logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Obraz rozmyślań własnych

Tadeusz KOTARBIŃSKI | 10 grudnia 2023
Fot. "Księga pamiątkowa ku czci profesora Tadeusza Kotarbińskiego w osiemdziesiątą rocznicę urodzin", PWN, Warszawa 1967

 

Kontynuując w RES HUMANA studia poświęcone T. Kotarbińskiemu, postanowiliśmy publikować nie tylko analizy jego twórczości, lecz również bardziej osobiste wypowiedzi tego wybitnego filozofa. Należy też do nich fragment Obrazu rozmyślań własnych, który pierwotnie został opublikowany w Księdze Pamiątkowej ku czci profesora Tadeusza Kotarbińskiego w osiemdziesiątą rocznicę urodzin, wydanej przez PWN w 1967 r.

Stanowi on – o czym przekona się Czytelnik – coś w rodzaju specyficznego CV, w którym autor usiłuje spojrzeć na własną biografię jakby z lotu ptaka, próbując scharakteryzować uwarunkowania własnej twórczości. Obiektywnie i z dystansem. Jest to dla nas kolejnym wyrazem jego osobowości. Bo przecież Kotarbiński przemówił (i przemawia) do nas nie tylko jako autor wybitnych książek, lecz także wyrazista i niepowtarzalna osobowość.

 

Szanowna Redakcja czasopisma „Ricerche Filosofiche” zwróciła się do mnie uprzejmie z propozycją nadesłania „profilu” mojej fizjonomii filozoficznej, sugerując, że mógłby to być esej napisany przez kogoś z moich przyjaciół albo też tekst mego własnego pióra. Ponieważ jednak wiem, jak trudno jest utrzymać się w ramach rzeczowości, jeśli się pisze coś o przyjacielu, i wiem, że wtedy charakterystyka nabiera cech nazbyt życzliwej pochwały, przeto wolę raczej zaryzykować sam próbę sporządzenia filozoficznego autoportretu, starając się jak najusilniej o zachowanie rzetelnego obiektywizmu.

Urodziłem się dnia 31 marca 1886 roku w Warszawie, znajdującej się ówcześnie pod panowaniem caratu rosyjskiego. Mój ojciec był z zawodu malarzem i profesorem w szkołach sztuk plastycznych, z zamiłowania – śpiewakiem i kompozytorem, matka uprawiała grę na fortepianie i towarzyszyła ojcu w jego pracach muzycznych. Z domu wyniosłem obeznanie z atmosferą wymienionych kunsztów, a także i poezji, i z duchem sztuki romantycznej, ten bowiem styl panował w domu mego dzieciństwa i wczesnej młodości. Rodzice pochodzili oboje ze środowisk katolickich, lecz dalecy byli, zwłaszcza w latach późniejszych, od akceptowania wierzeń religijnych.

Na moim rozwoju intelektualnym zaważyła też szkoła ogólnokształcąca, gimnazjum o typie klasyczno-filologicznym, z greką i łaciną, francuszczyzną i niemczyzną, i rosyjskim jako językiem wykładowym. Szkoła ta dawała też pewną zaprawę w matematyce, ale głównie nauczała języków i po trosze literatur. Zwłaszcza świetnie prowadzone lekcje francuskiego rozbudziły we mnie trwałe upodobania do filozofii języka.

Po ukończeniu szkoły średniej przeżyłem okres wahań co do wyboru zawodu. Zacząłem od studiów w zakresie matematyki i nauk fizykalnych, potem próbowałem początków architektury, wkrótce jednak obrałem filozofię jako główny przedmiot studiów, a filologię klasyczną (grecką i łacińską) jako przedmiot dopełniający. Filozofię studiowałem we Lwowie (gdzie w obrębie monarchii austriackiej prosperował uniwersytet polski), głównie pod kierunkiem profesora Kazimierza Twardowskiego, ucznia Franciszka Brentano. Twardowskiemu szerokie rzesze młodzieży mego pokolenia zawdzięczały bardzo wiele. Był to bowiem mistrz pracy systematycznej, nieustępliwy w domaganiu się od siebie i od innych precyzji słowa.

Powróciwszy do Warszawy, objąłem stanowisko wychowawcy i nauczyciela łaciny w jednym z gimnazjów prywatnych z polskim językiem wykładowym, a wreszcie w r. 1919 zostałem profesorem nadzwyczajnym filozofii w odrodzonym w Polsce zjednoczonej i niepodległej Uniwersytecie Warszawskim. W r. 1929 zostałem profesorem zwyczajnym. Po przerwie spowodowanej przez inwazję hitlerowców (1939–1945) wróciłem do funkcji profesorskich w Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wykładałem filozofię, przeważnie logikę, aż do przejścia na emeryturę w roku 1960. W ciągu lat 1945–1949 organizowałem jako rektor nowo powstający uniwersytet w mieście Łodzi, nie przestając być profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Od lat czterdziestu jestem prezesem Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, w latach 1960–1963 byłem prezesem Międzynarodowego Instytutu Filozoficznego, w latach 1957–1963 – prezesem Polskiej Akademii Nauk.

W powyższym szkicu autobiograficznym uwzględniłem te okoliczności, które mogą rzucić światło na moje oblicze intelektualne, a pośrednio przyczynić się do zrozumienia dążeń ogólnych oraz treści wyróżnionych zagadnień i wyznawanych poglądów.

Zacząłem od etyki. System i styl etyki, w której byłem wychowywany jako dziecko, to była etyka ewangeliczna, rozumiana jako etyka miłosierdzia. W wieku zapewne jakich lat piętnastu rozstałem się z żalem, ale w sposób radykalny, z ułudą religijnych uzasadnień moralności, a będąc stale – i dotychczas – przywiązanym do jej wymienionej treści motywacyjnej, szukałem dla niej różnego oparcia, przemyśliwując sugestie stoicyzmu, epikureizmu, utylitaryzmu. W wyniku tych dociekań po długim okresie prób i błędów ukształtował mi się zarys systemu etycznego, który nazywam etyką niezależną, etyką realizmu praktycznego, etyką spolegliwego opiekuna. Niezależną nazywam tę etykę dlatego, że dla jej uzasadnienia nie ma powodu sięgać po argumenty do innych źródeł, jak tylko do ocen emocjonalnych, wyrobionych w stosunkach międzyludzkich. Niepotrzebne są tu doktryny o przetrwaniu pozgonnym ani takie czy inne teorie na temat stosunku ducha do materii. Równie są one zbędne w etyce, jak zbędne jest powoływanie się na nie na przykład w lecznictwie, gospodarstwie lub w sporach prawnych. Filozofia przydaje się etyce tytko jako krytyka poznania, np. dla okazywania złudności na terenie etyki argumentacji czerpanej z filozoficznych doktryn światopoglądowych. Realizm praktyczny polega nie tylko na tym uwolnieniu się w etyce od tego, co nie należy do rzeczy, lecz także na liczeniu się w postulatach z ograniczonością możliwości i z hierarchią wartości względów, wedle których człowiek rozumny winien dokonywać wyboru dróg własnego postępowania. Nie burzyć aktualnego znośnego układu stosunków, jeżeli zmiana grozi pogorszeniem. Nie uganiać się za maksymalizacją radości, czy to we własnym życiu, czy to w życiu zależnego od nas otoczenia, lecz dbać o usuwanie klęsk i zapobieganie klęskom, bo tym ważniejsze jest działanie, im większe zwalcza zło lub im większemu złu zapobiega. I tego właśnie domaga się głos sumienia, który ocenia zachowanie się człowieka wedle skali „czcigodne – haniebne”. Żąda on, by wobec istot, których losy i od nas też zależą, zajmować stanowisko pomocy w chronieniu ich od nieszczęść. Wzorem jest tu postawa opiekuna, na którego można liczyć w trudnych okolicznościach. Ta zaś postawa implikuje następujące walory trwałego usposobienia: odwagę, dobre serce, prawość, wytrwałość w trudach, dyscyplinę wewnętrzną. Przy tych poglądach etycznych zatrzymałem się i taką etykę głoszę obecnie, odbierając ciosy zarówno od tradycjonalistów, jak od rewolucjonistów. Pierwsi mają mi za złe wolnomyślicielstwo, oderwanie uzasadnień etyki od wierzeń w sprawiedliwy rząd świata i wyrównanie zasług i win w łonie wieczności, drudzy odrzucają wszelki system etyki uniwersalnej, uważając oceny moralne za relatywne w sensie dogłębnym: nic tu pono nie jest stałe i powszechne, gdyż wszelka pono etyka wyraża potrzeby grup społecznych zasadniczo i do gruntu zmienne w zależności od sytuacji w chwili dziejowej. Tymczasem etyka taka, jak wyżej, uznaje zasadniczą istotną tożsamość głosu sumienia we wszelkich społecznościach, sądzi bowiem, że ocena postępowania wedle skali „czcigodne – haniebne” wyrobiła się i utrwalała wszędzie na gruncie powtarzania się sytuacji wymagających obrony słabszych przez silniejszych w warunkach niebezpieczeństwa też dla broniących. Wszędzie czci się bohaterów takich zmagań opiekuńczych, wszędzie gardzi się tchórzami i szmatami, na których nie można polegać w podobnych okolicznościach. Prawdą jest tylko, że różne ludy w różnych epokach kładą większy niż inne ludy nacisk na te, a nie inne cnoty składowe, z których się składa wyposażenie moralne człowieka godnego szacunku, i w różnym stopniu porównawczo potępiają wady, będące tych cnót przeciwieństwami.

Jakkolwiek zagadnienia etyczne stale były dla mnie i są nadal najważniejsze, jednak nie obrałem etyki za swój przedmiot zawodowej profesorskiej koncentracji. Za dużo tkwi we mnie sceptycyzmu co do możliwości wypracowania uszczegółowionego systemu dyrektyw mądrości życiowej, spełniającego warunki intersubiektywnego uzasadnienia. Przy tym zawodowe traktowanie nauczania etyki wyczuwam jako coś niezgodnego z istotą jej problemów, chyba że się zamiast jej właściwych zagadnień, wymagających prospektywnych, dyrektywalnych odpowiedzi, będzie uprawiało historyczne i socjologiczne, eksplikatywne znawstwo danych dziejowo stylów i schematów moralności. Ale to by już nie była etyka, lecz jakaś science des moeurs, wykraczająca w zasadzie poza obręb zadań swoistych katedry filozofii. Wszedłem na katedrę filozofii niejako po stopniach logiki. Nauczanie logiki stało się specjalnością, którą głównie uprawiałem jako uniwersytecki profesor filozofii, członek fakultetów o charakterze humanistycznym. Kładę nacisk na słowo „nauczanie” i na słowo „humanistycznym”. Ujmowałem bowiem swoje zadanie w ten sposób, że moje wykłady i ćwiczenia mają stanowić niejako „organon”, w rozumieniu klasycznym, dla filozofów i dla przyszłych szerzycieli myśli i wiedzy humanistycznej, w szczególności zaś dla przyszłych nauczycieli szkół ogólnokształcących. Nieco później prawnicy dołączyli się do grona odbiorców mych świadczeń. Bardzo mi się przydały w tym względzie cząstkowe kompetencje lingwistyczne. Są one specjalnie ważne przy historycznym traktowaniu problemów takiego „organonu”, zwłaszcza przy wmyślaniu się w treść autentycznego Organonu Arystotelesa (lub może ostrożniej: szkoły perypatetyków) i jego późniejszych kontynuacji. Tak rozumiana logika nie sprowadzała się bynajmniej do dziedziny logiki formalnej, lecz obejmowała także zagadnienia teorii poznania, semantyki i metodologii. Te właśnie zagadnienia pociągały mnie bez porównania bardziej niż zagadnienia logiki formalnej. Jednak poczułem się zmuszonym do włączenia się intensywnego w nurt studiów logiczno-formalnych, a to ze względu na charakter ówczesnego warszawskiego środowiska uniwersyteckiego i na chwilę dziejową w rozwoju logiki. Była to doba rodzącego się rozkwitu logiki matematycznej. Nie schodziły z ust nazwiska Fregego, Bertranda Russella, Peana, Burali-Fortiego, Couturata i innych koryfeuszów tej dyscypliny. Uprawiano ją w ścisłej łączności z rozkwitającą bujnie teorią mnogości, której organ światowy „Fundamenta Mathematicae” wychodził (i wychodzi nadal) w Warszawie. Tu działali, między innymi, filozofowie-logicy matematyczni Jan Łukasiewicz i jego uczeń, a mój rówieśnik Stanisław Leśniewski. Wymieniam nazwiska tych, którym najwięcej zawdzięczam w studiach nad nowoczesną matematyzującą logiką formalną. Dała mi pod tym względem niezmiernie wiele bliska łączność koleżeńska z profesorem Leśniewskim. Po prostu przejąłem na własny użytek jego oryginalny system logiki formalnej. Kto ciekaw treści tego systemu, niechaj przestudiuje dzieło p. E. C. Luschei pt. The Logical Systems of Leśniewski (Amsterdam 1962). Odciążony w ten sposób od twórczego wysiłku w zakresie logiki formalnej, mogłem się skoncentrować na zagadnieniach, które mnie bardziej niepokoiły jako nauczyciela logiki przeznaczonej dla humanistycznego audytorium. A skupiały się one koło głównego problemu walki z hipostazami pochodzenia językowego, z tym, co Franciszek Bacon nazywał idola fori. Oto w mowie bieżącej i w języku nauk pełno rzeczowników i innych form równoznacznych z rzeczownikami. Stąd sugestia, by w każdym przypadku domyślać się istnienia obiektu, nawet gdy jest to rzeczownik abstrakcyjny, np. „okrągłość”, „równość”. Raz dopuściwszy egzystencję rzekomych obiektów takich nazw, egzystencję takich cech lub stosunków itp., grzęźnie myśl w trzęsawisku ontologicznych zagadnień pozornych i fantazmatów, skłaniając się niepotrzebnie do rozumienia dosłownego wyrażeń takich, jak że „cecha tkwi” w danym przedmiocie, niby gwóźdź w ścianie itp., choć sens rozsądny takich wyrażeń jest tylko metaforyczny. A przecie już Leibniz powiedział (w Nouveaux essais. 2, XXII. § 1), że kwestie najbardziej najeżone trudnościami rozpływają się w nicość, skoro tylko pozostawiamy w swych wypowiedziach wyłącznie nazwy konkretów. Nie wiedząc nic o tym incydentalnym powiedzeniu Leibniza ani o podobnej koncepcji Franciszka Brentano, który je na starość przypomniał (w przypisie do Klassifikation der psychischenu Phänomene z r. 1911, patrz s. 163, wydanie z r. 1925, t. 193 „Philosophische Bibliothek” Meinera; patrz też tamże dyktaty Brentany z okresu po utracie wzroku, np. Von den Gegenständen des Denkens z r. 1915), sformułowałem w roku 1929 hasło tak zwanego reizmu. W najdojrzalszej postaci sprowadza się ono do następującego programu walki z hipostazami pochodzenia językowego: starać się o ile możności doprowadzać wypowiedzi oznajmujące do takiej postaci, by nie było w nich innych nazw, jak tylko nazwy rzeczy, czyli ciał fizycznych lub cząstek fizycznych. Osoby uważa się przy tym za rzeczy, rzeczy doznające. W zdaniach tak zbudowanych mogą figurować różne słowa niebędące nazwami, np. czasowniki, spójniki etc. Idzie tylko o to, by nie było innych nazw niż nazwy rzeczy. Oto przykłady reistycznej interpretacji zdań. „Rozwaga cechuje mądrość” – to tyle, co: „Każdy mędrzec jest rozważny”, „Stosunek braterstwa łączył Orestesa i Elektrę” – to tyle, co: „Orestes był bratem Elektry”. Reista nie żąda bynajmniej tego, by nie używać zdań z terminami abstrakcyjnymi w rodzaju tak zwanych nazw cech, nazw stosunków itp. Przeciwnie, uznaje on potrzebę podobnych zwrotów, gdyż umożliwiają one często wypowiadanie się skrótowe. Żąda on tylko by starać się umieć zawsze obejść się bez nazw, niebędących nazwami rzeczy. Nawiasem dodam, że wolę teraz używać terminu „konkretyzm” zamiast terminu „reizm”, ponieważ czytelnicy byli nieraz skłonni utożsamiać „reizm” z „realizmem”, a przecie znaczenie tych terminów jest inne.

Reizm, czyli konkretyzm (inaczej jeszcze: somatyzm, skoro utożsamiam wszystkie obiekty z ciałami, a ciało – to po grecku „soma”), stanowi pewną oryginalność mego „organonu”. Okazuje się jednak doktryną wysoce dyskusyjną ze względu na nie pokonane dotychczas trudności na terenie reistycznej interpretacji twierdzeń teorii mnogości.

Gdy mnie jednak zapytano, co było i jest przedmiotem mojej głównej naukowej specjalizacji, nie tylko nauczycielskiej, lecz i badawczej, musiałbym wymienić nie logikę, lecz inną dyscyplinę – prakseologię. Do niedawna mało kto wiedział o istnieniu takiej nauki, choć w roku 1890 na łamach „Revue Philosophique” Espinas zarysował jej perspektywę, doradzając śledzenie postępów różnych umiejętności praktycznych, by dochodzić ogólnych form usprawniania działań celowych. Nie wiedząc o tym, doszedłem do prakseologii inną drogą. Uderzało mnie, że ustawicznie operujemy takimi pojęciami, jak: czyn, sposób, metoda, wytwór (w których się opisuje różne elementy i postaci działania), albo takimi, jak: dokładnie, starannie, zręcznie, marnotrawstwo, fuszer, tandeta (w których wypowiadamy oceny niejako techniczne różnych robót), i że żadna z wyodrębnionych specjalności naukowych nie zajmuje się specjalnie tymi pojęciami. A przecież powinna chyba powstać jakaś osobna nauka, która by właśnie dociekała warunków sprawnego działania w całej ogólności, w odniesieniu do wszystkich dziedzin aktywności ludzkiej. Wszak i w etyce, gdzie mowa także o życiu racjonalnym, ciągle daje znać o sobie troska o jakieś wskazania gospodarności, gdy np. zaleca się szukanie dróg złotego środka albo gdy się protestuje przeciwko opieszałości lub niestaranności w pracach wykonywanych. Tak samo należyty wymiar odpowiedzialności zależy od racjonalnego rozeznania ogólnego w zależnościach między działaniem a jego zamierzonymi i niezamierzonymi rezultatami.

Z drugiej strony i w obrębie „organonu” porusza się od czasu do czasu takie kwestie np. jak walory ekonomiczności w budowie dowodu danego twierdzenia lub w budowie układu założeń podstawowych. A przy wejrzeniu w bogactwo sposobów działania ileż powstaje drażniących paradoksów, wymagających wyjaśnienia, np. że można działać przez samo „nic-nierobienie» lub zwyciężać mniejszymi siłami siły większe. Zagadnienia prakseologiczne interesowały mnie i z tych także powodów. Problematyka prakseologiczna zaczęła się wyłaniać także z rozważania w sposób dostatecznie ogólny zagadnień organizacji i kierowania, rozpatrywanych w różnych uszczegółowieniach w zastosowaniu do zadań natury przemysłowej lub handlowej. Te zagadnienia skupiały na sobie moją główną uwagę już za czasów studenckich, w całkowitej niezależności od jakichkolwiek wpływów profesorskich czy też koleżeńskich. Przed laty przeszło pięćdziesięciu ogłosiłem po polsku pierwszą swoją książkę o tej tematyce i od tego czasu wracałem ciągle do zagadnień prakseologicznych. Za mojej prezesury w Polskiej Akademii Nauk powstała pierwsza bodaj w świecie naukowa pracownia prakseologiczna. A w wieku podeszłym ogłosiłem po polsku książkę syntetyczną – coś w rodzaju pierwszego podręcznika prakseologii, Traktat o dobrej robocie, który (obok Elementów) uważam za główną pracę swego życia […].

 

Szkic ukazał się w numerze 6/2023 „Res Humana”, listopad-grudzień 2023 r.

 

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności