Niemal każdy dzień przynosi wydarzenia zwiększające napięcie polityczne w Polsce. Niektóre z nich bulwersują opinię publiczną krótko, jak obecność południowoafrykańskiego przestępcy Janusza Walusia na stadionie warszawskiej Legii w towarzystwie europosła Grzegorza Brauna. Ich wspólna fotografia wzmaga co najwyżej odruchy abominacyjne. Inne stwarzają poczucie trwałego zagrożenia, jak działalność rosnących w siłę ugrupowań nacjonalistycznych. Wspierają ten niepokój decyzje i poglądy prezydenta Nawrockiego, bo zbliżają się wyraźnie do programu tych ugrupowań.
Tym większą uwagę należałoby poświęcić jego przemówieniu na uroczystości 107. rocznicy odzyskania niepodległości, kończonej – jak co roku – marszem narodowców, w którym prezydent wziął udział. Wypada przytoczyć krótkie fragmenty tego wystąpienia: „Pytam […] gdzie są nasze wartości chrześcijańskie, które budowały fundamenty Rzeczypospolitej, i czemu musimy być świadkami i odpierać presję protezy wartości chrześcijańskich, jaką miały być obce nam ideologie w polskich szkołach i polskim systemie edukacji. To nie nasze, bo nie polskie, prezydent Rzeczypospolitej nie pozwoli, abyśmy znów stali się pawiem i papugą narodów […]. Co chcemy dziś powiedzieć tym, którzy krwią, wysiłkiem i pracą przynieśli nam niepodległość […], gdy widzimy, że część polskich polityków gotowa jest do tego, aby po kawałku oddawać polską wolność, niepodległość i suwerenność obcym agendom, Unii Europejskiej […]. Polska nie jest już kolonią”. I potem: „Jak będziemy dewastować finanse publiczne, tworzyć szopki polityczne, zamiast zająć się realną pracą dla Rzeczypospolitej, to może wolności i suwerenności nie będzie”. Z ostatnim zdaniem wypada się w pełni zgodzić, tyle że pod tymi słowami kryje się całkiem odmienne rozumienie powodów owego zagrożenia. Polacy – mówił prezydent – mają obowiązki polskie. Epoką, w której najlepiej spełniano te „obowiązki”, była II Rzeczpospolita. „To dzięki II Rzeczypospolitej w roku 1939, po roku 1939, po roku 1945 te pokolenia Drugiej Rzeczypospolitej nigdy nie oddały wolności i niepodległości – i dzięki nim możemy żyć w wolnej i niepodległej Polsce”. W ten sposób do pokoleń, którym zawdzięczamy wolność i niepodległość, prezydent zaliczył środowiska narodowe, które nie złożyły broni po 1945, walcząc z Armią Czerwoną i walcząc z tymi, którym odmówiono i którym dziś także odmawia się polskości, a którzy zaakceptowali lub pogodzili się z powojenną rzeczywistością, czyli z radziecką dominacją. To, że prezydent od dawna tak uważa, wiemy już, obserwując jego działalność w Instytucie Pamięci Narodowej (nazwa nieprzypadkowa). Przemówienie i udział w marszu potwierdziły to przekonanie. Oprócz wartości chrześcijańskich najczęściej powtarzanymi w przemówieniu motywami były: gotowość do walki insurekcyjnej, którą Polacy wyrażali przez cały okres zaborów, a która miała swą kulminację w dniach odparcia „bolszewickiej nawały” (1920); następnie skłonność do marzeń, zwłaszcza marzeń o Wielkiej Polsce (nie przestaliśmy marzyć, że Polska będzie wielka); w końcu wśród „obowiązków polskich” na czoło wysunęło się modne dziś słowo suwerenność. Przez kilka wieków – mówił prezydent – tylko 31 lat w XX wieku byliśmy wolni. Wielokrotnie demonstrowaliśmy natomiast „gotowość insurekcyjną”, ale – co wypada przypomnieć – wszystkie powstania narodowe (konfederacja barska, powstania: kościuszkowskie, listopadowe i styczniowe, wreszcie powstanie warszawskie) zakończyły się klęskami, po których pogorszyły się warunki egzystencji Polaków i zwiększyło ich zniewolenie. Na dobrą sprawę od odsieczy wiedeńskiej po „cud nad Wisłą” nie zakończyliśmy zwycięsko żadnego konfliktu zbrojnego. Lata uzależnienia od „obcych” to nie tylko czas zaborów, to także cały wiek XVIII, w tym rządy dwóch Sasów i konfederacja targowicka. Trudno obarczyć za to winą wyłącznie sąsiadów, bo „suwerenność” zaprzepaściliśmy sami. Przed wybuchem II wojny prężyliśmy muskuły, ale militarny sen o potędze rozwiał się w ciągu miesiąca. Prawdziwą kompromitacją była ucieczka do Rumunii władz cywilnych i wojskowych na czele z Naczelnym Wodzem już w trzecim tygodniu zmagań militarnych (18 września), gdy wojsko jeszcze walczyło. To wydarzenie nieco zakłóca wizerunek pokoleń realizujących „obowiązki polskie”, ale tego faktu lepiej nie przypominać, bo wstydliwy. Ocena dwudziestolecia nie jest i nie może być jednoznaczna. Nad europejską i polską polityką zawisł bowiem niesatysfakcjonujący dla części jej uczestników (Rosja, Niemcy, Włochy) bilans I wojny i wystarczyło zaledwie kilkunaście lat, by przegrani na powrót stanęli na nogi, zażądali rekompensat i zaczęli zagrażać swym europejskim sąsiadom. Polska miała (wśród rzekomych beneficjentów) wyjątkowo niekorzystną pozycję geopolityczną (między Niemcami a Rosją – oba o imperialnych ambicjach). Została przez nie określona mianem „bękarta traktatu wersalskiego”. Mogła przyłączyć się (sojuszami) do jednego z nich, co przypominało wybór między dżumą a cholerą. Żadne traktaty nie stanowiły wówczas wystarczających gwarancji. Teoretycznie pozostawała trzecia droga – próba budowania sojuszu państw Europy Środkowej (tzw. Międzymorza, co było zmodyfikowaną kalką nieudanego pomysłu niemieckiej Mitteleuropy z 1915 r.), ale nikt z potencjalnych partnerów nie miał na to ochoty; taki sojusz byłby zresztą za słaby, by przeciwstawić się obu silnym przeciwnikom.
W poszukiwaniu sojuszników przeszkodziliśmy sobie sami, widząc się w roli hegemona, którym nie byliśmy i którego nie chciano. Ta imperialna mentalność (niepoparta rzeczywistą pozycją gospodarczą i militarną Polski) stała na przekór pozyskiwaniu sojuszników; państwa zachodniej Europy (zwłaszcza Wielka Brytania) chętnie posługiwały się w negocjacjach międzynarodowych straszakiem polskiego imperializmu, a ze słabszymi sąsiadami (Litwa, Czechosłowacja) pogorszyliśmy relacje do maksimum. Naraziliśmy się na śmieszność, lansując swoje kolonialne ambicje (Liga Morska i Kolonialna). Sojusze z Francją i Anglią zawarte tuż przed wojną nie przyniosły realnego efektu, nie tylko Polsce. Los Czechosłowacji po Monachium był tego niezaprzeczalnym dowodem. W sytuacji geopolitycznej z międzywojnia osamotniona (działająca z pojedynkę) Polska nie miała szans utrzymania suwerenności oraz wyboru rozwiązania politycznego dającego szanse nie tyle sukcesu, co przetrwania. Niestety, megalomania narodowa przesłoniła nam realną ocenę rzeczywistości politycznej („nie oddamy guzika”).
Dalekie od realizmu marzenia o wielkiej Polsce i wiara we własną potęgę militarną utrudniły jeszcze poszukiwania możliwości poradzenia sobie z obiektywnie trudną sytuacją. Szansa (jaką Polska zyskała obecnie, a nie miała jej w międzywojniu) wymaga utrzymania jedności i mocnej pozycji układu wielostronnego (Unii Europejskiej). Po raz pierwszy od dawna nie jesteśmy sami. Unia Europejska nie jest zagrożeniem dla polskiej suwerenności. Co więcej, umocnienie sojuszu państw połączonych wspólnymi rozwiązaniami prawnymi, wspólnymi instytucjami, wspólną polityką zagraniczną, gospodarczą i wojskową (wspólnymi siłami zbrojnymi) będzie tej suwerenności najlepszą gwarancją. Polska nie miała takich atutów w latach 1918–39[1]. Tylko zintegrowana Europa może zresztą sprostać globalnej rywalizacji i stać się konkurencyjnym partnerem dla Chin, USA i wyłaniających się nowych potęg ekonomicznych. Nie mają tej zdolności państwa narodowe w pojedynkę; najsilniejsze Niemcy uczestniczą w światowym PKB w około 4,5 proc., Polska (choć szczycimy się pozycją dwudziestej gospodarki świata) ma jednoprocentowy w niej udział.
Szansę, jaką stwarzają zintegrowane bloki polityczno-ekonomiczne, zdają się rozumieć państwa BRICS, które dążą do poszerzenia zakresu współpracy. Nasz kontynent jest – niestety – narażony na rozpad wspólnoty euroatlantyckiej, będącej jak dotąd najlepszą gwarancją stabilizacji stosunków międzynarodowych, a także suwerenności Polski. Taki rozpad stał się realny po uzyskaniu prezydentury przez Donalda Trumpa i po zmianie wektorów polityki amerykańskiej. Co na to prezydent RP uważający się za przyjaciela swego amerykańskiego odpowiednika? Bezspornym osiągnięciem Polski w dwudziestoleciu było scalenie (prawne, administracyjne, po części ekonomiczne) terytorialnej spuścizny po trzech zaborcach. Największe różnice między nimi występowały w kwestiach gospodarczych i w edukacji. Tu korzystnie wyglądały regiony wchodzące w skład dawnego zaboru niemieckiego. Najgorzej prezentowały się Kresy. W 1921 r. 31 proc. osób, które ukończyły 10 lat, było w odrodzonej Polsce analfabetami, po blisko 20 latach poprawiliśmy się na około 23 proc. Ale na wymarzonych przez Piłsudskiego Kresach wskaźnik analfabetyzmu w początkach lat dwudziestych wynosił blisko 65 proc. Nie mogliśmy stać się potęgą, mając tak licho wykształcone społeczeństwo. Dla porównania w Szwecji niepiśmiennych w ogóle nie było, w Czechosłowacji stanowili zaledwie około 4 proc., we Francji 5 proc., nawet w Estonii 8 proc. Gorzej było tylko w Grecji, Bułgarii (39,7 proc.) i Rumunii (45,5 proc.), ale to z Rumunami byliśmy najbliżej zawarcia traktatów sojuszniczych. Sojusz trochę humorystyczny. Lwów i Wilno były silnymi, spolonizowanymi centrami gospodarczymi, naukowymi i kulturalnymi, ale Kresy jako całość sprawiały najwięcej kłopotów (waśnie narodowościowe, rachityczny przemysł, niski poziom cywilizacyjny). Upór, z jakim tzw. obóz narodowy utożsamiał potencjał państwa z wielkością jego terytorium i liczbą ludności także w latach II wojny i w sporach o przyszły kształt powojennej Polski, wymaga co najmniej głębszej refleksji co do zasadności tej argumentacji. Nie chcemy Wrocławia i Szczecina – wołał emigracyjny premier Tomasz Arciszewski. Oddajcie nam Kresy!
W strukturze gospodarki dominowało rolnictwo (60 proc.). Mocno anachroniczne. Z ogromnym trudem uchwalono ustawę o reformie rolnej, ale jej implementacja napotykała na przeszkody. Dopiero w wyniku przymusowej industrializacji w drugiej połowie lat 40. (już za „komuny”) odwrócono te proporcje. Budowa COP nie została zakończona. W całym dwudziestoleciu dochód narodowy wzrósł o 40 proc.; dla porównania po wejściu do Unii Europejskiej (2004–2024) polski PKB podwoił się. Dwukrotnie dosięgnął Polaków kataklizm gospodarczy w postaci hiperinflacji (1922–1923) i kryzysu lat 1929–32/33. Za 1 dolara płacono w apogeum inflacji 9,5 miliona marek polskich. Reforma Grabskiego (w wielu aspektach ideowych przypominająca plan Balcerowicza, od którego wielu polityków stara się odżegnać; podobno wiedzą lepiej) wyprowadziła kraj z gospodarczej ruiny. Z kryzysu lat 30. wydobywaliśmy się z mozołem, zapłaciliśmy za to katastrofalnym bezrobociem. Zabrakło czasu, by ocenić, czy przezwyciężenie kryzysu miało charakter trwały. W lata własnej państwowości Polska wkraczała w atmosferze konfliktu dwóch obozów politycznych: endecji i piłsudczyków. U progu I wojny endecja postawiła na Ententę, a więc m.in. na Rosję, Piłsudczycy na państwa centralne. Zmianie optyki przez Dmowskiego przyszła w sukurs rewolucja bolszewicka, z powodów ideologicznych łatwiej można było zrzucić balast sojuszu z Rosją. Po odzyskaniu niepodległości odnotowano sporo pozytywów. Przyjęto stosunkowo nowoczesną i demokratyczną konstytucję (1921), uchwalono też szereg przepisów, które wystawiają dobre świadectwo ich twórcom (prawa kobiet, równy status wyborczy, obiecano reformę rolną). W obliczu radzieckiego, a zarazem komunistycznego zagrożenia, zaprzestano walk wewnętrznych na tyle, by wygrać wojnę z bolszewikami i zapobiec utracie niepodległości. Ukształtowany jako pochodna przepisów konstytucyjnych Sejm był jednak mało skutecznym zlepkiem różnych partii politycznych. Partyjniactwo zdominowało scenę polityczną. Na obrazie tamtych lat zaciążyło zamordowanie pierwszego prezydenta RP Gabriela Narutowicza pod hasłami do złudzenia przypominającymi współczesne poglądy środowisk narodowych. W ciągu ponad 7 lat (1918–1926) zmieniło się w Polsce 14 rządów, co dało Piłsudskiemu pretekst do przewrotu majowego. Wprowadzone pod hasłami skutecznych rządów silnej ręki i oczyszczenia życia publicznego władze tzw. sanacji rozpoczęły realizację etatystycznego programu inwestycyjnego, głównie w przemyśle zbrojeniowym. Środki na militaria pozostawały w wyłącznej gestii Marszałka, uważanego przez jednych za męża opatrznościowego Polaków i znienawidzonego przez równie znaczną część społeczeństwa (poszukiwania analogii ze współczesnymi laty prowadzi do ryzykownego, ale nie pozbawionego racji twierdzenia o transkrypcji rozwiązań z dwudziestolecia do obecnej polskiej rzeczywistości, całkiem już innej). Sanacja usiłowała też zdławić opozycję za pomocą represji (proces brzeski, wojsko w Sejmie, Bereza Kartuska). Zamach majowy wywrócił również postrzeganie polityki w świadomości zbiorowej. Zwolennicy Piłsudskiego, wcześniej poważani i wspierani przez lewicę (PPS), za sprawą lansowanych rządów dyktatorskich i zacieśniania relacji rządzących z arystokracją ziemiańską (Marszałek w Nieświeżu u Radziwiłłów) oraz bogatymi przemysłowcami, utożsamili się z opcją prawicową, na której to pozycji mocno osadzeni byli endecy, co zmieniło istotę sporu, choć konflikt piłsudczyków i ND nadal trwał.
Kilka lat po śmierci Piłsudskiego rozpoczęto rozmowy na rzecz stworzenia Obozu Zjednoczenia Narodowego, co wydawało się logiczną konsekwencją tej zmiany. Wówczas zaczęły pojawiać się ugrupowania faszyzujące (ONR, Falanga). Przegrana wojna, kompromitacja polityczna i moralna spowodowała, że piłsudczycy zeszli ze sceny (Sikorski, personalnie skonfliktowany od dawna z Piłsudskim i jego obozem politycznym, starannie o to zadbał). ONR – jednoznacznie nacjonalistyczny – sympatyzował z włoskim faszyzmem i narodowym socjalizmem w Niemczech; „w krajach, w których umocniły się rządy narodowe, we Włoszech i w Niemczech, wieje ożywczy prąd”[2]. A jeszcze bardziej radykalny w swych poglądach działacz ONR Jan Mosdorf dodawał kilka dni później: „We Włoszech parlamentaryzm skończył się z chwilą, gdy przed krajem stanęło zagadnienie: komunizm czy duch narodowy. Nie kartka wyborcza, lecz kula rewolwerowa decydowała o zwycięstwie i wielu poległych z tego okresu liczą w swych szeregach faszyści. Aż wreszcie zwyciężyli i narzucili wrogom swoją wolę… Dziś Włochy zjednoczone są duchowo, jednoczą się duchowo Niemcy hitlerowskie…A jak u nas? W nas w Polsce toczy się walka o najważniejsze zagadnienia, wprost o sprawy narodowego bytu. Takich rzeczy nie rozstrzygnie głosowanie… ruch narodowo-radykalny, zbierając nieustannie na sile w walce o Wielką Polskę, doprowadzi z żelazną konsekwencją do zwycięstwa. A wówczas nowy zaprowadzim ład!”[3]. A propos suwerenności: kończący swoją misję rząd wysunął kandydaturę Wieniawy Długoszowskiego na prezydenta RP na uchodźstwie. Sprzeciw Francji (o co zabiegał Sikorski) spowodował, że kandydaturę tę odrzucono, a prezydentem został Władysław Raczkiewicz. Wtedy jeszcze wierzono w potęgę Francji i jej wpływ na przebieg wojny. Jak widać z tego krótkiego przeglądu, dwudziestolecie miało swoje blaski i cienie. Spoglądając z perspektywy finału, cieni było więcej, a COP i Gdynia w połączeniu z urokiem Wieniawy i popularnością Skamandrytów oraz paradami wojskowymi, nie przesłoniły zatargów politycznych i niepowodzeń gospodarczych oraz niskiego poziomu życia większości obywateli.
W lata wojny i okupacji weszliśmy, podtrzymując układ polityczny z końca dwudziestolecia. „Po nastaniu okupacji, kiedy znikły władze państwowe i wojskowe, decyzja w sprawie stosunku ludności cywilnej do władz okupacyjnych przeszła do rąk poszczególnych organizacji i grup społecznych, a także do poszczególnych osób, które spontanicznie i bez żadnej koordynacji zdecydowały, iż walka z okupantem niemieckim ma trwać nadal. W decyzji tej, obok rewanżu za klęskę wrześniową, duże znaczenie miała chęć udziału we władzy w okresie powojennym”. I dalej „Ze względu na brak odpowiedniego przygotowania, ruchy podziemne tworzone były metodą improwizacji. Stosowało się to również do jedynego ruchu, który miał piętno legalności, a mianowicie do organizacji Służba Zwycięstwu Polski, która później przyjęła nazwę Związek Walki Zbrojnej, a potem Armia Krajowa, uważanej przez niektóre ośrodki – między innymi przez obóz narodowy – za organizację pozostającą pod wpływem sanacji”[4]. Choć czasami pojawiały się głosy, że powinnością, wręcz obowiązkiem sił politycznych jest przetrwanie substancji narodowej, to presja na podjęcie walki zbrojnej, na podtrzymanie w ten sposób narodowego ducha okazała się silniejsza. Obok ZWZ/AK każda z partii powołała własne organizacje wojskowe: Stronnictwo Narodowe – Narodową Organizację Wojskową, SL – Bataliony Chłopskie, PPS – Milicję PPS, Stronnictwo Pracy – Unię, Stronnictwo Demokratyczne – Związek Obrony Rzeczypospolitej, Obóz Narodowo-Radykalny – Związek Jaszczurczy, Falanga – Konfederację Narodu, a mało znane Ugrupowanie Stojanowskiego – Narodowo-Ludową Organizację Wojskową. Z inicjatywy niektórych nieznanych bliżej dowódców wojskowych pojawiały się również efemeryczne grupy zbrojne walczące z okupantem. Z czasem, po zaatakowaniu ZSRR przez Niemcy, do rywalizacji włączyły się te siły polityczne, które deklarowały sojusz z władzą radziecką (de facto całkowite podporządkowanie jej interesom) (Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa). Następował też proces scaleniowy, w wyniku którego ukształtowały się cztery silne organizacje wojskowe (AK, AL, BCh i NSZ). Najsilniejsza była bez wątpienia Armia Krajowa – 350 000 osób. Bataliony Chłopskie liczyły 170 tys. członków, NSZ (utworzone w 1942 r. w wyniku połączenia Narodowej Organizacji Wojskowej, Związku Jaszczurczego i innych mniejszych organizacji podziemnych) skupiały około 75 tysięcy[5], zaś Armia Ludowa – około 60 tys. ludzi. Kierownictwa polityczne tych ugrupowań nie były skłonne do działania razem. Jedynie AK i NSZ podjęły finalnie nieudaną próbę zjednoczenia. NSZ „w czasie okupacji walczyły z Niemcami i zwalczały polskie formacje komunistyczne: Gwardię Ludową, Armię Ludową oraz partyzantkę radziecką i bandy rabunkowe”[6]. NSZ były oskarżane o współpracę z Niemcami w końcówce wojny (Brygada Świętokrzyska, szpiegowska organizacja „Toma”). Na jeszcze większe przeszkody natrafiało jednoczenie polityczne; rząd londyński (uznawany przez zachodnich sojuszników organ państwa) był wielopartyjny. Podlegała mu (choć nie zawsze skutecznie) Delegatura Rządu na Kraj. Rząd Londyński i jego Delegaturę łączyło przekonanie, że jest jedynym prawowitym reprezentantem narodu polskiego, a tym samym negowanie udziału w wojnie sojuszniczego z Armią Czerwoną wojska polskiego i lewicowego krajowego ruchu oporu. Prawicowe (nazywam je tak dla uproszczenia, zdając sobie sprawę ze sporych różnic wewnętrznych) siły polityczne nie zauważały, że zmienia się układ sił w świecie, że tworzy nowy porządek europejski, w którym (choć większości Polaków się to nie podobało) Związek Radziecki będzie mocarstwem współdecydującym o kształcie światowej sceny politycznej. I że mocarstwa zachodnie uznały znaczenie i siłę ZSRR – zwycięskiej strony w wojnie. Że bez udziału radzieckiego (niezależnie od sympatii i antypatii politycznych) nie wygra się z Hitlerem albo cena, jaką przyjdzie zapłacić za to zwycięstwo, będzie zbyt wysoka.
Niedostrzeganie zmiany układu sił, zakleszczenie w złudnym przeświadczeniu, że polityka światowa powróci do układu z międzywojnia (zmodyfikowanego porządku wersalskiego) i że Polska odegra w procesie petryfikacji tego porządku znaczącą rolę, okazało się tragicznym w skutkach złudzeniem. Śmierć blisko 200 tys. powstańców i mieszkańców Stolicy, zniszczenie pokoleń inteligencji, całkowita ruina miasta, tragiczne losy niedobitków oddziałów partyzanckich łudzonych mirażem III wojny, Andersem na białym koniu, a w konsekwencji pogłębienie trwającego po dziś dzień narodowego rozłamu i zakorzeniona niezdolność do jego przezwyciężenia były ceną, jaką zapłaciliśmy za gotowość insurekcyjną.
Na ziemiach polskich stacjonowało w połowie 1944 roku – i to tylko po prawej stronie Wisły – blisko 2 miliony żołnierzy radzieckich plus ich polscy sojusznicy. „Na kilometr kwadratowy przypadało 35 żołnierzy”[7]. Historyk powinien znać te dane. W marcu 1944 doszło do scalenia Armii Krajowej z koncyliacyjnie nastawioną częścią NSZ. Pozostała część ugrupowania była zdecydowana kontynuować walkę, uznała przy tym, że to Związek Radziecki i jego komunistyczna agentura w Polsce (opanowana przez „żydokomunę”) jest wrogiem nr 1. Nasiliły się wewnętrzne i bratobójcze walki. Najbardziej agresywna grupa „jastrzębi” (o nazwach NSZ Związek Jaszczurczy lub NSZ ONR) planowała przejęcie władzy w kraju przez skrajnych nacjonalistów („z rozwiązaniami ustrojowymi bliskimi modelowi faszystowskiemu”[8]) w drodze zbrojnego powstania. Musieli mieć bujną wyobraźnię. Jeszcze w czasie działań wojennych Brygada Świętokrzyska zdecydowała się dołączyć do armii niemieckiej i wraz z nią opuścić tereny polskie.
Konflikty wewnętrzne w polskim ruchu oporu pogłębiały się i komplikowały. Ich opisanie, a zwłaszcza względnie obiektywna ocena, wykracza poza ramy artykułu, jeśli jest w ogóle możliwa. Można jednak stwierdzić, że do rzeczywistości powojennej został przeniesiony konflikt polityczny z lat międzywojnia, którego dziedzictwem jest nie tylko COP i Gdynia czy ujednolicenie prawa i poradzenie sobie z kryzysem ekonomicznym, ale także negatywne strony dwudziestolecia: zabójstwo Narutowicza, proces brzeski i Bereza Kartuska, akcje pogromowe, umacnianie faszyzmu i antysemityzmu w końcówce lat 30. Rodzi się natomiast pytanie: czy i jak głęboko konflikt ten został zakorzeniony w zbiorowej świadomości kulturowej Polaków? I w jakim stopniu stał się elementem składowym polskiej rzeczywistości pod koniec XX i w XXI wieku? Przemówienie prezydenta zdaje się potwierdzać trwałą obecność i żywotność tego konfliktu, co zagraża rozpadem wspólnoty ze wszystkimi tego – znanymi z historii – konsekwencjami.
[1] Dziwić się tylko wypada, że historyk zdaje się nie dostrzegać słabości Polski w międzywojniu i szuka w tamtym okresie wzorców do naśladowania.
[2] Sztafeta nr 12/18 z 15 kwietnia 1934 r. za: Zbigniew S. Siemaszko. Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 13
[3] Sztafeta nr 19/25 z 19 kwietnia 1934 roku za: Siemaszko ibidem.
[4] Zbigniew S. Siemaszko, Narodowe Siły Zbrojne, Oficyna Wydawnicza „Pokolenie” Londyn 1982, s. 11.
[5] Dokładna liczba żołnierzy NSZ nie jest znana, badacze podają skrajnie odmienne dane. Wg E. Duraczyńskiego liczyły one 15–18 tys. Krystyny Kersten – 35 tys., zaś przywódcy NSZ operowali liczbami od 72 do 100 tys. ludzi. Autorzy Wikipedii, znając te różnice, podają liczbę 75 tys.
[6] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
[7] Krystyna Kersten, Narodziny systemu władzy, wyd. Textura, Warszawa 2018, s. 124.
[8] Wikipedia: Narodowe Siły Zbrojne.
Esaej ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń – luty 2026 r.