logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Relacje państwo – Kościół po wyborach parlamentarnych 15 X 2023 r. Perspektywy, szanse ulepszeń

Dyskusja redakcyjna: Mirosław CHAŁUBIŃSKI, Ewa DĄBROWSKA-SZULC, Mirosław KARWAT, Tadeusz KLEMENTEWICZ, Robert SMOLEŃ, Danuta WANIEK, Mirosław WORONIECKI | 5 maja 2024
Tomasz HOŁUJ, "Obvious but Hidden", technika mieszana na desce, 120 x 125 cm, 2015

O tym, czy w powyborczej rzeczywistości da się ułożyć na nowo obszar stosunków między Rzecząpospolitą a Kościołem Rzymskokatolickim, dyskutują: Mirosław CHAŁUBIŃSKI, Ewa DĄBROWSKA-SZULC, Mirosław KARWAT, Tadeusz KLEMENTEWICZ, Robert SMOLEŃ, Danuta WANIEK i Mirosław WORONIECKI.

Danuta Waniek: Jak pamiętamy, stosunki państwo – Kościół stanowiły jeden z wiodących nurtów ostatniej kampanii wyborczej, ze strony partii koalicyjnych padły istotne postulaty i obietnice, idące w ślad za oczekiwaniami wyborców PO, Trzeciej Drogi czy Nowej Lewicy. Najdalej szła w swych hasłach programowych Lewica, opowiadająca się zdecydowanie za państwem świeckim i przestrzeganiem praw kobiet, które w praktyce prawno-politycznej były systematycznie ograniczane przez prawicę na życzenie kleru.

Po ostatnich wyborach otworzyła się droga do zmiany relacji między rządem a Kościołem hierarchicznym. Wielu zwolenników polityki premiera Tuska obawia się jednak zbyt powolnego dokonywania zmian prawnych i to nie tylko z uwagi na różnice wewnątrzkoalicyjne w sprawach światopoglądowych (np. postawa PSL). Należy także brać pod uwagę zapowiadany przez prezydenta opór wobec niektórych rozwiązań ustawowych dotyczących praw kobiet. Andrzej Duda ujawnił już zastrzeżenia w kwestii pigułki „dzień po” (chodzi o ustawowe wyznaczenie granicy wieku w przypadkach jej zażywania – 15 czy 18 lat?). Prawdopodobne jest także wniesienie weta w odniesieniu do dopuszczalności przerywania ciąży do 12. tygodnia.

Z drugiej strony wyraźnie widać, że Kościół hierarchiczny nie zrezygnuje łatwo ze stanu swego posiadania. Nie zauważa zmiany społecznej, jaka się w ostatnich latach w Polsce dokonała. Mam tu na myśli szybko postępującą laicyzację, zwłaszcza wśród najmłodszego pokolenia wyborców, które już nie tylko nie pada przed księżmi na kolana, ale jest bardzo krytyczne w kwestiach wpływu duchowieństwa na bieżącą politykę państwa, sposobu pozyskiwania za bezcen dóbr materialnych, rozchodzenia się głoszonych „wobec bliźnich” wartości religijnych z przestępstwami seksualnymi kleru. Ujawnione przypadki pedofilii wśród księży i ich praktyczna bezkarność przeorały świadomość społeczną w sposób od dawna w Polsce nienotowany.

A mimo to Kościół hierarchiczny działa w myśl znanego hasła „Polacy, nic się nie stało”. Po staremu organizowane są rekolekcje w pomieszczeniach szkolnych, dyrektorzy nadal okazują bojaźliwość wobec decyzji proboszczów, a nauczyciele zobowiązywani są nadal do doprowadzania dzieci na msze do budynków kościelnych. Nie ma zgody kleru na zredukowanie liczby godzin lekcji religii w szkołach i przedszkolach, ani na to, aby lekcje religii odbywały się na początku lub na końcu zajęć. Na dodatek ze strony Ministerstwa Edukacji padają często wewnętrznie sprzeczne zapowiedzi planowanych zmian na gruncie prawnym. Właściwie nie jest jasne, na co szefowa tego resortu ostatecznie się zdecyduje i w jakiej kolejności.

