Po ziemi błąkasz się dla ciekawości bogów.
Niektórzy mówią, że to mus przyrody.
Jej ewolucja jak perwersja ślepa,
jak fatalizmu wybryk – dar to jest czy wyrok?
Czy więc stworzeniem jesteś hodowlanym,
gdzie wola twoja jest sprawdzianem stworu,
a wybór w chwili pozorem wyboru?
Wpływ na zbawienie miałbyś mieć – od czego?
Czy też z praikry po nic się zrodziłeś?
A może tylko po to, by w łańcuchu przemian
wciąż doskonalszym być i wciąż bez celu?
Widzisz więc, jakże Bóg ci jest potrzebny.
Jeżeli nie On ciebie, ty Go musisz stworzyć.
Gdyś już świadomość posiadł,
Bóg jest twą nadzieją,
a bez nadziei puste nawet piekło.
Szukam Ciebie
pod paznokciem
milczącego Sfinksa
w ruchomym naskórku wody
w łupinie snu
w słowie
a Ty jesteś
pod moją skórą
we krwi mojej
w piecu wyobraźni
wszędzie jesteś
gdzie Cię nie ma
Wadzę się z Tobą serdecznie.
Nie łaski dla siebie chcę dzisiaj.
Bo cóż mi po Twoim zbawieniu,
kiedy mi ona najmilsza!?
Czym jeszcze możesz mnie zranić?
Świata pustkę odebrać,
pamięć o tej, co mi była
mlekiem i kromką chleba?
Że kiedyś ją spotkam jeszcze,
sam w to nie wierzysz, Panie.
Pod naszym klonem wyciętym
na ścieżce przed domem stanie?
Na cmentarzach uśmiechnięte drzewa,
na cmentarzach kwitną zmarłych dusze,
a gdy deszcz je wiosenny podlewa,
pną się w niebo, i ja tam iść muszę,
no bo twoje ślady wbite w ciężkie chmury,
drobne ślady zdartych obcasików
wiodą mnie w te niezdobyte góry
przez cierniowe ścieżki człeczych Jezusików.
* * *
Na skrzyżowaniu nocy z mgłą
Chrystusik skrył się w życie
i płakał deszczu krągłą łzą,
bo jakże on, Zbawiciel,
osłonić swoich wiernych ma
przed wiatrem, zawieruchą,
gdy sam gdzieś w polu zgubił płaszcz
jak oni wiarę kruchą.
Dlaczego tyle ziaren gwiazd
usypał ktoś w noc czarną?
Dlaczego to, co dotknął czas
zrodziło się na darmo?
I drżał Chrystusik w polu gdzieś
zwiedziony Drogą Mleczną
i swej niemocy nie mógł znieść
i odszedł w swoją wieczność.
Z Trenów mojej Matce, 1993
Tyś jak Wergiliusz, który mnie po czyśćcu,
jak Charon, co na drugą stronę… wodzi.
W masce tajemnicy
tlisz się we mnie ciągle
jak pamięć gatunku,
świadek podróży do kresu.
Doświadczasz mnie wątpieniem,
kusisz do poznania,
które skażone grzechem pierworodnym.
Sam nieuchwytny, miałbyś być dowodem
w opozycji do siebie
na istnienie wiecznej Wszechmiłości?
Swoje maski wciąż zmieniasz,
niby twarze natury,
co fermentują życiem
jak wytrawne wino.
Zbawiciel dla wędrowca
niejasny jest i niepewny,
kiedy mu daje słoną rybę
we wnętrzu pustyni.
Dar tworzenia, potworze
– okruch z twego stołu –
wciąż mnie jeszcze (u)wodzi
po manowcach zdarzeń.
I wdzięczny ci jestem
za twe prowokacje,
bo mogę wybierać
uległość lub twórczy bunt wobec Pana.
Skarga moja kłuje niebo
zaślepione gęstwą chmur.
Panie Boże wielki, przebacz,
że mój szept twych sięga stóp.
Nędzne prośby w jasno-ciemność,
ledwom wypoczwarzył się,
ku Nieskończonemu pełzną
narzekliwe, chciejne, mdłe.
O, gdybym ci miał moc jaką
nie dałbym się ja robakom,
nie dałbym się ja i bogom,
rozpanoszyłbym się sobą
rozpanoszył, duchem wzmocnił,
rozprzestrzenił tak jak Ty,
wreszcie rzekłbym Ci – odpocznij
w jakimś strzępku gwiezdnej mgły.
Dryfuj sobie w wszechświat niemy,
pusty, chociaż pełen śmiecia
gdzieś na jakiejś lichej Ziemi,
czuj jej ból przez tysiąclecia.
A skąd mam to wiedzieć,
że jesteś, Panie, dobry?
Historia świata
tego nie potwierdza.
Syna skazałeś,
by nas męką zbawił.
I każdy człowiek
też kończy na krzyżu.
Ludzie ocalić
chcieliby coś z siebie.
Nie wszystek umrę
łudzą się nadzieją.
Może z tchórzostwa
ukochali Ciebie?
Nie wierzę w miłość
do Niepoznawalnego.
Spieram się z Tobą co dzień,
a więc jednak jesteś?..
w kulturze mojej,
może w moich genach?
Potrzeba wiedzy,
to jeszcze nie prawda.
potrzeba prawdy,
to wieczne wątpienie.
III nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. I. Kraszewskiego – 1994 r.
Wszyscy piszą listy
do nieba,
choć nikt nie zna
adresu ani adresata.
Panie Niebieski,
który jesteś wszędzie,
w chmurce,
w gwieździe,
w kamieniu.
Jeśli jesteś i we mnie,
życzę Ci, żebyś był zdrowy
i już nigdy więcej
nie miał raka.
Kim jesteś? Dlaczego twórcą tylu sprzeczności?
Zupełnie nie wiem, kto za to odpowiada,
za tyle piękna, za tyle nieszczęścia.
Ja nawet za siebie nie mogę odpowiadać,
a co dopiero za pierwszych rodziców,
za rodzaj. Ja jestem człowiekiem
w każdej chwili innym.
Dano mi Twoje księgi święte
i dziesięć przykazań.
Myślę jednak, że są one ludzkie,
bardzo słuszne, choć trudne w przestrzeganiu,
ale ludzkie.
A jeśli jesteś abstrakcją,
o co Cię podejrzewam,
albo niewyobrażalną nadpotęgą tworzenia,
której wcale nie frasuje, co stworzyła,
to po co to wszystko?
To co ja tu robię?
Fasolę dnia
łuskam na naszym progu.
Konary drzew ścina wiatr
i niesie je Panu Bogu.
A dobry Pan
wysuszy je dla nas na krzyże,
by było nam
po nich do nieba bliżej.
Meteor spadł
i wokół zaraz trwoga.
Czy inny świat
może innego mieć Boga?
Rysunek obłoków
przekrzywiony
w chybotliwej ramie dnia,
płomień świecy,
jej refleks na drewnianym stole.
I tylko tyle zostanie?
A może jakiś strzęp symfonii,
może jaki ślad
po książce
ze zwęglonym Słowem,
aby znowu z prochu?
Spotkałem Hieronima Boscha,
opowiadał mi o piekle
na ziemi.
Spotkałem Muncha,
krzyczał niemymi ustami,
strachem wszystkich strachów,
upiorem,
głodem
i wojnami.
Spotkałem Bruegla,
chwycił się za głowę.
I co miałem zrobić?
Stanąłem pod moją sosną-nędzą,
zawiązałem pętlę,
gałąź była sucha,
tylko zwichnąłem sobie nogę w kostce.
Przechylam się w nieistnienie,
z drapieżną konsekwencją
redukcji ejdetycznej,
docieram do ziaren rzeczy samych w sobie.
A gdy opadną z nich łuski,
tak jak z oczu moich ociemniałych,
wtedy przyjdą po mnie aniołowie,
w których dziś jeszcze nie wierzę.
A może to Wergiliusz
powiedzie mnie przez kręgi
niedorzecznych przestrzeni,
gdzie wszelkie doznanie,
myśl, czas i pamięć,
i współbycie z drugim
będą wykluczone.
Umoczę nogę w starodawnej rzece
i Leta będzie mi błogosławiona.
A może pułapkę na mnie
zastawi nie fenomenolog
ani ten gbur nietowarzyski – Hades,
tylko… Wielki Nikt – niedefiniowalny porządek chaosu.
Wydrukowane w numerze 2/2026 powyższe wiersze zaprzyjaźnionego z “Res Humana” poety (a także prozaika, dramaturga, satyryka, autora słuchowisk radiowych i tekstów piosenek) Grzegorza Walczaka, dokumentujące jego metafizyczne zmagania z Transcendencją, zostały wybrane z bogatego zbioru o tej tematyce, który od dawna składa on z myślą o publikacji w postaci odrębnego tomiku.
Jak twierdzi sam Autor:
Największym frasunkiem moim, odkąd obudziła się we mnie samoświadomość, jest ta fasola. Chociaż czym jest samoświadomość, też jest problemem samym w sobie. Tylko z pozoru jest to wiedza oczywista, w której jednak kryje się i tajemnica intuicji, i diablątko, które się dopiero w nas wykluwa, i uświadomiony kłopot odróżniania, co jest na pewno w nas, a co spoza nas. Powiedzmy inaczej: zacząłem się poważnie frasować, odkąd zaczęło mi się chcieć, bezwarunkowo chcieć wydłubywać coś z czegoś – z rzeczy, z pojęć – a nawet się w nie wgryzać, by rozgryźć, by rozpłatać i podejrzeć. Opętała mnie analiza, mikroanaliza, taka, która prowadzi do ponownego scalenia, ale już na wyższym piętrze, czyli przez syntezę. Zachciało mi się poznawać z użyciem całej gamy chwytów, nie tylko naukowych, nie tylko pochodzących z gotowej wiedzy, ale i z doświadczeń własnych, z przeżyć, z uczuć, przebłysków intuicji, żeby się tak totalnie dobrać do tej fasoli (czy rozłupanego orzecha), by poznać, by wiedzieć.
Im się w coraz gęstszy las zagłębiałem, tym coraz bardziej się frasowałem, bo przecież nie może być inaczej. Dziś można to już uznać za truizm – im więcej się dowiedziałeś, im większą wiedzę posiadłeś, tym jesteś mniej pewny prawd ostatecznych, bo w toku poznawania zaczynasz dostrzegać, jak wielkie stoją przed tobą przestrzenie niezbadane. Aż w końcu zaczynasz zazdrościć tym, co nie wątpią, bo swoje wiedzą, ale jakie to ich „swoje” jest malutkie, jakie wątłe, tego się nawet nie domyślają. Wiara w umysł człowieka to piękna wiara, ale gdy się już odrzuci skorupę i sięgnie po ten sam miąższ, po ten mózg, nasz mózg, który wyrzuca z siebie tyle cudowności, tyle narzędzi, coraz bardziej precyzyjnych, coraz doskonalszych, że już wszystko, niemal wszystko możesz wygenerować, wyprodukować, nawet ten diabelski guzik atomowy, to wtedy…
Gdy już możesz wysadzić Ziemię, tak, że nawet sam Pan Bóg by się zdziwił, gdyby się fantazyjnie rozpadła bez Jego udziału, o ile bez Jego udziału cokolwiek się stać może, to wtedy zaczynasz mieć pewne wątpliwości. Znając sprzeczność wolnej woli człowieka i dogmat, że nic się nie dzieje bez woli Boga, i znając niechlubną historię człowieczego świata, musisz się w końcu przez chwilę zastanowić, czy naprawdę jesteśmy stworzeni na Jego podobieństwo. Przyznam, że ta religijna fraza wydaje mi się wielkim bluźnierstwem, zrodzonym z ludzkiej pychy. Zapala mi się wtedy lampka kontrolna moich wątpliwości i nawet bez oglądania się na Sokratesa dochodzę swym światłym umysłem, że do niczego dojść nie mogę. I już mi wyskakują spod pachy wszelkiej maści upiory, dżiny, Mefistofelesy, a wszystkie prowadzą mnie w przeciwstawne strony, pokazują mi bezwstydnie paskudne ozory sprzeczności, zbijają mnie z tropu albo z pantałyku, wybiją z rytmu. No i właśnie wtedy zazdroszczę tym, co mają pewność, mają wiarę, wszystko jedno w co, i nie chyboczą się jak chorągiewka na wietrze, swoje wiedzą, bo stoją na pewnym gruncie. Ale też im współczuję, bo jaki to pewny grunt? Wierzę w poznawanie, owszem, ale nie w poznanie. Mam oczywiście na myśli pryncypia i uniwersalia, a nie odpowiedź na pytanie, czy ktoś, kto ma katar, jest zaziębiony?
