Postarzały się ręce moim byłym dziewczynom,
Ich głosy niegdyś dźwięczne stały się chropawe.
Czas bujnych włosów już dawno przeminął,
Jest jak stara moneta uroniona w trawie.
Jest ich wiele bogaciej i w talii, i w biodrach,
A i poniżej bioder rozrosły się znacznie,
Poszarzały źrenice, kiedyś takie modre,
Są niby takie same, ale są inaczej.
Nie owijają ich teraz ciepłym światłem zorze,
A blask od nich bijący zmniejszył się i zmroczył.
Tak dzisiaj wyglądają, takie są. Lecz może
Prosto w oczy mi kłamią moje stare oczy.
Powiało. I sypnęło gęsto liśćmi z drzew,
Nieustępliwa jesień spłynęła jak rzeka,
Ściemnia się nieodwołalnie. Ale jednak w mgle
Widać to, co się skryło pod szczelną powieką.
Przecież tego nie było. Ale dzisiaj jest.
Śledzę to przez tonące w przeszłości obszary.
Lata cię wyposażyły w dodatkowy gest,
Ten, którym lekko poprawiasz okulary.
Nie używałaś ich kiedyś. Szkła dłonią przecierasz,
Lat i dioptrii przybyło – taki to jest czas.
Było, przeszło, minęło – co począć. I teraz
Widzisz wciąż niewyraźniej – mnie, siebie i nas.
*Marek Wawrzkiewicz, Stary dom, Wydawnictwo Adam Marszałek, 2025, 71 stron
Są ludzie, którzy uczą oddychać głębiej – nie dlatego, że wskazują drogę, ale dlatego, że ich obecność uwalnia oddech. W ich towarzyszeniu nie ma ciężaru, lecz przestrzeń. Miłość, która się w nich rodzi, nie jest tylko uczuciem – jest sposobem istnienia. Sposobem bycia bardziej sobą.
Niełatwo mówić o miłości, która nie potrzebuje deklaracji. Która nie hałasuje, nie domaga się dowodów. Ona dzieje się pomiędzy: między słowem a milczeniem, między bliskością a pragnieniem, między „już” a „jeszcze nie”. Czasem jeden gest znaczy więcej niż tysiąc zapewnień. Czasem brak gestu znaczy wszystko.
Miłość prawdziwa nie przemienia, lecz pozwala wrócić do siebie. Uczy, że nie trzeba grać ról, zakładać masek. Uczy, że odsłonięcie nie jest słabością, ale siłą – że najgłębsza bliskość zaczyna się tam, gdzie kończy się lęk.
Czy można kochać i nie zatracić się? Czy można być z kimś, nie rezygnując z siebie? Miłość nie powinna zacierać granic, lecz je rozświetlać. Nie unieważniać osamotnienia, lecz czynić ją mniej bolesną. Nie pozbawiać niezależności, lecz wydobywać z niej sens wspólnego wzrastania.
„Kocham cię tak, jakbyś był powietrzem / oddycham tobą” – pisała Halina Poświatowska. W jej wersji miłość nie jest czynnością, lecz stanem świadomości. Nie dotyka powierzchni – przenika przez tkanki. Jest spokojem, nie burzą. Czułością, nie napięciem. Milczeniem, które mówi więcej niż słowa.
W filozoficznym świetle Albert Camus zauważał, że człowiek „nie zgadza się być tym, czym jest”. Być może właśnie dlatego tak tęskni do miłości – by w czyimś spojrzeniu zgodzić się na swoje istnienie. Bez korekty. Bez ucieczki. Być zaakceptowanym nie pomimo, ale z powodu.
Miłość – jeśli jest prawdziwa – nie potrzebuje imion. Potrzebuje obecności. Nie wielkich wyznań, ale ciszy, w której ktoś zostaje. Nie gotowych odpowiedzi, lecz odwagi do stawiania pytań.
Może nie da się o niej mówić inaczej niż szeptem. Może każda próba zrozumienia to tylko droga ku temu, co intuicyjne, miękkie, cielesne i duchowe zarazem. Może istotą miłości nie jest posiadanie, lecz rozpoznanie. Nie w drugim, ale w sobie – dzięki drugiemu.
Czy potrafimy być formą istnienia, która nie rani, lecz koi? Czy umiemy widzieć kogoś naprawdę – i nadal nie odwrócić wzroku? Czy mamy w sobie tyle przestrzeni, by ktoś mógł się w nas zadomowić – nie tracąc siebie?
Miłość nie daje gotowych odpowiedzi. Ale sprawia, że zaczynamy pytać ciszej, głębiej, prawdziwiej.
Miłość nie mówi: będziesz mój –
mówi: będziesz sobą, a ja zostanę.
Ciało nie jest przeciwieństwem ducha. Nie jest przeszkodą dla miłości – może być jej językiem. Dotyk – ten prawdziwy, uważny, czuły – nie zatrzymuje się na skórze. On przenika głębiej, jak spojrzenie, które widzi więcej niż zewnętrzność. Jak cisza, która nie jest pustką, lecz słuchaniem.
Miłość cielesna – gdy jest świadoma, wolna od lęku, od przymusu, od maski – staje się jedną z najczystszych form spotkania. Spotkania nie tylko dwóch ciał, ale dwóch obecności. Dwóch dusz, które zrzucają zasłony, zdejmują zbroje, i stają przed sobą – bez retuszu, bez dekoracji. Nagość ciała to wtedy tylko zapowiedź większej nagości – tej, która dotyczy istnienia.
Czy można dotykać tak, by nie posiadać? Czy można pragnąć tak, by nie zabić wolności? Czy bliskość fizyczna może być modlitwą – nie słowem, lecz gestem, który mówi: Jestem tu. Cały. Dla Ciebie. Z Tobą. I przy Tobie?
Są chwile, w których ciało przestaje być narzędziem. Staje się przestrzenią. Domem, w którym ktoś może zamieszkać na chwilę – bez obawy, że zostanie zraniony. I choć ta bliskość trwa moment – jej echo może wybrzmiewać całe życie.
W filozofii dialogu Martin Buber pisał o relacji Ja-Ty – jako o przestrzeni, gdzie drugi nie jest środkiem do celu, lecz celem samym w sobie. Tak samo w miłości cielesnej: dotyk nie jest środkiem do osiągnięcia przyjemności, lecz sposobem mówienia: „Ty jesteś ważny. Cały. Taki, jaki jesteś”.
Prawdziwa cielesność nie uprzedmiotawia. Uosabia. W niej nie chodzi tylko o zmysły – chodzi o to, by przez zmysły dotrzeć do głębi. By poczuć siebie bardziej, zobaczyć drugiego dokładniej. Ciało staje się wtedy świątynią obecności. Przestrzenią, w której to, co duchowe, może się ucieleśnić.
Nie każda namiętność jest Spotkaniem. Ale każde Spotkanie, jeśli jest prawdziwe, zostawia ślad także w ciele. Jakby dusza – wzruszona dotykiem – chciała pozostać bliżej skóry.
Czy więc miłość cielesna jest duchowa? Może nie zawsze. Ale może nią być. Wtedy, gdy nie szuka dominacji, lecz obecności. Gdy nie zmusza, lecz zaprasza. Gdy nie bierze – lecz dzieli się sobą. Całym sobą.
Najpiękniejszy dotyk to ten, który mówi: Jestem – zanim jeszcze cokolwiek zrobi.
Tekst ukazał sie w numerze 4/2025 „Res Humana”, lipiec-sierpień 2025 r.
Polska poranna
śnieżna
cicha
mglana
zapomniana
Pagórkowata
szara
zielona
lecz przykurzała
Polska zimowa
zaspana ranem
wieczorem mroczna
w południe zadbana
popołudniowa
kawowa
ciastkarniana
Polska herbaciana
pani korzenna
różowa
migdałowa
o smaku miodu
Panna czerwona
biała
bezbronna
butna
nieśmiała
onieśmielana?
Polska ta moja
w strojach
w pejzażu
milcząca
Panna Melancholia.
Modlitwa Arcykapłana
Daj mi Panie łaskę wiary.
Zabierz, proszę, inne dary:
Zdrowie, purpurę, pałace.
Jeszcze Ci za to dopłacę.
Miałem niegdyś ufność w Tobie.
Zmartwywstałem na Twym grobie.
Tyś mi wskazał życia drogę,
Suplikantem być przed Bogiem.
Wstyd mi teraz jest przed sobą.
Nie wiem jaką kroczę drogą.
Klepię słowa jak pacierze,
Ale ja już w nic nie wierzę.
Stoję pusty przed ołtarzem.
Perlustruję w tłumie twarze.
Łowię szepty na spowiedzi.
Uciec chcę od tej gawiedzi.
Daj mi Panie łaskę wiary
Uśmierz rozpacz, co bez miary.
(Mińsk/Londyn, kwiecień/maj 2013)
Kto zburzył mury Jeruzalem
Plac zabaw miałem na kirkucie.
Macewy, jak wieże, pełne tajemnych znaków.
Groby Azteków, Sarmatów czy Daków?
Przedszkole było w starej synagodze.
Za sanacji, bandy wyrostków, dla checy,
Rozmodlonym Żydom rzucały koty na plecy.
Do szkoły jeździłem kolejką podmiejską.
Mijałem bocznicę, z której w czas zagłady,
Do Treblinki wyruszały zaplombowane składy.
Matka moja panicznie bała się wspomnienia,
Jak stoi w cieniu klonu, wsparta o sztachety,
A na ulicy Niemcy tłuką dziecięce szkielety.
Chodziłem po ich śladach, oglądałem domy.
W szumie sosen otwockich nasłuchując głosów.
W rysach mijanych ludzi, ich szukałem losów.
Dwa odrębne światy, a jakby palimpsest.
Z tej może przyczyny, w rocznicę marcowego ruchu,
Na Starówce, zomowiec skopał mnie po brzuchu.
Nazwisko moje trafić miało między sprawiedliwych.
Kto bez winy, niech pierwszy ciśnie grudą błota.
I tak Jahwe osądzi gdzie zło, a gdzie cnota.
Kiedy gmina tułaczy, gości ojczyzny mojej,
Zapełni szczelnie dolinę Jozafata,
Bez lęku spojrzę w oczy mego brata.
Bo dla kogo Polin,
Jest tylko cmentarzem,
Ten sam się jawi pamięci grabarzem.
(Warszawa 2018)
Danse macabre
Śmierć krąży nad Europą.
Powabna, pełna fantazji.
Tu planuje panteon.
Tam szereg krwawych łaźni.
Tyle ją czeka pracy.
Wstrząsają ekstazy dreszcze.
Tu widzi ogród z kości.
Tam tunel do nicości.
W tym ogromnym projekcie
Każdy znajdzie swą rolę.
Jeden będzie zabijał.
Drugi nadstawi głowę.
Śmierć krąży nad Europą.
Powabna, pełna fantazji.
(Warszawa, 24.01.2023 r.)
zaczynają opowieść o człowieku
od jego pierwszego oddechu wymieszanego z krzykiem
od mazi i krwi jako pieczęci
na spisanej historii kobiet pochodzących z tej samej linii komórek
linieją pierwotną mocą przesuwania świata przez kanał rodny
tunel jasnego światła rozrywa ciepłe ciało
stwarza nowe zakamarki i czeluście
horyzonty lub klatki dla nowego istnienia
epitafia kiełkują w krtani
rodzą i oblekają w całuny milczenia
widok ciała
jego nieżywość i obcość zmieniła perspektywę
mojego postrzegania
zmieniła trajektorie mojego myślenia
jakby trumna stała się czółnem
a ja śledziłam jej podróż
kiedy odpływała w kierunku wiecznego horyzontu
do
nieboskłonu w pryzmacie barokowych obrazów
czasu i przestrzeni w której mieszkały wspomnienia mojego dzieciństwa
i ta cisza
która wpisywała się w pastelowe kolory
poświaty czającej się dookoła
usprawiedliwiała swoją nieoczywistością
to co typowe stało się
anachronizmem
gdy nic więcej nie mogło się już wydarzyć
mam wrażenie że chodzę po gruzach
godzin
dni
wyrazów twarzy
wspomnienia stały się nieistotne
światło zgasło automatycznie
dla oszczędności energii wyłączają się ludzkie synapsy
na próżno szukać przyczyny tego co się wydarzyło
nie ma logicznej odpowiedzi
wolna wola człowiecza miesza się
z fatum zależnym od słów
wyssanych z genów przodków
ich lęków
z przemieszczanych walizekbiletem do tego spektaklu
jest moja cisza
może to nie dziś stanie się najważniejszy dzień
a dziś wydarzyło się
to co przeznaczył mi los na kiedyś
może nie warto było zatrzymać myśli na wszystkim o czym do tej pory czytałam
a jedynym błogosławieństwem świata dla mnie był dotyk
matczyny dotyk nowo narodzonego istnienia
zwierzęce wylizywanie krwi i potu
chronologia przodków dopełniła się
przez historię usychania mojej odciętej pępowiny
w kontekście twojego umierania
według chronologii numerów pesel i mitochondrialnego DNA
długo przed zakończeniem aktu
przed finalnym akordem
zanim to się stało – był we mnie niepokójwietrzyłam jak zwierzę to co miało się wydarzyć
czułam obecność czających się zmarłych
widziałaś ich pytałaś o nichobraz kurczącej się ciebie
z dnia na dzień mniejszejten obraz został we mnie
stawał się obsesją w środku nocy
zasiedlił oczodoły i niepokoił
drażniąc jeszcze i jeszcze
powodował wątpienie w prawidłową ocenę zdarzeń
stał się przyczyną mojego lekarskiego milczeniabezradność w obliczu uspokajania myślą
kiedy umarłaś nic się nie zmieniło
czuję tę samą pustkę i samotność
i zmieniło się wszystko
bez radykalnego momentu wyznaczającego cezurę
przemijania i niemożności
może istniejemy równocześnie po obu stronach powietrza
patrzysz na mnie
może moja materialna zwierzęcość i twoja niewidzialność
istnieje w tej samej przestrzeni
splecione w pamięci genów które trwają bez zbędnych kartotek
synchronizacji systemów
pozwoleńty już wiesz czy istnieje
pozaczasowa i bezterminowa miłość
PYTANIA BADAWCZE
czy energia z pierwszego krzyku dziecka przybyłego z zakrzywienia czasoprzestrzeni staje się gwiazdą. satelitą. sonatą. parą wodną opadającą na kafle podłogi łatwej do utrzymania w stanie sterylnej czystości. czy ginie. cud pierwszego krzyku umiera od środków dezynfekcyjnych. zamienia w nicość. w strach o to co będzie później. jutro. za miesiąc za rok. bilet do przyszłości zamyka się w książeczce szczepień jako gwarancji niesprecyzowanej zdrowotności
krew. pot. ból. nienawiść. miłość. układają się w dłoniach. wiążą palce pierścieniami by zatrzymać i zataić ich histeryczny taniec. odcisk. ich czystość i brud. kruchość linii papilarnych nawinięta na opuszki palców w celu autoryzacji. niezbędnej do nauki czułości swojej skóry. lub obcej
jak przez kamień ukazać umiłowanie wolności. rzeźbiąc w nim Niobe lub Nike. lub zwykłe kamienne balu-strady. lub kraty ogrodzeń
jak zatrzymać wspomnienie o człowieku inaczej niż w portrecie zdeponowanym w cyklonie czasu
czy żarłoczna czeluść nieskończoności ma jakiekolwiek znaczenie dla zwykłego pojedynczego istnienia. nieskończoność ubrana w kości szkieletów na barokowych obrazach. krągłe ciała wymieszane z resztkami gnijących szczątków. oczy wywrócone do nieba do granicy kiczu i sztuki. czas człowieczy w loterii rozliczeń których bilans nie ulega podsumowaniu
co pochodzi od Boga. gdzie On mieszka. kogo upoważnił do wglądu w dokumentację na jego temat. a może nie istnieje w sensie zwierzęcego istnienia. jest tworem. botem. Pandorą. czymś stworzonym by nadać sens kolejnym dniom. chociażby przez gorycz wyczekiwania na sygnał ze zbioru biblijnych proroctw
odwieczny dialog ze śmiercią. czy możliwe jest nieistnienie tego dialogu
Treny pochodzą z tomiku Teatr cieni (wyd. Adam Marszałek, Toruń 2023), będącym wyrażeniem smutku i rozpaczy, wyrazem samotności w obliczu śmierci Matki. To swego rodzaju pomnik napisany przez wyrażenie emocji. Epitafium człowieka przez opis pustki. Emocjonalnej i uczuciowej.
Wiersz mam wrażenie że chodzę po gruzach… w wersji przeredagowanej przez Autorkę.
Wiersz Pytania badawcze nie był dotąd publikowany.
OLBRZYM Z CURAÇAO
Karteczka przekazana chyłkiem do redaktora naczelnego
Zawierała zgryźliwą uwagę, iż w naszej dzielnicy
Są ludzie znacznie bardziej interesujący od…
Chodziło o młodego mężczyznę z Curaçao
Który przed sześciu laty tutaj przybył
Dla operacji w Curaçao niemożliwej
I pozostał
Mój wywiad ukazał się jednak
Dzięki zdecydowanej postawie
Redaktora naczelnego o skórze białej
I ufarbowanych na czerwono włosach
Niemniej coś zachowałam dla siebie…
To, że Łagodny Olbrzym
Wyznał cicho:
„Czuję się tutaj nieszczęśliwy”
OD KIEDY TELEFONY STANIAŁY…
Od kiedy telefony staniały
Częściej poruszane są sprawy miłosne
Cóż, nie układają się tak, jak byśmy chcieli
Czy on już powiedział…?
Nie, nie powiedział
Ale może wkrótce powie
A jeśli… nie powie nigdy?
Nawet pomyśleć nie wolno, że mógłby
Czy polskie kobiety są bardziej romantyczne
Niż kobiety inne?
Nie wiem, ale przypuszczam
SERGIUSZ SIĘ POMYLIŁ
Sergiusz się pomylił
Zakładając, że zamówienia klientów
Na portrety ludzi, psów, domów, drzew, wszystko jedno
Pozwolą mu znośnie żyć w kraju, w którym został już
(wstrętne słowo) N A T U R A L I Z O W A N Y
Zwlekał z domowymi opłatami aż sprowadził
Kary za zwłokę, a po nich jeszcze większe kary
Czy w Leningradzie kary były niewysokie?
Może kar w ogóle nie było?
Albo udawało się je przeczekać?
Sergiusz wsiadał na rower
Jeździł od instytucji do instytucji
Liczył na umorzenie kar
Ale nie następowało
Jego wylękniona twarz stawała się
Przezroczysta
POŁĄCZENIE FIOLETU Z PURPURĄ
Za górą szarych plastikowych worków
Dostrzegam parę ud, jasnobrązowych
Młoda kobieta wstrzykuje narkotyk
Twarz skryta jest pod kaskadą włosów
Ich kolor… ? Połączenie fioletu z purpurą?
Między workami czekającymi na przejazd śmieciarki
Płonące włosy, szczupłe uda
Wiersze/miniatury oraz rysunki ukazały się w numerze 6/2024 „Res Humana”, listopad-grudzień 2024 r.
Ocalenia
Kochana, zbudź mnie po północy
I w głuche ucho powiedz szeptem,
Że nieuchronnie ku nam kroczy
Morze przejrzyste jak powietrze
Błękitna fala prześwietlona
Słonym promieniem. Ja uwierzę
I znowu zasnę w twych ramionach.
Kochana, ale zanim zasnę,
Powiedz mi jeszcze, że znów szumi
Sosna samotna pośród lasu
W innych samotnych sosen tłumie.
Kochana moja, którakolwiek
Z moich kochanych, z minionego,
Ocal mnie, uchroń cichym słowem
Od marnej jawy i snu złego.
Ale to mów mi ty – jedyna,
Któraś przetrwała w moim świecie,
W tobie kochałem wszystkie inne,
Bo w każdej innej byłaś przecież
Niepowtarzalna, jednokrotna,
Nieosiągalna, moja cała,
Ta, której nigdy już nie spotkam,
Bo raz spotkana – pozostałaś.
Najodleglejsza i najbliższa,
Mów nocą o przejrzystej fali,
Powiedz, że morze tu się zbliża,
Z którego nic nas nie ocali.
Modlitwa
Dałeś mi długie wyczekiwanie,
Panie.
A dałeś mi cień chmury i okruchy blasku,
I obcą radość dałeś, i udrękę własną.
Dałeś mi słów kilkanaście i długie milczenia,
Dałeś mi to, co mam już i czego już nie ma.
Dałeś mi brak pieniędzy, brak na nie łaknienia,
I tych braków powszednich na inne nie zmieniaj.
Dałeś mi poszum lasu, błądzenie na drogach,
Kilku zmarłych przyjaciół i żyjących wrogów.
Dałeś mi głóg, tarninę i jabłoń zdziczałą,
I dałeś mi dziewczynę, której mi nie dałeś.
Dałeś mi miłość wielką, brak miłości dałeś
Nie całkiem dobre zdrowie i wątpiące ciało.
Ja przecież się nie skarżę – dałeś i tak sporo,
Bo mi podarowałeś wszystkie roku pory,
A wszakże mógłbyś wcześniej dać mi późną jesień,
A nie tą późną, w której właśnie dzisiaj jestem.
Daj, coś zamierzył, nie skąp mi niczego
I nie chroń mnie od złego, ani od dobrego.
Niech wedle twojej woli już wszystko się stanie –
Daj mi wieczny spoczynek i wieczne czuwanie,
Panie –
Zbuntowany wysadzałem w myślach
katedry puste, te bez Boga.
Kaleczyłem niewinność ledwo obudzonych.
Przeprawiałem ślepców przez wezbrane rzeki ulic.
Przenosiłem jeża na drugą stronę szosy.
Byłem dobry i niecierpliwy,
mściwy i litościwy,
gwałtowny i wyrozumiały.
A gdy już przejdę przez ucho igielne
i stanę w Twoim blasku, Dobrotliwy Panie,
czy wtedy będę tym licealistą,
co przez cały rok szkolny po lekcjach
zostawał z nią w klasie
i nie mógł powiedzieć, że kocha,
czy tym w sile wieku, który choć nie podpisał
paktu z diabłem, ale nie zamknął mu drzwi przed nosem?
Czy może będę tym pomarszczonym, przygłuchym,
który tłucze lustro,
bo nie może w nim rozpoznać siebie?
Który? Który zmartwychwstanę?
Wiersz zdobył wyróżnienie w Turnieju Jednego Wiersza odbywającym się w ramach 51. Warszawskiej Jesieni Poezji, 2023 r.
Publikujemy go wyłącznie na stronie reshumana.pl.
A historia – pytasz – co to?
A to my tak pochyleni
nad dniem, co kruszy się nam w palcach,
zanim do ust go doniesiemy.
To też nadzieja, co tak płynie
przez serce matki, która w sieni,
chociaż umarła dawno temu,
przecież wciąż siedzi zapatrzona
w ten jeden punkt, gdzie ty zniknąłeś
i czeka, czeka, kiedy wrócisz
i znów zasiądziesz z nią za stołem.
A to tramwaju nocny lament,
co na zakrętach ciszę rani,
jakby wspomnienia salw wojennych
odbiło echo w murach starych.
A ci, co patrzą na nas niemo
z gałęzi, gdzie ich powieszono,
z zieleni, która znów na wiosnę,
z książki na strychu znalezionej,
to też historia, twoje ziarno,
co kiedyś w tobie zakiełkuje
i staniesz się podglebia barwą
dla tych, co przyjdą pytać: co to?