Inną sprawą jest utrzymywanie nadal obecności kapelanów na etatach w administracji państwowej, a funkcjonują oni w straży pożarnej, w służbie więziennej, w policji, w straży granicznej, w szpitalach, wojsku, w Służbie Ochrony Państwa, a nawet w Krajowej Administracji Skarbowej. Rozwiązania te ewidentnie naruszają świecki charakter państwa. Problemem, który należałoby poważnie potraktować, jest obecność biskupstwa polowego w strukturach władzy wykonawczej RP, jak wiadomo – Ordynariat Polowy jest częścią Ministerstwa Obrony Narodowej. W systemie prawnym RP nie znajdziemy takiego przepisu, który stanowiłby podstawę dla akceptacji takiego rozwiązania. Nie doszło do zawarcia osobnego porozumienia władz RP z władzami kościelnymi w sprawie statutu Ordynariatu, chociaż takie postępowanie przewiduje konkordat z 1993 r. Wszelkie „instrukcje” i „dekrety” wydawane wcześniej przez biskupa polowego mają charakter jednostronny. Gdy dawno temu byłam wiceministrą obrony narodowej, odkryłam, że źródłem takiego usytuowania Ordynariatu była…. Bulla Jana Pawła II, czyli głowy Stolicy Apostolskiej.

Według zasięgniętej informacji, ogólne koszty utrzymania ordynariatów i kapelanów w skali roku oscylują dziś wokół 52 mln zł! Myślę, że jest to kolejne wyzwanie dla nowego rządu, ważne chociażby ze względu na sytuację międzynarodową, wywołaną agresją rosyjską na Ukrainę.

Mirosław Chałubiński: Podzielam sceptycyzm co do możliwości wdrożenia słusznych postulatów odnośnie do relacji państwo – Kościół. Nawet istniejące prawo nie zawsze bywa stosowane, a w ramach prawa można doprowadzić do cząstkowej przynajmniej realizacji rozdziału Kościoła od państwa.

Byłem sceptykiem jeszcze przed wyborami i w trakcie wyborów. Nie chodzi bynajmniej o cynizm polityków, którzy skłonni są przesadnie obiecywać, czy zwykłą grę polityczną – lecz o późniejszą możliwość realizacji programów i obietnic, gdy ma się już realną władzę. Przykładami mogą być sprawy aborcji czy sposobów finansowania Kościoła, edukacji. Pamiętajmy też o tym, że rządząca koalicja jest bardzo zróżnicowana pod względem światopoglądowym.

Ponadto w ciągu półtora roku trzykrotnie odbędą się wybory (samorząd terytorialny, Parlament Europejski, prezydenckie) i żadnej partii nie może zależeć na zrażaniu Kościoła, który w Polsce wciąż pozostaje ważnym podmiotem politycznym.

Tadeusz Klementewicz: Według amerykańskiego badacza kultu religijnego Phila Zuckermana, kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, ich obywatele cieszą się największymi swobodami, tam jest też wyższa jakość życia i większy dobrobyt. Ta prawidłowość załamywała się kiedyś w przypadku Irlandii, a obecnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki i w Polsce. Próbując wyjaśnić źródło tej lokalnej nieregularności, poszukujemy osobliwych czynników społecznych czy historycznych. No i właśnie tutaj szukałem podstaw tak charakterystycznej polskiej religijności, głównie o rytualnym charakterze.

Zacznę od przykładu idącego z góry, mianowicie chodzi o mentalność szlachecką ukształtowaną w dobie kontrreformacji. Symbolem w Polsce może być bohater sienkiewiczowski – Kmicic. Tymczasem zachodnioeuropejskim jego odpowiednikiem byłby wówczas Kartezjusz. Jak pisał kiedyś Artur Sandauer, polska kultura jest podszyta jezuickim konwiktem. Drugim czynnikiem braku dążeń emancypacyjnych świeckiego społeczeństwa wobec Kościoła i religii był brak polskiego, autonomicznego mieszczaństwa. Było ono albo pochodzenia niemieckiego, albo żydowskiego. Brakowało więc tej siły społecznej, która w innych krajach stopniowo naciskała na poszerzenie praw osobistych, wolności słowa, uwalniania różnych sfer życia społecznego spod opieki Kościołów. Taką instytucją stało się z czasem coraz sprawniejsze absolutystyczne państwo, którego w Polsce też nie było. To właśnie Kościół stał się jego namiastką czy protezą – przechowywał język, tożsamość zogniskowaną wokół religii, ułatwiał komunikację i trwanie wspólnoty.