Dopóki nie umrę, nic nie będę wiedział, jak jest po śmierci. A jak już umrę, to czy stanę się wędrującą w czasie i kosmicznej przestrzeni monadą, zresztą jaką, czy tą leibnizowską – najprostszą, niepodzielną substancją wszechrzeczy – czy epikurejską – boską jednością rzeczywistości, będącą początkiem wszystkiego? A może, podobnie jak to staroegipskie, duchowe Ba – gdy moje serce na sądzie ostatecznym Ozyrysa, ciśnięte na jedną z dwu szal prawd, lekkie będzie jak pióro sprawiedliwej Maat – wzniosę się ku górze, by się swobodnie przemieszczać między światem zmarłych i żywych? Jeśli jednak przegram na sprawiedliwych wagach (a czasem Ozyrys oszukuje) i moje serce zbyt ciężkie od nikczemnych uczynków przeważy, no to kit, upadek i to ostateczny.
A gdyby tak przyjąć bardziej współczesną interpretację tej staroegipskiej doktryny religijnej, odnoszącej się do pośmiertnego Ba, i uznać je jako psychoenergetyczny pierwiastek[1], który się wydobywa zaraz po śmierci człowieka, by się połączyć z niewidzialną „chmurą” psychicznej energii miliardów wcześniej zmarłych ludzi i innych istnień niegdyś żyjących w kosmosie? Wtedy nieskończenie potężną kumulację psycho-elektro-promiennej energii można by uznać za źródło rozrodu wszechświata, czyli nieskończenie odnawiającego się Stwórcę. A może jest On czymś bardziej abstrakcyjnym, znacznie bardziej, niż jako Ziemianie moglibyśmy to pojąć, próbując Go zmieścić w swoich kategoriach?
Gdym już tak zafrasowany swoją niewiedzą i ogromem nierozstrzygalnych możliwości, miłosierne chrześcijaństwo rzuca mi kładkę nadziei, takie koło ratunkowe dla tonącego. Dzięki wstawiennictwu Zbawiciela, który się dla nas poświęcił, dana jest nam szansa odkupienia win i dane jest życie wieczne, a do tego – jak głosi Pismo – zmartwychwstanie, ciał zmartwychwstanie, więc w zapewnionej formie, w mojej nienaruszalnej, całościowej cielesności. I wtedy znowu dopada mnie hydra zwątpienia, że jak to tak zmartwychwstanę w cielesnej całości, a miałem się w proch obrócić? Może to chodzi o ten czas po śmierci, kiedy w proch obrócony będę czekał na ciał zmartwychwstanie, ale to by znaczyło, że ja, który z prochu powstałem i się po śmierci w proch obróciłem, znowu się przemienię w swoje ciało i co, już się w proch nie obrócę? Obróciłem się w proch tylko na jakiś czas? Wiem, że to dziś dla mnie za trudne i niepotrzebnie się znowu zasumowałem, ale szarpie mnie jeszcze jedna niejasność, jakim moim ciałem zmartwychwstanę, czy ciałem tego chłopaczka, który dopiero uczył się chodzić, czy tego, kiedy mi do Celinki (a nigdy jej nie posiadłem) grały już wszystkie wodospady namiętności, czy – nie daj Boże – ostatnim ciałem moim, co je teraz noszę, na utrapienie moje zbutwiałym i zmurszałym, chromym i kaprawym? (Patrz mój wiersz pt. Który).
Tak, moja fasola jest nie tylko fasolą dnia, ale fasolą wieczności, gniazdem wszystkich pytań, wątpliwości, strachów i tylko malutkiej, skromnej nadziei, bo tak bym chciał coś jeszcze, żeby coś jeszcze po tym, kiedy godzina wybije. Tak bym chciał… a jakże jest to możliwe bez Niego? I w tym momencie budzi się we mnie najbardziej złowieszcze, ohydne podejrzenie, że w tym pragnieniu pomieszanym ze strachem kryje się potrzeba wiary, a i myśl tak bezbożna, czy aby nie On nas, tylko my Jego stworzyliśmy, na własne podobieństwo?
—————
[1] Nie będąc pewnym co do podstaw teorii duchowego pierwiastka o biofizycznych właściwościach, nazwanego przeze mnie roboczo „psychoenergetycznym”, teorii, która mi się czaiła w zakamarkach nie do końca uświadomionej intuicji, ale i nadwątlonej pamięci (bo o czymś podobnym kiedyś czytałem), postanowiłem sprawdzić, wrzucając to pojęcie pod rozwagę mądrego wujaszka zw. Google. Zaraz też uzyskałem odpowiedź w przeglądzie jeszcze mądrzejszej AI. Fragmenty jej pozwolę sobie zacytować, by obraz naszych rozważań był pełniejszy, a także oparty na pewnych badaniach naukowych, a czasem może quasi-naukowych:
Kwestia „psychoenergetycznego pierwiastka” uwalniającego się po śmierci człowieka jest przedmiotem badań z pogranicza biofizyki, neurobiologii oraz teorii ezoterycznych. Różne źródła wskazują na kilka aspektów tego zjawiska.
Współczesna nauka nie potwierdza istnienia duszy jako fizycznego pierwiastka, ale rejestruje niezwykłą aktywność energetyczną mózgu i organizmu w ostatnich momentach życia.
***
czy wpuściłbyś pod swój dach
uchodźcę z Ukrainy? –
pyta internetowy portal
Andrija Bondara i Sofijkę
nawet z dzieckiem
i z teściami
tak
ale czy także
z dwoma psami
tego nie wiem
Bojczenków
całą trójkę
Hałynę Kruk
nawet z nowym facetem
Katię Babkinę
nawet starszą o dwadzieścia lat
Dmytra Pawłyczkę
nawet osiemdziesięciopięcioletniego
Lubow Jakymczuk
nawet w ciąży
Dzwinkę Matijasz nawet z siostrą Bohdaną
i Bohdanę Matijasz nawet z siostrą Dzwinką
Saszkę Irwancia z Oksaną
Natałkę Biłocerkiweć z Mykołą
Mykołę Riabczuka z Natałką
Pawła Szczyrycię nawet z wrzodami
na żołądku
Wierę Meniok i małą Wierkę
z Drohobycza
i Lonię Goldberga również stamtąd
choć niech nie liczy że mu potwierdzę
na Linkedinie że jestem
jego znajomym
Serhija Żadana
choć jest z Charkowa
Saszkę Kabanowa
choć pisze rymowane wiersze
i robi to po rosyjsku
Andrija Lubkę
bez zastanowienia
i Neboraka Kijanowską Beleja
Strongowskiego i Sływynskiego
Semenczuka i Wynnyczuka
Łyszehę i Danę Pinczewską
i kobietę która się ukrywa pod
nickiem verandabalkonova
i w księgarni E
w 2010 dostałem od niej
liścik
Maryjkę Martysiewicz Igora Biełowa Wasyla Machnę
no nie Maryjka to Białorusinka Igor to Rosjanin
a Machno od czternastu lat
mieszka nie w Tarnopolu a w Nowym Jorku
więc najpierw niech Amerykanie
zniosą dla Polaków wizy
***
z lewej strony ekranu napis:
na żywo: krwawe starcia w Kijowie
wchodzę na espreso.tv
a właściwie jego retransmisję
strzały
barykady
płonące opony
morze głów
z hotelem Ukraina w tle
przemówienia
od czasu do czasu
zagłuszane
przez reklamy pasty do zębów
w hotelu Ukraina
późną ciepłą jesienią
2012 przez dwa dni
mieszkałem na piątym piętrze
z widokiem na Majdan
późnym wieczorem
wracałem z Arsenału
ulicą Instytucką
w barku przy recepcji
piłem z kimś koniak zakarpacki
kto to był może Leś Belej
nie pamiętam
ale z lotniska odbierała mnie
i odwoziła do Boryspola
Ola Bratczuk
i ją też bym wpuścił
pod swój dach
oglądam zdjęcia w internecie
ten hol na dole
gdzie wtedy prócz recepcjonistki
nas dwóch i jakiejś kobiety
gotowej zająć się
czyjąś samotnością
nie było nikogo
zamieniony
na polowy szpital
i kostnicę
***
w puławskim mieszkaniu
dobiegają mnie głosy z podwórka
harmider krzyki jakieś śpiewy trzaski
podchodzę do okna
wychodzę na balkon
na trawniku pod oknami dwóch
sąsiednich klatek
schodowych
tłum
kilkadziesiąt osób
to uchodźcy z Ukrainy
domagają się by ich wpuszczono
do mieszkań
są agresywni
krzyczą
sława Ukraini herojam sława
nikt do nich nie wychodzi
nikt im nie otwiera
dziwi mnie
że wybrali tylko
dwie pierwsze klatki
zupełnie nie zainteresowani
tą w której mieszkam
budzę się w warszawskim mieszkaniu
słyszę te same głosy co we śnie
na ekranie telewizora
prjama translacja z Majdanu
***
wstyd mi kochani
że tym bardziej
jestem z wami
im bardziej nie słyszę
waszych przywódców
i wszystkich
którzy mówią
do was ze sceny
również po polsku
Postarzały się ręce moim byłym dziewczynom,
Ich głosy niegdyś dźwięczne stały się chropawe.
Czas bujnych włosów już dawno przeminął,
Jest jak stara moneta uroniona w trawie.
Jest ich wiele bogaciej i w talii, i w biodrach,
A i poniżej bioder rozrosły się znacznie,
Poszarzały źrenice, kiedyś takie modre,
Są niby takie same, ale są inaczej.
Nie owijają ich teraz ciepłym światłem zorze,
A blask od nich bijący zmniejszył się i zmroczył.
Tak dzisiaj wyglądają, takie są. Lecz może
Prosto w oczy mi kłamią moje stare oczy.
Powiało. I sypnęło gęsto liśćmi z drzew,
Nieustępliwa jesień spłynęła jak rzeka,
Ściemnia się nieodwołalnie. Ale jednak w mgle
Widać to, co się skryło pod szczelną powieką.
Przecież tego nie było. Ale dzisiaj jest.
Śledzę to przez tonące w przeszłości obszary.
Lata cię wyposażyły w dodatkowy gest,
Ten, którym lekko poprawiasz okulary.
Nie używałaś ich kiedyś. Szkła dłonią przecierasz,
Lat i dioptrii przybyło – taki to jest czas.
Było, przeszło, minęło – co począć. I teraz
Widzisz wciąż niewyraźniej – mnie, siebie i nas.
*Marek Wawrzkiewicz, Stary dom, Wydawnictwo Adam Marszałek, 2025, 71 stron
Są ludzie, którzy uczą oddychać głębiej – nie dlatego, że wskazują drogę, ale dlatego, że ich obecność uwalnia oddech. W ich towarzyszeniu nie ma ciężaru, lecz przestrzeń. Miłość, która się w nich rodzi, nie jest tylko uczuciem – jest sposobem istnienia. Sposobem bycia bardziej sobą.
Niełatwo mówić o miłości, która nie potrzebuje deklaracji. Która nie hałasuje, nie domaga się dowodów. Ona dzieje się pomiędzy: między słowem a milczeniem, między bliskością a pragnieniem, między „już” a „jeszcze nie”. Czasem jeden gest znaczy więcej niż tysiąc zapewnień. Czasem brak gestu znaczy wszystko.
Miłość prawdziwa nie przemienia, lecz pozwala wrócić do siebie. Uczy, że nie trzeba grać ról, zakładać masek. Uczy, że odsłonięcie nie jest słabością, ale siłą – że najgłębsza bliskość zaczyna się tam, gdzie kończy się lęk.
Czy można kochać i nie zatracić się? Czy można być z kimś, nie rezygnując z siebie? Miłość nie powinna zacierać granic, lecz je rozświetlać. Nie unieważniać osamotnienia, lecz czynić ją mniej bolesną. Nie pozbawiać niezależności, lecz wydobywać z niej sens wspólnego wzrastania.
„Kocham cię tak, jakbyś był powietrzem / oddycham tobą” – pisała Halina Poświatowska. W jej wersji miłość nie jest czynnością, lecz stanem świadomości. Nie dotyka powierzchni – przenika przez tkanki. Jest spokojem, nie burzą. Czułością, nie napięciem. Milczeniem, które mówi więcej niż słowa.
W filozoficznym świetle Albert Camus zauważał, że człowiek „nie zgadza się być tym, czym jest”. Być może właśnie dlatego tak tęskni do miłości – by w czyimś spojrzeniu zgodzić się na swoje istnienie. Bez korekty. Bez ucieczki. Być zaakceptowanym nie pomimo, ale z powodu.
Miłość – jeśli jest prawdziwa – nie potrzebuje imion. Potrzebuje obecności. Nie wielkich wyznań, ale ciszy, w której ktoś zostaje. Nie gotowych odpowiedzi, lecz odwagi do stawiania pytań.
Może nie da się o niej mówić inaczej niż szeptem. Może każda próba zrozumienia to tylko droga ku temu, co intuicyjne, miękkie, cielesne i duchowe zarazem. Może istotą miłości nie jest posiadanie, lecz rozpoznanie. Nie w drugim, ale w sobie – dzięki drugiemu.
Czy potrafimy być formą istnienia, która nie rani, lecz koi? Czy umiemy widzieć kogoś naprawdę – i nadal nie odwrócić wzroku? Czy mamy w sobie tyle przestrzeni, by ktoś mógł się w nas zadomowić – nie tracąc siebie?
Miłość nie daje gotowych odpowiedzi. Ale sprawia, że zaczynamy pytać ciszej, głębiej, prawdziwiej.
Miłość nie mówi: będziesz mój –
mówi: będziesz sobą, a ja zostanę.
Ciało nie jest przeciwieństwem ducha. Nie jest przeszkodą dla miłości – może być jej językiem. Dotyk – ten prawdziwy, uważny, czuły – nie zatrzymuje się na skórze. On przenika głębiej, jak spojrzenie, które widzi więcej niż zewnętrzność. Jak cisza, która nie jest pustką, lecz słuchaniem.
Miłość cielesna – gdy jest świadoma, wolna od lęku, od przymusu, od maski – staje się jedną z najczystszych form spotkania. Spotkania nie tylko dwóch ciał, ale dwóch obecności. Dwóch dusz, które zrzucają zasłony, zdejmują zbroje, i stają przed sobą – bez retuszu, bez dekoracji. Nagość ciała to wtedy tylko zapowiedź większej nagości – tej, która dotyczy istnienia.
Czy można dotykać tak, by nie posiadać? Czy można pragnąć tak, by nie zabić wolności? Czy bliskość fizyczna może być modlitwą – nie słowem, lecz gestem, który mówi: Jestem tu. Cały. Dla Ciebie. Z Tobą. I przy Tobie?
Są chwile, w których ciało przestaje być narzędziem. Staje się przestrzenią. Domem, w którym ktoś może zamieszkać na chwilę – bez obawy, że zostanie zraniony. I choć ta bliskość trwa moment – jej echo może wybrzmiewać całe życie.
W filozofii dialogu Martin Buber pisał o relacji Ja-Ty – jako o przestrzeni, gdzie drugi nie jest środkiem do celu, lecz celem samym w sobie. Tak samo w miłości cielesnej: dotyk nie jest środkiem do osiągnięcia przyjemności, lecz sposobem mówienia: „Ty jesteś ważny. Cały. Taki, jaki jesteś”.
Prawdziwa cielesność nie uprzedmiotawia. Uosabia. W niej nie chodzi tylko o zmysły – chodzi o to, by przez zmysły dotrzeć do głębi. By poczuć siebie bardziej, zobaczyć drugiego dokładniej. Ciało staje się wtedy świątynią obecności. Przestrzenią, w której to, co duchowe, może się ucieleśnić.
Nie każda namiętność jest Spotkaniem. Ale każde Spotkanie, jeśli jest prawdziwe, zostawia ślad także w ciele. Jakby dusza – wzruszona dotykiem – chciała pozostać bliżej skóry.
Czy więc miłość cielesna jest duchowa? Może nie zawsze. Ale może nią być. Wtedy, gdy nie szuka dominacji, lecz obecności. Gdy nie zmusza, lecz zaprasza. Gdy nie bierze – lecz dzieli się sobą. Całym sobą.
Najpiękniejszy dotyk to ten, który mówi: Jestem – zanim jeszcze cokolwiek zrobi.
Tekst ukazał sie w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Polska poranna
śnieżna
cicha
mglana
zapomniana
Pagórkowata
szara
zielona
lecz przykurzała
Polska zimowa
zaspana ranem
wieczorem mroczna
w południe zadbana
popołudniowa
kawowa
ciastkarniana
Polska herbaciana
pani korzenna
różowa
migdałowa
o smaku miodu
Panna czerwona
biała
bezbronna
butna
nieśmiała
onieśmielana?
Polska ta moja
w strojach
w pejzażu
milcząca
Panna Melancholia.
Modlitwa Arcykapłana
Daj mi Panie łaskę wiary.
Zabierz, proszę, inne dary:
Zdrowie, purpurę, pałace.
Jeszcze Ci za to dopłacę.
Miałem niegdyś ufność w Tobie.
Zmartwywstałem na Twym grobie.
Tyś mi wskazał życia drogę,
Suplikantem być przed Bogiem.
Wstyd mi teraz jest przed sobą.
Nie wiem jaką kroczę drogą.
Klepię słowa jak pacierze,
Ale ja już w nic nie wierzę.
Stoję pusty przed ołtarzem.
Perlustruję w tłumie twarze.
Łowię szepty na spowiedzi.
Uciec chcę od tej gawiedzi.
Daj mi Panie łaskę wiary
Uśmierz rozpacz, co bez miary.
(Mińsk/Londyn, kwiecień/maj 2013)
Kto zburzył mury Jeruzalem
Plac zabaw miałem na kirkucie.
Macewy, jak wieże, pełne tajemnych znaków.
Groby Azteków, Sarmatów czy Daków?
Przedszkole było w starej synagodze.
Za sanacji, bandy wyrostków, dla checy,
Rozmodlonym Żydom rzucały koty na plecy.
Do szkoły jeździłem kolejką podmiejską.
Mijałem bocznicę, z której w czas zagłady,
Do Treblinki wyruszały zaplombowane składy.
Matka moja panicznie bała się wspomnienia,
Jak stoi w cieniu klonu, wsparta o sztachety,
A na ulicy Niemcy tłuką dziecięce szkielety.
Chodziłem po ich śladach, oglądałem domy.
W szumie sosen otwockich nasłuchując głosów.
W rysach mijanych ludzi, ich szukałem losów.
Dwa odrębne światy, a jakby palimpsest.
Z tej może przyczyny, w rocznicę marcowego ruchu,
Na Starówce, zomowiec skopał mnie po brzuchu.
Nazwisko moje trafić miało między sprawiedliwych.
Kto bez winy, niech pierwszy ciśnie grudą błota.
I tak Jahwe osądzi gdzie zło, a gdzie cnota.
Kiedy gmina tułaczy, gości ojczyzny mojej,
Zapełni szczelnie dolinę Jozafata,
Bez lęku spojrzę w oczy mego brata.
Bo dla kogo Polin,
Jest tylko cmentarzem,
Ten sam się jawi pamięci grabarzem.
(Warszawa 2018)
Danse macabre
Śmierć krąży nad Europą.
Powabna, pełna fantazji.
Tu planuje panteon.
Tam szereg krwawych łaźni.
Tyle ją czeka pracy.
Wstrząsają ekstazy dreszcze.
Tu widzi ogród z kości.
Tam tunel do nicości.
W tym ogromnym projekcie
Każdy znajdzie swą rolę.
Jeden będzie zabijał.
Drugi nadstawi głowę.
Śmierć krąży nad Europą.
Powabna, pełna fantazji.
(Warszawa, 24.01.2023 r.)
zaczynają opowieść o człowieku
od jego pierwszego oddechu wymieszanego z krzykiem
od mazi i krwi jako pieczęci
na spisanej historii kobiet pochodzących z tej samej linii komórek
linieją pierwotną mocą przesuwania świata przez kanał rodny
tunel jasnego światła rozrywa ciepłe ciało
stwarza nowe zakamarki i czeluście
horyzonty lub klatki dla nowego istnienia
epitafia kiełkują w krtani
rodzą i oblekają w całuny milczenia
widok ciała
jego nieżywość i obcość zmieniła perspektywę
mojego postrzegania
zmieniła trajektorie mojego myślenia
jakby trumna stała się czółnem
a ja śledziłam jej podróż
kiedy odpływała w kierunku wiecznego horyzontu
do
nieboskłonu w pryzmacie barokowych obrazów
czasu i przestrzeni w której mieszkały wspomnienia mojego dzieciństwa
i ta cisza
która wpisywała się w pastelowe kolory
poświaty czającej się dookoła
usprawiedliwiała swoją nieoczywistością
to co typowe stało się
anachronizmem
gdy nic więcej nie mogło się już wydarzyć
mam wrażenie że chodzę po gruzach
godzin
dni
wyrazów twarzy
wspomnienia stały się nieistotne
światło zgasło automatycznie
dla oszczędności energii wyłączają się ludzkie synapsy
na próżno szukać przyczyny tego co się wydarzyło
nie ma logicznej odpowiedzi
wolna wola człowiecza miesza się
z fatum zależnym od słów
wyssanych z genów przodków
ich lęków
z przemieszczanych walizekbiletem do tego spektaklu
jest moja cisza
może to nie dziś stanie się najważniejszy dzień
a dziś wydarzyło się
to co przeznaczył mi los na kiedyś
może nie warto było zatrzymać myśli na wszystkim o czym do tej pory czytałam
a jedynym błogosławieństwem świata dla mnie był dotyk
matczyny dotyk nowo narodzonego istnienia
zwierzęce wylizywanie krwi i potu
chronologia przodków dopełniła się
przez historię usychania mojej odciętej pępowiny
w kontekście twojego umierania
według chronologii numerów pesel i mitochondrialnego DNA
długo przed zakończeniem aktu
przed finalnym akordem
zanim to się stało – był we mnie niepokójwietrzyłam jak zwierzę to co miało się wydarzyć
czułam obecność czających się zmarłych
widziałaś ich pytałaś o nichobraz kurczącej się ciebie
z dnia na dzień mniejszejten obraz został we mnie
stawał się obsesją w środku nocy
zasiedlił oczodoły i niepokoił
drażniąc jeszcze i jeszcze
powodował wątpienie w prawidłową ocenę zdarzeń
stał się przyczyną mojego lekarskiego milczeniabezradność w obliczu uspokajania myślą
kiedy umarłaś nic się nie zmieniło
czuję tę samą pustkę i samotność
i zmieniło się wszystko
bez radykalnego momentu wyznaczającego cezurę
przemijania i niemożności
może istniejemy równocześnie po obu stronach powietrza
patrzysz na mnie
może moja materialna zwierzęcość i twoja niewidzialność
istnieje w tej samej przestrzeni
splecione w pamięci genów które trwają bez zbędnych kartotek
synchronizacji systemów
pozwoleńty już wiesz czy istnieje
pozaczasowa i bezterminowa miłość
PYTANIA BADAWCZE
czy energia z pierwszego krzyku dziecka przybyłego z zakrzywienia czasoprzestrzeni staje się gwiazdą. satelitą. sonatą. parą wodną opadającą na kafle podłogi łatwej do utrzymania w stanie sterylnej czystości. czy ginie. cud pierwszego krzyku umiera od środków dezynfekcyjnych. zamienia w nicość. w strach o to co będzie później. jutro. za miesiąc za rok. bilet do przyszłości zamyka się w książeczce szczepień jako gwarancji niesprecyzowanej zdrowotności
krew. pot. ból. nienawiść. miłość. układają się w dłoniach. wiążą palce pierścieniami by zatrzymać i zataić ich histeryczny taniec. odcisk. ich czystość i brud. kruchość linii papilarnych nawinięta na opuszki palców w celu autoryzacji. niezbędnej do nauki czułości swojej skóry. lub obcej
jak przez kamień ukazać umiłowanie wolności. rzeźbiąc w nim Niobe lub Nike. lub zwykłe kamienne balu-strady. lub kraty ogrodzeń
jak zatrzymać wspomnienie o człowieku inaczej niż w portrecie zdeponowanym w cyklonie czasu
czy żarłoczna czeluść nieskończoności ma jakiekolwiek znaczenie dla zwykłego pojedynczego istnienia. nieskończoność ubrana w kości szkieletów na barokowych obrazach. krągłe ciała wymieszane z resztkami gnijących szczątków. oczy wywrócone do nieba do granicy kiczu i sztuki. czas człowieczy w loterii rozliczeń których bilans nie ulega podsumowaniu
co pochodzi od Boga. gdzie On mieszka. kogo upoważnił do wglądu w dokumentację na jego temat. a może nie istnieje w sensie zwierzęcego istnienia. jest tworem. botem. Pandorą. czymś stworzonym by nadać sens kolejnym dniom. chociażby przez gorycz wyczekiwania na sygnał ze zbioru biblijnych proroctw
odwieczny dialog ze śmiercią. czy możliwe jest nieistnienie tego dialogu
Treny pochodzą z tomiku Teatr cieni (wyd. Adam Marszałek, Toruń 2023), będącym wyrażeniem smutku i rozpaczy, wyrazem samotności w obliczu śmierci Matki. To swego rodzaju pomnik napisany przez wyrażenie emocji. Epitafium człowieka przez opis pustki. Emocjonalnej i uczuciowej.
Wiersz mam wrażenie że chodzę po gruzach… w wersji przeredagowanej przez Autorkę.
Wiersz Pytania badawcze nie był dotąd publikowany.
OLBRZYM Z CURAÇAO
Karteczka przekazana chyłkiem do redaktora naczelnego
Zawierała zgryźliwą uwagę, iż w naszej dzielnicy
Są ludzie znacznie bardziej interesujący od…
Chodziło o młodego mężczyznę z Curaçao
Który przed sześciu laty tutaj przybył
Dla operacji w Curaçao niemożliwej
I pozostał
Mój wywiad ukazał się jednak
Dzięki zdecydowanej postawie
Redaktora naczelnego o skórze białej
I ufarbowanych na czerwono włosach
Niemniej coś zachowałam dla siebie…
To, że Łagodny Olbrzym
Wyznał cicho:
„Czuję się tutaj nieszczęśliwy”
OD KIEDY TELEFONY STANIAŁY…
Od kiedy telefony staniały
Częściej poruszane są sprawy miłosne
Cóż, nie układają się tak, jak byśmy chcieli
Czy on już powiedział…?
Nie, nie powiedział
Ale może wkrótce powie
A jeśli… nie powie nigdy?
Nawet pomyśleć nie wolno, że mógłby
Czy polskie kobiety są bardziej romantyczne
Niż kobiety inne?
Nie wiem, ale przypuszczam
SERGIUSZ SIĘ POMYLIŁ
Sergiusz się pomylił
Zakładając, że zamówienia klientów
Na portrety ludzi, psów, domów, drzew, wszystko jedno
Pozwolą mu znośnie żyć w kraju, w którym został już
(wstrętne słowo) N A T U R A L I Z O W A N Y
Zwlekał z domowymi opłatami aż sprowadził
Kary za zwłokę, a po nich jeszcze większe kary
Czy w Leningradzie kary były niewysokie?
Może kar w ogóle nie było?
Albo udawało się je przeczekać?
Sergiusz wsiadał na rower
Jeździł od instytucji do instytucji
Liczył na umorzenie kar
Ale nie następowało
Jego wylękniona twarz stawała się
Przezroczysta
POŁĄCZENIE FIOLETU Z PURPURĄ
Za górą szarych plastikowych worków
Dostrzegam parę ud, jasnobrązowych
Młoda kobieta wstrzykuje narkotyk
Twarz skryta jest pod kaskadą włosów
Ich kolor… ? Połączenie fioletu z purpurą?
Między workami czekającymi na przejazd śmieciarki
Płonące włosy, szczupłe uda
Wiersze/miniatury oraz rysunki ukazały się w numerze 6/2024 „Res Humana”, listopad-grudzień 2024 r.
Ocalenia
Kochana, zbudź mnie po północy
I w głuche ucho powiedz szeptem,
Że nieuchronnie ku nam kroczy
Morze przejrzyste jak powietrze
Błękitna fala prześwietlona
Słonym promieniem. Ja uwierzę
I znowu zasnę w twych ramionach.
Kochana, ale zanim zasnę,
Powiedz mi jeszcze, że znów szumi
Sosna samotna pośród lasu
W innych samotnych sosen tłumie.
Kochana moja, którakolwiek
Z moich kochanych, z minionego,
Ocal mnie, uchroń cichym słowem
Od marnej jawy i snu złego.
Ale to mów mi ty – jedyna,
Któraś przetrwała w moim świecie,
W tobie kochałem wszystkie inne,
Bo w każdej innej byłaś przecież
Niepowtarzalna, jednokrotna,
Nieosiągalna, moja cała,
Ta, której nigdy już nie spotkam,
Bo raz spotkana – pozostałaś.
Najodleglejsza i najbliższa,
Mów nocą o przejrzystej fali,
Powiedz, że morze tu się zbliża,
Z którego nic nas nie ocali.
Modlitwa
Dałeś mi długie wyczekiwanie,
Panie.
A dałeś mi cień chmury i okruchy blasku,
I obcą radość dałeś, i udrękę własną.
Dałeś mi słów kilkanaście i długie milczenia,
Dałeś mi to, co mam już i czego już nie ma.
Dałeś mi brak pieniędzy, brak na nie łaknienia,
I tych braków powszednich na inne nie zmieniaj.
Dałeś mi poszum lasu, błądzenie na drogach,
Kilku zmarłych przyjaciół i żyjących wrogów.
Dałeś mi głóg, tarninę i jabłoń zdziczałą,
I dałeś mi dziewczynę, której mi nie dałeś.
Dałeś mi miłość wielką, brak miłości dałeś
Nie całkiem dobre zdrowie i wątpiące ciało.
Ja przecież się nie skarżę – dałeś i tak sporo,
Bo mi podarowałeś wszystkie roku pory,
A wszakże mógłbyś wcześniej dać mi późną jesień,
A nie tą późną, w której właśnie dzisiaj jestem.
Daj, coś zamierzył, nie skąp mi niczego
I nie chroń mnie od złego, ani od dobrego.
Niech wedle twojej woli już wszystko się stanie –
Daj mi wieczny spoczynek i wieczne czuwanie,
Panie –
Zbuntowany wysadzałem w myślach
katedry puste, te bez Boga.
Kaleczyłem niewinność ledwo obudzonych.
Przeprawiałem ślepców przez wezbrane rzeki ulic.
Przenosiłem jeża na drugą stronę szosy.
Byłem dobry i niecierpliwy,
mściwy i litościwy,
gwałtowny i wyrozumiały.
A gdy już przejdę przez ucho igielne
i stanę w Twoim blasku, Dobrotliwy Panie,
czy wtedy będę tym licealistą,
co przez cały rok szkolny po lekcjach
zostawał z nią w klasie
i nie mógł powiedzieć, że kocha,
czy tym w sile wieku, który choć nie podpisał
paktu z diabłem, ale nie zamknął mu drzwi przed nosem?
Czy może będę tym pomarszczonym, przygłuchym,
który tłucze lustro,
bo nie może w nim rozpoznać siebie?
Który? Który zmartwychwstanę?
Wiersz zdobył wyróżnienie w Turnieju Jednego Wiersza odbywającym się w ramach 51. Warszawskiej Jesieni Poezji, 2023 r.
Publikujemy go wyłącznie na stronie reshumana.pl.
A historia – pytasz – co to?
A to my tak pochyleni
nad dniem, co kruszy się nam w palcach,
zanim do ust go doniesiemy.
To też nadzieja, co tak płynie
przez serce matki, która w sieni,
chociaż umarła dawno temu,
przecież wciąż siedzi zapatrzona
w ten jeden punkt, gdzie ty zniknąłeś
i czeka, czeka, kiedy wrócisz
i znów zasiądziesz z nią za stołem.
A to tramwaju nocny lament,
co na zakrętach ciszę rani,
jakby wspomnienia salw wojennych
odbiło echo w murach starych.
A ci, co patrzą na nas niemo
z gałęzi, gdzie ich powieszono,
z zieleni, która znów na wiosnę,
z książki na strychu znalezionej,
to też historia, twoje ziarno,
co kiedyś w tobie zakiełkuje
i staniesz się podglebia barwą
dla tych, co przyjdą pytać: co to?