logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Wiosna autokratów – recepta na trudne czasy?

Michał GREGORCZYK | 1 lipca 2023
Rys. Marek CHACZYK

Dzisiejszy poranek; tak wiele pytań kłębi mi się w głowie i na żadne z nich nie wiem, jak odpowiedzieć. Od tej chwili zamilknę, gdyż nie mam już nic do powiedzenia […]. Jak mogło się tak zakończyć, dlaczego tak się stało, co się wydarzyło, nasze życie, moje życie, nadzieje, prawa, przyszłość

– tweet Fazıla Say’a – najbardziej uznanego na świecie współczesnego tureckiego pianisty i kompozytora, napisany 15 maja 2023 r. w reakcji na przegraną opozycji w wyborach parlamentarnych i w pierwszej turze wyborów prezydenckich (tłumaczenie autora).

Tureckiej opozycji nie udało się uzyskać większości parlamentarnej i przejąć urzędu prezydenta. Czy stawka dotyczyła pytania o zdolność demokratycznej ewolucji systemu politycznego, o możliwość powrotu Turcji na ścieżkę demokracji? A może wybory te były starciem między konserwatyzmem a postępem, czy między politycznym islamem a laickim kemalizmem? Co stanowiło o rzeczywistym znaczeniu tych wyborów?

Wymiar polityczny wyborów

Historyczna waga majowych wyborów odzwierciedla nastrój niepewności i przygotowań w oczekiwaniu na czasy, które będą skomplikowane dla całej globalnej gospodarki i bezpieczeństwa światowego, a także dla przyszłości dotychczasowych systemów politycznych. W obliczu globalnych wyzwań turecki pojedynek toczył się między dwiema wizjami Turcji, wkraczającej w tym roku w drugie stulecie jej istnienia. Dotyczył pytania, która z wizji obu kandydatów zapewni Turcji odpowiednią rolę, jej status i godność oraz projekcję siły jako ponadregionalnego gracza o unikatowej geostrategicznej lokalizacji i rosnącej autonomicznej pozycji w NATO oraz w przyszłym systemie bezpieczeństwa (lub jego braku). Społeczeństwo tureckie zostało skonfrontowane w majowych wyborach z mechanizmami demokracji zdegradowanymi na rzecz autorytaryzmu. Czy będzie to kontynuacja imperialnego mandatu prezydenta Erdoğana i dalsza ewolucja Turcji w kierunku petryfikacji państwa konserwatywnego, opartego na wartościach religijnych, awansującego jednocześnie z uprzemysłowioną gospodarką i silnym kompleksem przemysłu obronnego, z regionalnego na globalny poziom graczy światowych? Tym samym kontynuacja uznania sprawczości autorytarnej władzy, nacjonalizmu oraz islamu pozostają niezbędnym stabilizującym spoiwem społecznym. To był rzeczywisty dylemat, który w trakcie wyborów prezydent Recep Tayyip Erdoğan (RTE) zdyskontował na swoją korzyść. Nie składał konkretnych obietnic dotyczących przywrócenia lub rozszerzenia praw i wolności.

A może jednak wizja kandydata opozycji? W efekcie krytycznej samokonfrontacji z historią Republiki, jej rozwój powinien być oparty na demokratycznej partycypacji, gdzie interes publiczny stanowić będzie nadrzędne kryterium legitymizacji władzy. Niestety, realizacja tej wizji rzadko wskazywała, iż będzie ona wymagała ogromnego wysiłku i kolejnych wyrzeczeń całego społeczeństwa na rzecz – niepewnej co do rezultatów – przebudowy państwa. W państwo, odpowiadające na potrzeby społeczne w dobie poważnego kryzysu finansowo-ekonomicznego i nieprzewidywalnej ewolucji międzynarodowego otoczenia Turcji bezpośrednio oddziałującego na jej bezpieczeństwo. Opozycja liczyła na to, że na krytycznych wobec władzy postawach wyborców (kształtowanych od dwóch lat w dobie głębokiego kryzysu ekonomicznego) wygra wybory. Warto w tym kontekście wskazać, iż z 11 prowincji dotkniętych skutkami trzęsienia ziemi w lutym br., zamieszkałych przez ponad 10 mln, w 9 z nich wygrywa Erdoğan jako kandydat na prezydenta, a jego koalicja prezydencka – w walce o mandaty poselskie.

