logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Siedem życzeń

Andrzej Żor | 11 lutego 2024

Należę do rosnącego z każdym miesiącem grona wielbicieli Katarzyny Kasi. Nadzieje na zmaterializowanie tej deklaracji uczuciowej maleją wyraźnie z chwilą uświadomienia sobie, że dobrze pamiętam jej ojca, który jako młody mgr Kasia prowadził z nami zajęcia z filozofii dla studentów kierunków niefilozoficznych; wybrałem wtedy jako literaturę zalecaną, choć nieobowiązkową, jego książkę o św. Augustynie. Przełom lat 50. i 60. był dobrym czasem dla filozofii. Dopiero rok później pojawiły się obowiązkowe skrypty Schaffa i Krajewskiego w miejsce trzytomowego podręcznika Tatarkiewicza, a rytualny zestaw tzw. przedmiotów ideologicznych wprowadzono jeszcze później – w 1964 r.

Dość o tym, fanem dr Kasi jestem od dobrych paru lat, głosowałem oczywiście za jej kandydaturą w plebiscycie na Warszawiankę AD 2023 i nigdy nie omijam oglądania „Szkła kontaktowego” z jej udziałem. Duet Katarzyna Kasia i Grzegorz Markowski uważam zresztą za najlepszą intelektualnie i prezentacyjnie parę tego programu. Oczywiście natychmiast po pozyskaniu stosownej informacji pomknąłem więc do zaprzyjaźnionej księgarni, by zdobyć dopiero co opublikowaną ich książkę: Siedem życzeń. Autorzy wybrali siedmiu rozmówców (Agnieszka Holland, Szymon Malinowski, Jarosław Kuisz, Dorota Masłowska, Andrzej Leder, Joanna Tyrowicz i Jurek Owsiak), znane i cenione postaci polskiego życia publicznego z różnych dziedzin tego życia, opatrując rozmowy z nimi życzeniowymi etykietkami: Odwaga, Przyszłość, Niepodległość, Śmiech, Spokój, Bogactwo, Szacunek. Rozmowy o źródłach nadziei. Rozmowy, a nie wywiady, wydają się zresztą lepszym określeniem, bo „prowadzący” są ich równoprawnymi uczestnikami.

Nie wszystkie dokonane przez nich wybory eksponentów tych haseł podzielam. Entuzjazmem wobec twórczości Doroty Masłowskiej nie pałam; po ukazaniu się jej pierwszej książki Wojna polsko-ruska… zapowiedziałem proroczo, że więcej już niczego tak dobrego nie napisze, bo opisała swój świat słowami tego świata, a ten sposób ma swoje granice; jak wiadomo każdy średnio inteligentny osobnik może napisać jedną dobrą książkę – o sobie. Druga, Paw królowej, zachwyciła prof. Marię Janion z powodu muzycznej specyfiki języka autorki odpowiadającego któremuś z modnych wówczas gatunków muzyki rozrywkowej, co średnio przyswajam. Muszę odrobić zaległości i przeczytać kilka z napisanych przez nią później książek, bo swego słuchu muzycznego nie poprawię. Z poglądami Jarosława Kuisza na temat „kultury podległości” podyskutuję w osobnym tekście, odkładam go na bok jako danie główne. Krótka recenzja nie daje takich możliwości, a muszę na ten temat powiedzieć coś więcej. Pozostałe czytałem jednak z otwartą gębą.

We wszystkich siedmiu tekstach uderzyła mnie pewna ich właściwość: otóż jakieś zdanie wypowiedziane przez rozmówców otwiera u czytającego furtkę i zaczyna on podążać ścieżką kontynuującą i rozwijającą tę myśl. Zacznę od Agnieszki Holland i od różnicy w mitologii polskiej i czeskiej. Szwejk i Kmicic, wszystko jasne. Ale wówczas pojawia się pytanie o genezę tych różnic i zaczyna niekończącą się opowieść o historii. No bo około 1385 roku biedną 12-letnią Jadwigę Andegaweńską przymuszono do poślubienia grubo starszego i mało okrzesanego Jagiełły w miejsce młodego, przystojnego i dobrze wychowanego Habsburga. Wybrano wschodni kierunek ekspansji politycznej, militarnej i kulturalnej. Rozważania na temat trafności tego wyboru nie mają sensu, tak zdecydowano i już. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czesi podjęli decyzję inną (albo zostali zmuszeni do jej podjęcia) i historia w każdym z tych krajów potoczyła się wedle wybranego porządku. A dziś: Kudowę od Nahodu dzieli 7 km, taksówka kosztuje 30 złotych, obie nacje są gruntownie wymieszane, Czesi pracują w Polsce, a Polacy w Czechach, w czeskiej knajpie w śródmieściu Kudowy można napić się zielonego (sic!) czeskiego piwa itp., itd. W Nahodzie można zoperować zaćmę w jeden dzień (za którą i tak zapłaci w efekcie polski NFZ), kobieta może bez komplikacji dokonać aborcji w świetle prawa, a w sklepiku tuż za granicą każdy (Polak też) może kupić czekoladę z marihuaną. Te dwa światy tak bliskie (oba w Unii, języki obustronnie zrozumiałe, małżeństw mieszanych całe mnóstwo itd.), są mocno od siebie kulturowo oddalone. Czesi są – czy nam się to podoba, czy nie – znacznie bliżsi kulturze Zachodu, choć nie przeżyli dni „swojej wielkości”. Jedno zdanie otwiera „przestrzeń” do niekończącej się dysputy, bo ta sięga do kilku wieków historii i do iluś tam prognoz na temat przyszłości. Można się tylko zastanawiać, na ile Czesi są skłonni do hamletycznego rozważania na temat „kultury podległości”? Nigdy nie przyszło mi na myśl, by zadawać im takie pytania. Furtka się jednak otworzyła i podążam bezwiednie ścieżką wytyczoną przez prezentowany dialog. I tak można by bez końca, bo dysputa o sprawach tego świata końca z zasady nie ma.

Wspomniałem o prognozach na temat przyszłości i od razu przyszła do mnie uwaga p. Katarzyny: czy przyszłość ma datę przydatności do spożycia, którą „kupiłem” bez reszty. Wyobraziłem sobie tomy raportów różnych niezbędnych i zbędnych instytucji od ratowania klimatu i gromady agresywnych antysystemowców zaprzeczających wszystkim potwierdzonym przez naukę oczywistościom. A profesor Malinowski dopowiada (na s. 67 recenzowanej książki) i tym dobija oponentów, że wszystkie ssaki żyjące na lądach ważą raptem dwadzieścia milionów ton. Te, które żyją w morzach i oceanach, dwa razy tyle. Ludzie zamieszkujący ziemską kulę ważą ogółem trzysta dziewięćdziesiąt milionów ton, a zwierzęta, które hodujemy po to, by się najeść, to już sześćset mln ton. Szok, prawda?

Sięgając do Andrzeja Ledera, wybrałem inną niż p. Katarzyna (Rysa na tafli) książkę Profesora – Był sobie postmodernizm. A z niej cytat, który służy mi jako motto do podobnych tematycznie rozważań: „[…] kondycja istoty istniejącej w czasie zakłada zdolność napotykania w chwili teraźniejszej tych konsekwencji przeszłych aktów, które nadchodzą z przyszłości”[1]. Wyjaśnia ono kwestie, o które pytaliśmy przed chwilą, na temat udziału historii (decydującej lub tylko współdecydującej) w kształtowaniu świadomości kulturowej, czy jak kto woli kulturowego DNA. Pozostając na chwilę przy Lederze i jego najbardziej znanej książce Prześniona rewolucja, łatwo zauważyć, że zasługą socjalistycznej transformacji gospodarki (może robionej zbyt siermiężnie) jest jednak zmiana proporcji między przemysłem a rolnictwem, z 40:60 na korzyść rolnictwa pod koniec sanacji na 60:40 na rzecz pozarolniczych działów gospodarki już w latach 50. Mimo tej zasadniczej zmiany do dziś biedzimy się z małorolną gospodarką agrarną i nietrudno dostrzec, że rozkład preferencji politycznych zależy w sporej mierze od udziału „małorolnych” w strukturze wytwarzania i w obowiązującym imaginarium. I tak można bez końca. Andrzej Leder wydał zresztą w ubiegłym roku nową książkę Ekonomia to stan umysłu, będzie więc o czym rozprawiać.

Ogromną zaletą recenzowanej książki jest jej inspirująca rola w podejmowaniu coraz to nowych i nowych tematów, prób tłumaczenia (jak te zawarte w rozmowie z prof. Joanną Tyrowicz, które wyjaśniają mechanikę relacji czynników ekonomicznych i komunikacyjnych, a mnie przypominają aluzje Rogera Penrose’a na temat związków między teorią kwantów a psychologią zbiorowości; w nowej książce Ledera znajdzie się pewno sporo na ten temat), czy do określania indywidualnych pożądanych postaw i sposobów zachowania (Jurek Owsiak), innych niż te rozpowszechniane przez polityków sprawujących do niedawna (mam nadzieję) władzę nad naszą materialną egzystencją, którzy chcieliby też sprawować ją nad naszymi umysłami i duszami. Długo będziemy zastanawiać się, jak to się stało, że udało się im zawładnąć tak dużym „terytorium”. W jakim stopniu wśród przyczyn tego „fenomenu” znajdzie się owo kulturowe DNA, o którym wiele w tej książce? I wreszcie finalne przesłanie – od Owsiaka głównie – że kształt naszej rzeczywistości zależy w gruncie rzeczy od nas samych, od naszej wiedzy i naszego stopnia zaangażowania. A nie od łaskawego daru z rąk naszych „patronów”, którzy wystawią ani chybi weksel za swoją łaskawość.

Nie bądźmy więc ani leniwi, ani obojętni. Coś się przecież wydarzyło i wydaje się – po tych kilkudziesięciu dniach – że nie tkwimy już po szyję w „czarnej dziurze”, jak to się jeszcze do niedawna wydawało. Bóg zapłać, Pani Katarzyno i Panie Grzegorzu, za tę książkę, która umacnia w nas pokłady rozumnej nadziei.

[1] Andrzej Leder, Był sobie postmodernizm, Wyd. IFiS PAN, Warszawa 2018 s. 63.

 

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności