Strach lub lęk przed obcym w każdym społeczeństwie, szczególnie w państwach narodowych, drzemie w różnorodnych pokładach społecznego imaginarium ukształtowanego przez doświadczenia historyczne oraz nosi (najczęściej) utylitarny politycznie charakter jako narzędzie kreowania nastrojów społecznych. Na końcu tych procesów pojawia się bezwzględna, wewnętrzna rachuba elit dotycząca instrumentalizacji uzysku politycznego oraz budowania poparcia, które podlega weryfikacji w procesie walki wyborczej.
Tłumienie protestów społecznych od 2011 r., wywołanych tzw. Arabską Wiosną, oraz brutalna wojna domowa w Syrii prowadzona wobec społeczeństwa przez reżim ówczesnego prezydenta Baszszara Hafiza al-Asada [dalej: Asad] spowodowały ucieczkę z tego państwa ponad 6,7 mln obywateli, głównie do krajów ościennych: Libanu, Jordanii i Turcji. Do Turcji przybyła – a dokładniej została przyjęta – największa grupa uchodźców z Syrii: 3,7 mln osób.
Stąd próba przedstawienia ewolucji wewnętrznej tureckiej dynamiki zmian stosunku wobec uchodźców syryjskich w okresie od 2012 do 2026 r. może ujawnić określone kardynalne cechy charakterystyczne, tj. uniwersalne procesy zachodzące – bez względu na różnice przypadków – w każdym innym kraju przyjmującym uchodźców.
I. Okres pierwszy: „polityka otwierania granicy” 2012–2015
Prezydent Erdoğan: „Dopóki sprawujemy władzę w tym kraju, nie wyrzucimy sług Allaha, którzy szukają u nas schronienia, w ramiona morderców”.
W czasie rządów ówczesnego premiera Ahmeta Davutoğlu nie miała miejsca jednorazowa, oficjalna data otwarcia granicy dla uchodźców z Syrii, gdyż wraz z wybuchem wojny domowej w Syrii w 2011 r. proces otwierania granic przez władze w Ankarze miał charakter stopniowy (uzależniony od prób negocjowania przez Turcję z Asadem zmiany podejścia do wojny, które zakończyły się fiaskiem). Polityka ta, realizowana w trakcie sprawowania przez Davutoğlu funkcji ministra spraw zagranicznych, a następnie premiera, znajdowała odzwierciedlenie w natężeniu ruchu na przejściach granicznych w zależności od sytuacji humanitarnej i intensywności konfliktu.
Zaznaczyć należy, że do Turcji przybywały różne grupy etniczne z Syrii: głównie bliscy etnicznie, narodowościowo i kulturowo Turkom syryjscy Turkmeni, bliscy religijnie syryjscy Arabowie oraz syryjscy Kurdowie – przy czym Turcja od dziesięcioleci borykała się z problemem separatyzmu, a w oficjalnej narracji – terroryzmu kurdyjskiego. Dynamika uchodźcza gwałtownie wzrosła w 2014 r. w wyniku działań tzw. Państwa Islamskiego w Syrii.
Istotne jest podkreślenie, że w ośrodkach uchodźczych – zlokalizowanych głównie w południowych, przygranicznych regionach Turcji – zapewniono miejsce dla ok. 10% Syryjczyków. Pozostała, dominująca ich część emigrowała do największych skupisk miejskich w nadziei znalezienia ekonomicznych możliwości przetrwania.
Polityczna narracja władz w pierwszym okresie:
Problem rosnącej do skali kilkumilionowej grupy uchodźców – a przede wszystkim potencjalnych skutków, od ekonomicznego obciążenia po kontrolowanie reakcji społecznych wobec tej grupy – tworzył zarówno zagrożenia, jak i szanse dla władz w Ankarze. Dominującą narrację wewnętrzną budowano w oparciu o pojęcia braterstwa, islamskich zasad miłosierdzia oraz solidarności z ofiarami. Taki wizerunek „opiekuńczo-współczującej polityki” realizowany był w praktyce poprzez: (a) budowę z funduszy centralnych ośrodków uchodźczych, (b) zobowiązanie samorządów lokalnych oraz administracji centralnej wielkich aglomeracji – zdominowanych przez rządzącą partię – do absorpcji uchodźców, (c) nadanie uchodźcom statusu „czasowej ochrony” (niebędącego pełnym odpowiednikiem prawa azylowego, w tym ochrony międzynarodowej w rozumieniu np. prawa UE), przyznającego im prawa do opieki zdrowotnej na równi z obywatelami Turcji oraz prawa edukacyjne dla dzieci syryjskich.
W polityce wewnętrznej takie podejście miało umacniać konserwatywno-islamskie poparcie elektoratu na rzecz partii rządzącej nieprzerwanie od 2002 r. Jednocześnie powodowało mobilizację samorządów opozycyjnych w rywalizacji o okazywanie „troski wobec pokrzywdzonych”.
Stosunek społeczeństwa:
W pierwszych dwóch latach napływu uchodźców z Syrii stosunek społeczeństwa tureckiego do Syryjczyków był zasadniczo pozytywny i oparty na wartości „gościnności” (która w świadomości społecznej posiada istotny walor odróżniający Turków od innych narodów), solidarności z Syryjczykami jako ofiarami reżimu Asada oraz – nie umniejszając jej znaczenia – religijnej, muzułmańskiej tożsamości i braterstwie. Ten ostatni czynnik miał jednak relatywnie ograniczony zasięg oddziaływania (turecka odmiana sunnizmu – określana jako „synteza tureckiego islamu” – znacznie różni się od islamu syryjskiego).
Na tle tych początkowo pozytywnych reakcji badania zaczęły wskazywać na pojawienie się zjawiska dywersyfikacji, a następnie racjonalizacji percepcji wobec uchodźców. Głównie z uwagi na trudności gospodarcze Turcji oś postrzegania koncentrowała się wokół problemu „trwałości” pobytu Syryjczyków. 84% społeczeństwa postrzegało ich jako gości, jednak uważało, że po zakończeniu wojny powinni oni powrócić do swoich krajów oraz że nie należy przyznawać im obywatelstwa (obawy przed ewentualnymi zmianami cenzusu narodowościowego w lokalnych społecznościach).
II. Okres drugi: dywersyfikacja i eskalacja napięć społecznych – spadek akceptacji (2016–2021)
a. Dyskontowanie przez Ankarę kontekstu międzynarodowego
Na fali europejskich obaw przed kolejnym napływem uchodźców, po doświadczeniach decyzji kanclerz Merkel o otwarciu granic i przyjęciu setek tysięcy uchodźców (głównie z Syrii) latem 2015 r. („Wir schaffen das”), UE podjęła negocjacje z władzami tureckimi na rzecz utrzymania uchodźców na jej terytorium i przeciwdziałania migracji, w tym szczególnie nielegalnej (tzw. szlak bałkański).
Władze w Ankarze wyliczyły, iż do 2017 r. utrzymanie uchodźców kosztowało budżet państwa ok. 40 mld USD. W takim kontekście jasne było żądanie Erdoğana, aby UE przekazała do dyspozycji władz tureckich deklarowaną kwotę 6 mld euro pomocy. Z kolei Bruksela warunkowała jej uruchomienie realizacją wspólnych programów wsparcia uchodźców. Ankara wzmacniała swoją pozycję negocjacyjną groźbą „otwarcia granic” z Grecją, Bułgarią oraz na Morzu Egejskim.
W ramach tych sprzężeń zwrotnych władze tureckie opierały swoją narrację wobec państw europejskich na wskazywaniu wzrostu nacjonalizmu, ksenofobii i islamofobii w Europie.
b. Wzrost napięć i antysyryjskich nastrojów
Przekaz ten spotykał się z pozytywnym odbiorem w społeczeństwie tureckim, łagodząc narastające napięcia społeczne oraz wzmacniając stabilność bazy wyborczej. Było to szczególnie istotne w kontekście wyborów parlamentarnych w 2015 r., które doprowadziły do utraty samodzielnej większości przez partię Erdoğana, a następnie ich powtórzenia w listopadzie tego samego roku przy wsparciu ugrupowań ultranacjonalistycznych.
Badania socjologiczne z lat 2014–2017 wskazują, że Syryjczycy zaczęli być postrzegani jako zagrożenie dla integralności kulturowej, porządku społecznego, gospodarki, bezpieczeństwa oraz równego dostępu do usług publicznych. Wzrosły obawy przed nadawaniem obywatelstwa, zmianami demograficznymi, rozrostem szarej strefy i przestępczości.
Zjawiska te prowadziły do eskalacji przemocy wobec uchodźców, aktów agresji, podpaleń i linczów (m.in. w Gaziantep). Organizacje praw człowieka alarmowały o narastającej mowie nienawiści, podczas gdy organizacje społeczeństwa obywatelskiego kontynuowały działania integracyjne mimo ograniczonych zasobów.
W odpowiedzi Ankara przesunęła akcenty polityki, proponując utworzenie stref bezpieczeństwa w północnej Syrii i wspieranie „dobrowolnych powrotów”. Realizacją tego celu były cztery operacje wojskowe w latach 2017–2019, które jednocześnie przeciwdziałały planom kurdyjskiej autonomii.
Problem uchodźców został częściowo przesunięty na dalszy plan po nieudanej próbie zamachu stanu w 2016 r. i wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego. Zmiany konstytucyjne z 2017 r. umożliwiły dalszą centralizację władzy. Jednocześnie Erdoğan w wyborach 2018 r. podkreślał, że trwałym rozwiązaniem jest zapewnienie uchodźcom pokoju w ich ojczyznach, przy zachowaniu zasady dobrowolności powrotów.
III. Okres ostatni – dzień dzisiejszy: 2022–2026
Wątek uchodźczy został zdominowany przez społeczne oczekiwania i żądania odesłania Syryjczyków do Syrii.
(1) Dochodziło do eskalacji przemocy fizycznej i werbalnej, zamieszek ulicznych i prowokacyjnych ataków (m.in. w Kayseri).
(2) Dane urzędowe wskazują na stopniowe zmniejszanie liczby Syryjczyków objętych ochroną czasową. Do grudnia 2024 r. Turcję opuściło dobrowolnie ok. 704 tys. uchodźców.
Polityczny utylitaryzm problemu uchodźców ujawnił się szczególnie w wyborach prezydenckich 2023 r., gdy główny kontrkandydat Erdoğana, Kemal Kılıçdaroğlu, uczynił hasło „odesłania wszystkich uchodźców” centralnym elementem kampanii.
Władze tureckie konsekwentnie podkreślają, że sytuacja pozostaje pod kontrolą dzięki polityce „dobrowolnego, godnego i bezpiecznego powrotu”, wspieranej m.in. przez projekty budowy domów w północnej Syrii, realizowane przez tureckie firmy.
Ostatnim aktem wskazującym na utrzymujące się napięcia polityczne była medialna debata wokół rozbieżnych danych dotyczących liczby powracających uchodźców, przedstawianych przez tureckie MSW oraz ambasadę w Damaszku.
Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Urzędu ds. Migracji, w Turcji przebywa obecnie 2 mln 255 tys. 31 Syryjczyków objętych ochroną czasową, a łączna liczba dobrowolnych powrotów od 2016 r. wynosi 1 mln 440 tys. 123 osoby.
Rozpoczęte w 2015 r. prace budowlane nad żelbetowym murem na granicy z Syrią, Irakiem oraz częściowo z Iranem zostały ukończone w celu przeciwdziałania zagrożeniom terrorystycznym, nielegalnej migracji i przemytowi.
Dyplomacja bywa wojną prowadzoną innymi środkami, by odwrócić słynną tezę von Clausewitza. Zwłaszcza wtedy, gdy nawet przewaga technologiczna jednej ze stron nie przekłada się na zwycięstwo na polu walki. Bombardowania ustępują wówczas miejsca naciskowi politycznemu, a tam, gdzie nie starczało własnego arsenału, można posłużyć się i cudzą siłą. Kolejne rozmowy stają się etapami tej samej konfrontacji, niekoniecznie jej zakończeniem.
Tak właśnie należy czytać podpisane pod koniec czerwca 2026 roku porozumienie ramowe między Izraelem a Libanem. Nie jest to dokument regulujący sytuację na południu kraju ani techniczny harmonogram rozbrojenia Hezbollahu. To pierwsza próba narzucenia powojennego porządku bezpieczeństwa przez stronę, która tego porządku nie zdołała wywalczyć na polu bitwy – i która próbuje teraz osiągnąć przy stole negocjacyjnym to, czego nie osiągnęła w boju.
Zrozumienie tego dokumentu wymaga spojrzenia na cztery równoległe procesy przecinające się właśnie w Libanie: rywalizację Izraela z Iranem, redefinicję polityki Stanów Zjednoczonych wobec Bliskiego Wschodu, wewnętrzny kryzys państwowości libańskiej oraz spór o przyszłość Izraela jako regionalnego mocarstwa. Dwa pierwsze są tu kluczowe – i właśnie na nich warto się skupić.
Wojna bez zwycięzcy
Izraelska strategia walki ostatnich lat bazuje na tzw. koncepcji Mabam (hebr. ma’arachah beyn ha-milchamot) czyli „kampanii między wojnami”. Jej istotą nie jest jednorazowe spektakularne zwycięstwo, lecz stopniowe osłabianie i wyniszczanie przeciwnika: szybkie i w zamyśle precyzyjne uderzenia, operacje wywiadowcze, cyberataki, sabotaż – wszystko prowadzone poniżej progu pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego.
W praktyce ten model przybrał formę ciągu kolejnych wojen: inkursje w Syrii, nieustające starcia z Hamasem i Hezbollahem, atak na Iran w czerwcu 2025 r., naloty na Dohę jesienią tego samego roku, wreszcie wojna rozpoczętą przy pełnym zaangażowaniu USA przeciwko Iranowi z końcem lutego 2026 r. i ostatecznie najazd na południowy Liban. Razem stały się testem doktryny Mabam w największej jak dotąd skali, a przy tym ujawniły jej ograniczenia. Izraelskie media i wojskowi z rozmysłem podkreślają, że Hezbollah poniósł najpoważniejsze straty od dekad, a znaczna część jego infrastruktury legła w gruzach. Podobnie Iran miał doznać w obu konfrontacjach poważnych zniszczeń. Taktyczny sukces okazał się jednak strategicznie połowiczny: Iran nie tylko nie utracił pozycji regionalnego gracza, ale zyskał dodatkowe atuty – zachował wpływy w Libanie, Iraku i Jemenie, narzucił nową narrację wokół Cieśniny Ormuz, a do tego zdołał powiązać kwestie bezpieczeństwa regionalnego z własnymi rozmowami ze Stanami Zjednoczonymi. Hezbollah nie został rozbrojony ani wyeliminowany z libańskiego życia politycznego. Izrael, mimo przewagi militarnej, nie zdobył pozycji pozwalającej jednostronnie narzucić warunki powojennego ładu.
To rozróżnienie – między zwycięstwem na polu bitwy a zdolnością do politycznego ukształtowania pokoju – jest kluczem do zrozumienia istoty obecnego porozumienia. Tego, czego nie udało się wymusić siłą, próbuje się dziś wymusić podpisem.
Liban jako pole sporu, nie tylko jego przedmiot
Sam proces dochodzenia do porozumienia pokazał, jak bardzo gra dotycząca losów Libanu toczy się dziś poza nim. Ale gra ta dotyczy też nie tylko Libanu. Najdobitniej świadczą o tym równoległe rozmowy: w Waszyngtonie nad przyszłością południowego Libanu, w Szwajcarii nad mechanizmami zapobiegającymi ponownej eskalacji wojny z Iranem. Teheranowi udało się narzucić własną wizję bezpieczeństwa, wiążąc los Libanu z szerszym procesem normalizacji ze Stanami Zjednoczonymi – co część izraelskiego kierownictwa odebrała jako niebezpieczny precedens: o status quo na północnej granicy Izraela zaczyna współdecydować Teheran.
Stany Zjednoczone próbują dziś pogodzić dwa cele, które jeszcze niedawno wydawały się sprzeczne: utrzymanie strategicznego partnerstwa z Izraelem oraz zbudowanie minimalnych warunków do porozumienia z Iranem. Spór ten ma jednak drugie, mniej eksponowane dno – dotyczy nie tylko polityki wobec Teheranu, lecz samej natury sojuszu USA–Izrael. Zwolennicy linii J.D. Vance’a uznają, że Ameryka osiągnęła granice zdolności do angażowania się w kolejne bliskowschodnie wojny, a to oznacza również ograniczenie swobody działania Izraela – sojusznika, którego polityka regionalna nie może dyktować Waszyngtonowi priorytetów. Stronnicy linii reprezentowanej przez Marco Rubio odwracają tę hierarchię: to nie sojusz z Izraelem ma służyć amerykańskim celom, lecz bezpieczeństwo Izraela pozostaje nadrzędnym interesem USA, więc każde ograniczenie izraelskiej swobody działania jest ustępstwem wobec Iranu, okupionym osłabieniem pozycji Ameryki w regionie. To nie jest więc wyłącznie spór o Iran. To spór o to, kto wobec kogo ma podporządkowaną politykę – Izrael wobec Ameryki czy Ameryka wobec izraelskich celów regionalnych. Liban stał się polem tego sporu poniekąd przypadkiem, tylko dlatego, że to tam akurat trzeba było podpisać dokument.
Sam dokument, który po części wynika z tej dysputy, najlepiej pokazuje, czyim interesom służy. Wbrew oficjalnej narracji o odzyskanej libańskiej suwerenności, porozumienie nie tworzy symetrii zobowiązań. Większość konkretnych postanowień dotyczy Libanu: odbudowa monopolu państwa na użycie siły, przejęcie kontroli nad południem kraju, rozbrojenie ugrupowań pozapaństwowych, gwarancja, że libańskie terytorium nie posłuży ponownie do działań przeciw Izraelowi. Zobowiązania Izraela są natomiast opisane znacznie luźniej – wycofanie wojsk powiązano z kolejnymi etapami procesu, zachowując przy tym szeroką interpretację prawa do samoobrony, która pozostawia izraelskiej armii swobodę dalszych działań na terytorium Libanu, a zdaniem krytyków porozumienia – realnie ogranicza samodzielność operacyjną samej armii libańskiej
Asymetria ta odzwierciedla realny układ sił: Izrael dysponuje przewagą militarną, ale nie zwycięstwem politycznym; Liban nie przegrał wojny jako państwo, lecz jest zbyt słaby, by narzucić własne warunki. Zawarty układ nie naprawia tej nierównowagi – petryfikuje ją.
Sekwencja, na której zbudowano porozumienie – najpierw rozbrojenie Hezbollahu, potem rozmieszczenie armii libańskiej, dopiero na końcu pełne wycofanie wojsk izraelskich – jest w związku z tym pułapką dla libańskiej suwerenności. Hezbollah nie jest organizacją działającą w próżni; to partia polityczna, struktura społeczna i najpotężniejsza siła militarna w kraju poza armią. Jego rozbrojenie nie jest operacją policyjną, lecz żądaniem przebudowy całego wewnętrznego układu sił – warunkiem, którego spełnienie jest dziś najmniej prawdopodobnym elementem całego dokumentu. Jeżeli Hezbollah pozostanie uzbrojony, Izrael zachowa pretekst do obecności wojskowej. A jeżeli Izrael pozostanie na południu kraju, Hezbollah zachowa pretekst do zbrojenia się. Państwo libańskie może znaleźć się w potrzasku: zbrojenie się jednej strony usprawiedliwia inwazyjną obecność drugiej – uwięzione w tym zapętleniu, nie dysponuje żadnymi narzędziami, by je przełamać.
Porozumienie bez legitymizacji
Krytycy porozumienia w Bejrucie sięgają po analogię, która nie jest retoryczną przesadą, lecz precyzyjnym ostrzeżeniem historycznym: porozumienie z 17 maja 1983 roku.[1] Także ono zostało zawarte pod silną presją zewnętrzną, także miało zagwarantować bezpieczeństwo i wycofanie wojsk – i także upadło, bo zabrakło mu tego, czego nie da się zdecydować poza samym Libanem: społecznej legitymizacji. Dokument ostatecznie nigdy nie wszedł w życie, zerwany pod naciskiem wewnętrznym niespełna rok po podpisaniu. Wniosek z tej analogii jest prosty i bezlitosny: porozumienie bezpieczeństwa bez akceptacji społecznej nie jest porozumieniem – jest odroczonym zerwaniem pokoju.
Protesty uliczne, które towarzyszyły rozmowom w Bejrucie, są dokładnie tym samym sygnałem co w 1983 roku, tyle że wysyłanym wcześniej. Świadczą, że umowę prezentowaną przez rząd jako świadectwo odzyskania suwerenności znaczna część libańskiego społeczeństwa odczytuje odwrotnie – jako zgodę na utrwalenie izraelskiej przewagi pod przykrywką dyplomatycznego sukcesu. Krytycy zarzucają władzom nie tylko uległość wobec amerykańskiej presji, lecz coś poważniejszego: rezygnację z korzystniejszej pozycji negocjacyjnej, jaką dawał brak pełnego zwycięstwa militarnego Izraela. Zamiast wykorzystać tę słabość przeciwnika, Bejrut – zdaniem krytyków – dał mu za darmo narzędzie do realizacji własnej strategii: swój podpis. Jeśli libański rząd straci legitymację w oczach tej części społeczeństwa, która już teraz wychodzi na ulice, wraz z politycznym kryzysem pojawi się widmo nowej wojny domowej.
To właśnie ten podpis jest dziś głównym narzędziem izraelskiej strategii — bo Mabam nie zniknęła wraz z zawieszeniem broni. Zmieniła jedynie narzędzia. Tam, gdzie wcześniej działały naloty i operacje specjalne, dziś decydują warunki polityczne, mechanizmy nadzoru i uzależnianie każdego kolejnego etapu od rozbrojenia przeciwnika. Izrael nie potrzebuje już militarnej klęski Libanu – wystarczy podpis libańskich władz pod dokumentem, który formalnie dotyczy spornych terenów przygranicznych, faktycznie zaś utrwala przewagę Izraela i nakłada twarde ograniczenia niemal wyłącznie na drugą stronę. Dzięki temu Izrael i USA mogą twierdzić, że to Liban – nie wojna – zdecydował o nowych regułach, a Iran stracił podstawę do ingerowania w libańskie sprawy, skoro Bejrut sam zaakceptował nowy porządek. To różnica zasadnicza: porażka wymuszona wojną rodzi opór, ustępstwo podpisane dobrowolnie odbiera przeciwnikowi argument moralny.
Od tego, która z dwóch wizji amerykańskiej polityki okaże się trwalsza, zależy, czym ostatecznie stanie się obecne porozumienie. Zwycięstwo opcji ograniczania zaangażowania oznaczałoby realną szansę na deeskalację i wzmocnienie libańskich instytucji, ale kosztem przyznania Iranowi i Hezbollahowi faktycznych, trwałych zysków politycznych, które wojna miała im odebrać. Zwycięstwo opcji dalszej presji oznaczałoby realizację dyplomacją tego, czego nie osiągnięto na polu walki – ale bez gwarancji trwałości, z realnym ryzykiem wznowienia działań militarnych i wysoce prawdopodbnym zablokowaniem normalizacji stosunków państw Zatoki Perskiej z Iranem, w którym to procesie Liban zostaje zredukowany do instrumentu cudzej strategii.
Tym właśnie różni się ten dokument od projektu pokojowego: pokój zakłada akceptację nowej równowagi przez obie strony – to porozumienie utrwala istniejącą nierównowagę w interesie jednej z nich. Podpisanie go w obecnym kształcie nie kończy wojny izraelsko-libańskiej – przenosi ją z pola walki na cierpliwy traktatowy papier, pogłębia podziały wewnątrz Libanu i oddala normalizację relacji amerykańsko-irańskich, która – jak pokazują rozmowy w Szwajcarii – jest dziś bliżej niż kiedykolwiek od czasu rewolucji 1979 roku. A Liban nie jest tu stroną negocjacji. Ponosi ich koszty.
[1] Porozumienie z 17 maja 1983 r. zawarto w trakcie libańskiej wojny domowej, po izraelskiej inwazji na Liban rok wcześniej i oblężeniu Bejrutu – formalnie jako odpowiedź na transgraniczne ataki. Przewidywało wycofanie wojsk izraelskich ze stolicy oraz ramy normalizacji dwustronnych stosunków. W czasie negocjacji terytorium Libanu pozostawało pod podwójną okupacją wojskową: izraelską i syryjską.
Jako czytelnicy generalnie mamy ostatnio szczęście do dobrych biografii, choć książka mająca podtytuł Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis klasyczną biografią jednak nie jest. Wiedzie nas bowiem nie tyle przez trudny życiorys bohaterki, ile po drogach jej myśli, zahaczając jedynie tu i tam o wybory polityczne i życiowe.
Co prawda jeden z „opiniotwórczych” portali internetowych pozwolił sobie zakwalifikować książkę Krzysztofa Katkowskiego jako story o mylnych życiowych wyborach Staniszkis, z akcentem na życie towarzyskie i uczuciowe, ale nie jest to prawda; o tym w Radykalnej jest naprawdę malutko i to tylko jako wątek poboczny. Niemniej jednak czyta się tę książkę dobrze, mnie zajęła dwa wieczory z przerwą na kawę, choć jej lektura nie jest dla każdego czytelnika, a przynajmniej nie dla nieobznajomionego z dziejami polskiej socjologii. Składa się w większości z rozmów Autora z najlepszymi polskimi socjologami, którzy starają się opisać postać swojej wybitnej koleżanki bez nadmiernego sentymentu i obiektywnie. Sam ton rozmów jest jak najbardziej rzeczowy, a ci co nie chcieli się wypowiadać lub dawali upust swoim zadawnionym żalom i przeróżnym pretensjom, znaleźli się na marginesach Radykalnej.
Daje to w sumie obraz Staniszkis dość obiektywny i wielowątkowy, na tyle na ile można to sobie dziś wyobrazić. Mamy tu i prof. Jerzego Wiatra z lewicy i prof. Piotra Glińskiego z PiS oraz doskonałe grono ludzi, których wiązała Karowa i okolice. A jest to grupa niemała, elita ówczesnej i współczesnej Polski. To z niej Staniszkis wyrosła, choć szybko zajęła oddzielny pokój, tworząc z siebie osobę-instytucję, która przez wiele dziesięcioleci wpływała na ton i tok polskiego życia intelektualnego. Była bowiem nie tylko uczoną, ale prowadziła „oralną narrację publiczną” gdzie tylko mogła, a także lokowała się silnie po stronie bieżącej polityki, za co była krytykowana.
Nurt rozliczeniowy z tymi wyborami też jest obecny w książce, zresztą przy takiej postaci trudno go wyminąć, choć dzisiejsza perspektywa odmienia dokonane kiedyś oceny. Dla mojego pokolenia, zaczynającego studia na UW w 1980 roku, była absolutnym objawieniem, bo jednak rzadko zdarza się, aby jedna postać, o której szła sława, że publikuje na mitycznym Zachodzie i przełamuje skostniałe bariery myśli socjologicznej, była tak fajna, piękna i dostępna, mimo skończonej habilitacji.
Staniszkis po prostu lubiła studentów i to z wzajemnością, a kapitalne było to, że wchodziła w dyskusje i spory jak równy z równym, co ilustruje w książce zdjęcie Włodzimierza Czarzastego na tle bohaterki podczas uniwersyteckiego spotkania poświęconego Październikowi 1956. Jak nietrudno zgadnąć, byłem na tym spotkaniu, wraz z całym pokojem 911 ze studenckiego akademika na Kicu, i słuchaliśmy w czwórkę Staniszkis jak zaczarowani. Była naszym głosem, tak chcieliśmy mówić i myśleć, a dziewczyny z naszego Wydziału zazdrościły jej intelektualnego sznytu, zachodnich ubrań i klasy.
Wydawało się, że jej ocena przełomów PRL-u jest najbliższa naszemu postrzeganiu upadającego ustroju, choć sposoby naprawy mieliśmy odmienne i w tramwaju nr 8, którym wracaliśmy do akademika, zdążyliśmy się nawet o to solidnie pokłócić. A to tylko maleńki fragment interakcji, jakie się wówczas międzywydziałowo zawiązywały, a Solidarność uczelniana temu patronowała, domagając się debat i dyskusji. Choć gwoli ścisłości organizatorem spotkania było uczelniane ZSP, co Staniszkis zupełnie nie przeszkadzało, a Włodek Czarzasty był tego wydarzenia spiritus movens.
Na pewno jej drogi życiowe były wyboiste – pochodziła z rodziny o tradycjach skrajnie prawicowych, co objaśniał nam doskonale prof. Jerzy Tomaszewski, prowadzący na naukach politycznych wykłady o historii Polski. I kiedy mówił o skrajnej narodowej prawicy w II Rzeczypospolitej, to nazwisko Staniszkis padało w kontekście ONR i Falangi, co dziś budzi grozę, a w Polsce przedwojennej było przejawem nacjonalistycznego aktywizmu. I brawo Katkowskiemu za to, że o tym wspomina w kontekście matki Jadwigi. Tym ciekawsze było zobaczenie na własne oczy, jak tego typu rodzinna tradycja ma się do realnej przecież postaci, która niedawno była prześladowana za udział w wydarzeniach marcowych 1968 roku i siedziała w moczarowskim więzieniu. A jeden z jej krewnych oddał życie w Auschwitz za ratowanie żydowskich dzieci z getta, co w książce Katkowskiego jest solidnie opisane i wyjaśnione.
Był więc w Jadwidze Staniszkis gen sprzeciwu wobec tradycji rodzinnej, a jej zaangażowanie socjologiczne na początku miało rys marksistowski „ale w sensie rewizjonistycznym, wolnościowym” – jak pisze prof. Jerzy Wiatr. I jak pamiętam, przez całe lata 80. i połowę 90. lokowana była przeze mnie i moich znajomych jako przedstawicielka szeroko rozumianej liberalnej lewicy, przynajmniej pod takim kątem czytałem jej wszystkie książki, publikacje i wywiady. Choć z Solidarności, która już wtedy skręcała w inne rejony. I nie było w tym jakiejkolwiek pomyłki, tradycja Juliana Hochwelda nie kłóciła się z metodą Talcotta Parsonsa analizy strukturalistycznej zjawisk społecznych. Co ciekawe, z jej książek i analiz wynikało, że Solidarność może, choć nie musi, pójść drogą Partii, w dalszym procesie instytucjonalizacji buntu społecznego, z którego powstała. Ostrzegała przed tym, a będąc jeszcze w Stoczni widziała na własne oczy, jak działalność poszczególnych grup nacisku wpływa na rodzący się i utrwalający bunt robotniczy. A kiedy Solidarność szybko przyoblekła w atrybuty drugiej władzy w systemie naszego siermiężnego realnego socjalizmu, widziała w tym zalążek nadciągającej katastrofy. Miała wtedy mnóstwo przełomowych tez i wystąpień, co było wbrew jej środowisku eksperckiemu w ruchu związkowym i na Wydziale Socjologii, ale utrwaliło się na zewnątrz, jako znak firmowy osobnej postawy krytycznej. Obecnej mimo intelektualnego zaangażowania w sprawę ruchu związkowego, ale bardzo inspirującej także w pierwszych latach transformacji, kiedy Staniszkis stawała się naukowo coraz bardziej hermetyczna, ale jako osobowość błyszczała na innych forach.
Wszystko to przykrył niestety jej aktywistyczny udział w debacie politycznej II połowy lat 90. i w XXI wieku. Wchodząc w ten sposób do polityki, choć nadal z pozycji osoby formalnie zewnętrznej, obwołana została intelektualną matką AWS, a następnie akuszerką PiS, które miało w jej mniemaniu stać się partią dynamizującą rozwój Polski. I o to przecież walczyła, szybko stając się wybitnym krytykiem własnych pomysłów i politycznych rekomendacji, co prof. Wiatr znakomicie ujął, nazywając „autosabotażem własnych pomysłów i pozycji”. Ale była rozpoznawalna ze swoimi pomysłami i ich dogłębną nieraz krytyką, co jedni uważali za szaleństwo, inni za blagę, trzeci za przejaw choroby. A gdyby tak na spokojnie podejść do jej prac, to naprawdę jest o czym czytać i o co się dziś spierać, także samemu ze sobą. Patologie struktur organizacyjnych, Ontologia socjalizmu, Postkomunizm – próba opisu, Samoograniczająca się rewolucja czy wreszcie Ja. Próba rekonstrukcji. To tylko moja półka z jej książkami, pewno w innych domach jest jeszcze pełniejsza. Nie ma co żałować tych nieraz trudnych lektur, na swoim etapie były one bardzo inspirujące, a Krzysztofowi Katkowskiemu należy się podziękowanie z to, że parę z nich na powrót znalazło się przy moim nocnym stoliku i w okolicach biurka z komputerem.
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2026, 792 strony.
„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, osądzą was, a jaką miarą mierzycie, zmierzą wam”. Słowa otwierające siódmy rozdział Ewangelii według św. Mateusza są bodaj najbardziej trafnym podsumowaniem lektury książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia.
Wiadomości o jej autorce są skąpe. Jest osobą młodą, należy chyba do Pokolenia Y – millenialsów urodzonych między 1980 a 1996 rokiem, lokuje się więc w pierwszej generacji dorastających w dobie cyfryzacji i powszechnego internetu. Lata, w których żyli i działali bohaterowie biografii, zna tylko z lektury obfitych źródeł archiwalnych i wspomnień ich uczestników, w tym przede wszystkim z relacji Janiny Nadaner – jednej z córek Włodzimierza Brusa[1]. Wojna i okupacja, mozolne wydobywanie się z ruin, przemiany ustrojowe lat 40., a nawet transformacja lat 80., to dla niej, a tym bardziej dla następnych pokoleń, prehistoria (Brusowie zmarli w 2007 i 2008 roku). Pracuje w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza i w Instytucie Studiów Politycznych PAN, jest także stypendystką kilku uznanych instytucji naukowych. Tłumaczy z białoruskiego i rosyjskiego. Poza Stygmatem opublikowała jeszcze w 2016 r. książkę Zabić smoka. Ukraińska rewolucja, specjalizuje się zatem w problematyce wschodniej. Zaczyna dopiero swoją naukową drogę.
Tym bardziej cenić należy benedyktyński trud jaki podjęła, a który zaowocował tomem liczącym blisko 800 stron, w tym ponad 650 stron tekstu, 150-stronicowymi przypisami i indeksem osobowym. Nie o objętość jednak chodzi. Decydując się na napisanie tej książki, podjęła karkołomne zadanie prezentacji życia i działalności swoich bohaterów na tle wydarzeń historycznych – skomplikowanych, przy tym różnie interpretowanych w zależności od preferowanej opcji ideologicznej i politycznej. Zmiennych w zależności od czasu, miejsca i okoliczności. Obrosłych kontrowersjami. Łatwo narazić się na krytykę, nawet oskarżenia i obelgi, miotane z różnych stron politycznych barykad. A temat, jakim się zajęła, jest bodaj najtrudniejszym w naszych najnowszych dziejach.
Tytuł książki Stygmat wywołuje skojarzenia z żydowskim rodowodem jej bohaterów. Zostali naznaczeni piętnem pochodzenia, niezmywalnym mimo zmieniających się okoliczności historycznych. A były to lata pęczniejące od idei, prądów politycznych, wydarzeń i sporów, lata budowania niepodległej Polski po ponad 120-letnim okresie niewoli, lata pełne nadziei, a zarazem pełne wewnętrznych napięć i konfliktów, w tym także narastania, zaostrzania się w międzywojniu antagonizmu społeczności polskiej i diaspory żydowskiej. A potem utraty niepodległości, grozy wojny i okupacji, poczucia klęski, walki o życie. Okupacji niemieckiej i radzieckiej. Obozów koncentracyjnych i wywózek na Sybir. Mimo diametralnych zmian spowodowanych wojną i okupacją nie zanikły jednak ideowe i polityczne spory, kształtujące scenę polityczną dwudziestolecia. Wśród nich spory o ustrojowy kształt państwa oraz historyczny konflikt polsko-żydowski na tle wyznaniowym i ekonomicznym, który nabrał wymiaru moralnego wobec skazania społeczności żydowskiej na zagładę przez hitlerowskie Niemcy. Spory te ujawniły się w działalności krajowego ruchu oporu, w którym dominowała Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie, ale rosły też w siłę ugrupowania „skrajne” – nacjonalistyczne Narodowe Siły Zbrojne i komunistyczna Gwardia, potem Armia Ludowa[2]. Od 1943 r. do walki o Polskę w boku Armii Czerwonej włączyły się I i II Armia WP. Przybysze ze Wschodu, wśród których znajdowali się dawni działacze rozwiązanej w 1938 r. Komunistycznej Partii Polski (wielu pochodzenia żydowskiego), dążyli do wprowadzenia ustroju obcego polskiej tradycji narodowej. Budowania państwa i gospodarki socjalistycznej wedle stalinowskiego wzorca. A z przeciwnej strony opcji politycznych, w łonie lewicy zdobywały również miejsce poglądy, które można skrótowo określić mianem polskiej drogi do socjalizmu. Kulminacja tego konfliktu nastąpiła w 1968 roku i spowodowała falę emigracji pomarcowej, wśród której znaleźli się i Wolińska, i Brus. A potem przyszła transformacja ustrojowa roku 1989; na ukształtowanej w jej wyniku scenie politycznej spory zaostrzyły się, a w świadomości zbiorowej – mimo doświadczeń historycznych i radykalnych zmian cywilizacyjnych – przetrwały relikty utrwalone w przeszłości, wzbogacone o antagonizmy zrodzone w dniach wojny i okupacji.
Nie jest zadaniem recenzenta książki relacjonowanie i interpretowanie historii. Wymieniam je dlatego, by zwrócić uwagę na ogrom zdarzeń i wzajemne splątanie idei, poglądów, opcji politycznych, zbiorowych i indywidualnych interesów. Można się ugiąć z powodu ich ogromu. Katarzyna Moskalewicz utrzymała ten ciężar. Pomogła jej w tym konwencja biograficzna, która pozwala uniknąć wyjaśniania wydarzeń i sporów historycznych i schronić się za bezpieczniejszym parawanem indywidualnych losów bohaterów.
Jak na dwa życia bohaterów Stygmatu to trochę za dużo. Byli niemal rówieśnikami znającymi się od wczesnej młodości: życie Heleny Wolińskiej-Brus przypadło na lata 1919-2008; Włodzimierz Brus był nieco młodszy 1921–2007. Jak mówili o sobie: byli pierwszym i trzecim małżeństwem, pobrali się u progu II wojny, by – uznając, że współmałżonek zginął w zawierusze wojennej – zawrzeć nowe związki, a potem wrócić do siebie po latach. Urodzili się pod innymi nazwiskami – Wolińska to naprawdę Felicja Danielak, a Brus to Beniamin Zylberberg. Nowe nazwiska przybrali z konieczności, takie to były czasy, że ujawnienie swego pochodzenia groziło śmiercią w latach nazistowskiej dominacji.
Wolińska była narażona bardziej i było jej trudniej, wojnę spędziła w okupowanej Polsce, w dniach rozłąki z mężem we Lwowie była w ciąży, straciła dziecko. Walczyła w komunistycznej konspiracji. Każdego dnia była narażona na aresztowanie i śmierć, już to z powodu działalności w podziemnym ruchu oporu, już z racji żydowskiego pochodzenia. Wyszła za mąż za jednego z twórców i dowódców GL/AL Franciszka Jóźwiaka („Witolda”), wysoko usytuowanego w hierarchii organów władzy ludowej, potem stopniowo degradowanego. Znała osobiście całe późniejsze kierownictwo partii i państwa. Zylberberg znalazł się na terenie ZSRR, pracował w naukowym instytucie w Saratowie, potem trafił do Armii Czerwonej, a następnie wrócił do kraju w szeregach sprzymierzonego Ludowego Wojska Polskiego[3].
Ci, którzy byli zaangażowani w działalność organizacji lewicowych w międzywojniu, po wyzwoleniu w większości aktywnie wsparli budowę nowego ustroju. Wolińska jako prokurator wojskowy, Brus jako ekonomista, naukowiec uzasadniający wyższość gospodarki socjalistycznej. Przychodząc ze Wschodu, wespół z Armią Radziecką, nie miał zresztą wyboru. Wydarzenia z późniejszych lat (zwłaszcza te z 1968 r.) stopniowo przesuwały ich na margines, Wolińską na emeryturę za stalinowską przeszłość i pochodzenie, Brusa z powodu rewizjonizmu, teoretycznych prób wprowadzania elementów rynkowych do socjalistycznej gospodarki. I też za życiorys. Ich droga splotła się ze zmiennymi ścieżkami we współczesnych dziejach. Raz byli sprawcami, innym razem ofiarami rozgrywających się wydarzeń. Czasem to oni dokonywali wyboru, decydowali, czasem nie dostawali takiej szansy. Stawali – czasem bezradni – wobec przebiegu i wyroków historii. W tle pobrzmiewa skojarzenie z losami Lejzorka Rojtszwańca i narzucające się przy lekturze powieści Erenburga[4] pytanie: czy jednostka jest bezalternatywnie skazana na unicestwienie przez pędzący parowóz historii? Tyle, że książka Erenburga to powieść, po części satyryczna, a dramatyczne losy Brusów, zwłaszcza Wolińskiej, to samo życie ulokowane w konkretnym miejscu i czasie. Brus łatwiej poradził sobie z przeciwnościami historycznego losu. Był naukowcem, miał własną, wypełnioną teoretycznymi rozważaniami pracę, uczestniczył w międzynarodowych dyskusjach naukowych, otaczało go liczne grono uczniów, nawet wielbicieli, imponował kobietom. Wolińska coraz bardziej osamotniona, borykała się z narastającą atmosferą potępienia za słowa i czyny z przeszłości. Po transformacji ustrojowej została uznana za symbol nieprawości czasów stalinizmu. Jej praca w wojsku, potem w prokuraturze, bezwzględność, z jaką tępiła rzeczywistych i rzekomych wrogów ustroju, stała się powodem najcięższych oskarżeń. Czy u źródeł jej zachowania i podejmowanych decyzji leżał pryncypialny spór o racje ustrojowe? Czy dały znać o sobie dawne antagonizmy w krajowym ruchu oporu? Czy odreagowywała własne przeżycia i swoją wojenną tragedię? Zagładę rodziny? Żadnego z tych powodów nie można wykluczyć. Wszystkie nasuwają się przy lekturze tej książki.
Autorce udało się uniknąć bodaj największej wady biografii historycznych: oceny wartościującej. W Stygmacie raczej przytacza nagie fakty, co najwyżej opinie innych. Nie ukrywa ciemnych kart w biografii Leny Wolińskiej, ani konformizmu Brusa. Może tylko czytając końcowe fragmenty książki współczujemy bohaterce, gdy nie może odwrócić wartościujących wyroków, formułowanych przez ludzi, których wiedza i wrażliwość zostały ukształtowane w innym czasie i w innych okolicznościach. Może dlatego tak łatwo przychodzi im rzucać oskarżenia i ferować wyroki. Analizując w sposób pozbawiony emocji najcięższy z zarzutów formułowanych po transformacji ustrojowej: współudział w skazaniu i w zabójstwie gen. Fieldorfa („Nila”), trudno dopatrzyć się pełnej jej odpowiedzialności za ten wyrok. Wolińska podpisała wprawdzie nakaz tymczasowego aresztowania (takie nakazy i dziś prokuratorzy podpisują masowo), który uruchomił łańcuch zbrodniczych działań, ale ta decyzja nie miała decydującego znaczenia. To nie ona formułowała akt oskarżenia, nie ona – jako sędzia – przewodniczyła składowi orzekającemu, nie ona wydała wyrok śmierci. Nie miała też wpływu na decyzję Bolesława Bieruta o odmowie skorzystania z przysługującego mu prawa łaski. Nie próbowała nawet. Ale to ona – jako jedyna z osób, uczestników tego procesu – pozostała przy życiu. Była potrzebna jako ofiara złożona na ołtarzu narodowych antagonizmów, bo uosabiała całą komunistyczną formację, którą należało – z powodu racji politycznych artykułowanych w innym miejscu i czasie – oskarżyć o zbrodnie wobec przywódców polskiego podziemia. Na domiar złego była Żydówką, co łatwo uruchamiało całą sekwencję skojarzeń, sięgającą w głąb historii.
„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. Nie wiemy, z jakimi zarzutami i kiedy borykać się będą ci, którzy przyznali sobie przywilej formułowania prawnych i moralnych ocen. Prawo gloryfikowania lub potępiania. Należą do nich nie tylko prokuratorzy, obrońcy i sędziowie[5]. Za takie oceny bardziej odpowiadają ci, którzy kształtują opinię publiczną – politycy, publicyści, naukowcy, dziennikarze. Z wyrokami opinii trudniej uporać się oskarżonym. Stygmaty są bardziej widoczne i bardziej bolesne.
Szukałem w tej biografii pogłębionej charakterystyki przyczyn wybuchu swoistego fenomenu, jakim był Marzec 1968 r. Uważam bowiem przyczyny najczęściej wymieniane przez interpretatorów tych wydarzeń – sprzeciw młodej, liberalizującej inteligencji wobec praktyk ustrojowych rządzących albo rywalizację partyzantów z przybyszami ze Wschodu o schedę po Gomułce, albo rywalizację potomków puławian z potomkami natolińczyków[6] – za zbyt proste wyjaśnienie skomplikowanego, przy tym wcale niezanikającego problemu. Zwłaszcza, że osadzone w historii antagonizmy odżywają raz po raz, ukazując różne fragmenty swojego oblicza. Liczę więc na osobę na tyle odważną i bezkompromisową, która zdecyduje się opisać ten fenomen w jego historycznych uwarunkowaniach. Czy będzie to Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz? Stygmat daje mi nadzieję, że tak.
Andrzej ŻOR
[1] Ze związku z Ireną Stergień – lekarzem medycyny, z którą rozstał się, wracając do Wolińskiej w 1955 r.
[2] Wg źródeł statystycznych najliczniejsza była Armia Krajowa – 350 tys. członków, Bataliony Chłopskie – 170 tys. Siły NSZ szacowano na 75 tys., zaś AL na 60 tys. Gwardia, potem Armia Ludowa, choć najmniejsze, były jednak aktywne w podejmowaniu akcji zbrojnych. Zarzucały AK „stanie z bronią u nogi”.
[3]3 Choć zbliżone pod względem ideologicznym i politycznym, obie te grupy – przybysze ze Wschodu i członkowie krajowego ruchu oporu – rywalizowały ze sobą o wpływy i władzę.
[4] Ilja Erenburg (1891–1967), Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca, 1928 r. W tym roku też pierwsze wydanie polskie.
[5] Swoistym curiosum w najnowszych dziejach jest fakt, że po transformacji ustrojowej nie skorzystano ani razu z uświęconego tradycją dobrodziejstwa amnestii. Mija już 37 lat od zapoczątkowania przemian z taką dumą obnoszonych na sztandarach. W międzyczasie wielokrotnie zaostrzono kary w obowiązujących kodeksach. A na złagodzenie sankcji wobec aresztantów i więźniów nie zgodził się właśnie Prezydent RP.
[6] Frakcje scharakteryzowane w artykule Jerzego Jedlickiego Chamy i Żydy opublikowanego w 1962 r. w paryskiej „Kulturze”
Bonnie S. Anderson, Ernestyna Potowska-Rose. Kobieta z przyszłości, Wyd. STAPIS, Katowice 2024, 296 stron.
Autorka książki jest amerykańską profesorką specjalizującą się w badaniu historii feminizmu – stąd jej zainteresowanie wybitną Polką, Ernestyną Potowską-Rose, która współtworzyła ruch feministyczny w Ameryce w drugiej połowie XIX wieku. Jak przystało na rzetelną pracę historyczną omawiana publikacja opiera się na ogromnej liczbie źródeł związanych z aktywnościami bohaterki: w tym m.in. cytatów z wielu gazet, w których zamieszczano recenzje z jej licznych wystąpień publicznych, fragmentów wypowiedzi osób, z którymi współpracowała i z którymi polemizowała oraz dostępnych biografii. Publikacja zawiera również wykład pt. W obronie ateizmu wygłoszony 10 kwietnia 1861 roku w Bostonie przez Ernestynę Potowską-Rose, który był rozpowszechniony w formie broszury w środowiskach amerykańskich i angielskich wolnomyślicieli. Niestety nie zachowały się oryginalne rękopisy jej wystąpień.
Poniżej przedstawiono wybrane fakty, towarzyszące im okoliczności oraz osobiste decyzje i działania, które przyczyniły się do ukształtowania niezwykłej osobowości i tożsamości Ernestyny Potowskiej oraz jej międzynarodowych sukcesów w obronie wolnej myśli, praw kobiet i za zniesieniem niewolnictwa.
Urodziła się w 1810 roku w Piotrkowie Trybunalskim jako jedyne dziecko w rodzinie rabina. W latach 20. XIX w. tamtejsza społeczność żydowska przyjęła chasydyzm, co dla kobiet oznaczało życie pełne nakazów i zakazów religijnych. Zgodnie ze wspomnieniami Ernestyny, w wieku 5 lat zademonstrowała swoje poczucie sprawiedliwości, odmawiając chodzenia do szkoły, w której ukarano ją za zrobienie czegoś, o czego niewłaściwości nikt jej nie poinformował. W tej sytuacji ojciec zdecydował się na kształcenie córki w domu, przede wszystkim w zakresie zaawansowanego hebrajskiego oraz studiowania Tory; w stopniu znacznie przewyższającym poziom nauczania dziewcząt w szkołach żydowskich. Jednak zabraniał jej zadawania pytań, co było dozwolone jedynie w stosunku do chłopców. U rozbudzonej intelektualnie dziewczyny wywoływało to poczucie niesprawiedliwości i buntu. W wieku 14 lat wyrzekła się wiary w Biblię. Odrzucając religię ojca, naraziła się na jego gniew oraz ostracyzm środowiskowy. Chcąc zapanować nad jej buntem, ojciec znalazł 15-letniej córce narzeczonego, którego nie akceptowała i nie chciała poślubić. Narzeczony wytoczył jej proces przed sądem w Kaliszu o większość jej spadku po matce. Ernestyna zdecydowała się samodzielnie bronić swojej sprawy przed sądem; jej argumentacja była przekonująca, skoro sprawę wygrała. Jak twierdziła później, to doświadczenie walki o swoje prawa uczyniło z niej bojowniczkę o prawa kobiet na resztę życia. W wieku 17 lat podjęła decyzję o opuszczeniu ojca i wyjeździe do Berlina.
Aby móc pozostać w Berlinie, musiała negocjować swój pobyt z tamtejszymi urzędnikami, którzy nie wyrażali zgody. Zdeterminowana Potowska udała się na audiencję do króla Fryderyka Wilhelma III i uzyskała jego zgodę na bezterminowy pobyt w tym mieście. W Berlinie uczyła się języka niemieckiego, dużo czytała i studiowała, korzystając z ogólnie tu dostępnych czytelni, klubów miłośników książek i bibliotek. Czytanie stało się dla niej świeckim obyczajem, było to dla niej odkryciem, gdyż dotąd czytała głównie Biblię. Zetknęła się tutaj z postępowym środowiskiem żydowskim, które odrzuciło żydowską tradycję i wyznawało ideały Oświecenia. Te ideały – wiara w rozum, postęp, krytyczne myślenie i świeckość – stały się jej bliskie i w oparciu o nie zaczęła budować swój intelektualny światopogląd. 19-letnia Potowska zaczęła krytykować tradycyjne stosunki społeczne, uznała, że jej misją jest emancypacja od wszelkiego rodzaju niewoli oraz dążenie do uznania praw człowieka bez rozróżnienia na wyznanie, partię, płeć czy kolor skóry. W Berlinie Ernestyna Potowska wynalazła, produkowała i sprzedawała wonny papier do odświeżania powietrza w mieszkaniach, co zapewniło jej skromne środki na utrzymanie.
Po dwóch latach pobytu w Berlinie udała się na kilka miesięcy do Paryża, gdzie m.in. obserwowała wydarzenia rewolucji w 1830 roku, które przyczyniły się do preferowania przez nią ustroju republikańskiego. Jak wynika z jej wspomnień, interesował ją głównie Paryż społeczny, moralny i postępowy.
W 1831 r. dwudziestojednoletnia Potowska udała się do Londynu, w którym spędziła 5 lat. Spotkała tu wiele osób, które wywarły duży wpływ na jej rozwój intelektualny i społeczny oraz dalsze życie. Lord Ryszard Grosvenor, arystokrata angażujący się w reformy społeczne, zatrudnił ją jako nauczycielkę języków niemieckiego i hebrajskiego dla swoich córek. Wśród reformatorów najwyżej ceniła Roberta Owena, którego poznała w 1832 roku, kiedy odnosił sukcesy w działalności politycznej. Potowska uważała się za jego uczennicę; zwracała się do Owena „mój drogi i szanowny Ojcze”, a siebie nazywała jego „córką”. Szczególnie jej bliskie były poglądy Owena na religię. Uważał on, że „wszystkie religie zawierają rażące błędy, które uczyniły człowieka nierozumnym zwierzęciem, bigotem i fanatykiem lub nędznym hipokrytą”. Podziwiała i propagowała jego wizję naprawy świata oraz jego wiarę w możliwość reformy społeczeństwa. Potowska i Owen czerpali swoje cele, wartości i metody działania z ideałów i tradycji Oświecenia. Oboje cenili rozum i uważali, że racjonalne argumenty są w stanie przekonać innych. Zakładali, że religia wkrótce zniknie z powierzchni ziemi i zastąpi ją system humanitarnych wartości, oparty na dorobku nauk społecznych, nazywany przez Owena Nowym Światem Moralnym. „W tym nowym ładzie społecznym nie będzie żadnych form kultu i żadnych ceremonii; żadnych świątyń i modlitwy; żadnego umartwiania ciała i ducha ani żadnego gniewu. Nie będzie też żadnych prześladowań z tytułu różnic religijnych, będzie za to przyjaźń, dobroć i miłość do każdego Żyda i każdego poganina”.
Owen był przywódcą radykalnego ruchu klasy robotniczej, który stworzył własne rzemieślnicze grupy handlowe i stowarzyszenia spółdzielcze. Przewodniczył Kongresom Spółdzielców, które odbywały się dwa razy do roku. W 1832 roku zaczął wydawać cotygodniową gazetę „Crisis or the Change from Error and Misery, to Truth and Happiness” („Crisis”), za której pośrednictwem były ogłaszane plany reform społecznych. W roku 1833 z inicjatywy Owena powstał krajowy ruch związkowy pod nazwą Wielki Narodowy Skonsolidowany Związek Zawodowy (ang. GNCTU), do którego w ciągu kilku miesięcy zapisało się pół miliona osób. Stał się on parasolową organizacją robotników. Na spotkaniach związkowych propagowano socjalizm jako alternatywę dla kapitalizmu.
Ruch owenistów zachęcał kobiety do wstępowania w jego szeregi. Ernestyna Potowska pomagała w organizacji cotygodniowych niedzielnych spotkań, na których Owen przedstawiał swoją doktrynę; brało w nich udział ok. 1500-1800 osób. Sama również, zachęcana przez Owena, występowała przed takim audytorium. Na każdym Kongresie Spółdzielczym wznoszono toast za emancypację kobiet. Jeden z gości kongresu stwierdził, że „kobiety nie są na ogół uważane za istoty ludzkie; wyjątkiem jest społeczność spółdzielców”. Była to wypowiedź odzwierciedlająca poglądy większości mężczyzn w ówczesnej Anglii. Do GNCTU wstąpiło tysiące kobiet. Jednak rząd brytyjski podjął działania zmierzające do likwidacji GNCTU. Owen zamknął „Crisis” i zaczął wydawać nowy tygodnik „New Moral World”. Utworzył również Stowarzyszenie Wszystkich Klas Wszystkich Narodów, którego został ojcem społecznym. Stowarzyszenie to liczyło oficjalnie kilkuset członków.
Czasopisma owenistów drukowały utwory autorstwa kobiet, które głównie dotyczyły dążenia do pełni praw i wolności. Lokalne oddziały ruchu owenistów organizowały szkolenia i wykłady dla swoich członków i pobierały od kobiet tylko 1 pensa, podczas gdy mężczyźni płacili 3.
Najważniejszym wkładem owenizmu w rozwój osobisty Potowskiej były działania na rzecz równego traktowania ze względu na płeć. Podczas udziału w różnych wydarzeniach w ramach ruchu owenistów Potowska poznała Williama Rose, który w pełni podzielał jej światopogląd oraz zaangażowanie w sprawy publiczne. Potowska i Rose pobrali się w 1836 roku, składając przysięgę małżeńską u notariusza, gdyż nie chcieli brać ślubu religijnego. Wspólnie zdecydowali się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych wraz z grupą owenistów.
Po przyjeździe do Nowego Jorku Ernestyna i William Rose’owie nawiązali wiele znajomości w środowisku anglo-amerykańskich wolnomyślicieli ze wspólnoty owenistów. Brali udział w spotkaniach stowarzyszenia moralnych filantropów, czyli niereligijnych miłośników ludzkości. Członkami tego stowarzyszenia byli brytyjscy radykałowie uciekający przed konserwatywnymi współmieszkańcami. Oweniści organizowali spotkania poświęcone debatom na temat religii i społeczeństwa w siedzibie Partii Demokratycznej, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Państwo Rose przyjaźnili się z Gilbertem Vale, redagującym gazetę „Beacon”, wydawaną przez owenistów. W gazecie tej publikowano m.in. recenzje wystąpień Ernestyny Rose. Początkowo dotyczyły one głównie celów ruchu wolnomyślicielskiego. W gazecie chwalono jej oświecone poglądy i reklamowano ją jako wykształconą i interesującą Polkę, znaną z udziału w liberalnych spotkaniach publicznych. Należy podkreślić, że w kręgu wolnościowców była wyjątkiem, gdyż należeli tam głównie mężczyźni.
W kilka miesięcy po przybyciu do Nowego Jorku Ernestyna Rose rozpoczęła działania na rzecz praw kobiet. Uważała, że prawo do zachowania własności jest fundamentem sprawiedliwości i równości wobec prawa. Zbierała podpisy pod petycją z poparciem dla projektu ustawy dającej kobietom zamężnym prawo do posiadania własności.
Państwo Rose przyjaźnili się również z Josiahem Painem Mendumem, który był wydawcą ateistycznego tygodnika „Boston Investigation”. W gazecie tej ukazał się następujący tekst dotyczący Ernestyny: „Ta wybitna i utalentowana dama jest godną spadkobierczynią tej szlachetnej rasy, która zrodziła dzielnego i hojnego Kościuszkę. On dobył swego miecza, by wesprzeć amerykańską rewolucję i przybył na ratunek politycznej wolności i ona swoim słowem i piórem oddaje wielkie usługi wolności myśli. Jej imię będzie równie szanowane przez wszystkich filantropów”.
Przez całe życie Ernestyna Potowska-Rose ceniła dorobek Thomasa Paine’a. Jego dzieło Zdrowy rozsądek odegrało dużą rolę w inspirowaniu rewolucji amerykańskiej. Rose była pionierką równouprawnienia kobiet w ruchu odwołującym się do Paine’a. Przez wiele lat brała udział w organizowaniu obchodów jego urodzin w Nowym Jorku oraz przemawiała podczas tych spotkań. Były jej również bliskie jego poglądy na religię wyrażone w dziele pt. Wiek rozumu, gdzie sprzeciwiał się wszystkim zorganizowanym religiom, a przede wszystkim „mitologii chrześcijańskiej”, uznając że są one „czysto ludzkimi wynalazkami, które zostały powołane do życia, by przerażać i niewolić ludzi oraz po to by zmonopolizować władzę i zyski”.
Ernestyna Rose uważała, że droga kobiet do feminizmu zaczynała się od uświadomienia sobie, że społeczeństwo ocenia je inaczej niż mężczyzn za te same uczynki. Dlatego domagała się przyznania kobietom tych samych praw, których żądali dla siebie mężczyźni. Początkowo o prawach kobiet zaczęła mówić w swoich wystąpieniach kierowanych do wolnomyślicieli i abolicjonistów, jednak później zdecydowała się współpracować z innymi obrońcami praw kobiet.
Od 1845 roku Rose odbywała liczne podróże z wykładami, zdobywała doświadczenie występując przed bardzo zróżnicowanymi grupami słuchaczy. Często spotykała się z obraźliwymi reakcjami i komentarzami; jednak szanowano ją za odwagę w podejmowaniu drażliwych kwestii społecznych oraz podziwiano jej inteligencję i logikę jej wypowiedzi. Podczas podróży, które sama opłacała, nawiązywała wiele kontaktów ze swoimi sympatykami i często gościła w ich domach.
W 1846 roku Rose dwukrotnie występowała w Izbie Reprezentantów Stanu Michigan z wykładem nt. Nauka o rządzie i antagonizmach społecznych. W ramach tych wykładów znajdowały się m.in. postulaty dotyczące praw kobiet. Jak pisała jedna z uczestniczek: „agitacja na rzecz praw wyborczych dla kobiet rozpoczęła się w tym stanie w 1846 r. od wystąpienia pani Ernestyny Rose”. W 1847 roku Rose udała się z wykładami do Columbii i Charleston w Karolinie Południowej, gdzie po raz pierwszy potępiła niewolnictwo. Jak opisuje uczestnik tych spotkań: „Dzięki temu, że była kobietą oraz zdumieniu spowodowanym jej zuchwałością, nie rozerwano jej na strzępy”.
Po 1848 roku na całym północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych zaczęły powstawać coraz liczniejsze grupy domagające się praw dla kobiet, często odwołujące się do chrześcijańskich inspiracji, co przyczyniło się do zorganizowania I Krajowej Konwencji Praw Kobiet (KKPK), która odbyła się w roku 1850 w Worcester. Konwencja ta zapoczątkowała ruch na rzecz praw kobiet, zyskała duży rozgłos, większość komentatorów podkreślała, że dzięki niej została wyzwolona nowa energia społeczna. Odtąd takie konwencje odbywały się co roku (z wyjątkiem 1857) aż do wojny secesyjnej w 1861 roku.
Mając świadomość wagi tego ruchu dla spraw kobiet, Rose wzięła udział w tej Konwencji, rezygnując w swoich wystąpieniach z wypowiadania się w duchu ateizmu. Podczas konwencji została wybrana do wpływowego Komitetu ds. Biznesu, w imieniu którego przygotowywała i przedstawiała rezolucję. Oto jej fragment: „Ponieważ bardzo ograniczona sfera działania przypisana kobiecie […] jest wysoce szkodliwa dla jej umysłowego i moralnego rozwoju, konwencja powinna domagać się politycznej, prawnej i społecznej równości kobiet i mężczyzn”. Podczas drugiej konwencji Rose była już ważną postacią w ruchu kobiet. Jako członkini Komitetu Centralnego wygłosiła otwierające przemówienie. Stwierdziła m.in.: „Ludzkość nie ma płci, kobiety jako istoty ludzkie zasługują na te same prawa co mężczyźni”. Jej wystąpienie było powszechnie chwalone, np. lokalna gazeta napisała: „Nikt nie mógł jej słuchać bez uznania dla jej wybitnego talentu krasomówczego niezależnie od tego, czy zgadzał się, czy nie zgadzał z ideą, którą głosiła”.
W ramach ruchu organizowano coraz częściej konwencje stanowe i lokalne. Zarówno kobiety walczące o prawa kobiet, jak i ich zwolennicy wysyłali petycje do polityków i ciał ustawodawczych, były one również publikowane w prasie.
Rose zwykle zaczynała swoje wystąpienia od stwierdzenia, że prawa kobiet są prawami człowieka, co wynika z Deklaracji Niepodległości, która stanowi „że wszyscy ludzie są stworzeni wolnymi i równymi”. Najwyżej ceniła prawa wyborcze, gdyż „Prawo do głosowania w wyborach jest punktem centralnym wszystkich innych praw […], bo jeśli kobiety raz uzyskają prawo wyborcze, a tym samym prawo do politycznej reprezentacji, już same dopilnują, by prawa były sprawiedliwe, chroniły je jako osoby i chroniły ich własność tak samo, jak chronią własność mężczyzny”.
Ernestyna Rose wierzyła, że popierane przez nią sprawy mogą odnieść sukces tylko wtedy, gdy przekroczą granice państw i będą miały uniwersalny wydźwięk. Często cytowała motto T. Paine’a: „Świat jest moim krajem, a czynienie dobra moją religią”. Na spotkaniach dotyczących praw kobiet Rose często zwracała uwagę na międzynarodowy wymiar tego problemu. W 1853 roku dołączyła do komitetu, który zwrócił się do kobiet Wielkiej Brytanii i kontynentu europejskiego z apelem: „Nasz wielki ruch ma na celu zaspokojenie potrzeb nie tylko Ameryki, ale dobro całego świata”.
Rose prowadziła obrady m.in. podczas tzw. Konwencji Biblijnej w Hartford w 1853 roku, na której wierzący dyskutowali z wolnomyślicielami o prawdziwości Biblii; była jedyną kobietą, która przemawiała. Broniła ruchu na rzecz wolnej myśli, nazywając go ruchem społecznym „o znaczeniu najwyższym w naszym wieku”. Stwierdziła, że kobiety „zostały najbardziej zniewolone przez Biblię i na ich pokornych karkach Kościoły zostały zbudowane”. Dlatego kobiety „muszą podeptać Biblię, Kościół i księży swoimi stopami, a Biblię napisał człowiek dla człowieka, który stworzył Boga na swoje podobieństwo”. Jej przewaga nad wieloma dyskutantami polegała na tym, że w obronie swoich poglądów potrafiła z pamięci przytoczyć fragmenty Biblii, czym często ich zaskakiwała. Chociaż Rose współpracowała i przyjaźniła się z wieloma feministkami, jednak jak stwierdziła jedna z nich, Susan Anthony: „Pani Rose nie jest doceniana w naszych czasach – za bardzo je wyprzedza (…), nie jest rozumiana nawet przez ultrasów”. Tym, co chroniło Rose przed konsekwencjami jej statusu radykałki i outsiderki, była jej determinacja, aby zawsze postępować właściwie, co uznawała za swoją cnotę. „Jeśli wyrażając swoje opinie byłam równie surowa dla przyjaciół jak dla wrogów” – pisała w 1856 roku – „to dlatego, że w zasadzie nie uznaję kompromisów”. Ernestyna Rose była przekonana, że ci którzy widzą prawdę, powinni bronić swoich przekonań i pracować na ich rzecz pomimo drwin, sceptycznych ocen lub nawet wrogości. Ta pasja cechowała jej działalność na rzecz spraw, którym poświęciła swoje życie: wolnej myśli, emancypacji kobiet oraz walce o zniesienie niewolnictwa. Rose nigdy nie oddzielała działania na rzecz wolnej myśli od kwestii praw kobiet i walki o zniesienie niewolnictwa. Traktowała je jako składowe walki o prawa i wolność człowieka.
Kiedy na Truth Social Donald Trump uroczyście obwieścił „The Deal with the Islamic Republic of Iran is now complete. Congratulations to all!”, wielu obserwatorów odetchnęło z ulgą. Po ponad stu dniach wojny, której najbardziej spektakularnymi skutkami były zamknięcie Cieśniny Ormuz, gwałtowny wzrost cen energii oraz groźba regionalnej katastrofy, sama perspektywa porozumienia wydawała się dobrą wiadomością. Nie wolno jednak zapominać, że między zakończeniem wojny a rozwiązaniem kwestii, które Waszyngton i Tel Awiw uznały za casus belli, istnieje zasadnicza różnica.
Im więcej informacji pojawia się na temat amerykańsko-irańskiego memorandum, tym wyraźniej widać, że nie jest ono trwałym porozumieniem pokojowym. To raczej polityczny pomost między wojną a negocjacjami – dokument, który ma utrzymać dialog przy życiu i stworzyć przestrzeń do dalszych rozmów. To niewiele, a jednocześnie znacznie więcej niż powrót do działań wojennych.
Krótki dokument i morze pytań
Wbrew optymistycznym komunikatom płynącym z Waszyngtonu, porozumienie nie rozstrzyga większości kwestii spornych między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, o Izraelu – inicjatorze i promotorze zbrojnej konfrontacji z Teheranem – nie wspominając. Według ujawnionych informacji dokument sygnowany na razie elektronicznie przez przedstawicieli obu państw ma być formalnie podpisany niebawem w Genewie i zawiera zaledwie ogólne ramy dalszych działań. Najważniejsze z punktu widzenia Waszyngtonu (ale też i Tel Awiwu) sprawy – przyszłość programu nuklearnego, zakres międzynarodowych inspekcji, harmonogram znoszenia sankcji czy regionalna aktywność Iranu – pominięto w milczącym założeniu ich podjęcia w przyszłości. Memorandum przewiduje około sześćdziesięciodniowy okres negocjacji nad szczegółowym porozumieniem. Diabeł, jak zwykle, tkwi jednak w szczegółach i sama interpretacja warunków, na jakich termin ten miałby być dotrzymany, jest niejednoznaczna.
W praktyce mamy więc do czynienia nie z traktatem, lecz z porozumieniem o woli prowadzenia dalszych rozmów. To zarazem siła i słabość tego rozwiązania. Siła, ponieważ pozwala uczestnikom konfliktu wyjść z twarzą, a nawet ogłosić sukces i zakończyć działania wojenne bez konieczności rozstrzygania najbardziej spornych kwestii. Słabość, ponieważ zostawia ich rozwiązanie do decyzji odsuwanych w czasie. Strony wróciły dokładnie do tego samego miejsca, w którym były wielokrotnie wcześniej. Różnica polega jedynie na tym, że tym razem do stołu negocjacyjnego siadają po wojnie, która kosztowała wszystkich znacznie więcej niż poprzednie kryzysy.
Dodatkowym problemem pozostaje głęboka nieufność. Irańczycy pamiętają zerwanie przez administrację Donalda Trumpa porozumienia nuklearnego z 2015 r., a amerykańscy negocjatorzy uznają, że bez narzędzi nacisku – które Waszyngton de facto właśnie stracił w tej wojnie – irańskie deklaracje nie muszą być realizowane w praktyce. Nie pomaga również chimeryczność amerykańskiego prezydenta, którego skłonność do diametralnej zmiany stanowiska jest znana powszechnie.
300 miliardów dolarów z cudzej kieszeni
Jeszcze większe emocje niż sam dokument budzi jego wymiar gospodarczy. W przestrzeni medialnej mówi się o kwocie nawet 300 miliardów dolarów potencjalnych inwestycji dla Iranu. Nie chodzi jednak o fundusz odbudowy finansowany przez Stany Zjednoczone. Co być może najistotniejsze, administracja Trumpa wyraźnie podkreśla, że nie zamierza przekazywać Iranowi środków amerykańskich podatników ani finansować odbudowy kraju z własnych zasobów. Pomysł polega raczej na stworzeniu warunków umożliwiających napływ inwestycji, przede wszystkim z państw Zatoki Perskiej, a także na stopniowym odblokowywaniu części zamrożonych aktywów i łagodzeniu sankcji. Innymi słowy, Waszyngton nie oferuje Teheranowi pieniędzy, lecz przede wszystkim możliwość powrotu do regionalnego i światowego obiegu gospodarczego.
Jest to klasyczna polityka zachęt, czy też – brutalnie mówiąc – polityka kija i marchewki. Korzyści ekonomiczne mają być uzależnione od zachowania Iranu i jego gotowości do przestrzegania uzgodnionych ograniczeń. Teheran oczekuje jednak, że część środków zostanie odblokowana już na początku procesu, uznając to za probierz dobrej woli Waszyngtonu. Niezależnie od ostatecznych kwot sam koncept ujawnia istotny paradoks. Potencjalnymi inwestorami mają być bowiem te same państwa Zatoki, które w ostatnich tygodniach znalazły się pod odwetowym ostrzałem irańskich rakiet i dronów. Szczególną ironią jest perspektywa wydzielenia przez nie na rzecz Iranu kapitału na odbudowę zniszczeń spowodowanych przez działania zbrojne Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Także tutaj nie brakuje jednak rozbieżności interpretacyjnych. Irańskie media informują o odblokowaniu części aktywów już na początku procesu. Strona amerykańska odpowiada, że żadna znacząca ulga sankcyjna nie nastąpi przed zweryfikowaniem irańskich działań. Spór o pieniądze może więc okazać się pierwszym testem trwałości porozumienia.
Iran: pragmatyzm bez zgody
Nie entuzjazm, lecz ostrożność dominuje w samym Iranie. Opozycja – zarówno ta wewnątrzsystemowa jak i mniej oczywista lecz istniejąca antysystemowa – postrzega je w kategoriach prób ratowania systemu politycznego i pozycji rządzących krajem. Kontestatorzy porozumienia wśród diaspory irańskiej argumentują też, że oto po raz kolejny Zachód idzie na współpracę z reżimem odpowiedzialnym za represje wobec demonstrantów i przeciwników politycznych. W tej perspektywie miliardy dolarów inwestycji oraz łagodzenie sankcji oznaczają nagrodę dla aparatu władzy. Wśród przedstawicieli najbardziej radykalnych środowisk związanych z establishmentem Islamskiej Republiki pojawiają się silne głosy niezadowolenia. W ich ocenie porozumienie oznacza ustępstwo wobec Stanów Zjednoczonych i podważa narrację o strategicznym zwycięstwie Iranu.
Faktycznym zwycięzcą okazują się środowiska pragmatyczne i centrowe, osłabione przez bieżącą wojnę. Od lat opowiadały się one za częściową normalizacją relacji z Zachodem i odbudową gospodarki poprzez zmniejszenie napięć międzynarodowych. Wojna początkowo osłabiła ich pozycję, wzmacniając retorykę bezpieczeństwa i twardego kursu, jednak mimo wzrostu znaczenia konserwatystów ostatecznie odzyskują inicjatywę.
Izrael: wojna wyhamowana
Jeżeli jednak gdziekolwiek porozumienie między Waszyngtonem a Teheranem wywołało prawdziwą burzę, to przede wszystkim w Tel Awiwie. W ocenie wielu izraelskich polityków, wojskowych i komentatorów to właśnie Izrael jest głównym przegranym obecnego konfliktu. Izraelskie zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim tego, że memorandum nie rozwiązuje kwestii irańskiego programu rakietowego oraz nijak nie ogranicza działań regionalnych sojuszników Teheranu, takich jak Hezbollah czy Huti. Również przyszłość programu nuklearnego pozostaje z izraelskiej perspektywy niejasna. W rezultacie coraz częściej pojawiają się głosy, że Izrael co prawda wygrał poszczególne bitwy tej wojny, lecz przegrał jej polityczne rozstrzygnięcie.
Stąd w izraelskiej debacie coraz częściej pojawiają się głosy, że wojnę zakończono przedwcześnie. Dla wielu przedstawicieli izraelskiego establishmentu konflikt pozostał niedokończony, nierozstrzygnięty i wstrzymany, ponieważ jego logicznym zwieńczeniem miała być trwałe rozbicie Iranu jako regionalnego rywala. Jest to kolejny paradoks tej wojny: państwo, które dysponowało największą przewagą militarną, wyszło z niej z największym poczuciem zawodu, jeśli nie wręcz porażki.
Czas zawieszonej równowagi
Korzyści z porozumienia wykraczają poza Bliski Wschód, ponieważ dotyczą stabilności gospodarki całego świata. Memorandum ma szansę stać się podstawą długotrwałego układu, choć niekoniecznie przełoży się na pełnowymiarowy traktat pokojowy. Jego najważniejszym i szybko odczuwalnym skutkiem będzie stabilizacja globalnego rynku energii. Przez Cieśninę Ormuz przepływa około jednej piątej światowego handlu ropą naftową – każde zakłócenie żeglugi natychmiast przekłada się na wzrost cen i niepewność na rynkach międzynarodowych. Już sama zapowiedź ponownego otwarcia cieśniny wywołała spadek cen surowców energetycznych. Jeżeli strony rzeczywiście zagwarantują swobodę żeglugi, a sankcje będą stopniowo ograniczane, korzyści odczują przede wszystkim państwa importujące energię – przede wszystkim w Azji, ale też w Europie. Brama została ponownie otwarta – klucz do niej jednak pozostał w tych samych rękach. Iran nadal dysponuje instrumentami, które traktuje jako ubezpieczenie na wypadek kolejnego kryzysu.
Memorandum należy postrzegać zatem nie jako zwieńczenie konfliktu, lecz jako początek nowego etapu. Jego sygnatariusze mogą ogłosić sukces, a jednocześnie niemal każdy ma powody do rozczarowania, choć Teheran akurat zdaje się najmniejsze. Iran nie tylko przetrwał ataki, ale wychodzi z wojny wzmocniony geopolitycznie, uzyskał też perspektywę gospodarczego oddechu. Stany Zjednoczone mogą przedstawić porozumienie jako dowód skuteczności presji militarnej i dyplomatycznej – i wycofać się z kosztownej wojny bez dalszego angażowania swoich sił zbrojnych. Izrael zadał przeciwnikowi poważne straty, lecz nie osiągnął swoich najważniejszych celów politycznych i niewątpliwie pozostaje z poczuciem zawodu.
Przez najbliższe 60 dni negocjatorzy będą musieli zmierzyć się z pytaniami, których na niecałych dwóch stronach dokumentu nie sposób było zawrzeć: to irański program nuklearny, przyszłość regionalnych sojuszników Teheranu i jego wpływów w regionie, harmonogram i warunki odblokowywania zamrożonych aktywów, a w domyśle też pozycja Izraela, który nie czuje się stroną umowy. Razem tworzy to obraz niewyobrażalnej złożoności. Jeśli strony wykorzystają ten czas do wypracowania szczegółowych rozwiązań, memorandum może stać się początkiem nowej równowagi regionalnej. Jeśli nie – okaże się kolejnym rozejmem odraczającym następną odsłonę tego samego konfliktu.
Po ponad stu dniach wojny świat zyskał przede wszystkim czas na refleksję i negocjacje. Oby był on należycie spożytkowany.
Sejm nie udzielił ministrowi Marcinowi Kierwińskiemu wotum nieufności, o czym od początku przekonany był premier Tusk, a nawet kanapowi koalicjanci – aczkolwiek korytarzowe plotki mówiły, że mogą się zbiesić i np. nie przyjść na głosowanie.
Jest to prawdziwy weteran składanych przez PiS hurtowo wotów nieufności, które niestety nie są wyrazem troski opozycji o losy państwa, ale częściej odnoszą się do epizodów, chwilowo tylko elektryzujących opinię publiczną. Czymże bowiem były telefoniczne groźby wobec red. Sakiewicza czy samego Prezesa, skoro służby zareagowały natychmiast i szybko były w miejscach zdarzeń, a następnie sprawcy alarmów został wyłapani co do jednego? Czy jest to powód do odwołania ministra, który reagował tu i teraz i w dodatku okazał się do bólu skuteczny? Niestety, pokazuje to jedynie skalę chwytów, jakich opozycja się dziś chwyta, żeby odwołać ministrów Tuska, ale pokracznie i w dodatku nieskutecznie.
Niektórzy nawet mówią, że skoro w to idzie, to już jest „praktycznie tonąca”… Aż tak daleko bym nie szedł, ale rzeczywiście w tym akurat przypadku skutek jest dokładnie odwrotny od zmierzonego. Im bardziej PiS chce go odwołać, tym jego pozycja w polityce polskiej rośnie. Marcin Kierwiński staje się bowiem na naszych oczach Chwalińską polskiej polityki, i nie jest to wcale figura retoryczna na wyrost. Nasza tenisowa perła jak wiadomo do wszystkiego doszła sama, ciężką pracą, pokonując trudności i przeszkody – akurat takich bohaterów potrzebujemy, a nawet kochamy miłością pierwszą i największą!
W przypadku Kierwińskiego, przypomnijmy sobie, że jako minister najpierw został rzucony na zalany przed paroma lat przez powódź Dolny Śląsk, a miał już mandat europosła, mógł siedzieć w Brukseli i pławić się w luksusach. Były nawet głosy, że wobec skali kataklizmu, nic nie będzie w stanie zrobić i że jego kariera legnie w takich samych gruzach, jak Lądek Zdrój. Tymczasem Kierwiński zwołał ludzi, jakich miał pod ręką (niektórych znam osobiście) zbudował dość sprawną ekipę, wzuł gumiaki i ruszył w teren, a za nim ciężarówki, które zaczęły wywozić popowodziowe pozostałości. No i ludzie w swym nieszczęściu zobaczyli, że Kierwiński, nieraz urobiony do granic fizycznej wytrzymałości, jest na miejscu, bierze sprawy na siebie, słucha ludzi i natychmiast reaguje na uzasadnioną krytykę. Czyli przez te tygodnie i miesiące taplania się w błocie okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, choć przecież wiele spraw musi być dopiętych w dłuższej perspektywie, w tym inwestycje wieloletnie, kolosalnie zaniedbane przez poprzedników (w tym… własne rządy).
Z warszawskiej perspektywy przyniosło mu to mir polityka nieodklejonego od rzeczywistości, ale wykazującego maksimum profesjonalizmu, jaki w takiej sytuacji można pokazać. A na miejscu – faceta myślącego i podejmującego decyzje. I to dało mu w efekcie fotel ministra konstytucyjnego, w którym zasiadł już otrzaskany z najtrudniejszymi sprawami. Kierwiński uczynił z MSWiA całkiem sprawnie działający mechanizm naszego państwa, a przez wielu nawet chwalony, mimo że akurat to ministerstwo nie jest od rozkochiwania w sobie społeczeństwa. Mamy jednak cały katalog spraw, które minister ogarnął: od OC i budowy schronów czy miejsc ukrycia, po zabezpieczenie granicy czy w perspektywie uczynienie z policji i straży pożarnej najbardziej profesjonalnych instytucji naszego państwa. Droga co prawda do tego jeszcze daleka, jednak poprzednicy dość nabroili w tym zakresie, ale wysiłek widać i nawet dzięki olbrzymiemu mechanizmowi SAFE znalazła się rekompensata, żeby MSWiA wzmocnić wyluzowaną budżetową kasą. Wszystko to czynione jest po cichu, można powiedzieć, że z należytą powagą, no ale plusów dodatnich jest więcej niż ujemnych. Ma Kierwiński naprawdę zespół bardzo dobrych wiceministrów i potrafi ułożyć sobie współpracę np. z kluczowym w zakresie bezpieczeństwa Ministerstwem Cyfryzacji. Doskonale to widać po wdrażaniu Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, za co w tym resorcie odpowiada wiceminister Olszewski, dobrze rozumiejący się z Kierwińskim.
Jeśli więc tu i tam padają zarzuty, że w KO nie ma ludzi do objęcia schedy po Kierowniku jako premierze, to ten przypadek temu prawie idealnie przeczy. Kierwiński ma zadatki na tę schedę, choć na pewno dzisiaj nie jest politykiem o rozmachu i kontaktach Donalda Tuska, ale wszystko w swoim czasie. Jeśli poszukać analogii historycznych, to jest to typ polityka trochę przypominający codzienną rutyną prezydenta Starzyńskiego, myśleniem zaś trochę wicepremiera Kwiatkowskiego – człowieka ciężkiej pracy, który nawet w środku szalejącego na Zamojszczyźnie pożaru wzmacniał jak mógł pracujące służby i nie ingerował w ich zawodowe umiejętności.
Niezrozumiała przy tym jest nadal utrzymująca się w szeregach KO fascynacja ludźmi odmiennego typu, co to np. nie są w stanie poradzić sobie z remontem kawałka ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, a w innym kawałku miasta otwierają nieukończone drogi, ku wściekłości stołecznych kierowców… Kierwiński kieruje się raczej innymi zasadami, generalnie unika kamer i mikrofonów, jeśli coś mówi, to krótko i do rzeczy, kiedy pewny jest swego i ma wszystko sprawdzone. A przy tym, jak Chwalińska na korcie, gra bez kompleksów, robiąc po prostu swoje. Trochę w kontraście do mojego ulubionego wicepremiera Władka, którego narracja jest jak Wisła szeroka, jako niemal czułego narratora polityki rządu, a nawet całej koalicji. Nie lekceważyłbym przy tym laudacji, jaką premier Tusk wystawił Kierwińskiemu w Sejmie, wbijając go w srom (jak to przedwojenni Polacy ładnie ujmowali). Byłaby to zapowiedź nieuchronnego namaszczenia? O ile Sikorskiemu powinna przypaść, jako zadanie na przyszłość, prezydentura, co jest już chyba w szeregach KO postanowione, o tyle Kierwińskiemu moim zdaniem kroi się inne zadanie, akurat w sam raz na naprawdę niepewne czasy.
Wiesław Myśliwski zmarł 30 marca 2026 roku.
Za swój Traktat o łuskaniu fasoli otrzymał Nagrodę Literacką Nike. Jako autor adaptacji tej powieści oraz scenariusza spektaklu teatralnego Saksofon (a także jego współreżyser – wraz z Mariuszem Bonaszewskim), chciałbym przybliżyć koncepcję adaptacyjno-realizacyjną naszego przedstawienia, a także moje szczególne relacje ze śp. Wiesławem Myśliwskim.
Pionierska adaptacja
Dla przypomnienia: nasz Saksofon z 2012 roku (pokazywany m.in. w Teatrze Narodowym) „był jedną z pierwszych znaczących prób przełożenia powieści Myśliwskiego na język teatru” – jak podaje Gemini, sztuczna inteligencja koncernu Google. Powieść ukazała się w 2006 roku, a ze względu na jej specyficzną formę – długi, zawiły monolog – adaptacja jest zadaniem niezwykle trudnym. Późniejsza, bardzo ceniona adaptacja Emilii Nagórki w Teatrze im. Witkacego w Zakopanem miała premierę dopiero w 2023 roku. Warto odnotować, że 27 marca 2026 r., w Międzynarodowym Dniu Teatru i na trzy dni przed śmiercią naszego znakomitego pisarza, została ona gościnnie wystawiona w Centrum Kultury Alternatywy na Ursynowie.
Składając tekst mojego scenariusza w ZAiKS-ie, sformułowałem następującą notę: „Nasz spektakl to utwór sceniczny, zbliżający się do monodramu, na motywach powieści Myśliwskiego, charakteryzujący się istotnie odmienną konstrukcją literacką. Wynika to nie tylko ze skrótów, ale też z zupełnie odmiennego połączenia fragmentów, z daleko idących przemieszczeń w kolejności obrazów scenicznych. Starałem się zachować istotę i klimat pierwowzoru, dając jednak swoistą propozycję literackiego kształtu i wizji scenicznej, podporządkowanej motywowi saksofonu. Dlatego obawiam się, że nie można już tego traktować jako tzw. adaptacji, a raczej jako nowy twór literacko-sceniczny na motywach powieści”.
Głos pamięci i postać Drugiego
Cały nasz spektakl rozpoczyna się od Głosu pamięci, czyli od słów Starego Autora, nazwanego w naszej sztuce Drugim – tę rolę przyjąłem osobiście. Po moim początkowym, krótkim monologu głos przejmuje główny bohater powieści, czyli Ja młody, który snuje retrospektywną opowieść swojego życia. Gra go znakomity aktor Mariusz Bonaszewski.
Pamięć (Głos pamięci) upostaciowałem pod nazwą Drugi, wprowadzając postać sceniczną, która w adaptowanej powieści nie istnieje. Zabieg ten sprawił, że główny bohater w spektaklu – choć niby rozmawia z tajemniczym gościem (jak w powieści) – tak naprawdę poszukuje samego siebie, konfrontując się z różnymi „Ja” z różnych momentów swojego życia. W powieści gość istnieje realnie, ale bardziej słucha niż mówi – funkcjonuje dla przyczyny formalnej, by bohater mógł roztoczyć przed nim historię swego życia ze wszystkimi wątkami egzystencjalnymi, etycznymi, historycznymi, a nawet poetycko-metafizycznymi, zwłaszcza wątkami o przemijaniu.
Mój dramatopisarski zamysł polegał na stworzeniu spektaklu rozmowy bohatera w istocie bardziej ze sobą niż z formalnym odbiorcą niekończącego się monologu. To spektakl swoistej spowiedzi przed samym sobą i jednocześnie przed odbiorcami. Mamy do czynienia z jedną i tą samą postacią w kreacji dwóch aktorów: stary jest aktualnym alter ego autora oryginału, młody – tym samym człowiekiem z czasów młodości i wieku średniego.
Poszukiwanie siebie – klucz do Myśliwskiego
Bohater (Ja) osadzony w konkretnych realiach peerelowskiego Kraju retrospektywnie rozpoznaje siebie w sytuacjach z własnej przeszłości. (Uwypuklają to wprowadzone przeze mnie pieśni z minionej epoki – Pieśń o Stalinie, Ech, ta droga, Taczanka). Można powiedzieć, że wydobywa siebie z pamięci. A pamięć dla Wiesława Myśliwskiego jest kategorią szczególną. Sam pisarz mówi: „Pamięć jest takim lecącym do nas światłem dawno zgasłej gwiazdy. Tyle że nie zawsze jest w stanie do nas dolecieć za naszego życia. […] A w ogóle może wszystko jest pamięcią?”
Drugiego w swym scenariuszu powołałem do życia po to, by wielki kreator – Wiesław Myśliwski – skrywający się pod postacią swego bohatera, mógł jeszcze bardziej wyraziście, naocznie spotkać się sam ze sobą. To spotkanie nie było jednorazowe, lecz wielorazowe i wielofazowe – w zależności od tego, z bohaterem której fazy życia spotykał się stary Autor, czyli Głos Pamięci. Tropienie Ja przez Drugiego generowało wszelkie warstwy samoświadomości autorskiej, ukryte mniej lub bardziej głęboko w Pamięci.
Janusz Termer w swym szkicu wspomnieniowym o Myśliwskim[1] przyznał, że istotnym motywem, a ja bym nawet powiedział – przewodnim i docelowym, który starałem się wyłuskać w swoim adaptacyjnym scenariuszu, było „obsesyjne poszukiwanie samego siebie” autora Traktatu o łuskaniu fasoli. Poszukiwanie siebie – niby sprawa prosta, a zarazem złożona. W wielu powieściach autor usiłuje zdefiniować swoją tożsamość poprzez bohatera, który jest mniej lub bardziej zamaskowanym alter ego. Jednak u Myśliwskiego chodzi nie tyle o fabularne losy, ile o sposób przeżywania, koncepcje życiowe, uniwersalne spojrzenie na sens życia w różnych jego okresach – od wczesnej młodości aż po schyłek, na istotę przemijania.
Dlatego tak ważne staje się doświadczenie życiowe i właśnie pamięć. Pamięć Myśliwskiego – egzystencjalna, metafizyczna – funkcjonuje podobnie jak zawodzenie saksofonu. Dlatego postawiłem na scenie bodajże najlepszą z naszych polskich saksofonistek, Alinę Mleczko.
Czas zniewolony, marzenie o wolności
Autor, wywołując do odpowiedzi dialogującego bohatera, podsyca swą pamięć, usiłuje ją obiektywizować, ale i poddaje twórczej kreacji. W powieści, tak jak i w naszym spektaklu, obserwuje on bohatera, a w istocie samego siebie, przeżywającego swój czas. Sam wydaje się ponadczasowy. Niekiedy z pozycji nadrzędnych strofuje Ja, poucza dobrotliwie, innym razem nęka pamięcią czasu zniewolonego. Wtedy staje się Strażnikiem Porządku, Dyrektorem Szkoły dławiącym bunt uczniów.
Drugi jest nie tylko Innym – Drugi jest też w nas, chociaż w nieco innym sensie. Wiedzą dobrze, co to znaczy, ci, którzy żyli w okresie polsko-sowieckiego socjalizmu, w czasach cenzury i autocenzury. Drugi tkwi głęboko w Ja, ale jako ten, co już doświadczył, co przeżył, i teraz może patrzeć na siebie dawnego z zewnątrz – jako ktoś, kto już wie o wiele więcej.
W językowej prostocie wyrazu Wiesława Myśliwskiego ukrywa się głęboko ludzkie przeżywanie świata i siebie samego. Poza pamięcią zła jest też pamięć dobrych twarzy. Wtedy Drugi przejmuje rolę Nauczyciela muzyki – jedynego „ludzkiego” pedagoga w reżimowej szkole. Nauczyciel pełen słabości, uzależniony od alkoholu, zapala dobre światełko w świecie znękanych, a szczególnie przed naszym bohaterem, któremu pozwala przybliżyć się do Mitu, realizować Marzenie – zdawać by się mogło – nierealne. Mitem tym była muzyka, czyli wolność. Muzyka mało wówczas znanego saksofonu, która nieśmiało przenikała z Zachodu grube ściany zamkniętego „domu”. Żeby z niego wyjść, bohater nie tylko marzy, ale i ćwiczy na pożyczonym saksofonie, zbiera pieniądze na własny. Słynna wymiana pieniędzy – państwowe oszustwo na wielką skalę – odbiera mu szansę na spełnienie marzenia. Kupuje więc sobie za tę garść bezwartościowych pieniędzy… kapelusz.
Myśliwski powiada: „Świat jest tym, co opowiedziane”. Zachowując jego idee, dokładając pamięć własną, spróbowaliśmy przez inny, sceniczny obraz odtworzyć w wielkim skrócie świat narysowany przez pisarza.
O piosenkach i rozmowie z Mistrzem
Przyznam, że poza jednostronicowym Prologiem (moim Wprowadzeniem) nie dodałem do właściwego tekstu Autora choćby jednego słowa spoza powieściowego ciągu – chociaż przełamywałem linearność. Teksty Myśliwskiego łączyłem według własnej koncepcji dramaturgicznej, zawsze dbając o semantyczny i ideowy wyraz, tożsamy z oryginałem.
Wiesław Myśliwski był obecny na warszawskiej premierze naszego spektaklu w 2013 roku w Teatrze za Dalekim na Ursynowie (wcześniejsze pokazy odbyły się w 2012, m.in. w Wyszkowie i w Nałęczowie na Festiwalu Wielu Kultur). Komplementował Mariusza Bonaszewskiego i Alinę Mleczko, a także moją koncepcję adaptacyjno-reżyserską. Janusz Termer, który był wtedy na spektaklu, potwierdza: „Patrzyłem na obecnego na tym spektaklu Wiesława – był bardzo wzruszony”.
Mogę jednak dodać, że nieco od niego oberwałem – delikatnie, ale oberwałem – podczas pospektaklowej rozmowy z publicznością. Nie miał zastrzeżeń do puenty (której najbardziej się obawiałem), zadał mi jednak niewinne pytanie: – A dlaczego Pan w spektaklu śpiewa? Odpowiedziałem: – Bo lubię śpiewać. Aby nie zabrzmiało to prowokacyjnie, dodałem: – Śpiewam piosenki z czasów wczesnego PRL-u, by młodszym widzom uwypuklić tamtą epokę. Wtedy Myśliwski zapytał spokojnie: – To ja jej dostatecznie nie uwypukliłem? Przyhamowałem. Nie powiedziałem, że niełatwo było jemu atmosferę tamtych czasów wyłożyć na ponad pięciuset stronach, a my musieliśmy wyczarować ją z dwudziestostronicowego scenariusza. Nie powiedziałem też, że wprowadzenie piosenek z epoki jest zabiegiem często spotykanym. Milczałem skromnie, choć Myśliwski musiał przecież wcześniej zaakceptować mój scenariusz w ZAiKS-ie, byśmy mogli go legalnie wystawiać, a teksty piosenek, które wprowadziłem do spektaklu, były w tym scenariuszu zapisane,
W ramach I edycji Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie (2015) wystąpiliśmy z Saksofonem i odnotowaliśmy prawdziwy sukces, a po spektaklu pani Maja Komorowska osobiście składała mi gratulacje. Kilka dni później, gdy już mnie tam nie było, na moją niewinną głowę posypały się gromy, bo dowiedział się o mojej niesubordynacji pan Wiesław, który przyjechał przed końcem festiwalu. Teraz mogę tylko żałować, że już twarzą w twarz nie stanę przed Mistrzem prozy, by mu się usprawiedliwić i obiecać, że już nie zaśpiewam.
Finał: metafizyczna puenta
Puentę spektaklu wykroiłem głównie z początkowych tekstów powieści. W naszym zaaranżowanym ujęciu zabrzmiała ona metafizycznie. Bohater wyskakuje z pociągu. I w tym momencie następuje wyraźna zmiana klimatu akcji całego spektaklu – z realistycznego przechodzi w nadrealny. Oto końcowy fragment mojego scenariusza:
JA: Przypiąłem się do okna, że może stąd jakiś ratunek dla mnie nadejdzie. I na szczęście po niedługim czasie tej męki pociąg wjechał na moją stację. Nie czekając, aż się zatrzyma, pchnąłem drzwi i jeszcze w biegu wyskoczyłem.
(Saksofon nagle urywa. Przyciemnienie. Dłuższa pauza. Ja podąża za dziwnym przeciągłym tonem saksofonu.)
JA: Szedłem, a mgła mnie wciąż rozmazywała, wciąż nie mogłem osiągnąć tego dotkliwego poczucia, że to ja.
DRUGI (śpiewa): Ech, ta droga / tonie we mgłach. / Znowu chłód i trwoga / i burzanu krzak.
JA: W pewnej chwili przystanąłem, otarłem chusteczką tę mgłę z czoła, po czym pochyliłem się, żeby podwinąć wyżej nogawki spodni, a wtedy kapelusz spadł mi z głowy. Zacząłem go szukać w trawie i w tym momencie może bym się zbudził, bo bez kapelusza poczułem się, jakby jedną nogą na jawie…
(Saksofon łka metafizycznie przez dłuższy czas.)
DRUGI: Może bym się zbudził…
JA: Ma się rozumieć, że mnie kusi.
DRUGI: O, nieraz mnie kusi. Zdarza się nawet…
Razem (już jako tożsama postać): …wyjmę saksofon z futerału, zawieszę sobie na szyi, wsadzę ustnik w usta…
(Saksofon gra.)
W tym momencie – gdy mówimy jednocześnie z Mariuszem ten sam tekst – ukazujemy, że jesteśmy tą samą postacią, przesuniętą w czasie. Dla Myśliwskiego, jak sam pisał, „wszystko jest pamięcią”. Mam nadzieję, że nasz Saksofon oddał tej pamięci sprawiedliwość.
[1] Zob. s. 87–88. Przyp. redakcji.
Dobitne stwierdzenia i oceny
W czasie swego pontyfikatu papież Franciszek dość często poruszał opinię publiczną różnymi nietypowymi i swoistymi, śmiałymi i dosadnie formułowanymi opiniami o toczących się we współczesnym świecie lub potencjalnie w nim tkwiących wojnach i w ogóle o siłowym rozwiązywaniu problemów w relacjach międzynarodowych. Na ogół były to opinie obrazowo i metaforycznie, a niekiedy nawet aforystycznie wyrażane, ale ewidentnie trafne i rzeczywiste stany rzeczy dogłębnie oddające. Papież wskazywał m.in. na to, że mamy do czynienia z „sytuacją irracjonalną”, z brakiem „prawego rozumu, prawdy i sprawiedliwości”, z „karygodnym brakiem rozsądku, głupotą i szaleństwem”, z „klęską i bezsensowną, umyślnie spowodowaną udręką, niepotrzebną rzezią”. I dalsze przykłady swoistych stwierdzeń: „Wojna to nie tylko estrada dla kłamstw, które je wyprzedzają i zawsze jej towarzyszą. Wojna sama jest kłamstwem, a prawda jej pierwszą ofiarą”; „Każdy dzień, kiedy nie milczy broń, to kolejny dzień klęski i bezsensownej, umyślnie spowodowanej udręki”; „Przeznaczeniem ludzkości nie mogą być uzbrojone po zęby królestwa, lękające się siebie nawzajem”; „Świat oszalał” itp.
Te wymownie wyostrzone osądy i opinie o wojnach współczesnych przynależą do szerszego i w pewnej mierze systematycznego ich ujęcia, wyrażonego przede wszystkim w Autobiografii Papieża[1].
Horror wojenny – wojna nowoczesna
Wojny nie zmieniają swej istoty („wojna zawsze jest ta sama”), tzn. że należą do najgorszych z możliwych i najbardziej potwornych działań i doświadczeń człowieka. Zmieniają natomiast swój charakter i swą rodzajowość, formę techniczną, uwarunkowania zewnętrzne (wewnętrzne na ogół pozostają te same), cele i zadania, sposoby i skuteczność ich przeprowadzania, siłę i moc niszczycielską, nasilenie śmiercionośności i cierpienia, nieracjonalności i antyczłowieczeństwa.
Zmienność i niezmienność wojen wyraziście i zarazem dramatycznie uwidaczniają dokonujące się obecnie, głównie w wyniku gwałtownego rozwoju technologicznego i przemian globalnego systemu ekonomicznego, główne cechy procesu przechodzenia od wojen tradycyjnych, konwencjonalnych (ilustrowanego w nowszych czasach modelem I i II wojny światowej) do wojen nowoczesnych, technologicznie i czynnościowo zrewolucjonizowanych (uwidocznianych m.in. w wojnie w Ukrainie oraz w operacjach wojennych przeprowadzanych na Bliskim Wschodzie, a wcześniej w Hiroszimie i Nagasaki). Mają już one znamiona nasilającego się horroru wojennego i działania ludobójczego, a przy tym czynu niesensownego i absurdalnego, w perspektywie zaś dla ludzkości prawdopodobnie samobójczego. Papież z naciskiem i niepokojem podkreślał tę radykalną i wysoce negatywną zmianę i wojnę nowoczesną przedstawia następująco:
Jest ona tworzywem świata dzisiejszego, ma swe główne źródła oraz przyczyny w jego cechach i właściwościach, takich zwłaszcza jak: niesprawiedliwa dystrybucja zasobów, pogłębiające się rozwarstwienie społeczne, dominacja w życiu zbiorowym interesownego „świata elit”, rozpychanie się uprzywilejowanych rynków, przewaga „pozornego rozwoju”, który „wykluczając wielu, zawsze i wszędzie sprawia, że bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni ubożeją”; takich dalej cech jak „globalne zobojętnienie”, „duch podziałów i nienawiści”, „wojna z przyrodą”. W takim świecie „w imię dawnych i nowych interesów, szalonych planów geopolitycznych, pieniędzy i władzy” wywoływane są właśnie i uporczywie prowadzone „wojny nowoczesne”. W rodowodzie swym i charakterze, działaniu i skutkach są one wojnami szalonymi („wojna to szaleństwo”), głupimi („wojna jest głupia”), bezsensownymi („absurdalny, alienujący bezsens wojny”). W gruncie rzeczy są bezużytecznymi i ewidentnie niepotrzebnymi, przy czym nadmiernie śmiercionośnymi („bezużyteczna rzeź”). Stają się przestrzenią skrajnej niesprawiedliwości, ogromu przemocy, cierpienia, okrucieństwa, okropności, bólu i strachu, także wstydu i tchórzostwa. („dzisiaj wojna to tylko tchórzostwo i wstyd”). Na ogół toczą się daleko poza centrami ich przywództwa i masowej produkcji broni. I są niebotycznie kosztowne. Przykładowo rzecz biorąc: „Gdyby nie produkować broni przez rok – pisze Papież – można by wyeliminować głód na całym świecie. Jeden dzień bez wydatków na cele wojskowe uratowałby 34 miliony ludzi. A mimo to jak nigdy wcześniej zwiększamy coraz bardziej wydatki na zbrojenia. W ten sposób produkujemy… głód”[2].
W uzasadnianiu wojen „nowoczesnych” nie można też powoływać się na Boga. On nie ma z nimi nic wspólnego („Nie ma boga wojny”, „Bóg jest pokojem”, „Bóg wzywa nas do współpracy”)[3]. Zatem nic nie uzasadnia i nie usprawiedliwia owych wojen[4].
Nadszedł więc czas, żeby z tymi wojnami raz na zawsze, bezwarunkowo i ostatecznie skończyć. Jest to zapewne bardzo trudne, ale jednak możliwe. Pod warunkiem wszakże – jak pisał Einstein – że „określone materialne i polityczne interesy” przestaną „systematycznie korumpować zdrowy rozsądek”[5]. Zacząć by należało od zaprzestania wyścigu zbrojeń i rezygnacji z usług przywódców politycznych, którzy „nie wiedzą jak prowadzić dialog” i „nie są w stanie pchnąć żadnego kraju w kierunku pokoju, sprawiedliwości i dobrobytu. Pchają go natomiast w przepaść zniszczenia”[6].
Pokój jest osiągalny
Pokój, czyli zbiorowe i jednostkowe życie ludzkie uwolnione od wojen, agresji i przemocy, jest fundamentalną i niezbywalną wartością tego życia. „To – pisze Papież – podstawowy warunek poszanowania każdego człowieka oraz integralnego rozwoju każdego narodu”. Zaś stały i skuteczny dialog między narodami jest niezbędny nawet dla ich przetrwania w erze atomowej. Papież pisze ostrzegawczo – „nikt nie może być w dzisiejszych czasach ślepy na to, że niezdolną do dialogu kulturę czeka zagłada”[7] (podkr. J. Sz.).
Tymczasem pojęcie pokoju nie zawsze jest poważnie traktowane i z ufnością przyjmowane. Pod naciskiem „nielogicznej” logiki wojny dość często, zwłaszcza w mediach, pojęcie to uznawane jest za naiwne i niewiarygodne, społecznie bałamutne i niewygodne, a bywa też, że jest zakazywane, a jego zwolennicy traktowani z podejrzliwością i pomawiani o to, że sprzyjają „wrogowi”. „Czasem – czytamy w Autobiografii – nic nie sieje większego zgorszenia niż pokój”. Co gorsze – „środki przekazu nawet teoretycznie nie potrafią zerwać z perwersyjną i «nielogiczną» logiką wojny”[8].
Koniecznie więc przeciwstawić jej trzeba „logikę pokoju”, z jej wyjściową tezą, że pokój – zarówno doraźny, jak i długofalowy – zawsze jest do osiągnięcia. „Nigdy nie przestanę powtarzać – oświadcza Papież – że pokój jest możliwy”[9]. Pod warunkiem wszakże, że wyzbędziemy się egoizmu i uprzedzeń i uznamy, że innych należy traktować tak, jakbyśmy chcieli, żeby tak samo nas traktowano; że zdobędziemy się na „śmiałe marzenie” i mocne pragnienie, na solidarność i braterstwo, mądrość i odpowiedzialność, poczucie sprawiedliwości i stałą otwartość na innych. Że będziemy gotowi i zdolni, silnie umotywowani i zdeterminowani, do zbiorowego działania, bo pokój to nie „sprawa pięknoduchów”, ale realistycznie usposobionych „śmiałych marzycieli” z „bratnich narodów”. „Pragnąc pokoju – czytamy w Autobiografii – który można zrealizować wspólnie, nigdy pojedynczo, to śnić z otwartymi oczami, w blasku słońca”[10]. I trzeba być niestrudzonym i wytrwałym, „nie można ustępować ani retoryce, ani psychozie wojny”[11]; „trzeba niestrudzenie siać ziarna pokoju”, bo „każde ziarno pokoju przynosi owoce”[12].
Wojna nie jest bezwzględną koniecznością
Przytoczone stwierdzenia wyrażają nie tylko osobiste przekonanie Papieża, ale też wiarygodnie uzasadnioną, ważną tezę. Według niej wojna nigdy nie jest bezwzględną koniecznością, a stan bezwojenny („pokojowy”) zawsze jest możliwy. Papież stawia jednak wysokie i niełatwe do spełnienia wymogi dla praktycznego urzeczywistnienia się owej tezy. Przede wszystkim trzeba nauczyć się stosowania tej samej miary do innych, jaką chcielibyśmy, żeby do nas stosowano. „(…) Traktujmy innych – pisze – z tą samą miłością i współczuciem, z jakim sami chcemy być traktowani. Starajmy się dla innych o te same możliwości, o jakie staramy się dla siebie. Pozwólmy innym się rozwijać, tak jak sami chcielibyśmy być wspomagani. Jednym słowem, jeśli chcemy bezpieczeństwa, dajmy bezpieczeństwo; jeśli chcemy życia, dawajmy życie; jeśli chcemy szans, zapewniajmy szanse innym. Miara, jakiej używamy wobec innych, będzie miarą, jakiej czas użyje wobec nas”[13].
Przy tym w sprawie pokoju – „potrzeba matczynego spojrzenia i matczynej odwagi”, niezachwianej wiary i nadziei na jego osiągnięcie, a niewiary w to, że wojny są koniecznością; silnego i wspólnotowego jego pragnienia, upartej i dalekosiężnej wizji jego dobroczynnego zaistnienia.
„Wszędzie, w każdym regionie świata powtarzam kobietom i mężczyznom, a zwłaszcza ludziom młodym: nie wierzcie tym, którzy ostrzegają was, że nic nie może się zmienić lub że walka o pokój to tylko sprawa naiwnych «pięknoduchów». Nie poddawajcie się, kiedy chcą, byście uwierzyli, że logika nakazuje żyć przeciwko innym lub bez nich, przeciw innym narodom lub bez nich. Ci, którzy tak twierdzą, udają silnych, ale są słabi. Czasem udają mądrych, ale w rzeczywistości są obłąkani. Niekiedy są to szaleńcy, troszczący się tylko o własne korzyści, często związane z brudnymi i niejasnymi interesami fabrykantów przemocy, gotowych podeptać pokój dla zysku. Wiele wojen prowadzonych rzekomo «dla bezpieczeństwa ludzi» w rzeczywistości pozwala na uzyskanie osobistych lub politycznych dywidend (…). Wojna jest szaleństwem. Racjonalny jest pokój, ponieważ stanowi odzwierciedlenie i realizację natury ludzkiej i naturalnych aspiracji poszczególnych narodów” (podkr. – J. Sz.).
(…) Każda wojna to świętokradztwo, gdyż pokój jest darem Boga. Ten dar jednak potrzebuje kobiet i mężczyzn zdolnych go umacniać”, przy nawiązaniu m.in. do ius pacis, który uznaje należne wszystkim prawo do rozwiązywania konfliktów „wyrzekając się wojny”[14].
I rzecz bodaj najważniejsza: należy wspólnym i śmiałym wysiłkiem zainicjować i urzeczywistniać zmiany w cywilizacji, która rodzi i praktykuje w sobie wojny; zmiany, które umożliwią „świat bez wojen, świat „solidarnych ludzi i bratnich narodów”.
„Jeśli dzisiejsza cywilizacja sieje śmierć, zniszczenie, strach, niesprawiedliwość, rozczarowanie, to trzeba zainicjować zmiany. Tak, by zagwarantować prawa osób i narodów, począwszy od najsłabszych i będących na marginesie. By wznieść nasz wspólny dom po osuszeniu braterstwem studni nienawiści.
Złodziejom przyszłości musimy przeciwstawić przekonanie, że jedyne możliwe jutro należy do solidarnych ludzi i bratnich narodów”[15].
Zachęty, apele i oświadczenia
Swoje poglądy na zagadnienie wojny i pokoju Papież zamyka nader ważnym, a przy tym szczególnie aktualnym i praktycznie cennym wątkiem zachęt, apeli i oświadczeń. Ze względu na bezprecedensową wagę i pożądaną społeczną użyteczność wątek ten winien być szeroko publicznie nagłaśniany. Zarówno w medialnych środkach przekazu, jak i w narracjach ośrodków dyplomatycznych państw i organizacji międzynarodowych, w szczególności zaś w kościelnych oświadczeniach społecznych i w odniesieniach do spraw międzynarodowych. Niestety tak się nie dzieje – wątek ten, jest zadziwiająco przemilczany. W konsekwencji nie jest wykorzystany jego dobroczynny i proludzki potencjał intelektualny. Może więc warto przypomnieć w tym miejscu niektóre jego fragmenty. Tak oto Papież Franciszek zachęca, apeluje i oświadcza:
„Społeczność europejska i międzynarodowa powinny aktywnie poszukiwać dróg dialogu, negocjacji i mediacji. Wiem, że osiągnięcie rezultatów za wszelką cenę nie jest możliwe, ale trzeba również zdać sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na nas wszystkich. Interesów imperium, jakiegokolwiek mocarstwa, nie można przedkładać nad życie setek tysięcy ludzi. Wojna niesie zbyt wiele sierot, wdów, przesiedleńców i zbyt wiele gruzów (…)”[16].
„Droga pokoju nie jest oczywiście pozbawiona ryzyka, ale uciekanie się do broni niesie ze sobą nieskończenie więcej zagrożeń, intensyfikując niezwykle kosztowny wyścig zbrojeń. Kwoty wydatkowane na zbrojenia można by wykorzystać do walki z niedożywieniem, zagwarantowania wszystkim opieki lekarskiej, budowania sprawiedliwości, wreszcie do tego, by wkroczyć na jedyną ścieżkę, która może zapobiec samounicestwieniu ludzkości”[17].
„Wojna to szaleństwo, które tuczy handlarzy śmiercią, a płacą za nie niewinni. (…) Wojna prowadzi zawsze w ślepą uliczkę. Nie otwiera żadnych perspektyw, niczego nie rozwiązuje, wszystko zatruwa i za każdym razem pozostawia świat w gorszej sytuacji, niż był wcześniej. Temu karygodnemu brakowi rozsądku dziś bardziej niż kiedykolwiek trzeba przeciwstawić prorocze napomnienie Papieża Jana XXIII, zawarte w encyklice Pacem in terris (…), że stosunki między państwami nie mogą być uwarunkowane potęgą sił zbrojnych. Powinny natomiast układać się zgodnie z zasadami prawego rozumu, to znaczy prawdy, sprawiedliwości i prężnej współpracy”[18].
„To prawda, że Kościół często jest vox clamantis in deserto (Mk 1,3), głosem wołającego na pustyni. Wystarczy przypomnieć sobie ostatnie 30 lat i niewysłuchane apele Jana Pawła II w obliczu zbliżającej się wojny w Jugosławii czy dwóch konfliktów w Zatoce Perskiej. Jego prorocze słowa nie znalazły posłuchu. Zbyt późno dostrzeżono też całą ich tragiczną prawdę (…)”[19].
„Następne pokolenia ocenią nas surowo, jeśli nasz pokój pozostanie li tylko «pustym słowem», jeśli nie uda nam się go osiągnąć”[20].
Zwariowana rzeczywistość i nadzieja na lepsze jutro
Przedstawione wyżej pojmowanie i osobiste odczuwanie wojny i pokoju wykazuje nieograniczoną bezpośredniość i prostolinijność; opisywanie i ocenianie zjawisk bez kamuflaży i osłon skrywających faktyczne stany rzeczy. Użyto w nim wiele obrazowych i metaforycznych, ale bardzo trafnych, a przy tym atrakcyjnych, często wręcz zadziornych zwrotów i wypowiedzi o różnych aspektach wojny i pokoju, zbrojeń i działań prowojennych oraz o zaletach i dobrodziejstwie pokoju; o trudnej do niego drodze oraz wielorako korzystnej i jedynie dziś sensownej alternatywie dla zbrojeń. Czyni to narrację autorską nie tylko rzetelną i wiarygodną, w wielu przypadkach z powodzeniem dopełniającą i pogłębiającą zastaną wiedzę o rozpatrywanych zjawiskach; a co ważniejsze – wiedzę ułatwiającą głębsze ich rozumienie i odczuwanie.
Niemałą rolę w tej prostej i autentycznej opowieści o różnych obliczach wojny i pokoju w czasach obecnych odgrywają też dalsze specyficzne cechy papieskiej narracji, w tym ta, że na pierwszym jej planie mówi się nie o militarnych aspektach wojen współczesnych, np. o coraz bardziej złożonym i technologicznie wyrafinowanym jej wojennym instrumentarium oraz o coraz bardziej precyzyjnym i śmiercionośnym jego stosowaniu, czy o skomplikowanej sferze radykalnie zmieniającej się taktyki i strategii wojennej, albo o zawiłych politycznych i geopolitycznych kalkulacjach wojennych polityków itp., ale mówi się przede wszystkim o wojnie z ludzkiej, antropocentrycznej perspektywy, o tym zwłaszcza jak się ona rodzi we współczesnych społecznych i geopolitycznych warunkach, kto dziś głównie o niej decyduje i z jakiego powodu to czyni, co wyprawia ona w świecie ludzkim i co robi z ludźmi; jakie powoduje cierpienia i tragedie, jak jest potworna i okrutna, bezsensowna i absurdalna i co może spowodować dla ludzi w przyszłości, itp. W tej homocentrycznej perspektywie jest ona dogłębna, proludzka i empatyczna, autentycznie zatroskana i osobiście przeżywana, a przy tym jakby ojcowsko doradcza i ostrzegawcza.
Homocentryczna perspektywa i przeżyciowo humanitarna postawa Autora spycha też na margines historiograficzne ujmowanie wojen, a uprzywilejowuje skupienie się głównie na ich miejscu i roli w teraźniejszości i wpływie na przyszłość ludzkości. Nie jest rzeczą przypadku, że Papież właściwie nic nie mówi o dwóch ostatnich wojnach światowych, natomiast wiele uwagi poświęca zawiązującej się obecnie trzeciej wojnie światowej (zwanej trzecią wojną światową „w kawałkach”), z silnie akcentowanym i przeżywanym antywojennym zaangażowaniem i z żarliwą oraz praktycznie konkretyzowaną pokojową inicjatywą. Przy czym śmiało i ostrzegawczo ukazuje katastrofalne konsekwencje współczesnych wojen dla przyszłości człowieka, wypowiadając wiele oryginalnych i fundamentalnych tez na ten temat, w tym tezę dotyczącą związku tego zagadnienia ze sprawą przetrwania ludzkości. Chodzi o tezy nie do zbagatelizowania, a tym bardziej nie do bezrefleksyjnego zapoznania. Przyjmując użyty przez Papieża kolokwialny zwrot, chodzi o to, aby wojny współczesne, które bezceremonialnie zaczęły „kraść” człowiekowi przyszłość, nie skradły jej całkowicie.
Zaletą przedstawionych poglądów na wojnę i pokój w czasach obecnych i osobistych odczuć w ich zakresie Papieża jest więc nie tylko to, że zawierają one wiele cennych i nietypowych akcentów, oryginalnych wyjaśnień i komentarzy, prognoz i przewidywań, ale że łączą w sobie ujmującą i cenną prezentację nowoczesnej postawy wobec głęboko i z wielkim zatroskaniem wyświetlanych i ocenianych procesów i zjawisk; postawy mądrej, i wysoce odpowiedzialnej, w dzisiejszych czasach bez wątpienia ważnej i oczekiwanej.
Dodajmy, że mamy tu do czynienia nie z watykańską i kościelną, oficjalną i instytucjonalną, ale z uniwersalnie ludzką i humanistyczną, poznawczą i personalnie zabarwioną narracją o wojnie i pokoju w czasie obecnym oraz z gorącym poręczeniem bardzo dziś pożądanej postawy wobec tych dwóch, najdobitniej określających dzisiejszą zwariowaną rzeczywistość międzynarodową, zjawisk, jakimi są wojna i pokój w nowoczesnym ich rozumieniu i praktykowaniu[21].
[1] Papież Franciszek, Carlo Musso, Nadzieja. Autobiografia, z włoskiego przełożyła Anna T. Kowalewska, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2025.
[2] Tamże, s. 293.
[3] Tamże.
[4] Tamże, s. 293.
[5] Albert Einstein, Mój obraz świata, Warszawa 1935 (Papież powołuje się na to dzieło).
[6] Papież Franciszek, Carlo Musso, Nadzieja. Autobiografia, op. cit., s. 42.
[7] Tamże, s. 262.
[8] Tamże, s. 293, 294.
[9] Tamże, s. 262.
[10] Tamże, s. 301.
[11] Tamże, s. 294.
[12] Tamże.
[13] Przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych we wrześniu 2015 r. Tekst polski za https://www.vatican.va/content/francesco/pl/2015/september/documents/papa-francesco.
[14] Papież Franciszek, Carlo Musso, Nadzieja. Autobiografia…, op. cit., s. 300, 301.
[15] Tamże, s. 300.
[16] Papież Franciszek, Carlo Musso: Nadzieja. Autobiografia, cyt. wyd., s. 291.
[17] Tamże, s. 292.
[18] Tamże, s. 293.
[19] Tamże, s. 294.
[20] Tamże, s. 197.
[21] Charakterystyczny, intelektualnie i ocennie upodobniony do przedstawionego wyżej „papieskiego”, w istocie uniwersalnego, odniesienia do wojny, jest jej opis i ocena jednego z najwybitniejszych, współczesnych, religijnie niezależnych jej znawców i literacko-dziennikarskich „portrecistów” – amerykańskiego korespondenta wojennego i pisarza – Roberta D. Kaplana, który stwierdza m.in., iż „(…) wojna jest niewyobrażalnie odrażająca, (…) nawet stosunkowo niegroźna – gdy jest prowadzona przez honorowych ludzi i nie przynosi żadnych ofiar cywilnych lub niewielką ich liczbę – nadal jest absolutnym piekłem. Tylko ci, którzy nigdy nie doświadczyli wojny, mogą sobie pozwolić na luksus opowiadania się za nią z czystym sumieniem”, „(…) idealizowanie przemocy, niezależnie od okoliczności, jest zarówno potworne, jak i naiwne (…), komentatorzy, z których spora grupa chlubi się tytułami naukowymi, ale ma mało doświadczenia życiowego, lekceważą wagę wojny (…) zmierzamy obecnie do stanu, który staje się coraz bardziej chaotyczny i niebezpieczny”. (podkr. – J. Sz.). Robert D. Kaplan, Tragizm polityki naszych czasów. Strach, fatum i brzemię władzy. Przekład Michał Głatki, Prześwity, Warszawa 2023, s. 109, 110, 111, 112, 132.
Na przełomie XX i XXI wieku pojęcie globalizacji stało się jednym z centralnych terminów opisu rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Funkcjonowało nie tylko jako kategoria analityczna, lecz także jako rama interpretacyjna dla polityków, menedżerów, mediów oraz środowisk akademickich. Globalizacja wyznaczała kierunki długookresowych strategii rozwojowych, ale również wpływała na bieżące decyzje operacyjne państw i korporacji. W najprostszym ujęciu oznaczała intensyfikację przepływu technologii, kapitału, surowców, ludzi i produktów w skali planetarnej, przy jednoczesnym dążeniu do minimalizacji kosztów i maksymalizacji efektywności. Odrzucanie tej perspektywy bywało interpretowane jako brak realizmu, a nawet jako intelektualna ślepota wobec zachodzących procesów.
Dziś jednak – w warunkach realnej, a nie hipotetycznej rywalizacji chińsko-amerykańskiej, narastających wojen handlowych i technologicznych, brexitu, wzrostu znaczenia Indii oraz rewizjonistycznej polityki Rosji – pojawia się pytanie, czy globalizacja nie była jedynie epizodem historycznym. Czy nie była atrakcyjną, lecz krótkotrwałą ideą, która uległa dezintegracji pod naporem kryzysów? Wrażenie takie mogło się wzmocnić po pandemii COVID-19, kiedy globalizacja zniknęła z oficjalnych agend wielkich forów międzynarodowych, takich jak Davos, oraz z debaty publicznej na uczelniach. Została wyparta przez narracje o bezpieczeństwie, odporności, suwerenności i skracaniu łańcuchów dostaw.
Zmiana ta jest zrozumiała z psychologicznego i politycznego punktu widzenia: uwaga systemów decyzyjnych przesuwa się ku temu, co nagłe, groźne i bezpośrednie. Nie oznacza to jednak, że globalizacja jako proces strukturalny przestała istnieć. Przeciwnie – jej mechanizmy nadal funkcjonują, choć w mniej oczywistej i mniej ideologicznej formie. Globalizację można porównać do odkrycia Ameryki pod koniec XV wieku: fakt ten zmienił bieg dziejów niezależnie od tego, jak był interpretowany moralnie czy politycznie. Jego skutki były długotrwałe, asymetryczne i często tragiczne, zwłaszcza dla cywilizacji, które nie uczestniczyły w procesie decyzyjnym.
Analogicznie globalizacja nie jest projektem, który można po prostu anulować decyzją polityczną. Powstały bowiem trwałe warunki kulturowe, technologiczne i infrastrukturalne, które ją podtrzymują: cyfrowa komunikacja, globalne rynki finansowe, sieci logistyczne, mobilność wiedzy i kapitału. Zmieniać się mogą formy, intensywność i geografia globalizacji, mogą pojawiać się bariery, fragmentacje i regionalizacje, lecz sam proces nie zanika. Stał się on jednym z trwałych osiągnięć cywilizacyjnych – niekoniecznie moralnie neutralnym, ale realnym i nieodwracalnym w sensie strukturalnym.
Istotną konsekwencją globalizacji jest wzrost sprzężenia pomiędzy odległymi elementami systemu światowego. Świat nie stał się bardziej chaotyczny w sensie ontologicznym, lecz bardziej czuły na zaburzenia. Zdarzenia rzadkie, niespodziewane i trudne do przewidzenia – określane w literaturze jako czarne łabędzie – nie pojawiają się częściej niż w przeszłości. Zmienił się natomiast zasięg i tempo ich oddziaływania. Globalizacja sprawia, że skutki pojedynczego zdarzenia rozchodzą się szybciej, dalej i nakładają się na skutki innych zdarzeń. Powstaje wrażenie permanentnego kryzysu, choć w istocie mamy do czynienia z kumulacją efektów w silnie sprzężonym systemie.
Dla refleksji nad miejscem Polski oznacza to konieczność odejścia od iluzji autonomii. Żadne państwo – nawet największe – nie funkcjonuje dziś jako samowystarczalna całość. Różnica polega na skali zasobów i zdolności adaptacyjnych. Im państwo mniejsze, słabsze demograficznie i militarnie, tym większe znaczenie mają relacje zewnętrzne, sojusze i zdolność manewru w ramach istniejących struktur. Kluczowe staje się pytanie o proporcje między własnym napędem a zdaniem się na siły zewnętrzne. Brak jednego i drugiego prowadzi do utraty sterowności.
Przykładem pragmatycznego funkcjonowania w warunkach globalizacji może być wielostronna transakcja kapitałowa z 2026 roku z udziałem polskiej spółki InPost, amerykańskiego funduszu private equity oraz globalnego operatora logistycznego FedEx, przy udziale kapitału europejskiego. Konstrukcja tej transakcji – brak dominującego właściciela, zabezpieczenie praw do marki i innowacji, zachowanie centrum decyzyjnego – pokazuje, że globalizacja nie musi oznaczać utraty podmiotowości. Może być narzędziem wzmacniania pozycji, jeśli jest zarządzana świadomie i kompetentnie.
Warunki brzegowe skutecznej nawigacji
Skuteczna nawigacja w niestabilnym środowisku wymaga przede wszystkim realistycznej diagnozy własnej pozycji i otoczenia. Strategia przetrwania nie polega na eliminacji ryzyka – co jest niemożliwe – lecz na jego identyfikacji, hierarchizacji i omijaniu zagrożeń o największym potencjale destrukcyjnym. Metafora gór lodowych pozostaje użyteczna, o ile pamięta się, że największe zagrożenia są często częściowo niewidoczne i ujawniają się z opóźnieniem.
Drugim warunkiem jest jasny podział ról i kompetencji. Systemy, które nie wiedzą, kto podejmuje decyzje, kto analizuje dane, a kto ponosi odpowiedzialność, tracą zdolność adaptacyjną. Stabilność nie oznacza sztywności – oznacza zdolność do zmiany kursu bez utraty spójności. Jej przeciwieństwem jest chaos decyzyjny, impulsywność i zastępowanie strategii nadzieją na szczęśliwy zbieg okoliczności.
W realiach geopolitycznych oznacza to dla Polski trwałe zakotwiczenie w Unii Europejskiej, pogłębianie integracji regionalnej, instrumentalne – a nie ideologiczne – traktowanie inicjatyw takich jak Trójmorze, utrzymywanie silnych relacji transatlantyckich oraz prowadzenie odpowiedzialnej polityki fiskalnej. W długim horyzoncie stabilizującym czynnikiem pozostaje uczestnictwo w strefie euro, o ile poprzedzone zostanie uporządkowaniem finansów publicznych.
Obszary zwiększonego ryzyka systemowego
W perspektywie najbliższych lat kluczowe znaczenie dla Polski mają procesy zachodzące w trzech obszarach: w Chinach, USA i Rosji. Nie chodzi tu o pojedyncze wydarzenia medialne, lecz o długofalowe zmiany strukturalne.
Chiny. W przypadku Chin kluczowym błędem analitycznym popełnianym w debacie publicznej jest traktowanie ich problemów demograficznych jako jednego z wielu wyzwań, tymczasem w rzeczywistości mamy do czynienia z procesem nadrzędnym, który w długim horyzoncie będzie determinował niemal wszystkie pozostałe zmienne: tempo wzrostu, strukturę rynku pracy, stabilność finansów publicznych, relacje centrum–prowincje, a także skłonność władz do projekcji siły na zewnątrz.
Spadek liczby ludności Chin nie jest zdarzeniem punktowym, lecz procesem o charakterze nieodwracalnym w horyzoncie jednego–dwóch pokoleń. Nawet przy radykalnym odwróceniu polityki prorodzinnej – co samo w sobie jest mało prawdopodobne ze względu na koszty fiskalne, urbanizację i zmiany kulturowe – efekt demograficzny pojawiłby się z opóźnieniem kilkunastoletnim. Według prognoz ONZ (World Population Prospects 2024) – liczba ludności ChRL zmniejszy się w ciągu najbliższych 25 lat o 150–160 mln, osiągając w 2050 r. wielkość ok. 1,25 mld – pod warunkiem kontynuacji obecnej średniej płodności i bez istotnej imigracji.
Istotniejsze od samego spadku liczby ludności jest jednak tempo starzenia się społeczeństwa. Chiny starzeją się szybciej niż kraje Zachodu, a jednocześnie wchodzą w ten etap rozwoju z niższym poziomem dochodu per capita i słabszym systemem zabezpieczeń społecznych. To oznacza, że klasyczny model „najpierw się wzbogacimy, potem się zestarzejemy” w ich przypadku nie zadziałał. Państwo próbuje kompensować ten problem poprzez automatyzację, robotyzację i inwestycje w sztuczną inteligencję, ale są to rozwiązania kapitałochłonne i wymagające wysokiej produktywności, której nie da się równomiernie rozciągnąć na całe terytorium kraju.
Demografia uderza również w model wzrostu oparty na inwestycjach infrastrukturalnych i rynku nieruchomości. Malejąca liczba młodych gospodarstw domowych oznacza strukturalny spadek popytu na mieszkania, co podkopuje jeden z filarów chińskiego systemu finansowego. Zadłużenie samorządów lokalnych, powiązane z rynkiem gruntów, staje się problemem nie cyklicznym, lecz strukturalnym. To z kolei ogranicza zdolność państwa do dalszego „kupowania czasu” poprzez stymulację fiskalną.
W tym kontekście coraz bardziej widoczna staje się sprzecznoś? pomi?dzy centralizacj? w?adzy ć pomiędzy centralizacją władzy a potrzebą elastyczności systemu. Silna kontrola polityczna zwiększa zdolność do krótkookresowej stabilizacji, ale jednocześnie ogranicza przepływ informacji, innowacyjność oddolną i zdolność do korekty błędów. System staje się bardziej odporny na chaos, ale mniej odporny na błędne decyzje strategiczne.
Dla polityki zagranicznej oznacza to rosnącą presję, by zabezpieczać interesy Chin zanim okno demograficzne zamknie się definitywnie. To nie musi oznaczać nieuchronnej konfrontacji militarnej, ale zwiększa skłonność do asertywności, testowania granic i wykorzystywania momentów słabości partnerów. Dla Europy i Polski oznacza to, że Chiny pozostaną ważnym aktorem gospodarczym, lecz coraz mniej przewidywalnym i coraz bardziej skoncentrowanym na własnej stabilności.
USA. Stany Zjednoczone stoją przed zupełnie innym typem wyzwania, które jednak może być równie destabilizujące. Nie jest nim brak zasobów, demografia czy innowacyjność, lecz erozja zdolności systemu politycznego do generowania trwałego konsensusu. USA pozostają najpotężniejszą gospodarką świata, liderem technologicznym i militarnym, ale ich wewnętrzna spójność ulega stopniowemu osłabieniu.
Polaryzacja polityczna w USA ma charakter strukturalny, a nie jedynie partyjny. Nakładają się na nią podziały kulturowe, geograficzne, edukacyjne i informacyjne. Media społecznościowe oraz algorytmy wzmacniające treści emocjonalne sprzyjają radykalizacji postaw i utrudniają kompromis. W rezultacie system coraz częściej funkcjonuje w trybie permanentnej kampanii wyborczej, co obniża zdolność do prowadzenia długofalowej polityki.
Szczególnie istotna jest rola technologii informacyjnych i sztucznej inteligencji, które działają jako multiplikator istniejących napięć. Nie tworzą one nowych emocji ani konfliktów, lecz przyspieszają ich dyfuzję i zwiększają ich zasięg. Państwo, które było projektowane w epoce druku i telegrafu, musi dziś funkcjonować w warunkach natychmiastowej, zdecentralizowanej komunikacji, nad którą ma ograniczoną kontrolę.
Z punktu widzenia polityki międzynarodowej oznacza to wzrost zmienności i nieciągłości. Sojusznicy USA muszą liczyć się z możliwością gwałtownych zwrotów retorycznych i strategicznych, nawet jeśli długofalowe interesy pozostają względnie stabilne. Amerykańskie instytucje wciąż działają, ale ich zdolność do amortyzowania konfliktów słabnie, a proces decyzyjny staje się bardziej podatny na impulsy.
Jednocześnie USA pozostają kluczowym węzłem globalnego systemu finansowego i technologicznego. Dolar, rynki kapitałowe, kontrola nad kluczowymi technologiami i sojuszami militarnymi dają im przewagę, której nie da się szybko zneutralizować. Paradoks polega na tym, że im większa ta przewaga, tym większe są oczekiwania wobec stabilności amerykańskiego przywództwa, a im większe oczekiwania, tym dotkliwsze skutki ewentualnych wahań.
Rosja. W analizie roli Rosji we współczesnym systemie międzynarodowym kluczowe jest odejście od błędnego założenia, że mamy do czynienia z aktorem dążącym do ustanowienia nowego, stabilnego ładu. Rosja nie oferuje spójnej wizji alternatywnego porządku globalnego – ani gospodarczego, ani instytucjonalnego, ani normatywnego. Jej realnym wkładem w dynamikę międzynarodową jest produkcja nieciągłości, niepewności i erozji reguł, czyli chaosu systemowego.
Chaos ten nie jest produktem ubocznym rosyjskiej słabości ani przejściowym efektem wojny z Ukrainą. Jest funkcjonalnym elementem strategii, wynikającym z ograniczonych zasobów, strukturalnych słabości państwa oraz specyficznej kultury politycznej, w której destabilizacja otoczenia bywa tańsza i skuteczniejsza niż próba konkurowania na zasadach porządku liberalnego.
Rosja nie jest w stanie prowadzić klasycznej rywalizacji hegemonicznej. Jej gospodarka – oparta na eksporcie surowców, z ograniczoną innowacyjnością i niską produktywnością – nie daje podstaw do długofalowej konkurencji z USA, UE czy Chinami. Demografia, infrastruktura cywilna i kapitał ludzki dodatkowo zawężają pole manewru.
W tej sytuacji racjonalną (z perspektywy elit władzy) strategią staje się obniżanie jakości środowiska międzynarodowego, w którym funkcjonują inni aktorzy. Jeśli Rosja nie może wygrać w stabilnym, przewidywalnym systemie opartym na regułach, jej interesem jest uczynić ten system mniej stabilnym, mniej przewidywalnym i mniej regułowym. Chaos nie musi prowadzić do zwycięstwa Rosji – wystarczy, że obniża względną przewagę przeciwników.
Stąd rosyjskie działania są skierowane nie tyle na budowę alternatyw, ile na podkopywanie fundamentów: zaufania, spójności sojuszy, wiary w instytucje, stabilności informacyjnej i prawnej.
Wojna z Ukrainą ma wymiar znacznie szerszy niż klasyczny konflikt terytorialny. Jest ona laboratorium chaosu systemowego, w którym Rosja testuje zdolność Zachodu do utrzymania spójności w warunkach długotrwałego napięcia.
Nie chodzi wyłącznie o działania militarne, lecz o cały ekosystem destabilizacji, obejmujący: presję energetyczną i surowcową, ataki cybernetyczne, dezinformację i operacje wpływu, instrumentalizację migracji, groźby eskalacji nuklearnej jako narzędzie psychologiczne.
Kluczowe jest to, że Rosja nie musi wygrać wojny, aby osiągnąć część swoich celów. Wystarczy, że konflikt będzie długotrwały, kosztowny i politycznie dzielący sojuszników Ukrainy. Wojna staje się więc procesem erozyjnym, a nie tylko starciem zbrojnym.
Jednym z najbardziej destabilizujących elementów rosyjskiej polityki jest asymetria kosztów reputacyjnych. Państwa osadzone w systemie instytucjonalnym (UE, NATO) ponoszą realne koszty łamania reguł: polityczne, gospodarcze, prawne. Rosja – w dużej mierze już wcześniej wyłączona z pełnej integracji – ma znacznie mniejszą stawkę do stracenia.
To tworzy sytuację, w której groźby, eskalacje i działania na granicy wojny są dla Rosji relatywnie tanie, a dla jej przeciwników – kosztowne. System międzynarodowy, oparty na założeniu racjonalnego kalkulowania strat, traci stabilność, gdy jeden z aktorów funkcjonuje według logiki maksymalizacji zakłócenia przy minimalnej odpowiedzialności.
Paradoksalnie, Rosja produkując chaos uruchamia procesy, nad którymi nie ma kontroli. Destabilizacja porządku międzynarodowego przyspiesza militaryzację polityki europejskiej i uniezależnianie się energetyczne UE, a także powoduje wzmocnienie wschodniej flanki NATO i przyspiesza integrację technologiczną Zachodu.
W długim horyzoncie są to procesy niekorzystne dla Rosji. Jednak logika krótkoterminowego przetrwania elit władzy dominuje nad długofalową racjonalnością państwową. System rosyjski nie jest nastawiony na maksymalizację dobrobytu w perspektywie pokoleń, lecz na utrzymanie kontroli tu i teraz.
Implikacje systemowe dla Europy i Polski
Z punktu widzenia Europy i Polski oba te procesy – chińska presja demograficzna i amerykańska zmienność polityczna – oznaczają konieczność samodzielniejszego myślenia strategicznego, bez iluzji pełnej autonomii. Europa nie stanie się w przewidywalnym horyzoncie trzecią superpotęgą, ale może stać się stabilizatorem, jeśli zdoła połączyć skalę gospodarczą z instytucjonalną przewidywalnością.
Dla Polski kluczowe jest unikanie dwóch skrajności: wiary w pełne zabezpieczenie z zewnątrz oraz wiary w możliwość samodzielnego funkcjonowania poza głównymi strukturami. Nawigowanie w świecie nieciągłych zdarzeń wymaga nie tyle heroicznych gestów, co zdolności do długotrwałego utrzymania kursu, nawet gdy warunki się pogarszają.
Z kolei Rosja, z punktu widzenia Europy, nie jest problemem do rozwiązania, lecz zmienną strukturalną, którą należy uwzględniać w planowaniu strategicznym. Nawet w scenariuszu zawieszenia broni lub formalnego zakończenia wojny, Rosja pozostanie źródłem nieprzewidywalnych impulsów destabilizujących, presji militarnej i energetycznej oraz, bardzo możliwe, działań poniżej progu wojny.
Dla Polski oznacza to konieczność myślenia w kategoriach długotrwałej odporności, a nie szybkiego powrotu do normalności. Normalność sprzed 2014 roku nie powróci, ponieważ zmieniła się struktura systemu, a nie tylko jego parametry.
Fundamentalnego znaczenia nabiera trwała integracja wojskowa i infrastrukturalna z Zachodem, wzmocnienie odporności informacyjnej i instytucjonalnej oraz zdolność do funkcjonowania w warunkach podwyższonej niepewności przez dekady, nie lata.
Autor jest absolwentem socjologii UW, doktorem nauk ekonomicznych SGH.
Bywają takie dni na Wiejskiej, kiedy wydarzenie goni wydarzenie, że aż trudno nadążyć, mimo codziennego wspomagania się ciasteczkiem i kawą w sejmowej restauracji. Odnotujmy więc, że po ostatnim posiedzeniu parę kluczowych spraw Wiejska ma już za plecami, np. powołanie nowej Krajowej Rady Sądownictwa, niestety w starym, wadliwym trybie. Bo choć od zawsze było wiadomo, że jest on niekonstytucyjny i propagandowo trzeba na nim wieszać wyłącznie psy, to jednak w tej konkretnej sytuacji okazał się przydatny, ale za to wyjątkowo mało komfortowy. Przy okazji bowiem wybrano do KRS p. Piebiaka, znanego ze swoich strasznych hejterskich wyczynów, kiedy sprawował funkcje wiceministra sprawiedliwości za czasów ministra Zbigniewa Ziobry. Czyli wśród jagniątek znalazła się jedna czarna owca, ale w sumie to mały koszt, żeby wreszcie wyjść z tego pata, jaki mieliśmy i nadal mamy w KRS. Ciekawe, jak teraz zachowa się p. prezydent Nawrocki mając w tej Radzie Piebiaka i czy będzie w nowej sytuacji powoływać sędziów? Tu chyba możemy spodziewać się przejściowo szarpaniny, bo przecież Trybunał Konstytucyjny wydał naprędce swój osąd sprawy, w postaci tzw. zabezpieczenia i prezydent może to w swej praktyce powołań uwzględnić, choć nie musi.
Ale to, co prawdziwie jarało Wiejską 4/6/8 było udanie się b. ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry z Węgier wprost do USA. Specjalnie podkreślam słowo „udanie się”, bo to ucieczka jednak nie była, skoro odbywała się w oku kamer i zapewne pod auspicjami amerykańskich władz, a kto wie, czy nie na ich wyraźne zaproszenie?
Skutek tego jest jak najbardziej praktyczny, bo oto powiększyło nam się grono polskich komentatorów obecnych w Waszyngtonie. Ziobro bowiem trafił pod skrzydła red. Sakiewicza z TV Republika, świadcząc dlań usługi dziennikarskie… Z tym, że reprezentuję tutaj niepopularny pogląd, iż red. Sakiewicz może zatrudniać w takim charakterze kogo chce, nie robiłbym mu z tego powodu kwestii, jak inni sarkający na cynizm redaktora koledzy-dziennikarze. TV Republika często kieruje się innymi niż warsztatowe względami, ma do tego prawo i to zamyka właściwie dyskusję. Ziobro jako komentator ujdzie w tłoku, w jakiejś dyskusji wyraziłem nawet pogląd, że przecież nauka angielskiego, którą swego czasu na progu europejskiej kariery zaordynował mu Prezes, nie może pójść marne.
Ciekawszym natomiast pytaniem dla mnie jest, z jakimi orderami przy piersi Ziobro udał się do Ameryki i pod czyją kuratelą tam przebywa? I tu odbyłem w ramach Wiejskiej 4/6/8 parę rozmów, bynajmniej nie z tymi osobami, które możemy codziennie oglądać w telewizji, ale zdecydowanie mniej widocznymi, choć mającymi jakie takie pojęcie o sprawie tego transferu. I tu opinie były zdumiewająco jednolite: p. Zbyszek takowe ordery na pewno posiada, bo Amerykanie lubią mieć w takiej sytuacji do czynienia z ludźmi mającymi coś do zaoferowania. Znamy takie przypadki z historii i za Atlantykiem naprawdę mało liczy się to, co czerwony ze złości obecny minister sprawiedliwości p. Żurek zamierza w tej sprawie zrobić. Są więc podejrzenia graniczące niemal z pewnością, że osoba p. Zbyszka jest emablowana z tamtej strony pod kątem wiedzy, którą posiada; czy w steranej przez reżim Tuska głowie, czy na jakiś nośnikach elektronicznych – to już bez znaczenia. Zresztą trudno by było po minionych 10 latach w służbie Rzeczypospolitej wyczyścić taki mózg zupełnie do zera (o nośnikach elektronicznych nie wspominając) – mimo przecież poważnej choroby, którą były minister przebył będąc jeszcze w Polsce. Żeby nie wspomnieć o elektronicznych możliwościach archiwizowania danych, co można zmieścić na kawałku krzemu i ukryć np. w zmianie bielizny przygotowanej przez żonę na daleką podróż. No cóż, moi rozmówcy byli zgodni, że mogło to niestety wszystko zaistnieć, przecież coś trzeba ze sobą mieć, jako wiano nowego życia za Atlantykiem. W przypadku górali udających się do Chicago w latach 80-tych ubiegłego wieku była to np. siekiera, jeśli akurat mieliśmy do czynienia z cieślą lub dekarzem. P. Zbyszek zapewne poszedł w tym zakresie z duchem czasu, jak i charakterem służby, którą tak ofiarnie i bezkompromisowo przez 10 lat spełniał na łonie Rzeczypospolitej, ścigając przestępców i tropiąc afery. Pokażcie mi służby na tym okropnym świecie, których by to nie zainteresowało? I tu rodzącym się pytaniem jest, czy Amerykanie mają do czynienia z towarem pierwszej świeżości, bo jednak Budapeszt Orbána, w porozumieniu z Kremlem, też zapewne stawiał w tym względzie swoje wymogi. Ale to dziś zmartwienie Amerykanów, nam nic do tego, wierzymy po prostu, że p. Zbyszek dozuje wiedzę z należnym rozmówcom umiarem, szacunkiem i poczuciem odpowiedzialności.
Inną stroną zagadnienia jest to, że za plecami p. Zbyszka kłębi się pokaźny tłumek przeróżnych postaci, z których na pierwszy plan wybija się ponoć Jacek Kurski, posiadający sadybę koło Waszyngtonu, gdzie p. Zbyszek nawet się chwilowo zatrzymał. Nie wiemy w sumie, czy to prawda, ja zwróciłbym uwagę na innym aspekt tej sprawy, jakoś mało rozważany, choć całkiem możliwy do zaistnienia. Jak na prawdziwie literacką postać (literaci, do piór!) p. Zbyszek ma przecież u swego boku połowicę, przez lwią część naszego gadziego środowiska postrzeganą jako prawdziwa Lady Makbet, a przecież może ona odegrać jeszcze bardziej kluczową rolę niż mąż! Nie od dziś wiadomo, że w odległej Ameryce wszystko toczy się własnym trybem i na odmiennych od europejskich zasadach, a nasze krajowe składniki globalnej amerykańskiej maszyny mają się jedynie podporządkować.
I tu dochodzimy do naprawdę niepewnych losów TVN, które za Atlantykiem złożono w ręce innych niż do tej pory ludzi. Bardziej prawicowych, konserwatywnych i bardziej MAGA, aniżeli nam się to z pozoru wydaje, dla których TVN może, choć nie musi, stać się kolejnym ideologicznym przyczółkiem w wojnie z liberałami i lewicą. Jeśli kiedyś ktoś wierzył, że poczciwy europoseł Danel Obajtek może odegrać tu pewną rolę, to może być już chyba pewien, że oto bardziej kompetentna w temacie Lady Makbet wkracza na scenę. I byłoby tak, że to ona będzie pociągać za sznurki, choć nie musi wcale formalnie stać na czele tej „dobrej zmiany”. Kto wie, czy ten scenariusz także się nie ziści, bo choć nasza chata z kraja, to dla Ameryki chyba nie tak bardzo jak nam się wydaje.
Na zdjęciu: Zbigniew Ziobro przemawia w Sejmie 14 listopada 2023 r. podczas wyboru członków KRS z ramienia Sejmu. To w tym wystąpieniu użył słów: „Mam nadzieję, że nie okażecie się fujarami, jak w przypadku głosowania nad Trybunałem Stanu”.
Wiesław Myśliwski zmarł 30 marca 2026 roku.
Za swój Traktat o łuskaniu fasoli otrzymał Nagrodę Literacką Nike. Jako autor adaptacji tej powieści oraz scenariusza spektaklu teatralnego Saksofon (a także jego współreżyser – wraz z Mariuszem Bonaszewskim), chciałbym przybliżyć koncepcję adaptacyjno-realizacyjną naszego przedstawienia, a także moje szczególne relacje ze śp. Wiesławem Myśliwskim.
Pionierska adaptacja
Dla przypomnienia: nasz Saksofon z 2012 roku (pokazywany m.in. w Teatrze Narodowym) „był jedną z pierwszych znaczących prób przełożenia powieści Myśliwskiego na język teatru” – jak podaje Gemini, sztuczna inteligencja koncernu Google. Powieść ukazała się w 2006 roku, a ze względu na jej specyficzną formę – długi, zawiły monolog – adaptacja jest zadaniem niezwykle trudnym. Późniejsza, bardzo ceniona adaptacja Emilii Nagórki w Teatrze im. Witkacego w Zakopanem miała premierę dopiero w 2023 roku. Warto odnotować, że 27 marca 2026 r., w Międzynarodowym Dniu Teatru i na trzy dni przed śmiercią naszego znakomitego pisarza, została ona gościnnie wystawiona w Centrum Kultury Alternatywy na Ursynowie.
Składając tekst mojego scenariusza w ZAiKS-ie, sformułowałem następującą notę: „Nasz spektakl to utwór sceniczny, zbliżający się do monodramu, na motywach powieści Myśliwskiego, charakteryzujący się istotnie odmienną konstrukcją literacką. Wynika to nie tylko ze skrótów, ale też z zupełnie odmiennego połączenia fragmentów, z daleko idących przemieszczeń w kolejności obrazów scenicznych. Starałem się zachować istotę i klimat pierwowzoru, dając jednak swoistą propozycję literackiego kształtu i wizji scenicznej, podporządkowanej motywowi saksofonu. Dlatego obawiam się, że nie można już tego traktować jako tzw. adaptacji, a raczej jako nowy twór literacko-sceniczny na motywach powieści”.
Głos pamięci i postać Drugiego
Cały nasz spektakl rozpoczyna się od Głosu pamięci, czyli od słów Starego Autora, nazwanego w naszej sztuce Drugim – tę rolę przyjąłem osobiście. Po moim początkowym, krótkim monologu głos przejmuje główny bohater powieści, czyli Ja młody, który snuje retrospektywną opowieść swojego życia. Gra go znakomity aktor Mariusz Bonaszewski.
Pamięć (Głos pamięci) upostaciowałem pod nazwą Drugi, wprowadzając postać sceniczną, która w adaptowanej powieści nie istnieje. Zabieg ten sprawił, że główny bohater w spektaklu – choć niby rozmawia z tajemniczym gościem (jak w powieści) – tak naprawdę poszukuje samego siebie, konfrontując się z różnymi „Ja” z różnych momentów swojego życia. W powieści gość istnieje realnie, ale bardziej słucha niż mówi – funkcjonuje dla przyczyny formalnej, by bohater mógł roztoczyć przed nim historię swego życia ze wszystkimi wątkami egzystencjalnymi, etycznymi, historycznymi, a nawet poetycko-metafizycznymi, zwłaszcza wątkami o przemijaniu.
Mój dramatopisarski zamysł polegał na stworzeniu spektaklu rozmowy bohatera w istocie bardziej ze sobą niż z formalnym odbiorcą niekończącego się monologu. To spektakl swoistej spowiedzi przed samym sobą i jednocześnie przed odbiorcami. Mamy do czynienia z jedną i tą samą postacią w kreacji dwóch aktorów: stary jest aktualnym alter ego autora oryginału, młody – tym samym człowiekiem z czasów młodości i wieku średniego.
Poszukiwanie siebie – klucz do Myśliwskiego
Bohater (Ja) osadzony w konkretnych realiach peerelowskiego Kraju retrospektywnie rozpoznaje siebie w sytuacjach z własnej przeszłości. (Uwypuklają to wprowadzone przeze mnie pieśni z minionej epoki – Pieśń o Stalinie, Ech, ta droga, Taczanka). Można powiedzieć, że wydobywa siebie z pamięci. A pamięć dla Wiesława Myśliwskiego jest kategorią szczególną. Sam pisarz mówi: „Pamięć jest takim lecącym do nas światłem dawno zgasłej gwiazdy. Tyle że nie zawsze jest w stanie do nas dolecieć za naszego życia. […] A w ogóle może wszystko jest pamięcią?”
Drugiego w swym scenariuszu powołałem do życia po to, by wielki kreator – Wiesław Myśliwski – skrywający się pod postacią swego bohatera, mógł jeszcze bardziej wyraziście, naocznie spotkać się sam ze sobą. To spotkanie nie było jednorazowe, lecz wielorazowe i wielofazowe – w zależności od tego, z bohaterem której fazy życia spotykał się stary Autor, czyli Głos Pamięci. Tropienie Ja przez Drugiego generowało wszelkie warstwy samoświadomości autorskiej, ukryte mniej lub bardziej głęboko w Pamięci.
Janusz Termer w swym szkicu wspomnieniowym o Myśliwskim1 przyznał, że istotnym motywem, a ja bym nawet powiedział – przewodnim i docelowym, który starałem się wyłuskać w swoim adaptacyjnym scenariuszu, było „obsesyjne poszukiwanie samego siebie” autora Traktatu o łuskaniu fasoli. Poszukiwanie siebie – niby sprawa prosta, a zarazem złożona. W wielu powieściach autor usiłuje zdefiniować swoją tożsamość poprzez bohatera, który jest mniej lub bardziej zamaskowanym alter ego. Jednak u Myśliwskiego chodzi nie tyle o fabularne losy, ile o sposób przeżywania, koncepcje życiowe, uniwersalne spojrzenie na sens życia w różnych jego okresach – od wczesnej młodości aż po schyłek, na istotę przemijania.
Dlatego tak ważne staje się doświadczenie życiowe i właśnie pamięć. Pamięć Myśliwskiego – egzystencjalna, metafizyczna – funkcjonuje podobnie jak zawodzenie saksofonu. Dlatego postawiłem na scenie bodajże najlepszą z naszych polskich saksofonistek, Alinę Mleczko.
Czas zniewolony, marzenie o wolności
Autor, wywołując do odpowiedzi dialogującego bohatera, podsyca swą pamięć, usiłuje ją obiektywizować, ale i poddaje twórczej kreacji. W powieści, tak jak i w naszym spektaklu, obserwuje on bohatera, a w istocie samego siebie, przeżywającego swój czas. Sam wydaje się ponadczasowy. Niekiedy z pozycji nadrzędnych strofuje Ja, poucza dobrotliwie, innym razem nęka pamięcią czasu zniewolonego. Wtedy staje się Strażnikiem Porządku, Dyrektorem Szkoły dławiącym bunt uczniów.
Drugi jest nie tylko Innym – Drugi jest też w nas, chociaż w nieco innym sensie. Wiedzą dobrze, co to znaczy, ci, którzy żyli w okresie polsko-sowieckiego socjalizmu, w czasach cenzury i autocenzury. Drugi tkwi głęboko w Ja, ale jako ten, co już doświadczył, co przeżył, i teraz może patrzeć na siebie dawnego z zewnątrz – jako ktoś, kto już wie o wiele więcej.
W językowej prostocie wyrazu Wiesława Myśliwskiego ukrywa się głęboko ludzkie przeżywanie świata i siebie samego. Poza pamięcią zła jest też pamięć dobrych twarzy. Wtedy Drugi przejmuje rolę Nauczyciela muzyki – jedynego „ludzkiego” pedagoga w reżimowej szkole. Nauczyciel pełen słabości, uzależniony od alkoholu, zapala dobre światełko w świecie znękanych, a szczególnie przed naszym bohaterem, któremu pozwala przybliżyć się do Mitu, realizować Marzenie – zdawać by się mogło – nierealne. Mitem tym była muzyka, czyli wolność. Muzyka mało wówczas znanego saksofonu, która nieśmiało przenikała z Zachodu grube ściany zamkniętego „domu”. Żeby z niego wyjść, bohater nie tylko marzy, ale i ćwiczy na pożyczonym saksofonie, zbiera pieniądze na własny. Słynna wymiana pieniędzy – państwowe oszustwo na wielką skalę – odbiera mu szansę na spełnienie marzenia. Kupuje więc sobie za tę garść bezwartościowych pieniędzy… kapelusz.
Myśliwski powiada: „Świat jest tym, co opowiedziane”. Zachowując jego idee, dokładając pamięć własną, spróbowaliśmy przez inny, sceniczny obraz odtworzyć w wielkim skrócie świat narysowany przez pisarza.
O piosenkach i rozmowie z Mistrzem
Przyznam, że poza jednostronicowym Prologiem (moim Wprowadzeniem) nie dodałem do właściwego tekstu Autora choćby jednego słowa spoza powieściowego ciągu – chociaż przełamywałem linearność. Teksty Myśliwskiego łączyłem według własnej koncepcji dramaturgicznej, zawsze dbając o semantyczny i ideowy wyraz, tożsamy z oryginałem.
Wiesław Myśliwski był obecny na warszawskiej premierze naszego spektaklu w 2013 roku w Teatrze za Dalekim na Ursynowie (wcześniejsze pokazy odbyły się w 2012, m.in. w Wyszkowie i w Nałęczowie na Festiwalu Wielu Kultur). Komplementował Mariusza Bonaszewskiego i Alinę Mleczko, a także moją koncepcję adaptacyjno-reżyserską. Janusz Termer, który był wtedy na spektaklu, potwierdza: „Patrzyłem na obecnego na tym spektaklu Wiesława – był bardzo wzruszony”.
Mogę jednak dodać, że nieco od niego oberwałem – delikatnie, ale oberwałem – podczas pospektaklowej rozmowy z publicznością. Nie miał zastrzeżeń do puenty (której najbardziej się obawiałem), zadał mi jednak niewinne pytanie: – A dlaczego Pan w spektaklu śpiewa? Odpowiedziałem: – Bo lubię śpiewać. Aby nie zabrzmiało to prowokacyjnie, dodałem: – Śpiewam piosenki z czasów wczesnego PRL-u, by młodszym widzom uwypuklić tamtą epokę. Wtedy Myśliwski zapytał spokojnie: – To ja jej dostatecznie nie uwypukliłem? Przyhamowałem. Nie powiedziałem, że niełatwo było jemu atmosferę tamtych czasów wyłożyć na ponad pięciuset stronach, a my musieliśmy wyczarować ją z dwudziestostronicowego scenariusza. Nie powiedziałem też, że wprowadzenie piosenek z epoki jest zabiegiem często spotykanym. Milczałem skromnie, choć Myśliwski musiał przecież wcześniej zaakceptować mój scenariusz w ZAiKS-ie, byśmy mogli go legalnie wystawiać, a teksty piosenek, które wprowadziłem do spektaklu, były w tym scenariuszu zapisane,
W ramach I edycji Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie (2015) wystąpiliśmy z Saksofonem i odnotowaliśmy prawdziwy sukces, a po spektaklu pani Maja Komorowska osobiście składała mi gratulacje. Kilka dni później, gdy już mnie tam nie było, na moją niewinną głowę posypały się gromy, bo dowiedział się o mojej niesubordynacji pan Wiesław, który przyjechał przed końcem festiwalu. Teraz mogę tylko żałować, że już twarzą w twarz nie stanę przed Mistrzem prozy, by mu się usprawiedliwić i obiecać, że już nie zaśpiewam.
Finał: metafizyczna puenta
Puentę spektaklu wykroiłem głównie z początkowych tekstów powieści. W naszym zaaranżowanym ujęciu zabrzmiała ona metafizycznie. Bohater wyskakuje z pociągu. I w tym momencie następuje wyraźna zmiana klimatu akcji całego spektaklu – z realistycznego przechodzi w nadrealny. Oto końcowy fragment mojego scenariusza:
JA: Przypiąłem się do okna, że może stąd jakiś ratunek dla mnie nadejdzie. I na szczęście po niedługim czasie tej męki pociąg wjechał na moją stację. Nie czekając, aż się zatrzyma, pchnąłem drzwi i jeszcze w biegu wyskoczyłem.
(Saksofon nagle urywa. Przyciemnienie. Dłuższa pauza. Ja podąża za dziwnym przeciągłym tonem saksofonu.)
JA: Szedłem, a mgła mnie wciąż rozmazywała, wciąż nie mogłem osiągnąć tego dotkliwego poczucia, że to ja.
DRUGI (śpiewa): Ech, ta droga / tonie we mgłach. / Znowu chłód i trwoga / i burzanu krzak.
JA: W pewnej chwili przystanąłem, otarłem chusteczką tę mgłę z czoła, po czym pochyliłem się, żeby podwinąć wyżej nogawki spodni, a wtedy kapelusz spadł mi z głowy. Zacząłem go szukać w trawie i w tym momencie może bym się zbudził, bo bez kapelusza poczułem się, jakby jedną nogą na jawie…
(Saksofon łka metafizycznie przez dłuższy czas.)
DRUGI: Może bym się zbudził…
JA: Ma się rozumieć, że mnie kusi.
DRUGI: O, nieraz mnie kusi. Zdarza się nawet…
Razem (już jako tożsama postać): …wyjmę saksofon z futerału, zawieszę sobie na szyi, wsadzę ustnik w usta…
(Saksofon gra.)
W tym momencie – gdy mówimy jednocześnie z Mariuszem ten sam tekst – ukazujemy, że jesteśmy tą samą postacią, przesuniętą w czasie. Dla Myśliwskiego, jak sam pisał, „wszystko jest pamięcią”. Mam nadzieję, że nasz Saksofon oddał tej pamięci sprawiedliwość.
1 Zob. s. 87–88. Przyp. redakcji.
Niekiedy, stając wobec niepojętych, zaskakujących wydarzeń, które burzą nam ogląd rzeczywistości – a tak często postrzegany jest dzisiaj bieg spraw w świecie – używamy pojęcia „chaos”. O chaosie mówimy, gdy nie rozpoznajemy złożonego zjawiska, gdy bardzo wiele nowych elementów zakłóca dotychczasowy status quo.
Obecny czas w stosunkach międzynarodowych interpretuję nie jako stan chaosu, lecz jako czas transformacji jednego krótkotrwałego systemu w kolejny, który, podobnie jak poprzedni, charakteryzuje się określonymi regułami, zależnościami, prawidłowościami. Ten odchodzący system to system hegemonii postzimnowojennej, postrzegany przez jednych jako liberalny hegemonizm, przez innych – jako system imperialny lub neoimperialny. System, który go teraz zastępuje, określam jako nowy międzynarodowy feudalizm (patrz: „Res Humana” nr 2/2026).
W teorii stosunków międzynarodowych bardziej zasadne jest mówienie nie tyle i nie tylko o teorii chaosu, lecz szerzej o teorii złożoności. W ścisłym sensie chaos to niestabilne, aperiodyczne zachowanie w nieliniowych układach dynamicznych; w zastosowaniu do stosunków międzynarodowych chodzi o to, że system światowy nie jest po prostu losowy, tylko nieliniowy, wrażliwy na warunki początkowe, pełen sprzężeń zwrotnych i punktów krytycznych. Dlatego małe impulsy mogą wywołać niekiedy bardzo duże zmiany (tzw. efekt motyla).
Tutaj uwaga: często mylone są dwa pojęcia: efekt motyla i czarny łabędź. Z efektem motyla mamy do czynienia, gdy mała (mikro) przyczyna przynosi skutki makro; zdarzenie wyjściowe może być nieznaczące, pozornie banalne, lecz w wyniku uruchomienia mechanizmu eskalacji i sprzężeń zwrotnych przynosi ogromne następstwa. Czarny łabędź zaś to bardzo rzadkie zdarzenie, zaskakujące, wyjątkowe, nieoczekiwane, a przynoszące gigantyczne konsekwencje. Dopiero post factum dokonywana jest racjonalizacja tego, co się wydarzyło i uznanie zdarzenia za oczywiste. Najbardziej znanym czarnym łabędziem jest rozpad ZSRR.
Niekiedy oba efekty występują jednocześnie; takim przykładem spotkania (efektu) motyla z czarnym łabędziem jest zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie przez Gawriła Principa. Zamachowiec już zrezygnował z zamachu, gdy w wyniku pomyłki kierowcy arcyksięcia, który wjechał w złą drogę, oraz fatalnej decyzji odpowiadającego za bezpieczeństwo generała Potiorka, który zatrzymał samochód, niespodziewanie powstały warunki sprzyjające zamachowi. Zabójstwo arcyksięcia rozpętało hekatombę I wojny światowej.
Jakkolwiek teoria chaosu nie występuje jako samodzielna teoria w teorii stosunków międzynarodowych, to stanowi dogodną ramę interpretacyjną. W naukach ścisłych teoria chaosu zajmuje się badaniem dynamicznych układów nieliniowych, które są niezwykle wrażliwe na warunki początkowe. Układy te są deterministyczne, czyli rządzą nimi ścisłe prawa, ale ich długoterminowe zachowanie jest praktycznie nieprzewidywalne z powodu kumulowania się małych różnic. W tym sensie chaos nie oznacza zupełnego braku prawidłowości. Oznacza raczej taką złożoność i taką dynamikę zmian, że system wymyka się prostym modelom. W odniesieniu do stosunków międzynarodowych ma to duże znaczenie, ponieważ polityka światowa również nie jest czystym przypadkiem, ale też nie rozwija się według prostych, mechanicznych schematów.
Mamy tedy trzy kluczowe pojęcia: determinizm, nieliniowość i efekt motyla.
Po pierwsze, determinizm. Oznacza on, że zdarzenia mają przyczyny. W stosunkach międzynarodowych wojny, kryzysy, alianse czy procesy współpracy nie pojawią się znikąd. Wynikają z wcześniejszych decyzji politycznych, z układu sił, z interesów, z błędów percepcji, z działań instytucji i z historii wcześniejszych relacji. Przykładowo, przyjrzyjmy się wszystkim okolicznościom, które doprowadziły do wybuchu wojny Rosji z Ukrainą, a zrozumiemy złożoność przyczyn i nieuchronność, w pewnym momencie, gorącego konfliktu.
Po drugie, nieliniowość. To bardzo ważne pojęcie, bo oznacza, że skutek nie musi być proporcjonalny do przyczyny. Niewielkie wydarzenie może wywołać bardzo duży efekt, a z kolei duże działanie może przynieść efekt ograniczony albo nawet odwrotny od zamierzonego.
Po trzecie, efekt motyla. To pojęcie mówi, że mała różnica na początku może po pewnym czasie doprowadzić do wielkiej różnicy w wyniku końcowym. W stosunkach międzynarodowych może to oznaczać, że mały incydent graniczny, niewielki błąd dyplomatyczny albo źle zinterpretowany komunikat uruchamia proces eskalacji o ogromnej skali.
Dlaczego teoria chaosu może być przydatna w analizie stosunków międzynarodowych? Przede wszystkim dlatego, że polityka światowa jest systemem wielopodmiotowym, dynamicznie i silnie sprzężonym. Działania jednego państwa wpływają na reakcje innych państw, a te reakcje wracają następnie do punktu wyjścia w postaci nowych napięć, presji albo prób równoważenia. W ten sposób tworzą się sprzężenia zwrotne.
Teoria chaosu pomaga więc lepiej zrozumieć zjawiska takie jak kryzysy, nieoczekiwana eskalacja, niezamierzone konsekwencje decyzji politycznych, reakcje łańcuchowe oraz ograniczenia długofalowego prognozowania. W praktyce to oznacza, że nawet kiedy znamy strukturę systemu i interesy aktorów, nie zawsze jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć przebieg zdarzeń.
Tutaj trzeba wprowadzić bardzo ważne rozróżnienie: chaos to nie to samo co anarchia. W teorii stosunków międzynarodowych anarchia oznacza brak nadrzędnej władzy światowej. Nie ma jednego rządu globalnego, który stałby ponad państwami i skutecznie narzucał im reguły. To jednak nie znaczy, że wszystko jest chaosem. Anarchia może współistnieć z pewnym poziomem porządku. Państwa mogą przecież uznawać normy, tworzyć instytucje i zachowywać się według utrwalonych wzorów.
Chaos oznacza natomiast niski poziom przewidywalności, niestabilność oraz wysoką podatność systemu na gwałtowne zmiany. Zatem system międzynarodowy może być anarchiczny, ale niekoniecznie chaotyczny.
Co jest przeciwieństwem chaosu w stosunkach międzynarodowych?
Jeśli zadamy sobie pytanie, co jest przeciwieństwem chaosu, to intuicyjna odpowiedź wydaje się prosta: przeciwieństwem chaosu jest porządek.
Podobnie w najbardziej ogólnym sensie możemy stwierdzić, że przeciwieństwem chaosu w stosunkach międzynarodowych jest porządek międzynarodowy. Należy jednakże przy tym uwzględnić, że w teorii stosunków międzynarodowych sprawa jest złożona o tyle, że porządek można rozumieć na różne sposoby. Dla jednych przeciwieństwem chaosu będzie równowaga sił, dla innych instytucjonalna współpraca, dla jeszcze innych wspólnota norm i tożsamości albo zdolność systemu do absorbowania wstrząsów bez przejścia w fazę krytyczną.
Porządek międzynarodowy nie oznacza końca konfliktów, nie chodzi o idealny pokój czy pełną harmonię. Oznacza raczej taki układ relacji, w którym konflikty są ograniczane, zarządzane lub osadzone w bardziej przewidywalnych ramach. Innymi słowy, przeciwieństwem chaosu nie jest utopia, lecz względna regularność i stabilność.
Pojęcie porządku międzynarodowego jest rozumiane różnie zależnie od przyjętej szkoły teoretycznej.
Realizm jako jedna ze szkół myślenia w teorii stosunków międzynarodowych zakłada, że podstawowymi aktorami polityki światowej są państwa, które działają w warunkach anarchii i kierują się przede wszystkim bezpieczeństwem oraz interesem własnym. W takim ujęciu przeciwieństwem chaosu jest przede wszystkim równowaga sił. Porządek istnieje wtedy, gdy żadne państwo nie zdobywa takiej przewagi, która pozwoliłaby mu całkowicie zdominować innych i zburzyć istniejący układ.
Realizm widzi więc ład jako efekt strategicznego równoważenia, odstraszania i kontroli wzrostu potęgi innych. Z perspektywy teorii chaosu można jednak wskazać słaby punkt realizmu. Bardzo często zakłada on dość liniowy model reakcji: więcej siły daje więcej bezpieczeństwa, a równowaga daje stabilność. Tymczasem w praktyce stosunków międzynarodowych małe błędy percepcji, błędne kalkulacje lub emocjonalne reakcje przywódców mogą uruchomić nieliniowe procesy eskalacyjne. To oznacza, że nawet układ pozornie zrównoważony może być bardziej kruchy, niż zakłada realistyczna teoria.
Liberalizm proponuje inną odpowiedź. W jego ujęciu przeciwieństwem chaosu jest porządek instytucjonalny. Oznacza to taki stan, w którym niepewność jest ograniczana przez organizacje międzynarodowe, prawo, reguły współżycia oraz wzajemną współzależność gospodarczą i polityczną. Liberałowie zakładają, że państwa nie są skazane wyłącznie na rywalizację. Mogą budować mechanizmy współpracy, które zmniejszają ryzyko konfliktu. Instytucje pełnią tu bardzo ważną funkcję: dostarczają informacji, stabilizują oczekiwania, zmniejszają problem nieufności i tworzą mechanizmy reagowania w sytuacjach napięcia.
Z punktu widzenia teorii chaosu można powiedzieć, że liberalizm próbuje ograniczyć skutki nieliniowości poprzez instytucjonalne kanały komunikacji i koordynacji. Tam, gdzie bez instytucji mały impuls mógłby przerodzić się w szeroki kryzys, tam dobrze działające reguły współpracy mogą zatrzymać eskalację.
Konstruktywizm przesuwa uwagę z siły i instytucji na normy, tożsamości i znaczenia. Dla konstruktywizmu porządek międzynarodowy istnieje wtedy, gdy aktorzy podzielają pewne wspólne wyobrażenia o tym, co jest dopuszczalne, a co nie. Przeciwieństwem chaosu jest więc tutaj ład normatywny i intersubiektywny.
To podejście jest szczególnie ciekawe, ponieważ pokazuje, że niepewność i niestabilność nie wynikają tylko z braku siły albo braku instytucji. Mogą też wynikać z braku wspólnego języka norm, z odmiennych tożsamości i z rozbieżnych interpretacji rzeczywistości. Jeśli państwa nie podzielają podstawowych reguł, rośnie ryzyko błędnej interpretacji działań innych.
W tym sensie konstruktywizm dobrze łączy się z teorią chaosu. Małe zmiany w dyskursie, normach lub sposobie postrzegania drugiego państwa mogą prowadzić do dużych skutków politycznych. Porządek jest więc efektem społecznego konstruowania stabilnych wzorów zachowania.
Szkoła angielska zajmuje pozycję pośrednią. Nie neguje anarchii, ale zarazem pokazuje, że państwa mogą tworzyć społeczeństwo międzynarodowe. Oznacza to, że mimo braku światowego rządu uznają one wspólne reguły, instytucje i praktyki współistnienia.
Przeciwieństwem chaosu jest przy tym ujęciu właśnie społeczeństwo międzynarodowe. Nie jest to ani pełna harmonia, ani pełna centralizacja. Jest to raczej historycznie wytworzony układ norm, dyplomacji, prawa, równowagi sił i wzajemnego uznania. Szkoła angielska dobrze pokazuje, że porządek może istnieć nawet w świecie bez nadrzędnej władzy, o ile państwa respektują pewne podstawowe zasady współżycia.
To podejście jest bardzo użyteczne, ponieważ pozwala myśleć o porządku jako o czymś częściowym, kruchym i stale odtwarzanym, a nie jako o stanie absolutnym.
Porównując poszczególne teorie stosunków międzynarodowych, można zestawić różnice. Dla realizmu porządek to przede wszystkim równowaga sił. Dla liberalizmu porządek to instytucje i współpraca. Dla konstruktywizmu to normy, tożsamości i wspólne znaczenia. Dla szkoły angielskiej porządek to społeczeństwo międzynarodowe.
Wszystkie szkoły myślenia o stosunkach międzynarodowych próbują odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: jak w świecie bez centralnej władzy ograniczyć niepewność i niestabilność? Różnią się jednak tym, gdzie lokują główne źródło ładu. Jedni wskazują siłę, inni instytucje, inni normy, a jeszcze inni praktyki społeczeństwa międzynarodowego.
Przykład zastosowania teorii chaosu
Weźmy, jako przykład działania teoria chaosu w praktyce analitycznej, niewielki incydent: lokalne naruszenie granicy, błąd rozpoznania wojskowego albo zbyt agresywny komunikat polityczny. Sam w sobie taki impuls może wydawać się mały, nieznaczący. Jednak jeśli uruchomi łańcuch wzajemnych reakcji, może dojść do mobilizacji, kontrmobilizacji, presji sojuszniczej, napięć gospodarczych i eskalacji militarnej.
To właśnie jest logika nieliniowości. Początkowy bodziec nie wyjaśnia końcowego skutku w sposób proporcjonalny. Teoria chaosu przypomina więc nam, że w stosunkach międzynarodowych nie zawsze należy pytać tylko o to, jaka była przyczyna, ale także o to, przez jakie sprzężenie zwrotne ta przyczyna została wzmocniona.
Wnioski
Podsumowując, teoria chaosu jest użyteczna w teorii stosunków międzynarodowych, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć złożoność polityki światowej. Pokazuje, że system międzynarodowy nie jest całkowicie przypadkowy, ale nie jest też w pełni przewidywalny. Jest deterministyczny, ale nieliniowy. Małe przyczyny mogą prowadzić do dużych skutków, a długofalowe prognozowanie napotyka istotne ograniczenia.
Najważniejszy wniosek jest taki, że przeciwieństwem chaosu w teorii stosunków międzynarodowych jest porządek międzynarodowy, ale rozumiany na różne sposoby przez poszczególne szkoły. Nie istnieje jedna uniwersalna definicja ładu; istnieją raczej konkurencyjne wizje tego, co stabilizuje świat polityczny.
Konkludując: teoria chaosu nie zastępuje klasycznych teorii stosunków międzynarodowych, ale je uzupełnia. Realizm, liberalizm, konstruktywizm i szkoła angielska nadal pozostają potrzebne, ponieważ pokazują różne źródła porządku. Teoria chaosu dodaje do tego ważne ostrzeżenie: nawet uporządkowany system może być podatny na gwałtowne, nieliniowe zmiany.
W tym sensie chaos nie jest prostym przeciwieństwem ładu, lecz raczej stanem, w którym porządek słabnie, staje się kruchy i przestaje absorbować napięcia. Dlatego badanie stosunków międzynarodowych wymaga dzisiaj nie tylko analizy siły, instytucji i norm, lecz także uwzględnienia złożoności, nieprzewidywalności i efektów systemowych.
Przemysław Grudziński – profesor historii, amerykanista, wykładowca, były polski ambasador (Waszyngton 2000–2005; Stały Przedstawiciel przy OBWE i ONZ w Wiedniu 2009–2014; Helsinki 2015–2017), były wiceminister obrony narodowej i spraw zagranicznych, autor esejów i książek.
1
Demokratyczna Europa z pewnym niedowierzaniem (a z czasem też z coraz większą nadzieją) patrzyła na rosnące wyniki sondażowe Partii Szacunku i Wolności TISZA i powiększającą się jej przewagę nad Fideszem. Wydawało się, że Viktor Orbán w ciągu szesnastu lat stale umacniającej się autokracji wprowadził do systemu politycznego tyle bezpieczników, że utracić władzy już nie mógł. Współcześni przywódcy reżimów neoautorytarnych (jak je nazywa profesor Wiatr) – i ci całkiem twardzi, i starający się zachować pozory – bez oporów organizują wybory, bo są przekonani, że i tak je wygrają. Przypadek Pétera Magyara pokazuje, że ta pewność może okazać się zwodnicza.
Podobnie było 15 października 2023 roku. Europa też odetchnęła z ulgą, wprawiliśmy ją w krótkotrwały stan entuzjazmu. I także wówczas mało kto wierzył, że Prawo i Sprawiedliwość może zostać odsunięte od rządów. Dowiedzieliśmy się o tym post factum, bo nam w redakcji „Res Humana” wydawało się oczywiste, że wszelkie istotne fakty i zjawiska wskazują na nieuchronne zwycięstwo obozu demokratycznego i proeuropejskiego (proszę spojrzeć na nasze publikacje i zapisy debat z tamtego okresu).
Żyjemy w czasach niepewności. Sukcesy radykalnego prawicowego populizmu przywodzą na myśl doświadczenia sprzed stu lat, z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Podświadomie lub świadomie obawiamy się, że organizacje typu Alternative für Deutschland, Rassemblement National, Reform UK czy Szwedzcy Demokraci sięgną po władzę, rozmontują Unię Europejską i urządzą powtórkę z najczarniejszej historii. Lęk ten potęguje polityka Stanów Zjednoczonych, niegdyś opoki wartości demokratycznych, i wpływ na nią izolacjonistycznego, ultrakonserwatywnego ruchu MAGA. O utworzonej w czasach powszechnego optymizmu i wiary w Fukuyamowski koniec historii Wspólnocie Demokracji, w której konferencjach ministerialnych uczestniczyło po 110-120 państw, mało kto już pamięta.
Zwycięstwa takie jak na Węgrzech czy w Polsce (a także w Mołdawii i Rumunii; również pozytywne zaskoczenie rządami Giorgi Meloni i Braci Włochów – Sojuszu Narodowego) dają zastrzyki nadziei, że zła historia wcale nie musi się powtórzyć. Jednak poprawy nastrojów są krótkotrwałe. Tak to z emocjami bywa, są ulotne. Trzeba je karmić sukcesami, realizacją obietnic, deklaracji i zobowiązań. Kluczowa jest wysoka jakość rządzenia; mimo dominacji w strategiach politycznych modnych dzisiaj narzędzi PR i marketingu politycznego, finalnie wyborcy jednak zadają sobie pytanie, czy żyje im się lepiej (i to nie tylko przez pryzmat grubości portfela i innych korzyści materialnych). Sympatycy Koalicji Obywatelskiej wydają się usatysfakcjonowani – partia ta regularnie notuje solidne trzydziestokilkuprocentowe poparcie w sondażach (np. w kwietniu 32 proc. – CBOS, bez imputacji, tj. przekalkulowania odpowiedzi „trudno powiedzieć” oraz odmów wskazania wybranego stronnictwa), co jest jeszcze bardziej widoczne na tle drastycznego spadku odsetka wskazań na Prawo i Sprawiedliwość (18,2 proc. w tym samym badaniu). Dramatycznie za to wygląda poparcie mniejszych koalicjantów: PSL (3 proc.) i Polska 2050 (0,7 proc.) znalazłyby się poza parlamentem. Nowa Lewica zazwyczaj lokuje się powyżej progu wyborczego, ale po piętach depcze jej Razem (w cytowanym badaniu odpowiednio 5,8 i 4,9 proc.), które na pewno nie wesprze Koalicji 15 Października. Swoją pozycję buduje bowiem na jej krytyce.
2
Magyar staje przed podobnymi wyzwaniami, co polska demokracja dwa i pół roku temu: w postaci odtworzenia państwa prawa oraz demokracji w jej współczesnym rozumieniu, właściwym dla zachodnioeuropejskiej kultury politycznej; usprawnienia państwa, w którym efektywność instytucji, mechanizmów, procesów podejmowania decyzji i ich wdrażania przez bezstronną kadrę urzędniczą uległy daleko idącej degradacji; budowy państwa opartego na zaufaniu do obywateli i tak przez nich postrzeganego; pojednania zantagonizowanych przez poprzedników grup społecznych; wyciągnięcia konsekwencji wobec reprezentantów odsuniętych od władzy ekip za ich przestępstwa, wykroczenia i postępowanie niezgodne z normami etycznymi; zagwarantowania, że nawrót autorytaryzmu nie będzie mógł łatwo nastąpić.
Nasze doświadczenia w tych sprawach nie za bardzo się węgierskim demokratom przydadzą, oczywiście poza ogólną przestrogą, że tych spraw nie wolno zaniechać – bo to prowadzi do rozczarowania wyborców i ich odwrócenia się od partii zmian. Wpadanie w rutynę i w inercję niedługo po objęciu państwowych posad jest uniwersalnym zagrożeniem czyhającym na rządzących. By go uniknąć trzeba wielkiej samodyscypliny i nieustającej świadomości historycznej – w momentach przełomu – wagi własnych decyzji. Na co dzień konsekwencji swoich zaniechań nie widać, a gdy się one kumulują w przeddzień kolejnego głosowania obywateli, często jest już za późno. W Polsce mamy ekskuzę w postaci rezydentury w Pałacu Prezydenckim Andrzeja Dudy, a później wyboru jeszcze bardziej nieprzejednanego Karola Nawrockiego (przedstawiciela skrajnych sił prawicowych), niezmordowanie wetujących wszelkie próby naprawy państwa. Donald Tusk nie sięgnął jednak do narzędzi zza zasłony oddzielającej politykę od wzroku nieuczestniczących w niej obserwatorów; choć bez wątpienia te narzędzia dobrze zna. Jeśli uda się obronić demokrację w 2027 roku, zostanie mu to poczytane za przejaw rozwagi i szacunku wobec podstawowych wartości. Jeśli nie – za zachowanie nieodpowiedzialne.
Na Węgrzech będzie łatwiej i lepiej. TISZA zdobyła 141 mandatów w 199-osobowym parlamencie, co daje jej większość konstytucyjną. Na nic więc wieloletnie betonowanie państwa Orbána w strategicznych punktach, na wypadek (jednak!) przegranych wyborów. Począwszy od przykrojonej pod Fidesz ordynacji wyborczej, na której skorzystał konkurencyjny obóz polityczny. Jeśli ktoś – człowiek czy instytucja – będzie próbował stosować obstrukcję działań rządu, może zostać szybko odwołany, zastąpiony lub zreorganizowany. Wielu urzędników i funkcjonariuszy objawią się jako przekonani demokraci, Wallenrodowie. Sprawy zapewne ruszą do przodu z impetem. Będziemy na to patrzeć z zazdrością.
Czy taki scenariusz był możliwy w Polsce? Moim zdaniem tak, w 2023 roku. Przeliczyłem wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych – comme il faut, zgodnie ze wzorem D’Hondta w poszczególnych okręgach wyborczych – w wariancie jednej listy stronnictw demokratycznych (w obliczeniach pomagała mi AI). Uzyskałyby one 265 mandatów, o 17 więcej niż w rzeczywistości. PiS utraciłoby 11 mandatów (zdobywając 184), a Konfederacja 6 (12 zamiast 18). Wciąż brakowałoby posłów do odrzucania prezydenckich wet oraz stawiania ministrów rządów PiS przed Trybunałem Stanu, ale tylko jedenastu, więc pole gry zostałoby znacząco poszerzone. Odrzucam przy tym argument, że przy połączeniu zostałyby utracone jakieś większe grupy wyborców. Pamiętamy – atmosfera była rozgrzana, wybór sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie: sprawdzona demokracja czy kontynuacja nieznanego eksperymentu ustrojowego? Zachód czy Wschód? Może i niektórzy wyborcy mieliby problem z poparciem wspólnej listy, ale większa liczba wahających się zostałaby do tego głosowania przyciągnięta. Zwłaszcza, gdyby przywódcy koalicji stanęli na wysokości zadania i jednoznacznie zachęcali do wspierania jej jako całości oraz kandydatów z ich partii umieszczonych na wspólnej liście.
Teraz sytuacja nie jest tak jednoznaczna. Wyniki kwietniowego badania CBOS przeliczone w sposób uproszczony (szacunek ogólnokrajowy, a nie w okręgach wyborczych – nie ma ogólnie dostępnych tak szczegółowych danych) pokazują, że mandaty dzisiejszej koalicji rządowej powiększyłyby się raptem o jedenaście: z potencjalnych 224, zdobytych przez osobne listy KO oraz Nowej Lewicy, do 235. Daleko do komfortu rządzenia, jaki będzie miał Péter Magyar – ale jednak dawałoby to większość i zdolność dalszego sprawowania władzy (a nie rolę silnej opozycji). Przy okazji: gdyby obie Konfederacje – Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz ta Grzegorza Brauna – stworzyły jeden komitet wyborczy, uzyskałyby 123 mandaty, o 20 więcej od PiS. To kluczowa różnica. To one, wsparte prezydentem Nawrockim, rozdawałyby karty na prawicy. A jeśli obóz demokratyczny zająłby mniej niż 230 foteli sejmowych – decydowałyby o polityce państwa.
3
Magyar wywodzi się ze środka Fideszu, część komentatorów twierdzi, że to krew z krwi tej partii, kość z jej kości. Faktem jest, że nawet jeśli nie należał do jej prominentnych członków, to jednak był beneficjentem systemu stworzonego przez Orbána: jako prawnik zasiadał w radach nadzorczych kilku strategicznych spółek i był prezesem jednej z państwowych instytucji finansowych. Zarabiał krocie, a na dodatek jego żona była w tym czasie ministrą sprawiedliwości. Przez tę proweniencję niektórzy studzą nadmierne oczekiwania co do jego faktycznej polityki, w tym także na płaszczyźnie europejskiej i wobec wojny w Ukrainie.
Ja jednak wierzę, że ludzie dorastają do otwierających się przed nimi szans; nie wszyscy, ale, wielu. Orbán próbował zainfekować umysły Węgrów nacjonalizmem, antyokcydentalizmem, ksenofobią, antyukraińskością, trumpizmem, ultrakonserwatywnymi wartościami – ale czy mu się udało? Na trwałe? Wątpliwe. Już pierwsze deklaracje Magyara świadczą o chęci szybkiego powrotu do grona dobrych Europejczyków, że nawiążę do tytułu jednego z esejów Jürgena Habermasa. Bez zwłoki, jeszcze przed pierwszym posiedzeniem nowego parlamentu i utworzeniem nowego rządu, zaczął się dialog z Komisją Europejską na temat odblokowania przynależnych Węgrom unijnych środków, zamrożonych ze względu na łamanie zasad i wartości. Padła deklaracja o wstąpieniu na ścieżkę prowadzącą do przystąpienia Węgier do strefy euro w 2030 roku. Ukraina przestała być określana jako „wróg” i także samo traktowana.
Przyszły węgierski premier doskonale wie, jakie negatywne skutki przyniosła egoistyczna postawa jego poprzednika w Brukseli i ma świadomość, jak wiele zyska na jej zmianie. Skorzysta na współpracy z Donaldem Tuskiem – rodzi się między nimi nowy sojusz – aby lepiej spożytkować swoją unikalnie atrakcyjną pozycję. Były przewodniczący Rady Europejskiej, a później szef Europejskiej Partii Ludowej (EPL), do której należy również TISZA, będzie dobrym przewodnikiem po unijnych gabinetach i kuluarach. Nie zdziwię się jednak, jeśli z nich dwóch to Magyar okaże się większym zwolennikiem integracji. Co prawda w niedawnych głosowaniach w Parlamencie Europejskim on i cała siedmioosobowa reprezentacja jego partii niekiedy zajmowali miejsce na całkiem prawym skrzydle EPL. Miało to wszakże miejsce w trakcie kampanii, co z pewnością wymuszało ostrożność, by na ostatniej prostej nie zniweczyć dobrze zapowiadającego się rezultatu. Budapeszt nie stanie się teraz ambasadorem szybkiego członkostwa Ukrainy w UE, ale odstąpi od pełnej obstrukcji, jaką stosował Orbán. Wiadomo też, że nie będzie blokować wsparcia Wspólnoty dla broniącego się kraju ani ewentualnych kolejnych pakietów sankcji na Rosję. W kwestii migracji zapewne będzie zajmować stanowisko twarde, ale mieszczące się w ramach akceptowalnych obecnie przez państwa UE (niestety, relatywizujących wysokie prawne standardy ochrony międzynarodowej). W sprawach równościowych społeczeństwo węgierskie wydaje się bardziej liberalne od naszego (formalne związki partnerskie istnieją tam od ponad półtorej dekady, i to nawet w dwóch formach). Magyar zapowiedział zresztą respektowanie wyroków TSUE dotyczących praw osób LGBTQ+ i ogólnie powrót do polityki ochrony praw obywatelskich.
Europejska euforia po odsunięciu Orbána nie będzie trwała bardzo długo również dlatego, że Wspólnota poddana jest wielu potężnym presjom jednocześnie: wojna w Ukrainie i zagrożenie ze strony Rosji, polityka Trumpa, destabilizacja światowego wolnego handlu, konieczność odzyskania konkurencyjności w relacjach z Chinami, USA i krajami BRICS przy jednoczesnym utrzymaniu europejskiego modelu społeczno-gospodarczego z wysokim standardem życia i jakością usług publicznych. Tym bardziej nie można zmarnować impulsu, jaki popłynął z Budapesztu. Unia zyskała kolejną okazję, by zewrzeć szeregi i ruszyć do przodu.
Esej ukazał się w numerze 3/2026 „Res Humana”, maj-czerwiec 2026 r.
W początkach 2026 roku redakcja „Res Humana” postanowiła urządzić cykl wewnętrznych seminariów (paneli) na temat społeczno-politycznych problemów współczesności. Dynamika wydarzeń w kraju i za granicą, ich nieprzewidywalność, kazały nam zorganizować dyskusje na te tematy i nadać im trwalsze organizacyjne formy. Również i publikacyjne.
Temat drugiej, kwietniowej, takiej konferencji brzmiał: Chaos i dezorganizacja współczesnego świata. Sam zgłosiłem się z referatem pt. Niepokoje cywilizacyjne Jürgena Habermasa inspirowanym niedawno wydaną przez Wydawnictwo Naukowe Scholar jego książką Miało być trochę lepiej… Była to ostatnia jego większa publikacja, wywiad-rzeka przeprowadzona przez uczonych niemieckich w 2004 roku[1]. Można śmiało o niej powiedzieć, iż jest ważna dla zrozumienia biografii ideowej Habermasa, jej ewolucji, którą niektórzy ujmują: od marksizującej lewicy ku lewicowemu liberalizmowi.
Tak się złożyło, że na okres przygotowań do konferencji nałożyła się śmierć J. Habermasa, który zmarł 14 marca 2026 r.
*
Teraz nieco miejsca chciałbym poświęcić jego twórczości, gdyż śmiało możemy go zaliczyć do czołówki intelektualnej światowej humanistyki w drugiej połowie XX i w początkach XXI wieku. Nazwisko Habermasa pojawia się bardzo często w omówieniach historii neomarksizmu, marksizmu zachodniego, postmarksizmu, nowej lewicy, późnej nowoczesności, a najczęściej jako najwybitniejszego przedstawiciela II pokolenia szkoły frankfurckiej (teorii krytycznej). „Gigant” – piszą o nim historycy i inni komentatorzy zaskakiwani jego wszechstronnością, bo nazywać go można filozofem, socjologiem, politologiem, historykiem idei. „Rozmaitość i obfitość jego lektur jest wprost oszałamiająca” – pisał Jerzy Szacki w swej klasycznej Historii myśli socjologicznej[2] i raczej do wyjątków należy zdecydowanie nieprzychylny nowej lewicy Roger Scruton, który stwierdził, iż „Habermas powinien zdobyć się na jakąś własną myśl”, zapominając o tym, że jego erudycja była również materiałem do stworzenia światopoglądowej syntezy. Syntezy, która poznawczo i praktycznie opanuje „nową nieprzejrzystość”. To ostatnie określenie – o ile mi wiadomo – stworzył Habermas i chętnie posługiwał się nim, gdyż trafnie określało ono naszą pogmatwaną współczesność.
*
Określenia szkoła frankfurcka i teoria krytyczna to w praktyce pisarskie synonimy. Pierwsze geograficznie sytuuje środowisko badaczy (myślicieli), drugie zaś stanowi specyfikację stylu uprawiania konkretnych dyscyplin humanistycznych osadzoną w niemieckiej kulturze akademickiej, zaś ze względu na teoretyczne przypisanie Habermasa i jego autoidentyfikację zajmę się nim nieco bliżej.
W lansowanym pojęciu teorii krytycznej szczególną rolę odegrał Max Horkheimer, jeden z organizatorów ośrodka frankfurckiego. Przeciwstawiał on teorię tradycyjną (jest to uporządkowany zbiór hipotez o różnym stopniu ogólności, a akceptujący je badacze nie są samoświadomi jej założeń, implikacji społeczno-politycznych[3]) teorii krytycznej, która charakteryzuje się:
– problematyzacją założeń ontologiczno-epistemologicznych,
– samoświadomością wypełnienia funkcji społecznych, np. legitymizacja władzy, krytyka istniejącego ustroju itp.,
– pewną formą zaangażowania; wynikał stąd postulat, że uczony powinien być obywatelem uczestniczącym w naprawianiu świata, który choć często daleki od etycznych wzorców, jest zasadniczo naprawialny. A więc mamy tu jednoznacznie wyłożony aktywizm.
Postulaty wynikające z założeń teorii krytycznej nie zawsze były identyczne. Jednakże w ogólnych sformułowaniach czołowych przedstawicieli (M. Horkheimer, T.W. Adorno) były akceptowane. Także przez J. Habermasa. I z takim jej pojmowaniem wiązała się u niego koncepcja socjologii i refleksja naukoznawcza, a także aktywność publicystyczna.
Habermas był przekonany o potencjale poznawczym w niej zawartym, który może uczynić z niej dziedzinę refleksji ważną dla formułowania całościowych diagnoz i ludzkiego upodmiotowienia oraz emancypacji. Natomiast praktyce socjologicznej zarzucał on nadmierną specjalizację oraz niedostatek refleksji normatywnej. Można powiedzieć, że kontynuował on tradycje Arystotelesa (m.in. Polityki), pytając o warunki „dobrego życia” społecznego[4].
W twórczości Habermasa – w różnych okresach – istotną rolę odgrywała polemika z pozytywizmem. Nie sprowadzała się ona tylko do statusu socjologii, lecz nosiła ogólniejszy epistemologiczny charakter[5]. Ujmując rzecz zwięźle, odrzucał on typowe dla pozytywizmu przekonanie, iż całość wiedzy, jej właściwy model mieści się w przyrodoznawstwie.
Odrzucał on zarówno naturalizm, jak i antynaturalizm, wyodrębniając różne typy wiedzy związane z ludzkimi interesami (potrzebami)[6] i właściwe dziedziny ich zastosowań:
– empiryczno-analityczne (tu znajdują się stosowane nauki przyrodnicze),
– historyczno-hermeneutyczne (tu znajdują się nauki humanistyczne związane z ludzkim porozumieniem, komunikacją),
– krytyczne (gałęzie wiedzy związane z interesem emancypacyjnym – tu znajdzie się psychoanaliza, marksowska krytyka ideologii i krytyka współczesnego kapitalizmu).
Ta klasyfikacja ulegała rożnym modyfikacjom, podobnie jak w innych kwestiach. Można powiedzieć, że syntezę myśli Habermasa, swoiste opus magnum, stanowi Teoria działań komunikacyjnych (I wyd. 1981 i 1982).
*
Wszystko to wskazuje również na związki Habermasa z oryginalną myślą K. Marksa i marksizmem zachodnim (zwłaszcza G. Lukacs, K. Korsch, A. Gramsci i jego nauczyciele z Frankfurtu). U Marksa cenił on ogromną wrażliwość na ludzką krzywdę, wyzysk i niesprawiedliwość. Cenił również erudycję, rozległość horyzontów, wkład intelektualny w analizach społeczeństw klasowych, a zwłaszcza kapitalizmu wolnokonkurencyjnego[7].
W ocenach twórczości Marksa i jego kontynuatorów Habermas był jednakże daleki od bezkrytycznego zachwytu. Przede wszystkim krytycznie oceniał on pod tym względem „produkcje” realnego socjalizmu, gdzie marksizm pełnił funkcje apologetyczne wobec status quo.
Również ewolucja kapitalizmu w XX w. nakazuje nam powątpiewać w aktualną wartość diagnostyczną pism autora Manifestu komunistycznego[8]. Habermas powątpiewał w to, czy podmiotem reformującym społeczeństwa w kierunku socjalistycznym mogą być współcześni robotnicy, którzy nieźle zaadaptowali się do rozwiniętego kapitalizmu. Rewolucje nie są zatem nieuchronne. Habermas krytycznie odnosił się także do swoistego ekonomizmu obecnego u Marksa, a jeszcze mocniej u niektórych jego kontynuatorów – by przyczyn wszelkich zjawisk społecznych szukać w sferze tzw. bazy ekonomicznej, bowiem empiria społeczna pouczała o pluralizmie ich uwarunkowań[9].
*
Tym samym doszliśmy do problematyki wizji dobrego społeczeństwa, obecnej w pismach przedstawicieli szkoły frankfurckiej i jej kontynuatorów[10]. Sprawa jest złożona z wielu powodów, choćby indywidualnych różnic między jej przedstawicielami i ewolucji poszczególnych krajów kapitalistycznych po II wojnie światowej. Ponadto, zdaniem wielu badaczy, ich twórczość i ich społeczne wizje bywały mgliste, niedookreślone, zachowując pewną formę lewicowości, krytycyzm wobec ustroju kapitalistycznego. W tym zwłaszcza wobec nierówności społecznych, konsumeryzmu, komercjalizacji kultury.
W pełni dotyczy to także Habermasa, którego poglądy w końcowym okresie aktywności nazwać można radykalnym demokratyzmem. Skłonny był on tolerować ustrój daleki od wzorców neoliberalnych, przypominający kraje skandynawskie ze względu na ich egalitaryzm i rozbudowane państwo opiekuńcze.
Oczywiście nie było to spełnienie wszystkich marzeń. Jego publicystyka w końcowym okresie jego twórczości zawiera pomysły zbliżone do propozycji zwolenników tzw. demokracji deliberatywnej. Zaznaczone są tam wyraźnie elementy demokracji bezpośredniej i inne zaliczane zazwyczaj do rozbudowanego społeczeństwa obywatelskiego.
Pamiętajmy także o tym, iż Habermas – i tu słowa mojego podziwu – potrafił łączyć twórczość naukową z rolą obywatela i w różnych okresach swym autorytetem wspierał kontestację studencką, feminizm, ruchy ekologiczne. Witał z satysfakcją pokojowy demontaż realnego socjalizmu. Niepokoiły go skutki rządów D. Trumpa w USA i „logika wojny”, która eksploduje we współczesnym świecie.
Tak więc świat jest pełen niepokojących możliwości, niepokojących alternatyw rozwojowych, a nowe nieprzejrzystości są wciąż przed nami.
[1] Byli to Stefan Műller-Doehm i Roman Yos. Tłumaczenie pol. Bogdan Baran.
[2] J. Szacki, Historia myśli socjologicznej, Warszawa 2002, s. 924.
[3] M. Horkheimer, Teoria tradycyjna a teoria krytyczna (I wyd.1937).
[4] Mówiąc w języku E. Fromma, idzie o „zdrowe społeczeństwo”. E. Fromm, The Sane Society (1955).
[5] J. Szacki, Historia myśli socjologicznej, op. cit., rozdz. 22, 6.
[6] Używane przez wielu tłumaczy słowo „interes” nie jest najlepsze. Lepiej oddają sens określenia „cel działania” i potrzeba.
[7] J. Habermas, Próba rekonstrukcji materializmu historycznego (tłum. M. Łukasiewicz) [w:] J. Habermas, Teoria i praktyka, Warszawa 1983 (red. Z. Krasnodębski).
[8] J. Habermas, Miało być…, op. cit., rozdz. 6.
[9] J. Habermas, Próba rekonstrukcji…, op. cit.
[10] S. Tormey, J. Townshend (red.), Od teorii krytycznej do postmarksizmu, Warszawa 2010 (I wyd. 2006).
Artykuł ukazał się w numerze 3/2026 „Res Humana”, maj-czerwiec 2026 r.
W idealnym świecie liberalizmu pracownik powinien być elastyczny, wierny, wykwalifikowany, zaangażowany, efektywny, pokorny, tani, samodzielny i wdzięczny za oferowane mu zatrudnienie. Żyjemy w świecie fałszywych idei i pieniędzy, sztucznej żywności i emocji. I tylko praca jest zawsze prawdziwa.
Praca zaczęła się we Francji. Nie, nie w tej rewolucyjnej, lecz w tej po restauracji Bourbonów. XIX stulecie nad Sekwaną to wiek nauki, a dzięki Gaspardowi-Gustavowi de Coriolisowi również pracy. Sama praca oczywiście nie zaczęła się w XIX w., ale wtedy zaczęła być opisywana teoretycznie. Najpierw przez de Coriolisa: „Praca – skalarna wielkość fizyczna, miara ilości energii przekazywanej między układami fizycznymi w procesach”. W takim ujęciu wszyscy wykonujemy pracę, nawet jeśli nic sensownego z tego nie wynika.
Przed de Coriolisem wszyscy byliśmy jak pan Jourdain (Mieszczanin szlachcicem Moliera), który nie wiedział, że mówi prozą – my nie wiedzieliśmy, że wykonujemy pracę. Wiek XIX to również stulecie narodzin socjologii jako nauki, wiek badania i opisywania społeczeństwa. Jej ojcowie to przede wszystkim Saint-Simon i Comte, obaj socjaliści tzw. utopijni, choć ich poglądy na społeczeństwo nieco się różniły. Bez nich nie byłoby socjologii, jaką dziś znamy. Pewnie rozwinęłaby się później, choć nie wiadomo, czy w taki sam sposób.
Obaj Francuzi byli też ateistami, jak większość prekursorów nauki w XIX wieku. Obaj, w pewien sposób, wpłynęli na Karola Marksa, który, choć może nie jako pierwszy zajął się pracą na poważnie w aspekcie społecznym i ekonomicznym, to uczynił z niej jedną z podstaw swojej teorii społeczno-ekonomicznej.
Marks jako pierwszy nobilitował pracę, ale nigdy nie zaliczył swojej teorii do tzw. laborystycznych teorii wartości. Oparł się na koncepcjach pierwszych współczesnych ekonomistów: Adam Smitha i Davida Ricardo, którym było zdecydowanie bliżej do Marksa niż do współczesnych neoliberałów. Dla Marksa wartość rzeczy była bezpośrednio pochodną pracy niezbędnej do jej wytworzenia, wliczając w to pracę, jaka była potrzebna do powstania kapitału (narzędzi i funduszy). Wprowadził do ekonomii nowe pojęcie – wartości dodatkowej. Zdefiniował je jako różnicę między wartością, którą wytwarza robotnik przez swoją pracę, a jego płacą. Ta właśnie wartość dodatkowa jest źródłem zysku kapitalisty. Stąd prosty do wyciągnięcia wniosek, że im większy udział ludzkiej pracy w produkcie, tym większy może być zysk dla kapitału.
Wszystko, co służy wzrostowi produkcji: mechanizacja, robotyzacja, sztuczna inteligencja (te dwie ostatnie jeszcze nieznane Marksowi), podział pracy i usprawnienia organizacyjne zwiększają zysk, nawet jeśli płace pozostają na stałym poziomie. Stąd prosta konstatacja, skąd biorą się olbrzymie zyski spółek informatycznych – z pracy, czyli z wartości dodanej. Czyli z wyzysku.
Marks analizował, jak podział pracy zwiększa efektywność i zysk kapitalisty, ale jednocześnie prowadzi do zatomizowania jej i alienacji robotnika. Ta kwestia to kolejne fundamentalne pojęcie sformułowane przez niego. Pomimo, iż w Polsce praktycznie nie dyskutuje się dzisiaj o Marksie, to właśnie alienacja jest istotnym problem społeczno-ekonomicznym. Termin ten bywa zastępowany pojęciami takimi jak „wypalenie zawodowe”, którego znaczenie nie jest analogiczne. Według ostrożnych szacunków zjawisko to może dotyczyć ponad 30 proc. pracujących w „cywilizacji zachodu”. Poza nią – nawet 100 proc. Sugerowanie, że podstawową przyczyną „wypalenia” jest alienacja pracy, może grozić oskarżeniem o skrzywienie marksistowsko-socjalistyczne. Tym bardziej, że alienacja dotyka nie tylko „wypalonych” i nie tylko zatrudnionych na etat, a chyba w największym stopniu pracujących na „umowach śmieciowych” pracowników najemnych, którzy poddawani są bodaj największemu wyzyskowi. To klasyczni „wolni najmici”, jak nieco poetycko opisała ich Konopnicka.
Samą alienację Marks zdefiniował w Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych na wskroś współcześnie. Pracownik nie czuje związku z wytwarzanym dobrem, bo nie jest w stanie powiązać swojej pracy z efektem końcowym produktu. Nie posiada żadnej kontroli nad procesem produkcji, jest tylko jednym z jego elementów. Pozostali pracownicy nie są jego współpracownikami, lecz rywalami czy nawet konkurentami. Widać to wyraźnie w sektorze usług, gdzie pracownik jest jedynie elementem w łańcuchu dostaw dla klienta, któremu nawet nie oferuje się konkretnego produktu, ale „smak szczęścia i luksusu”.
Idealnym przykładem alienacji w działaniu jest ponadczasowy film Chaplina Nowe czasy (ang. Modern Times), szczególnie sceny, gdy bohatera „pożera” maszyna, którą miał obsługiwać. Dziś, gdy praca w fabrykach (i nie tylko tam) przechodzi z automatyzacji na robotyzację, robotników jest mniej, ale alienacja dopada ich szybciej. Najjaskrawszym i chyba najbliższym tej wizji przykładem są wielkie magazyny logistyczne światowego koncernu z nazwą zaczynającą się na pierwszą literę alfabetu. Pracownicy dosłownie są pożerani przez molochy albo przez kapitalizm.
Praca jest dla Marksa centralnym elementem systemu klasowego, w którym sprzeczności między nią a kapitałem prowadzą do walki klas. Tyle że nie ma walki klas, gdy nie ma świadomości klasowej. Pracownikami rządzi fałszywa świadomość tak dalece, że część z nich szczerze wierzy, że są przedsiębiorcami, choć nie mają kapitału i środków produkcji. Wszystko, co posiadają i mogą zaoferować – to ich własna praca. Od zostania milionerami dzieli ich tylko dwa lub trzy tysiące lat pracy.
Max Weber, inny, tym razem niemiecki, „ojciec” socjologii, ale już nie socjalista, sformułował pogląd, że kapitalizm rozwinął się na zachodzie i północy Europy, gdyż znalazł tam sprzyjające warunki stworzone przez kompatybilne poglądy wyznań protestanckich (zwłaszcza kalwinizmu). Według Webera etyka protestancka wspiera prywatną przedsiębiorczość o wiele bardziej niż katolicyzm lub jakiekolwiek inne religie, które przypisują mniejszą bądź wręcz negatywną wartość dobrom materialnym. W krajach, w których dominowały religie inne niż protestantyzm, ludzie trudniący się handlem cieszyli się znacznie mniejszym prestiżem społecznym.
W książce Etyka protestancka a duch kapitalizmu napisał, że kultura protestancka wspiera zachowania społeczne będące istotą kapitalistycznych ideologii: „ciężka praca, która jest czynnością na chwałę Boga; dążenie do nieustannego powiększania majątku (kapitału), czyli moralny nakaz dążenia do bogactwa; majątek (bogactwo) nie powinny być konsumowane – ascetyczny styl życia i związana z nim redukcja wydatków pieniężnych do niezbędnego minimum; zachowania ułatwiające zaufanie w kontaktach gospodarczych, takie jak: pracowitość, rzetelność, dotrzymywanie zobowiązań, uczciwość w transakcjach handlowych”.
Z drugiej strony protestantyzm bardziej niż inne religie potępia lenistwo i bezczynność, które są „grzechami” głównymi kapitalizmu. Weber, świadomie bądź nie, dostarczył kapitalizmowi „nadbudowy” wpisując tu normy etyczne protestantyzmu. Co prawda sam kapitalizm nie potrzebował nigdy ani boskiej, ani religijnej legitymizacji, ale co szkodzi z niej korzystać, skoro jest pod ręką? Weber trafnie opisał to, co stało się częścią ideologicznej nadbudowy kapitalizmu. Tego kapitalistycznego snu, właściwego nie tylko dla wielkiej Ameryki.
Niemal sto lat po Weberze David Graeber przedstawił diametralnie inne spojrzenie na pracę, a przynajmniej jej część. Dosyć wyraźnie wskazał na pozostałości feudalne w kapitalizmie, a przynajmniej w elitach zarządzających nie tylko największymi kapitalistycznymi podmiotami. Prace bez sensu [tytułowe „gównoprace”] są zdaniem Graebera właśnie efektem feudalnego zarządzania, który zdominował największe i najbogatsze gospodarki. Model ten jest również narzucany wszędzie tam, gdzie dotarł „wolnorynkowy model gospodarki”, czyli tam gdzie sięgają macki globalnych przedsiębiorstw. O ile Max Weber śnił o świecie idealnym, Graeber opisuje brutalną rzeczywistość kapitalizmu, jego pozbawioną marzeń sennych jawę.
Taki rodzaj pracy ma dwa krańcowo różne przejawy. Jeden – praca, zwykle ciężka, za wynagrodzenie, które nie daje możliwości przeżycia. Kwestia ta nie dotyczy wyłącznie krajów nierozwiniętych, czy mniej rozwiniętych. Jest trwale związana z rozwarstwieniem ekonomicznym wewnątrz danej gospodarki czy kraju. W bogatych, na pierwszy rzut oka, Stanach Zjednoczonych pracownicy największych sieci handlowych zaraz po zatrudnieniu otrzymują informację o tym, gdzie mogą się ubiegać o pomoc społeczną i np. bony na wyżywienie. Pracodawca dobrze wie, że z płaconej przez niego pensji nie sposób się utrzymać. Trudno o lepszy przykład marksowskiej alienacji i wyzysku. Taka praca i sposób jej traktowania są przyczynami cierpienia, ponieważ ludzkie szczęście zawsze powiązane jest z poczuciem wywierania wpływu na świat; poczuciem, które większość ludzi mówiąc o swojej pracy wyraża w języku wartości społecznej. Pracownicy stają wobec sytuacji, w której wprost komunikuje im się, że do nich należy znalezienie sposobu na opłacenie rachunków, a jedyna oferta, jaką otrzymują, to przystanie na bezsensowną i upadlającą pracę, w której rujnują swoje umysły i ciała bez wyraźnego powodu.
Na drugim biegunie znajduje się „gównopraca” o zupełnie innym charakterze. Brakuje w niej sensu czy społecznego pożytku. Praca, za którą wynagrodzenie jest odpowiednikiem renty feudalnej, tyle że jej źródłem nie jest posiadanie ziemi, lecz przynależność do klasy społecznej z tytułu wykształcenia, urodzenia czy statusu. To praca chyba w niemal wszystkich tzw. firmach doradczych i konsultingowych. W książce Gównopraca. Teoria Graeber pisze: „Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby pewna klasa ludzi po prostu zniknęła, gdyby brakło menedżerów funduszy hedgingowych, konsultantów politycznych, guru od marketingu, lobbystów, prawników korporacyjnych […] z pewnością istnieją na świecie takie biurowce (jestem pewien, że każda osoba czytająca tę książkę byłaby w stanie z miejsca wskazać kilka), których zniknięcie ot tak sprawiłoby, że na świecie działoby się o wiele lepiej”.
Do tej grupy stara się dołączyć, a już na pewno jest tak w Polsce i krajach o podobnej sytuacji społeczno-ekonomicznej, grupa wyższej administracji publicznej oraz uczelni akademickich. Po osiągnięciu pewnego statusu zawodowego czy naukowego wynagrodzenie staje się swoistą rentą, a efekty pracy nie są przez nikogo oceniane czy w ogóle wymagane. Marks jednak nie zgodziłby się z Graeberem, że to praca bez sensu. Podtrzymywanie ideologicznej dominacji ma sens i jest niezbędnie dla trwałości systemu.
Utrwalanie dominacji fałszywej świadomości oraz przekonywanie o braku społecznej, ekonomicznej i politycznej alternatywy, negowanie istnienia klas i fundamentalnych różnic interesów ekonomicznych zasługuje na wynagradzanie, nawet jeśli niektórzy robią to z głębokiego przekonania.
Specjaliści od ekonomicznych wizji kreślą scenariusze przyszłości, w której „kupowanie” pracy możne się znacząco zmienić. Pierwszy scenariusz dotyczy wysoko wykwalifikowanych specjalistów oraz kadry menedżerskiej. W branżach takich jak IT, marketing, konsulting czy cyberbezpieczeństwo coraz powszechniejszy staje się model pracy projektowej określany jako fractional work. Oznacza to, że ekspert lub menedżer pracuje równolegle dla kilku firm, poświęcając każdej z nich część swojego czasu. To wersja dla bardzo nielicznej grupy wysokokwalifikowanych specjalistów, pod warunkiem, że będą oni mieli gdzie takie kwalifikacje zdobyć.
Oczywiście to wizja stanowiąca część ideologii neoliberalnej, choć ci akurat eksperci zauważają nowe tendencje i próbują znaleźć rozwiązania problemów zgodnie z neoliberalną ideologią. Dla wielu organizacji pełnoetatowy dyrektor marketingu czy IT to dziś koszt, na który nie chcą lub nie mogą sobie pozwolić. Stać ich jeszcze na zatrudnienie takiego eksperta na jeden lub dwa dni w tygodniu. Dla specjalistów to większa niezależność i wyższe dochody, ale też większe ryzyko i brak stabilności. Dla firm – większa elastyczność i dostęp do kluczowych kompetencji dokładnie wtedy, gdy są potrzebne, ale też ryzyko, że w danym momencie specjaliści mogą być niedostępni albo koszt ich zatrudnienia skokowo wzrośnie.
Ten medal ma też drugą stronę. Jest też przecież o wiele większa grupa pracowników wykonujących usługi proste, takich jak kierowcy, kurierzy czy pracownicy serwisowi. Usługi proste i oczywiście niskopłatne. Gdy pracownicy realizują ją w formie jednoosobowej działalności gospodarczej ponoszą całe ryzyko biznesowe swojej pracy, a w dodatku obciążani są ryzykiem zleceniodawcy. Prowadzi to do coraz większej polaryzacji i rozwarstwienia dochodowego pracujących. Pozostanie przecież, choć nie wiadomo, jak długo w tym scenariuszu, grupa droższych, ale pewnie bardziej lojalnych pracowników etatowych, z drugiej – rosnąca grupa elastycznych, niekoniecznie z wyboru „wolnych najmitów”, obsługujących zapotrzebowanie sezonowe i projektowe.
Jaskrawym przykładem takiego zjawiska jest sektor e-commerce i logistyki. Tam kumulacja pracy ma charakter sezonowy. Przez kilka miesięcy zapotrzebowanie na pracowników gwałtownie rośnie, by poza sezonem zakupów znacząco spaść. Największym problem jest ryzyko niestabilności zatrudnienia i brak zabezpieczeń socjalnych. Eksperci zwracają uwagę, że wymaga to stworzenia systemu, który zapewni osobom pracującym projektowo (śmieciowo) minimum bezpieczeństwa, w tym dostęp do opieki zdrowotnej oraz systemu emerytalnego. Pytanie tylko, kto ma ponieść koszty takich rozwiązań?
Ci sami eksperci proponują też wprowadzenie systemu hybrydowego, oczywiście możliwego do realizacji w dużych i bardzo dużych firmach. W nich możliwe jest tworzenie wewnętrznych platform projektowych, na których pracownicy etatowi mogą aplikować do dodatkowych zadań realizowanych w innych działach. To też sposób na ominięcie bariery nadgodzin. Możliwość uzyskania dodatkowych przychodów przez pracownika, kosztem zdrowia i czasu wolnego. Oczywiście największe zyski zostają po stronie firm. Dostają ekstra pracę, związują pracowników z firmą dając im stabilizację i bezpieczeństwo w zamian za dodatkowy wyzysk.
Część ekspertów sugeruje, że coś takiego jak „stały etat” zniknie z rynku. Firmy będą kupować czas pracy jak megabity danych na kartę. Marzenie Big Techów, kto wie, czy nie do zrealizowania w krajach bez związków zawodowych?
Neoliberalne marzenia mogą rozbić się o światową depopulację. Z jednej strony miejsca pracy będą znikać przez robotyzację i wykorzystanie sztucznej inteligencji, z drugiej już w krajach – i tych bardziej, i tych średnio rozwiniętych, pojawia się deficyt pracowników w branżach wymagających wyspecjalizowanej wiedzy i kontaktów bezpośrednich. To nie tylko tzw. usługi opiekuńcze, medycyna i kosmetyka, ale cała sfera usług konserwacyjnych i naprawczych, z budownictwem włącznie. Import wykwalifikowanych pracowników z zewnątrz budzi mroczne siły nacjonalizmu, a przecież i tak może się okazać niewystarczający.
Pojawiają się też projekty skrócenia czasu pracy, przy zachowaniu niezmienionego wynagrodzenia.
Dane z pilotaży sugerują, że skrócenie wymiaru dziennego czasu pracy nie tylko nie wpływa negatywnie na efektywność pracy, ale nawet ją zwiększa. Prawdopodobnie pomimo jego skrócenia tzw. efektywny czas jej trwania nie skraca się, a nawet ulega wydłużeniu. Zaobserwowano zmniejszenie liczby zwolnień chorobowych i ogólną poprawę stanu zdrowia fizycznego i psychicznego pracowników. Pilotaże odbywały się w Islandii, Wielkiej Brytanii i USA. Większość firm zdecydowała się wdrożyć na stałe. Można z tego wnioskować, że i firmy zyskały na tym finansowo. Tydzień pracy trwający 37,5 godziny jest niemal powszechny w krajach skandynawskich. Gwoli przypomnienia we Francji od dawna tydzień pracy ma 35 godzin.
Adam Jaśkow – absolwent politologii i dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publicysta, autor recenzji teatralnych i książkowych.
Powyższy artykuł, przedrukowany za numerem 1/2026 kwartalnika „Zdanie”, ukazał się w numerze 3/2026 „Res Humana”, maj-czerwiec 2026 r.
Sto lat temu państwo polskie stanęło przed groźbą kryzysu tak ostrego, że mógł przerodzić się w wojnę domową. Choć żyjemy w zupełnie innym świecie, pamięć o tym doświadczeniu jest ważna dla sposobu, w jaki odnosimy się do rozbieżności politycznych.
Dokonany 12 maja 1926 roku przez marszałka Piłsudskiego zamach stanu stanowił doniosłą cezurę w dwudziestoletniej historii Drugiej Rzeczypospolitej: zakończył krótki epizod parlamentarnej demokracji i zapoczątkował ponad dwukrotnie dłuższy okres rządów autorytarnych, przerwanych dopiero klęską wrześniową. Przebieg zamachu został szczegółowo opisany, między innymi przez Andrzeja Ajnenkiela, Andrzeja Garlickiego i Leszka Moczulskiego, a także przez autorów zagranicznych: Josepha Rotschilda i Antony Polonskiego. Przed ponad półwieczem opublikowałem na ten temat obszerne studium (The Military Regime in Poland, 1926–1939, in Comparative Persectives, w pracy zbiorowej On military intervention pod redakcją Morrisa Janowitza, Rotterdam 1971). Wracam teraz do tej tematyki, gdyż sądzę, że to odległe w czasie doświadczenie polityczne ma pewne cechy istotne dla zrozumienia nie tylko przeszłości, ale także zagrożeń dla trwałości demokracji w naszych czasach.
Zamach majowy nie był konsekwencją osobistych ambicji jego przywódcy. Józef Piłsudski w pierwszych latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości miał w swym ręku pełnię władzy, oddanej mu przez wcześniej powołane zalążki władzy państwowej: Radę Regencyjną i rząd ludowy Ignacego Daszyńskiego. Był Naczelnikiem Państwa i wodzem naczelnym w zwycięskiej dla Polski wojnie z Rosją. Mógł wtedy ustanowić jakąś formę rządów autorytarnych, ale tego nie zrobił. Zarządził przeprowadzenie szybkich wyborów w 1919 roku, zaakceptował rządy wyłonionej przez te wybory sejmowej większości i podporządkował się uchwalonej przez wybrany wówczas Sejm konstytucji 1921 roku, mimo że dostrzegał jej słabe strony. W symboliczny sposób stanął na baczność przed prezydentem Gabrielem Narutowiczem, uznając autorytet głowy państwa. Zamordowanie Narutowicza było dla Marszałka szokiem i – jak pisze we wspomnieniowej książce Aleksandra Piłsudska – spowodowało jego trwałą nienawiść do obciążonej moralną odpowiedzialnością za tę zbrodnię Narodowej Demokracji. Gdy w 1923 roku partia ta ponownie doszła do władzy (zresztą nie na długo), Piłsudski zrezygnował z wszystkich stanowisk państwowych i wycofał się do Sulejówka. Bezpośrednio po rezygnacji na pożegnalnym bankiecie w hotelu Bristol wygłosił niezwykle ostrą mowę, w której endecję nazwał „szajką, bandą” i zarzucił jej czyhanie na jego życie, podobnie jak odpowiedzialność za zamordowanie Narutowicza. Co jednak znamienne, za tymi ostrymi słowami nie szły czyny. W 1923 roku Piłsudski nie był skłonny obalać systemu demokratycznego, choć widział ostro jego wady. Wady te wynikały nie tyle z samej konstytucji, co z układu sił politycznych i charakteru dominującej w pierwszych latach niepodległości Narodowej Demokracji.
Politykę polską w pierwszych latach niepodległości cechowała pogłębiająca się polaryzacja polityczna. Była ona następstwem zmian dokonujących się na prawicy, zwłaszcza w jej najsilniejszym segmencie, jakim była endecja. Przesuwanie się endecji na skrajne pozycje było w znacznej mierze konsekwencją struktury narodowościowej odrodzonego państwa. Etniczni Polacy stanowili niespełna siedemdziesiąt procent obywateli. Wśród kilkunastu mniejszości narodowych i etnicznych najliczniejsi byli Ukraińcy, Żydzi, Białorusini i Niemcy. W stosunku do obu mniejszości słowiańskich prawica narodowa próbowała prowadzić politykę asymilacji, natomiast w stosunku do mniejszości żydowskiej dążyła do jej izolacji i do emigracji. Stanowisku temu lewica, do której w tym okresie można zaliczyć zwolenników Marszałka, przeciwstawiała wizję państwa, w którym poczucie obywatelskiej wspólnoty przeważać miało nad podziałami etnicznymi.
Przyjęty w konstytucji 1921 roku model systemu politycznego (wzorowany na ustroju ówczesnej Francji) nie pasował do rzeczywistości młodego państwa. Słaba – w istocie czysto reprezentacyjna – pozycja prezydenta w połączeniu z wybieranym w systemie proporcjonalnym, a więc bardzo rozproszonym Sejmem powodowała brak stabilnej i silnej władzy państwowej. W latach 1918-1926 było w Polsce trzynaście rządów, z których tylko jeden (Władysława Grabskiego) przetrwał ponad dwa lata (listopad 1923 – grudzień 1925). Nad życiem politycznym ciążyły reperkusje zamordowania prezydenta Narutowicza. Nie ma wprawdzie powodów, by oskarżać endecję o sam zamach, który był dziełem izolowanego fanatyka, ale obciąża ją bezspornie kult, jakim otoczyła Eligiusza Niewiadomskiego (zresztą z udziałem części hierarchii kościelnej). Gloryfikowanie mordercy przez polityków endeckich pociągało za sobą nieprzejednaną wrogość demonstrowaną wobec tej formacji przez drugą stronę politycznego podziału – w tym przez piłsudczyków.
Zamach majowy miał więcej niż jedną przyczynę. Młody system demokratyczny nie miał ugruntowanej legitymizacji, gdyż jej powstanie zawsze wymaga czasu. Trwałości młodej demokracji zagrażał klimat polityczny w międzywojennej Europie, zwłaszcza w jej wschodniej części. W latach 1919–1938 w trzynastu państwach europejskich doszło do ustanowienia rządów autorytarnych. Były to Włochy (1922), Bułgaria (1923), Polska, Portugalia i Litwa (1926), Estonia (1927), Jugosławia (1929), Niemcy (1933), Austria i Łotwa (1934), Grecja (1936), Rumunia (1938) i Hiszpania (w wyniku wojny domowej 1936–1939). W tym czasie cała Ameryka Łacińska rządzona była przez reżimy autorytarne, najczęściej mające formę dyktatury wojskowej. Zwrot polityczny dokonujący się w Polsce wpisywał się w ówczesny duch czasu.
O przewrocie majowym zdecydowały jednak okoliczności i problemy wewnętrzne. Słabe rządy i trudna sytuacja gospodarcza szły w parze z niechętnymi wobec istniejącej władzy nastrojami dużej części wojska. Ta jej część, która wywodziła się z formacji legionowych, uważała się za dyskryminowaną przez rządzącą prawicę, co znajdowało odbicie w niewielkiej reprezentacji byłych legionistów na najwyższych stanowiskach w wojsku. W 1924 roku na 122 generałów tylko 30 wywodziło się z legionów, a na 10 dowódców okręgów wojskowych był tylko jeden legionista. W 1926 roku dwa okręgi dowodzone były przez byłych legionistów: poznański – przez generała Kazimierza Sosnkowskiego i wileński – przez generała Edwarda Śmigłego-Rydza. Tylko ten drugi jednoznacznie zaangażował się po stronie Marszałka. Frustrację dawnych legionistów pogłębiał ogólny stan państwa. Barwnie przedstawione w Przedwiośniu Żeromskiego rozczarowanie niepodległą Polską musiało być szczególnie silne wśród ludzi, którzy szli w pierwszym szeregu walki o niepodległość. Mieli oni poczucie odsunięcia od wpływu na politykę państwa, a przewlekły kryzys ekonomiczny powodował u nich rozczarowanie nieudolnymi rządami. W tych warunkach nadzieję na zmianę coraz częściej widziano w powrocie Marszałka do kierowania nawą państwową.
Były to okoliczności ważne, ale nie decydujące. O tym, że do konfrontacji doszło, zdecydowała pogłębiająca się polaryzacja polityczna. Upadek rządu Władysława Grabskiego otworzył kryzys polityczny, gdyż wobec ostrego podziału na zdominowaną przez Narodową Demokrację prawicę i na lewicę, której główną siłą była Polska Partia Socjalistyczna, stworzenie trwałej większości wymagało pozyskania poparcia ze strony najsilniejszej partii centrum – Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”. Było ono za słabe, by samodzielnie rządzić, ale dostatecznie silne, by od niego zależało, kto rządzić będzie.
Strategicznym błędem przywódcy „Piasta” Wincentego Witosa było zaakceptowanie – za cenę teki premiera – oferty stworzenia wspólnego z endecją rządu, a więc w pewnym sensie powrotu do konstelacji politycznej, która w 1923 roku doprowadziła do krwawej konfrontacji z robotniczymi protestami. Tym razem jednak rząd miał przed sobą znacznie groźniejszego przeciwnika, jakim był Józef Piłsudski.
Wszystko wskazuje na to, że Marszałek nie planował klasycznego zamachu stanu, lecz liczył na to, że przeprowadzona pod jego dowództwem demonstracja siły wystarczy do odsunięcia endecji od władzy. Jawne, wręcz ostentacyjne gromadzenie wiernych oddziałów wojskowych i zupełny brak elementu zaskoczenia świadczą najlepiej o intencjach Józefa Piłsudskiego. W tym duchu odbył on rozmowę na moście Poniatowskiego z prezydentem Wojciechowskim przed frontem wiernych rządowi oddziałów zamykających mu drogę do centrum miasta. Choć przebieg tej rozmowy nigdzie nie został ujawniony, oczywiste jest, że była ona dla Piłsudskiego wielkim rozczarowaniem. Prezydent, nie bacząc na lata przyjaźni z Marszałkiem, odrzucił jego żądanie zdymisjonowania rządu Witosa jako sprzeczne z konstytucją. Tym samym dla Marszałka i jego zwolenników pozostał tylko wybór: zbrojna konfrontacja lub kapitulacja. Ta druga droga oznaczała jednak osobistą odpowiedzialność za próbę nielegalnego działania.
W obliczu fiaska demonstracji Piłsudski popadł w częsty u niego stan depresji. Inicjatywę przejął jego najbliższy podkomendny, generał Gustaw Orlicz Dreszer. Dowodzone przez niego oddziały przekroczyły Wisłę przez most Kierbedzia i kontynuując uderzenie w kierunku południowym, spychały oddziały wierne rządowi w kierunku Belwederu. Początkowa sytuacja wojskowa była dla rządu stosunkowo korzystna. Po jego stronie opowiedziały się liczne formacje, w tym wojska poznańskiego okręgu wojskowego. Część wojskowych zachowywała neutralność, między innymi dowódca lwowskiego okręgu wojskowego generał Władysław Sikorski. Wynik starcia zbrojnego nie był od początku przesądzony. Zdecydowała o nim determinacja zamachowców z jednej, i brak stanowczej postawy strony rządowej z drugiej strony. Zamachowcy cieszyli się poparciem zdecydowanej większości mieszkańców stolicy. Ciekawym dokumentem ilustrującym to poparcie jest dziennik Stanisława Ossowskiego, w którym wyrażał on entuzjastyczne poparcie dla dokonującego się przewrotu. W ustach późniejszego autorytetu demokratycznej opozycji było to znamienne wyznanie.
Trzydniowe walki pociągnęły za sobą śmierć 379 osób (w tym 164 osób cywilnych). Wojska Piłsudskiego korzystały w poparcia udzielanego im przez lewicę, co między innymi wyraziło się w strajku kolejarzy blokujących transporty wojskowe strony rządowej. Ta zaś ustąpiła wobec groźby wojny domowej. Kapitulacja rządu i prezydenta dokonana w Wilanowie 15 maja zakończyła zbrojną fazę zamachu. Przejmując tymczasowo obowiązki głowy państwa, marszałek Sejmu Maciej Rataj powierzył tekę premiera zgłoszonemu przez Piłsudskiego kandydatowi, profesorowi Kazimierzowi Bartlowi, z Piłsudskim jako ministrem spraw wojskowych. W tej sytuacji strona lojalistyczna zaprzestała walki. Zwycięstwo zamachowców było pełne. Kilka dni później, 31 maja, Zgromadzenie Narodowe głosowało w sprawie wyboru prezydenta. Na Józefa Piłsudskiego oddano 292 głosów, na kandydata endecji Adolfa Bnińskiego 193 głosy, 61 głosów uznano za nieważne, a dziewięć osób (w tym Wincenty Witos) nie wzięło udziału w glosowaniu. Ponieważ Piłsudski wyboru nie przyjął, Zgromadzenie Narodowe wybrało prezydentem jego przyjaciela i politycznego sojusznika profesora Ignacego Mościckiego, który (w drugiej turze głosowania) pokonał Bnińskiego w stosunku 281:200 głosów. Było to uznane za zalegalizowanie wyników zamachu stanu.
Osobliwością zamachu majowego była bardzo ograniczona skala represji stosowanych wobec pokonanych. Najbardziej obóz zwycięski obciąża tajemnicze „zniknięcie” (zapewne zamordowanie) uwiezionego po zamachu generała Włodzimierza Zagórskiego, z którym piłsudczycy mieli porachunki jeszcze z okresu, gdy z ramienia wywiadu austriackiego sprawował kontrolę nad legionami. Sprawa ta nigdy nie została w pełni wyjaśniona. Nie było jednak systematycznego odwetu na pokonanych. Przykładem może być kariera Władysława Andersa, który w czasie zamachu był szefem sztabu wojsk rządowych, a w październiku 1928 roku otrzymał prestiżowe dowództwo drugiej samodzielnej brygady kawalerii i w styczniu 1934 roku awans na stopień generała brygady.
Piłsudski zdobył pełnię władzy w państwie. Sprawował ją najczęściej z drugiego szeregu, tylko wyjątkowo i na krótko obejmując stanowisko premiera. Poprawka konstytucyjna wzmocniła pozycję prezydenta, dając mu decydujący głos w powoływaniu i odwoływaniu rządu. Powstał autorytarny system polityczny, różniący się jednak od otwartych dyktatur przez to, że nadal istniała legalna opozycja i niezależna od rządu (choć cenzurowana) prasa. W 1928 roku odbyły się wybory do Sejmu i Senatu, które obóz rządzący przegrał. Zdobył on wprawdzie 130 mandatów poselskich i 46 senatorskich, co czyniło go najsilniejszą formacją parlamentarną, ale miał przeciw sobie większość obu izb parlamentu. Trzonem tej większości była niekomunistyczna lewica, do której należało 129 posłów i 20 senatorów. Nadal silna była reprezentacja mniejszości narodowych (75 posłów i 23 senatorów). Natomiast słabo reprezentowane były prawica i centrum (odpowiednio 37 posłów i 9 senatorów oraz 54 posłów i 12 senatorów).
Późniejsze, trzynastoletnie rządy sanacyjne przechodziły interesującą ewolucję. Z biegiem czasu stawały się coraz bardziej represyjne. Po jeszcze wolnych i uczciwych wyborach 1928 roku nastąpiło rozwiązanie Sejmu i sfałszowane wybory w 1930 roku, po których Polska stawała się coraz bardziej otwarcie państwem autorytarnym. Równolegle z umacnianiem autorytaryzmu szła ewolucja władzy państwowej w kierunku prawicowym. Paradoksem rządów pomajowych było to, że ideowe zwycięstwo przypadło nie lewicy, która zamach poparła, lecz nacjonalistycznej prawicy, którą zamach skutecznie odsunął od władzy. Straciła ona jednak tylko władzę polityczną, zachowując dominację ideologiczną. Jej hasła stopniowo przejmowane były przez zwycięski obóz piłsudczykowski, który porzucił lewicowe hasła i przejął wiele z ideologii nacjonalistycznej, w tym antysemityzm. To pod rządami sanacji na polskich uniwersytetach wprowadzono getta ławkowe mające na celu napiętnowanie i upokorzenie żydowskich studentów. W stosunku do mniejszości ukraińskiej i białoruskiej prowadzono politykę wynaradawiania – nieskuteczną, ale powodującą wzrost antypolskiego nacjonalizmu. Przyszło za to zapłacić w latach drugiej wojny światowej.
Przyczyny takiej ewolucji politycznej tkwiły w polaryzacji politycznej. Zamach majowy zniszczył politycznie endecję, która już nigdy nie odzyskała takich wpływów, jakie miała w pierwszych latach niepodległości. Zarazem wzmocnił niekomunistyczną lewicę, czyniąc z niej jedyną realną przeciwwagę dla obozu rządzącego. Logika polaryzacji prowadziła więc do ideologicznego przesuwania się obozu zwycięzców w stronę nacjonalistycznej prawicy. Po śmierci marszałka Piłsudskiego proces ten wyraźnie przyśpieszył. Umierając (w styczniu 1939 roku) Roman Dmowski mógł mieć poczucie ideologicznego sukcesu. System sprawowania władzy był już bowiem znacznie bliższy jego wyobrażeniom o państwie, niż marzeniom przyświecającym w przeszłości politycznemu rywalowi Józefowi Piłsudskiemu. W ostatnich latach Drugiej Rzeczypospolitej obóz rządzący miał już znacznie więcej wspólnego z odsuniętą od władzy nacjonalistyczną prawicą, niż z lewicą, z którą przed laty związani byli jego czołowi przedstawiciele.
Jest to pouczająca lekcja, jak działa polaryzacja polityczna.
Artykuł ukazał się w numerze 3/2026 „Res Humana”, maj-czerwiec 2026 r.
Na zdjęciu: marszałek Józef Piłsudski w otoczeniu oficerów na moście Poniatowskiego udaje się na spotkanie z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim. Widoczni także (od lewej) podpułkownik Kazimierz Stamirowski, porucznik Marian Żebrowski, generał Gustaw Dreszer-Orlicz, major Włodzimierz Jaroszewicz oraz porucznik Michał Galiński.
Czy możemy współczesność opisać teoretycznie? Po co? Żeby ogarnąć chaos. Czy taka teoria jest możliwa, a przede wszystkim czy rzeczywiście jest potrzebna? Niech punktem wyjścia będzie konkluzja, jaką zamyka swój podręcznik prof. Piotr Sztompka (Socjologia XXI wieku. Wprowadzenie krytyczne. Teorie i teoretycy, Znak, Kraków 2025, s. 446–449):
„Przegląd najnowszych teorii socjologicznych dwudziestego pierwszego wieku w duchu zdyscyplinowanego eklektyzmu pozwala nieco dokładniej określić kierunek, w którym powinny przebiegać dalsze poszukiwania teoretyczne. Sześć sugestii będących konsekwencją współczesnych nurtów opisanych w tej książce uważam za najistotniejsze.
Po pierwsze, porzuć daremne poszukiwania „żelaznych praw” społeczeństwa i historii (…).
Po drugie, porzuć nadzieję na osiągnięcie precyzji, rygoru oraz wyjaśniającej i predykcyjnej mocy na wzór nauk przyrodniczych (…).
Po trzecie, uznaj za aksjomat, że ostatecznym składnikiem i siłą napędową społeczeństwa są ludzkie działania i interakcje (…).
Po czwarte, porzuć wreszcie wiarę w determinizm, fatalizm i finalizm zmiany społecznej na makropoziomie historii. Nie próbuj się dowiadywać co się wydarzy, badaj raczej to, co się może wydarzyć…(…).
Po piąte, zapomnij o traktowaniu ludzkich działań jako odseparowanych od siebie, autonomicznych, niezależnych zdarzeń… (…).
Po szóste, porzuć ideał socjologii wolnej od wartościowania”.
Pierwszy i czwarty z punktów profesora Sztompki sugerują, iż moje podjęcie próby teoretycznego opisania współczesności byłoby anachroniczne. Mój brak zgody na przesłanie niesione przez obie te sugestie ma nie tyle charakter polemiczny, co wyraża inny punkt widzenia – punkt widzenia teoretyka polityki.
Bliskość politologii i socjologii jest oczywista, mało tego, odnoszę wrażenie postępującej socjologizacji politologii, dlatego chcę podkreślić, co uważam za ich odmienność: teorie socjologiczne pytają „jak?”, teoria polityki pyta „dlaczego?”. Socjolog utopiony w świecie, jak w jakiejś Arce, ma zajęć bez liku i nie ma okazji podnieść wzroku, a politolog musi pytać dokąd ta Arka płynie. To całkiem sensowny podział ról. Tyle że i od samych politologów można usłyszeć, że teorii właściwie nie ma i – jak widać – można bez niej żyć, bo dyscyplina rozwija się przecież intensywnie.
Warto więc wyjść od prawdy niezwykle prostej: myślenie naukowe jest siłą rzeczy teoretyczne. Nauka wyjaśnia złożoność świata. Coś zrozumieć, znaczy dostrzec to „coś” w jego prostej postaci; temu służy drążenie każdego problemu pytaniem „dlaczego?” i to jest istota myślenia teoretycznego, abstrakcyjnego, czyli wyrażającego istotę ludzkiego umysłu. W związku z tym, z myśleniem teoretycznym jest podobnie jak z mówieniem prozą: tkwimy w nim bezwiednie. Myślenie naukowe to właśnie zadawanie pytania „dlaczego”, ale czynione w sposób uporczywy i możliwie najdalej idący, co wymaga kompetencji i czasu, czasu na tyle długiego, że powstał zawód profesjonalnego myśliciela, czyli naukowca. W idealnym ujęciu naukowe badanie problemu sprowadza się do wyczerpującej listy pytań „dlaczego?”, aż do osiągnięcia punktu aksjomatycznego. Badacz ocenia, czy to jest ten punkt, jeżeli inni się z nim zgadzają, kształtuje się paradygmat dyscypliny naukowej, uspokajający ją teoretycznie. Do momentu, gdy przyjdzie ktoś, kto zada pytanie idące głębiej. Pozwalam sobie na przypomnienie tych ogólnych prawd, bo dalej idzie za nimi konkret.
Wracam do zasadniczego, tu sformułowanego eseistycznie, tematu „czy chaos współczesności można ogarnąć teoretycznie?” i wyjściowej wątpliwości, że takiej teorii przecież nie ma.
Ale ja taką teorię znam i nie znam takiego dzieła, które by ją sfalsyfikowało. Pośród jej twórców centralną postacią jest Karol Marks. Tak rozumiany marksizm jest elementem szerszego spektrum filozoficzno-teoretycznego, stworzonego przez brytyjskie, francuskie i niemieckie Oświecenie. Najogólniej rzecz ujmując, jest to optymistyczna teoria nie tylko rozwoju, ale i postępu społecznego. Jest to też jedyna koncepcja ewolucji społecznej oparta na naukowym fundamencie, a tym fundamentem jest filozofia Hegla ujęta jako system.
Oświecenie powstało z ducha nauki, która weszła w dojrzałość w siedemnastym wieku za sprawą osiągnięć rozumu matematycznego. Jednocześnie w sferze ekonomicznej toczył się proces uruchomiony przez odkrycia geograficzne i rozluźnienie gorsetu politycznego, którego znaczenia jeszcze nie dostrzegano, a który w efekcie przyniósł nieznany dziejom fenomen stałego wzrostu gospodarczego – „cud”, który błyskawicznie, jak na historyczne miary czasu, przeorał ludzką egzystencję. To w tej epoce żyjemy. Historiozoficznie, ergo teoretycznie, adekwatna odpowiedź na pytanie, w jakim czasie żyjemy, jest jedna i jednoznaczna: żyjemy w epoce stałego wzrostu gospodarczego.
Co ta epoka przyniosła? Cud właśnie, nieustanne powiększanie materialnych zasobów ludzkości pozwalające zmieniać życie na lepsze. Wiem, że ta deklaracja brzmi prowokacyjnie wobec morza przykładów zaprzeczających tej wizji. Nie niosą one jednak żadnej refleksji teoretycznej mogącej podważyć przekonanie o „nieuchronnym triumfie Rozumu”. Wszelka krytyka Oświecenia, a jest tego niemało, to eseistyka. Kognitywista Steven Pinker zadał sobie niewdzięczny trud zebrania argumentów w obronie Oświecenia; niewdzięczny, bo to jak przekonywanie do konieczności utrzymywania higieny osobistej (Nowe Oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem, Zysk i S-ka, 2018). Jedynie krytyka Oświecenia pochodząca „od wewnątrz”, sformułowana przez myślicieli szkoły frankfurckiej, szczególnie przez Habermasa, niesie potencjał teoretyczny.
Epoka stałego wzrostu gospodarczego nie pojawiła się w próżni. Pojąć ją można tylko przez usytuowanie na skali dziejów, to znaczy nadać jej interpretację historiozoficzną, a historiozofię rozumiem jako teorię historii. Teoria polityki nie tyle skazana jest na historiozofię, co sama jest historiozofią dlatego, że musi odpowiadać na wyzwania epoki. Epoka stałego wzrostu gospodarczego stwarza potrzebę inżynierii społecznej, a inżynieria społeczna potrzebuje takiej teorii polityki, w której polityka definiowana jest jako celowa zmiana społeczna. Człowiek zaczął tworzyć historię. Zewsząd można się dowiedzieć, że stworzył chaos…
Epoka stałego wzrostu gospodarczego ma zachwycającą i trwożącą zarazem swoistość: nieustannie przyspiesza. Trudno za nią nadążyć. Ale co za czym nie nadąża? Za ekspansją kapitału i rozwojem nauki nie nadążają instytucje, nie nadąża polityka.
Rozwój nowoczesności kodują trzy splecione ze sobą spirale: kapitał, nauka, polityka. Kapitał zglobalizował handel i technologię zrodzoną z nauki. Polityka utkwiła w granicach państw narodowych i „nie nadąża” i to jest główne źródło chaosu. Ponieważ myślę „teoretycznie”, muszę zadać pytanie, dlaczego polityka spętana ograniczeniami państwa narodowego „nie nadąża”, to znaczy nie potrafi sprostać takim problemom współczesności jak rozchwianie geopolityczne, zagrożenie ekologiczne związane ze zmianami klimatycznymi wywołanymi przez przemysł i rolnictwo, z kryzysem demokracji liberalnej, ze społeczno-ekonomicznymi problemami Globalnego Południa wywołującymi rosnącą presję migracyjną… To w sumie sprowadza się do niezdolności wypracowania zasad społecznej odpowiedzialności światowego kapitału, bo nie istnieje polityczny podmiot, który mógłby podjąć skuteczne takie działanie. To jest taki moment w charakterystyce współczesnego świata, który wymaga odwołania się do historiozofii, do teoretycznego spojrzenia na dzieje, które adekwatnie uprości ich trudną do ogarnięcia złożoność i pozwoli w tym oczyszczonym obrazie dostrzec istotę problemu, przed którym stoimy dzisiaj, a który zdefiniowałem jako nieadekwatność państwa narodowego jako formy politycznej mającej sprostać przyspieszonemu rozwojowi cywilizacyjnemu.
Motorem rozwoju cywilizacyjnego była przemoc. Ten pogląd może wywoływać psychologiczny dyskomfort, bo wydaje się godzić w „pamięć uciśnionych”, pozbawiając ich historycznej podmiotowości. Autorzy podręczników unikają więc tak radykalnego uogólnienia i piszą na przykład, że powstanie państwa było „procesem złożonym”. To prawda, powstanie państwa było procesem złożonym, ale zawsze niosło przemoc. Wszelkie interpretacje gubiące ten fakt, bądź pozbawiające go pierwszorzędnego znaczenia, niczego nie wyjaśniają.
Przyjmuję, że powstanie państwa jest początkiem cywilizacji, właśnie dlatego że przyniosło przemoc. Najpopularniejsza definicja państwa, to ta autorstwa Maksa Webera: państwo to wspólnota ludzka, która ma monopol na legalne użycie przemocy na określonym terytorium. To definicja sprawozdawcza, mało przydatna dla teorii polityki, nie odpowiada na pytanie: skąd przemoc? Zakłada, że to oczywiste, aksjomatyczne. Weber miał jakieś powody, żeby nie drążyć dalej problemu pytaniami, bo z pewnością znał marksowską definicję państwa jako narzędzia przemocy klasowej. Ale i ta definicja wymaga dopytania, jeżeli mam osiągnąć teoretyczny spokój. Pytam więc i na własne pytanie odpowiadam, po prostu drążę.
Narzędzia przemocy służą do stłumienia konfliktu, tu klasowego: skąd ten konflikt? Z własności. A skąd własność? Z nadwyżki. A skąd nadwyżka? Ze wzrostu wydajności pracy. A skąd wzrost wydajności pracy? Z przyrodzonej człowiekowi transgresyjności. Czyżby? Antropologia wczesnych społeczeństw takiej tezy nie potwierdza (choć skądinąd nieźle współbrzmi z heglowską wizją rozumnej historii). Było inaczej, co potwierdza archeologia, a co i bez tego potwierdzenia stanowiłoby bardzo silną hipotezę. Zanim powstało państwo, narodził się handel. Handel motywował do produkcji nadwyżki i czegokolwiek, co dawało się sprzedać. Obudził potężne motywy ludzkiej aktywności, otworzył drogę do własności, do kapitału i w ten sposób stworzył przestrzeń dla konfliktu społecznego i dla przemocy, która w efekcie musiała przybrać formę państwa, również w interesie tych, którzy przemocy doświadczali, bo najgorsza jest przemoc zanarchizowana. Przemoc tworzy społeczeństwo z bardzo klarowną mapą motywacyjną opisującą egzystencjalną stronę historii i demaskującą hipostazę anonimowych procesów społecznych podporządkowanych obiektywnym koniecznościom. Przemoc tworzy społeczeństwa, w których 10 procent panuje nad 90 procentami, mniej więcej. To sprawia, że każde państwo było własnością prywatną, dosłownie. W liczbie blisko 200 istniejących dzisiaj państw, przytłaczająca większość to państwa prywatne. Jest wśród nich Rosja, Chiny, Iran, Arabia Saudyjska… praktycznie wszystkie, które nie przyjęły liberalno-demokratycznego wzorca ustrojowego.
To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego państwa narodowe są formą polityczną niezdolną do sprostania wyzwaniom współczesności – dlatego, że one nie są narodowe, ale po prostu prywatne. Ich racja istnienia kłóci się z oświeceniową teorią polityki, ale współbrzmi z teorią społeczną wyrosłą z Darwina. Darwinowska teoria ewolucji to wielkie osiągnięcie nauki, ale przeniesienie jej na grunt teorii społecznej niesie fałsz i to nie z powodu wyzyskania jej przez nazizm, ale przez fałszywe założenie ontologiczne. Jak to więc się dzieje, że dla takiej domeny nauki o polityce, jaką jest nauka o stosunkach międzynarodowych, dominują teorie wywiedzione z Darwina (Huntington), a oświeceniowa teoria postępu, za którą stoi autorytet Hegla jest wręcz ex cathedra lekceważona (Fukuyama)?
Współczesny świat tworzą przestrzenie zróżnicowane pod względem rozwoju cywilizacyjnego. Awangardę tworzą państwa należące do zachodnioeuropejskiego obszaru kulturowego. Reszta podąża za nimi. To jedna z przyczyn chaosu, ale to nie z powodu „zderzenia cywilizacji”, lecz z powodu biedy, lokalnych konfliktów, migracji, trwających za sprawą prywatnej polityki właścicieli państw. Dla właścicieli prywatnych państw idea końca historii, idea bezalternatywności liberalno-demokratycznych form ustrojowych, to nemezis. Ale to nie powód, żeby tej histerii ulegał politolog i nadawał pozór racjonalności działaniom absurdalnym z punktu widzenia społecznej racjonalności. Wszystkim satrapom tamtego świata bardzo odpowiada idea nieprzystawalności nieeuropejskich kultur do europejskiego liberalno-demokratycznego wzorca. Nie istnieją żadne teoretyczne przesłanki pozwalające mówić o kryzysie tego wzorca, dlatego wypisuję go z listy problemów składających się na chaos współczesności. Populistyczny atak na niego czerpie z kryzysu wartości, z kryzysu epistemicznego, bo coś takiego obserwujemy. On nie atakuje Globalnego Południa, wręcz przeciwnie, tamten świat kipi od entuzjazmu budowania tożsamości. Prywatne państwa na nim żerują, ale ten proces skrywa przyszły wyrok na ich istnienie, zgodnie z logiką epoki stałego wzrostu gospodarczego wymuszającą budowanie otwartych instytucji.
Kryzys aksjologiczny szczególnie rezonuje w psychicznej percepcji współczesności przez mieszkańców obszarów awangardowych niosąc lęk przed atomizacją społeczeństwa. Wzmaga go cyfryzacja.
Cyfryzacja to najważniejszy fenomen współczesności, cywilizacyjny game changer, absolutne novum zapowiadające nową epokę, ale w ramach Oświeceniowego projektu. Hegel miał więcej racji, niż przypuszczał. Cyfryzacja niesie zapierającą dech perspektywę zmiany cywilizacyjnej obejmującej całe społeczeństwo, jego ekonomię, technologię, kulturę i społeczne relacje, a tym samym egzystencję. To przecież spełnienie wizji oświeceniowej teorii rozwoju społecznego, w której rozum przynosi człowiekowi wolność. A wolność jest trudna. Smutek spełnionej baśni?
Zakończę ekstraktem wywodu.
A. Czy można teoretycznie ogarnąć chaos współczesności?
B. Ten chaos to napięcie towarzyszące intensywnemu rozwojowi cywilizacji, nie regres.
C. Nie te napięcia są problemem, ale brak formy politycznej adekwatnej do skali generowanych wyzwań.
D. Formą polityczną organizującą świat jest państwo narodowe obciążone genetycznie przemocą.
E. Zdecydowana większość państw, pośród których są i te należące do największych, to wciąż państwa prywatne, nieskłonne do tworzenia otwartych instytucji i współdziałania.
F. Kapitalizm (rynek), wciąż zachowuje potencjał regulacyjny, co rekompensuje słabość polityki.
G. Chcę poddać dyskusji sąd, ku któremu się skłaniam, ale którego nie potrafię skonkretyzować, że polityka będzie przejmowała ster ewolucji społecznej. Czy przykładem takiej konkretyzacji mogłaby być Unia Europejska?
Wojna trwała już drugi miesiąc. Morskie desantowe pułki króla Rafanaiła wylądowały na Półwyspie Martwym przed świtem podczas silnego sztormu. Wkrótce, pokonawszy w krwawych bojach opór Czwartego i Osiemnastego Legionu VI Armii Cesarskiej, podeszły niemal pod sam Brajbinar – główne miasto portowe na północy Diamentowego Cesarstwa. Gdzieniegdzie linia frontu przebiegała tak blisko, że mieszkańcy wysokich budynków widzieli ze swoich okien królewskich żołnierzy i nawet mogli odróżnić kolor ich mundurów: brązowy oficerskich od ciemnozielonego szeregowców. Żołnierze, czując na sobie ciekawskie spojrzenia, wygrażali mieszkańcom pięściami, czasem dołączając do tego obraźliwe gesty.
Pewnego dnia żołnierze króla pozwolili sobie na niewybredny żart. Na najwyższym wzgórzu, gdzie były rozmieszczone królewskie reduty z szybkostrzelnymi bezkołowymi karabinami maszynowymi i gdzie montowano metalowe maszyny bombardujące, zawiesili na żerdziach plakat zszyty z sześciu żagli statków, na którym ogromnymi literami wypisali nieprzyzwoity wierszyk znieważający osobę cesarza Baltazara Pierwszego.
Wojskowy komendant Brajbinaru pułkownik Bajzel niezwłocznie wydał rozkaz, zgodnie z którym żadnemu cywilowi pod karą śmierci nie wolno było patrzeć na zachód, w kierunku frontu. Po tym rozkazie brajbinarczycy zaczęli chodzić ulicami miasta z nienaturalnie odwróconymi głowami i dziwacznie wykrzywionym ciałem. Pisały o tym później wszystkie stołeczne gazety, podkreślając godną podziwu postawę mieszkańców Brajbinaru, którzy przez cały okres walk ani razu nie sprzeciwili się woli komendanta.
Cesarz Baltazar Pierwszy, nie zważając na swój podeszły wiek (miał już przecież 102 lata), ani na chwilę nie wypuszczał z rąk steru państwa i od samego początku wojny nie tylko uważnie śledził bieg wypadków, ale także, jak poinformowała służba prasowa cesarskiej kancelarii, osobiście wydawał najważniejsze bojowe rozkazy.
Kiedyś w młodości cesarz wiele podróżował, odwiedzając nawet najbardziej oddalone prowincje swego kraju, ale teraz już od ponad trzydziestu lat nie wyjeżdżał ze stolicy cesarstwa – Sediolanu. Prócz tego z każdym kolejnym rokiem coraz rzadziej pokazywał się publicznie, a przez ostatnie trzy lata w ogóle nie opuszczał pałacu Błękitnego, swej głównej rezydencji i nawet w najbardziej upalne miesiące roku nie przenosił się już do słynnego pałacu Letniego, otoczonego cienistym parkiem, w którym rosło mnóstwo egzotycznych drzew, krzewów, kwiatów, traw, mchów, a także było wiele jezior, sadzawek, fontann i sztucznych rzeczek z wodospadami. Nawet obowiązkowe coroczne przemówienie do poddanych z okazji Dnia Koronacji, który niezmiennie od trzystu lat wyznaczano na piątego kwietnia, odczytywał przed wielotysięcznym tłumem na placu Cesarskim już nie cesarz, a kanclerz Druid, szef cesarskiej kancelarii i, jak sądzono, najbardziej zaufana osoba Baltazara Pierwszego.
Tłum, który piątego kwietnia zbierał się na uświęconej przez stulecia ceremonii, aby obejrzeć z bliska żywego cesarza, teraz musiał się zadowolić jedynie widokiem cesarskiej ręki, która na kilka chwil pojawiała się w otwartym oknie na drugim piętrze pałacu. Naturalnie, w takim momencie cały plac rozbrzmiewał krzykiem. Ludzie jak nawiedzeni wołali „Sława, sława Baltazarowi!” i mogło to trwać nawet kilka godzin, niezależnie od tego, że cesarska ręka, wykonawszy kilka drobnych gestów, znikała, a okno się zamykało. Zeszłego roku na przykład wielotysięczny wrzask na placu nie cichł przez ponad cztery godziny i specjalny oddział gwardzistów w czerwonych kwadratowych czapkach musiał za pomocą kościanych pałek obciągniętych pilśnią rozgonić naród. W czasie tej przykrej akcji zginęło dwóch miejscowych pijaczków, którym przyszedł do głowy głupi pomysł: chcieli zatrzymać tłum uciekający przed, gwardzistami i zostali zadeptani przez setki nóg.
Wszystkie informacje o wojennych wydarzeniach pod Brajbinarem spływały do pałacu Błękitnego i tam były opracowywane przez Tajną Służbę. Dwa razy na dobę, przed wschodem i zachodem słońca, kanclerz Druid przedstawiał cesarzowi sytuację na froncie i otrzymywał od niego stosowne rozkazy oraz rozporządzenia. Życie w pałacu było ściśle reglamentowane i przebiegało wedle ustalonego porządku, którego nikt nie mógł naruszyć. O dokładnie określonych godzinach rozpoczynały pracę wszystkie służby, zwierzchnicy czytali instrukcje i dawali wskazówki swoim podwładnym, o wyznaczonej porze był obiad, zmieniały się warty, ogłaszano komunikaty specjalne, nawet sprzątanie oraz inne czysto gospodarcze zajęcia (także spacery po wewnętrznym dziedzińcu i odwiedzanie klozetów) były rozpisane co do minuty. Wydawało się, że pałac i wszyscy jego mieszkańcy z cesarzem na czele – to nie żywe istoty, lecz jakiś jeden wielki mechanizm, który pracuje zgodnie z przewidzianym programem i ani na jotę nie może od niego odstąpić.
Cesarz Baltazar Pierwszy nie był gadatliwy, nie odznaczał się również wesołością ani towarzyskością. Nawet w dzieciństwie rzadko się uśmiechał, a czasem przez cały dzień potrafił nie wypowiedzieć ani jednego słowa. Spotkań z rówieśnikami unikał, a kiedy przyprowadzano do niego jakiegoś chłopca ze znakomitego rodu, kończyło się to zazwyczaj dziką bójką. Dlatego od rana do wieczora bawił się zabawkami, przeważnie malowanymi drewnianymi żołnierzykami, których w różnych skrzynkach miał do kilkunastu tysięcy. Z upływem lat te jego dziecięce cechy charakteru jeszcze się wzmocniły. Zrobił się strasznie ponury, milczący, nie lubił, gdy zwracano się do niego z drobiazgami, nie cierpiał żartów, wesołej muzyki, poezji obrazów ze scenami miłosnymi, szczególnie zaś wpadał w gniew, kiedy komuś z dworzan nie udało się dość lakonicznie wyrazić swej myśli. „Zdanie ma się składać z pięciu słów, nie więcej!” – krzyczał i tego, który przewinił, od razu karano – policzkowano podręcznikiem składni, napisanym pod osobistym nadzorem cesarza. Sam Baltazar Pierwszy mówił bardzo rzadko, a jeśli już mówił, to wyjątkowo krótkimi zdaniami, często zastępując słowa jakimś gestem, ruchem głowy, oczu, ust itp. i tylko wtedy, gdy wymagały tego niecierpiące zwłoki sprawy państwa.
Nie miał przyjaciela, któremu powierzałby swoje tajemnice. I nikt nie wiedział, co dzieje się w jego sercu. Cesarz był sam ze swoimi myślami i uczuciami, nawet najbliższych dworzan trzymał na dystans. Rządził cesarstwem twardą ręką, bezlitośnie rozprawiał się z rzeczywistymi i wyimaginowanymi wrogami, robił to z żelazną konsekwencją, bez wahań i odstępstw, przybliżając się krok za krokiem do wyznaczonego celu, jakby budował gigantyczną świątynię. Jego zasępienie, wieczny grymas złości na twarzy i zastygłe, jakby szklane oczy, zdające się patrzeć gdzieś na tamten świat, przerażały dworzan, którzy w miarę możliwości starali się unikać z nim spotkań, kiedy to, oczywiście, nie było służbową koniecznością. A każde przypadkowe spotkanie z cesarzem odbierano w pałacu jako niedobry znak. Baltazar Pierwszy sam też nie pragnął niczyjego towarzystwa i większość czasu spędzał w samotności, ukryty w jednej ze swych licznych komnat, gdzie oddawał się czytaniu książek opisujących dawne dzieje albo rzeźbił kręte ornamenty na mahoniowych deseczkach.
Starość nadała mu jeszcze jedną cechę. Stał się mało ruchliwy i już nie chował się jak dawniej w komnatach i nie wyłaniał nieoczekiwanie z tajemnych przejść w różnych miejscach pałacu, śmiertelnie przerażając dworzan, zwłaszcza młode damy. Teraz całymi dniami przesiadywał w jakiejś jednej sali, gdzie oddawał się sprawom państwa: słuchał raportów kanclerza Druida, prowadził narady ministrów, podpisywał rozkazy, wydawał rozporządzenia swym namiestnikom w prowincjach, których z różnych powodów wzywał do Sediolanu. Jakieś trzy lata temu cesarz w ogóle przestał mówić. W kontakcie ograniczał się do pojedynczych słów, przeważnie „tak” lub „nie”, posługując się jeszcze jakimiś gestami. Teraz porozumieć się z Bakazarem Pierwszym mógł tylko kanclerz Druid, który dobrze znał wszystkie jego zwyczaje, rozumiał znaczenie jego gestów mimiki, słyszał najmniejsze zmiany intonacji w jego głosie. Dzięki temu znaczenie Druida w pałacu ogromnie wzrosło, a jego władza się zwiększyła, stał się bowiem jedynym wyrazicielem cesarskiej woli.
Kiedy wybuchła wojna, Baltazar Pierwszy niezwłocznie udał się do sali Purpurowej, skąd zawsze kierował cesarstwem podczas wojennej zawieruchy, bo tam były zgromadzone najważniejsze środki łączności, i nie opuszczał jej już drugi miesiąc. Siedział na obitym brązową skórą, wielkim drewnianym krześle z wysokim oparciem w formie koncentrycznych kół, wsparty łokciami o szerokie biurko, zastawione aparatami telefonicznymi, mikrofonami i różnego rozmiaru dzwonkami z brązu. Na stole leżało też kilkanaście jedwabnych sznurków, za które pociągając można było wezwać szefa dowolnej służby.
Sala była ogromna. Miała wąskie, kilkumetrowej wysokości okna zasłonięte do połowy ciężkimi storami z ciemnoczerwonego aksamitu. Na ścianach wyłożonych różowym marmurem wisiały portrety najznamienitszych cesarskich wodzów, wojskowe sztandary i chorągwie oraz najrozmaitsza broń biała i palna. Stół i krzesło, na którym siedział cesarz, stały pośrodku sali. Wysoko nad stołem wisiał złoty żyrandol na długim łańcuchu, większy niż młyńskie koło. Był wykonany w formie wijących się żmij z rozdziawionymi paszczami, w których tkwiły smukłe, podłużne świece z pachnącego, różowego wosku.
Bakazar Pierwszy siedział za tym stołem już drugi miesiąc. Nie wstawał z krzesła nawet w nocy. Drzemał tak na siedząco do rana, kiedy to sługa Zoi przynosił mu śniadanie – niezmiennie filiżankę kakao, dwa banany i galaretkę z mandragory.
Minionej nocy z frontu nadeszła zatrważająca wiadomość, że nazajutrz armia królewska ma rozpocząć totalny atak na Brajbinar. Wywiad nie mógł tylko ustalić, gdzie przeciwnik skoncentruje główne siły: uderzy na samo miasto czy na miasteczko Ołwar za rzeką Brajbą, żeby przeciąć linię kolejową i w ten sposób pozbawić całą VI Armię Cesarską, skupioną wokół Brajbinaru, możliwości otrzymywania tą drogą amunicji i prowiantu. Rozstrzygnąć wątpliwość musiał sam cesarz.
Kanclerz Druid, kiedy tylko rozbłysły pierwsze promienie słońca, wszedł do sali Purpurowej i zatrzymawszy się cztery metry przed stołem cesarza, powiedział:
– Wasza Wysokość, atak nastąpi jutro. Nie wiemy jednego, gdzie skieruje Rafanaił główne uderzenie: na Brajbinar czy na Ołwar?
Baltazar Pierwszy siedział nieruchomo za stołem i patrzył szklanym, zastygłym wzrokiem gdzieś pod nogi kanclerza. Cesarz oczywiście przed podjęciem decyzji musiał przemyśleć sytuację. Obok na stole stała srebrna taca z pustą filiżanką po kakao i kryształowy spodeczek po galaretce.
Druid stał i czekał na odpowiedź. Był w wyjątkowo kłopotliwym położeniu, bowiem od czasu, gdy król Rafanaił doszczętnie rozbił Czwarty, a potem Osiemnasty Legion i jego żołnierze podeszli pod sam Brajbinar, cesarz przestał porozumiewać się słowami i wydawał rozporządzenia tylko przy pomocy gestów lub mimiki. A przez ostatnie dwa tygodnie zaprzestał nawet gestów, trzymając niezmiennie łokcie na stole i pięściami podpierając podbródek. Każdą decyzję cesarza musiał Druid odczytywać tylko z jego twarzy, przede wszystkim z oczu.
Kanclerz stał już jakieś pół godziny, a Baltazar Pierwszy pozostawał nieruchomy. Na jego obliczu nie rysowała się żadna decyzja, myślał dalej.
Nogi całkiem ścierpły Druidowi, więc odważył się po raz drugi przemówić do cesarza:
– Wasza Wysokość, moim zdaniem główne siły należy skupić na obronie Ołwaru.
Wypowiedziawszy te słowa, zaczął z napięciem wpatrywać się w cesarską twarz. Zza zasłony błysnęło poranne słońce i oświetliło stół. Zalśniły złote żmije na żyrandolu, rzucając na cesarza dziesiątki maleńkich promyczków. Stopniowo całe jego oblicze zajaśniało, a lewa powieka odrobinę opadła. Było to bez wątpienia potaknięcie. Druid skłonił się i wyszedł. Kiedy wychodził, zdawało mu się, że cesarz kiwnął głową, jakby jeszcze raz potwierdzał swą decyzję. Ale kanclerz nie był pewien, czy tak rzeczywiście było, bo nie miał śmiałości takiej chwili podnieść oczu.
Decyzja cesarza okazała się słuszna, Armia Królewska faktycznie skierowała główną siłę swego uderzenia na Ołwar i przerzucenie w porę na ten odcinek frontu dodatkowych legionów stworzyło możliwość powstrzymania natarcia, a nawet odbicia części terytorium zajętego przez nieprzyjaciela. To już był wielki sukces. Przez Sediolan w związku z tym wydarzeniem przetoczyło się kilka patriotycznych manifestacji na znak poparcia dla armii.
Po kilku dniach z frontu przyszło nowe zapytanie. Sztab wojenny VI Armii w Brajbinarze podzielił się. Część oficerów popierała pułkownika Bajzla, który wzywał dobezzwłocznego kontrataku na wroga, zaś inna zgadzała się z głównodowodzącym generałem Opanasem, który mówił, że kontratak jest przedwczesny. Zdecydować znów miał cesarz.
Kanclerz Druid przybył do Baltazara Pierwszego po południu. Wszedł do sali Purpurowej, gdy tylko sługa Zoil wyszedł stamtąd z tacą, na której stał porcelanowy talerz z resztkami owsianki. Na obiad cesarz spożywał wyłącznie rozmaite kasze, gotowane bez szczypty soli. Co do kolacji, to obowiązkowo musiał być sorgowy balsam i tak zwany żelazny chlebek, czyli specjalnie dla niego pieczony wedle osobliwego przepisu chleb, który zawierał rozpuszczone w osteomowym płynie żelazo, zagrzybioną żytnią mąkę i jeszcze dziesiątkę innych dodatków, jak korzeń mewy, mielona muszla morska, uszy nietoperza, łapki pająka pustelnika i sadło skunksa. Ten chlebek będący bodaj największym jego przysmakiem, miał tak ostry i nieprzyjemny zapach, że u kogoś nieprzyzwyczajonego mógł łatwo spowodować wymioty. Choć to dziwne, od dwóch tygodni cesarz nie jadł kolacji. Butelka z sorgowym balsamem i chlebek co wieczór pozostawały nietknięte. Ponieważ nie udzielił żadnych wskazówek co do zmiany pokarmu, dalej pieczono mu żelazny chlebek i przynoszono sorgowy balsam.
Druid zastał Baltazara Pierwszego w zwykłej pozie. Siedział, podparłszy głowę pięściami i nieruchomym wzrokiem patrzył przed siebie, ale już nie pod nogi kanclerza, a gdzieś wyżej nad jego głową, tam gdzie na ścianie wisiała ciężka kusza ze stalowymi strzałami, z której kiedyś w młodości upolował tygrysa w Górach Smoczych. Jego zawsze blada, pokryta głębokimi zmarszczkami twarz dziś miała osobliwy, zielonkawo trupi odcień, a zaciśnięte usta i nawisłe nad oczami brwi czyniły ją bardziej posępną niż zwykle.
Na lewym policzku cesarza kanclerz zauważył niewielkie zadrapanie, którego wczoraj, jak dokładnie pamiętał, nie było. „Może w nocy, zabijając komara, zadrasnął się paznokciem” – pomyślał Druid i wyobraził sobie śmieszną scenkę, jak cesarz nagle się wzdraga i uderza dłonią w swój policzek. Ale nie miał czasu na wyobrażanie sobie takich scen i powiedział:
– Wasza Wysokość, ze sztabu frontu proszą o pańską decyzję: zaczynać kontratak czy nie?
Tym razem Druid musiał czekać na odpowiedź kilka godzin. Jakkolwiek wpatrywał się w twarz cesarza, nic z niej nie potrafił wyczytać. Baltazar Pierwszy wtopił się wzrokiem w swoją kuszę i wyglądało na to, że się zanurzył we wspomnieniach z młodości, nie chcąc ani trochę myśleć o realnej sytuacji, związanej z wojną. Jednak Druid okazał się nad podziw cierpliwą i odpowiedzialną osobą, zresztą nie miał innego wyjścia, jak tylko czekać na decyzję władcy. I z uporem – minuta po minucie, wytężając wszystkie swe siły, śledził wyraz cesarskiej twarzy, szukając na niej najmniejszych zmian, które mogłyby wyrażać wolę monarchy.
Kiedy z dworu dobiegł szum deszczu i szyby zadrżały od porywów wiatru, a w sali zrobiło się ciemniej, Druid zobaczył w oczach Baltazara Pierwszego znajome szklane błyski. Wyczuł w nich jakiś fałsz, który wcześniej nie był właściwy cesarzowi. To uderzyło kanclerza, bo zrozumiał, że dusza cesarza pozostaje dla niego nie mniejszą tajemnicą niż dla reszty dworzan. I w tej chwili głowa monarchy leciutko się poruszyła. Znów zaczął patrzeć w dół pod nogi kanclerza.
– Zatem kontratak, Wasza Wysokość? – cicho wyszeptał Druid.
Cesarz, jakby się zgadzając, odrobinę przymrużył lewe oko. I kanclerz miał wrażenie, że to oko pozostało już takie przymrużone.
Druid schylił się w ukłonie i cicho wyszedł z sali.
Po kwadransie do sztabu VI Armii w Brajbinarze wysłano szyfrogram z rozkazem cesarza Baltazara Pierwszego, by natychmiast rozpocząć kontratak na pozycje wojsk królewskich. W szyfrogramie była także informacja o usunięciu ze stanowiska dowódcy VI Armii generała Opanasa i wyznaczeniu na jego miejsce pułkownika Bajzla.
Otrzymawszy szyfrogram, generał Opanas wpadł w straszną złość. Porąbał w sztabie aparaty telefoniczne, kolbą pistoletu rozwalił głowę własnemu adiutantowi, publicznie zrugał oficerów sztabowych, wyzywając ich od bezmózgich idiotów, zerwał swoje pagony i porzuciwszy front, poszedł do najdroższego brajbinarskiego burdelu, gdzie się zastrzelił na oczach dziesięciu przerażonych dziwek.
A rankiem następnego dnia wszystkie trzydzieści legionów VI Armii cesarza Baltazara Pierwszego pod dowództwem pułkownika Bajzla ruszyło do szturmu na umocnione pozycje królewskich wojsk. Najcięższy okazał się pierwszy dzień walki, kiedy podczas ataku na reduty z bluźnierczym plakatem poległo tysiące legionistów. Jednak pod wieczór opór żołnierzy króla Rafanaiła został złamany i cała jego armia była zmuszona odstąpić o dziesiątki kilometrów od Brajbinaru. W następnych kilku dniach odbyła się decydująca bitwa dwóch armii na niezmierzonej piaszczystej równinie między Zatoką Czarną a błotami Transalgaru, w której królewskie wojsko doznało druzgoczącej klęski. Wielu królewskich wojaków położyło tam głowy, a jeszcze więcej trafiło do niewoli. I tylko kilkuset żołnierzy i oficerów zdołało przedostać się na Półwysep Martwy, gdzie czekała na nich królewska flotylla.
Zwycięstwo pod Brajbinarem wywołało burzę radości w Sediolanie i innych miastach i miasteczkach Diamentowego Cesarstwa. W pałacu Błękitnym huczało jak w ulu. Wszędzie słychać było wypowiadane z zachwytem słowa o zwycięstwie cesarskich legionów, o jasnym umyśle Baltazara Pierwszego, o wspaniałej przyszłości, jaka czeka cesarstwo.
Za to zwycięstwo pułkownik Bajzel otrzymał od cesarza stopień generała i wspaniałą willę w Sediolanie przy ulicy Triumfu. Cesarz ustanowił też Złoty Medal Bitwy Brajbinarskiej, którym odznaczono najodważniejszych żołnierzy. W stolicy planowano także wielką triumfalną defiladę cesarskich legionów z okazji zwycięstwa i szereg innych uroczystości.
Kanclerz Druid, który informował o wszystkich wspomnianych rozporządzeniach i decyzjach cesarza, nie mógł zrozumieć jednego – dlaczego Baltazar Pierwszy w żaden sposób nie okazuje swojej radości z powodu zwycięstwa. To wydawało mu się bardzo dziwne. Przecież cesarz, niby jakaś mumia, dalej siedział nieruchomo za stołem w sali Purpurowej w niezmienionej od kilka tygodni pozie i tylko jego szklane oczy czasami patrzyły do góry na ścianę, gdzie wisiała kusza, a czasem w dół na purpurowy dywan, po którym przychodził i wychodził Druid. Poza tym jaki był powód, aby cesarz nadal pozostawał w sali Purpurowej, skoro wojna już się skończyła? Zwykle w czasie pokoju nawet tu nie zaglądał, bo uważał, że przebywanie w tej sali wywołuje ducha wojny. Co się teraz stało z cesarzem? Odpowiedzieć na te pytania Druid nie potrafił, a dzielenie się takimi myślami z kimś innym było skrajnie niebezpieczne, groziło utratą głowy. Przecież jakiekolwiek wątpliwości co do zachowań cesarza natychmiast były oceniane jak wrogie zamiary względem jego osoby. A więc dalej wszystko toczyło się zwykłym torem.
I oto pewnego dnia o świcie, kiedy Druid przyszedł do cesarza, aby potwierdzić rozkaz o zwiększeniu cła na wwóz wyrobów sukiennych, nagle zwrócił uwagę, że na tacy, gdzie stała filiżanka po kakao i spodeczek po galaretce, czegoś brakuje. Czego? Wytężył pamięć i w wyobraźni pojawiła się skórka od banana. Prawidłowo! Brakuje skórki od banana. W dodatku przestała się ona pojawiać na tacy co najmniej kilka tygodni temu. „Gdzie się podziewają bananowe skórki? Czyżby cesarz od jakiegoś czasu zaczął jeść banany nieobrane?” – ze zdziwieniem pomyślał Druid. Zrobił kilka kroków w kierunku stołu, całkiem zapomniawszy, gdzie i przed kim się znajduje, i nagle z przerażeniem zobaczył, że twarz Baltazara Pierwszego zasnuta jest pajęczyną, a pod jego łokciami ciemnieje mokra plama. Miał przed sobą trupa. Cesarz był martwy. Nogi ugięły się pod Druidem i nieprzytomny upadł na purpurowy dywan.
Wieść o śmierci Baltazara Pierwszego uderzyła jak grom z jasnego nieba. Wszyscy dworzanie, ministrowie i urzędnicy w pałacu Błękitnym kilka dni chodzili zupełnie oszołomieni, nie wiedząc, co robić. W jednej chwili poczuli się jak bezbronne sieroty, które czeka niepewna przyszłość. Panika w pałacu Błękitnym paraliżowała administrację państwa i stopniowo udzielała się całemu narodowi. Mieszkańcy Sediolanu nie chcieli wierzyć, że cesarz naprawdę umarł i zaczynali się buntować. Krążyły słuchy, że również armia gotowa jest stanąć po stronie obywateli. Ta niepewna sytuacja trwała aż do chwili, gdy z miasta Mewolan, położonego nad jeziorem Wesołym, przybył do stolicy syn zmarłego cesarza Baltazara Pierwszego – książę Baltazar. Niezwłocznie przywołał wszystkich do porządku, ukarał kilku urzędników, którzy nawinęli mu się pod rękę, a przede wszystkim wyprawił pogrzeb zmarłemu cesarzowi, którego z wszelkimi honorami pochowano w soborze Świętej Elżbiety. Następnie w całym Diamentowym Cesarstwie ogłoszono, że teraz na cesarskim tronie zasiądzie Baltazar Drugi, następca nieżyjącego cesarza Baltazara Pierwszego, a koronacja młodego cesarza zgodnie z prawem odbędzie się za sześć lat, czyli 5 kwietnia 7254 roku. Wszystko to natychmiast uspokoiło naród i życie w cesarstwie potoczyło się zwykłym trybem.
Tymczasem kanclerz Druid przeprowadził prywatne śledztwo dotyczące śmierci Baltazara Pierwszego i odkrył z przerażeniem, że ten umarł na długo przed bitwą brajbinarską. Wychodziło na to, że przez kilka tygodni cesarstwem rządził nieboszczyk. Mimo wszelkich starań Druidowi nie udało się ustalić dokładnej daty śmierci cesarza. Co do posiłków które rzekomo do ostatniego dnia cesarz regularnie spożywał, cała tajemnica tkwiła w zwykłych szczurach. To one zjadały jego śniadania: kakao, galaretkę i dwa banany razem ze skórką, także kaszę, którą dostawał na obiad. Jednak sorgowy balsam i żelazny chlebek okazały się dla tych ogoniastych gryzoni już zbyt specyficznym pożywieniem, dlatego cesarska kolacja pozostawała nietknięta. Zadrapanie na policzku cesarza też było następstwem szczurzych odwiedzin.
Kanclerz Druid nikogo nie powiadomił o tych faktach, postanowiwszy, że dla dobra państwa tajemnicę śmierci cesarza Baltazara Pierwszego lepiej zachować dla siebie.
© Copyright for text by Wołodymyr Jaworski
© Copyright for the Polish translation by Bohdan Zadura 2021
© Copyright for the Polish edition by Towarzystwo Galeria Literacka Częstochowa 2021
Powyższe opowiadanie jest jedną ze 136 Półsennych kartek z Diamentowego Cesarstwa i Królestwa Ziemi Północnej, historii dwóch sąsiadujących ze sobą i toczących nieustanne wojny zmyślonych państw; kartek rozsypanych w nieładzie na 700 stronach książki pod takim właśnie tytułem. Na pierwszy rzut oka całość może wydać się epopeją z gatunku fantasy, jednak im bardziej czytelnik zagłębia się w losy tłumu postaci po obu stronach Oceanu Północnego, króla, cesarza, dworzan, poetów, kompozytorów, filozofów, mesjaszy, żołnierzy, szpiclów itd., im bardziej wsiąka w surrealistyczną narrację, im łatwiej orientuje się w sieci skomplikowanych relacji między bohaterami – tym bardziej przekonuje się, że dzieło „przynależy do literatury wysokiej, jest utworem artystycznym dużej próby” – jak w swojej przedmowie określił je (za Wiktorem Neborakiem, innym znakomitym ukraińskim pisarzem i poetą, m.in. z grupy Bu-Ba-Bu) Bohdan Zadura, który rzecz przełożył na język polski.
Wołodymyr Jaworski zaczął pisać tę powieść w roku 1979 na kartkach wielkości kalendarza ściennego, zrywanego (z czasem niektóre historie zaczęły sporo wyrastać poza ten limit), ostatnia z tych, które znalazły się w polskim wydaniu nosi datę z roku 2020 – ale, zdaje się, że wcale nie musi to być koniec epopei. Pewnie jest autorem unus libri, choć wydał także Radości i męki Borysa Sztockiego (o życiu lwowskich hippisów, do których sam należał) i pracuje nad innymi cyklami prozatorskimi.
Bohdan Zadura jest poetą, pisarzem, krytykiem literackim i tłumaczem (z języków ukraińskiego, białoruskiego, węgierskiego, rosyjskiego i angielskiego), wybitnym znawcą literatury ukraińskiej.
Fragment powieści ukazał sie w numerze 3/2026 „Res Humana”, maj-czerwiec 2026 r.
Zacznę od trochę smutnej konstatacji: wszystko, co dobre dla świata pracy w Polsce, pochodzi z Unii Europejskiej. Sami, własnymi zasobami, nie wytwarzamy rozwiązań, które wzmacniałyby świat pracy. Od momentu, kiedy przystąpiliśmy do UE (a może nawet wcześniej), pochodzą one z Brukseli. To Unia w dużym stopniu narzuca nam – słusznie, ja się z tego bardzo cieszę – ramy, w których relacje między pracą a kapitałem układane są w cywilizowany sposób.
Jednym z takich przypadków stała się reforma Państwowej Inspekcji Pracy. Ostatecznie została ona szczęśliwie doprowadzona do końca: prezydent Nawrocki podpisał się pod ustawą. Co prawda skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, ale w trybie następczym, w związku z czym ustawa weszła w życie i reforma się dokonała. Po drodze jednak ten temat niesłychanie silnie spolaryzował kapitał i pracę. Nie przypominam sobie sytuacji, w której te dwa światy zostałyby tak głęboko podzielone.
Podejrzewam, że tej reformy nie przeprowadzilibyśmy, gdyby nie została ona wpisana jako kamień milowy do załącznika do Decyzji Wykonawczej Rady UE (ang. Annex to the Council Implementing Decision) w sprawie zatwierdzenia oceny Planu odbudowy i zwiększania odporności Polski. Środki na realizację tego planu pochodziły z funduszu
NextGenerationEU (pakietu ratunkowego Unii Europejskiej, stworzonego, aby pomóc państwom członkowskim podnieść się po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19), a konkretnie Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (ang. Recovery and Resilience Facility), głównego filaru tego pakietu. Początkowo – w czerwcu 2022 roku – rząd Mateusza Morawieckiego uzgodnił z Komisją Europejską kamień milowy w postaci pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych, czyli zrównania oskładkowania na ubezpieczenie społeczne umów cywilnoprawnych na tym samym poziomie, co umów o pracę. W tej chwili te pierwsze są ozusowane do poziomu płacy minimalnej: osoby zarabiające więcej wyższych składek nie płacą.
Komisja Europejska od dawna zwracała Polsce uwagę na istnienie u nas problemu segmentacji rynku pracy, który tylko w części jest oparty o umowy o pracę i zarządzany w ramach Kodeksu pracy. Istnieje bowiem też równoległy świat, w którym Kodeks bardzo często, głównie poprzez ułomności kontrolne, jest omijany, a koszty działalności gospodarczej są przerzucane na pracowników. W reżim umów cywilnoprawnych wpasowuje się to, co faktycznie powinno być umowami o pracę. To zjawisko zaczęło się pojawiać krótko przed przystąpieniem do Unii Europejskiej, a wybuchło wtedy, kiedy mieliśmy wysokie bezrobocie. Do zmiany tej sytuacji Komisja nas namawiała, zachęcała, wręcz prosiła. Od kryzysu lat 2008–2009 funkcjonujemy w reżimie tzw. semestrów europejskich służących uwspólnieniu zarządzania ekonomicznego w Unii Europejskiej. Komisja przygotowuje raporty analityczne dla każdego z krajów członkowskich. Od początku istnienia tego systemu, w swych rekomendacjach zawsze zwracała na ten problem uwagę. Najprawdopodobniej dalej nieustannie powtarzalibyśmy, że Komisja znów czegoś od nas wymaga, ale tego postulatu byśmy nie realizowali.
Szansa na uporządkowanie sprawy związanej z segmentacją rynku pracy pojawiła się dopiero wraz z Krajowym Planem Odbudowy. Ale Polska, jak wiadomo, nie była w stanie skorzystać z przyznanych jej 59,8 mld euro ze względu na niezdolność do realizacji superkamieni milowych, dotyczących praworządności (komponent F). Dopiero rząd Donalda Tuska uruchomił cały proces korzystania z tych środków. Nie licząc Węgier, uzyskaliśmy do nich dostęp jako ostatnie państwo członkowskie, najpóźniej, dlatego była potrzeba szybkiego realizowania pozostałych kamieni milowych, tak abyśmy mogli absorbować miliardy euro. W tym 7,2 mld euro z czwartego wniosku o płatność, warunkowanych kamieniem milowym dotyczącym segmentacji rynku pracy.
Z tym że rząd Koalicji 15 Października akurat w tej kwestii postanowił zmienić zdanie. Co ważne, zmiana ta nastąpiła na skutek lobbingu organizacji reprezentujących środowiska biznesowe. Bardzo mocno naciskały one – głównie Konfederacja Lewiatan, ale także Business Centre Club czy Pracodawcy RP – na to, aby nie wprowadzać pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych, a problem segmentacji rynku pracy załatwić jakoś inaczej. Rząd się na to zgodził, ale Komisja Europejska zaznaczyła, że w miejsce uzgodnionego rozwiązania musi pojawić się inne, nie gorsze jakościowo od poprzedniego (równie skuteczne albo dalej idące). Premier zrzucił tę sprawę na barki dwóch Ministerstw: Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Funduszy i Polityki Regionalnej. W lutym 2025 roku oba resorty uzgodniły, że przygotują reformę Państwowej Inspekcji Pracy i tak zostało to zaproponowane Komisji Europejskiej. W czerwcu Komisja wyraziła zgodę i ten kamień milowy został ostatecznie zmieniony. Od września Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej rozpoczęło prace nad sformułowaniem projektu ustawy wzmacniającej Państwową Inspekcję Pracy – instytucję publiczną podległą pod parlament. Reforma miała ją wyposażyć w nowe narzędzie, bez zmian w samym Kodeksie pracy. Inspektorzy PIP decyzją administracyjną mogliby przekształcać fałszywe umowy cywilnoprawne, w tym umowy biznesowe de iure zawierane przez osoby prowadzące działalność gospodarczą, w umowę o pracę – w przypadkach, gdzie faktycznie dochodzi do stosunku pracy zdefiniowanego w art. 22 Kodeksu pracy. Zwiększone zostałyby także wysokości mandatów. Komisja Europejska zaaprobowała takie przeformułowanie tego kamienia milowego pod warunkiem, że zastosowane procedury będą przynosić szybkie rozstrzygnięcia. Bo także w tej chwili można kierować sprawy do sądów pracy i umowy o pracę mogą być przez sądy narzucone; wymaga to jednak od jednostki złożenia pozwu, czekania na orzeczenie (w dużych miastach przez trzy, cztery lata). Tymczasem tu miała być szybka, precyzyjna ścieżka, pozostająca w gestii urzędnika państwowego, jakim jest inspektor pracy, a nie poszkodowanego pracownika. Pierwszy projekt, jaki się pojawił, faktycznie dawał inspektorom bardzo mocne narzędzie, praktycznie pozwalając na natychmiastowe, odgórne przekształcenie fałszywych umów cywilnoprawnych w umowę o pracę, oczywiście po ustaleniu, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy.
To, co się wydarzyło później, od momentu ukazania się pierwszej wersji ustawy, jest najciekawsze z socjologicznego punktu widzenia. Był to doskonały poligon doświadczalny do obserwacji. Jak zaznaczyłem, już wcześniej organizacje przedsiębiorców wylobbowały zmianę. Tutaj natychmiast sztaby ludzi z organizacji biznesu zaczęły wywierać presję, aby reformy w tym nowym kształcie nie przeprowadzać. Czyniono to na najprzeróżniejsze sposoby, w bardzo emocjonalnej debacie.
Odbywały się spotkania, Ministerstwo Pracy zmieniało swój projekt, była wersja druga, trzecia – która w grudniu 2025 roku została wstępnie przyjęta przez Radę Ministrów. Miała wejść w życie jak najszybciej, gdyż inaczej przepadłyby środki z czwartego wniosku o płatność na realizację KPO. 6 stycznia, w święto, dzień wolny od pracy, po spotkaniu unijnym w Paryżu Donald Tusk wystąpił na konferencji prasowej i powiedział, że on ten projekt „wyrzuca do kosza”. Nie chce denerwować biznesu, prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce nie może być utrudnione. Natychmiast Polskie Stronnictwo Ludowe, które wewnątrz rządu też bardzo mocno lobbowało, aby nie zajmować się tą problematyką, ogłosiło triumf, stwierdzając, że żadnej reformy Państwowej Inspekcji Pracy nie będzie.
Zapanowała potężna konsternacja. Po dwóch dniach doszło jednak do spotkania pomiędzy Włodzimierzem Czarzastym i Donaldem Tuskiem, po którym w obecności Agnieszki Dziemianowicz-Bąk ogłosili, że Ministerstwo Pracy będzie pracowało dalej na tym projektem. Premier zmienił zdanie.
Ministerstwo powróciło do projektu. Tempo prac było niesłychanie wysokie, bo brakowało już czasu. Na posiedzenie Rady Ministrów trafił kolejny projekt. Po wielu bojach, także parlamentarnych, większość rządowa – wsłuchując się w głos różnych grup – wreszcie ustawę uchwaliła, prezydent Nawrocki ją podpisał. Ta ostateczna wersja (którą nazywam szóstą) znacząco różni się od pierwszego przedłożenia.
Ten przykład pokazuje, jak niesłychanie mocno nawet niewielkie – bo tak naprawdę nie była to żadna reforma, tylko stworzenie narzędzi do tego, aby lepiej egzekwować prawo obowiązujące od wielu lat – ingerencje w stan relacji między kapitałem a pracą mogą elektryzować i polaryzować oba te światy. Środowiska biznesu w wielu przypadkach posunęły się za daleko, Rubikon został przekroczony. Padały nawet sformułowania: „Dajmy spokój z tymi miliardami”. „Jedenaście miliardów euro? Trudno, nie zajmujemy się tym”. Na dodatek mieliśmy tu do czynienia z obroną tych, którzy przepisów nie przestrzegają. W gruncie rzeczy 80–90 procent podmiotów, które działają w naszym kraju, przestrzega prawa i stosuje umowy o pracę tam, gdzie powinny być stosowane. Dlatego argument „nie bronicie uczciwych przedsiębiorców, bronicie tych, którzy łamią prawo”, był dla drugiej strony bardzo niewygodny.
Organizacje przedsiębiorców są postrzegane jako te, które zawsze opierają się na przesłankach racjonalnych, merytorycznych. Ten przykład pokazał, że za tak wykreowanym wrażeniem może kryć się bezwzględna walka o własne interesy. „Ekonomii się nie oszuka, ekonomia jest matematyką, dwa plus dwa zawsze daje cztery” – a wiemy doskonale, że mogą być różne ekonomie.
Związki zawodowe muszą jednak z organizacjami biznesu nadal współpracować, prowadzić instytucjonalny dialog społeczny. Możemy się zżymać na instytucje dialogu społecznego – obecnie Radę Dialogu Społecznego, wcześniej była to komisja trójstronna. David Ost, amerykański politolog, sformułował kiedyś pojęcie iluzorycznego korporatyzmu we wschodnioeuropejskich krajach UE: są instytucje, ale dialog w ich ramach jest iluzoryczny, fasadowy; w gruncie rzeczy te instytucje nie odgrywają roli neokorporatystycznej, jak np. w Austrii, Niemczech czy w państwach skandynawskich. Tu pewnie Ost ma rację, ale z drugiej strony np. w USA takich instytucji w ogóle nie ma.
Generalnie jednak moim zdaniem kapitał się cywilizuje. Coraz mniej mamy do czynienia z brutalnymi, radykalnymi działaniami antypracowniczymi. Firmom przestaje się opłacać na przykład likwidowanie w zalążku tworzenia związków zawodowych. To jest nawet w złym guście. Jest lepiej niż 20–30 lat temu, choć nie idealnie. Także i u nas – podobnie jak w krajach anglosaskich – pojawiły się kancelarie prawne wyspecjalizowane w tzw. union bustingu, czyli w świadczeniu na rzecz dużych firm usług, których celem jest niedopuszczenie do stworzenia związków zawodowych. Dużo się w tej chwili mówi na temat zarządzania algorytmicznego w miejscu pracy. Nie wiem, czy w Polsce, ale wiem, że w krajach Europy Zachodniej czy w USA pracodawcy wynajmują firmy zewnętrzne do analizowania portali społecznościowych swoich pracowników pod kątem potencjalnego nawet założenia związku zawodowego. O prawdopodobieństwie takiego zdarzenia biznes może informować sztuczna inteligencja na podstawie analizy ruchu w mediach społecznościowych swoich pracowników. Związki zawodowe powinny też wywalczyć sobie wpływ na stosowanie takich technik.
Jaka więc jest przyszłość zorganizowanego świata pracy? Za wyjątkiem takich krajów jak nordyckie, związki zawodowe będą się raczej koncentrowały na tym, co socjologia pracy nazywa segmentem rdzenia, czyli na lepiej płatnych i stabilniejszych miejscach pracy, dużych przedsiębiorstwach sektora publicznego itd. W Skandynawii to wygląda nieco inaczej. Tam uzwiązkowienie jest wyższe, a siła związków zawodowych wynika także z ich umocowania oraz z roli państwa w kształtowaniu harmonii i ładu społecznego.
Warto w tym miejscu podkreślić, że w Polsce poziom uzwiązkowienia od dwóch dekad jest stabilny: mamy mniej więcej 1,4–1,5 miliona członków związków zawodowych. Oznacza to, że ci, którzy odchodzą na emeryturę i naturalnie, biologicznie przestają być członkami związków są zastępowani przez nowe osoby. Widzimy to w twardych statystykach GUS-owskich. Jest to jednak raczej wspomniany sektor rdzenia. Jeżeli mówimy o migrantach, małych firmach, prywatnych, uberyzacji i tak dalej – to raczej będą to sfery pozbawione zorganizowanego głosu. Oczywiście będzie się dążyło do regulacji praw pracowników tych segmentów gospodarki. I tu znów pojawia się Unia Europejska.
W opisanym przypadku reformy PIP, nawet zakładając bardzo dobre chęci Agnieszki Dziemianowicz-Bąk jako ministry rodziny, pracy i polityki społecznej, nigdy nie udałoby się podnieść tego tematu i ostatecznie go rozwiązać bez naszego usytuowania w ramach Unii Europejskiej. Tak samo bez zaangażowania instytucji UE nie będziemy w stanie uregulować tych nowych obszarów i zjawisk. Dlatego część globu, w której się znajdujemy, jest najlepszym miejscem do życia na świecie. Pokazał to choćby kryzys migracyjny: celem migracji była Unia Europejska; może jeszcze Kanada czy Australia, które pod tym względem są akurat do UE podobne.
Za chwilę będziemy mieć do czynienia z kolejnym dużym konfliktem. Przed Polską stoi implementacja dyrektywy w sprawie pracy platformowej. Musimy uregulować standardy pracy takich firm jak Uber, Bolt, pyszne.pl i inne. Przyjęte w Unii Europejskiej regulacje są niesłychanie daleko idące. Wymagają one od tych platform udowodnienia, że przykładowy kurier lub kierowca nie jest pracownikiem – nie odwrotnie. Czas implementacji dyrektywy upływa już w grudniu bieżącego roku, a rząd jeszcze w ogóle nie dotknął tego tematu. Ta sprawa wybuchnie.
Ławy rządowe odetchnęły z ulgą, wynik 238 do plus-minus 213 dla koalicji to nadspodziewanie duża przewaga i obie kwestionowane ministry nadal pozostają w rządzie. Koalicyjne boki dosłownie rzutem na taśmę przepracowały zagadnienie dyscypliny klubowej, co przy jej załamaniu w tych dwóch głosowaniach mogło nawet poskutkować rządem mniejszościowym i wcześniejszymi wyborami. Niemniej był to mimo wszystko klasyczny spektakl zarządzania strachem, czego premier jest doskonale świadom, choć niekoniecznie sprawcy przejściowej trwogi w koalicyjnych szeregach. Koalicja zachwiała się przecież w posadach, do pionu doprowadziła ją determinacja Tuska i jego osobista szarża na sali plenarnej Sejmu, bo doskonale wie, że stary kontrakt koalicyjny ma przed sobą stosunkowo niewielki dystans i coś nowego trzeba na wybory wypracować.
Zagotuje się na nowo jesienią, na progu budżetu na 2027 rok i zbliżających się wyborów parlamentarnych, które nie muszą wcale okazać się szczęśliwe, mimo bardzo dobrych notowań sondażowych KO. Chodzi po prostu o te nieszczęsne boki, których zajadłości nie utemperował nawet anielsko cierpliwy wicepremier Kosiniak-Kamysz, ani inni aniołowie tej koalicji, pragmatycznie tłumaczący rzucającej się Polsce 2050, że to nie pora na mnożenie programowych pomysłów i personalnych żądań (np. symetrycznego powołania nowych wiceministrów, po dwóch – trzech z Centrum i Polski 2050). Dopiero premier Tusk, przy wydatnej pomocy marszałka Czarzastego, twardą siłą wymusił posłuch i dyscyplinę w rozdygotanych szeregach, co powinno być znakiem firmowym tej koalicji, szczególnie na progu przyszłorocznych wyborów. I dziś mówi się, że nowych wiceministrów z dwóch kanap nie będzie, nie wspominając o grubszych fruktach dla obu ambitnych liderek. Ma być, jak jest, trzeba złapać oddech i pokazać siłę, bo przecież nie od dziś wiadomo, że wyborcy obdarzają zaufaniem tylko tych, którzy są ogarnięci, zdyscyplinowani i wiedzą, czego chcą. Ostatecznie trudno byłoby dziś stawiać na coś, co się chwieje, mimo iż wygrało się ważne głosowania wskutek spięcia przez woźnicę tej dryndy i ostrego szarpnięcia lejcami, żeby nareszcie poruszała się stępa.
Mamy więc na tym tle parę znaczących sygnałów, aby powstrzymać się przed poselskimi wrzutkami ustawowymi, dla przykładu podatkowymi, których minister Andrzej Domański bardzo nie lubi, a serwuje mu je ciągle Polska 2050. Nie chodzi przy tym o rację przedsiębiorców i klasy średniej, nawet najlepiej wyrażaną, ale o to, aby nie stwarzać sztucznego wrażenia, że poza rządem, istnieje jeszcze jakiś koalicyjny alternatywny ośrodek, który wie na pewno, że trzeba podwyższyć próg podatkowy. Czy wprowadzić inne zasady np. w podatku akcyzowym albo w VAT, co jest przecież kośćcem budżetu i bez tego pękającego w szwach od nadmiaru wydatków. Póki co jesteśmy na etapie pokonywania KSeF, biznes jakoś to na co dzień ogarnia, tragedii generalnie nie ma, teraz czekamy na wnioski z tego systemu. Co mianowicie ten system nam wykazuje? Gdzie są dziury w podatkach? Czy system podatkowy jest już domknięty, a może wymaga jeszcze jakichś korekt? Trzeba tu kibicować Domańskiemu i jego spójnej ministerialnej ekipie, bo krok po kroku ustanawia biznesowi nowy ład podatkowy, a przecież okoliczności zewnętrzne nie są wcale łagodzące.
Wrzucanie nowych pomysłów należy w tym przypadku odłożyć na lepsze czasy, które być może nigdy nie nastąpią, i dać sobie jeszcze dystans w rządzie, aby pewne procesy podomykać – o czym mówił premier i wyjątkowo klarownie ministra Sobierańska-Grenda. Cóż, okazało się swoją drogą, że potrzeba było głosowania nad wotum, aby przemówiła na Wiejskiej własnymi słowami, przed czym się dziwnie i długotrwale wzbraniała, chyba z wrodzonej nieśmiałości. Debiut ma więc za sobą, i to wcale nie najgorszy, wskazujący na systemowe źródła problemów w zdrowiu, ale jakoś tak od innej strony, co mogło się spodobać.
Innymi słowy premier, broniąc swoich rubieży, działał dwutorowo: pokonując zarówno opozycję, jak i liczne słabości we własnych szeregach. Trochę to zresztą przebijało w jego sejmowych wystąpieniach, jakby był wdzięczny opozycji i osobiście Prezesowi za oba weta, które pomogły mu zapanować nad sytuacją we własnych szeregach. Nawet poseł Mejza się tu przydał i jego ostatnia pasja, która objawiła się w ochocie wzięcia udziału w walce na pięści w specjalnej klatce, co nie uszło uwadze i komentarzowi premiera, choć do klatki Mejzy się jednak nie wybiera. Mamy więc to, co tygrysy lubią najbardziej: jako tako ogarniętą koalicję, z której wobec okazanej siły Tuska jak ręką odjął wywietrzały przeróżne programowo-personalne pomysły. Jednak nie wieszczyłbym tu nagłego wycofywania z Sejmu poselskich projektów ustaw, choć kto wie?
Teraz pytaniem otwartym pozostaje, jak premier zamierza zdyskontować to zwycięstwo? Moim zdaniem może postawić na to, aby w wybory pójść blokiem, co już zresztą sugerował, mówiąc o otwartych drzwiach do rozmów i pójścia razem. KO ma stale ponad 30, a nawet więcej, procent poparcia w sondażach. PSL-owi ostatnio rośnie, można więc wnioskować, że – przy sprycie ludowców, aby na trwałe skumać się z samorządowcami – na tym można będzie budować wyborczy sojusz i nawet dokupić parę ciekawych elektronów z obu kanap pozostałych po Polsce 2050. Gdyby Lewicy udało się utrzymać swój stan posiadania, to można by mówić o zwarciu szeregów wokół koalicji, nierobieniu sobie krzywdy i wytrwaniu w rządzie, może nie jako związku sakramentalnym, ale na pewno partnerskim.
Weta prezydenckie niestety nie przechodzą w jakość, a teraz nawet dorzucają premierowi punktów, jak to ostatnie w sprawie rozwodów. Co prawda warto bronić małżeństwa, ale jeśli było ono pomyłką i nie niesie żadnych konsekwencji, co się ludziom niemal codziennie zdarza, to jaki jest sens wetowania najbardziej sensownej drogi – aby rozejść się w zgodzie, wzajemnym szacunku i spokoju? Tu premier nie musiał się specjalnie wysilać, aby wykazać, w jakim zaścianku znajduje się polska prawica, podczas gdy rząd i cała koalicja chciała pójść ludziom na rękę.
Jak było, każdy widział w telewizji, nawet sprawozdawcom parlamentarnym, stłoczonym przed zatrzaśniętymi drzwiami Sali Kolumnowej, pozostało to samo – śledzenie niedalekiej uroczystości na ekranach swoich smartfonów. Zamiast szerokiego otwarcia drzwi i transmisji z udziałem zainteresowanych mediów od prawa do lewa, mieliśmy jedynie transmisję TVP, co prawda z udostępnionym chętnym sygnałem. A jeszcze parę godzin wcześniej spekulowano na Wiejskiej, jak to ma wyglądać i nikt nie przewidywał aż takiej reglamentacji. Ponoć odbyło się to na wyraźne życzenie samych zainteresowanych sędziów, a służby marszałka Czarzastego jedynie się temu życzeniu podporządkowały. Dla obecnych na miejscu 40-60 dziennikarzy i reporterów oznaczało to stłoczenie na jakichś 80-100 m2. Rzecz można było też obserwować z galerii, jednak stamtąd wzrok i słuch do Sali Kolumnowej nie sięga. Pewną rozrywką mocno znerwicowanego takim obrotem sprawy środowiska było przejście przez nasz tłum, dosłownie w ostatniej chwili, wicemarszałków Zgorzelskiego i Hołowni pod hasłem „oto idzie Trzecia Droga”. I to by było na tyle – streaming musiał wystarczyć, podobnie jak całkiem przyjazna wymiana spostrzeżeń i opinii. Wspólna niedola nas wyjątkowo połączyła, jak nigdy dotąd.
Niespodzianką było to, że do ślubowania przystąpiła solidarnie cała szóstka sędziów wybrana niedawno przez Sejm, tak że finalnie mamy czworo sędziów ze złożonym dziś ślubowaniem „bez obecności fizycznej, ale wobec prezydenta RP” i dwoje wyróżnionych dwoma aktami: jednym osobiście wobec prezydenta, jak i dzisiejszym. A to przecież nie wszystko, co można by o tym całym wydarzeniu powiedzieć; komentarze właśnie rozlewają się po kraju, choć sędziowie w asyście policji dobili już do swojego miejsca pracy w Alei Szucha i ponoć obejmują obowiązki, biurka i sekretariaty.
Niezawodny wicemarszałek Szymon Hołownia, po opuszczeniu uroczystości, obficie interpretował, że oto mamy w istocie dwa Trybunały i zagwarantowane kłótnie na tym tle „co najmniej do końca obecnej dekady”. Innymi słowy, że polityka wzięła górę nad procedurą, która z założenia powinna być apolityczna i obowiązywać wszystkich, bez względu na barwy polityczne. Jeden Trybunał jest PiS-owski, z prezesem Święczkowskim i lewarem w postaci prezydenta Nawrockiego, drugi nowo wybrany, który musi się przepychać łokciami, żeby zacząć sprawować władzę sądowniczą. Oraz tę dwójkę sędziów, uznaną tu i tu, co rodzi kolejne podziały i wypowiedzi szefów Kancelarii Prezydenta w stylu, że wszyscy sędziowscy uczestnicy dzisiejszych uroczystości złożyli swoje mandaty i nadal mamy w Trybunale wakaty.
Co z tego, że do sytuacji ustosunkowywali się na bieżąco byli prezesi TK, słusznie tłumacząc, że innego wyjścia w istocie nie było? Wyjścia, że trzeba zaprosić prezydenta Nawrockiego do Sali Kolumnowej i złożyć ślubowanie wobec niego w jego obecności lub nie. Ale czy te argumenty kogokolwiek przekonały, poza przekonanymi? Tak więc w Trybunale nastał czas polityki, dosłownie w stylu „kto kogo”, bo przecież p. Święczkowskiemu grozi odwołanie przy takiej, objawionej dziś, większości i rozliczenie np. za Pegasusa. Czyli de facto odbicie Trybunału, co jakże pięknie opisują różni eksperci, nie używając oczywiście tak jednoznacznego języka. Z punktu widzenia prezesa Kaczyńskiego sprawa jest oczywista, i taki przekaz dnia już jest na prawicy podgrzewany, z długą datą przydatności.
I tylko ogólnopaństwowego sensu w tym na razie nie widać, może coś się powoli z tego chaosu wyklaruje, ale o tym trudno dziś wyrokować. Dużo bowiem zależy do stylu, w jakim to urzędowanie szóstki sędziów się rozpocznie. Może być konfrontacyjne i dosłownie na noże, może być nad wyraz spokojne i merytoryczne, że gasimy pochodnie i rzeczowo przechodzimy do porządku dziennego, zajmując się tylko orzekaniem. I gdyby nie to, że prezesem TK jest osoba p. Święczkowskiego, pewnie wariant drugi mógłby jakoś (choć nie od razu) zaistnieć. Ale, niestety, na to szanse są małe, po prostu trudno wyobrazić sobie, że oto jutro dowiadujemy się o przydziale przez Święczkowskiego nowym sędziom spraw i obowiązków, bo to się po prostu nie wydarzy. Nowogrodzka i „Prezes” do tego nie dopuszczą, a to oni reżyserują przecież zmianę w wymiarze sprawiedliwości, a gmach na Szucha jest tej zmiany ważną instancją. I póki „Prezes” z wysokości Nowogrodu rządzi, to na Szucha będzie królował chaos i niepewność, czyli prawdziwa natura Kaczyńskiego i jego akolitów.
Najmniej wiarygodną wersją jest to, że p. Święczkowski przyjął dziś sześcioro sędziów u progu Trybunału przysłowiowym chlebem i solą, osobiście zaparzył kawę, uprzednio zarywając noc, by przygotować na powitanie kolegów-sędziów bezę albo tort orzechowy. Zresztą, jak było naprawdę, zaraz będziemy wiedzieć, napięcie widać nie tylko na ulicy Szucha ale i w samym gmachu. Podsumowując, małe są widoki proceduralne (a na pewno polityczne) na rozładowanie tak głębokiego kryzysu. Niektórzy eksperci i publicyści wskazują, że może lepiej było wsadzać do TK nowych sędziów jak najszybciej, kiedy tylko wakaty się pojawiły, i takie jednostkowe ruchy personalne nie musiałyby się skończyć paraliżem. No ale to jest już mądrość grubo poniewczasie, dziś mamy to co mamy- wcale nie finał, ale początek olbrzymich problemów. Tylko z definicją tej sytuacji jest pewien kłopot; wicemarszałek Hołownia znowu powtórzył argument, że lepiej byłoby to wszystko rozgonić na cztery wiatry, przejściowo kontrolę konstytucyjną uczynić rozproszoną oddając ją w pacht sądom powszechnym i zastanowić się, jak TK wymyślić na nowo. Co mocno daje do myślenia.
A zatem czterdziestodniowa wojna USA i Izraela przeciwko Iranowi została zawieszona. Aby dogłębnie ocenić jej skutki, potrzeba więcej czasu i, oczywiście, informacji. Dzisiaj nie mamy nawet pewności, czy i jak długo zawieszenie ognia się utrzyma.
Niemniej na pierwsze krótkie podsumowania można się zdobyć.
Przypomnijmy deklarowane przez Trumpa przyczyny i cele wojny.
Pierwszego dnia wojny Trump oświadczył, że głównym celem jest niedopuszczenie do realizacji przez Iran swojego programu nuklearnego. Ponieważ – według Trumpa – Iran już za dwa tygodnie rzekomo mógłby posiadać głowicę jądrową i stać się zagrożeniem dla całego świata. Jednocześnie Trump zadeklarował, że operacja może szybko się zakończyć, „w ciągu 2-3 dni”. W miarę upływu czasu przyczyny wybuchu wojny i cele były korygowane. Pojawiły się oświadczenia o dążeniu do zmiany reżimu; w tym celu rozpoczęto punktową operację likwidacji niektórych wysokich rangą wojskowych i politycznych przywódców Iranu. Plany obejmowały także powstanie ludności Iranu przeciwko rządzącemu reżimowi ajatollahów. W tym kontekście pojawiła się postać syna obalonego pół wieku temu szacha Mohammada Rezy Pahlawi. Później przemknęła informacja o możliwym uderzeniu na Iran ze strony irackich Kurdów…
Jednakże, gdy Iran zamknął Cieśninę Ormuz, a ceny ropy gwałtownie wzrosły, miesiąc po rozpoczęciu walk Trump oświadczył, że przyczyną i celem wojny jest dla niego po prostu chęć przejęcia kontroli nad irańską ropą. D.Trump zaczął domagać się od Iranu otwarcia cieśniny, oczywiście znów grożąc wszelkimi karami, a nawet obiecując zetrzeć perską cywilizację z powierzchni ziemi, co sugerowałoby gotowość do użycia broni jądrowej.
Jakie realne rezultaty przyniosła wojna. Poza, o czym tak często zapomina większość komentatorów politycznych – śmierci setek i tysięcy ludzi oraz zniszczeń infrastruktury w Iranie?
Żadne powstanie w Iranie oczywiście nie wybuchło; w ogóle brak jakichkolwiek dowodów na to, że taki scenariusz mógłby zaistnieć. Broń, którą – co przyznał sam prezydent Trump – USA dostarczały potencjalnym powstańcom, trafiła w ręce nie wiadomo kogo. Podobno, także według D.Trumpa, przejęli ją Kurdowie.
Reżim w Iranie nie tylko się utrzymał, ale stał się jeszcze bardziej surowy. Zabici przywódcy polityczni i wojskowi zostali szybko zastąpieni. Obecne kierownictwo Iranu jest ściśle związane z IRGC (Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej) i wyznaje znacznie bardziej radykalne poglądy zarówno na politykę wewnętrzną, jak też zagraniczną.
W ciągu czterdziestu dni wojny Trump wielokrotnie, razy dziesięć albo i więcej, oświadczał donośnie, że zwyciężył, i nie rozumiał, dlaczego Iran nie kapituluje i nie przyjmuje jego 15 punktów z żądaniami wyburzenia obiektów nuklearnych, przekazania wzbogaconego uranu i ograniczenia programu rakietowego.
Wszystko zakończyło się (przynajmniej na razie) tym, że to Trump przyjął 10 punktów irańskiego projektu traktatu pokojowego! Tego samego Iranu, który został wielokrotnie rozgromiony i nawet – według słów Trumpa – „już nie żyje” Te dziesięć żądań, które Trump przyjął i które staną się podstawą do negocjacji 10 kwietnia w Pakistanie, są tak niezwykłe, że warto je przypomnieć:
Przypomnijmy teraz deklarowane na początku i w trakcie wojny przyczyny i cele i porównajmy je z jej rezultatami.
W projekcie porozumienia nie ma nic o ograniczeniu przez Iran programu nuklearnego czy zmianie reżimu. Te 10 punktów jest niewątpliwie korzystnych dla Iranu, który wyraźnie dyktuje warunki, żąda wycofania wszystkich wojsk amerykańskich z regionu (żegnajcie nadzieje niektórych krajów Bliskiego Wschodu na amerykańską ochronę (?), a nawet podnosi kwestię odszkodowania za szkody wyrządzone podczas walk, czyli reparacji!
Oczywiście w trakcie negocjacji wiele może się zmienić, a same negocjacje mogą się też załamać, ale jakże wymowny jest sam fakt takiego postawienia żądań i – co najważniejsze – zgody Trumpa.
A przecież początkowo USA i Izrael miały miażdżącą przewagę wojskową, całkowicie zdominowały przestrzeń powietrzną. Obecnie w USA (ale także w Izraelu, a zwłaszcza w Izraelu), politycy i wojskowi wyliczają, ile celów wojskowych w Iranie zostało zniszczonych, zapewniają, że cały przemysł zbrojeniowy Iranu został zniszczony, a programowi nuklearnemu i jego obiektom zadano taki cios, że został on praktycznie zlikwidowany. To samo już słyszeliśmy po 12-dniowej wojnie w ubiegłym roku.
Tak oto niechlubnie zakończyła się operacja, która pompatycznie została nazwana „Ryk Lwa”, ale w płaszczyźnie politycznej przekształciła się w to, co wielu teraz sarkastycznie określa jako „Miauknięcie kota”.
Historia uczy nas jednego: wielkie wojny nie zaczynają się od wielkich deklaracji. Nie wybuchają dlatego, że ktoś ich pragnie. Wybuchają dlatego, że nikt nie potrafi zatrzymać logiki eskalacji.
Tak było w 1914 roku. Tak było w 1939 roku. I dziś coraz częściej pojawia się pytanie: czy nie widzimy tego samego mechanizmu dziejącego się na naszych oczach? Spójrzmy zatem na powtarzającą się sekwencję śmiertelnie groźnych, ale pozornie nie dotykających nas wydarzeń. Jeśli mój syn nie musi iść na wojnę, jeśli wciąż wszystko jest w sklepie, jeśli święta są obchodzone jak zwykle, jeśli wciąż mam co jeść, a sklepy są pełne towarów – to mój świat jest bezpieczny, to nie jest moja wojna.
Co jednak gdy wojna staje się systemem — nie zaś odległym wydarzeniem?
Najgroźniejsze konflikty nie wybuchają nagle. One narastają, powoli, jak infekcja, która rozchodzi się po organizmie. Ale kiedy wojna przestaje być kryzysem i zaczyna być systemem, dzieje się coś niebezpiecznego:
To właśnie obserwujemy dziś na Bliskim Wschodzie. Nikt nie chce wojny regionalnej, a jednak wszyscy są coraz głębiej wciągani.
Największe zagrożenie nie wynika z intencji — lecz z inercji. Świat nie stoi na krawędzi wojny dlatego, że ktoś jej pragnie. Świat stoi na krawędzi, bo system pcha aktorów w kierunku, którego nikt nie kontroluje.
To zjawisko ma wiele nazw:
Ale najtrafniej określa to angielskie fate took over, czyli „widocznie los tak chciał”. To jest moment, w którym decyzje przestają być wyborem, a stają się reakcją. W którym strach zastępuje strategię, a duma zastępuje rozsądek. W którym wydarzenia zaczynają prowadzić ludzi — nie odwrotnie.
Cena wojny
Każda wojna ma swoją cenę. Niestety płacą ją wszyscy.
Cena I wojny światowej była straszna. Cena II wojny światowej — niewyobrażalna.
Cena trzeciej byłaby nie do udźwignięcia.
Dlaczego?
W I wojnie światowej świat stracił pokolenie.
W II wojnie światowej — dziesiątki milionów ludzi.
W III wojnie światowej świat mógłby stracić systemy, które umożliwiają życie.
To byłaby i może być prawdziwa cena tego, że niepostrzeżenie dla nas samych daliśmy i dajemy się dalej uwikłać.
Czy przywódcy to rozumieją?
Indywidualnie — tak. Większość liderów, generałów i dyplomatów wie, że nie będzie żadnej kurtyny, żadnych oklasków, żadnej wielkiej parady zwycięzców, żadnego happy endu.
Ale systemy działają inaczej niż ludzie. System może wciągnąć racjonalnych ludzi w irracjonalne decyzje. To jest ta sama pułapka, która istniała w 1914 i 1939 roku.
Los przejmie stery — to nie metafora, to realny mechanizm
W teorii konfliktów istnieją skomplikowane terminy:
Ale zdanie fate will take over jest bardziej prawdziwe niż wszystkie te definicje.
Oddaje moment, w którym:
To jest punkt bez powrotu. I tak, niebezpiecznie, jesteśmy bliżej niego niż kiedykolwiek od kryzysu kubańskiego.
Czy znaczy to, że historia nie jest zdeterminowana ?
W najciemniejszych momentach XX wieku ludzie potrafili się cofnąć:
Zawsze był ktoś, kto w porę przerwał logikę eskalacji.
Miejmy nadzieję, że i teraz rozum, nie los i pycha, zdecyduje o naszym przetrwaniu i przerwaniu splątanych nici wojennego obłędu.
Na zdjęciu: marszałek Foch, generał Weygand i admirał Wemyss oczekują na przyjazd delegacji niemieckiej, Compiègne, 11 listopada 1918 r.
Biorąc pod uwagę, że wszystko dzisiaj jest możliwe, nawet uchwalenie w 24 godziny głębokiej obniżki podatków pośrednich na diesla i benzynę, może jednak inicjatywie wicepremiera Kosiniaka-Kamysza uda się skubnąć NBP na tzw. polski SAFE. Co prawda marszałek Czarzasty postanowił być tu ścisłym legalistą, w związku z tym trzymał się jak mógł procedur, ale te nie są przecież z gumy i właśnie wyczerpały swoje możliwości. Inicjatywę „polskiego SAFE” prezydenta Nawrockiego kontynuuje w kosmetycznie zmienionej formie wicepremier Władysław, pięknie przy tym punktując wszystkich zainteresowanych, by projekt złożyć do grobu, a Glapińskiemu i Nawrockiemu raz na zawsze stępić rogi.
Trudno przecież odmówić racjonalności poglądowi wicepremiera, że armia i szeroko rozumiane bezpieczeństwo powinny być zaopatrywane z wielu źródeł. Środki wykreowane przez narodowy bank byłyby tu znaczącym wsparciem. Jego prezes w ramach jednej ze swoich stylowych pogadanek polemizował z argumentem, że aktualnie NBP jedzie na stracie, a ceny złota spadają. Długofalowo to się odwróci – prawił – a przecież z bankiem centralnym to nie takie hop-siup, jak z SAFE europejskim, który już chce wypłacać zaliczki. Glapiński, jeśli będzie „polski SAFE”, musi to jeszcze sprytnie skonstruować, inżynieria finansowa zagra tu pierwsze skrzypce. Ciekawe, czy ma już w zanadrzu stosowny plan i jaki? Zresztą wicepremier Kosiniak-Kamysz będzie europejski kredyt podpisywać, stając się poniekąd twarzą jednego i drugiego SAFE, co jest jego niekwestionowanym sukcesem, naprawdę na miarę męża stanu.
A gdyby jeszcze do tego doszło zapowiadane od paru dni wzięcie pod swoje wyborcze skrzydła samorządowców, którzy niemal od zarania polskiej demokracji mają ambicje ogólnopolskie i dziś czynią poważne przygotowania do startu w wyborach parlamentarnych? Mogłoby to uczynić dużo zamieszania na polskiej scenie i spowodować reorientację na PSL jako prawdziwe centrum, mogące współdziałać z każdym, dla dobra Polski oczywiście. Pójście z samorządowcami daje ludowcom wypełnienie starego postulatu, żeby być partią ogólnopolską, partią kraju za miastem – żeby zacytować Janusza Piechocińskiego, kiedyś wicepremiera i lidera Stronnictwa. Nie wiem, czy nie atrakcyjniejsze dla sierot po Polsce 2050 nie byłoby właśnie przeskoczenie do takiego tworu, aniżeli trwanie na swoich biednych resztówkach, beznadziejnie ostatnio obnażonych w swej głupocie programowej. Zresztą taki transfer jest to po trosze przewidziany w tym wielkim projekcie i jeśli jeden z kolegów-sprawozdawców parlamentarnych pyta mnie, ile będzie list w przyszłych wyborach, to objaśniam go, że po tej stronie nastąpi raczej blokowanie, a kto wie może nawet jakiś jednolity front?
Lewica ma nad czym dumać, bo wcale tego dziś tak jednolicie fronotowo nie widzi, napawając się na razie samodzielnością, lewicowymi ruchami miejskimi i pułapem 7-9 procent poparcia, który rzekomo jest w zasięgu. Jeśli już, to na pewno będzie to zasługa wyłącznie marszałka Czarzastego, który sam zapewne zrobi ten wynik, bo tyły ma bardzo słabiutkie. A obok konkurencję w postaci rozpaczliwie krzykliwego Razem, które nie ma żadnego znaczenia, ale uprzykrza marszałkowi życie, gdzie tylko może. Innymi słowy mielibyśmy Lewicę oddzielnie, a KO i PSL z samorządowcami w jakimś bliżej niesprecyzowanym bloku.
A na prawicy to, co zwykle, z dużą dominacją Brauna, który nękany tu i ówdzie, wie doskonale, co robi i jaki scenariusz realizuje. Jego męczennictwo porusza najbardziej prezesa Prawa i Sprawiedliwości, świadomego, że jest to gracz długodystansowy, a w prostym pisowskim ludzie nastroje są bliższe Konfederacji Korony Polskiej, aniżeli światłych i europejskich myśli śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego. Chyba już przebrzmiała moc mitu smoleńskiego, może ma jeszcze jakąś wsobną zdolność mobilizacyjną, ale czy na zewnątrz, to bardzo wątpliwe.
Zresztą, 10 kwietnia będzie też testem dla prezydenta Nawrockiego, jak się zachować w rocznicę katastrofy, w PiS nazywanej zamachem? Na razie prezydent punktuje za swoje tournée po USA, gdzie wygłosił dobre konserwatywne przemówienie do zwolenników Trumpa i otrzymał spore oklaski i uznanie amerykańskiej prasy. Nie deprecjonowałbym tej wizyty tylko dlatego, że była bardziej partyjna niż państwowa, tego typu wiecowanie wśród Amerykanów jest Polsce zawsze na rękę, nawet gdyby premier Tusk mówił do nowojorskich białych kołnierzyków. Ma więc Nawrocki prowincjonalne Stany zaliczone, teraz czas na wizytę Trumpa w Polsce, co mogłoby się ziścić może w tym roku, bo chyba nie w przyszłym, wyborczym? Co prawda marszałek Czarzasty musiałby chyba w tym czasie wykorzystać zasłużony urlop, bo Trumpowi w Polsce się generalnie podoba, skoro rząd zamawia uzbrojenie i płaci. To też jest poniekąd zasługa wicepremiera Władysława; ma on w Ameryce opinię gościa rzetelnego, dobrze przygotowanego do rozmów, z którym można robić dalekosiężne plany i nie zawieść się. Jak raz jest to niezły handicap, skoro będziemy serwisować amerykańskie uzbrojenie w ramach offsetu, co do tej pory było marzeniem ściętej głowy. Wychodzi więc na to, że zbrojeniówka ciągnie ten świat do przodu, choć może lepiej byłoby, żeby produkcja mleka dla niemowląt…
27 marca rzecznik parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego Iranu Ebrahim Rezaei zakomunikował: „Dalsze przestrzeganie przez nas Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej straciło sens”. (https://x.com/me_observer_/status/2037566844257661001?s=12
To niezwykle ważny sygnał. Formalnie, takie stanowisko wydaje się całkowicie logiczną konsekwencją ataku izraelsko-amerykańskiego na Iran. [„Res Humana” wiele miesięcy przed obecną wojną w Zatoce kilkukrotnie ostrzegała o groźbie upadku NPT (Nuclear Non-Proliferation Treaty. Ambasador J. Gojło podkreślał, że wyjście Teheranu z NPT stanowi jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla przyszłości tego Traktatu, będącego istotnym zabezpieczeniem przed proliferacją broni jądrowej.
Zapowiedź Teheranu ws. NPT oznacza, iż powrotu do przeszłości w najbliższych latach przyszłości już nie będzie. I nie chodzi li tylko o sieć i logistykę dostaw węglowodorów. Sprawa dotyczy bezpieczeństwa globalnego, które miało być zapewnione wskutek ataku na Iran.
Dlaczego teraz i na takim (raczej niskim: rzecznik komisji parlamentarnej) szczeblu przedstawiono tę opinię?
Iran prezentuje swoją ocenę właśnie teraz, gdy trwa swoista reakcja łańcuchowa (nie-?)kontrolowanego rozpadu systemu kontroli zbrojeń zarówno konwencjonalnych oraz ws. broni masowego rażenia (Ostrzegałem w publikacjach na stronie „Res Humana” przed takim procesem).
Opinię parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego Iranu należy rozpatrywać w czterech przynajmniej aspektach:
Niezależnie od kompletnie rozbieżnych informacji, sygnałów, ocen i perspektyw samych „rozmów o rozmowach” na temat ewentualnych przyszłych negocjacji, 27.04-22.05 w Nowym Jorku odbędzie się pod przewodnictwem Wietnamu kolejna konferencja przeglądowa czyli spotkanie państw-stron NPT. Ostatnim razem zwołano taką konferencję w 2022 r., lecz już w sierpniu 2022 ją odłożono, formalnie z powodu pandemii, chociaż brak jakichkolwiek konkluzywnych wówczas decyzji był następstwem agresji Rosji przeciwko Ukrainie. Przekazują taki sygnał przed konferencją, Iran mocno komplikuje „wielkiej piątce” NPT (czyli zarazem stali członkowie RB NZ) wypracowanie merytorycznej agendy, nawet jeśliby na takowej im wciąż zależało. Zmarły w kwietniu 2024 r. ambasador Adam Kobieracki przewodził, już po przejściu na emeryturę, specjalnej grupie doświadczonych dyplomatów, negocjatorów ds. przyszłości NPT w European Leadership Network. Jego misję kontynuują inni dyplomaci Thomas Countryman ma taką opinię na temat NPT: „Obecnie nie ma zbyt wielu powodów do optymizmu, iż w najbliższych tygodniach w ramach procesu P5 zostaną podjęte działania, które w istotny sposób przyczyniłyby się do pomyślnego zakończenia konferencji przeglądowej w maju”. Całość oceny pod linkiem: https://europeanleadershipnetwork.org/commentary/p5-perspectives-on-the-2026-npt-review-conference-united-states/
Przed amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran groźba wycofania się Teheranu z NPT stanowiła – i tak była traktowana – ważny element strategii negocjacyjnej Iranu w sprawie jego programu jądrowego. Można by przypuszczać, że obecnie urzeczywistnienie opinii irańskiego Medżlisu będzie przysłowiowym gwoździem do trumny NPT. Jednakże w obecnych warunkach stanowisko komisji parlamentarnej ma inne zadanie. Teheran chce wymusić na „wielkiej piątce” poważne potraktowanie irańskiego stanowiska w sprawie kontroli mechanizmów jądrowych, jeśli Zachód traktuje je rzeczywiście poważnie. Jeśli taka perspektywa i wola polityczna nadal istnieją, to irańskiego stanowiska co do warunków zakończenia wojny nie da się sprowadzić do logiki działań jedynie na rzecz powrotu do globalnego bezpieczeństwa energetycznego itd.
Dotychczas inicjatywa Iranu dotycząca stworzenia strefy bezatomowej strefy na Bliskim Wschodzie nie stanowiła przedmiotu szerszego zainteresowania, zwłaszcza, że Izrael nie był stroną NPT, a Iran nie posiadł ważkich argumentów na rzecz wymuszenia rozpoczęcia rozmów na ten temat.
Dzisiaj sytuacja uległa zmianie. I nie chodzi tylko o odporność władz w Teheranie na działania wojenne, a przede wszystkim o perspektywy zmiany sytuacji strategicznej, co jest uzależnione od efektów ataków irańskich dronów oraz przede wszystkim od „dynamiki stałości” relacji Izraela i USA. Jeśli praprzyczyną obecnego ataku było (jak się je przedstawia: domniemane lub graniczące z pewnością) zagrożenie irańskiego programu jądrowego, to bez takowych nowych gwarancji dla Iranu wraz z warunkiem członkostwa Izraela w NPT w wzmocnionym systemie NPT, można oczekiwać utrzymania obecnej sytuacji z żeglugą, a stagflacja globalnej gospodarki przyniesie jeszcze cięższe konsekwencje.
„Wielka piątka” RB ONZ skutecznie zachowała i obroniła swój status suzerena reżimu NPT w 2017 r., kiedy Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję w sprawie Traktatu o Zakazie Broni Jądrowej (Treaty on the Prohibition of Nuclear Weapons – TPNW). Była to przede wszystkim próba emancypacji Globalnego Południa wobec pentarchii NPT. Traktat nie został do tej pory ratyfikowany także przez Iran. Państwa Globalnej Północy nie wzięły nawet udziału w konferencji założycielskiej nowego Traktatu. TPNW w obecnych warunkach może w strategii Iranu (do czasu ubiegłorocznych ataków oraz obecnej wojny optującego za utrzymaniem NPT) nabrać roli kolejnego elementu presji na czołowych apologetów NPT, gdyż urzeczywistnienie samej idei TPNW oznaczałoby delegitymizację teorii odstraszania jądrowego.
Państwa Zatoki Perskiej, którym Iran uwidacznia iluzoryczność amerykańskiej ochrony i gwarancji bezpieczeństwa w formie baz i obecności wojskowej na Blism Wschodzie, dokonują obecnie przewartościowań w sprawie warunków i możliwych mechanizmów, ale już na poziomie regionalnych przyszłych porozumień. Śledząc aktywność dyplomacji Egiptu, Turcji, Pakistanu, Arabii Saudyjskiej oraz pozostałych krajów Zatoki, można wnioskować, że dla tych państw zadania obecnej wojny dotyczą nie tylko ograniczanie skutków irańskich uderzeń odwetowych oraz rozwiązanie problemów bezpieczeństwa energetycznego i wzrostu gospodarczego. Wojna może przynieść tym państwom inne rozumienie swojej roli i znaczenia wraz z potrzebą zaufanie między głównymi regionalnymi graczami określanymi jako middle-powers. Trudno wyrokować, czy z ich inicjatywy powstanie jakaś bardziej sformalizowana struktura regionalnego bezpieczeństwa. Chociaż niektóre działania Egiptu, Turcji, Pakistanu, Arabii Saudyjskiej wydają się sugerować taką opcję.
Odpowiedzi na pytania o nowe regionalne struktury bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie oraz o przyszłość reżimu NPT zależą nie tylko od stolic państw regionu Szerokiego Bliskiego Wschodu, lecz również od tego, czy znajdą one na Zachodzie partnerów wiarygodnych, przewidywalnych, uznających prymat prawa i zasadę „pacta sunt servanta”. Jak na razie abdukcja nie napawa optymizmem.
Dobrze, że ta książka się ukazała. Po latach deprecjonowania, wręcz wymazywania blisko pół wieku z historii Polski, autorzy tomu starali się przywrócić należne mu miejsce w narodowych dziejach. Książka składa się ze wstępu redaktora tomu – Pawła Dybicza (Polska Ludowa widziana z perspektywy 35 lat. Zamiast wstępu), ośmiu artykułów o zbliżonej objętości[1] oraz fragmentów dziennika nieżyjącego już prof. Andrzeja Walickiego – wybitnego historyka idei – pod tytułem Dziedzictwo Polski Ludowej. „Historia prawdziwa” (z podtytułu książki) nie musi oznaczać, że apologetyczna. W artykułach Joanny Hańderek, Dariusza Łukasiewicza czy w dzienniku prof. Walickiego, który – jak wiadomo – do entuzjastów PRL nie należał, można znaleźć sporo uwag krytycznych i surowych ocen.
Prawdę mówiąc, wolałbym napisaną przez jednego, dwóch autorów syntezę tych 45 lat historii, zwłaszcza że to okres chronologicznie zamknięty (1944–1989) i definitywnie zakończony. Autorzy i redaktorzy postawili sobie – jak widać – nieco inny cel: zaprezentowanie różnego wizerunku tego okresu, a więc pokazanie, jak to oni z własnej perspektywy widzą ten czas. Każdy trochę inaczej. Coś z potrzeby syntezy pozostało jednak w artykułach Jarosława Dobrzańskiego, Pawła Siergiejczyka czy Wiesława Żółtkowskiego. Andrzej Karpiński polemizuje raczej z neoliberalizmem, monetaryzmem i Balcerowiczem, a nie z odsądzaniem PRL od czci i wiary przez prawicowych historyków i propagandystów (choć z tym też). Pozostali (Łukasiewicz, Hańderek) bardzo trafnie omawiają kilka wybranych tematów szczegółowych. Autorzy sami dostrzegli, bijąc się w piersi, że w książce pominięto zagadnienia rozwoju oświaty, nauki i kultury, a przecież w tych właśnie dziedzinach dorobek Polski Ludowej był bezsporny; szybka likwidacja analfabetyzmu i demokratyzacja oświaty oraz masowy i tani dostęp do dóbr kultury były jej sztandarowymi osiągnięciami.
Ocena Polski Ludowej zależy od odpowiedzi na wyjściowe pytanie o alternatywę wobec zrealizowanego w praktyce przebiegu wydarzeń. Być może pod koniec międzywojnia istniała taka alternatywa: był nią sojusz z Hitlerem, wątpliwy militarnie i naganny moralnie. Po Stalingradzie i Kursku oraz po zawarciu przez trzy mocarstwa (ZSRR, USA i Wlk. Brytanię) koalicji antyhitlerowskiej – już nie. Jedynym racjonalnym stanowiskiem (przy tym jedynym definitywnie sprawdzonym) było przyłączenie się do tej koalicji, tyle że po konferencji w Teheranie (listopad-grudzień 1943) oznaczało to jednoznacznie przynależność do radzieckiej strefy wpływów w czasie wojny i po jej zakończeniu. Z takim rozwiązaniem zgodziły się mocarstwa zachodnie, same nalegały na jego akceptację przez Polskę; trwałość koalicji i udział w niej Związku Radzieckiego były dla nich jedyną gwarancją zwycięstwa w walce z hitlerowskimi Niemcami i dbały o to bardziej niż o polskie granice. A gdyby nawet Amerykanie i Brytyjczycy uparcie opowiadali się za innym kształtem terytorialnym naszego państwa, to w 1944 roku w prawobrzeżnej części Polski znajdowało się 2 miliony żołnierzy radzieckich (35 na km2)[2] i wszelkie nawoływania do walki zbrojnej z Armią Czerwoną były aktem samobójczym i wrogim. Potępionym przez Wschód i Zachód. Niestety, zachęcone przez politycznych fanatyków oddziały, nazwane później „żołnierzami wyklętymi”, walkę tę podjęły, nie uzyskując nic poza iluzorycznym przekonaniem o własnym heroizmie moralnym. Walkę tę prowadziły w przekonaniu o potrzebie powrotu do przedwojennych granic ustalonych traktatem pokojowym w Rydze, a więc bez Ziem Zachodnich, za to z Wileńszczyzną, Wołyniem i Podolem. Czy po 80 latach od zakończenia wojny i 35 latach od transformacji ustrojowej ktokolwiek w Polsce chciałby powrotu do takich granic i takich politycznych rozwiązań? Co więcej, czy chciałby, by to w polskich granicach rozgrywał się konflikt narodowościowy, religijny i kulturowy, wciąż obecny na wschód od Bugu? A przecież to Tomasz Arciszewski, premier rządu londyńskiego powtarzał: chcemy Wilna i Lwowa, nie Wrocławia i Szczecina. Nie pamiętano, że II Rzeczpospolita przed II wojną wcale nie była mile widziana ani na Litwie (stosunki dyplomatyczne wznowiono dopiero w 1938 r.), ani w Ukrainie.
Nonsensowność nawoływań do sprzeciwu wobec wyroków historii i podjęcia walki o powrót do międzywojennej Polski zadziwia. Podobnie dziwić musi interpretacja wyników referendum 1946 roku. Jeśli dziś historycy zarzucają ówczesnym władzom (działającym pod sowiecką kuratelą, to prawda) sfałszowanie jego wyników i z dumą podkreślają, że wyniki były inne, to czy naprawdę możemy być dumni z odrzucenia w referendum reformy rolnej i podkreślenia dość ambiwalentnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie? Co tu gadać: Polska nie miała innego wyboru, a historia tych 80 lat potwierdziła słuszność drogi przyjętej przez polską lewicę, choć naprawdę to nie ona tego wyboru dokonywała. Zaakceptowane rozwiązanie zostało potwierdzone przez historię, zachowało też swoją trwałość w zmienionych warunkach ustrojowych i w diametralnie zmienionych warunkach politycznych[3]. Trzeba więc zgodzić się z przesłaniem obecnym prawie we wszystkich zamieszczonych w książce artykułach o ciągłości polskiej historii na różnych etapach rozwoju państwa. Próby takie, jak przekazywanie insygniów władzy przez niewiele znaczącego emigracyjnego polityka nowo wybranemu prezydentowi Wałęsie i pominięcie gen. Jaruzelskiego, świadczą raczej o aberracji umysłowej, niż stanowią ważny element historycznej oceny.
Prawicowi historycy nie zanegowali na ogół w miarę sprawnej translokacji ogromnych mas ludności, mimo zniszczonej gospodarki i utrudniającej ten manewr opozycji wewnętrznej, co stanowi ważny akcent w artykule Andrzeja Karpińskiego. Osobną sprawą było przesiedlenie ludności łemkowskiej w konsekwencji działania band UPA, ale tym tematem autorzy się nie zajmowali, więc i ja nie będę.
Niemałą ułomnością polskiej historiografii jest nadmierna skłonność do wartościowania. Polsce Ludowej oberwało się w ciągu ostatnich 35 lat mocno. Z trudem znaleźć można oceny, w których eksponuje się nie tyle dobre strony socjalistycznej formacji ustrojowej i polityki władzy ludowej, co wskazuje na uwarunkowania, w jakich znalazła się Polska, w tym brak innych możliwości wyboru rozwiązań ustrojowych i sojuszy politycznych, a to uważam za czynnik decydujący. Centralne zarządzanie, uwiąd rynku, polityka uległości wobec wielkiego gwaranta, opresyjność władzy były bodaj głównymi tematami krytyki, niedostrzegającej pozytywnych aspektów przemian. Bez wymuszonej (to prawda) nacjonalizacji i rozbudowy przemysłu, bez reformy rolnej nie byłoby możliwe odejście od archaicznego modelu gospodarki. Pod koniec dwudziestolecia międzywojennego dominowała gospodarka agrarna (60:40 dla rolnictwa w zestawieniu z przemysłem), wiodącą rolę odgrywało ziemiaństwo, rozwarstwienie majątkowe było ogromne, bezrobocie wysokie. Można się zżymać na dokonywane przez „komunistów” wybory (np. nadmierne preferencje dla przemysłu ciężkiego i niedocenienie gałęzi konsumpcyjnych) oraz stosowane metody, ale zasadniczy kierunek przemian był słuszny. Dostrzegł to bodaj najlepiej Andrzej Leder w swojej Prześnionej rewolucji. Kij ma jednak dwa końce. Ocenianemu na ogół pozytywnie dorobkowi „polskiego października ’56” (zwiększenie suwerenności w ramach tzw. polskiej drogi do socjalizmu, zmniejszenie represji, szersze, choć krótkotrwałe, otwarcie na dorobek zachodniej nauki i kultury) towarzyszyło wyhamowanie bardziej radykalnych aspektów przemian także z negatywnymi tego konsekwencjami, zwłaszcza w rolnictwie, czego dowodem jest utrzymanie do dziś niewielkiego, niekonkurencyjnego gospodarstwa chłopskiego jako podstawy rolnictwa (obecnie średnie gospodarstwo ma bodaj 11 ha), choć z drugiej strony doświadczenia radzieckiej kolektywizacji pozwalają wątpić, czy tymi metodami cokolwiek by się udało zrobić. Dziś przychodzi się martwić, jak sprostać konkurencji ukraińskich latyfundiów. Ale to dygresja.
Dobrze, że omawiana książka pozwala spojrzeć z innej, także dobrej strony na dorobek Polski Ludowej. Bo były w niej blaski i cienie. Niektórym autorom nie udało się jednak wartościowania uniknąć. Słuszna krytyka okresu międzywojnia[4] zakończonego klęską wrześniową abstrahuje – na przykład – od uwarunkowań; Polsce trudno było utrzymać byt państwowy między Niemcami i Rosją, uważającymi się za pokrzywdzonych w wyniku ustaleń wersalskich i dążącymi do rewizji tych ustaleń. I tak się stało. Dokonanie tzw. słusznego wyboru sojuszy nie było naprawdę możliwe, bo postawienie na Francję i Anglię jako tzw. trzecią drogę okazało się – już po kilku dniach września 39 – iluzoryczne.
Pozornie łatwiej wyważyć właściwe proporcje w ocenie końcowego okresu socjalistycznej formacji ustrojowej. Kryzys miał miejsce we wszystkich krajach tzw. bloku radzieckiego, łącznie z państwem – przywódcą tego bloku. A więc nie błędy w bieżącej polityce prowadzonej przez kolejne ekipy rządzących były tego kryzysu przyczyną. Ale do tzw. przyczyn strukturalnych trudno było się przyznać. Co stało się źródłem kryzysu? – pytano więc na partyjnych plenach. Odejście od leninowskich norm życia partyjnego. To co należy zrobić? Należy te normy przywrócić. Taką argumentacją niewielu dało się przekonać, a przecież niejednokrotnie ją słyszeliśmy. W najlepszym razie oceny sprowadzają się do uproszczonego stwierdzenia o wyczerpaniu możliwości rozwojowych i porażce w rywalizacji konkurencyjnej.
Zbiorowa świadomość kulturowa Polaków niesie ze sobą dziedzictwo historyczne: złudny mit „wielkiej Polski” ma w pamięci państwo z blisko milionem km2, ale państwo o rachitycznej gospodarce agrarnej, która do dziś stanowi ekonomiczne i mentalne obciążenie Polaków, bez przemysłu, handlu i ekonomicznego myślenia, które decydowało w Europie o pozycji i sukcesie innych państw. Niesie spojrzenie na Wschód (na wschodni kierunek ekspansji militarnej i politycznej), którego resztki są szczęśliwie z tej świadomości wymazywane, ale które przez wieki wpływały na postawy i zachowania narodowe. Byliśmy przez lata deklaratywnie na Zachodzie, a mentalnie/kulturowo na Wschodzie i ten bagaż niekonsekwencji przetrwał do dziś. Niesie ona za sobą także utrwalone w kulturze przekonanie o szczególnej pozycji wynikającej z narodowego męczeństwa i argumentów moralnych (nam się to szczególne miejsce z tych powodów należy) i zbiorową niechęć do rzetelnej i konsekwentnie prowadzonej pracy w oczekiwaniu na kolejny cud. Niesie przekonanie o winie innych jako przyczynie klęsk i niedowładu[5], bez krytycznego spojrzenia na własne dziedzictwo.
Ta ogólna uwaga jest mi potrzebna, by ocenić działalność Solidarności, o której pisał Robert Walenciak. Nie kryję krytycznego do niej stosunku, bardziej krytycznego niż autor artykułu. Solidarność od początku swego istnienia była strukturą amorficzną, która usiłowała pomieścić przeciwstawne (nawet skrajnie odmienne) przekonania i opcje polityczne. Przykryte pozorami narodowego zjednoczenia w walce ze znienawidzonym reżimem. Choć czasem popieranym, jak Gomułka w Październiku ’56, czy ekipa Gierka w początkach lat 70. To złudzenie narodowej jedności w walce ze złym „komunizmem” rozpadło się już rok po dojściu do władzy partii wyrosłych z tradycji Solidarności. Nienawiść wzajemna, która rozlała się i skaziła polskie życie, sięga bardzo głęboko. Tak, że nie są w stanie wspólnie świętować ani rocznicy swego powstania, ani rocznicy swego sukcesu. Choć trudno u Lecha Wałęsy dopatrywać się głębi intelektualnej, to jednak trafnie odgadł on, że zwinięcie sztandaru „S” w 1989 r. byłoby dla tego ruchu jedynym słusznym wyjściem, by zachować dobrą pamięć, bo to, co z niej wyrosło w postaci partii Śniadka i Piotra Dudy, jest ostatecznym jej dorobku zaprzeczeniem. Na przekór Walenciakowi natomiast uważam, że gospodarka Polski była w krytycznym stanie po czasach Rakowskiego i Sekuły (szalejąca inflacja, zadłużenie do granic bankructwa, a nade wszystko utrata rynków zbytu w wyniku rozpadu RWPG), a terapia szokowa była jedynym dla niej rozwiązaniem. Choćby dlatego, że tylko ten wariant leżał na stole, nikt inny żadnego innego rozwiązania nie zaproponował, a nawoływania „Balcerowicz musi odejść” nie znalazły wsparcia w konstruktywnych (być może lepszych, ale ich nie było) propozycjach. A o dewastującej Polskę spuściźnie braci Kaczyńskich mówić nie będę, bo tego już recenzowana książka nie dotyczy.
Powtórzę tylko: choć omawiana praca zbiorowa nie jest tworem doskonałym, to dobrze, że jest na rynku. Jest bowiem świadectwem, że – jak pisze we wstępie Paweł Dybicz – „Ludziom IPN – swoistej policji historycznej – nie udało się narzucić jednej obowiązującej wszystkich oceny 45-lecia Polski Ludowej jako czarnej dziury w historii kraju”[6]. Być może stanie się dobrym początkiem dla kolejnych publikacji rzetelnie omawiających cechy (a nie głównie zalety i wady) minionej już formacji ustrojowej.
(Recenzja ukazała się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok)
[1] Jarosława Dobrzańskiego, PRL z perspektywy racji stanu. Czy Polska Ludowa była państwem?; Pawła Siergiejczyka, Od uzależnienia do samodzielności – proces wyzwalania się PRL spod kurateli Moskwy, Andrzeja Karpińskiego, Spojrzenie na Ziemie Odzyskane – bilans 80-lecia (1945–2025); Roberta Walenciaka, Od negacji do rządzenia – spojrzenie na Solidarność; Dariusza Łukasiewicza, Mieszczanienie Polski Ludowej po roku 1945; Joanny Hańderek, Kobiety w PRL; Bogdana Piętki, Czarna dziura? Polska Ludowa w polityce historycznej III RP; Wiesława Żółtkowskiego, Spojrzenie na gospodarkę PRL – widziane z perspektywy dzisiejszej.
[2] Krystyna Kersten, Narodziny systemu władzy, Wyd. Textura, Warszawa 2018, s. 90.
[3] Warto podkreślić, że to nieustępliwość Stalina zadecydowała, że Szczecin znalazł się w polskich granicach. Churchill chętnie przystałby na pozostawienie go Niemcom.
[4] Porównania z międzywojniem były ulubionymi tematami w przemówieniach Gomułki. Prześmiewcy (których w Polsce nigdy nie brakowało, także dziś) dworowali sobie, figlarnie cytując: „Zbiory ziemniaka w województwie poznańskim w porównaniu z rokiem 1938 wzrosły o siedemnaście coma trzy procent [coma było u Gomułki obowiązkowe]. W ten sposób prześcignęliśmy Stany Zjednoczone, które nie mają województwa poznańskiego.”
[5] Ostatnio jest to „wina Tuska”.
[6] Paweł Dybicz, Polska Ludowa widziana z perspektywy 35 lat. Zamiast wstępu [w:] Polska Ludowa. Historia prawdziwa, Oratio Recta, Warszawa 2025, s. 11.
Marek Jeziorski jest najpewniej największym w Polsce znawcą Albanii. Albanista i politolog z wykształcenia, autor pierwszego w naszym kraju słownika polsko-albańskiego i albańsko-polskiego, tłumacz powieści największego pisarza Albanii Ismaila Kadarego. Oraz dyplomata, który rozpoczynał karierę zawodową w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w charakterze stażysty ambasady Polski w Tiranie, aby, już w latach 2012–2016, powrócić do Albanii jako ambasador Rzeczypospolitej.
Książka Hotel Dajti, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Akademickiego SEDNO, jest bardzo osobistą, a jednocześnie możliwie zobiektywizowaną opowieścią Jeziorskiego o tej Albanii, której dzisiaj już nie ma, lecz bez znajomości której nie sposób zrozumieć Albanii współczesnej. Opowieść obejmuje – jak pisze autor we wstępie – czas od września 1983 roku, gdy po raz pierwszy przybył do „twierdzy ortodoksyjnego komunizmu”, do roku 2016, gdy Albania była krajem „zupełnie odmienionym, wolnym, naszym sojusznikiem w NATO i aspirującym do członkostwa w Unii Europejskiej”. Szczęśliwie M. Jeziorski, z pokorą właściwą prawdziwym reportażystom, uniknął – co niestety jest często spotykaną cechą wspomnień byłych ambasadorów – autohagiograficznej memuarystyki, wysławiającej własne dokonania w służbie Rzeczypospolitej. Owszem, autor-narrator jest obecny w Hotelu Dajti, ale jest to obecność, jak na wytrawnego dyplomatę przystało, dyskretna; zauważalna, ale nienarzucająca się narracją zbyt głośną czy niestosowną anegdotą. Jeziorski używa języka stonowanego, powściągliwego, niekiedy świadomie ascetycznie surowego, gdyż jakiekolwiek pompatyczne, egzaltowane zdanie byłyby niewłaściwe, jak wówczas gdy kończy tragiczną opowieść o Ganimete Cuki, „najpiękniejszej kobiecie w powojennej Tiranie”: „Pewnego dnia Ganimete poinformowała matkę o samobójczej decyzji. Obie znaleziono martwe, powiesiły się. Ciała wrzucono do dołu przy kanale, obok chlewu”.
„Albania w czasie przeszłym”, bo tak brzmi podtytuł książki Jeziorskiego, jest przede wszystkim opowieścią o represyjnym reżimie Envera Hoxhy, który utrzymywał się w Albanii nawet po śmierci dyktatora. Ze znawstwem dostępnym tylko wnikliwym ekspertom autor analizuje polityczne, kulturowe, społeczne uwarunkowania i następstwa terroru czasów Hoxhy. Nie czyni wszakże swojej narracji drobiazgowym, ale nudnym, z przypisami, akademickim wykładem, lecz oszczędnymi pociągnięciami pióra rysuje dramatyczne szkice zdarzeń i ludzi, których historie – wiemy, że prawdziwe – zestawione ze sobą tworzą wstrząsający w swojej wymowie obraz totalitarnego reżimu. Dbałość o literackość i potoczystość narracji oraz atrakcyjność czytelniczą kontrolują przebijającą się od czasu do czasu spod tekstu chęć autora pogłębienia analizy, sięgnięcia po kolejne fakty i przykłady.
Oto widzimy młodego, świetnie przygotowanego do swojego zawodu dyplomatę, który, chociaż przybywa z kraju bloku wschodniego, utrzymuje kontakty z kolegami z Zachodu. I to tytułowy hotel „Dajti”, jako symbol bezpiecznego punktu neutralnej obserwacji, jest miejscem tych spotkań. Lecz nade wszystko nasz narrator-dyplomata przygląda się ludziom, ich zachowaniu, miastu, którego ulicami przechodzą, domom, w których mieszkają, a później (domyślamy się, gdy takie interakcje stały się możliwe) spotyka się, rozmawia z samymi Albańczykami, wysłuchuje ich opowieści.
Czytając opowiadane przez Jeziorskiego historie i fakty, zdajemy sobie sprawę z dokonywanych przez autora uproszczeń i skrótów. Wiemy, że wprawdzie są to sprawy, o których dyplomata nie pisał w swoich raportach, ale jeszcze więcej tropów, objaśnień i interpretacji autor rozmyślnie pozostawia poza kadrem, aby nie obciążyć narracji. Przykładowo, opisując narodziny i rozwój specyficznego reżimu Hoxhy autor ogranicza się do określenia go słowem „komunistyczny”, niekiedy „ortodoksyjnie komunistyczny”, chociaż jako politolog musiał ulegać pokusie analizy komparatywnej, objaśniającej, dlaczego w sąsiedniej Jugosławii, także komunistycznej, nie dochodziło nawet do zbliżonych w formach i skali represji, co w Albanii. Czy muzułmańskie tradycje Albanii tworzyły szczególne podglebie historyczne do budowy reżimu, który może być porównywany jedynie z komunizmem azjatyckim? Czy narodziny totalitaryzmów w Europie (faszyzmu w Hiszpanii, Włoszech i Niemczech i komunizmu w Rosji) mają związek z religijnością społeczeństw, co objaśniałoby irreligijny, wojujący system polityczny Hoxhy? Równie liczne pytania pojawiają się w związku z uwarunkowaniami międzynarodowymi polityki Albanii, w tym konfrontacji Wschodu z Zachodem, wyznaczającym przez pół wieku wektor polityki światowej. Próba wyjaśnienia tych kwestii w jednej książce czyniłyby ją jednakże trudną do przebrnięcia dla przeciętnego czytelnika.
Jeziorski nazywa swoją książkę „reportażem literackim”, zgodnie z przeważającą w polskiej teorii genologiczną definicją literatury. Dość niefortunne przeniesienie z anglosaskiego obszaru kulturowego pojęcia „dziennikarstwo narracyjne/reportaż narracyjny” na grunt języka polskiego jako „reportaż literacki” wprowadziło dodatkowy zamęt do i tak rozmytych i nieczytelnych (a także bardzo wątpliwych z punktu widzenia logiki naukowej) granic między gatunkami i rodzajami literackimi. Jeśli jednak wziąć w miarę sensowne określenie K. van Kriekena, że chodzi w istocie o literaturę opartą na faktach (tak, jak przykładowo, pisał ją i rozumiał R. Kapuściński), to Hotel Dajti jest reportażem politycznym albo literaturą polityczną, łączącą w sobie wiele podgatunków, która pokazuje mechanizm terroru (i nie tylko albański, lecz – uniwersalny) i jego destrukcyjny wpływ na społeczeństwo. Dlatego aż prosi się o ciąg dalszy Hotelu Dajti – co dzisiaj dzieje się ze społeczeństwem Albanii?
Twórczość Jana Stępnia od wielu lat sytuowana jest na osobnym torze współczesnej poezji polskiej, daleko od dominujących mód, strategii autopromocyjnych i eksperymentów formalnych podporządkowanych efektowi. Wyspa tańczących kotów stanowi w tym sensie tom szczególny, bo zarazem podsumowujący i pogłębiający najważniejsze wątki jego poetyckiego świata, a jednocześnie odsłaniający je w formie niemal ascetycznej, zredukowanej do elementarnych gestów języka. Jest to poezja, która nie chce imponować, nie chce błyszczeć erudycją ani formalną wirtuozerią; przeciwnie – konsekwentnie wybiera drogę prostoty, ryzykując niezrozumienie, a nawet lekceważenie ze strony czytelnika przyzwyczajonego do ironii, gry intertekstualnej czy semantycznego nadmiaru. Tym większa jednak siła oddziaływania tej książki, bo prostota u Stępnia nigdy nie jest naiwnością, lecz efektem długiej drogi twórczej, świadomego wyboru etycznego i estetycznego.
Biografia autora – obejmująca prozę, dramat, rysunek, rzeźbę, działalność międzynarodową i obecność w różnych środowiskach artystycznych – nie jest tu jedynie dodatkiem informacyjnym. W Wyspie tańczących kotów czuć doświadczenie człowieka, który widział wiele światów i potrafi się w nich poruszać bez potrzeby dominowania nad nimi. Stępień nie mówi z pozycji mistrza ani nauczyciela; raczej z pozycji wędrowca, obserwatora, kogoś, kto idzie – często dosłownie, jak jego kloszardzi, bezdomni, włóczędzy – i zapisuje to, co spotyka. Jego poezja jest zapisem drogi, ale drogi pozbawionej spektakularnych punktów orientacyjnych. To raczej ciąg małych zatrzymań, spojrzeń, milczeń, krótkich rozmów, które nie prowadzą do jednoznacznych konkluzji, lecz pozostawiają w czytelniku delikatny osad refleksji.
Jednym z najbardziej wyrazistych tematów tomu jest figura poety i pytanie o sens poezji we współczesnym świecie. Wiersz Poezja otwiera ten problem w sposób niemal anegdotyczny, a zarazem niezwykle znaczący. Pytanie „Kto dziś czyta wiersze?” zawieszone „na gwoździu milczenia” powraca jak refren egzystencjalnego zwątpienia. Odpowiedź „Wrażliwi ludzie” jest nieśmiała, jakby sam poeta nie był pewien jej wystarczalności. Ten dialog z Nieznajomym nie jest jedynie zapisem zewnętrznej rozmowy, lecz dramatem wewnętrznym – próbą usprawiedliwienia sensu własnego pisania. Milczenie, które następuje po pytaniu, staje się tu równoprawnym elementem wiersza, a może nawet jego istotą. Stępień od początku jasno sugeruje, że poezja nie jest domeną masową, że jej adresatem jest ktoś, kto potrafi zatrzymać się i słuchać ciszy.
Ten wątek zostaje rozwinięty w wierszu Poeta, który można czytać jako swoisty manifest, ale manifest pozbawiony patosu. Definicja poety jest tu negatywna: nie ten, kto siedzi przy biurku, nie ten, kto drukuje wiersze, nie ten, kto mówi o sobie. Poeta to „wieczny wędrowiec”, ktoś, kto „z księżycem się wadzi”, kto „z kloszardem milczeniem rozmawia”. Ta definicja przesuwa akcent z produktu (wiersza) na postawę życiową. Poezja przestaje być rzemiosłem literackim, a staje się sposobem bycia w świecie. W tym sensie Wyspa tańczących kotów jest książką głęboko etyczną, choć pozbawioną moralizatorstwa. Stępień nie poucza; pokazuje, że uważność, empatia i zdolność do milczenia są wartościami, które konstytuują zarówno poetę, jak i człowieka.
Motyw kloszarda, bezdomnego, wykluczonego powraca w tomie wielokrotnie i pełni funkcję znacznie szerszą niż społeczny komentarz. Wiersze Wolny człowiek, Kloszard, Idą…, Biedni i bogaci układają się w swoisty cykl, w którym bezdomność staje się figurą egzystencjalną. Kloszard Stępnia nie jest jedynie ofiarą systemu; bywa kimś, kto posiada wiedzę niedostępną ludziom „ustawionym”. Jego wolność – niepłacenie rachunków, brak podatków – ma wymiar paradoksalny i gorzki, ale zarazem demaskuje iluzoryczność porządku społecznego. Gdy kloszard mówi, że „czeka na Sąd Ostateczny”, aby „wygarnąć całą prawdę Panu Bogu”, słychać w tym nie tylko bunt, lecz także przekonanie o własnej godności. Stępień konsekwentnie przywraca głos tym, którzy zwykle milczą, albo których milczenie jest ignorowane.
Jednocześnie poeta nie idealizuje biedy ani wykluczenia. W Biedni i bogaci pojawia się obraz biedy, która „nie ma sił by wyjść na ulicę i krzyczeć”, która „czeka cierpliwie na ciepłe lato”. To jeden z najbardziej przejmujących fragmentów tomu, bo pozbawiony jakiejkolwiek retorycznej ostrości. Bieda nie protestuje, nie manifestuje – po prostu trwa. Ten obraz kontrastuje z oficjalnym dyskursem sukcesu, nowoczesności, obfitości. Stępień nie potrzebuje statystyk ani publicystycznych argumentów; wystarczy mu jedno zdanie, by odsłonić fałsz triumfalnych narracji.
Obok tematów społecznych bardzo silnie obecny jest w tomie motyw walki, ale walki rozumianej nie jako droga do zwycięstwa, lecz jako konieczność istnienia. Wiersz Walcz jest pod tym względem znamienny: „To nic, że przegrasz”. Smak zwycięstwa może być „tak gorzki jak smak porażki”. To przesunięcie akcentu z rezultatu na sam akt zmagania wpisuje się w etos Don Kichota, którego Stępień przywołuje w wierszu Rozmowa. Don Kichot wie, że „ludzi budzi się długo”, ale mimo to nie rezygnuje. Poezja jawi się tu jako forma quijotyzmu – świadomego działania wbrew oczywistościom, wbrew cynizmowi świata.
Bardzo ważnym, być może centralnym wątkiem Wyspy tańczących kotów, jest problem milczenia i słowa. Wiersze Skaleczona cisza, Milczenie, Słowa, Są…, Nowa lekcja tworzą rodzaj filozoficznej medytacji nad językiem. Stępień nie ufa słowom bezwarunkowo; wie, że mogą ranić, budować mury, kaleczyć ciszę. Jednocześnie nie rezygnuje z nich – przeciwnie, próbuje je oczyścić, sprowadzić do ich pierwotnej funkcji: komunikowania tego, co najdelikatniejsze. Postulat „naucz się mówić milczeniem” nie jest wezwaniem do rezygnacji z mowy, lecz do odpowiedzialności za każde wypowiedziane zdanie. Cisza u Stępnia nie jest pustką, lecz przestrzenią sensu, w której „słychać nasze myśli i nasze pragnienia”.
Ten etos uważności i czułości szczególnie wyraźnie objawia się w wierszach poświęconych naturze i rzeczom pozornie nieistotnym. Liść zaproszony na zimę do ciepłej chaty, zmęczony motyl, który staje się „bratem”, kamień będący „mistrzem cierpliwości”, drzewa i wiatr uczestniczące w subtelnych relacjach uczuciowych – wszystko to tworzy świat, w którym granica między ludzkim a nieludzkim zostaje zatarta. Stępień nie antropomorfizuje natury w sposób naiwny; raczej przywraca jej podmiotowość, zdolność do bycia partnerem w dialogu. To poezja głęboko ekologiczna w sensie duchowym, wolna od ideologicznych deklaracji, a zarazem niezwykle aktualna.
Osobnym i kluczowym obszarem tomu jest cykl wierszy poświęconych Marii Szalonej, który należy czytać jako najbardziej otwarcie autobiograficzną część Wyspy tańczących kotów. Maria nie jest tu wyłącznie figurą symboliczną ani literacką maską – jest żoną Jana Stępnia, realną towarzyszką jego życia, a zarazem centralnym punktem emocjonalnym tej książki. Wiersze te powstają z bezpośredniego doświadczenia bliskości, wspólnego trwania, codzienności przeżywanej razem, z jej rytuałami, lękami, czułościami i drobnymi zachwytami. Autobiografizm nie ma tu jednak charakteru wyznania ani ekshibicjonizmu; przeciwnie – zostaje przefiltrowany przez delikatność spojrzenia i język metafory, który chroni intymność, a jednocześnie pozwala ją uniwersalizować.
Maria Szalona jest żoną-muzą, ale nie w romantycznym, uprzedmiotawiającym sensie. Jest partnerką dialogu, osobą równorzędną, żywą, zmienną, nieprzewidywalną. Jej szaleństwo oznacza sprzeciw wobec świata uporządkowanego według chłodnych reguł, wobec racjonalizmu, który nie umie pomieścić emocji, tańca, zabawy, dziecięcej ciekawości. W ten sposób Maria staje się także lustrem dla samego poety – to przy niej i dzięki niej możliwe jest zachowanie wrażliwości, zdolności do zdumienia, do życia poza schematem. Wiersze o Marii są więc zapisem relacji małżeńskiej rozumianej jako wspólna droga, w której miłość nie jest stanem statycznym, lecz ruchem, tańcem, ciągłym odnawianiem obecności.
Autobiograficzny wymiar tych utworów ujawnia się również w drobiazgach: w tygodniowym rytmie dni, w podróżach, w rozmowach z przedmiotami i roślinami, w czułym humorze i w momentach niepokoju. Maria bywa kapryśna, zalękniona, roztańczona, skupiona, śniąca i pisząca – dokładnie taka, jaka bywa bliska osoba, widziana bez idealizacji, ale z miłością. Wiersze te pokazują, że prywatność u Stępnia nie służy autokreacji, lecz jest przestrzenią prawdy, w której poezja wyrasta z życia, a życie zostaje ocalone przez poezję. Dzięki temu cykl Marii Szalonej stanowi emocjonalne serce tomu – miejsce, w którym intymność staje się uniwersalnym doświadczeniem bliskości, a małżeństwo zostaje zapisane jako jedna z najbardziej elementarnych form wspólnego istnienia w świecie.
Kulminacją tej poetyckiej wyobraźni jest tytułowa Wyspa tańczących kotów. Ten obraz ma w sobie coś z dziecięcego snu, utopii, miejsca, do którego chce się uciec, ale które istnieje być może tylko w marzeniu. Tańczące koty, księżyc, senny blues – wszystko to tworzy atmosferę łagodnej melancholii. Wyspa nie jest celem podróży; jest pragnieniem, projekcją tęsknoty za światem, w którym ruch, taniec i bezruch współistnieją harmonijnie. To jeden z tych obrazów, które zostają w czytelniku na długo, nie domagając się interpretacyjnej przemocy.
Ważnym, bardzo osobistym tonem w tomie jest wiersz Ojciec. To krótki, ascetyczny zapis snu, w którym pojawia się wstyd, poczucie winy i nieodwracalność straty. Stępień nie rozwija tej sceny, nie tłumaczy jej psychologicznie. Wystarczy kilka wersów, by odsłonić dramat niemożności przeproszenia, który jest jednym z najbardziej uniwersalnych ludzkich doświadczeń. Ten wiersz pokazuje, że poezja Stępnia – choć często cicha i pogodna – potrafi dotykać najboleśniejszych punktów egzystencji.
Wyspa tańczących kotów jest także książką o przyjaźni i samotności. Drzewo i pies słuchają uważnie i milczą taktownie; człowiek często nie potrafi ani jednego, ani drugiego. To gorzka, ale nie oskarżycielska diagnoza. Stępień nie traci wiary w człowieka, ale przypomina o konieczności uczenia się relacji od istot, które nie mówią – albo mówią inaczej.
Na końcu tomu pojawia się wiersz Moja Ojczyzna, który zamyka całość w tonie spokojnej afirmacji. Ojczyzna jako krajobraz, jako język, jako przestrzeń sprzeczności – ostrych słów i łagodnych uniesień – nie jest tu fetyszem ani ideologicznym hasłem. Jest czymś żywym, delikatnym, wymagającym troski. W tym sensie cały tom można czytać jako akt lojalności wobec świata, który mimo swojej niedoskonałości zasługuje na uważne spojrzenie.
Wyspa tańczących kotów nie jest książką, którą czyta się szybko. Jej siła polega na powolności, na zgodzie na pauzę, na przyjęciu ciszy jako pełnoprawnego elementu lektury. To poezja, która nie konkuruje o uwagę, lecz ją zaprasza. W czasach nadmiaru słów i obrazów tom Jana Stępnia jawi się jako propozycja alternatywna, a zarazem niezwykle potrzebna: powrotu do elementarnych pytań o sens, relację, obecność. Jest to książka skromna i odważna jednocześnie, cicha, ale długotrwale rezonująca. Jeśli istnieją jeszcze „wrażliwi ludzie”, o których mowa w pierwszym wierszu, Wyspa tańczących kotów z pewnością jest napisana właśnie dla nich.
(Recenzja opublikowana w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok)
Czasy mamy dziś takie, że to, co uznajemy za ważne i istotne, podlega nieustającej weryfikacji i podważaniu, wystarczy tylko spojrzeć na social media, które obdarzaliśmy przecież jeszcze niedawno wielkim zaufaniem, a okazało się, że zostaliśmy przez nie obdarci dosłownie ze wszystkiego. Z wolnego czasu, życia rodzinnego, pieniędzy, wizerunku, nawet intymności, które zgarniają giganci internetowi, nie bacząc na koszty społeczne i indywidualne, a jedynie na swoje zyski. Narasta w związku z tym debata publiczna, co dalej robić, skoro nawet dzieci mieszkają już w internecie i nijak nie zamierzają tego domu złego nigdy opuszczać. Może więc warto tu i teraz odwołać się do własnego doświadczenia, bo przecież nie zawsze tacy internetowi i facebookowi byliśmy. Co prawda nie wszyscy mają do czego wracać, ale jest jeszcze sporo ludzi, którzy kiedyś w pełni zaznawali innego życia, a nawet nadal czynią to notorycznie. I ja trochę do takich osób należę, choć z higieną internetową jest u mnie dość krucho, co kompensuję sobie podlewaniem kwiatków oraz lekturą książek, kolekcjonerstwem malarstwa polskiego, wędkarstwem i grzybobraniem oraz uprawą ogródka. Może wygląda to śmiesznie wobec zapędów potężnego Marka Zuckerberga, aby organizować mi świat od rana do wieczora, ale dla dobrego życia ważną wartością są rzeczy małe; a kto wie czy obecnie nie są remedium, żeby się big techom choć trochę wywinąć. I nie mam tu na myśli całkowitego rozstania, to chyba już się nie uda, ale wykrawanie sobie z codzienności enklaw, które będą nasze i tylko nasze.
Dla mnie taką enklawą jest wędkarstwo, które uprawiam od szóstego roku życia, co pieczętuje oprawiona w ramki fotografia z Ojcem, jak łowimy szczupaki na Zalewie Zegrzyńskim z zacumowanego przy brzegu statku Diana. Było to co prawda w okropnych czasach gomułkowskiego PRL-u, ale musiało mieć jakąś wartość i ogromną siłę przyciągania, bo trwam w wędkarstwie od tamtej pory i je sobie niezmiennie chwalę. A że niestety mrozy poniżej 10 stopni Celsjusza wykluczyły w tym roku wędkowanie na lodzie i wychodzenie w morze, to spojrzałem na nabytą w styczniu br. grubą książkę Marka Szymańskiego Moje wędkarstwo – Wisła, Spinning i Trolling. Cześć 1. I jak ją dopadłem, to już nie puściłem, męcząc co wieczór przed snem wzrok przy kolejnych Markowych opowieściach.
Kim jest red. Marek Szymański, wszyscy w wędkarskim światku doskonale wiedzą. Wędkarz, przewodnik, wielki autorytet i to nie z kategorii tych, którzy o wodach wypowiadają się tylko dlatego, że otrzymali tłusty finansowy grant z UE z zadaniem objawienia światu kolejnych urzędowych mądrości. Marek naprawdę spędził kilkadziesiąt lat swojego życia na wodzie, więc każde jego słowo ma walor osobistego ogromnego doświadczenia i przeżytej przygody. Oczywiście nie jest to literatura, ale już reportaż na pewno, choć i w literackim zakresie mamy znakomite nazwiska – Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz wyprawiali się nad Sołę i Skawę, łowiąc świnki i klenie, Jerzy Putrament pisał o boleniach, a STS żywił się rybami złowionymi w jeziorze Nidzkim przez red. Rakowskiego. Można więc powiedzieć, że jest do czego nawiązywać – w moim przypadku była to od zawsze prenumerata „Wiadomości Wędkarskich”, teksty Mariana Paruzela, Jacka Kolendowicza, Karola Zacharczyka, czy Życie Wielkiej Rzeki Wiktora Ostrowskiego – kapitalny reportaż z podróży do Amazonki i jej dopływów. No i Ojciec, bez którego pasji wędkarskiej zapewne by to wszystko oklapło. Choć właściwie nie wiem, czy akurat w przypadku Śmierci pięknych saren Oty Pavla, będąc już licealnym młodzieńcem, nie dowiedziałem się czegoś szczególnego o sobie i Rodzicach – faktem jest, że ta piękna książka znalazła się u nas wtedy w domu w zasięgu dłoni.
Wracając jednak do Marka Szymańskiego i jego znakomitego dzieła, to powiedzmy sobie wprost, iż jest to robota chyba porównywalna jedynie z Feliksa Choynowskiego pomnikowym Wędkarstwem na wodach polskich, pierwsze wydanie z 1939 roku, opatrzone 156 rycinami i jedną kolorową tablicą, co było jak na tamte czasy kapitalnym osiągnięciem. U Szymańskiego samych zdjęć jest na pewno paręset, a tekst to przeplatanka gawędy, opowieści, porad i sposobów, bo przecież wędkarstwo rzeczne i morskie, które Marek nadal uprawia, jest naprawdę gigantyczną szkołą życia i dziedziną bardzo fachowej wiedzy. Mamy więc piękną kontynuację tej tradycji pisarskiej, tym bardziej cenną, że Szymański poświęca swą książkę pięknu Wisły na wszystkich jej odcinkach, także warszawskim. Wszędzie tam łowił ryby, zna rzekę jak mało kto i ma swoje zdanie na temat działalności człowieka i różnych, zarówno urzędowych, jak i ekologicznych pomysłów, co by tu jeszcze spieprzyć…
Niewątpliwie lektura Mojego wędkarstwa powinna przechodzić z ojca na syna, z dziadka na wnuka, jako antidotum na cały ten ohydny brud, jaki przynosi internet i tzw. media społecznościowe. Najczęściej bowiem jej lektura skutkuje po prostu pójściem na ryby, kupnem pierwszej wędki, a często złowieniem pierwszego okonia. Niby to proste, znane od dziesięcioleci, a ustawia tę wspaniałą książkę w rzędzie takich lektur, jak Eugeniusza Paukszty Zatoka żarłocznego szczupaka – że aż chce się wyjść z domu. Bez telefonu komórkowego i bez Tik Toka, za to z głową pełną marzeń, u boku Ojca.
Piszę ten tekst we Wrocławiu, który wcale nie jest miastem prowincjonalnym. Był w 2016 r. Europejską Stolicą Kultury, a tytuł ten zawdzięczał licznym instytucjom działającym na miarę europejską – że wymienię tylko Operę, Narodowe Forum Muzyki, Akademię Sztuk Pięknych.
Piszę w Polsce – która nie jest prowincją Europy. Jest dziś jednym z najlepiej rozwijających się krajów, a w przeszłości dała światu takich ludzi jak Mikołaj Kopernik, Fryderyk Chopin, a ostatnio Olga Tokarczuk.
Piszę jako Europejczyk, mieszkaniec kontynentu, z którego byli Arystoteles, Beethoven, Einstein – i wielu, wielu innych, którzy zbudowali najlepszą w świecie naukę, kulturę, a przede wszystkim – wysiłkiem licznych przedsiębiorców, wynalazców, techników i robotników – zbudowali najlepszą w świecie gospodarkę.
Piszę to wszystko w czasie przeszłym. Bo przeszłość Wrocławia, Polski, Europy jest wspaniała, ale jej piękny obraz, jaki pielęgnujemy w sercu, jest mylący – to wszystko już historia. Najlepsza w świecie nauka, kultura, gospodarka – były, ale niegdyś. Dziś świat jest inny.
Sukcesy Europejczyków miały źródła złożone, do najważniejszych należała umiejętność zapożyczania z innych kontynentów tego, co miały wartościowe. Uprawę zbóż – z Bliskiego Wschodu, być może z terenu dzisiejszej Turcji. Użycie koni – z Centralnej Azji. Nie wiadomo, czy prawdą jest – jak głosi grecka tradycja – że Platon i inni antyczni filozofowie zaczerpnęli wiedzę od kapłanów egipskich, ale nie ulega wątpliwości, że alfabet wymyślili Fenicjanie na obszarze dzisiejszego Libanu, od nich zapożyczyli go Grecy. Chrześcijaństwo zrodziło się w Palestynie. Cyfry, błędnie nazywane arabskimi, pochodzą z Indii. Od Chińczyków, za pośrednictwem arabskim, nauczono się produkowania i używania papieru. Z Afryki jest kawa, od amerykańskich Indian – ziemniaki, czekolada. To tylko kilka przykładów spośród niezliczonych wynalazków oraz idei, które nasi przodkowie skopiowali (nie płacąc za prawa autorskie!), udoskonalili i zintegrowali w jednolitą kulturę. Jej odgałęzieniem stała się kultura amerykańska – łącznie niekiedy określane jako cywilizacja zachodnia.
Europejczycy mieli też własne wynalazki. Przed maszyną parową najważniejszym samodzielnym dorobkiem była broń palna. Wprawdzie proch wymyślono już wcześniej w Chinach, ale używano go głównie do zabawy – do fajerwerków. Dopiero w Europie odkryto, jak efektywny może być w zabijaniu. Dzięki muszkietom i armatom Europejczycy podporządkowali sobie świat. Opowieści o rzekomej wyższości cywilizacyjnej państw naszego kontynentu to bajki, maskujące gołą przemoc, poprzez którą zbudowano imperia kolonialne, niszcząc przy okazji lokalne kultury, niektóre po części, inne – jak Majów i Azteków – niemal zupełnie. Co prawda, nie decydowała sama broń: używano też przekupstwa i forteli, a za konkwistadorami postępowali misjonarze, którzy chrzcili tych tubylców, co przypadkiem przeżyli najazd. Ale kluczowe znaczenie miała siła zbrojna, w której stosowaniu Europejczycy okazali się najskuteczniejsi.
Dzięki niej w XIX w. rządził światem koncert mocarstw – oczywiście europejskich. W Berlinie, Londynie, Moskwie i Paryżu, a raczej w rokowaniach pomiędzy tamtejszymi władcami, zapadały decyzje o losach całego globu. Generała Alfreda von Waldersee nazywano „feldmarszałkiem świata” – nieformalnie, ale realnie, gdy na przełomie XIX i XX w. dowodził połączonymi siłami europejskich interwentów w Azji.
W XX w. sytuacja nieco się zmieniła. Filozofowie, tacy jak Edmund Husserl, wielokrotnie zwracali uwagę na kryzys cywilizacji europejskiej, zahamowanie jej rozwoju. Pewnie długo jeszcze trwać będą spory o przyczyny tego regresu. Być może decydujące było, że zbrojną przemoc, tak skuteczną wobec obcych, z coraz większym zapałem zastosowano też wobec innych Europejczyków. Dwie wojny, zwane światowymi, w XX w. wyniszczyły Europę. Wojskowi i politycy naszego kontynentu używali coraz skuteczniejszych narzędzi zabijania – czołgów, samolotów, rakiet, gazów bojowych, które jeszcze bardziej efektywne okazały się użyte w komorach gazowych. Broń nuklearną zbudowano wprawdzie w Stanach Zjednoczonych, ale to przecież odgałęzienie Europy, a ważną rolę odegrali przy jej projektowaniu emigranci z naszego kontynentu. To w Europie wymyślono obozy koncentracyjne (jeden z samodzielnych wynalazków Europejczyków).
W minionych wiekach, walcząc pomiędzy sobą, doskonalono broń i umiejętności, co pozwoliło naszym przodkom podporządkować sobie świat. W XX w. europejska „wojna domowa” stała się tak zaciekła, że uczestnikom odebrała siły. Dziś wschodnią część dewastuje agresja Rosji przeciw Ukrainie – prowadzona z pomocą państw takich jak Chiny, Indie, Iran.
Świat ulega globalizacji. Beneficjentami nie są Amerykanie – jak uparcie powtarzają nieznający świata komentatorzy z naszego kontynentu, nieumiejący wyjść poza tradycje myślenia w schematach zachodnich – ale Chiny, Indie, kraje arabskie, zdobywające przewagę konkurencyjną nie dzięki przemocy, ale poprzez wykorzystanie słabości i nieracjonalności Zachodu. Oraz dzięki inwestowaniu w zakresy, które my zlekceważyliśmy. Podam tylko jeden przykład: koreańska uczelnia Gachon Cocone School kształci w zakresie innowacyjności, zakładania startupów, nie rozdrabnia wiedzy na „ekonomię”, „informatykę” etc. A uczelnie europejskie więcej uczą przeżutej papki wiedzy już istniejącej niż otwierania się na nowości.
Nastąpiła prowincjalizacja Europy. Określenie to zaproponował już w 1977 r. Hans-Georg Gadamer, pisząc o „Europie sprowincjalizowanej od 1914 roku”. A Norman Davies ze smutkiem zachęcał, byśmy uświadomili sobie „jak niewielki i bezbronny jest nasz europejski dom”.
Nasz kontynent utracił dawną pozycję. Czas przestać powielać slogany o jego wspaniałości, coraz bardziej przypominające naiwne teksty o wielkości Rzeczypospolitej powtarzane przez polskich autorów na przestrzeni XVIII w. – gdy w istocie staczała się w otchłań. Jeśli to się nie zmieni, Europa z własnej woli stanie się skansenem, mieszkańcy, dumni z minionej chwały, będą podtrzymywali tradycje coraz bardziej archaiczne, śmieszące nowoczesny świat, a turyści z Azji będą podziwiać naszych potomków tak, jak dziś Europejczycy przyglądają się wioskom Masajów – z ciekawością i współczuciem. Zamykamy się sami. W 2016 r. w Londynie nastąpiły protesty przeciw „dubaizacji” Zjednoczonego Królestwa, polegającej na wznoszeniu zbyt wspaniałych pałaców i wieżowców, niezgodnych z brytyjskimi tradycjami. Inni też coraz głośniej nawołują do separowania się od świata, wracania do własnych, archaicznych tradycji (czy też tego, co za takie tradycje uważają). Taki konserwatyzm oczywiście nie zdoła całkowicie zablokować modernizowania Europy, ale spowalnia ten proces. Masajscy szamani też zaczynają używać telefonów komórkowych – ale nadal uprawiają magię.
Na potoczne myślenie Europejczyków istotny wpływ wywiera sposób pisania o historii kontynentu. Niepomni zapożyczeń, dzięki którym zbudowano europejską cywilizację, nasi historycy uprawiają europocentryzm, na ogół nieświadomy – aż do połowy XX w. tylko w niewielkim stopniu interesowały ich dzieje świata poza jedynie Europą, Ameryką i Bliskim Wschodem (ale tylko w starożytności i średniowieczu). W książkach widać ukrytą tezę, że Europa zbudowała siebie sama. Wszelkie zapożyczenia – to szczegóły, niezasługujące na uwagę, to w Europie stworzono naukę i kulturę. Nawet jeśli wspominają o pozaeuropejskich korzeniach zjawisk, które tylko przykładowo wymieniłem wcześniej, to prześlizgują się nad nimi tak, że nie dość uważny czytelnik może ich nie zauważyć.
Na dzieje reszty globu patrzą jako na ciekawostki, o których trzeba czasami wspomnieć, zwłaszcza gdy zakłócały harmonijny rozwój Europy, jak agresja Hunów na przełomie antyku i średniowiecza, bądź Mongołów w XIII w. – ale generalnie nie mają znaczenia. Owszem, były gdzieś Chiny, Indie, ludy Afryki, Arabowie, wspominano o nich jako dostawcach porcelany, korzeni, jako źródle niewolniczej siły roboczej lub zagrażających nam najeźdźcach. Ale generalnie traktowano lekceważąco, jako kraje i społeczeństwa zacofane, które powinny wzorować się na Europie, prędzej czy później dogonić ją w rozwoju, wtedy dopiero zasłużą na uwagę. Uczyniła to jakoby Ameryka w czasach nowożytnych. Pomijano ten szczegół, że to nie jej rdzenni mieszkańcy zbudowali społeczeństwa „Nowego Świata”, ale europejscy przybysze; tubylców zabito czy zamknięto w rezerwatach. Ignorowano fakty świadczące, że to właśnie europejska przemoc zablokowała rozwój społeczeństw pozaeuropejskich, że zanim pojawili się tu „odkrywcy” z naszego kontynentu, kultura i gospodarka takich krajów jak Chiny czy Indie wcale nie ustępowała brytyjskiej czy francuskiej, ich rozwój zahamowały dopiero wojny kolonialne i kolonialna gospodarka.
Nie tylko niewiele pisano o reszcie świata, ale też mało interesowano się dorobkiem badaczy pochodzących spoza kultury europejskiej.
Zmienia się to, choć powoli. W drugiej połowie XX w. zaczęto dostrzegać kraje uwalniające się z niewoli kolonialnej, sięgać do europejskich źródeł mówiących o ich dziejach, potem odkrywano, że istnieją też źródła wygenerowane w tych krajach, jeszcze później – że mają one własnych badaczy, których dorobek być może warto znać. Dopiero w XXI w. doceniono ten dorobek, dziś spotykamy się z opiniami, że np. Dipesh Chakrabarty, pochodzący z Bengalu, należy do najwybitniejszych historyków w świecie. Ale ta opinia, niewątpliwie zasłużona, możliwa jest dzięki temu, że po różnych peregrynacjach dziś pracuje w USA, od dawna publikuje po angielsku. Jaki jest dorobek badaczy publikujących po bengalsku, tego, poza Indiami, nikt nie wie.
Byli oczywiście historycy myślący szerzej. W Polsce np. Jan Kieniewicz, w USA Immanuel Wallerstein. Patrzono na takich jak oni pobłażliwie, nawet ceniono za to, że proponują alternatywne podejście do dziejów powszechnych, że motywują do dyskusji. Ale mało kto poważnie traktował ich poglądy. Potem zrodził się nurt badań określanych jako „postkolonialne” bądź „postzależnościowe” – tu już było zwolenników nieco więcej, zwłaszcza wywodzących się z innych kontynentów, jak Leela Gandhi. W Polsce propaguje takie myślenie zwłaszcza Ewa Domańska. Ale nadal dorobek takich badaczy nie trafia do programów szkolnych, a tym samym do powszechnej świadomości. I w Polsce, i w innych krajach kontynentu podręczniki wciąż pisane są europocentrycznie, a młodzież – przekonana, że zawierają wszystko co ważne – utrwala się w prowincjonalnej ignorancji.
Byli też artyści sięgający, na ogół dość powierzchownie, do tradycji muzyki czy sztuk plastycznych innych kontynentów. Ich dorobek doceniano, lecz niewiele zwracano uwagi na „egzotyczne” korzenie, traktując je – znowu – jako ciekawostki, warte wzmianki, ale niekoniecznie uwagi.
Przekonanie o wspaniałości Europy, której zasługi nieporównywalne są z doświadczeniami innych kontynentów, mogłem poznać na własnej skórze. W 2025 r. napisałem skromny tekst, w którym odważyłem się dokonać pewnych porównań dziejów Śląska z dziejami Indii i kilku innych krajów. Jeden z recenzentów oburzył się – nie mieściło mu się w głowie, że można tak porównywać. A jest to poważny profesor, z solidnego uniwersytetu, pominę nazwisko, bo nie chodzi o tego jednego człowieka, ale o postawę, wciąż obecną wśród wielu. Nie twierdzę, że mój tekst był znakomity – nie była to wnikliwa analiza, a tylko wskazanie problemu. Lecz okazało się, że sam pomysł, by z równą powagą traktować dzieje fragmentu Europy i fragmentu Azji, wykracza wciąż jeszcze poza zdolność pojmowania niektórych naszych intelektualistów.
Właśnie to odsłania problem. „Prowincjonalizm” to w potocznym odczuciu przejaw zacofania, nieznajomości świata, partykularyzmu w myśleniu. To nieco łagodniejsza forma „zaściankowości”. I takie właśnie podejście widać w europejskim myśleniu. W mediach niewiele znajdziemy wiadomości o tym, że chiński próbnik dotarł na ciemną stronę Księżyca i prowadzi tam interesujące badania, a indyjski dotarł do Marsa. Nie znajdziemy informacji o budowaniu w Indiach potężnych centrów sztucznej inteligencji – powstają kosztem równowartości miliardów dolarów. A my korzystamy z wersji dla ubogich – z ChataGPT czy chińskiego DeepSeek. Po trochu dociera do nas wiedza o bogactwie Dubaju, ale wciąż z naiwnym komentarzem, że to rezultat wydobycia ropy naftowej – gdy w rzeczywistości kraj ten wprawdzie zaczął swój znakomity rozwój od eksploatacji i sprzedaży ropy, ale dziś zawdzięcza go nowoczesnemu przemysłowi i usługom dla wielu krajów, zwłaszcza Azji, bo Europa jest za biedna, prawdziwe pieniądze zarabia się gdzie indziej.
Zaczynamy lubić sushi, kimchi i egzotyczne owoce. Do naszych decydentów dotarło już, że najlepsze są czołgi z Korei (oczywiście Południowej), nawet negocjujemy ich wspólne produkowanie na koreańskiej licencji. Nowe zjawiska dostrzegają niektórzy artyści i dziennikarze o najszerszym spojrzeniu. Niektórzy uczeni, zwłaszcza z zakresu nauk ścisłych i technicznych, myślący najbardziej perspektywicznie, zatrudniają się na uczelniach w Azji – np. Andrzej Dragan na uniwersytecie w Singapurze. A humaniści w większości jeszcze nie zauważyli nowego obrazu świata. I może nie wiedzą, że swe wyrafinowane teksty piszą na komputerach wyposażonych w chińskie podzespoły, a rozmawiają przez telefony produkcji koreańskiej. To właśnie nasza zaściankowość – niedostrzeganie własnego zacofania.
Towarzyszy temu przekonanie, że jesteśmy wspaniali. Przecież dowodzi tego nasza historia (pisana przez nas lub naszych poprzedników). Zdaniem Ernsta Cassirera „wiedza historyczna jest odpowiedzią na konkretne pytania, odpowiedzią, którą musi dać przeszłość, ale same pytania stawia i dyktuje teraźniejszość – stawiają je i dyktują nasze aktualne zainteresowania intelektualne i nasze aktualne potrzeby moralne i społeczne”. W praktyce wybieramy z przeszłości te problemy i zdarzenia, które nas interesują i arogancko ogłaszamy, że to problemy i zdarzenia najważniejsze. Wybieramy to wszystko, co dobrze świadczy o dziejach Europy i jej wspaniałości, a omijamy, co jej przeczy. A przede wszystkim ignorujemy fakt, że to już przeszłość.
Taka zaściankowa pyszałkowatość nie jest oczywiście wyłącznie cechą Europejczyków. Wyznawcy hinduizmu ufają, że święte miasto Waranasi (Benares) stanowi centrum Wszechświata. Chińczycy długo byli przekonani, że ich kraj jest jedynym cywilizowanym – „Państwem Środka”, a cała reszta to barbarzyńcy. Dopiero klęski w XIX i XX w. wyrwały ich z samozadowolenia. O dziwo, swe zacofanie przezwyciężyli nadzwyczaj skutecznie, a dziś wracają do przeświadczenia o swej wyjątkowości.
Starożytni Asyryjczycy nazywali dzisiejsze Morze Śródziemne „Morzem Zachodzącego Słońca” („Morzem Wschodzącego Słońca” była dla nich dzisiejsza Zatoka Perska). Czy dziś Słońce właśnie zachodzi nad Europą?
(Artykuł został zamieszczony w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok)
Przypadek rządzi ponad połową naszych działań.
Nicolo Machiavelli
Tymi wspominkami rządzi przede wszystkim alfabet. Porządek alfabetu. Czy okaże się równie kapryśny jak tok każdej rzekomo czysto chronologicznej opowieści wspomnieniowej, w porządku której – i to w zupełnie naturalny i bezpośredni sposób – pojawiać się zaczyna coraz większy natłok zderzanych ze sobą nieuchronnie, rozmaitych zdarzeń, postaci czy sytuacji, wzajem się siłą rzeczy nieustannie w ten czy inny sposób pobudzających, napędzających i dopełniających?
Abramow Jarosław (ur. 17 V 1933) – syn popularnego niegdyś prozaika Igora Newerlego. Autora m.in. socrealistycznej jeszcze Pamiątki z Celulozy, jak i zarazem m.in. popularnych czytelniczo powieści (Leśne morze, Wzgórze Błękitnego Snu czy opowiadań Za Opiwardą, a siódmą rzeką…), jak i autentycznej w bolesnych realiach opowieści o dramatycznej ucieczce pisarza z porewolucyjnej Rosji lat 20. 0raz o tak trudnej z wielu powodów adaptacji do rzeczywistości polskiej lat międzywojennych, co opisał w arcyciekawych wspomnieniach – Zostało z uczty bogów, wydanych z wiadomych powodów politycznych dopiero w 1987 r.
Jarosław Abramow dał się szerzej poznać w latach 60. m.in. ze współpracy z teatrem STS oraz jako autor wielu popularnych sztuk scenicznych, piosenek, satyr i wspomnień (jak Anioł na dworcu, Derby w pałacu, Maestro). Osobiście poznaliśmy się w… Białowieży. Tak, w tej Białowieży, gdzie urodził się (w 1913 r.) i dorastał jego ojciec Igor. I gdzie w 80. rocznicę jego urodzin Zarząd Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC), którego byłem członkiem, zorganizował sesję wyjazdową poświęconą przypomnieniu jego tak meandrycznie przez „odmiany czasu” pogmatwanego, pełnego niezmiernie dramatycznych momentów życia i twórczości. Był na niej oczywiście jako gość specjalny – i Jarosław A. Wysłuchał, pośród kilku referatów, i mojego wystąpienia o swoim ojcu (pt. Ważne ogniwo lewicowej tradycji literackiej). A potem w trakcie dyskusji, jaka się wywiązała, stanął wyraźnie po mojej stronie w polemice z jednym z krakowskich przedstawicieli SPP, nowego wówczas stowarzyszenia literackiego, gdy obowiązywały były tam jeszcze wyraźnie aktualnie „modne”, mocno stereotypowe antylewicowe poglądy na twórczość powojenną i na całą tę złożoną powojenną rzeczywistość i jej reprezentantów, a niektórzy lubili się nimi wręcz demonstracyjnie popisywać publicznie, co obudziło odruchowy sprzeciw takich ludzi jak Jarosław A. Spotykaliśmy się jeszcze parokroć potem na rozmaitych imprezach literackich w Domu Literatury czy w Klubie Księgarza oraz na… Cmentarzu Powązkowskim w dniu 19 września, w dniu urodzin jego Ojca.
Afanasjew Jerzy (1932–1991) – poeta, satyryk, reżyser teatralny, filmowy i TV. Mało kto go pewnie dziś jeszcze niestety pamięta, choć jego wiersze, satyry i utwory sceniczne publikowane były w słynnym tygodniku „Przekrój” w jego czasach najlepszych czy wystawiane w studenckim teatrze Bim Bom w Gdańsku (Cyrk rodzinny Afanasjeff, Tralabomba) i cieszyły się sporym zainteresowaniem. Łączyły i zderzały bowiem, jak robił to jego mistrz – Konstanty Ildefons G. – nadrealistyczne widzenie rzeczywistości z czymś, co Anglicy nazywają życiowym common sensem. Poznaliśmy się z Jerzym A. w Gdańsku w słynnym klubie studenckim Czerwona Róża, nie pomnę daty dokładnej, jako jurorzy jakiegoś konkursu literackiego, poetyckiego zapewne (a było ich wtedy wiele w latach 70. XX w., bo nie wymagały większego nakładu sił i środków jak konkursy na prozę czy sztukę teatralną). Widać przypadliśmy sobie jakoś tam do gustu, bo nadal mam w swoich zbiorach kilka jego tomików wierszy, które mi podsyłał z miłymi dedykacjami…
Andrzejewski Jerzy (1909–1983) – też wiadomo kto zacz: laureat nagrody Młodych Polskiej Akademii Literatury (1939) za Ład serca, autor głośnej z wielu powodów powieści i filmu (w reżyserii Andrzeja Wajdy) Popiół i diament oraz potem wielu innych „odwilżowych” już utworów, jak m.in. Ciemności kryją ziemię, 1957, Bramy raju, Już prawie nic, Teraz na ciebie zagłada, Miazga (Londyn 1981), wspomnień, felietonów, dzienników… Ważna to była i wpływowa postać polskiego powojennego życia literackiego. Poznałem go osobiście w latach 70. dzięki mężowi jego córki Agnieszki – Andrzejowi Słomianowskiemu, koledze z Koła Młodych ówczesnego ZLP i współpracownikowi „Nowego Wyrazu” (byłem wtedy jego red. nacz.), tłumaczowi współczesnej literatury anglo-amerykańskiej (wkrótce potem wyemigrował do Danii). Zaprosił mnie był i wpadłem z nim oto któregoś popołudnia – z ciekawości czystej, a i młodzieńczej snobistycznej zapewne też – do słynnego („kultowego”, jakby to dziś powiedzieć należało), popularnego wśród ówczesnej kulturalnej elity (i ich licznych poputczyków z tzw. szlaku: Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, kawiarenka PIWu i restauracja Kameralna na Foksal, kawiarenka „Czytelnika” na Wiejskiej) barku w hotelu „Bristol”, gdzie niepodzielnie królowała za barem władcza, biuściasta i postawna blondyna – pani Lodzia. Zastaliśmy tam już Jerzego A. siedzącego samotnie na wysokim barowym stołku. Był już wyraźnie w stanie wskazującym, że nie były to tego dnia jego pierwsze drinki (nazywał je „harcerzykami” – sok pomarańczowy z czystą-ojczystą), które i nam wkrótce zaserwował. Po małej prezentacji mojej skromnej osoby dokonanej przez Andrzeja oraz po wstępnej konwencjonalnej wymianie uwag na tematy aktualne, polityczne i inne ploteczki towarzysko-środowiskowe, zeszło na coraz to bardziej już dociekliwie i konkretnie formowane tematy i pytania – i to do mnie już przez niego wprost kierowane, a dotyczące… historii literatury polskiej. Ciekawiła go, pamiętam, m.in. moja znajomość literatury staropolskiej, zwłaszcza zaś opinia o Mikołaju Sępie-Szarzyńskim; wielkim jak wiadomo poecie dylematów i konieczności ludzkich wyborów moralno-egzystencjalnych, autorze prekursorskich sonetów o istocie ludzkiej jako „rozdwojonej w sobie”: „I nie miłować ciężko i miłować / Nędzna to pociecha”. Zacytowałem z pamięci, bo właśnie niedawno mieliśmy na studiach zajęcia na temat jego twórczości, ale wkrótce poczułem się jak na jakimś egzaminie polonistycznym… No bo to było rzeczywiście coś w rodzaju egzaminu, jak się potem dowiedziałem (i czego się po trochu domyślałem). A który zdałem u niego, jak to mi powiedział Andrzej S. następnego dnia w red. „N.W.”, gdy przyszedł podleczyć wczorajszego kaca redakcyjną herbatką… O kaca jego teścia pytać nie musiałem. I nie pytałem przezornie, bo miałem – i mam nadal – w pamięci ten obraz, gdy pisarz, perorując na temat twórczości własnej (rzecz jasna), swojej postawy twórczej oraz powinnościach pisarskich (pisarz jako sumienie narodu), osunął się w pewnym momencie, nagle i niespodziewanie, ze swego stromego barowego stołka na barową podłogę… Polały się co nieco też i niedopite „harcerzyki”… Ale pani Lodzia była na posterunku…
Dowiedziałem się jeszcze na koniec od nieocenionego Andrzeja S., że jego teść, jako były przedwojenny student polonista bez końcowego formalnego dyplomu ukończenia studiów, ma taki z tego powodu „mały kompleksik”…
Auderska Halina (1904–2000) – wiedziałem o niej niewiele, ot, przedwojenna polonistka, językoznawczyni (współredaktora Słownika Języka Polskiego PWN), autorka sztuk teatralnych i telewizyjnych, a także kilku popularnych prozatorskich utworów, z których najciekawszą wydawała mi się, jako ówczesnemu prasowemu recenzentowi bieżącej produkcji literackiej, powieść Ptasi gościniec (1973). Samą autorkę poznałem nieco bliżej dopiero już jako prezesa Związku Literatów Polskich – właśnie po owym 1983 r., czyli po niespodziewanej śmierci Wojciecha Żukrowskiego pełniącego przed nią tę funkcję.
Tak się złożyło, że na zamówienie jednego z kolegów z warszawskiej polonistyki, już asystenta tamże, który dorabiał sobie do skromnej pensyjki uniwersyteckiej jako kierownik działu recenzji literackich w teoretycznym organie rządzącej partii „Nowe Drogi”, napisałem byłem recenzję z tej powieści dla tegoż czasopisma, chwalącą autorkę za istotnie daleką od politycznej agitki rzeczowość i konkretność historyczną realiów oraz psychologiczną wierność i dociekliwość w opisach życia i losów swego prostego chłopskiego bohatera. Pochodzącego z dawnych wschodnich kresów byłej Rzeczypospolitej („tutejszego”, jak mówił o sobie), który w końcowych latach II wojny światowej trafił do I Armii Wojska Polskiego, z którą przebył długi szlak bojowy od Lenino w stronę Berlina, a potem osiadł na Ziemiach Zachodnich. Recenzja ta została przyjęta do publikacji i nawet wydrukowana – otrzymałem egzemplarz autorski (mam go w swoich zbiorach do dzisiaj) i nawet niewielkie należne honorarium!
Aliści (jak by powiedział niezapomniany Jerzy Waldorf), pech chciał, że ówczesny redaktor naczelny pisma tego był – przedtem czy potem, już teraz nie pomnę (bo było to ponad pół wieku temu!) – nawet ministrem kultury i sztuki (nomina sunt odiosa), acz kto chce, może łatwo sprawdzić, kto zacz – wrócił był właśnie z urlopu. I ponoć go aż zatrzęsło z wielkiego oburzenia! Halina Auderska u mnie! Nigdy w życiu!!! Naiwnie wierzyłem w monolit polityczno-światopoglądowy ówczesnych elit władzy. Toteż zdziwiło mnie mocno, że nakazał on natychmiastowe skierowanie całego gotowego już numeru na przemiał i wydrukowanie nowego nakładu (nie licząc się z kosztami!), acz już bez owej „trefnej” dla niego z jakichś osobistych powodów mojej, jak mi się to wydawało, zwyczajnej i skromnej recenzyjki!
Aliści! Tu znowu zakrzyknąłby tenże Jerzy Waldorf. Na tym się nie skończyło. Ani z recenzyjką, ani z redaktorem-ministrem. Oto recenzyjka ta została przedrukowana w kilku innych pismach (m.in. w „Polonistyce” i „Trybunie Ludu”), gdzie widać jego ręce już nie sięgały, a i on sam wkrótce przestał być redaktorem i ministrem (po owej słynnej scysji na dziedzińcu ministerialnym z własną żoną, która zaatakowała go publicznie damską parasolką ku niewątpliwej uciesze świadków, innych urzędniczek/ów i gości zacnego Urzędu – widać miała swoje ku temu powody!).
Baranowski Krzysztof (ur. 1937) – słynny żeglarz, który jako jeden z pierwszych rodaków opłynął dwukrotnie samotnie dookoła nasz glob na jachcie Opty w latach 70. I co opisał był w książce wydawanej parokroć przez Iskry. Poznaliśmy się w redakcji jednej z codziennych gazet ówczesnych, na odbywanym raz w miesiącu tzw. nocnym dyżurze korektorskim (kiedy znudzeni lekturą jakichś „słusznych” wstępniaków mogliśmy pogadać o innych sprawach, własnych zainteresowaniach itp., w tym i lekturowych, a czytał sporo). Imponował mi bardzo jako żeglarz – jako komuś, kto tylko z łaski zabierany czasami na pokład żaglówki typu Omega na Zalewie Zegrzyńskim jako pasażer. On w pewnym momencie pierwszego już bodaj dyżuru sięgnął na półkę z książkami nad swoim biurkiem. Wyciągnął jedną, dość niepozorną. Ale gdy ją otworzył, ukazała się – ku memu niepomiernemu zaskoczeniu – w niej ukryta niewielka piersióweczka z dwoma lilipucimi kieliszkami. Tak, w środku był alkohol (zapewne jakiś koniaczek, nie pomnę), którym i mnie poczęstował… wypiliśmy po kilka łyków „za tych, co na morzu…”. Oczywiście nie był żadnym nałogowcem. Wiem, bo spotykaliśmy się potem jeszcze i w innych „okolicznościach przyrody”, m.in. na ogólnych zebrankach w ZLP, np. na posiedzeniach kilku komisji związkowych, których obaj byliśmy członkami (był wówczas taki nieformalny wymóg dla nowo przyjmowanych, bo „starzy” to sobie mogli „olewać”…). A potem bywało, że widywaliśmy się okazjonalnie, np. u jakichś wspólnych znajomych, gdy Krzysztof był już mężem popularnej i ogromnie sympatycznej tv speakerki – Bogumiły Wander… Teraz, po jej chorobie i śmierci (jesień 2025) dowiaduję się, że Krzysztof wypłynął właśnie w swój kolejny samotny rejs…
Bardach Juliusz (1914–2010) – historyk, profesor UW; współautor (wraz z prof. Bogusławem Leśnodorskim) obszernego dwutomowego dzieła Historia państwa i prawa polskiego do XV wieku, wydanego w 1957 r. i przeznaczonego głównie dla studentów – przyszłych prawników. Mam je jednak do dzisiaj w swojej domowej bibliotece i czasami nawet zaglądam, mimo iż czas jego powstawania odcisnął na nim swoje dość wyraźne, metodologicznie i językowo, znamię… Dziś zapewne studenci prawa mają do dyspozycji inne na ten temat dzieła. Trafiło ono do mnie już w roku 1957, po owym pierwszym wykładzie uniwersyteckim, na jakim się znalazłem jako student Wydziału Prawa UW jesienią tamtego roku. Oto gdy znalazłem się w licznym gronie oczekujących na wykład prof. Bardacha w Audytorium Maximum pojawił się na katedrze onże niepozornie wyglądający młody człowiek, jak się okazało profesor-wykładowca i zaczął od przepraszania nas, słuchaczy pierwszego roku, za – niewielkie zresztą – spóźnienie, którego powodem była mała, jak powiedział z przepraszającym uśmiechem, scysja z woźnym, który nie chciał wpuścić go na salę wykładową, mimo iż przedstawił mu się z imienia, nazwiska i funkcji: „ja pana nie znam, a jestem tu woźnym od przedwojnia i wiem jak wygląda profesor…”. Kupił nas tym od razu. A frekwencja na jego wykładach była potem chyba niemal zawsze bliska stuprocentowej!
Dla mnie jego wykłady i książka były swoistą rewelacją w widzeniu historii, zwłaszcza historii Polski, z taką jaka wyłaniała się z czytywanej tak chętnie w młodości naszej beletrystyki – prozy historycznej, począwszy od Józefa Ignacego Kraszewskiego, Henryka Sienkiewicza czy Teodora Tomasza Jeża, a nawet i samego współczesnego mistrza gatunku Teodora Parnickiego, u których sprawy istnienia i funkcjonowania instytucji prawnych w ich życiu codziennym praktycznie nie istniały dla ich bohaterów albo były zawsze na dalszym planie…
Dodać jeszcze do tego muszę, że wśród słuchaczy, którzy potwierdzić by mogli autentyczność tej – jak by powiedział bohater odeskiej prozy Babla Benia Krzyk (ciekawe, że w tym mieście urodził się był też prof. Juliusz Bardach) – „smacznej” historyjki byli tacy ówcześni moi nowi znajomi i koledzy z tej naszej pierwszorocznej grupy, jak Janusz Łętowski i jego późniejsza żona Ewa (wtedy jeszcze nie Łętowska), Witold Woyda (wkrótce znany jako kilkukrotny złoty medalista olimpijski we florecie) czy Sławomir Tabkowski (ostatni prezes RSW Prasa Książka Ruch) i wielu innych znanych potem postaci życia publicznego, nie tylko prawników… A z profesorem Juliuszem Bardachem zetknąłem się jeszcze po kilku… dziesięcioleciach, gdy stałem się już w latach 70. ubiegłego wieku członkiem Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC), do którego on od dawna już należał…
Bereza Henryk (ur. 1926) – krytyk literacki o zdecydowanie niekonwencjonalnym guście i smaku, redaktor działu krytyki miesięcznika „Twórczość”, który propagował na jego łamach młodych debiutujących prozaików – „zbereźników”, jak pisał Piotr Kuncewicz w swej Agonii i nadziei. Literatura polska od 1918. Znałem Henryka gdzieś od połowy lat 60. ubiegłego stulecia!, bo chętnie uczestniczył w rozmaitych imprezach młodoliterackich, tak licznych wówczas, organizowanych w naszym kraju przez większe i całkiem małe miasta i miasteczka z poparciem lokalnych władz i z nadzieją na wypromowanie „własnych”, regionalnych pisarzy. Pamiętam np. wspólny powrót z jakiejś literackiej imprezy nocnym pociągiem z Katowic, gdy staliśmy na zatłoczonym korytarzu i opowiadał mi o swojej znajomości i kontaktach z Markiem Hłaską rozpoczynającym dopiero swoją literacką karierę od zbierania doświadczeń „knajpianych”, m.in. w modnej wtedy nocnej warszawskiej Kameralnej na Foksal, skąd musiał go często ratować z rozmaitych „zakrapianych” tarapatów i odwozić taksówką do domu…
Anthony Giddens, socjolog śledzący zmiany, jakie zachodzą w ponowoczesnym społeczeństwie Europy Zachodniej, wyraża opinię na temat związku między przewidywaniem przyszłości a stanem jego obecnym. Traktuje ten związek jako nieprzypadkowy i odzwierciedlający podstawowy rys tego społeczeństwa. Pisze: „Zainteresowanie futurologią nie jest w warunkach wysoko rozwiniętej nowoczesności zajęciem ekscentrycznym, współczesnym odpowiednikiem dawnej wiary w przepowiednie wróżki. Przeciwnie, oznacza, że rozważanie kontrfaktycznych możliwości jest wpisane w refleksyjność w kontekście szacunku ryzyka i ewaluacji”. Ale dodajmy: to zadanie jest obciążone coraz większym ryzykiem pomyłek, nieuprawnionych retrospektyw.
Możemy więc przyjąć, że określenie innego badacza, Ulricha Becka – „społeczeństwo ryzyka” – odnosi się także w najwyższym stopniu do wszelkich prób projekcji minionego doświadczenia na przyszłe działania. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko ostrożnie korzystając z dorobku intelektualnego współczesności poddawać zmieniającej się diagnozie zmieniające się stany kondycji społeczeństwa, w którym uczestniczymy. Jakie zatem czynniki nadają temu społeczeństwu tak wielką i ryzykowną dla przyszłości dynamikę?
Odpowiedź Giddensa sprowadza się do rozpoznania trzech podstawowych, ponowoczesnych zjawisk społecznych determinujących nową postać podmiotowości. To, po pierwsze, wykorzenienie z relacji charakteryzujących społeczeństwo tradycyjne, po drugie, rozdzielenie czasu i przestrzeni jako nowy układ koordynacji działania (w tym samym czasie, ale bez uwzględnienia parametru przestrzeni i w tej samej przestrzeni, ale bez uwzględniania różnic czasowych), po trzecie wreszcie, to refleksyjność instytucjonalna jako warunek możliwości działania. W tym trzecim przypadku intelektualne czynniki rozpoznania aktualności jako stanu wymagającego korekty są najszybciej dostrzegalne. W obliczu nieprzewidywalnych do końca zmian, przymus bieżącego diagnozowania stanów społeczeństwa – w skali mikro i makro – to praktyczna realizacja powiedzenia „spodziewaj się niespodziewanego”.
W tym kontekście należy podkreślić stałą i niezbywalną obecność w ponowoczesnym społeczeństwie diagnostycznych form uczestnictwa nauk humanistycznych i społecznych w kształtowaniu współczesności. Nauki te, z obszaru czysto poznawczego zainteresowania swymi przedmiotami wchodzą w dziedzinę praktyk mających konsekwencje dla niestabilnej przyszłości podmiototwórczych form życia społecznego.
Pogląd Anthony’ego Giddensa dowartościowujący znaczenie diagnostycznej roli tych nauk ma swe potwierdzenie w badaniach Reinhardta Kosellecka, twórcy semantyki historycznej jako dziedziny badań. Z przemian form samowiedzy społeczeństwa nowoczesnego można wyprowadzać diagnozy jego współczesności. Tak można rozumieć diagnostyczną rolę semantyki historycznej. W jej ramach dwa pojęcia są niezwykle przydatne. To „przestrzeń doświadczenia” i „horyzont oczekiwań”, pojmowane jako ramy współczesnego środowiska kulturowego. W przestrzeni doświadczenia możemy pomieścić wzorce społeczne akulturacji nabyte z przeszłości. Horyzont oczekiwań zaś to wszystkie formy perspektywizmu działań, jakie wytwarza społeczeństwo poddawane przymusom zmiany ich form.
Teza Kosellecka jest następująca: „… w nowożytności stopniowo zwiększało się zróżnicowanie między doświadczeniem a oczekiwaniem, a dokładniej mówiąc, że nowożytność dopiero wówczas zaczęto pojmować jako nowy czas, od kiedy oczekiwania coraz bardziej oddaliły się od dotychczas poczynionych doświadczeń. […] nowożytność dawała się pojmować jako nowy czas, od kiedy spotęgowane oczekiwanie coraz to bardziej zaczęło się oddalać od wszystkich poczynionych uprzednio doświadczeń”.
Wnioski dotyczące rozumienia powiązania między procesami społecznymi, jakie zachodzą w ponowoczesnym społeczeństwie, a naukami humanistycznym i społecznymi:
Przeszłość i przyszłość coraz trudniej mieszczą się w oknie aktualności, przez które spogląda na współczesność badacz. Poczynione doświadczenia tracą swą funkcję diagnostyczną w podobny sposób, w jaki proces korozji doświadczenia dotyka rozumienie codzienności przez uczestników społeczeństwa. Przeszłość w coraz większym stopniu traci bowiem zrozumiałość, oczywistość. Światy codzienności budowane posttradycyjnie przenika nieprzejrzystość poczynionych doświadczeń właśnie dlatego, że w coraz mniejszym stopniu nadają się one do kreowania diagnoz przyszłości. Przyszłość zaś umyka ze sfery dziedziny przedmiotów działania w miarę tego, jak rośnie stawka ryzyka diagnoz pomnażanego obniżaniem się poziomu zaufania do poczynionych doświadczeń. W ten sposób świadomość niewiedzy dotyczącej przyszłości i przeszłości rzutuje na ciągłe obniżanie się zaufania do wiedzy. Trudność, z jaką się tu spotykamy, polega zatem na tym, że im bardziej niezbędne są diagnozy, w tym większym stopniu ich przedmioty opierają się próbom intelektualnego uchwycenia ich zmienności w czasie. Problem ten dotyczy na równi instytucji wiedzotwórczych, jak i samej wiedzy przez nie wytwarzanej. Kryzys zaufania do tych instytucji i wiedzy jako takiej wobec ciągłego obniżania się pensum zaufania do nich – oto sytuacja wyjściowa humanistyki akademickiej w jej szerszym środowisku kulturowym późnej nowoczesności. Ze skutkami tego rodzaju ich położenia będziemy się mierzyć pewnie nie tylko w najbliższej przyszłości, ale także poza granicami horyzontu oczekiwań, jaki jest nam dziś dostępny.
Spośród skutków, które, jak sądzę, są dziś już dobrze rozpoznawalne i znaczące dla formuł diagnostycznych współczesności, wymienię trzy:
po pierwsze, to kryzysy instytucjonalne uniwersytetu jako instytucji par excellence nowoczesnej. Najczęściej kryzysy te rozpoznawane są jako narzucenie akademii form instytucjonalnych korporacji;
po drugie, to inflacja wartości poznania humanistycznego wobec kryzysu transmisji w czasie kapitału kulturowego. Kryzys ten będzie się pogłębiać w miarę narastania problematyczności wiązania ze sobą przestrzeni doświadczenia z horyzontem oczekiwań;
po trzecie, to kulturowa kariera fikcji jako czynnika kształtującego nie tylko sferę czysto intelektualną współczesności, ale mającego znaczenie praktyczne. Nowoczesny sposób działania ma bowiem zasadniczo charakter kontrfaktyczny. Przed jednostkami i zbiorowościami w posttradycyjnym świecie społecznym w każdym momencie stoi otworem nieomal nieprzebrana liczba potencjalnych sposobów postępowania (wraz z towarzyszącym każdemu ryzykiem). Wybieranie spośród takich możliwości zawsze sprowadza się do pytania „co by było, gdyby”. W ten sposób poczucie ewentualności zaczyna dominować w sferze doświadczenia i stale pomniejsza wartość poczucia rzeczywistości. W sferze działania natomiast fikcja urzeczywistnia swą rolę (sic!) poprzez łady kulturowe zdeterminowane zjawiskiem „precesji symulakrów”, trafnie opisanych przez Jeana Baudrillarda.
W ten sposób wkroczyliśmy w nowy czas dla humanistyki, czas jej nowych ról i nowych dla niej form ryzyka, jakie bierze ona na siebie z racji uczestnictwa w procesach społecznych, jakie nie były jej dotychczas znane.
Paweł BYTNIEWSKI
***
Edukacja – problemy w III RP
Co jest czynnikiem sprawczym, który może prowadzić do lepszej przyszłości Polski? Jak w kontekście myślenia o przyszłości Polski postrzegać naukę, szczególnie nauki humanistyczne i społeczne? Jaką rolę odgrywa w tym edukacja? Jak przekonać obywatela, że to nauka powinna mieć autorytet w stosunku do innych źródeł wiedzy, a nie odwrotnie? Jak przekonać obywatela, że dobra edukacja, dobrze wykształcony nauczyciel to dobra inwestycja, to lepsza przyszłość kraju?
Odpowiedź na te pytania jest krótka i prosta, co nie znaczy łatwa do zastosowania czy kompletna, tym niemniej istotna, jak sądzę: czynnikiem sprawczym do lepszej przyszłości jest edukacja.
Rola nauczania i nauki jest tu szczególna. Nie jest to stwierdzenie odkrywcze, ale być może już zapomniane, praktycznie pomijane, a może lekceważone. Florian Znaniecki w Przedmowie do Ludzi teraźniejszych i cywilizacji przyszłości (wydanej w 1934 r.) pisał: „Pobudkę do jego [dzieła – MKB] napisania dała komisja, utworzona przed czterema laty przy Columbia University w New Yorku za inicjatywą i pod przewodnictwem dr. W. F. Russsella, dziekana Teachers College, a mająca na celu zbadanie, czy i o ile istniejące w Ameryce systemy wychowawcze przygotowują należycie młodzież do coraz szybszej zmienności, jaka cechuje cywilizację współczesną. […] czy chodzi nam jedynie o to, aby jednostka umiała się przystosować do zmian zachodzących niezależnie od niej, czy też o to, aby była zdolna do współdziałania z innymi w opanowywaniu zmian. […] jakim powinien być proces kształtowania ludzi, aby stali się oni zdolni do pokierowania cywilizacją” (s. 3, 5, 6).
Rozwój kultury materialnej i zaniedbanie kultury duchowej to według Znanieckiego główny problem. My, współcześni, jak się wydaje, mamy nie tylko taki problem, ale też taki, że edukacja, szkolnictwo każdego stopnia, od podstawowego po wyższe, są dzisiaj w Polsce upolitycznione. Każda opcja polityczna, która dochodzi do władzy, wprowadza swoje wizje edukacji, a ta nie lubi szybkich zmian. Skutki reform w szkolnictwie widoczne są nie od razu. Można i należy je oceniać, ale to wymaga czasu, dobrych narzędzi ewaluacji i celów. W krótkim czasie cyklów przejęć władzy powstaje chaos intencji, programów i wartości ocen.
Przykładem może być proces zapoczątkowany reformą rządu Jerzego Buzka (1999) wprowadzającą gimnazja (reforma przygotowana przez ministra edukacji Mirosława Handke) i reforma oświaty (2017/2019) przeprowadzona przez rządy PiS, likwidująca gimnazja. Argumentem głównym za wprowadzeniem gimnazjów było wyrównywanie szans uczniów z obszarów wiejskich i małych miasteczek oraz wydłużenie okresu kształcenia, co miało wpłynąć na jego jakość. Argumentem, który formułowali przeciwnicy tej reformy, był wiek młodzieży gimnazjalnej – okres dojrzewania, a zatem trudności wychowawcze. Inne argumenty wskazywane przez przeciwników reformy to pośpiech jej wprowadzenia wywołujący chaos, np. tzw. problem podwójnego rocznika 2019. Kiedy pozytywne skutki wprowadzenia gimnazjów stały się obserwowalne, gimnazja zlikwidowano.
Przykładem z obszaru szkolnictwa wyższego może być decyzja umożliwiająca po 1989 r. masowe kształcenie wyższe, czemu towarzyszyło powstawanie w pośpiechu wyższych szkół prywatnych, skutkujące liberalizacją wymagań i zasad kształcenia. Wprowadzenie po 1999 r. tzw. procesu bolońskiego w szkolnictwie wyższym – trzystopniowy proces kształcenia: studia licencjackie, magisterskie i doktorskie – proces ten pogłębiło. Kolejna reforma – Konstytucja dla Nauki (2018), czyli tzw. reforma Jarosława Gowina, skutkowała z kolei marginalizacją dydaktyki oraz naciskiem na publikowanie i umiędzynarodowienie. W konsekwencji pogłębiło to chaos ocen wartości wiedzy tworzonej w naukach humanistycznych, przegrywających w rankingach punktacyjnych z naukami ścisłymi. Ciągłe zmiany zasad ewaluacji jednostek, przyznawania środków na badania oraz naciski na publikację w czasopismach wysoko punktowanych przyczyniły się do różnych patologii: „spółdzielni publikacyjnych”, akceptacji publikacji w „drapieżnych czasopismach”, arbitralności w ocenie jednostek i pracowników naukowych. Wszystkie te zjawiska obniżyły jakość nauki, gdy liczba cytowań i liczba arbitralnie rozdzielanych punktów stały się ważniejsze niż jakość publikacji. Czynniki te przyczyniły się niewątpliwie do odpływu zdolnych młodych ludzi także ze względu na warunki płacowe i upadający prestiż zawodu naukowca czy nauczyciela akademickiego.
Upolitycznienie, pogoń za wskaźnikami zaślepiły reformatorów, którzy przeoczyli oczywiste czynniki wpływające na jakość nauki i szkolnictwa: dobre finansowanie i myślenie strategiczne z jasno określanymi celami. Szkolnictwo, od podstawowego po wyższe, powinno być procesem ciągłym poddawanym bieżącej ewaluacji przy zachowaniu jego celów i wartości dających się wpisywać w życie społeczne jako wartość dodana kapitału kulturowego.
Kolejnym aspektem trudnej sytuacji szkolnictwa jest to, że jego reformy na poziomie szkolnictwa podstawowego, średniego i wyższego powinny być, a wcale nie są, skorelowane ze sobą. Tworzenie spójnego programu dla procesu edukacyjnego wydaje się oczywistym celem aktywności podmiotów kompetentnych w tym zakresie. Nie ma bowiem dobrego kształcenia podstawowego bez dobrze wykształconych i godziwie opłaconych nauczycieli, a więc tych, którzy są gwarancją podtrzymywania wartości samego celu kształcenia. Proces boloński niewątpliwie zaszkodził kształceniu wykwalifikowanych nauczycieli, a deprecjacja płac w tym zawodzie spowodowała, że zaczął się tu i wciąż trwa proces selekcji negatywnej.
Niestety wraz ze zmianą rządu w 2023 r. nie nastąpiło oczekiwane polepszenie sytuacji w szkolnictwie i w nauce. Niedofinansowanie nauki, złe opłacanie naukowców i nauczycieli, zmiany lub zaledwie zapowiedzi zmian, które wydają się tylko kosmetyczne, w obliczu powtarzających się skandali w środowiskach akademickich obejmujących styk akademii i kręgów władzy – wszystko to nie budzi zaufania uczestników procesu edukacyjnego. Dzieje się tak tym bardziej, że propozycje zmian w dalszym ciągu mają charakter doraźnie polityczny. Przykładem może być nieudolne forsowanie, skądinąd bardzo potrzebnych, edukacji zdrowotnej czy edukacji obywatelskiej jako odrębnych przedmiotów. A przecież można byłoby wprowadzać edukację zdrowotną w ramach już istniejących przedmiotów, np. biologii, wychowania fizycznego, wychowania do życia w rodzinie, a edukację obywatelską – w ramach wiedzy o społeczeństwie i etyki. Etyka zresztą jest tu dobrym przykładem myślenia kategoriami podziałów politycznych, a nie wartości edukacyjnych. Zarówno rządy PiS, jak i KO traktują szkolną etykę i religię tak, że utwierdzają społeczeństwo w przekonaniu, że etyka jest dla niewierzących, a religia dla wierzących. Wszystkie ruchy dotyczące liczby godzin, łączenia grup międzyklasowych, miejsca w planie, obligatoryjności czy wybieralności, liczenia się bądź nie ocen z tych przedmiotów do średniej, dotyczą zarazem etyki, jak i religii. Gdyby myślano systemowo, to na studiach filozoficznych wróciłaby specjalność nauczycielska i byliby kompetentni nauczyciele do prowadzenia edukacji obywatelskiej i etyki zarazem.
Podsumowując ten krótki wywód, należy wskazać główne problemy nurtujące naukę i szkolnictwo w III RP:
po pierwsze, systematycznie pogłębia się spadek społecznie podzielanego prestiżu wiedzy profesjonalnej. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że im więcej potrzeba fachowej społecznej wiedzy o świecie intersubiektywnym, by się w nim orientować, tym łatwiej zastąpić wiedzę wartościową (naukę) tą wiedzą, która jest szybciej dostępna i satysfakcjonująca ogół. Przekonania o świecie nie mające żadnego związku z nauką szerzą się szybciej, bo dostępne są natychmiast i są łatwo przyswajalne. Teorie spiskowe, alternatywna medycyna i alternatywna astronomia odzwierciedlają ów proces społeczny inflacji wartości wiedzy. Ci, którzy tworzą wytyczne dla programów kształcenia, zdają się nie dostrzegać tego procesu;
po drugie, status instytucji wiedzotwórczych, tj. uniwersytetów, i edukacyjno-wychowawczych, tj. szkół niższych szczebli, a także prestiż uczonych i nauczycieli jest coraz niższy. Jest to związane m.in. z przekształcaniem tych instytucji w korporacje oraz z rozwojem nie tyle sztucznej inteligencji, co nadziei, że potrafi ona zastępować proces edukacyjny w jego głównych aspektach. W ten sposób ekspertami stają się wszyscy, którzy mają dostęp do internetu i chcą dysponować jego środkami perswazyjnymi. Istotnym w tym kontekście wydaje się przywoływane już wcześniej pytanie Floriana Znanieckiego: „[…] jakim powinien być proces kształtowania ludzi, aby stali się oni zdolni do pokierowania cywilizacją?”. Tempo i zakres zmian przekształca rzeczywistość w dynamiczny proces coraz trudniej przewidywalny, a przez to coraz trudniej uchwytny przez nauki społeczne. Warto zatem zastanowić się nad korelacją między rozwojem wiedzy, znaczeniem edukacji a jakością demokracji.
Mariola KUSZYK-BYTNIEWSKA
(Oba artykuły zostały opublikowane w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok)
Spór o feminatywy nie jest sporem o słowa, lecz o widzialność i znaczenie kobiet w rzeczywistości społecznej.
Niniejszy tekst jest niedoszłą próbą polemiki z doktor Małgorzatą B. Jakubiak – autorką artykułu o feminatywach z pierwszego tegorocznego numeru „Res Humana”[1] (serdecznie do jego lektury zachęcam, tutaj). Dlaczego niedoszłą? Otóż dlatego, że zanim zdążyłam się z Autorką tekstu nie zgodzić, byłam zmuszona przyznać jej rację w kwestii kluczowej, mianowicie że w języku polskim jest „po jednej stronie cały świat, po drugiej stronie sami mężczyźni”. Ponadto, perspektywa Autorki jest w przeważającej mierze językoznawcza, mocno osadzona w piśmiennictwie raczej konserwatywnego językoznawcy Witolda Doroszewskiego, tymczasem ja językoznawczynią nie jestem, a perspektywa, jaką chcę Państwu przedstawić, jest politologiczna, z elementami filozofii, socjologii i psychologii.
Jest luty 2026 r. Od niemal czterech lat za polską wschodnią granicą trwa wojna. UE generuje rekordowy budżet na europejskie zbrojenia. Donald Trump planuje atak na Iran. Polski prezydent zwołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego. A tymczasem najbardziej komentowanym w mediach społecznościowych tematem dnia są… feminatywy. Dla przykładu, na profilu Polskiego Radia 24 na Facebooku, posty związane z obronnością kraju zyskują kilkaset komentarzy, te związane ze sporem na linii prezydent–marszałek Sejmu około tysiąca, tymczasem post o tym, że resort nauki planuje wprowadzenie feminatywów do oficjalnego języka nauki, zgromadził prawie dwa i pół tysiąca komentarzy – w większości bardzo krytycznych wobec ministerialnego pomysłu.
Skąd tyle emocji wokół żeńskich form rzeczowników w Polsce? Chciałabym napisać, że to z racji na świadomość wagi tematu, ale niestety, znacznie bliższą prawdy odpowiedzią jest: z braku świadomości wagi tematu. A ponieważ jestem naukowczynią, spieszę niniejszym dostarczyć Państwu argumentów na rzecz naprawdę dużego znaczenia używania feminatywów w języku polskim. Postaram się też obalić wiele mitów z nimi związanych.
Jeśli nie są Państwo wielbicielami feminatywów, a nadal czytają Państwo to, co piszę (mimo, iż mogliby Państwo zasilić niezliczone grono „czytelników”, którzy pod tekstami ze słowem „naukowczyni” umieszczają komentarze w stylu: „Naukowczyni? Buhaha… Dalej z oczywistych powodów nie czytam”), gratuluję! Państwa mózgi nie działają wyłącznie na autopilocie, a ciekawość argumentów na potwierdzenie zdania innego niż własne pozwala Państwu na rzeczywisty rozwój i lepsze zrozumienie świata wokół nas. I kompletnie nie ma znaczenia, czy Państwa do feminatywów przekonam, czy nie. Nie mówię tego tylko, by Państwu schlebić – kwestie związane z funkcjonowaniem naszych mózgów mają duże znaczenie dla naszego nastawienia do tych form językowych. Ale o tym za chwilę. Oczywiście gratuluję także wielbicielom wszelakich końcówek żeńskich, ponieważ Państwo są w gronie tych, którzy rozumieją, że w naszym pięknym polskim języku powinno być wystarczająco miejsca dla nas wszystkich, a nie tylko dla niektórych. Zupełnie, jak w naszej pięknej polskiej rzeczywistości społecznej.
Wspomniałam o emocjach, jakie dyskusja o feminatywach wywołuje. To emocje nie tylko językoznawcze, jak się Państwo pewnie domyślają, ale także związane z polityką. Język nigdy nie jest przecież neutralny — zawsze opowiada historię świata takiego, jakim go widzimy albo chcemy go widzieć. W komentarzach internautów jednym z najczęstszych zarzutów wobec feminatywów jest to, że są „nowomową”, a także „wykwitem lewactwa” i „powrotem komuny”. Ciekawy chwyt z tą „nowomową”, sugerujący znajomość dzieła Orwella, niestety, co wytrawniejszym czytelnikom dający raczej pewność, że komentujący dzieła tego w rękach nie trzymali, bo gdyby trzymali, wiedzieliby, że Orwellowska „nowomowa” służyła czemuś dokładnie odwrotnemu niż feminatywy. Końcówki żeńskie mają rzeczywistość odzwierciedlać, albowiem w tejże rzeczywistości pacjentów operują zarówno chirurdzy, jak i chirurżki, a na uczelniach wykładają profesorowie i profesorki.
Jeśli chodzi natomiast o „lewactwo” i „powrót komuny”, chwyt mógłby się wydać jeszcze bardziej wyrafinowany, gdyby nie obnażał ignorancji go używających. Język polski był bogaty w feminatywy właściwie od jego początków, a dopiero okres PRL wyrugował używanie wielu z nich – warto dodać, że głównie tych, które dziś budzą najwięcej emocji i kontrowersji, jak „profesorka”, „doktorka” czy „ministra”. W PRL dokładano starań (nie tyle za pomocą ustaw, co raczej „odgórnego” wyśmiewania w tekstach propagandowych, cenzury, oficjalnych dokumentów), by feminatywy, które odnosiły się do zawodów o niższym statusie (traktorzystka, nauczycielka, robotnica), funkcjonowały w obiegu społecznym, który przecież akceptował to, że kobiety i mężczyźni budują państwo socjalistyczne, a nawet do tego zachęcał; natomiast feminatywy odnoszące się do zawodów o wyższym prestiżu nie były używane. Kluczowe były tu czynniki polityczne, które inspirowały też zmiany społeczne: w PRL stosowano styl językowy raczej sztywny, hierarchiczny, wprowadzano rzekomą neutralność, zwłaszcza tam, gdzie po prostu nie chciano kobiet (np. na uczelniach, w zawodach wymagających „wysokiego profesjonalizmu”). Zatem – paradoksalnie – zniechęcano do używania feminatywów w odniesieniu do zawodów, w których kobiety nie miały znaczenia propagandowego dla budowy systemu socjalistycznego, natomiast zachęcano do nich, kiedy chodziło o obraz kobiety budującej ten system. Kobiety same przestały czuć się komfortowo z feminatywami, kiedy były na wyższych stanowiskach, co zapewne pokutuje do dziś (wiele kobiet niekoniecznie konserwatywnych twierdzi, że nie chcą być nazywane „doktorkami” czy „profesorkami”, ponieważ brzmi to niepoważnie lub ociera się o zdrobnienie).
Co ciekawe, pod tym względem dzisiejsza niechęć Polaków do wprowadzania rzadziej używanych form żeńskich zawodów o wyższym prestiżu przypomina sytuację w Rosji, gdzie tego typu feminatywów jest w języku powszechnie używanym mniej niż w innych państwach dawnego bloku wschodniego. Dla odmiany np. w Czechach czy Niemczech feminatywy są absolutnie normalne, choć zniechęcano do nich przecież i tam. Wydaje się, że za to niechlubne podobieństwo do języka rosyjskiego należy obwinić polski konserwatyzm, który z wzorców rosyjskich czerpie przecież nie tylko w tej kwestii, ale także w obszarze homofobii czy generalnej niechęci do pewnej kulturowej otwartości. Jeśli popatrzymy na poglądy polityków ewidentnie prawicowych, jak choćby przedstawicieli Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej, PiS czy nawet PSL, znajdziemy w nich fałszywe oskarżenia zwolenników feminatywów o lewactwo i tendencje komunistyczne, choć przecież przywrócenie dobrze znanych w historii polskiego języka, choć dziś określanych mianem „potworków językowych” feminatywów dotyczących zawodów o wysokim prestiżu można by śmiało określić mianem językowej „dekomunizacji”. Demokracja językowa w demokratycznym systemie politycznym polega na tym, że język należy do wszystkich, a nie tylko do tradycji interpretowanej przez nielicznych, do tego albo niezorientowanych w polskiej tradycji językowej, albo (co bardziej prawdopodobne) nią manipulujących.
Polityka to też decyzje o tym, czyja obecność w przestrzeni publicznej i w którym jej miejscu jest normą, a czyja wyjątkiem. I tu przechodzimy do arcyważnego argumentu na rzecz feminatywów w języku, mianowicie konieczności zdemokratyzowania tego, co zostało zawłaszczone, i przywrócenia obecności kobiet w każdym aspekcie języka. Brak feminatywów nie jest neutralnością, lecz efektem historycznej dominacji jednej perspektywy – męskiej, która wynikała z przewagi mężczyzn u władzy, także w okresie PRL. Spór o feminatywy jest w gruncie rzeczy sporem o to, czy równość ma być tylko deklaracją, czy także codziennym doświadczeniem, a zatem czy demokracja ma być realna i być stylem życia, czy ma być raczej dominacją zwycięzców nad przegranymi (dodajmy, że w spolaryzowanym społeczeństwie przegranymi o włos) i możliwością sprawowania władzy symbolicznej, nie tylko realnej. Taka władza symboliczna w przypadku prawicowych konserwatystów (którzy są w największej części przeciwni feminatywom) ma też dodatkowy odcień katolickiego przywiązania do służebności kobiet wobec mężczyzn, a także wsparcie algorytmów w mediach społecznościowych np. konserwatywnych Muska i Trumpa. Gdy język otwiera się na różnorodność, społeczeństwo uczy się ją traktować jako normę, a nie wyjątek, emocje polityczne zaś przenoszą się z kwestii feminatywów, różnorodności orientacji seksualnych, płci i migracji na kwestie redystrybucji dochodów budżetowych, rozwiązywania problemów społecznych, wzmacniania bezpieczeństwa (realnego, a nie tego związanego z obroną przed atakiem żeńskich końcówek). A to już dla wielu polityków wyzwanie, które może ich przerosnąć.
„Granice mojego języka są granicami mojego świata” – napisał znany austriacki filozof Ludwig Wittgenstein w dziele Tractatus logico-philosophicus, inspirując kolejne pokolenia badaczy nie tylko języka, ale także relacji społecznych. Liczne odniesienia do poglądów Wittgensteina często bazują na uproszczeniach związanych z jego teorią. Nieco uproszczę i ja, starając się jednak zachować istotę poglądu nadającego językowi moc kształtowania wyobraźni indywidualnej i zbiorowej. W istocie, jeśli przeanalizujemy przebieg największych ludobójstw we współczesnej historii świata, jednym z ich etapów zawsze było wytworzenie specyficznego, zwykle mocno dehumanizującego języka opisującego grupy, które zamierzano unicestwić. Rugowano z dotychczas używanego języka słowa oznaczające szacunek, wprowadzano natomiast nowe określenia, zazwyczaj pejoratywne, w oczywisty sposób wiązane z tymi grupami. Przykładem (jedynym, jaki tu przywołam, by nie zatracić istoty tego, co chcę przekazać na temat końcówek żeńskich w języku) jest choćby powszechne używanie określenia „karaluchy” na Tutsi w Rwandzie. Wystarczyło zaledwie kilka lat, by z pomocą języka uczynić konkretną grupę „małą”, „nieznaczącą”, właściwie niepotrzebną. Świat wytworzony z pomocą takiego języka wydał się Rwandyjczykom, zwłaszcza Hutu, po prostu prawdziwy. Powyższy przykład, choć mocny, został przeze mnie użyty celowo, by pokazać, jaką język ma moc. Moc ta może być wykorzystywana, by niszczyć, ale może przecież także służyć tworzeniu i budowaniu. I teraz chciałabym się skoncentrować właśnie na tym aspekcie znaczenia używania feminatywów. Istnieje mianowicie wiele wyników badań naukowych, które pokazują, że używanie feminatywów daje dziewczynkom i kobietom podmiotowość, motywację oraz moc.
Bardzo ciekawe wyniki przyniosło badanie banku BNP Paribas, przeprowadzone wśród 248 uczniów klas 1–8 w polskich podstawówkach (48 procent chłopców/52 proc. dziewczynek, ok. połowa ze średniej wielkości miast, reszta w podobnych proporcjach ze wsi i dużych miast), w ramach którego kazano dzieciom narysować: w jednej grupie naukowca, a w drugiej osobę zajmującą się prowadzeniem eksperymentów naukowych. Okazało się, że kiedy zastosowano formę neutralną, dwukrotnie więcej dzieci narysowało kobietę, a efekt użycia neutralnego języka podziałał szczególnie na dziewczynki. Dzieci okazały się także bardzo tolerancyjne, jeśli chodzi o użycie feminatywów, które dorośli tolerują już w znacznie mniejszym stopniu, co oznacza, że żeńskie końcówki nie są naturalnie dziwne, a dziwne po prostu dla tych, których ktoś przekonał, że takie są. W zestawieniu z innymi badaniami dotyczącymi modeli (tzw. role models) zawodowych dla dziewczynek, które myślą o wyborze profesji, pojawia się wniosek, iż używanie feminatywów ośmiela dziewczynki do pracy w zawodach, których żeńskie nazwy funkcjonują w powszechnym obiegu. Wziąwszy pod uwagę fakt, że na największe trudności w upowszechnianiu się napotykają feminatywy dotyczące najbardziej prestiżowych zawodów (chirurżka, profesorka, ministra), mamy jeden z elementów odpowiedzi, dlaczego więcej dziewczyn niż chłopców kończy studia magisterskie, ale więcej mężczyzn niż kobiet jest profesorami, ministrami i chirurgami. Co więcej, gorąca dyskusja ostatnich dni dotyczy właśnie zmian dotyczących feminatywów w sektorze nauki, a tu wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo widzialność kobiet jest ograniczona. Według moich własnych dyplomów jestem: „magistrem nauk politycznych”, „magistrem socjologii”, „doktorem nauk społecznych” i „doktorem habilitowanym”. W żadnym z tych określeń nie figuruję jako kobieta.
Istnieją ponadto badania pokazujące, iż używanie tylko męskich form zawodów w ogłoszeniach o pracę powoduje, że kobiety rzadziej aplikują na te stanowiska, mniej lub bardziej świadomie utożsamiając je po prostu z męskimi. Tymczasem czy specjalista ds. cyberbezpieczeństwa musi być mężczyzną? Moi koledzy naukowcy i koleżanki naukowczynie wykształcili już wiele roczników specjalistek ds. cyberbezpieczeństwa. Myślę z głębokim poczuciem niesprawiedliwości o tym, że przez formę wyłącznie męską w ogłoszeniach o pracę (umieszczoną bezrefleksyjnie albo celowo) część z tych świetnych specjalistek nie podejmie zatrudnienia i nie zrobi kariery. I może to być nawet córka internauty – autora wspomnianego już: „Naukowczyni? Buhaha… Dalej z oczywistych powodów nie czytam”. A może to ten internauta właśnie chciał zatrudnić specjalistę ds. cyberbezpieczeństwa i go docelowo zatrudnił, choć ominęła go w ten sposób szansa na zatrudnienie znacznie lepszej specjalistki? Kto wie?..
Widzialność językowa przekłada się na widzialność społeczną, a ta na realne poczucie sprawczości.
Jedno z największych w Polsce badań dotyczących feminatywów, przeprowadzonych przez Pracuj.pl w 2021 r. na grupie 17804 kobiet, 1516 mężczyzn oraz 167 osób definiujących swoją płeć jako „inna” pokazało, że 83 procent respondentek popiera powszechne używanie żeńskich nazw stanowisk na równi z męskimi, a 78 proc. kobiet chciałoby obecności feminatywów w ogłoszeniach o pracę na równi z określeniami męskimi. Co ciekawe, to samo badanie pokazuje, że 64 proc. badanych mężczyzn popiera powszechne używanie żeńskich nazw stanowisk na równi z męskimi, natomiast już tylko prawie połowa z nich chce żeńskich i męskich końcówek w nazwach zawodów w ogłoszeniach o pracę. Nieoczywistym wynikiem badania jest fakt, że aż 93 proc. respondentów z grupy osób niebinarnych uczestniczących w badaniu uważa, że żeńskie nazwy stanowisk są niezwykle ważne i powinny być używane na równi z męskimi odpowiednikami. Jak widać, męskocentryczny opis świata zawodowego jest atrakcyjny dla zdecydowanej mniejszości badanych. To przeczy wrażeniu ze świata mediów społecznościowych (stanowiących wypaczony i zwykle mocno wykrzywiony w prawo obraz rzeczywistości politycznej i społecznej), że zdecydowana większość feminatywami gardzi.
Ważnym argumentem na rzecz stosowania feminatywów jest także kwestia fałszywego przekonania, że nie są one poprawne językowo, więc nie powinno się ich używać (wielokrotnie spotkałam się z określaniem ich mianem „potworków językowych”). W istocie feminatywy (w tym te kontrowersyjne, jak „ministra”, „magistra”, a nawet „magisterka”) są formami poprawnymi, natomiast można mieć zastrzeżenia natury językowej wobec takich form, jak: „pani profesor” albo „doktor habilitowana” (bo dlaczegóżby nie użyć „panie profesoro” albo „doktora habilitowany”, skoro poprawności we wszystkich czterech frazach jest dokładnie tyle samo?). Polacy często po prostu nie mają świadomości całkowitej poprawności tych słów. Co więcej, sami językoznawcy nie są w pełni zgodni co do tego, jak feminatywy powinny wkraczać do językowego mainstreamu, mimo iż są w większości zgodni, że są poprawne. O ile Witoldowi Doroszewskiemu i Małgorzacie B. Jakubiak mógłby wtórować Jerzy Bralczyk, o tyle Jan Miodek, Zofia Kubiszyn-Mędrala czy Maciej Makselon wskazaliby już na konieczność przyspieszenia zmian językowych, by nadążyły za rzeczywistością społeczną i oczekiwaniami kobiet.
Aldona Skudrzyk z kolei oddała istotę problemu feminatywów w Polsce, stwierdzając: „Kontrowersje i spory wokół stosowania feminatywów nie mają podłoża językowego, ale dotyczą bardziej spraw światopoglądowych, ideowych i politycznych. W języku polskim nie ma reguł dotyczących stosowania feminatywów – tak samo, jak nie ma reguł stosowania nowo powstałych wyrazów, które są nam potrzebne w danym momencie, z uwagi na zmieniającą się rzeczywistość. Język jest tworem społecznym, który działa tak, że jeśli jest taka potrzeba, konieczność i chęć – daje nam możliwości słowotwórcze”. Naukowczyni ta wskazuje jednocześnie, że to kobiety powinny decydować o tym, jak chcą być określane, choć zapewne będą przy tym musiały zaakceptować sytuację, w której inni się do ich prośby nie przychylą. Takie podejście może być bardzo orzeźwiające dla naszej debaty publicznej na temat feminatywów, a ja sama uważam je za Salomonowe rozwiązanie sporu wokół żeńskich końcówek.
A właściwie dlaczego kobiety w Polsce tak łatwo godzą się na brak wielu feminatywów w języku (bo jednak na razie o oddolnym ruchu społecznym na ich rzecz mówić nie można)? Być może jednym z powodów jest fakt, iż mamy od pokoleń wyćwiczoną językową elastyczność. Po prostu przyzwyczaiłyśmy się do tego, że określa się nas w rodzaju męskim i przeszłyśmy nad tym do porządku dziennego. Co więcej, często dla własnego opacznie rozumianego poczucia sprawczości upieramy się przy formach męskich (np. moje koleżanki profesorki chcą być paniami profesor, ponieważ uważają, że określenie „profesorka” im umniejsza jako niebezpiecznie zbliżające się do zdrobnienia i często wyśmiewane w przestrzeni publicznej). Tylko że to mechanizm trochę przypominający strategię nieobnoszenia się z byciem członkiem grupy LGBTQ+ dla własnego bezpieczeństwa, bo przecież ludzie są okrutni i jeszcze gotowi zrobić jakąś krzywdę… Nie wolno mylić przyczyn ze skutkami, a winnych z ofiarami. To nie kobiety prosiły się o zniknięcie z wysokich stanowisk i z języka polskiego, więc powrót feminatywów do języka, a nas na wysokie i prestiżowe stanowiska (bo na nie zasługujemy i nikt nam tu łaski robić nie powinien) powinny być procesami zupełnie naturalnymi. Joanna Czeczott, współzałożycielka pisma „Kosmos dla dziewczynek”, wspomniała w jednym ze swoich tekstów o oczarowaniu, jakiego doświadczyła pierwszy raz, czytając tekst filozoficzny napisany poza paradygmatem męskocentrycznym. Autorka wspomina: „Otwierałam szeroko oczy, poznając postać liberalnej ironistki stworzonej przez Richarda Rorty’ego. Jak prosty zabieg językowy może być wyzwalający! Jak bardzo może poszerzyć obraz świata! Oczywiście czytający o ironistce mężczyzna musi wykonać w głowie prosty zabieg przeniesienia identyfikacji płciowej – ten sam, do którego kobiety są tak przyzwyczajone, że nawet go nie zauważają. Z tego zabiegu płyną oczywiście korzyści. Zwiększenie wzajemnego rozumienia, otwarcie się na nowe perspektywy. Jednak o ile prościej byłoby nie musieć cały czas tego robić!”.
Caroline Criado Perez w swojej świetnej książce Niewidzialne kobiety opisuje, jak bardzo nasz świat został skrojony pod potrzeby mężczyzn, podając mnóstwo dowodów mocno ugruntowanych naukowo, potwierdzających tę tezę. Jednocześnie autorka pokazuje, jak łatwo obalić argumenty o tym, że nie ma potrzeby wspierania kobiet, uświadamiania nierówności, realnego wyrównywania szans. Przykładowo do orkiestr zatrudnia się muzyków wedle kryterium jakości gry na instrumencie. Przynajmniej tak być powinno i tak długo deklarowali ci, którzy muzyków zatrudniali. W rezultacie w orkiestrach dominowali (i to z ogromną przewagą) mężczyźni. Ale wystarczyło, że podczas przesłuchań komisję oceniającą od muzyka oddzieliła kotara uniemożliwiająca poznanie płci osoby grającej, by nagle liczba kobiet i mężczyzn w orkiestrach się wyrównały. A zatem argumenty, że feminatywów nie potrzeba, bo niczemu nie służą, a nawet same kobiety ich nie chcą, są bezzasadne. Kobiety mogą nie mieć świadomości, jak bardzo rzekoma neutralność w podejściu do kwestii równościowych jest w istocie tylko deklaracją, a chodzi tylko o komfort mężczyzn, którzy dobrze się czują w świecie stworzonym pod ich potrzeby, wspierając się legitymizacją niczego nieświadomych (w dużej części) kobiet.
Historia pokazuje, że zmiany językowe niemal zawsze budziły opór, zanim stały się oczywistością. Sprzeciw wobec żeńskich form może wynikać nie z troski o język, lecz z (często nieuświadomionego) lęku przed zmianą społeczną. Lęk jest oczywiście odczuciem niekomfortowym, zatem trudno się dziwić, że żerują na nim politycy ideologizujący kwestię feminatywów i wykorzystujący ją do politycznej walki i polaryzacji (u podłoża politycznej polaryzacji często leży lęk właśnie). Zbliżając się jednak ku końcowi niniejszego artykułu, chciałabym poświęcić jeszcze odrobinę miejsca kwestii dyskomfortu, jaki nowe formy językowe, w szczególności feminatywy, wywołują w mózgach wielu z nas. Otóż dla naszego mózgu ideałem jest lenistwo, a to osiąga on stanem, w którym otaczające go środowisko jest symetryczne, znane, przewidywalne, stabilne. Psycholingwiści wskazują, iż te językowe wzory, które już znamy, które są regularne fonetycznie, które mają wiele podobnych przykładów, które nie powodują wieloznaczności, powodują najmniejszy opór naszych mózgów. Dlatego też „nauczycielka” czy „aktorka” (z jasną i przewidywalną końcówką, już dobrze znane słowa), ale też początkowo problematyczne, a już funkcjonujące w obiegu „biolożka” czy „psycholożka” są dla mózgu akceptowalne, bo wpisują się w schematy. Nieco gorzej idzie mózgowi z końcówkami słowiańskimi -yni i -ini („władczyni”, „naukowczyni”), a dramatycznie opornie z „magistra” czy „ministra” (podobieństwo do form męskich i rzadkość stosowania), ale też „premiera” (jak w teatrze), „pilotka” (jak czapka), czyli słowami wieloznacznymi. Podobnie na opór napotyka rzadko używana „prezeska” czy „generałka”. Nie chodzi zatem o poprawność językową feminatywów ani nawet ich realną dziwność, ale raczej o to, że z racji na rzadkie używanie po prostu do nich nie przywykliśmy i nasze mózgi czują w ich towarzystwie dyskomfort. Jeśli używając feminatywów powszechnie utworzymy wzorce ich stosowania, dyskomfort ten zapewne zmniejszy się albo zniknie w ogóle.
Niezbyt przekonującym argumentem na rzecz niestosowania feminatywów jest także w tym kontekście zbytnia (i rzekoma, dodajmy) atypowość zbitek dźwięków w niektórych z nich (jak choćby chirurżka, architektka, adiunktka). Dlaczego uważam, że atypowość jest rzekoma? Z pomocą przychodzi mi tu Maciej Makselon – jeden z tych językoznawców, którzy uznają feminatywy za rzecz naturalną i potrzebną w polskim języku. Otóż przytomnie pyta on w jednym ze swoich wystąpień na TEDxKoszalin, czy podnosi się powszechnie w publicznej debacie „atypowość” słów: chrząszcz, wrzeszcz, pszczoła, bezwzględny, wzdrygnąć się, Przasnysz, Pszczyna, Wschowa czy Żdżary? Czy krytycy feminatywów z racji na kwestię trudności w wymowie zamierzają kwestionować powyższe słowa i określać ich używanie mianem „głupoty”, „bezsensu” i „fanaberii”?
Feminatywy nie są zatem końcem tradycji językowej i straszną narodową tragedią, nie są też armagedonem resztek estetyki językowej, lecz są dowodem na to, że język polski nadal żyje i odpowiada na potrzeby swoich użytkowników, a nawet wraca do korzeni. Odrzucanie feminatywów jako „sztucznych” pomija także fakt, że każdy język jest nieustannie tworzony przez użytkowników, a jedyne, czego potrzeba, by stały się naturalne, to ich zaakceptowanie i używanie. Tylko tyle i aż tyle.
[1] Małgorzata B. Jakubiak, Ministra, premiera i sekretara, czyli jeszcze parę refleksji o feminizacji języka polskiego, „Res Humana” nr 1/2026, s.s. 88–94. W numerze 4/2024 zamieściliśmy dwugłos na ten temat pisarza Grzegorza Walczaka i członkini redakcji Anny Sikorskiej-Michalak [przyp. red.].
Polemika ukazała się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
W historii Islamskiej Republiki Iranu Ali Laridżani odgrywał rolę dyskretną, a zarazem kluczową – był jedną z tych postaci, które spajały system od środka: mniej widocznych, lecz ważnych dla jego funkcjonowania. Nie był ani jej najwyższym decydentem, ani jej twarzą, choć to właśnie on – po pierwszym izraelsko-amerykańskim uderzeniu na Iran – de facto przejął stery państwa i w tym sensie stał się rozpoznawalny.
Rola, jaką pełnił w systemie władzy nie była przy tym efektem osobistych ambicji czy wybujałego ego, lecz wynikiem wyjątkowej równowagi między powściągliwością emocjonalną a pewnością przekonań, a także intelektualnego kapitału, który wyróżniał go na tle otoczenia od zawsze. Dla obserwatorów z Zachodu był postacią niejednoznaczną i kontrowersyjną. Wymykał się zachodnim schematom, determinującym racjonalność w opozycji do religijności, za którą – zwłaszcza w przypadku islamu – z definicji ma się czaić fundamentalizm.
Erudycja Laridżaniego zaskakiwała rozmówców przygotowanych na ideologiczne starcie z reprezentantem – z założenia – opresyjnej teokracji. Polskie delegacje wprawiał w osłupienie, graniczące z popłochem, zapraszając do dyskusji o teoriach Alfreda Tarskiego, nadmieniając przekornie, że chodzi o „wybitnego polskiego logika i matematyka”, którego czyta z uwagą.
Jego odejście ma wymiar nie tylko polityczny, lecz także symboliczny. Wskazuje na schyłek formacji, która wspólnie wystąpiła przeciwko autorytaryzmowi szacha: duchownych i środowisk intelektualistów. Walka z opresją i pragnienie ustanowienia sprawiedliwego systemu politycznego były dla nich obszarem, w którym szyicka teologia pokrywała się z postulatami lewicowymi. Byli zaczytani jednocześnie w Koranie, w klasycznej filozofii greckiej i w nowożytnych koncepcjach Zachodu. Był jednym z nich. To właśnie z tych kręgów wywodzili się czołowi politycy rewolucyjnego Iranu, którzy z religii i filozofii czerpali przekonanie, że republika islamska urzeczywistni idee sprawiedliwości.
Aparat państwa a świat idei
Biografia Laridżaniego wymyka się prostym klasyfikacjom. Przez ponad cztery dekady funkcjonował w niemal wszystkich krytycznych segmentach systemu: od doświadczeń frontowych w Korpusie Strażników Rewolucji, gdzie dosłużył się stopnia generała brygady, przez kolejne stanowiska na czele ministerstw i aparat propagandy, po parlament, którego był przewodniczącym, oraz Najwyższą Radę Bezpieczeństwa Narodowego, której szefował w okresie rosnącego napięcia i w pierwszych dniach wojny – aż do swojej śmierci.
Nie był „numerem dwa” w państwie, jak czasem się sugeruje, lecz raczej kimś w rodzaju łącznika i pośrednika, koordynatora działań różnych ośrodków władzy. Reprezentował interesy twardych struktur, ale zarazem potrafił je kanalizować i łagodzić napięcia.
Z drugiej strony jego droga intelektualna – doktorat z filozofii poświęcony Immanuelowi Kantowi, liczne publikacje, w tym sześć książek, wykłady uniwersyteckie z filozofii – sytuowała go w zupełnie innym porządku niż stereotypowy „funkcjonariusz systemu”. W irańskich warunkach nie było to jednak tak egzotyczne, jak mogłoby się wydawać z zewnątrz. Najwyższe eszelony władzy w republice islamskiej od początku były w znacznej mierze elitami intelektualnymi, próbującymi odpowiedzieć na pytanie, czy i jak można zbudować nowoczesne, sprawiedliwe państwo oparte na religijnej wizji świata.
Racjonalność i objawienie
Dla wielu obserwatorów, zwłaszcza zachodnich, zestawienie „Kant” i „teokracja” wydaje się sprzecznością. Filozofia krytyczna kojarzona jest przecież z oświeceniem, autonomią jednostki i sekularyzacją. Stąd też Ali Laridżani, biegły zarówno w zachodniej logice, jak i w praktyce budowania islamskiej republiki, wywoływał dysonans poznawczy. Skutkowało to albo niechęcią albo próbami przypięcia mu łatki figury znanej z historii XX wieku – wyrafinowanego, acz zapewne moralnie podejrzanego intelektualisty w służbie autorytarnego państwa. Jest to jednak interpretacja europocentryczna, wynikająca z nieznajomości irańskiego kontekstu.
Zachodnie przeciwstawienie religijności jako sfery emocji i racjonalności jako domeny świeckiej okazuje się tu uproszczeniem. W szyickim doświadczeniu obie te sfery mogą się przenikać. W przeciwieństwie do większości nurtów sunnickich tradycja szyicka – w tym rozwinięte w średniowieczu wątki racjonalistyczne – przyznaje rozumowi istotną rolę w poznawaniu porządku świata i interpretacji objawienia. Nie chodzi tu o zastąpienie religii rozumem, lecz o ich współdziałanie: rozum ma pomóc uchwycić sens tego, co boskie, a nie je podważyć. Filozofia staje się w tym kontekście narzędziem teologii.
Z tej perspektywy lektura Kanta w Teheranie nie musi prowadzić do liberalizmu i świeckości. Może natomiast skłaniać do przekonania, że porządek moralny jest racjonalny, a więc możliwy do uzasadnienia i obrony także w ramach systemu religijnego. Dla Laridżaniego filozofia Kartezjusza, Kanta czy Poppera była zatem nie tyle źródłem oświeceniowego liberalizmu, ile narzędziem epistemologicznym, poddawanym reinterpretacji i wykorzystaniu w ramach projektu budowy islamskiej teokracji – w zgodzie z dominującą w szyickiej teologii wykładnią, w której racjonalizm nie stanowi alternatywy wobec religii, lecz instrument poznania boskiego porządku świata. I tu leży klucz do rozbrojenia pozornej sprzeczności, którego europocentryczny umysł nie dostrzega.
To właśnie ta formacja – łącząca dyscyplinę intelektualną z zakorzenieniem w systemie – miała bezpośredni wpływ na sposób uprawiania polityki.
Pragmatyk w systemie
Z tej perspektywy łatwiej zrozumieć polityczny profil Laridżaniego. Nie był on ani reformatorem, ani doktrynerem. W licznych relacjach na jego temat powraca określenie: „twardy, ale pragmatyczny”. Uczestniczył w negocjacjach nuklearnych, utrzymywał kanały komunikacji z partnerami zagranicznymi, prowadził misje dyplomatyczne w regionie. Był częścią systemu – i to jego twardszego skrzydła – ale zarazem należał do tych, z którymi można było rozmawiać.
Nie wynikało to z politycznego umiarkowania, lecz raczej z operacyjnej racjonalności. Laridżani reprezentował typ polityka, który – nawet jeśli uznaje prymat interesu państwa i ideologii – myśli kategoriami kosztów, równowagi i możliwych scenariuszy. W tym sensie jego formacja filozoficzna nie była jedynie ornamentem. Stanowiła narzędzie porządkowania rzeczywistości.
Między racjonalnością a przemocą
Śmierć Laridżaniego odsłania szerszy problem, który wykracza poza jego biografię: miejsce racjonalności w polityce. Filozofia – także kantowska – nie gwarantuje określonych wyborów politycznych. Jest narzędziem, które może być użyte zarówno do krytyki władzy, jak i do jej uzasadnienia. Laridżani był przykładem tej drugiej możliwości: intelektualisty, który buduje system, wobec którego buntują się inni, a on próbuje go wzmocnić i usprawiedliwić. Jego odejście nie zamyka tych sporów. Przeciwnie – czyni je bardziej widocznymi.
Izraelska strategia eliminowania elit i jej konsekwencje
Jego zabicie wpisuje się w szerszą logikę działań Izraela, które można interpretować jako strategię eliminowania elit przeciwnika. Uśmiercanie kolejnych decydentów niezmiennie wynosi radykałów – ideologicznie twardszych i coraz bardziej zależnych od logiki konfliktu. Kiedy giną ci skłonni do mediacji i budowania konsensusu, przestrzeń negocjacyjna ulega zawężeniu.
Najdobitniejszym przykładem jest zastąpienie Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego przez jego syna, Modżtabę, który – poza bardziej radykalnymi poglądami politycznymi i silniejszymi związkami z Korpusem Strażników Rewolucji – może mieć również motywację osobistą w swojej działalności politycznej: jego bliscy zginęli w jednym ataku.
Ten sam mechanizm widać w przypadku eliminacji przywódców Hamasu czy Hezbollahu. Ich zabicie nie prowadzi do osłabienia organizacji w sensie politycznym, lecz raczej do radykalizacji kolejnych generacji.
Trudno założyć, że prawidłowość ta nie jest dostrzegana przez decydentów izraelskich. Można zatem postawić tezę, że celem tej strategii nie jest wyłącznie osłabienie przeciwnika, lecz takie ukształtowanie pola konfliktu, by stopniowo zdominowali go aktorzy najbardziej radykalni. W takim układzie negocjacje tracą rację bytu, a konflikt staje się podstawową formą relacji.
I tu dochodzimy do sedna: założenie o możliwości kompromisu ustępuje przekonaniu o konieczności zniszczenia przeciwnika. W tym kontekście można przywołać jeszcze jeden przykład – Iran został zaatakowany nie dlatego, że dyplomacja zawiodła, lecz dlatego, że z definicji nie mogła zapewnić ostatecznego rozstrzygnięcia w formie odpowiadajacej oczekiwaniom jego przeciwników. Dyplomacja jest bowiem sztuką prowadzenia trudnych rozmów z adwersarzem, a nie dążeniem do jego anihilacji.
W tle pozostaje pytanie o logikę tej wojny. Zabijanie takich postaci jak Laridżani zawęża możliwości deeskalacji. Konflikt przestaje być problemem do rozwiązania, a staje się stanem, którym należy zarządzać – aż do fizycznej rozprawy z przeciwnikiem.
W takim porządku rzeczy postacie pokroju Alego Laridżaniego – niejednoznaczne, trudne do zaszufladkowania, balansujace między ideą a pragmatyką – stają się coraz mniej potrzebne. I dlatego zapewne stają się przeszkodą.
Pułapka Europy – dopóki wasal uważa, że nie ma innej opcji niż pozostawanie dalej wasalem swojego suzerena[1], dopóty nie zrzuci okowów zależności.
Zachód nie był na Trumpa 2.0 (sformułowanie profesora Grzegorza Kołodki) przygotowany. Nie może zrozumieć skomplikowanej sytuacji, w której się nagle znalazł, ale godzi się z „nielogicznym, nieracjonalnym, nieprzewidywalnym” Donaldem Trumpem i trumpizmem. Traktuje tę prezydenturę jako aberrację i rezygnuje „na chwilę” z wyznawanych zasad i własnych interesów. Gra w grę pod nazwą przeczekanie Trumpa. Wprawdzie dotychczasowy świat rozsypuje się na naszych oczach, ale trwa wiara, że atlantycka wspólnota bezpieczeństwa i harmonia polityczno-gospodarcza odrodzi się z popiołów – po wymazaniu Trumpa z historii.
Globalne Południe nie jest zaskoczone; nowy modus operandi amerykańskiego mocarstwa, praktykującego od dawna gry o sumie zerowej w Trzecim Świecie, jest postrzegany przez pryzmat kontynuacji kolonializmu i imperializmu na sterydach.
Polityka Trumpa wyciąga wnioski z już ukształtowanej rzeczywistości, odzwierciedla i konsoliduje aktualny stan rzeczy w gospodarce i w polityce, bezwzględnie toruje drogę dalszym zmianom i przyspiesza. Warunki temu sprzyjają: w XXI wieku nastąpiła totalna fuzja władzy politycznej z kapitałem korporacji, a zwłaszcza monopoli z Doliny Krzemowej. Bogactwo jest skupione w rękach ludzi pokroju Elona Muska i garstki stopionych ze sobą oligarchów i polityków, którzy dysponują nowymi technologicznymi instrumentami do penetracji ludzkich umysłów i sprawowania kontroli nad zachowaniem mas. Tej generacji kapitanów gospodarki marzy się pokierowanie sprawami tego świata. W ich perspektywie demokracja jest tylko fasadą, ponieważ prawdziwa gra o kształt polityki – w ich rozumieniu o nieograniczony rozwój zyskownych technologii – nie toczy się w lokalach wyborczych. Świat przyszłości jest zapowiadany i organizowany nie przez politycznych wizjonerów, takich jak prezydenci Wilson, Roosevelt i Kennedy, lecz przez guru internetu i sztucznej inteligencji. Będzie to świat szczęśliwych ludzi, znany z ostrzegawczych wizji Huxleya i Orwella.
Zarzut stawiany przez liberalny establishment Trumpowi i jego ekipie dotyczy implementowania polityki sztucznego regresu, czyli zwrotu do historii, do dziewiętnastowiecznej polityki siły ponad prawem i do polityki opartej na równowadze sił, do koncertu mocarstw, dzielenia świata na sfery wpływów. W ich argumentacji taka polityka jest szkodliwa i prowadzi do zastąpienia liberalnego porządku światowego, sprzyjającego stabilności i gospodarce rynkowej, przez układ międzynarodowy bez ustalonych reguł i ograniczeń dla agresywnych mocarstw (Chiny, Rosja) i państw narodowych.
Jednak ten idealizowany Pax Americana już od dawna nie funkcjonuje. Trump zaledwie dotknął jego spękanej fasady i od razu posypały się całe struktury, aż do fundamentów. Spadła w jednym momencie zasłona hipokryzji dotyczącej standardów państwa prawnego, demokracji, praw człowieka, humanitaryzmu, strategicznej stabilności. Jak inaczej niż wyczerpaniem tego systemu można by wyjaśnić, że Trump dla zrujnowania korzystnego dla całego Zachodu liberalnego porządku potrzebował tylko kilkunastu miesięcy?
W istocie rzeczy korupcja polityczna od dawna osłabiała żywotność tego świata (patrz: zasady finansowania kampanii wyborczej w USA). Silni na Zachodzie wykorzystywali, gdy tylko mogli, słabych: pracowników najemnych, gastarbeiterów-migrantów, robotników i klasę średnią. Silni eksploatowali dawne kolonie, zdominowali instytucje międzynarodowe i łamali prawo międzynarodowe. System nazywany liberalnym porządkiem światowym, ograniczający się do członków zachodniego klubu, był systemem opierającym się być może na zasadach, ale nie na uniwersalnych normach prawa międzynarodowego, którego źródłem jest wyłącznie ONZ. Dla pozostałych państw liberalny porządek światowy był w istocie gwarantem nierówności. Drastycznym przykładem ignorowania NZ i ich agend oraz międzynarodowych trybunałów jest Gaza, która (już w czasach prezydentury Joe Bidena) stała się symbolem odejścia przez „awangardę” cywilizacji od stosowania się do reguł prawa międzynarodowego i symbolem upadku jej pretensji do wyższości moralnej.
To, co oryginalne w systemie Trumpa, to powiązanie gospodarki zaawansowanego kapitalizmu z zasadami rządzącymi systemem feudalnym. Suzeren i jego lennicy – Stany Zjednoczone i zwasalizowana reszta świata – to jest wizja Trumpa.
Dobrym przykładem jest tu ściąganie lenna – czyli opłat przez amerykańskie korporacje cyfrowe – z lenników z całego świata. Reszta świata jest wasalem, państwa i obywatele tego podporządkowanego świata są urzeczowionymi konsumentami i płatnikami. Poszczególne państwa to tylko dzierżawcy na łasce władcy feudalnego, którzy spłacają słoną daninę za niepewną opiekę ze strony suzerena. Suzeren nie jest oświeconym władcą, łatwo się irytuje i przemienia się w emblematycznego Raubrittera (rycerza rabusia).
Polityka Trumpa zmierza ku prywatyzacji państwa, polityki i dyplomacji. Państwem i dyplomacją kieruje szeroko rozumiana Rodzina i Przyjaciele Trumpa. W trakcie styczniowego Forum w Davos Trump zainaugurował Radę Pokoju, która w istocie jest zapowiedzią prywatyzacji uniwersalnej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Struktura Rady jest oparta na sieci osób i prywatnych interesów. Celem tej operacji nie jest rekonstrukcja Gazy jako miejsca do życia dla Palestyńczyków, ale generowanie zysku z pozyskanej nieruchomości. Przy okazji Trump powiedział: „w głębi duszy jestem specjalistą od nieruchomości” i dalej w tym duchu o Gazie „spójrzcie na tę piękną działkę” (Davos, 22 stycznia 2026 r.).
Świat zachodni przygląda się inicjatywie Trumpa częściowo z aprobatą, częściowo z obojętnością, częściowo z mniej lub bardziej ukrywaną antypatią. Ale na rzeczywisty opór nie ma ani chęci, ani zapotrzebowania. I właśnie ten brak stanowczego „nie” wobec dyktatu suzerena odzwierciedla obecny lęk i bezwolność w polityce Zachodu, który od dawna już nie wierzy w multilateralizm, w zasady pokojowej współpracy opartej na prawie międzynarodowym, współpracy zorganizowanej przez sam Zachód po II wojnie światowej w 1945 roku i odnowionej w Paryskiej Karcie Nowej Europy po zimnej wojnie w roku 1990. Tym razem cywilizacja i pretensje Zachodu poległy bez wojny, ale nie bez przyczyny. A jedną z przyczyn jest liczenie na zachowanie resztek przywilejów, wciąż istniejących i zapewnianych lennikom przez suzerena.
Prezydent Trump nie jest przypadkiem, infantylnym i szkodliwym odstępstwem. Trumpizm nie jest przejściowy, nie można go przeczekać. Znaczna część dziejów kształtującej się stopniowo mocarstwowości Stanów Zjednoczonych jest historią niedobrych precedensów, interwencji, dywersji, lekceważenia prawa międzynarodowego i konsekwentnych działań politycznych na rzecz powiększenia obszarów dominacji. Obecny etap tej ewolucji był zapowiedziany. Trumpizm jest kolejnym ogniwem w historii amerykańskiej polityki w praktyce oraz jej intelektualnego zaplecza w postaci XXI-wiecznego neokonserwatyzmu, neoliberalizmu, tradycjonalizmu i imperializmu epoki cyfrowej. Jego ważną częścią składową jest związek duchowy i polityczny nowych chrześcijan w Stanach Zjednoczonych z lobby izraelskim w Ameryce i w Europie.
Trumpizm jest konsekwencją ewolucji kapitalizmu i jego gwałtownego przekształcenia w drapieżny imperializm. Stephen M. Walt trafnie określił Amerykę Trumpa jako Predatory Hegemon (drapieżny hegemon).
Jest to moment przesilenia polityki amerykańskiej w sensie radykalizacji jej formy i intensyfikacji treści. Stąd rewizjonistyczne podejście administracji Trumpa do konstytucyjnych ram, w których działa amerykańska egzekutywa, marginalizacja Kongresu i deformowanie procesu wyborczego. Kształtuje się mocarstwo stanów wyjątkowych. Postępuje instrumentalizacja prawa i służb, nasila się nieufność i represyjność wobec obcych i wobec własnych obywateli (działania ICE). Powstaje państwo zmilitaryzowane i garnizonowe na fundamentach, które już wcześniej były przygotowane. Kwitnie kompleks militarno-przemysłowo-technologiczny. Jego prosperity wiąże się z nieustannymi interwencjami i ekspansją. Narzędzia militarne, siłowe są też w coraz większym stopniu wykorzystywane w polityce wewnętrznej do rozprawy z politycznymi oponentami. Mianem terroryzmu i terrorystami władza określa całe spektrum swoich przeciwników: zagrażają ponoć Ameryce od zewnątrz i od środka, co uzasadnia wprowadzenie metod państwa policyjnego.
Konieczne jest rozpatrywanie światopoglądu Trumpa i trumpizmu jako grupowej ideologii nacjonalistycznej elity MAGA (w odróżnieniu od elit z roku 1945, a nawet z roku 2000). Ma ona inne standardy, inne wyznaczniki sukcesu, inne aspiracje. Celem tej wąskiej elity nie są miliony, ale miliardy dolarów. Zysk bez stawiania granic etycznych w korzystaniu ze środowiska naturalnego, w mediach cyfrowych, w rozwoju sztucznej inteligencji czy w naukach biologicznych. Ziemia, woda, powietrze, zasoby naturalne – czyli to, co nowi feudałowie otrzymują za darmo, są eksploatowane bez oglądania się na los planety i przyszłych pokoleń. Idee liberalnego mainstreamu, takie jak prawa człowieka, walka z dyskryminacją, rasizmem, są potępione lub na marginesie zainteresowań trumpizmu.
Rdzeniem trumpizmu jest nowy feudalizm.
Trump ma rację: cały świat, a zwłaszcza Zachód, zaciągnął w XX wieku dług u Stanów Zjednoczonych, on go teraz ściąga i ściga dłużników z pozycji wierzyciela. Alianci zachodni niejednokrotnie zaciągnęli większy dług niż inni. I powinni okazać wdzięczność nie tylko werbalnie, ale i materialnie. Premier Kanady w Davos elokwentnie pożegnał się na zawsze z tym przytulnym dla państw Zachodu (ale tylko dla tego kręgu państw) porządkiem międzynarodowym.
Obecny świat jest feudalną domeną suzerena, który oczekuje daniny lennej od swoich lenników. Od wszystkich, którzy są słabsi i od niego zależni. Polityka taryf celnych jest polityką ściągania lenna. Lennicy oceniani są wobec stopnia indywidualnych hołdów i stopnia uległości, a także od wielkości darów, które składają suzerenowi. Inną formą uległości są wymuszone zakupy broni, energii i innych dóbr w metropolii.
Spłacanie długu nigdy się nie kończy, prosperity i bezpieczeństwo jest przywilejem suzerena. Dług pozostaje na zawsze, uwolnienie od obowiązków lennika nie następuje nigdy.
Po drodze Trump oczyszcza teren dla swojej autokratycznej pozycji: trwa usuwanie przeszkód w amerykańskim systemie politycznym. Umacnia władzę prezydenta, podważa system check and balances, centralizuje system federalny, likwiduje niezależne instytucje, podważa wolność akademii i mediów. Wyprowadza Stany Zjednoczone z organizacji międzynarodowych. Odchodzi od zobowiązań humanitarnych i traktatowych, w tym stabilizujących wyścig zbrojeń nuklearnych. Zrywa dekoracje, czyli instrumenty w postaci praw człowieka i odrzuca ochronę zasobów ekologicznych. Wolność bez obowiązków i granic jest pretekstem do odrzucenia wszelkich ograniczeń dla amerykańskiego biznesu, a zwłaszcza wielkich monopoli krzemowych.
Ci, którym Stany Zjednoczone pomagają, a którzy „nie mają kart”, muszą spłacić dług w formie koncesji, takich czy innych. Ich suwerenność jest ograniczona (w zakresie relacji handlowych i przez eksterytorialne bazy), a ich zasoby, ich bogactwa naturalne, przejmuje suzeren.
Z całą mocą powrócił terytorialny aspekt ekspansji, bo własność ziemska jest historycznie najtrwalszym zasobem, podstawą i zasadą panowania feudalnego. Ekspansja terytorialna jest najbardziej logicznym elementem strategii. Trump, domagając się Grenlandii, podkreślił swoje zainteresowanie jej pełną własnością, a nie dzierżawą. Dzierżawcami mogą być Duńczycy, lennicy Stanów Zjednoczonych.
Co przeszkadza w feudalizacji całego świata? Nie upokarzani i bierni alianci zachodni, ale inne mocarstwa i państwa Globalnego Południa, które są zorganizowane w swoje kluby i organizacje. Czy i jaki opór stawią ekspansjonizmowi Trumpa? Czy, zgodnie z teorią realizmu, system międzynarodowy wygeneruje przeciwwagę dla drapieżnych Stanów Zjednoczonych? Jak będzie zreorganizowany cały świat? Tego jeszcze nie wiemy.
Trudno jednak liczyć na samodzielny wkład Europy. Trump traktuje Europę jak upadającą cywilizację, która znalazła się na skraju wyczerpania. Wbrew obecnej fali zachwytu nad stanowczością części państw Europy, która zastopowała (?) agresywne zamiary Trumpa wobec Grenlandii, trudno dopatrzeć się oznak zdecydowanej i konsekwentnej polityki uniezależnienia się Unii Europejskiej od Stanów Zjednoczonych. Europejczycy mają świadomość, że „nie mają kart” i ich stan apatii będzie trwać tak długo, jak długo nie znajdą modus vivendi z Rosją, a także Chinami. A do tego czasu członkowie tego komfortowego klubu będą składać Trumpowi lenno. Z pewnym ociąganiem przystosują się do porządku nowego feudalizmu w miejsce wcześniej promowanego przez siebie multilateralizmu.
Nie będzie korekty. Z czasem może nastąpić spowolnienie i złagodzenie form, jednak istota polityki Stanów Zjednoczonych pozostanie ta sama. Wielu polityków z Partii Demokratycznej i wielu wybitnych znawców spraw międzynarodowych, takich jak Stephen M. Walt, Graham T. Allison i Richard Haas, ubolewa nad zakrętem w amerykańskiej polityce zagranicznej i krytykuje odwrócenie się Trumpa od sojuszników, od NATO. Krytycy słusznie przewidują, że jego polityka przyniesie w rezultacie nieodwracalne szkody dla Stanów Zjednoczonych i ich sojuszy.
U autorów czołowych amerykańskich periodyków poświęconych sprawom międzynarodowym nie dostrzegam jednak głębszej troski o stabilny pokojowy porządek dla całego świata, nie tylko dla Zachodu. Wciąż dominują wypowiedzi o bezpośrednim zagrożeniu ze strony Chin i o niszczeniu porządku światowego przez autokratów. I nie widzę w amerykańskim establishmencie polityki zagranicznej dążenia do przeprowadzenia rzetelnego obrachunku i dotarcia do korzeni amerykańskiego ekspansjonizmu jako naturalnego wyrazu objawionego przeznaczenia, Manifest Destiny[2].
[1] Suzeren to najwyższy władca feudalny, najwyższy suweren/senior w hierarchii lennej. Nie będąc niczyim wasalem, sprawuje niezależną suwerenną władzę.
[2] Dziewiętnastowieczna doktryna głosząca, że ekspansja USA na zachód, aż do Oceanu Spokojnego, jest nieunikniona i usankcjonowana przez Boga, uzasadniająca podboje terytorialne (aneksja Teksasu, wojna z Meksykiem) oraz szerzenie amerykańskiej demokracji i kultury [przyp. red.].
Artykuł został zamieszczony w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok
Oto kampanię wyborczą przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku mamy z hukiem rozpoczętą, batalia o SAFE stał się tu jedynie denatorem, teraz napięcie będzie tylko rosło. Trzeba oddać premierowi rację, że lepszy moment niż weto prezydenckie do rządowego SAFE już się przed wakacjami nie nadarzy – sam program i tak wejdzie w życie, choć mógłby pełniej i z większymi korzyściami. Jednak de facto w sensie finansowym nic wielkiego się nie stało, unijne pieniądze popłyną naprawdę szerokim strumieniem, a korzyści polityczne zapewne zbilansują nam najbliższe sondaże opinii publicznej. Choć w tle tej całej historii istniał przecież alternatywny plan, który co prawda się nie ziścił, dlatego wart jest może z grubsza przypomnienia i dla potomności opisu.
Miałoby to przecież wyglądać tak, że rządowy SAFE, który nie budził kontrowersji co do istoty sprawy, mógłby został uzupełniony o „krajowy SAFE”, którego podstawą stałyby się rezerwy NBP. Powstałyby dwa grzyby w barszczu, z tym że jeden (rządowy) byłby na cito, a drugi zadziałałby w dłuższej perspektywie i niejako komplementarnie. Nie było tu z początku żadnego sporu politycznego, wojskowi tylko zacierali ręce, podobnie jak służby, sektor obronny, ministrowie czy nawet niektórzy ekonomiści, nie na żarty zmartwieni bezsensownie wysokim poziomem rezerw skrytych w zakamarkach NBP. Czyli od razu sięgamy po unijny kredyt, jednocześnie przygotowując się do długofalowego obracania posiadanymi rezerwami, aby wygenerować korzyści ze zakumulowanego bogactwa. To dwutorowe podejście nosiło cechy racjonalności spod ręki prof. Kołodki, o co dziś naprawdę trudno w tym szalonym pędzie ku katastrofie, bo jednak tak gigantyczny program warto byłoby postawić na dwóch nogach, a nie na jednej. Europejskiej i amerykańskiej – z grubsza rzecz ujmując – bez wchodzenia w takie subtelności, kto u kogo lobbował w tej sprawie i jak się będą układać przyszłe wydatki. I nawet prezydent Nawrocki był do tego co do zasady przez Kołodkę przekonany, uprzednio już z prezesem Glapińskim rozmówiony, iż zapasy złota i walut są na miejscu, a od przybytku głowa nie boli, gdy potrafimy z niego właściwie skorzystać. Tyle że nie było zaplecza politycznego dla tego wariantu, o co usilnie na pewnym etapie zabiegał Władysław Kosiniak- Kamysz, widząc w tym historyczną misję przerwania tego, co wisiało w powietrzu i się na naszych oczach niestety ziściło.
Szturm na SAFE przypuścili ci, którzy jeszcze niedawno weń głęboko wierzyli, a chętnie dołączyli ci, którzy zwietrzyli szansę na szybkie, a być może trwałe osłabienie Polski. I to się zlepiło we front odmowy jakiego nie mieliśmy tu od dawna, rzeczywiście zapachniało nawet polexitem, a co gorsza w ogóle kwestionowaniem w narodzie potrzeby jakiegokolwiek SAFE. Już nie tylko tuskowego, ale również nawrocko-glapińskiego, co pachnie chyba jakąś Targowicą, skoro rząd za zaciągniecie pożyczki ma być w przyszłości sądownie rozliczany. A przynajmniej przejęciem kontroli nad początkowym przekazem Prezesa, że przyjmując pożyczkę unijną jednocześnie oddajemy jakieś narodowe imponderabilia. Co jest jego stałym leitmotivem w odniesieniu do UE i czego należało się spodziewać.
Teraz zaś okazuje się, że sam w sobie SAFE jest zły. „Po co mamy się zbroić? Komu to potrzebne?” – zasiewają wątpliwości przeróżni internetowi eksperci. Jako fatalną egzemplifikację tak kontrolowanego podejścia można by przytoczyć niemądre wypowiedzi o złomie, który za SAFE powstanie w polskich zakładach zbrojeniowych… No więc skutki tego zamieszania są całkiem wymierne, wzrasta w narodzie przekonanie, że zbrojenia są nam zbędne i niestety widać to we wszystkich ugrupowaniach politycznych, także tych tworzących koalicję. Nawet na szerokiej lewicy, która ma swoją agendę, ale jej przeróżnym liderom zdarza się mówić rzeczy w tym właśnie guście, zupełnie bezkarnie i bez jakiegokolwiek sensu. Widać to na razie na forach internetowych, w różnych jasnych i ciemnych zakątkach i zakamarkach oraz norach polskiego życia politycznego – i wylewa się to powoli do debaty publicznej.
Premierowi na tym tle pozostało tylko jedno: szybkie wobec weta prezydenta uruchomienie programu i wyciągnięcie korzyści politycznych, skoro to wszystko diabli wzięli. Co prawda mogą paść pytania, czy nie za szybko i czy nie warto było zrobić jeszcze przestrzeni dla prezydenckiego projektu ustawy w postaci sejmowego pierwszego czytania, aby Nawrocki podpisując z musu rządowy SAFE skierował go np. do Trybunału Konstytucyjnego w celu zbadania zgodności z Konstytucją (tzw. kontroli następczej)? Można było się o to ostatecznie pokusić, ale nie chciano z tego skorzystać, marszałek Czarzasty od razu powiedział, że muszą wobec inicjatywy Nawrockiego wybiec wszelkie sejmowej procedury, a więc niemożliwe jest natychmiastowe pierwsze czytanie. I dziś mamy ten projekt jako sejmową sierotę, bo nawet chyba minister Bogucki weń już nie wierzy, a drugiego kręgu, jeśli chodzi o rządowy SAFE, nie będzie. Można więc skwitować, że zwycięstwo polityczne przypada Tuskowi, mimo klęski rządowego projektu ustawy o SAFE, co zrekompensowano wdrożeniem Planu B, który daje środki tam, gdzie one są niezbędne. A prezydent Nawrocki został na razie ze swoim projektem ustawy sam na sam i zapewne stanie się tak, że po wyczerpaniu sejmowych procedur, marszałek Czarzasty kiedyś skieruje projekt do [pierwszego czytania… a co będzie dalej, zobaczymy. Bo w sumie nie wiadomo, co z rezerwami NBP począć, skoro świat i tak zmierza ku nieuchronnej katastrofie, a Amerykanie mają na nią nowe oferty?
Profesorowi Stefanowi Konstańczakowi należą się słowa uznania za podjęcie ciekawej próby przedstawienia sylwetki Adama Schaffa i jego roli w polskiej (a także światowej) filozofii („Res Humana”, nr 1/2026, czyt. tutaj). Jest to tym bardziej godne uznania, że przez dwadzieścia lat, które minęły od śmierci Schaffa, dorobek tego uczonego nie był przedmiotem poważniejszych analiz naukowych. Sądzę, że w dużej mierze było to spowodowane racjami politycznymi. Schaff nie mieści się bowiem w prostych schematach, które najchętniej stosuje się w rozważaniach o najnowszej historii. Był komunistą, który nigdy nie wyrzekł się swoich przekonań, a zarazem był bardzo surowym krytykiem tego, co nazwał „komunofaszyzmem” – swoistej mieszanki idei komunistycznych z przejętymi od prawicy resentymentami antysemickimi i kultem wszechpotężnej władzy. Był filozofem marksistowskim, który – jak niewielu polskich filozofów – doczekał się wielu przejawów uznania międzynarodowego, w tym honorowych doktoratów Sorbony, Uniwersytetu w Nancy i Uniwersytetu Michigan w Ann Arbor.
Byłem we wczesnej młodości studentem Schaffa, a jeszcze jako licealista przeczytałem jego Wstęp do teorii marksizmu (1947), który dla mnie (jak dla wielu moich rówieśników) był pierwszym wprowadzeniem do marksistowskich lektur. W latach sześćdziesiątych przez trzy lata byłem jednym z dwóch jego zastępców w dyrekcji Instytutu Filozofii i Socjologii PAN – instytucji, której był twórcą i pierwszym dyrektorem. Do końca jego życia pozostawaliśmy w bardzo bliskiej przyjaźni. Nie jestem więc w dyskusji o roli Schaffa całkowicie bezstronnym świadkiem. Myślę jednak, że mam coś istotnego do powiedzenia na temat tego bardzo kontrowersyjnego, a zarazem cieszącego się światową sławą uczonego.
Adam Schaff był z przekonania komunistą. Do KPP wstąpił w 1932 roku – w wieku dziewiętnastu lat. W 1937 roku trafił (na krótko) do więzienia za swoją komunistyczną działalność. Po wojnie odegrał kluczową rolę w budowaniu frontu ideologicznego PPR, a potem PZPR. Był członkiem Komitetu Centralnego PZPR (do 1968 roku). Został członkiem Polskiej Akademii Nauk i jej prezydium. To w jego gestii znajdowała się polityka partii w odniesieniu do filozofii i socjologii. W latach polskiego stalinizmu Schaff odegrał znaczącą rolę jako taki przedstawiciel partii na froncie ideologicznym, który chciał i potrafił chronić naukę polską przed najgorszym. Krytykowani na łamach redagowanej przez niego „Myśli Filozoficznej” filozofowie korzystali z możliwości nieskrępowanej odpowiedzi, a jeden z nich – Tadeusz Kotarbiński – był przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu Filozofii i Socjologii. W wielkiej mierze dzięki Schaffowi powstała w tych latach Biblioteka Klasyków Filozofii, w której redagowaniu uczestniczyli czołowi uczeni spoza kręgu marksistów. W 1956 roku Schaff bardzo aktywnie zaangażował się w przemiany październikowe.
Gdy w 1984 roku został usunięty z PZPR, powiedział mi, że „komunistą można być także poza partią”. W tym sensie był niezmienny. Nigdy nie opuścił Polski. Myli się profesor Konstańczak, gdy pisze o „wyjeździe” Schaffa z Polski i jego późniejszym „powrocie”. Kierując stworzonym przez siebie międzynarodowym ośrodkiem nauk społecznych w Wiedniu, Schaff nadal mieszkał w Polsce, pozostawał profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, a do Wiednia jeździł regularnie na mniej więcej dwutygodniowe pobyty. To nie była emigracja!
W poglądach filozoficznych Schaffa szczególne miejsce zajmuje wydana w 1965 roku książka Marksizm a jednostka ludzka. Tłumaczona na kilkanaście języków i szeroko komentowana w świecie stała się ona najbardziej znaczącą w literaturze światowej prezentacją takiej interpretacji marksizmu, w której wolność jednostki i zagrażające jej formy alienacji znalazły się w centrum uwagi. Książka ta uczyniła z Schaffa najbardziej znanego i szanowanego przedstawiciela współczesnej filozofii marksistowskiej w skali światowej. Znaczenie tej książki wynika z faktu, że Schaff, w odróżnieniu od tych jego uczniów, którzy – jak między innymi Leszek Kołakowski – odrzucili marksizm, pozostał zdeklarowanym marksistą, a zarazem stał się najbardziej, po Gyorgym Lukacsu, znanym i szanowanym filozofem marksistowskim o nieortodoksyjnej orientacji.
W okresie wcześniejszym Schaff nie wychodził poza ramy marksistowskiej ortodoksji, ale ramy te wypełniał książkami, których poziom intelektualny i erudycja w zasadniczy sposób odbiegały od marnego stanu oficjalnej filozofii marksistowskiej w ZSRR i innych państwach socjalistycznych. Najważniejsza książka tego okresu – Z zagadnień marksistowskiej teorii prawdy – stała się przebojem światowym z uwagi na szeroką erudycję autora i podjęcie przez niego zaniedbywanych wcześniej problemów gnoseologii. Podobnie istotne miejsce w światowej filozofii zdobyły prace Schaffa z zakresu semantyki, zwłaszcza Język i poznanie (1964). Był to już „otwarty marksizm” w rozumieniu nadanym temu terminowi przez Kazimierza Kelles-Krauza i upowszechnionemu przez Juliana Hochfelda, ale – między innymi z uwagi na ezoteryczność tematyki – nie było to jeszcze otwarte zerwanie z ortodoksją marksistowską. Tym zerwaniem była dopiero książka o alienacji.
Po opublikowaniu Marksizmu i jednostki ludzkiej Schaff przez kilka lat skupiał się na problematyce semantyki, ale stopniowo – zwłaszcza do początku lat osiemdziesiątych – jego uwaga przesuwała się w stronę publicystyki politycznej. Był zaskoczony i coraz bardziej przerażony skalą recydywy idei prawicowych w ruchu Solidarności. Z tego względu bezwarunkowo poparł wprowadzenie stanu wojennego, w którym widział ocalenie Polski przed katastrofalnym zaostrzeniem konfliktu i przed będącą jego skutkiem interwencją radziecką. Z uwagi na wysoką pozycję światową i osobiste kontakty z Papieżem odegrał istotną (ale w tym czasie dyskretnie traktowaną) rolę w rozmowach z Janem Pawłem II, co miało istotny wpływ na przebieg papieskiej wizyty w Polsce w 1983 roku.
Ostatnie lata aktywności autorskiej Schaffa wypełniała problematyka polityczna. Był początkowo bardzo pesymistyczny w stosunku do kierunku, w jakim szła Polska. W jednym z ówczesnych tekstów użył nawet alarmującego zwrotu „finis Poloniæ”. Bardzo ostro potępiał recydywę antysemityzmu i przestrzegał – niekiedy w tonie alarmistycznym – przed konsekwencjami rosnących wpływów prawicy. Po 1993 roku popierał działania lewicowego rządu, m.in. bardzo pomógł mi w tym, co robiłem w ramach nowej polityki oświatowej. Był członkiem kilkunastoosobowego komitetu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku. W tym wszystkim wyrażała się ciekawa osobowość uczonego i działacza politycznego, którego miejsce w polskiej historii zasługuje na szacunek i pamięć.
Replika ukazała się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Gdy w 1989 roku kraje Europy Środkowej i Wschodniej wydobyły się z sowieckiej podległości, to przejście do rynku i demokracji miało charakter wyjątkowy: została przerwana ciągłość ścieżek i nastąpiła z punktu danych krajów zmiana punktacyjna, że użyjemy pojęcia przejętego z paleontologii. Co więcej, została sfalsyfikowana większość przewidywań sowietologicznych odnośnie do przyszłości krajów regionu, podobnie jak przewidywań „tranzytologicznych”, osadzonych w teoriach modernizacji.
Dopiero więc gdy gospodarki okrzepły, można było rozpocząć analizy wyłaniających się typów kapitalizmu. Większość badaczy zastosowała narzędzia wykorzystywane w badaniu zachodnich systemów społeczno-gospodarczych (zwłaszcza typy idealne Halla i Soskice’a oraz modele Amable’a[1]). Pozostali badacze dokonali albo modyfikacji zastanych narzędzi, albo konstruowali oryginalne siatki pojęciowe.
W Szkole Głównej Handlowej szereg placówek naukowych podejmowało prace nad typologią kapitalizmu postkomunistycznego. Poniżej zostanie przedstawiony jeden z takich nurtów badawczych, poświęcony kapitalizmowi rozwijającemu się w 11 krajach Europy Środkowej i Wschodniej, przyjętych do Unii Europejskiej (UE11). Początkowo stosowano metodę Amable’a, jednak w kolejnym etapie opracowano oryginalną koncepcję lokalnego kapitalizmu, której poświęcony jest artykuł.
Prace rozpoczęły się w Katedrze Ekonomii Kolegium Gospodarki Światowej w 2015 roku, a rok później dołączyli socjolodzy gospodarki z Zakładu Socjologii Ekonomicznej[2]. W pierwszym etapie przedmiotem badań była analiza podobieństw instytucji krajów UE11 i 4 krajów Europy Zachodniej, reprezentujących cztery modele porządków kapitalistycznych zgodne z klasyfikacją Amable’a[3]. Badania były przeprowadzone metodami ekonomii głównego nurtu: w pierwszym rzędzie nowej ekonomii instytucjonalnej (NEI) i właściwej jej perspektywy teorii racjonalnego wyboru. W wyniku badań stwierdzono odrębność klastra krajów UE11 w stosunku do innych klastrów krajów europejskich oraz niższy poziom spójności i komplementarności architektur instytucjonalnych tych krajów w porównaniu z Europą Zachodnią. Zastosowane metody nie dostarczały jednak podstaw do teoretycznego wyjaśnienia genezy i charakteru specyficznej niespójności. Dla jej opisu użyto wprawdzie terminu patchwork, jednak w znaczeniu metaforycznym.
Sytuacja ta skłoniła dwóch członków zespołu, reprezentujących odmienne dyscypliny – socjologię ekonomiczną (Juliusz Gardawski) i ekonomię głównego nurtu (Ryszard Rapacki) – do podjęcia w 2019 roku próby interdyscyplinarnego wyjaśnienia specyfiki lokalnego kapitalizmu. Przystępując do pracy nad nową konceptualizacją, nawiązano do wybranych wątków metodologicznych i teoretycznych dorobku Maxa Webera, do nowej socjologii ekonomicznej (Mark Granovetter, Richard Swedberg), ekonomii ewolucyjnej i innych nurtów nieortodoksyjnych[4]. Kluczowa dla tej koncepcji kapitalizmu okazała się analiza praktyk stosowanych przez zagraniczne korporacje (TNK) w krajach UE11. Rekonstruowano kapitalizm, wykorzystując w dużym stopniu metodę typu idealnego według propozycji Webera z 1904 roku, przyjęto perspektywę jakościową i holistyczną w odróżnieniu od ilościowej perspektywy pierwszego etapu badań. Za Weberem kładziono nacisk nie tylko na motywacje celowo racjonalne, lecz także wartościowo racjonalne i tradycjonalne. Przyjęto definicję patchworku jako układu powstającego w drodze dołączania do systemu elementów niezależnych od wcześniej ułożonych przy zachowaniu swobody w ich wchodzeniu i wychodzeniu z systemu i przy braku instytucji kontrolującej układ.
Porządek kapitalistyczny opisywano używając kategorii „osnowy” i „wątku”. Pierwsza odnosiła się do instytucji konstytuujących porządek: głównie instytucji formalnych, ale także nieformalnych, o ile kształtowały one podstawowe dla danego porządku warunki działania, jego reguły gry. Niespójność formalnej osnowy krajów UE11 była potęgowana przez obecność dwóch warstw instytucjonalnych: pochodzących z dziedzictwa protokapitalistycznego, z autorytarnego socjalizmu oraz z niespójnego zbioru elementów przeszczepionych z różnych aktualnych modeli zachodnioeuropejskiego kapitalizmu.
Kategoria „wątku” obejmuje ogół „graczy” działających na podstawie reguł gry. W realiach krajów EŚW graczami są przede wszystkim duże firmy, w tym należące do międzynarodowych korporacji (TNK).
Idealne typologie kapitalizmu mają zwykle swoje zakorzenienie w konkretnych porządkach społeczno-gospodarczych. W przypadku kapitalizmu patchworkowego nawiązuje się do porządku właściwego przypadkowi polskiemu. Model tego kapitalizmu nie jest indukcyjnie wyabstrahowany z realnej genezy polskiego kapitalizmu, wyselekcjonowane zjawiska empiryczne są ułożone w nieco odmiennej konfiguracji i mają nieco odmienny charakter niż rzeczywiste (zawierają elementy utopii). W takim właśnie typowo idealnym ujęciu przedstawione będą poniżej główne etapy ewolucji kapitalizmu patchworkowego.
Historia wytyczyła szlak zależności ścieżkowej kilku trwałych elementów porządków społeczno-gospodarczych Polski i większości krajów UE11, z których główny to nikła instytucjonalizacja osnowy ładu społecznego i niski poziom identyfikacji z instytucją państwa. Stefan Nowak uchwycił bagaż dziedzictwa u schyłku poprzedniego reżimu: słabo zintegrowane społeczeństwo stanowiło swego rodzaju „federację grup pierwotnych” (rodzinnych i towarzyskich) o słabych więziach z instytucjami oficjalnymi, zjednoczonych w narodowej wspólnocie. Członkowie społeczeństwa mieli skłonność do relatywizowania norm moralnych, podchodzenia z rezerwą do norm prawa („prawno-aksjologicznego nihilizmu”[5]), mieli wysoki poziom zaufania do członków grup własnych, natomiast niski do grup obcych i do pełniących role władcze (niski społeczny kapitał pomostowy i podległościowy).
Wraz ze złagodzeniem reżimu totalitarnego lub przekształcaniem w części krajów EŚW totalitaryzmu w autorytarny socjalizm pojawiły się w niektórych krajach UE11 sprzyjające warunki dla powstania i utrwalenia etosowych grup opozycyjnych, zespolonych wokół idei narodowych i niepodległościowych. W Polsce były to członkinie i byli to członkowie podziemnej Solidarności, w tym inteligenckiej grupy byłych doradców Solidarności z 1980 roku (elita „etosowo-solidarnościowa”).
W momencie przełomu ustrojowego w 1989 roku w żadnym kraju satelickim Związku Radzieckiego ani tym bardziej w żadnej tzw. republice radzieckiej nie istniała klasa ekonomiczna przygotowana do rozwijania porządku kapitalistycznego. W wyniku wyborów władza polityczna wpadła niespodziewanie w ręce nowych elit. Należy dodać, że były to specyficzne elity władzy, powstałe ad hoc, ich droga do władzy nie dawała się wyjaśniać w ramach teorii elit. Analizy wykazały, że geneza elit nie była neutralna dla przyszłego porządku kapitalistycznego.
Splot czynników obiektywnych (wielkość i złożoność gospodarki oraz jej kondycja) i subiektywnych (systemy wartości i aspiracje nowej elity) otwierał okno różnorodnych możliwości rozwoju porządku kapitalistycznego – porządkowi demokracji liberalnej lub porządkom nieliberalnej demokracji. Za pierwszą ukrywała się ścieżka stopniowo wiodąca do kapitalizmu patchworkowego, za drugą – do kapitalizmu politycznego, oligarchicznego, biurokratycznego („prebendowskiego”) itp.
Wprowadzenie systemu rynkowego było powszechnym programem nowych elit władzy krajów UE11 w momencie obejmowania rządów. Próby realizacji tego programu wywołały w wielu z tych krajów pogorszenie poziomu życia, utratę bezpieczeństwa na rynku pracy i falę strajków. Zmusiło to elity władzy do złagodzenia radykalizmu stosunków rynkowych. W przypadku Polski notowano następstwo dwóch elit etosowo-solidarnościowych: elity przełomu i elity adaptacji. Pierwsza z nich była symbolizowana nazwiskami Mazowieckiego i Balcerowicza. Fundamentalne znaczenie dla polskiej ścieżki miał fakt, że członkowie tej elity nie aspirowali do roli właścicieli środków produkcji, więcej, nie chcieli wykorzystać władzy do osobistego bogacenia się. Nie było to regułą w świecie postkomunizmu.
Elita przełomu ratowała kraj przed bankructwem, wprowadzając do osnowy rodzącego się porządku kapitalistycznego zasady spójnego modelu liberalnego i uzyskując tym samym przychylność zachodnich wierzycieli, godzących się podtrzymać zamierającą gospodarkę kredytami stabilizacyjnymi. Wystawiono jednak rachunek w postaci konieczności akceptacji modelu radykalnie rynkowego.
Polskie społeczeństwo, cechujące się wysokim poziomem indywidualizmu i zaradności, szybko rozwinęło sektor przedsiębiorstw prywatnych, w których swobodnie kształtowano stosunki pracy. W małej i średniej prywatnej przedsiębiorczości powstał układ patchworkowy (minimalne koszty transakcyjne wchodzenia i wychodzenia do systemu, swoboda w kształtowaniu wewnętrznego ustroju firm). Należy dodać, że misję prywatyzacji podjęły elity w wielu krajach UE11, chociaż idea prywatyzacji nie wszędzie była społecznie akceptowana[6].
W wyniku liberalizacji nastąpiło pogorszenie materialnego poziomu życia ogółu, utrata poczucia bezpieczeństwa na rynku pracy, fala strajków i ryzyko społecznego buntu antyrynkowego („przeciw-ruchu” w rozumieniu Polanyi’ego).
Ta sytuacja wpłynęła na pojawienie się elity adaptacji, symbolizowanej nazwiskami Kuronia (z okresu, gdy drugi raz był ministrem pracy) oraz Bączkowskiego. Podjęła ona wyzwanie ze strony „przeciw-ruchu” i ograniczyła pewne mechanizmy rynkowe w imię łagodzenia szoku. Nastąpiło specyficzne ograniczenie procesu daleko idącego utowarowienia przedsiębiorstw państwowych, jednak nie w kierunku nadania im statusu dobra kolektywnego (jak proponowano w ruchu samorządu pracowniczego), lecz w drodze uczynienia z załóg pracowniczych beneficjenta utowarowienia w ramach Paktu o przedsiębiorstwie z 1993 roku[7].
Te korekty instytucjonalne pogłębiły heterogenię osnowy (m.in. przez wprowadzenie dialogu społecznego rząd-praca-kapitał). Pierwszy etap transformacji (do drugiej połowy lat 90.) dał więc heterogeniczną osnowę i patchworkowy rozrost sektora polskich przedsiębiorstw prywatnych w ramach „wątku”. Ponadto w okresie tym powstały fortuny oligarchów, pojawiły się patologie związane z prywatyzacją, także napływem zagranicznego kapitału spekulacyjnego.
Podsumowując drogę, na którą wszedł polski kapitalizm, można zacytować tezę Stefana Nowaka, że istnieją rzadkie momenty historyczne, gdy o biegu wydarzeń o wielkiej skali społecznej rozstrzygają nie czynniki strukturalne, lecz postawy, wartości i aspiracje, w tym przypadku cechujące elitę etosowo-solidarnościową. Jerzy Bartkowski[8] następująco opisał to środowisko: „OKP stanowił nietypową elitę władzy. Cechowała ją zarówno specyficzna samoświadomość, jak i wiele nietypowych zachowań. Charakteryzowały ją: 1) poczucie misji i odpowiedzialności za kraj; ciężar oczekiwań społecznych; poczucie «historyczności» w działaniu i zachowaniu; 2) definiowanie swej roli jako reprezentanta kraju, a nie określonego środowiska lub okręgu wyborczego (bardziej reprezentanci «zmiany» niż wyborców); 3) duże znaczenie przywiązywane do zachowań symbolicznych, nadawanie wagi tej sferze i dążenie do stworzenia nowej symboliki narodowej; 4) rola czynników etycznych w wypełnieniu roli; polityka wartości i szlachetności, zakorzeniona w etosie opozycji”.
Odwołując się do koncepcji Acemoglu i Robinsona, elita etosowo-solidarnościowa wprowadzała Polskę na wąską ścieżkę demokratycznego liberalizmu, która zakładała rozdzielenie władzy politycznej i własności ekonomicznej. Drogi tej nie wybrały nowe elity na wschodzie, ale także nie weszły na nią niektóre postkomunistyczne elity na południu.
Etosowo-solidarnościowa elita władzy, głosząc program radykalnej prywatyzacji, musiała stworzyć warunki dla ukształtowania się klasy własności ekonomicznej. System wartości, ideologia i naciski rynków światowych skłaniały elitę ku kapitałowi zagranicznemu i nadaniu mu pozycji uprzywilejowanej. Autorzy badań wszystkich porządków społeczno-gospodarczych krajów UE11 wskazywali na zależność tych gospodarek od bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ), zależność ta przyjmowała jednak różny zakres w zależności od kraju.
W Polsce powstały specyficzne warunki, które nadały BIZ wyjątkową swobodę. Wiązało się to z głębokością kryzysu i akceptacją zasad tzw. konsensusu waszyngtońskiego. Oznaczał on likwidację barier wobec BIZ, gwarancję praw własności, wspieranie wolnej konkurencji, politykę antymonopolistyczną, a także ograniczenie ingerencji państwa w gospodarkę. Ponadto notowano niski zasób krajowego kapitału i brak rodzimej burżuazji, która ograniczałaby możliwości rozwoju BIZ. Spotęgowało to patchworkowy wzrost gospodarki: szeroko otworzono wrota przed zagranicznymi korporacjami i dano im przywilej bezkosztowego wchodzenia do systemu i wychodzenia z niego oraz kierowania swoimi firmami w sposób praktycznie nieomal niezależny od regulacji krajowych.
Pamiętając o typowo-idealnej perspektywie, można stwierdzić, że tam, gdzie wcześniej rozwinęły się zalążki kapitalizmu patchworkowego i zaakceptowano wymienione powyżej zasady, kapitał zagraniczny, działający racjonalnie, przybierał formę, którą trafnie opisał model Zależnej Gospodarki Rynkowej (ZGR) Andreasa Nölkego i Ariana Vliegentharta[9]. Wprowadzenie w życie modelu pozwoliło w następnym kroku na konsolidację kapitalizmu patchworkowego.
Zgodnie z modelem ZGR poszczególne zagraniczne korporacje (TNK) realizują produkcję wielkoseryjną nowoczesnych, lecz nieinnowacyjnych produktów na podstawie know-how opracowanego często w krajach macierzystych danej TNK i pod kontrolą tamtejszych central, a następnie zaspokajają głównie popyt poza granicami kraju goszczącego. W efekcie jednym z istotnych problemów krajów zdominowanych przez model ZGR staje się brak możliwości realizacji długookresowego ukierunkowanego rozwoju własnej gospodarki.
W rezultacie trzon gospodarki staje się patchworkowym zbiorem zagranicznych korporacji, stanowiących swego rodzaju zamknięte monady rządzące się własnymi regułami. Zbiór ten wzrasta i zmniejsza się zależnie od decyzji zagranicznych central TNK, rozwija lub hamuje rozwój danych dziedzin gospodarki zgodnie z polityką tych central.
Kapitalizm patchworkowy odpowiada interesom kapitału zagranicznego i ma zróżnicowany wpływ na efektywność gospodarek krajów UE11, zależnie od uwarunkowań panujących w poszczególnych krajach w danych okresach. Ma on zarówno przewagi konkurencyjne, jak i deficyty. Na poziomie makro można wymienić następujące przewagi: a) szeroki nurt BIZ powoduje wprowadzanie do gospodarki innowacji organizacyjnych i marketingowych, zasadniczo unowocześnia krajowe gospodarowanie; b) następuje wzrost produkcji i eksportu; c) pojawia się możliwość szybkiego reagowania gospodarki na wyzwania dzięki elastycznej strukturze osnowy i łatwemu wchodzeniu i wychodzeniu TNK do systemu; d) TNK zapewniają stosunkowo lepsze warunki pracy i płacy niż przedsiębiorstwa krajowe (są jednak wyjątki); f) TNK stosunkowo szczelnie wypełniają rynek, tworzą z czasem własną „elitę kompradorską”, co skutecznie powstrzymuje rozwój warstwy krajowych oligarchów; g) z racji słabości osnowy praktycznie ułatwiony jest wzrost entropijny, począwszy od importu toksycznych odpadków i lokowania przedsiębiorstw zanieczyszczających środowisko naturalne, kończąc na działalności przedsiębiorstw nieprzestrzegających praw pracowniczych.
Główny deficyt w skali makro to ograniczanie jakościowego rozwoju krajowej gospodarki i utrwalenie dryfu rozwojowego oraz swoboda kształtowania ustroju wewnętrznego TNK, co wywołuje zanik zinstytucjonalizowanej partycypacji pracowniczej i reprezentacji interesu pracowniczego.
Bardzo ważną przewagą konkurencyjną w skali mikro są więź społeczna i społeczny kapitał zaufania tkwiące w małych grupach, co tworzy dyspozycję do brania spraw w swoje ręce bez oczekiwania odgórnych regulacji. Jest to atut w okresach systemowych kryzysów, jak pandemia COVID-19, co zostało wykazane w badaniach empirycznych.
Perspektywy kapitalizmu patchworkowego w ujęciu typowo-idealnym należy rozpatrywać diachronicznie. Jego powstanie miało miejsce w czasach trwałego pokoju w naszej części świata i dominacji w światowej gospodarce demokracji liberalnej bliskiej modelowi Liberalnej Gospodarki Rynkowej. Wówczas optymalną drogą dla krajów w głębokim kryzysie gospodarczym, pozbawionych kapitału, o elitach politycznych niosących misje demokratyzacji i urynkowienia, niezainteresowanych w sprywatyzowaniu dla siebie majątku państwowego, był model kapitalizmu patchworkowego, radykalnie rynkowego, odpowiadający gospodarce rozwijanej przez niemonopolistyczny kapitał zagraniczny. Wprowadzenie modelu miało swoją cenę – przynosił wprawdzie modernizację i wzrost gospodarczy, jednak utrudniał ukierunkowany rozwój gospodarczy (wywoływał dryf). Odpowiadający modelowi porządek doprowadził do opanowania trzonu gospodarki przez zagraniczne korporacje: zajęły one większość atrakcyjnych miejsc przy stole symbolizującym gospodarkę.
W czasie, gdy powstaje ten esej, sytuacja polityczna i gospodarcza świata uległa destabilizacji, ideologia radykalnie rynkowa przestała być efektywna. Wyzwaniem dla krajów liberalnej demokracji, bliskich typowi idealnemu kapitalizmu patchworkowego stało się ograniczanie zasięgu patchworku przez instytucję państwa kreatywnego nastawionego na rozwój kapitału endogennego o własnych celach rozwojowych. Niemniej typ idealny kapitalizmu patchworkowego jest nadal, zdaniem piszącego te słowa, trafnym narzędziem w studiach porównawczych krajów UE11.
[1] P. Hall, D. Soskice, Introduction to Varieties of Capitalism – The Institutional Foundations of Comparative Advantage, Oxford University Press, Oxford 2001; B. Amable, The Diversity of Modern Capitalism, Oxford University Press, Oxford 2003.
[2] W skład zespołu autorskiego, kierowanego przez Ryszarda Rapackiego wchodzili obok niego: Adam Czerniak, Bożena Horbaczewska, Juliusz Gardawski, Adam Karbowski, Piotr Maszczyk, Mariusz Próchniak, Rafał Towalski.
[3] R. Rapacki (red.), Kapitalizm patchworkowy w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej, PWE, Warszawa 2019; R. Rapacki (red.), Diversity of Patchwork Capitalism in Central and Eastern Europe, Routledge, 2019.
[4] J. Gardawski, R. Rapacki, Patchwork Capitalism in Central and Eastern Europe – a New Conceptualization, “Warsaw Forum of Economic Sociology”, vol. 12 No 2 (24)/2022; J. Gardawski. with cooperation R. Rapacki, Extended Conceptualization of Patchwork Capitalism, “Warsaw Forum of Economic Sociology”, vol. 13 No 1 (25)/2022.
[5] G. Skąpska, Od „legalnej rewolucji” do kontrrewolucji. Kryzys konstytucjonalizmu liberalno-demokratycznego w Polsce, „Acta Universitas Wratislawiensis”, no. 3791/2017.
[6] T. Popic, The Role of Ideas in Welfare Reforms in Central-Eastern Europe, “Working Paper-LPF n. 4. Centro Einaudi, Laboratorio di Politica Comparata e Filosofia Publica With the support of Compagnia di San Paolo”, 2018.
[7] Nawiązano tu do ramy teoretycznej z pracy Marka Ziółkowskiego, Rafała Drozdowskiego i Mariusza Baranowskiego Utowarowienie w perspektywie socjologicznej, Scholar, Warszawa.
[8] J. Bartkowski, OKP jako elita władzy, „Studia Polityczne”, tom 46, nr 2/2018, str. 18.
[9] A Nölke, A. Vliegenthart, Enlarging the Varieties of Capitalism: The Emergence of Dependent Market Economies in East Central Europe, „World Politics” 61(4)/2009.
Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Ostatnie lata przynoszą szereg zaskakujących zmian politycznych, społecznych i gospodarczych, które skłaniają obserwatorów i komentatorów do różnych alarmistycznych wypowiedzi. W tym kontekście zazwyczaj wymienia się wojnę w Ukrainie, izraelską interwencję w Strefie Gazy, ponowny wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA itp.
Skutkiem tych wydarzeń jest zmiana myślenia o relacjach globalnych, co istotnie wpływa na sytuację geopolityczną Polski i Unii Europejskiej. Dyskutując o przyszłości Polski, warto więc poświęcić uwagę na analizę zmian w naszym otoczeniu, również tym dalszym – globalnym.
Na początku lat 90. XX w. rozpadł się dwubiegunowy system globalny. Został on zamieniony na jednobiegunowy, w którym USA pełniły rolę strażaka formalnie dbającego o zapewnienie możliwości demokratycznego rozwoju tym, którzy tego chcą. Współcześnie chętnych do odgrywania mocarstwowej roli jest więcej. W kontekście globalnym należy tu wymienić, oprócz USA, Chiny i Rosję. W skali regionalnej również pojawia się liczna grupa państw chcących odgrywać większą rolę niż ich sąsiedzi i mieć wpływ na otoczenie. W efekcie społeczeństwa są świadkami konfliktu mocarstw, który destabilizuje poczucie bezpieczeństwa i perspektywę dalszego pokojowego rozwoju.
Warto przy tym zwrócić uwagę, że nowy podział wpływów niweluje dawny podział na dobrych i złych. Jeśli jeszcze jakoś można było próbować uzasadnić amerykańskie (wraz z koalicjantami) interwencje w Afganistanie i Iraku, to napaść Rosji na Ukrainę nie ma takiego uzasadnienia. Zarówno władze Afganistanu, jak i Iraku posługiwały się wrogą retoryką wobec USA, wręcz w tym drugim przypadku sugerując wykorzystanie broni ABC przeciwko mocarstwu. Ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r. nie były najmocniejszą przesłanką do wojny, ale można szukać w nich usprawiedliwienia dla działań USA. Jednakże, w przypadku ataku z 24 lutego 2022 r. trudno jest mówić o wrogiej postawie Ukrainy wobec Rosji. Relacje między tymi państwami nie były przyjazne, zwłaszcza po aneksji Krymu w 2014 r., ale pomimo tego trudno jest wskazać agresywną politykę Ukrainy wobec Rosji, uzasadniającą interwencję zbrojną. Podobną do rosyjskiej ścieżką podążyły USA, przeprowadzając 3 stycznia 2026 r. interwencję w Wenezueli. Różnica pomiędzy działaniem Rosji a USA polega jedynie na tym, że USA były w stanie przeprowadzić szybką operację zmiany władzy, a rosyjska operacja specjalna zamiast trzech dni trwa już 4 lata i końca jej nie widać. Jednakże na tym kończą się różnice. Interwencja USA jest równie nieuzasadniona jak rosyjska agresja. W tej sytuacji powstaje retoryczne pytanie, czy ktoś jeszcze ma moralne prawo do powstrzymania Chin przed atakiem na Tajwan? Naruszenia suwerenności innych państw, polityka celna Donalda Trumpa czy też próby przejęcia Grenlandii powodują poczucie, że świat wraca do XIX-wiecznego koncertu mocarstw, kiedy los mniejszych suwerennych państw się nie liczył.
Z europejskiego punktu widzenia zmiana globalnej sytuacji budzi jeszcze większe obawy. Imperialna polityka Rosji, niezrozumiała dla przywódców i społeczeństw Zachodniej Europy powoduje poczucie zagrożenia wojną. Z drugiej strony przewidywalny sojusz z USA staje się coraz bardziej kruchy i wątpliwy. Żądania terytorialne wobec sojusznika (Grenlandia), nakładanie wysokich ceł na europejskie państwa, próby poróżnienia sojuszników i ich deprecjonowanie, a przede wszystkim nieporadne próby porozumienia z Rosją powodują, że społeczeństwa europejskie i ich przywódcy mają coraz większe wątpliwości odnośnie do trwałości sojuszy i chęci zrozumienia europejskiej sytuacji przez USA.
Sytuacja wewnętrzna Europy, a głównie Unii Europejskiej, również budzi obawy, co wynika ze sprzeczności niektórych planów. Z jednej strony UE stawia na rozwój nowych innowacyjnych rozwiązań, które mają doprowadzić do poprawy stanu środowiska przyrodniczego, dobrobytu i jakości życia, a z drugiej wiele z tych rozwiązań, np. opartych na sztucznej inteligencji, jest wysoce energochłonnych i wykorzystujących trudno dostępne surowce ziem rzadkich. Do tego dochodzi problem proceduralny. Konieczność zapewnienia jak najbardziej przejrzystych zasad proceduralnych powoduje, że wiele innowacyjnych firm nie jest w stanie spełnić kosztownych i czasochłonnych procedur i w efekcie nie próbuje wypełnić wniosków o wsparcie. Podobnie jest w nauce, gdzie wiele pomysłów na badania jest odrzucanych ze względu na brak możliwości uwiarygodnienia autorów, a jednocześnie środki są wydawanie na badania, których wyniki są mało znaczące i łatwe do przewidzenia, ale za to zespół autorów jest przewidywalny i gwarantuje publikację naukową w dobrym czasopiśmie (czyli wymierne efekty grantu). Powyższe stwierdzenia są oczywiście dużym uproszczeniem, ale pokazują problem.
Unia Europejska jest świadoma tych ograniczeń. Próbuje nawet poszukiwać ścieżek wyjścia z trudnej sytuacji. W ten sposób należy patrzeć na umowy handlowe z państwami Mercosur, z Indiami czy też Filipinami. Są to rozwiązania dalekie od ideału, ale w coraz bardziej podzielonym świecie mogą być one szansą dla UE. Istotne jest, aby te porozumienia uwzględniały jak najszersze interesy państw członkowskich. Jednakże, w dobie spowalniającej globalizacji, a nawet – jak wskazuje się – selektywnej deglobalizacji, brak dostępu do rynków może być czynnikiem przesądzającym o dalszym rozwoju państwa i regionu.
Na ten obraz można nałożyć jeszcze zawirowania pojawiające się wewnątrz państw. Dynamicznie zmieniające się relacje międzynarodowe powodują, że dotychczas skuteczne rozwiązania społeczno-gospodarcze przestają przynosić spodziewane efekty. Ponadto zmiany społeczne, a przede wszystkim rozwój mediów społecznościowych powodują, że wewnątrz społeczeństw powstaje wiele grup niezadowolonych, którymi łatwo jest sterować i podburzać do realizacji cudzych interesów. Skutkiem tego jest zmiana zachowań przedstawicieli ośrodków władzy i partii politycznych, które budują swój kapitał głównie na polaryzacji. Od władzy oczekuje się natychmiastowego rozwiązywania problemów, co w dynamicznym świecie i przy demokratycznych instytucjach staje się coraz bardziej skomplikowane. Z tego powodu przedstawiciele władzy również sprowadzają dyskusję do podziału na my versus oni, ponieważ wskazując wroga, niekoniecznie prawdziwego, łatwiej jest skupić wokół siebie wyborców i popleczników. Każdy, kto ma inne zdanie, staje się obcy, wręcz wrogi.
Biorąc pod uwagę powyższe, coraz bardziej dynamiczne zmiany, obserwuje się rosnące napięcia wewnątrz i pomiędzy społeczeństwami. To poczucie jest podsycane przez licznych obserwatorów i komentatorów, którzy poprzez dramatyczne wypowiedzi i budowanie napięcia chcą być dostrzeżeni. Stąd w publicystyce jest wiele szokujących, katastroficznych nagłówków. Jednakże, chciałbym zwrócić uwagę, że wydarzenia, których jesteśmy świadkami wpisują się w szerszy trend przemian cywilizacyjnych. Zgodnie z koncepcją J. Kleera każdej dużej zmianie cywilizacyjnej, do której w mojej opinii bardziej pasuje tofflerowskie określenie fali, towarzyszy okres niepewności nazwany przejściem cywilizacyjnym. Jest to okres burzliwy, w którym ścierają się stare i nowe ideologie, a ich wypadkowa staje się nowym postrzeganiem świata i gospodarki. Zmiany gospodarcze związane z rewolucją przemysłową, nie byłyby tak efektywne, gdyby nie zmiany polityczne, wzrost znaczenia prawa, wprowadzenie trójpodziału władzy i szereg innych reform, które wprowadziły głębokie zmiany klasowe. Jeśli spojrzymy na te zjawiska z szerszej perspektywy i włączymy w to przemiany religijne, w tym oderwanie władzy od Kościoła, to zauważymy, że to przejście nie było łagodne, wręcz przeciwnie – miało bardzo brutalny przebieg. Zgodnie z dyskusjami prowadzonymi od wielu lat w Komitecie Prognoz PAN, świat znajduje się w okresie kilku takich przejść. Z jednej strony w krajach wysokorozwiniętych można zauważyć powstawanie gospodarek postprzemysłowych (chociaż nie jest to w pełni adekwatna nazwa), a z drugiej – w krajach rozwijających się zauważalne jest przejście od gospodarek agrarnych do przemysłowych z elementami postprzemysłowymi. Tym procesom towarzyszą przekształcenia w polityce medialnej, w sposobach sprawowania władzy i postrzegania sfer wpływu. W efekcie pojawiające się głosy o powrocie XIX-wiecznego mocarstwowego podejścia do świata są jedynie częściową obserwacją zachodzących zmian. Proces ten jest znacznie głębszy. W dobie gwałtownie zmieniających się uwarunkowań demokracje będące dotychczas gwarantem stabilności stają się zbyt powolne, aby reagować na zmiany. Rozwiązania w stylu autorytarnego dewelopmentalizmu wydają się być bardziej adekwatne. Świadczą o tym liczne przykłady państw azjatyckich oraz działania naśladowców w Afryce. Na tym tle w demokracjach pojawiają się próby bardziej autorytarnego zarządzania, czasami na krawędzi prawa, a nawet wbrew przepisom. Przykłady można zaobserwować w Polsce, USA i wielu innych państwach. Wolne rynki na razie wydają się być nienaruszalne, ale w dobie wysokorozwiniętych nowych technologii kontrola rynku staje się coraz bardziej realnym narzędziem umożliwiającym ręczne sterowanie.
Co wynika z przyjęcia teorii przesileń cywilizacyjnych? Świadomość, że żyjemy w bardzo turbulentnych czasach, które mogą zaprowadzić nas w nieznane. Powrót do historycznych rozwiązań jest więc tylko próbą powstrzymania nieuniknionego. W tym kontekście zarówno polityka Polski, jak i Unii Europejskiej nie powinna opierać się na istniejącym status quo, ale na aktywnym poszukiwaniu rozwiązań. W obliczu prób odtworzenia koncertu mocarstw trzeba szukać rozwiązania, które pozwoliłoby UE i tym samym państwom członkowskim stać się mocarstwem i to nie tylko gospodarczym, ale również militarnym i politycznym.
W publicystyce jest wiele głosów skazujących Europę na upadek. Z historycznego punktu widzenia każde mocarstwo doświadcza upadku, który jest poprzedzony fazą schyłkową. Wielu twierdzi, że się w niej znajdujemy. Wskazuje się, że wysokie koszty życia, a zwłaszcza energii skazują nas na utratę przewag konkurencyjnych, głównie w obszarze nowoczesnych technologii przetwarzania dużych ilości danych i opartej na tym sztucznej inteligencji. Nie ulega wątpliwości, że jest w tym wiele prawdy, ale jednocześnie, niezależnie od zmian zachodzących na świecie, nadal Europa Zachodnia jest uważana za najlepsze miejsce do życia, gdzie poziom bezpieczeństwa, przestrzegania prawa i opieki społecznej jest wyjątkowo wysoki. Wskaźniki takie jak HDI dobitnie to pokazują.
Najbliższe kilkanaście lat będzie bardzo ważne dla Unii Europejskiej. Przesądzi o dalszym kierunku jej rozwoju. Obrana przez UE polityka zrównoważonego rozwoju i rzeczywistego dążenia do neutralności emisyjnej w zakresie gazów cieplarnianych w połowie stulecia jest bardzo ambitnym celem, który istotnie wpływa na poziom zamożności społeczeństw poprzez rosnące koszty. Wiele gospodarek, jak np. niemiecka, nie radzą sobie z transformacją tak jak oczekiwano, przez co odczuwają spowolnienie. Zazwyczaj jest to przesłanką do podjęcia reform.
Ocena strategii rozwojowych UE jest niejednoznaczna. Z jednej strony założony kierunek zmian wydaje się być słusznym, z drugiej postępująca internalizacja efektów zewnętrznych w oderwaniu od reszty świata grozi utratą przewag konkurencyjnych i pogorszeniem się poziomu jakości życia w Europie. Nawet raporty opracowywane na potrzeby UE wskazują, że najprawdopodobniej z niektórych celów trzeba będzie zrezygnować. W mojej ocenie UE nie powinna zmieniać kierunku zmian, ale dostosować ich tempo do zmieniającego się otoczenia, podobnie jak to robią Chiny, które wbrew pozorom w ostatnich latach podejmują wiele działań na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym, ale jednocześnie nadal nie zrezygnowały ze spalania węgla. UE również powinna zwiększyć swoją elastyczność, łącząc dbałość o środowisko przyrodnicze z większą dbałością o dobrobyt mieszkańców i możliwością ich rozwoju gospodarczego.
Trudno jest prognozować, w jakim kierunku pójdą reformy w Unii Europejskiej, ale w mojej ocenie, niezależnie od obranego kierunku, nie powinny one zachwiać procesem integracji. Uważam, że mało prawdopodobne jest nawet, aby jakieś czynniki spowodowały oderwanie się kolejnych państw od UE. Przykład Wielkiej Brytanii dobitnie pokazuje, że nie rozwiązuje to żadnych problemów, a dodatkowo powoduje problemy gospodarcze. Wiadomo, że wiele sił wewnętrznych i zewnętrznych działa w kierunku rozpadu UE. Słabsza, podzielona i poróżniona Europa jest łatwiejsza do rozgrywania. Bezdyskusyjnym jest, że osłabienie UE jest na rękę Rosji, ale działania USA prowadzące w tym kierunku są dużo mniej zrozumiałe. Oczywiście jedności UE nie należy traktować jako pewnik. Trzeba aktywnie o nią dbać, wskazując jej mieszkańcom korzyści, jakie płyną z integracji. W przypadku państw, które w XXI wieku dołączyły do UE, nie powinno to być problemem. Wystarczy wskazać, jak zmieniła się jakość życia w okresie członkostwa.
Dyskusja nad przyszłością Polski wydaje się oczywista. Niezależnie od przyjętej perspektywy, w większości koncepcji cywilizacyjnych jesteśmy państwem na skraju dwóch cywilizacji. Wschodnia, pod przewodnictwem Rosji, chętnie przyciągnęłaby nas w swoją sferę wpływów i podporządkowała. Z kulturowego i gospodarczego punktu widzenia bylibyśmy dla nich bardzo cennym zasobem. Dla Zachodu nie mamy aż takiej wartości, ale w wielu aspektach również jesteśmy cenni, co powoduje, że pomimo licznych kosztów opłaca się utrzymywać Polskę w zachodniej sferze wpływów. Porównanie polskich osiągnięć w ostatnim trzydziestoleciu z okresem PRL dobitnie pokazuje, że pomimo licznej i narastającej krytyki wobec UE celem strategicznym powinno być nie tylko członkostwo w UE, ale również aktywna polityka kreowania rozwoju Wspólnoty. Polski głos ma szanse być coraz lepiej słyszalnym w UE. Ostatnie lata dowiodły, że nasza ocena relacji z Rosją jest bardziej adekwatna niż podejście Zachodu. W sprawach gospodarczych również odgrywamy coraz większą rolę, co pozwala nam budować coraz skuteczniejsze koalicje. Utrzymanie tego kierunku wydaje się być najbardziej słusznym rozwiązaniem.
Postulowane przez niektórych rozwiązanie w postaci samotnej wyspy skazuje nas na porażkę. Nie będziemy wystarczająco istotnym partnerem dla obu stron, aby traktować nas równorzędnie. Liczenie na trwałość sojuszu z USA poza UE również jest nieodpowiedzialne. Wojna w Ukrainie dobitnie pokazuje niewielkie zrozumienie i zainteresowanie USA europejskimi problemami. Trudno jest znaleźć przekonujące argumenty, które uzasadniałyby w oczach USA potrzebę angażowania się w konflikt z Rosją dla obrony Polski. Jest to możliwe dla Polski jako członka Unii Europejskiej, gdyby pojawiło się ewentualne ryzyko podpalenia całej Europy i utraty licznych amerykańskich interesów, ale samodzielna Polska nie jest aż tyle warta.
Podsumowując, nadchodzące dekady nie będą łatwe, nawet spodziewałbym się, że w gospodarce globalnej pojawi się jeszcze wiele napięć i konfliktów. Na przykład, w momencie pisania tego tekst pojawia się groźba amerykańskiej interwencji w Iranie, która również może mieć dalekosiężne skutki. W ciągu dekady z pewnością wzrośnie napięcie wokół Tajwanu, które może doprowadzić do otwartej wojny.
Polska powinna mieć świadomość, że jako samotny gracz umiejscowiony pomiędzy dwoma cywilizacjami nie jest w stanie przetrwać w takich turbulentnych czasach. Z tego powodu musi podejmować strategiczne decyzje dotyczące jej przyszłości w oparciu o silne powiązania sojusznicze. Jednocześnie musi mieć świadomość, że w tak gwałtownie zmieniającym się świecie nic nie jest trwałe, w tym również sojusze. Powiązania tworzone przez Polskę muszą być wystarczająco silne, aby funkcjonowały również w czasach niepewności wynikającej nie tylko ze zmian geopolitycznych, ale również gospodarczych. Obecnie relacje gospodarcze silnie nas wiążą z Unią Europejską i powinniśmy za wszelką cenę dążyć do tego, aby były one wzmacniane. W dodatku powinniśmy aktywnie wspierać rozwój UE, ponieważ w praktyce jedynie silna Unia może odgrywać znaczącą rolę w świecie. Europa podzielona nie ma możliwości odegrania istotnej roli na mapie świata. Jednocześnie silna UE jest szansą rozwojową dla Polski nie tylko jako rynek zbytu dla naszych produktów, ale również jako podmiot wymuszający przestrzeganie wysokich standardów, co w większości przypadków prowadzi do polepszenia jakości życia i rozwoju gospodarczego. Skok cywilizacyjny, jaki dokonał się w ostatnim ćwierćwieczu, nie byłby możliwy bez akcesji do UE.
Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Na zdjęciu: przewodniczący António Costa rozpoczyna posiedzenie Rady Europejskiej, 19 marca 2026 r.
Debata na temat gospodarki polskiej toczy się z rozmachem, przybierając rozległe spektrum odcieni: od nachalnego optymizmu na temat jej kondycji oraz nieomal utopijnych projekcji odnośnie do przyszłości po pesymistyczne krakanie oraz kasandryczne przewidywania. To rozproszenie poglądów zdaje się wypływać między innymi ze złożonej sytuacji międzynarodowej, niosąc z sobą rozmaite szanse i zagrożenia, a także z licznych silnych i słabych stron charakteryzujących potencjał rozwojowy społeczeństwa polskiego. W przypadku Polski czynniki zewnętrzne i wewnętrzne splatają się w konfiguracje, które możemy wykorzystać do budowy dobrostanu społecznego, bądź je zmarnować popadając w regres. Obydwie drogi są możliwe. Mamy bogaty wybór, który w dużym stopniu zależy od nas. A jeżeli nawet sprawy globalne będą przebiegać w najbliższym czasie nie po naszej myśli, to możemy zaprząc nasze zasoby wewnętrzne do osłabiania negatywnych następstw ze strony czynników zewnętrznych oraz do wypracowywania potencjału na dalszą przyszłość. Rzeczy nie dzieją się jednorazowo; końca świata jutro nie będzie, pojutrze zacznie się nowy dzień i trzeba będzie coś wtedy zrobić.
Tak przypuszczam, odwołując się do prostego fizycznego prawa inercji. Również w świecie społecznym wiele dzieje się na zasadzie bezwładności. Życie społeczne, w tym jego domena gospodarcza, jest jak swoisty wir, który wciąga jednostki, zbiorowości i instytucje w kontynuację uruchomionych trendów. Skoro od trzech dekad gospodarka polska odnotowuje wzrost gospodarczy niezależnie od tego, jakim zawirowaniom i kryzysom podlegają inne gospodarki; skoro od dwóch dekad produktywność pracy w Polsce rośnie szybciej niż wynagrodzenia (chociaż i te rosną); skoro Polacy pracują dłużej niż inne nacje na świecie, przyczyniając się do coraz lepszej kondycji przedsiębiorstw i gospodarstw domowych; skoro od lat gospodarka polska z równą uwagą uwzględnia rynek wewnętrzny i rynek zewnętrzny – to niby dlaczego nagle miałoby się to zmienić pod wpływem czynników zewnętrznych? No chyba że doszłoby do jakiegoś pandemonium światowego. Ale wtedy poniższe rozważania byłyby bezprzedmiotowe. Uwzględniam więc warianty pozytywne przebiegu światowych procesów oraz takie warianty negatywne, z których możemy się wykaraskać, a przynajmniej zrobić co się da, aby sobie poradzić. Nie zamierzam budować prognoz; wystarczy unaocznić czytelnikowi, co dla przyszłości może oferować stan obecny, który nie jest obietnicą nieuchronnych procesów, lecz zbiorem pokus czy zachęt do działania w niektórych wybranych kierunkach oraz przestróg skłaniających do unikania innych.
Również głosy o rozkładzie Unii Europejskiej są przedwczesne. Żeby jej wyrwać poduszkę spod głowy, światowe mocarstwa musiałyby się mocno wysilić i dogadać ze sobą na wzór państw, które niegdyś rozebrały III Rzeczpospolitą. A do tego jest daleko. UE ma się znacznie lepiej niż Unia Polsko-Litewska w XVIII wieku. Dysponuje majątkiem, potencjałem kulturowym i gospodarczym, który nie rozpłynie się ot tak w powietrzu. Kuleją umizgi władz Stanów Zjednoczonych kierowane wobec Rosji, połączone z bałaganiarskim dyskredytowaniem UE. Pomysłom na rozebranie UE przeszkadzają niektóre światowe ośrodki wzrostu, które niewiele by na tym skorzystały.
Rzeczywiście UE od jakiegoś czasu pogarsza swoją pozycję wobec innych regionalnych ośrodków wzrostu. Ale trzeba uwzględnić fakt, że w ostatnim czasie przebudziły ją odgłosy armat dochodzące z Ukrainy; wstrząsnęła nią dekompozycja światowego ładu gospodarczego zapoczątkowana przez Stany Zjednoczone oraz Chiny; administracja Trumpa wybiła elitom politycznym i gospodarczym UE z głowy pomysły na dalsze uprawianie hazardu moralnego oraz kontynuowanie jazdy na gapę. Nawet jeżeli dojdzie do licznych wstrząsów towarzyszących adaptacji Europy do nowych warunków geopolitycznych i rynkowych, nawet jeżeli nastąpi dezintegracja UE w niektórych płaszczyznach, co mogą zapowiadać liczne sprzeczne interesy pomiędzy krajami członkowskimi, to ważne jest, aby ocalić przynajmniej unię handlową, a także dogadać się ze wspólnym rynkiem w Ameryce Południowej (Mercosur) oraz Indiami. Sądzę, że Unię Europejską stać na to, a może nawet na więcej. To jest dobra wiadomość dla Polski. Nie twierdzę, że tak się stanie. Ale szanse są duże.
Już nie budzi wątpliwości fakt, że świat doświadcza licznych fundamentalnych wstrząsów. Ład oparty na zasadach Konsensu Waszyngtońskiego został zakwestionowany przez Stany Zjednoczone. Chiny skutecznie sprzeciwiły się próbom Stanów Zjednoczonych jednostronnego kształtowania nowych reguł gry w sferze gospodarczej. One również będą współdecydować o przyszłym ułożeniu stosunków gospodarczych w skali świata. Stany Zjednoczone zdają się rezygnować z dotychczasowej roli jedynego hegemona. Przy tym zamierzają jednak utrzymać znaczącą przewagę militarną nad innymi potęgami, a także ochronić dolara jako walutę światową. Wiele wskazuje na to, że są gotowe odstąpić od zasady prymatu na rzecz powstania kilku centrów regionalnych, które podzielą pomiędzy siebie strefy wpływu. Niepokoi fakt, że wyraźnie upatrują w Rosji przyszłego regionalnego mocarstwa ze strefą wpływów rozciągającą się na Europę Środkową. To oznacza, że są gotowe na jakąś formułę dominacji Rosji nad Polską, Ukrainą i sąsiednimi krajami – podobnie jak na początku lat dziewięćdziesiątych powierzyły to zadanie Niemcom w wymiarze gospodarczym.
Niepokoi również fakt, że obecnie Stany Zjednoczone są zarządzane na wzór bananowej republiki, której elity rządzące nie znają słowa merytokracja. Wytwarzają w skali świata chaos, który jest na rękę Rosji, Chinom, a także wyłaniającej się w Ameryce nowej warstwie oligarchów, bogacących się kosztem swojego kraju i całego świata. Marne pocieszenie płynie z pojawiających się interpretacji, że dokonują w ten sposób transformacji świata poprzez anarchię oraz chaos do nowego porządku. A jeżeli chaos zrodzi nowy chaos? No cóż. Liczę na to, że poradzimy sobie w tym całym zamieszaniu, wykorzystując je do przeforsowania własnych interesów.
Kluczową sprawą dla dalszego rozwoju gospodarczego Polski jest niedopuszczenie do jej podporządkowania Rosji w wymiarze politycznym – bądź to przy użyciu środków militarnych, bądź to środków politycznych. Jest to duże wyzwanie, ponieważ wiele wskazuje na to, że Stany Zjednoczone, rezygnując z prymatu światowego, wycofują się również z pełnienia funkcji dostarczyciela bezpieczeństwa dla Europy Środkowej. Wątpliwe jest również, czy zachodnioeuropejskie kraje członkowskie NATO zdecydują się na wystąpienie w tej roli. Wątpliwe jest poza tym, czy w razie pojawienia się zagrożenia ze strony Rosji przyjdą wschodniej flance ze skuteczną pomocą, ponieważ to nie będzie obsługiwało interesów Niemiec i Francji, a tym bardziej Hiszpanii i Włoch – zwłaszcza jeżeli sprawy w Europie Środkowej będą szły w złym kierunku. Dlatego trzeba się dogadać z krajami o zbieżnych interesach, które będą interpretować ewentualną przegraną Polski jako wstęp do swojej przegranej (i odwrotnie). Wymieniam tu kraje flankowe, a zwłaszcza Finlandię, Szwecję, Rumunię i Turcję. Wskazane jest uzgodnienie w porozumieniach dwustronnych między nimi – a może i w umowach grupowych – zasad natychmiastowego wsparcia w razie eskalacji konfliktu. Takie porozumienia nie powinny być interpretowane jako podważenie reguł obowiązujących w NATO, ponieważ będą one subsydiarne wobec Paktu, którego członkowie są zobowiązani do wspierania się nawzajem. Ponadto trzeba będzie wymóc na krajach zachodnioeuropejskich podpisanie umów o natychmiastowym dostarczaniu broni i amunicji w razie pojawienia się takiej potrzeby – niezależnie od tego, jak bardzo będą chciały krajom flankowym pomagać lub zaniechać pomocy w wymiarze kinetycznym. Dotyczy to również udrożnienia kanałów transferu pomocy przez wszystkie kraje członkowskie bez zbędnej i spowalniającej biurokracji. To są minimalne oczekiwania wobec naszych zachodnich sojuszników. A może niektórzy z nich zdecydują się na więcej.
Efektywność porozumień militarnych ulega spotęgowaniu, gdy powstają one na podłożu intensywnych wzajemnych kontaktów gospodarczych oraz zadzierzgniętych interakcji między konkretnymi ludźmi. Dlatego Polska powinna wspierać wszelkie inicjatywy udrażniające połączenia pomiędzy krajami Europy Środkowej. Powinniśmy zwłaszcza kierować znacznie więcej środków na budowę naszego „jedwabnego szlaku”, to jest infrastruktury przemysłowej w układzie północ-południe, wciągając w nasze zamysły kraje Europy Środkowej, Półwyspu Bałkańskiego oraz Skandynawii. Szkoda, że w międzyczasie idea Trójmorza została mocno sponiewierana przez Niemcy, Rosję oraz inne kraje Zachodu. Trzeba kontynuować prace w zakresie rozbudowy infrastruktury drogowej, energetycznej i informatycznej, łączącej kraje Europy Środkowej. Nawiasem mówiąc, wiele w tej sprawie zrobiono w ostatnich latach. Jest to ważne pod względem militarnym i gospodarczym.
Rozbudowa infrastruktury w układzie północ-południe, a w ślad za tym intensyfikowanie kontaktów gospodarczych na tym kierunku, sprzyja wzrostowi bezpieczeństwa w wymiarze wojskowym i gospodarczym. W dodatku ułatwia przekalibrowanie przemysłu i handlu pod kątem wybicia się gospodarki polskiej na wyższą produktywność i sprawczość. Polski przemysł i przetwórstwo rolne przez ponad trzy dekady pełniły dla Niemiec oraz kilku innych wiodących krajów Europy Zachodniej rolę poddostawców. Natomiast zagraniczne korporacje były właścicielami projektów oraz finalnych produktów. One decydowały o rozdysponowaniu zleceń, o cenach narzucanych końcowym odbiorcom oraz o miejscach osadzania się zysku. Trzeba więc wypracować odpowiednie narzędzia i bardziej skutecznie przeciwstawiać się takim praktykom. Kluczową sprawą jest coraz śmielsze wchodzenie Polski w rolę finalnego dostawcy produktów, który decyduje, komu sprzedawać, a komu odmówić sprzedaży wytworzonych towarów, i za jaką cenę. Warto podpatrywać, jak Chiny w tym zakresie radzą sobie ze Stanami Zjednoczonymi, żeby bardziej skutecznie zacząć sobie radzić z Niemcami i innymi krajami Europy Zachodniej. Trzeba zacząć od mozolnego, krok po kroku, poprawiania swojego miejsca w łańcuchach dostaw. Skoro nie za bardzo to wychodzi w branżach tradycyjnie zdominowanych przez przemysł niemiecki i holenderski, to na początku trzeba wykorzystać wszelkie asymetrie, gdzie możemy wybić się na pozycje dostarczycieli finalnych produktów. Poza tym należy dywersyfikować odbiorców naszych produktów. Na przykład Francja zaczyna dostrzegać w Polsce i innych krajach Europy Środkowej potencjalnych kooperantów. A poza tym kraje Europy Środkowej stają się wzajemnymi odbiorcami i dostawcami towarów i usług właśnie dzięki rozbudowie infrastruktury na kierunku północ-południe. W najbliższej przyszłości widzę dużą rolę państwa polskiego w promowaniu przedsiębiorstw, które mogą pokusić się o wytwarzanie produktów końcowych. Tego rodzaju produkty (i przedsiębiorstwa je wytwarzające) powinny znaleźć się na listach priorytetów państwa, jeżeli idzie o dotacje i inne formy wsparcia.
I tutaj dochodzimy do kluczowej sprawy roli państwa i budżetu państwa we wspieraniu konkurencyjności krajowych produktów na rynkach światowych. Mam tu na myśli nie tylko władze i budżet centralny, lecz również instytucje lokalne oraz budżety samorządowe.
Podkreślam jeszcze raz znaczenie mądrze ukierunkowanych dotacji na promocję produktów finalnych w łańcuchach dostaw. Oczywiście, Niemcy i inne wiodące kraje Europy Zachodniej długo jeszcze będą naszymi głównymi kooperantami. Ale zacznijmy im stawiać większe wymagania, wykorzystując przedsięwzięcia, o których przed chwilą pisałem. Dzięki nim zdobędziemy również dodatkowe argumenty, które będzie można użyć do utrudniania prób ponownego dogadania się Niemiec z Rosją na takie formy współpracy, które szkodzą interesom Europy Środkowej. Niechlubnym przykładem takiego mariażu z drugiej dekady, któremu nie udało się zapobiec, był Nord Stream 2.
Polska dysponuje dużym potencjałem intelektualnym, który jest równie ważny jak potencjał przemysłowy i finansowy, jeżeli chodzi o budowę relacji z UE oraz światem. Trzeba go rozmyślnie zaprząc do rozbudowy potencjału gospodarczego. W wiodących krajach coraz większy wpływ na wyłanianie się nowych trendów zaczynają mieć kompetencje cywilizacyjne, zdobywanie i przetwarzanie informacji, informatyczne technologie, nastroje społeczne, akcje marketingowe i działania propagandowe, doktryny i programy. Trzeba się więc od nich uczyć, jak wykorzystać kulturę symboliczną do promowania wzrostu gospodarczego.
Trzeba wykorzystać zamieszanie w europejskim i światowym otoczeniu do załatwienia rozmaitych spraw wewnętrznych z korzyścią dla gospodarki. Między innymi dobrze by było: (a) pozbyć się przepisów prawa gospodarczego rodem z Hotelu Marriott, które wpychają nas w peryferyjność; (b) przeciwstawić się dezerterowaniu korporacji międzynarodowych z powinności podatkowych; (c) rozstać się z neoliberalizmem – który szkodzi dobremu ułożeniu spraw gospodarczych oraz antagonizuje społeczeństwo polskie w wymiarze politycznym – na rzecz społecznej gospodarki rynkowej, do której zobowiązuje Konstytucja; (d) zahamować wdrażanie programów gospodarczych, które potęgują ryzyka, obecnie niewidoczne, ale które ujawnią się, gdy zawyją syreny (jak na przykład wypieranie obrotu gotówkowego). Należy również mądrze ułożyć się z Ukrainą, starannie identyfikując zbieżne i wykluczające się interesy.
Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Poniższy artykuł został napisany przed izraelsko-amerykańskim atakiem na Iran. Zdecydowałem się jednak nie ingerować w jego treść ani nie aktualizować go poprzez dopisywanie nowych fragmentów odnoszących się do bieżących wydarzeń. Tekst dotyczy bowiem problemu bardziej ogólnego: założeń strategicznych, które stoją za przekonaniem o możliwości osiągnięcia szybkich i jednoznacznych rezultatów politycznych poprzez użycie siły militarnej. Pozostawiam Czytelnikowi ocenę, w jakim stopniu rozwój wypadków potwierdza lub podważa przedstawione poniżej argumenty
* * *
Słynna teza Carla von Clausewitza głosi, że „wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. Konflikt zbrojny zatem nie jest aktem autonomicznym, lecz narzędziem realizacji celów politycznych poprzez przemoc. Jeśli użycie siły nie prowadzi do jasno określonego celu politycznego, to przestaje być instrumentem strategii, a staje się przejawem jej braku.
W debacie dotyczącej potencjalnej konfrontacji między Stanami Zjednoczonymi a Iranem niezmiennie powraca pokusa myślenia technokratycznego: skoro przewaga militarna jednej ze stron jest bezdyskusyjna, rezultat konfliktu wydaje się przesądzony. Założenie to jest jednak wątpliwe ponieważ – po pierwsze – pomija wnioski płynące z tezy von Clausewitza, i – po drugie – nie uwzględnia doświadczeń militarnych interwencji. Historia choćby ostatnich trzech dekad na Bliskim Wschodzie pokazuje, że nawet absolutna przewaga militarna nie gwarantuje osiągnięcia celów politycznych. Jeśli wojna jest instrumentem polityki to pytanie o sens działań militarnych nie dotyczy ich wykonalności, lecz ich politycznej racjonalności.
Istota zagadnienia nie sprowadza się do pytania, czy Stany Zjednoczone są w stanie zadać Iranowi dotkliwe straty. Kwestią kluczową pozostaje natomiast to, czy istnieje realistyczny cel strategiczny, który można osiągnąć przy użyciu siły militarnej — oraz czy jego realizacja rzeczywiście wzmocniłaby pozycję strategiczną Waszyngtonu. Pytanie zasadnicze nie brzmi więc „czy możemy?”, lecz „co konkretnie osiągniemy?”.
Jeżeli odpowiedzią niewyrażoną wprost jest destabilizacja i chaos, wówczas mamy do czynienia nie ze strategią, lecz z destrukcją – i na tym etapie dalsze rozważania można by zasadnie zakończyć. Jeśli jednak przeanalizujemy cele deklarowane to ich ocena ujawnia zasadniczą asymetrię poznawczą. Każdy potencjalny cel – zmiana reżimu, likwidacja programu nuklearnego czy wymuszenie ustępstw – okazuje się albo krótkotrwały, albo nierealistyczny, albo obarczony konsekwencjami bardziej niebezpiecznymi niż status quo. Dzieje się tak dlatego, że zwolennicy uderzenia interpretują zachowanie irańskich władz przez pryzmat własnych założeń. Zakładają przy tym ich irracjonalność lub sprowadzają je do religijnego fanatyzmu. Tymczasem działania Iranu są spójne i podporządkowane nadrzędnemu imperatywowi każdej władzy – zapewnieniu własnego przetrwania.
Groźba siły jako narzędzie „normalnej” dyplomacji
Jednym z najbardziej uderzających elementów dominującego na Zachodzie dyskursu jest normalizacja groźby użycia siły jako narzędzia negocjacyjnego oraz otwarte założenie, że zmiana reżimu w Iranie stanowi cel politycznie dopuszczalny. Przyjmuje się niemal bezrefleksyjnie, że „ewentualne opcje militarne są oczywiste”.
Tymczasem prawo międzynarodowe, a w szczególności art. 2 ust. 4 Karty Narodów Zjednoczonych, traktuje groźbę użycia siły jako bezprawną i równoznaczną działaniom zbrojnym. Groźba ta obejmuje zarówno ultimatum, jak i demonstrację wojskową czy koncentrację sił zbrojnych. Mimo to od dekad powraca ona w wypowiedziach amerykańskich polityków wobec Iranu, często w formule: „wszystkie opcje, w tym militarna, pozostają na stole”. Retoryce tej uległ nawet laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama.
Czy – przykładowo – obecność „grupy uderzeniowej” z lotniskowcem USS Abraham Lincoln w okolicach Omanu nie jest dorozumianą zapowiedzią użycia siły? Z perspektywy Teheranu demonstracja siły nie jest elementem gry dyplomatycznej, lecz egzystencjalną presją. Jeżeli jedno państwo dopuszcza możliwość obalenia władz innego, racjonalną odpowiedzią tego drugiego nie jest jednostronne ustępstwo, lecz maksymalizacja zdolności odstraszania.
Iluzja zmiany reżimu
Doświadczenia interwencji w Iraku i Afganistanie ujawniły sprzeczność między zdolnością do obalenia istniejącego systemu władzy a możliwością ustanowienia stabilnego porządku po jego upadku. Operacyjne zwycięstwo nie przełożyło się tam na trwały efekt polityczny, lecz zapoczątkowało długotrwałą niestabilność.
Iran nie jest ani Irakiem, ani Afganistanem. To państwo o zakorzenionych strukturach instytucjonalnych, silnej tożsamości narodowej oraz rozbudowanym aparacie bezpieczeństwa, który jak dotąd skutecznie utrzymuje kontrolę nawet w warunkach poważnej presji. Nie istnieje również spójna, legitymizowana alternatywa polityczna zdolna przejąć władzę.
W takich warunkach próba zmiany reżimu prowadziłaby nie do stabilizacji, lecz do próżni władzy. W państwie liczącym ponad 85 milionów mieszkańców, położonym w strategicznym centrum regionu, próżnia taka byłaby nie rozwiązaniem problemu, lecz jego multiplikacją o konsekwencjach wykraczających daleko poza granice samego Iranu.
Mit destabilizacji jako narzędzia zmiany
Drugim filarem zachodnich kalkulacji jest przekonanie o wewnętrznej niestabilności Iranu i jego podatności na załamanie pod wpływem presji zewnętrznej. Założenie to opiera się na uproszczonych interpretacjach struktury demograficznej i etnicznej kraju.
Rzeczywistość jest bardziej złożona. Mediana wieku w Iranie wynosi obecnie około 35 lat, co oznacza, że wiekowa „masa krytyczna” rewolucyjnego potencjału nie musi być wielka. Elity władzy nie posiadają „opcji wyjścia” – ich przetrwanie jest związane z przetrwaniem systemu. W takich warunkach presja zewnętrzna nie musi prowadzić do liberalizacji, lecz raczej do konsolidacji. Mechanizm ten – opisywany jako efekt flagi – potwierdziła wojna z Irakiem w latach 1980–1988, gdy większość Irańczyków szła na front nie w obronie „republiki islamskiej” ale ojczyzny. Również domniemane różnice wynikające z wieloetniczności okazały się przy tym nieistotne.
Program nuklearny: arbitralność interpretacji i opóźnienie zamiast eliminacji
Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) nie zakazuje wzbogacania uranu do celów cywilnych. Przeciwnie, w jego art. IV expressis verbis potwierdzono „niezbywalne prawo” państw-stron do rozwijania badań, produkcji i wykorzystania energii jądrowej do celów pokojowych. Spór wokół Iranu nie dotyczy więc formalnego naruszenia jednoznacznego zakazu, lecz politycznej interpretacji intencji oraz zakresu dopuszczalnej działalności. Żądanie od Iranu pełnego wstrzymania programu oznacza arbitralne różnicowanie praw sygnatariuszy NPT, nie mówiąc o milczeniu wobec tych, którzy układu nie podpisali a swoje ambicje nuklearne realizują.
W tym kontekście kolejny postulat „zniszczenia irańskiego programu nuklearnego” opiera się na wybiórczym interpretowaniu jego istoty. Program nuklearny nie jest wyłącznie infrastrukturą. Jest systemem wiedzy, instytucji i doświadczenia oraz – last but not least – ambicji nie tylko politycznych ale percepcji, że jest on atrybutem technologicznego rozwoju państwa i jego nowoczesności. Można zniszczyć wirówki, lecz nie można wymazać zdobytej wiedzy – chyba, że poprzez zabijanie fizyków, czego Iran również doświadczył. Można opóźnić program, lecz nie można go definitywnie wyeliminować bez trwałej okupacji kraju – scenariusza zarówno militarnie, jak i politycznie nierealistycznego.
Co więcej, uderzenie militarne mogłoby przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Mogłoby przyspieszyć proces nuklearyzacji, po raz kolejny wzmacniając przekonanie, że broń nuklearna stanowi jedyną skuteczną gwarancję bezpieczeństwa.
Trwałość potencjału militarnego i doktryna asymetrii
Podobnie iluzoryczne jest przekonanie, że możliwe jest wymuszenie pełnej rezygnacji z programu rakietowego czy jego trwałe zniszczenie. Stanowi on fundament doktryny obronnej Iranu i odpowiedź na strukturalną przewagę militarną Stanów Zjednoczonych oraz Izraela. Bez niego Iran jest zupełnie bezbronny, a państw całkowicie bezbronnych na świecie nie ma. Również dlatego, że zostają szybko podbite.
Nawet poważne straty nie zlikwidowałyby potencjału odbudowy. Wojna może go opóźnić, lecz równie dobrze też przyspieszyć jego ewolucję poprzez mobilizację zasobów i determinacji.
Logika przetrwania zamiast logiki kapitulacji
Często zakłada się, że presja militarna lub „precyzyjne uderzenia punktowe” zmuszą Teheran do jednostronnych ustępstw. Jest to jednak założenie życzeniowe. Najwyższy Przywódca, Ali Chamenei, nie jest izolowanym autokratą, lecz elementem trwałego systemu instytucjonalnego. Eliminacja pojedynczej osoby nie doprowadziłaby do jego upadku, ponieważ mechanizmy systemowe natychmiast wyłoniłyby następcę. System sprawowania władzy w Iranie jest skonstruowany tak, że absorbuje presję i może przetrwać nawet w warunkach długotrwałej konfrontacji.
Granice siły
Przewaga militarna nie rozwiązuje problemów, które mają charakter polityczny i strukturalny. W przypadku Iranu rzeczywistym problemem dla jego adwersarzy jest niemożność zdefiniowania celów, które byłyby jednocześnie osiągalne i wolne od przewidywalnych, głębokich konsekwencji ubocznych – politycznych, gospodarczych i społecznych – oraz od ryzyka eskalacji i konieczności zarządzania jej długofalowymi skutkami w skali całego regionu. Użycie siły nie usuwa tych ograniczeń, lecz je potęguje. W tym sensie potwierdza się fundamentalna intuicja Clausewitza: wojna może być narzędziem polityki tylko wtedy, gdy służy jasno określonemu i realistycznemu celowi politycznemu. Tam, gdzie taki cel nie istnieje lub pozostaje nieosiągalny, wojna przestaje być narzędziem polityki, lecz przejawem jej załamania – działaniem, którego najbardziej przewidywalnym rezultatem jest destabilizacja.
(Artykuł zamieszczony w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.)
„Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” – powtarzamy do dziś za Immanuelem Kantem. Czynimy to w świecie zupełnie różnym od Lebensweltu filozofa z Królewca. Została zachwiana autonomia i suwerenność podmiotu. Charakter (zdaniem Artura Schopenhauera oporny na zmiany) zastąpiła, poddająca się psychoterapii i polityce historycznej, płynna tożsamość.
„Podmiot jest fikcją, jakoby wiele równych sobie stanów w nas było skutkiem jednego substratu; lecz to my najpierw stworzyliśmy równość tych stanów; ich zrównywanie i przysposabianie jest stanem faktycznym, a nie równość (– należy jej raczej zaprzeczyć)” – napisał Fryderyk Nietzsche. Nieco mniej radykalny Zygmunt Freud stwierdził: „Ja nie jest gospodarzem we własnym domu”. Jacques Lacan zaczyna od konstatacji, że podmiot nie mówi, ale jest mówiony.
Dzieje myśli po Kancie to powolne, ale nieubłagane odchodzenie od substancjalności podmiotu, porzucanie źródłowej suwerenności kartezjańskiego cogito. Zakładana przez Kanta interioryzacja prawa moralnego, jego przekształcenie w imperatyw, w sytuacji nieokreślonego statusu podmiotowości, przestała być możliwa. Nie tylko znikły dusza i charakter, ale podmiot.
Temu procesowi towarzyszy zarzucenie fundamentalnej dla Zachodu idei paidei, wychowania, pedagogiki. Nie potrafimy skorzystać czy przemyśleć Chowanny Bronisława Trentowskiego, idee pedagogiczne Janusza Korczaka dopisaliśmy do zabytków zatopionego Archipelagu Polin.
Zamiast paidei i pedagogiki mamy psychoterapię. Rozmyty podmiot nie może być przedmiotem kształtowania, a jedynie nieustających korekt. Mamy dziś co najmniej kilkadziesiąt szkół psychoterapeutycznych. Populacja psychoterapeutów rośnie szybciej aniżeli nauczycieli. Zawód nauczyciela, w porównaniu z zawodem psychoterapeuty, jawi się jako nieatrakcyjny, zwłaszcza finansowo. Jest nieco antykwaryczny, jak zawód szewca.
Zastanawiającym jest, że hegemonia dyskursów, które tak przekonująco (Lacan! Foucault!) kwestionują substancjalność podmiotu, poza stworzeniem znaczącego ekonomicznie sektora usług psychoterapeutycznych, w niewielkim stopniu zmieniła nasze codzienne relacje z innymi. Po ponad stu latach psychoterapii nie żyjemy w lepszym świecie. Pocieszającym jest, że wielu nadal nie ma kłopotów ze zrozumieniem przesłania wierszy Zbigniewa Herberta o Panu Cogito, generalnie akceptujemy „kwestię smaku”.
Tym, co nas najbardziej dotknęło i zachwiało interioryzację prawa moralnego, nie było podważenie statusu podmiotu przez filozofów po Kancie. Przełomem okazało się zniknięcie tła, w którym ta interioryzacja się dokonywała. Tym czymś było zniknięcie narzucającej się ostentacyjną obecnością miliardów gwiazd na nocnym niebie, tej ostoi trwałości.
Polucja świetlna sprawiła, że zostaliśmy pozbawieni tego niezwykłego towarzystwa gwiazd. W miastach widzimy jedynie najjaśniej świecące planety, pulsujące światła samolotów i satelitów. Jak ubogie i nędzne stało się nasze niebo, w porównaniu z czasami dzieciństwa (kiedy często zdarzyły się awarie prądu i ciemności, nawet w mieście), uświadomiłem sobie przebywając w Amazonii, w osadzie w miejscu, gdzie Rio Napo łączy się z Amazonką. Tam źródłem światła były lampy naftowe. Doświadczenie intensywności spektaklu rozgwieżdżonego nieba jest niemożliwe w emitujących tyle światła powierzchniach miejsc ucywilizowanych. Pod nieobecność tła gwiazd rozmazuje się nasza podmiotowość. Kant w Królewcu, na przełomie XVIII i XIX wieku, nie mógł tej nieobecności przewidzieć.
Postęp społeczny nie jest tożsamy ze wzrostem gospodarczym, lecz polega na rozwiązaniu kluczowych problemów, stawieniu czoła obiektywnym koniecznościom technologicznym i ekonomicznym, na sprostaniu kolejnym wyzwaniom cywilizacyjnym. Zmiana na lepsze to nie tylko dobrobyt, ale i psychiczny dobrostan, komfort, i moralne odczucie, że panujące stosunki są sprawiedliwe, zapewniają godność i umożliwiają potwierdzenie tożsamości wszystkim, a nie wybranym uczestnikom życia społecznego. Do tego niezbędny jest odpowiedni format sterników życia społecznego.
Tymczasem w kręgach klasy politycznej – tej, która miałaby nas wszystkich poprowadzić ku lepszemu – wręcz nabrzmiewają anachronizmy i dysfunkcje. Tak: jedną z istotnych barier postępu we współczesnej Polsce są wykoślawione lub wręcz wynaturzone wzorce polityki (jako gry, kooperacji, walki, rządzenia) i style działalności politycznej, destrukcyjne mechanizmy selekcji liderów i karier politycznych (teraz najczęściej: dworskich i/lub medialnych). Splot takich deformacji podważa społeczną reprezentatywność instytucji politycznych (partii i parlamentu), rzeczywistą służebność polityków i urzędów, a nawet czysto pragmatycznie i doraźnie rozumianą efektywność rządów.
O kilku takich barierach będzie tu mowa.
Przedstawicielski typ demokracji (w odróżnieniu od trudnego do zastosowania w makroskali państwowej modelu demokracji bezpośredniej) uznawany jest – w perspektywie liberalnej – za atrybut i sprawdzian demokratyzmu panującego porządku prawnopolitycznego.
Rozumowanie jest tu równie proste, jak optymistyczne. Skoro władze wyłaniane są w drodze i w rezultacie wolnych wyborów, to mają one demokratyczną legitymację. I mało tego, są reprezentatywne, bo przecież to wyborcy sami zdecydowali, kto ma ich reprezentować, to znaczy: wyrażać ich interesy i oczekiwania, podejmować decyzje w ich imieniu itd.
A przecież… można podejmować decyzje rzeczywiście w imieniu i zgodnie z wolą swoich wyborców, ale równie dobrze takie, które tym interesom, oczekiwaniom, jak i własnym zapowiedziom wybrańców ludu zaprzeczają, a co najmniej rozmijają się z nimi. Wola wyborców nie stoi na przeszkodzie temu ani zawczasu, ani po fakcie. Wynik wyborów działa do końca kadencji, więc jest jak w sklepie: po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się. Można też – po tym, gdy już nas wybrali – zawierać takie koalicje i kompromisy, które zaprzeczają woli/upoważnieniu ze strony wyborców, gdyż głosowali jednoznacznie za czymś (czego nie doczekają), a zarazem lub przynajmniej przeciw czemuś i komuś.
Można wreszcie być wybranym z jednej listy wyborczej, a następnie swobodnie zmienić klub parlamentarny, przystąpić nawet do tej formacji, przeciwko której się startowało. I włos z głowy nie spadnie, a prawdopodobieństwo ukarania przez niewybranie w następnej elekcji jest minimalne – bo płynna część elektoratu i tak kieruje się nie barwami ideologicznymi, lecz rozpoznawalnością, a zdrajca będzie kandydował już z innej listy, a więc kto inny będzie go wybierał; raczej nagrodzi za dołączenie, niż ukarze. Nie ukarzą go ci, którzy może mieliby ochotę, lecz już nie mają jak. Nieodwoływalność parlamentarzystów – zarówno formalna, jak i praktyczna – sprawia, że wybór reprezentanta przypomina nie delegowanie wykonawcy woli (pozostającego pod efektywną kontrolą), lecz zawarcie swoistej umowy o jednostronnym kierunku i na zasadzie in blanco. Wybieramy wszak ze świadomością (cyniczną), że po wyborze reprezentant i tak zrobi to, co sam zechce lub co nakaże mu lider (a to groźniejsza instancja niż opinia publiczna).
Demoliberalny model reprezentacji politycznej ładnie się nazywa, ale w istocie jest ładną fasadą. Po pierwsze, nie polega na ciągłej zależności – poza samym głosowaniem – reprezentanta od tych, którym obiecał reprezentowanie, lecz opiera się na ciągu transakcji. Jest to model transakcyjny właśnie. Pierwotną transakcję między wyborcami a kandydatem po wyborze zastępuje i modyfikuje transakcja między wybrańcem a zmiennymi grupowymi klientami, adresatami jego ofert oraz między nim a politykami z innych formacji, których szable musi pozyskać w zamian za rozmaite ustępstwa. Reprezentowanie zyskuje więc status taki jak pełnomocnictwo in blanco. I niewiele tu zmienią wyrazy rozczarowania, niezadowolenia, przejściowe spadki notowań (które jednak nie uśmiercą) itp.
Po drugie, wybrany już reprezentant jest dyscyplinowany nie naciskiem społecznym, lecz wolą lidera ugrupowania, a poniekąd i jego mocodawców, lobbies, które sfinansowały jego start i sukces lub umożliwiły to ekwiwalentnym sposobem wsparcia, obsługi. Wiadomo od dawna, że o wyniku wyborów decydują bardziej zasoby niż programy czy rzeczywiste walory kandydatów, partii. A po wyborach poseł, senator boi się nie tyle tego, że go nie wybiorą (patrz wyżej), ile tego, że liderzy go nie wystawią na liście, w każdym razie nie na miejscu biorącym.
Taka ułomność tego modelu reprezentacji – z carte blanche do końca kadencji – nie jest przypadkiem, lecz rezultatem liberalnego w duchu zaprogramowania na sumę czy wypadkową podmiotowości indywidualnej obywateli (jako obywateli, podatników, konsumentów, mieszkańców), a nie na podmiotowość grupową określonych klas społecznych, warstw, grup zawodowych, środowisk, społeczności, wspólnot kulturowych. Agituje się („wybierzcie nas”) i kusi marketingiem oraz pospolitą demagogią statystyczny zbiór zwany elektoratem, a nie grupy społeczne mające wolę zbiorową i rzetelną, a wpływową reprezentację pozapolityczną. Marketing wyborczy przypomina marketing, promocję i reklamę w handlu, w sterowaniu konsumpcją, a nie klasyczną propagandę czy odwoływanie się do diagnozy problemów, zasobów społecznych i prawdopodobnych kosztów zmian.
Ta dezagregacja podmiotów grupowych (zredukowanych do sumy obywateli oddzielonych od grupowej agregacji i artykulacji interesów) powoduje, że nacisk społeczny, kontrola nad rządzącymi i pretendentami do władzy ma ograniczony zasięg i skuteczność, natomiast ułatwiona jest ekwilibrystyka i koniunkturalna zmienność ofert politycznych, manipulacyjne dyskontowanie nastrojów społecznych, okolicznościowych wzmożeń, także – kariery polityczne tak pokrętne, jak ruch konika szachowego (naprzód i w bok).
Jednym z pozorów reprezentatywności społecznej sił politycznych usytuowanych w parlamencie i w instytucjach rządowych oraz sprzymierzonych mediach jest fetyszyzacja sondaży, pozwalająca na powoływanie się na oczekiwania, życzenia, żądania, na wyrażany w sondażach opinii dystans lub opór itp. Od dawna już odnotowano fenomen tzw. sondażokracji, której karykaturalnym przejawem jest zachowanie polityka jak cukrzyka, gdy mierzy poziom glukozy nawet kilka razy dziennie. Taki polityk od tych pomiarów uzależnia i do nich dostosowuje swoje decyzje, nie od swych zobowiązań, realnego znaczenia spraw. Reaguje na bodźce sondażowe jak pies w pogoni za zajączkiem z lusterka. Nie myśląc o tym, jak ulotna jest tego rodzaju presja społeczna – w odróżnieniu od tego, co go w dłuższym czasie uwiera.
Mamy więc taki paradoks, że w tym mechanizmie reprezentacji całe grupy społeczne nie mają reprezentacji lub tracą swoją reprezentację ze względu na alienację elit, roszady w kręgu nawet partii kanapowych. A partia kanapowa 3 osób może być języczkiem u wagi – w czasie, gdy całe grupy społeczne pozbawione są głosu.
Jedna z przyczyn tego stanu rzeczy jest dobrze znana, choć konsekwentnie przemilczana. Mianowicie: formalnie każdy może (ale nie musi) być reprezentowany, tymczasem niejeden nie może praktycznie, chociaż mógłby formalnie. Wiadomo przecież, że podobnie jak w grze w pokera nawet słaba karta wygrywa dzięki większej „kasie w banku” i zręczności taktycznej gracza, tak w wyborach o wyniku decydują zasoby finansowe i materialne uczestników, posiadanie własnego lub przychylnego zaplecza medialnego, dobrze opłacona profesjonalna kampania; o sensowności startu kandydata także decyduje jego kieszeń, konto.
Czy uwarunkowany tym przekrój społeczny parlamentarzystów jest współmierny do statystycznego rozkładu statusu majątkowego obywateli? Czy to przypadek, że gros parlamentarzystów stanowią przedsiębiorcy, gracze giełdowi, właściciele kilku domów i mieszkań na wynajem? Czy to przypadek – a z drugiej strony, czy to jest zdrowe społecznie – że na zajmowanie się polityką stać (i mogą sobie na to pozwolić zasobem wolnego czasu) bogaczy, aspirują zaś do roli polityków ludzie, którzy wiedzą, że „tu są konfitury”. Światek polityki to albo krezusi, albo beneficjenci ekskluzywnych kredytów – przez to zarazem zakładnicy mocodawców. Mocodawców, nie wyborców.
Zachodzi ścisły związek między postępującym rozwarstwieniem społecznym i realizowanym modelem bynajmniej nie zrównoważonego rozwoju a kumulacją władzy, własności i prestiżu. Podobnie: między taką oligarchizacją świata polityki, establishmentu a pogłębieniem kryzysu w służbie zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, oświaty, komunikacji publicznej. Przyrost masy samochodów elektrycznych (atrakcyjnie dotowanych!) nie świadczy o tym, że „po prostu” jakoby „Polakom żyje się lepiej”.
Wprawdzie uczestnicy, jak i świadkowie życia politycznego zachowują z tyłu głowy świadomość, że jest ono grą interesów wielkich grup społecznych i psychodramą zbiorowych namiętności światopoglądowych i ideologicznych, nie przenosi się to jednak ani na wyobrażenie o mechanizmach polityki, ani na praktykowane siłą oczywistości i przyzwyczajenia formy działania politycznego. W tych miejscach faktycznie obowiązuje indywidualistyczna wizja społeczeństwa i podmiotowości. Społeczeństwo, jak i elektorat to w tej optyce zbiory statystyczne, a za realnych uczestników polityki uznaje się jednostki – głównie jednak lub wyłącznie te w rolach formalnie kierowniczych, władczych lub co najmniej przywódczych.
W postrzeganiu (w medialnym, a nawet i edukacyjnym interpretowaniu) polityki regułą dominującą jest dość trywialna personifikacja, a w praktykowanym stylu działania personalizacja.
Personifikacja polega na traktowaniu określonych jednostek (w tym wypadku: ideologów, wodzów, monarchów, republikańskich przywódców) jako uosobienia, jednostkowego ucieleśnienia tendencji społecznych, sił społecznych, określonych wspólnot itp. Więcej – jako samoistnych sprawców wielkich dokonań. Nie musi to być mitologizacją, może wiązać się z rzeczywistą reprezentatywnością takich osób.
Jednak trywialna, wynaturzona personifikacja to już inna jakość: tu wyróżnionej jednostce przypisuje się taką rolę, jak gdyby to jej osobiste cechy (przymioty, ambicje, cechy charakteru) określały tożsamość danej wspólnoty, jak gdyby to ona była pierwotnym inicjatorem i sprawcą zmian społecznych, a nie wyrazicielem tendencji społecznych, oczekiwań społecznych, kimś zainspirowanym procesami społecznymi, co więcej, jak gdyby była ona niezastąpionym zwornikiem wspólnoty. To perspektywa (z długą tradycją w postaci heroistyczno-cezarystycznej wizji dziejów) kusząca dla samych polityków (ich miłości własnej, próżności, nawet manii wielkości) i wygodna tak dla nauczycieli, jak i dla mediów. Tyle tylko, że prowadzi na manowce, skupia uwagę na politycznych efemerydach, gwiazdach sezonu, których 15 minut nikt po latach nie pamięta, odwraca zaś uwagę od ruchów sejsmicznych w społeczeństwie, od krystalizacji alternatyw społecznych, jakich nie wyrażają żadne rankingi osobistej sławy, popularności, zaufania. Tymczasem właśnie taka optyka, w tym stymulowana marketingiem i PR perspektywa wizerunkowa, zdominowała w Polsce tak zwany dyskurs polityczny.
Idzie to w parze z obłędem medialności. Bo co jest główną treścią w medialnych informacjach i komentarzach politycznych? Personalia, personalia, personalia. Awantury, awantury, skandale – z protagonistami wprawdzie politycznymi, lecz oprawionymi w takie ramy, jak w portalach Pudelek, Plotek, Pomponik. Oświadczenia, komentarze, spekulacje. Relacje z decyzji, wydarzeń, konfliktów, przełomów politycznych przypominają bądź kronikę towarzyską, bądź drogową kronikę wypadków.
Personalizacja to taki praktyczny mechanizm funkcjonowania ruchu społecznego, stowarzyszenia, partii, Kościoła, rządu, państwa, kiedy realna i wyłączna władza (nawet jeśli nie przewiduje tego akt założycielski, statut, konstytucja) skupiona jest w rękach jednej osoby. Jej wyobrażenia, jej wola (nawet zupełnie arbitralna), jej osobiste ambicje tudzież obsesje, fobie, nawet urojenia przesądzają – niekiedy nawet z góry – o tym, do czego ma dążyć zbiorowość, czemu się podporządkować (zadaniem podwładnych, obywateli/poddanych/członków partii jest posłuszeństwo, dyspozycyjność, niezawodność w wykonywaniu rozkazów), czego się wyrzec (wątpliwości, samodzielności, zdania odrębnego, poszukiwania alternatyw). Kolegialne organy kierownicze okazują się tylko zapleczem serwisowym dla Wodza.
Klasyczne ucieleśnienia takiego mechanizmu to dawne jedynowładztwo (zwłaszcza despotyczne) czy Führerprinzip w partii nazistowskiej, stalinizm. Ale to wzór „wiecznie żywy” w niejednej korporacji, armii dowodzonej autorytarnie, partii, którą przewodniczący kieruje jak dowódca w stanie wojny. Popisy Donalda Trumpa to współczesna odsłona nie tylko mentalnego, ale i praktycznego przerostu ego nad warunkami funkcjonowania wspólnoty. Personalizacja władzy jest w istocie odwróceniem ról: rzekomy Sługa narodu (choć w roli Przewodnika, Patrona, Opiekuna), to taki przewodnik stada, który czuje się / staje się właścicielem stada. A wspólnota stadem właśnie.
Otóż tak się składa, że demoliberalny model ustrojowy wcale nie uniemożliwia przekształcenia życia politycznego w licytację egocentryzmu i egotyzmu polityków. A w dalszej konsekwencji – sprawowania przywództwa po prostu ku własnej chwale i megalomanii, tylko pod pretekstem służebności. Niewielu z nas zauważa, że właśnie takiej ewolucji demokratycznej polityki sprzyja jej sprzężenie z marketingiem i PR, z wymogami i kryteriami medialności. A właśnie to dzieje się w życiu politycznym współczesnej Polski. Jest tak, że nie tylko mamy polaryzację zamiast pluralizacji, ale i status przywódców (choćby ich przywództwo trwało jeden sezon albo i krócej) jako „osi obrotów” czy jako pępków świata.
Patologiczna już nie tylko personifikacja, ale też w praktyce personalizacja działalności politycznej przejawia się wyraźnie w kilku tendencjach dominujących.
Po pierwsze, w tym, że w okolicznościach powstawania (ale potem tym bardziej funkcjonowania) sił politycznych, formacji politycznych, zwłaszcza formalnie rozumianych i rejestrowanych partii politycznych, czynnikiem kluczowym jest nie proces zbiorowego samookreślenia i samoorganizacji określonych grup społecznych lub wspólnot ideowych, kulturowych, wyłaniających w tym procesie swych wyrazicieli, ale osobista ambicja i inicjatywa, nawet powstały ad hoc mit czy wrażenie charyzmy i status pewnej osobistości jako ojca założyciela. Status zarówno zwyczajowo-mentalny (jak jest postrzegany i traktowany ten założyciel), jak i nawet formalny – np. w statucie, ba, w samej nazwie partii. Znane przykłady: Ruch Palikota; Kukiz’15; Polska 2050 Szymona Hołowni. W tej ostatniej nazwie językoznawca musiałby rozstrzygnąć, czy własnością Hołowni jest Polska 2050, czy Polska w ogóle – do roku 2050.
Po drugie, stąd już tylko krok do modelu partii wodzowskiej, skrzyżowanej z monarchicznym zgoła mechanizmem dworu. Praktyczną konsekwencją takiego przepoczwarzenia partii deklarujących demokratyczną orientację ustrojową jest uzależnienie karier polityków od uznania lidera jako chlebodawcy, nawet od zmiennych etapów łaski/niełaski, od zasług dla Szefa itd. Na ironię zakrawa fakt, że w partiach demokratycznej (demokratycznej, bo antypisowskiej?) koalicji rządzącej też przeważa autokratyczny, choć jeszcze nie skrajnie autorytarny, jak po przeciwnej stronie, styl przywództwa i kierowania.
Po trzecie, gdy partia przybiera charakter wodzowsko-monarchiczno-dworski, to zarazem o tyle staje się „nowoczesna”, że przekształca się nieomal w prywatne przedsiębiorstwo Wodza-Chlebodawcy. Życie wewnątrzpartyjne opiera się wtedy na czynniku osobistego zaufania ze strony Lidera, wymagania i sprawdzania osobistej lojalności, na schemacie paternalistyczno-klientelistycznym. Trudno się dziwić, że kiedy tak funkcjonuje partia wewnątrz, to również jej polityka gospodarcza, społeczna, kulturalna oscyluje między transakcjonizmem a paternalizmem właśnie.
Po czwarte wreszcie, tak ubezwłasnowolniona partia – w której alternatywa dla czyjegoś przywództwa nie istnieje albo zostaje przekreślona w zarodku – staje się sceną dla osobistej psychodramy Przywódcy – zwłaszcza wtedy, gdy jest to Narcyz. A ten mechanizm najbardziej sprzyja właśnie narcystycznym pretendentom do kariery politycznej.
Temu towarzyszy politykierska deformacja rywalizacji o przywództwo. Zostaje ona zredukowana do gry osobistych ambicji, antypatii, rewanży lub co najwyżej do koteryjnych układów – zamiast być odzwierciedleniem współzawodnictwa prawdziwie alternatywnych koncepcji programowych, strategicznych i taktycznych, i to takich, za którymi stoją szersze kręgi członków i zwolenników partii, a nie tylko ambicje i roszady w kręgach aparatu czy wręcz dworu.
Współzależność między mediami a światem polityki ma charakter ambiwalentny.
Z jednej strony niektóre media – usiłując zasłużyć na miano niezależnych, wolnych – realizują w jakimś stopniu swoją tak optymistycznie pojmowaną funkcję czwartej władzy, a więc czynnika kontroli, krytyki społecznej, ekspresji przejawów oporu społecznego wobec woluntaryzmu ośrodków władzy, miejsca rozliczenia nadużyć władzy i machlojek.
Z drugiej jednak strony to, co należałoby nazwać medializacją polityki staje się źródłem poważnych i trwałych deformacji życia politycznego, działalności politycznej.
Medializacja polityki to – najogólniej rzecz ujmując – podporządkowanie tej sfery życia społecznego i w szczególności mechanizmów selekcji kadr politycznych, karier polityków, powodów do poparcia społecznego itd. kryteriom i wymogom „medialności”.
W praktyce oznacza to:
(1) przekształcenie gry politycznej, walki politycznej, a nawet procesu rządzenia, podejmowania decyzji w spektakl medialny – co staje się albo wyłączną naturą tej interakcji, albo mistyfikacją ideologiczno-propagandową, przesłonięciem przez teatr polityczny rzeczywistej gry interesów i wpływów;
(2) dostosowanie nie tylko form komunikacji polityków ze społeczeństwem (komunikacja za pośrednictwem mediów – telewizji, radia, internetu, z odwołaniem do sondaży i komentarzy w coraz większym stopniu zamiast bezpośredniego kontaktu polityków ze środowiskami społecznymi), ale nawet kalendarza i grafiku wydarzeń politycznych do telewizyjnej czy radiowej ramówki;
(3) uzależnienie karier polityków nie tyle od ich merytorycznych kwalifikacji tudzież poparcia, namaszczenia przez określone środowiska, grupy zawodowe, społeczności, ile od ich talentów medialnych, a więc umiejętności atrakcyjnej autoprezentacji, krasomówstwa, przebojowości w stylu show biznesu, ale też równie dobrze od widowiskowego pieniactwa;
(4) zaskakującą z początku, a dziś już spowszedniałą i niedziwiącą celebrytyzację polityki. Politycy nie tylko naśladują celebrytów w swych zabiegach o uwagę, rozpoznawalność, popularność, ale i stają się celebrytami w swojej mentalności i w swojej roli;
(5) poważniejszą tego konsekwencję – infantylizację polityki i polityków, widoczną w ich zachowaniach rodem z piaskownicy czy teatrzyku szkolnego, w przeniesieniu czasu i miejsca aktywności, obecności publicznej do social mediów z komentarzami zamieszczanymi z intensywnością biegunki.
Każdy z tych aspektów oznacza per saldo negatywną selekcję protagonistów sceny politycznej, w tym zupełnie przypadkowe wzloty i „objawienia” w stylu Dyzmy. Zaczynają się kariery, które w zderzeniu z realnymi problemami i koniecznością zajęcia jednoznacznego stanowiska okazują się – ale dopiero poniewczasie – blamażem.
Medializacja polityki pociąga za sobą demoralizację polityków. Życie polityczne zostaje przesycone manifestacjami egocentryzmu i egotyzmu polityków, w skrajnych (ale licznych!) przypadkach demonstrujących samoupojenie, poczucie samowystarczalności, pochłoniętych (wbrew deklaracjom) nie służbą społeczną, lecz autopromocją i samoobsługą. „Parcie na szkło” tak powszechne wśród polityków z ambicjami (ambicjami osobistymi, nie programowymi, nie w roli wyrazicieli oczekiwań społecznych) prowokuje do pytania, czym właściwie na co dzień zajmują się medialne gwiazdy polityki, skoro „nie wychodzą z telewizora”; ile czasu poświęcają działalności, a nie występom.
Przy tym trudno nie zauważyć pewnego paradoksu. Wydawałoby się, że ta medializacja sprzyja konkursowi osobowości (co prawda, osobowości medialnej, co nie jest tym samym, co potencjał intelektu, wiedzy, oryginalności); tymczasem jednak skutkuje ona rozszerzoną reprodukcją klonów. Politycy wypowiadający się czy to w studiu, czy na korytarzach sejmowych lub ministerialnych w odpowiedzi na indagacje dziennikarzy, czy podczas konferencji prasowych mówią tzw. przekazem dnia, recytują gotowe i utarte formułki. Odpowiedzi na najbardziej precyzyjne i jednoznaczne, ale kłopotliwe pytania są równie przewidywalne jak wykrętne, gdy mają zająć stanowisko w sprawie jakiegoś problemu, decyzji czy zdarzenia. Wszystko jedno, kto odpowiada, na pewno każdy powiedziałby to samo.
Paradoks pochodny: im bardziej spersonifikowany i spersonalizowany jest dyskurs polityczny, tym bardziej jest zdepersonalizowany. Wśród deficytów demokracji liberalnej w Polsce współczesnej na czołowym miejscu powinniśmy wymienić deficyt indywidualności, brak osobowości twórczych torujących drogę innowacji, transgresji, zdolnych do antycypacji poważnych tendencji i zmian społecznych; gdy w bród mamy odtwórców i przetwórców schematów dawno przebrzmiałych. Przypomina to teatr, w którym repertuar jest od lat niezmienny (i przez to ograny), lecz obsada kolejnych spektakli rotacyjna. A narracja mediów w kwestiach polityki jest właśnie taka – zdarzeniowa, cykliczna, rzadko procesualna. Z pozoru podobna do fabuły Dnia świstaka. Ale jednak nie, bo zarówno media, jak i politycy – w odróżnieniu od bohatera tego filmu – nie uczą się modyfikacji, nie wykorzystują powtórek do poprawki.
W procesie postępującej medializacji i celebrytyzacji politycy upodabniają się do dawnych… kawiarnianych polityków. „Politykują” (w każdym razie przed ekranem i mikrofonem), co niezupełnie jest tym samym co prowadzenie, realizowanie polityki. Zawsze są au courant, gdy chodzi o kwestię kto kogo z kim – i zawsze spóźnieni, gdy chodzi o diagnozę społecznych problemów i konieczności, tym bardziej – o projekty rozwiązań.
Zarysowana powyżej lista wynaturzeń – do których jednak tak się przyzwyczailiśmy, że już nie dziwią, nie zastanawiają, nie skłaniają do zmiany – to oczywiście wyrywkowy, niekompletny przegląd i ogląd cech dysfunkcjonalnych w mentalności i w praktyce funkcjonowania świata polityki we współczesnej Polsce. Nie ma też walorów precyzyjnej generalizacji statystycznej. Oczywiście nie wszyscy uczestnicy polityki (w tym tacy, jak intelektualiści, aktywiści społeczni, urzędnicy) są zarażeni omówionymi deformacjami. Zmuszeni są jednak do funkcjonowania – że tak się wyrażę – w chorym obramowaniu.
Nie bez powodu raz po raz mamy takie odczucie, jak gdyby ważne sprawy nie posuwały się naprzód, jak gdybyśmy jako społeczeństwo i państwo stali w miejscu. Przepraszam, ruszamy się w miejscu – jak ćwiczący na bieżni treningowej. Taśma się przesuwa, my tylko w zmiennym miejscu i czasie powtarzamy te same kroki, byle wytrzymać i się nie przewrócić.
Nie zmieni się wiele w życiu społecznym (poza tym, że znów przyrośnie PKB), jeśli nie zmieni się styl życia publicznego, gry politycznej, mentalność polityków i pretendentów do tej roli.
Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Publiczne debaty na temat stanu i przyszłości służby zdrowia od dłuższego już czasu zajmują pokaźne miejsce w krajowych dyskusjach i swarach. Jak można się domyślić, w dyskusji tej dominują wątki krytyczne, a obrzucanie konkurentów politycznych zarzutami indolencji, a nawet inwektywami nadaje jej emocjonalnych rumieńców. Jak to w polityce bywa, chodzi nie o poprawę sytuacji, lecz o uzyskanie przewagi w partyjnej rywalizacji. Ponieważ wybory parlamentarne odbędą się za półtora roku, temperatura tego sporu już rośnie i stopniowo będzie się podnosić. Można z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że temat ten stanie się jednym z kluczowych w nadchodzącej kampanii.
Nigdy nie zajmowałem się funkcjonowaniem służby zdrowia. Mając umysł niezmącony znajomością rzeczy, zdecydowałem się na napisanie tych uwag na podstawie krótkich, lecz pełnych emocji doświadczeń z kilkumiesięcznego procesu leczenia choroby nowotworowej, w tym dziesięciodniowego pobytu w szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie. Pierwszy, płynący z tych doświadczeń wniosek brzmi: stan i perspektywy ochrony zdrowia zależą przede wszystkim od czynników zewnętrznych, niewchodzących bezpośrednio do zakresu jej działalności. Zwiększanie środków NFZ lub dotacji budżetowych na ten cel, poprawa struktury i rozmieszczenia jednostek czy organizacji pracy są ważnymi elementami poprawy jej jakości, ale to czynniki spoza tej sfery wpłyną zasadniczo na jej funkcjonowanie. Kluczową wydaje się demografia, a konkretnie grzech zaniechania sprzed 10 lat. Jedną z mądrzejszych decyzji ówczesnych rządzących była ta z 2012 roku o stopniowym wydłużaniu i ujednolicaniu czasu pracy i o późniejszym przechodzeniu na emeryturę; niestety – wycofana kilka lat później pod wpływem nacisków społecznych. Vox populi nie musi być głosem Boga; schlebianie gustom większości przynosi na ogół fatalne skutki. Powinnością rządzących nie jest szukanie poklasku, lecz podejmowanie mądrych i dalekosiężnych decyzji. Ani dążące do przejęcia władzy PiS, które wykorzystało opór społeczny do własnych politycznych celów, ani PO, która podkuliła ogon ze strachu przez jej utratą (co i tak tej utracie nie zapobiegło), nie stanęły w tej sprawie na wysokości zadania.
Demografowie już wcześniej ostrzegali, ale nikt demografów nie słuchał. Ich pesymistyczne przepowiednie sprawdzają się co do joty. Właśnie w mediach pojawiła się wiadomość o spadku liczby ludności w 2025 roku o kolejne ca 157 tysięcy – do 37,3 mln osób. A to płatnicy świadczeń na służbę zdrowia. Według informacji będących w obiegu publicznym, wskutek wydłużenia się życia (paradoksalnie – m.in. za sprawą lepszej opieki medycznej) i niższego współczynnika dzietności – tzw. zastępowalność pokoleniowa, która powinna wynosić 2,1, by utrzymać populację na obecnym poziomie, spadła w Polsce do 1,03, odsetek osób 60+ przekroczył już 25 procent (każdego roku zwiększa się o 0,7 proc.), a najszybciej rośnie liczba osób w wieku 80+. Osoby mające 80 lat i więcej stanowią już dziś 16,3 proc. ogółu. Ich liczba podwoiła się w ciągu ostatnich 20 lat. W samym tylko 2023 roku liczba osób w wieku 65+ wzrosła o 197 tys. osób. A ci, którzy mają przynajmniej 90 lat, to już dziś ponad 300 tysięcy osób, w roku 2037 będzie ich ponad 400 tysięcy, dwa lata później – 500 tysięcy, a 800 tysięcy pojawi się w roku 2048. „Według prognozy GUS liczba ludności w wieku 60 lat i więcej w roku 2030 ma wzrosnąć do poziomu 10,8 mln osób, a w roku 2050 wynieść ma 13,7 mln. Osoby starsze będą stanowiły około 40 proc. ogółu ludności Polski”[1]. A ci częściej i ciężej chorują. Większość z nich (prawie wszyscy) wymaga lub wymagać będzie stałej opieki lekarskiej, w tym spora część – opieki szpitalnej. Żeby opis ukonkretnić o szczegóły finansowe – w rosnącej grupie wiekowej 75–79 lat roczny koszt jednego pacjenta to 13,6 tys. zł (mężczyźni) i 10,6 tys. zł (kobiety). Średnia refundacja na leczenie tej grupy wynosi 5,3 (mężczyźni) oraz 5,1 (kobiety) tys. zł. Już dziś nie pokrywa ona nawet połowy poniesionych kosztów. Tu jest pies pogrzebany! Zmian demograficznych nie jesteśmy w stanie odwrócić; one zostały zresztą zaprogramowane kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat temu. By kryzysowi sprostać, trzeba szukać środków zaradczych, próbując – ze słabymi nadziejami – spowolnić (choć trochę) niekorzystne trendy demograficzne, zwiększyć nabór na studia medyczne (efekty z 6–8-letnim opóźnieniem), zwiększyć zainteresowanie młodzieży kierunkami medycznymi i rehabilitacyjnymi, zwiększać (stopniowo, inaczej się nie da) liczbę specjalistów w zakresie geriatrii i gerontologii oraz usług opiekuńczych i rehabilitacyjnych, uzupełniać luki kadrowe dopływem imigrantów (tu trudności z nostryfikacją dyplomów, szczególnie istotne w medycynie). Już dziś na Oddziale Urologii Szpitala przy Wołoskiej w Warszawie spotkałem pielęgniarki z Tybetu i Nepalu, które radzą sobie znakomicie. W atmosferze antyimigranckiej psychozy trudno mówić jednak o zwiększaniu przyjazdów obcokrajowców. Nie da się też uniknąć zmian w rozmieszczeniu i liczebności poszczególnych oddziałów szpitalnych w różnych okręgach. Budzi to znaczny opór społeczny, co widać na przykładzie porodówek. Skoro coraz mniej dzieci się rodzi, a rośnie liczba starców, logiczne wydają się zmiany strukturalne, ale te napotykają z reguły na opór zainteresowanych. Przydałoby się również rozważyć ponownie szkodliwą decyzję o utrzymaniu anachronicznego wieku przejścia na emeryturę, ale w realność tej propozycji nie wierzę. Zdrowy rozsądek na ogół przegrywa z populizmem.
Do Kliniki Otorynolaryngologii w szpitalu przy Wołoskiej trafiłem 10 grudnia 2025 roku. Pobyt w szpitalu poprzedzony został blisko dwumiesięcznymi badaniami, w wyniku których rozpoznano złośliwego czerniaka skóry głowy, a następnie przeprowadzono wstępną operację (w trybie ambulatoryjnym w ramach tzw. pobytu jednodniowego), polegającą na wycięciu najbardziej dotkniętego chorobą fragmentu skóry. Zrezygnowano tym samym z przeprowadzenia biopsji, skracając czas pozostający do drugiej – przeprowadzonej już pod pełną narkozą – operacji. Najdłużej czekałem na wynik badania histopatologicznego (około 5 tygodni). Jedyną możliwością skrócenia czasu opisywanego etapu leczenia byłoby przyspieszenie tego badania. Po kilku dniach od uzyskania jego wyniku znalazłem się w szpitalu, operację przeprowadzono dzień później. Wskutek komplikacji spowodowanych skutkami przeprowadzonej 12 lat temu radioterapii, dalsze leczenie wymagało przeniesienia na Oddział Urologii, gdzie następnego dnia przeprowadzono tzw. elektrokoagulację, w wyniku której zlikwidowano przyczynę choroby i po kolejnych dwóch dniach zostałem wypisany do domu; w międzyczasie korzystałem także z koniecznych zabiegów na Oddziale Otorynolaryngologii. Od chwili rozpoznania choroby do wyjścia ze szpitala upłynęły dwa miesiące, w czasie których przeszedłem niezbędne badania, trzy zabiegi operacyjne, w tym dwa pod pełną narkozą, trzy razy przetaczano mi krew, zaprogramowano też (wstępnie) dalsze leczenie. Założono mi tzw. kartę DILO (diagnostyka i leczenie onkologiczne – szybka ścieżka). Leczenie chorób onkologicznych i kardiologicznych uznano – w skali ogólnopolskiej – za priorytetowe, co odczułem na własnym przykładzie. Według najnowszych danych w Polsce diagnozuje się rocznie blisko 193 tysięcy nowotworów złośliwych. Choroby onkologiczne są drugą przyczyną zgonów w Polsce, ustępując tylko kardiologicznym. Priorytety wytypowano więc właściwie.
Opisuję całą procedurę, by pokazać, że w organizacji pracy w obu klinikach, w tym w dostępności personelu medycznego, nie tkwią większe rezerwy. Nie mam żadnych, najmniejszych nawet uwag krytycznych do pracy lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego w obu oddziałach szpitala; ich kwalifikacje, sposób podejmowania decyzji, relacje z pacjentami z jednej, a organizacja pracy – z drugiej strony, wymagają uznania i docenienia. Biorąc pod uwagę charakter choroby i wymagania związane z procesem leczenia, nie da się skrócić czasu pobytu w szpitalu. I tak większość pacjentów uważa, że jest on zbyt krótki (często to trzy dni). Po wyjściu ze szpitala przeszedłem cykl badań mających na celu stwierdzenie charakteru i skali zagrożeń związanych z rozprzestrzenianiem się choroby (przerzuty częste i szybkie w przypadku czerniaka). Przez miesiąc dzielący operację od zakończenia procesu gojenia rozległych ran głowy i przeszczepianych fragmentów skóry korzystałem ze stałej kontroli procesu leczenia (gojenia) oraz opieki pielęgniarskiej w szpitalu.
Po badaniach histopatologicznych zoperowanych fragmentów oraz po tomografii różnych części ciała konsylium lekarskie zadecydowało o wzmocnieniu procesu leczenia (chirurgia nie miała już nic do roboty, wycięto wszystko, co się dało) radioterapią.
Zmiana charakteru zadań placówek medycznych (coraz więcej pacjentów starszych i coraz bardziej chorych oraz zmiany w strukturze zachorowań), a także poprawy jakości ich pracy wymaga stałego zwiększania środków NFZ, a to oznacza albo podnoszenie składki (dziś w większości to 9 proc. od dochodów osobistych brutto) lub dotowanie z dziurawego budżetu. W 1998 roku rząd Jerzego Buzka (Akcja Wyborcza Solidarność) przeprowadził cztery kluczowe dla gospodarki kraju, choć różnie oceniane reformy, w tym reformę systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Wysokość składki określono wówczas na 7,5 proc. Utworzono regionalne (odpowiadające strukturze województw) Kasy Chorych, realizując inny z postulatów usprawniających – decentralizację państwa. Nim Kasy okrzepły – rząd SLD-PSL (Leszka Millera) scentralizował cały system, wprowadzając w miejsce Kas Chorych tzw. Narodowy Fundusz Zdrowia. Złym duchem tego pomysłu był ówczesny minister zdrowia Mariusz Łapiński, który uzasadniał zmianę sprawniejszym – z pozoru – zarządzaniem (jednym zarządza się łatwiej niż szesnastoma, tak twierdził). Fundusz zwiększał możliwości wpływu centralnej administracji na funkcjonowanie systemu poprzez sterowanie środkami i o to chyba Łapińskiemu chodziło. Wyszło, jak zwykle inaczej, lecz mimo krytyki płynącej z różnych przesłanek (lepsze dostosowanie Kas do specyfiki danego regionu, konkurencyjność Kas itd.) i różnych środowisk, NFZ utrzymano do dziś. Nie zrezygnowano z niego, gdyż nie ma pewności, czy przywrócenie Kas Chorych (decentralizacja) usprawniłoby pracę placówek, raczej spowodowałoby bałagan w wyniku podejmowania decyzji od ściany do ściany, a innego systemu nie udało się wymyślić kilku kolejnym rządom różnej politycznej proweniencji.
Od początku istnienia NFZ jest deficytowy. Zarządzający systemem ochrony zdrowia stają w każdym roku przed dylematem: czy przyjąć do wiadomości, że wykonane zabiegi wynikają z potrzeby ratowania zdrowia, czasem życia (a więc dać placówkom tyle kasy, ile postulują), czy też odmówić ich wykonania z braku środków. Nikt z decydentów nie odważył się i nie zdecydował na odmowę, akceptowano stan faktyczny, płacąc za zabiegi już wykonane, choć pojawiają się wątpliwości, czy wszystkie przypadki były należycie uzasadnione. W tle – jak zwykle – kryje się częste u finansistów podejrzenie, że nie chodzi o dobro pacjenta, lecz o własną kasę. W każdym roku (a minęło tych lat już ponad dwadzieścia) dosypuje się pieniędzy albo podnosząc składkę, albo finansując niedobór z budżetu. Od tamtej pory sporo miejsca w debacie publicznej zajmuje kwestia: zwiększyć czy zmniejszyć składkę zdrowotną. Okazuje się bowiem, że za sprawą nie tylko systemu finansowania ochrony zdrowia, lecz także z innych powodów, tzw. pozapłacowe koszty pracy są dla wielu pracodawców trudne do udźwignięcia.
Szczególnie szkodliwą wydaje się zasada podnoszenia tzw. płacy minimalnej (o co zawzięcie walczą związki zawodowe), bo jej stałe i częste zwiększanie oznacza wzrost pozapłacowych kosztów pracy. Już dziś wynosi ona 4806 zł brutto miesięcznie, a najniższa stawka godzinowa to 31,40 zł (dniówka to zatem ponad 250 zł). Obrazowo – zwiększenie wynagrodzenia pracownika o 100 zł oznacza, że pracodawca zapłaci blisko 200 zł, bo do płacy dochodzą rozliczne pochodne, a pracownik otrzyma niewiele ponad 50 zł, bo jego pensję obciążają dodatkowe koszty. Dziwnym trafem na ogół dyskutuje się kwestię składki zdrowotnej, jak gdyby inne składniki tej układanki nie budziły wątpliwości. Najgorzej wychodzą na tym mali przedsiębiorcy, dla których koszty pozapłacowe przekraczają ich możliwości, a przerzucać tych kosztów na odbiorcę/klienta w nieskończoność się nie da (wymogi konkurencyjności).
Zaledwie kilka miesięcy temu sejmowe mikrofony rozgrzewała dyskusja na temat obniżenia składki zdrowotnej dla prowadzących własną działalność gospodarczą, zakończona niczym z powodu weta prezydenta. Minister finansów doraźnie wygrzebał coś z budżetu, ale sytuacja niedoboru pieniędzy powtarza się z roku na rok i zapewne powtórzy w 2026 roku i w latach następnych. Łatanina pomaga na krótką metę, trzeba więc szukać skutecznego rozwiązania długofalowego. Szacuje się, że w 2026 r. zabraknie z NFZ około dwudziestu–trzydziestu miliardów złotych. Sęk w tym, że problemu nie da się rozwiązać, poruszając się tylko po obszarze organizacji i finansowania służby zdrowia, bo koszty jej funkcjonowania zależą bardziej od czynników leżących poza tą sferą. Można to zrobić tylko poprzez całościowe spojrzenie na ogół usług społecznych. Koszty ochrony zdrowia obywateli rosną i będą rosnąć, choćby z powodu powiększania liczby ludzi starych, a więc z gruntu narażonych na choroby i zwiększających obciążenie systemu, ale także z powodu nowych (droższych) rozwiązań diagnostycznych i leczniczych (w moim przypadku poza zabiegami operacyjnymi i badaniami histopatologicznymi były to m.in. tomografia komputerowa i tzw. PET CT – badanie źródeł raka w całym organizmie). Choć to brzmi jak mega truizm, finanse państwa, a w tym koszty ochrony zdrowia i opieki społecznej, wymagają kompleksowego spojrzenia. Drugiego Grabskiego (autora skutecznej reformy finansów państwa z 1924 roku) nie widać jednak na horyzoncie, a spoglądanie na sprawę segmentowo nie zapewni względnie trwałego rozwiązania problemu.
Szpital MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie jest jednym z 888 szpitali stacjonarnych w Polsce, należąc do największych kompleksów leczniczych w kraju. Ma – obok szpitala wojskowego przy Szaserów – opinię najlepiej wyposażonego ośrodka w kraju; nie dysponuję jednak żadnymi danymi potwierdzającymi lub negującymi tę opinię. Składa się z 26 klinik i oddziałów + SOR oraz 36 poradni. Posiada 1000 łóżek szpitalnych na ogólną liczbę 160 tysięcy łóżek we wszystkich szpitalach w kraju (jest większy 5,5 raza od szpitala przeciętnej wielkości). Zajmuje ogromny teren między ulicami Wołoską i Miłobędzką, na którym mieszczą się budynki oznaczone literami alfabetu od A do U. Trzykrotnie przebyłem blisko kilometrowy dystans między budynkami K (klinika otolaryngologii) i PG (klinika urologii) wieziony korytarzami podziemnymi przez pracownice Otorynolaryngologii. Od kilku lat kompleks kilkunastu budynków znajduje się w fazie remontów i modernizacji ze wszystkimi tego konsekwencjami dla pracowników Szpitala i pacjentów; po ich zakończeniu będzie z pewnością jednym z najbardziej nowoczesnych placówek leczenia stacjonarnego w kraju, choć dziś remonty dają się poważnie we znaki i personelowi, i pacjentom. W 2024 roku pracownicy medyczni Szpitala udzielili ponad 483 tysiące porad specjalistycznych i wykonali 32 109 zabiegów operacyjnych, w tym 12 694 w znieczuleniu ogólnym. Liczba ta zapewne zwiększyła się w roku ubiegłym. Dwie z tych operacji to ja.
Czas pobytu w szpitalu (niezależne od oddziału) skracany jest do minimum. Coraz częściej są to pobyty jednodniowe.
Oba oddziały różnią się od siebie, mam zbyt małą wiedzę, by je w miarę precyzyjnie opisać. Otorynolaryngologia to stosunkowo niewielki oddział, dysponujący 17 miejscami szpitalnymi. Łatwiej tu o zachowanie bardziej bezpośrednich relacji między personelem i pacjentami. Obie strony tych relacji znają swoje personalia, charakter schorzeń, stosowane metody leczenia. Nie ma większych ograniczeń w odwiedzaniu pacjentów. Po kilku dniach szpitalnego pobytu zapamiętałem nazwiska, rozpoznaję wygląd zewnętrzny personelu, czas i miejsce możliwych kontaktów. Korzystam więc z okazji, by podziękować za skuteczne leczenie, opiekę i sympatyczne relacje doktorom: Adamowi Gałązce, Władysławowi Rozwadowskiemu, Katarzynie Biardzie, Laurze Ziuzi-Januszewskiej, przemiłej pielęgniarce p. Marzenie, pani salowej, która z poświęceniem przewoziła mnie kilkakrotnie na urologię, by ulżyć mi w cierpieniach i Wszystkim Pozostałym, których wymienić nie sposób.
Urologia ma prawie dwa razy tyle łóżek (32), ale liczba ubiegających się o poradę jest znacznie większa. Oddział jest wyraźnie oddzielony od części, w której pacjenci oczekują na przyjęcie. Odzywają się więc głosy narzekających na zbyt długi czas oczekiwania. Nie da się go skrócić: popyt znacznie przekracza podaż. Wydaje się wręcz, że czas pracy wykorzystywany jest tam do maksimum: nie ma żadnych pogawędek personelu czy dłuższych rozmów z pacjentami, choć ci ostatni mają naturalną skłonność, by pogadać o swoich dolegliwościach. Czasem odnosiłem wrażenie, że pracownicy eliminują wszystkie czynności „pozamerytoryczne”. Godzin wizyt przestrzega się dość rygorystycznie. Personel jest znacznie liczniejszy, nie udało mi się zapamiętać nazwisk lekarzy i pielęgniarek, którzy się mną zajmowali; wymienię tylko dra Michała Sulewskiego oraz pielęgniarki p. Kingę i p. Olę, na których ręce składam serdecznie podziękowania dla Wszystkich Pracowników tego oddziału.
Co warto odnotować: znacznie poprawił się bezpośredni stosunek personelu do pacjentów. Ci przestali być intruzami, co zwłaszcza przed laty dawało się dotkliwie odczuć (starsi, jak ja, to pamiętają).
Warunki pobytu w obu oddziałach szpitala są dobre. Pokoje dwu- i trzyosobowe, każdy ma własny węzeł sanitarny. Zapewne tak dobrych warunków nie zapewniają wszystkie szpitale w kraju, ale poprawa jakości usług jest wyraźnie widoczna. Znacznie lepsze jest też jedzenie w porównaniu z tym, które serwowano przed kilkoma czy kilkunastoma laty. Wyżywienie jest bezpłatne; można ewentualnie szukać obniżki kosztów przez wprowadzenie ryczałtowej odpłatności za posiłki, choć wiem, że w przeszłości i to budziło obawy decydentów. Dziwne, bo przecież jedzenie w domu też kosztuje.
Wydaje się, że poprawa jakości usług ze strony szpitala przy Wołoskiej stopniowo następuje i że osiągnięto tu pewien postęp. Wydaje się także, że dla poprawy wzajemnych relacji potrzebna jest również zmiana oczekiwań i wymagań pacjentów. W warunkach stale rosnących potrzeb i rosnącego umasowienia usług medycznych model oparty na bliskich relacjach wzajemnych pacjenta i personelu medycznego należy do przeszłości. Być może sporo namieszało tu nazewnictwo – wprowadzenie pojęcia „lekarza rodzinnego”, które sugeruje bliskie (niemal „domowe”) relacje lekarza z pacjentem. Tymczasem świadczenie masowych usług medycznych (a takie one od dawna już są i będą masowe w jeszcze większej skali) bardziej przypomina „taśmę produkcyjną”, podczas której należy skoncentrować się na efekcie finalnym (skutecznym wyleczeniu) osiągniętym w możliwie najkrótszym czasie i przy użyciu optymalnych środków. Mówiąc trochę brutalnie, efektywna „obróbka” pacjenta ma być zakończona jak najszybciej i po kosztach niezbędnie koniecznych. Najlepiej widać to w przebiegu codziennych obchodów na Urologii: z karty pacjenta odczytywane są jego „parametry”, każdy z lekarzy podaje jednozdaniową informację o przebiegu leczenia i stanie zdrowia, a „szef” podejmuje finalną decyzję, co w sumie trwa kilka minut. Jeśli pacjenci oczekują, że w tym procesie ich indywidualne ego będzie przedmiotem szczególnego zainteresowania i troski personelu – są w błędzie. Już nie jest i nie będzie tym bardziej. Zrozumienie masowego charakteru leczenia wymaga więc zmiany podejścia także ze strony pacjentów. By nie przeżywać wzajemnych rozczarowań, pacjenci muszą zaufać lekarzom (pielęgniarkom), że znają swój fach i chcą wykonywać go jak najrzetelniej oraz że muszą optymalizować wykorzystanie czasu pracy. Muszą pogodzić się z tym, że należy respektować ich zalecenia i nie próbować wdawać się z nimi w zbędne dyskusje. I nie kombinować, co poprawić, kogo by jeszcze zapytać, co zmodyfikować (od kilku wieków za sprawą Stańczyka wiemy, że domorosłych lekarzy nie brakuje), a może poszukać protekcji. Te „ruchy Browna” odbijają się negatywnie na przebiegu leczenia.
NFZ utrzymuje się ze składki płaconej przez większość Polaków w ZUS – z tego tytułu wpływa 154,5 mld zł – to ponad 97,3 proc. ogółu środków na ten cel. Z drugiego – pozornie największego źródła, jakim mógłby być KRUS, do NFZ wpływa 4,2 mld zł. To nie pomyłka. Na wsi mieszka około 15–15,3 mln ludzi, co stanowi 40–41 proc. ogółu ludności w kraju. W rolnictwie łącznie z leśnictwem i rybołówstwem pracuje 1,22–1,33 mln osób około 8–9 proc. ogółu zatrudnionych (to znacznie więcej niż w innych krajach UE – tam to niespełna 3 proc. ogółu); składki płacone przez tę grupę wynoszą ok. 3 proc. budżetu NFZ. Najczęściej jest to 1 zł za każdy hektar użytków rolnych. Prowadzący działy specjalne produkcji rolnej płacą (lub powinni płacić) 9-procentowa od zadeklarowanej podstawy wymiaru, która podlega waloryzacji (w 2025 r. było to 420 zł). Jaka jest rzeczywista podstawa wymiaru – tego nikt nie wie. Domownicy i pomocnicy rolnika płacą stałą kwotę – to 257 zł miesięcznie. To sporo mniej niż 9 proc. składka naliczana nawet od najniższej płacy, ta wynosiłaby 382,78 zł. Przyczyn uprzywilejowania rolników nie znamy (inne uprzywilejowane grupy, które też płacą niższą składkę, w tym m.in. duchowni, doktoranci i żona prezydenta, to wielkości śladowe), ale objęcie blisko 10 proc. ludności składką dziewięcioprocentową tylko od mediany wynagrodzeń w gospodarce (w lipcu 2025 r. = 7246 zł) zwiększałoby składkę do 652 zł. Sytuacji dochodowej rolników i ich rodzin nie sposób rozwikłać; wymagałaby ona odrębnego i bardzo wnikliwego opisania. Nikt tego drażliwego tematu nie podnosi. Nikt też nie wie, jakie są rzeczywiste dochody rolników i innych mieszkańców wsi. Jakie podatki i składki naprawdę płacą? Nie chodzi o samą wysokość składki zdrowotnej, ta powinna być skalkulowana nie tylko w zależności od dochodów rolnika, lecz także w proporcji do kosztów leczenia. Z materiałów firm ubezpieczeniowych wynika, że miesięczna wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe, chorobowe i macierzyńskie rolników wynosi 78 zł, co daje kwartalnie kwotę 234 zł, a rocznie 936 zł. O ile składka na ubezpieczenie emerytalno-rentowe rośnie w zależności od wielkości posiadanego gospodarstwa i waha się od 507 zł kwartalnie dla małorolnych (gospodarstw do 50 ha!) do 2 334 zł dla wielkotowarowych (do 300 ha), to składka zdrowotna jest wielkością stałą (od głowy, a nie od wielkości gospodarstwa, pośrednio dochodów). Zakłóca to składkową logikę, bo w ZUS płaci się 9 proc. od dochodów z tytułu składki zdrowotnej. Czy i w jakim stopniu do dochodów rolników wlicza się dotacje z UE wypłacane z tytułu zaniechania produkcji rolnej? Czy i w jakim stopniu dotyczy to rodzin (domowników)? Nie chcę dociekać głębiej (nie mam takich danych ani kompetencji), ale nawet najmniejsze dziecko wie, że znaczna część dochodów mieszkańców wsi pochodzi z dochodów nieopodatkowanych. Gdyby ktoś na wsi zapytał o podatki płacone za prace budowlano-remontowe wykonywane przecież masowo, w tym także za usługi budowlane, malarskie, hydrauliczne, mechaniczne, inne sąsiedzkie przysługi itp., a nawet za budowanie domów przez podhalańskich górali, to pytany popukałby się palcem w czoło. Nikt od tych usług podatków nie płaci. Jeśli mieszkańcy wsi to około 40 proc., rolnicy to 8–9 proc., a wkład rolnictwa do PKB to ca 2,5 proc., to w tych wielkościach kryją się rezerwy podatkowe, których wielkość i sens wykraczają poza ramy tego artykułu. Jeśli jednak gdzieś szukać dodatkowych źródeł finansowania NFZ, bo bez takich poszukiwań zapewne się nie obejdzie, to właśnie tam. Czy strach paraliżujący rządzących przed kolejnymi blokadami rolniczymi, przed tzw. gniewem ludu, ubezwłasnowolni kolejne ekipy rządzących?
Ale zasadnicze pytanie na nieodległą już przyszłość brzmi: czy uda się w dłuższej perspektywie i bez strat utrzymać system powszechnej i bezpłatnej opieki zdrowotnej w spodziewanych okolicznościach demograficznych i przy stałej modernizacji usług medycznych, o czym wyżej? Na rozsądek polityków specjalnie nie liczę, dla nich najważniejsze są najbliższe wybory i uzyskana w ich wyniku władza, pal diabli – jakim społecznym, długofalowym kosztem. Terapia szokowa jest w tej sytuacji niewskazana; skoro opór społeczny i strach polityków nie pozwolił na łagodne wydłużenie wieku emerytalnego, to trudno uwierzyć, by zyskało aprobatę wprowadzenie przynajmniej częściowych opłat za usługi medyczne. Chyba, że w rozmiarach czeskich, po 10 zł za każdą z nich. Należałoby więc raczej poszukiwać sposobów stopniowego poszerzania zakresu płatności obywateli za leczenie. Udanym przykładem takiego rozwiązania (w dobrym sensie tego słowa) były usługi stomatologiczne. U progu bieżącego stulecia dyskutowano nad wprowadzeniem tzw. RUM – rejestru usług medycznych. Zabiegi objęte tym rejestrem byłyby bezpłatne – tak zakładano, pozostałe (spoza rejestru) odpłatne. Prace utknęły, jeśli dobrze pamiętam wskutek trudności z określeniem zakresu usług objętych RUM oraz trudności z kalkulacją. Skoro nie udało się wprowadzić zaprogramowanego rozwiązania, życie starało się wypełnić powstałą lukę.
Około 50 procent Polaków korzysta z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Dotyczą głównie dostępu do lekarzy specjalistów czy badań specjalistycznych; szpitale w większości pozostają w sferze publicznej opieki zdrowotnej, choć powoli rośnie liczba placówek szpitalnych prowadzonych przez niepubliczne firmy, jak Luxmed, Medicover czy Damian. Luxmed rozpoczął tę działalność najwcześniej (bodaj w 1992–93 roku) i rozbudował sieć placówek na skalę ogólnopolską. Korzystanie z nich jest zawsze usługą dodatkową, do ubezpieczeniem. Leczenie szpitalne, zabiegi operacyjne itp. z natury rzeczy bardziej kosztowne odbywają się w większości w placówkach publicznych i obciążają NFZ, co jest czasem przedmiotem krytyki. Istnienie „drugiego nurtu” odciąża jednak radykalnie system opieki publicznej. Część tzw. opłat abonamentowych (nie mam danych, jak duża to część) pokrywają pracodawcy, są to raczej firmy zlokalizowane w większych miastach. Ci, którzy nie korzystają ze szczodrobliwości pracodawców, wykupują abonamenty z własnych środków. Lepszy pakiet kosztuje więcej (np. w Luxmed jest to tzw. pakiet premium). Druga połowa Polaków leczy się wyłącznie w zakładach publicznych w ramach obowiązkowej składki zdrowotnej, są to w większości osoby o niższych dochodach z różnych grup wiekowych, zawodowych i społecznych. W przeszłości rozlegały się głosy o włączeniu placówek niepublicznych do systemu. „Radykałowie” proponowali, by to pacjenci wybierali ubezpieczyciela, czy to państwowego (z sieci finansowanej przez NFZ), czy niepublicznego (do niego kierowana byłaby wtedy składka zdrowotna), ale to chyba nierealne. W sprawie przepływów pacjentów między obu formami panuje znaczny galimatias, którego meandry czasem trudno zrozumieć. Spróbuję to opisać na własnym przykładzie.
Z dodatkowego ubezpieczenia w Luxmed korzystam od 1994 r. BRE Bank, w którym wówczas pracowałem, był bodaj pierwszą większą firmą w Polsce, która wykupiła pakiet tych dodatkowych świadczeń. Choć od początku korzystam w Luxmed z opieki tego samego lekarza – internisty, nie może być on (nie znam przyczyn, dla których tak się dzieje) moim lekarzem rodzinnym, który odgrywa ważną rolę w procesie leczenia każdego pacjenta. Mój lekarz rodzinny pracuje więc w placówkach Medycyny Rodzinnej uruchomionej też w ramach Luxmed. Rzadko korzystam z jego usług. Jest to jednak konieczne, gdy muszę skorzystać z placówek publicznych i zostać tam skierowany, przede wszystkim do szpitali (takie większe, wymagające leczenia szpitalnego przypadki przydarzyły mi się w ciągu życia czterokrotnie). Nie potrafię rozgryźć, dlaczego jeden może, a drugi nie. Do niedawna (to ponoć zmieniło się, na szczęście) lekarz
Luxmed nie mógł wystawić mi recept na bezpłatne leki, do których z racji wieku jestem uprawniony. Ale ten z Medycyny Rodzinnej mógł.
Nowotwór skóry wykryto u mnie w placówce Luxmedu. Musiałem jednak uzyskać skierowanie na dalsze leczenie (z góry przewidywano, że będzie wymagało ono rozległej operacji) od lekarza rodzinnego, który nie jest specjalistą z tej dziedziny. To od niego musiałem uzyskać skierowanie do szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej, gdzie leczenie odbyło się sprawnie i bez żadnych przeszkód, co opisałem. Po jego zakończeniu konsylium, które deliberowało nad moją przyszłością, zawyrokowało: chirurgia skończyła swoją pracę, dalsze leczenie wymaga wspomagania radioterapią. Podczas konsultacji specjalistka od radioterapii – dr Anna Słoniewska, która notabene przed 12 laty usunęła mi skutecznie (wciąż żyję) raka prostaty – uznała, że opracowanie planu tych zabiegów wymaga poprzedzenia ich badaniem scyntygraficznym, tzw. PET. Skierowano mnie zatem do wyspecjalizowanego niepublicznego zakładu Nucleomed w Międzylesiu, gdzie po trzech dniach (sic!) uzyskałem skierowanie na to badanie, które odbyłem po kolejnych pięciu dniach, a więc w tempie błyskawicznym. Oczekiwanie na wynik zapowiedziano na 10 dni. Ale wynik przyszedł mailem już po 5 dniach. Cała procedura odbyła się błyskawicznie, a sprawności organizacyjnej i profesjonalizmu pracowników Nucleomedu nie sposób podważyć. Niemałe przecież koszty badania pokrył NFZ. Wyrzutów sumienia jednak nie mam, bo przez lata płaciłem obowiązkową składkę zdrowotną, a z usług służby publicznej korzystałem sporadycznie, mając pakiet Luxmed.
Intuicyjnie czuję, że w rozwinięciu i usprawnieniu procedur współpracy między placówkami NFZ a siecią placówek niepublicznych istnieją spore możliwości przyspieszenia i poprawy jakości leczenia, uczynienia go bardziej efektywnym i mniej kosztownym. Obawiam się jednak, by – usprawniając – nie ugrzęznąć w gąszczu przepisów, procedur i wymagań, mających swoje źródło czasem z dala od medycyny. Moją generalnie pozytywną ocenę przebiegu leczenia mąci nadmiar zupełnie obojętnych dla pacjenta „papierkowych” procedur. Operacje usunięcia czerniaka oraz interwencja urologiczna wymagały trzykrotnego złożenia wielopunktowych oświadczeń o stanie mojego zdrowia, przebytych chorobach i zdolności do przyjęcia narkozy. Odniosłem wrażenie, że ich celem było zwolnienie z odpowiedzialności (uzyskanie „usprawiedliwienia”) na wypadek nieprzewidywalnych komplikacji w leczeniu. W sumie trzykrotnie wypełniałem podobną ankietę i złożyłem trzydzieści (tak!!) czytelnych podpisów. Druga otchłań biurokracji to przepisy związane z RODO. Można byłoby pewne nadzieje wiązać z wprowadzaniem danych do systemu, z których korzystają różne placówki, a przynajmniej te, które wchodzą w skład tej samej struktury, jak kliniki szpitala przy Wołoskiej. Nie wiem jednak, czy mając przed oczyma częste zawieszanie się systemu, kłopoty z transmisją danych etc. nadzieje takie są choć trochę uzasadnione. Czasem, obserwując pracę lekarzy, podejrzewam, że borykanie się z technikami cyfrowymi zajmuje im zbyt wiele czasu.
Pora na finał. Po otrzymaniu dobrego wyniku badania PET odstąpiono (czasowo) od radioterapii, obejmując mnie procesem stałej, okresowej kontroli (badania tomograficzne, najbliższe za 3 miesiące) i uzależniając dalsze leczenie od ich wyniku. Otrzymałem koncesję na kolejny etap życia. Bardzo Wszystkim Moim Opiekunom za to dziękuję.
Nie podzielam dość powszechnych utyskiwań na funkcjonowanie placówek medycznych. We wszystkich, z których usług korzystałem, personel medyczny pracował sprawnie i skutecznie. Zaordynowane leczenie i jego przebieg doprowadziły do pozytywnych rezultatów. Poprawił się dostęp do nowoczesnych metod diagnostycznych (m.in. stosowanych w UE) i technicznych. Poprawiła się bardzo kultura obsługi. Przyszłość usług medycznych zależy jednak od czynników zewnętrznych, m.in. od tego jak poradzimy sobie ze skutkami depresji demograficznej. To, co nas czeka i co bez wątpienia zaostrzy spór, to odwlekana odpowiedź na pytanie: jak długo uda się utrzymać obowiązujący model usług medycznych i jak bezboleśnie pogodzić się z odejściem od pielęgnowanego przez lata ideologicznego złudzenia o bezpłatnej służbie zdrowia. W tej kwestii stopniowe obejmowanie coraz większych grup systemem do ubezpieczeń (w tym poszerzanie pozapłacowych składników wynagrodzeń przez zakłady pracy) wydaje się skuteczniejszą drogą niż kolejna terapia szokowa.
[1] Sytuacja ludzi starszych w Polsce w 2021 roku. Raport przygotowany przez zespół pod kierunkiem Ewy Kamińskiej-Gawryluk. GUS. Urząd Statystyczny w Białymstoku.
Artykuł został opublikowany w numerze 2/2026 „Res Humana, marzec-kwiecień 2026 rok
Po ziemi błąkasz się dla ciekawości bogów.
Niektórzy mówią, że to mus przyrody.
Jej ewolucja jak perwersja ślepa,
jak fatalizmu wybryk – dar to jest czy wyrok?
Czy więc stworzeniem jesteś hodowlanym,
gdzie wola twoja jest sprawdzianem stworu,
a wybór w chwili pozorem wyboru?
Wpływ na zbawienie miałbyś mieć – od czego?
Czy też z praikry po nic się zrodziłeś?
A może tylko po to, by w łańcuchu przemian
wciąż doskonalszym być i wciąż bez celu?
Widzisz więc, jakże Bóg ci jest potrzebny.
Jeżeli nie On ciebie, ty Go musisz stworzyć.
Gdyś już świadomość posiadł,
Bóg jest twą nadzieją,
a bez nadziei puste nawet piekło.
Szukam Ciebie
pod paznokciem
milczącego Sfinksa
w ruchomym naskórku wody
w łupinie snu
w słowie
a Ty jesteś
pod moją skórą
we krwi mojej
w piecu wyobraźni
wszędzie jesteś
gdzie Cię nie ma
Wadzę się z Tobą serdecznie.
Nie łaski dla siebie chcę dzisiaj.
Bo cóż mi po Twoim zbawieniu,
kiedy mi ona najmilsza!?
Czym jeszcze możesz mnie zranić?
Świata pustkę odebrać,
pamięć o tej, co mi była
mlekiem i kromką chleba?
Że kiedyś ją spotkam jeszcze,
sam w to nie wierzysz, Panie.
Pod naszym klonem wyciętym
na ścieżce przed domem stanie?
Na cmentarzach uśmiechnięte drzewa,
na cmentarzach kwitną zmarłych dusze,
a gdy deszcz je wiosenny podlewa,
pną się w niebo, i ja tam iść muszę,
no bo twoje ślady wbite w ciężkie chmury,
drobne ślady zdartych obcasików
wiodą mnie w te niezdobyte góry
przez cierniowe ścieżki człeczych Jezusików.
* * *
Na skrzyżowaniu nocy z mgłą
Chrystusik skrył się w życie
i płakał deszczu krągłą łzą,
bo jakże on, Zbawiciel,
osłonić swoich wiernych ma
przed wiatrem, zawieruchą,
gdy sam gdzieś w polu zgubił płaszcz
jak oni wiarę kruchą.
Dlaczego tyle ziaren gwiazd
usypał ktoś w noc czarną?
Dlaczego to, co dotknął czas
zrodziło się na darmo?
I drżał Chrystusik w polu gdzieś
zwiedziony Drogą Mleczną
i swej niemocy nie mógł znieść
i odszedł w swoją wieczność.
Z Trenów mojej Matce, 1993
Tyś jak Wergiliusz, który mnie po czyśćcu,
jak Charon, co na drugą stronę… wodzi.
W masce tajemnicy
tlisz się we mnie ciągle
jak pamięć gatunku,
świadek podróży do kresu.
Doświadczasz mnie wątpieniem,
kusisz do poznania,
które skażone grzechem pierworodnym.
Sam nieuchwytny, miałbyś być dowodem
w opozycji do siebie
na istnienie wiecznej Wszechmiłości?
Swoje maski wciąż zmieniasz,
niby twarze natury,
co fermentują życiem
jak wytrawne wino.
Zbawiciel dla wędrowca
niejasny jest i niepewny,
kiedy mu daje słoną rybę
we wnętrzu pustyni.
Dar tworzenia, potworze
– okruch z twego stołu –
wciąż mnie jeszcze (u)wodzi
po manowcach zdarzeń.
I wdzięczny ci jestem
za twe prowokacje,
bo mogę wybierać
uległość lub twórczy bunt wobec Pana.
Skarga moja kłuje niebo
zaślepione gęstwą chmur.
Panie Boże wielki, przebacz,
że mój szept twych sięga stóp.
Nędzne prośby w jasno-ciemność,
ledwom wypoczwarzył się,
ku Nieskończonemu pełzną
narzekliwe, chciejne, mdłe.
O, gdybym ci miał moc jaką
nie dałbym się ja robakom,
nie dałbym się ja i bogom,
rozpanoszyłbym się sobą
rozpanoszył, duchem wzmocnił,
rozprzestrzenił tak jak Ty,
wreszcie rzekłbym Ci – odpocznij
w jakimś strzępku gwiezdnej mgły.
Dryfuj sobie w wszechświat niemy,
pusty, chociaż pełen śmiecia
gdzieś na jakiejś lichej Ziemi,
czuj jej ból przez tysiąclecia.
A skąd mam to wiedzieć,
że jesteś, Panie, dobry?
Historia świata
tego nie potwierdza.
Syna skazałeś,
by nas męką zbawił.
I każdy człowiek
też kończy na krzyżu.
Ludzie ocalić
chcieliby coś z siebie.
Nie wszystek umrę
łudzą się nadzieją.
Może z tchórzostwa
ukochali Ciebie?
Nie wierzę w miłość
do Niepoznawalnego.
Spieram się z Tobą co dzień,
a więc jednak jesteś?..
w kulturze mojej,
może w moich genach?
Potrzeba wiedzy,
to jeszcze nie prawda.
potrzeba prawdy,
to wieczne wątpienie.
III nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. I. Kraszewskiego – 1994 r.
Wszyscy piszą listy
do nieba,
choć nikt nie zna
adresu ani adresata.
Panie Niebieski,
który jesteś wszędzie,
w chmurce,
w gwieździe,
w kamieniu.
Jeśli jesteś i we mnie,
życzę Ci, żebyś był zdrowy
i już nigdy więcej
nie miał raka.
Kim jesteś? Dlaczego twórcą tylu sprzeczności?
Zupełnie nie wiem, kto za to odpowiada,
za tyle piękna, za tyle nieszczęścia.
Ja nawet za siebie nie mogę odpowiadać,
a co dopiero za pierwszych rodziców,
za rodzaj. Ja jestem człowiekiem
w każdej chwili innym.
Dano mi Twoje księgi święte
i dziesięć przykazań.
Myślę jednak, że są one ludzkie,
bardzo słuszne, choć trudne w przestrzeganiu,
ale ludzkie.
A jeśli jesteś abstrakcją,
o co Cię podejrzewam,
albo niewyobrażalną nadpotęgą tworzenia,
której wcale nie frasuje, co stworzyła,
to po co to wszystko?
To co ja tu robię?
Fasolę dnia
łuskam na naszym progu.
Konary drzew ścina wiatr
i niesie je Panu Bogu.
A dobry Pan
wysuszy je dla nas na krzyże,
by było nam
po nich do nieba bliżej.
Meteor spadł
i wokół zaraz trwoga.
Czy inny świat
może innego mieć Boga?
Rysunek obłoków
przekrzywiony
w chybotliwej ramie dnia,
płomień świecy,
jej refleks na drewnianym stole.
I tylko tyle zostanie?
A może jakiś strzęp symfonii,
może jaki ślad
po książce
ze zwęglonym Słowem,
aby znowu z prochu?
Spotkałem Hieronima Boscha,
opowiadał mi o piekle
na ziemi.
Spotkałem Muncha,
krzyczał niemymi ustami,
strachem wszystkich strachów,
upiorem,
głodem
i wojnami.
Spotkałem Bruegla,
chwycił się za głowę.
I co miałem zrobić?
Stanąłem pod moją sosną-nędzą,
zawiązałem pętlę,
gałąź była sucha,
tylko zwichnąłem sobie nogę w kostce.
Przechylam się w nieistnienie,
z drapieżną konsekwencją
redukcji ejdetycznej,
docieram do ziaren rzeczy samych w sobie.
A gdy opadną z nich łuski,
tak jak z oczu moich ociemniałych,
wtedy przyjdą po mnie aniołowie,
w których dziś jeszcze nie wierzę.
A może to Wergiliusz
powiedzie mnie przez kręgi
niedorzecznych przestrzeni,
gdzie wszelkie doznanie,
myśl, czas i pamięć,
i współbycie z drugim
będą wykluczone.
Umoczę nogę w starodawnej rzece
i Leta będzie mi błogosławiona.
A może pułapkę na mnie
zastawi nie fenomenolog
ani ten gbur nietowarzyski – Hades,
tylko… Wielki Nikt – niedefiniowalny porządek chaosu.
Wydrukowane w numerze 2/2026 powyższe wiersze zaprzyjaźnionego z “Res Humana” poety (a także prozaika, dramaturga, satyryka, autora słuchowisk radiowych i tekstów piosenek) Grzegorza Walczaka, dokumentujące jego metafizyczne zmagania z Transcendencją, zostały wybrane z bogatego zbioru o tej tematyce, który od dawna składa on z myślą o publikacji w postaci odrębnego tomiku.
Jak twierdzi sam Autor:
Największym frasunkiem moim, odkąd obudziła się we mnie samoświadomość, jest ta fasola. Chociaż czym jest samoświadomość, też jest problemem samym w sobie. Tylko z pozoru jest to wiedza oczywista, w której jednak kryje się i tajemnica intuicji, i diablątko, które się dopiero w nas wykluwa, i uświadomiony kłopot odróżniania, co jest na pewno w nas, a co spoza nas. Powiedzmy inaczej: zacząłem się poważnie frasować, odkąd zaczęło mi się chcieć, bezwarunkowo chcieć wydłubywać coś z czegoś – z rzeczy, z pojęć – a nawet się w nie wgryzać, by rozgryźć, by rozpłatać i podejrzeć. Opętała mnie analiza, mikroanaliza, taka, która prowadzi do ponownego scalenia, ale już na wyższym piętrze, czyli przez syntezę. Zachciało mi się poznawać z użyciem całej gamy chwytów, nie tylko naukowych, nie tylko pochodzących z gotowej wiedzy, ale i z doświadczeń własnych, z przeżyć, z uczuć, przebłysków intuicji, żeby się tak totalnie dobrać do tej fasoli (czy rozłupanego orzecha), by poznać, by wiedzieć.
Im się w coraz gęstszy las zagłębiałem, tym coraz bardziej się frasowałem, bo przecież nie może być inaczej. Dziś można to już uznać za truizm – im więcej się dowiedziałeś, im większą wiedzę posiadłeś, tym jesteś mniej pewny prawd ostatecznych, bo w toku poznawania zaczynasz dostrzegać, jak wielkie stoją przed tobą przestrzenie niezbadane. Aż w końcu zaczynasz zazdrościć tym, co nie wątpią, bo swoje wiedzą, ale jakie to ich „swoje” jest malutkie, jakie wątłe, tego się nawet nie domyślają. Wiara w umysł człowieka to piękna wiara, ale gdy się już odrzuci skorupę i sięgnie po ten sam miąższ, po ten mózg, nasz mózg, który wyrzuca z siebie tyle cudowności, tyle narzędzi, coraz bardziej precyzyjnych, coraz doskonalszych, że już wszystko, niemal wszystko możesz wygenerować, wyprodukować, nawet ten diabelski guzik atomowy, to wtedy…
Gdy już możesz wysadzić Ziemię, tak, że nawet sam Pan Bóg by się zdziwił, gdyby się fantazyjnie rozpadła bez Jego udziału, o ile bez Jego udziału cokolwiek się stać może, to wtedy zaczynasz mieć pewne wątpliwości. Znając sprzeczność wolnej woli człowieka i dogmat, że nic się nie dzieje bez woli Boga, i znając niechlubną historię człowieczego świata, musisz się w końcu przez chwilę zastanowić, czy naprawdę jesteśmy stworzeni na Jego podobieństwo. Przyznam, że ta religijna fraza wydaje mi się wielkim bluźnierstwem, zrodzonym z ludzkiej pychy. Zapala mi się wtedy lampka kontrolna moich wątpliwości i nawet bez oglądania się na Sokratesa dochodzę swym światłym umysłem, że do niczego dojść nie mogę. I już mi wyskakują spod pachy wszelkiej maści upiory, dżiny, Mefistofelesy, a wszystkie prowadzą mnie w przeciwstawne strony, pokazują mi bezwstydnie paskudne ozory sprzeczności, zbijają mnie z tropu albo z pantałyku, wybiją z rytmu. No i właśnie wtedy zazdroszczę tym, co mają pewność, mają wiarę, wszystko jedno w co, i nie chyboczą się jak chorągiewka na wietrze, swoje wiedzą, bo stoją na pewnym gruncie. Ale też im współczuję, bo jaki to pewny grunt? Wierzę w poznawanie, owszem, ale nie w poznanie. Mam oczywiście na myśli pryncypia i uniwersalia, a nie odpowiedź na pytanie, czy ktoś, kto ma katar, jest zaziębiony?
Dopóki nie umrę, nic nie będę wiedział, jak jest po śmierci. A jak już umrę, to czy stanę się wędrującą w czasie i kosmicznej przestrzeni monadą, zresztą jaką, czy tą leibnizowską – najprostszą, niepodzielną substancją wszechrzeczy – czy epikurejską – boską jednością rzeczywistości, będącą początkiem wszystkiego? A może, podobnie jak to staroegipskie, duchowe Ba – gdy moje serce na sądzie ostatecznym Ozyrysa, ciśnięte na jedną z dwu szal prawd, lekkie będzie jak pióro sprawiedliwej Maat – wzniosę się ku górze, by się swobodnie przemieszczać między światem zmarłych i żywych? Jeśli jednak przegram na sprawiedliwych wagach (a czasem Ozyrys oszukuje) i moje serce zbyt ciężkie od nikczemnych uczynków przeważy, no to kit, upadek i to ostateczny.
A gdyby tak przyjąć bardziej współczesną interpretację tej staroegipskiej doktryny religijnej, odnoszącej się do pośmiertnego Ba, i uznać je jako psychoenergetyczny pierwiastek[1], który się wydobywa zaraz po śmierci człowieka, by się połączyć z niewidzialną „chmurą” psychicznej energii miliardów wcześniej zmarłych ludzi i innych istnień niegdyś żyjących w kosmosie? Wtedy nieskończenie potężną kumulację psycho-elektro-promiennej energii można by uznać za źródło rozrodu wszechświata, czyli nieskończenie odnawiającego się Stwórcę. A może jest On czymś bardziej abstrakcyjnym, znacznie bardziej, niż jako Ziemianie moglibyśmy to pojąć, próbując Go zmieścić w swoich kategoriach?
Gdym już tak zafrasowany swoją niewiedzą i ogromem nierozstrzygalnych możliwości, miłosierne chrześcijaństwo rzuca mi kładkę nadziei, takie koło ratunkowe dla tonącego. Dzięki wstawiennictwu Zbawiciela, który się dla nas poświęcił, dana jest nam szansa odkupienia win i dane jest życie wieczne, a do tego – jak głosi Pismo – zmartwychwstanie, ciał zmartwychwstanie, więc w zapewnionej formie, w mojej nienaruszalnej, całościowej cielesności. I wtedy znowu dopada mnie hydra zwątpienia, że jak to tak zmartwychwstanę w cielesnej całości, a miałem się w proch obrócić? Może to chodzi o ten czas po śmierci, kiedy w proch obrócony będę czekał na ciał zmartwychwstanie, ale to by znaczyło, że ja, który z prochu powstałem i się po śmierci w proch obróciłem, znowu się przemienię w swoje ciało i co, już się w proch nie obrócę? Obróciłem się w proch tylko na jakiś czas? Wiem, że to dziś dla mnie za trudne i niepotrzebnie się znowu zasumowałem, ale szarpie mnie jeszcze jedna niejasność, jakim moim ciałem zmartwychwstanę, czy ciałem tego chłopaczka, który dopiero uczył się chodzić, czy tego, kiedy mi do Celinki (a nigdy jej nie posiadłem) grały już wszystkie wodospady namiętności, czy – nie daj Boże – ostatnim ciałem moim, co je teraz noszę, na utrapienie moje zbutwiałym i zmurszałym, chromym i kaprawym? (Patrz mój wiersz pt. Który).
Tak, moja fasola jest nie tylko fasolą dnia, ale fasolą wieczności, gniazdem wszystkich pytań, wątpliwości, strachów i tylko malutkiej, skromnej nadziei, bo tak bym chciał coś jeszcze, żeby coś jeszcze po tym, kiedy godzina wybije. Tak bym chciał… a jakże jest to możliwe bez Niego? I w tym momencie budzi się we mnie najbardziej złowieszcze, ohydne podejrzenie, że w tym pragnieniu pomieszanym ze strachem kryje się potrzeba wiary, a i myśl tak bezbożna, czy aby nie On nas, tylko my Jego stworzyliśmy, na własne podobieństwo?
—————
[1] Nie będąc pewnym co do podstaw teorii duchowego pierwiastka o biofizycznych właściwościach, nazwanego przeze mnie roboczo „psychoenergetycznym”, teorii, która mi się czaiła w zakamarkach nie do końca uświadomionej intuicji, ale i nadwątlonej pamięci (bo o czymś podobnym kiedyś czytałem), postanowiłem sprawdzić, wrzucając to pojęcie pod rozwagę mądrego wujaszka zw. Google. Zaraz też uzyskałem odpowiedź w przeglądzie jeszcze mądrzejszej AI. Fragmenty jej pozwolę sobie zacytować, by obraz naszych rozważań był pełniejszy, a także oparty na pewnych badaniach naukowych, a czasem może quasi-naukowych:
Kwestia „psychoenergetycznego pierwiastka” uwalniającego się po śmierci człowieka jest przedmiotem badań z pogranicza biofizyki, neurobiologii oraz teorii ezoterycznych. Różne źródła wskazują na kilka aspektów tego zjawiska.
Współczesna nauka nie potwierdza istnienia duszy jako fizycznego pierwiastka, ale rejestruje niezwykłą aktywność energetyczną mózgu i organizmu w ostatnich momentach życia.
Zacznę od samoograniczeń. Pasjonujący temat – historia PPS – choć doczekał się już wstępnych, nierzadko kompetentnych opracowań[1], zasługuje z pewnością na dalsze, kompleksowe studia. Nie mogą zostać one z oczywistych względów w tym miejscu podjęte. Co najwyżej można zająć się problematyką zaanonsowaną w tytule artykułu.
Metrykalnie rzecz ujmując, PPS powstała w 1892 r. i mając nieco ponad 130 lat jest zdaniem historyków najstarszą partią lewicową w Polsce. Mimo długiego istnienia nigdy nie sprawowała ona samodzielnie rządów, lecz co najwyżej współrządziła, odgrywając szczególnie ważną rolę po I i II wojnie światowej. Współcześnie jest tylko partią kanapową, lecz idee i programy, które współtworzyła w swej długiej historii, wciąż okazują swoją żywotność, aktualność w życiu politycznym[2]. Często dzieje się to bez świadomości ich uczestników w epoce transformacji postkomunistycznej.
Chciałbym jednak uniknąć prezentyzmu, sztucznych aktualizacji (tzn. błędu popełnianego nierzadko przez historyków i politologów, a zwłaszcza polityków), których przyczyną jest abstrahowanie od szeroko pojmowanego, zmieniającego się kontekstu historycznego, stronniczości, jednostronności oceny zjawisk, osób, podmiotów zbiorowych i skutków ich działania. Często bywa to skutkiem ich uwikłania w polityczną bieżączkę.
Przykładów tego typu dostarcza w obfitości historia PPS. Po I wojnie światowej była ona często oskarżana o komunizm. W PRL nierzadko krytykowano ją za polityczną niedojrzałość, burżuazyjność, rewizjonizm i niewielki wkład – w porównaniu z PPR – w funkcjonowanie państwa podziemnego i udział w odbudowie struktur gospodarczych po II wojnie światowej. Współcześnie zaś – w wersji prawicowej, IPN-owskiej – PPS jest traktowana jako jedna z mutacji „lewactwa”, wprawdzie może nie najbardziej szkodliwa dla NARODU i PAŃSTWA (słów tych należy używać, pisząc je wielką literą!), ale jest to coś, co należy oceniać negatywnie i zwalczać poprzez politykę historyczną, edukację itp.
Tak więc, reasumując, powiem, że wyłuskiwanie przynajmniej niektórych wątków i rozwiązań z ponadwiekowej myśli PPS wymaga krótkiej prezentacji dziejów tej orientacji pod kątem współczesności, co też czynię poniżej.
*
Przypomnę, że Polska Partia Socjalistyczna powstała w listopadzie 1892 r. w Paryżu. W zebraniu założycielskim, który uznano później za I Zjazd i któremu przewodniczył Bolesław Limanowski (1835–1935), uczestniczyło 18 polskich socjalistów. Zjazd ten stanowił nie tylko sukces organizacyjny, który wpłynął na integrację środowisk lewicowych na ziemiach polskich, lecz także przyśpieszył krystalizację programową powstałej partii, bowiem na pierwszy plan – oprócz realizacji socjalizmu jako celu nadrzędnego – wysunęła się walka o niepodległość. Stało się to w polskim ruchu robotniczym przedmiotem wielu kontrowersji.
Powstająca PPS czerpała szeroko ze wzorów zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, przyjmując – generalnie – pokojowe metody walki i ewolucjonizm w dochodzeniu do ustroju socjalistycznego[3].
PPS odegrała także niemałą rolę w walce o niepodległość podczas I wojny światowej. Nie zapominajmy, iż socjalistą był wtedy Józef Piłsudski, pierwszorzędny wówczas polityk. Zwraca też uwagę duża obecność członków tej partii w Legionach, zaś później w tworzeniu podstaw instytucjonalno-ustrojowych państwa polskiego[4]. Oprócz Piłsudskiego wymienić też należy udział m.in. Ignacego Daszyńskiego i Jędrzeja Moraczewskiego w tworzeniu pierwszych gabinetów II RP, wojnie polsko-bolszewickiej, redagowaniu konstytucji marcowej (1921), w traktacie ryskim (1921).
Ogólnie rzecz biorąc, PPS dążyła do stworzenia systemu parlamentarno-gabinetowego, samorządności pracowniczej, ustawodawstwa pracy, praw wyborczych kobiet, spółdzielczości. Słowem – systemu demokratyczno-liberalnego z szeroką obecnością instytucji zaliczanych współcześnie do społeczeństwa obywatelskiego[5]. PPS, choć poparła zamach Piłsudskiego w maju 1926 r., uznając go wciąż za socjalistę, to jednak popierała będący w Europie w odwrocie porządek liberalny i krytykowała obecne wówczas w niej trendy autorytarne, faszystowskie, generalnie antydemokratyczne. Charakterystyczne było zachowanie PPS w okresie Centrolewu (był to blok wyborczy stronnictw centrum i lewicy, działający w latach 1929–1930, stawiający silny opór autorytarnym tendencjom obozu sanacyjnego i jej wodzowi)[6].
Wyrazem rozbratu między PPS a sanacją był personalny spór między Piłsudskim a będącym jego przyjacielem i bliskim współpracownikiem Daszyńskim.
W okresie II wojny światowej PPS odegrała znaczący udział w organizowaniu na uchodźstwie tzw. państwa londyńskiego, a także w okupowanym kraju w podziemiu tworzyła partię nazywaną Wolność-Równość-Niepodległość (w skrócie WRN). Czołową rolę w jej działalności odegrał Kazimierz Pużak. PPS–WRN charakteryzował zdecydowany antykomunizm i pełne obaw nastawienie do ZSRR związane z imperialistyczną polityką Stalina wobec Polski.
Późniejsze, tzn. podejmowane już od połowy 1944 r. próby utworzenia tzw. odrodzonej PPS opierały się na lewicowych odłamach socjalistów (m.in. RPPS), nie zaś reaktywowaniu PPS-WRN[7], gdyż wielu ludzi z tej partii nie weszło do nowych tworów politycznych współpracujących z Polską Partią Robotniczą. Bodaj najbardziej wpływowym działaczem ówczesnej PPS był Józef Cyrankiewicz, który od początku 1947 r. pełnił funkcję premiera RP.
Powstaje pytanie, jaką rolę PPS odegrała po II wojnie światowej? Odpowiadając pokrótce, stwierdzę: jako partia współrządząca – niemałą w odbudowie kraju. Można w jej polityce dostrzec próby realizacji wcześniej sformułowanych założeń programowych budowy demokratycznego socjalizmu[8]. Bodaj najpełniej sformułował je wówczas Julian Hochfeld w swej koncepcji polskiej drogi do socjalizmu[9]. Myśli tam formułowane wyrażały silne przekonanie, iż podejmowane w Polsce wysiłki budowania nowego ustroju powinny się różnić demokratyzmem od tych, które realizowano w ZSRR[10].
Niestety tzw. zjednoczenie ruchu robotniczego, które dokonało się w końcu 1948 r., stanowiło de facto wchłonięcie PPS przez PPR. Szanse realizacji polskiej drogi do socjalizmu zostały tym samym przekreślone, zaś imitacja wzorów ustrojowych rodem z ZSRR w różnych dziedzinach przybrała szczególnie intensywną postać. Można powiedzieć, iż jeśli określenie „totalitaryzm” znajduje w odniesieniu do naszego kraju teoretyczne uzasadnienie, to właśnie w tym, co działo się w latach 1948–1954. Zjednoczenie ruchu robotniczego prowadziło też do pomniejszania roli w życiu publicznym niedawnych działaczy, mimo iż niektórzy z nich zajmowali wysokie stanowiska, np. Cyrankiewicz był premierem, oprócz lat 1952–1954. Sytuacja zmienia się w okresie przedpaździernikowym, a zwłaszcza w październiku 1956 r, gdy można powiedzieć, iż wielu dawnych działaczy (w tym ówczesny premier Cyrankiewicz) wsparło dochodzącego do władzy Władysława Gomułkę i związane z tym demokratyczne przemiany w różnych dziedzinach, m.in. w sferze szeroko rozumianej kultury, nauki, spółdzielczości[11]. Nie wszystkie z tych przemian okazały się być trwałe, co spowodowało kryzysy w okresach późniejszych.
Można też powiedzieć, iż wielu dawnych działaczy aktywizowało się w okresach kryzysowych, w latach 1956, 1970, 1980, co tworzyło polską specyfikę odróżniającą nas od innych krajów bloku wschodniego. Co prawda ludzie z PPS nie stanowili bynajmniej jedynej grupy polityków reformatorsko i krytycznie nastawionych wobec PRL, jednak ich obecność zaznaczała się w wielu momentach bardzo wyraźnie. Przykładem może tu być powstanie w 1976 r. Komitetu Obrony Robotników, które dokonało się w Warszawie w mieszkaniu prof. Edwarda Lipińskiego, znanego ekonomisty i historyka, dawnego członka PPS-Lewicy (a później PZPR). Członkowie KOR odegrali później niemałą rolę w tworzeniu NSZZ Solidarność[12].
Wspomnieć też należy o późniejszych próbach reaktywowania PPS. W okresie października 1956 r. inicjatywy takie przejawiał Edward Osóbka-Morawski, były premier i członek władz tej partii po II wojnie światowej. W listopadzie 1987 r. czołowi działacze opozycji Jan Józef Lipski i Piotr Ikonowicz również działali w tym kierunku. Jednakże rozłamy w tych kręgach nie doprowadziły do powstania skutecznego podmiotu politycznego. Wpłynęły jednak na powstanie lewicowych ugrupowań, m.in. Unii Pracy (1992), której czołowym działaczem był Ryszard Bugaj.
*
Słowem, PPS w swej historii, której niektóre fragmenty pobieżnie naszkicowałem, wykazywała istotną obecność i żywotność w życiu politycznym oraz ideowym naszych czasów. Szczególnie ważne wydaje się być lansowanie we współczesnym, pragmatycznym świecie demokratycznych i egalitarnych przekonań, wiary w potencjał rozwojowy człowieka. Wiążą się one z lewicowym myśleniem, choć napotkać można ich obecność w różnych kompozycjach polityczno-ideowych. Dla nas szczególnie ważne są zagrożenia dla wartości z nimi związanych, jako że naiwną wiarę w nieuchronne zwycięstwo postępu à la Francis Fukuyama mamy już dość dawno za sobą[13].W tym kontekście idee obecne w programach PPS wydają się być godne przywołania i analizy. Mam na myśli kryzys demokracji liberalnej i wzrost w świecie tendencji autorytarnych. Przez autorytaryzm rozumiem wszelkie niedemokratyczne rządy, włącznie z totalitaryzmem jako ich formą skrajną[14]. Różne badania sondażowe konstatują zahamowanie po trzeciej fali demokratyzacji przyrostu liczby krajów demokratycznych. Obserwujemy też ożywienie tendencji autorytarnych w państwach, które jeszcze bardzo niedawno uchodziły za wzorzec demokracji – np. USA Donalda Trumpa. Rośnie też pozycja polityczna i gospodarcza Chin, których do demokracji liberalnych w żaden sposób zaliczyć nie można. Stają się one wzorcem dla części świata. Zwłaszcza dla Globalnego Południa[15].
Przypomnieć należy w tym kontekście niewątpliwe sukcesy neoliberalizmu jako dominującej doktryny ekonomicznej współczesnego kapitalizmu w końcu XX i początkach XXI wieku. Personifikacjami neoliberalnej polityki byli niewątpliwe Ronald Reagan i Margaret Thatcher. Określenie „neoliberalizm” (inaczej „fundamentalizm rynkowy”) weszło w szerszy obieg w drugiej połowie XX wieku i wiązać go można z upadkiem „realnego socjalizmu” i początkiem postkomunistycznej transformacji[16]. W Polsce jego wybitnym przedstawicielem był Leszek Balcerowicz, kilkakrotnie pełniący funkcję wicepremiera ds. gospodarczych. Ekonomiczna polityka realizowana zgodnie ze wskazaniami neoliberalizmu prowadziła do wzrostu nierówności wewnątrz poszczególnych społeczeństw i między państwami. Wybitni jej polscy krytycy, m.in. Andrzej Walicki, Grzegorz Kołodko, Tadeusz Kowalik, Andrzej Szahaj, Jerzy J. Wiatr, wykazywali, iż prowadzi ona do poważnych ograniczeń państwa opiekuńczego wiążących się z traktowaniem społeczeństwa jako swego rodzaju rynku, na którym wygrywają lepsi.
Neoliberalizm zakłada pewną filozofię człowieka. Ma on naturę egoisty, materialisty. Właściwie dobrze opisuje go określenie homo œconomicus[17]. Zwolenników praktyk neoliberalizmu cechuje też gloryfikacja własności prywatnej jako podstawy organizacji życia społecznego. Krytycy doktryn i praktyk neoliberalnych wykazują istnienie różnych wariantów kapitalizmu, gdyż oprócz opcji anglosaskiej znajdziemy inne, m.in. zawierający elementy socjalne wariant skandynawski. Nazwijmy go kapitalizmem zhumanizowanym. Albo kapitalizmem z ludzką twarzą. Reasumując, powiem, że do tej rodziny należy też myśl społeczna PPS. To dobra tradycja. Nie wolno o niej zapominać.
[1] J. Tomicki, Polska Partia Socjalistyczna 1892–1948, Warszawa 1983; Adam i Lidia Ciołkoszowie, Niepodległość i socjalizm 1835–1945, Warszawa 1984 (I wyd. 1976); J. Holzer, PPS. Szkic dziejów, Warszawa 1977.
[2] M. Śliwa, PPS – mit który wraca, „Przegląd” 2021/11 (rozm. R. Walenciak).
[3] J. Tomicki, op. cit., rozdział I; J. Holzer, op. cit.
[4] A. Garlicki, Józef Piłsudski, Warszawa 1988.
[5] Nie wszyscy jednak, bowiem J. Piłsudski był raczej zwolennikiem ustroju prezydenckiego, a system, który współtworzył po r. 1926, ewoluował w stronę autorytaryzmu.
[6] A. Garlicki, op. cit., s. 403–635.
[7] M. Śliwa, Polska Partia Socjalistyczna (1918–1948), Wrocław 1988; r. V.
[8] A. Werblan, PPS jaką pamiętam, „Tak po prostu” 2012/8.
[9] M. Chałubiński, Polityka i socjologia. Studium koncepcji Juliana Hochfelda, Warszawa 1991, rozdział II.
[10] Określeniem tym posługiwali się również działacze PPR (m.in. W. Gomułka), ale wkładano weń treści bliższe rozwiązaniom ustrojowym ZSRR, niż to czyni PPS.
[11] Z. Siemiątkowski, Między złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki, Toruń 2018; J. J. Wiatr, Drogi i bezdroża reformatorów w PZPR, „Dziś” 1991/4.
[12] G. Kucharczyk, Polska myśl polityczna, Dębogóra 2009, rozdział 6; P. Zakrzewski, Po prostu profesor, „Gazeta Wyborcza” 30.11.2024.
[13] F. Fukuyama również, gdyż jego poglądy w różnych sprawach ewoluowały.
[14] Z. Krasnodębski, Autorytaryzm [w]: Encyklopedia Socjologii, tom I, Warszawa 1998, s. 46–48; A. Walicki, Marksizm i skok do królestwa wolności. Dzieje komunistycznej utopii, Warszawa 1996.
[15] J. J. Wiatr, Kryzys, ale nie przegrana, „Res Humana” 2025/3; J. Reykowski, Rozczarowanie demokracją. Perspektywa psychologiczna, Oxford University Press 2020.
[16] Neoliberalizm (K. D.) [w]: Leksykon politologii, Wrocław 1999, s. 322–323; A. Walicki, Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii, Kraków 2013.
[17] A. Szahaj, Kapitalizm a natura ludzka, „Przegląd” 2020/35 oraz Inny kapitalizm jest możliwy, Warszawa 2019.
Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok
Walka kobiet o równouprawnienie ma swoją znaczącą, aczkolwiek wciąż niedocenianą historię. Sądzę, że nawet członkinie współczesnych organizacji kobiecych nie zawsze są świadome tego, ile ich poprzedniczki gotowe były poświęcić za cenę uzyskania praw obywatelskich na równi z mężczyznami. Warto historię tych walk przypominać, bo pierwsze emisariuszki praw kobiet płaciły za swą determinację cenę najwyższą: utratę życia, wolności, zdrowia i godności ludzkiej. Nie ulega wszakże wątpliwości, że i dziś polityczna aktywność kobiet – podobnie jak 200 lat temu – ma nieprzejednanych przeciwników, a bywa też ryzykowna.
W Europie i w Polsce ukazało się mnóstwo opracowań, analizujących zróżnicowane doświadczenia feminizmu, opisujących jego zniuansowane odcienie, zróżnicowane metody osiągania stawianych przez kobiety celów oraz rezultaty ich aktywności. Polska jest najlepszym przykładem tego, jak trudno jest w praktyce przezwyciężać skutki wielowiekowego obowiązywania zasady patriarchalnej[1], w obronie której pojawiały się zawsze argumenty, wynikające z dogmatów religijnych.
Odświeżmy więc pamięć przynajmniej o niektórych inicjatorkach tych walk, ponieważ stawiane przez nich cele i postulaty wciąż wymagają kontynuacji i uwagi. Można przyjąć, że we współczesnym świecie troska o prawa kobiet jest niezmiennym wyzwaniem.
Co przyniosły kobietom francuskie rewolucje?
Pierwsze nadzieje na zmianę sytuacji kobiet po odrzuceniu feudalizmu niosły hasła Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która wynosiła mieszczaństwo na szczyty interesów i stosunków społecznych. Szybko jednakże okazało się, że zapowiadane w jej toku hasło „Wolność, Równość i Braterstwo” obywatelsko upodmiotowiły jedynie mężczyzn. I chociaż zawartość Deklaracji praw człowieka i obywatela, uchwalonej przez Konstytuantę 26 sierpnia 1789 r., wywodziła się z myśli politycznej największych filozofów europejskiego Oświecenia[2], kobiety zostały w niej wykluczone – nawet jeśli pierwszy artykuł Deklaracji stanowił, że „wszyscy ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi wobec prawa”[3]. Rozczarowanie kobiet angażujących się po stronie rewolucji zradykalizowało ich wystąpienia. Domagały się zagwarantowania im praw obywatelskich w konstytucji, nie chciały być traktowane przez państwo jako istoty niesamodzielne, wymagające stałej kurateli ojca lub męża.
Nie powinno więc dziwić, że w 1791 r. w przestrzeni rewolucyjnej pojawił się dokument nazwany Deklaracją praw kobiety i obywatelki, której koronnym hasłem było równouprawnienie płci. Napisała go Olimpia de Gouges (1748–1793) i ogłosiła, że jeśli kobieta ma prawo wstąpić na szafot, to powinna być dla niej dostępna również trybuna publiczna[4]. Zwolenniczki de Gouges i napisanej przez nią Deklaracji nosiły w czasie rewolucji strój a l`egalite` (równość), który był charakterystyczny dzięki czerwonemu czepkowi (czapka frygijska), będącemu symbolem republikanizmu.
Jednak oczekiwania kobiet zostały przez przywódców rewolucji uznane za zbyt radykalne, choć aktywnie uczestniczyły we wszelkich ważnych wydarzeniach, nosiły nawet broń i potrafiły jej użyć. Wkrótce okazało się, że determinacja kobiet budziła opór członków Konstytuanty, nieprzygotowanych na daleko idące ustępstwa obyczajowe. Kobiety francuskiej rewolucji poniosły klęskę, co współcześnie zostało skwitowane trafnym stwierdzeniem, że „Francuzi wyswobodzili się z pęt feudalnych, ale łańcuchy mizoginizmu pozostawały nienaruszone”[5]. Zezłoszczona tym Olimpia de Gouges zaatakowała ostro samego Robespierre`a, w wyniku czego latem 1793 r. zostaje aresztowana i skazana na śmierć. I tak twórczyni pierwszej Deklaracji praw kobiety i obywatelki 3 listopada 1793 r. zostaje zgilotynowana w Paryżu na Placu Rewolucji. „Taki był męczeński koniec najwspanialszej patriotki, agitatorki walczącej o sprawy kobiece, lecz nie rewolucjonistki. W jej działaniu trudno odnaleźć szał lwic czy hien rewolucji. Dostrzegamy kobietę dobrą, wrażliwą na nędzę i cierpienie, skłonną do poświęceń, która upodlenie najniższych warstw przenosi na kobiety. Staje się kolejno ich obrończynią i orędowniczką, żąda dla nich tych samych praw i przywilejów, które mężczyźni sami sobie nadali i ograniczyli do swego świata. Walczy z otwartą przyłbicą, bez względu na konsekwencje”[6].
Myślę, że z opisanych powyżej przyczyn warto przypominać pierwszą w historii nowożytnej Europy Deklarację praw kobiety i obywatelki[7]. Należy jednak zaznaczyć, że choć Rewolucja Francuska nie była łaskawa dla formatowania praw kobiet, to – jak twierdzi Michelle Perrot – w sferze cywilnej zrobiła dla nich wiele, ustanawiając m.in. śluby cywilne i rozwody, wolność małżeństw, a także równość chłopców i dziewczynek przy dziedziczeniu[8].
Co ciekawe, wizerunek kobiety w roli romantycznej przywódczyni ludu powrócił we Francji w wyniku kolejnej rewolucji, zwanej rewolucją lipcową, która trwała trzy dni – od 27 do 29 lipca 1830 r. Skierowana była przeciwko rządom Karola X, który swymi ordonansami znosił zdobycze obywatelskie z czasów Wielkiej Rewolucji. Wiktor Hugo w Pieśni o zmierzchu napisał, że przez trzy dni i trzy noce lud w Paryżu kipiał płomieniem, w wyniku czego król abdykował na rzecz Ludwika Filipa, który wstąpił na tron jako król Francuzów, zrywający z prawem boskim. Nastrój drugiej rewolucji w przemawiający sposób oddał artysta Eugen Delacroix, który namalował obraz pt. Wolność wiodąca lud na barykady. Alegoryczną postać wolności symbolizował wizerunek kobiety – odważnej Marianny, która w jednej ręce trzyma rewolucyjną flagę trójkolorową, a w drugiej karabin z bagnetem. Prof. Maria Janion opisywała ją jako Kobietę-Wolność i Przewodniczkę, prowadzącą „lud na barykady, niosącą sztandar wyznawców lub oświetlającą drogę w przyszłość”[9]. Na obrazie Delacroix głowę Marianny znów zdobi czapka frygijska utożsamiana z niepodległością i niezależnością, która stała się symbolem narodowym we Francji[10].
Na postęp w walce o równouprawnienie trzeba będzie poczekać we Francji do Wiosny Ludów. Jej przebieg sprawi, że znów pojawią się środowiska, które ożywią hasła walki o prawa kobiety i obywatelki. Wydawane będą pierwsze czasopisma dla kobiet, jak „La gazette des femmes”, „Voix des femmes” i „Tribune des femmes”. Na ich łamach wznawiane będą postulaty, które we Francji jako pierwsza spisała Olimpia de Gouges.
Rok Wiosny Ludów 1848 był przykładem dramatycznego zrywu kobiet w walce o swe prawa również na terenie cesarstwa austriackiego. Jednakże hasło emancypacji kobiet nie było hasłem pierwszoplanowym. U źródeł Wiosny Ludów i jej przebiegu dominowały kwestie narodowe (Czechów, Węgrów, Polaków, Chorwatów, Serbów i Ukraińców) oraz sprawa chłopska. Zniesienie pańszczyzny było wówczas jednym z naczelnych postulatów, o swoje prawa walczyli również mieszczanie oraz studenci. Żądanie zagwarantowania kobietom uczestnictwa w życiu publicznym pojawiło się jako jedno z wielu i nienajważniejsze.
Za przyczynę pierwszej demonstracji kobiecej uznaje się w piśmiennictwie austriackim protest robotnic pracujących w obrębie robót publicznych i wykonujących proste prace ziemne. Demonstracja miała miejsce 21 sierpnia 1848 r., a jej powodem było obcięcie płac kobiet w porównaniu z dniówką mężczyzn otrzymywaną za tę samą pracę. W literaturze przedmiotu ich reakcja nosi nazwę „powstania kobiet”, które na początku cieszyło się nawet poparciem kobiet ze środowisk mieszczańskich. Atmosfera wokół ich wystąpień zmieniła się gwałtownie, gdy na ulicach Wiednia uzbrojone już w pistolety robotnice zażądały chleba. Nazywano je wówczas „narzeczonymi barykad” lub „kobiecymi flintami”. I choć do demonstracji o charakterze ekonomicznym dołączali się mężczyźni, wznosząc hasła zmiany porządku społecznego, to powszechny strach i narastającą niechęć budziły na ulicach uzbrojone kobiety. Jedną z takich demonstracji rozgromiła krwawo gwardia narodowa[11], stąd wydarzenie to na kartach historii otrzymało nazwę „rzezi na Praterze”.
Bezwzględne spacyfikowanie powstania kobiet wywołało reakcję jednej kobiety: 28 sierpnia 1848 r. został powołany do życia pierwszy Wiedeński Demokratyczny Związek Kobiet, który zorganizowała Karolina von Perin Gradenstein (1806–1888), pochodząca z bogatej, szlacheckiej rodziny. Wydarzenie to dało początek nowoczesnemu ruchowi kobiecemu, który swoje cele określał jako „polityczne, socjalne i humanistyczne”. Członkinie Związku postulowały emancypację kobiet, poszerzenie uczestnictwa kobiet w życiu publicznym, ale przede wszystkim dostęp do oświaty i wykształcenia dla wszystkich środowisk kobiecych.
Zgłoszone postulaty, łamiące odwieczne bariery obyczajowe, wywołały ostry sprzeciw, a nawet złość po stronie kręgów rządzących, chociaż utrzymywane wówczas stosunki społeczne w coraz mniejszym stopniu przystawały do warunków ekonomicznych, narzucanych przez rozwijający się kapitalizm. Cesarstwem rządził wówczas żelazną ręką kanclerz Metternich (1773–1859). Polityk ten, opierając się na instytucjach państwa policyjnego, a w szczególności przy pomocy cenzury zdecydowanie pilnował tego, aby w granice cesarstwa nie przedostawał się powiew nowych idei, który naruszyłby obowiązujący w cesarstwie porządek społeczny.
W dniu 28 sierpnia 1848 r. w sali na terenie wiedeńskiego Parku Ludowego odbywało się spotkanie Demokratycznego Związku Kobiet. Niespodziewanie zostało zakłócone przez wtargnięcie na salę rozjuszonych mężczyzn, brutalnemu atakowi towarzyszyło prześmiewcze zachowanie i groźby pobicia. Spotkanie zostało siłą przerwane, a późniejsze próby kontynuowania działalności Związku były lekceważone lub przyjmowane ze zgorszeniem, bo kobiety ważyły się organizować i demonstrować. Prasa konserwatywna nazywała Karolinę von Perin Gradenstein „brudną amazonką” lub „przekupką polityczną”.
Na gruncie wprowadzonego na terenie Wiednia prawa wojennego, w listopadzie 1848 r. Demokratyczny Związek Kobiet został rozwiązany, a po upadku rewolucji jego przywódczyni Karolina von Perin została surowo ukarana: aresztowano ją i pobito tak, że utraciła słuch, a następnie wyekspediowano w 1849 r. do Monachium, pozbawiono majątku i opieki nad dziećmi. Jednym słowem, utraciła wszystko, co miała. Po dłuższej chorobie chciała jednak wrócić do Wiednia, by odzyskać opiekę nad dziećmi. Pozwolono jej na to pod warunkiem, że odwoła poglądy głoszone w czasie rewolucji. Cena była wysoka, ale Karolina von Perin Gradenstein zgodziła się na to i zdementowała swój udział w wydarzeniach z 1848 r. Pozbawiona majątku zarabiała ledwie na życie, prowadząc biuro pośrednictwa. Zmarła jako osoba samotna i uboga.
Wiosna Ludów nie dała kobietom nadziei na uczynienie z nich pełnoprawnych obywatelek cesarstwa. Musiało minąć 20 lat, aby kobiety zaczęły organizować się na nowo, ale tym razem na gruncie zawodowym. Tak w latach 60. powstaje Wiedeńskie Stowarzyszenie Kobiet Pracujących, którego głównym celem działania była poprawa sytuacji ekonomicznej kobiet.
W 1790 r. ukazał się w Wielkiej Brytanii pamflet autorstwa Mary Wollstoncraft pt. A Vindication of the Rights of Women (Żądanie uznania praw kobiet). Autorka po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii tak jasno wypowiedziała się w sprawie przedmiotowego traktowania kobiet, ich dokuczliwej nierówności w stosunku do praw mężczyzn i tym samym poniżenia. Trzeba było czekać następne 50 lat, aby w 1839 r. ukazała się napisana w podobnym duchu książka Sary Ellis pt. The Women in England (Kobiety w Anglii). Obie książki nie zrobiły wówczas większego społecznego wrażenia, mimo że sama idea nadania kobietom praw politycznych, w tym przede wszystkim wyborczych, została poparta przez znanego filozofa i liberała Johna Stuarta Milla (1806–1873). Szczególny rozgłos przyniosło mu dzieło, napisane wspólnie z żoną Harriet pt. Poddaństwo kobiet (The Subjection of Women), wydane w 1869 r.
Druga połowa XIX stulecia przyniosła w Anglii ukształtowanie się masowego ruchu sufrażystowskiego, który dawał przykłady niezwykłej odwagi i determinacji, świadczące o coraz większej sile buntu obywatelskiego kobiet. Rząd Jej Królewskiej Mości nie traktował tej walki obojętnie, uczestniczki demonstracji publicznych traktowane były przez aparat policyjny z niezwykłą brutalnością. Wpychane do aresztów i więzień, bite i torturowane, przez lata nie dawały za wygraną, ponosząc w tej walce również ofiarę z życia.
Ale walka nie słabła. Pod koniec XIX w. demonstracje sufrażystowskie stały się w Wielkiej Brytanii codziennością. Przeciwnikiem reformy prawa wyborczego był m.in. Winston Churchill, który twierdził: „Nic mnie nie przekona, bym głosował za powszechnym prawem wyborczym kobiet”.
Dlaczego mógł tak powiedzieć? – ponieważ w 1866 r. brytyjska Izba Gmin, odrzucając petycję o uchwalenie powszechnego prawa wyborczego, wyraziła pogląd, że kobiety nie są w stanie pojąć reguł rządzących polityką, więc przyznanie im wpływu na państwo byłoby bardzo ryzykowne[12].
Należy w tym miejscu podkreślić, że nie złamało to siły sufrażystek. Wręcz przeciwnie, ruch kobiet przyciągał coraz większą uwagę społeczną, zwłaszcza że uczestniczyły w nim nie tylko kobiety z warstw uprzywilejowanych, ale również z klasy robotniczej. I choć za najsłynniejszą brytyjską sufrażystkę uważana jest Emmeline Pankhurst (1858–1928), wywodząca się z bardzo zamożnej manchesterskiej rodziny, to walka kobiet o równouprawnienie w Wielkiej Brytanii zrodziła rzadką, międzyklasową kobiecą solidarność[13]. Godne miejsce w tej walce zajęły również kobiety wywodzące się ze środowisk robotniczych. Pracujące w fabrykach zyskiwały nie tylko samodzielną pozycję gospodarczą, ponieważ w ślad za tym postępowała ich niezależność i rosła świadomość polityczna.
Ostatecznie o prawach wyborczych Angielek rozstrzygnęła I wojna światowa: skoro potrafiły zastąpić w przemyśle i w innych dziedzinach życia odesłanych na wojnę mężczyzn, to w obliczu tych faktów wietrzały argumenty brytyjskich konserwatystów, odmawiających kobietom praw obywatelskich.
Reforma prawa wyborczego została przeprowadzona w Wielkiej Brytanii w styczniu 1918 r., kobiety w Anglii stały się obywatelkami.
Na ziemiach polskich już w pierwszej połowie XIX w. kobiety zaczynają tworzyć własne organizacje, pozwalające artykułować ich ówczesne poglądy i cele. Nie mają one jednak charakteru politycznego. Do początków XX w. kobiety na wszystkich zabranych ziemiach polskich nie tylko nie miały dostępu do legalnego życia politycznego, ale i do pobierania nauki na poziomie średnim i wyższym (sytuacja ta zmienia się dopiero pod naciskiem masowych wystąpień rewolucyjnych w 1905 r.).
Pierwszą organizacją, jaką należy odnotować w historycznym łańcuchu faktów i wydarzeń, jest Towarzystwo Dobroczynności Patriotycznej Związek Kobiet, powstałe w 1830 roku. Bezpośrednim impulsem, który towarzyszył wówczas potrzebie organizowania się, było dążenie do bezpośredniego zaangażowania się w walkę narodowowyzwoleńczą. Z tej przyczyny upolitycznianie się ruchu kobiecego na ziemiach polskich następowało w sposób odmienny, niż miało to miejsce w krajach europejskich. W procesie budzenia się świadomości politycznej z tzw. warstw oświeconych poczesne miejsce zajmowała misja patriotyczna, którą Polki realizowały zgodnie z posiadanymi możliwościami i umiejętnościami. Mam tu w szczególności na myśli aktywność na niwie edukacyjnej. W literaturze przedmiotu znajdziemy ciekawą uwagę, że „dla znacznej części samych kobiet zaangażowanie się w tworzenie i prowadzenie np. tajnych polskich szkółek ludowych na wsi czy w mieście stawało się substytutem równouprawnienia. Tak więc – w odróżnieniu np. od angielskich – w polskich warunkach walka nie tyle o prawa polityczne, co narodowe stanowiła ważny, często pierwszy impuls do organizowania się kobiet”[14].
Nie można w tym miejscu pominąć zaangażowania Polek w działalność konspiracyjną – kurierską, sanitarną czy też organizowanie zbiórek pieniędzy na rzecz aktywności patriotycznej. Działaniom tym patronował etos Żołnierki, a jego symbolem była Emilia Plater.
Wśród dziewcząt polskich, z kultem Emilii Plater czuła się duchowo związana Anna Henryka Pustowójtówna (1843–1881), w okresie wczesnej młodości uczestniczka i organizatorka manifestacji niepodległościowych, za co w 1861 r. została skazana na karę pozbawienia wolności, którą miała odsiedzieć w klasztorze prawosławnym w głębi Rosji. W drodze na zesłanie udało się jej uciec, a już w 1863 r. zgłasza się do powstania styczniowego: w Staszowie gen. Marian Langiewicz mianował ją adiutantem pułkownika Dionizego Czachowskiego. W czasie walk powstańczych Pustowójtówna używała męskiego pseudonimu – Michał Smok, brała udział w bitwach pod Małogoszczą i pod Grochowiskami. Aresztowana wraz z Langiewiczem zostaje osadzona w więzieniu w Krakowie. Starania o jej uwolnienie czyni miejscowy Komitet Kobiet, który po jej wyjściu z aresztu zaopatruje ją w większą sumę pieniędzy tak, aby mogła uciec przed represjami za granicę. Za uzyskane pieniądze Pustowójtówna udaje się do Paryża, gdzie znów włącza się w działania wojenne. Jako sanitariuszka brała udział w wojnie francusko-pruskiej, a następnie w Komunie Paryskiej[15].
W licznych opracowaniach znajdujemy podkreślenie, że charakter ruchu emancypacyjnego Polek wynikał z narodowych uwarunkowań historycznych i był w swych początkach w całości podporządkowany sprawie niepodległości państwa. Między powstaniem kościuszkowskim (1794), powstaniem listopadowym (1830) i powstaniem styczniowym (1863) nie znajdowała alternatywy inna motywacja organizowania się kobiet, niż wyzwolenie Polski spod obcej władzy.
Na koniec przypomnijmy, że w czasie powstania styczniowego postawę patriotyczną kobiety manifestowały przez ubiór: nosiły wówczas czarne stroje, skórzaną czarną biżuterię i czarne krzyżyki. Były to symbole żałoby narodowej, wyrażające poparcie walki o niepodległość.
(Artykuł ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 rok)
[1] Zasada patriarchalna – opierała się na dominującej roli mężczyzn w państwie społeczeństwie i rodzinie, bądź inaczej – system społeczny, w którym decyzje z zakresu władzy, autorytetu i przywództwa należą do mężczyzn.
[2] Mam tu na myśli dzieła filozoficzne Monteskiusza, J.J. Rousseau, Johna Locke’a oraz Diderota.
[3] Takiemu potraktowaniu kobiet przeciwstawiał się w czasie obrad Konstytuanty jedyny mężczyzna – filozof Nicolas Condorcet (1743–1794), który jako jeden z pierwszych w historii zaproponował wpisanie do konstytucji powszechnej i obowiązkowej edukacji, równouprawnienia kobiet i ludzi wszystkich ras. W niektórych analizach określany jest mianem największego umysłu rewolucyjnej Francji.
[4] M. Ostrogorski, Kobieta i prawo publiczne, Warszawa 1898, s. 34.
[5] T. Wysłobocki, Zapomniana płeć – jak rewolucja francuska nie chciała pamiętać o kobietach, [w:] Acta Universitatis Lodziensis, Folia Litteraria Romanica 8/2013, s. 224.
[6] J. Radwan-Pragłowski, Kobieta i mężczyzna. Człowiek rozdwojony, Kraków 2009, s. 231.
[7] Tekst Deklaracji, z którego korzystała autorka, został zamieszczony [w:] L. Braun, Historia rozwoju ruchu kobiecego, przeł. J. Oksza, Warszawa 1904, s. 83. Warto dodać, że Deklarację praw kobiety i obywatelki współcześnie opublikowało pismo feministyczne Ośka, nr 11/2000 r.
[8] Patrz: Dwa wieki kobiet – rozmowa z historyczką prof. Micheale Perrot, [w:] „Wysokie Obcasy” z 26 lutego 2000 r., s 25. Z sarkazmem należy dodać, że Francuzki, jak na prekursorki politycznego feminizmu przystało, prawa wyborcze otrzymały dopiero w 1944 r.
[9] M. Janion, Kobiety i duch inności, Warszawa 2006, s. 5. Obraz E. Delacroix jest prezentowany w Luwrze.
[10] Historię namalowaną przez E. Delacroix uzupełni pieśń Paryżanka, której słowa napisał Casimir Delavigne.
[11] I. Neubauer, Die Wiener Revolution 1948: Arbeiterinenaufstand, Barrikadenbratue und der erste politische Frauenvereine Osterreichs, [w:] Austria-Forum: Frauen in Revolution, 2008.
[12] Patrz: A. Krajewski, Jak kobiety wywalczyły sobie prawa wyborcze, [w:]
Newsweek z 13.04.2018 r.
[13] Dowodów na to dostarczyła Sian Norris w opracowaniu pt. Sufrażystki z klasy robotniczej, krytykapolityczna.pl/swiat/sufrazystki-z-klasy-robotniczej-historia/[dostęp: 18.02.2026].
[14] A. Żarnowska, A. Szwarc, Wprowadzenie do książki Działaczki społeczne, obywatelki, feministki. Neriton, Warszawa 2008, s. 20.
[15] Po wojnie francuski Czerwony Krzyż za ofiarną służbę na polu walki uhonorował ją Krzyżem Zasługi. Anna Henryka Pustowójtówna zmarła nagle w Paryżu w maju 1881 r., pochowana jest na cmentarzu w Montparnasse.
Spośród licznych burz i turbulencji politycznych, jakich widownią jest obecnie Wiejska 4/6/8, bodaj najbardziej wstrząsający jest zamach na wolność powoływania zespołów poselskich, choć z pozoru zupełnie niewinny. Zgodnie z obecnymi przepisami posłowie mogą powoływać zespoły poselskie, jakie chcą, ażeby w chwilach wolnych zająć się sprawami istotnymi, ale raczej niemającymi charakteru ogólnopaństwowego. Działalność zupełnie niewinna, kojarzona do tej pory z zespołem strażaków oraz zespołem wspierania gry w badmintona. Ale, jak się teraz okazuje, przerosła niestety trochę oczekiwania tak, że stała się nawet kolejną udręką jakże umęczonej pracą Izby.
Na razie licznik zespołów zatrzymał się na liczbie +/- 293, choć za prawdziwość tych odręcznie zebranych danych trudno wziąć całkowitą odpowiedzialność, zliczenie ich sprawia niestety za dużą trudność. Przyjmijmy więc, za prezydium Izby, że zespołów poselskich jest „na oko 300 z tendencją wzrostową”. Pracowników Sejmu je obsługujących jest zaś sześcioro. I tu, jak się okazuje, tkwi problem, bo takiej liczbie aktywności poselskich realizowanych po godzinach trudno organizacyjnie sprostać i Sejm musi jakoś temu zaradzić. Jak to bywa w takich przypadkach, rodzą się wątpliwości natury niemal konstytucyjnej, bo czy zgodne z ustawą zasadniczą będzie zakazywanie lub choćby ograniczanie posłom i senatorom aktywności, skoro godzą się oni dawać jej wyraz na terenie Sejmu i Senatu?
Zasadniczym kontrargumentem jest to, iż skoro zespół został już powołany, to powinien się raczej spotykać i pracować, co nie ma niestety w wielu przypadkach miejsca, i dany zespół staje się zespołem-widmo, bez żadnej aktywności. Budzi to uzasadniony przecież sprzeciw, bo dodatkowo prezydium zaobserwowało nadużywanie przez niektórych posłów tytułów z tym związanych – przewodniczenie zespołowi na wizytówce wygląda naprawdę okazale, szczególnie w angielskiej wersji językowej. Cóż, pozostaje nam jedynie skwitować tę surową ocenę jako uzasadnioną, bo jako wyznawcy zasady dobrej roboty, uznajemy za godną pochwały przejawioną chęć do jej podjęcia (jakąkolwiek by zresztą była), a nie tytułowanie się. Izba w tej sprawie odbyła debatę plenarną, a my przyjrzeliśmy się zakresowi tematycznemu zespołów, co dla osób postronnych może być trochę trudne, bo lista i nazewnictwo są tu imponujące.
Mamy więc zespoły ziemskie (bydgoski, Ziemi Kaliskiej,…), skupiające posłów danego powiatu lub regionu, ale również medyczne – według listy chorób, zawodów medycznych, specjalizacji, uzależnień, a nawet poszczególnych problemów służby zdrowia, jak np. niewiary w sens szczepień. Imponująca doprawdy skala, niemal równa problemom służby zdrowia i medycyny razem wziętych! Następnie absolwenckie (każdy z posłów, okazuje się, skończył jakąś szkołę), katolickie (m.in. oddające słuszny hołd naszym świętym), motocyklowe, ds. muzyki rozrywkowej, harcerskie, ds. czegoś szczególnego (np. Huty Stalowa Wola lub drogi międzywojewódzkiej), sprawiedliwości społecznej i równouprawnienia, budowy wszystkiego i wszędzie, wędkarstwa i łowiectwa, ale także marihuany czy obrony polskiego tatara i prawa spożywania mięsa. Nie jest przy tym w prawie powiedziane, jak dany zespół ma się nazywać i czym zajmować, co jest pięknym świadectwem wiary w posłów i senatorów, iż zajmują się czymś naprawdę poważnym. I tu dochodzimy do sprawy spożywania tatara, który dla pewnej części naszego narodu jest oczywistą oczywistością, a dla części nie. Niepokojące było otóż to, iż zespół ten był podawany w debacie sejmowej jako przykład czegoś zupełnie wypaczonego i niepoważnego, co należałoby wskazywać palcem jako błąd i wypaczenie, a nawet piętnować.
Redaktor Wiejskiej 4/6/8, by dać ostatecznie świadectwo prawdzie, przeprowadził w tej sprawie badania oraz konsultacje, łącznie z miłą rozmową z jednym z jego członków, zresztą zaangażowanym w prace ok. 20 innych zespołów poselskich. Jak się okazuje, jest to zespół złożony z praktyków spożywania tej wykwintnej potrawy (siekane mięso wołowe lub końskie, z surowym żółtkiem, ogórkiem kiszonym i cebulką, koniecznie z sardynką…), prawdziwie oddany swojemu zadaniu obrony prawa do jedzenia mięsa, odbył 5 posiedzeń i naprawdę nie powinien stanowić złego przykładu. Powiem więcej, swoje zadania może śmiało realizować poza Wiejską 4/6/8, objętą pod rządami marszałka Czarzastego określonym restrykcjom. Co prawda skład zespołu jest raczej jednopartyjny i może nawet budzić u niektórych polityczną niechęć, ale skoro uznajemy słuszne prawo wegetarian do jedzenia kotletów sojowych, to musimy również uznać racje zwolenników konsumpcji tatara wołowego. Skoro mamy zespół poselski ds. hodowli psów rasowych, to wyrażanie racji wszystkich pozostałych psów jest sprawą pierwszorzędną, a w szczególności przeciwdziałanie ich bezdomności. Skoro są zespoły debatujące o uzależnieniach, to być może problematyka legalizacji marihuany jest też na rzeczy? Innymi słowy, mamy wielkie bogactwo, któremu z przyczyn raczej organizacyjnych chcemy jakoś zapobiec, ale czy słusznie?
Felieton ukazał się w numerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
„Amatorzy rozmawiają o strategii, a profesjonaliści o logistyce” – to zdanie, powszechnie przypisywane generałowi Omarowi Bradleyowi, słynnemu szefowi sztabu armii USA, nabiera szczególnego znaczenia przy okazji obecnego konfliktu w Zatoce. Coraz bardziej oczywiste staje się, że armia Stanów Zjednoczonych ruszyła na wojnę z Iranem bez jasno określonej strategii, niechby nawet omówionej przez amatorów. Odpowiedź prezydenta Trumpa na pytania dziennikarzy, że wojna trwa nadal choć jednocześnie uważa ją za zakończoną, staje się tego smutnym dowodem. Wobec takich wyzwań logistyka, nawet zarządzana przez najlepszych profesjonalistów, nieuchronnie będzie kuleć.
W wojnie USA i Izraela z Iranem coraz wyraźniej tracą na znaczeniu najbardziej skomplikowane technologie. Zamiast tego decydują koszty, czas i odporność systemów. W przestrzeni medialnej dominuje obraz amerykańskiej i izraelskiej przewagi militarnej – rzeczywistej i trudnej do podważenia. Jednak analiza kolejnych epizodów operacyjnych pokazuje, że przewaga ta nie przekłada się automatycznie na swobodę działania ani łatwość osiągania celów, które – choć strategii brak – można byłoby jakoś uznać za strategiczne. Coraz częściej decydują nie spektakularne uderzenia, lecz prozaiczne pytania: ile kosztuje każda salwa, ile czasu zajmuje uzupełnienie zapasów i jak długo można utrzymać tempo operacji.
Jednym z wydarzeń mniej oczywistych, ale – jak się wydaje – takich, które będą jeszcze przedmiotem wnikliwych analiz wojskowych planistów, jest szybkość i charakter irańskiej reakcji po pierwszych uderzeniach. Już 1 marca, czyli następnego dnia wojny, Iran wystrzelił cztery rakiety manewrujące w kierunku amerykańskiego lotniskowca USS Abraham Lincoln, znajdującego się około 250 kilometrów od irańskiego wybrzeża. Waszyngton zaprzecza, by doszło do trafienia, choć w infosferze pojawiły się doniesienia o ofiarach wśród marynarzy. Bezsporne pozostaje jednak coś innego: radarowy „cień”, jaki armadzie miał zapewniać Oman z racji czystej geografii, okazał się zabezpieczeniem niewystarczającym. Wkrótce po ataku okręt oddalił się o niemal tysiąc kilometrów od miejsca ostrzału. Amerykańska admiralicja określiła ten ruch jako „tactical redeployment”, czyli przeformowanie szyków.
Niezależnie od tego, czy pociski trafiły w cel, efekt operacyjny jest istotny. Iran zademonstrował zdolność do stworzenia wzdłuż części swojego wybrzeża tzw. strefy anti-access/area denial (A2/AD) – obszaru, w którym nawet najpotężniejsze platformy projekcji siły muszą działać ostrożnie. W praktyce oznacza to, że lotniskowiec, symbol amerykańskiej dominacji morskiej, nie może bez narażania się na ostrzał zbliżyć się do teatru działań. Dla Amerykanów oznacza to konieczność zaangażowania baz w regionie, a ich sytuacja coraz bardziej się komplikuje.
Logistyka lotniskowca może szwankować również z innego powodu. Iran podał, że uszkodził amerykański statek wsparcia paliwowego w pobliżu strategicznego portu Czabahar. Taka jednostka jest kluczowa dla operacji lotniskowców, ponieważ dostarcza m.in. paliwo lotnicze. Amerykanie dementują te doniesienia, lecz nawet gdyby okazały się one nieprawdziwe, samo oddalenie kluczowego dla działań okrętu na ponad 1000 km od teatru operacji i tak znacząco komplikuje jego zaopatrzenie.
Istotna jest także ekonomia tej demonstracji. Rakiety manewrujące użyte przez Iran – prawdopodobnie rozwinięcie lub rewers konstrukcji rosyjskich – kosztują od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy dolarów, podczas gdy amerykański Tomahawk to wydatek rzędu 2 mln USD, a systemy przechwytujące są jeszcze droższe. Tyle wystarczyło, by zmusić pływającą fortecę wartą 45 mld USD do oddalenia się na bezpieczne wody.
Paradoks wielu wojen staje się po raz kolejny oczywisty: tanie środki ofensywne wymuszają kosztowną obronę droższymi środkami. Dotyczy to zarówno ochrony lotniskowców, jak i stałych baz w Zatoce. Nawet pobieżne szacunki pokazują, że pojedyncza rakieta przechwytująca – na przykład systemu Patriot lub THAAD – może kosztować ponad sto razy więcej niż atakujący ją bezzałogowiec czy pocisk. Tymczasem tanie drony i rakiety mogą nadlatywać dziesiątkami, a nawet setkami.
W ciągu kilku dni intensywnych irańskich ataków dronami Shahed-136 i pociskami balistycznymi zasoby rakiet przechwytujących (PAC-3, THAAD) w państwach Zatoki uległy znacznemu uszczupleniu – szacunkowo o 20–40% w kluczowych bazach. Są to dane oficjalne, podawane przy pełnej świadomości, że faktyczny stan magazynów analizowany jest przez przeciwnika, więc liczby te nie muszą odzwierciedlać rzeczywistości. Z tego, co wiadomo na podstawie powszechnie dostępnych ofert i folderów komercyjnych, produkcja nowych pocisków w liczbach pozwalających odbudować zapasy zajęłaby lata. Presja wywierana przez prezydenta Trumpa na kierownictwo koncernów zbrojeniowych niewiele tu zmieni. Dodatkowo tempo wykorzystania i koszt broni – od 1 do 4 mln USD za rakietę w porównaniu z 20–30 tys. USD za dron – prowadzą z punktu widzenia Pentagonu do zatrważających wniosków.
Odpłynięcie lotniskowca dalej od wybrzeża oznacza także realne konsekwencje operacyjne. Każde dodatkowe sto kilometrów oznacza około pięciu–sześciu minut dłuższego lotu dla samolotów startujących z jego pokładu. To z kolei oznacza większe zużycie paliwa, konieczność innego planowania tankowania – być może nawet w powietrzu – mniejszą ładowność uzbrojenia oraz ograniczenie liczby możliwych wylotów bojowych w danym czasie. W rezultacie symbol potęgi – pływająca forteca – zaczyna przypominać kolosa, który z każdą morską milą traci część swojej realnej siły.
Reakcją USA jest wzmocnienie obecności morskiej: na Morze Czerwone wpłynął USS Gerald R. Ford, wcześniej stacjonujący w pobliżu Hajfy – prawdopodobnie jako element radarowego i bojowego zabezpieczenia Izraela przed środkami napadu powietrznego. Trudno ocenić, na ile jego obecność rzeczywiście wpływała na poziom ochrony. Faktem jest jednak, że wkrótce po jego oddaleniu rafineria w Hajfie została zaatakowana przez irańskie drony i rakiety – w odwecie za wcześniejsze izraelskie uderzenie na rafinerię w pobliżu Teheranu.
W ślad za nim ma podążyć USS George H.W. Bush. Pokazuje to, że skala koncentracji sił jest znacznie większa niż zakładano. A zatem operacja, mająca być szybkim pokazem siły, może przybrać charakter długotrwałej konfrontacji. Każda nowa jednostka – a oprócz masywnych lotniskowców są to okręty wsparcia – zwiększa też ryzyko ataków ze strony Huti w Jemenie.
Równolegle toczy się jednak inna gra – polityczna. Irańskie uderzenia wymierzone są przede wszystkim w amerykańskie instalacje wojskowe w państwach Zatoki, ale – jak podkreśla Teheran – nie w same te państwa. Irańscy politycy mówią o atakach na „eksterytorialne bazy wroga”, a nie na terytorium gospodarzy. To subtelna, lecz istotna różnica: pozwala Iranowi eskalować konflikt z Waszyngtonem, licząc na to, że nie sprowokuje to bezpośredniej wojny z całym regionem.
Dla monarchii Zatoki sytuacja oznacza koszmar niepewności: czy konflikt wygaśnie, zanim wyczerpią się zapasy pocisków obrony przeciwlotniczej, i czy nie zostanie zniszczona infrastruktura krytyczna, jak np. instalacje odsalające wodę? Towarzyszy temu rosnące rozczarowanie brakiem adekwatnego wsparcia USA. Pojawiają się pytania o przyszłą architekturę bezpieczeństwa, które nie znikną po zakończeniu konfliktu.
Dylematy dotyczące przyszłej architektury bezpieczeństwa nie znikną wraz z zakończeniem obecnego konfliktu. Bezpieczeństwo monarchii Zatoki od dekad opiera się na obecności USA. Jednocześnie jednak – nawet przy tej obecności – wobec eskalacji konfliktu i dezynwoltury Izraela, którego jesienny atak na cele w katarskiej stolicy był przedsmakiem dzisiejszych wydarzeń, państwa regionu nie czują się w pełni chronione. Coraz częściej powraca zatem pytanie: co stanie się, jeśli dojdzie w przyszłości do kolejnego konfliktu? Co w sytuacji, gdy przeciwnikiem będzie ktoś, przeciw komu Stany Zjednoczone nie będą chciały – lub z różnych powodów nie będą mogły – wystąpić? A wraz z tym pojawia się jeszcze jedno, trudniejsze: czy amerykańskie bazy w regionie są rzeczywiście gwarantem bezpieczeństwa, czy też są balastem a nawet magnesem przyciągającym zagrożenie?
W tej układance warto bliżej przypatrzeć temu, co dzieje się w irańskiej polityce wewnętrznej. Wiele wskazuje na to, że obecny konflikt wzmocnił i tak silną pozycję Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w systemie władzy. To właśnie ta formacja odpowiada za kluczowe działania militarne – przede wszystkim operacje rakietowe oraz wykorzystanie bezzałogowych środków napadu powietrznego, które stały się jednym z głównych instrumentów irańskiej reakcji.
Jeszcze istotniejsze okazało się jednak to, że Strażnicy wykazali zdolność do szybkiego działania w sytuacji skrajnej niepewności politycznej. W systemie Islamskiej Republiki stanowisko Rahbara – jak po persku określa się Najwyższego Przywódcę – ma charakter pod wieloma względami kluczowy – jest on bowiem nie tylko najwyższym autorytetem religijno-politycznym, lecz także formalnym głównodowodzącym sił zbrojnych. Tymczasem po śmierci Alego Chameneiego nie pojawiła się nawet chwilowa próżnia decyzyjna. Kierownictwo Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej natychmiast podjęło i wykonało decyzję o działaniach odwetowych, konsolidując lojalność struktur wojskowych i politycznych.
Rolę pierwszego eksponenta tych decyzji przyjął Ali Laridżani – były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji oraz szef Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W praktyce to on stał się twarzą działań państwa od pierwszego dnia wojny, zanim jeszcze uruchomiono przewidziany konstytucją mechanizm powołania tymczasowego kierownictwa państwa. Nie jest to wcale oczywiste, ponieważ Laridżani nie należy do konstytucyjnej „trójki” mającej przejąć władzę w okresie przejściowym. Jego rola pokazuje jednak przede wszystkim głębokie zakorzenienie w systemie i realne wpływy – także Korpusu Strażników.
Wkrótce potem Zgromadzenie Ekspertów ogłosiło wybór nowego Najwyższego Przywódcy. Został nim Modżtaba Chamenei, syn zabitego przywódcy. Decyzja ta została niemal natychmiast wzmocniona demonstracyjnym gestem Strażników Rewolucji. 9 marca 2026 r. ogłosili oni kolejną falę uderzeń odwetowych pod kryptonimem „Labbayk ya Khamenei” – w wolnym tłumaczeniu „Ku chwale Chameneiego”, a dosłownie znaczy to „Tobie służymy, o Chamenei”.
Nowy etap działań zbrojnych stanowi tym samym deklarację lojalności Korpusu Strażników i symbolicznie legitymizuje jego pozycję. Silne związki Modżtaby Chameneiego z Korpusem Strażników są znane od lat. W perskiej kulturze politycznej, gdzie symbolika odgrywa rolę nie do przecenienia, gesty tego rodzaju mają znaczenie nie mniejsze niż formalne decyzje instytucjonalne.
Sam Modżtaba Chamenei pozostaje niemal całkowicie niewidoczny; powszechnie podkreśla się, że nikt nie słyszał jego głosu w przestrzeni medialnej. Zresztą nigdy nie należał do postaci szczególnie obecnych w debacie publicznej. W ostatnich dniach pojawiły się nawet spekulacje, że w ataku, w którym zginął jego ojciec, on sam mógł odnieść poważne obrażenia, a nawet że może znajdować się w stanie śpiączki. Jeśli rzeczywiście tak jest, może to – choć nie musi – oznaczać, że dla realnego funkcjonowania systemu władzy jego „operacyjna” obecność nie jest konieczna. A dla ludzi głęboko zanurzonych w szyickiej doktrynie może to być wręcz religijna metafora – przywódcy niewidocznego, lecz wciąż obecnego.
Strażnicy Rewolucji nie milczą ani przez chwilę i ani na moment nie znikają z pola widzenia. Pokazali, że w realnej grze o losy kraju i władzę decyduje sprawne zarządzanie czasem, zasobami i strukturami – czyli, w duchu słów generała Bradleya, logistyka w czystej postaci. Spojrzenie na rozwój wydarzeń chłodnym okiem pokazuje, że niemal wszystko, co wydarzyło się w ostatnich dniach – od błyskawicznej odpowiedzi militarnej po sposób przeprowadzenia sukcesji władzy – stanowi ich sukces. Wybór Modżtaby Chameneiego był nim niewątpliwie.
Od czterech już lat trwa agresywna wojna wydana Ukrainie przez Rosję – najdłuższa, zarazem najbardziej krwawa wojna w Europie po drugiej wojnie światowej. Coraz mniej prawdopodobne wydaje się jej zakończenie jednoznacznym zwycięstwem którejś ze stron. Rosji nie udało się odnieść zwycięstwa militarnego ani też złamać ukraińskiej woli walki. Ukrainie – wbrew zapowiedziom jej przywódcy – nie udało się odzyskać Krymu i utraconych obszarów na lewym brzegu Dniepru. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to zamrożenie zbrojnego konfliktu na dziesięciolecia. Tak skończyła się w 1953 roku wojna koreańska i w 1974 roku zbrojna konfrontacja turecko-grecka wokół Cypru. Trzeba jednak wziąć pod uwagę szczególny charakter tej wojny wynikający z tego, że agresorem jest supermocarstwo, stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ. Oznacza to, że reperkusje tej wojny sięgają znacznie głębiej niż tamtych konfliktów.
Putin i jego otoczenie popełnili błąd strategiczny, licząc na błyskawiczne zwycięstwo i na bierność Zachodu. W tej drugiej sprawie być może kierowali się swoistym symetryzmem. Skoro Rosja pozostała bierna w 2003 roku, gdy Stany Zjednoczone zbrojnie zaatakowały Irak, zapewne liczono na podobne zachowanie USA, gdy Rosja zdecydowała się zaatakować Ukrainę. Jeśli tak kalkulowano, to popełniono fundamentalny błąd w ocenie sytuacji, w tym psychologicznych reakcji zachodniego świata.
Pod jednym jednak względem stratedzy kremlowscy się nie mylili. Stany Zjednoczone – zwłaszcza pod obecnym kierownictwem – traktują stosunki międzynarodowe jako grę supermocarstw, z których każde ma wolną rękę w narzucaniu swej woli państwom należącym do jego „strefy wpływów”. Trump domaga się Grenlandii, tak jak Putin Donbasu. Różnica zasadnicza polega na tym, że w USA działają (wciąż jeszcze!) mechanizmy demokratyczne, zdolne poskromić agresywność prezydenta. To jedyna iskierka nadziei na tym pesymistycznym obrazie współczesnego świata.
Felieton ukazał się w umerze 2/2026 „Res Humana”, marzec-kwiecień 2026 r.
Na zdjęciu: prezydent Joe Biden pracuje nad przemówieniem z okazji pierwszej rocznicy wojny w Ukrainie podczas 10-godzinnej podróży pociągiem z Medyki do Kijowa, 20 lutego 2023 r.
Obchody stulecia Andrzeja Wajdy jakie są, każdy dosłownie Polak widzi, wystarczy otworzyć telewizor, radio czy tygodniki opinii, aby dowiedzieć się o Wajdzie i jego dziele wszystkiego, co należy. TVP Kultura tu znakomicie objęła palmę pierwszeństwa, ale inne telewizje też się sprawiły, nawet w internetowych zgadywankach filmy Wajdy i on sam stali się przedmiotem rywalizacji – z własną pamięcią. I ja w czymś takim niedawno przed ekranem swojego laptopa uczestniczyłem zdobywając komplet punktów, więc potraktuję to zwycięstwo nad swoją pamięcią jako słuszne uzasadnienie do zabrania głosu w ramach ogólnonarodowych obchodów. Wiejska 4/6/8 też dołożyła się do tego na wielu polach i w różnym zakresie, zwieńczeniem było ubiegłotygodniowe spotkanie rocznicowe w odnowionej Sali Kolumnowej, z marszałkami obu Izb na czele i naprawdę wspaniałym gośćmi. Aktorami i współpracownikami Andrzeja Wajdy, projekcją filmu Jerzego Ziarnika o kręceniu Wszystkiego na sprzedaż, przemowami video Krystyny Zachwatowicz i Beaty Tyszkiewicz oraz debiutem rocznicowego znaczka pocztowego Poczty Polskiej zaprojektowanego perfekcyjnie przez Andrzeja Pągowskiego.
Bilans obchodów wypada nader pozytywnie: ludzie przypominają sobie filmy, niektóre nawet powracają teraz do kin, a w wielu kręgach odnawiane są debaty i dyskusje, co Wajda chciał nam przez swoje dzieła uświadomić i przekazać. A Sejm gościł ludzi zupełnie wyjątkowych, o których obecność w jednym miejscu i czasie naprawdę trzeba bardzo mocno zabiegać. Zaś jego filmy żyją dziś pełną parą, nadal pobudzając trzewia narodowych dyskusji i sporów, a przecież za poprzedniej władzy chciano ten dorobek złożyć do grobu i zatrzasnąć wiekiem zapomnienia. Ba, znaleźli się nawet usłużni krytycy filmowi, którzy temu jakże ochoczo przyklaskiwali i taki zamiar nawet uzasadniali. Dzisiaj mamy renesans filmów Andrzeja Wajdy, nawet tych już mocno zapomnianych, jak telewizyjny Piłat i inni, bardzo inspirujący dla młodych ludzi, jak i pokolenia lat 60-tych.
Ale wracając na poletko Wiejskiej 4/6/8, to piątkowe uroczystości poprzedziła uchwała Sejmu, podjęta jeszcze pod koniec lutego br. i szybko opublikowana w Monitorze Polskim. Więc teraz, niejako dla potomności, trochę zdań o przyjmowaniu tej uchwały, bo stała się ona asumptem do sporów o Wajdę na posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury. I dowodem na istnienie wśród posłów całkiem żywych podziałów, miejscami bardzo oczywiście motywowanych politycznie, choć generalnie mających swoje korzenie w starych jeszcze polemikach, sięgających sporów o Lotną, Popioły czy Ziemię obiecaną. Nad złożonym poselskim projektem uchwały z druku 2244, autorstwa pos. Krzysztofa Mieszkowskiego z KO, Komisja mogłaby szybko przejść do porządku dziennego, wprowadzając jedynie poprawki legislacyjno- redakcyjne i poddać swój urobek pod głosowanie Izbie. Ale poszło to innym, mało rutynowym w takich wypadkach torem polemik i dyskusji, a właściwie współczesnego osądzania twórczości Wajdy i jego obywatelskiej postawy. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia nie z pamięcią i oddaniem hołdu życiu i twórczości, ale żywym człowiekiem, który w razie czego mógłby się bronić. Przez dużą cześć posiedzenia, mimo zabiegów przewodniczącego pos. Adamowicza z KO, aby w „jakiej takiej merytorycznej zgodzie” procedować poszczególne akapity, wyciągnięto polityczne bagnety, aby dźgać pamięć Wajdy i ranić żyjących. Miejscami można było odnieść wrażenie, że jesteśmy na zbiorowej kolaudacji dzieł Wajdy, co w sumie jeszcze mieściłoby się w logice debaty, albo już może w cenzurze, GZP bądź na zebraniu Wydziału Kultury KC, który w pocie niewysokiego czoła głowi się, co z tym wszystkim zrobić. Stawiano zarzuty wobec Lotnej czy Popiołów rodowodem z kręgów zgoła „partyzanckich” lub bliskich publicystyce płk. Zbigniewa Załuskiego, film Wałęsa w perorach posłów PiS był „zakłamany”, a pomnikowa Ziemia obiecana niedokładną adaptacją dzieła Reymonta… W sumie niewinne założenie, aby projekt uchwały skrócić, zamieniał się po prostu w kolejne cenzorskie nożyce, np. z pierwotnego tekstu Mieszkowskiego wypadły fragmenty o dziełach Wajdy z lat 60-tych czy najlepszych adaptacjach teatralnych – akurat Dostojewskiego. Były przy tym uwagi już ściśle polityczne, o postawie Wajdy w ostatnich latach życia; posłowie PiS nie zapomną mu chyba nigdy zabranie głosu w sprawie możliwości i potrzeby nowych pochówków na Wawelu.
Z tej mieszaniny wyłonił się projekt krótszy, ale czy lepszy? Za okrojonym tak tekstem w głosowaniu Izby 245 głosów padało „za” „przeciw i aż 163 „wstrzymujących się” – głównie posłów PiS, którzy domagali się w Komisji skrótów. Co warto odnotować ku pamięci, głosowanie imienne do wglądu na stronach sejmowych. Marszałek Włodzimierz Czarzasty swoiście ustosunkował się do tego na uroczystych piątkowych obradach mówiąc, że Polska ma niewiele autorytetów, ale Wajda niewątpliwie nim jest. „Nie wyobrażam sobie swojego dojrzewania bez filmów Wajdy”- i wypada potraktować to jako głos wypowiedziany w imieniu niejednego pokolenia Polaków.
Wydarzenie piątkowe przygotowali wspólnie marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska oraz aktor Daniel Olbrychski, którego wysiłek był tu kluczowy i trwał wiele miesięcy. Ale w tle tłumnego wydarzenia byli widoczni także ludzie drugiego planu, którzy temu projektowi mocno sprzyjali: wiceminister kultury Sławomir Rogowski, szef Kancelarii Sejmu Marek Siwiec, szefowie anten w TVP czy Zarząd Poczty Polskiej. Innymi słowy zbiorowy wysiłek nie poszedł na marne, w kwietniu odbędzie się wystawa rocznicowa w Senacie, a piękny znaczek pocztowy zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego będzie tego wszystkiego widomym znakiem. Marszałek Kidawa-Błońska przypomniała, że Wajda był senatorem I kadencji, no i to jego aranżacji zawdzięczamy słynne portrety na plakatach z Wałęsą w głosowaniu 4 czerwca 1989 roku. „Andrzej Wajda umiał odważnie opowiadać o Polsce. Kiedy w Roku Wajdy przypomnimy sobie jego wspaniałe filmy, możemy stać się mądrzejsi i odważniejsi, bo sztuka może nas inspirować do rzeczy wyjątkowych” – powiedziała marszałek. Ale prawdziwym spiritus movens wydarzenia był Daniel Olbrychski, aktor 13 filmów Andrzeja Wajdy- „to więcej niż Toshiro Mifune u Kurosawy, Marcello Mastroianni u Felliniego czy Max von Sydow u Bergmana”. Aktorzy u Andrzeja Wajdy tworzyli swoje największe role, bo reżyser na planie był ich najwierniejszym widzem. „Śmiał się, kiedy graliśmy śmiesznie, i zagryzał spod kamery paznokcie, kiedy graliśmy przejmująco. To nas uskrzydlało. A jednocześnie był najbardziej surowym krytykiem, który wiedział, że potrafimy coś robić jeszcze lepiej”.
Co świetnie pokazał film Jerzego Ziarnika Na planie, opowiadający o pracy reżyserskiej Andrzeja Wajdy przy tworzeniu filmu Wszystko na sprzedaż, który był przecież improwizacją aktorską bez ścisłego scenariusza, zrealizowaną po tragicznej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Wysłuchaliśmy również dyskusji o twórczości Wajdy, w której Magdalena Cielecka, Borys Lankosz, Natasza Parzymies, Andrzej Seweryn i Michał Żebrowski dzielili się refleksjami z pracy na planie i znaczeniu dzieł dla współczesnych twórców. Padało też pytanie o najważniejszy dla dyskutantów film: np. Andrzej Seweryn opowiedział się za Pokoleniem, Borys Lankosz za Piłatem i innymi, a Michał Żebrowski za Ziemią obiecaną, nie czując zresztą potrzeby uzasadniania tego wyboru.
Ciekawe, że nie było na sali posłów PiS, może usłyszeliby coś, co wpłynęłoby na ich percepcję tej twórczości… Wszystko to działo się pod batutą niezawodnego krytyka Tomasza Raczka, który rzecz sprawnie poprowadził, tworząc atmosferę prawdziwego wydarzenia, gdzie ludzie cieszyli się swoją obecnością i ciągle mieli sobie coś do powiedzenia. Niech puentą będą słowa prezesa SFP Grzegorza Łoszewskiego, iż „fundamentem uniwersalnej twórczości i działalności publicznej Andrzeja Wajdy było niezbywalne poczucie wolności, które uznawał za pierwotne źródło wszelkiej aktywności na poziomie indywidualnym, społecznym i narodowym. Jako lider środowiska filmowego i artysta o światowej sławie, niestrudzenie przekonywał, że walka o tę wartość jest warunkiem koniecznym autentycznego funkcjonowania człowieka w społeczeństwie”.
Od pierwszych godzin izraelsko-amerykańskich uderzeń na Iran w przestrzeni medialnej dominowało przekonanie, że likwidacja kluczowych postaci reżimu może doprowadzić do szybkiego zwycięstwa przeciwników władz w Teheranie. Eliminacja najwyższych eszelonów władzy – z ajatollahem Ali Chamenei na czele – miałaby wywołać efekt domina prowadzący do upadku republiki islamskiej.
Ali Chamenei zginął wraz z kilkoma kluczowymi decydentami. Nie musi to jednak oznaczać upadku ani erozji systemu. Irański system polityczny zaprojektowano tak, by zmiany personalne nie naruszały ciągłości instytucjonalnej i ideologicznej. Co więcej, nawet głęboka transformacja polityczna nie musi oznaczać zmiany strategicznych interesów państwa, którego trwanie wykracza poza ramy kilku dekad.
Dla wielu obserwatorów irański system władzy wydaje się strukturą personalistyczną skupioną wokół najwyższego przywódcy. Stąd przekonanie, że tzw. dekapitacja – eliminacja przywództwa – doprowadzi do paraliżu państwa. To jednak uproszczenie. Urząd najwyższego przywódcy łączy religijną legitymizację, zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi oraz funkcję arbitra w sporach politycznych, lecz system jako całość opiera się na gęstej sieci instytucji.
Rozwiązania te są efektem doświadczeń historycznych. Irańska wyobraźnia polityczna naznaczona jest pamięcią rozpadu państwa po śmierci silnych władców – od upadku dynastii Safawidów po chaos po śmierci Nadir Szaha. Rewolucjoniści z 1979 roku uznali, że państwo nie może ponownie stać się zakładnikiem jednej osoby.
Po rewolucji ajatollah Ruhollah Chomeini stworzył system oparty na kilku wzajemnie kontrolujących się ośrodkach władzy. Zgromadzenie Ekspertów, Rada Strażników, Rada Nadzoru Interesu Państwa (tłumaczenia nazwy tego ciała są wariantowe) czy Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej tworzą rozbudowaną sieć instytucjonalną, której zadaniem jest nie tylko wspieranie Najwyższego Przywódcy, lecz także zapewnienie ciągłości funkcjonowania państwa.
Konstytucja republiki islamskiej przewiduje szczegółowe procedury sukcesji. W razie śmierci przywódcy władzę przejmuje tymczasowa rada złożona z prezydenta, szefa wymiaru sprawiedliwości oraz duchownego wskazanego przez Radę Nadzoru Interesu Państwa. Jej zadaniem jest utrzymanie stabilności systemu do czasu wyboru nowego przywódcy.
Mechanizm ten został skutecznie przetestowany. Po śmierci Chomeiniego w 1989 roku stosunkowo płynnie wyniesiono na stanowisko najwyższego przywódcy Alego Chameneiego – polityka, który, nota bene, nie był powszechnie uznanym autorytetem religijnym. Podobnie po katastrofie śmigłowca w 2024 roku, w której zginął prezydent Ebrahim Raisi, mechanizmy konstytucyjne zostały uruchomione niemal samoczynnie i natychmiast.
W zachodnim myśleniu o strategii wojskowej wobec Iranu często pojawia się koncepcja wyeliminowania kierownictwa państwa, co miałoby sparaliżować system dowodzenia i doprowadzić do jego załamania. Przykłady są mnożone – by skrócić ich długą listę, wystarczy wspomnieć ten najnowszy: Wenezueli i jej prezydenta Maduro. W przypadku Iranu ta logika nie musi jednak wcale zadziałać.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej i aparat bezpieczeństwa są rozbudowanymi, silnie zinstytucjonalizowanymi strukturami o wielopoziomowym systemie dowodzenia. Eliminacja pojedynczych liderów może wywołać turbulencje, lecz nie musi prowadzić do rozpadu państwa.
Historia również skłania do ostrożności. Wojny prowadzone głównie poprzez bombardowania rzadko kończą się zmianą reżimu. W XX wieku udane przypadki narzuconej siłą transformacji politycznej – w Niemcy, Włochy czy Japonia – wymagały długotrwałych wojen lądowych i okupacji. Same bomby państw nie obalają.
Nawet gdyby w Iranie doszło do głębokiej transformacji politycznej, nie musi to oznaczać zmiany strategicznych interesów państwa.
Program jądrowy jest dla wielu Irańczyków symbolem technologicznego rozwoju i suwerenności, a nie wyłącznie projektem militarnym. Równie ważna jest geografia: Iran pozostaje dużym państwem o ambicjach regionalnych, położonym między Zatoką Perską, Azją Centralną i Lewantem.
Wreszcie działa pamięć historyczna. W irańskiej świadomości politycznej niezwykle silne pozostaje doświadczenie obalenia premiera Mohammada Mossadegha w 1953 roku po jego decyzji o nacjonalizacji przemysłu naftowego. Operacja Ajax – wspólne przedsięwzięcie CIA i MI6 – utorowała drogę autorytarnym rządom szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, a ostatecznie doprowadziła do rewolucji. Dla wielu Irańczyków wydarzenia te stanowią dowód, że nadmierna zależność od zewnętrznych mocarstw kończy się utratą suwerenności.
Wśród powodów działań wojennych Stany Zjednoczone i Izrael najczęściej wskazuje się powstrzymanie irańskiego programu nuklearnego. Jednak kilka godzin przed rozpoczęciem bombardowań omańskie MSZ – pośrednik w rozmowach – ogłosiło, że negocjacje zakończyły się sukcesem, a Iran zgodził się na tzw. opcję zerową w kwestii nuklearnej. Mimo to został zbombardowany. Oznacza to, że rzeczywisty cel operacji nie był związany wyłącznie z programem nuklearnym.
Informacja o zadaniach polskiej polityki zagranicznej, którą co roku przedstawia w Sejmie szef dyplomacji, powinna, w założeniu, być podstawą do głębokiej debaty parlamentarnej, w której różne racje ucierają się we wspólną rację stanu. Zgody głównych sił politycznych co do najbardziej podstawowych spraw odnoszących się do bezpieczeństwa kraju można było oczekiwać, wziąwszy pod uwagę ogrom wyzwań, wobec których stanęła Polska. Rozpad dotychczasowego ładu międzynarodowego, wojna tuż za wschodnią granicę z ryzykiem jej eskalacji, osłabienie więzi transatlantyckich … wymagałyby wyłączenia egzystencjalnie ważnych problemów ze świętej wojny plemiennej KO-PiS, dwóch przecież prawicowych ugrupowań.
Zwłaszcza, że exposé Radosława Sikorskiego nie odznaczało się szczególną napastliwością wobec opozycji, jeśli się pamięta polemiczne talenty ministra i jego usposobienie. Przeciwnie, przemówienie robiło wrażenie grzecznie przyczesanego pod potrzeby chwili. Dyplomatyczna łagodność sformułowań i szerokie zastosowanie sztuki dyplomatycznych uników dotyczyły przede wszystkim budzących emocje problemów międzynarodowych, a w szczególności kontrowersyjnej polityki obecnej administracji USA. Szef polskiej dyplomacji wykonywał piruety i szpagaty, aby nie urazić przysłuchującego się debacie ambasadora Rose’a i jego pryncypała w Waszyngtonie. Bez ogródek wskazał tego przyczyny – przekonanie o żywotnym znaczeniu dla Polski bycia sojusznikiem USA i pełna zależność obecnie Europy od USA w sferze obronności, bezpieczeństwa i najnowszych technologii. Nie byłby wszakże Sikorski sobą, aby nie przypomnieć Amerykanom, ile dziesiątków miliardów zarobili już w Polsce na sprzedaży uzbrojenia i gazu i podkreślić, że bycie wiernym sojusznikiem nie powinno oznaczać naiwnej łatwowierności.
Nawet prawie niedostrzegalna próba zniuansowania stosunku do Stanów Zjednoczonych w wykonaniu Sikorskiego, działanie niezbędne w kontekście pivotu USA, natychmiast spotkała się z krytyką nacjonalistycznej prawicy, która, wydaje się, na trwałe obsadziła siebie w roli polskiej sekcji trumpizmu.
Najobszerniej potraktował Sikorski temat dla Polski kluczowy – agresję Rosji przeciwko Ukrainie, co jest oczywiste; byłoby niezrozumiałe, jeśliby wojna osmalająca wschodnie granice Polski nie zajmowała naczelnej uwagi szefa dyplomacji. O ile i minister, i wszyscy przemawiający zgodnie potępiali Rosję (można nawet powiedzieć, że mieliśmy do czynienia ze swoistą licytacją, kto bardziej Rosji nie lubi i kto bardziej jej dokopał), o tyle w kwestii wspierania Ukrainy różnice rysowały się wyraźnie. W roznamiętnionym zgiełku zabrakło, jak wymagałyby tego powaga debaty i moment historyczny, głosów prawdziwie analitycznych, uwzględniających różne warianty rozwoju sytuacji na wschodzie i stosowne opcje działań Polski. Szkoda, bo minister Sikorski otworzył drogę do takiej dyskusji, stwierdzając, że wojna na Ukrainie zdecyduje o tym „który podmiot stanie się trzecim – obok Stanów Zjednoczonych i Chin – filarem nowego, globalnego układu sił. Czy będzie to Rosja czy Unia Europejska?”. To kluczowa, chociaż niebezsporna, myśl Sikorskiego: Nadrzędnym celem wojny jest walka o globalną podmiotowość Unii Europejskiej i niedopuszczenie do zdominowania zachodniej części kontynentu euroazjatyckiego przez Rosję. W świetle takiej interpretacji zrozumiała stawałaby się polityka USA, niechętna Unii Europejskiej i w wielu aspektach prorosyjska.
Obronie Unii Europejskiej, jej zasad, jej miejsca w świecie i jej przyszłości, poświęcił Sikorski szczególnie wiele uwagi, bezlitośnie miażdżąc wszelkie idee polexitu i ich nosicieli. Spotkało się to z krytyką prawicy nacjonalistycznej, która zarzucała ministrowi, że konstruuje nieistniejący problem, a potem z całą siłą go zwalcza. Oczywiście, jest w tym pomysł na uczynienie z kwestii europejskości tematu na przyszłe kampanie polityczne. Niemniej obawy Sikorskiego i sił proeuropejskich przed hasłem polexitu nie są bezzasadne: śmiertelną zarazę należy tłumić w zarodku. Nacjonaliści zapewniają, że „nikt o wyprowadzeniu Polski z Unii na razie nie myśli”. W tym samym duchu wypowiedział się prezydent Nawrocki, zapytany na konferencji bezpośrednio po exposé Sikorskiego. „Na razie”, „w tej chwili”…
Nawrocki rozmawiał z dziennikarzami na tle flag wyłącznie narodowych, uprzątnąwszy wcześniej flagi UE i NATO. Sikorski najpierw kazał ustawić flagi Unii i NATO obok biało-czerwonych, a potem stanął na ich tle.
(Na marginesie: Konferencja prasowa Nawrockiego była pociesznym i bardzo wymownym pokazem wszystkich kompleksów prezydenta. Młody, dopiero raczkujący i uczący się seplenić w polityce międzynarodowej, Nawrocki nadymał się, protekcjonalnie oszczędnie chwalił i pouczał Sikorskiego – wytrawnego, znanego w świecie, doświadczonego polityka i jednego z najdłużej urzędujących ministrów spraw zagranicznych w UE)
Na proeuropejskie deklaracje Sikorskiego politycy opozycji odpowiedzieli antyniemiecką szarżą. Hasło do ataku dał Zbigniew Rau, który w swoich tyradach posunął się do tego, że zażądał od Sikorskiego, aby ten zniszczył gazociąg Nord Stream będący dowodem niemiecko-rosyjskiego spisku przeciwko Polsce. Za antyniemieckim fixum dyrdum, jak je nazwał prof. P.Kowal, kryje się jednak coś więcej niż tylko antyniemieckie obsesje PiS. Niewybredne ataki są kierowane przeciwko Niemcom jako filarowi nośnemu Unii Europejskiej. Atakując Berlin, prawica nacjonalistyczna chce podmyć fundamenty tak znienawidzonej UE, której („na razie”, wobec proeuropejskich sympatii zdecydowanej większości Polaków) bezpośrednio atakować nie wypada. Sprzeciw wobec programu SAFE, pod pretekstem rzekomego uzależnienia wobec Niemiec, jest w istocie dyktowany obawami przed tym, że jest to pierwszy krok do uwspólnotowienia polityki zbrojeniowej, obronnej i w sferze bezpieczeństwa.
Debata, jako całość, była mierna, miałka i przyczynkowa. Niektóre z wystąpień, jak – przykładowo – w wykonaniu prezydenckiego ministra M.Przydacza w ogóle stanowiły kuriozum, dowodzące, że łatwiej urosnąć, niż wyrosnąć z krótkich spodenek. Trzeba przyznać, że samo exposé Sikorskiego też nie było wielkim przemówieniem; minister ma w swoim dorobku nieporównanie donioślejsze mowy. I to nie dlatego, że zabrakło w nim odniesienia do tych czy innych regionów.
(Przykładowo, marszałkowi K.Bosakowi zabrakło w exposé, nie wiadomo dlaczego, … Azji Centralnej. A dlaczego, wciąż przykładowo, nie Indonezji, gdzie mieszka dwukrotnie więcej ludzi niż w sześciu krajach Azji Centralnej łącznie i której PKB jest prawie trzykrotnie wyższy niż łączny PKB tych sześciu państw centralnoazjatyckich? Sikorski, zachowując powagę, odrzekł marszałkowi, że jego życzenie uwzględni za rok)
Exposé ministra Sikorskiego wiernie odzwierciedlało stan oraz dylematy polskiej polityki zagranicznej i Polski: Zaskoczeni przez tektoniczne zmiany geopolityczne, z ograniczonymi zasobami, niewielkimi zdolnościami adaptacyjnymi i innowacyjnymi, wystraszeni wojną tuż za naszą granicą, wewnętrznie skłóceni nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć adekwatnie na wyzwania ani sformułować alternatywnych interpretacji i wizji. My – jako społeczeństwo i nasze elity, rząd – jako emanacja tego społeczeństwa. Dramatycznie uwidacznia się to zwłaszcza, kiedy szef dyplomacji występuje w parlamencie. Występuje na tle, które przypomina już to sceny z „Wesela” Wyspiańskiego, już to teatr groteski dnia ostatniego. Wśród starych postrzępionych dekoracji brodzą aktorzy, one i oni, i mocno zaawansowani wiekiem, i ci młodsi pasją słów rekompensujący ubóstwo wieku i refleksji. Wszyscy coś mówią, deklamują, wygłaszają, powtarzając kwestie o dawno przebrzmiałych bitwach i czynach. Nikt nie słucha.
Włodzimierz Czarzasty coraz bardziej umacnia się na pozycji poważnego europejskiego polityka. Niedawno zwrócił na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej poprzez sprowokowanie amerykańskiego ambasadora w Warszawie Toma Rose’a do mało dyplomatycznej reakcji na odmowę podpisania pisma popierającego kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla. A ponieważ emocjonalne ambasadorskie wpisy w portalach społecznościowych zostały przez Polaków źle przyjęte, pokazał się też obywatelom RP jako stanowczy (acz uprzejmy) przywódca. Teraz w czwartą rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę pojawił się w Kijowie jako jeden z niewielu najwyższej rangi reprezentantów krajów przyjaznych napadniętemu i broniącemu się narodowi. Oprócz niego tego dnia nad Dnieprem pojawili się liderzy Unii Europejskiej (Antonio Costa i Ursula von der Leyen), jeden prezydent i sześciu premierów państw nordyckich, premier Chorwacji i wicepremier Radosław Sikorski. Ponadto z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim spotkała się – ale w formie wideokonferencji – Koalicja Chętnych (36 państw i organizacji), w tym premier Donald Tusk.
Czarzasty wygłosił dobre, świadczące o kunszcie dyplomatycznym, przemówienie na forum Rady Najwyższej. Bez wątpienia był jedną z najbardziej widocznych postaci tego dnia. Przy organizacji tej wizyty przydatne okazało się doświadczenie szefa Kancelarii Sejmu Marka Siwca, który sprawami ukraińskimi zajmuje się od trzech dekad – jeszcze od czasów szefowania BBN za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego (i nie raz podobne wyjazdy przygotowywał), a przez ostatnie dziesięć lat był dyrektorem Centrum Pamięci o Holokauście Babi Jar, niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w obrębie Kijowa. Widać, że ta nominacja miała nie tylko podtekst planów marszałka w polityce krajowej (Siwiec jest w tej materii niezwykle kreatywny), ale i zagranicznej.
Taka postawa przy okazji neutralizuje zakusy prezydenta Nawrockiego, aby podważyć wiarygodność Czarzastego, który wyrasta na jego głównego oponenta. Opinia publiczna dowiaduje się, że przewodniczący izby poselskiej potrafi Polskę godnie reprezentować, wypowiadać się z niezbędną precyzją, przekazując przemyślane politycznie komunikaty. Łatwo to zderzyć z nieporadnością na arenie międzynarodowej aktualnego Pierwszego Obywatela.
Włodzimierz Czarzasty ponownie stanął w obronie wartości, na których zbudowana została zachodnioeuropejska kultura polityczna. W czasach, kiedy termin „zakończenie wojny” może łatwo stać się synonimem zdrady, porzucenia, podpisania intratnych kontraktów i uzyskania sowitych korzyści dla grupy oligarchów; kiedy obawy przed reakcją i tak niechętnego elektoratu przekładają się na brak odwagi, oportunizm i konformizm – przypomnienie, kto wojnę zaczął, jak ją prowadził (i prowadzi) i jakich zasad musielibyśmy się wyrzec, by rzecz jak najszybciej zakończyć jest samo w sobie warte odnotowania.
W pogodzie mamy roztopy i przedwiośnie, co widać za oknem i czuć pod butami, a w polityce? Nietrudno zauważyć, że przybyło koalicji rządowej koalicjantów, choć liczbowo nic się nie zmieniło. Polska 2050 występuje teraz niejako w dwóch odsłonach: Polski 2050 właściwej – pod zwietrzałą marką Hołowni, z minister Pełczyńską-Nałęcz, i ugrupowania Centrum, z minister Hennig-Kloską. Z tym że na razie nie do końca wiadomo, kto będzie większym przegranym dokonanego rozłamu, jadu wylewa się jeszcze tu i ówdzie sporo, rozliczenia trwają i do normalności daleko. Obie lustrzane siły mają w Sejmie na razie po około 15 posłów, ale ostatnie wieści mówią, że to się może zmienić na niekorzyść obu. Mogą bowiem stracić na szykujących się transferach – nie tylko do KO czy PSL, co ostatecznie zbilansowałoby się koalicyjnie, ale również do partii opozycyjnych. Tak czy siak ciche wyławianie wahających się trwa, szczególnie aktywni są tu harcerze Morawieckiego.
No cóż, zamęt z tym wielki, sami członkowie obu sierot po Polsce 2050 nie wiedzą, jak się mają zachowywać, prócz może ogólnej dyrektywy, żeby nie wychodzić z koalicji. Z tym że u min. Pełczyńskiej-Nałęcz narracja jest taka, że nowo powstałe Centrum – nieważne zbiorowo czy indywidualnie – powędruje ostatecznie pod skrzydła KO, a w związku z tym partia cofnęła rekomendacje dla wszystkich wysokich urzędników z członkostwem dziś już ze stowarzyszenia Hennig-Kloski. Nie jest to gest przyjazny, dotyczy bowiem głównie liderki Centrum, które jest ministrem przecież z rekomendacji Polski 2050. I premier będzie musiał się wykazać tu nie lada sprytem, aby to jakoś przetrawić i ułożyć na przyszłość, zwykłe Tuskowe przeczekanie niestety nie wystarczy. Czy w związku z tym możliwe jest obdarowanie obu pań tytułami wicepremierek? To już premier wykluczył, nie można przecież z rządu robić pośmiewiska, choć poprzednicy Tuska nie mieliby zapewne aż takich skrupułów.
Pierwszym praktycznym testem będzie przegłosowanie w Sejmie w tym tygodniu paru spraw, czy choćby dyskusja o wotum nieufności dla ministra Stefana Krajewskiego z PSL, zawiadującego rolnictwem. Tu jednak szaleństw żadnych raczej nie będzie, Krajewski zostanie, więc może tym sposobem da się to jakoś scalić i pójść dalej? Bo jeśli wicemarszałkowi Hołowni i minister Pełczyńskiej-Nałęcz nie uda się utrzymać klubu (ludzie odejdą nie wytrzymując napięcia nerwowego i ciągłych wzajemnych pretensji), a Hennig-Klosce – przyciągnąć wolne sejmowe elektrony do Centrum, to raczej z koalicją będzie pozamiatane.
I tu ciekawsza jest sytuacja wewnętrzna w PiS, które jest także w rozkroku. Prezes, pokonawszy kłopoty zdrowotne, zaordynował partii przyszłego premiera, choć na razie w formule „wiem, ale nie powiem”. Co interpretowane jest jako wskazanie na europosła Tobiasza Bocheńskiego, w każdym razie na pewno nie na b. premiera Mateusza Morawieckiego. Jest to fakt doniosły, bo jednak zmiana pokoleniowa w PiS nie tylko została ogłoszona, ale jak widać postępuje, a Prezes, mimo głosów sceptyków, na serio liczy się z ze swoją abdykacją w związku z wysługą lat i zapewne stanem zdrowia. Co zresztą bardzo dobrze o nim świadczy, jako o polityku przewidującym. Choć wybór Bocheńskiego nie jest jakoś w dziesiątkę i w narodzie na razie szczególnego entuzjazmu nie wzbudził. No, ale jest to sprawa wewnętrzna PiS, wszystko może się zmienić, jakby co, to pytajcie Prezesa.
Natomiast Morawiecki może dziś czuć się już odrzucony i chyba nawet się z tym trochę pogodził, jeżdżąc po kraju oddzielnie do reszty liderów i jakby licząc szable swoich zwolenników. Nie jest to co prawda lider wymarzony do nowych przetasowań, ale premier Tusk nie może o nim powiedzieć, że go nie zna „z autopsji”. Jeśliby miało być tak, że liberalniejsza strona PiS zgromadzi się przy byłym premierze, ze wszystkimi jego zaszłościami i hipoteką, a narodowo-nacjonalistyczna przy nowym kandydacie na premiera, czystym na razie jak łza, to mamy już pogrzeb PiS, jakie dotąd znaliśmy. Ciekawe, jak zachowa się wobec tego obywatelski prezydent Nawrocki, któremu na razie te ruchy tektoniczne w partii dość sprzyjają, bo ma w zanadrzu swojego ministra Boguckiego, idealnie skrojonego na garnitur przyszłego premiera. Rzucanego ciągle do trudnych spraw i na kluczowe odcinki. Jego sejmowe wystąpienia nie należą do szczególnie nieprzemyślanych. Prezydencki minister ma szansę na tej tematyce jakoś przebić się w mediach, jako rzecznik wet i prezydenckich projektów ustaw, które to, co „napsuł rząd” mają naprawić. Bocheński natomiast uprawia raczej solowe występy, nie pokazując sprawności w rządzeniu, ale bardziej wizerunkowe swoje zalety. Prezes i tym razem okazał się mieć słabość do mężczyzn niczego sobie, co mają nie tylko wygląd zewnętrzny jak z żurnala mód, ale i gadane, nieraz do rzeczy.
A wracając do Morawieckiego, wcale nie wykluczałbym w jakiejś perspektywie jego odskoku od PiS, pytanie tylko, w jak licznym gronie i w którą stronę? Tego chyba nie wie dziś sam b. premier, stąd to liczenie szabel, a może po prostu pokazanie, że jest to możliwe i że w PiS nadal jestem kimś ważnym – i liczebnie, i jako postać. Doszłaby jeszcze jedna jego zaleta: ciut lepsza zdolność koalicyjna np. wobec KO, niż Bocheńskiego i jego akolitów, zorientowanych bardziej na ludzi Mentzena, a nawet Brauna. A tego nie życzy sobie Prezes, który braunowców postrzega jako agenturę, choć z innymi konfederatami chętnie by się dogadał, ale na swoich warunkach. Pytanie, czy starczy czasu, aby przed wyborami parlamentarnymi powstało z tego wszystkiego coś zupełnie nowego?
Koncentracja sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie jest największa od czasu interwencji w Iraku w 2003 roku. Zdjęcia satelitarne wskazują na systematyczne rozmieszczenie zasobów, których skala wykracza poza standardową rotację wojsk. Towarzyszy temu znajoma choreografia polityczna – komunikaty o „wszystkich opcjach na stole”, ostrzeżenia przed „znacznie poważniejszymi” uderzeniami niż te z ubiegłego lata. Brakuje natomiast jasnej odpowiedzi na pytanie: co właściwie użycie tej siły ma osiągnąć?
Déjà vu z początku stulecia
Nie jest to schemat nowy. Na przełomie 2002 i 2003 roku Stany Zjednoczone w podobny sposób koncentrowały swoje siły wokół Iraku. Już wówczas zdolności militarne rosły szybciej niż klarowność politycznych oświadczeń. Uzasadnienia inwazji zmieniały się – od walki z terroryzmem, przez broń masowego rażenia, po stabilizację regionu. Początkowa faza wojny była szybka i militarnie skuteczna. Porażka polegała jednak nie na braku siły, lecz na chybionej wizji tego, jak jej użycie ma ukształtować porządek polityczny po zakończeniu działań.
Minęły dwie dekady i nadal nie jest oczywiste, kto ostatecznie na tym wygrał. W przypadku Iranu kontekst jest znacząco inny, ale pewne podobieństwa są uderzające, choć – przyznać należy – z pewną różnicą: o ile w przypadku Iraku pomysły na odbudowę państwa okazały się kompletnie nietrafione, o tyle w przypadku Iranu w ogóle ich nie ma. Demonstracja siły ponownie wyprzedza odpowiedź na pytanie o jej polityczny sens.
Strategia zaczyna się od wyznaczenia celu
Strategia powinna rozróżniać cele natychmiastowe, pośrednie i strategiczne, a każdy wymaga innych narzędzi i poziomu eskalacji. W przypadku Iranu oznacza to rozróżnienie między zasadniczo odmiennymi wyzwaniami, jakie stwarza aktywność jego regionalnych sojuszników, program jądrowy, potencjał rakietowy oraz stabilność systemu władzy.
Tymczasem komunikaty płynące z Waszyngtonu koncentrują się głównie na wezwaniu Teheranu, by „wrócił do stołu negocjacyjnego”. W irańskiej stolicy takie wezwania muszą niezmiennie wywoływać reminiscencje na temat tego, kto w 2018 roku wywrócił stolik negocjacyjny z podpisanym na nim porozumieniem – JCPOA, ograniczającym irański program jądrowy oraz kto w trakcie niedawnej rundy negocjacyjnej, w czerwcu 2025 roku, zbombardował Iran – partnera w negocjacjach, do których teraz go przyzywa. Wezwaniom tym nie towarzyszy również wyjaśnienie, jakie konkretne działania ze strony Iranu miałyby doprowadzić do obniżenia napięcia, wstrzymania uderzeń czy złagodzenia sankcji – poza ogólnym postulatem „opcji zerowej” w niemal wszystkich kwestiach, które prezydent Trump uznaje za problematyczne, włącznie z samym istnieniem republiki islamskiej. W efekcie siła militarna ma wypełnić pustkę nieprecyzyjnej polityki.
Zmienna narracja, stała eskalacja
Prezydent Trump po czerwcowym bombardowaniu irańskich instalacji nuklearnych stwierdził w swoim przemówieniu, że kluczowe obiekty wzbogacania uranu zostały „całkowicie i kompletnie zrównane z ziemią” i nazwał operację „spektakularnym sukcesem wojskowym”. Jeśli tak, to na czym polega obecny problem? Nieco bardziej powściągliwie wypowiadają się amerykańskie służby wywiadowcze, według których irański program nuklearny pozostaje osłabiony i ograniczony. Nie ma też dowodów na bezpośredni „wyścig” po broń jądrową ani na wznowienie wzbogacania uranu do wysokiego poziomu. Również protesty społeczne, które przez pewien czas stanowiły ważny element retoryki Zachodu jako przesłanka do interwencji, zostały spacyfikowane.
Oznacza to brak zasadniczej zmiany stanu faktycznego na miejscu. Natomiast uzasadnienia dla uderzenia ewoluują. Początkowo akcentowano moralny obowiązek wsparcia protestujących. Liczba zabitych w przekazach medialnych rosła wykładniczo wraz ze skalą niechęci wobec reżimu, aż do momentu, gdy nawet kilka zdecydowanie antyreżimowych i proizraelskich ugrupowań uznało, że wiarygodność jest ważniejsza od popularności i zaczęło odcinać się od „niepodważalnych” dotąd źródeł. Następnie nacisk położono na program nuklearny. Później pojawił się wątek ograniczenia zdolności rakietowych oraz aktywności irańskich proxies. Wreszcie zasugerowano, że wystarczająca presja mogłaby doprowadzić do destabilizacji samego reżimu. Ewolucja narracji pokazuje, że brak jasno określonych celów politycznych prowadzi do arbitralnych zmian uzasadnień operacyjnych.
Gdy kara staje się polityką
Bez jednoznacznie określonych warunków działania, użycie siły staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do realizacji polityki strategicznej. Adwersarz musi wiedzieć, jakie działania zmniejszą presję i jakie konsekwencje przyniesie powściągliwość. Uderzenia nakładają koszty, ale same w sobie nie określają ścieżek wyjścia. Jeśli cele i warunki nie zostaną zdefiniowane, kara zaczyna zastępować politykę, siła przestaje być środkiem do osiągnięcia celu i staje się celem samym w sobie. A demonstracja wojskowa staje się substytutem strategii, zamiast być jej elementem.
Wśród krytyków tych zjawisk pojawia się pokusa, by odpowiedzialnością za taki obrót spraw obarczyć wyłącznie przywódców. Nie jest to jednak wyłącznie ich wina, lecz także konsekwencja przemian w społeczeństwach, które takich przywódców wybierają i tym samym legitymizują. W warunkach długotrwałego dobrobytu stabilność zaczyna być postrzegana jako stan naturalny, a nie efekt wymagający wysiłku i odpowiedzialności. Konsumpcja i niezakłócona ciągłość codziennego życia stają się miarą racjonalności politycznej. Stabilność ta bywa zarazem utożsamiana z samą istotą demokracji, co sprzyja samozadowoleniu, a niekiedy także poczuciu wyższości wobec społeczeństw funkcjonujących w odmiennych warunkach politycznych. W takim horyzoncie poznawczym odległe konflikty – dla przeciętnego człowieka Zachodu zwłaszcza te na Bliskim Wschodzie – ulegają uproszczeniu i odczłowieczeniu. Ich uczestnicy przestają być postrzegani jako społeczeństwa kierujące się własną logiką bezpieczeństwa, a zaczynają funkcjonować jako abstrakcyjni przeciwnicy, wobec których demonstracja siły wydaje się działaniem zarówno wystarczającym, jak i pozbawionym realnych kosztów.
Powstaje w ten sposób mechanizm sprzężenia zwrotnego. Szybkie, widoczne działania premiowane przez opinię publiczną wypierają strategiczną konsekwencję, co prowadzi do erozji planowania, kontroli i odpowiedzialności. Projekcja siły przestaje być narzędziem realizacji strategii, a staje się odpowiedzią na społeczne zapotrzebowanie na jej widzialne pozory – logiką szczególnie ryzykowną w relacji z państwem takim jak Iran, zdolnym nie tylko absorbować presję, lecz także aktywnie kształtować dynamikę eskalacji. Wystarczy spojrzeć na mapę regionu i odszukać potencjalne cele odwetowe choćby tylko w postaci baz amerykańskich.
Poważna decyzja wymaga poważnej debaty
Istotnym elementem układanki w kwestii ewentualnego ataku na Iran pozostaje również polityka wewnętrzna Izraela. Premier Benjamin Netanjahu stoi wobec licznych wyzwań politycznych i prawnych, a konflikt zewnętrzny – nie po raz pierwszy – może działać jako czynnik konsolidujący scenę polityczną, przesuwając uwagę opinii publicznej z problemów wewnętrznych na kwestie bezpieczeństwa. Warto to podkreślić gwoli świadomości, że choć nie implikuje to jednoznacznie działań militarnych to kontekst polityczny nie jest neutralny.
Nie można również wykluczyć scenariusza pośredniego – ograniczonej operacji militarnej, której celem byłoby osłabienie wybranych zdolności Iranu. Taka strategia to złudny kompromis między demonstracją siły a uniknięciem pełnoskalowej wojny, ponieważ – raz jeszcze – jej skutki pozostają poza percepcją najlepszych planistów.
Obecna sytuacja przypomina bardziej proces niż punkt zwrotny. Zbyt wiele zmiennych pozostaje nieznanych: skala ataku, wytrzymałość Iranu na uderzenia, reakcja społeczeństwa, podatność regionalnych aktorów na eskalację a nawet ich gotowość na nią, a przede wszystkim rzeczywiste intencje Waszyngtonu. Demonstracja siły może być zarówno preludium do konfliktu, jak i mało finezyjnym, ryzykownym i kontrowersyjnym narzędziem negocjacyjnym. Momenty największego napięcia nie muszą prowadzić do wojen, podobnie jak okresy względnego spokoju nie gwarantują jej uniknięcia. Obecna koncentracja sił może być zaczynem konfrontacji – ale równie dobrze może pozostać elementem strategii presji, obliczonej na wymuszenie ustępstw.
Przy tym kluczowym czynnikiem nie jest sama obecność amerykańskich wojsk i floty, lecz decyzje ich głównodowodzącego. A te, jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, pozostają nieodgadnione do ostatniej chwili i niemal zawsze są zaskoczeniem.
„Le monde va changer de base” (Świat zmieni się fundamentalnie) – brzmią ułożone przez francuskiego poetę Eugène’a Pottiera oryginalne słowa „L’Internationale” („Międzynarodówki”), która stała się hymnem Kominternu i kolejnych światowych federacji komunistycznych aż do ostatniej, trockistowskiej IV Międzynarodówki, użyczając im dodatkowo tytułu pieśni jako nazwy. Sowieci, którzy uczynili „Międzynarodówkę” oficjalnym hymnem swojego państwa w latach 1918-1944, przetłumaczyli wers, znamiennie go zamieniwszy na „My nasz, my nowy zbudujemy świat”, lecz wcześniej obiecując zburzyć stary świat doszczętnie.
Dzisiaj upuszczony sztandar fundamentalnej przebudowy świata podejmuje skrajna prawica. Wrogowie są ci sami – zgniły liberalizm, niewydolna demokracja, równość narodów i państw, poszanowanie prawa międzynarodowego, tolerancja, prawa osoby ludzkiej, słabi, wykluczeni, „inni” albo „obcy”, czyli ci wszyscy, którzy nie są „nasi”.
Gdy przed dwudziestoma latami Władimir Putin rzucił hasło „końca liberalnej Europy”, wykpiwając „brukselski kołchoz”, promując suwerenizm, „tradycyjne wartości” – cokolwiek by to nie oznaczało, „wstawanie z kolan” i praktyką realizując przekonanie, że „silnemu wolno więcej”, świat uprzejmie się zdziwił, ale nie zaniepokoił. Wiadomo, ci Rosjanie… Zawsze coś wymyślą…
Ćwierć wieku później hasła V Międzynarodówki (antyliberalnej i suwerenistycznej) wyznaczają rosnący w siłę mainstream, a w niektórych państwach stanowią ideologię niemalże rządową. Jak, przykładowo, w USA, gdzie ruch MAGA, nacjonalistyczny, antyliberalny, niekiedy rasistowski, wsteczny i tradycjonalistyczny, przejął prezydenturę i administrację amerykańską. Można zżymać się na polityczne wolty i piruety Donalda Trumpa, można wykpiwać jego karykaturalny narcyzm, ale ogromnym błędem byłoby niedocenianie międzynarodowych następstw krucjaty ideologicznych spadkobierców białych supremistów.
Siły polityczne w Europie, ideowo bliskie ruchowi MAGA, lgną do obozu trumpistów, licząc na wsparcie w walce o władzę i przeciwko znienawidzonej Komisji Europejskiej, która zmusza ich do poszanowania zasad demokracji i praw mniejszości, dbałości o środowisko oraz do innych bzdurnych zachowań. Administracja Trumpa odpowiada radośnie i pozytywnie: chwali ultranacjonalistyczne partie za opór przeciwko Brukseli i obiecuje, że USA zrobią wszystko, co możliwe, aby pomóc Europie „skorygować jej obecną trajektorię”. Pisząc inaczej: USA popierają takie siły polityczne jak Alternatywa dla Niemiec (AfD), polskie PiS, węgierski FIDESZ, francuskie Zjednoczenie Narodowe i Partię Reform w Wielkiej Brytanii, aby dążyć do zmiany reżimów w Europie. Ostatecznie, Stany Zjednoczone mają w tym wprawę – historycy amerykańscy policzyli, że w ciągu 250 lat swojego istnienia USA około 120 razy próbowały dokonać zmiany reżimów w innych państwach, z czego kilkadziesiąt razy skutecznie.
Marco Rubio odwiedził Bratysławę i Budapeszt nie tylko po to, aby przekonywać Słowację i Węgry do zrezygnowania z zakupów węglowodorów od Rosji. Sekretarz stanu USA udzielił wsparcia rządom ideologicznie bliskim Trumpowi i ruchowi MAGA. Doradca Trumpa Alex Brusewitz spotyka się z przywódcami AfD w Berlinie i głosi, że ruch MAGA w USA ma wspólną sprawę z niemiecką partią AfD. Lider brytyjskiej partii Reform Nigel Farage, czołowy przeciwnik UE na Wyspach, regularnie odwiedza Waszyngton. Posłowie PiS podskakują pociesznie w czerwonych czapeczkach na znak wielkiej szczęśliwości z powodu zwycięstwa Trumpa w wyborach i blokują projekt SAFE, rozszerzający integrację europejską na sferę obronności…
W świecie realnej polityki, w którym głównymi aktorami pozostają państwa, V Międzynarodówka, podobnie jak poprzednio Kominterny, działa w interesie państwa, będącego nosicielem i promotorem ideologii. Podległe Państwu-Centrali partie i kraje płacą trybut – składki, zakupy broni, lojalność, zjednywanie nowych zwolenników, zwalczanie wspólnych przeciwników. A wszystko pod wielkimi szlachetnie brzmiącymi hasłami, w imię których ruszają na krucjatę przeciwko zmruszałym siłom starej Europy.
Do zdobycia mają cały świat.
Joanna Wilengowska – pisarka i dziennikarka, założycielka pisma literackiego „Portret” jest autorką kilku książek (m.in. Japońskiej wioski i Zębów), ale popularność przyniosła jej dopiero trzecia – Król Warmii i Saturna (2024), za którą zdobyła Nominację do Paszportów „Polityki”, Europejską Nagrodę Literacką „Angelus”, Nagrodę na Festiwalu w Gdyni w kategorii esej i Nagrodę Literacką Warmii i Mazur. Ta niepozorna, licząca niewiele ponad 160 stron (z aneksem zawierającym „słówka i powiedzonka”) książka zdobyła uznanie publiczności i krytyki za prezentację niewielkiej, warmińskiej grupy etnicznej i za oryginalny język – mieszaninę warmińskiego, polskiego i niemieckiego. Jej bohaterami są dwie osoby: Ojciec i Córka, zajmujący niewielkie mieszkanie w olsztyńskim wieżowcu. Ojciec to tytułowy król Warmii i Saturna. Córka przejęła po nim świadomość swojej narodowościowej odrębności. Demografowie mogliby się zżymać: a cóż to za grupa, gdy deklarujący podczas spisu powszechnego narodowość warmińską to zaledwie sto czterdzieści osiem osób. Z takimi ankietami bywa jednak różnie, często wyniki zależą od postawionego pytania. Podobnie bywa z plebiscytami. W 1920 r. podczas plebiscytu o przynależność do Polski lub Niemiec zapytano głosujących o wybór między Polską a Prusami. Wilengowska tak to opisuje: „Jakich welunków (wyborów) dokonywali moi przodkowie? W plebiscycie w 1920 roku zapisanym w traktacie wersalskim […] moi praszczurowie głosowali za Prusami Wschodnimi. Bo na karcie do głosowania nie było napisane Polska i Niemcy, tylko Polska i Prusy Wschodnie. Głosowali racjonalnie, za swoją ojczyzną. Mieszkali na Warmii, w Prusach Wschodnich; wpływy polskie skończyły się tu w 1772 roku. Nawet nie wiem, czy o tym pamiętano, nie sądzę”[1]. Władze zajęte wojną z bolszewikami, z Piłsudskim zapatrzonym w Kresy, nie zadbały o należytą organizację i agitację za polskością tych ziem.
Polacy często mylą Warmię i Mazury, tej drugiej używając na określenie całego regionu. Tymczasem różnice są znaczne: Warmia to dawne Prusy Królewskie, należące do Korony Polskiej (jako jej prowincja) od czasów pokoju toruńskiego, a więc od 1466 r. Mazury zaś to Prusy Książęce, powstałe po „hołdzie pruskim” z 1525 r. W roku 1618 zostały połączone unią z Brandenburgią, od 1657 r. stały się – jako odrębne państwo – lennem Rzeczypospolitej. W 1701 r. przekształciły się w Królestwo Prus. Choć Prusy Królewskie obejmowały – obok Warmii – także Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską i ziemię malborską, to Warmia stanowiła wydzieloną strukturę – dominium chełmińskie, podległe miejscowym biskupom. Najważniejsze miasta Warmii to Olsztyn (dziś stolica województwa warmińsko-mazurskiego), Braniewo, Orneta, Lidzbark Warmiński, Biskupiec, Reszel, Dobre Miasto, Barczewo, Pieniężno, Frombork. Mazury, nazywane krainą wielkich jezior, obejmują miasta (poza należącymi obecnie do Rosji, w tym Królewcem): Ełk, Ostróda, Mrągowo, Giżycko, Kętrzyn, Szczytno, Działdowo, Pisz.
Warmia była katolicka, Mazury ewangelickie. To bodaj różnica najważniejsza obok odmiennego statusu państwowego w XVI i XVII w. Ale i tak obie krainy weszły w skład Królestwa Prus po I rozbiorze w 1772 roku. Gdyby szukać innych różnic: Warmia to historia i kultura, tu mieszkali i działali Mikołaj Kopernik i Ignacy Krasicki (ksiądz biskup warmiński), Eneasz Sylwiusz Piccolomini (późniejszy papież Pius II), Stanisław Hozjusz, Jan Dantyszek i Marcin Kromer. „[…] Na tle europejskim dorobek umysłowy Warmii, jej wkład w ogólnopolskie dziedzictwo kulturalne jest o wiele znaczniejszy niż wskazywałoby na to jej niewielkie terytorium. Mazury to przede wszystkim kraina wielkich jezior znana z ruchu turystycznego”[2]. Tu znajdują się największe polskie śródlądowe akweny, z jeziorem Śniardwy na czele. Warmia jest pod tym względem uboższa. Największe z jezior Łańskie i okoliczne lasy znane były w czasach PRL tylko nielicznym, tu mieścił się owiany tajemnicą ośrodek dla najwyższych osobistości partyjnych i państwowych oraz ich zagranicznych gości. O tereny do polowania dbał za czasów Gierka i Jaroszewicza dyrektor biura administracyjnego URM Kazimierz Doskoczyński, który mocno dał się we znaki mieszkańcom tej ziemi. Wielu wyjechało, odebrano im ziemię.
Najtrudniejsze dla Warmiaków lata to wkroczenie Armii Czerwonej na tereny Warmii i Mazur. Autorka sięga do rodzinnych wspomnień: „Prusy Wschodnie jako pierwsze przyjęły impet walącej na zachód Armii Czerwonej, w której, owszem, byli też Ukraińcy. Wszystkich miejscowych traktowała jako Niemców i Niemki; nie mieli szans. Wszyscy byli Germańcami. Mordy i gwałty, rabunki, plądrowanie, wymuszanie. I jeszcze raz, i kolejny, w potępieńczej repetycji, mordy i gwałty. Podpalanie domów i ludzi. Zakopywanie żywcem, odrąbywanie części ciała. Sranie na stoły, żeby zostawić pamiątkę. Pełny repertuar wojennej grozy. Produkcja traum na kilka pokoleń, ot tak, jak splunąć”[3].
Joanna i Zygfryd Wilengowscy są świadomi odrębności swojej rodziny, jej losów i własnej warmińskiej tożsamości. Spojrzenie na ludność Warmii in corpore nie potwierdza tej konstatacji. Dziś większość mieszkańców tej ziemi to ludność napływowa, głównie migranci z terenów południowo-wschodniej Polski, przesiedleni na te tereny po akcji „Wisła”. Gros ludności autochtonicznej wyjechało w różnym czasie, część ewakuowała się pod koniec wojny, część po poluzowaniu polityki emigracyjnej w latach Edwarda Gierka, raczej ze względów ekonomicznych niż politycznych. Migracje, różne ich przyczyny, dramatyczne wojenne wspomnienia sprawiły, że na Warmii zmniejsza się liczba Warmiaków. Ci, którzy pozostali, czują swoją obcość w obliczu ludnościowych i kulturowych transferów. „Obcy we własnym domu. Tak chyba można określić sytuację, a zarazem stan ducha ojca. Warmiacy musieli zmienić kraj, porzucić go. I to w równym stopniu ci, którzy wyjechali, jak i ci, którzy zostali. Zostali na miejscu, ale już nie u siebie. Także ci, którzy wyjechali, już nigdy nie byli u siebie. Nie mogli mówić, że są tutejsi, już nie byli tutejsi nigdzie”[4]. Przypomniało mi to opowieści mojego nieżyjącego Przyjaciela, notabene profesora językoznawstwa, urodzonego w Czerniowcach na północnej Bukowinie, w latach gdy Bukowina należała do Rumunii (dziś do Ukrainy). Wyemigrował do Polski z rodzicami, utożsamiającymi się z polskością. W Polsce uważano go za Rumuna, w Warszawie (gdzie studiował) za Ślązaka, w Monachium, gdzie pewien czas pracował, za Polaka. Wszędzie był obcy. Jak widać narodowa, nacjonalistyczna identyfikacja niesie za sobą ryzyko kolosalnego błędu.
Ojciec i Córka utożsamiają się ze swoją „małą ojczyzną”. Jednym, być może głównym jej wyróżnikiem jest język. Starannie odnotowują i konserwują słownictwo, formy gramatyczne, różnice fonetyczne. Znów odwołam się do przyjacielskich doświadczeń: rodzice mego Przyjaciela porozumiewali się w wielonarodowej społeczności w Czerniowcach w pięciu językach, w zależności do tego, gdzie i z kim rozmawiali: w urzędzie po rumuńsku, w banku po niemiecku, na bazarze lokalną odmianą jidysz, na wsi po ukraińsku, w domu po polsku[5]. Warmiacy swobodnie używają polskiego, niemieckiego i własnego – warmińskiego. Ale nie tylko chodzi o język. Przechowują własne obyczaje, stroje, sposób przyrządzania wielu potraw. Czy te odmienności przetrwają? Na razie Król Warmii i Saturna czuwa na przestrzeganiem rytuału. Joanna swoją książką uczyniła z Warmii, jej języka i obyczajów strukturę żywą, wartą utrwalenia. Każdy, kto ją przeczyta, nie pomyli Warmii z Mazurami, zapamięta warmińskie miasta. Nie powie, że Olsztyn to Mazury.
Świetna książka.
Andrzej ŻOR
[1] Joanna Wilengowska. Król Warmii i Saturna, Wyd. Czarne, Warszawa 2024, s. 76.
[2] Wikipedia: Starostwo powiatowe w Olsztynie. Warmia krainą historyczną.
[3] Joanna Wilengowska. op. cit., s. 99–100.
[4] Joanna Wilengowska op. cit. s. 72–73.
[5] Kazimierz Feleszko, Bukowina – moja miłość. Język polski na Bukowinie Karpackiej do 1945 r. Instytut Slawistyki PAN, Warszawa 2002 r.
Druga połowa XIX w. i początek następnego to okres erupcji różnego rodzaju stowarzyszeń turystycznych w całej Europie. Rozpoczęło się na Wyspach Brytyjskich, ciekawość świata, a przede wszystkich możliwości finansowe były tam większe niż w pozostałych krajach. Dość szybko jednak pokazali się naśladowcy w Niemczech, Szwajcarii, Austrii, gdzie otoczenie (Alpy) prowokowało do turystycznej aktywności; do wejścia na ten czy tamten szczyt, zobaczenia, co jest za tamtą przełęczą, zetknięcia się z innymi ludźmi. Wyrazem tego na terenach polskich było założenie w 1873 r. Towarzystwa Tatrzańskiego, a co ważniejsze konsolidacja (to był proces ciągły) elity intelektualnej Galicji Zachodniej.
W tych latach (tj. po uzyskaniu przez prowincję autonomii w ramach zreformowanego Cesarstwa Habsburgów) Lwów, prócz miejsca urzędowania Namiestnika władzy cesarskiej, stał się siedzibą Parlamentu Galicyjskiego, czyli najwyższej władzy przedstawicielskiej, a także Szkoły Politechnicznej (o statusie pełnoprawnej Cesarskiej Uczelni Wyższej) i Uniwersytetu Franciszkańskiego (to oficjalna nazwa tej uczelni do 1918 r.). Liczba wykładowców, liczba studentów, zakres badań i nauczania (powiększający się w zasadzie bez przerw i zawirowań) przekształciły obie uczelnie w wiodące ośrodki życia akademickiego w całym Cesarstwie Austro-Węgierskim. Co ważne, stanowiły centra przyciągające kadrę i studentów z innych zaborów (szczególnie z tzw. Kongresówki).
Należy też pamiętać, że tak Lwów, jak i jego bliższe i dalsze okolice (a im dalsze, tym bardziej) stanowiły mozaikę kulturową, językową, narodowościową i wyznaniową. Potwierdzały to pierwsze i dalsze wyniki wyborów do Galicyjskiego Sejmu. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że mieszkańcy Galicji początków XX w. różnorodność mieli na co dzień i na każdym kroku. Nie musieli jej się uczyć jako innych wymiarów, natomiast mogli i – ze względu na swój potencjał intelektualny – znaczna grupa chciała ten świat zobaczyć, lepiej poznać i zrozumieć. Pobliskie grzbiety Karpat, zlewnia Morza Czarnego, społeczności huculskie, łemkowskie, osadnictwo węgierskie i słowackie na tzw. Zakarpaciu, setki sztetli, dwory i dworki pielęgnujące herbowe tradycje, nadawały tej mozaice niepowtarzalny koloryt. Trudny do wyobrażenia, a tym bardziej poznania w innych miejscach ówczesnej Europy.
Zebranie założycielskie Akademickiego Klubu Turystycznego odbyło się 29.04.1906 r. w sali Uniwersytetu Lwowskiego, za aprobatą Rektora[1], a pierwszym prezesem wybrano Mieczysława Orłowicza. Orłowicz pozostawał prezesem AKT przez pierwsze 5 lat. Historia aktywności Klubu w roku powstania i latach następnych jest dość dobrze udokumentowana i opisana[2]. Dbał o to Orłowicz, zarząd klubu i inni członkowie, którzy czuli się w obowiązku utrwalania dokonań ku pożytkowi publicznemu wówczas i w późniejszych latach[3].
Jednym z ważniejszych przejawów tej pracy kronikarskiej były sprawozdania z każdego wyjazdu klubowego, wymagane przez władze uczelni, ale przede wszystkim zarząd klubu. Wbrew skrzywieniu biurokratycznemu, jakie towarzyszy ludziom od lat II wojny światowej sprawozdania AKT Lwów były traktowane jako kronikarska misja i wkład członków Klubu dla ludzkości, zgodnie z posłannictwem oświeceniowym: podzielić się swoją wiedzą z innymi, bo po to została zdobyta. Orłowicz do tego aspektu funkcjonowania Klubu przywiązywał niezwykłą wagę.
W późniejszych ocenach działalności lwowskiego AKT przedmiot sprawozdań urósł wręcz do symbolicznego znaczenia; poznać własnym doświadczeniem, przeżyciem, zrozumieć i dzielić się tym z innymi; często pro publico bono. W odróżnieniu od klubów brytyjskich, niemieckich bądź austriackich, dla których element tożsamościowy był oczywisty, w działaniach AKT Lwów, w deklaracjach i postawach podkreślano organiczne znaczenie wiedzy i umiejętności turystyczno-krajoznawczych dla kształtowania postaw patriotycznych, co znalazło potwierdzenie przy oddziaływaniu Orłowicza jako Pierwszego Urzędnika II RP odpowiedzialnego za turystykę.
Ta popularyzacja, upowszechnianie, pielęgnowanie Orłowiczowskiego „długodystansowego wędrowania”, stawały się z upływem czasu coraz bardziej oswojone w środowisku krajoznawców, turystów, naukowców, nawet polityków. Zawsze w intencji ich autorów miały komuś i czemuś służyć; na różnych poziomach, od lokalnej odwiedzanej społeczności, po władze państwowe w przyszłej odrodzonej, niepodległej Polsce. Orłowicz szczególnie podkreślał, nie tylko pionierskie działania AKT Lwów, ale przede wszystkim organiczne znaczenie wiedzy i umiejętności turystyczno-krajoznawczych dla kształtowania postaw patriotycznych przed 1918 r. i państwowych po odzyskaniu niepodległości. „Jesteś tylko warty, ile jesteś w stanie poznać, zrozumieć, przekazać i spożytkować”. Jednolitość instynktu poznania, zrozumienia i popularyzacji była w AKT Lwów niekwestionowaną oczywistością.
Kapitał intelektualny skupiony wewnątrz i wokół Klubu w tych latach był znaczny i prężny. Późniejszy rozwój nauki, kultury, umiejętności pragmatycznego działania (także prakseologii jako nauki), a także i samej turystyki potwierdził efektywność tego potencjału.
Taką misję nakreślił sobie Orłowicz, taką starał się popularyzować i realizować w swojej aktywności społecznej i zawodowej i taką zaszczepił u tysięcy swoich następców, zarówno w latach 1918–39, jak i po 1945 r. Warto przypomnieć, że jako najwyższy urzędnik od turystyki w Ministerstwie Komunikacji II RP wydał zarządzenie, by wszystkie przedziały pociągów PKP (tam, gdzie rodzaj taboru na to pozwalał) były zdobione zdjęciami krajoznawczymi z każdego dostępnego regionu Polski. Te fotografie, których celem było popularyzowanie walorów turystycznych, unikalnych, atrakcyjnych widoków itp., przetrwały do końca lat 80. XX w. Pytaniem, na które może by warto było poszukać odpowiedzi, jest, czy któreś inne koleje europejskie też stosowały ten sposób zachęty i popularyzacji, a jeśli tak, to które i kiedy?
Można byłoby oczekiwać, że po skończeniu podwójnych studiów, zrobieniu doktoratu i angażowaniu się w działalność państwową Orłowicz zmniejszy aktywność, ograniczy podróże i siłę oddziaływania na bliższe i dalsze otocznie, tak w układzie formalnym, jak i towarzyskim. Nic takiego nie nastąpiło. Widząc potrzeby i możliwości, jakie wynikały z gigantycznych przemian demograficznych i kulturowych związanych z objęcia polską pieczą nowych terenów tzw. poniemieckich (z setkami tys. km kw. powierzchni, milionami przesiedleńców i setkami milionów problemów), mocno zaangażował się w prace różnych ciał i instytucji pracujących nad unilateralnością Polski po 1945 r.; na tyle rzetelnie, na ile pozwalała mu na to niemała wiedza i doświadczenie.
Rok 1956 zapisał się w historii światowej, europejskiej i wielu krajów (niektórych wspólnie, niektórych z osobna) jako rok niezwykły. Tak też było w wymiarze bardziej przyziemnym, namacalnym, odczuwalnym przez ludzi i ich bliższe bądź dalsze otoczenie; niekiedy formalne, czasami nie.
Mając na względzie 50. rocznicę powstania lwowskiego AKT, M. Orłowicz doprowadził do Wycieczki jubileuszowej AKT na przełomie maja i czerwca 1956 roku[4]. Warto przy odnotowaniu tego wydarzenia zwrócić uwagę na dwa fakty. Po pierwsze, po pięćdziesięciu latach część osób odczuwała te same emocje, wartości i wspólnotę, co w diametralnie innych okolicznościach w 1906 r. w czasie panowania austrowęgierskiego cesarza. Mimo zmiany teatru i dekoracji, idee pozostały te same (motywy, postawy, sprawdzone sposoby działania i efektywność). Na jubileuszowe spotkanie przybyło ponad 20 członków AKT, którzy działali w latach 1906–14. Drugim znamiennym wydarzeniem było uczestnictwo w krakowskiej sesji wybitnych przedstawicieli polskiej nauki. Należy tu wymienić m.in. profesorów: W. Goetla, Z. Klemensiewicza, W. Szafera. Można to oznaczyć podwójną implikacją: jak dużą wagę w dalszym ciągu przywiązywał M. Orłowicz (i osoby z jego dawnego otoczenia) do bezpośrednich kontaktów z ludźmi nauki oraz w jaki sposób luminarze nauki postrzegali wartości kreowane i niesione (rozsiewane) przez działalność organizacyjną, krajoznawczą i turystyczną, tak jak rozumiał ją i praktykował Orłowicz.
Trudno przesądzić, czy ów jubileusz lwowskiego AKT, czy powiew wolności edycja „56”, czy wrocławski genius loci bądź jakieś inne dodatkowe (a sprawcze) elementy sprowokowały studentów dwóch największych uczelni Wrocławia do założenia Akademickiego Klubu Turystycznego Wrocław[5]. Inicjatorzy przede wszystkim zwrócili się do Orłowicza z pytaniem, czy mogą skorzystać z takiej nazwy i co sądzi on na temat ponownej materializacji swojej idei. Orłowicz wyraził aprobatę i zadowolenie, a jednocześnie w liście do inicjatorów napisał: „Jedni nie umieją prowadzić pracy turystycznej, drudzy nie chcą jej prowadzić, a tego rodzaju instytucje stoją właściwie na jednostkach pełnych zapału, chętnie poświęcających swój czas, mających świadomość celu i znajomość środków wiodących do celu. Jeśli takich znajdziecie, to pojedziecie, jeżeli nie znajdziecie, to upadniecie …”[6].
Tym samym, jako doświadczony organizator, pragmatyk, człowiek wielu punktów widzenia, zwrócił uwagę na kwestię absolutnie kluczową dla ewentualnego sukcesu lub porażki, czyli jakość kadr (obecnie częściej nazwaną twardymi i miękkimi kompetencjami). Powstanie Akademickiego Klubu Turystycznego we Wrocławiu z jednej strony było pomostem czerpiącym i nawiązującym do idei lwowskich: poznać, zrozumieć, spopularyzować, ochronić, z drugiej, tworzącym płaszczyzny realizacji własnych pasji i zainteresowań, w równym stopniu powiązanych z profilem studiów i przyszłą pracą zawodową, jak i równie często w odmiennych sferach spektrum aktywności człowieka. Oznacza to, że swoje miejsce znajdował tu geolog, który później chodził całe życie z geologicznym młotkiem i mapą np. osadów jurajskich, jak i inżynier elektryk lub rusycysta, który jako nauczyciel miał skłonność do wycieczek z młodzieżą, bądź polonista zatrudniony w urzędzie miasta.
Wydarzenie wrocławskie było też katalizatorem, który wywołał lawinę. Akademickie kluby turystyczne zaczęły powstawać we wszystkich większych (a potem także mniejszych) miastach, gdzie funkcjonowały uczelnie wyższe. Inicjatywy i ludzie, którym coś się chciało, ujawnili się nie tylko w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Gliwicach, ale także w Gdańsku, Toruniu, Łodzi, Szczecinie, itd. Niekiedy były to afiliacje przy Radach Okręgowych ZSP, czasami przy Radach Uczelnianych tej organizacji (np. Uniwersytet Warszawski, Politechnika Warszawska, Politechnika Gliwicka). Część klubów rejestrowała się także jako koła PTTK. Z reguły był to wewnętrzny wybór członków w zależności od tego, jak widzieli swoją rolę uczestników, organizatorów i popularyzatorów turystyki i krajoznawstwa[7]. Były to organizmy naturalne i żywe, przez co nie tylko powstawały, ale jak przewidująco zauważył znający życie turystyczne i organizacyjne Orłowicz, niekiedy przy słabych (słabszych) kadrach – upadały. Zasadniczo tylko środowisko wrocławskie i warszawskie doczekały się w miarę całościowych monografii swoich aktywności turystycznych po 1956 r.[8]. Przeglądając te pozycje, można się zorientować w mnogości bytów, ich różnorodności pod względem profilu działania, terenów, na których koncentrowały (koncentrują) swoją aktywność, dbałości o zachowanie pamięci i kilku innych cech lub wyróżników[9].
Z biegiem czasu, tak jak u wszystkich organizmów żywych, pojawiło się różnicowanie funkcji i specjalizacja. Powstawały odrębne kluby (bądź sekcje) przewodników górskich i/lub terenowych, kluby kajakowe, rowerowe, żeglarskie, narciarskie, jeździeckie, płetwonurków, alpinistów itd. Formy aktywności warunkowane były jedynie zainteresowaniami członków, tradycją, do której się wchodziło (jeśli kluby tę tradycję miały) i wymogami formalnymi w niektórych przypadkach. Na przykład uprawnienia przewodnika lub organizatora turystyki wynikały z regulacji państwowych.
Tradycja była istotnym elementem budowania tożsamości klubów. W latach 70. kluby „stare” obchodziły z właściwą celebrą swoje 15-lecie lub 20-lecie, zapraszały władze uczelni, przedstawicieli zarządów (PTTK) i rad (ZSP/SZSP), swoich prominentnych członków (lub byłych członków), którzy zdążyli zostać profesorami, dyrektorami albo dziennikarzami. Kluby młodsze także widziały w tym wartość, jak na przykład obchodzący 5-lecie Klub Strażników Ochrony Przyrody „Ucho Łosia”[10].
Zasady członkostwa każdy klub ustalał sobie sam, przy czym sytuację w tym zakresie można nazwać pewnym twórczym chaosem. Podstawowe regulacje, także dotyczące członkostwa, zawarte były w statucie. Niekiedy przy jego układaniu wspomagano się wzorem AKT Lwów, w innych przypadkach standardami PTTK, w jeszcze innych podpatrywano, co zrobili klubowicze z sąsiedniego wydziału lub uczelni i opracowywano własną (lub prawie własną) wersję. Czy były przypadki, że dziekani lub rektorzy wykazywali specjalną troskę o zapisy statutowe albo robiły to rady ZSP/SZSP? Z pewnością tak, gdyż wynika to ze statystycznego rozkładu i występowania nadgorliwców. Generalnie można jednak przyjąć, że statuty i zasady były układane (stosowane) przez samych członków klubów. Były też weryfikowane w trakcie działalności.
Tu wchodzimy jednak na pewien grząski grunt pokusy generalizacji. Akademickich klubów turystycznych w latach 70-tych było kilka setek. Każdy miał odrębna historię, różnych niekiedy wyrazistych liderów i ciała stanowiące, własną hierarchię celów programowych i działań, także różne oceny swoich członków i ewidencji działań. Każdy klub był swoistym niepowtarzalnym bytem, co wiązało się autentycznością, spontanicznością i możliwością wdrażania własnych pomysłów, oczywiście po zdobyciu umiejętności i doświadczenia zapewniającego bezpieczeństwo.
Pytanie, ile było akademickich klubów turystycznych np. w połowie lat 70-tych, nie może przynieść rzetelnej odpowiedzi, gdyż nikt tego nie wie. Co ważniejsze, odpowiedź taka byłaby pozbawiona poznawczego sensu, czyli nie prowadziła do użytecznych wniosków. Kluby jako organizmy żywe, choć w pewnym stopniu sformalizowane, łączyły się, dzieliły, zawieszały działalność, reaktywowały, także upadały (zgodnie z „prawem Orłowicza”). W tym też wyrażała się ich spontaniczność, autentyzm i słaba podatność na sterowalność, której niekiedy oczekiwały władze polityczne. Kiedy w 1970 r. przypadała okrągła rocznica urodzin W.I. Lenina, zwycięskim hasłem podczas zakończenia imprezy ogólnopolskiej (pod auspicjami ZSP i PTTK) dla kilkuset osób było: „Lenin z nami nad Wigrami”. Sytuacja ta świadczy o raczej „elastycznym” podejściu do oficjalnego zadęcia i nadęcia.
Wracając do źle postawionego pytania, zawiera ono jeszcze tę pułapkę, że konkretna wielkość na każdy dzień mogła być inna. Bliższe rzetelności mogą być szacunki ówczesnych obserwatorów życia akademickiego, którzy podają, że akademickich klubów turystycznych w połowie lat 70-tych było kilkaset[11], a liczbę ich członków można szacować na kilkanaście tysięcy. Jeśli dodamy do tego jakość w postaci kwalifikacji (przewodnickiej, przodownickiej, instruktorskiej), potencjału intelektualnego i efektywności organizacyjnej – trudno uznawać tę grupę za marginalną czy mało znaczącą.
Niezwykle istotną cechą akademickich klubów turystycznych w latach 60-tych i 70-tych XX w. była funkcjonalna, organizacyjna i personalna symbioza pomiędzy nimi a Biurem Podróży i Turystyki Almatur. Biuro powstałe w 1956 r. (jeszcze z dodatkowym desygnatem „Wczasów” jako kontynuacja tradycji „Bratniaka”) jako wyspecjalizowana i licencjonowana (przepisami państwowymi do organizacji wyjazdów np. zagranicznych), komórka przy Radzie Naczelnej ZSP. Mniej istotne jest, że zgodnie z prawami wzrostu i rozrostu organizacji biurokratycznych, BPiT Almatur z biegiem lat miał coraz więcej komórek, wyznaczonych funkcji, celów i pracowników.
To, co należy oceniać jako swoisty fenomen, to współdziałanie i ścisła kooperacja pomiędzy tymi dwoma tworami pozornie różnej rzeczywistości: z jednej strony tworem biurokratycznym, z drugiej – kadrą turystyczną skupioną w AKT-ach, czyli działaczami społecznymi, gdzie każdy był kreatorem własnego bytu, podług własnej fantazji i zawsze mogło powstać ryzyko, że „mu/im się nie zachce”.
Przedstawiając tę relację w koniecznym skrócie, można powiedzieć, że przy całości oferty, jaką w ciągu roku firmował Almatur (także sezon zimowy był bardzo ważny), w zakresie wszystkich aktywnych (w tym wędrownych) form turystyki, korzystał z kadry skupionej w Akademickich Klubach Turystycznych. Dotyczyło to rejsów i szkoleń żeglarskich, szkoleń alpinistycznych, spływów kajakowych, wędrówek pieszych po górach i nizinach, obozów narciarskich itd., itd. Żadne inne biuro ani organizacja nie dysponowała taką ilością i jakością kadry prowadzącej, jak Almatur. Z drugiej strony rzesze przewodników, przodowników, instruktorów, organizatorów dzięki obsłudze imprez Almaturu mogły mieć satysfakcję z samorealizacji i wzrostu własnych kwalifikacji (dzięki większemu stażowi, czyli doświadczeniu, podwyższenia swojej klasy uprawnień). Przedstawiając tę niezwykłą kooperację, należy wspomnieć, że Almatur sam z siebie jako skromny, mały twór biurokratyczny nie mógł w zasadzie ani programowo, ani organizacyjnie niczego sam programować bądź organizować. W praktyce za wszystkimi inicjatywami, pomysłami, zmianami itp. stała kadra skupiona w AKT-ach. Powyższa zależność dotyczyła także baz namiotach, bazy całorocznej np. w Beskidach, ośrodków żeglarskich bądź jeździeckich. To sprzężenie zwrotne pomiędzy pozornie tak odległymi rodzajami bytów, jak klub turystyczny i biuro przez szereg lat przynosiło niezwykle efektywne rezultaty.
Należy wspomnieć o jeszcze jedynym, finansowym aspekcie tej konfiguracji. Wprawdzie pieniądze w tzw. realnym socjalizmie nie odgrywały pierwszoplanowej roli, niemniej na poziomie jednostek, grup i państwa nie można ich było pominąć. Po konsolidacji struktur organizacji młodzieżowych (1973 r.) SZSP stało się w praktyce monopolistycznym adresatem środków zapisanych w budżecie państwa dla zapewnienia wypoczynku młodzieży akademickiej. Z jednej strony przebarwiało to krajobraz w kierunku samorządności: „niech się studenci sami rządzą”, pod warunkiem, że odpowiedzialnie, cokolwiek to oznaczało. Z drugiej strony beneficjentami środków budżetowych tak zapisanych musieli być a priori wszyscy studenci, nie tylko członkowie SZSP (tych liczba ani w wartościach bezwzględnych, ani względnych nie miała tendencji rosnącej). Tercio, organ naczelny ZSP/SZSP i podległe mu struktury były odpowiedzialne za przetworzenie pieniędzy na wypoczynek studentów. Nominalnie odpowiadały za to komisje turystyki i sportu przy radach i zarządach. Te jednak, kierując się zdrowym rozsądkiem i pragmatyzmem, jako końcowych organizatorów wskazywały akademickie kluby turystyczne, gdyż tam byli skupieni kompetentni i chętni, mogący zorganizować spływ, obóz, wędrówkę, a przy okazji spełnić własne pomysły, pogłębić kwalifikacje, nabyć nowe doświadczenia. W ten sposób ciastka były ze smakiem jedzone i – wbrew porzekadłu – było ich coraz więcej. Sytuacja godna pozazdroszczenia i rzeczywiście ludzie działający w innych organizacjach młodzieżowych niekiedy dawali temu wyraz.
Zarysowane w poprzedniej części pewne charakterystyczne cechy podmiotowe i przedmiotowe akademickich klubów turystycznych, cele, którym służyły, powiązania zewnętrzne i warunki działania nie dają jeszcze informacji o pewnych relacjach kształtujących się niejako pozastatutowo, a mających istotny wpływ na to, czym były AKT-y dla ich członków, a także bliższego i dalszego otoczenia. Poniżej kilka płaszczyzn, na których były one widoczne, jednocześnie odróżniając te grupy od innych bytów społeczno-organizacyjnych w owym czasie.
Społeczności AKT działały aktywnie m.in. na rzecz ochrony przyrody, krajobrazu i zabytków[12]. Sprzyjały temu niektóre cechy socjo-demograficzne bycia studentem: młody wiek, brak obowiązków zawodowych, na ogół brak obowiązków rodzinnych, otwartość na pewne prądy kulturowe i mody pojawiające się w Europie i USA.
Dzięki kapitałowi intelektualnemu oraz pewnym wzorcom rozwijanym przez życie i tradycje klubowe, że coś wypada, a coś nie, że członek klubu powinien coś zrobić, bo tego wymaga klubowa konwencja, można było tworzyć mikroświaty bez nadmiernej presji światów makro. Jednocześnie nie były to światy odseparowane od siebie, gdyż miały okazję na spotkania i wymianę doświadczeń, opinii, wniosków.
Ponadprzeciętne kompetencje, spora autonomia, poczucie własnej roli i odpowiedzialności (niekiedy misji) sprawiały, że można w AKT-ach doszukiwać się zalążków społeczeństwa obywatelskiego, w czasach, kiedy to słowo nie było w Polsce używane. Niekiedy jednak przez Klub i instancje SZSP bądź PTTK, przy której był afiliowany, kwestia tzw. obywatelskiej postawy była podnoszona z aprobatą i pozytywnymi konotacjami, choć nie zawsze obie strony (klub i macierzysta organizacja) rozumiały przez to to samo.
Innym, ważnym wyróżnikiem jakości działań w AKT-ach było poczucie odpowiedzialności, jakie wiązało się z prowadzeniem jakiejkolwiek imprezy, a na tym w pewnym stopniu zasadzało się życie klubowe i sens bycia w klubie (co sygnalizowano w pkcie 2). Prowadzący/klubowicz z chwilą objęcia funkcji brał na siebie obowiązek dbania, by wszyscy wrócili cało i zdrowo, by nie narażać uczestników na zbytnie ryzyko. Niektóre kluby i ludzie kadry w tych oczekiwaniach szli jeszcze dalej: by uczestnikom impreza się tak podobała i chcieli dać się wciągnąć w ten czy inny rodzaj turystyki, niekiedy wręcz skaptować do klubu jako „narybek”. Im dyscyplina turystyki była bardziej specjalistyczna, a rodzaj działania bardziej wymagający, tym odpowiedzialność kadry była większa (vide: przewodnik górski na tatrzańskim szlaku, niedzielna wycieczka po Puszczy Kampinoskiej). Zawsze była to odpowiedzialność interakcyjna, a nie skupiona na sobie.
Drugim wymiarem odpowiedzialności kadry prowadzącej była sfera finansowa. W praktyce każda impreza poprzedzona była jakiś kosztorysem, kosztorys zawierał pozycje wydatków (w tym wydatki gotówkowe) i na to z reguły potrzebna była zaliczka, a później rozliczenie. Przepisy nie były specjalnie skomplikowane, ale przy większych grupach i dłuższych wyjazdach (np. zagranicznych) były to często spore kwoty. W trakcie imprezy trzeba je było w miarę sensownie wydawać, tak by wystarczyło na wszystko, co zaplanowane i dla każdego uczestnika. Kluby w ramach szkoleń na swoje ogólne lub specjalistyczne uprawnienia miały tematykę przepisów finansowych i rozliczeń jako zajęcia obowiązkowe. Biegłość w finansach podnosiło poziom kadry AKT-ów na kolejny szczebel, z drugiej strony powiększając jej poczucie autonomii (przy korzystaniu z mechanizmu psychologicznego: im więcej umiem, tym mogę być bardziej niezależny).
Kolejną cechą wyróżniającą zachowania AKT-ów były kontakty, powiązania celowe i/lub funkcjonalne, okazjonalne a niekiedy wieloletnie, pomiędzy poszczególnymi klubami i społecznością lokalną. Imprezy organizowane przez szereg lat w ten sam region, czasami w te same miejsca wytwarzały naturalną potrzebę nawiązywania nierutynowych kontaktów, wykraczających poza powierzchowne relacje przyjeżdżający-przyjmujący. Po stronie społeczności odwiedzanych można tu wskazać nie tylko władze województwa i powiatu, ale w pierwszej kolejności gminy, wsi, a w wymiarze spersonalizowanym: sołtysa, parafialnego księdza, kierownika i nauczycieli miejscowej szkoły, zarządzającego skansenem, muzeum albo zabytkiem, przystanią bądź kolejką leśną, lasami państwowymi i twórców miejscowych (zespoły wokalno-taneczne, piszących o „swoim” prozą lub wierszem, rzeźbiarze – od świątków, ale nie tylko – fotograficy przyrody i krajobrazu, gawędziarze, kolekcjonerzy „wszystkiego”), drużyny harcerskie.
Często te relacje początkowo ze strony społeczności lokalnych były nacechowane niepewnością i dystansem, z czasem przeobrażały się w zażyłość i sympatie. Przedstawiciele AKT uzupełniali zasoby szkolnych bibliotek i organizowali prelekcje dla uczniów, oferowali pomoc w sporządzaniu dokumentacji dla skansenu, pomagali w remontach kościółków i innych obiektów wymagających wsparcia, nagłaśniali w swoich „wielkich miastach” lokalne problemy, np. uruchomienie (lub przywrócenie) połączenia komunikacyjnego, ratowanie zabytku albo objęcie terenu lub obiektu jakąś formą ochrony przyrody. Miało to miejsce m.in. w Bieszczadach, Gorcach, Sudetach, na Wolinie, nad Biebrzą i w wielu innych regionach Polski. W tym miejscu warto pamiętać, że reforma administracyjna z 1976 r., tworząca 49 województw, skutkowała krótszą drogą i możliwością bliższych relacji pomiędzy wojewódzkimi decydentami a „wielkomiejskimi mądralami” z AKT-ów. Przez szereg lat przynosiło to wymierne efekty obu stronom. Tę sferę aktywności powinno się traktować jako nowe wyzwania, nowe działania, poszukiwania nowych powiązań i celów, jeszcze jednej misji spójnej z innymi przejawami aktywności. Raczej nie powinno się w tym dostrzegać resentymentów „powrotów do przeszłości”, choć dbałość o wartości historyczne (wyrażająca się choćby w pamięci historycznej o zabytkach i rocznicach) pozostawała ważnym elementem postrzegania świata.
Członkowie akademickich klubów turystycznych na wszystkich etapach powstawania, działania i zmian, prócz powiązań formalnych wynikających z członkostwa, statutów i afiliacji, wchodzili w interakcje nieformalne, w kooperacje wynikające z sympatii, z zaufania do innych osób płynącego z bezpośrednich doświadczeń („kto jest co wart w praktyce, a nie deklaratywnie”), dzielenia wspólnych zainteresowań nie tylko do poznawania świata, ale w czytanych książkach, oglądanych filmach, w tematach dyskusji „o wszystkim” i formach tych dyskusji. Część osób przychodzących do klubu, prócz chęci poszerzenia swoich kompetencji, jeżdżenia, zwiedzania, organizacji dla innych, szukała też towarzystwa – i znajdowała. Trudno powiedzieć, czy ktoś, kiedyś robił bardziej kompleksowe (nie wycinkowe) badania na ten temat, ale jeśli za wskaźnik efektywności poszukiwań przyjęlibyśmy tylko liczbę małżeństw zawartych pomiędzy członkami akademickich klubów turystycznych, tylko w środowisku warszawskim i krakowskim można szacować tę wielkość na kilkaset osób. Śluby i dzieci były na porządku dziennym. Część tak zawiązanych i budowanych relacji miała swoją kontynuację w postaci tzw. tras dziecięcych na rajdach i/lub spływach, a potem zaszczepiania tych wzorców wnukom. Wielopokoleniowe ognisko na zakończenie dnia wędrówki bądź spływu nie jest powszechne, ale też nie należy do abstrakcyjnej niezwykłości, w rodzinach aktywnych członków AKT z lat 60-80-tych, dla których wzorce te okazały się trwałe i emocjonalnie wartościowe. Niektóre kluby, przekształciły się w stowarzyszenia (wybrana formuła prawna), inne funkcjonują jako luźne związki towarzyskie, mając kontakty na FB i spotykając się incydentalnie, o jeszcze innych zachowały się wzmianki w pisanej historii turystyki studenckiej, a o wielu innych tylko w pamięci ich członków. Przy czym, z przyczyn naturalnych, ta część pamięci ma wygasającą datę ważności.
Przedstawiono wyżej krótką informację o początkach akademickich klubów turystycznych i zarys ich wybranych cech, a także specyfikę odróżniającą je od innych bytów kształtujących życie społeczne (i polityczne) w okresie po Październiku 1956 r., a przed stanem wojennym 1981 r. Na podkreślenie zasługuje przede wszystkim kreatywność w działaniach i kształtowaniu własnego wizerunku, znaczna autonomia w podejmowaniu decyzji o tym, co się chce robić, dla kogo i dlaczego, dostrzeganie własnej podmiotowości, przywiązywanie dużej wagi do zachowywania i przechowywania tradycji oraz widzenia jej funkcji w kształtowaniu przyszłości, kultywowanie związków i powiązań nieformalnych (sieci) w ramach struktur formalnych i przenikanie się płaszczyzn, budowanie autorytetów na bazie efektywności i racjonalności działania („para nie w gwizdek, a w tłoki”); czerpanie indywidualnej i zbiorowej satysfakcji z dobrze zrealizowanej imprezy, a jeszcze większej, jeśli uczestnicy byli zadowoleni. Wszystkie te czynniki (elementy) miały jeszcze tę właściwość, że wspomagały się wzajemnie, nie musiały wszystkie i jednocześnie, ale współgrały z sobą oraz wykazywały cechy gry o sumie wybitnie niezerowej, jeśli posłużymy się tymi pojęciami z teorii gier, a wydają się one dość adekwatne do opisywanej sytuacji.
Jeśli przedstawione sytuacje (fakty, związki, zależności, efekty) miały miejsce, to rodzi się pytanie, na jakiej zasadzie lub na prawie jakiego wyjątku było to możliwe po 30 latach funkcjonowania PRL, po Grudniowej Tragedii w stoczniach, po „świeżych walkach z warchołami”, po „udoskonalaniu” Konstytucji w 1976 r. i kilku podobnych posunięciach? W żadnym zakresie/wymiarze nie czuję się kompetentnym, by próbować odpowiedzieć na to w kategoriach politologicznych, poza tym mędrkowanie pół wieku ex post także nie wydaje zbyt uczciwe. Natomiast można wskazać kilka czynników, które mogą (mogły) mieć znaczenie sprawcze, ale nie jeden decydujący. Powodowało to raczej skutki rozproszone, dzięki czemu efekty mniej destabilizujące relacje pomiędzy klubami a tzw. politycznymi parasolami; choć nie jest to najzręczniejsze określenie bez względu na to, kogo dotyczy.
Czy i na jakiej płaszczyźnie teoretycznej można rozpatrywać opisywane wyżej zjawiska i zależności? Czy próba taka nie poskutkuje poszukiwaniem ponadwymiarowej konstrukcji, gdzie ujawni się przerost formy nad treścią?
Warto przywołać pewną prawidłowość w lokowaniu spraw ważnych i ważniejszych. Tak w latach PRL, jak i obecnie, przez urzędników państwowych, jak i działaczy polityczno-społecznych organizacji (np. posłów, radnych, etc.), przy ustaleniu hierarchii zadań w gremiach decyzyjnych, przy tworzeniu narracji PR-owej i medialnej, kolejność i waga spraw była i jest bardzo zbliżona (drobne wariacje dopuszczalne): przeważa socjał (obejmujący wszystkie aspekty bytowe), nauka, zdrowie, kultura, kontakty zewnętrzne i organizacja wewnętrzna, a na końcu zawsze magiczna formułka: „no i oczywiście nie możemy zapominać o turystyce i wypoczynku…”.
Solidne trwanie tego stanu marginalizacji nie przystaje ani do przedstawionego wyżej fenomenu akademickich klubów turystycznych, ani do współczesnego realnego oddziaływania na wytwarzanie PKB i rynek pracy gospodarki turystycznej w Polsce. Przyczyny i przebieg tej permanentnej marginalizacji mogłyby być interesującym polem badawczym dla kilku dziedzin nauki[13]. Ponieważ marginalizacja ma charakter ponadczasowy i ponadsystemowy, można sądzić, że wynika z utrwalonych stereotypów przekazu „co ludzie chcą usłyszeć”. Należy bowiem mieć na uwadze rozkład sił, narzędzi i sposobów oddziaływania rządzących i kształtujących opinię.
Czy przedstawiona – z konieczności krótka – charakterystyka akademickiego klubu turystycznego upoważnia nas do rozumienia go jako konstrukcji w rodzaju „typu idealnego”, który proponował Weber? Przemawiają za tym pewne przesłanki, jak statystyczny rozkład cech charakterystycznych i ich natężenie. Z drugiej jednak strony spontaniczność, kreatywność, podatność na impulsy z zewnątrz i podkreślanie przez każdy klub swojej własnej tożsamości (tworzenie z tego samoistnej wartości) powoduje, że rzetelna odpowiedź na to pytanie powinna być poprzedzona solidnymi badaniami. Tym bardziej, iż cechy te kształtowały się z reguły w formie kontinuum, a nie w postaci zerojedynkowej, a tym samym wymagałyby opracowania wskaźników oraz metod i wartości pomiaru.
Kolejne, być może kluczowe pytanie, które powinno być postawione, brzmi: czy i w jakim zakresie multiplikowany byt w postaci akademickiego klubu turystycznego wpisywał się w koncepcje, cechy i warunki społeczeństwa nowoczesnego, tak jak je konceptualizowano w drugiej połowie XX w.?
Parsons w swoich analizach cech strukturalnych i kulturowych stawia diagnozę pozwalającą mu wyłuskać różnice (jego zdaniem) najbardziej istotne społeczeństwa tradycyjnego i nowoczesnego. Obu tym typom społeczeństwa (społeczeństw) ustawionym biegunowo przypisywane są też biegunowo przeciwstawne zmienne. T. Parsons zalicza do nich: wysoką specjalizację grup, ról i stosunków społecznych (w tle: wysokie kompetencje), własny wysiłek i zasługi (bez determinującego wpływu walorów odziedziczonych), dostęp dla ról, grup i relacji jest otwarty nominalnie dla wszystkich, a decydują o tym kompetencje (a nie partykularyzmy i mętne powiązania), jest powiązany z indywidualnymi działaniami, bez bagażu i obciążeń wynikających z przynależności do tradycyjnej społeczności lokalnej/plemienia i wreszcie wzorzec powściągliwości w zachowaniach indywidualnych i zbiorowych[14]. Bez problemu trzy pierwsze cechy wymienione przez T. Parsonsa jako atrybuty społeczeństwa nowoczesnego można i należy przypisać AKT-om, w jednym przypadku mamy odmienność wynikającą z filozofii wsparcia tych, którzy potrzebują[15], a w ostatnim typologia Parsonsa jest chyba zbyt schematyczna, by uosabiała nowoczesność[16]. Tym bardziej, że w społeczeństwach, które Parsons lokował najwyżej w swojej hierarchii nowoczesności uznano, że nadmierne tłumienie, wypieranie emocji, prowadzi do negatywnych konsekwencji. Rozwój psychologii w II połowie poprzedniego stulecia pomógł w zrozumieniu tych dysfunkcji i upowszechnieniu wiedzy terapeutycznej.
Pod koniec XX w. schematy zaproponowane przez T. Parsonsa zostały zniuansowane. I tak K. Kumar, czerpiąc z koncepcji A. Comte,a, M. Webera i właśnie T. Parsonsa, zaproponował pięć zasad, przyjmując je za sedno nowoczesności: indywidualizm, mnogość szans i możliwości do wyboru, racjonalność (apoteoza rozumu), ekonomizm (produkcja i kupno, ale także liczenie kosztów i pożytków) oraz ekspansywność – co oznacza poszerzanie wszystkiego, czyli wartości materialnych i niematerialnych, tak długo i tak daleko, jak to możliwe[17]. Tak ujęte cechy modernistycznego społeczeństwa nie są odległe od wartości i pragmatyki AKT-ów.
Parsons jeszcze w okresie zawodowej aktywności był krytykowany za to, że jego teorie są zbyt wielkie, zbyt teoretyczne i zbyt eurocentryczne (Europa+WASP) i w swoich rozważaniach nie posługuje się konkretnymi, empirycznymi przykładami, raczej budową modeli, analizą logiczną i funkcjonalną oraz wnioskowaniem. J. Szacki oceniał, że teorie funkcjonalne i strukturalne Parsonsa są tak pojemne, że każdy w nich znajdzie coś dla siebie; także sprzeczności[18], a jednocześnie brak desygnatów empirycznych będzie powodował trudności weryfikacji. Niemniej, jego (Parsonsa) nowatorskie podejście do teorii społeczeństwa w postaci wprowadzenia pojęcia „System społeczny” i „paradygmat AGIL” pozwala widzieć (daje na to szanse) Akademicki klub turystyczny także w tym szerszym teoretycznym kontekście, a nie tylko jako studium przypadku.
Z tego punktu widzenia bardzo interesujące wydaje się podejście E. Klimowicz, która wskazuje na pojęcie wartości i jej rolę jako kluczowej zmiennej w siatce pojęciowej stworzonej przez Parsonsa i pisze m.in., że Parsonsa „system teoretyczny zawiera wiele ważnych dla aksjologii i etyki twierdzeń i propozycji […] do analizy różnych zjawisk z zakresu socjologii, antropologii kulturowej i psychologii podchodzi on z punktu widzenia działania; działanie zaś rozpatruje jako zorganizowany na wielu proces sterowany wzorami normatywnymi i wartościami”[19]. W kolejnym fragmencie E. Klimowicz przywołuje definiowane przez Parsonsa związki pomiędzy zrozumieniem zachowania jednostki a poznaniem kontekstu systemowego (i subsystemowego), w jakim jednostka działa, a „ten ostatni zaś trzeba analizować w jego związku z systemem kultury, a zwłaszcza w odniesieniu do funkcjonujących w kulturze symboli i wzorów wartości…”[20]. W konkluzji tego fragmentu rozważań autorka stwierdza, że „…analiza działania w kategoriach orientacji co do celów i norm jest uzasadniona…[21]”, przy pewnych założeniach, „…a jednym z nich jest pozostawanie w związku funkcjonalnym z faktami innego systemu działania niż system idei aktora. [ …] Oznacza to model działania przyjęty przez Parsonsa […] jako procesu celowego i sterowanego normami i wartościami…”[22]. W pewnym – teoretycznym – zakresie wyjaśnia to możliwość funkcjonowania AKT-ów w ramach ZSP/SZSP, mimo że na poziomie wyjściowym były to organizacje różnych idei i różnych aktorów. Na wyższym poziomie systemowym znalazły warunki do działania na rzecz celów i wartości, przynajmniej częściowo, wspólnych.
Z przedstawionych w trzech pierwszych punktach zagadnień wynika, że AKT-y od swego zarania w 1906 r. nastawione były na działanie, Na działanie racjonalne, efektywne, ciągłe i dające satysfakcję z realizacji celów. Były tworem indywidualistycznym, a przy tym technologicznie dość zbliżonym (system kształcenia, system rozliczeń i odpowiedzialności finansowej, etyki na szlaku i zachowań prośrodowiskowych, dbałość o klubowe tradycje). Dla wielu studentów były pierwszą okazją zetknięcia się z aktywną turystyką. Były jako byt multiplikowany jedynym takim przypadkiem na świecie. Sierra Club, organizacja o wielkiej sławie i zasługach (rozpoczęła działalność 5 lat wcześniej niż M. Orłowicz), jest nieporównywalna, gdyż jest innym typem organizacji[23]. Z wyjątkowej specyfiki na tak różnych płaszczyznach można wyciągnąć wiosek o fenomenie zjawiska AKT-ów i ich niepowtarzalności. W pewnym zakresie, zdaniem autora, zasługę za to w dużej mierze można przypisać M. Orłowiczowi, jego działalności i życzliwości wobec inicjatywy wrocławskich studentów w 1957 r.
Kolejnym aspektem unikatowości akademickich klubów turystycznych był fakt –formułując nieco hasłowo – iż kluby miały własne biuro podróży, a biuro Alamtur – własne kluby. W tym kontekście można przywołać nietrafność pretensji, jakie formułowano pod adresem AKT-ów, „oni jeżdżą, bo mają pieniądze”; sytuacja była odwrotna: „oni jeździli i działali, dlatego mieli pieniądze”.
Skrótowy, z konieczności wymogów artykułu, przegląd cech przypisanych społeczeństwom nowoczesnym i konfrontacja ich z morfologią działań, metod, sposób widzenia świata, środowiska i ludzi oraz realizowanych celów, prowadzi do wniosku, że AKT-y miały te cechy, utrwalały je i rozwijały w stopniu na tyle wyraźnym, że można było uznać je za ich znak firmowy.
Z kolei, naturalna dla takich jak AKT-i organizmów: wielość ról, elastyczna funkcjonalność i poszukiwanie wspólnych wartości na wyższych (najwyższych) piętrach organizacji życia społecznego, pozwalała im efektywnie działać w ramach systemów o innych cechach morfologicznych i innych celach operacyjnych, potwierdzając opinię T. Parsonsa, że w pewnych warunkach jest to możliwe.
Wszystko to potwierdza fenomen AKT w ujęciu mikro- i makrosocjologicznym, a także w układzie międzypokoleniowej kontynuacji 120-letniej tradycji.
[1] M. Orłowicz, Moje wspomnienia turystyczne, Ossolineum, Wrocław-Warszawa-Kraków, 1970, s.s. 330 i dalsze.
[2] Por. publikacje T. Kowalika m.in. Lwowski AKT powstał 110 lat temu – wzór i następcy lwowskiego klubu, wyd. Fundacja Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego, Zeszyty Historyczne Ruchu Studenckiego nr 6, Warszawa 2016, s.s. 5–22.
[3] Por. T. Kowalik, Dzieło Mieczysława Orłowicza, wyd. Fundacja Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego, Zeszyty Historyczne Ruchu Studenckiego nr 23, Oficyna Wydawnicza Rewasz Warszawa 2025. Pozycja stanowi zwieńczenie wieloletnich prac T. Kowalika jako badacza, krajoznawcy, działacza PTTK, a przede wszystkich popularyzatora Orłowiczowskich wartości.
[4] M. Orłowicz, Moje wspomnienia turystyczne, op. cit., Sprawozdanie z wycieczki jubileuszowej AKT…, s. 619 i dalsze.
[5] AKT Wrocław powstał 1957 r. z inicjatywy członków Koła Naukowego Geografów na Uniwersytecie Wrocławskim i Klubu Trampów na Wrocławskiej Politechnice.
[6] Cytat za opracowaniem w: Tak było. Turystyka studencka w środowisku wrocławskim, autorstwa M. Anioł, K. Nowaka i N. Walny, Wyd. Fundacja Historii Ruchu Studenckiego, Wrocław, 2023, s. 13–15.
[7] W dalszej części artykułu pod pojęciem Akademickiego Klubu Turystycznego będą rozumiane wszystkie twory afiliowane przy radach wydziałowych, uczelnianych i okręgowych ZSP, a także oddziałach PTTK, jeśli miały swoją siedzibę na uczelniach, niezależnie od rodzaju uprawianej aktywności i/lub podwójnej przynależności (np. ogniwa Polskiego Związku Alpinizmu).
[8] Por. T.W. Łękawski, Tam idziemy, gdzie nas nie ma…, Publikacja Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego, Zeszyt 21, Oficyna Wydawnicza Rewasz, Warszawa 2024.
[9] Przygodnego obserwatora, ale i bardziej wnikliwego, dziwić może brak takiej monografii dla środowiska krakowskiego. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę tradycje turystyczno-organizacyjne, dobre wzorce dokumentowania tego co ważne od czasu powstania Towarzystwa Tatrzańskiego) oraz istotne dokonania jakie akademickie kluby turystyczne Krakowa i ich członkowie wnieśli do polskiej turystyki, a tym samym nauki i kultury.
[10] Był taki klub na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 70., powołany przez studentów Wydziału Biologii, afiliowany przy RU ZSP/SZSP i Okręgu Warszawskim Ligi Ochrony Przyrody. Po ukończeniu kursu członkowie klubu mieli prawo wystawiać mandaty za naruszanie przepisów o terenach i obiektach chronionych.
[11] Wg tychże źródeł, druga połowa lat 70-tych XX w., to apogeum liczby AKT-ów, ich członków i organizowanych imprez.
[12] Vide: słynny „Spór o Bieszczady”, w którym zaangażowała się mocno społeczność Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich z Warszawy (czyli jednego z warszawskim AKT.
[13] Marginalizacja ta miała miejsce także wewnątrz ZSP, a później SZSP i ujawniała się na każdym poziomie organizacyjnym, od Rady Naczelnej do Rady Wydziałowej.
[14] Przytaczam za P. Sztompka, Socjologia, Wyd. Znak, 2003, Kraków, s. 561-562.
[15] Jak wspomniano wyżej, działania na rzecz relacji AKT-społeczność lokalna powinny być oceniane jako aktywność wpisującą się w paradygmat Parsonsa, tj. AGIL A – adaptation, G goal attainment, I integration,,L latency. A nie jako przejaw i trzymanie się dysfunkcjonalnych (zdaniem Parsonsa) stereotypów z przeszłości.
[16] Wystarczy porównać spontaniczne zachowania nowoczesnego społeczeństwa włoskiego z zachowaniem „nowoczesnych” kibiców piłkarskich w Angli, bądź „kamienne twarze” i emocjonalne tabu w niektórych społecznościach indiańskich.
[17] Przytaczam za P. Sztompka, ibidem, s. 563-564.
[18] Por. J. Szacki, Historia Myśli Socjologicznej, PWN, Warszawa, 1981 r., s. s. 790-800.
[19] E. Klimowicz, Talcott Parsons o miejscu i funkcjach wartości w systemie działania jednostki ludzkiej, art. w półroczniku Edukacji Filozoficznej, vol. 9, 1989 r., UW Warszawa 1989, s. 169.
[20] Ibidem, s. 170.
[21] Ibidem s. 172.
[22] Ibidem, s. 173.
[23] W oparciu o inicjatywy jednostkowe w iniektorach przypadkach powołano na bazie idei wcześniejszych AKT, kluby o statusie stowarzyszeń. W niektórych przypadkach nie zmieniono nawet nazwy; np. Stowarzyszenie SKG. Klub organizuje imprezy dla dziesiątek, niekiedy setek osób, prowadzi szkolenia, a także działalność popularyzatorską i wydawniczą.
Pierwsza część opracowania – do połowy rozdziału 2. – ukazała się w numerze 1/2026 „Res Humana” (styczeń-luty 2026 r.).
Jednym z najistotniejszych wydarzeń w historii nowożytnej kultury intelektualnej było dość krótkie stwierdzenie Kartezjusza, zawarte w słynnej Rozprawie o metodzie, a raczej konsekwencje jego akceptacji, w którym autor odnosi się krytycznie do wiedzy książkowej:
Sądziłem jednak, że już dosyć czasu poświęciłem językom, a także lekturze ksiąg starożytnych, ich opowiadań i baśni. Rozmawianie bowiem z ludźmi minionych wieków to niemal to samo co podróżowanie. Dobrze jest wiedzieć coś o obyczajach różnych ludów, aby bardziej zdrowo sądzić o własnych i aby nie myśleć, że wszystko, co z tym ostatnim jest sprzeczne, jest śmieszne i niezgodne z rozumem, jak to mają w zwyczaju sądzić ci, którzy niczego nie widzieli. Ale kiedy zbyt wiele czasu poświęca się podróżowaniu, człowiek staje się obcy w swoim kraju; a kiedy się jest zbyt ciekawym rzeczy, które się działy w minionych wiekach, pozostaje się zazwyczaj nieświadomym tych, które się dzieją współcześnie[1].
Konsekwencje tego krytycyzmu narastały w historii nauki i filozofii, aż w końcu (kiedy to się stało ostatecznie?) przekształcają się w oczywistości dotyczące wiedzy – jej źródeł, wartości, znaczenia dla tych, którzy parają się jej tworzeniem. Najistotniejsza bodaj z tych oczywistości dotyczy wielkiego podziału wiedzy – na tę, którą zdobywa się w lekturze i tę, która polega na bezpośrednim poznaniu świata – zjawisk, rzeczy, procesów stanowiących inherentną jego zawartość. Jeszcze przez jakiś czas metafora księgi świata będzie nawiedzać umysły uczonych, aż wreszcie i ona padnie pod presją krytycyzmu „szkiełka i oka”. Obraz świata jako księgi i poznania jako lektury zastąpią procedury pomiaru, obserwacji – jak sądzono uniwersalne, metodologicznie uprzywilejowane, a przede wszystkim racjonalne, efektywne poznawczo, bo gwarantujące postęp poznania, a przez to wiarygodne.
Gest Kartezjusza, by porzucić uczone księgi, stał się gestem źródłowym dla podziału wiedzy, który można w skrócie wyrazić tak: z jednej strony lektura i interpretacja, z drugiej pomiar i obserwacja, z jednej strony twory intelektualne powstające w zapisie, a z drugiej te, które są rzetelnymi sprawozdaniami z bezpośredniego, poznawczego kontaktu ze światem. W rezultacie powstaje pewien ideał wiedzy naukowej, który metodzie badań empirycznych i jej wartości, pewności, przypisuje rolę naczelną w poznaniu naukowym. Gdzieś z boku, na prawach wyjątku kształtują się filozoficzne przekonania co do charakteru i wartości poznawczej nauk nazywanych „naukami humanistycznymi”, a niekiedy dopełnianych określeniem pokrewnych „nauk społecznych”. Dzieje się tak dopiero od drugiej połowy XIX wieku. To moment krytyczny w historii tego procesu. W stosunkowo krótkim czasie, tj. w pięćdziesięcioleciu kończącym wiek XIX, pojawiają się nauki humanistyczne – psychologia, socjologia, antropologia kulturowa, archeologia, lingwistyka – wszystkie nowoczesne, tj. z aspiracjami do bycia naukami w pełnym tego słowa znaczeniu. Co istotne, zakorzeniają się one w uniwersytetach na prawach wyspecjalizowanych przedmiotowo i metodologicznie dziedzin poznania.
Co łączy tak rozumiane nauki? Najprostsza odpowiedź jest następująca – lektura i interpretacja, jako źródłowe procedury poznawcze. Właśnie dlatego status poznawczy tych nauk (Geisteswissenchaften, human sciences lub po prostu Humanities) od początku kształtowania się ich akademickiego wzorca był notorycznie wątpliwy. Z głębi historii dosięgnął je gest Kartezjusza dyskwalifikujący źródłową wartość wiedzy książkowej.
Tu jednak interesuje mnie nie tyle dyskusja dotycząca poznawczego statusu nowoczesnych nauk o człowieku, ile sam fakt ich odrębności, tj. historyczna osobliwość procesu, w którym poznanie i wiedza aspirujące do naukowości podążają ścieżkami całkiem odmiennymi, niedającymi się łączyć ani wzajem dostarczać sobie wartościowych treści. Co niespodziewane, i lektura, i obserwacja korzystają z tego samego daru wnikliwości wzroku, o którym Arystoteles twierdził, że jest najwybitniejszym ze zmysłów i dającym szczęście w kontemplacji. Chcemy widzieć dla samego widzenia!
Czytelnik widzi znaki pisarskie, obserwator – zjawiska. Co zobaczy ten, kto nie zna pisma? Dobrze ujmuje to doświadczenie Herman Hesse:
Litery
Bywa niekiedy, że chwytamy pióro,
Znaki kreślimy na papierze białym,
Wymowne wielce – zgodnie z ich naturą,
Ta gra ma wszakże swe zasady stałe.
Lecz gdyby dzikus lub człowiek z księżyca
Wziął taką kartkę, runami zdobioną,
I z ciekawością do oczu przybliżał,
Świat by w niej ujrzał, dziwnie odmieniony:
Obraz magicznej, obcej, wielkiej sali,
A lub B jako zwierza lub człowieka,
Oczy, kończyny, którymi ruszali –
Zwierzę, gnane instynktem, zwierzę, które czeka.
Czytałby niczym ślady ptasich stóp na śniegu,
Latał wraz z nimi, cierpiał, brał udział w ich biegu.
I możliwości wszelakie stworzenia
W tych czarnych, sztywnych znakach wyrażone,
Przez ornamentów giętkich przeplecenia
Widziałyby: żar miłosny, cierpienia skłębione.
Zdumiałby się i zadrżał, zaśmiał i zapłakał,
Bo za kratami tych pisarskich znaków
Świat nawet cały w swym ślepym rozpędzie
Zdałby mu się zmniejszony, zwarty, a znaki
Skarlałe i zaklęte w sztywnym rzędzie,
Więźniom podobne i wszystkie jednakie
Tak, iż śmierć, rozkosz, życie i cierpienia
Braćmi się stają – nie do rozróżnienia…
Wrzasnąłby w końcu dzikus jak szalony
W lęku ogromnym i ogień rozniecił.
A pośród zaklęć i bijąc pokłony
Białą, runiczną kartkę płomieniom poświęcił.
I przez sen może, gdy już tak się zmęczył,
Poczułby, że ów świat zły, nieprawdziwy
Znikł znowu nagle, że w nicość się schował,
Wchłonięty został w niebytu krainy –
I zaśmiałby się, westchnął – i ozdrowiał[2].
Hessego „obserwator liter”, czyli „dzikus” bądź analfabeta, korzysta ze swego wzroku całkiem podobnie jak ten, kto po prostu doświadcza bodźca wzrokowego w trybie oglądu rzeczy. Jest on u źródła doświadczenia bezpośredniego, lecz natychmiast popada w konfuzję. Tu bowiem poznanie napotyka niespodziewaną przeszkodę, zatrzymuje się: właściwego, „wyczytanego” sensu brakuje. Czego brak „obserwatorowi liter”?
Claude Lévi-Strauss u tubylców Nambikwara zaobserwował próby naśladowania jego własnego zachowania, gdy spisywał wypowiedzi informatorów. Wspomina o tym, jak jego informatorzy przedstawiali mu własne „zapisy” naśladujące pismo etnologa:
U większości z nich próby kończyły się na tym, lecz naczelnik bandy posunął się dalej. Zażądał ode mnie bloku do notowania i oto byliśmy jednakowo wyekwipowani, kiedy pracowaliśmy razem. Nie podawał mi ustnie informacji, o które go prosiłem, lecz kreślił na papierze wijące się linie i pokazywał mi je tak, jak gdybym miał odczytać odpowiedź. Sam był na wpół oszukany tą komedią, gdy jego ręka nakreśliła linię, przyglądał się jej za każdym razem uważnie, jak gdyby miała z niej wytrysnąć treść, i za każdym razem takie samo rozczarowanie malowało się na jego twarzy […]. Otóż zaledwie zebrał całe swe towarzystwo, wyciągnął z koszyka papier pokryty krętymi liniami i udawał, że coś odczytuje, szukał z udanym wahaniem listy przedmiotów, które miałem dać w zamian za ofiarowane podarunki: temu za łuk i strzały – nóż, facao, innemu korale – za jego naszyjnik. Ta komedia ciągnęła się przez dwie godziny[3].
Jak wytłumaczyć komuś nieświadomemu sensu pisanego to, czym jest zapis, tekst, pismo? Jak uchylić się od metafory, że pismo coś mówi, gdy mieszkaniec brazylijskiego interioru przykłada zapisaną kartkę do ucha i stwierdza, że niczego nie słyszy? Trzeba pewnie opowiedzieć historię cywilizacji związanej z pismem. Albo też trzeba liczyć na błysk intuicji, moment wglądu w naturę pisma, na doświadczenie, jakie było udziałem Helen Keller, niewidomej i głuchoniemej dziewczynki, która w stresie własnym i rozpaczy nauczycielki chcącej nauczyć ją znaków pisma dotykowego doznaje olśnienia: pismo coś znaczy, coś mówi. Od tej pory litery zaczęły do niej przemawiać swym sensem.
Przytoczone tu historie odnoszą się nie tylko do zdarzeń, które gdzieś daleko lub dość dawno ukazują egzotyzm postaw łamiący uniformizm naszych poglądów na sens poznania i praktyk, które podejmujemy orientując się w świecie. Odnoszą się one także do dwóch odrębnych kultur intelektualnych, które nowocześnie zadomowiły się w naszym porządku wiedzy naukowej.
Tu zwłaszcza ukazuje ów porządek swój nowoczesny sens, znaczenie podziału kultur intelektualnych nieznanych wcześniej i, być może, już niedługo kultury odmiennej, łamiącej dziś dobrze znany porządek.
Gdyby tak miało być, trzeba by uznać Ludwika Flecka, lekarza, mikrobiologa, filozofa i historyka nauki, za prekursora nadchodzących przemian. Fleck bowiem dokonuje rekonstrukcji poznania naukowego, a posługuje się tu historią medycyny w sposób, który zbliża jego poglądy do psychologii, socjologii, antropologii kulturowej i filologii. Jest, poniekąd, etnologiem kultury intelektualnej medycyny. Chce bowiem wydobyć z historii poznania medycznego wszystko to, co pozwalało uczonym medykom „czytać chorobę”. Choć jego książka pt. Entstehung und Entwicklung einer wissenschaftlichen Tatsache Einführung in die Lehre vom Denkstil und Denkkollektiv została wydana w 1935 roku w Bazylei, to do wczesnych lat 60. XX wieku była nieznana także wśród specjalistów. Tytuł [w pierwszym polskim wydaniu z roku 1986 (sic!) Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym] jest prowokacyjny i być może nawet niezrozumiały dla współczesnych. Wedle zastanego poglądu fakty naukowe nie powstają, lecz po prostu są, a tym bardziej nie rozwijają się. Historia nauki należy do kontekstu odkrycia, a jej poznawczy sens – do kontekstu uzasadnienia. Tylko kontekst uzasadnienia daje szanse na racjonalną rekonstrukcję nauki. Historia nie ma praw krytycznych wobec procesu nauki. „Kolektywy myślowe”, „style myślowe” to znowu hybrydy pojęciowe – trochę socjologii, trochę psychologii, a może nawet retoryki. Toteż Fleck w swym przedsięwzięciu przez długi czas zajmował pozycję autsajdera, co wydaje się dziś nieuniknione. Jako filozof – poza kręgiem specjalistów akademickich, jako lwowski Żyd – bez specjalnych szans na karierę naukową w zakresie medycyny. Choć po studiach medycznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza otrzymuje posadę w laboratorium badawczym Rudolfa Weigla w Przemyślu, a potem we Lwowie zostaje jego asystentem (1921–1923), to wkrótce jego kariera naukowa ulega zahamowaniu. Wojna przekreśla wszystkie zwykłe sprawy ludzkie, przerywa też naukową karierę Flecka. Choć nie do końca pogląd ten jest uprawniony. Fleck uszedł z życiem z Holokaustu, broniąc swej egzystencji wiedzą fachową. Jako mikrobiolog i współpracownik Weigla, był cennym nabytkiem dla władz okupacyjnych. Jego kompetencje mikrobiologa rodziły nadzieję na wytworzenie skutecznej szczepionki i opanowanie tyfusu grożącego w skupiskach ludzkich – w getcie, w więzieniach i obozach koncentracyjnych, i – co było dla niemieckiej armii najważniejsze – na froncie wschodnim. Fleck waży się na czyn, którego odwaga musi zadziwiać. Opracowaną w Buchenwaldzie, skuteczną szczepionkę zataja. Front wschodni musiał się bez niej obejść.
Lwowskie getto, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, a potem w Buchenwaldzie, pozwalają wszystkim chyba możliwym czytelnikom i jemu samemu zapomnieć o publikacji Entstehung…. Po wojnie Fleck trafia do Lublina, gdzie zostaje kierownikiem Katedry Mikrobiologii Medycznej (UMCS). Habilituje się pod kierunkiem Ludwika Hirszfelda (we Wrocławiu), co otwiera mu drogę do profesury. Profesorem zwyczajnym zostaje w 1950 roku. Jego kariera naukowa rozwija się już jednokierunkowo, jego osiągnięcia naukowe w zakresie mikrobiologii wchłania szeroki nurt polskiej mikrobiologii i epidemiologii. Z jednym wyjątkiem w stronę filozofii i historii nauki. W rok po wojnie publikuje Fleck artykuł pt. Problemy naukoznawstwa. Tam zdaje sprawę ze swego doświadczenia obozowego uczonego (!). Doświadczenie to, absolutnie wyjątkowe, bardzo ściśle współgra z treścią Entwicklung: szczególne, drastyczne warunki pracy zespołu obozowego, któremu przydzielono obowiązek pracy nad szczepionką tyfusu, wytworzyły też nadzwyczajną formę przymusu poznawczego. Zatrudnieni w zespole amatorzy i pół-amatorzy, konfrontując swe obserwacje mikroskopowe z treściami podręcznika, osiągnęli z góry zamierzony rezultat badawczy – prawidłowy obraz cyklu rozwojowego Rickttsii prowazekii, zarodźca tyfusu:
Otóż członkowie zespołu znaleźli w swoich preparatach mikroskopowych, robionych z niesłychaną drobiazgowością, ściśle według książkowych przepisów, wszystkie stadia cyklu rozwojowego Rickettsii i wymaganą ich kolejność – jakkolwiek zarazka tego w materiale swoim wówczas w ogóle nie posiadali: ze strątów barwika, kulek tłuszczu, różnych bakterii, z resztek komórkowych ułożyli cały cykl rozwojowy. Nie stało się to od razu. Konstrukcja ta rosła pomału, wśród wzajemnego podniecania się i umacniania w poglądach. Nastrój kolektywny, który był motorem tej fantastycznej syntezy, składał się z napiętego oczekiwania efektu, z chęci, by być pierwszym, który coś stwierdzi, i by nie spóźnić się z potwierdzeniem, że już coś zostało stwierdzone, by zadowolić kierownika, który nalegał. Składowe nastroju były więc w zasadzie identyczne z normalnie spotykanymi. […] wśród spragnionego zespołu rozeszła się wieść: znaleziono nareszcie Rickettsie w preparatach z płuc króliczych. Skoro radosny nastrój opanował kolektyw, pewność wyniku nie ulegała już wątpliwości: kolektyw ufał swojemu kierownikowi, kierownik polegał na zdaniu swoich „fachowców”, które potwierdził dla potwierdzenia swojego autorytetu, a ci „fachowcy” może z początku trochę czuli, że właściwie wyrwali się jakoś mimo woli, ale zgoda ogółu rychło rozwiała wszelkie wątpliwości. Cukiernik i robotnik gumowy, reprezentujący „zdrowy rozsądek”, poważnie, z uznaniem popularyzowali odkrycie. Słowem siły socjalne działające w zespole były identyczne z normalnie spotykanymi[4].
Mówiąc najkrócej, buchenwaldzki „zespół badawczy” w aktach kolektywnego postrzegania, unormowanego wiedzą podręcznikową dokonał obserwacji tego, co było zapisane w tekście. „Sukces naukowy” osiągnięto jednak w szczególny sposób. Normy lektury przeniesiono na normy obserwacji. Autorytet książkowy przesłonił całkowicie mgliste obrazy niewykształconego mikrobiologicznie oka. Widzenie zdominowane przez uprzednią wiedzę, widzenie niesamodzielne poznawczo i nieefektywne, uwikłane w relacje społeczne oczekiwania sukcesu, bliższe zabiegom szamana niż poważnym dokonaniom zespołu naukowego – oto efekt krytycznego oglądu zespołu buchenwaldzkiego, do którego Fleck dołączył już po tym, jak zespół ów dokonał swych ustaleń.
Najważniejsze jest w naszej historii, że – jak się okazuje – społeczny mechanizm powstawania pomyłki jest taki sam jak mechanizm powstawania prawdziwej wiedzy, badany na źródłowym materiale z historii nauk. Dzieje podstawowych odkryć chemicznych, dzieje przemiany teorii flogistonu w teorię tlenu, a więc odkrycia składu wody, ilustrują to doskonale. Także nowsze odkrycia z dziedziny patologii lub biologii wykazują zespołowy charakter pracy odkrywczej i stylowy charakter zamkniętego poglądu, występującego jako organiczna całość. W błędnej i prawdziwej wiedzy te same siły zespołowe grają rolę motoru, a jednostka jest raczej reprezentantem pewnych funkcji społecznych niż świadomym źródłem działania. W błędnej i prawdziwej wiedzy pogląd nie powstaje przez logiczną kalkulację jakichś elementów, ale przez zawiły proces stylizujący[5].
Fleck w swoim artykule przywołuje Entwicklung, kojarząc treść książki z 1935 roku z doświadczeniem obozowym. Można by pomyśleć, że prawda o obozowych „prawdach naukowych” ogranicza się do szczególnych warunków obozowych przymusów. Tymczasem koncepcje Flecka w zakresie krytyki poznania naukowego zakreślają obraz o wiele szerszy. Zrozumiał to ktoś, kto stał się motorem dyskusji niezwykle silnie oddziałującej na środowiska naukoznawcze i filozoficzne. Mam na myśli autora książki zatytułowanej Struktura rewolucji naukowych, Thomasa S. Kuhna. Kuhn wspomina Entwicklung tylko raz, we wstępie do swej książki. Tym niemniej szerokie wpływy Struktury… objęły także swym zasięgiem zainteresowanie pracą Flecka, o której Kuhn stwierdza, że wywarła na niego istotny wpływ. Od tej pory (1962 r. – data publikacji Struktury.) Fleck-filozof i Fleck-historyk nauki będzie postrzegany całkiem inaczej niż w latach przedwojennych. Staje się prekursorem nowej myśli, nowego – by użyć słowa kluczowego ze Struktury – paradygmatu naukoznawczego.
Proces „odkrywania Flecka” trwa do dziś. Liczne publikacje, sympozja, komentarze, ośrodki badawcze poświęcone autorowi Entwicklung próbują odzyskać dla nauki i filozofii dokonania Flecka, i być może zapełnić nieoczekiwaną wcześniej niszę w historii nauki własnymi komentarzami. Czyj jest Fleck? Kto (jaki kolektyw myślowy!) ma przywilej pierwszeństwa w komentowaniu jego dzieła?
W polskim piśmiennictwie powojennym naukoznawcze badania Flecka stają się dobrze widoczne w obiegu naukowym po opublikowaniu tłumaczenia Entwicklung na język polski (Wydawnictwo Lubelskie 1986). Inicjatorem tego tłumaczenia był prof. Zdzisław Cackowski, który opatrzył przekład wstępem i zachęcał, z dobrym skutkiem, lubelskie środowisko naukowe do komentowania dorobku Flecka.
Ale kwestia, którą podnosi Entwicklung, jest znacznie szersza niż przywileje lokalnych kolektywów myślowych. Co zatem wprowadza myśl Flecka do kultury intelektualnej podzielonej na czytelników i obserwatorów? Jak pokrótce można ująć zasady analizy, jakie Flecka uczyniły ważnym badaczem historii nauki i epistemologiem medycyny?
Fleck, a za nim Kuhn, bada przesłanki, sposoby operowania pojęciami, rekonstruuje zasady, które znamy już od dawna z praktyki badawczej „uczonych litery”. Fleck-filozof podejmuje kwestię, która łączy wrażliwość filozofa i biegłość poznawczą medyka: Jak możliwe jest poznanie medyczne? Choć pytanie to wprost nigdzie nie pada w tekstach Flecka, to jego Kantowski rodowód daje się wyprowadzić z tekstów Flecka. Novum, jakie wprowadza on do swej problematyzacji poznania medycznego, polega na nałożeniu ram poznania humanistycznego na dziedzinę poznania medycznego. Oznacza to nic innego, jak skorzystanie z wzorców praktyki badawczej, jaką znają uczeni-humaniści. A zatem, co odkrywa w spojrzeniu medycznym Fleck, jak ustala reguły medycznego czytania ciała?
Przede wszystkim pole badawcze epistemologa medycyny wedle Flecka ma dwa podstawowe wymiary – historyczny i społeczny. Historyczność poznania, twierdzi Fleck, polega na tym, że żaden proces poznawczy w nauce nie ma absolutnego początku. Nikt nie zaczyna tu od nowa, ale każdy zaczyna od przyswojenia wiedzy paradygmatycznej, uznanej i niekwestionowanej. Dlatego spojrzenie medyczne nie jest ani niewinne, ani naiwne. Intuicja jest sprzeczna z praktyką naukową. Spojrzenie medyczne poprzedza długa historia unormowanego widzenia, widzenia „skalibrowanego”. Wyspecjalizowane poznanie medyczne, obce błądzącemu i wikłającemu się w domysły oku zdroworozsądkowca, kształtuje „pogotowie poznawcze”, tj. zdolność do postrzegania przedmiotu uprzedzoną minionymi poznaniami, doświadczeniem i wiedzą, jakie z historycznego usytuowania podmiotu wynikają. Upośrednienie poznania medycznego ma nie tylko sens historyczny, ale też społeczny. Jego właściwością jest to, że podmiotem są tu kolektywy myślowe, a nie poszczególne jednostki. Cechą poznania kolektywnego jest określony „styl myślowy”, pozwalający komunikować się sprawnie i formułować dla wszystkich, ale tylko w kolektywie, zrozumiałe problemy poznawcze. Mówiąc jeszcze inaczej: ważnym wyróżnikiem dyscyplinarnie wyodrębnionego poznania naukowego jest to, co można nazwać tradycją dyscypliny. Dziedziczy ona sukcesy, porażki, trudne do rozwiązania problemy, a przede wszystkim kształtuje nawyki poznawcze, ważne czynniki wspólnotowego charakteru poznania naukowego.
Rzeczywistość nie narzuca poznaniu żadnego „faktu”, tak jak tekst nie ma zawartych w sobie reguł swej czytelności. Reguły „czytania choroby”, „lektury ciała” są wyprowadzane z uprzedniości norm kodu, zgodnie z którym widzenie kliniczne może nabrać cech, jakie w poznaniu humanistycznym posiada lektura. Te cechy to właśnie historyczność i społeczny kontekst naszych zdolności poznawczych. Stąd pewnego rodzaju inercja zawarta w każdym poznaniu naukowym. Jego dyscyplinarne (historyczno-społeczne) ograniczenie, stylistyczność domykająca komunikacyjne zasady dostępności treści poznawczej, normują je w sposób, który poznawczo dostępny jest historykowi nauki, choć nie samemu uczonemu. Tak jak dla przeciętnego oka czytelnika teksty zapisów średniowiecznych kodeksów są nieczytelne, ale dostępne są mediewiście, tak nieczytelne są dla współczesnego medyka przedstawienia anatomii czy zasady nozologii pochodzące z odległych czasów.
Ludwik Fleck proponuje pogląd na poznanie naukowe, dziś już posiadający różne wersje, że czysto metodologiczna kontrola procesu poznania jest epistemologiczną iluzją. Ta iluzja jest pochodną kartezjańskiego modelu podmiotu poznania wolnego od uwikłania w świat. Rzeczywiste (naukowe) poznanie ma swoje psychospołeczne, historyczne determinacje, których nie da się w pełni kontrolować, ponieważ sama wiedza o poznaniu podlega tym ustanowieniom. Pogląd ten ma dziś znaczenie nie tylko w sporach epistemologicznych. Nauki, w tym nauki medyczne, nie tylko odzwierciedlają rzeczywistość, ale czynnie uczestniczą w jej kształtowaniu. Poznanie uwarunkowań to jeden z zasadniczych momentów kontroli zmienności warunków życia, tak silnie dziś podatnych na wpływ nauki.
Paweł Bytniewski – dr hab., prof. UMCS, Instytut Filozofii UMCS w Lublinie.
[1] Rene Descartes, Rozprawa o metodzie. Wyd. Antyk, Kęty 2002, s. 15.
[2] H. Hesse, Gra szklanych paciorków. Próba opisania życia magistra ludzi Józefa Knechta wraz z jego spuścizną pisarską, Wyd. Jednorożec, Poznań 1992, s. 326.
[3] Claud Lévi-Strauss, Smutek tropików, PIW, Warszawa 1960 s. 316–317.
[4] Ludwik Fleck, Problemy naukoznawstwa, w: tenże, Powstanie i rozwój faktu naukowego, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1986, s. 210.
[5] Ibidem, s. 213.
Istotą polityki jest konflikt. Gdybyśmy mieli identyczne poglądy i interesy, polityka nie byłaby potrzebna. Jej miejsce zajęłoby administrowanie sprawami publicznymi. Konflikty powstają na gruncie rozbieżnych interesów, systemów wartości i rozbieżnych percepcji dobra wspólnego. Istotą demokracji, jak pisali Seymour Martin Lipset i Giovanni Sartori, jest regulowanie konfliktów w taki sposób, który zapewnia maksymalnie możliwy kompromis. Dlatego tak ważne są dwie fundamentalne zasady demokracji: poszanowanie praw mniejszości i realna możliwość dokonania zmiany politycznej przy urnie wyborczej, a nie na barykadach.
W demokracji musi być miejsce na spór polityczny, ale nie na zapiekłą wrogość. Przeciwnik polityczny jest partnerem, a nie wrogiem. Różnimy się w niejednej sprawie, ale zachowujemy poczucie wspólnoty. Tak postrzegany konflikt nie jest zagrożeniem dla ładu demokratycznego. Przeciwnie: nadaje on sens konfliktom politycznym, w których stronom przyświeca dobro wspólne – także wtedy, gdy jest ono różnie rozumiane.
W świecie dzisiejszym coraz silniejsza jest jednak polaryzacja. W warunkach ostrej polaryzacji kompromis nie jest pożądanym rozwiązaniem, lecz oznaką słabości. Ezra Klein na pytanie „dlaczego jesteśmy spolaryzowani?” (Why We’re Polarized?, New York 2020) wskazuje na to, że zjawisko to jest konsekwencją rosnącej przewagi konfliktu podstawowych wartości nad konfliktem interesów. W sferze wartości trudno jest o kompromis, czego polskim przykładem jest zaciekłość sporu o dopuszczalność przerwania ciąży, traktowanego przez Kościół katolicki jako „zabijanie dziecka nienarodzonego”.
Konflikt podstawowych wartości nie jest jednak jedyną przyczyną polaryzacji. W Polsce między dwiema najsilniejszymi partiami politycznymi nie występuje fundamentalny konflikt wartości, a mimo to poziom wzajemnej wrogości budzi uzasadnioną obawę o przyszłość ładu demokratycznego. W obecnej polaryzacji idzie o to, kto ma mieć pełnię władzy w państwie. To jest przyczyną tak głębokiej polaryzacji, jakiej nie było w Polsce przed 2005 rokiem. Gdy w latach dziewięćdziesiątych byłem ministrem edukacji, jednym z moich zastępców został Mirosław Sawicki, wielce zasłużony działacz dawnej opozycji demokratycznej, politycznie bliski ówczesnej opozycji. Nie było to wtedy czymś wyjątkowym. Dziś taka współpraca ponad podziałami politycznymi wydaje się nie do pomyślenia. Zamiast niej mamy do czynienia z otwartą wrogością. Czy będziemy w stanie tę patologię przezwyciężyć?
W żadnym ze spisów wybitnych pisarzy polskich XX wieku nie może zabraknąć osoby i dorobku literackiego urodzonego w 1903 i zmarłego w 1987 roku Igora Newerlego. Dziś taka opinia może, jak się wydaje, nieco dziwić mniej zorientowanego odbiorcę literatury, dla którego pisarz ten kojarzyć się może w najlepszym przypadku ze sztandarową dla lat 50. Pamiątką z Celulozy (1952), mniej zaś ze zbeletryzowanymi jego wspomnieniami z młodości spędzonej w objętej ruchami rewolucyjnymi i wojną domową Rosji dekady lat 1914–1924, opublikowanymi pt. Zostało z uczty bogów, najpierw w niskonakładowym miesięczniku „Meritum” (redagowanym przez Andrzeja Mencwela) w 1981 roku, a wydawanymi osobno w 1988 już w oficjalnym obiegu (i parokrotnie wznawianymi w latach 90.) przez wydawnictwo Czytelnik w masowym, sześćdziesięciotysięcznym nakładzie, z posłowiem wspomnianego wyżej krytyka: „Wraz z tym utworem – zauważa on trafnie – odnalezione zostało bowiem nie tylko biograficzne «brakujące ogniowo» w rysopisie twórczym Igora Newerlego, jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich i niewątpliwie pisarza socjalistycznego (jeśli w tym zestawieniu przymiotnik ów ma jeszcze intuicyjnie uchwytne znaczenie). Dzięki integralnej edycji książkowej tego utworu «brakujące ogniwo» odzyskać może również nasza literatura współczesna i świadomość kulturalna. Jak powietrze potrzebna jest nam ta umiejętność wnikania w międzyludzką tkankę historii, przyswojenie jej doświadczeń, mężne z nią zżycie. Dzieło Igora Newerlego jest ucieleśnieniem tego typu pisarstwa, który zdobywać musi sobie miejsce w literaturze polskiej, gdyż nie umościły mu drogi tradycja literacka i dominujące konwencje współczesne. Ale jest to pisarstwo konieczne – naszej samowiedzy historycznej, teraźniejszości i przyszłości”.
Prawda to niewątpliwa, ale zauważyć zarazem trzeba, że te wspomnienia – ze względu na swój niecenzuralny przedtem dla ówczesnych decydentów temat – zdominowały perspektywę widzenia utworów wcześniejszych tego pisarza, a także i z lat 80., jak znakomite pod każdym względem Wzgórze Błękitnego Snu, które również jakby z rozpędu i ignorancji nowych decydentów trafiły do wydawniczej zamrażarki i poszły w odstawkę. Wspomnienia Newerlego odczytywano wówczas, jak i często teraz, przede wszystkim jako sztandarowy przykład rzekomo ukrytego dotąd głęboko antykomunizmu pisarza, który z konieczności tylko kolaborował z peerelowskim reżimem – podobnie jak wielu jego kolegów po piórze, pisarzy powojennego okresu – do tego, niejako przymuszany przez zaistniałe okoliczności historyczno-politycznej i życiowej sytuacji!
Wspomnienia Zostało z uczty bogów pokazywały ponoć – jak się wtedy wielu prostodusznie prawicowym krytykom wydawało i nadal wydaje – zupełnie innego człowieka i pisarza, odmiennego od tego znanego z lat 50., a nawet lat późniejszych. A mianowicie zaklasyfikowanego pospiesznie najpierw jako, no, może trochę nietypowego, ale jednak jako jednego z głównych przedstawicieli socrealistów, który potem wraz z wielu innymi pisarzami znalazł sobie, po październikowym przełomie, pisarski azyl w odległych czasowo i geograficznie opisach barwnych i wzruszających patriotycznych przygód młodych Polaków rzuconych przez wydarzenia rewolucyjne gdzieś na odludne tereny Dalekiego Wschodu (Leśne morze) lub też szukał ucieczki od bieżącej rzeczywistości w nie mniej barwnych opisach swych przedwojennych jeszcze i okupacyjnych kajakowych wycieczek po polskich rzekach (Za Opiwardą, za siódmą rzeką). Niewiele w tym z prawdy, a już nic zgoła z tzw. rzetelności historycznoliterackiej.
Pisarz ten, ukształtowany w kręgu szeroko rozumianej dwudziestowiecznej myśli lewicowej (głównie tej wywodzącej się z kręgów bliskich Polskiej Partii Socjalistycznej, ruchu spółdzielczego i samopomocowego – patrz wspomnienia Newerlego z tomu Żywe wiązania), nigdy w swym pisarstwie (także tym niby socrealistycznym) nie był literackim koniunkturalistą. Owszem, wraz z większością wywodzących się z międzywojennej tradycji myśli lewicowej pisarzy polskich, poparł rodzącą się nową rzeczywistość polityczną i społeczną, wierzył w sens i program wszechstronnej przebudowy kraju, łącznie z powszechną oświatą mas, ale nigdy nie był biernym i posłusznym wykonawcą literackiego propagandowego zamówienia, na które wtedy było faktycznie wielkie zapotrzebowanie.
Wystarczy dziś poczytać – bez wstępnych uprzedzeń – pierwsze jego powojenne utwory, by się o tym przekonać. Newerly pozostawał w nich zawsze sobą. Pisarzem wiernym przede wszystkim swym ideałom i ogromnym doświadczeniom życiowym. Widać w nich także i to, jak bywał nieufny i krytyczny wobec kolejnych wcieleń aktualnej polityki i etapów dominacji rządów przedstawicieli „jedynie słusznej” doktryny, nawet wówczas, gdy pisał te swoje quasi-sztandarowe socrealistyczne utwory: Chłopca z salskich stepów, Archipelag ludzi odzyskanych czy Pamiątkę z Celulozy. Bo mimo daniny składanej tamtej epoce, zawsze – w istotnej tkance swoich dzieł – pozostawał oddany i wierny, i to wcale nie pod presją okoliczności, swym przyjętym i wyznawanym, socjalistyczno-lewicowym ideałom wyniesionym z obserwacji świata własnej młodości, w obrębie których mieściło się także okrutne i gorzkie doświadczenie zarówno z okresu przeżyć opisanych w Zostało z uczty bogów, jak i z okresu międzywojnia (Żywe wiązanie). Czasu zamkniętego między rewolucją lutową w Rosji, wojną domową, NEP-em, a wystąpieniem przyszłego pisarza z organizacji komsomolskiej, związaniem się z młodzieżówką mieńszewicką, aresztowaniem przez Czeka i powrotem do polskości owego wówczas dwudziestoparolatka, który z trudem wówczas używał języka polskiego, w którym po trudnych latach życia w międzywojennej Polsce (bezrobocie, potem współpraca z doktorem Januszem Korczakiem) i okrutnych doświadczeniach drugiej wojny światowej powstaną wszystkie jego znakomite utwory! Ba, rzec można nawet, że to właśnie mimo wszystkich dostrzeżonych wówczas i przeżytych empirycznie tak mocno na własnej skórze rewolucyjnych konwulsji i rozlicznych wynaturzeń, powstałych i popełnianych rzekomo tylko w imię rewolucji, praktycznej realizacji przebudowy starego świata (którego wady też zdążył przecież poznać doskonale), pozostawał on całe życie – w najszerszym tego słowa znaczeniu – człowiekiem lewicy. Bowiem nigdy nie zatracił tego, co było najcenniejszym kapitałem całego jego życiorysu i twórczości literackiej, czyli wrażliwości na istotne problemy życia społecznego: krzywdę ludzką, biedę, niedolę plebejskich mas, niesprawiedliwość społeczną, nierówność szans życiowego startu, zwłaszcza młodzieży. Czym zaraził się także, i to na zawsze, od swego wielkiego mistrza i przyjaciela Janusza Korczaka. I czemu też zawsze dawał wyraz w swych książkach, niezależnie od tego, kiedy powstawały. Bo też i zawsze był w nich sobą: pisarzem polskim, który wyrósł w warunkach puszczańsko-białowieskiego pogranicza, w czesko-rosyjskiej rodzinie, w nieuchronnym spotkaniu i starciu wielu zachodzących na siebie epok historycznych, na styku wielu kultur, wielu narodów, wielu idei…
Rozróżnić tu trzeba dwie sprawy: próby odczytywania pozaliterackich poglądów autora, narzucania wręcz ich interpretacji w duchu doktryny socrealistycznej, od niezależnej od nich, tak wówczas, jak i teraz, obiektywnej wymowy jego dzieła. Poglądy społeczne pisarza (nie można ich rzecz jasna mylić z poglądami politycznymi), autora Pamiątki z Celulozy i autora Zostało z uczy bogów pozostały – mimo odmienności czasu ich powstawania i użytych środków pisarskich – właściwie tożsame. I z takim właśnie procederem dopisywanie ex post interpretacji do wymowy jego dzieł mamy właśnie do czynienia w przypadku twórczości prozatorskiej Igora Newerlego. Całej jego twórczości – dodajmy – a nie tylko w przypadku tego czy innego z utworów.
Bowiem tak naprawdę pisał przez całe życie jedną właściwie książkę. Wieloimienną formalnie, znaczeniowo wielotematyczną, zawsze jednak całkowicie własną, wiarygodną, opartą niemal w całości na osobistym doświadczeniu, przeżyciu i doznaniu…
Utwory Newerlego zawsze nasycone materiałem czerpanym z autentycznych wydarzeń historycznych, niemal wyłącznie związane są z empirią, bezpośrednio osobistym stosunkiem do rzeczywistości, z pełną otwartością, ciekawością świata i złożoności ludzkich losów. Niejednokrotnie poświęcone są opisom egzotycznych środowisk i ludzi, a także świata przyrody i natury, na który był szczególnie mocno, jak mało który z polskich pisarzy współczesnych, uwrażliwiony. Ale i wówczas, gdy odwoływał się do rzeczywistości bezpośrednio sobie nieznanej z autopsji, również nie tworzył całkiem czystej beletrystycznej fikcji, bo zawsze wówczas czerpał z wiarygodnych przekazów dokumentalnych, pamiętnikarskich i innych relacji świadków opisywanych historii, a częstokroć ludzi znanych mu osobiście. Bohaterami prozy Newerlego, której podstawowym fundamentem jest owo empiryczne przeżywanie i doświadczenia własne autora, są zawsze ludzie o powikłanych drogach życiowych, mający rozliczne skomplikowane kłopoty ze swą identyfikacją narodową i językiem ojczystym, a z bezdomnych włóczęgów czy awanturników mimo woli (bo tak pokierowały ich osobistym losem wydarzenia historyczne, jak rewolucja rosyjska czy obie wojny światowe), wyrastają w jego utworach, także tych niby z założenia „socrealistycznych” (jak Chłopiec z Salskich stepów, Archipelag odzyskanego dzieciństwa czy Pamiątka z Celulozy) – niczym w klasycznej powieści wychowawczo-edukacyjnej (niem. Bildungsroman) – na ludzi życiowo dzielnych, zaangażowanych społecznie i wartościowych.
Chłopiec z Salskich stepów to powieść dla młodzieży, której tytułowy bohater, biedny chłopak z głuchej stepowej wsi rosyjskiej, przeżywający wiele trudnych, smutnych i dramatycznych chwil, po długich staraniach i walce z przeciwnościami losu, zdobywa zawód lekarza, a w czasie wojny dokonuje bohaterskich czynów. Opowieść o jego dzieciństwie, młodości i wieku dojrzałym jest, jak w większości książek tego pisarza, inspirowana wyraźną i mocną intencją pedagogiczną, bliską myśli Starego Doktora – Janusza Korczaka (czemu bezpośredni wyraz dał w Żywym wiązaniu, Rozmowie w sadzie piątego sierpnia i O chłopcu z bardzo starej fotografii). Wyraża się w niej autorski optymizm życiowy, pochwała aktywności i osobistej dzielności: wiara w naturalną dobroć człowieka, którego wypadki historyczne lub zdegenerowane środowisko społeczne mogą zepchnąć z obranej drogi, ale ma on zawsze możliwość powrotu, dzięki pomocy innych, ale i z wielkim udziałem własnej aktywności. Podobnie jak w Pamiątce z Celulozy, uznawanej za jedno z najlepszych, bo odległych od politycznego koniunkturalizmu, dzieł owego polskiego „socrealizmu” (patronują jej tradycje polskiej literatury społecznej od Bolesława Prusa do Stefana Żeromskiego). Pokazuje tu pisarz drogę życiową bezprizornego watażki wracającego znad Wołgi do Polski na początku międzywojnia, który przekształca się w świadomego klasowo robotnika (fabryka celulozy we Włocławku), ale który wcale przecież nie osiąga – w przeciwieństwie do propagandowych agitek „literackich” tamtego czasu – stanu bezkonfliktowej „ostatecznej szczęśliwości”. Utwór zekranizowany przez Jerzego Kawalerowicza (1953) w podobnym duchu.
Leśne morze to powieść o wątkach przygodowych i zarazem patriotycznych, integralnie wpisanych w ten utwór, którego akcja, inspirowana prozatorską twórczością Wacława Sieroszewskiego czy Stanisława Marii Salińskiego, toczy się w scenerii egzotycznej przyrody dalekowschodniej Mandżurii na początku XX wieku, a jej jednym z głównych bohaterów – obok rzuconego tu przez los osieroconego młodego polskiego patrioty Janusza Domaniewskiego – jest także puszczański… tygrys. „Całe ciepło Newerlego i jego sny o doskonałości i pięknie, odejście od codziennych przetargów czynią z tej książki coś zupełnie wyjątkowego” (Piotr Kuncewicz w: Agonia i nadzieja. Proza polska po 1956, t. 4, 1994). Wiele z tego „ciepła” odnaleźć można w jego pozornie tylko „turystycznych” opisach z tomu opowiadań, jakże nadal czytelniczo i poznawczo atrakcyjnych, pisanych już w latach osiemdziesiątych – Za Opiwardą, za siódmą rzeką. „Tym tomem opowieści – pisał autor – z czterdziestu lat moich wędrówek kajakowych chciałem godnie pożegnać czytelnika, bo tam dużo przygody i dużo przyrody, poza tym w tych wszystkich zasłyszanych, widzianych, przeżytych historiach przeglądają się jak w lustrze mijanej wody krajobrazy różnej Polski”. Bo istotnie, choć wiele tu nostalgii za bezpowrotnie minioną przeszłością z czasów międzywojennej Polski czy wspaniałych opisów kajakarskich „przygód” oraz zachwytów nad rodzimą przyrodą, to i tutaj naprawdę daleko od idylli i sielanki. W tych powstałych z wędrowniczej autopsji obrazkach, w większości mówiących o życiu ówczesnej polskiej prowincji, na wpół jeszcze feudalnej (np. podupadające poleskie dwory szlacheckie), biednej, zakompleksionej, cywilizacyjnie zapyziałej, podzielonej narodowościowo, społecznie rozwarstwionej wsi… jest bowiem przecież cały ten sam co zawsze Igor Newerly, pisarz humanista, człowiek czuły i po ludzku „ciepły”, ale i jakże przy tym, niby tylko tak jakby mimochodem, realistyczny i jak zawsze „przytomny” (nawet w znakomitym, już jako jeszcze okupacyjna próba rozmowy z Niemcem, w zamykającym ten zbiór nowelistyczny opowiadaniu Auf Wiedersehen, Mensch!).
Najbardziej znany utwór Newerlego z ostatniego okresu to powieść Wzgórze Błękitnego Snu. Powstała z inspiracji jego wizyty na warszawskim cmentarzu Powązkowskim jesienią 1981 i widoku kwater polskich zesłańców na Syberię, którzy doczekali się niepodległości w 1918 i po powrocie zostali pochowani już na rodzinnej ziemi. Losy jednego z nich są osnową fabularną tego utworu, gdzie elementy powagi, cierpienia i grozy przeplatają się z pełnymi humoru, często sensacyjnymi i przygodowymi wątkami. Bohater, Bronisław Najdarowski, członek organizacji bojowej PPS, schwytany po nieudanym zamachu na premiera carskiego rządu Stołypina (pierwsze lata XX w.), zostaje skazany na cztery lata katorgi, a następnie na „wieczne osiedlenie” na Syberii (zesłaniec jest wtedy wolny, ale bez prawa opuszczania miejsca pobytu). Ważny dla jego losów jest moment niesłusznego oskarżenia go o zdradę przez współtowarzyszy-bojowców. Powieść napisana wbrew tradycji romantyczno-szlacheckiej literatury, wzorca martyrologicznego, cierpiętniczego schematu. Bohater to patriotyczny Warszawiak proletariackiego pochodzenia, który radzi sobie całkiem dobrze na Syberii, dorabia się nawet sporej fortuny, jako znakomity myśliwy i poszukiwacz złota, co wcale nie stoi, wbrew tradycji, w sprzeczności z jego patriotyzmem. Przeżywa też na Syberii wielką miłość: żeni się z Rosjanką (co uchodziło wtedy za czyn niepatriotyczny), buduje dom, zakłada rodzinę, zdobywa poważanie miejscowej ludności – Buriatów (tytuł powieści pochodzi od nazwy miejsca ich kultu religijnego), obalając przy okazji mit o niezaradności życiowej Polaków. Pisarz tworzy wielostronny obraz życia polskich zesłańców, którzy nie tylko cierpieli, lecz także i żyli pełnią życia. Pokazuje, też niby mimochodem, a co jest ważnym elementem wymowy całego utworu, oddziaływanie na syberyjskich zesłańców idei socjalizmu polskiego, spod znaku myśli takich ludzi, jak Edward Abramowski, Stefan Okrzeja czy Stefania Sempołowska (np. zakładanie przez Polaków na Syberii autentycznych spółdzielni). Daje też liczne przykłady zgodnego współżycia zesłańców i ludzi różnych narodowości (Polaków, Rosjan, Żydów, Buriatów…). Najdarowski jest przedstawicielem nowej plebejskiej generacji zesłańców, którzy wolni są od tych pańsko-izolacjonistycznych gestów i zachowań, tak charakterystycznych dla znacznej części zesłańców popowstaniowych szlacheckiego pochodzenia (za co tak bardzo ponoć nie lubił ich w swych utworach i publicystyce Fiodor Dostojewski, sam przecież również syberyjski zesłaniec!). Utwór, jak zawsze u Newerlego, mocno naznaczony silnym piętnem osobowości i bogatego doświadczenia życiowego pisarza, stanowi interesującą próbę dotarcia do rozlicznych pokładów złożoności prawdy ludzkiego losu, ukazania jej przez konfrontację indywidualnych dziejów postaci i ogólnych procesów historyczno-społecznych, niepowtarzalnych realiów określonego czasu i miejsca.
Dopiero teraz – czytane w całości i z odpowiednio długim już dystansem historycznym – dzieło prozatorskie Igora Newerlego ukazuje w pełni nie tylko wszystkie swe autentyczne i trwałe walory czytelnicze oraz rozległość perspektyw poznawczych w widzeniu wszystkich barw tego nieludzkiego wieku dwudziestego, jak też i całą tę swoją tożsamość literacko-stylistyczną i znaczeniową. Ale też i to, że w tej swojej integralności artystycznej i poznawczej jest jednak również i dla naszej teraźniejszości, mimo iż nieco już zapominanym (mniej lub bardziej świadomie wypychanym przez nowe okoliczności obecnych preferencji wydawniczych na margines lektur współczesnych, co młodszych zwłaszcza pokoleń Polaków), nadal aktualnym i ważnym niezmiernie ogniwem humanistyczno-lewicowej polskiej tradycji literackiej.
Jesteśmy świadkami tragicznego quid pro quo: zamiast powrotu po prawie ośmiu dekadach do roosveltowskiej idei jednego świata, świata ludzi żyjących w dostatku materialnym i korzystających z pełni praw człowieka – mamy geopolitykę strachu. Mamy wściekły wyścig zbrojeń. Mamy budowę murów. Mamy wśród wrogów biedotę z byłych kolonii bogatego Zachodu. Dlaczego?
Co nam mówi zwykła ludzka, naturalna inteligencja? Najsprawniej się nią posługują krytyczni badacze stosunków międzynarodowych. Ale ich refleksje, jak np. Stanisława Bielenia, Piotra Kimli, Grzegorza Kołodki, Edwarda Karolczuka giną w słowotoku setek tysięcy analityków, strategów, geopolityków, pracowników wywiadów i think tanków. Najczęściej to byli wojskowi, którzy działają teraz na ideologicznym froncie w różnych fundacjach i ośrodkach, gdzie rodzą się lęki i zagrożenia. Tworzy się tzw. głębokie państwo. Główną wygraną jest hegemonia[1]. Rdzeniem ich refleksji jest państwo jako aparat przemocy i zapewniania bezpieczeństwa przed zagrożeniami militarnymi. Pomijają zaś służebne funkcje państwa wobec biznesu, wobec jego potrzeb zaopatrzenia w surowce, rynki zbytu, tanią pracę. Boją się wojen, ale nie chcą czy nie potrafią dostrzec ich społeczno-ekonomicznych źródeł.
Ale to nie wojna, strategia czy konflikt określają zbiorowy los mieszkańców planety. Jest coś bardziej podstawowego. To jest skutek wcześniejszej strukturalnej słabości życia pośród innych. Powstaje ona w sytuacji, kiedy ludzkość jest podzielona na cywilizacje, narody, sojusze, wspólnoty regionalne jak UE. Tym, co powoduje niepewność egzystencji członków takich wspólnot jest brak kontroli nad cudzymi arsenałami. Mamy kontrolę tylko nad własnym. A co z tym arsenałem, którym rozporządzają inni żyjący obok nas? W tej sytuacji decydenci, stratedzy, analitycy nigdy nie mogą mieć stuprocentowej pewności, co do intencji pozostałych uczestników żyjących bliżej lub dalej od granic państwa. Jak piszą brytyjscy badacze bezpieczeństwa Ken Booth i Nicholas Wheeler, ten stan nieprzezwyciężalnej niepewności tworzy istotę dylematu bezpieczeństwa[2]. Np. jakie jest ostateczne przeznaczenie tarcz antyrakietowych, jak tej w Radzikowie? Słowem, polityk odpowiadający za bezpieczeństwo ludności musi najpierw odczytać właściwe intencje kontrpartnera, przeciwnika, wroga. Tak powstaje dylemat interpretacji. Potem musi zdecydować, jak zareagować na tak czy inaczej postrzegane działania drugiej strony. To dylemat reakcji, wyzwanie strategiczne. Na każdym z tych poziomów analizy i decyzji może popełnić błędy. W tej sytuacji rozsądny polityk powinien przygotować armię na najgorszy scenariusz. Pozostali postępują podobnie. Ostatecznie nakręca się spirala wrogości, w następstwie zbrojeń – odległych od początkowych zamiarów. Na tym polega paradoks bezpieczeństwa. Dlatego w polityce między narodami to niepewność jest pewna. Tu rządzi lęk. A jak wiadomo ból, lęk, strach to wartości elementarne, warunkujące egzystencję jednostki[3].
Użyteczność takiej perspektywy oglądu stosunków między państwami staje się zrozumiała w sytuacji, kiedy destrukcji planety może w każdej chwili dokonać broń jądrowa. Według analiz symulacyjnych amerykańskiej uczelni technicznej Michigan Tech wystarczyłaby eksplozja zaledwie 100 głowic jądrowych, żeby planetę zamienić w kosmiczny pył. Może znów tylko sinice zaczęłyby odtwarzać życie na Ziemi. Tymczasem według aktualnego raport FAS (Federacji Amerykańskich Naukowców) arsenał w pięciu państwach wzrósł o ponad 700 głowic. Dwaj giganci posiadają ponad 10 tys. głowic: Rosja 5580, Stany Zjednoczone zaś 5044. Kolejne kraje robią co mogą, by siłę zniszczenia móc wzmóc: od 1986 roku Chiny zwiększyły swój arsenał z 224 do około 500, Wielka Brytania i Francja po około 200. Dalej idą: Pakistan – 170, Indie – 172, Izrael z 44 do 90, Korea Północna około 50. Ogółem mieszkańcy planety żyją między 12 121 tysiącami głowic jądrowych i środkami ich przenoszenia. Przy czym 2100 głowic amerykańskich, rosyjskich, brytyjskich i francuskich znajduje się w stanie wysokiej gotowości bojowej. Co gorsza, poszczególne kraje wznawiają testy jądrowe w tajnych podziemnych ośrodkach[4].
Początkowe działania, by podnieść poziom własnego bezpieczeństwa kończą się budową fortu Polanda. W sumie, kurczy się bezpieczeństwo wszystkich uczestników zbiorowości – społeczeństw rządzonych przez biurokracje swoich państw. Mają one dużą swobodę decyzji i działania, nawet wtedy, kiedy kierownictwo ma mandat od wyborców. To jedno z ograniczeń demokracji wyborczej. By wpływ społeczeństwa o zróżnicowanych interesach klasowych był większy, konieczne jest jej uzupełnienie o inne formy. Np. demokrację deliberatywną, która umożliwia bezpośrednią wymianę argumentów między decydentami a adresatami ich decyzji, albo może umożliwiać koprodukcję administracji i obywateli[5].
Paradoks bezpieczeństwa pozwala nam zrozumieć gorączkę zbrojeń europejskich marionetek biznesu – sektora zbrojeniowego, finansowego, samochodowego. Do kogo bowiem popłynie bezpośrednio te 800 mld euro planowanych wydatków na zbrojenia? Konta jakich korporacji zasilą wydatki na konwencjonalną i nowoczesną broń? I kto ma akcje czy udziały w tych korporacjach?
Skoro wyścig zbrojeń nie daje ostatecznego bezpieczeństwa, może warto szukać lepszej strategii niż zbrojenia. Te mogą co prawda, jak w USA, zwiększać innowacyjność gospodarki. Zwłaszcza jeśli się rozporządza pieniądzem światowym. Ale nie tylko w realiach europejskich – także całej ekumeny trzeba wyjść poza wojskowy aspekt polityki bezpieczeństwa. Bo zawsze pojawią się kolejne wyzwania: rywalizacja przeniesie się w kosmos, a na polu walki staną przeciwko sobie autonomiczne czołgi. „Sztuka polega na tym, aby równoważyć siły militarne – albo, jak kto woli, obronne – przy możliwe najniższym poziomie nakładów, a nie coraz wyższym”[6].
Państwa chroniące i wspierające największe gospodarki rywalizują w systemie globalnego kapitalizmu. To kapitalizm wzrostu gospodarczego, bo innego być nie może. Wyzwania, które stanowią pochodne panującego Systemu, mają charakter globalny, zarazem wspólnotowy: chaos ziemskiego klimatu, eschatologia mineralna prowadząca do rywalizacji o zasoby ropy i minerałów.
Ale gospodarka podporządkowana zyskom wielkich korporacji i sektorowi finansowemu rodzi jeszcze inne pozamilitarne zagrożenia. To dysproporcje rozwojowe między bogatą Północą a globalnym Południem. W następstwie podnoszą się fale masowych migracji. Przybywa konfliktów na tle etnicznym i rasowym w bogatych społeczeństwach. To zaś reanimuje skrajną prawicę, dodatkowo rozbrajając ideologicznie tych, którzy żyją z pracy własnych rąk i umysłów.
W obronie status quo. Każdy naród ma własną mitologię, tym bardziej, że pustosłowie nic nie kosztuje. Amerykanie otaczają kultem ideały wolności i równości (liberalnej), którą uosabiają ojcowie założyciele: Thomas Jefferson i George Washington. Lecz 20 procent ówczesnej populacji, ponad 600 tys., to zniewoleni Afrykanie. To dzięki ich pracy powstawało główne źródło dochodu – eksport bawełny i tytoniu. Podobnie zresztą jak źródło utrzymania dwóch wyżej wymienionych patronów niepodległości. Washington był drugim w kolejności krezusem swego pokolenia. I to podbój amerykańskiego kontynentu posłużył za wzór innym Europejczykom (później Japończykom) w opanowywaniu terra nullius dla osadnictwa białych ludzi: od Syberii na północy do Australii na południu. Tradycja zobowiązuje.
Obecnie Stany Zjednoczone starają się utrzymać pax americana, a więc światowy system kapitalizmu, w którym dominuje Triada: USA z Kanadą, UE, Japonia z Australią. Reprezentuje ona około 18 procent populacji. Utrzymanie tego ładu wymaga przeciwdziałania tendencjom, które go podważają. Hegemonia USA korzysta bowiem ze słabości UE, która nie jest państwem, nie ma wspólnej polityki fiskalnej, przemysłowej, obronnej itd. Nie ma też surowców energetycznych i minerałów. W ten sposób Unia dokonuje samookaleczenia za sprawą swoich domniemanych przywódców. Atlantyzm, połączony z wojskową kuratelą nad europejskim sojusznikiem ulokowanym w NATO, nie pozwala realizować europejskiego projektu. Jego istota polega na łączeniu efektywnej gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym klas pracowniczych, na dodatek we wspólnym państwie poddanym demokratycznej kontroli.
Groźny dla amerykańskiej hegemonii gospodarczej jest też rysujący się sojusz państw tworzących grono kontestujące obecny ład. Nie przypadkiem to Rosja i Chiny oplatane są łańcuchem 750 baz, pływających fortec, nowych nawróconych na demokrację sojuszników leżących blisko ich granic. To państwa BRICS, głównie Chiny, Rosja, Indie, Brazylia. Nawet Turcja i Arabia Saudyjska, nie wspominając o Iranie. Kraje te zmierzają do stworzenia wielocywilizacyjnej wspólnoty narodów i państw. Ponadto, stopniowo odchodzą od dolara jako waluty rozliczeniowej w handlu ropą. Chcą stworzenia koszyka walut. Kto wtedy sfinansuje deficyt handlowy i płatniczy słabnącego gospodarczo olbrzyma? Dodatkowo kraje te, zaopatrywane w tanie surowce energetyczne, mogą złamać zachodnią hegemonię gospodarczą; stają się konkurencyjne wobec przemysłu europejskiego. Tym samym mają szansę pełnić rolę kredytodawcy, zaopatrzeniowca, rzecznika interesów globalnego Południa. Tworzą więc efektywny, alternatywny biegun koncentracji gospodarczej i politycznej. W ten sposób powstaje faktycznie świat co najmniej dwubiegunowy.
Ale jest aspekt, o którym milczą wszyscy politycy płynący na fali zbrojeń. Koszty finansowe można oszacować. A co z kosztami ekologicznymi? Ponieważ zużycie energii i minerałów nie jest tu priorytetem, rozpocznie się orgia ich marnotrawstwa. Na dodatek kosztem „masła”, kosztem obniżenia poziomu usług publicznych, kosztem inwestycji w rozbudowę energetyki wiatrowej, solarnej, choćby tylko na potrzeby gospodarstw domowych. Wszystkie imperia rozbudowujące siły zbrojne były zależne od minerałów. Po kolei: złota i srebra, drewna potrzebnego na maszty, ale i działa. Potem był węgiel (drednoty), ropa i uran. Oba nuklearne mocarstwa wyprodukowały po 5 tys. strategicznych głowic jądrowych oraz 15 tys. w pociskach krótszego zasięgu. Według obliczeń Vaclava Smila, groźba wzajemnego zniszczenia obu mocarstw nuklearnych pochłonęła co najmniej 5 proc. komercyjnej energii, jaką skonsumowano w obu krajach w latach 1950–1990. Także obecnie konstrukcje nowoczesnej broni, wyposażanej w podstawowe napędy w postaci silników odrzutowych i rakietowych, wymagają paliw kopalnych i elektryczności; ogromna energia jest też potrzebna do uzyskania rozszczepialnego izotopu uranu. Potrzebne są też stopy wysokogatunkowej stali, aluminium i tytanu. 60-tonowy czołg Abrams, nowy nabytek ministra wojny, jest napędzany turbiną gazową. Spala od 400 do 800 litrów paliwa na 100 km. Podobnie paliwożerne są samoloty F-16. W czasie operacji Pustynna Burza nad Irakiem w latach 1990–91 1300 amerykańskich samolotów odbyło ponad 116 tys. lotów[7].
Obecnie to produkcja broni robotycznej, cyberbroni, wymaga kosztownych energetycznie metali ziem rzadkich. Bez nich nie byłoby półprzewodników, a w konsekwencji dronów. By je wydobyć, planeta jest penetrowana maszynerią napędzaną wielkimi silnikami dieslowskimi. Drogę do złoża torują im materiały wybuchowe. To wojna wydana planecie. Według szacunku Grzegorza Kołodki, ograniczenie zbrojeń o 1 proc. rocznie (z 2,35 proc. do 1,35 proc. światowego produktu brutto) pozwoli zaoszczędzić bilion dolarów rocznie. Lista najpilniejszych wydatków nie ma praktycznie końca[8].
Realny postulat to dążenie do ograniczenia wielkości armii do zadań o defensywnym charakterze, nielicznej i niedrogiej. To byłaby druga, po rooseveltowskim New Dealu, światowa wojna z korporacjami, ich udziałowcami, managementem, posiadaczami miliardowych pakietów akcji. Wówczas wygrana państwa polegała m.in. na rozdzieleniu bankowości komercyjnej i inwestycyjnej, na 90-procentowym podatku dochodowym czy regulacji stosunków pracy, łącznie z zasiłkiem dla bezrobotnych. Teraz soldateska wysyła nas na księżyc po minerały, próbuje otworzyć kosmos dla rywalizacji koncernów. To nowe pole rywalizacji żeglarzy naszych czasów: Muska, Bezosa, Bransona. Podobnie ich poprzednicy ścigali się przed wiekami z wiatrem o panowanie nad oceanem światowym.
Przed niewyrobionym widzem/słuchaczem/czytelnikiem ukryty jest ścisły związek między neoliberalną globalizacją a militaryzacją polityki międzynarodowej. Najbardziej widzimy słabość dziennikarskiego ujęcia w postrzeganiu globalizacji jako międzynarodowej współpracy, która ma przynosić wzrost gospodarczy, dobrobyt i świetlaną przyszłość. Tymczasem to była kłamliwa od początku narracja neoliberalnych ekonomistów. Bo chodziło o tanią pracę i tanie surowce najpierw globalnego Południa, a później byłych krajów demokracji ludowej. W tym samym czasie trwa inna wojna – haniebny atak na biednych ludzi z Globalnego Południa i klasy pracownicze Północy. Rośnie przepaść dochodów i warunków życia między 1 a 99 procentami ludzkości. Rosną szare szeregi funkcjonalnie wykluczonych, w następstwie fale migracyjne i tzw. populizm. Dlatego nawet geopolityka to o wiele za mało, by ukazać główne źródło obecnego kryzysu.
Mineralne imperia. Penetrowanie planety w poszukiwaniu potrzebnych surowców to stały punkt w dziejach świata. Dla społeczeństw rolniczych to była ziemia i tania siła robocza – efekt podbojów. Potem złoto i srebro, bez którego państwa nie mogły finansować wojen: srebro z Laurium w Grecji, Asturia i Leon dla Cesarstwa Rzymskiego. Dla imperiów handlowych (Wenecji, Genui, Portugalii, Hiszpanii, Holandii, Anglii) to było najpierw drewno. Mówiono wtedy „nie ma drewna, nie ma królestwa”. A także żelazo i brąz do wytwarzania dział. To bowiem w alfabecie dział galeonów głoszono wyższość wartości europejskich nad wartościami ludów nieznających Pana.
Żyjemy w dalszym ciągu w epoce imperiów kopalnych. To bowiem węglowodory nadal konieczne są do tego, by utrzymać produkcję i konsumpcję; by chronić drogi transportu towarów i surowców, teraz kontenerowców czy gazowców. Dlatego do funkcjonowania Systemu konieczne są różne wersje drednotów – napędzanych najpierw węglem, potem ropą w dieslowskich silnikach, a także samolotów zbudowanych ze stali, ze stopów różnych metali, z tworzyw sztucznych. Obecnie wydobycie metali ma szerokie zastosowanie militarne i cywilne, głównie w energetyce i w elektronice. Są one niezbędne do wywarzania elektroniki napędzającej roboty, jak i do cyberbroni. Mowa o metalach krytycznych, będących albo produktem ubocznym przy wytwarzaniu metali (gal, selen, tellur, german), albo występujących rzadko w litosferze. Dlatego są drogie (np. kg galu kosztuje 9 tys. razy więcej niż kg żelaza, a german 10 razy więcej niż gal). To m.in. kobalt, lit, tantal, cyrkon, wolfram, platynowce. Bez tych i wielu innych nie byłoby półprzewodników, a bez półprzewodników kapitalizmu platform, sieci, obróbki i przesyłania informacji – nowego źródła akumulacji kapitału i wylęgarni nowej oligarchii.
Trumpizm. Dlatego kalifornijskie big techy stanęły przed kolejnym wyzwaniem: jak zapewnić sobie zaopatrzenie w niezbędne metale i w niezbędną energię dla swoich platformianych biznesów? Nowe dziedziny produkcji i konsumpcji są konieczne, by kręciła się maszyneria akumulacji kapitału: będą inwestycje, będą zyski. Ich brak oznaczałby kres systemu podporządkowanego logice zysku. Od początku kapitalizm został zbudowany na taniej pracy ludów kolonialnych, później byłych chłopów zmuszonych, by przeżyć do pracy w fabrykach. Następnie taniej energii z węglowodorów, która napędzała nowe maszyny, a te ubogacały życie w coraz nowe sprzęty i gadżety – jedne ułatwiały życie (pralka, lodówka, samochód), drugie – czyniły je przyjemniejszym (radio, telewizja, smartfon). Trumpizm prowadzi, jak trafnie wskazuje historyk idei Andrzej Szahaj, do „połączenia totalnego kapitalizmu z zamordystycznymi rządami”[9]. Widzimy tego początki za Atlantykiem, a pilnym uczniem stała się polska prawica, antyszambrująca w Białym Domu.
Zbrojenia są gigantycznym marnotrawstwem zasobów. Nie dajmy się zwodzić soldatesce lokalnej i światowej. Wspierają ją telewizyjni samozwańczy eksperci. To podżegacze wojenni z think tanków, z akcentem na tanki. Żaden wyścig zbrojeń nie rozwiązał dylematu bezpieczeństwa, który wywołuje nieprzezwyciężalną niepewność co do cudzych motywów, intencji i możliwości działań ofensywnych. I właśnie ta niepewność jest pewna. Ale można ją redukować, budując środki zaufania i redukując arsenały. I wybrać nie armaty, tylko masło, zdrowie i życie.
[1] Zob. John J. Mearsheimer, Tragizm polityki mocarstw. Universitas, Kraków 2019, tłum. P. Nowakowski, J. Satkiewicz, rozdz. II. Anarchia i walka o potęgę.
[2] Zob. Ken Booth, Nicholas J. Wheeler, Wprowadzenie. Niepewność [w:] Studia bezpieczeństwa, red. Paul D. Wiliams, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012, tłum. P. Nowicki, s. 131–147. Oraz tychże, The Security Dilema: Fear, Cooperation and Trust in World Policy. Palgrave, Basingstoke 2008.
[3] Zob. np. Zdzisław Cackowski, Filozoficzne problemy człowieka i społeczeństwa, PWN, Warszawa 1990, rozdz. V. W tej perspektywie interpretuje relacje między państwami realizm jako kierunek badawczy. Zob. np. John J. Mearsheimer, op. cit.
[4] Zob. Artur Ciechanowicz, Raport: pięć państw po cichu zwiększa zapasy broni jądrowej. Są obawy przed III wojną światową. BIZNESALERT, 07.03.2025. https://biznesalert.pl/raport-piec-panstw-po-cichu-zwieksza-zapasy-broni-jadrowej-sa-obawy-przed-iii-wojna-swiatowa/#
[5] Zob. w tej sprawie, Dawid Sześciło, Samoobsługowe państwo dobrobytu. Czy obywatelska koprodukcja uratuje usługi publiczne? Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2015 oraz Mikołaj Ratajczak, Forma życia i dobro wspólne. Geneza i aktualność współczesnej włoskiej filozofii politycznej. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2020.
[6] Grzegorz Kołodko, Wojna i pokój. PWN, Warszawa 2022, s. 183/184.
[7] Vaclav Smil, Energia i cywilizacja. Editio, Gliwice 2022, s. 284–294.
[8] Grzegorz Kołodko, Wojna i pokój. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2022, ss. 181–186.
[9] Tegoż, esej Antydemokratyczny kapitalizm totalny, „Przegląd” 17–23.2025, a także Darwinizm społeczny, „Przegląd”, 12–18.05.2025.
Artykuł ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Konflikt marszałka Sejmu z ambasadorem USA w Warszawie ma wiele obliczy, którym warto się przyjrzeć, bo komentarze polityków różnych barw i odcieni są coraz bardziej zajadłe, a nad Sejmem wisi scenariusz opozycji, aby obalić koalicję i przejąć władzę. Daleki jestem od napisania, że od razu do spółki z Waszyngtonem, ale skoro wicepremier Sikorski chyba sprawdza i taką wersję, to trudno ją pominąć. Opozycja przecież może iść tu ręka w rękę z Ameryką Trumpa, która urządza świat po swojemu, tym bardziej że prezydent Nawrocki zaproszony do Rady Pokoju Donalda Trumpa stoi dokładanie na takim samym stanowisku. Bo jednak kryzys zaistniał, tak jak zapalenie korzonków nerwowych w całkiem zdrowym organizmie – można je zwalczyć farmakologicznie, można cierpieć i rozchodzić albo udać się do specjalisty po poradę.
I tak się złożyło w środku tego polsko-amerykańskiego nerwobólu, że na mieście uciąłem sobie całkiem prywatną pogawędkę z jednym z konstytucjonalistów, jak trzeba wśród starszych panów – przy kawie, koniaku i wuzetce. Nawet nie musiałem formułować pytań, bo niemal równocześnie powiedzieliśmy sobie, że reakcję marszałka na list w sprawie przyszłego Nobla dla prezydenta Trumpa, zupełnie słuszną w diagnozach, ocenie i wnioskach w normalnych czasach, tu cechował jednak zbytni pośpiech. Taki list jest dość nietypową formą wpływania na tok spraw mających się dopiero w Oslo wydarzyć, nie wspominając o tym, że Skandynawowie chyba nie bardzo lubią, żeby im się do przyznawania pokojowego Nobla mieszać. Ale problem okazuje się tu być niemal konstytucyjny i ustrojowy. Otóż korespondencja skierowana do marszałka jako organu i drugiej osoby w państwie w takiej sprawie to jednak ewenement, choć oficjalny, przynamniej ja do tej pory podobnej sytuacji nie pamiętam, wiec już to powinno dawać do myślenia. Marszałek ma bowiem bardzo dużo narzędzi, którymi może posłużyć się dla, jak mówią w Sejmie, „zbicia tego tematu z pantałyku” – np. opinie ekspertów. I tu mój rozmówca dał do zrozumienia, że jeśli by to do niego trafiło, to zbadanie sprawy musiałby rozłożyć co najmniej na kwartał rzetelnych badań. Czyli poczynić niezbędne odniesienia historyczne (od starożytności do współczesności), prawne, konstytucyjne, porównać to wszystko do przyjętej praktyki międzynarodowej – oczywiście o ile takowa gdzieś istnieje – wszystko to wymagałoby olbrzymiej kwerendy. Czyli huk roboty, trzy miesiące z okładem jak znalazł ! I tylko po to, żeby później dokonane badania skwitować odpowiednim dokumentem, który zalecałby marszałkowi, jak w takiej sytuacji postąpić. Może skierować list do odpowiedniej komisji sejmowej, a może postawić sprawę na prezydium Sejmu, oddać ją w formie propozycji stosownej uchwały Izby – np. o wysiłkach w sprawie pokoju? Pytań mój rozmówca mnożył bez liku, proceduralnych, ale i politycznych, a przede wszystkim wskazywał na skomplikowanie konstytucyjne i w związku z tym na przewlekłość procedury uzgodnienia odpowiedzi. Która byłaby w tym przypadku prawdziwym skarbem. Czyli marszałek mógłby ambasadorowi przyjaźnie objaśnić, że skierował sprawę do opiniowania u najlepszych specjalistów, procedury są żmudne, trwają, ale na pewno zostanie wypracowane stanowisko, które jak najlepiej posłuży stosunkom polsko- amerykańskim. Co po ludzku oznaczałoby, że spieszyć się nie ma specjalnie sensu, ale rozglądać w przepisach i wokoło jak najbardziej ma. Bo jeśli Niemcy, Francuzi, Włosi czy Brytyjczycy mają ten sam kłopot, to warto byłoby zobaczyć, jak oni sobie z nim poradzą. Zresztą, tak na chłopski rozum, może być i tak, że agresja Rosji na Ukrainę zakończy się zaraz wiosną przy walnym udziale prezydenta Trumpa, i jak takiemu nie dać wówczas Nobla? Więc w sumie były rzeczowe argumenty, żeby się nie spieszyć, tylko uruchomić żmudne procedury, które w państwie demokratycznym są rzeczą naturalną, a Amerykanie to zrozumieją.
Tymczasem marszałek wziął to trudne zagadnienia na klatę jednak dość szybko, dając odpowiedź polityczną, choć rzeczową i zgodną ze stanem faktycznym. Bez żadnych obelg czy poniżania, do czego przyczepił się ambasador, zdaje się dość nerwowy człowiek, po czesku – rychlik. Pytaniem ważkim jest, co to dało marszałkowi, bo przecież jest on politykiem długodystansowym i doskonale wie, jak można by postąpić, żeby sprawę odwlec. Moim zdaniem dwie rzeczy: pokazało marszałka jako polityka zupełnie innego formatu. Nie będzie chyba pomyłką, że nawet prezydenckiego, a przynajmniej aspirującego do wyrażenia przed narodem racji stanu, kiedy została ona wystawiona na szwank. Tak należy czytać obronę naszych weteranów, których Trump zbiorczo zakwalifikował w swojej niesamowicie przykrej wypowiedzi jako dekowników w odbytych już konfliktach. To na pewno był ważny, piękny i wyrazisty gest marszałka, łącznie ze spotkaniem z weteranami w Sejmie. Po drugie pokazał, że można prowadzić sojuszniczą politykę mając odmienne zdanie w sprawie wpisywania się w dość niespodziewane scenariusze. Indywidualnie wyszedł na tym dobrze. Niestety inne głosy z Lewicy, w tym o dojeżdżaniu Ameryki, były na tym tle mało rozumne.
Czy marszałek miał na to autoryzację koalicji, w tym jej lidera premiera Tuska? Może o tyle, że premier także napisał o wzajemnym szacunku w relacjach polsko-amerykańskich, które on i wicepremier Sikorski ciągną na co dzień, co by ostrożnie wskazywało na inne problemy. Podatek cyfrowy od big-techów? Epstein? Złe warunki umów zbrojeniowych? Krążących domysłów jest bardzo wiele. Nie musi to oczywiście zaraz wypływać na wierzch, ostatecznie jest normalką w interesach i wzajemnych stosunkach, ale być może jakiś reset by się tu przydał. Bo faktem jest, że to, co było za PiS znajduje odcinkowo kontynuację teraz – łącznie z klęczkami we wzajemnych stosunkach, z których jakoś nie umiemy się w niektórych sprawach podnieść. Inna sprawa, czy koalicja sobie poradzi np. z obroną marszałka, jakby nie było twarzy konfliktu, wobec którego opozycja i prezydent Nawrocki wyszykowali grubą ofensywę polityczną. A w niej, jak słychać, wszystkie chwyty będą dozwolone, w tym kwity i haki, ale również oferta tzw. premiera technicznego dla lidera PSL, pomysł szybszych wyborów, suflowanie zmiecenia obecnego układu i odwrócenia sojuszy. A kto wie, może również projektu uchwały autorstwa PiS czczącej Trumpa jako człowieka pokoju? Tu raczej sytuacja będzie się zagęszczać, sejmowe kryterium absmaku i obciachu chwilowo zostanie zawieszone, zapowiada się więc nam brzydki tydzień w polityce, bo jednak opozycja w drodze po władzę nie ma żadnych hamulców.
Ale w drugiej połowie lutego kroi się exposé sejmowe ministra Sikorskiego o polityce zagranicznej. Będzie więc świetna okazja, żeby zapalenie korzonków nerwowych w stosunkach polsko-amerykańskich nareszcie ustąpiło.
Na zdjęciu: marszałek Włodzimierz Czarzasty i ambasador Tom Rose podczas uroczystości zapalenia chanuki w Sejmie, 15.12.2025 r.
Tak właśnie chyba powinno się o Niej napisać w tej smutnej i trudnej chwili, bo przecież dla prawie każdego polskiego inteligenta była kimś swoim, z którym idąc przez życie śmiało można było się głównie w skrytości myśli porozumiewać. Jest to więc strata kogoś dla wielu naprawdę bardzo bliskiego, ale jednak różnego. Jedni wspominają Magdę Umer jako ciepłą, poetycko-liryczną piosenkarkę, inni podkreślą w niej autorkę świetnych spektakli i scenariuszy telewizyjnych oraz wielkich opolskich koncertów, dla wielu zaś na zawsze pozostanie niezrównaną telewizyjną gawędziarą – do spółki z Agnieszką Osiecką czy Jeremim Przyborą. Miała wiele fajnych obliczy, by nie spróbować się z którymś z nich kiedyś zidentyfikować – mnie się to raz po raz przytrafiało i niekiedy trzymało długie tygodnie. A obcując z Osiecką czy Przyborą, była Magda Umer w naszym niejako imieniu animatorem artystycznego Olimpu, do którego załatwiała publiczny dostęp, nieraz przełamując opory wymienionych. I za to jesteśmy dziś jej cholernie wdzięczni, a przynajmniej ja.
Zazwyczaj w takich nieodwoływalnych chwilach jak śmierć dokonuje się podsumowania tzw. całokształtu, wszystkich dzieł dokonanych, przeżytych i zamkniętych. Ale w Jej przypadku byłoby to jakąś chyba tylko częścią prawdy, gdyby sprowadzić to do podsumowania życia i twórczości zamkniętych już na amen w konkretnych datach.
Magda Umer była bowiem kimś zdecydowanie większym aniżeli scena, na której tak udanie przez dziesiątki lat działała, bo jednak – przyznajmy – często jest to tylko kwestia warsztatu, który mniej lub bardziej służy tylko temu, aby na chwilę zaistnieć. W przypadku Magdy Umer na pewno nie byłoby to adekwatne dla zrozumienia straty, jaką wszyscy ponieśliśmy. Bo jednak największym jej skarbem było to, co nazywamy osobowością, a co znajdowało tylko częściowo wokalny wyraz na estradzie. A przecież i tak było najlepszej miary, ale moim zdaniem w mniejszym zakresie wobec tego, co było Jej absolutnym osobistym diamentem, który nam ofiarowała. Osobowości polskiej dziewczyny, która nie wymagała jakichś specjalnych opisów ni obramowań jakimikolwiek artystycznymi konwenansami, może prócz dobrego wychowania w stylu Starszych Panów.
Jak dziś pamiętam, kiedy podczas swojego koncertu w Hybrydach przy okazji OPPA (lata 80. ubiegłego wieku…) po prostu zeszła ze sceny i usiadła na proscenium, jakby podkreślając, że jest zarazem po naszej, widzów i słuchaczy stronie, choć także była na scenie i wyłącznie dla nas śpiewała o świerszczach w kominie. To było niewyuczone, a kapitalne w swojej sile wyrazu, wręcz intuicyjne, że aż odruchowe… Spróbujcie dziś coś takiego gdziekolwiek zobaczyć, żeby scena stała się widownią, a widownia sceną, by coś ważnego sobie wzajemnie powiedzieć i przekazać?
Zaraz stanęło mi to przed zeszklonymi oczyma, kiedy doszła mnie informacja o śmierci Magdy Umer, niestety wbrew mojemu osobistemu przekonaniu, że to akurat Jej nie powinno się nigdy przytrafić. A przywołuję tu Hybrydy lat 80. nie bez przyczyny, bo Magda Umer była jurorem Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którą zaprosiłem na stałe, podobnie jak Jacka Janczarskiego, aby oceniali przesyłane na konkurs studenckie, a czasami licealne, wprawki i produkcje. Kultura studencka kojarzyła się wtedy z piosenką autorską, tacy artyści jak Piotr Bakal, Jacek Kaczmarski, Jan Wołek czy Wolna Grupa Bukowina zajmowali studentów nie mniej niż wykłady i kolokwia. Magda Umer robiła to zarówno z niekłamanym entuzjazmem dla zjawiska piosenki studenckiej, której sama była znakomitym przedstawicielem, jak i szczerą miłością dla przebijającej się często twórczej grafomanii, ale i niekiedy początków wielkiego talentu; Jacek Janczarski – chyba bardziej z upodobania do obserwacji zjawiska tremy i pierwszych kroków różnych ludzi na scenie. No cóż, różnie podczas OPPY bywało, ale Magda Umer zawsze była z notatkami na posterunku i do dyspozycji przeróżnych występujących w konkursie ludzi, którzy uważali, że mają światu coś ważnego do powiedzenia, choć w większości znikli następnie w mroku dziejów.
Nawet sam się nieraz dziwiłem, że jej się tak mocno chce, ale był w tym także pewien szerszy zamysł, o którym miałem niebawem się przekonać. Otóż niektóre jak ulał figury z tego (i zapewne innych…) przeglądu trafiały następnie do jej kapitalnych scenariuszy i telewizyjnych realizacji, jak ów zmięty trudami praktyk terenowych student wydziału geologii, który „daje publiczności coś od siebie” (świetnie imitował go, z gitarą, w jednym ze spektakli Umer aktor, dyrektor i tancerz Janusz Józefowicz…). Więc korzyści były obopólne, ale liczyła się też Jej i Jacka obecność i życzliwa krytyka, okresowo zasilana Wojciechem Młynarskim, Przemysławem Gintrowskim czy Agnieszką Osiecką, co czyniło Hybrydy na powrót tym, czym były u swego zarania.
No i zawsze można było liczyć na zaciszną rozmowę z Magdą Umer, z czego oczywiście (będąc wówczas na życiowo-miłosnym zakręcie) korzystałem w ramach osobistego kącika porad miłosno-sercowych. Choć mówiłem wyłącznie ja, a ona milczała, to była to bardzo ciekawa rozmowa…
Później była eksplozja sceniczno-telewizyjnej aktywności Magdy Umer, do bodaj dziesiątek spektakli przyłożyła swoją rękę i markę, kilka pamiętnych rzeczy pozostanie na zawsze w kanonie polskiego inteligenta, podobnie jej powiedzonek, anegdot i zdziwień.
Była i działalność radiowa, wspomniana już estradowa – nie tylko w charakterze wokalistki, ale równie udana w charakterze prowadzącej koncert lub spektakl, wreszcie wspomniane gawędziarstwo telewizyjne, głównie z Agnieszką Osiecką o życiu i miłości, czy ostatnio pierwszej klasy konferansjerka wraz z Andrzejem Poniedzielskim. Ale głównie z Osiecką przed kamerą o tym, co do tej pory jest udziałem milionów dziewczyn i kobiet, aby zwierzać się sobie w rytm zachodów słońca, mieć sekrety i tajemnice, rozwiązywać życiowe dylematy i wspominać swoich byłych, rozmawiając o zupełnie innych rzeczach. A przecież jest jeszcze ponadczasowa Biała bluzka grana przez Krystynę Jandę od samego początku, którą TVP będzie teraz przypominać, tylko chwilowo pod nieobecność Magdy Umer…
Polska ma bogatą tradycję wielkich marszałków Sejmu (Małachowski, Trąmpczyński, Rataj, Daszyński), ale w ostatnich latach ranga tego urzędu wyraźnie podupadła. Walnie przyczyniło się do tego ośmiolecie rządów Prawa i Sprawiedliwości, kiedy to funkcję przewodniczącego Izby sprawowały osoby bez właściwości, bezwolnie wykonujące polecenia z ulicy Nowogrodzkiej. Na ich tle pierwsza połowa obecnej kadencji wydawała się ożywczym powiewem, ale szybko zorientowaliśmy się, że lekki humor i cięte riposty Szymona Hołowni podczas prowadzenia obrad, a nawet potrzebne usprawnienie procesu legislacyjnego, nie wystarczą do dostosowania formalnej, wynikającej z dyplomatycznej precedencji, rangi drugiej osoby w państwie do realnej politycznej praktyki.
Mylili się ci, którzy w zamiarze objęcia tej posady przez Włodzimierza Czarzastego dostrzegali wyłącznie jego chęć ukoronowania działalności publicznej i zapisania się na kartach historii. Lider Nowej Lewicy czekał na dokonanie ustalonej w listopadzie 2023 roku rotacji cierpliwie i z zimną krwią, nie dając się sprowokować chaotycznym ruchom jego poprzednika tuż przed zbliżającą się zmianą na najważniejszym sejmowym fotelu. Wiadomo, „zwycięstwo należy do najbardziej wytrwałych”.
Po objęciu stanowiska nie osiadł na laurach. Już w pierwszych publicznych wystąpieniach – krótkiej konferencji prasowej, orędziu telewizyjnym – ustawił się jako kontrapunkt dla Karola Nawrockiego, od niedawna pełniącego funkcję prezydenta RP. Twardo ogłosił, że będzie stał na gruncie Konstytucji i chronił rząd oraz stojącą za nim większość przed atakami ze strony głowy państwa (lokator pałacu przy Krakowskim Przedmieściu 48/50 nie kryje, że jego celem jest doprowadzenie do upadku demokratycznie wyłonionej Rady Ministrów). Na zalew wet do uchwalonych przez parlament ustaw odpowiedział groźbą weta marszałkowskiego. I rzeczywiście, żadna z inicjatyw legislacyjnych Nawrockiego nie ruszyła z miejsca; wszystkie utknęły w trybach sejmowej maszyny. Właśnie mija pierwsze półrocze tej prezydentury i najtrafniej można je określić zwrotem „brak skuteczności”. Prawdopodobnie w znacznym stopniu przyczynia się on do lekkiego, acz stałego spadku ocen działalności prezydenta (od samego początku zresztą relatywnie niewysokich).
Każda akcja wywołuje reakcję. Zakładam, że Czarzasty – polityk już doświadczony – wkalkulował to w swoją strategię. Tym bardziej, że po drugiej stronie ma rywala o specyficznej konstrukcji mentalnej.
Uderzenie przyszło jednak z niespodziewanej strony: do porządku obrad Rady Bezpieczeństwa Narodowego, niezwoływanej od pięciu miesięcy, wpisany został punkt dotyczący artykułu prasowego w prawicowej gazecie o sprzedaży 13,5 tys. egzemplarzy, w którym marszałkowi zarzucono „towarzysko-biznesowe kontakty” ze współautorką dwóch książek opublikowanych w wydawnictwie Muza SA (jego dominującymi udziałowcami są małżonka przewodniczącego izby poselskiej, Małgorzata, i on sam); osoba ta, Rosjanka z polskim obywatelstwem, odkupiła od małżeństwa Czarzastych także pakiet akcji w innej spółce handlowej. Wszystko to odbywało się przy odsłoniętej kurtynie, bo obie firmy są spółkami publicznymi, a w przypadku druku książki w ogóle fakt współdziałania podany jest na okładce i stronie tytułowej dzieła (oczywiście, jeśli nie publikuje się pod głęboko ukrytym pseudonimem). Z przekąsem można by powiedzieć, że – skoro de iure RBN nie jest niczym więcej niż organem doradczym prezydenta RP – bardzo szlachetnym jest zasięganie rad zainteresowanego, jak postąpić w jego sprawie. Na poważnie można domniemywać, że Nawrockiemu i jego zausznikom raczej chodziło o wykreowanie atmosfery przypominającej „aferę Olina” sprzed 30 lat. Nie wzięli sobie jednak do serca słynnego spostrzeżenia Marksa o tym, że historia – jeśli się powtarza – to za drugim razem jako farsa. Omawianie „towarzyskich kontaktów” na posiedzeniu konstytucyjnego organu, który powinien zajmować się bezpieczeństwem, i to jeszcze w czasie trwającej tuż za granicą wojny i narastania zagrożeń, jest kpiną z państwa.
Stworzyło to też okazję do przypomnienia przez Czarzastego i szefa Kancelarii Sejmu Marka Siwca kompromitujących faktów z przeszłości samego Nawrockiego. Rekontra ze strony obu polityków lewicy zapewne przysporzy im uznania po stronie tej połowy obywateli, którzy wybór obecnej głowy państwa przyjęli z niesmakiem. A z pewnością wśród tych, którzy widzą w nim zagrożenie dla demokracji i obecności Polski w zachodnioeuropejskim kręgu cywilizacyjnym, w tym UE jako jego wyrazu instytucjonalnego.
Na jeszcze szersze wody marszałek wypłynął odrzucając wyrażone wprost żądanie poparcia kandydatury Donalda Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla. List tej treści (wraz z przygotowaną już odpowiedzią, do wydrukowania, podpisania i wysłania) wpłynął od przewodniczących Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych oraz izraelskiego Knesetu. W odróżnieniu od wielu innych europejskich polityków, w tym wszystkich w Polsce, którzy nawet jeśli Trumpa nie cenią i krytycznie oceniają jego działania na arenie międzynarodowej, gryzą się w język i owijają słowa w bawełnę, Czarzasty powiedział wprost: tej kandydatury nie poprze, bo kandydat na tę nagrodę nie zasługuje. Na dodatek racjonalnie swoje stanowisko umotywował.
Można oczywiście zrozumieć ostrożność, z jaką po tym kruchym lodzie porusza się polski rząd. Donald Tusk i Radosław Sikorski z Czarzastym się w pełni zgadzają – słychać to dość wyraźnie w ich wypowiedziach i widać w mowie ciała – ale biorą poprawkę na kapryśność Trumpa, stacjonujące na terytorium RP amerykańskie jednostki, zamówiony sprzęt i wojnę w Ukrainie. Marszałek Sejmu nie musi aż tak bardzo bawić się w dyplomację. Dobrze, że ktoś z Polski przypomniał o wartościach i zasadach, znaczeniu prawa międzynarodowego, chaosie wynikłym z nowej polityki USA i zagrożeniu płynącym z dążeń do stworzenia globalnego koncertu mocarstw opartego na nagiej sile. Obywatelom (którzy coraz szybciej odwracają się od lokowania wszystkich nadziei w sojuszniku za oceanem) taka twarda postawa powinna się spodobać.
Wrażenie to jeszcze bardziej spotęgował niezręczny, arogancki wpis na portalu X Trumpowego ambasadora Thomasa Rose’a, w którym jednostronnie wypowiedział stosunki dyplomatyczne z polskim Sejmem. Tak to jest, jak za sprawy zagraniczne biorą się amatorzy. Ale dzięki prowadzonej przez Rose’a polemice z polskimi władzami (także z Tuskiem, który stanął ramię w ramię z marszałkiem) sprawa zyskała rozgłos ogólnoświatowy. Czarzasty może teraz być stawiany w szeregu z Emmanuelem Macronem, premierami Wielkiej Brytanii i Kanady Keirem Starmerem i Markiem Carney’em, Dunką Mette Frederiksen i innymi Europejczykami, którzy przed Trumpem nie zginają karku – przynajmniej nie zanadto.
Wygląda więc na to, że Czarzasty nie wieńczy swojej politycznej kariery, ale ją dopiero zaczyna.
Jedną z funkcji, jaką przypisuje się niekiedy literaturze, a która stała się nawet tematem specjalistycznych badań literaturoznawczych, jest jej zdolność do identyfikowania procesów i zdarzeń jeszcze niezaistniałych, lecz które mogą stać się w przyszłości częścią naszego doświadczenia, i do wysyłania swoistych sygnałów ostrzegawczych. Jeśli tak, to fikcja o przyszłej wojnie, nowy podgatunek political fiction, niesie nam wręcz zatrważające komunikaty. Lecz o zupełnie innym charakterze, niż wynika to wprost z opublikowanych tekstów.
„będzie wojna / a w tej wojnie / runą miasta / i powieje grozą” – wieszczył w wierszu Żal Józef Czechowicz. Tomik Nic więcej, z którego pochodzi wiersz, ukazał się w 1932 roku, siedem lat przed śmiercią poety, który zginął w bombardowanym przez Niemców Lublinie.
W latach dwudziestych-trzydziestych ubiegłego wieku w poezji polskiej wyłonił się nurt katastrofizmu. Za jednego z najwybitniejszych twórców tego kierunku należałoby uznać, chociażby z racji późniejszej literackiej Nagrody Nobla, Czesława Miłosza. Filozoficzna ciemna refleksyjność, charakteryzująca poezję Miłosza czy wspomnianego wyżej Czechowicza, była też wyznacznikiem wierszy Jerzego Kamila Weintrauba czy Stanisława Witkiewicza. Wszyscy oni ostrzegali przed nadciągającą wojną, która w ich wizji przyniesie śmierć, zniszczenie, totalną destrukcję, upadek moralności i całej cywilizacji zachodniej. „Ciemność nadciąga i choć tak błękitnie / polegną najsamotniej waleczni młodzieńcy” – pisał w 1939 roku w Dwóch elegiach J. K. Weintraub. Apokaliptyczny profetyzm Weintrauba opowiadał o tym, co miało się zdarzyć kilka lat później, o plejadzie niezwykle utalentowanych poetów – Baczyńskim, Gajcym, Bojarskim, Trzebińskim, Stroińskim – dwudziestoletnich młodzieńcach, poległych w walce z najeźdźcą.
Przeczucie wielkiego nieszczęścia, totalnej zagłady nie było w przededniu drugiej wojny światowej zjawiskiem wyłącznie w polskiej poezji. W literaturach właściwie wszystkich krajów europejskich zaznaczył swoją obecność nurt analogiczny do polskiego katastrofizmu. „Wszystko płonie, wszystko umiera, a niebo ciemnieje” – pisał o swoich wizjach F. G. Lorca rok przed tym, nim został rozstrzelany przez faszystów. Wtórował mu w wierszu Hiszpania brytyjsko-amerykański poeta W. H. Auden: „Miasta płoną, ludzie szaleją, ziemia jest pełna furii”. Niemiecki poeta Gottfried Benn wygłaszał ciemne proroctwo dla swojego kraju i narodu: „Wszystko jest już martwe i zniszczone, a w ciemności czekamy na kolejne zagłady” (tom Gesammelte Gedichte).
Literackich źródeł katastrofizmu można doszukiwać się w ekspresjonizmie pierwszych dziesięcioleci XX wieku, z którym łączy go mroczna wizja rzeczywistości, przerysowana emocjonalność i środki wyrazu z gęstą, iście barokową mistyczną metaforyką. Apokaliptyczne obrazy najbliższej przyszłości w twórczości katastrofistów wypływają jednak nie tyle z doświadczeń literackich autorów, ile z ich subiektywnej percepcji społecznych i politycznych realiów otaczającego świata. Narastające napięcia i sprzeczności społeczne, rodzące się i nabierające siły reżimy autorytarne w Europie z agresywnym niemieckim i włoskim faszyzmem, echa wojny domowej w Hiszpanii, militaryzacja świadomości – tworzyły klimat niepokoju i zagrożenia, który w odbiorze wrażliwości poetyckiej owocował zapowiedzią nieuchronnej katastrofy, jaka miała się ziścić w epoce pieców krematoryjnych.
Niespełna stulecie później świat stał się nieporównanie szybszy, bardziej wrzaskliwy i ekshibicjonistyczny, poezja zniknęła z pierwszych stron gazet, a refleksyjność i potrzeba nadania głębszego sensu wypowiedzi przestają być wyróżnikami czytanej literatury. Rzeczywistość polityczna i społeczna zaś mrocznieje i niepokoi, mnożą się zagrożenia, politycy – w kraju i na świecie – mówią znów, że żyjemy w „epoce przedwojennej”. Internet, nowy fenomen technologiczny XXI wieku, stał się netversum, cyberwszechświatem, w którym dominuje krótki i mocny przekaz (najczęściej obraz z zafałszowanym lub zmanipulowanym przesłaniem), a literatura, o poezji już nawet nie wspominając, egzystuje gdzieś na zadworkach nowej noosfery.
W takiej rzeczywistości kulturowej zbliżającego się do półmetka XXI stulecia, określanej niekiedy końcem ery Gutenberga, posługujący się słowem twórcy usiłują odzwierciedlić obawy, lęki i niepokoje współczesności, dostosowując content i jego formę do poziomu percepcji potencjalnego odbiorcy, żyjącego w pospiesznym, zunifikowanym i powierzchownie odbieranym świecie. We współczesnej literaturze dominującym gatunkiem stała się powieść, która inkorporowała inne formy literackie i wyrosła w monstrum-gatunek, ścierając granice między powieścią w klasycznym rozumieniu a wszystkimi pozostałymi odmianami epickimi. Praktycznie nieograniczona otwartość powieści na najróżniejszego rodzaju formy narracyjne uczyniła z tego gatunku dogodny dla autorów wehikuł przekazywania treści i komunikatów. Dotyczy to także w szczególności fikcji, która stara się opisać przyszłość. Zwłaszcza, że literatura światowa ma długie tradycje futurologiczne, od staroegipskiej Przepowiedni Neferti poczynając, poprzez utopie More’a czy Campanelli aż do fenomenu powieści science fiction, przeżywającej szczyt rozkwitu w XX wieku. Zasadne wydaje się twierdzenie, że literatura zawsze przejawiała aspiracje prekognicyjne, co odpowiada badawczej naturze człowieka, z zainteresowaniem, ale przede wszystkim z niepokojem zerkającego za węgieł jutra.
W publicystyce, a i w opracowaniach pretendujących do miana naukowości, możemy odnaleźć setki i tysiące artykułów opisujących, jak fikcja literacka celnie przewidziała przyszłość. Profetyczne zdolności literatów dotyczyć miały głównie rozwiązań technicznych i naukowych (tutaj St. Lem i J. Verne dzierżą palmę rozpoznawalności), ale także organizacji państwa i społeczeństwa (w tym obszarze najczęściej odwołuje się do A. Huxley’a i G. Orwella, pomijając prekursora tego rodzaju dystopii Jewgienija Zamiatina). Nieporównanie mniej krytyków dokonuje zestawień nietrafionych lub zupełnie błędnych przewidywań, przedstawionych w powieściach futures fiction – o czym nasza selektywna pamięć zapomina.
Oczywiście, literatura nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Przyszłość jest nieprzewidywalna, a już zwłaszcza w obszarze relacji politycznych, społecznych i międzynarodowych. Jak podkreśla wybitny polski politolog Roman Kuźniar, jakiekolwiek pretensje do przepowiadania przyszłości są spekulacją i szarlatanerią.
Niemniej, należy przyznać, że literatura posiada tę właściwość, że działając na zasadzie soczewki skupiającej odbierane bodźce, ogniskuje je w sygnały ostrzegawcze, wskazując słabo zdefiniowane obszary napięć społecznych i uprzedzając przed zagrożeniami. Nie są to precyzyjne prognozy przyszłych wydarzeń, lecz ogólne, symboliczne lub metaforyczne, rozmyte kształty potencjalnie czających się w przyszłości nieszczęść.
Krytycy literaccy anglosaskiego obszaru kulturowego najczęściej przywołują na potwierdzenie tej tezy powieść Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha (2004), w której doszukują się proroczego ostrzeżenia przed nadejściem autorytarnego populizmu i polityków w rodzaju Donalda Trumpa. Wydaje się, że przypisywanie książce Rotha wyjątkowych cech profetycznych wynika bardziej z uprzywilejowanej pozycji literatury pisanej w języku angielskim niż z zalet samej powieści (w dodatku z gatunku nie future fiction, lecz historii alternatywnej), w sumie dość przeciętnej – zwłaszcza na tle literatury europejskiej. Wystarczy wspomnieć Kongres futurologiczny z 1971 roku, w której to powieści S. Lem z półwiecznym wyprzedzeniem anonsował manipulacje społeczeństwem przy użyciu różnych technik, masowe dezinformowanie i kreowanie fikcyjnej rzeczywistości przez rząd i media, czy powieść My (z 1921 r.) wspomnianego Jewgienija Zamiatina, który trzy dziesięciolecia przed Orwellem opisał oparty na totalnej inwigilacji cyfrowej mechanizm dyktatury, kult wodza i metody uniformizacji społeczeństwa. Lub też niepokojące wizje współczesnego chińskiego pisarza Cixin Liu w jego rewelacyjnej powieści Problem trzech ciał.
Jedną z najbardziej zauważalnych tendencji we współcześnie tworzonej fikcji o przyszłości jest jej dystopijny charakter. O ile w prozie tego gatunku powstającej we wcześniejszych epokach, a zwłaszcza science fiction z XIX i XX wieku, przeważał oświeceniowy optymizm, wiara w postęp naukowy i techniczny oraz szczęśliwą przyszłość ludzkości (Edward Bellamy, Jules Verne, Isaak Asimov, Arthur C. Clarke, Ursula Le Guin), future fiction XXI wieku przepełniają posępne wizje już to świata po apokalipsie (przykładowo: Droga Cormaca McCarthy’ego, Nakręcona dziewczyna Paolo Bacigalupi’ego, Przejście Justina Cronina), już to społeczeństwa zdegenerowanego, zuniformizowanego i zniewolonego (Odprawa Ling Ma, Jednostka Ninni Holmqvist, Tłuste lata Chan Koonchung). Punktem odniesienia dla współczesnych dystopii i wspólnym elementem ich fabuł pozostaje polityka – zarządzanie społeczeństwem, funkcjonowanie państwa, stosunki międzynarodowe – co upoważnia do postawienia tezy o syntezie podgatunków w future political fiction, fikcji o przyszłości politycznej.
Synkretyzm gatunkowy jawi się jako jeden z głównych wyróżników współczesnej powieści, znoszącej wszelkie granice między rodzajami prozy, a nawet – w pewnym sensie, jako przeciwieństwo powieści klasycznej, szablonowej, z liniową narracją – jako wyznacznik jakości literackiej utworu. Jeśli jedną stroną poszukiwania nowych form powieści jest łączenie gatunków, to drugą, będącą logicznym tego następstwem, jest powstawanie coraz to nowych podgatunków. Podejmowane przez teoretyków literatury próby klasyfikacji gatunków powieści raz, że pozbawione sensu i znaczenia (bo w każdym obszarze językowym występuje różna kategoryzacja), to można je co najwyżej nazwać publicystyką krytycznoliteracką, ponieważ każda powieść mająca pewne ambicje nowatorskie i literackie tworzy właściwie nowy podgatunek. Jak, przykładowo, zakwalifikować Atlas chmur Davida Mitchella, będącą jednocześnie powieścią historyczną, gotycką, epicką, science-fiction i metafikcją? Czy utwory Johna Le Carré to powieści szpiegowskie czy psychologiczne?
Z połączenia powieści historycznych, historii alternatywnej, thrillera, powieści faction (fact + fiction), powieści politycznej, reportażu i publicystyki zaczęły w ostatnich kilkunastu latach coraz liczniej powstawać w języku polskim powieści (już wcześniej bardzo popularne w świecie anglosaskim) fikcji o przyszłych wojnach, future-war fiction.
O ile fikcja wojenna (war fiction) jest znana w formie eposu – przykładowo, Mahabharata czy Iliada – od zarania literatury (gdyż konflikty zbrojne tworzą, niestety, nieodłączną składową naszej historii), a po ukształtowaniu się powieści jako gatunku przyniosła wiele światowych arcydzieł, to fikcja o przyszłych wojnach pojawiła się stosunkowo późno. Za pierwszą opowieść tej odmiany podgatunku można uznać nowelę George’a Chesneya Bitwa pod Dorking z 1871 r., której autor, wówczas pułkownik armii brytyjskiej, zaniepokojony rezultatami wojny prusko-francuskiej opisywał przyszłą inwazję Niemiec (ówczesna poprawność polityczna kazała Chesney’owi nazywać najeźdźców „Wrogiem” albo „Obcą potęgą”) na Wielką Brytanię. W noweli Bitwa pod Dorking Niemcy pokonują i okupują najpierw Francję, potem rozbijają flotę brytyjską, lądują na Wyspach i podbijają je, a Imperium Brytyjskie rozpada się.
W noweli Chesneya uwagę przyciąga nie tyle spora zbieżność fikcji z wydarzeniami, które nastąpiły siedem dziesięcioleci później (okupacja Francji przez Niemcy, próba inwazji niemieckiej na Wyspy, rozpad Imperium Brytyjskiego), ile dwie cechy, które odtąd będą charakteryzować tę odmianę literatury: dążenie autorów do uprzedzenia odbiorców o zagrożeniach (stąd niekiedy inne jej określenie: threat fiction) oraz, powodowany chęcią dotarcia do masowego odbiorcy, popularny, wciągający styl i, w efekcie, nieszczególnie wysoka jakość literacka. Z czasem, zwłaszcza w miarę rozwoju filmu, dla którego taka proza będzie stanowiła scenariusz wyjściowy, pojawi się trzecia cecha: komercyjność (a stąd: szablonowość).
Na początku XX wieku powieść o przyszłej wojnie wzbogaciła się o kolejną swoją odmianę – z dopełnieniem „technologiczna”, która okaże się w przyszłości bardzo wydajna. Spod pióra wybitnego fantasty i wizjonera Herberta Wellsa wyszły dwie powieści: Pancernik na lądzie (1903), a pięć lat później Wojna w przestworzach. Ta druga opisuje wojnę totalną, w której główną siłą jest lotnictwo i artyleria, a jej celem – doszczętne zniszczenie centrów przemysłowych i miast. Niespełna cztery dziesięciolecia później przerażające wizje H. G. Wellsa staną się realnością Europy. Od tego czasu podgatunek future war fiction wzbogaci się o tysiące publikacji i dziesiątki różnych odmian, którym krytycy nadają najróżniejsze określenia: speculative war fiction, near-future war thriller, near-future war novel, invasion fiction. future-war fiction, military fiction, war technothriller… Z powodów, o których wspomniałem wyżej (logika formalna, różnorodność metodologii w poszczególnych obszarach językowych i kulturowych, wątpliwości co do tego, czym jest teoria literatury), próby ujednolicenia topologicznego i terminologicznego skazane są na niepowodzenie. Najistotniejsze wydaje się uznanie, że do podgatunku fikcji o przyszłych wojnach włączamy te powieści, które traktują o przyszłych, wymyślonych wojnach, lecz które mocno bazują na realnych współczesnych procesach – politycznych, technologicznych, geopolitycznych i społecznych, co odróżnia je od różnych odmian science fiction, których akcja toczy się w kosmosie, w czasie niezwiązanym z teraźniejszością.
Polscy autorzy sięgnęli po future-war fiction jeszcze później. Powieści Jalu Kurka S.O.S. (1927) czy Antoniego Słonimskiego Dwa końce świata (1937), opisujące wizje zagłady, należy raczej zakwalifikować do nurtu katastrofizmu. Późniejsze, po II wojnie światowej, powieści A. Ziemięckiego (Schron na Placu Zamkowym, 1947), J. Zajdela (Paradyzja, 1984), M. Baranieckiego (Głowa Kasandry, 1985) także stanowią bardziej odmianę post-apo fiction (powieści postapokaliptycznych) niźli powieści o przyszłej wojnie. Dopiero w naszym stuleciu ukazują się powieści przedstawiające wizje przyszłej, nieodległej wojny, osadzone w politycznych i technicznych realiach współczesnej Polski. Bezsprzecznie miały na to wpływ wydarzenia w sąsiedztwie – okupacja Krymu i wojna w Donbasie 2014 roku, wcześniejsze wojny w Gruzji i Czeczenii.
Jedną z takich powieści jest Inwazja Wojtka Miłoszewskiego z 2017 r., opisującą agresję Rosji na Polskę, a dalsze tomy trylogii (Farba, 2018 i Kontra, 2019) – walkę z okupantem i skuteczne wyparcie wroga. Powieść, ewidentnie inspirowana Czerwonym sztormem Toma Clancy’ego z 1983 r. o ataku ZSRR na Zachodnią Europę, jakkolwiek nie wyjaśnia politycznych przyczyn i okoliczności agresji i nie wnosi też nic do wojskowo-technicznej wiedzy czytelnika, to jest napisana dość sprawnie i sugestywnie ukazuje dramat cywilów i żołnierzy przez pryzmat losów trojga głównych bohaterów – porucznika Gurskiego, historyka Barańskiego oraz Danuty Wojnarowicz, córki biznesmena.
Podobna co do fabuły, i tak samo pesymistycznie oceniająca szanse Wojska Polskiego w starciu z armią Rosji, jest powieść Marka M. Meissnera Czas straceńców, 2018, pisana z perspektywy żołnierza obrony terytorialnej, co – jak rozumiem, w zamierzeniu autora – miało służyć ukazaniu dramatu wojny oczami nie polityków i generałów, lecz „prostego ludu”. Mniej sprawny literacko niż Miłoszewski, M. M. Meissner jest równie nieporadny w kwestiach politycznych, wojskowości i techniki, chociaż stara się wyliczaniem sprzętu wojskowego dowieść dobrego researchu.
Dynamika zmian współczesnego pola walki i doskonalenia środków technicznych jest dzisiaj tak duża, co pokazuje przebieg wojny w Ukrainie, że nie tylko pisarze będący laikami w dziedzinie wojskowości mają problem z dotrzymaniem kroku rozwojowi techniki i taktyki. W 2016 roku brytyjski generał Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie, wydał książkę 2017. Wojna z Rosją, która jest powieścią, klasyczną future-war fiction, lecz realistycznie ukazuje dylematy Zachodu wobec ataku (jak w powieści) Rosji na kraje bałtyckie, gdyż Moskwa szantażem jądrowym powstrzymuje NATO przed przyjściem z pomocą napadniętym państwom. Powieść R. Shirreffa z głęboką znajomością rzeczy pokazuje polityczne i dyplomatyczne niuanse funkcjonowania NATO i w tym aspekcie jest to literatura fascynująca. Lecz nawet generał, jak się okazuje, zupełnie nie potrafił przewidzieć tego, co dzieje się na froncie ukraińskim: dominacja dronów, masowe użycie mądrej amunicji, ataki niewielkich, kilkuosobowych grup szturmowych jako podstawa taktyki itd.
Wśród polskich pisarzy fikcji o przyszłej wojnie wyróżnia się Marcin Ogdowski, któremu z racji przeszłości dziennikarza i korespondenta wojennego udało się uniknąć w swoich powieściach [(Dez)Informacja, 2018, Międzyrzecze. Cena przetrwania, 2019] poważniejszych błędów z dziedziny wojskowości, chociaż już nie naiwności (czy pewnej powierzchowności) politycznej. Zwłaszcza Międzyrzecze ma dobrze skonstruowaną, wartką fabułę i tak lubiane przez masowego czytelnika optymistyczne zakończenie.
Niektórzy pisarze wręcz wyspecjalizowali się w literaturze tej odmiany war fiction, jak przykładowo autor ukrywający się starannie za pseudonimem Vladimir Wolff. Stalowa kurtyna, wydana w 2010 r. o ataku sił białoruskich na Polskę, jest jedną z pierwszych tego rodzaju publikacji. Od tego czasu Wolff opublikował wiele książek, w których autor mniej dba o jakiekolwiek realia, bardziej o rozrywkę i tempo akcji. Pseudonim twórczy, co nietrudno się domyślić, autor cyklu Stalowa kurtyna zapożyczył od francuskiego pisarza powieści szpiegowskich Vladimira Volkoffa. Tyle, że zmarły przed 20 latami Vladimir Volkoff był absolwentem Sorbony, profesorem uniwersytetu w Liège, oficerem wywiadu francuskiego i, także jako etniczny Rosjanin, głębokim znawcą Rosji. Polski Wolff tych wszystkich kwalifikacji nie ma i to, niestety, w jego powieściach odczuwa się już na pierwszej stronie.
Lektura kilkudziesięciu polskich powieści podgatunku fikcji o przyszłej wojnie upoważnia do konkluzji, że – inaczej niż przykładowo w anglosaskiej tradycji literackiej – odmiana ta nie osiągnęła w naszym kraju ani porównywalnej popularności, ani jakości literackiej. O ile w Wielkiej Brytanii czy USA do pisania powieści future-war fiction zabierają się profesjonaliści – byli wyżsi oficerowie czy uznani eksperci (jak chociażby autorzy wysoko ocenianej, także za walory literackie, niedawno wydanej Ghost Fleet, Peter Singer i August Cole) lub przynajmniej teksty są starannie konsultowane przez ekspertów z dziedziny wojskowości, dyplomacji i polityki, powieści w Polsce są najczęściej dziełem dziennikarzy nieposiadających specjalistycznego wykształcenia lub amatorów przekonanych o swoim nietuzinkowym talencie. Stąd większość polskich powieści podgatunku, mimo że najczęściej odwołują się do realiów (prawdziwych wydarzeń, rzeczywistych nazwisk), nie wnosi wiedzy pozaartystycznej, a niekiedy wręcz dezinformuje, podczas gdy odmiana ta wymaga szczególnej znajomości realiów pomnożonych przez kreatywną wyobraźnię. Polskie powieści future-war fiction nie sposób uznać więc za predykatywne w zakresie techniki, wojskowości, taktyki czy generalnie – militariów. Pod względem literackim nie ma wśród nich jakości porównywalnej, przykładowo, z twórczością Jacka Dukaja, piszącego pokrewne odmiany powieści, czy autorami anglojęzycznymi. Literacki wytwór future-war fiction z Polski z reguły jest szablonowy, pisany płaską liniową narracją, dość ubogim językiem i, nierzadko, z błędami rzeczowymi i językowymi.
Poza wspomnianą Stalową kurtyną V. Wolffa, w której najeźdźcą była armia białoruska, wszystkie pozostałe powieści, po które sięgnąłem, opisują agresję Rosji. Różnica między poszczególnymi utworami polega na tym, że w jednych Rosjanie napadają bezpośrednio na Polskę, w innych najpierw atakują kraje bałtyckie, np. Litwę, a potem przesmyk suwalski w Polsce (autor nie wyjaśnia sensu ataku na przesmyk, skoro kontrola nad Litwą pozwala Federacji na dostęp do obwodu królewieckiego). Większość amerykańskich powieści o przyszłej wojnie (w tym wskazana wyżej Ghost Fleet) ostrzega raczej o konflikcie zbrojnym między USA a Chinami.
Często występującymi elementami polskich powieści podgatunku są, obok zawsze obecnego bohaterstwa żołnierzy Wojska Polskiego, niewiara we wsparcie sojuszników z NATO (z reguły z pomocą przychodzą tylko Amerykanie), słabość najnowszego uzbrojenia rodzimych sił zbrojnych, ostra krytyka klasy politycznej. Polska powieść o przyszłej wojnie zawiera w sobie więc nie tyle ostrzeżenie przed groźbą, zawsze jednoznacznie zidentyfikowaną, nie tyle ilustruje nastroje społeczne, ile odzwierciedla komunikaty polityków w mediach, szum social mediów i polityczne sympatie autorów. W takim ujęciu polska future-war fiction tak naprawdę nie pełni roli „wczesnego wykrywacza kryzysów”, lecz – zrodzona z fikcji medialno-politycznej – staje się elementem propagandy sterowanym pośrednio interesami polityków i algorytmami social mediów.
Całkiem niedawno, bo w początkach 2025 r. nakładem Wydawnictwa Agora ukazało się inspirujące studium Krzysztofa Iszkowskiego – socjologa, ekonomisty, marksologa i publicysty społecznego – poświęcone biografii Karola Marksa i recepcji jego wizerunku w życiu politycznym Europy. Napisałem inspirujące, gdyż przekonałem się o tym nie tylko jako uważny czytelnik tej książki, lecz też jako recenzent wydawniczy prac z dziedziny najnowszej myśli politycznej, których autorzy uznali jej użyteczność w podejmowanych przez nich analizach.
Studium Iszkowskiego również dobrze się czyta. Charakteryzuje go żywy styl i można rzec, iż gatunkowo plasuje się na granicy pracy naukowej, a niekiedy felietonu i reportażu. Ale jest ono przede wszystkim erudycyjną biografią Karola Marksa, opartą na obszernym materiale źródłowym i nader różnorodnych opracowaniach. Jest także w pewnym sensie historią odbioru twórczości i działalności Marksa i jego wiernego przyjaciela Fryderyka Engelsa, historią ich odkrywania w szerszym obiegu politycznym. Warto jest w tym miejscu przypomnieć, iż poważna część przyswajania dorobku obu autorów (w tym także odkrywanie młodego Marksa) dokonała się już po jego śmierci i wtedy właśnie weszła w obieg życia intelektualnego i politycznego Europy w XX wieku. Przykładem tego mogą być losy Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych pisanych ok. 1844 r.
Autor przypomina nam epizody z ich życia, charakter ich znajomości i ich dziejotwórcze znaczenie, a niekiedy szkicuje szerszy środowiskowo-polityczny kontekst ich funkcjonowania. Można powiedzieć, iż niezwykle rzadko spotkamy w życiu przyjaźnie ludzkie o tym natężeniu i tej trwałości!
Iszkowski, generalnie rzecz biorąc, nie jest sympatykiem osobowości Marksa, zaś obecne w tytule słowo „idol” ma po części z pewnością ironiczny wydźwięk; lecz opisując jego koleje życia, autor potrafił zachować obiektywizm. Ale z całą pewnością, zważywszy na skutki wprowadzenia komunizmu w życie i jego funkcjonowania, daleko mu do tego systemu. Jest mu z pewnością bliżej do socjalistycznego demokratyzmu i gradualizmu. Krytykując Marksa i bolszewizm za rewolucyjne próby naprawiania świata i ich skutki, opowiada się on za tymi orientacjami politycznymi, których nie cechuje maksymalizm, lecz ostrożność i powściągliwość.
*
Książkę Iszkowskiego można też określić mianem symptomatycznej, gdyż wskazuje ona na ogólniejsze, aktualne związki i przemiany dotyczące recepcji twórczości Marksa i form obecności marksizmu w życiu intelektualnym i politycznym Polski i świata. Jeszcze w całkiem nieodległych czasach, które symbolizuje koncepcja „końca historii” F. Fukuyamy (a więc nieuchronnego zwycięstwa w świecie demokracji i gospodarki rynkowej), można było mówić o odrzucaniu marksizmu w wielu krajach[1]. Zjawiska te (i procesy) miały wiele przyczyn. Na pierwsze miejsce wysuwał się jednak upadek „realnego socjalizmu” w ZSRR i jego krajach satelickich, gdzie stanowił on – w różnych, najczęściej prymitywnych postaciach – formę ideologii powszechnie obowiązującej we wszystkich dziedzinach (także w nauce), legitymizującej system państwowy[2].
Do przyczyn tego stanu zaliczymy uderzające błędy prognostycznej natury u Marksa, bowiem okazało się, że rewolucje wybuchały nie w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, lecz peryferyjnych (zacofanych) i nieprawdą jest, że współcześnie postępuje pauperyzacja klas pracujących. Nie zniknęła również alienacja i nie nastąpił wszechstronny rozwój człowieka na skutek rewolucji socjalistycznych[3].
Generalnie Marks (i w pewnym stopniu Engels) nie dostrzegał żywotności kapitalizmu i jego zdolności do reform, czego skutkiem było powstanie różnych form państwa opiekuńczego i skutecznego interwencjonizmu państwowego. A tym samym zdolności do dalszego trwania.
W odrzucaniu marksizmu i maskowania własnych biografii sprzyjał ludziom kultury (w tym uczonym) także realizm (by nie powiedzieć oportunizm i koniunkturalizm), szczególnie widoczny w okresie „jesieni ludów”. Niekiedy wygodniej jest zmienić przekonania, niż cierpieć z powodu konsekwencji światopoglądowej.
Nie wyczerpałem tu wszystkich przyczyn odchodzenia od marksizmu w nieodległych przecież czasach. Współcześnie – i to jest dla nas najważniejsze – obserwujemy wzrost zainteresowania marksizmem (w sensie uprawiania marksologii), lecz także uprawiania marksizmu[4]. Niekiedy mówi się wręcz o renesansie marksizmu w różnych jego odmianach[5].
W każdym razie marksizm zaczął być mocniej obecny w kulturze w różnych swych odmianach nawet w kierunkach, które nazywać można co najwyżej lewicowymi, np. teologia wyzwolenia, aktualna szkoła frankfurcka, pewne odmiany feminizmu, teorie zależności. Obecność marksizmu jest także widoczna w twórczości wybitnych socjologów, także u P. Bourdieu, A. Giddensa.
Okazuje się, iż mimo fałszywych prognoz i wielu jednostronności w ujęciu religii, narodu, sztuki[6], bez Marksa i jego kontynuatorów nie obejdzie się żaden podręcznik filozofii, socjologii, historii myśli politycznej i ekonomicznej, a zagadnienia tam obecne stanowią ważny składnik przy próbach budowania humanistycznych makroteorii. Wyrazem takich przewartościowań są m.in. wypowiedzi J.M. Bocheńskiego, którego trudno jest posądzać o marksizowanie czy kryptokomunizm, nazywającego Marksa wybitnym myślicielem[7], a także innych wybitnych uczonych[8].
Wielu praktyków życia ekonomicznego mówi o kryzysie kapitalizmu (zwłaszcza po 2008 r.). Można powiedzieć, że ma on strukturalne wady związane z wyzyskiem klasowym, alienacją pracy i nie musi sprzyjać rozwojowi człowieka. Zjawiska te zaostrzyła globalizacja i praktyki neoliberalizmu.
*
Reasumując powyższe wywody, powiem, iż polski czytelnik zainteresowany historią polityczną naszego kontynentu otrzymał ciekawą książkę, która może pogłębić jego wiedzę na temat kulisów wielkiej polityki. A wielu ludzi lubi dobrą literaturę i z pewnością nie spotka ich zawód w trakcie jej lektury. To całkiem niemało.
Ale książka K. Iszkowskiego nasunęła mi pewne uwagi krytyczne, którymi chciałem się podzielić z czytelnikami. Choć w zamierzeniu autora nosi ona przede wszystkim biograficzny charakter, przydałoby się książce więcej miejsca poświęconego analizie poglądów K. Marksa. Wszak był on prawdziwie interdyscyplinarnym uczonym humanistą, a więc historykiem, ekonomistą, filozofem w jednej osobie, co przyznają inni badacze od lewicy bardzo odlegli. Czyni to choćby wspomniany już wcześniej J.M. Bocheński.
Przydałyby się temu studium jakieś głębsze analizy poświęcone recepcji K. Marksa w początkach XXI wieku. Najogólniej chodzi mi o formy obecności Marksa i marksizmu w kulturze współczesnej. Problematyka ta z pewnością na badanie zasługuje. Być może autor Idola o tym myśli, lecz nie znamy jego planów. Nie mam wątpliwości, iż – zważywszy na jego kompetencje i erudycję – byłoby to zajęcie przezeń wykonalne. Zachęcam do działań w tym kierunku.
[1] L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, tom III, Paryż 1978.
[2] E. Hobsbawn, Wiek skrajności, Warszawa 1999 (I wyd. 1994), tłum. J. Kalinowska-Król, M. Król; rozdziały 13 i 16.
[3] M. Król, Karol Marks [w] M. Król, Krótka historia myśli politycznej, Warszawa 2019, s. 111–117; R. Panasiuk, Marksizm i socjologia, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4.
[4] M. Kozłowski, Marksizm współczesny [w] M. Gdula, L. M. Nijakowski (red.), Oprogramowanie rzeczywistości społecznej, Warszawa 2014.
[5] J.J. Wiatr, Spor o aktualność marksizmu. Refleksje osobiste [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.), Marksizm. Nadzieje i rozczarowania, Warszawa 2017; J. J. Wiatr, Co lektura Marksa może dać ludziom XXI stulecia?, „Przegląd Filozoficzny. Nowa Seria” 2018/2.
[6] T. Snyder, Kazimierz Kelles-Krauz (1872–1905): Pionier badań nad nowoczesnym nacjonalizmem, „Przegląd filozoficzno-literacki” 2012/4; J. Szacki, Kelles-Krauz Kazimierz, Encyklopedia Socjologii. Suplement, Warszawa 2005.
[7] J.M. Bocheński, Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów: „Marksizm”, s. 64 i n.
[8] J. Szacki, Marksizm po bardzo wielu latach w Warszawska Szkoła historii idei. Tożsamość, tradycja, obecność, (red. P. Grad), Warszawa 2024, wyd. IFiS PAN.; A. Walicki, Moje sprawy z Marksem i marksizmem (rozm. J. Dobieszewski, P. Kozłowski) [w] J. Hołówka, B. Dziobkowski (red.) cyt. wyd.
Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
W formie rozmowy dwóch przyjaciół Andrzej Żor prezentuje swoją niekonwencjonalną biografię, napisaną z okazji 85. rocznicy urodzin i obejmującą lata 1940–2025.
AŻ: Podczas jednego z jego pobytów w Warszawie rozmawialiśmy z Messnerem – jak zwykle – u mnie w domu. Opowiedział o swojej rozmowie z Jaruzelskim, który zaproponował mu objęcie stanowiska wicepremiera i koordynatora ds. gospodarki, które miało być wstępem do fotelu premiera w przyszłości. Uważał, że czas na rozdzielenie ról: I sekretarza, premiera i ministra obrony narodowej. Proces ten powinien postępować powoli, zresztą przyszły premier i tak musi przygotować się do nowych obowiązków i poznać skomplikowane układy polityczne w Warszawie.
Arnold Zeth: Jaruzelski nie zauważył, że świat władzy i świat opozycji jest znacznie bardziej skomplikowany, niż wynikałoby to z prostego podziału: my i oni. A może zauważył, lecz nie chciał wdawać się w meandry polityki, uwarunkowania historyczne, genezę frakcji i walk frakcyjnych po obu stronach, bo „Solidarność”, prezentująca się na zewnątrz jako opozycja zjednoczona ideą sprzeciwu wobec tzw. realnego socjalizmu, naprawdę prezentowała zestaw idei, poglądów i zachowań bardziej pogmatwany niż miało to miejsce w zróżnicowanym aparacie władzy, bo te poglądy były zakorzenione w ukształtowanej przez historię świadomości zbiorowej Polaków[1]. A ty, uszczęśliwiony, z radością przyjąłeś ofertę.
– Znasz kogoś, kto by nie przyjął? A zresztą? Messner był moim przyjacielem, starszy o 11 lat, trochę zastępował mi ojca, którego straciłem tak wcześnie. Zdawałem sobie sprawę, co bierze na barki. On uważał zresztą, że od tej chwili ma swoiste zobowiązanie wobec Generała, że musi odpłacić za kredyt zaufania, jaki otrzymał. A ja podejmowałem takie zobowiązanie wobec niego. To nie tylko prywatna sprawa: dwaj kumple uzgadniają, kto jaki stołek zajmie. Nie pytałem ani o stołek, ani o pensję. Też podejmowałem zobowiązanie i słowa – jak sądzę – dotrzymałem. O poranku (bo już wtedy budziłem się monstrualnie wcześnie) uświadomiłem sobie zabawną konfigurację; w całej Polsce żyje 4 facetów, którzy wiedzą o tym, jak potoczy się historia państwa.
– Trzej to Jaruzelski, Messner i Żor. A czwarty?
– Przypuszczam, że Michał Janiszewski – generał, szef URM. Nawet osobnik tak zamknięty w sobie jak Jaruzelski musiał z kimś podzielić się tym pomysłem, poznać jego opinię, nie mógł zawierzyć wyłącznie sobie. Ale chyba nikt więcej. Bo nikt inny nie mrugnął nawet okiem.
– Musiałeś z wysoka spoglądać na swoich kolegów, także tych, którzy do niedawna, a nawet wciąż spoglądali z wyższością na ciebie.
– Ja naprawdę nie mogłem pozbyć się kompleksu ubogiego prowincjusza. Niepewności co do słuszności swoich opinii i poglądów. Towarzyszy mi dotąd. Kiedy zostałem generalnym w MNSzWiT, dostałem pismo z URM o organizowaniu wczasów świątecznych w Arłamowie lub Łańsku. Wybrałem Arłamów, blisko moje ukochane Bieszczady. Wkrótce zadzwonił do mnie Włodek Gajda – dyrektor biura administracyjnego w URM, z pytaniem, czy nie pojechałbym do Łańska, bo gdybym został przy Arłamowie, musiałby stawiać na nogi cały ośrodek (moje zgłoszenie było jedynym), a to nonsens. Zgodziłem się, oczywiście, w ogóle nie przyszło mi do głowy, że mógłbym się upierać. Włodek (z którym później się kolegowałem, był wspaniałym wędkarzem) zrewanżował się pięknym apartamentem w „Puszczy” (główny obiekt w Łańsku), a ja nie zagadywałem do nikogo, grono partyjnych i ministerialnych dostojników onieśmielało mnie, wydawało mi się, że mam niewiele do powiedzenia. Ktoś inny nadęty z powodu nominacji opieprzyłby Gajdę za podobne sugestie. Podczas spaceru (Asia zjeżdżała na sankach) spotkaliśmy Jaruzelskiego, otoczonego ochroną. Towarzyszył mu komendant Łańska Jagielski i sześciu ochroniarzy. Taka świta – pomyślałem – w wojskowym, ściśle strzeżonym ośrodku, Niewiarygodne!
– Miśkiewicz zorganizował ci fetę pożegnalną. Przemówienia, pisma dziękczynne. Zapytał o kandydata na swoje miejsce.
– Zgłosiłem dwóch: Henryka Kurowskiego (dyrektora departamentu studiów i badań rolniczych) i Gienka Pietrasika (dyrektora departamentu wychowania i spraw młodzieży, późniejszego vice-szefa komitetu kultury fizycznej i turystyki, zmarłego nagle na serce podczas Olimpiady w Atlancie). Wybrał Kurowskiego. A wracając do rozstania z Ministerstwem, miało ono wzruszający przebieg. W trzech jego organizacyjnych wcieleniach spędziłem równo 20 lat: 1 grudnia 1963 – 1 grudnia 1983. Dobrze wspominam tę pracę. Wykorzystuję pozyskane wówczas wiadomości także dziś przy pracach nad systemem edukacji. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i nauczyłem się meandrów sztuki rządzenia. Trochę tylko, o czym wkrótce miałem okazję się przekonać.
– Twój pierwszy dzień w URM?
– Nic specjalnego. Nominację na dyrektora generalnego w URM (jak widzisz, nie awansowałem), podpisaną przez Jaruzelskiego, wręczył mi Messner. Zdzisław Drozd – wiceminister w URM ds. administracyjnych, z którym szczerze się przyjaźniłem i którego do dziś wspominam najlepiej, jak umiem, zadbał o mnie: pokój, sekretarka, samochód itp.[2]. Messner przywiózł ze sobą dwóch młodych chłopaków z katowickiego KW: Ryśka Wojtkowskiego (został dyrektorem gabinetu) i Marka Kossowskiego (jego zastępcę). Mnie powierzono zadanie skompletowania zespołu doradców/ekspertów, którzy mieli wspomagać wicepremiera w kształtowaniu względnie spójnej i racjonalnej polityki gospodarczej i nadzorowanie gabinetu. Wojtkowski nie bardzo chciał pogodzić się z rolą podporządkowanego, koncentrującego się w dużej części na sprawach kancelaryjnych. Chyba inaczej sobie to wyobrażał lub Messner nie wyraził się dość precyzyjnie. Ryśkowi ta sytuacja dokuczała, ale nie na tym musieliśmy skupiać uwagę. Poszedłem na pierwsze posiedzenie Rady Ministrów, które prowadził jeszcze Jaruzelski i zbaraniałem. Sala świetlikowa pełna. Kilkudziesięciu uczestników. Prezydium Rządu to drużyna piłkarska, 11 zawodników: premier + 9 wicepremierów (Messner od koordynacji gospodarki, Szałajda od przemysłu, Gorywoda od Komisji Planowania, Obodowski od zadań specjalnych, Malinowski – prezes ZSL, podlegało mu rolnictwo, Kowalczyk – prezes SD od drobnej wytwórczości, Rakowski od kultury i propagandy, Komender od PAX, Ozdowski od pozapaxowskiej inteligencji katolickiej), i Władysław Baka – pełnomocnik Rządu ds. reformy gospodarczej. Sześciu facetów od gospodarki, których biedny Messner miał koordynować, a którzy żadną miara nie dali się skoordynować, bo wszak Malinowski i Kowalczyk to prezesi bratnich partii (rząd jest niby-koalicyjny), a Gorywoda to szef Komisji Planowania, która stanowiła osobne „państwo w państwie”. Baka – reformator to istota sama w sobie. Rozbudowane ministerstwa (gospodarcze ukształtowane według struktury branżowej), sterta dopowiadaczy. I zupełne curiosum – Stanisław Ciosek, który łączył funkcję ministra pracy i płac, a więc człowieka, który miał kontrolować wypływ pieniądza na zdewastowany rynek, i ministra ds. związków zawodowych, a więc rzecznika wszystkich roszczeniowych lobbies. To jak wkładanie spodni przez głowę. Ciosek chodził stale w jednym, mocno wymiętym garniturze i Messner zadrwił raz na posiedzeniu, ogłaszając zbiórkę na jego anzug. Być może, ten drobny incydent zaważył na ich późniejszych relacjach. Nie znałem go w roli prezesa ZSP, poznałem, kiedy kierował partią w Jeleniej Górze. Zawiozłem tam wicepremiera radzieckiego i przewodniczącego KNiT Kirilina. Strugi wazeliny, jakie wylewały się z ust Cioska na temat miłości do ZSRR i socjalizmu przekraczały nawet moją odporność, a byłem przecież przyzwyczajony do pustych, ideologicznych deklaracji. Po kilku miesiącach stał się eksponentem związkowych interesów w Rządzie. Organizacyjnie prowadził te posiedzenia mój pierwszy Szef – Zygmunt Rybicki, który z fotela Rektora UW przeszedł do administracji rządowej; był specjalistą od prawa administracyjnego, pasował jak ulał. Robił to dobrze, ale lubił udowadniać swoje racje i czasami nadziewał się na skuteczne kontry ze strony prawników sejmowych lub prawniczej profesury. Posiedzenie otworzył premier Jaruzelski. Mówił około 40 minut o sytuacji politycznej w kraju.
– Co zrozumiałeś, a czego nie zrozumiałeś z tej lekcji?
– Zrozumiałem, że nic się nie składa. Rada trwała około 10 godzin, właściwie bez konkluzji. Na koniec Jaruzelski wygłosił kolejną tyradę mobilizującą. Jest trudno, będzie lepiej, albo nie. Znajdował zawsze kilka tematów i kilku nieszczęśników, których zganił albo za błędne decyzje, albo za zbyt wolne tempo. Zadeklarował nieustające poparcie dla reformy gospodarczej. Nie zrozumiałem – i to mój największy błąd – że rzeczywistość AD 1983 tworzy w coraz większej mierze propaganda. Media, dla Generała najważniejsza była telewizja, ale też prasa i biuletyny informacyjne. A ja w ogóle nie przywiązywałem wagi do tego aspektu działalności. Mądra decyzja powinna obronić się sama. Profesor (będę tak czasem nazywać Messnera, by nie operować zbyt często nazwiskiem) myślał tak samo, ale to ja powinienem korygować jego podejście. Cóż, kiedy moja współpraca z dziennikarzami w Ministerstwie sprowadzała się do udzielania sfingowanych wywiadów, w których to ja stawiałem pytania i ja udzielałem na nie odpowiedzi. Dziennikarze dostawali gotowy tekst i brali wierszówkę. Nie stworzyliśmy więc własnego zaplecza dziennikarskiego, własnej tuby propagandowej. Przegraliśmy w efekcie w zderzeniu „księgowych z kuglarzami”[3], choć to nie jedyna przyczyna porażki. Nie zauważyłem również bodaj największej słabości Generała – skłonności do kreowania rzeczywistości i wiary w tę wykreowaną rzeczywistość. A także budowania własnego wizerunku za pomocą aparatu propagandy. Dlatego tak wielki wpływ miał na niego Urban, może jeszcze Górnicki, Palimąka z KC, kilku dziennikarzy.
– Nie rozpędzaj się tak. Na ocenę przyczyn porażki masz całe 5 lat.
– Ta pierwsza Rada Ministrów, w której brałem udział, uświadomiła mi, że mamy nikłe pole manewru. Po pewnym czasie i kilku rozmowach uznałem, że jedynym rozwiązaniem jest powołanie kilku zespołów tematycznych od tzw. palących zagadnień, jak hamowanie wzrostu cen, czy kierunki polityki inwestycyjnej, zaopatrzenie rynku itp. W jednym z nich (zdaje się tym od inflacji i cen) znalazł się Grzegorz Kołodko – późniejszy wicepremier i minister finansów. Przygotował elaborat, ale starzy wyjadacze go wykpili, choć być może miał rację. On wiedział, że ja o tym wiem, a miał rozbudowane ego; myślę, że to zdarzenie wpłynęło na nasze późniejsze relacje.
Jakieś dwa dni po Radzie zaprosił mnie Szałajda na spotkanie z nadzorowanymi przez niego ministrami. Prowadził je w stylu roboczej odprawy dyrektora przedsiębiorstwa z kierownikami wydziałów. Ile, na kiedy, odpowiadasz głową. Nogi z dupy powyrywam i tak dalej. Na wzmiankę o reformie zareagował machnięciem ręki. Nie ma żarcia, benzyny ani papieru klozetowego, to nie czas na pustą gadaninę.
– W przemówieniach Generała reforma była naszą największą nadzieją.
– W niedługim czasie obejrzałem posiedzenie Komisji ds. Reformy Gospodarczej. Powtórka z Rady Ministrów. Długie, pełne ozdobników wprowadzenie Generała. Dyskusja od Sasa do Lasa. Komisja skupiała bowiem najbardziej zagorzałych adwersarzy od Aleksandra Kopcia (były wicepremier) po prof. Cezarego Józefiaka – czołowego ekonomistę opozycji[4]. Każdy gadał, co chciał. Podsumowanie Jaruzelskiego w tym samym stylu. Życie gospodarcze kraju toczyło się wedle dwóch trajektorii: ręcznego sterowania (uzasadnionego w sporej mierze potrzebami przedsiębiorstw i obywateli), z drugiej strony – werbalnych zapewnień, przygotowywania przepisów, których nikt w praktyce nie respektował i medialnych akcji (np. konkursy na temat wiedzy o reformie), co miało ponoć przekształcić oporną rzeczywistość.
– Dość szybko wpuściłbyś Messnera w maliny, przygotowując jego wystąpienie na kolejnej naradzie na szczeblu centralnym, na której miał wygłosić swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. Gdyby wygłosił przygotowany przez ciebie tekst, wyszedłby przed szereg. Naraziłby się nie tylko Pryncypałowi, ale i kolegom z Rządu, bo wydawałby dyspozycje, a to nie należało do jednego z dziesięciu, ale do tego, kto na piedestale. Uratował rzecz Szałajda.
– A Messner opisał tę historię w Księgowych i kuglarzach. Wydawało mi się, a nie powinno, że nowy wicepremier, obdarzony ksywą „koordynatora”, ma obowiązek zaprezentowania swojego programu, powiedzenia, co chce zrobić i jak. Nie rozumiałem, a powinienem, że może świecić jedynie światłem odbitym. I że zyskał już wiele, bo wygłasza cudzą mowę swoimi ustami. Z mojej pierwotnej wersji niewiele zostało, bo w konsultacyjnym dreptaniu powtarzaliśmy slogany dobrze znane i równie nieskuteczne. Spiesz się powoli. Festina lente.
– A Jaruzelski czytał każde wystąpienie Messnera i stosownie je korygował.
– Był jeszcze dwa lata premierem. Miał więc formalny tytuł ingerowania w każdy tekst, bo Profesor wygłaszał je w imieniu Rządu. Ale Messner i tak by je pokazywał, co zresztą robił już po nominacji. Generał był recenzentem i współautorem wszystkich jego wystąpień. Wszystkich z wyjątkiem ostatniego.
– We wtorki odbywały się posiedzenia Biura Politycznego. Ich większość poświęcano ocenie pracy Rządu, akceptacji lub odrzucaniu jego propozycji, jakby ten potrzebował partyjnego imprimatur dla każdego ze swoich poczynań. Dla członków Rządu i dopraszanych osób to był sądny dzień. Uzbrojeni w moc ferowania wyroków członkowie Biura i sekretarze KC mieli dwa obiekty swoich ocen i połajanek: organy Rządu oraz opozycję polityczną – tę wyraźnie zdefiniowaną, i tę – mniej wyraźną, ale dokuczliwą: dziennikarzy, ludzi kultury, członków różnych organizacji i stowarzyszeń. Członków BP było kilkunastu, potem nawet ponad dwudziestu. Jaruzelski, który I sekretarzem został po detronizacji Stanisława Kani w październiku 1981 r., dbał, by skład był „reprezentatywny”, stąd obecność w kierownictwie Partii Albina Siwaka (murarza), Kazimierza Romanika (górnika), czy Zofii Grzyb (włókniarki) albo (gdyby wybrać kryterium terytorialne) Tadeusza Porębskiego z Wrocławia, Messnera z Katowic, czy Bejgiera z Gdańska. Połowa „nominatów” nie miała żadnego przygotowania do oceniania materiałów, na które składała się praca wielu grup specjalistów zatrudnionych w urzędach centralnych oraz dopraszanych dorywczo ekspertów.
– Oprócz Messnera członkami Biura byli też inni ministrowie. A on nie kierował żadnym resortem, jak taki współczesny Jan bez Ziemi. Wszystkich, z którymi później współpracowałem – oficjalnie lub prywatnie – ostrzegałem przed powtórzeniem takiej konfiguracji. Gdy posiedzeniom RM przewodniczył Jaruzelski, a miało to miejsce coraz rzadziej, stawiali się wszyscy. Gdy przewodniczył Messner jako wicepremier, któremu powierzono to zadanie, albo później, gdy był Premierem, kilku członków Biura demonstracyjnie nie brało w nim udziału. Ministra spraw zagranicznych (Olszowskiego, potem Orzechowskiego nie widziałem nigdy na sali świetlikowej) zastępował wiceminister Jaroszek (nudny przeraźliwie), czasem Wiejacz, Kiszczaka (MSW) – najpierw Straszewski, potem w większości Zbigniew Pudysz, a Siwickiego (MON) najczęściej generał Antoni Jasiński. Na posiedzeniach Rządu bez Jaruzelskiego rzadko zjawiał się Rakowski, a jeśli już przychodził, pisał swoje dzienniki. Szkoda, bo większość posiedzeń i tematów poświęcano sprawom gospodarczym, co nie było jego mocną stroną. Mógłby się czegoś nauczyć, ale nie chciał.
– Rakowski wrzucił wtedy do obiegu publicznego tezę, że Generał odpowiada za całość, Messner za gospodarkę, a on za nadbudowę. Profesor pisał w cytowanej książce, że popijali wówczas w trójkę z Rakowskim i Porębskim (co czasami się rzeczywiście zdarzało, a na co Rakowski szczególnie nalegał) i że plotkę o triumwiracie upowszechniał Urban. Stworzenie wrażenia przejrzystego podziału zadań – to był jego cel. Wtedy jednak nikt nie myślał, że Jaruzelski chce zrezygnować z premierowania. Dla was ważnym wydarzeniem była poznańska narada aktywu gospodarczego partii i państwa, która odbyła się w Poznaniu późną wiosną 1985 r. i została poświęcona ocenie reformy gospodarczej i zadeklarowaniu, co dalej. Głównym referentem był Baka, ale Komisja Planowania (Gorywoda i jego pierwszy zastępca Franek Kubiczek) i Messner też przygotowywali się do wystąpień.
– To było dla mnie jedno z najtrudniejszych zadań przez cały okres pracy w Rządzie. Wiedziałem, że dalsza jazda dwoma torami nie jest możliwa. Odpowiedzialność za wdrażanie mechanizmów reformy, o ile ma się zakończyć powodzeniem, musi przejąć Rząd i jego organy. Komisja ds. reformy spełniła (i chwała jej za to) rolę inicjatora zmian, przygotowała odpowiednie ustawy o samorządności i samofinansowaniu przedsiębiorstw, ale nie miała żadnej mocy sprawczej, by je wdrożyć. Gdyby zadanie to miał kontynuować Baka i Biuro ds. Reformy, musiałby zostać wyposażony w instrumenty nadzoru, co spotkałoby się z oporem ministrów branżowych, nadzorujących ich wicepremierów i większości politycznego aparatu władzy, który z założeń reformy rozumiał tyle, że ma nas ocalić. Do przejęcia odpowiedzialności paliła się Komisja Planowania i Messner przychylił się do takiego rozwiązania. Innego organu „ogarniającego” całokształt procesu reformowania nie było. Paradoksalnie, choć to rozwiązanie ratowało reformę przed unicestwieniem, wzbudziło oburzenie wszystkich zaangażowanych w ten proces, w tym młodych, bardzo zdolnych ekonomistów i prawników z Biura ds. Reformy, którzy po latach obejmą ważne stanowiska w gospodarce, finansach, bankowości itd. Messner się gryzł, bo wiedział, że okrzykną go grabarzem reformy, ale z układania kostek domina, nic innego nam nie wychodziło, tylko takie rozwiązanie. I jeszcze do tego Komisja Planowania ze swoją złą, post-wrzaszczykową sławą. Wziął decyzję na swój grzbiet. Merytorycznie w porządku, propagandowo fatalnie.
– Ważnym czynnikiem było także stanowisko radzieckich. Baka cieszył się u nich złą opinią, na słowa o reformie gospodarczej reagowali, jak hierarchowie kościoła na odstępstwa od katechizmu…
– Tak. Messner jechał z pierwszą wizytą do Moskwy. Tuż przed wylotem zadzwonił Barcikowski, który uczestniczył w naradzie sekretarzy ekonomicznych państw socjalistycznych. Nikołaj Ryżkow (wówczas sekretarz ds. ekonomicznych w KPZR) zadeklarował: żadnych mechanizmów rynkowych nie będzie. Centralne planowanie jest dogmatem. Dobrze, że ostrzegł nas, inaczej Messner mógłby wdepnąć w g… Podczas tej wizyty poznałem kilku radzieckich dostojników, zajmujących się gospodarką: Bajbakowa – przewodniczącego Gospłanu, Tałyzina od przemysłu i Ryżkowa – późniejszego premiera. Rozpoznawcze rozmowy. Stało się jednak jasne, że zbytnich skłonności do reformowania nie można było ujawniać.
– Naradę poznańską poprzedziło jeszcze jedno wydarzenie, które o mały włos nie zmieniłoby waszych losów. Samochód, którym Profesor wracał z Katowic do Warszawy, wpadł w poślizg, a wypadek omal nie skończył się tragicznie.
– Messner miał złamany kręgosłup, a złamanie groziło paraliżem. Wypadek miał miejsce koło Rawy Mazowieckiej. Okrutna ślizgawica. Operował go prof. Tylman, którego też znałem, bo on – podobnie jak Puzewicz – był przyjacielem prof. Tadeusza Orłowskiego. Na następny dzień zwołano naradę wojewodów. Messner miał przemawiać, tekst jego wystąpienia przekazałem Rakowskiemu, na którego spadł ten obowiązek. Wygłosił coś od siebie, a potem wiernie przeczytał to, co dostał. Messnera wsadzono w gorset, a wszyscy z niepokojem czekaliśmy na pooperacyjny wyrok. Podczas tej narady minister zdrowia Tadeusz Szelachowski podał mi kartkę: wysikał się. Chmurne, jak zwykle, oblicze Generała wypogodziło się. Profesor miał miesiąc przerwy i wrócił do obowiązków; najtrudniejsze okazały się narady i posiedzenia, bo gipsowy gorset obejmował całe ciało od kości ogonowej po szyję. Trwał jednak na posterunku, a Generał polecił, by przeprowadził się do Warszawy. Wyfasowano mu willę na Nowym Mieście, skonfiskowaną Kuklińskiemu po ucieczce do USA. Byłem w tym domu wielokrotnie przed adaptacją dla potrzeb nowego właściciela i przeprowadzką, a potem wielokrotnie, gdy mieszkali tam Messnerowie. Proszę więc nie przekonywać mnie, że pensja pułkownika LWP pozwoliłaby Kuklińskiemu na wybudowanie czterokondygnacyjnego domu i zakup całkiem luksusowego jachtu. I że ucieczka z kraju przy pomocy Ambasady USA była aktem spontanicznym, zrodzonym z troski o polskie sprawy, jak to przedstawiono w filmie „Jack Strong”. Wg informacji z bezpieki, Kuklińskiego zwerbowano podczas pobytu w misji wojskowej w Wietnamie, ale nie dam głowy za jej prawdziwość. Czasem, a trochę przecież wiedziałem o pracy wywiadów, myślałem tylko, w jaki sposób jego majątek, podróże i zajęcia uszły uwadze radzieckich służb specjalnych. No i naszych. Pracował na dwie strony? Jak Bażanow? Siła nieczysta? Tego się jednak nigdy nie dowiem.
– Dopóki Jaruzelski był premierem, ataki na Rząd nie przybierały jeszcze ostrej postaci. Nikt nie chciał narażać się Szefowi Szefów (tak nazywał go Janiszewski) sprawującemu władzę jak Bóg Ojciec w trzech osobach: I sekretarza KC, premiera i ministra obrony. Gorzkie żale płynęły tylko ze strony zawiedzionych pracowników Biura ds. Reformy. Baka przesiadł się na fotel prezesa NBP, całkiem wygodny. Zabrał kilku swoich współpracowników, między innymi Jurka Kochańskiego[5]. Reszta znalazła wcześniej lub później swoje miejsce.
– A Generał do końca trzymał w tajemnicy swoją rezygnację i posadowienie Profesora na fotelu premiera. Nominacja w listopadzie 1985 r. była więc zaskoczeniem dla publiczności, choć tu i ówdzie pojawiły się przecieki. Rząd pracował na jałowym biegu, jedne wskaźniki poprawiały się, inne spadały. W mediach ukazywały się comiesięczne informacje o sytuacji gospodarczej[6]. Podawano prawdziwe dane, ale ich interpretacja bywała czasem naciągana. KC i Komisja Planowania miały skłonność do bardziej optymistycznego widzenia rzeczywistości niż GUS. Wydaje mi się, że pewien wpływ na nominację Messnera miała także obawa Generała przed reakcją radzieckich w przypadku wyboru którejś z osób uznawanych za „reformatorów”. Nie pozbył się jeszcze kilku prominentów uznawanych za zwolenników zaostrzenia kursu wobec opozycji i mających „chody” w Moskwie. W tym generałów Molczyka, Chochy, Sawczuka.
– Zmieniłeś partnerów politycznych. To już nie Wydziały Nauki i Oświaty oraz Zagraniczny obijały cię jak worek treningowy. Tę rolę pełnił teraz Wydział Ekonomiczny KC PZPR.
– Nastąpiła jednak wyraźna zmiana. Może inni ludzie, a może inne czasy, jechaliśmy zresztą na tym samym wózku. Za sprawy ekonomiczne w Biurze Politycznym odpowiadał Kazimierz Barcikowski, rozumiejący bodaj najlepiej sytuację w kraju i – po swoich szczecińskich doświadczeniach – bardzo obawiający się rozlewu krwi. Wydziałem Ekonomicznym kierował Stanisław Gębala, z którym mieliśmy koleżeńskie relacje, gdy został ministrem pracy. Rodzina została w Tarnowie, skąd pochodził, więc jako słomiany wdowiec, zapraszał mnie i Zdzisława Drozda na kielicha i pogawędkę. Kierujący poprzednio wydziałem i mającym spory wpływ na Generała Manfred Gorywoda został już w 1983 r. przewodniczącym Komisji Planowania, jego pierwszym zastępcą – Franciszek Kubiczek też z wydziałowym rodowodem. Franka poznałem wcześniej, był kolegą Edka Wojtulewicza (Jontka), o którym wcześniej opowiadałem. Pijaliśmy trochę, choć Franek niewiele, on miał i ma nadal ascetyczne usposobienie. Ci, którzy kierowali Wydziałem: Marek Hołdakowski (przyszły kierownik), Edek Kuczera, Krzysiek Chinowski i ich współpracownicy to młodzi chłopcy, którzy nie nabyli jeszcze dygnitarskich nawyków, od początku byliśmy na „ty”, porozumiewaliśmy się przed posiedzeniami BP, bo powiedzenie „nagrody i kije spadają zawsze na niewinnych” w równym stopniu stosowało się do nich i do nas. Uzgodnienie opinii przychodziło łatwiej niż w moim poprzednim wcieleniu. Oceny ze strony Biura rzadko bywały pochlebne. Równo dostawaliśmy w kość, żeby nie powiedzieć inaczej.
– Może już czas, byś opowiedział o swoich refleksjach na temat Generała. Tyle krąży kontrowersyjnych, przeciwstawnych ocen.
– Kilka lat po przesileniu ustrojowym spotkaliśmy się u Kazimierza Barcikowskiego w jego domu, wąskie grono, zdaje się, że to spotkanie miało związek z wydaniem jego biograficznej książki, niesłusznie zapomnianej[7]. Siedzieliśmy obok siebie, a rozmowa krążyła – jak często – wokół osoby Generała. Barcikowski półgłosem powiedział do mnie: Jaruzelski, tak, to smutna sprawa. Zgadzam się z tym.
– To znaczy…
– Gdyby brać pod uwagę efekty polityczne, bez wątpienia miał rację. Obie decyzje oceniam bardzo wysoko…
– I tę o stanie wojennym też?
– Patrzę na nią z perspektywy historycznej, bo historią się dziś zajmuję. Na terenie zaboru rosyjskiego powstania wymierzone przeciw Rosji wybuchały ze zdumiewającą regularnością, plus minus co trzydzieści kilka lat. O innych zaborach nie ma co wspominać, wszelkie próby insurekcji wypadały tam dość rachitycznie. A w rosyjskim: 1794 – kościuszkowskie, 1830 – listopadowe, 1863 – styczniowe, 1905 – w Rosji rewolucja społeczna, ale w Polsce także narodowa[8]. Pierwsza wojna światowa i wojna bolszewicka zakłóciły nieco tę regularność, ale powstanie warszawskie wybuchło po dwudziestu kilku latach od „cudu nad Wisłą”. Choć militarnie wywołane przeciw Niemcom, politycznie wymierzone było w Sowietów[9]. A w 1981 r. – wypisz, wymaluj trzydzieści lat z okładem od powstańczej tragedii Warszawy. Toczono wtedy spór z gatunku „być albo nie być”. Wejdą Ruscy czy nie wejdą? Dziś przeważa pogląd, że jednak nie, ale wtedy… A gdyby weszli, to co?
– Chcesz pogrzebać w historii. Przypomnisz zapewne, bo często to opowiadasz, zebranie „białych” pod przywództwem Kronenberga w grudniu 1862. Deliberowali, co zrobić, by je zatrzymać i co zrobić – jak wybuchnie. Wtedy Jakub Gieysztor – przywódca „białych” na Litwie (a „biali” nie chcieli walki zbrojnej) powiedział: „Jestem tak przeciwny powstaniu, że wolałbym zginąć tu, pod sztyletem zapaleńców, jak zdrajca okryty hańbą, byle tylko nie dopuścić do wybuchu. Ale – gdy powstanie wybuchnie – będę z narodem. […] nie oszukujcie samych siebie. Nie tylko ja, ale każdy z was to samo zrobi”[10]. Powiesz, bo wielokrotnie to mówiłeś, że zachowania Polaków zdominował imperatyw kategoryczny, każący im wzniecać walkę wbrew logice, polityce, statystyce i czemuś tam jeszcze. Wszystkie powstania narodowe zostały okupione ofiarami dalece niewspółmiernymi do osiągniętych efektów. Choćby w powstaniu warszawskim – 1,5 tysiąca zabitych Niemców, 18 tysięcy zabitych powstańców i około 180 tys. (albo i więcej) ludności cywilnej. Kwiat inteligencji polskiej. Kupa gruzów ze stolicy.
– Inteligencja polska w znacznej części jest – niestety – przekonana, że to opłacalna ofiara złożona za podtrzymanie polskiego ducha[11]. Dla Wojciecha Jaruzelskiego ta decyzja nie miała jednak tylko teoretycznego charakteru. Co zrobić, gdy rebelia wybuchnie 17 grudnia, a Ruscy wkroczą? Stanąć na jej czele i wziąć odpowiedzialność za setki tysięcy ofiar, być z narodem? Czy zostać napiętnowany jako zdrajca, po wsze czasy, gorszy niż inni zdrajcy, których w historii Polski nie brakowało? Polska świadomość zbiorowa taki wyrok z pewnością by wydała[12]. Czy Jaruzelski zdawał sobie sprawę z historycznych uwikłań podejmowanej decyzji, tego nie wiem. Ale w grudniu 1981 roku przerwany został wieloletni, dramatyczny łańcuch cyklicznych powstań narodowych, prowadzący do coraz większego zniewolenia i coraz liczniejszych ofiar. Od czasów saskich po raz pierwszy rozwiązaliśmy ten dylemat sami, nie zrobił tego za nas obcy ciemiężyciel. Niektórzy sądzą, że wewnętrzny konflikt zakończony prawie bezkrwawo jest gorszy niż okupiona hektolitrami krwi klęska w walce z zewnętrznym wrogiem. I trauma na dwa stulecia. Daj im, Boże, zdrowie…
– Druga decyzja, ta o oddaniu władzy „Solidarności”, nie budzi już twoich wątpliwości?
– Sama decyzja nie. Większość Polaków tak sądzi. Dobrze się stało, mimo różnych skutków tych przekształceń. To jednak nie obciąża już Jaruzelskiego.
[1] W ostatnio wydanej książce Marszałka Sejmu Szymona Hołowni natrafiłem na zdanie: „To jest nasz polski fenomen, że u nas nie żrą się dwa różne światy: byli komuniści i była Solidarność. U nas, w dużym uproszczeniu, żre się jedna Solidarność z drugą Solidarnością” (Szymon Hołownia, Nie dajmy się podzielić, Rozmowa z Michałem Kolanko, Znak, Kraków 2024, s. 195). Ciekawe tylko, gdzie Hołownia znalazłby byłych komunistów.
[2] Zmarł – niestety – tuż po moim powrocie z Malezji – w 1992 roku.
[3] Pod tytułem Księgowi i kuglarze ukazała się w 1993 r. książka Zbigniewa Messnera, charakteryzująca okres jego pracy w Rządzie (1983–1988), o której będzie jeszcze sporo.
[4] Spotkałem go tuż przed śmiercią w szpitalu na Szaserów, gdzie leżał po ciężkim udarze lub wylewie. Poruszał się sprawnie, ale nie mówił. Zmarł po kilku dniach od naszej rozmowy na migi.
[5] Mieszka teraz wraz z żoną, Basią, w Orłowie, blisko dawnego domu Stiebalów. Kiedy tam jesteśmy wspominamy dawne czasy przy piwie i smażonych rybkach.
[6] Przewodniczyłem zespołowi, który zatwierdzał te sprawozdania. Brał w nich udział dr Andrzej Ochocki, specjalista z zakresu statystyki i demografii, potem profesor w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, z którym do dziś łączy mnie autentyczna przyjaźń i wspólne wspomnienia. Jeszcze o tym będzie.
[7] Kazimierz Barcikowski (1927–2007), Z mazowieckiej wsi na szczyty władzy, Wyd. Projekt, Warszawa 1998.
[8] W Weselu Wyspiańskiego, Gospodarz po spotkaniu z Wernyhorą posyła Jaśka na wojnę nie z austriackim cesarzem, lecz z rosyjskim samodzierżcą. Popatrz, oni w Galicji, żeby usprawiedliwić lojalizm wobec Najjaśniejszego Pana, wysyłali tych z Kongresówki na wojnę z Moskalem! (Stanisław Wyspiański, Wesele, [w:] Dramaty wybrane t. 1, Wyd. Literackie, Kraków 1972, s. 276).
[9] Por. m.in. Hanns von Krannhals, Powstanie warszawskie 1944, Bellona Warszawa 2017.
[10] Cytuję za Stefanem Kieniewiczem Powstanie styczniowe [w:] Trzy powstania narodowe, KiW, Warszawa 2006, s. 342–343.
[11] To m.in. pogląd prawicowego historyka Andrzeja Nowaka, prezentowany w wielu jego książkach i w publicystyce. Z utęsknieniem czekam na kolejny tom Dziejów Polski obejmujący powstanie warszawskie i początki władzy ludowej. Podobne przekonania podzielał Jarosław Marek Rymkiewicz, choćby w Kinderszenen, Wyd. Sic! Warszawa 2008.
[12] Wykorzystałem fragmenty własnego artykułu „Jaruzelski – smok wawelski”, [w:] Andrzej Żor, O historii, kobietach i kotach, Biblioteka „Res Humana”, Warszawa 2022, s. 41–45.
Przedruk fragentu autobiografii wydanej w serii „Biblioteka RES HUMANA” na łamach dwumiesięcznika ukazał się w jego numerze 1/2026, styczeń-luty 20206 r.
Dwie ostatnie dekady są świadkiem przejścia od optymizmu globalizacji do pesymizmu brutalnej rywalizacji. Postzimnowojenny ład światowy zmienia się z jednobiegunowego, zdominowanego przez hegemona USA, przez dobiegającą właśnie końca fazę świata wielobiegunowego, w kierunku systemu bipolarnego, który wszakże zachowuje wiele z cech wielobiegunowości, gdzie główna oś rywalizacji USA-Chiny współistnieje z innymi ośrodkami siły (UE, Rosja, Indie…) oraz podmiotami pozapaństwowymi, jak, przykładowo, wielkie korporacje cyfrowe.
Stałym lejtmotywem wszystkich debat ostatnich lat były konstatacje o erozji dotychczasowego ładu międzynarodowego i o nieprzewidywalnym charakterze jego następującej transmutacji. Polskie ośrodki badawcze dość nieśmiało uczestniczyły w tej debacie, nie generując żadnej oryginalnej syntezy, a klasa polityczna funkcjonowała w ramach skostniałych wyobrażeń o porządku światowym i miejscu, jakie zajmuje w nim Polska. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że punktem odniesienia dla praktyków polityki (a za nimi i dla opinii publicznej) pozostawał stan rzeczy z końca XX wieku: stabilny, wręcz zastygły, zachodniocentryczny pax americana.
Podobnie jak w opowieści o strategii rozwoju wewnętrznego Polski dominował przekaz minimalistyczny, dostosowawczy (pamiętne słowa szefa polskiego rządu, który raz odsyłał do lekarzy ludzi posiadających wizję, innym razem nakazywał satysfakcję z posiadania ciepłej wody w kranie), reaktywność i minimalizm cechowały zachowanie Polski na scenie międzynarodowej. Elity polityczne kraju nie wykreowały porywającej społeczeństwo narracji o wielkich wyzwaniach, które posiadałyby moc mobilizującą i innowacyjną. Nie wskazały także ambitnego, a jednocześnie realistycznego miejsca i funkcji, jakie Polska mogłaby zająć w systemie stosunków międzynarodowych. Chociaż takie koncepcje (Polska jako inteligentny dialogotwórca, Polska jako siła napędowa ścisłej integracji europejskiej, Polska jako złącze między Wschodem a Zachodem…) się pojawiały. Polskę początku XXI stulecia nie tylko nie stać było na oryginalną inicjatywę na miarę planu Rapackiego, lecz dodatkowo zredukowaliśmy naszą obecność i nasze zdolności rozpoznawcze w świecie, przykładowo w świecie arabskim. Tymczasem Polski, usytuowanej na skrzyżowaniu europejskich osi północ-południe i wschód-zachód, między dwoma najpotężniejszymi państwami Europy, w czasie, gdy rozpada się ład światowy, nie stać na luksus dostosowawczego minimalizmu, inercję i wtórność. Właściwie jedyną polską inicjatywą był pomysł Partnerstwa Wschodniego, lecz jego pierwotne założenia zostały zwulgaryzowane i wypaczone do przeciwskutecznego w ówczesnych realiach wymiaru geopolitycznego.
Siła tradycjonalizmu, zanik poważnej debaty publicznej na tematy międzynarodowe i tłumienie alternatywnych (wobec głównego nurtu) interpretacji i ośrodków myśli, skutkowały postrzeganiem złożonej rzeczywistości międzynarodowej przez, co najwyżej, pryzmat regionalny[1].
Agresja Rosji na Ukrainę dodatkowo zawęziła ogląd rzeczywistości międzynarodowej: dla polityków, mediów, opinii publicznej jest ona nie tylko egzystencjalnym zagrożeniem, lecz też źródłem i wyjaśnieniem wszystkiego, co dzieje się na świecie. Z polskiego punktu widzenia niezrozumiałe jest stanowisko większości państw pozaeuropejskich, które postrzegają konflikt w Ukrainie jako regionalną wojnę by proxy i widzą w niej nie praprzyczynę wzrostu napięcia międzynarodowego, lecz następstwo, rezultat wcześniejszych działań wielkich państw, nie tylko Rosji, lecz przede wszystkim USA i, generalnie, zbiorowego Zachodu.
Regionalne myślenie utrudnia nakreślenie nowej siatki współrzędnych, w których osadzony jest nasz kraj.
Przesunięcie gospodarczego i strategicznego centrum do Azji z kluczową rolą Chin, opisywane już w latach 80., zostało przyjęte do wiadomości przez polskich polityków w XXI wieku, wraz z próbami praktycznej realizacji (poparcie dla Inicjatywy Pasa i Szlaku, przystąpienie do AIIB). Jednak głębsze konsekwencje tej zmiany oraz inne fundamentalne przemiany globalne wciąż z trudem docierają do świadomości polskiej klasy politycznej.
Od 2008 roku następuje stagnacja i jakościowa zmiana globalizacji. Słabną przepływy globalne, rośnie protekcjonizm i nacjonalizm ekonomiczny, tworzą się regionalne bloki. Część procesów przenosi się do sfery cyfrowej, co oznacza nową, bardziej złożoną fazę globalizmu, o niezbadanych jeszcze konsekwencjach dla Polski.
Wraz z tworzeniem się nowych ośrodków siły i wzrostem znaczenia Globalnego Południa postępuje proces określany przez K. Mahbubaniego jako Wielka Konwergencja.
Nową rzeczywistością stało się netwersum – cyfrowy wszechświat będący równocześnie areną współpracy i ostrej rywalizacji o cyberprzestrzeń, dominację w AI i kontrolę nad danymi. Konkurują w nim nie tylko państwa, ale także korporacje technologiczne, funkcjonujące jako podmioty geopolityczne.
Osłabł system organizacji międzynarodowych (ONZ, OBWE, RE), porozumień (Helsiński Akt Końcowy, Karta Paryska, Rada NATO-Rosja) oraz zasad (nienaruszalność granic, nieużywanie siły, poszanowanie suwerenności, idea wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa).
Świat stał się mniej odporny na wyzwania globalne, takie jak zmiana klimatu i jego skutki (ocieplenie, susze, migracje, katastrofy naturalne, pandemie).
Rozpadły się lub zostały nadwyrężone kluczowe mechanizmy bezpieczeństwa.
Nastąpiła erozja liberalnego ładu światowego, a wojna i dyktat siły powracają jako metody rozwiązywania sporów i uprawiania polityki.
Gwałtowna redystrybucja globalnego potencjału gospodarczego, technologicznego i militarnego wymusza adaptację nawet na największych mocarstwach. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA nie jest wyłącznie ideologicznym zwrotem za prezydentury D. Trumpa, który nadał jej antyeuropejski wydźwięk. Stanowi ona odpowiedź na względne osłabienie Stanów Zjednoczonych w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
Wskaźniki są wymowne: udział USA w globalnym PKB spadł z 21 proc. w 2000 r. do 14,7 proc. w 2024 r. W tym samym czasie Chiny zwiększyły swój udział w PKB z 8 proc. do 19,6 proc.[2] i stały się groźnym konkurentem w najnowszych technologiach oraz potencjale przemysłu zbrojeniowego.
W efekcie USA porzuciły koncepcję globalnej hegemonii, uznając ją za niemożliwą do utrzymania. Nie dopuszczą jednak, by jakiekolwiek państwo zdominowało ich kluczowe interesy, zwłaszcza na półkuli zachodniej i kluczowych szlakach morskich. Oznacza to powrót do doktryny Monroe w nowym wydaniu: koncentrację na obronie terytorium narodowego, elastyczne i transakcyjne traktowanie sojuszników oraz wycofanie wojsk z niektórych regionów.
Dla Europy przekłada się to na fundamentalną zmianę. USA zamierzają przesunąć ciężar relacji transatlantyckich ze współpracy wojskowej na gospodarczą i technologiczną, przerzucając na Europę koszty jej bezpieczeństwa, przy jednoczesnym dążeniu do utrzymania kontroli. Instrumentami tej kontroli mają być: technologie cyfrowe i korporacje je wytwarzające, polityka handlowa, eksport uzbrojenia oraz ideologia „realizmu suwerenistycznego”, promująca interesy narodowe ponad wartościami i instytucjami ponadnarodowymi. Scenariusz ten zakłada delegitymizację UE i wspieranie suwerenności poszczególnych państw europejskich.
Ta nieuchronna redefinicja sojuszu stanowi nowe, zasadnicze wyzwanie dla Unii Europejskiej i dla Polski, której bezpieczeństwo opiera na dwóch filarach: członkostwie w UE i w NATO[3].
Mimo dokonanego w ostatnim półwieczu skoku rozwojowego, który przyniósł przede wszystkim wzrost jakości życia (awans o dziesięć miejsc w rankingu HDI) oraz większą otwartość (podwojenie udziału w eksporcie światowym w latach 1975–2025), zasadniczo miejsce Polski w świecie nie zmieniło się, jeśli chodzi o jej udział w gospodarce światowej, siłę militarną i – w następstwie – jej autonomiczną wagę polityczną. Z takim samym jak pół wieku temu udziałem ok. 0,8 proc. w globalnym PKB Polska sytuuje się dzisiaj, podobnie jak w 1975 r., na 21.–23. miejscu w świecie[4]. Pod względem siły militarnej zajmuje obecnie 21. miejsce w świecie przy 15.-18. miejscu w 1975 roku[5]. Zmieniło się natomiast fundamentalnie usytuowanie polityczne Polski – jednostronna wasalna zależność od ZSRR została zastąpiona ścisłą integracją z blokiem transatlantyckim, w którym żaden z jego komponentów europejskich nie ma pozycji hegemonistycznych.
Polska jest dzisiaj dość wysoko rozwiniętym krajem, z dynamicznie rozwijającą się gospodarką, niemniej pozostaje państwem o średnim potencjale, z dużymi problemami utrzymania stabilności finansowej i alarmująco rosnącą presją luki demograficznej, zależnym gospodarczo i pod względem dostaw energii, napływu kapitału oraz technologii od sprawnego funkcjonowania wspólnoty europejskiej. W obszarach kluczowych dla rozwoju – zdolność do długofalowej konkurencji, innowacyjna gospodarka, modernizacja kapitału ludzkiego i społecznego – wykazuje niskie zdolności adaptacyjne. Ograniczony potencjał i niewielka zdolność do podjęcia wyzwań związanych z megatrendami przy rosnącej presji ze strony Rosji stawia Polskę przed wyborem jednej z opcji: 1. Fort Trumpa, 2. Samotna twierdza Polska. 3. Federacja Europejska.
Wrogość D. Trumpa wobec UE znajduje oddźwięk w eurosceptycyzmie suwerenistycznych populistów w Europie. Nieprzypadkowo wezwał on nacjonalistów z Węgier, Austrii, Polski i Włoch do „obrony suwerenności”, co w praktyce oznacza dążenie do rozbicia Unii. Polska radykalna prawica upatruje w Trumpie sojusznika w uwolnieniu się od liberalnych norm UE. Redukcja amerykańskiego zaangażowania w NATO osłabia Sojusz. Zwolennicy opcji America First dostrzegający zagrożenie ze strony Rosji, uważają, że lukę tę wypełnić może szczególny sojusz z USA, a Polska stałaby się ich przyczółkiem w Europie – nawet za cenę osłabienia więzi z UE. Przekształcenie Polski w centrum amerykańskiej projekcji siły, pełniące jednocześnie rolę „konia trojańskiego” Trumpa w UE, wiązałoby się z akceptacją statusu wasala w zamian za potencjalnie iluzoryczne bezpieczeństwo. Połączenie tego z napiętymi relacjami (lub wręcz wrogością) zarówno z UE, jak i z Rosją stanowi strategię o skrajnie wysokim ryzyku i katastrofalnych potencjalnych skutkach dla Polski.
Siły polityczne wrogie projektowi europejskiemu, nieufne zarówno wobec zachodnich sąsiadów, jak i USA, kwestionują wiarygodność gwarancji NATO i solidarność sojuszników w razie agresji. Głosząc tezę o strategicznej samotności Polski, postulują szybkie zbudowanie zdolności odstraszania na wzór Izraela poprzez przyspieszoną militaryzację: rozbudowę rezerw, przywrócenie powszechnej służby wojskowej, powszechną obronę terytorialną oraz dozbrojenie, łącznie z rakietami dalekiego zasięgu czy nawet bronią jądrową.
W tej wizji Polska stałaby się regionalną potęgą militarną, zdolną samodzielnie odstraszać Rosję i chronić sojuszników. Realizacja takiego scenariusza wymagałaby jednak nakładów na obronność rzędu 8–10 proc. PKB, co oznaczałoby militaryzację gospodarki i załamanie systemów socjalnych. Co więcej, nawet po takiej mobilizacji Polska wciąż nie zyskałaby zdolności do samodzielnego i skutecznego odparcia agresji ze strony Rosji.
Istotne ograniczenie lub wycofanie stałej amerykańskiej obecności wojskowej w Europie wymusza na Polsce przyjęcie roli kluczowego filaru bezpieczeństwa UE. Unia, budując autonomiczną unię obronną z własnym dowództwem, finansowaniem i zdolnościami logistycznymi, musiałaby stać się głównym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Ściśle związana sojuszem wojskowym z Niemcami i Francją, Polska stałaby się motorem napędowym federacyjnej transformacji UE. Jednocześnie budowałaby uzupełniającą sieć sojuszy regionalnych, niealternatywną wobec unijnej struktury obronnej. W tej roli Polska wyrastałaby na regionalnego lidera militarnego, stając się także pierwszą linią obrony Europy – państwem frontowym.
Maksymalna federalizacja i scentralizowana obrona UE to już nie opcja, lecz konieczność. Rozdrobniona Europa, z 27 odrębnymi armiami i politykami przemysłowymi, jest strategicznie nieistotna i niezdolna do samodzielnej obrony. Jedyną drogą do stworzenia podmiotu zdolnego odstraszyć Rosję bez pomocy USA jest suwerenna federacja europejska – z gospodarką 18 bilionów euro, jednolitą armią (nawet 2-milionową) i scentralizowanym dowództwem.
Federalizacja wiąże się jednak z kosztami i ryzykiem dla Polski. W zamian za głębię strategiczną i zwiększone bezpieczeństwo, Polska utraciłaby formalną suwerenność w obszarach obrony, polityki zagranicznej, migracji i finansów, prawdopodobnie uznając przy tym hegemonię francusko-niemiecką.
Praktyczna polityka będzie stanowić kombinację wszystkich trzech opcji, przy czym żadna z nich nie zaistnieje w czystej postaci. Nieprzewidywalne wydarzenia mogą zachwiać dotychczasową logiką. Wycofanie USA z Europy nie będzie całkowite – przynajmniej obecność wywiadowcza i logistyczna zostanie zachowana. W największych państwach Europy władzę mogą przejąć siły nacjonalistyczne. Nie jest też przesądzone utrzymanie stabilności politycznej w Rosji ani kontynuacja jej dotychczasowej polityki.
W konsekwencji to, który komponent zyska przewagę, zależeć będzie zarówno od zmian na arenie międzynarodowej, jak i od politycznych wyborów samych Polaków, gdyż różne wiodące siły polityczne w kraju opowiadają się za odmiennymi rozwiązaniami.
[1] Koncepcje pozaeuropejskich myślicieli i teoretyków stosunków międzynarodowych, jak, przykładowo, Paraga Khanny (vide: Connectography: Mapping the Future of Global Civilization) czy Kishore’a Mahbubuniego (vide: Has the West Lost It? A Provocation), są praktycznie nieznane polskim politykom
[2] Liczone według parytetu siły nabywczej. Zgodnie z danymi opartymi na nominalnym PKB, gospodarka USA wciąż jest największa (25,8 proc.), zaś chińska – trzecia (16,7). PKB Unii Europejskiej według tej metody wynosi 18,2 proc. Zob. raport MFW World Economic Outlook opublikowany w październiku 2025 roku. Alternatywne szacunki uwzględniające jakość danych i gospodarkę nieformalną podaje World Economics Ltd., np. https://www.worldeconomics.com/Share-of-Global-GDP/United%20States.aspx
[3] Ze strony polskiej wygłasza się niekiedy tezy o trzecim filarze, jakim ma być specjalne partnerstwo strategiczne z USA. Polskie pretensje do partnerstwa z supermocarstwem należy uznać za pseudopatriotyczną fanfaronadę; natomiast rozmieszczenie pododdziałów amerykańskich (ok. 10 tys. żołnierzy) na terytorium Polski stanowi ważny element umocnienia bezpieczeństwa kraju, nie tyle nawet z uwagi na militarny, ile polityczny i psychologiczny wymiar tej obecności.
[4] Dane za: https://countryeconomy.com/gdp/poland?
[5] Wyliczenia na podstawie zintegrowanych porównań rekonstrukcyjnych CINC/GFP.
Analiza ukazała sie w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Strategia Narodowego Bezpieczeństwa 2025 prezydenta Trumpa nie jest rewolucyjna, chociaż tak ją widzą elity rządzące w Europie. Jest przede wszystkim odwrotem od ideologicznej koncepcji amerykańskich i europejskich liberałów. A te zmiany były widoczne od początku rządów obecnej ekipy.
Jej istotą jest nacisk na strategiczną stabilność, która jest wypadkową rywalizacji i porozumień głównych aktorów na scenie światowej. Wraca z całą mocą fundamentalna zasada realistów: równowaga sił (balance of power). W międzynarodowej grze żaden z aktorów nie jest klasyfikowany jako stałe zagrożenie ani jako wieczny sojusznik. Wersja trumpowska równowagi sił jest bezwzględna, surowa, ponieważ lekceważy multilateralizm oraz inne narzędzia cywilizujące i mitygujące nagą siłę państw. W takim układzie każde państwo, zwłaszcza najsilniejsi gracze, maksymalizuje swoje korzyści kosztem pozostałych. Triumfują państwa, które nie oglądając się na innych, pomagają sobie samym. W terminologii stosunków międzynarodowych nazywa się to self-help.
Nowa Strategia Bezpieczeństwa jest dobrym odzwierciedleniem światopoglądu prezydenta Trumpa i jego najbliższego otoczenia. Jest to odpowiedź na wyzwania ze strony „świata, jaki jest”, cechująca się pragmatyzmem. Autorzy dokumentu inspirowali się w znacznym stopniu myśleniem szkoły realistycznej w stosunkach międzynarodowych. W świetle tego podejścia nieprzydatne są takie kategorie analityczne, jak odwieczna oscylacja strategii amerykańskiej między izolacjonizmem a interwencjonizmem.
Zasadnicza innowacja Strategii, szokująca wiernych aliantów Stanów Zjednoczonych w Europie, polega na reformie zarządzania obecnością Ameryki w świecie. Stanów Zjednoczonych nie stać już na utrzymywanie stabilnego świata na barkach amerykańskiego Atlasa. Zreformowana strategia odzwierciedlająca zmianę układu sił na świecie na niekorzyść Ameryki zakłada utrzymywanie stabilności w regionach w myśl koncepcji „off-shore balancing” amerykańskich realistów (John Mearsheimer). Stany Zjednoczone stawiają na wzmocnienie swojej potęgi wewnętrznej (bezwzględna dominacja na półkuli zachodniej), a bezpośrednie powstrzymywanie rywali w regionach i pilnowanie regionalnej stabilności przekazują aliantom: Japonii, Korei, Australii w Azji i europejskim członkom NATO w naszym regionie. Amerykanie są dyrygentem tego systemu, ale schodzą z pierwszej linii i wycofują się z roli mocarstwa utrzymującego swoją dominującą obecność militarną w odległych regionach.
Dostrzegam cztery główne zalety doktryny Trumpa:
– pogodzenie się Stanów Zjednoczonych, do niedawna hegemona w polityce światowej, z rzeczywistością, co oznacza rezygnację ze strategii światowej dominacji, selektywne respektowanie interesów innych aktorów i gotowość do podzielenia się wpływami;
– odejście od czarno-białego obrazu świata podzielonego na oś dobra/demokracje i oś zła/autokracje. Odrzucenie tego schematu, mistyfikującego skomplikowaną rzeczywistość stosunków międzynarodowych, zwiększa szansę na uniknięcie kolejnej zimnej wojny w rezultacie podziału świata na sztywne bloki;
– powiew świeżości w związku z wyzbyciem się pozorów i zdjęcie grubej warstwy hipokryzji z uzasadnienia dla amerykańskiej polityki, która była w rzeczywistości nakierowana na uzyskanie partykularnych korzyści;
– najważniejszy aspekt nowej doktryny dotyczy wiszącej obecnie w powietrzu groźby wybuchu trzeciej wojny światowej. Z zapisów dokumentu wynika dążenie do uniknięcia totalnego starcia gigantów na wszystkich potencjalnych frontach (także z Chinami). To bardzo ważna rewizja poglądów w stosunku do Strategii Trumpa pierwszej kadencji.
Inne zasadnicze elementy, wynikające z doktryny Trumpa (wykraczam poza dosłowne stwierdzenia zawarte w samym dokumencie i sięgam do praktyki administracji), to:
– porzucenie dorobku organizacji międzynarodowych (zwłaszcza ONZ), osłabienie stabilizującej funkcji prawa międzynarodowego, traktatów;
– zwiększenie ryzyka militarnych rozwiązań konfliktów regionalnych i wojen lokalnych wskutek zwiększonej skłonności do interwencji zbrojnej (przy wykorzystaniu najnowszych technologii);
– powrót do nieograniczonego wyścigu zbrojeń konwencjonalnych i nuklearnych;
– brutalizacja języka i deprecjacja dyplomacji;
– militaryzacja polityki zagranicznej, czyli nieograniczone użycie siły w każdym wymiarze, nie tylko militarnym, w celu forsowania amerykańskich interesów.
Zatem doktrynę Trumpa, wyrażoną w Strategii, cechuje ambiwalencja, sprzeczności i brak spójności. Znamienny jest nacisk położony na unikanie wiążących zobowiązań, odrzucenie odpowiedzialności za dobro wspólne. Odejście od polityki interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw, od nation-building, od narzucania norm i reguł, nie jest konsekwentne. Na miejsce ideologii demokratyzacji wciska się bowiem katalog postulatów o charakterze wyraźnie tradycjonalistycznym i prawicowym, a nawet skrajnie prawicowym. W odniesieniu do migracji przewijają się wątki rasistowskie.
Na odrębną analizę zasługuje nadzwyczaj krytyczne, a właściwie pogardliwe potraktowanie Europy, a zwłaszcza europejskiego federalistycznego eksperymentu. Stany Zjednoczone nie widzą zalet powtórzenia amerykańskiej drogi na Starym Kontynencie. Przyszłość widzą wyłącznie w kategoriach ścierających się ze sobą państw narodowych.
Strategia poddaje krytyce elity europejskie za ich nastawienie na kontynuację wojny w Ukrainie i brak refleksji o tym, jak ułożyć w przyszłości stosunki z Rosją. Ironią losu jest rzecz jasna to, że wojna rosyjsko-ukraiń-
ska była pierwotnie wojną amerykańską by proxy. Stany Zjednoczone od dłuższego czasu widziały w Rosji bezpośrednie zagrożenie i starały się ją osłabić. Jednak prezydent Trump nie czuje się odpowiedzialny za destrukcyjną w wielu obszarach politykę poprzedników i wyklucza kajanie się za błędy przeszłości.
Strategia całkowicie pomija kwestię nierówności na świecie, biedy, wszelkie kwestie humanitarne, pomoc rozwojową, nie mówiąc już o międzynarodowych dobrach publicznych.
Wydawało się znawcom, że reanimacja takiego porządku światowego w epoce globalizacji byłaby zgoła niemożliwa. Trump, mimo znanych ograniczeń, dokonuje niemożliwego. Jednak nawet zasada równowagi sił powraca nie w wersji oświeconej, znanej z Kongresu Wiedeńskiego, ale w radykalnej, drapieżnej postaci.
Nie ulega kwestii, że dla prezydenta Trumpa, oprócz zaanonsowania światu nowych zmienionych reguł gry, najistotniejszy jest pivot amerykański czyli odnowienie doktryny Monroe, jako punkt wyjścia do zmiany polityki interwencjonizmu i generalnie przesunięcia punktu ciężkości polityki Stanów Zjednoczonych na sprawy „domowe” (w kraju i w obu Amerykach).
W tej analizie na gorąco pomijam aspekty regionalne doktryny Trumpa, w tym fragment omawiający politykę na Bliskim Wschodzie, który pomija związki Stanów Zjednoczonych z Izraelem i ludobójstwo w Gazie, czy wizję przyszłości narodu palestyńskiego.
Zajmuję się Kirstem już od ponad 50 lat. Napisałem o nim książkę pt. Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta (wyd. Atut, Wrocław 2003). Przełożyłem też kilka jego opowieści, a przede wszystkim wsparłem Wydawnictwo Interart w wydaniu w latach
1998–2005 Dzieł zebranych H.H. Kirsta, dokonując wyboru ich tytułów. Ten niezwykły i popularny na całym świecie autor wielu poczytnych książek w dalszym ciągu pozostaje w centrum mojego zainteresowania. Wciąż intryguje mnie pytanie, skąd np. wiedział o sprawach ściśle tajnych, o których pisał, kiedy archiwa nazistowskie zaraz po wojnie nie były dostępne?!
Dla mnie Kirst jest autorem, który jako jedyny z niemieckich powojennych pisarzy przyznawał się do swojej nazistowskiej przeszłości i osobliwej fascynacji Hitlerem (gdy ten sprawował władzę). I napisał chyba wszystko o jego zbrodniach i hitlerowskich Niemczech. W tym także o tym, jak rodziła się w III Rzeszy przemoc i zbrodnia, jak naziści dochodzili i umacniali swoją władzę, chcąc zawładnąć światem.
Opisał zbrodnie dokonane także na własnym narodzie, ukazując mechanizm bezwzględnego dławienia wszelkich oznak niezadowolenia i oporu. Jednak przede wszystkim opisał zbrodnie, jakich dokonano na narodzie żydowskim, polskim, rosyjskim i na każdym innym, który stawał nazistom na drodze w osiągnięciu celu, jakim miała być 1000-letnia Rzesza.
Kirst też jako jedyny pisarz niemiecki pokazał (m.in. w powieści Mane, tekel ’39) szczególną nienawiść nazistowskich Niemców do Polaków i… Polski jako państwa. Opisał wydarzenia, które dały początek drugiej wojnie światowej, przynosząc Polsce okupacyjną gehennę, a w konsekwencji kolejną utratę niepodległości. Według nazistów Polski już nigdy miało nie być na mapach Europy, a z Warszawy (po zdławieniu powstania warszawskiego) miała pozostać tylko Kupa kamieni. Przy okazji Kirst ukazał, jak nazistowskie Niemcy zamordowały w Warszawie Getto, a potem zaciekle, mimo że wojna była już dla nich przegrana, zwalczali Powstanie Warszawskie (dzięki temu uświadomił wielu Niemcom, że w Warszawie były dwa powstania).
Mimo początkowych perturbacji z cenzurą, Kirst już od lat pięćdziesiątych XX wieku doczekał się w Polsce wielu edycji – przede wszystkim wydania (i to w dużym nakładzie) wspomnianych wyżej Dzieł zebranych, ale też innych wydawców, jak m.in. Świat książki/Libros, Bellona (dawny MON) czy Instytut Wydawniczy Erica.
Powieści Kirsta w moim tłumaczeniu to: 08/15 w partii, 08/15 dzisiaj, które – razem z 08/15 W koszarach, Na wojnie i Walczy do końca – tworzą jego słynny pięcioksiąg o drugiej wojnie światowej pt. 08/15!
Przełożyłem też Noc długich noży, Noc generałów, Rok 1945 (podzielony przeze mnie na 2 części: Chaos upadku i Ratuj się kto może) oraz – choć to typowy kryminał (których zresztą napisał kilkanaście) Rozwiedzeni przez śmierć, jak i jego opowieść autobiograficzną (notabene bardzo ciekawą i godną przeczytania) pt. Pies i jego Pan. Warto też sięgnąć po jego książki z tzw. cyklu mazurskiego, jak m.in. Kamraci, Życie toczy się dalej, Bóg śpi na Mazurach.
Ale szczególnie z dzieł zebranych Kirsta polecam: Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Rok 1945 – koniec i jego – wspomnianą już – wojnę z Polską, która ma tytuł: Mane, tekel ’39, a z cyklu 08/15, przede wszystkim jego I część – 08/15 w partii.
A propos 08/15, zapytano mnie kiedyś, co oznacza ta liczba? Nic nie oznacza, choć weszła do potocznego słownictwa języka niemieckiego. Może symbolizować wymyślony przez autora numer nieistniejącej jednostki wojskowej, numer broni, w każdym razie nic szczególnego.
Dlaczego w ogóle zająłem się tym pisarzem? Zainteresowała mnie przede wszystkim jego faszystowsko-nazistowsko-wojenna (a tak naprawdę antynazistowska i antywojenna) treść wielu jego powieści, ale też zagadnienie: jak w Niemczech doszło do wszechwładnego panowania i poparcia tej strasznej ideologii, jaką okazał się niemiecki nazizm?
Zaciekawił mnie również sposób przedstawienia przez niego II wojny światowej (wywołanej – co autor jednoznacznie potwierdził – przez III Rzeszę napadem na Polskę w 1939 roku), ale też sposób prezentowana przez tego autora tematyki społeczno-politycznej lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku – aż do okresu powojennego, czyli lat 1945–1948 (np. w książkach: 08/15 dzisiaj i Rozwiedzeni przez śmierć), czyli do powstania po wojnie dwu państw niemieckich: NRF (Niemieckiej Republiki Federalnej) i NRD (Niemieckiej Republiki Demokratycznej).
Oceniając twórczość tego pisarza, warto podkreślić to, że większość swoich powieści oparł na faktach i dokumentach, które wsparł własnymi spostrzeżeniami i przeżyciami. Bowiem brał udział w kampanii wrześniowej Wehrmachtu przeciwko Polsce, był na froncie rosyjskim, a wcześniej na froncie zachodnim, m.in. we Francji. Pisarz awansował od szeregowego do pułkownika Wehrmachtu, kierując pod koniec wojny Wojskową Szkołą Obrony Przeciwlotniczej. Znał się więc, jak mało kto (bo z autopsji), na wojsku i stosunkach panujących we władzach III Rzeszy. Jego źródłem wiedzy jest… Mein Kampf Hitlera (którego bardzo często cytuje w swoich powieściach), szczególnie w powieści Noc długich noży i I części cyklu 08/15 w partii, podając nawet stronę i inne dane bibliograficzne dotyczące wydania tej straszliwej książki.
Kirst był jednocześnie świetnym stylistą i doskonałym narratorem, choć narracja jego dotyczy rzeczy strasznych, śmierci ludzi w obozach, nędzy i najokrutniejszych zbrodni dokonywanych przez nazistów.
Kirst urodził się 5 grudnia 1914 r. (jeśli wierzyć jego oficjalnym dokumentom), a zmarł 23 lutego 1989 r. w Bremie. Na świat przyszedł w dzisiejszej Ostródzie (Osterode); choć nigdy nie spotkałem ludzi pamiętających go osobiście, ani nikogo z jego rodziny. Zaczął pisać mając już ponad 30 lat, czyli jako dojrzały człowiek (i co ważne)… po osobistych przeżyciach wojennych, ale mimo światowej popularności Kirst w Niemczech nie jest pisarzem szczególnie znanym (ani upowszechnianym, można się tylko domyślać, dlaczego). A do tego charakteryzowany jest w encyklopediach i leksykonach niemieckich jako pisarz zaliczany do gatunku literatury rozrywkowej, który pisał książki sensacyjne o wojnie. A w wielu encyklopediach niemieckich w ogóle nie ma o nim żadnej informacji! Tymczasem, jest to pisarz, który rozebrał Niemców do naga, ukazując swoim czytelnikom, na czym polegają rządy i skutki totalitarnej władzy, jak doszło do rozpętania wojny światowej i zbrodni dokonywanych w imię mitycznych zamierzeń, jakimi było dążenie nazistów do tysiącletniej Rzeszy, a nawet… wyhodowania w tym celu rasy germańskich panów.
Jego proza przestrzega, aby wszystko to, co było, już nigdy więcej się nie powtórzyło.
Kirst nie usprawiedliwia siebie, ale jego twórczość ukazuje Niemcom (i nie tylko Niemcom), jak w wyniku megalomańskich zapędów doszło do katastrofy, która zakończyła się bezwarunkową kapitulacją jego narodu. I można by dodać – niewiele się pod tym względem zmieniło. Mam na myśli wojnę w Ukrainie czy krwawe wydarzenia na Bliskim Wschodzie; podobnych przykładów nie będę mnożył, a więc nie wszystko zakończyło się z chwilą wykonania wyroków po procesie norymberskim.
Po wojnie w 1945 r. Kirst przez ponad rok przebywał w amerykańskim obozie jenieckim (ponieważ był oficerem Wehrmachtu). W końcu jednak Amerykanie go wypuścili (niczego mu nie udowodniono), ale on – chyba dopiero wtedy zrozumiał, już po przesłuchaniach w obozie (opisanych potem w Nocy długich noży), co się stało – postanowił swoje przeżycia nazistowsko-wojenne opisać. Jak naród niemiecki (oczywiście z wyjątkami) dał się omamić Hitlerowi! Jak naziści, wywołując II wojnę światową, chcieli sobie podporządkować świat!
Kiedy wyszedł z obozu, przez wiele miesięcy nie mógł dostać pracy; sprzątał ulice, zatrudnił się jako ogrodnik, aż wreszcie został podrzędnym urzędnikiem w gminie. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo spotkał kolegę z lat szkolnych, dzięki któremu trafił do jednej z popołudniowych gazet w Monachium i… zaczął pisać. Początkowo były to relacje z wypadków, potem recenzje filmowe. Aż pewnego dnia zgłasza swoje 08/15 w koszarach do konkursu literackiego i… odnosi sukces! Jest drukowany w odcinkach, choć pierwszą jego książką jest powieść pt. Nazywaliśmy go Galgenstrick, która ukazuje się na początku lat pięćdziesiątych XX wieku, ale wtedy została prawie niezauważona.
08/15 w koszarach zostaje sfilmowane, potem także inne powieści (m.in. Noc generałów), które z humorem opowiadają o Wehrmachcie, o jego „dobrym” obliczu (w porównaniu z oddziałami SS), o opozycji i zamachu na Hitlera. Ale gdy Kirst zauważa, że jego popularność idzie w fałszywym kierunku, dopisuje do pierwotnych swoich „szwejkowskich” powieści 08/15 (w koszarach, na wojnie i walczy do końca) dwie najbardziej istotne dla całej jego twórczości książki: 08/15 w partii i 08/15 dzisiaj. Po nich pisze dalsze fantastyczne antynazistowskie i antywojenne pozycje, jak m.in. Noc długich noży, Noc generałów, Fabrykę oficerów, Godzinę grabarzy, Przeznaczenie, Niesamowity sługa boży i Rok 1945 – koniec.
Łącznie Kirst napisał i wydał ponad 50 książek. Pisał też sztuki teatralne i pozostawił po sobie bardzo bogatą publicystykę. Filmów, nakręconych na podstawie jego powieści, nie akceptował. Prawdę mówiąc są szmirowate, gloryfikujące wojnę, trochę przypominające amerykańskie filmy o kowbojach i dzikim zachodzie. Lecz prawdziwy Kirst – powtórzę – jest zaprzeczeniem takiego rozumienia jego twórczości! On pisze świadomie (co potwierdza w kilku swoich wywiadach, choć nie miał ich wiele, zwłaszcza w Niemczech), aby to co było – nigdy się nie powtórzyło!
Zatem szkoda, że Kirst jest w Niemczech znany tylko pobieżnie. Ile razy chciałem kupić jakąś jego książkę, zawsze w odpowiedzi słyszałem: vergriffen (nakład) wyczerpany.
I już ostatnie zdanie, którym zakończę swój artykuł pisany m.in. dlatego, że ostatnio bardzo wiele się o Niemczech mówi w polskiej polityce: dzisiejsza RFN potrafiła oderwać się od przeszłości i wydaje się być wzorową demokracją, która wszelkimi dostępnymi środkami szuka porozumienia z Polską, pojednania i przebaczenia win; więc naszym obowiązkiem jest tym dążeniom nowych pokoleń Niemców wychodzić naprzeciw. Ale w tym dochodzeniu – jak ja je nazywam: „dążeniu do normalności” – nie wolno dorobku Kirsta wykreślać. Gdyż przyszłość polsko-niemiecka musi być budowana na prawdzie, a więc i na znajomości twórczości takich pisarzy, jak Hans Hellmut Kirst.
Karol Czejarek – autor książek, tłumacz literatury niemieckiej, członek Związku Literatów Polskich, b. prof. nadzw. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora i kierownik Zakładu Kultury Stosowanej w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW
Coraz mniej przekładów z rosyjskiego, sztuk w teatrach, wymiana kulturalna zamarła. A przecież nie tak dawno Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa należała do najchętniej czytanych przez Polaków powieści XX wieku. Agresja Rosji na Ukrainę, wojna której nie widać końca i solidarność z ofiarą sprawiają, że deprecjonowanie kultury agresora, niekiedy ostentacyjne odwrócenie się od niej, poczytujemy za pożądaną manifestację.
Tymczasem właśnie teraz jest czas na ponowną lekturę rosyjskiej klasyki: Puszkina, Turgieniewa, Dostojewskiego, Rozanowa, Riemizowa, Achmatowej, Pilniaka, Mandelsztama, Płatonowa, Pasternaka, Szołochowa, Sołżenicyna czy Brodskiego – by wymienić tylko kilku. Lekturowe doświadczenia (to, co Roman Ingarden nazywał konkretyzacją) związane są z czasem i miejscem. Dziś czytam Połtawę Puszkina inaczej niż przed 2022, inaczej czytam wiersze Josifa Brodskiego. Inaczej czytam pisarzy, którzy świadomi polskiego pochodzenia wybrali literaturę rosyjską i zajęli w niej znaczące miejsce: Władysława Chodasiewicza, Jurija Oleszę czy Zygmunta Krzyżanowskiego.
Nowym doświadczeniem dzisiejszych lektur jest wrażenie zaniku barier i różnic pomiędzy literaturą rosyjskiej emigracji i powstającej w kraju. Duma i przekonanie o wyjątkowości kultury wymykającej się formatom, formułom patosu (jakby powiedział Aby Warburg) kształtującym się w Europie od średniowiecza przez renesans, barok i oświecenie, ujawnia się ponad podziałami ideowymi i politycznymi. Ta duma graniczy z chełpliwością, że można się bez tej ciągłości obyć. Film Andrieja Tarkowskiego Rublow to najbardziej wyraźna deklaracja takiej postawy.
Stanisław Brzozowski był daleki od podważania wartości literatury rosyjskiej, ale uważał, że jej wpływ na polską mentalność obciążony jest zainfekowaniem pokusą zerwania doświadczenia ciągłości dziejów. Pisał (w 1909 roku, w eseju Kryzys literatury rosyjskiej), że w literaturze rosyjskiej „życie pojmowane jest jako coś gotowego, coś co może być gotowym, danym, a świat rzeczywisty jest tylko jakąś krzywdą temu życiu wyrządzanym (podkr. AK), inteligencja rosyjska myśli i czuje w kategoriach tego demoralizującego, rozkładającego wolę poczucia krzywdy”.
Dla Brzozowskiego nie imperialne zauroczenie (o którym tyle się pisze), ale właśnie wyimaginowane poczucie krzywdy jest źródłowym fundamentem rosyjskości. Emblematycznym jest wiersz Puszkina Oszczercom Rosji. Poczucie krzywdy nieobce jest Polakom. Jest jednak różnica. Gdy przyjrzymy się naszym dzisiejszym dywagacjom, apelom o wstawanie z kolan, sprzeciwom wobec tzw. pedagogice wstydu, widzimy, że domniemana krzywda dotyczy ludzi, którzy uważają się za Polaków. Natomiast w paradygmacie puszkinowskim krzywda dotyczy jakiegoś bytu idealnego – czyli Rosji. Skrzywdzonymi nie są Rosjanie, ale Rosja. Skrzywdzonej Rosji wolno więcej. Dlatego Puszkin mógł i napisał: „Nie cenię zbytnio praw głoszonych w gromkim słowie…”. Wyimaginowana krzywda Rosji zwalnia Rosjan z zobowiązań prawa międzynarodowego.
W przywołanym eseju Brzozowski napisał: „Polacy muszą znać Rosjan lepiej aniżeli oni sami”. Aby tak było, musimy ich czytać. Dziś uważniej niż przed agresją na Ukrainę. Między innymi dlatego, by nie zainfekować woli celebrowaniem krzywd.
Zacznijmy od oczywistości. Bezpieczeństwo to ważna rzecz w życiu jednostki i społeczeństw. Abraham Maslow umieścił je na drugim miejscu w swej piramidzie potrzeb, zaraz po fizjologii. Arystoteles uważał, że państwo powstało jako konieczność zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa. Jego zdaniem, najpierw była ta właśnie potrzeba, w celu jej zaspokojenia tworzyła się wspólnota, która ustalała reguły postępowania, powoływała instytucje (w tym przywództwo) i określała prawa i obowiązki członków wspólnoty. Tak właśnie tworzyło się państwo.
Przypominam tę – nieco banalną – klasykę, aby uzmysłowić Czytelnikowi, że bezpieczeństwo jest nierozerwalnie związane z państwem, ergo z polityką. To ono ma wymiar bardzo użyteczny w politycznym działaniu. Może być narzędziem dyscyplinowania i mobilizowania obywateli. Ale też przeciwnie – może być narzędziem demobilizacji, poprzez nasycanie atmosfery społecznej poczuciem niepewności, obaw, lęków i frustracji. Leży u podstaw wielkich nurtów politycznych i religijnych – rodzi nacjonalizm, ksenofobię z jednej strony, fideizm z drugiej. Historia polityki to dzieje manipulowania nastrojami społecznymi na tle bezpieczeństwa, dzieje wydumanych i rzeczywistych zagrożeń, które pozwalały na realizację celów i ambicji władców.
Ale i też bezpieczeństwo ma wymiar subiektywny, indywidualny. „To pewność jutra” – pisał Sokrates. To brak lęku przed pogorszeniem swojej sytuacji życiowej, statusu społecznego itd. Machiavelli pouczał Księcia, żeby nie obiecywał ludowi, że będzie mu lepiej. Jego władza ma gwarantować człowiekowi i wspólnotom, do których należy, to, że nie będzie im gorzej. Zarówno w wymiarze materialnym, jak i statusowym, społecznym.
„Byt społeczny kształtuje świadomość społeczną” – to już Karol Marks. Nie chodzi, wbrew pozorom, o czysty determinizm ekonomiczny – jak twierdzą prymitywni badacze marksizmu. Powołują się oni przy tym na Engelsa („Ludzie muszą przede wszystkim jeść, pić, mieszkać, zanim mają możność zajmować się polityką, nauką, sztuką, religią”). Dedykować tym badaczom trzeba słowa z Manifestu Komunistycznego, w którym autorzy wprost piszą: „Czyż trzeba głębokiej wnikliwości, by zrozumieć, że wraz z warunkami życia ludzi, ich stosunkami społecznymi, bytem społecznym zmieniają się także ich wyobrażenia, poglądy i pojęcia – słowem, także ich świadomość?”. W moim przekonaniu bezpieczeństwo jest elementem stosunków społecznych czy bytu społecznego, a jego odczuwanie przez jednostki i grupy społeczne ma wpływ na jakość tegoż bytu społecznego, na świadomość społeczną, a w konsekwencji na postawy obywateli.
2.
Przypominam tę uproszczoną historię doktryn bezpieczeństwa, aby uprzedzić zdziwienie tych wszystkich, którzy uważają, że problematyka bezpieczeństwa zjawiła się tak nagle, znienacka w języku polskiej (i nie tylko) polityki. Ona wszak była w nim stale obecna. Socjaliści wiązali ją z bezpieczeństwem socjalnym, z warunkami dla realizacji celów i aspiracji życiowych. Polska Ludowa wiązała bezpieczeństwo zewnętrzne z wymiarem geopolitycznym. Silny obóz krajów demokracji ludowej miał je gwarantować w konfrontacji z obozem kapitalizmu, a doktryna socjalizmu – z pewnością jutra: powszechną edukacją, pełnym zatrudnieniem, bezpłatną opieką zdrowotną.
Kapitalizm nie do końca odwrócił te wektory. Rezygnując z idei interwencjonizmu państwowego, z polityki państwa opiekuńczego, w sposób naturalny musiał społeczną potrzebę bezpieczeństwa skierować na nieco inne tory. Stąd, jak mi się wydaje, popularność polityki zimnowojennej, światowe misje przywracania siłą demokracji, eksponowanie praw człowieka i obywatela kosztem potrzeby stabilizacji i pewności jutra. Nie potępiam tej polityki, uważam ją za część wysiłków, czasem usprawiedliwionych, na rzecz budowania poczucia bezpieczeństwa obywateli. Socjalizm, zwłaszcza w wydaniu radzieckim, odpowiadał podobnie. Kapitaliści mieli się nas bać, a materialne podstawy tej bojaźni usprawiedliwiały niski poziom życia szerokich warstw społecznych. Tak to się toczyło aż do 1989 roku, opoką stabilizacji była mniej więcej równowaga sił i strachu.
3.
Rok 1989, z tego punktu widzenia, to kres tej stabilizacji, zarówno w wymiarze międzynarodowym, jak i wewnątrzkrajowym. W tym drugim, można z lekką przesadą powiedzieć, że koszt budowy kapitalizmu był większy, niż się spodziewano. Płacono za to destabilizacją stosunków społecznych, zrywaniem dotychczasowych więzi, przebudową hierarchii potrzeb i aspiracji życiowych obywateli. Na tych procesach wyrosły liczne zagrożenia dla bezpieczeństwa wewnętrznego: przestępczość zorganizowana, korupcja, lekceważenie praw pracowniczych. Tym większe znaczenie przywiązywano do bezpieczeństwa zewnętrznego: wstąpienie do NATO czy Unii Europejskiej miały rekompensować straty ponoszone na froncie stabilizacji wewnątrzkrajowej. Tak miało pozostać na wieki wieków. Nawet w polityce militarnej postawiliśmy – śladem starszych braci w polityce – na wojska ekspedycyjne. Obszarem działania polskich Sił Zbrojnych miał być Irak czy Afganistan, no, co najwyżej, Bałkany jako miękkie podbrzusze Europy.
To wszystko miało nas trwale relokować na owym mitycznym Zachodzie. Uciekaliśmy na Zachód, marząc o jego stabilności, dominacji w światowej polityce, sukcesie ekonomicznym tegoż Zachodu, o jego poziomie życia i zewnętrznych atrybutach bogactwa. Tych, którzy nie uciekli, nie poszli drogą, którą wybraliśmy, traktowaliśmy nieco z góry, może bez pogardy, ale i bez należnego innym narodom szacunku.
Aby zmniejszenie tego szacunku uzasadnić, wzięliśmy się za tzw. politykę historyczną. Jej treścią była wielkość i chwała narodu i państwa polskiego, a także poczucie krzywdy dziejowej, która stała się naszym udziałem. Jak te dwie emocje da się pogodzić, to tajemnica polskich serc i umysłów. A także sekret umiejętności polskich polityków, bo to wszak oni tę politykę uprawiają. Bez świadomości, że często jest to pułapka, kurs sprzeczny z aktualnymi racjami państwa.
Dobry przykład to Ukraina. Podobnie jak wielcy polscy myśliciele i politycy (Giedroyć, Kwaśniewski), nie mam wątpliwości, że z punktu widzenia naszych interesów strategicznych jest nam niezbędne samodzielne, zaprzyjaźnione państwo ukraińskie. Taki też był odruch społeczny po agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę w 2022 roku, taki też jest oficjalnie oznajmiany kurs Rzeczypospolitej. Ale równocześnie to instytucje naszego państwa i legalnie działające w kraju siły polityczne domagają się rozliczeń za zbrodnię wołyńską. „Będziemy Wam pomagać, jak się rozliczycie za tę zbrodnię”. Jak by mogło to rozliczenie wyglądać, nie wie nikt i nikt nic nie proponuje, a ekshumacje są tylko doraźnym celem. Tak naprawdę idzie o upokorzenie Ukraińców i zaleczenie własnych kompleksów, w tym wymazanie polityki II RP wobec tego narodu. Zdrada Petlury przez Piłsudskiego, rajdy wojska na Chełmszczyźnie, polityka wobec mniejszości ukraińskiej w latach 30. – to zdaniem sporej części Polaków drobne incydenty, niewarte pamiętania. Co ciekawe, opinie te głoszą ci, którzy sami, ani ich najbliżsi, nie ucierpieli z rąk Ukraińców. Moja teściowa – mieszkanka przedwojennego Sokala (miasteczko na Ukrainie, w zachodniej Galicji) – wielokrotnie powtarzała, że nie wszyscy Ukraińcy byli w UPA, a jej sąsiedzi okazali w tych trudnych latach wielokrotnie swą pomoc i wsparcie. Ale my zbrodnie UPA przenosimy na cały naród ukraiński i równo nie lubimy tych z Wołynia, jak i tych z Odessy. Nie lekceważę tej zbrodni, ale jakoś dogadaliśmy się z Niemcami (mieli poczucie winy i odpowiedzialności), może też warto z Ukraińcami. Nikt jednak historyków o to nie poprosił. I nadal nie prosi.
To samo mógłbym powiedzieć o Rosjanach. Za zbrodnie Stalina (Gruzin, jakby ktoś nie pamiętał) i aparatu NKWD winę ponoszą wszyscy Rosjanie i każdy z nich powinien być przedmiotem naszej pogardy i zemsty. Wysyłaliśmy więc do Moskwy drugorzędnych dyplomatów, a celem ich oddziaływania byli lokatorzy Kremla, a nie środowiska opiniotwórcze, że nie wspomnę o szerokich masach społecznych. Podobnie myśleli (myślą?) o Rosjanach Ukraińcy, przy czym lista doznanych krzywd była tam znacznie dłuższa. Owocowało to represyjną polityką wobec mniejszości rosyjskiej (likwidacja nauczania języka rosyjskiego we wschodniej Ukrainie, język ukraiński jako jedyny urzędowy, ograniczanie dostępu do kultury rosyjskiej). Tak wrogość do elit Kremla przenosiła się na wszystkich rosyjskojęzycznych. Putinowi było to wybitnie na rękę. Wszystkie niedostatki polityki wewnętrznej mógł rekompensować tęsknotą za imperium, obroną rosyjskości i zmaterializował ją agresją na Ukrainę.
4.
Tak więc wojna! Europa była na nią kompletnie nieprzygotowana, reszta świata też zresztą nie. Zlekceważono zajęcie Krymu w 2014 roku, zielonych ludzików w Donbasie, rutynowo potraktowano manewry Zapad na Białorusi. Wreszcie doktrynę Dugina, że Federacja Rosyjska musi odzyskać ziemie, które przez lata przynależały do Rosji. Z Rosją robiło się interesy, a walczyło się z Kaddafim, Sadamem Hussainem czy innymi trzeciorzędnymi reżimami. Wiara w dobre intencje Putina, w reset, była silniejsza niż analiza rzeczywistych interesów i – od pewnego czasu – nieskrywanych zamiarów przywódców Kremla.
U nas było podobnie. Mało kto czytał opracowania Ośrodka Studiów Wschodnich, ale i nie były one szczególnie popularyzowane. Nie istniały ośrodki analityczne, które zajmowałyby się militarno-politycznymi aspektami polityki rosyjskiej. Nawiasem mówiąc, polscy politycy nie mają nawyku pracy z ekspertyzami, a w ogóle praca analityczno-ekspercka nie jest w poważaniu. Nie mnie oceniać, czy to podejście zmieniło się wraz z wybuchem wojny na wschód od naszego kraju, ale obserwując dotychczasową produkcję naszych think-tanków, widzę, że ich dorobek jest spory i mało znany. Nadal zresztą – mam takie wrażenie – w rzeczywistości więcej znaczą telewizyjne wypowiedzi mundurowych celebrytów (na szczęście są wyjątki) niż rzeczowe informacje i analizy wydarzeń w Ukrainie.
A sytuacja nie jest jednoznaczna. Jedyny zysk, jaki widzę z tej wojny, to stworzenie narodu ukraińskiego, tożsamości narodowej. Putinowi udało się to, czego nie umieli zrobić Krawczuk, Kuczma, Juszczenko czy Poroszenko. Cała reszta to jednak straty: w majątku publicznym i prywatnym, w infrastrukturze, a przede wszystkim w ludziach. Według różnych źródeł straty rosyjskie to od 900 tysięcy do 1 mln rannych i zabitych, po stronie ukraińskiej – od 360 do 400 tysięcy. Nie mamy tu żadnych twardych danych, podobnie jak i nie mamy danych dotyczących uciekinierów z kraju dotkniętego wojną. W grudniu 2024 roku szef ukraińskiego MSZ informował o 7,5 mln uchodźców. Wydaje się jednak, że liczba ta jest faktycznie wyższa, zwłaszcza po ostatnich decyzjach władz Ukrainy, które otwarły granice dla młodzieży. Co prawda prezydent Zełenski mówi, że to inwestycja w przyszłość, że młodzi poza granicami kraju zdobędą wykształcenie i doświadczenie, które będzie niezbędne dla odbudowy kraju, ale śmiem wątpić, czy ten zamysł się uda. Doświadczenie mówi, że emigranci niechętnie wracają. Zwłaszcza do kraju z dość wątpliwym poczuciem stabilizacji.
Wszystko bowiem wskazuje, że jedyne co się może udać w tym konflikcie, to zamrożenie go według aktualnej linii frontu. Nie będzie żadnego trwałego układu pokojowego. Obniżony zostanie próg konfliktu. Granica po obu stronach będzie obłożona wojskiem, drobne incydenty graniczne, jakieś „przypadkowe” zabójstwo, jakiś drobny przemyt wykorzystany jako pretekst, nieustanna wojna propagandowa. Chodzi o utrzymanie atmosfery tymczasowości, destabilizacji, w konsekwencji o pogodzenie się Ukraińców ze stratą terytorialną. A równocześnie o trzymanie Zachodu jak najdalej od Ukrainy. Kto będzie inwestował w kraju skazanym na niestabilność? Niestabilność wzmaganą wojną kognitywną, zgrabnie robioną propagandą, soft powerem traktowanym jako narzędzie uspakajania/pobudzania lęków Zachodu przed kolejną fazą „gorącego” konfliktu.
To najbardziej prawdopodobny scenariusz. Potwierdził go Donald Trump, ogłaszając 20 listopada 2025 roku swój plan pokojowy. Wzbudził on oburzenie polityków z różnych stron ideowej i geopolitycznej barykady. Czy ono jest do końca szczere – śmiem wątpić. Wbrew pozorom, plan Trumpa odpowiada sporej części polityków Zachodu. Zdejmuje z porządku dnia kwestię wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO. Oddali konkurencję ukraińskiego rolnictwa i taniej siły roboczej, pozwoli na usual business, a Rosja w tych negocjacjach będzie na pewno znacznie przychylniejsza wobec partnerów.
5.
Co na to my – sąsiedzi Ukrainy? Cichych putinofilów to ucieszy, nacjonalistów antyukraińskich z oczywistych powodów też. Ale co na to klasa polityczna? Zwłaszcza ta część, która jak najlepiej mówiła o Trumpie, a pomyślność Polski chciała oprzeć na „nierozerwalnym” sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, upatrując w obecnym prezydencie USA gwaranta naszej suwerenności. Mają panie i panowie kłopot. Pewnie zastanawiają się, co jest pod spodem, jakie cele i interesy kryją się za tą propozycją. I co ona oznacza dla Polski, jej przyszłości i bezpieczeństwa.
Mój pogląd jest dość prosty. Oznacza to postępującą niestabilność za naszymi wschodnimi granicami. Wszak sukces Putina na Ukrainie (a plan Trumpa jest takim sukcesem) otwiera przed Kremlem nowe, interesujące perspektywy. W Moskwie zakładają, że przyjęcie tego planu oznacza potężną zmianę społeczną w Ukrainie. Ci, których ten plan będzie uwierał, wyemigrują, a Europa im w tym pomoże. Potrzebuje ona już dziś milionów rąk do pracy, a bliższy jest nam Ukrainiec niż Azjata. Ci, którzy zostaną, przyjmą – jak już wiele razy w ich dziejach – strategię przetrwania. Może ona mieć charakter konfrontacyjny, zakładając, że polityk w stylu Zełenskiego będzie przywódcą kraju. Ale tak być nie musi. Na czele państwa może stanąć wyraziciel strategii przetrwania, który uzna, że minimum spokoju i stabilizacji (także materialnej) się Ukraińcom należy. Nawet zgodzi się na pewną stopniową rusyfikację (to jest też element planu Trumpa, co nie wszyscy komentatorzy widzą). I o to Kremlowi chodzi. Uległe Białoruś i Ukraina, potem Mołdawia i na razie starczy. Jak na jednego Putina.
Jego następcy nie skupią się na obronie stanu posiadania. Będą chcieli pójść dalej. Jeśli chcą zostać prezydentami Federacji i mieć poparcie społeczne, co najmniej takie jak obecny jej prezydent, muszą mu i rodakom to obiecać. I z tej obietnicy będą rozliczani.
Czy mamy szansę na dezaktualizację planu Trumpa i zarysowanej wyżej perspektywy? Wydaje się, że rzecz nie jest rozstrzygnięta do końca i ktoś w Ameryce uświadomi prezydentowi USA, że oto buduje imperium euroazjatyckie, które nie musi być przyjacielem Stanów. Że w tej grze wezmą udział Chińczycy, a może nowe potęgi jak Indie (których – nawiasem mówiąc – i my nie dostrzegamy) czy Turcja. Że plan Trumpa to wezwanie do samodzielności politycznej i militarnej Europy. Inna rzecz, czy Europa, a ściślej Unia Europejska, je podejmie. I czy nie oznacza to perspektywy dezintegracji Unii, bo Orbán może znaleźć cichych sojuszników. Wszak w Unii (i w NATO) są liczne kraje, których wojna na Ukrainie kompletnie nie obchodzi. Martwią się o ceny gazu i ropy naftowej, a nie o tysiące ludzi ginących na froncie. Zwłaszcza, że często sami mają w swojej nieodległej przeszłości porachunki z sąsiadami.
6.
A co z Polską? Wbrew pozorom uważam, że w dającej się przewidzieć perspektywie Federacja Rosyjska nie zdecyduje się na otwartą konfrontację. Uzbrojenie, które kupujemy, będzie służyło do ćwiczeń i defilad, aż się technologicznie zestarzeje. Pojawią się nowe środki i sposoby walki, czego zresztą uczy nas wojna w Ukrainie. To oznacza jednak, że w obliczu stałego zagrożenia wydatki na obronność nie będą maleć, wręcz przeciwnie. Nowe rodzaje broni będą coraz droższe i coraz wyraźniej będą ciążyć na naszym budżecie. Także w wymiarze indywidualnym. Ale – jak się wydaje – nie mamy innego wyjścia, bo grożenie wojną przez nowy Sojusz Moskiewski będzie stałym już narzędziem polityki Kremla.
Z drugiej strony, jeśli dojdzie do zakończenia jawnego konfliktu zbrojnego w Ukrainie na warunkach moskiewskich, to Rosja potrzebuje lat, aby odrobić straty poniesione w tym konflikcie i strawić uzyskane zdobycze. Ale to wcale nie oznacza pokoju i spokoju. Bo to, w czym służby rosyjskie są dobre, a nawet bardzo dobre, to wojna kognitywna, podprogowa. A więc zakłócanie normalnego funkcjonowania państwa, podważanie poczucia stabilizacji, przebudowa polskiej świadomości. Tu czy tam jakiś mały akt sabotażu, jakaś awaria, której celem nie jest wywołanie wielkich strat ludzkich czy materialnych, tylko sączenie przekonania, że państwo polskie jest niesprawne, źle funkcjonuje. Że dotychczasowe elity nie dają rady, a ich orientacja geopolityczna jest błędna. Temu służyć będzie podgrzewanie wojny polsko-polskiej, w którą chętnie wejdzie spore grono polskich polityków.
Potrzebne będą więc nowe elity. Czy przyjmą one kurs na umacnianie niechęci wobec Ukrainy (Wołyń, korupcja – to silna baza dla takiej polityki), czy też strategię na przystosowanie się – to jednak nie oddali zagrożenia. Celem strategicznym Rosji jest wszak odbudowa imperium. Będą to robić, trochę strasząc (wojna kognitywna), trochę przekupując – zasoby surowców po preferencyjnej cenie, odczuwalnej w każdym gospodarstwie domowym. Czy tej polityce ulegniemy? Nie wiem.
Nie wiadomo na razie, na ile okaże się to prawdą, ale rządy marszałka Czarzastego i ministra Siwca na Wiejskiej 4/6/8 mogą przejść do historii zdecydowanie szerszym otwarciem na kulturę i sztukę. Oto bowiem, dosłownie krok w krok za pamiętnym otwarciem Izby na Chopina, przez niezapomnianego marszałka Hołownię, a to z okazji tegorocznej edycji Konkursu, pokazano wystawę prac artystycznych posła Marka Suskiego – znanego powszechnie lidera PiS, a przy tym człowieka niewątpliwie eleganckiego, dumnego ze swych ziemiańskich korzeni i noszącego na co dzień kapelusz. Choć przejawiającego swoją aktywność nienachalnie i raczej z tylnej lub bocznej ławki, acz systematycznie i konsekwentnie, teraz chwilowo w charakterze polityka opozycji. Mówi się, że odpowiada w klubie PiS za dyscyplinę i już dawno zdobył sobie na tym polu szczere uznanie, szczególnie Prezesa. Którego na bieżąco informował o sprawach, trzymając ryzy dyscypliny, głoszonych poglądów i głosowań. Miał też wiele niezapomnianych występów solowych, z ubiegłokadencyjnym Lex TVN na czele; w pewnych aspektach był niezaprzeczalnie mózgiem PiS-u, choć z umiarkowanymi sukcesami.
Obecnie kieruje sejmową komisją energii, czyniąc to dobrze, by nie powiedzieć wzorowo, czego ostatnim przejawem było okiełznanie prac nad ustawą górniczą, z licznym udziałem związków zawodowych i wszystkich posłów ze Śląska (to największy okręg wyborczy w Polsce…). A że obrady toczyły się pod presją czasu (ustawa miała wejść w życie od 1.01.2026 roku, i w przeddzień Barbórki, to nawet poseł Monika Rosa miała coś w sprawie górnictwa do powiedzenia, choć na co dzień niezwykle aktywnie zajmuje się sprawami dzieci i młodzieży. Przewodniczący Suski, mając kluczową dla braci górniczej ustawę do przygotowania, całym swoim jestestwem oddziaływał na tok niekończącej się debaty, aby ją ukrócić i jego niemal aktorskie zabiegi przyniosły zbawienny skutek. Był to więc sukces osiągnięty trochę wbrew sobie, bo któremu z opozycyjnych przewodniczących komisji sejmowych przychodzi poskramiać mówców z koalicji, żeby przyspieszyć prace nad rządowym projektem ustawy?
Ale wracając na grunt kultury i sztuki, to oczywiście my – stare sejmowe wygi – wiedzieliśmy, że poseł Suski w cywilu wykonuje piękny artystyczny zawód technika, charakteryzatora i perukarza teatralnego, a także zasiada czasami do fortepianu, by np. akompaniować posłance Piekarskiej w solowym popisie, co utrwaliła nawet TVP jako przykład oddania się posłów kulturze wysokiej „mimo naturalnych różnic politycznych”. No ale w tym akurat przypadku mamy do czynienia z twórczością plastyczną posła, co znakomicie ilustruje potencjał drzemiący w tym polityku, nie pomijając pewnej refleksji teoretycznej. „Sztuka to jest czynienie dobra w sposób piękny. To jest takie moje credo. Staram się, żeby to, co robię, przynajmniej było estetyczne” – powiedział poseł Suski na otwarciu swojej ekspozycji i warto byłoby to gdzieś ku potomności odnotować. Ta jakże głęboka definicja jak ulał zresztą pasuje do prezentowanych prac: rzeczywiście są piękne, zarówno w portretach koni, jak i ludzi. Jedynie pewna szydera i przerysowanie występuje w pracach satyrycznych posła wymierzonych generalnie w obecny reżim Tuska, no ale tak przecież nakazuje konwencja.
Wystawa, choć skupiająca ledwie kilkanaście prac, została ulokowana w takim miejscu, że nie sposób jej pominąć – w ciągu komunikacyjnym wiodącym do najważniejszych gabinetów sejmowych, gdzie zresztą odbywają się też inne, mniej interesujące wystawy. Pan Marszałek i jego minister mieli więc okazję przechodzić koło niej i zerkać wielokrotnie, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że przez niektórych posłów czy gości Izby odwiedzana była także dobrowolnie. Co czyni posła Suskiego awangardą artystyczną Wiejskiej 4/6/8, nie bójmy się tego tak odważnie skwitować! Odwiedzając sejmową ekspozycję Suskiego starannie unikając tłumów, starałem się dociec, jaki był jej leitmotiv i doszedłem do wniosku, że przekrojowy. Mamy więc ekspozycję portretów, na których poseł umieścił głównie swoją rodzinę, rysowanych kreską odważną, by nie powiedzieć zamaszystą; mamy konie, które jakie są, każdy widzi (i tu raczej widziałbym inspiracje Kossakiem aniżeli Michałowskim), mamy wreszcie pozostałe techniki, także posłowi nieobce. Marek Suski jest bowiem autorem fresków, co ilustrują odpowiednie zdjęcia, oraz ilustratorem książki o swojej rodzinie. Trzeba uczciwie przyznać, że jest to kapitalna paleta możliwości i artystycznego wyżywania się posła w czasie wolnym od sprawowania mandatu!
Ale nie byłoby to pełne przedstawienie tego wydarzenia na artystycznej mapie Wiejskiej 4/6/8, gdyby nie kluczowy dla tej ekspozycji fakt, że nawiedził ją sam Prezes Jarosław Kaczyński we własnej osobie. A towarzyszyli mu i przewodniczący Błaszczak, i nawet minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta oraz b. europoseł Richard Henry Czarnecki, dawno na Wiejskiej niewidziany. Niestety, można to było oglądać tylko z pewnego oddalenia, bo choć dziennikarzy dopuszczono, tylko niektórych mediów. To przez chwilę uczyniło sztukę Suskiego na swój sposób elitarną, wydawałoby się skierowaną wyłącznie do członków i sympatyków PiS, ale szybko okazało się, że był to pogląd wredny, oczywiście głoszony przez określone nieżyczliwe sztuce Suskiego siły i ośrodki. Sztuka ta bowiem, już po opuszczeniu ekspozycji przez Prezesa wraz z otoczeniem, została szeroko wystawiona na widok publiczny i trwała w tym samym miejscu jeszcze jakiś czas, dodając punktów koalicji, że otwiera się na opozycję i jej artystyczne pasje. No a przede wszystkim poseł Marek Suski utrwali się nam po wsze czasy jako człowiek wielu talentów, esteta, zarówno polityk, jak i artysta, malarz koni i ziemianin chodzący na co dzień w kapeluszu.
1
Trochę ponad dwa lata po powołaniu rządu zwycięskiej koalicji i trochę mniej niż dwa lata przed kolejnymi wyborami to dobry czas, by zastanowić się nad tym, w jakim punkcie się znaleźliśmy i co z tego wynika przynajmniej dla bliższej przyszłości. Jesteśmy bowiem świadkami bardzo dynamicznych zmian w zewnętrznym otoczeniu – mocno wpływających na sprawy krajowe – oraz reorientacji postaw polskiego społeczeństwa przekładającej się, co oczywiste, na kształt sceny wewnętrznej.
Wiemy już (my i wszystkie społeczeństwa naszego kontynentu wyznające podobne wartości, państwa zbudowane na podobnych zasadach – czyli Unia Europejska), że trzeba się zabezpieczyć przed wojną, jakiej jeszcze cztery lata temu nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić, dopuścić do świadomości. Stany Zjednoczone – jeszcze rok temu opoka współczesnej demokracji – stały się światowym rozsadnikiem chaosu, niepokojów i destabilizacji. Za nic mają prawo międzynarodowe (ostatnio: Wenezuela, groźby wobec Grenlandii), na którym zbudowany był dotychczasowy porządek i które chroni słabszych przed silniejszymi. Przywódca supermocarstwa stanął na czele globalnej ideologicznej, ultrakonserwatywnej kontrrewolucji, prowadzi politykę ładnie nazywaną transakcyjną (w gruncie rzeczy chodzi w niej o partykularne korzyści, w dużej mierze jego własne) i faktycznie unieważnił dotychczasowe sojusze. W reakcji na to UE się skonsolidowała, pokazując swą siłę także polityczną: już trzykrotnie (w lutym/marcu, sierpniu i obecnie) zapobiegła porozumieniu Trump-Putin ponad głowami Ukrainy i Europy, o katastrofalnych skutkach dla naszej części świata. Jednak w licznych krajach Wspólnoty rośnie poparcie dla ruchów radykalnie prawicowych i antyintegracyjnych.
W Polsce także wahadło przesunęło się – i przesuwa się nadal – w stronę skrajnej prawicy, nacjonalizmu, autorytaryzmu twardszego niż pisowski, jakiejś odmiany faszyzmu. Według aktualnych sondaży opinii publicznej, najbardziej prawdopodobny powyborczy układ rządzący składałby się z Prawa i Sprawiedliwości oraz dwóch Konfederacji (Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz tej Grzegorza Brauna) i byłby stworzony pod kuratelą Karola Nawrockiego. Proszę przeczytać uważnie jeszcze raz te nazwiska, naturalnie dodając do tej listy Jarosława Kaczyńskiego, żeby uświadomić sobie, przed jaką perspektywą wkrótce może stanąć Polska. Nie jest to jeszcze scenariusz nieuchronny, ale realny i prawdopodobny.
Długo nie wierzyłem w podział Polaków na dwa równe plemiona. Uważałem, że liczba rodaków gotowych do finalnego opowiedzenia się za postępem – versus tradycjonalizmowi – jest z grubsza równa liczbie osób pozytywnie oceniających członkostwo w UE. Proporcje te wyglądałyby więc mniej więcej jak 85:15, albo i jeszcze lepiej. Ta relacja nie znajdowała odzwierciedlenia w wynikach kolejnych wyborów przez skuteczną narrację Prawa i Sprawiedliwości, zamazującą istotę tej dychotomii. Sięgnąłem jednak do wyników głosowań z minionego dziesięciolecia, analizując je przez pryzmat dwóch wielkich, choć niesformalizowanych, bloków: demokratycznego i proeuropejskiego oraz neokonserwatywnego – przez który rozumiem zarówno siły populistyczne (PiS), jak i radykalnie prawicowe. Okazało się, że w 2019 roku nastąpiło ich względne zrównoważenie: w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego różnica wynosiła jeszcze ponad milion głosów na korzyść prawicy, ale już w jesiennej elekcji Sejmu było to zaledwie 400 tysięcy, 2,6 procent. Ten stan balansu utrzymuje się do dziś – z wyjątkiem 15 października 2023 r. (ponad 2 miliony głosów przewagi obozu demokratycznego).
Najważniejsze w zwycięstwie Nawrockiego 1 czerwca 2025 r. jest moim zdaniem przesunięcie się znacznej części wyborców umiarkowanie prawicowych do grupy radykałów (bo różnica między reprezentantami dwóch wielkich bloków wyniosła znów 370 tys.). Ułatwił to Kaczyński, wskazując jako kandydata PiS osobę o poglądach bliższych ekstremum. W ten sposób został uruchomiony proces, którego Prawu i Sprawiedliwości nie udaje się zatrzymać. Poglądy do tej pory nietolerowane zostały dopuszczone do głównego obiegu.
2
Trudno wskazać bardziej jaskrawy przykład różnic politycznych między obozem Nawrockiego a Koalicją 15 Października (K15P) niż wizje zakończenia wojny w Ukrainie. Ten pierwszy zapisał się do tworzącej się (nieformalnej) międzynarodówki MAGA, postawił wszystkie żetony na parasol bezpieczeństwa Trumpa, J.D. Vance’a i Pete’a Hegsetha, dąży do dezintegracji UE. Rząd stawia na Unię i nie za bardzo wierzy w gwarancje obecnej waszyngtońskiej administracji. Poprzez swoją brukselską aktywność w lutym i pierwszej połowie marca ubiegłego roku Tusk stał się jednym z demiurgów rodzącego się nowego wcielenia Wspólnoty, z silnym komponentem w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony. Nie mam wątpliwości, że to K15P wybrała trafną drogę.
Paradoksalnie jednak europejską politykę rządu generalnie uważam za niezbyt udaną. Rok przed wyborami 2023 roku wydałem esej w formie książkowej[1] poświęcony decyzjom, które musiałyby zostać podjęte, żeby po zwycięstwie obozu demokratycznego odbudować demokrację i przy okazji usprawnić państwo. Wracaniu do Unii poświęciłem cały rozdział – z sześcioma postulatami: opowiedzenia się Polski za stworzeniem pokaźnych własnych źródeł budżetowych UE; zaproponowania ostrzejszego i skuteczniejszego brzmienia art. 7 traktatu o Unii Europejskiej (w 2023 roku mieliśmy do tego mocny tytuł); rozpoczęcia dyskusji i przygotowań do przyjęcia euro; przejścia na zieloną stronę mocy; poparcia uwspólnotowienia polityki zagranicznej UE i tworzenia jej zdolności obronnych; wnioskowania o uzupełnienie Karty Praw Podstawowych o doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza. Z wyjątkiem zabiegów na rzecz budowy tożsamości obronnej i bezpieczeństwa, rząd tych spraw nie podjął. W Brukseli entuzjazm sprzed dwóch lat na kanwie polskiego zwycięstwa demokracji nad umacniającym się autorytaryzmem szybko wyparował. Stanowiska w takich kwestiach jak Zielony Ład, umowa z Mercosur, koalicja chętnych, wypisywały Polskę z klubu najbardziej zaufanych i przekonanych Europejczyków. Może dlatego tak łatwo było nas wypchnąć z wąskiego grona decydującego o kluczowej materii, jaką jest sposób zakończenia wojny w Ukrainie? Może to, że demokratyczna władza gładko weszła w buty jej poprzedników w wielu aspektach europejskiej polityki, przyczyniło się do utraty przez polskie społeczeństwo miana najbardziej euroentuzjastycznego? Nagle stało się ono jednym z dwóch najbardziej eurosceptycznych.
Przy ocenie dotychczasowych rządów K15P zazwyczaj zwraca się uwagę na jej niezdolność do liberalizacji przepisów antyaborcyjnych i wprowadzenia związków partnerskich – czyli realizacji dwóch obietnic wyborczych, które były tak istotne dla półtora miliona osób, że przyciągnęły je do lokali wyborczych. Jednak całościowy bilans dokonań, jeśli się dobrze nad nimi zastanowić, wcale nie wypada źle. Parlament stał się miejscem poważnych debat i stanowienia dobrego prawa, odradza się etos posła i senatora. Z szyi samorządu zdjęto pętlę centralizacji (uprawnień i finansów). Z rąk PiS szybko odebrano prokuraturę, służby specjalne i media publiczne; choć te ostatnie bez ustawy gwarantującej niepowtórzenie manewru z grudnia 2023 roku – w razie wyborczej wygranej populistów, narodowców i faszystów moim zdaniem mielibyśmy to pewne jak w banku. Wicepremier Sikorski zdołał odtworzyć profesjonalny korpus służby zagranicznej, niespecjalnie przejmując się blokadą z Pałacu Prezydenckiego (za granicą generalnie mamy chargés d’affaires zamiast ambasadorów). Nieźle działa administracja wyborcza i nawet PKW, mimo jej chwiejnego zachowania w sprawie protestów wyborczych po ostatniej elekcji prezydenta. Nieudolnych „menedżerów” PiS w spółkach Skarbu Państwa zastąpiono osobami bardziej fachowymi, nawet jeśli nie każdy w tym gronie jest Cezarym Stypułkowskim. Policja zdaje się odbudowywać autorytet, po latach 2015–2023 bardzo mocno nadszarpnięty.
Za to działania Straży Granicznej nie uległy zmianie, w najlepsze trwają pushbacki i przemoc wobec uchodźców. CBA nie uległo likwidacji. Dowódców wojskowych nie dało się wymienić ze względu na udział prezydentów Dudy i Nawrockiego w stosownych procedurach. Z tego samego powodu nie ma możliwości szybkiej i eleganckiej (de lege artis) restauracji praworządności – w sensie strukturalnym i formalnym. Dobrze choć, że rozpędu nabiera proces rozliczeń za przestępstwa poprzedniej ekipy; to ważne dla wyeliminowania podobnych praktyk w przyszłości. Z oporami idzie reformowanie oświaty – po części przez naciski polityczne i ideologiczne. Temat usprawnienia systemu opieki zdrowotnej dopiero teraz trafia na agendę.
Te zmiany trzeba było wdrażać równolegle. Priorytetowe było przywrócenie praworządności, ale zaminowane przez poprzednią ekipę prawo oraz blokada z Pałacu Prezydenckiego okazały się nie do przeskoczenia, jeśli nie chciało się restytuować demokracji łamiąc przy tym jej podstawy.
Dobrze było spojrzeć, co o tym wszystkim pisałem we wspomnianej książce. Wiele rzeczy zostało ruszonych, nawet jeśli mało która jest doprowadzona do końca. Ważne jest jednak także to, o czym w debacie publicznej w ogóle się nie mówi (i nic się nie robi), np. konieczność odrodzenia fachowego i apolitycznego korpusu urzędniczego, bez którego dobrze zorganizowane państwo nie może sprawnie funkcjonować.
3
Na plus obecnej koalicji na pewno trzeba zapisać potwierdzenie sojuszy (przede wszystkim UE, ale także NATO, zacieśnienie powiązań z Europą nordycką), jak też inwestycje w krajowy przemysł obronny, przez dekady niedoceniany i niedofinansowany. Gorzej sprawa wygląda z zakupami prosto z półki, chaotycznie dokonywanymi przez poprzednią ekipę. Są zastrzeżenia wobec części asortymentu, zamówionych ilości, braku offsetu, czy dostępu do technologii i kodów źródłowych oprogramowania.
Na dziś K15P czerpie z tych działań polityczne korzyści. Obywatele mają prawo czuć się bezpieczniej (biorąc oczywiście poprawkę na okoliczności). Z pewnością przyczynia się to do wzrostu poparcia dla Koalicji Obywatelskiej.
Co dziwne, nie widać na razie poprawy notowań Nowej Lewicy. Spodziewałem się, że taki efekt spowoduje mocne wejście Włodzimierza Czarzastego jako marszałka Sejmu i ustawienie się przez niego w roli głównego oponenta Karola Nawrockiego. Prowadzona bowiem przez tego ostatniego polityka antyeuropejska, bogoojczyźniana, trumpowsko-ultrakonserwatywna, nietolerancyjna, deprecjonująca dorobek drugiej połowy XX wieku, musi być dla wyborców progresywnych nie do zniesienia. Tymczasem niektóre badania wskazują nawet na spadek poniżej pięcioprocentowego progu. Być może efekt twardego przeciwstawienia się obecnemu prezydentowi uwidoczni się w kolejnych sondażach. Intuicyjnie spodziewałbym się wyborczego wyniku w granicach dobrych kilkunastu procent (tym bardziej, że akurat lewica zrealizowała sporą część swych zapowiedzi). Jeśli KO uzyskałaby wynik na poziomie ok. 35 procent, a ktoś – np. Nowa Polska Wadima Tyszkiewicza i Zygmunta Frankiewicza – zagospodarowałby elektorat liberalny, przedsiębiorców, i także dostał się do Sejmu, mogłoby to wystarczyć do utrzymania władzy przez ugrupowania demokratyczne i proeuropejskie. Taki wynik sam jednak nie przyjdzie. Nie ma co liczyć na frakcyjne walki w PiS – na nich mogą zyskać skrajne odłamy polskiej prawicy. Nie można pokładać całej nadziei w realnym czy wyimaginowanym efekcie flagi.
Nie wolno zlekceważyć 1,5 miliona głosów raz już oddanych w 2023 roku (wspominam o nich już po raz trzeci, bo wydaje mi się, że to jest klucz do ewentualnej wygranej). To ważniejsi wyborcy niż część rolników protestująca a to przeciw umowie z Mercosur, a to przeciw Zielonemu Ładowi, a to – uwolnieniu psów z łańcuchów, a to przeciw Ukrainie. Im bardziej mruga się okiem do elektoratu przeciwnika, tym bardziej traci się własny. Przekonał się już o tym Rafał Trzaskowski, gdy próbował się przedzierzgnąć w kogoś innego niż postać, jaką jawił się stronnikom nowoczesnej Polski.
[1] Jak naprawić Polskę? Przewodnik po podróży od miękkiego autorytaryzmu do demokracji, Biblioteka „Res Humana”, Warszawa 2022.
Analiza ukazała się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty2026 r.
Niemal każdy dzień przynosi wydarzenia zwiększające napięcie polityczne w Polsce. Niektóre z nich bulwersują opinię publiczną krótko, jak obecność południowoafrykańskiego przestępcy Janusza Walusia na stadionie warszawskiej Legii w towarzystwie europosła Grzegorza Brauna. Ich wspólna fotografia wzmaga co najwyżej odruchy abominacyjne. Inne stwarzają poczucie trwałego zagrożenia, jak działalność rosnących w siłę ugrupowań nacjonalistycznych. Wspierają ten niepokój decyzje i poglądy prezydenta Nawrockiego, bo zbliżają się wyraźnie do programu tych ugrupowań.
Tym większą uwagę należałoby poświęcić jego przemówieniu na uroczystości 107. rocznicy odzyskania niepodległości, kończonej – jak co roku – marszem narodowców, w którym prezydent wziął udział. Wypada przytoczyć krótkie fragmenty tego wystąpienia: „Pytam […] gdzie są nasze wartości chrześcijańskie, które budowały fundamenty Rzeczypospolitej, i czemu musimy być świadkami i odpierać presję protezy wartości chrześcijańskich, jaką miały być obce nam ideologie w polskich szkołach i polskim systemie edukacji. To nie nasze, bo nie polskie, prezydent Rzeczypospolitej nie pozwoli, abyśmy znów stali się pawiem i papugą narodów […]. Co chcemy dziś powiedzieć tym, którzy krwią, wysiłkiem i pracą przynieśli nam niepodległość […], gdy widzimy, że część polskich polityków gotowa jest do tego, aby po kawałku oddawać polską wolność, niepodległość i suwerenność obcym agendom, Unii Europejskiej […]. Polska nie jest już kolonią”. I potem: „Jak będziemy dewastować finanse publiczne, tworzyć szopki polityczne, zamiast zająć się realną pracą dla Rzeczypospolitej, to może wolności i suwerenności nie będzie”. Z ostatnim zdaniem wypada się w pełni zgodzić, tyle że pod tymi słowami kryje się całkiem odmienne rozumienie powodów owego zagrożenia. Polacy – mówił prezydent – mają obowiązki polskie. Epoką, w której najlepiej spełniano te „obowiązki”, była II Rzeczpospolita. „To dzięki II Rzeczypospolitej w roku 1939, po roku 1939, po roku 1945 te pokolenia Drugiej Rzeczypospolitej nigdy nie oddały wolności i niepodległości – i dzięki nim możemy żyć w wolnej i niepodległej Polsce”. W ten sposób do pokoleń, którym zawdzięczamy wolność i niepodległość, prezydent zaliczył środowiska narodowe, które nie złożyły broni po 1945, walcząc z Armią Czerwoną i walcząc z tymi, którym odmówiono i którym dziś także odmawia się polskości, a którzy zaakceptowali lub pogodzili się z powojenną rzeczywistością, czyli z radziecką dominacją. To, że prezydent od dawna tak uważa, wiemy już, obserwując jego działalność w Instytucie Pamięci Narodowej (nazwa nieprzypadkowa). Przemówienie i udział w marszu potwierdziły to przekonanie. Oprócz wartości chrześcijańskich najczęściej powtarzanymi w przemówieniu motywami były: gotowość do walki insurekcyjnej, którą Polacy wyrażali przez cały okres zaborów, a która miała swą kulminację w dniach odparcia „bolszewickiej nawały” (1920); następnie skłonność do marzeń, zwłaszcza marzeń o Wielkiej Polsce (nie przestaliśmy marzyć, że Polska będzie wielka); w końcu wśród „obowiązków polskich” na czoło wysunęło się modne dziś słowo suwerenność. Przez kilka wieków – mówił prezydent – tylko 31 lat w XX wieku byliśmy wolni. Wielokrotnie demonstrowaliśmy natomiast „gotowość insurekcyjną”, ale – co wypada przypomnieć – wszystkie powstania narodowe (konfederacja barska, powstania: kościuszkowskie, listopadowe i styczniowe, wreszcie powstanie warszawskie) zakończyły się klęskami, po których pogorszyły się warunki egzystencji Polaków i zwiększyło ich zniewolenie. Na dobrą sprawę od odsieczy wiedeńskiej po „cud nad Wisłą” nie zakończyliśmy zwycięsko żadnego konfliktu zbrojnego. Lata uzależnienia od „obcych” to nie tylko czas zaborów, to także cały wiek XVIII, w tym rządy dwóch Sasów i konfederacja targowicka. Trudno obarczyć za to winą wyłącznie sąsiadów, bo „suwerenność” zaprzepaściliśmy sami. Przed wybuchem II wojny prężyliśmy muskuły, ale militarny sen o potędze rozwiał się w ciągu miesiąca. Prawdziwą kompromitacją była ucieczka do Rumunii władz cywilnych i wojskowych na czele z Naczelnym Wodzem już w trzecim tygodniu zmagań militarnych (18 września), gdy wojsko jeszcze walczyło. To wydarzenie nieco zakłóca wizerunek pokoleń realizujących „obowiązki polskie”, ale tego faktu lepiej nie przypominać, bo wstydliwy. Ocena dwudziestolecia nie jest i nie może być jednoznaczna. Nad europejską i polską polityką zawisł bowiem niesatysfakcjonujący dla części jej uczestników (Rosja, Niemcy, Włochy) bilans I wojny i wystarczyło zaledwie kilkunaście lat, by przegrani na powrót stanęli na nogi, zażądali rekompensat i zaczęli zagrażać swym europejskim sąsiadom. Polska miała (wśród rzekomych beneficjentów) wyjątkowo niekorzystną pozycję geopolityczną (między Niemcami a Rosją – oba o imperialnych ambicjach). Została przez nie określona mianem „bękarta traktatu wersalskiego”. Mogła przyłączyć się (sojuszami) do jednego z nich, co przypominało wybór między dżumą a cholerą. Żadne traktaty nie stanowiły wówczas wystarczających gwarancji. Teoretycznie pozostawała trzecia droga – próba budowania sojuszu państw Europy Środkowej (tzw. Międzymorza, co było zmodyfikowaną kalką nieudanego pomysłu niemieckiej Mitteleuropy z 1915 r.), ale nikt z potencjalnych partnerów nie miał na to ochoty; taki sojusz byłby zresztą za słaby, by przeciwstawić się obu silnym przeciwnikom.
W poszukiwaniu sojuszników przeszkodziliśmy sobie sami, widząc się w roli hegemona, którym nie byliśmy i którego nie chciano. Ta imperialna mentalność (niepoparta rzeczywistą pozycją gospodarczą i militarną Polski) stała na przekór pozyskiwaniu sojuszników; państwa zachodniej Europy (zwłaszcza Wielka Brytania) chętnie posługiwały się w negocjacjach międzynarodowych straszakiem polskiego imperializmu, a ze słabszymi sąsiadami (Litwa, Czechosłowacja) pogorszyliśmy relacje do maksimum. Naraziliśmy się na śmieszność, lansując swoje kolonialne ambicje (Liga Morska i Kolonialna). Sojusze z Francją i Anglią zawarte tuż przed wojną nie przyniosły realnego efektu, nie tylko Polsce. Los Czechosłowacji po Monachium był tego niezaprzeczalnym dowodem. W sytuacji geopolitycznej z międzywojnia osamotniona (działająca z pojedynkę) Polska nie miała szans utrzymania suwerenności oraz wyboru rozwiązania politycznego dającego szanse nie tyle sukcesu, co przetrwania. Niestety, megalomania narodowa przesłoniła nam realną ocenę rzeczywistości politycznej („nie oddamy guzika”).
Dalekie od realizmu marzenia o wielkiej Polsce i wiara we własną potęgę militarną utrudniły jeszcze poszukiwania możliwości poradzenia sobie z obiektywnie trudną sytuacją. Szansa (jaką Polska zyskała obecnie, a nie miała jej w międzywojniu) wymaga utrzymania jedności i mocnej pozycji układu wielostronnego (Unii Europejskiej). Po raz pierwszy od dawna nie jesteśmy sami. Unia Europejska nie jest zagrożeniem dla polskiej suwerenności. Co więcej, umocnienie sojuszu państw połączonych wspólnymi rozwiązaniami prawnymi, wspólnymi instytucjami, wspólną polityką zagraniczną, gospodarczą i wojskową (wspólnymi siłami zbrojnymi) będzie tej suwerenności najlepszą gwarancją. Polska nie miała takich atutów w latach 1918–39[1]. Tylko zintegrowana Europa może zresztą sprostać globalnej rywalizacji i stać się konkurencyjnym partnerem dla Chin, USA i wyłaniających się nowych potęg ekonomicznych. Nie mają tej zdolności państwa narodowe w pojedynkę; najsilniejsze Niemcy uczestniczą w światowym PKB w około 4,5 proc., Polska (choć szczycimy się pozycją dwudziestej gospodarki świata) ma jednoprocentowy w niej udział.
Szansę, jaką stwarzają zintegrowane bloki polityczno-ekonomiczne, zdają się rozumieć państwa BRICS, które dążą do poszerzenia zakresu współpracy. Nasz kontynent jest – niestety – narażony na rozpad wspólnoty euroatlantyckiej, będącej jak dotąd najlepszą gwarancją stabilizacji stosunków międzynarodowych, a także suwerenności Polski. Taki rozpad stał się realny po uzyskaniu prezydentury przez Donalda Trumpa i po zmianie wektorów polityki amerykańskiej. Co na to prezydent RP uważający się za przyjaciela swego amerykańskiego odpowiednika? Bezspornym osiągnięciem Polski w dwudziestoleciu było scalenie (prawne, administracyjne, po części ekonomiczne) terytorialnej spuścizny po trzech zaborcach. Największe różnice między nimi występowały w kwestiach gospodarczych i w edukacji. Tu korzystnie wyglądały regiony wchodzące w skład dawnego zaboru niemieckiego. Najgorzej prezentowały się Kresy. W 1921 r. 31 proc. osób, które ukończyły 10 lat, było w odrodzonej Polsce analfabetami, po blisko 20 latach poprawiliśmy się na około 23 proc. Ale na wymarzonych przez Piłsudskiego Kresach wskaźnik analfabetyzmu w początkach lat dwudziestych wynosił blisko 65 proc. Nie mogliśmy stać się potęgą, mając tak licho wykształcone społeczeństwo. Dla porównania w Szwecji niepiśmiennych w ogóle nie było, w Czechosłowacji stanowili zaledwie około 4 proc., we Francji 5 proc., nawet w Estonii 8 proc. Gorzej było tylko w Grecji, Bułgarii (39,7 proc.) i Rumunii (45,5 proc.), ale to z Rumunami byliśmy najbliżej zawarcia traktatów sojuszniczych. Sojusz trochę humorystyczny. Lwów i Wilno były silnymi, spolonizowanymi centrami gospodarczymi, naukowymi i kulturalnymi, ale Kresy jako całość sprawiały najwięcej kłopotów (waśnie narodowościowe, rachityczny przemysł, niski poziom cywilizacyjny). Upór, z jakim tzw. obóz narodowy utożsamiał potencjał państwa z wielkością jego terytorium i liczbą ludności także w latach II wojny i w sporach o przyszły kształt powojennej Polski, wymaga co najmniej głębszej refleksji co do zasadności tej argumentacji. Nie chcemy Wrocławia i Szczecina – wołał emigracyjny premier Tomasz Arciszewski. Oddajcie nam Kresy!
W strukturze gospodarki dominowało rolnictwo (60 proc.). Mocno anachroniczne. Z ogromnym trudem uchwalono ustawę o reformie rolnej, ale jej implementacja napotykała na przeszkody. Dopiero w wyniku przymusowej industrializacji w drugiej połowie lat 40. (już za „komuny”) odwrócono te proporcje. Budowa COP nie została zakończona. W całym dwudziestoleciu dochód narodowy wzrósł o 40 proc.; dla porównania po wejściu do Unii Europejskiej (2004–2024) polski PKB podwoił się. Dwukrotnie dosięgnął Polaków kataklizm gospodarczy w postaci hiperinflacji (1922–1923) i kryzysu lat 1929–32/33. Za 1 dolara płacono w apogeum inflacji 9,5 miliona marek polskich. Reforma Grabskiego (w wielu aspektach ideowych przypominająca plan Balcerowicza, od którego wielu polityków stara się odżegnać; podobno wiedzą lepiej) wyprowadziła kraj z gospodarczej ruiny. Z kryzysu lat 30. wydobywaliśmy się z mozołem, zapłaciliśmy za to katastrofalnym bezrobociem. Zabrakło czasu, by ocenić, czy przezwyciężenie kryzysu miało charakter trwały. W lata własnej państwowości Polska wkraczała w atmosferze konfliktu dwóch obozów politycznych: endecji i piłsudczyków. U progu I wojny endecja postawiła na Ententę, a więc m.in. na Rosję, Piłsudczycy na państwa centralne. Zmianie optyki przez Dmowskiego przyszła w sukurs rewolucja bolszewicka, z powodów ideologicznych łatwiej można było zrzucić balast sojuszu z Rosją. Po odzyskaniu niepodległości odnotowano sporo pozytywów. Przyjęto stosunkowo nowoczesną i demokratyczną konstytucję (1921), uchwalono też szereg przepisów, które wystawiają dobre świadectwo ich twórcom (prawa kobiet, równy status wyborczy, obiecano reformę rolną). W obliczu radzieckiego, a zarazem komunistycznego zagrożenia, zaprzestano walk wewnętrznych na tyle, by wygrać wojnę z bolszewikami i zapobiec utracie niepodległości. Ukształtowany jako pochodna przepisów konstytucyjnych Sejm był jednak mało skutecznym zlepkiem różnych partii politycznych. Partyjniactwo zdominowało scenę polityczną. Na obrazie tamtych lat zaciążyło zamordowanie pierwszego prezydenta RP Gabriela Narutowicza pod hasłami do złudzenia przypominającymi współczesne poglądy środowisk narodowych. W ciągu ponad 7 lat (1918–1926) zmieniło się w Polsce 14 rządów, co dało Piłsudskiemu pretekst do przewrotu majowego. Wprowadzone pod hasłami skutecznych rządów silnej ręki i oczyszczenia życia publicznego władze tzw. sanacji rozpoczęły realizację etatystycznego programu inwestycyjnego, głównie w przemyśle zbrojeniowym. Środki na militaria pozostawały w wyłącznej gestii Marszałka, uważanego przez jednych za męża opatrznościowego Polaków i znienawidzonego przez równie znaczną część społeczeństwa (poszukiwania analogii ze współczesnymi laty prowadzi do ryzykownego, ale nie pozbawionego racji twierdzenia o transkrypcji rozwiązań z dwudziestolecia do obecnej polskiej rzeczywistości, całkiem już innej). Sanacja usiłowała też zdławić opozycję za pomocą represji (proces brzeski, wojsko w Sejmie, Bereza Kartuska). Zamach majowy wywrócił również postrzeganie polityki w świadomości zbiorowej. Zwolennicy Piłsudskiego, wcześniej poważani i wspierani przez lewicę (PPS), za sprawą lansowanych rządów dyktatorskich i zacieśniania relacji rządzących z arystokracją ziemiańską (Marszałek w Nieświeżu u Radziwiłłów) oraz bogatymi przemysłowcami, utożsamili się z opcją prawicową, na której to pozycji mocno osadzeni byli endecy, co zmieniło istotę sporu, choć konflikt piłsudczyków i ND nadal trwał.
Kilka lat po śmierci Piłsudskiego rozpoczęto rozmowy na rzecz stworzenia Obozu Zjednoczenia Narodowego, co wydawało się logiczną konsekwencją tej zmiany. Wówczas zaczęły pojawiać się ugrupowania faszyzujące (ONR, Falanga). Przegrana wojna, kompromitacja polityczna i moralna spowodowała, że piłsudczycy zeszli ze sceny (Sikorski, personalnie skonfliktowany od dawna z Piłsudskim i jego obozem politycznym, starannie o to zadbał). ONR – jednoznacznie nacjonalistyczny – sympatyzował z włoskim faszyzmem i narodowym socjalizmem w Niemczech; „w krajach, w których umocniły się rządy narodowe, we Włoszech i w Niemczech, wieje ożywczy prąd”[2]. A jeszcze bardziej radykalny w swych poglądach działacz ONR Jan Mosdorf dodawał kilka dni później: „We Włoszech parlamentaryzm skończył się z chwilą, gdy przed krajem stanęło zagadnienie: komunizm czy duch narodowy. Nie kartka wyborcza, lecz kula rewolwerowa decydowała o zwycięstwie i wielu poległych z tego okresu liczą w swych szeregach faszyści. Aż wreszcie zwyciężyli i narzucili wrogom swoją wolę… Dziś Włochy zjednoczone są duchowo, jednoczą się duchowo Niemcy hitlerowskie…A jak u nas? W nas w Polsce toczy się walka o najważniejsze zagadnienia, wprost o sprawy narodowego bytu. Takich rzeczy nie rozstrzygnie głosowanie… ruch narodowo-radykalny, zbierając nieustannie na sile w walce o Wielką Polskę, doprowadzi z żelazną konsekwencją do zwycięstwa. A wówczas nowy zaprowadzim ład!”[3]. A propos suwerenności: kończący swoją misję rząd wysunął kandydaturę Wieniawy Długoszowskiego na prezydenta RP na uchodźstwie. Sprzeciw Francji (o co zabiegał Sikorski) spowodował, że kandydaturę tę odrzucono, a prezydentem został Władysław Raczkiewicz. Wtedy jeszcze wierzono w potęgę Francji i jej wpływ na przebieg wojny. Jak widać z tego krótkiego przeglądu, dwudziestolecie miało swoje blaski i cienie. Spoglądając z perspektywy finału, cieni było więcej, a COP i Gdynia w połączeniu z urokiem Wieniawy i popularnością Skamandrytów oraz paradami wojskowymi, nie przesłoniły zatargów politycznych i niepowodzeń gospodarczych oraz niskiego poziomu życia większości obywateli.
W lata wojny i okupacji weszliśmy, podtrzymując układ polityczny z końca dwudziestolecia. „Po nastaniu okupacji, kiedy znikły władze państwowe i wojskowe, decyzja w sprawie stosunku ludności cywilnej do władz okupacyjnych przeszła do rąk poszczególnych organizacji i grup społecznych, a także do poszczególnych osób, które spontanicznie i bez żadnej koordynacji zdecydowały, iż walka z okupantem niemieckim ma trwać nadal. W decyzji tej, obok rewanżu za klęskę wrześniową, duże znaczenie miała chęć udziału we władzy w okresie powojennym”. I dalej „Ze względu na brak odpowiedniego przygotowania, ruchy podziemne tworzone były metodą improwizacji. Stosowało się to również do jedynego ruchu, który miał piętno legalności, a mianowicie do organizacji Służba Zwycięstwu Polski, która później przyjęła nazwę Związek Walki Zbrojnej, a potem Armia Krajowa, uważanej przez niektóre ośrodki – między innymi przez obóz narodowy – za organizację pozostającą pod wpływem sanacji”[4]. Choć czasami pojawiały się głosy, że powinnością, wręcz obowiązkiem sił politycznych jest przetrwanie substancji narodowej, to presja na podjęcie walki zbrojnej, na podtrzymanie w ten sposób narodowego ducha okazała się silniejsza. Obok ZWZ/AK każda z partii powołała własne organizacje wojskowe: Stronnictwo Narodowe – Narodową Organizację Wojskową, SL – Bataliony Chłopskie, PPS – Milicję PPS, Stronnictwo Pracy – Unię, Stronnictwo Demokratyczne – Związek Obrony Rzeczypospolitej, Obóz Narodowo-Radykalny – Związek Jaszczurczy, Falanga – Konfederację Narodu, a mało znane Ugrupowanie Stojanowskiego – Narodowo-Ludową Organizację Wojskową. Z inicjatywy niektórych nieznanych bliżej dowódców wojskowych pojawiały się również efemeryczne grupy zbrojne walczące z okupantem. Z czasem, po zaatakowaniu ZSRR przez Niemcy, do rywalizacji włączyły się te siły polityczne, które deklarowały sojusz z władzą radziecką (de facto całkowite podporządkowanie jej interesom) (Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa). Następował też proces scaleniowy, w wyniku którego ukształtowały się cztery silne organizacje wojskowe (AK, AL, BCh i NSZ). Najsilniejsza była bez wątpienia Armia Krajowa – 350 000 osób. Bataliony Chłopskie liczyły 170 tys. członków, NSZ (utworzone w 1942 r. w wyniku połączenia Narodowej Organizacji Wojskowej, Związku Jaszczurczego i innych mniejszych organizacji podziemnych) skupiały około 75 tysięcy[5], zaś Armia Ludowa – około 60 tys. ludzi. Kierownictwa polityczne tych ugrupowań nie były skłonne do działania razem. Jedynie AK i NSZ podjęły finalnie nieudaną próbę zjednoczenia. NSZ „w czasie okupacji walczyły z Niemcami i zwalczały polskie formacje komunistyczne: Gwardię Ludową, Armię Ludową oraz partyzantkę radziecką i bandy rabunkowe”[6]. NSZ były oskarżane o współpracę z Niemcami w końcówce wojny (Brygada Świętokrzyska, szpiegowska organizacja „Toma”). Na jeszcze większe przeszkody natrafiało jednoczenie polityczne; rząd londyński (uznawany przez zachodnich sojuszników organ państwa) był wielopartyjny. Podlegała mu (choć nie zawsze skutecznie) Delegatura Rządu na Kraj. Rząd Londyński i jego Delegaturę łączyło przekonanie, że jest jedynym prawowitym reprezentantem narodu polskiego, a tym samym negowanie udziału w wojnie sojuszniczego z Armią Czerwoną wojska polskiego i lewicowego krajowego ruchu oporu. Prawicowe (nazywam je tak dla uproszczenia, zdając sobie sprawę ze sporych różnic wewnętrznych) siły polityczne nie zauważały, że zmienia się układ sił w świecie, że tworzy nowy porządek europejski, w którym (choć większości Polaków się to nie podobało) Związek Radziecki będzie mocarstwem współdecydującym o kształcie światowej sceny politycznej. I że mocarstwa zachodnie uznały znaczenie i siłę ZSRR – zwycięskiej strony w wojnie. Że bez udziału radzieckiego (niezależnie od sympatii i antypatii politycznych) nie wygra się z Hitlerem albo cena, jaką przyjdzie zapłacić za to zwycięstwo, będzie zbyt wysoka.
Niedostrzeganie zmiany układu sił, zakleszczenie w złudnym przeświadczeniu, że polityka światowa powróci do układu z międzywojnia (zmodyfikowanego porządku wersalskiego) i że Polska odegra w procesie petryfikacji tego porządku znaczącą rolę, okazało się tragicznym w skutkach złudzeniem. Śmierć blisko 200 tys. powstańców i mieszkańców Stolicy, zniszczenie pokoleń inteligencji, całkowita ruina miasta, tragiczne losy niedobitków oddziałów partyzanckich łudzonych mirażem III wojny, Andersem na białym koniu, a w konsekwencji pogłębienie trwającego po dziś dzień narodowego rozłamu i zakorzeniona niezdolność do jego przezwyciężenia były ceną, jaką zapłaciliśmy za gotowość insurekcyjną.
Na ziemiach polskich stacjonowało w połowie 1944 roku – i to tylko po prawej stronie Wisły – blisko 2 miliony żołnierzy radzieckich plus ich polscy sojusznicy. „Na kilometr kwadratowy przypadało 35 żołnierzy”[7]. Historyk powinien znać te dane. W marcu 1944 doszło do scalenia Armii Krajowej z koncyliacyjnie nastawioną częścią NSZ. Pozostała część ugrupowania była zdecydowana kontynuować walkę, uznała przy tym, że to Związek Radziecki i jego komunistyczna agentura w Polsce (opanowana przez „żydokomunę”) jest wrogiem nr 1. Nasiliły się wewnętrzne i bratobójcze walki. Najbardziej agresywna grupa „jastrzębi” (o nazwach NSZ Związek Jaszczurczy lub NSZ ONR) planowała przejęcie władzy w kraju przez skrajnych nacjonalistów („z rozwiązaniami ustrojowymi bliskimi modelowi faszystowskiemu”[8]) w drodze zbrojnego powstania. Musieli mieć bujną wyobraźnię. Jeszcze w czasie działań wojennych Brygada Świętokrzyska zdecydowała się dołączyć do armii niemieckiej i wraz z nią opuścić tereny polskie.
Konflikty wewnętrzne w polskim ruchu oporu pogłębiały się i komplikowały. Ich opisanie, a zwłaszcza względnie obiektywna ocena, wykracza poza ramy artykułu, jeśli jest w ogóle możliwa. Można jednak stwierdzić, że do rzeczywistości powojennej został przeniesiony konflikt polityczny z lat międzywojnia, którego dziedzictwem jest nie tylko COP i Gdynia czy ujednolicenie prawa i poradzenie sobie z kryzysem ekonomicznym, ale także negatywne strony dwudziestolecia: zabójstwo Narutowicza, proces brzeski i Bereza Kartuska, akcje pogromowe, umacnianie faszyzmu i antysemityzmu w końcówce lat 30. Rodzi się natomiast pytanie: czy i jak głęboko konflikt ten został zakorzeniony w zbiorowej świadomości kulturowej Polaków? I w jakim stopniu stał się elementem składowym polskiej rzeczywistości pod koniec XX i w XXI wieku? Przemówienie prezydenta zdaje się potwierdzać trwałą obecność i żywotność tego konfliktu, co zagraża rozpadem wspólnoty ze wszystkimi tego – znanymi z historii – konsekwencjami.
[1] Dziwić się tylko wypada, że historyk zdaje się nie dostrzegać słabości Polski w międzywojniu i szuka w tamtym okresie wzorców do naśladowania.
[2] Sztafeta nr 12/18 z 15 kwietnia 1934 r. za: Zbigniew S. Siemaszko. Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 13
[3] Sztafeta nr 19/25 z 19 kwietnia 1934 roku za: Siemaszko ibidem.
[4] Zbigniew S. Siemaszko, Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 11.
[5] Dokładna liczba żołnierzy NSZ nie jest znana, badacze podają skrajnie odmienne dane. Wg E. Duraczyńskiego liczyły one 15–18 tys. Krystyny Kersten – 35 tys., zaś przywódcy NSZ operowali liczbami od 72 do 100 tys. ludzi. Autorzy Wikipedii, znając te różnice, podają liczbę 75 tys.
[6] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
[7] Krystyna Kersten, Narodziny systemu władzy, wyd. Textura, Warszawa 2018, s. 124.
[8] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
Esaej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń – luty 2026 r.
Adwokat Ludwik Cohn to postać już niewiele niestety mówiąca współczesnym pokoleniom, zapamiętana właściwie tylko w dość wąskich kręgach historyków, publicystów i adwokatów, a szkoda, bo mogłaby stać się ponadczasową legendą i inspiracją dla postępowego aktywizmu oraz pięknym przykładem obowiązywania zasad etyki niezależnej. Odszedł z tego świata dzień po ogłoszeniu w grudniową noc 1981 roku stanu wojennego, a przeszedł przez swoje niezwykłe życie z podniesionym czołem i zawsze po właściwej stronie – jako żołnierz, działacz socjalistyczny, adwokat i działacz samorządu adwokackiego, więzień i opozycjonista.
Mimo to jest postacią niezwykle dzisiaj frapującą, klasycznie podręcznikową dla pewnego typu inteligenta polskiego, choć swym niezwykłym życiem mógł spokojnie wystawiać Ojczyźnie obfite rachunki do wyrównania – zarówno przed-, jak i powojennych krzywd i cierpień. To, że nigdy, również pośmiertnie, nie było nawet o tym mowy, ustawia go na nieistniejącym piedestale cichych bohaterów narodowych, którym spiżu i brązu nadal się w Polsce skąpi, choć niesprawiedliwe wyroki po latach anuluje, a postać przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznacza. Był osobą spajającą w sobie najlepsze cechy przedwojennej socjalistycznej inteligencji, w której etosie dziś już niewielu odnajduje wzorce do naśladowania, wraz z odchodzeniem do przeszłości znaczenia inteligencji jako warstwy społecznej nadającej niegdyś dynamikę życiu społecznemu; w czasach PRL-u – postępowego etosu inteligenckiego jednak najsilniej obowiązującego po opozycyjnej stronie tamtego świata, która siły napędowe i życiodajne soki czerpała m.in. z niepodległościowego, demokratycznego socjalizmu. Poświęcenia bez reszty sprawom innych, bez zbędnych słów i gestów, w codziennej pracy, np. adwokata broniącego ludzi pokrzywdzonych przez system. A mimo to mieniącego się w pełni mianem socjalisty, z czym nijak nie mogła sobie poradzić głupia peerelowska propaganda ani tym bardziej z gruntu moczarowska policja polityczna.
Warto tę postać ze wszech miar teraz upamiętnić, mimo przecież istotnych wysiłków, aby nie pozostała po niej zupełna pustka, szczególnie dojrzałego już biografa i publicysty Przemysława Prekiela; z pozycji zaangażowanego socjalisty zapamiętale walczy on wszędzie, gdzie tylko może o tę pamięć, co należy tu podkreślić. Jej najpełniejszym wyrazem jest biografia Ludwik Cohn – od PPS po KOR, jeszcze z 2019 roku, ale nadal do kupienia np. w warszawskiej księgarni im. Bolesława Prusa przy Krakowskim Przedmieściu. I choć czyta się ją czasami z trudem – pewna, miejmy nadzieję miniona już nieporadność autora jako biografa daje tu o sobie trochę znać – to Prekielowi należą się podziękowania, że swego bohatera umieszcza w szerokim kontekście historycznym, ukazując jego pracę i rzetelnie opisując życiorys. Począwszy od charakterystycznej w wielu polskich rodzinach przełomu XIX i XX wieku genealogii żydowsko-polskiej, poprzez wychowanie w dość zamożnym domu maklera i sędziego, młodość harcerską w drużynie im. płk. Berka Joselewicza, gdzie jako Polak żydowskiego pochodzenia w pełni i na zawsze utożsamił się z polską kulturą, historią i obyczajem, po to, co zaprowadziło młodego Ludwika na barykady rodzącej się polskiej niepodległości. Już jako socjalista i żołnierz walczył z potopem bolszewickim w 1920 roku, zapisując piękną kartę walki z bronią w ręku w obronie niedawno powstałego niepodległego państwa. I to najmocniej ukształtowało kręgosłup polityczny i moralny przyszłego adwokata – zdecydowane opowiedzenie się po stronie demokratycznego socjalizmu i zarazem niepodległości, czego po 1945 roku inni socjaliści, o bardziej elastycznych kręgosłupach ideowych i moralnych, wybaczyć i zapomnieć mu nie mogli. A także wejście w szeregi ruchu wolnomularskiego w latach 70. XX wieku i budowanie wokół tego zaangażowania pomostu pomiędzy starymi a nowymi czasami. Nawet wtedy, kiedy obiektywnie młoda lewica PPS zbliżała się swoimi radykalnymi postulatami i działaniami do przedwojennego ruchu komunistycznego, ten aksjomat nie pozwalał przekraczać niewidzialnej granicy wystąpienia pod jednym wspólnym czerwonym sztandarem. Jak też podstępne zabiegi komunistów, aby rozbić młody ruch socjalistyczny i wyłowić stamtąd postaci, które można byłoby urobić na komunistyczno-kremlowską modłę.
Kończąc studia prawnicze na UW, jednocześnie rozpoczął fascynującą karierę polityczną, najpierw w – jak byśmy dziś powiedzieli – młodzieżówkach polskiego socjalizmu, następnie na forum międzynarodowym i w dorosłej już PPS, która przed wojną, co warto zapamiętać, swoimi wpływami nie przekraczała liczby ledwie 20 tys. członków partii. Prekiel jest tego rzetelnym kronikarzem, powołując się m.in. na dokumenty partyjne, szczegółowo referując walki wyborcze w kraju czy ówczesne wysiłki młodego Cohna, aby możliwie szeroko awansować młodzieżowy ruch socjalistyczny do struktur międzynarodowych. Przyniosło to znakomite rezultaty, czyniąc z Cohna jeszcze przed wojną jednego z liderów całej PPS z jej TUR-owskiego skrzydła (Dubois, Garlicki). Już tylko to mogłoby stać się świetną pożywką dla dzisiejszych działaczy lewicy, jakże mocno zatroskanych pochodem nacjonalizmu i wszelkich innych prawicowych izmów, bo przecież ta fala równie mocno wzmagała się i wychodziła z brzegów przed wojną, choć dziś ma niestety nieporównanie mocniejszych patronów i protektorów. Cohn przedwojenny stawiał temu aktywnie czoła, organizując nie tylko manifestacje i w konsekwencji uliczne starcia, ale najważniejsze dla każdej młodości formy zycia zbiorowego. Biblioteka, teatr, wycieczka, kurs, koncert, sport… Warto wziąć jego ówczesną działalność na dzisiejsze sztandary przeciwko obecnemu zalewowi przez stadionową czerń współczesnego polskiego życia. Świadomość potrzeby budowania tego typu alternatyw dla nędzy, wykluczenia, bezrobocia i braku perspektyw była wielką zasługą tamtego pokolenia polskich socjalistów.
Inną tego mocną stroną były wspomniane kontakty międzynarodowe, szczególnie wśród niemieckiej, szwedzkiej i austriackiej socjaldemokracji, które zaprocentowały (choć nie bez pewnych rozczarowań) bardziej po 1945 roku, a przed wojną miały silnie antytotalitarne i antyfaszystowskie zabarwienie. Były to naprawdę żywe treści ówczesnego życia partyjnego i wypada żałować tylko braku współczesnej ich kontynuacji… Ale i w życiu zawodowym przedwojenny Cohn wielce awansował, przystępując do ówczesnej palestry, choć atmosfera rządów sanacyjnych czyniła Polskę krajem wyjątkowo źle traktującym demokrację i jej przedstawicieli, krajem pogłębiających się tylko konfliktów i nierówności.
Cohn staje się czołowym obrońcą w ówczesnych procesach politycznych, co w omawianej książce dość detalicznie się dokumentuje, odczarowując wyidealizowany obraz dwudziestolecia. Niestety, bardziej w tonie sprawozdawczym, aniżeli np. wspomnieniowym, co znakomicie przyczyniłoby się do ożywienia tej jakże potrzebnej współczesnym biografii. Być może wynikało to z przyczyn obiektywnych, np. braku dostępu do archiwaliów, a może z pewnej jeszcze wtedy występującej słabości warsztatu, jest to jednak ostatecznie defekt do nadrobienia. Podobnie jak niedoróbki redakcyjne czy zbyt szeroko rozbudowane tło opisywanych wydarzeń, gdzie losy głównego bohatera niepotrzebnie gubią się wśród przytaczanych en masse szczegółów, jak w opisie września 1939 roku.
Cohn do wojny poszedł, będąc oficerem rezerwy i walcząc na warszawskiej Pradze, za co został po trzykroć odznaczony Krzyżem Walecznych. A całą niemal wojnę spędził za drutami Oflagu IIC Woldenberg, w części przeznaczonej dla oficerów pochodzenia żydowskiego, z którymi pozostali polscy oficerowie w niemieckiej niewoli na ogół się utożsamiali i w oflagowej codzienności wspomagali. Ale dało to możliwość z jako taką godnością przejścia przez zawieruchę wojenną, a nawet wzmocnienia się pod kątem socjalistycznej wiedzy i umiejętności (w istniejącym w oflagu kółku socjologicznym, czyli obozowej tajnej placówce PPS). Tym bardziej, że na horyzoncie zmian politycznych w Europie świtała coraz bardziej nowa Polska przesunięta granicami na zachód, ale oddana rządom Moskwy, choć początkowo w formule przejściowej, ze spontanicznie odżywającym życiem politycznym, w nurt którego od razu włączył się uwolniony z oflagu Cohn.
O ile PPS przedwojenna miała dość ograniczone wpływy i członkostwo, to zasięg powojennej wzrósł o rząd wielkości – w 1946 roku notowano ponad 200 tys. członków i sympatyków partii, mimo przecież powojennego rozłamu i trudnych wyborów, jakie się przed ocalałymi z wojny działaczami otwierały. Cohn jest w te spory i działania zaangażowany po stronie PPS-WRN, nie wyrzeka się demokratycznego i niepodległościowego socjalizmu i nie ma zamiaru zgłaszać akcesu do kolejnych socjalistycznych pasów transmisyjnych, obmyślanych i konstruowanych naprędce w kraju, a często wręcz na Kremlu. Nawet jeśli nowa PPS, z ocalałym z Auschwitz Józefem Cyrankiewiczem na czele, była jakąś formą przetrwania, a dla wielu ludzi stała się ostatecznym życiowym wyborem, to Cohn konsekwentnie spotyka się z takimi działaczami prawdziwej PPS, jak Pużak, Zaremba czy Żuławski, a nawet podejmuje działania w sprawie udziału resztówki partii w wyborach z list mikołajczykowskiego PSL-u… To oczywiście musi zaprowadzić go do stalinowskiego aresztu i skazania w stalinowskim procesie, nowa władza nie ma zamiaru tolerować partii, która zagraża ekipie osadzonej już przez Kreml; jak również aktywności działaczy socjalistycznych z krwi i kości. Aczkolwiek wtedy ludzkie wybory nie były zero-jedynkowe, biograf to w swej książce porządnie przedstawia, ale faktem jest, że przesłuchania stalinowskich prokuratorów doprowadzają Cohna torturowanego straszliwymi warunkami więzienia na skraj życia i śmierci, zmuszając w obliczu skazania na 5 lat więzienia do podjęcia czynów skrajnych.
Wybawieniem okazuje się amnestia, narastająca odwilż październikowa i to, co czyniło jakieś nadzieje na normalność. Znakomicie się w tym odnalazł Ludwik Cohn jako adwokat i słusznie krajowa palestra uważa go dziś za postać ważną dla swojej odnowy po październiku 1956 roku. Rozpoczyna się nowy rozdział, naprawdę piękna karta, w życiu bohatera tego eseju, jako opoki opozycji w PRL. Etapami są uczestnictwo mec. Cohna jako obrońcy w głośnych procesach politycznych epoki Gomułki i Gierka, w Klubie Krzywego Koła, a już w latach 70. animowanie KOR czy prace na rzecz robotników szykanowanych w Ursusie i Radomiu oraz dokumentowanie łamania praw człowieka w Polsce.
Jeśli dziś wymieniamy mec. Ludwika Cohna obok adwokatów Anieli Steinsbergowej, Jana Olszewskiego czy Władysława Siły-Nowickiego, to myślimy właśnie o korowsko-radomskim etapie ich działalności, która przecież toczyła się na salach sądowych poniekąd w ramach peerelowskiej „praworządności”. Adwokaci byli niezwykle trudnym jej sądowym przeciwnikiem, co usłużnych dyrektywom bezpieki sędziów doprowadzało do prawdziwej rozpaczy. Ale i ta droga była wykorzystywana, sala sądowa stanowiła bowiem forum, na którym opozycja mogła się skutecznie i głośno wypowiedzieć, nieraz… broniąc konstytucji PRL i obywateli przed funkcjonariuszami komunistycznej władzy. To wykorzystywanie na sali sądowej przepisów ówczesnego prawa – w imię praworządności – dziś wydaje się zabiegiem karkołomnym, ale wtedy było często ostatnią redutą skutecznej obrony.
Przemysław Prekiel wskazuje także na inny ważny aspekt – powstrzymywania niektórych zapędów opozycji, aby nie wkroczyć w obszar, który ułatwi życie propagandzie i policji politycznej. Tu doświadczenie adwokackie i zbudowany przez lata autorytet były bezcenne; mec. Cohn od razu uznany został za opokę tego coraz bardziej podzielonego środowiska i pełnił rolę swoistej starszyzny, która tonowała często zbyt daleko idące zapędy. Warto przypomnieć, że w tym środowisku odnaleźli się natychmiast ludzie dawnego PPS, jak Pajdak czy Lipiński, a z Londynu małżeństwo Ciołkoszów, którzy dla doświadczonych Marcem 1968 roku młodych lewicowych działaczy stali się od razu swoistym zbiorowym spolegliwym opiekunem. Co nie hamowało działań policji politycznej, aby śledzić, podsłuchiwać, szczuć, nachodzić i napuszczać jednych na drugich… To także jest w biografii przedstawione, nie rozstrzygając ówczesnych sporów i racji. Tu jednak działał niestrudzony Jan Józef Lipski, spajający na ile to było możliwe to środowisko, no i obowiązywały wypracowane na bazie starych doświadczeń ścisłe reguły zachowania, które szykanowani opozycjoniści konsekwentnie wobec organów stosowali. Wystarczy sięgnąć po grube wspomnienia Jacka Kuronia, który był mistrzem wyprowadzania tego typu zabiegów bezpieki w pole i gier z nachodzącą go nieustannie policją polityczną.
Oczywiście podpisy Cohna widnieją pod ważnymi dokumentami epoki, mającymi wówczas formę listów ogłaszanych opinii publicznej, a dziś traktowanymi jako kamienie milowe polskiej drogi do niepodległości. I swoistym symbolem jest, że jego odejście nastąpiło dzień po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego, kiedy nadzieje na inne państwo i społeczeństwo zgasły, ale finał nowej epoki, którą stan wojenny przecież zapoczątkował, okazał się per saldo całkiem szczęśliwy, do czego walnie rękę przyłożyli ludzie dawnego KOR-u i całej opozycji demokratycznej.
Tekst ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Na zdjęciu: Ludwik Cohn (z lewej) podczas przerwy w rozprawie przeciw Adamowi Pragierowi, Sąd Okręgowy mieszczący się w pałacu Paca przy ulicy Miodowej 15 w Warszawie, rok 1931/1932 – proces brzeski.
W historiografii wydaje się dominować przekonanie, że kołem napędowym historii są wojny. Inaczej mówiąc, wojny określają kierunek rozwoju cywilizacji, co oddaje także język potoczny, w którym indywidualne doświadczenia są dzielone wedle prostego kryterium: przed wojną lub po wojnie. Zmiany takie dokonują się również w nauce, nie wyłączając filozofii.
Burze dziejowe mają zawsze to do siebie, że jednych strącają z piedestału, a innych wynoszą niekiedy na szczyty. W punkcie wyjścia należy zatem postawić sobie pytanie, czy Adam Schaff został przypadkowym beneficjentem wojennej burzy historycznej, czy może raczej jej ofiarą. Na rzecz pierwszego stanowiska przemawia jego powojenne uprzywilejowane usytuowanie w strukturach polskiej polityki oraz nauki krajowej i światowej. Na rzecz drugiej – tragedia związana z eksterminacją jego rodziny i perturbacje w trakcie wspinania się po drabinie awansu społecznego. Wszak to jego wyróżniona pozycja w polskiej polityce i nauce została brutalnie podważona i zakwestionowana przez wydarzenia Marca ‘68. Przyjęcie którejkolwiek z tych perspektyw nie zmienia faktu, że Adam Schaff przez ostatnie dziesięciolecia XX wieku zajmował tak wyróżnioną pozycję w nauce, że jest przywoływany praktycznie w każdej publikacji dotyczącej tego okresu w historii Polski. Nie znaczy to w żadnym wypadku, że opinie na jego temat są zgodne. Chyba żaden z polskich filozofów nie zyskuje tak ambiwalentnych ocen dotyczących swych dokonań, co Adam Schaff. Na całym świecie powstają bowiem liczne dysertacje doktorskie oraz opracowania poświęcone jego dorobkowi w zakresie nauk społecznych i politycznych. Jest to związane z tym, że z początkiem lat sześćdziesiątych objął prestiżowe stanowisko dyrektora Centrum Dokumentacji i Koordynacji Nauk Społecznych (the European Coordination Centre for Research and Documentation in the Social Sciences) w Wiedniu. Na to stanowisko został zgodnie rekomendowany przez instytucje naukowe i polityczne z ówczesnych państw socjalistycznych i kapitalistycznych. Jest to zapewne najwyższe stanowisko w światowej nauce, które piastował polski naukowiec, co już samo przez się powinno mu gwarantować miejsce w panteonie polskiej nauki. Tymczasem tak się nie stało i już wiemy, że na pewno się nie stanie. Wypada się zatem zastanowić nad przyczynami takiego stanu rzeczy.
Wśród polskich historyków nauki ukształtowały się na temat Schaffa dwie narracje, z których pierwsza – zdaje się, że dominująca – odmawia mu wręcz prawa do miana naukowca, bo eksponuje w zasadzie tylko jego ideologiczne uwikłanie przy wprowadzaniu komunistycznych porządków w powojennej Polsce. Druga narracja zaś z trudem się przebija przez ten gąszcz uprzedzeń i antypatii, eksponując jego dorobek stricte naukowy. A po prawdzie jest on imponujący. Taka ambiwalencja prezentacji jego osoby powoduje, że w wielu opracowaniach po prostu pomija się jego biogramy i naukowe dokonania, tak jakby można było je pominąć bez szkody dla realizowanego opracowania. Dziś, w dwadzieścia lat po śmierci Schaffa, nadal dominuje pierwsza narracja, która traktuje go jako produkt obcy polskiej nauce i kulturze, narzucony mechanizmami podporządkowania interesom ZSRR. Przy takim ujęciu Schaff jawi się tylko jako „szkodnik” w polskiej kulturze i nauce. Druga legenda zaś ma charakter czysto naukowy, przez co najczęściej zupełnie pomija jego ideologiczne uwikłanie. Obie te legendy są sprzeczne ze sobą tak mocno, że nie istnieje możliwość ich pogodzenia. Warto jednak pamiętać, że sam Adam Schaff podejmował starania, aby istniejący rozdźwięk pomiędzy tymi narracjami zniwelować. Nie przesądzając o nadrzędności którejś z tych narracji, warto przeanalizować drogę, którą zmierzał Adam Schaff pragnąc, aby pamięć o nim przetrwała we wdzięcznej formie.
Droga życiowa Adama Schaffa była pełna zwrotów i powrotów, zarówno jeśli chodziło o lokalizację terytorialną, jak i prezentowane poglądy polityczne i naukowe. Pomimo wszechstronnego wykształcenia zdobytego na Uniwersytecie Lwowskim i zarysowujących się możliwości zrobienia tradycyjnej kariery zawodowej, jeszcze jako młodzieniec zdecydował się na działalność, która taką karierę definitywnie przekreślała. Można byłoby to uznać za młodzieńczą przekorę, czyli naturalną skłonność do bycia w opozycji wobec głównego nurtu wydarzeń, gdyby nie fakt, że w życiu dojrzałym takich skłonności już nie przejawiał. W swoich wspomnieniach rysuje własny portret ideowego komunisty bezkrytycznie podporządkowanego linii programowej partii. Jak pisał o sobie, był oddanym „żołnierzem” partii posłusznie realizującym wszystko, co mu nakazano. Wypada jednak wątpić w szczerość tych deklaracji, gdyż tak doskonale wykształcony człowiek był bardziej potrzebny partii niż on sam jej potrzebował. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zatem założyć, że w opozycyjnej i nieomal konspiracyjnej partii dostrzegał możliwość szybkiego zrobienia kariery politycznej. Jeśli dowierzać jego wspomnieniom, to nie był przywiązany do jakiejś konkretnej partii, bo deklarował swoją przynależność najpierw do Komunistycznej Partii Polski, potem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, a później nawet także do Polskiej Partii Socjalistycznej. Najwyraźniej usilnie szukał swego miejsca na arenie politycznej i taka możliwość otwarła się przed nim w momencie, gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona wkroczyła do Lwowa, tym samym zawłaszczając miasto i włączając cały region w skład ZSRR.
Jak pokazuje jego historia, szansy tej nie zmarnował. Później, już w realiach powojennej Polski szybko się zorientował, że nadmierne eksponowanie linii programowej partii rządzącej wcale nie przynosi mu splendoru. W 1951 r. w czasopiśmie „Myśl Filozoficzna” ukazał się artykuł autorstwa Henryka Hollanda pt. Legenda o Kazimierzu Twardowskim, który powszechnie uznaje się za początek walki marksistów ze szkołą lwowsko-warszawską o wiodącą rolę w polskiej nauce. Henryk Holland był wówczas aspirantem (doktorantem) w utworzonym dopiero co Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych, kuźni marksistowskich kadr w nauce wzorowanym na moskiewskim Instytucie Czerwonej Profesury. Dyrektorem IKKN był właśnie Adam Schaff, który artykuł młodego doktoranta natychmiast opublikował w kierowanym przez siebie czasopiśmie. Niewątpliwie był on nie tylko inspiratorem owego artykułu, który powstał przede wszystkim w celu zdezawuowania grona uczniów Twardowskiego. Zamiar ten ostatecznie spełzł na niczym, a legenda Twardowskiego w niczym nie ucierpiała, ale od tego momentu zaczęła się formować negatywna legenda Adama Schaffa, jako zadeklarowanego stalinisty o mentalności wręcz prymitywnego czekisty. Sam Schaff przez lata zdawał się nie dostrzegać, że wydarzenia te miały wielki wpływ na to, że był traktowany bardziej jako szarlatan i manipulator, niż prawdziwy naukowiec. Nawet jego współpracownicy i podwładni z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN postrzegali zazwyczaj tylko jego możliwości pomagania ludziom i załatwiania różnych spraw, jego zdolności organizacyjne, a prawie nigdy nie wspominali o osiągnięciach naukowych. Niemniej jednak była to cena, którą zapłacił, aby zająć miejsce jednego z decydentów w polskiej nauce.
Dopiero wydarzenia Marca ‘68, które go pozbawiły wszystkich stanowisk, i późniejsza banicja naukowa z kraju uświadomiły mu gorzki smak tej ceny. Banicja bowiem trwała aż do wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r., gdy pojawiła się szansa na powrót do krajowego obiegu naukowego. Okazało się jednak, że Schaff wówczas postawił na złą kartę i zamiast włączenia do obiegu naukowego, spotkał go jeszcze większy ostracyzm, który ostatecznie spowodował nawet usunięcie go z PZPR. Sprawa jego wykluczenia z partii stała się wówczas elementem toczących się w jej łonie walk frakcyjnych pomiędzy skrzydłem reformatorskim a skrzydłem zachowawczym. Bez wątpienia pretekstem do usunięcia z partii była jego książka Polen heute wydana w języku niemieckim. Najważniejszą jej częścią był cykl trzech artykułów pod wspólnym tytułem Die polnische Lektion, opublikowanych w latach 1982 i 1983 na łamach „Europäische Rundschau”. Najwyraźniej był wówczas przekonany, że realny socjalizm w Europie Wschodniej definitywnie się rozpadnie, przez co lokował swoje nadzieje na nastanie nowego socjalizmu samorzutnie ukształtowanego na bazie zrywu Solidarności. Swoje nadzieje w tym względzie opierał na autorytecie Marksa, który przecież swego czasu przewidywał nieuchronność właśnie takiego rozwiązania. Oznaczało to zarazem uznanie, że dotychczas w Polsce nie było żadnego socjalizmu tylko jakaś forma totalitaryzmu, którą później nazwał socjalfaszyzmem. Nadzieje te szybko zostały rozwiane, a sam Schaff dokonał wolty intelektualnej, bo poparł wówczas niespodziewanie samego autora stanu wojennego, który nagle stał się dla niego uosobieniem przywódcy broniącego sprawiedliwego porządku społecznego, co zaowocowało wysunięciem gen. Jaruzelskiego do europejskiej nagrody pokojowej, której utworzenie postulował. Nie zauważył nawet, że ten projekt jeszcze bardziej wzmocnił jego negatywny wizerunek.
Pierwszą próbę zmiany negatywnego obrazu swej osoby Schaff podjął jeszcze w 1983 r. obszernym wywiadem Myślę, że zachowałem twarz, opublikowanym w 1983 r. w numerze 4 krakowskiego „Zdania”. Próba ta zakończyła się w zasadzie niepowodzeniem, bo wywiad w ówczesnej gorącej sytuacji politycznej przeszedł bez echa. W tym wywiadzie znalazło się usprawiedliwienie ataku przeprowadzonego przez Schaffa i jego uczniów z IKKN na szkołę lwowsko-warszawską. Stwierdził wówczas: „To był okres, kiedyśmy w myśli filozoficznej przeprowadzali rozrachunek z neopozytywizmem jako głównym przeciwnikiem. I nawet na Zachodzie przeciwnicy czy zwolennicy szkoły lwowsko-warszawskiej nie mają do mnie za to większych pretensji. Więcej, mówią, że sami by coś takiego powiedzieli i napisali np. pod adresem bardzo fantazyjnych teorii Ajdukiewicza, z których on się po wojnie rakiem wycofywał”.
Zaliczenie szkoły założonej przez Twardowskiego do nurtu pozytywistycznego z pewnością źle zostało odebrane przez polskie środowisko filozoficzne, które zgodnie sytuowało całą szkołę w obrębie nurtu analitycznego. Ponadto Schaff zbagatelizował kontekst polityczny, który towarzyszył jego atakowi na Ajdukiewicza, bo kulminacja ataku miała miejsce na zamknięcie obrad I Kongresu Nauki Polskiej (29.06–2.07.1951), gdy Schaff osobiście rozprowadził wśród uczestników zredagowane przez siebie rzekome podsumowanie obrad Podsekcji Filozofii i Nauk Społecznych. Podsekcji tej przewodniczył właśnie Ajdukiewicz. Nie trzeba dodawać, że wszystko odbyło się poza plecami przewodniczącego, a paszkwilanckie ujęcie konkurencyjnych wobec marksizmu kierunków filozoficznych zostało włączone do materiałów Kongresu jako jego oficjalny dokument. Niemniej jednak ostatecznie Schaff wyniósł z walki z uczniami Twardowskiego istotną korzyść, gdyż zyskał niemałe kompetencje w zakresie filozofii języka i metodologii, dzięki czemu polski marksizm pozytywnie wyróżniał się na tle filozofii uprawianej wówczas w pozostałych państwach bloku socjalistycznego. Sam Schaff napisał dzięki temu kilka prac z zakresu semantyki i filozofii języka, które na ogół spotykały się z przychylnym przyjęciem także poza granicami kraju.
W dziesięć lat później Schaff opublikował książkę, której tytuł Pora na spowiedź sugerował próbę rozliczenia z własną przeszłością. Tymczasem czytelnik otrzymał do ręki zbiór rozproszonych wiadomości na temat własnych kolei życiowych samego Schaffa, który stanowi punkt wyjścia do zaprezentowania siebie w zasadzie jako zbawcy ludzkości potrafiącego samodzielnie sformułować postulowaną drogę prowadzącą do świetlanej przyszłości. Tytuł książki zatem świadomie wprowadzał w błąd czytelnika zapewne w nadziei, że w ten sposób przemyci do szerszej publiczności własne poglądy na temat kondycji współczesnej cywilizacji i nieomylnej drogi wiodącej do jej uzdrowienia. Można odnieść wrażenie, że liczne dygresje z historii własnego życia służą tylko temu, aby wykazać, że te poglądy wynikają wprost z doświadczenia życiowego autora i znajdują potwierdzenie zarówno w historii, jak i w wydarzeniach współczesnych. Schaff wedle własnej narracji przedstawia się jako obywatel świata, stały bywalec salonów gromadzących elitę światowej nauki, kultury i polityki. Ten powiew wielkiego świata był zapewne wprowadzony po to, aby uwiarygodnić przekaz autora. Rzecz jasna publiczność w Polsce oczekiwała nie takiego przekazu, ale przede wszystkim racjonalnej rekonstrukcji wydarzeń z nieodległej przeszłości. Społeczeństwo wówczas oczekiwało tego typu przekazów, do czego przyzwyczaili politycy z dawnego obozu władzy, publikując swoje wspomnienia bądź tzw. wywiady-rzeki ze znanymi dziennikarzami. Książka Schaffa okazała się przez to wielkim zawodem wydawniczym, co spowodowało, że zarówno jej przekaz, jak i informacje w niej zawarte zostały zignorowane przez polskich intelektualistów. Wyjątkowa okazja pozytywnego zaistnienia w polskiej przestrzeni publicznej została więc przez Schaffa po prostu zmarnowana.
Powrót Adama Schaffa do kraju po transformacji ustrojowej boleśnie skonfrontował negatywną legendę z postrzeganiem samego siebie jako autorytetu światowego dyskursu naukowego. Podjął wówczas wręcz heroiczny wysiłek zmiany swego wizerunku przez włączenie się do dyskusji społecznych i naukowych na temat kierunku przeobrażeń politycznych i intelektualnych we współczesnej Europie. Zaczął występować wręcz w roli Kasandry, snując wizje przemian, dla których teoretyczną podstawą miały być głoszone przez niego poglądy. Rzecz jednak była w tym, że Schaff ciągle zachowywał przekonanie, iż polskie społeczeństwo z gruntu jest prosocjalistyczne i nie tylko zaakceptuje jego postulaty, ale podejmie ryzyko ich wdrożenia do praktyki społecznej. Zasadnicze znaczenie miały jednak jego próby zakwestionowania negatywnej legendy o sobie i swoich dokonaniach, która ciągle dominowała w polskiej historiografii.
Ogólnie rzecz ujmując, pierwsze próby skorygowania swego dotychczasowego postrzegania jako stalinisty i dogmatycznego komunisty okazały się nieudane, bo były głównie promocją własnej osoby. Tego błędu Schaff nie powtórzył już w swej książce Perspektiven des modernen Sozialismus, wydanej w Wiedniu w 1988 r. nakładem wydawnictwa Europaverlag. W rozszerzonej wersji książka ukazała się w 1990 r. również w Polsce dzięki dołączeniu do jej treści szeregu wątków autobiograficznych. Zostały one rozproszone i wplecione w treści tej książki bez jakiegoś czytelnego schematu, co znacznie utrudnia lekturę tej książki. Najciekawsze są wątki dotyczące przeżyć wojennych Schaffa związanych z jego exodusem ze Lwowa poprzez Samarkandę aż do Moskwy. Ogólne wrażenie z tej chaotycznej mozaiki wspomnieniowej jest jednak pozytywne, gdyż przedstawia Schaffa jako człowieka miotanego w różne egzotyczne miejsca przez wojenną burzę, zesłańca przeżywającego skrajny niedostatek, ale zarazem nietracącego hartu ducha, dzięki czemu mimo wielu przeciwności losu wspiął się na naukowe wyżyny.
Już po powrocie z Wiednia do kraju Schaff podjął radykalną próbę zmiany opinii o sobie, publikując kontrowersyjną książkę Moje spotkania z nauką polską, w której przedstawił bardzo subiektywny obraz jego własnych dokonań naukowych. Można się zgodzić bez zastrzeżeń jedynie z tym, że osiągnął swoją pozycję w nauce krajowej także własną ciężką pracą i dbałością o poprawne relacje ze wszystkimi ośrodkami naukowymi w Polsce. Książka ta w wielu miejscach jest jego wręcz narcystyczną wizją rozwoju nauki w powojennej Polsce. Nazwanie w niej Kotarbińskiego kolaborantem komunistycznej władzy jest wyrazem porażającej niewdzięczności zważywszy na fakt, że to właśnie twórca etyki niezależnej napisał pozytywną ocenę dorobku naukowego, która stała się podstawą przyznania Schaffowi tytułu profesora. Bez Kotarbińskiego nie byłoby przecież także przypisywanej tylko własnej inicjatywie („Myślałem, myślałem i wymyśliłem”) Biblioteki Klasyków Filozofii. Między wierszami tej książki można odczytać jednak to, że przez wiele lat Schaff był jednym z decydentów w powojennej nauce, a zatem jej negatywna ocena bezpośrednio go obciąża. Zauważalna jest także próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności za restrykcyjne działania wobec niepokornych naukowców oraz wydawnictw. Z lektury książki wynika natomiast, że to wszystko działo się jakby poza Schaffem, a on sam był tylko biernym obserwatorem tego, co się wówczas działo. Wiedzą tajemną pozostały niestety mechanizmy, za pomocą których instancje polityczne i ideologiczne wpływały na ówczesną polską naukę. Schaff zaś był niewątpliwie jedną z niewielu osób w kraju, który jako członek KC PZPR był jednocześnie działaczem politycznym, ideologicznym oraz aktywnie uczestniczył w działalności naukowej. Ta książka zatem mogła, a nawet powinna stać się prawdziwym kompendium wiedzy o mechanizmach rządzących ówczesną nauką polską, a fakt, że tak się nie stało był najwyraźniej świadomym wyborem jej autora. W efekcie wszystkie osoby występujące w tej książce są przedstawione na ogół w ciemnych barwach, a wyróżnia się tylko postać Schaffa jako jedynego rozsądnego i sprawiedliwego. Nic dziwnego, że publikacja tej książki siłą rzeczy przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego, bo zamiast ocieplić wizerunek Schaffa jeszcze bardziej utrwaliła przekonanie, że w gruncie rzeczy pozostał niereformowalnym stalinistą.
Niepowodzenie tego projektu spowodowało podjęcie próby wyeksponowania pozytywnej strony własnej biografii przez skoncentrowanie się wyłącznie na swoich osiągnięciach naukowych. W 2000 r. na łamach „Ruchu Filozoficznego” ukazał się jego autobiogram, w którym pominął całkowicie swoje polityczne i ideologiczne dokonania, wpisując się w poczet polskich filozofów, którzy zdobyli uznanie i popularność na forum nauki światowej. Autobiogram ten jednak został zignorowany przez środowisko krajowe, które nie zapominało o jego stalinowskiej przeszłości. Brak pozytywnej reakcji na dotychczasowe zabiegi o korektę jego wizerunku wyraźnie wpłynął na kolejny projekt tego rodzaju, tym razem realizowany przy wsparciu swego dawnego ucznia Bohdana Chwedeńczuka. Książka zatytułowana Dialogi z Adamem Schaffem ukazała się w 2001 r., wbrew swemu tytułowi okazała się monologiem autora, który jakby nie dopuszczał w ogóle do głosu Schaffa, sam odpowiadając na stawiane przez siebie pytania. Taka sytuacja mogła być spowodowana być może słabszą kondycją intelektualną samego Schaffa, który miał wówczas blisko 90 lat, ale możliwe też, iż był to świadomy jego zabieg: z ostrożności nie wypowiadał się na tematy kontrowersyjne, jakby licząc, że były uczeń z własnej inicjatywy ociepli jego wizerunek. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca, choć przyjęta konwencja wywiadu-rzeki stwarzała do tego znakomitą okazję.
Paradoksalnym jest, że najlepsze rozliczenie z własną przeszłością zawiera Książka dla mojej żony, która ukazała się w tym samym roku. Nie zawiera ona żadnych rewelacji, jedynie uporządkowane informacje o własnej przeszłości, które dotąd były rozproszone po wcześniejszych publikacjach.
Jaka zatem powinna być opowieść biograficzna o Adamie Schaffie? Czy można pozytywnie sytuować go w polskiej kulturze i nauce, czy raczej należałoby go skazać na wieczną banicję? Odpowiedź nie jest prosta. Bez wątpienia był „dzieckiem z przystanku Wojna”, którego losy są pochodną przebiegu samej wojny. Początkowo przecież tworzył teoretyczne podstawy pod kształtujący się po wojnie porządek społeczny. To wówczas był przekonany, iż moralne jest tylko to, co służy interesom klasy robotniczej. Upublicznienie treści referatu Chruszczowa wygłoszonego na XX Zjeździe KPZR wstrząsnęło Schaffem, ale zrobiły to nie same mechanizmy przemocy w nim odsłonięte, co ich skala. Bezmiar stalinowskiego okrucieństwa w żaden sposób nie dawał się bowiem usprawiedliwić. Od tego czasu Schaff przestał być wiernym jedynie słusznej linii i zaczął poszukiwać alternatywnych rozwiązań.
Nie odważył się jednak na otwarte wystąpienie przeciwko istniejącemu porządkowi społeczno-politycznemu. Jego działania w kierunku zbliżenia z emigracyjnymi środowiskami na Zachodzie, a także z amerykańskimi filozofami i politologami były realizowane w tajemnicy. Zasłona milczenia zaciągnięta była tak szczelnie, że dziś zachowały się ślady tylko w korespondencji pomiędzy zainteresowanymi osobami. Wiemy dziś, że Schaffowi – pomimo niechlubnych działań z przeszłości – udało się nawet zadzierzgnąć przyjacielskie kontakty z wieloma przedstawicielami szkoły lwowsko-warszawskiej, dzięki czemu sprawnie kontynuowano wydawanie zainicjowanej jeszcze we Lwowie Biblioteki Klasyków Filozofii. Nawiązał także osobiste kontakty z emigracyjnymi intelektualistami, nie wyłączając Jerzego Giedroycia i Zbigniewa Jordana. To także Schaff torował drogę dla uczestniczenia przedstawicieli polskiej nauki w programie stypendialnym Fundacji Forda. On też utorował drogę powrotu powojennej polskiej nauki na światowe salony. O tym jednak historia polskiej nauki milczy nie z tego powodu, że potępia wszystko, co robił Schaff, ale dlatego, że były to działania podejmowane skrycie w obawie przed cenzurą i partyjnymi ortodoksami. To wszystko powoduje, że żadna z opinii o Adamie Schaffie nie ma szansy na utrwalenie się w historii polskiej nauki, bo żadna nie jest w stanie uwzględnić materiałów, które zapewne do dziś jeszcze leżą w zastrzeżonych zbiorach archiwalnych przeróżnych instytucji rozsianych po całym świecie.
Ladislau Dowbor wyraźnie siebie przedstawia: „Nie jestem bezinteresowny” – stwierdza krótko na początku książki*. Rozwija to wyznanie: „Zawsze oburzały mnie niesprawiedliwość, okrucieństwo, które widzimy na świecie, niekompetencje, z jaką rządy lub korporacje zarządzają naszymi zasobami”. Sens i wagę tym słowom nadają czyny wypełniające jego życie. On o nich nie wspomina, ale my je znamy. W tym zdaniu Dowbor określa stanowisko etyczne i wymienia wartości, które w swoim światopoglądzie traktuje jako fundamentalne. Zarazem wymienia cechę techniczną czy raczej merytokratyczną, jaką jest niekompetencja. To zarzut nie mniejszej wagi niż wcześniej wymienione oskarżenia moralne. Autor formułuje mocne zarzuty i je uzasadnia.
Umiejętności i znawstwa bowiem można się nauczyć, a trzeba je mieć, by cokolwiek z pożytkiem robić. Zwłaszcza, jeśli to nie ma być śpiew umilający samotne budowanie w wannie łodzi podwodnej. Kompetencje, przeciwnie niż zdolności, nie są wrodzone, lecz nabyte. Abstrahuje od tego ktoś o „silnie naprężonych ambicjach”, jak kiedyś taki typ człowieka określił Władysław Tatarkiewicz i zarazem dodał, że to jeden z najgroźniejszych przymiotów (jeśli nie towarzyszą mu inne, równoważące) występujących dzisiaj. Niekompetentne kierownictwo świadczy nie tylko o nieokiełznanej ambicji i ekspansji ego, ale przede wszystkim o kręgu społecznym, który ignorancką i chciwą władzę (dużą i małą, polityczną i gospodarczą) wypromował i jej obecność akceptuje. Taki stan rzeczy jest oburzający i zadziwiający. Dla autora i innych podobnie do niego sądzących.
Ladislau Dowbor jest intelektualistą zaangażowanym, bliskim intelektualistom francuskim z trzeciego ćwierćwiecza XX wieku. Pracę umysłową i krzewienie idei łączy z aktywnością społeczną i wyborami politycznymi. Prowadzone przez niego badania świata służą jego przekształcaniu, wiążą się z niezgodą na status quo i odrzuceniem etosu oportunistycznej adaptacji. Reguły, instytucje i rozstrzygnięcia są zawsze osadzone w procesach społecznych – nic zatem w przestrzeni ludzkiej aktywności nie jest dane na zawsze ani nie istnieje ostatecznie. Wszystko podlega odwołaniu i zmianie, a także, na co intelektualiści tej formacji są wyczuleni, wiąże się z odpowiedzialnością. Autor Społeczeństwa na krawędzi przełomów nie jest Francuzem, ale Polakiem i Brazylijczykiem, a to co dla potomków Flauberta i Delacroix było przedmiotem rozmów po lewej stronie Sekwany, dla niego jest częścią fizycznie obecnego najbliższego świata. Wiąże go z nimi nie tylko krytycyzm i oburzenie czy przekonanie o przemijającym, etapowym statusie współczesności, lecz również historyczny optymizm. Rozumiany raczej nie tyle jako pewność, co możliwość postępu, asymptotyczne zbliżanie się do suwerenności i podmiotowości, perspektywa dostatniego życia wszystkich, powszechnego dostępu do wiedzy i chęci z niej korzystania, kształtowania swojego miejsca w życiu, twórczej ciekawości i satysfakcji czerpanej z uczestnictwa w kulturze (a nie z mnożenia swoich dochodów o kolejny miliony). Wspólna dla Dowbora i Francuzów jest również wiara w siłę rozwoju społecznego jako kokona egzystencji jednostki. Zarówno we wstępie do książki, jak i w zamykającej ją konkluzji autor wyraził swoje populistyczno-demokratyczne przeświadczenie: „Warto pamiętać – podkreślił – że przy obecnym tempie piętrzenia się katastrof planetarnych nadejdzie moment, w którym wystarczająca masa podmiotów społecznych uświadomi sobie, że cele te są możliwe do osiągnięcia”.
Perspektywa poznawcza Dowbora nawiązuje do dorobku Marksa i jego bliskich następców, ale go przekracza. Jest szersza, bo dotyczy nowego, dzisiejszego kształtu gospodarki i współczesnej postaci społeczeństwa. Łączy wartości moralne z teczniczno-efektywnościowymi. Wszak fundamentalny zarzut Marksa skierowany do kapitalizmu dotyczył marnotrawienia zasobów i zaprzepaszczania możliwości. Dlatego ta formacja koniec końców przejdzie do przeszłości, stanie się kolejnym i zarazem ostatnim etapem dotychczasowej historii. Zawali się pod swoimi immanentnymi ograniczeniami. Ten system gospodarczo-społeczny stanowi, co prawda, postęp w stosunku do feudalizmu, lecz zarazem jest permanentnie, i to w rosnącym nasileniu, kryzysogenny. Ekspansja kapitalizmu ma limity efektywnościowe, które postęp produkcyjny, by mógł nadal przebiegać, musi przekroczyć, eo ipso wyjść poza system kapitalistyczny. Stanie się tak również dlatego, że jego istnieniu towarzyszą globalne dysproporcje materialne i napięcia społeczne niemożliwe do trwałej niwelacji w ramach rynkowo-kapitalistycznych.
Marks i bezpośredni kontynuatorzy jego dzieła nie mówili nic o barierze największej, ekologicznej, która wtedy była prawie niewidoczna, a dzisiaj ma charakter egzystencjalny. Barierze, której nie sposób pokonać, a nawet zapobiec jej ogromnieniu dotychczasowymi, napędzanymi przez konkurowanie i wszechutowarowienie środkami. Narastający katastrofalny kryzys klimatyczny wywołuje wiele sporów, przynajmniej w jednym przypadku panuje jednak powszechna zgoda: ocalenie nie wiedzie drogą maksymalizowania zysku i kompulsywnej konsumpcji, która owładnęła najbogatszą część ludzkości.
Dowbor analizuje współczesną, wywodzącą się z kapitalizmu organizację wytwarzania i dzielenia dóbr. Bada jej motywy i efekty działania. Interesuje się światem rozwiniętym i zaniedbanym, a zwłaszcza Brazylią –krajem będącym jego ojczyzną, którą jako ekonomista starał się podźwignąć i uczynić lepszą dla wszystkich. Wskazuje na dysfunkcjonalność i, towarzyszącą kumulującemu się bogactwu na kontach nielicznych, niesprawność organizacji zarówno wytwarzania, jak i dystrybucji, opanowującej poszczególne państwa i całą planetę. Formułuje główne kryterium oceny: „Systemowa produktywność gospodarki zasadniczo zależy od racjonalnej alokacji zasobów. To z kolei oznacza zbieżność między przeznaczeniem zasobów a interesami społeczeństwa”. Odpowiednie, dotyczące tej problematyki, badania prowadzi właśnie ekonomia, która zawsze jawnie lub skrycie ma charakter polityczny, tak jak gospodarka – charakter społeczny.
Marks zarówno przedstawiał wyjątkową produktywność kapitalizmu, jak i eksponował jego nieracjonalność oraz, co najlepiej syntetyzuje jego myśli, towarzyszący tym zjawiskom proces samowzbogacającej się alienacji. Cenę płaconą przez ludzi za rosnącą ilość dóbr materialnych, którą jest utrata samostanowienia. Co prawda (Dowbor podąża za konstatacją Keynesa sprzed kilkudziesięciu lat) „wytwarzamy dziś wystarczająco dużo, aby całe społeczeństwo mogło żyć w godny i wygodny sposób”, a właściwie by tak egzystowała cała ludzkość, lecz realny świat nie przystaje do potencjalnego i szanse ulegają zaprzepaszczeniu. Dla wielu mających otwarte oczy ekonomistów i im pokrewnych naukowców ów proces niespełnienia jest moralnie odrażający, choć intelektualnie, niczym dla zoologów istnienie żyrafy, frapujący.
Autor Społeczeństwa cyfrowego, jak wielu innych, podkreśla swoistość naszego czasu. Stare oznaczenia do niego nie pasują, dotychczas używana siatka pojęciowa okazuje się anachroniczna i bardziej zaciemnia niż rozjaśnia obraz całości. Obecnie „mamy do czynienia ze znacznie bardziej perwersyjnym systemem niż kapitalizm przemysłowy”. Dowbor do jego nazwania używa od dawna obecnego określenia: kapitalizm rentierski. Podkreśla, że dzisiaj produktywność została zastąpiona przez pogoń za rentą, a inwestycje i wytwarzanie – przez finansowe spekulacje. Wielu krytycznych analityków, takich jak Yanis Varoufakis, wskazuje na te cechy współczesności ostrzej, ale wszyscy dochodzą do podobnych wniosków.
Żyjemy w świecie pod wieloma względami bardziej przypominającym feudalizm niż klasyczny kapitalizm, w takim, w którym renta i lenno są ważniejsze niż zysk i towarzyszące mu ryzyko obejmujące stawiających na nowości niegdysiejszych producentów. Realną rzeczywistość kamufluje obowiązujący leksykon obecnej nowomowy, którego słownictwo obficie stosuje transpozycję znaczeń: inwestorami nazywa spekulantów, rynkami – obszary działalności określonych osób i instytucji, zyskami – rentę otrzymywaną z tytułu zdobytej własności, indywidualnością – konsumenckie i pracownicze zglajszachtowanie, świętością – historycznie zmienne prawo posiadania itd. „Aparat pojęciowy, za pomocą którego analizujemy naszą rzeczywistość, jest po prostu archaiczny”, a także, co nie mniej ważne, służy ideologicznemu usankcjonowaniu status quo.
Realną rzeczywistość kamufluje obowiązujący leksykon obecnej nowomowy, którego słownictwo obficie stosuje transpozycję znaczeń: inwestorami nazywa spekulantów, rynkami – obszary działalności określonych osób i instytucji, zyskami – rentę otrzymywaną z tytułu zdobytej własności, indywidualnością – konsumenckie i pracownicze zglajszachtowanie, świętością – historycznie zmienne prawo posiadania itd.
Dopiero zdjęcie maskujących siatek pozwala zbliżyć się do prawdziwego świata i uznać, że „uległo zmianie zbyt wiele mechanizmów strukturalnych, abyśmy mogli nazywać nadal tę nową rzeczywistość kapitalizmem. (…) Podstawa technologiczna, formy zawłaszczania nadwyżek, wymiar kontroli politycznej, stosunki pracy, narracje i formy manipulacji ludźmi, zasięg terytorialny globalnych platform – wszystko to stanowi nowy, spójny system lub przynajmniej system, który się tworzy”. Można go zdekonstruować i inaczej powiązać jego składniki, część wyeliminować, powołać nowe i ożywić teraz marginalizowane. Celem takich pożądanych transformacji lub rewolucji jest zawsze, przypomnijmy, interes społeczny, czyli dobro powszechne, a nie ugruntowywanie pozycji finansowych elit. Chodzi o zmianę dużą, nieograniczającą się do cząstkowych usprawnień. Na przykład będącą reakcją na jedno z opracowań ONZ (z 2023 roku), w którym stwierdzono: „obecne skrajne nierówności, zniszczenie środowiska i podatność na kryzysy nie są wadą systemu, ale jego cechą charakterystyczną”. O ich narastaniu od dawna wiadomo, nie spadają teraz niespodziewanie niczym grom z jasnego nieba.
Dowbor do określenia pożądanego systemu używa nazwy „społeczeństwo wiedzy” lub „społeczeństwo cyfrowe” – pierwszy termin wskazuje na meritum, drugi odnosi się przede wszystkim do technologicznej formy. Wyodrębnieniu takiego typu społeczeństwa towarzyszą cztery fundamentalne ustalenia. Po pierwsze, ośrodkiem napędzającym dzisiejszy świat jest teraz wiedza, której kondensację i zarazem aparat wytwórczy tworzy nauka. Autor, jak klasyczny, wywodzący się z oświecenia progresista, wierzy zarazem (choć nie wyraża tego explicite), że to właśnie nauka jest głównym remedium mogącym przeciwdziałać katastrofie klimatycznej. Jakby człowiek i ludzkość byli organizmami kierującymi się wyłącznie, a w każdym razie głównie racjonalnością.
Po drugie, „wiedza mnoży się lepiej dzięki procesom współpracy”. Co jest tym bardziej godne uwagi, że w naszych współczesnych, formowanych przez neoliberalizm zbiorowościach zachwiana została równowaga między tym, co wspólne, a tym co prywatne, między zrzeszaniem się i współdziałaniem a rywalizowaniem i egoizmem. Rosnący zasięg wojen handlowych stanowi tego jeden z wyrazów – przegrywają w nich wszyscy uczestnicy, choć co prawda nie w tym samym stopniu.
Po trzecie, rozpowszechnianie wiedzy nie wymaga dodatkowych kosztów. Zwrócił na to uwagę jakiś czas temu Jeremy Rifkin i w tym właśnie lokował swój optymizm i nadzieje dotyczące najbliższej przyszłości. Na razie jednak dochody czerpane z kolportowania wiedzy ograniczają jej zasięg i siłę oddziaływania.
Po czwarte, wiedza ma korzenie w zasobach publicznych. Prywatyzacja wiedzy jest jedną z form zawłaszczania – zniekształca i znacznie zmniejsza jej dobroczynne skutki, a charakterystyczny dla kapitalizmu „zysk z produkcji przekształcił się w rentę z pośrednictwa”. Tym większy, im bardziej zasięg wiedzy podlega limitowaniu, a ona sama staje się dobrem reglamentowanym i deficytowym. Rzadkim, pożądanym i drogim. Internet powinien być, zgodnie z pierwotnymi oczekiwaniami, otwartym i powszechnie dostępnym dobrem publicznym, patenty obowiązywać znacznie krócej niż dzisiejsza norma dwudziestu lat, a copyrights nie mieć mocy trwającej przez siedemdziesiąt lub jeszcze więcej lat.
Postulowane i potencjalne, przynajmniej jak dotychczas, społeczeństwo wiedzy tkwi w gnieździe świata cyfrowego i nowych technologii. Cyfrowa komunikacja i Internet zostały jednak poszatkowane wewnętrznymi murami i mają specjalnie strzeżone wejścia. W ten sposób niektórzy zbierają myta za korzystanie z dróg, których nie wybudowali. Miały być dla wszystkich, niczym krajobrazy, morza, jeziora, miasta i biblioteki. Zamiast tworzyć otwartą i pożyteczną bazę witalnego społeczeństwa zbudowały „kapitalizm poboru opłat”. Wywołały także „nowy ruch grodzeniowy”, który w przeciwieństwie do starego, historycznego nie prowadzi do kapitalizmu, ale formuje z niego wyjście. Stymuluje ewakuację z produktywności i etosu pracy na rzecz rentierstwa i etosu spekulacji często nazywanego samozaradnością lub inwestowaniem. Wielkie potencje zawarte w wiedzy są marnotrawione i nie rozbudowują pożytecznych więzi, lecz dodatkowo wzmacniają krytyczne napięcia dzielące ludzkość. „Kolejne przemiany technologiczne radykalnie zwiększyły nasze możliwości zapewnienia wszystkim dobrobytu w sposób zrównoważony dla środowiska, ale my podążamy w przeciwnym kierunku, pogłębiając katastrofy społeczne i środowiskowe”.
Dzieje się tak za sprawą niedopasowania struktury instytucjonalnej do realnej gospodarki i rzeczywistego życia społecznego. Dzisiaj państwa są co najmniej równie niezbędne jak kiedyś, ale ich moc regulatorska, dystrybucyjna, chroniąca słabnie. Autor w związku z tym wprowadza ostry trafny termin: „bezsilność instytucjonalna”, którego zakres obejmuje zarówno poszczególne państwa, jak i wchodzące w jego skład organizacje wraz z mającymi je łączyć międzynarodowymi związkami. Bezsilność ta może oznaczać, wbrew zamiarom, niemożność działania lub funkcjonalny, wbudowany w system imposybilizm, który swoją pozorną i nieskuteczną aktywnością celowo zostawia przestrzeń dla ekspansji partykularnych gospodarczych ośrodków władzy. Będących w istocie korporacjami, które zajmują się finansami, surowcami, komunikacją, zdrowiem itp., dbającymi przede wszystkim o zyski swoich akcjonariuszy. Instytucje publiczne powstałe lub odrodzone po II wojnie światowej od końca XX wieku schną niczym dzisiejsze europejskie rzeki. Świat się chwieje, „obecna nierównowaga jest wynikiem dysfunkcji odziedziczonych po poprzednich epokach”. A przecież infrastruktura instytucjonalna pełni nie mniej istotną rolę niż komunikacyjna czy energetyczna. Instytucjonaliści twierdzą, że pierwszorzędną.
Potrzebna jest naprawa, tym bardziej że zmiany, które następują w ostatnim półwieczu, prowadzą w inną stronę niż chcieli członkowie elit przywódczych z bliskiego Dowborowi kręgu ideowego. Postęp technologiczny istnieje, ale wszystko co nie ma bezpośredniego z nim związku ma charakter regresywny. Niewykorzystane możliwości są coraz większe.
Autor wskazuje drogi prowadzące do progresywnych przekształceń. Wśród nich szczególnie ważna jest decentralizacja i rozluźnienie układu organizacyjnego krępującego społeczeństwa, „przywrócenie inicjatyw na poziomie, na którym mieszkają ludzie i gdzie przejawiają się ich potrzeby”. Należy ich traktować w sposób podmiotowy, a nie jako „zasób ludzki” będący przedmiotem zarządzania. Tą myślą wpisuje się w polskie tużpowojenne (wcześniej były mniej intensywne) kontrowersje skupione wokół pytania o ośrodek życia społecznego. Socjaliści uważali, że powinien to być terytorium zamieszkania, a bliżsi PPR wskazywali miejsce pracy. Powstałe zaraz po wojnie (i przed jej wybuchem) wspólnotowo-spółdzielcze osiedla WSM na Żoliborzu i na Rakowcu są przykładem pierwszego stanowiska, a przestrzeń wokół niegdysiejszej Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu drugiego. Dodajmy, że w XXI wieku, w neoliberalnej rzeczywistości, zwycięża napędzany pieniędzmi chaos, w którym znajduje się rzeczywisty Mordor wypełniony urzędnikami, kierowanymi przez procedury oraz zbiorowiska dużych bloków zamieszkałe przez ludzi zniewolonych wieloletnimi kredytami. Autor w „prywatnych ojczyznach” (jak nazywał je Stanisław Ossowski, socjolog ideowo i życiowo związany z żoliborskim WSMem) widzi szansę odrodzenia.
Ladislau Dowbor włącza się nie tylko w nurt diagnozujący współczesność, ale również w intelektualny dialog prowadzony przez wiele pokoleń. Krytycyzm jest w nim związany z programem pozytywnych działań.
*Ladislau Dowbor, Rewolucja cyfrowa. Społeczeństwo na krawędzi przełomów. Instytut Wydawniczy Książka i Prasa. Warszawa 2025.
Esej, opublikowany w numerze 1/2026 „Res Humana” (styczeń-luty 2026 r.), jest przedrukiem z numeru 4/2025 kwartalnika „Zdanie”.
Ta chwila musiała nadejść. Alinka (wnuczka) śpiewała (śpiewa dobrze) dziecięcą piosenkę i coś w tej piosence trąciło siarką. Po krótkiej wymianie zdań pyta: jak to nie ma boga? Jej wyraz twarzy uświadamiał dobitnie, że wpadłem, że jest kłopot. Potem rozmowa z synem. W jego dwóch domach, w tym który stworzył i tym, z którego wyszedł, kwestię religii traktowano „pragmatycznie”: ani z nią, ani o nią nikt nie walczył. Syn wyjaśnia, że Alinka przechodzi fazę pytania o śmierć i jakoś trzeba jej pomóc. Pomaga więc proboszcz, a mnie przychodzi na myśl ten, który namawiał swojego kandydata, żeby wobec mojego kandydata użył bokserskiej kompetencji. Ja wiem, on żartował. Ale po żartach ich poznacie, a najzdolniejszy pośród nich żartuje ze swojego kantoru w Toruniu. Jednak oni mają dla Alinki odpowiedź, a ja – nie. „Res Humana”! Mam problem.
Ich odpowiedź brzmi – NIEBO. Ja czerpię mądrość z dzieł George’a Friedricha Hegla, a ten jasno mówi, że lęk przed śmiercią jest niegodny człowieka rozumnego. Panie Jerzy, niech pan to powie Alince. Pocieszenie małej to imperatyw nakazujący kompromis ze światopoglądem, ale brak mi konceptu. NIEBO to w sumie dobra odpowiedź, tyle że Alinka zaraz o to niebo zapyta: jak tam jest, co tam jest, tymczasem jedno co o NIEBIE wiem na pewno to to, że tam się ciągle śpiewa. Skąd wiem? To wiedza powszechna i ta powszechna wiedza budziła też zdziwienie Marka Twaina, którego literacki porte parole – Szatan– tak rzecz relacjonował w jednym z listów z ziemi: „W niebie stworzonym przez człowieka wszyscy śpiewają! Człowiek, który nie śpiewał na ziemi, tam śpiewa (…) Te powszechne śpiewy nie są dorywcze ani przypadkowe, ani nie przerywają ich chwile ciszy; ciągną się przez cały dzień, każdego dnia (…) Śpiewa się tylko hymny. Ba, śpiewa się tylko jeden hymn. Słowa są zawsze te same, jest ich około tuzina, nie ma w tym rytmu, nie ma poezji: «Hosanna, hosanna, hosanna…» (…) Równocześnie wszyscy grają na harfach – te miliony ludzi!”. I co ważne, „w ludzkim niebie nie ma żadnych praktyk umysłowych” (s. 25, 28).
Listy z Ziemi pisze Szatan do swoich kolegów świętego Michała i świętego Gabriela. Znalazł się tu wygnany przez Stwórcę na „jeden dzień niebiański” w karze za notoryczne krytykowanie dzieła stworzenia, o czym „jacyś zwyczajni aniołowie donieśli do Kwatery Głównej”. Początek korespondencji oddaje ducha wszystkich 11 listów: „To jest dziwne, niezwykłe i interesujące miejsce. Nic tutaj nie przypomina tego, co jest u nas. Wszyscy ludzie są obłąkani, inne zwierzęta też są obłąkane, ziemia jest obłąkana, sama natura jest obłąkana. Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czymś w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi, w swoich najgorszych upadkach – czymś niewyrażalnym i niewyobrażalnym. A przecież otwarcie i zupełnie szczerze nazywa siebie najszlachetniejszym dziełem boga. Naprawdę. (…) Wierzy w to i w całym jego rodzie nie znalazł się nikt, kto by się z tego wyśmiał” (s.22). Szatan z niemałą satysfakcją opisuje schrzaniony projekt Stwórcy, schrzaniony do tego stopnia, że konieczny był reset, w związku z czym Noe otrzymał polecenie zbudowania statku, co zresztą uczynił niechlujnie.
Pierwsza refleksja z lektury skłania mnie do spojrzenia na problem z pewnego dystansu. Wojna wypowiedziana Religii przez Rozum zepchnęła religię do defensywy. Ale początkowy optymizm co do szybkiego i całkowitego triumfu Rozumu zniuansował się. Swoje pełne szyderstwa i irytacji antyreligijne teksty Twain pisał jednak do szuflady, a i spadkobiercy mieli wątpliwości, czy je publikować. Opublikowane zostały ponad 50 lat po jego śmierci (1962). Tak było w Stanach Zjednoczonych, gdzie religia nie była zinstytucjonalizowana w jednolitej strukturze, ale pętała jednostkę powszechnym przekonaniem, że jedynym źródłem moralności jest religia, a sąsiedzkie oko strzegło moralności (w numerze 4/2024 „Res Humana” omawiam książkę[1], której autorka opowiada, jak powoli i od niedawna rozluźnia się w Stanach ten gorset środowiskowej presji uczestnictwa w Kościele).
U nas sprawa wydaje się prostsza. Kościół Katolicki niemal otwarcie utrudnia racjonalizację życia społecznego poprzez niechęć do demokracji wyrażającą się poparciem dla ruchów populistycznych, niechęcią do Unii Europejskiej, cenzurowaniem edukacji… To czyni w Polsce konflikt między Rozumem i Religią czytelnym. Jednak i w Polsce mamy do czynienia z głębszym planem, podobnym do tego amerykańskiego. Przytoczę dwa epizody tłumaczące o co chodzi.
W 2012 roku sąd ukarał grzywną 5000 zł panią Dorotę Rabczewską za obrazę uczuć religijnych, jakiej dopuściła się, mówiąc: „ciężko wierzyć w coś, co spisał ktoś napruty winem i palący jakieś zioła”, a mówiła o Biblii. Sąd drugiej instancji utrzymał decyzję w mocy. Decyzję sądów wsparł w 2015 roku Trybunał Konstytucyjny, który uznał, że artykuł 196 Kodeksu karnego („obraza uczuć religijnych”) nie ogranicza wolności słowa i odrzucił tym samym skargę pozwanej. Pani Rabczewska wniosła o rozstrzygnięcie sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w 2022 roku orzekł, że Polska naruszyła Jej prawo do wolności wypowiedzi i przyznał zadośćuczynienie w wysokości 10 000 €.
Oto, co o Biblii przeczytamy w Listach z Ziemi: „Jest to księga bardzo interesująca. Zawiera wiele szlachetnej poezji, trochę pomysłowych baśni, trochę ociekających krwią historii, trochę pożytecznych morałów, mnóstwo nieprzyzwoitości i ponad tysiąc kłamstw” (s.28). Ten sam Rycerz, który pozwał panią Rabczewską (a przecież wiadomo kto to), powinien pozwać Wydawcę Listów z Ziemi. Gdzieś ty?! Dorota Rabczewska została skazana wyrokiem nie Kościoła Katolickiego w Polsce, ale wyrokiem polskich świeckich sądów włącznie z tym najważniejszym. Na tym właśnie polega głęboka penetracja życia społecznego przez religię, nawet gdy ta nie występuje na pierwszym planie.
Drugi epizod jest bardziej drastyczny. Doktor Gizela Jagielska przeprowadziła w szpitalu w Oleśnicy zabieg aborcji ratujący pacjentce życie zagrożone decyzjami lekarzy innej placówki, sparaliżowanych czy też przekonanych przez „obrońców życia”. Tym razem nie wymiar sprawiedliwości, ale „koledzy” wydali wyrok: straciła stanowisko i pracę. To wydaje się bardziej bolesne niż fizyczna agresja, jakiej dopuścił się wobec doktor Jagielskiej europoseł Braun.
Te poruszające przypadki religijnej aberracji wzięte z „teraz” mówią coś ważnego, coś co pozostaje w polemice z Listami z Ziemi. Dziś inaczej rozłożone są akcenty polemiki Rozumu z Religią (to przecież założycielski problem „Res Humana”). Wiemy, że poza polem oczywistej niezgodności między Rozumem a Religią, na którym stawką sporu jest uwolnienie życia społecznego od szantażu religijnych absurdów, rozciąga się psychologiczna przestrzeń metafizycznej potrzeby. Twierdzenie, że matką religijności jest ignorancja, jest dzisiaj zbyt proste.
Redaktor polskiego wydania Listów z Ziemi i tłumacz części zawartych w tomie tekstów, Robert Kurpios, we wstępie do książki zacytował wartą zapamiętania myśl Twaina: „Wiara to wierzenie w to, o czym wiesz, że nie istnieje”. Moja druga refleksja z lektury krąży wokół tego zdania, ale nie mam pewności, czy Mark Twain podpisałby się pod nią, sądzę, że raczej nie. „Potrzeba sensu” to potrzeba gatunkowa, ale tworzy pustą przestrzeń, co pozwala wypełniać ją dowolną treścią. Ta przestrzeń jest konsekwencją rozumności, tyle że „rozum praktyczny” dający nam siłę w zmaganiu z naturą, przestrzeni sensu nie może wypełnić, więc znalazł tu pole „rozum niepraktyczny” i snuł swoje opowieści, tworząc fikcje spojone swobodną logiką, bo nie tą matematyczną, choć mogą gościć w niej i matematycy. To przestrzeń adowodoliwa i adialogiczna. Im bardziej poszerza się ludzki horyzont wiedzy, tym trudniej o „sens”: tu bije źródło paniki przed Rozumem i w tym kontekście ta panika jest uzasadniona, tyle że przerażają jej koryfeusze. Pokonanie religii nie unieważnia „pytania o sens”. Stawia je na nowo i może budzić gniew z lęku, bo nie stawia drogowskazów. Być może dlatego, choć w Listach… drwi bezlitośnie ze swoich protestanckich pobratymców wierzących w biblijny obraz świata i człowieka, Twain tekstu nie publikuje. Może bał się losu, jaki spotkał Thomasa Paina, autora wydanej w styczniu 1776 roku (w nakładzie 100 000 dla dwuipółmilionowej populacji) broszury Common Sense, iskry, która w lipcu zdetonowała amerykańską rewolucję republikańską. Ten bohater rewolucji kilka lat później (1807) opublikował dzieło w duchu Oświecenia pod tytułem Wiek Rozumu, pochwałę rozumu skierowaną przeciwko religii objawionej i Biblii. Uznano go za bluźniercę, który uderzył w religijne uczucia narodu. Jego pogrzeb w 1809 roku zgromadził ledwie kilka osób.
Może więc z uczuciami narodu trzeba jak z uczuciami Alinki? Panie Marku, przecież Pan umie rozmawiać z dziećmi, pisał pan dla nich i one to chłonęły. Co Pan powiedziałby Alince?
PS. Ukazanie się Listów z Ziemi jest ważnym wydarzeniem literackim ze względu na recepcję twórczości Marka Twaina w Polsce, pozwalającym ujrzeć Go w innym świetle, niż dotychczas miało to miejsce. Na fakt ograniczonej znajomości u nas dzieła tego pisarza zwracał już uwagę Juliusz Kydryński, tłumacz Listów…, w przedmowie do ich wydania z 1966 roku. Obecny zbiór obejmuje również teksty dotąd nieobecne w tłumaczeniach. Ten mniej znany Mark Twain to głęboki sceptyk patrzący na człowieka z niewiarą, raczej sarkastycznie niż z humorem: człowiek to istota z istoty ułomna. Jego krytyka religii to bardziej krytyka człowieka jako takiego, aniżeli samej religii. Blisko mu do Schopenhauera. Ale to już temat bardziej na seminarium niż na esej.
[1] Piotr Stefaniuk, Wierzący i niewierzący. Dialog i tożsamość. Nie u nas – w Ameryce. Wspomniana książka to: Katherine Ozment, Dusza bez Boga. W poszukiwaniu sensu, celu i wspólnoty w świeckim życiu (tłum. Piotr W. Cholewa). Wydawnictwo Stapis, Katowice 2021.
Esej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
No i proszę, mimo krakania i obstawiania kolejnego kolapsu z technologią, mamy nareszcie nową przewodniczącą Polski 2050. Materia techniczna nieszczęsnego głosowania została ogarnięta i wyłoniono p. Pełczyńską- Nałęcz, która właśnie teraz obejmuje władzę, a koalicja może chwilowo odetchnąć z ulgą. Zawsze jest tak, że nowe rządy w partiach politycznych stoją przed dylematem, co zrobić z oponentami, którzy się uprzednio ujawnili. Rutynowo mówi się nawet w takich sytuacjach o zasypywaniu podziałów, o wspólnej pracy dla dobra Polski, o pójściu dalej, ale praktyka niestety jest bardziej paskudna niż deklaracje. A szczególnie w takiej masie spadkowej, jaką na własne życzenie stała się Polska 2050. Bo gdyby przewrócić wstecz tylko jedną kartę tej (definitywnie zakończonej?..) telenoweli, ukazałoby się nam prawdziwe kłębowisko żmij i węży, zajadle przy tym się kąsających i podgryzających. Nie tłumaczy tego bynajmniej wyborcze wzmożenie.
Czy można z tego poskładać cokolwiek, co miałoby szanse na wyjście z kryzysu? I czy nowa przewodnicząca będzie do tego skłonna, skoro podobnie jak wszyscy dopuszczała się wyżej opisanych metod – a przynajmniej była o to posądzana? Cóż, jedynym sensownym wyjściem byłoby zabranie się do pracy, Sejm aż huczy od okazji do wykazania się, ale kto by tam teraz w Polsce 2050 o tym myślał. Od weekendu w Polsce 2050 liczy się za to szable, czyli polska klęska pod Cecorą jako analogia historyczna ma tu niestety swoje współczesne zastosowanie, kiedy obóz naszych wojsk został jako tako obroniony, a klęska nadeszła podczas chaotycznego odwrotu. Wiemy już, kto objął dowodzenie, tylko jak z tej opresji złych emocji i wzajemnych oskarżeń się wykaraskać? Przecież jeszcze niedawno mówiło się o wymarszu z Polski 2050 aż 15 posłów- czy ta groźba została definitywnie zażegnana? A może teraz dla odmiany mowa będzie o innej piętnastce, niezadowolonej z obrotu rzeczy z p. Pełczyńską-Nałęcz na czele?
Niestety, na pokerowym stoliku naszej wewnętrznej polityki Polska 2050 to nadal karta bita, chyba że premier przełknie jakoś tę zmianę i uczyni z przewodniczącej i minister zarazem kogoś znacznie wyższego. Wicepremier dla Polski 2050 to byłby gest, który być może powstrzymałby poczucie klęski i zdołowania, jakie w tym ugrupowaniu panuje. A Pełczyńskiej-Nałęcz dałby narzędzie do puszczenia w niepamięć przykrych słów, jakimi opluwali się do niedawna ludzie zasiadający bądź co bądź w tym samym ugrupowaniu. To by mogło się nawet powieść, gdyby premier był przekonany o tym, że z nadejściem nowej przewodniczącej rozpadu nie będzie, a koalicja przetrwa. Ale czy jest? Nic na to nie wskazuje, a jaka była ochota premiera do przyznania Polsce 2050 fotelu wicepremiera (gdy można było jeszcze temu wszystkiemu zapobiec), każdy widział… No i p. Pełczyńska-Nałęcz może to potraktować jako rewanż, co jak mówią posłowie z tego ugrupowania, jest całkiem możliwe. A premier Tusk nie lubi takich sytuacji, woli przeczekać, aniżeli sypać gratyfikacjami na lewo i prawo czy być obiektem rewanżu, a może nawet szantażu? Zawsze przecież może za 4 tygodnie zauważyć, że waga spraw, za które odpowiada w rządzie minister Pełczyńska-Nałęcz jest tego typu, iż musi być kolejny wicepremier i pakiet odpowiedzialności. Innymi słowy, wyznaczyć nowe tory i zadania, ubrać to w pragmatykę rządzenia. Ale nic na siłę i w nagrodę. Z drugiej strony coś jednak trzeba zrobić także w Radzie Ministrów, aby koalicję dowieść do wyborów i zapewnić sobie bieżącą większość. Bo równie dobrze można wyobrazić sobie scenariusz dalszego rozpadu, który był całkiem realny jeszcze dwa tygodnie temu. Teraz zaś tę sytuację mamy zamrożoną jak widok z okna, a na odwilż trzeba będzie cierpliwie poczekać.
Co ciekawe, p. Pełczyńskiej-Nałęcz przyświecała do niedawna wizja jakiej takiej samodzielności upadłego na razie ugrupowania, które ma 1,3 proc. poparcia w elektoracie. To na dzisiaj byłoby oczywiście tylko takie prężenie cherlawego w sytuacji ewidentnej zapaści, ale kto wie, czy po zapowiadanej odbudowie ugrupowania nie byłoby nowym kierunkiem? Tym bardziej, że z odbytych rozmów u prezydenta Nawrockiego wyłania się mgliście coś nowego, choć jeszcze nie wiadomo co. Bo gdyby spojrzeć na to, kto poszedł do prezydenta na Krakowskie Przedmieście, a kto nie, to pewność mamy tylko co do jednego- zarówno marszałek Czarzasty, jak i premier Tusk stoją twardo na koalicyjnym gruncie, podczas gdy Władysław Kosiniak-Kamysz chciał zmiękczyć prezydenta w sprawie spodziewanych wet do niektórych projektów ustaw. A reszta – mowa tu o obu Konfederacjach i Polsce 2050 – o PiS nie wspominając? Chciałoby się i tu mieć jedność z Polską 2050, ale to jak widać marzenie ściętej głowy. Czy premier o to nie zapyta nowej przewodniczącej?
