Magda Umer odeszła

Tak właśnie chyba powinno się o Niej napisać w tej smutnej i trudnej chwili, bo przecież dla prawie każdego polskiego inteligenta była kimś swoim, z którym idąc przez życie śmiało można było się głównie w skrytości myśli porozumiewać. Jest to więc strata kogoś dla wielu naprawdę bardzo bliskiego, ale jednak różnego. Jedni wspominają Magdę Umer jako ciepłą, poetycko-liryczną piosenkarkę, inni podkreślą w niej autorkę świetnych spektakli i scenariuszy telewizyjnych oraz wielkich opolskich koncertów, dla wielu zaś na zawsze pozostanie niezrównaną telewizyjną gawędziarą – do spółki z Agnieszką Osiecką czy Jeremim Przyborą. Miała wiele fajnych obliczy, by nie spróbować się z którymś z nich kiedyś zidentyfikować – mnie się to raz po raz przytrafiało i niekiedy trzymało długie tygodnie. A obcując z Osiecką czy Przyborą, była Magda Umer w naszym niejako imieniu animatorem artystycznego Olimpu, do którego załatwiała publiczny dostęp, nieraz przełamując opory wymienionych. I za to jesteśmy dziś jej cholernie wdzięczni, a przynajmniej ja.
Zazwyczaj w takich nieodwoływalnych chwilach jak śmierć dokonuje się podsumowania tzw. całokształtu, wszystkich dzieł dokonanych, przeżytych i zamkniętych. Ale w Jej przypadku byłoby to jakąś chyba tylko częścią prawdy, gdyby sprowadzić to do podsumowania życia i twórczości zamkniętych już na amen w konkretnych datach.
Magda Umer była bowiem kimś zdecydowanie większym aniżeli scena, na której tak udanie przez dziesiątki lat działała, bo jednak – przyznajmy – często jest to tylko kwestia warsztatu, który mniej lub bardziej służy tylko temu, aby na chwilę zaistnieć. W przypadku Magdy Umer na pewno nie byłoby to adekwatne dla zrozumienia straty, jaką wszyscy ponieśliśmy. Bo jednak największym jej skarbem było to, co nazywamy osobowością, a co znajdowało tylko częściowo wokalny wyraz na estradzie. A przecież i tak było najlepszej miary, ale moim zdaniem w mniejszym zakresie wobec tego, co było Jej absolutnym osobistym diamentem, który nam ofiarowała. Osobowości polskiej dziewczyny, która nie wymagała jakichś specjalnych opisów ni obramowań jakimikolwiek artystycznymi konwenansami, może prócz dobrego wychowania w stylu Starszych Panów.
Jak dziś pamiętam, kiedy podczas swojego koncertu w Hybrydach przy okazji OPPA (lata 80. ubiegłego wieku…) po prostu zeszła ze sceny i usiadła na proscenium, jakby podkreślając, że jest zarazem po naszej, widzów i słuchaczy stronie, choć także była na scenie i wyłącznie dla nas śpiewała o świerszczach w kominie. To było niewyuczone, a kapitalne w swojej sile wyrazu, wręcz intuicyjne, że aż odruchowe… Spróbujcie dziś coś takiego gdziekolwiek zobaczyć, żeby scena stała się widownią, a widownia sceną, by coś ważnego sobie wzajemnie powiedzieć i przekazać?
Zaraz stanęło mi to przed zeszklonymi oczyma, kiedy doszła mnie informacja o śmierci Magdy Umer, niestety wbrew mojemu osobistemu przekonaniu, że to akurat Jej nie powinno się nigdy przytrafić. A przywołuję tu Hybrydy lat 80. nie bez przyczyny, bo Magda Umer była jurorem Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którą zaprosiłem na stałe, podobnie jak Jacka Janczarskiego, aby oceniali przesyłane na konkurs studenckie, a czasami licealne, wprawki i produkcje. Kultura studencka kojarzyła się wtedy z piosenką autorską, tacy artyści jak Piotr Bakal, Jacek Kaczmarski, Jan Wołek czy Wolna Grupa Bukowina zajmowali studentów nie mniej niż wykłady i kolokwia. Magda Umer robiła to zarówno z niekłamanym entuzjazmem dla zjawiska piosenki studenckiej, której sama była znakomitym przedstawicielem, jak i szczerą miłością dla przebijającej się często twórczej grafomanii, ale i niekiedy początków wielkiego talentu; Jacek Janczarski – chyba bardziej z upodobania do obserwacji zjawiska tremy i pierwszych kroków różnych ludzi na scenie. No cóż, różnie podczas OPPY bywało, ale Magda Umer zawsze była z notatkami na posterunku i do dyspozycji przeróżnych występujących w konkursie ludzi, którzy uważali, że mają światu coś ważnego do powiedzenia, choć w większości znikli następnie w mroku dziejów.
Nawet sam się nieraz dziwiłem, że jej się tak mocno chce, ale był w tym także pewien szerszy zamysł, o którym miałem niebawem się przekonać. Otóż niektóre jak ulał figury z tego (i zapewne innych…) przeglądu trafiały następnie do jej kapitalnych scenariuszy i telewizyjnych realizacji, jak ów zmięty trudami praktyk terenowych student wydziału geologii, który „daje publiczności coś od siebie” (świetnie imitował go, z gitarą, w jednym ze spektakli Umer aktor, dyrektor i tancerz Janusz Józefowicz…). Więc korzyści były obopólne, ale liczyła się też Jej i Jacka obecność i życzliwa krytyka, okresowo zasilana Wojciechem Młynarskim, Przemysławem Gintrowskim czy Agnieszką Osiecką, co czyniło Hybrydy na powrót tym, czym były u swego zarania.
No i zawsze można było liczyć na zaciszną rozmowę z Magdą Umer, z czego oczywiście (będąc wówczas na życiowo-miłosnym zakręcie) korzystałem w ramach osobistego kącika porad miłosno-sercowych. Choć mówiłem wyłącznie ja, a ona milczała, to była to bardzo ciekawa rozmowa…
Później była eksplozja sceniczno-telewizyjnej aktywności Magdy Umer, do bodaj dziesiątek spektakli przyłożyła swoją rękę i markę, kilka pamiętnych rzeczy pozostanie na zawsze w kanonie polskiego inteligenta, podobnie jej powiedzonek, anegdot i zdziwień.
Była i działalność radiowa, wspomniana już estradowa – nie tylko w charakterze wokalistki, ale równie udana w charakterze prowadzącej koncert lub spektakl, wreszcie wspomniane gawędziarstwo telewizyjne, głównie z Agnieszką Osiecką o życiu i miłości, czy ostatnio pierwszej klasy konferansjerka wraz z Andrzejem Poniedzielskim. Ale głównie z Osiecką przed kamerą o tym, co do tej pory jest udziałem milionów dziewczyn i kobiet, aby zwierzać się sobie w rytm zachodów słońca, mieć sekrety i tajemnice, rozwiązywać życiowe dylematy i wspominać swoich byłych, rozmawiając o zupełnie innych rzeczach. A przecież jest jeszcze ponadczasowa Biała bluzka grana przez Krystynę Jandę od samego początku, którą TVP będzie teraz przypominać, tylko chwilowo pod nieobecność Magdy Umer…