Wpływ Kościoła na umysły jest największy w mniejszych, bardziej zamkniętych społecznościach. A faktem jest, że w Polsce stosunkowo duża część społeczeństwa to mieszkańcy miasteczek i wsi. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Kolejny czynnik jest wyjątkowo ważny. To tradycyjny konformizm Polaków, co najmniej dwustuletni brak odwagi cywilnej w życiu publicznym w efekcie koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy. Długie tradycje ma też masowe oddziaływanie religijne Kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy), a w ostatnich dekadach kult Papieża-Polaka darzonego, do niedawna powszechnie, uczuciem wzniosłości. Kościół wciąż podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej.

Jeśli więc weźmiemy te różne czynniki pod uwagę, staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego polityczni reprezentanci polskiej wspólnoty, w niczym praktycznie nie odbiegają od swoich wyborców. Co najwyżej, niektórzy klękają tylko na jedno kolano.

Ale jest jeszcze jeden ważny problem z religią i religijnością. Antropolodzy kulturowi wskazują na pewne napięcie między naszym oczekiwaniem wolności w sprawach przekonań moralnych i światopoglądowych a spójnością społeczeństwa, które wówczas powstaje. Okazuje się, że ewolucyjną rolą, którą religia odgrywała w różnych typach wspólnot, było tworzenie ducha długotrwałej współpracy i współdziałania wśród ich niespokrewnionych członków. Taka grupa, dzięki większej spójności, mogła odnosić sukcesy w rywalizacji z innymi, np. w wojnach plemiennych, w rywalizacji o terytoria łowieckie. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia. Dlatego spoiwo zbiorowej egzystencji, które wytwarzała religia, mimo irracjonalnych podstaw z punktu widzenia racjonalności poznawczej, jest cenne dla trwania wspólnoty. Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli partia ładu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Z kolei liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie – jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Miałbym jeszcze jedną uwagę dotyczącą miejsca teologii na publicznych uczelniach. Ten specjalny gatunek wiedzy, zwany nauką, konstytuują dwie zasady. Pierwsza – słabej racjonalności (inaczej intersubiektywnej komunikowalności), wymaga jasnego formułowania sądów o świecie. W świetle drugiej, mocnej zasady racjonalności, to co głosimy o świecie, musi przejść sprawdzian intersubiektywnej sprawdzalności. Tymczasem teologia każe „prawdy” przyjmować na wiarę. Swoje kadry Kościół powinien kształcić samodzielnie i we własnych ośrodkach. Natomiast politycy w rozstrzyganiu dylematów moralnych związanych z prokreacją, in vitro, prawami reprodukcyjnymi, związkami partnerskimi itd. – mają obowiązek stać na gruncie nauk medycznych i biologii, a nie teologii. Nie może w Polsce być dalej tak, że widok sutanny łamie nawet najsilniejszy charakter.

Ewa Dąbrowska-Szulc: Jako przewodnicząca Stowarzyszenia Pro Femina, jednej z organizacji, które utworzyły „Federę” (obecnie: Fundacja na rzecz kobiet i planowania rodziny), pesymistycznie oceniam posunięcia państwa, a konkretnie obecnie rządzącej koalicji. Statut SPF, zatwierdzony w listopadzie 1989 roku, daje się sprowadzić do jednego punktu: „prawo do aborcji na żądanie”. Na wszelakich protestach podkreślamy, że kobieta jest człowiekiem – zarodek nie!

Obawiam się, że politycy na dalszy plan odsuwają wywiązanie się z żądań, z jakimi do wyborów w październiku 2023 r. szły młode kobiety. Niestety, niemal wszystkich polityków charakteryzuje „lęk przed sutanną”. Młode wyborczynie są od nich odważniejsze, potrafią w swych protestach zachować się niemal obrazoburczo. Gdy po tych kilku miesiącach od wyborów przysłuchuję się wypowiedziom rządzących polityków, to odnoszę wrażenie, że dla nich nie jest ważne to, co mówią wyborczynie i niektórzy wyborcy, tylko to, co powie ksiądz na kazaniu.

Kler Kościoła Rzymskokatolickiego wie, że władza, odbierająca kobietom decyzję o swej rozrodczości, trzyma za gardło całe społeczeństwo. Nadal mamy taką sytuację, że w Polsce umierają ciężarne kobiety, bo lekarze nie ratują ich, kierując się „klauzulą sumienia”. Położnicy boją się proboszcza, który zarabia na chrzcinach i pogrzebie.

Sterowanie własną rozrodczością przez kobiety jest dla „urzędników pana B.” sytuacją nie do przyjęcia. Stąd utrudnianie dostępności do edukacji seksualnej i antykoncepcji, szczególnie ostatnio sprzeciw wobec pigułki „dzień po”.

Mizoginia Kościoła objawia się także w trudności prowadzenia prac naukowych w dziedzinach określanych jako gender studies, women’s studies. Mało kto odważał się prowadzić doktorat, w którym wystąpi słowo „feminizm”, bo to może być pocałunkiem śmierci. Pojawiały się żądania, by tę część socjologii i badań kulturowych zlikwidować na polskich uczelniach.

Mirosław Woroniecki: Trzeba zacząć od 1918 roku. Młode państwo w okresie międzywojennym, pomijając krótki okres rządu Ignacego Daszyńskiego, kształtowało się wyraźnie jako państwo ideologiczne i o wyraźnym profilu wyznaniowym. Po II wojnie światowej polska specyfika realnego socjalizmu wygenerowała model państwa, w którym z jednej strony mieliśmy promowaną szeroko w sferze publicznej ideologię władzy, a z drugiej strony ideologię narodowego katolicyzmu; przez znaczną część społeczeństwa był on traktowany jako alternatywna idea tożsamościowa, ale i sfera wolności. Po 1989 roku nie wyciągnięto żadnej nauki z obserwacji historycznych; w okresie pontyfikatu Jana Pawła II proces przemian ustrojowych w znacznej części odbywał się przy aktywnym udziale zarówno papieża, jak i hierarchów kościelnych.

Istotny wpływ na kształtowanie pozycji i znaczenia Kościoła katolickiego w Polsce miało uchwalenie ustaw wyznaniowych z 17 maja 1989 roku. Twórca intelektualny obu projektów, czyli profesor Michał Pietrzak,  z całą pewnością miał dobre intencje, jednak nie przewidział, że w Polsce mamy do czynienia z monopolizacją sfery wyznaniowej i dodatkowo ofensywą katolicyzmu kreowaną popularnością osobistą papieża, jego pozycją arbitra politycznego w sprawach krajowych oraz realnym naciskiem politycznym ze strony Watykanu. W 1993 roku nagle pojawia nam się, ni z tego, ni z owego, konkordat przyjęty niezgodnie z prawem. W efekcie daleko idącego kompromisu stworzona została Konstytucja, którą może wszyscy zachwycają się po dzień dzisiejszy, chociaż osobiście nie wiem dlaczego. Jej tekst wyraźnie uwidacznia wpływ Kościoła. Według mnie stworzyła ona autostradę do przyspieszonej klerykalizacji kraju.

Można wymieniać jeszcze wiele przykładów aktów prawnych, poza konkordatem i Konstytucją, które wprowadzają uprzywilejowanie religii i ich form instytucjonalnych w każdej nieomal gałęzi prawa, a że historycznie większościowy i ekonomicznie najpotężniejszy Kościół jest głównym beneficjentem uregulowań prawnych i długo jeszcze posiadać będzie wpływ na państwo, to władza państwowa – nawet wyłoniona w opozycji do narodowo-wyznaniowych partii prawicy – musi liczyć się z jego pozycją. Dotyczy to także, a może przede wszystkim całego systemu przysporzeń majątkowych zabezpieczających ogromne przychody tej instytucji, pozwalające cieszyć się poważnym wpływem w społeczeństwie także poprzez setki tysięcy ludzi związanych ekonomicznie z tą instytucją będącą poza strukturą administracji państwowej największym pracodawcą, zleceniodawcą, przedsiębiorcą. Wśród wielu przysporzeń największe znaczenie mają te w postaci nieruchomości pozyskiwanych za ułamek procentu wartości. Zwolnienia podatkowe, opłaty cmentarne, opłaty za usługi religijne, tradycyjna kolekta itp. W tym kontekście Fundusz Kościelny to zupełnie nieistotny fragment finansowania kościołów i związków wyznaniowych (ważniejszy znacznie dla wyznawców mniejszych religii).

Finansowanie Kościoła nie jest jedyną sferą, w której poszukiwać można sposobów na obniżenie jego znaczenia i pozycji w kraju, pod warunkiem jednakże zdecydowanego odejścia od ideologicznego – narodowo-wyznaniowego – charakteru państwa. W tym celu należy jednak nie tylko odbyć poważne studia nad prawem wyznaniowym, przeprowadzić pogłębione badania procesów laicyzacji, wprowadzać regulacje prawne likwidujące konfesyjny charakter stosunków społecznych (tam, gdzie jest to obecnie możliwe), ale i zbudować silne poparcie społeczne dla zmian wraz z promocją nowoczesnego pojęcia patriotyzmu w opozycji do narodowo-wyznaniowej tożsamości kształtowanej na mitomańskiej historiozofii i zaściankowej ksenofobii. Niestety, tej chęci wśród polityków obecnie rządzących nie widać.

Robert Smoleń: Zaskakuje mnie pesymizm, jaki jak dotąd dominuje w naszej rozmowie. Polska jest teraz w kluczowym momencie. Po ośmiu latach autokratycznego eksperymentu mamy teraz do czynienia z procesem odwrotnym. Odbudowujemy ustrój demokratyczny. To stwarza okazję do urządzenia państwa na nowo, właściwie we wszystkich obszarach. W tym wielkim procesie jest także obiektywna potrzeba wytyczenia należnego miejsca dla Kościołów, w tym Rzymskokatolickiego. Nie chodzi przecież o jakieś wojny religijne, tylko po prostu o znalezienie w ogóle instytucji wytworzonych przez społeczeństwo, funkcjonalnej niszy dla instytucji reprezentującej największą wspólnotę religijną.

Pozycja Kościoła słabnie. Wynika to z przemian społecznych, umacniania się postaw racjonalistycznych i rosnącej roli młodych pokoleń, które patrzą na Kościół obiektywnie – jak na inne instytucje w państwie i społeczeństwie. Na to się nakładają skandale w Kościele. Więc pozycja wyjściowa jest nie beznadziejna, tylko korzystna. Włącznie z konkordatem. Jak każda umowa międzynarodowa, może on być renegocjowany albo reinterpretowany (na przykład poprzez odwołanie się do jednostronnej deklaracji rządu W. Cimoszewicza z 1997 r.). Tym bardziej, że w Watykanie zasiada papież Franciszek.

Przy okazji: będę bronił Konstytucji z 1997 roku. Wszystko, co najgorsze, wydarzyło się zresztą przed jej uchwaleniem. Rzecz nie w tym, jakich słów użyto w ustępie 3 artykułu 25, lecz w tym, że państwo jak dotąd nie miało siły, by wdrożyć zapisaną tam ideę. Lepszej, nowocześniejszej, sprawiedliwszej konstytucji nie będziemy mieć albo w bardzo długiej perspektywie, albo… nigdy.