No i wreszcie trzeba jakoś puścić w niepamięć to, co ludzie Polski 2050 sobie wzajemnie mówili i wyrzucali, a tu nawet Jezus Chrystus byłby zapewne bezradny. Nie wchodząc zaraz na aż tak wysoki, bo boski diapazon, wystarczyłoby po prostu powiedzieć sobie „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Na to się na razie w poselskich dołach nie zanosi, choć mamy do czynienia z całkiem pojednawczymi gestami przegranej. Nie ma tu zresztą żadnych wzorców. Pewną podpowiedzią byłoby przyznanie się do niepotrzebnych emocji, przeproszenie za nie – dla jednych wystarczające, dla innych zupełnie nie… Być może wszystko to trzeba wewnętrznie tak w Polsce 2050 przepracować, aby na zawsze uodpornić się na kryzysy i na dobre wyjść ze strefy spadkowej tej naszej pokerowej ligi politycznej. Ale na pewno karty w Polsce 2050 rozdaje Pełczyńska-Nałęcz.
***
czy wpuściłbyś pod swój dach
uchodźcę z Ukrainy? –
pyta internetowy portal
Andrija Bondara i Sofijkę
nawet z dzieckiem
i z teściami
tak
ale czy także
z dwoma psami
tego nie wiem
Bojczenków
całą trójkę
Hałynę Kruk
nawet z nowym facetem
Katię Babkinę
nawet starszą o dwadzieścia lat
Dmytra Pawłyczkę
nawet osiemdziesięciopięcioletniego
Lubow Jakymczuk
nawet w ciąży
Dzwinkę Matijasz nawet z siostrą Bohdaną
i Bohdanę Matijasz nawet z siostrą Dzwinką
Saszkę Irwancia z Oksaną
Natałkę Biłocerkiweć z Mykołą
Mykołę Riabczuka z Natałką
Pawła Szczyrycię nawet z wrzodami
na żołądku
Wierę Meniok i małą Wierkę
z Drohobycza
i Lonię Goldberga również stamtąd
choć niech nie liczy że mu potwierdzę
na Linkedinie że jestem
jego znajomym
Serhija Żadana
choć jest z Charkowa
Saszkę Kabanowa
choć pisze rymowane wiersze
i robi to po rosyjsku
Andrija Lubkę
bez zastanowienia
i Neboraka Kijanowską Beleja
Strongowskiego i Sływynskiego
Semenczuka i Wynnyczuka
Łyszehę i Danę Pinczewską
i kobietę która się ukrywa pod
nickiem verandabalkonova
i w księgarni E
w 2010 dostałem od niej
liścik
Maryjkę Martysiewicz Igora Biełowa Wasyla Machnę
no nie Maryjka to Białorusinka Igor to Rosjanin
a Machno od czternastu lat
mieszka nie w Tarnopolu a w Nowym Jorku
więc najpierw niech Amerykanie
zniosą dla Polaków wizy
***
z lewej strony ekranu napis:
na żywo: krwawe starcia w Kijowie
wchodzę na espreso.tv
a właściwie jego retransmisję
strzały
barykady
płonące opony
morze głów
z hotelem Ukraina w tle
przemówienia
od czasu do czasu
zagłuszane
przez reklamy pasty do zębów
w hotelu Ukraina
późną ciepłą jesienią
2012 przez dwa dni
mieszkałem na piątym piętrze
z widokiem na Majdan
późnym wieczorem
wracałem z Arsenału
ulicą Instytucką
w barku przy recepcji
piłem z kimś koniak zakarpacki
kto to był może Leś Belej
nie pamiętam
ale z lotniska odbierała mnie
i odwoziła do Boryspola
Ola Bratczuk
i ją też bym wpuścił
pod swój dach
oglądam zdjęcia w internecie
ten hol na dole
gdzie wtedy prócz recepcjonistki
nas dwóch i jakiejś kobiety
gotowej zająć się
czyjąś samotnością
nie było nikogo
zamieniony
na polowy szpital
i kostnicę
***
w puławskim mieszkaniu
dobiegają mnie głosy z podwórka
harmider krzyki jakieś śpiewy trzaski
podchodzę do okna
wychodzę na balkon
na trawniku pod oknami dwóch
sąsiednich klatek
schodowych
tłum
kilkadziesiąt osób
to uchodźcy z Ukrainy
domagają się by ich wpuszczono
do mieszkań
są agresywni
krzyczą
sława Ukraini herojam sława
nikt do nich nie wychodzi
nikt im nie otwiera
dziwi mnie
że wybrali tylko
dwie pierwsze klatki
zupełnie nie zainteresowani
tą w której mieszkam
budzę się w warszawskim mieszkaniu
słyszę te same głosy co we śnie
na ekranie telewizora
prjama translacja z Majdanu
***
wstyd mi kochani
że tym bardziej
jestem z wami
im bardziej nie słyszę
waszych przywódców
i wszystkich
którzy mówią
do was ze sceny
również po polsku
Jesteśmy w Polsce w sytuacji analogicznej do całej Europy. Szarpanina, rozbieżność interesów, krótkowzroczność elit partyjnych zagrażają bezpieczeństwu regionalnemu i krajowemu w kontekście pełnoskalowej wojny na terenie Ukrainy, która może się rozlać na cały region.
Na szczęście co bardziej przytomni i aspiracyjni politycy – jak Macron, Tusk, Merz, von der Leyen – podejmują działania scalające Unię wokół idei pomocy i wsparcia Ukrainy, rozumiejąc konieczność przeciwstawienia się Putinowi. Ten proces niejako w naturalny sposób przechodzić musi w jednoczenie Unii, jako takiej.
Znaleźliśmy się w klasycznym pacie politycznym. Warto tu przypomnieć, co odróżnia efekt Hamiltona[1] od dialektyki Hegla. Filozofia Hegla opisuje proces, w którym konflikt między tezą a antytezą nie zostaje rozstrzygnięty siłą, lecz przekształca się w syntetycznie w nową jakość, która zachowuje istotne elementy stron, ale eliminuje ich sprzeczności. Taki proces nie jest chwilowym kompromisem, lecz prawdziwą transformacją strukturalną.
W polityce często jednak obserwujemy nie rozwiązywanie tylko zamrażanie sprzeczności, kreujące tymczasowe chwiejne koalicje funkcjonalne. To właśnie nazwałbym umownie efektem Hamiltona – zgodą wynikającą nie ze wspólnej wizji, lecz z istnienia wspólnego zagrożenia.
Karol Nawrocki, wspierany ciągle jeszcze przez Prawo i Sprawiedliwość, reprezentuje stanowisko nacjonalistyczne, sceptyczne wobec integracji UE i czasami ambiwalentne wobec polityki wojennej wobec Rosji. Jest to swoistym curiosum, jeśli weźmie się pod uwagę fotel, który zajmuje. Formalnie podtrzymuje wsparcie dla Ukrainy, ale jego retoryka często koncentruje się na obawach społecznych związanych z uchodźcami. To z kolei osłabia jednoznacznie proukraińską narrację, którą Polska prowadziła wcześniej, także za rządów jego akolitów.
Rząd Donalda Tuska jest w większości centrowy i proeuropejski, opowiadając się za silną rolą UE i NATO w obronie Ukrainy oraz za liberalnym porządkiem prawa. To stanowisko jednak napotyka w kraju rosnące zmęczenie społeczeństwa kosztami wojny i wewnętrznymi napięciami, co ogranicza zdolność do jednoznacznej mobilizacji na rzecz Ukrainy.
Konfederacja, jako ruch skrajnie prawicowy i wolnorynkowy, jest znana z krytyki UE i z silnych akcentów na suwerenność. Część jej postulatów może być postrzegana jako prorosyjskie; jest ona albo sceptyczna, albo otwarcie sprzeciwia się polityce wspierania Ukrainy na zasadach kształtowanych przez Zachód. Meandrowanie Mentzena w trzech kierunkach swobody faktograficznej, emocjonalnej i narracyjnej świadomie zamazuje obraz, tworząc przestrzeń dla kreatywnych sojuszników z obrzeży tez i dowodów.
Czy zatem w tej sytuacji porozumienie i odrzucenie sprzeczności są do osiągnięcia?
Wydaje się, że aktualnie łatwiejsze będzie zamrożenie sprzeczności niż ich duchowe przezwyciężenie. Do tego ostatnio coraz głośniej nawołuje premier Tusk, ale i nowy marszałek Włodzimierz Czarzasty:
To zdecydowanie nie jest proces heglowski – tutaj strony nie znajdują wspólnej jakości, lecz trzeba by je zachęcić do odłożenia rozwiązania konfliktów na później, właśnie w oparciu o uzgodnienie wspólnego wroga, może nawet na razie bez trwałego projektu politycznego, który miałby to połączyć.
Europa i Polska, jak wspomniałem, stoją w obliczu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Konflikt, który skupia uwagę całego świata, wymaga strategicznej współpracy instytucji i państw. Unia uzgodniła właśnie znaczące wsparcie finansowe dla Ukrainy (90 mld euro), co pokazuje, że solidarność europejska na szczęście wciąż działa, pomimo napięć wewnętrznych.
Trzeba też zauważyć, że działania ważnego, choć oddalonego w każdym wymiarze Donalda Trumpa wprowadzają nieprzewidywalność w polityce USA wobec Europy i Ukrainy. Trump sygnalizował chęć zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i krytykę dotychczasowej strategii wobec rosyjskiej agresji, co może podważać transatlantycki konsens, jeśli nie zostanie zaadresowane politycznie. Trump chce szybko zakończyć wojnę (pod sprytnym humanitarnym hasłem: „skończmy z tym zabijaniem”), bo chce przywrócić współpracę handlową z Rosją. Na horyzoncie są wielkie pieniądze, a w ich obliczu rośnie uległość prezydenta USA wobec Rosji. Staje się on skłonny oddawać, co się da; zwłaszcza, że to wszak nie swoje by oddawał… Ciągle nie udaje mu się osiągnąć taniego dolara mimo szalonych z pozoru ruchów, więc szuka sposobu, aby swój sklep jakoś zatowarować po konkurencyjnych cenach. Ten schemat myślenia jest mu akurat bliski, bo zna się na handlowaniu…
Aby Polska i Europa mogły skutecznie stawić czoła nie tylko Rosji, ale i presji geopolitycznej USA Trumpa, konieczna jest nowa jakość polityki narodowej i europejskiej, która łączy różne wrażliwości w realny projekt bezpieczeństwa, integracji i stabilności.
Skoro sprzeczności nie są przezwyciężane automatycznie, potrzebna jest polityczna i społeczna praca nad wspólną narracją bezpieczeństwa. Zamiast sporu o UE czy imigrantów, należałoby skoncentrować debatę na tym, co realnie może łączyć:
Takie przesunięcie tematyki zmniejszałoby napięcia i nawigowało główny konflikt ku uświadamianiu zagrożenia zewnętrznego. Wydaje się, że konieczne są instytucjonalne mechanizmy:
To nawiązuje do przywoływanej tu heglowskiej syntezy – nie likwiduje różnic, ale tworzy nową wspólną przestrzeń działania. Aby ruszyć z miejsca, potrzebna jest mobilizacja społeczna. Dzisiejsze podziały w Polsce odzwierciedlają różnorakie lęki społeczne: ekonomiczne, kulturowe, bezpieczeństwa. Społeczeństwo jest znudzone brakiem efektów w realizacji obietnic wyborczych, pomimo iż ostatnio bardzo się ten proces rozkręca. Budowanie poczucia wspólnoty poprzez politykę społeczną, zdrowotną i edukacyjną może zmniejszyć skrajne sprzeczności i sprawić, że żądanie jedności nie będzie tylko elitarne.
Bardzo aktywna jest ostatnio postawa marszałka Czarzastego, który silnie zmienia wizerunek swój i Lewicy. To polityk zdroworozsądkowy, koncyliacyjny, ceniący lojalność i dane słowo, rozumiejący prostego człowieka, bez aury machiawelizmu tak mocno ostatnio manieryzującej politykę. Idzie nową drogą i buduje silną pozycję drugiej osoby w państwie, co bardzo jest oczekiwane po wprawdzie wygadanym (nawet ciętym, ale jednak zwykle pustosłowiem) poprzedniku na tej funkcji. To otrzaskany w politycznym boju wojownik, ale i doświadczony przywódca, którego stabilizująca rola w koalicji jest nie do przecenienia. Wzajemny szacunek Tusk-Czarzasty także robi swoje. Oby wrócił czas, gdy słowo było warte pieniędzy, a podpis zastępował uścisk dłoni. Znakomity ruch z nominacją Marka Siwca i Jerzego Woźniaka do Kancelarii Sejmu wzmocni skuteczność tego urzędu i drożność decyzyjną całego aparatu, co wobec rozchwianej sytuacji politycznej może się okazać jednym z kluczowych elementów usprawnienia parlamentu i wskazówką dla innych, że można.
Nadchodzi czas lewicy. Aleksander Kwaśniewski odchodząc z urzędu w 2005 roku powiedział, podsumowując ówczesną sytuację: „Lewica 25 lat nie dojdzie do władzy, ale jeśli chce wrócić, to już od dziś musi walczyć o zachowanie struktur i materii”. Właśnie proroctwo się spełnia. Dziś potrzebna jest nowa interpretacja lewicy, jej misji i definicji celów. Z zadowoleniem zauważam, że aktualni politycy lewicy trafiają do społecznego przekonania. Są rozumiani i słuchani.
W swoim czasie Czarzasty był krytykowany za autokratyzm w partii, porządkowanie priorytetów według własnych kryteriów, czasem nawet drastyczne windowanie zbyt młodych, zasysanie zewnętrznych intelektualistów czy sprawnych w osiąganiu celów lokalnych i środowiskowych liderów. Gdy spojrzymy na te wydarzenia z lotu ptaka, dostrzegamy wykonanie ogromnej pracy u Augiasza.
Znam Włodka 40 lat. Tak, byłem przy tym, jak czepiała się go bezpieka w latach 80., gdy go nakryto z tzw. bibułą – bo duchem był niepokornym. Pamiętam jego pełne emocji wystąpienia i debaty w środowisku kultury akademickiej, z teatrami, kabaretami i dysydenckimi twórcami, gdy przejmował pałeczkę w ZSP po Aleksandrze Kwaśniewskim i Marianie Redwanie. Szczerze walczył o wolność i niezależność ruchu studenckiego. Jeździł po kraju i pracował na podstawowych szczeblach. Pamiętam jego fryzurę afro i ukuty przez kolegów z Politechniki Warszawskiej przydomek „Czapieżasty” oddający także jego charakter i to, jak był postrzegany w środowisku. Był urodzonym liderem drugiego szeregu. Był tam, gdzie trzeba było pracować, rozmawiać, przekonywać, negocjować, zawierać sojusze i szukać kompromisów – nawet tam, gdzie ich nie było widać na horyzoncie. W pewnym momencie, po oczyszczeniu pola, okazało się, że sam musi sięgnąć po prymat i laur. Idę o zakład, że nie to było wtedy jego celem.
Najpierw porządkując partię wewnętrznie i skupiając zwolenników wokół głównych celów, a potem syntezując idee, instrumenty i zasoby ludzkie, zwiększył dobrostan. Podjął niepopularne decyzje, przyjmując odium krytyki. Choćby oczyszczając pole z wiszących kandelabrów z dawno wypalonymi świecami. Odeszła wówczas z władz, a nawet całkiem z partii, samodzielnie lub pod presją, spora grupa weteranów. Trudno – koszty. Pojawiają się w mediach lub na platformach społecznościowych spełniając raczej rolę wentyla lub satyryka politycznego. Inni, jak premier Cimoszewicz, profesorowie Rosati, Kołodko, usadowili się w niszy sumienia narodu i od czasu do czasu nadają ważny komunikat. Są czymś na kształt klejnotów w koronie, które stanowią o prestiżu i bogactwie intelektualnym. W tym kontekście trudno mi zrozumieć Joasię Senyszyn, której wypowiedzi (tchnące nieco zazdrością chyba), że Czarzasty nie będzie dobrym marszałkiem, wydają się trochę małostkowe. (Za korale dziękujemy!)
Dziś mamy do czynienia z odradzającym się stronnictwem politycznym, ale i ruchem społecznym. Nowa Lewica ze swymi 25 tysiącami zarejestrowanych członków to poważna gwardia.
Każda formacja wyczerpuje swój model. Na naszych oczach tak stało się z silną AWS, którą rozsadziły siły odśrodkowe, z ZSL, SD, to samo – jak dobrze wszak pamiętamy – spotkało SLD. Teraz ten proces dotyka PiS, ale i smuży się także mgielny dym po partyjnych zaułkach KO… Pęka stary ład i ludzie poszukują nowych autorytetów. Duopol kiśnie i eroduje. Nadchodzi poważne przegrupowanie polityczne. Sondaże straszą przywódców i zachęcają do zmian. Idzie nowe!
Lewico, stawaj do boju o dusze potrzebne do odbudowy silnej koalicji dla poobijanej Polski, bądź spoiwem tej tak potrzebnej syntezy mocy i dobra! Mamy siłę, zasoby i wolę.
[1] Alexander Hamilton, 1757–1804, jeden z ojców-założycieli USA.
Artykuł ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Jaka jest sytuacja w Polsce 2050 każdy widzi, już nawet zwycięstwo wicemarszałka Hołowni w swoim ugrupowaniu nie jest pewne, nie wspominając o innych kandydaturach – czających się w połowie wyborczej drogi. Każde rozstrzygniecie personalne oznacza podział i nieuchronny krach, który tli się zresztą od wielu miesięcy, co zredukuje to ugrupowanie do roli masy spadkowej. Żeby choć była możliwość zasilenia tą 31-osobową in corpore masą np. klubu PSL?
Ale na to się nie zanosi. Dziwne, ale posłowie Polski 2050 nadal mają muchy w nosie i winią za klęskę wszystkich dookoła, a proza życia brutalnie odsłoniła prawdę. Zawiodła prosta umiejętność dodawania i odejmowania liczb naturalnych i dlatego pierwotne głosowanie stało się tak pięknie widowiskową klapą, jak u Greka Zorby. No i przy okazji dowiedzieliśmy się, że niecały tysiąc osób to cała Polska 2050, a liczba 20 tys. głosujących (kto by nie chciał mieć takiej partii w Polsce!) musi aż spowodować reakcję służb, czy aby nie doszło do ataku? Warto odnotować ten paradoks, że dwudziestotysięczne poparcie wywróciło wybory, bo komuś nie chciało się odnowić prawidłowo subskrypcji.
Z przekazów nieoficjalnych zanosi się na to, że rozkurz w tym ugrupowaniu będzie straszliwy i chaotyczny. Czyli, że nie ma nawet planu na kontrolowaną upadłość, bo czymże jest decyzja wicemarszałka Hołowni o wylogowaniu się z piątkowych obrad kierowniczego gremium swojej partii, jak nie powiedzeniem „róbcie co chcecie, mam was w nosie, idę spać”. Różnie w różnych ugrupowaniach w przeszłości bywało, ale żeby po paru godzinach lider tak wymiękał? Innymi słowy mamy koalicyjny pokład, która szybko nabiera wody. Niestety, odkładanie ratunku na ostatnią chwilę nie jest dobre, bo nawet orkiestra przestała grać. To oczywiście oznacza kolosalny kłopot dla samej koalicji, w której zresztą od wielu miesięcy utrzymuje się przekonanie, że Polska 2050 jest jej trwale chorym elementem. Byłoby więc wskazane, żeby zarówno z KO, jak i PSL poszły odważniejsze zachęty do przenosin na pewniejsze pokłady, póki nie jest jeszcze za późno, bo to że PiS i Konfederacja chcą zgarnąć niektórych posłów, jest niestety równie pewne. Tych ostatnich nie winiłbym za to, że właśnie w ten sposób się ratują – instynkt nakazuje, aby poszukiwać bezpiecznej przystani, a czy jest nią nadal koalicja?
Trzeci wariant przewidywałby zrobienie czegoś pomiędzy koalicją a opozycją i wystawanie każdorazowo rachunków za poparcie, czyli siedzenie okrakiem na barykadzie. Bądź trwanie w szpagacie – bo jednak ambitne kobiety Polski 2050 także należy uwzględniać. Nie jest to, jak wiadomo, wygodna pozycja do robienia polityki, ale parę osób twierdzi, że w tej sytuacji jedyna możliwa. W takim stanie rzeczy Polska 2050 byłaby poza koalicją, ale też poza opozycją; oczywiście, o ile dałoby się utrzymać jakoś spójność tej masy spadkowej i do minimum ograniczyć ucieczki. Co ciekawe wicemarszałek Hołownia byłby dowódcą takiego chocimskiego manewru, no ale w takim razie co z ludźmi zasiadającymi zarówno w Alejach Ujazdowskich jak i poszczególnych ministerstwach? Premier by ich zatrzymał, jako gest dobrej woli, przy przyjęciu takich reguł gry? Nie wierzę, to po prostu nie może się ziścić, Donald Tusk zależny od Hołowni w każdej właściwie politycznej sprawie?
Czyli zostaje na stole wariant inkorporacyjny, co nie byłoby obarczone jakimś szczególnym wstydem i nawet mogłoby być uzasadnione tzw. losem demokracji, pytanie czy solo (pojedynczy politycy), a może grupowo – jeszcze pod flagą Polski 2050? I takie właśnie pytanie powinno paść na poniedziałkowym etapie dyskusji gremium kierowniczego Polski 2050 o godz. 18.00, bo już nie ma chyba sensu rozważanie kolejnej tury wyborów, co może przyspieszyć tylko rozpad. A bardziej zastanowienie się, co dalej i czy jest jakaś mapa drogowa, pod którą podpiszą się wszyscy, żeby sztandar wyprowadzić i rozpocząć nowe życie, na uzgodnionych warunkach.
Najdalej od tego wszystkiego znalazł się Włodzimierz Czarzasty, który realizuje, nie bez sukcesów, swoją agendę, stając się drugim po Tusku liderem koalicji. Ruszył się marszałek pociągiem po Europie, a na Wiejskiej otworzył Salę Kolumnową, ślicznie wykonaną i bardzo multimedialną, czego mu osobiście gratulowałem jako doskonałego przykładu ciągłości władzy. To, co postanowiła swego czasu prawicowa marszałek Witek, realizował wykonawczo centrowy marszałek Hołownia, otworzył lewicowy marszałek Czarzasty, który to zresztą słusznie podkreślił i wszystkim podziękował. Będzie więc odnowione miejsce obrad komisji, wynik wyżej wymienionej sztafety, której efekt naprawdę cieszy oczy.
Wiadomo, jak skomplikowaną strukturę stanowi mowa ludzka – powtórzę za Witoldem Doroszewskim: „w języku wszystko łączy się i przeplata: frazeologia i składnia, stylistyka i słowotwórstwo, semantyka i historia wyrazów, fleksja i słowotwórstwo, fonetyka i pisownia”. Nie należy przy tym zapominać, że język nie jest czymś neutralnym, niesie ze sobą treści emocjonalne, uczucia i odczucia. Słowem można zranić i poniżyć; można też wznieść na piedestał. I wcale nie muszą to być słowa mocne, jednoznaczne. Niuanse decydują o tym, czy wypowiedź otacza aura lekceważenia, zbytniej poufałości, czy choćby tylko odcień niechęci, czy też jest ona podkreśleniem godności i szacunku.
A jednak zważywszy na próby obecnie dokonywanych operacji słowotwórczych może warto przypomnieć i jeszcze raz rozważyć pewne sprawy – z konieczności tylko podstawowe.
Najpierw musi zaistnieć jakieś zjawisko, aby mogli pojawić się badacze. I jak to w nauce – poznawanie idzie w parze z próbami systematyzacji różnych zjawisk, określania reguł i praw nimi rządzących. Najpierw zrodziła się mowa ludzka, a potem pojawili się językoznawcy i lingwiści. Nie było tak, że to oni ustalali wszelkie reguły gramatyczne. Tak mógł powstać tylko język sztuczny, np. esperanto, a i podczas jego tworzenia wykorzystywane były wzorce języków naturalnych. Dlaczego warto sobie to uzmysłowić? Bo reguły językowe nie powstawały z niczego, a priori, lecz stanowiły zapisy istniejących już prawidłowości, tendencji, zaszłości historycznych, pewnych schematów – dominujących, które tworzyły z czasem podstawowe ramy, paradygmaty dalszego rozwoju słowotwórstwa i gramatyki. Nie można ich lekceważyć i tworzyć języka współczesnego w sposób całkowicie dowolny, jakby powstawał w próżni.
Nie powinno się też zapominać, że reguły te objęły zasadnicze, dominujące formy języka, nie objęły i nadal nie są w stanie objąć wszystkich i że jest ogromna liczba wyrażeń niesfornych, które wszelkim ramom opierają się. Wszelkich wyjątków od zasad mamy niezliczoną ilość, oraz niezliczoną ilość takich, do których żadne zasady zdają się nie pasować. Jak ogromne bywają nieraz trudności z wysłowieniem się, z utworzeniem nazewnictwa – wiadomo. W poradniku językowym pt. O kulturę słowa Doroszewski omawia grubo ponad tysiąc przypadków językowych, dla których znalezienie właściwej formy gramatycznej jest albo bardzo trudne, albo wręcz niemożliwe. A w takich sytuacjach lepiej znaleźć inne słowo, określenie – bo język polski jest bogaty i ma wiele możliwości zastąpienia jednego zwrotu innym o tym samym znaczeniu – niż kaleczyć mowę polską nowotworami językowymi.
Bez wątpienia należy przestrzegać przyjętych reguł gramatycznych, szczególnie tych, które mają charakter bezwarunkowy – bo i takie są. Jednakże – jak pisze Doroszewski – same tylko „gotowe szablony i wzory są nawet jedną z najgorszych klęsk stylu. Trzeba wkładać osobisty trud w transponowanie wrażeń i myśli na słowa, w to, żeby w każdej sytuacji, jak mówi Norwid, «odpowiednie dać rzeczy – słowo» […]. Granice zagadnień [językowych – M.B.J.] nie są ostre: kratkowanie języka na figury geometryczne jest objawem słabości myśli ludzkiej, uciekającej od dynamizmu i komplikacji procesów życia w świat nieruchomych idei”.
I jeszcze jedno zdanie, wypowiedziane przez tego wybitnego językoznawcę przy okazji omawiania pewnych słowotwórczych inicjatyw dotyczących nazw profesji: „Nie wiem, czy wprowadzenie form [tu wymienia niefortunne nowe nazwy kilku zawodów – M.B.J.] zostało postanowione przez jakąś instytucję, która opracowywała nazwy tych zawodów i branż (zamiast tych branż można by, nawiasem mówiąc, coś ładniejszego wymyślić), czy też te formy ukazują się przypadkowo pod wpływem jakichś przygodnych skojarzeń albo czyichś skłonności nowatorskich, które to skłonności nowatorskie w zakresie języka prowadzą bardzo często do maniery i naruszają ciągłość tradycji posługiwania się językiem jako narzędziem pracy w konkretnych dziedzinach życia”.
Podstawą jest nie tylko poprawność formalna, ale równie ważny jest dobór odpowiedniego do sytuacji stylu wypowiedzi, bo język potoczny (a w nim samym jest cała masa sytuacji, gdzie trzeba dobrze dobrać słowa) i urzędowy, wypowiedź dyplomatyczna, polityczna, oficjalna, uroczysta, formy mające odcień godnościowy itp. – różnią się od siebie w sposób istotny.
Trzeba też pogodzić zachowanie przyjętych reguł z uwzględnieniem faktu, że mowa musi ulegać zmianom, bo powstają nowe rzeczy, funkcje, czynności, zjawiska; musi to jednak przebiegać tak, aby nowe dało się wkomponować w całość systemu języka, nie naruszało nie tylko przyjętych reguł, tradycji językowej, nie budziło konsternacji. To tylko elementarne, podstawowe zasady, o których powinno się pamiętać, aby „dając słowo rzeczy”, dać słowo odpowiednie.
Czy możemy mówić ministra?
Słowo to, używane w niektórych mediach od jakiegoś czasu, może i w dobrych intencjach, budzi jednak konsternację, a nawet inne, silniejsze odczucia negatywne. Przede wszystkim razi całkowicie nieprawidłowy sposób, w jaki utworzono rodzaj żeński od rzeczownika rodzaju męskiego. Zupełnie niemieszczący się w zasadach gramatyki języka polskiego. W tym przypadku akurat paradygmat odmiany jest prosty: Konstruktor – konstruktorka; dyrektor – dyrektorka, więc….. minister – ministerka?! Brzmi to jednak fatalnie.
Odnosi się wrażenie, że tworząc tę formę ministra, chciano uniknąć końcówki -ka, która to końcówka kojarzy się z formą zdrobniałą. Tylko kojarzy się, bo nią nie jest, byłaby, gdyby powstała w wyniku przetworzenia już istniejącej formy żeńskiej np. dziewczyna w dziewczynkę, czy kula w kulkę.
A jednak… jest to jeden z tych przypadków, gdzie formalna zgodność, prawidłowość to jeszcze nie wszystko. Wyczuwa się wyraźnie, że do stanowiska tej rangi, określenie ministerka nie pasuje, jest niestosowne, wręcz deprecjonujące. I ma to swoje uzasadnienie.
W dziejach języka polskiego klasyfikacja różnego rodzaju końcówek od tego samego tematu była skomplikowana i powikłana pod względem znaczeniowym, prestiżowym. Powiedzenie profesor-owie, doktor-owie, senator-owie było określeniem podkreślającym godność, ale już np. aktorów nie wliczano do klasy tych, którym przysługuje w liczbie mnogiej końcówka -owie, stąd „aktorzy” (podaję to za W. Doroszewskim i St. Szoberem). Aczkolwiek w literaturze starszej spotyka się niekiedy określenie „aktorowie” – gdy chciano nadać prestiż ich sztuce. Ale już w zdrobnieniu, np. profesorek, doktorek oznaczało bardzo pejoratywne, drwiące traktowanie osoby. Pisze Piotr Skarga w Kazaniach: „Czemu ci nasi doktorkowie nowi przymawiają nam, że się żegnamy” – a jest to forma ironiczna nadawana przez teologów katolickich teologom protestanckim – pisze Doroszewski w O kulturę słowa. Ministerka i doktorek to nie jest bynajmniej ten sam schemat (jedno powstało z utworzenia formy żeńskiej od męskiej, drugie jest zdrobnieniem formy męskiej) – ale podobieństwo brzmienia i pewnie także historyczne uwarunkowania sprawiają, że obydwa te słowa mają brzmienie deprecjonujące.
Do dziś powiemy: ministrowie, profesorowie, ale szoferzy, dokerzy, trenerzy.
Trzeba też umieć przewidzieć konsekwencje spowodowane dalszym stosowaniem tego schematu słowotwórczego. Spróbujmy według zastosowanego schematu utworzyć formy żeńskie dla innych wysokiej rangi stanowisk zajmowanych przez kobiety; można przypuszczać, że będzie ich przybywać. I tak, skoro: minister – ministra, to premier – premiera, np. premiera Margaret Thatcher? Aż chce się zapytać, w jakim to będzie teatrze.
No i żeński odpowiednik Sekretarza Stanu, Sekretarza Generalnego, Sekretarza ONZ. Przychodzi na myśl tylko jedno: Sekretara. Zapytam za Szekspirem: Jak wam się podoba? A podobać nie może się, albowiem jest formą tzw. zgrubiałą rzeczownika, utworzoną na wzór: fujarka, fujareczka – (zdrobniale) i fujara – (zgrubiale) i brzmi po prostu obraźliwie (przykłady za St. Szoberem, Gramatyka Języka Polskiego).
Oczywiście, można z tego wybrnąć. Już obecnie słyszy się określenia typu: redaktor naczelna, detektyw finansowa, więc dlaczego nie powiedzieć: sekretarz generalna? Ano dlatego, że w języku polskim przymiotnik w sposób bezwarunkowy związany jest z rodzajem gramatycznym rzeczownika, czyli pod względem formalnym, gramatycznym, a nie płciowym w sensie biologicznym. A zatem, gramatyczny rodzaj żeński rzeczownika bezwarunkowo pociąga za sobą użycie gramatycznego rodzaju żeńskiego przymiotnika. I to samo z rzeczownikiem męskim, który potrzebuje przymiotnika męskiego. Jeżeli zaczniemy w ten sposób ignorować podstawowe formy gramatyczne, to niedługo trzeba będzie czekać do pojawienia się mowy w osławionym skądinąd stylu: ty być tłusty, ja ciebie kaj, kaj.
Chęć utworzenia form żeńskich dla wszystkich profesji wykonywanych przez kobiety napotka na duże trudności. Po pierwsze, język polski dosyć trudno odmienia się, a wyrazy pochodzenia obcego często sprawiają szczególną trudność, po drugie, jak już było wspomniane, mowa ludzka, przynajmniej w tej dalszej przeszłości, nie rozwijała się planowo i „nie stworzyła miejsca” dla przyszłych inicjatyw słowotwórczych, bynajmniej nie przez złośliwość poprzednich pokoleń. Toteż niektóre nazwy trudno jest przetworzyć tak, aby brzmiały znośnie, a w wielu przypadkach niektóre rzeczowniki żeńskie zostały już „zajęte” przez inne znaczenia. Na przykład pociąg prowadzi maszynista – a kobieta? Maszynistka? A przecież to już oznacza panią, która pisze na maszynie, a dzisiaj zapewne już na komputerze. Marynarz – a kobieta? Marynarka? Z krawatem czy bez?
I to daleko jeszcze nie wszystkie potencjalne problemy.
Język polski i tak ma już sporo różnych wyjątków od reguł, wyrażeń, które nie „chcą” podporządkować się regułom. A nawet tylko w tym zakresie żeńskich nazw profesji, które już przyjęły się w języku polskim nie ma porządku, bo mówimy krawcowa, królowa w sensie zawodu i zajmowanego stanowiska, a przecież końcówki obydwu tych słów są końcówkami przeznaczonymi dla żon krawców i królów.
„Zagadnienie rodzaju gramatycznego rzeczowników jest zagadnieniem bardzo skomplikowanym. Między kategoriami formalnymi a znaczeniowymi nie ma harmonii”. – napisał Witold Doroszewski. Rodzaj gramatyczny rzeczownika a faktyczna, biologiczna płeć to dwie różne rzeczy. Najdobitniej to widać w przypadku rodzaju nijakiego, który do żadnej płci nie da się dopasować, a na dodatek zalicza się do niego zarówno krzesło, jak i dziecko. Używając jeszcze raz jako wsparcia słów Doroszewskiego: „Rodzaj gramatyczny rzeczowników polskich wiąże się w bardziej uchwytny sposób z ich cechami formalnymi”. Przymiotnik określający rzeczownik męski (rzeczownik, a nie osobę w sensie jej płci) musi zgadzać się pod względem formalnym z tym rzeczownikiem, a nie z płcią osoby. Jeśli mówimy redaktor, to trzeba powiedzieć naczelny, tak jak małe dziecko – obojga płci – i małe krzesło.
Zresztą, przyjęta od dawna forma z użyciem słowa pani, na przykład Pani Iwona Kowalska, redaktor naczelny Tygodnika…. wystarczająco dobrze i z szacunkiem określa stanowisko i płeć osoby. Po co tworzyć dziwaczne formy gramatyczne i powodować zamęt, odwracający wręcz uwagę od spraw istotnych, merytorycznych.
Język polski jest niełatwy, skomplikowany. Nieregularne odmiany, czasem nie wiadomo, dlaczego mówi się tak, a nie inaczej. Dlaczego ta sól i ta zieleń, ale ten ból i ten stopień…? Sam Doroszewski przyznaje, że tego w żadną regułę gramatyczną ująć się nie daje. Tak się to uformowało w bardzo odległych epokach historycznych, „a to, co się krystalizuje na powierzchni języka, jest wypadkową wielu czynników, często nie zawsze widocznych i działających w ukryciu pod tą powierzchnią”. Usiłując zmienić teraz – wedle jakiejś idei – wszystkie historycznie mocno utrwalone formy gramatyczne, bo wydają się nielogiczne, bo koniecznie chcemy, żeby rodzaj gramatyczny zgadzał się z płcią – dojdziemy do absurdu.
Odnośnie do tendencji „feminizacji” języka polskiego, to trzeba wiedzieć, że nasza mowa jest i będzie wyjątkowo oporna pod tym względem z jeszcze jednego powodu (i nie ostatniego). Otóż język polski jest w zasadzie jedynym językiem, który wytworzył szczególną kategorię tzw. form męskoosobowych i przeciwstawia się ona wszystkim pozostałym formom razem wziętym: męskim nieosobowym, żeńskim osobowym i nieosobowym oraz nijakim. A to polega w praktyce na tym, że silni, mocni, słabi bądź wytrwali mogą być tylko mężczyźni, a wszystkie pozostałe istoty żywe i przedmioty razem wzięte: kobiety, konie, sznurki i dzieci, psy, koty, samochody i uszczelki etc., etc. są: silne, mocne, słabe, wytrwałe i trwałe. Po jednej stronie cały świat, po drugiej stronie sami mężczyźni. I znowu zacytuję Doroszewskiego, bo trudno lepiej niż on sformułować sensowny na ten temat komentarz: „Język polski podzielił cały świat na mężczyzn i nie-mężczyzn, wznosząc przez to dla mężczyzn pewnego rodzaju piedestał gramatyczny, o którym co prawda nie można nawet powiedzieć za poetą, że «żywemu na nic, tylko czoło zdobi», bo czoła nie zdobi, a stosunki gramatyczne komplikuje”.
Jeśli chciałoby się również kobiety postawić na owym „piedestale gramatycznym”, to nie wystarczy chyba wymyślić żeńskich nazw profesji przez nie uprawianych, ostatecznie są to jednak nazwy, chociaż męskie, to jednak ludzkie; gorsze wydaje się być stawianie kobiet w jednym rzędzie ze sznurkami, wiadrami i gwoździami. Wprawdzie tylko w rzędzie gramatycznym, lecz jeśli zaczniemy utożsamiać rodzaj gramatyczny z rodzajem biologicznym, to, na dobrą sprawę, w celu „feminizacji” języka polskiego należałoby całą naszą mowę ojczystą przebudować, a najlepiej stworzyć od nowa.
Tylko po co? Jeszcze nigdy tak nie było, żeby za pomocą zmian gramatycznych, deklinacji i koniugacji, czynienia z rzeczowników męskich rzeczowniki żeńskie (czy odwrotnie) dokonać istotnych zmian rzeczywistości, w tym zmian społecznych. Aby polepszyć sytuację kobiet na rynku pracy, w tym w zakresie płac, możliwości kształcenia się etc., nie wystarczy zmienić rzeczowniki męskie na żeńskie, bo to nic dać nie może. Wprost przeciwnie, niektóre na siłę wymyślone nazwy zamiast dodać prestiżu – deprecjonują – tak jak to określenie doktorek (a także doktorka – choć już tylko na zasadzie podobnego brzmienia i skojarzenia) pochodzące z kazania Piotra Skargi – zacytowanego powyżej.
Oczywiście, od dawna istnieją nazwy zawodów w formie rzeczowników żeńskiego rodzaju – zgodnie z płcią wykonujących je osób. Brzmi naturalnie, gdy w języku potocznym mówimy dentystka, lekarka, dziennikarka, fryzjerka, kelnerka, a nawet ostatecznie profesorka, psycholożka, socjolożka – chociaż to już nowsza generacja słów i nie każdemu się podoba. Ale… wprawdzie młodzież w szkole używa na co dzień określenia typu: profesorka od biologii zadała…, profesorka od polskiego powiedziała…, jednak oficjalnie, intuicyjnie zwróci się do owej „profesorki” per „pani profesor”. Zapowiadając wykład czy też wygłoszenie referatu na sympozjum naukowym, nikt nie powie, że referat wygłosi profesorka XYZ z Uniwersytetu czy Akademii Nauk. Na zjeździe lekarzy nie zapowiemy dentystki Kowalskiej, tylko lekarza stomatologii, panią taką a taką. I to jest właśnie ta „strona godnościowa” języka, o której pisał Witold Doroszewski, i nie tylko on, bo każdy intuicyjnie wyczuwa stosowność jakiejś formy (na razie wciąż panującej) i nie zastosuje zwrotu poufałego.
A tak w ramach eksperymentu, gdybyśmy przetłumaczyli tytuł starego, przedwojennego filmu pt. Pani minister tańczy, gdzie w podwójnej roli głównej wystąpiła Tola Mankiewiczówna, na „nową mowę”, czyli Ministra tańczy – to jaki to dałoby efekt?…
A przy okazji nasuwa się takie spostrzeżenie. Dąży się do „feminizacji gramatycznej” stanowisk i zawodów, a zarazem już dawno zrezygnowano z żeńskich końcówek nazwisk, określających bądź co bądź tożsamość osoby i jej płeć, bo mało która kobieta przedstawi się jako -ówna, -owa, pozostając przy końcówce nazwiska w takiej wersji, jaką przysługuje jej ojcu czy mężowi.
Są w języku polskim słowa, przeważnie pochodzenia obcego, których w żaden sposób nie da się odmienić, np. statua. W żadnym razie nie można powiedzieć: na statule, bo wtedy w mianowniku musiałoby być: statuła (tak jak kapituła, infuła, safanduła). Wszystkie proponowane formy odmiany końcówki -ua, czyli statuy, statui, w liczbie mnogiej też „tych statui” etc., brzmią sztucznie i rażąco. Zamiast brnąć w kłopoty gramatyczne, niekiedy nie do rozstrzygnięcia, lepiej użyć nazwy polskiej: posąg, na pomniku. Tak radzi zrobić Witold Doroszewski. Statua, premier i minister to w rzeczywistości zupełnie inne obiekty, ale w językoznawstwie to tylko słowa, których polska gramatyka nie potrafi w pełni prawidłowo odmienić.
Tworzenie nowego słownictwa na zamówienie i na siłę może przynieść niefortunne i nieoczekiwane rezultaty, wręcz przeciwne zamierzeniom. Pamiętam czasy, choć byłam wtedy dzieckiem, jak przed wielu laty ogłoszono konkursy na zastąpienie nazw obcojęzycznych nazwami polskimi. Zapamiętałam kilka propozycji słów do zmiany nazwy: szlafrok, żyrandol, krawat. Zamiast szlafroka zaproponowano nazwę „podomka” i chyba nawet przyjęło się to, może tylko na jakiś czas, bo dziś już chyba nie słychać tego określenia. Niestety, zamiast żyrandola zaproponowano „zwis sufitowy”, a zamiast krawata – „zwis męski”. Skręcała się ze śmiechu cała Polska.
W okresie międzywojennym (a może tuż powojennym) usiłowano zaś zmienić utrwaloną już dawno nazwę witamina (a wprowadził ją w 1912 roku polski chemik Kazimierz Funk, odkrywca pierwszej witaminy) – rodzaj gramatyczny żeński – na słowo witamin – rodzaju męskiego. Sprawa uczynienia witaminy mężczyzną – w świecie gramatyki tylko – przygasła, jako pozbawiona wszelkiego sensu i znaczenia.
Nawiasem mówiąc, gramatyka nasza (rodzaju żeńskiego) jest na swój sposób przewrotna. Raz mężczyzn wywyższa, a innym razem deprecjonuje; niektóre nazwy mężczyzn np. żołnierze, rycerze, blacharze i snycerze, mają taką samą formę i odmianę jak kosze, kalosze, grosze, talerze i moździerze itp. itd. Nazwy wielu zawodów faktycznie ukształtowały się w formie gramatycznej męskiej, ale za to, nieomal wszystkie nauki, o nazwach pochodzenia obcego, w polskiej wersji mają żeńskie formy gramatyczne: filozofia, matematyka, socjologia, psychologia, inżynieria, geografia, zoologia, stomatologia, medycyna, chemia, fizyka, historia; no i prawo (lex, legis) – jakby wyjęte tutaj spod jednego prawa i przypisane do rodzaju nijakiego (a w języku łacińskim jest rodzaju żeńskiego).
Nieco wcześniej, bo około roku 2013, tendencja do zmiany nazw zawodów na formy żeńskie ogarnęła Włochy. Już wtedy zaczęto pisać i mówić ministra – co jest formą żeńską od ministro – rodzaj męski. Wywołało to prawdziwą lawinę dyskusji. Zwracano przy tym uwagę, że feminizacja nazw profesji zrodziła się z faktu dyskryminacji kobiet w pracy. Jednak pojawiło się wiele artykułów, w których zgodnie twierdzono, że kobiety tak naprawdę nie dyskryminuje gramatyka, ale mentalne do nich nastawienie. Jeśliby akcja wprowadzania rzeczowników rodzaju żeńskiego określających nazwy zawodów miała naprawdę coś poprawić w zakresie prawa pracy dla kobiet, to np. Angielki byłyby bez szans, zważywszy, że język angielski nie posiada gramatycznego rodzaju męskiego, żeńskiego ani nijakiego rzeczowników. Każda Angielka zawsze będzie: teacher, minister, philosopher, philologist i pianist… dokładnie tak samo, jak jej koledzy po fachu.
Poszerzona wersja artykułu jest dostępna na portalu reshumana.pl.
Dr Małgorzata B. Jakubiak jest absolwentką filologii słowiańskiej oraz filozofii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, długoletnim pracownikiem naukowym Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, w Zakładzie Filozofii Człowieka i Społeczeństwa.
Tekstem tym powracamy do dyskusji o języku zmieniającym się w konsekwencji współczesnych zmian społecznych. Ponieważ te ostatnie zachodzą z wielką jak na zjawiska społeczne prędkością, język stara się dotrzymać im tempa; a to wywołuje kontrowersje i spory. Także nasza redakcja i grono zaprzyjaźnionych autorów są podzielone; jedni wykazują przywiązanie do reguł i form tradycyjnych, głęboko zakorzenionych, drudzy – uznają prawo użytkowników języka do kształtowania go tak, aby najlepiej wyrażał ich potrzebę ekspresji. W numerze 4/2024 „Res Humana” zamieściliśmy dwugłos na ten temat: pisarz Grzegorz Walczak nie godzi się na „wprowadzanie do języka sztucznych, tworzonych naprędce, na zasadzie neologizmu, nazw żeńskich, a w dalszej kolejności zdublowanych konstrukcji językowych typu «sztukę naszą oglądali oczarowani nią widzowie i oglądały oczarowane widzki»”, zaś członkini redakcji Anna Sikorska-Michalak argumentuje, że „feminatywy są dobre tak samo, jak maskulatywy i formy neutralne. Ani lepsze, ani gorsze. Pozwalają od razu rozpoznać, że mówimy o niej, a nie o nim. Są najkrótszym i najprostszym, a więc najbardziej ekonomicznym sposobem przedstawienia osoby rodzaju żeńskiego. A język dąży do prostoty i ekonomiczności wypowiedzi. Pani doktor w stosunku do krótszej doktorki nie broni się, tak samo jak pani chemik albo pani prezydent. Krótsze formy trafiają w sedno, a dłuższe mogą nawet wprowadzać zamieszanie”.
W początkach grudnia 2025 roku prezydent Trump ogłosił nową amerykańską Strategię Narodowego Bezpieczeństwa. Przedmiotem tej krótkiej analizy jest przebieg jej realizacji.
I . Polityka Stanów Zjednoczonych w Amerykach:
– implementację Doktryny Monroe w nowej zrewidowanej postaci Doktryny Donroe charakteryzuje nadzwyczajne tempo i determinacja;
– działania militarne na Karaibach, działania zbrojne wobec Wenezueli, zapowiedzi możliwych dalszych działań w Kolumbii, Meksyku, w Panamie, a dalej na Kubie mieszczą się w szeroko rozumianych ramach Doktryny Trumpa;
– Stany Zjednoczone dążą do wyeliminowania wpływów ekonomicznych i politycznych innych wielkich mocarstw w Amerykach, co jest zgodne z Doktryną;
– Stany Zjednoczone przejmują zasoby, bogactwa mineralne i kontrolę polityczną w niektórych państwach Ameryki Południowej bez angażowania wojsk lądowych i stałej okupacji, co jest zgodne z Doktryną.
Niespotykana jest szybkość, z jaką prezydent Trump „poprawia” Doktrynę Monroe, ale treść jego działań w regionie jest kontynuacją tradycyjnej amerykańskiej polityki interwencji i kolonializmu. Działania administracji nie są podyktowane względami bezpieczeństwa. Na pierwszym miejscu jest zysk: przejęcie naturalnych bogactw i inne korzyści ekonomiczne, a na dalszym walka z narko-handlem. W polityce Trumpa chodzi o dominację polityczną zapewniającą przejęcie kontroli nad surowcami energetycznymi i rzadkimi minerałami.
II. Testowanie granic zasięgu amerykańskiej sfery wpływów:
Przypadkiem granicznym jest Grenlandia, która w sensie geopolitycznym nie należy do Półkuli Zachodniej, lecz leży na przecięciu wielkich szlaków atlantyckiego i arktycznego. Prezydent Trump zapowiedział rychłe zaanektowanie wyspy, przejęcie jej na własność, nie wykluczając operacji militarnej przeciw sojusznikowi z NATO.
Ekspansja terytorialna była motywem przewodnim amerykańskiej historii w wieku XIX. Granica Ameryki znowu jest ruchoma (Moving Frontier), tak jak zdefiniował ją klasyk amerykańskiej historiografii Frederick Jackson Turner (1893). Kolosalną zmianą w skali globalnej byłaby aneksja Kanady, której wcześniej groził prezydent Trump.
III. Efekt Wenezueli : dokończenie „kodyfikacji” reguł gry między państwami – prawo międzynarodowe i instytucje międzynarodowe:
Po militarnej akcji w Wenezueli zaostrzyła się amerykańska krytyka prawa międzynarodowego. Według niej Stany Zjednoczone same stanowią dla siebie reguły gry bez względu na zasady prawa międzynarodowego i zobowiązania traktatowe. Tak doprecyzowane credo jest efektem łatwego sukcesu militarnej akcji w Wenezueli.. Jedynym regulatorem stosunków między suwerennymi państwami jest siła. Prawo międzynarodowe to „niuansy” („international niceties”), jak powiedział S. Miller, zastępca szefa sztabu Białego Domu. Stany Zjednoczone jako mocarstwo dysponują takim zasobem siły, który unieważnia bariery wynikające z międzynarodowych norm. W wywiadzie dla New York Times’a prezydent Trump (8. 01. 2026) orzekł, że jedynym ograniczeniem jest jego umysł i jego moralność.
W trakcie drugiej prezydentury Trumpa Stany Zjednoczone przyczyniły się do erozji istniejących od czasu I Wojny Światowej i udoskonalonych po II Wojnie zabezpieczeń i norm dotyczących użycia siły. Lekceważenie tych norm przez najsilniejsze militarnie mocarstwo na świecie, tak wyraźne w ostatnich tygodniach, pogarsza stan międzynarodowego bezpieczeństwa.
Wykładnikiem skrajnie krytycznego nastawienia Stanów Zjednoczonych do ośrodków i zasad ograniczenia użycia siły czyli do idei multilateralizmu i organizacji międzynarodowych była ich styczniowa decyzja wycofania się z 66 instytucji ONZ i spoza systemu. Według zapowiedzi jest to początek, a nie koniec procesu rezygnacji Stanów Zjednoczonych z partycypacji w globalnym systemie zarządzania sprawami planety.
IV. Ocena sposobu praktycznej realizacji Strategii Narodowego Bezpieczeństwa
Wydaje się, że prezydent Trump w ciągu tych zaledwie kilku tygodni wprowadzał w życie swoją doktrynę w sposób pospieszny, bezpośredni i zdecydowany z wykorzystaniem repertuaru hard power oraz nacisku politycznego i ekonomicznego, nie licząc się z prawem międzynarodowym, z „międzynarodową opinią publiczną” i z aliantami. Zgodnie z linią Dokumentu nie odwoływał się do soft power wykorzystywanej w przeszłości przez Stany Zjednoczone.
Stany Zjednoczone przy realizacji swojej jednostronnej wizji nie napotkały dotąd na silny opór. Koszt poniesiony przez Stany w operacjach na Zachodniej Półkuli był minimalny. Jest on natomiast bolesny dla celów tych działań, nie tylko dla rządów ale destabilizuje życie milionów ludzi.
V. Grenlandia albo NATO
Wiele wskazuje, w tym zwłaszcza wypowiedzi prezydenta Trumpa już po ogłoszeniu Strategii, że jego priorytetem jest pozyskanie Grenlandii a nie spójność Sojuszu Atlantyckiego. Dla Trumpa NATO jest narzędziem, którym skutecznie dyscyplinuje i podporządkowuje europejskich sojuszników wiedząc dobrze, że Europa nie chce za żadną cenę zrezygnować z amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Cząstkowe koncesje takie jak militarne inwestycje Danii i NATO na Grenlandii nie są niczym więcej jak kupowaniem czasu przez Europę przed nieuchronnym przejęciem wyspy przez Stany Zjednoczone. Pakt Północnoatlantycki przetrwa, ale nie jako ścisła wspólnota bezpieczeństwa (według teorii Karla Deutscha), tylko jako jej luźniejsza forma. Przetrwa bo nadal będzie dla Stanów Zjednoczonych cennym instrumentem zarządzania Europą i bazą do operacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce, a Europa nie potrafi i nie ma odwagi dostrzec alternatywy dla NATO.
VI. Mnożą się pytania, na które nie można dzisiaj odpowiedzieć:
Czy prezydent Trump testuje granice swojej własnej doktryny? Czy aktywizm prezydenta nie napotka na barierę ograniczonych zasobów materialnych i intelektualnych aparatu państwa (już teraz widać tendencję do działań ad hoc w miejsce przemyślanej długofalowej strategii).
Czy łatwe zwycięstwa prezydenta Trumpa nie są sukcesami na krótką metę i czy nie są zapowiedzią ugrzęźnięcia Stanów Zjednoczonych w długofalowych konfliktach (por. Wietnam, Irak, Afganistan), z których nie potrafią wyjść bez strat?
Czy jesteśmy świadkami stopniowego przesuwania się prezydenta Trumpa od polityki rewizjonizmu i ograniczonej ekspansji zaprogramowanej w Dokumencie do ekspansjonizmu bez granic?
Jak długo prezydent Trump i jego administracja może rozszerzać pojęcie mocarstwowego interesu kosztem innych suwerennych państw, międzynarodowych norm i instytucji, bez napotkania na rzeczywiste przeciwdziałanie i konsekwencji dla strategicznej stabilności i globalnej równowagi sił?
Czy w rezultacie uprawiania polityki opartej na sile, zwłaszcza na sile militarnej i na metodach siłowego nacisku także wewnątrz państwa, Stany Zjednoczone nie staną się państwem garnizonowym?
Co powiedzą amerykańscy wyborcy w nadchodzących wyborach do Kongresu na redefinicję amerykańskiej misji, tak całkowicie wypraną z innych idei, prócz dążenia do przejmowania cudzych zasobów i terytoriów oraz na praktykę nieustannych interwencji?
Warszawa, 10 I 2026
(przemyslawgrudzinski@yahoo.com)
Kontekst: co się stało w Wenezueli?
W wyniku operacji „Absolute Resolve” siły specjalne USA aresztowały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro oraz jego żonę, a następnie przetransportowały ich poza granice kraju. Prezydent Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone „będą zarządzać Wenezuelą” do czasu jej „bezpiecznej i odpowiedniej przemiany”.
Pierwsze decyzje administracji amerykańskiej wskazują, że Waszyngton skłania się raczej ku utrzymaniu dotychczasowych struktur administracyjnych państwa pod pewną formą amerykańskiej kurateli. Oznacza to rezygnację z „wariantu irackiego”, czyli całkowitego odsunięciu dotychczasowych elit i struktur władzy, co w Iraku zakończyło się w zasadzie rozpadem państwowości i długotrwałym chaosem.
Reakcja międzynarodowa była wyraźnie spolaryzowana. Rosja, Chiny, Iran oraz większość państw Ameryki Łacińskiej potępiły działania USA jako „agresję zbrojną” i naruszenie suwerenności. UE i NATO nie zdecydowały się na jednoznaczne potępienie operacji, ograniczając się do ogólnych wezwań do przestrzegania prawa międzynarodowego. Wielu ekspertów określiło tę postawę jako reakcję „przytłumioną”.
Największym pewnikiem pozostaje to, że wszelkie zawirowania wokół Wenezueli – dysponenta największych na świecie rozpoznanych zasobów ropy naftowej – mogą wpływać na globalne ceny ropy oraz logistykę dostaw.
Na ile realne jest „zarządzanie Wenezuelą” przez USA?
Zapowiedź prezydenta Trumpa, że USA „będą zarządzać Wenezuelą” do czasu „przemyślanej przemiany”, w praktyce może oznaczać ustanowienie amerykańskiej administracji tymczasowej lub administracyjną kontrolę nad kluczowymi instytucjami i zasobami państwa, w szczególności sektorem naftowym. Otwierałoby to możliwość sprzedaży wenezuelskiej ropy na preferencyjnych warunkach na rzecz USA i ich sojuszników, a tym samym używania jej jako narzędzia politycznego i ekonomicznego.
Jednocześnie liczni eksperci podkreślają, że długotrwałe „zarządzanie” Wenezuelą przez USA byłoby przedsięwzięciem niezwykle kosztownym i ryzykownym. Stany Zjednoczone mogłyby napotkać zarówno silny opór wewnętrzny, jak i presję międzynarodową – ze strony ONZ, państw Ameryki Łacińskiej, a także Rosji i Chin. Bardziej realistycznym scenariuszem wydaje się więc krótkookresowe zarządzanie (kilka miesięcy do roku), po którym nastąpiłoby przekazanie władzy rządowi przejściowemu, prawdopodobnie silnie zależnemu od USA.
W tym kontekście warto przywołać opinię uznanego amerykańskiego politologa i komentatora Fareeda Zakarii, który wskazuje, że dla prezydenta Trumpa kluczowa była szybka, zdecydowana akcja i demonstracja siły. W tej perspektywie – w jego opinii – pytanie o to, kto będzie rządził w Caracas za kilka miesięcy, będzie miało znaczenie drugorzędne.
Pogląd ten dobrze współbrzmi z dominującym przekazem medialnym. Deklaracja „będziemy zarządzać Wenezuelą” ma przede wszystkim silny wydźwięk propagandowy – ma pokazać globalną sprawczość USA i wywołać „efekt mrożący” wobec innych państw uznawanych przez administrację Trumpa za wrogie.
Możliwe pozytywne konsekwencje dla Polski
– Potencjalne obniżenie cen ropy
Wenezuela dysponuje ogromnymi zasobami ropy, jednak jej produkcja była przez lata ograniczana przez sankcje i głęboki kryzys wewnętrzny. Sektor naftowy wymaga znacznych inwestycji oraz sprawnego zarządzania. Jeśli kraj – zapewne przy znaczącym udziale USA – relatywnie szybko odbuduje produkcję i eksport, może to zwiększyć globalną podaż ropy, sprzyjając stabilizacji, a nawet obniżeniu jej cen.
Taki scenariusz mógłby złagodzić presję na ceny paliw w UE, pozytywnie wpływając na inflację i koszty energii w Polsce. Należy jednak podkreślić, że jest to wariant jednoznacznie korzystny, lecz silnie uzależniony od czynników politycznych oraz gry interesów państw OPEC i największych gospodarek świata, w tym Chin i Indii.
– Wzmocnienie roli USA jako sojusznika
Polska od lat opiera swoją strategię bezpieczeństwa na ścisłym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza w kontekście agresywnej polityki Rosji, wojny w Ukrainie oraz rosyjskich działań hybrydowych wobec UE. Operacja w Wenezueli pokazuje gotowość USA do użycia siły wobec reżimów uznawanych za wrogie – a Wenezuela była istotnym partnerem Rosji. Z perspektywy Kremla jest to wyraźny sygnał, że USA dążą do utrzymania dominacji w Ameryce Łacińskiej i będą ograniczać wpływy Rosji (oraz Chin) w tym regionie.
Dla Polski można powyższe ostroznie uznać za dodatkowy czynnik wzmacniający realne i domniemane gwarancje bezpieczeństwa wobec Rosji. Jednocześnie jednak oznacza to pojawienie się nowych obszarów ryzyka, które wymagają chłodnej, realistycznej oceny.
– Presja na UE i przestrzeń dla Polski
Reakcja UE na operację w Wenezueli była bardzo ostrożna, co – jak wskazują m.in. analitycy Chatham House – obnaża jej słabość jako aktora globalnego i zależność od USA. Waszyngton coraz częściej traktuje UE jako partnera, którego można pomijać, jeśli nie wpisuje się w amerykańską strategię.
Narastające napięcia wokół Grenlandii – w tym sugestie rozmów o jej stowarzyszeniu z USA kierowane bezpośrednio do Nuuk, z pominięciem Kopenhagi – są tego wyraźnym przykładem. Dla Polski sytuacja ta nie jest komfortowa, gdyż w skrajnym przypadku może oznaczać konieczność podejmowania strategicznych decyzji w warunkach rosnącej presji i niepewności.
Jednocześnie obecna sytuacja stwarza przestrzeń do aktywnego wspierania przez Polskę idei wzmocnienia autonomii strategicznej UE w obszarze bezpieczeństwa. Nie musi to oznaczać osłabienia relacji z USA – przeciwnie, można argumentować, że większa samodzielność Europy wpisuje się w wielokrotnie artykułowane amerykańskie postulaty.
Negatywne konsekwencje dla Polski
– Zagrożenie dla porządku opartego na prawie
Operacja w Wenezueli, przeprowadzona bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, jest przez wielu ekspertów postrzegana jako naruszenie zasady suwerenności i zakazu użycia siły. Stanowi to niebezpieczny precedens, który mogą wykorzystywać inne państwa – z polskiej perspektywy przede wszystkim Rosja. Przykład Wenezueli może posłużyć Moskwie do uzasadniania dalszych działań w regionie, np. wobec Mołdawii, kontynuacji wojny w Ukrainie ale też mniej lub bardziej otwartych gróźb i nacisków na Bałtów. Zagrożeniem nie jest wyłącznie samo łamanie prawa międzynarodowego – wielokrotnie przez Rosję już złamanego – lecz erozja dotychczasowego konsensusu co do tego, jak prawo to powinno być interpretowane i respektowane.
Dla Polski, która od 1989 roku konsekwentnie deklaruje przywiązanie do porządku międzynarodowego opartego na prawie i swobodzie wyboru sojuszy, jest to precedens szczególnie niebezpieczny.
– Zwiększone ryzyko dla NATO i UE
W ostatnich deklaracjach amerykańskich – od wystąpienia J.D. Vance’a w Monachium po zapisy w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – coraz częściej pojawia się teza o wewnętrznych problemach Europy, podważających jej wiarygodność jako sojusznika. Niepokojące są sugestie, że USA powinny „wspierać państwa dążące do suwerenności i tradycyjnego stylu życia”, wskazując m.in. Polskę, Węgry, Austrię czy Włochy jako kraje, które należałoby „odciągnąć od UE”. Jest to, niestety, instrumentalizacja wewnątrzunijnych problemów i gra na rozbicie unijnej jedności.
Dodatkowo w amerykańskiej narracji po raz kolejny pojawiły się wypowiedzi dotyczące Grenlandii – autonomicznej części Danii, członka NATO – sugerujące, że USA „będą musiały nią zarządzać” ze względów bezpieczeństwa. Pokazuje to gotowość USA do naruszania suwerenności nawet sojuszników, jeśli uznają to za zgodne ze swoimi interesami strategicznymi.
Operacja w Wenezueli, przeprowadzona prawdopodobnie bez konsultacji z sojusznikami, wzmacnia niepewność w NATO i grozi pogłębianiem podziałów – co w obliczu zagrożeń ze strony Rosji jest szczególnie niebezpieczne. Dla Polski oznacza to ryzyko bycia traktowaną przez USA bardziej jako partner dwustronny niż jako integralna część UE. Już dziś prowadzi to do polaryzacji polskiej klasy politycznej, co samo w sobie stanowi poważne zagrożenie. Otwarte wsparcie USA dla sił eurosceptycznych i narodowo-konserwatywnych może te podziały pogłębiać.
– Kontekst wojny Rosji przeciw Ukrainie
Operacja w Wenezueli może zwiększyć presję na Rosję, pokazując, że USA są gotowe działać bez zgody ONZ, jeśli uznają, że służy to ich celom strategicznym. Musi to być zatem przesłanką do refleksji, że Waszyngton nie zawaha się podejmować działań uderzających w pozycję Rosji również w kontekście ukraińskim, jeśli uzna to za zgodne z własną kalkulacją geopolityczną. Jednocześnie, jeśli Stany Zjednoczone zaangażują się głęboko w stabilizację Wenezueli, może to ograniczyć ich zdolność do dalszego wsparcia Ukrainy – finansowego i wojskowego.
Dla Polski oznacza to konieczność dalszego wzmacniania własnych zdolności obronnych oraz konsekwentnego wsparcia Ukrainy, niezależnie od skali zaangażowania USA. Istnieje bowiem ryzyko, że Ukraina będzie coraz częściej traktowana w Waszyngtonie jako „jeden z wielu kryzysów”, a nie absolutny priorytet.
– Wzrost napięć USA–Chiny i ryzyka globalne
Operację w Wenezueli można także postrzegać jako element szerszej strategii ograniczania wpływów Chin w Ameryce Łacińskiej. Dla Polski oznacza to wzrost napięć na linii USA–Chiny, co może prowadzić do kolejnych kryzysów, napięć i zerwania łańcuchów dostaw, sankcji oraz wzrostu cen energii. Możliwa jest również presja na Polskę, by ograniczała współpracę z Chinami w obszarach infrastruktury i technologii, co wiązałoby się z konkretnymi kosztami gospodarczymi.
– Ryzyko wzrostu cen ropy i inflacji
Choć w długim okresie Wenezuela może stać się istotnym źródłem ropy, w krótkiej perspektywie stagnacja lub destabilizacja kraju może ograniczyć jej produkcję i eksport. Rynki mogą reagować wzrostem cen, obawiając się niedoborów ciężkiej ropy, kluczowej dla wielu europejskich rafinerii.
Dla Polski, nadal w dużym stopniu zależnej od importu surowców energetycznych, długotrwały wzrost cen ropy oznacza wyższą inflację, większe koszty energii dla gospodarki i gospodarstw domowych oraz ograniczenie przestrzeni fiskalnej państwa.
Wnioski dla Polski
Wydarzenia w Wenezueli są geograficznie odległe i nie mają bezpośredniego wpływu na bieżące sprawy Polski. Niezależnie od tego stanowią jednak istotny punkt odniesienia do refleksji nad zmiennością paradygmatów światowego porządku, rolą prawa międzynarodowego oraz trwałością i sprawczością sojuszy, w których stabilność chcielibyśmy wierzyć. Dlatego żaden z poniższych wniosków nie ma charakteru odkrywczego; są one raczej uporządkowanym przypomnieniem kwestii fundamentalnych dla polskiego bezpieczeństwa i przyszłości.
Na pierwszym miejscu w hierarchii polskich priorytetów pozostaje bezpieczeństwo, a w tym kontekście kluczowe znaczenie ma członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Polska powinna konsekwentnie wspierać spójność Sojuszu, jednocześnie aktywnie działając na rzecz wzmocnienia europejskiej zdolności obronnej oraz strategicznej samodzielności. Równoległym celem musi być unikanie roli państwa wykorzystywanego do wewnętrznego osłabiania UE i struktur sojuszniczych – nie tylko przez Rosję, niezależnie od tego, kto i z jakich powodów takie działania podejmuje.
Drugim bezwzględnym priorytetem pozostaje bezpieczeństwo energetyczne, warunkujące stabilność i wydajność gospodarki. Dalsza dywersyfikacja dostaw surowców, a także inwestycje w odnawialne źródła energii i poprawę efektywności energetycznej są w tym zakresie koniecznością. Polska nie powinna opierać swojej strategii energetycznej na nadziei szybkiego napływu taniej ropy z jakiegokolwiek kierunku – również z Wenezueli.
Wsparcie dla porządku międzynarodowego opartego na prawie pozostaje fundamentem polskiego bezpieczeństwa. Jednocześnie należy realistycznie przyjąć, że Stany Zjednoczone mogą działać bez konsultacji z sojusznikami, co po raz kolejny unaocznia potrzebę wzmacniania europejskiej zdolności do samodzielnego podejmowania decyzji i działania w sytuacjach kryzysowych.
Kluczowym czynnikiem odporności państwa pozostaje także spójność wewnętrzna. Polska powinna unikać głębokiej polaryzacji politycznej i społecznej, która może być instrumentalizowana przez państwa trzecie dla realizacji ich własnych celów. W tym kontekście Rosja pozostaje najbardziej oczywistym i konsekwentnym źródłem zagrożeń.
Nikt tego niestety nie wie, bo jak widać, wszystko może się wydarzyć – nawet Trumpowa aneksja Grenlandii czy inne przypadki, jak choćby to, że porwanie Maduro było już dawno przesądzone, obecnie siedzi w amerykańskiej pace, ale jego reżim w Caracas jak najbardziej pozostał. Naprawdę skóra cierpnie, jesteśmy w kropce, szarpiemy się z myślami, zamiast używać prawie trzytygodniowej zimowy – kiedy okoliczności, takie jak śnieg i mróz, sprzyjają!
W takim stanie rzeczy pewną pociechą może być własne boisko, czyli Wiejska 4/6/8, ale zaczynając od generaliów, i tu nic nie jest jasne i wszystko dosłownie może się wydarzyć. Nie jestem optymistą co do rozwoju sytuacji – mimo solo rosnących słupków sondażowych KO, która nie ma żadnych widoków na odnowienie czy wzmocnienie obecnej koalicji. Polska 2050 wybiera swoje nowe kierownictwo, i muszę powiedzieć, że jest to spektakl mało na razie udany, bo aktorzy tacy sobie, a scenariusz już ograny. W PRL była zupa-nic, teraz jest partia-nic, a z tego i Salomon nie naleje. I gdyby nie parę postaci wartych dalszego trwania w polityce polskiej, podzieliłaby dawno los Kukiza. Pamiętacie tego lidera i jego ogromne ówczesne zasięgi? I widzicie, co z niego i jego ludzi dziś zostało? Czy to samo czeka Polskę 2050 – skoro istotna część jej elektoratu przeszła do cichego popierania partii Mentzena i Bosaka, a jedyną treścią suflowaną publiczności jest, kto zostanie liderem i przeciw komu zawierane są aktualnie taktyczne sojusze. Czyni to wrażenie polskiego kotła w piekle, którego Lucyfer na ma potrzeby doglądać. Kukizowy uwiąd Polski 2050 nie jest wykluczony, mówi się że transfery niektórych posłów wiszą na włosku, i to do różnych ugrupowań. Fajnie by było, żeby do PSL, ale chyba to jest kierunek niestety mało popularny…
Co prawda koalicja formalnie trwa, wynik wyborczy z 2023 roku nadal obowiązuje, choć prezydent Nawrocki niweluje go, gdzie tylko może, ale jej trójpartyjna baza jest dziś niewiadomą. Polska 2050 stała się chyba partią bez bazy, choć w różnych telewizjach oglądamy jakichś ludzi, którzy prawdopodobnie ją tworzą. Zazwyczaj zajmują jeden nieduży pokój, albo wręcz stół prezydialny – raczej do partii brydża – a nie budowania partii masowej…I nawet p. Pełczyńska-Nałęcz, mająca jakie takie pojęcie o polityce, tego już raczej nie odczaruje.
Chyba, że wyskoczy nam Ryszard Petru, znany ze swoich wcześniejszych wiekopomnych dokonań, ale w tej kadencji zachowujący się bardzo dojrzale, szefujący komisji, mający dobry przegląd sytuacji w gospodarce. Gdyby zyskał poparcie rywalek na ostatniej prostej, źle by nie było, no ale stoją temu na przeszkodzie szalone ich ambicje. Mógłby nadać trochę nowej dynamiki, o ile wcześniej się nie znudzi albo nie zakocha.
Czyli, jak by nie patrzeć, Polska 2050 to karta bita, bardziej masa spadkowa, która może się komuś nawinąć. Tu generalnie kierunki są dwa. KO, która chętnie wyimpasuje najlepsze figury, i Mentzen, który mógłby złożyć ofertę wahającym się via swoje skrzydło liberalne. To by odpowiadało ruchowi bazy, byłoby logiczne i przez taki transfer nadawałoby Konfederacji oblicza liberalnego bardziej niż teraz. Czy jest to możliwe? Owszem, pod warunkiem że taki krok będzie postrzegany jako podbudowa pod nowe rozdanie, w którym rola Lewicy czy PSL będzie już raczej schyłkowa. Innymi słowy KO mogłoby dostrzec w Konfederacji po takim wzmocnieniu liberalny potencjał, a w PiS przekonano by się, że odważne ruchy są opłacalne i warto się na nie zdecydować, przy gasnącym w oczach Prezesie. I mielibyśmy nową centroprawicę na kolejne lata. To jest scenariusz dość wydumany ale możliwy, spekuluje się, że premier nie ma już siły i cierpliwości do Polski 2050, partii będącej w rozsypce i nic do koalicji, prócz pretensji, nie wnoszącej. Jedyne, co mówi, także między wierszami, to pomysł stworzenia jednolitego frontu demokratycznego i jednej listy, z PSL i Lewicą, bo ludzie Hołowni się na to nie piszą. Lewica zresztą też niezbyt chętnie, mając marszałka Czarzastego na pierwszej linii frontu walki z prezydentem i opozycją.
Czy Lewica ma potencjał na 13-15 proc., jak hurraoptymistycznie pod koniec ubiegłego roku mówiono? Na pewno to co ma, to pomiędzy 6 a 9 procent, to jest prawdziwa amplituda, obecnie bliżej sześciu, ale marszałek Czarzasty rozwija dopiero skrzydła. I nawet jeśli w najbliższych miesiącach będzie wykręcać wynik sondażowy w okolicach 10 proc., to grubość spraw, z jakimi się będzie mierzyć wcale zdobywania terenu nie ułatwia. Weźmy np. ustawę stanowiącą przepisy uzupełniające do unijnego rozporządzenia o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA), którą chce zawetować prezydent. Dotyka ona wolności internetu i mimo że na finale prac na Wiejskiej nie przypominała swojego betonowego pierwowzoru, to nadal jest kwestionowana przez młodych (bo młodych dotyczy). No i tu trzeba mieć naprawdę szósty zmysł, żeby nawet w drugim okrążeniu – o ile się wydarzy po wecie prezydenta – powrócić do jakże potrzebnych rozwiązań, a nie wkurzyć ludzi zbytnią kontrolą czy nadopiekuńczością. Dla ułatwienia dodam, że w Ministerstwie Cyfryzacji jest wiceminister Dariusz Standerski z Lewicy, który to do tej pory sprytnie w Sejmie ogarniał, a ustawie w obecnym kształcie naprawdę niewiele można zarzucić. Jeśli przejedzie się po niej walec prezydenckiego weta, będziemy mieć naprawdę problem, i nie pomoże nawet apel ekspertów do Pani Prezydentowej, żeby szepnęła mężowi to i owo. Co swoją drogą pokazuje także nowe drogi docierania do wiadomego ucha, ale tu akurat rzecz naprawdę jest warta każdego wysiłku.
Bab al-Mandeb – punkt styku Bliskiego Wschodu i Afryki oraz jego znaczenie
Arabska legenda głosi, że Półwysep Arabski i Róg Afryki były niegdyś ze sobą połączone. Do ich rozdzielenia miało dojść w wyniku potężnego trzęsienia ziemi, a wdzierające się w nowo powstałe przewężenie wody morskie zabrały życie tysiącom ludzi. Stąd wywodzi się arabska nazwa cieśniny Bab al-Mandeb – Wrota Rozpaczy lub Brama Łez. Żeglarze tłumaczą ją bardziej przyziemnie, sprowadzając etymologię do trudów żeglugi na ciasnym szlaku wodnym, pełnym raf, płycizn, zdradliwych prądów oraz niemożliwych do przewidzenia porywistych wiatrów.
Wystarczy rzut oka na mapę, by zrozumieć geopolityczne i gospodarcze znaczenie tego przesmyku. Bab al-Mandeb to wąskie gardło globalnych szlaków transportowych; jego kontrola oznacza wgląd w ruch morski prowadzący do Kanału Sueskiego i dalej ku Morzu Śródziemnemu, ale także w stronę Zatoki Adeńskiej i Oceanu Indyjskiego. Cieśnina wyznacza warunki funkcjonowania gospodarek oraz architekturę bezpieczeństwa państw basenu Morza Czerwonego i Morza Arabskiego. Ostatnie wydarzenia pokazują, że stawka ta przestała być wyłącznie regionalna – stała się elementem szerszej układanki politycznej, obejmującej zarówno Bliski Wschód, jak i Afrykę Wschodnią.
Somaliland w regionalnej rywalizacji i polityce Izraela
Uznanie Republiki Somalilandu przez Izrael za państwo niepodległe i suwerenne należy postrzegać nie jako gest czysto dyplomatyczny, lecz jako kolejny ruch w wielowarstwowej rywalizacji o wpływy na obszarze od Gazy po Zatokę Perską oraz od Syrii po Jemen. Jest to zarazem wypadkowa procesów destabilizujących region: wojny w Gazie, erozji syryjskiego państwa, konfliktu jemeńskiego oraz narastających napięć pomiędzy Arabią Saudyjską a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które do tej pory działały ręka w rękę. Ambicje ZEA wykraczają dziś daleko poza dotychczasowe obszary współpracy i nie ograniczają się do najbliższego sąsiedztwa obu krajów, co wyraźnie koliduje z interesami Rijadu. Decyzja Izraela nie pozostaje w tym układzie bez znaczenia.
Ruch Tel Awiwu wpisuje się w szerszy kontekst relacji pomiędzy Izraelem, Iranem i jego sojusznikami – rebeliantami Houthi w Jemenie oraz Hezbollahem w Libanie – a także władzami w Damaszku i państwami Półwyspu Arabskiego. Dla Izraela kluczowym celem pozostaje osłabienie Teheranu i rozproszenie jego zdolności projekcji siły. Temu służyły zarówno ataki na cele w Syrii, jak i presja wywierana na Hezbollah w Libanie. W ten ciąg wpisuje się także niedawna tzw. wojna 12-dniowa przeciwko Iranowi oraz izraelski nalot na Dohę. Rosnące zainteresowanie przestrzenią Morza Czerwonego i Zatoki Adeńskiej jest elementem tej samej logiki: odsuwania zagrożeń jak najdalej od własnych granic, osłabiania wroga oraz – w szerszym planie – rozbijania arabskiej i muzułmańskiej solidarności.
Znaczenie portów w konflikcie jemeńskim i ich miejsce w sieci wpływów
Położenie Somalilandu i Jemenu po przeciwnych stronach Zatoki Adeńskiej sprawia, że kontrola portów takich jak Berbera, Aden czy Mukalla bezpośrednio przekłada się zarówno na bezpieczeństwo żeglugi, jak i na zaplecze logistyczne rebelii Houthi. Warto przyjrzeć się tym miejscom nieco wnikliwiej.
Somalijski rząd federalny formalnie utrzymuje, że sprawuje suwerenność nad Berberą, i w tym duchu zaproponował Stanom Zjednoczonym „kontrolę operacyjną” nad portem, co wygląda raczej na próbę podkreślenia przysługujących mu prawa niż pełnoprawną ofertę suwerena. W praktyce Berbera od lat znajduje się poza zasięgiem Mogadiszu; zarządzają nią lokalne struktury Somalilandu we współpracy z firmami logistycznymi z ZEA. To u władz Somalilandu, a nie w stolicy Somalii, Emiraty wyjednały zgodę na wybudowanie bazy swojej marynarki wojennej.
Po przeciwległej stronie Zatoki leży Aden – port oficjalnie należący do Jemenu, lecz faktycznie kontrolowany przez podmioty podporządkowane Separatystycznej Radzie Południa (Southern Transitional Council; STC), wspieranej politycznie i militarnie przez ZEA. Jeszcze dalej na północny wschód znajduje się Mukalla, która od 2016 roku pozostaje w rękach lokalnych milicji. Choć nie są one formalnie częścią jemeńskiego rządu, funkcjonują jako siły de facto sojusznicze, szkolone i wspierane przez Emiraty. W tym układzie Somaliland – obok ZEA – staje się dla Izraela pożądanym punktem oparcia dla działań pośrednio wymierzonych w Iran i jego jemeńskich sojuszników.
Arabia Saudyjska i ZEA w optyce izraelskiej
Jednocześnie Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie – mimo deklaratywnej wspólnoty interesów wobec Iranu – coraz wyraźniej rywalizują o wpływy w Jemenie oraz w basenie Morza Czerwonego. Rijad dąży do wyjścia z zakleszczenia w kosztownym konflikcie, stąd jego celem jest przynajmniej względna stabilizacja Jemenu. ZEA natomiast konsekwentnie budują własną, autonomiczną sieć wpływów. Izrael umiejętnie wykorzystuje tę rywalizację: wobec Saudów – jako narzędzie nacisku w sprawie normalizacji stosunków, której probierzem miałoby być saudyjskie przystąpienie do tzw. Porozumień Abrahamowych, a wobec Emiratów – jako element pogłębiania współpracy, która z tych Porozumień już wynika. Trudno o bardziej czytelny dowód instrumentalnego charakteru Porozumień Abrahamowych i jednoznaczne wskazanie ich faktycznego beneficjenta.
Tureckie interesy w Rogu Afryki
W tej układance istotną, choć często niedoszacowaną rolę, odgrywa Turcja. Od ponad dekady Ankara traktuje Somalię jako jeden z filarów swojej polityki afrykańskiej, inwestując w infrastrukturę, administrację i sektor bezpieczeństwa oraz utrzymując w Mogadiszu największą ze swoich zagranicznych baz wojskowych. Turecka strategia zakłada zachowanie integralności terytorialnej Somalii i przeciwdziałanie dalszej fragmentacji Rogu Afryki. Z tej perspektywy izraelskie awanse wobec Somalilandu postrzegane są jako czynnik destabilizujący, grożący powtórzeniem scenariusza znanego z Sudanu: secesji, eskalacji wewnętrznych tarć i rywalizacji zewnętrznych patronów.
Dodatkowo dostęp Izraela – bezpośredni lub pośredni – do portu Berbera oznaczałby wzmocnienie jego obecności przy wejściu do Morza Czerwonego i dalsze zagęszczenie układu sił w przestrzeni, którą Ankara uznaje za strategicznie kluczową. Turcja obawia się nie tyle pojedynczych gestów dyplomatycznych, ile ich kumulatywnego efektu: stopniowego „opasania” regionu przez konkurencyjną oś wpływów Izraela, realizowaną kosztem projektów stabilizacyjnych promowanych przez Ankarę.
USA wobec secesyjnych precedensów
W tle tych procesów pozostają Stany Zjednoczone. Waszyngton co do zasady wspiera Arabię Saudyjską i ZEA przede wszystkim w tych aspektach, które wpisują się w nurt amerykańskiej polityki wobec Iranu. Jednocześnie USA nie chcą tworzyć precedensu, który mógłby zachęcić inne regiony separatystyczne – od Sudanu po Kurdystan – do analogicznych działań. Dlatego izraelskie sygnały wobec Somalilandu obserwowane są w Ameryce z wyraźnym dystansem. Waszyngton oświadczył, że polityka USA w tej kwestii pozostaje niezmieniona i amerykańskiego uznania Somalilandu jako państwa nie będzie. Bezpośrednim, choć nie jedynym, powodem tej wstrzemięźliwości jest obawa, że taki krok mógłby wzmocnić ugrupowanie Al-Szabab – organizację wpisaną w USA na listę terrorystyczną – którego skrajny, anarchizujący islamizm destabilizuje region i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich interesów w Rogu Afryki.
Logika ta w pełni pokrywa się ze stanowiskiem Unii Afrykańskiej oraz regionalnej Międzyrządowej Organizacji ds. Rozwoju (Intergovernmental Authority on Development; IGAD), które konsekwentnie blokują precedensy secesyjne. Jednocześnie przedstawiciel USA przy ONZ bronił prawa Izraela do samodzielnego podejmowania decyzji w sprawie uznawania państw. Jest to – w najlepszym wypadku – przykład pragmatyzmu i sojuszniczej kurtuazji, a w gorszym – świadectwo politycznej dychotomii w Białym Domu.
Izrael i jego sojusz z USA
Politycy obu krajów często podkreślają z emfazą, że sojusz Waszyngtonu i Tel Awiwu stanowi ironclad alliance. Jego trwałość rzeczywiście skłania do refleksji, zwłaszcza w świetle różnic tyleż zauważalnych, co niekiedy trudnych do wytłumaczenia. Pierwszym tego przejawem było zbombardowanie irańskich cinstalacji nuklearnych przez Izrael – operacja, do której Waszyngton dołączył mimo wcześniejszych zapewnień, że nie zamierza tego robić. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, na ile deklaracje te były jedynie dyplomatyczną grą maskującą faktyczne ustalenia, nie popadając przy tym w teorie spiskowe. Drugi przykład – izraelski nalot na Dohę, o którym Stany Zjednoczone miały zostać uprzedzone wyjątkowo późno – również wpisuje się, jeśli odrzucić hipotezę przypadkowości, w trudny do jednoznacznego odczytania wzorzec działania. Trzeci przypadek, dotyczący uznania Somalilandu, pozostaje w oczywistej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu. Trudno więc uznać, by działania Tel Awiwu wpisywały się w nową strategię bezpieczeństwa USA, nawet przy uwzględnieniu izolacjonistycznego tonu tego dokumentu.
Sekwencja kolejnych, jednostronnych, a przy tym skutecznych ruchów bywa interpretowana jako dowód rosnącej samodzielności Izraela, a nawet potwierdzenie jego statusu regionalnego supermocarstwa. Interpretacja ta jest jednak myląca. Owszem, Izrael dysponuje wyraźną przewagą militarną i wywiadowczą w regionie, lecz atuty te w dużej mierze są rezultatem bezpośredniego wsparcia Stanów Zjednoczonych. Również zdolność Izraela do długotrwałej projekcji siły poza bezpośrednim sąsiedztwem pozostaje ograniczona i tym bardziej zależna od amerykańskiej asysty, co potwierdziła ostatnia wojna z Iranem. Nawet w samym Izraelu część analityków i ekspertów ds. bezpieczeństwa wskazuje, że obecna strategia państwa ma charakter nadmiernie reaktywny i punktowy, zamiast długofalowego i systemowego. W ich ocenie realna siła mocarstwa nie polega na nieustannym reagowaniu na kryzysy, lecz na zdolności do działań strukturalnych, które zagrożenia redukują, a nie multiplikują. Ponadto współczesna ranga mocarstwa nie wynika wyłącznie z liczebności armii czy tonażu zrzucanych bomb, lecz – być może przede wszystkim – z soft power, rozumianej jako atrakcyjność modelu politycznego i społecznego. Mocarstwowość wymaga zatem nie tylko siły, ale także politycznej akceptacji otoczenia i legitymizacji.
Uznanie Somalilandu nie zmienia tej strukturalnej przypadłości Izraela ani istoty jego relacji z USA. Nie wzmacnia „żelaznego tandemu”, lecz raczej ujawnia jego rzeczywistą naturę: sojuszu trwałego, lecz asymetrycznego, w którym demonstracje autonomii bywają albo formą nacisku – niekoniecznie odzwierciedlającą zbieżność strategii – albo przejawem tego, co w praktyce pozostaje niejawnie uzgodnione między sojusznikami i przybiera postać politycznego harcownictwa.
Somaliland i narracje o przesiedleniach z Gazy
W tym kontekście pojawiają się wizje i sugestie, które muszą budzić poważne obawy. Do takich spekulacji należy pomysł, by Somaliland mógł stać się jednym z kierunków przesiedleń ludności z Gazy organizowanych przez Izrael. Scenariusze takie miały być omawiane w poufnych rozmowach izraelsko-amerykańskich z co najmniej trzema krajami Afryki Wschodniej – Sudanem, Somalią i Somalilandem – jednak już na etapie wstępnych konsultacji spotkały się z wyraźną niechęcią strony afrykańskiej. Sam rząd Somalilandu dystansuje się od takiej roli, jego MSZ wydał oficjalne dementi w sprawie, a lokalni politycy i aktywiści ostrzegają, że przyjęcie Palestyńczyków pod dyktando Izraela mogłoby doprowadzić do wewnętrznej destabilizacji i międzynarodowej infamii. Nawet jeśli dziś są to jedynie luźne, teoretyczne rozważania, pamięć o podobnych, realizowanych w przeszłości projektach budzi raczej grozę niż konsternację.
Podmiotowość de facto bez legitymizacji de iure
Izraelskie uznanie nie przekreśla perspektyw odbudowy integralności Somalii, którą UA, UE i USA wciąż traktują jako istotny warunek przeciwdziałania chaosowi podsycanemu przez islamistów z al-Szabab. Nie gwarantuje też, że państwowość Somalilandu realnie okrzepnie – z dość prozaicznych powodów. Wciąż jest to byt pozbawiony podmiotowości de iure w oczach większości społeczności międzynarodowej, a bez uznania kluczowych aktorów globalnych – Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Chin czy Indii – jego suwerenność i międzynarodowa sprawczość są w dużej mierze iluzoryczne, a aspiracje łatwe do instrumentalizacji przez silniejszych graczy. Wewnętrzne ograniczenia Somalilandu – napięcia klanowe, niedobór zasobów oraz zależność od ZEA – dodatkowo zawężają pole manewru. Gest Izraela może wręcz pogłębić napięcia wewnętrzne, jeśli zostanie odebrany jako element gry prowadzonej przez aktorów zewnętrznych. Mocną przesłanką dla tej tezy jest już silny sprzeciw wewnętrzny wobec pomysłu przesiedleń.
Granice manewrów
Bab al-Mandeb – Brama Łez – pozostaje trafną metaforą sytuacji całego regionu. Każdy, kto próbuje przez nią przejść, liczy na łut szczęścia i sprzyjające wiatry, lecz wszelki ruch, nawet symboliczny, nabiera tu ciężaru manewru wykonywanego w wąskim gardle, przy minimalnym marginesie błędu. Próby forsowania jednostronnych rozwiązań przeradzają się w grę prowadzoną w przestrzeni o wyjątkowym zagęszczeniu interesów i powiązań, a przez to są nieprzewidywalne dla kruchej równowagi politycznej regionu.
© Juliusz Gojło dla Res Humana
02.01.2026
W obecnym chaosie post-liberalnego świata, w okresie – określenie utarte i powtarzane jak mantra – tektonicznych zmian w globalnym układzie sił oraz gospodarki światowej, przeważa pytanie o wynik tych zmian. Problem w dominującej logice rozważań, ocen, prób ekstrapolacji, stanowi posługiwanie się utartymi definicjami, miarami wypracowanymi i uznawanymi w byłym już liberalnym świecie za obiektywne. Okazało się, że miały one jedynie za zadanie tworzyć uspokajające wrażenie (sic!) właściwego opisu rzeczywistości i jej wartościowania. Sens obecnych zjawisk globalnych (poza zmianami klimatycznymi) sprowadza się do redukcji wielopoziomowych, złożonych równań relacji międzynarodowych, wskazując nie tylko na ich zbyteczność i dysfunkcjonalność czy niedostosowanie do obecnie rozumianych wymogów np. bezpieczeństwa na poziomie państwa lub wręcz obwiniania ich za hamującą rolę w prowadzeniu polityki międzynarodowej z pozycji państwa. W wyniku takiego sanacyjnego czy utylizacyjnego zabiegu niekoniecznie pojawiało się zjawisko katharsis, natomiast Europa obudziła się z groźbą zimnego, nieogrzewanego mieszkania zbudowanego w wysokim standardzie, strachem iż „parasol” może być w każdej chwili zwinięty, a minerałów ziem rzadkich nie będzie w stanie pozyskać do produkcji chipów wysokich technologii. Lista strachów jest o wiele dłuższa… a na ich czele kroczy coraz bardziej poobijana demokracja, której szatami okrywa się rzeczywistość „podwójnego państwa” Ernsta Fraenkela i słabości lub koniunkturalizmu elit.
Próba ustrukturyzowania zachodzącego przełomu w oparciu w nieprzystające do toczących się – najczęściej chaotycznych procesów – definicje i normatywy, normy ma się podobnie jak narzucenie konieczności korzystania z mechanizmu e-recepty dla osób nie posługujących się komórką. Choć w tym ostatnim przypadku seniora może wesprzeć rodzina, woluntariat, życzliwi sąsiedzi, by nie wspomnieć o społecznej roli opiekuńczego wobec starszych osób państwa itd. Natomiast w rzeczywistości stosunków międzynarodowych wkracza na arenę ofensywny realizm, gdzie środowisko międzynarodowe traktowane jest jako anarchia, a w związku z tym paradygmat stanowi konieczność walki o interesy państwa bezpośrednio powiązany z zasadą maksymalizacji siły danego państwa w celu uzyskania przewagi nad innymi tj. kosztem bezpieczeństwa czy siły gospodarczej „reszty”. Państwo jest więc narzędziem maksymalizacji władzy Pozostałe teorie interpretacji relacji międzynarodowych (by wspomnieć główne: realizm klasyczny, neorealizm strukturalny; bankrutujący liberalizm z neoliberalnym instytucjonalizmem /UE?, ONZ?, OBWE? a i NATO?/; konstruktywizm z ideą partnerstwa; czy marksizm z klasowo wyzyskiwanymi peryferiami i bogatym centrum) od czasu rozpadu ZSRR, poprzez walące się World Trade Center 9/11, Konferencję Monachijską 2007 r. z wystąpieniem Putina, a i tą z 2025 r. z głosem wiceprezydenta J.D. Vance’a, po pierwszą i drugą prezydenturę D. Trumpa) są stopniowo odkładane do lamusa cywilizacyjnego dorobku zachodniej hemisfery. Oby tylko pieczołowicie, jak bombki i inne kruche ozdoby z choinek, zostały przechowane, aby przetrwały nadchodzące czasy niepewności. Jak na razie choinka staje się naga, bez imponderabiliów, które tworzyły w Europie zafałszowane imaginarium „końca historii” i „ciepłej wody w kranach”.
Determinizm efektów siłowego postrzegania świata, to jest posiadania „kart w ręku” o walorach globalnych, sprowadza się do triady:
a) narodowe zdolności budowy i rozbudowy oręża ofensywno-obronnego;
b) siła narodowej gospodarki danego państwa z zapewnieniem możliwości jej rozwoju;
c) efektywność, sprawność i ciągłość zarządzania państwem przez elitę
Triada ta w rzeczywistości ofensywnego realizmu, dokonuje na naszych oczach przewrotu: to nie instytucje i regulujące je mechanizmy zależności strukturalnych, a lider stojący na czele państwa, bez skrupułów bezwzględnie się nimi posługujący. Nie na zdolnościach wolnej jednostki w liberalnym kolektywie byłych, międzynarodowych norm i podzielanych wartości instytucjonalnych, a osobowość lidera i jego zdolność koncentracji władzy stanowią przedmiot podziwu, oddania i przekonania co do jego sprawczości. W innych środowiskach międzynarodowych charyzma lidera wywołuje jeśli nie panikę, to trwogę i gorączkowe próby odwoływania się do utraconej cnoty lub – w ramach mechanizmu obrony dobrego samopoczucia – ironię i lekceważenie.
Na ile słuszne to poglądy i osądy – wykażą to już najbliższe lata, stąd w życzeniach na Nowy 2026 Rok postawić można retoryczne pytanie, które ze średnich państw np. grupy G-20 dokonana rekalkulacji myślenia w oparciu o kategorie ofensywnego realizmu, czyli w wymiarze G-Ego (globalne egoizmy).
Globalny świat G-Ego – odpowiedź na brak współdzielonego przywództwa globalnego.
Można argumentować, że wysiłki zmierzające do podzielenia się globalnym przywództwem w ramach G7 (a zapewne ponownie wkrótce z Rosją w G8) i G20 były wczesną akceptacją przez USA ich malejącej zdolności do hegemonii przewodzenia w odpowiedzi na globalizację, coraz bardziej komplikujący się świat wzajemnych powiązań oraz niezwykle kosztowne kwestie, takie jak globalny kryzys finansowy (o kataklizmach zmian klimatycznych jak na razie zaczyna się zapominać) wojny, migracje itd. Można argumentować, że były to wysiłki Stanów Zjednoczonych, by być bardziej demokratycznymi, globalnie dzieląc się częścią swojego ciężaru odpowiedzialności, ale nie kosztami. Prezydent D. Trump jednoznacznie zakwestionował to ostatnie twierdzenie, dzięki czemu wygrał po raz kolejny wybory. Alternatywy, takie jak BRICS – stworzone, by rywalizować ze strukturami zdominowanymi przez USA – znacznie przyspieszyły procesy wypełnienia pustki po odchodzącej hegemonii USA, czyli próżni określonej umownie jako G-zero (globalna pustka). Czy taki stan rzeczy oznacza, iż Ameryka czasów Trumpa uznaje, iż jej światowa hegemonia stanowi zbyt kosztowne obciążenie i zamierza w kierunku budowy Koncertu Wielkich?
Niemniej w tym miejscu należy wskazać, że prezentowana w tym eseju ocena, może być wynikiem znacznego uproszczenia podejścia, co wynika z zawężenia jej do wcześniej wskazanej triady. Pogłębioną analizę zaprezentował wybitny amerykanista, były wiceminister spraw zagranicznych Przemysław Grudziński, który w komentarzu do nowej Doktryny bezpieczeństwa narodowego USA (https://reshumana.pl/doktryna-trumpa/ ) stawia bardziej wyważone, a trafne oceny.
Z tego powodu dalsze rozważania pytań typu: czy państwa skupione w G-20 a szczególnie G-7 (G-8 ponownie z Rosją) będą w stanie w obecnych formatach wykazywać się wolą polityczną wychodzącą poza ich wąsko, wręcz mentalnościowo autarkiczność interesów, na rzecz podejmowania uzgodnień wobec ochrony i rozwoju „dobra globalnego” czy tylko ograniczać się będzie do np. uzgodnionej redystrybucji ich sfer wpływów na wzór Kongresu Wiedeńskiego 1815 r.? Ewolucja w tym ostatnim kierunku oznaczać będzie wyparcie globalnych problemów na rzecz G-Ego w formie ofensywnego realizmu. By posłużyć się przewrotnie sparafrazowanym określeniem zaczerpniętym o A. Appelbaum o „koncernie autokracji”: to „Koncern G-Ego” stanie się osią niewiadomych co do wyników rywalizacji poszczególnych narodowych egoizmów, boć chyba trudno będzie doszukiwać się rzeczywistej między nimi współpracy.
Rok 2025 nakreślił możliwą skalę egoizmu „wielkich” i prawdopodobne formy przymusu jeśli nie lekceważenia praw tych spoza kręgu „prawa siły i silniejszego”. Najbardziej bolesną i tragiczną areną tego zjawiska w naszym europejskim środowisku i sąsiedztwie jest od czterech lat Ukraina. Ale nie tylko ona. Nastroje społeczne w Europie coraz groźniej pogłębiają i tak istniejące podziały, których zasypywanie odbywać się będzie nie w oparciu do mechanizmy demokracji konsensualnej, partycypacyjnej chroniącej prawa słabszych, ograniczających rolę państwa na poziomie krajowym. Jednakże – jak w fraenkelowskim „podwójnym państwie” – obecne będą pozory normatywnego instytucjonalizmu (np. wybory), lecz już tylko na rzecz legitymizacji prawa siły. W stosunkach międzynarodowych, rozrastające się vacuum prawnie wiążących dotychczas regulacji i zobowiązań traktatowych oraz odejście od dyplomacji i instytucjonalnych praktyk na rzecz personalnej transakcyjności liderów i ich osobistych często ambicji, nie zapowiada wprowadzenia warunków przewidywalnej, długotrwałej stabilności i przewidywalności. Czy teoretycy ofensywnego realizmu zgodzą się z takim opisem rzeczywistości ?
Nasuwa się – choć nieuprawniona analogia – z XVI-wiecznymi umowami kapitulacyjnymi Imperium Osmańskiego (ograniczanie suwerenności zwierzchnictwa) z europejskimi monarchami. Ich czas obowiązywania opierał się na woli królów, sułtanów tj. władców absolutnych. Choć ich trwałość określana była w preambułach „po wieczne czasy”, ograniczała się w rzeczywistości abdykacją, czy zakończeniem żywota jednego z umawiających się. Przedłużenie traktatów kapitulacyjnych miało miejsce jedynie w przypadku dziedziczenia tronu czy ostałego się przy życiu syna sułtana Wielkiej Porty. Nie mnie wymieniać stany rodzinne współcześnie panujących…
Od początku 2026 roku w galerii Stalowa (mieszczącej się na warszawskiej Pradze, którą warto i trzeba odwiedzać), można będzie obejrzeć kolejną wystawę indywidualną jego prac (jej komisarzem jest Piotr Szarzyński). A w planie na tenże rok są jeszcze i dalsze, m.in. w Malmö oraz w Lublinie. O artyście powstało także kilka bardzo ciekawych filmów, które są łatwe do odnalezienia na YouTube.
Stosunkowo niedawno Andrzej Fogtt założył (wraz z Katarzyną Szydłowską, również znaną i cenioną malarką, a prywatnie jego żoną) Fundację A.M. FOGTT, mającą na celu ochronę spuścizny artystycznej i prezentację twórczości w Polsce i zagranicą.
Andrzeja poznałem, gdy Krzysztof Kostyrko (były redaktor naczelny czasopisma „Sztuka”) poprosił mnie, a kierowałem wówczas Departamentem Plastyki Ministerstwa Kultury i Sztuki, abyśmy poszli na wystawę młodego artysty w Zapiecku na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Tym młodym artystą-malarzem był Andrzej Fogtt. Było to w maju 1980 r.
Od tego czasu przyjaźnię się z Andrzejem i ta zażyłość trwa do dziś. Nadal imponuje mi nieustannym rozwojem swego przewspaniałego talentu. W roku 1980 został wyróżniony (wraz z Tadeuszem Dominikiem) na VIII Festiwalu Sztuki w Warszawskiej Zachęcie. W 1984 r. otrzymał Grand Prix Festiwalu Współczesnego Malarstwa Polskiego w Szczecinie. Wcześniej – bo już w 1976 r. – został uhonorowany bardzo prestiżowym wyróżnieniem na XI Ogólnopolskiej Wystawie Młodych w Sopocie.
Po tych sukcesach reprezentował Polskę (z Jerzym Dudą-Graczem, Bożenną Biskupską, Danutą Leszczyńską-Kluzą i Stefanem Wierzbickim, pod wodzą kuratora, którym był wybitny znawca i krytyk sztuki Jerzy Madeyski) w słynnym i cenionym na całym świecie Biennale Sztuki w Wenecji. Odremontowany w tym czasie z tej okazji pawilon polski pękał w szwach od zwiedzających, którzy z najwyższym uznaniem odnosili się do wystawionych dzieł polskich artystów. A tak na marginesie: wielka szkoda, że zbiory tych uznanych dzieł nie są gromadzone i pokazywane w jakiejś wybranej placówce muzealno-wystawienniczej czy np. w odrestaurowanym zabytku (jak to było niedługo po Wenecji w odniesieniu do dzieł Fogtta w pięknym Zamku w Reszlu).
Wielkim echem odbiły się także indywidulane wystawy artysty, m.in. w Instytucie Polskim w Paryżu (1987), w galeriach: pod wieżą telewizyjną w Berlinie (1989), Simultan International we Frankfurcie nad Menem, Dagart Arras w Lille, Fabrik der Künste w Hamburgu w 2018 r. Jego prace można było podziwiać niemal w całym kraju: w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Opolu, Lublinie, Rzeszowie, Przemyślu, Tarnobrzegu, Częstochowie, Reszlu, Zamościu, Bielsku-Białej, Jeleniej Górze, Zakopanem, Gorzowie Wielkopolskim i Szczyrku. Wszędzie z ogromnym powodzeniem.
I naprawdę chyba już czas na podsumowanie jego kreatywności i artystycznego dorobku – w Zachęcie lub w Centrum Sztuki Współczesnej. Mam nadzieję, że te nasze narodowe instytucje złożą artyście w tej sprawie stosowne zaproszenie! Tym bardziej, że niedawno obchodził 75-lecie swoich urodzin, jest więc szczególna okazja, aby ten jubileusz godnie uczcić.
Urodził się 9 października 1950 r. w Poznaniu, gdzie studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, w pracowniach Magdaleny Abakanowicz i Zdzisława Kępińskiego, którzy na trwałe zapisali się w panteonie polskiej sztuki współczesnej.
Podkreślę też fakt, że Fogtt był swego czasu działaczem społecznym, oddanym sprawom rozwoju i upowszechniania sztuki w Polsce, współorganizatorem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików – wspólnie m.in. z Mieczysławem Wejmannem, Henrykiem Stażewskim, Władysławem Hasiorem, Władysławem Jackiewiczem, Stanisławem Dawskim, Leonem Michalskim, Eugeniuszem Geno Małkowskim, Andrzejem Gieragą, Leszkiem Rózgą, Zbigniewem Bednarowiczem i wieloma innymi artystami z najwyższej półki.
Był też inicjatorem i doprowadził (wraz z Mieczysławem Wejmannem i Janem Karczewskim) do powstania Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim. Zabiegał w Polsce o adekwatność instytucjonalną w zakresie sztuki w stosunku do państw zachodnioeuropejskich. A w tym zakresie wciąż jest wiele do zrobienia, zwłaszcza jeżeli chodzi o rozwój mecenatu prywatnego. Konieczna jest zmiana ustawy regulującej sprawę odpisów podatkowych dla przedsiębiorców, ponieważ taki odpis jest obecnie możliwy tylko na rzecz Kościoła i przy budowie wodociągów na wsi.
Kultura i sztuka wymaga takiej samej troski jak gospodarka, a może nawet większej! Prawdą jest, że na przestrzeni ostatnich 30 lat zaszły pozytywne zmiany, ale jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, szczególnie w obszarze rozwoju sztuki i jej istnienia w przestrzeni i prywatnej, i publicznej. Polska kultura i sztuka skupia zbyt mało uwagi świata zachodniego. Rodzynkiem jest Konkurs Chopinowski i Biennale Plakatu. Tylko tyle!
A nowy budynek Muzeum Sztuki Współczesnej jest jak dotąd niedostatecznie wykorzystany! Mamy wielu wspaniałych polskich artystów, których dzieła – szczególnie w tym Muzeum – powinny być eksponowane. Już czas, aby polska sztuka współczesna nie była na kolanach wobec sztuki zachodnioeuropejskiej.
Patrząc z perspektywy lat na dzieła Fogtta (choćby tylko na te, które redakcja zamieściła w obecnym numerze swego pisma – II i III strony okładki), można je niezmiennie podziwiać. Artysta ma własny język na każdym etapie swojej twórczości. Wszystkie obrazy – poprzez oryginalną formę – interpretują otaczającą nas rzeczywistość i naturę (nie tylko przyrodę!). Fogtt jest wyjątkowym kolorystą i ma niezwykłe wyczucie barwy, formy i stylu.
Jego sztuka – to przede wszystkim bogactwo poszukiwań języka wypowiedzi, co u oglądającego wyzwala energię i wrażliwość na piękno. Jest umiłowaniem wolności! We wszystkich dotąd prezentowanych cyklach twórczości (udokumentowanych w wielu wspaniale wydanych katalogach, towarzyszących niemal wszystkim dotychczasowym wystawom) pokazuje niebywały rozmach i kreatywność artysty. Fogtt nie jest obojętny na otaczający świat i wyraża to poprzez całą swoją twórczość.
Początkiem jego wirtuozerii, przejawiającej się mistrzowskim opanowaniem techniki malarskiej, były niezapomniane Żywioły (które powstały z początkowych rzeźb artysty, m.in. Ręka stara jak świat, 1973). Stały się one przedmiotem szczególnego uznania zwiedzających wystawę w Zapiecku; również moim, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy. Z Żywiołów wyrósł cykl Żywiołem Opętanie, którym artysta reprezentował Polskę na 41. Biennale Sztuki w Wenecji w 1984 roku. Wystawiał na nim obrazy bardzo dużego formatu (400 x 1650 cm); obecnie znajdują się one w kolekcji Sylwii i Piotra Krupy we Wrocławiu.
W 1992 r. Andrzej zwierzył mi się, że… miał sen: „…aby do techniki malowania obrazów zastosować pole magnetyczne”. I tak powstał nowy cykl pod nazwą Przestrzeń Energetyczna. Najogólniej rzecz ujmując, artysta malując obrazy dodaje do farby stalowy pył F804, by nastąpiła reakcja w polu magnetycznym. Powstałe w ten sposób obrazy mają wówczas niezwykłe, organiczne wykwity, które tworzą unikalną, jakby kosmiczną formę. Są niezwykle oryginalne, awangardowe, nie tylko w skali polskiej sztuki. Ten cykl zostanie zaprezentowany w Galerii Wirydarz w Lublinie.
Pierwsze z tego cyklu obrazy to: Zwiastowanie (taki tytuł nadał Władysław Hasior, gdy odwiedził Andrzeja w pracowni przy ul. Lwowskiej), a dalsze, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę, to: Tramwaj gwiezdny, Anioł oraz Postać.
Kolejny etap twórczości Fogtta jest poświęcony Wieży – niezwykłemu projektowi architektonicznemu, który w zamyśle Artysty mógł się stać symbolem współczesnej Warszawy, a nawet… Zjednoczonej Europy. Tak się niestety nie stało (o czym będzie jeszcze mowa w dalszej części tego artykułu), za to… pojawił się w tym czasie (w roku mniej więcej 1997) kolejny cykl: Homotroturus (po polsku nazwany: Homobydlakus). Nieco dziwna jest jego nazwa, ale akurat wtedy artysta wyjątkowo przeżywał upokarzający widok wielu żebraków, którzy pojawili się na warszawskich ulicach. Fotografował ich, rysował, a nawet pisał na ten temat utwory poetyckie, w swej wymowie szorstkie, posępne, emocjonalne, często dramatyczne. Ale i tymi obrazami – z tego dosyć wizjonerskiego, aczkolwiek tragicznego cyklu – niewątpliwie skierował uwagę wrażliwych odbiorców na sytuację ludzi skrzywdzonych przez życie.
Na szczęście ten okres twórczości nie trwał długo. Swego rodzaju objawieniem okazała się piękna wieś na Podlasiu – Kuraszewo. Poznając jej piękno, artysta zachwycił się kulturą tego regionu, szczególnie prawosławia; wtedy powstał cudowny w swoim wyrazie cykl zatytułowany Kuraszewo. Setki charakterystycznych kropek są niezwykłą i oryginalną formą ilustrowania przez artystę Wszechświata. Najpiękniejsze obrazy z tego cyklu mają tytuły: Pole Wiery, Wschód a słońce w południe, Drzewa prawosławne, Cerkiew w Kuraszewie, Jabłoń prawosławna, Cerkiew w Tyniewiczach, Ogród nocą.
I tak – Szanowni Czytelnicy – doszliśmy do roku 2009, od którego rozpoczyna się niebiański (zdaniem nie tylko piszącego te słowa) cykl Brda. Można powiedzieć, że jest powrotem Fogtta do energii żywiołów. Jednak charakteryzuje się nieco innym widzeniem pejzażu i postaci. Zapytałem: jakim? „Malowanym w kształcie pierwotnym i w symbiozie z kosmosem” – usłyszałem w odpowiedzi.
Brda jest jednak kontynuacją Żywiołów, które były źródłem wszystkich kolejnych cykli. Choć artysta swego czasu tłumaczył, że powstanie akurat tego cyklu nastąpiło zupełnie przypadkiem… „Zamazałem rękawem swetra jeden ze swych obrazów z cyklu Żywioły i … nastąpiło we mnie coś w rodzaju olśnienia: na zamazany rysunek nałożyłem czarną gęstą farbę i nagle zauważyłem pojawienie się na płótnie nowego wymiaru przestrzeni!”. Dodam, że ten cykl mieni się obłędnie przepięknymi kolorami (a przecież woda Brdy jest – jak woda w każdej rzece – bezbarwna. Ale nie na jego obrazach!).
Fogtt do materii w tym cyklu podchodzi strukturalnie. Woda jest lustrem, które odbija otoczenie. Jest pierwszym obrazem rzeczywistości, poprzez ruch i odbicie światła transformuje otoczenie. To już pierwszy krok do tego zjawiskowego malarstwa, rysunku prosto z natury, gestu szpachli i grubej materii farby.
Kreśląc sylwetkę Andrzeja Fogtta, nie sposób pominąć jego znakomitego cyklu gobelinów pt. Bitwa pod Cedynią, zrealizowanego w roku 1982 dla Muzeum w Świdnicy.
I jeszcze słowo o jednym, dotąd niewspomnianym cyklu (niezwykle jednak wymownym, wstrząsającym, tragicznym) – będącym wyrazem protestu artysty wobec wojny w Ukrainie! Cykl ten jest konsekwencją obrazów Homotrotuarus. Artysta przewidział agresję Rosji. Treści Buczy nie będę komentował, gdyż wszyscy wiemy, co tam się wydarzyło. Ludobójstwo – inaczej tego nazwać nie można. „Napaść Rosji na Ukrainę nigdy nie powinna mieć miejsca!” – powiedział na otwarciu tej wystawy. Nic dodać, nic ująć – cały Fogtt! Czuły, wrażliwy, humanista w każdym wymiarze i calu (i takie jest o nim moje zdanie). Poznałem go pod tym względem dobrze, przez lata obserwując rozwój jego wielkiego, nie do określenia słowami talentu (Marian Turski w swoim tekście do Buczy w Muzeum POLIN postawił Fogtta w jednym szeregu z Goyą i Picassem).
Na każdym etapie swej twórczości Fogtt malował też Portrety. Powstało ich do tej pory ponad 3000 (niebywale dużo, co każdy musi przyznać). Są one wykonane zarówno na płótnie, jak i na papierze. I jak wiem – powstają dalej. Na ich bazie stworzył też cykl interpretacji portretów Witkacego i Rembrandta.
Artysta brał udział w wielu konkursach architektonicznych, m.in. na salę widowiskową dla Zespołu „Mazowsze” (uzyskując II nagrodę), Wieżę Pamięci w Nowym Jorku, wielofunkcyjny most w Warszawie oraz na modernizację Wałów Chrobrego w Szczecinie. Również na Teatr nad Wisłą. Wykonał też oryginalny projekt ołtarza dla Kościoła w Rzeszowie, w kształcie biblioteki, do której każdy mógłby przynieść swoją książkę! W roku 2024 zrealizował swój projekt oświetlenia zjawiskowymi żyrandolami podwórza w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 118.
Żałuję, że nie udało mu się zrealizować jednego z największych jego projektów architektonicznych – wybudowania w Warszawie Wieży Jedności. Miała być symbolem łączącym kraje UE w walce o prawa człowieka pod hasłem „Nigdy więcej wojny!”. Również świadectwem, że naród polski (w tym i Warszawa) nigdy nie poddał się hitlerowskim Niemcom, a po II wojnie światowej niespotykanym wysiłkiem odbudował kraj i zniszczoną w ponad 80 procentach stolicę. Wieża przypominałaby Europie i światu bohaterskie Powstanie Warszawskie i wcześniejsze w Getcie Warszawskim. Jak również przemiany, które dokonały się w Polsce po roku 1990.
Był (i jest) to projekt na miarę Wieży Eiffla, Centrum Pompidou w Paryżu czy Lincolna w Nowym Jorku, albo Kennedy’ego w Waszyngtonie, Franka Gherego w Bilbao lub Opery w Sydney[1]. Ale ucieszyła mnie informacja od artysty, że pewna firma z Dubaju podpisała niedawno z nim umowę o prawa do tego projektu. Zapłaciła nawet zaliczkę, za którą Fogtt aktualnie buduje w Jabłonnie (gdzie obecnie mieszka z rodziną) pracownię, gdyż – jak poskarżył mi się ostatnio – miasto Warszawa wysiedla mieszkańców, ponieważ będzie remontować budynek przy ul. Inżynierskiej, w którym artysta ma pracownię. W związku z tym grozi mu w przyszłym roku eksmisja; co zostawiam bez komentarza. Budowana w Jabłonnie pracownia (na razie powstają jej fundamenty) ma być szeroko dostępna dla zainteresowanych i chcących go w niej odwiedzić. Podobnie, jak to miało miejsce w poprzednich: na ul. Lwowskiej, Podskarbińskiej i Inżynierskiej. Na terenie ją okalającym będą stały rzeźby.
Artysta nie może narzekać na brak rozpoznawalności. A wszystko, co dotąd stworzył – to wynik jego tytanicznej pracy, jaką w swoim życiu wykonał i wykonuje! Sam talent w osiąganiu sukcesów – jak wielokrotnie w rozmowach ze mną podkreślał – nie wystarcza. Masz rację, Andrzeju: nie wystarcza! Lecz praca, którą wykonałeś, przyniosła Ci uznanie, popularność i sławę.
Kończąc artykuł, życzę Artyście, z okazji 75-lecia urodzin, diamentowego zdrowia! Andrzeju, Mistrzu, pracuj tak intensywnie dalej. Polska (ba, Europa i świat) potrzebuje Twojej sztuki. Wszak bez niej jakże ubogie byłoby nasze życie!
Andrzej MAŁKIEWICZ
Majowe starcia obu armii trwały tym razem krótko i nie pociągnęły za sobą wiele ofiar. Według informacji indyjskich zginęło 6 indyjskich żołnierzy i 21 cywilów. Według Pakistanu zginęło 40 pakistańskich cywilów i 11 wojskowych. Tych liczb nie sposób zweryfikować. Wojna przebiegała nietypowo – wojska lądowe nie przekroczyły granicy, prowadzono tylko wzajemny ostrzał artyleryjski, walki lotnicze i bombardowania. Masowo użyto dronów.
Dwieście lat temu Carl von Clausewitz ostrzegał: „Wiele wiadomości otrzymywanych na wojnie jest sprzecznych, jeszcze więcej jest fałszywych, a najwięcej – niepewnych”[1]. Dziś skala przekłamań jest nieporównanie większa niż w jego czasach, a łatwy dostęp do informacji, zwłaszcza za pośrednictwem internetu, bywa zwodniczy. Jednakże spróbujmy odtworzyć prawdopodobny przebieg zdarzeń.
Przesłanki konfliktu są głęboko osadzone w przeszłości. Kolejne wojny Indii z Pakistanem trwały od chwili uzyskania przez oba państwa niepodległości w 1947 r., a nawet dłużej, bo walki między społeczeństwami zaczęły się jeszcze przed powstaniem obu państw.
Brytyjczycy arbitralnie wyznaczyli dzielącą je granicę, linia ta przetrwała do dziś, z niewielkimi tylko zmianami, oba państwa ją kwestionują. Największy jest problem w Kaszmirze, prowincji obejmującej Himalaje i ich przedpole. Mieszkańcy w większości są muzułmanami, zatem Pakistan uważa, że cały powinien do niego należeć, natomiast w wyniku wcześniejszych walk w przybliżeniu dwie trzecie jest pod władzą Indii, jedna trzecia – Pakistanu. Niewielkie fragmenty opanowały też Chiny, po starciach z armią indyjską, a przy cichej zgodzie Pakistanu.
Obok walk regularnych armii wielokrotnie dochodziło w przeszłości do ataków grup terrorystów muzułmańskich w Indiach. Władze tego państwa nieodmiennie oskarżały Pakistan o ich inspirowanie, czemu ten konsekwentnie zaprzeczał.
Indie od początku niepodległości współpracowały ze Związkiem Radzieckim, a potem z Rosją, ostatnio udzielały jej znaczącego wsparcia ekonomicznego w wojnie przeciw Ukrainie. Duża część indyjskiego uzbrojenia pochodzi z Rosji lub jest produkowana w Indiach na rosyjskiej licencji. Kupują też broń w innych krajach, najwięcej we Francji i w Izraelu, także w Niemczech, a nawet – w skromnych ilościach – w Polsce.
Pakistan związał się ze Stanami Zjednoczonymi, wspierał je w wojnach w Iraku i Afganistanie, a od kilkunastu lat współpracuje też z Chinami. Są one dziś jego głównym dostawcą broni.
W obliczu poważnych sporów amerykańsko-chińskich stawia to Pakistan w dość dziwnej sytuacji, niemniej oba państwa zabiegają o pozyskanie go, zwłaszcza Chiny wiele tu inwestują. Dla Stanów Zjednoczonych jest ważny, bo jest poważnie skonfliktowany z Iranem i Afganistanem, co sprzyja sojuszowi amerykańsko-pakistańskiemu.
Potencjał obu państw jest zdecydowanie nierówny – Indie są najludniejszym krajem na Ziemi, społeczeństwo Pakistanu jest dziesięciokrotnie mniej liczne, podobnie dochód narodowy, natomiast armia Indii liczyła w okresie konfliktu 1 455,5 tys. żołnierzy, zaś Pakistanu – 654 tys. żołnierzy. Przytoczone porównania należy traktować ostrożnie. Gdy w 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę, wydawało się, że w licznych wymiarach ma wielokrotną przewagę – przebieg działań zbrojnych wykazał, że takie zestawienia są zawodne.
Istotne jest, że oba państwa dysponują bronią jądrową i rakietami międzykontynentalnymi do jej przenoszenia, choć nigdy jeszcze broni tej nie użyły. Uczestniczą w eksploracji Kosmosu. Indyjskie pojazdy dotarły już na Księżyc i orbitę Marsa.
Odmienne są systemy polityczne. W Indiach istnieje demokracja, choć z licznymi ułomnościami. W Pakistanie, poza krótkimi okresami względnej demokracji, panowała dyktatura wojskowa. Piotr Kłodkowski użył metafory zaczerpniętej od Woltera piszącego o Prusach: „Inne państwa posiadają armie, a pakistańska armia posiada państwo”[2]. I co najważniejsze – różni je religia, w Indiach dominuje hinduizm, Pakistan opiera się na fundamencie sunnickiego islamu.
Pretekstem do najnowszej wojny była akcja w Kaszmirze przeprowadzona przez muzułmańskich terrorystów z organizacji Front Oporu, walczącej o wolność Kaszmiru od Indii, nie określając jednoznacznie, czy chce jego niepodległości, czy wcielenia do Pakistanu. 22 kwietnia 2025 r. zabili 26 i ranili 17 turystów w kurorcie Pahalgam w indyjskiej części Kaszmiru. Ofiary śmiertelne to mężczyźni z Indii i jeden z Nepalu. Według indyjskich organów bezpieczeństwa jest to ruch inspirowany przez rząd Pakistanu. Władze Pakistanu zaprzeczają, twierdząc że atak na Pahalgam był indyjską „operacją fałszywej flagi”.
Po tym ataku wzdłuż spornej granicy kilkakrotnie doszło do wymiany ognia. Armia Pakistanu zestrzeliła 29 kwietnia indyjskiego drona, który szpiegował w pakistańskiej części Kaszmiru. Politycy wielu państw wzywali oba kraje do deeskalacji napięcia, bez skutku.
Przebieg walk znamy w wielu aspektach tylko z indyjskiego i pakistańskiego przekazu. Wersje stron są radykalnie sprzeczne i trudno je zweryfikować.
Starcia zaczęły się od zbombardowania w nocy z 6 na 7 maja przez indyjskie lotnictwo dziewięciu celów w Pakistanie i w pakistańskiej części Kaszmiru, w operacji nazwanej Sindoor. Ta nazwa ma ważny wydźwięk propagandowy. Tak nazywa się czerwony proszek, którym hinduskie kobiety posypują przedziałek po środku głowy, na znak, że są zamężne. Teraz miało to symbolizować obronę wdów po zabitych. Zarazem przypominało ważny dla świadomości historycznej Hindusów dramat z 1947 r., gdy Pakistańczycy zgwałcili dziesiątki tysięcy kobiet hinduskich, traktując je jak przedmioty symbolizujące honor religii i narodu.
Pakistan nazwał konflikt Operacja Bunyan um Marsoos. Jest to termin oznaczający „ścianę z ołowiu”, a pochodzi z Koranu, który mówi: „Zaprawdę, Allah kocha tych, którzy walczą na Jego sposób, jakby byli murem z ołowiu”.
Według strony indyjskiej naloty skierowane były w infrastrukturę terrorystów: meczety i szkoły koraniczne – miejsca ich organizowania się i szkolenia. Według Pakistanu uderzyły w obiekty cywilne i spowodowały liczne ofiary.
8 maja armia Pakistanu zaatakowała liczne cele na terytorium Indii, w tym – przy użyciu dronów – lotnisko w 600-tysięcznym mieście Dżammu w Kaszmirze oraz indyjskie instalacje wojskowe w pobliskich miejscowościach.
W nocy z 9 na 10 maja lotnictwo indyjskie przeprowadziło naloty na kilka pakistańskich instalacji wojskowych. Wysłano m.in. izraelskie drony Harop i polskie drony rozpoznawcze Warmate 5.0., produkowane przez firmę Flytronic w Ożarowie Mazowieckim. Służyły sondowaniu i ocenie parametrów reakcji pakistańskich systemów rozpoznania oraz neutralizacji radarów przeciwlotniczych.
Indie użyły m.in. bomb Hammer zaopatrzonych w silnik rakietowy, zaprojektowanych we Francji, które okazały się niedawno jednym z najskuteczniejszych środków ukraińskiego rażenia w walce z Rosją. Już na początku 2025 r. ujawniono, że francuski koncern Safran oraz indyjski Bharat Electronics wspólnie produkują je w Indiach. Użyto też pocisków manewrujących BrahMos, produkowanych w Indiach na rosyjskiej licencji. Są unowocześnioną wersją rosyjskiej rakiety Onyks.
A przede wszystkim toczono walki w powietrzu. Ochronę przestrzeni powietrznej Indii zapewniały rosyjskie systemy S-400, pakistańskiej – chińskie rakiety HQ-9. Myśliwce produkcji chińskiej Chengdu zestrzeliły – zdaniem Pakistanu – pięć samolotów indyjskich, w tym trzy kupione we Francji Rafale. Zarówno Indie, jak i Francja temu zaprzeczyły. Strona indyjska twierdziła, że zestrzelono jeden samolot Chengdu. Pakistan zaprzeczył, przyznał jedynie, że jeden z jego samolotów doznał niewielkich uszkodzeń. Odnosząc się do doniesień o własnych stratach samolotów, Indyjskie Siły Powietrzne stwierdziły, że „straty są częścią walki”, nie podając szczegółów, a zapewniając, że wszyscy piloci wrócili do domu.
O eskalacji konfliktu świadczyło wypłynięcie indyjskiej floty wojennej, która 8 maja wyruszyła ku wybrzeżu Pakistanu. Do walk na morzu jednak nie doszło.
10 maja załagodzeniem konfliktu zajął się prezydent USA Donald Trump. Jak sam stwierdził, amerykańskiej dyplomacji udało się wynegocjować natychmiastowe wstrzymanie wszelkich działań zbrojnych. W konsekwencji po 96 godzinach walk oba państwa zgodziły się na zawieszenie broni, a potem oba ogłosiły swoje zwycięstwo. 21 czerwca rząd Pakistanu nominował prezydenta Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla za zasługi w powstrzymaniu wojny.
Zarówno szef Sztabu Obrony Indii, generał Anil Chauhan, jak i przewodniczący Komitetu Połączonych Szefów Sztabów Pakistanu, generał Sahir Shamshad Mirza, zapewnili, że w żadnym momencie konfliktu żadne z państw nie rozważało użycia broni jądrowej.
Walki przerwano, ale konflikt trwa – podobnie jak w przypadku wcześniejszych starć indyjsko-pakistańskich. Obie strony intensywnie przygotowują się do przyszłych zmagań.
Czy z użycia chińskich i rosyjskich systemów po przeciwnych stronach walki wynika, że była to „wojna zastępcza” (proxy war) Chin z Rosją, zapowiadająca zmierzch ich sojuszu? Raczej nie. Na razie Moskwa i Pekin ściśle współdziałają. Ale prawdopodobnie był to swoisty test skuteczności broni i technik jej użycia. Udział w realnej walce to najlepszy sposób ich testowania – być może właśnie mieliśmy z czymś takim do czynienia. To oczywiście jedynie hipoteza, dziś niemożliwa do weryfikacji. Gdyby jednak była prawdziwa, to rodzi się pytanie, dlaczego Indie i Pakistan dały się użyć w takiej roli? I znowu, odpowiedź może być jedynie hipotetyczna. Mimo wszystko warto spróbować, z zastrzeżeniem, że to tylko przypuszczenia.
W obu państwach konflikt z sąsiadem był wygodny dla rządzących sił politycznych ze względu na potrzeby polityki wewnętrznej. Rządząca Indiami Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party, BJP) wykorzystała emocje dla przeprowadzenia spektakularnej propagandy. Zorganizowano w wielu miastach wiece poparcia dla sił zbrojnych. Akcentowano zwłaszcza udział kobiet, w tym na stanowiskach dowódczych armii indyjskiej. Na przyszły rok zaplanowane są wybory lokalne i do parlamentu ogólnokrajowego. BJP ma charakter konserwatywny i religijny, miała dotychczas niewielkie poparcie kobiet. Operacja Sindoor być może je powiększy. Zdaniem pakistańskich dziennikarzy, „opieranie się na antypakistańskiej retoryce zyskuje na znaczeniu, ponieważ sondaże wskazują na spadek poparcia” dla partii rządzącej Indiami. „W tym kontekście takie narracje stanowią sposób na zwiększenie poparcia i odwrócenie uwagi od pilnych wyzwań stojących przed krajem”[3].
Również dla armii Pakistanu konflikt mógł być wygodny. Były indyjski ambasador w Pakistanie Shivshankar Menon ocenił, że „armia ta ma interes w podtrzymywaniu określonego poziomu konfliktu z Indiami, by zagwarantować sobie dalszy wpływ na pakistańską politykę, na kształt państwowego budżetu oraz na swój popularny obraz jako strażnika Pakistanu”[4]. I rzeczywiście, po konflikcie Pakistan podwoił przewidziane w budżecie na 2025 r. wydatki na obronność do równowartości 9 mld dolarów. W czerwcu 2025 r. poinformowano o zamiarze kupienia 40 chińskich myśliwców Shenyang. Mają być dostarczone w ciągu dwóch lat. Już w lipcu 2025 r. zaczęto szkolenie pilotów w Chinach.
Nie zaniedbano relacji z Rosją. 2 września premier Pakistanu Shehbaz Shafir spotkał się w Moskwie z Władimirem Putinem, zapewnił, że bardzo zależy mu na wzmocnieniu współpracy. A 3 września Shafir był w Pekinie na uroczystościach związanych z rocznicą kapitulacji Japonii. To kolejny symptom zbliżenia obu państw.
Z kolei Indie, oceniając dużą skuteczność systemów S-400, po zakończeniu operacji Sindoor zwróciły się do Rosji o sprzedanie następnych zestawów, dostarczanych bezpośrednio z Rosji albo wspólnie produkowanych w Indiach. Postawiło to Moskwę przed trudnym dylematem – systemy są jej potrzebne w wojnie przeciw Ukrainie, już wcześniej Iran pod koniec 2024 roku chciał je kupić, a Rosja odmówiła sprzedaży. Z Indiami rozmowy na razie trwają.
Konflikt wywołał spore zainteresowanie w krajach muzułmańskich, ale Pakistan nie uzyskał ich jednoznacznego poparcia. Zwłaszcza kraje znad Zatoki Perskiej mają ścisłe powiązania gospodarcze z Indiami, zatem wolały zachować dystans. Czołowa arabska telewizja Al-Jazeera szczegółowo relacjonowała zdarzenia, nie preferując żadnej strony. Pozwoliła sobie nawet później na smutny żart: porównanie „zwycięstwa” Indii w walce zbrojnej do sukcesu ich drużyny krykieta nad reprezentacją Pakistanu podczas Mistrzostw Azji w Dubaju 28 września 2025 r.[5].
[1] Carl von Clausewitz, O wojnie, tł. Augustyn Cichowicz, Leon Koc, Kraków 2006, s. 64.
[2] Piotr Kłodkowski, Azjatycka wielka gra. Indie i Azja Południowa w sporze o regionalną i globalną dominację w XX i XXI wieku, Kraków 2024, s. 481.
[3] Zahra Niazi, India’s militaristic turn, https://www.thenews.com.pk/latest/
/1353622-india-s-militaristic-turn, dostęp 27.10.2025.
[4] Shivshankar Menon, Indie i geopolityka Azji. Historia i teraźniejszość, tł. Eliza Litak, Warszawa 2024, s. 428.
[5] Abid Hussain, ‘Operation Sindoor’: How cricket became latest India-Pakistan
weapon of war, https://www.aljazeera.com/news/2025/9/30/operation-sindoor-how-
-cricket-became-latest-india-pakistan-weapon-of-war, dostęp 1.10.2025.
Nauki humanistyczne mają problem z interpretowaniem aktywności człowieka zarazem jako wolnej jednostki i jako integralnego elementu społeczeństwa (istoty społecznej). W etyce wyraża się to w dwóch odrębnych ujęciach człowieka jako autonomicznej jednostki oraz jako istoty społecznie zdeterminowanej. W efekcie w etyce istnieje etyka indywidualistyczna oraz etyka społeczna, co samo w sobie jest absurdalne, bo każda z nich stanowi niezależne od siebie standardy i regulacje etyczne. W postaci skrajnej może to powodować, że ktoś może być uznawany za wartościowego społecznie i zarazem, jako jednostka, może być zdemoralizowanym. Ten dylemat został przeniesiony także do struktury etyki, bo mamy psychologię moralności zajmującą się kondycją moralną jednostek oraz socjologię moralności, która stara się sprowadzić kondycję miliardów jednostek do wspólnego mianownika. Systemy etyczne mają zatem duże problemy z ujęciem w karby teorii tego dualizmu ludzkiej egzystencji.
Nie znaczy to jednak, że filozofowie nie próbowali tego zrobić. Udawało im się to ze zmiennym powodzeniem. Ogólnie rzecz biorąc, taką możliwość dostrzegali w naturalnym ludzkim dążeniu do szczęścia, którego przecież nie da się osiągnąć będąc wyobcowanym ze społeczeństwa. Szczęście jest bowiem zawsze uczuciem współdzielonym z innymi, bo nawet jeśli odczuwamy je tylko sami, to osiągamy ten stan ze względu na kogoś lub dzięki komuś. Oczywiście z powodu innych możemy stać się także głęboko nieszczęśliwymi. Wychodząc z takiego założenia, żyjący w XVII wieku filozof Benedykt Spinoza uważał nawet społeczeństwo za źródło zagrożeń dla moralnej kondycji człowieka, bo jego zdaniem kontekst społeczny wzbudza w człowieku naturalną chęć rywalizacji, porównywania, wzbudza namiętności, potrzebę władzy itp. Zarazem jednak zakładał on, że dzięki posiadanemu rozumowi człowiek wyzwoli się spod tego wpływu, doskonaląc swój rozum, a więc poświęcając się poznaniu, w domyśle filozofii. Jego etyka była zatem skrajnie indywidualistyczna, gdyż szczęście i radość człowiek osiąga, tak jak u starożytnych stoików, tylko dzięki poznawaniu istoty bytu. Z tej racji społeczeństwo przeszkadza w realizacji naturalnej potrzeby bycia szczęśliwym. Sprowadza się to ostatecznie do stanowiska, że do szczęścia człowiekowi nikt nie jest potrzebny, bo inny może tylko w tym przeszkadzać. Nic zatem dziwnego, że takie teorie etyczne, choć ubrane w kunsztowne struktury słowne, mogące nawet zachwycać głębią przemyśleń, nie zyskały popularności poza światem samej filozofii.
Przeciwwagą dla tych teorii stały się koncepcje, które mieszczą się w nurcie utylitarystycznym, bo szczęście jest tym bardziej wartościowe, im więcej ludzi może je doznawać. Hasło „jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi” posiada jednak także ograniczenia konceptualne, gdyż teoretycznie dopuszcza możliwość złożenia ofiary z niewinnych ludzi tylko po to, aby pozostali mogli być dalej szczęśliwi. Problem kozła ofiarnego nie jest jedynym paradoksem, który wynika z dosłownego interpretowania utylitarystycznej koncepcji szczęścia. Nie przypadkiem to właśnie w utylitaryzmie sformułowano dylemat wagonika, który wręcz zachęca do składania w ofierze mniejszości dla dobra większości. Potęgę takiego rozumowania znamy choćby z niedawnej pandemii. Nie zmienia to jednak faktu, że tego typu problemy stanowią pochodną przeciwstawiania interesu jednostki interesowi społecznemu, stąd główne zadanie etyki sprowadza się do tego, aby takiego przeciwstawienia w ogóle nie było.
Rodzi to pytanie o to, czy jest to w ogóle możliwe. Pozostawienie jednostki samej sobie jest bowiem społecznie nieakceptowalne, podobnie jak całkowite jej podporządkowanie interesom społeczeństwa. W filozofii dzięki Emmanuelowi Mounier te dwie skrajności znane są jako alienacja Narcyza oraz alienacja Herkulesa i obie uznaje się za stojące w sprzeczności z dyspozycjami natury ludzkiej. Nie zmienia to faktu, że człowiek w każdej sytuacji jest zarazem istotą aspołeczną, jak i niepowtarzalnym indywiduum. Burzliwe wydarzenia ostatnich wieków, które dotknęły większość światowych społeczeństw, uświadomiły etykom, że palącą staje się potrzeba sformułowania etyki integralnej ujmującej człowieka całościowo, a najbardziej obiecującą próbą jej zbudowania okazała się koncepcja zwana etyką niezależną. W tym dziele niepośledni wkład wnieśli także przedstawiciele polskiej filozofii.
2
Nasuwa się stąd niekiedy pytanie, po co w ogóle etyka jest potrzebna ludzkości. Z jednej strony jej regulacje nakładają określone obowiązki na jednostki, a więc ograniczają ich wolność, a z drugiej nakazują jej maksymalnie korzystać ze swej wolności, co zwolennicy etyki zależnej odbierają jako przymus. Jest to jednak tylko pozorny paradoks, bo etyka, zresztą jak wszystkie inne wytwory człowieka, ma za zadanie chronić ludzkość. Polski filozof Karol Frenkel jako pierwszy zauważył i podkreślił fundamentalne znaczenie tego zadania etyki. Osiemdziesiąt lat później tę samą tezę powtórzył Hans Jonas w swej Zasadzie odpowiedzialności, nadając jej formę imperatywu kategorycznego: „Ludzkość musi przetrwać”. Znaczna część środowisk naukowych rozbija taką zasadę na dwa kierunki działania: na instynkt samozachowawczy oraz instynkt zachowania gatunku. Tymczasem nie ma żadnych podstaw do tego, aby je rozdzielać od siebie, bo trwanie jednostek jest konieczne dla zachowania gatunku. Innymi słowy to sama natura czyni nas moralnymi, bo dalsze istnienie człowieka na Ziemi jest jakby wpisane w logikę funkcjonowania biosfery. Bez naszego gatunku byłaby ona zupełnie inna, co znaczy, że nagłe zniknięcie naszego gatunku spowodowałoby destrukcję całego ziemskiego ekosystemu. Ludzkość jest więc gatunkiem kluczowym dla dalszego trwania życia na Ziemi.
Świadomość takiego stanu rzeczy była już udziałem przedstawicieli szkockiej filozofii zdrowego rozsądku. To już Francis Hutcheson (1694–1746) stwierdził, że moralność nie wynika z tego, jakie rzeczy są, a więc także nie z racji rozumu, ale należy do sfery poczuć (afektywnej). Ludzie w jego przekonaniu odróżniają to, co moralne od tego, co niemoralne, tak samo jak odróżniają rzeczy słodkie od gorzkich czy ciepłe od zimnych. Poprzez Davida Hume’a pogląd Hutchesona trafił także do Polski. A stało się to za sprawą Tadeusza Kotarbińskiego, który nawiązał do tego poglądu w swym fundamentalnym dziele „Elementy teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk” (1929), a stąd pogląd ten stał się fundamentem jego koncepcji etyki niezależnej. Rzecz jednak w tym, że etyka niezależna istniała już przed Kotarbińskim, bo jej początków należy doszukiwać się jeszcze w pozytywizmie, który wystąpił z radykalną krytyką całej tradycji, w tym także tradycji naukowej, którą obarczał winą za cywilizacyjne zacofanie Polski.
Pozytywiści największego przeciwnika mieli wśród kleru wszystkich wyznań, który reklamował siebie wówczas jako ostoję tradycji. W tej walce z pozytywistycznym powiewem nowoczesności wykorzystywano wówczas cały arsenał pomówień, za pomocą których starano się stygmatyzować wszystkich pozytywistów włącznie z zarzucaniem im, że walcząc z tradycją sprzeniewierzają się sprawie niepodległościowej. A przecież jedynym grzechem pozytywistów było dążenie do zmiany zacofanych cywilizacyjnie ziem polskich w nowoczesne państwo. Ofiarami tej stygmatyzacji stały się pierwsze polskie próby sformułowania etyki niezależnej autorstwa Aleksandra Świętochowskiego i Juliana Ochorowicza. W taki właśnie sposób od samego zarania etyka niezależna w Polsce stała się czymś podejrzanym, co wymagało nie lada odwagi od tych, którzy nie bali się głosić jej założeń. Pozytywistom polska etyka niezależna zawdzięcza przede wszystkim uświadomienie tego, że środowisko społeczne, w którym jednostka egzystuje, determinuje jej moralność (Świętochowski), a zatem jeśli chcemy, aby ludzie byli moralni, jesteśmy zobowiązani do stałej obecności w obiegu społecznym regulacji moralnych, które w tym środowisku powstały (Ochorowicz). Nie mogą one mieć źródła zewnętrznego, co znaczy nie tylko odrzucenie wszelkich koncepcji zakładających ich transcendentny charakter, ale także wszelkich prób przeniesienia już istniejących w sąsiednich kulturach, w tym zwłaszcza z państw zaborców.
Niemniej jednak dojrzała postać etyki niezależnej zrodziła się dopiero w obrębie szkoły lwowsko-warszawskiej. To Kazimierz Twardowski podjął studia nad koncepcją Hutchesona, którą poznał pośrednio poprzez studia nad etyką Hume’a oraz prowadząc równolegle dwa przewody doktorskie: Tadeusza Kotarbińskiego oraz Karola Frenkla. Pierwszy doktorant omawiał etykę Milla i Spencera, a drugi porównywał ze sobą dwa wielkie systemy etyczne – Hume’a i Schopenhauera. Przy tej okazji powstała znana praca Twardowskiego Etyka wobec teorii ewolucji. Twardowski nie wypromował już więcej doktorów z etyki, a jego studia nad tym problemem zostały niebawem zarzucone.
Po nagłej śmierci Frenkla i przejściu Twardowskiego na emeryturę zajęcia z etyki przejął po nim Kazimierz Ajdukiewicz, któremu zawdzięczamy wskazanie sposobu transmisji międzypokoleniowej regulacji etycznych. Otóż wedle niego dzieje się tak za pomocą praktyki językowej. Język jest medium, którym posługują się wszyscy i to właśnie poprzez niego przekazywane są owe „poczucia moralne”, o których pisał Hutcheson. Wynika to z samej istoty języka, bo istnieje zbiór słów oznaczających przedmioty podlegające ocenom moralnym i każdy go przejmuje w całości przez sam fakt życia w społeczeństwie. Ajdukiewicz nazwał to uzusem, a więc pewnym zwyczajem językowym, ale ów zwyczaj stanowi o trwałości i ciągłości istnienia danej kultury, bo jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Przedmioty podlegające ocenie moralnej nie zmieniają się historycznie. Mogą zmieniać się oceny, ale nie same przedmioty. To właśnie w szkole lwowsko-warszawskiej doszło do połączenia pozytywistycznego przekonania o społecznych źródłach moralności z naukowymi świadectwami o istnieniu także biologicznych jej determinant.
Wskazywanie na Frenkla czy Kotarbińskiego jako wyłącznych twórców polskiej koncepcji etyki niezależnej jest zatem nietrafne, bo nie powstałaby ona bez badań pozytywistów Świętochowskiego, Ochorowicza, a także Adama Mahrburga oraz kontynuatorów kierunku ich myślenia ze szkoły lwowsko-warszawskiej. Tadeusz Kotarbiński personalnie łączył warszawskich pozytywistów ze szkołą Twardowskiego, bo przecież był uczniem pozytywisty Adama Mahrburga, a później także samego Twardowskiego. Choć nie specjalizował się w etyce, to jednak uogólnił tylko wyniki ich badań w ramach jednej koncepcji. Co istotne, moment publikacji jego koncepcji nie został wybrany przypadkowo, ale dokładnie w momencie, w którym zmęczone wojną i reżimem stalinowskim polskie społeczeństwo było gotowe na jej przyjęcie. Kotarbiński, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, posiadał zatem dobre rozeznanie w nastrojach i oczekiwaniach społeczeństwa i dlatego jego koncepcja natychmiast spotkała się z tak wielkim zainteresowaniem. Została wyrażona prostym językiem, bo nie miała wskazywać ludziom tego, co jest moralne, a co niemoralne, ale tylko utwierdzać ich w słuszności już obranej drogi postępowania. Kotarbiński postulował zrozumiałym dla wszystkich językiem „nie bądź gałganem”, a więc kimś, kto zasługuje na potępienie, a każdy posługujący się polskim językiem był w stanie ten postulat zrealizować w swoim życiu.
3
Nie wszyscy zdają sobie sprawę ze źródeł, z których wypływa ich wewnętrzne przekonanie o tym, że w takiej a takiej sytuacji należy postąpić tak, a nie inaczej. Na dodatek jednocześnie uważamy, że każdy inny, kto znalazłby się w identycznej sytuacji, postąpiłby tak samo jak my sami. Ale każdy, kto zaczyna się nad tym zastanawiać, musi dostrzec, że w zasadzie istnieją tylko dwa możliwe wyjaśnienia. Pierwsze z nich zakłada, że wszyscy ludzie mają wrodzony instynkt moralny pozwalający im nieomylnie odróżniać dobro od zła, a drugie, że zostali obdarzeni taką zdolnością przez jakiś czynnik zewnętrzny. To pierwsze rozwiązanie nie może być uznane za zadawalające, gdyż ludzie znacznie różnią się w swym postępowaniu, przyjmowanych postawach, jak też wygłaszanych ocenach. Nie znaczy to jednak, że należy je z góry odrzucać, gdyż wiele faktów świadczy o tym, że jednak przynajmniej niektóre nasze przekonania mają naturalne źródła. Typowym przykładem tego jest spontaniczne pomaganie słabszym oraz znajdującym się w sytuacjach zagrożenia życia. Niemniej jednak zdecydowanie więcej faktów świadczy o przejmowaniu drogowskazów życiowych od innych. Nie można w tym przypadku mówić o mechanicznym przekazywaniu, kopiowaniu cudzych wartości i norm, bo sensowniej jest mówić o przejmowaniu uwzględniającym ograniczenia własnych dyspozycji fizycznych i psychicznych.
Nie można zatem oczekiwać, że osoby z dysfunkcjami będą pod względem moralnym identyczne z osobnikami w pełni zdrowymi, co oznacza, że pełnosprawne jednostki czują się w obowiązku wspomagać takie osoby, aby istniejące różnice maksymalnie niwelować. Ale to, jak to będą starały się zrobić, zależy już wyłącznie od nich samych. To wszystko czyni nas wszystkich uczestnikami wspólnoty moralnej składającej się z jednostek wolnych i wrażliwych na wszelkie niezawinione nierówności pomiędzy ludźmi. Karol Frenkel twierdził, że wspólnota moralna powstaje w wyniku tego, że podstawą moralności jest wspólny dla wszystkich ideał moralny, który samoczynnie staje się integralną częścią osobowości jednostki. Sama nazwa wskazuje, że jest to coś, co dopiero ma zostać urzeczywistnione, a nawet domaga się urzeczywistnienia. Nie oznacza on w żadnym przypadku, że składa się z elementów osiągalnych tu i teraz, bo nawet jeśli uczynimy coś zgodnego z nim, to co najwyżej go wzbogacimy o jakiś element. Nawet chwilowe niepowodzenia nie osłabiają naturalnego podążania w kierunku takiego ideału. Rodzi się zatem pytanie, czym muszą charakteryzować się takie działania, aby zostały uznane za właściwe, a więc słuszne. Wedle Frenkla decydują o tym dwa elementy: włożony wysiłek (wkład własnej pracy) oraz bezinteresowność motywów. To właśnie one pozwalają nam oceniać dowolne postanowienie jako moralne bądź nie. Każdy człowiek więc jest w stanie bez potrzeby przechodzenia długotrwałej edukacji moralnej ocenić dowolne postanowienie człowieka jako moralne. Co istotne, samo działanie może zakończyć się niepowodzeniem, ale motyw jego podjęcia automatycznie powoduje, że uznaje się je za moralne.
Charakterystycznym rysem przedstawionego rozumowania jest to, że aby wyjaśnić dlaczego ludzie starają się być moralni, nie potrzeba uciekać się do doszukiwania się ingerencji zewnętrznej – a tym bardziej czynników nadprzyrodzonych. Co więcej, każdy, kto taki czynnik wprowadza do interpretowania zjawisk moralnych, powoduje, że nie da się tego wyjaśnić na gruncie nauki. Niezależność etyki oznacza zatem zarazem, że musi ona mieć charakter naukowy. Rodzi to problem związany z tym, czy może istnieć etyka nienaukowa. Rzecz jest w tym, że nie może, bo albo etyka jest nauką, albo nie, a jeśli nauką jest, to wszystko co głosi podlegać musi weryfikacji naukowej, a jej twierdzenia muszą mieć odzwierciedlenie w faktach.
Każda nowa koncepcja etyki od wieków budziła też nadzieję, że oto wreszcie wynaleziono lekarstwo na wszelkie ułomności duszy ludzkiej. Zapewne zarówno ich autorom, jak i odbiorcom udzielało się przekonanie, że oto uczestniczą w wielkim zadaniu podnoszenia na wyższy poziom kondycji moralnej całej ludzkości. Dla pozytywistów było czymś oczywistym, że aby cokolwiek poprawić, trzeba to wpierw dogłębnie poznać, stąd podejmowali próby poznania źródeł moralności. Pisali oczywiście na ten temat uczone traktaty przeznaczone dla zawodowych filozofów, ale za najważniejsze zadanie uznawali doskonalenie moralne społeczeństwa. Ochorowicz ukuł dla tego zadania specjalną nazwę „etoplastia”, która poprzez eksponowanie negatywnych zjawisk moralnych rozpowszechnionych w społeczeństwie miała zarazem wskazywać proste drogi ich uniknięcia lub wyzwolenia się z ich okowów. Zadanie to nie miało przekraczać możliwości przeciętnego człowieka, a więc ludzie własnymi siłami mieli się wyzwolić z nałogów i złych nawyków. Niepotrzebna do tego jest znajomość uczonych traktatów etycznych ani znajomość systemów etycznych. W konsekwencji etycy niezależni często głosili swoje koncepcje tak, jakby tradycja etyczna w ogóle nie istniała, a tylko ich stanowisko było godne rozpropagowania. Prawdą jest zatem, że to nie pozytywiści walczyli z religią, ale zwolennicy etyki religijnej zwalczali ich poglądy na wszelkie sposoby. Niemniej jednak zdołali ukształtować przekonanie, że celem pozytywistów jest walka z religią, skrzętnie unikając nazywania ich rzecznikami postępu społecznego, bo wówczas sami zostaliby uznani za rzeczników zacofania i ciemnoty, wrogów postępu, którymi przecież byli w istocie.
4
Koncepcja etyki niezależnej sformułowana przez Kotarbińskiego była już tematem tak wielu publikacji, że autor czuje się zwolniony z obowiązku jej bliższego omawiania. Jej urok polegał przede wszystkim na tym, że stanowiła odpowiedź na zapotrzebowanie płynące ze strony społeczeństwa. Wystąpienie Kotarbińskiego z koncepcją etyki niezależnej dotyczyło bowiem wielce zaniedbanej płaszczyzny życia społecznego, co dostrzegali nawet najzagorzalsi przeciwnicy. Z jednej strony pochwalali jego starania, a z drugiej zachowywali głęboką rezerwę wobec tej propozycji, co związane było z obawami o zbyt szerokie jej rozpowszechnienie się w społeczeństwie. Ta rezerwa dotyczyła zarówno osób związanych z obozem władzy, jak i z religią, gdyż oba te ośrodki dokładały wielu starań, aby samemu zmonopolizować całą działalność w tej sferze.
Trudno wytłumaczalnym pozostaje fakt, że etyka niezależna była w Polsce popularna tylko do momentu upadku realnego socjalizmu. Warto więc zastanawiać się, czy jego propozycja przestała być atrakcyjna dla współczesnych. Wbrew zarzutom wielu krytyków etyka ta miała solidne podstawy w filozofii, a jej założenia tym tylko różniły się od koncepcji konkurencyjnych, że ich akceptacja nie przekraczała możliwości poznawczych przeciętnego człowieka. W świetle przeprowadzonych rozważań wypada przyznać rację współczesnym interpretatorom dokonań autora Spraw sumienia stojącym na stanowisku, że „system etyczny Kotarbińskiego jest uważany w Polsce za jeden z najoryginalniejszych systemów XX wieku”. Aby docenić wartość tej propozycji, trzeba ją jednak przeanalizować w kontekście zarówno historycznym, jak i kulturowym. W polskich warunkach zachowuje ona swoją aktualność, jest w pewnym sensie ponadczasowa. Etyka niezależna to nie jest moralizatorstwo, bo jej zadaniem jest przywracanie zachwianej równowagi pomiędzy gatunkową a społeczną naturą człowieka. W momencie, gdy Kotarbiński wystąpił ze swoim projektem, polskie społeczeństwo było pod względem moralnym zdezorientowane, na co złożyły się najpierw mroczne lata okupacji hitlerowskiej, a następnie zaraz po wojnie – totalitarne stalinowskie porządki. Powiew wolności na fali popaździernikowych przemian przywrócił jednak społeczeństwu nadzieję, że można żyć normalnie, a więc szczęśliwie, nie obawiając się każdego dnia o swój los i los najbliższych. Etyka niezależna tą nadzieję urzeczywistniała. Stąd wzięła się jej ogromna popularność, bo jej przesłanie powodowało, że każdy mógł samodzielnie uczestniczyć w dziele naprawy świata. Tu już nie działały wyłącznie bezosobowe siły władające światem, ale każdy mógł to czynić zgodnie z własnymi chęciami i możliwościami. Kotarbiński przecież nie widział przeszkód w tym, aby każdy, kto dostrzegał potrzebę podnoszenia kondycji moralnej Polaków, mógł stać się opiekunem spolegliwym i naprawiać świat tak, jak mu serce i rozum podpowiadały. Taki człowiek nie potrzebuje zewnętrznych doradców, bo w nim społeczna i jednostkowa natura stanowiły jedność. Mógł oczywiście popełniać błędy, ale zasadniczy kierunek wyznaczał mu ideał etyczny, którego istnienia był świadomy.
W tym też kierunku podążają inni interpretatorzy koncepcji Kotarbińskiego, wychodząc z oceny istniejącej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej. Niemniej jednak pojawia się pytanie, dlaczego system etyczny odwołujący się do tak prostych zasad nie utrwalił się w społeczeństwie. Być może odpowiedzią na takie pytanie byłoby odwołanie się do prawidłowości rozwoju społeczeństwa, które przecież – jak to już dostrzegali pozytywiści – jest dynamiczne i ciągle doskonali swoje struktury. Postęp w rozwoju społecznym jest faktem, czemu jednak nie towarzyszy adekwatny progres w poziomie moralnym. Etyk może bowiem na podstawie oceny stanu istniejącego formułować potencjalnie skuteczne reguły sprzyjające korygowaniu już istniejących nieprawidłowości; może też jednak – śledząc kształtowanie się postaw moralnych w przeszłości – próbować doszukiwać się ponadczasowych prawidłowości w ich kształtowaniu się. Jedno i drugie rozwiązanie wymaga prowadzenia obserwacji stanu istniejącego oraz wyciągania wniosków dotyczących pożądanych korekt. Przyjęcie pierwszego stanowiska jednak skazuje etyka na los naukowca wiecznie utyskującego na upadek obyczajów i upadek moralności, bo to, co odkryje i zaproponuje, ma już tylko wartość historyczną. Przyjęcie drugiego stanowiska wymaga dokonywania porównań po to, aby uchwycić przyczyny nieskuteczności działań podejmowanych w przeszłości na rzecz poprawy kondycji moralnej społeczeństwa. Jest to zatem ciągła próba doskonalenia już istniejących mechanizmów, co wydaje się zadaniem rozsądniejszym, zwłaszcza gdy się nie ma pewności co do rzeczywistych motywacji jednostek.
Można zaryzykować stwierdzenie, że dopóki zwolennicy etyki niezależnej stali na drugim stanowisku, to osiągali sukcesy, zyskiwali coraz to nowych zwolenników. Niestety, okazywało się, że spontaniczne działania prędzej czy później instytucjonalizowały się, a w efekcie zaczynało przeważać stanowisko pierwsze. Nie można bowiem nie zauważyć, że wszelkie kongresy, zjazdy, zebrania itp. mają głównie charakter retrospektywny, nie tyle formułują nowe idee, co rozliczają z wykonywanych zadań. Przestają przyciągać ludzi, których żywiołem jest działanie wśród ludzi, udzielanie pomocy w razie potrzeby, a nie dlatego, że komuś coś się należy. Dopóki Tadeusz Kotarbiński żył, współdziałał ze społecznością nauczycielską i ludźmi dobrej woli, to etyka niezależna ciągle zyskiwała na popularności. Na początku lat siedemdziesiątych Kotarbiński wycofał się z działalności założonego przez siebie Towarzystwa Kultury Moralnej, które w tych środowiskach zyskało dużą popularność. Nie było to jednak spowodowane zniechęceniem do tego typu działalności, ale świadomością tego, że najważniejsze zadanie, jakie przed sobą postawił, zostało już wykonane. Nie znaczyło to oczywiście, że wszelkie patologie moralne w Polsce nagle zanikły, ale że pod jego wpływem ukształtowało się całe pokolenie ludzi zdolnych kontynuować jego dzieło.
Trzeba także podkreślić, że sama idea niezależności etyki już po śmierci Kotarbińskiego została niejako strywializowana, gdyż w literaturze głównie jest mowa o jej separacji od religii. Tymczasem taka rozłączność nie miała polegać przecież na wyrugowaniu religii z życia, tylko na tym, aby ludzie zaczęli samodzielnie decydować o najważniejszych sprawach w swoim życiu. Wszystko, co dla człowieka ważne, ma bowiem związek z etyką. Kierowanie się rozwiązaniami gotowymi jest nie tyle przejawem wygodnictwa intelektualnego, co rezygnacją z wykorzystywania dyspozycji, w jakie ludzi wyposażyła natura. Oznacza to przede wszystkim bierny stosunek do rzeczywistości i właśnie dlatego Kotarbiński postulował niezależność etyki, ale nie tej w postaci gotowej już, zawartej w podręcznikach, tylko tej, którą kierowali się ludzie, którym nie było obojętne, jaka jest kondycja moralna społeczeństwa polskiego.
5
Popularność etyki niezależnej w Polsce wynikała bowiem i z tego faktu, że dobrze wpisuje się ona w nurt filozofii czynu, który ma wyjątkowo silną reprezentację w polskiej filozofii. Niezależność etyki nie polega więc na tym, że formułuje się tylko jakieś mniej lub bardziej uzasadnione reguły postepowania moralnego, ale na tym, że niezależnie od okoliczności przeciwdziała się złu, które pojawia się w naszym otoczeniu. Kotarbiński nie tworzył więc swej koncepcji na ziemi niczyjej, bo znakomicie się wpasował w tradycję intelektualną, która w naszym kraju taką niezależność zawsze premiowała.
Nawet jeśli Tadeusz Kotarbiński nie ma dziś naśladowców, którzy by chcieli podążać jego śladem i doskonalić jego dzieło, to przecież ta tradycja nie zanikła. Dążenie do niezależności etyki jest ciągle dostrzegane w naszym życiu intelektualnym i nawet jeśli przybiera nieco jednostronną postać, to przecież zawsze może stanowić zaczyn dla nowej, społecznie nośnej idei, o czym przekonywać zdają się informacje typu: „Obradował XIII Zjazd Krajowy Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego. Jego uczestnicy w przyjętych dokumentach wyrazili stanowczy sprzeciw wobec niekonstytucyjnego demontażu Polski jako demokratycznego państwa prawa oraz z najwyższym niepokojem wskazali na postępujący proces klerykalizacji państwa i życia publicznego”. Ten fakt wyraźnie wskazuje na to, że w Polsce ciągle nie brakuje ludzi zatroskanych kondycją moralną społeczeństwa i gotowych poświęcić czas oraz własne siły i środki, aby istniejący stan rzeczy poprawiać.
Możemy dziś się zastanawiać, co etyka niezależna zmieniła w powojennej Polsce. Być może odpowiedź będzie trudna do zaakceptowania, gdyż jedną z możliwości jest, że spełniła ona już swoje zadanie, że była swymi treściami dostosowana do miejsca i czasu, w których powstała. Nie wydaje się jednak, aby było możliwe wyczerpanie się etyki niezależnej, gdyż zadanie, które realizuje, zawsze jest do wypełnienia. Nawet w chwilach największego kryzysu moralnego zapewne wystarczy wrócić do wskazań głoszonych przez Kotarbińskiego, dostosowanych do bieżącej sytuacji. Niemniej jednak żyjemy w trudnych czasach, gdyż znów, jak siedemdziesiąt lat wcześniej, ludzie tracą orientację w otaczającej rzeczywistości. Odbieramy zewsząd sprzeczne komunikaty, które tę dezorientację pogłębiają. Być może nadszedł właśnie czas, aby zacząć przywracać ludziom utraconą równowagę pomiędzy jednostkową a społeczną naturą człowieka, bo wyraźnie widać, że tradycja odgrywa w naszym życiu coraz mniejszą rolę. Sekularyzacja życia publicznego ma swe źródło w pogłębiającej się świadomości tego, że moralność nie jest raz na zawsze ustanowiona i każdy może żyć wedle wskazań, które nikogo nie krzywdzą i które sam akceptuje. Otwiera to pole dla rozpropagowania współczesnej postaci etyki niezależnej, która będzie zarazem kontynuacją koncepcji Kotarbińskiego, jak i uwzględniać będzie nowe realia społeczne.
Literatura:
XIII Zjazd Krajowy TKŚ, „Przegląd” 2018, nr 27.
Brożek A., Jadacki J., Minimalizm etyczny Tadeusza Kotarbińskiego, „Etyka” 2006, t. 39.
Frenkel K., O pojęciu moralności, Lwów 1927.
Konstańczak S., Etyka niezależna w Polsce, Zielona Góra 2019.
Kotarbiński T., Sprawy sumienia, Warszawa 1956.
Ochorowicz J., Metoda w etyce, „Przegląd Filozoficzny” 1906, nr 1.
Świętochowski A., O powstawaniu praw moralnych, Warszawa 1876.
Pierwszy raz w tej kadencji Sejm głosował wniosek o odrzucenie weta prezydenta. Koalicja rządowa przegrała glosowanie, ale rezultat starcia nie jest jednoznaczny i nie ułatwia zrozumienia istoty zagadnienia, bo jednocześnie premier i rząd wychodzi z tej sprawy zdecydowanie na tarczy.
Weto prezydenta do rządowej ustawy z zakresu finansowo- inwestycyjnego obarczono argumentacją premiera dotyczącą spraw fundamentalnych, bezpieczeństwa państwa i działalności obcych sił, właściwe przy kompletnym pominięciu uzasadnień branżowych.
Dane rządowe mówią, że nawet ponad 3 mln osób w Polsce inwestuje na rynku kryptoaktywów, „z czego 600 tys. zostało już oszukanych”, a setki spraw toczą się w prokuratorze. Zawetowana przez prezydenta Nawrockiego ustawa miała chronić uczestników tego rynku, a pamiętajmy, że, przykładowo, wahania cenowe tego typu „walorów” mogą spaść z poziomu ponad 160 tys. dolarów za sztukę do nieledwie 80 tys. i niżej – i to w zaledwie tydzień! Aż ciarki przechodzą, że „walory” obarczone aż takim ryzykiem nadal znajdują nabywców…
W istocie nie jest jasne, nad czym właściwie odbywało się to piątkowe głosowanie – bo dla wielu posłów wcale nie nad meritum zagadnienia: czy ciemny rynek kryptowalut należy uregulować i jak to zrobić, ale generalnie „za” albo „przeciw” koalicji. Strzegącej w tej sprawie bezpieczeństwa państwa, jako racji „kawa na ławę” wyrażonej przez premiera w zamkniętej części posiedzenia Sejmu. Weto zostało podtrzymane głosami posłów PiS, Konfederacji i paru prawicowych kanap, ale koalicja rządowa w tej sprawie pokazała niespotykaną spójność. Tyle, że arytmetyka sejmowa okazała się nieubłagana: do większości zdolnej odrzucić weto zabrakło jednak sporo głosów.
Spróbujmy to zatem rozebrać na czynniki pierwsze, bo takich wet czai się w zanadrzu u pana prezydenta jeszcze sporo, choć zapewne nie o takim ciężarze gatunkowym. Prezydent Nawrocki ma u siebie na biurku ustawę akcyzową, wprowadzającą drastyczną „nowelizację” mapy drogowej podwyżek stawek akcyzy na alkohol (w ub. roku była podobna na wyroby tytoniowe), mamy ustawę o DSA, czyli akt de facto o kontroli Internetu, żeby wspomnieć tylko te dwie, ustawę okołobudżetową… I, przede wszystkim, dopiero co przez Sejm uchwalony budżet państwa na 2026 rok, który prezydent może wysłać do Trybunału Konstytucyjnego.
To tylko parę przykładów. Planowane przykładne odrzucenia weta prezydenta do ustawy łańcuchowej może być tu jedynie kwiatkiem do kożucha. Pozostałe weta staną się zaś swoistym probierzem obietnic, że Nawrocki będzie wetował ustawy podwyższające podatki i godzące w wolności obywatelskie wyrażone w konstytucji. Czy słowo dane w kampanii wyborczej u Mentzena nadal obowiązuje?
Dla porządku, samo głosowanie nad wetem może, ale wcale nie musi się w Sejmie ziścić. Tak było z wetem prezydenta Dudy do ustawy Lex TVN, które szalenie rozsierdziło Prezesa i całe PiS. Aby je w minionej kadencji odrzucić, ówczesnej władzy brakowało głosów opozycji. Więc głosowanie weta odstawiło do zamrażarki, a prezydent Duda wówczas tłumaczył, że tym samym ratuje stosunki polsko-amerykańskie i nie było to tłumaczenie pozbawione podstaw.
Weto Nawrockiego do kryptowalut nie miało co prawda takiego ciężaru gatunkowego, ale jego hipoteka okazała się wyjątkowo zapaskudzona, mimo wysiłków prezydenckiego ministra Boguckiego, który podczas swojego sejmowego przemówienia mocno starał się ograniczyć temat do jego wymiaru finansowego.
Premier zaś mówił, że „sprawa jest tak paskudna, jak nigdy w Polsce od 1989 roku”. Zawetowana przez Nawrockiego ustawa miała umożliwić państwu skontrolowanie części rynku kryptowalut, która jest infiltrowana przez podmioty rosyjskie i białoruskie, o czym była mowa w tajnej części obrad Sejmu – padły liczby, daty, nazwiska oraz nazwy firm.
Można więc przyjąć, że zarządzając od razu głosowanie nad wetem koalicja rządowa chciała pójść za ciosem, nie siląc się chyba zbytnio na przekonanie tymi argumentami części opozycji. Taka taktyka wymagałaby niestandardowych działań; mogę sobie wyobrazić nawet i takie wydarzenie, że Donald z Jarosławem jadą na rozmowę w cztery oczy, popartą np. zebranymi już w sprawie dowodami. Albo, że w Kancelarii Premiera odbywa się wyjątkowo posiedzenie klubu PiS z udziałem premiera, gdzie on składa informację, pokazuje dowody, aby postawić posłów opozycji wobec tych faktów. Premier tymczasem wybrał inną formułę – przedstawienie ogólnej informacji całemu Sejmowi.
Być może inne rozwiązania nie były możliwe, licząc się przecież z tym, że na sali obrad siedzą ludzie, których tego typu fakty i oskarżenia dotyczą. A taki nagły dość tryb w ogóle nie zakłada pozostawienie komuś czasu do przetrawienia tego wszystkiego i namysłu w imię racji stanu, być może także cichej zmiany frontu (np. poprzez wykorzystanie możliwości proceduralnych…).
Było to wprost postawienie sprawy na musiku, czy wręcz narzucenie głosowania w formule zero-jedynkowej. Nie należy podejrzewać premiera o to, że tego nie wiedział i nie kalkulował, ale może chciał wpuścić w kanał opozycję licząc na to, że głosowanie stanie się probierzem jakiegoś rozłamu, albo przynajmniej rozdźwięku w PiS na podstawie obnażenia intencji, jak stały ze wetem.
Tego oczywiście dzisiaj nie wiemy, możemy jedynie podejrzewać, że najbliższy tydzień przyniesie wycieki sensacji o rynku kryptowalut, jako zinfiltrowanego przez Wschód. Byłoby to więc narzędzie szantażu, co w polityce jest na porządku dziennymi? Warto się temu przyglądać i nie odrzucać przy tym takich argumentów premiera, że sprawa dotyczy nawet kilkuset podmiotów „które widnieją w rejestrze izby skarbowej w Katowicach”. Bardzo ciekawe jakie to są podmioty i kto za nimi stoi, skoro ten sam ośrodek był bardzo skuteczny w zduszaniu mafii VATowskich, trawiących polska gospodarkę.
„Chodzi również o wiodącą firmę z kapitałem, który umożliwił jej przetrwanie na rynku w czasie kryzysu pandemii, przez rosyjskie pieniądze i rosyjską mafię” – mówił Tusk w Sejmie, wskazując trop i powodując u niektórych liderów partyjnych przyspieszone bicie serca. „Czy do was dociera to, że firma, gdzie w tle są zaginieni ludzie, pranie brudnych pieniędzy, rosyjskie wpływy i kasa, że ta firma jest równocześnie sponsorem działań, którymi zainteresowani są obecni najwyżsi funkcjonariusze partyjni i liderzy opinii publicznej z prawej strony?”.
Niemniej, weto prezydenta Nawrockiego przeszło, ustawa nie weszła w życie, ale już w ten wtorek zostanie ponowiona jako projekt rządowy – z szansami na szybkie uchwalenie. Czy to stworzy nowe pole do oficjalnych i zakulisowych działań? A może ropiejąca sprawa ustawy kryptowalutowej otworzy nowy rozdział w polityce polskiej?
Pojęcie „ciemnogród” po raz pierwszy pojawiło się w satyrycznej powieści Stanisława Kostki Potockiego Podróż do Ciemnogrodu (1820) jako kpiąca krytyka głupoty polskiej prowincji, jej zacofania, bigoterii oraz oporu wobec rozpowszechniania się europejskich idei oświeceniowych. Idei, których wielkim propagatorem był jej autor. Pierwotnie było to pojęcie o charakterze literackiej metafory, ale z czasem stało się żywym symbolem potocznej głupoty, społecznego konserwatyzmu, antyintelektualizmu i ideologicznego zamknięcia.
Przez kolejne lata pojęcie to ewoluowało, nabierając coraz bardziej złożonych odcieni, od metafory odrzucenia postępu po swoisty kod definiujący polską debatę publiczną. Kolejne pokolenia korzystały z tego terminu nie tylko jako narzędzia krytyki społecznej, ale też jako zwierciadła własnych lęków przed utratą tradycyjnych wartości i marginalizacją.
Obecne spory światopoglądowe, choć inne w formie, nie odbiegają wiele od dawnych walk o dominację narracji i sensu codzienności. Z perspektywy analizy socjologicznej ciemnogród nie jest już jedynie historycznym reliktem, dynamicznym polem, na którym dochodzi do zderzania się aspiracji modernizacyjnych z zakorzenionym w kulturze przekonaniem o wyższości własnej drogi rozwoju opartej na progresywnych wartościach lub na własnym dorobku kultury narodowej.
Stereotypy i autowizerunki, utrwalane przez popkulturę i media, wzmacniają polaryzację, a publiczne debaty coraz częściej przybierają charakter wojny o wartości, w której granica między tradycyjnym konserwatyzmem a nowoczesnością staje się płynna i nieoczywista.
Początkowo pojęcie ciemnogrodu weszło do obiegu jako negatywne określenie miejsc, środowisk i poglądów będących domeną zabobonu i wstecznictwa. Z biegiem lat, wchodząc do języka potocznego, zyskało nowe znaczenia – nie tylko jako literacka metafora zacofania, ale także praktyczne narzędzie analityczne, pozwalające diagnozować mechanizmy społecznej inercji i oporu wobec zmian czy następstwa huraganowego przyspieszenia cywilizacyjnego w XXI wieku. Współczesne debaty publiczne nieustannie odwołują się do tego pojęcia, nie tylko w pejoratywnym znaczeniu jako synonimu głupoty – czyniąc z niego swoisty wskaźnik poziomu otwartości lub zamknięcia ludzi i społeczeństwa odrzucającego nowe idee i rozwiązania.
Przypisywanie ciemnogrodzkiego charakteru określonym środowiskom czy instytucjom często służy nie tylko krytyce samych wartości czy wyrażanych poglądów. Także wskazaniu źródeł wstecznictwa, dominujących lęków, stereotypów i mechanizmów wykluczenia, które warunkują załamywanie się dynamiki dialogu publicznego oraz systemu demokracji. W ten sposób ciemnogród stał się nie tylko etykietą historyczną, pejoratywnym epitetem, ale także kluczem interpretacyjnym dla zrozumienia dynamiki procesów społecznych zachodzących we współczesnej Polsce. Co najmniej od czasu kształtowania się nowoczesnego państwa, krystalizowania zbiorowej tożsamości społeczeństwa, procesów konstrukcji współczesnego wizerunku narodowego, aż po obecnie obserwowaną dramatyczną polaryzację postaw i opinii wyrażanych w mediach i polityce.
Współczesna Polska, mimo wieków formalnej modernizacji zarówno pod zaborami, jak i w dwudziestoleciu międzywojennym, wciąż wykazuje wiele cech społeczeństwa rodem z Ciemnogrodu – nie tylko w negatywnym sensie mentalnym, ale jako struktura społeczna, która tworzy mechanizm samoreprodukowania się głupoty w kolejnych pokoleniach. Dzieje się tak z co najmniej dwóch zasadniczych powodów:
– wiekowego – przywiązanie do kulturowych tradycji, w szczególności wartości etycznych, nakazów i zakazów dominującej ideologii religijnej interpretowanych przez Kościół rzymskokatolicki,
– skutków prowadzonej przez państwo i jego agendy polityki przyspieszonej modernizacji kraju – niezrównoważonego rozwoju prowadzącego do rozwarstwienia, pogłębienia dystansu i narastania konfliktów.
W dalszej części tego eseju przeprowadzona zostanie analiza tych dwóch różnych modeli reprodukcji Ciemnogrodu w Polsce, ich struktury, opis działania jej mechanizmów w tych dwóch typologiach aktualnych uczestników, z wykorzystaniem narzędzi analizy socjopolitycznej.
Ciemnogród jako system ideologiczny i zbiór postaw społecznych
W pierwotnym (projekcyjnym) modelu Stanisława Kostki Potockiego pojęcie ciemnogrodu było tylko miejscem, które było zamieszkałe przez kohorty ludności wiejskiej o specyficznych cechach: ludzi zacofanych, religijnych, fanatycznie niechętnych oświeceniu i rozumowi. Była to krytyczna odpowiedź na dominujące wówczas w Polsce rozbiorowej postawy społeczne różnych zbiorowości terytorialnych, mocno zakorzenione w sarmackiej tradycji i klerykalnym światopoglądzie, niechętnych rodzącemu się liberalizmowi.
Z biegiem lat pojęcie ciemnogród zaczęło rozrastać się w swoim znaczeniu, aż stało się wyrazistym i skrajnie pejoratywnym symbolem ideologicznym – zestawem poglądów i wartości religijnych oraz wyrażanych postaw o charakterze konserwatywnym, które odwołując się do narodowych tradycji kulturowych i patriotyzmu jednocześnie aktywnie przeciwstawiało się postępowi cywilizacyjnemu: modernizacji, pluralizmowi i racjonalności. Ciemnogród stał się zatem quasi-ideologią, reprodukcją odtworzenia w kulturowej pamięci składnika sposobu myślenia o życiu i świecie określonych zbiorowości.
Społeczną funkcją, jak każdej ideologii, stała się artykulacja zbiorowych interesów oraz wartości dotyczących oglądu oraz wizji rzeczywistości, celów aktywności i dopuszczalnych sposobów ich osiągania, a także motywacji ich zasadności, względów uznawanych za wyższe niż jednostkowy interes. Zapotrzebowanie na ideologię ciemnogrodu wynikało u swoich źródeł z właściwego ludziom poszukiwania własnych odpowiedzi na pytania o sens i sposób istnienia w szerokim otoczeniu społecznym zdominowanym w Polsce przez Kościół rzymskokatolicki.
Ideologia ciemnogrodu w Polsce stała się zbiorem uporządkowanych poglądów stanowiących o tożsamości oraz postrzeganiu stereotypowego wizerunku Polaka na wewnątrz i zewnątrz (w rodzaju: „Polak-katolik”). Przede wszystkim poglądów religijnych, politycznych i prawnych, ale także przyrodniczych, artystycznych, filozoficznych – służących ludziom o tożsamych poglądach do objaśniania otaczającego ich świata. Z czasem ideologia ta stała się też propagowana przez różnego rodzaju instytucje władzy: rząd, administrację, organizacje polityczne, partie, oraz różnorakie organizacje społeczne: kościoły różnych religii, instytucje edukacji, media, struktury samorządowe. Stała się nie tylko kluczowym elementem tożsamości jednostki, ale całej struktury władzy, sposobem promocji określonego światopoglądu.
Tab. 1. Średnie IQ w Polsce na tle wybranych krajów świata według World Population Review na rok 2025
| Kraj | Średnie IQ | Pozycja w rankingu |
| Chiny, Tajwan, Hongkong, Makau | 107 | światowa czołówka |
| Kraje skandynawskie (Szwecja, Norwegia, Finlandia, Dania) |
98,5–100 | wysoka |
| Niemcy, Holandia, UK, Francja | 99,6–101 | wysoka |
| Rosja | 103 | bardzo wysoka |
| Białoruś | 101 | wysoka |
| Polska | 99,3 | 43. miejsce |
Źródło: Średnie IQ według krajów 2025
Tab. 2. Zestawienie kluczowych stereotypów Polaków vs. dane empiryczne
| Stereotyp | Opis | Dane i fakty | Ocena prawdziwości |
| Polacy są pracowici, ale skłonni do narzekania | Często powtarzany w kontekście emigracji zarobkowej | Polska ma jeden z najwyższych wskaźników liczby przepracowanych godzin w UE, ale też równie wysoki poziom niezadowolenia z pracy i życia | Stereotyp częściowo prawdziwy
|
| Polacy są nietolerancyjni. Wysoki poziom niechęci wobec innych i obcych, potwierdzony w różnych analizach | Dotyczy postaw wobec mniejszości, LGBT+, migrantów – szczególnie na terenie b. Galicji |
Wyniki badania CBOS pokazują, że 66 proc. Polaków wierzy w przeznaczenie, a 56 proc. w piekło – co wskazuje na silne zakorzenienie religijne |
Stereotyp często potwierdzany |
| Polacy są bardzo religijni | „Polak-katolik” jako tożsamość ogólnonaro-dowa | Polska ma 71,1 proc. populacji katolickiej, która wg badań CBOS: wierzy w piekło, 31 proc. w życie po śmierci, a 15 proc. nie wierzy w nic | Prawdziwy, choć zróżnicowany |
| Polacy wierzą w zabobony
|
Wiara w cuda jest ważną częścią światopoglądu | Przesądy i cuda jako część światopoglądu | Zabobony są zinstytucjonalizowane i funkcjonują jako część ideologii |
| Polacy oceniani zagranicą są (relatywnie) głupi | Krzywdzący stereotyp z serii Polish jokes | Iloraz inteligencji poniżej średniej w badaniach porównawczych państw grupy OECD | Fałszywy i obraźliwy w swoim uogólnieniu, ale też częściowo prawdziwy w wybranych międzynarodowych badaniach porównawczych |
| Polacy dużo piją | Alkohol stanowi ważny element kultury | 11 l legalnego + 4 l nielegalnego alkoholu rocznie na osobę. Polska stale w czołówce spożycia alkoholu w krajach OECD | Statystycznie prawdziwy |
Tab. 3. Czytelnictwo w Polsce (2024–2025)
| Wskaźnik | Polska | Komentarz |
| Osoby, które przeczytały ≥1 książkę w roku |
41% | Poprawa, ale nadal niski poziom |
| Osoby czytające ≥7 książek rocznie |
7% | Marginalna statystycznie grupa |
| Czytelnictwo w dużych miastach | 51% | Głównie osoby wykształcone |
| Czytelnictwo na wsi | 36% | Znacznie niższe niż w miastach |
| Kobiety vs. mężczyźni | 47% vs. 35% | Kobiety czytają znacznie więcej |
Źródło: Stan czytelnictwa książek w Polsce 2024 r.,
https://www.bn.org.pl/download/document/1754397117.pdf
Wniosek: Polska nadal znajduje się stale w dolnej części rankingu OECD pod względem czytelnictwa książek i prasy. To jeden z kluczowych wskaźników kultury intelektualnej.
Tab. 4. Polska: Wyniki PISA z matematyki
| Polska | Wyniki matematyki w PISA |
| Najnowsza wartość | 488,960 |
| Rok | 2022 |
| Miara | Punkty indeksowe |
| Dostępność danych | 2003–2022 |
| Średnia | 501.007 |
| Min.–Maksimum | 488,960–517,501 |
Źródło: PISA/OECD
Najnowsza wartość z 2022 roku to 488,96 punktów indeksowych, co oznacza spadek z 515,648 punktów indeksowych w 2018 roku. Dla porównania, średnia światowa wynosi 439,569 punktów indeksowych, na podstawie danych z 78 krajów. Historycznie średnia dla Polski od 2003 do 2022 roku wynosi 501,007 punktów indeksowych. Minimalna wartość 488,96 punktów indeksowych została osiągnięta w 2022 roku (rządy PiS), natomiast maksymalna 517,501 punktów indeksowych została odnotowana w 2012 roku (rządy PO).
Tab. 5. Radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych – PISA 2022
| Kompetencje rozwiązywania problemów |
Polska | OECD średnia |
| Rozumowanie w sytuacjach kryzysowych | poniżej średniej | 500 |
| Umiejętność adaptacji | niska | – |
| Zdolność do samodzielnego działania | słaba | – |
Wniosek: Polacy mają trudności z praktycznym zastosowaniem wiedzy w sytuacjach wymagających szybkiej reakcji i logicznego myślenia.
Tab. 6. Wiara w spiski i pseudonaukę (2024–2025)
| Teoria spiskowa | Odsetek Polaków wierzących | Źródło |
| „Polacy to obywatele II kategorii, Ukraińcy są uprzywilejowani” | 47,4% | Demagog |
| „Pandemia i wojna to przykrywka” | 41,1% | Demagog |
| „Nagrania z wojny są inscenizowane” | 20% | Demagog |
| „Ukraińcy to nachodźcy” | 22,7% | Demagog |
| „Tajne laboratoria biologiczne w Ukrainie” | 30% (wierzy) | Demagog |
| Wiara w płaską Ziemię | brak oficjalnych danych, szacunkowo 3–5% |
brak
źródła |
Źródło: https://demagog.org.pl/analizy_i_raporty/kto-wierzy-w-teorie-spiskowe-nikt-nie-jest-wolny-od-ryzyka/
Wniosek: Polska ma wysoki poziom podatności na dezinformację, szczególnie wśród osób o niższym wykształceniu i ograniczonym dostępie do rzetelnych źródeł.
Tab. 7. Szczepienia i zaufanie do nauki (2025)
| Wskaźnik | Polska | Komentarz |
| Skuteczność szczepień COVID-19 (65+) | 45–46% | Dobre wyniki |
| Zaufanie do szczepień | spadające | Brak pełnych danych |
| Udział w programie „Moje Zdrowie” | 12% kobiet | Niski poziom uczestnictwa |
Źródło: https://szczepienia.pzh.gov.pl/wstepne-dane-na-temat-skutecznosci-szczepienia-przeciw-covid-19-prowadzonego-w-okresie-wrzesien-2024-styczen-2025/
Wniosek: Pomimo dostępności programów zdrowotnych, zaufanie do medycyny i nauki jest ograniczone, co koreluje z podatnością na spiski.
Tab. 8. Porównanie dysproporcji wydatków Polski na obronność i edukację (2025)
| Obszar | Kwota | Proc. PKB | Źródło |
| Obrona | 186,6 mld zł | 4,7 | Gov.pl, Deloitte |
| Edukacja | ok. 90 mld zł (szacunek) | ~2,2 | OECD |
Wniosek: Polska wydaje ponad dwa razy więcej na obronność niż na edukację. Kraje przodujące w rankingach (np. Finlandia, Korea Południowa) inwestują odwrotnie – więcej na edukację niż na wojsko.
Tab. 9. Wydatki na edukację w krajach OECD (2025)
| Kraj | PKB na edukację | PKB na obronność |
| Finlandia | 5,9% | 1,5% |
| Korea Południowa | 5,1% | 2,8% |
| Niemcy | 4,8% | 1,6% |
| Polska | ~2,2% | 4,7% |
Wniosek: Polska jest odwrócona względem realizowanego w świecie modelu rozwojowego – zamiast inwestować w kapitał intelektualny, inwestuje w sprzęt wojskowy.
Wnioski
Stereotypy o religijności i alkoholu mają najbardziej solidne podstawy w danych, ale nie powinny być uogólniane.
Stereotyp „głupi Polak” jest oczywiście krzywdzący, bo ignoruje indywidualne różnice, edukację, kreatywność, kompetencje społeczne i in., ale 43. pozycja w rankingu stawia Polskę poza grupą najbardziej cywilizowanych krajów zrzeszonych w OECD. Polska, mimo że awansowała do grupy 20 najbogatszych krajów świata, ma ciągle spory dystans do odrobienia, szczególnie wobec krajów, które inwestują intensywnie w edukację, nowe technologie i rozwój poznawczy.
Stereotypy o głupocie czy nietolerancji są bardziej złożone – wynikają z systemowych mechanizmów społecznych, ideologii i kultury, a nie tylko z cech jednostki.
Zabobony i konserwatyzm są nadal obecne i często funkcjonują jako część systemu wartości, nie jako irracjonalne przekonania. Przeciętny Polak w większości dalej wierzy w cuda związane z działalnością Kościoła oraz w zestaw tradycyjnych wierzeń religijnych, które zostały empirycznie pozytywnie zweryfikowane na podstawie danych socjologicznych w badaniach opinii publicznej oraz obserwacji kulturowych. Struktura społeczna w Polsce nadal reprodukuje postawy oparte na religijności i zabobonach. Pozostały one znaczącą częścią ideologii ciemnogrodu, która służy ludziom do objaśniania świata i uzasadniania swoich postaw. Są traktowane jako elementy stereotypu polskiej tożsamości społecznej, choć nie wszystkie mają swoje twarde potwierdzenie w wynikach badań. Zabobony nie tylko przetrwały jako element świadomości społecznej, ale zostały zinstytucjonalizowane i zideologizowane. Nauczanie religii w szkołach publicznych (katecheza) obejmuje dogmaty takie jak: dzieworództwo Maryi, zmartwychwstanie Jezusa, istnienie nieba, piekła, aniołów i diabłów itd. Uczestnictwo w rytuałach (msze, procesje, modlitwy) wzmacnia przekonania religijne i ich obecność w świadomości społecznej i życiu publicznym.
Polacy funkcjonują jako część systemu wartości, który kształtuje nieracjonalne postawy wobec świata, modernizacji i innych ludzi. Hipoteza o ich trwałości znajduje swoje silne potwierdzenie w analizach socjopolitycznych.
W debacie publicznej jest ciągle wiele zabobonów, które funkcjonują jako narzędzie wykluczenia i polaryzacji. Są one wzmacniane przez kulturowe obyczaje, stereotypy przekazywane przez media. Przejawiają się one obecnie w postawach konserwatywnych, które przeciwstawiają się pluralizmowi, racjonalności, niechęci do podejmowania ryzyka.
* * *
W najnowszej historii Polski XX–XXI wieku pojęcie ciemnogrodu powróciło do obiegu politycznego za sprawą sporów między władzą publiczną i Kościołem oraz inteligencją w osobie choćby wybitnego intelektualisty Stefana Kisielewskiego, znanego z częstego komentowania głupoty władz z ironicznym humorem. W swoim katalogu głupoty szczególnie wyróżnił on pojęcie „dureń”, czyli: głupiec, człowiek ograniczony, niepoważny, bezmyślny, za którego uznał zarówno prezydenta (Lecha Kaczyńskiego), jak i wielu ówczesnych celebrytów. „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem”. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami. Z czasem jego ironiczny humor nabrał znaczenia politycznego, m.in. z powodu określenia władz także jako „dyktatury ciemniaków” oraz opublikowania artykułu Moje typy, zawierającego listę nazwisk opublikowanych (ze względu na cenzurę) bez słowa komentarza. Lista ta powszechnie była znana jako „lista kanalii” – wykaz osób przejawiających szczególną aktywność w propagandzie PRL.
W latach dziewięćdziesiątych XX wieku pojęcie ciemnogrodu powróciło. Zostało ono przypomniane i spopularyzowane przez Wojciecha Cejrowskiego, autora programu telewizyjnego WC Kwadrans. Przyznawał się on w pełni do swojego pochodzenia z Ciemnogrodu, rozumianego jako siedziba ludzi reprezentujących postawy prawicowe i chrześcijańsko-narodowe. Zarzucano mu także lansowanie poglądów rasistowskich i antysemickich. Jego program nie epatował jednak chrześcijańską nienawiścią do postkomunistów i liberałów. W 1996 i 1997 roku były nawet organizowane zjazdy Ciemnogrodzian w wybranych wsiach polskich. Na zjazdach tych można było rzucać jajkami w wizerunki prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i innych nielubianych polityków lewicy.
Zważywszy na liczbę ludności, mimo widocznych zmian cywilizacyjnych i obyczajowych Polska jest jednym z największych (w stosunku do liczby ludności) krajem katolickim na świecie. Wyniki badań CBOS (2023) wskazują, że „niezachwianą wiarę w Boga” deklaruje ciągle niespełna trzy piąte dorosłych, tj. 55–60 procent. Około 1/3 respondentów wierzy wprawdzie, że śmierć nie jest końcem, ale nie wie, co po niej nastąpi. Tylko 15 proc. badanych zupełnie nie wierzy w nowe życie po śmierci. W piekło wierzy natomiast obecnie dalej ponad połowa badanych Polaków, a swoją wiarę w przeznaczenie deklaruje 66 proc. respondentów.
Wg wyników z badań Eurobarometru (2022), Polska ciągle należy (obok Hiszpanii) do najbardziej religijnych krajów w UE – ponad 70 proc. respondentów deklaruje swoją wiarę w Boga, a około 50 – w życie po śmierci. Ponad 60 proc. Polaków deklaruje wiarę w cuda, a około 40 – w istnienie aniołów i diabłów. W późniejszych badaniach CBOS (2023 r.) około 87 procent Polaków deklarowało się jako wierzący, z czego ponad połowa jako „głęboko wierzący”.
W ostatnich latach duże zainteresowanie w Polsce i za granicą wywołało tworzenie tzw. stref wolnych od LGBT, ogłaszane przez samorządowe władze administracji terytorialnej. Od 2019 roku w wielu województwach, powiatach i gminach pojawiły się inicjatywy mające na celu walczenie z „ideologią gender”. Radni podejmowali w tym celu „uchwały anty-LGBT”, w formie Karty Praw Rodzin, zainicjowanej przez gminę Kraśnik. W uzasadnieniu gmina ta podała, że celem ustawy było „uniemożliwienie wchodzenia drogą samorządową ideologii gender, uderzającej w godność człowieka i dobro rodzin”.
Strefy wolne od LGBT miały zasadniczo charakter raczej deklaratywny. Według ich zwolenników miały one na celu sprzeciwiać się „promocji i afirmacji” tak zwanej ideologii LGBT. Ich postulaty zostały jednak uznane za dyskryminujące i wprost homofobiczne. Sądy administracyjne uznały więc takie uchwały za ingerujące w godność i życie prywatne osób określających się jako osoby o orientacji LGBT. Na tworzenie takich stref wolnych od LGBT w Polsce ostro zareagował też Parlament Europejski, który w swojej rezolucji stwierdził, że ich tworzenie, nawet jeśli nie polega na wprowadzaniu fizycznych barier, „stanowi środek skrajnie dyskryminujący, który ogranicza przysługującą obywatelom UE swobodę przemieszczania się”. To z kolei groziło wstrzymaniem rozwojowych funduszy unijnych, z których samorządy chętnie korzystały. W efekcie w 2025 roku z prawie 100 stref wolnych od LGBT pozostały tylko ostatnie dwie (Dębica i powiat dębicki oraz powiat łańcucki). Ostatecznie wszystkie wycofały Kartę Praw Rodzin pod koniec marca br.
Jeśli dziś spojrzymy na szeroko pojęty wymiar głupoty ludzi w Polsce w kontekście porównawczym, to na tle innych krajów nasz kraj nie wypada najlepiej. Wśród sklasyfikowanych 126 krajów na świecie ze względu na poziom IQ plasujemy się obecnie na odległej 40. pozycji. Podobnie jak w większości innych rankingów, Polska nie mieści się tu w pierwszej lidze krajów wysoko rozwiniętych intelektualnie. W tym przypadku rozmiary głupoty w Polsce oszacowane zostały na poziomie kryterium poniżej 100,00+. Oznacza to, że w stosunku do przyjętego wszędzie w świecie minimalnie średniego ilorazu inteligencji = 100 IQ, polska średnia (99,35) jest znacznie niższa nie tylko od najbardziej dynamicznie rozwojowych krajów świata usytuowanych obecnie w Azji Wschodniej. Problem główny jest w tym, że wyprzedzają nas nie tylko takie kraje jak: 1/ Chiny (107,19), 2/ Korea Płd. (106,43) czy 3/ Japonia (106,4), ale także większość naszych sąsiadów, poczynając od Rosji i Białorusi (bez Litwy i Ukrainy) oraz duża większość krajów UE (poza Maltą, Chorwacją, Łotwą, Cyprem, Bułgarią, Rumunią).
Głupota, jako pewien wskaźnik stanu choroby społecznej, może być wynikiem oddziaływania różnych czynników, wśród których najczęściej wymieniane są takie, jak: braki wiedzy, doświadczenia, umiejętności krytycznego myślenia, a także dominującego wpływu oddziaływania emocji czy uprzedzeń.
Wnioski:
Tożsamość zbiorowa: ciemnogrodzianin to dziś już nie tylko osoba, ale rola społeczna i ideologiczna pozycja (np. jak w przypadku Wojciecha Cejrowskiego, który z dumą przyjął tę etykietę).
Polaryzacja dyskursu: ciemnogród vs. jasnogród (postępgród) – to nie tylko ludzie, ale systemy wartości, które się zwalczają.
Empiryczne dowody: religijność i wiara w Polsce, religijna edukacja i rytuały.
Argumenty za tym, że ciemnogród to ludzie:
Użycie językowe: w debacie publicznej ciemnogrodzianin to określenie osoby, nie idei;
Typologia postaw: można wyróżnić konkretne typy mieszkańców Ciemnogrodu (użyteczny idiota, otumaniony obywatel, aparatczyk itd.);
Zachowania społeczne: to konkretni ludzie, którzy podejmują decyzje, głosują, powielają narracje – ideologia nie istnieje bez nośników.
Analiza ukazała sioę w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Józef Bryll, prezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Witam serdecznie wszystkich panelistów na drugiej debacie poświęconej perspektywom zakończenia wojny w Ukrainie. Nigdy nie spodziewałem się, że doczekam takiego czasu, że będziemy musieli dyskutować o wojnie toczącej się tuż za naszą granicą i na dodatek zastanawiać się, czy przypadkiem nie zostanie do niej wciągnięta Polska. Jestem przekonany, że sformułowane przez panów uwagi będą stanowić przydatne rekomendacje, które będziemy mogli przekazać naszym rządzącym.
Robert Smoleń, „Res Humana”: Ta poprzednia dyskusja, o której wspomniał pan prezes Bryll, odbyła się niemal dokładnie półtora roku temu, w końcu kwietnia 2024 roku, przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych, przed wpadką Joe Bidena w trakcie debaty telewizyjnej, więc wynik tego głosowania był nieprzesądzony. Sięgnąłem po zapis tamtej rozmowy (został on opublikowany na łamach numeru 3/2024 „Res Humana” oraz na portalu reshumana.pl) i muszę przyznać, że wykazaliśmy w niej pewną zdolność do przewidywania. Rysowaliśmy scenariusze, co się stanie, jeśli prezydentem USA ponownie zostanie Donald Trump i w zasadzie to, co wtedy mówiliśmy o konsekwencjach takiego wyboru dla wojny w Ukrainie i w ogóle dla ładu światowego, potwierdziło się. Choć w tej drugiej sprawie nasza wyobraźnia aż tak daleko nie sięgała – nie do takiego stopnia chaosu, niepewności oraz chybotliwości przywódcy supermocarstwa. Za to pozytywnym zaskoczeniem jest to, co się stało z Unią Europejską w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. W sytuacji, kiedy USA przestały finansować wsparcie dla Ukrainy, Unia zastąpiła w tej roli Stany Zjednoczone; a także wyruszyła – jak ja to oceniam – w drogę ku sojuszowi również obronnemu, zdolnemu do zagwarantowania bezpieczeństwa swoim członkom. In minus trzeba odnotować, że w tej chwili zamknięty jest temat członkostwa Ukrainy w NATO, jeśli wsłuchać się w to, co mówią Donald Trump i członkowie jego gabinetu; ale też nie nastąpił żaden postęp w negocjacjach w sprawie jej członkostwa w Unii Europejskiej – co jest efektem stanowiska węgierskiego. Znak zapytania postawiłem przy dwóch rzeczach: po pierwsze mówiliśmy wtedy, że po wstrzymaniu działań zbrojnych, w przypadku rozejmu, konieczne będzie utrzymanie sankcji na Rosję, a zwłaszcza na dostęp rosyjskich firm do zachodniego kapitału i technologii. Nie wiemy, jakie będą decyzje w tej materii. Notabene przy okazji może warto odnotować, że sankcje odgrywają pewną rolę, ale sam fakt, że mamy w tej chwili ich dziewiętnasty pakiet i nawet Donald Trump w końcu, po długim czasie, też zdobył się na jakiś ruch, świadczy, że pewnie te pierwsze pakiety nie były wystarczająco skuteczne. Wiadomo jednak, że każdy, kto jest objęty sankcjami, stara się uciec przed ich następstwami. A jeśli jest się Rosją i ma się takich partnerów, jak Chiny, Indie i całą – już nie tylko globalne południe, ale jak mawia teraz Sergiej Ławrow – globalną większość, to oczywiście łatwiej jest te restrykcje omijać. Drugi znak zapytania stawiam przy wykorzystaniu zamrożonych aktywów rosyjskich. Wydawało się, że grupa G7 znalazła rozwiązanie, a tymczasem cały czas ten problem jest omawiany, a nie rozwiązany.
Dzisiaj patrzymy na wojnę w Ukrainie nie jako na konflikt europejski, lokalny, ale jako na część układanki globalnej. Mam na myśli rolę Chin i rodzący się sojusz rosyjsko-chiński. Drugą nową cechą, która ujawniła się od czasu naszej poprzedniej debaty, jest to, że Ukraina i Europa – Unia Europejska plus Wielka Brytania, a także Norwegia i Kanada – okazały się na tyle niezależne od Stanów Zjednoczonych, że wycofanie się Waszyngtonu ze wsparcia dla Ukrainy i jasnego opowiedzenia się w sprawie tego konfliktu nie paraliżowało Ukrainy i nie wymusiło jej poddania się. Ukraina wspólnie z Europą Zachodnią są w stanie uczestniczyć w próbach rozwiązania tego konfliktu albo zapewnić dalsze prowadzenie wojny obronnej, jeśli taki będzie wybór Ukrainy.
Mimo, że nie wiemy, jak i kiedy skończy się ta wojna, chciałbym Panów prosić o spostrzeżenia co do tego, jakie są w tej materii możliwości, jakie jest prawdopodobieństwo różnych scenariuszy i co z tego może wynikać dla Ukrainy, Polski, Europy i świata. I drugie pytanie, którego poprzednio nie stawialiśmy, bo w ogóle wydawało się wtedy nieadekwatne, a dzisiaj wydaje mi się bardzo na czasie: czy ta wojna może się rozlać dalej, na Europę, czy może nas wciągnąć w bezpośredni sposób? Czy jest możliwy jakiś realny, a może nieuchronny, nieunikniony, splot okoliczności, który spowodowałby konflikt na większą skalę? Niedawno odbywały się ćwiczenia „Zapad 2025”, w trakcie których Rosja i Białoruś testowały dwa manewry: atak na przesmyk suwalski oraz wykorzystanie potencjału nuklearnego zgromadzonego w Obwodzie Kalinigradzkim do powstrzymania państw zachodnich od reakcji na taką agresję. Jak pamiętamy Xi Jinping zapowiedział, że do 2049 roku Tajwan zostanie przyłączony do Chin kontynentalnych, jeśli będzie trzeba – to także siłą; ale czy będzie czekać jeszcze ponad dwie dekady? Czy wydaje się więc panom prawdopodobny taki scenariusz, gdzie Chiny w porozumieniu z Rosją sięgają zbrojnie po Tajwan inicjując konflikt w Azji, a w tym czasie Rosja wdraża plan właśnie przećwiczony półtora miesiąca temu? Załóżmy, że atak nastąpiłby nie na Polskę, lecz po stronie litewskiej, i towarzyszyłby mu jasny komunikat do wszystkich stolic zachodnioeuropejskich, że w razie ich reakcji rakiety zostaną wystrzelone. Wiem, że to brzmi jak streszczenie książki czy filmu political fiction, ale na początku 2022 roku osobiście do końca byłem przekonany, że wszystko co Putin robi wokół Ukrainy jest blefem. Że wojna się ani Rosji, ani Putinowi nie opłaca i że po prostu to nie nastąpi. Tymczasem nastąpiło, z czego można wyciągnąć wniosek, że stosowanie naszych kategorii, co jest racjonalne, a co – irracjonalne, niekoniecznie musi mieć w tym przypadku uzasadnienie.
Prof. Valerii Pekar, prezes ukraińskiego NGO Decolonization, założyciel niezależnego instytutu Foresight – Institute of Political Economy; Kijowsko-Mohylańska Szkoła Biznesu; Szkoła Biznesu Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego: Jesteśmy obecnie u schyłku dwunastego roku wojny (przypomnę, że agresja rozpoczęła się w 2014 roku aneksją Krymu), w tym czwartego roku wojny na pełną skalę. Istotą wojny jest to, że Rosja dąży do powrotu Ukrainy do imperium, aby przywrócić imperialną władzę i strefę wpływów, ponieważ bez Ukrainy imperium nie może odzyskać dawnego statusu i roszczeń do dziedzictwa historycznego. Strategicznym celem Rosji jest zatem likwidacja ukraińskiej państwowości i tożsamości. Ta wojna nie dotyczy terytoriów i zasobów, gdyż Rosja posiada własne rozległe terytoria, zaniedbane i słabo rozwinięte. Przedmiotem agresji jest również tożsamość Ukraińców, która jest niszczona poprzez niszczenie dóbr kultury i masowe porwania dzieci z przymusową zmianą ich tożsamości, co kwalifikuje się jako ludobójstwo.
Niepowodzenie rosyjskiej strategii szybkiej operacji ofensywnej w 2022 roku doprowadziło do przejścia agresora do wojny na wyniszczenie. Opierało się to na założeniu, że prędzej czy później zachodni sojusznicy opuszczą Ukrainę, a Kijów będzie zmuszony skapitulować z powodu braku zasobów. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat Rosji udało się zdobyć mniej niż jeden procent terytorium Ukrainy, ponosząc przy tym gigantyczne straty. Moskwa nie zdołała osiągnąć żadnego ze swoich celów strategicznych w ciągu prawie czterech lat wojny na pełną skalę: nie zdobyła ani jednego ośrodka regionalnego (poza Chersoniem, wyzwolonym przez Ukrainę w tym samym roku); nie zapewniła stabilnej logistyki dla anektowanego Krymu; nie zniszczyła ukraińskiego sektora energetycznego ani stabilności gospodarczej; nie zapewniła (a wręcz utraciła) dominacji w powietrzu i na morzu; nie podzieliła ukraińskiego społeczeństwa i nie zmusiła go do kapitulacji. W rzeczywistości Kreml jest dziś dalej od swoich celów strategicznych niż w marcu 2022 roku. Jednocześnie Ukraina skutecznie wyparła rosyjską flotę z Morza Czarnego i przeprowadza głębokie ataki na rosyjską infrastrukturę wojskową, logistykę, rafinerie ropy naftowej i zakłady eksportowe oraz produkcję wojskową, wykorzystując nowo opracowaną broń.
Ale Rosja nie może powstrzymać wojny, po pierwsze, ponieważ jej gospodarka została przestawiona na stan wojenny, a sektor cywilny poniósł ogromne straty. Aby powrócić do stanu sprzed wojny, potrzebne są ogromne inwestycje, których nigdzie nie ma. Po drugie, milion żołnierzy kontraktowych nie może wrócić do domu, ponieważ zniszczą całą Rosję, jak to miało miejsce w 1917 roku. Po trzecie, oznacza to osobistą porażkę Putina, co zagraża jego władzy i życiu. Dlatego Rosja będzie kontynuować wojnę tak długo, jak będzie mogła zyskać na czasie, udając negocjacje. Rosja rozpocznie negocjacje, gdy nie będzie już w stanie kontynuować wojny. Sankcje mogą przybliżyć ten moment, przede wszystkim ograniczenie eksportu ropy naftowej przez Morze Bałtyckie starymi, uszkodzonymi tankowcami, które stanowią zagrożenie dla środowiska dla wszystkich krajów regionu. Muszę podkreślić, że nie jesteśmy teraz w trakcie negocjacji, lecz w fazie przednegocjacyjnej. I widzimy, że nie ma magicznego rozwiązania dyplomatycznego. Zaproponowane przez Stany Zjednoczone porozumienie pokojowe było wielokrotnie odrzucane przez Rosję, która podkreślała potrzebę „wyeliminowania pierwotnej przyczyny wojny”. W oczach Moskwy jest nią istnienie niepodległego państwa ukraińskiego. Widzimy również niechęć Stanów Zjednoczonych do poparcia prawa międzynarodowego, ale także bezprecedensową konsolidację Europy.
Należy zauważyć, że gwałtowne innowacje radykalnie zmieniły pole bitwy, sprawiając, że pojazdy opancerzone, broń o wysokiej precyzji, dominacja samolotów załogowych w powietrzu, duże okręty wojenne i nawet ogólnie tajne przygotowywanie operacji stały się przestarzałymi koncepcjami strategicznymi. W ciągu trzech lat niemal całe doświadczenie wojskowe XX wieku stało się nieistotne. Tylko dwa kraje na świecie wiedzą, jak prowadzić taką wojnę.
Jeśli państwo są już zaznajomieni z analizą scenariuszy[1], wskażę tylko dwa najbardziej prawdopodobne. Scenariusz „zgniłego układu” opisuje zamrożenie wojny. „Zgniły układ” oznacza tutaj strategiczne porozumienie, które pozwala na utrzymanie formalnej państwowości Ukrainy, ale z ograniczeniami jej suwerenności z zewnątrz. „Układ” może przybrać kilka różnych wersji, z których każda będzie miała inne konsekwencje. „Ścisły zgniły układ” oznacza wymuszoną kapitulację, formalny traktat pokojowy wymuszony przez Stany Zjednoczone, gdy linia frontu zostanie uznana za nową granicę państwową, ukraińskie siły zbrojne zostaną ograniczone pod względem liczebności i uzbrojenia, a rosyjskie organizacje polityczne, kulturalne, religijne i medialne powrócą na Ukrainę. Jest to nie do przyjęcia dla Ukrainy, ale podważa również wiarygodność NATO w Europie Wschodniej, a Rosja nabierze śmiałości w kwestii przyszłej agresji w regionie. „Miękki zgniły układ” oznacza zamrożony konflikt, z faktyczną linią kontroli utrzymywaną bez formalnego uznania. Oczywiste jest, że prędzej czy później wojna zostanie wznowiona. Ukraina będzie jednak miała czas na dozbrojenie, odbudowę i wznowienie wewnętrznego procesu politycznego. Innym możliwym scenariuszem jest sytuacja, w której „pszczoły pokonują niedźwiedzia”, kiedy w świecie bez zasad Ukraina odniesie zwycięstwo dzięki trzem głównym czynnikom: potencjałowi innowacyjnemu Ukrainy, wsparciu koalicji chętnych i słabościom rosyjskiej gospodarki.
Jednocześnie należy pamiętać, że w przypadku braku możliwości osiągnięcia celów strategicznych na Ukrainie Rosja może zdecydować się na szybką, zwycięską wojnę na innym teatrze działań wojennych. Celem będzie szybkie uzyskanie przewagi, a następnie wynegocjowanie zniesienia sankcji, odmrożenia zamrożonych aktywów itd.
Z przykrością muszę stwierdzić, że moim zdaniem Polska jest bardziej prawdopodobnym celem niż kraje bałtyckie. Chociaż kraje bałtyckie wydają się łatwym celem ze względu na brak strategicznego potencjału obronnego, udany atak na Polskę wywołałby poważny kryzys w Niemczech, a ostatecznie w Unii Europejskiej, dając agresorowi znacznie większą przewagę niż zajęcie krajów bałtyckich.
Najprawdopodobniej nie powinniśmy oczekiwać rosyjskiego ataku w formie operacji lądowej, z udziałem potężnych czołgów i kolumn zmotoryzowanych. Zamiast tego wyobraźmy sobie atak na Polskę, który łączy w sobie:
– zmasowane ataki rakietowe i dronowe na obiekty energetyczne, infrastrukturalne i logistyczne (nawiasem mówiąc, drony można oznaczyć jako ukraińskie),
– cyberataki na obiekty rządowe i infrastrukturalne,
– załamanie nawigacji z powodu masowego użycia broni elektronicznej,
– sabotaż i grupy terrorystyczne wywołujące nagłe, ręcznie wywołane katastrofy ekologiczne,
– destabilizację społeczeństwa za pomocą sieci społecznościowych i wykorzystanie „piątej kolumny”,
– tłumy tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wypuszczone za granicę z Białorusią.
Nie twierdzę, że wszystko będzie dokładnie takie, jak opisano. Chcę jedynie podkreślić, że wojna może wyglądać zupełnie inaczej niż ta, do której przygotowuje się Europa. A taka wojna wymaga znacznie mniejszych zasobów, którymi Rosja dysponuje obecnie. Rosja nie będzie czekać na gotowość Europy ani atakować tam, gdzie od dawna się jej spodziewano, jak w korytarzu suwalskim. Nie będzie też stosować strategii II wojny światowej. Ale kolumny zmotoryzowane są również możliwe tam, gdzie nie ma strefy śmierci, a obrona nie jest nasycona tanimi środkami rażenia z wyszkolonymi zespołami. Rosja gromadzi obecnie pozostałości pojazdów pancernych, nie używając ich na Ukrainie. Rosja modernizuje również pociski manewrujące, zwiększając ich zasięg do 2000 kilometrów. Na Ukrainie nie ma celów o takim zasięgu. W takiej sytuacji kluczowa jest nie ilość i jakość uzbrojenia, ale gotowość do szybkiej reakcji kierownictwa politycznego i wojskowego oraz gotowość społeczeństwa do podejmowania zrównoważonych, dojrzałych i odpowiedzialnych działań. Istotne są obecnie kwestie jedności i spójności społeczeństwa; kontrola nad krajową przestrzenią informacyjną; zdolność organizacji pozarządowych do wspierania rządów w chwilach nadzwyczajnych wyzwań; oraz gotowość przywódców politycznych do podejmowania decyzji w wojnie liminalnej przed osiągnięciem progu.
Zakup czołgów i pojazdów opancerzonych nie wystarczy, aby przeciwstawić się rosyjskiemu atakowi. Nie opuszczą one nawet hangarów. Doskonale wyszkoleni i odważni żołnierze nie będą mieli żadnych celów do zdobycia za pomocą tego sprzętu. Nie będzie więcej wojen takich jak w lutym 2022 roku.
Europa dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, aby się bronić. Problem polega na tym, że rządy i społeczeństwa nie dostrzegają, że wojna jest już tuż przed ich progiem. Nie rozumieją, że Rosji nie należy odstraszać ani powstrzymywać, lecz ją pokonywać. Coraz częstsze wypowiedzi przedstawicieli Rosji, powtarzające się naruszenia granicy Polski przez rakiety i drony, a także wypadki w obiektach infrastruktury krytycznej brzmią jak sygnał ostrzegawczy. Wojna będzie eskalować, aż Rosja zostanie pokonana.
Prof. Roman Kuźniar, Uniwersytet Warszawski: Prezydent Trump, gdy odwoływał swoje spotkanie z Putinem w Budapeszcie, rzucił uwagę, która mnie bardzo rozrzewniła – mianowicie, że „wojna to jest bardzo dziwna rzecz”. Pomyślałem sobie wtedy: „no, no, może coś zaczyna do niego docierać”. Nie podejrzewam go o erudycję, ale skojarzyło mi się to z clausewitzowską koncepcją wojny jako dziwnej trójcy. Chodzi o trzy punkty trójkąta: pierwotna gwałtowność żywiołu – nastrój narodu, społeczeństwa, emocje, nienawiść; po drugie – wojsko, jego wyszkolenie, wyposażenie, dowództwo, uzbrojenie itd.; i po trzecie – czynnik polityczny, który ma kalibrować użycie siły, sterować wojną. Teoria wojny, pisał Clausewitz, powinna się mieścić pomiędzy tymi trzema punktami, które ciągną w jedną, drugą, trzecią stronę, ale wszystko mieści się w obrębie tego trójkąta. Jeżeli uruchomimy te trzy czynniki, wprawimy je w ruch, nadamy im dynamikę – tak jak one działają w tej wojnie, oczywiście z ich właściwą treścią, którą potrafimy rozszyfrować (nasz kolega z Ukrainy też nawiązywał do treści tych poszczególnych czynników), ich ewolucję w czasie, zużywanie się, narastanie – to mniej więcej mamy wynik tej wojny: punkt, w którym jesteśmy po trzech latach i ośmiu miesiącach tej wielkiej, gorącej wojny, która rozpoczęła się w lutym 2022 roku. Jesteśmy dokładnie w miejscu, w którym byliśmy trzy lata temu, czyli późną jesienią 2022 roku, kiedy twierdziłem, że tak już zostanie, że niewiele już można zmienić i pozostaje tylko pytanie, w jaki sposób ten stan zostanie utrwalony. Dwa lata temu napisałem nawet artykuł o pięciopunktowym planie dla Ukrainy, który ukazał się w „Rzeczpospolitej”. Pisałem tam o rozejmie, o jego ubezpieczeniu przez siły międzynarodowe, najlepiej na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, o żelaznych gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy (ale nie poprzez członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim, bo to było nierealne i wtedy, i dzisiaj; istnieje cały szereg innych faktycznych możliwości zapewnienia Ukrainie bezpieczeństwa przez aktorów zewnętrznych). Pisałem także o rozwoju powiązań Ukrainy ze światem zachodnim i o trzymaniu Rosji krótko poprzez sankcje, izolację, ostracyzm. Wszystkie te elementy pozostają aktualne, natomiast brakuje jednego ogniwa, żeby ta wojna mogła zatrzymać się w miejscu, w którym aktualnie jesteśmy. Dwa, trzy lata temu zatrzymać jej nie chciała także – pamiętajmy – Ukraina, która liczyła, że odbije swoje zajęte terytoria. Bardzo martwiłem się tą nieszczęsną kontrofensywą. Uważałem, że jest niepotrzebna, z góry skazana na porażkę i że przyniesie Ukrainie wiele strat. Tak się stało. Dzisiaj Ukraina jest gotowa do przerwania tej wojny według obecnej linii frontu, do zgody na rozejm i przystąpienia do rozmów, które miałyby zbudować jakąś architekturę, żeby ten stan utrwalić. Ale mamy jeden z elementów dziwnej trójcy, który się nie układa. Mianowicie Clausewitz (co przedziwne, bo to nadzwyczajny znawca wojny) zakładał, tak pisze w swoim dziele, racjonalność polityki w stosunku do pozostałych dwóch elementów. Nic bardziej błędnego! To polityka wprowadza do wojny irracjonalność, to politycy irracjonalnie domagają się różnych niemożliwych rzeczy. Widzieliśmy to choćby w nieodległej przeszłości w czasie amerykańskiej agresji na Irak: irracjonalność polityczna, którą racjonalnie musieli wykonać wojskowi. Skończyło się katastrofą. A więc mamy irracjonalność Rosji. Mamy obłęd Putina – tak jak mówił nasz kolega z Kijowa – i pierwotne przyczyny wojny, czyli wielkoruski ekspansjonizm i faszyzm. Dopóki tej przyczyny nie zlikwidujemy, to mamy małe szanse na zawieszenie broni, a tym bardziej na trwały pokój. A przynajmniej jeśli ta przyczyna nie wygaśnie na jakiś czas; może powracać w przyszłości, ale Rosjanie musieliby teraz wziąć na wstrzymanie. Na razie to nie nastąpi – dopóki nie zacznie ich boleć, dopóki Putin i jego soldateska nie dojdą do wniosku, że kontynuacja tej wojny jednak przekracza możliwości Rosji, dopóty będą ją prowadzić, bo taka jest historyczna, ekspansjonistyczna, nazistowska obsesja polityki rosyjskiej, na czele której stoi Putin.
Zmienił się – na negatywny – kontekst tej wojny. Mamy Chiny, dla których, mam wrażenie, stała się ona wojną per procura, przy pomocy której Chiny prowadzą wojnę z Zachodem. Rosjanie wykonują brudną robotę w imieniu Chin. Bez Chin Rosja szybko by, mówiąc żargonem, wymiękła, długo by nie wytrzymała. Stany Zjednoczone odgrywają rolę co najmniej dwuznaczną. Nie mam wątpliwości, że serce Donalda Trumpa jest po stronie Rosji, natomiast różne inne względy uniemożliwiają mu otwarte zajęcie takiego stanowiska. Mamy teraz co prawda przechył w drugą stronę, ale przecież wprowadzone sankcje nie są specjalnie kosztowne dla samych Stanów Zjednoczonych. Trump raczej chce, żeby to inni przyciskali, a on jeszcze chce utrzymać drożność kanału dialogu z jego przyjacielem Wołodią. Tak długo jak słoń w środku salonu – nie kto inny, tylko Trump właśnie, z jego hektyczną postawą: raz tak, raz inaczej, nic się nie da trwale ustalić – będzie nam przeszkadzał, nie ma wielkich perspektyw na zatrzymanie tej wojny i położenie jakiegoś dalszego planu. Szansa pojawi się wtedy, gdy Rosja zacznie piszczeć z bólu pod wpływem strat, jakie zacznie ponosić dzięki temu, że Zachód będzie efektywnie wspierać Ukrainę. Wtedy zdecyduje, że dalej tak się nie da. Izrael też dwa lata woził się po Strefie Gazy, aż doszedł do ściany. Tak samo Putin: dopóki nie dojdzie do ściany, nie zrozumie, że przy pomocy kontynuacji tej ofensywy Rosja będzie wyłącznie tracić, dopóty ta wojna będzie się toczyć.
Jednak nie wierzę w jej rozlanie się, jej spill-over, ponieważ aktorzy zewnętrzni nie są tym zainteresowani. Atak w jakiejkolwiek postaci na kraje takie, jak Polska czy państwa bałtyckie to oczywiście jest wojna światowa, bo to byłaby wojna z Sojuszem Atlantyckim. Wszystkie inne poniżej otwartej wojny sposoby nękania przez Rosję tych krajów będą miały miejsce, nie mam żadnych wątpliwości. Oczywiście w ogóle nie mówimy o wojnie pancernej; wiadomo, że to lipa. Dziwię się, że my nadal kupujemy te czołgi w Ameryce i w Korei, jakby miało dojść do starcia, jakbyśmy sami mieli zdobywać Moskwę: czołg jest bronią ofensywną. Zamówione czołgi, które jeszcze do nas nie dotarły, niedługo zaczną trafiać do muzeów. Nie wierzę w scenariusz ataku na przesmyk suwalski. Proszę państwa, był przesmyk koryncki łączący Peloponez z główną częścią kontynentalnej Grecji. Trzydzieści, no – 27, lat wojny peloponeskiej i nie odegrał żadnej roli! To, że niektórzy fiksują się na przesmyku, to jest dla mnie prawdziwa dziecinada. Że oni próbują nas nastraszyć, to bardzo proszę. Natomiast że my udajemy, że się boimy – albo boimy się naprawdę – tego doprawdy, muszę powiedzieć, nie rozumiem.
To, co jest pozytywne – to wzmożenie obronne po stronie Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że wytrzymamy.
Prof. Andrzej Małkiewicz, Uniwersytet Zielonogórski[2]: Ta wojna jeszcze bardziej przyspieszyła zmiany w skali globalnej i narastanie problemów, które rozwijały się już wcześniej, a teraz stały się bardziej wyraziste. Jakikolwiek będzie jej rezultat – świat będzie inny. W samym przebiegu walk pojawiły się nowe zjawiska, przede wszystkim masowe użycie dronów, które stosowano od lat, ale jedynie pomocniczo, a teraz używane są jako istotny czynnik walki. W Polsce do niedawna nie doceniano tego narzędzia, ale to się zmienia, Wojsko Polskie uczy się ich stosowania, podjęto produkcję, a nawet eksport.
Zmienia się, oczywiście, sytuacja Ukrainy. Konieczność zaopatrzenia i wzmocnienia armii zmotywowała do prac nad unowocześnieniem i rozbudową własnego przemysłu zbrojeniowego. Jego produkty są doskonalone dzięki doświadczeniu zdobytemu w walce. Dotyczy to zwłaszcza typów najnowocześniejszych, w tym dronów i rakiet, a także użycia sztucznej inteligencji w projektowaniu i użyciu broni. Ta broń spełnia najwyższe wymagania, Ukraina używa jej przede wszystkim na froncie, ale myśli już o eksportowaniu, by tą drogą finansować inne potrzeby. Wyrasta na poważnego konkurenta firm zbrojeniowych innych państw, a nawet szerzej – przemysłu innych państw, w tym polskiego. Wcześniej traktowaliśmy Ukrainę jako kraj nieco od Polski ludniejszy, ale gospodarczo słabszy. Wojna może to zmienić.
Zmienia się sytuacja Rosji. Była mocarstwem gospodarczym, choć ułomnym, bo eksportowała głównie surowce, jak państwa dawniej nazywane trzecim światem. Sprzedawała też broń. Teraz jej handel załamuje się, rynek broni być może przejmie Ukraina, a handlu ropą i gazem po wojnie raczej nie da się przywrócić w dawnym kształcie. Jednocześnie wyrastają nowe mocarstwa, niezależnie od wojny, choć zarabiają na niej, więc wojna je pośrednio wzmacnia. Nie tylko Chiny, ale też Indie, które stały się niedawno najludniejszym państwem świata, ich gospodarka szacowana jest, zależnie od techniki liczenia, jako czwarta lub piąta w świecie. Mocarstwa rywalizują też między sobą, niekiedy w paradoksalny sposób. W maju stoczono trzydniową wojnę między Indiami i Pakistanem. Armia Indii walczyła przy użyciu głównie broni rosyjskiej (i produkowanej w Indiach na rosyjskiej licencji) oraz w części – francuskiej, użyła też dronów produkowanych w Polsce. Pakistańska posługiwała się bronią chińską. Która armia i broń okazała się lepsza, nie wiadomo, obie strony ogłosiły zwycięstwo. Czy była to wojna zastępcza Chin z Rosją, zapowiadająca zmierzch ich sojuszu? Raczej nie. Prawdopodobnie był to przede wszystkim test jakości broni, bardziej miarodajny niż jakikolwiek sprawdzian na poligonie.
Zbigniew Wróbel, menedżer i przedsiębiorca, m.in. wspólnik w spółce Quality Writing zarządzającej portalem reshumana.pl, b. prezes PKN Orlen SA: Nie zgodziłbym się z tezą Valeria Pekara, że najbardziej zagrożona jest dzisiaj Polska. Wydaje mi się, że atak na nas prowadziłby do zbyt szybkiej eskalacji tej wojny – a Putin chce ją prowadzić długofalowo. On wbrew pozorom nie ma z tym kłopotu. Gospodarka rosyjska jest osłabiona, ale to rozklekotane auto ciągle jedzie; paliwa w baku ubywa, ale wystarczy jeszcze na długo. Nie ma bezrobocia. Ludzie, co prawda na słabym poziomie, ale żyją, nie są głodni, a gotowi są na gorsze. To powoduje, że społeczeństwo daje poparcie tej wojnie, bo tam duma narodowa znaczy więcej niż, jak to się mówi, miska ryżu. Po drugie, jeszcze nie znamy, nie rozumiemy efektów ostatniego szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy z udziałem m.in. Chin, Rosji, Indii, Korei Północnej. Nie ogłoszono żadnego zrozumiałego komunikatu na temat wojny w Ukrainie. To może oznaczać, że coś tam zostało uzgodnione bez Zachodu albo dla Zachodu. Co? Zobaczymy po podejściu państw do Trumpowskiej groźby sankcji za import rosyjskiej ropy. Na razie wszyscy powiedzieli, że będą respektować ten zakaz, ale jak wiemy sankcje nawet w Europie nie są do końca przestrzegane; nie mówię już o Orbánie, ale wiele krajów UE rosyjską ropę ciągle bierze. Jeśli to poskutkuje, to może po to było to spotkanie. Ale jeśli nie poskutkuje – to być może dokonano tam ustaleń: Tajwan przechodzi w ręce Chińczyków, Kaszmir odzyskują Indie i tak dalej.
Trzecią rzeczą, którą chcę powiedzieć, jest to, że my do końca nie wiemy (chociaż rozmawiamy o tym, wielu ekspertów się wypowiada), jaka była przyczyna agresji na Ukrainę i to akurat teraz. W 2014 roku Putin nie poszedł zdecydowanie, aby zająć cały kraj. Miał złe rozpoznanie wywiadowcze. Pewnie chciał to zrobić etapowo, no to jej nie dostał, bo Ukraińcy dostali czas i się zintegrowali, niespodziewanie wzmacniając tożsamość i stawiając silny opór. Teraz mamy taką sytuację, w której zachodnia Ukraina tworzy jakby odrębny byt i odrębne państwo, a część wschodnia pozostaje – i pewnie pozostanie – pod wpływem rosyjskim. Charków jednak, gdzie wprawdzie mówi się po rosyjsku, zdecydowanie ciąży do Ukrainy, „nie doceniając” plusów rosyjskich. Jak to Trump powiedział: nic nie jest mniej trwałe niż granice, a tu ludzie umierają; trzeba zatrzymać tę procedurę. I my wszyscy też to wiemy. Czy ten kompromis zostanie zawarty w ten sposób, że zachodnia Ukraina stworzy państwo? Dla nas, Polaków, wydaje się, że posiadanie buforu jest lepsze niż nieposiadanie. To dla nas minimum minimorum, ale oczywiście dla Ukrainy to za mało. Powinniśmy inwestować – co wszak robimy! – w tę Zachodnią Ukrainę, wzmacniając ją przynajmniej na tyle, żeby kompromis był możliwy i strawny.
Włodzimierz Cimoszewicz: Zacznę od ostatniej myśli profesora Pekara. Pewnie nie zdziwicie się – mieszkam trzy kilometry od granicy z Białorusią, więc trochę mnie interesuje, czy sprawy mogą przybrać aż tak drastyczny obrót. Rzeczywiście od czterech lat mamy tutaj nieprzyjemną sytuację w związku z problemem granicznym, migrantami. Wiadomo, że to jest sterowane świadomie, chociaż wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że przez skorumpowanych ludzi władzy w Białorusi – niż że jest to jakiś element wielkiego planu rosyjskiego. Podobnie jak Roman Kuźniar i Zbigniew Wróbel nie jestem bardzo przestraszony perspektywą zbrojnej akcji przeciwko Polsce, ponieważ nie bardzo znam odpowiedź na pytanie, po co Rosja miałaby to robić. Tak jak znam odpowiedź na pytanie, po co straszy nas – nie tylko zresztą Polaków i Bałtów, ale też Skandynawów i dalej – tak nie bardzo wiem, po co miałaby iść dalej, robić następne kroki, co by chciała przez to osiągnąć. Rosjanie mogą straszyć w celach prewencyjnych, ale atak byłby ogromnym ryzykiem, a już przecież nie radzą sobie z sytuacją, którą sami sprowokowali w Ukrainie.
Od kilkunastu lat jestem głęboko przekonany, że rosyjska polityka zagraniczna ma charakter samobójczy. Mówiłem to na międzynarodowych forach wywołując zaskoczenie tak mocną oceną. Ten samobójczy charakter polega na tym, że odcinając się od Zachodu, od źródła niezbędnych technologii dla swojej gospodarki, Rosja na ochotnika staje się wasalem Chin i w coraz mniejszym stopniu ma pełną swobodę dokonywania własnych wyborów w polityce zagranicznej. W coraz większym stopniu musi uwzględniać także interesy chińskie, bo Chińczycy uzyskali i uzyskują coraz więcej mechanizmów kontrolnych w stosunku do Rosji, jej polityki, gospodarki, sytuacji finansowej itd.
Czy wojna się skończy – i kiedy – oczywiście nie wiemy. Mnie się wydaje, że rzeczywiście sankcje nie wywołały jak do tej pory takich skutków, na jakie mieliśmy nadzieję kilka lat temu. Należy je jednak kontynuować i wzmacniać. Wspomniano tu o problemie wywozu ropy rosyjskiej przez Bałtyk. Miałem okazję mówić o tym dwa lata temu w Parlamencie Europejskim. Jest dosyć proste rozwiązanie, żeby ten transport co najmniej ograniczyć, jeśli nie zastopować: należałoby w ramach Rady Państw Morza Bałtyckiego, skupiającej wszystkie państwa tego akwenu, włącznie z Rosją, większością głosów przeforsować stanowisko zakazujące przewozów po Bałtyku takich substancji jak ropa naftowa niedostosowanymi statkami (niemającymi podwójnych kadłubów) i upoważniające do nieprzepuszczania takich tankowców przez cieśniny duńskie. Wiem, że byłoby to dyskusyjne z punktu widzenia prawa międzynarodowego, ale moim zdaniem dające się obronić. Flota cieni to w ogromnej większości stare, zbierane po świecie statki, niespełniające dzisiejszych warunków bezpieczeństwa ekologicznego. Wyobraźmy sobie katastrofę takiego tankowca z 50-100 tysiącami ton ropy w odległości 20 km od naszego wybrzeża; byłaby to tragedia o wymiarze historycznym. Wymiana statków tej floty byłaby dla Rosji trudna, droga, w krótkim czasie nieosiągalna, więc pewnie w ten sposób przykręcilibyśmy jeden z kurków, przez który ciągle płyną do Rosji pieniądze umożliwiające jej dalsze prowadzenie wojny.
Co do warunków ewentualnego porozumienia kończącego nie tyle wojnę, co działania wojenne, w moim przekonaniu należałoby poważnie założyć, że w interesie Ukrainy oraz świata zachodniego nie leży podpisanie paktu pokojowego. Owszem, porozumienie kończące działania wojskowe, prawdopodobnie zawierające rozmaite przepisy, postanowienia, które zmniejszają ryzyko powrotu do działań wojskowych – tak. Ale nie pakt pokojowy. Ten musiałby bowiem oznaczać ostateczne prawne rozstrzygnięcie kwestii granicy. Nie tylko Ukraina, także świat zachodni, demokratyczny, nie powinien prawnie uznawać skuteczności rosyjskiego zagrabienia cudzego terytorium przy pomocy siły. Nawiasem mówiąc, w moim przekonaniu – powiem coś bardzo kontrowersyjnego – w interesie Ukrainy tak naprawdę nie leży też niewyobrażalne, nieprawdopodobnie kosztowne z dzisiejszej perspektywy szybkie odzyskanie jej wschodniej części. Została tak zniszczona, że gdyby to raptem się wydarzyło (na przykład: Rosja się przewraca z jakiegoś powodu, jest zamach stanu, nowe władze postanawiają się wycofać i oddać wszystkie zagarnięte tereny), to przez kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat zasoby ukraińskie szłyby na odbudowę wschodnich regionów kraju, a nie na całą resztę. Mówiąc szczerze, niech odbudowywanie tego, co zniszczyli, będzie zmartwieniem Rosjan przez kolejne kilkanaście–kilkadziesiąt lat. Natomiast, powtarzam, nie można tego uznać z prawnego punktu widzenia. Nawet jeżeli będzie to trwało nie wiadomo ile. Okupacja Zachodniego Brzegu Jordanu jest nielegalna od 1967 roku – tak stanowiła Rada Bezpieczeństwa ONZ i do dzisiaj wiadomo, że Izrael jest tam okupantem. Ogromna większość państw na świecie nie jest skłonna uznać ewentualnego przyłączenia Zachodniego Brzegu czy jego części do państwa izraelskiego. O podobną sytuację należałoby walczyć w nadziei na to, że przyszłość będzie stwarzała różne okazje do jakiegoś innego porozumienia, do odzyskiwania całości lub części tych ziem. Najbardziej pozytywnym scenariuszem byłoby według mnie uzyskanie przez Ukrainę, po zakończeniu działań wojennych, silnego wsparcia ze strony świata zachodniego, także przy wykorzystaniu zamrożonych rosyjskich zasobów (o co też wielokrotnie apelowałem publicznie) oraz jej szybki rozwój. Dzięki skoncentrowaniu się na własnym rozwoju, na podnoszeniu standardów życia, jej dawni obywatele, którzy w czasie wojny zmienili obywatelstwo, nabiorą przekonania, że powrót zwierzchnictwa ukraińskiego na te ziemie będzie oznaczał dla nich wymierne korzyści. Dlatego też naszym wspólnym obowiązkiem jest ułatwianie procesu negocjacji akcesyjnych do Unii Europejskiej. Chociaż musimy też być wolni od naiwności: to będzie piekielnie trudne. Dobrze, niech Ukraina będzie konkurentem dla naszego sektora zbrojeniowego. Ale nasi rolnicy nie wytrzymają tego, że stanie się konkurentem dla nich. W związku z tym będziemy mieli poważne problemy polityczne wewnątrz kraju. Niemniej, ten proces trzeba byłoby bardzo wspierać, jak najbardziej.
Wsparcie Unii Europejskiej powinno być zresztą wielowątkowe i kreatywne. Profesor Pekar wspomniał o problemie miliona rosyjskich weteranów szukających swojego miejsca w powojennej rzeczywistości, o ryzyku wzrostu przestępczości i destabilizacji. Ale Ukraina może mierzyć się z podobnymi zagrożeniami. Już teraz państwa UE mogłyby pomyśleć o programie zaproszenia ukraińskich weteranów do bezpłatnego studiowania na europejskich uczelniach – podobnie jak uczynił to rząd USA w odniesieniu do żołnierzy wracających z II wojny światowej. Nawet sto tysięcy takich stypendiów byłoby niczym w porównaniu z kosztami wojny i odbudowy oraz korzyścią w postaci stabilnego sąsiada i partnera, a w przyszłości – członka.
Gdy chodzi o NATO, to perspektywa członkostwa jest w tej chwili całkowicie nieprawdopodobna. Wystarczy, że Amerykanie będą konsekwentnie na nie. Nie wiemy, co będzie za trzy lata, kiedy pojawi się jakiś następca Donalda Trumpa. Jeżeli będzie to jego obecny wiceprezydent, to polityka Stanów Zjednoczonych pod tym względem się nie zmieni. A jest jeszcze kilku członków Sojuszu, którzy – przynajmniej patrząc z dzisiejszej perspektywy – na przyjęcie Ukrainy się nie zgodzą.
Wojna oczywiście kiedyś się skończy. Należy robić wszystko, co się da, żeby Rosję wyczerpywać, żeby ją zniechęcać. Nie potrafię tylko sobie odpowiedzieć na tragiczne wręcz pytanie: ile może wytrzymać Ukraina? Jak długo będzie w stanie walczyć jej armia? Od dawna słyszymy o problemach związanych z rekrutacją żołnierzy. To zrozumiałe. Są ludzie, którzy niemal cztery lata walczą na froncie, wielu zginęło, kto ma ich zastąpić? Polityka i polityczne wybory w Kijowie są niezwykle dramatyczne i bardzo trudne. Jeżeli Ukraina przy pomocy świata demokratycznego, przy pomocy Europy, wytrzyma jeszcze jakiś czas (aż boję się to powiedzieć, ale myślę tutaj o latach – o kilku latach), to wtedy prawdopodobnie będzie się zniechęcało Rosję do kontynuowania tego przedsięwzięcia.
I ostatnia teza: podobnie jak profesor Pekar i wielu z nas myślę, że głównym motywem Putina (bo to w gruncie rzeczy była jego decyzja) jest chęć odbudowy imperium w jakimś stopniu i w jakimś kształcie. To logicznie pasuje do jego zachowania przez wiele lat: przyzwolenie na powrót pewnego idealizowania Stalina, słynne powiedzenie o największym nieszczęściu XX wieku, jakim był według niego rozpad Związku Radzieckiego. Ale myślę, że jest jeszcze jeden motyw, który niestety wzmacnia jego determinację. Otóż on po prostu ma świadomość, że Rosja nie dysponowała i nie dysponuje żadnym innym atutem poza bronią i armią, której znaczenie i efektywność przeceniał oczywiście, w nowym układaniu porządku światowego. I ma świadomość, że będzie to nie tylko jego prestiżowa osobista porażka, ale też że jeżeli nie osiągnie w większym stopniu swoich celów w Ukrainie, to w tej walce o nowy porządek światowy będzie tak zwanym looserem, przegranym. Okaże się słabeuszem, który nie potrafił skutecznie w nowej rzeczywistości walczyć o pozycję Rosji.
Piotr Szymaniec, profesor Akademii Nauk Stosowanych Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu: Przypominam sobie rysunek z „The Economist” z lutego ubiegłego roku przedstawiający Donalda Trumpa, który dzieli się tortem w kształcie globu z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem. Już wówczas oczekiwano, że dojdzie do jakiegoś porozumienia między USA i ChRL o podziale świata i powstaniu nowego układu dwubiegunowego. Wspominam o tym, aby zaakcentować czynnik, który pomijaliśmy w naszej dyskusji, a który związany jest z globalnym kontekstem ekonomicznym i z interesami Chin. W interesie ekonomicznym Chin jest utworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli możliwość szerokiego eksportowania towarów do Europy, co nie leży w interesie USA. Trump postrzega politykę zagraniczną jako grę biznesową. Chciałby zawrzeć deal z Putinem, a że do takiego porozumienia nie doszło, to dlatego, że Rosja jest zainteresowana długoterminowym uregulowaniem politycznym, podczas gdy deal biznesowy ze swojej natury jest jednorazowy, krótkoterminowy.
Jeśli pokój w Ukrainie miałby wzmocnić Chiny, bo udrożniałby Nowy Jedwabny Szlak, to USA niekoniecznie są zainteresowane takim uregulowaniem, które przyczyniłoby się do umocnienia Chin. Generalnie – globalny kontekst ekonomiczny musimy mieć na uwadze, gdy analizujemy stosunek do wojny ze strony Chin, Indii czy innych wschodzących potęg gospodarczych, które mają zupełnie inną niż my perspektywę wydarzeń wokół Ukrainy.
Pozwolę sobie inaczej niż pan prezes Wróbel postrzegać etniczną czy tożsamościową sytuację w Ukrainie, która wydaje mi się znacznie bardziej skomplikowana. Postawy mieszkających na wschodzie kraju rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy wobec agresji Rosji były bardzo zróżnicowane. Skłaniałbym się raczej do myśli, że w ogniu wojny być może stworzy się nowy naród Ukrainy, o którego przekonaniach i zapatrywaniach trudno jednak dzisiaj wyrokować. W każdym razie koncept podziału Ukrainy, utworzenia na zachodzie Ukrainy buforowego państwa wydaje się mi groźny i sprzeczny z interesami Polski – chociażby dlatego, że przesuwa znacznie na zachód, a więc ku naszym granicom, strefę rosyjskiego oddziaływania.
Polityka zagraniczna współczesnej Rosji przypomina rosyjski imperializm z XIX wieku. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na nią, przykładowo, przez pryzmat ówczesnego konfliktu rosyjsko-tureckiego. Rosja wygrywa lokalne animozje na obszarach, z którymi graniczy, wkracza w powstające rozdarcia, natomiast gdy napotyka opór – czeka na powstanie korzystniejszych dla siebie okoliczności. Być może te historyczne analogie mogą być dobrym kluczem do pojmowania zachowania Rosji, w szczególności, że Putin lubi odwoływać się do historii.
Celem Rosji jest odbudowa imperium. Lecz jej ambicje są moderowane przez globalny kontekst gospodarczy, przez co chcę powiedzieć, że z chwilą, gdy wojna w Ukrainie stanie się niekorzystna dla państw pośrednio lub bezpośrednio wspierających Rosję, w tym Chin, będą one skłaniać Rosję do zaprzestania walk. Scenariusz „miękkiego zgniłego układu”, o którym mówił prof. Pekar, wydaje mi się w takiej sytuacji prawdopodobny.
Marek Figura, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wydział Historii, Zakład Studiów Wschodnich: Myślę, że wyrażę podziw i szacunek nas wszystkich, podkreślając długotrwałość, poświęcenie i skuteczność oporu Ukrainy. Nikt nie przewidywał, że Ukraina będzie zdolna stawić tak twardy, zacięty opór. Oczywiście taka wojna łączy się z dużymi stratami, w tym, co szczególnie bolesne, stratami ludzkimi.
Podobnie jak profesor Pekar uważam, że najbardziej prawdopodobną formułą zakończenia działań zbrojnych jest jakiś niesatysfakcjonujący żadnej ze stron rozejm, coś w rodzaju zbrojnego pokoju, o którym dzisiaj trudno powiedzieć, kiedy i na jak długo byłby zawarty. Kluczowe jest to, co podkreślał pan premier Cimoszewicz, aby nie uznawać faktów dokonanych. Zawarcie trwałego pokoju sankcjonującego prawnie dezintegrację terytorialną Ukrainy byłoby destrukcyjne dla całego porządku międzynarodowego.
Siłą demokracji jest zaangażowanie podmiotowej opinii publicznej. Ale jednocześnie jest to także słabość demokracji, którą Rosja stara się wykorzystać. Ukraińcy mają prawo być zmęczeni wojną. Jeśli rozmawia się szczerze z Ukraińcami, to rozumie się, że mają oni dość tej wojny. Bo jeśli ktoś mieszka w regionie bliskim strefy działań wojennych, na przykład w Charkowie, wystawiony jest na niestające zagrożenie bombardowaniami, dronami, to poddawany jest wielkim stresom, które działają destrukcyjnie na psychikę nie tylko żołnierzy, ale także ludności cywilnej. Nie należy się zatem dziwić chęci opuszczenia przez ludzi regionów narażonych na działania zbrojne.
Wojna wywołała dużą falę emigracji z Ukrainy. Mieliśmy niesłychane spontaniczne zaangażowanie ludności, nie tylko w Polsce, na rzecz uchodźców z Ukrainy. W Polsce to emocjonalne wzmożenie nazwałbym nawet jakby powtórką z Solidarności, tak powszechny i zaangażowany był udział naszych współobywateli w przyjmowaniu ukraińskich uchodźców. Zawsze mam jednak obawy przed takimi masowymi wybuchami emocji, bo emocje mają tę właściwość, że są krótkotrwałe. I dzisiaj zmęczenie wojną obserwujemy w społeczeństwach państw, które tak gościnnie witały Ukraińców. Zdarzają się przejawy niechęci zwłaszcza, że wśród uchodźców są nie tylko kobiety i dzieci, ale też młodzi mężczyźni, którzy z jakichś powodów nie chcieli walczyć. O ile elity europejskie w większości kontynuują poparcie i zaangażowanie na rzecz Ukrainy, to w nastawieniu społeczeństw następują zmiany. Tę sytuację wykorzystuje Rosja, która potrafi wygrywać różnice poglądów i napięcia powstające w następstwie masowej migracji uchodźców. Gdy do Polski przybywa kilka milionów ludzi, z których milion osiedla się u nas, dołączając do już przebywających migrantów zarobkowych z Ukrainy, zmienia to skład demograficzny społeczeństwa, wywołując określone problemy. Przykładowo, w samej aglomeracji poznańskiej w pewnym momencie przebywało około stu tysięcy Ukraińców, co stanowiło kilkanaście procent liczby mieszkańców. Początkowa spontaniczna serdeczna gościnność nie mogła trwać wiecznie i po kilku miesiącach zaczęły przejawiać się mniej przyjemne aspekty przyjęcia tak licznej grupy uchodźców.
Chwaliliśmy się, że nie mieliśmy, jak Niemcy, obozów i całej infrastruktury dla uchodźców, że tak wiele dokonano przy pomocy lokalnych działań społecznych i odruchu serca. W tej spontaniczności była siła, ale też pewna słabość. Gdyż w pewnym momencie niezbędne staje się zaangażowanie państwa, aby podjąć działania systemowe i łagodzić niektóre niekorzystne zjawiska, zwłaszcza jeśli uchodźcy mieliby pozostać u nas na dłużej. Chodzi przecież również o zbliżenie Polaków i Ukraińców, o lepsze zintegrowanie uchodźców z całym społeczeństwem, ponieważ grupy migrantów mają naturalną skłonność do zamykania się w swoim środowisku. Wreszcie uciekinierzy z Ukrainy mieli tak inne doświadczenia, doświadczenia traumatyczne, że trudno im było ustanowić normalne relacje z naszym społeczeństwem. Zwłaszcza że w grę wchodzą inne zjawiska – przykładowo, konkurencja na rynku pracy czy problemy na tle bytowym.
Chciałbym też zwrócić uwagę na kwestię percepcji zagrożenia wojną przez społeczeństwo polskie. Nie chodzi o straszenie ludzi, lecz o to, że zaczęliśmy realne zagrożenie ze wschodu lekceważyć, że uodporniliśmy się na hasła o zagrożeniu. Nie wiem, czy pan premier Cimoszewicz, mieszkając 3 kilometry od granicy z Białorusią, ma podobne odczucia co do postaw społecznych. Mam wrażenie, że społeczeństwa państw bałtyckich traktują rosyjskie zagrożenie poważniej i bardziej obawiają się Rosji. Gdy do Wilna przybyła brygada pancerna Bundeswehry, podczas powitania przez prezydenta Litwy kanclerz Merz złożył deklarację o obronie Litwy. Litwini zamierzają cytat z przemówienia Merza umieścić na ratuszu w Wilnie obok już zainstalowanej tablicy z cytatem z przemówienia prezydenta Busha, który oświadczył, że USA będą traktowały atak na Litwę jak atak przeciwko Stanom Zjednoczonym.
Zagrożenie ze strony Rosji będzie najpewniej poniżej progu wojny. Niemniej, przyznajmy, takie wrogie nam działania już trwają – te wszystkie akty sabotażu, podpalenia, próby zamachów bombowych. I jeszcze jedna forma ataków – dezinformacja i oddziaływanie psychologiczne przy użyciu mediów społecznościowych, które to akcje są bardzo skuteczne w szczególności gdy są ukierunkowane na młodsze pokolenie. Temu należy się przeciwstawić z całą mocą, ponieważ dezinformacja, dezintegracja społeczeństwa zagrażają i naszemu bezpieczeństwu, i porządkowi demokratycznemu w naszych krajach.
Jarosław Pachowski, przedsiębiorca, m.in. wspólnik w spółce Quality Writing zarządzającej portalem reshumana.pl: Kluczowym pytaniem w ocenie możliwych scenariuszy zakończenia wojny jest to, które premier Cimoszewicz postawił w zakończeniu swojej wypowiedzi: jak długo Ukraina będzie w stanie wytrzymać jakiekolwiek scenariusze?
Mamy deficyt twardych, sprawdzonych danych o sytuacji militarnej. Czy żyjemy już w świecie, który przywykł do tej wojny? Przestawił funkcjonowanie wielu państw na kolejne lata jej trwania? Czy jednak możliwy jest jakiś pozytywny game-changer? Wobec codziennej tragedii tysięcy niewinnych ludzi liczyć się powinny jedynie te scenariusze, które realnie okażą się wobec Rosji skuteczne.
Większość uczestników dyskusji skłania się do przekonania, że Putin ustąpi tylko wówczas, gdy go mocno zaboli. Ale Rosja wykazuje dużą odporność na zadawany jej ból. Świadczy to także o naszej słabości. Jednocześnie swoją niemoc wykazała dotychczasowa architektura zbiorowego bezpieczeństwa. Bo przecież Ukraina miała wszystkie możliwe gwarancje bezpieczeństwa, w tym od Rosji. Tymczasem duża część świata agresji Putina wręcz pomaga, duża część mu nie przeszkadza. Grupa państw, „koalicja chętnych”, podejmuje jakieś działania, wciąż niewystarczające, bo nieskuteczne. Problem z flotą cieni jest tego zawstydzającym przykładem. Innym znakiem niemocy jest wciąż nierozwiązana kwestia rosyjskich aktywów. Rozumiem Belgię, która nie chce brać na siebie wyłącznej odpowiedzialności prawnej, ale mamy w Europie wystarczającą armię prawników, żeby znaleźć skuteczne i bezpieczne rozwiązanie.
Co mogłoby jeszcze mocniej zaboleć Putina? Zdając sobie sprawę z delikatności problemu postawiłbym pytanie o to, na ile można boleśniej przenieść tę wojnę na terytorium samej Rosji. Mówię o sytuacji, w której koszty – ale także dramaty – wojny ponosiłaby także rosyjska ludność cywilna. Dzisiaj społeczeństwo rosyjskie popiera Putina, podziela deklarowane przez niego cele wojny, identyfikuje się z jego imperialnymi zapędami i pozostając pod wyłącznym wpływem kremlowskiej propagandy samo z siebie tego nastawienia nie zmieni. Szczególnie, że do różnych braków czy niedogodności rynkowych jest ono przyzwyczajone od zawsze. Dopiero dramaty własne, nawet ograniczone, ale burzące mit bezpiecznego mocarstwa, mogą to nastawienie zmienić. Wywołać sprzeciw wobec władz. Trzeba do tego tematu podchodzić z dużą ostrożnością, starannie przemyśleć formy działań, ale nie rozpatrywać go wcale to robić duży prezent Putinowi.
Prawdopodobieństwo bezpośredniego ataku wojennego na Polskę ze strony Rosji uważam za ograniczone. Rosja będzie podejmowała działania wobec nas agresywne, ale poniżej progu wojny i z celem wywołania strachu i stanu społecznego zagrożenia. Dlatego będą się mnożyć różne prowokacje, a nawet realne akty sabotażu. Przy zachowaniu ostrożności, aby nie wywołać bezpośredniej reakcji zbrojnej NATO czy państw europejskich. Chociaż musimy jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, że ludność Europy (a szczególnie młode pokolenia wychowywane w atmosferze bogacenia się i absolutnie bezpiecznego pokoju) nie jest naturalnie skłonna do szykowania się do wojny. Pojęcie patriotyzmu także mocno ewoluuje w czasie. Na przykład we Francji, gdzie w tej chwili jestem, przeciętni obywatele są dużo mniej zdeterminowani do przeciwstawiania się Rosji niż prezydent Macron i elity polityczne kraju. Nie mówię o państwowych zobowiązaniach sojuszniczych, które są trwałe. Ale w swoim ogóle Francuzi nadal nie mają ani motywacji, ani ochoty „umierać za Gdańsk”. I nie byłoby rozsądne testować w praktyce tę gotowość.
Natomiast to, co możemy i powinniśmy robić, to identyfikować słabości naszych dotychczasowych działań, wręcz eliminować te nieskuteczne, a przyspieszać i wzmacniać te, które mogą przynieść realny efekt. Rozwijając ich zakres. Flota cieni i aktywa to naprawdę gorące tematy, a jednocześnie wstydliwe przykłady braku skuteczności. Do szybkiej zmiany.
Dr Mariusz Marszewski, czasopismo „Kavkaz. Przeszłość – Teraźniejszość – Przyszłość”: W moim przekonaniu element irracjonalności w rosyjskiej polityce jest mocno przeceniony. Pamiętajmy o żądaniach Rosji, przedstawionych w 2021 roku przed inwazją na Ukrainę, które dotyczą tego, aby NATO faktycznie wycofało się z obszarów, które Moskwa uważa za rosyjską strefę wpływów. Przy czym, zauważmy, obszar postulowanych rosyjskich wpływów obejmuje nie tylko dawne RWPG, ale de facto strefę rosyjskich wpływów z okresu caratu, ponieważ obejmuje, przykładowo, Czarnogórę, która nie była w bloku państw komunistycznych, ponieważ była częścią Jugosławii, oraz te wszystkie kraje, które w naszej myśli geopolitycznej tak ładnie nazwaliśmy Międzymorzem. Rosja nigdy nie zrezygnowała z tych żądań. Zatem, wydaje mi się, dopóki cel ten nie zostanie osiągnięty, wojna na Ukrainie nie ma prawa się skończyć, gdyż to stanowi dla Rosji główne zadanie.
Drugim zagadnieniem, związanym z wojną Rosji z Ukrainą i konfrontacją Rosji z Zachodem, jest kwestia Globalnego Południa, które mocno wspiera od pewnego momentu (bo na początku wojny nie było to oczywiste) stronę rosyjską. Po stronie Rosji de facto opowiedziały się zarówno kraje biedne, z bardzo niskim PKB, jak też potęgi takie, jak Chiny, Indie czy Brazylia, generalnie kraje grupy BRICS. Globalne Południe, nazywane kiedyś brzydko Trzecim Światem, obejmuje sporą część ludności globu i bardzo dużą część potencjału planety – od wspomnianych przed chwilą mocarstw do mniejszych, będących realnie satelitami tych większych aktorów sceny światowej. Bez poparcia szeroko rozumianego Globalnego Południa dla Rosji nie mielibyśmy tej sytuacji, jaką mamy. Uważam, że poparcie Globalnego Południa ma dużo ważniejsze znaczenie niż brak konsekwencji Zachodu.
Pytanie, jakie nasuwa się w związku z powyższym, brzmi: Co można zaoferować krajom Globalnego Południa, żeby przestały one popierać Rosję? Wydaje mi się, że odpowiedź w rodzaju, że w grę wchodzą wartości moralne jest wręcz niestosowna. Bo, jak świetnie przedstawił to profesor Kuźniar, w kontekście tego, jak w dowolnym kraju Globalnego Południa postrzegana jest wojna na Bliskim Wschodzie, głoszone przez Zachód wartości moralne uległy bankructwu.
W naszej debacie padły słowa o tym, jak bardzo wojna z Ukrainą jest nieopłacalna dla społeczeństwa rosyjskiego. Otóż z tego, co udało się mi prześledzić, jakkolwiek przyczynkarskie by to nie były obserwacje, jest akurat odwrotnie. Na rosyjskiej prowincji wojna jest źródłem dochodu, a nie źródłem biedy, ponieważ wypłaty za poległych, żołd, wypłaty za sam zaciąg do armii stanowią ogromny zastrzyk gotówki, który polepszył sytuację ludzi w biednych, oddalonych regionach Rosji. Co więcej, te dopływy gotówki stały się głównym elementem motywującym mniejszości narodowe, których odsetek przedstawicieli w niektórych pododdziałach przekracza 50 procent. Jest to też ten dodatkowy zysk dla władzy centralnej, że osoby – by użyć języka Lwa Gumilowa – pasjonarne, czyli takie, które wykazują się jakąś dynamiką, które mogłyby przewodzić ruchom separatystycznym, odśrodkowym, decentralizacyjnym, te osoby giną na wojnie lub otrzymują takie uposażenia, że wojna staje się dla nich opłacalna. Wydaje się mi, że to są elementy, które niestety umykają uwadze naszych mediów czy ekspertów.
Opuszczenie tego elementu w naszych dyskusjach i ekspertyzach jest dla mnie niezrozumiałe, gdyż prowadzi do błędnych konkluzji, na przykład do pojawienia się prognoz, że Rosja rozpadnie się. Czy do nadawania nadmiernego znaczenia jakimś organizacjom opozycyjnym, które w dużej mierze mają charakter kanapowy. Jak powiedział mi jeden z działaczy takiej organizacji: To, oczywiście, fajnie, że siedzimy sobie, działamy, piszemy… U was też był kiedyś rząd londyński na emigracji i jakież on miał znaczenie i wpływ na to, co realnie działo się w PRL?
Oczywiście, ujmuje sarkazm, z jakim ów działacz rosyjskiej grupy opozycyjnej autoironicznie podsumował swoją działalność, ale wniosek z tej opowiastki jest taki, że powinniśmy jednak odróżniać pewną iluzję propagandową, w której żyjemy, od realnych celów geopolitycznych, które są beznamiętnie werbalizowane przez stronę rosyjską, a których Rosja nigdy się nie wyrzekła.
Ukraina, oczywiście, jest bardzo ważna, a to, co się dzieje w Ukrainie, jest straszne. Wojna w Ukrainie często interpretowana jest w Rosji, ale także na Ukrainie, jako wojna bratobójcza, gdyż walczą przeciwko sobie dwa bratnie narody. Naturalnie, podejrzewam, że za tym stołem mało kto będzie traktował poważnie taką retorykę, jakkolwiek muszę powiedzieć, że w rozmowach z Ukraińcami, którzy uciekli do Polski nierzadko słyszę, że jest to wojna bratobójcza, że jest to wojna niepotrzebna. Wydaje mi się, że mocno funkcjonujemy w paradygmatach romantycznych, polskocentrystycznych i że jesteśmy tam osadzeni, podczas gdy najważniejszą kwestią jest, jak będzie wyglądać nowy światowy porządek, jak będzie wyglądać w nim miejsce Polski po wojnie. Oczywiście, nie wiadomo, kiedy wojna się skończy, bo to nie jest wojna Rosji z Ukrainą, lecz wojna z Europą o wycofanie się NATO z obszaru między Rosją a Niemcami, od Półwyspu Bałkańskiego do Skandynawii. I w rozmowie o wojnie w Ukrainie trzeba zawsze mieć ten element na uwadze.
Zdzisław Raczyński, „Res Humana”: Sądzę, że każda dyskusja prowadzona w naszym kraju na temat agresji Rosji na Ukrainę będzie obciążona pewnym problemem kognitywnym. Chodzi zarówno o to, że nasza wiedza jest dalece niepewna, gdyż przekazy informacyjne w czasie wojny są elementem konfrontacji, jak i o nasze – państwa i społeczeństwa – zaangażowanie po jednej ze stron konfliktu. Jesteśmy stroną tego konfliktu. Nie jesteśmy naturalnie zaangażowani bezpośrednio, lecz logistycznie, finansowo, politycznie, moralnie i emocjonalnie jednoznacznie wspieramy Ukrainę. Tym samym nasze postrzeganie przyczyn konfliktu, jego przebiegu, sposobu rozwiązania i skutków wojny jest w sposób oczywisty jednostronne. A to utrudnia zrozumienie motywów postępowania Rosji, jak też przyczyn zachowania dużej liczby państw, określonych przed chwilą pojęciem Globalnego Południa.
Wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną postkolonialną, w której metropolia, Rosja, usiłuje odzyskać kontrolę nad utraconą częścią imperium. Rosyjskie kierownictwo polityczne widzi w odbudowie imperium, czyli uznaniu przez Zachód Rosji jako jednego ze światowych centrów wpływów, sposób na rozwiązanie czy odsunięcie w czasie problemów wewnętrznych Federacji, a także zwiększenie bezpieczeństwa państwa poprzez rozbudowanie głębi strategicznej. Idzie zatem nie tylko i nie tyle nawet o ekspansję terytorialną, ile o przebudowę dotychczasowego ładu międzynarodowego, który – przyznajmy – i tak uległ już degradacji. Agresywna polityka Rosji wynika więc z jej niepewności, obaw, wreszcie – z uświadamianej własnej słabości w innych dziedzinach niż militarna. Podzielam myśl pana premiera Cimoszewicza, że Rosja sięgnęła po militarny instrument, gdyż nie posiada innych, które byłyby konkurencyjne.
Analiza podstawowych danych – udział w globalnym PKB, handlu, innowacjach, miejsce w rankingu rozwoju społecznego (HDI) – pokazuje, że od końca lat 70. ubiegłego wieku, z wielką cezurą rozpadu ZSRR w 1991 roku, trwa nieustanny proces osłabienia Rosji i utraty przez nią pozycji w świecie. Czas słabnięcia Rosji zbiegł się z tektonicznymi zmianami globalnymi. Nie miejsce, by o nich mówić, lecz – w największym skrócie – mam na myśli degradację jeśli nie rozpad, dotychczasowego systemów bezpieczeństwa i finansowego oraz procesy, które nazywam umownie nowym etapem dekolonizacji. Państwa tzw. Globalnego Południa, żywotnie zainteresowane korzystną dla siebie zmianą dotychczas obowiązujących reguł, dyktowanych przez Globalny Zachód czy Globalną Północ, postrzegają wojnę rosyjsko-ukraińską jako wojnę proxy między Rosją a Zachodem. Dlatego też, najogólniej, nie popierają nas.
Rosja szuka swego miejsca w tym zmieniającym się świecie i sposobu powstrzymania swojego ugasania. Zdecydowała się na, w moim najgłębszym przekonaniu – zgubną, drogę próby militarnego wymuszenia na Zachodzie korzystnych dla siebie ustępstw. Jak wielu innych obserwatorów historii i polityki Rosji, zadaję sobie pytanie, czy elity tego mocarstwa jądrowego są w stanie wymyśli swoje państwo inaczej niż jako imperium. Bo Rosja nie postępuje irracjonalnie. Postępuje zgodnie z logiką myślenia imperialnego, co w konkretnej sytuacji politycznej i przy potencjale Rosji oznacza, że postępuje paralogicznie. Mamy do czynienia z racjonalnością perwersyjną.
Nasz wspólny dramat polega na tym, że to błędne, urojeniowe myślenie czyni chorym całe otoczenie, militaryzując nasze myślenie. Nie rozumiem opowieści o wygraniu wojny, o pokonaniu wroga. Rzecz przecież w tym, że tej wojny nikt nie wygra. Nie śmiem spekulować, jak i kiedy zakończy się wojna. Najprawdopodobniej zakończy się ona najdalej w ciągu dwóch–trzech lat długotrwałym rozejmem na linii umownego frontu. Co będzie oznaczało utratę przez Ukrainę faktycznego władztwa nad częścią swojego terytorium. Niemniej, w interesie nas wszystkich, samej Ukrainy, Polski, Europy, ale też Rosjan, leży jak najszybsze zakończenie walk zbrojnych. Oznacza to, że nasze obecne działania powinny mieć na celu ograniczenie szkód. Już poniesionych i tych, które mogą nastąpić i będą nieodwracalne.
Powiedziałem przed chwilą, że ta wojna nie będzie miała zwycięzców na naszym kontynencie. Ale ośmielę się powiedzieć już dzisiaj, kto tę wojnę przegrał. Przegrała Ukraina, przegrała Rosja, przegrała Europa. Ukraina utraciła część terytorium, poniosła gigantyczne straty demograficzne, bo mam na myśli także emigrację i zmniejszenie ludności kraju z 52 do 29 milionów, oraz materialne. Przegrała Rosja – gdyż straciła wielu młodych mężczyzn, prestiż międzynarodowy, nimb wielkiej potęgi militarnej, swoje szanse rozwojowe drogą modernizacji zbliżającej do demokracji zachodnich. I nie wydaje się, aby zbliżyła się do głównego celu tej wojny, czyli do narzucenia Zachodowi swojej projekcji przyszłego ładu. Najlepsze, co teraz może czekać Rosję, to rozwijanie się pod opieką i w cieniu wielkich Chin, które – przypuszczam – odzyskają Tajwan w najbliższych dwudziestu latach, ale bez użycia siły. Przegrała Europa, bo ponownie, jak w wojnach jugosłowiańskich, okazała się niezdolna do zarządzania pokojem. Wojna w Ukrainie podzieliła Europę i osłabiła ja w wyniku przeznaczenia gigantycznych kwot na zbrojenia i pomoc Ukrainie. Bez satysfakcji przyjmuję decyzje o wspólnym wysiłku zbrojeniowym Europy, jako że nie wierzę, że akurat uwspólnotowienie polityki zbrojeniowej przyczyni się do zjednoczenia Europy. Obawiam się, że szansa na federalizację Europy została już utracona. UE powstała jako projekt polityczny, który miał zapobiegać konfliktom. Nie jako projekt militarny; nie to było jej wielkim atutem, nie to zjednało jej podziw i uznanie świata. Unia przegrała pokój w Europie, bo nie potrafiła zapobiec wojnie. To, że wygrywają na wojnie wielkie koncerny zbrojeniowe i energetyczne, a ich zyski wzrosły niepomiernie w ostatnich czterech latach, nie jest także powodem do satysfakcji.
Jeśli uda się nam przerwać tę wojnę, czeka nas, jako Unię, wielki wysiłek na rzecz odbudowy Ukrainy i zintegrowania jej z naszą wspólnotą. Z przyczyn, które moi szanowni przedmówcy precyzyjnie wskazali, Ukraina najprawdopodobniej nie stanie się członkiem ani UE, ani NATO. Ale formuła integracji istnieje, wyrażona już wcześniej, bodajże przez Javiera Solanę: „członkostwo bez członkostwa” czyli wszystko to, co jest przewidziane statusem członka obu organizacji, chociaż bez formalnego członkostwa. Oczywiście, jako Polska powinniśmy dbać o to, aby temat członkostwa Ukrainy i w NATO, i w UE cały czas pozostawał na agendzie obu wspólnot.
Zdzisław Jacaszek, wiceprezes Stowarzyszenia Współpracy Polska-Wschód: Dziękuję, że panowie odpowiedzieli na nasze zaproszenie i przeprowadzili dyskusję według anonsu, który do panów skierowaliśmy. Nie przedłużając, chciałem powiedzieć o interesie naszego Stowarzyszenia, jego członków, ludzi którzy się skupili wokół idei dobrego sąsiedztwa. Profesor Figura spojrzał na to z punktu widzenia sąsiadów nie tylko za granicą, ale też tych, którzy do nas przybyli i zapewne u nas pozostaną. Chciałbym zaproponować, żebyśmy na przyszłym spotkaniu pochylili się nad tym problemem.
Valerii Pekar: Mam jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze, nie uważam działań Rosji i Putina za irracjonalne. Są to działania stuprocentowo racjonalne, ale to jest racjonalność imperialna. Po drugie, aby sformułować europejską strategię wobec Rosji, powinniśmy przejść z zachowania pasywnego, reaktywnego do aktywnego, rozważyć scenariusze przyszłości Rosji i zrozumieć, jakie wyzwania w poszczególnych scenariuszach wynikają dla Europy i dla Polski. A następnie wybierzmy aktywne działania sprzyjające scenariuszowi optymalnemu dla Polski.
Józef Bryll: Dziękuję wszystkim panom, tu obecnym i tym, którzy są z nami w sieci, za bardzo interesującą dyskusję. Sądzę, że powinniśmy rozważyć opublikowanie zapisu naszej rozmowy w formie osobnego wydawnictwa, tak aby spostrzeżenia i wnioski nie umknęły naszej pamięci oraz uwadze tych wszystkich, którzy są zainteresowani pogłębionym, nieszablonowym spojrzeniem na sytuację w i wokół Ukrainy.
[1] Mówca odnosi się do swojego opracowania, wspólnie z Andrijem Dligachem, dostępnego pod adresem: https://neweasterneurope.eu/2025/09/01/scenarios-for-the-end-of-the-war/
[2] Profesor Andrzej Małkiewicz – emeryt, wcześniej pracował w Uniwersytecie Zielonogórskim. Prowadzi badania w zakresie historii, politologii, bezpieczeństwa.
Istotą nowej Strategii bezpieczeństwa narodowego USA jest nacisk na strategiczną stabilność, która jest wypadkową rywalizacji i porozumień głównych aktorów na scenie światowej. Wraca z całą mocą fundamentalna zasada realistów: równowaga sił (balance of power). W międzynarodowej grze żaden z aktorów nie jest klasyfikowany jako stałe zagrożenie ani jako wieczny sojusznik. Wersja trumpowska równowagi sił jest bezwzględna, surowa, ponieważ lekceważy multilateralizm oraz inne narzędzia cywilizujące i mitygujące nagą siłę państw. W takim układzie każde państwo, zwłaszcza najsilniejsi gracze, maksymalizuje swoje korzyści kosztem pozostałych. Triumfują państwa, które nie oglądając się na innych, pomagają sobie samym. W terminologii stosunków międzynarodowych nazywa się to „self-help”.
Dostrzegam cztery główne zalety doktryny Trumpa:
– pogodzenie się Stanów Zjednoczonych, do niedawna hegemona w polityce światowej, z rzeczywistością, co oznacza rezygnację ze strategii światowej dominacji, selektywne respektowanie interesów innych aktorów i gotowość do podzielenia się wpływami;
– odejście od czarno-białego obrazu świata podzielonego na oś dobra/demokracje i oś zła/autokracje. Odrzucenie tego schematu, mistyfikującego skomplikowaną rzeczywistość stosunków międzynarodowych, zwiększa szansę na uniknięcie kolejnej zimnej wojny w rezultacie podziału świata na sztywne bloki;
– powiew świeżości w związku z wyzbyciem się pozorów i zdjęcie grubej warstwy hipokryzji z uzasadnienia dla amerykańskiej polityki, która była w rzeczywistości nakierowana na uzyskanie partykularnych korzyści;
– najważniejszy aspekt nowej doktryny dotyczy wiszącej obecnie w powietrzu groźby wybuchu trzeciej wojny światowej. Z zapisów dokumentu wynika dążenie do uniknięcia totalnego starcia gigantów na wszystkich potencjalnych frontach (także z Chinami). To bardzo ważna rewizja poglądów w stosunku do Strategii Trumpa pierwszej kadencji.
Do zasadniczych wad doktryny Trumpa (wykraczam poza dosłowne stwierdzenia zawarte w samym dokumencie i sięgam do praktyki administracji) zaliczam:
– porzucenie dorobku organizacji międzynarodowych (zwłaszcza ONZ), osłabienie stabilizującej funkcji prawa międzynarodowego, traktatów;
– zwiększenie ryzyka militarnych rozwiązań konfliktów regionalnych i wojen lokalnych wskutek zwiększonej skłonności do interwencji zbrojnej (przy wykorzystaniu najnowszych technologii);
– powrót do nieograniczonego wyścigu zbrojeń konwencjonalnych i nuklearnych;
– brutalizację języka i deprecjację dyplomacji;
– militaryzację polityki zagranicznej, czyli nieograniczone użycie siły w każdym wymiarze, nie tylko militarnym, w celu forsowania amerykańskich interesów.
Zatem doktrynę Trumpa, wyrażoną w Strategii, cechuje ambiwalencja, sprzeczności i brak spójności. Znamienny jest nacisk położony na unikanie wiążących zobowiązań, odrzucenie odpowiedzialności za dobro wspólne. Odejście od polityki interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw, od nation- building, od narzucania norm i reguł nie jest konsekwentne. Na miejsce ideologii demokratyzacji wciska się bowiem katalog postulatów o charakterze wyraźnie tradycjonalistycznym i prawicowym, a nawet skrajnie prawicowym. W odniesieniu do migracji przewijają się wątki rasistowskie.
Na odrębną analizę zasługuje nadzwyczaj krytyczne, a właściwie pogardliwe potraktowanie Europy, a zwłaszcza europejskiego federalistycznego eksperymentu. Stany Zjednoczone nie widzą zalet powtórzenia amerykańskiej drogi na Starym Kontynencie. Przyszłość widzą wyłącznie w kategoriach ścierających się ze sobą państw narodowych.
Strategia poddaje krytyce elity europejskie za ich nastawienie na kontynuację wojny w Ukrainie i brak refleksji o tym, jak ułożyć w przyszłości stosunki z Rosją. Ironią losu jest rzecz jasna to, że wojna rosyjsko-ukraińska była pierwotnie wojną amerykańską by proxy. Stany Zjednoczone od dłuższego czasu widziały w Rosji bezpośrednie zagrożenie i starały się ją osłabić. Jednak prezydent Trump nie czuje się odpowiedzialny za destrukcyjną w wielu obszarach politykę poprzedników i wyklucza kajanie się za błędy przeszłości.
Strategia całkowicie pomija kwestię nierówności na świecie, biedy, wszelkie kwestie humanitarne, pomoc rozwojową, nie mówiąc już o międzynarodowych dobrach publicznych. Wydawało się znawcom, że reanimacja takiego porządku światowego w epoce globalizacji byłaby zgoła niemożliwa. Trump, mimo znanych ograniczeń, dokonuje niemożliwego. Jednak nawet zasada równowagi sił powraca nie w wersji oświeconej, znanej z Kongresu Wiedeńskiego, ale w radykalnej drapieżnej postaci.
Last but not least, nie ulega kwestii, że dla prezydenta Trumpa, oprócz zaanonsowania światu nowych zmienionych reguł gry, najistotniejszy jest pivot amerykański czyli odnowienie Doktryny Monroe, jako punkt wyjścia do zmiany polityki interwencjonizmu i generalnie przesunięcia punktu ciężkości polityki Stanów Zjednoczonych na sprawy „domowe” (w kraju i w obu Amerykach).
W tej analizie na gorąco pomijam aspekty regionalne doktryny Trumpa, w tym fragment omawiający politykę na Bliskim Wschodzie, który pomija związki Stanów Zjednoczonych z Izraelem i ludobójstwo w Gazie, czy wizję przyszłości narodu palestyńskiego.
Za sprawą bydgoskiego Nitro-Chemu przez ostatnich kilka dni każdy śledzący media miał szansę zapoznać się z wycinkiem realiów polskiego sektora zbrojeniowego. Jeśli podłubie głębiej w materiałach, dokopie się do materiałów sprzed miesięcy czy lat, świadczących o wieloletnim braku kontroli, nieprzejrzystości działań, ignorowaniu procedur, ostrzeżeń formułowanych przez organy nadzorcze. Wątek materiałów niebezpiecznych, magazynowanych lub przerabianych na terenie spółki, a potem wywożonych poza zakład lub detonowanych na wojskowych poligonach, odsłania znacznie szerszą, wielowarstwową patologię niż tylko lokalne zaniedbania.
Towarzyszy temu déjà vu. Nitro-Chem występuje w roli czarnego charakteru nie po raz pierwszy. Już wcześniej pojawiały się doniesienia dotyczące domniemanego zatruwania środowiska odpadami powstającymi przy produkcji trotylu: tzw. czerwonymi wodami, solami azotowymi, niedbale składowanymi odpadami. Później, materiały o żołnierzach zmuszanych do detonowania tych odpadów na poligonach, przy całkowitym ignorowaniu procedur utylizacji. Media przytaczały anonimowe relacje żołnierzy o mdłościach, zawrotach głowy i braku jakichkolwiek środków ochrony osobistej. Doniesienia te – zgodnie z polską tradycją – nie doprowadziły do żadnych realnych konsekwencji poza krótkotrwałym oburzeniem w mediach społecznościowych i jednym zapytaniem poselskim, które zniknęło, zapewne utknęwszy w gąszczu procedur i głębi szuflad.
Nitro-Chem to dziś jedyny przemysłowy producent TNT w Unii Europejskiej, zdolny wytwarzać go w ilościach i według standardów wojskowych NATO. I nie dlatego, że Polacy są wyjątkowo zdolni, a bydgoscy chemicy cieszą się wstawiennictwem św. Barbary – patronki osób wykonujących prace niebezpieczne – lecz dlatego, że inne kraje, dbające o zdrowie obywateli i środowisko, dawno z tej produkcji zrezygnowały. Produkcja TNT jest brudna, toksyczna, kosztowna i wymaga restrykcyjnych norm środowiskowych, wobec których większość europejskich inwestorów woli lokować środki w coś mniej ryzykownego. Kraje zachodnie wycofały się zatem, by chronić środowisko i pracowników. Zapewne też kosztem własnego bezpieczeństwa. Daje to Polsce szanse unikalne, ale też niewdzięczną rolę ostatniego truciciela w UE.
Bydgoski Nitro-Chem korzysta z tej niszy. Europa TNT nie produkuje. Polska – produkuje. A jeśli produkuje, to eksportuje: do USA, do europejskich odbiorców (m.in. Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji, Szwecji), a – według NGO-sów – pośrednio również do Izraela. Żadne dostępne publicznie dane nie podają tonaży według krajów, bo Nitro-Chem zasłania się tajemnicą handlową, a państwo, niesione świętym przekonaniem o wyższości wolnego rynku, nie ma szczególnej ochoty jej naruszać. W końcu eksport zwiększa PKB, a polscy politycy uwielbiają powtarzać na kongresach MŚP i ministerialnych naradach, że „trzeba wspierać przedsiębiorców, by sprzedawali za granicę”. Wspierać – nawet jeśli to oznacza brak rezerw strategicznych i logistyczną schizofrenię.
Portal Onet przypomina kontrakt na 18 tys. ton TNT eksportowanych do USA. Brzmi to imponująco i mile łechce próżność – dopóki nikt nie zada prostego pytania: a ile z tej produkcji trafia do polskiej armii? Odpowiedź jest znana, choć nikt nie lubi jej wypowiadać: niewiele. Wojsko Polskie kupuje dziś sporą część amunicji artyleryjskiej za granicą – w tym w USA – a więc amunicji, która może być wypełniona… polskim trotylem. Mimo produkcji tysięcy ton TNT nasze wojsko cierpi na chroniczny brak amunicji artyleryjskiej. Kolejne raporty NATO, publikacje mediów i wystąpienia generałów mówią to samo: Polska nie ma wystarczających zapasów amunicji, mimo że wojna jest za miedzą. Problem okazuje się kompromitujący: Polska nie produkuje wystarczającej liczby pocisków artyleryjskich – skorup, które mogłaby napełniać własnym trotylem.
W tej perspektywie historia smutnie przypomina paralelę z Potopem szwedzkim: Szwedzi najechali Polskę na okrętach uszczelnianych smołą, której czołowym producentem była Rzeczpospolita. Szwedzka armia wykarmiona była dzięki udziałowi Polski w hanzeatyckim rynku pszenicy. To, co miało dawać Polsce siłę, dawało ją najeźdźcom. Historia uczy więc, że własne bezpieczeństwo trzeba budować samemu, niezależnie od sojuszy i reputacji partnerów.
O ile polski odbiorca dowiaduje się o sprawie głównie z depesz przepisanych w PAP, Onecie czy „Wyborczej”, o tyle świat opowiada historię znacznie barwniejszą – i zdecydowanie mniej korzystną dla naszego wizerunku. Wystarczy wyszukać kilka słów kluczowych, by zauważyć, że temat łączony jest w medialnych narracjach z Gazą – miejscem, które dziś znajduje się w centrum uwagi arabskich mediów, raportów ONZ, paneli akademickich i materiałów propagandowych.
Polski trotyl produkowany w Bydgoszczy przez Nitro-Chem miał znaleźć się w amunicji bombowej używanej przez armię Izraela w Strefie Gazy. Chodzi przede wszystkim o klasyczne bomby serii Mk-80, w tym Mk-84, oraz o penetrujące BLU-109 – środki służące nie do „przesłuchiwania powietrza”, lecz do systematycznego burzenia budynków, tuneli i struktur obronnych. To zestaw, którego symbolika w relacjach medialnych jest trudna do zignorowania, a w połączeniu ze wskazaniem kraju pochodzenia bije w Polskę wyjątkowo boleśnie.
Międzynarodowe nagłówki nadają sprawie dramatyzmu: „Polish TNT used in Gaza massacre”, „TNT polonais dans les bombes israéliennes”. Niektóre media posuwają się nawet do porównań trotylu Nitro-Chemu ze „śmiercionośnymi substancjami z epoki Holokaustu”, a wiarygodności dodaje fakt, że produkcja odbywa się w dawnych niemieckich zakładach wojennych. To obraz, który w oczach zagranicznych odbiorców buduje narrację o polskiej odpowiedzialności w konflikcie, niezależnie od rzeczywistych skali czy charakteru transakcji.
Raporty NGO-sów powielane przez media zagraniczne sugerują, że Nitro-Chem „sprzedaje materiały wybuchowe, w tym TNT, bezpośrednio Izraelowi”, choć brak twardych danych – ani ton, ani lat, ani konkretnych partii towaru – sprawia, że twierdzenia te pozostają w sferze domysłów. Dziennikarze używają określeń typu „likely”, „believed to”, „historic ties”, które w praktyce oznaczają: „nie wiemy dokładnie, ale chcemy wierzyć”. Mimo to arabskie media cytują te dokumenty, budując wrażenie stałych kontaktów z izraelskimi firmami, choć fakty wskazują najwyżej na pojedyncze, historyczne transakcje. Polska, w tej medialnej debacie, zbiera kolejne ciosy, a Nitro-Chem staje się symbolem napięcia między percepcją a rzeczywistością – przykładem, jak szybko lokalna sprawa może przerodzić się w globalny temat.
Najpaskudniej wygląda jednak łączenie polskiego TNT z Holokaustem. To absurd, propagandowy zabieg, w zasadzie wręcz manipulacja – łatwa, chwytliwa, skuteczna. Owszem, produkcja spółki odbywa się tam, gdzie przed wojną i w czasie wojny funkcjonowała niemiecka fabryka. Narracja się więc zagęszcza. Jeśli polski rząd nie reaguje, nie prostuje i nie tłumaczy, to opowieść utrwala się sama. Potem wystarczy zdjęcie ruin w Gazie, podpis „Polish TNT” i dopisek „Holocaust echoes”, aby w percepcji globalnego internetu powstała nawet nie postprawda, lecz mem-prawda. I tak rodzi się samonapędzająca się teza, że śmiercionośny wypełniacz izraelskich bomb powstaje w kazamatach, gdzie – w domyśle – spełniał się Holokaust. Tak działa argument ad hitlerum, czyli prawo Godwina: im gorętsze poszukiwanie chwytliwych argumentów tym szybciej pojawia się Hitler i Holokaust, a gdy pojawia się Holokaust – pojawia się i Polska.
Dzieje się tak także dlatego, że polski przemysł zbrojeniowy funkcjonuje w próżni informacyjnej, rząd milczy, media przepisują cudze raporty, MSZ unika zarówno odpowiedzi, jak i odpowiedzialności, choć to na nim – wraz z MRiT – spoczywa obowiązek wiedzy, kim jest tzw. użytkownik ostateczny śmiercionośnych towarów. Czy w tych resortach wiedziano, dokąd trafia trotyl z Bydgoszczy? Czy sojusznicy nas o tym informowali? I smutne jest to, że polska opinia publiczna dowiaduje się o tym przypadkiem – tylko dlatego, że ambasada Palestyny w Warszawie poruszyła pierwszy kamyczek lawiny, uznając – jako jedyna (!), że warto poinformować polski parlament. Przez to sprawa dodatkowo się upolityczniła.
Czego uczy nas ta historia?
Że afera z Nitro-Chemem w tle jest symptomem pilnie potrzebnych zmian w kilku wymiarach.
Po pierwsze – konieczna jest głęboka przebudowa mechanizmów zarządzania państwowymi spółkami, nie tylko zbrojeniowymi, lecz także innymi, działającymi w strategicznych wszakże sektorach.
Po drugie – konieczne jest przejrzyste zarządzanie procesem produkcji i sprzedaży materiałów wrażliwych, w tym wiedza i realny nadzór nad użytkownikiem ostatecznym.
Po trzecie – niezbędne jest skuteczne zarządzanie informacją, co bez realizacji dwóch poprzednich postulatów nie jest możliwe.
I po czwarte, zapewne najważniejsze – świadoma polityka eksportowa – trzeba zastanowić się, komu i po co sprzedajemy broń, jeśli nie służy ona obronie naszych interesów, a może wręcz stać z nimi w sprzeczności.
Nie chodzi tu wyłącznie o pytanie, na ile wojna w Gazie to „nasza wojna”, lecz również o pytanie o trwałość naszego bezpieczeństwa i nasze własne zasoby, by tego bezpieczeństwa bronić. Pamiętając o Monachium podwójnie: tym z 1938 r. i tym niedawnym, z 2025 r., z równie niebezpiecznymi świadectwami postrzegania bezpieczeństwa Europy – a więc i naszego – jakie zaprezentował J.D. Vance.
Pokojowa Nagroda Nobla, przyznawana jest za „wybitne działania na rzecz braterstwa między narodami, likwidację lub redukcję stałych armii oraz za udział i promocję konferencji pokojowych”. Jedynym, znanym autorowi, przypadkiem odmówienia przyjęcia tego wybitnego wyróżnienia stanowi wietnamski generał, komunista, kierujący w trakcie wojny wietnamskiej w 60.-70. latach siłami armii tzw. Vietcongu, generał Lê Đức Thọ. Kiedy w 1973 r. Komitet Noblowski uhonorował go wspólne z amerykańskim negocjatorem pokojowego porozumienia, doradcą prezydenta R. Nixona, H. Kissingerem, generał odmawiając przyjęcia nagrody, stwierdził, że „pokój jeszcze nie został ustanowiony, a jego przeciwnik wielokrotnie naruszał warunki rozejmu”. Odwaga uczciwości, racjonalizm oceny rzeczywistości i możliwości realizacji celów godne męża stanu, gdyż nie chodziło o osobiste ambicje.
W przeddzień ogłoszenia decyzji o przyznaniu pokojowego Nobla, tuż po zawarciu planu pokojowego dla strefy Gazy, niemiecki „Die Welt” tak pisał na rzecz poparcia kandydatury prezydenta Donalda Trumpa: „najbardziej nielubiany spośród nielubianych w królestwie elokwentnych mówców. Po raz kolejny dotrzymał słowa. Swoim szorstkim, często nieeleganckim, a nawet wulgarnym stylem udowodnił, że jest genialnym strategiem i politykiem”.
Po paru genialnych (?) woltach POTUS’a (od ubiegłorocznych planów „rozejmu”, poprzez zapowiedzi nałożenia intruzywnych sankcji na Rosję, Chiny, Indie, ale i niektórych zachodnich Sojuszników importujących nadal rosyjskie surowce energetyczne, poprzez wyposażenie Ukrainy w Tomahowki), po wielu tygodniach od zdeponowania czerwonych dywanów z Alaski do magazynów, oto od 19 listopada pojawia się, opracowana w wąskim gronie w składzie podobnym jak w przypadku planu dla Gazy, waszyngtońska inicjatywa „Plan 28 punktów” ws. zakończenia wojny w Ukrainie. Wynegocjowana została z Moskwą, a o jej treści i warunkach jest właśnie briefowany przez delegację z USA prezydent Zełeński. To, co ujawniono z planu, dotyczy jedynie ofiary agresji – Ukrainy (sic!), z kolei jakie warunki przedstawiono Kremlowi – oby tylko jak na razie: nic nie wiadomo (czyżby to miało być kolejne „genialne zagranie” np. na rzecz złamania morale żołnierzy ukraińskich, szczególnie tych z tzw. pasów śmierci?).
Analitycy i stratedzy rozbierają na części pierwsze te szczątkowe informacje, gdzie jak mantra powtarzane są zasadnicze te same „praktyczne” rozwiązania co sprzed – za parę miesięcy – już 4 lat temu z kwietnia 2022 r. ze Stambułu. Gwoli przypomnienia w ślad za artykułem amb. Zdzisława Raczyńskiego z Res Humana z marca tego roku, wówczas to nad Bosforem strona rosyjska „przedstawiła” warunki sprowadzające się do: „* Ukraina zrzeka się Krymu z Sewastopolem, a także innych terytoriów już okupowanych przez Rosję; * po ukraińskiej stronie granicy powstaje całkowicie zdemilitaryzowana strefa o szerokości 50 km; * Ukraina rezygnuje z członkostwa w NATO i deklaruje pełną neutralność z zakazem jakiejkolwiek poważniejszej współpracy wojskowej z Zachodem; * następuje faktyczna demilitaryzacja Ukrainy: armia ograniczona do 85 tys. żołnierzy, 342 czołgów, 50 samolotów bojowych i 10 śmigłowców bojowych; * gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy stają się państwa-stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ; * status języka rosyjskiego zostanie zrównany ze statusem ukraińskiego”.
Nota bene: wg wynegocjowanych w ramach zaadoptowanego Traktu o siłach konwencjonalnych w Europie z 1999 r. tzw. CFE 1A czyli pułapów narodowych na uzbrojenie w 5 kategoriach i liczebności personelu sił zbrojnych[1] dla Ukrainy przewidziano możliwość łącznego posiadania: 4 080 czołgów bojowych; 5 050 opancerzonych wozów bojowych; 4 040 jednostek artylerii; 1 090 myśliwców; 330 śmigłowców bojowych; personel sił zbrojnych: 450 tys. Dla Rosji liczy te były i tak znacznie wyższe, a dla Białorusi porównywalne lub nieco niższe niźli jak dla Ukrainy. Ciekawe, czy bazą wyjściową w obecnych negocjacjach między USA a Rosją w sprtawie „Planu 28 punktów” są właśnie wyżej wskazane limity, czy ich ewentualne obniżenie Ukrainie albo rozmowy odbywają się jak …. np. „wyliczenie” ad hoc odległości wiatraków od zabudowań.
Na ile obecne „28 punktów” zawiera dalszą konkretyzację kierunku myślenia o „pokoju za terytorium” nie wiadomo, nie wiadomo kto i w jakim zakresie będzie gwarantem pokoju i bezpieczeństwa Ukrainy, nie wiadomo co z siłami monitorującymi zawieszenie ognia (?), kontrolę implementacji warunków pokoju (?), jak zostaną ujęte ambicje Kijowa na rzecz jego prozachodniej orientacji (członkostwo w UE, NATO). Sądząc ze wstępnych opinii, wypowiedzi (trudno jeszcze mówić o stanowisku) w Europie, Unii Europejskiej, głównych stolicach dominują poważne obawy, iż logika ta będzie wyciosywać dalsze obszary terytorium Ukrainy zgodnie z oczekiwaniem Putina.
W obecnej kompletnie szczątkowej wiedzy o „Planie 28 punktów”, trudno nawet pokusić się o stwierdzenie, iż jest on „nihil novi…”, że to déjà vu, gdyż byłoby ono kompletnie niesprawiedliwe dla nowego, kolejnego wzmożenia Białego Domu na rzecz zakończenia wojny przeciwko Ukrainie. A przecież większość światowych ocen jasno wskazuje, iż tylko USA są w stanie wymusić tj. porozumieć się z Moskwą odnośnie do „pokoju przez siłę”.
Oczekując na bliższe informacje, „kierowane przecieki”, oceny jak i dezinformacyjne działania itd., czego w poważnych stacjach, think-tankach i mediach będzie coraz więcej, uwagę zwraca pewna sekwencja zjawisk, w rzeczywistości których pojawia się „Plan 28 punktów”. W strategii Putina w relacjach z Trumpem, Polska zajęła ważne miejsce trybach mechanizmu realizacji działań Kremla.
W ramach przedwczesnego zapewne podsumowania dopiero co rozpoczynającej się kolejnej odsłony relacji USA-Rosja z Ukrainą w tle, czytając literalnie warunki Pokojowej nagrody Nobla, Komitet Noblowski może zmierzyć się z bezprecedensowym wyzwaniem. W narracji Putina jest tylko „bratni naród” ukraiński, gdyż celem było jedynie usunięcie „faszystowskiego reżimu w Kijowie”; „redukcja stałych armii” – choć zapewne nie będzie oparta na proporcjonalnej zasadzie, ale w przypadku poziomu sił zbrojnych i uzbrojenia Ukrainy -jak wskazują przecieki – w przysłowiowy dwójnasób miałaby spełnić ten warunek; a sam proces negocjacji pokojowych między USA a Rosją z Ukrainą w tle sprosta wymogowi „konferencji pokojowej”, którą potem ozdobi się wianuszkiem liderów europejskich.
Jeśli „Plan 28 punktów” jest rzeczywiście końcowym i ostatecznym działaniem USA, to przed Ukrainą i Europą wspólnie pojawia się od 24 lutego 2022 r. najpoważniejsze wyzwanie z wielowymiarowymi skutkami kompletnie nowej architektury (nie-)bezpieczeństwa.
[1] Formalnie CFA 1A nie wszedł w życie, ale jego bazą był obowiązujący od 1990 r. Traktat CFE, którego stosowanie najpierw zawiesiła Rosja w 2007 r. by w 2015 r. wyjść z niego, co w reakcji państwa NATO zapowiedziały możliwość jego zawieszenia go w 2023 r., a Polska jako w 2024 r. oficjalnie zawiesiła jego obowiązywanie.
No i mamy Włodka marszałkiem Sejmu (czyli spełnił się zapis umowy koalicyjnej), a wicemarszałkiem Szymona Hołownię – co już tak detalicznie objęte nią nie było, ale na bezrybiu i rak ryba. Przeciw głosowała tylko jedna posłanka Polski 2050, powołując się zresztą na swoje sumienie, sygnalizując tym samym, że takowe posiada, co jak wiadomo jest rzadkością u polityków. Włodzimierz Czarzasty stał się więc drugą osobą w państwie i liderem koalicji całą gębą i nie mogę nie czuć satysfakcji, że kolega ze studenckiej ławy sięgnął aż tak wysoko. Znamy się trochę jak łyse konie, bo od sierpnia 1980 roku, więc niech mi marszałek wybaczy ten familiarny ton, ale w sumie to największe osiągnięcie absolwenta WDiNP UW w historii, więc chyba mogę sobie pozwolić…
Włodzimierza Czarzastego ujrzałem na własne oczy, jak jeszcze miał bujną czarną czuprynę typu afro, chodził z niedbale zarzuconą na ramię czarną torbą i był nieformalnym gospodarzem pomieszczenia zwanego „trójką”, gdzie mieścił się chyba zarząd wydziałowego SZSP. Ale głównie przesiąkniętą tytoniem i aromatem piwa „żabka” pakamerą, w której spotykali się studenci różnych roczników, raczej nie w celach organizacyjnych. Bo w tamtym czasie młodzieżowych organizacji masowych może to liczyło się najbardziej: żeby mieć kolegów, być razem i konfrontować swoje poglądy z innymi. Pamiętasz, Marszałku, te dyskusje w „trójce” na Krakowskim Przedmieściu, nie przy kefirze bynajmniej?
A później to już potoczyło się jak z bicza strzelił, kiedy sięgam pamięcią wstecz, takich opowiastek nazbierałoby się chyba dziesiątki. Dla niezorientowanych badaczy życiorysu marszałka może jeszcze jeden fakt – Małgosię, swoją żonę, Włodek poznał na studiach bodaj już na pierwszym roku i od razu pomiędzy nimi zaiskrzyło. Jest to więc piękny i chwalebny związek długodystansowy, który chciałoby się wynieść dziś na jakiś piedestał i nawet Kościół mógłby wziąć to na swoje sztandary, jako przykład przepięknej miłości, trwałości małżeństwa i zgodnej wielopokoleniowej rodziny (co oczywiście nigdy się nie ziści, bo Kościół stoi obecnie przy innych sztandarach i ma innych bohaterów).
Związek ten przetrwał najgorsze chwile, jak pamiętne zatrzymanie za czasów poprzedniego reżimu, przykładanie broni do głowy i poniewieranie domowników, w tym żony – z polecenia ministra Ziobry. Ma więc marszałek za sobą różne przejścia, to uczyniło go twardym, ale nie mściwym. Nie można jednak tego pomijać w jego doświadczeniu pisowskiej praworządności, co niedawno, dosłownie na progu swojego marszałkowania, publicznie przypomniał. A i tak nie dało to do myślenia przeciwnikom, którzy jego przeszłość m.in. w Partii wyciągnęli jako koronny argument, że w osobie Czarzastego mamy do czynienia z komunistą. A ja doskonale pamiętam, jak to z Włodkiem w tamtym czasie bywało: jeśli już – to raczej socjaldemokratą niż komunistą, na pewno dalekim od doktryny, którą z wyraźną niechęcią na wykładach i ćwiczeniach poznawał.
Czyli raczej potomek Kautsky’ego aniżeli Lenina, choć na pewno jako student był bardziej działaczem aniżeli klasycznym scholarzem. Organizatorem seminariów, wyjazdów, debat i dyskusji; z tego go zapamiętałem, a takich okazji było parę dosłownie co tydzień, zarówno w czasach legalnej Solidarności, jak i po zdjęciu stanu wojennego. Co szalenie ciekawe, był wraz z Robertem Kwiatkowskim, swoim długoletnim przyjacielem, chyba liderem strajku studenckiego na WDiNP, a przynajmniej się tam kręcił. Innymi słowy był to człowiek roboty politycznej, jakby to staroświecko i po proletariacku nie brzmiało. I przez te schyłkowe lata XX wieku wyrobił się w ZSP, co zauważył Aleksander Kwaśniewski, awansując go szybko do swojego zaplecza, bodaj jeszcze na progu Okrągłego Stołu. Który dzisiaj ma, bodaj jako jedyny czynny polityk, odwagę bronić, jako przykładu zmysłu politycznego i mądrości Polaków. Co prawda nasze drogi wówczas zaczęły się trochę rozchodzić, ja szalałem w ówczesnych warszawskich Hybrydach, nadkruszając mury starego ustroju na swój sposób, a on twardo działając w strukturach studenckiej organizacji młodzieżowej, ale z perspektywy lat było to w sumie to samo. Chcieliśmy czegoś nowego, gdzieś tam na schodach Ordynackiej skakaliśmy sobie do oczu za moje hybrydowe wyczyny, ale takie wówczas były czasy: nawet ludzie po tej samej stronie barykady mieli sobie coś ważnego do powiedzenia.
Ale żeby nie było, że jestem pamiętliwy i noszę za ówczesne przygany urazę, to muszę dodać, że Włodek wykazywał wówczas talent nawet kabaretowy, był niezłym zapiewajłą, popisującym się wspaniałą grą na akordeonie i tańcem towarzyskim (z elementami ludowości). To było fajne i zostało zapamiętane przeze mnie na całe życie – był świetnym kompanem. A że byłem podwładnym Włodka w Komisji Szkoleń RN ZSP, to może warto jeszcze przytoczyć jedną historyjkę z tamtych czasów- kiedyśmy postanowili uruchomić przy ZSP dyskusyjny klub filmowy i grać w nim „ półkowniki”- czyli filmy zatrzymane przez ówczesną cenzurę. Świetnie to się powiodło ze znakomitym Przypadkiem Krzysztofa Kieślowskiego, zaprezentowanym w ramach naszego przedsięwzięcia w warszawskim kinie Kultura, z udziałem reżysera. Który swoje dzieło przywiózł zresztą w kilkunastominutowych rolkach, osobiście swoją skodą i wraz z operatorską obsługą kabinową wyświetlił aktywowi. Ja to wszystko jakoś spiąłem i poprowadziłem – jakim cudem nie wiem do tej pory – ale Kieślowskiemu zależało bardzo na reakcji aktywu, bo treścią jego filmu jest w 1/3 przecież wątek aktywisty (granego przez Bogusława Lindę), który mierzy się z wielką polityką i osobistymi dylematami. No więc to się udało, bo Kieślowski wyszedł z kabiny do ludzi, dyskusja była długa i ożywiona, i nawet jeden z późniejszych prawicowych krytyków temu bardzo profesjonalnie sekundował- choć, jak zaznaczył, z pozycji pepeesowskich. Czarzasty temu patronował z góry, stanowił tarczę przed agresywnym betonem z KC (chodził się tłumaczyć…). I czy była to działalność komunistyczna bądź reżimowa? Inna sprawa, że już przy Matce Królów szło nam zdecydowanie gorzej, ale postanowiłem, chyba trochę wbrew szefowi, udać się do Włodzimierza Sokorskiego w Aleje Róż i poprosić go o wstawiennictwo u szefów ówczesnej kinematografii, żeby zwolnili kopię filmu „specjalnie na pokaz dla aktywu”. I co ciekawe stary komunista Sokorski spiął się, wykonał odpowiednie telefony, a nawet zgodził się skomentować film. Ja to prowadziłem (gdzieś w ośrodku pod Warszawą; czy to aby nie była Rynia?), a Czarzasty znów zasłaniał politycznie.
No ale chyba tego już było na Ordynackiej za dużo, skasowano nasz DKF, Włodek następnie poszedł w biznesy, stając się świetnym wydawcą, a ja na dobre utknąłem na parę lat w Hybrydach i rodzących się „Konfrontacjach”, co wyszło nam obu tylko na dobre.
Przyczyn, dla których Karol Nawrocki nie podpisał aktów mianowania na pierwszy stopień oficerski grupy funkcjonariuszy służb specjalnych, nikt specjalnie nie ukrywał. Przedstawiciele prezydenta we wszystkich programach radia i telewizji objaśniali wszystkim, kto chciał i nie chciał ich słuchać, że decyzja ich szefa jest (do wyboru, według przekonań i sympatii do głowy państwa): reakcją, odpowiedzią, rewanżem, zemstą… za to, że szefowie służb specjalnych – ABW, AW, CBA, SKW, SWW – nie zjawili się w Pałacu na wezwanie prezydenta.
Bardziej elegancko sformułował pretensje prezydenta szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki, który stwierdził, że prezydentowi nie przekazano informacji ważnych dla bezpieczeństwa państwa, do czego szefowie służb specjalnych są zobligowani art. 18[i] Ustawy z dnia 24 maja 2002 r. o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu. A nie przekazali tych informacji, ponieważ nie pojawili się na spotkaniu, na które ich zawezwano.
Bogucki jest zbyt wytrawnym prawnikiem, aby nie zdawał sobie sprawy z tego, że – najdelikatniej to ujmując – jest niezbyt przekonujący w swoich twierdzeniach.
Wspomniana ustawa z 24.05.2002 o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu w żadnych z punktów nie wymaga od szefów służb, aby swoje meldunki składali prezydentowi osobiście ani nie precyzuje formy, w jakiej informacje mają być przekazywane. Natomiast przedmiotowa ustawa jednoznacznie określa (art.3), że „Szef ABW i Szef AW podlegają bezpośrednio Prezesowi Rady Ministrów”, który określa kierunki działania agencji i mianuje ich szefów. Przy powołaniu szefów służb premier „zasięga opinii” prezydenta, ale w żadnej mierze nie jest nią związany.
Kompetencje prezydenta wobec służb specjalnych są nieporównanie skromniejsze niż jego uprawnienia w kwestiach wojskowych. Zgodnie z Konstytucją, prezydent RP „jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej” (art. 134 Konstytucji), ale swoje zwierzchnictwo sprawuje „za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej”. Czyli, przekładając na język praktyki, za każdym razem, gdy Nawrocki chciałby się spotkać z szefem Sztabu Generalnego, o generałach poniższych w hierarchii nie wspominając, musi on prosić o to Kosiniaka-Kamysza. Wydaje się, że podobna interpretacja mogłaby być zastosowana w relacjach prezydent-szefowie służb.
Właściwą zatem formą zaproszenia szefów służb do prezydenta byłoby pismo Nawrockiego do Tuska, w którym prezydent prosi premiera, aby ten pozwolił szefom służb (i nadzorującym ich ministrowi Siemoniakowi) udać się na spotkanie z prezydentem, podczas którego prezydent ma zamiar zapytać ich o takie czy inne – precyzyjnie opisane – kwestie.
Prezes Rady Ministrów nie naruszyłby prawa, ale uchybiłby dobrym obyczajom, jeśliby takiego spotkania odmówił i ograniczyłby się do przesłania prezydentowi pisemnych informacji na interesujące go kwestie.
W tej sytuacji ogólnikowe pismo Boguckiego do Siemoniaka było dość naiwną, i bardzo bardzo niewyrafinowaną, próbą stworzenia nowego uzusu; że prezydent za pośrednictwem szefa swojej kancelarii ma prawo do wzywania przed swoje oblicze szefów służb czyli do bezpośredniego zwierzchnictwa nad służbami specjalnymi. Otóż takiego zwierzchnictwa prezydent nie posiada, chociażby nawet w najgłębszym swoim przekonaniu był bardziej Bondowaty niż Brosnan i Connery razem wzięci.
Niejako przy okazji kancelaria prezydenta chciała „zalegalizować” status szefa BBN S.Cenckiewicza. Cenckiewicz wciąż nie posiada certyfikatu ABW upoważaniającego go do dostępu do informacji niejawnych. Jeśliby szefowie służb zjawili się w BBN na Karowej, jak zapowiadało to zaproszenie, to przekazywaliby informacje tajne nie tylko prezydentowi Nawrockiemu, ale także gospodarzowi obiektu przy Karowej czyli Cenckiewiczowi. Bo przecież (patrz przywołany wyżej art. 18 Ustawy o ABW i AW) nie mieliby prawa odmówić prezydentowi przekazania informacji.
Ten małochytry zabieg przypomina trochę zabawy w piaskownicy chłopczyków w krótkich spodenkach. Ale też pieniactwo złośników z obecnej kancelarii prezydenta jest zaprzeczeniem powagi Rzeczypospolitej i odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju.
[i] Art. 18. 1. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i Prezesowi Rady Ministrów informacje mogące mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej. 2. Szefowie Agencji, każdy w zakresie swojej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej informacje, o których mowa w ust. 1, w każdym przypadku, kiedy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej tak zdecyduje.
8 października odszedł Zdzisław Słowik. Pożegnaliśmy go dziewięć dni później, dokładnie w dniu jego 93. urodzin.
Jest legendą „Res Humana”. Nic w tym dziwnego, bo założył to pismo i kierował nim przez 31 lat. Nie chodzi jednak tylko o długość czasu, w którym sprawował funkcję redaktora naczelnego, a później – Redaktora-Seniora. Ważniejsze jest to, że nakreślił linię pisma, głęboko zakorzeniając ją w humanistycznych wartościach wywodzących się z greckiej filozofii, rzymskiego prawa i dorobku Oświecenia – i z wielką konsekwencją się jej trzymał. Był człowiekiem dialogu i kompromisu, unikając skrajności, zawsze starał się iść środkiem drogi, ale w tej kwestii nie godził się na żadne ustępstwa. Był opoką Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego – zarówno w czasach, gdy rozum musiał mierzyć się z irracjonalizmem, jak i ostatnio, kiedy to Człowiek znów zaczął zajmować miejsce w centrum wszystkiego.
Zdołał do współpracy z wydawanym przezeń pismem przyciągnąć szerokie grono wielkich autorów, wybitnych postaci, intelektualistów. Czujemy spoczywający na naszych barkach ciężar odpowiedzialności za zachowanie tego dziedzictwa, jego kontynuację i rozwój.
Od 2015 roku wyrażał nieustanne zatroskanie kryzysem polskiej demokracji i osłabianiem państwa, w ostatnich dwóch latach nie rozstawał się z nadzieją na odbudowanie nowoczesnej i sprawiedliwej Rzeczypospolitej.
Profesor Jan Szmyd, jeden z tych, już nielicznych, którzy odbywali z Nim tę wielką podróż, tymi słowy zareagował na wieść o Jego śmierci: „Drogi Zdzisławie! Wielkim szczęściem i zaszczytem było dla mnie poznać Cię i współuczestniczyć z Tobą w próbie działania na rzecz kultury humanistycznej i światłej orientacji w świecie. Zadziwiałeś mnie i wzbogacałeś swą szlachetnością, mądrością, żarliwą społecznością, a także mistrzostwem słowa i tytaniczną pracowitością. Teraz odszedłeś, ale jakże cenny dar pozostawiasz. Żegnaj, Spolegliwy Przyjacielu”.
Dzieląc tęsknotę z Jego współpracownikami, a także z wieloma Czytelnikami „Res Humana”, poniżej przypominamy kilka wybranych tekstów Zdzisława Słowika. Być może nie pisał tak dużo, jak powinien, otwierając łamy dla innych i poświęcając się pracom redakcyjnym i edytorskim. Przez trzy dekady pozostawił jednak wiele śladów roztropnych przemyśleń i trafnych obserwacji. Krótsze formy sygnował niekiedy pseudonimami Andrzej Biernacki i Ksawery Piwocki.
Redaktorzy „Res Humana”
Książeczka Włodzimierza Pawluczuka, pomyślana przez autora jako teoretyczny wstęp do badań empirycznych nad złożonymi relacjami zachodzącymi między religią i wiarą a życiem codziennym, wykracza znacznie poza tak zarysowane ramy.
Rozważania autora są bowiem, jak sądzę, próbą weryfikacji pojęć i wyobrażeń na temat religii i wiary występujących dotychczas w świeckim piśmiennictwie religioznawczym, zwłaszcza tym, które nie ukrywało swych związków z marksizmem. Przedsięwzięcie takie, niezależnie od wyników końcowych, już samo w sobie zasługuje na uznanie. Truizmem jest bowiem stwierdzenie, że w świeckich rozważaniach na temat religii nagromadziło się w minionych latach niemało uproszczeń, naiwnych sądów czy wątpliwych interpretacji. Uwagi Adama Schaffa na ten temat zawarte w jego rozprawie o tym Co jest żywe, a co jest obecnie martwe w marksizmie? („Myśl Socjaldemokratyczna” nr 1, 1991 i nr 1/2, 1992) przekonują, że niezbędna i konieczna jest weryfikacja i nowa interpretacja zarówno głośnej tezy Marksa o religii jako „opium ludu” jak i innych sądów uznawanych za nietykalne lub nieomal święte.
Podobnie postępuje i Włodzimierz Pawluczuk. Mógłby bowiem nie trudzić się nad żmudną rekonstrukcją i nowym opisaniem pojęć uznawanych dotąd za kanony wszelkich badań empirycznych, a przystąpić do samych badań, w czym mistrzem jest znanym i wysoko cenionym. Tymczasem tego nie robi; woli wcześniej zastanowić się nad kategoriami teoretycznymi implikującymi metody badań, a przede wszystkim określającymi cel samych badań. Taka determinacja prowadzi do wielu ważnych, choć nie bezdyskusyjnych konstatacji i ujęć.
Dwa takie przedsięwzięcia ustalające ich status i sens uczynił autor omawianej rozprawy przedsięwzięciami podstawowymi. Pierwszym z nich jest analiza złożonych relacji między religią a wiara, a drugim – między wiarą a „życiem codziennym”, któremu poświęca rozdział wyjściowy dla całości rozważań i gdzie, w odróżnieniu od wielu autorytetów i znawców tej „codzienności”, formułuje własny pogląd, zgodnie z którym „codzienność” to „sytuacja podmiotu w świecie, jego sposób bycia” (s. 4). Wróćmy jednak do owych relacji między religią i wiarą. Uznając przedmiotowe, podmiotowe czy funkcjonalne definicje religii jako nie wyczerpujące jest istoty, trudno jednak dociec w tym przypadku, która w końcu definicja przybliża nas najbardziej do rozumienia fenomenu religii. Podobnie ma się rzecz z kategorią „wiary”. O ile dobrze zrozumiałem wywody autora pojmuje on kategorię wiary, podobnie jak religię, w szerszym i węższym ujęciu. Stwierdza więc istnienie wiary religijnej i „wiary” niereligijnej, to znaczy przekonania o istnieniu rzeczy, których istnienia nie jesteśmy sami w stanie potwierdzić. I tutaj całkowita zgoda. Niezgoda zaczyna się w momencie, kiedy autor dochodzi do wniosku, iż wiara jest „immanentnym elementem wszelkiej (podkr. – Z.S.) rzeczywistości i wszelkich form życia” (s. 95). Tak rozszerzone pojmowanie „wiary” prowadzi do jej nieudokumentowanej globalizacji, swoistego fatum ciążącym nad człowiekiem. Zaciera się tutaj jakościowa różnica między wiarą religijną a „wiarą” niereligijną i wszelkie argumenty autora w tym względzie spotkają się jak myślę z dezaprobatą zarówno środowisk kościelnych jak i świeckich. Ze strony tych ostatnich podkreślona będzie z pewnością potrzeba uznania istnienia autonomicznej przestrzeni wolnej od wiary, przestrzeni świadomego, racjonalnego myślenia i działania. I na to nie ma rady.
Dlatego bliższa jest mi ta część rozważań zawartych w omawianej rozprawie, w której odnajduję bardzo ciekawe i przekonujące potwierdzenie narastającego procesu oddzielania się „rzeczywistości wiary” od rzeczywistości świata codziennego, co powoduje … iż wiara religijna (coraz bardziej irracjonalna i nieziemska – dop.) może funkcjonować całkowicie obok myślenia racjonalnego u tych samych myślących racjonalnie osób nie wchodząc w kolizję z ich rzeczywistym racjonalizmem” (s. 67). Bliższa jest mi bowiem koncepcja dostrzegania faktu istnienia różnych, świadomych swej tożsamości struktur niż idea niejako z góry eliminująca ich istnienie. Koncepcja „życia codziennego”, przy całej jego ważnej przemianie, nie wydaje się jeszcze obecnie płaszczyzną stapiającą to co święte i co „nie – święte”.
To, że książeczka Włodzimierza Pawluczuka skłania do kilku wątpliwości i formułowania opinii dyskusyjnych potwierdza raz jeszcze o jej nieocenionej wartości w uwolnionym od ciasnych schematów myśleniu o fundamentalnych problemach ludzkiej egzystencji.
Bomba, która 12 lutego 2005 r. wybuchła w Radio Maryja, była jakoś oczekiwana, wszelako siła jej wybuchu przeszła wszelkie oczekiwania oraz wywołała wiele różnych następstw.
1
Rozszyfrujmy najpierw tę metaforę: bomba to list, jaki tego dnia wystosował do Radia Maryja Lech Wałęsa, b. przywódca „Solidarności” i b. prezydent RP, po wysłuchaniu audycji o lustracji, w której wystąpił jeden z działaczy tego związku i powrócił do sprawy współpracy Lecha Wałęsy ze służbami specjalnymi PRL, sprawy, przypomnijmy, wielokrotnie badanej oraz opisywanej i rozstrzygniętej – przez uznanie zarzutów za nieprawdziwe – w orzeczeniu kompetentnego organu sądowego państwa.
Lech Wałęsa nie wytrzymał. „Słuchając tych bzdur” – wspomina – usiadł do komputera i napisał do Radia Maryja wspomniany list.
„Nie jestem w stanie – czytamy w nim – cicho przyglądać się pseudopolitycznym poczynaniom tego ośrodka (chodzi o Radio Maryja przyp. Z.S.). Nie mam nic do tematów religijnych, jestem wiernym synem Kościoła …, dlatego to dla mnie dramat, że muszę krytykować rozgłośnię katolicką, ale czy można nie widzieć i nie słyszeć”. I dalej: „Na Boga, ludzie, opamiętajcie się! Ojciec Król, ojciec Rydzyk i całe to środowisko zostało dobrane chyba przez szatana, by zniszczyć Wiarę i Polskę! … W waszej działalności widzę metody działania tej grupy (chodzi o różne osoby, które kiedyś współpracowały z Lechem Wałęsą a obecnie należą do jego zagorzałych przeciwników, których określa mianem „zakompleksionych mącicieli, ludzi tchórzliwych, intrygantów” – przyp. Z.S.).
„Apeluję – stwierdza dalej w swym liście – opamiętajcie się i przestańcie mącić i niszczyć ten zmęczony Naród … Nie chcę wierzyć, że pod sztandarem Maryi może kwitnąć taka obłuda.
Ojcowie, nie dajcie się nabierać temu cynikowi (chodzi o tego b. działacza Solidarności, który właśnie oskarżył Wałęsę we wspomnianej audycji maryjnej – przyp. Z.S.) który zawsze tylko ślizgał się i nic nigdy nie zrobił porządnie. Treści audycji z udziałem p. Wyszkowskiego ocierają się o poziom bredni wariata i sprowadzają dyskusje do poziomu korytarzy szpitala psychiatrycznego. Obserwowałem Ojca prowadzącego. Czy Ojciec Król (jest najbliższym współpracownikiem o. Rydzyka – przyp. Z.S.) w to wierzy? Jeśli tak, to przerażające”.
W swoim liście b. przywódca Solidarności i b. prezydent RP przypomina swoją działalność na tych stanowiskach, stwierdza, że pracował dla Polski i jej dobra, pisze także o swoich błędach i z goryczą pyta: „Gdzie wasz rozsądek? W co wierzycie? Jaką Polskę budujecie? Wobec kogo jesteście lojalni, skoro tyle razy zmieniacie zdanie i pod sztandarem Maryi zdradzacie wszelkie ideały i siejecie nienawiść. Czemu dajecie możliwość wypowiedzi tym, którzy wykorzystują trudności reform i niezadowolenie mas dla windowania się w karierze?”.
2
List Lecha Wałęsy, niezależnie od naszego stosunku do osoby autora – budzi szacunek. Wywołał też burzę. Można było się jej spodziewać, obserwując nasilającą się coraz bardziej arogancję, pychę i wyniosłość radiomaryjnych zakonników z Torunia, działających wraz z rosnącą liczebnie i odpowiednio dobieranych osób ze środowisk nacjonalistyczno-klerykalnych, wspieranych przez podobnych im poglądami różnych „uczonych mężów”.
Ich wspólną odpowiedzią na list była agresja oraz próba ośmieszenia jego autora. Działania zostały podjęte w kolejnych dniach po opublikowaniu listu w wielu audycjach Radia Maryja i Telewizji Trwam, zwłaszcza w „Rozmowach niedokończonych”, 12 lutego 2005 r., w których Giertych, Lepper, Macierewicz i do których dołączył Ziobro broniąc Radia przed, jak się wyraził, „absurdalnymi atakami”, podjęli próbę zdyskredytowania pokojowej drogi Polski od realnego socjalizmu do demokracji, przy okazji obarczając Wałęsę winą za wszystkie jej grzechy. Lech Wałęsa zareagował ponownie. „Wczorajsza wasza audycja z tymi wielkimi umysłami – ironizował – była jeszcze bardziej kretyńska, niż wcześniejsze. Szkoda mi Was, ale jeśli myślicie, że to mnie zniechęci do waszego nawrócenia, to się mylicie … Modlę się za waszą głupotę z nadzieją”.
Nadzieja się nie spełniła, i zapewne nie spełni, natomiast spełnił się w swoim niepowtarzalnym stylu sam ojciec dyrektor: „Kundle idą i obsikują wszystko, co tylko wystaje ponad ziemię” – zauważył 26 lutego. I dodał: „Jest atak na Polskę, na to co katolickie … Masoneria stworzyła komunizm, by zniszczyć Kościół i nie wyszło. Myślicie, że poprzestała? Jeszcze sprytniej to będzie robić”. I następnego dnia, ze sceny warszawskiej Sali Kongresowej wołał już bardziej przytomnie co interesownie do sympatyków swej rozgłośni, że „świeccy mają obowiązek wejść do polityki, tworzyć partię”. Słuchało go ponad 2,5 tys. osób, które zapłaciły za wstęp 25 zł, sądząc, na ogół, że chodzi o … wielkopostne spotkanie modlitewne Radia Maryja; słuchali i zapewne w końcu się domyślali, że wzywa ich do stworzenia jednej prawicowej partii narodowej spośród istniejących dotąd różnych jej koterii i grup interesu.
Jeśli wolno zrekapitulować przytoczone tu fakty, to nie popełnimy większego błędu, jeśli stwierdzimy, że wystąpienie Lecha Wałęsy, zapewne wbrew jego zamiarom, doprowadziło do pewnej konsolidacji środowisk radiomaryjnych, notorycznie skłóconych ze sobą i przeżartych chorobliwymi ambicjami; doprowadziło do obrony stanu posiadania, bo w końcu chodzi o obronę przed mocnymi zarzutami sformułowanymi przez nie byle kogo.
3
Jak na to wszystko zareagował oficjalny Kościół, jego hierarchowie, zwłaszcza że Lech Wałęsa wystosował 23 lutego kolejny list adresowany bezpośrednio do „Biskupów i Wiernych Kościoła Katolickiego w Polsce”. Uściśla w nim i precyzuje swoje wcześniejsze zarzuty wobec Radia Maryja i Telewizji Trwam, stwierdza, że nie chodzi o jego osobistą krzywdę, której doznaje, lecz o to, że działalność redemptorystów z toruńskiej rozgłośni stanowi „od dawna zagrożenie dla młodej polskiej demokracji i obrazu Polski i Kościoła polskiego w świecie”. Kwestionuje katolicki i obywatelski charakter nauczania praktykowany przez o. Rydzyka i jego konfratrów, zwraca uwagę na obecność w programach wątków antysemickich i ksenofobicznych, na urządzanie seansów nienawiści, na instrumentalne traktowanie nauczania i osoby Jana Pawła II i postuluje: „Jest to wystarczającym powodem przemawiającym za pozbawieniem jej dobrodziejstwa korzystania ze statusu, na który nie zasługuje, i koncesji, którą narusza”.
Na tak dobitnie sformułowane zarzuty hierarchowie polskiego Kościoła zareagowali różnie, choć wymowne jest także milczenie większości z nich. Zareagowali spokojnie i rzeczowo, jak metropolita gdański, abp Tadeusz Gocłowski, który powiedział: „Podzielam niepokój Wałęsy dotyczący tego, co dzieje się na antenie toruńskiego radia. Można mieć trochę zastrzeżeń co do formy apelu prezydenta, ale co do problemu, ja go dostrzegam i chciałbym, żeby znalazł szczęśliwe rozwiązanie”; ale i zgryźliwie, jak przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Troski o Radio Maryja i od niedawna rządca diecezji warszawsko-praskiej abp Sławoj Leszek Głódź mówiąc: „Z pewnością ziemia nie zadrży, a słońce się nie zaćmi od listu pana Wałęsy. Zespół dobrze wie, co ma robić. Dziwię się, iż nikt nie żyje listami, które biskupi piszą na Wielki Post, a wszyscy zajmują się listami prezydenta Wałęsy’’.
Aby zgryźliwości było za mało Konferencja Episkopatu Polski nie podjęła na zgromadzeniu 8 i 9 marca 2005 r., wbrew wcześniejszym zapowiedziom, spraw podniesionych w listach Lecha Wałęsy. Gwoli ścisłości – temat podjęto pośrednio, poprzez wezwanie duchowieństwa w jego kontaktach z mediami do przestrzegania 21 zasad, wśród których znalazły się: wierność Ewangelii, rzetelna wiedza, odpowiedzialność, roztropność, i troska o prawdę.
Sądząc po charakterze dotychczasowych relacji pomiędzy hierarchią Kościoła a Radiem Maryja wolno przypuszczać, że redemptoryści toruńscy wraz z ich politycznym zapleczem uznają dyrektywy Episkopatu za co najmniej ich nie dotyczące, albowiem nie są na tyle naiwni, aby nie dostrzegać swoich wpływów w tym dostojnym kościelnym gremium, których siła odpowiada wadze wspólnych, i to wcale niebłachych spraw, ale o tym szerzej za chwilę.
4
Przytoczone obszernie słowa listów Lecha Wałęsy, po raz pierwszy tak zdecydowanie krytyczne wobec rozgłośni toruńskich redemptorystów, słowa, które – wolno sądzić – podzielają także osoby i środowiska nie związane z Kościołem, ale nieobojętne na to, co się mówi o Polsce i świecie, zatroskane o państwo jako dobro wspólne i o to, aby ład społeczny dominował ponad wielorakimi różnicami, i aby nie burzyła go nienawiść, anomia zaufania i kłamstwo – prowadzą najpierw do pytań bardziej generalnych: dlaczego tak trudno dziś o zapewnienie trwałej obecności wspomnianych wartości w polskim życiu politycznym i społecznym; dlaczego tyle pobłażliwości i bezkarności dla sprawców działań godzących w te wartości czy standardy; dlaczego wciąż tyle w Polsce piekła świadomie stwarzanego i podsycanego wbrew jej najżywotniejszym interesom?
Sprowadźmy na tym miejscu sformułowane wyżej pytania do jednego: dlaczego Radiu Maryja tak właśnie wolno działać – podtrzymywać i rozniecać polskie piekło, burzyć ład społeczny, podważać, nie wahajmy się tego powiedzieć, polską rację stanu?
Jest zdolny do takich działań o. Rydzyk i jego najbliżsi radiomaryjni współpracownicy nie dlatego, a ścisłej – nie przede wszystkim dlatego, że popiera go kilka zamożnych środowisk zagranicznych czy niewielka w końcu liczba rodzimych polityków, lecz zdolny jest do tego wszystkiego, co czyni, dlatego że sprzyja mu obiektywnie stan polskiej religijności i sytuacja polskiego Kościoła.
Nie miejsce tu na bliższą charakterystykę tej problematyki, ale trzem kwestiom poświęćmy nieco uwagi.
Po pierwsze – to charakter polskiej religijności, dobrze opisanej i zanalizowanej w wielu studiach choćby socjologicznych, że wspomnieć dzieła Stefana Czarnowskiego, Stanisława Ossowskiego czy – ze współczesnych – ks. Janusza Mariańskiego. Z kart tych studiów, ale i codziennej obserwacji, dostrzec można łatwo cechy tej religijności – jej charakter emocjonalny, pobudzany od wieków kultem Matki Boskiej właśnie, jej nierefleksyjność, jej struktura budowana na różnych lękach i jej wszechobecne zrytualizowanie. Ale jest także polska religijność odzwierciedleniem wielowiekowej, autentycznej ludzkiej biedy, tej biedy, która w Bogu, Chrystusie i Matce Boskiej szukała – i wciąż szuka – rady i pocieszenia oraz pomocy w tym, jak z tą biedą żyć, jak ją pokonywać, jak zachowywać godność człowieczą. W programie Radia Maryja można dość wyraźnie usłyszeć pola pewnej troski o tych wszystkich ludzi, ale pola te, zwłaszcza w ostatnim czasie, wypełnia coraz bardziej manipulacja, nienawiść i kłamstwo. Czynią tak nadawcy toruńscy poprzez wskazywanie fałszywych przyczyn i urojonych sprawców ludzkiej niedoli czy niedostatków w funkcjonowaniu państwa oraz życia zbiorowego, poprzez proponowanie rozwiązań zbyt łatwych, aby uznać je za prawdziwe i płynące z uczciwych intencji.
Po drugie – rozgłośnia toruńska może tak działać, ponieważ ma przyzwolenie większości duszpasterzy Kościoła instytucjonalnego, w tym hierarchów, a przyzwolenie to, jeśli nie sympatia i poparcie, płyną z analogicznego charakteru duszpasterskich doświadczeń. Ci wszyscy wierni, którzy chodzą do kościoła, przystępują do różnych sakramentów czy świadczą na tacę, nie są przecież w swej masie odmienni od słuchaczy Radia Maryja; są to czysto ci sami wierni. Co więcej, Radio Maryja cieszy się poparciem polskiego duchowieństwa płynącym także – jak zauważa publicysta „Tygodnika Powszechnego” – „z podziwu dla zdolności menedżerskich o. Rydzyka, czy z racji podzielania jego poglądów na politykę, czy wreszcie na uznaniu duszpasterskiej roli rozgłośni, zwłaszcza wobec ludzi chorych i starszych” („Gazeta Wyborcza” 10 marca 2005). Podejmować więc w tych warunkach trud zasadniczo innej z wiernymi rozmowy od „Rozmów niedokończonych”, choć nie tak rzadko trud taki podejmuje wielu duchownych, to rzucać wyzwanie utrwalonej tradycji, to naruszać istniejące więzi z takimi wiernymi jakimi są.
Powiedzmy szczerze: w istniejących uwarunkowaniach można rozumieć obawy polskiego Kościoła przed podejmowaniem działań, otwierającym go szerzej na świat i jego wyzwania, wszelako rozumienie tej wstrzemięźliwości nie może oznaczać tolerowania sytuacji, w której rozgłośnia określająca się jako katolicka, krzewi kłamstwa i nienawiść. Zdaje się, że Kościół polski stał się więźniem istniejących uwarunkowań i nie jest – przynajmniej obecnie – zdolny do ich zmiany.
Po trzecie wreszcie – na orientację, zwłaszcza polityczną Radia Maryja, a także na poglądy znacznej części polskiej hierarchii kościelnej znaczący wpływ wywiera charakter konfliktów dzielących polską scenę polityczną i jej elity. Osią tych konfliktów jest wiadomy podział historyczny, wciąż podtrzymywany a nawet pogłębiany, że wspomnieć już tylko o ubeckich teczkach służących dziś niektórym do wzniecania wewnętrznej wojny, prób dintojry i linczu. Nawet Lecha Wałęsę próbuje się wciągnąć do tej wojny i uczynić jej ofiarą. Choć konflikt ten i podziały nie odzwierciedlają tego czym żyje społeczeństwo polskie, i co jest jego autentycznymi problemami, nie wolno nie dostrzegać jego wielu następstw, czysto bardzo niszczących tkankę społeczną, i hamujących szybszy rozwój. Jest poważnym problemem Polski to, że katolicka rozgłośnia radiowa i katolicka Telewizja Trwam, przy wsparciu części polskiego duchowieństwa i hierarchii Kościoła, określiła swoje miejsce w tym konflikcie i w tej wojnie w taki sposób, że naczelne przykazanie miłości bliźniego zostało zastrzeżone dla arbitralnie wybranych.
*
Krąg uwarunkowań , które zrodziły Radio Maryja i zapewniają mu nieskrępowane działanie, krąg, do zrozumienia którego inspiruje także wystąpienie Lecha Wałęsy, w jakimś stopniu się zamyka. Wszelako nie jest to, wolno sądzić, zamknięcie, z którego nie można się wydostać, a więc pozostawać w sytuacji bez wyjścia. Doświadczenia odległych i całkiem najnowszych czasów uczą, że zmiany mogą być bardzo radykalne i że obejmować mogą wszystkie sfery ludzkiego życia i wszelakie instytucje. Także nieodległe doświadczenie Kościoła rzymskokatolickiego wskazuje na możliwość takich zmian: to za sprawą II Soboru Watykańskiego Kościół zdolny był wydobyć się z pułapki pogłębiającej go izolacji, zdolny był otworzyć się na świat i zapewnić sobie stosowny wpływ na jego sprawy.
Wprawdzie problemy polskiego Kościoła i Radia Maryja są nieporównywalne do wielkości przywołanego tu przykładu, ale tym bardziej przykład ten wskazuje, że Kościół bywa zdolny do zmian i że zdolny jest je dokonać.
W chwili zamykania obecnego numeru do druku Jarosław Kaczyński wraz z Beatą Szydło, wskazaną na premiera, ogłosili na konferencji prasowej skład personalny rządu PiS w jego zrekonstruowanej strukturze.
Nie sposób w tym momencie odnieść się do meritum tego wyboru. Można jedynie skonstatować, że mamy do czynienia z ekipą o dwóch obliczach: pierwsze obrazują osoby społeczeństwu mało lub w istocie zupełnie nieznane, choć zapewne znane i zasłużone dla swojej partii, a drugą, żeby było wiadomo, o co w końcu chodzi, to osoby dobrze z kolei znane i bardzo dobrze zapamiętane z czasu rządów PiS w latach 2005–2007 – Mariusz Kamiński, Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro.
I ten właśnie fakt, to stare oblicze, przywrócone obecnie do życia, wzbudziło zrozumiałe poruszenie polskiej i międzynarodowej opinii publicznej, więcej – wywołuje głęboki niepokój, bywa, że i strach. Ale strach, nawet ten o „wielkich oczach”, nie powinien przesądzać o niczym już teraz.
Bo teraz zegar polskiego czasu zaczyna przede wszystkich odmierzać dzieło tych, którym oddano właśnie stery kierowania naszym państwem. Wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, nie tylko tej 18,5 proc. mniejszości, z woli której wyłonił się ten rząd.
O tym fakcie powinniśmy pamiętać wszyscy.
Czas polskich wyborów, trwający od poprzedniego roku i zakończony 25 października roku obecnego, dokonał zmian, których dziś za wcześnie jeszcze oceniać, choć można przypuszczać, że dla bliskich nam humanistycznych wartości świeckich i ideałów społecznej lewicy ten czas będzie z pewnością wielkim wyzwaniem.
Nie lękamy się tego wyzwania, ponieważ doświadczaliśmy podobnych wyzwań w dalszej i nieodległej przeszłości – i przetrwaliśmy; nie lękamy się i tego najnowszego wyzwania – i ufamy, że i tym razem damy radę, że przetrwamy, że ocalimy nasze dziedzictwo, naszą tożsamość, naszą wolę kształtowania lepszego świata na miarę godności człowieka.
I ufamy, że społeczne wartości lewicy, choć dziś w zaproponowanym projekcie politycznym nie doprowadziły lewicy do parlamentu Rzeczypospolitej, to nadejdzie czas, kiedy to się dokona, kiedy poprowadzi jej szeregi do sukcesu nowa generacja liderów, choćby ujmująca Barbara Nowacka, którzy już pokazali społeczeństwu co potrafią, i którym podziękujmy za ich dotychczasowy trud, za odwagę, za ducha walki, za wszystko, co już osiągnęli. O tym sukcesie, a nie poczuciu klęski myślmy; o czasie, który nadchodzi. Myślmy o lepszych dniach, bo za nami jest wielu, którym dziś odebrano głos, albo którzy nie uzyskali satysfakcjonującego przekazu, godnego ich poparcia.
Zrodził polski Październik ’56 poznański czerwiec, żądanie przez robotników wyższych płac i większego szacunku dla ich trudu; zrodził o rozległej skali społeczny bunt zakończony tragicznie, pozostający bolesnym wyrzutem sumienia politycznych przywódców ówczesnej władzy, ale też otwierający od tego momentu istotnie nowy rozdział w dziejach powojennej Polski. Czas przyspieszył. Oczekiwanie zmian stało się nieuchronne: ono nie mogło trwać długo, ono musiało objąć same fundamenty istniejącego systemu, musiało zmienić wiele dotychczasowych przekonań uznanych za niewzruszone dogmaty, odświeżyć klimat codziennego życia w zgodzie z nowymi wyzwaniami w zmieniającej się Europie i w świecie.
W realiach ówczesnego systemu ustrojowego takie zmiany mogły się dokonać najpierw na szczytach władzy, w kierownictwie politycznym sprawowanym przez rządzącą partię. I choć było ono wyjątkowo nieudolne, to nie chodziło jedynie o jego zmianę na ekipę o większej sprawności działania: bo z poznańskiego buntu i gorących dyskusji w samej partii wyłoniła się konieczność takiej zmiany na szczycie władzy, która byłaby zmianą nie tylko polityczną, lecz a może przede wszystkim zmianą zarazem symboliczną, co moralną.
Powrót Władysława Gomułki do sprawowania najważniejszej funkcji w partii i państwie, powrót człowieka jeszcze niedawno przebywającego w ubeckim więzieniu, poddanego represjom za myśl o Polsce budującej swój czas własną drogą, odpowiadającą jej historycznemu doświadczeniu i opartej na narodowej godności, taki powrót i taka zmiana była powszechnym oczekiwaniem i polityczną koniecznością. W trzecim tygodniu października ‘56, kiedy rozstrzygały się ten wybór i zmiana, w tych dniach pełnych napięcia, niepewności i niepokoju, w tych dniach rodził się zarazem nowy ład ustrojowy w Polsce. Owszem, wciąż niedemokratyczny, jednak odświeżony i jak obraz włożony w stare ramy.
Nie mogło być wówczas inaczej. Pamiętamy tamten czas lub czytamy o nim w zachowanych dokumentach: o radzieckich czołgach z dwóch stron zbliżających się kolumnami do Warszawy w „obronie Polski zagrożonej kontrrewolucyjnym przewrotem”, o niezapowiedzianym przylocie najwyższego kierownictwa radzieckiego z Nikitą Chruszczowem i wielogodzinnych, dramatycznych rozmowach w Belwederze z nowo wybranym polskim kierownictwem już z Władysławem Gomułką w roli głównej. W tych wszystkich chwilach rozstrzygał się polski los. Jego stawką była kwestia niebagatelna: nowy charakter stosunków polsko-radzieckich. I one, od tego momentu, stały się inne, choć jeszcze dalekie od tego, co dokonało się dwadzieścia lat później.
Polski Październik miał więc swoją wielką dramaturgię. Wyłonił wielu nowych, robotniczych przywódców, aby z szacunkiem przypomnieć Lechosława Goździka, i ukazał swój historyczny sens 24 października, owym wielkim zgromadzeniem poparcia polskich zmian wielu tysięcy ludzi na warszawskim Placu Defilad. Tego zgromadzenia nie sposób nie pamiętać, bo była to, pierwsza w powojennej Polsce, autentyczna demonstracja solidarności zgromadzonych ze swoim politycznym kierownictwem, z jego niekwestionowanym przywódcą, z Władysławem Gomułką. On bowiem, swoją nieugiętą wolą moralną i zdolnością obrony zasad politycznych był wówczas wyrazicielem i gwarantem polskiej suwerenności i jej własnej drogi prowadzącej ku nowym czasom.
Wiemy, że owe czasy nie okazały się zbyt łaskawe na miarę społecznych oczekiwań i nadziei, że jeden człowiek, choćby obdarzony najlepszymi przymiotami czy charyzmą, nie może być zdolny dokonać wszystkiego, czego oczekuje się od niego, że nawet konstrukcje demokratyczne czy system prawny nie wystarczają dla osiągnięcia efektów akceptowanych przez większość.
Z polskiego Października ’56 płynie lekcji wiele. Nie zostały dobrze odrobione, w czasie, który zamknął rok 1989, choć z pełnym przekonaniem wolno powiedzieć, że bez tamtych dni, doświadczeń i tego wszystkiego, co wówczas dokonano, nie było by tego co jest naszym doświadczeniem współczesnym. Dlatego wielkiej karty Października ’56 nikt nie zdoła wyrwać z kalendarza polskiego losu.
Z dwóch inspiracji powstała ta książka, którą powierzamy naszym Czytelnikom i wszystkim zainteresowanym „kręgiem ludzkich spraw” odczytywanych z perspektywy świeckiego humanizmu.
Pierwszą z tych inspiracji było ćwierćwiecze istnienia „Res Humana”, i pewnego, wyznajmy może nieskromnie, poczucia satysfakcji z tego, co się nam w tym czasie udało. A udało się najpierw i zapewne przede wszystkim zachowanie ciągłości istnienia czasopisma w tym niełatwym czasie, udało się skupić wokół niego grono wybitnych autorów – Przyjaciół wspólnej sprawy i losu, i udało się wreszcie pozyskać grono wielu Czytelników, którzy pozostając nieprzerwanie z „Res” od wielu lat, tworzą jej bezcenny skarb. I właśnie te wszystkie skarby zachęciły nas do ich utrwalenia w postaci tej książki.
Z kolei drugą inspiracją była świadomość potrzeby wyjścia naprzeciw postulatom tych, zwłaszcza młodych generacji Polaków, którzy w świeckim humanizmie widzą nadzieję wyjścia z tunelu przenikniętego dziś mrokami zgoła średniowiecza i szukają wyjścia z niego na świeże powietrze, którym można bez obawy oddychać.
Książka, którą podjąłem się opracować, nie była zajęciem łatwym: nie tylko dlatego, że „Res Humana” okazała się w ostatnim czasie „matką” czterech autorskich książek opublikowanych w „Bibliotece” naszego czasopisma, ale też ze względu na wielość tekstów, z których każdy, z blisko półtora tysiąca wydanych dotąd stron, prosił słusznie o obecność w książce. Jej wszelako realistyczne wymogi zmuszały, w poczuciu żalu, ale i ryzyka trafności wyboru tekstów czy konieczności ich niewielkich skrótów, do tej propozycji, którą mamy obecnie przed sobą.
Jest istotą tej propozycji ukazanie w trzech częściach książki najważniejszych kart rozwoju myśli programowej tego dziedzictwa świeckiego humanizmu, które reprezentuje dziś w Polsce Towarzystwo Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego w czasie określonym latami minionego ćwierćwiecza. To idee humanizmu, racjonalizmu i świeckości, zarazem tolerancji i dialogu, idee otwarte na coraz bardziej otwarty, współczesny świat. Idee, jakże przejmująco wyrażone w wierszu Pożegnanie Tadeusza Kotarbińskiego otwierającym naszą książkę.
Za nami minione dwadzieścia pięć lat. Przed nami czas, mówiąc słowami jednego z ważnych autorów książki, „płynnej nowoczesności”, czas niepokojów, ale i nadziei, czas próby każdego z nas.
Jeśli ta książka okaże się pomocną dla Czytelników w tej próbie, będzie to dla nas wartością najcenniejszą, w imię której podjęliśmy trud jej wydania.
Tytuł „naczelnik”, jako wyraz najwyższej pozycji przywódczej, kreowanej w kategoriach państwa i narodu, wywodzi się z tradycji kościuszkowskiej. Po raz pierwszy dostąpił go Tadeusz Kościuszko, a jego pełna nazwa brzmiała: „Naywyzszy Naczelnik Siły Zbroyney Narodowey”. Historycy nie wyjaśniają, dlaczego przywódcę powstania narodowego obóz demokratyczny nazwał wówczas naczelnikiem.
Tytuł ten pojawił się w historii Rzeczypospolitej Polskiej dwa razy, powierzony dzierżycielom idei niepodległości. Organizowanie walki politycznej i zbrojnej w imię obrony przed wrogiem zewnętrznym dawało zarówno Tadeuszowi Kościuszce, jak i Józefowi Piłsudskiemu legitymację do narodowego i państwowego przywództwa. Obaj stali się głównodowodzącymi w sensie wojskowym i polityczno-państwowym.
Historia obu przypadków potoczyła się różnie: naczelnik insurekcji z 1794 r. przegrał walkę z silnymi zaborcami, nie utrzymał niepodległości Polski, stał się natomiast na długie lata wzorem patrioty, dla którego wolność obywateli i kraju są wartością najwyższą. Z kolei Józef Piłsudski trafił na lepsze okoliczności międzynarodowe, ponieważ zaborcy ziem polskich wychodzili z I wojny światowej, jeśli nie rozbici to poważnie osłabieni. Dla niektórych motywacje przyjęcia przez niego tytułu naczelnika państwa stanowi pewną zagadkę historyczną, ponieważ nie ma w źródłach śladu dyskusji, prowadzonej na ten temat wśród ówczesnych działaczy politycznych. W Pamiętnikach z lat wojny St. Dzierzbicki pisze, że pomysłodawcą powrotu do tego tytułu był znany prawnik z tamtego okresu – Stanisław Bukowiecki (1867–1944). Tradycja kościuszkowska była w środowisku PPS-owskim niezwykle popularna, była częścią myśli politycznej tej partii. Bez wątpienia musiał ją podzielać sam Piłsudski. Potwierdza to Daria Nałęcz, pisząc, że w grudniu 1918 r. „ta idea dominowała już w jego poufnych i publicznych wypowiedziach”[1].
On sam swoje związki z tradycją kościuszkowską widział zobowiązująco i mówił: „Powoływać się na Kościuszkę, posługiwać się jego imieniem, zachwycać się nim i solidaryzować się z jego ideałami może każdy bezkarnie, bez konsekwencji i kosztów. Bo Kościuszko nie żyje. Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia”[2]. Na zjeździe legionistów w Kaliszu 7 sierpnia 1927 r. zdradził m.in., że tytuł naczelnika był w tym momencie ukoronowaniem jego patriotycznych starań: „Uczucie ulgi nieraz znalazłem w moich pracach i myślach jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz” – pisał później w swych Pismach[3]. S. Mackiewicz pisze, że „Piłsudski przeżywa wtedy najbardziej romantyczny okres swego życia. Wymarzona niepodległość nareszcie przyszła i on ma dłuto w ręku do dalszej rzeźby jej form”[4]. W koncepcji Piłsudskiego urząd naczelnika państwa miał symbolizować zgodę narodową i jednolitość władzy państwowej.
Naczelnik po raz pierwszy
10 listopada 1918 r. Józef Piłsudski powrócił do Warszawy z więzienia w Magdeburgu. Wydarzeniu temu towarzyszyła już legenda patriotyczna Komendanta – konspiracyjna i legionowa. Dla większości Polaków był w tamtych dniach wielkim politycznym autorytetem, był jedynym, „który mógł stanąć na czele odradzającej się Polski”[5]. Na dworcu w Warszawie był entuzjastycznie witany nie tylko jako przywódca polskich socjalistów, ale przede wszystkim jako wódz odradzającej się Polski.
Rada Regencyjna przekazywała mu władzę niechętnie, ale miała przeciwko sobie nastroje ludności. Piłsudski przyjął jej warunek, że powierzona mu władza ma charakter przejściowy, że będzie ją pełnił na czas do zebrania się konstytuanty. Równocześnie Rada Regencyjna przekazała najpierw „Brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu” całą „władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich, jej podległych”. Następnie, „kierując się dobrem Ojczyzny”, postanowiła o swoim rozwiązaniu, przekazując naczelnemu dowódcy Wojsk Polskich najwyższą władzę państwową. Po przyjęciu obowiązków państwowych stał się w zasadzie jednoosobową władzą wykonawczą na ziemiach polskich, realnym ośrodkiem władzy państwowej, określanym przez niektórych „hegemonem”.
Według W. Komarnickiego rok 1918 jest początkiem „okresu przejściowego” podzielonego na czas dyktatury Tymczasowego Naczelnika Państwa (14 listopada 1918 r. – 9 lutego 1919 r.) i na okres Sejmu Ustawodawczego (czyli Konstytuanty 1919–1922). W początkowym procesie budowy II Rzeczypospolitej władze odwołały się do dekretów, czyli do aktów prawnych mających moc ustawy, a tradycyjnie wydawanych przez inny organ niż parlament, najczęściej przez organ, który miał charakter władzy wykonawczej. Oceniając rzecz z perspektywy historycznej, należy uznać, że w ówczesnych warunkach była to jedyna realna droga budowy struktur niepodległego państwa polskiego.
W tych okolicznościach na mocy swojego dekretu z 14 listopada 1918 r. formalnie pełnię władzy w państwie objął Józef Piłsudski, któremu podporządkował się rząd lubelski. Tymczasowy ustrój polityczny państwa polskiego został uregulowany dekretem z 22 listopada o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej. Na jego mocy znów najwyższą władzę w państwie objął J. Piłsudski, jednakże już jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, a rolę rządu republiki pełnili prezydent ministrów i ministrowie, mianowani i odpowiedzialni przed Naczelnikiem. Władzę ustawodawczą pełnili wspólnie Naczelnik Państwa i Rada Ministrów. Wydawali oni dekrety, które traciły moc obowiązującą w przypadku nieprzedstawienia ich na pierwszym posiedzeniu przyszłego Sejmu Ustawodawczego, czyli zgromadzenia, którego naczelnym zadaniem było uchwalenie konstytucji.
W dekrecie tym zwraca uwagę dyktatorskie brzmienie jego art. 1: „Obejmuję jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, Najwyższą Władzę Republiki Polskiej i będę ją sprawował aż do czasu zwołania Sejmu Ustawodawczego”. Dekret ten, zgodnie z jego art. 4, kontrasygnował prezydent Ministrów – Jędrzej Moraczewski.
Konieczność szybkiego przeprowadzenia wyborów została uznana za zagadnienie pierwszorzędnej wagi. Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że idea Sejmu Ustawodawczego była obecna wśród polskich stronnictw politycznych co najmniej od listopada 1916 r., zyskując coraz szerszą aprobatę. Dlatego też nie można było jej bagatelizować, zwłaszcza że postulat zwołania Sejmu przynosił klasom posiadającym określone korzyści polityczne. Polegały one przede wszystkim na neutralizacji odruchów rewolucyjnych poprzez skierowanie walki o reformy społeczno-gospodarcze na drogę parlamentarną.
Również Piłsudski doceniał rolę, jaką powinno odegrać w jego planach politycznych ciało przedstawicielskie, pochodzące z wyborów powszechnych. Chodziło mu przede wszystkim o zalegalizowanie władzy w państwie. Ponadto przeprowadzenie w Polsce wyborów posiadało ważne aspekty międzynarodowe: powołanie prawomocnego systemu władz państwowych miało być koronnym świadectwem zdolności narodu polskiego do samodzielnego bytu politycznego.
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Tymczasowy Naczelnik Państwa 28 listopada 1918 r. wydał dwa kolejne dekrety: o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego oraz o wyborach do Sejmu Ustawodawczego.
26 stycznia 1919 r. został wybrany Sejm Ustawodawczy. Obrady 10 lutego rozpoczął gorąco powitany Naczelnik Państwa, który w podniosłych słowach oświadczył, że od tej pory to Sejm „będzie domu swego ojczystego jedynym panem i gospodarzem”. Po wygłoszeniu wystąpienia opuścił salę obrad. W. Komarnicki pisze, że „z dniem tym kończy się pierwsza część okresu przejściowego, władza z rąk dyktatora przeszła do przedstawicieli Narodu”[6]. Jednakże formalne złożenie urzędu Naczelnika Państwa nastąpiło dopiero 20 lutego. Piłsudski wygłosił wówczas oświadczenie, poprzez które składał swą władzę Sejmowi Ustawodawczemu, na ręce marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego.
Naczelnik Państwa po raz drugi
W tym samym dniu Sejm Ustawodawczy podjął Uchwałę o powierzeniu Józefowi Piłsudskiemu urzędu Naczelnika Państwa, zwaną w doktrynie „małą konstytucją”, ponieważ określała ona pozycje ustrojowe Sejmu oraz innych organów władzy państwowej. Uchwała była dwupunktowa: w pierwszym punkcie Sejm przyjął oświadczenie J. Piłsudskiego o złożeniu urzędu Naczelnika Państwa i podziękował mu „za pełne trudów sprawowanie urzędu w służbie dla Ojczyzny”. W punkcie drugim powierzył Piłsudskiemu dalsze sprawowanie urzędu Naczelnika Państwa „aż do ustawowego uchwalenia treści konstytucji, która określi zasadniczo przepisy o organizacji naczelnych władz w Państwie Polskiem”. Urząd Naczelnika ma być sprawowany na następujących zasadach:
– władzą suwerenną i ustawodawczą w państwie jest Sejm Ustawodawczy, ustawy ogłasza Marszałek Sejmu z kontrasygnatą Prezydenta Ministrów (premiera) i ministra resortowego („fachowego”);
– Naczelnik Państwa jest przedstawicielem państwa i najwyższym wykonawcą uchwał Sejmu w sprawach cywilnych i wojskowych;
– Naczelnik Państwa powołuje rząd w pełnym składzie w porozumieniu z Sejmem;
– Naczelnik Państwa oraz rząd są politycznie odpowiedzialni przed Sejmem za sprawowanie swego urzędu, a każdy akt państwowy Naczelnika wymaga podpisu „odnośnego” ministra.
Z postanowień tych wynika, że punkt ciężkości w wypełnianiu zadań państwowych przesunął się z urzędu Naczelnika Państwa do Sejmu Ustawodawczego. W literaturze nietrudno znaleźć opinię, że „mała konstytucja” zubożyła pozycję ustrojową Naczelnika Państwa przede wszystkim dlatego, że wyraźnie wprowadzała egzekutywę dualistyczną (Naczelnik Państwa i rząd z premierem na czele).
Wypada w tym miejscu przypomnieć, że Piłsudski równolegle nadal pełnił funkcję Naczelnego Wodza. Jego życzeniem jednakże było otrzymanie godności Pierwszego Marszałka Polski. W imieniu generalicji latem 1919 r. minister spraw wojskowych gen. Józef Leśniewski zwrócił się do Sejmu, aby izba specjalną ustawą nadała Piłsudskiemu tę godność wojskową. Wnioskowi temu jednakże sprzeciwiła się prawica (a w szczególności posłowie Klubu Ludowo-Narodowego i Klubu Narodowego Związku Robotniczego).
Wobec powyższego generalicja postanowiła tę sprawę rozwiązać inaczej. Obowiązywał już wówczas dekret Naczelnego Wodza z 18 lutego 1920 r. (na mocy którego została powołana Ogólna Komisja Weryfikacyjna) oraz ustawa z 2 sierpnia 1919 r. o ustaleniu starszeństwa i nadaniu stopni oficerskich w Wojsku Polskim. W oparciu o te podstawy prawne Komisja Weryfikacyjna na swoim pierwszym konstytuującym posiedzeniu w dniu 26 lutego 1920 r. uchwaliła jednogłośnie, przez powstanie, w dowód czci i hołdu dla Wodza Naczelnego, zwrócić się do niego o przyjęcie Najwyższej Godności Wojskowej, stopnia Pierwszego Marszałka Polski. W dniu swoich imienin – 19 marca 1920 r. – Piłsudski godność tę przyjął poprzez wydanie dekretu L.2093, który lakonicznie stwierdzał: „Stopień Pierwszego Marszałka Polski przyjmuję i zatwierdzam”. Dekret został podpisany przez niego samego, już jako Marszałka, oraz przez ministra generała Leśniewskiego.
Piłsudski objął przewodnictwo Rady Obrony Państwa, utworzonej ustawą z dnia 1 lipca 1920 r., czyli już w czasie wojny z bolszewicką Rosją. Rada ta była organem naczelnym „w odniesieniu do wszystkich spraw, związanych z prowadzeniem i zakończeniem wojny oraz zawarciem pokoju”. Buława marszałkowska została Piłsudskiemu uroczyście wręczona na Zamku 14 listopada 1920 r.
Naczelnik Państwa pełnił urząd do czasu wyboru Prezydenta RP, dokonanego na podstawie konstytucji z 17 marca 1921 r. Akt ten nastąpił 14 grudnia 1922 r.
W materiałach źródłowych znajdziemy informacje świadczące o prawotwórczej roli Naczelnika Państwa, który w toku pełnienia tego urzędu poświęcał się nie tylko sprawom armii, będącej jego oczkiem w głowie w warunkach prowadzenia czynnej walki o polskie granice. Z równą intensywnością zajmowały go sprawy ważne dla organizacji życia społecznego i gospodarczego. Warto to stwierdzenie poprzeć kilkoma przykładami, w tym dekretami Naczelnika Państwa:
– z 23 listopada 1918 r., którym wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy;
– z 3 stycznia 1919 r. – regulującym szeroki zakres uprawnień Inspekcji Pracy;
– z 11 stycznia 1919 r., którym wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenie robotników na wypadek choroby (zapowiadano także bezpłatną pomoc lekarską oraz zasiłki chorobowe);
– z 7 lutego 1919 r., którym powołano Najwyższą Izbę Kontroli Państwa, w której gestii leżała kontrola pożytkowania finansów publicznych m.in. przez władze cywilne i wojskowe.
Ze względu na szczupłość kadr nauczycielskich dekretem Naczelnika Państwa z 7 lutego 1919 r. wprowadzono zasady kształcenia nauczycieli szkół powszechnych w Polsce; dekretem z 8 lutego 1919 r. wprowadzono w Polsce obowiązek szkolny na poziomie szkoły powszechnej. Tego samego dnia Naczelnik Państwa wydał dekret o przepisach dotyczących pracowniczych związków zawodowych.
Przytoczone tu akty prawne świadczą o przykładaniu wielkiej wagi do uregulowania kwestii pozostających tradycyjnie w polu uwagi socjalistów.
[1] Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Warszawa 1994, s. 85.
[2] Cytuję za: Piotr Szubarczyk, Naczelnik, [w] Biuletyn IPN, nr 5–6 z 2008 r., s. 16.
[3] J. Piłsudski, Pisma zbiorowe, tom IX, s. 89.
[4] S. Mackiewicz, Historja Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r., Warszawa 1990, s. 82.
[5] A. Ajnenkiel, Od rządów ludowych do przewrotu majowego, Warszawa 1965, s. 21.
[6] W. Komarnicki, Ustrój państwowy Polski współczesnej. Geneza i system, reprint, Wydawnictwo UJ, Kraków 2006, s. 25.
Artykuł ukazał się w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Wśród zachowanych przez Johna ugandyjskich dokumentów znajdował się obszerny wycinek z gazety, opatrzony jego zdjęciem. Artykuł, zatytułowany Top Position for Ugandan Resident, był niczym streszczenie najważniejszego okresu jego życia, przypadającego na pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. John Jägers należał wówczas – jak sam o sobie mawiał – „do górnych pięciu tysięcy” mieszkańców Ugandy. Pozycję społeczną i rozpoznawalność zawdzięczał głównie własnej operatywności. Był właścicielem dobrze prosperującego biura reklamowego Marketing and Publicity Uganda Ltd. i – co też bardzo się liczyło – szczęśliwym mężem pochodzącej z arystokratycznej rodziny dziennikarki Radia Uganda i dumnym ojczymem jej czworga dzieci. Luksusowy bungalow, który wspólnie wznieśli dziewięć mil od stolicy kraju Kampali, John traktował jako miejsce na resztę życia. Ojczyste Niderlandy, nudne i przewidywalne, odwiedzał rzadko, okazjonalnie.
Nic nie zapowiadało, że wkrótce dotychczasowe życie legnie w gruzach. Początek zmian wyznaczał zamach stanu dokonany przez Idi Amina…
W Ugandzie przeżyłem cztery zamachy stanu. Pierwszy w kwietniu 1966 roku, tuż po tym jak zamieszkałem w Kampali. W wyniku tego zamachu kabaka (król) Edward Frederick Mutesa II – tradycyjny władca ludu Baganda, obrany pierwszym prezydentem po uzyskaniu niepodległości w 1962 roku, został odsunięty od władzy, a na czele kraju stanął dotychczasowy premier Milton Obote. Zgodnie z planem spiskowców, atakiem na pałac królewski miał dowodzić generał Opolot, ale kiedy odmówił, gdyż czul się emocjonalnie związany z kabaką, Obote postawił go pod strażą, a do ataku wyznaczył utalentowanego oficera, awansowanego jeszcze przez Anglików w Brytyjskiej Armii Kolonialnej, Idi Amina.
Jadąc o siódmej rano do biura, zobaczyłem wojskowe ciężarówki zmierzające w stronę pałacu królewskiego i zawieszone nad pałacem śmigłowce. Od kolegów w biurze dowiedziałem się, że wojska rządowe zaatakowały rezydencję króla bronioną przez oddziały gwardii. Przez kilka tygodni w Ugandzie trwały groźne zamieszki. Przetrwałem je, podobnie jak grupa białych ekspatów, w klubie golfowym. Na klubowym kempingu nocowałem w swoim Volkswagenie Combi Camper zupełnie wygodnie.
To była pierwsza ważna lekcja i przestroga: kiedy w Afryce zauważysz, że coś groźnego zaczyna się dziać, staraj się pozostać niewidocznym.
Kolejnego zamachu stanu, 25 stycznia 1971 roku, dokonał Idi Amin, mianowany rok wcześniej dowódcą sił zbrojnych. Prezydent Obote dowiedział się o zamachu w samolocie. Wracał z Singapuru, gdzie uczestniczył w konferencji krajów Wspólnoty Brytyjskiej. Kapitan usłyszał wiadomość przez radio i dyskretnie powiadomił prezydenta. Samolot natychmiast zmienił kurs i wylądował nie na ugandyjskim lotnisku w Entebbe, lecz w Nairobi.
Zamach miał miejsce w nocy z niedzieli na poniedziałek. W sobotę po południu wypłynąłem na Jezioro Wiktorii swoim jachtem, mając na pokładzie trójkę pasażerów: moją żonę Jane, Johna Okodoi, ówczesnego sekretarza stanu oraz jego przyjaciółkę. Zauważyłem, że John Okodoi jest dziwnie niespokojny i wciąż nasłuchuje tranzystorowego radia, niczego wszakże nie komentując. Na noc przybiliśmy do jednej z wysp. O świcie, kiedy wyszedłem na pokład, zobaczyłem we wschodzącym słońcu brodzące stado żurawi koroniastych, ptaków symbolizujących Ugandę. Złocisty blask ich koron zapisał się w mojej pamięci jako jeden z najwyrazistszych obrazów tej sielankowej eskapady. W drodze powrotnej do Kampali minął nas jeden i drugi terenowy land rover wypełniony żołnierzami. Nie wzbudziło to we mnie żadnych podejrzeń. Pamiętam jedynie, że nie mogłem wysłuchać wiadomości, gdyż Radio Uganda nadawało jedynie muzykę.
Przez pierwsze dni nie wiadomo było, co właściwie się stało i kto przejął władzę. Dopiero w środę w barze w Grand Hotelu, stałym miejscu moich rozmów z klientami, spotkałem Paula Ensubirwę, ministra do spraw informacji, który był moim dobrym znajomym. „Jak się miewasz w nowej sytuacji?”, zapytałem go, w nadziei, że lepiej objaśni mi sytuację. Roześmiał się i wykrzyknął: „Rządzą wojskowi, my wypadliśmy z interesu”.
Wyszedłem na miasto. Sklepy właśnie na nowo otworzyły się. Nagle na przejściu dla pieszych zauważyłem Feliksa Onamę, ministra obrony. Oname nie odpowiedział na moje powitanie. Zauważyłem, że idzie pod eskortą żołnierza, który trzyma pistolet, widoczny przez kieszeń munduru.
Napływały sprzeczne informacje, bardziej gmatwające obraz sytuacji w kraju niż ją rozjaśniające. W piątek udałem się na błonia dawnego lotniska na wzgórzu Kololo, gdzie miał odbyć się wiec. Przed południem pojawił się otwarty wojskowy dżip. Stojący za kierowcą Idi Amin w brytyjskim mundurze polowym pozdrawiał owacyjnie witający go tłum ludzi. Dżip zatrzymywał się co kilkadziesiąt metrów, a Idi Amin, olbrzymiego wzrostu i potężnej postury, dzięki czemu otrzyma później przezwisko Big Daddy, nachylał się z samochodu w stronę witających, jowialnie uśmiechał się, ściskał wyciągnięte ku niemu ręce i zamieniał kilka słów z uczestnikami wiecu. ,,Wreszcie mamy prawdziwą niepodległość!” – wołali entuzjastycznie zgromadzeni.
W mieście nie czuło się niepokoju. Przeciwnie, mieszkańcy stolicy witali zmianę władzy z radością i nadzieją. Rządy prezydenta Miltona Obote stały się koszmarem, toteż przejęcie władzy przez Idi Amina zarówno Ugandyjczycy, jak i biali rezydenci przyjęli z poczuciem ulgi i optymizmem co do przyszłości. Moja żona, pochodząca z uprzywilejowanej grupy ludności miejscowej i dobrze poinformowana dziennikarka, była pełna nadziei na nowy początek. Wierzyła w nowego, jak o nim wówczas mówiono, pierwszego prawdziwie afrykańskiego przywódcę narodu. 2 lutego 1971 roku Idi Amin ogłosił się prezydentem Ugandy, dowódcą wszystkich sił zbrojnych, szefem sztabu armii Ugandy i szefem sztabu lotnictwa, a 25 czerwca 1976 roku został prezydentem dożywotnim.
Pierwszy rok rządów nowej władzy wydawał się potwierdzać oczekiwania ludzi. Jednakże po roku zaczęły napływać pogłoski, że na północy, skąd pochodził były prezydent Milton Obote, dochodzi do zabójstw dokonywanych przez oddziały ugandyjskiego wojska, że znikają całe wioski. Północ była wszakże daleko, w stolicy sytuacja wyglądała normalnie, więc pogłoski nie budziły szczególnego zaniepokojenia. Pracowałem w biurze, spotykałem się z klientami, podpisywałem umowy… W kolejnym roku sporadycznie pojawiały się informacje, że również w innych regionach, raz w jednym, raz w drugim, znikają ludzie, zniknięcia zaczęły się mnożyć, szeptano, że za wszystko odpowiedzialna jest tajna policja Idiego. Rząd zdecydowanie zaprzeczał, ale pogłoski nie cichły.
W trzecim roku rządów Idi Amina masowe morderstwa były już tajemnicą poliszynela. Opowiadano, że za zniknięcia odpowiada tajne policja, która uprowadza i morduje ludzi, a ich zwłoki przewożone są w nieznane miejsce. Trochę później rozeszły się wieści, że nad ujęciem wody elektrowni w Jinja zatrzymują się ciężarówki pełne zwłok, że trupy wrzucane do wody płyną w kierunku Sudanu unoszone prądem Nilu i pożerane przez krokodyle. W miarę nasilania się tych pogłosek stawałem się coraz bardziej niespokojny, chociaż w biurze, w którym zatrudniałem jedenaście osób, starałem się utrzymać spokój. Życie toczyło się właściwie bez większych zmian, ale ludzie unikali przebywania w miejscach publicznych. Z drugiej strony tylko utrzymywanie kontaktów i przebywanie wśród ludzi dawało jakąś szansę na uzyskanie informacji poza oficjalnymi kanałami. Tylko w ten sposób można było dowiedzieć się, że ktoś nagle zniknął lub że doszło do kolejnego zamachu na życie prezydenta. A prób uśmiercenia Idi Amina było wiele. Do czasu wyjazdu z Ugandy w maju 1975 roku naliczyłem ich dwanaście. Tylko niebywałemu szczęściu i jakiemuś szóstemu zmysłowi Idi Amin zawdzięcza, że tyle razy uszedł z nich cało.
Przykładowo, pewnego dnia prezydencka kolumna samochodów przemieszczała się z lotniska Entebbe do Kampali. Kilkaset metrów przed miejscem, gdzie zamachowcy planowali zaatakować prezydencki korteż, Idi Amin nagle rozkazał się zatrzymać, przesiadł się do samochodu, który jechał za nim i polecił zajmującemu go oficerowi zająć opuszczone przez siebie miejsce. Niespełna kilometr dalej kawalkada została ostrzelana z broni automatycznej, samochód z domniemanym prezydentem podziurawiony jak rzeszoto, lecz Idi Amin, ostrzeliwując się, zdołał uratować się ucieczką.
Stałą praktyką były terror i nieustająca rotacja kadr. Typowym sposobem rozstawania się ldiego z osobami zajmującymi ważne stanowiska było zatrzymywanie ich przez tajnych agentów, wywożenie samochodem poza obręb miasta i w odizolowanym miejscu uśmiercanie strzałem z pistoletu. Ciało wrzucano do bagażnika, a następnie pozbywano się go – w dżungli, na bagnach, w wodach Nilu… Przy czym wybór ofiar nie był kwestią jakiegoś planu, lecz następował według ślepego trafu. Niekiedy przyczyną były zachcianki dyktatora. Profesor Emiru, jeden z najwybitniejszych w kraju okulistów, zginął, gdyż jego słynna z piękności żona spodobała się Idiemu. Profesora napadnięto, gdy po wyjściu ze szpitala Mulago szedł na parking. Nikt już go więcej nie zobaczył. Zniknął bez śladu mój przyjaciel i partner biznesowy. Innego z moich przyjaciół Jamese Mbwogi, dyrektora Telewizji Uganda, aresztowano na oczach wielu świadków. Pewnego wieczoru Mbwogi, pełen osobistego uroku i prowadzący rozrywkowy tryb życia, tańczył w klubie nocnym, a jego ochroniarz siedział przy barze. Agenci tajnej policji porwali go wprost z parkietu. James zdążył krzyknąć do ochroniarza ,,Zabierają mnie! Telefonuj!”. Kilka dni później w barze Grand Hotelu ktoś przysiadł się do mnie i powiedział: „O ile się nie mylę, jesteś przyjacielem Mbwogi. Zabrała go tajna policja. Nie żyje”.
Opowieści o krwiożerczych – dosłownie – zachowaniach marszałka i prezydenta Idi Amina uważa się niekiedy za przesadzone lub nieprawdzie. Znając realia, mogę oświadczyć, że jestem najgłębiej przekonany, że te przekazy są prawdziwe. Otoczenie Amina utrzymywało w najgłębszej tajemnicy jego postępowanie wobec szczątków ludzi, których uważał za osobistych wrogów i kazał ich zamordować. Jednemu z najwyższych oficerów Sztabu Generalnego z rozkazu Amina ścięto głowę, którą następnie przechowywano w lodówce. Przez kilka dni po godzinach urzędowania ldi ustawiał głowę przed sobą i karcąco przemawiał do niej: ,,Ostrzegałem cię, i to wielokrotnie, ale nie brałeś moich ostrzeżeń na serio. I widzisz, jak to się skończyło”.
Niekiedy, po zamordowaniu szczególnie ważnego politycznego przeciwnika, ldi udawał się do szpitalnej kostnicy, otwierał zwłoki i wycinał kawałek wątroby…
Nasilanie się terroru sprawiało, że Europejczycy, podobnie jak Ugandyjczycy, stawali się albo coraz bardziej przerażeni, albo wpadali w całkowitą apatię. Ja pogrążałem się w depresji. Znajomi i przyjaciele różnych nacji i koloru skóry przyjeżdżali do nas. Do późna w nocy przesiadywaliśmy na werandzie, dużo piliśmy. Piłem sporo i ja, i moja żona Jane. Resztek złudzeń pozbawiła nas seria zabójstw, która nastąpiła po wyrzuceniu z kraju kilkudziesięciu tysięcy Hindusów i Pakistańczyków. Ta decyzja ldiego wywołała szok gospodarczy; załamał się między innymi przemysł cukrowniczy, który dotychczas pozostawał w rękach Azjatów. Nawet podstawowe artykuły, jak mąka czy cukier, stawały się coraz trudniejsze do zdobycia.
Gospodarczy upadek kraju spowodował krach mego biznesu wskutek spadku zamówień. W 1973 roku zwolniłem wszystkich pracowników, pozostawiając jedynie sekretarkę. Jedynym moim celem było wówczas: przetrwać! Pracę rozpoczynałem zwykle o ósmej piętnaście, ale całe dnie spędzałem na mieście. Przemierzałem Kampalę wzdłuż i wszerz, aby zdobyć jakiekolwiek zamówienie. W takim napięciu i niepewności przeżyłem w Ugandzie ostatnie dwa lata, w pełnym osamotnieniu, gdyż nikt nie miał już zaufania do nikogo. Wzrastała liczona najpierw w setkach, a potem w tysiącach liczba osób, które starały się za wszelką cenę uciec z kraju. Pamiętam małżeństwo Belgów, którzy zwolniwszy służbę uciekli, jak stali, pozostawiając całkowicie wyposażony dom, samochód, jacht … Żyliśmy w poczuciu: budzisz się rano i nie wiesz, czy przeżyjesz dzień.
Istnieje – w chwili opublikowania prawie nieznana, dziś klasyczna – źródłowa książka The State of Blood. Napisał ją na wychodźstwie w Wielkiej Brytanii Henry Kyemba, w latach 1972–1977 minister zdrowia w rządzie ldi Amina. Doktor Kyemba zadedykował swą książkę zamordowanym przyjaciołom. Książkę otwiera lista zamordowanych, którzy pełnili funkcje publiczne. Gdy czytałem ją, stawiałem kreseczki przy nazwiskach ludzi znanych mi osobiście, niekiedy bliskich przyjaciół. Było tych kreseczek dwadzieścia dwie.
Powinienem był zginąć i ja. A poszło o dwadzieścia tysięcy dolarów… W 1974 roku poproszono mnie, abym zaopiekował się łodzią pewnego greckiego przedsiębiorcy, zacumowaną na przystani angielskiego klubu jachtowego w Kaazi. Jako członek tego klubu wyraziłem zgodę. Niedługo później musiałem wyjechać do Nairobi. Po powrocie stwierdziłem, że łódź, ówczesnej wartości dwudziestu tysięcy dolarów, została skradziona. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że osobą, która może ma coś wspólnego z kradzieżą jest Bob Astles. Bob Astles, były brytyjski pilot i oficer kolonialny, robił wrażenie typowego angielskiego gentlemana. Chociaż wśród swoich rodaków nosił przezwisko Biały Szczur. Za czasów prezydenta Obote był organizatorem tajnej policji, a w okresie rządów Idi Amina stał się jednym z najważniejszych jego doradców, odpowiedzialnym również za niezliczone zniknięcia bez śladu. Często publikowane teraz zdjęcie z czasów Amina ukazuje go wśród innych Anglików, którzy klęczą przed dyktatorem na trawniku, składając mu przysięgę na wierność. Wszyscy ci, którzy wiedzieli coś o kradzieży łodzi i innych dokonaniach angielskiego doradcy dyktatora, znikali jeden po drugim. Inni starali się jak najszybciej uciec z Ugandy. Zdawałem sobie sprawę, że również moje dni są policzone. Zwlekałem jednak z opuszczeniem Ugandy. Przecież wszystko, co było mi drogie, było właśnie w tym kraju!
Stopniowo dojrzewałem do decyzji ucieczki. W lutym 1975 roku byłem w Kenii.
Jeden z pracowników ugandyjskiej tajnej policji ostrzegł mnie, abym nie wracał, bo – jak powiedział – „ktoś łaknie twojej krwi”. Dwa miesiące później ponownie usłyszałem to samo ostrzeżenie. Jednak zdecydowałem się na ucieczkę dopiero, gdy tajna policja ugandyjska złożyła wizytę w naszym domu i ostrzegła moją żonę Jane o grożącym mi niebezpieczeństwie. Wkrótce po tym powiadomiłem wieczorem Jane o decyzji opuszczenia Ugandy, dyskretnie spakowałem samochód i następnego dnia o czwartej nad ranem, jeszcze w ciemnościach wyruszyłem w stronę granicy z Kenią. Do przejścia granicznego Malaba dotarłem bez przeszkód. Zmroziło mnie jednak, gdy po ugandyjskiej jeszcze stronie spotkałem oficera, którego dzień wcześniej widziałem w Kampali. Czyżbym był śledzony? Czy oficer przybył, aby mnie aresztować? Opanowałem się, przysiadłem do jego stolika, piliśmy kawę, rozmawialiśmy. Usiadłem tak, abym mógł obserwować posterunek kenijskiej policji granicznej.
Gdy nadeszła obiadowa pora i kenijscy celnicy udali się na lunch, wstałem od stolika, szybko pożegnałem się z ugandyjskim oficerem, mówiąc mu „Do zobaczenia” (a w myślach dodając: oby już nigdy), wskoczyłem do samochodu i ruszyłem ku granicy. Na granicznym posterunku, w okienku kenijskiej kontroli granicznej pozostał jeden tylko pracownik. Znudzony czy niezadowolony, że to on musi dyżurować w porze lunchu, wbił do mojego paszportu kenijski stempel. Błyskawicznie wsiadłem do auta i odjechałem tak szybko, jak było to możliwe. Wieczorem byłem już w Nairobi. Gdy po kilku dniach zadzwoniłem z Nairobi do swojego biura w Kampali, sekretarka powiedziała mi, że dwa dni po moim wyjeździe pojawili się w biurze agenci tajnej policji, pytając o mnie.
Zatrzymałem się w Kenii. W marcu 1977 roku z Nairobi napisałem list do premiera Wielkiej Brytanii, aby zwrócić jego uwagę na tragiczną sytuację w Ugandzie. Otrzymałem odpowiedź. W grzecznym liście z odręcznym podpisem brytyjskiego ministra spraw zagranicznych zostałem poinformowany, że władze brytyjskie wiedzą o przypadkach łamania praw człowieka w Ugandzie i że rząd Jej Królewskiej Mości odpowiednio zareagował. Dowodem tego miał być fakt, że Idi Amin został skreślony z listy gości zaproszonych na uroczystości 25-1ecia panowania królowej Elżbiety II. Minister zapewniał dodatkowo, że sytuacja w Ugandzie będzie wkrótce omawiana na jednym z posiedzeń rządu.
Zrozumiałem: świat nie chce wiedzieć, co naprawdę dzieje się w kraju rządzonym przez ludobójcę.
Tekst ukazał się w numerze 6/2026 „Res Humana”, listopad-grudzień 2026 r., pod tytułem Terror i milczenie świata.
Niemal dokładnie dwa lata trwała wojna w strefie Gazy wydana Izraelowi przez terrorystyczną organizację palestyńską Hamas, która 7 października 2023 roku przeprowadziła zmasowany atak na sąsiadujące z Gazą osiedla żydowskie. Sprawcy tego ataku zamordowali tysiąc dwustu ludzi (w tym dzieci), gwałcili kobiety i uprowadzili ponad dwustu zakładników. Odpowiedź izraelska była druzgocząca. Masowe bombardowania pociągnęły za sobą śmierć ponad 67 tysięcy Palestyńczyków, w tym kilkunastu tysięcy dzieci, i zniszczenie bombardowanej enklawy. Choć Izrael ma bezsporne prawo do obrony, rośnie w świecie przekonanie, że przekroczył on wszelkie dopuszczalne granice. Padają zarzuty – także na forum ONZ – o uprawianie przez Izrael ludobójstwa. Masowe demonstracje antyizraelskie ogarnęły Europę i Stany Zjednoczone. Kilka państw, w tym Wielka Brytania i Francja, demonstracyjnie uznały państwowość palestyńską, co oznacza, że grupa państw odmawiających tego uznania skurczyła się do mniej niż jednej czwartej wszystkich państw świata. W tej mniejszości są Stany Zjednoczone, ale i tam rośnie – zwłaszcza w młodym pokoleniu – sprzeciw wobec polityki Izraela. Niejednokrotnie sprzeciw ten przeradza się w otwarty antysemityzm, ale byłoby niebezpiecznym uproszczeniem, gdyby każdy głos krytyki polityki Izraela traktować jako przejaw antysemityzmu.
Zamrożenie konfliktu w Gazie stało się możliwe, a nawet nieuchronne w wyniku dyplomatycznej inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa. Niezależnie od tego, jak krytycznie oceniam inne aspekty jego polityki, szanuję i doceniam jego stanowisko w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dotychczasowa polityka Stanów Zjednoczonych, bezkrytyczna wobec Izraela, stanowiła zachętę dla izraelskiej prawicy, która niemal otwarcie dąży do trwałej aneksji całej Palestyny. Gdyby nie amerykańskie poparcie, polityka taka nie mogłaby przynosić efektów. Zbyt wcześnie jest jednak, by uznać, że dokonała się zasadnicza zmiana stosunku USA do konfliktu bliskowschodniego.
Konflikt ten ma charakter nie tylko polityczny, lecz także psychologiczny. Wybitny psycholog izraelski Daniel Bar-Tal nazwał ten konflikt „nierozwiązywalnym”, przez co miał na myśli to, że głęboko zakorzeniona po obu stronach wizja tego konfliktu uniemożliwia znalezienie trwałego rozwiązania (Instractable Conflicts: Socio-Psychological Foundations And Dynamics, Nowy Jork 2013). W tym kontekście jest niemal pewne, że zakończenie krwawej fazy konfliktu w Gazie nie oznacza trwałego pokoju, a tym bardziej – rozwiązania problemu relacji między Izraelem i jego palestyńskimi sąsiadami. Czy trwałe rozwiązanie jest w ogóle możliwe? A jeśli nie jest – jaka będzie przyszłość Izraela i Palestyny w warunkach „nierozwiązywalnego konfliktu”?
Konflikt żydowsko-palestyński trwa już ponad sto lat, a jego narodziny są wcześniejsze niż powstanie żydowskiego państwa na części terytorium historycznej Palestyny. Gdy na przełomie wieków XIX i XX rodził się nowoczesny ruch syjonistyczny, Palestyna stanowiła prowincję imperium otomańskiego – wieloetnicznego państwa, którego spoiwem był islam, a nie tureckie poczucie narodowe, dopiero rodzące się w wyniku modernizującego ruchu młodotureckiego. Zasłużony badacz syjonizmu (a mój wieloletni przyjaciel) Shlomo Avineri (1933–2023) w znakomitej pracy The Making of Modern Zionism (Nowy Jork 1981) zanalizował proces rodzenia się nowoczesnego syjonizmu – od wczesnych koncepcji żydowskiej emancypacji narodowej (Nachman Krochmal, Heinrich Graetz, Moses Hess) do dojrzałego programu zbudowania żydowskiego państwa w Palestynie, którego twórcą był Theodor Herzl (1860–1904), autor programowej książki Der Judenstaat (1896) i organizator pierwszego kongresu syjonistycznego w Bazylei w 1897 roku. Narodziny syjonizmu oznaczały, że tak zwana kwestia żydowska przestaje być kwestią religijną (jak w znacznie starszym konflikcie między judaizmem i chrześcijaństwem), a staje się kwestią narodową – przynajmniej dla tej części społeczności żydowskiej, która obiera drogę budowania własnego, narodowego państwa żydowskiego w Palestynie.
Program takiego państwa zakładał rozwiązanie trzech problemów. Pierwszym było stworzenie ruchu migracyjnego, w wyniku którego część diaspory żydowskiej zdecydowałaby się na migrację do Palestyny. Drugim było uzyskanie dla tak powstającej żydowskiej wspólnoty narodowej jakiejś formy międzynarodowego uznania. Trzecim wreszcie wyzwaniem było ułożenie sobie stosunków z arabską ludnością zamieszkującą Palestynę.
Pierwsze z tych zadań realizowane było stopniowo, ale do drugiej wojny światowej nie przynosiło imponujących sukcesów (osadnictwo żydowskie w Palestynie przed 1939 rokiem nie osiągnęło dwustu tysięcy osób). Dopiero hitlerowska polityka eksterminacji Żydów przyspieszyła ten proces; w 1948 roku w Palestynie mieszkało już 935 tysięcy Żydów. Kolejne fale żydowskiej migracji doprowadziły do powstania ponad siedmiomilionowego narodu izraelskiego. Drugi problem częściowo rozwiązany został przez deklarację brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Artura Belfoura z listopada 1917 roku o stworzeniu w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, a definitywnie przez uchwałę Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 29 listopada 1947 roku o podziale Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie. Trzeci problem nie znalazł rozwiązania po dzień dzisiejszy.
Palestyńczycy i wspierające ich państwa arabskie popełnili historyczny błąd, odmawiając uznania decyzji ONZ o podziale Palestyny, choć decyzja ta sprawiedliwie oddawała Izraelowi niewiele ponad połowę Palestyny (14 257 kilometrów kwadratowych, przy 11 664 kilometrach przeznaczonych dla państwa arabskiego, co mniej więcej odpowiadało ówczesnej liczebności obu wspólnot: odpowiednio 935 000 Żydów i 814 000 Arabów). Konsekwencją była pierwsza wojna izraelsko-arabska (1948–49) przerwana zawieszeniem broni po tym, jak wojska izraelskie nie tylko odparły atak koalicji państw arabskich, lecz także powiększyły zajmowane przez Izrael terytorium. Dało to początek wymuszonej migracji znacznej części Palestyńczyków i stworzyło po stronie arabskiej poczucie krzywdy („nakba”). Kolejne wojny (1956, 1967, 1973, 2006 i ostatnia 2023–2025) nie przyniosły trwałego rozwiązania konfliktu, a raczej pogłębiły go przez zaistniały w 1967 stan trwałej okupacji arabskiej części Palestyny przez Izrael. O ile sama wojna 1967 roku może być usprawiedliwiona oczywistym zagrożeniem, jakie dla Izraela stworzyła decyzja prezydenta Nassera o blokadzie cieśniny tirańskiej, o tyle trwała okupacja Zachodniego Brzegu połączona z żydowskim osadnictwem na terenach okupowanych stanowi pogwałcenie prawa międzynarodowego i jest tak oceniana przez autorytety prawnicze całego niemal świata.
Dotychczasowe próby zakończenia konfliktu rozbijały się o nieprzejednane stanowisko – najpierw strony palestyńskiej negującej prawo Izraela do istnienia jako państwa, a ostatnio prawicowego rządu Izraela stanowczo odrzucającego koncepcję wycofania się z terenów okupowanych i stworzenia tam państwa palestyńskiego. Trwa impas, którego końca nie widać.
Impas ten ma swoje konsekwencje. Brak perspektywy sprawiedliwego pokoju podsyca nastroje radykalne po stronie arabskiej i powoduje, że Izrael musi się liczyć z odradzaniem się antyizraelskiego fanatyzmu w kolejnych pokoleniach Palestyńczyków. Reakcją świata na wieści o brutalnym odwecie izraelskim za ataki terrorystów palestyńskich jest widoczny gołym okiem wzrost antysemityzmu w wielu państwach świata, w tym – co powinno dla polityków izraelskich być dzwonkiem alarmowym – także w USA. W samym Izraelu dokonuje się stopniowo proces przewidziany (już w 1941 roku) przez amerykańskiego socjologa polityki Harolda Lasswella (1902–1978), który sformułował tak zwaną „hipotezę państwa garnizonowego”. Zakłada ona, że państwo przez długi czas wystawione na zewnętrzne zagrożenie nieuchronnie ewoluuje w kierunku autorytarnym. W Izraelu proces ten dokonuje się nie przez odrzucenie konstytucyjnych ram demokracji, lecz w drodze przyjmowania przez demokratycznie powoływane rządy polityki represji wobec podporządkowanej temu państwu ludności palestyńskiej. Izraelski politolog Asher Arian (1938–2010) w pracy o zagrożonym bezpieczeństwie Izraela (Security Threatened: Surveying Israeli Opinion on Peace and War, Cambridge 1995) w pogłębiony sposób przedstawił sprzeczność między ideałem państwa żydowskiego jako państwa demokratycznego a realiami ekspansji na tereny okupowane. Trzydzieści lat, jakie mijają od tej publikacji, dobitnie pokazały, jak dalece miał on rację.
Jak w tej sytuacji rysuje się perspektywa konfliktu izraelsko-palestyńskiego?
Bardzo realny wydaje mi się scenariusz długoterminowego trwania obu stron na zajętych pozycjach bez jakichkolwiek zasadniczych zmian, ale przy rosnących kosztach politycznych – zwłaszcza dla Izraela. Koszt ten to przede wszystkim rosnąca w świecie izolacja żydowskiego państwa, a nawet wzrost postaw jawnie (lub skrycie) antysemickich. Czy młode pokolenie Izraelczyków będzie bez końca akceptowało ten stan rzeczy?
Możliwość wyjścia z obecnego impasu wymaga akceptacji rozwiązania dwupaństwowego. Za niebezpieczną iluzję uważam pogląd, że alternatywą dla tego rozwiązania mogłoby być powstanie wspólnego państwa żydowsko-palestyńskiego, w którym obie wspólnoty miałyby równe prawa. Zetknąłem się z tym pomysłem niedawno, gdy na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się dyskusja nad numerem półrocznika „Studia Socjologiczno-Polityczne” z artykułami o konflikcie bliskowschodnim. W tej dyskusji (opublikowanej w numerze 2/2024) dwoje młodych uczonych z UW z zapałem dowodziło nierealności koncepcji dwupaństwowej i postulowało stworzenie wspólnego państwa. Uważam to za szkodliwą iluzję. Najnowsza historia pokazuje, że w sytuacji ostrego podziału narodowościowego wspólne państwo okazuje się iluzją. W 1974 roku ostatecznie załamała się próba rozwiązania problemu cypryjskiego na drodze zbudowania wspólnego państwa grecko-tureckiego (1960 r.), co zakładało porozumienie londyńskie kończące brytyjskie panowanie nad wyspą. W wyniku wywołanej przez nacjonalistów greckich wojny domowej i będącej na to reakcją interwencji wojskowej Turcji nastąpiło zamrożenie konfliktu na podstawie faktycznego (choć nieoficjalnego) uznania podziału wyspy na dwa państwa, z których tylko Republika Cypru (grecka) cieszy się uznaniem międzynarodowym. Jednak tak zwana Turecka Republika Północnego Cypru, uznawana tylko przez Turcję, funkcjonuje jako odrębne państwo. To rozwiązanie – z pewnością dalekie od ideału – dało obu częściom wyspy trwający już pół wieku pokój.
Rozwiązanie dwupaństwowe to wariant bardzo trudny, choć – jak sądzę – jedyny dający realną możliwość wyjścia z obecnego impasu. Wymaga on spełnienia kilku warunków: zgody Izraela, uniemożliwienia skutecznych działań arabskich organizacji terrorystycznych, zbudowania palestyńskiej wspólnoty narodowej opartej nie na nienawiści do Izraela, lecz na pozytywnych wartościach. Pierwszy z tych warunków może zostać spełniony tylko w wyniku bardzo silnej presji zewnętrznej na Izrael i przy stworzeniu realnych gwarancji bezpieczeństwa dla tego państwa. To zaś wymaga przede wszystkim radykalnej zmiany polityki USA. Czy okaże się to możliwe?
Powstanie państwa palestyńskiego wymagałoby stworzenia międzynarodowego mechanizmu ograniczającego możliwość przekształcenia tego państwa w bazę wypadową dla antyizraelskich terrorystów. To oznaczać musiałoby ustanowienie jakiejś formy międzynarodowego patronatu, w tym rozmieszczenie tam wojsk ONZ. Jest to wielkie wyzwanie dla społeczności międzynarodowej. Czy stanie ona na wysokości tego zadania? Nie wiem.
Wiem jednak, że bez radykalnej zmiany stosunku świata do konfliktu bliskowschodniego nie będzie trwałego rozwiązania, a dramat na kształt tego, który przez dwa lata obserwowaliśmy w Gazie, będzie się powtarzał. Jest to konflikt bez zwycięzców, a jego koszty spadać będą na kolejne pokolenia. Pojednanie izraelsko-palestyńskie, choć trudne, nie jest niemożliwe. Wymaga jednak odwagi i mądrości przywódców po obu stronach tego konfliktu, a także odważnej i sprawiedliwej polityki innych państw.
Okazji do fety byłoby naprawdę wiele, ale właściwie podkreślona została tylko jedna – Jackowi Fedorowiczowi stuknęło dokładnie 88 lat i 6 miesięcy życia, co jest okolicznością niebagatelną, szczególnie dla benefisu. Nie ma bowiem w Polsce czynnego estradowca, rysownika, aktora, satyryka i autora, który mógłby zaświadczyć uczestnictwem we wszystkich polskich przełomach historycznych ostatniego półwiecza z okładem, a nawet pewnym ich współtworzeniem. Tak się bowiem złożyło, że Fedorowicz działa nieprzerwanie od połowy lat 50. do dziś w niezmiennie wysokiej formie: stale, konsekwentnie i zawsze po właściwej stronie. Jest to działalność radiowa, estradowa, pisarska, filmowa, telewizyjna, a ostatnio – zgodnie z duchem czasu – nawet youtubowa. I we wszystkich dosłownie przejawach ma ta działalność swoją zagorzałą stałą widownię, fanów, a nawet fanatyków (do których ja od pięćdziesięciu lat należę).
Można więc na wstępie powiedzieć, że Fedorowiczowi los dał nie tylko długie i wspaniałe życie w zdrowiu i pogodzie ducha, ale szalone powodzenie we wszystkim, czego się dotknął albo czym się parał. Choć sam o sobie mówi, że nie wykazywał nigdy szczególnych talentów, jeśli już, to „talenciki” – a to tu, a to tam… by po prostu zarobić na życie!!! TVP, organizując ten jakże zasłużony benefis, spisała się więc świetnie, bo tak skromne postaci trzeba honorować, choć same o laury jakoś specjalnie nie zabiegają. Będąc w gronie wyróżnionych zaproszeniem (choć trochę po znajomości…), uczestniczyłem w nagraniu tego widowiska, którego emisja zapowiadana jest na 13 grudnia – bo trochę młodszym telewidzom Jacek Fedorowicz może kojarzyć się z czasami stanu wojennego, oporem przeciwko komunistycznej władzy, wyśmiewaniem jej funkcjonariuszy, kpiną z nadętego ówczesnego wojskowego stylu i porządków.
Będąc wtedy w studenckim klubie Hybrydy, naśmiewaliśmy się z genialnej imitacji wojennego Dziennika Telewizyjnego, kiedy Jacek Fedorowicz na bieżąco wkładał w usta przeróżnych ważniaków bardzo od czapy wypowiedzi, ośmieszające ton urzędowej propagandy, jak i całe zastępy ówczesnych kacyków i prostych tępaków, którzy dorwali się do władzy i mikrofonów. Jest to ważna część jego działalności – uderzania w poprzedni ustrój ostrzem zjadliwej satyry, że aż słuchacza skręcało ze śmiechu. Dostawało się wszystkim – generałom, sekretarzom, premierom, ministrom, dyżurnym publicystom stanu wojennego. I była to działalność wymierzona także w ówczesną telewizję, która tego typu przekaz jak smrodliwy jad sączyła. Pokazano podczas benefisu parę tego próbek – naprawdę żyliśmy w takim kraju? Już za to należy się Jackowi Fedorowiczowi pomnik, niełatwo było burzyć potężny monopol wrony, a on dokonywał tego przy pomocy jednego magnetowidu i rozprowadzanych po cichu kaset wideo. Miał przy tym odbiorców zarówno wśród opozycji, co zrozumiałe, jak i władzy – gmach KC również te kasety oglądał i naśmiewał się, potępiając zarazem. Nie wiem, na ile wpłynęło to na ton ówczesnej propagandy, ale Jerzy Urban pisał swego czasu, że to były najgorsze ataki na system, posługujące się bowiem pastiszem, parodią i inteligentnym komentarzem. Myślę po latach, że system runął także dlatego, że nie wiedział, jak sobie z czymś takim poradzić, bo nikt jeszcze nie wymyślił satyry prorządowej, a zastosowanie pałki w postaci cenzury nie działało, bo Jacek Fedorowicz się spod jej władzy po prostu usunął. To dawało ludziom do myślenia, bo żeby odbierać satyrę Fedorowicza, trzeba było używać szarych komórek, nawet kiedy jego działalność toczyła się w drugim obiegu, na rzecz Solidarności, opozycji i poza cenzurą. Po drodze była też działalność czysto opozycyjna, także w strukturach afiliowanych przez episkopat. Skończyło się to pamiętną instrukcją telewizyjną, jak pan Jacek zamierza głosować w wyborach 4 czerwca 1989 roku, co w cyklu solidarnościowych programów przedwyborczych oglądała cała Polska i następnie generalnie zastosowała. Na benefisie mieliśmy okazję obejrzeć wyciągniętą z archiwów telewizyjnych oficjalną polemikę z tym, co pan Jacek telewidzom wówczas zasugerował, i wzbudziło to największy śmiech widowni.
I tu cofnijmy się do lat 70., kiedy radio było medium, w którym niepostrzeżenie zasiedliły się macki określonych sił i kół – szczególnie w magazynie 60 minut na godzinę, nadawanym w III Programie Polskiego Radia. Słuchanie Sześćdziesiątki było naszym, licealno-studenckim obowiązkiem, a Porady Kolegi Kierownika to był największy hit tego magazynu, choć miał on jeszcze parę innych pereł. Otóż Jacek Fedorowicz – chyba na podstawie własnej obserwacji uczestniczącej – postanowił opowiedzieć o kimś, kto sprawuje ogólne kierownictwo nad wszystkim, co w PRL miało miejsce, personifikując przed mikrofonem tę postać. Figura Kolegi Kierownika genialnie oddawała ludzi, którym przyszło sprawować „wadzę”, imitując ich sposób funkcjonowania nie tylko w warstwie myślowej, ale także słownej. Określenia i związki frazeologiczne, używane przez Kolegę Kierownika, jakże często spotykane wówczas w życiu urzędowym i oficjalnym, przechodziły błyskawicznie do naszego uczniowskiego języka- – straszliwie np. przekręcając przemowy wizytatora naszego liceum z ramienia zapewne władz edukacyjnych. Był on więc, wraz z dyrektorem, takim naszym licealnym Kolegą Kierownikiem, i nawet przed sztywnymi jak pręt zbrojeniowy ówczesnymi porannymi masówkami tak tych dwóch osobników tytułowaliśmy.
Zatem Sześćdziesiątka to był program obowiązkowy – ten kto jej nie słuchał, zupełnie nie liczył się w towarzystwie, o dziewczynach nie wspominając. A czy dziś nie odnajdujecie takich ludzi wokół siebie? I tu dotykamy zagadnienia ogólnoludzkiego – że kierownicy nadal rzadko wybijają się wyżej na skutek swoich zalet charakteru, pracowitości czy walorów intelektu, częściej korzystając z jakiejś drogi na skróty, np. donosicielstwa lub awansu politycznego. Mieliśmy tego znakomite przykłady całkiem niedawno, trochę tego jest obecnie, Jacek Fedorowicz o tym mówi i nadal kapitalnie napiętnuje. Żeby nie być gołosłownym, przysłuchajcie się uważniej wypowiedziom Prezesa, przewodniczącego Błaszczaka lub jego kolegów, szczególnie złapanym do sprawozdawczego mikrofonu w korytarzu Sejmu… Toż to Kolega Kierownik wypisz-wymaluj, oczywiście skrojony na nasze czasy.
A przecież mieliśmy jeszcze filmy Stanisława Barei, do których Jacek Fedorowicz pisał scenariusze i stawał się ich pierwszorzędną postacią. Tu przytoczę jedynie opinię filmoznawców, którzy dość zgodnie stwierdzili, że takiego duetu jak Jerzy Dobrowolski – Jacek Fedorowicz nie sposób już prześcignąć ani nawet powtórzyć, a przecież nie chodziło tylko o perypetie mieszkaniowe mgr. Filikiewicza z Nie ma róży bez ognia, ale o ogólny obraz kraju, który co prawda naprędce wznosił mieszkania, ale bez pasujących doń drzwi i stolarki okiennej, troszczył się o rodzinę jako podstawową komórkę społeczną, a gdy trzeba reagował „mandatem 100 zł” za zakłócanie ciszy nocnej „wskutek uprawiania nietypowych praktyk seksualnych”. I w którym jednocześnie świetnie funkcjonował ktoś taki jak Dąbczak, mogący „w razie czego” załatwić wszystko, także małżeństwo na kocią łapę; a i tak ostatecznie chwilowe zagęszczenie lokalowe u Filikiewiczów(?) jakoś udało się szczęśliwie rozładować. Główny bohater grany przez Fedorowicza był w tych perypetiach prawie takim samym nieszczęśliwcem, jak ów mieszkaniec Nowego Jorku z filmów Woody Allena, który ze wszystkich sił starał się ogarnąć swoje pogmatwane życie, ale sytuacja często wymykała mu się spod kontroli. Na całe szczęście ten film tria Bareja-Dobrowolski-Fedorowicz nie jest zapomniany, można go dość często zobaczyć, szczerze się pośmiać i głębiej zastanowić nad ludzkim losem. Bo śmiech, który wzbudza od tylu lat działalność Jacka Fedorowicza, ma moim zdaniem także tę nutę zagubionego inteligenta, który jakoś chce opanować materię życia, a jak mu już coś całkiem nieźle wychodzi, to zapowiada to tylko jeszcze większą katastrofę. Ma w swoim dorobku Jacek Fedorowicz ról filmowych ponad 30, przecież w latach 60. i 70. grywał często i wspaniale. Np. w Motodramie, niesłusznie zapomnianej komedii, ale także role poważne, i tylko żałować, że parę pomysłów filmowych i scenariuszowych przepadło bezpowrotnie – z wyroku tępej gomułkowsko-gierkowskiej cenzury!
I wreszcie czasy najbardziej zamierzchłe, kiedy wraz z Bobkiem Kobielą, Wowo Bielickim, Zbyszkiem Cybulskim i innymi ruszyli z falą studenckich teatrzyków na chwilę przed i zaraz po przełomie 1956 roku, kiedy wydawało się, że system nieco skruszeje, a wolności będzie znacznie więcej. Absolwent Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku został jednym z filarów zjawiska zwanego Bim-Bom, które promieniowało na całą Polskę – po Kraków, Wrocław, Opole, Warszawę czy Lublin. Jacek Fedorowicz był dobrym duchem tego teatrzyku i środowiska (a także sznytu, stylu, designu…), nie tylko dlatego, że w jednej z pamiętnych ról spuszczony był na linach w takim właśnie charakterze. Świetnie, że utrwalone to zostało w jedynym z ważniejszych filmów tamtej epoki, fragmencik także do objerzenia podczas benefisu. Tu też należy szukać początków działalności pana Jacka jako karykaturzysty i rysownika – parę prac wyświetlanych w dużym powiększeniu mogli uczestnicy benefisu zobaczyć. A spróbujcie dochrapać się rysunków i karykatur na popularnych aukcjach malarstwa i grafiki – jeśli się pojawiają, to znikają w okamgnieniu.
I wreszcie to rondo zakończmy na działalności telewizyjno-estradowej pana Jacka, bo prócz wszystkich wymienionych aktywności i „talencików” (jak sam to nazywa) obdarzony został także talentem estradowca, kabareciarza i konferansjera. I ta aktywność trwa niemal po dziś dzień, pamiętamy świetne występy z Malickim, Laskowikiem, właściwie trudno by wszystko wymienić, choć prowadzący benefis doskonały dziennikarz i autor Artur Andrus podjął się tej próby. Szczegółów nie chcę pochopnie zdradzać, naprawdę warto obejrzeć efekt finalny. A co do konferansjerki, to oczywiście deszcz w Opolu, który mógł skończyć się tragicznie, kiedy publika zgromadzona w amfiteatrze ruszyłaby gremialnie do wyjścia, tratując się nawzajem, Jacek Fedorowicz to przepięknie opanował, przyjmując oberwanie chmury na siebie i zawracając publiczność informacją, że koncert trwa i wychodzić nie należy; może więc po latach odebrałby wreszcie należny laur z zakresu BHP?
Ale oprócz festiwalu w Opolu prowadził setki koncertów i wydarzeń estradowych, pilnując zasady, aby nie mówić za dużo, a tym bardziej o sobie. Był bowiem wychowany w pewnej kulturze kabaretowo-estradowej, znaczonej takimi zjawiskami jak Wagabunda czy inne nadscenki. Lepiej trzy zdania mniej niż o jedno za dużo. A telewizja lat 60. to przede wszystkim współpraca z Jerzym Gruzą; wtedy jeszcze telewizja była maleńka, ale wyludniała swoimi programami i serialami ulice miast i wsi, dosłownie całą Polskę. Pamiętam to jak przez mgłę, wtedy ekran oglądało się zbiorowo, po 30 osób w jednym pokoju, panie w tapirze, a panowie w swetrach, kapciach i pod krawatami. Takie programy jak Poznajmy się czy Małżeństwo doskonałe to było coś, co lokowało się w nurcie rodzącej się kultury popularnej, śmiechu z naszej nieporadności, ale także swoistej instrukcji, jak się z niewinnego żartu czy kalamburu wybronić. Bo oprócz rozśmieszenia miało to jakiś tam walor oswojenia się z przeróżnymi sytuacjami, złapania dystansu do samego siebie, nabrania pewności. Kto dziś wpadłby na taki pomysł?
Na koniec refleksja osobista. W czasy współczesne pan Jacek wszedł z pomysłem kontynuacji Dziennika Telewizyjnego – i to także się powiodło. Emitowany już nadziemnie miał być satyrą przede wszystkim na nadymanych polityków i pokazywać sytuacje, które ich przerastają. Benefis akurat skoncentrował się na pamiętnym kroku defiladowym ministra Henryka Goryszewskiego w trakcie wizytacji jednej z jednostek wojskowych oraz nieudanych próbach zawieszenia przez prezydenta Kwaśniewskiego orderu na szyi jakiegoś pana, ale prawdą było to, że jak wszyscy to wszyscy – Fedorowicz nie uznawał świętych krów. No i dostało się też mojemu ówczesnemu szefowi, wicepremierowi prof. Aleksandrowi Łuczakowi, który został skarykaturowany w jednym z programów za jakąś naprędce daną sejmową korytarzową wypowiedź, chyba uchwyconą z towarzyszeniem rakiety tenisowej. Na drugi dzień po emisji jego ówczesny dyrektor gabinetu nie posiadał się ze złości, że jak to, wicepremiera tak ośmieszać, źle kadrować, sens wypaczać… No i wywiązała się dyskusja, w której opowiedziałem się zdecydowanie po stronie satyry, która przecież, pokazując śmieszności i pomyłki, jednocześnie każe politykom być zawsze uważnym, uczula na to, by nie przynudzać, a na pewno nie prawić bzdur. Dodałem, że dostało się też prof. Geremkowi, premierowi Pawlakowi, marszałkowi Oleksemu, ministrowi Podkańskiemu i innym, i to nie jeden raz, oraz zaproponowałem napisanie listu do Autora, z podziękowaniem, pozdrowieniami i prośbą o szczególną atencję. I tylko jednozdaniowo, że zdanko było wyrwane z kontekstu, co wypaczyło sens, a rakieta znalazła się w kadrze dlatego, że wicepremier trenuje codziennie i walczy o zwiększenie godzin sportu dla dzieci i młodzieży w szkołach i placówkach wychowawczych. I takie pisemko poszło do TVP, a Pan Jacek na nie grzecznie zaraz dopowiedział (na listy należy odpowiadać)! Pisząc m.in. że po raz pierwszy zdarzyło mu się, aby ktoś go prosił o szczególną atencję Dziennika Telewizyjnego i że bardzo docenia uznanie, jakie w oczach profesora odcinek znalazł. Tak przynajmniej to zapamiętałem, bo Dziennik nie bardzo spodobał się ówczesnej elicie, może z paroma wyjątkami. No i zapunktowałem w oczach dyrektora gabinetu, który pochwalił mnie za znalezienie rozwiązania, o wicepremierze nie wspominając.
A sam benefis? Świetna bodaj 3-godzinna zabawa, chyba pójdzie w dwóch aż odcinkach, bo reżyser tego widowiska Beata Harasimowicz (wybitna spec od telewizyjnych benefisów) nie ogłosiła nawet przerwy w rozkręcającej się zabawie, longiem nagrywając wszystko jak leci. A na widowni? Prezydent Bronisław Komorowski z małżonką, premier Hanna Suchocka, wicepremier Leszek Balcerowicz, ambasador Jerzy Koźmiński, ministrowie, luminarze, profesorowi, artyści, po prostu cały przekrój polskiej inteligencji… Od lat stała widownia Jacka Fedorowicza.
Szymon Hołownia jako marszałek Sejmu od 13 bm. przechodzi do historii. Zdążył podczas obrad plenarnych pożegnać się z posłami, a dziennikarzom akredytowanym przy Sejmie na samym odchodnym obiecał wspólne śniadanie prasowe. Pożegnanie przez żołądek to pomysł, którego jeszcze w Sejmie nie praktykowaliśmy – jeśli dostąpię wysokiego progu tego wydarzenia, to je zrelacjonuję… A póki co z pozycji zwykłego wyrobnika pióra pozostaje stołówka sejmowa, serwująca niedrogie dania od 8.00 do 18.00 w dni obrad plenarnych. Częściej są to nudne posiedzenie komisji sejmowych – na których rzeźbi się prawo – do czego Sejm jak wiadomo jest powołany. Bilans w tym zakresie ustępujący dobrowolnie marszałek posiada całkiem poważny, mamy już w statystyce wykazanych prawie 600 projektów ustaw, odbyliśmy ciurkiem lekko ponad 130 dni obrad, a ustaw uchwalonych wyskakuje 337. Całkiem nieźle jak na 2 lata z małym hakiem.
Hołownia niewątpliwie jako marszałek zasłużył się polskiej legislacji, likwidując definitywnie tu i ówdzie zastane wieloletnie zatwardzenia. Przede wszystkim dlatego, że dał posłom nowe narzędzia (nowe Biuro Analiz i Oceny Skutków Regulacji, poszerzone grono legislatorów) oraz przestrzeń do spokojnej pracy, likwidując natychmiast absurdalne terminy przygotowania aktów prawnych, co praktykowali jego poprzednicy z PiS. Nie ma już 24-godzinnych ustaw, licząc od godziny wpłynięcia do uchwalenia, marszałek wyrzucenia raz na zawsze tego obyczaju osobiście dopilnował, choć nie do końca udało się zdusić inne bolączki procesu legislacyjnego, np. zamrażarkę czy skracanie terminów. Ale za to mamy konsultacje publiczne poselskich projektów ustaw, rzecz kapitalną z punktu widzenia uchwalania prawa na Wiejskiej, pozwalającą każdemu mieć wgląd i wyrazić zdanie. Dynamicznie także przebiegały wysłuchania publiczne – ostatnio np. w sprawie ustawy DSA, która zogniskowała dyskusję na kluczowym zagadnieniu, czy czeka nas wraz z tym aktem cenzura internetu.
A było jeszcze kilka podobnie ludnych wydarzeń, bo Sejm wreszcie przestał być oblężoną twierdzą, a stał się gmachem otwartym niemal na oścież oraz chętnie odwiedzanym. I to przez wszystkich obywateli miast i wsi, dosłownie jak leci. Dziatwę szkolną, członkinie kół gospodyń wiejskich, seniorów, uczonych, żołnierzy i policjantów i kogo tam jeszcze – Sejm oblicza, że progi Izby gościły za Hołowni ponad 300 tys. osób. Nie jest to wynik najgorszy, a powitania grup stały się nawet częścią rytuału sejmowego: marszałek prowadzący obrady serdecznie wita, każe odmachnąć gościom usadzonym na galerii i chwali posła zapraszającego zachęcając do zaglądania w każdy kąt pracy poselskiej. Zrobił się z tego trochę teatr, ale w istocie pokazanie codziennej pracy posłów ma swój sens, bo wiąże elektorat z demokracją parlamentarną. I to się marszałkowi Hołowni udało, mimo pewnej wycieczkowej ciasnoty, szczególnie w dni posiedzeń plenarnych, kiedy trudno przecisnąć się przez ciżbę ludzką.
No i wreszcie Szymon Hołownia nakazał pozdejmowanie przeróżnych kotar i barier, odblokowanie przejść i korytarzy, zniósł niesłuszne przywileje korzystania ze specjalnej ochrony niektórych posłów – tak że nawet prezesowi Kaczyńskiemu zdarza się chodzić zupełnie o własnych siłach, a nie być noszonym po Izbie w lektyce ochrony. Innymi słowy Hołownia uporządkował przeróżne codzienne przejawy życia sejmowego, z ciągami komunikacyjnymi i dostępnością na czele.
Wydał też wojnę sejmowym potępieńcom, którzy będąc pod wpływem dawali parę razy popisy głośne wokalne, na cały kwartał ulicy Wiejskiej – gorsząc zasypiających posłów, senatorów i zwykłych mieszkańców. Tu marszałek szybko zreflektował się, że co prawda w hotelu sejmowym mamy do czynienia z ludźmi formalnie już dorosłymi, ale być może niezbyt dojrzałymi, więc najlepszą metodą może okazać się wytyk poprzez kpinę i ironię. I tego akurat nie zaliczyłbym do sucharów marszałka, a wręcz przeciwnie. Nocna aktywność wokalna radykalnie zamarła, za to nadpobudliwość poselska przeniosła się w inne rejony, np. łamania kodeksu drogowego. Co może warte podkreślenia, za czasów marszałka Hołowni, nastąpił pełny rozkwit sejmowych mediów społecznościowych: na wszystkich platformach to już ponad milion uczestników, ludzie po prostu śledzą obrady plenarne i prace w komisjach na wszystkich ekranach, jakie mają w swoim zasięgu. Jak informuje dyrekcja BOM daje to m.in. 540 filmów wideo i łączny czas oglądania 24,5 mln godzin. No i po trosze wylansowało samego marszałka Hołownię, którego, jak informuje Piotr Śmiłowicz z PAP, filmowe oprowadzanie po zakamarkach Izby obejrzało ponad dwa miliony osób. Żeby nie zapomnieć o rytualnych konferencjach prasowych w dniu otwarcia obrad plenarnych, z każdorazowym osobistym stawiennictwem marszałka i jego do pozazdroszczenia swadą narracyjną.
Ba, ale żeby wyhodować sobie przez te minione dwa lata własnego Stańczyka! Co prawda jest to tylko osławiony pos. Jarosław Sachajko z ugrupowania Republikanie, ale zawsze to jakaś ciekawa odmiana po poprzednikach, choć złośliwi twierdzą, że „jakie czasy, taki błazen”. Ma ta działalność pos. Sachajki jednak wysoce pozytywne odbicie w elektoracie i generalnie w narodzie polskim, nie wspominając o samym marszałku, który otwierając obrady, instynktownie wręcz czekał na kolejną odsłonę widowiska, jak nie przymierzając z obrazu Jana Matejki. Tak więc pos. Sachajko mający swoje 5 minut zrósł się z postacią marszałka Hołowni hubą nierozłączną i tak trwałą, jak małżeństwo sakramentalne i w sumie szkoda będzie, że to widowisko stanie teraz pod niejakim znakiem zapytania. Bo przecież nie po to widzieliśmy ostatnio marszałka w ojczyźnie Menelików i Nygusów, abyśmy nie kibicowali jego in spe ogólnoświatowej karierze, które prawdopodobnie nadal stoi przed nim otworem.
U podstaw logiki kontroli zbrojeń jądrowych, od czasów słynnych słów Oppenheimera wypowiedzianych po testach w Los Alamos: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów„ i „unaocznieniu” tego w Hiroszimie i Nagasaki, leży świadomość gry o sumie zerowej: że w wojnie jądrowej nie może być zwycięzców i że wymiana ciosów atomowych doprowadzi do unicestwienia ludzkiej cywilizacji na planecie w znanej dotychczas formie. Stąd – w idealistycznym pojęciu – inicjatorzy polityczni i negocjatorzy porozumień w zakresie ograniczenia ryzyka zgłady kierowali się dążeniem do stworzenia takiej struktury traktowej, która wyłączałaby lub przynajmniej maksymalnie neutralizowałaby kwestie kontroli zbrojeń i ograniczania ryzyka wojny jądrowej od napięć geopolitycznych w globalnym jak i regionalnym wymiarze. W obecnych warunkach takie podejście dotyczyłoby, porzykładowo, oddzielenia kwestii kontroli zbrojeń jądrowych od wojny na Ukrainie. Nota bene: podwaliną porozumienia z 1996 r. o zrzeczeniu się Kijowa arsenałów jądrowych na rzecz gwarancji suwerenności była właśnie ta logika. Niestety cały szereg globalnych wydarzeń doprowadził do jej jednostronnego zakwestionowania w lutym 2022 r.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, iż agresja Rosji na Ukrainę siłami konwencjonalnymi nosiła w zamyśle Putina tylko dwustronne cele, to pozostaje w głębokim w błędzie. Z precyzją szachistów (do czasu matów zdawanych przez AI arcymistrzom), Kreml wyliczył – poprzez testowanie punktów granicznych – osiąganie zamierzonych efektów: zrujnowanie dotychczasowego globalnego traktatowego systemu bezpieczeństwa, by w momencie brinkmashipu (strategia balansowania na krawędzi) wymuszać na głównych graczach globalnych, a przede wszystkim na USA, korzystne dla Rosji reakcje sprzężone lub w bokserskim slangu: w zwarciu. Byliśmy już świadkami pierwszego rozkładania „czerwonych dywanów”… W tym kremlowskim procesie nie bez powodu przewija się rok 2023 jako tło inicjowania wskazanych przełomów w wymiarze bezpieczeństwa globalnego. Świat był wówczas zajęty rewitalizacją gospodarki po pandemii, łataniem łańcuchów dostaw i bezpieczeństwa energetycznego, Europa cieszyła się z sukcesów Ukrainy na froncie…
Administracja Bidena proponowała zarówno Rosji jak i Chinom podjęcie, bez warunków wstępnych, negocjacji nad nowym porozumieniem o ograniczeniu strategicznych zbrojeń jądrowych. W zasadzie, opierając się na ocenach ekspertów wskazujących, iż Chiny osiągną poziom nasycenia bronią jądrową porównywalny z USA i Rosją w 2035 r., można byłoby przypuszczać, że wciąż jest czas na negocjacje, ale już trzech potęg. Jest to niestety tylko teoretyczne założenie, gdyż ewolucja sytuacji bezpieczeństwa globalnego znacznie przyspiesza i wyprzedza trwożne głosy rozsądku.
Tuż przed wygaśnięciem 5 lutego 2026 r. nowego traktatu „New START”, w końcu września 2025 r. Rosja przedstawiła USA propozycję (moratorium) zakładającą utrzymanie przez kolejny rok tj. do lutego 2027 r. limitów dotyczących rozmieszczonej strategicznych broni jądrowej tj. głowic i ich środków przenoszenia określonych w ww. amerykańsko-rosyjskim traktacie. Wstępnie, w znanym sobie medialnym stylu zdawkowych wypowiedzi, prezydent Trump określił ruch Putina jako „dobry pomysł”. Niestety propozycja Moskwy nie sprecyzowała tematu uwiarygodnienia jej pomysłu powrotem do mechanizmu wzajemnych inspekcji ani odmrożeniem wymiany informacji (sic!). Od 2023 r., czyli już w okresie trwania agresji Rosji na Ukrainę obie super potęgi jądrowe, zawieszając mechanizm inspekcji, wprowadziły bezpieczeństwo globalne świata – a nie tylko swoje narodowe – w okres niepewności w odniesieniu do strategicznych arsenałów nuklearnych.
Na tle wzrostu nieufności, niestabilności, skoncentrowania się polityki administracji Białego Domu na kolejnych, noblowskich w aspiracjach, pokojowych sukcesach wygaszania regionalnych napięć oraz procesu na Bliskim Wschodzie, a przede wszystkim „chińskim wyzwaniu”, Putin realizuje swoje cele w tradycji twardego, by nie powiedzieć bezwzględnego rosyjskiego realizmu, gdzie liczy się osiąganie celów a nie ich koszty.
Minął miesiąc, a nie rok, który Putin wyznaczył Trumpowi na sprawdzenie jego dobrej woli w sprawie moratorium, by „niespodziewanie” pod koniec października nastąpiła … eskalacja retoryki nuklearnej między przywódcami Rosji i Stanów Zjednoczonych. Najnowszy konflikt rozpoczął się 26 października, kiedy to Kreml ogłosił pomyślne testy zasilanej energią jądrową „unikalnej broni” tj. rakiety manewrującej Burevestnik. W reakcji POTUS wskazał, na rozmieszczoną „największą na świecie, tuż przy” rosyjskich wybrzeżach atomową łódź podwodną. Rusza spirala …. 29 października, Putin ogłosił kolejny przełom w dziedzinie broni jądrowej – pomyślne testy podwodnego drona o napędzie jądrowym Posejdon (prace nad nim sygnalizował Putin od ponad 3 lat: eksplozja tego jakoby niewykrywalnego „drona” z jądrową głowicą pod wodą u oceanicznych wybrzeży USA wg. różnych ocen może wywołać tsunami o wysokości fali do kilkuset merów… i niewiarygodnej prędkości i totalnego niszczycielskiego zasięgu w głąb terytorium USA nawet do kilkuset kilometrów). W odpowiedzi tego samego dnia Trump wydał instrukcję wznowienia testów broni jądrowej USA „na równi” z Rosją i Chinami.
Czy wznowienie testów i prób broni jądrowej oznacza, że w 2026 r. świat wkroczy już nie tylko bez nowego „New START”, ale i z dysfunkcjonalnym Traktatem o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową z 1996 r. ? (CTBT: Comprehensive Nuclear-Test-Ban Treaty). Zawarty został w tym samym czasie, kiedy trwały negocjacje nad adaptacją innego traktatu, choć nie jądrowego, ale stanowiącego kamień węgielny europejskiego bezpieczeństwa – Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE). Wówczas można było pokładać nadzieję, która przekładała się na obniżenie w Europie i Rosji wydatków na siły zbrojne, że budowa konkretnych elementów składowych struktury bezpieczeństwa globalnego (kontrola broni jądrowej) oraz europejskiego (defensywny status sił konwencyjnych po rozpadzie dwublokowego układu na świecie) opierała się – co zabrzmi w końcowych tygodniach 2025 r. wręcz ironicznie i niewiarygodnie – o wspólną wizję globalnego bezpieczeństwa, a przynajmniej na obszarze „od Vancouver do Władywostoku” jak zapisuje się od Helsinek 1975 r. w dokumentach OBWE… Kontrola i defensywny status miały być wspieranie „środkami budowy zaufania i bezpieczeństwa” (CSBM) oraz intruzywnymi wzajemnymi traktatowymi inspekcjami stanów uzbrojenia. Wizje niestety są już historią, by przywołać klasyka z rodzinnego podwórka: „ktoś, kto ma wizje, powinien iść do lekarza” (choć określenie to dotyczy tylko polskiej piaskownicy). W październiku 2023 roku Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej przyjęła ustawę, podpisaną potem przez Putina, uchylającą ratyfikację traktatu CTBT, uzasadniając to brakiem ratyfikacji przez USA.
Warto więc nam, w Europie zebrać chociażby opinie tych, którzy częstokroć byli negocjatorami ws. zbrojeń strategicznych, pełnili funkcje w admiracjach rządowych, są doświadczonymi ekspertami.
Graham Allison z Uniwersytetu Harvarda, pisząc w The National Interest (7.11.2025) twierdzi, że ostatnie wypowiedzi Donalda Trumpa na temat testów nuklearnych należy postrzegać jako przypomnienie jego determinacji na rzecz zapewnienia Stanom Zjednoczonym utrzymania najpotężniejszego arsenału nuklearnego na świecie, a nie, jak sugerują sensacyjne nagłówki, jako zapowiedź zbliżających się testów wybuchów głowic jądrowych. Naukowiec wskazuje, iż „Trump posługuje się hiperbolą – unikatową kombinacją faktów, fikcji i fantazji”, co „pomimo często nieprecyzyjnej retoryki, potwierdza jednak, iż obecny amerykański prezydent lepiej rozumie zagrożenia związane z bronią jądrową niż jakikolwiek inny przywódca polityczny na arenie krajowej lub międzynarodowej”, gdyż jak sam twierdzi „broń jądrowa jest największym problemem, z jakim mamy do czynienia”. Niemniej jednak retoryka Trumpa na temat testów jądrowych budzi niepokój analityków zajmujących się bronią jądrową, takich jak Daniel Salisbury z IISS (5.11.2025), Steven Pifer z CISAC (3.11.2025) oraz Heather Williams i Lachlan MacKenzie z CSIS (5.11.2025). Salisbury ostrzega, że nawet samo otwarcie dyskusji nt. perspektywy wznowieniu testów może wywołać efekt Pandory czyli „skłonić inne państwa posiadające broń jądrową do powrotu do tej praktyki”. Oprócz tych ekspertów ds. broni jądrowej, redaktorzy Financial Times również skomentowali tę debatę, stwierdzając, że wznowienie testów przez Stany Zjednoczone „zburzyłoby jeden z niewielu pozostałych filarów kontroli zbrojeń między Stanami Zjednoczonymi a Rosją” i potencjalnie przyspieszyłoby nowy wyścig zbrojeń.
A co na to druga strona? Rosyjski naukowiec Aleksiej Arbatow („Ядерное оружие рельефно вернулось в отношения великих держав” 9.11.2025) twierdzi, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych Trump musi „zrozumieć, że oprócz moratorium na testy broni jądrowej, wszystkie państwa posiadające takową broń regularnie testują swoje systemy przenoszenia (oczywiście bez głowic jądrowych), aby zapewnić niezawodność i zademonstrować możliwości nowych systemów”. Putin, w zaaranżowanej 5 bm. debacie członków Rady Bezpieczeństwa w sprawie testów jądrowych nakazał: Ministerstwu Spraw Zagranicznych, Ministerstwu Obrony Federacji Rosyjskiej, służbom specjalnym i odpowiednim agencjom cywilnym zebranie informacji wywiadowczych i przedłożenie propozycji dotyczących przygotowań do ewentualnego wznowienia testów jądrowych.
Tak więc eskalacja samej retoryki nuklearnej ze strony Stanów Zjednoczonych i Rosji może doprowadzić do potencjalnego załamania się długotrwałego moratorium na testy nuklearne przez oficjalne mocarstwa nuklearne, co zwiększy obawy związane z globalnym wyścigiem zbrojeń
Niestety, państwa europejskie mają w tej dziedzinie do odegrania bardzo ograniczoną rolę, osłabioną obecną sytuacją geostrategicznej rywalizacji amerykańsko-chińskiej i niewiadomą przyszłością relacji Trumpa z Putinem. Jednakże naukowcy i byli dyplomaci z European Leadership Network (ELN) postulują iż należy wykorzystać każdą okazję, aby nakłonić Waszyngton (czy „jądrowa” Francja i Wielka Brytania podjemcą się jakiekolwiek w tym aspekcie inicjatywy europejskiej?) do wykazania, że proces kontroli zbrojeń strategicznych i ograniczania stopnia ryzyka między USA a Rosją, nie musi być jednostronnie korzystny dla Rosji, lecz może doprowadzić do zawarcia solidnego porozumienia wspierającego dotychczasowy reżim kontroli (z Chinami włącznie…) obejmujący rygorystyczne środki weryfikacyjne lub inne sposoby zapewnienia strategicznej przejrzystości w zbrojeniach jądrowych. Czyli nie pozostało Europejczykom nic innego jak myślenie życzeniowe?
Mimo upływu blisko sześćdziesięciu lat od wydarzeń marcowych 1968 roku, nie maleje zainteresowanie dyskusją na temat miejsca i roli społeczności żydowskiej w polskim życiu. Sławomir Mentzen nie chce, by współtworzyła ona oblicze kraju, nawołując do Polski bez Żydów, podobnie jak bez homoseksualistów czy aborcji. Nawoływania te do złudzenia przypominają apele polskich nacjonalistów z międzywojnia: Żydzi na Madagaskar! Konflikt bliskowschodni i ludobójcze zachowania Izraela zmieniają optykę: z ofiary, która to figura dominowała w postrzeganiu Żydów przez lata, przeistacza się w ich postrzeganie jako sprawcy unicestwienia strefy Gazy i eksterminacji ludności palestyńskiej. Z powodu uwarunkowań historycznych i dylematów etycznych temat ten najczęściej i najchętniej spotyka się z przemilczeniem albo omijaniem przez komentatorów ze zręcznością slalomistów. Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po świeżo wydaną przez Krytykę Polityczną książkę Pawła Machcewicza Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara. Autor – ceniony historyk dziejów najnowszych – zasłynął przygotowaniem wystawy w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku (którego był dyrektorem przez 8 lat), wystawy świetnej merytorycznie i prezentacyjnie, po dojściu PiS do władzy przerobionej na patriotyczną modłę. Sam Machcewicz został też zdymisjonowany z funkcji dyrektora na rzecz obecnego prezydenta RP Karola Nawrockiego.
Już samo podjęcie tematu zasygnalizowanego w tytule książki zasługuje na uznanie. Od razu rodzi jednak pytanie: czy przedmiotem opisu i analizy są działania i poglądy tzw. partyzantów, a więc członków lewicowego (głównie GL i AL) krajowego ruchu oporu podczas II wojny światowej i ich dalsze losy w PRL (co sugeruje drugi człon tytułu), czy też uwaga autora koncentruje się na szerszym problemie wzajemnych i zmieniających się relacji polsko-żydowskich w latach 1944–1968, a i te przecież są jedynie wąskim wycinkiem wielowiekowych relacji historycznych. Innymi słowy, jak daleko sięgamy w głąb dziejów. W zależności od zakresu spojrzenia: z krótkiego, średniego czy długiego dystansu, ta analiza może być różna. Machcewicz ogranicza ją do lat 60. ubiegłego wieku. Kończy na wydarzeniach marcowych w Warszawie i w innych ośrodkach akademickich. Wcześniejsze fakty podawane są dość skrótowo. Brak mi poruszenia niektórych wątków; na przykład, co sprawiło, że agent wywiadu radzieckiej razwiedki, ze zrzutu spadochronowego, stał się człowiekiem o ograniczonym zaufaniu Moskwy. Radzieccy przywódcy wybrali Gierka na sukcesora po Gomułce, o czym Machcewicz wspomina marginalnie. Autorowi chodziło głównie o genezę i przebieg Marca ’68.
By nie mnożyć znaków zapytania, od razu przejdę do własnej opinii: otóż uważam, że przedstawiana w ostatnich latach ocena tzw. wydarzeń marcowych jako sporu młodych demokratów z przedłużającą się obecnością na szczytach władzy twardogłowych komunistów odbiega od istoty tego sporu. Pytanie, które należałoby postawić, powinno brzmieć: co sprawiło, że w ataku na środowiska syjonistyczne (termin kamuflujący), a tak naprawdę środowiska polskich Żydów, zjednoczyły się grupy ludzi o bardzo różnym rodowodzie, różnych poglądach, różnej pozycji społecznej i różnej sile politycznego przebicia? To był ruch masowy. Zjednoczenie trwało stosunkowo krótko, przyznania się do uczestnictwa, a nawet podzielania poglądów kreatorów tego ruchu, unikano później (nieważne, czy ze względów moralnych, czy koniunkturalnych), ale pozostawiło trwały ślad w polskiej świadomości kulturowej – choćby w piątce Mentzena. Jeśli 11 listopada 2025 r. na słynnym pochodzie narodowców (z którym władze nie potrafią sobie poradzić) pojawią się antysemickie hasła, to może warto sobie uzmysłowić, że owo zjednoczenie AD 1968 było jednym z przystanków na długiej historycznej drodze, a kolejne przystanki dają znać o sobie ze zdumiewającą regularnością.
Natomiast z krótkiego dystansu przytoczę jedno spostrzeżenie: 8 marca 1968 r. z gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej wyszła (zapowiedziana wcześniej) grupa kilkudziesięciu studentów UW z żółtymi żonkilami w ręku. W żadnym ze znanych mi opracowań nie znalazłem wzmianki o tym charakterystycznym szczególe tej demonstracji. Żonkile to symbol powstania w warszawskim Getcie, tyle tylko, że wybuchło ono 19 kwietnia, a nie 8 marca. Odwołanie się przez demonstrujących do martyrologicznej symboliki powstania miało swój ukryty cel. Jaki? Podkreślenie narodowościowego aspektu politycznego i ideologicznego sporu? Nawiązanie do głośnej publikacji polskiego socjologa żydowskiego pochodzenia Witolda Jedlickiego (1929–1995) Chamy i Żydy, drukowanej w paryskiej „Kulturze” sześć lat wcześniej, w grudniu 1962 r.? Opisuje on występujący w okresie październikowego przesilenia politycznego podział w strukturach władzy na dwie grupy: liberalizujących „puławian” i zamordystycznych „natolińczyków” (tym epitetem długo posługiwano się i później dla identyfikacji twardogłowych, podobny wydźwięk miało użyte przez katolickiego publicystę Stefana Kisielewskiego określenie „dyktatura ciemniaków”). Tyle że wśród bardziej liberalnych i lepiej wykształconych puławian znajdowali się partyjni przywódcy decydujący o kształcie polskiej polityki w latach 1949–56, a zarazem główni sprawcy stalinowskiego terroru, m.in. Bolesław Bierut (choć można przypuszczać, że był raczej figurantem niż osobą sprawczą), Jakub Berman, Hilary Minc, Roman Zambrowski i Franciszek Mazur. Trochę nie pasowali do roli liberałów. Pozycja Mazura słabła, na czoło grupy wysuwał się natomiast Roman Zambrowski[1]. Do nich dołączali intelektualiści (nie tylko żydowskiego pochodzenia): Adam Schaff, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Adam Rapacki, Andrzej Werblan, młody Mieczysław Rakowski oraz inni, o których łatwiej zapomniano. Ponieważ grupa starych działaczy puławian miała za sobą stalinowską przeszłość, rolę przyciągającą opinię publiczną mieli odegrać młodzi: Jerzy Morawski, Władysław Matwin, Stefan Staszewski[2]. Czy dołączyli do niej młodzi aktywiści reprezentowani na wiecu? Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na to i pokrewne pytania. Nigdzie też nie znalazłem listy uczestników opisywanej sceny na dziedzińcu UW, a przecież zarówno organizatorzy, jak i bezpieka zadbali, by zostali zidentyfikowani[3]. W indeksie w książce Machcewicza znajduje się tylko jedno odniesienie do artykułu Jedlickiego: „O wspólnym zwalczaniu puławian przez natolińczyków i czołowych przedstawicieli frakcji partyzanckiej, między innymi przez Moczara i Korczyńskiego pisał Witold Jedlicki w słynnym eseju […]. Odbił się on silnym echem w kręgach opiniotwórczych w kraju, również w elicie partyjnej […]. Podkreślił, że puławianie dysponujący szerokimi wpływami w prasie i cenzurze manipulowali opinią publiczną. Jako znacznie ważniejsze i wpływowe grupy na początku lat sześćdziesiątych przedstawił puławian i natolińczyków; partyzantom poświęcił stosunkowo niewiele uwagi”[4]. Sugerowałoby to, że w grze o władzę „partyzanci” w 1956 r. nie odgrywali większej roli. Ale kilka lat później w powszechnej opinii to Moczar był najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Gomułki. „Partyzanci” zbliżali się w swoich poglądach do natolińczyków (tak twierdził Jedlicki). Ta frakcja nie miała tak eksponowanych przedstawicieli, jak puławianie. Na jej czele stali Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Zenon Nowak (o rosnącej pozycji w ugrupowaniu, ulica powtarzała często „tak czy owak będzie Nowak”), Franciszek Jóźwiak (o partyzanckim pseudonimie „Witold”), Hilary Chełchowski, Stefan Matuszewski i nazywany „gazrurką” – Kazimierz Witaszewski – kierownik Wydziału Administracyjnego KC PZPR. Grupa intelektualnie słaba, bez wybitnych postaci, w fazie narodzin skażona obecnością Rokossowskiego, a więc marszałka Armii Radzieckiej (choć Polaka z pochodzenia), który po 1956 roku wyjechał z Polski[5].
Jedlicki napisał: „W kształtowaniu opinii publicznej puławianom udaje się dokonać jeszcze jednej niebywale zręcznej wolty. Udaje się im mianowicie wykorzystać sprawę żydowską do likwidacji tak bardzo niewygodnego dla nich problemu odpowiedzialności osobistej za wyczyny z okresu stalinowskiego. Kto tę sprawę podnosi, zostaje natychmiast okrzyczany jako antysemita”[6]. Dzięki temu i innym manewrom propagandowym „masy robiły w istocie to, czego chcieli puławianie”[7], do których ostatecznie przyłączył się Gomułka. To scena AD 1956. Jedlicki doszedł w swoich egzegezach do końca 1961 roku (niewyjaśnione do końca samobójstwo Henryka Hollanda). Kilka lat później scena ta wyglądała już inaczej, a to za sprawą rosnącej pozycji „partyzantów”. Wykorzystali oni dwie chwytliwe tezy, by pozyskać opinię społeczną: podkreślając rolę krajowego ruchu oporu podczas II wojny i kontrastując tę rolę z przybyszami ze Wschodu, wśród których znajdowało się wielu b. członków KPP, w większości żydowskiego pochodzenia, często politruków w wojsku, oraz eksponując integrację narodową, wspólną walkę Polaków z wrogiem, bez względu na przynależność i poglądy polityczne, co przyniosło im kolosalną popularność i rosnące lawinowo członkostwo w ZBOWiD. Grupowe i indywidualne gry i zabawy traciły na znaczeniu, rywalizacja przybierała bardziej globalny charakter, rywalizowali swoi – Polacy – i obcy, a Żyd miał konotację obcego. Moczar nie osiągnął swoich celów, nie wydawał się zresztą przygotowany do roli genseka. No i opór radzieckich, zaniepokojonych zbyt mocno dawkowanym odchyleniem narodowym. Na tym można byłoby zakończyć relację z przeszłości. Ale pytania o żywotność tych idei i postaw w świadomości zbiorowej są nadal aktualne.
Odpowiedzi na pytania o miejsce konfliktów narodowościowych w życiu Polaków (konflikt polsko-żydowski jest najsilniejszy, ale nie jedyny) trzeba szukać w historii. W przypadku interesującego nas tematu: obecność Żydów na ziemiach polskich ma historię tysiącletnią. Ich liczba przewyższała znacznie ich populację w innych krajach europejskich. Przed II wojną światową szacowano ją w Polsce na około 3,5 mln obywateli (ca. 10 procent populacji), ale na wsiach ich prawie nie było, nigdy też nie zajmowali się rolnictwem. W Warszawie odsetek sięgał więc w międzywojniu około 30 proc. mieszkańców stolicy. Wśród mieszkańców miast stanowili zwartą i silną, zintegrowaną grupę narodową o odrębnym wyznaniu i obyczajach, używającą w znacznej części odrębnego języka[8]. Związek przynależności narodowej z judaizmem i obyczajami był mocniejszy niż w przypadku innych zbiorowości. O przynależności do żydowskiej wspólnoty narodowej decydowały względy religijne i przestrzeganie rytuałów: obrzezanie, świętowanie szabatu, uczestnictwo w ceremoniach. Żydów prześladowano w wielu krajach, w Polsce też, ale w Polsce stanowili oni silną wspólnotę, skutecznie strzegącą swojej tożsamości i broniącą się przed atakami. Przez wieki żyli pośród nas, ale obok – zachowując odrębność i mając odrębny status. Obie społeczności miały wzajemne relacje, ale nie przenikały się wzajemnie[9]. Polem konfrontacyjnym przez wieki była religia i powiązana z nią obyczajowość. Egzemplifikacją tego pola mogłoby być powtarzające się okresowo fałszywe przekonanie o wykorzystywaniu dla celów rytualnych krwi dzieci chrześcijańskich.
Zmiany tak ukształtowanych relacji miały miejsce w XVIII w., a zwłaszcza w II połowie XIX w. Nastąpiły one za sprawą dwóch wydarzeń: likwidacji w 1764 roku Sejmu Czterech Ziem: Małopolski, Wielkopolski, Litwy i Rusi – organu samorządowego Żydów, którego kompetencje koncentrowały się głównie na zbieraniu i rozliczaniu podatków. O tym zdarzeniu niewiele wiemy, ale z pewnością zmniejszyło ono hermetyczność społeczności żydowskiej. Większe znaczenie miała ustawa Wielopolskiego o przyznaniu Żydom praw obywatelskich i praw cywilnych z 1862 r. W praktyce oznaczała, że Żydzi, dotąd ograniczani w swych działaniach gospodarczych przepisami prawa, stali się uczestnikami rynku na równi z innymi. W rywalizacji rynkowej okazali się sprawniejsi. Rywalizacja na tle wyznaniowym została poszerzona o rywalizację ekonomiczną. Spora, zwłaszcza bogatsza część społeczności żydowskiej zmieniała wyznanie na jedną z religii chrześcijańskich, liczba konwersji rosła, narastały też kontrowersje wokół tej kwestii. Akulturacja, a zwłaszcza asymilacja (przez pewien czas lansowana jako element łączenia obu społeczności) okazała się niemożliwa: Żyd porzucający judaizm i rytuał przestawał być Żydem. W przypadku konwersji opinia społeczna zarzucała, że ma ona miejsce jedynie z pozoru, dla ułatwień gospodarczych, zwłaszcza handlowych. Pojawiło się pojęcie mechesa – kamuflującego się wyznawcy judaizmu oraz określenia Żyda chrzczonego[10] i prawdziwego Polaka.
Rywalizacja na tle ekonomicznym oraz zarzut kamuflowania przynależności narodowej stały się przyczyną nasilenia konfliktu, eksponowanego zwłaszcza przez Narodową Demokrację (np. akcja „nie kupuj u Żyda”) i inne ugrupowania o podobnej ideologii[11]. Antagonizm narastał, przeradzając się u niektórych polityków obozu narodowego w rodzaj obsesji: wszystkiemu winni są Żydzi. To z powodu tych sprzeczności Gomułka w przemówieniu z 19 marca 1968 roku zakwalifikował do mniejszości żydowskiej niewiele ponad 6 tys. obywateli, choć w powszechnym odczuciu było ich wielokrotnie więcej, zresztą z kraju wyjeżdżało tylko w czasie nagonek antysemickich w latach 40., 1956 i 1968 r. znacznie więcej Żydów, niż wynikało to ze statystycznej przynależności do grupy osób wyznania mojżeszowego. Dziś narodowość żydowską według spisu powszechnego deklaruje 7300 osób. Autorzy rysunków powieszonego Żyda na autobusowych przystankach, bywalcy stadionów piłkarskich i głosiciele hasła o Polsce bez Żydów nie kłopotaliby się przecież liczbą 7 tys. obywateli. Wtedy w 1968 r. w wielu instytucjach krążyły listy „proskrypcyjne”, w których zarzut bycia Żydem (już samo formułowanie zarzutu z tego tytułu musi być traktowane jako umysłowa aberracja) stawiano wielu osobom z najróżniejszych powodów, często rdzennym Polakom.
Ocena wydarzeń marcowych nie może abstrahować od historycznych uwarunkowań, bo tylko dzięki sięgnięciu do historii wzajemnych stosunków można zrozumieć przyczyny karkołomnego połączenia na wspólnej płaszczyźnie ludzi i poglądów z odległych od siebie zbiorów. Do wyznaniowych i ekonomicznych źródeł konfliktu dołączyć należałoby ocenę postaw i zachowań w czasie Holokaustu, będącą przyczyną i zarazem skutkiem kryzysu moralnego, którego nie sposób wyprzeć samą tylko grą polityczną. Chyba wciąż do końca go nie przepracowano, jak powiedzieliby psychoanalitycy.
Bez wątpienia część ludzi identyfikujących się z grupą Moczara czerpała z tradycji i dorobku Narodowej Demokracji. Do tego dorobku sięgały też grupy katolików skupionych wokół PAX-u i jego lidera Bolesława Piaseckiego, a tym samym do poglądów wyrażanych przez przedwojenny ONR, któremu Piasecki przewodził. Najsilniejsze wsparcie dawali Moczarowi jednak „partyzanci”. Machcewicz napisał: „Patriotyczna retoryka Moczara i jego zwolenników poszerzała ich bazę społeczną. Przyciągano do współpracy, a przynajmniej zyskiwano życzliwość ludzi odległych politycznie, ideowo lub mentalnie od obozu rządzącego. Moczarowski patriotyzm otwierał się na tradycję i doświadczenia marginalizowane w Polsce Ludowej; czerpał przede wszystkim z dziedzictwa AK i innych niekomunistycznych formacji z czasów II wojny światowej, włącznie z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Najsilniejszym spoiwem emocjonalnym były heroizm i martyrologia z czasów wojny, żywe doświadczenie milionów Polaków. Moczarowcy przedstawiali te wartości, jakby były nieustannie zagrożone: dybali na nie czy to krajowi szydercy, czy to oszczercy z zagranicy, a przede wszystkim syjoniści i po prostu Żydzi. Antysemityzm, lekko tylko zakamuflowany, a niekiedy wyrażany zupełnie otwarcie, był niezbywalnym elementem moczarowskiego patriotyzmu, przez część społeczeństwa przyjmowanym równie chętnie jak rewaloryzacja niekomunistycznych wątków tradycji narodowej”[12]. Dlaczego, zyskując tak rozległy rezonans w różnych grupach społecznych nie wykorzystali swojej siły i nie podjęli rozgrywki w grze o władzę? Gomułka, który do czasu wspierał tę grupę, widząc jej październikowy rodowód, zorganizował – uświadomiwszy sobie polityczne i własne zagrożenie – wiece poparcia dla rzekomo skonsolidowanej partii przeciwstawiającej się wrogim siłom, których eksponentami zostali – o dziwo i o ironio – Stefan Kisielewski, Paweł Jasienica i Janusz Szpotański. Zwłaszcza zagrożenie ze strony tego ostatniego wydaje się co najmniej humorystyczne. Zastosował sprytny manewr, przesadzając Moczara na zastępcę członka Biura Politycznego i odbierając mu MSW, a to policyjny i bezpieczniacki aparat decydował o sile swojego szefa. Prześmiewcy śpiewali wówczas: „Mieciu M. z MSW, gdzieś, pierdoło, podział swoje KBW”?
Intelektualne i manipulacyjne zdolności i umiejętności jego akolitów nie mogły równać się z potencjałem dawnych puławian i ich następców. Następne pokolenia nie znajdowały siły napędowej w kombatanckich wspomnieniach swoich ojców i dziadków, złudnych przekonaniach o sile polskiego żołnierza, czy w heroicznej walce o odbudowę kraju po wojnie. Gierek stworzył przyciągającą iluzję, a ta – jak każda iluzja – zawaliła się z jeszcze głośniejszym hukiem. Próba utworzenia grupy tzw. docentów marcowych (naukowców bez habilitacji, którzy mogli mimo to kontynuować akademicką karierę) mających intelektualnie wspierać potencjalnie nową grupę przywódczą, okazała się niewypałem. Sam Moczar nie poruszał się dobrze w grach gabinetowych, to nie jego „podwórko”. Próbował powrócić na polityczną scenę w 1981 roku jako prezes Najwyższej Izby Kontroli, ale został wymanewrowany przez nowych liderów, w tym przez zabiegającego wcześniej o jego względy Wojciecha Jaruzelskiego. Słabość tej i innych grup sprawujących władzę i aspirujących do władzy miała przyczyny strukturalne. Zmiana personaliów oraz cząstkowe, czasem atrakcyjne, propozycje gospodarcze i organizacyjne na krótko zyskiwały zwolenników, a potem: miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. I uwaga ta nie odnosi się jedynie do czasów uważanych za słusznie minione. Historia lubi płatać niespodzianki, a głosy z przeszłości odzywają się częściej niż sądzimy i niż się ich spodziewamy.
[1] Stąd zapewne transparenty „Zambrowski do Biura” na ulicach Warszawy, choć równie dobrze mogły być prowokacją bezpieki.
[2] Te nazwiska znalazły się w tekście Jedlickiego.
[3] W książce Piotra Osęki Marzec ’68, Wyd. Znak, Kraków 2008, przypis do str. 168, znajduje się jedynie informacja o członkostwie tzw. grupy komandosów: „Większość historyków zalicza do tej grupy: Kuronia, Modzelewskiego, Michnika, Lasotę, Bogucką, Toruńczyk, Grudzińską, Lityńskiego, Blumsztajna, Dajczgiewanda, Karpińskiego, Szlajfera, Góreckiego”.
[4] Paweł Machcewicz, Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara, Krytyka Polityczna, Warszawa 2025, s. 99
[5] W prasie ukazała się wtedy krótka notka: Marszałek Polski Konstanty Rokossowski wrócił do kraju.
[6] Witold Jedlicki, Chamy i Żydy, [Wikipedia, Witold Jedlicki, Chamy i Żydy s. 9].
[7] Witold Jedlicki, op. cit., s. 14.
[8] Dobrze przedstawił to Szczepan Twardoch w powieści Król, Wyd. Literackie, Kraków 2020.
[9] Specyfikę tych stosunków chyba najlepiej opisał Aleksander Hertz w książce Żydzi w kulturze polskiej, Biblioteka „Więzi,” Warszawa 2004.
[10] Bodaj jako pierwszy użył go Antoni Lesznowski, naczelny „Gazety Warszawskiej” (por. Andrzej Żor, Kronenberg. Dzieje fortuny, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2011, s. 356).
[11] Świetnymi przykładami są powieści Wacława Gąsiorowskiego Zginęła głupota i Mariana Gawalewicza Mechesy – obie ukazały się w 1899 roku.
[12] Paweł Machcewicz, op. cit. s. 436.
W wystąpieniu Donalda Tuska sumującym 2 lata rządów Koalicji 15 Października oraz w pytaniach i dyskusji o sukcesach i porażkach rządu dość często pojawiała się groźba kryzysu demograficznego, przed którym stoi świat, a najprędzej Europa, no i oczywiście Polska. Narodowa skłonność do bycia liderem, zwana w skrócie megalomanią narodową, sprawia że nawet w tej degradującej kwestii lubimy wysuwać się na czołowe miejsce. Ale tym razem sprawa wygląda poważnie.
Jakby dla potwierdzenia, że układ sił w świecie (a w tym demografia odgrywa niebagatelną rolę) zmienia się, dostałem od swojego kolegi Czesława informację ze światowych źródeł statystycznych. A te wymieniają 10 krajów, które wniosą największy wkład do ukształtowania kolejnego miliarda światowej populacji. Na razie ludność świata rośnie w tempie 80 milionów rocznie, z czasem tempo zacznie maleć. A na dzisiaj po świecie porusza się 8,2 mld ludzi. Na następny miliard złożą się przede wszystkim: Indie – 17,5 procent, Nigeria – 7,6 proc., Pakistan – 6,8 proc., Demokratyczna Republika Konga – 5,8 proc. i Etiopia – 5,3 proc. Następne kraje z tej dziesiątki – Tanzania, Bangladesz, Indonezja, Egipt – mają udział w granicach 3,3 do 2,8 proc. Zamykające dziesiątkę USA dołożą jeszcze 2,5 proc. Trzeba tylko dodać, że 1 procent w tym rachunku to 10 milionów ludzi, Indie zwiększą więc swoją populację o 175 milionów i utrzymają bez wątpienia światowy prymat.
Do niedawna dziwiłaby nieobecność Chin w tej dziesiątce, ale tam mamy od pewnego czasu do czynienia ze spadkiem populacji z powodu niskiej liczby urodzeń i starzenia się społeczeństwa. Daje znać o sobie polityka „jednego dziecka” i rodzinne preferencje dla noworodków – chłopców. Progności przewidują, że liczba ludności spadnie z 1,42 mld w roku 2022 do 1,13 mld w roku 2025, a trend spadkowy utrzyma się w tym kraju przez kolejne 50 lat. Pesymiści uważają nawet, że na przełomie XXI i XXII wieku, może trochę później, liczba ludności spadnie do około 770 mln. Poza przyczynami statystycznymi może warto zastanowić się, czy Chiny nie powtarzają scenariusza znanego z innych kontynentów: najmniej dzieci rodzi się w krajach bogatych, co wynika z przyjętej hierarchii wartości. Kolejne pokolenia pragną żyć w dobrobycie i powiększać egzystencjalny komfort, a temu przeszkadza zbyt duża liczba dzieci. Dawniej było odwrotnie, im więcej dzieci, tym większa zamożność.
Ale na razie liczba ludności w świecie będzie rosnąć i ten trend utrzyma się do końca obecnego wieku. Szacuje się, że jeszcze w tym stuleciu ludność świata osiągnie 9,7 mld. Do 2100 r. będzie nadal rosnąć, choć w wyraźnie wolniejszym tempie i jeszcze przed 2100 rokiem przekroczy 10 mld. Potem najprawdopodobniej zacznie spadać. Rozważania prognostów przypominają mi dywagacje kosmologów, zwłaszcza zwolenników tezy, że granice wszechświata mają swój kres i po okresie rozszerzania nastąpi proces odwrotny, wszechświat zacznie się kurczyć i będzie zmierzać do takiego zagęszczenia masy, że nastąpi jakiś kolejny Wielki Wybuch i wszystko zacznie się od początku. Kandydaci na następców Stanisława Lema już ostrzą pióra. Ale na to mamy jeszcze kilkanaście miliardów lat. Przypomina to anegdotę opowiadaną przez jednego z amerykańskich astronomów „dalekiego zasięgu”: uczestnik jego prelekcji zapytał: czy mówił pan o 5 milionach, czy o 5 miliardach lat do finalnej katastrofy? O 5 miliardach, oczywiście – odpowiedział astronom. O, to dobrze, bo przestraszyłem się, że tylko o milionach. Granice wyobraźni ludzkiej zaiste są nieodgadnione.
Prognozy demograficzne granic wyobraźni nie przekraczają, ale pobudzają do refleksji. Głównie za sprawą nierównomiernego rozłożenia tych procesów. Na razie przoduje Azja. W roku 2023 na tym kontynencie mieszkało 59,1 procent ludności świata. Obserwując z tej perspektywy Konkurs Chopinowski, nie może dziwić ponadnormatywna obecność Chińczyków wśród jego uczestników i laureatów. Znany dowcipniś Waldemar Malicki powiedział już kilka konkursów wstecz, że wśród chińskich kandydatów trzeba było przeprowadzić dodatkowe eliminacje, bo ustawienie fortepianów wszystkich chińskich uczestników, którzy spełnili wymogi kwalifikacyjne, zajęłoby odległość z Warszawy do Suwałk. Myślenie o rozwoju i koegzystencji ras, państw, religii, obyczajów i czegoś tam jeszcze w kategoriach państw europejskich, mających po kilka, kilkadziesiąt milionów ludności każde, musi prowadzić do odmiennych wniosków. Rozumowanie za pośrednictwem dużych i – dla odmiany – średnich i małych liczb to dwie, trzy różne ścieżki pojmowania świata. A zróżnicowanie będzie się pogłębiać. Na drugim miejscu już dziś plasuje się Afryka (18,0 procent), na kolejnym jeszcze Europa 9,3 proc. Depcze jej po piętach Ameryka Południowa i Łacińska (z Karaibami). Mają się gdzie posunąć mieszkańcy Ameryki Północnej (4,7 proc.) oraz Australii i Oceanii (0,57 proc.). Najszybciej rośnie Afryka. Przewiduje się, że prawdopodobnie w I połowie XXII w. stanie się najludniejszym kontynentem; w roku 2100 ma być tam 4,3 mld ludzi.
Choć to tylko szacunki, te dwa kontynenty Azja i Afryka zdominują strukturę ludności świata. Można przypuszczać, że zamieszkiwać je będzie 80–85 procent ludności świata. Trochę przybędzie w Ameryce Północnej. Skurczy się natomiast Europa, może także Azja (co do udziału w ogólnej strukturze). Już dziś w pierwszej dwudziestce państw Europę reprezentują tylko Niemcy na 19. miejscu z 83,3 mln ludności. I euroazjatycka Rosja, która ma niespełna 145 mln mieszkańców, ale jej mieszkańcy plasują się głównie w Europie (tam mieszkało wg danych z 2021 r. 114 mln osób), na bezkresach azjatyckiej części tego kraju (75 procent terytorium Rosji) jedynie 22 mln. Najszybciej spadać będzie liczba ludności w Niemczech, Włoszech, Polsce i europejskiej części Rosji.
Chcemy czy nie, Europa i Ameryka Północna ze swoim potencjałem cywilizacyjnym oraz azjatycka Rosja staną się – z dużym prawdopodobieństwem – przedmiotem ekspansji ludności z regionów dominujących demograficznie. Tzw. współczynnik przyrostu naturalnego będzie rósł najszybciej lub utrzymywał się na dotychczasowym wysokim poziomie w krajach słabo rozwiniętych, a spadał (nawet do wielkości ujemnych) w krajach o wysokim poziomie rozwoju. Ze zjawiskiem implozji demograficznej spotykamy się w krajach bogatych, jak Niemcy, Austria czy Japonia, ale też np. w krajach b. bloku wschodniego, krajach b. ZSRR i Jugosławii o różnym poziomie rozwoju. Czy nam się to podoba, czy nie, presja na zmianę miejsca zamieszkania na pustoszejącą Europę pojawiła się już obecnie, a wkrótce staniemy przed problemem koegzystencji ludzi z różnych światów, o różnym poziomie wykształcenia, zamożności, rozumujących wedle różnorodnych wartości, żyjących w różniących się od siebie systemach politycznych i uznających je za swoje. Nie sądzę, że euroatlantycki model demokracji ma atrakcyjne walory dla żyjących w odmiennych systemach uczestników innych kultur mieszkańców Azji czy Afryki. Europa zdaje sobie z tego sprawę; trudno przypuszczać inaczej, wszak tu znajduje się wciąż intelektualne zaplecze (przynajmniej europocentrycy tak uważają) światowej cywilizacji. Na razie ta wiedza nie wykracza poza krótkodystansowe przedsięwzięcia, służy takim, jak choćby budowa płotu na polsko-białoruskiej granicy czy zapominanego już muru między USA a Meksykiem, a z zamierzchłej historii słynnego chińskiego muru, który jednak przez zalewem „barbarzyńców” Chińczyków nie uchronił. Ci z zewnątrz naszych światów zawsze byli postrzegani jako barbarzyńcy. Krótkofalowe działania przynoszą pozytywne skutki, na przykład w hamowaniu rezultatów wojny hybrydowej z Rosją i Białorusią, ale przecież mają się nijak do sprostania długoletnim tendencjom, do czego nie jesteśmy przygotowani. Nie tylko my. I podobnie jak reszta Europy unikamy sprecyzowania, co z tym fantem robić, mimo że już przychodzące dziś na świat roczniki zetkną się ze skutkami tych przeobrażeń. I wyobrażamy sobie raczej „wojnę światów” niż kulturową koegzystencję.
Już dziś pojawiają się niepokojące zjawiska, które mocniej dadzą znać o sobie w średnim okresie. Zbliżamy się do pułapu chłonności środowiska: wyżywienia zwiększającej się liczby ludności (Afryka, Azja, Ameryka Południowa), zapobiegania perturbacjom klimatycznym i degradacji ekosystemów oraz konieczności zaspokojenia potrzeb rosnącej liczby mieszkańców Ziemi, w tym starzejącej się, ale zarazem coraz dłużej żyjącej części populacji. W wystąpieniach polityków trochę się o tym mówi, ale znacznie mniej robi. Skutkiem starzenia się społeczeństw będzie spadek liczby osób w wieku produkcyjnym, co stawia pod znakiem zapytania możliwość zapewnienia przyszłym, a być może i obecnym emerytom godziwych warunków egzystencji po zakończeniu pracy, a także zaspokojenia rosnących potrzeb medycznych, rehabilitacyjnych i opiekuńczych. Nie chodzi tylko o kasę. By sprostać potrzebom, powinny następować zmiany w strukturze wykształcenia i rozbudowy specjalności na poziomie średnim, wyższym zawodowym i wyższym pod kątem zwiększania liczby uczących się na każdym z tych poziomów, ale także zwiększania atrakcyjności tych dziedzin (przykład nisko opłacanych i odchodzących z zawodu pielęgniarek oraz braku dopływu do tego zawodu młodych kadr jest jednym, ale nie jedynym). W warunkach deficytu budżetowego będzie to trudne.
Z dawien dawna uczeni demografowie szukali sposobów zapobieżenia negatywnym zjawiskom odwrócenia proporcji: coraz mniejsza liczba młodych pracujących nie jest i nie będzie w stanie sprostać potrzebom rosnącej liczby emerytów. „Z trzech możliwych rozwiązań, a mianowicie: obniżki płac, obniżki emerytur i przedłużenia okresu aktywności zawodowej, najlepszym wydaje się podwyższenie wieku emerytalnego”[1]. Autor tej teoretycznie podzielanej przez wielu opinii wskazywał jednak, że napotka to na opór pracowników, a „najczęściej podnoszonymi argumentami są: prawo do odpoczynku ludzi starszych, ich zmniejszona wydajność pracy, blokowanie miejsc pracy dla młodych, hamowanie awansu zawodowego młodym pracownikom, petryfikacja struktur zawodowych, przewagi polityczne ludzi w starszym wieku”[2]. Ponieważ pisał te słowa przed 2010 rokiem, nie wymienił decydującego zagrożenia: populizmu. Wtedy wydawało się jeszcze, że racjonalne argumenty w rękach mądrej władzy wystarczą do podjęcia słusznych decyzji. Wskutek populistycznego wzmożenia i wykorzystania prymitywnej argumentacji PiS walczącego o władzę wycofano się z jednej z najbardziej rozsądnych decyzji ekonomicznych ostatniego piętnastolecia: podniesienia wieku emerytalnego i zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.
Podjęcie tej decyzji złagodziłoby problem zastępowalności pokoleniowej, a właściwie niemożności spełnienia wymogu posiadania przez dwoje rodziców przynajmniej 2,1 dzieci. W Polsce wskaźnik ten wyniósł w 2024 roku nie 2,1 lecz 1,09, co jest sygnałem alarmującym. Można pocieszać się, że to nie tylko nasz problem, bo we Francji na przykład prezydent Macron utracił popularność i prawdopodobnie władzę wskutek uporu, z jakim lansował podwyższenie wieku emerytalnego. W Polsce okazało się, że próby z gatunku zamiast – a więc 500+ (dziś już 800+) zamiast podwyższenia wieku emerytalnego, z trudem przeforsowane in vitro i tym podobne działania przyniosły pewne skutki, ale zastępowalności nie poprawiły. Decyzja o rezygnacji z podwyższenia wieku emerytalnego obciążała i nadal obciąża nie tylko autorów walki o utrzymanie status quo (PiS, związki zawodowe), lecz także tzw. obóz demokratyczny, który w rywalizacji przedwyborczej (i tak przegranej w 2015 r.) uległ populistycznej, nastawionej na sukces wyborczy propagandzie. „O ile […] w 1960 r. żyło w naszym kraju 7 mln dzieci w wieku do 10. roku życia i tylko 200 tys. osób powyżej 80. roku życia, to w 2060 r. dzieci będzie zaledwie 2 mln, a osób powyżej 80. roku życia 4 mln”[3]. Wobec oporu co do podwyższenia wieku emerytalnego w grę wchodzą więc przewidywane przez Ochockiego: obniżanie płac albo obniżanie emerytur. Politycy nie wypowiadają się w tych kwestiach; wybory parlamentarne już za dwa lata. Można się spodziewać gorączkowego poszukiwania dróg wyjścia dopiero przy krachu budżetowym. Polak – jak wiadomo – mądry po szkodzie.
Przy tak zarysowanych proporcjach strukturalnych w grę wejdzie nie tylko konieczność finansowego utrzymania emerytów przez malejącą liczbę pracujących, to da się załatwić podwyższeniem składki, ale także zapewnienia usług opiekuńczych i medycznych w niespotykanej dotąd skali, co jest przedsięwzięciem znacznie trudniejszym, wymaga bowiem działań wielorakich o zróżnicowanym charakterze. Mimo rozbudowy form opieki państwa nad osobami starszymi: zasiłki pielęgnacyjne, usługi opiekuńcze świadczone przez Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej (MOPS), programy w rodzaju „Opieka 75+”, bezpłatne świadczenia (komunikacja, w części bezpłatne leki, abonament radiowo-telewizyjny), środki te nie rozwiązują problemu. Rosnąć będą przede wszystkim potrzeby zapewnienia miejsc w domach pomocy społecznej, mówiąc wprost w domach starców, i godziwej nad nimi opieki. Dziś są one oferowane w postaci częściowo pokrywanej z indywidualnej emerytury i dofinansowanej ze środków publicznych; częściowo są świadczone komercyjnie. Te dofinansowywane są trudno dostępne. Koszt komercyjnej usługi tego typu w domach warszawskich lub pobliskich wynosi ca. 10–12 tys. złotych miesięcznie, co dla większości emerytów jest wielkością abstrakcyjną. Ceny w prowincjonalnych ośrodkach kształtują się w granicach 6–8 tys. zł. Też wysoko. A to tylko wycinek problemu, bo wydłużenie życia to także wzrost zakresu i kosztów usług w ochronie zdrowia, a te – jak wiadomo – nie mają granic.
Środkiem zaradczym na dysproporcje między malejącą liczbą pracujących a liczbą beneficjentów usług społecznych mogłoby stać się skorzystanie z usług imigrantów. Ich napływ i presja, zwłaszcza z ubogiej, przeludnionej i trudnej klimatycznie Afryki, w części także z ubogiej części Azji, będzie rosnąć. Tu otwiera się kolejna karta sprzeciwu politycznego i podsycanego przez polityków sprzeciwu społecznego co do zwiększającego się napływu imigrantów. Z największym protestem spotykają się imigranci z krajów muzułmańskich i imigranci o innym kolorze skóry, ogólnie nazywani ciapatymi oraz (o dziwo, wobec niedawnej sympatii okazywanej dotkniętym wojną) obywatele Ukrainy. Obecnie w Polsce przebywa około 2,5 mln cudzoziemców z zamiarem długoterminowego pobytu w naszym kraju. Zapewne z powodu tych protestów dokument definiujący polską politykę migracyjną nosi tytuł Odzyskać kontrolę, zapewnić bezpieczeństwo. Kompleksowa i odpowiedzialna strategia migracyjna Polski na lata 2025–2030. Można przyjąć, że na większość problemów, jakie pojawiać się będą w długim dystansie czasowym, ten dokument z założenia nie odpowiada. Zjawiska demograficzne mają długoletni horyzont i wymagają działań wyprzedzających podejmowanych z dużym wyprzedzeniem. Strategia na pięć lat nie jest żadnym dokumentem strategicznym, niezależnie od słuszności niektórych sformułowań szczegółowych. Liczba i natężenie tych problemów będzie bowiem narastać wskutek nasilenia się negatywnych w skutkach tendencji dotyczących wielkości i struktury populacji. Sam dokument ma przede wszystkim na celu ochronę obywateli polskich, żyjących w naszym kręgu kulturowym. Z 10 celów strategicznych aż 5 ma charakter defensywny: nie można zwiększać poczucia niepewności w codziennym życiu mieszkańców Polski; określanie zasad dostępu do terytorium Polski jest w gestii naszego rządu; ochrona granicy i zapobieganie nielegalnej imigracji są priorytetem państwa; Rząd będzie domagał się zmiany obowiązujących zasad pod kątem bezpieczeństwa państwa i obywateli; wydawanie wiz studenckich ma zostać uszczelnione. Dwa z nich mówią o integracji imigrantów z polską społecznością, o zdobyciu umiejętności językowych oraz respektowaniu polskich norm kulturowych i obyczajowych[4]. Jeden mówi o polityce wobec Polonii i ma na celu odnowienie kontaktów z „macierzą” (m.in. poprzez język). Tylko dwa: polityka migracyjna ma sprzyjać konkurencyjności polskiej gospodarki i uzupełnianiu zawodów „deficytowych”; polityka migracyjna nie może być instrumentem hamującym modernizację gospodarki. Nie można ich – oczywiście – negować. Ale dokument tego typu powinien odpowiadać na pytanie, czy przy pomocy imigrantów da się załatać powstałe i przyszłe luki demograficzne. Odnoszę wrażenie, że przyjęta przez rząd strategia jest raczej reakcją na działania środowisk prawicowych, których uosobieniem są indywidua w rodzaju Bąkiewicza, manipulowane przez polityków, których jedynym celem jest odzyskanie władzy, nieważne jaką cenę zapłaci za to odzyskanie społeczeństwo i gospodarka. Skutki gospodarcze takich decyzji są łatwe do przewidzenia. Równie łatwo można wyobrazić sobie konflikt kulturowy w przypadku nazbyt energicznego narzucania norm obyczajowych obcym społecznościom napływowym. Kogo i skąd chcemy pozyskać? Czy będziemy prowadzić w tym celu politykę aktywną, czy tylko reagować na fakty i zjawiska zastane, będące pochodną presji migracyjnej?
Nad tymi dywagacjami góruje pytanie: czy prowadzona polityka państwa jest poszukiwaniem rozwiązań dla sprostania oczekiwaniom i poglądom większości nawet wówczas, gdy z prowadzonych analiz i ekspertyz wynikają całkiem odmienne wnioski? Czy zasklepieni w przyjętym rozumieniu demokracji, szermujący pojęciem woli większości (która często staje się tyranią większości), nie podejmujemy decyzji akceptujących i korygujących w zależności od badań opinii publicznej i spodziewanej reakcji wyborców? I czy demokracja mającą wciąż pozytywną konotację nie przeradza się w ten sposób w szkodliwy populizm? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że decyzja o kontrolach granicznych z Niemcami i Litwą została wprowadzona pod presją takich właśnie grup. A decyzje mają być mądre i przynosić korzystne efekty, nie zaś podobać się większości. Polityka nie jest konkursem piękności, mimo że wielu tego by pragnęło.
[1] Andrzej Ochocki, Ludność świata. Powinność i kapitał, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2010, s.104.
[2] Ibidem.
[3] Adam Gwiazda, Problemy demograficzne Polski. Świat ludzi i polityki, https”// articles 2195. cesjsh icm. edu.pl.
[4] Z powodu utożsamiania przynależności narodowej z wyznawaną religią i obyczajami nie udało się w XIX wieku doprowadzić do asymilacji, a nawet do akulturacji społeczności żydowskiej. Podobnie silny jest związek z religią muzułmańską i zasadami zachowania się. Spór o chusty dla kobiet i dziewcząt we Francji jest tego świetnym przykładem.
Nie wiem, jak Państwo w sytuacjach oficjalnych reagują, ale ja mam tak, że jak przychodzi do czegoś naprawdę podniosłego i ważnego, to wszystkie swe myśli i uwagę koncentruję niestety na osobach, które mają nas jako ogół społeczeństwa reprezentować. Mianowicie, jak są ubrane, czy nie zapomniały np. chusteczki do nosa, odpowiednio dobrały niedziurawe skarpetki do muchy bądź długość spodni do właściwego do okoliczności obuwia. Jakoś ze starych czasów została mi troska o te dziś jakże drugorzędne sprawy, a jest jeszcze gorzej – w swej trosce idę o krok dalej, martwiąc się o to, co i jak powiedzą i czy generalnie wszystko pójdzie gładko. Wynika to z tego, że sam napisałem w życiu parę przemówień i wiem, jaka to katorżnicza praca i stres, bo to, co napisane trzeba jeszcze publicznie wypowiedzieć. Wtedy jednak pisało się jeszcze przemówienia na maszynie do pisania, następnie żmudnie konsultowało z potencjalnym wygłaszającym, o słowniku poprawnej polszczyzny prof. Doroszewskiego czy rocznikach statystycznych GUS nie wspominając. Ambicją było być w zgodzie zarówno z poprawną polszczyzną, jak i stanem faktycznym, np. gospodarki. Stare dobre czasy… Dziś zaś, kiedy prezydent Donald Trump wprowadził zupełnie nowy styl i u nas zaczyna być chyba odmiennie, pisane przemówienia odchodzą niestety w niepamięć. Elita mówi po prostu z głowy, mój promotor ze studiów uniwersyteckich dodałby zapewne „czyli z niczego”, ale to już czas tak przeszły i dokonany, że aluzja właściwie jest nieczytelna. Mamy więc w elicie władzy uzus wypowiedzi od siebie, dzielenia się po trosze swoimi przeżyciami i przemyśleniami i to w stylu kumplowsko-kaznodziejskim bardziej niż profesorskim. Śmiało weszło to w obieg jako swoiste zaprzeczenie drętwej mowy, choć niekiedy to ona mogłaby się bardziej przydać, aniżeli luz i bezpretensjonalność.
Taką oto okolicznością było dla mnie uroczyste zakończenie XIX Konkursu Chopinowskiego w postaci gali w Operze Narodowej, na której stawili się wszyscy, żeby fetować zwycięzców, dziękować jurorom i powiedzieć coś od siebie. Jeśli chodzi o ubiór, to generalnie nie można mieć zastrzeżeń, zarówno prezydent, jak i marszałek odkurzyli swoje smokingi, inni zaś poczuli się do ubrania co najmniej kościółkowego, co w Polsce oznacza ubranie odświętne, trzymane w szafie na niedzielną mszę. Co prawda pewien popłoch mogła wzbudzić dość rozbudowana kreacja pani minister kultury, ale ostatecznie opanowała materię, zasiadając na przygotowanym fotelu. Dziwne (a dla niektórych oburzające!) natomiast było to, że jedna ze wspaniałych naszych oficjalnych małżonek, będąc oficerem WP, nie stawiła się w galowym mundurze, ale wybrała inną kreację. Cóż, można tylko żałować, bo np. przed wojną byłoby to nie do pomyślenia – gala prezydencka zobowiązywała nie tylko do odpowiednich mundurów, sznurów, szarf i lampasów, ale także kompletu orderów.
Natomiast to, co poszczególni mówcy mieli do powiedzenia, zasługuje jednak na bliższą uwagę, a nawet analizę. Dyskusję, najpierw pomiędzy moimi domownikami, a później znajomymi, wzbudziło np. uznanie Chopina za wirtuoza, co przejawiało się szczególnie w przemówieniu p. prezydenta Nawrockiego. Ja stałem (i nadal stoję…) na konserwatywnym stanowisku, że słowo „wirtuoz” odnosi się raczej do wykonawstwa i śmiało można takiego określenia używać wobec Ignacego Paderewskiego, Krystiana Zimermana czy Artura Rubinsteina. Inni zdecydowanie zaoponowali, twierdząc, że także do kompozytora nokturnów, rond, walców, polonezów i mazurków, który (jak przekaz historyczny głosi) był niezapomnianym wirtuozem swoich utworów, czego najlepiej dowodzi rola Eryka Kulma w filmie Chopin, Chopin!
Nie rozstrzygnęliśmy jeszcze tego sporu, a tu naprawdę pięknie przemówił niezawodny marszałek Hołownia, który poinformował zebranych w Operze Narodowej, jak Sejm w te dni czcił Chopina, a nawet jak Fryderyk uczynił posłów lepszymi. Mnie szczególnie zelektryzowały dwie informacje: o tym, że konkurs był na bieżąco komentowany w prezydium Izby i nawet wicemarszałek Niedziela wygłosiła pogląd na temat poziomu wykonawczego tegorocznego konkursu i znaczenia muzyki Chopina, oraz że dyr. Zakroczymski jest zapalonym pianistą, co było znane jedynie nielicznym wtajemniczonym. A zważywszy na to, że sygnał z uroczystej gali rozpościerał się dosłownie po całym świecie, jest to znakomity dowód na medialne wyczucie marszałka, który skorzystał z okazji, jak mógł najlepiej i obznajomił miliardy ludzi, jak właściwie chopinowskie sprawy na Wiejskiej stoją. Malezyjczycy, a przede wszystkim mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni będą mu za te informacje dozgonnie wdzięczni, podobnie jak zgromadzeni w Operze Narodowej jurorzy i laureaci. Inna sprawa, że marszałek uczynił wiele, aby muzyka Chopina wyparła w tych dniach z Izby inne utwory, preferowane niestety tylko w godzinach nocnych przez posła Mejzę i jego kolegów. To naprawdę trzeba docenić, co niniejszym czynię, a samo przemówienie proponuję wnieść do annałów naszego parlamentaryzmu.
Pani minister Cienkowska natomiast zabrała głos jako uczestniczka zmagań filharmonijnych, czyli z pozycji obserwacji uczestniczącej, co niejako usprawiedliwiało familiarny niemal ton wypowiedzi. Coś w tym jest, żeby w sumie mówić o sobie jako uczestniczce większej zbiorowości, a przecież całkiem niedawno p. minister otwierała Warszawski Festiwal Filmowy i napomknęła, że jako studentka stała w długiej kolejce po karnet festiwalowy. W sumie więc zrównanie siebie do poziomu zwykłego odbiorcy sztuki i kultury wysokiej można uznać za zabieg właściwy, a nawet ujmujący i na swój sposób chwytający za serce.
Nagrody rozdano, laureaci wystąpili, choreografii wspólnego zdjęcia na zakończenie konkursu nie będę komentować, bo wszyscy zobaczyli na własne oczy, kto z kim unikał sąsiedztwa. Mam jednak nieodparte wrażenie, oparte na lekturze wspomnień niezapomnianego Antoniego Słonimskiego, że przed wojną by to jednak trochę inaczej wyglądało.
Cisza na korytarzu była wręcz niewiarygodna. Po tym całym zamieszaniu, załatwianiu formalności, pakowaniu i mozolnym układaniu w torbie tego wszystkiego, co do niedawna stanowiło cały świat Piotra, Ola nagle stanęła. Stała się niewidzialna, zlewająca się z kolorem ścian. Nikt już do niej nie podchodził, o nic nie pytał, nie proponował pomocy. Była już tylko częścią szpitalnej statystyki, z którą połączyła ją śmierć Piotra.
Ołów w nogach był potwornie ciężki. A ona musiała już wstać i wreszcie stąd wyjść. Siedziała na szpitalnej ławeczce, która dawała jej teraz jedyne oparcie, namiastkę poczucia łączności z otaczającym światem. Spróbowała wstać i szybko ponownie usiadła. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest słaba: nie jadła od dwóch dni, była niewyspana, ogłupiała od tysiąca pytań i rubryk, które musiała wypełniać, kiedy oni ładowali ciało Piotra, jak kłąb brudnej bielizny, do wielkiego worka.
W kieszeni płaszcza wyczuła smartfon. Przeciągnęła palcem po ekranie i chwilę wpatrywała się w listę kontaktów, usilnie próbując znaleźć numer do korporacji taxi. Kiedy odezwała się dyspozytorka, Ola miała w gardle tak wielką gulę, że nie była w stanie wymówić słowa. Ktoś nagle podszedł, delikatnie wyjął jej aparat z ręki i wprawnie zamówił taksówkę, dokładnie tłumacząc, gdzie ma podjechać. Ola jak przez mgłę kojarzyła tego młodego stażystę, który w ostatniej chwili przyprowadził księdza. Chłopak bez słowa oddał jej telefon, mocno chwycił torbę, ujął Olę pod ramię i skierował ją do wyjścia. Wyszli przed szpital i razem poczekali na taksówkę. Stażysta usadził Olę w samochodzie, zapakował torbę do bagażnika i podał adres (skąd on to wiedział?). Ola nie wydusiła z siebie nawet słowa „dziękuję”, ale jej wzrok wyraził wszystko. Chłopak na pożegnanie uścisnął jej rękę i szepnął:
– Będzie dobrze. Jeszcze tylko trochę wysiłku i będzie dobrze… Niech się pani wyśpi. Do widzenia. – Zatrzasnął drzwi, a po chwili zniknął za mijanym przez taksówkę zakrętem.
Ola nawet nie czuła, że płacze. Wszystko działo się poza nią.
Po powrocie do mieszkania Ola od razu weszła do łazienki i spojrzała na półkę pod lustrem. Z pojemnika wyciągnęła Piotra szczoteczkę do zębów i chwilę przyglądała się jej z namysłem. A potem szybkim, zdecydowanym ruchem wyrzuciła ją do śmietnika. Trzask spadającej klapy pojemnika bezpowrotnie zamknął jakiś etap.
Kobieta skierowała się do sypialni, a tam, w mokrym od topniejącego śniegu płaszczu i ubłoconych butach, położyła się łóżka. Podkurczyła nogi i niedbale przykryła się kołdrą. Zapadła się w ciemną, duszną i przeraźliwie ciasną studnię.
Powoli rozpakowywała torbę z rzeczami Piotra, którą wczoraj rzuciła w kąt. Mdlący zapach śmierci błyskawicznie wypełnił pokój. Piżama, ręczniki, przybory toaletowe, które stały się bezużyteczne już na kilka dni przed odejściem Piotra. Myła go tylko wilgotną myjką, bardzo starając się, aby jego udręczone ciało nie czuło nawet dotyku. Leżał na wpół świadomy, dosłownie na minuty odzyskując przytomność, ale chyba nawet wtedy nie wiedział, co się dookoła niego dzieje.
Przejrzała zawartość kosmetyczki: obrączka i zegarek, zawinięte w chusteczkę; jej zdjęcie – to z ostatnich wczasów – jeszcze z długimi włosami. Przypomniała sobie, jak bardzo Piotr rozpaczał na widok jej krótkiej fryzurki. Nawet nie chciała mu tłumaczyć, że długie włosy będą tylko złodziejem cennego czasu i dlatego należy się ich pozbyć. Mycie, suszenie i czesanie zajmowało jej dziesięć minut zamiast dotychczasowej pół godziny. Stwierdziła tylko, że w jej wieku raczej to niepotrzebny balast, a poza tym krótkie uczesanie odmładza. Piotr skrzywił się wtedy, dając do zrozumienia, że tłumaczenie jest denne i schował sobie to zdjęcie. Ola doskonale pamiętała okoliczności jego zrobienia: potwornie wiało, włosy właziły jej w usta, oczy, wręcz irytująco dławiły. Dopiero po jakimś czasie stwierdziła, że wygląda jak modelka podczas sesji w plenerze. A Piotr uznał, że to „tamta”, długowłosa Ola jest „jego” Olą i do końca nie kupował bajki o wygodzie i wieku.
Chwilę obracała w palcach obrączkę i zastanawiała się, co z nią począć. Nosić dwie na palcu lewej dłoni, schować, sprzedać? A może nałożyć ją Piotrowi? A jeżeli palce nie dadzą się rozchylić i w kaplicy rozlegnie się trzask łamania zlodowaciałego ciała? Tuż przed śmiercią dłonie Piotra tak puchły, że dosłownie w ostatniej chwili udało się zdjąć obrączkę. Potem nikt nie myślał o tym, żeby coś z nią zrobić i tak tkwiła w szufladzie szpitalnej szafki. Ola nałożyła krążek na swój palec i uśmiechnęła się do siebie: za duży o co najmniej trzy rozmiary, spadłby przy pierwszej okazji. Zdjęła więc z szyi łańcuszek i na nim zawiesiła obrączkę. Jedno z głowy.
Zegarek był prawie nowy, markowy. Nawet bardzo markowy. Piotr kupował tylko rzeczy w najwyższym gatunku i używał ich latami na dowód, że to była dobra inwestycja. Ten zegarek kupił sobie za jakąś premię i zapłacił ponad dwa tysiące. Ola myślała, że padnie, gdy usłyszała cenę, ale wiedziała, że w tej kwestii dla Piotra nie ma dyskusji. Była zła, gdy zabrał go ze sobą do szpitala, ale on się uparł, że przynajmniej nie będzie musiał doładowywać telefonu albo pytać kogoś o godzinę. I co teraz zrobić z tą inwestycją, skoro to inwestor okazał się towarem wybrakowanym? Pomyślała o wszystkich mężczyznach w najbliższym otoczeniu, ale żaden w jej opinii nie był wart takiego upominku. Odnalazła pudełko, w które zegarek był zapakowany w sklepie i umieściła go tam ponownie. Pudełko wylądowało w szufladzie z jej biżuterią. Niech poczeka, zawsze może się coś wydarzyć.
Na samym dnie torby leżała książka. Podczas wizyt w szpitalu czytała ją na głos, bo Piotr nie był w stanie utrzymać jej w dłoniach, a poza tym głos Oli go odprężał i podczas tego czytania na chwilę zapominał o bólu. Ola chciała ją odłożyć, ale wtedy zauważyła, że pomiędzy stronami coś jest. Rozchyliła kartki i zobaczyła list. Swój list do Piotra, gdy dowiedzieli się o jego chorobie. Jakieś komunały o dozgonnej miłości, zaufaniu i wierze w wygraną z chorobą. Co za brednie! Ta choroba nikogo nie oddaje życiu – przyczaja się tylko, usypia czujność i powraca z całą wściekłością, gdy nikt się nie spodziewa. Widziała to tyle razy, że mogłaby być ekspertem.
– Dzień dobry. Mówi Łukasz Wysocki. – Ola usłyszała w słuchawce nieznany głos. A ponieważ nic nie odpowiedziała, głos uzupełnił: – Jestem stażystą na paliatywnej. Pamięta mnie pani? Odprowadziłem panią do taksówki…
– Tak, pamiętam, pamiętam, dzień dobry! – ocknęła się Ola – Coś się stało?
– Nie… Po prostu dzwonię, żeby się upewnić, czy wszystko okej.
„Dziwny jakiś – pomyślała Ola. – Tak sam z siebie dzwoni, żeby się upewnić, czy wszystko okej…”
– Jeżeli takie stwierdzenie w tych okolicznościach jest adekwatne, to… jest okej – skłamała.
– Nie chciałbym przeszkadzać… Jakby pani czegoś potrzebowała, to mój numer się pani wyświetlił, kontakt będzie. – A ponieważ Ola nic nie mówiła, szybko się pożegnał: – Do widzenia!
– Halo! – niemal krzyknęła Ola – Proszę się nie wyłączać. Panie… – zawahała się przez chwilę.
– …Łukaszu – przypomniał.
– Panie Łukaszu… Chciałam podziękować za to, co już pan dla mnie zrobił. Ten ksiądz, taksówka, wie pan, ciężko mi było zebrać myśli i…
– Nie ma o czym mówić – przerwał. – Proszę odpoczywać, jest pani wykończona.
– Panie Łukaszu, mógłby pan… – Nabrała powietrza. – Mógłby pan do mnie przyjechać?
– Teraz?
– No… kiedy pan będzie mógł, dla mnie bez różnicy.
– Za cztery godziny schodzę z dyżuru, to przyjadę. Adres znam.
– Dziękuję. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia!
Przechodząc do sypialni, zawadziła o poręcz bieżni. Piotr starał się utrzymywać dobrą formę. Ola parsknęła histerycznym śmiechem. I po co? Po co to wszystko?! Doskonała kondycja nie uchroniła go przed białaczką, przed bólem, przed tym całym koszmarem. Potem już tylko ona biegała. Po powrocie ze szpitala wchodziła na bieżnię i niemal do nieprzytomności dobijała się, gnając jak w amoku. Uciekała od strachu, od tego, co przyniesie jutro, od obrazu Piotra umierającego na raty. Pomyślała, że musiała wyglądać groteskowo – tak drepcząc w martwym punkcie, płacząc i klnąc. Musi sprzedać to w cholerę: grzmot zawalał pół i tak niedużej sypialni.
Rozejrzała się po salonie i stwierdziła, że nie będzie się nakręcać i na chwilę zrobi sobie przerwę w tym rozgrzebywaniu wspomnień. Gorąca kąpiel i kieliszek wina wydawały się jedyną drogą do choćby minimalnego odprężenia. Włączyła telewizor (niech coś gada w tym pustym domu) i poszła do łazienki przygotować sobie kąpiel. Kiedy wanna wypełniała się wodą, Ola nalała sobie wina i podeszła do okna. Pijąc alkohol małymi łyczkami, mimowolnie odtworzyła ostatnie chwile z Piotrem. Oczy wypełniły się łzami, ale się ucieszyła, że teraz ten płacz już czuje, że wypływa z niej, oczyszczając to, co zdawało się przykryte absurdalnym poczuciem konieczności trzymania fasonu: oto ja, mocna i przygotowana, choć całą przepełnia paniczny strach.
Ola, po kąpieli owinięta ręcznikiem, podeszła do szafy i chwilę zastanawiała się, co nałożyć. Wiedziona jakimś dziwnym impulsem, otworzyła część z rzeczami Piotra i wyciągnęła jego ulubioną bluzę. Rękawy były kolosalnie długie, ale to nic. Podwinęła je parę razy i z przyjemnością poczuła, jak miękka tkanina dotyka jej nagiego ciała. Nałożyła bieliznę, skarpetki, dresy. Ręcznik leżał tam, gdzie upadł, a Ola objęła się za ramiona i poczłapała do sypialni. Położyła się na łóżku i przykryła kocem. Zmęczenie znów dało znać o sobie i szybko zasnęła.
Obudziło ją bardzo głośne pukanie do drzwi. Przez chwilę zastanawiała się, gdzie jest i co to za hałas, który przybierał na sile. Otoczenie pokoju wbiło ją w lekki popłoch, bo w niczym nie przypominało wnętrza szpitalnej sali, do widoku której była przyzwyczajona. Chwilę leżała z błędnym wzrokiem, ale ponieważ ten ktoś za drzwiami nie odpuszczał – wstała z wysiłkiem i przecierając spuchnięte powieki, niemal po omacku dotarła do przedpokoju i otworzyła drzwi. Zobaczyła wystraszoną twarz Łukasza.
– Przepraszam… – usprawiedliwiła się Ola. – Chyba przysnęłam…
Łukasz omiótł ją wzrokiem i w lot pojął stan jej ducha: olbrzymia bluza z pozawijanymi rękawami, przekrwione oczy były dostatecznym przejawem stanu jej ducha. Jedno było pewne – nie zamierzała się zabić, tak jak wcześniej podejrzewał. Niepotrzebnie tak łomotał, nadgorliwy kretyn.
– Nie szkodzi, dzwonek ma chyba pani zepsuty – powiedział lekko. – Mogę wejść?
– Proszę, proszę wejść! – oprzytomniała Ola. – Napije się pan czegoś?
– Może wody, jeśli to nie sprawi kłopotu.
Wprowadziła gościa do pokoju i nagle zawstydziła się tego bałaganu, którego nie zdążyła uprzątnąć. Chłopak musiał dostrzec rozrzucone rzeczy Piotra, mokry, skołtuniony ręcznik, kieliszek z niedopitym winem, które dopełniły obrazu.
– Trochę lżej? – zapytał cicho.
– Nic a nic – odparła zgodnie z prawdą. – Pójdę po wodę.
Ola wróciła z kuchni ze szklanką wody i podała ją gościowi. Przez chwilę chciała choć odrobinę ogarnąć ten bajzel, ale potem stwierdziła, że nie ma na to ani siły, ani ochoty. Zresztą, co go to obchodzi, to w końcu jej dom. Zrzuciła część rzeczy z krzesła wprost na podłogę.
– Proszę usiąść. Chciałam z panem o czymś porozmawiać.
– Tak? – Łukasz ostrożnie usiadł na brzeżku krzesła i spojrzał na nią z uwagą.
– W szpitalu słyszałam, że działa pan w jakimś stowarzyszeniu… fundacji, nie wiem dokładnie…
– To fundacja. Wspieramy rodziny po stracie bliskich, taka doraźna pomoc.
– Wie pan, tak naprawdę, to ja nie potrzebuję pomocy…
Próbował jej przerwać, ale niecierpliwie machnęła ręką i odpuścił.
– Dom jest wypełniony przedmiotami męża: ubrania, buty, wszystko w naprawdę dobrym gatunku. Jest też parę rzeczy, z których korzystał w pracy. Muszę to komuś oddać, a nie bardzo wiem, komu. Może umówimy się, że pan się tym zajmie? To mi znacznie ułatwi sprawę.
– Już pani podjęła decyzję? Szanuję to, ale może potrzebuje pani jeszcze trochę czasu?
– Nie. To postanowione. – Zacięty wyraz twarzy Oli jednoznacznie zamknął dalszą dyskusję.
Łukasz powoli sączył wodę, zastanawiając się, co powinien powiedzieć. Nauczony doświadczeniem, rzucił tylko:
– W takim razie proszę to spakować albo, jeżeli nie ma pani na to siły, tylko przygotować do spakowania. Podjedziemy z kumplami za kilka dni i wszystko zabierzemy.
– Jutro.
– Ale…
– Jutro albo wcale. – Ola poczuła, że wpada w dziwny dygot, choć nie było jej wcale zimno. Nie chciała patrzeć na to wszystko, co łączyło ją z Piotrem, a teraz stanowiło zaledwie żałosne świadectwo jego dotychczasowego istnienia. Piotr jeszcze wtedy, gdy dobrze się czuł, zniszczył wszystko, z czym mogłaby mieć problem po jego śmierci: dokumenty, certyfikaty, rachunki i wszelkie szpargały zawalające kilka szuflad w biurku. Raz zastała go na czyszczeniu laptopa. Zostało tylko to, co można spakować i wynieść. On też nie uważał, że w przechowywaniu przedmiotów jest jakiś głębszy sens i bez żalu je usuwał. I dobrze, ona ma tęsknić za Piotrem, a nie za górą nieprzydatnych śmieci.
Łukasz wstał i żegnając się, obiecał, że zadzwoni nazajutrz rano i dogadają godzinę odbioru przygotowanych rzeczy. Olę nagle coś tknęło i zniknęła w sypialni. Z szufladki wyciągnęła pudełko z zegarkiem i wróciła do gościa.
– To dla pana – powiedziała z jakąś dziwną lekkością, podając pudełko.
Zaintrygowany Łukasz sprawdził jego zawartość. Dostrzegł markę i spojrzał na Olę z zaskoczeniem.
– Proszę pani, przecież to jest… – Nie był w stanie się wysłowić. – Przecież to… Ja nie mogę… Nie powinienem…
– Proszę mi wierzyć, wiem najlepiej, co to jest – Ola uspokoiła jego rozterki. – I niech pan już idzie… Jestem naprawdę zmęczona.
Po wyjściu Łukasza nalała sobie kolejny kieliszek wina i sącząc je, rozejrzała się po pokoju. Czeka ją dużo pracy, ale noc jest długa, a ona nie musi już nigdzie iść, nigdzie się spieszyć.
Podeszła do rzeczy przyniesionych ze szpitala. Powoli spakowała wszystko z powrotem do torby i wystawiła ją na korytarz. Przy nadarzającej się okazji wyniesie ją na śmietnik.
I żadnych łez.
Ostatni rzut oka na swoje odbicie w lustrze i był gotów do wyjścia. Robert wiedział, że dobry wygląd to gwarancja sukcesu. Grafitowy garnitur leżał idealnie, do tego jasnobłękitna koszula i krawat w ciekawym odcieniu stalowej szarości. Gładko ogolony i pachnący wodą kolońską z naprawdę wysokiej półki stanowił obraz mężczyzny doskonałego. No, może prawie…
Sprawdził, czy ma przy sobie kluczyki i dokumenty samochodu, po czym wyszedł z domu. Fura była świeżo wypucowana, a tańczące na lakierze promienie słońca wręcz oślepiały. O tak, taki wóz zawsze robi wrażenie. Oczywiście nie pojadą na przejażdżkę, ale pozornie niedbały rzut oka z okna może mieć spore znaczenie. Zerknął do upchniętej w portfelu karteczki i jeszcze raz sprawdził adres, odetchnął kilka razy i włączył silnik. Już nie było odwrotu.
Znalezienie jakiegokolwiek numeru na osiedlu graniczyło z cudem. Po dłuższej chwili zaparkował pod właściwym blokiem i z lekkim ociąganiem wysiadł. Z rezygnacją spojrzał w górę, powoli podszedł do wejścia i cierpliwie czekał, aż ktokolwiek będzie wchodził lub wychodził, bo naciskanie dzwonka domofonu w tej sytuacji byłoby mocno nierozsądne. Po kilku minutach z budynku wychodziła jakaś starsza pani, a on szarmancko przytrzymał jej drzwi. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ułatwiając mu wejście. Z każdym pokonywanym schodkiem czuł coraz większe ciśnienie, które niemal rozsadzało mu głowę. Stres powoli zaciskał się na jego gardle, utrudniając i tak już płytki oddech.
Kiedy stanął pod właściwymi drzwiami, jeszcze się wahał… ale ostatecznie nacisnął dzwonek i z napięciem nasłuchiwał dźwięków z wnętrza. Kroki, gmeranie przy zamku, klamka opadła i w uchylonych drzwiach wreszcie go zobaczył… Facet był mniej więcej w jego wieku, podobnego wzrostu, ale trochę tęższy; w domowych, powyciąganych ciuchach, z kilkudniowym zarostem i lekko zmierzwionymi włosami wyglądał… dokładnie tak, jak powinien: żałośnie. Robert poczuł się pewniej, uśmiechnął się i lekko powiedział:
– Dzień dobry! Nazywam się Zieliński. Możemy chwilę porozmawiać?
– Zieliński? Robert? Pan jest…
– Tak. Jestem – uciął, nie ścierając z twarzy uśmiechu, który wyraźnie się poszerzył na widok zaskoczonej miny tamtego. – Wpuści mnie pan?
– Tak… Proszę, niech pan wejdzie… – Gospodarz odsunął się od drzwi i wskazał drogę.
– A pan, zdaje się, to?… – Robert zawiesił głos.
– Rafał Dobiecki – głos tamtego wyraźnie drżał.
– Powiedziałbym, że mi miło pana poznać, ale obaj doskonale wiemy, że nie byłoby to prawdą. – Robert wciąż się uśmiechał, ale oczy wyglądały już dużo chłodniej.
Weszli do pokoju i stali chwilę niezdecydowani, zanim Rafał z niejakim wysiłkiem zaproponował kawę. Kawa? Okej! Niech pogadają przy kawie… Zresztą, czy to nie wszystko jedno?
Gdy gospodarz był zajęty w maleńkiej kuchni, Robert rozejrzał się po czystym, skromnie urządzonym mieszkaniu: klitka, na oko trzydzieści metrów, stary telewizor, równie leciwy, ale markowy sprzęt audio i mnóstwo, mnóstwo książek. I płyt. Tych z naprawdę dobrą muzyką. Czyli facet na poziomie…
Gdy na stole stanęła pachnąca kawa, Rafał usiadł naprzeciwko Roberta i spojrzał na niego badawczo.
– Wizytę zawdzięczam czemuś konkretnemu? – zapytał.
Był już spokojny, najwyraźniej ta chwila w kuchni była mu potrzebna.
Wydawało się, że Robert jest bez reszty pochłonięty słodzeniem i mieszaniem kawy w mikrej filiżance. Po chwili podniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Cóż… Raczej tak, zawdzięcza pan. Mam tu… – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął smartfona. – Mam tu dla pana taką małą listę… jakby to powiedzieć? Wstępnych kosztów.
– Kosztów? Nie rozumiem…
– Hmm… A czego dokładnie pan nie rozumie, drogi panie Rafale? Biorąc pod uwagę całość sprawy, to chyba ja powinienem powiedzieć, że czegoś nie rozumiem. Ale ja rozumiem, bardzo dobrze rozumiem i właśnie z tego wynika nasze spotkanie.
Otworzył odpowiednią aplikację i wyświetlił listę wydatków, które od dłuższego czasu – jak stwierdził, patrząc na Rafała z obojętnością – ponosił sam, a teraz postanowił, że czas skończyć z wyłącznością.
– Wie pan, ona jest bardzo zadbana… Musimy obaj to przyznać… A takie coś kosztuje i to konkretnie! Potraktujmy to jak spotkanie biznesowe: chcemy korzystać z zysków, musimy obaj inwestować!
– Pan żartuje?… – Gospodarz zbladł.
– Nie, dlaczego tak pan pomyślał? – Robert rozpiął marynarkę i rozsiadł się wygodniej – Jesteśmy dorośli i nie ma sensu robić niepotrzebnego zamieszania. Ustalimy parę kwestii i rozejdziemy się w przyjaźni jak dobrzy… wspólnicy? – Mówiąc to, zaśmiał się z trudem.
Rafał kręcił się niespokojnie, uciekając wzrokiem. Robert czuł, jak wraca mu pewność siebie. Spokojnie wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Pytająco uniósł brwi, a gdy uzyskał zgodę Rafała, nonszalancko zapalił. Wciągnął dym głęboko i z satysfakcją przyglądał się zdenerwowanemu do granic rozmówcy.
– Wie pan – wrócił do przerwanego wątku. – Nie chciałbym, aby potraktował mnie pan jak konkurenta w tym… nazwijmy to… biznesie. Mam wrażenie, że korzyści wystarczy dla nas obu, ale nie chcę być postrzegany wyłącznie jako sponsor strategiczny. Tak było, owszem, ale obawiam się, że pański – nomen omen – wkład musi mieć jednak znamiona wymiernego aportu do spółki. Nadąża pan za tym branżowym żargonem? – zapytał przyjaźnie.
– To jakaś horrendalna bzdura! Jak pan śmie tu przychodzić i… – Rafał wyraźnie chciał się rozkręcić, ale Robert przerwał mu planowaną tyradę.
– Jak ja śmiem? Pan raczy żartować, drogi Rafale! – Zieliński z uwagą zdjął z marynarki niewidoczny pyłek, strząsnął z papierosa popiół i spojrzał na tamtego. – To nie jest kwestia śmiałości! Raczej konieczności dopilnowania, żeby moje aktywa nie przeszły w ręce obcego kapitału.
Widząc ogłupienie w oczach Rafała, dodał ciepło:
– Pan, zdaje się, jest humanistą? Literatura, wiersze, teatr, intelektualne dyskusje do świtu, te sprawy? W porządku, porozmawiamy inaczej. Płaci pan rachunki, prawda? Co miesiąc: czynsz, prąd, kablówka… Ma pan kablówkę? – zatroszczył się niespodziewanie. Rafał patrzył na niego tępo i milczał. – Czyli ma pan. Ale musi pan płacić za te przyjemności, bo inaczej pana ich pozbawią. A tu mamy podobną sytuację: korzystanie z pewnych przyjemności jest warunkowane ich terminowym opłaceniem. I pojawiam się ja, jako główny sponsor de facto także pańskich przyjemności i to niezależnie od tego, czy sobie tego życzę, czy wręcz przeciwnie… – Znów zaciągnął się dymem. Przymknął oczy i powoli wypuścił go nozdrzami. – Uznałem, że powinniśmy to uregulować. No, może nie na piśmie, ale jakąś umową dżentelmeńską dałoby radę.
Rafał wstał gwałtownie i wskazał ręką drzwi.
– Wynoś się, bydlaku! Wynocha, ale już!
– Siadaj! – warknął Robert. – Jeszcze, kurwa, nie skończyłem! – Poczuł, że niepotrzebnie go poniosło i z całych sił opanował wzburzenie. Sięgnął ponownie po aparat i zaczął wyliczać: – Wynajem pomieszczeń w domu podczas moich służbowych wyjazdów, catering i alkohol podczas waszych spotkań, celowo pomijam kwestie drobnych upominków, które w międzyczasie pan uzyskał za swoje… powiedzmy… usługi.
Wstał i już chodząc, wyliczał dalej:
– Moje aktywa są na bieżąco modernizowane i poddawane cyklicznym procesom wpływającym na ich atrakcyjność: karnet na basen, wyjazdy do spa, wizyty u kosmetyczki i masażysty. Do tego co miesiąc wydawane środki na garderobę i buty. Nie zapominajmy też o fryzjerze i manikiurzystce.
Rozejrzał się po niewielkim pokoju i już niemal pewien swojej pozycji zaatakował:
– Była tu kiedyś? Zaprosiłeś ją do tej nory? Dużo książek, płyt… Ale w dalszym ciągu to nora. Jak widzę, stanowi pan, panie Rafale, niekłamane wsparcie intelektualne i emocjonalne – zakpił. – I trzeba było na tym poprzestać. Uznałbym to za szkolenie, no, za inwestycję w rozwój. Ale na tym się nie skończyło i teraz trzeba ponieść koszty próby przejęcia mojej własności. A ty jesteś cholernym gołodupcem, którego moja żona traktuje jak pieska: udaje, że się opiekuje, kupuje smakołyki, nowe kubraczki i sadza na kanapie jak pieprzoną zabaweczkę. Bo tym jesteś dla niej: zabaweczką! Ale za chwilę twoja atrakcyjność mocno zblednie… Doskonale znam ten cykl: od fascynacji do znużenia. A potem poszukiwanie nowych podniet. To tylko nuda, nic ponadto…
Rafał milczał ze wzrokiem wbitym w dywan.
– Niech pan już idzie… – powiedział słabo.
– A nasza umowa? – drążył Robert.
– Niech pan się wynosi… No! Zabieraj się! – W Rafała wstąpiło życie. – Ty chamie! Ona cię nie kocha, nigdy ciebie nie kochała! Cholerny rogacz… Jesteś dla niej jak bankomat! Bezduszna, metalowa skrzynka z pieniędzmi! Może zamiast tłuc forsę, warto było zapytać, czego ona chce?
– Czyżby? A co ty masz jej do zaoferowania? – Robert z pogardą rozejrzał się po mieszkanku. Był wściekły, ale wciąż nad sobą panował. – No, co?
Ponieważ tamten się nie odezwał, Robert uśmiechnął się szeroko i zaproponował:
– Wiesz pan co, panie Rafał? Zadzwoń do niej i powiedz, że chcesz ze mną porozmawiać o was. Że postawisz sprawę jasno i zażądasz, żebym pozwolił jej odejść, bo przecież ona kocha tylko ciebie, prawda? No, to się zgodzi. Gwarantuję, że od razu się zgodzi. Teraz widzę, że to oczywiste… – Znów ostentacyjnie rozejrzał się wokół i odrobinę dłużej niż należało zatrzymał się wzrokiem na starych i wyblakłych zasłonach.
Cisza zdawała się trwać w nieskończoność. Rafał nawet nie wyciągnął ręki po telefon. Patrzyli na siebie i obaj doskonale wiedzieli, że jest już po wszystkim.
– Będę się zbierał. – Robert schował swój telefon, papierosy i zapalniczkę. Jednym haustem dopił zimną już kawę i odstawił filiżankę. Poprawił krawat, zapiął marynarkę. – Sprawę możemy uznać za zamkniętą?
Ponieważ nie usłyszał żadnej odpowiedzi, przytaknął sam sobie.
– Czyli sprawa zamknięta. Wolałbym, abyś to ty definitywnie zakończył ten wasz… hmm… romans…
Podszedł do drzwi i rzucił na odchodne:
– Magda to wspaniała, ale wymagająca kobieta. Wymagająca i roszczeniowa. Twoja bieda i tak by was zabiła.
Wyszedł i starannie zamknął za sobą drzwi. Minął część korytarza i dopiero za jakimś załomem oparł się o ścianę – musiał chwilę odpocząć. Był wykończony. Musiał tak postąpić, musiał skłamać, po prostu musiał! Ale teraz wszystko się zmieni, wszystko… On się zmieni! Przecież bez niej nie umiałby nawet oddychać…
Aldona Reich – autorka opowiadań i dwunastu powieści. Filolog języka polskiego, członkini Związku Literatów Polskich. Pracuje jako redaktor i korektor w oficynie wydawniczej Uniwersytetu Zielonogórskiego, współpracuje przy tworzeniu periodyku Zielonogórskiego Oddziału ZLP „Pasje Literackie”. Szuka inspiracji w codzienności, wśród otaczających ją ludzi, w literaturze i filmie. Stara się, aby każdą z jej powieści oprzeć na problemie społecznym i wokół niego budować fabułę.
Zamieszczony powyżej utwór jest fragmentem opowiadania Wspólnota, które właśnie ukazało się drukiem w antologii Piszę sam(a), w moim mieście. Więcej o tym opowiadaniu i o całym wydawnictwie – w dziale Recenzje, na s. 117–120 .
Podpisanie planu pokojowego Donalda Trumpa dla Strefy Gazy otwiera nowy rozdział nie tylko w relacjach izraelsko-palestyńskich, lecz także w układzie sił na całym Bliskim Wschodzie. Porozumienie, które formalnie oznacza zawieszenie broni, jest zarazem symptomem nowej architektury bezpieczeństwa oraz przeobrażenia regionalnych sojuszy, budowanych dziś wokół dwóch osi: USA–Izrael i Turcja–Katar. Potwierdza to erozję znaczenia tradycyjnych potęg arabskich oraz przynajmniej częściową marginalizację Iranu, którego nieobecność w procesie ma charakter tyleż widoczny, co niejednoznaczny. Nowy układ sił ujawnia, że o stabilności regionu coraz częściej decydują pragmatyzm, elastyczność i doraźna zbieżność interesów. Nadal jednak nie daje to jasnej odpowiedzi na pytanie o trwałość pokoju ani o przyszłość sprawy palestyńskiej.
Ostatecznie deklaracjom stało się zadość i plan pokojowy prezydenta Donalda Trumpa dla Strefy Gazy został podpisany, co jego inicjator skwitował we właściwym sobie stylu: „Trzeba było trzech tysięcy lat, by dotrzeć do tego punktu”[1] – a w domyśle: „to ja, Donald Trump, do tego punktu was doprowadziłem”. Można ubolewać, czyjej obecności w Szarm el-Szejk zabrakło, czyje nadzieje nadal pozostaną niespełnione, zastanawiać się, jakimi ambicjami inicjatywa ta jest napędzana. Można też pytać, jak długo przetrwa świeżo osiągnięty rozejm. Temu ostatniemu pytaniu, zwłaszcza, poświęca się najwięcej miejsca i czasu. W istocie to zagadnienia o znaczeniu fundamentalnym, ale też, niestety, o wielce nieuchwytnej, wręcz delfickiej naturze. Spójrzmy jednak na to co – choć majaczy tylko w tle – jest już dostrzegalne, a mianowicie na procesy, które do porozumienia doprowadziły, a także na nowy ład, który właśnie wyłania się na naszych oczach na Bliskim Wschodzie. To on określi perspektywy rozwoju całego regionu na kolejne lata.
Zawieszenie broni między Izraelem a Hamasem – bo trudno się łudzić, że jest to trwały pokój – zostało przyjęte z ulgą zapewne przez niemal wszystkich. Oznacza kres przemocy i rzezi mieszkańców Strefy Gazy oraz koszmaru rodzin i bliskich zakładników. To właśnie stanowi – jakkolwiek można się zrzymać na osobowość autora planu i kruchość przyjętych rozwiązań – o sukcesie Donalda Trumpa. Symptomatyczne są tu dwie kwestie: po pierwsze, rozejm ma charakter transakcyjny, narzucony przez styl uprawiania polityki przez amerykańskiego przywódcę; po drugie, jest on symptomem głębszych zmian w układzie sił na całym Bliskim Wschodzie.
Istotę zmian odzwierciedla skład uczestników i pośredników w negocjacjach: Egipt, Turcja, Izrael, Katar, USA oraz Hamas. Obecność Ankary i Dohy u boku Waszyngtonu i Tel Awiwu wskazuje na nową konfigurację sił, w której dotychczasowe powiązania tracą znaczenie na rzecz elastycznych i pragmatycznych aktorów. W praktyce nowy ład polityczny będzie najpewniej opierał się na dwóch osiach – sojuszu USA–Izrael oraz tandemie Turcja–Katar. Na tym tle szczególnie wyraźnie widać osłabienie dawnych potęg arabskich. Z trójki dominujących niegdyś w regionie państw – Egiptu, Syrii i Iraku – jedynie Egipt zachowuje pewne znaczenie, głównie z racji kontroli granicy z Gazą i roli w zarządzaniu przejściem w Rafah przy przepływie pomocy humanitarnej. Jest to de facto funkcja bardziej technicznego pośrednika, choć nadal ważnego to jednak wykonawcy cudzych decyzji, a nie autonomicznego uczestnika gry.
Katar, choć niewielki terytorialnie i ludnościowo, a gospodarczo plasujący się w połowie rankingu członków GCC – z czterokrotnie mniejszym PKB od Arabii Saudyjskiej – zdołał w stosunkowo krótkim czasie umocnić swoją pozycję dzięki niezwykle realistycznie prowadzonej polityce zagranicznej i skutecznej dyplomacji, która potrafiła zapewnić dobre relacje zarówno z USA, jak i z Izraelem, ale też z Iranem i radykałami z Hamasu. Na naszych oczach miejsce ideowych wzorców panarabizmu, idei zjednoczeniowych i pomysłów na arabską wersję socjalizmu, jakie wcześniej promowała wspomniana silna trójka, zajmuje zatokowa przemyślność w biznesie, sprawne zarządzanie ogromnymi pieniędzmi i technologiczna modernizacja.
Turcja, kraj na drugim krańcu tej osi, od kilku lat prowadzi konsekwentną politykę wzmacniania swojej pozycji na Bliskim Wschodzie. W Syrii krok po kroku utrwala swoją strefę wpływów, skutecznie przy tym rozgrywając złożony problem kurdyjski. W odniesieniu do konfliktu izraelsko-palestyńskiego Ankara prezentuje otwarty sprzeciw wobec działań Tel Awiwu, budując w ten sposób polityczny kapitał w świecie arabskim i muzułmańskim. W relacjach z NATO i USA Turcja podkreśla własną autonomię strategiczną, czego symbolem są zakupy uzbrojenia spoza sojuszu, stając się dla Zachodu partnerem trudnym, ale niezbędnym. Towarzyszy temu dynamiczny wzrost nakładów na armię, która ma być nie tylko narzędziem obrony, lecz także projekcji siły niezależnego gracza w regionie. Połączenie tureckiego potencjału militarnego i politycznego z kapitałem dyplomatycznym oraz siłą finansową Kataru stanowi o nowej jakości tego układu, co dla Izraela staje się nawet powodem do niepokoju.[2] Oba państwa odgrywają rolę aktywnych mediatorów i uczestników regionalnej dyplomacji, co przesuwa centrum ciężkości w stronę elastycznych sojuszy finansowo-politycznych zamiast tradycyjnych bloków państwowych.
Druga oś w regionalnym rozkładzie sił – USA–Izrael – jest od lat niezmiennie oczywista, niemniej warto odnotować nowe niuanse. Ostatnie miesiące sprzyjały rozważaniom nie tylko o rosnącej symbiozie obu krajów, ale i spekulacjom, kto w tandemie Trump–Netanjahu ma więcej do powiedzenia i kto z kim musi (lub nie musi) się liczyć. Sprzyjało temu bezkrytyczne wsparcie Waszyngtonu dla działań Izraela, którego kulminacją było przyłączenie się lotnictwa USA do izraelskiego uderzenia na irańskie instalacje nuklearne w czerwcu 2025 roku. A stało się to – warto przypomnieć – w trakcie kolejnej rundy negocjacji nuklearnych z Iranem, których Waszyngton był stroną. Izraelski atak na liderów Hamasu przebywających w Dosze wywołał szok nie tylko w Katarze, bliskim sojuszniku USA; po raz kolejny sprowokował też domysły na temat istoty i charakteru relacji izraelsko-amerykańskich.
Kolejne wydarzenia pokazały jednak, że głównym rozgrywającym w tym duecie jest Donald Trump. To właśnie pod jego naciskiem i w jego obecności premier Netanjahu przeprosił w rozmowie telefonicznej emira Kataru za izraelski nalot i zapewnił, że nic podobnego się w przyszłości nie wydarzy. Co więcej, pośród meandrów izraelskiej polityki wewnętrznej – a przypomnijmy, że Netanjahu cieszy się poparciem netto ledwie jednocyfrowym – to Donald Trump dysponuje większym kapitałem zaufania politycznego w samym Izraelu niż jego premier. Bezprecedensowo pokazały to telawiwska ulica podczas przemówienia wysłannika prezydenta Trumpa, Steve’a Witkoffa, reagując okrzykami sympatii i oklaskami na wzmiankę o amerykańskim prezydencie oraz buczeniem, gdy wymieniono nazwisko izraelskiego szefa rządu. Donald Trump potrafił tę przewagę wykorzystać, by przekonać Benjamina Netanjahu do akceptacji rozejmu z Hamasem. Nie zawahał się przy tym wywrzeć presji i uciec się do manipulacji, przedstawiając ogólnikową zgodę Hamasu jako pełną akceptację. Tym samym zalegitymizował Hamas jako stronę negocjacji. Postawiło to Netanjahu w sytuacji, z której nie mógł się wycofać bez utraty twarzy, również za sprawą zdesperowanych rodzin izraelskich zakładników.
Nie znaczy to jednak, że Izrael coś traci w wyniku amerykańskich nacisków – wręcz przeciwnie. W ciągu kilku miesięcy Izrael zyskał bezprzykładną przewagę polityczną i militarną nad wszystkimi państwami i graczami w regionie. Żadne istotne rozwiązanie na Bliskim Wschodzie nie może zostać wprowadzone bez jego zgody. Stało się tak za sprawą znaczących sukcesów w zwalczaniu zewnętrznych wrogów i działań zbrojnych w Gazie, Libanie i Syrii, a także uderzenia na Iran. Za tym stoi również wsparcie USA, obejmujące wymianę danych wywiadowczych, koordynację działań oraz dostawy broni, w tym systemów obrony przeciwrakietowej THAAD. Nawet porażka w ataku na cele w katarskiej stolicy – ewidentna militarnie i wizerunkowo – osobliwie wzmocniła pozycję Tel Awiwu. Wysiłki Kataru i Arabii Saudyjskiej, próbujących w pośpiechu dostosować swoje strategie do przejawów izraelskiej siły, potwierdzają ten stan rzeczy. Zwołany z katarskiej inicjatywy szczyt państw arabskich i muzułmańskich miał doprowadzić do znalezienia antidotum na bezkarność (czyli faktyczną hegemonię) Izraela po wstrząsie, jakim był atak na cele w Dosze. Tak się jednak nie stało, a katarskie władze zdecydowały się, nolens volens, ponowić zabiegi o gwarancje bezpieczeństwa w Waszyngtonie. Rijad ze swej strony ogłosił zawarcie paktu obronnego z Pakistanem – państwem dysponującym bronią jądrową – który natychmiast zapowiedział, że żadna z opcji obrony nowego sojusznika nie może być wykluczona.
Obie wyżej opisane osie krzyżują się obecnie w Gazie a Hamas – piąty uczestnik negocjacji – symbolicznie znalazł się dokładnie w miejscu ich przecięcia. W istocie cały proces negocjacyjny dotyczy kwestii palestyńskiej wyłącznie poprzez Hamas – jedynego aktora pozapaństwowego w tej konfiguracji – co generalnie oznacza, że interesy państw kotwiczących bieguny obu osi ogniskują na problemie, jakim jest hamasowski ekstremizm, a już niekoniecznie na losach palestyńskiej państwowości.
W nowej konfiguracji sił nie widać też Iranu, który od czasów rewolucji uchodzi w oczach Izraela i USA za głównego adwersarza, a przez arabskie państwa Zatoki postrzegany jest co najmniej jako kontestator politycznego porządku w regionie, a okresowo – jako źródło zagrożeń dla tegoż porządku. Jest to jednak nieobecność połowiczna czy wręcz pozorna. Trudno sobie wyobrazić, by irańska obecność była pożądana lub akceptowalna przez niektórych uczestników rozmów, ale równie trudno przypuszczać, by Irańczycy zabiegali o uczestnictwo w negocjacjach, wiedząc, z kim musieliby wymieniać uściski dłoni. Iran nie znika jednak z tej układanki – będzie działał, równolegle, gdy uzna to za konieczne, na własnych warunkach, broniąc swoich interesów, w tym bezpieczeństwa, tak jak sam je definiuje.
Czerwcowe bombardowania osłabiły Iran wobec izraelsko-amerykańskiej osi, ale przy tym, z drugiej strony, skonsolidowały społeczeństwo irańskie pod hasłami patriotycznymi, mimo narastających problemów wewnętrznych, w szczególności gospodarczych. Wzbudziły ponadto poczucie międzynarodowej solidarności – nie tylko regionalnej, choć ta była najbardziej widoczna. Arabskie monarchie Zatoki, tradycyjnie co najmniej krytyczne wobec Iranu, jednoznacznie potępiły izraelskie i amerykańskie ataki. Stabilność regionu, obawa przed eskalacją konfliktu i konsternacja wywołana jawnym naruszeniem prawa międzynarodowego okazały się ważniejsze niż dotychczasowe animozje. Atak w Dosze tylko pogłębił te odczucia. Niezgoda na poczynania Izraela i USA na Bliskim Wschodzie przestaje zatem być wyłącznie domeną irańskiej polityki zagranicznej, co pośrednio oznacza wzmocnienie narracji Teheranu, a przynajmniej większą dla niej przychylność – nie tylko w najbliższym sąsiedztwie.
Spójrzmy teraz na perspektywy, jakie omówione przemodelowanie sił tworzy tu i teraz. Mimo izraelskiej dominacji militarne zwycięstwa Izraela nie rozstrzygnęły głównych problemów politycznych. Kwestia palestyńska pozostaje nierozwiązana, Hamas również nie znikł i zapewne nie zniknie, a Iran – choć osłabiony – nie zrezygnuje z prawa głosu i wpływów w regionie. Brak precyzyjnego planu demilitaryzacji Gazy stwarza ryzyko wznowienia konfliktu. Hegemonia Izraela jest dziś bezsporna, lecz opiera się wyłącznie na sile militarnej, a taki stan nie musi trwać wiecznie. Przełożenie tej przewagi na trwały wymiar strategiczny wymaga politycznego zaplecza i regionalnego konsensusu.
Pomimo przemocy i radykalizmu, jedynym długofalowo realistycznym rozwiązaniem pozostaje wciąż koncepcja dwóch państw – być może jeszcze trudniejsza do zrealizowania dzisiaj niż dwie czy trzy dekady temu. Okno możliwości dla powstania państwa palestyńskiego jest obecnie otwarte, ale pod warunkiem zmiany polityki w samym Izraelu oraz – niemal na pewno – większego nacisku państw arabskich oraz zachodnich. Brak precyzyjnych zasad demilitaryzacji Gazy oraz dyskusyjna dla Izraela kwestia zwolnienia więźniów palestyńskich to największe rafy na drodze ku czemuś większemu niż tylko zawieszenie broni. Pomysł wprowadzenia do Gazy arabskich sił stabilizacyjnych, pozornie doskonały, może prowadzić do napięć z IDF i powrotu do działań zbrojnych – w zwielokrotnionej odsłonie.
Owszem, transakcyjne podejście prezydenta Trumpa doprowadziło do zawarcia rozejmu, jednak trwały pokój wymaga wizji wykraczającej poza doraźne kalkulacje. Plan, mimo technicznych ułomności, zadziałał zaskakująco dobrze, ale nadal pozostaje moralnie i politycznie kontrowersyjny. Izrael niezmiennie dąży do maksymalnego podporządkowania Palestyńczyków, a rozdygotane wojną społeczeństwo izraelskie popiera ekspansję i politykę kolonizacji na Zachodnim Brzegu. Sukces polityczny, by zaistniał trwale, wymaga nie tylko autorytetu i presji, lecz również moralnego porządku, odbudowy zaufania i współpracy z sąsiadami.
© Juliusz Gojło dla Res Humana
[1] https://www.bbc.com/news/articles/c709jxxrrvlo
[2] https://www.israelhayom.com/2025/07/17/turkey-qatar-alliance-seen-as-growing-threat-to-israel
oraz
Spośród licznych wzmożeń, jakimi żyje się na Wiejskiej i w okolicach, to jakoś przeszło szybko i zostało zamknięte w jednym piątkowym dniu; może dlatego, że okazało się solidnie wypracowanym historycznym kompromisem? Na marginesie – jak objaśniła mnie pewna posłanka z Polski 2050 – „najlepszy kompromis” jest zawierany wyłącznie wtedy, kiedy przyjmuje się jej słuszne argumenty, rezygnując ze swoich, czyli z gruntu niesłusznych. Jest to tzw. wykładnia aktywistyczna; aktywista jak wiadomo wie lepiej i z definicji nie uznaje innych racji, a tym bardziej nie poszukuje ich pośrodku. Czym więc jest w takim razie uzgodnienie w ramach koalicji związków partnerskich, skoro nawet tak oczywistą sprawę jak ucieranie i zawieranie kompromisu, można zinterpretować zupełnie na opak i chlipać z rozpaczy i złości w obliczu jego zawarcia? Otóż szybko pojawiły się interpretacje, że jest bardziej zdradą, hańbą i „zaprzeczeniem oczywistej oczywistości”- żeby przytoczyć tylko najsłabsze z usłyszanych.
Przyglądając się konferencji prasowej liderów Lewicy i PSL w tej sprawie, można było odnieść wrażenie, że górę wziął zdrowy i mądry pragmatyzm, wyrażony chęcią załatwienia istotnych spraw, które nurtują sporą część ludzi. Zgoda, dla jednych zapewne będzie to niepowetowana strata zajmowanych dotąd pozycji ideowych, wręcz zdrada nie do wybaczenia, ale dla innych podejście jedynie możliwe – bez dodatkowych emocji czy ideologicznych uzasadnień. Trzeba bowiem sporej odwagi, aby firmować projekt, który z elektoracie PSL nie miał i zapewne nie ma wielkich szans. A jednak tak się stało, nie bez udziału tej części ludowców, której bliżej raczej do tradycji wolnościowego Wyzwolenia aniżeli konserwatywnego Piasta, czy choćby do światłej postawy prof. Mikołaja Kozakiewicza, który w przełomowych latach 80-tych i 90-tych ub. wieku firmował politykę otwartości na grupy mniejszościowe i zrozumienia dla potrzeb ludzi w sferze relacji i uczuć. Po stronie PSL byłoby to więc odwołanie do pewnej pięknej tradycji, może niezbyt przez prezesa Władysława Kosiniaka- Kamysza silnie wyrażonego, ale jednak obecnej i ważnej. I naprawdę znakomicie się stało, że współczesną tego dorobku wyrazicielką stała się pos. Urszula Pasławska, która jak już za coś się weźmie, to dokończy. Gdyby w polityce polskiej więcej takich osób!
Mamy więc nowy projekt rządowy (który musi jeszcze przejść całą drogę legislacyjną) w sprawie statusu osoby najbliższej i umowie o wspólnym pożyciu, umożliwiający osobom pozostającym w związku zawieranie umowy przed notariuszem. Nie jest to neomałżeństwo ani nawet alternatywa dla małżeństwa – choć niemiłe pomruki z Krakowskiego Przedmieścia ostrzegły, że prezydent Nawrocki będzie bronić rodziny, tak jak ją opisuje Konstytucja. Nie wiem, czy jest to akurat złe i zaraz godne potępienia: przynajmniej wiadomo, na czym zasadza się uczestnictwo prezydenta Nawrockiego w tym całym procesie. Ciekawe, jaką przybierze ono formę, skoro liderzy w piątek sugerowali, że ludzie prezydenta wezmą udział w dalszym kształtowaniu tego projektu. Zapewne będzie to najbardziej widoczne przy Wiejskiej, ale nie jest wykluczone, że już wcześniej.
Projekt ustawy reguluje kwestie stosunków majątkowych, wzajemnej opieki i prawa do mieszkania, możliwości wzajemnych alimentów i dostępu do informacji medycznej a przede wszystkim nie zastępuje ani tym bardziej nie likwiduje instytucji małżeństwa. Samo zawarcie umowy notarialnej nie będzie miało wpływu na zmianę stanu cywilnego, choć jeden z prawicowych posłów zapytał mnie tu po konferencji, czy formalnie będąc małżonkiem, można będzie zawrzeć umowę notarialną z drugą osobą, np. tej samej płci? Myślę, że zagadnienie „umożliwienia i zalegalizowania bigamii”, będzie z tej strony sceny politycznej argumentem podgrzewanym na różne sposoby, choć nowy (i wcześniejszy) projekt to wyklucza. Bo mamy także projekt wiszący od wielu miesięcy na stronach rządowego procesu legislacyjnego autorstwa minister Kotuli, ale nie został on poddany głosowaniu na posiedzeniu rządu, oraz parę poselskich. I z tym wianem przyjdzie się mierzyć koalicji i nowemu marszałkowi Sejmu, wybranemu po dymisji marszałka Hołowni.
Jeśli będzie to Włodzimierz Czarzasty, to być może zechce uczynić z tej ustawy (i sprawy) sztandar swojego marszałkowania, co dla lidera Lewicy jest wielką pokusą, a dla koalicji testem na spoistość. Rzecz idzie o to, żeby po drodze nie rozsypać zawartego kompromisu, choć wielką ochotę mają na to PiS i Konfederacja, co zupełnie zrozumiałe, ale także dyżurni szaleńcy z lewej, a nawet liberalnej strony. Obawiam się, że to oni mogą zacząć nadawać ton debacie, atakując z mozołem uzgodniony projekt, który na dziś jest jedyny możliwy, ale dla nich nie do przyjęcia. Zupełnie w myśl przytoczonej tu tzw. aktywistycznej teorii kompromisu, z założenia niezakładającej uznania innych racji. A przecież na końcu jest prezydent Nawrocki, któremu ręka nie powinna przy tej ustawie zadrżeć. I to naprawdę jest koronkowa praca, której wykonania będzie musiał podjąć się marszałek Czarzasty. Moją radą dla niego byłoby oddanie projektu najpierw w ręce najlepszych specjalistów prawa konstytucyjnego, z różnych opcji, aby legalizmowi stało się zadość. I tonowanie nastrojów wojowniczych, gdziekolwiek by się one pojawiały, a już przecież mieliśmy tego odsłonę, bo nieledwie pół godziny po zakończeniu konferencji prasowej straszliwie cięty na PSL pos. Janusz Kowalski z PiS, w debacie plenarnej o… akcyzie, zarzucił ludowcom brak troski o rolników i nadmierne zainteresowanie związkami partnerskimi.
Zdzisław Słowik (1932-2025) był dla polskiego ruchu laickiego postacią o ogromnym znaczeniu i wielkich zasługach. Nad wyraz skromny, nigdy nie wysuwał swojej osoby na pierwsze miejsce, ale też nigdy nie usuwał się na bok, gdy trzeba było podejmować trudne zadania. Od wczesnej młodości był człowiekiem lewicy i tej obranej przed laty drogi nigdy nie porzucił. Wierność przekonaniom przy oczywistym braku wszelkiego fanatyzmu czyniły Jego rodzaj ideowego zaangażowania szczególnie cennym i godnym podkreślenia. Był z wykształcenia socjologiem, a z zawodu redaktorem. Redaktorem był nadzwyczajnym: starannym i kompetentnym, potrafiącym nadawać przygotowywanym tekstom nie tylko świetną formę, ale także klarowną myśl przewodnią. Moja z Nim znajomość zaczęła się przed kilkudziesięciu laty właśnie jako z redaktorem, którego cenną pomoc bardzo sobie ceniłem. Gdy na początku lat osiemdziesiątych stał się moim współpracownikiem w instytucie badawczym PZPR, zawiązała się między nami więź trwałej przyjaźni.
Po zmianie ustroju Zdzisław znalazł dla siebie pole społecznej aktywności. Nadał autentycznie społeczny charakter Towarzystwu Kultury Świeckiej, założył pismo „Res Humana” i był jego redaktorem naczelnym przez ponad trzydzieści lat, służył bezcenną pomocą kolejnym prezesom. Wspominam ten okres mojej z Nim współpracy z ogromną wdzięcznością i uznaniem dla Jego wkładu w to, jak ukształtował się polski ruch laicki – wolny od sekciarstwa, a zarazem konsekwentny w dążeniu do tego, by szerzyć wartości kultury świeckiej i walczyć o to, by demokratyczne państwo pozostawało neutralne w sprawach wiary i światopoglądu.
Ludzie odchodzą, a pozostaje pamięć o tym, jaki użytek zrobili ze swego życia. Pamiętać będziemy Zdzisława Słowika z uczuciem szacunku i wdzięczności za wszystko, czym nas obdarzył.
Cześć Jego pamięci.
Wspomnienie ukaże się również w numerze 6/2025 „Res Humana”, listopad-grudzień 2025 r.
Gdyby nie XIX Konkurs Chopinowski, trudno byłoby dziś w Warszawie znaleźć jakiś optymistyczny punkt odniesienia, a na pewno nie na Wiejskiej. Im bardziej rozgrywa się fortepianowy wyścig w Filharmonii Narodowej, tym więcej krąży hiobowych wieści z Izby.
Marszałek Hołownia poczuł się światowcem i zapragnął przenieść do Genewy – by stamtąd wspomagać uchodźców i na dobre osierocić dzieło swojego życia pn. Polska 2050. Ogłoszono nawet konkurs na spadkobiercę tej masy upadłościowej i wyścig trwa. Na złość temu to zupełnie inny Konkurs skupia uwagę świata – mimo iż dojazd czy nawet dojście piechotą do Filharmonii zostały nieco zablokowane jakże niezbędnymi Warszawie tej jesieni robotami drogowymi. Mówi się półgębkiem, że na gwałt zleconymi przez prezydenta Trzaskowskiego jako zemsta za czerwcową przegraną, na którą przecież nie zasługiwał, jako poliglota, przystojniak i warszawski inteligent w kolejnym pokoleniu.
Sytuację mamy więc zapętloną i tylko Chińczycy trzymają się mocno: wystarczy otworzyć telewizor na TVP Kultura i przekonać się na własne oczy. Już nawet inne kraje, z pozoru europejskie, wystawiły de facto reprezentację chińską i wychodzi na to, że nasz Chopin po prostu podbił Państwo Środka od środka, kadrowo i muzycznie. Z czego należy być dumnym i na każdym kroku podkreślać: eksport muzyki i osoby Chopina się znakomicie powiódł, może dlatego że nie było specjalnych zabiegów? Ponoć nad Jangcy mają już 40 mln czynnych pianistów, to jest ciut więcej niż liczebność całego naszego wielkiego narodu rozwałkowanego po całym świecie, z prezydentem Nawrockim, marszałkiem Hołownią i prezydentem Trzaskowskim na czele.
Tylko trochę głupio, że stolica Polski wita świat muzyczny rozkopanymi ulicami i bałaganem torowiskowym, z którego wyłania się zawężona do granic możliwości Marszałkowska. Roboty drogowe w kwadracie FN i okolicach zostały zresztą chwilowo wstrzymane – żeby nie przeszkadzać Konkursowi hałasem – co z prawdziwym triumfem ogłosił jeden z ważnych urzędników ratusza (zatykając tym samym stolicę na amen). Czyli tradycyjnie udało nam się choć częściowo załatwić problem, który sami stworzyliśmy. Dlatego może TVP Kultura jest jedyną opcją, generalnie nie zbliżajmy się pochopnie do Filharmonii, żeby nie wpaść w wykopki albo nie stanąć w wiecznym korku na skrzyżowaniu Marszałkowskiej ze Świętokrzyską.
Jest jeszcze drugi konkurs, nieco tylko pod względem ego skromniejszy, kto weźmie po Szymonie Hołowni masę spadkową, nadal szumnie nazywającą się Polska 2050. Rozpytując tu i owdzie o szanse marszałka na Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych dowiedziałem się, że są raczej znikome, nie tylko ze względu na zły moment, aby się zgłosić. Także deficyty samej kandydatury nie są bez znaczenia, choć MSZ obiecało, że lojalnie i do końca będzie wspierał marszałka w jego staraniach, a sam zainteresowany rozmawia o sobie, gdzie i z kim tylko może. Cóż, jak to ministerialne wspieranie ma wyglądać, nie wyjaśniono, ale wzmogły się w kręgach partyjnych Polski 2050 spekulacje, że jakby Konkurs Chopinowski wygrał Chińczyk, to pewno marszałek mógłby liczyć stamtąd na poparcie swej kandydatury. Aż tak jak niektórzy posłowie na polityce międzynarodowej się nie wyznaję, ale na zdrowy chłopski rozum bardzo wątpię, aby wycieńczone przesłuchaniami dostojne jury Konkursu przewidywało to w swoich muzycznych werdyktach… Tym bardziej, że ostatnio faworytami stało się dwoje Japończyków, a kto wie co jeszcze przyniosą przesłuchania?
Realistycznie rzecz ujmując, marszałek zadokuje raczej na Wiejskiej lub w okolicach, pytanie: solo czy zespołowo? No bo jednak trudno dziś wyobrazić sobie marszałka jako zupełnie szeregowego posła, podległego decyzjom np. posła Petru, obecnego faworyta w wyborach na przewodniczącego. A może Polski 2050 już nie będzie, co samo w sobie byłoby signum temporis… Może ludzie tego ugrupowania rozejdą się do różnych innych miejsc, gwarantujących jako taką stabilność, oczywiście prócz koalicji, której Polska 2050 jest niezbędnym składnikiem? Innymi słowy być obecnie w skórze posła Polski 2050 nie jest łatwo, skoro sam ojciec ugrupowania się go wypiera, a członkowie rodziny rozglądają się pilnie na boki i marzą o jakimś spokojnym schronie do końca kadencji. Bo i sam pos. Petru nie jest tym typem lidera, który w przeszłości podnosił poprzeczkę, a czasami niestety wręcz odwrotnie.
Jego przeciwieństwem jest minister Pełczyńska-Nałęcz, na samo imię której skóra wręcz cierpnie. Nie wiedzieć czemu nielubiana, choć jadąc z nią w jednej windzie w Sejmie nie odczułem nadmiernej pychy ani złych fluidów. Minister miło się uśmiechała i nawet zapytała „które piętro”- co dobrze, mimo czarnego PR, o niej świadczy. Mimo to powszechnie uważana za heterę i w dodatku złośliwą przeciwniczkę premiera, chociaż nie dla ogłady i powodzenia idzie się do polityki, ale by coś konkretnego zdziałać. Tu nadal jest nadzieja na nową jakość, niechże będąc wicepremierem to, nawet na złość Tuskowi, pokaże i przy okazji uratuje koalicję.
Co na innym zupełnie szczeblu udało się pos. Petru, przewodniczącemu sejmowej komisji deregulacyjnej, która pcha swój legislacyjny wózek do przodu, choć nie bez zadyszki. Jeśli przyszłe szefowanie upadłemu ugrupowaniu miałoby coś w tej mierze zmienić, to byłaby to zmiana na gorsze, bo co by o Petru nie mówić, to do deregulacji jest przekonany i pracuje w pocie czoła. No bo gdyby Polskę 2050 definitywnie złożyć do grobu, to naprawdę szkody by było paru postaci i mam tu na myśli np. wiceministra cyfryzacji Michała Gramatykę, którego determinacja pcha wielu ustaw telekomunikacyjnych do przodu, w nieustannym dialogu z rynkiem. Co może stanowić wzór metra z Sèvres porządnych prac nad projektami (prekonsultacje!), mimo że niektórym przysparza to kilometrowej brody- w postaci niekończących się konsultacji społecznych, opiniowania i stanowisk. No cóż, materia jaka przypadła Gramatyce łatwa nie jest, ale źle byłoby stracić takiego urzędnika tylko dlatego, że Polskę 2050 zrzucił z koalicyjnego kursu jej lider.
Donald Trump po raz kolejny staje w centrum bliskowschodniej sceny politycznej, tym razem jako autor planu pokojowego dla Gazy. Zwolennicy amerykańskiego prezydenta natychmiast okrzyknęli dokument mianem „śmiałego”, choć dla tych, którzy poniosą jego największe konsekwencje – czyli dla mieszkańców Gazy – śmiałość prezydenta USA nie budzi pozytywnych konotacji. Ale oni akurat mają tu, niestety, najmniej do powiedzenia. Co ciekawe jednak, plan ten nie wzbudził entuzjazmu Benjamina Netanjahu, który – choć go przyjął – zrobił to nie bez pewnych oporów, o czym jeszcze będzie wspomniane. Natomiast z perspektywy Hamasu pomysł ten to czysta groźba pod płaszczykiem kompromisu. Natomiast dla obserwatorów z zewnątrz plan ten rodzi fundamentalne pytanie: czy jest to krok ku pokojowi, czy kolejna odsłona chimerycznej natury amerykańskiego przywódcy i nowa forma narzucenia woli najsilniejszego gracza w zasadzie wszystkim zaangażowanym?
U podstaw koncepcji Trumpa leży ultimatum: jeśli Hamas złoży broń i – co chyba istotniejsze – zrezygnuje z ambicji politycznych, czyli władzy, otrzyma możliwość opuszczenia Gazy oraz jakąś formę amnestii. Jeśli natomiast odmówi – jak jasno podkreśla Trump – Izrael może liczyć na pełne wsparcie USA, aby „dokończyć robotę”. Nie są to zatem negocjacje, lecz dyktat, w którym Hamas ma do wyboru albo kapitulację, albo unicestwienie, przy czym – z perspektywy liderów tego ugrupowania – pierwsze nie wyklucza drugiego. W kontekście „kwestii palestyńskiej” (jakkolwiek by ją definiować) takie „porozumienie” całkowicie pomija istnienie Autonomii Palestyńskiej, utrwalając podział między Zachodnim Brzegiem a Gazą. Dla Netanjahu jest to rozwiązanie wygodne właśnie dlatego, że zabójcze dla idei palestyńskiej jedności, a jeśli budzi w nim jakiś opór, to raczej dotyczy to skali ultymatywności niż meritum sprawy.
Nie można jednak zredukować tego planu wyłącznie do cynicznej gry politycznej. Jakkolwiek inspirowany osobistymi ambicjami Trumpa – marzeniem o Nagrodzie Nobla i zapisaniu się w historii jako „Donald Trump the Peacemaker” – oraz politycznym osłabieniem Netanjahu, naciskanego przez USA (czego spektakularnym wyrazem były przeprosiny za atak w Katarze), ma on także wymiar realny. Jeżeli doprowadzi do natychmiastowego zawieszenia broni, uwolnienia zakładników, wymiany więźniów i otwarcia korytarzy humanitarnych, nawet najbardziej sceptyczni komentatorzy muszą przyznać, że dla mieszkańców Gazy oznaczałoby to chwilę wytchnienia. Dostęp do żywności, leków, wody i energii elektrycznej można uznać za istotniejszy niż motywacje polityczne architektów układu.
Kluczowym warunkiem planu jest całkowita demilitaryzacja Hamasu. Uderza to jednak w samą istotę ruchu, budowaną na idei oporu i męczeństwa, ze śmiercią włącznie. Oczekiwanie, że bojownicy złożą broń – główny atrybut tej tożsamości – wydaje się raczej pobożnym życzeniem niż realnym scenariuszem. Podziemne struktury są właśnie dlatego podziemne, że mają przetrwać najgorsze i następnie znów wyrosnąć w kolejnych odnogach, niechby na ruinach Gazy i samego Hamasu. Tym samym ryzyko wznowienia przemocy i przelewu krwi jest ogromne.
Projekt zakłada utworzenie międzynarodowej administracji – „Rady Pokoju” kierowanej osobiście przez Trumpa – która miałaby zarządzać pomocą, odbudową i codziennym funkcjonowaniem Gazy. Inspiracje sięgają planów Tony’ego Blaira oraz doświadczeń Jareda Kushnera w promowaniu tzw. Porozumień Abrahamowych. Tyle że Palestyńczycy raz jeszcze zostają sprowadzeni do roli „psa w żłobie”, który „do żłobu prawa nie ma, nawet jeśli leżał w nim bardzo długo” – jak swego czasu stwierdził Winston Churchill. [1] Autonomia Palestyńska pełniłaby rolę marginalną, a lokalni technokraci – często skompromitowani – funkcję podwykonawców. Trudno tu mówić o realnej suwerenności; w praktyce byłaby to kolejna forma zewnętrznej kurateli, nie krok ku samostanowieniu.
Wątpliwości mnożą się dalej. Plan nie przewiduje wycofania izraelskich sił z Gazy ani zakończenia kontroli przestrzeni powietrznej i morskiej. Brakuje odniesień do portu, lotniska czy bezpiecznego korytarza transportowego. A już zupełnie nie ma mowy o perspektywie państwowości, prawie do samostanowienia ani o mechanizmach odpowiedzialności za łamanie praw człowieka. Innymi słowy izraelska obecność – czy wprost: okupacja – trwałaby nadal, tyle że w nowej, zinstytucjonalizowanej formie. Problem nie zostaje więc rozwiązany, lecz zamrożony, jeśli nie wręcz zabetonowany.
Alternatyw brak, dlatego mimo wszystko spróbujmy wysilić się na odrobinę optymizmu. Rola społeczności międzynarodowej pozostaje kluczowa. To od państw arabskich – przede wszystkim Kataru, Egiptu, Jordanii ale też Arabii Saudyjskiej – zależy skuteczność mechanizmów nadzoru i odbudowy oraz – last but not least – gwarancji bezpieczeństwa dla Gazańczyków, a z tym może być najtrudniej. Albowiem jak tu stać się gwarantem ochrony cywilów a jeszcze demilitaryzacji zdesperowanych i zaprawionych w bojach hamasowców bez bezpośredniej obecności, być może nawet militarnej, na miejscu? To one zdecydują, czy plan będzie kolejną próbą „zarządzania konfliktem”, czy realnym krokiem ku zmianie. A przy tym nadal to Izrael pozostaje wielkim zwrotnicowym i w praktyce może blokować przechodzenie do kolejnych etapów planu.
Plan Trumpa dla Gazy to konstrukcja pełna sprzeczności. Łączy teatralne ambicje polityczne z szansą na chwilową choćby ulgę dla udręczonej ludności. Może zatrzymać głód i bombardowania. Nie odpowiada jednak na fundamentalne pytania o prawa, sprawiedliwość i państwowość Palestyńczyków. Jest zatem najprawdopodobniej pauzą w tragedii – choć nawet tego mieszkańcy Gazy jednak desperacko potrzebują. Jeśli nie zostanie przekształcony w skuteczne rozwiązanie polityczne, stanie się kolejnym aktem trwającego od dekad dramatu.
1] https://winstonchurchill.hillsdale.edu/race-racism/
Tytułowe pytanie chcę postawić tak, by było ono zachętą do ewentualnej odpowiedzi na nie, formułowanej z wnętrza kultury intelektualnej wytworzonej przez nauki humanistyczne. Sam jednak przyjmuję perspektywę znacznie węższą i w pewnym sensie marginalną wewnątrz tej kultury. To perspektywa filozofii, o której każdy dojrzały humanista może sądzić, że jest albo anachroniczna, albo nazbyt ogólnikowa, albo niekonkluzywna, albo jeszcze po prostu nienaukowa. Tak lokując swoje myślenie o humanistyce w XXI wieku, muszę już na wstępie przyznać, że moje sugestie w tym zakresie są z konieczności z jednej strony kontrnaukowe, a z drugiej pasożytują na dorobku nauk humanistycznych. Rozumiem przez to sytuację, która notorycznie określa pozycję filozofii względem nauk: że mianowicie wykracza ona poza ich granice, a z drugiej strony uznaje ich fakt za wyzwanie dla własnej tradycji, własnych problematyzacji, nie licząc się przy tym z tym, co pierwszorzędnie interesuje badacza-humanistę. Sposobów tego wykraczania jest wiele, o czym przekonuje historia filozofii wieku XX. Zadając tytułowe pytanie, chciałbym zatem spekulatywnie wykroczyć poza pierwsze dwudziestolecie wieku XXI, opierając się na doświadczeniach z nim związanych, ale za pomocą środków dobrze ugruntowanych w wieku XX. A w związku z tym ze świadomością ograniczeń narzucanych przez te środki myśleniu nakierowanemu na przyszłość.
Nauki humanistyczne
Wbrew temu, czego można by się spodziewać, a więc wbrew monumentalnej wręcz tradycji zainteresowania kultury Zachodu sprawami ludzkimi, idea nauk humanistycznych zdaje się być wynikiem motywów, potrzeb i praktyk, których nie musimy szukać w czasach zbyt odległych, dziś nam już zupełnie obcych, zamkniętych w historycznym wyobcowaniu swej specyfiki. Choć więc łatwo przyznajemy, że kultura samopoznania jest swoistym i bardzo już wiekowym tworem wewnątrz tradycji Zachodu, to zarazem z pewnym zdziwieniem konstatujemy późne pojawienie się faktu nauk humanistycznych. Rzeczywiście, choć podłoże, na którym wyrosły, kształtowało się bardzo długo, bo już od czasów starożytnych, to powstały one w specyficznej, nowożytnej i nowoczesnej konfiguracji kulturowej.
Przede wszystkim zatem nauki humanistyczne trzeba pojmować jako produkt stosunkowo niedawnych przemian wewnątrz zachodniej kultury samopoznania, zmian będących wyrazem nowożytnych, a zwłaszcza nowoczesnych już potrzeb i oczekiwań nie tylko intelektualnych, przemian, które doprowadziły do powstania konstrukcji teoretycznej przedtem nieznanej, a mianowicie idei, by samowiedzy i samopoznaniu nadać ograniczenia i formę nauki. W kulturze samopoznania stała się więc rzecz niesłychana: powstał projekt intelektualny narzucenia wiedzy o człowieku rygorów, które bardzo długo wydawały się bądź zbędne, bądź niemożliwe do osiągnięcia w obszarze poznania humanistycznego.
Rozumiem przez to zarówno nowoczesne żądania wobec wartościowego poznania: wymogi uniwersalizmu poznania, jego racjonalności i obiektywności, ale też i potrzeby nowoczesnego państwa, w którym standardy kształcenia podporządkowano wymogom pochodnym względem potrzeb kształtowania mas ludzkich.
Ta pierwszorzędna właściwość nowoczesnego poznania humanistycznego – uwikłanie w nowożytną i nowoczesną problematykę dyscyplinarnie określonego poznania naukowego, uwikłanie ugruntowane w rozległym i niesłychanie zróżnicowanym podłożu przednowożytnych tradycji kultury samopoznania, a zarazem uwikłanie w potrzeby nowoczesnego państwa – stwarza wiele okazji do interpretacji wewnątrz tak złożonego układu historycznych odniesień.
Nauki humanistyczne nie są zatem po prostu naukami o człowieku, naukami, których przedmioty czekały na moment jasności umysłu i spostrzegawczość oka, dzięki którym samopoznanie ukazało się człowiekowi nowożytnemu jako nauka. Nauki humanistyczne są naukami, których dyscyplinarny charakter jest głęboko zakorzeniony w tych samych warstwach kultury, z których wyłaniają się ich przedmioty. Problemy, jakie nauki humanistyczne podejmują, są więc problemami ukształtowanymi przez czas, tak samo jak czas ukształtował ich przedmioty.
W perspektywie historii są więc one próbą konfrontacji owych historycznie ukształtowanych wzorców samopoznania z warunkami kulturowymi, w których wymóg samopoznania jest już wymogiem na nowo zdefiniowanym i intersubiektywnie podzielanym oraz sankcjonowanym w ramach instytucji uniwersytetu, znowu na nowo zdefiniowanego w tle historii XX wieku. Pragnienie, by nadać owej samowiedzy postać naukową jest jednak całkiem nowe w tradycji kultury Zachodu. To właśnie, ową specyficzną jedność motywu samowiedzy jako nauki i motywu wiedzy, jako uczestnika życia musimy uwzględnić, by naukom humanistycznym móc przydzielić miejsce we współczesnym porządku wiedzy.
Odkąd nauki humanistyczne istnieją nowocześnie, są przedmiotem kontrowersji filozoficznych także nowego typu. Ich status czysto poznawczy, ich miejsce w porządku wiedzy naukowej stają się kontrowersyjne w tle sporów o sens filozofii wyznaczony sporami, jakich myśl przednowoczesna nie znała. Pod koniec XX wieku kontrowersyjne stało się też ich miejsce w ładzie kultury świata zachodniego, której przemiany gwałtownie przyspieszyły pod koniec XX wieku. Dlatego chciałbym skierować uwagę czytelnika na dwa zagadnienia, którym, idąc za myślą Michela Foucaulta, nadam nazwę problematyzacji.
Problematyzacje nauk humanistycznych
Problematyzacje wyrażają problemy, z jakimi istoty ludzkie, w danym czasie i społeczeństwie, borykają się z własną podmiotowością. Są tym, co wyraża problematyczność w ich podmiotowym bycie. Dlaczego i jak ten czy inny fragment realiów kultury, ukształtował warunki, które czynią naszą podmiotowość dla nas samych czymś problematycznym? Co w środowisku kulturowym danego typu stało się problematyczne dla bycia podmiotem? W jaki sposób istoty ludzkie stają się dla siebie problemem z uwagi na relacje, które czynią z nich podmioty w historycznie określonej formie bytu społecznego? Co czyni problematyczną wiedzę, która pozwala odnosić się do siebie jako podmiotu? Jaka jest cena, którą ponosi człowiek, gdy – własnowolnie lub nie – przekształca wiedzę o sobie? Jaką rolę w procesie kształtowania problematyzacji odgrywa wiedza, w tym wiedza naukowa?
Oto pytania, które można uznać za różnokształtne formuły problematyzacji.
Przyjmuję, że problematyzacje nauk humanistycznych, jakie dają się dostrzec z perspektywy przełomu XX i XXI wieku, zasadniczo są dwie:
Pierwsza – to problematyzacja ich efektywności poznawczej. W skrócie można ją sformułować następująco: podmiot jako przedmiot poznania nauk humanistycznych umyka standardom, które nowocześnie narzuca się naukowemu jego poznaniu. To problematyzacja dobrze znana i wszechstronnie już komentowana. Wyrażają ją dobrze dwie koncepcje filozoficzne, jakie powstały w drugiej połowie XX wieku. To Hansa Georga Gadamera idea „doświadczenia hermeneutycznego” zawarta w jego Prawdzie i metodzie oraz radykalna krytyka nauk humanistycznych zawarta w Michela Foucaulta Słowach i rzeczach. Obydwie poprzedzone rozprawą Edmunda Husserla Kryzys nauk europejskich a transcendentalna fenomenologia. Dodać można, że idee pozostające w podobnym kręgu problematyzacji na gruncie polskim formułowali Florian Znaniecki i Stanisław Ossowski. Pierwszy domagał się uwzględniania w naukach o człowieku tego, co nazywał współczynnikiem humanistycznym, drugi wskazywał problemy epistemologiczne związane z tym, co nazywał osobliwościami nauk społecznych. Jak sądzę, w wieku XXI obszar problematyzacji, których stawką jest poznawczy dostęp nauk humanistycznych do podmiotowości, będzie się poszerzać i przemieszczać w stronę kontrowersji, w których dotychczas konstruowane pojęcia podmiotowości staną się bezużyteczne. Epistemologiczna kontrowersyjność nauk humanistycznych jest i wciąż będzie wzmacniana poznawczymi osiągnięciami nauk o poznaniu z jednej strony, a z drugiej wzmocnienie to już teraz ma źródło w specyficznych praktykach, których przedmiotem jest bycie sobą. Z jednej strony zatem możliwość rozszerzenia pola problematyzacji poznania humanistycznego dostrzegać można w zastosowaniu wcześniej nieznanych środków obiektywizowania podmiotowości. Środki te będą – jak można dzisiaj sądzić, ekstrapolując ich współczesne możliwości – efektywnie obiektywizować, czy też symulować, zarówno podmiot jako przeszkodę epistemologiczną, jak i jego samowiedzę. Chodzi, rzecz jasna, o sztuczną inteligencję (AI), której zastosowania mogą tworzyć funkcjonalne modele subiektywności bez odwoływania się do współczynnika humanistycznego i bez potrzeby omijania osobliwości nauk społecznych, tj. obliczeniowo racjonalizować poznanie humanistyczne i tak wyprowadzać poznanie humanistyczne poza skrupuły poznawcze żywe jeszcze w XX wieku. Hermeneutyczne zdolności AI są na razie nieznane. W efekcie pojawia się możliwość sformułowania idei podmiotowości sztucznej, wytworzonej ręką ludzką i umysłem człowieka. Włączenie artefaktu do sfery podmiotowości w sposób radykalny zmienia sens pojęcia podmiotowości – otwiera pole niczyje humanistyki.
Z drugiej strony pole tej problematyzacji poszerza się w obszarze styku nauk społecznych i nauk o poznaniu. Chodzi o uwzględnienie roli wiedzy jako aspektu efektu synergii władzy i wiedzy. Zgodnie z Foucaultowskim rozpoznaniem genealogii podmiotu nowoczesnego, problematyczność bycia podmiotem polega na tym, że jest on rezultatem oddziaływania na istoty ludzkie mechanizmów władzy całkiem nowego typu, władzy dyscyplinarnej. Kreuje ona środki samopoznania, za pomocą których z kolei istoty ludzkie identyfikują się w roli podmiotów, a zarazem stają się podatne na tę władzę. W ramach takiego rozpoznania człowiek dysponuje samowiedzą, o ile ta służy władzy dyscyplinarnej, nadzorującej całe populacje. Dziś widzimy już, jak w wieku XXI synergia tego rodzaju jest i będzie zapewne wzmacniana środkami sztucznej inteligencji. Wiedza wyrasta tu jako motor opresji czyniący wolność podmiotu czynnikiem nieważkim zarówno dla jego autonomii, jak i niwelujący znaczenie dla tej autonomii samopoznania.
Jeszcze innym sposobem poszerzania i przemieszczania się pola problematyzacji nauk humanistycznych jest – i chyba wciąż ten proces będzie narastać – posthumanizm.
Posthumanizm w odmianie krytycznej – taką postuluje Nayar – jest definiowany jako „filozoficzny i polityczny motyw [theme] w literaturze,
popkulturze i teorii”, który cechuje „radykalna decentralizacja tradycyjnego [pojęcia] suwerennego, spójnego i samodzielnego człowieka, w celu ukazania, w jaki sposób człowiek zawsze już ewoluuje razem z, konstytuuje i jest konstytuowany przez rozliczne formy życia oraz maszyn”. Zasadniczym czynnikiem sprawczym odmienionej reprezentacji człowieka są gwałtowne przemiany technologiczne, umożliwiające klonowanie, cyborgizację, transplantacje międzygatunkowe et cetera. Posthumanizm to zatem, z jednej strony, „kondycja ontologiczna” dzisiejszego człowieka, z drugiej – nowy sposób „ujmowania” go[1].
Posthumanizm zatem jest radykalnym przewartościowaniem miejsca człowieka w jego środowisku bytowania i próbą sformułowania zupełnie nowej perspektywy dla jego poznania. To otwarcie pola ekologii humanistycznej.
Drugie pole problematyzacji
Natomiast drugie pole problematyzacji, odmienne od tego, w którym przewartościowaniu ulega sposób rozumienia epistemologicznego sensu nauk humanistycznych, nazwałbym ponowoczesną problematyzacją instytucji wiedzotwórczych, w tym zwłaszcza uniwersytetu. Rozumiem przez to ponowoczesne kontrowersje związane z przemianami statusu kulturowego instytucji akademickich i z wpływem tych procesów na nauki humanistyczne.
Jest rzeczą godną uwagi historyczny fakt, iż bardzo szybki proces przyrastania ilości i form nauk humanistycznych, ich gwałtowne wtargnięcie w postaci dyscyplinarnej w porządek wiedzy naukowej, dokonuje się równolegle z powstaniem nowoczesnego uniwersytetu. Dodać do tego można, że zasadnicze idee dotyczące ról kulturowych uniwersytetu kształtowały się równolegle do procesu dyscyplinarnego wyodrębniania nauk humanistycznych. Poznawcze i kulturowe role nauk humanistycznych nie byłyby możliwe bez ich uczestnictwa w kształtowaniu nowoczesnego oblicza akademii. Mówiąc krótko, nie można sobie wyobrazić miejsca w kulturze nauk humanistycznych poza uniwersytetem. Ale też nowoczesny uniwersytet nie mógł zaistnieć bez tych nauk. A zatem procesy kulturowe i społeczne, które miejsce to przemieszczają, uszczuplają rolę uniwersytetu w ładzie kulturowym współczesności. Konsekwencje tych procesów mają swe znaczenie przede wszystkim dla nauk humanistycznych.
W jakich miejscach zatem procesu społecznego, w którym uczestniczymy, kulturowe role nauk humanistycznych są uszczuplane bądź po prostu zanikają?
Wskażę na dwa, jak myślę dobrze znane już dziś, choć wcale nie są dobrze znane ich konsekwencje – ponieważ należą do przyszłości.
Pierwszy proces to zmiana roli uniwersytetu jako ośrodka kształcenia humanistycznego w środowisku nowych, kulturowych ról wobec podmiotowości pełnionych głównie przez media elektroniczne. Rola szczególna tych nauk – formowanie tego, co się określa terminem wykształcenia – zmienia się radykalnie w miarę tego, jak przybywa medialnej swobody różnicowania ośrodków wytwarzania i rozpowszechniania wiedzy. Efekt końcowy tych przemian to spadek społecznie podzielanego prestiżu wiedzy profesjonalnej w zakresie, w jakim wiedza ta wydaje się użyteczna w obcowaniu z ponowoczesnym środowiskiem kulturowym.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że im więcej fachowej humanistycznej wiedzy trzeba o świecie ludzkich intermundiów, by w nim się orientować, tym łatwiej zastąpić wiedzę wartościową tą, która jest szybciej dostępna i satysfakcjonująca obiegowe przekonania. Dzika wiedza, a więc przekonania o świecie niemające żadnego związku z nauką szerzy się szybciej, jest łatwiej, szybciej dostępna i daje satysfakcję poznawczą w sposób nie wymagający specjalnego przygotowania i wysiłku. Teorie spiskowe, alternatywna medycyna i alternatywna astronomia odzwierciedlają ów proces społeczny inflacji wartości wiedzy. Lecz uszczerbku doznaje przede wszystkim humanistyka. Tu wszyscy są sami dla siebie historykami, filologami, psychologami, a dalej też socjologami i politologami; albo też w równym stopniu są niezainteresowani tym, co się z nimi dzieje w ich społecznym otoczeniu. Ignorancja uchodzi za cnotę wszędzie tam, gdzie konsens można osiągać łatwo w sprawach, o których można sądzić, że nie wymagają ani trudu poznawczego, ani odpowiedzialności za dobro wspólne. Dobro wspólne oddala się bowiem od nas tym bardziej, o ile dziś coraz trudniej brać można za nie odpowiedzialność w obliczu nieprzewidywalności przemian, które nastąpią jutro.
Drugi proces to przemiana ładu społeczności uczonych ukształtowanego jeszcze przez dwudziestowieczne wzorce bycia uczonym w korporacyjny ład uczelni. Najbardziej chyba przyczynia się do tego procesu rozerwanie – sankcjonowane regulacjami administracyjnymi – związku między wytwarzaniem wiedzy a jej przekazywaniem. W efekcie nauki humanistyczne nie mogą istnieć bez akademii, a z drugiej strony jej ponowoczesne już przemiany niszczą ich funkcje kulturowe. Socjologia wiedzy, jaką znaliśmy do tej pory, musi otworzyć całkiem nowe pole – pole ponowoczesnego instytucjonalnego statusu nauk humanistycznych.
Obydwa procesy zagrażają humanistyce już nie tylko w obszarze jej oddziaływania wewnątrzakademickiego, ale też poza ładem korporacyjnym. Ograniczają bowiem humanistykę w jej zdolności do kształcenia, czyli redukują jej zdolności do pomnażania kapitału kulturowego uczestników życia społecznego jako obywateli odpowiedzialnych za wspólnotę, do której należą. Kurczenie się i wewnętrzne podziały sfery publicznej tylko sprzyjają temu procesowi.
***
Czy zatem humanistyka przetrwa wiek XXI? I jakie warunki muszą być spełnione, by tak się stało? Jednoznacznej odpowiedzi nie może być dzisiaj. Jestem jednak przekonany, że jeśli przetrwa – to będzie zupełnie inna niż ta, którą znamy z wieku XX.
[1] Krzysztof Hoffmann, Posthumanizm według Pramoda K. Nayara, „Czas kultury” 3/2014, s. 154.
Artykuł ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Był czas, kiedy punkty skupu makulatury były w centrum Krakowa. Jeden z nich mijałem idąc do liceum. W ostatnich latach licealnych tam zaglądałem. Prowadzący był człowiekiem podczytującym i książki odkładał. Nie było ich wiele, głównie książki niemieckie drukowane szwabachą, dzieła Stalina, przekłady radzieckich socrealistycznych grafomanów i podniszczone książki dla dzieci. Trafiłem tam na album wierszy dla dzieci z litografiami Kazimierza Sichulskiego. Mam do dziś.
Po marcu 1968 pojawiało się wiele, pozostawionych przez emigrujących, judaików. Książki w języku polskim (przedwojenne przekłady Asza, Izraela Jehoszui Singera, Opatoszu, Segałowicza) zabrałem i przeczytałem. Książki w jidisz i po hebrajsku zabierał Henryk Halkowski, którego tam zaprowadziłem. Akta procesu komendanta obozu w Płaszowie Amona Goetha spostrzegłem pierwszy, więc mi przypadły. Henryk tak utyskiwał, że po przeczytaniu mu odstąpiłem.
Prawdziwym eldorado punkty skupu (zachodziłem do trzech: na Batorego, Radziwiłłowskiej i Miodowej) stały się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wtedy za cztery kilogramy makulatury wydawano rolkę niedostępnego na rynku papieru toaletowego. Na makulaturę trafiały roczniki czasopism, masowo wydawana w latach 50. klasyka. Desperacja miłośników higieny zdawała się nie mieć granic. Z tych czasów mam wielotomową historię literatury greckiej Tadeusza Sinki i kilka tomów dzieł Janusza Korczaka i Ludwika Krzywickiego.
Gdy wybuchł stan wojenny na makulaturę trafiły książki pisarzy, którzy poparli decyzję generała Wojciecha Jaruzelskiego (Auderskiej, Bratnego, Dobrowolskiego, Machejka, Przymanowskiego, Stanucha, Żukrowskiego ale, o dziwo, nigdy nie trafiłem na Sandauera). Higieniści znaleźli poręczny pretekst do wymiany książek na papier toaletowy. Niewiele na tym skorzystałem, ponieważ nie byli to moi autorzy. Do punktów skupu zachodziłem nadal, ale okazje znalezienia czegoś ciekawego zdarzały się wyjątkowo.
Zmieniło się to wraz z transformacją. Wtedy masowo wyzbywano się książek, których obecność w domowej bibliotece mogłaby stygmatyzować. W 1988 roku przyjechał na premierę swojej sztuki w teatrze STU Fernando Arrabal. Spędziłem z nim tydzień. Powiedział mi: „Znam ten stan. Zobaczysz, to wszystko dzieje się we śnie. Pewnego dnia ludzie się budzą przekonani, że zawsze byli przeciw. Tak było u nas w Hiszpanii z frankizmem i tak będzie u was z komunizmem”. Tak się stało. Książki pozostawione na półkach mogły zakłócać czyste sumienie, więc lądowały na makulaturze: dzieła Lenina, „Nowe Drogi”, Gomułka i literatura propagandowa wydawana przez KiW.
Czystka dotknęła Dzieł Karola Marksa i tomów zasłużonej Biblioteki Myśli Socjalistycznej. Moja biblioteka wzbogaciła się o kilkanaście tomów Marksa, Róży Luksemburg, Kautsky’ego, Hessa, Lafargue’a. Dziś pierwszy tom Marksa (Manuskrypty), Akumulacja kapitału i fenomenalne Listy Luksemburg to białe kruki.
Z postępem transformacji papier toaletowy stał się ogólnie dostępny. Punkty skupu znikały z centrum miasta. Ostatni, na Miodowej, zamknięto kilka lat temu. Na jego miejscu stoi apartamentowiec. Pozbywanie się książek nie przynosi gratyfikacji, jest kłopotem. Niechciane lądują często na śmietnikach. Od kilku lat w bibliotekach utworzono półki tzw. book crossing. Jedni pozostawiają książki, inni je zabierają. „I to jest dobre” – jak mawiał, oswojony z protestancką Biblią, Jerzy Pilch.
Gdy zachodzę do zakopiańskiej biblioteki miejskiej, często sam coś dokładam, rzadziej zabieram (ostatnio O literaturze polskiej Iwana Franko, nie miałem pojęcia, że klasyk literatury ukraińskiej tak uważnie śledził pisarstwo Polaków). O takie niespodzianki trudno. Wśród podrzuconych książek przeważają romansidła i albumy czy książki o „naszym” papieżu Janie Pawle II, dziś świętym.
Karl Kraus napisał: „Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek najlepszemu. Wybór pierwszemu lepszemu”. Podobnie jest z książkami. Najlepiej pamiętamy te, na które trafiliśmy przypadkiem. Dlatego zachodziłem do punktów skupu makulatury, a dziś oglądam półki book crossing. I jeszcze coś. Porzucane książki emitują Stimmung czasu może bardziej wyraźnie, aniżeli te zachowane w naszych bibliotekach domowych.
Słowo charyzma pojawiło się w rozważaniach chrześcijańskich teologów na przełomie starożytności i naszej ery usiłujących wyjaśnić, co powoduje pojawianie się niezwykłych osób posiadających takie np. ponadludzkie przymioty psychofizyczne, jak: zdolność przewidywania różnych zdarzeń, magiczną moc oddziaływania na ludzi oraz umiejętność kształtowania ich zachowań, możliwość leczenia dolegliwości chorych, wyjątkową wytrwałość w dążeniach do określonego celu, a nawet fizyczną siłę[1].
Słowem tym posługiwano się jednak nie tylko w celu zwrócenia uwagi na osoby posiadające niezwykłe właściwości, które stawały się niekiedy źródłem ich autorytetu i podziwu. Posługiwano się nim także w odniesieniu do osób, których zachowanie oraz reakcje na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne stymulowane przez ich organizm, różniły się bardzo od standardów obowiązujących w danym środowisku społecznym. Otóż tego rodzaju zachowania były spowodowane przez nieznane wówczas choroby psychiczne lub neurotyczne, z czego jednak nie zdawano sobie sprawy. Z tego też względu ich genezy upatrywano w działaniu sił nadprzyrodzonych.
Przykładem takich zachowań były objawy występujące w czasie powtarzających się ataków spowodowanych przez choroby nazywane współcześnie pląsawicą i epilepsją, które wówczas określano imionami osób postrzeganych jako charyzmatyków i uznawanych za świętych.
Pierwsza z wymienionych chorób była utożsamiana z tańcem św. Wita, czyli z postacią chrześcijańskiego męczennika żyjącego na przełomie III i IV wieku. Otóż podczas powtarzających się ataków tej choroby pojawiały się m.in. zaburzenia, w których występowały szybkie, nierytmiczne, mimowolne skurcze mięśni, powodujące dziwaczne ruchy różnych części ciała oraz grymasy twarzy[2].
Nie mniej osobliwe i przerażające postronnych ludzi były napady i zachowania spowodowane przewlekłymi schorzeniami mózgu wywołanymi przez epilepsję, zwaną też padaczką. Bowiem w czasie ich trwania spowodowanego nadmiernymi wyładowaniami komórek nerwowych mózgu mogły przybierać one różną postać kliniczną[3]. Schorzenie to nazywano we wspomnianych czasach chorobą św. Walentego, żyjącego w III wieku.
Jeszcze trudniejszym do wyjaśnienia były dla teologów przypadki zachowań, które nie pojawiały się na skutek powtarzanych ataków wymienionych schorzeń, lecz wynikały z praktyk skrajnych eremitów, czyli zakonników – pustelników. Osobliwym przypadkiem był np. żyjący na przełomie IV/V wieku św. Szymon Słupnik, przebywający na zbudowanym przez siebie cokole, z którego głosił kazania i wzbudzał swoim zachowaniem szczególne zainteresowanie słuchaczy.
Niezrozumiałymi były również zachowania spowodowane przez ekstazę, pojawiające się w szczytowym momencie religijnego przeżycia, w czasie którego dochodziło do nawiązanego przez jaźń danego człowieka kontaktu z transcendentnym światem pozarzeczywistym utożsamianym z Bogiem i do pojawienia się swoistej unia mystica. W czasie której następuje także oderwanie się od rzeczywistości oraz tego, co dzieje się tu i teraz. Niekiedy towarzyszą temu zaburzenia świadomości oraz halucynacje wzrokowe lub słuchowe[4]. Ludzi doświadczonych tego rodzaju stanami psychofizycznymi nazywano też szaleńcami bożymi, co – w jakimś stopniu usprawiedliwiało ich niezwykłe zachowania.
Do tego rodzaju stanu świadomości można również doprowadzić się poprzez określone psychofizyczne ćwiczenia, np. przez ascezę, która – zdaniem teologów – umożliwia człowiekowi osiągnięcie doskonałości zapewniającej zbawienie lub też inne wartości, jakie są postulowane przez religię. Umartwianie stało się w chrześcijaństwie jednym z istotnych zaleceń moralnego doskonalenia się człowieka. Z ascezą łączy się m.in. wyrzeczenie się rozmaitych przyjemności oraz praktykowanie przeróżnych sposobów umartwiania się, niekiedy poprzez dramatyczne ograniczenia pokarmu lub wypoczynku, zadawanie sobie dolegliwości, okaleczeń itp. działań, jakim poddawały się osoby, które w sposób emocjonalny przeżywały mękę i cierpienie Jezusa.
Otóż wszelkie bardziej dotkliwe praktyki związane z ascezą mogły być przyczyną takich zmian w organizmie człowieka, które powodowały przeróżne zaburzenia świadomości i przejawiały się w różnych omamach, czyli w halucynacjach powodujących złudne wrażenia powstające bez odpowiedniego bodźca zewnętrznego. Mogły to być np. omamy wzrokowe – polegające na widzeniu czegoś nieistniejącego w rzeczywistości lub słuchowe, gdy ktoś słyszał urojone głosy itp. wytwory halucynacji. I są one odbiciem w świadomości danych ludzi doświadczonych wcześniej przeżyć, wynikających z ich warunków życia, marzeń oraz ich praktyk religijnych ujmowanych stereotypowo w zależności od stopnia cywilizacyjnego rozwoju środowiska społecznego, w jakim żyli. Na skutek tego istoty ubóstwiane, które przedstawiali w swoich obrazach artyści Renesansu, objawiały się ludziom w kolejnych wiekach i były postrzegane tak, jak zostały zaprezentowane przez wspomnianych artystów.
Z tego rodzaju uwarunkowaniami mogły łączyć się również przypadki teofanii, czyli akty objawiania się bóstwa w różnych postaciach, o których mamy wzmianki w starogreckich mitach, a następnie wspomina się o nich także w później powstałych religiach.
Wiadomo, że halucynacje mogą być również następstwem różnych neurotycznych stanów i ciężkich chorób prowadzących do wycieńczenia organizmu na skutek wysokiej gorączki, niedożywienia, bezsenności itp. objawów, a także mogą być spowodowane nadużyciem alkoholu, zatruciem narkotykami oraz ciężkich stresów będących następstwem traumatycznych przeżyć powodujących zmiany m.in. procesów psychofizycznych, reakcji motorycznych i wegetatywnych.
W czasach, w których nie istniały takie nauki jak biologia, chemia, fizyka, psychologia czy fizjologia, nie było obiektywnych możliwości racjonalnego ustalenia uwarunkowań pojawienia się istot o niezwykłych właściwościach psychofizycznych, posiadających np. magiczną moc uzdrawiania lub oddziaływania na postawy i zachowania ludzi. Nie było także możliwości wyjaśnienia uwarunkowań ekstazy i ascezy oraz ich ewentualnych skutków, takich jak objawienia. Z tych też względów trudno dziwić się temu, że teologowie w swoich dociekaniach na temat wspomnianych istot opierali się na przesłankach wynikających z doktrynalnych założeń wyznawanych przez siebie religii i uważali, że ludzie o niezwykłych przymiotach są istotami obdarzonymi indywidualną łaską bożą, którą nazywali charyzmą, a jej beneficjentów postrzegali jako charyzmatyków.
Być może wspomniane zainteresowania teologów charyzmatem w okresie ideowej konsolidacji i postępującej ekspansywności chrześcijaństwa w ówczesnym świecie wynikały ze szczególnej przydatności wykreowanych w tej religii charyzmatyków. Byli oni przecież istotami, których niezwykłość – jak uważano – została potwierdzona przez pozaziemskie moce, co też czyniło ich bardziej wiarygodnymi, gdy głosili tzw. prawdy boże.
Wydaje się, że intelektualnym wsparciem dla teologów była utrzymująca się w europejskiej filozofii od schyłku starożytności koncepcja dualistycznego postrzegania fizycznej i psychicznej struktury człowieka, według której określały ją dwa różne byty, czyli ciało i dusza oraz trwająca między tymi bytami nierównorzędna współzależność. Na skutek tego wszelkie psychofizyczne zjawiska łączono z istnieniem duszy oraz z jej supremacją nad ciałem i możliwością decydowania o jakości funkcjonowania mentalności, zmysłów i innych narządów człowieka.
Wiele wieków przeminęło zanim ludzie dostrzegli w miarę rozwoju cywilizacyjnego, że nie ma takich zjawisk psychicznych, które są niezależne od mózgu człowieka, czyli od materii ukształtowanej w określonej postaci w wyniku długotrwałego rozwoju gatunku Homo sapiens.
Zwróćmy również uwagę na to, że wraz z rozwojem nauk przyrodniczych i medycznych dostrzeżono istnienie nie tylko możliwości coraz dokładniejszego ustalenia fizjologicznych i fizykochemicznych uwarunkowań zjawisk psychicznych, ale także coraz bardziej wnikliwego ich diagnozowania i leczenia za pomocą środków farmakologicznych oraz zabiegów neurochirurgicznych.
Jednak pomimo tego mit o nadrzędności duszy utrzymuje się nadal siłą inercji wspieraną przez religię i tradycyjną narrację dotyczącą psychiki człowieka. Jej istotnym elementem jest wieloznaczny termin duchowość człowieka, który bywa używany m.in. przy omawianiu pochodzenia opinii, przekonań i postaw wobec Boga, świata i ludzi ukształtowanych przez religię. W tym znaczeniu termin ten obejmuje pewien fragment pojęcia psychika poszczególnych ludzi, czyli tych zjawisk, które kształtują celowe i ukierunkowane ich zachowania oraz umożliwiają im przystosowanie się do naturalnego i społecznego środowiska, w jakim żyją.
Brak wcześniej możliwości naukowego wyjaśnienia przeróżnych osobliwych przymiotów i zachowań ludzi skłaniał chrześcijańskich teologów do poszukiwania ich uwarunkowań w siłach nadprzyrodzonych, a skutkiem tego była koncepcja charyzmy. Natomiast rzeczywiste czy domniemane posiadanie, czyli przypisywanie komuś ich posiadania lub dokonywania cudów, sprzyjało pojawieniu się możliwości deifikacji określonych osób np. proroków, świętych, męczenników itp. istot oraz do kształtowania się związanego ze sposobem ich ubóstwiania kultu, co też rozwijało daną religię, a jej obrzędowość czyniło bardziej atrakcyjną.
Wskażmy jednak na to, że zjawisko deifikacji – czyli ubóstwiania już za życia poszczególnych ludzi – pojawiło się już znacznie wcześniej niż chrześcijaństwo. Otóż już w starożytnych mini-państwach, czyli w tzw. polis, w których pierwsi władcy – wywodzący się z najbardziej zamożnych rodów – tworzyli legendy dotyczące swego pochodzenia i wskazywali na rzekome związki z bóstwami opiekującymi się poszczególnymi miastami. I w ten to sposób starali się uzasadniać swoje prawo do sprawowania w nich rządów. Bowiem już w tych rządzonych przez oligarchów państwach zdawano sobie sprawę z tego, że bogactwo utożsamiane z wielkością posiadanej ziemi lub liczbą niewolników jest warunkiem koniecznym do zdobycia władzy, ale niewystarczającym do jej utrzymania ze względu na istniejącą między nimi walkę o zachowanie ekonomicznej przewagi. Dodatkowego wsparcia upatrywano zatem w tworzonych mitach dotyczących genezy lokalnych bóstw i ich powiązań z dominującymi rodami[5]. Oczywiście tego rodzaju bóstwa były czczone nie tylko przez rządzących danym państwem, ale stawały się obiektem kultu wszystkich jego mieszkańców. W taki oto sposób kształtują się przesłanki do ustanowienia zasady „czyja władza – tego religia”.
Przypomnijmy także o tym, jak w Cesarstwie Rzymskim w okresie rządów Augusta wykorzystywano istniejące wierzenia religijne w celu uzasadnienia i umocnienia władzy cesarzy[6]. Ubóstwianie jakiejś osoby w konkretnym społeczeństwie – lub w społeczności – czyniło z niej swoiste bożyszcze, czyli tzn. idola, którego należało nie tylko darzyć zaufaniem, ale i naśladować go. Z tego względu starożytni władcy dbali o to, aby ich ubóstwiano i w tym celu utrwalali nieustannie wśród poddanych wiarę w swoją niezwykłość, będącą darem niebios. Z tego też względu korzystali z usług kronikarzy i poetów, którzy tworzyli i upowszechniali przeróżne legendy na temat ich dokonań, mitycznych osiągnięć i osobistych zalet, które po wielu wiekach były utożsamiane z charyzmą. Okazuje się, że umiejętność tworzenia i upowszechniania pożądanego wizerunku panujących była znana już w starożytności, chociaż nie znano wówczas takich pojęć jak propaganda i reklama.
Natomiast znana była już wtedy erystyka, czyli umiejętność przekonywania oponentów w dyskusjach. Używany był także sposób oddziaływania na postawy i zachowania ludzi w życiu społeczno-politycznym nazywany demagogią, który polegał m.in. na posługiwaniu się atrakcyjnymi obietnicami bez pokrycia, schlebianiu próżności słuchaczy oraz na odwoływaniu się do ich prymitywnych uczuć i pragnień, wynikających z myślenia życzeniowego.
Z kolei w czasie pojawienia się chrześcijaństwa rozwinęła się apologetyka, czyli umiejętność skutecznego uzasadniania tzw. prawd wiary, oraz homiletyka, tzn. nauka o układaniu i wygłaszaniu w taki sposób kazań, aby skutecznie kształtowały pożądane myślenie, postawy i zachowania słuchaczy[7]. Z aktywnością chrześcijaństwa w upowszechnianiu wiary łączy się geneza pojęcia propaganda, które pojawiło się w 1622 r. w związku z powołaniem przez papieża Grzegorza XV instytucji pod nazwą Sancta Congregatio de Propaganda Fide.
Na podstawie ustalonych przez historię faktów nasuwa się wniosek, że już w bardzo odległych czasach w poszczególnych społecznościach pojawiały się osoby wyróżniające się niezwykłymi intelektualnymi zdolnościami, aktywnością poznawczą i umiejętnością wykorzystania tych walorów w praktyce oraz posiadaniem nieprzeciętnych psychofizycznych cech. I ze względu na owe osobiste właściwości były one szanowane i podziwiane w danych środowiskach oraz stawały się w nich naturalnymi przywódcami duchowymi, moralnymi lub politycznymi, czyli pełniły funkcje, z jakimi chrześcijańscy teologowie łączyli posiadanie charyzmy.
Wskażmy również na to, że intelektualne osiągnięcia tych niezwykłych osób żyjących w starożytności były niekiedy tak doniosłe, iż stawały się przedmiotem zainteresowań nie tylko współczesnych im ludzi, ale zostały także przekazane kolejnym pokoleniom i przetrwały do naszych czasów. Tytułem przykładu wskażmy na osiągnięcia takich postaci jak np. Tales z Miletu, Solon, Demokryt, Hipokrates, Perykles, Platon i Arystoteles, które w różny sposób wpłynęły na intelektualny i cywilizacyjny rozwój ludzkości. Okazuje się, że wybitne postacie istniały i kształtowały w określony sposób dzieje ludzkości, zanim pojawiły się refleksje dotyczące uwarunkowań ich zaistnienia oraz próby klasyfikacji.
Po tych dygresjach, wracając do zasadniczych wątków dalszych rozważań na podjęty temat zauważmy, że w czasach, w których medycyna może nie tylko wyjaśnić przyczyny różnych schorzeń neuropsychicznych powodujących osobliwe zachowania chorych, ale nawet im przeciwdziałać, nie ma po temu merytorycznych podstaw, aby np. stany ekstazy oraz rozmaite zaburzenia świadomości i wzrokowe lub słuchowe halucynacje występujące u owych osób postrzegać jako przejawy łaski bożej utożsamianej z charyzmą. Istnieją jednak takie środowiska, w których osiągnięcia współczesnej medycyny i innych nauk są selektywnie uznawane, a ludzie zachowujący się w udziwniony sposób na skutek wspomnianych schorzeń postrzega się jako istoty doświadczone stanami opętania spowodowanymi przez demony. I głosi się, że uwolnienia od przejawów opętania mogą dokonać tylko egzorcyści, czyli księża posiadający charyzmatyczną moc wypędzania szatana z danego człowieka.
Słowo charyzma trafiło do socjologii dzięki Maxowi Weberowi, który – w jego teologicznej wersji – dostrzegł zawarte w nim bogactwo pojęciowe oraz celowość utworzenia z niego kategorii przydatnej dla nauk społecznych. Natomiast po wnikliwej analizie historyczno-socjologicznej – uczynił z niego podstawową kategorię socjologii religii, wskazując na jego poznawczą przydatność przy interpretacji wielu społecznych zjawisk istniejących zarówno w minionych wiekach, jak i w naszych czasach[8]. „Charyzmą” – jego zdaniem – „nazywamy uznaną za niepowszechną, (pierwotnie, zarówno w przypadku proroków, jak i mędrców biegłych w terapii czy prawie, albo władców polowań lub bohaterów wojennych, uchodzących za magiczną) cechę jakiejś osoby, z racji której uważana jest za obdarzoną nadprzyrodzonymi, nadludzkimi, lub przynajmniej rzeczywiście niezwykłymi, nie każdemu dostępnymi siłami czy właściwościami, albo za osobę przesłaną przez Boga, za wzorzec i dlatego za przywódcę”[9].
Weber dostrzegł też m.in. wpływ pojęcia charyzmy na proces kształtowania się koncepcji sojuszu ołtarza i tronu nie tylko w okresie średniowiecza, ale również w procesie rozwoju chrześcijaństwa oraz upowszechniania się wiary w panowanie uwierzytelnione przez proroctwa[10]. Pojęcie to stało się także przesłanką osobliwej fikcji prawnej dotyczącej „panowania z łaski bożej (DG), czyli Dei Gratia”.
Zauważmy, że jeszcze w XXI wieku na tę fikcję powołują się monarchowie – panujący, ale nie rządzący w państwach – w których władzę faktycznie sprawują parlamenty wybrane w demokratyczny sposób. Otóż owi monarchowie na podstawie domniemanej charyzmy oraz swojego prawa do dziedziczenia tronu powierzają misję utworzenia rządu przywódcy partii, która zwyciężyła w wyborach. I w ten sposób swoim charyzmatycznym autorytetem uwierzytelniają jego prawo do rządzenia w danym państwie[11].
Wskażmy też na to, że uczynienie z pojęcia charyzmy socjologicznej kategorii uwolniło ją w jakimś stopniu od mityczno-teologicznych konotacji i przyczyniło się do upowszechnienia tego słowa w świeckich dyskursach dotyczących uwarunkowań rozmaitych właściwości psychofizycznych, osiągnięć i ponadludzkich możliwości poszczególnych ludzi. Zaś rozwój nauki spowodował, że to, co łączono z darem niebios, jest także postrzegane jako skutek aktywności tych ludzi, którzy niekiedy z niezwykłym heroizmem przezwyciężali swoje osobiste słabości fizyczne i psychiczne dążąc usilnie kosztem wielu wyrzeczeń do osiągnięcia zamierzonego celu. Mogą one być również efektem ich umiejętności korzystania z osiągnięć nauki oraz istniejących środków dopingujących dostępnych w cywilizacji, w której żyją, czyli sztucznie zwiększających sprawność i wydajność ich organizmów, zarówno łagodnych, jak i szkodliwych dla zdrowia.
Otóż posiadanie charyzmy bywa przypisywane osobom posiadającym zdolność do fascynacji słuchaczy głoszonymi wypowiedziami i do wywołania u nich nie tylko fanatycznej wiary w to, co mówią, ale nawet gotowości do podjęcia działań zmierzających do urzeczywistnienia ich i związanych z tym poświęceń. Oczywiście są wśród nich zarówno osoby inicjujące działania wynikające z prospołecznych pobudek, których celem jest np. poprawa warunków życia ludzi upośledzonych kategorii społecznych i tym podobnych zamierzeń. Ale niestety są wśród nich również demagodzy głoszący, że działają pro publico bono, ale w rzeczywistości poprzez swoją aktywność chcą zaspokoić różne swoje ambicje przekraczające niekiedy ich fachowe, intelektualne i moralne kompetencje.
Wiadomo też, że posługując się umiejętnie środkami masowego przekazu, tzn. zgodnie z regułami marketingu politycznego, można we współczesnych społeczeństwach zdominowanych przez naiwnych ludzi, w których świadomości przeważa życzeniowe myślenie, wykreować zarówno charyzmatycznego polityka gotowego zbawić swoich zwolenników w ciągu jednej kadencji sprawowanych przez siebie rządów, jak również charyzmatycznego uzdrowiciela, celebrytę, a nawet sportowca.
Wiosna 2025
[1] Apostoł Paweł w Pierwszym liście do Koryntian użył tego słowa w znaczeniu dar w takim kontekście: „Charyzmaty Ducha Świętego … Jednym dane jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętności poznawania, … innemu … dar wiary, … innemu łaska uzdrawiania, … dar czynienia cudów,… proroctwo,… rozpoznawanie duchów, … dar języków i … wreszcie łaska tłumaczenia języków.” Zob. 11,24–12,27.
[2] Zob. Wielki Słownik Medyczny opracowany w Wydz. Nauk Medycznych PAN. Wyd. Lekarskie PZWZ, Warszawa 1996, s. 1014.
[3] Tamże s. 962.
[4] Tamże, s. 318.
[5] Zob. A. Ziółkowski, Historia powszechna. Starożytność. Wyd. Nauk. PWN, Warszawa 2009, s. 207.
[6] Zob. A. Ziółkowski, op. cit., s. 384–387 oraz 792–793.
[7] Zob. M. Kolczyński i J. Sztumski, Marketing polityczny. Kształtowanie indywidualnych i zbiorowych opinii, postaw i zachowań. Wyd. drugie poprawione i poszerzone. Wyd. Nauk. Śląsk. Katowice 2003, s. 16 i nast.
[8] Zob. R. Nisbet, The Social Philosophers. Community and Conflict in Western Thought. Wyd. Thomas Y. Cromwell Co. Inc. New York 1973, s. 437–442.
[9] Zob. M. Weber, Gospodarka i społeczeństwo. Zarys socjologii rozumiejącej, przełożyła i wstępem opatrzyła Dorota Lachowska, Wyd. Nauk PWN, Warszawa 2002, s. 181.
[10] Weber, op. cit. s. 430–432.
[11] Tamże, op. cit., s. 430–432.
Artykuł ukazał się w numerze 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
W historii USA nie odnotowano, aby kiedykolwiek zwoływano pełną zbiorczą odprawę wszystkich generałów i admirałów ze wszystkich służb, stacjonujących globalnie. Zwłaszcza, że sekretarz obrony (należy chyba teraz, po zmianie nazwy z Departamentu Obrony na Departament Wojny, tytułować go sekretarzem wojny) Pete Hegseth zobowiązał ponad 800 dowódców do uczestnictwa fizycznie w spotkaniu w bazie wojennej w Quantico w Wirginii, zawiadamiając ich krótko przed datą odprawy.
Dynamicznie odmierzając kroki po scenie, Pete Hegsth ogłosił generałom zasadniczy zwrot kulturowy w funkcjonowaniu sił zbrojnych Ameryki i całkowite zerwanie z „ideologicznymi śmieciami” odziedziczonymi po poprzedniej administracji. Do tych „ideologicznych odpadów” Hegseth zaliczył, przykładowo, walkę ze zmianami klimatycznymi, przeciwdziałanie molestowaniu w armii, pozbywanie się „toksycznych” dowódców czy promowanie oficerów z defaworyzowanych wcześniej grup. „Koniec z tym gównem. Koniec z polityczną poprawnością. Dajemy naszym walczącym wolną rękę, by zastraszać, demoralizować, tropić i zabijać wrogów naszego kraju”.
Jeśli weterani wojen w Zatoce czy Afganistanie chcieli usłyszeć o nowych zadaniach sił kosmicznych, wdrażaniu AI w sprzęcie i technikach walki czy o nowej, opracowywanej w Pentagonie Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, to dowiedzieli się od byłego prezentera telewizji Fox News, że „przywracanie ducha walki” zacznie się od golenia bród i intensywnych ćwiczeń fizycznych, gdyż w armii nie może być generałów z nadwagą.
Prezydent Trump wygłosił do generalicji chaotyczną, dwugodzinną mowę w swoim stylu, który na arenie międzynarodowej zaprezentował, przemawiając na forum ONZ, a który przypomina niekontrolowany potok świadomości. Z obsesyjnym elementem schodów. W ONZ chodziło o schody, które się popsuły, w Quantico – o schody, z wejściem na które miał problemy Joe Biden (a nie miał B.Obama – zaznaczył Trump).
Pozostawiając Bidenowskie obsesje Trumpa psychologom (podobnie jak jego nieobjętą próżność: „Jeśli nie otrzymam pokojowej Nagrody Nobla, będzie to obelga dla Stanów Zjednoczonych”), z długiego przemówienia przywódcy USA wybija się przede wszystkim zadeklarowane przesunięcie zadań armii na front wewnętrzny i skupienie się na „zagrożeniach na półkuli zachodniej”. „Zagrożenia na półkuli zachodniej” Trump widzi w napływie imigrantów i narkotyków, czym kierują „kartele terrorystyczne”. „Wrogów wewnętrznych” zaś – w obozie „demokratów skrajnej lewicy”, którzy rządzą wielkimi miastami, takimi jak San Francisco, Chicago, Nowy Jork czy Los Angeles. Trump obiecał „zaprowadzić w nich porządek, sugerując „wykorzystanie niektórych z tych niebezpiecznych miast jako pola treningowego dla naszych żołnierzy”.
Donald Trump przemawiał do zgromadzonych generałów i admirałów niczym na wiecu politycznym do swoich najbardziej sfanatyzowanych zwolenników. Niespójność między treścią przekazu Naczelnego Dowódcy, proklamującego prawie że wojnę domową, a gronem odbiorców była tak krzycząca, że aż groteskowa i absurdalna. Jedyna nadzieja w tym, że – jak to u D.Trumpa często się zdarza – na mowach, przechwalaniu się i prezentowaniu fantasmagorycznych projektów rzecz się skończy.
Rok 2025 w telewizji ma szansę przejść do historii jako okres względnego spokoju, mimo przecież odbytych i zakończonych zaprzysiężeniem Karola Nawrockiego wyborów prezydenckich. Prezydent ma co prawda poglądy na to, jak media mają wyglądać, dość tożsame z jednym z ugrupowań politycznych, ale na to przyjdzie jeszcze pora. Wybory w maju i czerwcu były klamrą zamykającą pierwsze półrocze nie tylko dlatego, że nowy prezydent okazał się sprawniejszym socjotechnikiem w debatach telewizyjnych. Chodzi też o sposób, w jaki media prawicowe, szczególnie TV Republika, walczyły i walczą o uwagę widzów, wreszcie o konkurencję nowymi sposobami prezentacji kontentu. Jeśli zapytać ekspertów o podsumowanie minionego okresu, to całkiem zgodnie podkreślają, że dotychczasowy ład, jaki znaliśmy od dziesięcioleci, zadrżał w posadach, a jego stałe dotąd elementy nadal przechodzą wstrząsy. Dotyczy to rynku telewizyjnego, który jednak stara się wychodzić tej sytuacji naprzeciw i stosować przeróżne remedia, w tym sobie charakterystyczne sposoby na przyciągnięcie uwagi widzów.
Nadal trwa nerwowe oczekiwanie na generalne rozwiązania ustawowe w postaci nowej ustawy medialnej, której finał zapowiedziano na koniec 2025 roku. Miał, według planów rządu, być pierwszym aktem prawnym nowej prezydentury forowanego Rafała Trzaskowskiego, ale ostateczny wybór Polaków te plany pokrzyżował. Prezydent Nawrocki nie ma interesu politycznego w tym, aby nowe rozwiązania rządowe promować, a ma na podorędziu weto i Trybunał Konstytucyjny, który zrozumienia jego argumentacji na nie nowej ustawie zapewne udzieli. A i z zapowiadanych ruchów właścicielskich w obrębie nadawców działających na polskim rynku finalnie niewiele wyszło. Stan posiadania się nie zmienił, mamy to, co mieliśmy, choć nie da się pominąć, że nowo uchwalone prawo komunikacji elektronicznej czy ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ruchy rządu (lista przedsiębiorstw strategicznych, projekt ustawy o artyście zawodowym, nowe opłaty reprograficzne) wpłynęły na pewne ustabilizowanie nastrojów.
Teraz więc czas na ustawę medialną, której zarysy są już znane (konsultacje publiczne zakończono we wrześniu 2024 roku). W tym uznanie roli i miejsca telewizji lokalnych, które muszą być niezależne od lokalnej władzy – co jest już uzgodnione. Jest jednak sfera kompletnie nieuchwytna: liczne kanały w mediach społecznościowych, które normalną telewizją wszak nie są, ale czynią jej konkurencję i za takowe niestety chcą uchodzić. Tu głównie wkracza kontent zagrażający m.in. dzieciom i młodzieży, w tym patostreaming i reklama używek, na czym nieustannie koncentruje swoją uwagę parę komisji sejmowych – łącznie z pomysłem zakazu smartfonów. No i oczywiście sytuacja mediów publicznych, której nowe przepisy ustawowe muszą wyjść naprzeciw. Uchwalonemu w połowie 2024 roku prawu komunikacji elektronicznej na dobre odjęto przepisy lansowane przez PiS pod hasłem Lex Pilot, pozostawiając jedynie rozwiązania ściśle implementujące prawo europejskie; ustawie prawno-autorskiej dodano aspekt naliczania należności na rzecz uprawnionych od streamingu i zachęty do ostatecznego dogadania się z operatorami kablowymi, co miało pewien swój dobry finał pod koniec ubiegłego roku.
Tu jednak cieniem kładzie się sytuacja w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Raport Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z całą ostrością ujawnił skalę patologii za prezesa Jacka Bromskiego i pozostaje tylko niewielka doza satysfakcji, że Ministerstwo dokonało kontroli i sporządziło dokument na wniosek wpłacających. A i SFP zbiera się dopiero z ruin, które pozostały po rządach Bromskiego, choć pieniądze inkasuje. Chodzi teraz o proces naprawczy, choć pytaniem otwartym jest dalsze utrzymanie zasad finansowania polskiej produkcji filmowej i uczciwa dystrybucja środków na rzecz uprawnionych. Zarówno telewizje, jak i operatorzy są donatorami tego bardzo niezdrowego systemu. Wszystko to atmosferę na rynku telewizyjnym czyniło niestabilną, kiedy przeróżnym spekulacjom nie było końca, a klimat pogarszały wlokące się rozliczenia poprzedniej ekipy rządowej, która szczególnie na Woronicza zostawiła prawdziwe pobojowisko.
Nadawcy: no to idziemy w FAST
Ale zanim o wieściach hiobowych, rzecz która przerosła oczekiwania – FAST (ang. Free Ad-supported Streaming TV, telewizja internetowa z darmowym dostępem do kanałów finansowanych z reklam), czyli odpowiedź nadawców na pragnienia widzów. Jedną jest rzeczą to, co dzieje się w tzw. nadbudowie (prawie, instytucjach), inną to, że programy muszą codziennie zadowalać widzów. A według recepty inż. Mamonia, lubimy tylko to, co już raz widzieliśmy.
Wszyscy krajowi nadawcy rzucili się na FAST i rozpoczęli wykorzystywanie tej formy dostępu, choć wcześniejsze zapowiedzi nie były tak optymistyczne. FAST co prawda świecił na horyzoncie, ale mimo wszystko dość odległym. Jako pomysł na zagospodarowanie zużytego już kontentu największy tryumf odnosił na rynku amerykańskim, też najdroższym, jeśli chodzi o płatną telewizję (to nawet paręset dolarów miesięcznie, gdy w Polsce – góra kilkaset złotych). Tymczasem okazało się, że wypuszczenie takiego kanału nie jest ani drogie, ani skomplikowane, wystarczy bowiem kwerenda posiadanych zasobów w zakresie własnych produkcji. Czyli robota dla dwóch archiwistów, i mamy kanał. Po prostu bierze się starsze seriale czy programy i emituje się je w pętli. Ambicją nadawcy pozostaje pewna segregacja treści, ale Amerykanie nawet i tego nie robią. I nie są to już treści, jak stwierdzają gremialnie nadawcy, które mogłyby być lokomotywą płatnych usług (choć Kiepscy nadal temu przeczą…).
Kanały FAST oferują w Polsce: Polsat, TVN Warner Bros. Discovery, Rakuten TV, Sweet.TV, Grupa ZPR Media czy Pilot WP, a nawet niektóre stacje lokalne. Choć TVN wpisał do rejestru KRRiT aż 34 takie stacje, to uruchomił ich do tej pory mniej, posiadając spory zapas. Ale nie wszyscy w FAST owczym pędem idą: np. Wirtualna Polska twierdzi, że „zapętlone playlisty wydają się nudne i życzeniowe, a ta idea przychodów nie zbuduje”. Tymczasem już w 2023 roku FAST stał się pewnym polem rywalizacji o widza, który rzeczywiście rozpieszczany jest dziś na wszelkie możliwe sposoby, mając już chyba kilkadziesiąt platform streamingowych do dyspozycji na pilocie, w urządzeniach mobilnych i w telewizorze. Warto przypomnieć, że za prezesów Kurskiego i Matyszkowicza TVP eksperymentowała z FAST (TVP GO), dając tam swoje ówczesne produkcje, ale po zmianie władzy radykalnie to ucięto, choć nie do końca (bo stare bardzo dobrze się ogląda; vide 07 zgłoś się czy Stawka większa niż życie).
Inaczej było u nadawców komercyjnych. Mistrzem od dawna jest tu TVN, który na swoich platformach oferował kilkadziesiąt kanałów tego typu: od TVN Czas na Ślub po TVN Życie jak w Bajce, ale popularność zdobyły dwa kolejne internetowe kanały TVN BrzydUla i TVN Mam Talent. W wydaniu FAST są one jednorodne, pokazując te formaty w formie zapętlonej – emisja zapewne nie kosztuje nic, a reklamy wpadają.
W odpowiedzi Grupa Polsat Plus uruchamia 20 nowych kanałów tego typu w Polsat Box Go. Nadawca informuje, że to aż 7 kanałów tematycznych (czyli tematycznie posegregowanych), dostosowanych do określonych potrzeb widzów: Komedie, Zbrodnie, Życiowe historie, Wielka rozrywka, Wielkie festiwale, Kabarety i Bajki. Ale również 13 kanałów poświęconych pojedynczym tytułom – ulubionym produkcjom Telewizji Polsat ze Światem według Kiepskich na czele. Oferta jest pojemna, zawiera Daleko od noszy, Miodowe lata, Sprawiedliwi – Wydział Kryminalny, Policjantki i policjanci, Gliniarze, Trudne sprawy, Dlaczego ja, Chłopaki do wzięcia, Pamiętniki z wakacji, Włatcy Móch, Nasz nowy dom, Ewa gotuje. Stacja doskonale wie, że obecnym modelem konsumpcji np. seriali jest oglądanie ich od deski do deski, albo przynajmniej sezonami. Wielbiciele konkretnych gatunków, jak np. treści kryminalnych, kabaretowych czy festiwalowych „znajdą coś dla siebie i w łatwy sposób będą mogli cieszyć się kanałami tematycznymi z miksem różnorodnych tytułów”. Niewątpliwie jest to także sposób na zagospodarowanie wyprodukowanych uprzednio treści, które co prawda nie schodzą z anten, ale obiektywnie muszą znaleźć swoje odrębne miejsce w ofercie. Cyfrowy Polsat zapewnia przy tym zaawansowaną platformę streamingową, innowacyjne technologie przesyłania treści, obsługę redakcyjną, systemową oraz techniczną, no i kompleksową obsługę klienta.
Nie gorsza chce być TVP. Wchodzi w FAST poprzez uruchomienie pierwszego kanału, którego wyłączną treścią będzie emitowany serial Na dobre i na złe, obecny na antenie TVP2 od 25 lat. Kanał Na dobre i na złe został uruchomiony 14 kwietnia br., a jego ramówkę podzielono na kilka bloków tematycznych. W paśmie porannym będą nadawane odcinki z wątkami lżejszymi, obyczajowymi, po południu i wieczorem o dylematach moralnych i trudnych wyborach głównych bohaterów, zaś w weekendy o skomplikowanych przypadkach medycznych i mrocznych historiach. Nadawca podkreśla, że tego typu lokowanie kontentu ma znaczenie także dla ustawowych godzin emisji. Natomiast w paśmie Początek historii zostanie pokazane 500 pierwszych odcinków serialu, których do tej pory nie zamieszczono na TVP VOD. „Jest to nowy rozdział w zakresie personalizacji treści” – stwierdza nadawca – „dynamiczny kanał tematyczny serialu Na dobre i na złe jest naszą odpowiedzią na indywidualne preferencje widzów”. Podczas wiosennej konferencji ramówkowej TVP przewidywała, że tego typu kanałów będzie w sumie 20, w tym też specjalny kanał dla seniorów. Tyle, że te plany na jesieni 2025 roku mogą ulec zmianie, bo krucho nadal z pieniędzmi. Według badania Mediapanel (dane za portalem Wirtualne Media) w marcu br. TVP VOD na komputerach, tabletach i smartfonach odwiedziło 2,7 mln internautów (to 9,08 proc. zasięgu), spędzając przeciętnie po 4 godziny, 3 minuty i 29 sekund, co zapewniło 7,69 proc. udziału w łącznym czasie korzystania z platform ze streamingiem wideo. Telewizja Polska nadaje 22 kanały telewizyjne (nie licząc wszystkich wersji TVP 3). Choć przecież niedawno władze TVP w likwidacji próbowały ograniczyć liczbę stacji, nie mając zapewnionego finansowania. I nawet w projekcie karty powinności dla KRRiT zapisano docelowe połączenie paru kanałów tematycznych TVP (np. Historia, Nauka) w TVP Wiedza. A także likwidację kanałów TVP Kobieta, Alfa TVP i stacji wirtualnych TVP Kultura 2, TVP Historia 2, TVP ABC 2. Ale organ regulacyjny się postawił, nie akceptując żadnych projektów kart powinności spółek mediów publicznych na lata 2025–2029 „z powodu niepewności finansowania i stanu likwidacji”. Co w sumie poskutkowało tym, że nadal obowiązuje karta z lat 2020–2024 i nie można zlikwidować żadnego kanału, przynajmniej dopóki nie nastąpi zmiana ustawy medialnej.
TVP odzyskuje pion, ale rośnie TV Republika
Na pierwszy plan zdecydowanie wychodzi sytuacja TVP, która przeszła okupację swoich gmachów na początku 2024 roku, oraz szybko widoczne zmiany antenowego funkcjonowania, zapoczątkowane przez nową ekipę i na ogół dobrze przyjęte przez telewidzów. Szczególnie w programach informacyjnych: ciekawą formułę głównego programu informacyjnego TVP pod nazwą „19.30” widzowie przyjęli (jak na zamęt, który się stworzył) bardzo pozytywnie, w kolejnych półroczach program już okrzepł i wypracował ciekawą formułę, starając się na ile to możliwe oddawać głos rządowi i opozycji. Choć ostatnie podsumowanie czasu antenowego dokonane przez KRRiT wskazuje na stałą dominację oficjalnego przekazu, to jednocześnie polepszyły się wskaźniki dostępu do anten, w tym TVP Info, przedstawicieli szeroko rozumianej opozycji. A przynajmniej okresowo ma ona równorzędny głos, choć niewątpliwie na rzetelności przekazu cieniem kładła się kampania prezydencka; według Krajowej Rady (analizowała to już po odwołaniu Macieja Świrskiego) przekaz nacechowany był poparciem niektórych kandydatów, choć TVP transmitowała także debaty niezależne, oczywiście o swojej nie zapominając.
Nie polepszyła się natomiast radykalnie sytuacja ustawowa i finansowa nadawcy; media publiczne zostały postawione w stan likwidacji, działając przez długie miesiące bez należnego abonamentu telewizyjnego wstrzymywanego przez KRRiT (odcięto także „zwrot za zwolnionych z płacenia abonamentu”). Rada pod przywództwem Świrskiego przekazywała pieniądze do depozytów sądowych tłumacząc, że zmiany we władzach nadawców publicznych nie zostały prawomocnie wpisane do KRS. Spór o to zaogniał tylko niepewną sytuację. Co ciekawe, finansowanie zmieniło się dopiero we wrześniu ubiegłego roku, w związku z powodzią na południu Polski, a dzisiaj kwartalna wypłata pieniędzy np. dla ośrodków regionalnych jest uzależniona od oceny realizacji planów finansowo-programowych. Pod koniec zeszłego roku transze zaczęły pojawiać się na kontach nadawcy, sytuację finansową ratowały przejściowo pieniądze rządowe z rezerwy premiera, bo prezydent zablokował analogiczne jak w poprzednich latach ustawowe zapisanie środków na media publiczne w budżecie na 2024 r. – i w ogóle jako rozwiązanie systemowe.
Akuszer tej sytuacji, minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz, został wybrany do Parlamentu Europejskiego i objął mandat posła, na czele ministerstwa stanęła Hanna Wróblewska, a później Marta Cienkowska, które w kierownictwie resortu miały m.in. Sławomira Rogowskiego, b. członka KRRiT, a pod koniec roku 2024 Macieja Wróbla, posła KO i szefa sejmowej podkomisji ds. polityki audiowizualnej. Dokładnie miesiąc po zmianie ministra resort kultury rozpoczął intensywne konsultacje publiczne założeń nowej ustawy medialnej, obejmujące m.in. likwidację abonamentu, wprowadzenie nowych zasad finansowania, likwidację Rady Mediów Narodowych, reformę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w tym nowy sposób powoływania władz mediów publicznych. Oraz nowe formy uznania telewizji lokalnych, jako bytu potrzebnego dla polskiego krajobrazu medialnego i telewizyjnego.
Znajdująca się w likwidacji TVP musiała się zmierzyć nie tylko z nową dla siebie sytuacją prawną, ale także z rozliczeniami wewnętrznymi. Działań tego typu było wiele, niemal codziennie przez cały 2024 rok podawano do publicznej wiadomości astronomiczne kwoty, jakie zarabiali prezenterzy i menedżerowie związani z poprzednią władzą, nie wspominając o dyrektorach, doradcach czy prezesach. Szły one w dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, sumując się w miliony – i ten aspekt także domaga się rozliczeń, choć ostatnio nieco ucichł, mimo zapowiedzi osądzenia do spodu. Poprzedni dyrektorzy telewizyjni nie uznawali przy tym zmian personalnych we władzach Telewizji Polskiej i przez kilka tygodni podgrzewali atmosferę, głosząc m.in. dwuwładzę w TVP, by następnie gremialnie zasilić media prawicowe, w tym TV Republika, a niektórzy otrzymali na odchodnym od prezydenta Dudy wysokie odznaczenia państwowe. Co może istotne, podążyła za nimi część wiernej prawicowej publiczności, szybko czyniąc z Republiki poważnego publicystyczno-informacyjnego konkurenta dla TVP Info. Skok oglądalności TV Republika był spektakularny jak na tego typu media i do dzisiaj jest to nadawca traktowany jako priorytetowy dla prawej strony sceny politycznej, w tym przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego i niemniej ważnego dla tej stacji b. ministra Zbigniewa Ziobrę, o prezydencie Nawrockim nie wspominając. Zaraz po zmianie władz w Telewizji Polskiej do TV Republika przeszli tacy prezenterzy jak Danuta Holecka czy Michał Rachoń, a w kolejnych miesiącach dołączyli kolejni pracownicy mediów z poprzedniej ekipy telewizyjnej z Placu Powstańców i ul. Woronicza. Stacja natychmiast stała się kanałem informacyjnym numer dwa na polskim rynku medialnym, rekordy oglądalności śrubowała również na kanałach internetowych – co niejako wymogło na konkurencji otwarcie się na tę drogę dostępu do mobilnego telewidza.
Inne prawicowe media stawały się powoli cieniem Republiki, może z wyjątkiem Kanału Zero, nowego zjawiska medialnego kandydata na prezydenta w I turze Krzysztofa Stanowskiego, którego telewizyjny debiut uzyskał nawet placet prezydenta Andrzej Dudy i podbił udział samego Stanowskiego w wyborach prezydenckich (choć z pozycji outsidera). Można więc powiedzieć, że polski rynek kanałów informacyjnych stał się zdecydowanie bardziej pluralistyczny, oferując cały przegląd idei, postaw i opinii, a przecież buzuje jeszcze internet. Co ważne, nie odbyło się to z inspiracji ustawowych, ale siłą polaryzacji społeczeństwa oraz dokonanych rozliczeń personalnych z telewizją Jacka Kurskiego, która trochę wygasa. Jest to sytuacja zastana i na pewno nowa ustawa medialna, której konsultacje odbywały się de facto cały poprzedni rok, będzie musiała się z tym zmierzyć. Co może ważne, Republika i prezes Sakiewicz wprowadzili styl dziennikarstwa i informacji znany z FOX News, z jednoznacznym opowiedzeniem się po jednej stronie sporu i widocznymi gołym okiem afiliacjami politycznymi. Wprowadziła też dziennikarzy o mocnych łokciach i zdecydowanych poglądach, ale pozytywem była rola TV Republiki jako akuszera debat prezydenckich, na czele z osławionymi wydarzeniami w Końskich.
RMN ma nowego szefa,
Świrski idzie pod Trybunał
Kwitując sytuację wokół TVP, warto jeszcze zwrócić uwagę, że władza uzyskała większość w Radzie Medów Narodowych, którą chce mocą nowej ustawy medialnej zlikwidować. Ze stanowiska przewodniczącego Rady został odwołany Krzysztof Czabański, nominat PiS, a jako przyczynę wskazano, że jednocześnie kieruje fundacją mającą pośrednio udziały w TV Republika, czego zabrania prawo. Nowym członkiem RMN i jej przewodniczącym został poseł KO Wojciech Król, przeważając większość koalicji w pięcioosobowym gremium. Warto podkreślić, że mimo całego uprzedniego oburzenia, Radę postanowiono wykorzystać do stabilizacji sytuacji w mediach publicznych. Przynajmniej do czasu, kiedy nowa ustawa medialna miała zostać uchwalona i szybko podpisana przez innego niż Duda („naszego”?) prezydenta.
Ustępujący szef państwa głośno zapowiedział, że nie podpisze żadnych zmian ustawowych w zakresie mediów, co spowolniło proces przygotowania ustawy, odkładając rzecz na 2025 rok i nie pierwszy raz czyniąc Andrzeja Dudę hamulcowym niezbędnych reform. Czy prezydent Nawrocki zmieni tę optykę? Bardzo wątpliwe, raczej będzie kontynuacja linii Dudy.
W tle toczyła się pozytywnie sfinalizowana debata na Wiejskiej na temat Trybunału Stanu dla szefa KRRiT, której finał sądowy w Trybunale zarządzanym przez sędzię Manowską jest raczej przesądzony. Świrskiemu postawiono aż 11 zarzutów, Sejm wniosek o postawienie go przed Trybunałem uchwalił. Zresztą sam Świrski czynił, wraz z prawicową większością w Radzie, co uważał za stosowne – publikując apele o przywrócenie starych, kurskich, porządków w TVP czy podejmując akcje mające na celu przestrzeganie pluralizmu, jakby gdziekolwiek i w czymkolwiek był zagrożony.
Zmiana władzy nie przeszkadza Radzie wydawać koncesje; np. te naziemne latem ub. roku przypadły prawicowym stacjom, ale także w pakiecie pozamiatano stare sprawy z koncesjami dla TVN czy Polsatu. Prawo nadawania na ósmym multipleksie naziemnej telewizji uzyskały telewizje Republika oraz wPolsce24 braci Karnowskich, wydawcy „Sieci” i wPolityce.pl. Republika zaczęła emisję naziemną już w połowie lipca 2024 roku, a wPolsce24 na początku września – i są to nadawcy adresujący swój ideowy i polityczny przekaz do prawicowego widza. Byłe gwiazdy TVP Jacka Kurskiego zasiliły zresztą telewizję wPolsce24; odnajdziemy tam takie nazwiska jak Michał Adamczyk, Magdalena Ogórek, Marcin Tulicki, Samuel Pereira i wielu innych dziennikarzy dawnego TVP Info. A w ramówce np. nowe odsłony „Wiadomości” czy publicystykę Rachonia i Adamczyka, choć już o mniejszym zasięgu i sile politycznego rażenia. Co może istotne, w tym obsługiwaniu prawicowego elektoratu obie stacje odwołują się do lojalności i hojności widzów, organizując zbiórki na swoje utrzymanie, mimo sporych reklam i wykupionego czasu antenowego.
Sejm odrzucił sprawozdanie KRRiT, nad Senatem wisi jeszcze obowiązek rozpatrzenia sprawozdania za miniony rok. Ciekawe, czy uda się to w obecnej sytuacji, kiedy p. Glapiak weszła w buty Świrskiego – co ten poddał wątpliwość? Skwitowanie przez Pana Prezydenta jest raczej przesądzone, będzie więc 2:1, a do odrzucenia potrzebny jest wynik do zera… W Krajowej Radzie gołym okiem widać zresztą problemy osobowe, wiceprzewodnicząca Glapiak walczy z oskarżeniami za swoje dokonania w MON, ale objęła schedę do Świrskim, a organ jest w pełni prawicowy, wykreowany jeszcze za rządów PiS. Byłby to więc kryzys organu na tyle poważny, że trzeba by było wybierać nową Radę?
Tytuł pozwala mi na dość swobodne wyrażanie poglądów, niekrępowanych poprawnością polityczną czy doktrynalną. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie w Polsce dzięki przemyślanej ingerencji administracji amerykańskiej w proces ich przygotowania i przeprowadzenia. Nie ma znaczenia, czy administracja ta działała bezpośrednio, czy posługiwała się instytucjami pośredniczącymi, takimi jak na przykład Heritage Foundation (jeden z najprężnniejszych amerykańskich think tanków, autorzy nieoficjalnego programu Trumpa Projekt 2025) czy American Centre of Law and Justice (organizacja prowadzona przez wieloletniego prawnika Donalda Trumpa – Jay’a Sekulowa). Albo instytucje powiązane z ruchem Tradycja, Rodzina i Własność. Za organizacjami tego typu kryją się bowiem oficjalne organy.
Postawioną tezę potwierdzają działania poprzedzające finalne rozstrzygnięcie wyborcze, jak niespodziewane spotkanie Trump-Nawrocki przed drugą turą. Trump, który lekceważąco traktował swego „przyjaciela” Dudę, znalazł czas na wspólne zdjęcie i deklarację poparcia dla nikomu w świecie nieznanego kandydata. Chłopaka z gdańskiego blokowiska, znanego raczej wśród bokserskich i piłkarskich kibiców niż polityków. Jego podpowiadacze wybrali trafnie, analizując jego cechy osobowe, wiek i predyspozycje. No bo przecież nie mógł być takim kandydatem Jarosław Kaczyński (ur. 1949), człowiek z innej bajki, choć w wieku Trumpa, coraz bardziej bezładnie i bezradnie artykułujący swoje staroświeckie poglądy. Zaryzykuję jeszcze bardziej: Nawrocki był pomysłem Amerykanów przyjętym przez polskie koła prawicowo-konserwatywne. Może podsuniętym im przez Dominika Tarczyńskiego, który dziwnym trafem ma lepsze dojścia do Amerykanów niż cała sterta wysoko nominowanych prawicowych polskich polityków. O wiele lepsze niż Kaczyński i gromada jego akolitów, wciąż ślepo zapatrzonych w geniusz przywódcy. Ale to wątek uboczny. Niech się martwi wódz PiS-owców, któremu wyrasta nowy rywal.
Potwierdza tę tezę także szybkie zaproszenie Nawrockiego do złożenia wizyty Trumpowi, na którą politycy europejscy, nawet z pierwszego szeregu, czekają miesiącami. A nowo kreowane objawienie polskiej polityki już za kilkanaście dni wejdzie do Gabinetu Owalnego. Potwierdza wreszcie fakt wyeliminowania premiera i rządu z rozmów z administracją amerykańską, na które patent uzyskał Pałac Prezydencki. Wprawdzie autorzy niektórych opinii artykułowanych w mediach społecznościowych skłaniają się do rozstrzygnięć prostszych: Amerykanom chodzi o stworzenie pasa ochronnego między Rosją a Ukrainą z udziałem wojsk europejskich, w tym Polski. Tusk i Kosiniak byli przeciwnikami takiego rozwiązania („żadnych polskich żołnierzy na Ukrainie”), a Nawrocki może okazać się bardziej elastyczny.
Takie wyjaśnienie powodów wysunięcia kandydatury prezesa IPN wydaje się jednak zbyt prymitywne jak na finezyjne amerykańskie umysły. Myślę jednak – zgodnie z tytułem rubryki – że przyczyny takiego obrotu sprawy są znacznie głębsze. W Stanach (no bo gdzie indziej) zrodziła się koncepcja forsowania nowego porządku europejskiego poprzez tworzenie sieci sił konserwatywnych zwalczającej wartości tak zwanej demokracji liberalnej. I w tym widziałbym raczej wyjaśnienie meandrów ich polityki wobec Europy i Polski, którą postrzegają jako stosunkowo łatwy kąsek do wykorzystania przy realizacji szerszych celów. Polski konserwatywnej, katolickiej, o silnej pozycji Kościoła. Przynajmniej taka jest polska wieś, ale to ona zadecydowała o wynikach wyborów.
Po elekcji Trumpa sieć ta zyskała wsparcie administracji amerykańskiej. Jej celem (sieci, nie administracji, choć ta sprzyja tym dążeniom) w Europie jest zwalczanie koncepcji integracji, a zwłaszcza wciąż jeszcze mocno niesprecyzowanej, ale już obecnej wizji państwa quasi-federalnego, prowadzącego wspólną politykę zagraniczną, militarną i – w części – gospodarczą, z zachowaniem i poszanowaniem tradycji narodowych w szeroko rozumianej kulturze, religii i obyczajach. I wysunięcie – jako pojęcia przeciwstawnego – idei suwerenności państwowej widzianej przez pryzmat narodu jako czynnika konstytuującego wspólnotę.
W tej rywalizacji powoli zanikają stare linie antagonistycznych podziałów: kapitalizm vs. socjalizm, liberalizm vs. fundamentalizm, demokracja vs. autokracja. Pojęcia te tracą dawne znaczenie w nowej, dopiero wykluwającej się rzeczywistości. W internetowym świecie są to zresztą pojęcia zbyt skomplikowane dla głoszenia prawd prostych. A te są potrzebne dla pozyskania większości, wciąż decydującej w rywalizacjach wyborczych. Idea suwerenności narodowej: Ameryka dla Amerykanów (białych), a więc MAGA, Europa dla białej rasy, Polska dla Polaków. Imigrant twój wróg. Czyha na twoje dobra, twoje kobiety, dewastuje twoją rodzinę. Wychodzi z tego potworek: konflikt rasowy, powrót do międzywojennego faszyzmu, w jego rasistowskim wydaniu. Atak na imigrantów jest egzemplifikacją szerszej, bardziej kompleksowej idei. I wyrażenie jej za pomocą dobrze znanego, prymitywnego języka.
Próbą, może jeszcze nie generalną, ale ważną, okazały się wybory prezydenckie w Polsce, które były starciem tych dwóch (nieważne czy faktycznych, czy wyimaginowanych) przeciwieństw. W nich walka z imigracją, szerzej – z elementem obcym (bo nie narodowym, to zrozumiałe szczególnie dla Polaków), została trafnie dobrana. Głoszą ją (choć z różnym natężeniem) prawicowe organizacje w całej Europie. To skłania do teorii o istnieniu jednego centrum nadawczego, choć sam mam wątpliwości, nie lubię bowiem teorii spiskowych. Tę bitwę wygraliśmy – pisała o wygranych polskich wyborach węgierska organizacja Alapjogokert Koezpont (Center for Fundamental Rights, instytucja powołana dla obrony tradycyjnych wartości cywilizacji zachodniej, wspierana organizacyjnie i finansowo przez rząd Orbana), ale wojna się nie skończyła. Węgierskie wybory parlamentarne będą z pewnością kolejnym polem tego starcia. Przyjdzie też kolej na Czechy, to już widać z zapowiedzi. Ruch antyliberalny jest finansowany w przeważającym stopniu z amerykańskich pieniędzy; głównym europejskim beneficjentem są obecnie Węgry, gdyby jednak Orban przegrał wybory, Polska ma szansę przejąć ich rolę. Będzie szansa zrewanżować się za azyl Romanowskiego. Na razie cieszy się wolnością w Budapeszcie, a nasza rodzima prawica deklaruje na zapas gotowość do przejęcia od Węgier pozycji rozgrywającego w tej części Europy. Nie na darmo Trump wysuwa Budapeszt na miejsce spotkania Trump-Zełenski ze swoim ewentualnym udziałem. Byłoby wówczas 3:1 Trump, Orbán, Putin vs. osamotniony Zełenski.
Cofnijmy się jednak o kilka tygodni. 29 maja 2025 roku (trzy dni przed rozstrzygnięciem wyborczym) na wiecu CPAC w Rzeszowie pokazano wyraźnie idee tej organizacji i zamierzenia implementacyjne. CPAC to Konferencja Konserwatywnej Akcji Politycznej, prowadzona przez American Conservative Union, w której biorą udział konserwatywni aktywiści z różnych części Stanów Zjednoczonych. Przypadkiem pomogli swoim kumplom w tak odległym kraju jak Polska. By docenić tę pomoc, na Kongres przybył nawet Duda, odchodzący prezydent. W przemówieniu wychwalał pod niebiosa USA, Trumpa, myśl konserwatywną i Podkarpacie, gdzie Nawrocki zyskał bodaj najwięcej głosów (w jednej gminie nawet ponad 96 procent).
W uzasadnionej, jak widać, nadziei na wyborczy sukces, strumień amerykańskich pieniędzy – bezpośrednio lub pośrednio – trafił i będzie nadal trafiał do prawicowych polskich organizacji, z powodu swego programu korzystających z masowego poparcia. To instytucje należące w znacznej mierze do Tadeusza Rydzyka, w tym podnoszące wyborcze szanse media, oraz wpływowa międzynarodowa ekstremistyczna organizacja Ordo Iuris. Te przygotowujące intelektualną podbudowę pod fundamenty ruchu w Polsce to m.in. Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi czy Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności. W cytowanym przez polskie media społecznościowe raporcie Europejskiego Forum Parlamentarnego ds. Praw Seksualnych i Reprodukcyjnych przytoczone zostały następujące stwierdzenia: „Nowy sojusz ekstremistów religijnych, skrajnie prawicowych populistów i oligarchicznych fundatorów zmienia kształt europejskiej polityki. To […] próba wpompowania ekstremizmu religijnego do głównego nurtu władzy za pośrednictwem mediów, organizacji pozarządowych, partii politycznych i instytucji publicznych. Wspierany przez prywatny majątek i legitymizowany finansowaniem państwowym ruch ten kreuje długoterminową autorytatywną transformację pod płaszczykiem tradycji i troski”. Podobno (dane pochodzą z mediów społecznościowych) aż 275 organizacji sprzeciwia się w Europie zmianom dotyczącym praw reprodukcyjnych i płciowych. W ciągu 5 lat (2019-2023) otrzymały one środki o wartości 1,18 mld USD. W finansowaniu tych organizacji bierze udział Rosja, choć niektóre organizacje temu zaprzeczają z uwagi na negatywny odbiór rosyjskiego finansowania po wybuchu wojny na Ukrainie. Prawicowy konserwatyzm w Rosji to – oczywiście – rezultat bliskiej współpracy ołtarza i tronu: Cerkwi i autokratycznej władzy.
Plany są dalekosiężne. Mają prowadzić do demontażu Unii Europejskiej, nawet w jej dotychczasowej mało radykalnej postaci. Na ten cel idą spore pieniądze transferowane przez American Centre for Law and Justice. Europejska afiliacja tej organizacji jest – przypominam – oficjalnym partnerem Ordo Iuris. W planach ma atak na europejskie sądownictwo, w tym Europejski Trybunał Praw Człowieka. Druga linia ataku to prawa kobiet i osób LGBT+, a także – coraz częściej – osoby żyjące w związkach partnerskich niezależnie od orientacji seksualnej. Trzecia ma charakter sporu ideologiczno–etycznego. Programy zwalczania wroga stają się coraz bardziej radykalne, wręcz ekstremistyczne. Prawica mocniej artykułuje, że to wojna o sprawy fundamentalne. Toczona w bardzo szybkim tempie. Jeszcze do niedawna Joe Biden, mówiąc w Warszawie o wojnie cywilizacji Zachodu i Wschodu, wojnie dobra ze złem, mówił o tym samym zjawisku, lecz w odwróconych pozycjach i rolach. Argumentacja ta sama, podmioty ją wyrażające i idee przez nie głoszone ulokowały się natomiast, a może ulokowane zostały – na przeciwstawnych miejscach. Jak białe i czarne w szachach. Raz gra nimi jeden, a raz drugi z graczy.
Charakterystyczne, że w dążeniach do dyskredytacji wszelkich form liberalizmu łączą się siły do niedawna zaliczane do stron przeciwnych: amerykańska demokracja, bo za demokrację wciąż jest uważana, autokratyczne Węgry i despotyczna Rosja. Ciekawe, że strona przeciwna (obóz liberalno-demokratyczny) zdaje się nie zauważać aktywności tych ruchów i nie robi prawie nic, by im przeciwdziałać. W polskim kontekście – zdumiewa słaba przeciwwaga w argumentacji i brak zdecydowanego działania organów państwa w zwalczaniu ekstremizmów, w tym niezrozumiała bierność służb specjalnych. Bąkiewiczowi dopiero w ostatnich dniach postawiono pierwsze, wątłe zarzuty.
Wydaje mi się (to łagodniejsza forma wyrażenia „tak myślę”), że warto zwrócić uwagę na dwa aspekty rysującej się sytuacji. Po pierwsze, spór liberalnej i fundamentalistycznej strony jest sporem globalnym i globalnych rozstrzygnięć będzie wymagać. Czy organizacje o charakterze liberalno-demokratycznym będą zdolne do współdziałania, by takie wspólne i spójne rozstrzygnięcie proponować? Po drugie, utrwalone w historii antagonistyczne przeciwieństwa (ustrojowe, ideologiczne, polityczne, moralne) tak się poplątały we współczesnej rzeczywistości, że utraciły swoje dotychczasowe znaczenie i aktualność. Co więcej, trudno wyznaczyć nosicieli tych cech. By posłużyć się przykładem, to pomieszanie demokracji (demos, grec. lud) i populizmu (populus, łac. też lud), a więc w obu językach ludowładztwo doprowadziło do sytuacji, w której wyboru prezydenta Rzeczypospolitej dokonano głosami najgorzej wykształconych grup społecznych, z najsłabszych ekonomicznie i kulturowo regionów kraju, o najniższym wkładzie do ogólnonarodowego dorobku. Choć wybór przeprowadzono w demokratycznej procedurze (być może, choć ciągle mam wątpliwości, bo głosów nie przeliczono ponownie), to za tym wyborem nie stały ani racjonalne argumenty i wiarygodne dane, ani autorytety intelektualne i moralne, co byłoby pewną gwarancją mądrych i efektywnych rządów. Wypada przyznać, że to populus, a nie demos zadecydował o takim wyborze, jeśli upieramy się przy pozytywnej konotacji dla demos, a negatywnej dla populus.
Stany Zjednoczone ze swoją dwuznaczną rolą w konflikcie ukraińskim, a z drugiej strony – zapewniające tarczę ochronną dla Izraela masakrującego ludność Gazy, trudno uznać za głosiciela wartości przypisywanych do niedawna demokracji w jej zachodnim wydaniu. Czy USA można traktować – zwłaszcza po rozmowach w czworokącie: USA-Europa-Rosja-Ukraina – za wiodącego reprezentanta wolnego świata, obrońcę zachodniej cywilizacji przed imperium zła, za jakie do wczoraj uważano Rosję? Choć wciąż zwolennicy demokracji cytują Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządów, ale nikt nie wymyślił lepszej, warto przytoczyć inne z jego powiedzeń: najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą. Pasuje, jak ulał do polskiej elekcji AD 2025. Trudno zresztą upierać się przy uświęconych wartościach, gdy wsłuchamy się w transakcyjny charakter argumentacji Trumpa. Sprzedamy broń Ukrainie, za którą zapłaci albo ona, albo Unia Europejska. Chcecie, to płaćcie. To wasza sprawa. Wprawdzie Clinton opowiada co innego, ale Clinton jest emerytem, choć ma tyle lat, co Trump. Wkładem USA w tej wojnie – tak to rozumiem – ma być gotowość do przytulenia zysków ze sprzedaży wyprodukowanej i posiadanej broni. Bez niej – mówią – nie wygracie tej wojny. Europejscy uczestnicy dyskusji w Białym Domu potakują, mnożą komplementy pod adresem głosicieli autorów tych prawd. Samego Prezydenta. Przecieramy oczy ze zdumieniem. Oj, chyba dostanie tego Nobla.
Odwołując się do pojęć: tradycji, wiary i wspólnoty narodowej, prawica ma tę przewagę, że operuje słownikiem zrozumiałym i zakorzenionym w mentalności zbiorowej większości europejskich społeczeństw. Strona liberalno-demokratyczna została natomiast zmuszona do poszukiwania nowego języka, wyrażającego całkiem nową sytuację, dla której nie przystają pojęcia liberalizmu, fundamentalizmu, autokracji, w ich tradycyjnym rozumieniu. Powinna szybko znaleźć odpowiedź na wytworzoną nową sytuację. Łatwo się mówi, ale to naprawdę bardzo trudne zadanie.
Może nie mam racji, może niepotrzebnie demonizuję zagrożenia. Ale „tak myślę”.
z Rafałem SKĄPSKIM, byłym wiceministrem kultury i sekretarzem Narodowej Rady Kultury, rozmawia Karol CZEJAREK
Karol Czejarek: Jak oceniasz obecny stan kultury, o której nie było ani słowa w ostatniej kampanii wyborczej na urząd prezydenta? Chodzi mi ogólnie o szerszą obecność kultury w życiu publicznym.
Rafał Skąpski: Już przyzwyczaiłem się, że w dyskusji politycznej kultura nie występuje. Mniej więcej 15 lat temu prześledziłem wystąpienia kolejnych premierów od 1985 roku. Niestety, sprawy kultury pojawiły się w nich chyba raz, najwyżej dwa razy. A który to był premier? – nawet już nie pamiętam. Odnosząc do obecnej sytuacji, czyli wyborów prezydenckich – powiem, że pomijanie kultury w dyskusji to wina nie tylko sztabów, ale też samych kandydatów. Mogę oceniać tylko debaty telewizyjne, po Polsce za kandydatami nie jeździłem. Dam przykład z naszej strony, bo to najbardziej bolało. Rafał Trzaskowski, człowiek oczytany, o kulturze podczas debat nie mówił nic. Także inni kandydaci ze strony demokratycznej: Biejat, Hołownia, Zandberg. Chyba coś wspomniała Senyszyn, ale mogę się mylić.
Dobrze pamiętam jedno z wystąpień programowych Donalda Tuska. To było jeszcze przed 2015 rokiem. Uważnie wsłuchiwałem się, czy padnie słowo „kultura”. Nie padło. Natomiast w pewnym momencie zelektryzowało mnie słowo „instrumenty”. Przez sekundę pomyślałem naiwnie, że powie coś o filharmoniach, orkiestrach, muzycznej edukacji młodzieży… Mówił o instrumentach finansowych, o kulturze ani słowa. A przecież, mając przemówienie napisane przez współpracowników, każdy mówca, każdy doświadczony polityk odchodzi od napisanego mu tekstu i mówi coś od siebie, więc o kulturze mógłby i powinien wspomnieć, nawet nie widząc tego na przygotowanych mu kartkach.
Kiedyś określiłem trzy obszary styku kultury i polityki, kultury i państwa. Pierwszy – to obowiązki państwa; w nim znajduje się edukacja powszechna, edukacja artystyczna, gwarancje uczestnictwa w kulturze, ochrona dziedzictwa, utrzymanie instytucji narodowych i samorządowych, zapewnienie informacji o wydarzeniach kulturalnych. Drugi – to wspomaganie. Państwo powinno ułatwiać i wspierać działalność społecznego ruchu kulturalnego, artystycznego, regionalnego, okazywać pomoc prywatnemu managementowi, eksperymentowi artystycznemu, debiutom. Trzeci obszar – to nieingerowanie państwa w swobody twórcze i komercyjną działalność kulturalną. Od polityków i urzędników odpowiedzialnych w Polsce za rozwój i upowszechnianie kultury powinniśmy dziś oczekiwać rozumienia i szanowania nie tylko tego podziału, ale i realizacji przypisanych im zadań!
Obserwując kulturę, niemal codziennie uważam, że kondycja szeroko rozumianej kultury jest najogólniej dobra. Jest to dość proste do udowodnienia. Większość czasu spędzamy teraz z żoną poza Warszawą, na Sądecczyźnie. Tam kultura jest stałym, niemal codziennym składnikiem życia mieszkańców w każdym wieku. To naprawdę budujące. Na przykład niezwykłe, a czasem wręcz zaskakujące przywiązanie do tradycji. To niemal duma z regionalnego stroju, noszonego także przez młodzież, oczywiście nie na co dzień, ale od święta czy podczas występów licznych tu zespołów artystycznych. Jest ich bardzo dużo, w każdej gminie, a w wielu wsiach na terenie gminy działają zespoły zrzeszające miejscowych tancerzy i śpiewaków w różnych grupach wiekowych. Koła Gospodyń Wiejskich są zbyt często w odbiorze miejskim traktowane niesprawiedliwie, nawet prześmiewczo. A działają w nich niezwykle wartościowe osoby kultywujące, między innymi, użyję określenia, regionalną tradycję kulinarną. Wydaje mi się, że tu, na Sądecczyźnie, w szkołach muzycznych uczy się znacznie większy odsetek młodzieży niż w innych regionach, a już na pewno w miastach. Wracając do strojów regionalnych, często widzę w nich wyraźnie dumne ze swoich występów dziewczęta, które następnego dnia idą do szkoły w modnych ciuszkach i fryzurach. Godzą tradycję ze współczesnością. Wczoraj widziałem znajomą Sądeczankę, wybitną warszawską onkolog, odbierającą nominację profesorską – założyła strój Lachów sądeckich.
Nadal obserwuję wykluczenie kulturowe obszarów pozametropolitalnych, by nie używać określenia prowincji. Na to zwracał uwagę w raporcie o stanie kultury prof. Jerzy Adamski, wiceprzewodniczący Narodowej Rady Kultury w końcu lat 80. Jego opracowanie było autorskie, ale zaaprobowane jako oficjalne stanowisko całej Rady. Niewiele się zmieniło od tamtego czasu.
Nie mam tego raportu pod ręką, ale pamiętam dwie ważne kwestie, niestety nadal aktualne: w szkolnictwie powszechnym – niedostatki programowe w zakresie edukacji kulturalnej, brak kształtowania u młodzieży potrzeb uczestnictwa w kulturze, a równolegle brak kadry do prowadzenia zajęć z muzyki, plastyki itp. Druga kwestia – to wykluczenie kulturalne społeczeństwa. Tu jest wiele czynników i niektóre z nich uzmysłowił mi właśnie ten Raport Adamskiego. Na przykład zbyt rzadka siatka komunikacyjna, a to po roku 1990 (biorąc pod uwagę komunikację autobusową i kolejową) jeszcze się pogorszyło. Co to ma wspólnego z kulturą? – zapyta ktoś. Ma, bo przecież z małej wioski do teatru czy kina trzeba czymś dojechać, a nadal nie każda rodzina ma auto. I jeszcze jedno ważne spostrzeżenie. Nowoczesne sale koncertowe w Katowicach, Wrocławiu czy Szczecinie nie pobudzają w Polsce powiatowej potrzeby uczestnictwa w koncertach. O roli mediów nie wspomnę. To osobny temat… Disco-polo, piosenki o majteczkach w kropeczki, kabaretony o skandalicznie niskim poziomie, tandetne seriale, różne tańce z gwiazdami, które tylko same za gwiazdy się uważają.
Karol Czejarek: Czy nie boli Cię serce w związku z dualizmem wielu związków twórczych, podzielonych na stare i nowe?
Rafał Skąpski: No cóż, dwa razy twórcy dostali po grzbiecie: stan wojenny i transformacja. Stan wojenny – moim zdaniem – pewnym bardzo groźnym sytuacjom zapobiegł, więc dla mnie był nieunikniony, ale przyniósł też niestety wiele błędnych, zbyt pochopnych decyzji. Myślę o rozwiązywaniu związków twórczych i powstawaniu na ich miejsce nowych, posiadających aprobatę władzy. Nigdy chyba o tym nie rozmawialiśmy. Brałem przed laty obok Ciebie udział w naradach na wysokim szczeblu o przyszłości ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków). W tym gronie byliśmy na samym końcu łańcuszka decyzyjnego, ja oczywiście za Tobą. Pamiętam, że Twoje argumenty, by jak najdłużej próbować ułożyć się z ówczesnym prezesem Puciatą, przestały przekonywać decydentów. Nie wchodząc w szczegóły, bez Twojej wiedzy, samowolnie, korzystając z pośrednictwa kuzynki rzeźbiarki, uzyskałem słowo Puciaty, że ustąpi, ale postawił warunek, że chce być zaproszony na planowaną naradę plastyków w Ministerstwie i tam to oświadczy. Jednak na liście zaproszonych jego nazwiska ostatecznie nie było. Władza obawiała się, że przyjedzie, nie ustąpi, a wygłaszać będzie protesty.
Równolegle do tych działań władzy, zawiązywały się organizacje podziemne, buntownicze, wyraźnie ją kontestujące. Ujawniły się one po przemianach roku 1989. Wszystkie te organizacje, niezależnie od rodowodu, nic nie zyskały na nowej filozofii gospodarki państwa. Tu reforma Balcerowicza była na swój sposób sprawiedliwa. A wszystko to działo się przy świadomości ówczesnej pani minister Izabelli Cywińskiej, która ponadto cofnęła plastykom specjalny status pracowni, czyli to, co akurat twórcy m.in. uzyskali, gdy byłeś dyrektorem Departamentu Plastyki. Delegowałeś mnie do prac nad przepisami dającymi artystom zniżkę opłat za pracownie.
Pamiętam, jak prezes jednego z tych nowych związków, mocno związany z opozycją lat 70. i 80. pytał mnie (byłem wtedy wiceministrem kultury), dlaczego resort nie pokrywa kosztów najmu biura ich organizacji i zakupu różnych materiałów biurowych. Żalił się, że musi kupować żarówki z własnych pieniędzy. Cisnęły mi się na usta słowa: „przecież sam pan o to walczył”.
Podział na nowe i stare związki istnieje do dziś. To problem środowiska, chyba niepotrzebnie rozpamiętywane są jego przyczyny. Filmowcy nie podzielili się, artyści sceniczni dawno pogodzeni, ten dualizm wciąż trwa wśród plastyków i literatów. Ci ostatni mają zresztą od niedawna trzeci, a może i czwarty związek; w tym przypadku powodem tego nie są spory polityczne, a różnica interesów poszczególnych grup twórców. Może wyostrzam ocenę, ale ani środowiska twórcze (władze ich organizacji), ani powoływane od czasu do czasu różnego rodzaju rady nie stanowią dziś dla decydentów (nie tylko w kulturze) żadnego rzeczywistego oparcia, źródła wiedzy czy pola do konsultacji. Wielka szkoda.
Karol Czejarek: Ale może gdyby obecne władze zainicjowały publiczną dyskusję na ten temat?
Rafał Skąpski: Moim zdaniem tak zwane konsultacje środowiskowe są w dużej mierze fikcją. Mniej więcej po 2005 roku zapanowała moda na zespoły eksperckie o utajnionym składzie, które oceniają aplikacje twórców i organizatorów. Sążniste formularze składanych wniosków czytają nieznani z nazwiska eksperci. Wydawany jest werdykt, jeśli pozytywny – to szczęście, jeśli negatywny – to w ogóle wnioskodawca nie ma możliwości rozmowy z nikim o swoim projekcie (ostatnio wyeliminowano nawet możliwość odwołania się). Dyrektorzy, pracownicy tych wielu nowo powstałych Narodowych Instytutów, o sporych budżetach, odsyłają do obiektywnych (?) wyroków owych bezimiennych ciał! Uważam, że te opiniujące obecnie komisje eksperckie, które de facto decydują o podziale środków, są tylko zasłoną i wyręką dla urzędników. W skuteczność społecznych zespołów doradczych nie wierzę, są tworzone (jeśli w ogóle są) dla honoru domu, a nie z rzeczywistej potrzeby polityka.
Przypominam sobie, jak dyrektor departamentu, gdy byłem wiceministrem, przychodził z naręczem różnych wniosków i próśb; czasem były to tylko wykazy, ale na każdym dokumencie była jego pisemna sugestia. Ja to aprobowałem bądź wprowadzałem pisemnie poprawki i kierowałem do ministra. On podpisywał, rzadko coś zmieniał, ale także zawsze z podpisem i pieczątką na dokumencie. Jeśli ktoś chciał się odwoływać, wiedział do kogo i na jakim szczeblu. Odpowiedzialność za decyzje była czytelna, spersonalizowana.
Karol Czejarek: A jakie toczyliśmy dyskusje na kolegiach u ministra! Pamiętam, że już jako sekretarz Narodowej Rady Kultury bywałeś zapraszany przez prof. Krawczuka.
Rafał Skąpski: Doskonale pamiętam tę atmosferę i tę sporą grupę dyrektorów, doradców, ekspertów, z którymi minister omawiał i konsultował bieżące sprawy. Jakże mi takich narad brakowało, kilkanaście lat później, gdy byłem wiceministrem. Ministrowie Celiński i Dąbrowski nie pracowali zespołowo. Myślę o naradach i obradach z wiceministrami, dyrektorami itp. Za tego pierwszego było kilka, za drugiego nie więcej. Celiński konsultował z nami zagadnienia indywidualnie, miał swoje poglądy, ale przyjmował moją argumentację i zdarzało się, nie tak rzadko, że zdanie zmieniał. Pamiętaj, że on celował na objęcie teki ministra pracy, a dostał resort kultury. Ten drugi, też rozmawiał indywidualnie, ale oznajmiał swoje decyzje, nie zostawiając w zasadzie pola do dyskusji.
Karol Czejarek: Czy możesz w kilku punktach skwitować swoje lata ministrowania?
Rafał Skąpski: Nie będę robił bilansu, powiem tylko o kilku epizodach, ale dla mnie niezwykle ważnych. Podejmowałem kolacją przebywającą we Wrocławiu panią profesor Larysę Kruszelnicką – dyrektorkę lwowskiej biblioteki im. Stefanyka, w której znajdują się pozostawione zbiory Ossolineum. Szacuje się, że 30 procent jest w Polsce, reszta dalej tam. Dyrektor naszego Ossolineum narzekał, że Kruszelnicka stanowczo nie godzi się na wypożyczanie zbiorów do Polski, o co wciąż zabiegają polscy naukowcy. Przyjmując, że tego nie uzyskam, po stworzeniu niezwykle miłej atmosfery, zapytałem, czy nasi badacze będą mogli dygitalizować dokumenty – zgodziła się bez wahania.
Będąc w Drohobyczu, oglądałem kilka fresków Bruno Schulza. Było to niedługo po słynnej akcji Mosadu. W jednej z willi odnaleziono naścienne rysunki Schulza, to była prawdziwa sensacja. Ale jeszcze większą było przekupienie przez wysłanników Mosadu mieszkańców tej willi, skucie fresków i potajemne wywiezienie ich do Izraela. Na ścianach pozostały trzy czy cztery o mniejszej wartości artystycznej, ale zawsze był to Schulz! Skuto je i umieszczono w miejscowym muzeum. Dla zwiedzających były niedostępne. Będąc służbowo we Lwowie poprosiłem, by w czasie wolnym zawieziono mnie do Drohobycza i zaprowadzono do tego muzeum. Okazało się, że w tym dniu jest zamknięte, a freski są i tak niedostępne dla niczyich oczu. Mimo mojej funkcji, dyrektor długo odmawiał. Uległ, gdy poinformowałem go, iż towarzysząca mi żona jest córką ucznia Schulza. Obejrzeliśmy freski, mogliśmy zrobić zdjęcia, a na koniec uzyskałem zgodę na wypożyczenie tych, tak strzeżonych, malowideł, aby je pokazać w Polsce.
„Gazeta Wyborcza” opublikowała informację, iż pani Barbara Piasecka-Johnson posiada inkunabuł z XV wieku – Księgę praw miejskich Głubczyc. Nadto autor artykułu apelował do ministra kultury o odkupienie jej za pół miliona złotych. Andrzej Celiński zlecił mi prowadzenie negocjacji. Nie wchodząc w szczegóły, stanowisko reprezentantów pani Piaseckiej przez długi czas było nieugięte, ale finalnie uzyskałem przekazanie Księgi całkowicie nieodpłatnie.
W pierwszych tygodniach urzędowania minister Celiński uzyskał zgodę Krystyny Łybackiej na odstąpienie kulturze części przychodów z gier liczbowych. Łybacka miała w swoim nadzorze sport, a co za tym szło – podlegał jej Totalizator Sportowy i jego zyski. Ustne uzgodnienie ministrów musiało przybrać formę prawną. Wyznaczono mnie do prowadzenia prac, a partnerami byli wiceministrowie edukacji i sportu oraz finansów. Negocjacje były trudne, piętrzono problemy, moi partnerzy wcale nie byli skorzy do realizacji obietnicy minister Łybackiej. Jednak udało się i pieniądze te, kwota niebagatelna, przyczyniły się do powstania odrębnego, pozabudżetowego finansowania produkcji filmów.
Odpowiadałem też za przystosowanie krajowych przepisów dotyczących kultury do norm unijnych. Jedną z kwestii było wprowadzenie opłaty VAT na książki, co obowiązywało w większości krajów unijnych. Trzeba było nie lada starań i argumentacji, by Bruksela wreszcie zgodziła się: stawka zero na pięć lat! A skoro już o podatku VAT – to jeszcze jedna historia. W resorcie finansów przygotowywano opodatkowanie nim prasy. W trakcie prac rządowych i parlamentarnych (w Komisji Kultury) skutecznie wybroniliśmy przed tym podatkiem niskonakładowe regionalne publikacje, wydawane przez towarzystwa kulturalne, miłośników gminy, miasta, stowarzyszenia regionalnych badaczy historii itp. Projekt poszedł na koniec do Komisji Finansów, w której nasze ustalenia wykreślono, nas o tym nie zawiadamiając. Sejm to uchwalił i dopiero w momencie prac w Senacie ktoś mnie zawiadomił, że w tekście ustawy, przez Sejm już przyjętej, jest VAT na te pisma, który byłby ich końcem. Zadzwoniłem do marszałka Senatu i poprosiłem o możliwość wystąpienia podczas obrad plenarnych, na których ustawa miała być rozpatrywana. Po wystąpieniu wiceminister finansów pani Ireny Ożóg (ona jedynie miała upoważnienie premiera do reprezentowania rządu i prezentowania ustawy), Longin Pastusiak udzielił mi głosu. Przedstawiłem argumenty i wróciłem na miejsce. Podbiegła do mnie wzburzona pani minister, zapowiadając doniesienie do premiera na moje samozwańcze, bez upoważnienia wystąpienie, godzące w przyjęte już przez Sejm przedłożenie rządowe. Na szczęście podczas przerwy w obradach kilku senatorów stanęło w mojej obronie, tłumacząc że działałem może wbrew przepisom, ale w dobrej sprawie. Ja zaś udowodniłem, że mimo obowiązku, sejmowa Komisja Finansów nie zawiadomiła mnie o zmianie w ustawie.
Karol Czejarek: Ja także bardzo poważnie traktowałem zaproszenia na wydarzenia lokalne, bo prawo jest prawem i obowiązuje potem wszystkich.
Rafał Skąpski: Zgadza się! Moja obecność z racji sprawowanej funkcji, dodawała organizatorom poczucia wartości. Niejednokrotnie słyszałem, że dzięki mojej wizycie, po raz pierwszy w tej miejscowości pojawił się wojewoda. Pojechałem na przykład, wbrew sugestii urzędnika z Ministerstwa, na doroczną watrę łemkowską. Organizatorzy byli zaskoczeni i usatysfakcjonowani, że przyjechał minister, w dodatku z odznaczeniami dla nich. Ale największe zaskoczenie wywołałem, gdy w moje wystąpienie wplotłem – po rusińsku, w ich ojczystym języku – fragment wiersza łemkowskiego poety z XIX wieku. Starałem się, jak tylko czas i okoliczności pozwalały, doceniać tego typu lokalne przedsięwzięcia.
Karol Czejarek: Czy po Twoim odejściu z Ministerstwa korzystano z Twojego doświadczenia?
Rafał Skąpski: Chyba nie tylko w kulturze, ale szerzej – w innych obszarach – nie traktuje się doświadczenia poprzedników jako wartości, z której należy czerpać. W ciągu 20 lat prezesowania Polskiemu Towarzystwu Wydawców Książek tylko dwa razy byłem zaproszony do udziału w zespole o charakterze opiniującym i doradczym. Wtedy ich składy były jeszcze jawne. Pewnie Cię zaskoczę, gdy powiem, który minister to zrobił… Kazimierz M. Ujazdowski w latach 2005–2007.
Karol Czejarek: Powiedz coś więcej o Narodowej Radzie Kultury. Jakim szefem był prof. Bogdan Suchodolski?
Rafał Skąpski: Rada była ustawowo powołanym ciałem doradczym Rady Ministrów. Działała przez 8 lat, powołana formalnie jesienią 1982, faktycznie wiosną 1983, rozwiązana w 1990. Istotnym elementem tamtej ustawy było powołanie Funduszu Rozwoju Kultury. Nie wchodząc w szczegóły, był to stały, automatycznie zwiększany corocznie, pozabudżetowy fundusz ministra kultury, którego kierunki wydatkowania wymagały opinii naszej Rady. W porównaniu do lat poprzednich było to wręcz rewolucyjne rozwiązanie stabilizujące sytuację w kulturze. Dziś, dzięki funduszom europejskim i wprowadzonemu za moich czasów odpisowi z Totalizatora Sportowego, sytuacja finansów kultury jest nieporównywalna.
Pytanie o prof. Suchodolskiego znowu zasługuje na osobną, długą rozmowę. Ale postaram się opowiedzieć krótko o najważniejszych sprawach. Zacznę od anegdoty. Do liceum chodziłem w Nowej Hucie, tam była wspaniała, wielka księgarnia Domu Książki. Dom Książki prowadził loterię. Los kosztował, jeśli dobrze pamiętam, dwa i pół złotego (inna cena, którą pamiętam – to butelka 0,33 l soku jabłkowego o nazwie Płynny Owoc za 4 złote). Większość kuponów była „pusta”. Rzadko w którymś można było znaleźć pięcio- czy dziesięciozłotową nagrodę, która ułatwiała zakup książki. Ale za cztery puste losy można było pogrzebać na specjalnej półce, gdzie stały książki wycofane z handlu, niesprzedawalne. Więc niezbyt licząc na rzeczywistą wygraną, kompletowałem puste losy i wracałem do domu z książkami. Wyobraź sobie, że było wśród nich dużo o malarstwie, nawet szczegółowe, bo pamiętam o szkole flamandzkiej. Czytałem je! Jednej, pozyskanej w ten sposób, nie przeczytałem – za mądra była. Ale urzekło mnie nazwisko autora, jego brzmienie: Su-cho-dol-ski. I ja w 1983 roku trafiam do maleńkiego grona jego najbliższych współpracowników! Co za przypadek. Profesor, wówczas osiemdziesięciolatek, miał wspaniałą cechę: ufność. Kilkuosobowy zespół jego współpracowników – to byli młodzi ludzie, młodsi od niego o 40, a nawet 50 lat. Zespół ten kompletował etatowy sekretarz Rady, a Profesor w ciemno aprobował jego decyzje; sam pełnił funkcję społecznie. Do dyspozycji miał jedynie samochód z kierowcą i gabinet z sekretarką. Nie urzędował, w biurze przebywał tylko wtedy, gdy tego wymagały jego obowiązki. Jego wiedza o kulturze była wszechstronna, powiedziałbym pełna. Wolał teatr niż filharmonię czy sale koncertowe, ale nade wszystko książki. Wspierał też ruch regionalnych towarzystw kultury, regionalne towarzystwa miłośnicze i naukowe.
Na dwa dni przed spotkaniem z jakimś pisarzem z zagranicy zapytał, o kogo chodzi. Po dwóch dniach, podczas rozmowy sypał cytatami z książek gościa. Bez żadnej kartki! Miał poważanie w środowisku naukowym i artystycznym, choć oczywiście część przyjaciół nie aprobowała jego zaangażowania po stronie władzy. Nigdy wcześniej nie pełnił urzędu, przez jedną tylko kadencję był zastępcą sekretarza naukowego PAN. Opowiadał mi kiedyś, że dwukrotnie wcześniej był namawiany przez wysłanników najpierw Gomułki, potem Gierka, by objął jakieś ważne stanowiska, zawsze odmawiał. Dlaczego więc przyjął funkcję od Jaruzelskiego? – zapytałem. Odpowiedział: „Bo do niego mam zaufanie”.
Przez ostatnie lata byłem sekretarzem Rady, miałem więc niemal codzienny kontakt z Profesorem, daleko wychodzący poza sprawy służbowe. Przejąłem od niego postrzeganie kultury jako absolutnej całości życia i działań ludzkich. Nauczyłem się spokoju i pewnego dystansu pozwalającego na rozwiązywanie problemów bez zbędnych emocji.
Karol Czejarek: Jeszcze tylko jedno pytanie: co aktualnie porabiasz, będąc już w tej chwili na zasłużonej emeryturze? Wiem, że dużo piszesz, kilka Twoich książek recenzowałem, chwaląc je, ale nie dlatego, że się od lat znamy i wzajemnie szanujemy, ale dlatego, że doceniłem ich wartość. Zatem powiedz, o czym jeszcze zamierzasz napisać?
Rafał Skąpski: Interesuję się historią Polski mniej więcej ostatnich dwustu lat. Fascynuje mnie odnajdywanie w dziejach mojej niezwykle rozgałęzionej rodziny zdarzeń i ważnych postaci oraz tych momentów, w których moi przodkowie wpisywali się w tę wielką historię Polski. Trzy moje autorskie książki miały wątek rodzinny, ale pretekstem do snucia opowieści byli: Witos, wybitna neurolog z okresu międzywojnia czy warszawski kupiec, prawdopodobny pierwowzór Wokulskiego.
Eustachy Rylski czyta teraz moją kolejną książkę i spodziewam się od niego kilku zdań oceny, którą wykorzystam na czwartej stronie okładki. Będzie miała tytuł: Antoni i jego dzieci i będzie opowieścią o rodzie Skąpskich, poczynając od konfederacji barskiej, a więc od ostatniej ćwiartki XVIII wieku. Poza konfederatem barskim, znajdą się tam jego potomkowie spiskujący przeciwko zaborcom, powstańcy styczniowi, uczestnicy pierwszej i drugiej wojny, oraz wojny z 1920 roku… Wszystko – nie tylko na tle rzeczywistych wydarzeń, ale wzbogacone o różnego rodzaju moje odkrycia, jak choćby to, że brata przyrodniego mojego dziadka, rannego powstańca z 1863 roku, pielęgnowała babka Jerzego Turowicza. A to przecież ikona nie tylko dziennikarstwa.
Druga książka, która także ukaże się jesienią, jest przeznaczona dla dzieci. Mam pięć wnuczek, najstarsza ma 6 lat, najmłodsza – miesiąc. Zanim one sięgną po moje poważne książki o rodzinie, postanowiłem przedstawić kilkanaście osób i zdarzeń, posługując się zdjęciami z rodzinnego albumu. Jest to więc bogato ilustrowana opowieść dziadka (i babci), której przysłuchują się dziewczynki. Chyba udało mi się napisać to w sposób przystępny dla młodego czytelnika, a może raczej słuchacza, bo książka pewnie będzie czytana dzieciom przez dorosłych.
Myślę też o książce na rok przyszły. To będzie ukłon w stronę rodziny ze strony Mamy. Znów ta rodzinna opowieść wplecie się w polskie losy, tym razem sięgające początków XVII wieku na Żmudzi, Litwie i dzisiejszej Białorusi, w Zagłębiu Donieckim i Syberii. A pojawią się nazwiska Karola Szymanowskiego i jego rodziny, Jana Karskiego, Wojciecha Korfantego, Ferdynanda Goetla, Antoniego Ossendowskiego czy amerykańskiego prezydenta Herberta Hoovera.
Karol Czejarek: Bardzo dziękuję za tę rozmowę!
Piotr Stefaniuk: Czy Sierpień 1980 roku ma jakiekolwiek znaczenie dzisiaj?
Barbara Labuda: Dla mnie ta pierwsza Solidarność i rok 1980 były wielkim przeżyciem osobistym, wielkim przeżyciem duchowym i wielkim przeżyciem politycznym. Do dziś pamięć tego mam w sobie. Zapamiętały to wszystkie komórki mojego ciała. Do dziś, gdy słyszę „Sierpień osiemdziesiątego”, to za każdym razem rezonuje coś wspaniałego, wspaniałego w sensie solidarności międzyludzkiej, uniesień takiego siostrzeństwo-braterstwa, współpracy, bardzo dobrego dogadywania się ludzi między sobą. Ja to poznałam od strony tego, co się działo we Wrocławiu, nie w Gdańsku i nie w Warszawie, nie w innych miastach. We Wrocławiu to była dość specyficzna sytuacja. Sądziłam, że jest powszechna dla całej Polski, ale później się zorientowałam, że nie. Chodzi mi o wspaniałą współpracę ze środowiskiem robotniczym, wtedy tak po prostu było. Między ludźmi pracującymi w fabrykach, w zajezdniach, prowadzącymi tramwaje i autobusy a środowiskiem akademickim. We Wrocławiu było i jest dużo uczelni i znaczna część ich pracowników, do których i ja należałam (byłam wtedy młodą naukowczynią), zaangażowała się po pachy w ruch solidarnościowy. Ja i mój mąż Aleksander absolutnie wszystko oddaliśmy tej sprawie, wszystko, cały nasz czas, nasze serce, nasz umysł, naszą wiedzę, wszystko, co jest istotne. To było najważniejsze wydarzenie w naszym życiu.
Piotr Stefaniuk: Czy można powiedzieć, że z Twojego punktu widzenia Solidarność to był ruch socjalistyczny?
Barbara Labuda: Z mojego punktu widzenia nasz ruch miał bardzo silny element idealizmu i utopijności socjalistycznej, lewicowej, szerzej nawet niż socjalistycznej, bo także anarchosyndykalistycznej. Ten prąd kiedyś był bardzo mocny w całej zachodniej Europie, na przykład we Francji i Hiszpanii. A nawet nie tylko, także w Japonii i Meksyku. Zrobił dużo dobrego, a został później oczerniony, zohydzony. Ja na przykład, z osobami, które się w to włączyły, stworzyłam pierwszą w Polsce wszechnicę robotniczą. Było to właśnie w czasie strajków w zajezdni w siódemce we Wrocławiu, bo tam była siedziba strajkowa. Pierwsze zajęcia tam zaczęliśmy prowadzić dla robotników, dla kierowców, dla mechaników, dla wszystkich z Wrocławia, którzy nie bali się przyjść i słuchać. I słuchali o wolnych związkach zawodowych, o prawach robotniczych, o prawach obywatelskich i o tym, jak ważny w historii był ruch tak zwanych dołów społecznych.
Danuta Waniek: Czy wtedy Wam chodziło o zmianę ustroju czy elementów ustroju?
Barbara Labuda: Z Aleksandrem absolutnie uważaliśmy, że trzeba obalić system i zrobić prawdziwy socjalizm, bo tamten nie był naszym zdaniem prawdziwy (i tak myślę do dziś). Myśmy mieli taką utopię w głowie, że można to zrobić. Mieliśmy w głowie też przykład krajów skandynawskich, które nie były idealne, ale uważaliśmy, że im się udało połączyć kapitalizm z socjalizmem; co jest prawdą i do dziś to działa. No, ale to już osobna para kaloszy. Mówiąc krótko, wtedy wszystko jakoś się łączyło: moje idee, ideowość, mogę powiedzieć idealizm nawet (jak to brzmi bardzo patetycznie, górnolotnie!) i potrzeby psychiczne, i emocjonalne poczucie więzi z ludźmi – taka potrzeba służenia ludziom, która się sprawdzała, bo tam nie było pychy. Wtedy ja nie widziałam przejawów narcyzmu, tej buty, tej pychy, ja tego nie widziałam. Miałam szczęście trafić na wspaniałych ludzi – kobiety i mężczyzn, bardzo dużo kobiet, robotnic, włączyło się; do dziś się z niektórymi kumpluję, tymi na przykład, które skończyły pracować 10–15 lat temu na stanowiskach robotniczych we wrocławskich fabrykach, przeszły na emeryturę i się do mnie odzywają. Więc to przetrwało, to po prostu było coś bardzo, bardzo trwałego, silnego, prawdziwego i mocnego pod każdym względem. Każdym – to znaczy i osobistym, i emocjonalnym, i psychicznym, i ideowym, i politycznym. Przetrwało przekonanie, że musimy zbudować porządny kraj, zmienić Polskę, ale ponieważ postępowaliśmy trochę po korowsku, a po korowsku znaczy małymi kroczkami, w sensie niestawiania na pierwszym miejscu żądań nie do spełnienia, tylko takich, które się wydają spełnialne. Ta korowska taktyka zaczęła się moim zdaniem już od początku lat siedemdziesiątych.
Piotr Stefaniuk: Barbara Labuda tworzyła Solidarność, Danuta Waniek nie była członkiem Solidarności, była członkiem partii, ja należałem i do partii, i do Solidarności. Mamy więc trzy punkty widzenia. Danuta, przekaż nam swoje doświadczenia: jak odebrałaś tamten czas?
Danuta Waniek: To był czas wielkich obaw. Oczywiście miała na to wpływ moja osobista sytuacja, bo lata osiemdziesiąte przyniosły wielką stratę wewnątrz rodziny i wyzwania, które wtedy przed nami stanęły. Przypomnę, że żyliśmy w czasach 1000-procentowej inflacji, gdzie nie wiadomo było, czy ci starczy pensji, tej oficjalnej, którą się dostawało na uczelni, bo też byłam pracownikiem naukowym i z tego się utrzymywaliśmy z dziećmi. To była jedna taka obawa, co te bunty robotnicze mogą przynieść społeczeństwu, które jest zmęczone przede wszystkim brakami w zaopatrzeniu i niemożliwością zrobienia kroku naprzód, bo cały czas ta wizja Wielkiego Brata, który nam nie pozwoli na nic i tak dalej, i tak dalej, że to się musi źle skończyć, żeby się tylko krew nie rozlała, bo po co powtórzyć na przykład doświadczenia powstańcze? Natomiast świadoma byłam tego, że ten system, który obowiązywał wówczas z mocy nadania radzieckiego, nie przyniesie Polsce impulsów rozwojowych, że trzeba zrobić jakiś krok w przód w partii. Szukano możliwości wyjścia z tego permanentnego kryzysu gospodarczego, który się objawił w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Do siedemdziesiątego szóstego jakoś nam szło, ale potem się okazało, że trzeba spłacać kredyty, które zostały zaciągnięte na zakup chociażby nowych technologii, z którymi nie wiadomo było co zrobić, bo robotnicy byli do nich jeszcze nieprzygotowani. Więc obawa była bardzo racjonalna, to znaczy ja nawet swoim studentom (uczyłam nauk politycznych) mówiłam, że jeżeli się dokona w tej chwili jakaś rewolucja, więcej ludzi straci. Byłam już po studiach na Zachodzie (mam dyplom politologa z Austrii), w związku z tym wiedziałam, jak wolna gospodarka rynkowa oddziałuje na położenie ludzi pracy najemnej, że te 21 punktów… Myślałam sobie: „Boże, jak oni mieszają ludziom w głowach, to jest nie do zrealizowania…”.
Barbara Labuda: Jednak udało się, a może nawet więcej…
Danuta Waniek: No, niekoniecznie…
Piotr Stefaniuk: Zapytam o środowisko, w którym byłaś. Czy można powiedzieć, że była tam wrogość do Solidarności?
Danuta Waniek: To był sceptycyzm. W naszej organizacji partyjnej nie, nie było wrogości, była ciekawość i obawa, i próby poszukiwania na gruncie naukowym, co można z tego zrobić, żeby zapobiec z jednej strony takiej rewolucji bezładnej, która się zakończy interwencją radziecką jak w Budapeszcie w pięćdziesiątym szóstym roku, a jednocześnie żeby nie stracić tej pozycji, jaką mieliśmy wówczas w gronie państw demokracji ludowej: że ta Polska była zawsze trochę inna, trochę buntownicza, że od nas wyjeżdżali ludzie na stypendia zagraniczne. Mnie, na przykład, interesowała myśl, że drogę do przemian ustrojowych, takich konstytucyjnych, tworzyli naukowcy, ale specjaliści od prawa państwowego, a nie konstytucyjnego. To jest nowe hasło, które już po osiemdziesiątym dziewiątym roku znalazło odzew: ustrój Stanów Zjednoczonych był opisany, Francji był opisany, Szwecji był opisany, wszystkie konstytucje były dostępne i przetłumaczone. Hiszpania pokazywała drogę przejścia poprzez kompromis do nowych czasów, ale jednocześnie utrzymania monarchii, więc w gruncie rzeczy myśmy prowadzili też przy tej okazji najrozmaitsze dyskusje na gruncie prawnopaństwowym, co z tego można byłoby zrobić. Oczywiście wiedzieliśmy, że w wierchuszce takie dyskusje się toczą, bo oni cały czas jednak mieli kontakt z towarzyszami radzieckimi… Problem „wejdą czy nie wejdą?” cały czas nad nami wisiał.
Barbara Labuda: Słuchaj, muszę do tego się odnieść. Problem „wejdą czy nie wejdą?” cały czas nad nami wisiał i wydaje mi się, że – może niechcący – Danusia zmierza w niedobrą stronę. My nie byliśmy idiotami, wszyscy mieliśmy poczucie zagrożenia, bez przerwy nam to mówiono, zwłaszcza z Zachodu i z Kościoła (akurat ja nie miałam związku z Kościołem, oboje jesteśmy z moim mężem niewierzący, zresztą znaczna część naszej opozycji jest i była niewierząca). Myśmy to wszystko wiedzieli – że jest zagrożenie.
Piotr Stefaniuk: Myślę, że świadomość zagrożenia łączyła wtedy wszystkich.
Barbara Labuda: Jeszcze inaczej o tym opowiem. Piętnasty-szesnasty sierpnia, jesteśmy w Gdańsku. Są strajki, reszta Polski jeszcze nie wie, co się dzieje, wiadomo – cenzura. Dowiadują się z Wolnej Europy i ci, co mogą, wracają do Wrocławia. Myśmy byli na urlopach, chociaż Jacek Kuroń mówił: uważajcie, nie wyjeżdżajcie nigdzie daleko, bo na pewno będzie się coś działo. Fantastyczną miał intuicję polityczną i żył tym, to było jego życie. Jego taką esencją, jego krwiobiegiem, były sprawy ludzkie, społeczne, polityczne. Więc myśmy pilnowali tego, co się dzieje i wszyscy z SKS-u, z tych wszystkich przedsierpniowych organizacji, łącznie z Latającym Uniwersytetem, wszyscy wrócili, żeby – jak to się mówiło wtedy – pomagać robotnikom. Byliśmy świadomi tego, co nam grozi. Na Dolnym Śląsku mieliśmy przecież bazy sowieckie, wiedzieliśmy, jakie jest to zagrożenie, bo my je na co dzień widzieliśmy, żołnierze poruszali się po naszych miastach z bronią w ręku.
Myśmy mieli poczucie, że jesteśmy wyjątkowym, specyficznie traktowanym demoludem, gdzie można było wyjechać za granicę i nie wsadzali za kontakty pod zarzutem szpiegostwa, jak w Rumunii czy gdzie indziej. Ale właśnie dlatego, że byliśmy jakoś wyjątkowi (a mieliśmy wśród nas wybitnych ekonomistów i prawników rozumiejących ekonomiczną i polityczną sytuację), uważaliśmy, że nie ma wyjścia i trzeba po prostu wymusić w sposób bezprzemocowy (bo ja uważam siebie za gandystkę) na tej władzy stopniowe przemiany. Tego samego zdania był Lech Wałęsa, który był za nieprzemocowym procesem.
Danuta Waniek: Ja pracowałam wtedy w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Było w nim mnóstwo ciekawych ludzi. Odszedł profesor Włodzimierz Wesołowski, socjolog, bo pojechał na jakieś długotrwałe stypendium do Stanów i wrócił już bardzo niechętny PZPR-owi, wystąpił z partii. Zastąpił go Jerzy Wiatr, którego radzieccy uważali za rewizjonistę, wroga socjalizmu, co jest udokumentowane. Nie chcieli w ogóle z nim rozmawiać. Jak przyjeżdżały jakieś delegacje, to dyrektor naszego Instytutu był przez nich – że tak powiem – tłamszony, nie zauważali go prawie, nie podawali ręki. Natomiast wiadomo było, że on się wtedy dość intensywnie przyjaźnił z Mieczysławem Rakowskim i wiadomo było, że obaj mają zbliżone poglądy. Jak nie mogli radzieccy walić w Rakowskiego – to wykorzystywali do tego jego przyjaciela Wiatra. Było takie czasopismo „Nowoje Wriemia” i tam byli oni regularnie obsmarowywani, wrogowie ludu i socjalizmu. I w związku z tym partia powinna z nimi zrobić porządek. No więc wyrzucili nam Wiatra ze stanowiska dyrektorskiego i była wielka smuta w Instytucie. Uważaliśmy, że to jest głęboka niesprawiedliwość, niesprawiedliwość wobec Jerzego Wiatra, bo on nam interpretował tę rzeczywistość, te procesy, był socjologiem, myśmy byli prawnikami, politologami, wszyscy słuchali go z olbrzymim zainteresowaniem, byliśmy dumni z niego.
Piotr Stefaniuk: Moje doświadczenie jest o tyle ciekawe, że zostało wytarte z głównego opisu Sierpnia, bo ja byłem i członkiem partii, i członkiem Solidarności. Podobnie jak w przypadku Barbary, to jest najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Ono mnie ukonstytuowało, dlatego że zrozumiałem, że coś takiego jak wspólnota to jest fakt. Kto to przeżył, dzisiaj nie ulega cynizmowi, kto tego nie przeżył – stracił. Tu gdzieś leży przyczyna tego, że lata rządów PiS-u były, a za sprawą Nawrockiego są, dla mnie latami smuty. Natomiast chcę powiedzieć, że to jest tak piękna idea, że ja się nigdy nie mogłem pogodzić z jej grzęźnięciem w zapomnieniu i gdy ożyła w lutym 2022 roku, w spontanicznym zrywie pomocy ukraińskim uchodźcom, byłem po prostu szczęśliwy. Samoorganizacja, poświęcenie, szczodrość – skala nieprawdopodobna, ten potencjał w nas tkwi. Kto dziś szczuje wydatkami na ukraińskie dzieci, świadomie ideę i potrzebę solidarności wypala.
Z punktu widzenia naszej dyskusji istotny natomiast jest fakt, że mój przypadek członka partii i Solidarności składał się na siłę tej ostatniej, choć ona tego nie mówiła. 10 milionów członków Solidarności to liczba przesadzona, zresztą trudna wówczas do dokładnego policzenia, było około 8–9 milionów. W trzymilionowej partii był milion członków Solidarności, to policzono już dokładniej. Pełniłem w partii najniższą funkcję, jaką przewidywała jej struktura organizacyjna i mimo że trzykrotnie próbowano mnie z niej usunąć, członkowie mojej organizacji nie wyrażali na to zgody, co znaczyło, że nawet jeżeli ludzie nie byli w Solidarności to dokładnie rozumieli jej społeczny sens.
Barbara Labuda: Podobnie było we Wrocławiu. Na początku myśmy tak pilnowali, żeby byli sami nasi, czyli korowcy – ale w sensie nie sekciarskim, tylko zaufania: żeby ci, którzy tam zawiadują, organizują, pilnują ulotek, wszystkiego, to byli ludzie związani z opozycją przedsierpniową i niezwiązani z PZPR. Ale stopniowo coraz więcej takich było, bo przechodzili ludzie z uczelni, których myśmy znali, tych młodych prawników i oni prawie wszyscy byli w PZPR i myśmy mówili, że można im zaufać. Na początku, mając świadomość zagrożeń, ten ruch się samoograniczał i uważaliśmy, że trzeba współpracować, bo Polska jest dla wszystkich, także dla członków PZPR. Na przykład pierwszym szefem Solidarności we Wrocławiu, o czym rzeczywiście część osób nie chce pamiętać (a co w różnych wywiadach przypominam), był członek PZPR, zwyczajny facet, który był później umęczony przez bezpiekę. Był przez kilka miesięcy, zanim Władek Frasyniuk został wybrany przez robotników i przez tych wszystkich, którzy tworzyli zaczyn jeszcze przedsolidarnościowy.
Piotr Stefaniuk: Podsumowując, wątek obecności członków partii w Solidarności nie został opracowany historycznie, a nie była to kwestia incydentalna. Zawieszenie działalności PZPR po wprowadzeniu stanu wojennego nie było przypadkowe i nie było jakimś gestem, po prostu kierowano się słuszną diagnozą polityczną, że na członków partii w tym przedsięwzięciu nie można liczyć.
Pytanie do Barbary: Ty reprezentowałaś nurt silnie antykomunistyczny, a po roku 1989 związałaś się politycznie z ludźmi byłego systemu. Czy miało na to wpływ doświadczenie z okresu Solidarności?
Danuta Waniek: Ale Barbara była rzadkim wyjątkiem.
Barbara Labuda: We mnie było wtedy jeszcze strasznie dużo nienawiści i gniewu, i wściekłości na partię za stan wojenny, który był dla mnie strasznym ciosem w sensie politycznym, ideowym, osobistym. Jego wprowadzenie uważałam za niewybaczalne i byłam wtedy strasznie wściekła na ludzi PZPR. I jak weszłam do Sejmu, to ta moja wściekłość była rzeczywiście bardzo silna, natomiast właśnie dzięki temu, że w tej pierwszej kadencji – w Sejmie kontraktowym – znalazły się osoby, które nie były popierane przez wierchuszkę pezetpeerowską, osoby samodzielne, które nie wykonywały dyrektyw (tak mi się zdaje) i na poziomie komisji sejmowych, gdzie wtedy dokonywała się autentyczna, rewolucyjna robota, oni po prostu niesamowicie zmieniali Polskę. Wśród nich znajdowałam sojuszników dla moich poglądów. Rozmawiałam z ludźmi z Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej na poziomie komisji i to były prawdziwe, fantastyczne dyskusje, w których znajdowałam sojuszników po tamtej stronie. Ale nie byłam pewna, czy jesteście lewicowi. Słowo daję, uważałam, że to ja jestem prawdziwa lewica, a ci z PZPR – nie, to tylko uzurpacja. Uważałam, że Wy po prostu nie jesteście lewicą, tylko udajecie, a my jesteśmy tą prawdziwą lewicą, czyli tymi, którzy chcą służyć ludziom. Takie samo było stanowisko Kuronia i tak zwanej lewicy antykomunistycznej. Stopniowo coraz mocniej na mój stosunek do współpracy z posłami PKLD zaczęły wpływać kwestie praw kobiet i aborcji. Wtedy zaczęło się to skrajnie prawicowo-katolickie szaleństwo: 9 lat dla lekarza, 5 lat dla kobiety… A to szaleństwo było ulokowane głównie w Senacie, gdzie 99 procent to byli ludzie Solidarności. I co? Okazało się, że nasza kochana, dobra, serdeczna i mądra Solidarność jest zbiorowiskiem kołtunów. A sojusznika mogłam znaleźć tylko w grupach prawdziwie lewicowych.
Piotr Stefaniuk: Jak opisać wpływ Solidarności roku osiemdziesiątego na stan narodowego ducha, na stan świadomości obywatelskiej? Był to na pewno ruch socjalistyczny, ale też na pewno był to ruch narodowy, a ta jego narodowość objawiała się w pytaniu „wejdą czy nie wejdą?”, bo okazało się, że to pytanie zadawali sobie wszyscy, czyli to było spoiwo rzeczywiście niezwykle istotne. No i kwestia prawdy o Katyniu, przecież ona łączyła praktycznie wszystkich, mimo że tej sprawy nie stawiano na pierwszym planie. Czyli nie chodziło tylko o kiełbasę, tam chodziło o coś więcej i to się czuło od samego początku. Że nie da się żyć w kłamstwie, po prostu to jest niezwykle trudne. A my to przerabiamy teraz w innych warunkach i nigdy byśmy nie przypuścili, że coś takiego nastąpi. A nastąpiło. Ten dzisiejszy podział społeczeństwa, który dla mnie cały czas jest zagadką i nad którym regularnie dyskutujemy w „Res Humana”, nakierowuje na olbrzymią rolę Kościoła i wręcz pewność, że wszystko rozgrywa się na poziomie parafii…
Czy gdyby dzisiejszą mapę wyborczą nałożyć na mapę aktywności solidarnościowej z 1980 roku, to one byłyby jakoś podobne?
Danuta Waniek: Nie, to jest uproszczenie.
Piotr Stefaniuk: Tylko szukam. Wieś miała własny stosunek do Solidarności. Gdy zapytać ChatGPT o powód dezawuowania Solidarności i dyskredytacji jej przywódców, to wskaże on szereg przyczyn, ale nie podejmuje wątku możliwego wpływu Kościoła na tę sytuację. Czy Kaczyński mógłby tak głęboko wykopać podział społeczny w Polsce, gdyby tej łopaty nie włożył Kościół? Aborcja to właśnie taka łopata, bo postawiona przez Kościół jako problem niedyskutowalny, adialogiczny. A są i inne.
Danuta Waniek: Pamiętam, że działacze tej pierwszej Solidarności byli idolami społeczno-politycznymi, każdy miał swoje miejsce i nazwisko, był darzony honorem. Dla mnie moment zwrotny pojawił się wtedy, gdy ludzie zaczęli odchodzić od nich kierując się ku papieżowi i Kościołowi. Nie wiem, na czym to polegało, że w pewnym momencie Kościół zaczął nadawać kierunek polityczny myślenia również ludziom Solidarności… Mówię teraz o latach 1989/90.
Barbara Labuda: Moim zdaniem oni od początku trzymali rękę na pulsie. Nie chcę robić z nich demiurgów, ale oni od początku pilnowali wszystkiego. Ruch Solidarności coraz bardziej klerykalizował się i coraz bardziej powszechna była propaganda wdzięczności wobec Kościoła i papieża. Niby wszystko zaczęło się od papieskiego „Nie lękajcie się!” w siedemdziesiątym dziewiątym roku. No więc nic się z tego nie narodziło. Mógłby bez przerwy powtarzać „Nie lękajcie się!”, ale gdyby nie było jakichś zaczynów już przedtem, tych organizacji zdeterminowanych, malutkich, typu KOR, ale bardzo zdeterminowanych, bardzo bohaterskich, ale nie, że broń w ręku, tylko głowa i charakter… Więc ja uważam, że Kościół pilnował od początku, na ile się dało sterował, na ile się dało poszerzał coraz bardziej swoje wpływy, coraz bardziej się rządził w partiach. Przecież te partie zrobiły się wszystkie prokościelne, wskaż jakąś jedną, która nie była, może jeszcze ROAD nie był, bo wy baliście się cały czas, Twoi się bali…
Danuta Waniek: W SdRP tego nie było jeszcze…
Barbara Labuda: Jednak wstrzymywali się od głosu. Przypomnij sobie ustawę rozdawniczą, która moim zdaniem była fundamentalnie ważna. Przyklepano zwrot wszystkiego i jeszcze więcej. Żadna partia się temu nie sprzeciwiła. Pamiętam to doskonale, bo to było przykre. W moim klubie Unii Demokratycznej tylko ja wystąpiłam przeciwko temu, z PZPR-u też jedna czy dwie osoby i nie był to szef klubu. W przypadku Wrocławia i Dolnego Śląska było to o tyle drastyczne, że większość tych dóbr należała do ewangelików. Nikt się nie sprzeciwiał, to coś niewiarygodnego, to się stało tak szybko i wszystko im się udało. Uważano, że my wobec Kościoła jesteśmy już przegrani, znaczy ci, którzy mają poglądy liberalno-lewicowe. Stopniowo spychano nas coraz bardziej: wariatki. Glemp był tak bezczelny, że w kościele św. Kostki mówił o mnie, posłance wybranej przez naród – „czarownica”, bo źle głosowałam. To się bardzo szybko posunęło w kierunku hegemonii Kościoła i dzisiaj się z tym borykamy. Połowę, dwie trzecie sukcesów, trudno to wyliczyć, prawica osiągnęła za sprawą Kościoła, który wspiera w Polsce najmroczniejsze, najbardziej ciemnogrodzkie i kołtuńskie postawy.
Piotr Stefaniuk: Tak się stało, Barbara, że Ty – personifikacja ruchu roku osiemdziesiątego – dzisiaj jesteś w gronie „nieprawdziwych” Polaków…
Barbara Labuda: Tak to odczuwam. Ja nie walczę o jakąkolwiek Polskę, tylko konkretnie o demokratyczną, liberalną, socjalną.
Piotr Stefaniuk: Dzisiaj dwie siły hamują budowanie społeczeństwa obywatelskiego: konserwatywny Kościół i nacjonalizm…
Barbara Labuda: Ale dzisiaj nacjonalizm to już jest gangrena, te bojówki, oni nie potrzebują już Kościoła… Demokracja jest dzisiaj w ogromnym kryzysie. Nie tylko w Polsce.
Oprac. P.S.
Rozmowa ukazała się w numere 5/2025 „Res Humana”, wrzesień-październik 2025 r.
Przygotowuję do publikacji wybór swoich wspominków o ludziach, z którymi zetknął mnie czas miniony i jakiś tam wspólny fragmencik biografii… Oto mała próbka…
Przed ponad już sześćdziesięciu (bagatela) laty, czyli w październiku 1957, na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim (prawniczych, poniechanych wkrótce dla polonistyki), zetknąłem się z wieloma ciekawymi, wyróżniającymi się już wkrótce potem swymi dokonaniami, reprezentantami tego pokolenia. Między innymi ze Sławomirem Tabkowskim (porzucił po roku prawo dla krakowskiej socjologii), nieżyjącego już niestety (zmarł w tym roku, 3 lutego). A byli też wtedy z nami w jednej studenckiej grupie tacy znani potem skądinąd ludzie jak Ewa i Janusz Łętowscy, Krzysiek Świętochowski – spiker radiowy i aktor, grał rolę głównego bohatera Ubu króla Alfreda Jarry’ego w słynnym przedstawieniu w warszawskim klubie studenckim Stodoła, na które dojeżdżaliśmy trolejbusem (były kiedyś w stolicy takie wehikuły) z zajęć w Studium Wojskowym przy ulicy Myśliwieckiej – czy Witek Woyda, późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski we florecie.
Zdążyliśmy przez ten rok poznać się nieco bliżej ze Sławkiem Tabkowskim, na tyle, że w pierwsze letnie ferie wybraliśmy się do jego rodzinnego miasta, gdzie gościli nas jego rodzice; oboje cenieni nauczyciele. Zauroczony tamtejszym, widzianym po raz pierwszy, krajobrazem zaproponowałem małą wycieczkę pieszą: z Nowego Sącza do Krynicy (ok. 36 km!). Propozycja została przyjęta z entuzjazmem. I wędrowaliśmy tym podgórskim turystycznym szlakiem caluśki boży dzionek…
Sławek został potem ważną postacią krakowskiej (był m.in. redaktorem naczelnym „Gazety Krakowskiej”), a następnie ogólnopolskiej domeny publicznej (w latach 70. i 80. był ostatnim prezesem RSW „Prasa-Książka-Ruch”), brał nawet udział w obradach Okrągłego Stołu, w podstoliku prasowym (o ile pamiętam). Przedtem rozchodziły się już z wolna i ograniczały, w sposób całkowicie naturalny (odległość, odmienność zainteresowań zawodowych itp.) nasze kontakty i drogi życiowe, ale młodzieńcze przyjaźnie, jak powszechnie wiadomo, nigdy nie rdzewieją, mimo iż bezpośrednie spotkania nasze stawały się coraz bardziej sporadyczne i ograniczały z wolna do wymiany życzeń okolicznościowych, listów i wiadomości (obecnie, rzecz jasna, przy pomocy wszechobecnego internetu, poczty mailowej). W jednym z takich maili w latach 90. zaproponowałem Sławkowi, krakowianinowi ówcześnie, taki oto rocznicowo-sentymentalny powrót do przeszłości – Proustowski trochę z ducha (W poszukiwaniu straconego czasu) wypad do czasu sprzed ponad sześciu dekad, czyli spotkanie w Nowym Sączu i podróż do Krynicy. I propozycja ta została przyjęta, z „obopólnym zadowoleniem”, jak mówią dyplomaci, choć może już bez tego nadmiernego dawnego młodzieńczego entuzjazmu. Obecna nasza wędrówka miała trwać zdecydowanie krócej, bo tylko parę godzin, a nadto – ze względu na nasz wiek i brak „pieszych mocy przerobowych” – szosą, bo przy pomocy… samochodu. Ale trzeba też powiedzieć tutaj koniecznie i od razu, że i teraz krajobrazy okolic Nowego Sącza i Krynicy, nawet oglądane głównie przez szyby auta, wydawały się nam obu – w czym byliśmy zresztą zawsze całkowicie zgodni – równie ujmująco pociągające, co przed laty, mimo widocznych gołym okiem śladów ludzkiej interwencji w świat przyrody. Co zresztą omówiliśmy dokładnie i przykładnie przy skromnym (jak na emerycki stan i zdrowie przystało) obiadku. W miejscu jednakowoż tego jak najbardziej godnym, bo w znajdującej się przy odnowionym teraz na cacy rynku nowosądeckiej restauracji nazywającej się – było nie było – „Bohema”!
Trafiliśmy tu z żoną bezpośrednio z Zakopanego, gdzie miał miejsce ślub wnuczki naszego przyjaciela, pochodzącego ze Lwowa znanego i cenionego poety – Tomasza Gluzińskiego (krewnego Kornela Makuszyńskiego, kolegi szkolnego Adama Hanuszkiewicza), który po wojnie wżenił się był w góralską rodzinę Wawrytków z zakopiańskiej ulicy Strążyskiej. Odwiedzaliśmy ich tutaj z żoną regularnie przez wiele lat podczas pobytów w Zakopanem. Żona Tomka, Zofia, przeżyła go o lat blisko trzydzieści, ale nasza ogromnie sympatyczna znajomość – umacniana preparowaną przez nią litworówką podczas góralskich posiadów w tym zbudowanym przed stu laty, obszernym oczywiście domostwie nad potokiem Strążyskim – trwała aż do czerwca 2016, kiedy to Zosia, w słusznym zresztą wieku, też odeszła do góralskiego raju. Ich syn, również o imieniu Tomasz, jest architektem z zawodu, autorem cenionych projektów budownictwa drewnianego – widziałem je parę lat temu na wystawie w Bibliotece Narodowej w Warszawie (m.in. Nosalowego Dworu). Z żoną Niną doczekali się dwóch córek (obie już po studiach architektonicznych). Jedna z nich brała właśnie teraz oto ślub w starym zakopiańskim kościele, budowanym jeszcze przez słynnego, ba, legendarnego, tutejszego księdza proboszcza – góralskiego syna z okolic Makowa Podhalańskiego – Józefa Stolarczyka (1816–1893), który wsławił się wieloma ważnymi czynami, takimi jak rozwijanie ludowej oświaty w Zakopanem czy rozbudowa ścieżek turystycznych w Tatrach. On to w swych opublikowanych przed laty wspomnieniach m.in. napisał był, że podczas wycieczki do Egiptu wszedł na piramidę Cheopsa i rzekł: „Piękny stąd widok, ale kudy mu tam do tego z Giewontu”!
Nie mogliśmy tam więc teraz być nieobecni!
* * *
Wracaliśmy potem – w czerwcu 2017 – do Warszawy na trasie Nowy Sącz, Brzesko, Busko-Zdrój, Radom, Kielce (wbrew potocznym mniemaniom, nadspodziewanie dobrymi i pustymi drogami), gdy dopadła nas w drodze telefoniczna wiadomość – zaskakująco okrutna – o śmierci mojej, młodszej ode mnie o dwa lata siostry Zosi. A jeszcze tuż przed wyjazdem umawialiśmy się na spotkanie w Aninie (mieszkała tu z mężem). Było to po jej wyjściu ze szpitala, gdzie trafiła na zwykłe, wydawało się, rutynowe badania! Prywatna to zaiste i zupełnie osobista sprawa, ale przecież wiadomo doskonale, iż to, co prywatne łączy się – często niewidzialnymi nićmi – w sposób naturalny najczęściej z tym, co ogólne, czyli wspólne w tej naszej egzystencjalnej, wedle Gabriela Marcela (homo viator) – ludzkiej kondycji, całej naszej człowieczej doli jako jeno krótkiej wędrówki, pielgrzymki: granica między indywidualnym a społecznym jest naprawdę bardzo cienka, jeśli w ogóle istnieje…
* * *
Czas zatem na parę słów – sprowokowanych tym smutnym wydarzeniem – o innych okruchach czasu. Oto bowiem, gdy wysłałem mailowo pożegnanie do mieszkających daleko poza Polską członków rodziny niemających szans na to, by przybyć na tę smutną uroczystość, dostałem jedną z odpowiedzi, skłaniającą do ogólniejszej refleksji. Pisze bowiem mój bratanek Łukasz z dalekiego Sydney w Australii: „Mowa pożegnalna bardzo ładna, odrobina historii…”. I to dało mi właśnie asumpt do wyjścia poza ten krąg spraw, ściśle prywatnych obowiązków, do próby uogólnienia tej tak całkowicie niby tylko osobistej sprawy…
„Drogi bratanku Łukaszu – napisałem m.in. w odpowiedzi – dziękuję Ci za liścik z kondolencjami i sympatyczne słowa, pośród których zastanowiła mnie najbardziej rzecz jedna. Twoje mianowicie rozumienie pewnych wydarzeń, które dla Ciebie są już, jak mniemam, wyłącznie «historyczne», a które dla mnie – i osób w moim wieku – jak najbardziej żywe i teraźniejsze. Obaj zapewne zgodzimy się ze zdaniem naszego najwybitniejszego w wieku XX pisarza historycznego – Teodora Parnickiego (autora Srebrnych orłów czy cyklu Nowej Baśni – polecam Ci przy okazji), że historią jest to, co wydarzyło się przed naszym urodzeniem. Toteż absolutnie nie zaskoczyły mnie tak zupełnie Twoje słowa o «historyczności» niektórych spraw, o których tam w tej cytowanej wyżej okolicznościowej pożegnalnej mowie wspominam, bo różnica bierze się właśnie z owych odmienności pokoleniowych opcji widzenia. Ja, jak wiesz, urodzony w pierwszych dniach II wojny światowej, siłą rzeczy inaczej patrzeć muszę na wydarzenia i sprawy, o których ludzie w Twoim wieku, czyli urodzeni trzydzieści parę lat później, mają prawo powiedzieć, że to już tylko «historia». Czyli jak się domyślam – na pewno całkiem niesłusznie, sorry – sprawy niezupełnie najwyższej dla nas wagi. Byłoby to bowiem, zgodzimy się obaj na pewno (jeśli nie teraz, to kiedyś), znaczne zubożenie naszej wiedzy o świecie i sobie samych…
A tak w ogóle, z ową wiedzą o wydarzeniach, które miały miejsce przed naszym narodzeniem, to jest tak, że zdobywamy ją na ogół nie tylko poprzez przekazy zewnętrzne, na przykład podręcznikowe, lekturowe czy wszelkie inne, ale i poprzez własną tradycję rodzinną. Pisał o tym Jarosław Iwaszkiewicz w swych wspomnieniach – Książka moich wspomnień (też Ci polecam), że sam, choć urodzony na przełomie XIX i XX wieku, to poprzez wspomnienia członków swej wielopokoleniowej, mocno rozgałęzionej, szeroko skoligaconej familii miał swój ciekawy, «prywatny» wgląd w cały XIX wiek naszej polskiej, nie tylko rodzinnej, historii! I taka jest geneza tych uwag na marginesie Twojego e-maila…”.