Izrael uznaje Somaliland

Bab al-Mandeb – punkt styku Bliskiego Wschodu i Afryki oraz jego znaczenie
Arabska legenda głosi, że Półwysep Arabski i Róg Afryki były niegdyś ze sobą połączone. Do ich rozdzielenia miało dojść w wyniku potężnego trzęsienia ziemi, a wdzierające się w nowo powstałe przewężenie wody morskie zabrały życie tysiącom ludzi. Stąd wywodzi się arabska nazwa cieśniny Bab al-Mandeb – Wrota Rozpaczy lub Brama Łez. Żeglarze tłumaczą ją bardziej przyziemnie, sprowadzając etymologię do trudów żeglugi na ciasnym szlaku wodnym, pełnym raf, płycizn, zdradliwych prądów oraz niemożliwych do przewidzenia porywistych wiatrów.
Wystarczy rzut oka na mapę, by zrozumieć geopolityczne i gospodarcze znaczenie tego przesmyku. Bab al-Mandeb to wąskie gardło globalnych szlaków transportowych; jego kontrola oznacza wgląd w ruch morski prowadzący do Kanału Sueskiego i dalej ku Morzu Śródziemnemu, ale także w stronę Zatoki Adeńskiej i Oceanu Indyjskiego. Cieśnina wyznacza warunki funkcjonowania gospodarek oraz architekturę bezpieczeństwa państw basenu Morza Czerwonego i Morza Arabskiego. Ostatnie wydarzenia pokazują, że stawka ta przestała być wyłącznie regionalna – stała się elementem szerszej układanki politycznej, obejmującej zarówno Bliski Wschód, jak i Afrykę Wschodnią.
Somaliland w regionalnej rywalizacji i polityce Izraela
Uznanie Republiki Somalilandu przez Izrael za państwo niepodległe i suwerenne należy postrzegać nie jako gest czysto dyplomatyczny, lecz jako kolejny ruch w wielowarstwowej rywalizacji o wpływy na obszarze od Gazy po Zatokę Perską oraz od Syrii po Jemen. Jest to zarazem wypadkowa procesów destabilizujących region: wojny w Gazie, erozji syryjskiego państwa, konfliktu jemeńskiego oraz narastających napięć pomiędzy Arabią Saudyjską a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które do tej pory działały ręka w rękę. Ambicje ZEA wykraczają dziś daleko poza dotychczasowe obszary współpracy i nie ograniczają się do najbliższego sąsiedztwa obu krajów, co wyraźnie koliduje z interesami Rijadu. Decyzja Izraela nie pozostaje w tym układzie bez znaczenia.
Ruch Tel Awiwu wpisuje się w szerszy kontekst relacji pomiędzy Izraelem, Iranem i jego sojusznikami – rebeliantami Houthi w Jemenie oraz Hezbollahem w Libanie – a także władzami w Damaszku i państwami Półwyspu Arabskiego. Dla Izraela kluczowym celem pozostaje osłabienie Teheranu i rozproszenie jego zdolności projekcji siły. Temu służyły zarówno ataki na cele w Syrii, jak i presja wywierana na Hezbollah w Libanie. W ten ciąg wpisuje się także niedawna tzw. wojna 12-dniowa przeciwko Iranowi oraz izraelski nalot na Dohę. Rosnące zainteresowanie przestrzenią Morza Czerwonego i Zatoki Adeńskiej jest elementem tej samej logiki: odsuwania zagrożeń jak najdalej od własnych granic, osłabiania wroga oraz – w szerszym planie – rozbijania arabskiej i muzułmańskiej solidarności.
Znaczenie portów w konflikcie jemeńskim i ich miejsce w sieci wpływów
Położenie Somalilandu i Jemenu po przeciwnych stronach Zatoki Adeńskiej sprawia, że kontrola portów takich jak Berbera, Aden czy Mukalla bezpośrednio przekłada się zarówno na bezpieczeństwo żeglugi, jak i na zaplecze logistyczne rebelii Houthi. Warto przyjrzeć się tym miejscom nieco wnikliwiej.
Somalijski rząd federalny formalnie utrzymuje, że sprawuje suwerenność nad Berberą, i w tym duchu zaproponował Stanom Zjednoczonym „kontrolę operacyjną” nad portem, co wygląda raczej na próbę podkreślenia przysługujących mu prawa niż pełnoprawną ofertę suwerena. W praktyce Berbera od lat znajduje się poza zasięgiem Mogadiszu; zarządzają nią lokalne struktury Somalilandu we współpracy z firmami logistycznymi z ZEA. To u władz Somalilandu, a nie w stolicy Somalii, Emiraty wyjednały zgodę na wybudowanie bazy swojej marynarki wojennej.
Po przeciwległej stronie Zatoki leży Aden – port oficjalnie należący do Jemenu, lecz faktycznie kontrolowany przez podmioty podporządkowane Separatystycznej Radzie Południa (Southern Transitional Council; STC), wspieranej politycznie i militarnie przez ZEA. Jeszcze dalej na północny wschód znajduje się Mukalla, która od 2016 roku pozostaje w rękach lokalnych milicji. Choć nie są one formalnie częścią jemeńskiego rządu, funkcjonują jako siły de facto sojusznicze, szkolone i wspierane przez Emiraty. W tym układzie Somaliland – obok ZEA – staje się dla Izraela pożądanym punktem oparcia dla działań pośrednio wymierzonych w Iran i jego jemeńskich sojuszników.
Arabia Saudyjska i ZEA w optyce izraelskiej
Jednocześnie Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie – mimo deklaratywnej wspólnoty interesów wobec Iranu – coraz wyraźniej rywalizują o wpływy w Jemenie oraz w basenie Morza Czerwonego. Rijad dąży do wyjścia z zakleszczenia w kosztownym konflikcie, stąd jego celem jest przynajmniej względna stabilizacja Jemenu. ZEA natomiast konsekwentnie budują własną, autonomiczną sieć wpływów. Izrael umiejętnie wykorzystuje tę rywalizację: wobec Saudów – jako narzędzie nacisku w sprawie normalizacji stosunków, której probierzem miałoby być saudyjskie przystąpienie do tzw. Porozumień Abrahamowych, a wobec Emiratów – jako element pogłębiania współpracy, która z tych Porozumień już wynika. Trudno o bardziej czytelny dowód instrumentalnego charakteru Porozumień Abrahamowych i jednoznaczne wskazanie ich faktycznego beneficjenta.
Tureckie interesy w Rogu Afryki
W tej układance istotną, choć często niedoszacowaną rolę, odgrywa Turcja. Od ponad dekady Ankara traktuje Somalię jako jeden z filarów swojej polityki afrykańskiej, inwestując w infrastrukturę, administrację i sektor bezpieczeństwa oraz utrzymując w Mogadiszu największą ze swoich zagranicznych baz wojskowych. Turecka strategia zakłada zachowanie integralności terytorialnej Somalii i przeciwdziałanie dalszej fragmentacji Rogu Afryki. Z tej perspektywy izraelskie awanse wobec Somalilandu postrzegane są jako czynnik destabilizujący, grożący powtórzeniem scenariusza znanego z Sudanu: secesji, eskalacji wewnętrznych tarć i rywalizacji zewnętrznych patronów.
Dodatkowo dostęp Izraela – bezpośredni lub pośredni – do portu Berbera oznaczałby wzmocnienie jego obecności przy wejściu do Morza Czerwonego i dalsze zagęszczenie układu sił w przestrzeni, którą Ankara uznaje za strategicznie kluczową. Turcja obawia się nie tyle pojedynczych gestów dyplomatycznych, ile ich kumulatywnego efektu: stopniowego „opasania” regionu przez konkurencyjną oś wpływów Izraela, realizowaną kosztem projektów stabilizacyjnych promowanych przez Ankarę.
USA wobec secesyjnych precedensów
W tle tych procesów pozostają Stany Zjednoczone. Waszyngton co do zasady wspiera Arabię Saudyjską i ZEA przede wszystkim w tych aspektach, które wpisują się w nurt amerykańskiej polityki wobec Iranu. Jednocześnie USA nie chcą tworzyć precedensu, który mógłby zachęcić inne regiony separatystyczne – od Sudanu po Kurdystan – do analogicznych działań. Dlatego izraelskie sygnały wobec Somalilandu obserwowane są w Ameryce z wyraźnym dystansem. Waszyngton oświadczył, że polityka USA w tej kwestii pozostaje niezmieniona i amerykańskiego uznania Somalilandu jako państwa nie będzie. Bezpośrednim, choć nie jedynym, powodem tej wstrzemięźliwości jest obawa, że taki krok mógłby wzmocnić ugrupowanie Al-Szabab – organizację wpisaną w USA na listę terrorystyczną – którego skrajny, anarchizujący islamizm destabilizuje region i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich interesów w Rogu Afryki.
Logika ta w pełni pokrywa się ze stanowiskiem Unii Afrykańskiej oraz regionalnej Międzyrządowej Organizacji ds. Rozwoju (Intergovernmental Authority on Development; IGAD), które konsekwentnie blokują precedensy secesyjne. Jednocześnie przedstawiciel USA przy ONZ bronił prawa Izraela do samodzielnego podejmowania decyzji w sprawie uznawania państw. Jest to – w najlepszym wypadku – przykład pragmatyzmu i sojuszniczej kurtuazji, a w gorszym – świadectwo politycznej dychotomii w Białym Domu.
Izrael i jego sojusz z USA
Politycy obu krajów często podkreślają z emfazą, że sojusz Waszyngtonu i Tel Awiwu stanowi ironclad alliance. Jego trwałość rzeczywiście skłania do refleksji, zwłaszcza w świetle różnic tyleż zauważalnych, co niekiedy trudnych do wytłumaczenia. Pierwszym tego przejawem było zbombardowanie irańskich cinstalacji nuklearnych przez Izrael – operacja, do której Waszyngton dołączył mimo wcześniejszych zapewnień, że nie zamierza tego robić. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, na ile deklaracje te były jedynie dyplomatyczną grą maskującą faktyczne ustalenia, nie popadając przy tym w teorie spiskowe. Drugi przykład – izraelski nalot na Dohę, o którym Stany Zjednoczone miały zostać uprzedzone wyjątkowo późno – również wpisuje się, jeśli odrzucić hipotezę przypadkowości, w trudny do jednoznacznego odczytania wzorzec działania. Trzeci przypadek, dotyczący uznania Somalilandu, pozostaje w oczywistej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu. Trudno więc uznać, by działania Tel Awiwu wpisywały się w nową strategię bezpieczeństwa USA, nawet przy uwzględnieniu izolacjonistycznego tonu tego dokumentu.
Sekwencja kolejnych, jednostronnych, a przy tym skutecznych ruchów bywa interpretowana jako dowód rosnącej samodzielności Izraela, a nawet potwierdzenie jego statusu regionalnego supermocarstwa. Interpretacja ta jest jednak myląca. Owszem, Izrael dysponuje wyraźną przewagą militarną i wywiadowczą w regionie, lecz atuty te w dużej mierze są rezultatem bezpośredniego wsparcia Stanów Zjednoczonych. Również zdolność Izraela do długotrwałej projekcji siły poza bezpośrednim sąsiedztwem pozostaje ograniczona i tym bardziej zależna od amerykańskiej asysty, co potwierdziła ostatnia wojna z Iranem. Nawet w samym Izraelu część analityków i ekspertów ds. bezpieczeństwa wskazuje, że obecna strategia państwa ma charakter nadmiernie reaktywny i punktowy, zamiast długofalowego i systemowego. W ich ocenie realna siła mocarstwa nie polega na nieustannym reagowaniu na kryzysy, lecz na zdolności do działań strukturalnych, które zagrożenia redukują, a nie multiplikują. Ponadto współczesna ranga mocarstwa nie wynika wyłącznie z liczebności armii czy tonażu zrzucanych bomb, lecz – być może przede wszystkim – z soft power, rozumianej jako atrakcyjność modelu politycznego i społecznego. Mocarstwowość wymaga zatem nie tylko siły, ale także politycznej akceptacji otoczenia i legitymizacji.
Uznanie Somalilandu nie zmienia tej strukturalnej przypadłości Izraela ani istoty jego relacji z USA. Nie wzmacnia „żelaznego tandemu”, lecz raczej ujawnia jego rzeczywistą naturę: sojuszu trwałego, lecz asymetrycznego, w którym demonstracje autonomii bywają albo formą nacisku – niekoniecznie odzwierciedlającą zbieżność strategii – albo przejawem tego, co w praktyce pozostaje niejawnie uzgodnione między sojusznikami i przybiera postać politycznego harcownictwa.
Somaliland i narracje o przesiedleniach z Gazy
W tym kontekście pojawiają się wizje i sugestie, które muszą budzić poważne obawy. Do takich spekulacji należy pomysł, by Somaliland mógł stać się jednym z kierunków przesiedleń ludności z Gazy organizowanych przez Izrael. Scenariusze takie miały być omawiane w poufnych rozmowach izraelsko-amerykańskich z co najmniej trzema krajami Afryki Wschodniej – Sudanem, Somalią i Somalilandem – jednak już na etapie wstępnych konsultacji spotkały się z wyraźną niechęcią strony afrykańskiej. Sam rząd Somalilandu dystansuje się od takiej roli, jego MSZ wydał oficjalne dementi w sprawie, a lokalni politycy i aktywiści ostrzegają, że przyjęcie Palestyńczyków pod dyktando Izraela mogłoby doprowadzić do wewnętrznej destabilizacji i międzynarodowej infamii. Nawet jeśli dziś są to jedynie luźne, teoretyczne rozważania, pamięć o podobnych, realizowanych w przeszłości projektach budzi raczej grozę niż konsternację.
Podmiotowość de facto bez legitymizacji de iure
Izraelskie uznanie nie przekreśla perspektyw odbudowy integralności Somalii, którą UA, UE i USA wciąż traktują jako istotny warunek przeciwdziałania chaosowi podsycanemu przez islamistów z al-Szabab. Nie gwarantuje też, że państwowość Somalilandu realnie okrzepnie – z dość prozaicznych powodów. Wciąż jest to byt pozbawiony podmiotowości de iure w oczach większości społeczności międzynarodowej, a bez uznania kluczowych aktorów globalnych – Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Chin czy Indii – jego suwerenność i międzynarodowa sprawczość są w dużej mierze iluzoryczne, a aspiracje łatwe do instrumentalizacji przez silniejszych graczy. Wewnętrzne ograniczenia Somalilandu – napięcia klanowe, niedobór zasobów oraz zależność od ZEA – dodatkowo zawężają pole manewru. Gest Izraela może wręcz pogłębić napięcia wewnętrzne, jeśli zostanie odebrany jako element gry prowadzonej przez aktorów zewnętrznych. Mocną przesłanką dla tej tezy jest już silny sprzeciw wewnętrzny wobec pomysłu przesiedleń.
Granice manewrów
Bab al-Mandeb – Brama Łez – pozostaje trafną metaforą sytuacji całego regionu. Każdy, kto próbuje przez nią przejść, liczy na łut szczęścia i sprzyjające wiatry, lecz wszelki ruch, nawet symboliczny, nabiera tu ciężaru manewru wykonywanego w wąskim gardle, przy minimalnym marginesie błędu. Próby forsowania jednostronnych rozwiązań przeradzają się w grę prowadzoną w przestrzeni o wyjątkowym zagęszczeniu interesów i powiązań, a przez to są nieprzewidywalne dla kruchej równowagi politycznej regionu.
© Juliusz Gojło dla Res Humana
02.01.2026