Wyborcza percepcja gospodarczego wymiaru osiągnięć nieliberalnej demokracji, skłania ku wnioskowi: przyzwolenie lub wręcz zgody na przewidywalność działań autorytarnej władzy, perspektywę stabilizacji gospodarczej. Już parokrotnie w przeszłości Erdoğan to udowodnił dzięki decyzyjności i sprawności kierowania państwem, a to spojrzenie przeważa nad polityczno-ideologicznymi aspektami autorytaryzmu. Stworzona przez Erdoğana tzw. klasa średnia (z ponad 10 procent w 2002 r. do ponad 40 procent tureckiego społeczeństwa w 2018 r.) zrzesza głównie elektorat konserwatywno-nacjonalistyczno-islamski. To ona stanowi jego zaplecze wyborcze, to ona jest twórcą i konsumentem rozwoju gospodarczego Turcji. Klientelizm uprzywilejowanych grup przemysłowych jest bardziej wiarygodnym narzędziem poparcia politycznego, niż transparentna gospodarka.

Pomimo zmęczenia społeczeństwa obecnym kryzysem gospodarczym, jego negatywne skutki nie przesłoniły w oczach większości tureckiego elektoratu osiągnięć ponad dwudziestoletnich rządów Erdoğana. Choć kryzys ten gnębi obecnie większość tureckich grup społecznych, sukcesem RTE jest ograniczenie związku między negatywnym procesem a jego wpływem na kształtowanie się postaw ideologicznych. Erdoğan przekształcił gospodarkę kraju w światowej klasy system przemysłowo-produkcyjny, zwiększył dywersyfikację dostaw oraz możliwości wydobycia własnych zasobów surowców energetycznych. Podstawą rozwoju jest postępująca autonomia energetyczna i żywnościowa oraz przemysłu obronnego (zbrojeniowego). Strategia sprawnego reagowania na globalne niedobory zasobów oraz na wyzwania w zakresie bezpieczeństwa zostały wzmocnione efektami rosyjskiej inwazji (choćby wizerunkowo-politycznym kosztem nieprzyłączenia się Turcji do embarga na Rosję).

Strategia budowy zaplecza wyborczego, zarówno po stronie RTE, jak i opozycji, częstokroć powielała podobne schematy. Jest to spuścizna kultury politycznej, w dużym stopniu istotna także dla obecnych nacjonalistów, wywodzących się z kręgów kemalistowskich. Inżynieria polityczna RTE z powodzeniem wykorzystała narzędzia z poprzedniej epoki kemalistowskiej. Urząd ds. wyznań, jako religijny organ sankcjonujący ultrajakobiński laicyzm z okresu kemalistowskich przewrotów wojskowych, za czasów Erdoğana został zinstrumentalizowany i sprowadzony do roli promotora agendy islamskiej. Wśród sprawdzonych narzędzi na pierwszy plan wysuwa się: populizm, np. wiara w sprawczość państwa opiekuńczego. Poza tym nacjonalizm – budowany m.in. wokół ok. 20-milionowej społeczności kurdyjskiej, przedstawianej jako zagrożenie dla integralności państwa czy w ostatnim dziesięcioleciu – wobec 3,5-milionowej rzeszy uchodźców syryjskich. Innym narzędziem była budowa tożsamości i godności narodowej w odniesieniu do islamu oraz – definiowanego w zależności od politycznych celów i potrzeb – pojęcia „tureckości”. A także syndrom „oblężonej twierdzy”, szczególnie widoczny po NATO-wskim embargu, nałożonym na „sojuszniczą Turcję” w związku z inwazją na Cypr w 1974 r., jako uzasadnienie budowy narodowego kompleksu przemysłu obronnego. Im bardziej Turcja odnotowuje postęp gospodarczy, im bardziej staje się samodzielna, tym bardziej w jej narracji wewnętrznej dominuje poszukiwanie wrogów zewnętrznych, tj. zagrożeń suwerenności. Jej bezpieczeństwo zagrożone jest jakoby zakusami imperialistycznego Zachodu czy niesprawiedliwie traktowanej przez brukselską Unię (stosującą wobec niej podwójne standardy) Ankary. W ten sposób antyamerykanizm elit politycznych został głęboko zakorzeniony w świadomości społecznej. A wsparcie USA dla oddziałów Kurdów syryjskich w walce przeciwko ISIS – obok zakupu przez Ankarę rosyjskiego systemu rakietowego S-400 – stanowi jedną z poważniejszych przyczyn tarć w kontaktach z Waszyngtonem i wiodącymi zachodnimi sojusznikami europejskimi.