Pewne rzeczy można więc – moim zdaniem – zrobić. Przede wszystkim można ograniczyć transfery na rzecz Kościoła. Mówię o uszczelnieniu funkcjonowania spółek kościelnych, zaprzestaniu dotowania pieniędzmi budżetowymi lub unijnymi inicjatyw w rodzaju prowadzonych przez Tadeusza Rydzyka, urealnieniu PIT, CIT czy wprowadzeniu podatku od kościelnych czynności, które można uznać za czynności cywilnoprawne. Te kwestie majątkowe ludzi emocjonują i irytują. Drugim obszarem jest edukacja. Z jednej strony mamy tu do czynienia z problemem formacyjnym (który paradoksalnie wydaje mi się mniej istotny – bo młodzi ludzie coraz częściej nie chodzą na lekcje religii, a jeśli chodzą, to raczej nie poddają się oddziaływaniu), z drugiej – z wymiarem symbolicznym, chyba dla nas ważniejszym. Trzecią kwestią jest wizualna obecność elementów religijnych w sferze publicznej. Obecny rząd powinien być zachęcany do tego, żeby uznać poglądy filozoficzne czy religijne za prywatną sprawę każdego urzędnika państwowego, która musi być rozstrzygana we własnym sumieniu i nie powinna być wyrażana publicznie. I w końcu czwarty pakiet – prawa i pozycja kobiet, aborcja, model rodziny, przemoc w rodzinie, pedofilia. Stanowią one obszar bardzo nośny medialnie i na pewno w podejmowanych działaniach rząd nie będzie na straconej pozycji.

Ktoś musi te rozwiązania wprowadzać (albo nie wprowadzać), uzgodnić, przygotować itd. Teraz stoimy przed ciekawym testem na to, kto co może, kto ile potrafi. Wybory parlamentarne wykazały zaskakująco mocną pozycję Trzeciej Drogi. Nie wiadomo do końca, w jakim stopniu był to efekt sztucznie wspomagany (przerzucanie głosów w obawie przed nieprzekroczeniem przez nią progu). Ale dzisiaj ten wynik jest wykorzystywany przez konserwatywnych polityków tych formacji jako dowód, że to oni mają rację. Wybory samorządowe pokażą, jakie karty realnie mają w ręku poszczególne człony rządzącej koalicji demokratycznej. W tej sprawie akurat nie jestem optymistą. Lewica jest w trudnej sytuacji, PSL – mocny w lokalnych społecznościach. Po nadchodzących wyborach może się okazać, że siła Lewicy i jej pole manewru może osłabnąć, nie odwrotnie. I na koniec jeszcze powiem, iż nie powinniśmy oczekiwać, że to, o czym tu mówimy, samo się zrobi. Albo że politycy sami to zrobią. Presja społeczna jest potrzebna nieustannie – również na rząd demokratyczny i bliski naszym przekonaniom.

Mirosław Chałubiński: Odnośnie do opinii kolegi Smolenia. Mówiłbym raczej o relatywnym osłabieniu Kościoła w Polsce niż o słabości. Tu pamiętać trzeba o kontrowersyjnych próbach reform Kościoła papieża Franciszka, jak też udziale niektórych polskich hierarchów w skrywaniu afer pedofilskich. A także obecności Kościoła w sprawowaniu realnej władzy od 1989 roku.

Mirosław Karwat: W diagnozie obecnego stanu, jak i perspektyw odwrócenia procesów klerykalizacji życia społecznego w Polsce, mam uczucia mieszane.

Z jednej strony, rzeczywiście widoczny i odczuwalny jest impuls „przebudzenia” i emancypacji kobiet, z kulminacją w fali protestów pod znakiem błyskawicy (Strajku Kobiet) i oczywiście w wyborach 2023, co widać zwłaszcza w młodym pokoleniu. Ale też wśród młodych mężczyzn ci postępowi bynajmniej nie dominują.

Z drugiej strony, wymowny jest dzisiejszy impas w rządzącej koalicji, która zastąpiła autorytarno-klerykalne rządy „Dobrej Zmiany”. Jak widać, ta silna presja na rzecz laicyzacji życia społecznego i państwa nie przebija się w „woli politycznej”. Po raz kolejny potwierdza się rozbieżność między natężeniem i zasięgiem określonych dążeń społecznych (w tym wypadku – progresywno-modernizacyjnych, przeciwnych mentalnym, obyczajowym i prawnym anachronizmom) a ich odzwierciedleniem w politycznych (partyjno-parlamentarnych) reprezentacjach i w układzie sił politycznych. Nasuwa się tu wręcz porównanie do filtrowania czy wytłumienia dążeń do zmiany, na fali których wyrasta większość parlamentarna i rządowa, które jednak po objęciu rządów dla części liderów i establishmentu partyjnego wydają się zbyt radykalne, kłopotliwe. Taki grzech niereprezentatywności społecznej w ukierunkowaniu i jednoznaczności prowadzonej polityki, „wygaszania” oczekiwań i nacisków społecznych towarzyszy III RP od początków do chwili obecnej.

Mamy, co prawda, pierwsze jaskółki (okaże się, czy one „czynią wiosnę”). Jako przykład ruszenia z miejsca potraktujmy zapowiedź ministry Leszczyny, że skończy z sobiepańską „klauzulą sumienia” w praktyce działania lekarzy ginekologów i szpitali.

Ale wskaźnikiem rzeczywistego oddzielenia Kościoła od państwa, przezwyciężenia asymetrii w ich stosunkach narzuconej faktami dokonanymi przez konfesyjnie i wręcz klerykalnie zaprogramowane formacje polityczne, byłoby wykonanie dwóch zadań, jako swoistych testów zapewnienia zgodności stanu rzeczy z Konstytucją. Jedno z nich jest formalnie mniejszego kalibru, a drugie ma już charakter systemowy, ustrojowy.

Czy doczekamy kiedyś „męskiej decyzji” w sprawie krzyża w sali obrad Sejmu, zawieszonego cichcem, nawet nie z powołaniem się na uchwałę większości parlamentarnej (co i tak byłoby aktem sprzecznym z konstytucyjną zasadą i obietnicą neutralnego światopoglądowo charakteru państwa) i nadającego temu miejscu znamiona państwa wyznaniowego? Choćby w postaci pośredniej, kompromisowej formy zrównoważenia jego obecności symbolami innych wyznań. Cóż dopiero pomyśleć o klerykalnym „znaczeniu terenu” w szpitalach, urzędach, szkołach?

Czy doczekamy – tym bardziej – choćby renegocjacji, jeśli nie wypowiedzenia konkordatu? W tym kontekście wróćmy do czynnika oczekiwań społecznych i społecznej presji. Skonfrontujmy z nimi nie tylko tak przełomowe decyzje – punkty zwrotne, ale również takie, które są w zasięgu możliwości i wyobraźni pragmatycznej.

Nie przypadkiem kwestia nauczania religii w szkołach „buksuje”, skoncentrowana na takich sprawach detalicznych i pochodnych jak liczba godzin, oceny na dyplomach szkolnych i umieszczenie tych zajęć na początku lub na końcu dnia szkolnego. A w zawieszeniu lub impasie pozostaje kwestia zasadnicza: czy w ogóle katecheza powinna być prowadzona w budynku szkoły publicznej i to w charakterze przedmiotu nauczania, wyłączonego spod programowego, jak i metodycznego nadzoru władz oświatowych. Jest tak po pierwsze dlatego, że przeniesienie tej indoktrynacji religijno-kościelnej do sal katechetycznych przy parafiach łączy się z niewygodą, utrudnieniami dla rodziców, także tych, którzy – choć są wierzący – woleliby świecką szkołę. A po drugie dlatego, że dla znaczącej (choć może już nieprzeważającej) części środowiska nauczycielskiego – niech nas nie zmyli jego bunt w kwestiach wynagrodzeń, warunków awansu, interesów i praw pracowniczych, autonomii programowej – postulat rozdzielenia (także w przestrzeni) wiedzy i wiary jest zbyt radykalny.

Danuta Waniek: Dziękuję Państwu za tę wymianę poglądów i racji po raz pierwszy w tym gronie. Warto obserwować zjawiska, które towarzyszą laicyzacji polskiego społeczeństwa, bo w nich jest wielka nadzieja. Chcemy, aby refleksje na ten temat regularnie pojawiały się na łamach „Res Humana”.

Nieskrócony zapis powyższej dyskusji jest dostępny w wersji audio w zakładce „Podcasty”.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności