logo3
logo2
logo1

"Ufajmy znawcom, nie ufajmy wyznawcom"
Tadeusz Kotarbiński

Afera wizowa? Gorzej – niekompetencja i bałagan

Zdzisław A. RACZYŃSKI | 11 listopada 2023
Fot. archiwum "Res Humana"

Tak zwana afera wizowa nie polegała na tym, że na straganach w Nigerii sprzedawano wizy do Polski albo że urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie wizami handlowali. W takie opowieści może uwierzyć tylko ktoś, kto nie wie, jak funkcjonuje służba konsularna, nie zna Prawa konsularnego ani Kodeksu wizowego Schengen.

Według informacji MSZ prowadzone śledztwo dotyczy nieprawidłowości w wydaniu 268 wiz – na łączną liczbę ok. 1,9 mln wydanych w okresie objętym sprawdzaniem. Czyli podejrzenia organów kontroli wzbudziła mniej niż jedna setna procenta (!) wydanych wiz.  Zatem – nie ma żadnej afery?

Ależ jest! I to jaka! Tyle, że nie dotyczy ona handlowania wizami przez urzędników polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W gorącej publicznej dyskusji o „aferze wizowej” góry niedomówień, hipokryzji i elementarnej niewiedzy przykryły największą tajemnicę MSZ, jaką jest niekompetencja i bałagan w resorcie dyplomacji (a i w całej administracji rządowej). Niewykluczone zresztą – i to powinna ustalić powołana przez Sejm komisja śledcza – że ów nieład świadomie, i niebezinteresownie, był organizowany lub przynajmniej tolerowany.

Jedna strona problemu (i afery) polegała na tym, że do Polski legalnie, za zgodą polskich władz wjechały dziesiątki tysięcy cudzoziemców do pracy w Polsce. Duża część z nich rozpłynęła się gdzieś w Europie. A władze straciły nad tym ruchem jakąkolwiek kontrolę. Polska nie ma bowiem strategii migracyjnej, nie ma właściwych instrumentów ani dobrze obmyślanych procedur. PiS rozdmuchało antymigracyjną histerię, straszyło muzułmanami, gwałtami i robakami, podczas gdy (dane Konfederacji Lewiatan) gospodarka naszego kraju potrzebuje 200-400 tysięcy imigrantów rocznie. I na tej kłamliwej, pełnej hipokryzji propagandzie PiS się wywróciło. Gdyż z jednej strony wzniecało lęk i nienawiść wobec imigrantów, z drugiej – przez Polskę przepływały na zachód fale migrantów zarobkowych.

Drugim aspektem jest niewydolność administracji i niekompetencja wysokich urzędników z nadania PiS. Wśród różnych kategorii wiz, wydawanych przez konsulów polskich, najcenniejszą jest wiza typu D 06, krajowa, pracownicza. Wbrew temu, o czym rozprawiali niektórzy posłowie, wiza D daje więcej możliwości niż zwykła turystyczna wiza Schengen – ponieważ daje prawo do pobytu w Polsce nawet do roku, a jednocześnie do przebywania w charakterze turysty po 90 dni w każdym półroczu w innych krajach strefy Schengen. Podstawą do uzyskania wizy D 06 jest Zezwolenie na pracę cudzoziemca. Takie zezwolenia wydaje na wniosek pracodawcy każdy wojewoda, koszt dokumentu wynosi 100 złotych. W krajach, w których istnieje duża presja emigracyjna, pośrednicy (nie urzędnicy MSZ!) życzą sobie za taki dokument nawet po kilka tysięcy dolarów. Nic więc dziwnego, że – obok uczciwie działających agencji pośrednictwa pracy – powstała cała sieć łże-pracodawców i fałszywych pośredników, zarabiających krocie na handlu zezwoleniami.

Konsulowie RP nie mają obowiązku ani nawet podstaw prawnych, aby badać legalność wydanych właściwie i zgodnych z formą takich zezwoleń (wbrew temu, o czym gawędzą rzekomi znawcy tematu). Zezwolenie jest takim samym dokumentem urzędowym jak, przykładowo, paszport czy akt urodzenia, a przecież konsul nie może wydzwaniać do urzędów w Polsce i dopytywać urzędników, czy aby na pewno są przekonani, że wystawili dokumenty właściwym osobom.