Zmienność wewnętrznych sojuszy doprowadziła do transakcyjności i politycznej korupcji. Taka tendencja zawsze stanowiła część rzeczywistości tureckiej polityki, bez względu na lewą czy prawą stronę sceny. Przerywana była „działaniami naprawczymi” w postaci przewrotów wojskowych. Podczas kadencji rządów Erdoğana korupcja polityczna stała się wiodącym elementem władzy, prowadząc do częstej zmiany sojuszy. Dla przykładu: RTE zaczynał od pozyskania wyborczych głosów tureckich Kurdów (tzw. kurdyjskie otwarcie z lat 2011–2013), żeby potem przeprowadzić zbrojną z nimi rozprawę w 2015 r. Zaczynał od sojuszu z islamskim ruchem Gülena (2002–2013), uznawanym potem za „ruch terrorystyczny” w wyniku próby zamachu stanu w 2016 r. Równie przewrotnie zachował się lider opozycji podczas drugiej tury wyborów prezydenckich uciekając się do anty-uchodźczej retoryki wobec 3,5 milionowej rzeszy migrantów Syryjskich, na rzecz pozyskania poparcia ze strony tej części ultranacjonalistycznego elektoratu, która była przeciwna lub co najmniej krytyczna wobec Erdoğana ws. jego polityki wobec uchodźców z tego kraju.

Pozostaje więc postawić sobie retoryczne pytanie: czy są to dogodne warunki do rozwoju procesów demokratycznych?

Powrót na wyboistą drogę demokracji

Stawka sprowadzenia pytania o powrót demokracji w Turcji jedynie do wyniku wyborów, została nie tylko przelicytowana. Zafałszowano tym samym rzeczywisty obraz wewnętrznych procesów politycznych w tym kraju od czasów wkroczenia przez tureckie społeczeństwo na drogę okcydentalizmu (powstanie republiki w 1923 r.) oraz pluralizmu politycznego (1948 r). Określenie majowych elekcji jako „wyborów stulecia” w Turcji odwróciło uwagę od zasadniczych kwestii, dotyczących historii zmian (niekoniecznie to pojęcie jest tożsame z rozwojem) i zakresu ugruntowania się (lub nie) demokratycznych tradycji w tureckim życiu politycznym.

W dominującej większości oczekiwań (także zachodnich) wygrana opozycji miała być tożsama z powrotem Turcji na drogę demokracji. Samą zasadność sformułowania w ten sposób oczekiwań, można podważyć brakiem istnienia ugruntowanej demokracji w tym kraju: „[…] Niektórzy analitycy i komentatorzy, którzy twierdzili, że Turcja była demokracją przed AKP (tj. przed 2002 r., kiedy obecny prezydent i jego partia przejęli władzę), mogliby uznać takie zwycięstwo opozycji za powrót do demokracji”.Niestety, nie można powrócić na drogę, po której Turcja – przynajmniej pewnie i z determinacją – w rzeczywistości nigdy nie kroczyła, a negocjacje w sprawie członkostwa tego kraju w UE zarówno Bruksela, jak i Ankara, odłożyły (oby tylko), do przysłowiowego lamusa. Funkcjonalna i efektywna demokracja partycypacyjna nie ugruntowała się w tym kraju. Niemniej do tłumu uczestniczącego w laudacji Erdoğana pod jego stambulską rezydencją 29 maja br., zwrócił się on słowami: „[…] Dziękuję wam wszystkim za tak wspaniałe święto demokracji […]. To my, nasza partia, odnieśliśmy takie zwycięstwo, że żaden obywatel nie straci, a wszyscy obywatele zyskają – oto jest wielkość naszej demokracji”. W ślad za tą definicją demokracji prezydent tak zwrócił się do rozentuzjazmowanego tłumu: „A czy możecie potwierdzić, że LGBTQ to opozycja?”. Manifestanci odkrzyknęli jednym głosem: „TAAAKKK!”. Na kolejne pytanie: „A czy możecie potwierdzić, że żadne LGBTQ […] nie prześliźnie się do naszej partii?” Tłum jednogłośnie zapewnił: „Nie pozwolimy!” Nieuprawnionym byłoby na podstawie wyborczych manifestacji snuć daleko idące wnioski. Niemniej, podobnie jak Lederowska Rysa na tafli, słowa te wskazują na kierunek myślenia Erdoğana jeszcze z 2005 r.: kraj stanie się członkiem wspólnoty europejskiej, ale w oparciu o „ankarskie kryteria”, a nie te kopenhaskie, dyktowane z Brukseli. We współczesnej, tj. kemalistowskiej historii tego kraju (tj. od 1923 do 2002 r.), a szczególnie w opoce Erdoğanowskiej (od 2002 r.), demokratyczne procedury zostały zinstrumentalizowane i sprowadzone do pozycji narzędzi prowadzących do celu i wyników, ale niepowiązanych z liberalną demokracją. Na przykład pod pretekstem utrzymania standardów unijnych, w tym cywilnej kontroli nad wojskiem, RTE usnął generalicję kemalistowską, to ona właśnie zagrażała politycznemu islamowi. Projekt ten był realizowany przy pomocy islamskiego kaznodziei Gülena. Utożsamianie podczas kampanii wyborczej opozycji z „kurdyjskimi terrorystami” z delegalizowanej prokurdyjskiej partii HDP (obecnej w parlamencie), odbywa się pod świętym hasłem „obrony integralności i bezpieczeństwa państwa”.

A sama demokracja turecka? Pozostaje słaba i krucha, a w najlepszym przypadku nie posiada zdolności wywarcia istotnego wpływu na dominującą autorytarną kulturę polityczną. Słabość narracji opozycji, wobec wyzwań drugiej tury wyborów prezydenckich, oprócz podnoszenia wiodącego hasła „Erdoğan musi odejść!”, nie znalazła innego spoiwa dla pozyskania elektoratu, jak tylko nacjonalizm. Dokonując wręcz zwrotu w swojej „demokratycznej” narracji, opozycyjny sojusz wykorzystał rozłamy w rosnącej w Turcji liczebnie grupie nacjonalistycznego elektoratu. Ta dominująca po obu stronach wyborczej barykady grupa społeczeństwa tureckiego (niektórzy analitycy oceniają, że nastroje takie obejmują ok. 80 procent wyborców) identyfikuje się jednak w opozycji do problemu uchodźców syryjskich, kwestii kurdyjskiej i wartości zachodnich. Stąd nacjonaliści, a tym samym ubiegający się o ich głosy obaj kandydaci na prezydentów w drugiej turze wyborów, prześcigali się np. w hasłach jak pozbyć się uchodźców syryjskich. A inne wartości… zostały przykryte obrusem na stole zastawionym wysokimi podwyżkami uposażeń przyznanych tuż przed wyborami przez Erdoğana. Walka o utrzymanie wartości tureckiej liry, socjalne „kebaby wyborcze” itp. opustoszyły rezerwy banku centralnego, ale o tym za wyborcę pomyśli przecież „opiekuńcza partia RTE i jego władza” po wyborach…

Trend wzrostu nacjonalizmu stał się podstawowym kryterium poparcia, identyfikacji społecznej, kulturowej i ideologicznej. To z kolei prowadziło do spłaszczenia ideologicznej rywalizacji między opozycją, tj. częścią jej sił, która dąży do demokratyzacji systemu politycznego, na rzecz „demokracji wyborczej” w wersji Erdoğana. Czy w wydaniu tureckim demokracja deliberatywna kończy się przy urnach? Analitycy tureccy zwracają uwagę, że parlament po majowych wyborach stanowi jeden z najbardziej nasyconych nacjonalizmem. Partie o jednoznacznej orientacji nacjonalistycznej obejmują łącznie ponad 25 procent mandatów, a wraz z ugrupowaniami narodowo-islamskimi zajmują dominującą pozycję w medżlisie.

Zjednoczenie opozycji – to sześć partii – w jeden sojusz wyborczy, prezentujący niespotykanie szeroki przekrój ideologiczny tureckiego społeczeństwa (od partii islamskiej, poprzez nacjonalistyczną po socjaldemokrację, z zewnętrznym poparciem społeczności kurdyjskiej) jest nowym fenomenem. Po raz pierwszy w historii (w odróżnieniu od byłych synkretycznych rządów koalicyjnych), właśnie podczas kampanii wyborczej nastąpiło działanie centralizujące opozycję. Wiodąca, kemalistowska partia opozycyjna, pomimo szóstej z rzędu przegranej, tym razem odzyskała zdolność budowy sojuszy, potwierdziła rewitalizację jej znaczenia. Jednakże to okres powyborczy będzie dopiero rzeczywistym testem dla opozycji. Oby weryfikacja jej spójności w opozycji do władzy Erdoğana, jej efektywności i skuteczności prowadzenia oddolnych procesów obrony i budowy mechanizmów demokratycznych w swoim zapleczu wyborczym, stanowiła zaprzeczenie głównej tezy, postawionej w tytule tego eseju. Może właśnie do tej nadziei odwołuje się Fazıl Say w swoim kolejnym, powyborczym wpisie (z 29 maja, czyli po przegranej przez opozycyjnego kandydata walce o fotel prezydencki)?

Chwila z domu zeszłej nocy. Wyniki wyborów… Dzieląc się rozterkami przy whisky w rodzinnym gronie… Nie popadajmy w smutek i depresję, przyjaciele; korzystajmy z życia! Czyńmy dobro, wciąż czyńmy tylko dobro! Życie trwa, muzyka trwa, świat trwa, piękno powstaje i tworzy się nieustannie… A na moje pytania muszę znaleźć własne odpowiedzi…

 

Autor jest turkologiem oraz specjalistą w zakresie stosunków międzynarodowych i polityki bezpieczeństwa.

 

Artykuł ukazał się w numerze 4/2023 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2023 r.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności