Potwierdzają się niestety pesymistyczne prognozy dotyczące losów wojny rosyjsko-ukraińskiej, o których pisałem w poprzednim numerze. Płynące z Waszyngtonu sygnały i naciski wskazują na to, że Stany Zjednoczone zmierzają do takiego zakończenia wojny, które zaspokoiłoby minimalne żądania Rosji: uznanie aneksji Krymu, jakieś – bliżej nieokreślone – straty terytorialne Ukrainy na wschodnich krańcach państwa oraz zniesienie lub znaczne złagodzenie sankcji nałożonych na Rosję w wyniku jej agresji. Prezydent Trump i jego akolici starają się przedstawić takie rozwiązanie jako wyraz politycznego realizmu i woli zachowania pokoju.
Wiele wskazuje na to, że do takiego zakończenia wojny może dojść. Jest ono w interesie Federacji Rosyjskiej i w osobistym interesie jej prezydenta, gdyż pozwala uznać taki pokój za sukces polityczny Rosji. Nie jest to wprawdzie realizacja pierwotnego celu, jakim było podporządkowanie Kremlowi całej Ukrainy, ale nie jest też jednoznaczną porażką. Dla innych państw postradzieckich taki pokój stanowiłby ważną wskazówkę, iż w obliczu nacisków rosyjskich nie można liczyć na efektywną pomoc Zachodu, a więc należy się z Rosją porozumieć. Już teraz dostrzegalne są oznaki zbliżenia z Rosją w niektórych krajach tego regionu, a szczególnie w Gruzji.
U podstaw polityki USA w sprawie Ukrainy leży logika imperialnej geopolityki, która nadawała ton stosunkom międzynarodowym po II wojnie światowej. Nie bez powodu pisze się o nowej Jałcie, gdyż właśnie na konferencji trzech mocarstw w lutym 1945 roku wykuwano zasady powojennego ładu światowego opartego na wzajemnym poszanowaniu imperialnych interesów największych potęg światowych. Ceną tej geopolityki było między innymi uzależnienie państw Europy środkowo-wschodniej od ZSRR.
Kryzys tej polityki nie był – wbrew temu, co twierdzi znaczna część publicystów – wynikiem twardego stanowiska Ronalda Reagana, lecz konsekwencją zmian zachodzących w ówczesnych państwach socjalistycznych. W tych zmianach ważną rolę odegrała Polska, gdyż to właśnie u nas masowy ruch opozycyjny pod sztandarami „Solidarności”, wspierany przez reformatorską część rządzącej partii, najwcześniej spośród wszystkich państw ówczesnego bloku socjalistycznego doprowadził do przełomowych przemian politycznych. Kluczowe jednak było to, że w samym ZSRR dokonywały się wówczas głębokie – i jeszcze kilka lat wcześniej niemożliwe – zmiany polityczne, których źródłem była nowa polityka Michaiła Gorbaczowa.
Wynikiem upadku systemu w dotychczasowych państwach socjalistycznych było powstanie nowego układu geopolitycznego opartego na światowej hegemonii USA. Hegemonia ta miała zapewnić światu trwały pokój przez analogię z historią antyczną nazywany Pax Americana. Taki pokój nie wykluczał realizacji imperialnych celów, czego wyrazem była między innymi okupacja Iraku w 2003 roku. Oznaczała natomiast, że tylko jedno supermocarstwo mogło sobie pozwolić na narzucanie innym swej woli.
To się zaczęło zmieniać na początku obecnego stulecia. Stany Zjednoczone utraciły dotychczasową hegemonię światową nie w wyniku jakiegoś wyraźnego osłabienia ich potencjału, lecz w konsekwencji dwóch od USA niezależnych procesów: wzrostu potęgi Chin oraz przezwyciężenia przez Rosję kryzysu politycznego, który paraliżował ją w ostatnim dziesięcioleciu poprzedniego wieku. Geopolityka światowa wróciła do stanu przypominającego ten, który istniał pod koniec zimnej wojny.
Jest to geopolityka imperialna, której kierunek określają dążenia trzech wielkich mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji. Najważniejszą różnicą między tymi dwoma momentami historycznymi jest relatywna proporcja sił. Pod koniec zimnej wojny Chiny były relatywnie najsłabszym z trzech supermocarstw. Dziś tym najsłabszym mocarstwem jest Rosja.
Nie znaczy to jednak, by można było ją bezkarnie lekceważyć. Wojna rozpętana ponad trzy lata temu przez Rosję pokazuje groźny potencjał tego mocarstwa. Nie jest on dostateczny, by bezpośrednio zagrozić państwom skupionym w NATO, ale wystarczający, by rzucać groźny cień na państwa tak zwanej bliskiej zagranicy, przez co rozumie się głównie dawne republiki radzieckie.
Geopolityka imperialna wyraża dążenia mocarstw do realizacji ich imperialnych interesów, te zaś oznaczają dążenie do rozszerzania, a co najmniej utrzymania, własnych sfer dominacji. Stany Zjednoczone poniosły parę lat temu upokarzającą porażkę, gdy utraciły kontrolę nad Afganistanem, ale się z tym pogodziły. Rosja odpowiedziała agresją na ukraińską rewolucję godności w 2014 roku, czego przedłużeniem jest obecna wojna. To zasadnicza różnica, której w myśleniu o geopolityce imperialnej nie należy ignorować.
Państwa położone w pobliżu któregoś z supermocarstw muszą własną strategię bezpieczeństwa narodowego opierać na realistycznej ocenie sytuacji geopolitycznej. Tak uczyniliśmy, zakotwiczając Polskę w Sojuszu Atlantyckim. Nie powinno to oznaczać bezkrytycznego stosunku do polityki amerykańskiej, która w niejednej sprawie budzi poważne zastrzeżenia. Wybraliśmy opcję atlantycką nie dlatego, byśmy uważali USA za mocarstwo bez skazy, lecz dlatego, że trafnie oceniliśmy sytuację geopolityczną. Zrobiliśmy to wtedy, gdy pogrążona w kryzysie Federacja Rosyjska wydawała się kolosem na glinianych nogach. Historia przyznała nam rację.
Ukraina miała mniej szczęścia. Jej przywódcy polityczni (jak Wiktor Janukowycz) albo szli na pasku Kremla, albo przyjmowali wobec Rosji postawę wrogiego dystansu i opowiadali się za przyłączeniem do sojuszu państw demokratycznych. Gdy ta polityka znalazła się w kryzysie, Ukraina przekonała się, że geopolityka imperialna działa na jej niekorzyść. Pokój, który Donald Trump narzuca Ukrainie, oznaczać będzie wzmocnienie geopolitycznej pozycji Rosji, a tym samym będzie stanowić trwałe zagrożenie dla państw z nią graniczących.
Sytuacja tych państw jest w pierwszym rzędzie zależna od ich położenia geograficznego. Im bliżej Rosji, tym zagrożenie jest bardziej realne – inne dla Polski niż na przykład dla Portugalii. Nie jest to jednak jedyny czynnik. Drugim jest własna zdolność stawienia oporu potencjalnemu agresorowi. Ukraina pokazała – kosztem wielkich strat – że chce i potrafi się bronić. Dlatego nie stała się łatwym łupem agresywnego mocarstwa. Wbrew lamentom pacyfistów uważam, że polskie nakłady na obronę narodową mają głęboki sens, gdyż zmniejszają prawdopodobieństwo, że za niepodległość trzeba będzie płacić krwią.
Trzecim czynnikiem są sojusze. Gdy w 1993 roku po wygranych wyborach lewica przygotowywała się do stworzenia (wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym) rządu, miałem zaszczyt współprzewodniczenia międzypartyjnemu zespołowi przygotowującemu założenia polityki zagranicznej i obronnej. Najważniejszym wnioskiem tego zespołu było jednoznaczne opowiedzenie się za tym, by Polska ubiegała się o członkostwo w NATO. Uzasadnialiśmy to tym, że sytuacja geopolityczna jest zmienna, a więc nie wolno wykluczać niekorzystnej dla nas ewolucji polityki rosyjskiej. Okazało się, że mieliśmy rację.
Dziś Sojusz Atlantycki stoi przed trudnymi wyzwaniami, gdyż nieprzewidywalna stała się polityka jego najsilniejszego członka – Stanów Zjednoczonych. Wynika z tej sytuacji rosnąca rola Unii Europejskiej – także w sferze wspólnej obrony. Na szczęście nie jesteśmy sami.
Imperialna geopolityka będzie określała sytuację światową przez wiele dziesięcioleci. Trzeba z niej wyciągać realistyczne wnioski. Ukrainie trzeba nie tylko współczuć, ale także pomagać. A także – uczyć się na jej tragicznym doświadczeniu.