują w tej mierze – jak wspomniano – dużą wstrzemięźliwość.

Od strony substancjonalnej wspomniane na wstępie wzmożenie dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów spowodowane zostało przede wszystkim objęciem strategią rozszerzenia trzech nowych państw: Mołdawii, Gruzji, a przede wszystkim Ukrainy (stąd docelowo liczba państw członkowskich, jeśli uwzględnimy kandydujące państwa Bałkanów Zachodnich, może sięgnąć 36) oraz koniecznością umocnienia efektywności Unii w dziedzinie Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa (WPZiB) wobec trwającej wojny w Ukrainie.

2. Wstrzemięźliwemu nastawieniu większości państw członkowskich do podjęcia obecnie dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów towarzyszy krytyka z dwóch stron. Partie antyeuropejskie i populistyczne wykorzystały propozycje zawarte w rezolucji PE do frontalnego ataku na Unię. Zwłaszcza w Polsce Prawo i Sprawiedliwość, profilując się jako partia opozycyjna po przegraniu wyborów 15 października 2023 r., sięgnęła do wypróbowanych argumentów antyniemieckich i antyunijnych: w propozycjach zawartych w rezolucji PE ujrzała groźbę przekształcenia Polski w „land” zarządzany z Brukseli, a nawet groźbę anihilacji państwa polskiego. Są to zarzuty absurdalne (zob. miarodajne na ten temat: stanowisko Konferencji Ambasadorów RP z 27 listopada 2023 r. – Szarża PiS na unijne Traktaty. Anihilacja rozumu). Niemniej nie można ich lekceważyć, w przeszłości bowiem narracja populistyczna i antyunijna wyrządziła poważne szkody w toku dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów, m.in. doprowadziła do odrzucenia Traktatu konstytucyjnego. Z drugiej natomiast strony, zachowując odpowiednie proporcje co do gatunku zarzutów – argumentuje się, że obecnie jest „za wcześnie” na dyskusję o rewizji unijnych Traktatów. Zarzut taki musi również skłaniać do refleksji krytycznej. Wyraźnie bowiem mieszane są dwie kwestie: znalezienie właściwego momentu na podjęcie dyskusji i wszczęcie procedury rewizji Traktatów (w tym przypadku stanowisko większości państw jest jasne – nie są one jeszcze gotowe do podjęcia decyzji w sprawie wszczęcia procedury rewizji Traktatów, istotne argumenty przemawiają na rzecz takiego stanowiska) z podjęciem dyskusji nad propozycjami zmian w Traktatach (która notabene trwa już od lat). Nawet jeżeli ewentualny traktat rewizyjny będzie miał szanse na finalizację za kilka–kilkanaście lat, to możliwe opcje kształtują się już obecnie w toku debaty. Warto już na obecnym etapie dyskusji objaśniać poszczególne problemy, zapobiegając szerzeniu się fake-newsów faktów, warto również włączać się aktywnie do debaty, identyfikować interesy własnego kraju oraz precyzować propozycje i budować koalicje.

3. Powyższe rozważania udzielają nam ogólnej odpowiedzi na istotne pytanie – „kiedy” może dojść do finalizacji dyskusji nad rewizją unijnych Traktatów? O tym, że perspektywa jest raczej odległa, świadczy również określona w art. 48 TUE procedura finalizacji negocjacji nad traktatem rewizyjnym: po podjęciu przez Radę Europejską decyzji o kontynuowaniu procedury zwoływany jest konwent, który w drodze konsensu przyjmuje zalecenia dla konferencji międzyrządowej, konferencja taka „za wspólnym porozumieniem” przyjmuje propozycje zmian w Traktatach; następnie traktat rewizyjny, aby wszedł w życie, musi być ratyfikowany przez wszystkie państwa członkowskie. Są to wszystko etapy długotrwałe (wieloletnie). Poza tym procedura zawarcia traktatu rewizyjnego wskazuje na to, że PiS – rozsiewając obawy o grożących Polsce niebezpieczeństwach w następstwie dyskutowanej rewizji unijnych Traktatów – strzela z Car-Puszki (której nigdy nie użyto w praktycznym działaniu). Traktat rewizyjny nie może bowiem wejść w życie bez zgody Polski. Żadne zmiany w unijnych Traktatach bez zgody Polski nie nastąpią. Uzyskując więc bardziej precyzyjną odpowiedź na pytanie „kiedy” ewentualna rewizja unijnych Traktatów mogłaby nastąpić, możemy zwrócić się ku pozostałym fundamentalnym pytaniom: jaki zakres przedmiotowy mają dyskutowane propozycje rewizji unijnych Traktatów oraz jakie procedury unijne wchodzą w grę, aby je zrealizować, zawarcie traktatu rewizyjnego nie jest bowiem jedyną możliwością.

4. Przejdźmy więc do zasadniczej kwestii – jakie propozycje leżą obecnie na stole negocjacyjnym? Nim przyjrzymy się bliżej tym propozycjom, warto odnotować, że dyskusja nad reformą ustroju UE trwa od wejścia w życie Traktatu z Lizbony (1 grudnia 2009 r.). Stymulowana ona była konsekwencjami kryzysu finansowego, kryzysu migracyjnego, pandemii oraz – ostatnio – agresją Rosji Putina na Ukrainę i planowanym rozszerzeniem Unii.

Reforma ustrojowa Unii jest też od lat konsekwentnie wcielana w życie na podstawie istniejących procedur i środków, w ramach koncepcji „kreatywnej elastyczności” (creative flexibility) – dotyczy to zwłaszcza konsolidacji strefy euro, wokół której koncentruje się reforma Unii. Rezolucja PE stanowi więc jedynie pewien etap trwającej od dłuższego czasu dyskusji i podejmowanych działań.

Skonsolidowane, po uwzględnieniu wyników Konferencji w sprawie przyszłości Unii, propozycje obejmują kilka głównych dziedzin, przy czym zacząć należy od propozycji nakierowanych na umocnienie mechanizmów czuwających nad przestrzeganiem przez państwa członkowskie praworządności. Nieprzypadkowo propozycje takie znajdują się na pierwszym miejscu wśród propozycji zawartych zarówno w rezolucji PE, jak i studium grupy ekspertów francusko-niemieckich. Zapędy autorytarne w rządzonej przez PiS Polsce oraz rządzonych przez Orbana Węgrzech wstrząsnęły bowiem spójnością Unii Europejskiej. Propozycje te nawiązują do prowadzonych już od dłuższego czasu dyskusji i koncentrują się na dwóch obszarach. Po pierwsze – na umocnieniu i rozbudowie mechanizmu warunkowości (na przykład wpisanie tego mechanizmu wyraźnie do procedury art. 7 TUE oraz budżetu Unii). Po drugie – na usprawnieniu procedury art. 7 TUE, która wykazała w ostatnich latach impotencję w obliczu naruszania praworządności w Polsce i na Węgrzech. Proponuje się uproszczenie procedury zawartej w art. 7 TUE, podejmowanie decyzji w ramach tej procedury przez Radę Europejską i Radę większością kwalifikowaną, a przede wszystkim decydowanie o wystąpieniu „poważnego i stałego” naruszenia przez państwo członkowskie wartości określonych w art. 2 TUE przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Są to propozycje wyważone, uwzględniające dotychczasowe rozważania.

Pozostałe, najważniejsze propozycje rewizji Traktatów można ująć w trzech grupach.

Pierwsza grupa propozycji obejmuje trzy powiązane ze sobą, szczególnie kontrowersyjne obszary – reformę podejmowania decyzji w Radzie większością kwalifikowaną, reformę Parlamentu Europejskiego i reformę Komisji Europejskiej. Zacznijmy od formuły podejmowania decyzji w Radzie większością kwalifikowaną. W pierwszym rzędzie chodzi o testy podejmowania decyzji w tym trybie (obecnie to co najmniej 55 procent liczby państw i co najmniej 65 procent potencjału demograficznego Unii). Ustalenie tych testów było bardzo kontrowersyjne i poprzedzone nawet zamrożeniem w grudniu 2003 r. konferencji międzyrządowej, która ustaliła treść Traktatu konstytucyjnego. Dobrze się więc stało, że w ostatecznej wersji rezolucji PE zrezygnowano z propozycji modyfikacji tych testów. Propozycje takiej modyfikacji zawarte są w ekspertyzie francusko-niemieckiej. Pobrzmiewają w niej koncepcje, które w przeszłości prowadziły do kontrowersji (obniżenie progów, co z reguły prowadzi do umocnienia pozycji państw dużych). Na razie więc sprawa została wycofana, niemniej w przyszłości z pewnością musi być przedmiotem szczególnej uwagi. Drugą kwestią związaną z podejmowaniem decyzji w Radzie większością kwalifikowaną jest określenie, w jakich obszarach regulowanych Traktatami procedura taka ma być stosowana. Kwestia ta wzbudzała jeszcze większe kontrowersje niż sprecyzowanie testów większości kwalifikowanej: na podstawie Traktatu z Nicei z ponad 70 dyskutowanych obszarów udało się wprowadzić procedurę większości kwalifikowanej w 29, na podstawie Traktatu z Lizbony spośród około 60 – w 23 (oraz w 20 nowych dziedzinach); w rezolucji PE proponuje się wprowadzenie procedury większości kwalifikowanej zamiast jednomyślności do 32 obszarów (oraz do 8 nowych obszarów, a w 2 dalszych przypadkach z pewnymi modyfikacjami). Zapewne wynik negocjacji będzie podobny do poprzednich traktatów rewizyjnych: w wielu przypadkach będzie możliwe osiągnięcie porozumienia, są też dziedziny, w których interesy państw są rozbieżne. Zamknąć powyższe, zwięzłe rozważania trzeba refleksją sumującą: zmiana w danej dziedzinie procedury podejmowania decyzji z jednomyślności na większość kwalifikowaną nie zagraża – jak tego chcą przedstawiciele środowisk populistycznych i antyunijnych – „suwerenności” państw członkowskich; decyzja w tej sprawie podejmowana jest przez wszystkie państwa członkowskie, celem podejmowania decyzji większością kwalifikowaną w Radzie jest wyważenie interesów wszystkich państw i znalezienie rozsądnego i akceptowalnego przez wszystkich kompromisu. Bez tego Unia skupiająca obecnie 27 państw, a w niedalekiej perspektywie 36, nie mogłaby sprawnie funkcjonować. Obecnie ponad 70 procent decyzji w UE podejmowanych jest w tym trybie, Unia działa sprawnie, a państwa nie widzą w tym zagrożenia dla swoich interesów – poza państwami z zapędami autorytarnymi, które nie znają kultury kompromisu i pod pojęciem weta częściej rozumieją posługiwanie się szantażem.

Drugim obszarem z tego tryptyku jest reforma Parlamentu Europejskiego. Proponowane reformy nakierowane są na radykalne umocnienie roli PE w Unii. Są to propozycje na ogół zasadne. Skupmy się natomiast na kwestii liczby deputowanych i alokacji miejsc w Parlamencie. Dobrym sygnałem jest to, że wysuwane propozycje jednoznacznie obstają przy zachowaniu obecnej liczby deputowanych (751), już w obecnym stanie wymogi efektywności zostały bowiem przekroczone. Sama alokacja miejsc między państwa członkowskie pozostawiona jest obecnie decyzji Rady Europejskiej, działającej na wniosek PE, nie wymaga więc ingerencji w tekst Traktatów. Charakterystyczne jest natomiast, że przedłożone propozycje nie odnoszą się do zmniejszenia maksymalnej liczby deputowanych, pochodzących z jednego państwa członkowskiego – 96. Dotyczy to obecnie jedynie Niemiec. Z pewnością natomiast liczba deputowanych z Niemiec będzie musiała być w związku z planowanym rozszerzeniem znacznie ograniczona. Natomiast kwestia alokacji miejsc w PE nabiera rosnącego znaczenia, ponieważ w obszarach, w których Rada decyduje większością kwalifikowaną, Parlament staje się zwykle współlegislatorem. Rośnie więc rola PE jako gwaranta legitymacji demokratycznej unijnego procesu decyzyjnego oraz interesów poszczególnych państw członkowskich.

Szereg istotnych propozycji dotyczy również reformy Komisji Europejskiej. Skupmy się jedynie na składzie kolegium Komisji, który – przy docelowej liczbie 36 państw członkowskich – będzie musiał zostać ograniczony. Obecnie Traktaty zakładają zmniejszenie liczby komisarzy do dwóch trzech liczby państw członkowskich, o ile Rada Europejska nie zadecyduje inaczej, ta natomiast trzyma się zasady „jedno państwo-jeden komisarz”. W ostatniej chwili zrezygnowano w rezolucji PE z propozycji ograniczenia liczby komisarzy do 15, tak więc pozostała możliwość zmniejszenia liczby kolegium Komisji przewidziana obecnie w Traktatach. Odstąpienie od powyższej propozycji objęło również wycofanie propozycji zróżnicowania statusu komisarzy. Dobrze się stało, lepiej trzymać się obecnie obowiązujących rozwiązań, które w przypadku zmniejszenia liczby komisarzy w stosunku do liczby państw członkowskich przewidują rotację egalitarną między państwami członkowskimi, tj. na równych zasadach. Duże państwa członkowskie, forsując zróżnicowanie statusu komisarzy, do tej pory zwykle obstawały za jakimiś preferencjami dla siebie.

Druga grupa obejmuje inne propozycje. Propozycji zawartych w rezolucji PE oraz w opublikowanych ekspertyzach jest szereg, wskażmy więc jedynie na ważniejsze z nich.

Trzecia grupa dotyczy horyzontalnego problemu, opisywanego jako zróżnicowanie integracji europejskiej. W grupie tej należy odróżnić dwa podstawowe zagadnienia. Pierwsze z nich dotyczy procesu rozszerzenia i obejmuje propozycje wprowadzenia jakiegoś rodzaju szczególnego statusu członkowskiego (np. członkostwa stowarzyszonego). Do tego rodzaju propozycji należy podchodzić z dużą rezerwą. Państwa ubiegające się o członkostwo w UE, w tym Ukraina, dążą do uzyskania normalnego członkostwa w Unii, a nie jakiejś protezy. Natomiast możliwe jest usprawnienie procedury akcesyjnej, na przykład pojawia się propozycja (również ze strony Komisji Europejskiej) stopniowania procedury akcesyjnej, tj. po osiągnięciu standardu unijnego w określonej dziedzinie mocniejsze włączenie państwa kandydującego w reżim unijnego rynku wewnętrznego czy innych polityk. Możliwe i zapewne konieczne będzie szersze wykorzystanie w stosunku do państw objętych obecną falą rozszerzenia mechanizmów regulowanych traktatem akcesyjnym (zwłaszcza okresów przejściowych i tzw. klauzul bezpieczeństwa). To samo dotyczy procedur elastyczności zawartych w unijnych Traktatach (dochodzenie do strefy Schengen, strefy euro, wzmocnionej współpracy itd.).

Drugie zagadnienie jest poważniejsze i dotyczy wewnętrznego zróżnicowania w UE statusu państw członkowskich (zwłaszcza ekspertyza grupy francusko-niemieckiej poświęca temu zagadnieniu dużo miejsca). Zróżnicowanie takie może – z jednej strony – wynikać ze stosowania procedur przewidzianych w Traktatach (wzmocniona współpraca, bliska współpraca, zróżnicowanie w ramach UGiW, czy związane ze strefą Schengen). Zróżnicowanie takie, opisywane terminem „integracji elastycznej” nie zagraża co do zasady spójności procesu integracji europejskiej. Występuje jednak również groźba faktycznego i formalnego zróżnicowania statusu państw członkowskich, zmarginalizowania części z nich w stosunku do „trzonu” Unii. Takie niebezpieczeństwo związane jest z konsolidacją strefy euro; zapobiegać ma mu przyjęta kilku lat temu strategia „wspólnej ścieżki”, tj. założenie, że stopniowo wszystkie państwa członkowskie UE znajdą się w strefie euro. Drugim kryterium, które może prowadzić do głębokiego zmarginalizowania państwa członkowskiego w Unii, jest nieprzestrzeganie praworządności. Wyniki wyborów 15 października 2023 r. zapobiegły dalszej marginalizacji Polski w Unii, natomiast pozostaje narastający problem Węgier rządzonych przez Orbana, które dodatkowo stają się w Unii jawnym agentem interesów Putina.

5. Przejdźmy do wniosków. Unia i jej państwa członkowskie konfrontowane są obecnie z fundamentalnymi wyzwaniami. Są to wyzwania dobrze zidentyfikowane w ramach priorytetów działania Unii (zmiany klimatyczne, migracja, następstwa pandemii COVID-19, transformacja cyfrowa Europy, zagwarantowanie wspólnych wartości, w tym praworządności), ale przede wszystkim jest to wojna w Ukrainie, będąca następstwem agresji Rosji Putina. Stąd też zasadniczym wyzwaniem dla Unii i jej państw członkowskich jest zagwarantowanie pomocy Ukrainie, efektywności sankcji nałożonych na Rosję i Białoruś oraz sprawne prowadzenie procesu akcesji Ukrainy. Członkostwo Ukrainy w UE przesądzi bowiem o jej przynależności do Europy i położy kres imperialnym zapędom Rosji. Dla realizacji tego celu nie jest niezbędna rewizja unijnych Traktatów, można z powodzeniem odwoływać się do „kreatywnej elastyczności”, tj. wykorzystać w pełni istniejące procedury (zwłaszcza, aby umocnić efektywność Unii w ramach WPZiB). Notabene zawarte w Traktatach tzw. procedury kładki umożliwiają również umocnienie efektywności unijnego procesu decyzyjnego (przejście od jednomyślności w Radzie do decydowania większością kwalifikowaną) bez konieczności zawarcia traktatu rewizyjnego.

Jak podkreślano, zawarcie takiego traktatu, który wprowadzałby kompleksową reformę Unii, jest raczej sprawą odległą. Nie można jednak całkowicie lekceważyć takiej możliwości. Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony były dwa przypadki zawarcia traktatów rewizyjnych – tzw. protokół hiszpański i protokół irlandzki. W obu przypadkach traktaty te obejmowały ściśle określony przedmiot, co do którego zgadzały się wszystkie państwa członkowskie. Nie można więc wykluczyć tego rodzaju „punktowego” traktatu rewizyjnego, który dotyczyłby wąskiej, ściśle określonej materii. Na przykład przedkładano już propozycje tego rodzaju traktatu rewizyjnego odnoszącego się do zmian koniecznych do finalizacji reformy strefy euro.

Ostrożnie natomiast należy podchodzić do pojawiających się propozycji, aby szersze zmiany w unijnych Traktatach wprowadzić na mocy traktatu akcesyjnego (co formalnie byłoby możliwe, traktat akcesyjny jest bowiem w istocie traktatem rewizyjnym). Nie bez racji traktaty akcesyjne ograniczają się do niezbędnych dostosowań „technicznych” związanych z akcesją danego państwa, czy grupy państw. Wprowadzenie bowiem przy tej okazji zbyt szerokich reform do ustroju Unii narażałoby taki traktat akcesyjny na dodatkowe problemy w toku ratyfikacji w państwach członkowskich.

Jak podkreślano na wstępie tego artykułu, nie można również lekceważyć populistycznych, antyunijnych pohukiwań. Z tego m.in. powodu celowe jest skonsolidowanie dyskusji nad przedłożonymi do negocjacji propozycjami zmian w Traktatach, aktywne włączenie się do tej debaty oraz podjęcie analizy polskich interesów i stanowiska w konkretnych dziedzinach.

Autor jest profesorem prawa międzynarodowego, członkiem Konferencji Ambasadorów RP oraz zespołu ekspertów Team Europe Direct.

[1] Zob. General Affairs Council, 12 grudnia 2023. Main results. https://www.consilium.europa.eu/pl/meetings/gac/2023/12/12/ (dostęp: 13.12.2023 r.).

[2] Rada Europejska. 14 grudnia 2023 r. Konkluzje Rady Europejskiej w sprawie Ukrainy, rozszerzenia i reform. https://www.consilium.europa.eu/pl/press/press-releases/2023/12/14/european-council-conclusions-on-ukraine-enlargement-and-reforms/ (dostęp: 15.12.2023 r.).

[3] Zob. T. Bielecki, Polska przeciw reformie traktatowej UE, Gazeta Wyborcza
z 19 grudnia 2023 r., s. 11.

 

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana” (styczeń-luty 2024 r.) oraz w specjalnym wydawnictwie z materiałami z konferencji 19 grudnia 2023 r. pt. „Reforma Unii Europejskiej jest potrzebna!”

Od zarania powojennej integracji europejskiej, zarówno we Wspólnotach Europejskich, jak i w późniejszej Unii Europejskiej, przyjęcie nowego państwa członkowskiego wymagało zgody wszystkich członków organizacji. Traktat Rzymski w Art. 237 stanowił: „Państwo, wnioskujące o członkostwo Wspólnoty, kieruje swój wniosek do Rady, która stanowi jednomyślnie po zasięgnięciu opinii Komisji”. W Traktacie o Unii Europejskiej od 2009 roku obowiązuje Art. 49, którego substancja powiela w istocie treść Traktatu Rzymskiego, uwzględniając jedynie dokonane od tamtej pory zmiany w kompetencjach instytucji UE: „Państwo ubiegające się o członkostwo kieruje swój wniosek do Rady, która stanowi jednomyślnie o zasięgnięciu opinii Komisji oraz po otrzymaniu zgody Parlamentu Europejskiego, udzielonej większością głosów jego członków”.

Traktaty mówią o decyzji wieńczącej proces akcesyjny i podejmowanej po zakończeniu negocjacji w sprawie członkostwa. Jak wyglądają jednak poprzedzające ten etap procedury decyzyjne, przyjęte przez państwa UE? W ukształtowanej już od lat 60. XX wieku praktyce jednomyślność przyjęto jako sztywny wymóg w trakcie całego procesu akcesyjnego, począwszy od udzielanej na najwyższym szczeblu politycznym zgody na otwarcie negocjacji.

Skutków tak rozumianej zasady jednomyślności doświadczyliśmy w ostatnich kilkunastu latach wielokrotnie. Świeżo w pamięci pozostają działania Węgier w grudniu 2023 r., gdy kraj ten – jako jedyny w gronie 27 państw członkowskich – groził, że sprzeciwi się projektowi decyzji Rady Europejskiej o otwarciu rokowań akcesyjnych z Ukrainą, posługując się demagogiczną argumentacją o niewystarczającym przygotowaniu Ukrainy oraz domagając się uprzedniej strategicznej dyskusji między państwami UE o wszystkich kluczowych aspektach i konsekwencjach ewentualnego członkostwa tego kraju. Decyzję ostatecznie udało się przyjąć tylko dlatego, że premier Węgier zgodził się wyjść na ten moment z sali obrad; jest to interpretowane jako nowatorskie posłużenie się ujętą w Art. 31 TUE opcją konstruktywnego wstrzymania się od głosu – pamiętać jednak należy, że zgodnie z ową opcją wstrzymujący się nie jest zobowiązany do wykonania decyzji, co skwapliwie już podkreślił minister spraw zagranicznych Węgier i inni przedstawiciele tego kraju. Trzeba się zatem liczyć z kolejnymi przejawami obstrukcji ze strony Węgier, w tym przede wszystkim z nadużywaniem wymogu jednomyślności.

Jak dużą przeszkodę stanowiła jednomyślność w poprzednich procesach akcesji do UE? Na pewno nie była barierą ani hamulcem dla Polski i innych dziewięciu kandydatów, którzy negocjowali warunki swojego członkostwa w latach 1998–2002. Owszem, mimo iż Grecja nigdy nie sformułowała publicznie swojego stanowiska, wszyscy unijni uczestnicy rokowań i wszyscy kandydaci dobrze wiedzieli, że ich procesy akcesyjne nie będą się mogły pomyślnie ani zacząć, ani zakończyć, jeśli równolegle nie dokona się taki sam proces ze wspieranym przez Grecję Cyprem. Owszem, zdarzało się lekkie wydłużenie rokowań w tym czy innym obszarze negocjacji, spowodowane koniecznością uprzedniego osiągnięcia konsensusu między państwami UE w sprawie parametrów rozwiązań przejściowych i pułapu transferów finansowych do nowych państw członkowskich. Nigdy jednak nie doszło do blokady ze strony któregokolwiek państwa UE, wymierzonej przeciwko konkretnemu kandydatowi.

Inaczej – gorzej – potoczyły się jednak sprawy po rozszerzeniowym Big Bangu w roku 2004. Zaczęło się od Turcji, z którą negocjacje akcesyjne zostały otwarte przez Unię w październiku 2005 r., jednakże już po roku Rada UE musiała podjąć decyzję o wstrzymaniu rokowań w aż ośmiu rozdziałach negocjacyjnych, ponieważ Turcja odmówiła rozciągnięcia na Cypr swoich związanych z rozszerzeniem UE zobowiązań, zawartych w protokole dodatkowym do ankarskiego układu o stowarzyszeniu Turcji z Unią. W takim kontekście nieuchronne i zrozumiałe było veto Cypru, uzasadnione było także poparcie innych państw członkowskich dla takiego stanowiska Nikozji.

W okresie 2008–2009 mieliśmy do czynienia z trwającym blisko rok zablokowaniem przez Słowenię łącznie aż 13 rozdziałów rokowań akcesyjnych z Chorwacją. Blokada związana była ze sporem o rozgraniczenie wód terytorialnych w Zatoce Pirańskiej i sposób dostępu Słowenii do morza otwartego. Słowenia domagała się m.in. wycofania przez Chorwację szeregu map i innych załączników do przedłożonych przez Zagrzeb stanowisk negocjacyjnych, używając jako środka nacisku swego statusu państwa członkowskiego UE i wymogu jednomyślności. Aczkolwiek przedmiot sporu nie miał nic wspólnego z warunkami członkostwa Unii, w pomoc mediacyjną zaangażowały się zarówno Komisja Europejska, jak i ówczesna prezydencja francuska w Radzie – jednakże bez efektu; odblokowanie negocjacji akcesyjnych nastąpiło dopiero dzięki kompromisowi między bezpośrednimi uczestnikami sporu, po zmianie rządu w Zagrzebiu.

Do zainfekowania na znacznie większą skalę procesu akcesyjnego niezwiązanymi z unijnym acquis sporami bilateralnymi doszło w relacjach między UE a Północną Macedonią. Choć Komisja Europejska już w 2009 r. pozytywnie oceniła zaawansowanie dostosowawcze tego kraju i zaleciła otwarcie negocjacji akcesyjnych, nie było możliwości uzyskania w tej sprawie jednomyślnej pozytywnej decyzji Rady, trwał bowiem spór polityczny między Atenami a Skopje o oficjalną nazwę północnego sąsiada Grecji. Mediacja prowadzona przez ONZ – wygodna dla UE ze względu na członkowski status Grecji w Unii – przez wiele lat nie dawała żadnych efektów. Dopiero w 2018 r., w wyniku korzystnego splotu czynników, na czele ze sprzyjającymi kompromisowi zmianami u steru rządów w Atenach i w Skopje oraz rosnącym międzynarodowym naciskiem na Grecję, doszło do bilateralnej ugody w sprawie nazwy kraju. Jednakże bezpośrednio po tym przełomie politycznym ze swoimi roszczeniami wystąpił kolejny unijny sąsiad Północnej Macedonii, Bułgaria. Kraj ten domagał się od Skopje akceptacji swojej interpretacji wspólnej historii na czele z narracją o historycznych korzeniach języka macedońskiego i narodowej tożsamości macedońskiej. Mimo ewidentnego braku jakiegokolwiek związku tych żądań z unijnymi acquis Bułgaria przez blisko dwa lata w okresie 2020–2022 skutecznie wstrzymywała decyzję Rady UE o otwarciu rokowań akcesyjnych z Północną Macedonią, wetując przyjęcie przez UE tzw. ram negocjacji (negotiation framework). Do finalnego odblokowania sprawy – tym razem pomyślnie – przyczyniła się prezydencja francuska w Radzie, wszakże kosztem włączenia do owych ram negocjacji głównych bilateralnych wymogów bułgarskich.

Powyższe, liczne już, przykłady unaoczniają szkodliwy wpływ interpretowania wymogu jednomyślności jako zasady bezwzględnie obowiązującej na każdym etapie procesu akcesyjnego i w każdej spornej sprawie, nawet jeśli chodzi o drobne kwestie, dające się łatwo rozstrzygnąć w negocjacjach. Większa jeszcze szkodliwość tego wymogu ma miejsce w sytuacjach, gdy państwo członkowskie UE, nadużywając swojego statusu, usiłuje wyegzekwować od kraju kandydującego ustępstwa natury czysto dwustronnej, niewymagane ani przez unijne prawo i unijną praktykę, ani przez żadnego innego członka Unii. Możliwości efektywnego przeciwdziałania takiej skrajnie transakcyjnej postawie przez inne państwa UE i przez instytucje europejskie były i pozostają nader ograniczone.

Czy możliwe jest uelastycznienie stosowania zasady jednomyślności? Świadomość, iż jest to wskazane, narasta w ostatnich latach w wielu państwach UE. W praktyce jednak nie doszło jeszcze do żadnych zmian. Wręcz przeciwnie, w związku ze stosowaniem od 2020 r. nowej metodologii akcesyjnej, zwłaszcza podziału materii dostosowań/rokowań na sześć tzw. klastrów tematycznych oraz nadania centralnego znaczenia klastrowi „Podstawy” (Fundamentals) z rozdziałami 23 (Sądownictwo i prawa podstawowe) i 24 (Sprawiedliwość, wolność i bezpieczeństwo), zasada jednomyślności uległa dodatkowemu wyeksponowaniu. Tak np. w powstałym w 2022 r. projekcie unijnych ram negocjacji z Północną Macedonią, w zakresie klastra „Podstawy”, Rada UE, po wniosku Komisji, ma expressis verbis jednomyślnie ustanawiać warunki otwarcia negocjacji (opening benchmarks) w tym klastrze oraz oceniać ich spełnienie przez kandydata; tak samo, jeśli idzie o ustanawianie i ocenę spełnienia warunków pośrednich (interim benchmarks) oraz, następnie, warunków finalnych (closing benchmarks) dla całego klastra; wreszcie, po uzyskaniu oceny Komisji, że owe warunki finalne zostały spełnione, Rada ma jednomyślnie decydować o tymczasowym zamknięciu negocjacji całości klastra „Podstawy”. Warto w tym kontekście może dodać, że np. dla negocjującej swoją akcesję już od 2012 r. Czarnogóry, Unia Europejska ustanowiła w tym klastrze łącznie nie mniej niż 72 warunki otwarcia, pośrednie i zamknięcia… to ukazuje aktualny poziom skomplikowania procedur akcesyjnych i wagi, jaką w tych procedurach wciąż odgrywa na każdym kroku zasada jednomyślności państw członkowskich.

Opublikowany we wrześniu 2023 r. raport francusko-niemieckiej grupy roboczej w sprawie reform instytucjonalnych UE zawiera szereg propozycji zdynamizowania procesu rozszerzenia Unii. Jedną z nich jest podejmowanie przez Radę UE większością kwalifikowaną decyzji o otwieraniu i tymczasowym zamykaniu poszczególnych rozdziałów negocjacji. Celem jest oczywiście eliminacja ryzyka blokowania negocjacji przez indywidualne państwa członkowskie posiłkujące się vetem, by przeforsować swój narodowy interes kosztem ustępstw ze strony kandydata do członkostwa. Rzecz jasna, finalna decyzja akceptująca wynik negocjacji akcesyjnych wymagałaby nadal, zgodnie z TUE, jednomyślnej zgody państw członkowskich potwierdzonej przez ratyfikację traktatu akcesyjnego w każdym z nich. Do takiego użycia większości kwalifikowanej zamiast jednomyślności nie jest konieczna zmiana traktatów założycielskich Unii, wystarczy całkowicie stosowna decyzja Rady jako element prawa pochodnego UE.

Powyższa rekomendacja raportu francusko-niemieckiego nie została jak dotąd podjęta w dialogu między państwami UE. Z Komisji Europejskiej dochodzą jednak nieformalnie odgłosy podjętej tam wewnętrznej debaty o praktycznych sposobach nadania większej dynamiki i efektywności procedurom akcesyjnym. Jedną z rozważanych jakoby spraw jest np. rozpoczęcie screeningu z Ukrainą i z Mołdową bez oczekiwania na formalną decyzję Rady UE o akceptacji ram negocjacji oraz o powołaniu konferencji międzyrządowej (IGC) dla przeprowadzenia tych negocjacji; jak słychać, zamierzano taki screening rozpocząć niezwłocznie po grudniowej aprobacie politycznej Rady Europejskiej dla podjęcia negocjacji akcesyjnych z tymi dwoma krajami, ze względu jednak na rozbieżne w tej sprawie opinie wewnątrz Komisji zamiar na razie odłożono do połowy stycznia 2024 r., a nie można wykluczać i kolejnych opóźnień. Komisja, przygotowując obecnie projekt ram negocjacji do nadchodzących rokowań akcesyjnych z Ukrainą i z Mołdową, ma także jakoby rozważać pomysły uproszczenia procedur, na czele z ewentualną propozycją, by wymóg jednomyślności państw członkowskich stosować tylko dla zgody na tymczasowe zamknięcie negocjacji w każdym z sześciu klastrów tematycznych. To oznaczałoby, że poszczególne państwa UE nie mogłyby już blokować postępu negocjacyjnego w rozdziałach, wchodzących w skład danego klastra. Rozwiązanie takie, gdyby faktycznie zostało przedłożone przez Komisję, byłoby niewątpliwie z pożytkiem dla całości rokowań. Trzeba wszakże pamiętać, że na początku procesu negocjacyjnego konieczna pozostaje, tak czy inaczej, jednomyślna zgoda państw UE, zarówno na decyzję Rady o zwołaniu IGC, jak i na towarzyszące tej decyzji ramy negocjacji; w przypadku Północnej Macedonii uzgadnianie owych ram zabrało państwom UE dwa lata…

Jakie w świetle powyższych wywodów powinno być stanowisko Polski? Naszemu państwu powinno strategicznie zależeć na sprawnym i efektywnym przygotowaniu Ukrainy (i Mołdowy) do wymogów członkostwa UE, na określeniu realistycznego, lecz ambitnego, horyzontu czasowego akcesji obu państw, na ograniczeniu ryzyka torpedowania lub spowalniania rokowań akcesyjnych przez nadużywające swojego weta poszczególne państwa UE. Koncepcje uelastyczniania wymogu jednomyślności Polska powinna zatem promować i popierać, a swoje interesy ochrony sektorów gospodarki krajowej doświadczających wzmożonej presji konkurencyjnej ze strony Ukrainy realizować drogą kreatywnego wdrażania szerokiej gamy instrumentów – w kraju, w stosunkach dwustronnych z Kijowem, na forum instytucji UE. Do instrumentów tych nigdy nie powinno jednak należeć negocjacyjne weto.

Ambasador Jan Truszczyński był m.in. polskim głównym negocjatorem w rozmowach na temat wstąpienia do Unii Europejskiej, wiceministrem spraw zagranicznych oraz jednym z dyrektorów generalnych w Komisji Europejskiej.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana” (styczeń-luty 2024 r.) oraz w specjalnym wydawnictwie z materiałami z konferencji 19 grudnia 2023 r. pt. „Reforma Unii Europejskiej jest potrzebna!”

Kiedy na początku grudnia 2023 roku znajoma sprzedawczyni w sklepie w maleńkiej miejscowości, w której mieszkają moi rodzice, zapytała mnie: „Pani Profesor, ta reforma Unii naprawdę oznacza koniec Polski? Bo wie Pani, przez tyle setek lat nie zniszczyli nas Niemcy, nie zniszczyli nas Ruscy, a teraz może sami się prosimy o nasz koniec”, najpierw pomyślałam, że to dobrze, że o reformie się w Polsce mówi, ale jednak wolałabym, żeby mówiło się o niej zupełnie innym językiem. Jako zagorzała euroentuzjastka, badaczka Unii Europejskiej, demokratka i liberałka zrozumiałam, że mogłam nie docenić zakresu dezinformacji i celowego kierowania dyskusji o reformie traktatowej na tory wyłącznie pytania o suwerenność i dominację Niemiec, ewentualnie Francji. A przecież Unia Europejska musi się zmieniać, bo zmienia się świat wokół niej, a coraz liczniejsze kryzysy tworzą dotychczas nieznane warunki wymuszające precedensowe reakcje polityczne i prawne instytucji i państw UE. I musi się coraz bardziej integrować, co jest zresztą jej traktatowym celem.

W dniu 22 listopada 2023 r. Parlament Europejski przegłosował rezolucję oraz raport opracowany przez grupę roboczą w Komisji Spraw Konstytucyjnych PE (AFCO), w których znalazło się wezwanie Komisji Europejskiej i Rady do poważnego zajęcia się przygotowaniem reformy traktatowej Unii Europejskiej. Ponieważ o zmianach planowanych przez Parlament Europejski, powołujący się także na rezultaty Konferencji w Sprawie Przyszłości Europy, mogą Państwo przeczytać w innych artykułach na tym portalu na ten temat, pozwolę sobie skoncentrować się w niniejszym tekście na tym, jakie szanse – ale też jakie wyzwania – planowana reforma stawia przed całą Unią i przed Polską. Bo że jest to kwestia bardzo istotna dla Polski (choć wcale nie ze względu na groźbę anihilacji państwa polskiego, gdyby reforma weszła w życie, co wieszczył Jarosław Kaczyński) nie trzeba Państwa zapewne szczególnie przekonywać, a świadczy o tym przecież także krótka historyjka z początku tego tekstu. Polska jest na piątym miejscu pod względem liczby ludności w UE, jest też szóstą gospodarką wspólnoty pod względem PKB. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż polskie społeczeństwo jest bardzo prounijne (wg badań Eurobarometru z jesieni 2023 r. we wszystkich aspektach poparcia dla Unii i integracji europejskiej, w tym dla zwiększenia kompetencji UE w przyszłości, polskie wyniki istotnie przewyższają średnią UE). A zatem jesteśmy liczącym się państwem Unii z pewnym moralnym kredytem zaufania jej zachodnich członków dzięki właściwemu oszacowaniu zagrożenia rosyjskiego, a także ogromnemu wsparciu dla ukraińskich uchodźców.

Skoro jednak w tytule obiecałam Państwu odniesienie się do kwestii federalizacji Unii Europejskiej, zaznaczę już tutaj, iż reforma traktatowa stanowi po prostu kolejny etap federalizacji UE – w pełni legitymizowany, a także bardzo, bardzo potrzebny, zwłaszcza w kontekście widocznych już dziś problemów z jednomyślnością państw członkowskich w kwestiach ogromnie istotnych dla bezpieczeństwa UE (choćby weto Węgier wobec wsparcia dla Ukrainy), czy też w obliczu planowanego rozszerzenia Wspólnoty, m. in. o Ukrainę. W obu przypadkach Polska ma żywotny interes w pogłębianiu integracji europejskiej, a zatem i federalizacji. Niezrozumiałym dla mnie pozostaje, dlaczego ci sami polscy politycy, którzy uważają Orbana za autokratę i krytykują go za wetowanie pomocy finansowej dla Ukrainy (do czego ma prawo przy zasadzie jednomyślności), nie mówią wyraźnie, że federalizacja UE jest sposobem na uniknięcie tego typu sytuacji i zdyscyplinowanie polityków pokroju węgierskiego premiera. Nie rozumiem także, dlaczego tak bardzo boją się słowa federalizacja.

Dokładnie siedem miesięcy przed głosowaniem w sprawie wspomnianej już rezolucji PE, Jarosław Kaczyński bez żadnego skrępowania mówił, iż jego ugrupowanie od 2015 r. zmienia ustrój Polski. Oczywiście bez zmiany Konstytucji żadna partia nie ma takiego prawa, a zatem lider Prawa i Sprawiedliwości przyznał się tym samym do łamania polskiej ustawy zasadniczej. Tak, to ten sam Jarosław Kaczyński, który przestrzega dzisiaj przed likwidacją Polski na skutek reformy traktatów, bazującej przecież na rezultatach ogólnoeuropejskich konsultacji obywatelskich w ramach Konferencji w sprawie Przyszłości Europy, a także rezolucji Parlamentu Europejskiego – ciała niewątpliwie reprezentującego bezpośrednio obywateli i będącego najlepiej przez nich legitymizowanym ciałem w UE. Oczywiście nie bez ironii powiem: cóż za niekonsekwencja i stosowanie podwójnych standardów w wydaniu prezesa PiS! A już zupełnie bez ironii dodam, że federalizacja Unii Europejskiej już postępuje w pełni w świetle prawa, jest procesem zupełnie naturalnym w kontekście natłoku kryzysów, z jakimi mierzy się UE od 2008 r., a także procesem akceptowalnym przez społeczeństwa państw członkowskich, nawet jeśli nie przez wszystkie ich rządy. Federalizowały Unię rozwiązania po kryzysie gospodarczym i finansowym z lat 2008-2012, federalizowały ją pomysły w kontekście kryzysu migracyjnego, istotnie federalizowały ją także wspólne zamówienia szczepień i utworzenie Funduszu Odbudowy po pandemii COVID-19, niewątpliwie federalizują ją wreszcie rozwiązania związane z uniezależnieniem się energetycznie od Rosji. A wszystko to przy akceptacji obywateli UE widocznej w badaniach Eurobarometru i krajowych ośrodków badawczych w poszczególnych państwach (do tego stopnia wyraźnej, że w badaniach Eurobarometru, realizowanych po każdym większym kryzysie UE, obywatele Unii uznają ją za bardziej efektywną w zarządzaniu kryzysami niż swoje własne państwa).

Reforma traktatowa w istocie zatem uczyni z federalizacji UE nie tylko efekt uboczny efektywnego radzenia sobie instytucji UE z licznymi kryzysami, ale proces pożądany, legitymizowany i realizujący traktatowe cele UE.

Dlaczego zatem czołowi politycy europejscy i narodowi, przychylni pogłębianiu integracji europejskiej, tak bardzo boją się słowa „federalizacja” w odniesieniu do UE (może poza Guyem Verhofstatem, który używa go odważnie)? I dlaczego polscy eurodeputowani Koalicji Obywatelskiej – ugrupowania niewątpliwie prounijnego – głosowali przeciwko wspomnianej rezolucji? Odpowiedzi jest co najmniej kilka, a wszystkie zmuszają mnie do wskazania pewnych wyzwań federalizacji UE zanim skoncentruję się na jej pozytywach (choć tych drugich jest znacząco więcej; więc proszę mi wybaczyć, jeśli przy każdym wyzwaniu w naturalny sposób wskażę od razu zalety federalizacji).

Odpowiedź pierwsza jest taka, że słowo „federacja” kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi czy Niemcami, a zatem państwami, których części składowe nie mają kompetencji prowadzenia polityki zagranicznej czy obronnej. Nie jest to jednak w pełni właściwe skojarzenie, ponieważ UE jest wspólnotą, w której istnieje zasada domniemania kompetencji państw członkowskich, UE nie prowadzi w imieniu państw polityki zagranicznej i obronnej, a Europejska Służba Działań Zewnętrznych jedynie wspiera realizację interesów państw członkowskich w krajach trzecich, więc nie ma zagrożenia pozbawienia państw członkowskich kompetencji w tym zakresie. Co więcej, uwidocznione po agresji Rosji na Ukrainę zróżnicowanie stopnia zależności od Rosji w różnych państwach wręcz woła o wzmocnienie jedności państw członkowskich w tym obszarze i przeniesienie na poziom europejski pewnych strategicznych aspektów bezpieczeństwa, w szczególności energetycznego. Szybkie decyzje na poziomie UE – zwłaszcza Komisji Europejskiej kierowanej przez Ursulę von der Leyen – mimo opieszałości Niemiec i Francji, którym pozbycie się złudzeń wobec Rosji zajęło dłużej niż instytucjom UE, umożliwiły nie tylko wysłanie Rosji sygnału o jedności europejskiej w kwestii oceny tego państwa, ale także doprowadziły do całkowitej zmiany paradygmatu energetycznego w UE. Stanowisko Węgier jest tu zresztą potwierdzeniem, iż więcej UE w UE w tym przypadku (czyli mniej możliwości pojedynczego weta pojedynczych państw) powinien leżeć w interesie całej UE, w szczególności Polski. Opisany przykład pokazuje, iż to nie Niemcy i Francja mogłyby stanowić zagrożenie dla państw Europy Środkowej i Wschodniej, gdyby nie było możliwości weta, a raczej te kraje, które niepoważnie traktują europejskie wartości wyrażone w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej. Co więcej, to Niemka kierująca pracami KE w pełni optuje za realizacją interesów bezpieczeństwa państw wskazujących na zagrożenie rosyjskie, obnażając krótkowzroczność dotychczasowej polityki Niemiec i Francji. Trudno zatem uznawać Komisję Europejską za ciało realizujące interesy inne niż europejskie, jeszcze trudniej uznać za takie ciało Parlament Europejski, a przecież to te ciała mają zyskać na reformie traktatowej i federalizacji. Coraz wyraźniej widać też zjawisko podobne do tego, z jakim wcześniej mieliśmy do czynienia w przypadku Rosji; mianowicie wiele państw europejskich uzależnia się coraz bardziej od Chin, a te zaczynają stanowić ogromne zagrożenie dla Europy i świata. I tu znów Komisja Europejska ustami von der Leyen (w jej ostatnim Orędziu o stanie Unii) wykazuje się stanowczą postawą wobec Państwa Środka i zaczyna walkę o wspólne europejskie stanowisko wobec chińskich wpływów w UE, obecnych i przyszłych.

Kolejna odpowiedź dotyczy strachu przed federalizacją jako tą, która zabierze kompetencje państwom członkowskim – rzekomo lepiej reprezentującym interesy własnych obywateli – przekazując je instytucjom niedemokratycznym, czyli brukselskiej biurokracji. Przykłady Polski pod rządami Zjednoczonej Prawicy czy Węgier pod rządami Viktora Orbána pokazują jednak, że rządy państw członkowskich nie zawsze chcą dobra własnych obywateli, a często działają głównie w interesie partii rządzącej. Reforma traktatów, zakładając wzmocnienie mechanizmów ochrony praworządności i demokracji na poziomie europejskim, może przyczynić się do ograniczenia zapędów autokratycznych w państwach rządzonych przez liderów pokroju Orbána czy Kaczyńskiego. Zwiększa to nie tylko bezpieczeństwo obywateli Unii, ale także przewidywalność tych państw jako partnerów w UE. Polacy powinni być zatem szczególnie zainteresowani wprowadzeniem tego typu rozwiązań i federalizowaniem Unii w tym obszarze. Koalicja Obywatelska w szczególności.

Po trzecie, w dyskursie publicznym pojawia się sporo głosów, że federalizacja Unii Europejskiej podkopie nie bez trudu budowane relacje transatlantyckie, w tym w ramach NATO. Szczególnie podkreślał to rząd Zjednoczonej Prawicy, który silnie orientował się na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi za czasów Trumpa (także z racji na pewną wspólnotę populistycznego podejścia do rządzenia). Agresja Rosji na Ukrainę już za rządów Joe Bidena w USA wzmocniła ogólne znaczenie USA i NATO dla Polski. Dylemat jest tu jednak tylko pozorny z dwóch powodów: pierwszy – w USA do władzy może wrócić Trump, który zniweczy zapewne sojusz transatlantycki i zmieni podejście do Rosji, godząc w interesy UE, w tym Polski; po drugie, federalizacja UE nie jest sprzeczna z dobrą współpracą z USA, a wręcz może ją dobrze dopełniać. Należy jednak podkreślić, iż wpływowy publicysta Andrew Michta z „Politico” w swym artykule z 21 listopada 2023 r. wskazał, iż sfederalizowana UE nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Jego założenie, iż wówczas Europie przewodzić będzie tandem francusko-niemiecki wydaje się zbyt daleko idące. Wyobrażają sobie Państwo np. tandem Marine Le Pen i Olafa Scholza? Ja z trudem. Nie chodzi bowiem o to, by się bać Francji i Niemiec (zwłaszcza nie USA), a raczej, by pilnować, by Le Pen nie zagrażała jedności UE.

Po czwarte, w interesie krajowych partii populistycznych, często finansowanych przez rozmaite fundamentalistyczne międzynarodówki albo państwa, którym zależy na destabilizacji UE (np. Rosję, Chiny, Iran), leży polaryzacja społeczeństw, by łatwiej było czerpać korzyści polityczne ze wspierania jednej ze stron. To doprowadziło do deprecjonowania przez populistów integracji europejskiej, demonizowania Francji czy Niemiec oraz ich roli w UE, a także nadawania pejoratywności wielu pojęciom, choćby federalizacji właśnie. Przykład Zjednoczonej Prawicy, wykorzystującej media publiczne dla podkreślania negatywnej roli Niemiec w UE jest w tym kontekście szczególnie wyrazisty. To wystraszyło środowiska politycznie umiarkowane, które starają się unikać kontrowersyjnych pojęć, realizując w ten sposób w istocie plan populistów i radykałów. Stąd zapewne tak niewiele politycznych głosów w Polsce mówiących o potrzebie federalizacji UE dla dobra Polski, a tak wiele podkreślających znaczenie środków z KPO. A przecież wzmocnienie Komisji, Parlamentu czy TSUE (choć reforma tej ostatniej instytucji formalnie nie została wskazana w rezolucji PE, co nie oznacza, że nie nastąpi), to wzmacnianie instytucji, w których Niemcy czy Francja nie odgrywają najistotniejszej roli. I tak, rozszerzenie obszarów, w których decyzje w Radzie będą podejmowane większością kwalifikowaną, oznaczałoby, iż z Francją i Niemcami zapewne w wielu kwestiach trzeba będzie budować większość, a do mniejszości blokującej przekonywać mniejsze państwa, ale to – paradoksalnie – daje takim krajom jak Polska ogromny potencjał negocjacyjny, dotyczący prawdziwej dyskusji o interesach i potrzebach, a nie o irytujących (też dla samych Polaków) tekstach o dominacji Niemiec, zależnościach kolonialnych itp. (notabene nie współgrających z intensywną współpracą gospodarczą z Niemcami i wieloma innymi państwami Europy Zachodniej).

Powodów niechęci do tego „strasznego słowa na „f”” jest naprawdę wiele, także tych tu niewymienionych z racji na ograniczenia publikacyjne. Powodów, by nie uważać go za straszne jest jednak znacznie więcej – tym bardziej dla nas, Polaków.

Gdzie można znaleźć taki dom? Jak to gdzie? W Krakowie oczywiście! Co zresztą autor tej książki sam od razu, by nie było żadnych nieporozumień, wyjaśnia w podtytule: Leksykon legendarnego Domu Literatów w Krakowie. A na obwolucie Wydawca dorzuca jeszcze frontowe zdjęcie tego Domu oraz dla pewności dodaje adres: Kraków, ul. Krupnicza 22.

Tak, to naprawdę był przez ponad półwiecze niezmiernie ważny adres. Czas przeszły jak najbardziej tu uzasadniony, bo już właściwie nie „funkcjonuje” jak niegdyś przez wiele, wiele lat, bo od roku 1945 aż do lat 90. XXI w., czyli ponad pół wieku! Oto budynek na Krupniczej, który w latach 90. został przedziwnie, jak to podówczas bywało, „sprywatyzowany” przez ówczesne władze Krakowa (sprawy sądowe nadal są w toku!), gromadził pod swym dachem mieszkańców tworzących i stanowiących arcyciekawe samo w sobie i wielce znaczące w dziejach powojennej literatury polskiej środowisko pisarskie. Dość wspomnieć, iż przez jego popadające dziś – z wielu powodów – w „trwałą ruinę” mury przewinęło się już kilka pokoleń niezmiernie dla powojennej polskiej literatury interesujących i nadal znaczących twórców.

Obrazuje to najlepiej jedno z zamieszczonych tutaj zdjęć – zrobione na podwórku Krupniczej 22 już w sierpniu 1945, na którym widzimy grupkę znanych potem literatów: Stanisława Dygata, Czesława Miłosza, Jerzego Zawieyskiego, Stefana Otwinowskiego, Tadeusza Brezę, Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Kazimierza Wykę, Helenę Wielowieyską, Leona Kruczkowskiego i Xenię Żytomirską. A już wkrótce listę tę poszerzą inni pisarze poszukujący swego azylu po dramatycznych przejściach wojennego czasu zawieruchy dziejowej: więźniowie niemieckich obozów jenieckich jak Stefan Flukowski, Konstanty I. Gałczyński, obozów koncentracyjnych, jak Michał Rusinek czy Maciej Słomczyński, sowieckich łagrów, jak Tadeusz Peiper czy Jerzy Hordyński, jak wysiedleni ze Lwowa – Jerzy Broszkiewicz czy Marian Promiński, uczestnicy okupacyjnej konspiracji i partyzantki, jak Tadeusz Różewicz, Jan B. Ożóg czy też ocaleni uciekinierzy ze stolicy po powstaniu warszawskim, jak Stefan Kisielewski, Hanna Malewska czy Anna Świrszczyńska…

Podkreśla to mocno autor tej książki Jan Polewka (syn pisarza Adama Polewki, sam urodzony już w tym Domu na Krupniczej 22! I nadal tam mieszkający), że w tych już „pierwszych latach Dom Literatów był azylem i przystanią dla wojennych rozbitków i bezdomnych twórców. Dopiero lata 50. zmieniły obraz odzyskanego śmietnika w ideologiczną fasadę według stalinowsko-bierutowskiej obsługi piór”. Ale nie na długo przecież. Dodajmy zatem, że już wkrótce zaczęli pojawiać się tutaj kolejni przedstawiciele starszych i młodszych pokoleń pisarskich, jak autor Gór nad czarnym morzem – Wilhelm Mach, jak znany potem w świecie mistrz science fiction Stanisław Lem, jak nie mniej przecież znany Sławomir Mrożek (który na pożegnanie przed swym emigracyjnym opuszczeniem tegoż Domu, spalił był na jego dziedzińcu swoje prowadzone przez trzynaście lat autobiograficzne dzienniki – zapiski z czasów młodości „chmurnej i durnej”!). Jak Tadeusz Nowak, poeta i autor powieści A jak królem, a jak katem będziesz, współtwórca tzw. nurtu chłopskiego w literaturze polskiej czy Stanisław Czycz, poeta i autor słynnego, ba obrosłego niegdyś legendą buntowniczą opowiadania And. Jak zapominany już nieco poeta Jerzy Harasymowicz. Podobnie jak głośny krytyk literacki – i współtwórca Jerzego Grotowskiego z Teatru 13 Rzędów – Ludwik Flaszen. Jak poetka Ewa Lipska czy Adam Ziemianin oraz mieszkający tam jeszcze prozaik Ryszard Sadaj, autor pamiętnej Galicjady… Jak…

I można by tak ciągnąć tę listę długo jeszcze, bo ten Leksykon Jana Polewki, liczący sobie bez mała 450 stron druku jest przebogatą skarbnicą z pierwszej ręki rzetelnych i rzeczowych wiadomości biograficznych, bibliograficznych oraz wszelkich innych dotyczących byłych znanych i nieznanych dziś prawie zupełnie mieszkańców tego Domu. A także zapisem, arcyciekawym, dla postronnych zwłaszcza, zbiorem różnorodnej natury ciekawostek z tym związanych, znakomitych dykteryjek i facecji (polecam choćby tę o Arturze M. Swinarskim, który zapytany, czy pochodzi z wioski, odparł, że owszem, ale z własnej!). Opowiastek i autentycznych przytoczeń jak ten dialog królowej belgijskiej z Jarosławem Iwaszkiewiczem:

„Czy pan jest katolikiem?” – „Tak, ale niepraktykującym”. – „A czy jest pan komunistą?” –„Tak, ale niewierzącym…”.

Opowiastek oddających barwność epoki i jej „ducha czasu”: nostalgicznych, pełnych humoru, dyskretnej ironii oraz „głębszych znaczeń”, smakowitych anegdot i zabawnych, często gorzkich, facecji… Dotyczących świata, który „właśnie znika”, odchodzi bezpowrotnie w przeszłość, ale tutaj zostaje jakby zatrzymany w rozmaitych ujęciach filmowych, ostrych kadrach pamięci, z jakich składa się ta księga: poszczególnych rozdziałów – Liter alfabetu przywołujących tę rzeczywistość związaną z krakowskim Domem Literatów z ulicy Krupniczej 22.

Co tu dużo gadać! Czytać, czytać…

Jan Polewka, Dom pod wiecznym piórem. Leksykon legendarnego domu literatów w Krakowie, Wyd. Iskry, Warszawa 2022, s. 452

Tekst ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r., w dziale „Świadectwa”

Po raz pierwszy w języku polskim publikujemy pełną treść noweli szkockiego pisarza Freda Urquharta. Niezależnie od jej walorów literackich, sądzimy, że może ona zainteresować polskiego Czytelnika ze względu na zilustrowanie zjawisk społecznych lat czterdziestych ubiegłego wieku dotykających także polskich żołnierzy stacjonujących w Wielkiej Brytanii.

Jej autor był jednym z najwybitniejszych szkockich pisarzy XX stulecia, autorem wielu powieści, noweli i opowiadań. Urodził się w 1912 r. w Edynburgu. W wieku 15 lat podjął pracę w księgarni, a dwa lata później opublikował swoje pierwsze opowiadanie. W czasie II wojny światowej – jako zadeklarowany pacyfista i obdżektor – stanął przed sądem za odmowę służby wojskowej. Po początkowym odrzuceniu jego prośby o zwolnienie ze służby wniósł odwołanie i otrzymał możliwość zastępczej pracy na farmie. Najpierw pracował w północnej Szkocji, a następnie w Anglii.

Do Anglii przeniósł się w 1944 r. Zamieszkał najpierw w Londynie, a następnie na angielskiej prowincji, „w szczęśliwym homoseksualnym małżeństwie”. W 1991 r., po śmierci partnera, wrócił do Szkocji. Ze względu na swoją orientację, ale też z powodu lewicowych poglądów, w szczycie twórczości nie udało mu się przebić na salony literackie Edynburga. Popularności nie sprzyjała również zapaść na rynku wydawniczym noweli i opowiadań w latach 50. XX wieku. Podczas pobytu w Anglii nie tylko tworzył, ale był też lektorem i wydawcą, a także autorem artykułów prasowych. W swoich utworach poświęcał wiele uwagi życiu i problemom miejskiej klasy pracującej (tenement dwellers – mieszkańców kamienic), rolników, a także kobietom, ich uczuciom i miejscu w ówczesnym społeczeństwie. Otwarcie poruszał też kwestie homoseksualizmu – w czasach, kiedy był on karalny w Wielkiej Brytanii.

Fred Urquhart zmarł 2 grudnia 1995 r. w Haddington.

 

Czytaj części I – IV noweli: https://reshumana.pl/namietnosc-o-mal…olnierzu-cz-i-iv/

Czytaj części V – XI noweli: https://reshumana.pl/namietnosc-o-malej-nettie-i-polskim-zolnierzu-cz-v-xi/

Czytaj części XII – XXVII noweli: https://reshumana.pl/2106-2/

 

Od tłumacza:

W noweli Namiętność. The Laundry Girl and a Pole, która powstała w początkowym okresie jego twórczości, Fred Urquhart sporo uwagi poświęcił przemianie obyczajowej szkockich dziewcząt w czasie wojny, w dużym stopniu na skutek ich kontaktów z angielskimi i polskimi żołnierzami. Wątek relacji szkockich dziewcząt z zagranicznymi żołnierzami pojawia się też w powieści Jezebel’s Dust (Pył Izebel). Z polskimi żołnierzami Urquhart zetknął się w miejscowości Cupar, gdzie w 1940 r. pracował jako ogrodnik, mieszkając u swojej amerykańskiej przyjaciółki Mary Litchfield – działaczki partii komunistycznej w dystrykcie Fife. Za jej namową i za pośrednictwem porucznika Stanisława Luxemburga skontaktował się z wydawcami „Dziennika Żołnierza”, oferując możliwość wydania swojej  świeżo skończonej noweli. Po długich dyskusjach redakcja postanowiła opublikować Opowieść o szkockiej praczce i polskim żołnierzu, znacznie ją jednak skracając i recenzując – ze względu na „graniczące z pornografią” fragmenty. Publikacja, która miała miejsce w październiku 1942 r. w 19 odcinkach, wywołała gorącą dyskusję w polskim środowisku w Szkocji. Wielu czytelników krytykowało autora za przedstawienie polskich żołnierzy w krzywym zwierciadle, jako mężczyzn bez skrupułów wykorzystujących szkockie dziewczęta. Pojawiły się stwierdzenia, że jest to szkocki Dekameron, z polskim żołnierzem w roli głównej. Niektórzy wątpili, by autorem był rzeczywiście Szkot, a nie polski autor piszący pod pseudonimem.

Niniejsze tłumaczenie jest przekładem  pełnego tekstu noweli i nie zostało  ocenzurowane pod względem treści. Starałem się też w polskim tekście, chociaż w pewnym stopniu oddać to, że autor w wielu dialogach korzystał z dialektu z dystryktu Fife. Dziękuję za wsparcie Paulowi Gogolińskiemu oraz Marii Rayskiej-Keniston.

Po ponad 80 latach od publikacji noweli trudno doszukać się w niej fragmentów, które współczesnemu czytelnikowi kojarzyłyby się z pornografią – lub chociaż się o nią ocierały. Autor w realistyczny, często żartobliwy sposób opisał relacje polskich żołnierzy ze szkockimi kobietami, czego pokłosiem była spora liczba mieszanych małżeństw i dzieci, zrodzonych z tych związków. Po prostu wiernie opisał rzeczywistość… Nie zapomnę, jak podczas spotkania z przedstawicielem władz samorządowych w Fife w drugiej połowie lat 90. XX w. okazało się, że mój rozmówca – noszący stare szkockie nazwisko – miał ojca Polaka. Swoją historię rodzinną skomentował żartobliwie – że gdyby nie zastrzyk polskiej, żołnierskiej krwi podczas II wojny światowej, to dystrykt Fife spotkałaby katastrofa genetyczna.

Z drugiej strony autor ulega miejscami swoim niekoniecznie prawdziwym wyobrażeniom o Polsce, na przykład pisząc o Mazurku Dąbrowskiego tak:

Polacy zaczęli śpiewać pieśń, której żadna z dziewcząt nie znała. Było w niej coś obcego, była przepełniona nostalgią i tęsknotą. Głosy to wznosiły się, to opadały żałośnie… Gdybyście, dziewczęta, słuchały radia w niedzielę wieczorem, zamiast się włóczyć, to byście wiedziały, że to jest polski hymn…”.

Leszek WIECIECH

I.

Żołnierze angielscy wyjeżdżali. Dziewczęta, stojące przed „Pralnią Królewny Śnieżki” panny Scott, rozmawiały tylko o jednym. Każda z nich opowiadała o swych przeżyciach minionej nocy, ale żadna nie słuchała pozostałych. Każda z nich, przekonana o wyjątkowości swoich doznań, tak bardzo chciała się nimi podzielić, że nie miała głowy, by słuchać koleżanek, chyba że w odpowiedzi mogła opowiedzieć własną, lepszą historię.

Wyglądały na twarde dziewczyny. Starały się upodobnić do swoich ulubionych gwiazd filmowych, przy czym czasem styl jednej z gwiazd kłócił się ze stylem innej, chociaż same dziewczyny były niepodobne do żadnej z nich.

Kok w stylu Garbo i usta w stylu Joan Crawford dziwnie wyglądały na twarzy dziewczyny o zadartym, prawie płaskim nosie. A jako że większość z nich nie umyła twarzy, a w najlepszym razie pobieżnie ją przypudrowała, to wyglądały nieświeżo w przytłumionym, porannym, jesiennym świetle. Nędzne karykatury olśniewających dziewcząt z billboardów przed kinami, z którymi się utożsamiały, mocno gestykulowały opowiadając o żołnierzach, którzy przedpołudniem mieli opuścić miasto.

– Freddie chciał mi dać pierścionek zaręczynowy – powiedziała Meg Patrick – ale ja mu powiedziałam prosto z mostu, że nie chcę się wiązać. Jeszcze przyjdzie na to czas, powiedziałam, za jakieś pięć lat, kiedy już się wyszaleję.

– Tylko żebyś nie przesadziła z tymi swoimi szaleństwami – rzekła, śmiejąc się, Aggie Foster.

– Lepiej czasem przesadzić, niż w ogóle nie szaleć, tak jak niektóre osoby, które mogę wskazać palcem!

Meg wzruszyła triumfalnie ramionami, a na pospolitej twarzy Aggie wykwitł rumieniec. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale wstrzymała się, gdy dwie koleżanki przyłączyły się do rozmowy.

– Cześć, Nettie, dobrze się wczoraj bawiłaś? – zapytała niższej z dziewczyn, która miała kasztanowe, kędzierzawe włosy, zwinięte w masę loków, i bladą buzię, z wargami pośpiesznie pociągniętymi szminką. Nosiła biały płaszcz nieprzemakalny, ściśnięty paskiem na szczupłej talii. Pod rękę trzymała dziewczynę o nalanej twarzy i z lekkim zezem.

– Tak, dobrze się bawiłam – zachichotała Nettie. – A co myślałyście?

– Myślałam, że może ci się coś przytrafiło – rzekła Meg. – Wyglądasz blado, jak ścierka. Na pewno wcale nie spałaś.

– Daj spokój, pilnuj własnego nosa – zachichotała Nettie i kołysząc się na wysokich obcasach swoich czarnych, lekko znoszonych zamszowych butów pokrytych wczorajszym błotem, weszła do pralni. – Chodź, Bell, wchodzimy, bo Piękna Nancy wejdzie na wojenną ścieżkę.

– Tak, chodźcie – powiedziała Meg, podążając za nimi – albo będzie gderać do końca świata: „Czy uważacie, dziewczynta, że to jezd insdyducja charytatywna?” – naśladowała niski, nosowy głos panny Scott. – „To jezd pralnia, nie ochronka”.

Nettie nuciła sobie pod nosem, sortując na swoim stanowisku rzeczy przeznaczone do prasowania. Znowu jest w tym cholernym miejscu! Po tym, co wydarzyło się wczoraj wieczorem… Na kilka minut oparła się o deskę do prasowania i rozmyślała o tym. Potem jej ręka automatycznie chwyciła za żelazko. Pogrzebała w koszu z ubraniami do prasowania. Lepiej wziąć się do pracy, bo w przeciwnym razie Piękna Nancy powie tak jak wczoraj: „Panno Douglas, znowu pani marzy? Myśli pani o tym, jakie stroje będzie pani nosić, jak już pani wyjdzie za mąż za księcia Windsoru?”.

Stara, sarkastyczna suka. Żeby nie to, że jest szefową, to inaczej Nettie by jej nawrzucała. Książę Windsoru! Nie, nie chcę żadnego księcia Windsoru, mam swojego własnego Harry’ego. Oh Harry, oh Harry, how can you love, Oh Harry, oh Harry, heavens above[1] Zabrała się do prasowania bordowego kostiumu. Dobry ciuch. Należał do tej kobiety, która mieszka w dużym białym domu na Dunesk Road. Przydałby się Nettie. Podobno ta kobieta z Dunesk Road ma mnóstwo pieniędzy – ale gdyby rzeczywiście miała mnóstwo pieniędzy, to czy dawałaby swoje ubrania do czyszczenia i prasowania? Gdyby Nettie miała mnóstwo pieniędzy, to by tak nie robiła. Żeby tylko Harry mógł jej darować takie ciuchy. Oh Harry, oh Harry…heavens above…

Poznała go dwa miesiące temu w barze z frytkami Berta. Był już w Blytheden trzy miesiące, ale dopóki się nie poznali, z nikim się nie zaprzyjaźnił. Nie rozumiała, jak mogła go wcześniej nie zauważyć; sądziła, że znała z widzenia wszystkich żołnierzy. Chyba dlatego, że był bardzo nieśmiały. Radio grało Untill You Fall in Love[2], więc może to ośmieliło go do odezwania się. Był z kilkoma innymi żołnierzami, a ona z Meg, Bell i Aggie. Była na łowach, jak powiedziała jej matka. Ale od chwili, kiedy poznała Harry’ego, już nie chodziła na łowy. Dni łowów już się dla niej skończyły. Until you fall in love the nights all seem to be the same… Until you fall in love there’ll be no lover’s lane…

Ale wczoraj wieczorem w mieście była pełna rozpusta! Wszyscy żołnierze angielscy w Blytheden żegnali się ze swoimi dziewczynami. W najdziwniejszych miejscach natknąć się można było na obściskujące się w ciemnościach pary. Ona i Harry mieli szczęście. Stali na rogu blokady drogowej na Dunesk Road. Od czasu do czasu prześlizgiwały się po nich przytłumione światła samochodów, ale blokada drogowa osłaniała ich od wiatru. Nettie wciąż jeszcze czuła na plecach wilgoć cegieł, do których przyciskał ją Harry.

– Będziesz do mnie codziennie pisała, prawda Nettie? – powiedział swoją londyńską gwarą cockney, co tak ją rozśmieszyło, że roześmiała się, zanim doszło do niej, co powiedział.

Oczywiście, że będzie pisała. Chociaż nie za bardzo mogła sobie wyobrazić, o czym będzie pisała. Po wyjeździe żołnierzy nic się nie będzie działo w takiej małej mieścinie, jak Blytheden.

O dziesiątej dziewczęta słyszały, jak żołnierze maszerowali na końcu ulicy w drodze na dworzec. Śpiewali „Roll out the barrel”[3]. Dziewczęta spojrzały na pannę Scott, która siedziała w małym kantorku koło drzwi. Meg, która była zasłonięta suszarkami do bielizny, stanęła na stole i wyjrzała przez wysokie okno. Przetarła zaparowaną szybę łokciem.

– Ach, prawie nic nie widzę – powiedziała. – Oni wszyscy wyglądają tak samo. Nie idzie ich rozróżnić z tak daleka.

Bell weszła na stół i stanęła obok Meg, ale żadna z pozostałych nie ośmieliła się odejść od swoich desek do prasowania. Nettie oparła się o swoją, zastanawiając się, czy będzie w stanie usłyszeć głos Harry’ego pośród głosów innych żołnierzy. Ale to było niemożliwe…

I będziemy dobrze się bawili…”. Aggie zanuciła ostatnie słowa śpiewanej przez żołnierzy piosenki w chwili, kiedy zaczęła ona powoli cichnąć w oddali.

Nettie westchnęła i potrząsnęła żelazkiem.

– Wesoło jak w piekle!

– Chciałabym pojechać z nimi do Egiptu – powiedziała Meg, złażąc ze stołu. – Powiedziałam to Freddiemu. Spytałam: Co byś powiedział, gdybym wylądowała obok Ciebie na środku pustyni? I wiecie, co odpowiedział?

– Założę się, że coś sprośnego – rzekła Aggie. – Twój Freddie to był kobieciarz.

– Skoro się tak łatwo gorszycie, to wam nie powiem – Meg nawilżyła prześcieradło, które było rozłożone na jej desce do prasowania, i wygładziła je swoimi wielkimi, czerwonymi dłońmi. – Powiedziałam mu, żeby trzymał się z dala od Egipcjanek. Nie wiadomo, co ukrywają za swoimi hidżabami[4] i jakie numery mogą wyciąć. Te, które widziałam na filmach, to było szemrane towarzystwo…

– Sądzicie, że byłoby mi dobrze w hidżabie? – zapytała Aggie.

– Na pewno lepiej. Ale najlepiej to wyglądałabyś z hidżabem w czasie zaciemnienia!

– Tak, ale to nie powinno przeszkadzać Polakom, którzy przyjeżdżają – powiedziała Bell. – Ciekawe, jacy oni będą?

– A jakie to ma znaczenie? – rzekła Nettie.

– Ponoć ma ich tu przyjechać dwa tysiące – powiedziała Aggie.

– Nie interesują mnie żadni Polacy – powiedziała Netie. Westchnęła i przeciągnęła powoli swoje żelazko po desce do prasowania. – Obojętne mi, czy spotkam któregoś z tych Polaków. Najlepiej by było, gdyby wrócili do tej swojej Polski.

Całe przedpołudnie pracowała jakby w otępieniu. Nie mogło do niej dotrzeć, że wieczorem nie spotka się – tak jak zwykle – z Harrym. Dziwne będą ulice bez słów wypowiadanych tych ostrym, angielskim akcentem. Już więcej nie będzie spacerować po Dunesk Road, objęta ramieniem Harry’ego. Nie będzie wystawania w bramie, całowania i tulenia, aż mama nie zawoła, że już najwyższy czas, by weszła do domu.

Mdliło ją na samą myśl o tym, jak daleko jest Egipt… Bóg raczy wiedzieć, co się z nim tam może stać… Chociaż może wojna się skończy, zanim tam dotrze…

Elsie McClure dogoniła Bell i Nettie, kiedy szły do domu podczas przerwy obiadowej.

– Na jutro wieczór zwołuję zebranie w sprawie związku zawodowego – powiedziała.

– Ach, ty i ten twój związek – wzruszyła ramionami Nettie. – Nie mam na to czasu.

– Ale powinnyśmy mieć związek – powiedziała Elsie, a jej zadarty nosek błyszczał na małej, poważnej twarzy. – Tylko to będzie w stanie zmusić starą Scott do ustępstw.

– To prędzej ona może zmusić was do ustępstw – powiedziała Bell, wysuwając swą rękę spod ręki Nettie. – Na razie, serwus!

W drodze do domu Elsie wciąż mówiła Nettie o związku, ale ta jej nie słuchała, podskakując tanecznym krokiem na swoich wysokich obcasach.

– Do diabła, związki są dobre dla mężczyzn – rzekła. – Dlaczego mamy sobie zawracać głowę związkami?

II.

Po wejściu do domu Nettie zastała panią Baxter, przyjaciółkę mamy, siedzącą przy kominku i pijącą herbatę.

– Więc twój chłopak wyjechał, tak Nettie? – powiedziała.

– No… – Nettie spojrzała z rozczarowaniem na talerz, który mama położyła na stole. – Znowu mielone!

– Tak, mielone! – powiedziała pani Douglas. – A czego się spodziewałaś? Jestem przekonana, że staram się dbać o Ciebie najlepiej jak mogę, za te małe pieniądze, które zarabiasz.

– Ale przecież wisz, że ja nie lubię mielonego.

– Nie pitol. Jeżeli już chcesz kręcić nosem, to kręć nosem na starą Scott. Założę się, że ona nie jada mielonego na obiad.

– Myślę, że będziesz musiała się hajtnąć – powiedziała pani Baxter, śmiejąc się. – Wtedy będziesz mogła sobie jeść to, co lubisz.

– Akurat, na dużo będzie mogła sobie pozwolić za żołnierski żołd – prychnęła mama.

– Będziesz musiała znaleźć sobie Polaka, Nettie – rzekła pani Baxter.

– Już ja jej dam Polaków! – powiedziała mama. – Polacy nie mają wstępu do tego domu. Nie ufam tym cudzoziemcom. Dzisiaj są, jutro już ich nie ma. Zgraja barbarzyńców.

– Ale chociaż są lepsi od Francuzów – stwierdziła pani Baxter.

– Tak, Francuzi są fałszywi. A w ogóle to nie w porządku, że wpuszczają tych cudzoziemców między uczciwych ludzi.

Mama nalała sobie kolejną filiżankę i wypiła ją, stojąc tyłem do kominka, szeroko rozłożywszy ręce z kościstymi łokciami.

– Słyszałam, że Polacy dostają dziewięć szylingów dziennie – powiedziała pani Baxter, wyciągając pustą filiżankę po więcej herbaty.

– Harry musi iść do polskiej armii – roześmiała się Nettie. – Z dziewięcioma szylingami dziennie uważałby się za milionera.

– To nie może być prawda – rzekła mama. – Dziewięć szylingów dziennie! To nieprzyzwoicie dużo!

– Harry mógłby oddawać mi sześć – powiedziała Nettie.

– Wtedy mogłabyś jeść to, na co masz ochotę – mama podniosła pusty talerz. – Chociaż widzę, że wsunęłaś swój mielony niezależnie od tego, czy ci smakował, czy nie.

– Widziałam dzisiaj przed południem kilku Polaków – rzekła pani Baxter. – To część grupy zwiadowczej. Było wśród nich kilku przystojniaków. Nie miałabym nic przeciwko temu, by znowu być w twoim wieku, Nettie!

– Mnie oni wcale nie obchodzą – Nettie napełniła filiżankę herbatą.
– Nie chcę mieć nic do czynienia z żadnymi Polakami.

III.

Ale tego wieczora wszystkie pozostałe dziewczyny rozmawiały o Polakach. Niektóre widziały, jak wysiadali z pociągu.

– Oni wyglądają tak samo, jak nasi żołnierze – powiedziała Aggie – tylko że na ramionach mają czerwone naszywki z napisem „Poland”.

– A ty sądziłaś, że jak będą wyglądać? – zadrwiła Meg. – Jak dywersanci?

– E tam, ona by nie rozpoznała dywersanta, nawet gdyby go spotkała – rzekła Bell.

– Ale widziała Piękną Nancy, nieprawdaż? – Meg rozejrzała się, by sprawdzić, czy panna Scott mogła to usłyszeć. – Chociaż ona to gumowe ucho, nie może żyć bez szpiegowania innych.

Nettie nie przysłuchiwała się tej rozmowie. Polacy jej nie interesowali. Pracowała w skupieniu, nucąc sobie pod nosem i uśmiechając się do samej siebie.

Dopiero wybuch śpiewu za oknem sprawił, że przestała prasować i wyjrzała przez okno.

– Co to? – zapytał ktoś.

– To pewno kolejni Polacy idą z pociągu.

Dziewczyny mimowolnie przesunęły się w stronę drzwi, ale kiedy panna Scott wyszła ze swego kantorka, znowu chwyciły za swe żelazka, zginając plecy. Śpiew narastał i wyraźnie było słychać, że żołnierze śpiewają „Roll Out the Barrell”. Dziewczęta spojrzały po sobie.

– Boże! – powiedziała Meg. – Przez moment myślałam, że to wracają nasi żołnierze.

– Podoba mi się, że potrafią śpiewać po angielsku! – zauważyła Aggie.

– Anglicy by nie potrafili tak zaśpiewać – rzekła Bell. – Ci śpiewają znacznie lepiej od Anglików.

Dziewczęta zaczęły się o to spierać, ale Nettie nie powiedziała ani słowa. Wiedziała, że Anglicy śpiewają lepiej, znacznie lepiej od Polaków. Ale jednocześnie z przyjemnością słuchała, jak śpiewają. Sama zaczęła nucić tę melodię. Po ostatnich słowach piosenki nastąpiła chwila ciszy, po czym Polacy zaczęli śpiewać pieśń, której żadna z dziewcząt nie znała. Było w niej coś obcego, była przepełniona nostalgią i tęsknotą. Głosy to wznosiły się, to opadały żałośnie.

– Na Boga, a cóż to jest? – zapytała Meg.

Panna Scott stała samotnie w drzwiach, wyglądając na zewnątrz. Słysząc pytanie Meg, odwróciła się z ironicznym uśmiechem na jej chudej, ziemistej twarzy.

– Gdybyście, dziewczęta, słuchały radia w niedzielę wieczorem, zamiast się włóczyć, to byście wiedziały, że to jest polski hymn – powiedziała.

IV

– Chyba umyję sobie włosy – powiedziała Nettie po podwieczorku.
– Bell wpada po mnie o ósmej. Akurat wystarczy mi czasu, by zdążyć przed jej przyjściem. Zaczęła nalewać wodę do umywalki, ale jej młodsza siostra, Chrissie, wrzasnęła:

– Nie ma mowy!

– Dlaczego nie?

– Pomóż mi pozmywać naczynia, ty leniwa suko. Ja też chcę wyjść.

– Nie pomogę – rzekła Nettie.

– Będziesz musiała! – Chrissie podbiegła do drzwi do sypialni i poskarżyła się:

– Mamo, ona mówi, że będzie teraz myła włosy!

– Już ja jej umyję włosy! – krzyknęła mama, wchodząc do kuchni. – Już, jazda zmywać naczynia, żeby mi ta kuchnia nie wyglądała jak chlew.

– Do diabła – jęknęła Nettie.

– No już – rzekła mama. – Przecież wiesz, jak długo zajmuje ci mycie włosów. Możesz to zrobić w niedzielę. Możesz wcześniej wstać i zrobić to zanim reszta z nas wstanie.

Z ponurą miną, łkając, Nettie pomagała siostrze zmyć naczynia. Chrissie milczała, kręcąc się tu i tam, a jej wysokie obcasy stukały triumfująco po wyblakłym linoleum. Nettie akurat wkładała ostatnie talerze do kredensu, kiedy Bettie zastukała do drzwi i weszła.

– Jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytała.

– Jeszcze chwilka – Nettie włożyła swój biały nieprzemakalny płaszcz i naprędce przypudrowała twarz.

– Już.

– Czy macie latarkę? – krzyknęła za nimi mama.

Nettie sprawdziła w kieszeni.

– Nie, ale nie potrzebuję!

– Dobrze, ale jak się przewrócicie w ciemnościach, to nie mówcie, że was nie ostrzegałam. To nie będzie moja wina. I wracajcie wcześnie do domu, nie szwendajcie się po ulicach w nieskończoność. Pamiętajcie, że może być alarm bombowy.

– W porządku – Nettie zatrzasnęła za sobą drzwi i wzięła Bell pod rękę. Odczekały chwilę, by ich wzrok przyzwyczaił się do zaciemnienia. Później, podpierając się wzajemnie, poszły w kierunku głównej ulicy, stukając wysokimi obcasami o chodnik. Nettie żałowała, że to nie Harry’ego trzyma pod rękę i że to nie Harry’ego dotyka. Ramię Bell było tak wiotkie, że wydawało jej się, że gdyby tylko Bell się potknęła, to obie by upadły.

– Pójdziemy do kina? – spytała.

– Nie mam pieniędzy – odparła Bell. – A poza tym i tak już widziałam film, który leci w Scali, a na ten w Ritzu nie mam ochoty.

– To dokąd pójdziemy?

– Powłóczymy się trochę.

– No co ty? – rzekła Nettie.

Ale w końcu poszły główną ulicą, później obok Chapelgate, a później znowu główną ulicą. Było ciemno choć oko wykol, ale kręciło się sporo ludzi. Słychać było głosy i śmiech, i stukot ciężkich żołnierskich butów. Zaczęło padać.

– Wiedziałam, że będzie padać – powiedziała Bell. – Zanosiło się na deszcz.

Stanęły w wejściu do sklepu spożywczego Veitch’a. Nettie pamiętała, jak często tam stawały, zanim poznała Harry’ego. W ciemnościach, czekając, aż coś się wydarzy. I przed wojną, kiedy światła latarni pozwalały zobaczyć każdego.

– Ech, chodźmy do domu – powiedziała. – Idziemy do domu.

– Och, poczekaj chwilkę – rzekła Bell. – Słuchaj!

Minęło ich kilku żołnierzy rozmawiających – jak się wydało dziewczętom – po polsku. Bell zachichotała i powiedziała:

– Piękny wieczór mamy.

Żołnierze zatrzymali się na chwilę i roześmiali. Ale zaraz poszli dalej.

– Ci w każdym razie nie rozumieją po angielsku – powiedziała Bell.

– Ej, chodźmy do domu – powiedziała Nettie.

– Jeszcze chwilkę. Co się dzisiaj z tobą dzieje? Kiedyś ci się tak nie śpieszyło.

Nettie nic nie odpowiedziała. Nie było sensu rozmawiać z Bell o Harrym. Nie zrozumiałaby. Bell była zbyt płocha. Nigdy jej nie zależało na stałym chłopaku. To dziwne, jak wielu chłopców miała ze swoją nalaną twarzą i tą figurą. Harry kiedyś ją nazwał „krową z piegowatym rogiem”. Oh Harry, Oh Harry, how can you love…

Zaczęła nucić tę melodię, a Bell się przyłączyła, kołysząc ramionami i stukając stopami do rytmu: „Oh Johnie, oh Johnie, how can you love!”. Ale ona śpiewała prawidłowe słowa piosenki. „Oh Johnie, oh Johnie”.

Kilku żołnierzy po drugiej stronie uliczki roześmiało się i stanęło. Bell śpiewała głośniej, stepując, chichocąc powabnie między słowami.

– Ej, chodźmy już do domu – rzekła Nettie.

Ale Bell nadal śpiewała, stepując na chodniku. Śmiejąc się, żołnierze zamienili między sobą kilka słów. Jeden z nich zrobił krok z chodnika, ale inny coś powiedział i ten pierwszy się zatrzymał. – Dobry wieczór! – krzyknął jeden z nich.

– Dobry wieczór! – krzyknęła Bell. – Jaki cudowny wieczór!

Żołnierze roześmiali się. „Cuudowny wieczór” – powtarzali między sobą. Zaczęli odchodzić, śmiejąc się i powtarzając to wyrażenie.

– No to chodźmy do domu – rzekła Nettie.

– Oj, co ci się tak śpieszy?

– Co to za sens stać tutaj w deszczu? Zimno mi.

– W porządku, to chodźmy do Berta.

– Dobrze – rzekła Nettie.

Rozpadało się na dobre. Prześlizgiwały się przez kompletną ciemność, chowając gołe głowy przed deszczem, a podeszwy ich tanich bucików nasiąkały wilgocią. Ocierały się o ludzi, śpieszących się podobnie jak one. W świetle włączanych od czasu do czasu latarek widać było strugi deszczu, padające na mokre płaszcze i nogi. Ucichły śmiechy i hałas, słychać było tylko chichot tych par, które schroniły się w bramach.

Meg i Aggie siedziały w tylnej sali restauracji „Fish and chips” Berta. Nikogo więcej tam nie było. Na dźwięk otwieranych drzwi Meg z ciekawością spojrzała w ich stronę, ale zobaczywszy, kto wchodzi, z przymrużonymi oczyma i papierosem w kąciku ust, wróciła do lektury starego numeru tygodnika „John Bull”[5].

– O, to wy – powiedziała.

– Tak, to my – odpowiedziała Nettie. – A ty myślałaś, że kto? Clark Gable[6]?

– Szkoda, że to nie on!

– Jeszcze nie macie Polaka? – roześmiała się Bell, siadając koło Aggie i kładąc swe grube łokcie na biało-niebieskiej ceracie w kratkę, przykrywającej stół.

– Polaka! – Meg skrzywiła twarz z jeszcze większym niesmakiem.

– Pełno jest ich na ulicach, ale jest tak ciemno, że nawet nie można im się przypatrzeć. Tutaj nie było nikogo, oprócz tego młodego, małego człowieczka z krzywymi nogami, który pracuje w fabryce torped.

– Co będziesz jadła, Nettie? – spytała Bell.

– Chyba tylko lody.

– To niezdrowo na żołądek w taki zimny wieczór – powiedziała Aggie.
– Lepiej zjedz coś cieplejszego.

– Wiemy – powiedziała Meg, wciskając energicznie niedopałek papierosa w popielniczkę z napisem „Take a Peg of John Begg”[7]. – Ale gdzie dostaniemy coś ciepłego? Ja już mam dość. Jak tylko skończę lemoniadę, to idę do domu.

– Ale cholernie deszczowy wieczór – powiedziała Aggie. – A tak chciałam, by było ładnie.

– A co by to była za różnica? – Meg zaczęła pudrować twarz. – No już, kończ swoje frytki i spływamy.

Nettie nabrała łyżeczką nieco lodów, po czym sięgnęła po egzemplarz „Johna Bulla”, który Meg położyła na stole. – Cholera – rzekła – Już to wcześniej czytałam. To leży tutaj od tygodni. – Hej, panie Bert, nie myślał pan o kupieniu świeżych czasopism do tej speluny?

– Po co ci czasopisma? – rzekła Meg. – Nie idziesz ze mną i Aggie?

– Pójdę, jak tylko skończę – Nettie włożyła łyżeczkę lodów do ust i położyła je na języku, by móc dłużej rozkoszować się ich smakiem.

– Ciekawa jestem, co porabia Harry? – powiedziała, obejmując rękami swą głowę i przyglądając się sobie w wielkim lustrze.

– O tej porze powinni być już w Londynie – powiedziała Bell.

– Miejmy nadzieję, że nie zostaną zbombardowani – rzekła Meg. – To by dopiero było, gdyby Freddie został zbombardowany, zanim zdąży wyjechać do Egiptu.

Bert włączył radio, stojące za kontuarem. Nachylił się i oparł obok odbiornika na grubym łokciu, czekając na wiadomości BBC o dziewiątej wieczorem.

– Wyłącz to pan, panie Bert – krzyknęła Nettie. – Włącz pan coś wesołego, nie to ględzenie. Już mam dość tych wiadomości. To pierwsza rzecz, którą słyszę z samego rana, kiedy mój stary je śniadanie. Nie może zjeść śniadania nie słuchając porannych wiadomości o siódmej. Potem, kiedy wpadam na przerwę obiadową, wszyscy słuchają wiadomości o pierwszej po południu. Albo to, albo pani Baxter. Sama nie wiem, co gorsze. Potem znowu to samo, kiedy wracam do domu o szóstej. Już mam tego dość. I tak nie mogą powiedzieć nic nowego.

– Masz rację, może posłuchamy jakiegoś jazzu? – rzekła Meg.

– To jest lepsze – powiedziała Bell, kiedy Bert złapał jakąś zagraniczną stację. I zaczęła strzelać palcami i potrząsać ramionami. „Who’s little whatsit are you?Who’s little boogy-boo?”[8].

– Mała dziewczynko, szukam przyjaciela – Aggie przyłączyła się do śpiewu, a jej pociągła twarz wydawała się jeszcze dłuższa, kiedy otwierała swoje wielkie usta. Nagle przestała śpiewać w połowie ostatniego słowa, zostając z szeroko otwartą buzią. Do knajpy weszło trzech polskich żołnierzy. Bell trąciła ją lekko i zaczęła śpiewać głośniej, przyglądając się Polakom, którzy szykowali się, by usiąść przy sąsiednim stole.

– Who’s little whatsit, are you?

I zachichotała, kiedy zasalutowali dziewczętom przed wysunięciem krzeseł.

Nettie, wciąż przyglądając się swemu odbiciu w lustrze, zerknęła na żołnierzy, którzy ściągnęli swoje maski gazowe i zdjęli ciężkie wojskowe płaszcze, strzepując z nich wodę. Byli całkiem przystojni. Na przykład ten brunet. Nabrała jeszcze jedną łyżeczkę lodów, a następnie wygładziła kopczyk grzbietem łyżeczki. Zlizała lody ze swoich warg i poczuła zimno na zębach.

– Jaki miły wieczór! – roześmiała się Bell.

Żołnierze uśmiechnęli się. Najwyższy, młodzieniec o rumianej twarzy, w rogowych okularach i o krótko ostrzyżonych, jasnych włosach, powiedział:

– Dobry wieczór. Piękna szkocka pogoda.

Meg gwałtownie ruszyła głową i wypuściła w kierunku sufitu kłąb dymu.

– Powiedz mamie, że jest piękna pogoda!

– Mamie? – Polacy wyglądali na zdziwionych. – Powiedz mamie? Co proszę?

Bell i Aggie zachichotały.

– Nie uda Wam się im tego wytłumaczyć – powiedziała Bell.

– Tak często mówi moja mama – rzekła Meg. Spojrzała bezradnie na Nettie, ale Nettie przyglądała się odbiciu bruneta w lustrze. Uśmiechał się do niej, nie słuchając kolegi, który coś do niego mówił po polsku.

Blondyn pochylił się i zapytał:

– Parlez-vous français?

– Parli wu fransi! – Bell i Aggie trąciły się łokciami.

– Łi, łi, skaczą pchły – powiedziała Meg.

– Pchły? – żołnierz potrząsnął głową. – Co proszę?

– Nieważne – rzekła Meg. – To też powiedzenie mojej mamy – wytłumaczyła koleżankom. – Szkoda, że jej teraz tu nie ma, bo świetnie by się z nimi dogadała.

– Ach, my się też z nimi dogadamy – rzekła Bell, spoglądając na żołnierzy.

Jasnowłosy Polak nadal wyglądał na zagubionego, ale ruchem rąk pokazał, że chciałby zsunąć oba stoły. Zrobili to, a on usiadł między Meg i Aggie. Najniższy, o nalanej twarzy i grubych wargach, siadł obok Bell. Miał tłustą cerę i rozpłaszczony na końcu nos. Brunet usiadł przy Nettie. Uśmiechnęli się do siebie. Miał duży pieprzyk na prawej skroni i – co zauważyła, kiedy usiadł przy niej – był niedogolony.

Jasnowłosy żołnierz pokazał na siebie:

– Stanisław.

Następnie pokazał na pozostałych:

– Jan, Paul.

Brunet miał na imię Jan.

Meg zachichotała i wskazała na siebie:

– Margaret.

– Marageret? Stanisław powtórzył to kilka razy, po czym uśmiechnął się nagle:

– Ach, Marguerite!

I spojrzał z ciekawością na Bell.

– Isabel – rzekła.

– Ysabelle – powiedział.

Bell zachichotała i zrobiła niewinną minkę. Stanisław spojrzał na Aggie. Zarumieniła się i spuściła wzrok.

– O– Olive – wyszeptała.

Meg uniosła brwi i spojrzała na Nettie, ale Nettie robiła łyżeczką wzory na lodach. Przymrużonymi oczami patrzyła, jak Jan stuka palcami o stół koło niej. Miał brudne paznokcie, a skóra dookoła nich była szorstka i zabrudzona.

– Olive? – rzekł Stanisław. – Ach, Olga!

– Olga! – powiedziała Aggie, po czym zachichotała i szturchnęła go.

– Co proszę?

Nettie podniosła wzrok, ale nie odpowiedziała na pytanie Stanisława. Popatrzyła na Jana i powiedziała:

– Nettie.

Uśmiechnęli się do siebie. Ale ma ładne zęby – pomyślała. Zupełnie inne niż Harry. Harry miał z przodu trzy sztuczne, źle dopasowane zęby. Westchnęła, przypominając sobie, jak często ona i Harry tu przesiadywali. Oh Harry, oh Harry…

– Frytki! – zawołał Stanisław. – Jeden… dwa… – powoli zaczął liczyć.
– Frytki! Siedem porcji.

I pokazał Bertowi siedem palców.

– Ja już się najadłam – rzekła Nettie. – Dziękuję, nie chcę.

– Co proszę? – zapytał Stanisław.

– Ona już więcej nie chce – powiedziała głośno Meg, wskazując na Nettie i potrząsając głową. – Ona już więcej nie chce – powtórzyła głośniej.

– Nie? – wyglądał na rozczarowanego.

– Oj tam, daj spokój – powiedziała Nell. – Dasz jeszcze radę zjeść trochę frytek. Już nieco czasu minęło od twojego podwieczorku.

– Dobrze – kiwnęła głową Nettie, po czym odwróciła się w stronę Jana i uśmiechnęła.

Podczas jedzenia frytek Stanisław i Paweł powtórzyli wszystkie angielskie zwroty, które znali, i dziewczęta chichotały, słysząc, jak wymawiają poszczególne słowa i jak poszczególne zwroty są ze sobą mieszane.

Co chwilę Stanisław mówił:

– Dobry wieczór, Marguerite. Piękna szkocka dziewczyna. I love you – był bardzo dumny z tego ostatniego zdania – W porządku? – zapytał na koniec – W porządku?

– Bardzo dobrze – rzekła Meg, sięgając po jeden z jego papierosów.
– A może teraz nauczycie nas tych zwrotów po polsku?

– Po polsku? – Stanisław uśmiechnął się szeroko. – Kocham Cię, to wszędzie brzmi tak samo – i położył rękę na kolanie Meg, mrugając porozumiewawczo.

– Ej tam, nie tak szybko – krzyknęła Meg. – Szybko się bierzesz do roboty. Nie bądź taki namiętny!

– Nami…ętny? – zapytał. – Namię… Ach, namiętność!

– Nammy co? – rzekła Meg. – O rany, nigdy nie będę w stanie tego wymówić. Łatwiej będzie wam nauczyć się angielskiego niż nam polskiego.

– Miałam zamiar powiedzieć to samo – rzekła Bell. – Sama się zastanawiam, jak oni mogą zrozumieć siebie samych. Zauważyłam, że niektóre sklepy już mają szyldy z polskimi napisami. Wygląda to koszmarnie. Jak łamigłówka.

– Myślę, że on uważa, że właśnie rozwiązuje łamigłówkę – Meg wyciągnęła rękę Stanisława na stół. – A teraz trzymaj ją tutaj – powiedziała, kładąc swoją dłoń na jego dłoni.

Jan nie chwalił się – tak jak jego koledzy – swoją znajomością języka angielskiego. Jadł swoje frytki powoli, pomiędzy kęsami uśmiechając się do Nettie. Tylna sala restauracji zaczęła się zapełniać. Kilka innych dziewczyn z pralni oraz dziewczyn, które Nettie znała ze sklepów i innych miejsc, weszło z polskimi żołnierzami. Radio grało głośniej, ale i tak trudno było je usłyszeć w harmidrze głosów i śmiechów. Wszyscy się śmiali. Większość dziewcząt mówiła głośniej niż normalnie, w nadziei, że Polacy prędzej je zrozumieją. Pomiędzy odzywkami do dziewcząt polscy żołnierze szybko rozmawiali ze sobą, śmiejąc się wesoło. Kilku z nich zaczęło śpiewać polską piosenkę, zagłuszając dziewczynę, która nuciła piosenkę w radiu.

Nettie pochyliła się do tyłu i przymknęła oczy, słuchając dziwnych słów w obcym języku. Było coś natarczywego i smutnego w tej pieśni, coś, co sprawiało, że chciało jej się płakać. Chciała oprzeć głowę na męskim ramieniu. Szkoda, że nie było Harry’ego… Usłyszała, jak Jan nuci melodię.

– Podoba ci się? – zapytał, kiedy otworzyła oczy.

– Jest bardzo ładna.

– Ładna? – rzekł. – Tak, ładna. To o polskim żołnierzu, który opuszcza swoją dziewczynę. Na wojnę. Baaardzo smutne. Obiecuje, że wróci. Kocham Cię. Po angielsku I love you.

– Ko ham sib yeah – Nettie starała się powtórzyć.

– Dobrze – powiedział – Bardzo dobrze!

Stanisław stanowczym krokiem podszedł do lady i kupił paczkę tabliczek czekolady. Położył po jednej przed każdą z dziewczyn.

– Dobrze – rzekł. – Bardzo dobrze?

– Bardzo dobrze – powiedziała Meg, rozpakowując czekoladę. Wyciągnęła ją w stronę Stanisława – Jesteś głodny?

– Tak – kiwnął głową Stanisław.

Nettie powoli rozpakowała swoją czekoladę i podzieliła się nią z Janem. Była zadowolona, że był cichszy od Stanisława i Pawła. Odzywał się tylko od czasu do czasu, rozglądając się i uśmiechając, słysząc wybuchy śmiechu ludzi siedzących przy innych stolikach. Głównie patrzył na Nettie, z czułością w swoich ciemnych oczach. Jego udo przylegało do jej uda. Poczuła się nieswojo, zapewne po zjedzeniu czekolady. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce, czuła jak jej serce mocno bije. Tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Harry’ego… Ale jednak inaczej; tak, wtedy czuła inaczej…

Poczuła potrzebę powiedzenia czegoś. Odwróciła się więc do Bell i powiedziała:

– Do licha, strasznie tu gorąco.

– Tak, robi się ciut za gorąco – zachichotała Bell. – I to nie tylko dosłownie. Chyba już czas na nas. Robi się za tłoczno jak na mój gust.

Dziewczęta podniosły swe torebki i wstały. Trzej żołnierze poderwali się, strzelając obcasami i kłaniając się, kiedy odsuwali krzesła dziewcząt.

– Ratunku, czuję się jak członkini rodziny królewskiej – zaśmiała się Bell.

Jan podał Nettie dłoń, by pomóc jej przecisnąć się przez wąską przestrzeń między stołem i ścianą.

– „Nettee” – powiedział czule. – „Ko-ochana Nettee. Pójdziemy spacer? Tak?”

– Patrzcie no! – zawołała Bell. – Ależ oni są, ci Polacy! Powiedz mu, że już masz chłopaka.

– Idze, idze – rzekła Nettie. – Trzymaj język za zębami.

Uśmiechnęła się do Jana.

– Dobrze.

– Dobrze?

– Tak – kiwnęła głową.

Dziewczyny chichotały i szturchały się, ściskając ciasno paskami swoje palta w oczekiwaniu, aż żołnierze włożą swoje wojskowe płaszcze i maski przeciwgazowe. Aggie krzyknęła coś radosnego do kilku dziewczyn, siedzących przy innym stole, a one odkrzyknęły:

– Do zobaczenia, zachowuj się!

– Zawsze się zachowuję – odpowiedziała, kiwając głową.

– Pewnie, ty nigdy nie masz szansy, by się nie zachowywać – zaśmiała się Meg i skierowała w stronę wyjścia. – Chodźcie!

Stanisław, Paweł i Jan przed wyjściem zasalutowali wszystkim, a inni żołnierze wstali i im odsalutowali.

– Dobranoc – krzyknęli wszyscy.

– Dobranoc – odpowiedziały dziewczyny. – Dobranoc, panie Bert!

– Dobranoc – odpowiedział, wychylając się zza baru, z uśmiechem na swojej nalanej twarzy. – Do zobaczenia!

Przestało padać i wyszedł księżyc, chociaż delikatne czarne chmury prześlizgiwały się po nim. Nettie zatrzymała się na chwilę, pozwalając przywyknąć oczom do ciemności. Jan położył rękę na jej łokciu, nachylając się nad nią w geście ochrony.

– Bardzo piękna – powiedział czule.

Nettie zachichotała, ostrożnie wybierała drogę po chodniku. Słyszała stukot swoich obcasów i walenie jego butów. One brzmiały inaczej niż saperki Harry’ego. Harry był nieco niższy od Jana, ale idąc z nią robił straszny hałas. Spojrzała na Jana. Jego białe zęby błyszczały w świetle księżyca. – Nettee – rzekł, kładąc jej rękę na swoim boku.

Słychać było śmiech i krzyki gromadki, która szła po drugiej stronie ulicy.

– Chodźcież tu, wy dwoje! – krzyknęła Meg. – Ruszajcie się!

Pół godziny później Nettie cichutko zamknęła za sobą drzwi wejściowe. Przez moment trzymała rękę na gałce drzwi, uśmiechając się.

– Dobranoc – wyszeptała. – Dobranoc.

To brzmiało znacznie lepiej niż angielskie „Good night”. Mimo to westchnęła, żałując, że to nie Harry był z nią na spacerze. Całus i uścisk były lepsze niż uprzejmy uścisk dłoni i strzelanie obcasami. Skrzywiła twarz ze smutku i na palcach przeszła korytarzem obok drzwi kuchennych, zza których dobiegało chrapanie ojca w wielkim łóżku małżeńskim.

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Powyższy fragment noweli ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”, styczeń-luty 2024 r.

Czytaj dalej: https://reshumana.pl/namietnosc-o-malej-nettie-i-polskim-zolnierzu-cz-v-xi/

 

Przypisy tłumacza:

[1] O Harry, O Harry, jak Ty potrafisz kochać, O Harry, O Harry, bierzesz mnie do nieba…Piosenka „Oh Johny, how can you love” z musicalu filmowego pod tym samym tytułem.

[2] Dopóki się nie zakochasz, wszystkie noce są takie same… Dopóki się nie zakochasz, nie będzie zaułka zakochanych…Piosenka Boba Crosby’ego z 1940 roku.

[3] Popularna w czasie II WŚ piosenka https://www.youtube.com/watch?v=xMAQln0eLJY – wersja oryginalna to czeska polka z 1927 roku „Škoda lásky”. W Polsce znana w wersji „Bando-bando”.

[4] Zasłona głowy, stosowana przez kobiety w krajach muzułmańskich.

[5] Brytyjski tygodnik o konserwatywnym charakterze.

[6] Amerykański aktor filmowy.

[7] Hasło reklamowe dystylarni whisky Royal Lochnagar.

[8] Czyim małym kimś jesteś? Kto jest małym boogy-boo? Popularna piosenka z przełomu lat 30. i 40. XX wieku.

 

 

V.

– Wczorajsze zebranie bardzo się udało – powiedziała Elsie McClure do Nettie następnego ranka.

– Tak? – Nettie ziewnęła i machinalnie rozłożyła koszulę na desce do prasowania. Czuła się zmęczona i właśnie sobie przypomniała, że nie napisała do Harry’ego, tak jak mu obiecała. Będzie musiała napisać dzisiaj wieczór. Chociaż właściwie to nie wiedziała, jak na to znajdzie czas, gdyż przecież obiecała Janowi, że pójdzie z nim do kina.

– Szkoda, że Cię nie było – rzekła Elsie.

– Ach, a co by to dało?

– No, byłoby nas o jedną więcej – powiedziała Elsie.

Netie ponownie ziewnęła.

– Daj spokój, nie dbam o ten wasz cały związek.

– Ale podwyżkę to byś chciała, co nie?

– No tak – Nettie skropiła koszulę i zaczęła ją prasować. – Ale nie mam złudzeń. Stara Scott nigdy nie da nam podwyżki.

– Zobaczymy – Elsie pociągnęła nosem i kopnęła kolanem wielki kosz z praniem, który niosła. – Zobaczymy – rzekła i poszła raźno do pralni, a jej kalosze mlaskały głośno na kamiennej podłodze.

Nettie ziewnęła i potrząsnęła głową, starając się spędzić sen ze swych powiek. „Dobranoc” – powiedziała sama do siebie. Tak, to było jedyne słowo, które znała po polsku. Elsie lepiej by zrobiła, gdyby poszła na randkę z żołnierzem, zamiast chodzić na to swoje zebranie. Marnuje bezsensownie czas!

Zastanawiała się, co napisać do Harry’ego. Właściwie nie miała o czym pisać. Nic się nie wydarzyło od jego wyjazdu. Zrozumiała, jaka głupia była, obiecując mu, że będzie pisać codziennie. Nic szczególnego, wartego pisania, nie działo się w tak małym miasteczku, jak Blytheden.

– Czy masz już te prześcieradła dla Fergussona? – Meg krzyknęła do innej dziewczyny.

– Nie, jeszcze ich nie mam.

– Masz szczęście! – zaśmiała się Bell. – To ten gość, który sika w łóżku? Powinno się wprowadzić nakaz prania przez takich ludzi ich własnych prześcieradeł. I na dodatek chce, by je wykrochmalić. Ustaw go do pionu!

– Oto one! – krzyknęła Aggie. – Już je mam. Chcesz je, Meg?

– Nie ma takiej potrzeby. Jak już je masz, to je zatrzymaj.

– Do licha – Aggie zrobiła minę i zaczęła śpiewać wysokim, zawodzącym głosem: „I am nobody’s baby. I wonder why”[1]

– A spojrzałaś do lustra? – roześmiała się Meg, wystawiając głowę zza ubrań, wiszących na wieszakach.

Ale Aggie nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Nadal śpiewała: „Each night and day I pray the Lord up above to please send me down somebody to lo-ove”[2]

– Och, Olga! – zawołała Bell z akcentem, który według niej miał być akcentem Polaków, mówiących po angielsku. – Dobra stara Olga znad Wołgi! A widziałaś jakichś żeglarzy? Oni łowią takie poślednie rybki jak ty!

– Możesz się śmiać – powiedziała Aggie, potrząsając głową. – Nie dbam o to. Gdybym miała coś do powiedzenia, to nie nadano by mi na chrzcie imienia Oliwia.

– Ale byłaś wtedy głupiutka!

– Ona wciąż jest głupiutka – rzekła Meg. – Nic dziwnego, że wczoraj nie poderwała żadnego chłopaka. Gdybyś, Aggie Foster, była choć trochę obrotna, to byś przysiadła się do tych chłopców z sąsiedniego stolika, zamiast trzymać się nas.

– A to dobre! – krzyknęła Aggie. – Oni tak samo byli ze mną, jak z wami, może nie? Musisz mieć cholernie wysokie mniemanie o sobie, żeby myśleć, że podobałaś się im bardziej niż ja.

– Oj tam, po co się o to kłócić! – powiedziała Bell. – W końcu to tylko Polacy.

– Tylko Polacy! – zaśmiała się Meg. – Podoba mi się ten Stanny Jakmutamjest. Chłopak wie, czego chce.

– Może aż za bardzo wie – prychnęła Aggie. – Lepiej uważaj na siebie.

– Oczywiście, będę uważać. Dam sobie radę z każdym z nich. Byłabym ostrożna tylko z jednym, z tym brunetem. Wygląda na takiego, który lubi prawić komplementy. Nie ufałabym mu ani za grosz.  

Nettie nie zwracała za bardzo uwagi na utarczki dziewcząt, ale kiedy usłyszała te słowa, odłożyła żelazko i spojrzała ze złością na Meg.

– Wystarczy, Meg Patrick – krzyknęła. – On jest zupełnie w porządku. Jest znacznie sympatyczniejszy od tego Stanny’ego.

– Dobrze, dobrze – powiedziała Meg. – Nie panikuj. On mnie nie interesuje i tyle. Bardzo szybko zapomniałaś o Harry’m.

– Kto powiedział, że zapomniałam Harry’ego? Kto pierwszy zaczął rozmowę z Polakami?

– Dziewczyny, czy wy nie macie nic lepszego do roboty? – panna Scott wystawiła głowę ze swojego kantorka.

Nettie chwyciła za żelazko i zaczęła gwałtownie przesuwać je tam i z powrotem do przodu i do tyłu. Patrzyła gniewnie na Meg, żałując, że nie może wepchnąć jej żelazka do gardła. To było bezczelne z jej strony tak mówić o Harry’m. Co mogła poradzić na to, że Jan się do niej przyczepił? Jak mogła mu wytłumaczyć, że już ma chłopaka, skoro on tak słabo zna angielski i jest taki milczący. Nettie wyciągnęła spinkę z loka z tyłu głowy i wpięła ją w grzywkę nad jej oczami. Jan nie był specjalnie przystojny. I to nie jego wina, że był taki milczący. Nie miał nawet szansy odezwać się w przerwach między potokiem słów Stanny’ego.

– No i co?

Głos Elsie McClure z tyłu wystraszył Nettie. Mlasnęła gwałtownie językiem o zęby, złożyła koszulę i powiesiła ją na wieszaku.

– Do cholery – powiedziała. – To znowu ty?

– Tak, to znowu ja – Elsie rozejrzała się, czy panna Scott nie spogląda ze swego kantorka. – Czy mogę wciągnąć Cię na listę?

– A co to da?

– Dużo – rzekła Elsie. – Im więcej osób podpisze, tym większa szansa, że dostaniemy podwyżkę.

– Oczywiście, tym większa szansa, że dostaniemy wilczy bilet – Nettie wyciągnęła z kosza kolejną koszulę i rozłożyła ją na stole do prasowania. – To właśnie dostaniemy – wypowiedzenie.

Cienkie nozdrza Elsie zbladły i zaczęła bojowniczo pociągać nosem.

– Masz stracha?

– Nie, nie mam. Ale uważam, że ten wasz związek to jedna wielka bzdura.

– Co ty wygadujesz? – krzyknęła Elsie. – Ty to masz dobrze. Twój ojciec ma stałą pracę. A wiele z nas tak nie ma i musi się sama utrzymać z tych naszych nędznych pensji.

– Naprawdę? – powiedziała Nettie, wygładzając swoimi dłońmi zwilżoną koszulę. – Może i mój ojciec ma stałą pracę, ale wcale dużo nie zarabia.

– A czyja to wina? – zapytała Elsie. – Gdyby tylko miał odrobinę oleju w głowie, to należałby do związku zawodowego.

– On nie uznaje związków.

– Niektórzy na złość babci odmroziliby sobie uszy.

– Zostaw mego ojca w spokoju – powiedziała Nettie.

– Dobrze. To wygląda na to, że nie wciągnę cię na listę. Różnimy się od siebie. Nie chcecie ryzykować, ale jak inni coś wywalczą, to też wyciągacie rękę po kasę.

– Naprawdę? – zapytała Nettie.

– Naprawdę!

Nettie ciężko westchnęła

– W porządku. Jeżeli tak myślisz, to wciągnij mnie na listę.

 

VI

Nettie zbierała się do wyjścia na spotkanie z Janem, kiedy przypomniała sobie, że nie napisała do Harry’ego. Oj tam – pomyślała – napiszę jutro.

– Stroisz się jak nie wiadomo co – naśmiewała się Crissie. – Idziesz w jakieś super miejsce?

– Pilnuj własnego nosa – odpowiedziała Nettie, przeglądając się w małym, zniszczonym lusterku, które wisiało przy kuchennym zlewie. Rozsmarowała maskarę na swoich rzęsach, starając się równo ją nałożyć i pilnując, by jej nie trąciła jej siostra przechodząca obok z brudnymi talerzami ze stołu. –  Uważaj na mój łokieć! – krzyknęła.

– Ale się odstawiłaś – powiedziała Chrissie. – Chyba nie stroisz się tak po to, by pójść na spacer z Bell Waddell.

– Spadaj – powiedziała Nettie, kończąc poprawiać swoją fryzurę.

Chrissie zachichotała.

– Bell i tak nie mogłaby zobaczyć, jak wyglądasz, bo ma zeza. I zrobiła potężnego zeza, naśladując Bell. – Jej chłopcy muszą mieć z nią problem, – rzekła, wsypując nieco proszku mydlanego do zlewu i rozpuszczając go w wodzie. – Nigdy nie wiedzą, czy przypatruje się właśnie im, czy jakiemuś innemu chłopakowi, stojącemu obok.

– Zamknij się wreszcie! – powiedziała Nettie. – Niech cię nie interesuje, z kim wychodzę. Po prostu wychodzę i tyle.

– W porządku, tylko nie wracaj tak późno, jak wczoraj – powiedziała pani Douglas, podnosząc głowę znad skarpet męża, które właśnie cerowała. – Żadna z was nie pomyśli o tym, by czasem zostać wieczorem w domu i dotrzymać mi towarzystwa.

– Och – żachnęła się Nettie.

– Właśnie, och – odpowiedziała jej matka. – Wciąż się gdzieś szwendacie. Obie. Nigdy nie myślicie o tym, by zagrzać nieco miejsca w domu.

Nettie nie odpowiedziała. Założyła na siebie odświętne palto: z zielonej wełny w czerwone cętki.

– Dlaczego to zakładasz? – zapytała mama. – Przecież twój płaszcz przeciwdeszczowy jest wystarczająco dobry, by w nim siedzieć w tym starym, brudnym kinie.

– A kto powiedział, że idę do kina? – odpowiedziała Nettie.

– Nie ma znaczenia, dokąd idziesz. Pamiętaj tylko, że szybko nie dostaniesz nowego palta. Bóg wie, czy w ogóle dostaniesz nowe palto, jeżeli wojna będzie długo trwać.

– Oj tam, zaryzykuję – roześmiała się Nettie. – No to idę. Cześć, mamo!

– Cześć  – odpowiedziała mama.

– Powiedz mu, że pytałam o niego – krzyknęła Christie.

Jan czekał na rogu. Mimo zaciemnienia Nettie rozpoznała go, zanim stuknął obcasami i powiedział: – Dobry wiczór, Nettee.

– Cześć – odpowiedziała.

Cieś, – roześmiał się i ujął za ramię. – Cieś, cieś!

Położył jej rękę na swoim boku, trzymając jej dłoń w swojej i zaciskając ją. Powiedział coś po polsku. Nettie zapytała:

– Co?

Roześmiał się, ewidentnie nie mogąc powiedzieć po angielsku tego, co chciał. Nettie uświadomiła sobie nagle, że tego wieczoru nie było z nimi Stanisława i Pawła, ani też Meg i Bell, z którymi czuła się pewniej. Była sama w ciemnościach z obcym mężczyzną, mówiącym w obcym języku. Zastanowiła się, co powiedzieć. Wcześniej nigdy nie brakowało jej słów na spotkaniach z Harrym. Chociaż nie miało dla niej znaczenia, co mówi Jan. Było jej to obojętne. Przecież to Harry jest jej chłopcem.

Kiedy szli główną ulicą, Jan pochylił się nad nią i szeptał co chwila: – „Piękna szkocka dziewczyna” oraz „Ko-ochana ko-ochana Nettee”. Za każdym razem, kiedy to powtarzał, Nettie chichotała i odpowiadała: „Daj spokój!” lub też „Jesteś stuknięty”. I oboje się śmiali, kiedy on starał się powtórzyć te zwroty.

Do kina wchodziło wielu polskich żołnierzy w towarzystwie dziewcząt, które Nettie znała. Jan zajął miejsce w kolejce do kasy. Nettie stanęła przy schodach prowadzących na balkon. Otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku, które w niej trzymała. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, zamknęła torebkę i wsadziła ją ponownie pod ramię. Na następnym stopniu stała znajoma dziewczyna. Obie uniosły brwi, kiedy między nimi przemknęła młoda dziewczyna, za którą szedł polski żołnierz.

– Boże, tak wcześnie zaczyna – powiedziała znajoma.

– No…– powiedziała Nettie. – Dopiero co ukończyła podstawówkę. Nie może mieć więcej niż czternaście lat.

– A idzie tak, jakby całe życie defilowała przed mężczyznami.

Nettie potrząsnęła głową, myśląc, że to nie jest w porządku, że taka małolata ma faceta, a dziewczyna taka jak Aggie Foster, nie może zdobyć żadnego.

– Gdybym była jej matką, to bym coś z tym zrobiła – powiedziała.

– Ja też – powiedziała jej znajoma i odwróciła się, uśmiechając do polskiego żołnierza, który przepuścił ją przed sobą do góry po schodach.

Nettie zobaczyła, że Jan już kupił bilety, więc przygotowała się do pójścia na górę. Ale on się uśmiechnął i kiwnął głową w kierunku męskiej toalety – Ja idę tam.

Weszła na górę, myśląc, że Harry nigdy by się tak nie zachował. Harry prędzej by eksplodował, niż zrobił coś takiego. To było takie jawne, takie ostentacyjne. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył.

– Cześć, Nettie – przywitała się bileterka.

– Cześć – Nettie oparła się o ścianę.

– Czy twój chłopak wyjechał?

– Nie, jest na dole, kupuje bilety.

– O, to nie wyjechał z resztą pułku?

– Co? – zapytała Nettie – Ach, masz na myśli Harry’ego! Tak, Harry wyjechał.

Bileterka uśmiechnęła się.

– Polacy są bardzo mili, prawda? – zapytała. Są bardzo uprzejmi. Wiesz, ja ich dużo bardziej wolę niż naszych żołnierzy. Nie ma co udawać, taka prawda….

Jan wszedł na górę, uśmiechając się. Stuknął obcasami i ukłonił się delikatnie, podając bilety bileterce.

– Dobre miejsca, dobrze? – powiedział.

Dziewczyna kiwnęła głową i zarumieniła, kiedy wsunął jej napiwek do ręki. – Ach, bardzo dziękuję.

Nettie poszła do ostatniego rzędu, który wskazała jej światłem swojej latarki bileterka. Kiedy usiedli, Jan objął ramieniem jej kibić…

 

VII

Po filmie poszli do Berta. Tylna sala była zatłoczona. Przecisnęli się między stołami do kąta, w którym siedziały Meg i Bell ze Stanisławem i Pawłem.

– Dobry był film? – zapytała Meg.

– Tak, niezły – odpowiedziała Nettie. Uśmiechnęła się do Jana, który odsunął dla niej krzesło. – Dziękuję.

– Jak wypadła Myrna Loy[3]? – spytała Bell.

– Nieźle – odpowiedziała Nettie. – Tak jak zwykle.

– A jak była ubrana?

– Bo ja wiem… – powiedziała Nettie. – Nie zwróciłam uwagi.

– Nie wiesz – Meg szturchnęła Bell i obie zachichotały.

– Nie ma się z czego śmiać – odpowiedziała Nettie, wzruszając ramionami. – Film jak film. – A gdzie ty byłaś, Meg? – zapytała.

Meg przewróciła oczami.

– Gdzie to ja nie byłam…– powiedziała dziecięcym głosikiem. – Poszłam ze Stanny’m na spacer. Prawda, Stanny? Byliśmy na przechadzce?

– Przechadzka! – Spojrzał na nią pożądliwie, mrugając okiem do pozostałych. – Ko-ochana przechadzka! Ko-ochana Margueritte!

Zaczął ją obmacywać pod stołem, ale Meg odepchnęła go, chichocząc. Zaczęli się tarmosić. Bel zaczęła potrząsać swymi masywnymi ramionami i nucić piosenkę, która leciała przez radio.

You will never hear the bluebird singing in the sky above. You’ll never know the thrill until you fall…[4]

Nagle przestała i wpatrzyła się w drzwi.

– Ratunku! Spójrzcie tam!

Właśnie wchodziła Aggie Foster, szczerząc zęby w uśmiechu, w którym zakłopotanie mieszało się z dumą. Z nią wszedł wysoki polski sierżant trzymający jedną rękę na dole jej pleców. Miał śniadą, posępną twarz, z głębokimi zmarszczkami, biegnącymi od nozdrzy do podbródka. Był jednym z najwyższych Polaków, jakich spotkała Nettie – był wyższy nawet od Jana. Aggie podeszła do nich, chichocząc nerwowo. Spoglądała to na jedną, to na drugą, niepewna, co ma powiedzieć.

– Cześć, Olga – powiedziała Bell.

– Cześć Aggie – odpowiedziała z uśmiechem Nettie, przesuwając się bliżej Jana. – Tu jest sporo miejsca.

Sierżant strzelił obcasami i zasalutował. Stanisław powiedział do niego coś po polsku. Wszyscy inni żołnierze roześmiali się, ale sierżant tylko wykrzywił wargi i wzruszył ramionami. Coś odpowiedział: kilka krótkich słów. Stanisław zaczął się śmiać, ale przestał, kiedy zauważył, że nikt oprócz niego się nie śmieje. Nettie spojrzała pytająco na Jana, ale on tylko uśmiechnął się do niej. Czuła się podirytowana. Dlaczego oni rozmawiają w tym swoim polskim języku? Nie mogliby mówić po angielsku, jak inni ludzie?

– Czołem, ferajna!

Ktoś stuknął Nettie w ramię. To była Chrissie. Polski żołnierz stojący za nią mrugnął do Nettie. Od razu go znielubiła.

– Znajdzie się jakieś miejsce dla nas? – krzyknęła Chrissie. – Posuń się nieco, Bell, i zrób miejsce dla mnie i mojego chłopaka.

Chichocząc i poszturchując się towarzystwo przesunęło się i zrobiło miejsce dla Chrissie i jej żołnierza. – Sidź tutaj obok mie – powiedział Stanny, obejmując Chrissie za talię i przyciągając ją do fotela. – Tu jesteś bezpieczna, tak!

– Oczywiście, że jestem bezpieczna – krzyknęła Chrissie. – Ale nie ufałabym ci, gdyby było ciemno!

Nettie też się zaśmiała, chociaż wcale jej nie było do śmiechu: czuła się podirytowana i zła. Podirytowana, bo było tam tak wiele osób, a ona wolałaby być tylko z Janem. A zła z powodu Chrissie. Nie podobało jej się spojrzenie tego Polaka, który był z Chrissie. Przypomniała sobie młodą dziewczynę, tę, którą widziała wchodzącą do kina. Oczywiście, Chrissie ma siedemnaście lat. Już jest odpowiedzialna. Ale ten Polak był znacznie starszy od niej. Wyglądał na kogoś, kto ma żonę i dużo dzieci w Polsce. Nigdy nie wiadomo.

– Frytki, Nettie – powiedział Jan, podsuwając jej talerz. – Tak?

– Tak – odpowiedziała.

Nie miałaby nic przeciwko temu, by Chrissie zadawała się choćby z kimś takim, jak Stanny. Chociaż był nieco zbyt nachalny, to Chrissie dała by sobie z nim radę. Ale ten facet był inny. Spojrzała na jego niskie, pomarszczone czoło i małe, ciemne oczy. Zauważył jej spojrzenie i uśmiechnął się do niej, odsłaniając żółte od papierosów zęby i zepsute kikuty zębów po bokach. Gdyby nie te zęby, to nawet by tak źle nie wyglądał. Ale był o wiele za stary dla Chrissie. O wiele za stary dla którejkolwiek z nich. Nawet sierżant Aggie był od niego młodszy, a przecież on miał około trzydziestki.

– Ale Bert ma ruch w interesie – rzekła Meg.

Nettie przytaknęła. Lokal Berta był jedynym miejscem, otwartym wieczorem w Blytheden, nie licząc barów hotelowych, które albo były za drogie dla większości żołnierzy – chociaż jak wszyscy wiedzieli, ich uposażenie nie było niskie – albo też były miejscami, do których większość dziewcząt nie chciała chodzić. Meg powiedziała Nettie, że Stanisław chciał wziąć ją i Bell do Hotelu Royal. Machnął im przed nosem kilkoma banknotami funtowymi i powiedział:

– Dużo pieniędzy!

– Ale my nie mamy dużo pieniędzy – odpowiedziała Meg. – Nie chcemy, by ludzie uważali, że jesteśmy takie same jak Bunty Robertson i Dolly Lindsay. Gdyby moja matka dowiedziała się, że byłam w barze Hotelu Royal, to by mnie zabiła.

Knajpa była tak pełna, że Bert nie mógł dostać się do swoich klientów, więc talerze z rybą i frytkami wędrowały od lady do stolików przekazywane z rąk do rąk. Radio było maksymalnie zgłośnione, ale i tak nie było słuchać muzyki, bo w sali był wielki gwar, spowodowany śmiechem i głośnymi rozmowami. Śmiały się głównie dziewczęta; a śmiały się piskliwie. Żołnierze rozmawiali między sobą po polsku, rzucając spojrzeniami na dziewczyny i się uśmiechając. Nettie czuła, że oni czekają na dobrą sposobność. Wszyscy oni czekali – z wyjątkiem Jana. On był inny. Ale ci wszyscy pozostali przyszli tu po to, co chcieli dostać. Siedzieli tu i spoglądali na dziewczęta jedzące to, za co oni płacili…

– Słuchajcie! – krzyknęła Bell, przechylając głowę w stronę radioodbiornika. – Czy ja dobrze słyszę? Czy to jest piosenka „Are you Happy at your Work?”[5]

Tak – odpowiedziała Meg. – Nigdy jej wcześniej nie słyszałaś?

– Tę piosenkę napisano specjalnie dla robotników fabryk amunicji – rzekła Aggie.

– „To make them Go To It”– wyrecytowała Meg. – And Stay At It”.

– Ratunku! – Bell potrząsnęła głową. – Nie wierzę!

–„Are you happy at your work?” – śpiewała Aggie. – „Sure we are! Are you gonna carry on? Sure we are!”

– Ha, no i to byłoby na tyle – powiedziała Meg. – A my musimy nadal pracować niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie…

– No, stara Scott już tego dopilnuje.

– Cholerna stara sknera – rzekła Meg. – Już najwyższy czas, by dała nam podwyżkę. Mam tylko nadzieję, że Elsie McClure uda się założyć związek.

– Ciii – szepnęła Nettie. – Tam siedzi Maisie Forbes. Jeszcze was usłyszy. Przecież wiecie, że ona ma gumowe ucho i donosi Pięknej Nancy o wszystkim, co usłyszy.

– Czy jesteście zadowoleni ze swej pracy? – jęknęła Aggie, po czym mrugnęła do sierżanta i zarumieniła się. – Oczywiście, że tak!

– Praca? – zapytał Stanisław. – Gdzie pracujecie?

– W pralni – odpowiedziała Meg.

– Paalni?

– Tak, tam, gdzie się pierze ubrania. Meg wzięła talerz i zaczęła go przesuwać w tę i we w tę udając, że prasuje.

– Rym cym cym – zawołała Bell, imitując ruchy praczki przy tarce do prania. – Z dupy dym.

Dym? – spytał Stanisław.

– Czyste ubrania – powiedziała Meg.

Stanisław mocno zmarszczył brwi. Nagle się rozluźnił, a jego zmarszczki wróciły na jego twarz jak wybuchająca gwiazda. – Ach, pralnia! – krzyknął. – Pralnia!

– Pralnia – chichotały dziewczęta, usiłując wymówić to słowo.

– Pójdziemy już, Nettie? Spacer? – Jan objął ją ramieniem tak, że koniuszkami palców dotykał jej piersi.

– Tak – wyszeptała, przypominając sobie, jakich wrażeń dostarczyły jej te palce w kinie i zastanawiając, co jeszcze miały w zapasie na ten moment, kiedy będą sami na zewnątrz…

Wstała, zapięła płaszcz, gotowa wyjść jak najszybciej. Od pewnego czasu nie patrzyła na Chrissie ani jej żołnierza; starała się patrzeć w inną stronę, wmawiając sobie, że to nie jest jej sprawa i że Chrissie jest w stanie w pełni o siebie zadbać. W obecności Jana nietrudno było zapomnieć o całym świecie. Ale teraz musiała na nich spojrzeć, usłyszawszy najpierw ich chcichot, a później Chrissie krzyczącą z niesmakiem:

– Och, jadłeś rybę! Twój oddech śmierdzi rybą!

Nettie zauważyła, że bawią się z kotem Berta. Chrissie trzymała go w objęciach, przechylając w stronę żołnierza. Żołnierz nieco się cofnął, delikatnie odsuwając kota palcem wskazującym.

– Nie lubisz kociaków?[6] – zawołała Chrissie.

– Kociaków!– roześmiał się. – Bardzo ładne.

– Wychodzicie? – spytała zdziwiona Meg. – Co wam się tak śpieszy? Poczekajcie na nas!

– Tak, lepiej już wszyscy chodźmy – powiedziała Bell, wstając od stołu. – Muszę się dobrze wyspać, by być piękną.

– No tak, to potrzebujesz bardzo dużo snu – roześmiała się Meg.

 

VIII

– A więc masz Polaka, Nettie! – powiedziała wesoło pani Baxter, kiedy następnego dnia Nettie wpadła do domu na obiad.

– No tak – odpowiedziała Nettie, siadając przy stole.

– Chrissie też ma – dodała mama. – Wczoraj wieczorem przed drzwiami stał ich cały pułk. Ojciec był na ćwiczeniach Home Guard[7], a ja tu siedziałam sama, kiedy usłyszałam głośne rozmowy i cały ten harmider.  Więc wyszłam na pole i zobaczyłam wojskową ciężarówkę i Polaka, maszerującego obok niej tam i z powrotem, a Nettie i Chrissie ze swoimi chłopakami opierały się o drzwi. Mówię pani, pogoniłam to całe towarzystwo raz-dwa.

Mama roześmiała się. – Przez chwilę myślałam, że to inwazja.

– Ciekawe, czy w ogóle będzie inwazja – odpowiedziała pani Baxter.

– Musimy zachowywać się jak Asquith[8] – poczekać i zobaczyć.

– Za rok lub dwa będzie inwazja innego rodzaju – zachichotała panna Baxter. – Zobaczy pani, będziemy mieli w naszym regionie nową rasę, z domieszką krwi tych wszystkich cudzoziemców. Musi pani uważać, by nie mieć polskich wnucząt!

– Nie boję się o to – odpowiedziała mama, wyjmując obiad dla Nettie i zatrzaskując drzwiczki pieca.

– Nigdy nie wiadomo – zaśmiała się panna Baxter.

– Ja ufam moim dziewczynkom – powiedziała mama. – A wiele matek nie może tego powiedzieć.

Pani Baxter roześmiała się i sięgnęła ręką po imbryk z herbatą. – Jeszcze się napiję herbaty, jeżeli pani pozwoli, pani Douglas. Poczęstowała się też mlekiem i cukrem. – Muszę przynieść pani nieco cukru. Przekonałam Andy’ego, by przestał słodzić herbatę.

– To dobrze – rzekła mama. – Ja już nie mam żadnych zapasów.

– Zastanawiam się, czy będzie jeszcze trudniej z zaopatrzeniem – westchnęła pani Baxter.

– Bóg raczy wiedzieć! Ale nie może być jeszcze gorzej, niż teraz.

– Czytała pani, co stary Woolton[9] powiedział o tych, którzy chomikują zapasy? Powiedział, że z przyjemnością by się z nimi rozprawił.

– Tak, a przecież dopiero co w zeszłym tygodniu mówił przez radio, że ma nadzieję, że mamy zapasy w naszych spiżarniach – prychnęła mama. – Dobrze się mówi, kiedy ma się spiżarnię na zapasy. Wiele osób nie ma ani spiżarni, ani pieniędzy, by kupić coś na zapas.

– Chciałabym, by to wszystko się już skończyło – powiedziała pani Baxter. Wypiła łyk herbaty. – Wybiera się pani na koncert, który organizują Polacy w niedzielę? Słyszałam, że odbędzie się w kinie Scala. Powinien być dobry.

– Dzisiaj słyszałam w parku ich orkiestrę – powiedziała mama. – Grali całkiem ładnie.

– Tak, ja ich też słyszałam. Grali wiele szkockich melodii. Było pięknie! – westchnęła sentymentalnie pani Baxter. – Wie pani, ci Polacy są zupełnie jak Szkoci. Niech pani zobaczy, jak oni śpiewają szkockie piosenki!

– Śpiewają je o wiele lepiej niż wielu Szkotów, których znam – powiedziała mama.

–  Ma pani absolutną rację – powiedziała pani Baxter.

– Rozmawiałam dzisiaj rano ze starą Jessie Petrie, która mieszka w tym małym domku przy Dunesk Road – rzekła mama. – Powiedziała mi, jak bardzo podoba się jej śpiew Polaków. Kiedy była w ogrodzie, to grupa Polaków przechodziła obok, więc schowała się za drzewem, by sobie ich pooglądać. Powiedziała, że nie chciała stać i patrzeć na nich tak na otwartej przestrzeni, gdyż obawiała się, że oficerom nie spodoba się, że patrzy na żołnierzy.

– Ale numer – zaśmiała się pani Baxter. – Chyba nie przyszło jej do głowy, że Polacy pomyślą, że do nich startuje, nieprawdaż?

– Bóg raczy wiedzieć – rzekła mama. – Przecież ona ma osiemdziesiątkę…I jaki ma cuchnący oddech. Musi być cała zepsuta w środku. Polacy by jej nie chcieli. A ona biega po swoim domku jak jakaś dwulatka, wdzięcząc i uśmiechając sama do siebie, gdy Polacy do niej machają.

– Machali do niej? – zdziwiła się pani Baxter. – Niemożliwe, chyba do niej nie machali?

– Oczywiście, że machali. Machają do wszystkiego, co nosi spódnicę. Tacy są wspaniali, ci Polacy.

– To będę musiała na siebie uważać – zachichotała pani Baxter.

– Och, nie sądzę, by interesowały ich takie jak pani lub ja – rzekła mama. – Chyba, że podczas zaciemnienia! Chociaż jeżeli stara Jessie może zdobyć chłopa, to tym bardziej możemy my.

 

IX

Dziewczyny miały niezły ubaw, kiedy Nettie opowiedziała im o Jessie Petrie.

– Jezu! – krzyknęła Meg. – Wyobrażacie sobie tę starą babę bawiącą się w chowanego za drzewem? Będę musiała napuścić na nią Stanny’ego.

– Nie, myślę, że lepszy byłby sierżant Aggie. – powiedziała Bell. – On szybko by sobie z nią poradził…

– Spotykasz się z nim wieczorem, Aggie?

– Oczywiście – odpowiedziała niepewnie Aggie.

– To musisz na siebie uważać – powiedziała Meg, mrugając do pozostałych. – Wiesz, jakie są sierżanty.

– Nie martwcie się, będę na siebie uważać – odpowiedziała Aggie sucho.

– Gdzie on jest zakwaterowany? – spytała Meg. – Bo nie ze Stanny’m i jego kompanami.

– Nie zgadniecie – zachichotała Aggie.

– No gdzie?

Aggie rozejrzała się by sprawdzić, czy w pobliżu nie ma panny Scott – U Pięknej Nancy!

– No nie!

– Mówię wam, naprawdę – odpowiedziała Aggie.

– Boże, to mu w takim razie współczuję, – powiedziała Nettie, podnosząc żelazko. – Wiecie, jaka jest stara pani Scott! Ma świra na punkcie czystości.

– Tak, i to jest dziedziczne – powiedziała Meg. – Jak ciąg do kieliszka.

– Słyszałam, że ona zmywa chodnik – powiedziała Nettie, starannie zaprasowując fałdki spódnicy. – Ale nie wierzyłam w to, dopóki kilka dni temu nie przechodziłam koło jej domu. Przed domem stała ciężarówka, a młody chłopak wnosił kilka butelek. Wyobraźcie sobie, że ledwo wsiadł z powrotem do samochodu, a już stara Scott była na zewnątrz ze ścierką i ścierała ślady jego butów z chodnika!

– No tak, ona jest stuknięta – rzekła Meg.

– Tak, jest stuknięta – potwierdziła Bell – tak samo jak jej córka!

– Nie wiem, jak to jest z tą ich głupotą – stwierdziła Nettie. – Nie są na tyle głupie, by wydawać swoje pieniądze. Pani Penman, która mieszka obok niej, powiedziała mojej mamie, że Scott sama myje swoje okna.

– Tak, i jeszcze coś – powiedziała poważnie Aggie, pochylając się, a jej pociągła twarz jeszcze się wydłużyła przez jej powagę. – Ona każe Pięknej Nancy wchodzić przez kuchenne drzwi i ściągać buty i zawijać je w gazetę.

– Ciekawe, czy to samo każe robić sierżantowi? – zaśmiała się Meg.

– Niech nawet nie próbuje – mruknęła Aggie.

– Będziesz musiała mieć oko na niego i Piękną Nancy – powiedziała Meg. – Ona może chcieć ci go odbić.

– Niech nawet nie próbuje – odpowiedziała Aggie, nachylając się nad prześcieradłem, które prasowała z przesadną siłą.

– Czy wiecie, co mi powiedziała onegdaj pani Scott, kiedy zaniosłam jej paczkę? – powiedziała Bell i zachichotała. – Do diabła, prawie zemdlałam.

– No powiedz – rzekła Meg – Przecież nie umiemy czytać w myślach. Inna sprawa, że ty nie myślisz.

– Wystarczy, Meg Patrick – powiedziała Bell. – Jak nie przestaniesz, to wam nie powiem, co powiedziała stara Scott.

– Jasne – rzekła Meg – Przecież wiesz, że nie mówiłam tego na serio.

Bell pociągnęła nosem ponuro.

– I tak ci nie wierzę.

– Dawaj – rzekła Aggie – Co powiedziała?

– Powiedziała – rzekła Bell – powiedziała: – Czy wiesz, jaka jest przyczyna tej wojny? Odpowiedziałam, że nie wiem – chociaż mogłam wymienić wiele przyczyn. A wiecie, co ona powiedziała? Picie alkoholu i hazard, to są przyczyny.

–  Jezu Miłosierny! – zawołała Meg.

– Ciii! – syknęła Aggie. – Przyszła Piękna Nancy.

Pochyliwszy się nad deską do prasowania, Nettie myślała, co Jan robił tego popołudnia. Czy był na ćwiczeniach? Czy był jednym z tych, którzy machali do starej Jessie? Nie sądziła, żeby mógł machać… Stanny mógłby, oczywiście. Stanny nie tylko mógłby machać, ale też puścić oko i powiedzieć coś nieprzyzwoitego. Stanny był i do tańca, i do różańca. Co do tego gostka, który był z Chrissie… Nettie westchnęła, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć o nim matce.

Oczywiście, Chrissie jest w stanie zadbać o siebie. Ale… Pomyśli o tym wieczorem, kiedy będzie sama z mamą. Jan miał wieczorem wartę, więc będzie mogła zostać w domu i umyć włosy. Może, jeżeli mama będzie miała dobry nastrój, to z nią pogada…

 

X

W sobotę po południu, kiedy spotkała się z Janem, on powiedział:

– Pojedziemy na wieś na długą przechadzkę, Nettee. Pojedziemy autobusem.

Padało przez całą noc i przez przedpołudnie, ale teraz się rozpogodziło. Niebo było bezchmurne i wszystko wokół wyglądało świeżo. W wiejskim powietrzu czuć już było jesień. Milczeli, kiedy autobus przejeżdżając dotykał mokrych, przywiędłych żywopłotów. Jan objął ramieniem Nettie i głaskał ręką jej rękaw. Spoglądała przez zaparowane okno, zadowolona, wtulona w jego ramiona. Jasnokasztanowe jodły wyznaczały linię drogi, a ich nisko osadzone gałęzie biły w dach autobusu jak seria pocisków z karabinu maszynowego. Ten odgłos sprawił, że lekki dreszcz przeszedł po jej plecach i przytuliła się jeszcze bardziej do Jana.

Wysiedli z autobusu w małej wiosce, jakieś 5 mil od Blytheden. Jan wskazał na miejscowy bar i powiedział:

– Wejdźmy tam.

Nettie potrząsnęła głową i powiedziała:

– Nie, nie. Ja nie mogę.

Ale Jan wziął ją pod rękę i wprowadził do sali barowej.

Sala była pusta, ale z sąsiedniej piwiarni dobiegały rozmowy i śmiech. Nettie stanęła przed kominkiem i ogrzała ręce, oglądając upstrzoną przez muchy reprodukcję obrazu „Śmiejący się rycerz”. Na jednej ze ścian była wielka mapa Europy, a na innej uśmiechnięty mężczyzna o czerwonej twarzy, w kilcie, trzymał w ręku szklankę whisky. Mokre ślady krzyżowały się na starym, brązowym linoleum. Jan zadzwonił po kelnerkę i usiedli przy jednym z mniejszych stolików. Weszła pulchna dziewczyna o czarnych, kędzierzawych włosach, wychodzących spod przybrudzonego czepka, i oparła się o ich stolik w oczekiwaniu na zamówienie.

– Zimny dzień mamy dzisiaj, nieprawdaż? – powiedziała do Nettie.

Nettie skinęła głową i uśmiechnęła się. Zauważyła, że kelnerka przygląda się badawczo Janowi i pomyślała, że zapewne w tej wiosce nie stacjonują żadni polscy żołnierze. Jan nachylił się nad nią i zapytał:

– Jakiś drink, Nettie?

Potrząsnęła przecząco głową:

– Ja się tylko napiję herbaty.

– Herbata dla obojga? – zapytała dziewczyna.

– Herbata dla obojga – odpowiedział Jan. – I jeszcze butelka wina.

– Och, nie – zaprotestowała Nettie.

Ale Jan kiwnął głową do dziewczyny. Ona uśmiechnęła się i powiedziała:

– W porządku.

I puściła oko do Nettie, zabierając dzbanek na wodę i popielniczkę ze stołu, który przetarła. Nettie zaczerwieniła się, po czym zmarszczyła brwi. Starała się wyglądać na zrelaksowaną i zachowywać, jakby było dla niej czymś normalnym, że ktoś stawia jej butelkę wina. Kelnerka położyła na stole obrus i go rozprostowała. Nettie wyjrzała przez okno przez roślinę w doniczce obwiniętą różową bibułką. Kobieta w czapce i jaskrawym fartuchu wyszła z domu naprzeciwko i zmiatała końskie łajno z jezdni.  Nettie odwróciła się, spojrzała najpierw na swoje ręce, a potem na Jana. Uśmiechnął się i szepnął:

– Dobrze Ci, Nettee?

– Oczywiście – odpowiedziała i zaczęła nucić Are You Happy at Your Work? Jan przyłączył się, mrucząc melodię. Oparł swoją głowę na dłoniach, a pod stołem objął swoimi kolanami jej kolana.

Kiedy kelnerka przyniosła wino, napełnił dwie lampki. Podniósł swoją i powiedział coś po polsku.

– Co? – spytała Nettie, ale on tylko się uśmiechnął i skinął głową do jej lampki, nawet nie starając się wytłumaczyć, co powiedział. Nettie sączyła wino, spoglądając na drzwi z obawą, że ktoś, kogo zna wejdzie do lokalu. Jeszcze by tego brakowało, by weszła pani Baxter lub któraś z jej przyjaciółek. Ale nikt nie wszedł. Piwiarnię zamknięto o trzeciej i słyszeli, jak ludzie wychodzą z baru. Niektórzy nie chcieli wyjść i spierali się z czarnowłosą kelnerką, która śmiała się i usiłowała ich wypchnąć na zewnątrz.

– Niech no tylko spotkam pańską żonę, Tomie Pattersonie! – słyszeli, jak krzyczy kelnerka. – Powiem jej, co z pana za jeden.

Wypiwszy herbatę Nettie i Jan usiedli przed kominkiem i dopili wino. Nettie opadła w głęboki fotel, nie chcąc się wcale stąd ruszać. Wino i ciepło kominka sprawiły, że stała się senna. Jan siadł na poręczy jej fotela, gładził jej włosy i powtarzał:

– Chodźmy już, Nettee.

Ale za każdym razem, kiedy to mówił, Nettie potrząsała głową i mówiła:

– Jeszcze chwilkę. Dokąd ci się tak śpieszy? – nie chciała zostawić ciepła tej szarej sali. Czuła się tam bezpiecznie i pewnie. Jak przez mgłę widziała twarz Jana, pochylającą się nad nią. Za każdym razem, kiedy na niego spoglądała, czuła się nieco przestraszona. Ogień kominka odbijał się czerwienią na jego wysokich kościach policzkowych i sprawiał, że jego włosy jeszcze bardziej błyszczały. Było w nim coś przerażająco obcego!

W końcu powiedział:

– Idziemy już, Nettee.

Chwycił ją za ręce i podniósł z fotela. Przez chwilę stała, delikatnie się chwiejąc.

– Boże, upiłam się – pomyślała. – Muszę iść do ubikacji.

Kiedy wróciła, Jan już był uregulował rachunek. Wielki i ciemny stał w świetle korytarza, a jego furażerka była zawadiacko przechylona na bok. Podniesiony kołnierz jego płaszcza rzucał cień na jego twarz. Jego zęby błyszczały, kiedy ujął ją za łokieć i wymamrotał:

– Idziemy już, dobrze?

Powoli wyszli poza wioskę. Nettie stała niepewnie na nogach, więc była zadowolona z tego, że Jan ją podtrzymywał. Wielkie, cytrynowe chmury przesuwały się po niebie, a inne zamykały horyzont jak pagórki różowego śniegu. Przez chmury przebijały się mosiężne promienie zachodzącego słońca, nadając wszystkiemu przeraźliwie zimny wyraz... Nettie nagle zadrżała i jeszcze bardziej wtuliła się w Jana.

– Och, tak tu zimno po cieple tamtego kominka – powiedziała.

Za wsią Jan skierował ją w stronę bramy wiodącej na ściernisko.

– Po co my tutaj wchodzimy? – zapytała.

Ale Jan nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Objął jej talię ramieniem, zamykając za sobą bramę drugą ręką. Nettie ostrożnie stawiała kroki na ściernisku, bojąc się, że któryś z długich kawałków słomy uszkodzi jej jedwabne pończochy. Przeszli obok wysokiego, przyciętego żywopłotu z głogu, aż doszli do kładki nad wąskim strumykiem. Za nim rozpościerało się małe królestwo dzikich ostrężyn i paproci. Ścieżka wśród ostrężyn prowadziła do opuszczonego kamieniołomu. Nettie szła przed Janem, spoglądając ze strachem w dół na pędy ostrężyn, które uderzały ją po nogach. Nie słuchała Jana, który szeptał:

– Ko-ochana, ko-ochana Nettee.

Rozejrzała się, nagle przestraszona. Dookoła nie było żywego ducha. Wioska i dym z kominów zniknęły. Jan chwycił ją nagle z tyłu i przyciągnął do siebie.

– Ko-ochna, ko-ochana – szeptał, całując ją z dzikością. Jej ciało przylegało ściśle do jego ciała, a ręce i nogi splotły się w jedną całość. Przez moment walczyła. Potem przeszły przez nią kolejne fale ekstazy. Jej nogi drżały tak, że była zadowolona, że trzyma ją w ramionach. Wydawało się, że ma motyle w brzuchu, z trudem łapała oddech.

Nagle ją puścił. Zachwiała się, pijana winem i namiętnością. Wyciągnęła ręce do Jana, starając się znaleźć oparcie. On ściągał swój wojskowy płaszcz. Śmiał się, rozkładając go na paprociach o sztywnych liściach, koloru kawy z mlekiem. I powiedział coś po polsku, drwiącym głosem, po czym chwycił ją za ręce i przyciągnął do siebie.

– Nie, Janie – zawołała – Nie! Jeszcze ktoś nas zobaczy!

Ale on popchnął ją na płaszcz i zaczął podnosić spódnicę. I nagle zaczęła płakać.

– Uważaj na moje pończochy! Trudno je teraz kupić! Szybko nie zdobędę nowej pary!

 

XI

W poniedziałek rano Nettie w pośpiechu biegła do pracy, jedząc bułkę i stukając wysokimi obcasami. Bell przyszła po nią, kiedy ona była jeszcze w łóżku, nie reagując na wołania mamy, by już wstała. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że inne dziewczęta wciąż jeszcze stoją przed drzwiami, wepchnęła do ust ostatni kawałek bułki, wycierając jej resztki z podbródka i policzków, i przyłączyła się do nich.

– Cześć, Nettie – zawołała Meg. – Dostałaś już To Pytanie?

Nettie przełknęła ostatni gryz bułki i spytała:

To Pytanie? Jakie pytanie?

– Oj, przecież wiesz! – Meg zachichotała i mrugnęła do Aggie. – Nie musisz udawać, że jesteś głupsza, niż jesteś.

– Ale ja nie wiem, o czym mówisz – odpowiedziała Nettie. – Co za pytanie?

– Ciebie pytał? – Meg zapytała Bell.

Bell zachichotała: – A nie?

– I co powiedziałaś na to? – spytała Meg z zaciekawieniem.

– Ale mu odpowiedziałam… – Bell potrząsnęła głową. – Zapytałam go, za kogo mnie uważa.

– Co to za pytanie? – spytała Nettie.

– Ach, nie musisz już udawać, że jesteś tak naiwna – powiedziała Meg zirytowanym głosem. – Dobrze wiesz, o czym mówimy. Czy Jan spytał cię, czy się z nim prześpisz?

– Prze…. – Nettie otwarła szeroko usta i zamarła.

– Nie musisz udawać, że jesteś zdziwiona, – powiedziała z sarkazmem Meg. – Każda z nas została zapytana. Wszystkie dziewczyny w pralni. To jest pierwsze zdanie, którego uczą się Polacy. „Piękna dziewczyno, prześpisz się ze mną?” – roześmiała się głośno. – Na Boga, ale obsztorcowałam Stanny’ego, kiedy mi to powiedział. Staliśmy przy drzwiach, szykowałam się na odrobinę pieszczot, kiedy on powiedział: Bendziemy się kochać. Bez dzieciów.

Bell zaczęła chichotać, ale przestała, kiedy Meg na nią spojrzała.

– Już mu dam bez dzieciów! – krzyknęła. – Powiedziałam mu, co o nim myślę.

– Akurat – docięła jej Bell.

– A co, może nie? – rzekła Meg. – Powiedziałam mu, żeby spadał.

– Oczywiście, a na długo? Dzisiaj wróci i zada Ci to samo pytanie.

– Wróci? – parsknęła Meg. – Nie sądzę, posłałam go do diabła.

– Nie wierzę ci – powiedziała Bell.

– Naprawdę!

Nettie i Bell spojrzały na Meg z niedowierzaniem, potem spojrzały jedna na drugą i potrząsnęły głowami. Meg zarzuciła do tyłu swoje włosy i wojowniczo położyła ręce na biodrach. Ale napięcie rozładowała Aggie.

– Wiecie, co ja słyszałam? – ściszyła głos i rozejrzała się, czy nikt nie słyszy.

– Nie – pochyliły się nad nią.

Aggie roześmiała się nerwowo, a potem otwarła szeroko oczy i powiedziała wstrząśniętym głosem:

– Słyszałam, że w szpitalu jest mnóstwo kobiet, którym Polacy…którym Polacy odgryźli cycki!

Zachichotała znów, tak że ostatnie słowa były prawie niesłyszalne. Pozostałe trzy dziewczyny spojrzały na siebie.

– Gdzie tam – powiedziała Nettie. – Nie wierzę w to.

– To najświętsza prawda – powiedziała Aggie uroczyście/z przekonaniem. – Bettie Jamieson mi powiedziała. Ona zna jedną salową.

– A ja w to wierzę – powiedziała Meg. – Ci Polacy są zdolni do wszystkiego.

Bell się roześmiała:

– Ale Stanny nie próbował tego z tobą, co nie?

– Nie ma strachu – Meg podniosła stertę wypranych prześcieradeł i zaczęła nieść je do kantorka. – I tak już  miałam dość. Wyobraźcie sobie, że on chciał, bym poszła z nim do koszar, gdzie był co najmniej tuzin jego kolegów!

Powyższy fragment noweli ukaże się w numerze 2/2024 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2024 r.

Czytaj dalej: https://reshumana.pl/2106-2/

 

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Przypisy tłumacza:

[1]Nikt mnie nie kocha, nie wiem, dlaczego?” Piosenka Judy Garland z 1940 roku

[2] „Co noc modlę się do Pana, by zesłał mi kogoś, kto mnie pokocha”.

[3] Amerykańska aktorka

[4]  Nigdy nie usłyszysz śpiewu drozda pod chmurami. Nigdy nie poczujesz dreszczu emocji, dopóki nie upadniesz… Piosenka Chicka Hendersona z 1940 roku

[5] Czy jesteście szczęśliwi w pracy? Oczywiście, że jesteśmy! Czy nadal będziecie tam pracować? Oczywiście, że tak!

[6] Gra słów – w oryginale „Don’t you like pussies?” – pussy to również potocznie cipka

[7] Home Guard – straż obywatelska

[8] Herbert henry Asquith, brytyjski polityk konserwatywny z początków XX wieku

[9] Lord Woolton, wł. Frederick James Marquis – minister ds. żywności, a następnie ds. odbudowy w rządzie brytyjskim podczas II WŚ.

XII

Tego wieczora Meg i Bell zaskoczyły Nettie, idąc na spotkanie, które Elsie McClure zorganizowała w tylnej salce Temperance Hotel w Blytheden. Miał przyjechać i wystąpić przedstawiciel związków zawodowych z Edynburga. Elsie błagała Nettie, by ta też przyszła. Ale Nettie odpowiedziała:

– Nie mogę. Umówiłam się z Janem. Poza tym, nigdy nie postawię stopy w żadnym hotelu w Blytheden. Mama by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała, że tam byłam.

– Ale przecież to jest Temperance Hotel – powiedziała Elsie. – Tylko tam mogliśmy zarezerwować miejsce. Wszystkie inne miejsca są zajęte przez żołnierzy. Musisz przyjść. Będziemy potrzebować twego głosu.

– Nic na to nie poradzę. Mam randkę i nie odwołam jej z powodu jakiegoś zebrania związku. Obejdziecie się beze mnie.

– Widzę, że tak będzie – westchnęła Elsie. – Ale wolałabym, byś przyszła. Źle to będzie wyglądało wobec tego faceta, który przyjeżdża z tak daleka. Mam nadzieję, że inni przyjdą.

Mimo to zebranie zakończyło się sukcesem.

– Nie było tylko ciebie i Aggie – powiedziała Meg następnego dnia. – Wszyscy byli. Nawet Maisie Forbes.

– No, to teraz was urządzi ta mała donosicielka – rzekła Nettie. – Idę o zakład, że pójdzie i wszystko opowie starej Scott.

– Nie sądzę. Zależy jej na związku tak samo jak pozostałym.

– A co żeście robiły po zebraniu? – spytała Nettie.

– Poszłyśmy do Berta – Meg westchnęła radośnie i oparła łokcie o swoją deskę do prasowania. – Świetnie się bawiłyśmy.

– Będziecie się świetnie bawiły, jak Piękna Nancy tu przyjdzie i zobaczy, co robicie.

– Teraz jest na dole w pralni – rzekła Meg. Ale wyprostowała się i udawała, że ciężko pracuje, na wypadek, gdyby panna Scott niespodziewanie weszła. – Świetnie się bawiłyśmy.

– Naprawdę? – spytała Nettie.

– Tak – Meg miała już znowu oprzeć się łokciami o deskę do prasowania, ale zmieniła zdanie. – Spotkaliśmy kilku chłopaków.

– Jakich chłopaków? Stanisława i Pawła?

– Stanisław! – prychnęła Meggi. – Nie, ten jest znacznie milszy. Na imię ma Włodzimierz. Och, jest wspaniały. Wysoki, wyższy od Jana, ma piękne, kędzierzawe blond włosy.

– A zadał ci To Pytanie – zapytała figlarnie Nettie.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziała z oburzeniem Meg. – On jest gentlemanem, nie to, co Stanny.

– Bell też poznała fantastycznego faceta – dodała. – Prawda, Bell?

– Tak, rzeczywiście jest fantastyczny – Bell aż podskoczyła, pokazując, jak była szczęśliwa. – Świetnie się bawiliśmy. Wieczorem ma mnie zabrać do kina. Też ma na imię Jan. To musi być bardzo popularne imię w Polsce.

– Po polsku to John – powiedziała Meg. – Włodzimierz mi powiedział. On świetnie mówi po angielsku. Może pójdziesz dziś wieczorem z nami, Nettie, i zerwiesz z tym sztywnym Janem? Nigdy mi się nie podobał. Włodzimierz przyprowadzi ci jednego ze swoich kolegów.

– Nie, dziękuję – odpowiedziała Nettie. – Nie chcę mieć nic do czynienia z tą twoją hołotą.

– Kogo ty nazywasz hołotą? – wrzasnęła wściekle Meg. – Oni są znacznie milsi od tych, których poznaliśmy pierwszego wieczoru. Musisz mieć pecha, że spotkałaś takich nieciekawych facetów.

– Możesz tak myśleć – odpowiedziała Nettie. – Ale ja uważam inaczej. Poczekaj trochę, a zobaczysz, jacy okażą się twoi nowi znajomi, więc nie obrażaj innych.

 

XIII

W czasie kolejnych tygodni Meg, Bell i większość innych dziewcząt tak często zmieniały swoich absztyfikantów, że pani Baxter tak to skomentowała:

– Dobrze, że w dystrykcie są dwa tysiące Polaków, bo inaczej by im zabrakło!

Dziewczęta zawsze poznawały „szalenie miłych chłopców”, ale żadna z nich nie umówiła się na więcej, niż dwie, trzy randki. Zawsze na początku zapowiadało się na romantyczny romans, potem dziewczęta otrzymywały To Pytanie albo też obrażały się z powodu czegoś, co żołnierz zrobił lub powiedział. Tylko Aggie i Nettie pozostawały wierne sierżantowi i Janowi. Meg i Bell drwiły sobie z nich, zastanawiając się, kiedy wreszcie się z nimi rozstaną. Ale Aggie tylko potrząsnęła głową i odpowiedziała twardo:

– Nie jesteśmy takimi trudnymi do zadowolenia lekkoduchami, jak wy.

A Nettie dzień i noc myślała tylko o Janie. Był dla niej wszystkim: myśli o nim wypełniały jej noce, również za dnia myślała o nim bez przerwy, nie włączając się do rozmów koleżanek, ani też nawet ich nie słuchając. Nigdy sobie nie wyobrażała, że może darzyć kogokolwiek aż takim uczuciem. W jej świecie wojna i wszystko z nią związane były bardzo odległe. Nawet kiedy musiała boleśnie wrócić do rzeczywistości, starała się zrobić to delikatnie. Przestała narzekać na zaciemnienie i inne niedogodności spowodowane przez wojnę i jak z oddalenia słuchała słów swojej matki:

– Czy osiemnaście miesięcy temu wyobrażałyście sobie, że będziemy tak żyć? Skradając się w ciemnościach, bojąc się zapalić światło. Z masłem i cukrem na kartki, wypełniając książeczki z kuponami na różne towary? Nie myślałam, że ludzie będą musieli pogodzić się z czymś takim.

Dla Nettie brzmiało to jak zdarta płyta gramofonowa, którą słyszała już setki razy – coś, co zna na pamięć. To było tło jej rozmyślań o Janie: chór, który śpiewał w tle, ale nie niepokoił. Na jej scenie to Jan stał w świetle reflektorów i zaciemnienie, warty oraz manewry nie mogły pozbawić go jego blasku. Nigdy nie wybiegała poza dzisiejszy wieczór lub kolejny dzień. A kiedy była z nim, a jego ramiona przyciągały ją do niego, nie była w stanie myśleć o niczym. Wypełniało ją tylko zmysłowe ciepło, a zaciemnienie tworzyło przytulną osłonę.

Aż pewnego dnia Aggie oświadczyła, że zerwała z sierżantem. Akurat prasowała prześcieradło i powiedziała to ze sztuczną niedbałością. Dziewczęta zamilkły na chwilę, po czym Bell zawołała:

– Pokaż ślady po zębach!

Nettie już od pewnego czasu podejrzewała, że Aggie chce zerwać z sierżantem, ale bała się, że nie znajdzie innego faceta. Ale Aggie wyjaśniła:

– Och, już byłam nim znudzona. Zbyt wolno uczył się angielskiego. Nie chciało mi się już ciągle mu wyjaśniać, co mam na myśli. Nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać.

– To dobrze, Aggie – powiedziała Meg współczująco. – Jest wielu innych chłopców do wzięcia.

– I w dodatku on stale chciał siedzieć w saloniku starej Scott – jęknęła Aggie.  – Boże, mam wystarczająco dużo Pięknej Nancy za dnia, by jeszcze widywać ją wieczorami.

Podczas przerwy obiadowej Nettie powiedziała swojej mamie i pani Baxter o Aggie. – A wyglądał na takiego sympatycznego faceta – powiedziała pani Baxter. – Spotkałam ich kilka dni temu, jak wracali z kina i on był bardzo uprzejmy; stuknął obcasami i otworzył mi drzwi. A jak pięknie pachniał!

– Polacy mają bzika na punkcie perfum – rzekła mama.  – Dziewczyna z apteki powiedziała mi, że stale kupują wodę kolońską. Nie mogą nadążyć z uzupełnianiem zapasów. Zastanawiała się, co oni z tym robią – kąpią się w niej czy co?

– A może ją piją! – zachichotała pani Baxter.

– Już nie wiem – odpowiedziała mama. – Będę musiała zapytać Jana, kiedy tu przyjdzie następnym razem.

– Wciąż jeszcze z nim chodzisz, Nettie? – spytała pani Baxter. – Myślałam, że już dawno dasz sobie z nim spokój.

– Dlaczego?

– No… – pani Baxter zaśmiała się niepewnie i spojrzała w bok. – Idzie się z nim dogadać, pani Douglas?

– Ależ tak – odpowiedziała mama. – On bardzo szybko uczy się angielskiego. Czasami bardzo śmiesznie mówi.

– A Chrissie nadal chodzi ze swoim? – spytała pani Baxter.

– Ach, Chrissie!  – zaśmiała się mama. – Ta to już miała kilku od tamtego czasu.

– I o to chodzi – zaśmiała się pani Baxter. – Gdybym tylko była znowu młoda, to bym im pokazała to i owo. Teraz nie ma zbyt dużo dziewczyn, mających taki styl, jak ja miałam, – wstała, szykując się do wyjścia. – Muszę już iść i zabrać się za obiad dla Andy’ego. Zdobyłam ładny stek. Muszę go tylko podsmażyć. Cześć Nettie, powiedz swojemu chłopakowi, że o niego pytałam.

Ale pani Baxter wyszła dopiero po dziesięciu minutach. Przegadała te dziesięć minut, rozmawiając o Polakach. – No dobrze – powiedziała, ostatecznie zbierając się do wyjścia. – Niedługo przyjadą Irlandki na wykopki ziemniaków. Ci chłopcy w sam raz się dla nich nadadzą. One nie będą czekać na To Pytanie. Zanim się Polacy spostrzegą, one już będą miały ściągnięte majtki!

– Tak, te zbieraczki ziemniaków to gorące dziewuchy – powiedziała mama, zamknąwszy drzwi za swoją gadatliwą przyjaciółką i wyciągając pudding dla Nettie z piecyka. – Spotykasz się znowu z Janem dzisiaj wieczorem? – zapytała.

– Tak  – odparła Nettie.

Mama nalała sobie filiżankę herbaty.

– Pani Baxter to strasznie ciekawska stara suka – powiedziała. – Świetnie wie, że ty i Jan wciąż ze sobą chodzicie. Założę się, że zna każdy twój krok. Jakby była schowana za tą zasłoną i podglądała. Nic jej nie umknie.

Nettie nie odpowiedziała, tylko nalała sobie filiżankę herbaty i wyciągnęła z kieszeni paczkę Woodbin’sów.[1]

– Najwyższy czas, byś rzuciła – rzekła mama. – Papierosy strasznie drożeją.

– Ach, daj spokój – odpowiedziała Nettie. – Muszę sobie poużywać, dopóki jestem młoda.

– No nie wiem… – odparła mama, popijając herbatę w zamyśleniu, nie spoglądając na Nettie. – Chciałabym, byś była w pewnym sensie jak Chrissie. Nie mam na myśli tego, broń boże, że co chwila chodzi z innym chłopakiem, ale… Nachyliła filiżankę i wypiła resztkę herbaty.

– Ale co? – spytała Nettie.

– Wiesz… – Mama dolała więcej wody do imbryka i wyrzuciła fusy do kominka, po czym nasypała świeżą herbatę. – Czy zastanawiałaś się, co będzie, kiedy wojna się skończy? – rzekła powoli.

– Co będzie z czym? – Nettie odłożyła ostrożnie papieros na półkę obok zlewu, po czym zaczęła układać fryzurę przed lustrem.

– Wiesz, w końcu Jan jest Polakiem – powiedziała mama. – Wróci do Polski. A to nie to samo co Aberdeen, Edynburg czy nawet Londyn. Polska jest setki, setki mil stąd. Zastanawiałaś się nad tym?

– Ach, mamy jeszcze dużo czasu, by się nad tym zastanowić, – odpowiedziała Nettie, wkładając papieros do ust i usiłując włożyć płaszcz, a jednocześnie starając się, by dym z papierosa nie wchodził jej do oczu.

– Naprawdę? – rzekła mama. Nie wiem. Lepiej skończyć z tym, dopóki nie jest za późno.  Przecież nie możesz ode mnie i ojca oczekiwać, że przyjedziemy do Ciebie do Polski, jeżeli będziesz miała dzieci. Poza tym nie będziemy mogli ich zrozumieć…

– Daj spokój! – powiedziała Nettie, ściskając płaszcz paskiem i wzruszając ramionami.

– Oczywiście, Jan jest bardzo miłym chłopcem i w ogóle… – powiedziała mama. – I nieźle nauczył się angielskiego, ale…– delikatnie machnęła swoją wielką, czerwoną dłonią. – Miałam na myśli, że powinnaś to przemyśleć.

– Po co się martwić zawczasu? – odpowiedziała Nettie, otwierając drzwi.

– Ktoś powinien się martwić – powiedziała z naciskiem mama. – Będę musiała porozmawiać o tym z twoim ojcem. Może rozmówi się z Janem.

Nettie z rozdrażnieniem paliła papierosa, gdyż śpieszyła się do pracy. Mama ostatnio mówiła o tym ogródkami kilka razy, nie dopowiadając, rozmyślając. Niepotrzebnie zaprzątając sobie głowę. I sprawiając, że pozostali też się martwili.

Do teraz starała się o tym nie myśleć. Ale jak już zaczęła, złapała się na tym, że już nie może przestać, zastanawiając się, co będzie, jeżeli…

 

XIV

Tego wieczora, kiedy pan Douglas właśnie zbierał się do wyjścia, jego żona powiedziała:

– Dokąd się wybierasz? Pamiętaj, co ci powiedziałam. Nie możesz teraz wyjść.

– Oj, nie  możesz tego załatwić sama? – wyburczał.

– Nie, to sprawa dla ciebie – powiedziała. – W końcu to ty jesteś jej ojcem.

– Już dobrze – westchnął ciężko i zanurzył się ponownie w swoim fotelu. Usiadł i zaczął czytać The News, przeglądając kolumny z informacjami o urodzinach i ślubach i z nekrologami, które z reguły pomijał przy czytaniu gazety. Nettie zastanawiała się przez chwilę, co mama miała na myśli, ale była zbyt zaabsorbowana przygotowaniami na przyjście Jana, że nie interesowało jej, dlaczego ojciec został w domu. Właśnie zapinała w sypialni swoją sukienkę w szaro-łososiowe paski, kiedy usłyszała pukanie do drzwi i krzyknęła:

– To musi być Jan! Otworzysz mu drzwi, tato?

– Chodź, Chrissie – rzekła. – Pomóż mi zapiąć te guziki.

– Nie mam czasu – odpowiedziała Chrissie, nawet nie podnosząc głowy znad nóg, na które naciągała parę jedwabnych pończoch. – Jestem umówiona z Edwardem na siódmą i już jestem spóźniona.

– Ma pan rację, dzisiaj jest bardzo zimno, nieprawdaż? – powiedział pan Douglas, wprowadzając Jana do kuchni.

Baardzo zzimno! – powiedział Jan. Stuknął obcasami i ukłonił się pani Douglas. – Cieś! Baardzo zzimno! Prawda?

– Tak, rzeczywiście jest zimno – powiedziała mama. Spojrzała znacząco na męża i powiedziała: – Pójdę pomóc Nettie.

– Papierosa? – Jan wyciągnął papierośnicę w stronę pana Douglasa.

– Ja nie palę papierosów, proszę pana – odpowiedział pan Douglas. – Wolę swoją fajkę. Ale dla towarzystwa zapalę – zaciągnął się i spojrzał na napis na papierosie.

– Zagraniczny! Pięknie pachnie!

Pociągnął dwa-trzy razy i wypuścił dym, nie zaciągając się. Trzymał papieros blisko twarzy i przyglądał się jego koniuszkowi, zmrużywszy swoje oczy pod szarymi, krzaczastymi brwiami.

– Smakuje jak cygaro, proszę pana!

– Dobre? – spytał Jan.

– Bardzo dobre – pan Douglas usiadł wygodniej w fotelu i odchrząknął. – Wie pan, panie Janie, moja żona… zastanawiała się… W zasadzie to powiedziała… Bardzo jest dzisiaj zimno, nieprawda?

-Tak – odpowiedział Jan – Bardzo zimno.

– Na jaki film idziecie dzisiaj do kina?

– Film? – Jan się zawahał – Ach, kino. Bardzo dobry film. „Grona gniewu”.

– Och, widziałem zwiastun w zeszłym tygodniu – pan Douglas spojrzał na drzwi sypialni, po czym ponownie zanurzył się w fotelu, zwinąwszy kciuki w otworach na ramiona swej kamizelki. – Nie myślę, żebym miał ochotę pójść do kina na ten film. Raczej by mi się nie spodobał. To jest film o biednych ludziach. Cholernie smutny. Mamy tego dosyć na co dzień, by jeszcze oglądać to w kinie. Lubię filmy, które przenoszą mnie w inny świat. Na przykład o gangsterach albo o nocnych klubach. Albo kowbojskie. Bardzo lubiłem stare kowbojskie filmy. Naprawdę. Tom Mix albo Buck Jones[2]. Oni rzeczywiście przenosili nas w inny świat. Szkoda, że Tom Mix zmarł dwa czy też trzy tygodnie temu. Biedny gość… –Pan Douglas ponownie zaciągnął się dymem swego papierosa i ciężko westchnął. – Pamiętam jeden bardzo dobry film, w którym grał. Pamiętam, że był bardzo zakochany w pewnej dziewczynie – tylko że ona nie chciała mieć z nim nic wspólnego, bo był zwykłym ranczerem. Ona była przywiązana do torów, a nadjeżdżał pędzący ekspres. Ale Tom dowiedział się o tym na czas, wskoczył na swojego konia…Jak się nazywał ten jego koń? Miał krótkie imię. Miałem już je na końcu języka…Hej, matka! – zawołał. – Jak miał na imię ten koń Toma Mixa?

– Nie wiem –  oburknęła mama, wchodząc za Nettie do kuchni. – Ty myślisz, że ja wszystko pamiętam?

– Tony – podpowiedziała Nettie ojcu.

– Tak, właśnie tak – krzyknął. – Tony!

– Jesteś już gotów? – spytała Jana.

– Tak, jestem – odpowiedział, szeroko się uśmiechając.

– Gotowi chłopcy, gotowi! – powiedział pan Douglas, wkładając czapkę. – Wyjdę razem z wami. Serwus, dziewczyny, wrócę za kilka godzin.

 

XV

Film „Grona gniewu” nie spodobał się Nettie, chociaż nie z tego powodu, z którego nie spodobał się też jej ojcu. Kiedy szli do kina, Jan powiedział jej, że prawdopodobnie ich oddział zostanie wysłany do Grecji.

Grecja… Po raz pierwszy od dawna uświadomiła sobie, że jest wojna i co wojna znaczy. Przypomniała sobie wszystko, co usłyszała w ostatnich dniach w radio o walkach w Grecji. Boże, i Jan ma tam jechać! Siedziała odrętwiała z przerażenia. Nawet czułe palce Jana, wędrujące po jej ciele, nie sprawiały jej przyjemności. Starała się przytulić do niego najbliżej, jak tylko było możliwe, chcąc ogrzać swój otępiały umysł ciepłem jego ciała. Ale na próżno…

Starała się ze wszystkich sił śledzić akcję filmu. Ale bezskutecznie. Po prostu grupa aktorów tłoczyła się na pace przeciążonej ciężarówki. Droga 66. Oklahoma. Wyoming. Droga 66. Najwidoczniej szukali pracy. Nettie zastanawiała się, o co w tym wszystkim chodzi. Czyż nie powtarzali wciąż, że jadą do słonecznej Kalifornii, gdzie rosły brzoskwinie i winogrona i pomarańcze? Więc po co robili całe to zamieszanie? Ten starzec i jego nierozgarnięta żona, która chciała wracać… O co się martwili? Co oni mieli wspólnego z nią i Janem, siedzącymi na pluszowych fotelach i oglądającymi ich? To był po prostu film. Henry Fonda w rzeczywistości nie był kimś o nazwisku Tom Joad, kto kiedyś siedział w więzieniu. Henry Fonda był po prostu Henrym Fondą – gwiazdą filmową. Jane Darwell[3] była po prostu Jane Darwell. Oni po prostu grali. I pod koniec każdego dnia zrzucali z siebie te stare ciuchy, wsiadali do swych limuzyn i byli wiezieni do swych piekielnie drogich rezydencji, w których organizowali szalone party. Nettie wiedziała. Czytała tygodniki filmowe. To był po prostu kolejny film. Nie miał nic wspólnego z nią ani Janem. Ale Grecja miała. Grecja. Nazwa na mapie. Ale to już nie była tylko nazwa na mapie. Ginęli tam ludzie. Spadały bomby, ludzie byli zabijani ogniem karabinów maszynowych, a odłamki…

Wtem Nettie zauważyła, że coś jest nie tak. Nagle film się urwał. Podrostki, siedzące na tanich miejscach z przodu sali, od razu zaczęły tupać i gwizdać. Nettie westchnęła poirytowana. Czy ci smarkacze nie mogli dać operatorowi nieco czasu na zmianę rolek, czy też na to coś innego, co akurat robił?  Byli strasznie niecierpliwi. Zawsze gwizdali, kiedy zdarzała się taka sytuacja, a zdarzała się dosyć często.

Ale ekran nie ożył po kilku sekundach, jak to bywało zwykle. Zamiast tego na scenę przed ekranem wyszedł kierownik kina. Zaczął coś mówić. Nettie nie uchwyciła jego pierwszych słów, dopiero po chwili zrozumiała, że jest alarm lotniczy. „Ale, proszę państwa, seans będzie kontynuowany”.

Tylko tyle? Wtuliła się w Jana i odprężyła. Ale tylko na chwilkę. Kilku widzów wstało i wyszło. Mój Boże – pomyślała, kiedy wraz z Janem musieli się podnieść, by pozwolić przecisnąć się obok nich rozhisteryzowanej kobiecie z dwójką dzieci – czy ludzie nie mogą siedzieć spokojnie? Co im to da, że wyjdą? To jest po prostu alarm. Lepiej siedzieć wygodnie w kinie niż tłoczyć się w przepełnionym schronie albo kucać pod schodami. Mama na pewno teraz tam się schroniła. Powinna być teraz na pogaduszkach u pani Baxter, więc na pewno tłoczą się razem z innymi w zaułku między kamienicami. Nettie i Chrissie poszły z mamą dwa razy, ale więcej już nie chciały. Powiedziały, że zmarzną i umrą z przeziębienia. Jeżeli już mają zginąć, to wolą zginąć siedząc wygodnie w swoim domu. Mimo wszystko, alarmy były bardzo dokuczliwe. Nigdy nie można spokojnie zabrać się do robienia czegokolwiek, bo nie było wiadomo, kiedy coś się może wydarzyć. Nie żeby coś już wydarzyło się w Blytheden. To nie Londyn, Grecja lub inne takie miejsce.

Projekcja została wznowiona, ale Nettie nawet nie starała się już śledzić akcji filmu. Przytuliła się do Jana, obejmując jego ramiona swymi dłońmi, jakby miała zamiar nigdy go nie wypuścić z objęć. A on szeptał czułe słówka po polsku i w łamanej angielszczyźnie. Ich głowy były tak blisko siebie, że siedząca za nimi kobieta stuknęła ich w ramiona i zwróciła uwagę, więc przesiedli się do ostatniego rzędu. Byli teraz w swoim własnym świecie, daleko od ciężarówek z prześladowanymi, głodnymi ludźmi, szukającymi desperacko pracy, by móc zarobić pieniądze, potrzebne do nakarmienia ich głodujących ciał. Chociaż oni też w pewnym sensie też byli głodni: równie zdeterminowani i prześladowani, jak ci ludzie na filmie. Na świecie są legiony takich Nettie i Janów. I właśnie dlatego takie filmy jak „Grona Gniewu” powinny być robione, by pokazać, dlaczego wybuchają wojny takie jak ta.

Nettie przełożyła ręce za głowę Jana, a następnie przeciągnęła dłońmi po jego twarzy. Jej wilgotne wargi przywarły do jego warg, a po jej policzkach spłynęły łzy.

– Łup!

– ŁUP!

Ściany kina zadrżały. Dwie lub trzy osoby krzyknęły. Nettie wczepiła swoje palce w Jana.

– Co to było? – wyszeptała chrapliwie. Ale była przekonana, że budynek kina został trafiony.

Jan zaśmiał się uspokajająco i wymamrotał:

– Siedź, nie bój się, Nettie. Kilka osób wstało, ale większość siedziała spokojnie. Kilku mundurowych krzyknęło do cywili, by się uspokoili. Nettie poczuła, jak wali jej serce. Spojrzała ze strachem na sufit, bojąc się, że lada moment runie. Ale nic się nie stało. Nigdy nie myślała, że tak dużo czasu mija, aż budynek zacznie się rozpadać.

– Ale – ale – wydusiła z siebie, patrząc na Jana.

– Dwie mile – powiedział.  – Trzy mile stąd. I podniósł trzy palce i szeroko się uśmiechnął.

Westchnęła z ulgą. Raz, dwa, trzy…zaczęła liczyć, przypomniawszy sobie, że kiedy doliczy do dziesięciu, to bombowiec będzie już wystarczająco daleko, by zagrożenie minęło. Ale nawet kiedy doliczyła do dziesięciu, to nadal drżała. Zastanawiała się, gdzie jest mama. Czy wszystko z nią w porządku? Jeżeli – tak jak powiedział Jan – bomby spadły dwie-trzy mile stąd, to powinno być w porządku. Ale Nettie i tak była zaniepokojona.

Ci, którzy chcieli wyjść, już wyszli, a reszta spokojnie siadła, by zobaczyć film do końca. Ale i tak minęło trochę czasu, nim Nettie się wyluzowała. Nachyliła się do Jana, z zamkniętymi oczami, słuchając lękliwie. Czy będą jeszcze jakieś inne uderzenia?

Ale nie było słychać niczego innego, oprócz amerykańskich aktorów, mówiących delikatnym, śpiewnym akcentem. Stopniowo Nettie się uspokoiła. A jak już się uspokoiła, jej myśli znowu powędrowały do Grecji…

– Jan, chodźmy – szepnęła. – Chcę stąd wyjść.

– Nie poczekasz na finał? – zapytał.

– Nie. Wyjdźmy stąd.

Była zdziwiona, widząc tak wiele osób na ulicach. Reflektory przeciwlotnicze przecinały ciemne niebo jak złote łopatki czarnego wentylatora. Wydawało się, że trzyma go jakaś nieludzka ręka, obracając delikatnie, i z każdym obrotem rozdmuchując drobne postacie tu i tam. Wysoko, wysoko ponad złotymi wskazówkami łopatek, samoloty unikały strumieni światła. Można było usłyszeć warkot silników, ale samoloty były za daleko, by można było je policzyć. Dwa, a może dwieście…Dwa, a może dwieście…

Nachyliła się do Jana, a on jeszcze mocniej objął ją ramieniem.

– W porządku, Nettie – rzekł. – Nie ma niebezpieczeństwa.

– Tak, łatwo ci mówić, przeżyłeś to w Warszawie – powiedziała. – Ale jak dla mnie to za blisko.

– Dobrze, wejdźmy tutaj – rzekł Jan.

Nettie nie powiedziała nic, kiedy wprowadził ją do saloniku Royal Hotelu. Była przestraszona, kiedy pomyślała, co by na to powiedziała jej matka. Westchnęła z ulgą, kiedy zanurzyli się w cieple i jasności, a ona osunęła się w miękki fotel. – Boże, jak tu dobrze.

Siedząc zauważyła, jak Jan stuka obcasami i kłania się komuś. To był Stanisław. Była z nim dziewczyna. Obca dziewczyna, której Nettie nigdy wcześniej nie widziała, dziewczyna, która nie była z Blytheden. Nettie wiedziała, ze to musi być jedna z kobiet, które przyjechały tutaj za Polakami. Miała jasne, tlenione włosy, spięte opaską w kolorze koniczyny, i bardzo wąskie, wyskubane brwi. Stanisław wstał i stuknął obcasami, ale nie wykonał żadnego ruchu w ich stronę. Dziewczyna spojrzała w stronę Nettie przez zaciśnięte dłonie ze szkarłatnymi paznokciami i delikatnie zwinęła usta. Jan zamówił dwie whisky.

– O, nie dam rady – powiedziała Nettie – Co powie mama?

Jan przesunął szklankę w jej stronę, uśmiechając się.

– Dobrze! – rzekł i wychylił swoją szklankę jednym haustem.

– Dobrze – powiedziała Nettie.

Wykrzywiła twarz po małym łyczku – Och, to jest niedobre.

Ale Jan nalegał, by dopiła do końca. Kiedy to zrobiła, przeszedł po niej dreszcz. Ale już za kilka minut zaczęła czuć się przyjemniej. Jan podniósł brwi:

– Dobrze?

Nettie wygięła szyję, przesuwając się na skórzanej kanapie tak, że mogła przejrzeć się lepiej w wielkim lustrze, na którym była reklama whisky napisana w poprzek czerwonymi i złotymi literami. Poklepała swoje loki, zastanawiając się, czy może wyciągnąć swoją puderniczkę i gąbkę na oczach kobiety, która siedziała ze Stanisławem. Ale to była puderniczka  z Wollworths’a, a gąbka prosiła się o wypranie. Żałowała, że nie poprosiła Jana o to, by jej kupił nową, gdy kilka dni temu stanęli przed witryną sklepu jubilerskiego i zapytał, czy jest coś, co by chciała.

– Przepraszam – powiedziała.

Kiedy wróciła, Jan rozmawiał ze Stanisławem po polsku. Blondynka obracała pierścionek na swoim palcu i patrzyła w dal, jakby nie rozumiała ich rozmowy. Jan stuknął obcasami i wrócił na swoje miejsce na kanapie przy Nettie. Zawołał kelnerkę i poprosił o jeszcze dwie szklanki whisky. Tym razem Nettie się nie ociągała, ani też nie przeszedł po niej dreszcz, kiedy przełknęła swoją porcję.

– Daj mi papierosa, Janie – poprosiła.

Odchyliła się i spoglądała, jak spirale dymu papierosowego wznoszą się do góry. Przez moment, zanim stały się cienkie i rozpłynęły w dusznym powietrzu, wyobraziła sobie, że jest wielki korkociągiem, a jej usta są szyjką od butelki. Jan objął ją ramieniem i przyciągnął ku sobie. Zachichotała i szturchnęła go łokciem, ale nie cofnęła się, kiedy on objął ją jeszcze czulej swoim ramieniem.

– Nadal się boisz, Nettee? – zapytał przekornie.

–  Nie, ale chciałabym, by ta wojna wreszcie się skończyła. Podczas tej wojny nie można żyć własnym życiem.

Zanuciła kilka taktów piosenki, która leciała przez radio: „Take Lessons From Madame Lasonga”[4].

And if she fancies you the lessons are free” – śpiewała Janowi, ruszając ramionami i umizgując się do niego. Uśmiechnęła się też do kobiety, która była ze Stanisławem.

– Będę musiała na chwilę Cię opuścić, zanim pójdziemy się przywitać z twoim przyjacielem, – kobieta powiedziała głośno i powoli do Stanisława. – Muszę poprawić lakier na paznokciach.

– Paznokciach? – Stanisław puścił oko.

Powtórzyła swoje słowa, po czym wstała i wyszła, kołysząc biodrami i oglądając się w mijanym lustrze.

Stanny podszedł do nich i zamówił drinki.

– Kim jest Twoja sympatia? – zapytała Nettie, sącząc swój cocktail z ginem i limonką.

– Sym-pa-tia – powiedział Stanny. – Jeanette.

– Jeanette McDonald – zachichotała Nettie i dopiła jednym haustem resztę swego drinka. – Czy ona jest sympatyczniejsza od Meg?

Stanisław wzruszył ramionami.

– Tak, bardzo sympatyczna. Dobra kumpelka, cholernie dobra kumpelka.

Stanisław strzelił obcasami i odszedł, kiedy wróciła blondynka. Powiedział coś cicho do niej, ale ona pokręciła głową. Wydawało się, że Stanny kłóci się z nią. Potem założył płaszcz i furażerkę, przyjrzał się sobie w lustrze. Kobieta stała z niewyraźnym uśmiechem, przyglądając się Nettie.

– Kiedy wychodzisz, chez moi, musisz mnie uprzedzić – powiedziała. – Jestem bardzo ciekawa.

Odwróciła się i wyszła, nie patrząc na nich, ale Stanny stuknął obcasami i się ukłonił. Jan wstał i odwzajemnił ukłon.

– Skąd się wziął ten kurwiszon? – głośno spytała Nettie i wypiła drinka, który właśnie przyniosła jej kelnerka. – Co za farbowana zdzira!– zaśmiała się i przytuliła do Jana. – Daj mi jeszcze papierosa, kochanie.

Z radioodbiornika dobiegał głos piosenkarki: There Will Come Another Day[5]. Nettie zamknęła oczy, wsłuchując się w słowa w stanie sentymentalnego upojenia. The clouds will vanish, True Love will banish dull care away… Otwarła oczy; dym drażnił jej nozdrza, więc zgasiła papierosa w popielniczce. Jak przez mgłę zobaczyła Jana – jego ciemne włosy i błyszczące oczy. Oh Jan, Oh Jan, how can you love!

The words will glow with gold and glory, Soon we’ll forget that skies were grey, And like a lovely fairy story, There’ll come another day…

W całej Wielkiej Brytanii setki młodych par słuchały tej obietnicy lepszego świata. Słuchały tak samo, jak niektórzy z ich rodziców słuchali obietnicy, zawartej w piosenkach śpiewanych dwadzieścia pięć lat wcześniej. Nikt z nich nie wyobrażał sobie, że na jedną parę, dla której świat będzie świecił blaskiem złota i sławy, będzie przypadać setka par, które nigdy nie wzlecą pod inne niebiosa, niż niebiosa szarości. A nawet jeżeli o tym myśleli, to wyobrażali sobie, że to oni właśnie będą tymi szczęśliwcami.

A day to bring you joy and laughter,

For when the night has passed away

You’ll find that joy follows after.

There’ll come another day…[6]

– Czy nadejdą? – zastanawiała się Nettie.

Ko-ocha-na Nettie – wyszeptał Jan.

– Och Janku – powiedziała i wtuliła się w niego, przyciągając go ku sobie. – Och Janku, nie zniosłabym teraz rozstania z Tobą…

And there together in sunny weather

We’ll wander hand in hand…[7]

 

Okna salonu nagle zadrżały. To wystrzały.

– Myślę, że to jeszcze nie koniec – powiedział mężczyzna. To jeszcze trochę potrwa.

 

XVI.

– Niech ich szlag trafi i te całe bombardowania – powiedziała Meg następnego dnia. – Całkiem zepsuli mi wieczór. Właśnie spiknęłam się z młodym lotnikiem w restauracji Berta, kiedy rozległy się syreny i on musiał prędko udać się na lotnisko. Boże, byłam wściekła. Miałam taki apetyt na małą odmianę od Polaków.

– I tym się martwisz? – rzekła Aggie ponuro. – Przecież mogłaś zginąć. Bomby spadły na Armitage Toll.

– No i co z tego? – odparła Meggie. – To trzy mile od Dunesk Road.

– No tak, ale gdyby samolot zrzucił je sekundę później, to spadłyby prosto na twoją głowę.

– No i co z tego? – zaśmiała się Meg. – Przynajmniej nie musiałabym przychodzić dzisiaj rano do tego syfu – Po chwili powiedziała: – Już mam dość tej pracy. Myślę, że spróbuję zatrudnić się w fabryce amunicji.

– Równie dobrze możesz poczekać i zobaczyć, czy dostaniemy podwyżkę – powiedziała Bell, oglądając się za siebie, czy czasem panna Scott tego nie usłyszy. – Elsie McClure powiedziała, że Związek napisał do starej Scott.

– Powinniśmy przekonać się w piątek, kiedy dostaniemy swoją pensję – rzekła Meg.

Dziewczęta przez cały tydzień nie rozmawiały o niczym innym. Ten temat kompletnie przyćmił wojnę i Polaków. Ale Nettie nie mogła o tym dyskutować – miała na głowie poważniejszy problem. Jej troska o Jana nieco zelżała po tym, jak powiedział jej, że prawdopodobnie jednak nie pojadą do Grecji, gdyż Polska nie była w stanie wojny z Włochami. Nettie nie rozumiała złożoności stosunków międzynarodowych, ale nawet gdyby rozumiała, to też nie przywiązałaby do tego wagi. Inny, bardziej osobisty problem przyćmił jej troskę o Jana. Stał się dla niej ważniejszy od wszystkich Greków i Polaków, i Włochów.

Była przerażona. Nigdy wcześniej jej się to nie przytrafiło. I na Boga – przyrzekła sobie, jeżeli tym razem wszystko będzie w porządku, to zrobi wszystko, by taka sytuacja nie powtórzyła się nigdy więcej. Koniec z Janem. Żałowała, że go w ogóle poznała, żałowała nawet, że nie zginął w Warszawie. O Jezu, żeby to wreszcie nadeszło…

Ale to nie nadeszło do piątku i Nettie ze strachu prawie wpadła w histerię. Inne dziewczęta komentowały jej ponury nastrój i zły humor.

– Ktoś by pomyślał, że sikałaś w pokrzywach i się poparzyłaś – powiedziała Bell. – Jesteś taka niemiła.

Gdyby nie chodziło o „to”, to Nettie zwierzyłaby się jej lub Meg – bała się powiedzieć cokolwiek mamie lub Christie.

W piątek wieczorem Maisie Forbes zakomunikowała: – Panna Scott chce, abyście przed wyjściem wszystkie przyszły do jej kantorka.

Panna Scott siedziała za biurkiem. Nie podniosła głowy, kiedy dziewczęta, już w płaszczach, zaczęły wchodzić do jej biura. Wlepiała wzrok w list, który trzymała. Dziewczęta szeptały do siebie, szurając nogami z zakłopotania. Niektóre z nich, odważniejsze, chichotały po wejściu, ale szybko przestały, gdyż wewnątrz panowała poważna atmosfera. Nettie stała między Meg i Bell, żałując, że nie jest już w domu. Albo to, albo śmierć. Tak, żałowała, że nie umarła.

Jeżeli to nie nastąpi dzisiaj w nocy, jutro po południu pójdzie do lekarza. Nie pójdzie do swojego lekarza rodzinnego, bo mógłby powiedzieć coś mamie; pojedzie do lekarza w Edynburgu. Jan chciał, by pojechała z nim na wieś, ale ona nie miała zamiaru. Jeździła na wieś o jeden raz za dużo. Już więcej nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Może lekarz w Edynburgu powie jej, co robić. Mogłaby bardziej otwarcie porozmawiać z kimś obcym, niż ze swoim lekarzem. Obcy jej nie zna. Może ona kupi sobie tandetną obrączkę w Woolworthsie.[8] Może lekarz wyśle ją w jedno z „tych” miejsc. Żeby tylko miała odwagę, to by kogoś zapytała. Maisie Forbes mogłaby wiedzieć. Mówiono, że pewnego razu jakoś tak sobie z tym poradziła…

– Czy już wszystkie są? – rzekła panna Scott, podnosząc głowę.

Maisie Forbes stanęła w drzwiach – Tak.

– To dobrze.

Dziewczęta spojrzały na siebie, kiedy Maisie przekręciła klucz w zamku i stanęła tyłem do drzwi.

– Co u diabła! – Megg wymamrotała do Nettie.

Ale Nettie gapiła się w podłogę. Mimo wszystko nie mogła zapytać Maisie Forbes. Maisie jest taką paplą, że wiadomość błyskawicznie by się rozeszła. Maise byłaby zachwycona, mając taką szansę by obgadywać Nettie. – Boże, żebym znała takie miejsca w Edynburgu…

Panna Scott założyła swoje okulary bez ramek i powiedziała:

– Mam tu list od pana Edwardsa z Edynburga. Pana Johna P. Edwardsa z Edynburga – powiedziała z sarkazmem, patrząc na list z obrzydzeniem. – Organizatora związków zawodowych. Jak widać, niektóre z was, młode damy, mają ochotę założyć tu organizację związkową. Muszę powiedzieć, że myślę, że mogłyście mi o tym powiedzieć. Nie podoba mi się, że dowiaduję się o tym od kogoś z zewnątrz.

Dziewczęta stały w milczeniu, przestępując z nogi na nogę ze strachu i zakłopotania. Nettie nadal gapiła się w podłogę. Jezu, jeżeli coś się jej stanie, mama wpadnie w szał.

– Nie pozwolę na żaden sabotaż – krzyknęła panna Scott. – Wy cycate smarkule! Żadna z was nie wie, jak wam dobrze! Myślem, że wszystkie chcecie robić w fabryce amunicji i kupić se fudra i pianina. Nie chcem więcej słyszeć waszych narzekań – albo… A teraz precz!

Wychodziły zastraszone, nie patrząc na siebie ani na pannę Scott. Te, które stały najbliżej drzwi, obróciły się szybko, szukając ucieczki. Ale Maisie Forbes zwlekała z otwarciem drzwi. Wręczyła im koperty z tygodniówką, a one skulone przechodziły obok niej. Wiele z nich puściło się biegiem, jak tylko wyszły na zewnątrz.

Nettie wzięła swą kopertę w otępieniu. Miała zasmuconą twarz i tępy wzrok. Meg i Bell objęły ją ramionami, jak tylko weszły w ciemności. Żadna z dziewcząt nic nie mówiła – rozlegał się tylko odgłos wielu par wysokich obcasów stukających w chodnik. One trzy balansowały na chodniku, milcząc przez kilka chwil, podtrzymując się wzajemnie. A kiedy już były bezpieczne, tak daleko od pralni, że nikt stojący w drzwiach pralni nie mógł ich usłyszeć, Meg krzyknęła cierpko:

– Stara franca!

I jak na sygnał dziewczęta zaczęły szczebiotać, hałasując i przeklinając. W ciemnościach szybko odzyskały rezon. Tylko Nettie nie skomentowała tego, że panna Scott nie zgodziła się potraktować ich jak należy i nie słuchała tego, co Meg i Bell mówiły, idąc po obu jej stronach. Była zadowolona z przyjacielskiego wsparcia, bo nie widziała niczego w ciemnościach, które ją otaczały. Nie docierało do niej, na kogo narzekała Meg. Może na Jana? On był tylko jedną z osób na całym świecie, do którego pasowało to określenie. Ale ona z nim skończyła. Skończyła.

 

XVII

Nettie piła herbatę w milczeniu. Chrissie i matka rozmawiały o pani Baxter, która powiedziała, że została zaczepiona podczas zaciemnienia.

– Twierdzi, że to był Polak – powiedziała mama. – Ale Polacy nie są stuknięci. Nie zaczepiają kogoś z taką figurą.

– A ja nie wierzę, że w ogóle ktokolwiek ją zaczepił – powiedziała Chrissie.

– Tak, jest rozdrażniona właśnie dlatego, że nikt jej nie zaczepił – to ją złości – powiedziała mama.

Nettie ich nie słuchała. Jak tylko wypiła herbatę, poszła do wychodka w ogrodzie. Zużyła trzy zapałki zanim zdołała zapalić świeczkę.

„Boże, co za życie!” – wymamrotała z poirytowaniem, sprawdzając, czy zasłony szczelnie przysłaniają okno. Równie dobrze mogłaby już nie żyć. O Boże, jeżeli to się nie stanie dzisiejszej nocy, zwariuję. Jedno jest pewne: nie będzie nigdy już ryzykować. Koniec z Janem. Nie spotka się z nim dzisiaj wieczorem. Może sobie stać w ciemnościach i zamarznąć na śmierć, ona nie dba o to.

Kiedy wróciła do kuchni, jej oczy błyszczały z radości i nuciła sobie piosenkę: And when the shaddows fall behind you there’ll come another day.

– Widziałaś list, który dostałaś? – zapytała mama, podnosząc głowę znad zlewu.

– Jaki list? – zapytała Nettie, przepychając się obok mamy i poprawiając loki przed lustrem.

– Przyszedł list do Ciebie, leży na parapecie kominka. Przyszedł dzisiaj po południu. Jest na nim pełno zagranicznych znaczków.

Netti wzięła list i popatrzyła nań z ciekawością. Następnie położyła go na stole i założyła palto. Zamruczała, nakładając sobie szminkę na usta. Popatrzyła na zegar, po czym podniosła list i otworzyła go.

– Od kogo? – zapytała mama.

– Oh, to list od Harry’ego. Od Harry’ego… Jak mu tam… – rzekła Nettie, wkładając list z powrotem do koperty, którą wrzuciła do komody.

– Ile tej pisaniny… – powiedziała, zapinając guziki palta i zmierzając w kierunku drzwi. – Nie mam głowy, by go teraz czytać, nie mam czasu. Muszę biec na spotkanie z Janem. Serwus!

KONIEC

Październik 1940 – Nowy Rok 1941

Copyright © Estate of Fred Urquhart 2023

© tłumaczenie Leszek Wieciech 2023

 

Przypisy tłumacza:

[1] Marka popularnych papierosów.

[2] Amerykańscy aktorzy z I połowy XX wieku.

[3] Henry Fonda, Jane Darwell – amerykańscy aktorzy, występujący w filmie „Grona gniewu” z 1940 roku.

[4]  Weź lekcje u Madame Lasonga. A jeżeli się jej spodobasz, to lekcje są darmowe. Amerykańska piosenka z 1940 roku – w 1941 powstała komedia pod tym samym tytułem.

[5] Przyjdą inne dni Piosenka Very Lynn z 1940 roku.   Znikną chmury, prawdziwa miłość pokona smutki i troski… Słowa rozbłysną złotem i chwałą, Wkrótce zapomnimy, że niebo było szare, i jak w pięknej bajce, nadejdą inne dni…

[6] Dzień, który przyniesie Ci radość i śmiech, Bo kiedy minie noc, Przekonasz się, że po niej przyjdzie radość. Nadejdą inne dni…

[7] I wtedy pójdziemy trzymając się za ręce, W słoneczny dzień.

[8] Popularny sklep wielobranżowy.

 

Ostatni fragment noweli ukaże się w numerze 3/2024 „Res Humana”, maj-czerwiec 2024 r.

Może to konkluzja jeszcze nieco na wyrost, ale mamy na Wiejskiej pierwsze objawy parlamentarnej normalności. Choćby w postaci nad wyraz spokojnego uchwalenia budżetu państwa na 2024 rok.

Ustawę przepracował solidnie zarówno Sejm, jak i w tym tygodniu Senat, nie wnosząc poprawek. Od środy jest więc na biurku prezydenta Dudy, który po wyściskaniu swoich dwóch ułaskawionych kolegów może nareszcie pochylić się nad tym doniosłym aktem prawnym. Dostarczono mu go nawet grubo przed upłynięciem konstytucyjnego terminu, w wersji jak najbardziej zgodnej z procedurami i literą prawa, przy pełnym współudziale dzisiejszej opozycji, która nawet składała poprawki i wnioski mniejszości (tym samym ciałem i duchem dowodząc, że prawu i procedurze stało się zadość, mimo wygaśnięcia mandatów b. posłów PiS Kamińskiego i Wąsika).

Jeśli więc najważniejszy lokator Pałacu Prezydenckiego chciałby wysyłać prawidłowo uchwalony budżet państwa na 2024 rok na Aleję Szucha 12a w celu sprawdzenia konstytucyjności, to powinien się mocno zastanowić, czy naprawdę warto. Prawdopodobnie byłaby to kolejna już wpadka, Andrzejowi Dudzie kompletnie teraz niepotrzebna. Prezydent, zapewne nie będąc o tym odpowiednio poinformowanym, samym swoim prawidłowym teraz aktem łaski znakomicie potwierdził fakt skazania Wąsika i Kamińskiego, a tym samym to, że podlegają oni kodeksom i Konstytucji – w tym jej przepisom, że osoba skazana za przestępstwo umyślne z oskarżenia publicznego w izbie zasiadać nie może. Tak się składa, że jedno implikuje drugie i nie pomogą tu nawet najbardziej napuszone akty strzeliste.

Tym samym ten balon mamy więc przekłuty, nieświeże powietrze już zeń zeszło, a diapazon emocji się sporo obniżył z tendencją do pogłębiania. Kamiński z Wąsikiem są ułaskawieni i nabierają sił w domowych pieleszach, a nerwowo oczekiwanego przyjścia prezydenta z ułaskawionymi na posiedzenie Sejmu nie było. Niczego zresztą by to ustrojowo nie zmieniło; byłoby li tylko chwilową sensacją i przebrzmiało tak szybko, jak spuchnięte od oburzenia słowa prezydenta, miotane w tej sprawie przez ostatnie dwa tygodnie.

Marszałek Izby Szymon Hołownia zresztą w bardzo inteligentny sposób przygotował Sejm na zapowiadane demonstracje, które jednak i na szczęście się nie odbyły. Podjął oczywiście należne środki bezpieczeństwa, aby nie dopuścić np. do utworzenia z posłów PiS swoistego kosza, w środku którego ukryliby się obydwaj, by jak Filip z konopi objawić się na sali sejmowej i siać zamęt. Lub wprowadzenia ich pod osłoną nocy, a nawet jawnie tuż przed posiedzeniem w osłonie Osoby samego Prezesa, jako tarczy przed Strażą Marszałkowską. Otóż, marszałek zastosował parę chwytów i była to naprawdę dobra robota, za którą należą się pochwały. Oczywiście znacznie wzmocnił siły na zewnątrz i w środku Izby – te widzialne i te niewidzialne – w czym trochę lekceważona Straż Marszałkowska jest codziennie szkolona i naprawdę bardzo sprawna. Taki choćby drobny fakt, że przy wejściu głównym porządku w krytycznych chwilach pilnowały cztery Strażniczki Sejmowe (pięknie swoją drogą wyglądające w galowych mundurach), a nie Strażnicy, którzy wszak do ułomków nie należą i mogliby stać się przysłowiową płachtą na byka. Puszczając na chwilę wodze fantazji: PiS decyduje się wprowadzić świeżo ułaskawionych w wariancie „z Prezesem”, który zasłania Wąsika i Kamińskiego całą mocą swojej Osoby, a drogę temu pochodowi zagradzają wspomniane Strażniczki. Widzą Państwo to, żeby Prezes z kolegami odważył się szarpać z kobietami w mundurach? On, który kobiety wyłącznie po rękach całuje? A co by naród na to powiedział?

Do tego na całe szczęście nie doszło, choć dziesiątki kamer było wycelowanych w to jedno miejsce, w oczekiwaniu na incydent. I to może też otrzeźwiło trochę jastrzębi z PiS, bo jednak Hołownia sprytnie włączył też inne bezpieczniki. Przy wszystkich zapowiedzianych dnia poprzedniego i konsekwentnie zastosowanych następnego środkach ostrożności po prostu 25 stycznia otworzył Sejm prawie na oścież, wpuszczając wielkie delegacje kibicujące obywatelskim projektom ustaw, czytanym w Izbie. No i zwolennicy burd z Wąsikiem i Kamińskim w tle nabrali zwykłego cykora, a i sam Prezes zaordynował, żeby wszystko odbywało się na sali sejmowej, a nie na widoku publicznym czy w oku kamer. I miało tam nawet miejsce, głównie z mało regulaminowym udziałem posła Michała Wójcika, ale też zjadliwie malutkim samego Prezesa. Ale i tu pięknie rozegrano podjęty z ław opozycji temat protestów rolniczych, który miał dobić rząd Tuska: na mównicę wszedł wiceminister Michał Kołodziejczak i odwinął się oponentom długą oskarżycielską przemową pod adresem polityki rolnej poprzedniego rządu (mimo że marszałek dał mu 2 minuty, a rozsierdzony Prezes syknął mało elegancką przyganą…). Co też szybko rozładowało atmosferę na sali i pokazało, że sensacji jednak nie będzie, a na tapetę wejdą, do pierwszego czytania, obywatelskie projekty ustaw.

Za to w komisjach pracowano już w miarę normalnie. Może prócz sprawozdania z działalności Trybunału Konstytucyjnego prezes Julii Przyłębskiej za 2022 rok. Połączone komisje sprawiedliwości i ustawodawczej orzekły większością głosów, że reprezentant przysłany z Alei Szucha 12a nie jest sędzią i przewodnicząca posłanka Kamila Gasiuk-Pichowicz zakończyła, wśród krzyków opozycji, posiedzenie. Natomiast innej krewkiej do tej pory komisji, mianowicie kultury i środków, przekazu udało się przyjąć projekt uchwały na stulecie wydania pierwszego numeru „Wiadomości Literackich”. Mimo że inicjatorem była pracowita jak pszczoła posłanka Paulina Matysiak z Lewicy, to swój istotny wkład dołożył też poseł PiS Piotr Babinetz, spec od historii najnowszej, powszechnie szanowany za swoją wiedzę i kulturę osobistą. I wyszła z tego bardzo dobra, przyjęta jednomyślnie uchwała, choć przez pierwsze 15 minut komisja zajmowała się sobą i nadmiarowymi wnioskami proceduralnymi. Ale się przemogła i może w tym należy upatrywać nadzieję na lepszy Sejm, o której mówił marszałek Szymon Hołownia cytując wpisy wielopokoleniowej publiczności, która odwiedziła w minioną niedzielę Wiejską z okazji Dnia Babci i Dziadka.

Bilans ostatniego tygodnia w polityce polskiej wskazuje na wyraźną przewagę premiera Donalda Tuska, mimo aż 130-tysięcznej frekwencji na bezkrwawym pisowskim marszu „Wolnych Polaków” oraz niesłychanych wyczynów głowy państwa w sprawie skazanych Wąsika i Kamińskiego.

To już jednak mamy w pewnym sensie za sobą, drugiego marszu prawicy przez Warszawę nie będzie, a zaproponowane przez prezydenta Dudę kodeksowe procedury ułaskawieniowe działają, przesuwając ten temat do memosfery („wokalista Kamiński z wąsikiem”). Choć nie ulega przecież żadnej wątpliwości, że w prezydencko-pisowskim wydaniu działania wdrożone w celu uwolnienia obu są wyłącznie manipulacją marnej jakości prawnej, mającą za zadanie szybko pogrążyć rząd. A ten już całkiem nawet okrzepł i utwardził się w zapale przywracania demokracji, na co wskazuje np. duża odwaga ministra sprawiedliwości Adama Bodnara w likwidacji ziobryzmu w prokuraturze i KRS. Widać przy tym naocznie, że fakty dokonane powoli ustępują miejsca przywracanemu prawu (mamy nowe projekty ustaw…) i Konstytucji, choć niejaką trwogą napawa prezydent Duda, któremu śni się wetowanie ustaw ciurkiem, „jak leci”.

To stwarza przejściowo beznadziejny klimat dla ruszającej od poniedziałku 15 stycznia pracy legislacyjnej i w ogóle dla jakiejkolwiek pracy państwowej, chyba że uznamy Krakowskie Przedmieście za organ niepoważny – przed czym należy jednak mocno przestrzegać, jako jednak zdecydowanie przedwczesne. Prezydent Duda, szarpany na swoim urzędzie niezwykle silnymi emocjami i wyraźnie będący pod wpływem różnych postaci wokoło siebie, mógłby przecież jeszcze odegrać jakąś pozytywną rolę, czego nie wyklucza nawet premier Donald Tusk, idąc doń na rozmowę. Gdyby z poniedziałkowej rozmowy Tusk wyniósł np. takie uzgodnienie, że dosłownie parę domen, jak wymiar sprawiedliwości (ustawa o KRS), media (ustawa o radiofonii i telewizji), budżet państwa (w tym obronność i zdrowie) przechodzą w sferę normalnej pracy obu organów, byłby to bardzo poważny sukces demokracji. Ale czy są na to jakieś choćby minimalne nadzieje? Cóż, w niedalekiej przeszłości było parę krzepiących wypowiedzi Krakowskiego Przedmieścia w tej sprawie, może warto by się ich uczepić, nawet jak pijany płotu…

Premierowi Tuskowi tymczasem zdarzały się ostatnio momenty wybicia się na męża stanu, jak choćby jego apel w piątą rocznicę śmierci prezydenta Gdańska, żeby nigdy nie ulegać pokusie nienawiści i pogardy. Gdyby dobrze się temu apelowi przysłuchać i należycie go zinterpretować, nie był on skierowany li tylko do nienawistników PiS, ale także do siebie i do swoich własnych szeregów. To czyniłoby Tuska politykiem i zarazem człowiekiem większego formatu niż ktokolwiek obecny w polityce polskiej. Gdyby wyzbycie się tych okropnych przywar utrwaliło się (nawet jednostronnie) jako praktyka dnia codziennego, byłoby to jego wieczystą zasługą.

Zasygnalizowany porządek pracy izb na Wiejskiej temu jednak nijak nie służy, skoro widzimy w nim ostatnie czytania ustawy budżetowej i okołobudżetowej, rozpatrzenie wotum nieufności dla ministra Sienkiewicza, powołanie komisji śledczej w sprawie Pegasusa czy wniosek o odwołanie wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka. A w tle nienasycone poselskie rzesze szermierzy PiS mało usatysfakcjonowanych wyjątkowo jednak spokojnym przebiegiem ich ubiegłotygodniowego marszu.

Innymi słowy przesilenie przeniesie się do gmachów na Wiejskiej, gdzie PiS hurtowo zarzuci Izbę całą stertą wniosków proceduralnych i nagłych – jak to jeszcze przed wojną pięknie nazywano. Każdy z wymienionych jest tematem do awantury, a jeszcze dochodzą przecież detaliczne sprawy na komisjach sejmowych, gdzie mamy kwestię odebrania immunitetu gaśniczemu Braunowi, jak i ocenę wypowiedzi Prezesa z debaty podczas exposé premiera 11 grudnia 2023 roku. Gdyby móc to wszystko skompresować, wychodziłaby prawdziwa polityczna bomba atomowa, którą nowa ekipa postanowiła mimo wszystko rozbroić, a stara wręcz przeciwnie – zdetonować.

Na prezydenckie wybory kopertowe w 2020 roku (które się nie odbyły) z publicznej kasy wydano ponad 76 milionów złotych. Czy wydano je z naruszeniem prawa? Sejm RP zlecił Komisji Śledczej zbadanie, czy organizacja oraz przygotowanie wyborów doprowadziły do niekorzystnego rozporządzenia finansami skarbu państwa. A jeśli tak, to kto powinien za to odpowiedzieć?

Kwota strat przekracza granice wyobraźni przeciętnego obywatela. Ważniejsze od niej (suma ta nie była w gruncie rzeczy istotna dla nawet zadłużającego się budżetu państwa) jest jednak rozliczenie okresu rządów Prawa i Sprawiedliwości. Notabene, właściwymi podmiotami dla przeprowadzenia śledztwa w takiej sprawie i osądzeniem winnych w normalnym praworządnym państwie wydają się raczej: prokuratura, sądy, organy kontroli państwa. Wcześniej to się nie stało, ponieważ – jak powszechnie wiadomo – państwo PiS w ostatnich ośmiu latach praworządnym już nie było, więc i tę sprawę, jak wiele innych, starano się zatuszować i przemilczeć. Decydował o tym prezes Kaczyński, który sprawował faktycznie pełnię władzy w państwie, nie ponosząc przy tym osobistej odpowiedzialności za skutki swoich decyzji.

Kiedy nadszedł konstytucyjny czas przeprowadzenia wyborów prezydenckich, wciąż w sytuacji krytycznego stanu pandemicznego, doszło do wybuchu kryzysu wewnątrz obozu władzy. Powstał on na tle wyboru najlepszego (mając na uwadze interes głównej partii rządzącej) sposobu przeprowadzenia głosowania. Chodziło o wykorzystanie sytuacji pandemii dla zwiększenia szans i doprowadzenia do zwycięstwa kandydata prawicowego, Andrzeja Dudy. Prezes PiS oraz podporządkowana mu wąska grupa rządowych wykonawców jego decyzji parła do przeprowadzenia wyborów wyłącznie korespondencyjnych, bez oglądania się na negatywne skutki społeczne (szybsze rozprzestrzenianie się wirusa SARS-CoV-2). Komisji Śledczej powołanej przez Sejm nowej kadencji zlecono zatem przeprowadzenie takiego dochodzenia, które doprowadziłoby do odkrycia mechanizmu patologii całego systemu rządzenia w końcowym etapie kształtowania się autorytarnego systemu władzy. Wtedy to właśnie narodziło się państwo, w którym grupa na czele z prezesem PiS opanowała wszystkie nerwy systemu i nie musiała się już liczyć się z nikim, mając poczucie pełnej bezkarności przy łamaniu prawa.

Głównym świadkiem dochodzenia na pierwszych posiedzeniach Komisji miał być wicepremier z czasów, którymi Komisja się zajmuje – Jarosław Gowin. Był on wówczas jedynym przeciwnikiem wyborów kopertowych w obozie Zjednoczonej Prawicy. Trzeba było się z nim liczyć ze względu na kilkunastoosobowe zaplecze jego kanapowej partii –  posłów skłaniających się do przejścia na stronę opozycji w celu utworzenia nowego rządu wraz opozycją parlamentarną (PO). Opór Gowina wobec planów Kaczyńskiego spotkał się z bardzo ostrą reakcją tego ostatniego i w ślad za tym całego obozu władzy. Wicepremier został poddany różnego rodzaju naciskom, groźbom, inwigilacji, szantażowi ze strony wykonawczego aparatu przymusu państwa. W pierwszym efekcie wywierana presja szybko doprowadziła do jego dymisji. Brak jedynego oponenta sprawił, że rządząca grupa sprawnie, acz bezprawnie przejęła kompetencje Państwowej Komisji Wyborczej, która faktycznie była jedynym prawomocnym organem władzy do przeprowadzenia procesu wyborczego. Gowin został doprowadzony do stanu zagrażającej jego życiu choroby psychicznej i próby samobójczej. Po przeprowadzonych wyborach jeszcze wrócił do rządu, ale szybko pozbawiono go jego zaplecza politycznego i ostatecznie wycofał się z polityki.

Media nadmuchały wielki balon oczekiwań wobec zeznań Gowina. Okazał się on bardziej mokrym ze strachu kapiszonem niż kluczowym świadkiem koronnym na procesie Kaczyńskiego i jego grupy – może się ostatecznie okazać, że przestępczej. Powiedzieć, że zeznając przed Komisją Gowin nic nowego nie powiedział, to nic nie powiedzieć. Parafrazując wypowiedź Jerzego Urbana (który po złożeniu zeznań na posiedzeniu komisji śledczej ds. afery Rywina stwierdził, że powiedział więcej, niż wiedział), można sądzić, że Gowin powiedział dużo mniej niż wiedział, niż mógł i chciał powiedzieć.

Przyjęta przez przewodniczącego Komisji Dariusza Jońskiego strategia prowadząca do przygotowania przedpola dla zadawania trudnych pytań kierowanych już wprost do najważniejszych bardziej prominentnych świadków, w tym: prezesa PiS, premiera Morawieckiego i innych ministrów jego rządu, w zasadzie nie powiodła się. Wydaje się, że niemała w tym zasługa także ekipy posłów nowej opozycji – członków komisji.

Ilustrujące powyższy tekst zdjęcie Jarosława Gowina w Sejmie zostało wykonane 30 kwietnia 2020 roku, dokładnie w czasie wydarzeń z udziałem tego polityka będących teraz przedmiotem dociekań Komisji Śledczej.

Sekwencja zdarzeń związanych z umieszczeniem, zgodnie z wyrokiem sądu, byłych ministrów Wąsika i Kamińskiego w zakładzie penitencjarnym na warszawskim Grochowie, pozornie układa się w zaplanowany przez PiS scenariusz doprowadzenia do skrócenia kadencji Sejmu i przyspieszonych wyborów.

Obydwaj jako „ofiary reżimu Tuska” stają się na naszych oczach nowym mitem założycielskim dzisiejszej opozycji, choć ich zatrzymanie ma w sobie bardzo zagadkowe elementy. Odbyło się w Pałacu Namiestnikowskim, ponoć w gabinecie prezydenckiego ministra Marcina Mastalerka, pod nieobecność prezydenta, który został zablokowany w Belwederze przez zepsuty autobus linii 180.

Już sam ten opis jest tyleż kabaretowy, co mało wiarygodny – bo przecież ani Mastalerka nie było na miejscu akcji, ani obecność Wąsika i Kamińskiego w prezydenckich progach nie powstrzymała procedur państwa prawa. Innymi słowy budynek przy Krakowskim Przedmieściu, choć miał się okazać drugą Katedrą Marii Panny w Paryżu z Dzwonnika z Nôtre-Dame Wiktora Hugo, to takim się nie stał – i pytanie, czy w ogóle powinien?

Trwają spekulacje prawnicze, na ile prezydenta Dudę można uznać za poplecznika skazanych, ale są one właściwie bez znaczenia, skoro istota rzeczy leży gdzie indziej. Mianowicie na Wiejskiej 4/6/8 – gdzie miano w tych dniach uchwalić budżet państwa na 2024 rok (na 10,11 i 12 stycznia zaplanowano drugie i trzecie czytanie); wcześniej sprawnie uwinięto się ze sprawozdaniem, wprowadzając do ustawy budżetowej jedynie 20 poprawek, popartych przez rząd. Chodzi nie o to, czy prezes  Kaczyński powiedzie szturm na areszt na Grochowie w celu odbicia politycznych kolegów, ale o to, w jaki sposób dokonało się wygaszenie ich mandatów i czy w związku z tym Sejm jest prawidłowo obsadzony. Z tego punktu widzenia decyzja marszałka Hołowni, aby odłożyć posiedzenie plenarne na następny tydzień, jest sensowna i właściwie jedyna możliwa. Po pierwsze rozładowuje napięcie, jakie wybuchłoby wtedy, kiedy przed Sejmem w dniu 11 stycznia (czyli w terminie drugiego czytania ustawy budżetowej) będzie się odbywać demonstracja PiS, po drugie stwarza „przestrzeń czasową” do opamiętania się i ułożenia spraw tak, aby konfrontacji nie było.

Być może ważną rolę do odegrania miałoby tu otoczenie prezydenta, gdyby zdołało przekonać go do ponownego ułaskawienia Wąsika i Kamińskiego. Na to się jednak nie zanosi. Ładnie to podsumowała prof. Ewa Łętowska, która powiedziała, iż grudniowy wyrok Sądu Okręgowego w pewnym sensie czego innego dotyczy i prezydent mógłby zastosować prawo łaski biorąc to pod uwagę. Ale na razie nastroje na Krakowskim Przedmieściu są wojownicze, będą pisane listy do przywódców świata i Europy.

W przeciwieństwie do nastrojów na Wiejskiej, gdzie rozpisano już harmonogram prac sejmowych w kolejnym tygodniu, a nawet przeprowadzono posiedzenie Komisji Kultury i Środków Przekazu na temat wniosku o wotum nieufności dla ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomieja Sienkiewicza. Obserwując obrady tej komisji można było dojść do wniosku, że motywy odwołania są elementem szerszego scenariusza opozycji, ale oprócz ujścia żółci niektórych polityków PiS, niewiele w sumie się zdarzyło. Wniosek komisja zarekomendowała negatywnie, siłą głosów 15 do 10. Może więc i to zostanie wrzucone do porządku obrad w przyszłym tygodniu, choć przecież wizyta Rady Mediów Narodowych in corpore u prezydenta nie pozostawiła złudzeń, że reforma mediów publicznych musi być przeprowadzona, póki co faktami dokonanymi. I być może tu jest cicha nadzieja, że szybko wprowadzając projekt nowej ustawy medialnej,  rząd wyciszy tę stronę zaistniałego kryzysu, a opozycja zrezygnuje z blokady TVP.

Czyli: sąd właściwy pilnie poszukiwany!

19 grudnia 2023 r. Sąd Najwyższy stanu Kolorado (SNK) podstawie 14-tej  poprawki do Konstytucji orzekł, że Donald Trump nie może kandydować w prawyborach w tym stanie. Sześć dni później Partia Republikańska złożyła apelację do Sądu Najwyższego USA. Trzeciego dnia nowego roku Trump złożył osobną petycję z pytaniem: Czy Sąd Najwyższy Kolorado popełnił błąd w swoim orzeczeniu?

20 grudnia 2023 r. warszawski Sąd Okręgowy w sprawie karnej skazał posłów PiS – Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – na dwa lata bezwzględnego więzienia. Wyrok jest prawomocny i skutkował wygaszeniem mandatów poselskich obu panów.   Fakt ten potwierdził marszałek Sejmu dzień po ogłoszeniu wyroku. Trzeciego dnia nowego roku obaj panowie odwołali się do Sądu Najwyższego RP.

I tu kończą się zbieżności dat oraz pozorne podobieństwa Polski i USA w zakresie systemów prawnych. Bowiem, ku niedowierzaniu wielu naszych rodaków, okazało się, że Polska stała się jedynym na naszym kontynencie, jeśli nie jedynym poza Sudanem[1] krajem na Ziemi, w którym panuje niezrozumiały dla społeczeństwa i trudny do wytłumaczenia przez najlepszych prawników dualizm prawny.

Sąd Najwyższy USA wskazał, że rozpatrzy decyzję SNK w kontekście zagadnienia, czy poszczególne stany mają prawo zdyskwalifikować Trumpa z powodu jego prób unieważnienia wyborów w 2020 roku i jego roli w podsycaniu zamieszek na Kapitolu. Sąd ogłosił przyspieszony harmonogram z uwzględnieniem trybu certiorari, oznaczającego proces sądowy mający na celu uzyskanie przez sąd instancji wyższej (sąd federalny) kontroli sądowej odnośnie do postanowienia wydanego przez sąd instancji niższej (sąd stanowy). Termin ten pochodzi od łacińskiego Certiorari volumus… („aby mieć większą pewność…”). Decyzja SN może zapaść bardzo szybko ponieważ tzw. superwtorek, kiedy to Kolorado i kilkanaście stanów przeprowadzą swoje prawybory, zaplanowano na 5 marca.

Podczas gdy sytuacja prawna w USA wydaje się być stabilna, terminy wokandy Sądu Najwyższego krótkie, a rozstrzygnięcie sporu będzie ostateczne – podobnie jak miało to miejsce w bardzo znaczącej decyzji Sądu Najwyższego sprzed 24 lat w sprawie Bush vs. Gore, która dotyczyła sporu o ponowne przeliczenie głosów na Florydzie, gdzie margines zwycięstwa był bardzo wąski i kwestionowany przez obie partie, i która przesądziła o wyniku wyborów prezydenckich w 2000 roku – to w przypadku Polski sprawa ma się dokładnie odwrotnie.

Trwa prawny i publiczny spór o to, która izba Sądu Najwyższego była właściwa do rozpoznania sprawy i wydania orzeczenia. Tempo, w jakim porusza się amerykański system sądowy, w porównaniu do Polski można by określić jako iście żółwie.  W ciągu 13 dni, z których jedynie 8 było dniami roboczymi, nieuprawniona do orzekania w świetle wyroku TSUE  Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – posługując się w jednym przypadku ukradkiem przeniesionymi dokumentami, a w drugim nieuznawanymi przez polski system prawny kserokopiami – zdołała wydać dwa orzeczenia uchylające postanowienie marszałka Sejmu.  Jednakże konsekwencją wcześniejszego rozstrzygnięcia TSUE jest to, że orzeczenia tej Izby, jako wydane przez organ nie będący sądem, nie mają mocy prawnej. Dlatego też 10 stycznia, uważana przez szanujących wyroki TSUE za instancję właściwą Izba Pracy SN przystąpi to rozpoznania tych spraw.

Wygaszenie mandatów obu posłów nastąpiło na skutek prawomocnego wyroku w sprawie karnej, a cały przebieg odwoływania się od decyzji marszałka wydaje się być świadomym i celowym wykorzystywaniem przez odchodzącą władzę bałaganu prawnego, jaki udało jej się stworzyć w okresie ostatnich 8 lat.  I choć obywatele, władza sądownicza, wykonawcza i ustawodawcza niecierpliwie oczekują ostatecznego rozwiązania sprawy, która nie tylko bulwersuje i dzieli opinię publiczną, ale też w sposób znaczący wpływa negatywnie na funkcjonowanie państwa – to zachodzi obawa, że przy obecnie mnożonych wątpliwościach co do interpretacji prawa i postrzegania faktów, jedyną instancją właściwą dla wydania niepodważalnego wyroku może okazać się sąd ostateczny, którego rolę w świecie pełniła, pełni i pełnić będzie historia.

[1] Sudan ma mieszany system prawny prawa islamskiego i prawa cywilnego, które często są ze sobą w konflikcie. Na przykład prawo islamskie zabrania apostazji, cudzołóstwa i spożywania alkoholu, podczas gdy prawo cywilne zezwala na wolność wyznania, równość płci i prawa człowieka.

Objętość i format tekstu

Tekst powinien być zapisany w formacie pliku .doc lub.docx

Objętość tekstu: do 30 000 znaków (tj. ok. 0,75 arkusza autorskiego, łącznie ze streszczeniem, słowami kluczowymi, przypisami i bibliografią).

Tekst powinien być wyrównany do lewego brzegu, z wcięciem akapitowym 0,63 cm.

Marginesy (górny, dolny, lewy i prawy) po 2,5 cm.

Czcionka Times New Roman, wielkość dla tekstu głównego 12 pkt, z interlinią 1,5, dla tytułów i podtytułów 14 pkt.

Układ artykułu

Imię i nazwisko autora/autorów (najwyżej 2-ch).

Nazwa instytucji reprezentowanej (skrócona afiliacja autora/autorów).

Nr ORCID.

Tytuł artykułu w języku oryginalnym.

Tytuł artykułu w tłumaczeniu na język angielski / polski.

Abstrakt (do 1000 znaków) w języku angielskim, który powinien w pełni informować o zawartości artykułu, w tym obejmować prezentację:

Słowa kluczowe w języku angielskim (minimum 3, maksimum 5).

Streszczenie w języku polskim (do 1000 znaków), o zawartości j.w.

Redakcja może poprosić Autora o przygotowanie dodatkowej skróconej wersji artykułu w języku polskim, zawierającej wybrane najważniejsze tezy z pełnym uzasadnieniem lub wszystkie tezy z uproszczonym uzasadnieniem, bez przypisów i bibliografii, o objętości 10.800 lub 14.000 znaków. 

Słowa kluczowe w języku polskim (j.w.).

Klasyfikacja wg kodu JEL (Journal Economic Literature, https://www.aeaweb.org/jel/guide/jel.php).

 

Kategoria artykułu (zgodnie z poniższą klasyfikacją):

Treść artykułu (w tym określenie przedmiotu badań; uzasadnienie wyboru tematu; prezentację stanu wiedzy na wybrany temat; przedstawianie celów/pytań/hipotez badawczych; charakterystykę przyjętej metody badawczej; wskazanie oryginalnych i nowatorskich elementów artykułu oraz ew. jego praktycznych zastosowań). Poszczególne sekcje artykułu należy wyróżnić śródtytułami.

Bibliografia.

Afiliacja (pełna) zawierająca:

Obiekty graficzne i wzory

Wszystkie obiekty graficzne (określane jako tabele, wykresy, schematy lub rysunki) powinny być przywołane w tekście i zamieszczane w tekście jak najbliżej miejsca powołania się na nie.

Nad każdym obiektem graficznym tytuł, napisany czcionką 10 pkt. i pogrubiony, napisany w dwóch wierszach: w pierwszym wierszu wyraz Tabela / Rysunek, w drugim wierszu tytuł wyrównany do lewej. Do oznaczenia kolejności stosuje się jednolitą numerację ciągłą w postaci cyfr arabskich

Pod każdym obiektem graficznym należy podać źródło, z którego został zaczerpnięty, lub informację „opracowanie własne” lub „opracowanie własne na podstawie…”. Wielkość czcionki w przypadku źródeł – 9 pkt., w przypadku kilku obiektów graficznych o takim samym źródle należy stosować zapis: Źródło: jak w tabeli 1 / jak na rysunku 1.

Obiekty graficzne wraz z tytułami i podanymi źródłami powinny mieścić się w kolumnie tekstowej, tzn. kolumnie o wymiarach (po sformatowaniu) 13 x 19 cm.

Należy przygotowywać obiekty na białym tle. Poszczególne elementy mogą być wykonane w odcieniach szarości w taki sposób, aby zawarty w nich tekst był czytelny, lub z wykorzystaniem wypełnienia deseniem.

Jeżeli rysunek przedstawia wyniki badań w postaci wykresu, należy umieścić na nim wartości danych (na słupkach lub obok).

Tekst na rysunkach i w tabelach powinien być napisany czcionką Times New Roman, rozmiar 9 pkt, z odstępem pojedynczym.

Obiekty graficzne nie mogą być skanowane. Rysunki, tabele, wykresy powinny być przygotowane w formatach umożliwiających ich edycję, tzn. w plikach Worda lub Excela.

W przypadku zdjęć lub zrzutów ekranowych należy stosować zapis w formatach rastrowych (psd, tif, jpg).

W tabelach stosuje się odsyłacze literowe. Przypisy dotyczące tabel należy umieszczać bezpośrednio pod tabelą, przed jej źródłem.

W tabelach nie należy zostawiać pustych rubryk. W przypadku braków danych należy stosować następujące znaki umowne:

kreska (-), gdy zjawisko nie występuje,

zero (0), gdy zjawisko istnieje, ale w ilościach mniejszych od liczb, które mogłyby być wyrażone uwidocznionymi w tabeli znakami cyfrowymi (np. jeżeli zjawisko wyrażone jest w tys. ton, znak 0 oznacza, że jego wartość w danym przypadku jest mniejsza niż 0,5 tys. ton),

kropka (.), gdy występuje brak informacji lub brak informacji wiarygodnych,

znak x (x), gdy wypełnienie rubryki ze względu na układ tabeli jest niemożliwe lub niecelowe,

litery bd. (bd.), gdy występuje brak danych.

Teksty w głównych rubrykach główki i boczków tabel rozpoczyna się wielkimi literami, a dalszych stopni główki i boczków – małymi literami. Na końcu nie stawia się kropki, chyba że należy do skrótu.

Do pisania tekstu zawierającego symbole matematyczne i wzory należy wykorzystywać edytor równań. Wzory należy numerować umieszczając numer po prawej stronie w nawiasie okrągłym. Umożliwia się to powoływanie na nie w tekście.

Wypunktowania i wyliczania

Prosimy o używanie wyłącznie myślników lub cyfr arabskich.

Odniesienie w tekście do źródła

W tekście głównym stosuje się tzw. przypisy harwardzkie, umieszczone w nawiasach znajdujących się bezpośrednio w tekście i zawierających nazwisko autora, rok wydania, ewentualnie stronę cytowanej publikacji. Sposób podawania tych danych zależy od kontekstu zdania, np.:

Zdaniem Kowalskiego (2021), zjawisko to jest pozytywne.

Inni autorzy zjawisko to oceniają pozytywnie (Kowalski 2021, s. 222).

Jeśli autorów jest dwóch, wówczas podaje się oba nazwiska, np.:

(Kowalski, Kwiatkowski 2021).

W przypadku trzech autorów postępuje się podobnie, wymieniając wszystkie trzy nazwiska, np.:

(Kowalski, Kwiatkowski, Malinowski 2021).

W przypadku większej liczby autorów wpisuje się pierwszego, a następnie skrót „i in.”, np.:

(Kowalski i in. 2021).

W przypadku odniesienia do kilku publikacji w pierwszej kolejności stosuje się kolejność alfabetyczną, a następnie chronologiczną, np.:

(Kowalski 2005; Kowalski 2012; Kwiatkowski 2012; Kowalski 2015) lub

(Kowalski 2005; 2012; 2015; Kwiatkowski 2012).

W przypadku odniesień do kilku pozycji tego samego autora publikowanych w tym samym roku wprowadza się dodatkowy zapis literowy, np.:

(Kowalski 2012a; Kowalski 2012b) lub (Kowalski 2012a; 2012b).

W przypadku odniesień do publikacji dwóch osób o tym samym nazwisku należy dodać ich inicjały), np.:

(K. Kowalski 2011; Z. Kowalski, 2011).

Cytowanie odbywa się na tych samych zasadach. Konieczne jest, aby dodatkowo w nawiasie podać numer strony, którą cytujemy, np.:

(Kowalski 2021, s. 21).

W przypadku odwołania do aktów prawnych należy podać początek ich nazwy, np.:

(Ustawa … 2021).

W przypadku odwołania do prac zbiorowych (pod redakcją), gdy nie ma możliwości określanie autora danej części pracy, w tekście należy podać tytuł publikacji lub jego skróconą wersję oraz rok publikacji, np.:

(Reklama w procesach konkurencji 2021)

Odwołania do stron internetowych zawierających materiały nie posiadające autora:

(https://pan.pl/) lub np.

(www1) – i właściwy opis w bibliografii.

Bibliografia

W stylu harwardzkim konieczne jest umieszczanie na końcu każdego tekstu pełnej bibliografii – wykazu tych pozycji, które są przywołane w tekście artykułu. Musi być ona sporządzona w porządku alfabetycznym, według nazwisk autorów lub według tytułów (gdy nie ma autora / redaktora / instytucji sprawczej). Prace jednego autora podaje się chronologicznie. W przypadku powtarzania się roku wydania publikacji jednego autora publikacje szereguje się alfabetycznie. Jeżeli dla kilku publikacji ta sama osoba jest autorem lub współautorem (przez co kilka zapisów bibliograficznych zaczyna się od tego samego nazwiska), wówczas najpierw podaje się publikacje samodzielne, a dopiero potem współautorskie. W pracach zbiorowych jako pierwszy element opisu podaje się nazwisko redaktora naukowego ze skrótem (red.).

Generalnie należy stosować następujący porządek zapisów:

Przykłady:

Monografia jednego autora:

Nowacki R. (2009), Reklama, Difin, Warszawa.

Monografia wieloautorska:

Nowacki R., Strużycki M. (2009), Reklama w przedsiębiorstwie, Difin, Warszawa.

Monografia pod redakcją naukową

Nowacki R., Strużycki M. (red.) (2011), Reklama w procesach konkurencji, Difin, Warszawa.

Rozdział książki przypisany do konkretnego autora:

Nowacki R. (2015), Symbolika świąt religijnych i świeckich w przekazach reklamowych, (w:) Wiażewicz J., Zielińska A. (red.), Determinanty i efekty współczesnej aktywności marketingowej, Oficyna Wydawnicza Politechniki Rzeszowskiej, Rzeszów.

Artykuł w czasopiśmie:

Nowacki R. (2016), Postawy Polaków wobec nieetycznych działań reklamowych w świetle funkcjonowania Kodeksu Etyki Reklamy, „Handel Wewnętrzny”, nr 1.

Artykuł w prasie codziennej:

Dobrański G. (2013), Podstawy rozwoju trwałego i zrównoważonego, „Gazeta Wyborcza”, 15.11.

Publikacja wydana przez instytucje, gdy brak jest autora lub redaktora:

GUS (2015), Rocznik demograficzny, Warszawa.

Źródła elektroniczne:

Howitt P. (2005), Health, human capital and economic growth: a Schumpeterian perspective, Brown University, https://www.econ.brown.edu/fac/peter_howitt/publication/PAHO.pdf [dostęp: 22.12.2011].

Witryny internetowe z materiałami nie posiadającymi autora:

Nazwa strony, pełny adres internetowy, data opublikowania, data dostępu, np. Green Project – Rada Reklamy, https://radareklamy.pl/greenproject/ [dostęp: 26.06.2021].

lub np.(www1) Green Project – Rada Reklamy, https://radareklamy.pl/greenproject/ [dostęp: 26.06.2021].

Uwaga:

W adresach internetowych wersji papierowej tekstu nie stosujemy formatu łączy, a więc np. wpisujemy https://pan.pl/, a nie https://pan.pl/.

Akty prawne:

Ustawa z dnia 29 września 1994 r. o rachunkowości (Dz.U. z 2002 r., Nr 76, poz. 694 z późn. zm.), dostępna ……… (i tu odsyłacz do wydawnictwa drukowanego lub miarodajnej strony internetowej).

Manuskrypt artykułu przesłany w formie elektronicznej na adres redakcji poddawany jest dwustopniowej procedurze kwalifikacji:

– ocenie wstępnej – dokonanej przez kolegium redakcyjne m.in. pod kątem spełnienia wymogów formalnych i językowych oraz zgodności z profilem wydawniczym periodyku;

– ocenie recenzentów.

Teksty recenzji przesyłane są autorom. Jeśli recenzent naniesie szczegółowe uwagi bezpośrednio na manuskrypt, autor – oprócz tekstu recenzji – otrzyma manuskrypt z naniesionymi uwagami.

Autor powinien ustosunkować się do uwag i wprowadzić ewentualne poprawki, wskazane w recenzjach. Poprawiony tekst wraz z odpowiedziami na uwagi recenzentów oraz z oświadczeniem o przeniesieniu autorskich praw majątkowych autor wysyła do redakcji.

Redaktor naczelny ma prawo zwrócić się do autora z prośbą o wprowadzenie dalszych koniecznych zmian i poprawek. W konsultacji z redaktorem tematycznym podejmuje on ostateczną decyzję o odrzuceniu bądź przyjęciu artykułu do druku.

 

Zasady recenzowania

  1. Oceny manuskryptu artykułu dokonuje dwóch recenzentów spoza jednostki naukowej afiliowanej przez autora publikacji.
  2. Autorzy i recenzenci nie znają swoich tożsamości (double-blind review process).
  3. Recenzja sporządzana jest na specjalnym formularzu (karta oceny) przekazanym recenzentowi.
  4. Recenzja kończy się jednoznacznym wnioskiem:
  1. Zasady kwalifikowania lub odrzucenia publikacji przez recenzentów:

– odrzucone są prace napisane niesamodzielnie (w tym: sporządzane za zamówienie przez „sztuczną inteligencję”) oraz prace zawierające poważne błędy merytoryczne;

– pod pojęciem „niewielkie zmiany” rozumie się m.in.: uzupełnienie bibliografii odpowiednio : o krajowych lub zagranicznych autorów, aktualizację tekstu (np. uwzględnienie nowych aktów prawnych), uporządkowanie treści tabel, dokonanie drobnych uzupełnień lub skrótów tekstu, sprawdzenie danych statystycznych, nazwisk i tytułów prac;

– pod pojęciem „znaczne zmiany” rozumie się m.in.: zmianę struktury pracy, rezygnację z niektórych wątków, konieczność odniesienia się do wyników badań innych autorów, które mają istotne znaczenie dla omawianego tematu, rozszerzenie części wnioskowej.

  1. Nazwiska recenzentów poszczególnych artykułów nie są ujawniane; lista recenzentów publikowana jest raz w roku (w ostatnim kwartale) oraz na stronie internetowej.
  2. Recenzenci są zobowiązani do poufności, nie wolno im również wykorzystywać wiedzy pochodzącej z recenzowanego artykułu przed jego opublikowaniem.

Zapora ghostwriting i guest authorship

Ze zjawiskiem ghostwriting mamy do czynienia wówczas, gdy ktoś inny wniósł istotny wkład w powstanie artykułu i nie ujawnił swojego udziału jako jeden z autorów lub też jego rola nie została ujawniona w podziękowaniach zamieszczonych w publikacji. W przypadku guest authorship udział autora jest znikomy lub w ogóle nie miał miejsca, a pomimo to jest autorem bądź współautorem publikacji. Są one przejawami nierzetelności naukowej i wyrazem braku dobrych obyczajów.

Autorstwo powinno być ograniczone do osób, które wniosły znaczący wkład w koncepcję, projekt, wykonanie i interpretację zgłoszonego badania. Wszyscy, którzy wnieśli znaczący wkład, powinni być wymienieni jako współautorzy. W przypadku, gdy istnieją inne osoby, które uczestniczyły w pewnych istotnych aspektach projektu badawczego, powinny one zostać uznane lub wymienione jako wnoszące wkład.

Autor korespondencyjny powinien wówczas upewnić się, że w artykule uwzględniono wszystkich odpowiednich współautorów oraz że wszyscy współautorzy widzieli i zatwierdzili ostateczną wersję artykułu oraz wyrazili zgodę na jego przesłanie do publikacji.

Aby przeciwdziałać wskazanym przypadkom, redakcja wprowadza następujące procedury:

Każdy z autorów podpisuje oświadczenie, w którym wskazuje, że praca przedstawiona do publikacji jest jego własnym opracowaniem nienaruszającym praw osób trzecich.

W przypadku dwóch autorów jednego artykułu, redakcja wymaga ujawnienia wkładu każdego z nich w powstanie publikacji (z podaniem afiliacji oraz kontrybucji każdego autora w zakresie koncepcji, założeń, metod itd.).

Wszystkie wykryte przypadki nieuczciwości naukowej będą ujawniane, włącznie z powiadomieniem odpowiednich podmiotów, w tym instytucji zatrudniającej autora.

Zobowiązuje się do dokumentowania wszelkich przejawów nierzetelności naukowej.

Wzór oświadczenia

OŚWIADCZENIE O PRZENIESIENIU AUTORSKICH PRAW MAJĄTKOWYCH

……………………………………………………………………………………………………

(imię i nazwisko)

……………………………………………………………………………………………………

(adres zamieszkania)

Niniejszym oświadczam, że:

  1. Jestem autorem/współautorem[1] tekstu pt.: ……………………………………………………………………………………………………………………………
  2. Przenoszę nieodpłatnie na Redakcję „Res Humana – Scientia” autorskie prawa majątkowe w zakresie opublikowania tego artykułu w periodyku ” Res Humana – Scientia ” na okres 24 miesięcy od dnia…………….. Prawa obejmują wszystkie pola eksploatacji, o których mowa w art. 50 Ustawy z 7 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, ze zm.
  3. Utwór jest całkowicie oryginalny, nie był wcześniej publikowany i nie zawiera żadnych zapożyczeń z innego dzieła, które mogłyby spowodować odpowiedzialność Wydawcy, oraz że prawa autorskie Autora do tego utworu nie są ograniczone w zakresie objętym niniejszym oświadczeniem.
  4. Oświadczam, że artykuł nie miał/miał* inne źródła finansowania poza środkami własnymi Autora. W przypadku istnienia dodatkowych źródeł finansowania dla powstania artykułu, oświadczam, że dostarczyły ich:
  5. fundacje i stowarzyszenia:
  6. instytucje publiczne:
  7. instytucje naukowo-badawcze:
  8. inne:

*niepotrzebne skreślić

[1] W przypadku współautorstwa należy podać, jaki procent tekstu przypada na autora niniejszego Oświadczenia.

 

Formularz recenzji wydawniczej

„Res Humana – Scientia“

Tytuł artykułu:…………………………………………………………………………………………………

Recenzent:*……………………………………………………………………………………………………

  1. Czy treść artykułu odpowiada tytułowi: TAK [ ] NIE [ ]
  2. Struktura tekstu: POPRAWNA [ ] NIEPOPRAWNA [ ]

3. Merytoryczna ocena artykułu: …………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

  1. Czy artykuł jest nowatorski: TAK [ ] NIE [ ] CZĘŚCIOWO [ ] 5. Dobór i wykorzystanie źródeł wiedzy: POPRAWNY [ ] NIEPOPRAWNY [ ] 6. Formalna ocena tekstu: (ocena pod względem językowym, poprawność przypisów):

POPRAWNY [ ] NIEPOPRAWNY [ ]

  1. WNIOSEK:

Artykuł nadaje się do druku w przedstawionej formie [ ]

Artykuł nadaje się do druku po uwzględnieniu uwag merytorycznych i redakcyjnych [ Artykuł nie nadaje się do druku [ ]

……………………….

 

data i podpis

*Dane osobowe recenzenta tylko do wiadomości redakcji

Agnieszka HOLLAND mówi o dobru i złu, migracji jako zjawisku globalnym nieuchronnie nadciągającym do murów i płotów bogatego świata, społeczeństwie obywatelskim, oczekiwaniach wobec nowego rządu, o Jarosławie Kaczyńskim oraz o tym, czy przetrwa nasza cywilizacja.

Zredagowany zapis tej rozmowy ukazał się w numerze 1/2024 „Res Humana”.

Oświadczenie marszałka Sejmu Szymona Hołowni, iż Sejm zbierze się na swoim kolejnym posiedzeniu w dniach 10 i 11 stycznia 2024 roku nie pozostawia złudzeń co do losów dwóch kroków prezydenta Dudy: zawetowania uchwalonej przed tegorocznymi świętami ustawy okołobudżetowej i  przedstawienia naprędce przygotowanego jego własnego projektu, ale już bez pieniędzy na TVP, PAP i Polskie Radio. Marszałek Hołownia poinformował, że Sejm będzie szedł wyznaczonym i uzgodnionym wewnętrznie torem i nie zamierza zbaczać z harmonogramu, co było życzeniem prezydenta. Nie był to tylko suchy komunikat szefa Izby o jej planach, ale coś zdecydowanie głębszego, co można by górnolotnie nazwać aktem suwerenności, bo do tego w istocie się sprowadza. Sejm chce na pierwszym posiedzeniu w 2024 roku przegłosować budżet i ku temu konsekwentnie zmierza, nie przyjmując do wiadomości prezydenckiego wzmożenia w sprawie ustawy okołobudżetowej. Ostatnie dni 2023 roku to na Wiejskiej posiedzenia komisji branżowych, które opiniują „swoje” części budżetowe, jak i czas permanentnie pracującej Komisji Finansów Publicznych. Która uprzednio przyjęła ścisły harmonogram prac nad budżetem na 2024 rok i idzie jak po sznurku; budżetowe terminy nijak nie są zagrożone, prezydent Duda ustawę otrzyma do końca stycznia. Ale czy niezwłocznie podpisze?

Tu na horyzoncie majaczy Trybunał Konstytucyjny, który suflowany jest prezydentowi przez jego matecznik polityczny, jako niezawodny sposób na obalenie rządu, skrócenie kadencji Sejmu i odwrócenia biegu wydarzeń. Nie ma jednak dziś powodów, dla których prezydent Duda „byłby zobowiązany” pytać Trybunał o konstytucyjność zapisów budżetu (przygotowanego zresztą przez poprzedników). Nawet włączenie ustawy okołobudżetowej do części tekstowej takim powodem by nie było, nie wspominając o umieszczeniu w niej pieniędzy na media publiczne. Innymi słowy, nie jest jasne, do czego prezydent Duda mógłby się przyczepić, skoro konstytucyjne terminy będą dochowane, a ustawa nie będzie odbiegać od poprzednich. Ale jeśli to będzie mieć miejsce (czego niestety wykluczyć nie można…), to postawi fundamentalne pytanie o Konstytucję, która pisana w dobrej demokratycznej wierze, takich incydentów nie przewidziała. A rząd i tak chce ustawę okołobudżetową napisać na nowo i przejść całą procedurę legislacyjną, co w tym przypadku ma także walor utrzymania ustrojowej zasady, że to rząd pisze budżet, a coroczną ustawą okołobudżetową daje sobie instrumentarium do jego realizacji. Rząd i tylko rząd – nie prezydent Duda!

Ciosem dlań jest także to, co stało się na skutek decyzji ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomieja Sienkiewicza o postawieniu spółek mediów publicznych w stan likwidacji. Blednie przy tym zarówno weto z druku sejmowego 138, traktujące prawie wyłącznie o mediach publicznych, jak i prezydencka ustawa okołobudżetowa z druku sejmowego 139. Minister Sienkiewicz zgodnie z prawem zdecydował, że mediami publicznymi rządzi teraz kodeks spółek handlowych, a mianowani likwidatorzy działają zgodnie z jego zapisami. Budowana przez lata pisowska konstrukcja ustrojowa mediów narodowych właśnie odchodzi do historii i nic nie pomogą tu ani okupacje budynków PAP czy TVP przez polityków, ani demonstracje uliczne czy inne akty strzeliste.

Związane z kształtowaniem się nowego ładu międzynarodowego turbulencje w stosunkach międzynarodowych sprawiły, iż w szerszym obiegu zaczęły się pojawiać pojęcia, które do tej pory używane były w wąskich gronach oficerów sztabowych oraz specjalistów z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Jednym z takich pojęć jest wojna informacyjna. Zaznaczyć należy, iż nie jest to pojęcie nowe. Po raz pierwszy pojawiło się ono już w latach siedemdziesiątych XX w. i to w dodatku nie w opracowaniu naukowym, lecz w związanej z zimną wojną publicystyce politycznej. W szerszym, naukowym i wojskowym obiegu zostało ono użyte jednak dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po I wojnie w Zatoce Perskiej. Wtedy też pojawiły się jego pierwsze definicje. Przede wszystkim określono, iż wojna informacyjna nie ogranicza się tylko do komputerów, sieci komputerowych i w ogóle cyberprzestrzeni, lecz obejmuje swoim zasięgiem całą, dostępną danemu podmiotowi, przestrzeń informacyjną.

Przestrzeń informacyjna obejmuje wszelkie dostępne danemu podmiotowi informacje, przechowywane nie tylko w pamięciach komputerów, lecz również w archiwach i bibliotekach. Oprócz informacji, przestrzeń informacyjną tworzą także tradycyjne media oraz infrastruktura informacyjna i informatyczna. Bardzo ważną jej częścią są także ludzie wraz z ich wiedzą. W niektórych publikacjach przestrzeń informacyjna bywa określana mianem środowiska informacyjnego lub ekosystemu informacyjnego. Wojnę informacyjną toczy się więc po to, aby przejąć kontrolę nad przestrzenią informacyjną przeciwnika i ochronić własną przed jego atakami.

Wbrew pozorom działania, które teraz określamy mianem wojny informacyjnej, nie są niczym nowym. Prowadzone były one niemalże od zarania dziejów ludzkości. Za jeden z pierwszych podręczników tego, co współcześnie nazywamy wojną informacyjną, uznać można napisany w VI w. p.n.e. przez chińskiego stratega, Sun Tzu, traktat „Sztuka wojny”. Mistrz Sun stwierdził w nim, iż wojna jest sztuką oszukiwania i mylenia, a zwycięstwo w niej można odnieść bez walki zbrojnej, umiejętnie manipulując poczynaniami przeciwnika. Mimo upływu prawie trzech tysięcy lat traktat Mistrza Sun nie stracił swojej aktualności. Podstawowym orężem wojny informacyjnej nadal jest dezinformacja, a celem – narzucenie swojej woli przeciwnikowi. Dezinformacji nie należy przy tym utożsamiać z kłamstwem. Polega ona bowiem na opartej o presupozycje i sugestie manipulacji informacją. Innymi słowy – chodzi o przekazanie przeciwnikowi mylnej informacji, w wyniku czego podejmie on błędną, czyli korzystną dla nas decyzję.

Bardzo ważnym i tradycyjnym działaniem (szpiegostwo jest wszak drugim najstarszym zawodem) w wojnie informacyjnej jest pozyskiwanie informacji. Bez niej nie można bowiem podjąć żadnej decyzji. Poza tym, jak pisał Mistrz Sun Tzu, „kto zna siebie i przeciwnika – wygra w każdej bitwie, kto zna tylko siebie lub tylko przeciwnika może wygrać lub przegrać, kto nie zna ani siebie ani przeciwnika – zawsze przegrywa”. Informacja jest więc podstawą każdych działań. Działania związane z pozyskiwaniem informacji określa się mianem wywiadu. W zależności od źródła pozyskiwanych informacji można mówić m.in. o wywiadzie osobowym lub inaczej agenturalnym, radiowywiadzie (pozyskiwanie informacji z wymiany korespondencji radiowej) czy tzw. białym wywiadzie. „Biały wywiad” nazywany jest też wywiadem jawnoźródłowym i polega na czerpaniu informacji z otwartych źródeł, tj. środków masowego przekazu, publikacji naukowych czy oficjalnie publikowanych dokumentów i raportów państwowych. Zaskoczeniem może być fakt, iż spora część zdobywanych przez wywiad informacji pochodzi właśnie z… jawnych źródeł. W pewnym sensie wszystkie źródła informacji uzupełniają się wzajemnie. Przygotowujący analizę wywiadowczą lub raport analityk może zweryfikować pochodzącą z jawnych źródeł wiadomość informacjami agenturalnymi, lub z radiowywiadu. Jednak nawet dokładna weryfikacja zdobytych informacji może okazać się zawodna w przypadku prowadzonej przez służby specjalne przeciwnika gry inspiracyjnej.

Grę inspiracyjną można nazwać walką umysłów. To właśnie w tej wielopłaszczyznowej grze szerokie zastosowanie znajduje dezinformacja. Gra ta bowiem polega na dostarczaniu przeciwnikowi odpowiednio spreparowanych informacji, na podstawie których podejmie on korzystną dla nas decyzję. Przykładem zakrojonej na szeroką skalę gry wywiadowczej może być poprzedzająca lądowanie w 1944 r. sił aliantów w Normandii operacja Fortitude. Innym przykładem może być dostarczenie w latach międzywojennych przez radziecki kontrwywiad polskiemu wywiadowi raportu o rozwoju radzieckiego przemysłu zbrojeniowego. Co ciekawe, raport ten był w znacznej części prawdziwy. Zafałszowane były w nim jedynie fragmenty dotyczące przemysłu lotniczego. Pojawiły się tam m.in. sugestie dotyczące rozpoczęcia przez ZSRR produkcji samolotów o napędzie rakietowym. Prace nad takimi samolotami były rzeczywiście prowadzone w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX w. z tym, że nie zakończyły się one sukcesem. Przykład ten potwierdza to, co już napisane było wcześniej, iż dezinformacja nie jest kłamstwem, lecz opiera się na sugestii i zręcznej manipulacji informacjami.

Pozostając przy tematyce wywiadowczej, w XXI w. można zaobserwować tendencję do prywatyzowania służb wywiadowczych. Z usług prywatnych agencji wywiadowczych korzystają już nie tylko firmy i olbrzymie transnarodowe korporacje, lecz również coraz częściej władze państwowe. Korzystanie przez władze państwowe z usług prywatnych firm wywiadowczych nie jest jednak niczym nowym. Podczas amerykańskiej wojny secesyjnej władze Unii korzystały z usług agencji detektywistycznej Pinkertona. Niestety, pomysł ten nie okazał się zbyt dobry. W trosce o swój zysk właściciel tej agencji Allan Pinkerton zasypywał swych mocodawców całą masą nie zawsze prawdziwych i rzetelnych, za to drogich informacji.

Nie mniej ważnym od pozyskiwania informacji o przeciwniku działaniem w wojnie informacyjnej jest ochrona własnych zasobów informacyjnych. Odpowiedzialność za to zadanie ponosi głównie służba kontrwywiadu. Realizując je, służba kontrwywiadu może podejmować zarówno działania ofensywne, jak i defensywne. Do działań o charakterze ofensywnym należą m.in. wspomniane gry inspiracyjne. Inną ich formą jest przeniknięcie do służb wywiadowczych przeciwnika, aby stamtąd pozyskiwać informacje o skierowanej przeciwko nam jego działalności wywiadowczej. Przykładem takiego działania może być pozyskanie przez KGB szefa kontrwywiadu Wydziału Radzieckiego i Wschodnioeuropejskiego CIA, Aldricha Amesa.

Kontrwywiad defensywny to m.in. kontrola dostępu do informacji niejawnych, a także ochrona elementów infrastruktury informacyjnej oraz ważnych dla bezpieczeństwa państwa osób. Funkcjonariusze służby kontrwywiadu weryfikują więc osoby mające dostęp do informacji niejawnych, a także kontrolują przestrzeganie procedur związanych z ochroną i obiegiem informacji. Zapewniają oni też ochronę kontrwywiadowczą różnych ważnych przedsięwzięć, takich jak m.in. wizyty głów państw czy duże transakcje gospodarcze. Do obowiązków funkcjonariuszy kontrwywiadu należy również prowadzenie szkoleń z zakresu ochrony informacji. W tym kontekście pojawia się kwestia informacji wrażliwej. Informacja wrażliwa nie jest ani tajna, ani nawet poufna. Znaczenie zyskuje ona dopiero w zestawieniu z innymi informacjami. Stanowi więc ona coś w rodzaju małego, pozornie nieistotnego puzzla, dzięki któremu układanka zyskuje sens, a naszym oczom ukazuje się kompletny obraz. Takie pozornie nieistotne informacje wrażliwe związane z podróżami niemieckich naukowców i zajmujących się przemysłem zbrojeniowym urzędników państwowych pozwoliły polskiemu wywiadowi w latach II wojny światowej ustalić położenie ośrodka doświadczalnego broni rakietowej w Peenemünde.

Wojna informacyjna, tak jak każda inna wojna, prowadzona jest w rzeczywistości przeciwko ludziom. Od „klasycznej” wojny odróżnia ją to, iż polem bitwy nie są w niej przestrzenie geograficzne, lecz ludzki umysł. Celem walki na tym specyficznym polu bitwy jest, oprócz wspomnianego już uzyskania prawdziwych informacji, narzucenie przeciwnikowi swojej woli. Dla osiągnięcia tego celu prowadzone są, zarówno w czasie pokoju, jak i wojny, specjalne operacje psychologiczne. Wbrew nazwie, z klasyczną psychologią kliniczną mają one niewiele wspólnego. Szerokie zastosowanie znajduje w nich za to psychologia społeczna i wykorzystujące jej mechanizmy socjotechniki. Z reguły stosuje się je po to, aby zmienić postawy i zachowania społeczeństwa przeciwnika na takie, które są dla nas korzystne. Podobnie jak w grach inspiracyjnych, tak i w operacjach psychologicznych szerokie zastosowanie znajduje dezinformacja. Do odbiorców dociera ona za pomocą plotek i pogłosek oraz propagandy.

Rozpowszechnianiem odpowiednio spreparowanych plotek i pogłosek zajmowali się specjalni agenci wpływu. Dziś w postaci fake newsów docierają one do nas głównie za pośrednictwem internetowych mediów społecznościowych. Rozpowszechniają je zaś nie tylko ludzie, tzw. trolle internetowe, lecz również działające w oparciu o sztuczną inteligencję boty. Niezmienny pozostaje ich cel – podważenie zaufania do władz i autorytetów społecznych, zasianie niepewności, rozbudzenie psychoz, np. szpiegomanii, oraz wywołanie paniki. W przypadku paniki nie chodzi tylko o ucieczkę z rzekomo niebezpiecznego miejsca, lecz także o wykupywanie różnych towarów, np. żywności lub paliwa.

Oprócz plotek i pogłosek szerokie zastosowanie w operacjach psychologicznych znajduje propaganda. Chociaż (tak jak plotki i pogłoski) jest ona nośnikiem dezinformacji, to jednak przypisywanie jej tylko tego jednego zadania byłoby dużym uproszczeniem. Propaganda odgrywa bowiem ważną rolę w komunikowaniu społecznym i kształtowaniu pożądanych postaw i opinii na ważne, związane np. z ochroną zdrowia lub środowiska naturalnego, problemy. Swoją złą sławę propaganda zawdzięcza dwóm totalitarnym państwom – III Rzeszy Niemieckiej i ZSRR, w których służyła do manipulacji emocjami wielkich mas społecznych. Dlatego też w wielu publikacjach, także o charakterze naukowym, dla określenia typowych dla niej działań używa się takich pojęć, jak np. kształtowanie opinii publicznej, public relations czy komunikacja strategiczna.

Ogólnie rzecz biorąc, propaganda kojarzy się ze środkami masowej komunikacji. Dociera ona do nas jednak także za pośrednictwem filmów fabularnych, literatury pięknej, a nawet i naukowej oraz… dzieł sztuki. Tak, jak już wspomniano, niekoniecznie musi ona zawierać dezinformację lub kłamstwa. Jednym z przyjętych naukowo kryteriów jej podziału jest nawet stopień zafałszowania treści. Zgodnie z nim, propagandę dzielimy na białą, której treść nie jest zafałszowana, a nadawca komunikatu znany; szarą, w której nie mamy zbytniej pewności co do prawdy, a i sam nadawca nie jest dokładnie określony; czarną, która może być zwykłą blagą, a jej autor nie tym, za kogo się podaje.

Tak jak w przypadku klasycznej lub inaczej „kinetycznej” wojny, tak i na wojnie informacyjnej różne typowe dla niej działania są od siebie zależne oraz wzajemnie się uzupełniają. Skuteczność działań psychologicznych zależy więc od… informacji o przeciwniku. Pozyskiwane dla potrzeb działań psychologicznych informacje dotyczą panujących w społeczeństwie przeciwnika nastrojów, stosunku ludności do władz państwowych, wewnętrznych konfliktów i spójności społecznej. Ważna dla planujących operacje psychologiczne specjalistów jest także wiedza o funkcjonujących w atakowanym społeczeństwie mitach i stereotypach. Nie bez znaczenia jest także znajomość języka. Nie chodzi przy tym o język literacki, lecz o różne gwary regionalne i żargony środowiskowe, a nawet wulgarny język ulicy. Znany radziecki spiker radiowy z lat II wojny światowej, Jurij Lewitan, szkoląc po wojnie spikerów dla rozgłośni radiowych republik radzieckich, zwracał szczególną uwagę na znajomość przez nich nie tylko miejscowego języka, lecz także lokalnych gwar i żargonów. Ciekawym przykładem zastosowania żargonu środowiskowego oraz typowej dla danego środowiska intonacji głosu w czarnej propagandzie wojennej były adresowane do Niemców audycje angielskiej rozgłośni dywersyjnej Gustav Siegfried Eins (GS 1). Audycje te miały sugerować istnienie antyhitlerowskiej opozycji w łonie najwyższego kierownictwa sił zbrojnych. Prowadzący te audycje uchodźca z Berlina, Peter Seckelmann, nie tylko świetnie posługiwał się żargonem wojskowym, lecz również doskonale naśladował sposób mówienia wyższych oficerów niemieckich. Znajomość zmieniającego się wszak w czasie żargonu wojskowego przebywający od 1938 r. w Wielkiej Brytanii Seckelmann uzyskał dzięki podsłuchom założonym w obozach dla jeńców.

Operacje psychologiczne to jednak nie tylko walka słowem. Zastosowanie znajdują w nich bowiem także socjotechniki siłowe. Do tych odrażających moralnie metod oddziaływania psychologicznego należą terror oraz gwałty. Chociaż są one zabronione przez prawo, także międzynarodowe, to jednak nadal znajdują się tacy, którzy nie wahają się ich używać. Pamiętać jednak należy, iż zabijać może także samo słowo. Nie chodzi jednak o zabójcze magiczne zaklęcia, lecz o tworzenie podziałów, sianie nienawiści i podżeganie do krwawych rozpraw z rzekomym wrogiem.

Inną i równie wątpliwą moralnie formą fizycznego prowadzenia wojny informacyjnej jest niszczenie infrastruktury informacyjnej przeciwnika. Z celowym niszczeniem stacji telewizyjnych mieliśmy do czynienia m.in. w 1999 r. podczas bombardowania przez NATO Federalnej Republiki Jugosławii. Atakiem na infrastrukturę informacyjną, w którym śmierć ponieśli niewinni ludzie, był dokonany w 2015 r. zamach terrorystyczny na redakcję francuskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”. Śmierć dziennikarzy „Charlie Hebdo” nie była przypadkiem. Priorytetowym celem fizycznych ataków w wojnie informacyjnej są bowiem dziennikarze, w tym przede wszystkim korespondenci wojenni. Oprócz nich mordowani lub zastraszani są także liderzy opinii publicznej oraz osoby cieszące się autorytetem społecznym.

Chociaż, jak już wspomniano, wojna informacyjna towarzyszy nam niemalże od zarania dziejów ludzkości, to jednak niektóre jej formy pojawiły się stosunkowo niedawno. Ich pojawienie się związane jest z rozwojem naukowo-technicznym. Do tych nowych form należą walka radioelektroniczna oraz, nazywane niekiedy wojną informatyczną lub cybernetyczną, działania w cyberprzestrzeni. Najstarszą z tych form jest walka radioelektroniczna (wre). Zaczęto ją bowiem prowadzić już na początku XX w. Jednym z pierwszych działań w ramach walki radioelektronicznej było pozyskiwanie informacji o przeciwniku, czyli inaczej radiowywiad. Początki radiowywiadu sięgają jeszcze czasów wojny rosyjsko-japońskiej, a za jego pioniera można uznać rosyjskiego admirała Stiepana Makarowa. Niewiele młodsza jest także inna forma prowadzenia walki radioelektronicznej – zakłócenia emisji radiowej. Pierwsze prymitywne działania tego typu na stosunkowo szeroką skalę prowadzono już podczas I wojny światowej. Do zakłócania korespondencji radiowej przeciwnika stosowano wówczas… samochody. Źródłem zakłóceń był pracujący silnik samochodu, w pobliżu którego ustawiano mikrofon transmitującej to zakłócenie radiostacji. Innym działaniem z zakresu walki radioelektronicznej jest wykrywanie i lokalizacja źródeł emisji radiowej, czyli radionamierzanie lub radiopelengacja.

Interesujący może być fakt, iż wśród państw pionierów walki elektronicznej znalazła się Polska. W działaniach tego typu Wojsko Polskie zadebiutowało już w latach 1919–20, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Ze znajdującej się wówczas na warszawskiej cytadeli radiostacji przechwytywano i zakłócano korespondencję radiową prącej na Warszawę Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

Najnowszą, bo zapoczątkowaną pod koniec XX w., formą wojny informacyjnej są działania w cyberprzestrzeni. Jeżeli dobrze się im przyjrzymy, to dostrzeżemy, iż praktycznie technika komputerowa służy atakującym do prowadzenia takich typowych działań wojny informacyjnej, jak: rozsiewanie dezinformacji, szpiegostwo oraz operacje psychologiczne. Niczym nowym nie jest także zakłócanie przepływu informacji. W przypadku wojny informacyjnej prowadzonej tradycyjnymi metodami temu celowi służy m.in. niszczenie infrastruktury informacyjnej. W walce radioelektronicznej odbywa się to za pomocą emisji zakłóceń radiowych. Natomiast w działaniach w cyberprzestrzeni celowi temu służą m.in. ataki DoS i DDoS. Przeprowadzający je haker blokuje atakowany serwer poprzez zasypanie go dużą liczbą fałszywych żądań. Atak DDoS różni się od ataku DoS tym, iż atakujący przeprowadza go nie ze swojego komputera, lecz z obcych komputerów, nad którymi skrycie przejął kontrolę. Tym samym utrudnione zostaje wykrycie rzeczywistego sprawcy ataku.

Atak na infrastrukturę i zasoby informacyjne przeciwnika można przeprowadzić także przy użyciu bomby logicznej. Z prawdziwą bombą praktycznie nie ma ona nic wspólnego, może tylko poza siłą zniszczenia, tyle że nie w wymiarze fizycznym, a informacyjnym. Bomba logiczna jest złośliwym oprogramowaniem, za pomocą którego można przejąć kontrolę nad zaatakowanym komputerem i skasować znajdujące się tam dane lub w ogóle uniemożliwić jego działanie.

W pewnym ogólnym sensie można więc uznać, iż technika komputerowa nie wprowadziła niczego nowego co do form wojny informacyjnej. Z całą pewnością wpłynęła za to na metody i jakość jej prowadzenia. Technika komputerowa (w tym sztuczna inteligencja) i systemy teleinformatyczne stały się wyjątkowo groźnym orężem w wojnie informacyjnej, czyniąc coraz bardziej prawdopodobnym zakładane przed wiekami przez mistrza Sun pokonanie przeciwnika bez użycia siły fizycznej. Przyczyną tego jest rosnące uzależnienie naszej cywilizacji od komputerów i systemów teleinformatycznych. Skutkiem tej zależności jest także to, iż praktycznie każdy z nas staje się, mimo woli, żołnierzem cyfrowego pola walki. Nie chodzi przy tym o to, żebyśmy jako tacy żołnierze dokonywali jakiś spektakularnych ataków. Chodzi przede wszystkim o działania stricte defensywne – ochronę własnej infosfery i przestrzeni informacyjnej instytucji, z którymi jesteśmy związani[1]. Pomocne nam w tym będą nasza wiedza i doświadczenie oraz zdolność do logicznego myślenia.

Rozwój systemów łączności oraz technik informatycznych sprawił, iż wojna informacyjna stała się w XXI w. swego rodzaju signum temporis. Doskonalone są jej formy i metody prowadzenia. Możemy przez to znaleźć się w stanie permanentnej informacyjnej wojny wszystkich ze wszystkimi. Wojny, która wepchnie nas w płynną nowoczesność i w orwellowską dystopię, w której wojna jest pokojem, wolność niewolą, a ignorancja siłą. Możemy się jednak przed tym wszystkim obronić, zdobywając wiedzę na temat wojny informacyjnej oraz ograniczając ją prawem międzynarodowym. Sama wiedza i ograniczenia prawne nie wystarczą. Konieczne jest także rozbudzenie szerszej świadomości zagrożeń oraz wspólne działanie, także metodami… wojny informacyjnej, ludzi pragnących żyć w normalnym, a nie dystopijnym świecie permanentnej wojny. Wojny, która prowadzona na płaszczyźnie informacyjnej, będzie nie mniej niszczycielska i krwawa, niż jej prowadzona przy użyciu przemocy zbrojnej odpowiedniczka.

[1] Pojęcie infosfery odnosi się do tych informacji, które są dostępne nam jako osobie; utrwalone w naszej pamięci lub zdobyte ze źródeł zewnętrznych.

Artykuł ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

Dyskusja o propozycjach Parlamentu Europejskiego zmian w traktatach konstytuujących Wspólnotę, z udziałem: Włodzimierza CIMOSZEWICZA, Marka BELKI, Leszka MILLERA, prof. Jana BARCZA, amb. Jana TRUSZCZYŃSKIEGO i prof. Renaty MIEŃKOWSKIEJ-NORKIENE.

Na zlecenie posła W. Cimoszewicza i zamówienie Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w PE  konferencję przygotowała i przeprowadziła w dniu 19 grudnia 2023 r. redakcja dwumiesięcznika „Res Humana”.

 

 

Nie jestem bezstronnym obserwatorem działań rządu powołanego 13 grudnia. Jestem zdecydowanie stronniczy. Mało tego, twierdzę, że sytuacja wyklucza komfort bycia bezstronnym, jak każde starcie dobra ze złem. Jeżeli ktoś zarzuci mi moralną egzaltację, odpowiem chłodno: zbyt głęboko wgryzałem się w historię mojego – dwudziestego – wieku, żeby nie rozpoznać zła w polityce. To prawda, że dzisiaj nie ma ono oblicza zbrodni. Ale sam fakt, że jego duch może powracać, budzi grozę.

Nie dam sobie odebrać nadziei, że zdecydowana większość z tych, którzy stoją w po tamtej stronie, po prostu żyje w niewiedzy. Nie wie na przykład, że Dmowski był twórcą polskiego faszyzmu, a polscy faszyści, jak Michał Howorka, byli mordowani w Auschwitz przez faszystów niemieckich. Że bycie w Polsce po stronie czegoś, co chociaż trochę trąci faszyzmem, zakrawa na absurd.

W świątecznej  „Gazecie Wyborczej” ukazały się dwie opinie dotyczące sposobu przejmowania kontroli nad zawłaszczonymi przez PiS instytucjami państwa. Pierwszą sformułowała Dominika Wielowieyska – pytając, czy PO wchodzi w buty PiS. Odpowiada, że cokolwiek nowa władza by zrobiła, będzie krytykowana albo za działanie na granicy prawa, albo za nieudolność. Opowiada się za ministrem Sienkiewiczem. Jak cała jej redakcja, która po zwycięstwie wyborczym PiS w 2015 roku przepowiadała, że demokracja w Polsce jest w niebezpieczeństwie.

Inaczej gość i felietonista „Gazety” Marcin Matczak. Martwi go,  że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego nawet wielcy prawnicy chcą Konstytucję łamać, by ją sklejać. Kończąc esej, przytacza historię opowiadającą o tym, jak strategia altruistyczna służy przetrwaniu wspólnoty. Głos Marcina Matczaka odbieram jako element strategii kandydata najbliższych wyborów prezydenckich. Szczerze będę popierał go w tym dążeniu, ale dzisiaj z jego wnioskami się nie zgadzam.

Strategię altruistyczną zastosował Donald Tusk w  2007 roku, gdy na stanowisku szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego pozostawił Mariusza Kamińskiego. Nie zdawał sobie wówczas sprawy, dlaczego strategia altruistyczna wobec polityków PiS nie może mieć zastosowania. Istotą tej strategii jest dialog, a PiS jest tworem adialogicznym z założenia (pamiętamy, jak Kaczyński dialogował z Lepperem i Giertychem). Manifestacją adialogiczności Prawa i Sprawiedliwości jest instytucjonalizacja kłamstwa, dlatego odebranie im mediów publicznych ma kardynalne znaczenie. Dlaczego w tym momencie przypomina mi się zryw wyzwoleńczy Litwinów, którego kulminacyjnym momentem było opanowanie stacji telewizyjnej w Wilnie?

Problem, przed którym stoi dzisiaj Donald Tusk, ma charakter polityczny, a nie prawny. Charakter polityczny w najgłębszym sensie polityczności: musi ustanowić ład i musi przywrócić wolność jednostki. Że ład ustrojowy nie został skruszony do końca, a jednostka mogła jeszcze nie dostrzec realnego zagrożenia, nie zmienia faktu, iż demokracją już nie byliśmy, a upatrzone jednostki poddane były opresji.

Za głosami wzywającymi do przestrzegania legalizmu stoi troska o pojednanie rozdartego społeczeństwa. Pozwolę sobie wyrazić wątpliwość. Jak interpretować to rozdarcie mając przed oczami dwa obrazy: ten z Warszawy z 1 października i ten z PiS-owskiej manifestacji w obronie „wolnych mediów”? Moim zdaniem teza o głębokim rozdarciu polskiego społeczeństwa jest nieprawdziwa. To rozdarcie diabolicznie reżyserował PiS. Mimo istniejących podziałów i konfliktów jesteśmy społeczeństwem relatywnie homogenicznym.

I wiemy, czym jest solidarność.

Zawłaszczone media publiczne trzeba było Prawu i Sprawiedliwości szybko odebrać. Jednak sposób, w jaki zabrał się do tego demokratyczny rząd, jest zaskakujący, a wydaje się przy tym niebezpieczny i niepokojący.

PiS zniszczyło mit niezależnych, bezstronnych środków masowego komunikowania, odgrywających rolę czwartej władzy. Szukaliśmy tego świętego Graala przez dwie i pół dekady, czasem zmierzając w stronę ideału, czasem gubiąc azymut. Po 2015 roku te media przekształcono w bezwstydną tubę propagandową grupy trzymającej władzę. Programy informacyjne stały się orwellowsko zakłamane, podporządkowane PR-owskiej strategii partii. Bezczelnie promująca tylko jeden punkt widzenia publicystyka była nie do zniesienia. Wszystkie kanały, anteny i programy w drastyczny sposób straciły widzów i słuchaczy; pozostało ich jednak na tyle wielu, że zunifikowany przekaz nabrał istotnego znaczenia politycznego. Bez wątpienia w znaczącym stopniu przyczynił się do zwycięstw Zjednoczonej Prawicy w latach 2019-2020 i do utrzymania siedmioipółmilionowego zasobu wyborców w ostatnim głosowaniu.

Płynące z ekranów i głośników komunikaty skutecznie podgrzewały nastroje, wywoływały złe emocje i utrwalały korzystne dla ówcześnie rządzących podziały w społeczeństwie. Ten system ma szansę być przedmiotem analiz na zajęciach dla studentów dziennikarstwa i nauk politycznych na świecie. Jego twórcy zostaną postawieni w jednym szeregu z najgorszymi postaciami znanymi z historii.

Po 15 października ton tych mediów, od jakiegoś czasu złowieszczo zwanych narodowymi, uległ zmianie tylko na chwilę; po czym ruszyły one do ataku ze zdwojoną energią. Przywrócenie ich właściwej roli było koniecznością ze względu na odbudowę ładu społecznego oraz dla umożliwienia nowemu rządowi prowadzenia odpowiedzialnej polityki.

Zastanawialiśmy się, jaki klucz (lub wytrych) do drzwi TVP, Polskiego Radia, PAP i siedemnastu regionalnych rozgłośni radiowych znajdzie minister Sienkiewicz. Chyba nikt nie spodziewał się, że podejdzie do nich z łomem. Dobrzy prawnicy są w stanie uzasadnić każde rozwiązanie, ale w tym przypadku zawiłe konstrukcje nie brzmią przekonująco. Podjęte ryzyko jest duże – co będzie, jeśli sąd odmówi wpisania zmian do Krajowego Rejestru Sądowego? Co z zasadą, iż lex specialis derogat legi generali? Więc pielęgnowaliśmy szczególny status publicznych spółek radiowych i telewizyjnych na próżno – można było odwołać się w każdej chwili wprost do kodeksu spółek handlowych?

Jeśli legalność tego rozstrzygnięcia zostanie podtrzymana, każdy następny minister kultury będzie dowolnie wymieniał skład rad nadzorczych i zarządów i dość bezpośrednio wpływał na kształt programów. W przypadku powrotu do władzy kiedyś partii radykalnych zostanie to zrobione z pełną brutalnością – niezależnie od tego, jakie przepisy zostaną teraz wymyślone i wdrożone.

PiS złapało wiatr w żagle. Jego absurdalne argumenty i teorie przez wielu mogą być teraz uznane za uprawdopodobnione.

Sprawa ma jeszcze drugie dno. Słyszeliśmy, że rząd ma gotowe scenariusze, że zastanawia się, który z nich zastosować. Albo były to pomysły niedoskonałe, albo w ogóle ich nie było. Zaś pod presją opinii publicznej władza podjęła kroki najprostsze (i mocno wątpliwe). Wymaga to postawienia fundamentalnego pytania: czy obóz demokratyczny jest naprawdę przygotowany do rządzenia?

Długo oczekiwany przełom

Po inauguracji X kadencji Sejmu i pierwszych decyzjach dotyczących wyboru kierownictwa najwyższego organu władzy państwowej doczekaliśmy się wreszcie przełomu. Odwrotu od realizacji autorskiego pomysłu prezesa PiS – dokończenia budowy niemal gotowego już modelu autorytarno-populistycznego reżimu władzy. Wbrew obawom, nie nastąpiło to w wyniku jakiegoś gwałtownego protestu czy przewrotu, lecz wydarzyły się „cuda”, których ci u nas dostatek. Tym razem ten cud to jednak bardziej wynik planowego procesu wyborczego. W głosowaniu powszechnym wygrała dotychczasowa opozycja, która zwarła swoje szeregi i uzyskała bezwzględną większość mandatów w obu izbach parlamentu.

Czego nie wiedzą nawet najstarsi górale?

Zaraz po wyborach optymiści odnotowali pierwsze przejawy zmian. Przychodzą one w niezbyt szybkim tempie i choć drobne to jednak w pożądanym społecznie kierunku. Trudno tylko przewidywać, jak długo jeszcze może potrwać cały proces przywracania normalności w państwie, czyli przywracania podstawowych zasad demokracji i praworządności.

Nie wiadomo, kiedy definitywnie zostanie ogłoszony koniec okresu autorytarno-populistycznych rządów prezesa PiS. Czy nastąpi to szybko i zgodnie z konstytucyjnymi regułami zmiany władzy, czy raczej proces ten potrwa dłużej niż osiem ostatnich lat? Czy pożądana normalność wróci w miarę szybko i zakwitnie już na wiosnę przyszłego roku po wyborach samorządowych? A może na potwierdzenie i ugruntowanie kierunku tego procesu trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej, do kolejnych wyborów do europarlamentu? Czy bardziej prawdopodobne jest oczekiwanie nawet ponad obiecane przez Donalda Tuska 400 dni, czyli do czasu kolejnych wyborów, tj. wyboru nowego prezydenta RP?

Na tak stawiane pytania nie ma, bo nie może być, jeszcze odpowiedzi. Zajmijmy się zatem najpierw analizą tych wydarzeń, które nastąpiły w okresie pierwszych dwóch miesięcy, czyli od czasu ogłoszenia wyniku wyborów 15 października do 12 grudnia, czyli wyboru nowego premiera, który w ramach polskiego porządku konstytucyjnego ma zdecydowanie największe uprawnienia i instrumenty do podejmowania decyzji w sprawie zmian.

Szklanka do połowy pełna

Na razie, z woli liderów, a następnie posłów koalicji partii demokratycznych zmieniono tylko tyle, na ile pozwalało prawo. Sprawnie przeprowadzono wymianę obsady władz obu izb parlamentu, uchwalono, wspartą półmilionowym poparciem zebranych podpisów, ustawę dot. refundacji in vitro z budżetu państwa, odwołano członków komisji lex Tusk. Uruchomiona została także procedura ustawodawcza dla ustanowienia kilku innych najbardziej pilnych ustaw i rezolucji, a także przeprowadzono wybór nowego Rzecznika Praw Dziecka oraz nowego członka Państwowej Komisji ds. Pedofilii.

Nastąpiła również powszechnie zauważalna zmiana stylu debaty politycznej. W Sejmie jest ona firmowana przez nowego marszałka, który z marszu efektownie zainicjował także swoją kampanię przed wyborami prezydenckimi 2025 r.

Wszystkie te i inne inicjatywy władzy ustawodawczej zapowiadającej dalsze zmiany były jednak tylko prostą konsekwencją werdyktu wyborców, potwierdzeniem woli do ich przeprowadzenia przez nową większość.

Dla dotychczas rządzących niespodzianką była najpierw porażka wyborcza oraz jej pierwsze konsekwencje. Porażka w wyborach do władz Sejmu i Senatu (prezydia izb i prezydia komisji). Kandydaci ugrupowania, które ponoć wygrało wybory, bo zdobyło największą liczbę mandatów, obsadziło przewodnictwo ledwie dwóch sejmowych komisji.

Nietrudno zauważyć, że pierwsze decyzje władzy ustawodawczej, choć mają znaczenie porządkowe czy symboliczne, wpływają także na zmiany dokonujące się w całym otoczeniu politycznym (np. przywracanie przez zwierzchników do pracy represjonowanych przez reżim PiS).

Niemal błyskawicznie wykonana została likwidacja wstydliwych dla wizerunku instytucji władzy państwa barier ochronnych ustawionych wewnątrz (dla dziennikarzy) i na zewnątrz (dla wyborców) parlamentu. Inna porządkowa decyzja marszałka, zapowiedziany zakaz wstępu do parlamentu prywatnej gwardii liktorów, czyli ochrony prezesa PiS, miała już tylko charakter procesu in statu nascendi, czyli istniała tylko w „trakcie tworzenia”, ponieważ cała procedura została zahamowana w gąszczu biurokratycznych przepisów.

Poważniejsze problemy związane były z oczekiwaniami szybkiej zmiany władzy wykonawczej. Okazało się, że dopiero od daty 12–14 grudnia 2023 r. można było oczekiwać radykalnego przyspieszenia wprowadzanych zmian podejmowanych na podstawie kompetencji rządu. Zwycięskich wyborców cechuje jednak optymizm. Chcą wierzyć, że nieuchronna zmiana władzy wykonawczej nie wpłynie na zmianę siły nurtu przemian, rozliczenia winnych, stąd opóźnienie w przejmowaniu władzy i wynikłe z tego szkody w postaci różnych decyzji ustępującego rządu będzie można później skorygować, a nawet odwrócić.

Szklanka do połowy pusta

Dla pesymistów zmiany były mniej zauważalne. Różnicę stanowi to, że sceptycy mają uzasadnione wątpliwości co do prawdziwości tezy o zachodzącym realnym przełomie. Wskazują, że przeszłość w polskim Sejmie ma się dobrze. Sprzeciw wobec uchwalenia ustawy o finansowaniu in vitro wyraziło tylko 102 posłów PiS, którzy najpierw odwoływali się w swoim ślubowaniu do pomocy Boga, a później głosowali „za” albo też wstrzymali się od głosu. Czy nie czeka ich alternatywa wyboru mniejszego zła? Wybór jest taki, że mogą tylko czekać na wezwanie na dywanik do biskupa, albo spodziewać się wyzywania z ambony przez swojego proboszcza. Po takim traumatycznym doświadczeniu może ci posłowie nie będą już tacy wyrywni do dyskusji i podobnego głosowania w sprawie nowej ustawy o aborcji, czy może nawet opodatkowania kleru?

Ponieważ nikt nie wie, jak to wszystko potoczy się i zakończy, może więc należy te wszystkie dotychczasowe zmiany potraktować jako „słomiany ogień”, pierwsze jaskółki wiosny w zimie? W sumie czyż nie były to jak dotąd najłatwiejsze do przeprowadzenia przejawy odwrotu od dotychczasowej polityki państwa, które wcale nie mają charakteru systemowej rekonstrukcji? I skoro zmiany wynikają tylko z prostej arytmetyki wyborów, to może lepiej poczekać do pierwszych decyzji nowego rządu i przebiegu prac pierwszych trzech ustanowionych komisji śledczych?

Pierwszy hamulcowy

Urzędujący prezydent RP desygnował na urząd prezesa Rady Ministrów dotychczasowego premiera. Uzasadnił tę swoją niefortunną i jakże kosztowną decyzję tym, że pozwala mu na to Konstytucja. Kandydat wywodził się wszak ze Zjednoczonej Prawicy na czele z PiS, które jest także matecznikiem Andrzeja Dudy. Wbrew temu, co głosi propaganda, ugrupowanie to wcale nie wygrało wyborów, mimo że zdobyło najwięcej mandatów. Wybory są po to, aby w przypadku braku bezwzględnej większości jednej partii doprowadzić do wyłonienia większości złożonej z koalicji parlamentarnej zdolnej do utworzenia rządu. I takie pierwszeństwo wykonania tego zadania konstytucyjnego spoczywa na prezydencie. Miał wysondować, które stronnictwa byłyby skłonne ustanowić koalicję z PiS. Żaden lider partii, która znalazła się w Sejmie, nie wyraził takiej woli – a jednak wybór kandydata na szefa nowego rządu padł na ustępującego premiera. Tłumaczenie, że wybrany kandydat miał zapewnić głowę państwa o zdolności do zapewnienia poparcia większości sejmowej i uzyskania wotum zaufania dla swojego rządu od początku było, jeśli nie śmieszne, to mało prawdopodobne. Deklaracje wszystkich liderów koalicji demokratycznej były jednoznaczne. Wypowiedziany został także ważki (dla prawicy) argument, że w Polsce rzekomo jest taka tradycja, aby pierwszeństwo w ustanowieniu rządu powierzyć kandydatowi z tej partii, która uzyskała największą liczbę mandatów, a nie koalicji partii dysponującej bezwzględną większością.

Słaby kandydat na premiera

Misję utworzenia rządu prezydent powierzył zatem przedstawicielowi ancien regime’u, który dał się poznać jako kandydat ewidentnie mało wiarygodny: politycznie, społecznie i