Polaryzacja polityczna: czy nieuchronna?

Istotą polityki jest konflikt. Gdybyśmy mieli identyczne poglądy i interesy, polityka nie byłaby potrzebna. Jej miejsce zajęłoby administrowanie sprawami publicznymi. Konflikty powstają na gruncie rozbieżnych interesów, systemów wartości i rozbieżnych percepcji dobra wspólnego. Istotą demokracji, jak pisali Seymour Martin Lipset i Giovanni Sartori, jest regulowanie konfliktów w taki sposób, który zapewnia maksymalnie możliwy kompromis. Dlatego tak ważne są dwie fundamentalne zasady demokracji: poszanowanie praw mniejszości i realna możliwość dokonania zmiany politycznej przy urnie wyborczej, a nie na barykadach.
W demokracji musi być miejsce na spór polityczny, ale nie na zapiekłą wrogość. Przeciwnik polityczny jest partnerem, a nie wrogiem. Różnimy się w niejednej sprawie, ale zachowujemy poczucie wspólnoty. Tak postrzegany konflikt nie jest zagrożeniem dla ładu demokratycznego. Przeciwnie: nadaje on sens konfliktom politycznym, w których stronom przyświeca dobro wspólne – także wtedy, gdy jest ono różnie rozumiane.
W świecie dzisiejszym coraz silniejsza jest jednak polaryzacja. W warunkach ostrej polaryzacji kompromis nie jest pożądanym rozwiązaniem, lecz oznaką słabości. Ezra Klein na pytanie „dlaczego jesteśmy spolaryzowani?” (Why We’re Polarized?, New York 2020) wskazuje na to, że zjawisko to jest konsekwencją rosnącej przewagi konfliktu podstawowych wartości nad konfliktem interesów. W sferze wartości trudno jest o kompromis, czego polskim przykładem jest zaciekłość sporu o dopuszczalność przerwania ciąży, traktowanego przez Kościół katolicki jako „zabijanie dziecka nienarodzonego”.
Konflikt podstawowych wartości nie jest jednak jedyną przyczyną polaryzacji. W Polsce między dwiema najsilniejszymi partiami politycznymi nie występuje fundamentalny konflikt wartości, a mimo to poziom wzajemnej wrogości budzi uzasadnioną obawę o przyszłość ładu demokratycznego. W obecnej polaryzacji idzie o to, kto ma mieć pełnię władzy w państwie. To jest przyczyną tak głębokiej polaryzacji, jakiej nie było w Polsce przed 2005 rokiem. Gdy w latach dziewięćdziesiątych byłem ministrem edukacji, jednym z moich zastępców został Mirosław Sawicki, wielce zasłużony działacz dawnej opozycji demokratycznej, politycznie bliski ówczesnej opozycji. Nie było to wtedy czymś wyjątkowym. Dziś taka współpraca ponad podziałami politycznymi wydaje się nie do pomyślenia. Zamiast niej mamy do czynienia z otwartą wrogością. Czy będziemy w stanie tę patologię przezwyciężyć?