Ze sprawdzaniem innych potrzebnych do wystawienia wizy dokumentów – wydanych już przez państwo, skąd pochodzi kandydat do pracy w Polsce – część konsulów nie zawsze sobie radzi. Rzecz w tym, że po kolejnych falach czystek w MSZ i wysyłaniu do pracy za granicę znajomków czy pociotków, konsulowie bardzo często nie mają doświadczenia i nie znają ani języków, ani modus operandi naciągaczy kraju urzędowania. Przełożeni – konsulowie generalni – a zwłaszcza pochodzący już z politycznego rozdawnictwa, o czymś takim jak kontrola zarządcza czy weryfikacja funkcjonowania firm outsourcingowych zazwyczaj nie mają zielonego pojęcia. Ambasadorowie (którzy z definicji w państwie PiS byli, wg ministra Raua,  „politycznymi nominatami”) zajmowanie się sprawami przyziemnymi uważają za działanie poniżej ich godności. (Uwaga w nawiasie: Ataki przeciwko firmom pośredniczącym, które tylko przyjmują dokumenty od wnioskodawców i nie mają żadnych uprawnień decyzyjnych, świadczą jedynie o braku elementarnej wiedzy u krytyków. Przykładowo, tak krytykowana VFS Global z siedzibą w Dubaju jest rzeczywiście globalną firmą, obsługującą rządy 61 państw, w tym państw UE; a także – tak się złożyło – Białorusi, co nie jest żadnym powodem do wytykania VFS Global palcami).

Centrala czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie nie panowała nad sytuacją z tychże względów, o których powyżej. Stanowiska na szczeblu decyzyjnym, kierowniczym (czyli ministra, wiceministrów i dyrektora generalnego) zajęli ludzie debiutujący w tej roli. O tym, że w MSZ nikt nie panował nad tym, co w resorcie i w prawie dwustu placówkach zagranicznych się dzieje, poinformował uczciwie były rzecznik prasowy Łukasz Jasina, przyznając, że w Ministerstwie „nie było takiej osoby, która ogarniała wszystkie działania”. Bezradnością i zagubieniem ministra Z. Raua nikt w resorcie nie był szczególnie zaskoczony, a już szczególnie ci, którzy mieli wiedzę o sposobie, w jaki sprawował wcześniej urząd wojewody łódzkiego.

Twarzą tzw. afery wizowej stał się Piotr Wawrzyk, który ni stąd, ni zowąd został mianowany wiceministrem i któremu powierzono nadzór m.in. nad sprawami konsularnymi. To postać tyleż dramatyczna, co komiczna; jak mówią nawet jego podwładni – chodzący mem. Sam szczerze i prostodusznie przyznał, że nie miał pojęcia, co w resorcie się dzieje, uskarżał się na swojego politycznego podopiecznego, niebędącego nawet urzędnikiem MSZ, który dostarczał mu listy osób do wydania wiz poza kolejką. „Nadużył mojego zaufania” – łkał w wywiadzie. Wawrzykowi przyjdzie przełknąć jeszcze niejedną gorzką pigułkę: nie dość, że stanie przed komisją śledczą (tylko co zezna, jeśli naprawdę nie miał żadnej wiedzy o tym, czym zajmuje się MSZ?), to jeszcze będzie musiał przeżyć zdradę kolejnych sprowadzonych przez siebie do Gmachu znajomków i krewniaków, którzy ratując swoją skórę, dopowiedzą o kulisach funkcjonowania resortu dyplomacji to, o czym ich patron nawet nie słyszał.

TAGI

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

  • ZAPRASZAMY TEŻ DO PISANIA!

    Napisz własny krótki komentarz, tekst na stronę internetową lub dłuższy artykuł
    Ta strona internetowa przechowuje dane, takie jak pliki cookie, aby umożliwić podstawowe funkcje witryny, a także marketing, personalizację i analizy, zgodnie z naszą Polityką Prywatności.
    W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia przeglądarki lub zaakceptować ustawienia domyślne. Akceptuje politykę prywatności